KOKOSOWE ŻNIWA

.

.

        Nic tak nie smakuje jak mleko kokosowe w tropikach.

       Bardzo lubię wszelkiego rodzaju palmy – są to według mnie niezwykle fotogeniczne rośliny – i pamiętam, że nie mogłem się im nadziwić, kiedy po raz pierwszy wylądowałem (w środku zimy!) w Miami na Florydzie. Rozparła mnie wtedy radość na widok czegoś tak dla moich oczów egzotycznego (choć dla tubylców pospolitego), jak palmy. Te piękne twory Natury do dzisiaj są dla mnie wręcz synonimem ciepłych krajów, położonych w strefach równikowej i zwrotnikowej.
Ale palmy to nie tylko źródło estetycznej przyjemności. Dla ludzi, którzy wśród nich żyli (zwłaszcza w czasach przed-kolonialnych, ale i później również), rośliny te stanowiły ważny element ich egzystencji, będąc źródłem nie tylko pożywienia, ale i materiału, z którego budowano schronienie (dom), czy służącego do wyrobu przedmiotów i naczyń niezbędnych dla życia codziennego.

        Także i dzisiaj palmy służą nam na wiele różnych sposobów, i dzięki nim istnieje cała masa produktów: od mleczka kokosowego po kosmetyki. Nadal liśćmi palmowymi pokrywa się dachy budynków (na Karaibach strzechą palmową kryje się nawet terminale lotnisk) – o parasolach dostarczających cień na rozgrzanych słońcem plażach nie wspominając.

       Ciekawa sprawa, bo w pamięci utkwiło mi kilka spotkań z ludźmi, którzy akurat dokonywali kokosowych „żniw”. Wprawdzie nie robili na tym „kokosowego interesu”, ale zrywali kokosy, które później sprzedawali innym, głównie turystom. Wykazywali się przy tym zdumiewającą zręcznością – począwszy od wdrapania się na wysoką palmę, po późniejszą obróbkę kokosa maczetą, dzięki której można było z niego pić (jakże ożywcze w tropiku!) mleczko, a później zjeść kokosowe wióra.

       Ostatnie takie spotkanie miało miejsce w czasie mojej niedawnej wizyty na Dominikanie. W czasie jednego z naszych spacerów po plaży i w palmowych zagajnikach (towarzyszyła mi w nich żona), trafiliśmy na Marcelina, który specjalnie dla nas zerwał świeże kokosy, co udało mi się utrwalić na krótkim filmie. Chciałbym się nim teraz z wami podzielić (oczywiście mając pozwolenie jego głównego bohatera, który notabene był tym klipem zachwycony). .

*  *  *

BRUTALIZM I SACRUM – o katedrze Nuestra Señora de la Altagracia w Higüey na Dominikanie

.

Basílica Catedral Nuestra Señora de la Altagracia

.

       Była to moja kolejna wizyta w dominikańskiej bazylice-katedrze w Higüey. Odkładając na bok religijne doświadczenie (za każdym razem uczestniczyliśmy z żoną wraz z setkami Dominikańczyków we mszy świętej, będąc zresztą jedynymi „białymi” w katedrze) było to również spotkanie z architekturą – zarówno bulwersujące, jak i pouczające.
Już za pierwszym razem dziwiłem się temu, że potworkowatość architektury brutalistycznej dotarła również tutaj, do słonecznego tropiku, ale tym razem przyglądnąłem się temu fenomenowi bliżej, przez co uświadomiłem sobie kilka nowych aspektów istnienia i funkcjonowania tej zaskakującej budowli w Higüey, położonej zaledwie o godzinę jazdy od hedonistycznych przybytków masowego wakacjowania się w resortach typu „all inclusive” wschodniego wybrzeża Dominikany.
Odkąd pamiętam nie lubiłem „brutalizmu” w architekturze, przede wszystkim ze względów estetycznych (brzydota tych szarych betonowych konstrukcji odrzucała mnie od nich na kilometr), ale także z powodów… nazwę je ideologicznymi, gdyż z czasem brutalizm zaczęto wiązać z europejskimi totalitaryzmami XX wieku. Dochodziła do tego moja rezerwa do pewnych przejawów modernizmu, który tak namieszał w głowach (nie tylko) twórcom i artystom (w tym nieludzkim stuleciu dwóch światowych wojen i kilku niewydarzonych ideologii), że do dzisiaj odbija się czkawką w literaturze i sztuce, a w wielu miejscach straszy złomową rzeźbą (ot choćby metalowa pokraka Picassa w chicagowskim downtown).
Głównym budulcem w brutalistycznych projektach jest beton (kolejny przyczynek do mojej idiosynkrazji wobec tego stylu), i – co ciekawe – wykorzystywany był on przez projektantów nie tylko ze względu na taniość i budowlaną wygodę, ale także z powodu… jego walorów estetycznych (sic!) Tak, jakby nie zauważano tego, że betonowa bryła urąga wszelkim kanonom piękna wypracowanym przez ludzką kulturę i sztukę na przestrzeni wieków (kto wie, może właśnie dlatego tak ochoczo przyjęto ten nowy styl?)
Na domiar złego, chcąc wzmocnić efekt powiązany z aparycją budulca, celowo pozostawiano na ścianach budynków ślady po szalunkach i formach, by podkreślić jego betonową fakturę. No i otrzymywano béton brut (fr. „surowy beton”) z całą jego krasą.
Zastanawiam się teraz dlaczego tak ochoczo niemalże czczono beton w architekturze XX wieku? Może dlatego, że w czasie, kiedy brutalizm święcił swoje tryumfy (lata 50. i 60. ubiegłego stulecia) nie dostrzegano jeszcze tak wyraźnie betonowej brzydoty, jak to ma miejsce teraz?
W końcu jednak zauważono jak szybko i brzydko starzeje się beton – coraz bardziej widoczne były tego ślady w postaci różnych smug, zacieków, liszajów… Niekiedy, patrząc na takie podupadające „dzieło” można było odnieść wrażenie, że to jakiś popadający w ruinę szary bunkier. Nic dziwnego, że kiedy wyburzano pewne zawadzające miastom budynki, to większość nich stanowiły właśnie konstrukcje brutalistyczne.
Brutalizm krytykowano też jako „nieludzki”, pozbawiony duszy, monstrualny, odrażający, a jeden z prominentnych architektów nazwał go nawet „duchową, intelektualną i moralną deformacją”. I choć rzeczywiście dzięki projektowej swobodzie, brutalizm tworzył sporo ciekawych formalnie brył architektonicznych, to coraz powszechniej widziano jego produkty jako skażone brzydotą zwały betonu.

*  *  *

Wnętrze katedry – polifoniczna pieśń zakrzywień

.   

       Sam się teraz dziwię temu, jak wstęp do wpisu o katedrze Nuestra Señora de la Altagracia w Higüey przerodził się w jakąś przydługą filipikę przeciwko brutalizmowi w architekturze, tym bardziej, że summa summarum moje doświadczenie – zwłaszcza z ostatniego spotkania z tą świątynią – było pozytywne, a nawet dostarczyło mi sporej przyjemności estetycznej. Ze swoim doświadczeniem duchowo-religijnym nie chcę się tu obnosić, wspomnę tylko, że uczestnictwo we mszy świętej w bazylice wraz z rzeszą wiernych Dominikańczyków wywarło na mnie wielkie wrażenie.
Wróćmy jednak do tej niezwykłej budowli.
W znajdującym się obok katedry muzeum można się dowiedzieć, że o wybudowaniu wielkiej świątyni w miejscu małego kościółka pamiętającego jeszcze czasy hiszpańskiej „okupacji” zdecydowano w latach 40. XX wieku, a w roku 1947 ogłoszono konkurs na jej projekt, na który zgłoszono ponoć 40 propozycji. Pisze „ponoć” gdyż niektóre informacje dostępne w muzeum wydały mi się nieścisłe. Jak np. ta, że wygrali dwaj „architekci” z Francji: André Dunoyer de Segonzac i Pierre Dupré. Z tego co wiem ten pierwszy był raczej malarzem i grafikiem, o drugim zaś nie mogłem znaleźć żadnych informacji w Internecie. Koniec końców budowę rozpoczęto dopiero w 1957 roku i ciągnęła się ona przez kilkanaście lat. Po jej zakończeniu papież Paweł VI wyniósł katedrę do rangi bazyliki (1971 r.) Warto tu dodać, że Jan Paweł II pielgrzymował do tego miejsca dwukrotnie, co zostało utrwalone w kilku miejscach katedry, m. in. jako jeden z reliefów na jej olbrzymich drzwiach.
Trzeba zaznaczyć, że decyzja wzniesienia tak wielkiej budowli w miasteczku liczącym w tamtym czasie zaledwie 10 tys. mieszkańców, była śmiała i perspektywiczna, bo obecnie populacja Higüey wynosi 170 tys. mieszkańców, a bazylika stała się najważniejszym obiektem religijnym na Karaibach.
Każdy z Dominikańczyków wie, że to właśnie w Basílica Catedral Nuestra Señora de la Altagracia znajduje się święty wizerunek Matki Bożej z La Altagracia, notabene patronki Dominikany – matki duchowej i opiekunki kraju – który w sposób cudowny trafił do Higüey jeszcze na początku XVI wieku i nadal – zgodnie z wiarą ludzi religijnych – jest źródłem cudów i uzdrowień.
Moja wiara w cuda jest umiarkowana, ale i tak po mszy stanęliśmy z żoną w długim ogonku wiernych, by zobaczyć (znajdujący się w centrum ołtarza) święty obrazek z bliska.

       Moja tyrada względem architektury brutalistycznej staje się tym mniej adekwatna im bardziej przyglądam się temu, co zastałem we wnętrzu katedry – a co starałem się oddać i utrwalić na moich zdjęciach.
Najbardziej charakterystyczny element budowli to wysoki na 80 m. łuk (niektórzy dopatrują się w nim złożonych jak do modlitwy dłoni) co przenosi się na harmonijną paraboliczną „łukowatość” jej wnętrza – o której sam De Segonzac wyraził się, jako o „polifonicznej pieśni zakrzywień” – wzbogaconą istną symfonią uporządkowanej materii – grą światła, cieni i kolorów. Niewątpliwie przyczyniają się do tego barwne witraże, nawiasem mówiąc odporne – jak zresztą cała katedra – na częste w tym rejonie Ziemi huragany i cyklony.
Wydaje mi się, że swoiste bądź co bądź piękno katedralnego wnętrza ma swoje źródło w odstąpieniu od „brutalistycznych” zasad (według których w środkach budynków eksponowano wręcz ich „bebechy” np. w postaci rur kanalizacyjnych, przewodów elektrycznych, belek konstrukcyjnych i surowego budulca) co chyba było możliwe właśnie dzięki temu, że budowano katedrę stosunkowo długo, więc był czas na to, by się zreflektować i zastosować bardziej znośną dla oka estetykę.
Wspomnę jeszcze o niezwykłym otoczeniu katedry, które stanowi rozległy zagajnik królewskich palm, przypominający o tym, że jesteśmy jednak w tropiku, a przy okazji chroniący nas od zgiełku dość bałaganiarskiego niestety i nie grzeszącego zbytnio urodą miasta.

*  *  *

CZYTAM BOBKOWSKIEGO… na głos! ;)

.

.

       Ku memu zaskoczeniu Polski Instytut Teatralny w Nowym Jorku zaszczycił mnie zaproszeniem do wzięcia udziału we wspanialej inicjatywie, jaką jest zorganizowana przez tę instytucję akcja „PROJEKT BOBKOWSKI” – popularyzująca i przypominająca największe dzieło polskiego pisarza emigracyjnego Andrzeja Bobkowskiego, jakim są jego – pisane w okupowanym przez Niemców Paryżu – „Szkice piórkiem”. Ucieszyłem się, bo mam bardzo dobre zdanie o tej książce (i swego czasu poświęciłem jej recenzję, którą przeczytać można TUTAJ)
Projekt Bobkowski polega – jak piszą organizatorzy – na czytaniu fragmentów „Szkiców piórkiem”„na głosów wiele, z różnych zawodów i z różnych stron świata”.
Z małym wahaniem przyjąłem zaproszenie, ale i nieco stremowałem, bo przecież żaden ze mnie aktor, lektor czy orator – a ponadto nie za bardzo lubię swój własny głos ;) Tym większa była moja trema, że miałem wystąpić w znamienitym gronie sław, w którym znaleźli się m.in. Magdalena Zawadzka, Andrzej Seweryn, Renata Dancewicz, Maja Komorowska, Ewa Błaszczyk, Marek Probosz. Adrianna Biedrzyńska, Grażyna Auguścik, Janusz Majewski, Dorota Stalińska, Andrzej Krukowski… i wielu, wielu innych artystów sceny i filmu.

*  *  *

SIGIRIJA – ósmy cud świata w sercu Sri Lanki

Jedno z najciekawszych miejsc, nie tylko na Sri Lance, ale i w całej Azji – może nawet w skali całego naszego globu. Górująca prawie 200 metrów nad dżunglą, olbrzymia bryła magmy, fascynuje nie tylko swoim nieziemskim kształtem, ale również tym, że zachowały się na niej – i wokół niej – ślady starożytnej stolicy Królestwa Anuradhapura, w postaci ogrodów, pałacu i fortecy Kassapy I, władcy królestwa, sprawującego tu rządy przez 18 lat w V wieku. Mowa oczywiście o Sigiriji – Lwiej Skale będącej magnesem dla setek tysięcy przybyszów z całego świata, którzy odwiedzają Sri Lankę każdego roku.

.

Sigirija

.

Jeśli wierzyć zachowanym zapiskom, Kassapa I – pochodzący z „nieprawego łoża” (spłodzony z konkubiną) – syn króla Dhatusena, wraz z dowódcą wojsk królewskich (mszczącym się w ten sposób na władcy za zabicie jego matki), w 477 roku dokonał przewrotu detronizując swojego ojca (którego następnie ponoć zamurował żywcem). Jego brat Moggallan I, prawowity następca tronu, w obawie o swoje życie natychmiast salwował się ucieczką do Indii. W tym samym roku Kassapa I przeniósł stolicę państwa z Anuradhapury do lepiej położonej pod względem strategicznym Sigiriji, którą rozbudował i obwarował, tworząc u podnóża Lwiej Skały imponujące ogrody, zbiorniki wodne, fosy i kanały, a na jej szczycie: swoją królewską rezydencję. Przypominała ona mini miasto: z pałacem, tarasowymi ogrodami i służącymi najprawdopodobniej do kąpieli basenami. Kres jego rządom położył Moggallan I, który w 495 roku wrócił z Indii i z towarzyszącymi mu wojakami pobił wojska Kassapy I. Ten, widząc, że przegrywa bitwę, podciął sobie gardło swoim własnym nożem (niektórzy twierdzą, że rzucił się na swój miecz – co na jedno wychodzi).

Po śmierci króla Sigirija się wyludniła, później stała się siedzibą buddyjskich mnichów, którzy przebywali w niej do XIV wieku. Przez następne pół tysiąca lat urzędowały w niej głównie małpy (jeśli nie liczyć strażników posterunku, który ustanowiło tu Królestwo Kandy), zabudowania popadły w ruinę, kanały i baseny wypełniły się mułem, całość stopniowo przejęła dżungla. Dopiero w 1831 roku Sigirija została „odkryta” przez Zachód, a dokonał tego angielski oficer Jonathan Forbes, który dotarł do Lwiej Skały podróżując konno po Sri Lance (Cejlonie, jak jeszcze do 1972 roku brzmiała oficjalna nazwa tego państwa). Nieśmiałe prace archeologiczne podjęto pod koniec XIX wieku ale dopiero w 1982 roku, kiedy to Sigiriję (wraz z innymi miejscami Kulturowego Trójkąta Sri Lanki) wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, zajęto się tymi pracami da dobre, nie tylko odkupując to, co pozostało z miasta Kassapy I, ale i podejmując się jego (częściowej) rekonstrukcji.

Ogrody Sigiriji widziane ze szczytu Lwiej Skały

.

W sąsiedztwie Sigiriji zatrzymałem się na kilka dni, planując wizyty w co najmniej czterech miejscach wspomnianego już Kulturowego Trójkąta. Były to Dambulla, Kandy i Polonnaruwa (którymi chcę poświęcić osobny artykuł) oraz właśnie Sigirija, jaką zajmuję się tutaj. Nocowałem w otoczonej dżunglą Kuwera Eco Lodge – nie kryję, że wspaniałej kwaterze, w której przebywanie było samą przyjemnością, zwłaszcza że umożliwiało bliski kontakt z naturą, jak również z ludźmi, którzy tworzyli tu fantastyczną atmosferę. Tropikalny las był na wyciągnięcie ręki, okoliczne ścieżki umożliwiały zagłębienie się wśród drzew, lian i odgłosów dżungli – trzeba było tylko uważać na dzikie słonie, które często podchodziły w sąsiedztwo resortu.

Tego dnia, w którym miałem zwiedzać Sigiriję, obudziłem się jeszcze przed świtem i wkrótce po śniadaniu, wypożyczonym jeszcze w Colombo samochodem wyruszyłem w kierunku Skały. Zależało mi na tym, alby dostać się pod nią jak najwcześniej, głównie z dwóch powodów: by uniknąć tłumów fanów turystyki masowej oraz dziennego upału. Byłem niepocieszony, kiedy dotarłszy na miejsce zobaczyłem, że cała Sigirija spowita jest we mgle. Ale też nie rozpaczałem z tego powodu, bo wiedziałem, że pogoda powinna się niedługo poprawić i mgły się rozwieją. Co też się stało, lecz dopiero wtedy, kiedy już dotarłem na szczyt Lwiej Skały.

Na szczęście panująca nad ranem aura w żaden sposób nie popsuła mi spotkania z tym, co znajdowało się u jej podnóża, czyli z ogrodami i pozostałościami starożytnych pałaców. Tutaj wyręczę się słowami Senake Bandaranayake, dyrektora kierującego pracami archeologicznymi w Sigiriji, który w swojej książce „Sigiriya: City, Palace and Royal Gardens” wykazał jak znakomicie architektura tego miejsca łączyła planową symetrię z asymetrią, spajając formy naturalne z geometrycznymi, pisząc: „Ogrody w Sigiriji składają się z trzech wyróżniających się ale powiązanych wzajemnie sekcji: symetrycznie lub geometrycznie rozplanowanych ogrodów wodnych; asymetrycznych lub organicznych ogrodów jaskiń i głazów; tarasowych lub schodowych ogrodów okrążających Lwią Skałę; i wreszcie wodnych i pałacowych ogrodów znajdujących się na szczycie skały”.

Ogrody, schody, tarasy i ścieżki skomponowano z olbrzymimi głazami znajdującymi się u stóp Lwiej Skały

.

Zanim dotarłem na ów szczyt, po drodze czekało na mnie kilka niespodzianek. Meandrując wśród olbrzymich głazów leżących u stóp Lwiej Skały, dotarłem do schodów, które zaprowadziły do jaskini, gdzie znajdowały się naskalne malowidła przedstawiające obnażone do pasa kobiety. Podobno jeszcze niedawno można było na jednej ze ścian Skały obejrzeć kilkaset takich pań (do dzisiaj nie jest pewne, czy były to kobiety biorące udział w jakichś religijnych ceremoniach, niebiańskie apsary, czy po prostu żony i konkubiny króla), ale do dzisiaj zachowały się tylko te, które namalowano w jaskini. Intensywne kolory i wyraziste linie sprawiają, że obrazy nagich kobiet z obnażonymi piersiami i mocno zarysowanymi sutkami mają bardziej umowny, niż realistyczny charakter. Ich wyzywająca seksualność skłoniła niektórych do podejrzeń co do erotomańskich skłonności króla-playboya. Owoce jakie niosą kobiety jeszcze bardziej sugerują hedonizm i upodobanie do spijania soków życia, jakie prawdopodobnie opanowały władcę i jego dwór. Inni z kolei zwracają uwagę na kwiaty, które być może miały symbolizować jedność pochodzących z różnych grup etnicznych kobiet.

Schody prowadziły mnie dalej i coraz wyżej wzdłuż długiej ściany zwanej Ścianą Lustrzaną, która ponoć w czasach świetności Kassapa I była tak wypolerowana, że król mógł widzieć w niej własne odbicie, nie wspominając o refleksach jakie rzucały na nią wizerunki naskalnych kobiet. Można te fantazje traktować z przymrużeniem oka, ale obecnie ściana ma jednak bardzo ważne znaczenie dla… językowego dziedzictwa Sri Lanki, gdyż przez wieki służyła ona jako miejsce, gdzie odwiedzający Sigiriję ludzie zapisywali swoje wiersze, uwagi i wrażenia, najczęściej dotyczące namalowanych kobiet. Jest tych napisów ponad półtora tysiąca, a niektóre z nich liczą ponad 1000 lat. Poezja jest oczywiście bardziej lub mniej (górno)lotna, ale zwraca uwagę jeden wers, w którym ktoś utrwalił swój ironiczny stosunek do tych wyskrobków: „Moje imię jest Budal. Przyszedłem tu z setkami ludzi, by zobaczyć Sigiriję. Wszyscy inni pisali tu wiersze, a ja nie.

Na krótki odpoczynek zatrzymałem się na dużym tarasie, gdzie znajdowała się Lwia Brama, przez którą wchodzi się wykutymi w skale schodami prowadzącymi na sam szczyt Sigiriji. Po obu stronach wejścia zobaczyłem wielkie łapy lwa. Kiedyś na skalnej ścianie wykuta też była jego głowa (do górnego pałacu króla wchodziło się przez lwią paszczę) ale jeszcze przed wiekami runęła ona w dół. To właśnie temu gigantycznemu kamiennemu lwu skała – i całe starożytne miasto- zawdzięcza swoją nazwę (określenie Sīnhāgiri w języku syngaleskim dosłownie oznacza Lwią Skałę). Zachęcony tym, że zaczęło się wreszcie wypogadzać, zacząłem wdrapywać się na górę. Czekało mnie pokonanie (niemalże w pionie) 1200 schodów, ale dzięki fantastycznym widokom jakie się przede mną podczas tej wspinaczki roztoczyły, zapomniałem o wysiłku, jakiego ona wymagała.

Na szczycie, który tworzy spora powierzchniowo, pochylona w jednym kierunku płaszczyzna, czekało na mnie to, co pozostało tu z królewskiego pałacu: fragmenty ścian i fundamentów, wypełnione wodą cysterny i baseny (które najprawdopodobniej służyły królowi i jego dworzanom do kąpieli, pływania i ochłody), ogrodowe tarasy, kamienne ławy i ścieżki… Dzięki tym, odkrytym przez archeologów pozostałościom, z górnego tarasu, który zapewne był częścią pałacu, można było sobie wyobrazić, jak cały ten kompleks wyglądał w czasach swojej świetności. Miałem oto przede sobą doskonale zarysowany architektonicznie plan, a intensywnie barwne, ceglasto-czerwone ruiny kontrastowały z mocno nasyconą zielenią otaczającej je roślinności. Ze wszystkich stron otaczało Lwią Skałę szmaragdowo zielone morze dżungli, z majaczącymi na horyzoncie górami. Dopiero tutaj dotarło do mnie to, że oto znalazłem się w sercu pięknego kraju, jakim jest Sri Lanka.

* * *

Na szczycie Lwiej Skały był kiedyś królewski pałac. Zadziwia nawet to, co pozostało po nim po półtora tysiącu lat.

.

.

Aby się znaleźć na szczycie Lwiej Skały, trzeba się wspiąć po 1200 schodach.

.

.

Łapa lwa, który strzegł kiedyś wejścia prowadzącego do królewskiego pałacu na szczycie.

.

.

Natura i architektura – u podnóża Lwiej Skały

.

.

W połowie drogi na szczyt czekają na nas namalowane na ścianie jaskini wizerunki kobiet.

.

.

Lwia Skała – widok od strony południowej

.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

PEŁZAJĄCY TOTALITARYZM

… albo NIEWOLNOŚĆ (dla twojego dobra)

.

       Jestem pod wrażeniem, jak w stosunkowo krótkim czasie tzw. demokracje liberalne zamieniają się w jakieś dziwaczne twory administracyjno-państwowe, które coraz bardziej kontrolują ludzi, ograniczają ich wolność – swobodę poruszania się (zamykanie granic, zakazy wstępu), zmuszają ich do takiego, a nie innego postępowania. I nie tylko wykluczają tych, którzy się tym autorytarnym zapędom nie chcą poddać (niestety, wygląda na to, że jest to garstka albo tylko jednostki), ale zaczynają ich sankcjonować (a stąd tylko krok do jakiejś formy prześladowania).
To wszystko wygląda mi na PEŁZAJĄCY TOTALITARYZM, tym bardziej niebezpieczny, że państwo dysponuje obecnie niewyobrażalnie rozbudowanym aparatem inwigilacji i kontroli całego społeczeństwa, co mało kto sobie uświadamia.

       Wolności obywatelskie są teraz na całym świecie coraz bardziej ograniczane, a ludzie (zdecydowana większość) jakby tego nie zauważali. Tak więc, co z tą WOLNOŚCIĄ, którą tak szczycił się zwłaszcza Zachód (Stany Zjednoczone i zachodnia Europa)? Jeszcze jakiś czas temu (przed pandemią) odmieniano tutaj to słowo przez wszystkie możliwe przypadki, teraz jakby znikło ono z przestrzeni publicznej. Czy nie dlatego, że w konfrontacji z tym co się teraz dzieje – i jak się traktuje ludzi – wyglądałoby to na jakąś kpinę czy ironię?

       Spróbujmy sobie przypomnieć stan naszego świata społecznego (zwłaszcza pod kątem swobód obywatelskich i ogólnie wolności człowieka) z tym co mamy teraz, dwa lata po pojawieniu się koronowirusa na Ziemi. Czy wtedy przyszłoby nam do głowy, że już niedługo władza zakaże nam opuszczania naszych domów, odwiedzania naszych bliskich (przez co tysiące ludzi umierały w samotności), przekraczania granic, podróżowania, a nawet leczenia (taki był praktycznie skutek wprowadzania restrykcji w tzw. „służbie” zdrowia) …?

       Jeszcze parę miesięcy temu byłem lekko zaszokowany, bo zażądano ode mnie świadectwa o zaszczepieniu, kiedy chciałem obejrzeć jeden z filmów Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago. A oto, od 3 stycznia, ktoś kto nie jest zaszczepiony, nie będzie mógł w tym mieście wejść do restauracji, kina, health-clubu, sali koncertowej, teatru…; nie będzie mógł brać udziału w wydarzeniach sportowych, bankietach, przyjęciach…
Moja żona rozmawiała niedawno ze swoim bratem, który mieszka w Niemczech, i dowiedziała się, że nie wpuszczono go do sklepu elektronicznego, bo nie jest zaszczepiony. W Paryżu zwolniono ludzi z domowego zamknięcia i łaskawie zezwolono im na spacery, ale nie mogli się oddalać na odległość (bodajże) 1 kilometra od swojego miejsca zamieszkania (za co, jak słyszałem, mieszkańcy tego miasta byli władzom wdzięczni). Nowa Zelandia i Australia (notabene kraje uważane dotychczas za awangardę wolności i postępu) od prawie dwóch lat więżą praktycznie swoich obywateli, zamknąwszy granice (i co jakiś czas wprowadzając lockdowny, nawet jeśli pojawi się tylko kilka przypadków zakażenia wirusem).

       Staram się zrozumieć pewne posunięcia władz i sensowność nakładania na ludzi restrykcji, ale chaos i absurdy, jakie czasami za tym idą, każą mi odnosić się do nich sceptycznie, gdyż widzę, jak wiele z nich wprowadza się w „ciemno”, bez żadnego względu na skutki. Co gorsza, nawet naukowcy i tzw. „eksperci” nie są w stanie uzasadnić przekonująco swoich zaleceń – tyle w tych ich „ekspertyzach” sprzeczności, a nawet niewiedzy. Wobec tego wcale się nie dziwię, że ludzie są coraz bardziej zdezorientowani i skołowaceni, nie wiedzą już komu i w co wierzyć – przez co wierzą byle komu i w byle co (w tym w największe bzdury i absurdy). W świecie, w którym nie wiadomo co jest prawdą, zaczynają królować blaga, fałsz i kłamstwo.

*  *  *

       Ponadto, wydaje się, że o tym co się dzieje na świecie – i z ludźmi – zaczęły decydować ponadnarodowe korporacje i międzynarodowe agencje finansowe (system bankowy) w sprzężeniu z politykami i rządami państw, bez względu na to, jaki wpływ ma na nie „prawica”, „lewica”, „narodowcy”, „liberałowie”, „socjaliści”… etc. Uderza przy tym ciągle powiększająca się przepaść między bardzo wąską i bogatą elitą a resztą społeczeństwa, coraz bardziej uzależnioną od decyzji nielicznej – w rzeczywistości ponadnarodowej – grupy posiadającej ogromne zasoby finansowe, a tym samym i władzę. Można wręcz mówić o kapitałowej „lepkości” wobec krajów różniących się politycznie czy ekonomiczne, gdyż faktyczną władzę przejmują jak najbardziej kapitalistyczne korporacje (wraz z finansjerą), które wykorzystują każdy sposób, (w tym przybrania lewicowo-progresywne – jak np. w Stanach Zjednoczonych), nacjonalistyczno-populistyczne (jak np. w Brazylii czy w Indiach), biurokratyczno-socjalistyczne (jak np. w Unii Europejskiej), czy pseudo-komunistyczne (jak np. w Chinach) by powiększyć swoje zasoby i wpływy, a tym samym poszerzyć i wzmocnić swoją władzę. Z tego powodu rządy w każdym z tych krajów żyją właśnie w „konkubinacie” z kapitałem – korporacjami i bankami, które wszystko smarują i napędzają.

       Dochodzi do tego wpływ konsorcjów i kompanii Big Tech, które „urabiają” ludzi na wszelkie możliwe sposoby, pozbawiając ich de facto możliwości wyboru i samodzielnego myślenia, stosując cenzurę i forsując to, co jest w ich (najczęściej finansowym, ale też ideologicznym) interesie. Algorytmy coraz bardziej wpływają na nasze zachowanie i świadomość (nawet jeśli sami nie wpędzimy się w totalitaryzm, to zrobią to właśnie algorytmy). Nie potrzeba buntu maszyn i przejęcia kontroli na ludźmi przez Sztuczną Inteligencję (co, niestety, coraz mniej wydaje się konceptem z dziedziny science-fiction, a staje się realnym zagrożeniem). Już teraz jesteśmy tylko przedmiotem, nie podmiotem – jak sami się łudzimy i jak nas łudzą inni, wmawiając nam, że nadal żyjemy w demokracji.

*  *  *

       Półtora roku temu, w pierwszych miesiącach pandemii, napisałem artykuł „Niewolność, niemyśl i upokorzenie” (został on opublikowany w „Gwiaździe Polarnej”) i kiedy niedawno go sobie przypomniałem, to uświadomiłem sobie, że niestety, nie tylko jest on nadal aktualny, ale że wyrażone w nim tezy jeszcze bardziej się wzmocniły, a rzeczywistość przerosła moje przewidywania i obawy.

      Być może użycie przeze mnie słowa „totalitaryzm” wyda się komuś przesadą, lecz niestety, zważywszy na historię naszej cywilizacji, łatwość z jaką można urobić i zmanipulować społeczeństwo, mechanizmy psychologiczne kierujące człowiekiem jako istotą stadną tudzież samą naturę władzy (tutaj polecam to, co kiedyś na ten temat napisałem: TUTAJ) i funkcjonowania człowieka w społeczeństwie (głupota, ślepota, poddaństwo, ignorancja, konformizm) coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że prędzej czy później ludzkość opanuje jakaś forma totalitaryzmu. Który oczywiście będzie miał służyć dobru człowieka.

*  *  *

DOPISEK (KOMENTARZ)

       Czerwona lampka powinna się zapalać wszędzie tam, gdy jakiś moloch korporacyjno-polityczno-państwowy mówi właśnie „TROSKA” – niby to chcąc wszystkim zrobić dobrze, wyprostować (postawić do pionu) całe społeczeństwo, chronić „Matkę Ziemię”, wyeliminować myślących inaczej i po niesłusznej linii, zrobić reset wszystkich i wszystkiego, by dobrnąć wreszcie do globalnego dobrostanu, gdzie wszyscy będą żyli jak (według nich) należy.
Nic nowego pod słońcem, bo zarówno faszyzm, jak i komunizm miały takie ambicje.
To oczywiście „nie wypali”, choćby z tego powodu, że żaden moloch korporacyjno-polityczno-państwowy nie jest zdolny do empatii i autentycznej troski o (zwykłego) człowieka (którego zawsze traktuje instrumentalnie). A ów postęp sterowany przez oligarchiczną elitę globalną (bez środków – czyli władzy i pieniędzy – której, żaden reset nie będzie możliwy), prędzej czy później doprowadzi do jakieś nowej formy totalitaryzmu, tym bardziej groźnego, że – mając do dyspozycji globalną sieć zależności, inwigilacji, kontroli – i rozwiniętą na niespotykaną dotychczas skalę technikę – nie będzie już miał takiego w sumie lokalnego zasięgu, jak komunizm sowieckiej Rosji, faszyzm III Rzeszy, Włoch Mussoliniego, czy japońskiego cesarstwa – tylko ogarnie całą Ziemię.

*  *  *

NIE PATRZ W GÓRĘ – czyli sposób na Apokalipsę

.

Zakupy przed Apokalipsą (Jennifer Lawrence, Leonardo DiCaprio i Timothée Chalamet w filmie „Nie patrz w górę„)

.

Parę zdań na gorąco po obejrzeniu „Nie patrz w górę”:

– Film trochę bałaganiarski i puszczony „na żywioł” (daleko mu do precyzji innych filmów McKay’a, jak choćby „The Big Short”, czy „Vice”), ale trafiający „w punkt” czy też raczej w wiele punktów tego, co się obecnie dzieje na świecie: z ludźmi (nami), z mediami, popkulturą, politykami, środowiskiem naturalnym, nauką (naukowcami)…

– Film jest ostentacyjną satyrą, ale poziom jego przerysowania zbliża go do farsy. I choć jest on – jak każda forma komediowa rodzajem odreagowania (albo oswojenia) traumy, jak również mechanizmem obronnym, dzięki któremu próbujemy chronić się przed grożącym nam (nie tylko tu i teraz, ale wszędzie i zawsze) śmiertelnym niebezpieczeństwem – to jednocześnie na tyle silnie uderza w czułe miejsca, że przestaje być przeżyciem katarktycznym, a zamiast tego zasiewa w wielu widzach ziarna strachu i niepokoju, może nawet grozy. (Myślę, że mogę to stwierdzić, gdyż zapoznałem się z wieloma reakcjami na ten film.)

– Film generalnie obnaża ludzką (czyli naszą) głupotę i ślepotę (wszystko co się w nim dzieje, wynika właśnie z tego). Mimo wszystko zaskoczyło mnie to, jak wielu widzów oświadczyło, że „jest to film o nas”. Ale ja nie za bardzo wierzę w takie nagłe olśnienie, samokrytykę i skruchę, bo tak naprawdę ową głupotę i ślepotę wiąże się nie ze sobą, a z innymi (albo inaczej: nie ze stroną swoją, ale z obozem przeciwnym). Nikt nie jest wolny od głupoty, ale liczba ludzi uświadamiających sobie własną głupotę, jest wielkością (czy też raczej małością) wręcz śladową. Tak na marginesie: według mnie tylko w ten sposób (uświadomienie sobie własnej głupoty) można się zbliżyć do tego, co jest prawdziwą mądrością.

– Możemy odnieść wrażenie, że film kąsa i dźga satyrycznie nie szczędząc nikogo, ale jak się tak dobrze przyjrzeć, to jednak jego twórcy nie zdołali do końca otrząsnąć się ze swojej politycznej stronniczości. Np. ekologiczne zaangażowanie DiCaprio czy Lawrence uniemożliwiło by raczej ukazanie absurdów i ślepego fanatyzmu, z jakimi mamy do czynienia także po stronie tych, którzy walczą ze zmianami klimatycznymi. Także skupianie się na trumpizmie i jego najbardziej ordynarnych przejawach, a oszczędzanie zacietrzewionych wrogów Trumpa, wraz z ich hipokryzją, propagandą, polit-poprawnością i świętoszkowatym mamieniem ludzi, burzy nieco dobre intencje twórców filmu.

– Niestety, nauka (czy też raczej naukowcy) nie jest (nie są) – aż nadto mamy na to w historii dowodów – żadnym bastionem mądrości, humanitaryzmu, rzetelności, a nawet ścisłości (mówiąc w uproszczeniu: naszą rzeczywistość określa rachunek prawdopodobieństwa, a nie jakieś ścisłe matematyczne równanie). Robienie z nauki (naukowca) idola (jak np. Fauci, którego nie trawię już od dawna) jest jeszcze jednym przykładem bałwochwalstwa. Ale przede wszystkim nauka nie jest w stanie dostarczyć ludziom tego, co jest dla nich najważniejsze w wymiarze egzystencjalnym i eschatologicznym, czyli Sensu (istnienia, życia, Wszechświata).

– Można się zżymać na ludzką głupotę – wiarę w największe absurdy, niedorzeczności, różne odlotowe teorie spiskowe (ja też nie mogę się czasem nadziwić temu jak rozległy jest asortyment bzdur, farmazonów, banialuk, idiotyzmów i bredni w jakie zdolni są uwierzyć ludzie), ale bardziej racjonalne byłoby poznanie źródeł i powodów tej psychologicznej właściwości Homo sapiens, niż wyszydzenie i obśmianie tego. Tym bardziej, że wszyscy bez wyjątku mamy skłonność do poddawania się różnego rodzaju złudzeniom i fikcjom.

6.9/10

*  *  *

Ludzie bezbronni jak dinozaury

.

DOPISEK – CODA

       Muszę powiedzieć, że – choć rzadko to robię – obejrzałem film po raz drugi i za tym drugim razem to on nawet u mnie zyskał. Tak, ogólnie to wydaje się on łopatologiczny, ale jak się tak dobrze zza tej łopaty przyjrzeć, to jest tam kilka(naście) znakomitych (może nawet parę genialnych) scen. Spoza karykatury i przerysowania wyziera czasem znakomite aktorstwo (fantastyczna Cate Blanchett, DiCaprio jakiego nie znamy…) Dowcip niby farsowy – rąbie wprost i wali na odlew – ale często ma też swoje drugie dno, a nawet niuanse. Scenografia i zdjęcia robią wrażenie. No i to wcale niegłupie przesłanie na koniec…

       Tak, kometa, która pędzi w kierunku Ziemi, by unicestwić istniejące na niej życie, to oczywiste odniesienie do grożącej nam katastrofy związanej z ociepleniem klimatu, ale można ją też potraktować jeszcze bardziej metaforycznie: jako zapowiedź śmierci, która czeka przecież wszystkich ludzi – bez względu na to, czy naszą planetę rozniesie w drybiezgi jakiś meteoryt, czy też klimat zmieni się tak, że nie będzie można na tym padole wytrzymać i ludzie wymrą jak muchy, najprawdopodobniej urządzając sobie wcześniej igrzyska śmierci i powtórkę z rozrywki którejś tam z kolei światowej wojny. Do tej pory – jeśli tylko będziemy mieli szczęście tego nie doczekać – wszyscy umrzemy. Ponadto, Apokalipsa nie jest wcale jakąś chorą i nawiedzoną wizją Jana Ewangelisty, ale nastąpi prędzej czy później – planeta Ziemia zostanie w końcu spalona doszczętnie przez wybuchające Słońce. (Tym sposobem metafory te zamieniają się w dosłowność.)

       Jest w filmie scena, w której DiCaprio krzyczy histerycznie (transmitowane to jest przez media, więc słyszą to miliony ludzi na całym świecie): „We all gonna die!!!” (podobną scenę ma również Jennifer Lawrence, notabene jedyna zachowująca się normalnie postać filmu). A jest to nic innego, jak stwierdzenie faktu, o którym wszyscy niby to wiedzą, ale nikt, tak naprawdę, nie przyjmuje tego do wiadomości i w ząb nie ogarnia. Zamiast tego ludzie zachowują się tak, jak gdyby nigdy nic, a całe rzesze oddają się jakimś kretyńskim rozrywkom, poddają ogłupianiu przez media i polityków, podniecają się infantylnymi celebrytami… Dokładnie tak, jak to jest w naszym rzeczywistym (wcale nie filmowym!) świecie i życiu.

       A jakie jest na to lekarstwo? Jaka odpowiedź i rada? Otóż jest to zawarte w jednej z finałowych scen filmu, w której – na przekór rozpadającemu się światu i czekającego wszystkich unicestwieniu – ludzie, siedząc przy jednym stole, spożywają razem kolację, odmawiając wspólną modlitwę (i to bez względu na wiarę w Boga), trzymając się za ręce, wspominając proste przyjemności życia (jak np. pyszną szarlotkę), ocieplając własne serca, kochając się wzajemnie, solidaryzując się w swojej człowieczej (nie)doli…
I jakkolwiek mogłoby się nam to wszystko wydawać trywialne i banalne – nie mamy innego wyjścia, jeśli chcemy obronić się przez rozpaczą i bezsensem.

*  *  *

ALHAMBRA – królewski sen o raju

Owiana nimbem legendy Alhambra, położona w hiszpańskiej Grenadzie siedziba ostatnich mauryjskich władców Al-Andalus, stała się niemal synonimem piękna i czaru – opiewana nie tylko przez romantyków, pisarzy, poetów, ale i słowami zwykłych śmiertelników, którzy mieli to szczęście, by zobaczyć ją na własne oczy. W jednym z zakątków Alhambry wisi na murze tablica, na której umieszczono słowa, jakie zamieszkały w Hiszpanii meksykański poeta Francisco de Icaza skierował kiedyś do swojej, urodzonej w Grenadzie, żony: „Daj mu jałmużnę, kobieto, bo nie ma w życiu większego smutku, jak być ślepym w Grenadzie.”

.

Alhambra

.

       Alhambra, to jedno z tych miejsc na świecie – obok takich jak np. Tadż Mahal w Indiach, Machu Picchu w Peru, Angkor Wat w Kambodży, Bazylika Św. Piotra w Rzymie, piramidy faraonów w Egipcie, czy Chichen Itza w Meksyku – o odwiedzeniu których marzyłem w dzieciństwie, zagłębiony w lekturze książek podróżniczych, przygodowych, historycznych, opisujących dokonania archeologów… Udało mi się to marzenie spełnić, kiedy podczas podróży po Andaluzji stanąłem wreszcie na tarasie Mirador de San Nicolas w Grenadzie, a przede mną roztoczyła się fantastyczna panorama Alhambry, którą z bijącym sercem zacząłem chłonąć, nie mogąc się oprzeć głębokiemu wzruszeniu.

       Myślę, że będzie tu na miejscu przypomnienie kilku słynnych cytatów o Grenadzie (a tym samym o Alhambrze), o której sam Szekspir wyraził się nie bez pewnego przekąsu, jako o miejscu, które każdy szanujący się podróżnik nosi w swoim sercu, nawet wtedy, kiedy… go jeszcze nie odwiedził. A ci, co się tu znaleźli? Lope de Vega pisał w uniesieniu: „Nie wiem, jak nazwać tę ziemię, na której stoję. Jeśli to, co mam pod stopami jest rajem, to czym jest Alhambra? Niebem?” Amerykański pisarz Washington Irving, którego książka „Opowieści z Alhambry, czyli o miłości i innych skarbach” rozsławiła jeszcze bardziej Alhambrę w XIX wieku, wyznał: „Nigdy w życiu nie mieszkałem w miejscu tak zachwycającym i uroczym, i nigdy już takiego nie znajdę.” Z kolei Federico Garcia Lorca uznał, że „Grenada jest doskonałym snem i fantazją, czymś na zawsze niewysłowionym…” Zaś Hieronim Munzer opisał Alhambrę, jako miejsce, gdzie „wszystko jest takie wspaniałe, dostojne, tak wybornej roboty, że ten, kto to ogląda, śni, że jest w raju.”

       To prawda, wypowiedzi te są egzaltowane, choć przesada niekoniecznie kompromituje autentyczne doświadczenie czegoś, czym się naprawdę zachwycamy. Wręcz przeciwnie – jest próbą zmierzenia się z zaskakującym nas pięknem i wyrażenia tego w słowach. Lecz moja wizyta w Alhambrze była czymś więcej niż afektowaną gorączką i wniebowzięciem, chwilową euforią i kolekcją ekstatycznych momentów, które tak naprawdę są tylko częścią prawdy, do której chcemy czasami dotrzeć w naszym ludzkim doznawaniu życia i poznawaniu świata. Tym chciałbym się tutaj z Wami podzielić.

*  *  *

Pałace sułtańskie i Alcazaba – widok z ogrodów Generalife

.

       W szaleństwie królów jest metoda. Ich dążenie do stworzenia raju na ziemi – nawet tego architektonicznego – wydaje się płonne, bo nigdy nie może zostać zrealizowane. Ale to, co zostaje po tych wysiłkach często przynosi władcy coś w rodzaju nieśmiertelności – jego dzieło podziwiane jest przez dziesiątki następnych pokoleń. Wprawdzie sława i chwała królewska przemijają, sami królowie redukują się z czasem do niewiele nam mówiących imion z kolejnymi numerami i przydomkami, jednakże materialny ślad ich dokonań może przetrwać wieki, trwale oddziałując na zmysły i wyobraźnię milionów ludzi, którzy się z nimi stykają na długo po ich śmierci.
Tak jest właśnie z grenadyjską Alhambrą – klejnotem islamskiej architektury i sztuki, niezwykłym dziełem emirów, władców Królestwa Nasrydów, którzy panowali na terenach dzisiejszej południowej Hiszpanii przez dwa i pół wieku, a dokonali tego bardziej dzięki dyplomatycznemu sprytowi niż militarnej potędze. Ich państewko było ostatnim bastionem islamu jaki pozostał z Al-Andalus – jak po arabsku nazywano obejmujące niemal cały Półwysep Iberyjski ziemie podbite przez muzułmanów, którzy na początku VIII wieku najechali je z terenów północnej Afryki.

       Jak na ironię, w tym samym czasie, kiedy Al-Andalus przestało praktycznie istnieć (początek XIII wieku), Muhammad ibn Yusuf Nasr (Muhammad I), został pierwszym władcą Emiratu Grenady, zapoczątkowując dynastię Nasrydów i ustanawiając królestwo, które nie tylko przetrwało 260 lat, ale i znakomicie przez ten czas prosperowało.

       Muhammad I przeniósł się w 1238 roku do Grenady i na wzgórzu, gdzie już wtedy istniały jakieś zabudowania, do których odnoszono się jako al-Hamra (słowo oznaczające coś, co jest „czerwone”) położył fundamenty pod własną rezydencję i fortecę. Prace konstrukcyjne były kontynuowane przez wszystkich jego sukcesorów, kompleks rozbudowywał się i rozrastał – wzniesiono potężną cytadelę (alcazaba), rozkwitło związane z dworem sułtańskim miasteczko (medina), powstawały nowe, coraz piękniejsze pałace. Otoczono to wszystko obronnymi murami i wieżami – a całość zyskała światową sławę pod nazwą Alhambra.
Kres panowania Nasrydów nastąpił w 1492 roku – Muhammad XII Boabdil, ostatni emir Granady, poddał się władcom katolickim: królowej Izabeli Kastylijskiej i jej mężowi Ferdynandowi Aragońskiemu – co jednak nie było końcem przygód Alhambry z architektami, władcami, kolejnymi najeźdźcami, restauratorami i… (w końcu) milionami turystów.

       Rządy Izabeli i Ferdynanda jednoczące królestwo Hiszpanii zapoczątkowały budowę hiszpańskiego Imperium i całkiem możliwe, że zdobycie przez nich Alhambry (i ogólnie: sukces rekonkwisty) było impulsem do stworzenia potęgi kolonialnej Hiszpanii, której pierwszym ważnym posunięciem była wyprawa Krzysztofa Kolumba. Jak wieść niesie, to właśnie w Alhambrze (której upadku Kolumb był świadkiem) otrzymał on od królowej Izabeli zgodę – i większą część środków – na zorganizowanie wyprawy.
Warto też wspomnieć, że w swoim testamencie, Izabela I Katolicka wyraziła wolę, aby jej ciało zostało pochowane na terenie Alhambry. Tak też się stało, ale kiedy zmarł również jej mąż Ferdynand, ich ciała wieczny spoczynek znalazły w przylegającej do grenadyjskiej Katedry Kaplicy Królewskiej (Capilla Real de Granada).
To, że nie zniszczono mauryjskich budowli, ma jednak swoją wymowę i jest być może wyrazem szacunku, jaki żywili katoliccy władcy dla muzułmańskiej sztuki i manifestującego się przez nią piękna.

*  *  *

W drodze na nocleg u stóp Alhambry

       Do Grenady przyjechaliśmy późno w nocy (myślałem, że podróż z Malagi zajmie nam mniej czasu), ale dzięki szczegółowym instrukcjom jakie otrzymałem wcześniej od właściciela hotelu, gdzie mieliśmy spędzić kilka nocy, udało nam się wąskimi uliczkami dotrzeć na miejsce. Nie obyło się przy tym bez przygód: aby wjechać do starego miasta, należało z telefonu znajdującego się przy stalowym palu blokującym drogę zadzwonić na policję i podać nazwę miejsca noclegowego, gdzie zrobiło się rezerwację. Po jej sprawdzeniu, z odległego komisariatu ktoś opuszczał pal (który w pozycji pionowej chował się pod brukiem) i można było jechać dalej… z zawrotną prędkością kilku kilometrów na godzinę. W pewnym miejscu musieliśmy schować boczne lusterka, gdyż średniowieczna uliczka była tak wąska, że mógłbym je zerwać. Później jeszcze szukanie bramy, za którą można było zaparkować samochód i zostawić go tam dla świętego spokoju aż do wyjazdu z miasta (oczywiście nie używaliśmy go ani razu podczas naszego kilkudniowego pobytu w Grenadzie). Lokalizacja apartamentu, w którym zamieszkaliśmy była znakomita: budynek Oro del Darro leżał przy samej Carrera Del Darro, ulicy biegnącej wzdłuż rzeki o tej samej nazwie, za którą – niemal na wyciągnięcie ręki – znajdowała się stroma skarpa wzgórza, na którym ulokowana była Alhambra.

*  *  *

       Następnego dnia, wczesnym rankiem zaczęliśmy się wspinać na górę. Pogoda była piękna, powietrze jeszcze rześkie – w sam raz na zwiedzanie Pałacu Generalife i jego ogrodów, które wprawdzie nie leżą na tym samym wzgórzu, co sułtańskie pałace i twierdza, ale uznawane są za integralną część kompleksu Alhambry. Wydawało mi się, że najlepiej będzie, jak to właśnie od tego miejsca – i o takiej porze – zaczniemy nasze zwiedzanie.

Generalife – letnia rezydencja mauryjskich władców Granady

.

GENERALIFE

       No cóż, wiedziałem, że z oryginalnego pałacu emirów prawie nic nie zachowało się do naszych czasów, nie mówiąc o ogrodach, które wymagają przecież zmiany i kultywacji każdego roku, niemniej jednak wizyta w Generalife dostarczyła nam wielu sensualnych przyjemności i stanowiła znakomite preludium do spotkania z Alhambrą.

       Nazwa Generalife pochodzi od arabskich słów Jannat al-‘Arīf, co tłumaczy się jako Ogród Architekta (ewentualnie Zarządcy). Ten kompleks pałacowo-ogrodowy, położony na sąsiednim wzgórzu, poza murami Alhambry właściwej, emirowie zaczęli budować na przełomie XIII i XIV wieku, jako miejsce, gdzie można się było schronić przed trudami sprawowania władzy i dworskim szmerem. Pałac Generalife stał się rezydencją letnią, bowiem to o tej porze roku wszelkie rośliny przeżywały tam apogeum swojego istnienia i bujności: drzewa i krzewy były najbardziej zielone, kwiaty najbardziej kolorowe, owoce i warzywa najbardziej smaczne i soczyste. Dookoła roznosił się aromat egzotycznych ziół, mieszając się z zapachem kwiatów; w gałęziach buszowały ptaki, a ich świergot – wśród których prym wiodły słowicze trele – rozlegał się w każdym zakątku ogrodu, usłyszeć go można było także w królewskich komnatach.

       Nie bez kozery wspomniałem o owocach i warzywach, bo na stoku i spłachetkach ziemi poniżej rezydencji rosły sady i rozciągały się grzędy warzywne, dostarczając płodów wszelakich dla kuchni królewskiej i co bardziej znaczniejszych dworzan.
Królewskiej kuchni i dworzan już od dawna tu nie ma, a jednak sady i grządki istnieją nadal. I dzisiaj ściany pawilonów Generalife bieleją w słońcu, patia porośnięte są krzewami i kobiercami kwiatów, zraszanymi przez fontanny i irygowanymi przez wodne kanały. Jednakże to, co widzimy powstało głównie w pierwszej połowie XX wieku, sporo jest elementów zapożyczonych z ogrodów hiszpańskich i włoskich, chociaż główny plan pierwotnych zabudowań i ogrodów Nasrydów został zachowany (jak wykazały badania archeologiczne, dzięki którym pod ponad półmetrową warstwą ziemi natrafiono na ślady XIV-wiecznych fundamentów, kanalizacji i wyłożonych kamieniami ścieżek).

Generalife – widok na Patio de la Sultana

.

       Dzięki lokalizacji, widoki jakie roztaczają się z Generalife, są wspaniałe – widać stąd zarówno położone w dolinie miasto, jak i obwarowane murami pałace emirów oraz twierdzę Alcazaba – dwa najważniejsze kompleksy Alhambry. Jeśli uda nam się zgubić tłumne grupy turystów, to spacer wśród fontann, sadzawek, kwietnych klombów i krzewów – po wyłożonych kamienną mozaiką ogrodowych ścieżkach i alejkach – może być całkiem przyjemnym doświadczeniem, choć niekoniecznie musi powalić nas na kolana, bo sam ogród pozbawiony jest jakichś szczególnie rzucających się w oczy wspaniałości (co może być powodem niejakiego rozczarowania). Same pawilony są skromne – ich prosta zabudowa kontrastuje z tym, co sobie mogliśmy wyobrażać o królewskiej rezydencji. Nie ma tu żadnych wytwornych komnat, kolumnady są bardziej elementami konstrukcji, niż manifestacją piękna – mała jest też skala tego wszystkiego, co jednak niekoniecznie musi być wadą, sprowadzając nasze ludzkie doświadczenie do właściwych proporcji. Dziedziniec Wodnego Kanału (Patio de la Acequia) jest główną częścią kompleksu: to długi, wypełniony wodą basen, wzdłuż którego znajdują się dwa rzędy tryskających ukośnie fontann. Z dziedzińcem tym sąsiaduje inny dziedziniec: Patio de la Sultana (znany też jako Patio de los Cipreses) – a oba przedzielone są pokrytym powojami murem.

Wodne Schody

       W Generalife po raz pierwszy możemy też sobie uświadomić, jak ważna dla Alhambry była – i jest – woda. I to w wielu wymiarach: zarówno estetycznych (stanowiąc integralną część architektury), jak i egzystencjalnych (będąc nie tylko czymś esencjonalnym dla podtrzymywania życia ludzi, roślin i zwierząt, ale i manifestacją monarszej władzy i prestiżu, służąc również do dokonywania rytualnych oblucji). To właśnie tutaj, w ogrodach Generalife natrafiam na coś, czego nigdy jeszcze nie widziałem w swoim życiu. Są to Wodne Schody (Escalera de Agua). Jeśli wyobrażamy sobie, że są to schody, po stopniach których spływa woda, to nie jest to dobre wyobrażenie, gdyż woda płynie w… wyżłobieniach balustrady. Płynie do ogrodów, sadów i dalej – do samej Alhambry, która bez niej nie tylko nie byłaby taka unikalna, ale i w ogóle by nie przetrwała.
Dopiero w związku z Wodnymi Schodami dowiedziałem się o Królewskim Kanale (Acequia Real), którym z gór Sierra Nevada, z odległości ponad 6 kilometrów, doprowadzana jest do Alhambry woda. Kanały wodne były tutaj już w czasach rzymskich, ale to Maurowie stworzyli tak doskonały system nawadniania i zbiorników wodnych, dzięki któremu dostarczono też wodę dla potrzeb nowo powstałej Alhambry. Aby tego dokonać, musieli oni niejako rozwidlić rzekę Darro w górnym jej biegu, bo w samym sąsiedztwie alhambryjskich wzgórz płynęła już ona za nisko.
O wodzie zapewne wspomnę, kiedy będę pisał o sułtańskich pałacach (nie sposób tego nie uczynić), jednak już teraz mogę zwrócić uwagę na jej rolę w tworzeniu obecnej w Alhambrze atmosfery: te pluski i szmery, przelewanie się przez czary fontann, sączenie się w kanalikach, kapanie z liści zraszanych krzewów… te drżące refleksy pałacowych fasad w sadzawkach i basenach… wszystko to było świadomą aplikacją zastosowaną przez architektów i twórców Alhambry, nie tylko jako miejsca zamieszkałego przez ludzi, ale i jako dzieła sztuki. Poza tym, jeśli chodzi o samego władcę, to woda stanowiła także manifestację jego siły sprawczej i potęgi – kontroli nie tylko swoich poddanych, ale i samej natury.

*  *  *

Alcazaba – twierdza obronna Alhambry

.

ALCAZABA

       Pałace Nasrydów mieliśmy zwiedzać po południu (bilety wstępu wykupuje się na konkretną godzinę, której należy przestrzegać, w przeciwnym razie tracą one ważność), więc, opuściwszy Generalife, jedną ze wschodnich bram weszliśmy na teren znajdującego się już w obrębie murów miasteczka (mediny). Po niespiesznym spacerze wśród ogrodów, palm, cyprysów i niezwracających większej uwagi budynków, dotarliśmy do położonej na przeciwległym, zachodnim krańcu kompleksu Alhambry, twierdzy Alcazab (słowem tym Arabowie nazywali swoje obronne cytadele).
Z oryginalnej, XIII-wiecznej budowli zostały już tylko mury, bastion i kilka wież, w tym ta najbardziej prominentna – Wieża Obserwacyjna (Torre de la Vela), z której roztacza się zapierający dech w piersiach widok na całą Grenadę, jak również na pozostałe zabudowania Alhambry. Dobrze widoczne stąd są także fundamenty i resztki budynków, tworzące zarys planu mini-miasta, jakie istniało też w obrębie murów obronnych samej cytadeli. Bowiem mieściły się tu nie tylko kwatery załogi twierdzy, ale także składy broni, sklepy, piekarnia, łaźnie… Z góry wygląda to jak labirynt.

       Kiedy Muhammad I, pierwszy emir Królestwa Grenady, przybył tu w 1238 roku, najprawdopodobniej zastał w tym miejscu jakieś fortyfikacje, ale postanowił je rozbudować tak, by spełniały jego dalekosiężne ambicje wielkiego władcy. Jednakże, patrząc z perspektywy wieków, budowa tej potężnej twierdzy miała bardziej znaczenie prestiżowe niż strategiczne. Wynosząc się ponad miastem, widoczna z każdego jego miejsca cytadela, była bardziej militarną manifestacją i zaznaczeniem dominacji, niż przedsięwzięciem, które się miało sprawdzić w wojennej praktyce.
Alcazabę budowano przez półtora wieku, ale najwięcej natrudził się przy tym Muhammad I – o setkach robotników, którzy robili to własnymi rękami, nie wspominając. Tak się złożyło, że materiał budowlany znajdował się tuż obok: całe wzgórze, na którym trwały prace, tworzy tzw. alhambryjski konglomerat – specyficzna mikstura gliny, piasku, kamieni i żwiru, z której przy pomocy wody można otrzymać budulec dość znośny, choć jednak nie doskonały, przez co wieże obronne (a zwłaszcza Torre de la Vela) zaczęły pękać jeszcze w trakcie ich wznoszenia. Zaradzono temu wypełniając położone na niższych poziomach pomieszczenia, które według pierwotnego planu miały być donżonami, gdzie można było mieszkać.
Jak się okazało, Alcazaba nigdy nie została zaatakowana, ani oblegana – nie licząc oczywiście oblegania przez współczesnych turystów, istoty wszak niekoniecznie o aż tak bojowym usposobieniu.

*  *  *

Pałac Lwów – wkraczamy do bajki

.

PAŁACE NASRYDÓW

       Pałace wybudowane przez kolejnych władców mauryjskich z dynastii Nasrydów, to prawdziwe cuda islamskiej architektury i sztuki, jaka rozkwitła w królestwach Al-Andalus na Półwyspie Iberyjskim. To im właśnie Alhambra zawdzięcza najbardziej swoją sławę. To dla nich każdego roku przybywają do Grenady miliony podróżnych z całego świata (przed pandemią ich liczba zaczęła sięgać 3 milionów).

       Po zejściu z murów Alcazaby, w ciągu zaledwie kilku minut znaleźliśmy się u wejścia do pałacowego kompleksu, który znajduje się tuż obok twierdzy. Z bijącym sercem wkroczyłem do środka wiedząc, że przez najbliższych parę godzin świat, poza pysznie zdobionymi salami pałaców, przestanie dla mnie istnieć (choć musiałem też opracować plan manewrów umożliwiających mi uniknięcie licznych turystycznych grup). Często zadzierając do góry głowę, przechodziłem z jednej komnaty do drugiej, podziwiając też po drodze kolejne patia, dziedzińce i ogrody.

       Patrząc z zewnątrz na surowe, pozbawione ozdób pałacowe mury i ściany, nic nie zapowiada splendoru, jaki uderza nas, kiedy już znajdziemy się wewnątrz. Podobno pałace Alhambry miały odzwierciedlać (jak to ktoś określił) godną naśladowania ludzką postawę: „z zewnątrz być skromne, wewnątrz zaś bogate i zachwycające”. Na pewno nie odnosi się ta zasada do całego kompleksu Alhambry, który już z daleka powala człowieka swoim monumentalizmem, lecz jeśli chodzi o same pałace rezydujących tu władców, to trudno o trafniejszą metaforę.

       Muhammad I (panujący w latach 1232-1273), zajęty był budową Alcazaby i dyplomacją (to właśnie ona, a nie militarna siła pozwalała mu zachować niezależność od katolickich władców Kastylii i Aragonii), musiał mieć w Alhambrze swoją rezydencję, ale do naszych czasów nie zachowały się nawet pisemne wzmianki o takowej. Wiemy natomiast, że piąty z kolei król dynastii Abu l-Walid Ismail (1314-1325) wybudował obok Wielkiego Meczetu swoją siedzibę, z której pozostał jedynie ślad w postaci komnaty zwanej Mexuar, po tym, jak Yusuf I (1333-1354) zrównał ją z ziemię, a na jej miejscu postawił Pałac Comares, wraz z najwyższą w Alhambrze wieżą, Salą Ambasadorów i słynnym Dziedzińcem Mirtów. Jednakże, do architektonicznej chwały Alhambry najbardziej przyczynił się Muhammad V (1354–1359 i 1362–1391), za panowania którego zbudowano tutaj najwspanialszą z nasrydzkich rezydencji królewskich: Pałac Lwów z jego oszałamiającymi patiami i komnatami, których splendor przetrwał do czasów nam współczesnych.

Oszałamiające mauryjskie łuki Alhambry

.

       O nasrydzkich pałacach można napisać książkę, jednak w tym miejscu postaram się tylko wspomnieć o najważniejszych jego częściach – w takiej kolejności, jak sam je dla siebie odkrywałem.

       Mexuar (nazwa pochodzi od arabskiego słowa Maswar oznaczającego salę konferencyjną, gdzie zbierała się Rada Ministrów, i w której niekiedy wyrokował sam sułtan) jest najbardziej eklektycznym pomieszczeniem kompleksu, dziesiątki razy przerabianym, w różnym czasie, przez różnych władców, i to nie tylko muzułmańskich, ale i katolickich. Lecz mimo, że nie cechuje się on architektoniczną jednością, to poszczególne jego fragmenty są nad wyraz interesujące. Zwraca uwagę kasetonowy sufit, dzieło chrześcijańskich stolarzy, z belkami podpartymi kolumnami. Zdobią je mauryjskie konsole, gdzie po raz pierwszy spotykamy się z najbardziej chyba charakterystycznymi elementami pałacowych zdobień zastosowanymi przez nasrydzkich sztukatorów, jakimi były tzw. mukarnas, czyli stalaktytowe ornamenty, przypominające plastry miodu, które zdobią niemal wszystkie pałacowe sale – widoczne na pendentywach dla sklepionych sufitów i kopuł, jak również na znajdujących się nad wejściami łukami.

       Z Mexuaru, przez dziedziniec, wchodzi się do Złoconego Pokoju, zwanym tak dzięki drewnianemu sufitowi pomalowanym w złote wzory. Stąd, w obramowaniu z łuków i kolumn, można zobaczyć ozdobioną ceramicznymi płytkami fasadę PAŁACU COMARES, którego głównymi częściami są imponująca Sala Ambasadorów oraz elegancki Dziedziniec Mirtów ze stawem biegnącym niemalże przez całą jego długość.

       Sala Ambasadorów jest miejscem, gdzie w już całej okazałości uwidacznia się to, jak wielkimi mistrzami byli ludzie, którzy pałace Nasrydów zaprojektowali, wybudowali i ozdobili. Wcale bym nie przesadził, gdybym na ich określenie użył słowa „genialni”. To bez wątpienia najbardziej majestatyczna sala Alhambry. Trudno się zresztą dziwić, bo była ona zarazem salą tronową, w której sułtan udzielał audiencji. Mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów (oparta na planie kwadratu o bokach 11.3 x 11.3 m i wysoka na 18.2 m), dzięki doskonałym rozwiązaniom z użyciem matematycznych wzorów, odpowiedniemu usytuowaniu wnęk i specjalnemu oświetleniu, do dzisiaj sprawia wrażenie iście królewskie. Z taką też myślą ją zbudowano: ci, którzy tutaj wkraczali, natychmiast musieli zdać sobie sprawę z tego, z jak wielkim władcą mają do czynienia.
Arcydziełem jest już sam sufit Sali Ambasadorów składający się z ośmiu tysięcy cedrowych klepek ułożonych tak, by mozaika symbolizowała Siedem Niebios Islamskiego Raju, z boskim tronem pośrodku otoczonym przez gwiazdy.
Cała Sala – wraz z łukami, niszami i wszystkimi ścianami – pokryta jest ozdobnymi inskrypcjami, którymi są wersety z Koranu oraz poematy nadwornych poetów, w tym największego z nich: Ibn Zamraka. Przy tej okazji można wspomnieć o tym, że we wszystkich pałacach Alhambry można się spotkać z tysiącami epigrafów. Najczęściej wypisywano pochodzące z Koranu motto Nasrydów: „Nie ma zdobywcy nad Allacha”, ale – jak już wspomniałem – także najwyższej klasy poezję, którą można (jeśli tylko zna się język arabski) sczytywać nie tylko ze ścian i sufitów, ale i z każdej powierzchni, na jakiej można było umieścić epigraf, czyli na framugach, kolumnach, alfizach, fontannach… Jak ktoś zauważył, gdyby nawet usunięto z pałaców Alhambry dachy, posadzki i mury, a zostawiono tylko napisy i wodę, to istota tych pałaców pozostałaby nienaruszona.

       Według Koranu Allach jest tym, który stwarza, podtrzymuje i zrządza, a jego kreacja odbywa się w trzech różnych wymiarach, dotycząc Universum, Natury i Człowieka. Twórcy Alhambry – w jej architekturze i dekoracjach – starali się połączyć te elementy: geometria (matematyka) reprezentuje porządek Wszechświata, elementy roślinne i woda odnoszą się do świata naturalnego, zaś słowa do człowieka.
Warto zdawać sobie z tego wszystkiego sprawę, kiedy tak zadzieramy w Alhambrze głowę do góry, uważając, aby zupełnie nie opadła nam szczęka.

Dziedziniec Mirtów z odbijającą się w wodzie galerią prowadzącą do Sali Ambasadorów w Wieży Comares

.

       Z Sali Ambasadorów, przez Salę Łodzi (która powinna się nazywać Salą Błogosławieństwa, gdyż arabskie słowo baraka, jakim muzułmanie nazywali salę, nie ma nic wspólnego z hiszpańskim barca oznaczającym łódź) i galerię wchodzi się na Dziedziniec Mirtów, wcześniej zwany Dziedzińcem Stawu, gdyż znajduje się tu zajmujący większość powierzchni dziedzińca wodny basen, wysadzony po obu stronach mirtem. Robi się jasno i przestrzennie – ściany dziedzińca, za którymi kryje się szereg komnat bieleją jaskrawo w słońcu, w stawie odbija się na zielono mirtowy żywopłot, wspomniana galeria kolumn i łuków oraz najwyższa w Alhambrze wieża: Torre Comares. Skromnie, ale jakże przy tym malowniczo.

       Z Pałacem Comares sąsiaduje wybudowany za czasów panowania Muhammada V bajeczny PAŁAC LWÓW (Palacio de los Leones) – szczytowe osiągnięcie nasrydzkiej sztuki. Wkraczając na Dziedziniec Lwów, przenosimy się do wspaniałego świata harmonii i estetycznego piękna – do miejsca, gdzie nasze zmysły, poddając się grze światła i cienia, dyskretnym kolorom, szmerowi wody… mogą zażywać chwil niewysłowionej przyjemności. Wspaniałe zdobienia ścian i sufitów sąsiadujących z dziedzińcem sal są doprawdy zdumiewające. Patrząc na nie możemy odnieść wrażenie, że stworzyła je jakaś nieziemska siła. Z czystym sumieniem mogą tutaj napisać, że Pałac Lwów to jedno z najbardziej niezwykłych, wypełnionych pięknem miejsc, jakie widziałem w moim życiu.
Centralną część pałacu stanowi otoczony z każdej strony galeriami Dziedziniec Lwów. Galerie tworzą wysmukłe kolumny i łuki – podobnie jak to ma miejsce w katolickich klasztorach. Niektórzy historycy sztuki uważają, że styl ten – zapożyczający z architektury chrześcijańskiej – zawdzięcza się przyjaźni Muhammada V z królem kastylijskim Piotrem I Okrutnym. Ciekawostką jest to, że architekci muzułmańscy inspirowali się tutaj dziełami architektów chrześcijańskich, którzy wcześniej inspirowali się architekturą i sztuką islamską. Zaznaczyć jednak trzeba, że w rezultacie powstał obiekt unikalny, w charakterystycznym stylu Nasrydów.
W samym środku dziedzińca znajduje się słynna, wypełniona wodą, alabastrowa misa spoczywająca na grzbietach 12 lwów. Z ich pysków tryska woda. W kierunku misy, z czterech kardynalnych stron świata – ze źródeł usytuowanych w samym środku komnat – płynie kanalikami woda, mająca symbolizować cztery rzeki raju. W związku z tym cały dziedziniec można uznać za architektoniczną materializację Edenu, co narzucało się jeszcze bardziej, kiedy (jak się sądzi, choć nie z całą pewnością) między kanałami istniały klomby wypełnione kobiercami kwiatów i ozdobnych krzewów.
Po siedmiuset latach na brzegach misy dźwigającej lwy można przeczytać poezję Ibn Zamraka:

Fontanna Lwów nocą

Cóż za przeświecająca czara, wyrzeźbiona perła!
Srebrzyste fale wzbudzane przez cichą rosę.
Płynne srebro płynie przez stokrotki,
topniejące i coraz bardziej czyste.
To, co twarde i miękkie jest tak blisko siebie,
że trudne do odróżnienia.
Płynne i stałe, marmur i woda – co z tego płynie?
Czy nie widzisz, jak woda przelewa się przez krawędzie
a dreny próbują temu zaradzić?
One są jak ten kochanek, który próżno
próbuje ukryć łzy przed swoją ukochaną.

.

       Z Dziedzińca Lwów wchodzi się do kilku komnat, których sklepienia onieśmielają swoim przepychem. Zdobią je tysiące mukarnas tworzących misterną mozaikę niezwykłych kształtów. Dzięki nim – i szczególnym umiejscowieniu okien – zachwycić może stale zmieniająca się gra światła i cienia. To powoduje, że patrząc na te pyszne sufity mamy wrażenie, jakby unosiły się one nieważko w powietrzu. Niczego podobnego nie widziałem dotychczas w swoim życiu, więc było to dla mnie niesamowite doświadczenie – nie tylko wizualne, ale i psychiczne.

       Po stronie wschodniej Dziedzińca Lwów znajduje się Sala Mukaranas (Sala de los Mocárabes). Niestety eksplozja pobliskiej prochowni w XVI wieku zniszczyła same mukaranas, więc niewiele zostało tu z wcześniejszego przepychu, który na szczęście przetrwał we wszystkich pozostałych salach pałacu: w znajdującej się po przeciwległej, wschodniej stronie dziedzińca Sali Królów (Sala de los Reyes), Sali Abencerrajes (Sala de los Abencerrajes) po stronie południowej oraz Sali Dwóch Sióstr (Sala de Dos Hermanas), Sali Balkonów (Sala de los Ajimeces), Miradoru Daraxa (Mirador de Daraxa) w północnej części pałacu. Każda z tych sal ma swój charakter i pyszni się swoim rodzajem piękna, którego nie sposób jest opisać w słowach. Mam nadzieję, że ilustrujące ten tekst fotografie choć w pewnym stopniu oddają ich magię. (Wśród nich znajdują się również i te, które zrobiłem podczas drugiej, nocnej wizyty w pałacach Nasrydów, dostarczającej zupełnie innych wrażeń, niż ich zwiedzanie za dnia.)

       Po opuszczeniu królewskich pałaców, można odetchnąć w ogrodach, które powstały na terenie dawnej arabskiej mediny. Niewiele pozostało z tego sąsiadującego z rezydencjami władców miasteczka (które w czasach mauryjskiej świetności mogło liczyć około pięciu tysięcy mieszkańców), ale i tutaj natrafić można na kilka ciekawych obiektów, jak np. Wieża Dam (Torre de las Damas), gdzie notabene znajdują się najstarsze zdobienia, jakie przetrwały z czasów panowania dynastii Nasrydów. Nie sposób nie wspomnieć też o Pałacu Karola V, wybudowanym w XVI wieku przez wnuka Izabeli I Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego. Monstrualny masyw (niedokończonego) pałacu rzuca się w oczy, ale według mnie jest bardziej niepożądanym wtrętem burzącym integralny charakter Alhambry stworzonej przez muzułmanów, niż godnym większej uwagi obiektem.

*  *  *

Sala Królów w Pałacu Lwów

.

POSŁOWIE

       Kilka uwag na koniec. Kiedy tak czytałem życiorysy poszczególnych władców z dynastii Nasrydów rezydujących w Alhambrze, to uderzył mnie olbrzymi kontrast między pełną knowań, przemocy, zdrady, okrucieństwa i walki burzliwością ich egzystencji a niezwykłym pięknem pałaców, w których mieszkali, o rajskości ogrodów nie wspominając. Większość z 23 emirów nie zmarła śmiercią naturalną – została zamordowana, otruta, zatłuczona… i to nie tylko przez swoich politycznych wrogów, ale i członków własnej rodziny: syn zabijał ojca, brat brata… Cały okres 260-letniego istnienia Królestwa Granady to jedno pasmo intryg, podstępów i zdrad, walki o władzę, ziemię i miasta, zawiązywania i zrywania sojuszów…
A mimo to powstało takie cudo, jak Alhambra. Podczas gdy obszar Al-Andalus się kurczył wskutek podbojów dokonywanych przez katolickich władców Aragonii i Kastylii (tzw. rekonkwista), w Grenadzie znalazła schronienie umysłowo-artystyczna muzułmańska elita. Uczeni studiowali tu i przepisywali starożytne pisma, filozofowie myśleli, poeci pisali wiersze, artyści tworzyli piękne artefakty i wzory… Kwitł handel, rzemiosło i ogrodnictwo. Dzięki temu Królestwo Grenady było na tyle bogate, że mogło składać coroczne, olbrzymie daniny władcom Kastylii, których de facto było wasalem. Inna sprawa, że swoich poddanych sułtani także obciążyli wielkimi podatkami (Muhammad I zgładził nawet jednego ze swoich poborców podatkowych, który niewystarczająco przykładał się do pracy).

        Podziwiając piękno Alhambry z wielu spraw nie zdajemy sobie sprawy. Np. z tego, w jak okropnych warunkach i morderczym znoju pracowali ci, którzy wznosili mury obronne twierdzy. Ani też z tego, jakim ciężarem dla całego społeczeństwa było utrzymanie króla, jego dworu tudzież umożliwianie mu spełniania jego architektonicznych ekstrawagancji. Nie wiemy, kto tak naprawdę – swoimi rękami, wykorzystując własną wiedzę, talent i umiejętności, a w niejednym przypadku swój geniusz – budował i ozdabiał te wszystkie pyszne pałace. Prawie nikt z tych milionów zwiedzających każdego roku Alhambrę nie ma pojęcia co działo się przez wieki z jej mieszkańcami – jak wyglądało tu życie, nie tylko królów, ale i wszystkich warstw społecznych, z których każda doświadczała przecież czegoś innego.
Czy współczesny zachwyt nad estetycznym pięknem Alhambry, jakiego doznają ci, którzy mieli to szczęście, aby się w niej znaleźć, jest wystarczającą kompensacją owej ignorancji i niewiedzy? Czy obecne tu piękno jest w stanie wypełnić pustkę, jaka powstała po żywych ludziach, jacy przez wieki mieszkali w Alhambrze?

*  *  *

Panorama Alhambry z rozłożonymi poniżej średniowiecznymi zabudowaniami muzułmańskiego Albaicín

.

.

Mexuar

.

.

Sala Ambasadorów (Pałac Comares)

.

.

Łuki Alhambry (Pałac Comares)

.

.

Sala Abencerrajes (Pałac Lwów)

.

.

Mirador de Daraxa (Pałac Lwów)

.

.

Sala Dwóch Sióstr (Pałac Lwów)

.

*  *  *

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

(Część zdjęć jest autorstwa mojej żony, Anny.)

.