BOHATER CZY PSYCHOPATA? (o filmie Clinta Eastwooda „Snajper” dialog z Tamaryszkiem)

Chciałem napisać o tym filmie, bo porusza on dylematy, które zawsze mnie interesowały i dotykały, ale czułem jakąś wewnętrzną blokadę. Tak było do czasu, kiedy trafiłem na stronę Tamaryszka, która (który?) – będąc rasową kinomanką, a na dodatek świetną polonistką – pisze bardzo ciekawe, wnikliwe i analityczne teksty o filmie. Mój krótki, wypełniony nieco gorzką żółcią komentarz na temat ostatniego filmu Clinta Eastwooda, stał się początkiem – myślę, że interesującej – rozmowy o obrazie uznanego reżysera, w której, jak sadzę, udało mi się przekazać to, co myślę o „Amerykańskim Snajperze”.

.

Amerykański bohater zwany Legendą - na swoim koncie ma zabicie (oficjalnie) 160 irakijskich "dzikusów", co wielu Amerykanów doprowadziło do patriotycznej ekstazy.

Amerykański bohater zwany Legendą – na swoim koncie ma zabicie (oficjalnie) 160 irackich „dzikusów”, co wielu Amerykanów doprowadziło do patriotycznej ekstazy.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Właśnie obejrzałem „Amerkańskiego snaipera”. Film tak naprawdę dla mnie obrzydliwy (choć od strony filmowego rzemiosła dobry). Jechać do obcego kraju zabijać jego mieszkańców – w imię urojonego zagrożenia i kłamliwego oskarżenia – i to z ukrycia!!! I z takiego człowieka robić narodowego bohatera! Czysty szowinizm!
Według mnie ten snajper był psychopatą i zabójcą, a nie bohaterem. Ta wojna, moim zdaniem, nie była etycznie usprawiedliwiona, dlatego poczynania tego człowieka uważam za zbrodnię (to, że wynikającą z bezmyślności, pseudo-patriotycznego zaczadzenia i prania mózgu, niczego tu nie usprawiedliwia). To może okrutne, co napiszę, ale śmierć z ręki innego szaleńca jaka spotkała snajpera, uważam za pewną sprawiedliwość losu. (Sorry, ale takie mam niepoprawne politycznie – i może bezlitosne – myśli w związku z tym filmem.)

TAMARYSZEK: Ostro oceniasz. Nie bez racji.
Ja bym dała tematowi szansę. Choć podział na wilki-owce-owczarki jest dużym uproszczeniem, to sytuacja żołnierza mającego ochraniać swoich poprzez uśmiercanie potencjalnych agresorów (tak, to kontrowersyjne i używam słowa tylko w kontekście militarnym), jest ciekawa. Za daleko poszedł Eastwood w uproszczenia.
Stąd niezrozumiały zachwyt nad bohaterstwem. Ani bohaterstwa, ani sensu w misji Kyle`a trudno się dopatrzyć. Nawet gdyby zawiesić Twoje zarzuty (te wynikające z poglądów) i zająć się tylko robotą filmową.
Mnie irytowało pokazanie motywacji postaci. Tato powiedział jakieś święte słowa, których on nigdy nie próbował weryfikować. Zapalił się do misji, oglądając relację medialną m.in. z ataku na WTC. Padają tam takie słowa: „co oni robią naszym?!” – i to cała motywacja. Odwet, zemsta, niezrozumienie – proste środki.

Gdzieś w tym temacie jest potencjał. Ale trzeba by wyjść poza tę zbyt „amerykańską” definicję patriotyzmu i wiarę, że istnieje jedna słuszność. Cudzysłów celowy, bo wyobrażam sobie, że nie można tej formuły przypisać całej Ameryce. Choć jednak niepokoją mnie medialne donosy o popularności „Snajpera”.

Rozumiem, że ceniąc filmowe rzemiosło, masz na myśli robotę operatora, montażysty etc…, tych, którzy pracowali nad oddaniem klimatu tej wojny. Zgoda.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Oceniłem ostro (bo emocjonalnie) pewnie dlatego, że napisałem ten komentarz na gorąco, zaraz po obejrzeniu „Snajpera” i jeszcze nie ochłonąłem z… niesmaku (może nawet oburzenia?) jakie ten film we mnie wywołał. Ja niestety nie mogłem patrzeć na obraz Eastwooda tylko jak na film (być może jest to jakiś mój percepcyjny błąd?), zawieszając na dodatek przy tym swoje poglądy (a na wojnę w Iraku mam pogląd dość jednoznaczny). Kiedy więc widziałem jak dzielni żołnierze amerykańscy włamują się do prywatnych domów mieszkańców kraju, który zaczęli okupować (kto tu jest agresorem?), kiedy słuchałem jak Irakijczyków nazywa się (raz po raz) „dzikusami” (savages), odhumanizowując ich po to, by łatwiej było ich zabijać… (wiele było takich elementów w tym filmie, które wzbudzały moją idiosynkrazję) to… najpierw szlag mnie trafiał, potem czułem się źle, a wreszcie zrobiło mi się strasznie… hm… przykro, smutno? To niestety rzutowało na mój odbiór całego filmu.

Ale jednak najbardziej przygnębiła mnie narodowa euforia, z jaką Amerykanie przyjęli ten film – to, że stał się on takim patriotycznym „hitem”.

Eastwood, którego skądinąd cenię, lubię i szanuję, ma u mnie za ten film krechę (starcza demencja? – chyba nie, bo nadal jest on tutaj sprawnym reżyserem; pomieszanie z pogubieniem? – być może, bo słyszałem takie jego wypowiedzi, które same sobie zaprzeczają*).

Tak, pisząc o sprawnym rzemiośle, miałem na myśli głównie techniczne aspekty filmowej roboty. Również siłę kreacji Coopera.

Nie rozumiem Eastwooda. Był on przecież zadeklarowanym przeciwnikiem wojny w Iraku, sam o sobie mówi, że jest raczej jak gołąbek, a nie jastrząb, a tu jednak gloryfikuje zabijanie (robiąc bohatera z killera). Nic w jego filmie nie wskazuje na to, jak wielką pomyłką (i de facto zbrodnią, bo pod względem etycznym nie można tej wojny usprawiedliwić) była agresja amerykańska na Irak (setki tysięcy ludzi straciło życie, zrujnowany i zdestabilizowany do dzisiaj kraj – na tym właśnie podłożu wylęgła się żmija ISIS). Zamiast tego mamy dość prymitywne wstawki np. z 9/11 jako psychologiczne usprawiedliwienie postawy snajpera. (Cienkie to, cienkie… a może on po prostu lubił strzelać i był w tym dobry, wiec go zaangażowano do odstrzału „wroga” ?)** Nota bene, twierdził on (mam tu na myśli postać rzeczywistą) z całym przekonaniem, że wśród tych kilkuset osób, które zabił, nie było ani jednego dobrego człowieka (wszyscy byli „bad guys”). Kolejny dowód na motywacyjny i ekspiacyjny prymitywizm tego człowieka pod tym względem. I z takiego kogoś robi się w tym filmie herosa (ponoć to właśnie Eastwood obiecał ojcu snajpera, że w swoim filmie jego syna ukaże jako bohatera).
Żeby było ciekawiej, kiedy Eastwoodowi przedstawiono opinię znanych w Ameryce osób publicznych (mało, bo mało, ale kilka się takich znalazło), że snajper był psychopatą, to odpowiedział: „And they were right”.
I bądź tu mądry… Bo przecież nie wierzę, że Clintowi chodziło głównie o kasę – film zrobiony za marne 50 mln, zarobił już blisko pół miliarda dolarów. To też mi się średnio podoba, choć nie o kasę tu jestem zazdrosny, ale boli mnie owczy pęd z jakim Amerykanie popędzili do kina, by zobaczyć swojego bohatera o tak wątpliwej proweniencji. (Może w ten sposób zabijają w sobie świadomość, jak wielką klęską było ich wojna w Iraku? Forma kompensacji za poczucie coraz mniejszej skuteczności mocarstwowej Ameryki w globalnej skali?)

TAMARYSZEK: Dzięki za komentarz. Nie mam takiego rozeznania w temacie. Tym ważniejsze są dla mnie Twoje spostrzeżenia stamtąd, tzn. ze świata, z którego wyrósł i bohater, i reżyser. Eastwooda cenię. To co robi w Snajperze – dziwne, niejednoznaczne, jednak niezupełnie czyste.

Odniosę się do kilku tylko spraw.
A propos języka. Uprzytomniłeś mi te częste rzeczywiście zwroty pod adresem tubylców. Dzikusy. Pamiętam tę scenę, kiedy Snajper po trafieniu mężczyzny obserwuje chłopca. Chłopiec podchodzi, wyciąga zmarłemu broń (nie umiem nazwać co to), próbuje skierować ją na wroga. „Zostaw, gnoju” – mówi Kyle.
I to jest ciekawa sprawa. Bo – po pierwsze Kyle nie musiał tego mówić z nienawiścią, tylko zaklinał rzeczywistość, żeby mały odszedł, i by on nie musiał do niego strzelać. Po drugie – wyobrażam sobie, że taka jest językowa rzeczywistość. Wroga się bezcześci językiem. Wątpliwości się neutralizuje. Może – to nie cynizm – m.in. tym sposobem formuje się morale? Bo wróg nazwany dzikusem jest jak szkodnik do usunięcia. Chodzi mi o to, że to jest dopuszczalne, że tak mówią żołnierze. Problem w tym, że Eastwood nie zrobił niczego lub zrobił za mało, by to zrównoważyć. Zostawia widza z tymi „dzikusami”, każe nam podobnie myśleć i czuć. A to jest absolutnie niedopuszczalne. Z powodów, o których piszesz.
Uderzam głównie w Eastwooda. Poszedł na skróty. I – no cóż – na jego konto trzeba zapisać podgrzewanie głupiego szowinizmu.

Mój odbiór był taki, że reżyser nie dopracował postaci. I tu się mogłam mylić. Jeśli Kyle był rzeczywiście tak prosty i nieskomplikowany jak postać, którą odtwarza Cooper. Cooper, który to, co miał do zagrania, zagrał OK. Tylko – i tak się nakręca spirala – w imię czego?

Wrócę jeszcze do warsztatu filmowego. Eastwoodowska wizja patriotyzmu budzi sprzeciw również na poziomie formalnym. Sceny, które mogłyby mieć znaczenie, są spalone przeszarżowaniem. Brakiem dystansu i przesadnym dopowiadaniem. 
Dwa przykłady. Pierwszy – gdy Kyle zabija najlepszego strzelca tubylców, który nie raz zadał Amerykanom szyku, m.in. zmasakrował twarz przyjaciela Kyle`a. Moment odwetu. I komentarz stojącego obok żołnierza, który kilkakrotnie (!) powtarza, że ów przyjaciel byłby ze Snajpera dumny. Drugi przykład – spotkanie na amerykańskiej ziemi: beznogi weteran i Kyle z synkiem. Mężczyzna przypomina, że zawdzięcza Snajperowi życie. Jest patetycznie. Ale jeszcze do ocalenia, gdyby tylko Eastwood chciał. Chyba nie chciał, bo pozwala facetowi klęknąć przed chłopcem (który swój rozum ma i już kontaktuje, że ojciec jest ok) i wypowiedzieć wszystko do końca. „Twój tata to bohater”. 
Nawet gdybyśmy przyglądali się mniej kontrowersyjnej postaci, nie trzeba mówić czegoś, co jest wystarczająco jasne dzięki sytuacji, obrazowi, spojrzeniom i innym filmowym środkom wyrazu. Film kuleje na obie nogi – problemową i warsztatową. Aż dziw, że tak prosto wchodzi w społeczny odbiór.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: O tak, wroga się odczłowiecza na wiele różnych sposobów. Jednym z nich jest właśnie to bezczeszczenie językiem, o którym wspominasz***, ale nie tylko – wystarczy przypomnieć sobie, co robili amerykańscy żołnierze z więźniami w Abu Ghraib (swoją drogą czekam na film o amerykańskich zbrodniach w Iraku, jak np. wymordowanie całej irackiej rodziny przez amerykańskich marines, po uprzednim zgwałceniu przez nich kobiet – ciekawe czy się doczekam?), gdzie upokarzano i torturowano Irakijczyków.
Jeśli odczłowieczaniem wroga buduje się „morale”, jak piszesz, to jest to raczej a-morale. Niestety, żołnierze w warunkach bojowych stają się powodowanymi instynktem zwierzętami – swego rodzaju automatami – maszynami do zabijania. Nie wiem, czy sobie przypominasz, że w jednym z moich tekstów o wojnie „Czas przemocy” (wiem, że go czytałaś, bo pamiętam Twój komentarz) cytowałem płk. dr. med. Jana Wilka (pełniącego w polskiej armii funkcję “naczelnego psychiatry wojskowego”), który podczas wywiadu udzielonego „Polityce”, powiedział m.in.: „(Żołnierz) musi więc mieć specyficzne cechy osobowości, które występują w niektórych rodzajach psychopatii lub socjopatii.”
P: Jakie to cechy?
Wilk: “Obniżony lęk przed śmiercią, zdolność do użycia siły, w tym zabijania z pełną świadomością, umiejętność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom (…). Żołnierz jest przeznaczony do tego, żeby jak najbardziej precyzyjnie zabijać i samemu nie dać się zabić. (…)”
P: Więc przygotowanie do zawodu polega na skrzywieniu psychiki kandydata?
Wilk: “W psychiatrii nazywa się to PSYCHOPATYZACJĄ zawodową albo społecznie użyteczną.”

Choć (mimo mojej niechęci do wojska) nie podzielam radykalizmu Wilka (sam przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy czytałem te jego wypowiedzi), to jednak uderza trafność jego spostrzeżenia w kontekście postaci filmowego snajpera.

Zgadzam się: Eastwood poszedł na skróty, także tworząc ekranową postać Chrisa, która w sumie jest jednak dość kartonowa (Cooper próbuje ją jakoś ożywić, nasączyć psychologiczną intensywnością, ale chyba scenariusz mu na to niezbyt pozwala, więc gra on głównie oczami i mimiką – tak jakby chciał rozsadzić postać prymitywnego w sumie człowieka jakimś większym znaczeniem, nadać jej głębi, wyższego sensu, ukazać jego moralne rozterki… Ale to trudno zrobić w środku jatki, jakiej film Eastwooda (specjalisty przecież od batalistycznego naparzania się i strzelaniny) nam nie szczędzi. Stosunek Chrisa do rodziny**** też – wbrew pozorom – nie jest skomplikowany, bo wszyscy żołnierze cierpiący na PTSD zachowują się tak samo: tracą kontakt ze swoim otoczeniem, narkotyzują się lub upijają, żyją w swoim świecie wojennej traumy, zrywają się ich więzi rodzinne… etc. (PTSD właśnie bardzo „spłaszcza” człowieka, zwłaszcza tego, który dotychczas był już cokolwiek płaski.)

Też się kołata w mojej głowie pytanie: w imię czego?
W imię czego Eastwood nakręcił film (chyba jednak wbrew sobie)?
W imię czego talent Coopera męczy się z takim prymitywem jak Chris?
Obawiam się, czy aby odpowiedź na te wszystkie pytania nie jest jednak trywialna.

Dziwisz się, że film tak prosto wchodzi w społeczny odbiór? Może właśnie wchodzi tak prosto dlatego, że jest taki „łopatologiczny” (o tej łopatologii świadczą choćby te przykłady, które podałaś) – a publika to z łatwością łyka.

TAMARYSZEK: Społecznie użyteczna psychopatyzacja… Trudno komentować. Absurdalnie jest ten świat poskładany. Jeśli wydrążeni z uczuć i refleksji żołnierze są wytworem (albo efektem) celowego formowania, wydobywania z nich tego, co wyrasta z instynktu, to nie wiadomo, czym bardziej się przerażać. Efektem czy obróbką? Czy zgodą owiec na kastrację owczarków?

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Owczarków wcale nie musi się – i nie powinno – kastrować. To są mądre psy, nawet ze swoimi hormonami. W przeciwieństwie do mężczyzn – żołnierzy, którym testosteron (o wojskowej musztrze i indoktrynacyjnym praniu mózgu nie wspominając) często odbiera rozum.
Swoją drogą ten podział na owce, wilki i psy pasterskie, (który wpaja do głowy małego Chrisa jego ojciec) jest niebywale infantylny – a urasta w filmie Eastwooda niemal do rangi konstytucji światowego porządku, staje się czymś w rodzaju motywacyjnego credo bohatera „Snajpera”. Zresztą, w dziele Eastwooda jest niestety znacznie więcej takich „kwiatków”.
Poza tym, sugerowanie, że film ten jest filmem antywojennym (jak robi to reżyser i całe gremium zachwyconych „Snajperem” krytyków) jest według mnie – jeśli nie obłudą – to skrajnym okłamywaniem innych i siebie samego. Żaden naprawdę uczciwy film antywojenny nie wywołuje u widza aplauzu i satysfakcji z tego, że jeden człowiek zabija drugiego człowieka (na dodatek odhumanizowanego); nie ukazuje zabijania jako bohaterstwa; nie powoduje też, że widz napawa się prezentowaną mu widowiskowo na ekranie batalistyką – wszystkimi tymi wybuchami i całą tą strzelaniną – a z tym mamy do czynienia w „Snajperze” na każdym kroku*****. Skądinąd wiem (i wiedział o tym na pewno Eastwood), że dla Kyle’a zabijanie było przyjemnością (sam się bowiem do tego przyznaje w swojej autobiograficznej książce). Czy takiego człowieka wybiera się jako bohatera filmu antywojennego – zwłaszcza, że nie kwestionuje się w nim jego ideologicznej i moralnej postawy, a wprost przeciwnie: dokonuje się apologii uznania go za bohatera i patriotę?
Smutny to film. I przewrotny.

greydot

PS. Chris Hedges, były długoletni korespondent zagraniczny „New York Timesa”, tak napisał o „Snajperze”: „Film gloryfikuje najgorsze przywary amerykańskiego społeczeństwa: kult broni palnej, ślepe uwielbienie dla armii, wiarę w cywilizacyjną wyższość Ameryki i jej posłannictwo w niesieniu dobra i poprawianiu innych, dzikich i błądzących; groteskową obyczajowość macho, w której litość i współczucie stanowią oznaki słabości; nie przyjmowanie do wiadomości niewygodnych faktów i historycznej prawdy; niezachwianą wiarę, że Bóg jest z nami. (…) Nie brakuje ćwierćinteligentów skrzywionych przez tę hierarchię wartości. Jednego z nich, George’a W. Busha, wybraliśmy na prezydenta. Pełno ich w wojsku i kościołach. Oglądają Fox News i naprawdę w to wierzą. Nie interesują się światem, nie rozumieją go, żyjąc w swoich zamkniętych społecznościach. Są dumni z własnej ignorancji i antyintelektualizmu. Wolą oglądać mecze i pić piwo, niż przeczytać książkę. Uważają się za dobrych, wszyscy inni są źli.”

I coś w tym jest. Z kolei magazyn „Rolling Stone” obwieścił, że „‚American Sniper’ is too dumb to criticize” („‚Amerykański snajper’ jest zbyt głupi, żeby go krytykować”) – i także w tym coś jest. Warto zresztą przytoczyć tu fragment recenzji jaką zamieścił ten tygodnik: „‚Snajper’ to film, w którym polityka jest tak nonsensowna i idiotyczna, że w normalnych okolicznościach byłby on poniżej wszelkiej krytyki. Jedyną rzeczą, która zmusza nas do potraktowania go serio jest niezwykły fakt, że niemal identyczne widzenie świata opanowało kurzy móżdżek (‚walnut-sized mind’) prezydenta, który wplątał nas w tę absurdalna wojnę. To właśnie fakt, że film jest tak popularny, i ma sens dla tak wielu ludzi – to jest rzeczywistym problemem.”

A jednak recenzje o podobnej wymowie były w zdecydowanej mniejszości. Dominowały te, które film Eastwooda chwaliły, albo się wręcz nim zachwycały, jak np. ta w „New Yorkerze”: „Zarówno powalający (‚devastating’) film wojenny, jak i powalający film antywojenny – powściągliwa (‚subdued’) celebracja zręczności wojownika i pełen żalu lament nad jego osamotnieniem i nieszczęściem.” (Zdanie to zdumiewa tym bardziej, że ponoć dla „New Yorkera” piszą najbardziej inteligentni ludzie w Ameryce.)

Ja rozumiem to, że każde społeczeństwo potrzebuje patriotycznych bohaterów. Zdaję też sobie sprawę z  mechanizmu kreowania tychże bohaterów: staje się on postacią mityczną, niekoniecznie mającą wiele wspólnego z prawdziwym człowiekiem, którego poddaje heroizacji. Jednak akurat w tym przypadku, obrano sobie moim zdaniem dość marną do tego celu postać, której gloryfikacja stwarza pewne niebezpieczeństwo utrwalania w amerykańskim społeczeństwie szowinistycznych stereotypów, prostackiej wizji świata i źle pojętego – bo bezmyślnego i bezkrytycznego – patriotyzmu. Ponadto Chris Kyle miał to nieszczęście brać udział w wojnie, która była wojną niesprawiedliwą i już ten fakt ustawia jego poczynania w pewnej perspektywie etycznej (o jego psychopatycznej skłonności do zabijania i czerpania z tego satysfakcji, nie wspominając). Bo np. w walce z Niemcami podczas II wojny światowej, taki typ by się nam bardzo przydał. (I to jest właśnie ta wojenna ambiwalencja, która nigdy nie dawała mi spokoju.)

greydot

PRZYPISY:

* Już po napisaniu tych słów trafiłem na jeszcze jedną tego typu wypowiedź Eastwooda (świadczącą o pewnej jego konsternacji poglądowej)  w wywiadzie, jakiego udzielił niedawno reżyser gazecie „Los Angeles Times”: „W swoim długim życiu byłem już i na lewicy, i na prawicy. Teraz nie wiem gdzie jestem. To skłania do cynizmu, zwłaszcza w obecnych czasach.”

** Także i w tym przypadku znalazłem wkrótce potwierdzenie tego przypuszczenia w tym, co napisał sam Chris Kyle w swojej autobiografii. Otóż stwierdza on tam, że dla niego zabijanie to był „fun”, że on to kochał („loved”), dodając: “I hate the damn savages” oraz “I couldn’t give a flying fuck about the Iraqis”. (Podaję za „Guardianem”.) Kyle okazał się również mitomanem: twierdził np. że wraz z kolegą ustrzelił kilkudziesięciu czarnych, którzy plądrowali Nowy Orlean po zniszczeniach jakie dokonał huragan Katrina; albo że zastrzelił dwóch rabusiów, którzy chcieli go obrabować na stacji benzynowej (nic z tego nie znalazło potwierdzenia w faktach). Te ostatnie przechwałki stają się jeszcze bardziej kuriozalne wobec tego, jak Kyle traktował domy Irakijczków, do których się włamywał siłą. Sam się przyznaje: „(I was) …rummaging through the complex to see if I could find any cool shit – money, guns, explosives. The only thing I found worth acquisitioning was a handheld Tiger Woods game.” („Przetrząsnąłem cały dom, bo chciałem zobaczyć czy mogę znaleźć jakieś fajne gówno – pieniądze, karabiny, materiały wybuchowe. Jedyną rzeczą, którą uznałem za wartą zarekwirowania, była ręczna gra Tiger Woods.”)

*** Á propos bezczeszczenia „wroga”, warto tu przytoczyć jeszcze jeden cytat z autobiografii Kyle’a: „W ciągu niecałej godziny strzelaliśmy do gościa, który chciał nas wysadzić w powietrze, potem próbowaliśmy uratować mu życie, a na koniec zbezcześciliśmy jego zwłoki. Pole bitwy to dziwaczne miejsce.”

**** Symptomatyczne jest również to, że Kyle – w praktyce – przedkładał swój „patriotyczny” obowiązek (odstrzału „dzikich” Irakijczyków, który widział – przynajmniej takie były jego deklaracje – jako zapewnianie bezpieczeństwa swoim kamratom i swojemu – nota bene oddalonemu o tysiące mil – krajowi) nad dobro swojej rodziny (gdyby było inaczej, to by się nie pchał aż cztery razy do Iraku, który de facto rujnował jego psychikę, jak również relacje z żoną i dziećmi).

***** Warto zwrócić uwagę, że patriotycznemu wzmożeniu w zetknięciu się z postacią Kyle’a ulegali nie tylko Amerykanie. Oto co m.in. znalazłem w recenzjach polskich czytelników jego książki: „Autor jest brutalnie szczery i nie kryje się z faktem, iż żałuje, że nie zabił więcej wrogów – w końcu do tego go wyszkolono, poza tym rebelianci zagrażają niewinnym ludziom. Jest żołnierzem z krwi i kości; uwielbia wojaczkę, uczy syna strzelać od najmłodszych lat. Oprócz tego to bardzo religijny człowiek, pokłada ufność w Bogu i bynajmniej nie boi się, że na Sądzie Ostatecznym Pan ukaże go za zabijanie. W końcu nie zabił ani jednego niewinnego człowieka. (…) Chris Kyle po zakończeniu kakriery wojskowej, rozkręcił własną firmę (oczywiście związaną z wojennym rzemiosłem) i zaangażował się w pomaganie weteranom wojennym. Jest charakterny, twardy, ale uczciwy i honorowy. To bardzo dobry człowiek. A przynajmniej był nim, zanim zabił go jakiś szaleniec w lutym tego roku. Kiedy się o tym dowiedziałam, łzy stanęły mi w oczach. Czułam się, jakbym straciła przyjaciela. Myślę, że moja reakcja jest najlepszym świadectwem jakości książki i nie muszę zachęcać was do jej przeczytania.”
I może jeszcze jedna „perełka”, bardziej chyba humorystyczna, niż bulwersująca: „Właśnie dzięki ludziom takim jak Chris Kyle całym sercem kocham Amerykę. Przeczytałam tą książką bo interesuje mnie ta właśnie tematyka. Książka jest zabawna, straszna, okrutnie szczera i wzruszająca. Gdy dziś po skończeniu książki przeczytałam, że ten dzielny, jeszcze młody człowiek zmarł rok temu w taki sposób, płakałam szczerymi łzami. Poczułam się jakbym poniosła osobistą stratę co może się wydawać naiwne po przeczytaniu jedynie książki ale kiedy umiera żołnierz, świat traci ważną cząstkę. Może nie jestem godna by to mówić, ale Semper fi America.” (Cytaty z portalu „Lubimy czytać”.)

 

O WYŻSZOŚCI WSCHODU SŁOŃCA NAD ZACHODEM… W BAGANIE

Zanim uda mi się oddzielić ziarna od plew w moim fotograficznym plonie zebranym w Birmie – mała próbka z Baganu, niezwykłego miejsca w Azji, usianego buddyjskimi świątyniami i stupami. Na mojej facebookowej stronie „Światowid” zamieściłem wczoraj to oto zdjęcie:

.

świtanie w Baganie

Świtanie w Baganie

.

Spotkało się ono z komentarzem mojego przyjaciela obieżyświata, Bogdana Kwiatka:Porównaj do zachodu! Zachodu słońca, znaczy się ;)”

I z moją odpowiedzią: Bogdanie, mówisz… i masz :) …

.

Zachód słońca nad Baganem

Zachód słońca nad Baganem

.

… Muszę Ci powiedzieć, że dla mnie wschody (Słońca, oczywiście ) nad Baganem były większym przeżyciem (zarówno estetycznym, jak i duchowym ) niż zachody. PS: Szkoda, że nie widać dobrze tego stadka krów, które prowadzi pasterka po lewej stronie zdjęcia, ani przelatujących ptaków (a mogłyby lecieć kilkanaście metrów wyżej, wtedy byłyby widoczne ;) )

Pod zdjęciem Baganu o świcie napisała też swój komentarz Słowianka Edyta: Oszałamiające wrażenie wywołuje ten obraz.”

Odpowiedziałem: Warto więc było zwlec się z wyra grubo przed świtem, zanurzyć się w mroku nocy, podrapać sobie nogi w ciernistych krzewach, które rosną między jakże licznymi w Baganie świątyniami, wdrapać się na taras jednej z nich i… czekać tam na wschód Słońca.
Mówisz, że oszołomił Cię ten obraz. Lecz zobacz co przed moimi oczami objawiło się w tym samym miejscu jakieś pół godziny później (wrażenie cokolwiek surrealistyczne):”

 .

balony nad Baganem

Balony nad Baganem

.

Słowianka Edyta: Warto więc było zostać na tym tarasie kolejne godziny aby sprawdzić co jeszcze ten dzień przyniesie. Piękny świat, dobrze, że to właśnie Ty nie przespałeś tego poranka :)”

Ja: Warto było, warto… choć spać się chciało i nie chciało się wstawać. Ale wiedziałem, że jak nie pokonam lenia, to ominie mnie coś niezwykłego. I tak by się stało, bo nigdy bym np. nie zobaczył tego ranka takiej oto scenki przed świątynią, gdzie przeżyłem wschód Słońca:”

.

Na polu pod stupami

Na polu pod stupami

.

A tu jeszcze jedno zdjęcie z tego samego pola:

.

bagańska fura

Birmańska fura

.

Słowianka Edyta: Scenka rodzajowa jak u Chełmońskiego :)”

Bogdan Kwiatek: Tak, to jest właśnie to, o czym wcześniej mówiłem… ewidentnie widać przewagę wschodu nad zachodem słońca! O zachodzie nikt balonami nie lata nad Baganem…”

Ja: Bogdanie, jak widać zgadzamy się często nie tylko w politycznych sprawach. Rzeczywiście, balonem lata się nad Baganem tylko o wschodzie słońca, czego zresztą mogłem doświadczyć także na własnej skórze:”

.

w balonie nad Baganem

W balonie nad Baganem

.

Bogdan Kwiatek: Widzę, ze Bagan rozpracowujesz/aleś ze wszystkich stron i o każdym czasie! Twoja tam wizyta jest jak… stek well done ;)

Ja: „Ech, Bogdanie, czy Tobie wszystko kojarzy się z jedzeniem? ;) „

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE (kliknij na obraz, aby zobaczyć go w pełnym wymiarze)

.

VIRGIN ISLANDS REVISITED

every picture tells a story…

Piekło to inni, pisał Sartre. Ale raj też jest zawsze tam, gdzie nas nie ma. Lecz, podobnie jak piekło, również i raj jest ludzką konstrukcją – bardziej kreowaną w naszej wyobraźni, fantazji i marzeniach, niż istniejącą rzeczywiście w świecie, który uparliśmy się nazywać realnym. Tak naprawdę, raju na Ziemi nie ma. Jest tylko odbicie naszych pragnień i wyobrażeń – zachwyt istnieniem i poczucie piękna… ulotnego jak my sami. Ale przecież to, co prawdziwie odczuwane, jest (staje się) dla nas rzeczywiste – a przynajmniej takie się nam wydaje. Więc jeśli istnieje dla nas piękno, istnieje też i raj.
Takie myśli krążą mi po głowie, kiedy przeglądam zdjęcia, jakie zrobiłem niedawno podczas (kolejnej zresztą – o poprzedniej pisałem TUTAJ) podróży na Wyspy Dziewicze. Oto mała ich próbka. Każde opatruję małym komentarzem – wspomnieniem, opisem… refleksją, jaką ono przywołuje.

(Klikając na zdjęcia, można obejrzeć je w pełnym wymiarze.)

 .

Beach on St. John  (USA Virgin Islands)

Kąpiel w turkusowych wodach (St. John)

.

TURKUSOWY RAJ

Turkusowa woda, plaża, wyspy na horyzoncie… a wszystko to obramowane panoramicznie palmowymi liśćmi. Ładne, ale czy nie ocierające się o banał? Cóż, będąc na tej plaży – i robiąc to zdjęcie – o żadnym banale nie myślałem. A nawet jeśli był to banał (swoją drogą: czy raj nie jest w pewnym sensie banalny?), to… I couldn’t care less – nic mnie w tamtym momencie nie obchodziło oprócz cieszenia się chwilą i całym tym tropikalnym splendorem, który za pośrednictwem wszystkich zmysłów uderzał mi do głowy.
Widzę, że (całkiem przypadkowo) na tym zdjęciu znalazła się Liza (to ta czarna główka, tuż nad wodą, po lewej stronie zdjęcia), nasza znajoma od… kilkunastu minut, która zdradziła nam, że jest z pochodzenia Polką (mówiła do nas w naszym języku), mieszkała w Teksasie, ale tydzień temu przyleciała (do pracy sezonowej) na St. John, i codziennie rano zagląda na tę plażę, aby popływać. Zaprosiła nas do restauracji, w której była kelnerką. Obiecaliśmy, że przyjdziemy i słowa dotrzymaliśmy. Pewnie nagrodą za ową słowność były najbardziej smaczne ryby, jakie jedliśmy podczas naszego trzydniowego pobytu na St. John. (Aaa… muszę jeszcze wspomnieć, że restauracja ta nazywała się – nomen omen – Fish Trap. Polecam.)

greydot.

Kids platying in The Baths - Virgin Gorda

Kids playing in The Baths (Virgin Gorda)

.

KIDS IN THE BATHS

Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na Karaibach – The Baths (czyli Łaźnie). Potężne granitowe głazy (będące pamiątką po wulkanicznej przeszłości wyspy) legły na wypełnionej piaskiem plaży – i zarówno one, jak i sam piasek, swoją strukturę zawdzięczają erozji, która w tym przypadku bardziej jest siłą kreatywną, niż destruktywną (ot, taki naturalny paradoks).
W The Baths palm nie ma zbyt wiele, lecz w wielkiej obfitości rosną tu krzewy, które wszyscy nazywają całkiem adekwatnie seagrapes, czyli „morskimi gronami”. I to właśnie one zwisają niczym baldachim nad miejscem, w którym się skryłem przed skwarem – dzięki czemu mamy u góry zdjęcia piękną ramę z liści przypominających serca i wiszących kiści owoców, które choć przypominają winogrona, to są, niestety, niejadalne – i żadnego wina nie da się z nich zrobić.
Liście seagrapes są prześwietlone słońcem – dlatego mają taki intensywny kolor; na horyzoncie są widoczne jachty, chmurki układają się fotogenicznie na niebie, woda jak zwykle turkusowa a piasek żółty… jednak cały obrazek ożywia dopiero para dokazujących w tej fantastycznej scenerii dzieciaków, których starałem się uchwycić w miarę dynamicznej pozie – co zresztą, (zważywszy na hiperaktywność chłopca i dziewczynki), nie było wcale takie trudne.

greydot.

Ram Head Trail

W drodze na Ram Head w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych (St. John)

.

W DRODZE NA BARANIĄ GŁOWĘ

Panorama wyspy dziewiczej Św. Jana – niemalże w całej okazałości. Widać tu całą południową część wyspy – z jej zatoczkami i wzgórzami, a nawet z małym osiedlem domków rozłożonym na zboczu jednego z tych wzgórz. Rzecz się dzieje na terenie Parku Narodowego Wysp Dziewiczych, a konkretnie na szlaku prowadzącym na… Baranią Głowę (Ram’s Head – tak obrazowo nazwano jeden z półwyspów St. John, z wysokim skalnym klifem przypominającym ponoć barani łeb).
Lubię nie tylko kompozycję tego obrazka (falująca linia horyzontu, który tworzą grzbiety wzgórz; Morze Karaibskie wcinające się między ląd zarówno pierwszego, jak i drugiego planu…) ale i kolorystykę, którą „rozmiękcza” tutaj słońce chylące się ku zachodowi, dzięki czemu barwy nie są już tak jaskrawe, a kontrasty bardziej stonowane nadają zdjęciu spokojnej atmosfery dobrze spełniającego się dnia.
Oczywiście – aby mieć jakiś ludzki element w całym tym dzikim, choć przecież relaksującym, pejzażu – poczekałem aż na grzbiet Baraniej Głowy wespnie się grupka piechurów, tym bardziej, że jedna z kobiet tej grupy miała na sobie czerwoną koszulę, która stanowiła niezły akcent w tej malowniczej scenerii. Jednak na pierwszy plan zdecydowanie „wychodzą” tutaj kaktusy organowe, wsparte niejako rosnącymi niżej kaktusami baryłkowymi – każdy z charakterystyczną, czerwonawą główką najeżoną kolcami.
Lekko się zdumiałem, kiedy znalazłem się blisko tych ludzi. Zauważyłem bowiem, że jeden z jej członków, starszy pan, wchodził na tę górę po szlaku pełnym ostrych kamieni i jeszcze bardziej ostrych kaktusów… na bosaka! Fakir jakiś, czy co? – zdziwiłem się w duchu. Jeszcze dziwniej zrobiło mi się na duszy, kiedy się dowiedziałem, że cała grupa zostaje na szczycie Baraniej Głowy do nocy. Spytałem się – po co? Odpowiedziano mi – bo dzisiaj jest pełnia księżyca. Cóż, różne są sekty i różne dziwne się zdarzają w tych sektach zachowania – pomyślałem wtedy. Ale gdy schodziliśmy coraz niżej (nie mieliśmy latarek i chcieliśmy zdążyć zejść ze szlaku przez zmrokiem) spotykaliśmy coraz więcej takich grupek i od pewnej kobiety (z kółkiem hula-hop!) dowiedzieliśmy się, że to taka wyspowa tradycja, i że raczej świecka to jest i całkiem niewinna, bo nie sekciarska zabawa – bez obrzędowych rytuałów i składania krwawych ofiar Bogu Księżyca na Baraniej Głowie.

greydot.

Salmon Beach - Virgin Islands NP (St. John)

Palmy na Salmon Beach (St. John)

.

LIŚĆ ŻÓŁTY NA WIETRZE

Na Plaży Łososiowej (Salmon Beach – nie mam pojęcia, dlaczego tak została nazwana), rosną tylko trzy palmy, ale w bardzo nietypowy sposób: każda jest przegięta ku morzu tak samo (żałuję, że ta trzecia jest tutaj tak mało widoczna) – wszystkie znajdują się w takiej samej odległości od siebie i są tak samo oddalone od wody, tworząc niezwykłe palmowe trio. To zdjęcie jest jednak specyficzne nie tylko dlatego, że ukazuje ten kuriozalny tercet, ale że ukazuje go w cieniu i ukazuje go na wietrze – i to w momencie, kiedy powiew wiatru zawraca jeden z palmowych liści tak, że wypełniła on znaczną część kadru. Na dodatek liść ten nie jest zielony, a żółty – co jeszcze bardziej podkreśla malowniczość tej wyjątkowej chwili.
Palmy palmami, ale to była pierwsza z wielu plaż, które odwiedziliśmy na Wyspach Dziewiczych – i tak się złożyło, że okazała się jedną z tych najbardziej przez nas ulubionych. Bo kiedy zza chmur wyłoniło się słońce, dostrzec można było niewiarygodnie czystą i przejrzystą wodę i chęć zanurzenia się w niej przeważyła u mnie chęć dalszego fotografowania palmowego tria. (To właśnie wtedy spotkaliśmy Lizę  – patrz: wpis „Turkusowy Raj” powyżej.)

greydot.

Little Bay - Vitgin Gorda

Jachty w Little Bay (Virgin Gorda)

.

BIRAS CREEK

Piękny szmaragdowo-turkusowy kolor tej wody w zatoczce, pełen przeróżnych odcieni, a nawet refleksu białych chmur – wszystko podkreślone ciemną tonią o barwie wpadającej w granat i otoczone brzegami, utworzonymi przez zielone wzgórza. Napisałem pod zdjęciem, że jest to Little Bay, ale nie jestem tego taki pewien, bo taką nazwę nosi zatoczka, która jest w pobliżu (skryta za wzgórkiem po lewej stronie obrazka). Natomiast pewien jestem tego, że sfotografowałem ten widok z tarasu jednego z najdroższych resortów na wyspie: Biras Creek Resort, który z ciekawości przyszliśmy obejrzeć, po zjedzeniu lunchu w pobliskiej Kafejce Tłustej Dziewicy (Fat Virgin Cafe), ponoć najlepszej restauracji na wyspie, która okazała się być dość skromnym baraczkiem z kilkoma zbitymi z surowych desek stołami, pomalowanymi na krzykliwe, jaskrawe kolory (ryba była, owszem, dobra, ale nie rewelacyjna – i na pewno wcześniej zamrożona, co odbierało jej status świeżej, a chyba nawet i lokalnej ryby).
Ale warto było tutaj przypłynąć łódką (do tego miejsca bowiem nie prowadzi żadna droga lądowa), by zrobić to zdjęcie, jedno z moich ulubionych, wcale nie tak typowych dla Dziewiczych Wysp, choć ukazujących nieodzowny ich element – jachty.
Na resort Biras Creek rzuciliśmy tylko okiem (jak również na astronomiczne ceny: od $600.00 za noc); spotkaliśmy kilku znudzonych wszystkim resortowiczów, którzy nie odzywali się do siebie – ani tym bardziej do nas – ani słowem, być może przytłoczeni własną wyjątkowością i snobistyczną ekskluzywnością miejsca. Sztywniaki. Ale już zupełnie inna była tubylcza obsługa owego „luksusu” – czarny pan na traktorze, którego śpiew usłyszeliśmy już z daleka; czarna pani, z którą wracaliśmy łódką-promem na drugi kraniec zatoki (moja żona dostała od niej przepis na pyszne curry).
I jeszcze ciekawostka: na horyzoncie dostrzec można Mosquito Island – wyspę, którą Richard Bronson kupił w 2007 roku za 10 mln. funtów, i na której chce teraz zakładać swoje prywatne ZOO. (Nota bene, jest on również właścicielem dwóch innych wysp należących do archipelagu Virgin Gorda).

greydot.

Virgin Islands NP (St. John)

Zmierzch nad Salt Pond Bay (St. John)

.

JACHTY O ZMIERZCHU

To zdjęcie wyróżnia się wśród innych dzięki swojej monochromatyczności, której sprawcą jest zmierzch. Monochromatyzm jest na kolorowych Wyspach Dziewiczych swego rodzaju anomalią, ale i pewnym wytchnieniem od barwnego rozpasania jakie cechuje karaibski pejzaż – chociaż, mimo wszystko, jego dominującym kolorem jest niepokalana niebieskość wody i nieba, jak również tropikalna zieleń. Nie tutaj i nie w tym momencie.
Jachty przycumowane są w Zatoce Słonego Stawu (Salt Pond to sporej wielkości jeziorko usytuowane na mierzei dzielącej zatokę i Ocean –  w momencie robienia zdjęcia znajduje się on za moimi plecami). Ich załogi ułożyły się już pewnie do snu. Jachty sprawiają teraz wrażenie bezludnych, ale parę godzin wcześniej, kiedy wybieraliśmy się stąd na Baranią Głowę (patrz: wyżej), na każdym z nich ktoś się kręcił po pokładzie, albo wylegiwał na pontonie obok.
Lubię srebrzyste refleksy, które tutaj widać. Zresztą, widoczne są one nie tylko na wodzie, ale i na piasku, którego jaśniejsze pasmo obramowuje niejako zatokową wodę (musiałem utrafić ze zwolnieniem migawki na moment cofania się fali – inne zdjęcia, które wówczas zrobiłem, tego efektu nie mają i wyglądają przez to bardziej ubogo, choć równie dekadencko i ezoterycznie).

greydot.

Yocgts in the Baths - Virgin Gorda

Głazy w The Baths (Virgin Gorda)

.

GŁAZY W KAPIELI

The Baths raz jeszcze. Tutaj: z jeszcze większym rozpasaniem kształtów, faktur i kolorów – ziemia, woda, powietrze w chromatycznej i formalnej unii; pierzaste chmury sunące po niebie, które bez nich byłoby nudne; przejrzysta czysta woda obmywająca porośnięte żółto-zielonymi glonami głazy; fragment piaszczystej plaży, a na horyzoncie – ustawione w rządku jachty i katamarany, które zwinęły żagle i kołyszą się teraz nad głębią kryjącą koralowe rafy.
Lecz, mimo tego lenistwa łódek, zdjęcie to – jak na moje oko – ma w sobie wielką dynamikę. Może to skutek pamięci tego momentu zakodowanego w jakimś zakamarku mojego mózgu – wspomnienia chwili, w której zadziwiło mnie to widowisko pełne ruchu fal, bryzy smagającej twarz i migotliwych promieni słońca zaglądających mi w oczy

greydot.

Na hamaku w Mango Bay Resort (Virgin Gorda)

Na hamaku na plaży w Mahoe Bay (Virgin Gorda)

.

NA HAMAKU

Hamak to nie jest moje ulubione miejsce wypoczynku, ale nie wszyscy tak mają ;) Zdjęcie to ma bardziej prywatny charakter (bo widać na nim Anię) a jednak zdecydowałem się go tutaj przedstawić, bo ukazuje też jedno z najbardziej malowniczych miejsc na wyspie: plażę, nad którą leży Mango Bay Resort oraz samą Zatokę Mahoe – widzianą z bliska.
Kompozycję zdecydowanie urozmaicają rosnące tuż nad wodą tropikalne drzewa, do których przymocowany jest hamak – kadrujące niejako widok na wodę zatoki, oddzieloną od nieba siną linią horyzontu. Całość urozmaica jasno-brązowy wtręt trójkąta płóciennego spłachetka. Dużą rolę odgrywa tu również cień – jakże pożądany w spiekocie leniwych południowych godzin.

greydot.

Mango Bay Resort, Virgin Gorda (Brytyjskie Wyspy Dziewicze)

Wśród zielonego szaleństwa w Mango Bay Resort (Virgin Gorda)

.MA

ORGIA ZIELENI

Zieleń jest tutaj niemal orgiastyczna – w takiej oto scenerii zanurzeni byliśmy przez siedem nocy i dni – nie licząc codziennych wypadów na zwiedzanie wyspy. Słusznej wielkości bungalow, w którym spaliśmy (lub usiłowaliśmy spać przy dźwiękach stworzeń wszelakich zamieszkujących okoliczną gęstwinę, uaktywniających się w nocy i dających dowód swego istnienia dźwiękami przeróżnymi i o różnym natężeniu), widoczny jest częściowo z tyłu – wśród palm i krzewów, osłaniających od słońca jego ściany i patio z grillem, na którym pichciliśmy czasem naszą kolację. A na drugi dzień nie było nic bardziej ożywczego, niż szklanka zimnego pomarańczowego soku.

greydot.

Raj bez retuszu - Mahoe Bay widziana ze wzgórza   (Virgin Gorda)

Raj bez retuszu – Mahoe Bay widziana ze wzgórza (Virgin Gorda)

.

MAHOE BAY

A oto „nasza” zatoczka i „nasza” plaża – w pełnej swojej tropikalnej krasie. A wśród bujnej roślinności tropików: domki, z których jeden był „naszym” domkiem przez cały tydzień (tyle bowiem czasu spędziliśmy na Virgin Gorda – jednej z pięciu Wysp Dziewiczych, które odwiedziliśmy tym razem). Muszę się przyznać, że pierwszy raz zdarzyło mi się wrócić dokładnie do tego samego miejsca – w Mango Bay Resort byłem dokładnie przed sześcioma laty. Resort to jest dość myląca nazwa – bo MBR to jest zbiór małych willi otoczonych tropikalnym ogrodem – w jego obrębie nie ma żadnych sklepów, salonów, restauracji, biur obsługi turysty… jest za to pełna prywatność (drzwi nie zamyka się tutaj na klucz!), domowa, luźna atmosfera – bez tłumów, gwaru – całego tego szumu jakim cechują się (zazwyczaj mamucie) ośrodki all inclusive. Akurat to, że w MBR wszystko (z wyjątkiem kajaków, sprzętu do nurkowania i wygodnych apartamentów mieszkalnych z własną kuchnią) jest all exclusive, bardzo mi odpowiadało.
Patrząc na to zdjęcie, trudno jest chyba się dziwić, że chciałem nad Zatokę Mahoe (do dzisiaj nie wiem, czy mahoe w którymś z lokalnych narzeczy oznacza mango) powrócić. Dla mnie jest to jedno z najpiękniejszych – nota bene: jeszcze nie stratowanych turystycznie – miejsc na Karaibach. Jak długo takie pozostanie? To wszystko zależy od tego, czy władze wyspy pozwolą na zabudowę okolicznych wzgórz – do tej pory dzikich i nie zagospodarowanych.
Codziennie rano, tuż po wschodzie słońca, jeszcze przed śniadaniem, wchodziłem do tej wody przy jednym końcu zatoki, płynąłem na drugi – i z powrotem. Kiedy był przypływ, płynąłem na przełaj, kiedy był odpływ – bliżej brzegu, by nie podrapać się i nie poobijać o skryte pod wodą rafy koralowe (to są właśnie te ciemne plamy na środku zatoczki), swoją drogą nadal pełne życia i podwodnych kolorowych stworów, które można zobaczyć pływając ze zwykłą maską snorkel. Rytuał ten powtarzał się późnym popołudniem (bo kiedy słońce było wysoko na niebie, trzeba się było chronić – najlepiej z książką – w cieniu).
Zdjęcie przedstawia Mahoe Bay niczym z lotu ptaka, dzięki czemu widać dobrze topografię całego terenu i wyspy – z plażą Savannah w oddali i wzgórzami, za którymi kryje się portowe miasteczko Spanish Town. Wody zatoki osłonięte są od wiatru i pełnego morza, dlatego woda jest tutaj bardzo spokojna, z łatwością więc można w niej pływać. A kto pływać nie chce, to może sobie pospacerować po piasku – jak widoczny na obrazku mężczyzna z dzieckiem – dwie małe sylwetki dostrzec można na plaży, w miejscu gdzie rozbijają się o brzeg białe, spienione fale.
Widać też – już z bliska – endemiczną florę: to te zielone zarośla na pierwszym planie – kaktusy, oleandry, hibiskusy, agawy… odcinające się od tła szmaragdowej wody.

greydot

Boy with a fish (Virgin Gorda)

Chłopiec z muralową rybą w Spanish Town (Virgin Gorda)

.

BIG FISH

Zatrzymałem się przy tej drodze prowadzącej do szkoły w Spanish Town (pierwszej szkoły podstawowej na wyspie, istniejącej dopiero od 2000 roku), bo chciałem sfotografować murale, jakie namalowano (w ramach akcji urządzonej przez lokalnych artystów, którzy ze sztuką chcieli wyjść do dzieci – czego się dowiedziałem od pewnej kobiety, którą spotkałem wcześniej). Zaintrygował mnie zwłaszcza obraz procesji czarnych niewolników skutych łańcuchami i w założonych na ich karki chomątach, nad którymi widniał napis: „DO YOU REMEMBER THE DAYS OF SLAVERY?” Tak się złożyło, że w tym samym czasie na chodnik wszedł czarny chłopiec, którego sylwetka wpasowała się w sylwetki zniewolonych ludzi, co uderzyło we mnie pewną analogią, ale także tym, iż uświadomiłem sobie przez to cały kompleks zmian, jakie od czasów niewolnictwa zaszły nie tylko w sposobie traktowania ludzi odmiennych rasowo, ale i w mentalności, która mimo wszystko coraz skuteczniej wypiera rasizm z głów ludzi uważających się tak niedawno za rasę panów. Wprawdzie właścicielami resortów, hoteli, restauracji – wszystkiego, co przynosi na wyspie większe dochody – nadal są biali, ale jest to bardziej sprawa nierówności materialnej, niż rasowej, bowiem Wyspy Dziewicze wydają się być zupełnie pozbawione rasowych antagonizmów: ludzie są przyjaźni, spokojni, pogodni i ufni.
Dlatego też tego czarnego chłopca przedstawiam tutaj z wielką kolorową rybą, bo to ona wydaje mi się być bardziej adekwatnym komentarzem do współczesności, niż ponury obraz nieszczęśników prowadzonych na targ niewolników. Rybka na seledynowym tle jest ładna, kolorowa i jasno oświetlona. Z tą feerią kolorów i światła mocno kontrastuje profil chłopca, którego ręce wydają się trzymać wielgachną rybę za ogon.

greydot.

Człowiek z muszlą - St. John (USA Virgin Islands)

Człowiek z muszlą – i dredami (St. John)

.

CZŁOWIEK Z MUSZLĄ

Stał ze swoimi muszlami przy wejściu na jeden ze szlaków w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych na St. John. Native son – mieszka na tych wyspach od ponad 50 lat, i być może dlatego jego twarz – a zwłaszcza oczy – były takie pogodne. Rozmawialiśmy cały kwadrans – człowiek otwarty par excellance – po kilku zdaniach mieliśmy wrażenie, że znamy go od dawna. Chętnie pozował do zdjęć (obiecałem wysłać mu najlepsze – niestety, zawieruszyła mi się gdzieś jego wizytówka, nad czym szczerze boleję), rozplótł nawet specjalnie dla nas te swoje długie na parę metrów dredy, które hoduje już od kilku dekad. Co jakiś czas dął w jedną ze swoich najpiękniejszych i najdźwięczniejszych muszli, a echo odpowiadało mu wdzięcznie (a może był to ktoś, kto właśnie zrobił u niego zakupy?)
Spotkani przygodni ludzie. To oni „uczłowieczają” niejako nasze podróże – związują nas z odwiedzaną przez nas ziemią, pozbawiając ją przy tym pewnej „nieludzkiej” anonimowości. Bo każdy kraj to nie tylko obszar zamknięty w sztucznych zazwyczaj granicach, ale przede wszystkim zamieszkujący ten kraj ludzie.
Z kilkunastu zdjęć jakie zrobiłem Człowiekowi z Muszlą wybrałem to, bo ma chyba najlepszą kompozycję, jest ponadto zrównoważone walorowo i kolorystycznie. Ukazuje profil nie tylko twarzy, ale i muszli – więc oba te profile nawzajem jakby się uzupełniają, tworząc na dodatek pewną ciągłość – stając się czymś jednym. Słońce oświetla głowę od góry i z boku, ale od przeciwnej strony, igrając na kręconych włosach i prześwietlając muszlę, dzięki czemu materia z jakiej zbudowani są człowiek i muszla staje się lekka, a całość nabiera pewnej ezoteryczności. Komplementuje się też róż perłowej masy z różowymi paznokciami człeka, ale i z brązową skórą autochtona oraz białym barankiem jego siwiejących włosów. Ciekawa jest piramida brody – przedłużona trójkątem załamania się w łokciu ręki i ramienia. Niebieskawa biel koszuli tworzy kontrast z ciemną zielenią tła – ewidencją bujnej roślinności wegetującej na wyspie.

greydot.

White Bay Beach - Jost Van Dyke   (British Virgin Islands)

Iluminacje na plaży w White Bay (Jost Van Dyke)

.

PLAŻOWA ILUMINACJA

Plaża na małej, urokliwej wysepce Jost Van Dyke, będącej częścią Brytyjskich Wysp Dziewiczych, słabiutko zaludnionej, lecz z zatoczkami zawsze pełnymi jachtów – słynąca nie tylko z widocznej na zdjęciu White Bay Beach (uznawanej za jedną z najpiękniejszych plaż Karaibów – a przez to i świata, bo na Karaibach są chyba jednak najpiękniejsze plaże na świecie), ale i najbardziej hucznego karaibskiego Sylwestra, kiedy spływają tu tysiące żeglarzy, by balować w temperaturze 35 stopni Celsjusza, na żółtym i gorącym piasku, pod zieloną i szeleszczącą na wietrze palmą, nad ciepłą wodą i… wśród usianych wzdłuż plaży barów serwujących między innymi popularne wśród drinkujących imprezowiczów cocktaile, zwane obrazowo, sugestywnie ale i terapeutycznie pain killerami (tutejsza specjalność).
Pora jest wczesna, więc nie ma jeszcze tłumów, słońce jednak stoi już wysoko na niebie, świecąc bardzo jasno – kąpiąc w swych promieniach plażę, zacumowane na zatoczce jachty i katamarany, jak również nielicznych plażowiczów, przymierzających się co rusz do plażowania, kąpieli, pływania i ogólnego relaksu.
To ujęcie jest dla mnie ciekawe nie tylko tematycznie, ale i kolorystycznie, bo zrobione pod słońce, co nadaje całości właśnie taki iluminacyjny efekt – kolory są rozjaśnione, ale nie przejaskrawione, dzięki temu rzeczy zachowują wyraźne, może nawet ostre kontury, tworząc kontrast z bladoniebieską plamą nieba i wody, tudzież z czystą piaskownicą brzegu. Więcej światła nie potrzeba.

greydot.

Foxy Boss on Jost Van Dyke (British Virgin Islands)

Legendarny Foxy ze swoją wysłużoną gitarą (Jost Van Dyke)

.

FOXY Z JOST VAN DYKE

Bard Karaibów, o którym wiedzą wszyscy szwendacze po antylskich wyspach, plażach i zatoczkach: Philicianno Callwood, zwany i znany wszem i wobec jako Foxy. Swój pierwszy kram na Jost Van Dyke rozłożył jeszcze w latach 60-tych (parę desek podpartych kołkami), dzisiaj jego małe imperium to sporej wielkości bar (wraz z jadłodajnią i sklepem) Tamarind, rozłożony w jednym z końców plaży w Great Harbour (głównego portu małej skądinąd wysepki, której nazwa upamiętnia jakiegoś pływającego draba – pirata sprzed wieków) i dwie restauracje na wyspie, z których jedna nosi wdzięczną nazwę Foxy’s Taboo. Foxy jest teraz (jak podejrzewam) bogatym człowiekiem, ale nadal chodzi boso i często zabawia gości (i siebie) grając na gitarze i śpiewając dowcipne, często sprośne (i właśnie naruszające taboo) piosenki, z których każda jest czymś w rodzaju miniaturowej opowieści… z humorem kąsającym różne absurdy i absurdziki tego świata. Całego świata. Bo należy podkreślić, że Foxy jest człowiekiem (pełną gębą) światowym, o czym świadczą nie tylko fotografie zdobiące jedną ze ścian jego baru, ale i wykonywane przez niego śpiewne opowiastki, w których wspomina on swoje spotkania z różnymi możnymi tego świata (i nie wszystkie z nich są zmyślone!)
Występy Foxy’ego odbywają się na pełnym luzie, gdzie popadnie, sporo w nich improwizacji i interakcji z nadchodzącymi co rusz (i odchodzącymi – nikt tu nikogo na siłę nie trzyma) bardziej lub mniej przypadkowymi słuchaczami… A i widzami, bo Foxy (mimo 80-ki na karku) pełen jest czegoś w rodzaju… błazeńskiej dynamiki – gestykulacji i póz przypominających trochę lunatyka (czyt. lekkiego wariata). I choć nie wszyscy rozumieją wszystko co Foxy śpiewa – czy też deklamuje – ale zaśmiewają się już wszyscy… i to zaśmiewają szczerze, nawet przed uraczeniem się słynnym (nie tylko na JVD), wspomnianym już przeze mnie drinkiem zwanym adekwatnie painkillerem.
Przysiadłem obok Foxy’ego na dobrą chwilę (nie spodziewając się nawet, że go tu zastanę). Pozerem… sorry… pozującym do zdjęć też okazał się całkiem niezłym, ale do pokazania Wam wybrałem jedną ze spokojniejszych póz Lisickiego – darując sobie tę z zadartymi przez niego do góry łap… nogami. Poza spokojna, ale z promiennym uśmiechem – z pogodą kogoś, kto znalazł dla siebie perfekcyjne miejsce w świecie – na granicy żartu, przy plaży ze złotym pisakiem i lazurową wodą.
A na koniec: jedna ze zwrotek wierszyka, którego bohaterem (lirycznym) jest Foxy, znaleziona przeze mnie w internecie (tutaj):

This barefooted man with the saucer eyes
just loves to sing, while cracking wise.
With his big bowl chest and engaging grin,
Foxys’ never afraid to go out on a limb.

Czyli (mniej więcej):

Ten bosonogi facet z oczami jak spodki
uwielbia śpiewać szelmowskie zwrotki.
Z torsem wielkim jak micha i niewąską miną
sprawia, że twoje troski natychmiast giną.

greydot.

The Baths Big Splash (Virgin Gorda)

Uciekając przed tsunami w Spring Bay (Virgin Gorda)

.

UCIECZKA PRZED TSUNAMI

Z tym tsunami to oczywiście żart, choć wszędzie tam gdzie jest ocean – gdzie są wulkany i trące się o siebie płyty tektoniczne (a wszystko to dotyczy przecież także Karaibów) – niebezpieczeństwo katastroficznego tsunami istnieje, więc na Wyspach Dziewiczych spotkać można tablice ostrzegawcze, wskazujące drogę ewakuacji na wypadek Wielkiej Fali. Moja żona ucieka więc przed falą nie aż tak wielką, ale ciągle sporą, by rzuciła kobietą o piach i kamienie. Rzecz się dzieje we wspomnianych już The Baths, wczesnym rankiem (byliśmy wówczas na tej plaży praktycznie sami, nie licząc jednego kudłatego towarzysza) – przejrzyste, rześkie powietrze, lekka bryza znad oceanu, fale bijące o głazy i przyjemnie operujące słońce, jeszcze nie tak rozgrzane, jak to będzie miało miejsce za kilka godzin – w samo południe.
O tym, że jest to plaża oblegana przez tłumy (o pewnej porze dnia, kiedy do Virgin Gorda przybijają pełne jednodniowych turystów promy z innych wysp), świadczą tysiące śladów bosych stóp na piasku, pozostawione tutaj poprzedniego dnia. Tam, gdzie plaże obmywa woda porannego przypływu widać tylko „piętaszkowe” ślady nasze (i zabłąkanego skądś psa, który nam wtedy towarzyszył) – ich żywot będzie wszak krótki. Światło słoneczne nie jest jeszcze tak ostre, więc skały oświetlone są miękko (w ten oto sposób obraz broni się przed jaskrawością), choć oczywiście rozświetla już mocno grzywy fal rozpryskujących się o twardą powierzchnię gigantycznych głazów. Mimo wszystko głównym aktorem (statystą?) są tutaj owe wielkie kamienie, stojące jakby na granicznej straży między Oceanem a wyspiarskim lądem – i to one właśnie sprawiają, że obraz tej plaży jest doprawdy niezwykły, unikalny w globalnej nawet skali.

greydot.

sunset2

Karaibski zachód Słońca nad Antylami (Virgin Gorda)

.

CARIBBEAN SUNSET

Słońce już zaszło, ale często właśnie w tym momencie zaczyna się najpiękniejszy spektakl na niebie – bowiem światło Wielkiej Ognistej Kuli, Matki i Ojca Naturalnego wszystkiego, co żyje na Ziemi, Olbrzymiej Lampy Pana Boga, nie daje jeszcze zanurzyć się w czerni chmurom, choć te, które są najbliżej nas, nabierają już dramatycznie granatowej ciemni, dzięki czemu lepiej widzimy ich postrzępione, zmieniające się z każdą chwilą, kształty. Chmurki znajdujące się wyżej wydają się być bardziej uporządkowane, tworząc coś w rodzaju okresowych zgęszczeń, zaś te, które są dalej, mienią się jeszcze różem, purpurą i złotem, kładąc się równolegle do horyzontu, co bardzo różnicuje fakturę i chromatykę obrazu ukazującego kolejny, odprawiający się każdego dnia globalny cud zachodzącego Słońca.
Oglądałem to widowisko z tarasu Mine Shaft Cafe (zwanej tak w związku z kopalnią miedzi, której ruiny znajdują się nieopodal) w towarzystwie… (nie licząc mojej żony, muzyka rozkładającego swoje klamoty i pary młodych ludzi, którzy zabierali się właśnie za konsumowanie swoich… a właściwie… wieprzowych żeberek) kur, które mają tutaj zwyczaj włażenia na jedno z pobliskich drzew dokładnie w momencie schowania się Słońca za horyzont, i moszczenia się wśród jego gałęzi do snu (historia z tymi kurami warta jest osobnej opowieści).
Pół dzikie ptactwo domowe zasnęło, a dla nas zaczął się kolejny ciepły wieczór na wyspie – z lampką czerwonego wina, przy dźwiękach muzyki i owadziej orkiestry, usadowionej gdzieś obok w tropikalnym gąszczu drzew i kołyszących się od lekkiej bryzy zaroślach.

greydot.

Więcej karaibskich obrazów obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego, TUTAJ.

.

.

JE SUIS CHARLIE?

.

Demonstracja siły czy bezsilności - politycy demonstrują w Paryżu po ataku na Charlie Hebdo

Demonstracja siły czy bezsilności ? – Europejscy politycy na paryskiej ulicy po ataku na redakcję Charlie Hebdo

.

A propos ostatnich wydarzeń we Francji: czy aby na pewno wolność wypowiedzi nie powinna mieć granic? Czy łączy się to z pojęciem wolności absolutnej?
Otóż, moim zdaniem, nie ma – i być nie może – wolności absolutnej, również jeśli chodzi o swobodę wypowiedzi – jeśli chcemy funkcjonować na pewnym kulturowym poziomie (uważając, że jest inaczej, okłamujemy samych siebie). Poza tym – sprawa niezwykle tutaj ważna – należy dotrzeć do prawdziwych przyczyn radykalizacji terrorystycznej „islamistów”. Lecz, aby to zrobić, należy się cofnąć historycznie do czasów europejskiej kolonizacji globalnej i przeanalizować politykę Zachodu wobec świata arabskiego, zwłaszcza tę na Bliskim Wschodzie (a jeśli chodzi o Francję – w Afryce północno-zachodniej). Ale to jest bardzo niewygodne, wymyka się schematom, burzy nasze poczucie wyższości wobec innych cywilizacji, więc łatwiej zrobić pokazówkę, jak ta demonstracja biorących się pod rękę różnej maści polityków i przywódców państw w Paryżu. Mam też wątpliwości, czy aby nadawanie tak kolosalnego znaczenia tej tragedii (jest ona niewątpliwie wielką tragedią dla rodzin i bliskich tych, którzy zostali zamordowani), nie zachęci innych desperatów do podobnych czynów – skoro okazują się one tak skuteczne medialnie, godzące boleśnie w zadowolone konsumpcyjnie i cieszące się wolnością obywatelską, społeczeństwa Zachodu.

Czy jesteśmy lepsi od muzułmanów?
Cywilizacja europejska zgotowała sobie II wojnę światową – pełnych niewyobrażalnych zbrodni i dziesiątków milionów trupów (a działo się to zaledwie wczoraj) – a i tak mamy poczucie wyższości, uważając się za lepszą cywilizację od każdej innej, a zwłaszcza islamskiej. Jednakże wystarczy tylko bliżej przyjrzeć się naszym „występom” na różnych kontynentach, które eksploatowaliśmy dla naszej (zwykle materialnej) korzyści, w ciągu ostatnich kilkuset lat.

Niestety, hipokryzja Zachodu nie zna granic.
Gdzie byli przywódcy Zachodu, kiedy wojsko izraelskie w ciągu kilku tygodni wymordowało ponad dwa tysiące ludzi w Gazie (głownie cywilów – kobiet i dzieci)? Czy demonstrowali w wielkim oburzeniu, biorąc się za ręce (swoją drogą: jak można się brać pod rękę z Netanyahu, człowiekiem odpowiedzialnym za zbrodnie wojenne, to przechodzi ludzkie pojęcie!) Czy „wrażliwych” Europejczyków obchodzą setki tysiące ofiar wojny w Iraku, rozpętanej przez rząd USA w oparciu o kłamstwo i ignorancję amerykańskiego prezydenta? Co z ponad 200 tysiącami ofiar w Syrii? Co z kompletnie zdestabilizowaną Libią!? Co ze skorumpowanym i zdewastowanym Afganistanem? Czy pamięta ktoś jeszcze setki tysięcy ofiar – ludzi spalonych amerykańskim napalmem – w Indochinach (lata 60-te i 70-te)?
Niestety, wszędzie tam wspaniała cywilizacja Zachodu maczała palce, stosując swoją pokrętną, pełną hipokryzji i podwójnych standardów, politykę – nastawioną głównie na własne, partykularne, egoistyczne interesy i korzyści. Czy wobec tego wszystkiego wystarczy wziąć udział w rozdmuchanej do absurdalnych rozmiarów demonstracji (taka jak ta ostatnia, w Paryżu) by poczuć własną wyższość nad barbarzyńcami z innych cywilizacji? Czy takie pozerstwo może cokolwiek załatwić – oprócz utwierdzenia się we własnej iluzji?

Jak się dowiedziałem, dzisiaj we Francji postawiono w gotowości bojowej dziesiątki tysięcy policjantów, komandosów i służb specjalnych. I to właśnie jest moim zdaniem wygraną terrorystów – zemsta tych morderców zza grobu. Uważam bowiem, że nigdy podobnymi środkami (które wyglądają jak demonstracja siły, a są wg mnie przejawem poczucia niemocy) nie pozbędziemy się terroryzmu. Wręcz przeciwnie – taka militaryzacja kraju powiększa jedynie traumę i stress, poczucie zagrożenia, i spowoduje jeszcze większą mobilizację ewentualnych terrorystów. Należy dotrzeć do przyczyn i źródła choroby, a nie zajmować się tylko jej skutkami, „lecząc” objawy.

greydot

„NORMALNOŚĆ” JEST ABSTRAKCJĄ – mówi WOJCIECH PSZONIAK

.

Wybitny aktor sceny i filmu polskiego. Współpracował z najlepszymi twórcami kina w Polsce i Europie. Od kilkunastu lat mieszka w Paryżu, gdzie występuje w teatrze, tworzy nowe, znakomite kreacje w filmach. Nie stroni również od lżejszej, kabaretowej muzy, o czym świadczy choćby jego udział w najnowszym programie kabaretu „Pod Egidą” Jana Pietrzaka, prezentowanym Polonii kilkunastu miast amerykańskich. Pierwszym z nich było Chicago. Tu też miała miejsce rozmowa z artystą.*

.

Wojciech Pszoniak: Muszę panu powiedzieć, że wielu aktorów kłamie, a większość z nich udaje.   (zdjęcie własne)

Wojciech Pszoniak: Wielu aktorów kłamie, a większość z nich udaje (zdjęcie własne)

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Co Pan – aktor, odtwórca znakomitych, poważnych ról dramatycznych – robi w towarzystwie satyryka, „kabareciarza”, Jana Pietrzaka?

WOJCIECH PSZONIAK: Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się cofnąć do lat 70-tych, kiedy zaczęliśmy razem pracować. Znamy się jeszcze z czasów studenckich, kiedy ja, w Gliwicach, robiłem swój studencki kabaret. Gdy przeniosłem się do Warszawy, Jan Pietrzak zaproponował mi występy w swoim kabarecie. Nie umiem żyć bez śmiechu. Lubię jak ludzie wokół mnie się śmieją – sam lubię się śmiać, wygłupiać, powodować ten śmiech.
U Pietrzaka znalazłem odpowiednie miejsce, choćby z tego powodu, że mogłem sam improwizować, „przepuszczać” wszystko przez siebie i swoje poczucie humoru. Tutaj wreszcie znalazłem coś w rodzaju zawodowego wypoczynku, gdyż był to kabaret zarówno liryczny, jak i polityczny. Spotykali się w nim ludzie różnego pokroju, często doskonali autorzy. Z Jankiem jestem w Ameryce po raz drugi. Pierwszy raz byliśmy tu dokładnie 10 lat temu.

- W jakich rolach czuje się pan najlepiej? Czyżby komediowych? Skądinąd wiadomo, że nie wszyscy aktorzy potrafią z równym powodzeniem zagrać w tragedii i w komedii.

- W dobrych. Nie ma to dla mnie znaczenia. Każda rola dramatyczna dotyka w swojej istocie granicy śmiechu, tak jak rola komiczna – powagi i tragedii. Również i we mnie to się uzupełnia. Nie interesuje mnie rozśmieszanie za wszelką cenę. Śmiech musi mieć jakąś dodatkową funkcję – tzn. powinien nie tylko relaksować, ale i uczyć, nieść ze sobą jakąś refleksję. Wtedy to jest mądry śmiech, a nie chichot.

- Udzielił pan już w swojej karierze niejednego wywiadu. Czy lubi pan mówić o sobie?

- Nie lubię… Nie lubię mówić o sobie wprost. Nie uważam, żeby było to szczególnie fascynujące. Co innego, gdy opowiadam o tym, czym się zajmuję, co mnie otacza, co mogłoby mieć jakąś wartość dla innych.

- Krąży taka opinia – dosyć powszechna – że aktorzy to ekshibicjoniści. Ci zaprzeczają, mówiąc, że są zupełnie normalnymi ludźmi…

- Proszę mi pokazać takiego „zupełnie normalnego” człowieka. Jeżeli mi pan powie, kto jest normalny, to ja powiem, czy aktorzy są normalni. Pojęcie normalności jest pojęciem abstrakcyjnym – coś takiego w ogóle nie istnieje. Takiego „normalnego” człowieka, to nawet bałbym się spotkać.

- W takim razie, czym aktorzy wyróżniają się spośród innych śmiertelników?

- Trudno powiedzieć. Przede wszystkim – aktor do aktora niepodobny. Może gdybyśmy zrobili jakąś ankietę socjologiczną, wyłoniłyby się jakieś charakterystyczne, szczególne cechy. Na pewno istnieje coś takiego, jak cecha zawodowa. Np. taksówkarze są na całym świecie w jakimś stopniu do siebie podobni. Również marynarze, lekarze, nauczyciele…

- Czy aktorzy uważają się za społeczność wybraną?

- Trudno mi jest mówić o aktorach, bo właściwie nie mam z nimi wiele do czynienia. Nigdy nie zamknąłem się w aktorskim getcie, m.in. dlatego uciekłem od teatru w Polsce, by nie zamykać się w jakichś ramkach. Interesuje mnie świat i wiele różnych rzeczy w życiu. Tak też się układa krąg moich znajomych, wśród których są reżyserzy, lekarze, malarze, muzycy… Nie uważam się za reprezentanta środowiska aktorskiego.

- A jednak jest to pański zawód.

- Tak, choć z wykształcenia jestem muzykiem – gram na skrzypcach, saksofonie, oboju. Robiłem w życiu bardzo wiele rzeczy: byłem skoczkiem spadochronowym, sternikiem, wspinam się w górach, piszę…
Po co to panu opowiadam?
Ponieważ w żadnej z tych dziedzin nie byłem na tyle zdolny, żebym mógł naprawdę w niej do końca się zrealizować, wyrazić to, co czuję. Aktorstwo – jeżeli potraktuje się je poważnie – może być jedną z najpiękniejszych dziedzin sztuki.

Wojciech Pszoniak: Gdy gram, nie ma kogoś innego – to zawsze jestem ja (zdjęcie własne)

Wojciech Pszoniak: Gdy gram, nie ma kogoś innego – to zawsze jestem ja (zdjęcie własne)

- Jaką cenę przychodzi płacić za to, że jest się aktorem?

- Ja nic za to nie płacę. Ba!… to inni mi za to płacą (śmiech). Staram się mieć bardzo trzeźwy stosunek do siebie – do tego, co robię, do tego, co o mnie mówią.
Jednakże niebezpieczeństwo tego zawodu polega na tym, że w pewnym momencie próżność niekontrolowana (a próżność to cecha, która istnieje u każdego człowieka) zaczyna dominować. I jeżeli straci się nad tym kontrolę, to wtedy może być to groźne. trzeba mieć w życiu jakąś bazę, konkretne miejsce zaczepienia, do którego zawsze można wrócić i się tam schronić.

- Jak reaguje pan na niepochlebne krytyki dotyczące pańskich kreacji? Słyszałem, będąc jeszcze w Polsce, jak zarzucano panu manieryczność, niekiedy wręcz histeryczność gry.

- W ogóle się tym nie przejmuję. Dużo zależy od tego, kto to pisze i jakie ma intencje. A kto powinien o tym pisać? Otóż aktorzy, reżyserzy! A to się bardzo rzadko zdarza. Piszą więc ludzie, którzy nie potrafią ani reżyserować, ani grać. Poza tym, trzeba dać ludziom prawo do tego, że może im się coś nie podobać. Czasem zdarzają się krytyki słuszne i mądre. Wtedy nawet można coś na tym skorzystać. Innym razem są głupie i złośliwe. Iluż to muzyków, pisarzy, poetów nigdy by nie zaistniało, gdyby się przejmowali niepochlebnymi krytykami.
Aktorstwo wymaga od człowieka potwornej siły i odporności psychicznej. Dlatego swoich studentów zawsze staram się przygotować na wypadek niepowodzenia.

- Właśnie – z jednej trony aktor musi być silny psychicznie, a więc mieć osobowość mocno zintegrowaną; a z drugiej – musi być w jakiś sposób „rozchwiany”, by posmakować różnych stanów emocjonalnych, zagłębić się we własne wnętrze w poszukiwaniu nowych uczuć, często nieznanych sobie dotąd reakcji.

- To wymaga niezwykłej dyscypliny. Żadnych półśrodków – podpierania się alkoholem czy narkotykami. To musi być świadome.
Muszę panu powiedzieć, że wielu aktorów kłamie, a większość z nich udaje. Największy błąd polega na tym, że próbują się utożsamić z kimś innym, a z „samym sobą” tego nie potrafią, gdyż bardzo często „sami” nie istnieją. A aktor przede wszystkim sam musi mieć osobowość. Jeżeli jej nie posiada, to będzie się utożsamiał z kimś innym, będzie „kogoś” grał. W moim przypadku, gdy gram, nie ma kogoś innego, to zawsze jestem ja: ja-Robespierre, ja-Korczak, ja-Makbet… Odwołuję się więc tylko do siebie.
Proszę sobie wyobrazić, że jest pan w środku kółka i zaprosił pan do tego kręgu matkę, narzeczoną, dyrektora, kumpla, szefa, policjanta… Dla każdego z nich będzie pan kimś innym. I to właśnie jest aktorstwo – to, co wynika z reakcji z drugim człowiekiem.

- Od wielu lat mieszka pan, gra i kręci filmy na Zachodzie Europy. Jakie zasadnicze różnice dostrzega pan w systemie pracy – jeśli chodzi o świat kina i teatru – w Polsce i za granicą? Odnieśmy to pytanie do stanu sprzed kilku lat, ponieważ podejrzewam, że obecnie w Polsce żadnego systemu jeszcze nie ma – wszystko ulega teraz restrukturalizacji, przeformowaniu – a to nowe jeszcze w powijakach.

- Wobec tego, że aktorów jest na Zachodzie bardzo wielu, konkurencja jest okrutna. Dlatego najważniejszą rzeczą dla aktora tutaj jest dostanie jakiejś roli, bo dzięki niej może jutro wypłynąć, dostać do zagrania coś większego, zrobić w końcu karierę. W Polsce samo otrzymanie roli nigdy nie było problemem, ponieważ wszyscy mieli przydzielone etaty w teatrach czy telewizji. Nie było walki, która jest tutaj.
Kiedy zaczynałem w Paryżu, miałem takie np. obawy: jak powiedzieć właścicielce mieszkania, że nie zapłacę czynszu, bo nie dostałem roli? To są rzeczy, które do tej pory nie były znane polskiemu aktorowi, bo ten był przed nimi w Polsce chroniony.
Teraz nic się nikomu nie należy, trzeba samemu walczyć – udowodnić, że się umie mówić czy tańczyć. Trzeba pracować i zarabiać na siebie.

- Głośna była pańska rola Robespierra w „Dantonie” – w filmie nakręconym przez Andrzeja Wajdę we Francji. Podobno Francuzom ten obraz bardzo się nie podobał; byli wręcz oburzeni, że „jak to! Polacy śmieją im relacjonować ich własną historię!” – na dodatek tak doniosłe wydarzenie, jak Wielką Rewolucję!

- Nieprawda. To nie tak. Ale zdarzyło się, że niektórzy pisali takie głupoty o tym filmie, jak np. to. że Wajda chciał pokazać Jaruzelskiego – jako Robespierre’a, Wałęsę – jako Dantona etc. Wierutne bzdury, takie pie…nie! „Danton” odniósł nawet niemały sukces komercyjny. Nie był to na pewno film zajadle krytykowany.

- Zagrał pan w nim razem z Gerardem Depardieu, aktorem, który ostatnio robi także karierę tutaj, w Stanach – w tym roku dostał np. nominację do Oscara.

- Znamy się się już od 14 lat. W 1977 roku przyjechałem do Paryża grać w sztuce, w której również grał Depardieu. Niezwykle go cenię, bardzo lubię, poza tym jesteśmy kolegami. Uważam, że jest jednym z najwybitniejszym z aktorów francuskich, może nawet europejskich. Grałem z nim także w wielu innych filmach. Mam nadzieję, że zrobimy coś jeszcze razem w przyszłości.

- Rozmawiając tutaj, w Ameryce, nie można się obyć bez pytania o pańskie zdanie na temat aktorstwa amerykańskiego. Kogo darzy pan szczególnym uznaniem?

- Jak wiadomo, istnieje tutaj tzw. „star system”, który nie ma nic wspólnego z prawdziwym aktorstwem, dlatego bardzo trudno jest określić stan aktorstwa amerykańskiego. Jednakże z tego systemu wyłania się kilku naprawdę świetnych aktorów, których bardzo cenię. Są nimi np. Robert De Niro, Dustin Hoffman, Jack Nicholson, Meryl Streep… Oni potrafią łączyć „gwiazdorstwo” ze sztuką prawdziwą. Ale taki np. Schwarzenegger – to już zupełnie inny świat…
Nagą prawdą jest teatr. Człowiek musi stanąć na scenie, żeby udowodnić, że jest aktorem. Bardzo to dziwne, wydaje się może nawet anachroniczne, ale według mnie dopiero teatr nobilituje aktora.

- Dziękuję w imieniu Czytelników naszego pisma za rozmowę i życzę udanego pobytu w Stanach.

greydot

* Rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem miała miejsce w 1995 roku i została opublikowana w formie wywiadu w tygodniku „Relax”.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

GRANICE I PRZEJŚCIA… (na brzegu życia i otchłani)

(zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVI)

Pejzaż zimowy Podkarpacia

Pejzaż zimowy na Podkarpaciu

.

Sami wymyślamy symboliczne granice (choćby takie jak ta, zbliżająca się – noworoczna) by mieć poczucie możliwości zmiany, transgresji, odnowy… Tworzymy w ten sposób wyjątkową porę, kiedy możemy odegrać pewien rytuał przejścia – wszystko z nadzieją na lepszą przyszłość. A ona będzie jaka będzie, bez względu na naszą życzeniowość (wishful thinking) i zaklęcia: dla jednych lepsza, dla innych zaś gorsza – i oby tych pierwszych było znacznie więcej. Większość z nas nie dotrzyma noworocznych postanowień, ale o tym przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Teraz o tym nie myślimy… no i dobrze, bo i po co psuć sobie humor?

Lata mijają, nowy rok będzie za chwilę starym, a my – stojąc na brzegu życia i otchłani – widzimy płynącą rzekę czasu, która zabiera z sobą bezpowrotnie sporą część naszego świata. Ale i przynosi coś nowego. Ginie jednak nie tylko to, co sprawiało, że czuliśmy się szczęśliwi, ale również i to, co było dla nas nieszczęściem (może to być poniekąd naszą pociechą). Czas jest bowiem niewybiórczy i ślepy. Może dlatego jest sprawiedliwy? Lecz niestety – jest też przy tym bezlitosny, o czym świadczą nie tylko coraz liczniejsze zmarszczki na naszej twarzy i coraz więcej siwych włosów (albo tych włosów coraz mniejsza ilość).

Życie jest straszne i cudowne zarazem – podobnie jak świat, w którym żyjemy – pełen zarówno piękna, jak i potworności; śmieszności, jak i grozy. Trudno więc stwierdzić, że znaleźliśmy się na tym świecie w nagrodę, a tym bardziej, że jesteśmy tutaj za karę. To, że w ogóle jesteśmy, graniczy jednak z cudem, albo też i jest już cudem samym. W sumie… niepojętym, nawet dla takiego niesamowitego tworu, jakim jest ludzki mózg – całkiem możliwe, że będący najbardziej złożoną częścią Wszechświata, zbliżającą nas w jakimś stopniu do samego Boga (czy też sił, które nas stworzyły).

* * *

Jeśli istniejemy w czasie, to przemijanie jest czymś nieuniknionym. Przemijania nie ma tylko tam, gdzie nie ma czasu. A tego nie sposób sobie wyobrazić, ani też pojąć.

* * *

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.
Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?
A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe) jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…
A może jednak początkiem czegoś innego?

* * *

Piękno przyrody (świata) zawsze zauważamy wpierw tam, gdzie jest (było) środowisko, w którym dorastaliśmy. I to pozostaje taką naszą cezurą, wzorem, punktem odniesienia… właściwie na całe życie. Do tego odnosimy wszystko to, co spotykamy w całym naszym późniejszym życiu – to nadaje jakby tonację temu, co przeżywamy już jako dorośli w naszym związku z Naturą, cz też – ogólniej – z całym otaczającym nas zewnętrznym światem.

* * *

Rozpacz jest jednym z nieodłącznych elementów ludzkiej kondycji. Może ją spowodować nie tylko własna nieuleczalna choroba, ale i np. utrata kogoś bliskiego, zniewolenie, kalectwo, cierpienie, nieodwracalność losu… cała masa innych nieszczęść jakie dotykają ludzi. Można nawet powiedzieć, że rozpacz (despair) jest jednym z fundamentalnych doświadczeń egzystencjalnych człowieka.
Rozpacz niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z „żalem chwil teraźniejszych, czy minionych” – to nie ten ciężar gatunkowy, nie ta intensywność uczuciowa, nie ta sfera dramatu życia.

Naturalnie istnieją sposoby, czy też drogi, którymi można (starać się) uciec rozpaczy. Dla wielu ludzi czymś takim jest np. wiara. Albo… udawanie, że coś takiego, jak rozpacz nie istnieje, że nie ma ona do nich przystępu.

Ponadto rozpacz nie ma dobrej „prasy” – ot, choćby na blogach, czy na Facebooku – bo wszystkich obowiązuje pop-kulturowa dyktatura dobrego zdrowia, pozytywnego myślenia, indywidualnego szczęścia, pomyślnego życia… Tylko niekiedy robi ktoś w tym wyłom – ale to jednak wymaga pewnej odwagi, a nawet… determinacji.

* * *

Rozpacz, mimo wszystko, znana jest niemal wszystkim ludziom – nawet (a może zwłaszcza?) tym, którzy zdolni są do miłości (bo pojawia się zawsze wtedy, kiedy traci się kogoś, kogo się kocha).

W jednym ze swoich esejów Tischner zwrócił uwagę na to, że w polskiej literaturze brak jest wnikliwego i wszechstronnego opisu rozpaczy. I zastanawia się dlaczego (Polacy o rozpaczy nie mówili)?: Może nie wypada pisać o rozpaczy? Może temat rozpaczy został poddany cenzurze – tej „honorowej” np., która zakazuje przyznawać się do słabości? (Tak jakby rozpacz była słabością, a nie zdolnością doświadczenia egzystencjalnej głębi i wrażliwością.)
Według Tischnera powodem tego była szeroko w Polsce rozpowszechniona wiara religijna, która właściwie zakazywała rozpaczać, bo – jak pisze Tischner – „rozpacz była ‚upadkiem’, poniżeniem ‚godności’, ujmą na ‚honorze’, a przede wszystkim grzechem”.

* * *

„Kiedy nie można znaleźć nawet śladu rodzinnego domu, kiedy odmienione są drzewa i rzeka, jedynym głosem, jaki spodziewamy się usłyszeć od pielgrzyma, jest głos rozpaczy, lament, gorycz.” (Julia Hartwig – poetka, o „Dworze” Miłosza.)

Wydaje mi się, że Miłosz był przywiązany nie tyle do miejsca, w którym dorastał, co do czasu, kiedy dorastał. Podobnie: był bardziej przywiązany do języka polskiego, niż do samej Polski. Materia obchodziła go o tyle, że dzięki niej mógł snuć swoją poezję, mierzyć się z kulturą i jej ideami – z intelektualnym konceptem. Wychodził od konkretu ale zawsze ciągnęło go w ezoteryczne krainy, ku metafizyce. To wszystko świadczy o jego religijnym temperamencie. Ale to nie powinno dziwić, bo większość poetów ma taki temperament.

* * *

„Jeśli nie wystarcza tu sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nie uświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.” (Erich Fromm, „O sztuce miłości”.)

Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz. Ale dzięki Bogu kryje się w nim także potencjał szczęścia. Zresztą, rozpacz podobna jest do szczęścia w tym, że nie jest czymś permanentnym, stałym: szczęśliwym się raczej bywa, niż jest – rozpaczać też nie można długo (zwykle rozpacz przechodzi w melancholię i smutek – a wreszcie mija… jak wszystko inne).

Tak, można powiedzieć, że przemysł rozrywkowy podszyty jest strachem, nudą i pustką – tym wszystkim, co świadczyć może o skrywającej się za tą jałowością rozpaczy.

* * *

Wszystko się zapętla i łączy – jest właściwie jednym (dlatego każdy początek jest jednocześnie końcem – a czas nie ma w tym wszystkim żadnego znaczenia). Nasz język, podobnie jak percepcja, jest ograniczony i niezdolny do nazwania (określenia) tego, co poza nami i poza naszym światem. I poza czasem. A to, co poza czasem, jest właśnie wiecznością. (Wieczność jest bezczasowa – tylko dlatego może być wiecznością. Jest czystym istnieniem – a nie trwaniem.) Czas nie może być atrybutem tego, co istnieje wiecznie.

* * *

NIGDY NIE WYJECHAŁEM Z POLSKI – twierdzi MICHAŁ URBANIAK

.

Michał Urbaniak koncertujący (zdjęcie własne)

Michał Urbaniak: „Jazz bowiem dzieje się między odwagą a wielkim strachem.” (zdjęcie własne)

Światowej sławy skrzypek i saksofonista jazzowy, multiinstrumentalista, kompozytor, lider zespołów i producent… Jego udziałem jest kariera, jaką rzadko może się poszczycić na Zachodzie polski twórca. To właśnie przypadek Urbaniaka wskazuje się jako wzór artystycznego sukcesu za granicą.

Po przybyciu do Nowego Jorku w 1973 roku, Michał Urbaniak prawie natychmiast skupił na sobie uwagę jazzowego świata Ameryki. Wykorzystując swe kulturowe zaplecze, wykształcenie i kompozytorsko-wirtuozerskie zdolności – z powodzeniem zaczął łączyć europejskość z amerykańskością, tradycję ze współczesnością, klasykę z modernizmem, wierność źródłom ze śmiałością eksperymentu. Stał się grającym eklektykiem, muzykiem – kameleonem… ale w tym pozytywnym znaczeniu, które oznacza wszechstronność, różnorodność, bogactwo, a nie rozmycie, komercyjną mimikrę czy nieokreśloność. Te przeciwieństwa, których się muzyk nabawił, rozszerzyły tylko spectrum jego artystycznych możliwości, wyznaczając napięcie niezbędne do kreacji i rozwoju.
Michał Urbaniak nie daje się zaszufladkować, co nie wzbudza raczej zachwytu promotorów z firm nagraniowych, którzy lubią mieć wyraźnie oznaczony „target” i uważają, że klarowny image, jasno określona persona, mocniej odciska się na uwadze odbiorców, a wtedy wykonawca ma większą szansę na szerszą popularność. Lecz Urbaniak nie chce być reklamowym sloganem. Wie doskonale, że w różnorodności i bogactwie jego siła. To właśnie chciał udowodnić na ostatnich koncertach w Chicago, które odbyły się w „Cafe Lura”, dzięki staraniom m.in. Grażyny Auguścik, nowego szefa artystycznego lokalu.
Spotkaliśmy się w przerwie między kolejnymi koncertami. Oto wybrane wątki naszej rozmowy.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zaczął pan grać na skrzypcach jeszcze jako dziecko. Czy to były tradycje rodzinne? Jak po raz pierwszy objawił się pański talent?

MICHAŁ URBANIAK: To nie były tradycje rodzinne. Ja byłem takim samym chłopakiem jak inni – grałem w piłkę, jeździłem na rowerze… Mój wujek miał akordeon, to czasami się do niego dobierałem. Ale najważniejszą sprawą chyba było to, że mając te 5 – 6 lat, codziennie, o 12 w południe siadałem przy adapterze, rozkładałem go jak organy, które w kościele widziałem, i udawałem, że gram w natchnieniu. A tam grała orkiestra Stedzia i Wesołowskiego. No i jeszcze rodzice robili party do tydzień, na których skłaniano mnie żebym tańczył. Na te wieczory przychodził też profesor Irzykowski ze swoją żoną. Państwo Irzykowscy byli przyjaciółmi moich rodziców. I któregoś dnia pani Irzykowska powiedziała mamie: „Słuchaj Irenko, on ma talent, powinnaś go posłać do szkoły muzycznej na skrzypce.”

- A dlaczego akurat na skrzypce?

- Dlatego, że skrzypce były takim uznanym królewskim instrumentem, wymagającym talentu, słuchu… itd. I od tamtego czasu zacząłem grać na skrzypcach… po parę godzin dziennie.

- Nigdy się panu nie nudziły te skrzypce? Wiadomo, że wiele dzieci, nawet tych z talentem, nie wytrzymuje rygoru ćwiczeń, zraża się, rezygnuje…

- Poradziłem sobie w ten sposób, że czytałem książkę podczas tych ćwiczeń. Bo rzeczywiście dużo jest przy tym pracy mechanicznej, przy której człowiek się nudzi, i która nie wymaga zbytniego wysiłku mózgowego. No to sobie książkę czytałem.

- Studiował pan w Warszawskiej Akademii Muzycznej a później w moskiewskim konserwatorium?

- W Akademii w Warszawie tak, ale nie w Moskwie. Miałem tam stypendium od Ojstracha, ale nie pojechałem. Sprawa wyglądała tak. Mając 14 lat zakochałem się w jazzie, słuchając konkretnie „Głosu Ameryki”. Połknąłem, jak to się mówi, „bakcyla” jazzu. Nie chciałem jednak psuć sobie warsztatu skrzypiec klasycznych – a było to bardzo ważne, gdyż grałem już zarówno koncerty z orkiestrą symfoniczną, recitale, brałem udział w różnych konkursach. Ja jednak miałem już gitarę, saksofon i trąbkę. I właśnie wtedy zacząłem się wymykać z domu właśnie na koncerty jazzowe. Tak, żeby się rodzice nie dowiedzieli. Pewnego razu dostałem po łbie od profesora za granie na gitarze, ponieważ miałem odciski. Musiałem sie zdecydować. Nie wolno mi już było jeździć na rowerze. W piłkę też już nie mogłem grać… Wtedy kolega mi powiedział: „Słuchaj, saksofon jest łatwiejszy, spróbuj saksofonu.”
Na Widzewie w Łodzi – bo wychowałem się w Łodzi, choć urodziłem się w Warszawie – koledzy mieli zespół i kiedyś poszedłem na próbę. Dali mi nowiutkiego Zelmera, saksofon sopranowy. No i zacząłem na nim grać. Sześć tygodni później zagrałem swój pierwszy koncert w Kutnie. Od tamtego czasu prowadziłem podwójne życie.

- Właśnie, wiemy jak to się skończyło. W jednym z wywiadów powiedział pan, że jest „saksofonistą, który gra na skrzypcach”. Początkowo nie doceniał pan skrzypiec jako instrumentu jazzowego. Dlatego, przechodząc w latach 60-tych do grania jazzu, zamienił pan skrzypce na saksofon i grał prawie wyłącznie na tym instrumencie, stając się jednym z czołowych saksofonistów Europy. Później, ze względów zdrowotnych, chwycił pan ponownie za skrzypce. Czy rozstanie z saksofonem przyszło panu łatwo?

- Bardzo trudno. Do dzisiaj się nie mogę z tym pogodzić.

- Czy rzeczywiście wyglądało to tak krytycznie, że musiał pan dokonać takiej zamiany?

- Krytycznie! Ja po prostu mdlałem na estradzie, kołowało mi się w głowie, na pogotowie mnie zawozili. Inna sprawa, że grałem 24 godziny na dobę. No i musiałem zaprzestać grania, prawie na rok.

- Wkrótce skrzypce stały się dla pana bardzo bogatym instrumentem jazzowym. To właśnie dzięki temu instrumentowi zrobił pan karierę na Zachodzie. Gra pan jednak w dalszym ciągu – zamiennie – na saksofonie i skrzypcach. Czy nie czuje się pan w pewnym sensie innym człowiekiem, grając na tych dwóch, tak różniących się między sobą instrumentach?

- W tej chwili już nie, gdyż właściwie ja cały czas szukałem saksofonu. Na skrzypcach gram więc, jak na saksofonie. Nie gram „skrzypcowo”. Koledzy śmieją się i mówią: „Przecież to brzmi jak saksofon”. I dla mnie to jest wielki komplement.

- Jazz jest muzyką dość elitarną. Ma to swoje konsekwencje. Z jednej strony daje jazzmanom (jak i słuchaczom) poczucie właśnie elitarności, ekskluzywności, z drugiej jednak – ogranicza ich komercyjne możliwości. To znaczy, że nie mogą liczyć na taką popularność, jaką mają np. gwiazdy muzyki pop, a co za tym idzie – na podobną „kasę”.

- To jest prawda, choć są wyjątki. Jednak generalnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o socjologię, jazz to prawie hobby. Ułamek płyt jazzowych w stosunku do wszystkich sprzedawanych płyt wynosi od 2,5 do 3 procent. Ale jest i druga strona medalu. Nielicznym, full-time jazzmanom, udało się życie na tym zbudować. Mnie też.

- I nie zniża się pan nigdy do komercji? Bowiem, żeby dotrzeć do szerszej publiczności, niezbędny jest chyba jednak jakiś kompromis?

- Żeby dojść do szerszej publiczności, trzeba po prostu być lepszym! To jest jedyna metoda na to, żeby być komercjalnym. Miles Davis, muzyk genialny, ciągle szedł z cywilizacją. Czy był komercjalny?

- Był zawsze wierny sobie, wyznaczał kierunki. Właściwie to sam był kierunkiem.

Michał Urbaniak: "Będąc chłopcem wiedziałem już, że jestem podróżnikiem i będę tam, gdzie będę mógł grać najwięcej, najlepiej i po swojemu." (zdjęcie własne)

Michał Urbaniak: „Będąc chłopcem wiedziałem już, że jestem podróżnikiem i będę tam, gdzie będę mógł grać najwięcej, najlepiej i po swojemu.” (zdjęcie własne)

- Dziękuję. Muzyka to również filozofia… Muzyka, dla takiego człowieka jak ja, to 24 godziny życia na dobę. Gdy człowiek budzi się w nocy, to nie myśli o niczym innym, tylko o muzyce. W związku z tym, jest się na bieżąco… Przede wszystkim ze sobą, potem… z cywilizacją. Jeżeli ktoś ma talent muzyczny, to słucha – jeśli słucha, to nie może nie słyszeć tego, co się dzieje naokoło. To musi mieć wpływ. A zasklepiać się, grać i kultywować to, co się kiedyś grało – jak wielu muzyków, niestety, robi – prowadzi do porażki, do odizolowania, stagnacji. I tu wracamy do elitarności jazzu. Otóż jazz wcale nie jest taki elitarny, jak się wydaje. Większość muzyki popowej, zwłaszcza w Ameryce, ma olbrzymią ilość elementów jazzowych. Np. rap. Rapowcy, biorąc z jazzu, stworzyli w ostatnich kilkunastu latach nowy rodzaj muzyki. Bardzo witalnej, prężnej i z wielką przyszłością.

- Ale właśnie rap jest krytykowany – za to, że agresywny, wulgarny, że propaguje przemoc… Ja wiem, że zahacza to o socjologię.

- A mnie właśnie w rapie interesuje strona muzyczna: sprawa rytmu, formy… Oczywiście, są raperzy, których lubię, i raperzy, których nie cierpię. Poza tym, rap jest muzyką, która cały czas się zmienia, rozwija… Najlepszy rap ma i melodię, i rozsądny tekst.

- Wiem, że jazzmani – zresztą chyba nie bez kozery – mają pewne poczucie wyższości nad tymi, którzy uprawiają bardziej popularne odmiany muzyki. Jazz uważany jest zaś za muzykę bardziej wyrafinowaną, specjalną. Czy w takim kontekście nie jest frustrujący dla jazzmana fakt, że inni – posiadający mniejszy talent muzyczny, wiedzę, zaawansowanie muzyczne – znajdują poklask o wiele bardziej szerokich rzesz publiczności?

- Uważam, że większość jazzmanów jest sama sobie winna przez to, że tak właśnie spogląda na sprawę. A jest to spojrzenie według mnie absolutnie błędne. Przede wszystkim należy sobie zdać sprawę z tego, dlaczego tak jest i o co tu chodzi. Nie jest najważniejsze, że muzyka jazzowa jest bardziej wyrafinowana. Obiektywnie – to prawda – pewne rzeczy są w niej trudniejsze i bardziej złożone. Ale kto wie, czy konieczne? Istnieje muzyka prosta, która jest po prostu bardzo dobrą, wartościową muzyką. Problem jazzmanów jest taki, że uprawiają muzykę bardzo personalną i często na krawędzi. Jazz bowiem dzieje się między odwagą a wielkim strachem. Muzyka popularna, czyli tzw. pop, kieruje się natomiast zupełnie innymi regułami. Jej kompozytorzy tworzą muzykę podobną do tej, jaką słuchacz sobie wyobraża, że mógłby zagrać, gdyby był muzykiem. A prawdziwych jazzmanów jest mało. I oto cała odpowiedź.

- Czy jest sens rozróżnianie jazzu na tzw. „europejski” i „amerykański”?

- Jeżeli jazz potraktujemy poważnie, to nie ma czegoś takiego jak jazz „europejski”. To sprawa kulturowego backgroundu. A jednak, z drugiej strony, każdy kraj może mieć swój jazz. Uważam, że w Europie najlepszy jazz i najlepszych słuchaczy ma Norwegia i Polska. Jest w tym jakieś duchowe połączenie. Niemcy np. ciągle szukają marsza w jazzie. Niestety, można powiedzieć, że większość europejskiej muzyki jazzowej jest nudna i trochę bez sensu. Nawiązuje do jakiejś pseudo-klasyki sprzed stu lat, bez żadnej szansy w konkurencji. Strasznie to lokalne. A prawdziwy jazz jest tutaj – Nowy Orlean, Nowy Jork, może Waszyngton… może trochę Chicago z tym bluesem. I to wszystko.

- Nagrał pan niedawno nową płytę. Co na niej jest?

- Płyta nazywa się „Urbanator”. Jest to płyta – marzenie moje. Miałem wizję rapu, czyli hip-hopu z jazzem, od roku 1986. Po nocach słuchałem czarnych stacji, tzw. undergroundu. Muzyki, która nie była dopuszczana oficjalnie do fal. Stało się wówczas dla mnie oczywiste, że tylko tędy prawdziwe oblicze jazzu zostanie uwypuklone na świat. Nad płytą „Urbanator” zacząłem pracować w latach 1989-90. Pierwszy utwór na niej, „Kameleon”, został nagrany w 1991 roku. No i w zasadzie nikt nie chciał w to zainwestować, ani wydać. Każdy oczekiwał ode mnie tego, co zawsze robiłem. Nikt nie chciał zrozumieć, że ja już nie chcę robić tego, że coś innego mam teraz do powiedzenia, W końcu, w ubiegłym roku, wytwórnia „Hip-Hop Records” zainteresowała się projektem, dała nam budżet i zrobiłem płytę, z której jestem bardzo zadowolony. Moim zdaniem rozpoczęła ona nową erę… Dla mnie na pewno. W każdym razie sprowokowała wielu muzyków w Nowym Jorku do robienia podobnych rzeczy.

- Jakiej muzyki słucha pan na co dzień? Czy wraca pan do klasyki?

- Z jazzu słucham albo starych mistrzów albo nowych ciekawych rzeczy. Również rapu, ale tego dobrego. Klasyki nie słucham już tak dużo, jak kiedyś. Ale mam swoich ulubionych kompozytorów. Jednym z nich jest Szymanowski, drugim Lutosławski. Interesują mnie impresjoniści – od Ravela począwszy. Paru Rosjan – Glinka, Korsakow…

- A jak podchodzi pan do Paganiniego?

- Ze straszną ilością pompek przed graniem – tak forsowna jest ta muzyka. Tak poważnie, to grałem kiedyś wszystkie 24 kaprysy Paganiniego. I do dzisiaj mnie szyja boli.

- Jakie ma pan plany na przyszłość?

- Nagrywam płytę poświęconą Milesowi Davisowi. M. in. będzie kilka jego kompozycji w stylu, w którym on nie grał, ale może by zagrał, gdyby żył do dzisiaj. Będą to aranżacje jego standardów, z wpływami rapu i hip-hopu.

- Wróćmy jeszcze do początków pańskiej kariery. Z jakimi uczuciami jechał pan tutaj? Czy zdecydowany na podbój Ameryki?

- Była to dla mnie bardzo osobista sprawa. Takie potwierdzenie własnej wartości, potwierdzenie słuszności mojego działania od czasów, kiedy chwyciłem za saksofon. Właściwie, to od dawna czułem się jak Amerykanin, wiedziałem, że tu należę. I to się potwierdziło. Oczywiście, że czasami dochodziły elementy polskiego strachu, czasami polskiej odwagi, wręcz brawury. Ciągle jednak miałem uczucie, że nie jest to dla mnie takie trudne, jak się wydaje. Najważniejszą sprawą było to, żeby to sobie udowodnić, żeby to się potwierdziło. No i na szczęście to się sprawdziło bardzo szybko.

- Konkurencja w Stanach, zresztą nie tylko jeśli chodzi o muzykę, jest zabójcza.

- Jest zabójcza! Ale muszę powiedzieć, że na dobrą sprawę jest bardzo dużo znakomitych – przeciętnych muzyków, którzy właściwie robią tylko tłok tym najlepszym, w warunkach, w których walczy się o każdą minutę na antenie. Z drugiej jednak strony, kiedy się przekonałem – słuchając nawet tych bardzo znanych muzyków – że ich poziom nie jest aż tak wielki, jakby się mogło wydawać, to po prostu dodało mi otuchy.

- Czy zdecydowany był pan zostać w Ameryce?

- Nigdy nie byłem zdecydowanie nigdzie zostać. Będąc chłopcem wiedziałem już, że jestem podróżnikiem i będę tam, gdzie będę mógł grać najwięcej, najlepiej i po swojemu.

- Czy spotkały tu pana jakieś rozczarowania?

- To będzie aż komiczne, ale przysięgam, że przyjechałem tu jak do siebie. To było jak inkarnacja. Po prostu, wysiadłem z samolotu, później wyszedłem z taksówki na Manhattanie i powiedziałem: „Jestem!” To było jak sen, jak deja vu – miałem wrażenie, że wszystko to gdzieś wcześniej widziałem.

- Czyli wszedł pan w tę kulturę bez żadnych oporów?

- Ja byłem w tej kulturze od dziecka. Jako nastolatek chodziłem tylko na filmy amerykańskie, próbowałem mówić po angielsku – nie mając żadnej lekcji; spisywałem swoje ulubione piosenki amerykańskie. Odwiedziłem Amerykę jeszcze w 1962 roku – przyjechaliśmy tu z zespołem Trzaskowskiego, na stypendium Departamentu Stanu. Mogłem się już wtedy trochę rozejrzeć. Chciałem zostać, ale koledzy mnie wtedy wyśmiali. Minęło 11 lat i znalazłem sie ponownie na Manhattanie. Wiedziałem już wówczas parę rzeczy: że muszę być sobą, że muszę mieć swoją muzykę, żeby nikogo nie słuchać, tylko siebie i robić swoje… To wszystko:” że tutaj jestem, że tu pasuję i że tu jest najlepiej dla mojej muzyki. Bo tę muzykę właśnie tu słyszałem najlepiej i do dzisiaj tak słyszę.

- I nie myśli pan o powrocie do kraju?

- No, chyba że na emeryturę… Ale tak poważnie: to jest źle i sztucznie postawiony problem – powrót czy nie. Proszę pana, ja nigdy z kraju nie wyjechałem.

- Niedawno, jedna z polskich gazet rozpisała ankietę z podobnym, pytaniem wśród znanych Polaków, którzy od dawna przebywają za granicą, I właśnie wielu z nich w ten sam sposób odpowiedziało: że właściwie to oni z Polski nigdy nie wyjechali. Jest w tym trochę z kokieterii, ale rzeczywiście, tak stawiając problem, dajemy dowód swoim starym nawykom myślowym, będącym chyba spuścizną po „kochanym” PRL-u, po tym myśleniu zza „żelaznej kurtyny”. Przecież sama nasza fizyczna obecność gdzieś na jakiejś ziemi, nie przesądza wcale o tym, kim jesteśmy, kim się czujemy…

- Dokładnie. Proszę mi wierzyć, że ja to wiedziałem od samego początku. A mieszkałem też przez parę lat w Szwecji. Po prostu, świat jest mały – to taka mała kula. I wszyscy mieszkamy razem w tej wiosce.

- Dziękuję i gratuluję świetnych koncertów w Chicago.

greydot

Michał Urbaniak koncertujący  (zdjęcie własne)

Michał Urbaniak koncertujący (zdjęcie własne)

* Wywiad z Michałem Urbaniakiem opublikowany został w tygodniku „Relax”, 24 września, 1994 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 182 obserwujących.