GUŁAG PEŁEN RADOŚCI

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

“Ja będę twoim Dostojewskim, jeśli ty będziesz moim Tołstojem. Nasze życie razem będzie wypełnione taką rozpaczą, że śmierć będzie się nam wydawać gułagiem pełnym radości.” (Jarod Kintz)

* * *

Objaśnianie Putina Tołstojem byłoby podobnie bezsensowne, jak objaśnianie Hitlera Goethem. Ale już objaśnianie Putina Dostojewskim miałoby większy sens, podobnie jak objaśnianie Hitlera Nietzschem. To świadczy o tym, że objaśnianie życia literaturą może być równie sensowne, co bezsensowne.
Innymi słowy, autonomia literatury jest na tyle duża, że nie może być ona zakładnikiem społecznego kodu, czy nawet historycznego momentu. Wielka literatura ma wartość uniwersalną. Dlatego rosyjscy pisarze cieszą się takim poważaniem na Zachodzie. (Ale to niestety nie oznacza, że takim samym poważaniem cieszą się Rosjanie jako naród. Nic w tym zresztą dziwnego, bo nie można utożsamiać literatów z narodem, a tym bardziej z jego przywódcami czy politykami.)

* * *

Wydaje mi się, że nie zrozumiemy istoty zbrodniczych systemów (takich np. jak faszyzm czy komunizm) jeśli będziemy demonizować ich twórców czy przywódców, przypisując im samo zło i radykalną “nieludzkość”.
Cała przewrotność ich “sukcesu” (poparcie szerokich rzesz społecznych), polegała na tym, że ludzie uwierzyli, iż czynią oni dobro. I rzeczywiście, pod wieloma względami, efekt ich rządów był pozytywny (np. wydobycie Niemiec przez Hitlera z zapaści gospodarczej).

Zło jest zdradliwe, bo często posługuje się dobrem.

Największa “demoniczność” masowych morderców – przywódców politycznych, polega na tym, że mają oni ludzką twarz.

* * *

Dopóki w krajach Zachodu kapitalizm był kompatybilny z demokracją (tzn. dopóki kapitaliści potrafili się dogadać z reprezentującymi społeczeństwo socjalistami), dopóty jakoś to wszystko grało, a większość ludzi żyła dostatnio (pomijam tutaj turbulencje światowych wojen). Lecz to się zaczęło psuć już w latach 70-tych ubiegłego wieku (konkretnie: w Stanach Zjednoczonych), z tym że istniały mechanizmy, które odwlekły nastanie głębokiego kryzysu o dobrych kilkadziesiąt lat.
Ten kryzys – wbrew pozorom polepszenia sytuacji – trwa w Stanach do dzisiaj, i niestety, zaczyna go również doświadczać Europa. A to dlatego, że kapitalizm (dzisiaj lepiej byłoby mówić o systemie bankowym i korporacyjnym) zaczyna się “rozjeżdżać” z demokracją – co widać doskonale na przykładzie kryzysu w Grecji.
Na szczęście – mimo tego, że wielkie pieniądze “wykupują” (de facto: przekupują) politykę i polityków (o mediach nie wspominając) – ludzie dysponują jeszcze narzędziami demokratycznymi, by się temu sprzeciwić (kiedy przestaną dysponować takimi narzędziami, to najprawdopodobniej dojdzie do rewolucji – lub masowych migracji).
Problem w tym, że sam sprzeciw to za mało. Trzeba jeszcze znaleźć sposób na samorządność – na wprowadzenie ustroju, który działałby dla dobra całego społeczeństwa, a nie tylko “elit” finansowo-partyjno-oligarchicznych. A to, niestety, nie będzie łatwe.

* * *

Nie dość, że nie ogarniamy (myślą, zrozumieniem) świata, w którym żyjemy (nigdy nie ogarnialiśmy), to jeszcze tworzymy systemy, których sami nie ogarniamy (jak np. system monetarny i bankowy).
Tylko besserwisserzy myślą, że to wszystko rozumieją – ale przecież to jedynie tak im się wydaje.
We are lost… Błąkamy się, jak te dzieci we mgle, nadrabiając miną i śpiewając (pisząc, tworząc, komentując świat) dla dodania sobie odwagi (i znaczenia).

* * *

Można zauważyć, że na internetowych forach publicznych (ale nie tylko tam, także we wszelkich dyskusjach w radio czy telewizji) wszyscy uważają się za besserwisserów. Własnej racji, (która często jest niczym innym jak naszym widzimisię) broni się jak niepodległości. Mało tego: opinię, która się różni od naszej własnej, odbiera się jak osobistą zniewagę – jak atak na nas samych.

Człowiek to jednak zarozumiałe zwierzę (a przecież pozbawiony jest kontroli nawet nad swoim mózgiem – nie wspominając o tym, że nadal, tak naprawdę, nie wie jak ten mózg działa – tzn. co jest istotą myślenia, pamięci, świadomości… etc.).

* * *

Wierzyciele pożyczają pieniądze, których sami nie mają. Dłużnicy je wydają – zarabiają na tym ci, którzy coś sprzedają. I to jest właśnie ten finansowy cud: pieniądze powstają ex nihilo. Ale w końcu i tak zapadają się w czarną dziurę.
Wszyscy uzależniają się od wirtualnego świata – nawet (a może nawet przede wszystkim) banki. Niestety, na dłuższą metę konkretnej rzeczywistości nie da się oszukać i następuje twarde lądowanie.

* * *

Stany Zjednoczone uzależniły świat od dolara (teraz to wygląda tak, że nigdy np. nie będą niewypłacalne, bo zawsze będą mogły spłacić dług papierkami, które – w przeciwieństwie do innych państw – sami mogą drukować i to bez limitu).
Podobnie najsilniejsze kraje Europy (Niemcy, Wielka Brytania, Francja) uzależniają kraje słabsze od siebie – właśnie za pomocą euro – nazywając to zwykle współpracą albo – jeszcze częściej – pomocą. A to jest taki ciekawy sposób pomocy, który zawsze – prędzej czy później – działa na szkodę tych, którym się (rzekomo) pomaga. (Grecja!)
W finansach nie ma sentymentu (a pomoc należy właśnie do kategorii sentymentalnych). (A ściślej: nie ma sentymentu z wyjątkiem miłości/żądzy pieniędzy; vide credo: Greed is good!)

* * *

Wywiad Jacka Żakowskiego z profesorem Guyem Standing ekonomistą, wykładowcą Uniwersytetu Londyńskiego.
Żakowski: “Wizja sfrustrowanych, która się wyłania, jest groźna dla demokracji?”
Prof. Guy Standing: “Sfrustrowani bronią demokracji zagrożonej przez postępujące utowarowienie polityki zdominowanej przez wielkie pieniądze. Od 30 lat demokracji ubywa. Coraz mniej osób czuje się reprezentowanych przez partie parlamentarne i ich polityków. Powstała demokracja manipulacyjna. Wielkie pieniądze manipulują partiami, mediami, wyborcami. To najbardziej wkurza sfrustrowanych. Dlatego instynktownie i intuicyjnie domagają się demokratyzacji.” (…)

Przykre to, ale w Polsce media i politycy dały się właśnie “utowarowić”, stając się jednym z elementów mechanizmu zagrażającego demokracji (a nie broniącego demokracji, jak łudzi się red. Żakowski i inni publicyści z kręgu „Polityki” i „Gazety Wyborczej”).

* * *

Niestety, kiedy walczy się o demokrację, największą ofiarą tej wojny może być sama demokracja.

* * *

Każdy naród ma poczucie wyższości nad innymi narodami. Czasami, to poczucie wyższości wyrasta – tak jak w naszym (Polaków) przypadku – z kompleksu niższości (kompleks ten ma różne przyczyny, zazwyczaj od nas niezależne).
Pretekst (do poczucia wyższości) zawsze się znajdzie, podobnie jak argumenty.

* * *

Niektórzy uważają, że „Polska musi przyjąć walutę euro, aby się liczyć w Unii”. Formując w ten sposób ten postulat, wyrażają niechcący pewną prawdę: Polska nie liczy się w Unii.
Według mnie posiadanie waluty euro nie ma wpływu na to, że kraj Unii liczy się bardziej lub mniej. Exemplum: Grecja licząca się w Unii, ale à rebours – czyli jako bankrut.
Przykład Grecji pokazuje także, iż nawet jeśli kraj posiada walutę euro, to wcale się jest łatwiej się z nim rozliczyć (czy też policzyć).

W przytoczonym na początku zdaniu zawarta jest jeszcze jedna bałwochwalcza wiara we wszechmoc pieniądza – waluta jako cudowny środek, którym można regulować rynek i gospodarkę (w praktyce rozregulowując – tak jak to jest w przypadku dolara w ostatnim kryzysie w Stanach Zjednoczonych).
Jeśli najważniejszymi instytucjami bankowymi świata kierują tacy ludzie jak kłamca Bernanke, cynik Wolfowitz czy krętacz Strauss-Kahn, to co tu mówić o etycznej wiarygodności całego tego systemu i towarzystwa?

Państwo to zbyt poważna sprawa, aby uzależniać go od bankierów i finansistów.

* * *

Bez wątpienia istnieje coś takiego jak kod społeczno-kulturowy narodu (wpierw jednak należałoby ustalić jego definicję, by można było na jego temat sensownie dyskutować). Nie uważam jednak, że tłumaczy on zachowania osobnicze (konkretnych ludzi). Bo o tym zachowaniu decyduje bardziej sytuacja – warunki i położenie człowieka. Również jego charakter, wyznawany (i stosowany przez niego) system etyczny, wzory i zasady wyniesione z domu, przyjęte wartości, rola społeczna… etc.
Czyli “kod kulturowo-społeczny” jest pojęciem zbyt ogólnym, by według niego tłumaczyć (odczytywać) zachowanie człowieka.
Nie stanowi on także żadnego usprawiedliwienia dla takiego, a nie innego zachowania i postępowania.
Ponadto, ważniejsza od “ewolucji” tego kodu, jest zmiana polityczna, ustrojowa, społeczna, która może być bardzo szybka, wręcz błyskawiczna. To ona bardziej wyznacza nowe zachowania ludzkie, a nie wolno (ewolucyjnie) zmieniający się kulturowo-społeczny “kod”. (Żeby to lepiej zrozumieć, dobrze byłoby zapoznać się w pewnymi ustaleniami behawioryzmu.) Przecież w słynnym eksperymencie Zimbardo wszyscy, którzy wzięli w nim udział, podlegli byli temu samemu kodowi kulturowo-społecznemu (bo przecież byli reprezentantami tego samego społeczeństwa), a jednak zaczęli się zachowywać zupełnie inaczej – w zależności od tego, czy zostali “strażnikami” czy “więźniami”. Czyli różnica w ich zachowaniu nie wynikała z ich podległości jakiemuś “kodowi kulturowo-społecznemu”, tylko z odmienności sytuacji w jakiej się znaleźli – a i te się różniły w zależności od charakterów poszczególnych uczestników eksperymentu.
Tak więc “kod kulturowo-społeczny” nie jest dobrym kluczem do tłumaczenia ludzkich zachowań, zwłaszcza w homogenizującym się, eklektycznym, otwartym na przepływ informacji i idei świecie – i to nie tylko dlatego, że to wszystko sprawia, iż ów kod ulega zaburzeniu.

* * *

Jak twierdzą niektórzy, “sprawczość” kodu społeczno-kulturowego, czyli jego efekt w społeczeństwie, może być zweryfikowana tylko statystycznie. Jeśli tak, to nie ma sensu “weryfikować” go w zachowaniach osobniczych, indywidualnych. Każdy bowiem człowiek jest podległy swojej własnej mentalności (lepiej chyba mówić tu o charakterze, osobowości), a nie jakiejś ezoterycznej “mentalności zbiorowej”.

Philip Zimbardo zamierzał zbadać, czy w jakimś społeczeństwie istnieje szczególna podatność ludzi na uleganie autorytetom aż do okazywania okrucieństwa. Kolejne badania potwierdziły tezę, że nie istnieją różnice w kodach społeczno-kulturowych, które ten eksperyment mógłby wykryć. Niezależnie od kraju badań wyniki były takie same.
To z kolei świadczy o tym, że o zachowaniach ludzkich bardziej decyduje “natura” gatunku Homo sapiens (rzeczywiście zapisana w genach), niż “kod społeczno-kulturowy” poszczególnych narodów czy grup społecznych – a jeszcze mocniej odnosi się to do zachowania konkretnego człowieka.

* * *

Czy można wierzyć statystyce?

Ogół to nie szczegół. Suma nic nam nie mówi o składnikach dodawania.
Statystyka jest elastyczna i płynna, tylko fakty mogą być twarde i konkretne.
Statystyka jest jedynie czymś w rodzaju poznawczej atrapy, za pomocą której usiłujemy opisać (rozpoznać) rzeczywistość, która wymyka się naszej percepcji. Tak więc, statystyka nie jest najlepszym narzędziem do poznania prawdy (nie bez kozery Mark Twain kiedyś powiedział, że istnieją trzy rodzaje kłamstwa: kłamstwa, cholerne kłamstwa i statystyka).

* * *

Prawdopodobieństwo: coś podobnego do prawdy, ale prawdą nie będące.
Niestety, im bardziej (głębiej) drążymy rzeczywistość, tym bardziej się nam ona wymyka (im bardziej Puchatek zagląda do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie ma). Tak, jakby ta “rzeczywistość” bawiła się z nami w ciuciubabkę, podstawiając (przedstawiając) nam to, co chcemy (możemy?) – albo spodziewamy się – zobaczyć. Stąd zamęt, który “robi” za ład. Zamęt, z którym jakoś próbujemy sobie radzić, często przywdziewając maskę besserwissera (w końcu – najczęściej – się z nią utożsamiając).
W sumie większość z tych, którzy prowadzą zażarte dysputy, uważają się właśnie za besserwisserów, zwykle traktując swojego interlokutora jako Schlechterwissera, czyli tego, który „wie gorzej” (więc się myli).

* * *

Sprzeciw dla referendum.
Czyli NIE dla wypowiedzenia się społeczeństwa w istotnych dla niego sprawach? Czy aby nie jest to obawa przed “ciemnym” ludem? Czyli społeczeństwo jest za głupie, by o sobie decydować?
Tego rodzaju myślenie ma swoją długą tradycję. Ot, weźmy choćby klasyka José Ortegę y Gasseta, który prawił o buncie “mas”.

Każde myślenie o społeczeństwie w kategoriach masy jest myśleniem totalitarnym. Każde traktowanie społeczeństwa jako “ciemnego ludu” jest odruchem autorytarnym.

*  *  *

Zauważyłem, że ostatnio (gdzieś tak od wyborów prezydenckich w Polsce i niespodziewanego sukcesu pospolitego ruszenia pod wodzą Pawła Kukiza) na moim blogu nastąpiło gwałtowne zainteresowanie “Buntem mas” Ortegy y Gasseta, której to książce poświęciłem jeden ze swoich wpisów.
Przypomniałem sobie ów tekst, jak również komentarze, które się wtedy pojawiły. Mimo, że było to pisane jakieś 7 – 8 lat temu, uderzyła mnie aktualność treści tam zawartej, ot – dla przykładu – choćby w poniższej wymianie zdań.

MIZIOL: „Wydaje się, że te problemy, które poruszał Jose Ortega y Gasset w swoich esejach dzisiaj stały się dużo bardziej widoczne i odczuwalne. Masy wybierają swoich przedstawicieli, bo tak jest skonstruowana demokracja. Jest to system, w którym władza jest wybierana dzięki populizmowi i demagogii. Dzięki takiemu stanowi rzeczy władzy nie sprawują fachowcy, specjaliści od rządzenia, ludzie szlachetni, ludzie z misją, lecz konformiści i oportuniści. Jest to system, w którym poziom (we wszelkich dziedzinach życia) jest zaniżany do poziomu masy. Z jednej strony to przykre i może być dla niektórych nawet bolesne, ale chyba taka jest logika rozwoju świata jako całości. Świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa czyli ‚masy’. Z tym się wiąże wiele pomniejszych problemów jak np. upadek sztuki – o czym Ortega y Gasset też pisał. I dzisiaj te problemy nabrały dużo większej ostrości w porównaniu z jego czasami. Populacja ludzkości zwiększyła się i coraz bardziej skupia się w dużych organizmach organizacyjnych jakimi są miasta. Kiedy idziesz na wsi i spotykasz drugiego człowieka, to nawet nie znając go dajesz w jakiś sposób do zrozumienia, że go widzisz. Pozdrawiasz, kiwasz głową, nawiązujesz kontakt wzrokowy, cokolwiek. Na ulicy Chicago, Warszawy czy Dublina to już niewykonalne. Ludzi jest za dużo i dla każdego z nas reszta zlewa się w jedną, przewalającą się masę, której sami jesteśmy elementem. Pozdrawiam z irlandzkiej wsi. My tu ciągle jeszcze jesteśmy jednostkami.”

Moja odpowiedź: Mam wątpliwości czy „masy” wybierają dziś swoich przedstawicieli. „Masom” poddaje się teraz zwykle na tacy do wyboru kandydatów, którzy już wcześniej zostali przez kogoś (czyli elity, lobbing, partie, organizacje…) wybrani i „namaszczeni”. System ten sprawdzał się w początkach demokracji, ale kiedy struktury państwa (władzy) ulegają skostnieniu (umacnia się choćby kapitalistyczny „beton”, mają miejsce jakieś pozakulisowe porozumienia, tworzą się „elity” korporacyjno-bankowe, media tracą swoją niezależność… etc.) to zachodzi podejrzenie, że ci kandydaci będą wyłaniani spośród tych, którzy będą reprezentować interesy tychże grup właśnie, a nie całej „masy” wyborców. Nie wiem czy „świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa”, jak piszesz. Ludzie, którzy posiadają rzeczywistą władzę, mają jednak tendencje do podporządkowywania sobie społeczeństwa – a konkretnie do tworzenia warunków, w których będą chronione ich partykularne interesy, a nie interesy „ogółu”, czyli „masy”. (Oczywiście, wmawiając owemu „ogółowi”, że to wszystko robi się dla jego dobra.) Każda władza korumpuje w tym sensie, że wzmacnia się zwykle jej podmiotowość, przez co staje się ona coraz bardziej „arogancka” w stosunku do ludzi, nad którymi sprawuje władzę. W jakiś sposób więc się alienuje, dążąc przy tym stopniowo do zniesienia jakiejkolwiek (np. społecznej) kontroli nad sobą. I to jest niebezpieczne. (…) (Koniec odpowiedzi.)

Czy nie pasuje to jak ulał do obecnej sytuacji w naszym kraju?

* * *

Ktoś w komentarzach pod artykułem o książce y Gasseta napisał również: „Wydaje mi się, że indywidualizm jest zanikającą cechą. Ludzie sprawiają wrażenie masy bez własnego zdania. Nieliczni indywidualiści wybijają się ponad przeciętność, inni – osaczeni, siedzą cichutko, część legnie zdeptana przez pędzący na oślep tłum.”

Trudno jest mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że indywidualizm jest cechą zanikającą. Warto zauważyć, że WSZYSCY jesteśmy skłonni właśnie innych uznać za „masę bez własnego zdania”, ale już sami siebie uznajemy za indywidualistów.
Parafrazując Sartre’a możemy powiedzieć: tłum to inni.

* * *

Są różne rodzaje tłumów. Mamy tłum w filharmonii, mamy tłum na meczu futbolowym, mamy tłum w kościele, mamy tłum na zebraniu partyjnym… etc. Ważne jest to, jakie emocje mogą tym tłumem zawładnąć, kto chce przejąć władzę nad tym tłumem (lub choćby nań wpływać), jakie idee tłum opanują…

Nie przepadam za byciem w tumie, ale jest to niechęć raczej… fizyczna. Po prostu nie lubię być popychany, trącany, deptany – wolę przestrzeń, swobodę i dopływ świeżego powietrza. Kiedy jesteśmy w tłumie to musimy – chcąc nie chcąc – pogodzić się, że jednak stanowimy część tego tłumu. Czasem jest to przyjemne, czasem nie, niekiedy budujące, to znów destruktywne… wszystko zależy od sytuacji i okoliczności.

* * *

Nie każdy tłum zieje „czymś przeraźliwym”, jak ktoś to określił. Bycie w tłumie może także oddziaływać na nas pozytywnie (większość z nas tego doświadczyła: od pokolenia solidarnościowego zrywu i uwielbienia dla Jana Pawła II, po uczestnictwo w jakiejś zbiorowej imprezie – choćby w koncercie rockowym czy symfonicznym.)

Tłum znosi do pewnego stopnia naszą indywidualność – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony.
Do tych dobrych należy np. poczucie solidarności, więzi z innymi ludźmi, uniesienia, a nawet euforii – jeśli to jest budujące, oparte na pozytywnych emocjach.
Złe: jeśli mechanizmy te wyzwalają w nas wrogość, nienawiść – czyli są destrukcyjne, oparte na emocjach negatywnych.

Nie bez znaczenia jest również to, że zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku możemy poprzez uczestnictwo w tłumie „oszukać” własną samotność.

* * *

Ostatni kryzys w Stanach Zjednoczonych udowodnił m.in. i to, że nadal „człowieka masowego” można robić „w trąbę”. Inne niebezpieczeństwo: Chiny. Tam cięgle ludzi traktuje się bardziej jako „masę” niż zbiór ludzkich jednostek – indywidualności. I tą masą można będzie kiedyś pokierować tak, że wystąpi ona z brzegów i podtopi nieco nasz glob.

* * *

Niektórzy uważają, że Ortega y Gasset wynosi się poza „tłum”, gardzi „pospólstwem”, denuncjuje pośledniość „gawiedzi”… itp.
Czytając „Bunt mas” nie odniosłem takiego wrażenia, iż autor „gardzi” masą (choć dość ostentacyjnie pojęciem „masy” i „człowieka masowego” się posługuje). Wydaje mi się, że jest on bardziej historyczno-politycznym analitykiem, rodzajem socjologicznego proroka, próbuje ostrzegać przed nadchodzącym wielkimi krokami totalitaryzmem.
Jednakże sam nie „utylizuje” ludzkiej indywidualności, wprost przeciwnie: ukazuje, jak taką indywidualność w jego czasach zaczęto utylizować.
Według mnie cała krytyka „masowego” społeczeństwa wyrosła u Ortegi y Gasseta z jego przywiązania do elitaryzmu – i niezgody na ekspansję oraz panowanie przeciętności, banalności, bezmyślności (tudzież uzurpowania sobie przez to wszystko prawa do dominacji w społeczeństwie, zarówno jeśli chodzi o kulturę, jak i samą historię).

* * *

Ortega y Gasset jest jednak „intelektualnie” przenikliwy, mimo tych swoich wahań i niekonsekwencji, które wynikały po prostu z trudności jakie stwarza zarówno analiza socjologiczna, jak i przewidywanie przyszłości historycznej społeczeństwa. Mimo wszystko udało mu się to doskonale. Oprócz tego, jak się okazuje, wiele jego spostrzeżeń do dzisiaj zachowało swoją aktualność.

Czy Ortega Y Gasset był mizantropem? Nie wiem. Zbyt mało wiem o nim jako o człowieku. Ale w pewnym sensie ten jego esej świadczy o nim. Kiedy więc czytałem “Bunt mas”, to oczywiście zauważałem to jego krytyczne nastawienie do pewnych ludzkich cech, skłonności czy zachowań, które mogłyby świadczyć o mizantropii. Z drugiej jednak strony, przeczy temu jego autentyczne zaangażowanie po stronie – nazwę to ogólnie i w uproszczeniu – humanizmu. I ta postawa dobrze o nim świadczy. Koniec końców, uwzględniał on dobro człowieka.

Myślę, że na miejscu będzie przytoczenie tu jednej z wypowiedzi y Gasseta, która sporo mówi o nim samym oraz jego nastawieniu do świata i innych ludzi: „Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia. To specyficzny i ekskluzywny sport i luksus intelektualistów. Dlatego też charakterystycznym dla nich gestem jest patrzenie na świat rozszerzonymi ze zdziwienia źrenicami. Cały otaczający nas świat jest dziwny i cudowny, jeśli nań spojrzeć szeroko otwartymi oczami. To właśnie, uleganie radosnemu zdziwieniu, jest rozkoszą dla futbolisty niedostępną, natomiast dzięki niej intelektualista idzie przez życie pogrążony w nie kończącym się, wizjonerskim upojeniu, którego oznaką zewnętrzną jest zdziwienie widoczne w oczach. Dlatego też dla starożytnych symbolem Minerwy była sowa, ptak, którego oczy są zawsze szeroko otwarte, jak gdyby w niemym zdziwieniu.”

* * *

Podoba mi się konstatacja, którą ostatnio usłyszałem, że ludzie mają skłonność do tego, aby czuć się “wyjątkowymi w swojej nie wyjątkowości”. Co ciekawe, nawet bycie w tłumie wzmacnia owo poczucie bycia kimś wyjątkowym, bo przecież jest się w “wyjątkowym” tłumie, tzn. w tłumie mającym pewien szczególny cel, aspirację, odczuwającym coś specjalnego… – chodzi tu jednak o tłum “aktywny”, okazjonalny, “eventowy”.
Czym innym jest jednak tłum – nazwę go tutaj – zwykłym, “powszednim”. To taki, który widzimy codziennie np. na ulicach wielkich miast. W takim tłumie można się już “zgubić”, zatracić – zachować swoją anonimowość, nie tracąc jednak poczucia własnej wyjątkowości, która wszak w takim środowisku staje się na wskroś niewyjątkowa.
Tak, sporo pisze się książek (i kręci filmów) o tzw. przeciętnym, “średnim” człowieku – Everymanie (Jedermannie). Jednakże, moim zdaniem, autorzy takich utworów (bardziej lub mniej świadomie) czynią z takiego człowieka kogoś (mimo wszystko) wyjątkowego, szczególnego. Prawdę mówiąc, gdyby było inaczej, to by się pewnie nim nie zajęli. Ja zresztą uważam, że każdy człowiek jest kimś wyjątkowym.

Pytanie: czy aby nie utonąć w „masie”, musimy iść z samym sobą na ustępstwa? Może dzieje się odwrotnie: toniemy właśnie wtedy, kiedy idziemy na te ustępstwa (bo – ulegając prawu mimikry – upodabniamy się do tłumu, z tym tłumem się zlewamy)?

* * *

Z wypowiedzi UW: „Niedoskonale działające ustroje demokratyczne, to efekt tego, że nad ekonomią zaczęła dominować polityka. Równość jak najbardziej istnieje, tylko każdemu zdaje się że takowa musi opierać się na braku różnic, a jest właśnie odwrotnie. Jedyny wymóg to odpowiednie proporcje tych różnic. Ja mimo wszystko sądzę, że nie ma indywidualizmu i nie ma masy.”

Nad ekonomią zaczęła – oprócz polityki – dominować zachłanność i irracjonalna, bezczelna spekulacja. W pewnym sensie wielkie systemy korporacyjne i finansowe nabierają cech systemów totalitarnych (nie tylko poprzez swoją globalizację, również wskutek sposobu w jaki traktują człowieka – czyli instrumentalnie, przedmiotowo, a-humanitarnie, lekceważąc jego prawa i potrzeby).

Nie ma indywidualizmu o tyle, że każdy człowiek jest uwikłany w stosunki społeczne, funkcjonowanie państwa i kultury, zdeterminowany genetycznym podporządkowaniem się prawom swojego gatunku… etc. (Totalne zaprzeczenie indywidualizmu równałoby się zaprzeczeniu istnienia wolnej woli.)
Nie ma masy o tyle, że społeczności ludzkie (tłum) składają się z poszczególnych osobników, indywiduów… (jeśli już tak nieelegancko nazywać człowieka).
Jednakże faktem jest, iż na każdego człowieka wywiera wpływ bycie w tłumie, stąd wrażenie, że tłum jest rodzajem „organizmu” o specyficznych właściwościach. I rzeczywiście tak jest, dlatego badania nad zachowaniem się tłumu (i nad jego cechami) mają swój sens i uzasadnienie.

* * *

Sądzę, że każdy człowiek ma prawo do posiadania własnego zdania i to również w sprawach, w których nie jest ekspertem. Uważam jednak, że kluczowe są tutaj te oto słowa autora „Buntu mas”: „Człowiek, który przypisuje sobie prawo posiadania własnego zdania na jakiś temat, nie zadając sobie uprzednio trudu, by go przemyśleć”. (Kimś takim, według y Gasseta, jest właśnie „człowiek masowy”).

Ortega y Gasset ma tutaj na uwadze człowieka bezmyślnego, czyli takiego który poddaje się „owczemu pędowi”, ulega stereotypom i obiegowym opiniom, kieruje się impulsem, popędem i instynktem – takiego, któremu po prostu nie chce się (albo który nie jest w stanie) samodzielnie myśleć, (choć oczywiście nie jest on zbyt skory, aby się do tego przyznać).
Z tego typu człowiekiem mamy do czynienia choćby w kulturze tzw. „masowej”. Również na niwie politycznej, gdzie rozpolitykowany „człowiek masowy” ulega zbiorowemu amokowi bezkrytycznego opowiadania się za taką a nie inną partią – uważając przy tym, że jego wybór jest jedynie słuszny, mądry i prawdziwy (i naturalnie – niezależny). Ach te złudzenia społeczeństw liberalno-demokratycznych.

* * *

Gust człowieka masowego obowiązuje w przestrzeni komercyjnej. Wynika to z prostej zasady maksymalizacji zysku. Dotyczy to więc również kultury masowej – filmu, muzyki, sztuki… tego wszystkiego, co ma zarobić pieniądze. Sprawą otwartą pozostaje wieczny dylemat: w jakim stopniu ów „gust człowieka masowego” (można to nazwać bardziej elegancko „gustem publiczności”), może być kształtowany przez media, artystów, producentów – czyli przez twórców kultury masowej; a na ile jest on „niereformowalny”, czyli zdeterminowany specyficznymi cechami występującymi u wielu ludzi „masowych”, jak np. niewybredność, prostactwo, upodobanie kiczu i pospolitości, lenistwo w myśleniu, uleganie stereotypom,, kulturalna gnuśność, konsumpcyjny schematyzm… etc.

Mało kto uświadamia sobie to, że ten sam człowiek może przejawiać zarówno cechy, które plasują go w obrębie elity, jaki takie, które potwierdzają, że jest człowiekiem masowym. Jednak, opisując społeczeństwo, siłą rzeczy zmuszeni jesteśmy dokonywać pewnych klasyfikacji, uogólnień, dzielenia ludzi na grupy wyróżniające się jakąś statystyczną normą czy wielkością.
I co jest ważne: wszyscy – zapoznając się z podobnymi klasyfikacjami – mamy tendencje do identyfikowania się z tymi, których umieszczono w lepszej „szufladce”.

Na pewno nie chcemy być uważani za część składową masy, choć dość ochoczo szafujemy takim określeniem wobec innych (nadmieniłem o tej skłonności wcześniej, parafrazując Sartre’a, że… „tłum to inni”.)

„Bunt mas” został opublikowany dawno temu, lecz nie odniosłem wrażenia, że książka y Gasseta pisana była „w jakimś innym świecie”. Wprost przeciwnie. To jest ciągle „nasz” świat – stąd ciągła aktualność idei y Gasseta. Choć zgodziłbym się z tym, iż nieuprawnione było twierdzenie autora, że żadna z poprzednich epok nie była tak wyjątkowa, jak ta, w której aktualnie żyje on sam. Moim zdaniem wyjątkowa jest każda (bez wyjątku) epoka. Innymi słowy: każda epoka jest specyficzna i niepowtarzalna.
Mimo to heraklitejski postulat o zmienności (i przemijalności) wszystkiego obowiązuje nas nadal i obowiązywać będzie zawsze. (W odróżnieniu od nietzscheańskiej idei „wiecznego powrotu”, która, moim zdaniem, bardziej poetycka jest, niż realistyczna.)

* * *

Nie jestem pewien, czy wyznacznik „nie zgadzania się z tłumem” jest w pełni adekwatnym wyznacznikiem elitarnej supremacji „autentycznej mniejszości”. Poza tym: czy tłum nigdy nie ma racji? Wszyscy przecież znamy sentencję: Vox populi, vox Dei.

* * *

Marzenie o byciu kimś wyjątkowym oznacza najczęściej marzenie o wyniesieniu się ponad tłum, (czyli ponad ludzką „masę”) – pragnienie doznania swoich „15 minut sławy”. Ludzie – w swojej masie – są banalni, a mimo to każdy – w swojej indywidualności – jest jednak wyjątkowy.

* * *

TAXI DRIVER REVISITED

(powrót do filmu Martina Scorsesego „Taksówkarz” po latach)

Samotny jeździec Apokalipsy - na razie ogląda pornografię w kinie (Robert De Niro w

Samotny jeździec Apokalipsy oczyszczający świat z brudu i szumowin – na razie ogląda pornografię w kinie (Robert De Niro w „Taksówkarzu”)

.

Wiem, że podnoszę rękę na świętość, ale to moje obrazoburstwo jest jednak dość pozorne i mylące. Bowiem wcale  nie zamierzam kontestować wielkości filmu Scorsesego (cóż by to dało – przecież nic nie jest w stanie wyrzucić „Taksówkarza” z panteonu największych dokonań w historii kina), a jedynie zdać (sobie i ewentualnie innym) sprawę z kilku refleksji jakie nawiedziły moją głowę po niedawnym spotkaniu z filmem, (który, ostatnim razem – w całości – widziałem jakieś 30 lat temu). Ale po kolei.

1. ZASKOCZENIE

Oczywiście największe wrażenie zrobił na mnie film, kiedy oglądałem go po raz pierwszy. Miałem wtedy kilkanaście lat, niewiele jeszcze mi mówiły takie nazwiska jak Scorsese, czy De Niro; moje reakcje na kino były wówczas bardzo spontaniczne i świeże, filmy oglądałem z nerwami na wierzchu – bardziej sercem i trzewiami (naładowanymi buzującymi hormonami), niż głową i rozumem… „Rzeczywistość” filmową często przeżywałem bardziej żywo i intensywniej, niż tę prozaiczną i codzienną – życie rutynowe nie umywało się do tego wewnętrznego, które podsycały marzenia, iluzje, szaleńcze ciągoty i wyobraźnia. Kino dopiero co zaczęło otwierać przede mną swe wrota, za którymi kryły się nieprzebrane bogactwa. Wiele z nich nie potrafiłem wtedy jeszcze nazwać, choć czułem, że zaczynam je rozpoznawać. Co do „Taksówkarza”, już po pierwszym seansie zdałem sobie sprawę, że… to jest to (ale jeszcze dokładnie nie wiedziałem co).

2. RACJONALIZACJA

10 lat później – to był już „Taksówkarz” przeanalizowany. Wówczas już trochę więcej wiedziałem o kinie (bez większych szaleństw, ale kilka moich tekstów zostało opublikowanych w takich „fachowych” pismach jak miesięcznik „KINO” czy kwartalnik „Film na świecie”), więc do filmu Scorsesego podszedłem nieco bardziej po akademicku: starałem się dociec dlaczego obraz ten ostał uznany za dzieło wybitne, co było w nim takiego nadzwyczajnego – dzięki czemu jest to taki reżyserski i aktorski majstersztyk? innymi słowy: na czym polegał fenomen „Taksówkarza” jako dzieła wychwalanego wielce zarówno przez fachową krytykę, jak i amatorską publiczność? Czyli „Taksówkarz” rozbierany na części pierwsze; czyli eseje, rozprawy… Czyli znaczenie „Taksówkarza” kulturowe i społeczne (signum temporis i społeczna diagnoza), ale i „Taksówkarz” jako obiekt kultu. Nic dziwnego, że wobec tak kompleksowego podejścia do filmu Scorsese, przeplatały się w tym wszystkim wątki racjonalne i irracjonalne, ale nad wszystkim królowała zwykle „celebrycka” i pochwalna analiza obrazu, który wielu skłonnych było uznać – i uznało – za arcydzieło. To na tej fali powstała wtedy moja notatka o „Taksówkarzu” (trafiłem na nią niedawno, a opublikowałem TUTAJ ).

3. PERSWAZJA SUGESTII

Ja nie twierdzę, że wszyscy widzowie „Taksówkarza” się nakręcili (bo Złota Palma w Cannes, bo deszcz innych nagród i nominacje do Oscara) – że to auto-sugestia i sugestia wzajemna spowodowała falę przesadnego zachwytu nad tym filmem, który, owszem, dobry jest, może nawet bardzo dobry, ale żeby od razu takie arcydzieło? Ale to jest jednak głębszy – i wcale nie wydumany – psychologiczny problem dotyczący percepcji sztuki, który można chyba nazwać fenomenem: im bardziej – i im większa – rzesza ludzi, z którymi się w jakiś sposób utożsamiamy, czymś się zachwyca, tym bardziej zachwycamy się tym czymś my sami. Im mocniej wszyscy klaszczą dookoła, tym mocniej i my klaszczemy. I co ciekawe, nie jest to wyrachowane, a spontaniczne: coraz bardziej (naprawdę) nam się podoba to, co chcemy by się nam podobało – jak również to, co podoba się coraz bardziej innym (czy nie na tej zasadzie opiera się powodzenie tzw. przebojów muzyki popularnej, ale nie tylko: także książek, muzyki klasycznej, czy nawet malarstwa?) I nawet nie chodzi mi tutaj o snobizm, który zazwyczaj chce być w opozycji do jarmarku. Bardziej chyba o jakąś stadną predyspozycję człowieka (i to wcale nie w pejoratywnym sensie tego słowa – bo przecież można tu mówić o pewnej solidarności – ludzkiej skłonności – zdolności odczuwania przyjemności z obcowania z kulturą i sztuką) do kultywowania czegoś, co kultywują inni – do swoistej „lepkości” upodobań, „wspólnotowej” reakcji, co pewnie daje się wytłumaczyć psychologią tłumu.

4. COŚ NIE TAK Z GŁĘBIĄ

Czy jest to film eksplorujący głębię ludzkiej psyche? Czy jest to kompleksowe, pełne studium charakteru? Te pytania wiążą się z kwestią ogólną: czy jest to film „głęboki”? Moim zdaniem (a piszę to po ostatnim obejrzeniu „Taksówkarza” wczoraj) – nie. Co niekoniecznie jest jakąś dyskwalifikującą film Scorsesego cezurą. Nie wszystkie dobre filmy – a nawet arcydzieła – muszą być „głębokie”. Ale muszą być dobrze skonstruowane. „Taksówkarz” jest w zasadzie filmem znakomicie skonstruowanym – ale nie we wszystkich momentach/elementach, a zwłaszcza w swoim wielkim (i krwawym) finale (ale o tym za chwilę). Świetne są zdjęcia, ciekawy montaż, niezła gra aktorska, dobry scenariusz… to wszystko w większej części filmu gra, i to się bardzo podobało – tak, że zachwyt krytyki (jak również zwykłych widzów) nie był/nie jest bezpodstawny. Ale czy jest to głębokie studium charakteru? Jak już powiedziałem: moim zdaniem nie jest. Po części dlatego, że sam Travis nie charakteryzuje się złożoną psychiką (będąc właściwie znerwicowanym prymitywem, głupcem i żałosnym świrem – a ponadto straszliwym ignorantem: nie zna się na kinie, nie zna się na muzyce, nie zna się na polityce, nie mówiąc już o tym, że nie zna się na kobietach – jedynym usprawiedliwieniem dla Travisa jest endogenność jego neurozy), a także dlatego, że reżyseria Scorsesego jest prosta, ślizgająca się po powierzchni dość trywialnych pomysłów scenariuszowych. Zdarza się, że my sami często wpychamy do filmu „głębię”, tak jak wpycha się dziecko do brzucha: coś co jest zwykłe, płytkie i banalne, urasta w naszych oczach do rangi symbolu, znaku, czegoś głębszego. Weźmy choćby tę słynną scenę z lustrem, w której narcystyczny ale i niebywale infantylny Travis popisuje się swoimi spluwami i mięśniami, wyobrażając sobie jaki to z niego heros i nieustraszony wojownik. Owszem, jest to zagrane świetnie przez De Niro (ponoć była to jego improwizacja), ale żeby uznawać to za jedną z największych scen w historii amerykańskiego kina? No bez przesady. Albo ten zachwyt na głębią wielką i znaczeniem bąbelków sodowych w szklance: czy rzeczywiście tak wzbiera w człowieku szaleństwo – woda sodowa uderza wariatowi do głowy? Bywa, że L’esprit de l’escalier nas tumani – dość podstępnie i przewrotnie, bo łechta naszą pychę bycia odbiorcą inteligentnym. Nadinterpretacja zbyt często prowadzi nas na manowce, a czasem to nawet staje się śmieszna.

5. COŚ NIE TAK Z MUZYKĄ

Teraz kolej na największą chyba herezję, jaką wygłoszę o „Taksówkarzu”: do filmu Scorsesego nie pasuje mi (przestała mi pasować) muzyka. Ale przecież… Bernard Herrmann to jeden z najwybitniejszych kompozytorów muzyki filmowej w dziejach kina. Ale przecież… to autor ścieżki filmowej do takich klasycznych już obrazów, jak „Obywatel Kane” Wellsa, „Psycho” i „Vertigo” Hitchcocka, „Fahrenheit 451″ Truffaut… Ale przecież… nominacja do Oscara (w tym samym roku, 1976, Hermmanna nominowano – pośmiertnie, bo zmarł w wigilię roku poprzedniego – do tej nagrody dwukrotnie: za muzykę do „Obsesji” Briana De Plamy i właśnie do „Taksówkarza”)… etc. Nadal twierdzę, że ten najbardziej znany saksofonowy motyw z „Taksówkarza” jest jednym z najpiękniejszych motywów w historii jazzowej smuty – pościelówa wręcz rozklejająca, niezapomniana, ale… nie jest to według mnie dobra ilustracja „Taksówkarza”. Z dwóch powodów. Pierwszy: ten sentymentalny, łagodny temat nie jest zupełnie w aurze tego, co pokazuje nam na ekranie Scorsese – a pokazuje Nowy Jork jako piekło, siedlisko wyuzdania, zbrodni i występku, pogrążone w lepkiej mgle śmietnisko, ściek pełen ekskrementów. Nic tu nie jest smooth wszystko harsh. Drugi: być może gdzieś tam na samym dnie duszy Travisa tkwi jakiś romantyzm, i możliwe nawet, że jego serce jest na właściwym miejscu, a przecież wzbiera w nim głównie wściekłość, szał zemsty za odrzucenie. Jest alienacja, jest przytłaczająca, ciężka i nie do zniesienia samotność. I wreszcie morderczy zew wyniesiony najprawdopodobniej z wietnamskiej dżungli. Ktoś, dotknięty tym wszystkim (dzisiaj by się mówiło o PTSD), nie jest sentymentalnym melancholikiem, człowiekiem wyrafinowanym, pławiącym się w klimatycznym New York by night – a z kimś takim współbrzmiałby sax Herrmanna. Ta chwytliwa melodyjka sprawdza się wszak jak znalazł w ostatnie scenie „Taksówkarza”, kiedy z tylnego siedzenia w taksówce Travisa spoglądają na nas oczy czarującej Cybill Shepherd – widzimy jej twarz z powłóczystym spojrzeniem, otoczoną jakąś klimatyczną poświatą.
Dziwne, ale irytowała mnie także muzyka Herrmanna w scenie finałowej, tej przypominającej horror, pełnej strzelaniny i rozpryskującej się po ścianach krwi. Te dziwaczne ostinata! To było jednak zbyt ostentacyjne – i choć dźwiękowo (siłą rzeczy) przypominało Hitchcocka, to jednak jeszcze bardziej kojarzyło się z podrzędnymi horrorami klasy B, zniżało jakby film Scorsese do tego poziomu.
Jest jeszcze jeden problem z muzyką Herrmanna: ona wydaje się nie tyle ilustrować, ani nawet dopełniać to, co widać na ekranie, ale nad wszystkim dominować (nic dziwnego: kompozytor miał wielkie mniemanie o swoich dziełach, nie tolerował żadnych wskazówek reżyserów; mówił też, że muzyka ze ścieżki dźwiękowej powinna sprawdzać się także poza nią – a to nic innego jak teza o nadrzędności muzyki nad obrazem w filmie).
Summa summarum: jak na mój gust i uszy, muzyka Herrmanna w „Taksówkarzu” (sama w sobie bardzo dobra) jest nie tylko nietrafiona, lecz wydaje się także trącić jakimś anachronizmem, cofając klimat filmu do lat 60-tych, może nawet do 50-tych. A jeśli zostawała w latach 70-tych, to była jakaś taka… rozwodniona i (mimo wygórowanych mniemań kompozytora) nazbyt błaha. Sorry, ale tak to teraz odebrałem.

6. COŚ NIE TAK Z ZAKOŃCZENIEM

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz oglądałem finał „Taksówkarza” to opadła mi szczena. Ale czy nie dlatego, że młody byłem i głupi – i że jeszcze robiły na mnie wrażenie krwawe jatki w kinie – jatki, których później było coraz więcej i które z czasem opatrzyły się zupełnie, przeradzając się w parodie samych siebie (jak to robił np. w swoich filmach Tarantino albo nawet Stone w „Urodzonych mordercach”?) Teraz finał ten widzę jako stylistyczne pęknięcie. To, co inni chwalą jako wzbogacenie obrazu Scorsesego o elementy horroru, czy nawet estetykę gore, ja identyfikuję jako gatunkową niekonsekwencję – taki jednak dla mnie zgrzyt. Bo przecież cały obraz jest realistyczny – prawie że takie amerykańskie cinéma vérité – a tu sekwencje jak z koszmarnego snu, groteski, thrillera… Scorsese, De Niro, Keitel et consortes pławią się we krwi, którą zbryzgana zostaje także młodziutka Foster. Travisa kule dziurawią jak sito, a mimo to nie ustaje on w rozwałce swoich przeciwników, jak jakaś wańka-wstańka z horroru dość pośledniej klasy. Przyznaję, że masakra ta już za pierwszym razem wydała mi się nie tylko przesadzona, (jednak eksces ten bardziej mi wtedy imponował, niż drażnił) ale i dziwna – później tłumaczyłem to nawet jakimś sennym koszmarem: wskazywała na to swoista oniryczność tych ujęć, slow motion jeszcze bardziej odrealniające obraz – strzelanina i mord w jakiejś kafkowskiej scenerii slumsowego labiryntu, w architekturze generowanej przez majaczący, może nawet chory mózg. Grand finale jak z piekła rodem – nawet to, że kamera patrzy na to wszystko z góry, podkreśla tylko ten koszmarny efekt i skojarzenie z inferno.
I może jeszcze jeden drobiazg: scena, w której Harvey Keitel tańczy z 12-letnią prostytutką Iris (dziecięca Jodie Foster) – tym razem jej nie kupiłem. Przecież cały film widziany jest oczami Travisa, a ściślej: wszystkie sceny kręcone są w jego obecności, a tu nagle taki – zbyt sentymentalny jednak – odlot. Nota bene, ponoć do nakręcenia tej sceny namówił Scorsesego sam Keitel – i to niestety widać: sama w sobie jest ona dobrze zagrana i ujęta, lecz w moich oczach nie pasuje do całości obrazka. I przyznam się, że nie rozumiem zachwytu, jaki wzbudziła ona w Quentinie Tarantino, czego swego czasu byłem świadkiem (jeszcze jeden przyczynek do tego, jak różnie można odbierać film, zwłaszcza jeśli się jest nastawionym emocjonalnie i afirmacyjnie do jego twórców, co zwykle wyklucza jakąkolwiek krytyczność spojrzenia).
Prawdę mówiąc to nie wiem też co myśleć o ostatnich scenach filmu, w których (uwaga: spoiler! – jeśli ktoś jeszcze ‚Taksówkarza” nie widział – co jednak nie mieści mi się w głowie – to niech tego nie czyta) widzimy, że Travis uznany zostaje przez społeczeństwo za bohatera, wraca do swojego zawodu, a nawet spotyka swoją (niedoszłą do skutku) miłość, Betsy, (która najwidoczniej jest teraz zafascynowana gostkiem). Czyli: żadnej konsekwencji tego, że dysponując nielegalnym arsenałem wypasionych spluw, zamordował kilka osób (to nieważne, że byli nimi junkies, społeczna szumowina). Takiego osobnika wypuszcza się do ludzi, co aż się prosi o wariacką repryzę, (sugeruje nam to zresztą sam Scorsese na koniec – spłoszoną w ułamku sekundy miną Travisa i puszczoną na moment wspak muzyką Herrmanna).

7. COŚ NIE TAK ZE MNĄ?

No nie wiem. Może rzeczywiście coś ze mną nie tak? Bo czymże tłumaczyć tę ewolucję spojrzenia na „Taksówkarza”? Postępującym zgredowaceniem, zwapieniem jakimś? Dlaczego stałem się bardziej krytyczny wobec tego filmu? Czyżbym nie był już tak podatny na powab kina i ekranową sugestię? Może to sprawa chwili – momentu w życiu, specyfiki czasu? Kaprys może jaki, albo i zwątpienie? A jednak powyższe uwagi to nie jest jakaś radykalna rewizja tego, co kiedyś myślałem o filmie Scorsesego, bo przecież nie wyrzucam go z mojej listy filmów dla mnie najważniejszych – tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie w historii mojego romansu i długiego już przecież związku z kinem. Nadal przecież kino lubię – nadal film jest zdolny mną poruszyć – dostarczyć satysfakcji albo nawet czegoś nowego nauczyć. Tak więc, nie chodzi tu o utratę wiary kinomana – o zobojętnienie, ani też zwapnienie. Może więc całe to halo odnosi się do tego konkretnego filmu – bo coś mi w nim tym razem nie przypasowało? Ki diabeł? Napad antypatii jakiejś? Ale nie… wbrew temu co (mało sympatycznie, to fakt) napisałem powyżej o Travisie Bickle (że świr, głupiec, furiat i morderca), za każdym razem (także podczas tej projekcji wczoraj) ja temu człowiekowi współczułem, bo wiedziałem że kieruje nim – i determinuje jego postępowanie – to, co od niego silniejsze (on sam zdawał sobie z tego sprawę). Bo Travis bardziej niż na potępienie, zasługuje na współczucie – fatalny los wisi nad nim jak egzystencjalne przekleństwo. I nie wiadomo – fatum to, geny? – bo przecież nie przypadek. Gdzie w tym wszystkim miejsce na wolną wolę, a tym samym – na winę, karę i odpowiedzialność? A jednak tak bardzo bym Travisa w ten mój konflikt z filmem nie mieszał. To chyba bardziej mój problem, jako widza, (który przy okazji chce coś o filmie napisać), niż kwestia wartości „Taksówkarza” jako takiego, jest powodem tego, że to wszystko teraz wyjawiam. Chociaż kiedy dochodzą mnie słuchy, że reżyser Scorsese miał ambicje ewokować swoim dziełem „Zapiski z podziemia” Dostojewskiego, a scenarzysta Schrader samego „Obcego” Camusa, to ja się pytam: really!? Czy to moja wina, że przez myśl mi to nie przeszło, kiedy oglądałem za pierwszym, a nawet drugim razem „Taksówkarza”? Inni też jakoś nie zauważyli, więc nie tylko ja taki niekumaty. Oczywiście na siłę można łączyć wszystko ze wszystkim, doszukiwać się hiperbol i paralel, ale w zasadzie – w przypadku filmu Scorsesego – czy wszystko nie jest takie, jak się nam przedstawia? (what you see is what you get). Nie wiem… może wypisując takie rzeczy – popisując się interpretacyjną dezynwolturą – zdradzam symptomy jakiejś percepcyjnej schizofrenii, popełniam coś w rodzaju  krytyczno-filmowego samobójstwa? I mogę tylko liczyć na to, że – podobnie jak w przypadku Travisa – ten pistolet tak naprawdę nie wypali?

.

pif, paf... i po wszystkim?

pif, paf… i po wszystkim?

.

„NAGI INSTYNKT”, „MIASTO RADOŚCI”, „GRACZ”, „UPADEK”, „KRÓLOWIE MAMBO”, „ŚWIAT WAYNE’A” …

(z filmowego archiwum)

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… dlatego też chciałbym przynajmniej część z tych prac ocalić (choćby na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić. Przy czym, wiele z tych tekstów miało walor okazjonalny, poradnikowy (na co pójść do kina?) – stąd często mało formalny, dość nonszalancki styl tychże minirecenzji, więc o wyrozumiałość proszę.

.

„BILLY BATHGATE” (reż. Robert Benton)

Gangster - zło wcielone i charyzmatyczne (Dustin Hoffman i Nicole Kidman w filmie

Gangster – zło wcielone i charyzmatyczne (Dustin Hoffman i Nicole Kidman w filmie „Billy Bathgate”)

Od początku istnienia Hollywood, nie ma w kinach sezonu, by nie pokazano jakiegoś filmu gangsterskiego. Nic dziwnego – Ameryka bez mafii nie byłaby Ameryką. Western był, święcił tryumfy, ale umarł (niektórzy mówią, że zabiła go wojna w Wietnamie). Inaczej jest z gangsterami. Ciągle na ekranie rżną się i podrzynają niczym w taniej jatce; strzelają do siebie jak do kaczek, dziurawiąc się na podobieństwo sitka. O czym to może świadczyć? Pewnie o tym, że mit, archetyp amerykańskiego bohatera bliższy jest teraz gangsterowi, niźli kowbojowi. Bowiem gangster – postać bardziej skomplikowana, o (mimo wszystko) niejednoznacznie określonej moralności – wydaje się być kimś bardziej wyglądanym na ekranach przez współczesną widownię, niż wymachujący lassem i robiący coltem młynka „chłopak od krów”. Dziki Zachód w bajki można już dziś włożyć – amerykańska wiocha elektrycznym pastuchem stoi (sobie spokojnie) – za to miasto moloch: ono teraz źródłem lęków i strachów społeczeństwa byłych osadników i pionierów-imigrantów.
To zainteresowanie Alem Capone i innymi owocuje w kinie obrazami przeróżnymi. Takiego np. „Ojca Chrzestnego” Coppoli określić można mianem arcydzieła, nadając mu nawet rangę kult(ur)owego fenomenu. Ostatnie lata kina amerykańskiego przyniosły filmy gangsterskie, których wartość oscylowała między niemiłosiernie pretensjonalnymi, nudnymi jak flaki w oleju gniotami („Mobsters”), a utworami wybitnymi, bliskimi wielkości dzieła Coppoli („GoodFellas”).
Gdzieś pośrodku umieścić można film „Billy Bathgate” Roberta Bentona („Kramer vs. Kramer”). Dustin Hoffman, pomyślany pewnie jako lokomotywa napędzająca cały film (mimo, że partnerują mu tu m.in. Nicole Kidman i Bruce Willis), odtwarza pozbawioną wszelkich skrupułów kreaturę, postać legendarnego złoczyńcy imieniem i nazwiskiem Dutch Schulz, dla którego zabicie człowieka równoważne jest wysiłkowi, jakiego wymaga splunięcie. Zupełnie przypadkiem, na orbitę jego wpływów dostaje się naiwny i prostoduszny chłopak z Bronxu, któremu Dutch imponuje pieniędzmi, władzą i charyzmą, jaką posiada często zło ucieleśnione. Zgodnie z intencjami Doctorowa, na podstawie którego książki film nakręcono, miała to być rzecz nie tyle o gangsterskim światku, co o dorastaniu, dojrzewaniu i kształtowaniu się człowieka w rzeczywistości przerastającej jego zdolność do jej moralnej i krytycznej oceny. Jaki skutek? Warto ocenić samemu.

„GRACZ” (reż. Robert Altman)

Altmanowska satyra na Hollywood (Tim Robins w

Altmanowska satyra na Hollywood (Tim Robins w „Graczu”)

Po 15 latach na poły dobrowolnej banicji, Robert Altman powraca do kalifornijskiej fabryki snów, ale tylko po to, by z niej zakpić. Dodajmy, że w dość sympatyczny, stylowy i niezwykle inteligentny – jak to u Altmana – sposób. „Gracz” to niesłychanie przenikliwa i szelmowska komedia.
W latach 70-tych Altman był jednym z najciekawszych amerykańskich filmowców, tworząc obrazy pełne innowacyjnego stylu i swoistej, oryginalnej treści. Nikt nie kręcił, tak jak on. Więc co się z nim stało? Historia banalna: podczas gdy on sam robił się coraz mniej konwencjonalny, Hollywood stawało się w tym samym czasie coraz bardziej konserwatywne. A reżyser ten zostawił przecież za sobą utwory bliskie arcydziełu: „M*A*S*H*” (1970) (nie mylić z mydlaną operą!) – to czarna, antywojenna komedia, traktująca wojsko w sposób karykaturalny i groteskowy, ukazująca ironicznie wojnę jako absurdalny przejaw zbiorowego szaleństwa (przypominało to nieco Kafkę w militarnym, satyrycznym wydaniu). „McCabe i Mrs. Miller” (1971) – demitologizacja wszystkiego, co uczyniło western wielkim, film hipnotyczny i niepokojący. „Trzy kobiety” (1977) – dzieło duszne i gęste, pełne chorobliwej intensywności, wizjonerskie w sposobie ukazania relacji między trzema różnymi kobietami. I wreszcie „Nashville” (1975), obwołany przez niektórych najwybitniejszym filmem amerykańskim lat ostatnich – tragikomedia o niespotykanej głębi i przenikliwości, ale jednocześnie kompleksowości. W „Nashville” ukazał Altman całą menażerię postaci, wyłapując z tego materiału krótkie i esencjonalne stwierdzenia o gwiazdorstwie, fanach, polityce, pieniądzach, władzy, seksie i miłości – czyli o tym, co jest treścią Ameryki. Dokładnie taką samą metodę polifonicznej narracji zastosował reżyser w „Graczu”, tyle że za obiekt swej satyrycznej analizy obrał sobie współczesne Hollywood.
Jak zwykle u Altmana trudno jest ten film zaszufladkować, bowiem odnajdziemy w nim elementy przeróżnych gatunków: kryminału, komedii, dreszczowca, parodii, satyry… Ktoś, kto chce w nim widzieć przede wszystkim thriller, skupi swoją uwagę na postaci Griffina Milla (Tim Robins), producenta nękanego przez anonimowego scenarzystę listami objawiającymi chęć pozbawienia go życia.
Hollywood starał się Altman uautentycznić. To dlatego na ekranie przewija się przed naszymi oczami cała konstelacja gwiazd: Julia Roberts, Bruce Willis, Jack Lemon, Susan Sarandon, Peter Falk, Jeff Goldblum, Anjelica Huston, Burt Raynolds, Nick Nolte i inn.
Konkludując: „Gracz” jest filmem o zacieraniu się fikcji i rzeczywistości, przenikaniu się sztuki i komercji; także o wyalienowanych mechanizmach hollywoodzkiego wyrobnictwa. Mimo swego bogactwa i eklektyzmu, obraz jest wyrazisty i spójny. A przy tym… niesłychanie zabawny. Cynizm i sarkazm reżysera doskonale równoważą wstępujące w nim postaci, dzięki czemu Hollywood postrzegamy tu nie tylko jako obiekt kpin, ale i sympatii.

„UPADEK” (reż. Joel Schumacher)

Rozsierdzony Michael Douglas sieje destrukcję na ulicach Los Angeles w

Rozsierdzony Michael Douglas sieje destrukcję na ulicach Los Angeles w „Upadku”

Film ten to eksplozja wściekłości, furii i gniewu jakimi podminowana jest Ameryka; ponury, pełen gwałtu i dzikiej destrukcji festiwal szaleństwa amerykańskiego Everymana, któremu właśnie przepaliły się w mózgu bezpieczniki i który rozpoczyna swój konwulsyjny, apokaliptyczny taniec zemsty na ulicach Miasta Aniołów. Bohater filmu to ujście tłumionych impulsów wszystkich frustratów tego społeczeństwa. Być może takie właśnie były zapędy twórców „Upadku”, jednak komiksowość obrazu, manipulacja wątkiem i epizodami, wreszcie klimat fajerwerkowej fantazji science-fiction, dyskwalifikuje go moim zdaniem do poziomu przeciętnego widowiska, bez większej socjologicznej wartości.
Początkowe kadry rzeczywiście robią wrażenie (głównie dzięki znakomitym zdjęciom Andrzeja Bartkowiaka). Korek na autostradzie, ukrop leje się z nieba, powietrze faluje od upału… Rozlegają się zgrzytliwe dźwięki – psychodeliczne dudnienie piekielnej symfonii. Olbrzymie zbliżenie ludzkich warg. Drżą w hamowanym, nerwowym napięciu. Obraz prześlizguje się po nosie i oczach mężczyzny w średnim wieku. Kamera eksploruje jego zmęczoną twarz, niczym lunatyczny krajobraz. To zlany potem, zamknięty w blaszanym pudle samochodu Michael Douglas. Nie działa klimatyzacja. Panicznym wzrokiem rozgląda się dookoła, po morzu tkwiących w miejscu pojazdów. Antypatyczne twarze, idiotyczne stickery, odpychające gesty… Douglas dusi się od zbierającej we nim irytacji, która szybko zamienia się w furię. Chwyta swoją aktówkę, gwałtownym ruchem otwiera drzwi samochodu i wybiega na zatłoczoną autostradę, kierując się „do domu”.
Tak oto rozpoczyna się jego gwałtowna, siejąca destrukcję, krucjata po Los Angeles, paranoiczna droga przez mękę zwolnionego z pracy workoholika. Jego agresja kieruje się na obiekty, które mogą również irytować nas wszystkich. Dzierżąc przy tym czarny neseser biznesmena, ubrany w białą koszulę i krawat, Douglas przypomina biurokratycznego jeźdźca Apokalipsy, ramboidalnego urzędnika z piekła rodem.
„Upadek” utrzymany jest w konwencji „kina drogi”, pomyślany jako satyra, w rzeczywistości eksploatuje upodobanie młodej publiczności do gwałtu i przemocy. W dość nieodpowiedzialny sposób sięga do najgorszych, bliskich rasizmowi, stereotypów. Przyjrzyjmy się, przeciw czemu kieruje się agresja Douglasa. Pierwszą stacją jego szaleńczej odysei jest sklep Koreańczyka, który odmawia mu rozmienienia dolara, żąda za puszkę coli 85 centów i nie potrafi poprawnie sklecić jednego zdania po angielsku. Odpowiedzią Douglasa jest totalna demolka sklepu za pomocą baseballowego kija. Na drodze stają mu później dwaj Latynosi, uzbrojeni w noże, członkowie gangu (wiadomo: ludzki śmieć). Również i z nimi daje sobie Douglas z łatwością radę. Następnym przystankiem jest Burger King. Gdy odmawia się mu podania śniadania (trzy minuty po czasie), Douglas oddaje kilka ostrzegawczych strzałów ze swojego (zdobycznego) pistoletu maszynowego. Sposób to skuteczny – obsłużony zostaje błyskawicznie. Na autostradzie niekończące się, bezsensowne (jego zdaniem) rozkopy tamujące ruch. Leniwy robotnik zabrania mu przejścia. Odpowiada mu… ręczna rakietnica Douglasa… etc.
Jak widzimy, obiekty, przeciw którym wymierzone jest satyryczne żądło filmu, wybrane zostały w niezbyt wyrafinowany sposób. Cola za 85 centów, sflaczały hamburger, czy dziura na drodze, to nie są raczej najbardziej palące problemy współczesnej Ameryki. Mimo to film wywołał falę sprzeciwów ze strony grup etnicznych (Latynosów, Azjatów), w zastanawiający sposób oszczędzając czarnych (większe wpływy w Hollywood? większa ostrożność?)
Koniec końców „Upadek” jest niczym więcej jak trącącą faszyzmem, nihilistyczną ekstrawagancją. Dość prymitywną na przekór techniczno-warsztatowej perfekcji i znakomitej kreacji Michaela Douglasa. Manipuluje się naszymi uczuciami, by usprawiedliwić ekscesy wariata. Wszyscy, których spotyka on na swojej drodze, są typami świadomie odhumanizowanymi, a przez to – odrażającymi. Z drugiej strony podkreśla się jego tęsknotę powrotu na łono rodziny, sankcjonując napady szału. Szokiem jest dla niego moment, w którym, oświadcza się mu, iż to on właśnie stoi po stronie bad guys.

„MIASTO RADOŚCI” (reż. Roland Joffé)

Radość w morzu nędzy i cierpienia? (Patrick Swayze i Om Puri w

Radość w morzu nędzy i cierpienia? (Patrick Swayze i Om Puri w „Mieście radości”)

Cieszę się, że mogę tu o tym filmie napisać. Tak bowiem różny jest od tych wszystkich błyskotek rzucanych na ekran gwoli rozerwania gawiedzi. Poza tym, jest to film Rolanda Joffé, reżysera „Misji” i „Pól śmierci”, czyli obrazów, o których długo w historii kina się nie zapomni. Mam nadzieję, że pamiętać się będzie również o „Mieście radości”.
Jedną z pierwszych cech, która uderza w zetknięciu się z tym filmem, to jego niezwykła uroda plastyczna. Każdy kadr filmowany jest bowiem z tak wielką dbałością o kompozycję i fakturę, że wydaje się godny malarskiego płótna. To, że wypełniają go najczęściej sceny przerażającego morza ubóstwa i mizerii slumsów Kalkuty, jest już innym zagadnieniem. Fotogeniczne zalety turpizmu malarstwo odkryło już przed wiekami. Wszak pozytywnych – pod względem estetycznym – wrażeń może nam dostarczyć zarówno rozsiekany ułan Kossaka, jak i krwiste ochłapy Chardina; obleśne demony Boscha, czy też wieśniacze gęby Van Gogha… Artyzm wydaje się tu być dostatecznym usprawiedliwieniem, sztuka – arbitrem elegancji. A ile w tym ucieczki od prawdziwej istoty zła, cierpienia i brzydoty?
Mimo, że autorem zdjęć do „Miasta radości” nie jest już Chris Menges (który, nota bene, otrzymał już dwa Oscary – zarówno za „Misję”, jak i „Pola śmierci”), a Peter Biziou, to efekt jest doprawdy zdumiewający. Bez dwóch słów: zachwyca.
Wiem, że film ten dość łatwo byłoby nazwać stekiem wyeksploatowanych i trącących banałem myśli, ogłosić go jednym, długim ciągiem cliché… Ale – jak ktoś już kiedyś powiedział o kiczu, że nie znajduje się on w rzeczy, ale w nas samych – tak też i banał często przypisujemy czemuś wskutek ubóstwa naszej interpretacji i odbioru. Nic nowego pod słońcem. Historia filozofii to kolejne wariacje sporu Platona z Arystotelesem. Rdzeniem literackiej tragedii zawsze były, są i będą elementarne ludzkie uczucia, takie jak miłość i nienawiść, wybór między dobrem a złem, poszukiwanie sensu życia – a więc określenie swojego stosunku do Boga, ludzi i śmierci. „Miasto radości” artykułuje to na swój sposób, ujawniając trzy zasadnicze postawy, jakie może zająć w swym życiu człowiek: uciekiniera, widza, lub kogoś, kto się angażuje i działa. O banale decyduje brak autentyzmu i pretensjonalność, a film Joffégo wydaje się na tyle szczery, że nie wybrzmiewa jak banał i trivia.
Oto ujęty szkicowo wątek: młody amerykański lekarz Max Low (Patrick Swayze) przeżywając załamanie nerwowe chce zerwać ze swoim dotychczasowym życiem i wyrusza do Indii – z nadzieją na katharsis. Tam, w samym sercu nędzy kalkuckich slumsów, zatopiony w wydawałoby się bezbrzeżnej otchłani zwątpienia i rozpaczy, dokonuje się jego odrodzenie. Angażuje się w organizowanie lokalnego szpitala, szumnie nazywanego kliniką. Losy wiążą go z rodziną rykszarza Hasari (Om Puri), jak również z innymi członkami miejscowej społeczności, z którymi próbuje się sprzeciwić terrorowi i wyzyskowi sadystycznego prowodyra lokalnego gangu, syna tubylczego Ojca Chrzestnego.
Uderza niezwykły naturalizm gry hinduskich aktorów. Wydawałoby się, że w zetknięciu z gwiazdorskim image płowowłosego, cherubinkowego wręcz Patricka, zabrzmieć to może jak dysonans. Nic podobnego. Swayze to bardzo dobry aktor, który niejedną już rolą potrafił zatrzeć fatalne wrażenie, jakie zrobił na niektórych widzach (a przynajmniej na mnie) występem w niemiłosiernym według mnie kiczu „Dirty Dancing” (nota bene wartym swojego polskiego tytułu: „Wirujący seks”).
Z początku tytuł filmu – „Miasto radości” – w zestawieniu z ubóstwem i dramatem szczuropodobnej egzystencji mieszkańców dzielnic nędzy, wydał mi się gorzkim sarkazmem. Jednak, oglądając go, powoli zmieniałem zdanie… Niejednokrotnie obserwujemy na ekranie wybuch autentycznej radości: z pełnej miski ryżu, ze zdobycia rykszy, z deszczu… Wreszcie z poczucia solidarności, przyjaźni… I na pewno jest to uczucie bardziej prawdziwe i głębsze niż to, które jest udziałem mieszkańców dzielnic milionerów. Demagogia, naiwność i sentymentalizm – może ktoś powiedzieć. Nie jestem tego taki pewien. Czy jest to tylko uspakajanie sumienia człowieka z pełnym brzuchem, żyjącego w niezłych warunkach – czy może prosta konstatacja?
Nigdy nie zaakceptowałem traktowania Matki Teresy, jako alibi dla sytego Zachodu na obojętność wobec umierających z głodu i chorób milionów ludzi Trzeciego Świata. Bardziej to przecież wyrzut sumienia. Gdzie, jak nie tam, bardziej wyraziście wybrzmiewa wielka prawda o człowieczej doli głosząca, że jest ona szamotaniem się między nadzieją a rozpaczą. Krótkie chwile radości wplecione w permanentny ból istnienia i jałowość egzystencji. Nieprzypadkowo kamera w „Mieście radości” kilkakrotnie zatrzymuje się na wiszącym na ścianie jednego z pomieszczeń kliniki, obrazie Gericault „Tratwa Meduzy” – romantycznej i tragicznej zarazem alegorii o wiecznej walce zwątpienia i nadziei.

„KRÓLOWIE MAMBO” (reż. Arne Glimcher)

Nostalgia, miłość i gorące rytmy  (Antonio Banderas w

Nostalgia, miłość i gorące rytmy (Antonio Banderas w „Królach mambo”)

Ktoś, kto zrobił ten film musiał być przepełnionym nostalgią romantykiem, zakochanym w staroświeckim Hollywood, modzie retro, gorących południowych rytmach, malowniczości lat 50-tych. To prawdziwy znawca (i wyznawca) potężnych ludzkich namiętności: miłości, zazdrości i nienawiści; ktoś, kto ma wiele do powiedzenia o uczuciach dumy i nadziei, lojalności i pragnieniu wolności, pasji i dążności do wyjścia poza własne ograniczenia… To wszystko spotykamy właśnie w „Królach Mambo”. Film jest tak różny od mainstreamowej, współczesnej produkcji Hollywoodu, że sami producenci byliby zdziwieni, gdyby zyskał sobie widownię większą od przeciętnej. Obraz Arme Glimchera jako żywo przypomina film lat 40-tych. I dlatego wiele mu się wybacza, kładzie na karby umowności i stylu. To, co w kinie dzisiejszym byłoby kiczem, tutaj może wzruszyć nostalgią, a nawet czystością prawdziwych uczuć. Poza tym, tak wiele w tym filmie gorącej i kipiącej muzyki…
Muzykę tutaj wręcz się wyznaje i święci. To nic, że mambo wydaje się odległe takiemu, wychowanemu na rocku osobnikowi jak ja. Istota i duch muzyki pozostają te same. Za to samo ją kochamy, bez względu na gatunek. W końcu mambo, rumba, cha-cha to taki latynoski rock&roll.
„Królowie mambo” to kolejna love stroy, tyle że zajmująca się różnymi rodzajami miłości: do kobiety, do muzyki, do miejsca… także miłością braterską. Początek lat 50-tych, Cesar (Armand Assante) i Nestor (Antonio Banderas) Castillo opuszczają w dramatycznych okolicznościach rodzinną Kubę i przybywają do Nowego Jorku epoki przedpresleyowskiej. W nocnych klubach króluje więc jazz i tańce południowoamerykańskie. W nich bracia Castillo szukają swej przyszłości. Niezwykle uzdolnieni muzycznie, prawdziwi showmani, podbijają w krótkim czasie publiczność i trafiają do bardziej renomowanych klubów. Cesar, starszy z braci, jest typem bardziej męskim, twardym, zdecydowanym, dumnym i mało skłonnym do kompromisów. To właśnie dzięki jego zadziorności i nieuległości (odrzuca protekcję oferowaną mu przez lokalnego bossa gangsterów) „królowie mambo” – bo taka nazwa w końcu do nich przylgnęła – zostają skazani na banicję. Odtąd nie mają możliwości występów w najlepszych klubach. Cezar nie dał się sprzedać, ale tylko po to, by zaznać upokorzenia detronizacji „króla mambo”.
Nestor to alter ego Cesara, romantyczny marzyciel, bardziej nieśmiały, ale równocześnie bardziej chyba fanatyczny w dążeniu do zrealizowania swojego snu o założeniu własnego klubu. Nie może się oprzeć wspomnieniom i tęsknocie do Marii, miłości swego życia, która została w Hawanie. Nawet piękna Dolores (Maruschka Detmers) – w której również zakochuje się, tyle że platonicznie, Cesar – nie jest w stanie wyleczyć go z tej melancholii. Konflikt Cesara z gangsterem niweczy wszystkie jego plany – miłość i lojalność względem brata zostaje wystawione na ciężką próbę. Na razie jednak nic nie zapowiada jeszcze prawdziwej tragedii.

NAGI INSTYNKT (reż. Paul Verhoeven)

Orgazm i śmierć: seksowna i niebezpieczna Sharon Stone w dreszczowcu

Orgazm i śmierć: śmiertelne niebezpieczeństwo i uwodzenie (Sharon Stone w dreszczowcu „Nagi instynkt”)

(Lektura poniższego tekstu dozwolona jest od lat 18. W przypadku mniejszej ilości wiosen – konsultować się starszych, małolaty!)
Red, hot and steamy – tak zapewne mogła brzmieć instruktażowa glossa pierwszej sceny filmu, która rzeczywiście usadza mocno w fotelach, przepychających się jeszcze w tłoku, spóźnionych widzów. Nagie, lśniące od potu ciała, osnute czerwona aurą, wydają dźwięki coraz głośniejsze i bezładne, wykonując przy tym szalone ruchy periodyczno-kopulacyjne. Amplituda namiętnych drgań rośnie, sięga już niemal szczytu, gdy blond-włosa piękność przywiązuje ręce pogrążonego już w ekstremum rozkoszy kochanka i w momencie finalnego wybuchu, wraża w jego szyję stalowe ostrze. Orgazm i śmierć! Eros i Thanatos! (Tu uprzedzam wszystkich zwolenników nietzscheańsko-fruedowskich teorii, że jakikolwiek związek z nimi intencji twórców „Nagiego instynktu”, jest zupełnie przypadkowy. Nie podejrzewam ich bowiem o takie wyrafinowanie. Z drugiej zaś strony, to co zrobili, nie jest aż tak płaskim, obliczonym na tani efekt świntuszeniem, co mógłby sugerować powyższy wstęp.)
Co w takim razie zamierzali wykreować producenci i twórcy obrazu? Otóż, wszystko wskazuje na to, że mocny thriller ze śmiałym, wręcz ostentacyjnym erotyzmem, coś w rodzaju krzyżówki „9 i pół tygodnia” z „Fatalnym zauroczeniem”, przyprawionej na dodatek hitchcockowskim sosem. Zatrudniono nawet specjalistów (tych samych co w „9 i pół tygodnia”) od pokrywania ciał specyficznymi farbami i olejkami, by nadać im szczególny, romantyczno-erotyczny wygląd). Reżyserskiego dozoru nad całością podjął się zamerykanizowany Holender Paul Verhoeven, który już w takich filmach jak „RoboCop” czy „Total Recall” udowodnił, że potrafi wypełnić ekran efektownymi, ostrymi wizualnie obrazami. Michael Douglas przyjął ofertę zagrania głównej roli bez wahania. Chodziło o obsadzenie w niej aktora zdolnego do wzbudzenia sympatii widzów, mimo ewidentnie brzydkiego postępowania bohatera, który jest dość pokrętnym paranoikiem, na poły abnegatem i wykolejającym się sukcesywnie obsesjonatem. Michael wydawał się w tym kontekście wyborem idealnym.
W związku z paroma – napisać można śmiało: wyuzdanymi – scenami erotycznymi, natrafiono na niejakie trudności ze znalezieniem odpowiedniej aktorki nie-pornograficznej (bo tych jest zatrzęsienie). Gwiazdy większego formatu były nieosiągalne, w końcu zdecydowano się na Sharon Stone, której powłoka cielesna niewiele ustępuje takiej np. seksbombie, jak Kim Basinger, (o której to Douglas wyraził się z właściwym mu wyczuciem, jako „The Fuck of the Century”).
Efekt całej tej krzątaniny naprawdę warto zobaczyć, choć wycięto ponoć z filmu parę orgazmów (zostawienie ich byłoby dla wytworni TriStar rodzajem komercyjnego samobójstwa, bowiem film z kat. NC-17 nie byłby dopuszczony do szerokiego rozpowszechniania). Jednak to, co zostało, może usatysfakcjonować niejednego vouyera.
W opisanej na początku scenie śmiertelnego szczytowania ginie „emerytowany gwiazdor rocka”. Od paru lat utrzymywała z nim… ekh… stosunki, Catherine Tramell (Stone) – opływająca w luksusach młoda milionerka i pisarka, której ostatnie dzieło opowiada o… gwieździe rocka zamordowanej we wspomniany sposób. Lecz czy to ona jest morderczynią, chorą mitomanką i paranoiczną ekscentryczką, zamieniającą stworzoną przez siebie fikcję w potworną rzeczywistość? A może ktoś usiłuje ją „wrobić” – zrzucić na nią podejrzenia? Niebezpieczna i śliska to sprawa dla Nicka Currana (Douglas), detektywa wydziału zabójstw, który sam miał ongiś kłopoty z alkoholem i narkotykami, zastrzelił przez pomyłkę paru ludzi, i którego żona popełniła samobójstwo. To wszystko nie gwarantuje raczej zrównoważenia psychicznego Nicka – szczególnie w zetknięciu się z kimś takim, jak Catherine. Nie trudno nam przewidzieć, że podejmują oni ze sobą intensywną, graniczącą z szaleństwem, grę na śmierć i życie. Lecz nie wysilajmy się z próbą rozwikłania zagadki. Autorzy scenariusza zadbali już o to, by była ona jak najbardziej nieprzewidywalna i zaskakująca.

„PROSTO Z MOSTU” (reż. Barnet Kellman)

Wiele talentów Dolly (Dolly Parton  i James Woods w

Romans z kobietą o wielu przymiotach (Dolly Parton i James Woods w „Prosto z mostu”)

Sława Dolly Parton wynika z kilku posiadanych przez nią przymiotów. Nic na to nie poradzę, że w pierwszej kolejności wyłania się przed oczyma mojej wyobraźni jej imponujacy biust. Dalej: duet z Kenny Rogersem śpiewający „Islands in the Stream” i w końcu wystąpienie, wraz z Jane Fondą i Lili Tomlin w sympatycznej i udanej komedii sprzed 10 już lat, „Od dziewiątej do piątej”.
Oczywiście trywializuję. Dolly Parton to prawdziwa artystka country music, kobieta interesu i prawie że aktorka. A że przy tym krągłości ma niepospolite? Nie jej wina. Raczej atut.
Po filmie „Prosto z mostu” lista moich skojarzeń z Dolly Parton pewnie się wydłuży. Podejrzewam, że jednak piersi utrzymają swoją pozycję, lecz pewnie dojdzie jeszcze kilka innych zalet, które objawiły mi się za sprawą tego obrazka.
Shirlee (Dolly Parton), mieszka gdzieś na Południu (trzeba w końcu jakoś usprawiedliwić ten jej akcent) wraz z wysoce nieustabilizowanym mężczyzną, nicponiem i nierobem, którego utrzymuje ze swojej skromnej pensyjki instruktorki tańca. Decyduje się jednak na krok radykalny: rzuca wszystko w czorty i wyrusza na podbój Wielkiego Miasta, czyli Chicago. Podbój ten zaczyna się od wyjadania innym z talerza w mlecznym barze (!) i wynajęcia jakiejś, gorszej od basementu dziury. Poszukując pracy, trafia do radia, gdzie zostaje zatrudniona jako recepcjonistka. Omyłkowo dostaje się do studia przed mikrofon i zostaje wręcz zmuszona do prowadzenia na żywo audycji, zajmującej się udzielaniem porad zdesperowanym słuchaczom, nękanych przez swe problemy. (Coś w rodzaju telefony zaufania, którego słucha całe miasto.) Jej zdroworozsądkowe, jędrne i śmiałe porady robią furorę. Odtąd o „dr. psychologii” Shirlee mówi całe Chicago. Piesza dotychczas Dolly zasiada za kierownicą Mercedesa i z ciasnej nory przenosi się do luksusowego apartamentu w dawntown. Jej osobą (?) zaczyna się interesować… hm, żądny sensacji reporter Sun-Timesa (James Wood), ale tylko po to, by zidentyfikować jej prawdziwe pochodzenie, czyli zdemaskować. Nietrudno się domyśleć jak zareaguje on na czar, urok i wdzięk(i) Dolly.
Błahość, lekkości i ciepło tej komedyjki są rozbrajające. Już po jakichś 10 minutach przestałem się zajmować tylko i wyłącznie biustem Dolly – stawiając sobie np. (niewątpliwie głupie) pytanie: jak taki niesymetryczny ciężar może udźwignąć jej filigranowy i znacznie odchudzony ostatnio kościec? – i zacząłem przejmować się tym, co się jej przytrafia. A jest to niewątpliwy komplement dla filmu, w którym nawet opanowany i powściągliwy zazwyczaj James Woods, na widok jawiący się mu po ściągnięciu przez Dolly stanika, nie może się powstrzymać od okrzyku: „Holy Molly!”

„ŚWIAT WAYNE’A” (reż. Penelope Spheeris)

Stare konie wygłupiają się jak małolaty (Mike Myers i Dana Carvey w

Stare konie wygłupiają się jak małolaty (Mike Myers i Dana Carvey w „Świecie Wayne’a”)

Bardzo lubię takie niespodzianki w kinie. Różne śmiecie zdarza mi się tam oglądać (ostatnio coraz więcej), więc postanowiłem zachować większą wstrzemięźliwość i ostrożność w doborze filmów do oglądania na ekranie. Jednym z takich tytułów, który zdecydowanie miał iść w odstawkę, był właśnie „Świat Wayne’a”. Decyzję taką podjąłem po zapoznaniu się z trailerem, jak również z podobiznami dwóch głównych bohaterów – mimo, że do aktywności nastolatków staram się podchodzić z tolerancją i wyrozumiałością. Taką decyzję podjąłem jeszcze wtedy, kiedy sam byłem małolatem represjonowanym przez „zgredów” i szkołę za długie włosy, obdarte dżinsy, słuchanie „wyjców” i parę innych drobiazgów, jak alkohol i papierosy.
Kiedy jednak podobizny bohaterów filmu Wayne’a i Gartha zaczęły spoglądać na mnie z okładek coraz to większej ilości magazynów, oraz po tym, kiedy ogłoszono, że film, który kosztował „marne” 14 mln. dolarów (połowa przeciętnych kosztów realizacji hollywoodzkiego pełnometrażu) w jeden weekend zgarnął milionów 18-cie, pozostawiając w tyle całą resztę celuloidowych konkurentów (jak się okazało, film przewodził stawce przez 6 tygodni, zarabiając dodatkowe 60 mln.) Tak więc, po tym wszystkim moje zainteresowanie wzrosło, bo wydawało mi się że byłem świadkiem małego fenomenu – i sam naocznie chciałem sprawdzić co zacz.
Para z filmu doskonale jest znana widzom popularnego telewizyjnego programu „Saturday Night Live”, w którym występuje stale od trzech lat z okładem. Jednak twórcy obrazu nie mogli się ustrzec od pytania: czy coś, co jest dobrym dowcipem na 10 minut, będzie ciągle dobrym dowcipem przez 1,5 godziny i to na wielkim ekranie? Widzowie, a nawet krytycy, dali już odpowiedź: tak!
Oczywiście, że wszystko co mówią i wyczyniają na naszych oczach Wayne i Garth to wygłupy starych koni, którzy wskutek – wydaje się, trwałych – uszkodzeń szarych komórek przez telewizję i heavy metal, zatrzymali się w rozwoju na poziomie 17-latków. (Małym szokiem dla mnie była wiadomość, że grający Wayne’a Mike Mayers ma lat 28, a Garth – Dana Carvey… 38!) Oczywiście, że cały film jest jednym wielkim żartem nie cechującym się raczej intelektualnym wyrafinowaniem ani psychodeliczną głębią. Ale tym razem wszystko jest tak sympatyczne i na swój sposób mądre (?), a błazeństwa zaś – kontrolowane.
Historyjka, jak zwykle w takich wypadkach pełni rolę drugorzędną, pomocniczą, będąc raczej pretekstem do podania nam bigosu przyrządzonego przez Wayne’a i Gartha – dwójki przyjaciół, którzy z piwnicy jakiegoś szeregowego domu na prowincji (Aurora, IL) nadają swój własny program, transmitowany na żywo przez lokalną telewizję. Przypadkiem, ktoś z telewizji tej wielkiej, prawdziwej (Chicago) ogląda ich program. Chłopcy podobają się i otrzymują propozycję emitowania show na całą Amerykę. Jednak nieubłagane wymogi komercji skutecznie niszczą ich program. Po drodze Wayne przeżywa wielką miłość do atrakcyjnej piosenkarki hard-rockowej, z kolei Garth – do pięknej kelnerki, tyle że – w przeciwieństwie do romansu Wayne’a – jego miłosna afera nie wychodzi poza sny na jawie, w których jako hard-rockowy heros czyni do niej spektakularne przystępy.
Gdyby pokusić się o grubą charakterystykę osobowości naszych bohaterów, to Wayne’a określić można jako pewnego siebie ekstrawertyka. Lider paczki, dziecięco spontaniczny, uważający się – zupełnie mylnie, zresztą – za wywrotowca i buntownika, czego jedynym objawem są jednak tylko głupie dowcipy. Garth to zrepresjonowany introwertyk, sztywny i zakompleksiony. Stara się naśladować „luz” Wayne’a, ale wychodzi mu to dość niezgrabnie i koślawo. Dowód w tym wiecznym grymasie na jego twarzy, polegającym na przygryzaniu dolnej wargi – co w zamyśle ma być uśmiechem szelmowskim.
Jeszcze jedną przyjemność miałem oglądając film oraz słuchając jego ścieżki dźwiękowej: nie dotarł do mnie ani jeden takt rapowy (ponoć przyszłość muzyki pop), na które to rytmy mam uczulenie. Za to spłynęło na mnie dużo starego, dobrego rocka. (Paczka Wayne’a „wykonująca” razem z „Queen” „Bohemian Rhapsody” lub hendrixowską „Foxy Lady”, służącą za ilustrację snów o potędze Gartha.) Acha! Jeszcze ten napis – obok NO SMOKING — na ścianie sklepu muzycznego z gitarami, gdzie każdy z potencjalnych klientów i gwiazd rocka popisuje się „swoim kawałkiem”: NO STAIRWAY TO HEAVEN!

greydot.

PS. Powyższe recenzyjki pochodzą z 1992 roku i napisane zostały po premierach kinowych omawianych filmów. Ukazywały się drukiem w weekendowym magazynie „Dziennika Chicagowskiego” pod szyldem „Filmowy Kalejdoskop – nowości na ekranach kin”.

THE ARTIST IS PRESENT – krew, pot i łzy Mariny Abramović

hucpa czy charyzma?

.

Patrzenie prosto w oczy - największym wydarzeniem artystycznym XXI wieku? scott.rudd@gmail.com

Patrzenie prosto w oczy – największym wydarzeniem artystycznym XXI wieku?

.

Obejrzałem właśnie film dokumentalny „The Artist is Present” zajmujący się twórczością znanej „performerki” Mariny Abramović (a głównie: jej ekspozycją autorską w nowojorskim Muzeum Sztuki Współczesnej w 2011 roku, gdzie oprócz zaprezentowania swojej retrospektywy, artystka siedziała przez trzy miesiące, po 7 i półgodziny dziennie, patrząc w oczy przypadkowym ludziom), który niestety umknął mi, kiedy gościł na ekranach kin. Pamiętam, że w tamtym czasie przeczytałem ciekawy, dotyczący filmu wpis na jednym z blogów, którego autorka stwierdziła: „…nieważne jakich środków użyła artystka, jakie kierowały nią pobudki. Liczy się efekt (w moim wypadku lawina pytań), jaki wywołała.” A że w tym samym czasie na stronie Wizji opublikowałem serię artykułów dotyczących sztuki współczesnej (m.in. o „cyfrach” Romana Opałki) i temat ten obecny był jeszcze na świeżo w mojej głowie, to zdecydowałem się ów post wtedy skomentować:

„Dla mnie jest ważne to jakich artysta używa środków, i jakie są jego pobudki… Nadal ważny jest dla mnie warsztat artysty, jego wiedza, wrażliwość, biegłość, mistrzowskie opanowanie formy, treści jakie chce nam przekazać, (jego przesłanie), mądrość, intencje… Jeśli tego – jak również dzieła per se – nie będziemy cenić (poważać), jeśli staje się nam to obojętne – to tak, jak byśmy nie cenili samego artysty (który to wszystko sobą reprezentuje, który tym wszystkim jest, który przez to wszystko wyraża swoją sztukę… etc.) Wtedy rzeczywiście najważniejszy staje się pomysł. I nawet nieważne jest to, czy ten pomysł jest banalny, mądry czy głupi – tylko to, jakie reakcje (emocje) w nas wywołał. Tym sposobem, według mnie, sztuka przestaje istnieć – zamienia się w koncept, pewien impuls, psychologiczny gadżet, nowinkę, kuriozum… A my reagujemy jak dzieci (czyli infantylnie), które mają radochę już wtedy, kiedy ktoś zrobi do nich głupią minę, albo kiwnie zabawnie paluszkiem. Tylko czy to będzie świadczyć o naszych genialnych zdolnościach aktorskich? Czy też o potrzebie śmiechu dziecka, które będzie się śmiało z byle czego?

Zdaję sobie sprawę z tego, że można godzinami wpatrywać się np. w akwarium, w wodę, w drzewo, w mur, cegłówkę, w jeden punkt, plamkę albo – dajmy na to – w białe cyferki namalowane (ledwie widocznie) na białym płótnie. I wymyślać sobie Bóg wie co… Bynajmniej nie uważam, że samo w sobie jest to czymś złym (w końcu uznać to można za jeden z rodzajów medytacji), jednak sprawy zaczynają wyglądać nieco inaczej, kiedy taką sytuację rozpatrzymy w kontekście odbioru sztuki. Bo według mnie natrafiamy tu na jeden z zasadniczych problemów związanych z percepcją ‚dzieł’ sztuki współczesnej, którym są: nadinterpretacja, swoista nadbudowa myśli, przydawanie znaczenia czemuś, co znaczenia nie ma (albo ma znaczenie zupełnie inne). I czyni się tak bez względu na to, czym w rzeczywistości dany obiekt (sztuki?) jest, jaką ma treść, czy też wartość artystyczną, (którą i tak ustala się dziś dowolnie i arbitralnie – bo uniwersalne kryteria wartościowania sztuki uleciały wraz z postmodernizmem i przestały praktycznie istnieć). Dla mnie jednak ciągle czymś najważniejszym pozostaje samo dzieło sztuki, a nie to, co wokół niego się nawarstwia. (Czyli w samym dziele sztuki nadal szukam punktu zaczepienia, a nie w ezoteryce tego, co ktoś sobie o nim pomyśli.) Uważam, że weryfikacja znaczeniowa jest możliwa tylko wtedy, jeśli odniesiemy się do dzieła, a nie do jego interpretacji i wartości naddanej. Oczywiście, że o – dajmy na to – czarnej kropce na białym tle można spisać tomy. Ale w tym tumulcie znaczeń i asocjacji sama czarna kropka przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie – równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być, a my nadal podniecalibyśmy się tym, co byśmy sobie o tej kropce pomyśleli. Ale niestety to, by się zachwycać byle czym, lub zgoła niczym, ma już w sztuce współczesnej długą tradycję. Bo jeśli wszystko jest sztuką, to samo pojęcie sztuki przestaje mieć sens. I tym oto sposobem wszyscy znaleźliśmy się (a raczej zagubili) w kropce.” (…)

Teraz widzę, że powyższe słowa były zarówno trafione, jak i chybione. (Chcę jednak zaznaczyć, że jest to sprzeczność pozorna.) Trafione, bo nadal wyrażają moją opinię o pustce i jałowości niektórych przejawów sztuki współczesnej, sprzedającej swój nihilizm jak sens objawiony, będący w rzeczywistości bezsensem; głębię, która tak naprawdę jest płycizną; znaczenie, które każdy wyznacza sam sobie według własnego widzimisię… Chybione, ponieważ w przypadku Mariny Abramović, mamy do czynienia z jej gargantuicznym wręcz EGO (wyrastające, jak każde takie ego, z poczucia własnej znikomości), jak również z jej dominacją nad wszystkim i wszystkimi – już sam tytuł („Artystka obecna”) mówi nam czego się spodziewać: wszechobecności Abramović, która całym swoim performerskim CV mówi „Sztuka to Ja!”.

———————————————————————————————————————————————————————————-

Marina Abramović,

Marina Abramović, „The Lips of Thomas”, 1976

Zastanawiałem się, czy zamieścić tutaj te drastyczne zdjęcia (bo istnieje takie niebezpieczeństwo, że zdominują one znaczeniowo i wizualnie ten wpis, który skupia się w zasadzie na performance Abramović w MOMA w 2011 r.) ale doszedłem do wniosku, że bez nawiązania do twórczości performerki z przeszłości, nie będzie można zrozumieć jej artystycznej osobowości i charakteru tego, co robi ona teraz. Zdjęcia te są dostępne w sieci. Ja znalazłem je tutaj, wraz z opisem, który przytaczam in extenso (wpierw oryginał, następnie moje tłumaczenie). Warto też podać jego tytuł, który dla wielu zabrzmi pejoratywnie, ale zapewne nie dla autora/autorki, który/która najwyraźniej zauroczony jest artystką i jej aktem. Otóż brzmi on: EMPTINESS WILL EAT THE WITCH (PUSTKA ZJE CZAROWNICĘ).

First performed in 1976, The Lips of Thomas heavily references both religion and communism; at its premiere, it similarly transformed the passive audience into actors. Abramović begins this performance with sticky, transubstantiated reverence, consuming more than two pounds of honey and a liter of wine. After whipping herself to numbness, she carves a five-pointed star into her stomach with a razor blade. Abramović then lays on a crucifix fashioned from blocks of ice, with a heater positioned over her stomach. As the star’s bleeding is hastened by warmth, the rest of her body begins to freeze. At the 1976 premiere, the audience was unable to watch for more than half an hour. After 30 minutes, members of the audience retrieved Abramović from the crucifix and carried her off set. The two subsequent performances, in 1983 and 2005 have lasted significantly longer; in 2005, at the Guggenheim, the performance lasted for a full seven hours. I love this lady. (Przedstawione po raz pierwszy w 1076 roku, „Wargi Tomasza” mocno odwołują się zarówno do komunizmu, jak i religii; w czasie swojej premiery podobnie przetransformowały bierną publiczność w aktorów. Abramović rozpoczęła ten performance z lepką, transsubstancjalną nabożnością, konsumując ponad dwa funty miodu oraz litr wina. Po zbiczowaniu się do momentu bezczucia, żyletką wycięła na swoim brzuchu pięcioramienną gwiazdę. Następnie Abramović położyła się na krzyżu zrobionym z lodowych brył, z ogrzewaczem umieszczonym ponad jej brzuchem. Podczas gdy krwawienie gwiazdy wzmagało się wskutek ciepła, reszta jej ciała zaczęła marznąć. W czasie premiery w 10976 roku publiczność nie mogła patrzeć na to dłużej, jak pół godziny. Po 3o minutach członkowie publiczności zdjęli Abramović z krzyża i wynieśli poza instalację. Dwa następne przedstawienia, w 1983 i 2005 r. trwały znacznie dłużej; w 205 roku w muzeum Guggenheima, przestawienie trwało pełne siedem godzin. Kocham tę panią.)

* * *

Rzeczywiście, w sposób oczywisty mamy tu odwołanie się do komunizmu i religii (Abramović wycina na swoim brzuchu gwiazdę Dawida, która, krwawiąc, upodabnia się do czerwonej gwiazdy komunistycznej); nawiązanie do chrześcijańskiej przemiany (transsubstancji) wina w krew, do krwawej ofiary i sakralnego męczeństwa. Jest tutaj kilka elementów charakterystycznych dla „twórczości” (ujmuję to słowo w cudzysłowie bynajmniej nie z powodu pogardy dla samej Abramović, ale dlatego, iż nie jestem pewien, czy uznać to co ona robi za twórczość artystyczną). Są to: masochistyczna (i narcystyczna zarazem) chęć (jest w tym nawet jakaś desperacja) zwrócenia na siebie uwagi (myślę, że źródło tego leży w dzieciństwie Mariny, która sama mówi, że była dzieckiem osamotnionym i niekochanym przez swoich, mocno zaangażowanych w komunizm, rodziców); dalej: szokowanie publiczności krwią, brutalizmem; drastyczne samoudręczanie i samookaleczanie; badanie limitu ludzkiej wytrzymałości; łamanie tabu, odwoływanie się w tym wszystkim do seksu, religii (elementy gore, bluźnierstwa, pornografii…); transgresja, teatralność, prostota i pierwotność (by nie napisać: prymitywizm i dzikość).

———————————————————————————————————————————————————————————–

Jest jeszcze kilka innych paradoksów, z którymi skonfrontowało mnie zetknięcie się z filmem „Marina Abramović: The Artist is Present”. Otóż, kiedy po jego zakończeniu Netflix spytał się mnie o ocenę, dałem temu filmowi cztery gwiazdki (na pięć możliwych), gdyż – abstrahując od tego, że wydał mi się on być dokumentem sprawnie zrealizowanym – rzeczywiście byłem nim poruszony (byłoby to nieuczciwe, gdybym się do tego nie przyznał). Na domiar złego uświadomiłem sobie, że ta kobieta mi zaimponowała (z pewnością jest to skutek tego, co zobaczyłem w tym filmie – który przecież, siłą rzeczy, jest selektywny, jeśli nie stronniczy – a nie rzeczywistej znajomości jej osoby, bo przecież Mariny osobiście nigdy w życiu nie spotkałem). Przede wszystkim byłem pod wrażeniem (tak mi się wydawało) jej siły charakteru, wytrzymałości, wyrazistości… Kiedy podzieliłem się tym z żoną (informując ją także o tym, na czym polegał performance Abramović w MOMie), spotkałem się z ripostą: „ty, taki inteligentny człowiek (sorry, ale naprawdę tak powiedziała – przyp stb), i dałeś się na to nabrać? Wytrzymałość? Przecież pracownicy, ci stójkowi w salach muzealnych tyle samo czasu spędzają, nic w zasadzie nie robiąc – i nie mają za to płacone tyle, co Abramović za swoje siedzenie na krześle. A bezdomni, którzy pod tym muzeum tkwią w tej samej pozycji, na bruku, przez 24 godziny na dobę, czasami przez parę lat? To ma być jej poświęcenie? Dla sztuki, czy dla sławy i pieniędzy? Zastanów się dobrze.”

No cóż, zastanowiłbym się nad tym wszystkim także i bez napomnienia mojej żony, ale nie mogę przecenić jej zdroworozsądkowej postawy, która jednak dość szybko mnie orzeźwiła i sprowadziła na ziemię.

W pierwszej kolejności zastanowiłem się nad tym, dlaczego ten film mnie poruszył – a momentami nawet wzruszył. Otóż wzruszył mnie dlatego, że – mimo sztucznej pompy i spędowego entourage’u całego tego wydarzenia – reakcje ludzkie w zetknięciu się w obecnością (wzrokiem) Mariny Abramović (tym, co najczęściej nam pokazano, były łzy) – wydały mi się autentyczne (a dość często, kiedy widzę ludzkie łzy, to sam nieco się rozklejam). Ponadto uświadomiłem sobie to, jacy ci ludzie muszą być zgłodniali kontaktu z drugim człowiekiem – a przy tym: jacy muszą być w głębi samotni i cierpiący – skoro czekają po kilkanaście godzin w kolejce (niektórzy koczowali przed wejściem do MOMA całą noc), by spojrzeć w oczy obcej kobiecie i się przy niej (a także w obecności całego tłumu) rozpłakać. Dodatkowo, poruszyło mnie również to, jak łatwo można ludźmi manipulować, czy też – wyrażając się bardziej elegancko – na ludzi wpływać, wykorzystując ich odwieczną potrzebę relacji z drugim człowiekiem – wliczając w to potrzebę kultu i adoracji („odkąd człowiek przestał wierzyć w Boga, gotów jest wierzyć w byle co”), łatwość podporządkowania się guru i kapłanowi, łaknienie doświadczenia kolektywnego, a przy tym pokazania się samemu – odciśnięcia na innych swojej obecności. Dochodzi do tego coś w rodzaju stadnego instynktu, psychologia prowadzonego na pasku tłumu – stąd mało wybredne epitety o baranach i osłach. Wreszcie głupota: niby wszyscy są złaknieni kontaktu i wzroku drugiego człowieka, ale kiedy mogą ten głód zaspokoić – np. w metrze, w parku czy w jakimkolwiek innym miejscu publicznym, to wtedy ślepią w te swoje „ajfony”, świata rzeczywistego poza wirtualnym nie widząc.

Pisząc o autentyzmie ludzkich reakcji podczas spotkania z Abramović, miałem oczywiście na myśli tę publiczność zaangażowaną, na której skupiała się uwaga twórców filmu. Bo zapewne było też sporo takich, którzy patrzyli na ten spektakl (jak również na inne instalacje i performance tego wydarzenia autorskiego Abramović, którym MOMA poświęciła kilka pięter) niewiele z tego rozumiejąc i nadrabiając miną snoba. Przypomniała mi się jedna z moich ostatnich wizyt w tym przybytku sztuki współczesnej na Manhattanie i to, co wówczas naskrobałem w swoim kajecie, odpoczywając w Parku Centralnym: W MOMie zastałem niemożliwe do wyobrażenia tłumy, które zmuszone były udawać, że podziwiają w tych warunkach dzieła sztuki współczesnej, która wszak łatwa w odbiorze nie jest. Przyglądając się tej snującej się po wystawowych salach ciżbie, w pewnym momencie uderzyło we mnie poczucie… absurdu: większość tych ludzi, tak naprawdę, zgromadzonymi tam obrazami, rzeźbami i instalacjami nie była zainteresowana: równie obojętnie przechodzili obok pięknego aktu namalowanego przez Modiglianiego, co obok zupełnie nieczytelnych kleksów Motherwella. (A jeśli już przystawali przed jakimś obrazem, to taksowali go niewiele rozumiejącym wzrokiem, jakby zdziwieni, ale przysłaniając to miną znawcy, człowieka myślącego.) Tłoczna ta procesja przypominała mi jakiś rytuał – haracz spłacany nawykowi turystycznej (ewentualnie snobistycznej) konsumpcji – w miejscu, które ciszy się famą jednej z największej atrakcji Nowego Jorku.”

Lecz wróćmy do Mariny i jej wytrzymałościowego posiedzenia. Uderzyło mnie jeszcze kilka innych rzeczy. Na przykład ścisła kontrola całego tego eventu: przestrzeń wokół Abramović była ściśle wyznaczona, między Marina a publicznością, na straży porządku, stało z siedmiu „goryli” – regulamin „audiencji” musiał być ściśle przestrzegany. Kiedy ktoś, siedząc już na krześle, wyciągnął zwykłą ramkę i chciał przez nią patrzeć na Marinę – został bezceremonialnie usunięty. Dziewczyna, która zdjęła sukienkę i chciała nago patrzeć na Marinę, nawet nie zdążyła usiąść na krześle, a już została otoczona przez kilku ochroniarzy i (zaskoczona, ze zdziwionymi oczami) odstawiona na bok. Czy to nie dziwne, że te w sumie niewinne, małe happeningi publiczności, zostały obcesowo uziemione przez organizatorów propagujących (ponoć) swobodę indywidualnej ekspresji, której Abramović wydawała się być apostołką? Gdzie tu miejsce na spontaniczność? Mając to na uwadze można nabrać podejrzenia, że nawet te łzy były wykalkulowane.

I jeszcze jedna sprawa: komercja. W filmie widzimy młodą Marinę, jak czyta swój „artystyczny manifest”. Jest tam też punkt mówiący o tym, że artysta nie może się zaprzedać komercji. Tymczasem wszyscy czołowi artyści reprezentujący sztukę współczesną są częścią wielkiej machiny komercyjnej (w przeciwnym razie nie mogliby zaistnieć). Wystarczy przyjrzeć się sposobowi w jaki funkcjonuje runek sztuki – działaniu Saatchie Gallery albo „taśmowej” produkcji „dzieł sztuki” przez fabrykę Hirsta… (to mało chwalebna spuścizna po „największym biznesmenie wśród artystów” i „największym artystą wśród biznesmenów”, Andym Warholu). MOMA to też już jest komercyjny gigant – trudno więc, żeby wydarzenie „The Artist is Present” nie było także komercją (sprzedawano np. limitowaną ilość fotografii firmowanych przez Abramović w cenie 3 – 5 tys. dolarów, które niedługo później osiągały cenę 25 – 30 tys. dolarów za sztukę). Mnie to wszystko przypomina coś w rodzaju sekty, klubu towarzyskiego, układu, który sam sobie wyznacza standardy, sam kreuje popyt i ceny, sam wyznacza wartości (dzięki czemu wszystko – zarówno tzw. wartość artystyczna jak i komercyjna „dzieła sztuki” wraz z jego znaczeniem – jest umowne, dla outsiderów często niezrozumiałe). A przy tym, wydarzenia tego typu, co „The Artist Is Present”, nie są wcale jakimś niszowym, marginalnym wybrykiem sprokurowanym przez garstkę maniaków i dziwaków: w spotkaniu z Abramović wzięło udział ponad 750 000 ludzi.

W to wszystko wikła się więc publiczność, widza… Wykorzystuje jego łatwowierność, naiwność, potrzebę kultu, celebracji – głód przeżycia czegoś wyjątkowego, chęć bycia wyróżnionym… Lecz, mimo to, nie rozpatrywałbym tego w kategoriach oszustwa – bo wydaje mi się, że nie jest to głównym motywem, ani celem organizatorów, twórców, producentów – tych, którzy życie artystyczne dzisiaj animują. Gdzieś tam też jest autentyzm, jakaś prawda o sztuce i człowieku. Moim zdaniem, wydarzenie w MOMA, jakim się tu zająłem, więcej mówi o ludziach, którzy wzięli w nim (w sposób zaangażowany) udział, niż o samej artystce i organizatorach. W tym już jest pewna wartość. A to, co mówi, nie jest jednak wesołe – i bynajmniej nie chodzi tu tylko o ludzkie łzy ronione przed „kapłanką” Abramović.

.

(Marina Abramović,

Takie tam skojarzenie (Marina Abramović, „Back to Simplicity”)

.

POSTAPOKALIPTYCZNY HEAVY METAL („Mad Max: Fury Road”)

.

Wściekłość i wrzask - adrenalina, benzyna, krew & rock'n'roll  (

Wściekłość i wrzask – adrenalina, benzyna, krew & rock’n’roll – hiperaktywność po zagładzie („Mad Max: Na drodze gniewu”)

.

Odlot. Zagłada już była, po niej następuje to, co najlepsze: czysta/brudna przemoc, zwierzęca walka o przetrwanie – kop adrenaliny przy anihilacji tego, co staje nam na przeszkodzie i dąży do anihilacji nas samych. W błysku, hałasie, rzężeniu, trzasku, zgrzycie i w podskokach. Hiperaktywność zamieniająca się w konwulsje – chroniące życie, zadające śmierć. To co zabija w rzeczywistości – raduje najbardziej w świecie iluzji (kino). Oczywiście orgazm przed ekranem przeżywa się zazwyczaj wtedy, kiedy ginie (jest rozrywany, palony, cięty, rozstrzeliwany…)  ten Zły. A Zły jest zawsze po stronie przeciwnej, niż my sami. Bo my właściwie jesteśmy dobrzy, tylko czasami źli – świadomość tego ostatniego może sprawić nam zarówno cierpienie, jak i radość.

Lecz w kinie przeważnie jesteśmy dobrzy – kibicujemy więc Dobremu (tak przynajmniej było do niedawna). Świadomie. Nieświadomie jednak fascynujemy się często Złym. Ale jeśli nasz heros jest Dobry – np. w filmach akcji czy w komiksach – to musi robić to, co robi Zły, tylko jeszcze lepiej (śmiercionośniej, agresywniej, gwałtowniej, brutalniej), niż On. W Armageddonie nie ma miejsca dla pussy-angels. Hufce Chrystusa muszą być silniejsze od szatańskich hord. Dies irae – boska furia i gniew – anielskie skrzydła zamieniają się w husarskie, bezpłciowość okazuje się być nabuzowana testosteronem (cuda się zdarzają), baranek zamienia się w wilka – a my tylko takiego wilka chcemy karmić, również w sobie samym. (Zdarza się, że słyszymy kiedy chłepcze czyjąś krew, gryzie czyjeś ciało – nasz odwieczny rytuał składania ofiary: krwiożerczość dzikusa zamieniona w sakrament kulturalnego dewota.)

Eksplozja. Kły. Dźganie dzidą. Strzelanina. Wszechobecny sznyt. Krwawiące rany jak szkarłatne godła odwagi. Tchórze i przegrani nie załapują się do kadru. Jeśli już, to tylko wtedy, kiedy żebrzą o wodę, ewentualnie – jako tło dla swego tyrana i ciemiężcy. Na końcu zaś wiwatują na cześć tych, którzy wygrali, i którzy dają im nadzieję na zrzucenie kajdan, picie do syta i wydobycie się ze szczurzej nędzy. (Czy wszyscy słabi i głupi są dziećmi nadziei? Czy aby w końcu nie stają się sierotami po niej?)

Kobiety. Kobiety matki, kobiety karmicielki, kobiety – materiał rozrodczy, kobiety traktowane jak dojne krowy, kobiety produkujące zabijaków, kobiety – niewolnice seksu, kobiety zakute w pasy cnoty, kobiety rozebrane jak do sesji Playboya… To wszystko widzimy na ekranie, jednak wszyscy się uparli twierdząc, że jest to film feministyczny. Czy dlatego, że babki te się wreszcie zbuntowały i chciały uciec do marginalnej de facto krainy matriarchatu, do strażniczek dobrego nasienia (chodzi o rośliny), gdzie na motorach jeżdżą nawet poryte zmarszczkami seniorki? (Nota bene, gdyby nie facet – Mad Max/Tom Hardy – nigdy by się im ta sztuczka nie udała.) Niech nas nie zmyli – wyglądająca swoją drogą jak cyborg – wojownicza i nie do zdarcia Furiosa/Charlize Theron. Furiosa (what a name!) to właściwie jedyna w królestwie Rictusów Erectusów wojowniczka, wyjątek potwierdzający regułę, że na wojnie światowej prawdziwym wojownikiem może być tylko mężczyzna. It’s a man’s world, after all. Kobieta, tak naprawdę, służy do kochania (w wielorakim znaczeniu tego słowa) i – co się z tym wiąże – reprodukcji.

Ale przecież furia… furia obrazów, furia dźwięków – atak na nasze zmysły. Jedziemy zwariowanym rollercoasterem, węszymy za żerem – bo ktoś chce nam zrobić „dobrze”, jak przystało na życie w imperium zmysłów, obrazków i niepohamowanej konsumpcji. Wyłącza się nam myślenie (bo nic tu po fabule), włącza mechanizm gapia – zamieniamy się w pop-kulturowe zwierzę powodowane instynktem – ślinimy się jak pies Pawłowa, traktowani sztampą, którą wyćwiczono nas wcześniej – chwyty niezawodne, choć ograne. Ale zaskakuje nas to, co wydaje się nam nowe – mistrzowie kina, ci treserzy nasi najlepsi, wiedzą jak podać nam stare, by wyglądało jak nowe – chrapami czujemy świeżość kęsów, kłami szarpiemy krwisty befsztyk, gały wychodzą nam z orbit – przebieramy łapami, naciskamy wirtualny pedał pod fotelem, tak jakbyśmy sami chcieli przyśpieszyć to, co i tak już pędzi z szaloną prędkością. A przy tym heavy metal – uszy są katowane, ale za to ciało doświadcza adrenalinowej szprycy. High energy boost! A jednak thrill ze spektaklu – w przeciwieństwie do orgazmu, jest dość jałowy: działa właściwie jak narkotyk – znieczulenie (pobudzenie) miejscowe, chwila ekstazy a później choćby potop, lecz zwykle – to, co było do tej pory. I jeszcze większe łaknienie.

Kamp, hiper-kamp… Brzydota odbierana przez widza jak piękno, piekielny koszmar – jak poezja – czaruje się nas bestią. Ekscytacja kiczem, który prokurują prawdziwi wirtuozi kina, więc zamienia się on (w naszych oczach) w sztukę. Nie tylko mięsa. Estetyka krwistego befsztyku wzbogacana jest estetyką post-apokaliptycznej pompy. Gotyk z piekła rodem. To jest ta nowość: obrazy jak z koszmarnego snu śnionego na haju, ale śnionego przez prawdziwego artystę, dla którego hell is the limit – nieograniczonego już żadną techniczną niemożliwością, bo świat cyfrowy nie ma granic. Ale czy to jest piękno, czy stylizacja? Ohyda jako decorum? Granica sztuczności zostaje przekroczona – tak, że to, co za nią nabiera cech rzeczywistości prawdziwej – tyle, że na innym poziomie, gdzie (kolejną) ułudę zaczynamy odbierać, jak prawdę. (No właśnie: czy aby to, co nazywamy prawdą nie jest skwantowaną, rozłożoną na różnych poziomach, iluzją? Dość łatwo dajemy się omamić tym, co naoczne, a nawet tym co dotykalne, bo wbrew pozorom zmysł dotyku bywa równie zwodniczy, co wzroku – wszystko rozgrywa się w naszym mózgu, gdzie kreowana jest nie tylko nasza przestrzeń, ale i to, co nazywamy materią. Inaczej chyba nie można – zwłaszcza że tylko w ten sposób możemy być istotami duchowymi, obdarzonymi świadomością i wolą, może nawet autonomią w świecie skądinąd zdeterminowanym? Cały świat jest kinem, a my żyjemy wśród fantomów… może nawet sami nimi jesteśmy?)

Powidoki i impresje. Obraz przykleja się do nas jak filmowy plakat (za spustoszony i wyjałowiony świat „robią” tu pustynie Australii i Namibii), pełno na nim stworów jak z panopticum cielesnej (o duchowej nie wspominając) szkarady; monstrualne machiny, cała banda pędzi hybrydami jakich nawet nasz popyrtany eklektycznie świat nie widział… Oczopląs – a wszystko do 3d – włazi nam na głowę. Myśli zapędzone w kozi róg, teraz próbują się wydostać, udając że są racjonalne. Lecz kto wie – może są jeszcze szalone? Jak Max? Ale czy w świecie szaleńców, człowiek zdrowy psychicznie nie jest anomalią? I czy obłąkany świat nie jest odbierany jako norma przez wariatów? Odpryski miłości, delikatny i ulotny gest czułości – empatia i wrażliwość skryta za grubą skórą, kuloodpornym pancerzem, maską-wędzidłem przypominającą outfit ludojada? Ziarno człowieczeństwa i apokaliptyczny entourage? No i gdzie ta nasza – do k…y nędzy! – kultura? To po to przez miliony lat schodziliśmy z małpiego drzewa, przenosili się z jaskini do katedr, oswajaliśmy furie Natury i pacyfikowaliśmy bogów, ryliśmy dekalog i wypisywali kodeksy wszelakie – by teraz, na koniec, o tym wszystkim zapomnieć, bo liczy się tylko ordynarny, zwierzęcy instynkt przetrwania? Bo jeśli ty tego nie zeżresz, to zeżre to kto inny? Bo jeśli ty nie zabijesz, to zabiją ciebie? No i jeszcze na dodatek mord jako fun? Dzień, w którym najwięcej się mordują, najlepszym dniem twojego życia? Może dlatego, że przecież wiesz, że i ty musisz umrzeć?

This is the end.

Kobieca kruchość jest pozorna - nawet naga na pustyni, nawet w ciąży, nawet piękna - okazuje się twarda jak opancerzony męski wojownik szos zrywający łańcuchy

Kobieca kruchość jest pozorna – nawet naga na pustyni, nawet piękna i powabna, nawet w ciąży – okazuje się (ponoć) twarda jak opancerzony, gruboskórny, męski wojownik szos zrywający więżące go łańcuchy

.

BUNTOWNICY I KONFORMIŚCI – kilka uwag na marginesie prezydenckich wyborów w Polsce

.

Od czasu do czasu łamię narzuconą sobie samemu zasadę – nie zasadę – by nie podejmować na swoim blogu tematów politycznych. Lecz, mimo że nie darzę większości polityków sympatią (polityka brudzi ludzi) i nie znoszę rozsierdzonych dyskusji politycznych, (które tylko zwiększają i zaostrzają podziały między ludźmi, rzadko przynosząc coś pozytywnego), to ostatnie wydarzenia w Polsce skłoniły mnie do bliższego przyjrzenia się sytuacji w moim kraju, tudzież sprowokowały do wysnucia kilku refleksji, z którymi chciałbym się tutaj podzielić.
Nie zamierzam wszak silić się tutaj na jakąś akademicką, kompleksową i dogłębną analizę – będzie to raczej zbiór kilku luźnych uwag, spostrzeżeń i myśli, które przyszły mi do głowy w ostatnim czasie.

.

1.

Polska jest podzielona. Wydaje mi się, że jest to podział bardziej ekonomiczny, niż światopoglądowy. Za Andrzejem Dudą (czyli przede wszystkim za zmianą i przeciwko obecnemu układowi władzy) głosowali najliczniej mieszkańcy wschodniej i południowej Polski, rolnicy i robotnicy, oraz ludzie najmłodsi (w przedziale wiekowym 20 – 29 lat), ale też i najstarsi. To ich głosy zadecydowały, że Andrzej Duda wygrał. To są reprezentanci tej części społeczeństwa (stanowiącą, jak widać, co najmniej jego połowę, jeśli nie większość), która czuje się zaniedbania, pominięta w procesie rozwoju kraju, nie odczuwająca benefitów wynikających z naszej przynależności do Unii Europejskiej.

Wygląda na to, że władza wzięła „rozbrat” z narodem. Krystyna Janda napisała zaraz po rozstrzygnięciu wyborów: „Narodzie, życzę spełnienia marzeń. Gratulacje.” (Oczywiście był w tym ledwie skrywany sarkazm.) To o czymś świadczy. Czy nie o tym, że znana aktorka – a wraz z nią beneficjenci obecnego układu – odżegnują się od narodu? Według mnie wypowiedź Jandy potwierdza tylko istniejący podział między tymi, co wykorzystują obecny system władzy dla własnych korzyści, a narodem, któremu tak naprawdę politycy i władza powinna służyć – w rzeczywistości jednak go eksploatując, zaniedbując, okłamując, lekceważąc, mając gdzieś… Ostatnie wybory są tego skutkiem.
Nota bene poparcie niektórych artystów, ludzi kultury, celebrytów – bezkrytyczne, a niekiedy wręcz żenująco nachalne i wazeliniarskie – dla obecnego establishmentu i państwowego status quo, jest tych ludzi pewną kompromitacją, sprzeniewierzeniem się ideałom, które oni sami w przeszłości wyznawali, a przynajmniej tak deklarowali. Niestety, jak widać, z niegdysiejszych kontestatorów zamienili się w obecnych konformistów. A przecież konformizm nie przystoi artyście i człowiekowi otwartemu. Poza tym, to właśnie nonkonformizm jest bardzo często probierzem uczciwości.

Następna sprawa: media. Telewizja, jaka jest, każdy widzi. Ja jej w zasadzie nie oglądam, więc przyjmuję na wiarę opinie tych, którzy telewizję oglądają i się o niej wypowiadają, widząc jej stronniczość i schlebianie niezbyt wyrafinowanym gustom. Lepiej znam (czy też raczej znałem) prasę polską, a zwłaszcza tygodniki. Do tego ostatniego stwierdzenia chciałbym jednak dodać pewną glossę. Otóż muszę się przyznać, że mieszkając w Stanach, przez długi czas, każdego tygodnia kupowałem cztery gazety: Politykę, Wprost, Newsweeka i Forum (niekiedy dochodził do tego Tygodnik Powszechny, Rzeczpospolita, czasem rezygnowałem z Wprost czy Newsweeka). Niestety, z biegiem czasu pula tych tytułów zaczęła się zmniejszać (wykruszyły się zupełnie Wprost, Newsweek, Rzepa, a nawet TP – to, co zaczęło się w tych pismach wyrabiać, zaczęło mi jeżyć włos na głowie) – w ubiegłym roku (po przeczytaniu kilku manipulacyjnych i fatalnych pod względem kultury literackiej artykułów) zrezygnowałem z kupowania Polityki (i to bynajmniej nie z powodów finansowych, mimo że kosztuje ona tutaj prawie trzy razy więcej niż w Polsce), w tym roku – z Forum. Szkoda mi zwłaszcza tego ostatniego tytułu, bo pamiętam doskonały poziom jaki utrzymywało to pismo przez dziesiątki lat. Niestety, w moich oczach pismo to zaczęło upadać, kiedy z poważnych, analitycznych artykułów przerzuciło się na obrazki, kolorki i (poszatkowane) artykuły na poziomie ćwierćinteligencji.

Ale ad rem: moim zdaniem to, co się dzieje obecnie z polską prasą oddaliło ją od roli opiniotwórczej, a zbliżyło do roli agitacyjnej, czy wręcz propagandowej. Chodzi tutaj o ważną sprawę, a mianowicie o nierzetelną stronniczość prasy polskiej (a w ogólności: polskich mediów). Bowiem uzależniając się ekonomicznie od swoich sponsorów, traci się jednak autonomię. Mamy wtedy do czynienia z czymś w rodzaju przekupstwa. Uważam więc, że rząd (władza, partie) nie powinny dotować (np. w postaci wykupywania reklam) prasy właśnie tzw. opiniotwórczej, gdyż jest to moim zdaniem tylko taka bardziej zawoalowana („aksamitna”, wyrafinowana?) forma korupcji (bo przecież nie kąsa się ręki, która nas karmi). A zadaniem prasy i dziennikarzy powinno być patrzenie władzy na ręce, ale nie w oczekiwaniu na jakiś kęs czy ochłap, tylko po to, by wytykać jej błędy i grzechy – chodzi o ochronę całego społeczeństwa, a nie dość wąskiej grupy interesantów, kombinatorów czy politycznych manipulatorów. Taka postawa jedynie utrwala i zaostrza podział tego społeczeństwa – na co dowodów mamy ostatnio aż nadto.

2.

Całe życie starałem się być człowiekiem apolitycznym (mimo, że uznaję wagę polityki w urządzaniu państwa), nigdy nie związałem się – i nie zwiąże – z żadną partią, co nie oznacza, że pewnych ugrupowań nie popieram bardziej, innych zaś mniej – z pewnymi poglądami bardziej się zgadzam, niż z innymi. Wyznam, że – w przeciwieństwie do mojej żony – zabrakło mi odwagi, by wziąć udział w ostatnich wyborach. Bowiem żaden z kandydatów nie spełniał moich warunków: Andrzeja Dudy bliżej nie znałem, nie byłem też pewny na ile może być on politykiem niezależnym, nie wypełniającym jedynie wytyczne obowiązujące w partii, z której się wywodzi; Bronisław Komorowski był zaś w moich oczach politykiem zgranym i dość niemrawym, konformistycznym i „układowym”, zbytnio już jednak umoczonym w politycznym błotku, tudzież – wbrew jego deklaracjom (zakładając, że nie były one czczą gadaniną) – bardziej Polaków dzielącym, niż jednoczącym.

Nie będę ukrywał, że moja sympatia była – i jest – po stronie Andrzeja Dudy. Mam nadzieję, że jego wybór na Prezydenta Polski coś zmieni na dobre – że wreszcie coś drgnie w zjełczałej polskiej polityce, że lepiej będzie się traktować polskie społeczeństwo (myślę, że Duda jest po prostu uczciwszym człowiekiem, niż Komorowski). Również z tego, że spore poparcie społeczne zdobył Paweł Kukiz, może wyniknąć coś pozytywnego, jeśli zdoła on wokół siebie zgromadzić odpowiednich ludzi, stworzyć formację, która będzie stanowić przeciwwagę dla zadufanego establishmentu (oczywiście samego PiSu tu nie wyłączając). Wierzę Kukizowi, że nie da się go kupić, że nie przekroczy on granicy kompromisu, za którą jest już tylko koalicyjne partyjniactwo, zdrada deklaracji i fałszywa ustawka. Taki „bulldog” czasami w polityce się przydaje, bo może pogonić towarzystwo zanadto obrastające w tłuszcz – pychę, szmal i przywileje.

A może nadal jestem naiwny? Bo przecież kiedy w 2007 roku wygrywał Donald Tusk, to wolałem to peowskie rozwiązanie od pisowskiego. Kiedy wygrał Obama, to też się cieszyłem i myślałem, że to początek jakichś zmian, których wówczas oczekiwała większość amerykańskiego społeczeństwa, zmęczona polityką Busha, przestraszona kryzysem ekonomicznym i szachrajstwami neokonserwatystów, wpędzających Stany Zjednoczone w kolejne konflikty i politykę zagraniczną skutecznie psującą opinię Ameryki w świecie.
Jeden i drugi mnie zawiódł. Czy to samo będzie z Dudą?

A jednak wolę niepewność i nieprzewidywalność z Dudą, niż pewność i przewidywalność z Komorowskim, bo to pierwsze może oznaczać zmianę, zaś to drugie – dotychczasowe peowskie badziewie, którego symbolem są np. podsłuchane rozmowy osób piastujących najwyższe funkcje w państwie, a (jak się okazało) reprezentujących – pod względem etycznym i kulturalnym – knajacki poziom budki z piwem.
Ale tu chodzi nie tylko o te „kur.y” rzucane mimochodem przez vicepremierów i ministrów Polski (przyznających się do robienia „laski” naszym sojusznikom), ani o dłuższego członka Belki, którym chwalił się on przed Sienkiewiczem… Chodzi o owo „teoretyczne” istnienie państwa, o słynną diagnozę („ch.j, d.pa i kamieni kupa”), do czego przyznał się expressis verbis sam minister spraw wewnętrznych Rzeczypospolitej Polskiej. Bo wbrew temu co twierdzi propaganda sukcesu (do chóru piewców ekonomicznych cudów nad Wisłą przyłączyli się także ludzie kultury, np. pani Krystyna Janda mówiąca: „Nie chcę zmian, nie chcę rewolucji, chcę pracować spokojnie i wytrwale, ku chwale ojczyzny. Niech wszystko rozwija się i kwitnie tak jak przez ostatnie 25 lat i niech nikt temu nie przeszkadza.”) sytuacja w Polsce nie idzie w tak dobrym kierunku, jak chcieliby tego prorządowi propagandyści. Pod pewnymi względami miliardowe dotacje Unii Polskę psują (poprawiając właściwie tylko jej fasadę) – pozbawiają ją innowacyjności, działają niekorzystnie na przemysł, uzależniają poczucie dobrobytu kraju od swego rodzaju jałmużny, jaką bogate kraje Unii dają biednej w stosunku do europejskiej czołówki Polsce. O drenażu młodych, wykształconych ludzi, którzy masowo emigrują zarobkowo na zachód Europy, nie wspominając. A takie „drobiazgi” jak będąca w katastrofalnym stanie służba zdrowia, a kulejące szkolnictwo, a wielki niedobór mieszkań? A katastrofalnie niskie zarobki (wg pani vicepremier Bieńkowskiej „tylko złodzieje i idioci” pracują za mniej, niż 6 tys. zł. miesięcznie) całych rzesz społeczeństwa? A umowy „śmieciowe”? A głodowe renty i emerytury? Lista jest długa. Czy to jest to rozkwitające kwiecie?

Pewnie, że jeśli wyjeżdża się z Polski, by objąć posadę przewodniczącego Rady Europejskiej (bardziej „żyrandolową” i figurancką, niż mającą rzeczywisty wpływ na europejską rzeczywistość) z pensją wyższą od pensji prezydenta Stanów Zjednoczonych, to trudno jest widzieć świat z perspektywy zwykłego człowieka, zwłaszcza takiego, który trudzi się, by związać koniec z końcem. Pewnie, że jeśli ma się dostęp do kurka, z którego szeroką strugą płyną pożyczki i dotacje, to łatwiej manewrować ludźmi, pozorować pracę i udawać, że wszystko jest cacy (gdyby nie to ssanie unijnych funduszy, to rządy PO dawno by się już skończyły). Władza korumpuje, pałac psuje – politycy się alienują, tracą kontakt z rzeczywistością, w jakiej żyją szeregowi obywatele. Stają się pyszni i aroganccy; myślą, że im wszystko wolno, że są najważniejsi, że władać będą wiecznie… Na szczęście, w demokracji, przydarzyć im się może zimny prysznic w rodzaju tego, jakiego byliśmy świadkiem w ostatnich wyborach prezydenckich. Mnie się wydaje, że to dopiero początek, więc lepiej będzie dla nich, jeśli przygotują się na jeszcze większy szok, jaki najprawdopodobniej sprawi im prędzej czy później polskie społeczeństwo.

rys. Jan Koza

PRAWDA ZŁUDZEŃ, ILUZJA RZECZY, PIĘKNO I GROZA WIEKUISTEJ CISZY…

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVII)

.

zapiski notatki kajet notes.

.

To, że nasz głos w wyborach jest suwerenny, jest złudzeniem. Tak naprawdę decyduje struktura, której jesteśmy – wiednie lub bezwiednie – częścią (częściej jednak bezwiednie, ponieważ jesteśmy istotą stadną, potrzebującą wsparcia innych… często przeciw innym).

* * *

Do pewnego stopnia sami kreujemy naszą rzeczywistość – ale będąc narzędziem tego, co jawi się nam właśnie jako rzeczywistość. Chodzi o to, by zdobyć sobie w tym uwikłaniu jak najwięcej suwerenności (wolności) – o ile tylko jest to możliwe.

* * *

Molochy mają to do siebie, że same sobie szykują samozagładę – załamują się pod własnym ciężarem. Wydaje się, że istnieje jakie optimum władzy i bogactwa – punkt krytyczny, poza którym zaczyna się już jedynie „jazda w dół”.
Cywilizacja niepohamowanej konsumpcji musi się w końcu zakrztusić.

* * *

Podobno zmierzch Zachodu dokonuje się już od paru stuleci. Czy „upadek” humanistyki nie jest jednym z dowodów na to? Kim (czym) będzie człowiek w „nowym wspaniałym świecie”? Czy jeszcze kogokolwiek stać na wiarę w taki świat? Czy można wierzyć w utopię?
Wydaje się, że wygasają mity, które tę wiarę starały się podtrzymywać. Czym będzie można wypełnić pustkę, która wskutek tego powstaje? Rzeczą? Nasza myśl ucieka jednak od konkretu (może dlatego, że sama jest czymś niematerialnym?) – bo, jak ktoś kiedyś powiedział, człowiek nie może znieść zbyt dużej dawki RZECZY-WISTOŚCI.

* * *

Miłosz pisał: „Społeczeństwo i cywilizacja trwają dzięki niesłychanie drobnym cząsteczkom cnoty rezydującym w poszczególnych indywiduach”. Ale co z pokładami nikczemności, które zalegają poszczególne ludzkie indywidua? Czy aby one nie tworzą też społeczeństwa, cywilizacji? A może to nie są wcale pokłady nikczemności a głupoty, bierności, strachu, konformizmu, chciwości…? Może to wszystko wynika nie tylko z chęci „urządzenia” się w świecie, ale i ze zwykłego instynktu przetrwania?
A jednak całe życie „uczepiałem” się tych „niesłychanie drobnych cząsteczek cnoty”, (które moim zdaniem nie są wcale takie drobne, a tym bardziej „niesłychanie”) i to bardziej w innych ludziach, niż w sobie samym (może dlatego, że – o tyle, o ile znałem siebie samego – własnej „cnocie” nie dowierzałem)? Podobnie chyba uczepiałem się piękna – piękna, które istnieje w świecie, ale otoczone również brzydotą, okropnością, grozą, horrorem?

Ceną jaką płacimy za wiedzę jest zwykle rozczarowanie. Ale to, co pozostaje po rozczarowaniu jako cnota, piękno a zwłaszcza miłość – potrafi nas zbawić. Tylko do takiej cywilizacji i takiego społeczeństwa – gdzie owe „drobne cząsteczki cnoty” (wraz z dobrem piękna czy miłości) rezydują, nadając jej człowieczy sens – chcę się przyznawać. Niestety, cywilizacja i społeczeństwo w których żyjemy są inne.

* * *

Szczęście to stan ducha, a nie stan posiadania. Duch, który ulega posiadaniu, staje się niewolnikiem rzeczy, a tym samym niewolnikami rzeczy stajemy się my sami.
Satysfakcja, której mogą nam dostarczyć rzeczy jest powierzchowna. Tylko (duchowa) relacja z drugim człowiekiem może sięgnąć głębiej – nadając sens (i poczucie spełnienia) naszemu życiu.

Zresztą, tak naprawdę materia jest złudzeniem – swoistą atrapą, która (zważywszy na nasze ograniczenia percepcyjne) umożliwia nam funkcjonowanie w świecie widzialnym i dotykalnym.
Prawda – i to co najważniejsze – znajduje się poza naszą „materialną” „rzeczywistością”. Skoro więc tak naprawdę rzeczy nie istnieją, to tym bardziej ich „wistość” jest tylko złudzeniem. Dlatego żyjemy w świecie złudzeń. Lecz to materializm jest złudzeniem, a nie duchowość człowieka.

* * *

„Idę” obejrzałem jakiś czas temu – myślę, że bez uprzedzeń. Uważam, że film Pawlikowskiego jest dobry, ale jednak nie wybitny (pewnie za taki zostanie uznany przez wielu widzów po przyznaniu mu Oscara, ale to przecież nie Oscary, ani żadne inne nagrody, decydują o wybitności filmu). Moim zdaniem zbyt wiele w nim schematów i uproszczeń, zabiegi estetyczne dość pretensjonalne (np. dziwaczne kadrowanie – choć w filmie nie brakuje też obrazów pięknych), postacie to tezy, psychologia bardzo przewidywalna… etc. Ponadto, niektórym reżyserom się wydaje, że jeśli nagrają film na taśmie czarno-białej, to od razu wzrośnie jego ranga artystyczna – i tak też odbierają obraz widzowie, zwłaszcza ci snobujący się na odbiorców wyłącznie kina tzw. „artystycznego”.
Nie odniosłem absolutnie żadnego wrażenia, że jest to film anty-polski, że fałszuje historię, że jest politycznie tendencyjny w jakimkolwiek stopniu. Dlatego też nie wziąłem udziału w wypełnionych emocjami sporach – głównie światopoglądowej i politycznej natury – jakie on teraz wywołuje.
A dlaczego dostał Oscara? Sądzę, że dzięki bardzo dobrej kampanii reklamowej, dobremu PR, lansowaniu go przez niektóre kręgi i środowiska związane z kinem (producenci, krytycy, może nawet widzowie), a zwłaszcza z dystrybucją filmową. I nie ma w tym nic dziwnego, bo tak działa tutejszy mechanizm promocji kina.
Oscar nie jest – i nigdy nie był – wykładnikiem wartości artystycznej filmu (stąd, skądinąd cieszący się w Stanach Zjednoczonych wielką estymą Kieślowski nigdy nie otrzymał statuetki). Jest niczym innym jak wykładnikiem statystycznego zsumowania decyzji członków amerykańskiej Akademii Filmowej. A ta – odnoszę takie wrażenie – wiąże się z rachunkiem prawdopodobieństwa, a być może nawet z… teorią chaosu.

* * *

To prawda, że dzisiaj – zwłaszcza młodym widzom – sposób filmowania Bergmana może się wydać anachroniczny. Trzeba więc pewnego wysiłku, by zaakceptować użytą przez niego formę i pozwolić tym obrazom na siebie oddziałać. Bergman wymaga też odpowiedniego nastroju. Ja się nie dziwię, że nie zawsze ludzie chcą się pogrążać w tych jego ciężkich i mrocznych klimatach – w całej tej depresyjności i pesymizmie. Chociaż warto pamiętać, że Bergmana stać było też na ironię, żart i humor, także na liryzm, nostalgię – dotknięcie poezji.
Summa summarum nie jest to jednak kino „rozrywkowe” – wygląda bardziej na traktat filozoficzny, studium psychologiczne, moralitet… I mimo, że ma w sobie potencjał terapeutyczny (bo swoistą terapią było dla Bergmana kręcenie filmów), to jednak – uświadamiając widzowi wiele trudnych (a nawet tragicznych) aspektów ludzkiej egzystencji – konfrontowało go z jego, często zepchniętymi w podświadomość, lękami, obawami i strachem. Filmy Bergmana bardziej niepokoiły, niż uspokajały – ale zmuszały jednak przy tym do myślenia. Nie wszyscy widzowie to lubią – i ja się właściwie, w dobie opanowania popkultury przez bezmyślną rozrywkę, temu nie dziwię.

Bardzo ciekawe jest to, co Woody Allen mówi w swoich wywiadach o Bergmanie. Rzadko się jednak zdarza, by jeden genialny reżyser opowiadał z taką swobodą i bezinteresownością o drugim genialnym reżyserze, nawet jeśli wydaje się on być jego mentorem. Tutaj robi się jeszcze ciekawiej: reżyser do szpiku kości amerykański (nie mam tu bynajmniej na myśli filmów Allena, które jednak w Ameryce się wyróżniają i raczej kina amerykańskiego nie definiują – tylko jego środowiskowy background) wypowiada się o reżyserze do szpiku kości europejskim. Tak sobie myślę, że oprócz wielkiej inteligencji i zainteresowania podobną problematyką, łączyła ich pewna… neurotyczność, (którą być może lepiej byłoby nazwać wrażliwością, a może jeszcze lepiej: uwrażliwieniem na podobne problemy filozoficzne i egzystencjalne?)

* * *

Biblioteka jest martwa, jeśli nikt jej nie używa – jeśli nikt nie czyta książek w niej zgromadzonych. Wtedy jest zaledwie meblem, dekoracją… zaspokajającą jakąś snobistyczną potrzebę lub zdradzającą pretensję właścicieli, by zaliczano ich do grupy ludzi tzw. „kulturalnych”. Od posiadania wielkiej ilości książek ważniejsza jest relacja człowieka z książką, (która przecież może być pożyczona, lub znajdować się do jego dyspozycji chwilowo.) Podobnie jest z czytaniem: nie tyle ważne jest to, jak wiele książek się czyta (i w jakim tempie), ale to, jak głęboka i intensywna jest nasza relacja z tym, co czytamy, czyli z treścią. Według mnie większą wartość ma uważne przeczytanie jednej książki – przeżycie jej, doświadczenie, zrozumienie, wejście w bliski kontakt z jej autorem i autentyczne przejęcie się tym, co chciał on poprzez swoją książkę nam przekazać – niż pobieżne „przelecenie” iluś tam dziesiątków książek, „zaliczenie” ich, konsumpcja „stosika”, „odfajkowanie” jakiejś tam pozycji… bo to wszystko jednak spływa po czytelniku jak woda po kaczce.
(Tutaj właśnie objawia się idiotyzm czytania tzw. „szybkiego”, albo jeszcze gorzej: „fotograficznego”.)

Wszystkiego nie przeczytamy. Dlatego moim zdaniem warto czytać uważniej, bardziej selektywnie… I czasem robić sobie okres czytelniczej abstynencji – udając się choćby w podróż, uciekając od cywilizacji, kręcąc się bliżej natury.
Myślę, że udało mi się wyrobić tę umiejętność wchodzenia w zupełnie inną skórę, w zależności od zmian otaczających mnie dekoracji, np. na górskim szlaku, albo nad brzegiem Oceanu czy w lesie – staję się tam jakby zupełnie innym człowiekiem. I choć zazwyczaj zabieram ze sobą w podróż jakąś książkę (oprócz przewodników, oczywiście), to jednak zwykle naoczne i namacalne poznawanie miejsca, albo zwykłe nic-nierobienie (siedzenie nad przepaścią, gapienie się w morze, słuchanie odgłosów przyrody…) przedkładam nad ślęczenie nad książką.

Czytanie może stać się nałogiem. Najgorzej jest wtedy, kiedy staje się czymś w rodzaju przymusu – bo wtedy przestaje nam przynosić przyjemność (choć wielu się łudzi, że nadal przyjemność z takiego czytania mają). To tak jak z winem: kiedy pijemy go za dużo, to już po kilku lampkach przestajemy czuć jego smak. Kiedy natomiast dłuższy czas nie mamy wina w ustach, to jedna lampka może nam sprawić bardzo intensywną przyjemność.
Umiar – często jednak trudny do osiągnięcia.

* * *

Fotografując, zależy mi na uchwyceniu piękna, które trzeba jednak czasami wysupływać z rzeczywistości. Często narzuca się ono samo – wtedy tylko brać, nie przebierać; czasem jest ono bardziej dyskretne – wtedy trzeba go ośmielić, by się objawiło, nie tylko mnie, ale i innym.

Staram się, by moje zdjęcia oddawały moje przeżycie, jednak, jeśli wywołują one przeżycie u kogoś innego, to jest to już zasługą oglądającego.

Nie boję się tego piękna, które samo się narzuca. Jest ono wtedy może oczywiste, ale mimo wszystko nie przestaje być pięknem. Piękno dostrzeżone i odczute, nawet to, które – przez swoją oczywistość – nie wymagało od nas żadnego percepcyjnego wysiłku, nigdy nie jest banalne i nudne. Piękno zabija nudę i vice versa: na kimś kto jest znudzony, piękno nie robi większego wrażenia.

* * *

To, co postrzegamy u innych ludzi jako „inność”, jest zaledwie tych ludzi powierzchownością. Niestety, bardzo często na owej powierzchni zatrzymuje się nasze poznanie drugiego człowieka. A zaczynają uprzedzenia.

* * *

Jeśli buddyzm uznamy za religię (niektórzy zwracają uwagę, że buddyzm jest bardziej systemem filozoficznym czy światopoglądowym, niż religią) to należy podkreślić, że jest on religią wyjątkowo tolerancyjną i otwartą na inne poglądy. Odróżnia go to (patrząc na tę kwestię z perspektywy historycznej) od wszystkich innych światowych religii (takich jak islam czy chrześcijaństwo). Nie ma w nim – tak częstej np. w islamie, ale i w judeo-chrześcijaństwie też – pogardy dla „innowierców”, „giaurów”, „niewiernych”, „gojów”… Buddyści nigdy i nigdzie nie „nawracają” nikogo na siłę, nie krytykują innych religii, wręcz przeciwnie: szanują je. Sam Dalaj Lama odradza buddystom aktywną „rekrutację” nowych wyznawców Buddy i przestrzega przed zbyt łatwym i powierzchownym „przechodzeniem” na buddyzm – sugerując nawet to, że lepiej jest jednak pozostać przy swojej dotychczasowej wierze, a z buddyzmu zaczerpnąć tylko pewne uniwersalne wartości, które są dobre dla wszystkich ludzi, bez względu na wyznawaną religię czy światopogląd.

* * *

Po podróży do Tybetu napisałem: „Złoto Potali! W stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana Dalai Lamą, czyli Oceanem Mądrości). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.”

A jednak z tym złotem to nie jest taka prosta (i jednoznaczna) sprawa. Podobnie jak z ozdobami w tybetańskich klasztorach, czy – przenosząc się na bliższe nam podwórko – z dekoracyjnym przepychem katolickich świątyń. Wydaje się bowiem, że nie jest to tylko przejaw ludzkiej próżności i zamiłowania do bogactwa. Ma to głębszy cel: chodzi o… dowartościowanie samego obiektu kultu.
Wprawdzie odbywa się ono w sferze materialnej, to jednak ma to niewątpliwie znaczenie socjo-techniczne, bo na większość ludzi materialne bogactwo robi jednak wielkie wrażenie i wzbudza, jeśli nie szacunek, to respekt (chodzi tu także o wzmocnienie autorytetu i demonstrację władzy). Tym sposobem obdarza się respektem i podziwem same obiekty kultu (świątynie, relikwie, posągi świętych, a nawet kapłanów…), ustala pewną hierarchiczną zależność. Jednym słowem: wzmacnia kult i samą religię. Oczywiście, chodzi tu także o estetyczne wzmocnienie wrażeń… nie tylko duchowych, ale i zmysłowych.

* * *

Dużo myślę ostatnio o Tybecie i ludziach, którzy ten kraj zamieszkują. Wgłębiam się w historię Tybetu, a im bardziej się wgłębiam, to jednak coraz bardziej smutno mi się robi, bo nie dostrzegam tam żadnej krainy szczęśliwości, która byłaby choć trochę podobna do (mitycznej, legendarnej i wyidealizowanej) Shangri-La, a wprost przeciwnie – widzę ludzi utrudzonych, dla których życie jest nieustannym, wielkim wysiłkiem i znojem, nie szczędząc im przy tym bólu i cierpienia.

Czy oni się niczego nie lękają? Gdyby się nie lękali, to nie byliby ludźmi. Każdy, zwykły człowiek, się lęka. Tylko nieliczni zdołali się uwolnić – tak naprawdę, zupełnie i do końca – od jakiegokolwiek lęku (co w pewnym sensie jest…hm… nieludzkie, bo święte?)

Tym co mnie w mentalności ludzi wyznających buddyzm mocno uderza (dotyczy to więc głównie umysłowości człowieka Wschodu) to ich diametralnie odmienne od naszego (nazwijmy to ogólnie – europejskiego) podejście do śmierci, a tym samym i do pustki, którą my kojarzymy z mającym zdecydowanie negatywną konotację nihilizmem – bo przecież nicość to już NIC, zatracenie i zagłada wszystkiego, co ludzkie – a to często prowadzi uświadamiającego sobie to człowieka do egzystencjalnej rozpaczy. Tutaj przychodzi mi na myśl Pascal, który w swoich „Myślach” napisał niezwykle przejmująco: „Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”.
Nic dziwnego, że prawie wszyscy ludzie od tych wyobrażeń i podobnych refleksji uciekają, wypierając to ze swojej świadomości.

W wielkim uproszczeniu pisząc: przez nas, ludzi Zachodu, śmierć jest postrzegana jako wielka tragedia (i nawet chrześcijańska obietnica zmartwychwstania nie jest w stanie tego poczucia tragizmu i związanego z tym cierpienia załagodzić – co widać w naszym bezbrzeżnym bólu, jaki przeżywamy, kiedy żegnamy się na cmentarzu z kochaną przez nas osobą). Zaś tam, na Wschodzie, śmierć jest przyjmowana jako naturalna kolej rzeczy – umiera właściwie ciało, a życie, a raczej świadomość, która w nim była, trwa – toczy się dalej. I co przy tym ciekawe i intrygujące (przynajmniej dla mnie), to przeświadczenie, iż odrodzić się można w innej formie, nie jest bynajmniej dla buddysty żadną pociechą (może tylko wtedy, kiedy odrodzi się w ciele człowieka „wyższej rangi”), a wręcz przeciwnie – rodzajem przekleństwa i kary, uwięzieniem w kole życia i powtórnych narodzin (Samsary), z którego chce się on uwolnić, osiągając nirwanę (czyli wracając do „pustki”, tutaj utożsamianej z wyzwoleniem się, ze spełnieniem – stopieniem się z Absolutem). Ale to są już filozoficzne rozważania, w których na razie nie czuję się zbyt pewnie, bo są związane z buddyzmem, którego przecież dogłębnie nie znam.

Buddyzm tybetański jest o tyle specyficzny, że przetrwały w nim elementy pierwotnej, animistycznej religii Bon. A tam roiło się od różnych bóstw, w tym i od takich, które wzbudzały lęk i trwogę – o złych duchach nie wspominając. Do dzisiaj więc są we wioskach szamani, które te duchy przepędzają, przekupują, wkupują się w ich łaski, próbują przebłagać…

I jeszcze jedno: będąc w Tybecie bardziej utożsamiałem się, czy też raczej solidaryzowałem z tymi prostymi, „wiernymi”, znajdującymi się najniżej w drabinie społecznej ludźmi („solą”, „rolą” i „błotem” tej ziemi), niż np. z lamami, mnichami, czy – wracając do Tybetu historycznego – feudalnymi panami. Muszę kiedyś napisać więcej o Tybetańczykach. Na pewno wspomnę wtedy o osobistym kontakcie z tymi biedakami, którzy pozostawili we mnie niezatarte – nie pozbawione nawet pewnej tkliwości – wrażenie.

Enigma Nepalu? Twarze Tybetańczyków przestają być „nieprzeniknione” kiedy gości na nich uśmiech. A śmiech, zwłaszcza tybetańskich kobiet, jest niezwykle przyjemny, ujmujący, a niekiedy wręcz rozbrajający – ma w sobie taką dziecięcą wprost naturalność, otwartość i prostotę.
Podobnie przyjemnie dla ucha brzmi tybetański język.

* * *

Jeden z moich blogowych znajomych pisze: „Właściwie celem wszelkich poszukiwań religijnych jest uwolnienie się od lęku przed śmiercią – tym cesarzem wszystkich trapiących nas lęków. Dla mnie religie mają przede wszystkim znaczenie terapeutyczne, czyli antylękowe. To mnie właśnie frapuje w buddyzmie, bo czuję, że oni potrafią się wyzwolić spod tego dyscyplinującego społecznie jednostkę neurotycznego ciężaru.”

Tak, lęk prze śmiercią powoduje, iż wielu ludzi skłania się ku religii, znajdując w niej pociechę, otuchę, sens cierpienia i samej śmierci. Chrześcijaństwo jest tego dobrym przykładem. Ale to nie tylko to. Religia odpowiada, czy też próbuje zaspokoić także wiele innych potrzeb egzystencjalnych człowieka. Wprawdzie można się spierać czy człowiek ze swojej natury jest istotą Homo religiosus, to jednak nie ulega wątpliwości, że każdy człowiek potrzebuje poczucia sensu swojej egzystencji. Wielu ludzi szuka jednak nie tylko sensu życia, ale i kieruje się ku transcendencji – chce znaleźć także sens i spełnienie (czy też pewien rodzaj wyzwolenia) poza własnym, doczesnym życiem.
Religia to także próba określenia przez człowieka swoich relacji z Istotą Najwyższą, czyli Bogiem. Poza tym, w wielu kulturach związana była (i nadal jest) z porządkowaniem i ustalaniem życia społecznego, mając tym samym wielką wartość socjologiczną (moim zdaniem nie tylko „dyscyplinujacą” ludzi, ale i dostarczającą poczucia solidarności we wspólnocie i doli). Odnosiła się nie tylko do jednostki, ale i do zbiorowości (stąd np. wynikał problem rozdziału kościoła od państwa).

Buddyzm jest też o tyle ciekawy, że nie jest religią w ścisłym znaczeniu tego słowa, co często się podkreśla. Rzeczywiście nie odnosi się (bezpośrednio przynajmniej) do Boga, nie jest dogmatyczny jak niemal wszystkie religie, ma w sobie zakodowaną pewną tolerancję i otwartość wobec różnych aspektów rzeczywistości…

Buddyzm mnie intryguje, pewne jego elementy mnie pociągają, lecz mimo to nie mogę się także przy tym pozbyć spojrzenia krytycznego. Ale to pewnie leży w mojej naturze: nie mógłbym bezkrytycznie przyjąć, a tym samym podporządkować się jakiejś jednej opcji widzenia świata – uznać ją za jedynie słuszną, bezdyskusyjną. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu mogę pozostać człowiekiem otwartym. Wolę się przyznawać do swojej niewiedzy – bo to powoduje, że ciągle chcę coś poznawać.

* * *

Choć sam nie mogę się uważać za pacyfistę, to muszę perzyznać, że pacyfizm nie jest tylko przejawem naiwności, czy – tym bardziej – głupoty. Pacyfistami byli bowiem ludzie wybitni, także pod względem intelektu, ja np. Bertrand Russell czy Albert Einstein (a to jest przecież intelektualna awangarda czasów nam współczesnych – umysły nie tylko najwybitniejsze z wybitnych, ale wręcz genialne).
Trzeba przyznać, że postawa pacyfistyczna opiera się na mocnych przesłankach filozoficznych, a zwłaszcza moralnych. Einstein pisał np.: „Mój pacyfizm jest uczuciem czysto instynktownym; jestem pacyfistą, ponieważ mordowanie ludzi jest dla mnie czymś odrażającym. Moja postawa nie wynika z żadnej teorii intelektualnej, lecz oparta jest na najgłębszej antypatii, jaką żywię dla wszystkich przejawów okrucieństwa i nienawiści.”
Takim argumentom należy się uwaga.

* * *

Mit pojawił się również dlatego, że człowiek jest „zwierzęciem” stadnym, a wyrażając się bardziej elegancko – jest istotą społeczną i potrzebował czegoś, co umożliwiłoby mu i ułatwiło mentalne, duchowe zadomowienie się w świecie dzielonym wraz z innymi członkami grupy – objaśnienie tego świata, poczucie bezpieczeństwa w solidarności, „obłaskawienie” sił, które go przerastały… etc. W społeczeństwach pierwotnych najczęściej wiązało się to to z magią – i w ten sposób rodziły się religie, i wreszcie – w szerszym ujęciu – kultura. To dlatego po dziś dzień mit jest tym, co pomaga scalić ludzką zbiorowość, grupę, naród, społeczeństwo… Na dobre i na złe (wszak mówi się o mitach „pozytywnych” i „negatywnych”). Ale w międzyczasie – tak jak kultura ludzka komplikowała się stając się coraz bardziej kompleksową – również same mity stawały się bardziej skomplikowane i kompleksowe. Zmieniały się też role i znaczenia mitów. Dlatego obecnie, zajmując się mitem, zmuszeni jesteśmy do rozpatrywania go w tak szerokim ujęciu, co jednak nam wcale, zarówno zrozumienia tego, czym jest mit, jak i samej rozmowy o nim – nie ułatwia.

* * *

Ktoś zadał mi niedawno pytanie: „Czy nie jest tak, że zamiast mitu ludzie znajdą sobie nowy budulec, którym będą lepić nierzeczywisty porządek? Tylko co nim miałoby być? Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Ja tylko obserwuję i staram się znaleźć coś, co nada sens obserwacji.”

Ja też nie znam odpowiedzi na te pytania. Nikt nie zna. Od kilkuset lat człowiek używa nauki jako tego „budulca”, na którym stara się oprzeć własną wiedzę i i konstruować świat, w którym żyje – mając przy tym ambicję, żeby to był świat oparty na porządku „rzeczywistym” (a nie „nierzeczywistym”). A to jest cały czas pozytywizm i racjonalizm. Jednakże to również się zużywa i nie za bardzo zdaje egzamin. Bo człowiek, mimo wszystko, to jest zwierzę z apetytem metafizycznym – otóż dorobił się takiej (samo)świadomości, która już nie da mu najprawdopodobniej spokoju do końca istnienia gatunku Homo sapiens: zawsze go będzie „gnębiła” potrzeba poznania celu i sensu tego Wszystkiego (co go otacza i co się z nim dzieje) – a to wydaje się leżeć poza ratio i gnosis (poza rozumem i wiedzą) opartych tylko na materializmie i „twardej” naoczności.
Bez poczucia sensu i celu, umysł człowieka zawsze dociera do nihilo – w tym sensie cała kultura współczesna, która jest pozbawiona metafizyki, jest nihilistyczna.

* * *

Jak to jest z tym przepowiadaniem przyszłości? Kiedyś zabawa w futurystykę była bardzo modna i wielu „myślicieli” brało w niej udział. Tylko ci bardziej uczciwi (ot, choćby Stanisław Lem) mówili o totalnej niemożliwości przepowiedzenia przyszłości.
Przypomina mi się tutaj to, co na ten temat powiedział kiedyś Claude Levi-Strauss: „Taka jest liczba zmiennych, tyle jest parametrów, że być może jedynie boska inteligencja mogłaby stwierdzić, co się dzieje i co się będzie działo. Istoty ludzkie mylą się za każdym razem; pokazuje to historia. Mówi się ‚z dwóch rzeczy jedna’, a to zawsze jest ta trzecia.”
W tej wypowiedzi uderza również to, że Lévi-Strauss mówi nie tylko o niemożności przewidzenia tego, co będzie się działo, ale i niemożności zrozumienia tego, co się dzieje – czyli nawet wobec ewidencji faktów, które mamy do dyspozycji, ogarnięcie tego ludzkim umysłem jest niemożliwe, nie wspominając już o poznaniu sensu tego wszystkiego. Niestety, łatwo mi jest zrozumieć ten pesymizm poznawczy Lévi-Straussa, bo i ja się skłaniam do sceptycyzmu (i to chyba wbrew własnej woli). A to jest dość wstydliwe wyznanie.

* * *

Mit w pewnym sensie „upraszcza” rzeczywistość, ale nie wydaje mi się, żeby pozbawiał ją niuansów.
Mit jest paradoksem, który z jednej strony ułatwia nam zrozumienie rzeczywistości, ale z drugiej często ją zawoalowuje.

Roland Barthes spostrzegł, że mity są nieusuwalnym elementem życia politycznego – że nie ma polityki bez mitów. To się zresztą pokrywa z tezą, którą podzielałem w moich wypowiedziach o micie, że kultura stanowi przestrzeń mityczną (jest ona niejako „przesiąknięta” mitami), a przecież polityka jest – bądź co bądź – częścią kultury (mimo tego, że politycy zbyt często wydają się być pozbawieni jakiejkolwiek kultury). Zgadzam się więc z tą wypowiedzią Barthesa: „[Mity] są koniecznym skrótem, zagęszczają historię. Służą legitymizacji władzy, definiują zobowiązania, wyrażają wartości, nadzieje, nadają sens zbiorowym wysiłkom. Dzięki swej naturze mogą mobilizować do działań zbiorowych, stabilizują wspólnoty polityczne, strukturyzują historię.”

* * *

Mit to jest takie zmyślne bydlę, że – mimo iż jest „nieprawdą” i „zmyśleniem” – pozwala nam czasami na dotknięcie tego, co prawdziwe, mimo, że sam zawsze jest swego rodzaju pozą, „zmyśleniem”, występuje w przebraniu. (To coś podobnego jak z tą sztuką, która kłamie, by wyrazić prawdę ;)
Słyszałem kiedyś stwierdzenie, że dekonstrukcja mitu nie jest jego niszczeniem. Moim zdaniem to nie tak. Mit zdekonstruowany już nie działa – podobnie jak nie działa już maszyna, którą się rozebrało na części. Można udawać wiarę w Św. Mikołaja, ale już nigdy się w niego nie uwierzy po tym, jak się zobaczyło, że nosi on buty naszego sąsiada.

* * *

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 219 obserwujących.