TAJ MAHAL PALACE – luksus i bomby w Bombaju

Próbowałem „ogarnąć” Bombaj jednym wpisem, jednak dość szybko uświadomiłem sobie, że gdybym chciał choćby tylko pokrótce napisać o najciekawszych miejscach, które udało mi się zwiedzić w tym mieście – i oczywiście ilustrując to zdjęciami – to rozrósłby się on do nietolerowanych zwykle przez dzisiejszą percepcję medialną rozmiarów. Zdecydowałem się więc podzielić ten materiał na części. Do tej pory udało mi się opublikować fotoreportaże z targu rybnego w Sassoon Docks oraz z największej pralni na świecie jaką jest Dhobi Ghat. Teraz czas na miejsce szokująco wręcz różne od tych, które wymieniłem przed chwilą. Indie znane są z kontrastów, ale dopiero wtedy, kiedy ze slumsu Dharavi trafiłem (i to tego samego dnia) do Pałacu Taj Mahal, dane mi było przeżyć wstrząs (nie tylko kulturowy, ale i psychiczny) o takiej intensywności, że przeorało to w jakimś sensie moje dotychczasowe pojęcie o świecie.

Na pierwszym planie: Brama Indii, na drugim: Hotel Taj Mahal Palace – dwie ikony Bombaju (fot. własna)

.

       Taj Mahal zwykle kojarzy się (i słusznie) ze słynnym mauzoleum indyjskiej księżniczki Mumtaz Mahal w Agrze, jednak jeśli do tej nazwy dodamy „Palace”, to już wielu z nas pomyśli nie tylko o tej najpiękniejszej (nie tylko moim zdaniem) budowli na świecie, ale i o jednym z najbardziej luksusowych hoteli w Indiach – zwłaszcza po tym, kiedy w 2008 roku Bombaj zaatakowali pakistańscy terroryści, a obrazy płonącego Hotelu Taj Mahal Palace, w którym uzbrojeni po zęby muzułmanie zdetonowali bomby i uwięzili setki zakładników, obiegły cały świat.
Na szczęście sława tego ikonicznego dla Bombaju budynku wyrasta daleko poza to tragiczne wydarzenie, bo przez cały XX wiek (od otworzenia swoich podwoi w 1903 r.) Taj Mahal Palace cieszył się ogólnoświatowym rozgłosem i renomą wśród wszelkiej maści elit i majętnych celebrytów. Wymienienie wszystkich znanych gości hotelowych zajęłoby nam nieprzyzwoicie dużo miejsca, dość wspomnieć (mieszając świat polityki, mediów i pop-kultury) takie nazwiska jak: Aldous Huxley, George Bernard Shaw, Jackie Onassis, Mick Jagger, Duke Ellington, Oprah Winfrey, Madonna, Dalai Lama, Bill Clinton, Gregory Peck, Ravi Shankar, George Harrison, John Lennon, Yoko Ono, Angelina Jolie, Brad Pitt, Sharon Stone, Tom Cruise, Sting… oprócz tego całe mnóstwo królowych i królów, książąt i księżniczek, oligarchów i magnatów…
Jednym z pierwszych znaczniejszych oficjeli, jacy odwiedzili hotel po zamachach bombowych (remont i odbudowa trwała dwa lata) był prezydent Obama, który w 2010 roku z bizantyjskim wprost rozmachem, przybył tu ze swoją świtą, wynajmując wszystkie 565 pokoi. Tych było jednak za mało, bo wynajęto jeszcze kilkadziesiąt w innych luksusowych hotelach Bombaju. Jak pisano w prasie: “Two jumbo jets are coming along with Air Force One, which will be flanked by security jets. The President’s convoy has 45 cars.”
Zostawmy jednak skromne – i wrażliwe na niedostatek mas – demokratyczne świty w spokoju.
Może zamiast tego wytłumaczę się z tego, dlaczego my z żoną w tym hotelu się znaleźliśmy. Otóż bynajmniej nie z zamiłowania do luksusu (jeśli już zdarzało mi się w przyszłości trafić do podobnych przybytków zbytku i wystawnego ekscesu, to zazwyczaj było w nich snobistycznie i drętwo) – ani tym bardziej nie dlatego, by równać się z wyżej wymienionymi wielmożami – tylko z czystej ciekawości. Poza tym, robiąc rezerwację, trafiłem na okazję, dzięki której cena noclegu w Taj Mahal Palace okazała się porównywalna z wynajęciem pokoju np. w średniej klasy hotelu na Manhattanie.

.

Dyskretny urok elegancji – Wielkie Schody w Hotelu Taj Mahal Palace (fot. własna)

.

       Tak więc, po spędzeniu kilku nocy w rejonie Fortu, przenieśliśmy się z żoną do hotelu Taj Mahal, który notabene położony jest w najciekawszej (z turystycznego punktu widzenia) dzielnicy Bombaju Colabie, nad samym Morzem Arabskim, bardzo blisko Bramy Indii. Stąd można było na piechotę dostać się do kilku miejsc, które planowałem odwiedzić.
Przy rejestracji spotkała nas miła niespodzianka, bo zamiast pokoju w Tower (dodatkowe skrzydło hotelu dobudowane w 1973 roku), otrzymaliśmy locum w „Pałacu”, czyli w budynku historycznym, i to bez żadnej dopłaty. (Czyżby spowodowały to nasze amerykańskie paszporty oraz pamięć o hojności i pochwałach amerykańskiego Prezydenta pod adresem hinduskiej gościnności?)
Rzeczywiście, ta gościnność zwróciła naszą uwagę od samego początku pobytu w hotelu. Przy czym, nie była to gościnność ostentacyjna – a przez to sztuczna – ale raczej dyskretna, taka w sam raz. Tym, co nas zaskoczyło – i co bardzo się nam spodobało – było to, że obsługa hotelu (zatrudnia się w nim około półtora tysiąca ludzi) nie zachowywała się usłużnie (owa „usłużność”, za każdym razem, kiedy się z nią spotykałem dotychczas powodowała, że czułem się źle i niekomfortowo) tylko pomocnie. Mieliśmy poczucie, że jesteśmy w przyjaznym środowisku, wśród życzliwych ludzi. Zauważyliśmy, iż każdego gościa hotelowego traktuje się tu z respektem (bez względu na jego pozycję) – że robi się wszystko, by wszyscy przyjezdni czuli się w tym miejscu po prostu dobrze.
No cóż, poczuliśmy się tak dobrze, że postanowiliśmy na terenie hotelu spędzić cały dzień – tym bardziej, że byliśmy już nieco zmęczeni po kilku dniach intensywnego zwiedzania miasta, które często było jednym wielkim atakiem na nasze zmysły. Zrobiliśmy to chyba pierwszy raz w życiu. Skorzystaliśmy nawet z hotelowego basenu – to była jednak rozkosz zanurzyć się i pływać w krystalicznie czystej wodzie. Kilka godzin zeszło nam na zwiedzaniu hotelu, który okazał się mieć mnóstwo fascynujących zakątków – ciekawych zarówno pod względem historycznym, jak i architektonicznym. Oczywiście śladów po ataku terrorystycznym w 2008 roku nie było już żadnych (przy okazji polecam film, jaki o tym wydarzeniu nakręcono: „Hotel Mumbai”), rekonstrukcję wykorzystano nawet do wprowadzenia pewnych zmian korzystnych dla funkcjonowania hotelu.
Zarówno, jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, jak i wnętrza, Taj Mahal Palace stanowi niezwykły amalgamat stylów – od renesansowego, przez saraceński, po radżputski – ale wszystkie te elementy układają się tu w harmonijną całość. Również „luskus” hotelu nie jest ostentacyjny (w rodzaju złotych sedesów, czy innych krezusowskich szaleństw) – a zamiast tego bardziej elegancki i umiarkowanie wykwintny. To, co przed chwilą napisałem, odnosi się również do pokoju, w jakim zamieszkaliśmy, który bardziej niż luksus definiowały komfort i wygoda.
W obrębie hotelu znajdują się sklepy (o tyle zwróciły naszą uwagę, że można było w nich znaleźć piękne, nietandetne wyroby sztuki hinduskiej i to wcale nie po astronomicznych cenach); znana, jedna z najlepszych w Azji, księgarnia Nalanda (gdzie, przy kawie, spędziłem sporo czasu, przygotowując się do następnego etapu mojej, niemal dwumiesięcznej, podróży); kilka restauracji, bary, lounge, pokoje klubowe, hole… O rozkoszach kulinarnych nie chcę nawet wspominać, by jeszcze bardziej nie narazić się ewentualnym Czytelnikom.
Pobyt w Hotelu Taj Mahal Palace nie okazał się jednak (na szczęście) jakimś hedonistycznym ćwiczeniem snobistycznym – pretensjonalnym i ponad stan – ale doświadczeniem dla mnie cennym, wzbogacającym wiedzę, ukazującym jedną z wielu faset tego niesamowitego kraju, jakim są Indie. A że przy tym można było doświadczyć małych plaisir de la vie – to chyba nie ma w tym nic złego.

greydot

greydot

.

Inne relacje z Bombaju: SASSOON DOCKS, DHOBI GHAT

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

 

BEZTROSKIE LATA

.

Lato, lato, lato czeka – razem z latem czeka rzeka… Wspominając rzekę dzieciństwa i wakacje na wsi

.

       Lato. Wakacje. Rzeka. Olszyna. Łąka. Bławatki w zbożu. Truskawki, maliny, papierówki, agrest, jeżyny… Pomidory „malinówki” prosto z krzaka, marchewka prosto z grządki. Jajka podkradane babcinym kurom. Podchody. Wyprawy do pobliskich lasów. Koń Bułanek. Jazda drabiniastym wozem, pomaganie dziadkom w żniwach. Butelki sprzedawane po złotówce w punkcie skupu. Chleb ze śmietaną i cukrem. Pierogi z borówkami prosto z lasu. Poziomki. Grzybobranie, kozaki, borowiki, opieńki, rydze, muchomory… Ziemniaki z sosem z kurek. Kanie smażone jak schabowy. Palant, „noga”, „2 ognie”, „kiczki” za stodołą u sąsiada. Zabawy „w chowanego” i „w łapanego”. Gry z nożem z kolegami, a obok pasące się krowy. Chodzenie „na opyle”. Ganianie boso po piaszczystych ścieżkach. Chowanie się w snopkach pszenicy. Łąka tętniąca życiem i pełna polnych kwiatów. Zajadanie się „kwaskami”. Nawlekanie tytoniu. Budowanie szałasów, domków na drzewie, tuneli w wysokiej trawie. Strzelanie z procy do słoików. Puszczanie latawców. Łowienie ryb w rzece za pomocą kosza. Wyciąganie spod korzeni raków rękami. Smażenie płotek, sumów i szczupaków na ognisku. Zastawianie rzeki baryłami – budowanie tamy, spiętrzanie wody, by można w niej pływać.
Wylegiwanie się na kocu w ogrodzie i czytanie, czytanie, czytanie

* * *

       To taka spisana ad hoc lista tego, co przywołują wspomnienia naszych wakacji na wsi – tego co było dobre i chyba już na zawsze odeszło w przeszłość. Wydaje mi się, że obecne młode pokolenia nie są nawet w stanie wyobrazić sobie takiego dzieciństwa – a więc tego, co straciły – i czego nigdy już nie przeżyją w swoim wypełnionym technicznymi gadżetami, laptopami, smartfonami – z namiastką ludzkich kontaktów w rzeczywistości sztucznie wykreowanej i wirtualnej. O covidowym szaleństwie izolacji, restrykcji i lockdownów nawet nie wspominam, bo to już zupełnie chora rzeczywistość i karykatura normalnego życia w społeczeństwie.
To naturalne, że wspominając nasze dzieciństwo i młodość, przeszłość zwykle idealizujemy, wybieramy z pamięci to, co było dobre, wracamy do chwil, kiedy czuliśmy się pełni życia i szczęśliwi. Wypieramy zaś to, co było złe, co bolało, czego się baliśmy, co nam dokuczało… Bo przecież życie – w każdych czasach i w każdym wieku – to żadna sielanka i bajka nie jest. A jednak… często jesteśmy skłonni powtarzać – i mówimy to szczerze – że dawniej jednak to jakoś fajniej było (nawet jeśli odnosi się do banałów i rzeczy trywialnych).

* * *

       Zdjęcie powyżej przedstawia właśnie jedną z takich szczęśliwych chwil beztroskiego lata podczas wakacji. Zrobione zostało (już nie pamiętam przez kogo) w rzece, która płynęła (i nadal płynie) tuż za płotem domu mojego rodzinnego w Giedlarowie. Wiedziałem, że takie zdjęcie istnieje. Od dłuższego czasu dopytywałem się o niego i szukałem wszędzie, ale bezskutecznie. Aż wreszcie niedawno jakaś dobra dusza przesłała mi go mailem.
Zdjęcie przedstawia część naszej wakacyjnej szajki (w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem na nim jedynym facetem – ale to nic dziwnego, bo zawsze ciągnęło mnie bardziej do dziewczyn i kobiet, niż do chłopaków i mężczyzn ;) ).
Wszystkich (wszystkie te dziewczyny) bardzo dobrze pamiętam. Od lewej pławią się w rzece: Dorota, Władzia, Baśka, Hania, Grażyna, Halina, moja siostra i ja (jako jedyny płynę kraulem ;) ).

* * *

Powiązany wpis: Książki mojego dzieciństwa

.

DHOBI GHAT – czyli jak to się robi w Bombaju?

Niestety, odnoszę wrażenie, jakby „cancel culture” wiązało się również z kancelowaniem naszych podróży po świecie, jednak tę sytuację „uziemienia” prawie całej turystyki globalnej można wykorzystać do podróży wirtualnych – wracając do miejsc, które odwiedziło się w przeszłości – wydobywając na światło dzienne zdjęcia, ożywiając wspomnienia, przeglądając zapiski… Jest więc okazja, by opracować materiały zebrane podczas poprzednich wojaży – by zrobić wreszcie to, co się do tej pory (z różnych względów) odwlekało. Jedną z takich podróży jest moja dwumiesięczna wyprawa do Azji, podczas której zwiedziłem niemal cały południowy subkontynent indyjski, począwszy od Bombaju, a na Sri Lance skończywszy. Sam nie spodziewałem się tego, że tę serię relacji rozpocznę od… największej pralni na świecie, do której trafiłem w Bombaju.

.

Dhobi Ghat – największa pralnia na świecie

.

       Nie planowałem wizyty w tym rejonie Bombaju (pozwolę sobie używać tej nazwy, mimo że miasto w 1995 roku zmieniło ją oficjalnie na Mumbaj), ale tak się zdarzyło, że znalazłem się w pobliżu stacji kolejowej Mahalaxmi i idąc wiaduktem trafiłem na platformę widokową, z której można było zobaczyć coś niezwykłego. Jak okiem sięgnąć roztoczył się przede mną widok z kolejnym szokującym indyjskim kontrastem: poniżej rampy rozciągała się wielka przestrzeń wypełniona setkami betonowych, wypełnionych mydlaną wodą balii, nad którymi powiewała porozwieszana na sznurach niezliczona ilość ubrań – spodni, sari, koszul, bluzek… prześcieradeł, zasłon, poszewek, obrusów i tkanin wszelakich – a za tym wszystkim, na horyzoncie, wznosiły się aluminiowo-szklane wieżowce – niektóre z nich były w trakcie budowy, z pochylonymi nań wielkimi dźwigami. Dotarło do mnie to, że oto znalazłem się o parę kroków od największej, znajdującej się pod gołym niebem pralni na świecie, znanej powszechnie jako Dhobi Ghat.

Rzut oka z platformy widokowej mógł wprawić człowieka w osłupienie – zdumiewające było już to, że wybudowano sporej wielkości konstrukcję tylko po to, by pokazać odwiedzającym Bombaj turystom pralnię – jednak postanowiłem sam znaleźć się tam, na dole, by zanurzyć się w atmosferze tego miejsca i z bliska przyjrzeć się istocie Dhobi Ghat, które często wymienia się wśród najciekawszych „atrakcji” miasta.
Nie zdecydowałbym się tego zrobić, gdybym się nie dowiedział, że jednak goście są tam chętnie (pod pewnymi warunkami) widziani, nie ma zakazu robienia zdjęć – a (nie tak znowu duża) opłata dla przewodnika, który oprowadza po Dhobi Ghat, jest dodatkowym – czasem nawet jedynym – źródłem utrzymania dla sporej grupy ludzi. Można oczywiście wejść za darmo, ale wtedy trzeba liczyć się z bardzo nieprzychylnym przyjęciem ze strony pracowników i właścicieli pralni (o samych przewodnikach nie wspominając). A to wstyd i dyskomfort.

Było wczesne popołudnie. Praca zaczyna się tutaj jeszcze przed świtem, więc o tej porze niewielu było już praczy w betonowych baliach (widziałem tylko mężczyzn, ale z tego co się dowiedziałem, w innych zakątkach Dhobi Ghat praniem zajmują się również kobiety) lecz za to niemal wszystkie rzeczy wyprane suszyły się już na sznurach, co stanowiło widok przyprawiający o lekki zawrót głowy.
Od przewodnika dowiedziałem się, że każdego dnia pracuje tu od 5 do 7 tysięcy praczy, którzy piorą ponad 100 tysięcy sztuk tkanin i ubrań. Ich największymi dostawcami są okoliczne szpitale, hotele, organizatorzy wesel, bankietów i przyjęć, ale także indywidualni klienci, a nawet inne pralnie. Oblicza się, że cała pralnia Dhobi Ghat przynosi rocznie 14 mln. dolarów dochodu (z tego wynika, że średni zarobek jednego pracownika to ok. 150 – 200 dolarów miesięcznie.) Kilkaset rodzin mieszka tu na stałe i zajmuje się praniem od kilku pokoleń (pralnie wybudowali Brytyjczycy pod koniec XIX wieku, głównie do obsługi wojska), jednak pracownikami są również – podobnie jak w bombajskich slumsach – przybysze z biedniejszych, głównie wiejskich rejonów Indii, którzy zwykle zatrudniają się tu na kilka lat, by potem szukać zarobku gdzie indziej (niekoniecznie trafiając na lepsze warunki)

Przewodnik prowadził mnie labiryntem wąskich korytarzy, tu i ówdzie spotykaliśmy pracza, który umoczonym w balii mokrym ubraniem uderzał zamaszystym ruchem o kamienną plankę, wzniecając za sobą pióropusz rozpryskującej się wody. W maleńkich pomieszczeniach obok mężczyźni prasowali wysuszone już ubrania, posługując się najczęściej żelazkiem „na duszę” – z ich środka wydostawał się na zewnątrz blask, którego źródłem był rozżarzony do czerwoności węgiel, oświetlając pomarszczoną twarz prasowacza. W ciemnych zakamarkach odpoczywali – śpiąc lub wpatrując się w ekran monitora lub telefonu – ci, którzy do południa zajęci byli ciężką pracą. Wszystko to wydawało mi się dziwne, ale – w jakiś szczególny sposób – i w swojej osobliwości – normalne. Taki cichy, spokojny chaos.

Jak długo jeszcze będzie funkcjonowała ta pralnia? I w takiej formie? (Coraz więcej jednak instaluje się tu pralek i suszarni mechanicznych). Ludzie nie chcą jej opuścić, bo to tak, jakby musieli zrezygnować z czegoś, co stało się pewnym sposobem na życie – ich życie. Które jest takie, jakie jest ale jest – ich życiem własnym i niepowtarzalnym. Jednak pewnie wkrótce wielki kapitał zwycięży, miliarderzy-deweloperzy wykupią i przejmą te ziemie, by wybudować swoje szklane, pełne komfortu – ale czy pełne także szczęścia? – domy.

greydot.

greydot

.

Inne relacje z Bombaju: SASSOON DOCKS, TAJ MAHAL PALACE

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

TRISTES TROPIQUES

 

Leaning palms
of southern seas
basking in the sun
combed by ocean breeze
rooted in a sandy beach
guarded by boulders
battered by persistent waves

.

They are nothing like
tropical Sadness or Joy
their Secret Life is not revealed
to passerby like us
but their Beauty is obvious
as is their sturdy endurance
in the merciless Realm of Time

.

is there a God
to save this moment
of daily Wonder?
or it’s just me
longing for burst of Love
everlasting and reaching
from here to Eternity?

.

* * *

GNOTHI SEAUTON

*

Poznaj samego siebie – tak już mawiali starożytni.
Każdego ranka więc, przy goleniu,

patrzę na tego faceta w lustrze i uważam, by nie zaciąć się

żyletką, którą wymachuje on pod moim gardłem.

*

*  *  *

Tak się złożyło, że znalazłem się w szczególnym momencie swojego życia.  Stąd ostatnio te – bardziej osobiste niż zwykle wpisy, częstsze nawiązywanie do spraw tzw. „ostatecznych”, większa bezpośredniość, może nawet prostota, której skądinąd mógł ktoś zarzucić zbytnią oczywistość. Postanowiłem też pozbyć się anonimowości, która niby to skrywała się za dość pretensjonalnym jednak nickiem (swoją drogą historia jego powstania i funkcjonowania stanowi osobny temat) – choć oczywiście nie była ona broniona za wszelką cenę, bo kto chciał, to za pomocą kilku kliknięć w linki na moich stronach mógł odkryć moją prawdziwą tożsamość. Ale nie jest to tutaj tak istotne.

Tak więc, od kilku dni – powróciwszy niejako „z martwych”, czyli z dalekiej podróży – liżę rany i mam już na tyle sił, by postanowić jednakże (z kilku powodów) kontynuować tego bloga, który stał się poniekąd częścią mojego życia, nazwijmy to „intelektualnego”. Naturalnie, wbrew temu co dominuje na początku tego wpisu (a więc pytanie o możliwość poznania samego siebie) nie chciałbym aby moja własna osoba wypełniała tę stronę, więc po kilku bardziej osobistych wpisach postaram usunąć się niejako w cień, zajmując się sprawami bardziej uniwersalnymi i dla innych czytelników ważniejszymi, niż ja sam. Oczywiście – wszystko na miarę moich sił, możliwości i zmieniającej się sytuacji.

Szukałem sposobu aby jakoś o tym wszystkim tu powiedzieć i przypomniałem sobie o słowach, jakie kiedyś umieściłem na poprzednim blogu pod wpisem „Poznaj samego siebie”, który – z grubsza rzecz biorąc – sceptycznie wyrażał się o naszej zdolności poznania siebie samych. Bo, tak naprawdę, nawet – a może zwłaszcza – dla nas samych, skrywamy się za zasłonami, które sami cały czas tkamy. Niezwykle trudno jest nam uchwycić naszą własną istotę na tle ciągle zmieniających się sytuacji i kontekstów – i wobec zmiennych relacji z innymi ludźmi. Inną sprawą jest pytanie o sens wiedzy o sobie samym.

Ilustrację wpisu stanowi autoportret jaki wykonałem w ubiegłym roku podczas pobytu w Parku Narodowym Olympic w stanie Waszyngton – a konkretnie w hotelu Lake Quinault Lodge. Miał to być rodzaj żartu, do którego namówiła mnie Ania, zmierzwiwszy mi uprzednio włosy i każąc przejrzeć się w lustrze – z twarzą, na której ciągle były znaki wielokilometrowego szlaku, z którego dopiero co wróciliśmy. Niech to więc będzie usprawiedliwieniem tego nieco obłędnego fizys i szaleństwa w podkrążonych oczach, które i tak nadaje twarzy bardziej znośny wyraz, niż ten, który by się objawił, gdybym takie zdjęcie zrobił sobie teraz. A żart ten z kolei miałem zamiar wykorzystać do wpisu o naszych blogowych narcystycznych skłonnościach, którego kluczowe pytania miały dotyczyć granic naszego wirtualnego ekshibicjonizmu, dzielenia się publicznie własną tożsamością (wliczając w to nasz wizerunek), tudzież w ogóle – sensu prowadzenia bloga i zawartych w tym elementów autopromocji, czy choćby tylko (zastępczej?) realizacji naszych własnych potrzeb. Takie były plany – życie poszło własną drogą.

Przy okazji pozdrawiam wszystkich tych, którzy od dawna zaglądają na moją stronę, jak również tych gości bardziej przypadkowych, których ślady widać jedynie w zwiększającej się ciągle ilości odsłon na Wizji. Dziękuję zwłaszcza tym, którzy uważniej traktują to, co chcę tutaj przekazać oraz tym, którzy chcą wymienić ze mną opinie na tematy, które poruszam – i choć nie robię sobie większych złudzeń co do trwałości, autentyzmu i głębi wirtualnych kontaktów – to chcę wyrazić wdzięczność tym, którzy w taki lub inny sposób towarzyszą tej mojej internetowej przygodzie od wielu lat.

Stanisław Błaszczyna

*  *  *

PS. Wpis ten po raz pierwszy pojawił się na tym blogu 3 listopada, 2013 roku.

.

KAJMANY – nie tylko raj podatkowy i Siedmiomilowa Plaża

Na pewno Kajmany nie przyciągnęły mnie jako raj podatkowy – miliony dolarów (których nie posiadam) mogłyby więc być chronione tylko hipotetycznie – ale jako karaibska enklawa, gdzie nadal dominuje słońce, woda, plaże i pogodne niebo. Wyspy kusiły jako miejsca, które przenika cały ten tropikalny vibe ciepłych mórz południowych, generowany nie tylko przez klimat, ale przede wszystkim przez zamieszkujących je ludzi.

.

Sunshine Point – samotna palma z widokiem na Morze Karaibskie

.

       Oczywiście fakt, że na Kajmanach ma siedzibę ok 600 banków i spółek powierniczych (w których ulokowanych jest ok. 2 biliony dolarów), ma przemożny wpływ na sposób funkcjonowania wyspy (w niniejszym tekście odwołuję się głównie do Wielkiego Kajmana – wyspy zamieszkiwanej przez 95% z 60 tysięcy stałych mieszkańców archipelagu, w skład którego wchodzą jeszcze dwie niewielkie wyspy „siostrzane”: Mały Kajman oraz Cayman Brac), jednakże nie jest to w stanie zdławić tropikalnego charakteru tego zagubionego na Morzu Karaibskim skrawka lądu.
Przekrój demograficzny Kajmanów jest specyficzny – unikalny, jeśli porównamy go z populacją innych wysp karaibskich – i to nie tylko dlatego, że na Wielkim Kajmanie niewolnictwo nie było tak rozpowszechnione jak w innych rejonach Karaibów, ale przede wszystkim z powodu różnorodności ludności napływowej (tylko połowa mieszkańców pochodzi z wyspy), dzięki czemu doliczyć się tu można ponad 100 narodowości (jeśli zaś chodzi o rasę, to tylko 20% mieszkańców Kajmanów stanowią biali). Najwięcej ludzi przybyło tu z Jamajki, Stanów Zjednoczonych i Kanady, parę tysięcy z Wielkiej Brytanii (bądź co bądź Kajmany to brytyjskie terytorium zamorskie, którego głową pozostaje królowa Elżbieta II).
W charakterze Kajmanów wyczuwany jest więc kosmopolityzm, ale z drugiej strony daje się też odczuć coś w rodzaju lokalnego patriotyzmu, który wynika prawdopodobnie z faktu odizolowania wysp – specyficznego, nawet jak na karaibskie warunki.

       W sumie Wielki Kajman zaskoczył mnie pod wieloma względami. Już wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę wyspę z okna samolotu, zadziwił mnie jej kształt do złudzenia przypominający buta. Kiedy schodziliśmy do lądowania, odsłoniła się przed nami słynna Siedmiomilowa Plaża (w rzeczywistości ma ona długość 10 km) a zaraz potem zbliżyliśmy się do stolicy Kajmanów, miasta George Town, przelatując bardzo blisko nad kilkoma zakotwiczonymi w porcie olbrzymimi statkami wycieczkowymi.
Wkrótce okazało się, że Wielki Kajman – jak chyba żadna inna wyspa na Karaibach – jest pełen kontrastów. I nie chodzi mi tylko o kontrast ekonomiczny, (choć ten najbardziej rzucał się w oczy: zdeponowane w bankowych sejfach góry pieniędzy vs. nie opływający raczej w bogactwo tubylcy; luksusowe resorty, hotele i kondominia okupowane przez nadzianych flotą przybyszów vs. nadzwyczaj skromne małe pastelowe domki zamieszkałe przez „lokalesów”), ale również kontrast… nazwę go topograficzno-ekologicznym. Spodziewałem się bowiem gęsto zabudowanej, wypełnionej szczelnie infrastrukturą wyspy (o niezbyt dużej przecież powierzchni 196 km kw.), a okazało się, że ogromna jej większość porośnięta jest dziką roślinnością tropikalną – ziemią zupełnie niezagospodarowaną, a przy tym niemożliwą do przebycia. Sama Siedmiomilowa Plaża (Seven Mile Beach) – która notabene uważana jest powszechnie za najpiękniejszą plażę Karaibów (i chyba nie ma w tym większej przesady, jeśli weźmie się pod uwagę plaże duże) – jest bardzo zróżnicowana, bo obok dość tłumnie wypełnionych odcinków w pobliżu wielkich hoteli i resortów (takich jak np. Westin, Marriott czy Ritz-Carlton) znajdują się niezatłoczone, spokojne, niemal kameralne miejsca, odwiedzane przede wszystkim przez stałych mieszkańców wyspy.

       Pisząc o Kajmanach nie sposób nie wspomnieć o tutejszych urokach kulinarnych (nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale wielokrotnie spotkałem się z opinią, że Kajmany są stolicą karaibskiej kuchni), bo rzeczywiście jedzenie w miejscowych restauracjach jest wyśmienite (czego niestety nie można powiedzieć o znajdujących się na wyspie supermarketach, wypełnionych sprowadzaną z kontynentu, typowo amerykańską masówką, produkowaną przez żywnościowe kombinaty, na dodatek o wiele droższą niż w Stanach).
Jeśli chodzi o tzw. atrakcje turystyczne Kajmanów, to oczywiście można je sobie „wygooglać” w Internecie (informacji na ten temat jest tam całe mnóstwo). Lepiej będzie, jeśli wyszczególnię je tutaj całkiem subiektywnie, obdarzając każdą małym komentarzem, odnoszącym się do mojego doświadczenia i wrażenia, nie powielającym krążących komunałów.

greydot

Siedmiomilowa Plaża – prawdziwy skarb Kajmanów

SEVEN MILE BEACH. First things first: Siedmiomilowa Plaża – what a joy! Bywaliśmy na niej codziennie, każdego ranka przemierzając kilometry piaszczystego brzegu Morza Karaibskiego, idąc nad turkusowo-akwamarynową wodą obmywającą nasze stopy, czując lekką bryzą, słysząc przyjemnie szumiące fale tuż obok… Naturalnie, codziennie kąpaliśmy się też i pływaliśmy w tej niesamowitej, przeważnie nieskazitelnie czystej wodzie – zjawiskowo przezroczystej, skrzącej się w promieniach słońca… To były momenty, które mogę zaliczyć do najprzyjemniejszych chwil mojego życia – cała ta mieszanka błogości, spokoju – poczucie szczęścia i radości – jedno z najbardziej namacalnych doświadczeń cudu istnienia. (Wiem, że to co przed chwilą napisałem trąci patosem, ale jednak nie ma w tym przesady, bo prawdziwie oddaje moje osobiste przeżycie, bliskie jednak euforii).

greydot

Stingray Citybliskie spotkania z płaszczkami

.

STINGRAY CITY. Kajmański przebój Nr 1 (nie licząc Siedmiomilowej Plaży): bliskie spotkanie z płaszczkami. Wypływa się łodzią na oddaloną o kilka kilometrów od brzegu mieliznę (sand bar) gdzie dziesiątki wielkich płaszczek czekają tylko na to, by rzucić im coś do jedzenia. Ludzie schodzą wtedy do wody i brodząc w niej głaszczą te przedziwne stworzenia (niektórzy to nawet całują je „na szczęście”). Ceremoniał ten odbywa się od lat – ponoć od czasów, kiedy powracający z połowu rybacy zatrzymywali się w tym miejscu i rzucali płaszczkom to, co z ryb wypatroszyli. No i teraz te dzikie ongiś zwierzęta zachowują się jak oswojone, do ludzi są przyzwyczajone. Ze Stingray City podpłynąć można nieco dalej (na Starfish Point), by tam z kolei spotkać się z rozgwiazdami, które mienią się niczym klejnoty na morskim dnie – na piasku lub rafie koralowej, w płytkiej żółto-zielonkawej wodzie. Również i te stworzenia można brać (delikatnie) do ręki, bo podobno nie robi to im żadnej krzywdy.

greydot

Cayman Crystal Caves – podziemny świat (nie)ziemskich dziwów natury

.CAYMAN CRYSTAL CAVES. Muszę się przyznać, że nie spodziewałem się też zastać na Kajmanach tak pięknych i ciekawych jaskiń. Nie tak dawno umożliwiono ludziom ich zwiedzanie. Do tej pory dostęp do nich był bardzo trudny (leżą one w głębi lądu, na wyboistym terenie gęsto porośniętym krzewami i drzewami). Wybudowano jednak specjalnie do tego celu drogę i obecnie można z przewodnikiem zwiedzać kilka grot, zadziwiających bogactwem kształtów i kolorów – kompleks formacji skalnych, unikalnych w tym rejonie globu.

greydot

Cayman Turtle Centre – żółw zielony (choć tutaj tego nie widać) i (ponoć) jadalny (na szczęście już wkrótce miał być wypuszczony do morza)

CAYMAN TURTLE CENTER. Wprawdzie wolę spotykać zwierzęta na wolności – w ich naturalnym środowisku – to wizyta na tej farmie żółwi umożliwiła mi zetknięcie się oko w oko z setkami żółwi wszelkich kolorów i rozmiarów – przyjrzenie się z bliska tym (często zaskakująco pięknym) stworzeniom. Cayman Turtle Center specjalizuje się w hodowli tzw. „żółwia jadalnego” (sam się zdziwiłem, że taka nawa w języku polskim jest poprawna dla tego gatunku; w języku angielskim brzmi to jednak lepiej: green turtle). Żółw jadalny/zielony jest gatunkiem zagrożonym, więc sporo tych zwierząt wypuszcza się z farmy do morza. Nawiasem mówiąc, kiedy w 1503 roku przypłynął na rzeczone wyspy Kolumb, zastał na nich takie ilości żółwi, że nazwał je La Tortugas (co w języku hiszpańskim oznacza nic innego jak właśnie „żółwie”). Ale jeszcze w tym samym wieku ukuto nazwę Kajmany (od caribskiego słowa caimán jakim nazywano żyjącego jeszcze wtedy na Karaibach amerykańskiego krokodyla).

greydot

Vegańskie pyszności – lunch w restauracji VIVO

KUCHNIA. Jak już wspomniałem, na wyspie jedzenie – zwłaszcza to lokalne, przygotowywane na miejscu – jest pyszne. Odwiedziliśmy kilkanaście restauracji (czy też raczej – w niektórych przypadkach – jadłodajni), o różnej klasie i specjalnościach: od bardzo skromnych przydrożnych/przyplażowych budek/baraków/kiosków (jak np. Heritage Kitchen czy West Bay Diner), przez serwujące znakomite dania (kuchni włoskiej, japońskiej, francuskiej… choć oczywiście króluje seafood, czyli owoce morza) restauracje w znośnej i niezbyt wygórowanej strefie cenowych stanów średnich (Casanova by the Sea, Calypso Grill Cayman, Catch Restaurant & Lounge), po fine dining w eleganckich, lekko snobistycznych, lecz mimo to ciągle znakomitych przybytkach sztuki kulinarnej typu Ristorante Pappagallo czy Bacaro.
Każde z tych miejsc godne jest polecenia, lecz nam najbardziej do gustu przypadła leżąca na skalistych klifach, skromna i kameralna restauracyjka VIVO Cafe, którą odwiedziliśmy kilka razy – w dużej mierze ze względu na jej właściciela i zarazem szefa kuchni Francisa, ale przede wszystkim z powodu serwowanych tam niezwykle smacznych i niesztampowych dań, w które wkładał on nie tylko całe swoje kulinarne mistrzostwo, ale i serce. Tak więc, mimo że to dania wegańskie, to i tak uwiodły mnie, niepoprawnego – choć trochę skruszonego już – mięsożercę.

RUM etc… Dużą popularnością – i niezłą opinią – cieszą się również atrakcje związane z produkcją alkoholu (zwłaszcza rumu i piwa): Cayman Spirits Co. Distillery oraz The Cayman Islands Brewery. Umożliwiają one nie tylko smakowanie tych trunków, ale i zapoznanie się z ich produkcją – w sposób przystępny, naoczny, edukacyjny, ale i zabawny (w zależności od posiadanej wiedzy i poczucia humoru prowadzącego turę.

greydot

Rozgwiazdy – Rum Point

– Chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj o miejscu, które na pewno mogę zaliczyć do moich najbardziej ulubionych zakątków wyspy. Leży ono na północy Wielkiego Kajmana, w rejonie zwanym RUM POINT. Chodzi mi o położoną na południe od Rum Point Beach mierzeję, na której znajduje się tzw. SUNSHINE POINT – ławę śnieżnobiałego, miękkiego jak mąka piasku, z naturalną zatoczką pełną – jak się okazało – wielkich muszli (nadal z żywymi mieszkańcami w środku). Spotkaliśmy tam tylko dwie osoby – parę wakacjuszy wynajmujących jeden z pobliskich apartamentów (z którymi wdaliśmy się w długą i ciekawą rozmowę).
Jeśli już trafimy na Rum Point, to warto zajrzeć do znajdującego się tam także (wspomnianego już wcześniej) Starfish Point (nieopodal Water Cay Beach) oraz na plażę Kaibo. W obu miejscach żyją rozgwiazdy.
A jeśli znajdziemy się tam w nocy, to mamy niezwykłą szansę zobaczenia fenomenu bioluminescencji: w małej zatoczce obok świeci nocą plankton – fantastyczne zjawisko, które można zaobserwować w kilku zaledwie miejscach na świecie.

greydot

       O Kajmanach można by napisać znacznie więcej. Może jeszcze tylko napomknę o tym, że wokół wysp żyją koralowce, tworząc piękne kolorowe rafy, które (wraz z całą żyjącą w nich bogatą morską fauną) można oglądać zarówno pływając na powierzchni morza ze snorkelingową rurką, jak i nurkując w jego głębinach z tlenową butlą.
Z tego co wiem, wskutek pandemii trudno się obecnie dostać na Kajmany, lecz miejmy nadzieję, że już wkrótce na świecie zrobi się bardziej normalnie i wyspą będą się mogli cieszyć nie tylko jej stali mieszkańcy, ale i wybierający się tam goście. Czego Wam wszystkim – zainteresowanym podróżą do tego niezwykłego miejsca – życzę.

greydot

greydot

Appendix Nr 1: BISMARCKIA NOBILIS

       Jako dodatek chciałbym również pokazać tu kilka zdjęć zrobionych pewnej roślinnej piękności, rosnącej w ogrodzie, przy domu, w którym mieszkaliśmy na Kajmanach. Jest to tzw. Palma Bismarcka (Bismarckia Nobilis). Do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak nazwano tę piękną palmę (na pewno nie ze względu na mało-urodziwą aparycję „żelaznego” kanclerza). Choć już sam epitet „nobliwa” łatwiej jest zrozumieć. Ta palma z naszego ogrodu miała akurat płeć żeńską, co na pewno wpłynęło na jej urodę, choćby tylko z powodu osobliwych kwiatów i owoców, które można było na niej zauważyć. Miałem wielką przyjemność w jej fotografowaniu, bo różnorodność kształtów i form, jakie się przede mną objawiały, była dla mnie zdumiewająca. Trudno jest uwierzyć, że przyroda – tak sama z siebie i spontanicznie – potrafi stworzyć podobne cuda, i że nasz zachwyt może być wywołany jedynie działaniem ślepego przypadku i ewolucji, posługującej się wyłącznie bezduszną materią i jeszcze bardziej bezdusznymi oraz bezmyślnymi prawami.
Czym w tym wszystkim jest piękno?
Zważywszy na to, że jest ono obecne w przyrodzie – i to często w formie niewiarygodnie wyrafinowanej i zachwycającej – wydaje mi się nieprawdopodobne, by ewolucja nie podlegała również jakiemuś prawu, które uwzględnia także estetykę stworzenia, na którą uwrażliwiony jest nie tylko człowiek, ale i wszystkie inne istoty żywe.
Zapraszam więc do zadziwienia się takim jednym drzewkiem z kajmańskiego ogrodu.

PS. Być może to, co odbieramy jako piękno w przyrodzie – czyli obecna w naturze estetyka – wynika z funkcji porządkującej Natury? Może nawet jest to odbicie (echo) jakiegoś Wyższego Porządku?

greydot

Appendix Nr 2: OGRÓD BOTANICZNY KRÓLOWEJ ELŻBIETY II

       To, co napisałem powyżej o estetycznym wymiarze ewolucji, jak najbardziej odnosi się też do jeszcze jednego miejsca, o którym chciałbym tutaj napisać, ilustrując to małą galerią zdjęć. Wizyta w Ogrodzie Botanicznym im. Królowej Elżbiety na Kajmanach (sama monarchini osobiście dokonała jego otwarcia w 1994 roku) była dla mnie czymś zaskakującym, gdyż – zważywszy na dość skromne zainteresowanie tym miejscem wśród odwiedzających Kajmany turystów – nie spodziewałem się zastać tam jakichś imponujących atrakcji (w rodzaju tych, które zobaczyłem np. w Królewskim Ogrodzie Botanicznym na Sri Lance czy w Ogrodzie Botanicznym w Singapurze). A jednak, zamiast spędzenia tam paru chwil, nasza wizyta przeciągnęła się do ładnych kilku godzin. Nie tyle ze względu na rozległość i rozbudowane zagospodarowanie ogrodu, co z powodu niezwykłości rosnących tam roślin-eksponatów. I znów ta zadziwiająca inwencja Natury, przykuwająca oczy, zdumiewająca różnorodnością form – z wyłaniającym się z każdej rośliny pięknem. Niestety, nie udało nam się – nawet na szlaku Woodland Trail – spotkać słynnego legwana niebieskiego, który endemicznie występuje tylko na Wielkim Kajmanie, i którego gatunek próbuje się tutaj uchronić przez zupełnym wyginięciem. Na szczęście rosnące w tym ogrodzie rośliny skupiły na sobie naszą uwagę i mam nadzieję, że nasz podziw dla nich znalazł swoje odbicie w prezentowanych tu zdjęciach.

greydot.

GRANICE I PRZEJŚCIA… (na brzegu życia i otchłani)

(zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVI)

Pejzaż zimowy Podkarpacia

Pejzaż zimowy na Podkarpaciu (Giedlarowa)

.

Sami wymyślamy symboliczne granice (choćby takie jak ta, zbliżająca się – noworoczna) by mieć poczucie możliwości zmiany, transgresji, odnowy… Tworzymy w ten sposób wyjątkową porę, kiedy możemy odegrać pewien rytuał przejścia – wszystko z nadzieją na lepszą przyszłość. A ona będzie jaka będzie, bez względu na naszą życzeniowość (wishful thinking) i zaklęcia: dla jednych lepsza, dla innych zaś gorsza – i oby tych pierwszych było znacznie więcej. Większość z nas nie dotrzyma noworocznych postanowień, ale o tym przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Teraz o tym nie myślimy… no i dobrze, bo i po co psuć sobie humor?

Lata mijają, nowy rok będzie za chwilę starym, a my – stojąc na brzegu życia i otchłani – widzimy płynącą rzekę czasu, która zabiera z sobą bezpowrotnie sporą część naszego świata. Ale i przynosi coś nowego. Ginie jednak nie tylko to, co sprawiało, że czuliśmy się szczęśliwi, ale również i to, co było dla nas nieszczęściem (może to być poniekąd naszą pociechą). Czas jest bowiem niewybiórczy i ślepy. Może dlatego jest sprawiedliwy? Lecz niestety – jest też przy tym bezlitosny, o czym świadczą nie tylko coraz liczniejsze zmarszczki na naszej twarzy i coraz więcej siwych włosów (albo tych włosów coraz mniejsza ilość).

Życie jest straszne i cudowne zarazem – podobnie jak świat, w którym żyjemy – pełen zarówno piękna, jak i potworności; śmieszności, jak i grozy. Trudno więc stwierdzić, że znaleźliśmy się na tym świecie w nagrodę, a tym bardziej, że jesteśmy tutaj za karę. To, że w ogóle jesteśmy, graniczy jednak z cudem, albo też i jest już cudem samym. W sumie… niepojętym, nawet dla takiego niesamowitego tworu, jakim jest ludzki mózg – całkiem możliwe, że będący najbardziej złożoną częścią Wszechświata, zbliżającą nas w jakimś stopniu do samego Boga (czy też sił, które nas stworzyły).

* * *

Jeśli istniejemy w czasie, to przemijanie jest czymś nieuniknionym. Przemijania nie ma tylko tam, gdzie nie ma czasu. A tego nie sposób sobie wyobrazić, ani też pojąć.

* * *

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.
Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?
A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe) jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…
A może jednak początkiem czegoś innego?

* * *

Piękno przyrody (świata) zawsze zauważamy wpierw tam, gdzie jest (było) środowisko, w którym dorastaliśmy. I to pozostaje taką naszą cezurą, wzorem, punktem odniesienia… właściwie na całe życie. Do tego odnosimy wszystko to, co spotykamy w całym naszym późniejszym życiu – to nadaje jakby tonację temu, co przeżywamy już jako dorośli w naszym związku z Naturą, cz też – ogólniej – z całym otaczającym nas zewnętrznym światem.

* * *

Rozpacz jest jednym z nieodłącznych elementów ludzkiej kondycji. Może ją spowodować nie tylko własna nieuleczalna choroba, ale i np. utrata kogoś bliskiego, zniewolenie, kalectwo, cierpienie, nieodwracalność losu… cała masa innych nieszczęść jakie dotykają ludzi. Można nawet powiedzieć, że rozpacz (despair) jest jednym z fundamentalnych doświadczeń egzystencjalnych człowieka.
Rozpacz niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z „żalem chwil teraźniejszych, czy minionych” – to nie ten ciężar gatunkowy, nie ta intensywność uczuciowa, nie ta sfera dramatu życia.

Naturalnie istnieją sposoby, czy też drogi, którymi można (starać się) uciec rozpaczy. Dla wielu ludzi czymś takim jest np. wiara. Albo… udawanie, że coś takiego, jak rozpacz nie istnieje, że nie ma ona do nich przystępu.

Ponadto rozpacz nie ma dobrej „prasy” – ot, choćby na blogach, czy na Facebooku – bo wszystkich obowiązuje pop-kulturowa dyktatura dobrego zdrowia, pozytywnego myślenia, indywidualnego szczęścia, pomyślnego życia… Tylko niekiedy robi ktoś w tym wyłom – ale to jednak wymaga pewnej odwagi, a nawet… determinacji.

* * *

Rozpacz, mimo wszystko, znana jest niemal wszystkim ludziom – nawet (a może zwłaszcza?) tym, którzy zdolni są do miłości (bo pojawia się zawsze wtedy, kiedy traci się kogoś, kogo się kocha).

W jednym ze swoich esejów Tischner zwrócił uwagę na to, że w polskiej literaturze brak jest wnikliwego i wszechstronnego opisu rozpaczy. I zastanawia się dlaczego (Polacy o rozpaczy nie mówili)?: Może nie wypada pisać o rozpaczy? Może temat rozpaczy został poddany cenzurze – tej „honorowej” np., która zakazuje przyznawać się do słabości? (Tak jakby rozpacz była słabością, a nie zdolnością doświadczenia egzystencjalnej głębi i wrażliwością.)
Według Tischnera powodem tego była szeroko w Polsce rozpowszechniona wiara religijna, która właściwie zakazywała rozpaczać, bo – jak pisze Tischner – „rozpacz była ‚upadkiem’, poniżeniem ‚godności’, ujmą na ‚honorze’, a przede wszystkim grzechem”.

* * *

„Kiedy nie można znaleźć nawet śladu rodzinnego domu, kiedy odmienione są drzewa i rzeka, jedynym głosem, jaki spodziewamy się usłyszeć od pielgrzyma, jest głos rozpaczy, lament, gorycz.” (Julia Hartwig – poetka, o „Dworze” Miłosza.)

Wydaje mi się, że Miłosz był przywiązany nie tyle do miejsca, w którym dorastał, co do czasu, kiedy dorastał. Podobnie: był bardziej przywiązany do języka polskiego, niż do samej Polski. Materia obchodziła go o tyle, że dzięki niej mógł snuć swoją poezję, mierzyć się z kulturą i jej ideami – z intelektualnym konceptem. Wychodził od konkretu ale zawsze ciągnęło go w ezoteryczne krainy, ku metafizyce. To wszystko świadczy o jego religijnym temperamencie. Ale to nie powinno dziwić, bo większość poetów ma taki temperament.

* * *

„Jeśli nie wystarcza tu sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nie uświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.” (Erich Fromm, „O sztuce miłości”.)

Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz. Ale dzięki Bogu kryje się w nim także potencjał szczęścia. Zresztą, rozpacz podobna jest do szczęścia w tym, że nie jest czymś permanentnym, stałym: szczęśliwym się raczej bywa, niż jest – rozpaczać też nie można długo (zwykle rozpacz przechodzi w melancholię i smutek – a wreszcie mija… jak wszystko inne).

Tak, można powiedzieć, że przemysł rozrywkowy podszyty jest strachem, nudą i pustką – tym wszystkim, co świadczyć może o skrywającej się za tą jałowością rozpaczy.

* * *

Wszystko się zapętla i łączy – jest właściwie jednym (dlatego każdy początek jest jednocześnie końcem – a czas nie ma w tym wszystkim żadnego znaczenia). Nasz język, podobnie jak percepcja, jest ograniczony i niezdolny do nazwania (określenia) tego, co poza nami i poza naszym światem. I poza czasem. A to, co poza czasem, jest właśnie wiecznością. (Wieczność jest bezczasowa – tylko dlatego może być wiecznością. Jest czystym istnieniem – a nie trwaniem.) Czas nie może być atrybutem tego, co istnieje wiecznie.

* * *

UWAGA: Tekst został napisany i po raz pierwszy opublikowany w grudniu 2014 roku.

.