OSCARY 2019, czyli co jest grane?

.

Zgadywankę kto w tym roku zdobędzie Oscary pozostawiam innym. Zamiast tego chciałbym pokrótce zaprezentować nominowane do tej nagrody filmy oraz ich twórców w najważniejszych kategoriach. Tych, którzy chcieliby czegoś więcej dowiedzieć się o filmach nominowanych do Oscara dla najlepszego filmu roku, zapraszam do przeczytania moich recenzji: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, „A Star is Born” i “Vice”. Tutaj pozwolę sobie zamieścić kilka luźnych uwag, abyśmy mieli lepsze rozeznanie w tym, co będzie na uroczystości rozdania Oscarów grane.

.

.

NAJLEPSZY FILM „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, „A Star is Born”, “Vice”

.

W tym zestawie uderza nie tyle wybitność filmów, które się w nim znalazły (może z dwoma wyjątkami, ale o tym za chwilę), co ich niezwykła różnorodność z jednej strony, oraz przynależność do kina rozrywkowego (z jednym wyjątkiem – wszyscy chyba domyślają się jakim) z drugiej. Nie ulega wątpliwości, że Oscary są upolitycznione – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony. Osobiście jednak uważam, że oceniając wartość jakiegoś filmu (a z czymś takim mamy do czynienia w przypadku rozdawania Oscarów) powinno się to robić w kategoriach sztuki kina, a nie mieszając do tego politykę. Niestety, z wyjątkiem „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite” i „A Star is Borne” wszystkie pozostałe filmy – jak się okazało – nie zdołały uniknąć politycznych afektów, kwasów i odniesień.
Nie dziwię się, że stało się tak w przypadku „Vice”, czyli filmu politycznego par excellance. Tym bardziej, że była o biografia Dicka Cheneya opowiedziana przez kogoś, kto nie znosi Republikanów – a zwłaszcza „neoconów”, którzy rozpętali wojnę na Bliskim Wschodzie. Jednak McKay zrobił z tego bardziej satyryczną komedię niż zjadliwy paszkwil, posługując się przy tym dość powszechnie znanymi faktami, tym samym wytrącając z ręki broń swoim politycznym adwersarzom, choć nie unikając zarzutów o spłycenie postaci najbardziej wpływowego wiceprezydenta w historii Stanów Zjednoczonych.
Muszę się przyznać, że obawiam się nieco pisania tutaj o filmach, które w jakiś sposób powiązane są z problemem rasowym. Bo jeśli wspomnę tutaj o moich zastrzeżeniach wobec „Black Panther”, czy „BlacKkKlansman”, to ktoś gotów jest zarzucić mi… nie tylko brak politycznej poprawności, co wręcz krypto-rasizm. A tymczasem ja uważam, że np. wynoszenie pod niebiosa „Czarnej Pantery” ma swoją przyczynę również w tym, że ten film zrobili niemal wyłącznie twórcy o czarnym kolorze skóry (co, nawiasem mówiąc, rzeczywiście jest wspaniałym ewenementem). Tyle, że – abstrahując od jego doskonałości technicznej i walorów widowiskowych bluckbustera – nie jest to film wybitny, jeśli chodzi o jego zawartość myślową (scenariusz opowiada historię banalną, infantylną i dość absurdalną). Moim zdaniem filmem znacznie lepszym pod tym względem jest „BlacKkKlansman” Spike’a Lee. I mimo tego, że jego głównym tematem jest rasizm, to posiada on przy tym wiele zalet filmu rozrywkowego, więc ogląda się go bardzo dobrze. Przy czym, wcale nie musimy podzielać politycznego radykalizmu reżysera (znanego choćby z jego publicznych wystąpień), który jednak w pewnym stopniu przedostaje się do „BlacKkKlansmana”, co dla jednych jest zupełnie zrozumiałe, dla innych zaś – nieco bardziej problematyczne.
Niestety, nawet „Green Book” – film wydawałoby się zupełnie „nieszkodliwy” jeśli chodzi o nawiązanie rasowe, a wręcz przeciwnie – zbliżający do siebie rasy i przedstawiający czarnoskórego, który przewyższa białego intelektem, kulturą i zdolnościami – nie ustrzegł się kontrowersji, które jednak wydają mi się tak niedorzeczne, że nie myślę się tutaj o nich rozwodzić. Według mnie jest to bardzo dobre kino rozrywkowe, mimo że zrobione tak trochę „po publiczkę”.
To ostatnie zdanie mogłoby mi też posłużyć do opisania filmu „A Star is Born”, który – przyznaję – oddziałał na mnie jeszcze bardziej emocjonalnie niż „Green Book”. Bradley Cooper – ryzykując wiele! – wziął się za odgrzanie historii, którą w kinie przerabiano już ze cztery razy i muszę przyznać, że udało mu się to znakomicie – i to na wielu poziomach, łącznie z zagraniem jednej z głównych ról, czy obsadzeniem w charakterze swojej partnerki Lady Gagi.
W muzyczne rejony przeniosła nas również „Bohemian Rhapsody” – biografia Freddiego Mercury, którą przyjęto różnie, ale dla fanów zespołu Queen była to prawdziwa uczta, bo z ekranu (a właściwie z głośników), spłynęła na nich kaskada dźwięków, mogąca wprowadzić ich w euforię. Wprawdzie nikt nie może zastąpić prawdziwego Freddiego, ale wcielający się weń Rami Malek poradził sobie z tym całkiem nieźle.
Ponad całą tę rozrywkę wyrastają według mnie dwa filmy: „Faworyta” oraz „Roma”, choć na tym pierwszym też można się znakomicie bawić. Świetność „Faworyty” wynika z trzech rzeczy: znakomitej gry aktorskiej, doskonałego scenariusza i robiącej wielkie wrażenie oprawy plastycznej (fantastyczne kostiumy i scenografia). Film historyczny (akcja dzieje się na dworze królowej Anny, w XVIII-wiecznej Angli), ale z zupełnie współczesnym zacięciem, jeżeli chodzi o ekspresyjność głównych postaci – trzech kobiet, które zwierają się tutaj w mocnym psychologicznym i emocjonalnym klinczu.
I wreszcie „Roma” – prawdziwy fenomen kina ostatnich miesięcy. Ja wiem, że to wygląda tak, jakby na punkcie tego filmu wszyscy zwariowali, ale rzeczywiście jest to obraz niezwykły i już teraz można chyba powiedzieć, że wybitny – bez względu na to, ile wpompowano w jego promocję i że to zrobił Netflix. „Roma” posiada wszelkie cechy kina art-house’owego, ale potrafi głęboko przeniknąć w głąb wrażliwości widza, który… zdoła na tym filmie dotrwać do jego końca. Oczywiście to jest żart, bo ja np. nie nudziłem się na „Romie” ani minuty (i nie chcę przez to powiedzieć, żem taki mądry i wyrafinowany) – bowiem zachwyciła mnie nie tylko forma tego filmu, ale i poruszyła jego zawartość. Coraz trudniej jest we współczesnym kinie o dzieło, które byłoby takim unikatem, jak „Roma”.

* * *

Christian Bale, Bradley Cooper, Willem Dafoe, Rami Malek, Viggo Mortensen

.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY Christan Bale („Vice”), Bradley Cooper („A Star is Born”), Willem Dafoe (“At Eternity Gate”), Rami Malek (“Bohemian Rhapsody”), Viggo Mortensen (“Green Book”)
NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY Mahershala Ali („Green Book”), Adam Driver („BlacKkKlansman”), Sam Elliott („A Star is Born”), Richard E. Grant (“Can You Ever Forgive Me?”), Sam Rockwell (“Vice”)

.

Jeśli chodzi o aktora w roli pierwszoplanowej, to głównymi rywalami do Oscara są tutaj Christian Bale i Rami Malik, choć pozostała trójka stworzyła kreacje znakomite (i według mnie lepsze od Malika, choć niedorównujące Bale’owi). Transformacja – nie tylko cielesna, ale i psychologiczna – jakiej dokonał Christian Bale w „Vice” robi ogromne wrażenie i nie wahałbym się ją nazwać genialną. Wprawdzie scenariusz nie pozwala mu odsłonić całej głębi charakterologicznej Dicka Cheneya, ale może rzeczywiście ten pozbawiony charyzmy polityk był w rzeczywistości takim nieskomplikowanym, ale żądnym władzy karierowiczem i technokratą, jakim przedstawia go Bale (a raczej autor scenariusza MacKay)?
Moim zdaniem wcale nie gorzej wypadł Viggo Mortensen, który w „Green Book” nie mniej organicznie przepoczwarzył się w nowojorskiego „makaroniarza” (podobnie jak Bale’a trudno mi go było w tej roli rozpoznać) i wraz z Mahershalem Ali stworzył w tym filmie koncertowy duet, równie wzruszający co zabawny.
Bradley Cooper wypadł w swoich „Narodzinach gwiazdy” jak zwykle, czyli świetnie. Ale zaskoczył choćby tym, że – nauczywszy się dla potrzeb tego filmu gry na gitarze i śpiewania w country-rockowej kapeli – całkiem wiarygodnie zabrzmiał w nagraniach koncertowych (zarejestrowanych na żywo!) Wprawdzie postać jaką stworzył na ekranie zalatywała nieco kliszą rockmana-alkoholika, to jednak dzięki chemii jaka zaistniała między nim a Gagą (nie tylko seks, ale i serce!) nie mieliśmy problemu uwierzyć w ten ich tragiczny romans, a nawet przejąć się nim wielce.
Wprawdzie za Rami’ego Malika śpiewał w „Bohemian Rhapsody” Freddie Mercury, a on sam „tylko” skakał po scenie i poruszał ustami (męcząc się z niewydarzoną protezą udającą cztery dodatkowe siekacze Freddiego) to jednak w filmie „Bohemian Rhapsody” Malik napracował się niewąsko, bo zagrać pop-kulturową legendę nie jest tak łatwo, zwłaszcza jeśli się to robi do tak schematycznego scenariusza i z reżyserem, którego ciągle nie ma na planie. Muszę się przyznać, że w Maliku brakowało mi tej charyzmy Freddiego – większej dynamiki poruszania się po scenie, mniejszej dziecinady w codziennym zachowaniu – lecz nie przeszkadzało mi to w dobrym odbiorze tego filmu, a zwłaszcza słuchaniu doskonałej muzyki, jaką stworzył zespół Queen.
Adam Driver nie zapadł mi jakoś w pamięć, Sam Elliot zagrał właściwie siebie, ale już Richard E. Grant zdecydowanie się spośród nich wyróżnił, wchodząc w skórę geja-utracjusza-narkomana-dandysa i wypełniając ją duszą (szkoda tylko, że zagrał w filmie, którego nikt prawie nie wdział). Sam Rockwell w „Vice” nie miał chyba tak trudnego zadania, bo co to za sztuka sparodiować George’a W. Busha? A poza tym pojawił się w filmie zaledwie w paru scenach. (Z tą parodią to jednak trochę przesadziłem, bo jego W. był jednak bardziej przekonujący, niż karykaturalny, i Sam naprawdę nie ma się czego wstydzić, a wręcz przeciwnie).
Na temat kreacji Willema Dafoe się nie wypowiadam („At Eternity Gate” to jedyny film jakiego nie widziałem, choć bardzo chciałem), ale znając tego aktora nie wątpię, że zmajstrował on coś szczególnego.

* * *

Yalitza Aparicio, Glenn Close, Olivia Coleman, Lady Gaga, Melissa McCarthy

.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA Yalitza Aparicio („Roma”), Glenn Close („The Wife”), Olivia Coleman („The Favourite”), Lady Gaga (“A Star is Born”), Melissa McCarthy (“Can You Ever Forgive Me?”)
NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA Amy Adams („Vice”), Marina de Tavira („Roma”), Regina King („If Beale Street Could Talk”), Emma Stone (“The Favourite”), Rachel Weisz (“The Favourite”)

.

Zacznę może od aktorek drugoplanowych, bo ta kategoria to jeden wielki „mess”. Przede wszystkim nie wiem co tutaj robią Emma Stone i Rachel Weisz, bo stworzone przez nie kreacje zdecydowanie bardziej należą do kategorii Actress in a Leading Role, wyróżniając się ponadto spośród wszystkich wymienionych wyżej pań i jedyna Glenn Close w „The Wife” zagrała równie doskonale co one (Oscar murowany). To nie znaczy jednak, że pozostałe aktorki znalazły się w obu tych kategoriach przypadkowo, zwłaszcza Olivia Coleman. Nie, Melissa McCarthy, Amy Adams, Regina King a nawet Lady Gaga wykazały się doskonałym rzemiosłem – ich nominacje nie dziwią, tym bardziej, że już od dawna cieszą się famą aktorek z pierwszej ligi.
Odnoszę wrażenie, że Marinie de Tavira bardzo pomógł w otrzymaniu nominacji niebywały hype, jaki się wytworzył wokół „Romy”, bo gdyby nie to, to pewnie nikt z Akademików nie zwróciłby na nią uwagi (każdego roku w światowym kinie powstają setki znakomitych ról). Trochę podobnie jest z Yaliztą Aparicio, ale dość niezręcznie mi jest o tym pisać, bo ja tę kobietę bardzo polubiłem (lecz niekoniecznie jako aktorkę). Yalitza jest amatorką-naturszczykiem, do filmu Cuaróna trafiła przypadkowo, oczekując na otrzymanie pracy przedszkolanki. Ma w „Romie” kilka wzruszających scen, gdzie wypadła bardzo naturalnie, ale żeby od razu Oscar? Choć ja w sumie się z tego sukcesu Yalitzy cieszę, bo wolę, żeby to ona była celebrowana, a nie jakiś zawodowy celebryta, który hołdów ma w swoim życiu po pachy. Ponadto stała się ona swego rodzaju ambasadorem rdzennych Meksykanów, co jest samo w sobie cenną wartością, ale to wszystko należy przecież do sfery poza-filmowej.
Jak już wspomniałem, wszystko wskazuje na to, że Oscara otrzyma Glenn Close i to nie dlatego, że mimo siedmiu bodajże dotychczasowych nominacji, złotej statuetki do tej pory nie dostała, choć niejedną świetna rolę zagrała a jej dorobek aktorski jest doprawdy imponujący… No może z tych powodów też, ale faktem jest, że jej wystąpienie w „The Wife” (o którym to filmie, gdyby był bez niej, już dawno by zapomniano) było naprawdę wybitne – moim zdaniem najlepsze w kinie amerykańskim ubiegłego roku.
O tym już napomknąłem, ale nie zaszkodzi powiedzieć to jeszcze wyraźniej: aktorskie mistrzostwo świata osiągnęły w „Faworycie” Olivia Coleman, Rachel Weisz i Emma Stonne, ale niestety – a series of unfortunate events spowodowała, że nie przełoży się to na Oscary (choć w kategorii Actress in a Supporting Role wszystko się może zdarzyć). Jednakże, prawdę mówiąc, czy jest to aż takie ważne wobec faktu, że te fantastyczne role powstały, poszły w świat i zostały uwiecznione w nad wyraz nietuzinkowym filmie?
Nie chce mi się za bardzo ruszać przypadku Reginy King (dobre wystąpienie w filmie „If Beale Street Could Talk”, który Akademia pozostawiła raczej w spokoju), bo nie wiem, ile w tym wyróżnieniu jest koniunktury, lecz nie sposób czegoś więcej nie napisać o zaskakująco dojrzałym debiucie Stefani Germanotti, która fanom muzyki pop znana jest jako Lady Gaga – dość teatralna persona, skrywająca się za maską efekciarstwa i bombastycznonści. Na szczęście Bradley Cooper wybił jej z głowy aplikację wszelkiej sztuczności do swojego filmu i Stefani zagrała bardzo naturalnie i ujmująco, choć wyraziście i dobitnie. I oczywiście z Bradleyem przebojowo zaśpiewała, co niewątpliwie przyczyniło się do sukcesu „Narodzin gwiazdy”, który bez takiej dobrej muzyki nie byłby możliwy.

* * *

Paweł Pawlikowski, Yorgos Lanthimos, Spike Lee, Adam McKay, Alfonso Cuarón

.

NAJLEPSZY REŻYSER Spike Lee („BlacKkKlansman”), Paweł Pawlikowski („Cold War”), Yorgos Lanthimos („The Favourite”), Alfonso Cuarón (“Roma”), Adam McCay („Vice”)

.

Jeśli chodzi o tę kategorię, to powiedzmy sobie szczerze, że były lepsze lata. Oczywiście, że cieszy nominacja dla Pawła Pawlikowskiego za „Zimną wojnę”, ale ja miałem co do tego filmu tyle zastrzeżeń, że czuję z tego powodu pewien dyskomfort, bo osobiście nie uważam, że Pawlikowski wyreżyserował ten film dobrze (i myślę, że była to również wina źle napisanego scenariusza). Wiem, że tymi stwierdzeniami narażam się licznym wielbicielom tego filmu, no ale cóż mam począć – obłudnie chwalić albo całą rzecz przemilczeć? Nie chcę tego robić, a i jest już na to za późno, bo moja recenzja została opublikowana nie tylko na mojej stronie autorskiej, ale i w prasie polonijnej. Długą rozmowę na temat „Zimnej wojny” przeprowadziłem również ze znanym krytykiem filmowym Zbigniewem Banasiem (jej fragmentu można wysłuchać tutaj). Mój główny zarzut wynikał z tego, że Pawlikowskiemu nie udało się wiarygodnie opowiedzieć tej historii, a estetyka filmu okazała się ważniejsza od jego fabularnej treści.
Mogłoby się wydawać, że podobnie koneserski – i snobistyczny – film nakręcił Alfonso Cuarón, ale w rzeczywistości jego „Roma” jest tak odmienna od „Zimnej wojny”, że mógłbym tu napisać o tym sążnisty elaborat, ale to sobie (i ewentualnemu Czytelnikowi) daruję. Bo to, że oba filmy posługują się obrazem czarno-białym, to tylko bardzo powierzchowne podobieństwo. Przede wszystkim „Roma” – mimo kadrowego piękna i operatorskiej wirtuozerii – nie jest dziełem przeestetyzowanym. Dla Cuaróna najważniejszy był w tym wszystkim człowiek i ten autentyzm ludzkich relacji w jego filmie jest odczuwalny. Być może przyczynił się do tego fakt, że aktorzy dostawali od niego scenariusz dopiero w dniu kręcenia danej sceny, więc na planie filmowym zachowywali się tak, jak w życiu, w którym przecież nie mamy pojęcia co przyniesie następna chwila. To nie przypadek, że Cuarón nakręcił taki unikalny film, bo wszystkie jego dotychczasowe – jak np. „I twoją matkę też”, „Ludzkie dzieci”, czy zwłaszcza „Grawitacja” – jeśli nawet nie były doskonałe, to na pewno wyróżniały się swoją oryginalnością, a ponadto każdy z tych obrazów był zupełnie inny od pozostałych. Wszystkie były dobre, ale „Roma” jest wśród nich najlepsza – i to nie dlatego, że dostała aż 10 nominacji do Oscara (i zdobędzie co najmniej połowę z nich), ale dlatego, że jest to naprawdę film wybitny, który zapisze się w historii światowego kina.
Coś mi się wydaje, że Spike Lee znowu nie ma szczęścia, bo w tym roku – kiedy wreszcie mógłby dostać Oscara za reżyserię – trafił (podobnie jak inni kandydaci nominowanie w innych kategoriach) na zabójczą konkurencję w postaci Cuaróna i „Romy”. Sprawność reżyserska Spike’a Lee jest niewątpliwa i mimo, że w swoim filmie dosłownie żongluje on konwencjami, nieustannie zmieniając przy tym ton, to jego „BlacKkKlansman” pozostaje utworem spójnym, zachowującym ciągłość. Jest też niezłą rozrywką i choć głównym tematem filmu jest rasizm to Spike’a Lee nie opuszcza w nim humor, udzielający się też widzowi.
Bardziej niemiłosierny dla swoich bohaterów (czy też raczej bohaterek, bo w centrum jego filmu znajdują się panie) jest Yorgos Lanthimos, który miał o tyle łatwiej w stworzeniu filmu wybitnego (jakim niewątpliwie jest „Faworyta”), że dysponował doskonałym scenariuszem oraz aktorkami, które swoją brawurą mogły zakasować całą resztę koleżanek po fachu. Ale ten Grek jest twórcą filmów naprawdę intrygujących i choć „Faworyta” nie jest tak surrealnie odjechana, jak np. „Lobster” czy „Zabicie świętego jelenia”, to ekstrawagancki i prowokując styl Lanthimosa jest w tym filmie bardzo wyczuwalny, ale – co ciekawe – ta osobliwość nie odpycha, a wręcz przeciwnie – ma w sobie nieodpartą moc atrakcji.
Reżyserskim oryginałem jest również Adam McKay i chociaż „Vice” nie ma chyba takiej finezji jaką miał jego wcześniejszy film „The Big Short”, to jednak ta polityczna satyra, jaka jest „Vice”, będąca czymś w rodzaju biografii Dicka Cheneya i anty-republikańską filipiką, sprawdza się w kinie całkiem nieźle, zwłaszcza dla tych, którzy podzielają liberalne poglądy MacKaya i jego awersję do neo-konserwatystów z administracją Busha na czele. Reżyser nakręcił „Vice” w tym samym stylu, co „The Big Short”, który polega na aplikacji przeróżnych elementów – zbitek montażowych, przeskoków w czasie, mieszania dokumentu z fikcją i powagi z komedią. Przy czym to wszystko nie przytłacza widza, a film nie traci lekkości, zyskując na erudycyjności. Wygląda na to, że w tym stylu McKay czuje się najlepiej, wyrażając się interesująco i elokwentnie, co znalazło uznanie widzów, ale i amerykańskiej Akademii filmowej.

*  *  *

Recenzje filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Vice”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

Reklamy

„VICE”

.

Przyszła kolej na omówienie ostatniego filmu z Oscarowej puli ośmiu tytułów nominowanych w tym roku do Oscara. Jest to satyra polityczna w reżyserii Dama MacKay’a, która zajmuje się najbardziej chyba znanym wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, który mimo braku charyzmy, uważany był za jednego z najbardziej wpływowych polityków kilku ostatnich dekad.

.

Christian Bale jako Dick Cheney w filmie „Vice”

.

Tytuł filmu mówi za siebie – jest to nomen omen dość ostentacyjny w przekazie tego, co reżyser „Vice” Adam McKay sądzi o wiceprezydencie George’a W. Busha. No cóż, film mógłby również nosić tytuł „Dick” – co zapewne spotkałoby się z aplauzem mniej wybrednych (jeśli chodzi o aluzyjną finezję) liberalnych anty-republikanów – ale nawet dla McKaya, który swego czasu produkował się dla programu Saturday Night Live, byłoby to za dużo. Tym bardziej, że „Vice” mimo wszystko stara się ukazać to bardziej „ludzkie” oblicze Dicka Cheneya, począwszy od młodzieńczych falstartów (pijaństwo, wydalenie z Yale); przez dobrą relację z prostującą go – dopingującą i wspierającą – żoną; po okazanie cieplejszych ojcowskich uczuć swojej córce, która okazała się lesbijką (jak na ironię jego mocno konserwatywnych zapatrywań).

W swoim najnowszym filmie Adam McKay jeszcze bardziej podkręca narracyjną konwencję, którą zastosował w pamiętnym „The Big Short”, polegającą na ukazaniu opowiadanej historii w formie kolażu różniących się stylistycznie zbitek montażowych i obrazów, mieszaniu fikcji z dokumentem, zawieszaniu akcji, stosowaniu czasowych przeskoków, gwałtownej zmianie tonów – o takich drobiazgach jak stop-klatki, slow-motion, czarne plansze, czy bezpośrednie zwracanie się do widza, nie wspominając. Wszystko wskazuje na to, że McKay wyrabia sobie w ten sposób swój filmowy charakter pisma, a to wszystko staje się jego znakiem rozpoznawczym.

Styl ten sprawdził się doskonale w „The Big Short”, filmie zajmującym się konkretną sytuacją polityczno-społeczną, czyli krachem finansowym, jakiego Stany Zjednoczone doświadczyły pod koniec pierwszej dekady naszego wieku. Czy jednak równie dobrze sprawdza się w „Vice”, który jest właściwie biografią, obejmującą niemal 50 lat życia jednego człowieka? Opinie są różne, ja jednak nie miałem z tym większego problemu, bo film oglądało mi się bardzo dobrze. Co jednak nie oznacza, że po projekcji nie miałem wobec niego żadnych zastrzeżeń.

„Vice” jest polityczną satyrą, z dość wyraźnie zaznaczoną tezą, co może już na dzień dobry podzielić widownię, która zwykle jest już podzielona politycznie – często zatopiona w swoim plemiennym zacietrzewieniu i bezkrytycznej stronniczości.

Nie ulega wątpliwości, po jakiej stronie stoi McKay, co – paradoksalnie – nie przesądza jeszcze o wartości poznawczej filmu, ale rodzi uzasadnione pytanie o faktograficzną rzetelność i zdolność reżysera do wyważenia pewnych racji, artykułowanych – i zrozumiałych – nie tylko we własnym obozie.

I tutaj zgadzam się z tymi, którzy uważają, że McKay wyłamuje otwarte drzwi, tzn. zwraca się do tych, którzy są już przekonani – tak naprawdę zabawiając ich tym, co wszyscy już znają (nota bene posługując się jednak przy tym faktami). Inna sprawa, że obecnie – jak mi się wydaje – wszystkie spory polityczne (i to na całym świecie, wliczając w to nie tylko Stany Zjednoczone, ale również Polskę) polegają na przekonywaniu tych, którzy już są przekonani, a tym samym impregnowani nie tylko na racje adwersarzy, ale i na same fakty.

Powiedzmy sobie szczerze, że film nie wchodzi zbyt głęboko w społeczno-polityczną tkankę rzeczywistości amerykańskiej, ani tym bardziej światowej. Być może dzieje się tak dlatego, że McKay przyjął zbyt szeroką perspektywę czasową, a ponadto skupia się głównie na polityczno-biograficznych „fajerwerkach” z życia bohatera, tworząc coś w rodzaju – jak to trafnie ktoś określił – listy „Największych Przebojów Niesławy Dicka Cheneya”. Film zbudowany jest przemyślnie, ma skomplikowaną i ciekawą formę, ale jego zawartość intelektualna nie poraża ani bogactwem, ani głębią – ślizgając się po powierzchni całego tego politycznego cyrku i serwując nam same oczywistości. Gdzieś tam w tle dzieją się okropności, widzimy straszne obrazy, zdajemy sobie sprawę z bezwzględności machiny władzy i działania sił, które mielą losy milionów ludzi na całym świecie, ale odnosi się wrażenie, że twórcom filmu bardziej odpowiada sznyt satyryczny, niż tragiczny, dlatego bardziej idą w skecz, niż w dramat. Być może odzywa się w tym przeszłość reżysera jako autora Saturday Night Live?

Ta swoista lekkoduszność sprawia, że ciężar gatunkowy zawartej w „Vice” mikstury jest o wiele mniejszy, niż w innych, bardziej drapieżnych i dociekliwych dramatach kina politycznego, jak chociażby w filmach Olivera Stone’a, którego pasja i temperament – mimo jego predylekcji do teorii spiskowych i mocnego przechyłu w lewo – pozwalały mu na tworzenie obrazów potrafiących nami wstrząsnąć i głęboko poruszyć.

Ale dość tego narzekania, bo ktoś pomyśli, że jest to film błahy i zepsuty, na którym można się tylko nudzić albo irytować. Otóż tak nie jest, bo w konwencji kina rozrywkowego „Vice” sprawdza się jednak znakomicie – czego przykładem nie tylko moja pozytywna reakcja, osiem nominacji do Oscara, ale i opinie widzów, którym film się spodobał. (A ci stanowią jednak większość).

Pisząc o „Vice” nie sposób nie wspomnieć o zdumiewającej kreacji Christiana Bale’a, który – wbrew swojej aparycji będącej cielesną antytezą Dicka – przepoczwarzył się w Cheneya, przyjmując nie tylko jego posturę, powierzchowność, gesty czy sposób mówienia, ale i wchodząc głębiej w jego psyche, dzięki czemu na ekranie widzieliśmy prawdziwego człowieka, a nie tylko personifikację przytłoczoną kilogramami lateksu (nawiasem mówiąc charakteryzacja Bale’a w roli Cheneya była według mnie znacznie lepsza, niż Oldmana w roli Churchilla). Muszę przyznać, że Bale osiągnął ten autentyzm wbrew temu, że scenariusz filmu traktuje postać Cheneya dość powierzchownie, kreśląc jego motywacje zbyt grubą kreską, nie mając najlepszego zdania o jego inteligencji (bo z tym, że Dick Cheney nie miał żadnej charyzmy, to chyba wszyscy się zgadzają).

Postacią bardziej skeczową jest George W. Bush w interpretacji Sama Rockwella (nominacja do Oscara), który ukazał W. – bardziej go parodiując, niż odgrywając – jako dość bezwolnego i nie tryskającego raczej mądrością prezydenta, który nie za bardzo wie, co się wokół niego dzieje. Najmniej wiarygodny jest grany przez Steve’a Carella Donald Rumsfeld – jak na mój gust zbyt karykaturalny, przypominający tu bardziej cynicznego satyra-śmieszka, niż bezczelnego i sztywnego technokraty bez skrupułów, jakim był w rzeczywistości Rumsfeld. Postacią nie do końca wykorzystaną jest moim zdaniem żona Cheneya Lynne (w którą wcieliła się, również nominowana do Oscara, Amy Adams) – ważna na początku filmu, ale później jakby usunięta w cień.

Cięgle łapię się na tym, że mimo iż film mi się podobał, to więcej piszę tu o jego wadach, niż zaletach. Być może bierze się to z pewnego rozdźwięku między moimi seansowymi emocjami a bardziej refleksyjnym racjonalizmem, który dopiero teraz, przy pisaniu tej recenzji, do mnie dociera i nieco mnie chłodzi. Trochę mi wstyd, że się bawiłem na filmie poruszającym sprawy, które swego czasu były dla mnie źródłem zupełnie niezabawnych konkluzji dotyczących mechanizmów władzy, politycznego cynizmu, korporacyjnego łupiestwa czy roli Stanów Zjednoczonych w destabilizacji Bliskiego Wschodu. Ale przecież kino, to również – kto wie, czy nie przede wszystkim? – rozrywka.

Prawdę mówiąc, napisałem to wbrew temu, że zawsze oczekiwałem od kina czegoś więcej.

* * *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

„BOHEMIAN RHAPSODY”

.

The show goes on… („Bohemian Rhapsody”)

.

Czy kicz może być arcydziełem? Może. Przykład: utwór zespołu Queen „Bohemian Rhapsody”. Ale pisząc to, nie chcę powiedzieć, że podobnie jest z filmem o takim samym tytule, zajmującym się życiem Freddiego Mercury i muzyką Queen. Nie – ten film nie jest ani kiczem, ani arcydziełem, choć dosyć dobrze oddaje to, co było esencją fenomenu Queen, czyli właśnie kicz przetransformowany w genialną formę estradowo-muzyczną, która przyniosła zespołowi szaloną popularność, a jego frontmana wyniosła do statusu nie tylko gwiazdy pop, ale i uczyniła nieśmiertelną legendą.

Wiem, dlaczego ten film oglądało mi się z wielką przyjemnością, mimo że w wielu miejscach on kulał i gdyby tak rozebrać go na części pierwsze, to lista potknięć byłaby naprawdę długa. Przyczyna jest prosta: muzyka zespołu Queen!

A tej, na ekranie – a właściwie w głośnikach wypełniających salę kinową dźwiękiem – nie brakuje.

Doprawdy, znużyły mnie już te wszystkie litanie zastrzeżeń wobec filmu oraz jojczenia krytyków, którzy spodziewali się po nim Bóg wie czego (czyli dogłębnej analizy psychologicznej bohaterów i ich życia rodzinnego, ścisłości faktów i chronologii wydarzeń, hedonistycznego nurzania się Freddiego w homoseksualizmie i narkotykach, jego męczeńską śmierć na AIDS… itp.) a otrzymali dość przeciętną, ale za to solidnie wyprodukowaną, sprawnie zrealizowaną – nieźle zagraną, udźwiękowioną i sfotografowaną – biopic. Wprawdzie prostą i schematyczną, ale nie pozbawioną walorów rozrywkowych i atrakcyjną dla widzów – zarówno tych, których do obejrzenia (i wysłuchania) „Bohemian Rhapsody” skłoniła nostalgia, jak i tych, którzy poszli do kina powodowani zwykłą ciekawością.

Sukcesem było już to, że ten film w ogóle powstał. Rami Malek nie był pierwszym wyborem do zagrania Freddiego (miał to zrobić Sacha Baron Cohen), reżysera Bryana Singera wywalono z pracy przed zakończeniem realizacji filmu (może dlatego czasem odnosiło się wrażenie, że ten film „reżyseruje” się… sam?) Piętrzyły się kłopoty, ale pewnie determinacja producentów (wśród których – co nie jest bez znaczenia dla ostatecznego kształtu filmu – byli także dwaj członkowie zespołu Queen: Bryan May i Roger Taylor) spowodowała, że projekt doprowadzono do końca i „Bohemian Rhapsody” trafiła wreszcie do kin, odnosząc spory sukces, który – mimo utyskiwań krytyków – przełożył się nie tylko na zyskanie rzeszy fanów, ale również na deszcz nominacji i nagród (Złote Globy, BAFTA, Oscary…).

Czy Malek uniósł swoją rolę? Myślę, że tak. Jego kreacja nie jest doskonała (fatalnie dobrana proteza siekaczy raczej mu w grze nie pomagała i widać było, że się on z nią męczy), ale gesty, manieryzmy, ruchy sceniczne, sposób bycia i chodzenia… to wszystko wyszło Malikowi całkiem nieźle. W jego Freddiego mogliśmy uwierzyć, zwłaszcza na koncertach, kiedy słyszeliśmy prawdziwy głos Mercury’ego.

Znakomicie obsadzeni byli pozostali członkowi zespołu – podobał mi się zwłaszcza Gwilym Lee w roli Maya (łudząco do niego podobny). Reszta była całkiem poprawna – z dozgonną przyjaciółką Freddiego Mary Austin (Lucy Boynton ) i jego menadżerami na czele.

Oczywiście, że chciałbym, aby nakręcono lepszy film o Mercurym – głębszy psychologicznie i nie tak ugrzeczniony – z ostrzejszym pazurem i ciekawszą, nie tak schematyczną, narracją. Zajmujący się również ostatnimi latami jego życia – a tym samym jego cierpieniem i konfrontacją z własną śmiertelnością. Taki, w którym kulminacją jego życia i największą glorią pozostaje występ w Live Aid na Wembley (tak jak to jest w omawianym tu filmie), ale finał znaczony jest ludzką tragedią i przesiąknięty fatum la condition humaine – tym, co widzimy i słyszymy w obrazach i dźwiękach „Mother Love”, czyli w jego ostatnim nagraniu. No ale do tego trzeba zupełnie innego scenariusza i znacznie lepszego reżysera.

Czy taki film kiedyś powstanie? Nie wiem. Ale pewny jestem, że głos Mercury’ego i muzyka zespołu Queen pozostanie z nami na zawsze.

*  *  *

Pomnik Freddiego Mercury w Montreux nad Jeziorem Genewskim (zdjęcie własne)

.

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Roma”.

.

KŁĘBOWISKO ŻMIJ – o filmie „FAWORYTA”

.

„Faworyta” wyróżnia się spośród filmów nominowanych do Oscara w kategorii Best Picture, nie tylko scenograficznym bogactwem i kostiumowym przepychem, ale również koncertowym popisem gry aktorskiej w wykonaniu fenomenalnego tercetu Stone-Coleman-Weisz.

.

W kłębowisku dworskich intryg (Emma Stone w filmie „Faworyta”)

.

To ciekawe, że jeśli chodzi o filmy historyczne i kostiumowe, to ostatnimi czasy zdominowały je kobiety i „Faworyta” jest tego doskonałym przykładem, bo trzy główne bohaterki stanowią w tym filmie prawdziwe tour de force… nie tyle kobiecości en bloc (bo takie uogólnienie byłoby niesprawiedliwe dla większości pań), co pewnych jej aspektów, ujawniających się zwłaszcza w sytuacjach, kiedy kobiety ze sobą rywalizują. Olivia Coleman, Raquel Weisz i Emma Stone stworzyły tercet, którego pewnie nikt długo nie przebije, jeśli chodzi o intensywność, krwistość, ekspresyjność, barwność i wyrazistość z jednej strony, oraz perfidię, chytrość, złośliwość i podstępność – z drugiej. Swoją drogą „Faworyta” mogłaby być z tego względu zagwozdką dla feministek, które chętnie widzą kobietę silną (a w filmie to właśnie kobiety dominują i rządzą mężczyznami) ale już nie taką (excuse my French) sucz.

Olivia Coleman jest królową Anną, która rządziła Anglią na początku XVIII wieku, ale w jej wydaniu monarchini jest pożałowania godną – szpetną, ordynarną, chimeryczną i histeryczną – schorowaną i oderwaną od rzeczywistości jęczyduszą, która nie może funkcjonować bez pomocy swojej kochanki lady Sary, księżnej Marlborough. W tę ostatnią wciela się Raquel Weisz, kreując postać kobiety silnej, zdecydowanej i przebiegłej, która – wykorzystując wszystkie słabości królowej – uzależnia ją od siebie, decydując za nią nie tylko na dworze, ale i w sprawach państwowych. Trójkąt dopełnia Abigail, kuzynka lady Sary, która przybywa do Pałacu Kensington i stosując wszelkie możliwe fortele – rywalizując na śmierć i życie ze swoją krewną – pnie się po szczeblach dworskiej kariery. Zaczynając jako zwykła pomywaczka, już wkrótce staje się pokojówką królowej, by w końcu wyjść za mąż za jednego z baronów (co ciekawe, w rzeczywistości małżeństwo to nie tylko podwyższyło status Abigail, ale i wzmocniło pozycję barona, bo jego żona stała się zaufaną królowej Anny).

Z mojego opisu mogłoby wynikać, że wszystkie te kobiety powinny budzić w nas same negatywne uczucia, ale tak nie jest, bo jedną z największych zalet tego filmu jest jednak niejednoznaczność tych postaci. Dzięki fantastycznym kreacjom Coleman, Wiesz i Stone, stworzone przez nich kobiety wywołują w nas całą gamę wrażeń, myśli i uczuć. Ich dworska gra o wpływy wcale nie jest taka przejrzysta, więc do końca nie jesteśmy pewni motywów ich postępowania ani tego, w jakim kierunku zmierzają. Jest wiele takich momentów, kiedy nie wiemy, czy w ich zachowaniu jest fałsz czy szczerość, strach czy odwaga? (W końcu mamy do czynienia z dworskimi intrygami.)

Wbrew pozorom najbardziej złożoną postać stworzyła Olivia Coleman, bo jej królowa Anna wydaje się nie tylko kobietą żałosną, ale i wzbudzającą współczucie; ma ona w sobie cechy nie tylko komiczne, ale i mocno tragiczne. Z kolei księżna Marlborough Weisz imponuje silną osobowością i zdecydowaniem – nawet jeśli coś knuje i nie jest pewna tego, czym to się skończy. Poza tym, stopniowo można było sobie uświadomić, że być może poza jej wyrachowaniem kryje się prawdziwa przyjaźń, może nawet miłość do królowej. Nie chcę tutaj psuć suspensu, ale wydaje mi się, że z całej tej trójki najwięcej miała jednak do zagrania Emma Stone, gdyż jej rola wymagała jeszcze większej ambiwalencji i dopiero pod koniec filmu zdaliśmy sobie sprawę z prawdziwego charakteru Abigail i jej motywacji.

Yorgos Lanthimos reżyserował do tej pory filmy intrygujące – ze spora dozą absurdu, nieco surrealistyczne – wywołujące w widzu pewien dyskomfort. „Kieł”, „Lobster” czy zwłaszcza „Zabicie świętego jelenia” mogły się wydawać nie tylko ekscentryczne i prowokujące, ale też moralnie dwuznaczne, a nawet cyniczne. „Faworyta”, mimo że też przewrotna, trzyma się bliżej ziemi, opowiedziana jest bez większych surrealnych wstawek, lecz ton Lanthimosa jest wyczuwalny – z tym, że dziwaczność i absurd sadowi się tu bardziej w realizmie ludzkich zachowań, niż w metaforze i surrealizmie. Przy czym, wszystko to jest na granicy groteski, czasami dość mocno przerysowane, ale nie staje się karykaturalne – ukazane przez Lanthimosa kobiety zachowują prawdziwie ludzki, autentyczny rys.

Na ekranie – jako obraz – „Faworyta” prezentuje się znakomicie. Wnętrza robią na nas wrażenie nie tylko dlatego, że ukazują epokowe decorum w całej swojej obfitości i barokowym przesycie, ale również dlatego, że stanowią doskonałe tło dla kłębiących się w nich ludzkich typów i charakterów. Niesamowite kostiumy są integralną częścią tej scenografii, sytuując (zachowujące się bardzo współcześnie) postaci w archaicznej już dla nas i egzotycznej epoce. Przy tym wszystkim zachowany jest w tym filmie realizm i to nie tylko dlatego, że wszystko filmowane jest przy naturalnym świetle. Postaci, które widzimy na ekranie, nie są poprzebieranymi cudacznie kukłami, ale prawdziwymi ludźmi z krwi i kości (co niezbyt dobrze świadczy o gatunku Homo sapiens).

Czy film Lanthimosa, który ogląda się świetnie, ma oprócz walorów rozrywkowych jakieś głębsze przesłanie? Jeśli tak, to nie jest ono zbyt radosne, o czym świadczy nie tylko jego końcowa scena.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

„NARODZINY GWIAZDY”

.

Kontynuując serię recenzji filmów, które znalazły się w tegorocznej Oscarowej puli (w kategorii Best Picture), przyszła kolej na „Narodziny gwiazdy” – jedną z największych niespodzianek kinowych ubiegłego roku.

.

Lady Gaga i Bradley Cooper w filmie „Narodziny gwiazdy

.

„NARODZINY GWIAZDY” („A Star is Born”, reż. Bradley Cooper)

Film, który emocjonalnie oddziałał na mnie chyba najmocniej z wszystkich filmów, jakie obejrzałem w ubiegłym roku. Kiedy zaraz po projekcji ktoś zapytał się o moje wrażenia, odpowiedziałem: nerve wrecking, heart breaking, tear jerking, bo rzeczywiście ładunek uczuciowy w tym filmie był ogromny i to on moim zdaniem zadecydował o powodzeniu „Narodzin gwiazdy” wśród widzów.
Oczywiście, nie miałoby to miejsca, gdyby Bradley’owi Cooperowi (który nie tylko film wyreżyserował, ale i wystąpił w nim w jednaj z głównych ról) nie udało się wiarygodnie ukazać na ekranie tragicznej miłości dwojga bohaterów, którymi byli tutaj: Jackson „Jack” Maine (Cooper), niszczony alkoholizmem idol rocka oraz grana przez Lady Gagę Ally – kelnerka, w której Jack odkrywa wielki muzyczny talent. Pomaga on jej uwierzyć w siebie, namawia do pisania piosenek i wręcz zmusza do tego, by zamiast produkowania się w obskurnych nocnych klubach, zaśpiewała z nim przed stadionowym audytorium.

Historia ta wielokrotnie przenoszona była na ekran (m.in. w pamiętnym filmie z udziałem Barbry Streisand i Krisa Kristoffersona) więc wielu z nas zna jej przebieg: podczas gdy Jack stacza się coraz bardziej, kariera Ally eksploduje, wynosząc ją do statusu gwiazdy. Jednakże w tym najnowszym remake’u opowieść ta nabrała niespodziewanej świeżości, więc można ją było przeżyć na nowo.

To, że Bradley Cooper jest dobrym aktorem, wiedziałem od dawna. O tym, że Lady Gaga (której estradowa persona podoba mi się umiarkowanie) potrafi zagrać tak znakomicie, dowiedziałem się dopiero tym razem. Wydaje mi się, że największym atutem filmu – oprócz warstwy muzycznej – jest autentyzm i intensywność relacji stworzonej na ekranie przez Lady Gagę i Coopera – chemia jaka się między nimi wyzwala, działa na nas jak narkotyk, i to od pierwszego ich zetknięcia się na ekranie.
To nic, że kreacja Coopera powiela cliché alkoholika i rockmana; to nic, że film jest przewidywalny jak banalny melodramat. Ta para na ekranie żyje, cierpi, kocha… i pozbawione jest to krzty sztuczności. Ten film tak łatwo można było położyć. Cooper o tym wiedział, a jednak zaryzykował – nie tylko dlatego, że sam po raz pierwszy wziął się za reżyserię; nie tylko dlatego, że postanowił sam śpiewać (a przy okazji nauczyć się gry na gitarze) a sceny swoich wystąpień koncertowych dla potrzeb filmu nagrywać na żywo… Nie… Jego największym ryzykiem było zaangażowanie do tego filmu Lady Gagi – która nie tylko nie miała żadnego doświadczenia w graniu większych ról, ale stworzyła w pop-kulturze postać tak sztuczną, efekciarską i przejaskrawioną, że głowa boli. Podobno pierwszą rzeczą, jaką Cooper zrobił przy castingu, było zmycie makijażu – tych wszystkich pudrów, kremów i szminek – z twarzy Stefani Germanotta (jak brzmi prawdziwe nazwisko Lady Gagi). Całe szczęście, bo na ekranie zobaczyliśmy normalną, naturalną dziewczynę… wprawdzie o przeciętnej urodzie, ale mającą w sobie taki urok, że kiedy Bradley mówił jej, że jest piękna – wpatrując się w nią maślanym, deczko rauszowym wzrokiem – to można mu było wierzyć, a nawet piękno Ally samemu dostrzec.

No i udało się! Wybór ten okazał się strzałem w dziesiątkę, bo Stefani nie tylko filmu nie zepsuła, ale – jak się wydaje – na wyższy jeszcze poziom wyciągnęła, o sprawdzeniu się jej kompetencji piosenkarskiej nie wspominając. Właśnie, to jeszcze jeden fenomen tego filmu: Lady Gaga stworzyła postać zupełnie do siebie niepodobną, choć nawiązującą do pewnej popowej konwencji własnej kariery. Gdyby bowiem chciała zagrać siebie taką, jaką wystawia na widok publiczny w show-businessie, to pewnie nic by z tego filmu nie wyszło. A tak najlepiej brzmią piosenki, które śpiewa w stylu zbliżonym do tego, jaki uprawia Bradley – czyli bez tej całej cudacznej choreografii i popowej pompy.
Muzyka jest bardzo mocną stroną „Narodzin gwiazdy”. Abstrahując od jej rzeczywistej wartości (to co gra i śpiewa Cooper jest zwykle bardzo dobre, ale miejscami uszu nie urywa; Lady Gaga czasami jest zbyt krzykliwa, ale są momenty, kiedy jej interpretacja nas przeszywa i zapada w głąb duszy) ścieżka dźwiękowa filmu brzmi w kinie rewelacyjnie. Jest znakomitym dopełnieniem obrazu, dodatkowo wzmacniając nasze emocje.
Bardzo dobrze sprawdza się również styl, jaki zastosował autor zdjęć Matthew Libatique („Black Swan”, „Requiem for a Dream”). Bliskie ujęcia twarzy sprawiają, że czujemy obecność Ally i Jacka niemalże intymnie. Świetne jest wykorzystanie światła i koloru. Sposób fotografowania doskonale współgra z tym, co się dzieje przed kamerą. Niewątpliwie to wszystko przyczynia się do autentyzmu tego, co w konsekwencji widzimy na ekranie. W ten film włożono nie tylko ogrom serca, ale i wiele filmowego kunsztu.

Zastanawiam się co sprawia, że tę prostą a jednocześnie niezmiernie smutną historię chcą opowiadać kolejne pokolenia twórców kina, a widzowie oglądać i słuchać? Na czym polega jej uniwersalizm? Najbardziej oczywistą odpowiedzią byłoby wskazanie na miłość i śmierć, która tę miłość przerywa – odwieczne tematy ludzkich opowieści dotyczące właściwie nas wszystkich. Dochodzi do tego ambicja zdobycia sławy i cena, jaką często musi się za to zapłacić. Uświadomienie sobie, że ta sława jest jeszcze jedną iluzją, dla której jesteśmy gotowi poświęcić to, co w życiu najważniejsze, a często nawet i samego siebie; wreszcie, że potrzebujemy drugiego człowieka, a do największej tragedii dochodzi wtedy, kiedy nie możemy być z kimś, kogo naprawdę kochamy.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „Faworyta”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

„ROMA”

.

„Roma” to prawdziwy fenomen kina ostatnich miesięcy. 10 nominacji do Oscara wzmacnia famę tego niezwykłego filmu. Czy jest on wart tych wszystkich zachwytów?

.

Powrót do przeszłości – bez nostalgii (Yalitza Aparicio w filmie „Roma”)

.

„ROMA” (reż. Alfonso Cuarón)

Nie chciałbym tu powielać wszystkich superlatyw, jakimi (w wielkiej obfitości) obdarzono film Alfonso Cuaróna, napiszę więc o moim odbiorze „Romy” i o tym, co sam w tym filmie dostrzegłem – co mnie w nim poruszyło, a w pewnych momentach nawet uderzyło.
Przede wszystkim, wielkie wrażenie (nawet jeśli ogląda się ten obraz na ekranie monitora) robi forma tego filmu i jego estetyka. To co wykreował na ekranie Cuarón (który był również operatorem zdjęć), to prawdziwe mistrzostwo świata. Obraz jest czarno-biały, ale ma w sobie takie bogactwo tonów i odcieni, że określenie „monochromatyzm” wydaje się tu nie na miejscu, gdyż sugeruje pewne ograniczenie. Niemal każdy kadr, który najczęściej wypełnia szeroka panorama, jest niczym piękna fotografia, którą można oprawić w ramki, powiesić na ścianie i wpatrywać się w nią godzinami. W głowie mi się nie mieści, jak można było osiągnąć takie inscenizacyjne i scenograficzne bogactwo – przenieść nas do Meksyku początku lat 70. i wypełnić plan takim mnóstwem szczegółów – a jednocześnie wszystko to ożywić w zachwycającej kompozycji tak, że wciąga nas to niczym rzeczywistość, która na naszych oczach zamienia się w prawdziwe dzieło sztuki, mimo że pozostaje autentyczna, naturalna i prawdziwa.

Właśnie – mimo, że forma „Romy” jest olśniewająca i doskonała plastycznie, mimo że każdy element obrazu wydaje się wystudiowany i zaplanowany, to jednak nie odnosi się wrażenia, że film jest przeestetyzowany. Dlaczego? Otóż dlatego, że te niezwykłej urody obrazy nie tłamszą emocjonalnej tkanki opowiadanej historii, gdyż w centrum – i tym co najważniejsze – pozostaje człowiek, który w spektakularnym, głośnym i ruchliwym świecie zachowuje swoją prostotę, głębię i prawdziwość uczuć.
Cuarón mówił, że chciał w swoim filmie „uhonorować” czas i przestrzeń. I to mu się znakomicie udało – stąd ten epicki niemal oddech, stąd ta nieśpieszność, stąd tyle w jego obrazie „powietrza” i przestronności, mieszczącej nie tylko zwykłą ludzką krzątaninę wypełniającą leniwie biegnący czas, ale i nagłe wybuchy dramatycznych zdarzeń, które docierają tutaj z „zewnętrznego” świata, bardziej lub mniej wpływając na życie filmowych bohaterów.

Wydaje się, że ryzykowne były (zważywszy na ewentualne znużenie widza) te pierwsze kwadranse filmu, w których właściwie nic szczególnego się nie dzieje, ale później zrozumiałem, że tak właśnie miało być: powoli oswajaliśmy się z bohaterami i miejscem, przesiąkaliśmy jego atmosferą, wyczuwaliśmy na detale, uwrażliwiali na niuanse… To było czymś w rodzaju przedłużonego preludium do tego, co działo się potem, eskalując dramaturgicznie i coraz mocniej oddziałując na nasze emocje.

Reżyser powraca w „Romie” do swojego dzieciństwa. Ukazuje życie rodziny należącej do wyższej klasy średniej, ale największą uwagę poświęca Cleo – służącej, którą ona zatrudnia (Cuarón zadedykował film swojej niani, której odpowiednikiem jest Cleo). Cicha, skromna, ciepła, łagodna, opiekuńcza dziewczyna z sąsiedniej wioski (akcja dzieje się w Ciudad de México, Roma to jedna z dzielnic miasta), wywodząca się z autochtonicznej grupy Indian Mixtec, traktowana jest jak członek rodziny – dobrze i z empatią – niemniej jednak to, jak się zachowuje, i jakie obowiązki musi wykonywać, nie pozwala zapomnieć o jej podrzędnym statusie, wynikającym zarówno z odmienności rasowej, jak i klasowej niższości.

Można by sądzić, że wspominając dzieciństwo, Cuarón podda się w mniejszym lub większym stopniu sentymentalizmowi, ale jego „Roma” nie ma w sobie krzty nostalgii. Mimo obrazowego piękna ukazuje rzeczywistość zupełnie nieuromantycznioną. Zresztą, czy mogło być inaczej, skoro widzimy na ekranie rozpadającą się rodzinę, zachowujących się nikczemnie mężczyzn, klasowe podziały, materialną przepaść, niechcianą ciążę, krwawe zamieszki, kilogramy psich fekaliów, czy wreszcie… fałszującą niemiłosiernie, maszerującą po ulicy, wyglądającą jak chodzący absurd, orkiestrę dętą?

Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że „Roma” nie ma nic z komedii. Co ciekawe, ona nie ma też nic z tragedii – mimo, że więcej w niej goryczy, niż słodyczy. To jest w ogóle film paradoksalny, bo z jednej strony odrzuca on sentyment, a z drugiej wzrusza. Ukazuje rzeczy odpychające, ale jednocześnie mające w sobie jakąś tajemniczą moc atrakcji. Objawia nam piękno, odbijając rzeczywistość, która taka piękna już nie jest, a wręcz przeciwnie.

Spotkałem się z zarzutem, że w „Romie” wszystkie poważniejsze tematy zostały potraktowane zbyt powierzchownie. Bo niewiele się dowiadujemy o walce klas, o ówczesnej sytuacji politycznej kraju, o stosunku Cuaróna do podrzędnej – w sumie degradującej i w jakiś sposób upokarzającej – pozycji jego ulubionej niani… etc. Czy przypadkiem art-housowa konwencja – wynosząca, zdaniem niektórych, film do rangi arcydzieła – nie była ważniejsza od dyskomfortu jaki musiałby wynikać z głębszej analizy psychologicznej i społecznej wypełniającej go treści?

No cóż, to są spekulacje. Ja uważam, że Alfonso Cuarón zrobił film bardzo uczciwy – bez kalkulacji, bez osądzania, ale też bez uchylania się od dotknięcia prawdy. Ten świat, który widzimy na ekranie, to świat widziany po części z perspektywy Cleo, po części z perspektywy nastoletniego chłopca i jako taki nie mógł być społecznym, politycznym czy historycznym traktatem.

Czy „Roma” jest arcydziełem? Nie wiem, choć skłaniałbym się do odpowiedzi twierdzącej. Nie wahałbym się jednak uznać obrazu Cuaróna za jeden z najlepszych filmów ostatnich lat.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Faworyta”.

CZARNE JEST CZARNE – o filmach „BLACK PANTHER” i „BLACKKKLANSMAN”

.

Wprawdzie Oscary nie są dla mnie wyznacznikiem wartości filmu, to jednak uważam, że wszystkie filmy nominowane do tej nagrody w kategorii Best Picture warte są uwagi i obejrzenia. Tutaj piszę o dwóch z nich – różnych jeśli chodzi o formę, podobnych jeśli chodzi o pewien społeczny problem.

.

Bawiąc się konwencjami, zmieniając ton – posługując się groteską, dramatem i humorem – Spike Lee mówi nam, że rasizm jest ciągle żywy („BlacKkKlansman”)

.

„CZARNE BRACTWO. BLACKKKLANSMAN” („BlacKkKlansman”, reż. Spike Lee)

Podobnie jak „Green Book”, także najnowszy film Spike’a Lee „BlacKkKlansman” nawiązuje do prawdziwej historii, której bohaterami jest czarno-biała para, i również tak niezwykłej, że sprawiającej wrażenie zupełnie niewiarygodnej, wręcz wydumanej i fantastycznej. Ron Stallworth był pierwszym czarnoskórym policjantem w mieście Colorado Springs, jak również pierwszym czarnym, którego przyjęto w szeregi… Ku Klux Klanu. To jednak wymaga pewnego wyjaśnienia: wprawdzie Stallworth otrzymał legitymację KKK (dzięki sile perswazji jaką wykazywał w rozmowach telefonicznych z przywódcami KKK), to w gangu szowinistycznych zakapiorów reprezentował go jego biały kolega z policji Philip (Flip) Zimmerman. Obaj mieli za zadanie infiltrację organizacji i ewentualne unieszkodliwienie planowanych przez KKK zamachów.

Spike Lee niemal obsesyjnie zajmuje się w swoich filmach relacjami między czarną a białą społecznością amerykańską, w centrum umieszczając rasizm i związany z nim konflikt, który staje się nie tylko rdzeniem dramaturgicznym jego filmowych opowieści, ale i źródłem napięcia, wyzwalającego momentami w widzach niezwykle silne emocje. Sam jest przy tym rasowym filmowcem, co po raz kolejny stało się ewidentne w „BlacKkKlansman”, gdzie reżyser bawi się wręcz i żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając przy tym nieustannie ton – od dramatycznego i poważnego, przez dydaktyczny i propagandowy, po karykaturalny, satyryczny czy nawet groteskowy. Emocjonalne spektrum filmu dominuje humor, ale słyszałem, jak Lee protestował, kiedy jego dzieło nazwano komedią, bo dla niego humor jest czymś bardziej „organicznym” i niekoniecznie musi wynikać z powierzchownej zwykle zabawności. W czymś, co jest z gruntu tragiczne, nie może być komizmu, który zawsze zakłada pewną umowność.

Jednakże Spike Lee w swoim filmie nieustannie uświadamia nam, że sam – posługując się czymś tak bardzo umownym jak kino – zajmuje się żywą tkanką rzeczywistości, dotykając jej newralgicznych miejsc. Bo fikcja (również ta, która tworzona jest na ekranie) nieustannie przeplata się z tym, co rzeczywiste i te dwie jakości kreują świat, w który żyjemy, wzajemnie na siebie wpływając. Nie bez kozery Lee rozpoczyna film słynnym zamaszystym ujęciem tłumu rannych z „Przeminęło z wiatrem”, kontynuując go tyradą Baldwina nagrywaną w filmowym studio; pokazuje też fragmenty „Narodzin narodu”, słynnego, podszytego rasizmem filmu Griffitha, który przyczynił się do odrodzenia Ku Klux Klanu; następnie wplata do filmu migawki (postery) nawiązujące do kina Blaxploitation… by zakończyć go mocną codą ukazującą dokumentalne nagranie tragicznego zdarzenia w Charlottesvillle, w którym zginęła kobieta protestująca przeciw zjazdowi „Unite the Right” białych suprematystów w 2016 roku.

Wbrew temu co Spike Lee mówi o zabawności, jego „BlacKkKlansman” ma wiele cech filmu rozrywkowego (o czym świadczą wcale liczne momenty, w którym widzowie reagują śmiechem); wpisuje się też w nurt kina popularnego. To prawda, że film ten może się niekiedy wydawać zbyt płaskim widowiskiem, nieco nachalnym dydaktycznie a jednocześnie sztubackim – z przerysowanymi czy wręcz karykaturalnymi postaciami – ale nie ma w nim ani jednej minuty, która by nużyła, irytowała przesadą czy była „pudłem” reżysera. Wręcz przeciwnie: „BlacKkKlansman” przez ponad dwie godziny nie tylko przykuwa naszą uwagę, ale wręcz fascynuje, bardzo efektywnie działając na nasze emocje; a na samym końcu serwuje nam coś, co odczuwamy tak, jakby nas ktoś walnął obuchem po głowie. Oto nagle ze zgrozą uświadamiamy sobie, że to, co jest fikcyjne na ekranie ma swój przerażający odpowiednik w rzeczywistości; że koszmar, który, jak nam się wydawało, zostawiliśmy w tyle, może do nas w każdej chwili wrócić – i czasami wraca.

A jednak można postawić pytanie, czy ekstrapolacja, jakiej dokonuje Spike Lee – ukazując pewną społeczną patologię i chyba jednak marginalne obecnie zjawisko a następnie sugerując jej szerszy, pan-amerykański zasięg – jest zasadna, odpowiadająca rzeczywistości i nie przesadzona? Czy rzeczywiście w obecnej administracji znajdują się krypto-rasiści z obecnym prezydentem na czele? Czy naprawdę ideologia białego suprematyzmu może się tak bardzo rozprzestrzenić w amerykańskim społeczeństwie, by stanowić realne zagrożenie?

Wreszcie: czy ciągłe odnoszenie się do własnej rasy, podkreślanie swojej odrębności, wiązanie własnej tożsamości z kolorem skóry; ciągłe rozpamiętywanie urazów, krzywd i koszmarów przeszłości, nie wzmacnia resentymentów i nie utrwala rasowych antagonizmów?

Nad tymi i podobnymi pytaniami warto się zastanowić i próbować znaleźć odpowiedzi, mimo, że nie jest to łatwe.

*  *  *

.

Fantazja ku pokrzepieniu czarnyh serc („Black Panther”)

.

„CZARNA PANTERA” („Black Panther”, reż. Ryan Coogler)

Oto nastały czasy, kiedy potomek dość marginalnego ongiś nurtu Blaxploitation (jaki tworzyły różne gatunkowo filmy, których obsadę stanowili nieomal wyłącznie czarnoskórzy aktorzy) staje się nie tylko globalnym blockbusterem (wchodząc do pierwszej dziesiątki najbardziej kasowych filmów w historii kina) ale i kulturowym fenomenem, superprodukcją o 200 milionowym budżecie; „cudownym dzieckiem” Marvel Studios (specjalizujących się w kręceniu nokautujących efektami specjalnymi, opartych na komiksie widowisk); obrazem, który z czarnego czyni super-bohatera, będąc przy tym mieszanką kina akcji, bondowskiego, batmanowskiego, „gwiezdno-wojennego”…. czy wreszcie „lwio-królewskiej” bajki. Na dodatek jest to film, który podoba się nie tylko widzom (i to bez względu na ich kolor skóry), ale i wynoszony jest pod niebiosa przez profesjonalnych krytyków.

No cóż, znowu jestem w mniejszości, bo uważam, iż te zachwyty (zwłaszcza wśród krytyków) są nie tylko przesadzone, ale i powodowane… nazwę to… czynnikami poza-filmowymi, a ściślej: polityczną poprawnością. Innymi słowy: to, że twórcy „Black Panther” są czarni, ma według mnie wpływ na tę zdecydowanie pozytywną, niekiedy wręcz entuzjastyczną ocenę. Ale jeśli ktoś zdaje sobie z tego sprawę, to nie będzie raczej mówić o tym głośno, obawiając się pewnego ostracyzmu.

Jeżeli się nie mylę, to jest w tym coś z rasizmu à rebours. To znak i dowód na to, że spojrzenie z komponentem rasistowskim (zwracanie uwagi na ludzki kolor skóry) nie znika z perspektywy naszego widzenia świata. Bo gdyby tak nie było, to fakt, że film stworzony jest i zagrany przez czarnoskórych ludzi, nie miałby żadnego znaczenia.

Paradoksalnie, do utrwalenia tej perspektywy przyczyniają się – zwłaszcza jeśli chodzi o ten film – sami czarni, gdyż wszystko w „Black Panther” obraca się wokół rasy: to ona definiuje ich człowieczeństwo, to ona stanowi jądro ich moralności – rasa buduje nie tylko ich system etyczny, ale i tożsamość. Niestety, stąd tylko krok do szowinizmu. Z dwóch białych postaci, jakie występują w filmie, jeden jest typowym schwarzcharakterem (zbieżność określenia z kolorem skóry przypadkowa), drugi dość komicznym szpiegiem CIA, do którego w pewnym momencie członkowie czarnego dworu królewskiego zwracają się per „white boy” i „kolonizator” – choć trzeba zaznaczyć, że mówi się to w żartach i w czarnym królestwie Wakandy ratuje się mu życie.

Pisząc o tym filmie warto mieć na uwadze konwencję, jaką się on posługuje. „Black Panther” nie tylko opiera się na komiksie (z całym jego przerysowaniem, fantastycznością, uproszczeniem, minimalizmem treści i obrazkowością), ale jest też rozrywkowym produktem pop-kultury – widowiskiem opierającym się na schemacie super-bohatera oraz walki dobra ze złem; skierowanym raczej do młodocianej widowni, ale też do tych starszych widzów, nie mających większych problemów z zejściem na bardziej infantylny poziom, który może im zapewnić dobrą zabawę, ale niekoniecznie prowokować do myślenia.

Chodzi mi o to, że od takiego widowiska nie można oczekiwać Bóg wie jakiej głębi, filozoficzno-psychologicznej finezji, socjologiczno-politycznej kompleksowości, a tym bardziej realistycznej ścisłości. I jeśli weźmiemy pod uwagę wzięcie jakim cieszy się film wśród tzw. „szerokiej” widowni – to jako taki spektakl „Czarna Pantera” sprawdza się znakomicie. Bo w tym kontekście może w tym filmie imponować wiele: skala produkcji, fantastyczne scenerie, kolorowi bohaterowie, piękni ludzie, efekty specjalne, sceny walk i pogoni… Scenografia, choreografia, a zwłaszcza niesamowite kostiumy, to niewątpliwe zalety filmu (choć do niektórych z tych elementów też można podejść krytycznie – i to bez względu na to, czy się jest zagorzałym fanem „marvelów”, czy nie). Ale wykreowany świat Wakandy (łączący afrykański folklor z super zaawansowaną technologią) robi wrażenie. Fabuła i akcja dostarczają na tyle „mięsa”, by przykuć uwagę widza i zaspokoić jego głód przygody. Przesłanie jest na tyle jasne, że nie trzeba się męczyć intelektualnie. Estetyka pieści oko, egzotyka zdjęć i plastyczna solidność niweluje pojawiające się tu i ówdzie kicz oraz efekciarstwo.

Podsumowując: w swojej konwencji film jest całkiem dobry.

Schody zaczynają się wtedy, kiedy do zawartości myślowej (ideowej) filmu podejdziemy deczko poważniej i mniej umownie. I nie mam tu bynajmniej na uwadze obecnych w „Czarnej Panterze” – dających o sobie znać okazjonalnie – mniejszych lub większych absurdów i niedorzeczności.

O pierwszym antropologicznym problemie filmu już wspomniałem: a jest to gloryfikacja jednej rasy. Nie rozumiem też, jak można w naszych czasach (ponoć najbardziej demokratycznych w dziejach ludzkości) tak emocjonować się ustrojem monarchistycznym? Dlaczego w najbardziej zaawansowanym technologicznie kraju na świecie (a takim była Wakanda) ludzie poza metropolią żyją w takich warunkach, w jakim żyje ludność „trzeciego” świata, a króla wybiera się w morderczym pojedynku przypominającym starcie dwóch osiłków? Film ponoć gloryfikuje „czarne dziedzictwo”, ale to co widzimy w filmie jest zupełnie nieprawdopodobną fantazją, która nawet jako mit nie ma szans się przyjąć, bo jej „afrykanizm” sprowadza się do cudnych strojów, udawanego akcentu, tanecznych pląsów i dziwnego pohukiwania. Nawet fikcja, do tego, aby się przyjąć w powszechnej wyobraźni danej społeczności, potrzebuje bardziej istotnej kulturowej substancji, a nie tak naiwnego afrykano-centryzmu, z jakim mamy do czynienia w tym przypadku.

Ucieczka w iluzję jest czymś doraźnym i nie jest w stanie rozwiązać rzeczywistego problemu, jakim jest rasizm. Daje chwilową gratyfikację, ale jednocześnie fabrykuje coś, co jest tylko substytutem prawdziwego życia – ersatzem odkupienia i zadośćuczynienia. Ale widocznie takie jest zapotrzebowanie nie tylko zbiorowej, ale i indywidualnej wyobraźni.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Faworyta”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.