PLANKTON

.

.

       W swoich znakomitych „Szkicach piórkiem” Andrzej Bobkowski pisze:
„A ja unikam, jak tylko mogę, stania w jakichkolwiek ogonkach. Ogonek, to jedna z najperfidniejszych metod poskramiania w człowieku samodzielnego myślenia. Staję w ogonku i natychmiast czuję w sobie la bête humaine rampante, zamieniam się w amebę, w jakiś plankton, któremu wszystko jedno, który skłonny jest pozwolić na wszystko, w którym dusza zostaje skolektywizowana i zamienia się w coś w rodzaju kołchozu: tracę poczucie własności siebie i wreszcie, gdy po długim staniu, otrzymam jakiś ochłap, wydaje mi się, że świat jest piękny i że wcale nie jest tak źle. Po czym, z takim optymistą robi się, co się chce. To też metoda, i to zupełnie inteligentna. Ogonkiem ‘zmiękcza się’ ludzi, jak w przesłuchaniu śledczym.”

       Doskonale rozumiem Bobkowskiego, bo świat wokół mnie codziennie dostarcza mi przykładów formowania się grup ludzkich w coś, co przypomina właśnie jakiś dryfujący bezwolnie plankton – taki skolektywizowany, pozbawiony samodzielnego myślenia kołchoz, gdzie poczucie „własności siebie” jest złudne, bo wymuszone jakąś dominującą nad wszystkimi „kołchoźnikami” ideą, która bardzo często jest po prostu fikcją. Ludzkie „myślenie” skupia się tu zwykle wokół jakiegoś stereotypu, schematu, memu… jedynie słusznego poglądu i przekonania. No i oczywiście jest nieomylne.

       Człowiek, to takie dziwne zwierzę stadne, w którym rozwinięta ponad miarę i rozbudzona świadomość indywidualna znajduje się w nieustannym konflikcie z koniecznością podporządkowania się grupie, gdzie obowiązują „glajchszaltujące” wszystkich prawa, zasady, reguły i trendy. Zwykle wygrywa to drugie. Właściwie nikt z nas, tak naprawdę, nie wybiera swojego światopoglądu – to światopogląd wybiera nas. (Podobnie jak nie wybieramy sobie naszego charakteru.)

       Paradoksalne w tym wszystkim jest to, że de facto zniewolony w ten sposób człowiek łudzi się, że dysponuje wolnością – że jego wybory są niezależne i autonomiczne – a tak naprawdę jest niewolnikiem uwikłanym w jakąś kolektywną strukturę, która decyduje o jego myśleniu i zachowaniu. I wygląda na to, że często niewolnik nawet nie zdaje sobie przy tym sprawy z tego, że jest niewolnikiem (co byłoby śmieszne, gdyby nie było tragiczne).

       Tym oto sposobem docieramy do słynnych w naszej epoce internetowej nawalanki baniek, które wydają się być planktonem wręcz modelowym. Co ciekawe, przynależność do konkretnego planktonu nie zależy, jak sądzę, od poziomu inteligencji, ani nawet od wykształcenia. Mało tego: im wyższy ten poziom, tym redukcja do planktonowych właściwości jest bardziej uderzająca – a zakres ograniczania rozumu większy. To właśnie zjawisko sprowokowało mnie kiedyś do sparafrazowania słynnego powiedzenia Lema: gdyby nie Internet, to nigdy nie zdawałbym sobie sprawy z tego, jak wielu jest głupców wśród ludzi inteligentnych.

       Mimo tego, że ten fenomen rozumiem, to niezmiennie zdumiewa mnie gotowość i ochoczość wielu ludzi do etykietowania samego siebie. Nalepienie sobie znaczka – często w dobrej i szlachetnej intencji – który powoduje, że nie tylko manifestujemy jakąś wartość, którą cenimy, ale dajemy się zaszufladkować, przypisać do tego a nie innego „planktonu” – na własne życzenie przyczepiamy się do pewnego stereotypu, który zawsze jest przeciwieństwem refleksji (będącej warunkiem pogłębionego myślenia). Satysfakcja „przylepienia” się do „planktonu” (bo w grupie raźniej, bo nec Hercules contra plures) to właśnie ten „ochłap”, o którym pisał Bobkowski, konkludując: „Po czym, z takim optymistą robi się, co się chce. To też metoda, i to zupełnie inteligentna.

       Kto to robi? Kto to wykorzystuje?
Otóż wszelkiej maści manipulatorzy – najczęściej władza, ideolodzy, media i politycy, do których wręcz należy formowanie różnego rodzaju planktonów, a następnie zawiadowanie nimi. I zaszczepianie nam złudzenia, że wybór należy do nas.

       Na przekór temu wszystkiemu co nas niewoli, wierzę w to, iż możemy poszerzyć pole naszej wolności – zwłaszcza tego, które jest w nas samych.
Pierwszym warunkiem jest niezbijanie się w plankton.
Trudne, ale jednak możliwe.

* * *

NIE CZAS UMIERAĆ albo o tym jak Bond staje się sentymentalnym tatusiem, monogamistą i śmiertelnikiem

.

James Bond mięknie, ale nie jako eksterminator swoich adwersarzy (Daniel Craig w „Nie czas umierać„)

.

       Spoilery są już w tytule tego wpisu, znajdą się też w nim i inne, ale nie będę za nie przepraszał, bo właściwie nie ma za co – ci, zainteresowani najnowszym „bondem” już pewnie o tym wielkim halo z zakończeniem wiedzą. Poza tym atrakcyjność bajek o agencie 007 nie zasadza(ła) się raczej na ich prawdopodobieństwie, więc wszelkie fabularne wyskoki udające rzeczywistość koniec końców brane są przez widzów (nawet tych od konsumowania masowej rozrywki) z przymrużeniem oka, mimo że mogą wzniecać w kinie niejakie emocje. Czy wreszcie: nikt o zdrowych zmysłach – i podstawowej wiedzy o działaniu przemysłu rozrywkowego – nie uwierzy w to, że można świadomie zabić kurę znosząca złote jajka (a franczyza bondowska warta jest ok. 20 miliardów dolarów!)
Osuszcie więc łzy wszyscy opłakujący filmowe unicestwienie Bonda, bo zaprawdę powiadam wam, że już wkrótce zostanie on wskrzeszony i pojawi się znów na ekranach, by uciekać, gonić, uprawiać seks i zabijać bezlitośnie arcy-łotrów wraz z towarzyszącymi im tabunami pomagierów (pod warunkiem, że nie zostanie do końca wytrzebiony przez polityczną poprawność, feminizację i co tam jeszcze „progresiści” nam szykują).
Jednakże wszystko wskazuje na to, że nie będzie to już Daniel Craig. Wprawdzie po „Spectre” aktor ten zastrzegał się, że prędzej „podetnie sobie żyły” niż wystąpi w następnym „bondzie” – i jednak pojawił się w „Nie czas umierać” (nigdy nie mów nigdy!) – to tym razem wszystko wskazuje na to, że ten ostatni film jest jego łabędzim śpiewem w serii, która angażowała go przez kilkanaście lat. „Granie Bonda to żart i wyzwanie – jest jak cholernie natrętny koszmar” – miał ponoć powiedzieć Sean Connery, dla którego wcielanie się w agenta 007 stało się ciężarem uziemiającym jego aktorską karierę, (jaka nota bene rozkwitła, kiedy już dał sobie spokój z udawaniem tego, że jest Bondem). Craig pewnie odczuwał podobnie, bo – jak wieść niesie – z pędzących motocykli, łodzi i samochodów przenosi się wprost na deski teatru by zagrać… Makbeta.

       Sam nie wiem jak mam potraktować to, że ostatni film o Bondzie miał swoją światową premierę w londyńskim Royal Albert Hall z udziałem członków rodziny brytyjskiej królewskiej (jak pisała prasa, znaleźli się wśród nich: The Prince of Wales, The Duchess of Cornwall and The Duke and Duchess of Cambridge, czyli, wyrażając się już bardziej po ludzku: książę Karol i jego żona księżna Kamila, książę William i jego żona księżna Katarzyna). Poza nimi – i resztą śmietanki towarzyskiej nie tylko Londynu – zjawiły się również występujące w filmie gwiazdy, z Danielem Craigiem (w różowej marynarce!) na czele. Oczywiście, że ten mariaż tronu z pop-kulturą (i brytyjską ekonomią) nie powinien dziwić, bo zarówno jedno, jak i drugie stanowi pożywkę dla masowej wyobraźni, ale czy infantylizm połączony z anty-intelektualizmem nie posuwa się tu za daleko?
Z pewnością Ianowi Flemingowi piszącemu na Jamajce swoją pierwszą książkę o Bondzie, nie śniło się, że oto powołuje do (fikcyjnego) życia najsłynniejszego agenta na świecie; że napisze jeszcze 11 tomów o jego przygodach, czy wreszcie: że powstanie 26+ filmów, których bohaterem będzie Bond, James Bond. Co ciekawe, on sam nie lubił tego gościa, który według niego miał być tylko „tępym narzędziem” służącym państwu i instytucjom od wydawania specjalnych poruczeń.  Bo cóż było nobliwego w facecie, który – wprawdzie sprawny fizycznie, ale bez żadnych wyższych kulturalnych ambicji – w chwilach „wolnych” zajęty był głównie piciem, uwodzeniem kobiet (w tym mężatek), grą w karty, jazdą samochodem i wypalaniem 60 papierosów dziennie? Kto wie, czy kreacja takiego „męskiego”, heteroseksualnego, ale zupełnie niezdolnego do głębszej refleksji gostka nie była cichą zemstą Fleminga za swój homoseksualizm? Bo to, że pisanie książek o Bondzie było dla niego ucieczką przed wypełnianiem małżeńskich „obowiązków”, wiadomo (chyba) na pewno.

James Bond – „tępe narzędzie” z licencją na zabijanie?

.  

       James Bond był też produktem post-wojennej i post-imperialnej Wielkiej Brytanii, która chciała zachować iluzję panowania nad światem – zwykle pod pretekstem ochrony Zachodu przed wrogami ze Wschodu. Ewentualnie przed katastrofą, którą gotowali ludzkości nieobliczalni wariaci, półobłąkani geniusze zła opanowani jakąś szatańską i morderczą idée fixe. Taki „produkt”/ktoś musi posiadać „licencję na zabijanie”, likwidować swoich przeciwników nie uważając ich za ludzi. No i nie może mieć z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia, bo przecież byłyby one czymś „nieprofesjonalnym”, a co gorsza: czymś zatruwającym śmiertelnie duszę. A że James był przy tym (w książkach Fleminga) homofobem, rasistą oraz seksistą…? Cóż, Nobody is Perfect!

       Łapię się teraz na tym, że do tej pory właściwie nic nie napisałem o samym filmie, marudząc coś o pop-kulturowym fenomenie i charakterze postaci Jamesa Bonda oraz związanych z nim wątkach pobocznych. Ale to dlatego, że jednak wydaje mi się to ważne, bo w jakiś sposób świadczy nie tylko o naszych czasach, ale i o nas samych – drążąc przy tym istotę jednej z ważniejszych ikon współczesnej kultury masowej i jej relację ze zmieniającym się wokół nas światem.
A może to zbyt szumnie powiedziane, bo wszystkie filmy z bondowskiej serii były przede wszystkim rozrywkową zabawką skrojoną pod gusta masowej publiczności i nie ma większego sensu przypisywać im jakichś głębszych epokowych znaczeń? Tym bardziej, że – jak już wspomniałem na początku – opierały się one na pewnej konwencji/formule, która zakładała daleko idącą umowność, rozbrajającą poniekąd generowany przez nią często absurd.
Rozsądźcie sami, ale według mnie – mimo swego eskapizmu i ludyzmu – wszystkie „bondy” jakimiś tam znakami czasu były. I takim znakiem czasu jest również „bond” ostatni.

       Wprawdzie „Nie czas umierać” nie jest tak nasycony sadyzmem i cynizmem, jak seriale telewizyjne, które święcą ostatnio tryumfy na platformach streamingowych (wręcz przeciwnie: twórcy filmu starają się Bonda oraz tych, którzy wspomagają go w zmaganiu się z nikczemnikami „uczłowieczyć”) to jednak nad całością ciąży atmosfera jakiejś katastroficznej dekadencji, no i oczywiście trup ścieli się gęsto, głównie za sprawą wyczynowej sprawności strzelecko-likwidacyjnej Bonda (bo, jak widać, mimo wzmożonej wrażliwości feministyczno-genderowo-rasowej progresistów, masowe zabijanie na ekranie – zwłaszcza to wzbudzające aplauz widowni – nadal ma się w popkulturze świetnie).

       Jak na ironię, to co miało „zmiękczyć” bondowski charakter, wprowadzić pewną korektę do DNA odpowiedzialnego za kreację kolejnych klonów serii, zadziałało moim zdaniem na niekorzyść filmu, rozbijając go formalnie i stylistycznie. Mnogość wątków – ich zagmatwanie, brak ciągłości w budowaniu napięcia – nie tylko tego wynikającego z akcji, ale i dotyczącego emocji… wszystko to sprawiało, że film się nieco rozłaził, nie trzymając się kupy. Kilka świetnie nakręconych sekwencji z szaloną jak zwykle akcją, tylko to wrażenie potęgowało.
Trzeba przyznać, że jakość produkcji tego filmu jest na najwyższym poziomie, jego aparycja robi wielkie wrażenie, wiele kadrów prezentuje się na ekranie fantastycznie… Wszystko wskazuje na to, że te 250 mln. dolarów, jakie wydano kręcąc ten film, nie poszło na marne. Jednakże, jak mi się wydaje, niektóre sceny wstawiono do filmu cokolwiek na siłę, tylko ze względu na ich widowiskowość (jak np. totalna rozwałka z udziałem Any de Armas na Kubie), bo prawie niczego nie wnosiły do opowiadanej historii (rozwlekając przy okazji film do tych 2 godzin 40 minut, co nawet niektórym z tych najbardziej zagorzałych fanów Bonda, wydało się przesadą.) Gorzej jest więc z warstwą fabularną, co pewnie jest winą zbyt wydeliberowanego scenariusza.

W „Nie czas umierać” nie ma już „dziewczyn Bonda”. Wieczny kawaler w monogamicznym związku? (Léa Seydoux i Daniel Craig)

.

Skoro mowa o wadach filmu wspomnę jeszcze o dwóch według mnie dość istotnych:

  • Brak chemii miedzy Bondem i jego partnerką Madeleine (Léa Seydoux) oraz mizerna wiarygodność tego związku, wynikająca prawdopodobnie z wkładu Phoebe Waller Bridge, dokooptowaną do tworzącego scenariusz teamu (oprócz niej: Neal Purvis, Robert Wade Cary i reżyser filmu Joji Fukunaga), która postanowiła wprowadzić doń „świeżą kobiecą” perspektywę, czyniąc występujące w filmie kobiety bardziej „ludzkimi”, a nie tylko seksualnymi obiektami, jakimi były dotychczas „dziewczyny Bonda” (co jest tylko częściową prawdą, bo jednak silne i niezależne kobiety w orbicie Bonda się pojawiały). Tutaj jednak coś nie zagrało: postać Madeleine okazała się tworem sztucznym, bo ani nie dorastała do standardu urody występujących w Bondzie kobiet (których pewien rodzaj glamour zawsze był znakiem firmowym), ani jej „zwyczajność” nie była autentyczna, gdyż scenariusz wpakowywał ją w taką rolę i sytuacje, w jakich „zwyczajna” dziewczyna nigdy nie mogłaby się znaleźć – więc po co udawać? (Nie mówiąc już o tym, że na ekranie bardziej przypominała córkę Bonda, niż jego partnerkę/kochankę… ale to w sumie drobiazg.) Na domiar złego Bond spłodził z nią dziecię, (o czym dowiedział się pięć lat po fakcie!), które oczywiście też musi bronić przed złoczyńcami, przy okazji pałając (nagle) do niego czymś w uczuciowym repertuarze Bonda niesłychanym: ojcowską miłością! Swoją drogą wykorzystanie dziecka w tych wszystkich naładowanych przemocą, gwałtem i zabijaniem scenach uważam za niedopuszczalne nadużycie (jakoś kłóci mi się to z feministyczną i progresywną wrażliwością), a sentymentalna do granic śmieszności maskotka dziecka zatknięta za pas Bonda w finałowej scenie, to już według mnie zupełne przegięcie.
    Prawdę mówiąc to, że – idąc dalej po feministycznej linii – w roli agent(a)(ki) 007 obsadzono czarnoskórą kobietę (Lashana Lynch), zupełnie by mi nie przeszkadzało, gdyby dano jej do odegrania bardziej kompleksową postać, a nie tylko genderowy rekwizyt na doczepkę Bondowi – prawdziwemu agentowi 007! No ale żyjemy w czasach, kiedy czarnym kolorem skóry i kobiecą płcią należy się cieszyć i chlubić – w przeciwieństwie do białego koloru skóry i płci… za przeproszeniem… męskiej, która stała się cokolwiek podejrzana i wstydliwa. Nie na tyle jednak, by miało to pozbawić testosteronu Bonda.
  • „Nie czas umierać” ma też według mnie problem z tzw. „villainami” (ubolewam tu nad brakiem odpowiedniego polskiego słowa – bo złoczyńca, drab, łotr czy nawet padalec nie oddają adekwatnie kogoś, kto niby Diabeł ex-machina skupia w sobie wszelkie zło filmowego universum – i bez kogo miotanie się po świecie Bonda w zabójczym amoku nie miałoby żadnego sensu). W „Nie czas umierać” takim adwersarzem jest Lyutsifer Safin (podobieństwo do słów Lucyfer i Szatan jak najbardziej nieprzypadkowe – prawdę mówiąc to autorzy scenariusza mogliby się wysilić na mniej dziecinną/trywialną aluzję i skojarzenie) grany przez sztywnego do bólu Ramiego Maleka. Postać tak sztuczna i wydumana, dziwacznie i marnie wpleciona w intrygę, z tak absurdalnym i niewydarzonym pomysłem na zagładę świata, że nawet najlepsze chęci, by się go wystraszyć, nie pomogły mi w kinie powstrzymać się od westchnienia: really?! James Bond ma swój ciężar właściwy, który wymaga podobnego ciężaru po drugiej stronie, by porządnie zmierzyć się z przeciwnikiem. A tu… beka! Bo po drugiej stronie jest jakieś eteryczne dziwadło. Również pojawienie się w filmie arcy-wroga Bonda Blofelda (Christoph Waltz à la Hannibal Lecture) – ikonicznej ponoć dla całej serii postaci – jest bez sensu, bo to właściwie nic nie wnoszący do filmu epizod, podobnie jak wiele scen w filmie obliczonych na tani efekt (choć pewnie całkiem kosztownych). W filmie widzimy też kilku innych drabików pomniejszych, ale to pewnie tylko po to, by dostarczyć mięsa armatniego dla agentów M16. Innymi słowy: tak niski poziom złoczyńców to dla Bonda prawdziwy afront.

       Nie wiem, być może trochę zapędziłem się z tą krytyką ostatniego Bonda, traktując go zbyt poważnie? I wychodzę na nudziarza, który psuje zabawę innym? Nie chcę tego robić więc namawiam do spotkania się z „Nie czas umierać” w kinie i osadzić film samemu – zobaczyć go na własne oczy i doświadczyć na własnej skórze. Moja żona wyszła z sali kinowej trochę roztrzęsiona, bo akurat trafiliśmy na seans w systemie Dolby i przy każdym wybuchu, kraksie i większej demolce trzęsły się pod nami fotele – co ja miałem gdzieś, ale moja żona już nie bardzo.

       Jak już powiedziałem, produkcja filmu – jego strona techniczna i wizualna – jest na najwyższym poziomie. Niektóre ujęcia kamery są niesamowite, sceny akcji zrealizowane perfekcyjnie, niezwykle pomysłowo i piekielnie dynamicznie. A i aktorstwo całkiem niezłe – zaś w przypadku Craiga i Ralpha Fiennesa to nawet świetne. W ogóle cała seria z Bondem, w której wystąpił Daniel Craig jest dobra – pięć filmów z nim na przestrzeni 15 lat to jest jednak spore osiągnięcie. Mimo zamknięcia w pewnej formule, wyłamywały się one niektórym schematom, również dzięki kreacjom Craiga, jego niewątpliwemu, choć nie tak oczywistemu, seksapilowi i mocnej fizycznie ekranowej prezencji, o kompetencji aktorskiej nie wspominając. Z tych pięciu filmów co najmniej dwa są naprawdę bardzo dobre. Mam oczywiście na myśli „Casino Royale” i „Skyfall”. „Nie czas umierać” pozostanie jednak za nimi w tyle – mimo tego, że jest to chyba pierwszy w czasach pandemii prawdziwy hit kinowy na taką skalę. Tylko czy świadczy to o jego klasie, czy też może widownia na całym świecie stęskniła się już tak bardzo za wielkim ekranem?

*  *  *

6.5/10

KIEDY RZĄD JEST TWOIM WROGIEM – o książce Howarda Zinna „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”

Historię cały czas poddaje się rewizji (z tego powodu nieustannie odnosimy wrażenie, że się ona zmienia, choć przecież to, co się stało w przeszłości nie może ulec zmianie) dlatego warto być świadomym tego, w jakim kierunku te rewizje zmierzają i co je powoduje, gdyż nie tylko wpływa to na naszą teraźniejszość, ale będzie decydować o naszej przyszłości. Niedawno przeczytałem książkę Adama Leszczyńskiego „Ludowa historia Polski” (z moim tekstem na jej temat zapoznać się można TUTAJ), teraz przyszła kolej na pozycję, która była niejako jej wzorem. Chodzi o pracę Howarda Zinna „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”, jaka w ostatnich latach miała wielki wpływ nie tylko na to, jak Amerykanie, zwłaszcza młodzi, postrzegają swoją przeszłość, ale również na ich stosunek do siebie samych. Niestety, nie jestem pewien czy jest to wpływ dobry.

.

      Książka Howarda Zinna ukazała się po raz pierwszy w 1980 roku, natychmiast zwracając na siebie uwagę, jako alternatywna przeciwwaga wobec tradycyjnej, obowiązującej dotychczas narracji historycznej, (którą Zinn nazywa wprost „fundamentalnie nacjonalistyczną gloryfikacją” Stanów Zjednoczonych). Zajmowała się ona niemal całkowicie elitami, establishmentem, polityką mainstreamową, tzw. „mężami” stanu i prezydentami; budowaniem gospodarczej i militarnej potęgi państwa; ludźmi znanymi, bogatymi, posiadającymi władzę; rolą i znaczeniem Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej jako państwa wyjątkowego, niemal zawsze lokującego się po tej stronie słusznej i prawej, broniącego wolności, demokracji, praw człowieka i sprawiedliwości. Wreszcie: opartego na fundamentach stworzonych przez szlachetnych, pełnych dobrej woli Ojców Założycieli, z konstytucyjną mantrą zapewniającą wszystkim obywatelom boskie w swej proweniencji, a więc nienaruszalne prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia.
Zinn argumentował, że jest to w zasadzie historia widziana z perspektywy 1% uprzywilejowanych (białych) amerykańskich elit i garstki ludzi rządzących, która praktycznie pomija 90% społeczeństwa (ludu) i nie zajmuje się w ogóle szerokimi rzeszami ludzi rządzonych: zwłaszcza biednymi, poddawanymi opresji, wyzyskiwanymi, pozbawionymi de facto praw obywatelskich – a takimi byli oczywiście czarni niewolnicy, Indianie, kobiety; marnie opłacani i niemiłosiernie eksploatowani przez magnatów przemysłowych robotnicy – ludzie z najniższych klas społecznych, żyjący w opłakanych warunkach, egzystujący w permanentnej nędzy. Oni wszyscy byli przez establishmentowych historyków ignorowani (obowiązywała perspektywa uznająca porządek ustalany top-down), więc Zinn postanowił stworzyć taką narrację historyczną, która uwzględniła by wreszcie ich punkt widzenia (i znaczenie społecznych przemian typu bottom up). Napisał więc książkę, której wcześniej szukał, ale jakiej nie znalazł, bo dotychczas żaden historyk nie zajął się historią Stanów Zjednoczonych opowiedzianą z perspektywy „ludu”.

       Tak się jednak stało, że to co miało być suplementem i uzupełnieniem („wypełnieniem luki”) dotychczasowych opracowań historycznych, z czasem przeniknęło do edukacyjnego mainstreamu i zaczęło tam dominować („Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” do dzisiaj sprzedała się w ilości blisko 2.5 mln. egzemplarzy, co jest ewenementem, jeśli chodzi o publikację tego typu). Początkowa polemika z tezami zawartymi w książce i jej charakterem została wyparta, a jej miejsce zajęła „jedynie słuszna” narracja (nie tylko historyczna, ale i medialna oraz polityczna) – czego skutków coraz bardziej doświadczamy obecnie. Jeśli więc chcemy zrozumieć to, co się dzieje teraz z amerykańskim społeczeństwem w kontekście fenomenu woke, masowych zamieszek i protestów, obalania pomników, ruchów Me Too, Black Lives Matter i LGBT, aplikacji krytycznej teorii rasy… czyli coraz bardziej ostrego skręcania Ameryki w lewo, to właśnie casus książki (i postawy ideologicznej) Zinna może nam wiele wyjaśnić oraz pomóc w identyfikacji oraz zrozumieniu źródła tych wszystkich zjawisk, które przypominają coś w rodzaju pełzającej rewolucji. Według mnie jest to proces niebezpieczny i w tej rozprawce postaram się wykazać, dlaczego.

       Ktoś może zapytać: dlaczego niebezpieczny? Bo co jest złego w tym, że współczuje się ludziom pokrzywdzonym i solidaryzuje z nimi? Dlaczego mamy pomijać milczeniem niegodziwości tych, którzy posiedli olbrzymie bogactwa (w domyśle: kosztem innych) i mają ogromną władzę (nad „małymi” zwykłymi ludźmi)? Czy zagranicznej polityce Stanów Zjednoczonych (która ma na względzie tylko dobro Ameryki) oraz wszczynaniu wojen przez polityków (którzy zawsze pilnują interesów wielkich korporacji i bogatej elity) należy zawsze przyklaskiwać? Wreszcie: czy domaganie się sprawiedliwości społecznej dla coraz szerszych grup ludzi; otaczanie opieką tych, którzy do tej pory byli (i nadal są) krzywdzeni, ignorowani i wykorzystywani – wzgląd na słabych, dyskryminowanych, wywodzących się z mniejszości etnicznych jest czymś złym?
Oczywiście nie jest. Problemy pojawiają się wtedy, kiedy rzeczywistość zaczyna się przedstawiać tylko w wersji czarno-białej: rządząca i bogacąca się elita to sami niegodziwcy i nikczemnicy (w terminologii komunistycznej: wyzyskiwacze i „krwiopijcy”), zaś ci rządzeni, pozostający w ekonomicznej zależności, to wyłącznie ludzie poddani opresji, wyzyskiwani i krzywdzeni, zwykle będący „nawozem” dziejów. A dzieje się tak dlatego, że system ekonomiczno-społeczny i polityczny istniejący w Stanach Zjednoczonych od początku istnienia tego państwa jest do szpiku kości zły. Naturalnie, krwawicę wysysa z ludzi kapitalizm i rządzące elity podporządkowane interesom 1% stanowionego przez bogaczy.
Taka jest generalnie teza książki Howarda Zinna.
Niestety, jak sądzę, to przesłanie nie bierze się tylko z empatii autora, jego wrażliwości na ludzką krzywdę czy społeczną niesprawiedliwość, ale również (może nawet przede wszystkim?) z jego fiksacji ideologicznej. Bo przecież Zinn – (najprawdopodobniej) były członek partii komunistycznej – nigdy nie ukrywał tego, że jest człowiekiem lewicy („wierzę w demokratyczny socjalizm”), a jego postawa i zachowanie często jednoznacznie wskazywały na to, że jest człowiekiem lewicy radykalnej. Zresztą on sam określił się expressis verbis radykałem.

       Chcę tu być dobrze zrozumiany: ja szanuję ludzi, którzy mają lewicowe poglądy (sam podzielam niektóre z nich), uznaję też ich wagę w społeczno-politycznym dyskursie – pod warunkiem, że nie są one wywrotowe, nawiedzone, radykalne, ślepe i głupie. Toleruję je do momentu, kiedy stają się (jak to się teraz zwykło niezbyt elegancko nazywać) „lewackie”. (Lewak, według mnie, to taka pozerska – często koncesjonowana, zakłamana, oportunistyczna i zmemowana – wersja lewicowca. Swego czasu podobnym tworem dziwolągiem był lewicowiec kanapowo-kawiorowy.)
Nie uważam jednak, że to wszystko, co napisałem przed chwilą o „lewakach”, odnosi się do Howarda Zinna (jest to bowiem człowiek bardzo inteligentny – zbyt świadomy i posiadający szeroką wiedzę), ale że ideologia jaką wyznaje dyskwalifikuje go jako historyka, zaś do jego aktywizmu należy podchodzić krytycznie i ostrożnie.
Gdyż moim zdaniem ideolog nie może być wiarygodnym historykiem. Zwłaszcza nie może być nim ktoś, kto jest bardziej aktywistą niż naukowcem – a kimś takim jest właśnie Zinn. Jego jednowymiarowe i jednostronne – często pozbawione przez to głębi i kompleksowości – przedstawienia historyczne, jakie spotykamy w omawianej tu książce, za bardzo zbliżają się do agitacji, czy wręcz propagandy. Inspirując przy tym lewackie właśnie zachowania, uwodząc pedagogów, indoktrynując dzisiejszą młodzież (o lewicowym wzmożeniu hollywoodzkich „gwiazd” nie wspominając).
Wydaje się, że Zinn robi to w dobrej wierze (nie podejrzewam go o cynizm) usprawiedliwiając swoją, wynikającą z wyznawanej przez siebie ideologii, historyczną metodologię w ten sposób:

  • W świecie głodnym rozwiązań powinniśmy przywitać z zadowoleniem pojawienie się historyka jako uczonego aktywisty, który rzuca się wraz ze swoimi pracami w szalone mechanizmy historii w imię wartości, w które głęboko wierzy. (…) Nie sprzeciwiam się zatem selekcji, podkreślaniu pewnych faktów, są to bowiem [dla historyków] praktyki nieuniknione. Zniekształcenie dokonywane przez historyka ma charakter nie tyle techniczny, co ideologiczny i dotyczy świata rywalizujących wpływów, w którym każdy wybrany rozkład akcentów wspiera czyjeś interesy – ekonomiczne, polityczne, rasowe, narodowe lub płciowe.

       Trudno o bardziej wyrazistą wykładnię stronniczego uprawiania historii przez ideologa, stosującego wybiórczość, ignorującego niewygodne fakty, faworyzującego jedne podmioty polityczne i społeczne kosztem innych… Niestety, przy takim podejściu, śmiechu wartą mrzonką staje się nie tylko obiektywizm, ale i prawda a nawet sprawiedliwość, której pełne usta mają zwykle lewicowcy.
Koniec końców, wszystko wskazuje na to, że Zinn, pisząc swoją książkę, bardziej zainteresowany był tym, aby stała się ona orężem walki klasowej niż tym, by krzewiła historyczną wiedzę. Jest to typowo marksistowskie podejście, które przecież już nieraz w historii (właściwie zawsze) zawodziło swoich wyznawców na manowce.

.

Lawrence Textile Strike, 1912 (Library of Congress)

.

       Artur Domosławski w przedmowie do polskiego wydania „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” pisze: „Opowieść Zinna o Ameryce to opowieść o doświadczeniu podboju i eksterminacji (dużej części autochtonów), a następnie zniewolenia (części mieszkańców uprowadzonych z Afryki), wyzysku i manipulacji. Zniewala, wyzyskuje i manipuluje wąska elita polityczna i gospodarcza, jej ofiarą jest większość Amerykanów. Klasa średnia to bufor oddzielający elitę od biedoty – genialny wynalazek rządzących, gwarant trwałości systemu i jeden z wehikułów amerykańskiego mitu. System utrzymują przy życiu dwa niepodważalne ideały: własności prywatnej i patriotyzmu. Pierwszy gwarantuje elicie dominację. Drugi – stwarza pozór narodowego konsensusu. Zinn uważał, że oba są zakłamane.”

       Podzielam wiele zapatrywań Zinna – zwłaszcza jeśli chodzi o niewolnictwo i długo utrzymujący się na amerykańskiej ziemi rasizm, politykę Stanów Zjednoczonych wobec rdzennej ludności indiańskiej (choć nie nazwałbym jej planową eksterminacją), jego sprzeciw wobec wojny w Wietnamie, jak również solidarność z tymi, którzy walczyli o swobody obywatelskie, prawa socjalne, polepszenie warunków pracy, prawa kobiet… Sam nienawidzę wojny, darzę głęboką niechęcią militaryzm, żywię podejrzenia wobec każdej władzy, odrzucam akceptację imperializmu i kolonializmu, uważam za zbrodnię podbój innych państw i narodów… etc. Jednak mocno polemizowałbym z niektórymi przekonaniami Zinna, na które zwrócił powyżej uwagę Domosławski.
– Na przykład trudno mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że tym co robiła amerykańska elita polityczna i gospodarcza w historii państwa, było głównie wyzyskiwaniem i manipulowaniem większości Amerykanów. Owszem, niektóre aspekty tej dominacji można było tak postrzegać, ale należy na to spojrzeć bardziej kompleksowo, głębiej i z większego dystansu, zachowując przy tym właściwe proporcje. Gdyż było to także budowaniem potęgi gospodarczej Stanów Zjednoczonych, która w konsekwencji zaczęła jednak służyć dobru większości społeczeństwa. Dzięki sile militarnej państwa zwalczono faszyzm. Stany Zjednoczone – zwłaszcza po II wojnie światowej – stały się na tyle krajem dobrobytu – rozwiniętym i cywilizowanym – że budziły zazdrość całego świata. W pewnym okresie nie było chyba na świecie kraju, by tak wielka część społeczeństwa żyła na tak wysokim poziomie materialnego komfortu, ciesząc się przy tym szerokimi swobodami obywatelskimi, czy wolnością słowa. To dlatego na całym globie zaczęto Amerykę naśladować (niestety, najczęściej odbywało się to w sferze pop-kultury i śmieciowego jedzenia), a miliony imigrantów chciało (i nadal chce) za wszelką cenę do Stanów Zjednoczonych zewsząd się dostać – tu żyć i pracować (sam jestem tego przykładem). To również są historyczne fakty, w dużej mierze definiujące amerykańską cywilizację oraz panujący tu system polityczny i ekonomiczny, ale Zinn w całej tej swojej 900-stronicowej cegle nie wspomina o nich ani razu. Zamiast tego możemy u niego natrafić na takie interesujące passusy: „My nie pokonaliśmy faszyzmu, raczej, podstawowe faszystowskie elementy, takie jak militaryzm, rasizm, imperializm, zostały zaabsorbowane przez zatrute już kości zwycięzców.”  Sic! Nic więc dziwnego, że polska (lewicowa) Krytyka Polityczna, która książkę Zinna wydała, swojej prezentacji tej pozycji nadała tytuł: „Faszystowskie Stany Zjednoczone”.
– Dalej: dobrobyt klasy średniej powstał nie dlatego, że rządzący chcieli stworzyć „bufor oddzielający elitę od biedoty” i dlatego można to nazwać ich „genialnym wynalazkiem”. To jest jednak strasznie przewrotna i w rzeczy samej kłamliwa i niemądra supozycja – że ponoć rząd, stwarzając klasie średniej warunki do życia na wysokim poziomie, robił to tylko dlatego, żeby spacyfikować i unieszkodliwić niższą klasę społeczną i odgrodzić się od ludzi żyjących w ubóstwie, zagrażającym „trwałości systemu”.
Owszem, dobrobyt klasy średniej zapewnia w dużym stopniu trwałość systemu, jest również – taki drobiazg przeoczony przez Zinna – jest wykładnikiem bogactwa państwa, w którym ta klasa średnia żyje i prosperuje. Nie jest jednak jakimś „genialnym” (w domyśle: diabelskim bo podstępnym) wynalazkiem rządu i elit umożliwiającym im „manipulację” całym społeczeństwem.
– And last but not the least: „dwa niepodważalne amerykańskie ideały: własności prywatnej i patriotyzmu” nie są bynajmniej „zakłamane” (choć czasem – może nawet często – są tak traktowane i przez niektórych polityków wykorzystywane), ale rzeczywiście stanowią dość ważną gwarancję stabilności sytemu – co przecież nie może być zarzutem, jeśli ów system służy wzrostowi dobrobytu większości społeczeństwa i bezpieczeństwu państwa. Domosławski zwraca uwagę na przekonanie Zinna o „przewrotnej doskonałości amerykańskiego systemu: posiada on tyle zaworów bezpieczeństwa, że głębsza jego transformacja, na przykład w kierunku egalitarnym, jest praktycznie niemożliwa”. Ale najwidoczniej Zinnowi nie przychodzi do głowy, że to, co on uważa za wadę systemu, może być jednak (i w rzeczywistości, jak dotychczas, jest) jego zaletą, zapewniającą ciągłość i stabilność państwa. Choć przy tym wcale nie oznacza jego skostnienia i niereformowalności, o czym również świadczą historyczne fakty.

       I tak dotarliśmy to jeszcze jednej uderzającej cechy książki Zinna: dla niego walka opresjonowanych obywateli z opresyjnym rządem, który jest tych obywateli wrogiem, stanowi nigdy niekończące się continuum dlatego, że niezmienny pozostaje opresyjny w swej istocie system (w domyśle: ustrój kapitalistyczny). Dlatego należy zastąpić go socjalizmem. Kiedy pytano Zinna, czy nie obawia się tych wszystkich złych skutków, gdyby ewentualnie taki ustrój (o jaki on de facto walczy) wprowadzono, Zinn dość rozbrajająco odpowiedział, że on tych złych skutków nie widzi (bo ich teraz nie ma), widzi za to złe skutki działania kapitalizmu (bo te już są). A mnie, wobec tego stwierdzenia, zastanawia ślepota tych, którzy przecież mogą się dokładnie zapoznać ze złymi (tragicznymi wręcz) skutkami działania socjalizmu np. w byłych krajach tzw. „demokracji ludowej”, gdzie idee Marksa (które notabene przeżywają dzisiaj kolejny renesans) starano się wprowadzić w życie. No ale to jest ślepota na własne życzenie – nieuleczalna, bo oporna na ewidencję faktów.

       Jak już napisałem, bliskie mi są niektóre poglądy Zinna – jego odczuwanie niesprawiedliwości społecznej i ludzkiej niedoli; patrzę też podobnie na wiele aspektów amerykańskiej rzeczywistości, ale zdecydowanie nie podzielam jego wiary w demokratyczny socjalizm, a tym bardziej w komunizm. Ten ostatni ustrój uważam w konsekwencji (kiedy uzyskuje sankcję państwową) za tyrański i nieludzki. Zresztą nigdy nie udało się go wcielić w życie w nowożytnej erze funkcjonowania wielkich grup społecznych, bo jest on czystą – czy też raczej brudną – utopią. Gdyby (deklarujący powszechną sprawiedliwość i równość) komuniści przejęli władzę, to byłoby to tak samo tragiczne w skutkach, jak wtedy, kiedy władzę polityczną w państwie przejąłby Kościół Katolicki (głoszący z kolei wszechmiłość). Dlatego nie dowierzam żadnym politycznym deklaracjom, zwłaszcza tym, które głoszą, że Cię bezgranicznie ukochają, zbawią i od wszelkiego zła – ostatecznie i raz na zawsze – wyzwolą.
Jeśli zaś chodzi o demokratyczny socjalizm, to sądzę, że usiłowanie wprowadzenia go w Stanach Zjednoczonych skończyłoby się nieobliczalną katastrofą (dlatego rację miał Donald Trump nazywając Sandersa „Szalonym Bernie” – i piszę to wbrew temu, że był czas, kiedy Bernie Sanders cieszył się u mnie pewną sympatią).

.

Demonstracja w Waszyngtonie w proteście przeciwko „rasowej niesprawiedliwości” oraz „brutalności policji” w związku ze śmiercią zatrzymanego przez policję George’a Floyda (fot. Lucas Jackson/Reuters)

.

       Zarzuty jednostronnego przedstawienia historii Stanów Zjednoczonych w pracy Zinna, jakie pojawiły się zaraz po jej publikacji, okazały się jednak uzasadnione – wbrew zaprzeczeniom autora i jego apologetów, twierdzących, że książka ma być jedynie dodatkiem i uzupełnieniem dotychczasowej narracji historycznej. Jednakże, wobec faktu, że nie tyle zaczęła ona wypełniać lukę i suplementować tę narrację, co ją wypierać – tudzież dominować podejście (w szkołach i na uczelniach, w mediach i polityce) do amerykańskich dziejów – stwierdzić można, iż jeszcze bardziej zniekształciła ich obraz, czy wręcz je zafałszowała.
Przypomnę, co napisał kiedyś Zinn, który uważał (podaję to za Domosławskim), że problemem amerykańskiej historiografii nie są bynajmniej kłamstwa, co przemilczenia: „Gdy mówią ci kłamstwa, można je zweryfikować. Kiedy coś jest pominięte, nie ma jak się o tym dowiedzieć.” Domosławski, który notabene wydaje się spijać każde słowo Zinna, jako prawdę objawioną, tak charakteryzuje intencje tego ostatniego: „[Zinn] nie chciał wyrzucać na śmietnik innych podręczników, pragnął, by nauczyciele w szkołach i na uczelniach sięgali po jego książkę, ukazującą inną, równie uprawnioną perspektywę – w trybie uzupełnienia i skomplikowania nazbyt jednoznacznego, niekompletnego, a przez to zafałszowanego obrazu zdarzeń.”
Jak się jednak okazuje, Howard Zinn sam wpadł we własne sidła, bo właśnie dlatego, że jego podejście do amerykańskiej historii jest zdecydowanie (metodycznie wręcz) wybiórcze, stronnicze, jednoznaczne oraz niekompletne – a przez to pomijające najistotniejsze aspekty (fakty) tej historii i pozbawiające je szerszego kontekstu – to można powiedzieć (stosując optykę Zinna, a nawet jego własne słowa), że  Historia ludowa Stanów Zjednoczonych, której jest autorem, przedstawia zafałszowany obraz zdarzeń.

*  *  *

      Zinn wielokrotnie podkreśla w swojej książce to, że jedność narodowa Amerykanów jest jednością iluzoryczną. Stany Zjednoczone tak naprawdę wcale nie są zjednoczone. Mimo że Ojcowie Założyciele głosili jedność całego narodu – co nawet zapisano w stworzonej przez nich Deklaracji Niepodległości i w Konstytucji – to w rzeczywistości tej jedności nigdy nie było. Mało tego, ów brak jedności jest ciągle podtrzymywany przez elity rządzące. Jeśli istnieje jakaś jedność, to jest to „sztuczna jedność bardzo uprzywilejowanych i nieco uprzywilejowanych” i jest ona „jedyną formą solidarności w społeczeństwie”. „Innymi słowy – pisze dalej Zinn – 99 procent społeczeństwa powinno pozostać podzielone na niezliczone sposoby i dawać upust swojej frustracji, walcząc między sobą”.
Oczywiście Zinn ma wiele racji – tak postępują często politycy – ale to nieprawda, że istotą i rdzeniem amerykańskiego narodu jest brak jedności, permanentna wrogość, walka i konflikt. Naturalnie ścierały się tu (i nadal ścierają) różne grupy interesów i poglądy, ale państwowa ciągłość Stanów Zjednoczonych oraz utrzymująca się tu mimo wszystko tożsamość narodowa jest dowodem na to, że Amerykanie z czasem wyzwalali się z dzielących ich podziałów, a ogromna ich większość zaaprobowała występującą w Stanach – jak chyba w żadnym innym kraju na świcie – różnorodność etniczną i kulturową czy wreszcie rasową (wbrew ostatnim pomówieniom ze strony lewicy, że nadal szaleje tu rasizm, który na dodatek jest „systemowy”). Lecz Zinn twierdzi, że każdy amerykański rząd jest nikczemny, podstępny, zakłamany i działający w złej sprawie, i aby to udowodnić posuwa się do takich np. kuriozalnych przykładów: „Jakże sprytnym rozwiązaniem jest wożenie autobusami ubogiej czarnoskórej młodzieży do szkół w dzielnicach białej biedoty, by zrodzić między nimi konflikty”. Czyli, według Zinna, nie robi się tego dlatego, żeby społeczność integrować i wzajemnie asymilować, a wprost przeciwnie: żeby ją konfliktować, bardziej podzielić i zantagonizować. Sic!

       Ostatnie wydarzenia i rozwój sytuacji w Stanach Zjednoczonych wskazują jednak na to, że następuje zwrot w kierunku zwiększania i zaostrzania podziałów w społeczeństwie, ale ma to zupełnie inne przesłanki i źródła, niż te, o których mówił Zinn, umieszczający przyczyny tych podziałów w jądrze amerykańskiego systemu ekonomicznego i politycznego. Moim zdaniem wynikają one z czegoś zupełnie innego – i jest to zjawisko socjologiczne mające bardziej podłoże psychologiczne, niż ustrojowe czy ekonomiczne.

       Aby to wyjaśnić, pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż wszystko wskazuje na to, że jesteśmy zaprogramowani na trzymanie się jednej strony jakiejś kulturowej narracji (wywodzącej się z religii, polityki, etnicznego backgroundu, rodzaju edukacji… z wszystkiego, co konstytuuje naszą osobowość i światopogląd). To właśnie dlatego fakty zwykle nie zmieniają naszego sposobu widzenia świata – naszego postrzegania rzeczywistości czy też podejścia do prawdy. Nasza „prawda” jest więc często tylko przekonaniem lub zaledwie przypuszczeniem. Tak naprawdę nie widzimy rzeczywistości, tylko jej przedstawienie, które z kolei interpretujemy, przepuszczając to przez filtr naszej percepcji. Wszyscy żyjemy we mgle mitów – również tych historycznych – zwanych kulturą. A teraz, w dobie masowej (dez)informacji, ta kultura staje się coraz bardziej rozcieńczona i zafałszowana, przez co mamy wrażenie, iż żyjemy w jakiejś erze zagmatwania i post-prawdy.
Według mnie tym właśnie można wytłumaczyć to, co się dzieje obecnie z ludźmi nie tylko w Ameryce, ale i w innych krajach – coraz bardziej podzielonymi i od siebie odseparowanymi – zamykającymi się w swoich bańkach, okopującymi się na własnych pozycjach. Z gniewem reagującymi na poglądy inne, niż wyznawane przez nich samych. Nietolerującymi innego zdania, czy odmiennych opinii i dlatego usuwającymi reprezentujących je ludzi ze swojego pola widzenia, wyrzucającymi ich poza krąg własnego doświadczania świata, bo ci burzą im spokój obrazów tworzonych przez przyjęte już przez nich fikcje i własne iluzje. To dlatego tak ławo jest ludźmi manipulować, antagonizować ich i dzielić. Ponadto, wojna idei – jak każda wojna – jest bardziej destrukcyjna, niż konstruktywna, a jej pierwszą ofiarą jest nie tylko święty (s)pokój, ale i rozum.
Stąd właśnie bierze się „cancel culture” – kultura wykluczania, która jest niczym innym, jak pseudo-kulturą zamykania się i ograniczania (często ogłupiania) na własne życzenie. Nie ma już żadnego dialogu – jest tylko obrzucanie się inwektywami i memami, które odbijają się od obrzucanych, jak ten groch od ściany.
Zjawiska te zaczęły obejmować wszystkie sfery kultury, przenikając do polityki i mediów, a nawet do ekonomii, czy też właśnie do szkół, uczelni i systemów nauczania – w tym nauczania historii. „Wyszły” też na ulice – o inwazji tzw. „społecznościowych” forów nie wspominając.

Martin Luther King: „Wszystko, co widzimy, jest cieniem rzucanym przez to, czego nie widzimy”

.

       Najwięcej miejsca i uwagi w „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” poświęca jej autor buntom i protestom ludzi, którzy czuli się w jakiś sposób pokrzywdzeni – zniewolonych czarnoskórych, wyzuwanych z ziemi autochtonów, pozbawionych praw obywatelskich i zepchniętych na margines społeczny kobiet, nisko opłacanych i eksploatowanych do granicy fizycznej wytrzymałości robotników, pomiatanych przez oficerów szeregowych żołnierzy, czy przetrzymywanych w nieludzkich warunkach więźniów. Trudno się nie solidaryzować z Zinnem w tym pochyleniu nad autentyczną ludzką krzywdą.
W książce mamy też szeroki opis ruchów robotniczych, zakładania i działania przeróżnych, bardziej lub mniej radykalnych partii socjalistycznych, także komunistycznych, przy czym autor w żadnym miejscu nie wyjaśnia dlaczego partie te nigdy nie zdobyły szerokiego poparcia w społeczeństwie. O tym, że związki zawodowe, które – zwłaszcza w początkach swojej działalności – wywalczyły dla robotników lepsze warunki pracy, prawa socjalne i podwyżki płac, ale z czasem zamieniły się w para-mafijne organizacje dbające tylko o swoje wpływy i apanaże, lekceważące położonych niżej w hierarchii związkowej członków, Zinn wspomina jakby mimochodem.
Nader rzadko wtrąca sugestie, że również kapitaliści – elita rządząca i przemysłowa magnateria – starała się niekiedy polepszyć, czy nawet zreformować system na korzyść robotników. W zupełności pomija działalność bogatej elity na rzecz społeczeństwa, ich wkład w kulturowy rozwój kraju czy polepszenie warunków socjalnych, w jakich żyły klasy niższe.
Nie wyjaśnia też – o czym już wspomniałem – powodów, dla których miliony ludzi z całego świata emigrowało do Stanów Zjednoczonych, by się w nich osiedlić i pracować. Czyżby nie odstraszał ich panujący tu kapitalistyczny wyzysk i rząd, który był ich wrogiem? Nie wymagam już od Zinna, aby napisał coś o tym, dlaczego nikt z tych ludzi nie chciał emigrować do krajów socjalistycznych, gdzie panował ustrój przez niego przecież preferowany. Cóż, często całe rzesze ludzi „głosują” nogami.
Zanim jednak zakończę tę rozprawę, której obszerność wymknęła się nieco mojej kontroli, muszę jeszcze raz zaznaczyć, iż gdyby przyszło mi się opowiedzieć po czyjejś stronie w tym wysiłku ludzi dążących do poprawienia swojego bytu i wyegzekwowania prawa życia w godziwych warunkach, jaki miał miejsce w amerykańskiej historii, to byłaby to ich strona.

       Rzecz, którą piszę, ma dotyczyć książki Zinna, więc nie mam tu miejsca na analizę tego, co dzieje się obecnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie establishment (polityczny, korporacyjny, medialny, administracyjny) pod lewicowym przybraniem umacnia tylko swoją pozycję, mamiąc społeczeństwo, kreując w nim nowe – i zaostrzając istniejące już – podziały, podrzucając ludziom kości niezgody, jakimi są bez wątpienia istotne dla bezpośrednio zainteresowanych, ale mało istotne w ekonomiczno-społecznej makro-skali tematy zastępcze (BLM, LGBT, aborcja, domniemana „dyskryminacja” kobiet… etc.) A przy okazji pogłębiając ekonomiczną przepaść dzielącą klasę najwyższą od reszty społeczeństwa, cały czas powiększając swoje – i tak już obsceniczne – bogactwo.
Skonstatuję tylko, że podczas gdy poprzednie protesty społeczne dotyczyły spraw naprawdę ważnych i realnie istotnych – zwykle były też one jak najbardziej uzasadnione – to obecnie coraz bardziej stają się oderwane od rzeczywistości, co ma swoje źródło w zniekształcaniu tej rzeczywistości przez media i polityków – poprzez stosowaną przez nich bardziej lub mniej cyniczną manipulację i granie na ludzkich emocjach.
Niestety, „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna, nie przyczynia się według mnie do zmiany tego stanu rzeczy, a wręcz przeciwnie: umacnia jednostronne, czarno-białe widzenie rzeczywistości i wynikające stąd antagonizmy, jak również zaburza prawdziwy obraz amerykańskich dziejów, który jest znacznie bardziej kompleksowy, niż widzi to – i przedstawia – radykalna lewica.

*  *  *

POST SCRIPTUM
Tutaj mała uwaga. Zdaję sobie jednak sprawę z pewnej archaiczności powyższej recenzji/polemiki/krytyki. Nie tylko dlatego, że od ukazania się po raz pierwszy książki Zinna upłynęło wiele lat i od tamtego czasu zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na świecie zmieniła się sytuacja polityczna – doszły nowe problemy i nastąpiły różne przetasowania (także te związane z pandemią), ale również z tego powodu, że używane przeze mnie pojęcia kapitalizm, prawica czy lewica uległy od tamtego czasu dość gruntownej transformacji. Zwłaszcza w przypadku kapitalizmu czy lewicy przestały być moim zdaniem adekwatne do tego, z czym mamy do czynienia w teraźniejszości. Podczas gdy dawna lewica zajmowała się głównie kwestiami klasowo-ekonomicznymi, to teraz jej działanie przypomina bardziej wojnę obyczajowo-kulturową. Neoliberalizm wzmocnił globalną siłę sprawczą kapitału, o którym zaczęły decydować ponadnarodowe korporacje i międzynarodowe agencje finansowe (system bankowy) w sprzężeniu z politykami i rządami państw, bez względu na to, jaki wpływ ma na nie „prawica”, „lewica”, „narodowcy”, „liberałowie”, „socjaliści”… etc. Sądzę, że to jest właśnie największym zagrożeniem dla społeczeństw w skali globalnej, choć z drugiej strony może też się przyczynić do zbalansowania różnic dzielących kraje biedne od bogatych. Niestety, to ostatnie wydaje mi się dość niepewne i zwodnicze, bo jak na razie uderza ciągle powiększająca się przepaść między bardzo wąską i bogatą elitą a resztą społeczeństwa, coraz bardziej uzależnioną od decyzji nielicznej – w rzeczywistości ponadnarodowej – grupy posiadającej ogromne zasoby finansowe, a tym samym i władzę. Generalnie rzecz biorąc trudno jest przejrzeć i zdiagnozować wszystkie te procesy zachodzące we współczesnym świecie.

       O tej kapitałowej „lepkości” wobec krajów różniących się politycznie czy ekonomiczne, pisałem w jednym z poniższych komentarzy (stosując naturalnie pewne uproszczenia):
Świat przejmują jak najbardziej kapitalistyczne korporacje (wraz z finansjerą), które wykorzystują każdy sposób, (w tym przybrania lewicowo-progresywne – jak np. w Stanach Zjednoczonych), nacjonalistyczno-populistyczne (jak np. w Brazylii, czy Indiach), biurokratyczno-socjalistyczne (jak np. w Unii Europejskiej), czy pseudo-komunistyczne (jak np. w Chinach) by powiększyć swoje zasoby i wpływy, a tym samym poszerzyć i wzmocnić swoją władzę.
Z tego powodu rządy w każdym z tych krajów żyją właśnie w „konkubinacie” z kapitałem – korporacjami i bankami, które wszystko smarują i napędzają. Jesteśmy już tylko przedmiotem, nie podmiotem – jak sami się łudzimy i jak nas łudzą inni, wmawiając nam, że nadal żyjemy w demokracji.
Tak naprawdę, to kapitalizm – po okresie prawidłowego w pewnym sensie rozwoju – obecnie się „wypacza” (podobnie jak „wypaczył się” wolny rynek, liberalizm, korporacjonizm, liberalna demokracja…) przyjmując formę, którą trudno jest przejrzeć i ogarnąć, nawet ekonomicznym ekspertom. To dlatego nasza przyszłość jest tak niepewna. Ale czy tak nie było w cywilizacyjnych dziejach całej ludzkości?

.

UWIĘZIENI W BIEGU DONIKĄD – o książce Olgi Tokarczuk „Bieguni”

.

Oto nowy typ umysłu, który nie ufa słowom z książek, z najlepszych podręczników, z opracowań, monografii, encyklopedii – sponiewierany w czasie studiów, a teraz ma czkawkę. Zdeprawował się łatwością rozkładania na czynniki pierwsze każdej, najbardziej nawet skomplikowanej konstrukcji. Sprowadzaniem do absurdu każdej nieprzemyślanej argumentacji, przyjmowaniem co kilka lat zupełnie nowego, modnego języka, który – podobny do najnowszej, reklamowanej wersji scyzoryka – potrafi zrobić wszystko ze wszystkim: otworzy puszkę, oprawi rybę, zinterpretuje powieść i przewidzi rozwój sytuacji politycznej w centralnej Afryce.

To umysł szaradzisty, umysł, który operuje odsyłaczami i przypisami jak nożem i widelcem. Umysł racjonalny i dyskursywny, samotny i sterylny. Umysł, który zdaje sobie ze wszystkiego sprawę, także i z tego, że niewiele rozumie; lecz porusza się szybko, bystry, inteligentny elektroniczny impuls, bez ograniczeń, łącząc wszystko ze wszystkim, przekonany, że wszystko to coś razem znaczy, ale nie wiemy – co.

Olga Tokarczuk, „Bieguni”

.

       Powyższy cytat to chyba najlepsza diagnoza stanu umysłu współczesnego człowieka bez właściwości, z jaką dotychczas się zetknąłem – umysłu zanurzonego w postmodernistycznej brei i kosmopolitycznej próżni; wyobcowanego, niewierzącego w tożsamościowe narracje, wydziedziczonego z sensu…. błąkającego się samotnie po obcym rozkawałkowanym świecie – dokładnie tak, jak to się dzieje z bohaterką książki Tokarczuk, będącą w ciągłym ruchu, podróżującą, kolekcjonującą zarówno banały, jak i kurioza, nie odróżniającą hotelu od domu. (Dzisiejszy flâneur zamieniający wałęsanie się po ulicach we włóczęgę po lotniskach).

Podróż jako niedomaganie

       Wprawdzie fragment, który przytoczyłem na początku, jest wypowiedzią jednej z bohaterek książki Tokarczuk, ale istnieje wiele przesłanek za tym, że autorka jednak opowiada też o sobie i o własnym postrzeganiu świata. Świadczy o tym wiele fragmentów kilku pierwszych – wyraźnie autobiograficznych – rozdziałów książki:

  • – „(…) moje korzenie zawsze były płytkie i wywracał mnie byle jaki podmuch wiatru. (…) Moje energia bierze się z ruchu – z trzęsienia autobusów, z warkotu samolotu, z kołysania promów i pociągów.”
    – „Mnie życie zawsze się wymykało. Natrafiałam tylko na jego ślady, jakieś marne wylinki.”
    „Miałam skłonność do zamazywania oczywistości, podawania w wątpliwość niezbitych argumentów (…). Nie chciałam mieć stałych poglądów, byłyby niepotrzebnym bagażem.”
    – „Historia moich podróży jest tylko historią niedomagania. (…) Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające.”

Zaś w jednym z wywiadów Olga Tokarczuk mówi wprost:[nasz świat] to świat pełen informacji, ale pozbawiony znaczenia.”

Co robić w takim świecie? Być w ciągłym ruchu, przemieszczać się, podróżować? „Więc ruszaj się, kiwaj, kołysz, idź, biegnij, uciekaj…” – czytamy w książce. Biegnij, bo – jak wierzyli bieguni, czyli rosyjscy starowiercy – chroni to przed złem, jakie przenika świat – i tylko wtedy można uciec przed Antychrystem, którego nie sposób jest zwalczyć. A kiedy się zatrzymujemy, wystawiamy się na łatwy łup Szatana.
Tokarczuk wyznała, że sama jest biegunem, ale oczywiście nie oznacza to, że XXI-wieczna pisarka utożsamia się z półobłąkaną sektą z XVIII wieku – bo na pewno nie wierzy w Antychrysta czy Szatana, a chyba nawet i w samo zło – ale że dla niej jest to (jak sama określiła) metafora poszukiwania w rozkawałkowanym, rozedrganym, efemerycznym i pozbawionym znaczenia świecie tego, co jest stałością, całością, stabilnością i sensem: „Chciałam przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy? Podróż jest chyba największym zbliżeniem do tego, czym współczesny świat wydaje się być – ruchem, niestabilnością.”
Lecz tu pojawiają się pytania: czy aby rzucanie się w wir podróży nie jest antytezą stabilności? Czy wrzucanie do jednego worka (książki) kawałków, fragmentów – przypadkowych i najczęściej do siebie nie przystających (a z tego formalnie składają się „Bieguni”) – daje nam szanse na sklejenie tego w koherentną i sensowną całość, czy też raczej poczucie poszatkowanego i roztrzęsionego świata wzmacnia? Czy nie przypomina to gaszenie pożaru benzyną? Albo jakieś nowej formy syndromu Tourette’a, czy bieżączki – nerwicy natręctw nie pozwalającej człowiekowi ustać w jednym miejscu i zmuszającej go do wykonywania w kółko tej samej czynności?
A może to coś w rodzaju egzystencjalnej pląsawicy strojącej się w epistemologiczne piórka – bo ponoć „widzieć znaczy poznać”?
Tak, podróż powinna być motywowana chęcią poznania. Szkopuł w tym, że w „Biegunach” powodowana jest ona zazwyczaj strachem, nerwicą i walką z bezruchem. Jest ucieczką „od” a nie zmierzaniem „do” (jakiegoś celu).

Uciekinierzy

       Każdy człowiek, jakiego spotkamy na kartach biegunów, jest człowiekiem w ruchu. Pewnie dlatego, że tylko taki człowiek jest dla autorki człowiekiem żywym i prawdziwym. („Mobilność jest realnością”, „(…) prawdziwe życie odbywa się w ruchu.”) Większość z nich – włącznie z główną narratorką – podróżuje.
Motyw podróży to jeden z głównych wątków „Biegunów”, ściśle powiązany z obsesyjnym wręcz zajmowaniem się w tej książce ruchem (bo bezruch to stanie w miejscu, a stanie w miejscu to rozkład). Autorka – zgodnie ze wspomnianą wcześniej intencją – przygląda się temu, czym jest podróż, jaki ma ona sens, co nam daje, co znaczy… a my przyglądamy się temu, co ona na ten temat napisała. I co widzimy?
Mnóstwo literackich, psychologicznych, filozoficznych i antropologicznych tropów (notabene cechuje się tym cała książka, nie tylko w odniesieniu do ruchu i podróży), które jednak w żaden sposób nie są w stanie ukryć tego, że podróżny – tak jak to opisuje autorka – to człowiek wyalienowany, samotny, wykorzeniony, rozchwiany, pozbawiony celu, a więc błądzący i zdezorientowany. Potwierdziła to w jednym z wywiadów sama Tokarczuk, dla której biegun to bardziej kloszard i każdy, kto wypadł poza stabilny porządek, a nie turysta (który według niej jest tylko jednym z rodzajów bieguna).
Ile w tak pojętej podróży jest z ucieczki, a ile z poszukiwania, chęci poznania, pogoni za czymś, tęsknoty za sensem? Uderza to, że wiele z głównych postaci, które spotykamy w „Biegunach” ucieka – w sposób wręcz desperacki wyrywają się oni z jakiegoś miejsca lub sytuacji, szarpią się, chcąc uwolnić się od okoliczności, w jakich uwięziło ich życie. Niestety, jest to dla nich wyzwolenie pozorne – bo zaraz potem wracają do punktu wyjścia. Ich droga (ucieczki) okazała się błędnym kołem.

Kierunki bez celu, ułamki bez całości

       Wróćmy jednak do podróżnych lotniskowych i tej wersji podróży po świecie, która nie może obyć się bez samolotów. W „Biegunach” znalazł się również rozdział zajmujący się tzw. „psychologią podróżną” a w nim taki oto fragment:

  • – „Psychologia podróżna zajmuje się człowiekiem podróżującym, człowiekiem w ruchu, i w ten sposób sytuuje się w opozycji do tradycyjnej psychologii, która zawsze rozpatrywała istotę ludzką w stałym kontekście, w stabilności i w bezruchu – na przykład poprzez pryzmat jej biologicznej konstytucji, związków rodzinnych, usytuowań społecznych. Dla psychologii podróżnej są to sprawy drugorzędne. Chcąc opisać człowieka przekonująco, możemy to tylko uczynić, umieszczając go w jakimś ruchu skądś – dokądś.”
    – „Ważnym pojęciem w psychologii podróżnej jest pragnienie, to ono istocie ludzkiej nadaje ruch i kierunek oraz – pobudza w niej lgnięcie ku czemuś. Pragnienie samo w sobie jest puste, to znaczy wskazuje tylko kierunek, lecz nie cel; cel bowiem zawsze pozostaje fantasmagoryczny i niejasny; im do niego bliżej, tym bardziej staje się enigmatyczny. W żaden sposób nie można takiego celu osiągnąć ani tym samym zaspokoić pragnienia. Pojęciem, które unaocznia ten proces dążenia, jest przyimek ‘ku’. Ku-czemu.”
    – „W życiu (…) nie da się zbudować konsekwentnego przyczynowo-skutkowego ciągu argumentów ani opowieści z następujących kazuistycznie i wynikających z siebie zdarzeń. (…) To konstelacja, a nie sekwencja jest nośnikiem prawdy. Dlatego psychologia podróżna opisuje człowieka nie usiłując nadać jego życiu żadnej przybliżonej nawet ciągłości. (…) Powtarzalność [sytuacji] nie przesądza jednak o tym, by nadawać życiu pozór jakiejkolwiek konsekwentnej całości.”

Powyższy tekst podany jest w książce jako wykład, który specjaliści od „psychologii podróżnej” serwują przypadkowym ludziom – pasażerom i podróżnym – na jednym z dużych lotnisk. Znamienne jest to, że temu (miejscami mętnemu i w istocie swej przewrotnemu) referatowi przysłuchuje się bez większego zainteresowania garstka znudzonych oczekiwaniem na samolot pasażerów (nawet nasza narratorka opuszcza na pewien czas to zgromadzenie, by kupić kawę), a zwykli podróżni (i jasno tutaj przez autorkę określeni: kibice, para zakochanych, rodzice z dziećmi…) zajęci sobą i poruszający się według swojego ściśle określonego itinerarium, przechodzą tłumnie obok. Trudno byłoby uwierzyć, że ta „psychologia podróżna” odnosi się właśnie do nich.
Według mnie się nie odnosi. Natomiast związana jest z czymś, co można nazwać dekonstrukcją podróży.
O swoich rodzicach narratorka pisze tak: „nie byli prawdziwymi podróżnikami, bo wyjeżdżali po to, aby wrócić”; albo: „tam i z powrotem – parodia podróży”. Czyli: kto wraca do domu nie jest prawdziwym podróżnym? Czyli: prawdziwa podróż to podróż bez powrotów?

Przypomnijmy tutaj główne pojęcia „psychologii podróżnej”: ważny jest człowiek mobilny, a nie ustabilizowany; pragnienie kogoś, kto się porusza jest puste i wskazuje tylko kierunek, ale nie cel; życie człowieka podróżnego nie jest ciągłe, i nie jest całością…
Można odnieść wrażenie, że dekonstrukcji poddaje się tu nie tylko podróż (i samego podróżnego), ale i człowieka w ogóle, a nawet cały świat z na nowo definiowaną cywilizacją: „Płynność, mobilność, iluzoryczność – to znaczy być cywilizowanym.
Trudno o bardziej dobitne określenie postmodernistycznej wizji rzeczywistości. Ale czy ta wizja jest odbiciem prawdy, czy też tę prawdę symuluje, bo nie ma do niej dostępu?
A może rzeczywiście nasz świat się rozpada a my zaczynamy być z wszystkiego wydziedziczani?
Kim jest człowiek bez „związków rodzinnych”, „usytuowań społecznych” jak nie wyobcowaną monadą, błąkającą się bezcelowo po wyzbytym sensu świecie?

Zawieszeni – między „kiedyś” a „nigdy”, między „nigdzie” a „wszędzie”

  • – „Bo jeśli przyszłość i przeszłość są nieskończone, to nie istnieje w rzeczywistości jakieś ‚kiedyś’.”
    – „W rzeczywistości żaden ruch nie istnieje. Jak ten żółw z paradoksu Zenona, donikąd się nie poruszamy, wędrujemy zaledwie do wnętrza momentu i nie ma żadnego kresu ani żadnego celu. I to samo mogłoby dotyczyć przestrzeni – skoro wszyscy jesteśmy jednakowo oddaleni od nieskończoności, to nie istnieje również żadne „gdzieś” – nikt nie tkwi w żadnym dniu ani w miejscu.”

Same paradoksy – a może niedorzeczności? Bo przecież to, że można coś dzielić w nieskończoność, nie oznacza tego, że to coś nie może być całością. Skoro w czasie istnieje moment, to tym samym istnieje „kiedyś”. Wszystko jest w ruchu – nie ma więc czegoś takiego jak bezruch. (Nie istnieją rzeczy, które się nie poruszają. Jeśli wydają się nie poruszać, to dlatego, że ruch jest względny – podobnie jest z czasem.) Jeśli istnieje zmienność, to musi istnieć czas. Skoro nikt/nic nie tkwi w żadnym czasie ani miejscu, to musi się poruszać w czasie i przestrzeni – a to oznacza istnienie zarówno czasu jak i przestrzeni (a tym samym owych „gdzieś”), które są do tego konieczne. Innymi słowy: fundamentalną i permanentną właściwością świata jest jego zmienność w czasie i przestrzeni. Przy czym nie można zmierzyć tego, jak daleko jesteśmy od nieskończoności, tak samo jak nie można ustalić czasu jaki mamy stąd do wieczności.
Po co – i dlaczego – o tym wszystkim piszę? Otóż nie (tylko) po to, aby się bawić myślą, mową – słowem i znaczeniami – przy rozgryzaniu tekstu książki – zanurzaniu się w jego ewentualnym sensie czy bezsensie. Piszę po to, aby wykazać płynność i labilność świata wyobrażanego, kreowanego i opisywanego w „Biegunach”. Piszę dlatego, że mnie to intryguje, czasem trochę irytuje, ale jednak – co jest dla mnie pewnym zaskoczeniem – nie nuży.
A przede wszystkim chciałbym tym zwrócić uwagę na to jak bardzo tekst Tokarczuk otwarty jest w wielu miejscach na interpretację – co można uznać zarówno za jego wadę, jak i zaletę. Zaletą jest wtedy, kiedy pobudza, zmusza do myślenia, daje wrażenie bogactwa; natomiast wadą – kiedy jego nieuchwytność i osobliwość wyklucza adekwatną przymiarkę do rzeczywistości, uniemożliwiając wysnucie wiarygodnych i sensownych znaczeń, nie tylko w obrębie powieściowej fikcji, ale przede wszystkim w odbiciu prawdziwego świata.

Konstelacja – powieść jak szwedzki bufet?

       Tokarczuk: „Każdy recenzent zauważa w tej książce coś innego, wyciąga inne wątki i składa je w inną całość. Takie było zresztą założenie jej formy – powieści konstelacyjnej, jak ją sobie nazwałam. Wątki w niej zawarte, motywy, idee są pretekstem do ustanowienia własnego porządku czytelniczego. Ma zadziałać jak test projekcyjny – rzutujemy na nią własne sensy.”
Konstatacja to czy asekuracja? Jak mamy tę wypowiedź rozumieć? Czy wieloznaczność może zdradzić nam sens, a jeśli tak to czy nam drogę do poznania tego sensu ułatwia, czy utrudnia? Skoro sami nadajemy sens temu co jest w książce, to czy nie świadczy to o deficycie tego sensu w jej treści – a może nawet wręcz o jego braku? (Przypomnijmy słowa Tokarczuk: „Świat jest pełen informacji, ale pozbawiony znaczenia”.)
Po prawdzie sam do tej pory nie wiem, czy kolażowo-patchworkowa forma „Biegunów” jest wadą tej książki, czy zaletą (choć sam nie miałem z tym żadnego kłopotu); czy świadczy to o bogactwie znaczeń, czy też może jest przejawem semantycznego chaosu? Skoro sama pisarka stwierdza, że dopiero czytelnik „ustanawia własny porządek”, to czy nie jest to dowodem na to, że książka sama w sobie jest porządku pozbawiona?
Synkretyzm gatunkowy „Biegunów” jest wręcz ostentacyjny. Książka podzielona jest na ponad sto „rozdziałów” – niektóre z nich mają po kilkadziesiąt stron, inne ograniczają się do kilku zdaniowych akapitów. Są w niej kartki jakby wyjęte z pamiętnika, mini-opowiadania, zapiski z podróży, uwagi i komentarze do świata, epizody, monologi i dialogi, wspomnienia przypadkowych spotkań; niektóre z tych słownych okruchów trącą aforyzmem, inne zaś można zrozumieć tylko jako metaforę… Przeróżna jest też waga tych „rozdziałów”: od błahostki i banału po ciężkie intruzje psychologiczno-filozoficzne; od myśli rozproszonych po zbite konglomeraty słów, od tego co zwykłe (w ilości jednak śladowej) po to co bizarne (warto podkreślić, że to ostatnie stanowi gros tej książki).

.

„Wielu ludzi wierzy, że istnieje na układzie współrzędnych świata punkt doskonały, gdzie czas i miejsce dochodzą do porozumienia. Może to nawet dlatego wyruszają z domu, sądzą, że poruszając się choćby chaotycznie, zwiększą prawdopodobieństwo trafienia do takiego punktu. Znaleźć się w odpowiednim momencie i w odpowiednim miejscu, wykorzystać okazję, chwycić chwilę za grzywkę, wtedy szyfr zamka zostanie złamany, kombinacja cyfr do wygranej-odkryta, prawda-odsłonięta.” Olga Tokarczuk, „Bieguni”

.

Gabinet osobliwości i kolekcja trupów

       Właśnie, „bizarne” (słowo zaanektowane przez samą pisarkę, która najwyraźniej nie chciała się ograniczać do polskiego wyrazu „dziwaczny”) jest być może nawet dominantą „Biegunów”. Nie bez racji często powtarzającym się określeniem odnoszącym się do zawartości książki Tokarczuk jest „gabinet osobliwości”, podobnie zresztą jak „panoptikum”. (Przypomnijmy: „…pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte (…) niepełne, monstrualne i odrażające.”)
Wśród tytułów rozdziałów książki, spotykamy np. takie: „Torebka do wymiotowania” czy „Sutki ziemi”. Dziwność, ekscentryczność – nie tylko w opisie rzeczy i zjawisk, ale też okoliczności, sytuacji i zachowania się ludzi.
Jednakże mnie poczucie owej „bizarności” nawiedzało najbardziej wtedy, kiedy czytałem o preparowaniu ludzkich zwłok, który to temat jest w książce potraktowany wcale nie marginalnie. Wprost przeciwnie: wszystkie te opisy sekcji zwłok, amputacji, technik balsamowania ciała, przeglądanie kolekcji zmumifikowanych trupów i mutantów; fascynacja tym, co zostało z żywego człowieka i pływa teraz w formalinie lub innym płynie, albo zostało splastynowane i wystawione na widok publiczny… ciągną się to w „Biegunach” przez dziesiątki stron. Czytając to zdawałem sobie sprawę, że to nie moja fascynacja – że to jednak nie jest w tym „bufecie” moja cup of tea. Nie mogę wszak powiedzieć, że ta lektura mnie nudziła – bo plastyczny i obrazowy, mocny i giętki język Tokarczuk przykuwał moją uwagę – prowokował, zmuszał do myślenia i stawiania pytań: co to ma znaczyć? Gdzie to wszystko prowadzi? Jest w tym wszystkim piękno i tajemnica, czy tylko marność, ohyda i nicość?
I wreszcie: czy rzeczywiście rozbierając na części pierwsze maszynę, jaką według biologów jest człowiek, można dowiedzieć się czegoś istotnego o jego człowieczeństwie – o czymś co stanowi i konstytuuje człowieka poza biologizmem? (Moim zdaniem nie można opisać naszego człowieczeństwa w kategoriach materii. Ponadto człowiek może istnieć – i określić się sensownie – tylko w relacji z drugim człowiekiem – właśnie w swoich „usytuowaniach społecznych”.)
Dla Schopenhauera ciało było kluczem do zagadki świata, dzięki któremu możliwe jest poznanie metafizyczne. Dla Tokarczuk poruszającej się w post-religijnym, pozbawionym metafizyki universum, ciało jest tylko eksponatem, naukowym gadżetem, osobliwością – przedmiotem plastynacji albo sekcji zwłok.

Cioran zamiast Biblii

       „Widzieć znaczy wiedzieć”, „opisać znaczy zniszczyć”, „To, co się nie porusza stoi w miejscu. To, co stoi w miejscu, rozpada się.” – pisze Olga Tokarczuk.
Jak mamy traktować te stwierdzenia? Są zbyt dosadne i jednoznaczne, by widzieć w nich tylko metaforę. Z kolei – traktowane dosłownie, nie wytrzymują krytyki jako metody ogarniania, opisu i rozumienia świata. Bo przecież widzieć to wcale nie znaczy wiedzieć (dla neurologów iluzoryczność – a często i złudność – obrazów, jaki przedstawia nam mózg, jest oczywista: tak naprawdę to nie widzimy rzeczywistości tylko jej przetworzone już w naszym mózgu odbicie). Ponadto, żeby coś wiedzieć, to trzeba też to zrozumieć. Ale jak można coś zrozumieć w świecie pozbawionym (jak twierdzi autorka) znaczenia, a tym samym i sensu?
Czy rzeczywiście ruch jest zawsze dobry, a bezruch zawsze zły? Czy opuszczać coś jest zawsze lepiej niż gdzieś pozostawać? Czy zakorzenienie się i stałość to koniecznie rozkład, czy może wprost przeciwnie: to ochrona przed rozpadem, alienacją i wydziedziczeniem – warunek stabilności i spokoju?
Czy opisywanie to niszczenie? A może dopiero to, co opisane zaczyna istnieć w naszej świadomości – nabiera konkretu w ludzkiej wyobraźni? Czy jeśli pisarz coś opisuje – to tym samym coś niszczy, czy wręcz przeciwnie: tworzy?
Zresztą, sama metafora „bieguna” – jeśli jej się tak bliżej przyjrzeć – też pozostawia wiele do życzenia pod względem logiki, choćby dlatego, że żaden powieściowy „biegun” nie uwalnia się od zła i nikczemnego losu, mimo że jest w ciągłym ruchu.

Jest jeszcze jeden aspekt filozoficzny, który w „Biegunach” zwrócił moją uwagę. Jeden z bohaterów książki sugeruje, by hotelowe egzemplarze Biblii wymienić na Ciorana (bo „do celów wróżebnych Biblia straciła swoją aktualność”), czyli na coś bardziej aktualnego, a tym samym bardziej pożytecznego. I jako przykład cytuje jedną z wypowiedzi Ciorana: „(…) nasza misja polega na wznoszeniu kurzu w poszukiwaniu jakiejś niepoważnej tajemnicy”. Niestety, polskie tłumaczenie cytatu nie oddaje cioranowskiego sensu i klimatu tak dobrze, jak wersja angielska: our mission was to graze the dust in search of a mystery stripped of anything serious. Bo jednak istnieje różnica między „wznoszeniem” pyłu a jego „gryzieniem”, a jeszcze większa między „niepoważną tajemnicą” a „tajemnicą odartą ze wszystkiego, co poważne”.
Cioran – nihilista, mizantrop, totalny pesymista; nienawidzący swoich narodzin gostek („typy takie jak ja, nigdy nie powinny zaistnieć”), który odmawia jakiegokolwiek sensu nie tylko własnej osobie, ale i życiu oraz całemu światu.
I on ma być lepszy od Biblii?
Pozwolę sobie jeszcze na zacytowanie tego, co Cioran napisał w swoim eseju „O niedogodności narodzin”: „Gdziekolwiek się ruszę – to samo odczucie nieprzynależności, bezużyteczności gry. Udaję zainteresowanie czymś, co mnie zupełnie nie obchodzi, kręcę się tu i tam, ale nigdy nie jestem ‘w środku’, w żadnym określonym miejscu. To, co mnie przyciąga, znajduje się gdzieś indziej, czym zaś owo ‘gdzie indziej’ jest – nie wiem.”
Czy nie uderza nas w tych słowach zbieżność z „filozofią” i wymową „Biegunów” – z zachowaniem, stosunkiem do świata i charakterem występujących w tej książce postaci?

Bandycka napaść na sacrum…

       Wśród recenzji jakie przeczytałem po lekturze „Biegunów”, najbardziej chyba dotknęło mnie to, co napisał Zbigniew Ściubak. Nie tylko dlatego, że autor wyczuł w książce podobne materie i kanwy, jak ja, ale dlatego, że – co najważniejsze – to co napisał jest żywe, krwiste, wyraziste, szczere i niewykalkulowane – zupełnie nie przypominające innych tekstów „krytycznych” (zwłaszcza tych bezkrytycznych) zbyt często zaprawionych akademicką drętwotą.
Przytoczę tu tylko jeden fragment tej recenzji: „Są więc ‘Bieguni’ pędem donikąd. Do nigdzie. (…) Bycie w podróży Olgi Tokarczuk, to [też] bycie – nigdzie. Bez punktu zaczepienia, tak naprawdę bez celu. W zawieszeniu. W przestrzeni pomiędzy. Nigdzie. (…) ‘Celem pielgrzymki jest inny pielgrzym’ – powtarza Tokarczuk. Ale nie jest to pielgrzym, w rozumieniu żywego człowieka z całym wszechświatem jego znaczeń, wartości, przeżyć. Cel ‘pielgrzymki’ Olgi Tokarczuk to zatopiony w formalinie organ lub część ciała, to woskowa figura ilustrująca rozkład kości, rozpięcie naczyń krwionośnych. Celem pielgrzymki Olgi Tokarczuk jest nicość – to jest – materia, to jest to, co pozostaje z człowieka, dotykalne, zachowane i owo zachowywanie materii tak Autorkę ‘Biegunów’ fascynuje. (…) Ale taka redefinicja pielgrzymki to zwykła bandycka napaść. Podstępny skok na skarbiec człowieka, na to, co ma najcenniejsze, bo przecież pielgrzymowanie, we wszystkich kulturach i wszystkich religiach, biegło ku sacrum. To sacrum postawione, jako punkt odniesienia dla ludzi, to świętość wymykająca się materialności, doczesności czy zmysłowości, ogniskowała całe pozamaterialne poznanie człowieka. To dlatego, byliśmy ludźmi, że mieliśmy rzeczy święte. To jest przekraczające, przynajmniej w zamiarze, zbiór atomów, elektronów, układ związków chemicznych, który w danym momencie może stanowić funkcjonalną całość, a w innym wcale nie, i sacrum było wyrazem tego fundamentalnego przekonania, że… nie, że to nie wszystko (…). Uporczywe wracanie do człowieka jako preparatu. Jeden z bohaterów pisze do własnej odciętej nogi. Bycie nigdzie, to jest pomiędzy, a to znów – nigdzie. Nigdzie niezmierzanie z tym kończącym książkę przesłaniem, że jesteśmy w podróży, bo tu i teraz, to nie jest miejsce właściwe, ani pisany nam czas. To wszystko jest wyrazem alienacji. Wejścia w nihilizm bycia ‘nie tu’ ani ‘nie tam’, niezmierzania. W tej przestrzeni jedynym co pęcznieje jest ‘ja’ człowieka. To ono rośnie. Rozgląda się wokół. Nadyma się, z braku granic, nicością.”

Prochy na wietrze

       W „Biegunach” znalazły się jednak rozdziały, które autentycznie przykuły moją uwagę, ogarnęły swoim klimatem, pozwoliły smakować język jakim posłużyła się autorka… I działo się to wbrew temu, że z tych mini-opowiadań emanował jakiś nieprzemożny smutek, a właściwie rozpacz człowieka uwięzionego w bezdusznym mechanizmie świata, będącego na łasce i niełasce losu, usiłującego wyrwać się z roli w jaką wtłaczało go życie. Ale były też tam ślady czułości (ale chyba nie takiej, o jakiej Tokarczuk pisze ostatnio), choć najbardziej dojmujące było jednak poczucie stratybezpowrotności, przemijania i rozpadu.
Mężczyzna, który na chorwackiej wyspie poszukuje zagubionej żony i dziecka, zdezorientowany absurdem zaistniałej sytuacji, bezradny wobec rzeczywistości (lustruje przedmioty zaginionej) która rozpadła się nagle, tworząc jakiś nowy, zupełnie niezrozumiały dla niego wzór. (Znaczące jest to, że wyjaśnienie zagadki jeszcze bardziej komplikuje i być może nawet niszczy jego życie.)
Pływający kiedyś po wszystkich oceanach świata marynarz, który na starość utknął w jednym miejscu, obsługując kursujący tam i z powrotem prom. Pewnego dnia buntuje się jednak i uprowadza wypełniony pasażerami statek, wypływając nim na pełne morze. Kobieta opiekująca się niepełnosprawnym synem, ucieka z domu i – podobnie jak inni bezdomni „bieguni” – błąka się całymi dniami i nocami po wszystkich liniach moskiewskiego metra.
Małżeństwo akademickich naukowców, które co roku odbywa rejs po Morzu Śródziemnym, udzielając współpasażerom wykładów na temat historii starożytnej. Poznajemy ich w czasie ostatniego rejsu, gdzie wskutek wypadku profesor (erudyta i wybitny znawca kultury greckiej) doznaje wylewu krwi do mózgu. Opis tego, jak wraz z postępującym niszczeniem mózgowych tkanek znika utrwalony w nich pamięcią bogaty świat profesora jego wiedza, poprowadzony jest według mnie po mistrzowsku (i muszę przynać, że chwycił mnie za gardło). W tym czasie jego żona „siedziała przy nim całą noc. Szeptała mu do ucha, wierząc, że słyszy i rozumie.” A kiedy już wszystko zalała krew: „była przy nim, gdy definitywnie odłączono niepotrzebną już aparaturę i gdy łagodne dłonie greckiej pielęgniarki jednym ruchem przykryły jego twarz prześcieradłem. Ciało zostało skremowane, a prochy wspólnie z dziećmi rozsypali do Morza Egejskiego, wierząc, że taki pogrzeb podobałby mu się najbardziej.”

Silva rerum czy zawartość damskiej torebki?

       Mimo wszystko trudno jest znaleźć jakiś wspólny mianownik tych 116 rozdziałów, na jakie podzielona jest książka Olgi Tokarczuk. Ruch czy podróże to kryteria zbyt pojemne. Ich formy nieprzystające do siebie, styl i ton zmienny, waga przeróżna, znaczenia rozproszone… taka bliska chaosu niezborność.
Ten zbiór to konstelacja w sumie nie bardzo przejrzysta.
Czy o doborze decydował jakiś klucz, czy przypadek? Czy aby z tej nieskładności i niejednorodności nie wynika wisząca nad książką interpretacyjna niespójność?
Misz-masz, patchwork, silva rerum czy może (jak ktoś to nie bez złośliwości nazwał) zawartość damskiej torebki? Wygląda na to, że autorka nie przejmowała się zbytnio tą niekoherencją i pomieszaniem, które jeden z recenzentów określił (nie kryjąc swojej aprobaty) „frywolnością” pisarki. A może to nie frywolność a bardziej dezynwoltura?
Jak już wspomniałem, mnie ta migotliwa mozaikowość w „Biegunach” nie przeszkadzała (lubię pojawiającą się w literaturze wyrywkowość i dorywczość, polifonię, chwytanie myśli i świata w momencie i w różnych jego przejawach – wszelkie notatki, zapiski, dzienniki, komentarze, uwagi, przypisy, marginalia) ale skądinąd wiem, że wielu czytelników – przyzwyczajonych do linearności i formalnej spójności – miało z tym jednak problem.

Olga Tokarczuk: „Nadal coś jest ze światem nie tak Staje się on martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni.”

.

„Czuły narrator” jak Bóg?

       Ostatnią książką Olgi Tokarczuk, a jednocześnie pierwszą po otrzymaniu Nobla, jest zbiór jej tekstów „Czuły narrator” (tytuł nawiązuje oczywiście do przemowy noblowskiej pisarki).
Kim (czym) jest taki narrator?
Myślę, że najlepiej będzie oddać tu głos samej Tokarczuk, która odbierając nagrodę Nobla mówiła:

  • – „Marzy mi się także nowy rodzaj narratora – „czwartoosobowego”, który (…) potrafi zawrzeć w sobie zarówno perspektywę każdej z postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. (…) Możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość (…). Mogłoby to być „podwaliną pod nową opowieść – uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów u jednocześnie zrozumiałą”(…), „językiem, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję.”
    – Natomiast „[czułość] pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest ‚ja’. Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu. Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny.

Tę wizję „czułego narratora” autorka rozszerza w jednym ze swoich ostatnich wywiadów: „[Czułość] to poczucie głębokiej, fundamentalnej więzi ze wszystkim co żywe i trwa. Nie ma nic wspólnego z „pochylaniem” się nad innymi, z czułostkowością, sentymentalizmem. W tym sensie jest to postawa bardziej intelektualna niż emocjonalna.”

Czytając to wszystko lepiej mogę sobie uświadomić ewolucję, jaką przeszła Olga Tokarczuk przez te kilkanaście lat jakie dzielą nas (i ją) od powstania „Biegunów”. Po drodze przydarzyły się jej najwyższe wyróżnienia w świecie literatury – nagrody Bookera (właśnie za anglojęzyczne wydanie „Biegunów”„The Flights”) i Nobla. W tym czasie napisała też monumentalne (również w sensie wagi i objętości) „Księgi Jakubowe” i stała się dla wielu autorytetem (Nobel oblige) – i to nie tylko literackim. Ale stała się też obiektem ataków, po tym jak w jednej ze swoich (moim zdaniem jednak niefortunnej, stygmatyzującej i nie do końca sprawiedliwej) wypowiedzi nazwała Polaków „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników” i „mordercami Żydów”, w czym rzeczywiście trudno się było dopatrzeć jakiegokolwiek zniuansowania i zachowania historycznych proporcji.
Nie chcę tu jednak o tym pisać, wolę wrócić do konfrontacji tego, co znalazłem w „Biegunach” z tym, co artykułuje Tokarczuk w ostatnich tekstach i wystąpieniach.

To, co najważniejsze…

       W dalszym ciągu widzi ona rozbicie świata na kawałki; skarży się, że jesteśmy jak te marionetki (zombie) poruszane przez siły, które nas przerastają; posuwa się nawet do stwierdzenia, że „nadal coś jest ze światem nie tak” – że staje się on „martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni”; uważa, że „nasza duchowość zanika”; posuwa się nawet do stwierdzenia, iż rzeczywistość w jakiej żyjemy „już stała się surrealna”; że od świata coraz bardziej oddziela nas szyba/ekran, a my stajemy się więźniami naszych „baniek”; że „zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia” – że „żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury”, a Internet to – parafrazując Szekspira – „coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku”.

Z drugiej strony daje się zauważyć zwrot uwagi Tokarczuk w stronę mitu i uznanie nie tylko potrzeby tego mitu, ale i jego niezbędności: „Taki powrót do zwartych struktur mitologii, mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować.” Tokarczuk przyznaje teraz, że religia, w której swego czasu widziała przeważnie zło (i której nadal nie szczędzi mocnej krytyki) „dawała poczucie sensu”, „zaspakajała potrzebę sensownej, pełnej znaczeń opowieści o świecie, jego wielowymiarowości, miejscu w nim człowieka i innych istot, o losie i przeznaczeniu, o tym czego nie potrafimy zrozumieć.”
Wcześniejsze wypowiedzi Tokarczuk o religii dość wyraźnie wpisywały się w trend postępującej demitologizacji i sekularyzacji świata. Ale kiedy ruguje się religię i niszczy tożsamościowe mity, to nie ogarniamy już całości i – jak przyznaje sama pisarka – „wszystko przez nas przelatuje jak przez sito”, a my sami zanurzamy się w surrealności i absurdzie.
Lecz tęsknota za znaczeniem, sensem i jednością odzywa się nadal.

Czy wymyślony przez Olgę Tokarczuk „czuły narrator” może stanowić tutaj remedium? Pisarka przypisuje mu boskie atrybuty omnipotencji i wszechwiedzy, ale czy cokolwiek może być substytutem Boga usankcjonowanego przez odwieczne i nadal potężne światowe religie?
„Czuły narrator” ma też posiadać klucz do nowego sposobu oglądu świata – jego poznania, opisu i zrozumienia. Ma wyrażać wszystko, co istotne. Ma widzieć wszystko, z każdej perspektywy, a nawet wykraczać poza ludzki horyzont.
Nie za dużo tego wszystkiego? Jak widzimy to pojęcie staje się tak pojemne, że zaczyna chyba rozsadzać samo siebie.
Ciekawe, zastanawiające i uderzające dla mnie jest również to, jak pisarka w tej figurze rozumie samo pojęcie „czułości”. Wbrew potocznemu rozumieniu tego słowa, które niemal wszystkim z nas kojarzy się z uczuciem, wrażliwością, delikatnością, łagodnością, współodczuwaniem… dla niej czułość to postawa „bardziej intelektualna niż emocjonalna”, wykraczająca przy tym poza empatię. Czyli jednak domena umysłu, a nie serca.
Być może dlatego tak trudno jest w „Biegunach” znaleźć słowo „miłość”, a w mowie noblowskiej Tokarczuk pojawia się ono bodajże tylko raz. A tu bardziej niż abstrakcyjnego „czułego narratora” potrzeba nam kogoś na naszą miarę – kogoś, kto może nas obdarzyć tym, czego potrzebujemy najbardziej i co jest w życiu najważniejsze.

*  *  *

SAMOTNOŚĆ INFLUENCERKI – o filmie Magnusa von Horna „Sweat”

Główną nagrodę – Gold Hugo dla Najlepszego Filmu – na ostatnim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago zdobył polsko-szwedzki film „SWEAT” w reżyserii Magnusa von Horna, będący intrygującym obrazem bohatera (czy też raczej bohaterki) naszych czasów.

.

Selfie trendsetterki czyli życie na Instagramowym haju (Magdalena Koleśnik w filmie Magnusa von Horna „Sweat„)

.

Problem z kreacją (a tym samym z promocją i prezentacją) samego siebie w mediach społecznościowych polega właśnie na tym, że jest to kreacja. W rezultacie powstaje sztucznie wygenerowany – bardziej lub mniej fałszujący rzeczywistość – obraz, który już z samej swej natury nie może być tożsamy z tym, co przedstawia. A cóż dopiero, jeśli zniekształcenie tego, co obraz ma ukazywać, jest celowe?
Tym zniekształceniem często jest podszyta narcyzmem idealizacja samego siebie, jak również projekcja czegoś, co jest związane z dążeniem do mocy (wywierania wpływu na innych). Jedno i drugie może wynikać z kompleksów niższości (w pierwszym przypadku jest to bardziej lub mniej uświadomione przekonanie o istnieniu w nas czegoś, co wcale piękne nie jest; w drugim zaś: poczucie/podejrzenie/wiedza o własnej słabości).
Siłą rzeczy modus operandi w tym wszystkim stanowi ekshibicjonizm, który – jeszcze bardziej niż obnażaniem – jest tu po prostu manipulacją. A żeby było jeszcze ciekawiej, to jest manipulacją opierającą się na zasadzie: im więcej pokazuję, tym więcej ukrywam.

Zaskakujące w podejściu reżysera filmu Magnusa von Horna jest to, że tak naprawdę nie interesuje go diagnozowanie żadnej z chorób społecznych związanych z gwałtownym rozwojem Internetu i sposobów komunikacji międzyludzkiej (choć objawy tych chorób pozwala on nam w filmie dostrzec), ani tym bardziej osądzanie kogokolwiek, kto – często na własne życzenie – tym chorobom się poddaje. Wręcz przeciwnie: reżyser jest wobec swoich bohaterów wyrozumiały, zaś Internet i media społecznościowe traktuje (i przedstawia) li tylko jako instrumenty techniczne i mechanizmy, których wykorzystanie (dobre lub złe, zdrowe lub chore) zależy jedynie od ich użytkowników. Nie tylko więc tych narzędzi nie demonizuje, ale wręcz je upowszednia i w jakimś sensie banalizuje.
Już na początku filmu okazuje się, że jego bohaterka, (którą jest Sylwia Zając, posiadająca 600 tys. „followersów” influencerka fitness) mimo medialnego sukcesu, modelowej urody, fizycznej kondycji, bogatych sponsorów, występom w telewizji i goszczeniu na okładkach kolorowych magazynów, cierpi jednocześnie z powodu samotności, braku partnera i prawdziwych przyjaciół – nęka ją poczucie bezsensu… (Idolatria jako jedna z form samotności – i to zarówno idola, jak i jego wyznawców.) Swojej, spotkanej przypadkowo, nie widzianej od dawna szkolnej koleżance mówi: „Ja tak mam, że czasem bym chciała rzucić moją pracę. Że chciałabym zamknąć moje konto na Instagramie, bo tak naprawdę nikt by za mną nie tęsknił. Ja to wiem. Że zrobiłabym jeden klik i to wszystko by zniknęło. Tak po prostu.
Wydawać by się mogło, że stąd już tylko o krok od kliszy i banału (sztuczne szczęście wykreowanego image vs. smutna rzeczywistość) ale von Horn na szczęście nie idzie tą drogą i ukazuje nam bohaterkę w pełnym wymiarze – jej świadomość się zmienia, empatia rośnie, a wszystko to pozwala jej na obrachunek z samą sobą i zmianę własnego postępowania, zwłaszcza względem innych. Nawet z własnej słabości próbuje czerpać siłę… wzmacnia ją to, co jej nie złamało.

Kiedy tak oglądałem „Sweat” to nasuwały mi się pewne porównania i paralele z nie tak dawno obejrzanym „Hejterem” (pełny tytuł filmu: „Sala samobójców. Hejter”). I muszę przyznać, że bardziej wiarygodny wydał mi się obraz von Horna niż Komasy, mimo że nad „Hejterem” chyba więcej się napracowano, o znacznie większych środkach, jakie przeznaczono na jego produkcję, nie wspominając. Myślę, że to główna zasługa debiutującej w tak dużej roli Magdaleny Koleśnik, odważnie mierzącej się z rolą młodej kobiety, która musi się jakoś znaleźć zarówno w świecie wirtualnym on-line, gdzie wszystko jest na sprzedaż, a ona sama staje się rodzajem produktu, jak i w rzeczywistości off-line, gdzie nie wszystko poddaje się naszej woli i kreacji. I tu i tu młoda aktorka wypadła bardzo przekonująco. Wygląda na to, że pomogła jej w tym swoboda, jaką dał jej reżyser, który – z tego co wiem – przy powstaniu tego filmu przyjął bardziej postawę akuszera, niż kapelmistrza czy dyrygenta.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że film na chicagowskim festiwalu zdobył również główną nagrodę za oprawę artystyczną (best art direction), co jest ciekawe o tyle, że jego niski budżet nie pozwalał na jakieś scenograficzne ekstrawagancje i zazwyczaj korzystano z istniejących już locum. Interesujące jest też to, że mimo iż z łatwością można zidentyfikować widoczne na ekranie warszawskie kąty, to w sposób dynamiczny na pierwszy plan wybijała się ta Warszawa „nowoczesna” – szklanych wieżowców, centr handlowych, modernistycznych mieszkań i wnętrz – co było adekwatnym tłem dla tego, czym zajmowała się główna bohaterka filmu – lśniący przedmiot pożądania fanów, wypełniona energią, długo-rzęsa, pięknie umięśniona heroina neonowego różu. Jeśli już daje się także zauważyć zgrzebność anturażu starszego pokolenia, to jest on zepchnięty na dość daleki plan.

W jednej z (nielicznych jak dotychczas) recenzji, jakie się pojawiły na Zachodzie, przeczytałem zdanie, które zwróciło moją uwagę. Otóż ktoś napisał, że bardzo szybko zapomniał o tym, że film rozgrywa się w Polsce. Cóż, jak widać dawniej pisano: „w Polsce, czyli nigdzie”, teraz można napisać: „w Polsce, czyli wszędzie”. Jeśli tak, to świadczy to jednak o postępującej homogenizacji świata, wbrew opinii tych, którzy uważają, że ten świat się coraz bardziej dzieli, separując od siebie ludzi, społeczeństwa i narody.
Piszę to nie dlatego, by wywołać temat globalizacji, ale po to, aby wskazać na uniwersalną wymowę filmu, zarówno jeśli chodzi o jednostkowe doświadczenie psychologiczne człowieka, jak i przemiany zachodzące w skali całego społeczeństwa pod wpływem lawinowego rozwoju technologii informacyjnych, w tym Internetu i mediów społecznościowych.

W tym momencie zdałem sobie sprawę, że jest jeszcze jedna zasadnicza różnica między filmem von Horna a obrazem Komasy, i jest ona jednak uderzająca: otóż w przeciwieństwie do „Hejtera” „Sweat” zupełnie nie odnosi się do panujących obecnie w kraju podziałów politycznych czy klasowych, ani też nie ma w nim najmniejszego śladu swądu wojny polsko-polskiej. Może dlatego, że Magnus von Horn jest Szwedem? Ale przecież od 16 lat mieszka w Polsce i to do tego ze swoją polską żoną. (Warto w tym miejscu dodać, że ten młody reżyser skończył Szkołę Filmową w Łodzi). Mnie się jednak to jego podejście podoba, bo pewnie dzięki temu ukazywane przez niego postacie bardziej przypominają żywych ludzi funkcjonujących w wymiarze egzystencjalnym, a nie marionetki poruszane jakimś politycznym trybalizmem, czy napuszczane na siebie stada baranów, powodowane najczęściej wrogością i hejtem.

Mimo, że świat kina stanął ostatnio na głowie, to filmy takie jak „Sweat” są dowodem na to, że nie wszystko poddaje się w nim Covidowemu szaleństwu czy też cierpi na obstrukcję. Lecz nawet jeśli się okaże, że kino choruje, to trzeba mu pomóc w rekonwalescencji. Zbyt wiele mu zawdzięczamy, by go opuścić w potrzebie.

7.5/10

*  *  *

PIĘCIU BRACI – czarnoskórzy na nieswojej wojnie

.

PIĘCIU BRACI – w poszukiwaniu złota i kości w Wietnamie

.

       Sam Spike Lee porównał swój film do popularnej w Luizjanie zupy gumbo, jednak mnie to kulinarne zestawienie wydało się niefortunne, bo choć lubię to danie, to w wersji filmowej „Da 5 Bloods” (tytuł polski: „Pięciu braci”) bardziej przypominało mi gulasz, do którego bez większego ładu i składu kucharz/reżyser powrzucał wszystko to, co mu wpadło pod rękę, razem z kawałkami krwistego befsztyku (chyba przypadkowo kojarzącego się tu z nomen-omen tytułu).
Bo czego tu nie ma: w prologu słuchamy autentycznych wypowiedzi Muhammada Ali, Malcolma X, Angeli Davis, Martina L. Kinga, prezydentów Johnsona i Nixona… oglądamy dokumentalne zdjęcia z wietnamskiego frontu, antywojennych protestów, masakry w wiosce My Lai, nagiej dziewczynki uciekającej z wioski spalonej napalmem, płonącego mnicha, ulicznej egzekucji żołnierza Wietkongu dokonanej przez generała armii południowowietnamskiej, ucieczki Amerykanów helikopterem z dachu ambasady w Sajgonie po przegranej wojnie z Północnym Wietnamem… Jednakże mnogość tych odniesień politycznych i historycznych jest tak fragmentaryczna i porwana, że zamiast solidniejszego fundamentu pod fabularną narrację, mamy jakąś anegdotyczną naskórkowość i udające dokumentalizm efekciarstwo. I ogólny chaos.

       Film jednak zbudowany jest z wielu dobrej jakości elementów i ma swoje momenty (rewelacyjna według mnie rola Paula, niezwykle intensywnie i dynamicznie wyegzekwowana przez Delroy’a Lindo) ale są też niemiłosiernie starte klisze, drętwe dialogi z tezą, estetyka i efekty rodem z VHS-owskiego kina B, antywojenna retoryka na poziomie gimbazy, łopatologiczne odniesienia socjologiczne i historyczne (Wietnam, rasizm w Stanach, ojcostwo-synostwo, braterstwo broni)…. etc. Niestety, tę listę można by ciągnąć długo. Za dużo tego wszystkiego, aby najnowszy produkt Spike’e Lee w moich oczach do końca się obronił.

       Mieszanie różnych stylów, nastrojów i tonacji stało się niemalże znakiem firmowym reżysera, jednak w tym przypadku nie wszystko gra tak harmonijnie (jak zagrało choćby w ostatnim filmie Spike’a Lee Czarne Bractwo. BlacKkKlansman). W „Da 5 Bloods” dość banalne „melo” za bardzo odkleja się tu od aplikowanego na siłę „dramatu” – przez co nie powala nas ani grzęznący niekiedy w czułostkowości sentymentalizm, ani zbyt bliska komiksu strzelanina kartonowych postaci, czy ociekający patosem tragizm (niestety wzmacniany jeszcze bardziej patetyczną muzyką – z tym, że mam tutaj na myśli orkiestrową pompę Terrence’a Blancharda, a nie wspaniałe wokalizy Marvina Gaye’a czy wstawki rockowych kawałków).
Według mnie nie na miejscu (takie „ni przypiął, ni przyłatał”) były aluzje do „Skarbu Sierra Madre” Hustona, czy do „Czasu Apokalipsy” Coppoli (m.in. zupełnie nie pasujące do klimatu scen wagnerowskie Walkirie). Zdarzały się też momenty niezamierzonego chyba jednak komizmu.

       Naciągnięty do granic wiarygodności był też sam wątek główny filmu: do Wietnamu po czterdziestu latach wraca czwórka czarnoskórych weteranów, walczących kiedyś w tym samym plutonie. Podczas wojny zakopali w ziemi warte 17 mln. dolarów złoto, które teraz chcą odnaleźć. Jednak cel ów uszlachetniony jest tym, iż zamierzają przy tym znaleźć także grób swojego dowódcy (z jakichś względów mamy wierzyć, że równocześnie był on dla nich czymś w rodzaju guru – takim „połączeniem Malcolma X i Martina L. Kinga”, jak sami się o nim wyrażają), wykopać jego szczątki i przewieźć do ojczyzny, by sprawić mu honorowy pogrzeb.
Powrót do dżungli okazuje się wszak powrotem do wojennego piekła – ich rajd za złotem i kośćmi wojennego kamrata pełen jest zasadzek i nieprzewidzianych wydarzeń (muszę przyznać, że niektóre z nich zaskoczyły mnie swoją absurdalnością).

       Spike Lee należy do tej grupy reżyserów, na których nowe filmy czekam z ciekawością. Podobnie było z „Da 5 Bloods” – tytułem, który rozbudził we mnie zainteresowanie tym większe, że wątek wietnamski w kinie amerykańskim był przedmiotem, jakim ongiś bliżej się zająłem (swego czasu monografię na ten temat opublikowałem w miesięczniku „KINO”). Jednak zestawienie obrazu Spike’a z dziełami Coppoli („Czas Apokalipsy”), Ashby’ego („Powrót do domu”), Kubricka („Full Metal Jacket”), Cimino („Łowca jeleni”), Stone’a („Pluton”, Urodzony 4 lipca), Herzoga („Rescue Dawn„), a nawet Levinsona („Good morning, Vietnam”) nie wychodzi mu raczej na dobre – i mamy tu chyba do czynienia z różnicą klas.

       Nie wiem, być może jestem zbyt surowy dla tego filmu – i zapewne ma na to wpływ moje nim rozczarowanie. A jednak skłamałbym, gdybym napisał, że „DA 5 Bloods” zupełnie mnie nie wciągnął; że liczyłem minuty do jego zakończenia, bo z ekranu wiało nudą; że wcale mnie nie wzruszył i pozostawił obojętnym. Wprawdzie podszedłem do niego bardziej jak analityk (trudno mi było przymknąć oko na jego mankamenty, szwy, pęknięcia i reżyserskie „chwyty”) niż jak widz kinoman (którym de facto chcę być bardziej niż filmowym krytykiem), to jednak myślę, że warto o jego wartości przekonać się samemu – tym bardziej, że „Da 5 Bloods” prasę ma całkiem dobrą, a w niektórych przypadkach wręcz entuzjastyczną (ale dlaczego tak jest – tego nie chcę już dociekać).

(6/10)

*  *  *
.

SINGAPUR – cud socjotechniki czy wspaniała katastrofa?

.

Nowoczesny kompleks Marina Bay jest architektoniczną wizytówką Singapuru

.

       Nie uważałem, że Singapur wart jest tego, aby być celem osobnej podróży do Azji, ale nie miałem wątpliwości, że warto go odwiedzić. Kiedy więc wybierałem się do Birmy, postanowiłem zrobić sobie tygodniowy stop-over właśnie w Singapurze.
Siedem dni i osiem nocy w jednym miejscu to sporo, jak na stop-over, ale okazało się, że tego czasu nie było jednak za dużo – nawet jak na zwiedzenie miejsca porównywalnego obszarowo do Warszawy (choć na tym wszelkie porównania tego państwa-miasta z naszą stolicą się kończą).
Wrażenia z pobytu tamże spisywałem na gorąco, ale pojęcia nie mam, gdzie się te zapiski zawieruszyły. Jednak wspomnienia singapurskie nadal są we mnie dość żywe (nie mówiąc o setkach zdjęć, które wtedy zrobiłem, wspomagających teraz moją pamięć), więc nie sądzę, aby te kilka lat, które dzielą mnie od tamtej podróży, były przeszkodą w podzieleniu się moimi wrażeniami teraz – w formie tej relacji.

FENOMEN TYGRYSA

       Dużo myślałem o fenomenie tego cywilizacyjnego tworu, którego nie można chyba porównać z żadnym innym azjatyckim „tygrysem” (do jakich Singapur jest zaliczany) – i to z kilku powodów. Przy czym jego sukces (który paradoksalnie można też wiązać z… porażką) jest na tyle wymowny kulturowo, jeśli chodzi o przyszłość cywilizacyjną świata, że warto poświęcić mu pewną uwagę i garść refleksji.
Co też niniejszym czynię.
Nie mam zamiaru opisywać tu wszystkich ważniejszych atrakcji turystycznych Singapuru (w Internecie można znaleźć tony informacji na ten temat), a raczej skupić się na moim (oczywiście, że subiektywnym) indywidualnym doświadczeniu, jak również podzielić własnymi myślami i wnioskami, które były rezultatem pobytu w Singapurze oraz bliższego przyjrzenia się istocie i funkcjonowaniu tego maleńkiego obszarowo, ale jednocześnie jednego z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych (technologicznie) państw świata.
To są fakty. Na Singapur z zazdrością spoglądają nie tylko kraje tzw. „trzeciego” świata, czy jego azjatyccy sąsiedzi, ale i wszelkiej maści biznesmeni, finansiści, naukowcy, technolodzy, architekci i entrepreneurzy, którzy lgną do tego raju możliwości jak pszczoły do miodu.
Dlaczego więc wspomniałem o porażce? (Wiem, że będę się musiał z tego wytłumaczyć.)
Nie będę ukrywał, że Singapur zrobił na mnie wielkie wrażenie, mimo że nie należę do entuzjastów industrializacji i urbanizacji, która w tempie wręcz galopującym zaczęła się rozprzestrzeniać w ciągu ostatnich dekad na świecie. Począwszy od ultra-nowoczesnego lotniska Changi (przez wielu uznanego za najlepsze lotnisko na świecie), przez kosmopolityczny eklektyzm i rozmach, multi-kulturowość, infrastrukturę funkcjonującą jak w precyzyjnym zegarku; po architektoniczne dziwy i cudeńka, wyjęte jakby wprost z futurystycznej fantazji i nieograniczonej niczym wyobraźni. Musiałem więc ochłonąć, aby dojrzeć to, co za tą fasadą się kryje – i jak przekłada się to na ludzkie doświadczenie w sensie kulturowych skutków i powikłań.
Nie ma wątpliwości, że Singapur w ciągu zaledwie półwiecza od ogłoszenia swojej niepodległości dokonał rzeczy niesamowitej, pod względem ekonomicznym i technologicznym osiągając z nawiązką to, co sobie (pod przewodnictwem Lee Kuan Yew, lidera Partii Akcji Ludowej, nota bene sprawującej władzę w państwie nieprzerwanie od 1959 roku) zaplanował, stając się jednym ze światowych liderów w bankowości, edukacji, transporcie, inżynierii, medycynie… charakteryzując się niezwykle gwałtownym tempem rozwoju zwłaszcza przemysłu elektronicznego, rafineryjnego, chemicznego, maszynowego. Dochód narodowy tego państwa na głowę mieszkańca jest jednym z najwyższych na świecie, podobnie jak osiągnięty standard życia.
Sukces gospodarczy zawdzięcza Singapur nie tylko bardzo dogodnemu położeniu geograficznemu, ale i konsekwentnym postawieniu na edukację, naukę i rozwój nowoczesnych technologii, przy jednoczesnym otwarciu na świat, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą, handlową i finansową. Ów sukces ekonomiczny przełożył się nie tylko na bogactwo kraju, stabilność i wysoki standard życia jego mieszkańców, ale i na bezpieczeństwo, modernizację, czystość, zaspokojenie potrzeb komunikacyjnych i mieszkaniowych oraz wyeliminowanie przestępczości.

Na pierwszym planie: fragm. Art Science Museum, na drugim: hotel Marina Bay Sands

BÓG POSTĘPU I TOŻSAMOŚĆ

       Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Zdaję sobie sprawę z tego, że to moje stwierdzenie (podobnie jak wcześniejsze użycie słowa „porażka”) jest kontrowersyjne i może wyglądać na pewną prowokację, ale postaram się to wyjaśnić. (Jest przy tym oczywiste, że z moimi wnioskami nie wszyscy muszą się zgadzać.)
Kiedy w latach 60. XX wieku Singapur ogłaszał niepodległość – przekształcając się z kolonii w samodzielne państwo – jego liderom (i mieszkańcom) chodziło głównie o przetrwanie. Czasy były niespokojne, ekonomicznie niepewne, pełne konfliktów etnicznych i rasowych. Tak było w Singapurze przez pierwsze kilkanaście lat, ale w latach 70. kraj zanotował pierwszy boom gospodarczy i mimo okresowych spowolnień rozwoju ekonomicznego, hossa trwała przez całe dekady.
Jednakże nawet w państwie, gdzie rozwój gospodarczy, przemysłowy i ekonomiczny jest bogiem – i gdzie temu rozwojowi podporządkowane są przyjęte/wyznawane wartości etyczne – naród (społeczeństwo) musi posiadać jakąś tożsamość.
Wiedzieli o tym jego przywódcy. I oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak trudne może być wykształcenie (utrzymanie?) tej tożsamości w tak zróżnicowanym religijnie i rasowo społeczeństwie – w państwie mającym na dodatek niezwykle ambitne plany nowoczesnego rozwoju – i to w perspektywie globalnej, a nie tylko zaściankowej.
Ważnym faktem w tym kontekście jest to, że 75% ludzi zamieszkujących Singapur to etniczni Chińczycy (14 % ma pochodzenie malajskie, 8% hinduskie) i mimo tego, że struktury organizacyjne państwa zostały odziedziczone głównie po brytyjskiej kolonii, to bez wątpienia Singapur jest państwem na wskroś orientalnym – stworzonym przez Azjatów.
I podobnie jak cała Azja, zderzył się z problemem westernizacji.
Z tym, że w Singapurze – właśnie ze względu na gwałtowną modernizację i rozwój ekonomiczny (który nie byłby możliwy bez współpracy z Zachodem i ogólnej globalizacji) – ten dylemat ujawnił się ze szczególną ostrością.

PÓŁKSIĘŻYC I GWIAZDY

       Kiedy tworzono singapurską państwowość, przyjęto biało-czerwoną flagę, na której – obok półksiężyca, symbolizującego młode rozwijające się państwo – znalazło się pięć gwiazd, które z kolei były symbolami demokracji, równości, pokoju, postępu i sprawiedliwości. Wraz z braterstwem (barwa czerwona), czystością i prawem (barwa biała), były to podstawowe ideały i wartości, którymi państwo zadeklarowało się kierować.
Deklaracje deklaracjami, ideały ideałami, jednak w praktyce zderzono się z największym chyba paradoksem progresywizmu na Wschodzie: jak wraz z postępującą na olbrzymią skalę westernizacją (przyjmowanie zachodnich wzorów, stylu życia, funkcjonowania różnych instytucji, infrastruktury, popkultury) zapobiec mentalno-kulturowej erozji i zachować wschodnią tożsamość?
Singapur z tym paradoksem zderzył się jeszcze mocniej: jak, mając kosmopolityczne parcie, nie wykorzenić się przy tym i nie rozmyć w globalnej brei?
Na Zachód patrzono jednocześnie z podziwem i odrazą. Przyczyniała się do tego nie tylko post-kolonialna idiosynkrazja, ale przede wszystkim postrzeganie kultury zachodniej jako zagrożenie z powodu cechującego ją indywidualizmu, liberalizmu, materializmu, narkomanii i alkoholizmu (tak to tutaj postrzegano).
Innym, nie mniej ważnym problemem, było sprostanie ideałowi równości rasowej i religijnej tolerancji w państwie multi-religijnym i multi-rasowym, jakim de facto był Singapur. Z jednej strony bowiem, nie można było oprzeć się na jednej religii i rasie, z drugiej zaś niemożliwe było wynalezienie nowych wartości a zwłaszcza dziedzictwa (czyli tożsamości) tworząc wszystko from the scratch (od samych podstaw), bo dziedzictwo/tożsamość zawsze musi mieć swoje korzenie.
Uniwersalne wartości (jak np. etos ciężkiej pracy, wytrwałości, poświęcenia, oszczędności, zapobiegliwości, zaradności) takiej tożsamości nie dostarczały. Nie można też było oprzeć wszystkiego na konfucjanizmie (choć zdecydowana przewaga liczebna etnicznych Chińczyków miała jednak ostatecznie największy wpływ na tego dylematu rozwiązanie).
Stojąc przed tym wyzwaniem Partia Akcji Ludowej zdecydowała się na krok… jeśli nie desperacki, to na pewno pryncypialny: stworzenie czegoś, co nazwano „ideologią narodową”, której fundament stanowić miały takie zasady i wartości, jak: „społeczeństwo ponad jednostką”, „rodzina jako podstawowa i najważniejsza komórka społeczna”, „pomoc wspólnotowa i poszanowanie dla jednostki”, „konsensus ponad konfliktem”, „rasowa i religijna tolerancja i harmonia”.
Jeśli komuś te ideały wydadzą się autorytarne, zalatujące komunizmem, a nawet totalitaryzmem, to są jednak podstawy, żeby się z tym zgodzić. Nie mówiąc już o kwestii jak idealna teoria przystaje do realnej praktyki.
Dla mnie krytycznym i najbardziej radykalnym postulatem jest tutaj postawienie społeczeństwa ponad jednostką, co zawsze i nieuchronnie prowadzi do łamania praw człowieka (rozumianych tak, jak to przyjęto w Powszechnej deklaracji praw człowieka, którą stworzono po doświadczeniach II wojny światowej, również w celu zapobieżenia totalitaryzmom takim, jak faszyzm czy komunizm).
To, co przed chwilą napisałem może wyglądać na marudzenie idealisty i pięknoducha, bo przecież każdy widzi, jaki „tygrys” jest – i to, że sukces Singapuru jest oszałamiający a miliony ludzi żyją tam wygodnie, nowocześnie, bezpiecznie i dostatnio.
A jednak…

Podłączeni ale czy połączeni? Scena w singapurskim metrze.

.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT?

       Co się dzieje, kiedy rozwój staje się celem samym w sobie? Czym jest wolność, jeśli sukces i spełnienie musi się mieścić w formie sztucznie ustalonego formatu? Dlaczego konkretne dobro indywidualnego człowieka jest uważane za mniej wartościowe niż abstrakcyjne dobro mrowia (ogółu)? Dlaczego ścisłe ceni się bardziej niż swobodne, luźne i artystyczne? Czy czystość można utrzymać tylko wtedy, jeśli będzie się nękać ludzi zakazami i groźbą niebotycznych mandatów? Czy na pewno sterylne oznacza zdrowe? Jaki to jest szacunek dla ludzkiego ciała, skoro za normalną karę przyjęło się chłostę, zostawiającą najczęściej bliznę na całe życie? Dlaczego wysokość zarobków ma być jedynie słusznym kryterium ustalania społecznej hierarchii i zależności? Czy można tchnąć ducha w maszynę?
Czy tak ma wyglądać Nowy Wspaniały Świat?
Takie pytania można zadać w konfrontacji z singapurskim „sukcesem”.
Wysłuchałem wiele opinii pochodzących od ludzi zamieszkujących – krócej lub dłużej – Singapur. Niestety, przeważały wśród nich te negatywne, choć oczywiście nie brakło też pozytywnych. Ale to też należy do moich osobistych doświadczeń, więc nie ośmieliłbym się wypowiadać w imieniu całego społeczeństwa.
Ci, którzy mieli dość Singapuru, skarżyli się nie tylko na wyścig szczurów, kształtowanie wszystkich wedle jednego schematu, brak inspiracji, sterylność, cenzurę, jałowość, brak duchowości, materializm, konsumpcyjną nudę, myślenie pod sztampę, brak wolności słowa i otwartej dyskusji…
Ci zadowoleni mówili o wysokim standardzie życia, bezpieczeństwie, wygodzie, nowoczesnej infrastrukturze, porządku, czystości, braku przestępczości, dobrych zarobkach, możliwości kształcenia się, łatwości zakładania firm, otwartości na świat, obfitości dóbr konsumpcyjnych i bogatej kuchni…
Czy w tym wszystkim można znaleźć jakiś złoty środek? A jeśli tak, to czym on jest – czy aby nie pewnym kompromisem, który będąc wymuszony, żadnym kompromisem nie jest? Albo zwykłą ludzką niemożnością, aby zadowolić wszystkich? Niezdolnością do stworzenia cywilizacji – porządku społecznego, państwa – nie tyle idealnego (bo to jest definitywnie nierealne), co bez kardynalnych wad, bo okazuje się to czystą utopią?
Moim sąsiadem w samolocie lecącym z Singapuru do Rangunu był nauczyciel języka angielskiego, który do Birmy latał często w weekendy, by odwiedzić tam swoją rodzinę. Od niego z pierwszej ręki dowiedziałem się, jakiej presji poddane są jego dzieci w szkole i jak to odbija to się na ich zdrowiu psychicznym i zachowaniu. Z tego względu myśli o wyprowadzce z Singapuru. Pytał się mnie, czy poleciłbym mu przeniesienie się do Kanady.
Wtedy zdecydowałem się na pewną summę – wyznanie braku wiary w to, że kiedykolwiek chciałbym zamieszkać na dłużej w państwie zbudowanym według tej recepty. Wynika on z następującego wniosku i spostrzeżenia, które zapisałem jeszcze przed wyjściem z samolotu w Rangunie:
„Socjotechnikę w Singapurze doprowadzono do perfekcji – całe społeczeństwo funkcjonuje według ściśle określonych przez władzę reguł i zasad. Indywidualizm jest całkowicie podporządkowany społecznej strukturze. Jego znaczenie jest czysto utylitarne – jesteś wart dokładnie tyle, ile korzyści ma z ciebie społeczeństwo, a ściślej: model społeczny stworzony i aprobowany przez państwowe władze (które np. określają procentowo w jakich proporcjach mogą mieszkać w bloku przedstawiciele różnych ras i grup etnicznych). Musisz być trybikiem dokładnie wpasowanym w tę społeczną machinę, a twoje miejsce w ścisłej hierarchii zadań i pozycji określa sposób selekcji (na bardziej lub mniej sprawnych i przydatnych) dokonujący się już od najmłodszych lat. Taki wydaje się być koszt panującego tam porządku, bezpieczeństwa i wysokiego standardu (materialnego) życia. Czy aby nie za wysoki?”

.

Kolorowy pokaz – tańczące fontanny, światło i dźwięk. A w tle: wieżowce centrum biznesowego downtown

.

OBLĘŻENIE

       Problem ze współczesną turystyką jest taki, że jest ona bardzo powierzchowna – nie wspominając już o tym, że jej masowość (oczywiście cały czas mam na myśli czasy przed koronawirusem) przynosi chyba jednak więcej szkody niż pożytku (choć z tym można polemizować, zwłaszcza w rejonach, które z turystyki „żyją”). Jedną z największych niedogodności, które się z tym wiążą są tłumy oblegające największe „atrakcje” turystyczne świata – coraz większe i coraz bardziej tratujące się nawzajem. Wiedząc, że sam do tego się przyczyniam – stając się częścią tłumu (będąc np. na Placu Św. Piotra, oglądając Mona Lisę w Luwrze, czekając na wschód słońca przed świątynią Angkor Wat; chodząc po Wielkim Murze, pod wodospadami Iguazú, stojąc na Time Square, spacerując w ogrodach Alhambry lub wśród ruin Machu Picchu) – to robię wszystko, aby tłumów uniknąć (jest to trudne, ale nie niemożliwe – wystarczy tylko zejść nieco z utartej ścieżki).
Na pewno bezpowrotnie odeszły w przeszłość czasy prawdziwego podróżowania, które było jeszcze możliwe kilkadziesiąt lat temu (im dalej w przeszłość, tym to podróżowanie było „prawdziwsze”). Teraz stało się ono nieprzyzwoicie łatwe, w związku z czym po globie przewalają się tłumy „zaliczające” kolejne turystyczne „atrakcje”. Rzadko kto wnika w istotę odwiedzanych miejsc, głębiej je poznaje – zwykle rutyna, oklepane szlaki, pośpiech, bezmyślne podążanie za przewodnikiem i szybkie omiatanie okiem widoków, zabytków, dzieł sztuki… skutecznie temu zapobiegają.
Oczywiście zdarzają się też od tego wyjątki.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mimo iż Singapur każdego roku odwiedza ponad 10 mln. turystów – i moja wizyta przypadła na tzw. „szczyt” sezonu – to tłumów tam nie doświadczyłem, co było dla mnie zaskoczeniem tym większym, że wiedziałem, iż jadę do kraju/miasta obszarowo niewielkiego, a jednocześnie niezwykle gęsto zaludnionego. Mało tego: do dzisiaj pozostało we mnie wrażenie przestronności – doświadczenie wielkiej przestrzeni, którą bez wątpienia Singapur zawdzięcza obecnej tam architekturze (o wielkim „oddechu” wyobraźni) i doskonałym rozwiązaniom komunikacyjnym.
Jak już wspomniałem na początku, rekomendację tego, co warto zwiedzić w Singapurze zostawiam innym (dzięki dostępnym informacjom można sobie wybrać to, co najbardziej kogoś zainteresuje), tutaj podrzucę jedynie garść moich wrażeń z wałęsania się po tym mieście oraz parę ogólnych impresji.
Nie musiałem się nigdzie spieszyć, więc mimo spędzania każdego dnia kilkunastu godzin poza hotelem, nigdy nie czułem się zmęczony, ani tym bardziej znudzony, bo Singapur to jednak jest miasto niezwykle różnorodne, jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni i zamieszkujących go ludzi.

MIEJSCA

       Oczywiście o Singapurze – a nawet o tygodniowym w nim pobycie – można napisać całą książkę. Ale zważywszy na to, że nawet ten tekst, który miał być ledwie wspomnieniem podróży, rozrasta się do nieprzyzwoitych rozmiarów, postaram się ograniczyć do kilku wzmianek, gdzie w Singapurze byłem i co zobaczyłem.

.

Mnisi buddyjscy pod posągiem Merliona (hybryda ryby i lwa) – symbolu narodowego (a zarazem i maskotki) Singapuru.

Marina Bay. Nowoczesny, powstały w ostatnich latach kompleks architektoniczny wokół Zatoki Marina, to doprawdy wielki zbytek i niebotyczna ekstrawagancja – taki futurystyczny bizantynizm. Weźmy choćby Hotel Marina Bay Sands składający się z trzech olbrzymich wieżowców (w kształcie przypominającym jakieś gigantyczne spinacze ze szkła, betonu i stali), na których wsparto symbolizującą łódź obłą konstrukcję, mieszczącą nie tylko deck obserwacyjny, restauracje, kasyno i bary, ale i sporej wielkości… basen. Po drugiej stronie Zatoki kręci się największe na świecie koło „obserwacyjne” czyli Singapore Flyer (miałem okazję nim się pokręcić zarówno w dzień, jak i w nocy – mając zresztą do swojej dyspozycji cały, przypominający oszkloną kapsułę, wagonik). Jest jeszcze, symbolizujące swoją formą lotus, Art Science Museum – o wielkiej sadzawce pełne nenufarów, czy kosmicznej budowli Louis Vuitton nie wspominając. Kompleks Marina Bay sąsiaduje zarówno z lasem lśniących biurowców downtown (co wieczór stanowią one tło dla odbywającego się tutaj pokazu tańczących fontann, laserowych i kolorowych świateł), jaki i zupełnie odmienną w charakterze Colonial Quarter, gdzie znajduje się słynny historyczny Hotel Raffles.

.

Futurystyczne Superdrzewa w Ogrodach nad Zatoką

Gardens by the Bay. Już tylko dla tego cudeńka warto zatrzymać się w Singapurze. Na wydartej oceanowi powierzchni ponad 100 hektarów zbudowano dziwne, ale jednak niezwykle imponujące ogrody, których artystyczna sztuczność konkuruje tylko z autentyzmem rosnących tam w nieprzebranej ilości roślin, sprowadzonych tu z całego świata. Najbardziej rzucają się w oczy tzw. Superdrzewa – wysokie na kilkadziesiąt metrów konstrukcje z betonu i stali, ale tak zarośnięte, że przypominają żywe organizmy z jakiejś nieziemskiej planety. Już w świetle dziennym robią wrażenie, ale prawdziwie oszołamia dopiero nocny show, który – przy wsparciu pompatycznej muzyki – rozświetla te kosmiczne drzewa milionami różnokolorowych świateł. Aaa… można tu jeszcze zobaczyć Flower Dome – wypełnioną tysiącami kwiatów, największą cieplarnię na świecie; czy Cloud Forest – ta z kolei szklarnia zawiera w środku… zarośniętą gęsto i spowitą tropikalną mgłą górę, na którą się można wspiąć po spiralnych schodach – zobaczyć i poczuć jej florę z bliska. W Ogrodach nad Zatoką jest jeszcze wiele innych pomniejszych dziwów.

.

Zachwyt i oczarowanie podwodnym światem: dzieci przed szybą olbrzymiego akwarium na wyspie Sentosa

Sentosa Island. Szumnie promowana jako “Asia’s favourite playground” wyspa, oddzielona niespełna kilometrową cieśniną od Singapuru „lądowego”, to niewiarygodne nagromadzenie atrakcji dla dzieci dużych i małych, wliczając w to parki wodne, Studia Filmowe Universal, mega-kasyno oraz plaże ze sprowadzonym z sąsiedniej Malezji piaskiem. Jeśli mogłem ten pstrokaty jarmark tolerować, to tylko ze względu na zaplanowaną przeze mnie wcześniej wizytę w imponującym S.E.A. Aquarium (wtedy było to jeszcze największe akwarium oceaniczne na świecie, zdetronizowane wkrótce jakimś chińskim molochem). Mimo, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem trzymania zwierząt w klatkach, to chyba jednak bardziej toleruję widok morskich stworzeń w akwariach, zwłaszcza jeśli są tak gigantycznych rozmiarów jak te na Sentosie. Muszą być takie, skoro mają pomieścić ponad 100 tys. zwierząt. Wiele z nich widziałem po raz pierwszy w życiu, ale po raz nie wiadomo który zdumiała mnie inwencja Natury w kreowaniu różnych – często fantastycznych i wręcz fantazyjnych – form życia. Łapałem się więc na tym, że przyklejam się jak zahipnotyzowany do akwariowej szyby, ze wzrokiem utkwionym na tych stworach, podobnie jak stojące obok mnie dzieciaki.

.

Wszystkie kolory sari – hinduski ślub w świątyni Sri Srinivasa Perumal Temple w dzielnicy Little India

Chinatown, Little India, muzułmańskie Kampong Glam. Jednym z największych singapurskich paradoksów jest to, że wykreowana jak pod matrycą struktura społeczna kraju, obejmuje inkluzywnie tak różnorodne rasy, grupy etniczne i religie, że zasadne staje się pytanie, co tu jest bardziej prawdziwe, trwałe i dominujące: religia i tożsamość zakorzeniona w długiej tradycji i historii, czy sztucznie stworzony „porządek” społeczny, ściśle egzekwowany w praktyce. To są dwie sprzeczne ze sobą ordynacje, więc jeśli tej drugiej podporządkowani są wszyscy (a są), to ta pierwsza musi być w opresji – i vice versa: jeśli pierwsza jest mocniejsza, to ta druga jest fałszywa. Tak czy owak, to jeszcze jeden przykład na singapurską sztuczność i nie trzymającą się kupy „tożsamość”.
Jednakże autentyzm trzyma się niektórych zakątków Singapuru, mimo że nawet w bardziej etnicznie jednorodnych enklawach, sąsiadują obok siebie meczety, świątynie hinduskie, buddyjskie czy taoistyczne – co najbardziej rzuca się w oczy w dzielnicy chińskiej. Tam też znajduje się chyba najciekawszy zabytek historyczny Singapuru, wybudowana w 1839 roku świątynia Thian Hock Keng – ikona chińskiego dziedzictwa kulturowego. Ale taka, okupowana głównie przez muzułmanów dzielnica Kampong Glam, gdzie obok ważnego dla lokalnego islamu Meczetu Sułtana i arabskich sklepów, też naznaczona jest ciekawym eklektyzmem, bo upodobali ją sobie… hipsterzy, przez co kwitnie tu nie tylko butikowo-backpackerski szpan, ale i bujne życie nocne. O rzut beretem oddalone są Małe Indie, gdzie, zwłaszcza przy ulicy Serangoon, czujemy się jak w Indiach, tyle że bez doświadczania widoku (i zapachu) świętych krów. Tam zwraca uwagę poświęcona matczynej bogini Kali świątynia (there’s no way I can spell it right without looking into the guidebook) Sri Veeramakaliamman. Warto też wstąpić do buddyjskiego przybytku (this one is much easier) Sakya Muni Buddha Temple. Jednak największa niespodzianka – najbardziej chyba intensywna etnicznie i bajecznie wręcz kolorowa – spotkała mnie w położonej tuż obok tej buddyjskiej świątyni hinduska Sri Srinivasa Perumal Temple, gdzie – zupełnie przypadkowo, i to w ostatni dzień pobytu w Singapurze – trafiłem na hinduski ślub i wesele, które swoją barwnością, egzotycznością, bogactwem rytuałów, urodą kobiet, feerią symboli i – last but not the least – fotogenicznością, zupełnie mnie oszołomiło, wprawiając nie tylko w kulturowy, ale i fotograficzny trans.

.

Przed fontanną w Ogrodach Botanicznych Singapuru

Botanic Gardens. Kiedy tak czytałem o planach rozwojowych Singapuru, to odniosłem wrażenie, iż zajmujący się tym ludzie mają obsesję na punkcie „zieleni”. Już nie wystarcza im slogan „The Garden City”, teraz musi być „The City in the Garden”. Ta obsesja akurat mi się podoba, bo lasy i zieleń roślin wszelakich to nie tylko tlen dla moich płuc, ale i balsam na moje oczy. Rzeczywiście, jeśli spojrzy się na Singapur z góry, to kolor zielony wypełnia więcej niż 1/3 część całej wyspy. A to nie tylko stworzone przez człowieka parki i ogrody, ale i lasy, w tym fragmenty pierwotnego (porastającego ongiś całą wyspę) lasu tropikalnego, litościwie ocalonego przed – kolonialną jeszcze – totalną wycinką. Dochodzą do tego ogrody wiszące (gdzie tylko się da), piętrowe a nawet wertykalne – wszystkie nowe budynki muszą uwzględnić roślinność.
Po kilku dniach zwiedzania głównie zurbanizowanego Singapuru postanowiłem odpocząć od tego w tutejszych Ogrodach Botanicznych, z dala od miejskiego zgiełku i turystycznych korowodów. I choć (wbrew famie bycia jednym z najlepszych ogrodów botanicznych świata) bardziej mi się kiedyś spodobały ogrody, które widziałem choćby w Kanadzie (The Butchart Gardens) czy na Sri Lance (Royal Botanical Gardens pod Kandy), to ten był chyba najbardziej rozległy i relaksujący, więc nie było problemu, aby spędzić w nim prawie cały dzień, tym bardziej że mogłem usiąść w cieniu, wyjąć z plecaka swój kajet i coś tam w nim naskrobać.

ZAKAZY, CHŁOSTA I OBRAZY

       W tym samym roku, w którym odwiedziłem Singapur, dwóch młodych Niemców zostało skazanych na 9 miesięcy więzienia i chłostę za namalowanie graffiti na jednym z wagonów metra. To miasto-państwo słynie z bardzo wysokich kar za wykroczenia, które w innych krajach są po prostu zakazami, ale raczej rzadko karanymi (jak np. śmiecenie na ulicy, zrywanie kwiatów, chwytanie ptaków i łowienie ryb, wandalizm, oddawanie moczu i palenie w miejscach publicznych, ekshibicjonizm…). W Singapurze zaś kary są bezwzględnie egzekwowane, jak również bardzo wysokie, dzięki czemu wykroczenia te zostały niemal zupełnie wyeliminowane. Istnieją tu również zakazy bardzo specyficzne, nigdzie indziej nie spotykane, jak np. zakaz picia i jedzenia w środkach komunikacji miejskiej, zakaz sprzedaży gumy do żucia, plucia na ulicy, obejmowania się, karmienia małp, podłączanie się do czyjegoś wi-fi… Idący w setki dolarów mandat można dostać za… niespuszczenie wody w toalecie. Nielegalne są też związki homoseksualne, i choć prostytucja jest dozwolona, to pornografia już jest przestępstwem. Stosuje się karę śmierci, m.in. za przemyt i handel narkotykami.
Jednakże przebywając w Singapurze nie czułem się jakoś szczególnie tymi zakazami sterroryzowany. Byłem sam, więc do nikogo się nie przytulałem; nie wyżywam się artystycznie smarując po murach graffiti; nie żuję gumy, nie palę papierosów; w zasadzie nie pluję na ulicy i raczej spłukuję po sobie w toalecie… W związku z tym, wszystkie te – bardziej lub mniej dziwne zakazy – po prostu mnie nie dotyczyły. Mało tego: mogłem do woli korzystać z dobrodziejstwa czystości, porządku i higieny, jakie te przepisy tutaj na ludziach wymuszały.
Nie będę ukrywał, że mój pobyt w Singapurze wspominam bardzo dobrze. Cieszy mnie to, że mogłem zobaczyć to ciekawe miejsce, które dostarczyło mi nie tylko mnóstwa zmysłowych wrażeń, ale i uświadomiło pewne aspekty globalizacji oraz możliwe kierunki rozwoju naszej cywilizacji. Muszę jednak zaznaczyć, że w ubiegłym roku dały się w singapurskiej ekonomii zauważyć pewne znaki stagnacji, może nawet recesji i zapewne tegoroczna pandemia ten trend pogłębi, zwłaszcza że państwo to jest szczególnie narażone na straty, ze względu na uzależnienie od globalizacji, turystyki, eksportu i handlu. Jak sobie z tym wszystkim Singapur poradzi? – to okaże się dopiero w przyszłości.
Opisałem zaledwie skrawek moich singapurskich doświadczeń. Osobnego wpisu wymagałaby choćby moja wizyta w Singapurskim Muzeum Narodowym, gdzie niespodziewanie wziąłem udział w pewnym niezwykłym wydarzeniu teatralnym; jak również te okruchy rozmów ze spotykanymi przypadkowo ludźmi, którzy – bardziej lub mniej otwarcie i śmiało – użyczali przy tym swojej duszy, przez co moje zderzenie z ultranowoczesną cywilizacją nie było aż tak bezduszne.
Nie byłbym sobą, gdybym nie sfotografował Singapuru z każdej dostępnej mi strony. A jednak zdaję sobie sprawę z… nie tyle powierzchowności, co nieadekwatności takiego oglądu, bo niby jedno zdjęcie mówi czasem więcej, niż tysiąc słów, to jednocześnie mami nas często swoją formą (niekiedy też uwodzi i czaruje pięknem), ukrywając jednak treść i to, co jest głębiej. Dla zilustrowaniu tego tekstu wybrałem garść obrazów, które mogą dać wyobrażenie tego, jak zagospodarowana jest w Singapurze przestrzeń; jak wyglądają turystyczne atrakcje; jakich ludzi spotyka się na ulicy, w metrze, ogrodach, świątyniach… Składa się to na kolorową mozaikę, która jednak pozwala zwrócić uwagę na ten niezwykły zakątek naszej planety i przybliżyć nam charakter zamieszkujących go ludzi.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.