SZAMPAN I PISZCZELE

.

edouard-manet-bar-w-folies-bergere-courtauld-gallery-londyn

Melancholia w jaskini hedonizmu (Édouard Manet, Bar w Folies-Bergère)

.

      Jedno z najbardziej smutnych spojrzeń w dziejach malarstwa europejskiego – tym bardziej wydaje się puste i melancholijne, że pochodzi z samego epicentrum europejskiego XIX-wiecznego hedonizmu. Zza baru w paryskim przybytku uciech wszelakich w Folies-Bergère patrzy na nas Suzon – kelnerka mająca obsłużyć kolejnego klienta w meloniku, ale jakby nieobecna, myślami znajdująca się gdzie indziej. Opiera się na marmurowym blacie baru, na którym stoją butelki szampana, piwa, absyntu, likieru… kieliszek z różami, taca z pomarańczami (symbol prostytucji?). W lewym górnym rogu obrazu dostrzegamy zielone buciki akrobatki na trapezie, w prawym – mężczyznę, który wydaje się patrzeć na dziewczynę, choć jego spojrzenie również wydaje się puste. Między nimi kłębi się paryski tłum, który zażywa „rozrywki”.
Co uwiera Suzon? Jakieś osobiste zmartwienie? Czyżby nie umiała się tutaj znaleźć? Może nie uśmiecha się jej rola kokoty – i nie chce dołączyć do 30 tysięcy prostytutek, jakie funkcjonowały wówczas w mieście nad Sekwaną, uznanym za europejską stolicę – na dodatek: kultury?
W obrazie Maneta jej melancholia kontrastuje ze wspaniałym splendorem kształtów, akcentów, światła i barw – pędzel malarza tworzy fakturę poszarpaną i z pozoru chaotyczną, ale w rzeczywistości harmonijną i uporządkowaną – a całość pyszną. I dającą tak wielką przyjemność naszej wrażliwości estetycznej, że nasza wrażliwość etyczna schodzi na plan dalszy: bo czy rzeczywiście współczujemy tej nieszczęśliwej dziewczynie zanurzonej w frenetycznym świecie zabawy, wyraju, frajdy i swawoli? Chcielibyśmy jej pomóc czy ją wykorzystać – napiwszy się wcześniej szampana i zagryzając to pomarańczą?

greydot

Pablo Picasso, Stary gitarzysta)

Hiszpański blues (Pablo Picasso, Stary gitarzysta)

       Ecce Homo in blue

    Zawsze, kiedy jestem w Chicagowskim Instytucie Sztuki, idę się spotkać ze Starym gitarzystą. Jest to rendez-vous szczególne, bo mimo tego, że gitarzysta jest zamknięty… a raczej wtłoczony przez Picassa w ramy wiszącego na ścianie obrazu – a ponadto ślepy – to jednak za każdym razem coś innego mi on mówi (choć de facto jest niemy). I ta jego omdlewająca postać – niczym zdjęty z krzyża El Greco człowiek, w którym życia tli się już tylko na tyle, by uchwycić akord i trącić struny gitary. Wszystko jednak jest bezdźwięczne – przemawia tylko upiorna postura starca i tląca się w nim dusza – ciało ze skórą przezroczystą, pod którą znaczą się żyły, piszczele i kości; oraz jego muzyka, którą możemy sobie wyobrazić, ale nie usłyszeć.
Lecz nie jest to zjawa, która nas przeraża – bardziej przejmuje litościwym współczuciem, bo przecież nadal jest to człowiek, tyle że zanurzony w finałowej mizerii swojego żywota, spowity błękitną atmosferą smutku. To hiszpański blues, który staje się lamentem wszystkich ludzi, bez względu na to, gdzie się znajdują i jakie melodie śpiewają.
Taki oto obraz nędzy i rozpaczy tworzy dwudziestoparoletni Pablo, człowiek, który miał się stać największym artystą rozpoczynającego się właśnie stulecia (twórcą, który zrewolucjonizował sztukę), a ponadto człowiekiem o niezwykłej witalności, dumnym ze swoich cojones – o takich drobiazgach jak kilka żon, tuziny kochanek i materialne bogactwo, jakiego dorobił się własnymi rękami, nie wspominając.
Jednakże malując swojego gitarzystę w 1903 roku, Picasso nie tylko bawił się farbami i melancholią, która była udawana – wymyślając tym koncept „błękitnego okresu”. Nie, on sam wtedy pogrążony był w nędzy, a ponadto boleśnie przeżywał samobójczą śmierć swojego najbliższego przyjaciela, który wskutek zawiedzionej miłości wpakował sobie (w rozbawionym Paryżu) kulę w skroń.
Niebieski jako kolor smutnego, choć momentami frenetycznie też gwałtownego XX stulecia. Ale blue to nie tylko chandra – to także genialna tonacja, którą (nota bene nawiązując bezpośrednio do Picassa) wygrywał choćby Miles Davis (jak wiemy, jego najsłynniejsza płyta nosiła tytuł Kind of blue); o bluesie, którym przesiąknięty był rock (najbardziej dynamiczna muzyka, jaka powstała) nie wspominając.
Oto jak blisko siebie są melancholia i werwa, mizerność i ikra – anhedonia i epikureizm. Szampan i piszczele.
Homo sapiens jako istota par excellence maniakalno-depresyjna.

greydot.

PIĘKNA NEKROFILIA (o obrazie Jacka Malczewskiego „Śmierć Ellenai”)

.

Śmieci blask... (Jacek Malczewski,

Śmierci blask… (Jacek Malczewski, „Śmierć Ellenai”)

.

To chyba najpiękniejsze zwłoki na malarskim płótnie jakie widziałem w swoim życiu. Malczewski jest tu niezwykły i dla siebie nietypowy. Przede wszystkim redukuje kolorystykę do tonacji czarno-brunatno-złotej, rezygnuje z ostentacyjnej symboliki i mimo mrocznego i melancholijnego romantyzmu – dość teatralnego i upozowanego – trzyma się konwencji naturalistycznej. Niezbyt mocno, ale jednak…
Cóż mnie takiego zachwyca w trupie Ellenai? I czy przystoi, aby wobec tajemnicy i majestatu śmierci (zwłaszcza tak tragicznej, romantycznej) przykładać estetyczne miarki?
Ale z drugiej strony: czy aby malarstwo tego typu (bądź co bądź akademickie, niezbyt odległe – w technice przynajmniej – od matejkowskiego… ale to tak między nami, aby nie zawstydzać tych, którym się Malczewski podoba, zaś Matejkę mają za ucieleśnienie kiczu) nie „ściągało” wszystkiego do kategorii estetycznych, nawet jeśli chciało nam opowiedzieć jakąś anegdotę (tutaj: legendę ewokowaną poezją Słowackiego), pozostając przy tym wierne swoim programowym założeniom?
Lekkie zwątpienie formalne? Nic to. Mnie w tym ogromnym obrazie zachwycają nie tylko owe żółto-złoto-srebrno-rude plamy z jakich stworzone jest to martwe ciało i najbliższa mu materia (szaty, łoża i futrzanych okryć), ale – przede wszystkim! – ów zniewalający bezwład, jaki wyczarował swoim pędzlem Malczewski, stosując repetycje falujących linii ciała, łoża śmierci i tła.
Ach, ta zapadła pierś, rozpuszczone włosy, bezwładne ramiona i omdlałe dłonie… Życia już nie ma, pozostało tylko zniewalające piękno zwłok, mające w sobie coś z perwersyjnej nekrofilii, (czy to aby nie jest sposób na to, by odebrać Śmierci jej koszmarne odium?)
Niestety, bardziej chyba sztywny od spoczywającej, zapadłej już w sen wieczysty Ellenai, jest jej kochanek Anhelli, z poszarzałą od eschatologicznego smutku twarzą, usunięty w cień tego olśniewającego zjawiska, w jakie przemieniono tu śmierć młodej i pięknej kobiety.
Anhelli tego blasku już nie zauważa – odwraca wzrok od zimnej poświaty, wpatrzony w ciemną głębię swojej duszy – w otchłań, w której już wkrótce sam się też zanurzy.

greydot.

(Napisane po wizycie w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w krakowskich Sukiennicach, gdzie znajduje się obraz Jacka Malczewskiego.)

MÓZG LEONARDA, WYZNANIE TOŁSTOJA, WIEWIÓRKA MIŁOSZA, POLEMIKA ZE ŚWIREM… (zapiski V)

(z zapisków rozproszonych)

*

KAMIENIE – KLEJNOTY, RELIKWIE, TALIZMANY, FETYSZE…

Setki tysięcy Amerykanów zobaczyły niedawno kremlowskie złoto. Najpierw w Houston, później w Chicago. W Teksasie potraktowano eksponaty jak dekoracje (stąd amerykańska opinia o „niezmierzonych bogactwach Rosji”); chicagowskie Muzeum Ziemi wprowadziło zaś pewien komentarz historyczny, dzięki któremu bardziej już można było poczuć rosyjskie paradoksy i kontrasty: niezmierzone bogactwo – niezmierzona nędza, władza absolutna – absolutna niemoc; okrucieństwo, pycha i szaleństwo – chwała, cierpienie i pokajanie… Niewiarygodne, obłożone setkami diamentów korony carów Rosji sąsiadujące z kilogramami skarbów prawosławnych biskupów Moskwy. Demonstracja bogactwa i władzy. Jaja Fabergé. Kapiące złotem ikony, przyduszone zwałami biżuterii Boże Dziecię i opleciona sznurami pereł Matka Boska. Szokujący, ciężki, cały ze złota sarkofag zamordowanego małego Dymitra i wzruszające puzderko podarowane mu wcześniej przez tatusia, którym był Iwan Groźny.

1000 lat historii, 140 niezwykłych cacek, skarbów, cudeniek i prawdziwych dzieł sztuki. Nikt nawet nie próbował określić ich wartości.

Szlachetne kamienie w Rosji były również fetyszami. Klejnoty posiadały magiczną moc, tudzież mistyczne wręcz właściwości: diamenty łagodziły żądze i chciwość, szmaragdy pomagały przywrócić mądrość (sic!), zaś szafiry zapewniały spokój.

greydot
Klejnoty – twarde jak kamień i jak kamień zimne.
Co przedstawiają? Czyste piękno czy marną próżność?
Co w nich zaklęte? Urok czy złudzenie?
Co jest ich istotą? Bogactwo ducha czy nędza materii?

Jeden z krajowych magazynów dla pań donosi, że „jubilerzy znów rządzą kobietami”. W artykule „Zapach klejnotów” czytamy: „Biżuterii i perfumom blisko do siebie. Zupełnie nie szanują naszego zmysłu praktycznego. Klejnoty z cennych pereł, kamieni i kruszców to elitarna kasta schowana za murem niebotycznych cen. Perfumy są bardziej demokratyczne. Sygnowane nazwiskami słynnych jubilerów ofiarowują zmysłową przyjemność i urodę skradzioną klejnotom”. Ten fragment jest jeszcze interesujący. Niestety, to co czytamy dalej, to już tylko utylitarna toaleta. Typowe vanity fair.

greydot
Istnieją różne przywiązania do klejnotów. Zarówno szlachetne, jak i przyziemne. Cenny talizman, w którym pokładana jest wiara w magię i zaklęcie dobrego szczęścia. Ukochana miniatura symbolizująca czyste uczucie – miłość do kojarzonego z nią człowieka. Klejnoty rodowe pielęgnujące pamięć o zmarłych – przekazujące tradycje rodzinnej świetności.

Człowiek zaklinał rzadkie kamienie, przenosząc na nie swe pragnienia i tęsknoty. Kamień stawał się marzeniem i poezją. To właśnie dlatego takie wrażenie robił na nas ongiś norwidowski „gwiaździsty dyjament”.
Norwid… Nota bene autor „Bransoletki” i „Pierścienia wielkiej damy”.

greydot

WYZNANIE TOŁSTOJA

Od jakiegoś czasu czytam „Dzienniki” Tołstoja. Jak na razie poszukiwanie erudycji i intelektualnej wielkości pisarza przynosi dość mierne rezultaty. Trudno byłoby mi uwierzyć – według tych przeczytanych dotychczas fragmentów – że piszący je człowiek jest równocześnie autorem „Wojny i pokoju”. Lecz są to oczekiwania naiwne (nie tylko dlatego że na czas powstawania tej powieści Tołstoj zaprzestał pisania dziennika).

W powszechnym wyobrażeniu Tołstoj to tytan myśli i moralności. Bogu-podobny starzec, patriarcha ogarniający swym mądrym spojrzeniem świat z Jasnej Polany.
A oto co on sam o sobie pisze: „Przypomniałem sobie swoje wykoślawienie, zepsucie. Jestem zepsuty zarówno wczesną rozwiązłością, jak zbytkiem, obżarstwem i próżniactwem. Gdyby tego wszystkiego nie było, teraz, mając 65 lat, byłbym rześki i młody. Ale czy to zepsucie poszło na marne? Wszystkie moje wymagania moralne wyrosły z tego zepsucia”.

Zastanówmy się jednak czy chcielibyśmy czytać powieści pisane przez chodzące doskonałości. Zapewne trudno byłoby nam przebrnąć już przez pierwszą stronę i nawiedziłyby nas mdłości, bynajmniej nie sartre’owskie a te – po ludzku – fizjologiczne. Istota idealna jest dla nas czymś spetryfikowanym, zastygłym w pozie, ograniczonym do symbolu – wydaje się nam niemożliwe, by była kreatywna, twórcza. Aniołowie są bezpłodni.
Nawet Boga nie możemy sobie wyobrazić bez użyczania mu naszych ludzkich wad i namiętności.

Co o tym myśleć? (bo mimo wszystko jest to intrygujące).

Tołstoj dyktuje swojej córce: „Rzadko spotykałem człowieka, który posiadałby w większym stopniu niż ja wszystkie przywary: lubieżność, chciwość, złość, próżność, a przede wszystkim egoizm. Dziękuję Bogu za to, że wiem o tym, widziałem i widzę w sobie tę ohydę, a jednak z nią walczę. Tym się właśnie tłumaczy powodzenie moich pism.” (Zapis z 7 sierpnia, 1910 r)

W tym samym czasie Tołstoj przechodził gehennę z powodu histerycznych ataków swojej żony Zofii Andriejewny. Może to właśnie tłumaczy ową samokrytykę – pełną poczucia winy bezradność wobec nerwowych wariacji żony?  Idealne „Ja” zmuszone do poniżającej szarpaniny na poziomie ordynarnego domowego awanturnictwa. Nie wydaje mi się bowiem, że są to jakieś przewrotne umizgi – stawianie się w jak najgorszym świetle by wzbudzić litość, czy też może nawet sympatie otoczenia. Kajający się człowiek zazwyczaj miły jest naszemu oku, bo dzięki temu afirmować się może nasza wyższość… choćby tylko na ten moment.
Tołstoj ewidentnie przesadza z tym „rzadko spotykałem człowieka, który posiadałby w większym stopniu niż ja wszystkie przywary …”, bo na pewno we współczesnej mu Rosji roiło się od typów gorszych od niego o piekło całe. Jednak łatwo zrozumieć to, co pisze dalej: że uświadomienie sobie własnych skaz i walka z nimi umożliwiły mu tworzenie dzieł, w których łatwiej było się przeglądnąć ich czytelnikom – także i tym wszystkim węszycielom ułomności życia.
Na takim oto gruncie wyrasta jeden z najsłynniejszych moralistów XIX wieku.

greydot

Dramatyzm ostatnich dni życia Tołstoja. Ucieczka przed rozhisteryzowaną żoną. Zgon na stacji Astapowo. Na kilka dni przed śmiercią wspomina jeszcze w dzienniku o jakimś swoim planie. Ostatni zapis kończy się zaś słowami: „A wszystko to dla dobra innych, a przede wszystkim dla mojego”.

greydot

LENIN, CZYLI NOSTALGIA

W polskim „Newsweeku” korespondencja z Moskwy zatytułowana „Lenin wiecznie nieżywy”.

Mauzoleum Lenina z wystawionymi tam zwłokami prowodyra październikowej rewolucji, to jedna z największych atrakcji Placu Czerwonego. Dla większości zachodnich turystów ten trup na pokaz to jedynie kuriozalna ciekawostka, dla wielu mieszkańców byłego Związku Radzieckiego – ciągle okazja do złożenia hołdu wodzowi. Ponury gabinet jednej jedynej figury woskowej, a właściwie mumii, pamiątki po piramidalnym w swej skali i klęsce, ustrojowym eksperymencie ludzkości.

Jest coś dojmująco koszmarnego w tym ekshibicjoniźmie upiora rewolucji. Chciałoby się rzec, że każdy kraj ma takie atrakcje turystyczne, na jakie zasługuje.

Znany reżyser Nikita Michałkow przypomina, że swego czasu władze nagradzały swoich robotników – liczącą niekiedy wiele tysięcy kilometrów – podróżą do Moskwy, której głównym celem była wizyta w mauzoleum. Obecnie wielu Rosjan nagradza się samemu, wybierając się z pielgrzymką do stolicy, by zobaczyć zwłoki „wielkiego człowieka, który w pojedynkę zmienił oblicze świata.”

To ponure widowisko sporo kosztuje (niektórzy mówią o 1,5 mln. dolarów rocznie), bowiem ciało trzeba poddawać stałym oględzinom. Co kilkanaście miesięcy kąpie się zwłoki w specjalnym balsamującym roztworze, a co trzy lata zmienia się garnitur, koszulę, buty, skarpetki i krawat. Słyszy się głosy, by położyć kres temu widowisku i zakopać Lenina w ziemi (podobno on sam chciał, by pochowano go obok jego matki na cmentarzu w Petersburgu). Skłaniał się ponoć ku temu sam Putin, ale oczywiście podniosły się też głosy ostrego sprzeciwu: „Jak ruszycie Lenina, to my zakopiemy was żywcem!” – krzyczą młode klony starych bolszewików (a więc nawet nie „po naszym trupie” a „po waszym”).
Wszystko wskazuje na to, że jest to również wyraz tęsknoty za reanimacją dawnego sowieckiego imperium.

Truchło Lenina jest więc nadal swego rodzaju komunistyczną relikwią, tyle że – w oczach ludzi świadomych zbrodni totalitaryzmu – relikwią szatańską. Zmumifikowany relikt kultu jednostki, który i tak, prędzej czy później, w proch się obróci… i popadnie w niepamięć, jak wszystkie nasze poronione utopie.

greydot

KALIFORNIA ZABIJA TOOKIEGO WILLIAMSA

Dzisiaj w nocy wykonano wyrok śmierci na Tookie Williamsie skazanym przed 24 laty za czterokrotne zabójstwo. Wszystko odbyło się wśród zmasowanych protestów tzw. “celebrytów” i rozpętanej na szeroką skalę akcji reklamowej mass-mediów.
Cale wydarzenie udramatycznił nawet sam Schwarzenegger, który niczym Deus ex machina miał ostatecznie zadecydować o życiu i śmierci nawróconego ponoć gangstera. W ostatnim niemal momencie ten były kulturysta, a obecny gubernator Kalifornii, zrezygnował z przysługującego mu prawa wstrzymania egzekucji i odrzucił prośbę Williamsa o ułaskawienie.
Dokładnie o północy wprowadzono skazanego do celi śmierci, gdzie przez pół godziny personel medyczny męczył się próbując znaleźć igłą żyłę w nadal muskularnym ramieniu skazańca, by wstrzyknąć weń zabójczą truciznę. W pomieszczeniu obok, za przeszklonymi oknami, przyglądało się temu kilkadziesiąt osób. Kiedy Williams przestał się ruszać, kilku jego czarnych przyjaciół podniosło do góry zaciśnięte pięści (gest ten, jak wiadomo, oznacza “black power”) i rozległy się krzyki: “Oto stan Kalifornia zabił jeszcze jednego niewinnego człowieka”). Ach, to nasze zamiłowanie do teatrum!
Wśród całego tego zgiełku ciągle miałem wrażenie, że osoba Williamsa jest na drugim planie, zaś tak naprawdę chodzi wszystkim o manifestacje własnego egotyzmu w przeróżnej postaci – i to zarówno ze strony tych miłosiernych zwolenników przebaczenia, jak i nieprzejednanych egzekutorów sprawiedliwości, chcących wyeliminować Williamsa z rejestru żywych.
Oczywiście bardziej irytowali mnie ci, podający się za obrońców sprawiedliwości mściciele, ale nie mogłem też zaakceptować tej jednostronnej i równie ślepej postaci miłosierdzia. Pierwsi razili często odpychającym brakiem serca i chłodem wiejącym z ich bezwzględnej kalkulacji, drudzy wydawali się być zamknięci w jakimś szklanym kloszu martyrologicznej retoryki.
Jedni widzieli Williamsa jako bestie, drudzy jako anioła.
Ja zaś dostrzegłem w nim jedno i drugie… a właściwie: coś pośredniego – człowieka.

greydot

To prawda – argumenty jakich użył Schwarzenegger uzasadniając swą odmowę udzielenia skazanemu łaski, wydają mi się dość bezduszne. Prawdę mówiąc spodziewałem się po nim czegoś głębszego. Również jego dobre samopoczucie było chyba nie na miejscu. Nie podejrzewam jednak, ze w podjęciu przez niego decyzji, odgrywały jakąkolwiek rolę względy polityczne. O taką monstrualność nie chcę go nawet podejrzewać! A może się jednak mylę?
A co do prawa decydowania o życiu i śmierci jakie przysługuje dziś gubernatorom i prezydentowi? Uważam je za jakiś feudalny relikt absolutyzmu władcy – przeżytek zamierzchłych epok niegodny żadnej społeczności mieniącej się demokratyczną. Jest to również w pewnym sensie podważanie autorytetu funkcjonującego w cywilizowanym państwie sądownictwa i jego niezawisłości. (Lecz z drugiej strony… dobrze, że coś takiego jest, bo to zawsze jeszcze jedna szansa więcej, by uratować ludzkie życie.)
I do czego to doszło?
Niegdysiejsze bożyszcze muskulatury dysponuje boską mocą szafowania ludzkim życiem i śmiercią – i to w pełnym majestacie prawa! Nomen omen – Terminator: jak to złowieszczo brzmi w tej sytuacji i okolicznościach.

greydot

Jak można chcieć – z własnej i nieprzymuszonej woli! – być obecnym przy uśmiercaniu drugiego człowieka? Czy tak daleko odeszliśmy od ciemnych wieków, kiedy zwoływano całą okoliczną gawiedź i tłuszczę na publiczne egzekucje?
Nieważne czy kieruje nami żądza zemsty czy rozrywki, poczucie sprawiedliwości czy zwykła ciekawość. Te pierwsze motywy są wstrętne, drugie zaś – niemożliwe według mnie do zaakceptowania. Jeśli już gdzieś prawo dopuszcza karę śmierci, to powinno się ją wykonywać w obecności tylko niezbędnych do tego od strony prawnej osób.
Wszystko ponadto – to spektakl.

greydot

Jestem przekonany, że ludzkość wzniesie się na jakiś wyższy poziom swego kulturowego i duchowego rozwoju dopiero wtedy, kiedy pozbędzie się chęci zabijania.
Czy kiedykolwiek będzie to możliwe? Na razie jednak wydaje się to nam jedynie utopią.

greydot

OBDZIERANIE ZE SKÓRY

„El Pais” przypomina sylwetkę Eda Geina, psychopatycznego mordercy, którego wyczyny były inspiracją zarówno dla „Psycho” Hitchcocka, jak i horrorów w rodzaju „Milczenia owiec” czy „Teksaskiej masakry piłą mechaniczną”.

Oto fragment artykułu:

„Dom tonął w ciemnościach – nie było światła elektrycznego. Szeryf poczuł, że coś dotknęło jego ramienia. Gdy się odwrócił i poświecił latarką, wpadł na szczątki ciała powieszonego na haku. Zwłoki były obdarte ze skóry i pozbawione wnętrzności. Szeryf na początku pomyślał, że to jeleń – zwierzę, na które tradycyjnie polowano w tym regionie. Po dokładniejszych oględzinach przekonał się, że ma przed sobą szczątki kobiety powieszonej do góry nogami. Miała nogi w rozkroku, w kształcie litery V. Od krocza przez cały tułów szło głębokie rozcięcie, przedłużające szparę między wargami sromowymi aż do szyi. Kobiecie odcięto głowę, usunięto genitalia i odbyt.
Na zebranie dowodów zbrodni Eda Geina policja musiała poświęcić całą noc i sporą część dnia. Funkcjonariusze szybko znaleźli liczne ludzkie szczątki: cztery nosy w skrzynce; dziewięć sromów osolonych i pomalowanych na srebrno; miskę na zupę zrobioną z połowy czaszki; dziewięć masek z kobiecych twarzy; tyle samo głów przymocowanych do ściany jak myśliwskie trofea; bransoletki, torebki, pochwy na noże, kosze na śmieci, abażury i siedzenia z ludzkiej skóry; cztery czaszki, które dekorowały wezgłowie łóżka; serce na patelni; dziesiątki ludzkich organów w lodówce; naszyjnik z warg; pasek z sutków; kamizelkę z pochew i piersi; kompletny strój uszyty z kobiecej skóry…”

Trudno się oprzeć wrażeniu, że ktokolwiek układał tę litanię okropieństw, w jakiś sposób napawał się jej przewrotną, wręcz perwersyjną „atrakcyjnością”, jaką stanowi niekiedy dla ludzi coś niebywale odrażającego. Granica okrucieństwa i obrzydliwości została tu jednak moim zdaniem przekroczona, a tym samym zbrodnia nabrała cech groteski. Groteska zaś jest często formą samoobrony naszej psychiki przed przerażającą nas rzeczywistością.

Nigdy nie przestanie nas jednak zadziwiać fakt ludzkiej skłonności do oddawania czci horrendum.
Dlaczego setki i tysiące kobiet lgnie do seryjnych morderców? Z jakich powodów przedmioty związane ze zbrodniarzami są pożądane przez kolekcjonerów i traktowane niczym jakieś satanistyczne relikwie?
Po wykryciu zbrodni Eda Geina, wielu ludzi płaciło za możliwość choćby dotknięcia furgonetki, którą woził on wykopane na cmentarzu zwłoki.

greydot

Skąd wyrasta nasza, bardziej lub mniej zakamuflowana, fascynacja złem, perwersją, okrucieństwem, makabrą?
Wskazanie na patologię niczego nie wyjaśnia. Skrajne przypadki jedynie bardziej nam to uświadamiają.

Źródeł, moim zdaniem, należy się doszukiwać w naszych zwierzęcych atawizmach – w trwającej setki tysięcy lat historii drapieżnika, który stopniowo narzucał sobie kulturowe ograniczenia, aż wreszcie mógł się nazwać człowiekiem…
Niestety, co jakiś czas dochodzi do incydentów (lub kataklizmów w rodzaju światowych wojen), które uświadamiają nam, że jest to określenie cokolwiek jeszcze na wyrost. Nasza żądza krwi i gwałtu tkwić może jeszcze w paleolicie.

Póki co – w tzw. normalnych warunkach, „spokojnych” czasach – żyjemy w gorsecie norm prawnych i cywilizacyjnych; zamknięci w ramach naszej tradycji i obyczaju. Jeśli więc ktoś jest na tyle odważny czy szalony by zerwać brutalnie te więzy, zwraca na siebie naszą uwagę niczym bestia uwolniona z klatki. Niektórzy reagują przerażeniem, inni zaś z fascynacją patrzą na to, do czego zdolne jest dzikie zwierzę. Są również tacy, którzy przeczuwają albo wręcz uzmysławiają sobie wówczas to, co drzemie w nich samych, zagrzebane gdzieś głęboko w mrokach podświadomości.

greydot

Jeśli chodzi o człowieka, to paradoks jego makabrycznych i perwersyjnych recydyw zdaje się wyrastać wprost z jego intelektualnych możliwości – mózg zbrodniarza jest takim samym zdumiewającym fenomenem, jak mózg świętego. Dlatego człowiek może w zbrodni dojść równie daleko, jak w świętości.

Pozbawione kultury zwierzę nie jest okrutne. Tym bardziej nie może być tak pomysłowe w zabijaniu innych żywych istot, jak pomysłowy bywa pod tym względem człowiek.
Stąd rodzi się jeszcze jeden zaskakujący wniosek: okrucieństwo nie może istnieć bez kultury.
Mało tego – wydaje się, że im bardziej wyrafinowana kultura, tym bardziej wyrafinowane okrucieństwo.

greydot

ATOMEM W WIELORYBA!

Sławomir Mrożek w swoim „Dzienniku powrotu” pisze: „ …cnotliwość, gdy natrętna – nudzi, a grzech kusi. Przekora, właściwa ludzkiej naturze, zwłaszcza ludziom młodym, buntuje się przeciw dyktaturze cnoty. Kiedy mi kładą w uszy: ‚Rób tylko to, ale nigdy tamto’, ‚Myśl tylko to, broń Boże inaczej’ – uszy mi od tego puchną i choćbym nie miał rzeczywistej do grzechu ochoty, kusi mnie, żeby pogrzeszyć, jeśli nie w uczynkach, to przynajmniej w myśli i mowie, czyli trochę pobluźnić. Zresztą grzechem w mowie ryzykuje się więcej niż grzechem w uczynkach, gdyż dla bigotów i hipokrytów jest to grzech najcięższy. Pogrzeszyć dla równowagi po prostu, dla zdrowia psychicznego, dla kontrapunktu (styl bez kontrapunktu jest zawsze złym stylem), rozproszenia nudy czy żeby poczuć się wolnym”.
Mrożek opowiada jeszcze o radości, jaką mu sprawił pewien bumper sticker, który nawinął się mu przed oczy akurat w okresie nasilonych protestów przeciwko zbrojeniom atomowym oraz kampanii na rzecz ochrony wielorybów.
Otóż wtedy, gdy na zderzakach pełno było nalepek w rodzaju „Ban the Nuke!” („Zabronić Atomu!”) czy „Save the Whales!” („Ratować Wieloryby!”), on trafił na banner, który wzywał: „Nuke the Whales!” („Atomem w Wieloryba!”). Na Mistrza – jak sam wyznaje – podziałało to odświeżająco, choć przecie lubi on wieloryby i nie chciałby ginąć w jądrowej katastrofie.

Kiedy zaś czuje się on „przekarmiony namaszczoną wzniosłością, łatwą łzą i poprawnością zbyt skwapliwą, mechanicznym aplauzem i gotowym jak z puszki oburzeniem zbyt świętym”, to wtedy ma ochotę „ … zostać rasistą, antysemitą i pogromcą Cyganów rumuńskich, skinem, punkiem, spalić Białowieżę i lasy tropikalne, uchwalić specjalny podatek od ubóstwa, zwłaszcza w Krajach Trzeciego Świata, pomyśleć coś brzydkiego o Matce Teresie i księżnej Dajanie, zrewidować (swój) stosunek do dyktatur i polubić faszyzm, a nawet zostać szowinistyczną męską świnią”.

Oczywiście nie podejrzewam Mrożka, aby rzeczywiście chciał się stać „rasistą, antysemitą, pogromcą i skinem” naprawdę i permanentnie. Jednak to, co pisze, uświadamia nam fakt odczuwania przez nas niekiedy silnej potrzeby oporu wobec wiszących nad naszą głową restrykcji, wyzwolenia się z pętających nas zakazów i nakazów. Wprawdzie czymś powszechnym jest ucieczka ludzi od wolności (konformizm, oportunizm, wygodnictwo, zastana religia, lenistwo…), to jednak pozostaje w nas owa anarchistyczna skłonność do buntu przeciw dyktaturze cnoty, poprawności, ogłady, sterylnego porządku, niepokalaności… Do tego rodzaju – często burzliwej – przekory, która często przejawia się u dzieci, czy też wśród młodzieży. Ten fenomen jest czymś niezwykle istotnym w tworzeniu naszej kultury, w kształtowaniu naszej osobowości. Dlaczego? O, to już temat na rozprawę całą!

greydot

Jakże razi mnie często brak poczucia humoru naszych polskich polityków. Owa nadęta sztywność i przejęcie się własną ważnością. Patos i zarozumialstwo. Wszelki żart na swój temat odbierają oni jak wołającą o pomstę do nieba, osobistą zniewagę. Bowiem nie są oni w stanie rozróżnić owych dwóch poziomów rzeczywistości: komizmu i powagi. Nie mogą pojąć, że każdy aspekt naszego świata ma swoją poważną i tragiczną, ale również błahą i komiczną stronę. Człowiek, aby zachować równowagę, potrzebuje doświadczenia obu.

greydot

W jednym z miasteczek Bedenii – Wirtembergii, na widok publiczny wystawiono płaskorzeźbę, ukazującą nagie figury Angeli Merkel oraz innych prominentnych niemieckich polityków, w pozach dość dwuznacznych.
Pisze o tym tygodnik „Wprost”, tak przedstawiając ów „seks grupowy z Angelą Merkel”: „Gerhard Schröder trzyma rękę na wzgórku łonowym swej następczyni. Kanclerz Angela Merkel dzierży w dłoni penisa byłego premiera Bawarii Stoibera. Z kolei Stoiber ugniata genitalia szefa liberałów Guida Westerwellego. A minister finansów Steinbrück ściska między nogami Schrödera i samego siebie”.
Burmistrz miasta, testując niemieckie poczucie humoru (raczej nie cieszące się w świecie dobrą sławą) nie daje za wygraną i nie chce usunąć rzeźby.

Można tu postawić kilka pytań:
–   Czy przekroczone zostały granice dobrego smaku?
–   Czy ukazanie w ten sposób polityków jest naruszeniem ich godności osobistej?
–   Jak daleko może sięgać satyra i wolność artystycznej wypowiedzi?
–   Na czym polega wartość podobnej twórczości?
–  Czy ustawianie wszystkiego w świetle tylko li groteski, zjadliwej ironii, satyry, szyderstwa czy absurdu nie koroduje w końcu uznanych przez ogół wartości i autorytetów, niezbędnych do zachowania w społeczeństwie pewnego ładu?

greydot

STORGE

Wiewiórka z drewna

Czesław Miłosz w “Ziemi Ulro” wspomina, że kiedy miał lat sześć, mamusia kupiła mu na rynku drewnianą wiewiórkę – tanią zabawkę, płaską, wycięta z dykty, pomalowaną na rudobrązowy kolor. Dalej wyjawia on, ze to właśnie dzięki niej zapoznał się po raz pierwszy z potęgą Erosa: “… zakochałem się i tak żarliwe było moje uczucie, ze teraz odnoszę się do niego z największą powagą i ani mi w głowie żartować tylko dlatego, ze skierowało się na śmieszny przedmiot”.
Miłosz jest jednak zdumiony (“Kochać się w drewnianej wiewiórce!”), lecz zaraz przyznaje, że przecież ta sama skłonność popychała go także ku innym miłościom: “A czy nie kochałem się później w ilustracji, w ptaku, w poecie, w słowach jednej linijki spiętych rytmem?”

Ten pozornie trywialny, dziecięcy impuls nie jest ani śmiesznością, ani tylko błądzeniem naszego rozproszonego i zdezorientowanego libido, czyli pożądania, które rwie nas ku przypadkowym obiektom. Jest koniecznością w naszej relacji ze światem. Dana jest nam Miłość (przez Greków nazywana Storge), niezbędna do zadomowienia się przez nas w tym świecie – do zarzucenia weń kotwicy, do naszego się w nim spełnienia. Wydaje się ona być wrodzona każdej żywej istocie. Różny z nią jednak robimy użytek.
Ile w tym dysponowaniu i kierowaniu ową Miłością zależy od nas samych? Chcielibyśmy wierzyć, że dużo, choć w życiu bywa różnie i niejednym z nas Storge poniewiera bezlitośnie, nieraz szyderczo i zgubnie.
Największą jednak tragedią jest jej roztrwonienie, rozwianie, odejście… Wówczas człowieka – mimo, iż nadal otoczony jest on światem – ogarnia pustka. A wtedy nawet cymbał nie jest brzmiący. Jak pisał Blaise Pascal w swoich “Myślach”: “Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku, bez namiętności, bez spraw i rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłania się z głębi jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal i rozpacz”.

Błądzący Eros

Dziwne są niekiedy drogi, po których prowadzi nas Eros. Nasza Miłość błądzi wśród ludzi, błądzi też wśród rzeczy. Mnóstwo sercowych kombinacji, nieprzeliczalne możliwości, mnogość szans… Kiedy wreszcie już nam kogoś wybierze, za nic nie chcemy przyznać, że to sprawa przypadku. Częściej mówimy o przeznaczeniu. Kochamy się również w rzeczach lub w ideach. I to nie tylko wtedy, gdy pozbawieni jesteśmy (lub sami się pozbawiamy) towarzystwa ludzi. Są też tacy, którzy w miłość nie wierzą. Lecz raczej trudno jest im dać wiarę, bo przecież muszą coś w swoim życiu darzyć uczuciem, być może nawet namiętnością. Choćby: taką władzę czy pieniądze…
Trudno wyobrazić sobie człowieka zupełnie wypranego z uczuć. Życie nie znosi próżni, dusza nie może być pusta. Człowiek bez uczuć to martwy człowiek.

Na bezludnej wyspie i piłka człowiek

Tu ktoś może na ów tytuł się obruszyć, wiec objaśniam: Tom Hanks w filmie “Cast Away” jest współczesnym Robinsonem Crusoe. Wyrzucony w katastrofie lotniczej na małą wysepkę bezkresnego Pacyfiku, trzy lata spędza w samotności, której by nie zniósł, gdyby nie… futbolowa pika z wymalowaną na niej – krwią samego Hanksa! – włosami, oczami, nosem i ustami. Hanks swego towarzysza nazywa Wilsonem (Robinson miał Piętaszka) i przeżywa z nim dramaty, jak z żywym człowiekiem (ta jego rozpacz po stracie Wilsona, kiedy gotów jest dla niego poświecić swe życie!).
A jednak ani nam w głowie naigrywanie się z dziecinności rozbitka, bo przecież sami znamy to uczucie: Wilson uosabia pewien ludzki egzystencjalny mus – jest symbolem konieczności naszego związania się ze światem. Z kimś lub z czymś.
Kto ma styczność z dziećmi, ten wie, że często przywiązują się one bardzo – lub wręcz zakochują – w rzeczach, które dla innych są ledwie szmatką, koralikiem, kubkiem, zabawką… To coś na podobieństwo drewnianej wiewiórki Miłosza.
Nasza miłość do świata musi się na czymś skupić. Z wiekiem przenosimy ja na coś innego, choć z tej dziecinnej naiwności wiele w nas zostaje. Poświęcamy się wtedy tzw. “konikom”, hobby; kolekcjonujemy przeróżne rzeczy, tudzież piszemy bloga lub oddajemy się aktywności nie zawsze praktycznej i racjonalnie wytłumaczalnej.
A że często przypomina to ucieczkę?

greydot

MÓZG LEONARDA

Wieczór z Leonardem Cohenem. W kinie „Music Box” pokazują film dokumentalny „I’am Your Man”. Melancholia Cohena dojrzała. Nie jest już taka natarczywa, jak w większości jego starszych piosenek. W jego słowach panuje spokój, chandra zeszła gdzieś na obrzeża, jej miejsce zajął… humor. Dodajmy: humor specyficzny, cohenowski czyli taki, który wybucha Śmiechem nawet w obliczu nicości.

Cohen spokojny, dojrzały, rzec można – nobliwy. Czyżby to wpływ medytacji Zen, kilku lat spędzonych w klasztorze buddystów? Jego mistrz powitał go słowami: pamiętaj – ja nie jestem Japończykiem, ty nie jesteś Żydem. Za pierwszym razem Cohen z klasztoru uciekł, za drugim jednak został – i to na całe pięć lat. A kiedy już wyszedł na zewnątrz (nie musiał daleko iść, bo klasztor znajdował się w samym Los Angeles), nagrał przebojowy album „The New Songs”.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że cała jego koncepcja powstała jeszcze w klasztorze. Ciekawe czy jego mistrz o tym wiedział?

Leonard Cohen, podobnie jak Bob Dylan, był jednym z tych niewielu artystów, którzy do muzyki pop przemycili poezję. I zaistnieli w tej muzyce przede wszystkim jako poeci, a nie tylko jako śpiewające ikony pop-kultury, produkujące hity i ubiegające się o status gwiazdy. Choć i to ostatnie przydarzyło się im również.
Posłuchałem sobie dzisiaj tej poezji, a po filmie nawet poczytałem. Jej siłą jest prostota i nastrojowość, zaskakujące skojarzenia i obrazy, swego rodzaju liryczna precyzja.

Przy tej okazji zaświtało mi w głowie kilka pytań:
Czy można wpatrywać się w nicość z religijną pasją?
Czy można być wyznawcą wszystkich religii?
Cohen wydaje się mówić że można, ale czy zdaje sobie sprawę, że tym samym w każdej z nich uznany zostanie za niewiernego? (Z wyjątkiem może buddyzmu, który nigdy, nikogo i za nic nie piętnuje.) Pewnie tak, ale on o to nie dba. Sam mówi – a nie pozbawione to jest autoironii – że jego religijność jest kiczowata (podobnie zresztą, jak melodyjki, które układa). Jednakże jest to najwyraźniej przekora, bo tak naprawdę Cohen wszystkie swoje wątki traktuje z wielką powagą.

greydot

Leonard wziął kilkuletnią lekcję buddyzmu ale wrócił na łono zmysłowego świata obierając sobie za towarzyszkę o wiele od niego młodszą, utalentowaną i piękną Anjani Thomas, dla której napisał słowa wszystkich piosenek, jakie znalazły się na jej debiutanckiej płycie.
Nie jest wiec prawdą, że „Ladies’ Man” umarł. Otóż żyje, i ma się wcale dobrze.
Choć i tutaj mruży on melancholijnie oczy, śpiewając, jak np. w piosence „Because of” (tłumaczenie własne):

Dzięki kilku piosenkom
Gdzie mówię o ich tajemnicy
Kobiety są wyjątkowo uprzejme
dla mojego wieku
Robią sekretne miejsce
w swoim ruchliwym życiu
I zabierają mnie tam
Stają się nagie
każda na swój sposób
i mówią
„Spójrz na mnie, Leonardzie
Spójrz na mnie jeszcze ten ostatni raz”.
A później pochylają się nad moim łóżkiem
I okrywają mnie
Jak dziecko, które drży.

greydot

Życie Cohena zatoczyło krąg: jak sam wyznał, mając kilkanaście lat zaczął pisać poezję tylko dlatego, żeby „zainteresować kobiety swoim umysłem”.
Zainteresował je, zainteresował… Nie tylko mózgiem. Również melancholijnym spojrzeniem, męską posturą i niebywale zmysłowym głosem.

greydot

POLEMIKA O ŚWIRACH

Andrzej Poniedzielski w jednym ze swoich listów do Magdy Umer pisze o swoim CV naznaczonym wychowaniem w PRL-u, ale kończy dość zabawnym i przewrotnym wierszykiem odnoszącym się do rodzaju ludzkiego en-bloc:

„Każdy swego świra ma
Ale, że niektórzy – dwa, to,
pytanie mnie po nocy czasem budzi –
– czy przypadkiem nie jest tak,
że jest świrów więcej niźli ludzi(?)”

Dziś, przy śniadaniu, wpadł mi do głowy wierszyk, którym – w tym samym tonie – chciałbym Poniedzielskiemu odpowiedzieć:

Mnie zaś nęka to pytanie
(Czy odpowiedź znajdę na nie?)
Ono spędza mi sen z powiek:
Czy ów świr to także człowiek?

A na prozaicznej jawie
Odpowiadam sobie wprawnie
(Choć odpowiedź idzie w pięty):
Homo sapiens to… acz stuknięty!

I takową konkluzją polemikę tę można zamknąć.

greydot

*

ŹRÓDŁO (rzecz o twórczej udręce)

*

Jestem więc cierpię. Cierpię więc tworzę. Czyli cierpienie jako źródło wszelkiej twórczości? Czy jednak do takiego stwierdzenia można by się posunąć, jakkolwiek brzmiałoby ono zgrabnie i kusząco? Pamiętam, że pewien sprzeciw wywołały kiedyś we mnie słowa Jana Pawła II, który stwierdził, że “człowiek narodził się po to, by cierpieć”. Jakiż to Bóg Ojciec – Stwórca byłby tak złośliwy i okrutny, by powoływać do życia swoje dzieci tylko po to, by cierpiały?
A wołanie to dobiega czasami z dna naszej Hiobowej nędzy, żalu i rozpaczy. Cóż, taka jest niekiedy ludzka perspektywa – bo jednak cierpienie jest nierozłącznie wpisane w naszą ludzką egzystencję. Cierpienie towarzyszy również prawie wszystkim artystom – jest na porządku dziennym w życiu wielu twórców.

*

Stanisław Wyspiański, „Tetyda i Achilles”

WYJŚĆ POZA CIERPIENIE (Stanisław Wyspiański)

Kiedy Stasiu miał 7 lat umarła mu matka. Później piętnem na jego psychice odcisnęła się nieuleczalna choroba. I właśnie w ciągu tych kilku lat po tym, jak Wyspiański uświadomił sobie, że jest śmiertelnie chory, nastąpiła eksplozja jego twórczości. To dlatego wiele z jej motywów uwikłanych jest w śmierć, która dla Wyspiańskiego była swoistą inicjacją w kulturę, mitologię, egzystencję, w siebie samego wreszcie… Tej inicjacji nieodłącznie towarzyszyło cierpienie, które zdominowało Wyspiańskiego na tyle, że ośmielił się on w jednym ze swoich listów napisać coś zaiste szokującego:
„… tylko człowiek cierpiący zdolny jest do tworzenia czegoś. Jest to myśl moja, aby ludzi z talentem właśnie w ten sposób przymuszać do jakiś cierpień. Ja bym im zabił i wytruł całą rodzinę, aby się w nich zbudził duch twórczości, ja bym ich umieścił na odludnej skale, aby tam męki przechodzili, bo wtedy zacząłby żyć ich ogień i płomień święty, ocknęłaby się poezja i melodia rozpierała im piersi – poczęliby tworzyć poemata i dramat.”

Oczywiście stwierdzeń takich nie należy brać dosłownie. One służą jedynie emfazie, z jaką chce nam ktoś przekazać swoje przeświadczenie o twórczej sile, jaką dla człowieka może mieć cierpienie, również to wynikające ze świadomości przemijania i śmierci. Człowiek twórczy jest tu w tej lepszej sytuacji, że może te swoje traumy przetransponować w coś, co jest cenne dla innych ludzi, dla kultury. W tym sensie cierpienie jest czymś pozytywnym. Są jednak sytuacje, kiedy cierpienie człowieka przytłacza, dławi i niszczy. Wtedy jest bezsensem, tragedią i wydaje się absurdalne.
Wyspiański zdołał „przepisać” siebie poza śmierć i cierpienie – dokonać swoistej transgresji – dzięki temu możemy się przyjrzeć bliżej temu, co nam zostawił: pięknu i bogactwu swojej sztuki.

Pablo Picasso, „Obłąkany”

WARIAT I LITERATURA  (Jerzy Krzysztoń)

To była jedna z tych wielu książek, które od lat czekają na półce w kolejce, bym wreszcie zajął się ich lekturą. W końcu udało mi się ją przeczytać. Odkładam ją z mieszanymi uczuciami, aczkolwiek nie uważam, że czas, który jej poświęciłem, był czasem straconym.

Moim zdaniem „Obłęd” wykracza daleko poza literaturę, jak wszystko co pisane jest własną „krwią” – wszystko co zlepione jest z osoczem egzystencji człowieka, który nie zmyśla, nie fantazjuje, a daje świadectwo własnemu istnieniu – poprzez wszystkie swoje udręki i ekstazy, agonie i olśnienia, przerażenia i ukojenia.  Żyje w horrorze i cudowności własnego świata… I bez znaczenia jest to, czy świat ten urojony jest czy też realny, gdyż dla doświadczającego go człowieka prawdziwy jest zarówno jeden jak i drugi.

A jednak książka Krzysztonia jest również literaturą – i jako taka może być poddana zwykłej literackiej krytyce. Lecz wtedy niejako zaciera się jej wyjątkowość – staje się ona bardziej tworem sztuki niż egzystencjalnym fenomenem. Tak dzieje się również wtedy, kiedy autor zamienia się w literata – dla potrzeb formy, kompozycji, stylu, treści… za pomocą tych wszystkich warsztatowych sztafaży zaczyna kalkulować, konfabulować, świadomie tworzyć fikcje… Chociaż w „Obłędzie” trudno jest nam  uchwycić ową granicę, to jednak intuicyjnie wyczuwamy, kiedy mamy do czynienia z autentycznym przeżyciem, a kiedy z gawędą pro fabula bono. I bywa niestety tak, że owe fantazje stają się nużące – spoza literackości zaczyna wyzierać ich jałowość. Nie to jednak zdominowało moją percepcję „Obłędu”. Najważniejsze stało się dla mnie utrwalone tam ludzkie doświadczenie szaleństwa.

Nasz mózg jest niewiarygodnym i niepojętym tworem Wszechświata. Jego cudowność powinna być koronnym argumentem przeciw twierdzeniom o przypadkowości życia na ziemi. Zresztą, w sferze Najwyższego Porządku, nie ma, moim zdaniem, miejsca na coś takiego jak przypadek. (Ale to temat do innych rozważań.) Bywa, że w tak fascynującym organie rodzi się coś równie fascynującego, a mianowicie obłęd.

Caravaggio, „Niewierność Św. Tomasza”

SMĘTNY CICERONE (Gustaw Herling-Grudziński)

„Opowiadania” Herlinga-Grudzińskiego. Wraz z „Dziennikiem pisanym nocą” – to swoista repetycja ćwiczeń w melancholii. Pisarz, który wydaje się dźwigać na sobie całe brzemię okrutnego XX wieku. Ocalony z sowieckich obozów zagłady, przygnieciony okrucieństwem dwóch potwornych totalitaryzmów, Herling-Grudziński odprawia rekolekcje nad ludzkim losem.
Jego pisarstwo to ciągłe leczenie ran odniesionych w „innym świecie”, na „nieludzkiej ziemi”. Rekonwalescencja okazuje się niezwykle trudna, wręcz niemożliwa… dlatego, że ów „inny świat” jest po prostu również „tym” (naszym) światem, a „nieludzka ziemia” – ziemią, planetą ludzi czyli realnym miejscem gdzie żyjemy i gdzie rozgrywają się wszystkie nasze dramaty, okrucieństwa i zbrodnie. Gułagi i obozy koncentracyjne nie były umiejscowione na jakiejś odizolowanej wyspie w kosmosie. Bomby spadające na Warszawę, Hiroszimę czy Drezno nie były żadną fikcją wymyśloną w powieściach science-fiction. To fakty, z którymi porać się muszą nasze mniemania o nas samych.

Tak, to prawda – z jednej strony to, co pisze Herling-Grudziński może pociągać, z drugiej zaś – odpychać. Brakuje bowiem w jego ciemnej palecie jaśniejszych tonów, przytłacza powaga, żałoba i fatalizm, nie ma humoru ani ironii. Jeśli już pisarz decyduje się na dystans do świata, w którym żyje, to za pomocą zobojętnienia, może nawet pogardy wobec tej rzeczywistości, która nie wpisuje się w obraz świata widziany przez niego.
To jest oczywiście pewna forma alienacji powiązana z ucieczką w coś, co można nazwać świecką tęsknotą za świętością. Stąd tajemnice, które nie muszą być tajemnicami; cuda, które niekoniecznie są cudami; sacrum, któremu być może bliżej do profanum

Sam Herling-Grudziński przytacza słowa pewnego „bardzo bliskiego przyjaciela”, który mu powiedział: „Czy ty przypadkiem nie kochasz się w każdym ludzkim cierpieniu?” Patrząc na bohaterów jego opowiadań, nie sposób temu zaprzeczyć. To męczennicy, ludzie wyobcowani, chorzy, przeklęci, skazani na nieszczęście, tragiczni… I traktowani są przez pisarza jak dobrzy znajomi, wręcz jako osoby bliskie.

Co powoduje, że potrafimy się rozmiłować w naszej melancholii? Czy można pragnąć cierpienia nie będąc masochistą? Każdy normalny człowiek ucieka przed cierpieniem. Melancholia zaś, w momencie kiedy staje się słodka, przestaje być cierpieniem. W ten właśnie sposób człowiek ją rozbraja, obłaskawia, wręcz hołubi.

Krajobrazowe piękno Włoch, łagodność klimatu, jasność i malowniczość włoskiego pejzażu, wspaniałości architektury, wszechobecność dzieł sztuki i ukochanego malarstwa. W takim środowisku Herling – Grudziński pozostaje sobą, czyli dość ponurym mędrcem, obrońcą prawdy i sprawiedliwości, sumieniem Europy, która w XX wieku się wykoleiła. Piękno nie może być dla niego substytutem tragedii, estetyka nie może konkurować z etyką.
Kiedy człowiek cierpi, piękno świata może go nawet ranić.

Ktoś o nim kiedyś napisał: „Pisarz nie żywi złudzeń i nic, nawet kraj, w którym mieszka, nie przerobi go w estetę. Nie ma złudzeń, że literatura nie jest bedekerem, tylko penetracją i naświetleniem dramatu, jaki bez przerwy wybucha między człowiekiem a światem”.
A jednak dosyć często Herling-Grudziński ulega pokusie bycia cicerone. Pełno w jego opowiadaniach odniesień do historii, włoskiej sztuki i zabytków, a zwłaszcza do malarstwa, któremu poświęcił sporo miejsca także w swojej eseistyce. Może właśnie dlatego ciągle mamy wrażenie, że wszystko co pisze Grudziński pochłonięte jest przez przeszłość. Czy jednak można się od tej przeszłości tak do końca wyzwolić? Pisarz nawet tego nie próbuje. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że świat przeszły jest dla niego bardziej realny niż teraźniejszość. To nic, że to świat bardziej okrutny, pełen trupów i upiorów. Ale to świat, w którym uwięziona została jego pamięć, dominująca świadomość.
Nikt nie wybiera sobie własnego piętna.

Nagrobek na starym cmentarzu w Genui

ZAPISKI NA MARGINESIE

Swego czasu Herling-Grudziński towarzyszył mi przez kilka miesięcy – było to wtedy, kiedy czytałem jego 7-tomowy „Dziennik pisany nocą”, gdzie poddawał diagnozie cywilizacyjną katastrofę – załamanie się europejskiej kultury XX wieku, analizował systemy totalitarne i filozoficzne utopie, które do tego się przyczyniły. Akurat twórczości Herlinga – Grudzińskiego nigdy nie widziałem w kontekście jakiejkolwiek depresji, domniemanej czy prawdziwej. Dlatego, kiedy pewnego razu zderzyłem się ze stwierdzeniem: „pan Gustaw Herling-Grudziński miał po prostu depresję”, to podziałało to na mnie – delikatnie mówiąc – rozbrajająco. Moje wrażenie jest wprost przeciwne: Herling zawsze zawsze był dla mnie kimś w rodzaju zrównoważonego mędrca – eremity, z żelazną logiczną konsekwencją wyprowadzającego swe niezbyt optymistyczne wnioski na temat Historii, kultury i ludzkości.

Człowiek chory zawsze pozostaje człowiekiem, karykaturą zaś może się stać tylko to, co stworzy pod wpływem patologicznych bodźców. Choroba nigdy nie jest czymś twórczym, wprost przeciwnie: jest dla człowieka czymś destrukcyjnym (dla jego psychiki lub ciała). Jest patologią, zaburzeniem, wykolejeniem ze zdrowia. Jest zagrożeniem. Czasem wydaje się nam, że dzięki chorobie człowiek staje się twórczy, ale jest to złudzenie. To co jest twórcze, nigdy nie może być zdiagnozowane jako choroba. Dla mnie są to wręcz antynomie. Jeśli człowiek w chorobie tworzy – to nie dzięki patologii, ale właśnie dzięki tym zbawiennym często, terapeutycznym, konstruktywnym, heurystycznym i dobrym siłom, które się w nim wówczas odzywają, choć oczywiście zdarza się, że choroba i związane z nią cierpienie go w końcu zabija (także jego własnymi rękami). Takich „galerników wrażliwości” (jak ich kiedyś nazwała prof. Janion) było wielu – dość przypomnieć Van Gogha, Strindberga, Witkacego, Wojaczka, Wata, Stachurę, Grochowiaka, Sylvię Plath, Virginię Woolf, Nietzschego…

W pewnym sensie – w opozycji do (słusznej skądinąd) tezy Freuda, że kultura jest źródłem cierpienia – samo cierpienie uznać można za jedno ze źródeł kultury. Bo wszystko wskazuje na to, że bez nerwów człowiek niczego by nie stworzył ani nie dokonał. A jednak wyczuwamy, nieraz instynktownie, gdzie kończy się nerwowa inspiracja, a zaczyna paraliżująca wolę i kreatywność choroba – chociaż ta granica jest płynna i trudno uchwytna. Mianowicie chore jest to, co jest nietwórcze, zrezygnowane, zorientowane na rozkład; skierowane w pustkę i nicość.

To prawda, że pełno neurozy w kulturze (ale i w polityce czy życiu społecznym również), jednak kiedy jest ona czymś inspirującym i dzięki artystycznej dyscyplinie zdolna jest przyoblec ideę twórczą w jakąś zborną formę, to sprawą drugorzędną staje się kwestionowanie sensu jej istnienia, ustalanie wzajemnych powiązań, nawet dla człowieka cierpiącego na nerwicę. W gruncie rzeczy artysta dość często spoufala się z szarpiącymi go nerwami, zaś chwilowy spokój odczuwa bardziej jako wypalenie i pustkę, niż relaks i ukojenie.

W zasadzie zgodzić się można z tym, ze choroba zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje być kreatywny. Oczywiście i w chorobie można tworzyć (tak jak w zdrowiu być jałowym), tyle że akt twórczy staje się od niej jakby odseparowany, a wtedy sam człowiek na swą chorobę patrzy jak na coś obcego. Poza tym, choroba zawsze jest w pewnym sensie karykaturą ludzkiej egzystencji, mimo że jest także jednym z jej nieodłącznych elementów. Jest karykaturą zdrowych – fizycznych i duchowych – przejawów życia człowieka. Nawet Zygmunt Freud widzący świat jako jeden wielki neurotyczny tygiel, w którym mieszają wszystkim nieuświadomione popędy, zwracał uwagę na to zasadnicze rozróżnienie mówiąc, że histeria jest karykaturą artystycznej kreacji, nerwica natręctw karykaturą religii, a paranoiczne złudzenia karykaturą filozoficznych systemów. Tak właśnie: neuroza staje się chorobą w momencie, kiedy wszystko zaczyna przemieniać w karykaturę… nawet ludzkie cierpienie.

Jednakże temat choroby i cierpienia w kulturze nastawionej na gloryfikację (czyt. reklamę) sukcesu, zdrowia, młodości i szczęścia, tudzież pozytywnego nastawienia do świata i życia, wydaje się… nie tyle passé, co nie na miejscu, może nawet być odebrane jako coś w rodzaju faux pas. To pewnie dlatego na tzw. społecznościowych platformach – np. w blogach, czy też na Facebooku – zazwyczaj kreujemy swój image wiecznie szczęśliwego, zadowolonego z życia, uśmiechniętego szczęściarza/szczęściarki. Tak, jakby to, że czasami dotyka nas cierpienie, było czymś w rodzaju naszego defektu, czy nawet fiaska, bankructwa i kompromitacji.  Tak, jakby ciemna strona życia nas nie dotyczyła. Tak, jakby bolesne doświadczenie było czymś wstydliwym. Ale tu przecież nie chodzi o nasze nieudacznictwo, ani też o umartwianie się i lament, lecz o pewną świadomość nieodłącznego jednak elementu ludzkiej egzystencji, z którym wszyscy ludzie – chcąc nie chcąc, prędzej czy później – muszą się zmierzyć. Sztuką jest jednak w tym oceanie mizerii, jaka zalewa świat, nie zagubić możliwości poczucia szczęścia i chwil radości; także świadomości istnienia piękna, które zawsze można dostrzec ponad brzydotą – jeśli tylko będziemy tego chcieli i umieli patrzeć. Kto wie, może nawet udręka jest tym, dzięki czemu potrafimy odczuwać zachwyt?

*

„MELANCHOLIA”, „MICHAEL”, „CHŁOPIEC NA ROWERZE”, „NIEBEZPIECZNA METODA”

O FILMACH 47-go MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU FILMOWEGO W CHICAGO

festival.banner.wl

Jak co roku, w październiku odbywa się w Chicago Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Oto relacje z filmów, które udało mi się dotychczas obejrzeć.

„MELANCHOLIA” (reż. Lars von Trier)
*

Skandlaista i prowokator Lars von Trier pokazuje piękny koniec świata w „Melancholii”

*

Cioran napisał kiedyś, że szczęście na ziemi możliwe jest tylko dla tych, którzy nie potrafią wyobrazić sobie przyszłości.
Myślę, że Cioran pisząc słowo „przyszłość”, myślał o tym samym, o czym myślał Lars von Trier, pisząc słowo „Melancholia”: totalną zagładę WSZYSTKIEGO, czekającą – prędzej czy później – nie tylko CAŁĄ LUDZKOŚĆ ale i wszelkie ŻYCIE, które zginie wraz z drobiną, jaką w skali kosmicznej jest ZIEMIA. (Melancholia, to w filmie von Triera asteroid, który zbliża się do naszej planety, by unicestwić ją w potężnej kolizji.) Melancholia to także stan umysłu (duszy?) człowieka, w którym wszystko wydaje mu się być puste, marne, pozbawione sensu i skazane na zagładę. Melancholia jest chorobą (?), na którą cierpi główna bohaterka filmu. Melancholia (bardziej „literackie” określenie depresji) jest również tym, z czym zmaga się przez całe swoje życie sam Lars von Trier.
Cioran, (który nota bene przyszedł mi do głowy, kiedy oglądałem „Melancholię” i gościł w niej przez dłuższy czas, kiedy o niej później myślałem) jest jeszcze autorem innego oświadczenia, które wydaje się być tutaj à propos. Otóż powiedział on, że chyba nie mógłby być psychiatrą, bo utożsamiałby się ze swoimi  pacjentami, przyznając każdemu z nich rację.
A czy my, oglądając „Melancholię”, możemy się utożsamić z eschatologicznym katastrofizmem von Triera, albo z kosmicznym dołkiem psychicznym jego bohaterów, którzy czekają wśród uczuciowego zamętu i obyczajowej degrengolady na Armagedon?
Wydaje się, że nie do końca, bo gdyby tak było, to pewnie musieliby nas wynosić z sali kinowej w kaftanie bezpieczeństwa.
Ale nie wynoszą, więc chyba jednak wizja, którą ukazano nam na dużym ekranie, nie zbija nas z nóg i nie dewastuje nam mózgu. Pewnie dlatego, że ta wizja von Triera jest jednak wizją artystyczną, a taką zawsze umieszczamy (zazwyczaj instynktownie) w sferze iluzji i rzeczywistości „na niby”. To już dużo, jeśli potrafimy się nią choć trochę przejąć na czas samej projekcji, a jeszcze więcej – gdy zaczniemy o niej myśleć.

Melancholia w wymiarze ludzkim i kosmicznym

Sukces Larsa von Triera polega na tym, że udało mu się to jego „Melancholią” dokonać. Bo reżyser ten, oprócz twego że jest notorycznym prowokatorem i skandalistą (jak wiemy wyrzucono go z ostatniego Festiwalu w Cannes, bo oświadczył, że on jednak Hitlera „rozumiał”), to jest także przy tym wielkim artystą kina. A przynajmniej takim się wydaje. Zwłaszcza jak patrzymy na to z jakim wizualnym (i słuchowym) efektem traktuje on filmową materię (mam tu na myśli choćby te nokautujące preludia: wcześniej z „Antychrysta”, a teraz właśnie z „Melancholii”, gdzie pierwsze osiem minut filmu to czysta poezja filmowego obrazu wspomaganego Wagnerem); i z jaką pasją rzuca nam to wszystko w twarz.
To prawda, Von Trier jest mistrzem obrazu (nie bez kozery tyle w jego „Melancholii” odwołań do arcydzieł malarstwa) – zwłaszcza jego sensoryki – gorzej z tzw. wkładem myślowej treści. Bo kiedy tak porównamy głębię psychologicznych relacji jego bohaterów z tą, z jaką mamy do czynienia np. w dramatach Ibsena, Strindberga (ci z kolei przyszli mi na myśl, kiedy tak patrzyłem na zjadliwość i popapranie życia „rodzinnego” protagonistów w „Melancholii”), czy (zwłaszcza) Bergmana, (do inspiracji którym von Trier się otwarcie przyznaje) to jednak nie ta sama klasa. Bardziej jednak przedszkole, choć przedszkole nie pozbawione pewnej błyskotliwości i dobrych momentów.

Ale von Trier uderza mocno w jeden czuły punkt każdego egzystencjalisty (jakim poniekąd jest każdy myślący i wrażliwy człowiek): w naszą podskórną czułość na nihilizm, który zagłuszamy w dniach naszych powszednich czym się tylko da, a od święta – religią, metafizyką, może czasem „liryką, tkliwą dynamiką, angelologią i dalą”…
No właśnie, wydawać by się mogło, że von Trier odrzuca wszelką metafizykę (bo takie słowa jak Bóg czy transcendencja, czy choćby sugestia do jakiejś „nadprzyrodzoności”, nie pojawiają się w jego filmie ni razu), to jednak skąd to jego kategoryczne „because I know things”, które wkłada w usta Justine, mającej zdolności profetyczne i jasnowidzące – wiedzącej nawet ile jest koralików w dzbanie bez ich licznia (678)?  Czy aby to nie jest sposób reżysera, aby oświadczyć wszem i wobec, że on jednak „wie swoje” (czytaj: „wie wszystko lepiej”)?
A poza tym: czy kiedy się jest dotkniętym czarną melancholią to można cokolwiek jasno widzieć?
*

„MICHAEL” (reż. Markus Schleinzer)
*

Wiedziałem, że decydując się na obejrzenie tego filmu, będę musiał zrezygnować z psychicznego komfortu i jakiejkolwiek przyjemności ze śledzenia historii występujących w nim postaci. Rzecz jest bowiem o pedofilii. 10-letni chłopiec przetrzymywany jest od wielu miesięcy w piwnicznym mieszkaniu przez 35-letniego mężczyznę, który na pozór wiedzie normalne, choć samotne życie, pracując w charakterze agenta ubezpieczeniowego. Na dodatek, wszystko to ma miejsce w Austrii – ojczyźnie Friztla i więziciela Nataschy Kampusch, jak również przeniesione jest na ekran przez Markusa Schleinzera, ongiś asystenta Michaela Haneke, nota bene twórcy „Funny Games” – filmu, który był dla mnie jednym z najbardziej niepokojących i dyskomfortowych obrazów, jakie widziałem w swoim życiu. (Prawdę mówiąc, to właśnie ta koneksja reżysera z Michaelem Haneke zadecydowała o chęci zapoznania się z jego filmem.)
Mimo wszystko ciekawiło mnie to, jak twórcy „Michaela” poradzą sobie z tym trudnym, uwierającym, szokującym wręcz tematem.
Okazało się, że poradzili sobie różnie.
Z jednej strony austriacka precyzja, ascetyzm i kliniczna „czystość” obrazu ewokowały atmosferę przenikliwie zimną, z drugiej zaś –  wiwisekcja ta w moim odczuciu nie posuwała się zbyt głęboko w obnażeniu psychiki zarówno oprawcy, jak i ofiary, przez co pozostali oni w wymiarze dość płaskim i kartonowym. Schleinzer zaryzykował i miał odwagę podjęcia się tak kontrowersyjnego tematu, ale wygląda na to, że zabrakło mu już tej odwagi, by doprowadzić swój zamysł (uświadomienia nam siedzących obok siebie w każdym zbrodniarzu cech ludzkich i potwornych) do końca. Tak to przynajmniej odebrałem.

Czy możliwa jest pedofilia z „ludzką” twarzą? (Austriacy konfrontowani są ze swoją narodową traumą w „Michaelu”)

W „Michaelu” oszczędza nam się graficznego przedstawienia seksu (nie wyobrażam sobie, żeby coś takiego mogłoby być w ogóle możliwe, zważywszy na młodego aktora, wcielającego się w wykorzystywanego seksualnie chłopca), choć nie brakuje scen wyraźnie naznaczonych wykoślawionym i perwersyjnym, a zarazem strasznym i żałosnym erotyzmem pedofila, co już w zupełności nam wystarcza, by wstręt nam podszedł do gardła. Tym, czego brakuje w filmie, jest moim moim zdaniem głębszy wgląd w psychikę bohaterów. Bowiem nie wiemy, jaki jest w rzeczywistości stosunek mężczyzny do własnego zboczenia i czynienia niewyobrażalnej krzywdy dziecku, a z kolei zachowanie chłopca nie daje nam zbyt wielu przesłanek do tego, by naprawdę odczuć jego tragedię. Być może piszę to dlatego, że nie wyobrażam sobie, aby tak molestowane dziecko nie zostało sparaliżowane lękiem i przygniecione do dna cierpieniem… będąc w stanie np. śpiewać kolędy ze swoim ciemiężcą, a nawet malować dla niego jakieś podarkowe laurki. (Być może zawodzi tu moja wyobraźnia? Bo przecież człowiek to takie zwierze, które jest w stanie ułożyć sobie życie w najbardziej nawet potwornych warunkach, pod działaniem kolosalnej presji okoliczności.)

Podczas prezentacji „Michaela” w Europie podniosły się głosy kwestionujące sens kręcenia tego typu filmu. Zastanawiano się, czy aby ukazanie „zwykłego”, powszedniego życia pedofila i jego „ludzkiego” oblicza, nie jest pewną próbą budowania wobec niego empatii. Nie wiem. Ja tam żadnej sympatii do tego człowieka nie czułem. Wręcz przeciwnie, czułem antypatię, bo jego patologiczna osobowość była jednak widoczna na ekranie gołym okiem (aż dziwne, nie zauważali tego ludzie z jego otoczenia). A że potwór ten posiadał ludzkie odruchy? Co w tym dziwnego? Jeśli czemuś takiemu się dziwimy, to znaczy, że zmitologizowaliśmy „potworność” i odseparowaliśmy ją od ludzkiego świata, bo tak jest nam wygodniej. Nie chcemy bowiem sobie uświadomić tego, że potwory są wśród nas – że zachowują się i wyglądają jak człowiek – a my nie zawsze jesteśmy zdolni przeniknąć przez ich ludzką skórę.
*

„CHŁOPIEC NA ROWERZE” („Le gamin au vélo”, reż. Jean-Pierre & Luc Dardenne )
*

Kiedy bracia Dardenne przyjeżdżali ze swoim nowym filmem na Festiwal w Cannes, to za każdym wyjeżdżali z niego ze Złotą Palmą (tak było z „Rosettą” w 1999 r. i z „Dzieckiem” w 2005 ) W tym roku zdobyli zaś Grand Prix – nagrodę nie mniej prestiżową, która niewątpliwie przysporzy ich „Chłopcu na rowerze” o wiele więcej widzów, niż byłoby to w przypadku, gdyby tej nagrody nie dostali. I dobrze, bo najnowszy obraz  Jean-Pierrre’a i Luca Dardenne’ów wart jest tego aby go oglądać. To rzeczywiście kawał dobrego kina, i to takiego, które doskonale obchodzi się bez fajerwerków, skupiając się na swoich bohaterach będących zwykłymi ludźmi – ot takimi, jakich moglibyśmy spotkać na naszej ulicy. Co ciekawe, im bliżej ich poznajemy, tym mniej zaczynają się nam oni wydawać zwykli. Można by nawet wtedy uwierzyć, że tak naprawdę to nie ma zwykłych ludzi, że każdy człowiek jest na swój sposób niezwykły, a już na pewno – niepowtarzalny. Bez wątpienia, reżyserski kunszt braci Dardenne sprawia, że ta prawda objawia się nam głębiej, dobitniej i szybciej.

Bunt, niezgoda na los i poszukiwanie więzi. (Bracia Dardenne wygrywają po raz kolejny swoim „Chłopcem na rowerze”)

Sytuacja, w jakiej znajdują się bohaterowie filmu, nie jest jednak banalna. Cyril, 11-letni chłopiec trafia do domu dziecka. Jego ojciec znika bez śladu i Cyril próbuje go rozpaczliwie odnaleźć, a kiedy już do niego dociera, zostaje przez ojca odrzucony. Wcześniej przypadkowo poznaje fryzjerkę Sammanthę, która decyduje się chłopcem zaopiekować, przynajmniej w czasie weekendów. Cyril, który dzięki swojemu rowerowi zaznaje pewnej swobody, dostaje się wkrótce pod wpływy młodego gangstera, co kończy się wciągnięciem go na kryminalną drogę. Zaczyna się walka o duszę (a właściwie i o całe życie) chłopca – o to by jego niespożytą energię i emocje przemienić z wartości negatywnych na pozytywne.
Film jest niezwykle efektywny w ukazaniu całej dynamiki tego procesu. I robi to nie tylko poprzez „ruchliwość” samej akcji (także w znaczeniu psychologicznym), ale i dzięki zabiegowi w sumie prostemu: posiadanie przez chłopca roweru przekłada się na ekranie w zaznaczenie „kinetyki”, nie tylko jego żywiołowego charakteru, ale i złożonej, gwałtownej relacji Cyrila ze światem. (Nic więc dziwnego, że bracia Dardenne zdecydowali się na taki a nie inny tytuł, bo rower rzeczywiście znalazł się w centrum Cyrilowego „kosmosu”, wokół którego zaczęła się obracać jego historia. Mimo, że – jak wyjawili reżyserzy – na początku wcale tego nie planowali. Cóż, twórcy dość często ulegają presji materii, którą sami chcą urobić.)
W jednym momencie czegoś mi jednak zabrakło. Było to wtedy, kiedy stało się oczywiste, że chłopiec jest już na dobrej drodze (przeprasza ludzi, których skrzywdził). Zabrakło mianowicie psychicznego uzasadnienia i charakterologicznej ewolucji postawy Cyrila – jego przemiana wydała mi się na ekranie zbyt gwałtowna, co skłonny jestem położyć na karb scenariuszowego błędu.
Bo o to, że np. niczego się nie dowiadujemy o matce chłopca, albo że nie za bardzo rozumiemy motywy kobiety, która decyduje się wziąć do swojego domu obcego, zachowującego się histerycznie i gwałtownie chłopaka – o to i o parę innych drobiazgów wcale pretensji nie mam, bo wydaje mi się, że scenarzyści wcale takiego obowiązku nie mieli, by nas o tym powiadamiać. Tym bardziej, że nie miało to żadnego wpływu na niezwykle sprawny skądinąd sposób przedstawienia nam tej historii na filmowym ekranie. Sprawny i pozbawiony taniego sentymentalizmu, który mógłby tylko wszystko zbanalizować.
*

„NIEBEZPIECZNA METODA” („A Dangerous Method”, reż. David Cronenberg)
*

Prawdę mówiąc spodziewałem się, że jeśli za temat seksu i seksualnej perwersji bierze się David Cornenberg (przypomnijmy: autor „Nagiego lunchu”), to będzie bardziej niebezpiecznie. Wprawdzie widzimy na ekranie jak katolik Carl Gustav Jung (Michael Fassbender), jeden z najwybitniejszych umysłów i psychologów XX wieku, podczas stosunku seksualnego uderza pasem swoją histeryzującą pacjentkę, (którą wcześniej pozbawił dziewictwa), rosyjską Żydówkę Sabinę Spielrein (Keira Knightley), (która nota bene stała się później jednym z najwybitniejszych psychiatrów Rosji), to jednak – dziwna sprawa – sprawia to na nas wrażenie, jakby ci błyskotliwi ludzie tylko się w perwersję bawili. Mało tego: wiemy, że pannie Spielrein zrobi to tylko dobrze, a i Jungowi też nie zaszkodzi, bo przecież zmusi go do jeszcze głębszej eksploracji, i to nie tylko swoich kolejnych kochanek ale – co chyba jednak dla europejskiej kultury było ciut, ciut ważniejsze – wnętrza psychicznego człowieka, a nawet zbiorowej nieświadomości, gdzie czekały na niego do odkopania archetypy.

Psychoanalityczne egzorcyzmy (Keira Knightley i Michael Fassbender testują swoje ego w „Niebezpiecznej metodzie” Davida Cronenberga)

No dobrze… nieco trywializuję (choć właściwie przedstawiam tylko samą ekranową ewidencję) – film Cronenberga nie traktuje tylko o seksie. On opowiada o jednej z najbardziej fascynujących przygód w historii psychiatrii i nauki o ludzkiej duszy – o samych narodzinach współczesnej psychologii, o wkraczaniu nauki na zupełnie dotychczas nieznane obszary ludzkiej podświadomości, a także o jednym z najbardziej notorycznych naukowych sporów początku XX stulecia, jaki zaistniał między wybitnym religio- i kulturo-znawcą Jungiem a ojcem psychoanalizy Zygmuntem Freudem. A że seks stanowił tego wszystkiego podstawę? Cóż, jak głosi stara ludowa mądrość, ponoć wszystko na świecie obraca się wokół władzy, pieniądza i – za przeproszeniem – d…y. (Choć filmowy Jung przeciw temu się jednak buntuje: „To niemożliwe, żeby wszechświat wisiał tylko na tym jednym zawiasie.”)
Na szczęście w „Niebezpiecznej metodzie” jest jeszcze mnóstwo intelektu – i to właśnie myśl prowokująca, stymulująca, miejscami błyskotliwa i często inspirująca, dostarczyć nam może największej przyjemności w obcowaniu z tym filmem.
Zgoda, Cronenberg kręci swój film „po bożemu”, wypuszczając jednak przy tym produkt nieskazitelny technicznie, precyzyjny i ostry jak chirurgiczny skalpel, może trochę nadto wyelaborowany, lecz, mimo swej doskonałości, dla widza przystępny, a nawet pasjonujący.

Bardzo byłem ciekaw, jak też zostaną przedstawieni na ekranie takie tuzy europejskiego intelektu, jak Carl Gustav Jung i Zygmunt Freud. Pogodziwszy się jednak z tym, że podobnego formatu ludzi nigdy nie da się ogarnąć w kinie dogłębnie i w całej ich pełni, przyjąłem konwencję zaproponowaną przez reżysera i aktorów. Co przyszło o tyle łatwo, że zarówno Cronenberg wykonał bardzo dobrze swoje zadanie adaptacji tych postaci do opowiadanej przez siebie historii, jak i Viggo Mortensen (grający Freuda) oraz Fassbender (występujący w charakterze Junga) wypadli w swych rolach zupełnie przekonywająco. Zwłaszcza Mortensen: to jednak wymagało wielkiej sztuki, by dysponujący tak wielkim naturalnym sex-appealem aktor, odtworzył aseksualnego do szpiku kości Freuda. Fassbender jako Jung też jest jakby wyprany z seksu, ale za to solidny w tym swoim ściśle dopasowanym garniturze bogatego, dobrze ułożonego pana doktora, więc jego zmaganie z własnym popędem odbywa się jakby bardziej na powierzchni burżuazyjnego konwenansu, (definiującego jego publiczną Personę – rolę wziętego lekarza i szanowanego ojca rodziny), niż w jego hormonalnym wnętrzu.

To jednak nie tylko dziwne, ale i trochę zabawne, że tak kostyczny i jajogłowy facet, jak Freud zrewolucjonizował zachodnie podejście do seksu. Ale w tej historii jest więcej takich paradoksów. Freud, który był monogamicznie wierny swojej żonie (z którą miał 6 dzieci), twierdził, że seks jest podstawą wszystkich naszych zachowań i wszelkie zaburzenia psychiczne mają swoje źródło w chorym, zrepresjonowanym seksualnie libido człowieka, co zwykle łączy się z traumami (głównie seksualnymi) wyniesionymi z dzieciństwa. Jung zaś, ulegający swojemu seksualnemu popędowi (ryzykując wszystko zdradzał wielokrotnie swoją żonę), zaprzeczał Freudowi, oskarżał go o fiksację i obsesję na punkcie seksu (pewnie dlatego – drwił Jung –  że sam niewiele miał z nim wspólnego). Jung oskarżał Freuda o to, że przywiązuje do seksu nadmierną wagę, a przecież życiem człowieka kieruje nie tylko seks – tych „zawiasów”, na których wisi świat jest jednak więcej – wystarczy choćby zbadać życie duchowe człowieka, jego religię, wierzenia, mity, metafizyczne tęsknoty, poszukiwanie transcendencji…

Koniec końców, łapiemy się na tym, że nie wierzymy zarówno jednemu, jak i drugiemu. Fassbender to niesamowity aktor, który potrafi zagrać dosłownie wszystko, ale nie jestem pewien, czy wiedział co czyni, grając Junga. Jak sam stwierdził, niezbyt głęboko wchodził w jego teorie (wystarczył mu ponoć podręcznik typu „Jung dla idiotów”) a przecież jak u mało którego naukowca, teorie Junga wypływały z jego niezwykle bogatego, przepastnego jak kosmos wnętrza i niczym nie skrępowanej wyobraźni. I niestety, w filmowym, skutym w koszule i garnitury Jungu Fassbendera nie jest to widoczne, a tych parę opowiedzianych przez niego snów, to jednak za mało. Niemniej jednak widać faceta, którego perypetie z własnym libido doprowadzają na skraj przepaści. I to dokładnie w momencie, kiedy podobna przepaść otworzyła się przed całą Europą (nadciągające szaleństwo i hekatomba I wojny światowej). W sumie jednak Cronenbergowi udało się złożyć ciekawą mozaikę z ludzkich typów, zachowań i myśli z eleganckim solidnym i wyraźnym, epokowym zapleczem w tle.

* * *

Czy kierując się popędem odkrywamy nasze prawdziwe JA, czy też go zdradzamy? („Niebezpieczna metoda”)

*

TAŃCZĄCY FILOZOF

Picasso, "La Danse des Faunes"

*

Radość tańca, cielesnej ekspresji…
Uczucie bliskie ekstazy, kiedy człowiek rozprasza nagromadzoną w nim energię i ma poczucie totalnej kontroli nad swoim ciałem.
Wszelkim egzystencjalnym lękom, melancholii i ciemnym filozofiom można przeciwstawić coś tak banalnego jak rockandrollowy szał, zwykły brake-dance czy też frenetyczną uciechę twista – ów moment, który znosi konieczność refleksji.
Jest tylko spazm radości, witalna werwa.
Ale to dreszcz i wesele nieznane żadnym Pascalom, Heglom, Kantom, Marksom, Heideggerom i Sartre’om.
Tam gdzie tryska życie, wystarczy pić go duszkiem.
Melancholia podsuwa nam tylko naparstek.

*  *  *

Zdania te napisałem ładnych parę lat temu i prawie o nich zapomniałem, kiedy oto nagle, sięgnąwszy po Nietzschego, natrafiłem na fragment, który mi je przypomniał: „Stracony niech będzie dla nas każdy dzień, w którym się bodaj raz nie zatańczyło”.
Te słowa z „Tako rzecze Zaratustra” mnie uderzyły, ale nie zdziwiły, bo przecież wiedziałem o gloryfikacji przez Nietzschego dionizyjskiego upojenia życiem.
Taniec boga świata Śiwy wykonuje sam Zaratustra, kiedy udaje mu się – jak pisze Rudiger Safranski w „Biografii myśli” filozofa – „przeniknąć tajemnicę gry jako podstawy bytu”.
Na krótko przed załamaniem, które przerwało (znane nam, dyskursywne) myślenie Nietzschego na zawsze (mimo że żył on jeszcze później przez 10 lat), kobieta, która wynajmowała mu pokój, słysząc śpiew profesora, tudzież inne dziwne dźwięki dobiegające zza ściany, zajrzała przez dziurkę od klucza i ujrzała, jak na środku pokoju… tańczy nagi Nietzsche.

*  *  *

Niedawno też, przez parę tygodni, towarzyszył mi także Pascal – poprzez swoje  „Myśli” i „Prowincjałki”, jak również dzięki biografii (znakomicie napisanej przez Jacquesa Attali).
Z jakże innej pozycji patrzył na świat (Kosmos i Boga) schorowany, wątły fizycznie i melancholijny do szpiku kości Błażej. Doprawdy trudno mi jest wyobrazić sobie tego filozofa w tanecznych pląsach.
Czy zagłębiając się w słowach i refleksjach Pascala odczuwałem coś w rodzaju wstydu za tę powyższą apoteozę (wydawać by się mogło przyziemnej) tanecznej euforii i gloryfikację élan vital? Chyba tak, ale problem pozostał: na ile charakter a nawet kondycja psycho-fizyczna filozofa wpływa na kreowany przez niego system? A jeśli dzieje się to w znacznym stopniu, to czy owo subiektywne „skażenie” nie znosi obiektywizmu tego systemu, indywidualizując go, a tym samym relatywizując? Ergo: czy możemy się na nim opierać w oderwaniu od biografii i cech osobowych jego twórcy?
Innymi słowy, czy np. ból zęba albo zwykłe zaparcie nie zmienia (czasem radykalnie) naszego oglądu świata i sądu o nim?
Oczywiście, że to co przed chwilą napisałem jest (celowo) trywialne. Lecz dotyka jednak czegoś istotnego i być może lepiej uświadamia nam kwestię niemożności oderwania się z myśleniem od naszego „tu i teraz”, od stanu w jakim znajduje się aktualnie nasz mózg i ciało. W tym kontekście przyjęcie jakiegokolwiek systemu stworzonego przez człowieka jako „jedynie prawdziwego”, niewątpliwego, ostatecznego… może się łączyć nie tylko z ludzką pychą ale i wydawać się śmieszne (w najlepszym zaś przypadku desperackie w obliczu zderzenia się z niemożnością poznania, którą człowiek zazwyczaj stara się przezwyciężyć imaginacją, mitem, wiarą…).

Zdaję sobie sprawę, że przeciwstawienie hedonistycznego impulsu bachanalii (z jednej strony) głębokiej refleksji o fundamentalnym znaczeniu egzystencjalnym (z drugiej) jest konfrontacją rzeczy niewspółmiernych, ale czy przez to usprawiedliwione jest ignorowanie owego impulsu i wrażenia chwili?
Dodajmy, że chodzi o chwile, o których przecież niekiedy mówi się, że stanowią najbardziej istotne momenty naszego życia („dla takich chwil warto żyć”).

Wyłania się przy tym również pytanie, czy powyższa opozycja nie jest aby zwykłym przeciwstawieniem optymizmu pesymizmowi? Wydaje się jednak, że nie, choć system Pascala uważa się za system na wskroś pesymistyczny.
Ale czy jedna (radosna) chwila może odpowiadać za przyjęcie (stworzenie) systemu na wskroś optymistycznego – tak jak jedna iluminacja (psychiczny wstrząs, osobista tragedia) potrafi zdeterminować światopogląd człowieka, który jej doświadczył?

Myśli Pascala są przejmujące, jego przenikliwość i wnikliwość miejscami porażająca. Podobnie sugestywność i mistrzostwo władania słowem. Jednak, kiedy czytam jego teksty, coś powstrzymuje mnie przed zupełnym zanurzeniem się w tym jego świecie – przed całkowitą akceptacją Pascalowej wizji. Może odpowiedzialny jest za to ów „metafizyczny skok”, jakiego dokonał filozof, rezygnując z racji (w tym i z logiki) podsuwanych mu przez jego genialny bez wątpienia umysł i poddając się radykalnie i  bezwarunkowo Pismu Św.  i Bogu… na dodatek tylko temu „jedynie prawdziwemu” Bogu chrześcijan?
A może również i to, że nie był on w stanie zabawić się z ludźmi na zwykłej wiejskiej zabawie, pobiesiadować z nimi przy dobrym winie i jadle, albo też z całego serca się uśmiać? ;)

*  *  *

NIC PRÓCZ HUMORU RÓŻOWEGO, CZARNEGO, OKRUTNEGO… (o filmach Krzysztofa Kieślowskiego)

Przed piętnastoma laty, w dniu 13 marca 1996 roku, odszedł od nas Krzysztof Kieślowski. Stał się on, jeszcze za życia, najsłynniejszym – obok Andrzeja Wajdy – polskim reżyserem na świecie. Czy zasłużenie? Co sprawiło, że Kieślowski podbił tę publiczność poszukującą w kinie czegoś więcej, niż rozrywki? Dlaczego poza naszym krajem cieszy się on większą estymą, niż w Polsce? Czym są jego filmy, jaką niosą treść, na czym polega ich artyzm? Pragnę przy tym uprzedzić bezkrytycznych wielbicieli twórczości reżysera: tekst ten – wbrew pozorom – nie jest żadną laurką a raczej dość zdystansowaną próbą odpowiedzi na postawione przed chwilą pytania.


Gdzieś na początku był „Amator”, później „Przypadek, lecz dopiero „Dekalogiem”, a konkretnie dwoma krótkimi filmami – o miłości i zabijaniu – Kieślowski zwrócił na siebie światową uwagę. Nagroda Specjalna Jury w Cannes, potem Felix – odpowiednik europejskiego Oscara – w Berlinie. Wkrótce doszło jeszcze „Podwójne życie Weroniki”, dzięki któremu reżyser znalazł się w centrum zainteresowania krytyki… a i publiczności także, przynajmniej tej bardziej „wyrobionej”, rzekłby kto – wyrafinowanej, tudzież o skłonnościach snobistycznych.

Zaczęto Kieślowskiego ustawiać w jednym rządku z Bergmanem, Fellinim, Antonionim… W 1993 roku, na jubileuszowym 50. Festiwalu Filmowym w Wenecji, pierwszą część kolorowego tryptyku pt. „Niebieski”, obdarowano Złotymi Lwami. Amerykański magazyn „Time” uznał „Dekalog” za drugie najważniejsze dzieło filmowe w historii kina. Wydawało się, że nie jest to już tylko moda na reżysera. Zaczęto mówić o „geniuszu” Polaka i jego „arcydziełach”.

MILCZENIE

Kiedy pewnego razu oglądałem jeden z tych małomównych i ascetycznych obrazów Kieślowskiego, przypomniała mi się anegdota, którą w jednym ze swoich opowiadań przytoczył Jorge Louis Borges. Otóż wracając z przyjęcia, na którym prowadzono wielce interesujące dysputy, i gdzie padło wiele Wielkich i Ważnych Słów, Borges usłyszał od swojej przyjaciółki: „Pamiętasz tego człowieka, który siedział nieco na uboczu i cały czas milczał, uważnie przysłuchując się naszej rozmowie? To musi być bardzo mądry człowiek”.

I zadałem sobie wówczas pytanie: Czy nie jest to właśnie – nomen omen – przypadek Kieślowskiego? Twórcy, w którego filmach milczy się jak w kaplicy?
Ale jak się milczy! – mógłby ktoś wtedy odpowiedzieć, dodając: forma tych obrazów piękna, styl elegancki, nastrój przemożny…

Otóż człowiek, który zna tylko same pytania, a nie zna odpowiedzi, milknie wreszcie. I tyle to może mieć wspólnego z mądrością, co z rezygnacją albo też z koniecznością. Sam Kieślowski stwierdził kiedyś: „…pytania, na które nie ma odpowiedzi. Tych pytań jest kilka, może kilkanaście i towarzyszą nam od dzieciństwa do śmierci”.


METAFIZYKA CIEKNĄCEGO KRANU

To, co najlepsze w Kieślowskim, kojarzone jest z „Niebieskim”. Jest to chyba najbardziej poetycki ze wszystkich filmów reżysera. Wysublimował się w nim styl, który charakteryzuje bardzo powolny rytm, słowna asceza, wpatrzenie w grę światła i cienia… Nawet ordynarny obiekt, jak np. cieknący kran, staje się kandydatem do symbolu, czy choćby tylko metafory. Namaszczenie, z jakim traktowana jest w „Niebieskim” tzw. „nasza” rzeczywistość powoduje, że na ekranie przybiera ona pozę dusznej nadrealności. Do tego, by właściwie odebrać przekaz tego filmu, niezbędne jest dostrojenie się do jego molowej, melancholijnej tonacji.

Czy jednak od wszystkich można tego oczekiwać? Wszak trudno stać się melancholikiem na zawołanie… nawet artystyczne. Nie każdy może się przejąć metafizyką cieknącego kranu.

CAŁY ŚWIAT W MELANCHOLII

Niebieski jest jednym z kolorów narodowych Francji. W trójkolorowej kokardzie francuskich rewolucjonistów oznaczał Wolność (biały i czerwony to Równość i Braterstwo). Jednak w filmie bardziej nasuwa się skojarzenie z amerykańskim blue, oznaczającym chandrę, przygnębienie, smutek.

Bohaterkę filmu spotyka prawdziwa tragedia: mąż i jedyne dziecko giną w wypadku samochodowym. Julia pogrąża się w żałobie, która dominuje również cały obraz. Kieślowski podporządkowuje jej wszystko. Cały świat staje się „niebieski”. Każdy, kto pojawia się na ekranie, przypomina melancholika. Nikt się nie śmieje, słońce nie świeci, deszcz pada często i gęsto, zastępując łzy na chronicznie smutnym a pięknym i subtelnym obliczu Julii (Juliette Binoche).
Ten świat – filmowy, Kieślowskiego – odpowiada na jej nastroje, jak na komendę: za oknem zgarbiona staruszka ledwie powłóczy nogami, bezdomny grajek smęci pod murem na fujarce, obłąkana matka ogląda w telewizji – na przemian – spacer po linie i zrzucanie z wysokiej wieży staruszków (sic!)… etc.
Julia w swej cichej żałobie i szlachetnych odruchach wyrasta na naszych oczach bez mała na świętą. Oddaje się bezczynności. Jej kontemplacja otaczającej ją mgły przypomina modlitwę. Niczym Św. Franciszek zrywa ze swą materialną przeszłością; niczym miłosierny Samarytanin pochyla się nad leżącym na bruku bezdomnym, podkładając mu pod głowę futerał z fletem.

*

BEZ ODPOWIEDZI

W filmach Kieślowskiego mamy mnóstwo pytań, żadnych odpowiedzi. Nawet w tak precyzyjnie określonym przykazaniami „Dekalogu” czekają nas same tajemnice. Do końca też nie wiadomo, co symbolizowały poszczególne kolory w jego francuskiej trylogii – w odniesieniu do treści tych filmów.
Twórca nie tylko, że nie odpowiadał nam nigdy wprost, ale zachowywał enigmatyczną postawę milczącego mędrca. Każąc nam wpatrywać się w swoje platońskie, nieme obrazy, pozostawiał nas sam na sam z naszym wnętrzem…
Jeżeli komuś paliła serce łza żalu za bliską a odeszłą na zawsze osobą, to smutek w „Niebieskim” był jego smutkiem, melancholia bohaterki – jego melancholią. Jeżeli nie… cóż, pozostawało obcowanie z wysmakowaną estetycznie formą.
Czy to wystarcza?

CELULOIDOWA  RELIGIA

Najpierw – tak naprawdę – zaczęli hołubić Kieślowskiego Francuzi. Reżyser wiedział, jak się im odwdzięczyć, schlebiając tamtejszym gustom, poetyce i tradycji. Często kłaniał się więc mistrzom francuskiego kina, zwłaszcza Godardowi i Lelouche’owi, którzy na Nowej Fali wynieśli potoczność i codzienność do rangi filmowej narracji. Mało tego – niekiedy szedł jeszcze dalej, uświęcając banał lub nadając powszedniości metafizyczny wymiar.
No i jeszcze ta osławiona, piękna i elegancka forma.

To, co spodobało się Francuzom, niekoniecznie znajdowało upodobanie Polaków. Nad Wisłą Kieślowski był nie tyle celebrowany, co ciągle krytykowany. Np. Marcel Łoziński zarzucił koledze wprost, że zdradził świat zgrzebny, prosty – dla celofanowych świecidełek, co Kieślowski skomentował następująco: „Ja liczę się z zarzutami osób, do których mam zaufanie”. Niewątpliwie zawiść w kraju reżysera nie ominęła, choć nie wszystkie głosy krytyczne można tłumaczyć owym mało szlachetnym resentymentem.

Pozytywne, a niekiedy i entuzjastyczne nastawienie widzów na całym świecie wynikało nie tylko z uznania do wyrafinowanego estetyzmu formy, ale i z tęsknoty, czy wreszcie nadziei, jakiej potrzebuje każdy człowiek.
Niektórzy szukają jeszcze takiego kina, które by mogło objawić im choćby odrobinę świętości. Jest to tęsknota zgoła metafizyczna. Niewielu twórców współczesnego kina jest w stanie sprostać tym wymaganiom. Ostatnim z tych wielkich był Tarkowski.
Podobnie, są też widzowie, którzy dalej chcą traktować film jako fetysz, w który zakląć by można własną religijną potrzebę. To dlatego niekiedy wypełnia się w filmie treścią to, co skądinąd byłoby tylko pustką.
Zaś wszystko związane jest z nadzieją.
Stąd też owo dążenie reżysera: „Trzeba szukać cudowności w tym, co zwyczajne”.


ZIMNY ŚWIAT, LUDZKIE CIEPŁO…

Kieślowski stale wracał do swojej małej metafizyki próbującej wyrazić wielkie humanistyczne wartości za pomocą niepozornych atrybutów życia naszego powszedniego. Robił to najczęściej razem z Krzysztofem Piesiewiczem, scenarzystą większości swoich filmów, który – jakby nie było – przyczynił się do międzynarodowego sukcesu reżysera, o czym niestety zbyt często zapominano.

Piesiewicz, przy okazji komentarza do „Czerwonego”, wskazał nam wyraźny literacko-filozoficzny trop, który może doprowadzić nas do źródeł inspiracji tandemu Kieślowski – Piesiewicz; do rezerwuaru idei, wątków i problemów, którymi zajmowali się oni w swoich utworach.
W przypadku „Czerwonego” chodziło konkretnie o „Upadek” Camusa.
Także inne ich filmy wskazywały na powinowactwo z egzystencjalizmem, rozumianym już bardziej ogólnie, jako światopogląd. Nie dziwią więc w tym kontekście skojarzenia np. z Ingmarem Bergmanem.

Podobnie jak pisarstwo Camusa, filmy Kieślowskiego konfrontują nas z zimnym i obojętnym światem pozbawionym wartości absolutnych, danych nam a priori. Ze światem, w którym – aby być człowiekiem – musimy ciągle dokonywać wyborów, tworząc własną hierarchię wartości i respektując ją. Łatwo w takiej rzeczywistości o zagubienie, lęk i konsternację, bowiem hulają w niej przypadki i relatywizm. Kieślowski kręcił filmy, by oszukać to zagubienie, zagłuszyć konsternację, oswoić lęk i stworzyć ludzkie ciepło.
To tylko jedna z interpretacji.

A jednak – z drugiej strony – twórca poszukiwał oparcia w solidności moralnych kodeksów, sankcjonowanych przez religię. Odwoływał się przy tym do tradycji, myśli i aksjologii chrześcijańskiej (dotyczy to nie tylko oczywistego w tej konotacji „Dekalogu”, o którym ksiądz Józef Tischner wyraził się następująco: „ ‚Dekalog’ to opowieść o pamięci raju utraconego – tego czasu, kiedy dziesięć przykazań miało jeszcze sens, bo człowiek czuł, że jest zdolny wybierać między dobrem i złem”.)

*

KLUCZENIE W LABIRYNCIE ŚWIATA

Moim zdaniem, najbardziej adekwatną wykładnię „przypadku” Kieślowskiego możemy odnaleźć w jego własnej wypowiedzi tyczącej pesymizmu. Można ją wręcz uznać za klucz do jego wszystkich filmów. Oto gdzie przełamywały się słabości, gdzie rodziła się pasja, ból i melancholia, a zarazem siła i humanizm twórcy:„Pesymista to ktoś taki, kto nie widząc nadziei, rozpaczliwie jej szuka. Pesymista szuka dużo bardziej rozpaczliwie niż optymista, ponieważ dla optymisty nadzieja jest czymś głęboko oczywistym. A ponieważ bez nadziei nie można żyć, wobec tego trzeba ciągle jej szukać. W istocie bycie pesymistą oznacza nieustanne codzienne poszukiwanie nadziei”.

Otóż właśnie: te wszystkie egzystencjalno-metafizyczne łamigłówki w filmach Kieślowskiego, te szarady znaczeń, obrazów i symboli; to kluczenie w labiryncie świata, wypatrywanie szansy i zbawienia – to jest właśnie poszukiwanie nadziei.

Sławę Kieślowskiego na Zachodzie uznać można za swoiste signum temporis: ludzie z kręgów zachodniej cywilizacji, za swego pocieszyciela uznali człowieka, który czuł pustkę i chłód, ale miał w sobie na tyle ludzkiego dobra, ciepła i szlachetności, że był w stanie obdzielić tym innych.

O SZCZĘŚCIU CHIRURGA

Niedługo przed śmiercią reżysera, w jednej z warszawskich księgarni odbyło się spotkanie z Kieślowskim w związku z pojawieniem się na rynku książki Stanisława Zawiślańskiego „Kieślowski bez końca”. Obecna tam Ewa Sobiecka tak określiła powierzchowność reżysera: „Precyzyjny. Skromny, wręcz nieśmiały. Chwilami drażniący. Dla jednych ponury, zgryźliwy, dla innych człowiek ciepły z wielkim poczuciem humoru. Zgorzkniały romantyk. Facet o wiecznie zmarszczonym czole, zmęczonym spojrzeniu i z papierosem w dłoni”.

Nie wiem, czy Kieślowski przeczuwał już wówczas zbliżający się kres. Może był świadomy tego, że jego osłabione serce w każdej chwili może przestać bić?

Zupełnie inaczej brzmiały – po jego śmierci – te zdania, które wypowiedział wtedy wobec wszystkich:„Nie należę do tego świata (filmowców). Zrozumienie tego zajęło mi wiele lat. Film staje się życiem. Nie chciałem tego, bo to nie jest mój sposób życia. Prawdopodobnie wybrałem fatalny zawód dla swojego charakteru (…) Robienie filmów nudzi mnie. Zawsze, prawdę mówiąc, nudziło mnie.” I jeszcze, jakby tego było: „Kim chciałbym zostać, gdybym nie został reżyserem? Chciałbym zostać chirurgiem. Dlaczego? Spotkałem chirurga, który nie nudził się w pracy i był szczęśliwym człowiekiem. Dlatego chciałbym być chirurgiem”.
Ile w tym wyznaniu kokieterii artysty, ile przekory, a ile zmęczenia i zwątpienia?

*

POŻYTEK Z KIEŚLOWSKIEGO

Cokolwiek byśmy nie sądzili o sztuce Kieślowskiego, o jego filmach, poglądach, filozofii, osobowości… jak byśmy nie patrzyli na te jego deprecjonujące samego siebie opinie i zwierzenia – fakty pozostają faktami: jego nazwisko zdobyło nam w świecie więcej przychylności (a tym samym korzyści), niż niejedna delegacja zagraniczna wielkich polskich polityków.

BOSKI OPTYMIZM, LUDZKI PESYMIZM

Wkrótce po śmierci Kieślowskiego, wpadł mi w ręce „Dziennik” Eugene’a Ionesco, a tam uderzył mnie fragment, który mógłby stanowić epitafium dla zmarłego twórcy: „Jeżeli jednak uda się nam pogodzić ze śmiercią innych, możemy i my spokojnie umrzeć. Jak można się pogodzić ze śmiercią innych? Mówiąc sobie, że jest to najlepsza rzecz, jaka może im się zdarzyć. Jak znieść cierpienie, ciężar innych? Mówiąc sobie, ze każdy musi nieść swoją część nieszczęścia świata”.
Również dalsze ustępy wydały mi się niezwykle adekwatne do charakterystyki twórczości i postawy Kieślowskiego: „Jesteśmy stworzeniami śmiesznymi. Jesteśmy komiczni. Pod tą tylko postacią powinniśmy się oglądać. Nic prócz humoru, różowego, czarnego, okrutnego; tylko humor może nam przywrócić pogodę ducha. Nie piszę już nic poważnego.” (Nie przypadkiem „Biały”, jedna z części „Trylogii”, był komedią.)
Ionesco wyznaje dalej: „Powinienem już właściwie nic nie pisać, ale przecież muszę zajmować się teatrem, układać opowiastki, ponieważ jestem zawodowym literatem, ponieważ taka jest moja funkcja. Ale naprawdę wszystko to nie jest wiele warte. Literatura – ulga, ucieczka. (…) Mówię wciąż, mówię, co mi pozwala nic nie robić. Literatura przynosi mi ulgę, stanowi alibi…”.

Zastąpmy jedynie „literaturę” i „teatr” kinem, a „mówienie” Ionesco – wymownym milczeniem obrazów Kieślowskiego. Czy nie uderza nas pokrewieństwo ducha i myśli tych ludzi? Jabłko niedaleko pada od jabłoni, a Ionesco i Beckett od Camusa i Sartre’a.
Wymierają pokolenia, których Bóg został ukrzyżowany na drutach kolczastych Majdanka, zatruty w okopach Verdun, rozstrzelany w Katyniu i spalony w krematoriach Oświęcimia. Pesymizm ciążył im na sercach, absurd kołatał w umysłach.
Chciałbym tu uniknąć patosu, jednak muszą napisać, iż my – żyjący tu i teraz – musimy sobie uświadomić, a może tylko uwierzyć, ze istotą świata jest jednak optymizm. W przeciwnym wypadku nigdy nie powstałoby życie.
Bóg jest optymistą.
* * *

W jednej z ostatnich wypowiedzi Krzysztof Kieślowski wyznał: „Ja wiem dokładnie, czego chcę. Czegoś nieosiągalnego: spokoju”.
Nieosiągalnego?

* * *

*