PRZEGRANI ZA MŁODU (Nie nazywajmy samobójstwa poezją)

KURT COBAIN I „NIRVANA”- DZIECI „FUCKED GENERATION”

W piekle nie ma nic z romantyzmu, tak jak w samobójstwie nie ma nic z poezji. To nasze mity wynoszą na ołtarze liryzmu straceńców i nieszczęśliwców, którzy nie mieli już sił, by żyć… Albo też wybrali drogę ćmy lecącej prosto w ogień, spalając się na naszych oczach.

Czy romantyczne mogą być dreszcze lub torsje po przedawkowaniu narkotyków lub zatruciu alkoholem? Jaki liryzm ma w sobie heroinowy głód skręcający wnętrzności. Ile poezji jest w nieznośnym a stałym bólu, w psychicznych katuszach, w izolacji od najbliższych, w niemożności normalnego funkcjonowania w społeczeństwie? Ciągle domagamy się mitów, a śmierć pop-kulturowych sław wykorzystujemy jako pretekst do ich beatyfikacji – do pasowania ich na romantycznych idoli, na kultu godne bożyszcza. Celebracja jest ślepa, a wyznawcy oddani.
.

Kurt Cobain na koncercie “Nirvany”

Kurt Cobain na koncercie “Nirvany”

W Polsce mieliśmy kult Stachury, Hłaski, Wojaczka… W Ameryce – Jamesa Deana, Presley’a, Morrisona, Hendrixa, Janis Joplin… A ostatnio, na naszych oczach, za sprawą i pośrednictwem mediów, wykreował się mit świeży – mit heroizmu i martyrologii Kurta Cobaina, który popełnił niedawno samobójstwo, strzelając sobie w skroń.* Gdy jednak nazwano go „głosem pokolenia”, podniósł się sprzeciw młodzieży, która nie identyfikowała się z nieszczęśnikiem i nie chciała mieć nic wspólnego z chorym desperado. Sprostowano więc nominację, mówiąc o tzw. Fucked Generation, czyli pokoleniu – delikatnie mówiąc – przegranym już na starcie. (Uwaga dla zgorszonych: określenia Fucked Generation używa się nawet w oficjalnych raportach socjologicznych.)

Zaniedbani i potępieni

Zanim jednak potępimy to pokolenie, przyjrzyjmy się mu bliżej. Może wtedy nie będziemy tak skorzy do rzucenia kamieniem. Któż bowiem jest bez winy?
Oto co ma do powiedzenia Dr Donna Gaines, autorka książki „Teenage Wasteland: Subarbia’s dead End Kids” (tłum. własne):
„Lata 80-te oferowały młodym ludziom doświadczenie bezwzględnej społecznej przemocy i upokorzeń. Pełni urazów powodowanych nieobecnością lub nadużyciami rodziców, nauczycieli, wychowawców, policji; wykonując bezsensowne, źle opłacane prace; zdezorientowani rozpadem różnych instytucji… wielu młodych ludzi poczuło się schwytanych w błędne koło daremności i rozpaczy. Starsi zawodzili na całym froncie, zaniedbując całe pokolenie, nie zapewniając mu ani ochrony, ani też przygotowania do samodzielnego życia. A jednak, gdy młodzież zaczęła wykazywać symptomy zaniedbania – czyli zwiększoną liczbę samobójstw, zabójstw, przestępstw, rozbojów, niepowodzeń w szkole, lekkomyślności i ogólnej mizerii – dorośli potępili ich, nazywając apatycznymi nieukami, amoralnymi nicponiami, ludźmi przegranymi.”
Autorka, doktor socjologii, maluje obraz przygnębiający, ale i prawdziwy, mówiąc o frakcji młodzieży wcale jednak nie marginalnej. W takiej sytuacji są młodzi ludzie zamieszkali nie tylko na obrzeżach Ameryki, ale także miliony zaludniające bezkresne przedmieścia tzw. lower middle-class. Amerykańskiego marzenia już nie starcza dla wszystkich. Stąd frustracja, poczucie przegranej, braku perspektyw… Stąd ucieczka w narkotyki, alkohol czy – w przypadkach drastycznych – w śmierć. Przypadkach wcale nieodosobnionych. Tylko w ubiegłym roku zanotowano wśród młodzieży 400 tysięcy prób targnięcia się na swoje życie. W latach 80-tych podwoiła się liczba samobójstw, stając się drugą – po wypadkach – przyczyną śmierci nastolatków i dwudziestolatków.
W tej desperacji szuka się ulgi i wytchnienia – frustracja domaga się ujścia. Kiedy zawodzi rodzina, instytucje wychowawcze, religia, szkoła… młodzi ludzie chronią się w świecie sobie znanym, swojskim, wśród odczuwających podobnie rówieśników. Na takich podstawach zrodziła się m.in. subkultura rocka alternatywnego, w nurcie którego „Nirvana” Kurta Cobaina była grupą wiodącą. Tzw. zespoły grunge’owe (wywodzące się głównie ze Seattle) przedostały się ostatnimi laty z undergroundu do mainstereamu, czyli głównego nurtu rocka, stając się tym samym fenomenem masowym. Co, nawiasem mówiąc, jest zjawiskiem symptomatycznym oraz alarmującym, także smutnym i niepokojącym.

Samobójcy z Aberdeen

Aberdeen w stanie Waszyngton, to depresyjne, przygnębiające, skazane na jałową egzystencję, prowincjonalne miasteczko Ameryki, zapomniane przez Boga i amerykańska administrację. W nim dorastał Kurt poddany środowisku, które już za młodu zdewastowało mu psychikę. A jako dziecko zapowiadał się doskonale. Był żywym, ciekawym, pełnym pomysłów, niezwykle uzdolnionym artystycznie chłopcem, kiedy w wieku 8 lat dotknęła go pierwsza tragedia: rozwód rodziców. Matka, gospodyni domowa i półetatowa sekretarka, wniosła do sądu pozew o rozwód z ojcem Kurta, mechanikiem samochodowym. Dziecko zgasło, zamknęło się w sobie, stało się nieobecne, nieśmiałe i zalęknione. Przez następne lata Kurt traktowany był jak piłka tenisowa, przenoszony z domu matki do ojca, skąd bywał też wyrzucany. Mieszkał również u dziadków, wujków, ciotek, a nawet i pod mostem. Nieraz oberwało się też słabemu, rachitycznemu chłopakowi od lokalnych osiłków. W międzyczasie dwóch braci dziadka popełniło samobójstwo, co na pewno nie pozostało bez znaczenia w ostatnim dramatycznym akcie Cobaina.

Bez wyjścia?

Pewnego razu Kurt wraz z siostrą byli obecni przy jednej z awantur. Matka, dowiedziawszy się o zdradzie męża, przystawiła mu pistolet do potylicy i zaczęła ładować magazynek, podczas gdy dzieci z przerażeniem się temu przyglądały. Opamiętawszy się, w poczuciu winy, wyrzuciła wszystkie domowe (!) pistolety do pobliskiej rzeki. Kurt opłacił starszych kolegów, którzy mu je wydobyli z dna. Nazajutrz sprzedał broń, a za uzyskane pieniądze kupił swój pierwszy wzmacniacz. Tak zaczęło się jego obcowanie z rockiem.
Świat muzyki stał się dla Cobaina jedynym światem, w którym się mógł wyrazić, gdzie doznawał jedynej egzystencjalnej ulgi. Zakłada własny zespół, któremu daje nazwę: „Nirvana”. Już to miano może przypominać totalny eskapizm. Nikt jednak nie przypuszcza, że w ciągu paru zaledwie lat, „Nirvana” stanie się nie tylko amerykańskim, ale i ogólnoświatowym fenomenem, sprzedając kilkanaście milionów płyt. Czy jednak zmieniło to cokolwiek w umęczonej i chorej duszy Cobaina?
Już ciężkie dzieciństwo nadwyrężyło mu zdrowie. Nabawił się krzywicy i chronicznego bronchitu. Cieleśnie był kruchy, psychicznie nadwrażliwy. Brak dyscypliny jego stan pogarszał. Później, spustoszenia dopełniły alkohol i narkotyki. Kiedy więc stał się „gwiazdą” i milionerem, nie był już w stanie cieszyć się swoim sukcesem, sławą, materialnym dobrobytem, ani nawet własnym dzieckiem, rodziną… Pozostawał w ciągłej depresji, uzależniony od heroiny i alkoholu, ze zniszczonym gardłem, płucami i żołądkiem, na którego bóle uskarżał się przez kilkanaście lat swojego życia. W jednym z włoskich szpitali, lekarze zrobili mu płukanie żołądka, w którym znaleziono 50 tabletek uspokajających, zalanych szampanem. Miesiąc później już nikt nie mógł go uratować. Ciało Kurta Cobaina, ze zmasakrowaną głową, znaleziono w jego nowym, wartym półtora miliona dolarów domu. Obok leżał rewolwer 38 Special i prawo jazdy mające ułatwić identyfikację.

Epitafium

Śmierć Cobaina w wieku 27 lat była dla utożsamiającego się z nim pokolenia czymś więcej niż szokiem. Była tym, co pogrzebało ich nadzieje, rozwiało złudzenia. Kurt Cobain był skłóconym z życiem, nieprzystosowanym, słabym młodym człowiekiem. Wyrażał swoją muzyką i słowami to, co czuli jemu podobni. A była to – niestety – rozpacz, dezorientacja, zagubienie, anarchia i podszyta nihilizmem agresja. Wszystko to, czego nie mogło zaakceptować tzw. „zdrowe” społeczeństwo.
Świat rocka alternatywnego oferował Cobainowi i innym schronienie, środek porozumienia się z podobnymi sobie, solidarność przeżyć i uczuć. Nieliczni, jak np. członkowie „Nirvany”, osiągnęli w  tym świecie to, na co nie mieli szans w świecie „normalnym”: transcendencję, afirmację własnych osobowości, sławę, wielki sukces finansowy. Cobain, żeby ironia losu była jeszcze bardziej gorzka, założył rodzinę, doświadczył miłości żony i córki. A jednak to wszystko nie zdołało go powstrzymać od samobójstwa. Nie pomogły terapie, kuracje ani modlitwa. Tym większa to była klęska dla dzieciaków, dla których Kurt był bohaterem, nadzieją – którzy sukces „Nirvany” uznali za swój własny.

I hate myself and I want to die

Przyglądnąwszy się jednak bliżej „systemowi wartości” reprezentowanemu przez Cobaina, „Nirvanę” i cały ruch rocka alternatywnego, ta śmierć wcale nie dziwi. Mało tego – wydaje się być logiczną konsekwencją zawartego tam nihilizmu. Właściwie, bardziej to krzyk desperacji i wyrażenie niemocy, niż jakikolwiek system. Oferuje młodym ludziom poczucie wspólnoty w cierpieniu i lękach, ale nie wskazuje im żadnych dróg wyjścia. Sankcjonuje frustracje i bezradność. Trudno w nim znaleźć cokolwiek, co mogłoby być zaakceptowane przez ludzi, którzy dążą do zadomowienia się w świecie, do uładzenia naszej rzeczywistości, a nie do potęgowania chaosu i negowania pozytywnych wartości.

Przeczytałem kilka tekstów Cobaina: dokładne odwrócenie do góry nogami tradycyjnej (a konstruktywnej) hierarchii wartości. Nie można długo żyć z przekonaniem i na serio powtarzać, jak Cobain: „I hate myself and I want to die”, które to słowa uczynił on niemalże swoja dewizą. Żarty kończą się tam, gdzie kończy się ironia. Poza nie uchroni nikogo od ostatecznego zderzenia się z prawdziwym życiem i konsekwencją negacji wszystkiego.
Mimo to, zastanówmy się kilka razy, zanim potępimy tych ludzi, utwierdzając się przy okazji we własnej moralnej wyższości. Są oni jednak produktem mizerii swojego środowiska, także tego, jakimi się urodzili – co mieli w genach. Mieć do nich pretensje, że są tacy a nie inni, to tak, jak mieć pretensje do wilka, że ma kły i szarą sierść. A łatwo jest potępiać, łatwo gromić z ambon ludziom sytym, zabezpieczonym socjalnie i będących – w swoim mniemaniu – w dobrych stosunkach z Bogiem.
Nie o potępienie powinno więc tu chodzić.

Muszę się przyznać, że mnie samemu obca jest ta muzyka, ten świat „Nirvany” i innych zespołów alternatywnych, post-punkowych. Nie ta estetyka, nie te dźwięki, nie te idee… (choć przecież rock, i to nawet ten ciężki, też towarzyszył mi od samego dzieciństwa, stając się dość istotnym czynnikiem kształtującym mój sposób widzenia – i odbioru – świata).
Kiedy przed trzema laty zobaczyłem „Nirvanę”, pomyślałem, że jeśli ci chłopcy nie udają, to za parę lat będą gryźć ziemię. Taka to była histeryczna anarchia – tak to wszystko wydawało się przeć ku samozagładzie. Mimo, że nie wdziałem MTV od dawna, to jednak ostatnio posłuchałem z ciekawości kilka zespołów grounge’owych i rocka alternatywnego (całkiem nieźle, moim zdaniem, gra kapela „Pearl Jam”). Ale, generalnie rzecz biorąc, to już nie na moje ucho. Jeśli uderzyły mnie te dźwięki, to tylko dzięki ich autentyzmowi i intensywności. I takimi już pozostaną zawsze.

Konkluzja

Nie mówmy więc, że wybrańcy bogów umierają młodo. Jakie to bóstwa są tak okrutne… a może miłosierne? Kurt Cobain nie żyje. Umarł śmiercią – jak by powiedział Stachura – jak każda śmierć, tragiczną. Pokój jego duszy. I nie nazywajmy jego rozpaczy i tragedii romantyzmem, a samobójstwa poezją. Kres jest tylko kresem.

*

*

* PS. Artykuł powyższy opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim” (28 października 1994 r.) – w ramach cyklu “Rock i okolice”, jaki prowadziłem wówczas na łamach prasy polonijnej. Na moim blogu zamieszczam małą jego próbkę – kilka tekstów nawiązujących do fascynacji rockiem, który był bez wątpienia muzyką naszego pokolenia.

Advertisements

Odpowiedzi: 59 to “PRZEGRANI ZA MŁODU (Nie nazywajmy samobójstwa poezją)”

  1. Slawrys Says:

    jest kilka przyczyn samobójstw! jako młodzian gdy stykałem się z śmiercią Stachury i jemu podobnych … nie mogłem zrozumieć „systemu” … potem sam otrzymałem wyrok, chory kręgosłup! brak perspektyw! samobójstwo – rozwiązanie najlepsze! osobiście uważam po 45 latach „życia” w tym społeczeństwie: nie da się normalnie żyć i umrzeć! a „eutanazja z ludzką twarzą” może mieć swoje propagandowe hasła … pokroju: był niedopasowany, słaby … a po prostu w dziadowskim systemie każda śmierć piękna … itp itd recenzja filmu: ok! wstęp i konkluzja: totalnie poza sensem życia i śmierci w tym społeczeństwie!

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiem, czy to jest „system”, wina wina społeczeństwa, genów… na pewno jednak jest to indywidualna tragedia konkretnego człowieka.
      O jakiej recenzji filmu mówisz?
      I dlaczego piszesz, że „wstęp i konkluzja: totalnie poza sensem życia i śmierci w tym społeczeństwie!”?

      • Slawrys Says:

        prawdopodobnie sugerowałem się Waści innymi wpisami o filmach – takie moje rozkojarzenie … przepraszam … czyta się o życiu takich ludzi niczym o filmie! … moje doświadczenia życiowe narzucają całkiem
        odmienne wnioski! … ”…poddany środowisku, które już za młodu zdewastowało mu psychikę….”
        zgadzam się z większością tez … ale już wnioski! mam odmienne, większość oceniam inaczej:
        ”… ironia losu była jeszcze bardziej gorzka, założył rodzinę, doświadczył miłości żony i córki. A jednak to wszystko nie zdołało go powstrzymać od samobójstwa. Nie pomogły terapie, kuracje ani modlitwa …”
        ”…łatwo jest potępiać, łatwo gromić z ambon ludziom sytym, zabezpieczonym socjalnie i będących – w swoim mniemaniu – w dobrych stosunkach z Bogiem …”
        wciągnąłbym jeszcze takich perełek dużo … ja mam dla odmiany cytat kacyka z młodości:
        ”grozi ci paraliż, nikt nie będzie przy tobie robił – masz popełnić samobójstwo”
        i z środowiska ”miłości bliźniego” prawicowego:
        ”przez takich jak ty musimy płacić podatki, najlepiej popełnij samobójstwo. Nikt tak nie chce żyć, dlatego tak to organizujemy”
        – temu mam inną ocenę konsekwencji dewastacji psychiki przez patologiczne społeczności!
        Wstęp: pierwsze 12 wersów! konkluzja: ostatnie 3 wersy …

  2. Cane Says:

    Chociaż lubie Nirvanę, byli to artyści tworzący muzykę pozbawioną miłosci. I w ten sposób umiera się z braku miłości.

  3. Kasia Says:

    tak trochę poza tematem. Tak czytam zacytowaną przez Ciebie opinię o Fucked Generation i tak myślę, że historia zbyt szybko zatacza krąg. Można przecież to samo powiedzieć o młodzieży dzisiejszej recesyjnej Europy..

    • Logos Amicus Says:

      Też pomyślałem o tym samym, kiedy czytałem ten mój tekst po latach. Czy aby nie jest to „never ending stroy”? Niestety, jak się wydaje, tym razem objawia się to jeszcze bardziej ostro i na szerszą skalę, niż wówczas.

  4. liritio Says:

    Może będę miała coś jeszcze do powiedzenia (no dopiszę, że ciekwego, bo to by były czcze przechwałki :)), chociaż jest w jakiś pokrętny sposób pewien romantyzm w tym szalonym odrzuceniu życia, które wcale nie ma jeszcze tych najczarniejszych barw. Romantycznego, głupiego i odrobinę niewybaczalnego. Ale może bredzę.
    Inna kwestia to owo fucked generation, które Kasia porównała wyżej do młodzieży recesyjnej Europy. Jej, ileż ja się o tym nasłuchałam, że jesteśmy straconym pokoleniem (chociaż ja to już nie do końca młodzież, ale kiedyś nią byłam). Trochę owo „stracone” przyjmuję, ale też trochę w to nie wierzę. Jak dla mnie naprawdę te wszystkie pokolenia są jednakowe, chociaż oczywiście różne fazy cyklu koniunkturalnego i zmian społecznych mają tu duży wpływ. Ale to wszysto już było, i to w dalekiej czy niedalkiej przeszłości, więc tak naprawdę… No tak, cały ten wywód zmierza do kwestii nihil novi. Stracona się nie czuję, ale to może dlatego, że nie słuchałam Nirvany :)

    • Logos Amicus Says:

      Nie wydaje mi się, żebyś bredziła, ale jednak trudno mi się zgodzić, że w tym samobójczym akcie Cobaina było cokolwiek z romantyzmu. (Chociaż zdarzały się przecież samobójstwa z przyczyn”romantycznym”, z których najsłynniejszym jest samobójstwo młodego Wertera.)
      W tym przypadku zgadzam się z samym sobą sprzed 19 lat ;)

      Tak, wszystko już było i powraca – jednak w innym nieco przybraniu, na innym tle i w innej skali.
      W każdym pokoleniu była/jest grupa młodych ludzi – tzw. „nieprzystosowanych”, zbuntowanych, „skłóconych” ze społeczeństwem i zastanym „porządkiem” – i to z różnych przyczyn. Ale to nie całe pokolenie jest „stracone”, tylko jakaś jego część. A i w tej części nie wszyscy są „straceni” – albo są „straceni” w różnym stopniu. Z pewnych rzeczy się po prostu wyrasta, przeżywa je (zostawia za sobą) – sytuacja każdego może się zmienić (i często zmienia… nie tylko zresztą na gorsze).

      PS. „Stracona się nie czuję, ale to może dlatego, że nie słuchałam Nirvany :)”
      Może raczej: Stracona się nie czuję i może dlatego nie słucham Nirvany :)

      • liritio Says:

        Konkretnie birąc pod lupę Cobaina to jednak „z daleka” jedynie wydaje się romantczne, w rzeczywistości, w zbliżeniu to po prostu człowiek, który się zastrzelił, jasne, w tym akurat nie ma nic z romantyzmu. Chociaż to jeszcze jest kwestia definicji, romantyzm to jedno, a w rozumieniu jakichś wyśnionych miłości to drugie. Ach, Werter, stały element kultury, niezmienny :) Mnie to bawi, że w codziennych zdaniach Werter się przewija. Nie Mickiewicz, nie Sienkiewicz czy ktoś, tylko często rzucane z przekąsem te „cierpienia młodego Wertera”. A mówią, że młodzież nieoczytana :)

        • Logos Amicus Says:

          To ciekawe. Przecież człowiek (ten konkretny, „z krwi i kości”) nie jest mitem. A jednak – z czasem – mit staje się dla nas człowiekiem ;)

          A z „cierpień młodego Wertera” zrobił się taki… slogan. Dość płytki i już niewiele w sumie znaczący.

  5. Majka Says:

    Dziwnie i przypadkowo zainteresowałam się jego osobą. Nudząc się w wakacje natknęłam się na kablówce na Film dokumentalny Kurt Cobain – About a son ( gorąco polecam) Film nie był o twórczości Nirvany ani zespole tylko o życiu i osobowości Kurta.
    Wówczas nie znałam ani jednej piosenki Nirvany, więc mi to nie przeszkadzało bo film o tym wyjątkowym człowieku całkowicie mnie zmienił. Zobaczyłam jak wiele wspólnego mam z tym dziwnym człowiekiem. Inność, alienacja, samotność, niedopasowanie do rówieśników i życia, zamiłowanie do muzyki i literatury, bark przyjaciół, nienawiść do ludzi, alternatywne życie, niezależność, niedbałość o cokolwiek, poświęcenie, depresja, problemy psychologiczne, z samym sobą.
    Pierwszy raz wtedy usłyszałam o tym człowieku i pomyślałam : kurde to przypomina mnie ! Zaczęłam szperać w necie ale tam tylko huczało od plotek, nie miałam co czytać więc poszłam do biblioteki i zaczęłam szperać w biografiach znanych muzyków, ikon popkultury. Trochę się tego znalazło więc gdy były wakacje i wszechogarniająca nuda zaczęłam czytać. I doszukałam się jeszcze więcej podobieństw między mną a Kurtem. Kupiłam jego dzienniki – moje są identyczne.
    Dziwne że dyskografie Nirvany skompletowałam dopiero teraz ale najpierw musiałam wiedzieć czego chce słuchać, kto tworzy te boskie piosenki.
    I chyba zostanę już takim Kurtem – dziwnym , niezrozumianym i niedopasowanym , bo najbardziej uderza mnie to że byłam już taka jako dziecko , i nie wyrosłam z tego.
    Kurt to takie moje małe światełko, które mówi mi, że warto być sobą.

    • Logos Amicus Says:

      Kurt był jednak – na swój sposób – wyrazistą postacią. ponadto zdobył sławę. Mogli się więc z nim utożsamiać młodzi ludzie, którzy podobnie przeżywali świat, podobnie czuli, mieli podobna wrażliwość… To, na swój sposób, dodawało im pewnej otuchy. Mogli oni niejako „skanalizować” na takiej osobie swój ból i cierpienie. W tym sensie Kurt był dla nich postacią pozytywną – kimś im pomocnym. Lecz ogólnie – było to wszystko po stronie rozpaczy i destrukcji. I dlatego niosło chyba ze sobą więcej zła, niz dobra.

  6. czara Says:

    Nie widzisz romantyzmu ani w samobójstwie, ani w torsjach ? Przypominam tylko Cierpienia Młodego Wertera. To chyba było najsłynniejsze fikcyjne samobójstwo, które zresztą otworzyło epokę zwaną romantyzm. Wiele osób znalazło w tym geście wiele poezji.
    Każda generacja ma swoich „ciemnych” bohaterów, którzy kończą źle, bo tak jak Werter, tak jak Cobain, nie mogą się pogodzić z tym światem. Każda generacja jest więc „fucked up” na swój sposób (życie to nie tylko kasa, żarcie, „możliwości”).
    I jeszcze a propos komentarzy. Muzyka „bez miłości”? Może raczej muzyka o braku miłości. Piosenka, którą w niej zamieściłeś – ile w niej skargi i krzyku. Tego właśnie często potrzebują młodzi, wrażliwi ludzie, którym nie podoba się to co tu zastali. Słuchaliśmy Nirvany do bólu, nic tak nie pomagała na właśnie werterowski weltschmerz, jak ta muzyka. Ale mimo wszystko „nie czuję się stracona, bo słuchałam Nirvany” ;-)

    • Logos Amicus Says:

      Czaro, a propos Wertera. W ostatnim moim komentarzu (powyżej) napisałem: „trudno mi się zgodzić, że w tym samobójczym akcie Cobaina było cokolwiek z romantyzmu. (Chociaż zdarzały się przecież samobójstwa z przyczyn”romantycznym”, z których najsłynniejszym jest samobójstwo młodego Wertera.)”

      Masz rację: trafniej byłoby napisać, że twórczość Cobaina bardziej była o braku miłości, niż „bez miłości”.
      Lecz, aby lepiej zrozumieć Kurta, należy pamiętać o jego bólu nie tylko „duchowym”, ale i tym fizjologicznym, cielesnym… To też miało wielki wpływ na jego postawę wobec świata i życia.

      „Słuchaliśmy Nirvany do bólu, nic tak nie pomagała na właśnie werterowski weltschmerz”
      To taka wspólnota w cierpieniu, prawda?

      • czara Says:

        Wspólnota w cierpieniu, coś w rodzaju poczucia zrozumienia i przynależności, co bardzo potrzebne jest młodym ludziom. Może katharsis. A cierpienie, fizyczne czy psychiczne jest zawsze cierpieniem.

        Jeśli chodzi o Wertera, to moim zdaniem, on nie tylko popełnił samobójstwo „z przyczyn romantycznych” (niespełniona miłość) ale romantyczny był właśnie jego gest. Romantyzm to przecież nie są kwiatki i koronki, czy to co widzimy w amerykańskich komediach, które posługują się tym przymiotnikiem. Romantyzm to bunt, odrzucenie porządku tego świata, też w sposób tak skrajny i ostateczny.
        Piszesz też, że nie ma nic „romantycznego” w torsjach i rozwalonej na miazgę głowie, cóż, Werter, o ile dobrze pamiętam, też przeleżał całą noc wykrwawiając się na śmierć…
        Może nasz spór jest po prostu „językowy”, może używamy różnych znaczeń słowa „romantyczny”.

        • Logos Amicus Says:

          Dziwne, ale ja nie zauważyłem tu żadnego „naszego sporu” (a może napisałaś tak z przyzwyczajenia? ;) )

          Zapewne każdy z nas inaczej rozumie „romantyzm” (ma inne skojarzenia, wyobrażenia, wiedzę, interpretacje… etc.) Ale w ogólnym zrębie interpretujemy go chyba podobnie: jest to wartość, która wyrasta niejako ponad człowieka, reprezentuje coś „wzniosłego” – ma głębsze „duchowe” znaczenie, pewną szlachetność – przedkłada idealizm ponad zwykłe ego, ma jakiś wyższy cel… Biorąc to pod uwagę, w akcie Cobaina, romantyzmu (tak pojmowanego) nie było.
          Czym innym jest jednak to, jak odebrali tę samobójczą śmierć jego „fani” – co sami w nią włożyli, jakimi znaczeniami ją nasycili. Bez wątpienia oni tę śmierć wyidealizowali, przystosowali niejako do własnych potrzeb. Cóż, tak zawsze się dzieje, kiedy mamy do czynienia z kreacją mitu. (Podobnie było z mitologizacją Jima Morrisona.)

          Zupełnie zgadzam się z Tobą w sprawie Wertera. Jego motywy były nie tylko romantyczne (on zabił się nie tylko z powodu niespełnionej miłości, ale i nie mógł znieść innego rodzaju upokorzenia, które wynikało z odrzucenia – nazwijmy to – klasowego).

  7. ZygmuntMolikEWA Says:

    LA, od kiedy na Fb napisałeś ” przez jakiś tam gwałcicieli” (he, he), dzień temu ledwie, miałam przestać cię lubić na wieki…Ale cóż, i narcyz zdeklarowany, jak ty… ma swój wdzięk. Czasem nawet ma rację, co z tego że dość pokrętną?
    Od razu wyjaśniam, nie koniecznie tym razem. I proszę, jeśli łaska, bez agresywnej polemiki.

    Smutno mi i straszno, bo wiem, że coraz większą ilość bliźnich życie przerasta. I ilość tych ‚niegodzących się’ ma wzrastać progresywnie wg statystyk…
    W młodym wieku, jak u bohaterów twoich rozważań, może łatwiej myśleć; umrę, mam dość, niech (oni) cierpią. Albo coś równie bolesnego. Bo, nie czuje się jeszcze żadnego ‚oddechu’ na plecach w tym wieku. Czuje się tylko ból.
    Pamiętam też, jak durny proboszcz piętnował krzykliwie nieszczęsną rodzinę nastoletniego samobójcy w naszej parafii. Ćwierć wieku temu co prawda; ale, czy wiele się zmieniło. Bo, ja jedna tylko – darłam się na cały kościół, żeby się od…
    Gdybyś był wówczas, mogłabym na ciebie liczyć?

    • Logos Amicus Says:

      LA, od kiedy na Fb napisałeś „przez jakiś tam gwałcicieli” (he, he)…

      To może Ewo przypomnę naszą konwersację na FB pod albumem moich zdjęć z Indii:

      Ewa: Widzę, że wciąż lubisz swoje zdjęcia z Indii. Serwujesz nam kolejne odsłony. Ciekawe są, ale… o co chodzi?
      StB: A o co ma chodzić, Ewo? Po prostu pokazuję swoje zdjęcia z podróży do Indii.
      Ewa: St.B. kochany, właśnie masochistycznie oglądałam wiadomości. Tyle gwałtów co jest w Indiach, trudno szukać… Okropnie mnie to boli (i nie tylko), trudno mi więc o Indiach, szczególnie o tamtejszych panach, myśleć przyjaźnie. Dlatego m.in. pytałam niedawno „Why”, choć zostało to odebrane (i wyartykułowane zapewne) dość niejednoznacznie. Sama przyroda, cudne dziatki itp. jakoś mi nie wystarczają. Choć zdjęcia, oczywiście, jak to ty, robisz – że ho, ho
      StB: Te zdjęcia właśnie pokazuję także i po to, byśmy pamiętali, że Indie to nie tylko kraj gwałcicieli i nędzy z rozpaczą, ale i kraj uśmiechniętych i przyjaznych ludzi. To źle, jeśli wskutek pewnych nikczemności (które dzieją się przecież wszędzie), zaczynamy na cały krak patrzeć nieprzyjaźnie.
      Ewa: Tak, tak; tak by można… można by współczuć, życzyć odwagi, zazdrościć słońca. Niewiemco. Nie myślę nieprzyjaźnie, wcale. Wolę tylko nie cieszyć się, że zagłodzona krowa pięknie wygląda w obiektywie. Że ekstremalny brud i kurz w koło takoż. Że raczej nie żyje się tam ze śpiewem na ustach, choć chętnie wyobrażamy sobie, że im do życia starcza „tyci-tyci”. B. miły, nie udawaj ‚greka’. Byłeś, widziałeś, nie zostałeś (!?) bo co, bo kochasz kraj, w którym trudno kochać Obamę ?
      StB: Ewo, jeździ się do krajów takich (niezwykłych dla nas) jak Indie, poznaje miejsca i ludzi, robi zdjęcia – i te zdjęcia się pokazuje innym. Czy widzisz w tym coś niestosownego albo dziwnego? Ze zdjęć tych można jednak wyczytać wiele. Ich wartość, oprócz tej czysto estetycznej, polega na tym, że jednak przybliżają nam ten kraj i zamieszkujących go ludzi. Ukazują zarówno jego piękno, jak i urodę jego mieszkańców (a czy można zaprzeczyć, że tego piękna i urody tam nie ma?) Jeśli więc piszesz, że przez jakichś tam gwałcicieli nie możesz na Indie (a tym samym na moje zdjęcia) patrzeć przyjaźnie, to dla mnie takie podejście nie jest – muszę to przyznać – zrozumiałe.
      (…)

      Proszę, pokaż mi miejsce, gdzie napisałem: ”przez jakiś tam gwałcicieli”? (Jeśli już, to napisałem „jakichś” i to w konkretnym kontekście, który wypadało przytoczyć).
      I w którym miejscu moje racje są „pokrętne”?
      I czy musisz mnie obrażać, nazywając mnie „zadeklarownym narcyzem”? (To, że większość życia spędziłaś w środowisku mocno narcystycznym, nie usprawiedliwia chyba tego, by mnie – ni z gruszki, ni z pietruszki – tak tutaj denuncjować. A zresztą: kto z nas nie ma w sobie nic z narcyza, niech pierwszy rzuci kamieniem.)

      Czy to, że o tym przypominam nazwiesz „agresywną polemiką”?

      PS. Może nie „darłbym się” z Tobą w Kościele, ale, jeśli chodzi o sprzeciw wobec piętnowania samobójców z kazalnicy, to mogłabyś na mnie liczyć.

      • ZygmuntMolikEWA Says:

        Super, brak ‚cha’ wszystko wyjaśnia. Miałam je napisać, ale nie chciałam poprawiać klasyka.
        Nie dłubałeś przy tym, bo sprawdzałam uprzednio na. Fb? A powyżej (już z cha).? Jeśli łaska, zobaczysz własny lekce-ważący i łaskawy stosunek do gwałcicieli; jeśli i komentarza nie zechcesz moderować – gdy zauważysz ‚przeoczenie’.
        Powiadasz, że niemożliwe i że ssę palce po nocy?
        Cudny przykład obrażonego z niewyjaśnionych, a sugerowanych bliźnim domyślnych powodów . I jeszcze ta obietnica wsparcia. Jestem pod niewątpliwym wrażeniem. Może dlatego, że nie mam w sobie owego ‚nic’.

        • Logos Amicus Says:

          „… zobaczysz własny lekce-ważący i łaskawy stosunek do gwałcicieli”.
          O co Ty mnie, Ewo, posądzasz? (I po co wypisywać takie bzdury?)

          A obietnicę wsparcia cofam, skoro Cię tak ubodła.

  8. Marta Says:

    Ciekawe… ale z drugiej strony Ci przystosowani do spoleczenstwa potrzebuja romantycznych i buntowniczych bohaterow, zeby usprawiedliwic swoja trybikowa egzystencje…bo bez Werterow, Cobainow i Marilyn byloby po prostu nudno…

    • Logos Amicus Says:

      Ale czy musimy być tym trybikiem? Oto jest pytanie. Bo jeśli nie musimy, to stajemy się tym trybikiem z własnej woli.

      • Marta Says:

        Nie jestesmy trybikami, ale zdaza sie, ze z roznych powodow wybieramy „trybikowa” egzystencje zdajac sobie z niej sprawe i meczac sie prowadzac zycie kogos innego, kim wcale nie chcemy byc…idziemy na tzw. kompromis, z ktorego szponow bardzo trudno sie wyrwac…ale to juz temat na zupelnie inna konwersacj

        • Logos Amicus Says:

          Właśnie to mają do siebie różne systemy, że nas „wciągają” – i wtedy zaczynamy funkcjonować jako jeden z „trybików” danego systemu, który de facto tym samym nas zniewala.
          Masz rację, że bycie trybikiem nie jest nam przyrodzone, ale z czasem – zwykle niepostrzeżenie – dajemy się takim trybikiem zrobić. I tym samym przestajemy być sobą. (A przecież, tylko będąc wolnym, możemy być sobą.)

        • Marta Says:

          Wiec zadam odwieczne pytanie” Co to znaczy byc wolnym?

        • Logos Amicus Says:

          Poczucie szczęścia – to jest właśnie poczucie wolności. Wolność jest szczęściem, a szczęście wolnością. (Jedno bez drugiego nie jest możliwe). Czyli: być wolnym, to być szczęśliwym – i vice versa. (Dlatego wolność jest tak samo rzadkim ptakiem, jak szczęście).

        • Marta Says:

          Wolnosc i szczescie sa pojeciami subiektywnymi…kazdy musi odnalesc swoje szczescie i swoja wolnosc…przeciez niektore „trybiki” tez czuja sie wolne i szczesliwe…

        • Logos Amicus Says:

          Bardzo wątpię, czy to, że ktoś daje się wciągnąć w jakąś machinę i daje zrobić z siebie „trybik”, może uczynić człowieka szczęśliwym. Sama piszesz: „każdy musi odnaleźć swoje życie sam”. Jeśli kogoś jakiś układ, system „wciąga”, to trudno mówić, że ten człowiek swoje szczęście i swoją wolność „odnajduje”. Bowiem, jeśli czujesz się do czegoś zmuszana, to nie możesz się czuć wolna.

  9. Sigil of Scream Says:

    Jeśli o twórczość Nirvany chodzi, najlepiej podsumował ją chyba „Weird Al” Yankovic:


    :>
    Niemniej, nie będąc fanem tego zespołu, muszę jednak stwierdzić, że całkowicie nie mogę zgodzić się z niektórymi, przedstawionymi w tym artykule wnioskami. Po pierwsze śmierć jako taka nie jest jakimś wielkim nieszczęściem, lecz normalnym elementem życia – ja umrę, Ty umrzesz, wszyscy umrą. Można się jedynie starać by była to godna śmierć, podkreślająca wartość życia. I tutaj rozumiem, że przedawkowanie raczej do takich nie należy – ale co złego jest w strzeleniu sobie w skroń? Wedle mnie Twoja ocena tego zdarzenia jest wybitnie subiektywna.
    Po drugie tradycja klasyczna nie odrzucała samobójstwa a nawet zalecała je, w sytuacji, gdy dalsze życie miałoby być nie do zniesienia. W Atenach i koloniach greckich samobójstwo było społecznie akceptowane, jeżeli tylko człowiek pragnący je popełnić przedstawił Senatowi swoje powody. Chciałbym ponadto zauważyć, iż samobójstwo popełnili: Sokrates, Seneka, Katon, Zenon, Likurg, Kodros, Demostenes, Lukrecjusz, Lukian, Terencjusz, Petroniusz, Brutus, Kasjusz, Marek Antoniusz, Kleopatra, Neron, Oton etc… John Donne sporządził listę wybitnych postaci starożytności, które zakończyły swój żywot w ten sposób – ma ona trzy strony, więc nie będę próbował nawet mu dorównać. Można wszakże powiedzieć, że ludzie Ci przedkładali godne życie nad życie w hańbie. I w tym momencie nachodzi mnie myśl: czy faktycznie warto cenić samo życie za to tylko że jest życiem? Nawet gdy poza tym nie przedstawia żadnej wartości? Czy też lepiej zejść ze sceny o własnych siłach?
    Pytania oczywiście retoryczne. ;)
    Ponadto nie zgodzę się, że przeżywanie samotności i skrajnego bólu nie jest potrzebne do tego, aby być artystą. Wręcz przeciwnie – jak mniemam, w cierpieniu rodzą się najlepsze dzieła. Nie jest to założenie teoretyczne, lecz obserwacja praktyczna. Kilka moich najlepszych tekstów napisałem w chwili gdy miałem do wyboru: podciąć sobie żyły lub coś stworzyć. Stałem więc nad tą przepaścią nie raz i to bynajmniej nie z tego powodu, iż mam jakieś problemy z akceptacją własnej osoby czy samooceną. Po prostu poziom cierpienia duchowego, którego czasami doświadcza artysta jest tak wysoki, że myślenie o samobójstwie wydaje się wtedy nad wyraz na miejscu.
    Mógłbym tutaj oczywiście dołączyć listę wybitnych poetów, którzy także sami zeszli ze sceny – ale chyba nie jest to potrzebne? Niemniej, aby bliżej poznać związki pomiędzy twórczością a samobójstwem polecam książkę A. Alvareza „Bóg Bestia”, która z pewnością jest klasyczną pozycją w tym temacie. Poza tym aautor wydaje się rozumieć sam fenomen (jako iż posiada także doświadczenie w tym temacie), co czyni tę pozycję naprawdę intresującym studium.
    Pozwolę sobie jeszcze na niewielką, osobistą uwagę, całkowicie na marginesie: Czasami, gdy czytam Twoje artykuły związane z tego typu tematyką, odczuwam je tak, jakbyś sam próbował się rozliczyć z czymś w sobie… Ten temat w pewien sposób pociąga Cię i wydaje mi się, że jakiś rozdział nie jest jeszcze zamknięty.

    • Logos Amicus Says:

      Zgadza się. Śmierć, jako taka, nie jest nieszczęściem – jest jednym z elementów naszej egzystencji (takim, który tę egzystencję – w znanej nam formie – kończy). Ale śmierć z perspektywy tych, którzy przy życiu pozostają, może być odbierana jako nieszczęście (Np. śmierć rodziców przez ich dzieci – albo śmierć dzieci przez ich rodziców. Śmierć ukochanej osoby przynosi ze sobą zwykle bezmierne cierpienie, które de facto jest nieszczęściem.

      „Można się jedynie starać by była to godna śmierć, podkreślająca wartość życia.”
      Problem w tym, że twórczość Cobaina i Nirvany nie podkreślała wartości życia. Wręcz przeciwnie: oni krzyczeli o tym jakie to życie jest bezwartościowe.

      Pytasz: co złego w strzeleniu sobie w skroń?
      To zależy, jak pojmujesz Zło.
      I zależy jednak od sytuacji. Jeśli rozwalając sobie głowę pozbawiasz się życia, które może być wartościowe, produktywne, twórcze… ważne także dla innych ludzi (zwłaszcza bliskich – ludzi, którzy mogą cię nawet kochać) – to jest to moim zdaniem złe.

      Piszesz, że moja ocena tego zdarzenia (rozumiem, że chodzi Ci o samobójstwo Cobaina?) jest „wybitnie subiektywna”. Oczywiście, że jest subiektywna (jak wszystko co piszę), ale chyba jednak nie „wybitnie” subiektywna, skoro pokrywa się jednak z opinią wielu, wielu ludzi, (którzy uznali tę śmierć za coś złego).

      Wspomniałeś o „tradycji klasycznej” samobójstwa. Rzeczywiście, w tamtym czasie (antyk, Cesarstwo Rzymskie) wielu ludzi (i to bardzo znanych) popełniło samobójstwo. Tak wielu, że można chyba mówić o pewnej „kulturze samobójstwa”. Bez wątpienia, duże znaczenie w tym wszystkim miała – dominująca wówczas, zwłaszcza wśród elit – filozofia stoicka. Cóż, dużo by można pisać na ten temat, nie ma na to tutaj za bardzo miejsca, więc może tylko wspomnę, że ja tych samobójczych aktów (chodzi mi np. o Sokratesa, Senekę…) nie osądzam (a już na pewno nie potępiam).

      Zgadzam się z Tobą, co do znaczenia cierpienia – nawet tego inspirującego – w twórczości artystycznej.
      Kiedyś poświęciłem nawet temu jeden ze swoich wpisów:

      https://wizjalokalna.wordpress.com/2012/04/26/zrodlo-rzecz-o-tworczej-udrece/

      Skoro już o tym mówimy, to sporo moich własnych poglądów „przemyciłem” pisząc o książce Chwina „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”:

      https://wizjalokalna.wordpress.com/2012/05/22/stefan-chwin-samobojstwo-jako-doswiadczenie-wyobrazn/

      PS. „Czasami, gdy czytam Twoje artykuły związane z tego typu tematyką, odczuwam je tak, jakbyś sam próbował się rozliczyć z czymś w sobie… Ten temat w pewien sposób pociąga Cię i wydaje mi się, że jakiś rozdział nie jest jeszcze zamknięty.”

      Bardzo trafne spostrzeżenie.

      • Sigil of Scream Says:

        Cieekawe, iż zawsze, gdy nasza dyskusja trwa nieco dłużej, dochodzimy do tego, że jednak w wielu punktach nasze poglądy są zbieżne. Mimo powierzchownych róznić.
        Trudno mi się bowiem nie zgodzić z całośią tego, co napisałeś.
        Jedynie mam uwagę do Cobaina – skoro strzelił sobie w skroń, kończąc tym samym swój nihilistyczny występ na scenie życia – to czy jego życie byłoby bardziej wartościowe, gdyby tego nie zrobił? Jak sam zauważasz, wartośc jego twórczosci jest co najmniej dyskusyjna. Więc być może zaoszczędził jej światu. Zwłaszcza, że raczej nie był osobą, która była w stanie znieśc i docenić ciężar dojrzałego życia. Więc może faktycznie wybrał mniejsze zło?
        Oczywiście to spekulacja – niemniej uzasadniona jak sądzę.

        • Logos Amicus Says:

          Uzasadniona, ale ciągle jednak spekulacja. Nie wiadomo co by się z nim działo, gdyby żył dłużej. Zabił się, więc nie dał „szansy” życiu. A przecież mógł jeszcze stworzyć coś wartościowego, mógł się wyleczyć, (a więc przestać cierpieć), mógł dojrzeć, „wyrosnąć” z nihilizmu…
          Bądź co bądź, życie zawsze jest pozytywem egzystencji, śmierć negatywem.

          PS. Nie wiem, czy nasze różnice są powierzchowne, ale rzeczywiście – w wielu sprawach się ze sobą zgadzamy.

  10. Simply Says:

    Grunge nie miał nic wspólnego z (jakkolwiek rozumianym) romantyzmem. Samobójstwo jest desperackaq próbą skrocenia bólu, ktory już stal sie nie do wytrzymania, co za dziwaczne porównywanie takigo czegosś do ,,poezji” , co by przez to nie rozumiec.
    Ja mam takie dziwne wrazenie, Logos, że w Tobie narasta desperacja. Mogę się równie dobrze mylic, ale nie rozwinę tej myśli, jak nie będę miał nastroju :D

    • Logos Amicus Says:

      „Ja mam takie dziwne wrażenie, że w Tobie narasta desperacja.”

      :) A to na jakiej podstawie tak sądzisz? (Czyżby jakaś projekcja?) ;)
      Nie wiem czy zauważyłeś, że artykuł ten napisałem 19 lat temu :)

  11. Simply Says:

    Sam nie wiem… Irracjonalnie. Nie wyjaśnię Ci tego. To nie przez artykuł. Jak zaznaczyłem, moge sie mylic.

  12. Simply Says:

    Mnie akurat w tych czasach grunge nie powalił, w przeciwieństwie do większości znajomych. Nihilistyczny przekaz akurat nie ma tu nic do rzeczy, nawet do mnie pasuje :) Nirwanę lubiłem, podobnie Alice in Chains czy Stone Temple Pilots, ale żadne ,,klękajcie narody”. Nie lubiłem Pearl Jam. Najlepszą kapelą z Seattle był dla mnie Mudhoney. Moją muzyką przełomu 80/90 było Pixies , Morphine ( ma corazon ), Primus, Faith No More, Fugazi, No Means No, Nick Cave & the Bad Seeds….
    Historycznym momentem było przejście Nirvany z Sub Pop do Geffena – symboliczny koniec niezależnych, małych wytwórni. Kurta mi żal, każdy grając w garażu i budząc sie na drugi dzień jako Elvis po szybkim czasie by wymiękł.
    Ale mi on nic nie dał, bo jak? Ale wielu ludziom tak i to nie miało nic wspólnego ani z abnegacją, ani z nihilizmem, ani ze slackertstwem, ani z żadnym romantyzmem. To , co od niego wychodziło, doicierało do nich, jako energia pozytywna i doładowywało ich na maksa. Niektórzy do tej pory to jeszcze czują…

    • Logos Amicus Says:

      Dobrze, że o tym napisałeś. Wprawdzie w artykule wspomniałem o pozytywnych aspektach pojawienia się „Nirvany” w obiegu masowym, ale należało jeszcze podkreślić właśnie ową pozytywną energię, o której wspomniałeś – a która emanowała jednak z zespołu na koncertach, jak również z ich nagrań.
      To jest zresztą charakterystyczne dla całego rocka, we wszystkich jego odmianach: muzyka ta uwalnia energię, pozwala na swoiste katharsis, czy choćby tylko pewne odreagowanie (często złych) emocji i frustracji – i to bez względu na samą treść przekazu, (który przecież często obarczony jest/był sporą dawką desperacji, pesymizmu, nihilizmu… a nawet agresji). To jest w pewnym sensie taki udział we wspólnej zabawie, w udawaniu i pozie, w dzianiu się czegoś na niby… Dla większości. Bo jednak są i tacy, którzy biorą to dosłownie i nazbyt poważnie – co niekiedy ma dość radykalne skutki.

      I jeszcze jedno: wspomniałeś o Geffenie. To jest ważne, bo to właśnie Geffen i jego spółka wylansowała Cobaina i „Nirvanę”. I zrobili to nie bez cynizmu. To było zwykłe wyrachowanie, nastawione na finansowy zysk, które nic nie miało wspólnego z „filozofią” reprezentowaną przez Cobaina i jego zespół. W pewnym sensie więc, to co się działo ze sławą (i wokół) „Nirvany”, było zakłamane (bo „odgórnie” sterowane).

  13. Simply Says:

    Tak, całe to brudne granie, w latach 80-tych domena tych wszystkich, legendarnych już indies, zostało po chamsku urynkowione.
    Jak nie ,,wygrandżowałeś” sobie dziur na kolanach jeansów i za mało bluzgów zapodawałeś w tekstach, to dla Geffena, czy innego majora stawałes sie nierentowny :D
    Tak podejrzanie gładko to wszystko poszło.

  14. Simply Says:

    Jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz nie została podkreślona. Grunge, to był ostatni, pokoleniowy trend w gitarowym graniu o zasiegu światowym: eklektyczny, ale mający własną, rozpoznawalną specyfikę. A przede wszystkim będący integralną częścią pewnej (kontr)kulturowej mini-epoki, samookreślającej się w sposób totalny: to zdefiniowana samoświadomość ( Generation X ), określona postawa życiowa ( slacker ), moda – ,,cebulki”, potargane dla fasonu dżinsy, bródka, look a la mix hippisa z kanadyjskim drwalem… Także kino: filmy Kevina Smitha i Richarda Linklatera ( antycypowane przez ,,Inaczej niż w Raju” Jarmusha ), utrzymany w konwencji platońskiego dyskursu ,,Fight Club”, slackerski Colas Breugnon – ,,Big Lebowski”, oraz literatura: powieści Douglasa Couplanda i Bretta Eastona Ellisa.
    Ideowo – brak złudzeń, co do możliwości zmiany świata ( świadomości ) jak w latach 60, punkowe ,,fuck the system” w wydaniu stoickim. Tylko, że system grunge’owców wykupił za czapkę gruszek, a potem sprzedał za krocie ( żyjemy w czasach Trzeciego Jeżdżca, aren’t we ? )
    Rock przestał być muzyką pokoleniową, stał się muzyką dla koneserów.

    • Logos Amicus Says:

      Bardzo ciekawy – i kompleksowy – komentarz. Uśmiechnąłem się na wyobrażenie widoku „a la mix hippisa z kanadyjskim drwalem” :) Grunge był czymś prawdziwym i autentycznym na samym początku – kiedy był jeszcze zjawiskiem samoistnym, niesterowanym z zewnątrz. Później była niestety tylko moda, poza, zgryw, udawanie i pęd do zrobienia na tym wszystkim kasy. W sumie to się jakoś kręciło – ale tylko przez kilka lat. Gdzieś tak w połowie lat 90-tych balon pękł, para uszła i większość zespołów grunge’owych przeszła do historii. Myślę, że punk był jednak mocniejszym – i mającym większe konsekwencje – ruchem.

      „Rock stał się muzyką dla koneserów” – piszesz.
      Ależ to brzmi! Rock jest przecież przeciwieństwem koneserstwa – jest muzyką przede wszystkim spontaniczną, w sumie prostą, a wyzwalającą przy tym wielkie emocje. A koneserstwo to jest jakaś… metodyczność, wykalkulowane wyrafinowanie, pewien snobizm, „mlaskanie”… Joplin i Hendrix w grobie się przewracają.
      Ale to co teraz piszę nie oznacza oczywiście, że się z Tobą nie zgadzam. Wręcz przeciwnie: prawdziwi wielbiciele rocka wymierają powoli z jego dinozaurami – bo to trzeba się było urodzić – i żyć – w „złotej” (czyli prawdziwej) epoce rocka, by poczuć czym ta muzyka jest naprawdę.

  15. Kostia Says:

    Chciałbym sprostować – dewizą Cobaina na pewno nie było ‚I hate myself (…)’. Sam wielokrotnie tłumaczył w wywiadach, że była to czysta ironia, bo wtedy czuł się szczęśliwy. Wydał album, zdobył sławę, pieniądze, założyć rodzinę – cieszył się krótko, acz jednak. (koniec sprostowania) Pomijając jego chorobę psychiczną, są na świecie osoby, które odczuwają pustkę. Zastanawiam się czy cobainowska pustka ma coś wspólnego z pustką psychopatyczną. Jasne, różnice w charakterze jego, a psychopatów są znaczne i diametralne (wrażliwy-niewrażliwy itp), ale pustka wydaje się być jedna. Człowieka pustka ssie, a kiedy wyssie cały sok, ucieka i pozostawia wrak człowieka. Cobain strzelił sobie w łeb, psychopata strzelił w łeb komu innemu.
    PS: Co do muzyki grungowej, polecam przede wszystkim Alice In Chains. Wokalista tej grupy także zginął ‚tragicznie’, zaćpał się po prostu i jawnie do tego dążył, co sam przyznawał. Alice in chains to zespół dla mnie ważny, w pewnym sensie niezwykły, a jestem pewien, że i ciebie ta muzyka urzeknie. Zobacz – jeśli chcesz – koncert akustyczny. Moim zdaniem kwintesencja Alice in Chains, jak i całego grungeu. A konkretnie chodzi o ‚Down in a hole’ i ‚Nutshell’ – perfekcyjnie obrazują zjawisko pierdolniętego pokolenia.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Nie sądzę, że Cobain był chory psychicznie. Nie wiem, czy istnieje coś takiego jak „pustka psychopatyczna”. Na pewno Cobain przeżywał depresje, które mogły być spowodowane różnymi czynnikami – m.in. jego chorobami somatycznymi, albo narkotykami (również alkoholem). To wszystko miało wielki wpływ na to jak widział świat – jak go odczuwał.

      „Alice in Chains” znam. Byłem nawet na ich koncercie, kiedy zaczynali swoją karierę. Nie porwała mnie jakoś ich muzyka (podobnie jak cały grunge), tak jak obcy był mi też np punk (to jest chyba sprawa różnicy pokoleniowej – nie mój rodzaj wrażliwości muzycznej i estetycznej).
      Lecz nie mogę zaprzeczyć – przykłady kawałków w wykonaniu „Alice in Chains”, które podałeś, mogą robić wrażenie.

  16. ulotna_wiecznosc Says:

  17. ulotna_wiecznosc Says:

    ,, Powiesiłeś się.

    – Na linie, na drzewie, kilkaset metrów od domu. Ola zobaczyła. Nie dała rady sama, ja duży facet jestem, ona kruszyna. Język już mi wypadł. Pobiegła po sąsiada. Janek Słomian, komendant ochotniczej straży pożarnej. Ukryty przez Boga przyjaciel. Odciął mnie od liny i nie odpuszczał. Karetka przyjechała po 40 minutach.

    Właściwie byłeś już wtedy martwy. Wiesz, co jest po tamtej stronie?

    – Nie wiem. Jedno wiem. Trudno to wytłumaczyć, ale tak jak to jest szklanka z kawą, a to są papierosy, tak od tamtej pory strasznie wiem, że jest Bóg. ”

    http://marekdyjak.com/art4a.html

  18. ulotna_wiecznosc Says:

    L.A. ano zobaczymy co będzie dalej na razie słucham jego przedostatniej płyty ,,Moje Fado” .
    jest tam taki utwór ,, Piosenka w samą porę”.
    ,, ….Pozwól odejść już
    Że nie całkiem możesz wierzyć
    Pozwól odejść już
    Najlepszemu z twych żołnierzy
    Miejsce w szyku znam
    Moje miejsce w czasie przeszłym
    Gdy w swojej roli mam trwać

    Na mnie już pora … „

  19. Julka Says:

    Kompozycja Davida Bowiego „„The Man Who Sold the World” w wykonaniu Kurta Cobaina..

  20. Art Says:

    Nasze polskie gwiazdy też odeszły za wcześnie. Poza tymi, którzy zmarli młodo śmiercią naturalną albo w wypadku (Ania Jantar, Grzegorz Ciechowski) byli i ci, co narkotyki były przyczyna ich śmierci. Do nich należy niewątpliwie Rysiek Riedl. Narkotyki były jego największa słabością, zabrały go z tego świata. To przez nie z postaci wybitnej stał się postacią tragiczną. Dżem występuje do dzisiaj, ale bez Ryszarda Riedla jest to już inny zespół.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s