MAŁŻEŃSKA WIWISEKCJA I SZEKSPIR W WIĘZIENIU („Otwarte serce”, „Cezar musi umrzeć” – o filmach 48. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago)

festival.banner.wl

Jak co roku, w październiku odbył się w Chicago Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Oto krótkie relacje z dwóch kolejnych filmów, które udało mi się na nim obejrzeć: francuskiego „Otwarte serce” Marion Laine i włoskiego „Cezar musi umrzeć” braci Tavianich. 

*

MAŁŻEŃSKA WIWISEKCJA  („OTWARTE SERCE”, reż. Marion Laine)

Miłość, krew, alkohol i medycyna (Juliette Binoche i Édgar Ramírez w „Otwartym sercu”)

Sporo ostatnio Juliette Binoche na ekranach, ale ja nie mam nic przeciwko temu. Pani ta bowiem, raz po raz udowadnia nam jak świetną jest aktorką. Nie inaczej jest w „Otwartym sercu” najnowszym filmie młodej francuskiej reżyserki (i scenarzystki zarazem) Marion Laine, w którym zagrała u boku innego znakomitego aktora specjalizującego się w rolach wyrazistych Latynosów (Che, Carlos… etc.), Édgara Ramíreza. Jest to mocna rzecz o gwałtownej miłości dwojga ludzi (Mila i Javier) obdarzonych niezwykłym temperamentem, którzy równie celnie i intensywnie zadają sobie ból, co rozkosz. Relacje między nimi komplikuje alkoholizm Javiera i niechciana ciąża Mili. A to, że oboje są uzdolnionymi i cenionymi chirurgami, wcale im życia nie ułatwia. Wręcz przeciwnie: spalani przez swoją coraz bardziej toksyczną miłość mają coraz więcej do stracenia: prestiżową pracę i zawodowe spełnienie… wreszcie spokój, zdrowie i siebie samych.

Z tego, co mówiła reżyserka filmu na spotkaniu z festiwalową publicznością, można było wywnioskować, że cały film miał unieść głównie Ramírez (Marion Laine pisała swój scenariusz właśnie „pod niego”), ale chyba centralną postacią całej opowieści stała się Mila, grana z rozmachem i spontanicznością przez Binoche (nota bene to właśnie Ramírez zaproponował Laine, by partnerowała mu Juliette). Wprawdzie Javier Ramíreza wypełnia ekran swoją energią, napięciem, emocjami i dosadnie konkretną, ekspansywną fizycznością, to jednak na Milę przenosi się z czasem punkt ciężkości całej historii – właśnie dzięki Juliette Binoche, która kreując postać Mili jest równie swobodna, co zdecydowana, wchodząc w skórę Mili wręcz organicznie – czyli w sposób, jaki jest dostępny jedynie aktorom wybitnym.
Wydawałoby się, że rozsypujące się związki ludzi, których łączy przy tym mocna więź erotyczna, jest motywem na ekranie dość mocno ogranym, to jednak w tej wiwiseksji – operacji na „Otwartym sercu” – poczuć można dość silny powiew świeżości i autentyzmu, który pozwala nam spojrzeć na cały ten dramat z pozycji widza nieuprzedzonego i gotowego przyjąć całą tę tragiczną story z właściwą sobie empatią i zrozumieniem.
Oczywiście, że jest to kolejny kinowy melodramat, ale taki, w którym sentymentalizm ledwie popiskuje, a na pierwszy plan wysuwa się zdecydowanie bezkompromisowy i twardy (a miejscami nawet bolesny) realizm. (Innymi słowy: „melo” niejako chowa się tu w cień pod naporem coraz mocniejszej „dramy”.) I wrażenia tego nie psują nawet liczne liryczno-oniryczne wstawki, które zapewne mają na celu wprowadzenie do obrazu pewnej symboliki, wynoszącej niby to banalną opowieść o miłości na bardziej uniwersalny poziom doświadczenia La condition humaine.

greydot

SZEKSPIR W WIĘZIENIU („CEZAR MUSI UMRZEĆ”, reż. Paolo i Vittorio Taviani)

Więzienne drama szekspirowskie – przestępcy robią teatr

Klasycy – a zarazem weterani – włoskiego kina, bracia Taviani, prowadzą nas do więzienia, gdzie pokazują nam Szekspira. A konkretnie: sztukę genialnego angielskiego dramaturga „Juliusz Cezar” w wykonaniu… więźniów skazanych na długoletnie wyroki za poważne przestępstwa.
Interesujące, prawda? Lecz co z tego wynikło?
Całkiem sporo, ale moim zdaniem wyniknąć mogło jeszcze więcej, gdyby Paolo i Vittorio Taviani bardziej zapanowali nad materiałem, który tam zebrali. A ambicje mieli wielkie: Szekspir miał być tylko pretekstem, by – jak sami się wyrazili – oddać trzy rodzaje rzeczywistości: sytuację polityczno-społeczną współczesnych Włoch, wewnętrzny świat samych więźniów oraz dramat jaki ukazał w swoim dziele Szekspir.
Czy to im się udało?
Chyba tylko częściowo. Bo czy naprawdę Berlusconiego można przyrównać do Juliusza Cezara? Czy rzeczywiście oprych może się wznieść na wyżyny antycznej tragedii (czyli tam gdzie ze swoimi dramatami wznosił się angielski dramaturg)? W sumie: najwięcej w tym para-dokumencie znalazło się jednak Szekspira.

Czyli  „Cezar musi umrzeć” to nic innego, jak jeszcze jedna szekspirowska adaptacja? Chyba jednak tak – na przekór pozorom oryginalnego ujęcia teatralnej materii. Bo według mnie za mało owa „szekspirowszczyzna” wchodzi w duszę tego, co teraz. Innymi słowy: efekt obrazu braci Tavianich byłby większy, gdyby zdołali oni bardziej powiązać ze sobą wielką literaturę z prozą życia – więźniów z Szekspirem – mocniej zaznaczyć paralele między sztuką a rzeczywistością, między postaciami fikcyjnymi a ludźmi z krwi i kości – co było chyba głównym zamiarem włoskich reżyserów. A tak mamy tylko aluzje i skojarzenia, tudzież kolejne doświadczenie teatralne, które chce uchodzić za życie prawdziwe, lecz pozostaje w sferze dramaturgicznej fikcji.

Obraz ma swoją surową siłę, momenty niezwykłego napięcia, humorystyczne rozładowania, intrygujące nas czasami przenikanie się konkretu i fikcji, emocjonalną kontrastowość, a nawet – co w warunkach więzienia o zaostrzonym rygorze może wydawać się zaskakujące i jakby nie na miejscu – pewien intelektualny potencjał posiadający uniwersalną nośność. Ale w końcu… nie możemy jednak zapomnieć, że jest to „tylko” Szekspir.

Film dostał Złotego Niedźwiedzia na ostatnim Festiwalu Filmowym w Berlinie, czego można tylko braciom Tavianim pogratulować. Bez wątpienia przyczyniło się to do tego, że na obraz ten zaczęto patrzeć z większym respektem (co zdarza się nie tylko „szeregowemu” widzowi, ale i profesjonalnym krytykom kina). Czy jednak – abstrahując od samego ładunku myśli i dramaturgii, jakimi nasycił swojego „Cezara” Szekspir – sam film posiada adekwatną do tych krytycznych zachwytów kompleksowość i głębię? Bowiem czy aż tak głęboka i odkrywcza jest konstatacja, że zniewoleni ludzie wznieśli się na wyżyny wielkiej sztuki tylko po to, by doznać jeszcze większego upokorzenia, (którego doświadczali w chwili, kiedy z powrotem pakowano ich do więziennej celi)? I czy rzeczywiście odegranie wielkiego dramatu przyniosło im jakiekolwiek katharsis? Warto tu sobie przypomnieć słowa, jakie słyszymy z ust jednego z więźniów-aktorów już po zakończeniu całej tej penitencjarnej hecy z Szekspirem: „dopiero teraz moja cela zamieniła się w prawdziwe więzienie”.

greydot