MACHU PICCHU – INKASKA EKSTRAWAGANCJA W ANDACH

.

Kontemplując ruiny (Machu Picchu)

.

      Początek filmu Herzoga Aguirre, gniew boży. Stromym górskim szlakiem w Andach schodzi smętna procesja konkwistadorów i najemnych Indian. Dźwigają ze sobą – niczym brzemię – olbrzymie muszkiety, koła i lufy armatnie, kosze, wory, klatki z kurami… Razem z nimi drepczą lamy; widzimy nawet dwie młode damy (w pełnym sukniowym rynsztunku). Zakuci w zbroje rycerze kurtuazyjnie podają kobietom rękę, pomagając w pokonaniu zdradliwej ścieżki (z której co jakiś czas coś – lub ktoś – spada). Cały ten kuriozalny wężyk piechurów spowija mgła, a kiedy smog się rozrzedza widzimy szczyty i zbocza gór porośnięte gęstą dżunglą.
Dziwna to, ale i wymowna scena. Ludzkie mrówki w swoim marszu lunatyków, poszukujące złotego El Dorado. Rozszerzające przy okazji swoje terytorium – w nigdy niezaspokojonej żądzy podboju; gotowe do najbardziej karkołomnych eskapad w pogoni za władzą i bogactwem, albo za swoją idée fixe.
Dopiero później dowiedziałem się, gdzie Werner Herzog filmował te sceny. Otóż było to jakieś 100 metrów od… zabudowań Machu Picchu. Na ekranie nie widać ruin słynnego miasta Inków, więc nie można się było zorientować co do lokalizacji, ale kiedy sam dotarłem do tego miejsca, natychmiast przypomniałem sobie pierwsze kadry Aguirre. Był to początek szlaku, który prowadził z miasta na Huayna Picchu – szczyt góry, której charakterystyczny stożkowaty kształt znany jest z klasycznych panoramicznych ujęć Machu Picchu. Zacząłem się wspinać po ścieżce, choć próżno już było odnaleźć na niej ślady Klausa Kinsky’ego.

      Być może nie jestem tu sprawiedliwy, ale w moich oczach Herzog nie profanował tego miejsca tak, jak np. sprofanowało go… Bollywood, którego artyści jedną ze swoich tanecznych a rozbuchanych scen nagrali właśnie w ruinach Machu Picchu. Wprawdzie zgodę przyznano dopiero po interwencji indyjskiego rządu, ale jednak. Na szczęście wybito Peruwiańczykom z głowy projekt kolejki linowej i budowę luksusowego hotelu w najbliższym sąsiedztwie starożytnego miasta, wpisanego przecież na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Nota bene, zaraz potem organizacja ta uznała Machu Picchu za miejsce zagrożone, głównie przez masową turystykę, która w XXI wieku wręcz eksplodowała. Dziś podobno, w sezonowym szczycie, ruiny zwiedza 2,500 turystów (taki został nałożony przez rząd peruwiański limit odwiedzin). A jednak, mimo wszystko, można uniknąć tych tłumów. Wystarczy zjawić się tutaj przed 10 rano albo po 2 po południu. Jeśli można odczuć jakąś mistykę miejsca – poczuć dotknięcie genius loci – to tylko wtedy. Wbrew pozorom Machu Picchu jest rozległe, więc nawet kilkaset osób może się tu dość luźno rozlokować. O pewnych porach można nawet odnieść wrażenie, że człowiek jest sam – zagubiony w labiryncie ścian z ciosanego kamienia.

      Tylko reklamie (nota bene National Geographic) zawdzięczamy to, że za odkrywcę „zaginionego” miasta Inków uznano Hirama Binghama, historyka Uniwersytetu Yale, który na Machu Picchu natknął się w 1911 roku podczas swojej wyprawy mającej na celu odnalezienie ostatniej stolicy Imperium Inków Vilcabamby. Co ciekawe, zrazu porośnięte dżunglą ruiny na górskiej przełęczy między górami Huayna Picchu (Młody Szczyt) oraz Machu Picchu (Stary Szczyt) nie zrobiły na naukowcu większego wrażenia i ekspedycja ruszyła w dalszą drogę, jednak kiedy okazało się, że następne miejsca są jeszcze mniej imponujące, Bingham wrócił się i uznał (zupełnie mylnie zresztą), że jednak Machu Picchu jest legendarną Vilcabambą.
W następnych latach zorganizowano jeszcze kilka ekspedycji do Machu Picchu, ruiny oczyszczono z zarośli, przyjrzano się im bliżej, częściowo rozkopano i – rzecz chyba najważniejsza – wywieziono stamtąd do Stanów Zjednoczonych kilka tysięcy archeologicznych artefaktów (które dopiero – po trwającym blisko 100 lat sporze między Amerykanami a Peruwiańczykami – w 2012 roku w większości wróciły do Peru). Bingham nie był jednak pierwszą „bladą twarzą”, która zobaczyła Machu Picchu. Jest prawdopodobne, że jeszcze w XVI wieku dotarł tu hiszpański renegat, niejaki Miguel Rufino, który schronił się w Dolinie Urubamba wraz ze swoją indiańską żoną. To są przypuszczenia, natomiast pewne jest, że miasto splądrował w latach 70 XIX wieku niemiecki „biznesman” Augusto Berns, który (w porozumieniu ze skorumpowanymi peruwiańskimi władzami) zaczął handlować na masową skalę przedmiotami znalezionymi w Andach, wywożonymi następnie do Europy. Są również dowody, że na dekadę przed Binghamem zawitał tu także mieszkaniec Cusco Agustin Lizarraga, i że to on przyprowadził do Machu Picchu pierwszych turystów, którymi byli członkowie pewnej francuskiej rodziny z Paryża. Ponoć to właśnie Bingham, zazdrosny o miano „odkrywcy” Machu Picchu, usunął z ruin kamień z podpisem Agostina: „Lizarraga 1902”, który to fakt, sponsorujące wyprawę Binghama National Geographic, w swoim wydaniu poświęconym „odkryciu” Machu Picchu, skrzętnie pominęło. Cóż, kreowanie „rzeczywistości” przez media nie jest wymysłem tylko naszych czasów.
To właśnie kulturo-centryzm Zachodniej Cywilizacji powoduje, że poznanie miejsc, które przecież od dawna zamieszkiwane są przez innych ludzi, nazywamy „odkryciem”. Tak było z „odkryciem” Ameryki przez Kolumba czy Australii przez Duńczyków.

      Wiemy, że Machu Picchu wybudowali w połowie XV wieku Inkowie, którzy zamieszkiwali go przez nie więcej jak 100 lat, a następnie opuścili, zostawiając miasto na pastwę bujnej już w tej części Andów flory. Wszystko inne jest hipotezą – lepiej lub gorzej przystającą do rzeczywistości.
Było Machu Picchu rezydencją króla Inków Pachacuteka i jego świty? Czy też może miejscem kultu? A może astronomicznym obserwatorium? Twierdzą? Symbolem – i przypieczętowaniem – władzy nad okolicznymi ludami? Może pełniło wszystkie te funkcje naraz?
Bo hipoteza, że była to siedziba Dziewic Słońca – najpiękniejszych kobiet poświęconych służbie Bogu Słońca Inti – mimo swej romantycznej i kultowej otoczki upadła i nie brana jest już przez żadnego z liczących się naukowców na poważnie.
Co było powodem opuszczenia miasta – i to jeszcze przed podbiciem królestwa Inków przez Pizarra i jego kompanów? Otóż najprawdopodobniej recesja i problemy wewnętrzne, które spowodowały, że inkaskiej elity nie stać już było na utrzymanie tej luksusowej ekstrawagancji w miejscu tak mało przystępnym – na obrzeżu Andów i amazońskiej dżungli, w odległości 112 km od stolicy Cusco. (Przy okazji można zwrócić uwagę na zaskakujący dla wielu fakt, że Machu Picchu jest położone na wysokości ok. 2 400 m n.p.m., czyli o kilometr niżej od Cusco, w związku z czym ma łagodniejszy klimat, który mógł wabić Inkę i jego dwór. Ponadto: prowincja zawsze jest spokojniejsza od stolicznego gwaru i poddana mniejszej presji. Nie wspominając o malowniczości Świętej Doliny Urubamba, którą w okolicach Machu Picchu zaczyna porastać gęsty tropikalny las, ciągnący się aż do Atlantyku.)

     Machu Picchu uznaje się za „perłę” i arcydzieło inkaskiej architektury i nie ma w tych określeniach większej przesady. Miasto składa się z dwóch części: górna to zbudowany z najbardziej finezyjnie ciosanych granitowych bloków kompleks świątyń i pomieszczeń „pałacowych” które zajmowała najwyższa w hierarchii społecznej kasta – król, dworzanie i kapłani. Dolną okupowało „pospólstwo” – rolnicy, strażnicy i służba, a budynki posiadały ściany z grubo ciosanego granitu, a nawet z polnych i rzecznych kamieni. Całość miejskich zabudowań wspierały ulokowane na zboczach góry tarasy, pełniące rolę zarówno ochronną (niejako fundamentalną, bo bez nich miasto niechybnie osunęłoby się w przepaść), obronną (ich strome ściany były doskonałą przeszkodą dla ewentualnych napastników) oraz – last but not least – praktyczno-użyteczną (uprawiano bowiem na nich kukurydzę i inne rośliny niezbędne dla utrzymaniu przy życiu liczącej ok. 1000 osób populacji miasta).
Rozlokowanie i konstrukcja budowli (w liczbie ok. 400), ich wkomponowanie w topografię przełęczy i gór, solidne i wielowarstwowe tarasy, czy wreszcie doskonały (i funkcjonujący do dzisiaj) system kanałów i akweduktów – dostarczający zarówno wody pitnej mieszkańcom, nawadniający tarasowe uprawy, jak i drenujący miasto – to wszystko było wytworem inżynierskiego mistrzostwa, robiącego wrażenie nawet po upływie pół tysiąca lat, w epoce nowoczesnego budownictwa, dysponującej bez porównania lepszą technologią i techniką.

     Jest więc co podziwiać. Widok niezwykłego miasta rozłożonego w siodle przełęczy między dwiema górami, mającego w tle niebotyczne Andy i otoczonego z trzech stron zakolem rzeki Urubamba, to widok ikoniczny. Machu Picchu uznano za jeden z siedmiu cudów świata ery nowożytnej. Nic więc dziwnego, że jest on również jedną z największych atrakcji turystycznych nie tylko Peru i Ameryki Południowej, ale i świata.
Do Machu Picchu z Cusco nie jest daleko. Najwięcej ludzi dociera tam pociągiem (2 godziny jazdy z Cusco) lub autobusami; piechurzy zaś – biegnącym przez Andy słynnym Szlakiem Inków. Najbardziej popularny jest 4-dniowy trekking, choć niektórzy szczęśliwcy (obecnie trzeba rezerwować miejsce – pozwolenie wejścia na szlak w porze suchej – na dobry rok wcześniej) wybierają trasę tygodniową, albo znacznie krótszą, bo tylko 2-dniową. Co ciekawe, do Machu Picchu dochodzi się wtedy ścieżką prowadzącą z góry. Mimo zmęczenia schodzi się wtedy jak na skrzydłach, zapominając o wszelkich trudach – na widok majaczącego w dole miasta człowieka wypełnia po brzegi euforia..

      Wielką sławę zawdzięcza Machu Picchu nie tylko swojej wartości cywilizacyjnej i historycznej, ale i… spektakularnej. Miasto jest bowiem niesłychanie malowniczo i ciekawie położone. Często zmieniająca się aura, mieszanina mgieł, kłębiących się chmur i przebijającego się przez nie słońca, dopełniają tylko atrakcyjną fotogeniczność miejsca, które na dodatek bardzo łatwo jest fotografować, zwłaszcza z góry. Intensywna zieleń trawy porastającej tarasy i miejskie dziedzińce, skontrastowana z kamienną mozaiką zabudowań i labiryntu murów ułożonych (bez żadnej zaprawy) z ciasno dopasowanych kamieni, głazów oraz bloków skalnych wykutych z brązowo- szaro- biało- żółtego granitu – to wszystko składa się na jeden z najbardziej fascynujących i zapadających w pamięć widoków na świecie.

* * *

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Reklamy

SASSOON DOCKS – seafood heaven (or hell) w Bombaju

.

.

Wizyta na najbardziej ruchliwym targu rybnym w Bombaju – w Dokach Sassoona. Jedno z moich najbardziej intensywnych doświadczeń podczas ostatniej podróży do Indii. Doświadczenie socjologiczne i etniczne: wejście w epicentrum ludzkiej aktywności – rybackiej i handlowej – odbywającej się tu od wielu pokoleń, której głównymi aktorami są ludzie (zarówno kobiety, jak i mężczyźni) z plemienia Koli, od kilkuset lat zamieszkującego okoliczne wyspy i trudniącego się rybołówstwem; także mieszkańcy Bombaju, którzy kupują wyłowione przez nich morskie stworzenia oraz obsługują targ i cały ten zgiełk. Również doświadczenie estetyczne i zmysłowe – wynikające ze zmasowanego ataku zapachów na nozdrza oraz kształtów i kolorów na oczy.
Jak do tego doszło?
Pierwszy raz zajrzeliśmy tam z żoną wczesnym popołudniem, kiedy kutry rybackie spoczywały już w dokach, a hala była pusta. O tej porze wszelka aktywność związana z połowem ryb i handlem nimi zamiera i tylko gdzieniegdzie widać było rybaków naprawiających sieci, tankujących ropę, czyszczących łodzie, odpoczywających…
Drugim razem wybraliśmy się tam jeszcze przez wschodem słońca. Mieszkaliśmy w Taj Mahal Palace – czyli w hotelu położonym w tej samej dzielnicy południowego Bombaju (Calaba), co doki – więc taksówka dowiozła nas tam w niecały kwadrans. A świtanie to pora, kiedy w dokach panuje największy – frenetyczny wręcz – ruch. Do przystani zawijają wtedy z nocnego połowu kutry, z których transportuje się na brzeg nieprzebrane ilości ryb. Ich rozkładaniem – na straganach, skrzyniach, czy nawet bezpośrednio na betonowej posadzce – oraz sprzedażą zajmują się kobiety, najczęściej żony, siostry i matki rybaków. Licytacje odbywają się na miejscu, sprawnie i szybko – kupione ryby muszą bowiem zrobić miejsce następnym. A miejsca nie jest dużo – na stosunkowo małej powierzchni tłoczy się tutaj wiele setek handlujących ludzi. My byliśmy jedynymi, którzy po prostu chcieli sobie na to wszystko popatrzeć więc nie byłem pewny, jak nas się potraktuje. Tym bardziej, że do Doków Sassoona przybyłem z mocnym postanowieniem utrwalenia tego egzotycznego dla mnie miejsca na zdjęciach – mimo, że wiedziałem, iż istnieje tu zakaz fotografowania, (wprowadzony po atakach terrorystycznych na Bombaj – a konkretnie na wspomniany już Taj Mahal Palace i restaurację Cafe Leopold – w 2007 roku, kiedy to zamachowcy dotarli do Indii z Pakistanu, właśnie przez Doki Sassoona w Bombaju).

* * *

PS. Polecam obejrzenie załączonych tu zdjęć w pełnym wymiarze.

.
.

Odpoczynek po połowie, a w tle ludzka krzątanina w tłumie

.

Rybacy i ich łodzie – każdy zna swoje miejsce

.

Kobiety też muszą mieć silne dłonie

.

Wschód słońca (choć wygląda jak zachód) – łódź rybacka wraca na Ocean

*  *  *

Szokujący był kontrast, który z luksusowych pieleszy hotelu Taj Mahal Palace – gdzie zatrzymaliśmy się bynajmniej nie z powodu snobizmu czy też z zamiłowania do luksusu (ale o tym może innym razem) – rzucił nas wprost do tego miejsca ludzkiej hiper-aktywności w warunkach ciężkich i surowych, trudnych do ogarnięcia dla przybysza z zewnątrz, a przez to wręcz przytłaczających. Nie na tyle jednak, by nie doświadczyć pewnej euforii z racji uczestnictwa w czymś na wskroś dla nas egzotycznym, a przez to niezmiernie ciekawym. I fotogenicznym. Trudno się było oprzeć tej orgii kolorów (której raz po raz doświadczałem w Indiach, zwłaszcza w Radżastanie) oraz etnicznej wyrazistości otaczających mnie ludzi (którzy nota bene nie zwracali na nas większej uwagi, zajęci tym, co należało zrobić, by zdążyć przed nadchodzącym szybko ukropem południowych godzin. Mimo to każdy potrafił się w tej ciżbie znaleźć. My również robiliśmy wszystko, by nie stać się dla tych ludzi zawadą, choć aparat fotograficzny mi tego raczej nie ułatwiał. Oszałamiająca była różnorodność stworzeń wydobytych nocą z oceanicznej głębi – tylko niektóre z nich zdolny byłem nazwać po imieniu, wliczając w to tuńczyki, makrele, płaszczki, krewetki, ośmiornice, kraby… Czasem pytałem się o to ludzi, ale w odpowiedzi słyszałem tylko nieznane mi hinduskie nazwy, które nie sposób było zapamiętać. Wiem, że dla wielbicieli dań z owoców morza, Doki Sassoona mogły by się wydać konsumpcyjnym rajem, choć z drugiej strony – z punktu widzenia morskich stworzeń – miejsce to mogło przypominać jakieś inferno.

Wspomniałem o zapachach, ale to nie było tak, że czuć tam było dojmujący smród, jaki zwykle towarzyszy psującym się owocom morza. Tutaj bowiem nic nie zdążyło się jeszcze zepsuć, wszystko było świeże – woń była więc charakterystyczna, ale nie odpychająca. Mimo wszystko starano się utrzymać względną czystość, choć widok walających się tu i ówdzie ryb i krewetek poddawał to w wątpliwość. Imponowała sprawność kobiecych rąk patroszących ryby lub wycinających kawały mięsa z ogromnych cielsk złowionych płaszczek. Nawet dźwiganie na głowach ciężkich, wypełnionych po brzegi rybami miednic, nie pozbawiało tych kobiet pewnej gracji. Z kutrów i imponujących, choć wyglądających archaicznie łodzi, wynoszono ostatnie kosze ze srebrzącymi się rybami. Większość z rybaków zajęta już była czyszczeniem pokładu, choć niektórzy z nich wylegiwali się,  odpoczywając na dachach kajut – na sieciach, linach… gdziekolwiek się dało. Robiłem zdjęcia, a kadry wydały mi się tak gęste, że niekiedy traciłem orientację w rozróżnianiu przedmiotów i ludzi – takie było bogactwo kolorów i kształtów, kompozycji tworzących się impromtu przed moimi oczami. Setki masztów, kabli, rur, chorągiewek – kilometry lin, plątanina sieci – harpuny, skrzynie, beczki, kotwice… Przeważały kolory czerwieni, pomarańczów i żółci… Sporo niebieskiego i złamanej zieleni. Jakimś dziwnym sposobem harmonizowało to z kolorystyką kobiecych szat (a trzeba pamiętać, że kobiety w Indiach przy każdej okazji ubierają się w piękne, wzorzyste sari).  Siłą rzeczy porównywałem ten spektakl z tym, jaki widziałem rok temu w Birmie, gdzie w wiosce rybackiej Gyeiktaw byłem świadkiem powrotu z nocnego połowu setek łodzi obładowanych tonami ryb, które później rozkładano na plaży. Tam jednak była przestrzeń, plaża i wioskowa swojskość, tutaj zaś twardy beton doków, łodzie stłoczone w porcie – skraj wielkiej metropolii opierającej się jednak integracji z Oceanem. Oba wszak doświadczenia niezwykłe – równie niezapomniane.

*  *  *

PS. Kliknij na zdjęcie (lub wybierz opcję full size) by obejrzeć go w pełnym wymiarze.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

HOMARY Z KOH SAMUI

.

Natura - niesamowitość formy - inwencja kolorów i kształtów

Natura – niesamowitość formy – inwencja kolorów i kształtów

.

      Muszę się przyznać, że jestem nieco przytłoczony ilością wrażeń, zapisków i zdjęć z mojej ostatniej, niemal dwumiesięcznej podróży do Azji. Tym razem odwiedziłem (ponownie) Tajlandię i Indie oraz (po raz pierwszy) Sri Lankę. Od czasu do czasu zaglądam jednak do moich folderów ze zdjęciami – i te obrazy przywołują natychmiast całą lawinę wspomnień. Ot, np. dzisiaj: otwieram jeden z plików i moim oczom ukazują się… homary, na które natrafiłem na tajskiej wyspie Koh Samui (właściwie to powinienem napisać tylko Samui, bo Koh w języku Tajów oznacza wyspę). Pamiętam, że ich kolory, kształt i wzory zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Nigdy dotąd nie widziałem tak pięknych skorupiaków. Kiedy je tak podziwiałem, to dotarło do mnie to, że przecież każdy z nich (mimo przynależności do tego samego gatunku) jest inny, a jeden jest bardziej urodziwy od drugiego. Istny pokaz estetycznego rozpasania Natury, w której – jak mi się dotąd wydawało – dopiero człowiek zdolny jest rozpoznać piękno, opisując je i nazywając – a przez to poniekąd stwarzając. Zawsze byłem przekonany, że piękno nie może istnieć poza kulturą człowieka – że jest po prostu jednym z jej przymiotów i artefaktów. A tu widzę, że nie byłoby tego wszystkiego, gdyby samica lub samiec „bezmózgiego” zwierzęcia nie był czuły na to bogactwo barw i deseni, bez wątpienia odróżniając pięknisia od brzydala – preferując tego osobnika, a nie innego. I zapewne robi to w tym przypadku jeszcze lepiej od nas.

*  *  *

PS. Polecam obejrzenie powyższego zdjęcia w pełnym wymiarze, a jeszcze lepiej – ze zbliżeniem. Bowiem dopiero wtedy może się nam ukazać prawdziwy splendor naturalnego udekorowania tych stworzeń.

.

WYSTARCZY BYĆ?

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXV)

.

zapiski notatki kajet notes

.

.

      Jako gatunek, stado zamieniliśmy na plemię, naród, społeczeństwo… na dobre i na złe. Te same nasze właściwości potrafimy wykorzystywać zarówno do dobrych, jak i złych celów.
Solidarność społeczna może być solidarnością w budowaniu wspólnoty dobra, jak i solidarnością w zbrodni. Instynkt grupowy może nam pomóc w wyzwoleniu, ale i pchać ku zatraceniu.
Tutaj wyłania się pytanie zasadnicze: czy robimy to wszystko z wolnej woli?

*

      Zwierzętom moralność nie jest potrzebna, bo obywają się bez kultury (w naszym rozumieniu tego słowa). Z tego wynika wniosek, że kultura nie może się obyć bez etyki – że musi być w tej kulturze nazwane (i odróżniane od siebie) zło i dobro.
Do tego, by zachowywać się racjonalnie lub irracjonalnie, potrzebny jest rozum. A czy zwierzęta swój rozum mają? Pewnie tak, ale jest to raczej – sorry zwierzątka – „rozumek” opierający się na popędach i instynktach potrzebnych do tego, by przeżyć.
A jednak w obrębie niektórych gatunków zwierzęta nawzajem się zwalczają i zabijają. W niektórych przypadkach osobniki tego samego gatunku nawet się nawzajem pożerają. Szympansy prowadzą ze sobą coś w rodzaju wojen.

*

      Ludzie walczą ze sobą, by zdobyć władzę, terytoria i różne bogactwa – by podporządkować sobie swoich rywali – zaś sama religia zwykle jest tylko tłem, pretekstem, usprawiedliwieniem, usankcjonowaniem tej agresji.
Ateiści też mordowali. Nie w imię Boga, ale m.in. po to, by wytępić w ludziach wiarę religijną, co zresztą na jedno wychodzi – jeden pretekst (negacja Boga) warty drugiego (Bóg z nami).

      Mimo wszystko chrześcijaństwo wprowadziło do ludzkiej cywilizacji pewne wartości, którym – chcąc nie chcąc – podlegają do tej pory nawet ci, którzy to chrześcijaństwo chcą zwalczać. Tym, co dała ludzkości religijność przesiąknięci są nawet ateiści (często sami nie zdając sobie z tego sprawy).

*

      Jeśli istnieje jakaś celowość we Wszechświecie (a jestem skłonny uznać, że jest), to jest to równoznaczne z tym, że istnieje jakaś Nadrzędna Idea (Siła Sprawcza) regulująca i powodująca ewolucję Wszechświata, którą można nazwać Bogiem (choć nie jest to konieczne). Tak bym pojmował kreacjonizm.
Wydaje mi się, że nasze percepcyjne ograniczenia jeśli chodzi o poznanie Wszechświata ściśle łączą się z naszą niemożnością poznania Boga.

*

      Miłosz przechodził różne stadia swojego stosunku do Natury. Nie zapominajmy, że wychowywał się i dorastał wśród (czy też raczej w pobliżu) litewskich borów. Przyroda amerykańska była mu obca (podobnie jak amerykańska cywilizacja), jednak musiał się jakoś w tym znaleźć – i to jako poeta, intelektualista, wykładowca i pisarz. Miało to swoje konsekwencje: mianowicie eliminowało w zasadzie spontaniczność i entuzjazm, jaki np. towarzyszył mnie – w zetknięciu zwłaszcza z amerykańską przyrodą (bo do cywilizacji też zawsze nastawiony byłem jednak raczej krytycznie).
Piszę to oczywiście, chcąc zachować między nami właściwe proporcje (toutes proportions gardées – jak mówią Francuzi).

*

      Ludzka filozofia (umiejscowienie nas w świecie) zawsze dotyczy czegoś więcej niż tylko kontaktu z przyrodą, choć od przyrody nie może się jednak uwolnić, choćby tylko dlatego, że sami jesteśmy jej częścią.
A jednak cała ludzka kultura jest w pewnym sensie przełamywaniem tego, co narzuca nam Natura – jest wobec niej oporem, często sprzeciwem, a nawet walką z nią.
To jest właśnie ten paradoks naszej La condition humaine: z jednej strony zależy nam na pozostaniu z Naturą w pewnym aliansie (bo przecież nie możemy zupełnie się od niej oderwać), ale z drugiej – chcemy się właśnie od tej Natury (w jakimś stopniu przynajmniej) uwolnić, co często skutkuje alienacją a nawet – jak uważał np. Freud – cierpieniem (Freud uznał wręcz, że to właśnie kultura jest jednym ze źródeł ludzkich cierpień).

*

      To, że natura została zepchnięta do rezerwatu, jest naszym złudzeniem. Natura ma jednak nad nami ZAWSZE przewagę – przynajmniej w ostatecznym rozrachunku. Sami możemy oczywiście tworzyć kulturowe czy technologiczne enklawy, dzięki którym do jakiegoś stopnia jesteśmy w stanie uniezależnić się od Natury (twierdząc nawet czasem, że tę Naturę „ujarzmiliśmy”), ale zawsze to będzie czymś tymczasowym, ograniczonym, niedoskonałym… i dlatego w dużej części złudnym.
Tego wrażenia, że Natura “jest spychana coraz dalej i dalej” doświadczyć można zwłaszcza w Europie, gdzie na stosunkowo małym obszarze człowiek stworzył cywilizację, która wydaje się dominować nad całym światem “przyrodzonym”. Jednakże na kontynencie amerykańskim jest zupełnie inaczej – nadal bowiem istnieją tu niezmierzone przestrzenie, niezakłócone jeszcze, jak się wydaje, przez cywilizację. Wynika to z ogromu tego kontynentu – dzięki czemu doświadczyć można tutaj owej “potęgi” Natury, także jej dominacji nad tym, co tworzy człowiek.

*

      Dlaczego ludzie często wyrąbują się z pasją?
Jest chyba racjonalne tego wytłumaczenie: bo mają w sobie geny drapieżnika. I za pomocą agresji i gwałtu chcą narzucić innym ludziom własną wolę – dążąc do dominacji nad nimi po to, by zapewnić sobie lepsze warunki egzystencji, rozwoju i przekazywania swoich genów dalej.
Lecz wbrew pozorom, często nie postępujemy przy tym racjonalnie.

     Dlaczego więc rozmawiamy, próbujemy znaleźć jakieś porozumienie? Bo mamy nadzieję, że coś takiego jak ludzka kultura będzie kiedyś w stanie okiełznać tego – siedzącego w nas – drapieżnego zwierza. Wtedy dopiero będziemy się mogli (jako gatunek Homo sapiens) mienić mianem cywilizowanych ludzi. Jak na razie jednak wojna wydaje się nieodłącznym elementem ludzkiej cywilizacji. Zbyt wysoko więc chyba jeszcze w tej naszej kulturowej ewolucji nie zaszliśmy – i wcale nie jest pewne to, czy kiedykolwiek zajdziemy.

*

      Myślę, że natura doskonale mogłaby się obyć bez ludzkiej rasy. Mało tego – miałaby się bez nas znacznie lepiej… niestety. A mimo to uważam człowieka za istotę godną przetrwania – i to nie tylko dlatego, że sam jestem (wszystko jednak na to wskazuje) człowiekiem.

*

      Twory Natury działają na nasze zmysły, dostarczają nam wrażeń, niekiedy nawet inspirują nasze myślenie – ale Sztuką nie są. Sztuka jest wytworem człowieka – zgódźmy się przynajmniej co do tego, bo w przeciwnym razie np. plamy na Słońcu – albo fale na morzu – też będziemy uważali za Sztukę.
Wprawdzie mówienie o Sztuce Natury ma w ludzkiej myśli długą tradycję – twierdzono np. że natura jest Sztuką uprawianą przez Boga (Dante), który jest Największym Artystą – to ja skłonny jestem to uznać za pewnego rodzaju metaforę i mit, wychodzące raczej poza to, co rozumiem jako Sztukę.

*

      NATURA – SZTUKA – CZŁOWIEK (cytaty będące już swego rodzaju kanonem w pojmowaniu natury i sztuki przez człowieka)

      NATURA

      – Natura tworzy sztukę sama z siebie i jest sztuką samą w sobie

      – Natura tworzy sztukę w pełnym tego słowa znaczeniu

      – Tylko Natura potrafi stworzyć sztukę z niczego

      – Natura to prawdziwe dzieło sztuki

      – Sztuka stworzona przez Naturę jest wszechobecna

      – Natura to naturalne korzenie sztuki

      – Natura jest wszechobecna w sztuce

      – Natura opanowała sztukę do perfekcji

      – Natura współgra ze sztuką, a sztuka stara się współgrać z Naturą

      – Natura jest niedościgniętym ideałem, sztuka to tylko nędzna namiastka Natury

      – Natura może być „martwa” tylko w sztuce, sztuka jest zawsze martwa wobec Natury

      – Natura zwyciężyła sztukę w swojej doskonałości

      SZTUKA

      – Wszelka sztuka jest tylko naśladownictwem Natury

      – Ponadczasową inspiracją dla sztuki jest Natura

      – Sztuka pokazuje piękno Natury

      – Sztuka wypowiada się o Naturze, Natura robić tego nie musi

      – Sztuka nie konkuruje z Naturą, ale podkreśla jej ponadczasowość i pierwotne piękno

      – Sztuka stara się dopełniać rzeczy których Natura nie zdążyła wytworzyć, a inne tylko naśladuje

      – Tworząc sztukę wystarczy robić to, co nam podpowiada Natura

      – Sztuka zawsze wchodziła w dialog z Naturą

       – Sztuka jest oknem otwartym na Naturę

      – Sztuka powinna działać na ludzi tak samo jak Natura

      – Sztuka jest zawsze w zgodzie z Naturą

      – W sztuce jest pojęcie „kiczu”, w Naturze nie

      – Sztuka to człowiek dodany do Natury

      CZŁOWIEK WOBEC NATURY I SZTUKI

      Szukać postaci i kształtu Boga (Natury) to znak ułomności ludzkiej.
Gaius Plinius Secundus (23-79r.)

     – Tylko dzieci, Natura i prawdziwa sztuka nie są skorumpowane

      – Dzieci odbierają Naturę spontanicznie podobnie jak sztukę

      – Sztuka, a przede wszystkim człowiek stanowi część przyrody i tym samym jedność z Naturą

      – My jesteśmy częścią Natury, a sztuka jest częścią nas

      – Człowiek od wieków zastanawia się jak tworzyć w bliskiej współpracy z Naturą

      – Artyści zajmują się przede wszystkim relacjami między Naturą i sztuką

      – Ludzie spragnieni są równie kontaktu z Naturą jak ze sztuką

      – Ludzie doceniają uzdrowicielską moc tak Natury jak i sztuki

      – Społeczeństwo to sztuczna struktura będąca obroną przed potęgą Natury. Żadna zmiana w społeczeństwie, w tym rozwój sztuki, nie zmienią Natury

      – Aby ratować siebie staramy się tworzyć sztukę i żyć w harmonii z Naturą

      – Człowiek coraz bardziej zdaje sobie sprawę z potęgi sztuki i Natury

      Staramy się pomóc Naturze, m.in. tworząc sztukę, która szuka w niej inspiracji, ale nie zdajemy sobie sprawy, że to nie Natura, a człowiek jest zagrożony

*

      Człowiek od swojego pojawienia się na Ziemi widział i widzi niedoścignięte piękno Natury, które na swój sposób przetwarza i zawłaszcza, myśląc, że jego byt jest wieczny. A tym czasem prawdopodobnie miał rację C. Levi-Strauss, gdy pisał na końcu Smutku tropików, że: „Świat zaczął się bez człowieka i skończy się bez niego”.

*

      Istnieje piękno niejako „zastygłe” w czasie i przestrzeni (np. to, stworzone w dawnych epokach przez człowieka lub wykreowane przez Naturę), ale dopiero człowiek może spowodować, że ono „ożyje” – nabierze konkretności i sensu w jego zachwycie.

       Paradoksalnie, piękno jest obiektywne i subiektywne zarazem. To obiektywne można odkryć, to subiektywne… wynaleźć.

*

      To jest ten dylemat: jak się ma zwierzęcy (popędowy) impuls seksualny do ludzkiej miłości, rozumianej jako uczucie duchowe, wysublimowane, „wyższe”. Ideałem byłoby harmonijne połączenie tych dwóch elementów – a może nawet nie oddzielanie ich od siebie (ale to chyba możliwe jest tylko wtedy, gdy miłość i pożądanie wiąże się ze sobą w ludziach w celu prokreacji).
Inny wątek: jak często okłamujemy się, że przeżywamy miłość, a w rzeczywistości głównym sprawcą tego zadurzenia jest jednak chemia, feromony? (bo gdyby tego nie było, to byśmy się nie „zakochali”). Czy wtedy – niejako „na siłę” – nie wmawiamy sobie wyższego, szlachetniejszego uczucia, by sublimować prymitywny w swej istocie, „zwierzęcy” popęd?
Gdzie jest ten moment, kiedy czyste uczucie bierze górę nad chemią? (A że tak się dzieje w wielu przypadkach, to nie mam wątpliwości).

*

     Francuzi (i nie tylko) nazywają orgazm la petite mort. To ciekawe… bo kobieta rzeczywiście często wydaje dźwięki, jakby ją zarzynano (właśnie: „rżnięto”, jak to się wulgarnie określa). A czy nie przypomina to konania?
Z tym, że: mężczyzna się eksploatuje jak samiec modliszki (woman is a maneater), kobieta zaś niby umiera, ale w zasadzie po to, by w niej narodziło się życie. Może dlatego facet jest jak (idiota?) przykuty łańcuchem do swojego libido (żeby trudniej było mu dać dyla?), natomiast za kobietą stoi instynkt macierzyński – sojusz serca (zmysłowości, macicy, łożyska… czyli coś bardzo autonomicznie kobiecego – coś, co definiuje jej kobiecość, jest jej kreatywnym (reprodukcyjnym) żywiołem, a przy tym nie jest tak destrukcyjne, jak u mężczyzny?
No właśnie… można kogoś rżnąć i „rżnąć” (to też tak à propos la petite mort – miłość i śmierć, rozkosz i tortura przeplatają się ze sobą: to jakby Eros i Thanatos w jednym uścisku zwarci.)

      Czy sam orgazm (czy też raczej przedstawienie orgazmu) w swoim ekspresyjnym przerysowaniu emocji i zmysłowości nie zbliża się w pewnym sensie do kiczu?

*

      Wychodzi na to, że nasze przywiązanie do bzdetów i głupotek funkcjonuje, mimo ceny jaką za to płacimy, którą jest marnowanie naszego – bardzo cennego przecież – czasu.
Z czego to wynika? Może z tego, że życie – w swojej pierwotnej i fundamentalnej istocie – bardziej niż na aktywności, zasadza się na trwaniu i wegetacji? Innymi słowy: jeśli nie jesteśmy zmuszani do wysiłku, to zadowala nas już samo istnienie? (Przypomina się tutaj Beeing there –czyli Wystarczy być Kosińskiego.)
Lecz chyba jednak tak nie jest – przeczy temu choćby rozwój naszej cywilizacji – pęd człowieka do przodu, ciekawość, pomysłowość, ekspansywność… A może jednak dotyczy to tylko tych, którzy są w awangardzie?

      Wszystko to, co jest wartościowe dla ludzkiej kultury, (która jest przecież wyznacznikiem naszego człowieczeństwa), leży ponad czystą wegetacją.

*

      Nasze erotyczne pulsowanie zgodne jest z tym, jak się w życiu zmieniamy.
W sumie, „zwierzęcy”, traktowany popędowo i mechanicznie seks jest dla nas – jako ludzi „myślących”, istot „kulturowych” – jałowy (choć w aspekcie naturalnym taki nie jest, bo służy prokreacji – przekazywaniu genów). Ten rodzaj seksu bowiem czyni z nas ledwie narzędziem ewolucyjnego rozwoju życia – siły, która sama w sobie jest ślepa i bezosobowa (choć jednak nie bezcelowa). Innymi słowy, traktowani jesteśmy w tym procesie przedmiotowo, a przecież, zyskawszy ewolucyjnie świadomość, chcemy być podmiotem, który na dodatek dysponuje wolną wolą.
To dlatego na styku Eros – Kultura, zwierzątko seksu – istota (ponoć) myśląca, Homo (nomen omen) erectusHomo sapiens, dzieją się takie dziwne, intensywne, ale i ciekawe rzeczy.

      Koniec końców z kobiety, jako matki (ziemi), wychodzimy – z kobietą, jako kochanką się zżywamy i łączymy – i do kobiety, jako śmierci (ziemi), wracamy.

*

      Pisząc w jednym za artykułów o „gender” i używając przy tym słowa „ideologia”, nie miałem na myśli nauki, która bada biologiczne uwarunkowania płci „kulturowej”, ale wymysły tych, którzy twierdzą, zachowanie człowieka nie zależy od predyspozycji płciowych, tylko jest całkowicie narzucone przez kulturę. Moim zdaniem oba te czynniki mają znaczenie, ale większy wpływ ma jednak natura (w końcu człowiek jest – i nie przestaje być – istotą biologiczną).

      Moim zdaniem, cała ta awantura o „gender” polega jednak na nieporozumieniu – także dlatego, że mało kto tak naprawdę wie, co to jest „gender” czy „genderyzm”. Dobrze byłoby więc najpierw się tego dowiedzieć.

      Nikt nie o zdrowych zmysłach i realnym spojrzeniu na kulturę i cywilizację człowieka, nie może kwestionować tego, że płeć biologiczna (w przytłaczającej większości) determinuje płeć „kulturową”, czy też „społeczną”. (Innymi słowy: jest oczywiste to, że płeć biologiczna zawsze występuje w kontekście kulturowym.) Ci, którzy chcą temu zaprzeczyć (mówiąc, że płeć jest narzucona dziecku przede wszystkim przez wzorce społeczne i kulturowe – w oderwaniu od determinanty biologicznej) są właściwie a-genderystami (a nie, jak się przyjęło mówić, moim zdaniem błędnie: „genderystami”). Są także oprócz tego wyznawcami teorii zupełnie oderwanej od rzeczywistości.
Nie sądzę też, jak to głoszą niektórzy, że „kariera” gender w Polsce wzięła się ze sprowadzania roli kobiet do trzech K (Kinder, Kuche, Kirche). Jest to przede wszystkim reakcja na absurdalność niektórych tez głoszonych przez tzw. „genderystów” i ich apetyt na wprowadzanie jeszcze bardziej absurdalnych eksperymentów z dziećmi (vide: sukienki zakładane chłopcom w przedszkolu).

*

      Muszę przyznać, że bliskie mi jest zapatrywanie, iż sztuka wcale nie musi spełniać funkcji utylitarnej. W przypadku wielu dzieł sztuki wystarcza mi więc sama przyjemność wynikająca z uświadamiania sobie i doświadczania ich walorów czysto estetycznych. Ale też cenię sztukę, która niesie ze sobą pewne wartości etyczne (co wcale nie oznacza, że musi być ona moralizatorska). Zresztą, nie można tu stosować jakichkolwiek sztywnych podziałów.

      Prawdę mówiąc, samo pojęcie „sztuki dla sztuki” wydaje mi się być jałowe, bo – jak można zauważyć – sztuka nie może istnieć bez odbiorcy. Choć oczywiście kto inny może się z tym nie zgodzić i powiedzieć, że wcale nie: żadna sztuka nie może istnieć bez twórcy, a to, czy znajdzie się jej odbiorca, jest już sprawą drugorzędną.
Według mnie jednak sztuka nabiera sensu dopiero w relacji: twórca-dzieło-odbiorca.

*

       Miłość i śmierć – dwa największe motywy nie tylko w poezji, ale i w całej sztuce, włączając to kino.

      Kultura masowa eksploatuje te same wątki, co wielka filozofia, literatura, czy sztuka – tyle, że na swój (najczęściej jednak banalny, trywialny, powierzchowny) sposób. (Gdyż inny mógłby być przez tzw. „szeroką publiczność” nieprzyswajalny).

*

      Najbardziej nośne w kulturze jest to, co najbardziej pierwotne – bez względu na to, jak po drodze robi się wyrafinowane.
To, że biali czują bluesa (niemal) tak samo, jak czarni, to jest dowód na to, że mamy te same korzenie (serca, trzewia i nerwy), jesteśmy braćmi (siostrami) i doświadczamy tej samej „człowieczej doli”.
Z tym, że czarni mają jednak więcej powodów do spleenu przez to, że będąc ludźmi, byli przez białych traktowani jak zwierzęta i przez pokolenia żyli w obroży założonej im przez naszą wspaniałą zachodnią cywilizację. (Czy hołd oddawany czarnym muzykom/muzyce czarnych przez tabuny białych wyrostków nie jest aby przypadkiem rodzajem zadośćuczynienia?)

*

      Duży wkład w popularyzację bluesa na przełomie lat 50-tych i 60-tych, miały żydowskie chłopaki z Chicago (słynna wytwórnia Chess Records, Mike Bloomfield…) Oczywiście złe języki i nosy węszyły w tym wyrachowanie (że niby to z bluesa chciano zrobić geszeft), ale ja wierzę w to, że oni wchodzili do tych klubów czarnych dlatego, że ta muzyka ich kręciła, że usłyszeli w niej coś autentycznego i poczuli pasję.
Nie można też zapominać, że były to jeszcze czasy segregacji rasowej, więc w tej ich postawie był pewien rys młodzieńczego buntu przeciw establishmentowi starych. Zresztą, autentyzmu bluesa nie sposób jest podrobić – ta muzyka nie znosi niczego, co jest fake.
To, że ci, którzy zbili majątek na rocku (Clapton, Led Zeppelin, Stonesi…) chcieli zadość uczynić starym czarnym bluesmanom, którzy przecież groszem nie śmierdzieli, a którzy byli jeszcze uwikłani w niewolnictwo swoich matek i ojców, to nie ulega wątpliwości. Oni jednak chcieli spłacić jakoś ten dług wdzięczności – choćby tylko słowem, mówiąc ile zawdzięczają czarnym. (Na szczęście nie było to tylko gadanie, bo przyczynili się oni do tego, że czarni sami zaczęli robić światowe kariery – i żyć na lepszym poziomie, nie klepiąc już biedy.

*

      Leopold Tyrmand to jeden wielki paradoks. Jak wiadomo, w Polsce był uważany za liberała, (a nawet za playboya, bitnika czy wręcz za birbanta), w Stanach zaś za konserwatystę (nota bene zapoczątkowany poniekąd także i przez niego ruch konserwatywny w Ameryce – towarzystwo wokół „Chronicles” rockfordzkich, których był redaktorem – doprowadził z czasem do ukształtowania się swoistego amerykańskiego konserwatywnego „betonu” zwanego paleo-konserwatyzmem).
Jednakże, wbrew pozorom, dość łatwo według mnie tę światopoglądową woltę Tyrmanda wyjaśnić, a można to nawet zrobić jednym słowem: przekora.
W Polsce Tyrmand czuł się gnębiony przez klatkę i konserwę peerelowskiego komunizmu (więc się temu przeciwstawił przekornie swoim para-bitnikowym liberalizmem); w Stanach zaś uderzył go przechył w kierunku (notabene też lewackiej, zdaniem konserwatystów) przesadnej, jego zdaniem, „wolnościowej” kontestacji kontrkulturowej, więc się ustawił wobec niej okoniem i wyszło na to, że został uznany za konserwatystę. (Myślę, że do tego mogło się także przyczynić to, że założył w tamtym czasie rodzinę i został ojcem.)

*

      Czy można zbliżyć Upadek Camusa z Hańbą Coetzeego? Zapewne. Tak samo jak z bohaterami Kafki. Dlaczego? Bo chyba centralnym punktem tych wszystkich utworów jest coś, co Leszek Kołakowski miał na myśli mówiąc, że „życie każdego z nas jest porażką”.
Na pierwszy rzut oka wygląda to jak klasyczny egzystencjalny pesymizm, ale przecież – po wnikliwszym wejrzeniu – stwierdzenie to wcale nie wyklucza tego, by samo życie uznać za wartość jak najbardziej pozytywną – za coś co może być także znaczone sukcesem a nawet radością istnienia.
Jednakże, mimo tych zbieżności, bohaterowie Camusa, Coetzeego, Kafki są jednak różni.

      Kiedy czytałem Upadek, to czasami zastanawiałem się ile też jest samego pisarza w adwokacie Clemensie, (nawiasem mówiąc jest on postacią dość żałosną, choć na swój sposób nie pozbawioną uczciwości – uczciwości, którą zresztą, paradoksalnie, spowodowała to, że owego upadku doświadczył on doświadczył.
Zarówno camusowski Clemence, jak i profesor Lurie z książki Coetzeego doznali w pewnym okresie swojego życia wstrząsu, który był dla nich zarówno hańbą jak i właśnie upadkiem – i obaj raczej świadomie się temu poddali (może nawet to sprowokowali), tyle że Clemence zrobił się z tego powodu bardzo gadatliwy (książka Camusa to właściwie jego spowiedź), natomiast Lurie zamilkł.
Mówiąc jednak poważniej: tym co ich łączy najbardziej to swoiste „wydrążenie” – poczucie dojmującej pustki, doświadczenie absurdu, niemożność osiągnięcia jakiejkolwiek satysfakcji, niezdolność do miłości…

*

      Ktoś, oglądając moje zdjęcia Manhattanu, powiedział: „Pomimo dużej ilości szkła i odbić, ta przestrzeń przytłacza, sprawia wrażenie zamkniętej i nieskończonej…”
Trafne spostrzeżenie. Te fotografie ukazują jednak pewien paradoks, bo Manhattan rzeczywiście sprawia wrażenie przestrzeni zamkniętej, która nasz przytłacza – a jednocześnie wydaje się być czymś nieskończonym., daje oddech.

*

      Baudrillard w swoim słynnym eseju o Ameryce pisał: „Czas, który oni tu spędzają w bibliotekach, ja spędzam na pustyniach i drogach. Podczas gdy oni czerpią materiał do rozmyślań z historii idei, ja czerpię go z codzienności, z ruchu ulicznego i krajobrazów. Moje polowania urządzam nie w konferencyjnych salach uniwersytetów, lecz na pustyniach, w górach, na freeways, safeways, w Los Angeles, ghost towns albo downtowns. Ich pustynie znam lepiej od nich, bo oni odwracają się plecami od własnej przestrzeni, jak niegdyś Grecy odwrócili się plecami od morza, i te pustynie dostarczają mi tylu wiadomości o konkretach życia społecznego w Ameryce, ilu nigdy nie zdobyłbym uczestnicząc w oficjalnym życiu społecznym czy intelektualnym”.

      Baudrillard niby taki terenowiec – pisze, że on tylko na pustyniach i na drogach, a wcale nie w bibliotece – ale ta jego Ameryka jest chyba najbardziej akademicką (w sensie: przeintelektualizowaną) książką o Stanach, jaką czytałem. Zdecydowanie bardziej do mnie trafiało to, co pisał o amerykańskim krajobrazie – i o samym kraju – Czesław Miłosz, mimo że moje spojrzenie na Amerykę było inne.
A pustynia? To prawda, pejzaż pustynny w Ameryce mnie zauroczył, może dlatego, że… tak naprawdę nigdy się nie musiałem z nią zmierzyć bez cywilizacyjnej ochrony.

*

     Tak już jest, że potrafimy się bardziej przejąć tragedią jednego człowieka, niż tragedią 30 mln. ludzi. Czyli: bardziej działa na nas tragedia detaliczna, niż hurtowa.
Dlaczego? Najprawdopodobniej dlatego, że konkretny człowiek nie jest dla nas abstrakcją taką, jaką jest 30 mln. ludzi.
Mało tego! Dlaczego wrażliwa, myśląca, inteligentna osoba będzie rozpaczać nad stratą swojego rozjechanego kotka, a nie uroni łzy nad umierającymi każdego dnia z głodu i chorób tysiącami dzieci? No, dlaczego?
Empatia to kapryśne zwierzę.

*

      Sporo ludzi uważa, że świat jest jednym wielkim handlowiskiem, że wszystko da się kupić, że można (a nawet trzeba) bezwzględnie forsować własne interesy (bez względu na ich etyczną wartość), innymi słowy: że cel uświęca środki…
Ja tak nie uważam. Według mnie zabójstwo zawsze pozostanie zabójstwem, oszustwo – oszustwem, kłamstwo – kłamstwem, zdrada – zdradą… bez względu na to, jak wspaniały jest (niby) cel, do którego się dąży

*

      Jeśli nadal wydaje się nam, że tym, co ma zapewniać pokój na świecie jest strach, to dalej jesteśmy Średniowieczu (choć, niestety, Machiavelli, dzięki któremu ta doktryna się rozpowszechniła, żył już w Renesansie).
Wierzę w to, że wojen w ogóle mogłoby nie być (albo innymi słowy: mogę sobie taką sytuację wyobrazić) tylko nie jestem pewien, czy kiedykolwiek ludzkość zdoła się wynieść na taki poziom etyczny – tzn. zupełnej rezygnacji ze zbrojnej agresji w rozwiązywaniu międzypaństwowych sporów i konfliktów. Czy stać nas na wyjście ze stanu barbarzyństwa, w którym zabijanie prowadzi nas do jakiegoś celu?

      Oczywiście istnieją sytuacje, w których trzeba wybrać tzw. mniejsze zło, albo uczynić zło, by zyskać coś, co jest dobrem, ale ten kompromis jest jednak bardzo zdradziecki i mający jednak w sobie coś z kompromitacji dobra, które się tym zyskuje.
Uważam, że istnieje jednak granica, której przekraczać się nie powinno – bo wtedy Zło staje się czymś, czego już nie można usprawiedliwić (a czynione tym sposobem Dobro staje się skażone).
Ziemia pełna jest trupów (a nasza historia nikczemności), które były wynikiem tego, że Dobro starano się uzyskać za pomocą czegoś, co było jednak ewidentnym Złem (faszyzm, komunizm, anarchizm, rewolucjonizm… o zbrodniach popełnianych w imię Kościoła nie zapominając).

*

      Nie każdy idealizm jest zły. Ale trudno się nie zgodzić z tym, że więcej szkody na świecie wyrządzili idealiści, niż realiści.
Najgorsze jest zaślepienie idealizmem, fanatyzm. Ale racjonalizm w stanie czystym też byłby nie do zniesienia.

      Problem w tym, że czasem idealiści chcą być realistami (i na odwrót) – i często kończy się to równie żałośnie.

*

      Im dłużej żyję, tym bardziej mi się wydaje, że umieć żyć to jest to samo, co umieć umierać.

*

      Wielu z nas, zwłaszcza w młodości, pragnie iskry, chce się zapalić – nawet jeśli grozi to „ofiarnym stosem”. Tylko że, rzadko kto decyduje się rozniecić wielki pożar, wskoczyć w ogień – spalić się tak, jak palili się np. poeci przeklęci. To właśnie ta tęsknota za ogniem tworzy kult poety wyklętego – podziw dla kogoś, kto (dzięki swojej sile, a może nawet słabości) poszedł w ogień „na całego”, bez rezerwy, totalnie się zatracając w swoim przeklętym losie. Podziw dla kogoś, kto robi coś, na co nie stać większości „zwykłych” ludzi – czy to ze słabości, czy to z rozsądku, czy to ze strachu, a może wskutek działania jakiegoś samozachowawczego instynktu… Zawsze jest coś za coś.
Zresztą, nie każda iskra musi wzniecać pożar, który jest destrukcją. Wystarczą te iskry, które właśnie pozwalają nam smakować, czy też celebrować samo życie. Ta domieszka szaleństwa, bez której życie jest nudne, blade i banalne.

*   *   *

.

Inne odcinki cyklu przeczytać można  TUTAJ

.

NORWEGIA

.

norwegia

W krainie fiordów

.

     Trafiłem wreszcie do Północnej Krainy. Skandynawia, a zwłaszcza Norwegia, zawsze była na liście marzeń moich podróżnych i latem tego roku udało mi się tam dotrzeć. Dwa tygodnie spędzone w Norwegii to jest zdecydowanie za mało, niemniej jednak pozwalało na skosztowanie tego kraju, rzucenie okiem na jego naturalny splendor, poczucie klimatu i zetknięcie z zamieszkującymi go ludźmi. Poniżej przedstawiam szkic trasy, którą wraz z żoną przemierzyliśmy podczas trwającej 9 dni podróży po zachodnio-południowej części Norwegii. To rejon, gdzie można zobaczyć słynne fiordy, góry wraz z ich dziką i surowa przyrodą, wreszcie nabrzeżne miasta, takie jak Stavanger czy Bergen, jakże charakterystyczne, bo oddające atmosferę kulturalną kraju i przesiąknięte jego historią. Opis tej podróży jest dość skrótowy – bardziej techniczny, niż opisowy – niemniej jednak pozwalający na ogarniecie najważniejszych odwiedzonych przez nas miejsc. Być może będzie jeszcze okazja, by podzielić się bogatymi wrażeniami, których na naszej trasie nie brakło, jak również refleksjami, które cała ta norweska przygoda sprowokowała. Przy okazji prezentuję mały wybór zdjęć, jakie udało mi się zrobić. Sądzę, że dość wiernie odzwierciedlają one obrazy jakie odsłaniały się przed moimi oczami.  Mam również nadzieję, że – przynajmniej w jakiejś mierze – oddają piękno tego niezwykłego kraju, jakim bez wątpienia jest Norwegia.

greydot

 

1-norwegia

W drodze do Lillehammer

DZIEŃ 1: OSLO – LILLEHAMMER

     Tego nie miałem we wcześniejszych planach, lecz kiedy zorientowałem się, że na trasie z Oslo do Ålesund jest kilka ciekawych miejsc, których nie można byłoby odwiedzić ze względu na ponad 10-godzinny przejazd między tymi miastami, postanowiłem wypożyczyć samochód dzień wcześniej i podjechać na dodatkowy nocleg do oddalonego o dwie godziny jazdy od Oslo Lillehammer. Miasto zasłynęło z odbytej tu przed laty zimowej olimpiady, pewnie warte byłoby większej uwagi, jednak tym razem posłużyło nam tylko jako noclegownia. (Swoją drogą spaliśmy w ciekawym miejscu, bo w przerobionym na hotel budynku starego dworca kolejowego, na nieszczęście jeszcze czynnego, co okazało się pewną – choć nie tak wielką – uciążliwością w nocy, ze względu na przejeżdżające pociągi.) Zanim tam dotarliśmy, nasz znajomy, który udzielał nam gościny w swoim domku pod Oslo (jeszcze raz dzięki wielkie, Sławku!) podwiózł nas na międzynarodowe lotnisko pod Oslo, gdzie miałem zarezerwowany samochód. Niestety, jako że stawiłem się w wypożyczalni dzień wcześniej, zamówiony przeze mnie SUV nie był jeszcze dostępny, zamiast tego dowiedziałem się, że dysponują wolnym… mercedesem. No trudno! Wyboru nie miałem, więc wziąłem, co dawali. Droga do Lillehammer zleciała nam szybko. Za szybą przesuwały się dość sielskie widoki płaskiej jeszcze Norwegii (patrz zdjęcie powyżej), przyzwyczajałem się do samochodu (prowadziło się go świetnie, choć z wsiadaniem było różnie), tak że wieczorem szczęśliwie dotarliśmy na miejsce.

Dystans: 190 km; nocleg: Lillehammer Stasjonen Hotel. 

greydot

.

2-norwegia

Wspinając się na Drabinę Trolli

DZIEŃ 2: TROLLSTIGEN

     Tego dnia nastąpiło nasze pierwsze spotkanie z górami, a właściwie z rzeźbą terenu, jaką zawdzięczamy fiordom. Wyjechaliśmy z naszego dworcowego hotelu w Lillehammer wcześnie rano, po znakomitym (jak zresztą we wszystkich – jak się okazało – norweskich hotelach) śniadaniu. W ciągu kilku godzin jazdy krajobraz zaczął się zmieniać radykalnie, a kiedy wjechaliśmy do okręgu Møre og Romsdal naszym oczom ukazały się strome, wysokie na prawie kilometr, granitowe ściany. Patrzyliśmy na Trollveggen – wznoszącą się nad nami na wysokość 1800 m. Ścianę Troli, najwyższy w Europie blok granitowy, prawdziwe wyzwanie dla alpinistów, którzy po  raz pierwszy zdobyli ją dopiero w 1958 r. Nasza droga prowadziła głęboką doliną utworzoną przed tysiącami lat przez fiord. Zaskoczony byłem bujnością oraz intensywnym kolorem flory wypełniającej dolinę. Spodziewałem się bardziej surowego krajobrazu, skąpej roślinności… a tu taka orgia zieleni i obfitość wegetacyjnego życia. Na kilka kilometrów przez Åndalsnes, zamiast jechać krótszą i łatwiejszą drogą do Ålesund, odbijam na południe w kierunku Valldal, a to po to, by wdrapać się po słynnej Trollstigen, czyli Drabinie Troli, która jest jedną z najbardziej dramatycznych górskich dróg  na świecie. Serpentynami pniemy się stromo do góry, w niektórych miejscach droga staje się jednopasmowa, za każdym zakrętem przepaść, wielka woda bardziej spada niż spływa ze stromego zbocza tuż obok, tworząc spienione i huczące kaskady. Na szczęście pokonujemy Trollstigen bez większego vertigo i zatrzymujemy się na przełęczy w visitors center, skąd krótkim szlakiem przechodzimy na wiszącą nad przepaścią platformę widokową, z której w całej swojej potędze i krasie odsłania się przed nami otchłań Wielkiej Doliny  – z wijącą się pod nami mokrą wstążką serpentyny oraz  majaczącym na horyzoncie miasteczkiem Åndalsnes. Jesteśmy też blisko skandynawskiej tundry, którą – wśród rumowisk skalnych i granitowych głazów – tworzy roślinność skąpa, gdyż mająca na swój rozwój zaledwie kilka cieplejszych miesięcy w roku. Żegnamy się z przełęczą (droga otwarta jest tylko od maja do października) i zjeżdżamy po drugiej stronie góry. Po paru godzinach jazdy – głównie brzegiem fiordów Nordall i Stor – docieramy do Ålesund. Jest godzina 10 w nocy, czy też raczej wieczór, bo słońce zajdzie dopiero za pół godziny.

Dystans: 370 km; nocleg: Clarion Collection Hotel Bryggen.

greydot

.

3-norwegia

Panorama Ålesund

DZIEŃ 3: ÅLESUND

     Śpimy w samym centrum Ålesund, więc rankiem udajemy się na spacer po jakże malowniczym mieście. Kiedyś był to największy port rybacki w Norwegii, jednakże został on niemal całkowicie spalony w 1904 roku. Jednak (ponoć) nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Z pomocą w odbudowie miasta pośpieszyła Europa, zwłaszcza Niemcy i w trzy lata Ålesund odbudowano – jeszcze piękniejsze, niż było, bo całe w stylu Jugendstil – art noveau. Obawialiśmy się nieco zapowiadanego deszczu, lecz –  mimo że niebo spowite było chmurami – nie padało. To zachęciło nas do wspinaczki na pobliskie wzgórze Aksla, skąd można obejrzeć panoramę miasta i okolic. W miarę jak wchodziliśmy coraz wyżej, pogoda robiła się coraz lepsza, a kiedy dotarliśmy na górę, była już po prostu piękna. Tak samo jak widok, który rozpościerał się przed nami: mały półwysep, na którym rozłożone było Ålesund, otoczony wodami zatoki – fiordu – morza (na poszarpanym norweskim wybrzeżu trudno je rozgraniczyć) i widocznymi w oddali wyspami. Niestety, już około południa musieliśmy opuścić miasto, by dojechać do Hellesylt, skąd promem udaliśmy się do Geiranger, płynąc niemal dwie godziny najsłynniejszym norweskim fiordem Geiranger, zwanym Królem (wszystkich) Fiordów. Droga do Hellesylt była niezmiernie widowiskowa, jak zresztą każda droga prowadząca fiordową doliną – z lazurową wodą i porośniętymi lasem zboczami, tudzież z bajecznymi, małymi osadami rozłożonymi nad brzegiem i otoczonymi seledynowo-zielonymi łąkami. Na pierwszy prom nie zdążyliśmy, więc musieliśmy czekać półtorej godziny do następnego. Dzięki temu spotkaliśmy rodaka, Krzysztofa, zapalonego fotografa, który z niejednego pieca chleb jadł, mieszkał już w różnych zakątkach świata, ale twierdził, że najlepiej mu teraz w pobliskim Åndalsnes, gdzie znalazł pracę i zatrzymał się na dłużej. Przez Geirangerfjord płynął niejeden raz – najczęściej pokazując go swoim gościom (tak było również i tym razem). Rejs upłynął nam na podziwianiu wspaniałego fiordu i jego licznych wodospadów, a cały czas towarzyszyły  nam stada mew, (które jadły pasażerom z ręki). Wkrótce dopłynęliśmy do maleńkiej osady położonej na samym końcu fiordu Geiranger (i mającej taką samą nazwę jak on). Na szczęście turystyczne tłumy autobusowe już się przewaliły, w osadzie było więc cicho i spokojnie, a my po chwili dotarliśmy do naszego hotelu, który widzieliśmy wcześniej z promu. Punkty widokowe na krawędziach fiordu – i zwiedzanie osady – zostawiliśmy sobie na następny dzień, wieczór spędzając na kolacji w naszym hotelu,  gdzie na najwyższym pietrze – i ze wspaniałym widokiem – mieściła się restauracja.

Dystans: 90 km; (nie licząc rejsu promem po fiordzie); nocleg: Grande Fjord Hortel.

greydot

.

4-norwegia

Król fiordów – Geiranger

DZIEŃ 4: FJORD GEIRANGER – GAMLE STRYNEFJELLSVEGEN – PARK NARODOWY JOTUNHEIMEN

      Miejscowość Geiranger bardziej przypomina turystyczna osadę, niż wieś czy miasteczko – rankiem jednak było tu stosunkowo pusto, bo większość przyjezdnych spała, a tłumy z promu i autobusów jeszcze się nie wysypały. Po spacerze szlakiem towarzyszącym hucznym kaskadom utworzonym przez rzekę wpadającą do fiordu, wspięliśmy się samochodem po serpentynach na położone na krawędziach fiordu platformy widokowe (norweska klasyka), a następnie skierowaliśmy się na południe, by wydostać się z doliny, zatrzymując się jeszcze w kilku różnych miejscach, bo za każdym zakrętem fiord wyglądał inaczej (godna polecenia jest tu półka skalna Flydalsjuvelt, wisząca dramatycznie nad przepaścią fiordowej doliny, z widokiem iście nieziemskim. Wjeżdżaliśmy coraz wyżej ku górskiej przełęczy, straciliśmy już z oczu Geirangerfjord, lecz nie mogliśmy nie zboczyć z drogi Rv63 na wąski trakt prowadzący na szczyt góry Dalsnibba, skąd rozpościerał się widok (na dolinę, fiord i okoliczne góry) bijący na głowę wszystkie inne. Mimo, że był to środek lata, panowała tu jeszcze zima i dął wiatr lecz krystalicznie czyste powietrze umożliwiało nam sięganie wzrokiem hen – aż po kres górskiego krajobrazu, dzięki czemu wydawało się nam, że jesteśmy na krawędzi europejskiego kontynentu. Rzadko kiedy jest na Dalsnibbe tak dobra widoczność, zwykle góra spowita jest mgłą i pada deszcz lub śnieg. My mieliśmy jednak to szczęście – podobnie jak na całej naszej trasie w Norwegii. Zjechawszy ze szczytu wróciliśmy na Rv63, ale nie wybraliśmy bezpośredniego kierunku na Lom, tylko odbiliśmy na zachód, by wysoko w górach przejechać drogą Gamle Strynefjellsvegen (258) rekomendowaną nam dzień wcześniej przez naszego nowego znajomego rodaka z Åndalsnes. Ze wszech miar warto było – to najstarsza „turystyczna” droga w Norwegii, wybudowana jeszcze w XIX wieku – prowadziła górskimi grzbietem wśród głazów i jeziorek z jaskrawo-trurkusowym lustrem wody. Stoki pokryte były śniegiem, (znajdują się tutaj doskonałe szlaki narciarskie) ale sama droga była przejezdna, spotykaliśmy nawet na niej cały kolarski peleton. No a potem był lunch – piknik na skraju drogi – w towarzystwie baranów i krówek (nigdzie na świecie nie spotkałem tak zdrowo wyglądających bydlątek) – w sielskiej scenerii zielonych łąk i pasterskich chatek otoczonych skalnymi ścianami. W Lom zatrzymaliśmy się, by obejrzeć pierwszy na naszej trasie stavkirke. Ale czekał nas jeszcze tego dnia Park Narodowy Jotunheimen, więc po krótkich wizytach w kościele i znajdującym się już poza miastem historycznym hotelu-skansenie Elveseter (istne dziwowisko) ponownie zaczęliśmy się wspinać do góry. Jotunheimen znaczy w języku tubylczym „Dom Gigantów” i jest to najbardziej ukochana przez Norwegów (i nie tylko) „dzicz” – ponad tysiąc kilometrów kwadratowych górskiej „pustyni”, znaczonej dziesiątkami lodowców, setkami szczytów wyrastających ponad 2 km n.p.m., jeziorami, wodospadami, gołoborzami, tundrą… Niestety, jakże żałowałem, że mogliśmy tylko przez park Jotunheimen przejechać – na otarcie łez mając świadomość tego, że Sognefjelled Rd to najwyżej położona górska droga Europy (nota bene zwana także „drogą po dachu Norwegii”) i kilka przystanków, dzięki którym mogłem utrwalić moim Nikonem otaczający mnie splendor Natury. Robiło się już późno, zjechaliśmy do doliny Lustrafjorden i późnym wieczorem zawitaliśmy na nocleg do domu gościnnego Nes Gard.

Dystans: ok. 250 km; nocleg: Nes Gard Inn.

greydot

.

5-norwegia

Podziwiając stavkirke w Borgund

DZIEŃ 5: NES GARD – BORGUND STAVKIRKE – ŚNIEŻNA DROGA AURLANDSVEGEN

      Do południa leniuchowanie – po nocy spędzonej w jednym z najlepszych B&B Norwegii, jakim jest Nes Gard Inn – z butelką wina na ganku z widokiem na Lusterfjorden, malowniczy kościółek i wodospad Feigum po drugiej stronie fiordu. Po iście królewskim śniadaniu (przy świecach!) – wypad na pobliską przystań, maliny i wiśnie rosnące przy kościółku… Kusił Feigumfossen na przeciwległym brzegu, kusił położony  na drodze do wodospadu Urnes Stavkirke (wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO), lecz trzeba było wybierać, bo jeszcze tego samego dnia musieliśmy dotrzeć do Bergen. Zdecydowaliśmy się więc na odwiedziny najlepiej zachowanego stavkirke (polska nazwa: „kościół słupowy”) w Norwegii (w X – XIII wieku wybudowano ich tutaj około tysiąca, do dzisiejszych czasów przetrwało zaledwie 28 i stanowią one jedne z najstarszych zabytków drewnianych w Europie). Mowa oczywiście o Borgund Stavkirke z 1150 roku. To unikalna w skali światowej budowla łącząca chrześcijaństwo z pogaństwem – świętych katolickich z bóstwami Wikingów – styl romański z charakterem na wskroś nordyckim, w którym znalazło się miejsca zarówno na znaki runiczne, krzyże świętego Andrzeja i smoki. A wszystko rzeczywiście doskonale zachowane i w drewnie (na szczęście centrum turystyczne wybudowane w sporym oddaleniu od samego kościółka, więc można się było zmieścić w czasie wolnym od autokarowych hord). Wróciwszy do miasteczka Lærdal, mieliśmy do wyboru dwie drogi prowadzące do Bergen: jazdę najdłuższym tunelem świata, blisko 25 kilometrowym Lærdalstunnelen łączącym Lærdal z Aurland lub przejazd na drugą stronę gór tzw. Drogą Śnieżną Aurlandsvegen (Snøvegen). Oczywiście, nie zastanawiałem się nad tym długo, dzięki czemu już wkrótce ponownie otaczały nas zapierające dech w piersiach krajobrazy (na niektórych odcinkach zmuszony byłem zatrzymywać się dosłownie co kilkadziesiąt metrów – bo jak w kalejdoskopie zmieniała się perspektywa i piękno różnych zakątków tej fantastycznej okolicy. No stronie Norwegofil (z ciekawym mottem: Fiordy jedzą nam z ręki), znalazłem opis tej drogi tak zgrabny, że postanowiłem zacytować go tutaj niemal w całości: „Z Lærdal trasa biegnie wzdłuż potoku, dnem doliny Erdalen, po czym wznosi się powyżej poziomu lasu odsłaniając widok na surowy, skalisty krajobraz i ośnieżone szczyty gór sięgające wysokością 1500 m n.p.m. Na kolejnych kilometrach biegnie przez płaskowyż, mijając górskie jeziora i kilka porozrzucanych rzadko gospodarstw. Latem łatwo zaobserwować jak szybko zmieniają się otaczające nas kolory. Od ciepłych zieleni w dolinie, przez rudości i brązy w wyższych partiach, aż po szarości i biel śniegu na samym szczycie. Kontrasty są zaskakujące, w dolinie dzieci kąpią się w wodach fiordu, kiedy na górze w tym samym czasie można chodzić po śniegu. Najciekawszy z widoków Snøvegen rozpościera się tuż przed Aurland, z nowo zbudowanego punktu widokowego Stegastein. Z położonej na wysokości 650 m n.p.m. platformy rozpościera się wspaniała panorama na Aurlandsfjorden oraz okoliczne góry. Przy ładnej pogodzie wrażenie jest niezapomniane.” Wszystko się zgadza – potwierdzam. Żal było opuszczać te strony, ale przecież czekało nas – oddalone o parę godzin jazdy – najbardziej ekscytujące (oprócz Oslo oczywiście) miasto norweskie – Bergen.

Dystans: ok. 300 km; nocleg: Hotel Park Bergen.

greydot.

bergen

Bryggen – nabrzeże w Bergen

DZIEŃ 6: BERGEN

      Przez wiele stuleci Bergen było zarówno stolicą, jak i największym miastem Norwegii. Dzisiaj tylko Oslo może się z nim równać, jeśli chodzi o bogactwo życia kulturalnego i energię społeczności zasilanej entuzjazmem i oczekiwaniami przybyszów z zewnątrz, choć obecna stolica ustępuje miastu nad Morzem Północnym pięknem położenia – bo topograficznie Bergen jest prawdziwym klejnotem: umiejscowione (niczym Rzym) na siedmiu wzgórzach, stanowi ponadto doskonałe miejsce wypadowe do krainy południowo-zachodnich fiordów. Jednym zdaniem: norweska esencja. Na skosztowanie miasta mieliśmy tylko jeden dzień, ale, jako że mieszkaliśmy przez dwie noce bardzo blisko centrum (w znakomitym Hotel Park – nawiasem mówiąc wszystkie miejsca noclegowe, w jakich zatrzymywaliśmy się podczas naszej podróży, były bardzo ciekawe – zarówno jeśli chodzi o architekturę i wystrój wnętrza, jak i charakter i kuchnię – warte więc są osobnego wpisu), to był baaaardzo długi dzień, a ponadto słoneczny, co jednak nie jest tutaj regułą, bo Bergen jest najbardziej deszczowym miastem Skandynawii (pada tu zwykle 220 dni w roku). Znów więc mieliśmy – jeśli chodzi o pogodę – wielkie szczęście. Od naszego hotelu do serca Bergen, jakim jest nabrzeże portowe Bryggen, dzielił nas zaledwie półgodzinny spacer, w czasie którego oswoiliśmy się z uliczkami miasta, natrafiając na kilka ciekawych budynków (uwagę naszą zwrócił zwłaszcza gmach Teatru Narodowego, którego swego czasu dyrektorem był sam Henryk Ibsen) by w końcu trafić na Torget, gdzie każdego dnia tygodnia odbywa się prawdziwy spektakl handlowy, jakim jest targ rybny (sprzedaje się na nim także owoce i kwiaty). Panował tu ruch jak w ulu, ryby były świeże (wyłowione nocą z morza) więc ich zapach dość przyjemnie drażnił lekko nozdrza; obfitość owoców morza – ich kolory  i kształty – przyprawiał o lekki zawrót głowy; za straganami, chłodniami ladami spotkaliśmy głównie młodych imigrantów z Europy Środkowej (wśród których dominowali oczywiście Polacy – poznaliśmy nawet dziewczynę, pół-krwi Koreankę i pół-krwi Polkę). Targ położony jest nad zatoką Vågen, nad którą znajduje się też sam port i historyczne Bryggen (UNESCO World Heritage Site), przez blisko pół tysiąca lat okupowane przez głównie niemieckich kupców zrzeszonych w potężnej handlowej Lidze Hanzeatyckiej. Po dawnej świetności Ligi pozostał rząd jaskrawo pomalowanych (czerwono-żółto-pomarańczowo-brązowych) budynków poprzedzielanych wąskimi pasażami z charakterystycznymi załamaniami gontów. Tworzy to wszystko malowniczy widoczek – coś w rodzaju pocztówkowej wizytówki Bergen. Wstąpiliśmy na chwilę do znajdującego się w jednym z budynków Muzeum Hanzeatyckiego, by zobaczyć jak przez stulecia radzili sobie z pracą, mieszkaniem i zarządzaniem (jak również z surowym klimatem) czeladnicy, robotnicy i szefowie tej handlowej korporacji przetwórczo-rybackiej (swego czasu przerabiano tu dziennie 450 ton ryb – głównie dorsza). Kiedy wyszliśmy z ciemnych pomieszczeń na nabrzeże, oślepiło nas jaskrawe słońce, ogrzało ciepło dnia – rozleniwiło trochę zimne piwo, które sączyliśmy nieśpiesznie przy jednym z tysięcy wystawionych na zewnątrz stolików. Aktywność w sam raz na przesiąknięcie panującą tu i teraz atmosferą jakiegoś piwnego słonecznego święta – setki przycumowanych do mola jachtów i łódek, a na nich jedno wielkie niekończące się i wesołe party – Norwegów, Duńczyków, Niemców, Szwedów i Anglików… (w końcu trzeba jakoś odreagować te osiem miesięcy w szarówce i deszczu).  Oczywiście musieliśmy też spojrzeć na miasto z góry, co najlepiej zrobić ze wzgórza Fløyen, na które najłatwiej dostać się z centrum kolejką linową – i to w niecałe 9 minut. Na szczycie jest wielki taras widokowy – no i widok porównywalny tylko z tym, jakiego doświadczyliśmy tydzień wcześniej na wzgórzu Aksla w Ålesund. Z Fløyen można wrócić do miasta kolejką, jednakże my wybraliśmy jeden z kilku szlaków, jakie prowadzą na dół – opcja tym lepsza, że pozwalająca odetchnąć nieco od portowego zgiełku i to na dodatek wśród ożywczego, a zarazem relaksującego piękna lokalnej przyrody. Lecz nie żegnaliśmy się jeszcze z Bergen, bo w restauracji 1877 czekała na nas rezerwacja na kolację składającą się pięciu dań i degustacji tyluż win. Jak się okazało uczta trwała aż trzy bite godziny, ale że była to celebracja urodzinowa mojej żony – połączona na dodatek z wieloma kulinarnymi niespodziankami (głównie pozytywnej natury) – to nie dłużyła się ona nam wcale (przypominaliśmy może trochę te współwięźniarki, które spędziwszy w jednej celi kilkanaście lat, po ich zwolnieniu z więzienia, zatrzymały się jeszcze za bramą na dłuższą rozmowę). Nocny spacer do hotelu zakończył nasz pełen wrażeń – i niezwykle udany – dzień w Bergen.

Dystans: 0 km (samochód nie ruszany, kilka km na piechotę po mieście; nocleg: Hotel Park Bergen.

greydot.

7-norwegia

Zmierzch nad Stavanger

DZIEŃ 7: STAVANGER

      Stavanger z Bergen konkurować nie może, ale też  jest ważnym miastem, które przez stulecia napędzało ekonomicznie i demograficznie rybołówstwo (tutaj głównie: sardynki i śledzie), a przez ostatnie pół wieku – przemysł naftowy (jak wiemy, dzięki odkrytym w latach 60. i 70. wielkich złóż ropy naftowej znajdujących się pod dnem Morza Północnego, Norwegia z kraju dość biednego zamieniła się w jeden z najbogatszych na świecie). Większość dnia zajęła nam nasza podróż z Bergen do Stavanger – droga E39 biegła morskim wybrzeżem – przez półwyspy i wyspy, przez tunele pod dnem morza i przez góry – parę razy musieliśmy też korzystać z promów (trudno sobie wyobrazić poruszanie się po Norwegii bez tuneli i promów, których – wraz z wodospadami i fiordami – znajduje się tu więcej, niż w jakimkolwiek innym kraju na świecie). Późne popołudnie spędziliśmy na spacerze po mieście – godna uwagi jest stara zabudowa miasta Gamle Stavanger oraz Bryggen (tutaj przypominającym miniaturę tego, które widzieliśmy w Bergen) – ale na wizytę w najlepszym na świecie muzeum wydobycia ropy naftowej, jakim jest Norsk Oljemuseum, nie mieliśmy już czasu. Poza tym wypadało dziś wcześniej znaleźć się w łóżku i wypocząć przez jutrzejszą eskapadą do jednego z najbardziej atrakcyjnych – wręcz ikonicznych – miejsc Norwegii, jakim jest Preikestolen.

Dystans: 210 km (wliczając w to drogę pokonywaną promem; nocleg: Clarion Hotel Stavanger.

greydot.

8-norwegia-preikestolen

Przechadzając się nad przepaścią po Preikestolen

DZIEŃ 8: PREIKESTOLEN

      Highlight naszej podróży – Preikestolen (czyli Pulpit Rock – Skalna Stolnica) to wznoszący się niemal pionowo w górę, wysoki na 600 metrów granitowy blok, zakończony skalną półką, która przyciąga rocznie blisko 200 tysięcy ludzi z całego świata. Preikestolen to coś w rodzaju turystycznego emblematu Norwegii – geologiczna anomalia, przykuwająca wzrok, testująca lęk wysokości wszystkich, którzy znajdą się na jej płaskiej, przypominającej kwadrat (i nie tak znowu dużej, bo zamykającej się w wymiarach 25 na 25 m) powierzchni. Ze Stavanger można w pobliże Preikestolen dostać się samochodem w półtorej godziny i zostawiwszy pojazd na specjalnym parkingu, wyruszyć na szlak liczący niespełna 4 km, by po mniej więcej dwu godzinach wspinaczki (pokonując w pionie ok. 330 m), dotrzeć na skalną półkę. Tak też zrobiliśmy. Kiedy dotarliśmy do trailhead (miejsca gdzie zaczynał się szlak), parking było już wypełniony stekami samochodów, lecz jeszcze znalazło się dla nas miejsce, więc po zmianie butów i ubrania, wyruszyliśmy w drogę. Na początku było dość lekkie podejście, jednak potem zaczęła się jedna stromizna, później druga – i wtedy zrozumiałem, co mieli na myśli autorzy przewodników, pisząc, że wybierając się na Preikestolen trzeba jednak mieć dobrą kondycję. My jednak jakoś sobie z tym poradziliśmy – i chyba większym uprzykrzeniem dla nas były tłumy ludzi, które uparły się dostać na Pulpit Rock w tym samym czasie, co my. Półka zaczęła się dość niepostrzeżenie i prawdę mówiąc, kiedy stanęło na jej powierzchni, to miejsce nie wyróżniało się niczym szczególnym. Dopiero kiedy podeszło się blisko krawędzi i spojrzało w dół – można było oniemieć na widok 600-metrowej przepaści i wspaniałego Lysefjorden, rozciągającego się na dziesiątki kilometrów – aż po sam horyzont. Niektórzy śmiałkowie-ryzykanci siadali na brzegu krawędzi, machając w powietrzu nogami; ci bardziej strachliwi kładli się na skale i tylko wysuwali ponad krawędź głowę, by spojrzeć w znajdującą się pod nimi otchłań. Znajomi w tym czasie trzaskali im imponujące foty, którymi można się będzie pochwalić po powrocie do domu. Bo skałę wraz ze znajdującymi się na niej ludźmi, najlepiej jest jednak widać z pewnej perspektywy i pewnego oddalenia – trzeba jednak wspiąć się jeszcze nieco wyżej, uważając za każdym krokiem, by nie runąć w przepaść (zaskakująca była dla mnie wiadomość, że mimo iż na Preikestolen nie ma żadnych zabezpieczeń, to aż do 2013 roku nie zdarzył się tu żaden wypadek śmiertelny – podejrzewam, że do tego pierwszego przyczyniła się moda na selfie). Widoki były przepiękne – surowa kraina rozciągała się przed nami niczym bajka Północy (przypomniał mi się niedawny serial o Wikingach, a nawet animowany przebój disney’owski Frozen). Na Preikestolen – i w jego okolicy – spędziliśmy dobrych parę godzin. W międzyczasie tłum się znacznie przerzedził, na półce zostało tylko kilkanaście osób, w sam raz by utrwalić ten niezwykły widok z ludzkim akcentem na zdjęciach). No i wracaliśmy szlakiem swobodniej, nie mieszając się z innymi piechurami, i na nikogo nie wpadając. Wyczerpani i deczko zmęczeni – ale tym zmęczeniem odprężającym, bo wynikającym z fizycznego wysiłku i kontaktu z Naturą – dotarliśmy na parking do samochodu. Ania mogła się zupełnie odprężyć, ja nie za bardzo, bo czekała mnie jeszcze kilkugodzinna jazda do Nesflaten na nocleg. Nie było łatwo, zwłaszcza że po niedługim czasie lunął z nieba ulewny deszcz (pierwszy podczas naszej 9-dniowej wyprawy) więc z wielką ostrożnością trzeba było pokonywać górskie serpentyny, ostre zakręty, liczne tunele i mosty – jadąc drogami wzdłuż fiordów, pod stromo wiszącymi skałami… Mimo aury dostrzec można było piękno i majestat okolicy – żal było, iż znaleźliśmy się tu tylko przejazdem.

Dystans: 165 km; nocleg: Energihotellet, Nesflaten.

greydot.

9-norwegia

Zielona kraina

DZIEŃ 9: POWRÓT DO OSLO

Tego dnia czekała nas długa droga do Oslo. Nocowaliśmy w ciekawym miejscu – budynki Energihotellet (nazwa hotelu) należały kiedyś do kompleksu elektrowni wodnej w Nesflaten. Minimalistyczny, maleńki (choć z dużym wygodnym łóżkiem) pokój nadawał się właściwie tylko do spania, lecz kiedy rankiem obudziliśmy się i odsłoniliśmy kotary w oknie, oczom naszym ukazał się niesamowity widok na jezioro i spowite mgłą góry (wreszcie prawdziwie „norweska” aura”). I rzeczywiście, okno, które stanowiło całą ścianę pokoju, było niczym olbrzymi obraz (takie było założenie architekta, ponoć w Norwegii znanego), który można było podziwiać z łóżka. Po śniadaniu w wielkiej hali (co za kontrast z klateczkami pokojów), wyruszyliśmy w trasę. Nie spodziewaliśmy się po tym dniu wiele, ale mimo to trafiliśmy do paru ciekawych miejsc. Wprawdzie planowałem zobaczyć po drodze słynny, największy chyba kościół klepkowy w Norwegii, czyli Heddal stavkirke, to zaskoczeniem był dla mnie kościółek w Røldal, do którego trafiliśmy właściwie przypadkiem. Jego wnętrze okazało się najpiękniejszym wnętrzem z wszystkich, jakie widzieliśmy w tego typu kościołach. Dalej była jazda przez góry, wzdłuż fiordów, brzegami jezior… Kierował nami GPS i muszę napisać, że wiernie mu byłem posłuszny, choć nie prowadził on nas drogą najłatwiejszą (jak się dość szybko zorientowałem), ale za to najciekawszą, bo biegnącą jakimiś lokalnymi traktami (off the beaten path) – dróżkami nieasfaltowymi, często prowadzącymi przez górskie przełęcze rejonów Rogaland i Telemark. Dzięki temu mogliśmy doświadczyć prawdziwie surowego krajobrazu centralnej Norwegii tudzież wypróbować naszego mercedesa na żwirowych drożynach i wertepach. Paru-godzinna wizyta w Heddal stavkirke była ostatnim – wszak bardzo ciekawym – punktem naszej eskapady. Pod wieczór dotarliśmy do Oslo – ostatni odcinek trasy jadąc już autostradą. Po oddaniu samochodu zostaliśmy przygarnięci przez naszych przyjaciół i rodzinę.

Dystans: 325 km; nocleg: okolice Oslo – na daczy u Sławka

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

DEKALOG PODRÓŻNY

.

Na Czarnej Plaży - Hawaje

Na Czarnej Plaży – Hawaje

.

W swojej książce „The Tao of Travel” Paul Theroux podaje chętnym do wyruszenia w świat dziesięć zasad (porad):

.
1. Wyjedź z domu
2. Podróżuj samotnie
3. Podróżuj lekko.
4. Weź ze sobą mapę
5. Podróżuj lądem
6. Przejdź pieszo przez granicę narodową.
7. Prowadź dziennik
8. Czytaj powieść, która nie jest związana z miejscem, w którym przebywasz
9. Jeśli musisz mieć telefon komórkowy, staraj się go nie używać.
10. Zaprzyjaźnij się

.

Ciekawe. Jednak należy pamiętać, że pan Theroux jest podróżnikiem „zawodowym”, tudzież pisarzem profesjonalistą – a to po to, by się nie wpędzać w niepotrzebne kompleksy.
Poza tym, zaczął on to swoje włóczęgi po świecie w czasach kiedy podróżowało się zupełnie inaczej niż dzisiaj (i to nie tylko dlatego, że nie było jeszcze wówczas przewodników Lonely Planet).

Można by rady Theroux poddać szczegółowej i rozległej analizie, jednakże pozwolę sobie tutaj na rzucenie kilku dość luźnych uwag à propos każdego „przykazania”.

Ad 1. No tak, wyjazd z domu wydaje się warunkiem koniecznym do tego, by poznać świat indywidualnie, doświadczyć go na własnej skórze, poczuć wszystkimi zmysłami – przemieniając też to wszystko w doświadczenie duchowe. Wprawdzie można podróżować jedynie palcem po mapie i we własnej wyobraźni – ale czy to może zastąpić prawdziwą podróż? To jest dobre jeśli jest impulsem do działania, jeśli stanowi preludium naszej przygody – mobilizując nas do poczynienie konkretnych planów podróży, które znajdą w końcu swoje spełnienie.

Ad 2. Dobrze jest podróżować samotnie. Dobrze jest podróżować w towarzystwie. Tak czy siak… dobrze jest podróżować w ogóle. Jeśli jednak podróżujemy z kimś, to oczywiście towarzystwo to jest bardzo ważne. Tak więc powinno być ono dobre – także wtedy, kiedy podróżujemy samotnie i jesteśmy skazani na towarzystwo samego siebie.
Coś jednak jest na rzeczy w tej radzie Theroux, by podróżować samemu. Bo wydaje się, że podróżnik, kiedy jest sam, może się bardziej skoncentrować – i to nie tyle na sobie, co na własnych doświadczeniach. Ale przede wszystkim na świecie, który poznaje – wejść w bliższy kontakt ze spotkanymi ludźmi (chodzi zarówno o tubylców, jak i innych podróżnych) oraz z miejscami, które odwiedza.

rejs po Brahmaputrze - Tybet

Rejs po Brahmaputrze – Tybet

Ad 3. Tak, dobrze jest mieć lekki bagaż – i nie czuć tego ciężaru posiadanych rzeczy na grzbiecie. Choć ciężar, jaki się ma w duszy, może jednak sprzyjać naszej podróży i ją pogłębić. Przydaje się też więc tzw. „bagaż” doświadczeń. Lecz to prawda: czy widział ktoś prawdziwego podróżnika z wielkimi walizami wypełnionymi toną ubrań na zmianę? Większości wystarcza plecak. I nie mówi się wtedy zbyt dużo o higienie, która nie idzie raczej w parze z włóczęgowskim szlajaniem się po świecie

Ad 4. Mapa jest ważna. Uwielbiam mapy! Wszystkie moje podróże rozpoczynają się od dokładnego studiowania mapy (co było ważne zwłaszcza wtedy, kiedy sam byłem pilotem grupy i ustalałem dla niej trasę podróży). Tak, była to swego rodzaju podróż palcem po mapie, ale już wtedy można buło poczuć dreszcz zbliżającej się przygody. Podsycała się też tym sposobem ciekawość – pragnienie poznania nieznanych jeszcze miejsc.

Ad 5. „Podróżuj lądem.” Hm… dobrze mówić. Ale jeśli chce się dotrzeć do Australii albo Nowej Zelandii? A pisząc poważniej: zasadniczo podróże odbywają się (wypełniają) na lądzie. Samolot jest bardzo dogodnym środkiem lokomocji, który pozwala nam w stosunkowo krótkim czasie dotrzeć do najbardziej odległych zakątków Ziemi. A po wylądowaniu – zaczyna się przecież nasza podróż po lądzie, która może trwać dowolnie długo (w miarę dysponowania czasem, chęcią i środkami, którymi możemy się w podróży wesprzeć). Zaś statek – podobnie jak jacht, żaglowiec, czy łódź – to już zupełnie inna para kaloszy.

Ad 6. Pieszo przez granicę? Tak, to nie to samo, co przekraczanie tej granicy na wodzie czy w powietrzu. Lecz znowu – jak to zrobić, jeśli wybieramy się na inny kontynent i zamiast trzech tygodni wołami musimy przelecieć ten sam dystans w dwie godziny samolotem? Ale rzeczywiście – jednym z moich najmocniejszych (i niezapomnianych) wrażeń podróżniczych było (piesze) przekraczanie granicy Indii z Nepalem. (Dużo by pisać dlaczego.)

Ad 7. Nie zawsze jest czas na prowadzenie dziennika w czasie podróży. Ale warto to robić. Nigdy w domu nie napiszemy czegoś takiego, jak na gorąco, w trasie (bo jest to bardziej sprawa specyficznego stanu ducha, niż wiedzy). W pisaniu o wrażeniach z miejsc, które odwiedzamy, preferuję szczerość. Lekkie podkolorowywanie jest dopuszczalne (można to uznać za pewną „literacką obróbkę”), ale kompletna konfabulacja, przeinaczanie lub ignorowanie faktów – już nie. Irytuje mnie czasem dość bezmyślny „zachwyt” nad „bajkowością” czy „magicznością” miejsca (tego typu frazesy), podczas gdy w rzeczywistości nic magicznego ani zachwycającego tam nie widzimy, wręcz przeciwnie – jesteśmy zawiedzeni, rozczarowani – niekiedy nawet zdegustowani tym co zastajemy (a przecież to ostatnie także może być źródłem interesującego doświadczenia i opisu). Dla mnie bardzo ważny jest jednak autentyzm.

Ad 8. Czytać w trakcie podróży książkę nie związaną z krajem, w którym podróżujemy? No, trochę to przewrotne. Ja się nie dziwię panu Theroux, że podróżując kilka miesięcy po jakichś pustkowiach (zwłaszcza pociągiem), może już mieć czasami wszystkiego dość i chce się od tego oderwać. Ale my? Jeśli mamy na podróż najwyżej kilka tygodni i każda chwila jest dla nas cenna, by chłonąć dane miejsce, kraj, ludzi? Według mnie rada trochę kosmiczna. Jeśli już, to właśnie czytać książkę związaną z odwiedzanym krajem – o przewodnikach nie wspominając.

Ad 9. Precz z komórkami! (To już wolę lochy.)
Jeśli jednak mamy przy sobie komórkę (i zakładając, że jest tzw. „zasięg” – a w najciekawszych kątach Ziemi tego zasięgu najczęściej nie ma), to warto ją używać jedynie jako swoiste „narzędzie” pomocne nam w podróżowaniu. Nie jest dobrze, kiedy w podróż ciągniemy ze sobą cały nasz wirtualny świat – z Facebookiem na czele.

Ad 10. „Zaprzyjaźnij się.” O tak! To jest moim zdaniem najcenniejsza rada jaką daje nam Paul Theroux. Jednakże przyjaźń to duże słowo. Przyjaźń wymaga sprawdzenia się, spełnienia, a na to potrzeba pewnych warunków, jak również czasu. Może więc mówmy o próbie zbliżenia się do ludzi, których w czasie naszej podróży spotykamy (chodzi mi zwłaszcza o tubylców, ale nie tylko). Bez tego nigdy nie będziemy w stanie poczuć smaku, istoty, ducha kraju, który odwiedzamy i który chcemy poznać. A czasami wystarczy jedna chwila, kilka zamienionych słów, jedno wymowne spojrzenie, jeden uśmiech…

I na koniec: fotografowanie w czasie podróży. Wprawdzie Theroux nie formułuje tego jako kolejnego „przykazania” to jednak uważa, że robienie zdjęć jest przeszkodą dla pamięci, bo powoduje, że nie trzeba już danej rzeczy pamiętać. Ponadto, jego zdaniem, tworzy to dystans między rozmówcą a podróżującym. I dlatego nie zabiera ze sobą w podróż aparatu.
Mam zupełnie inne zdanie na ten temat, niż Theroux. Nie chcę podróżować bez aparatu fotograficznego (choć oczywiście taką podróż jestem sobie w stanie wyobrazić, a nawet docenić pewne jej zalety). Bowiem zdjęcia nie tylko dokumentują moją podróż – one stają się jakby częścią kraju (i ludzi), który zwiedziłem, a który chcę zapamiętać. I dzięki tym zdjęciom ten kraj w pewnym sensie mogę zabrać ze sobą do domu. W ten sposób niejako zostaje on ze mną na dłużej. I jednak fakt, że robię ludziom zdjęcia, zbliża mnie do nich – przynajmniej takie mam wrażenie.
Myślę, że na miejscu będzie jeśli przytoczę tu kilka słów, jakie na temat fotografowania (i tej jego ujemnej strony) napisałem podczas mojej podróży po Indii (teraz zauważyłem, że pobrzmiewa w nich zastrzeżenie jakie wysnuł Theroux): „Wyjazd do Indii z traktowanym poważnie aparatem fotograficznym ma swoje dość istotne konsekwencje. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo nadmiernej estetyzacji tego kraju. Również wizualizacji, która zajmuje się powierzchnią, przez co można mieć problem z dotarciem do wnętrza i poznania głębi. Ograniczenie się do patrzenia na obcy kraj przez wizjer aparatu zwiększa zwykle dystans do jego prawdziwej esencji.
Z drugiej jednak strony czuję (być może wikłam się tu w sprzeczności), że w jakiś sposób o wiele uboższe byłyby moje wspomnienia i doświadczenie Indii, gdybym teraz, po powrocie, nie mógł się wesprzeć tymi wszystkimi zdjęciami, gdzie utrwaliłem napływające do mnie zewsząd obrazy, odwiedzane miejsca, a przede wszystkim setki ludzkich twarzy spotkanych osób, w których oczach mogę dziś oglądać ich dusze, dopowiadać sobie historię ich życia.”

*  *  *

Mozaika zdjęć z moich podróży: Świat w obrazach.

.

Nie, żebym przeszedł na buddyzm - to mnisi zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia w jednej ze świątyń w Mandalay (Birma)

Nie, żebym przeszedł na buddyzm – to mnisi zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia w jednej ze świątyń w Mandalay (Birma)

.

TYBET – OBRAZY Z KLASZTORU SAMJE

.

Czajniczek i znicze - wnętrze klasztoru Samje, oprócz mistycyzmu, wypełnia gra światła i cienia

Czajniczek i znicze – wnętrze klasztoru Samje, oprócz mistycyzmu, wypełnia gra światła i cienia

.

Swego czasu poświęciłem klasztorowi Samje cały wpis (TUTAJ), w którym wspominałem swoją wizytę w tym najstarszym buddyjskim klasztorze w Tybecie. Zilustrowałem go wówczas kilkoma zdjęciami, które zrobiłem zarówno w samym klasztorze, jak i jego okolicy, lecz lwia część tych obrazów pozostawała nieodkryta w czeluściach komputerowej pamięci. Trafiłem na nie ostatnio i pomyślałem, że dobrze byłoby je odgrzebać i zaprezentować na stronie Wizji, bo jednak przedstawiają miejsce niezwykłe i dla nas Europejczyków egzotyczne – a przy tym niezmiernie moim zdaniem fotogeniczne.

.

Oczywiście żadne zdjęcie, nawet najlepsze, nie jest w stanie oddać „ducha” ani nawet piękna danego miejsca, co najwyżej przybliżyć je nam nieco – tak, byśmy mogli sobie uzmysłowić, jak ono wygląda. Jest już dobrze, jeśli umożliwia nam wyobrażenie sobie tego, jaki potencjał tajemnicy i czaru skrywa. Tak więc, nawet wtedy, kiedy nasze oczy się pasą, warto także uruchomić i wyzwolić wyobraźnię stymulującą mózg – bo tylko angażując naszą psyche (duszę) możemy wejść w głębszą relację z widzialnym (a może nawet niewidzialnym?) światem.

Sacrum i decorum klasztoru Samje – to estetyka i malowniczy wystrój w służbie mistyki i ezoteryki. Ciekawe są korelacje między pięknem (również tym zmysłowym) a buddyzmem, czyli miedzy estetyką opierającą się na materii, a etyką wywodzącą się z rozumu, serca i duszy. Okazuje się po raz kolejny, że wszystko ze wszystkim się łączy i przenika, tworząc świat, w którym jesteśmy w całości zanurzeni.

greydot.

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

Klasztor Samje (1)a

Strażnik kaplicy na świętym wzgórzu Hepori. W oddali – płynie Brahmaputra.

.

.

Klasztor Samje (1)

Klasztor Samje wybudowano na planie mandali – widok ze wzgórza Hepori

.

.

Klasztor Samje (2)

Główne wejście do klasztoru i znużeni długą drogą pielgrzymi

.

.

Klasztor Samje (3)

Mnisi modlą się wewnątrz Utse – centralnej świątyni klasztoru Samje

.

 

Klasztor Samje (4)

Mistycyzm światła penetrującego zacienione wnętrze klasztornego krużganka

.

.

Klasztor Samje (5)

Mnisie szaty i dzwoneczki – a wokół unosi się zapach kadzideł

.

.

Klasztor Samje (6)

Dolewanie roztopionego masła jaka do świętego ognia – płonące wiecznie znicze nie mogą zgasnąć

.

.

Klasztor Samje (7)

Pali się modlitewny znicz

.

Oto garść zdjęć, które ewokują wspomnienia wyniesione ze spotkania – i doświadczenia – jednego z najbardziej niezwykłych zakątków świata, do jakich udało mi się w życiu dotrzeć. Sam jestem zdziwiony teraz ich różnorodnością, a szczególnie tym, że tworzą tak bogatą i kolorową mozaikę form i kształtów, przedstawiając miejsce, które zazwyczaj kojarzone jest z buddyjskim ascetyzmem, wyciszeniem i rezygnacją ze zmysłowego świata materii. Wprawdzie mnisi zamykają oczy, kiedy recytują mantry i deklamują sutry, lecz ich otoczenie w tym samym czasie emanuje wręcz orgią kolorów i form, tłumioną wszak tutaj mrokiem zaciemnionych wnętrz. A jednak promienie słoneczne penetrują te zakamarki, wprowadzając do klasztornych komnat grę światła i cieni, tworząc smugi w powietrzu wypełnionym zapachem kadzideł i nieduszącym dymem ulatniającym się z płonących, wypełnionych stopionym jaczym masłem zniczy, które oświetlają migotliwie twarze pobożnych pielgrzymów oraz ściany udekorowane kolorowym materiałem, pełne wnęk z figurkami bóstw i świętych mężów.

Wnętrze klasztoru stanowi uderzający kontrast z tym, co znajduje się poza jego – opartymi na planie mandali – murami. Z pustynią i górami, ze skąpaną w słońcu doliną Brahmaputry, z olbrzymim niebem, którego intensywny błękit moderują białe, pierzaste obłoki – wreszcie z wznoszącym się nad Samje świętym wzgórzem Hepori, pełnym kolorowych i trzepoczących na wietrze modlitewnych chorągiewek oraz głazów, na których wyryto i wymalowano słynną mantrę współczucia Om Ma Ni Pe Me Hum, unoszącą się nad tybetańską ziemią, w obojętnej na ludzkie cierpienie pustce nieba.

.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Powiązany wpis: „KLASZTOR SAMJE”

.