ANGKOR WAT – boskość, znój, kamienie i dżungla

Największa budowla religijna świata, otoczona polami ryżowymi i dżunglą, obiekt fascynacji dla ludzi wielu kultur, przedmiot dumy mieszkańców Kambodży, oblegana przez miliony przybyszów z wszystkich zakątków naszego globu, budząca respekt architektów i podziw artystów, intrygująca naukowców i historyków, wymagająca życiowego poświecenia od jej badaczy – zagadkowa, tajemnicza, zdumiewająca ANGKOR WAT.

.

Angkor Wat o wschodzie Księżyca, tuż przez wschodem Słońca

.

       Podobnie jak potężne egipskie piramidy w Afryce, czy imponujące miasta Inków, Majów i Azteków w Ameryce Południowej, to właśnie tajemnicze, oplecione korzeniami drzew, zagubione w dżungli ruiny kamiennych świątyń Khmerów w Azji budziły coraz większą fascynację Europejczyków – w miarę jak nasza (europejska) żądza kolonialnych podbojów i eksploatacji egzotycznych ziem oraz zamieszkujących je ludów ustępowała miejsca chęci poznania starożytnych kultur i cywilizacji, które mimo swego upadku i zagubienia w mrokach dziejów, zostawiły świadectwa swojego architektonicznego i artystycznego geniuszu.

       Angkor Wat jest najsłynniejszą z tych świątyń – a przy tym najlepiej zachowaną – choć popularne skojarzenia z dżunglą i drzewami „duszącymi” zrujnowane od wieków świątynie, odnoszą się raczej do obrazów innych budowli, zwłaszcza do Ta Prohm (w samym Angkor Wat tego zjawiska raczej nie uświadczymy). Podobnie błędne jest zawężanie się tych powszechnych wyobrażeń tylko li do Angkor Wat. To prawda, że budowla ta jest prominentna, ale to zaledwie jedna z wielu świątyń powstałych podczas zdominowania półwyspu Indochińskiego przez Imperium Khmerów, którego lata tzw. „świetności” przypadały mniej więcej na wieki od IX do XIV.

       Może niezbyt elegancko jest to pisać, ale bez powierzchownej choćby wiedzy o khmerskich świątyniach i ich twórcach, jesteśmy niczym ten wół, co to się patrzy na malowane wrota i nie ma większego pojęcia jak, co, kto, po co, kiedy, dlaczego – i z czym to się je. Niestety, podejrzewam, że odnosi się to do lwiej części tych milionowych rzesz turystów nawiedzających ostatnio Angkor.

       Cóż, jest oczywiste, że nie chciałem być takim „wołem” – ignorantem, więc postarałem się „przeorać” jak największą ilość dostępnych mi źródeł, zapoznać się z wieloma artykułami, obejrzeć kilka filmów, przeczytać parę książek… i podzielić się tutaj choćby tym, co uważam za najbardziej istotne dla ogarnięcia fenomenu Angkor Wat, cały czas mając świadomość tego, że moja wiedza nadal jest mocno ograniczona, choć rzucająca pewne światło, pozwalające mi na napisanie tego tekstu.

Ta Prohm

.

WIDOK NIE DO OPISANIA

       W Europie po raz pierwszy zaczęło się więcej mówić o Angkor Wat po opublikowaniu w 1863 roku dzienników i rysunków francuskiego podróżnika i naturalisty Henri’ego Mouhota (trochę to śmieszne, że uznano go wtedy za „odkrywcę” Angkor Wat) który kilka lat wcześniej dotarł do Angkor i oniemiał na widok tego, co tam zastał. Na szczęście swój zachwyt i admirację mógł zapisać w dzienniku, porównując twórcę świątyni do Michała Anioła, zaś samą budowlę do najwspanialszych europejskich dzieł architektury. „Jest większa niż cokolwiek zostawiły nam Grecja czy Rzym” – pisał Mouhout, ale niestety, jeszcze w tym samym zdaniu dodawał: „… i stanowi smutny kontrast z barbarzyństwem, w jakim pogrążony jest teraz ten naród.” W innym zaś miejscu dodawał: „Widok tych majestatycznych ruin budzi głęboki podziw, ale trudno powstrzymać się od pytania, co stało się z tą potężną rasą, tak cywilizowaną, tak oświeconą – z autorami tej gigantycznej pracy.” (Wszystkie tłumaczenia z języka ang. własne.)

       Właśnie: co się stało, że ponad pół tysiąca lat temu wszystkie świątynie (a było ich ok. 700) zostały porzucone, otaczające je miasta opustoszały i zaczęły zarastać dżunglą – i że bezpowrotnie zniknęły obrazy imperialnej i monarszej świetności, jak chociażby ten, opisywany przez chińskiego wysłannika i dyplomatę Zhou Daguana, który pod koniec XIII wieku przez rok mieszkał w Angkor Thom, mieście wybudowanym za czasów panowania króla Dżajawarmana II, w czasach największej prosperity Imperium (notabene Angkor Thom był wówczas największą metropolią świata liczącą ok. miliona mieszkańców):

       „Kiedy nadchodzi król, na czele jego eskorty idzie wojsko, następnie podążają flagi, transparenty i muzyka. Za nimi widać grupę dworek, w liczbie od 300 do 500, ubranych w ozdobione kwiatami szaty, z kwiatami we włosach, trzymających w dłoniach świece. Nawet w jasnym świetle dziennym świece są zapalone. Za nimi idą inne pałacowe kobiety, niosąc lance i tarcze, dalej prywatna straż króla, następnie powozy ciągnięte przez kozy i konie, a wszystko to w złocie. Potem kroczą ministrowie i księżniczki usadowione na słoniach. Przed nimi można dostrzec, nawet z daleka, ich liczne czerwone parasole. Następnie pojawiają się żony króla i konkubiny w palankinach i wozach, na koniach albo na słoniach. Mają one więcej niż setkę parasoli, które całe są w centkach ze złota. W końcu pojawia się stojący na słoniu władca, ze swoim świętym mieczem w dłoni. Kły jego słonia okute są złotem.”

       Kiedy prawie 300 lat później (1586 r.) do miasta Angkor Thom dotarł portugalski misjonarz Antonio de Magdalena, okolica była już prawie wyludniona, ale nadal zrobiło na nim wielkie wrażenie to, co zostało z khmerskich miast i świątyń, a zwłaszcza z Angkor Wat. Wiemy to z przekazu jego towarzyszy, którym opowiedział on o swojej podróży do Kambodży, zanim zginął płynąc na statku, który się rozbił na Oceanie Indyjskim: „W odległości pół ligi od miasta znajduje się świątynia. Ma ona tak niezwykłą strukturę, że nie sposób jest opisać ją piórem. Jest jak żadna inna budowla na świecie, posiada wieże i dekoracje oraz wszelkie doskonałości, jakie tylko ludzki geniusz zdolny jest stworzyć.” Warto dodać, że Antonio w świątyni Angkor Wat zastał wtedy buddyjskich mnichów, którzy zresztą bywali w niej do czasów nam współczesnych, odprawiając tam swoje rytuały.

       Cóż, Francuz Mouhot, wieki później, z charakterystyczną dla Europejczyka tamtych czasów wyższością, w żyjących obok Angkor Wat ludziach zobaczył już tylko „barbarzyńców”. A przecież stanowili oni nadal ten sam naród.

       Można tylko ponowić pytanie: co się z tymi ludźmi – i ich królestwem – stało?

Jedna z „twarzowych” bram prowadzących do miasta Angkor Thom

.

BÓG WSTĘPUJE NA TRON

       Oczywiście, jak przed każdym upadkiem, był wzlot. To, w jaki sposób Khmerowie zbudowali swoją potęgę jest jeszcze bardziej ciekawe, jak to, co spowodowało schyłek i ostateczne załamanie się ich Imperium. Zanim o tym wszystkim opowiem chciałbym zwrócić uwagę na bardzo istotną sprawę, a mianowicie na wpływ kultury hinduskiej na Khmerów, których wierzenia religijne, mitologia, ikonografia, sztuka i architektura – jak również kastowy podział społeczeństwa – wywodziły się wprost z Indii i zaważyły generalnie na rozwoju ich cywilizacji. Można stwierdzić, że Khmerowie byli silnie zhinduizowani, a dotyczy to zwłaszcza khmerskich elit, które nawiasem mówiąc posługiwały się sanskrytem, podobnie jak średniowieczna śmietanka intelektualna, scholastyczna i arystokratyczna łaciną. Jeśli chodzi o religię, to wyższe warstwy społeczeństwa przejęły hinduizm, zaś niższe buddyzm (utrzymując przy tym pewne elementy odwiecznych wierzeń animistycznych) – i ten podział okaże się dość istotny dla ich dziejów.

       Początek Imperium Angkor umieszcza się za czasów panowania Dżajawarmana II, a konkretnie w roku 802, kiedy to władca ten poddany został rytuałowi dewaradży – mistycznej ceremonii, łączącej go z hinduskim bóstwem Sziwą, dzięki czemu stawał się on królem-bogiem, a jego władza uzyskiwała nie tylko boską legitymizację, ale i sama nabierała transcendentnych atrybutów boskości i mocy maharadży – „Władcy Uniwersum”. Wystarczyło, że do Dżajawarmana II przybył hinduski bramin i na świętej górze – podczas długiej konsekracji – obdarzył króla lingą, w której rezydować miała esencja królewskości łącząca go z Sziwą (zwykle lingę kojarzy się z symbolem fallicznym, ale jej znaczenie wykracza daleko poza to wyobrażenie, podobnie jak połączenie lingi z symbolem joni, którą większość laików utożsamia z waginą).

       Jeszcze przed tym rytuałem, Dżajawarman II, stosując głównie przemoc, zaczął unifikację wielu państw-miast. Bo trzeba wiedzieć, że miejsce obecnej Kambodży okupowane było wówczas przez małe ośrodki władzy, zwykle toczące ze sobą wojny, lecz kiedy Dżajawarman II stał się królem-bogiem, ich opór przed uznaniem go za dominującego nad wszystkim i suwerena, drastycznie zmalał, no bo kto chciałby się (kopać z bogiem) narażać bóstwu? Piszę to bez żadnej ironii, bowiem wśród badaczy i historyków panuje dość powszechna zgoda, że właśnie boski status Dżajawarmana II tudzież wszystkich następujących po nim władców Imperium Angkoru, umożliwił konsolidację całego społeczeństwa. Wiara (w boskość króla) czyniła cuda, jeśli chodzi o podporządkowanie się poddanych królewskiemu autorytetowi i skuteczność kontroli nielicznej w sumie elity khmerskiej arystokracji – z królem-bogiem na czele – nad całą populacją. Bez tego najprawdopodobniej nie tylko niemożliwe byłoby rozszerzenie królestwa na tak wielką skalę, zbudowanie jego potęgi, utrzymanie autorytarnej władzy, ale i konstrukcja gigantycznego systemu nawadniania pól ryżowych (można chyba powiedzieć, że Khmerzy ujarzmili monsun), czy wreszcie budowa wielkich kompleksów miejskich, setek świątyń dużych i małych, w tym potężnej Angkor Wat.

       Począwszy od IX w. państwo Khmerów rosło w siłę, rządzone przez lepszych i gorszych władców (wśród nich wyróżnił się zwłaszcza panujący w latach 889 – 915 Jaśowarman I, zwany też królem trędowatym), którzy jednak cały czas toczyli wojny z sąsiadami (Czamami na wschodzie, Syjamczykami na zachodzie), walczyli też z sobą o sukcesję. Lecz mimo tych zawirowań i niestabilności (stolicę państwa przenoszono dziesiątki razy), królestwo Angkor nigdy się nie rozpadło. Mało tego, kolejni władcy budowali coraz więcej świątyń, a co najważniejsze: stopniowo tworzyli niezwykle rozbudowany, niesłychanie przemyślny system kanałów, tam, wałów i zbiorników wodnych (największy z nich, tzw. zachodni baraj miał długość 8 km, a szerokość 2 km), który pozwalał im gromadzić wodę w czasie monsunu i dystrybuować ją w porze suchej.

Budowniczy Angkor Wat, król Suryavarman II na tronie (relief świątynny)

.

WIELKIE BUDOWANIE DŻAJAWARMANA

       Apogeum – jeśli chodzi o siłę militarną, pozycję polityczną i wpływy, ilość miast i wiosek, liczbę mieszkańców, zasobów materialnych i bogactwa – Imperium Khmerów osiągnęło w latach 1113 – 1150, za czasów panowania Surjawarmana II, uznawanego przez niektórych za największego z khmerskich królów, po części chyba też dlatego, że to właśnie on był budowniczym Angkor Wat. Do swojej potęgi doszedł Surjawarman II także dzięki wygranym kampaniom wojennym (choć i parę klęsk też mu się po drodze trafiło), ale też poprzez zawiązywanie skutecznych sojuszów, zawieranie właściwych małżeństw, nadawanie ziemi i przywilejów.
Poza tym, często podaje się trzy kardynalne przyczyny sukcesu Imperium w tym czasie: boski status króla zapewniający mu dominację nad poddanymi, sprawne ściągnie podatków i wspomniany już kilkakrotnie, genialnie rozbudowany system nawadniania – regulacja gospodarki wodnej, dzięki której ziemia Khmerów okazała się ryżowym Eldorado, umożliwiając nawet kilkakrotne zbiory w ciągu tego samego roku. Dochodziły do tego: uprawianie i kontrola handlu między dwiema potęgami tamtego czasu, czyli Indiami i Chinami (nie bez kozery Półwysep, na którym leży Kambodża zwie się Indochińskim), bowiem przez terytorium Khmerów – i w jego pobliżu: na południu, w delcie Mekongu – przebiegały wówczas główne szlaki handlowe między Wschodnią i Zachodnią Azją. Leżące w pobliżu Angkor Thom olbrzymie Jezioro Tonle Sap z nieprzebranym bogactwem ryb, dopełniało ten lukullusowy obrazek.

       Imperialna sielanka została wszak przerwana w czasie rządów dwóch następnych królów (rebelie, najazdy Czamów, pożary, destrukcja, klęski wojenne, intrygi i mordy), ale kiedy pod koniec XII wieku na khmerski tron wstąpił Dżajawarman VII, zła passa wydała się odwracać, bo władca ten – mimo, że budddysta! – przegnał najeźdźców ze swojej ziemi, pogodził zwaśnione frakcje, odbudował gospodarkę, jak również – last but not the least – okazał się największym budowniczym w historii Imperium. Robił to przez 30 lat, choć został władcą w wieku 60 lat, co na tamte czasy było wiekiem niemalże matuzalemowym. To on ustanowił Angkor Thom (Wielkie Miasto) jako stolicę państwa, imponująco ją rozbudowując. W samym centrum stanęła niezwykła świątynia Bajon, obok niej Królewski Pałac, przed nim Plac Zwycięstwa z całym wiankiem budynków. Do miasta wjeżdżało się z czterech stron świata, kamiennymi bramami ozdobionymi ogromnymi twarzami (prawdopodobnie) Buddy lub samego króla. Na terenie Imperium, które wówczas osiągnęło największy zasięg terytorialny w swojej historii, powstało też całe mnóstwo świątyń (wśród których znalazły się takie perły jak Ta Prohm, Preah Khan czy Banteay Kdei); mówi się też o całej setce szpitali. Można sądzić, że nie są to mniejsze dokonania, niż te, które były udziałem. Suryavarmana II. Niesamowitym osiągnięciem było już to, że Dżajawarman VII dożył – w takich czasach i sprawując tak niebezpieczną funkcję – 96 lat!

      Jednak nic nie może wiecznie trwać, zwłaszcza złote okresy imperiów. To khmerskie trzymało się jeszcze nieźle przez następnych sto kilkadziesiąt lat po śmierci Dżajawarmana VII. Królestwo próbował ratować Dżajawarman VIII, zaczynając m.in. od niszczenia posągów Buddy, reperacji Angkor Thom i restauracji świątyń hinduistycznych (bo przecież wojowniczego Sziwy bać się można bardziej niż pacyfistycznego Buddy), lecz niewiele to pomogło, bo od XIV w. Imperium coraz bardziej zaczęło się pogrążać i słabnąć. Ale zanim zajmiemy się tym upadkiem i jego przyczynami, pozwolę sobie wrócić do głównego tu obiektu naszego zainteresowania, czyli do świątyni Angkor Wat.

Angkor Wat

.

I WRESZCIE ONA, KRÓLOWA WSZYSTKICH ŚWIĄTYŃ – ANGKOR WAT

       Angkor Wat (przy okazji warto wspomnieć, że „Angkor” oznacza miasto lub stolicę, zaś „Wat” świątynię) jest szczytowym osiągnięciem tzw. klasycznej architektury khmerskiej. Zbudowanie świątyni zajęło ponad 35 lat (przypomnijmy, że miało to miejsce to za panowania Surjawarmana II, który był królem w latach 1113 – 1150). Nie ulega wątpliwości, że poświęcona była ona hinduistycznemu bogu Wisznu i najprawdopodobniej miała stanowić mauzoleum, czyli być miejscem złożenia doczesnych szczątków władcy. Nie ma dowodów, że po jego śmierci tak się stało, ale wykończenie świątyni (chodzi głównie o jej motywy dekoracyjne, jak np. płaskorzeźby) przerwano.

       Zanim to się stało, dziesiątki tysięcy robotników – kierowanych przez architektów, artystów i majstrów, poganianych przez królewskich dozorców – w pocie i znoju wznosiło gigantyczną budowlę, dysponując tylko prymitywnymi jak na nasze obecne standardy, narzędziami. Na dodatek, miliony – ważących często ponad tonę – bloków skalnych, musiano pociąć, sprowadzić kanałami z odległych o ponad 50 km gór, wygładzić i oszlifować, a następnie z wielką precyzją ułożyć w odpowiednim miejscu budowlanej konstrukcji. Jako budulca stosowano skałę zwaną literytem, ale z racji tego, że jest to skała niezbyt urodziwa, budowano z niej tylko mury i ściany oraz szkielety wież, przykrywane następnie znacznie lepiej prezentującym się piaskowcem, w którym na dodatek można było później rzeźbić.

       Cały kompleks Angkor Wat otoczony jest wypełnioną wodą fosą w kształcie prostokąta o bokach 1.3 na 1.5 km. (Nawiasem mówiąc w obrębie fosy istniało kiedyś otaczające świątynny kompleks miasto, ale, jako że miało ono drewnianą zabudowę, to nie pozostało dziś po nim żadnego – widocznego gołym okiem laika – śladu.) Do właściwej świątyni prowadzi od strony zachodniej kamienna grobla. W samym centrum Angkor Wat znajduje się wysoka na 65 m wieża, otoczona czterema innymi, położonymi w kątach czworokąta stanowiącego najwyższy taras (figura zwana w geometrii i architekturze kwinkunksem). Wszystkie one reprezentują mityczną górę Meru (siedzibę hinduskich bóstw dewów) otoczoną czterema górskimi szczytami. Poniżej znajdują się jeszcze dwie galerie, z których środkowa ma wymiary 100 na 115 m, a zewnętrzna 187 na 215 m. Wewnętrzne ściany tej ostatniej pokrywają fantastyczne płaskorzeźby, które jeden z archeologów nazwał „najwspanialszą ze znanych linearnych aranżacji rzeźbionego kamienia” na świecie – i nie ma w tym chyba większej przesady.
Te wykonane z niezrównanym mistrzostwem reliefy przedstawiają głównie mitologiczne sceny z indyjskich eposów Ramajany i Mahabharty, jak również hinduistyczne „piekła” i „nieba”. Wyjątkiem jest relief ukazujący historyczną scenę procesji dworu Surjawarmana II. Na mającej prawie 1000 m kw. płaskorzeźbie naliczyć można ponad 2000 postaci – wraz z ich rynsztunkiem, ubraniami, bronią, rydwanami, słoniami… Właściwie każda ściana Angkor Wat, każda kolumna, nadproże, a nawet sufit udekorowane są płaskorzeźbami, na których widać przeróżne mityczne stwory, jadących na słoniach króli, niebiańskie tancerki… Uwagę zwracają zwłaszcza wdzięczne sylwetki (mniejszych) apsar i (większych) dewów, których jest tu ponoć półtora tysiąca, a każda z nich jest inna – z inną fryzurą, biżuterią, garderobą, przybraniem głowy.

       Małym paradoksem jest to, że ogólny plan świątyni jest raczej trudny do ogarnięcia, kiedy jest się wewnątrz kompleksu. Także główny jej motyw: kwinkunks wież, jest widoczny tylko z pewnej ograniczonej perspektywy – tak jakby budowniczym nie zależało na przyziemnej percepcji zwykłych śmiertelników, a ich uwaga skierowana była ku bogom i niebu. Bowiem niezwykłą harmonię Angkor Wat – zachwycające proporcje i balans tego kamiennego giganta, będącego niewątpliwie architektonicznym arcydziełem – widać najlepiej z lotu ptaka. Dostrzec i uświadomić to można sobie także… studiując budowlane plany świątyni.

       O Angkor Wat można by pisać dłużej – i zapewne nie wszystko zmieściłoby się nawet w grubej książce.

Dewy na ścianie świątyni Angkor Wat

.

SCHYŁEK I UPADEK IMPERIUM

       Każde imperium – nawet to najpotężniejsze – stworzone przez człowieka na Ziemi miało swój koniec. Imperium Khmerskie nie jest tu wyjątkiem. I podobnie jak w przypadku upadku innych imperiów, przyczyniło się do tego wiele różnych czynników. Paradoksem jest to, że im większą potęgę imperium buduje, tym bardziej zwiększają się szanse jego upadku. Co więcej, jeśli przyjrzymy się bliżej królestwu Khmerów, to dojdziemy do wniosku, że dokładnie to, co było mocnymi jego stronami, prowadzącymi do jego rozkwitu i prosperity, spowodowało najprawdopodobniej jego zmierzch i ostateczny upadek. Gwoli przejrzystości, pozwolę sobie wyszczególnić te przyczyny w osobnych akapitach poniżej:

– Rywalizacja dwóch wielkich religii: hinduizmu i buddyzmu. Bazujący bardziej na testosteronie hinduizm (vide: Sziwa i inne bóstwa nie stroniące od bezwzględności i agresji) zostaje coraz bardziej wypierany prze buddyzm – najpierw w wersji Mahajany, a następnie w jeszcze bardziej łagodnej, ascetycznej i pacyfistycznej szkole Therawady. Dżajawarman VII czyni buddyzm religią państwową, zamieniając świątynie hinduistyczne na buddyjskie, przy okazji pozbawiając się de facto atrybutów władzy boskiej, czyli statusu króla-boga. Następujący po nim Dżajawarman VIII próbuje ten trend odwrócić (m.in. niszcząc posągi Buddy) ale jest już za późno: buddyzm przemawia znacznie bardziej do szerokich rzesz społeczeństwa, które żyje w coraz większej biedzie, nie tylko dlatego, że pozwala im lepiej znosić swoją nędzną zazwyczaj dolę, ale i dlatego, że czyni z króla bardziej podobnego im śmiertelnika, pozbawiając go przy tym bosko zlegitymizowanych instrumentów władzy, w tym opresji i wyzysku. Jednakże ma to swoje konsekwencje: osłabianie władzy państwowej, wzmacnianie biernego oporu i – jak by na to nie patrzeć – ubożenie całego państwa i utratę jego militarnej siły.

– Jeszcze przed rozszerzeniem się buddyzmu, w państwie khmerskich zaczęło się źle dziać z powodu nadmiernego wyzysku dolnych warstw społecznych (a stanowiło je ponad 90% społeczeństwa), jak również z nadmiernej eksploatacji zasobów naturalnych. Tak sprawnie działający system opodatkowania ludzi, był coraz bardziej uciążliwy, stając się jednocześnie źródłem korupcji – zwiększając przepaść między uprzywilejowanymi elitami i bogaczami, a zaharowującą się na śmierć biedotą, czyli resztą społeczeństwa.

– Niezwykle rozbudowany i skomplikowany system wodny działał sprawnie, kiedy istniała wystarczająca ilość obsługujących go ludzi, a klimat był w miarę stabilny. Kiedy to zaczęło się zmieniać (z różnych względów ludzie poczęli opuszczać tereny Angkoru, po wieloletnich suszach następowały długie okresy ulew i powodzi) system gromadzenia i dystrybucji wody zaczynał coraz bardziej zawodzić. W zniszczonych wioskach, otoczonych zamulonymi i zarośniętymi kanałami i barajami, przy niedostatku żywności, życie stawało się coraz bardziej nieznośne czy wręcz niemożliwe. Następowała więc migracja ludności na południe, w okolicę dzisiejszej stolicy Kambodży Phnom Penh.

– Imperium Khmerów słabło, podczas gdy sąsiednie królestwo Ajutthaya (okupujące dzisiejsze tereny Tajlandii) rosło w siłę, więc najazdy Tajów były coraz bardziej skuteczne, by zdławić w końcu państwową niepodległość khmerskich władców. Na tronie podbitego terytorium najeźdźcy instalowali powolne sobie marionetki, co raczej nie sprzyjało rozwojowi państwa, nie mówiąc o zachowaniu narodowej dumy jego mieszkańców.

– Z czasem – z powodu tych wszystkich czynników i jeszcze paru innych – zaczęła też coraz bardziej maleć rola Khmerów w pośrednictwie handlu między azjatyckim Zachodem (głównie Indiami) a Wschodem (Chinami), co w wiekach świetności Imperium było jednym z głównych źródeł jego bogactwa, znaczenia i wpływów.

Cóż… Sic transit gloria mundi.

*  *  *

       Wśród historycznego zamętu, jakiemu poddane było Imperium Khmerów przez 5 wieków swojego istnienia, najbardziej zajmowała nas dotychczas jego najsłynniejsza budowla – Angkor Wat. Należy jednak pamiętać, że khmerscy architekci, artyści i robotnicy wybudowali w tym czasie setki innych świątyń. Niestety, niemal wszystkie zamieniły się w ruinę a odrestaurowano (w większym lub mniejszym stopniu) tylko nieliczne, spośród których kilkanaście budzi zainteresowanie odwiedzających Angkor Wat turystów. Leżą one w bliskim sąsiedztwie tej najsłynniejszej i najlepiej zachowanej świątyni, z wyjątkiem jednej, do której moim zdaniem absolutnie warto dotrzeć. Mam na myśli odległą o 25 km od głównego kompleksu Angkor, bez wątpienia najbardziej „ornamentalną” ze wszystkich świątyń Banteay Srei. Pozostałe obiekty, o których chciałbym tu wspomnieć i wizytę w nich polecić, to zarośnięta malowniczo drzewami Ta Prohm oraz imponująca, nieziemska i ozdobiona „twarzowymi” wieżami Bajon.

Kamienne twarze świątyni Bajon

.

BAJON – 200 TWARZY PATRZY NA WAS

       Bez wątpienia jedna z najbardziej intrygujących budowli świata – tajemnicza, pełna bardziej lub mniej ukrytych znaczeń – świątynia Bajon. Zbudowana na początku XII wieku za czasów panowania Dżajawarmana VII, poddawana następnie wielu rozbudowom i przeróbkom, które tylko zwiększały kompleksowość jej konstrukcji – ciągle balansując na granicy architektonicznej harmonii i chaosu.
Stanowiła ona centrum Angkor Thom, będąc tym samym najważniejszym obiektem największego miasta Khmerów. I co ciekawe, mimo że Dżajawarman VII był zadeklarowanym buddystą, to najprawdopodobniej poświęcona była ona Brahmie, o czym świadczą nie tylko wieże z olbrzymimi twarzami – najczęściej czterema (choć też są i takie które mają twarze dwie, trzy a nawet i jedną), z których każda zwrócona jest w jedną z czerech kardynalnych stron świata, co było bardzo charakterystyczne dla przedstawień Brahmy – ale i pierwotna nazwa świątyni: Dżajagiri (dosł. Góra Brahmy). (Niestety europejscy kolonialiści wtrącili swoje trzy grosze nazywając ją „Banyan Temple” – no i stąd ten „Bajon”.)

       Nie jest pewne czyje oblicze przedstawiają twarze zdobiące wieże – czy rzeczywiście jest to Brahma? A może jednak Budda? Całkiem też możliwe, że kamieniarzom, którzy wykuwali skalne bloki, z jakich następnie składali wieże a na nich twarze, za inspirację posłużyło fizis samego władcy – rzeczywiście łudząco podobne do oblicza Dżajawarmana VII, sądząc po zachowanym posągu, który go przedstawiał. Jednak najbardziej rzucającą się w oczy cechą tych twarzy jest goszczący na nich tajemniczy i łagodny uśmiech, godny samej Mony Lizy.
Twarze są różnej wielkości i znajdują się nie tylko na wieżach. Naliczono ich w sumie ponad 200.

       Innym ważnym elementem Bajonu są jego płaskorzeźby, ukazujące nie tylko sceny mitologiczne i historyczne, ale również – i to jest ewenement, jeśli chodzi o khmerskie świątynie – scenki rodzajowe z życia zwykłych mieszkańców Angkor Thom. Motywy hinduistyczne i buddyjskie się mieszają, bowiem po buddyście Dżajawarmanie VII, nastał (drugi w kolejności władca) Dżajawarman VIII, który z wigorem neofity przemieniał świątynie buddyjskie na hinduskie, niszcząc m.in. główny posąg świątyni ukazujący Buddę, znajdujący się w najważniejszym – najwyższym i centralnym – pomieszczeniu świątyni. (W latach 30. ubiegłego wieku znaleziono go rozbitego na kawałki w pobliskiej studni i odrestaurowano.)

       Z pewnej odległości Bajon przypomina zbudowaną z wież (początkowo było ich 49, ostało się 37) górę, którą jeden ze znawców Angkor określił jako „kamienny zamęt, rodzaj ruchliwego chaosu szturmującego niebo”, kiedy jednak zbliżamy się do centrum, wstępując na kolejne tarasy, nawiedza nas przejmujące wrażenie przedzierania się przez labirynt. Kiedy zaś trafiamy wreszcie na platformę najwyższą, nagle objawiają się przed nami potężne kamienne oblicza – bliskie jakby na wyciągnięcie ręki i ożywione tym swoim ujmującym uśmiechem. I jest to doświadczenie poruszające i niezapomniane.

*  *  *

Ta Prohm

.

TA PROHM – PODDAJĄC SIĘ DŻUNGLI

       Świątynia Ta Prohm najbardziej chyba oddziaływała na wyobraźnię, apetyt i pragnienie egzotyczności podróżników większych i mniejszych, a to ze względu na niezwykłą fotogeniczność ruin splecionych w nierozerwalnym uścisku z dżunglą. Te drzewa oplatające swoimi muskularnymi ramionami masywne kamienne bloki – niczym jakiś gigantyczny wąż boa duszący swoją ofiarę. Natura dokonująca bezlitosnej inwazji w tworzoną przez człowieka cywilizację, której efektem końcowym jest totalna jej anihilacja. Na razie jednak świątynne ruiny wydają się koegzystować z żywotnością dżungli, dostarczając nam niezwykłych doznań estetycznych i emocji odkrywcy.

       Kiedy w XX wieku zaczęto restaurację najważniejszych khmerskich świątyń, zdecydowano się na szczególne podejście do Ta Prohm, właśnie ze względu na tę kohabitację drzew z kamiennymi ruinami, która wydała się, zwłaszcza Europejczykom, niezwykle atrakcyjna wizualnie, tworząc ponadto tajemniczą atmosferę ewokowaną zwłaszcza w powieściach przygodowo-podróżniczych; podobną również tej, na jakiej później bazowało kino popularne spod znaku Indiany Jonesa (nota bene ze scenerii tej czerpano pełnymi garściami np. w filmie „Tomb Raider”). Tak więc, dokonano tylko koniecznych prac zabezpieczających istniejące elementy świątyni i uprzątnięto zarośla tak, by można było Ta Prohm zwiedzać. Swoją drogą, usunięcie olbrzymich drzewnych korzeni/konarów byłoby niemożliwe bez uszkodzenia tego, co ze świątyni pozostało, gdyż drzewa – w przedziwny sposób – nie tylko budowlę niszczyły, ale i stanowiły dla jej ścian i stropów podporę. Nawisem mówiąc, próbowałem znaleźć polskie nazwy tych drzew, ale poległem, również dlatego, że różne źródła nie są ze sobą absolutnie zgodne. Może więc podam tylko te pojawiające się najczęściej – w wersji angielskiej wraz z ich łacińskimi odpowiednikami: silk-cotton tree (Ceiba pentandra), thitpok (Tetrameles nudiflora), strangler fig (Ficus gibbosa), gold apple (Diospyros decandra). I bądź tu mądry! Smacznego!

       Podobnie jak Bajon świątynię Ta Prohm wybudowano za czasów Dżajawarmana VII – prace rozpoczęto w 1186 roku i kontynuowano przez następne kilkadziesiąt lat. Wówczas mówiono na nią Radżawihara (co oznaczało Królewski Klasztor), a poświęcona była ona przez króla swojej rodzinie, przede wszystkim matce.
Mur świątynny miał długość ponad 3 km, tworząc prostokąt o bokach 1000 m na 650 m. Była to więc spora powierzchnia, na której – jeśli wierzyć zachowanym na stalach inskrypcjom – żyło 12.5 tys. ludzi.

       À propos steli z inskrypcjami: w Ta Prohm znaleziono ich wyjątkowo dużo, dzięki czemu można było dowiedzieć się sporo o czasach, kiedy w świątyni tętniło życie. Inna sprawą jest wiarygodność tych zapisów, bo czy rzeczywiście zamieszkiwało ją ponad 12 tys. ludzi? W 18 wyższych rangą kapłanów można uwierzyć, ale czy tak samo wiarygodna jest liczba tancerzy, których ponoć było tu 650? Na stelach można jeszcze przeczytać o okolicznych 3,140 wioskach, które liczyły w sumie 80 tys. mieszkańców. Jeśli tak, to zapewne inskrypcję mówią prawdę, że to właśnie oni utrzymywali całe to elitarne towarzystwo okupujące świątynię.

       Zwiedzanie Ta Prohm jest zwodniczo łatwe, bo budowla ta nie posiada położonych na różnych poziomach tarasów/platform, ale jej płaska zabudowa tworzy labirynt, w którym można się zagubić. Z drugiej strony, jeśli zdołamy uniknąć tłumów, daje nam to możliwość przeżycia pewnej przygody eksploratora – namiastkę tego, czego doświadczali prawdziwi podróżnicy w dawnych czasach.

*  *  *

Banteay Srei

.

BANTEAY SREI – KOBIETY I ZŁODZIEJE, CZYLI PERŁA NA KONIEC

       Maurice Glaize, francuski architekt i archeolog, długoletni kurator Angkor, bez wątpienia największy europejski znawca architektury i sztuki Khmerów, którego książka „Les monuments du groupe d’Angkor” do dzisiaj stanowi najlepszy przewodnik i najbogatsze źródło informacji o khmerskich świątyniach (jej wersja w języku angielskim dostępna jest TUTAJ), pisał o tej świątyni: „Biorąc pod uwagę szczególny urok Bateay Srei – jej niezwykły stan zachowania oraz świetną, niemal perfekcyjną technikę zdobniczą – bez wahania można nadać jej status zdecydowanego pierwszeństwa spośród wszystkich monumentów Angkoru”. Nic więc dziwnego, że obiekt ten uznano za „klejnot sztuki Khmerów”.

       Ze mną było podobnie: Angkor Wat zrobiła na mnie największe wrażenie, ale to właśnie Banteay Srei spodobała się najbardziej. Dlaczego? Z kilku powodów. Po pierwsze: jej niemal miniaturowe – w porównaniu do innych wielkich świątyń Angkoru – wymiary, które bardziej sprzyjały intymniejszej, bardziej „ludzkiej” percepcji tej budowli. Po drugie: fantastyczne zdobienia i ornamenty, którymi pokryto niemal każdy centymetr kwadratowy czerwonego piaskowca, użytego do budowy głównych części świątyni (pozostałe zbudowano ze zwykłych cegieł i literytu). Zdumiewają mnie one do dzisiaj, kiedy tak wracam do nich i patrzę na zrobione podczas mojej wizyty w Banteay Srei fotografie (polecam obejrzenie ich wyboru, jaki zamieszczam poniżej). Moje zdumienie jest tym większe, im bardziej dociera do mnie świadomość, że arcydzieła te mają ponad 1000 lat!

       Banteay Srei to nazwa współczesna, często tłumaczona jako „Cytadela Kobiet” (lub „Cytadela Piękna”), ponoć dlatego, że tak wiele w tej budowli piękna i delikatności – niektórzy twierdzą nawet, że tylko ręka kobieca mogła stworzyć takie koronkowe cuda, ale to oczywiście przesada, bo przecież mężczyźni artyści też potrafią być niezwykle wrażliwi, delikatni, finezyjni i misterni w egzekucji swoich dzieł. N‚est-ce pas?
Inna interpretacja tej nazwy mówi, iż pochodzi ona od licznych dewów, czyli mitologicznych postaci kobiecych, którymi udekorowano świątynne ściany i portale – i chyba ta jest bardziej racjonalna, a na pewno mniej afektowana.
Z inskrypcji na steli założycielskiej, jaką odkryto dopiero podczas prac konserwatorskich i rekonstrukcyjnych w 1936 roku, dowiedziano się o pierwotnej nazwie świątyni, która brzmiała… uwaga: Tribhuwanamaheśwara, czyli: Wielki Pan Potrójnego Świata, co odnosi się do boga Sziwy. Są też dowody, że Banteay Srei poświęcona była również Wisznu (co raczej nie dziwi, bo lepiej mieć ochronę w dwóch bóstwach, niż w jednym).
Banteay Srei jest również ewenementem z innego powodu: otóż jej fundatorem nie był żaden monarcha, a prominenci – dworzanie królewskiego dworu. Mówi się o dwóch (znów mam ochotę przeprosić za językową komplikację): Wisznukumarze i Yadżanawarahu, doradcach króla Radżendrawarmana i jego guru.
Na wspomnianej już inskrypcji wyczytać można jeszcze dokładną datę konsekracji świątyni: 22 kwietnia, 967 roku. Zdumiewające!

       Świątynię „odkryto” dopiero w 1914 roku. 9 lat później – i tu ciekawostka! – splądrował ją sam André Malraux (późniejszy autor „Doli człowieczej” i minister kultury w rządzie de Gaulle’a), który popadł w tarapaty finansowe i postanowił – nomen omen – „odkuć się” sprzedając część khmerskiego zabytku amerykańskim i europejskim kolekcjonerom sztuki. W 1923 roku świątynia przypominała jeszcze (jak sam pisał) kupę kamieni, ale Malraux wybrał z niej kilka (ważących 600 kg) najlepiej zachowanych bloków piaskowca z reliefami przedstawiającymi głównie dewy (pomagali mu w tym jego przyjaciel, nowo zaślubiona żona oraz lokalni mieszkańcy, których oczywiście opłacił) i przetransportował je, wpierw (wozem) do odległego o 25 km. Siem Reap, a następnie (rzeczną barką) do Phnom Penh, gdzie został aresztowany. Reliefy zostały mu odebrane, jego samego skazano na 3 lata więzienia (dzięki znajomościom Malraux nie odsiedział z tego wyroku ani jednego dnia). Być może lekcja dana 22-letniemu młodzieńcowi (tyle wówczas miał André) poskutkowała, sądząc z tego, co pisał on później w swoich książkach i artykułach o kulturze, sztuce i jej ochronie.
Tak więc, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, tym bardziej, że afera z młodym Francuzem uczyniła świątynię Banteay Srei sławną i w konsekwencji doprowadziła do jej restauracji, której dokonano w latach 30. Niestety, złodzieje i wandale jeszcze nie raz się do niej dobierali, kradnąc nawet wykonane z betonu repliki. Teraz świątynia jest pod ścisłą ochroną.

       Mieliśmy to szczęście, że znaleźliśmy się w Banteay Srei sami (byliśmy tu pierwszymi gośćmi) i strażnicy pozwolili mi (za odpowiednią opłatą) na wejście poza barierki, umożliwiając nie tylko podziwianie świątynnych zdobień z bliska, ale również ich sfotografowanie. Za co jestem do dzisiaj wszystkim – nie tylko hinduistycznym – bogom świata wdzięczny.

Ludzko-zwierzęcy strażnicy Banteay Srei

.

Bogato zdobione frontony świątyni wypełniają sceny z hinduskiej mitologii

.

Centrum świątyni Banteay Srei w pełnej krasie

.

Dwaj bracia-małpy Walin i Sugriwa walczą o tron

.

Wisznu, przybrawszy postać lwa, rozrywa pazurami pierś półboga Hiranjakasipu

*  *  *

ZWIEDZANIE, CZYLI SZTUKA UNIKANIA TŁUMÓW

       Na koniec słów kilka o turystyce i zwiedzaniu Angkor Wat. Piszę je latem 2021, mając za sobą półtora roku pandemii, kiedy to turystyka światowa stanęła na głowie, czy też raczej została zdławiona przez lockdowny i różne restrykcje. W tym czasie w świątyniach Angkor ruch praktycznie zamarł, zwiedzają ją tylko nieliczni turyści, głównie Kambodżanie i garść Chińczyków. Podobno opustoszała Angkor Wat i inne miejsca w okolicy robią teraz olbrzymie wrażenie, lecz chyba to tylko kwestia czasu, kiedy hordy przybyszów – głównie z Chin, Korei i Japonii – znów zaleją te strony. Pobliskie miasto Siem Reap bazowało niemal zupełnie na turystyce. I jeśli się nie mylę, to z powodu pandemii zamknięto ponad 90% istniejących w nim hoteli, a były ich już setki. Zamarły praktycznie wszystkie, mające tu siedzibę, biznesy

       Mnie udało się odwiedzić Angkor Wat w 2011 roku, kiedy już trwał tam turystyczny boom, więc musiałem się  mocno gimnastykować, by uniknąć w poszczególnych świątyniach tłumów (na szczęście było to jeszcze wtedy możliwe), choć oczywiście nie sposób było w kameralnej grupie przywitać w Angkor Wat wschód słońca (patrz zdjęcie poniżej). W tamtym roku liczba turystów w Angkor nie przekroczyła 2 mln., ale już w 2019 roku było ich 2.7 mln. (Dla porównania: w roku 1993, kiedy to Angkor Wat wpisano na Listę światowego dziedzictwa UNESCO, zanotowano jedynie 7,6 tys. wizytujących.)

       Nie wiem, jak będzie w przyszłości, ale jeśli uda się komuś w tych dziwnych czasach – a może już wreszcie normalnych? – tam dotrzeć, to radzę, aby zaplanować pobyt co najmniej tygodniowy. Ja spędziłem w Angkor cztery dni i sądzę, że było to jednak za krótko. Jak już pisałem, należy koniecznie odwiedzić Angkor Wat, Bajon, Ta Prohm i Banteay Srei. Można to zrobić na wiele różnych sposobów. Nam pomagał (niezwykle sympatyczny) lokalny przewodnik. Dysponowaliśmy też samochodem, ale można też wynająć kierowcę z tuk-tukiem, skuter czy rower i zwiedzać świątynie samemu (z uwagi na rozległość kompleksu Angkor, jakiś środek transportu jest niezbędny).
Jeśli czas pozwoli, to polecam wyprawę na pobliskie jezioro Tonle Sap, by przepłynąć po nim łodzią, odwiedzając tamtejsze pływające wioski. W normalnych czasach w Siem Reap tętni życie, jedzenie jest tam przepyszne, noclegowni w bród, ludzie przychylni i mili – wliczając w to większość przybyłych z daleka back-packersów i zwykłych turystów. Warto wybrać się też na rekonesans okolicznych wiosek, by zobaczyć, jak wygląda „normalne” codzienne, nieskażone turystyką życie zwykłych mieszkańców Kambodży. (Podczas takich wypadów udało mi się zrobić wiele „rodzajowych” zdjęć, wliczając w to fotografie kambodżańskich dzieci, które obejrzeć można np. TUTAJ).

       Jak widzę spisanie tylko tych najważniejszych informacji związanych ze świątyniami Angkor – wraz z historią ludzi, którzy je zbudowali – zajęło mi sporo miejsca. Mam jednak nadzieję, że artykuł ten przybliżył wszystkim zainteresowanym Czytelnikom to jedno z najbardziej fascynujących osiągnięć architektonicznych ludzkiej cywilizacji, jakie kiedykolwiek powstało na naszej planecie.

Podziwianie wschodu słońca nad Angkor Wat w dobie masowej turystyki

.greydot.

GALERIE ZDJĘĆ POSZCZEGÓLNYCH ŚWIĄTYŃ

.

ANGKOR WAT

.

.

BAJON I ANGKOR THOM

.

.

TA PROHM

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

WIELKI KANION NA WIELKIM OBRAZIE

.

Thomas Moran, „The Grand Canyon of the Yellowstone

.

Wielka była moja radość, kiedy zwiedzając Smithsońskie Muzeum Sztuki Amerykańskiej w Waszyngtonie, stanąłem przed wspaniałym obrazem Thomasa Morana „The Grand Canyon of the Yellowstone”.
Ucieszyłem się z kilku powodów:

– Yelllowstone przez wiele lat był oczkiem w mojej głowie, kiedy wybierałem się tam prywatnie, a wcześniej pilotowałem w tym Parku Narodowym dziesiątki grup, z którymi przemierzałem ogromne przestrzenie amerykańskiego Zachodu, którego krajobrazowego splendoru nigdy nie miałem dość. (Mogę się tutaj – powiedzmy, że na marginesie 😉 – pochwalić, że jestem autorem pierwszej polskiej monografii Parku Narodowego Yellowstone, publikowanej w odcinkach w prasie polonijnej, a następne włączonej, niemal w całości, do mojej książki „Podróże”)

– Bardzo cenię Thomasa Morana nie tylko dlatego, że był wybitnym malarzem pejzażystą, ale również dlatego, że walnie przyczynił się do powstania pierwszego parku narodowego na świecie, jakim był właśnie Yellowstone NP. Moran był bowiem jednym z członków ekspedycji Haydena, jaką rząd amerykański wysłał do eksploracji Yellowstone w 1871 roku (tak się złożyło, że było to dokładnie w lecie 150 lat temu!). Jego szkice oraz opisy, jakie wtedy sporządził, uświadomiły Amerykanom unikalność, znaczenie i piękno tego rejonu Gór Skalistych na tyle, że rok później prezydent Ulysses S. Grant podpisał Yellowstone National Park Protection Act, ustanawiając tym samym pierwszy park narodowy na świecie.

– Podziwiam estetyczne walory tego ogromnego formatowo obrazu, które mimo kolorystycznej emfazy i przejaskrawienia znakomicie oddają potęgę, dramatyzm i urodę Wielkiego Kanionu Yellowstone, uważanego (nie tylko przeze mnie) za jeden z przyrodniczych „cudów” świata – i jeden z najpiękniejszych zakątków naszego globu. Światło i rzeźba kanionu może się wydać przesadzona, ale w rzeczywistości zdarzają się takie momenty, kiedy słońce tak właśnie – mocno i jaskrawo – oświetla niezwykłe formy skał tworzących ściany kanionu, iluminując je także i wydobywając przez to niesamowitą kolorystykę Kanionu – z potężnym wodospadem w jego głębi.

– Nic dziwnego, że punkt widokowy, z którego Moran malował swój obraz, został nazwany jego imieniem. Należy on do jednych z najlepszych, z których można podziwiać Wielki Kanion Yellowstone. Co ciekawe, w Parku Narodowym Wielkiego Kanionu Rzeki Kolorado w Arizonie, również znajduje się miejsce Moran Point, które zawsze było moim ulubionym, gdyż wydało mi się ono najciekawszym punktem widokowym z tych, położonych na południowej krawędzi Wielkiego Kanionu.

*  *  *

MOUNT RAINIER – najpiękniejsza góra świata

.

.

All Nature’s wildness tells the same story – the shocks and outburst
of earthquakes, volcanoes, geysers, roaring, thundering waves and floods,
the silent uprush or sap in plants, storms of every sort
– each and all are the orderly beauty-making love-beats of Nature’s heart.

John Muir

 

       „Cała dzikość Natury opowiada tę samą historię – drżenia i wybuchy trzęsień ziemi, wulkanów, gejzerów; grzmiące, ryczące fale i potopy; ciche wędrówki soków w roślinach; wszelkiego rodzaju sztormy – wszystko to, osobno i razem, składa się na harmonijne, tworzące piękno, miłosne bicie serca Natury.”

       Zacząłem ten tekst od jednego z wielu natchnionych cytatów Johna Muira, mojego bohatera-naturalisty, człowieka najbardziej chyba zasłużonego dla ochrony amerykańskiej przyrody, który już pod koniec XIX wieku – jako prezydent dopiero co założonej przez siebie organizacji Sierra Club – dokładał nieustannych wysiłków, by nie tylko deklaratywnie, ale i formalnie ochronić piękno Mount Rainier. Muir ukochał wiele „dzikich” zakątków amerykańskiego Zachodu, ale jego największą miłością – oczywiście obok Doliny Yosemite – była właśnie góra Tacoma vel Rainier. Wraz z sześcioma towarzyszami wspiął się na jej szczyt już w 1988 roku, którą to wyprawę opisał w swoim artykule „An Ascent Of Mount Rainier”. Od tamtego czasu wygłosił mnóstwo odczytów, napisał wiele innych artykułów, nie tylko opiewając urodę tego wyjątkowego miejsca w stanie Waszyngton, ale i starając się o przyznanie mu statusu ziemi specjalnie chronionej. Jego wysiłki przyniosły skutek i w 1899 roku Kongres Stanów Zjednoczonych utworzył Park Narodowy Mount Rainier.

       Można powiedzieć, że duchowymi (ale i filozoficznymi) „ojcami” Muira byli przejęci transcendencją i duchowością Natury, słynni amerykańscy idealiści-romantycy Henry David Thoreau oraz Ralph Waldo Emerson, wraz z ich panteizmem i uniwersalizmem – poczuciem zespolenia człowieka z obdarzoną boskimi atrybutami Naturą, bo tylko ta łączność może objawić nam prawdziwą istotę naszej duszy, a tym samym dostarczyć sensu egzystencji. Emerson twierdził, że najszczęśliwszym człowiekiem jest ten, który potrafi od Natury nauczyć się lekcji oddawania czci – religijnego ubóstwienia. A nikt inny nie potrafił tego robić lepiej i głębiej, niż John Muir, który wielbił i uświęcał Naturę, nawet w tych jej brutalnych, gwałtownych i bezwzględnych przejawach. Jego świątyniami były doliny, rzeki, jeziora, lasy… Otoczony splendorem przyrody i pochłonięty przez jej bogactwo pisał: „W obecności Natury dzika rozkosz przenika człowieka, mimo jego smutku i cierpienia.”
Myślę, że Muir te słowa Emersona przyjąłby jak swoje: „Powiadam wam, w dzikości jest przetrwanie świata… Dzikość jest istotą życia. Najpełniej żyje to, co najbardziej dzikie. Kiedy pragnę się odrodzić, szukam najciemniejszego lasu, najgęstszego i najbardziej nieprzebytego, szukam najbardziej odludnych mokradeł, z dala od zgiełku miast. Wchodzę tam jak do świętego miejsca, sanctum sanctorum. Tam właśnie tkwi moc, istota Natury. Mówiąc krótko, wszystko co dobre jest dzikie i wolne” – pisał autor „Walden, czyli życie w lesie”. Myślę, że łatwiej te słowa zrozumieć i przeżyć właśnie w pobliżu takich miejsc, jak Wielka Góra – Tacoma.

.

Tipsoo Lake – Naches Peak Trail

.

        Według mnie góra Tacoma (może się doczekam, kiedy – podobnie jak to było z McKinley’em przemianowanym kilka lat temu na Denali – wróci się do pierwotnej nazwy góry, jakiej Indianie używali tysiące lat przed Europejczykami, którzy „ochrzcili” Tacomę nadając jej imię jakiegoś tam admirała Rainiera) jest NAJPIĘKNIEJSZĄ GÓRĄ ŚWIATA.
A jeśli ktoś posądziłby mnie tu o przesadę (na dodatek egzaltowaną), to jestem w stanie dokładnie i dość obszernie to stwierdzenie umotywować. Bowiem mam tu na uwadze nie tyle widoczne niekiedy z odległości prawie 300 km pokryte białą czapą śniegu skalno-lodowe cielsko góry, ale przede wszystkim to, co dzięki Tacomie powstało wokół niej, a co przecież też jest częścią góry.

       Ów superwulkan pojawił się tu mniej więcej pół miliona lat temu i od tamtego czasu ulegał erozji oraz przemianom, które ukształtowały jego zbocza, dzięki czemu w tym rejonie mamy teraz tak oszałamiająco zróżnicowaną rzeźbę terenu – topografię stanowiącą zachwycającą kompilację dolin, kanionów, rzek, jezior, wzgórz, kaskad, wodospadów… Powstała przy tym gleba umożliwiła z kolei rozwój bujnego życia – zarówno fauny, jak i flory. Tak więc niższe partie Mt. Rainier porastają gęste lasy i prastare bory; wyżej zaś mamy alpejskie łąki, które latem zamieniają się w niewiarygodnie piękny kolorowy kobierzec kwitnących dzikich kwiatów. No a w tym wszystkim spotkać można setki gatunków zwierząt i ptaków. To bogactwo i różnorodność składają się na unikalną w skali całego naszego globu mozaikę, która fascynuje i oczarowuje nie tylko pięknoduchów.

       Ktoś by mógł powiedzieć: przecież inne góry mają ciekawsze kształty, są bardziej znane, wręcz święte… No tak, ale to jednak mało by dziwaczny kształt, mitologia czy nawet religijna wzniosłość – przynajmniej w moich oczach – czyniły z nich Miss piękności. Dlatego Tacoma jest dla mnie bezkonkurencyjnie najpiękniejsza.
W Parku Narodowym Mount Rainier byłem wiele razy i mimo, że schodziłem dziesiątki kilometrów tutejszych szlaków (których atrakcyjność i uroda oczywiście walnie przyczyniają się do mojej opinii o całej górze) to za każdym razem wracam tu z radością i zawsze odkrywam coś nowego (bo Tacoma cały czas żyje swoją przemianą i w rytm następujących po sobie pór roku). Tak też jest i teraz[*]: obrazy, które mnie tu otaczają będą mi się śnić po nocach. A jednak dobrze jest również utrwalić je w fotograficznym kadrze… co też niniejszym czynię, przy okazji dzieląc się tym z Wami.

.

W borze – Summerland Trail

.

[*] Słowa te pisałem we wrześniu 2020 roku, podczas mojej ostatniej wyprawy do Parku Narodowego Mount Rainier. Pochodzą z niej również zamieszczone tutaj zdjęcia. Niestety, robiłem je smartfonem, więc pozostawiają wiele do życzenia. Lepszej jakości fotografie Mt Rainier, jak również opis jednej z poprzednich podróży do stanu Waszyngton, można obejrzeć i przeczytać we wpisie „Raj w cieniu Wielkiej Góry” oraz w galeriach zdjęć TUTAJ TUTAJ. Warto do nich zajrzeć, bo każda pora roku dostarcza innych obrazów Parku, a dzikie kwiaty kwitną najpiękniej w pełni lata.

*  *  *

PARĘ UWAG PRAKTYCZNYCH

       Oczywiście najlepszą porą, by wybrać się do parku jest lato, a zwłaszcza lipiec i sierpień, kiedy to jak szalone kwitną na górskich łąkach piękne dzikie kwiaty, co – kiedy po raz pierwszy to zobaczyłem – wydało mi się cudownym zjawiskiem wręcz nieziemskim, zwłaszcza w tej niesamowitej górskiej scenerii, z olbrzymimi lodowcami w tle. (Nota bene na Mt Rainier znajduje się największa ilość lodowców, wziąwszy pod uwagę góry poza Alaską. Mimo, że coraz bardziej topnieją, to nadal jest ich 26.)
Mount Rainier jest też najwyższą z wszystkich gór/wulkanów Gór Kaskadowych (prawie 4 400 m n.p.m.), Jest tak kolosalna i masywna, że ma swój własny klimat. Dramatycznie zmieniają się też na niej warunki atmosferyczne, w zależności od położenia nad poziomem morza. Doświadczyłem tego zwłaszcza podczas jednej z wcześniejszych wizyt. Było to w połowie czerwca, kiedy u podnóża góry była jeszcze wiosna, trochę wyżej już takie nieśmiałe trochę lato, zaś w jej połowie panowała jeszcze na całego zima (o skutej lodem czapie wulkanu i jego zasypanych głębokim śniegiem wysokich zboczach nie wspominam).

       Myślę, że aby tak naprawdę cieszyć się z wizyty w Parku Narodowym Mt Rainier, należy spędzić w nim co najmniej 5 – 7 dni (1 lub 2 dni to jest według mnie ledwie rekonesans) i naturalnie każdego dnia wybierać się na jego szlaki (listę tych, które sam przemierzyłem – wraz z ich oceną – podaję poniżej). Są dwa rejony w Parku, które obowiązkowo należy odwiedzić: słynny, leżący na południowym zboczu góry Paradise, oraz leżący po północno wschodniej stronie Sunrise. (Próba odwiedzenia tych dwóch miejsc w ciągu jednego dnia jest karkołomna, bo krętymi drogami w parku jedzie się całymi godzinami).

       Znalezienie miejsca noclegowego w obrębie parku latem jest nie lada wyczynem, jeśli nie robi się tego na ładnych kilka miesięcy wcześniej. Choć próbować warto, gdyż gospody/hotele National Park Inn (Longmire), czy zwłaszcza Paradise Inn są miejscami atrakcyjnymi samymi w sobie, a poza tym to doskonałe bazy wypadowe do eksploracji Parku (o cenach wolę tu nie pisać). Jeśli to się nie uda, to nie należy rozpaczać a poszukać noclegu w dwóch miejscowościach (lub w ich okolicy): Ashford (wjazd do parku południowo-zachodni Nisqually) albo Packwood (wjazd południowo-wschodni Ohanapecosh).
Ashford jest miejscem zdecydowanie lepszym (zarówno, jeśli chodzi o dostęp do Paradise, jak i ilość noclegowni), ale jeśli planuje się spędzić w pobliżu góry więcej niż 3 – 4 noclegi (najlepiej 7), to proponuję 5 nocy przespać w Ashford, zaś 2 noce w Packwood (skąd wygodniej wybierać się we wschodnie rejony parku, a zwłaszcza do Sunrise, czy na wspaniały szlak Naches Peak Loop Trail.

.

Bench Lake – Snow Lake Trail

    .

       Życzę każdemu, aby przynajmniej raz w życiu znalazł się w pobliżu Wielkiej Góry, zachwycił się jej widokami, oszołomił pięknem kobierców kwitnących łąk, przemierzył jak najwięcej szlaków… Oczywiście na Mt Rainier można się wspiąć (próbuje to robić blisko 10 tys. ludzi każdego roku – choć na szczyt udaje się dotrzeć połowie tych śmiałków, gdyż nie jest to zabawa dla wszystkich). Wulkan też można obejść liczącym 150 km szlakiem Wonderland Trail, który jest bez wątpienia jednym z najwspanialszych górskich szlaków świata (zwykle zajmuje to ludziom 10 dni). Przy okazji: najlepszą próbką tego szlaku jest dwudniowy Summerland Trail. Zaś niemal każdy w miarę sprawny parkowy gość – nawet ten jednodniowy – jest w stanie przejść nie mniej słynny Skyline Trail, który jest absolutną rewelacją.

       Zanim pokażę garść zdjęć Parku, poniżej podam listę szlaków, o której już wspomniałem powyżej. Nazwy szlaków wymieniam wraz z ich oceną, którą oczywiście należy traktować subiektywnie. Szklaków jest więcej, podaję tylko te, które sam przeszedłem. Myślę, że zaliczają się one do najlepszych. Ich stopień trudności jest różny, tak samo jak czas, jaki musi się przeznaczyć na ich przejście (wszystkie są uważane za tzw. day hikes, a pokonać je może każdy w miarę sprawny piechur). Jeśli chodzi o oceny, to stosuję cenzurki takie, jakie obowiązywały w naszych latach szkolnych, kiedy to piątka była oceną najwyższą.

  • Skyline Trail    +5
  • Rampart Ridge    -4
  • Comet Falls & Van Trump Trail    5
  • Trail of the Shadows    -4
  • Alta Vista Summit    +4
  • Nisqually Vista    4
  • Dead Horse Creek    4
  • Pinnacle Peak Saddle    -5
  • Bench Lake & Snow Lake    -5
  • Box Canyon    -4
  • Silver Falls    -4
  • Grove of the Patriarchs   +4
  • Naches Peak Loop    5
  • Sourdough Ridge Nature Lake    +4
  • Mount Fremont Lookout    -5
  • Sunrise Rim    -5
  • Tolmie Peak    -5
  • Twin Firs Loop    -4

Happy trails to you!

*  *  *

Na szlaku Naches Peak Trail

.

Mount Rainier – potęga i majestat Wielkiej Góry (Ania nad Jeziorem Bench Lake)

.

.

.

Na „ławeczce” z pnia nad jeziorem Bench Lake – z widokiem na Wielką Górę

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej o Mount Rainier: TUTAJ; zdjęcia z różnych pór roku: TUTAJ i TUTAJ

.

MUZEUM SZTUKI W MILWAUKEE – uskrzydlony i spełniony sen architekta

.

Geniusz i architektura – niezwykła sylwetka Muzeum Sztuki w Milwaukee – ikona miasta nad Jeziorem Michigan

.

       Ukończona dokładnie 20 lat temu „przybudówka” do mającego 150-letnią tradycję Milwaukee Art Museum to bez wątpienia jeden z najciekawszych architektonicznie budynków jaki wdziałem w swoim życiu. Oficjalnie zwany Quadracci Pavilion, powszechnie jest znany jako „The Calatrava” – i ta potoczna nazwa wydaje mi się bardziej adekwatna, gdyż przypomina o twórcy tej zdumiewającej struktury, łączącej inżynierię, sztukę i budownictwo. Hiszpański architekt Santiago Calatrava wygrał konkurs, na który zgłoszono ponad 70 projektów i był to jego pierwszy projekt sfinalizowany w Stanach Zjednoczonych (magazyn Time uznał go w 2001 roku, czyli w roku oddania do użytku, za Number One Design).
Charakter Calatravy zdeterminowała zarówno bliskość jeziora, jak i funkcjonalność a także powiązanie z miastem: stąd skojarzenia zarówno z żaglowcem, jak i ptakiem; stąd wiszący most łączący główne wejście Muzeum z downtown Milwaukee, stąd „falistość” wnętrz…
Najbardziej rzucają się w oczy olbrzymie białe „skrzydła” – poruszające się (a raczej poruszane) w zależności od siły wiatru oraz nasłonecznienia. Stworzone bynajmniej nie dla efektu (to też) ale po to, by pełnić funkcję tzw. brise-soleil, czyli „łamacza światła” (architekci wiedzą, że tej intrygującej – a osobliwie brzmiącej – nazwy sobie nie wymyśliłem).
Dzięki temu Calatrava stała się niejako „żywym” (bo będącym w ruchu, reagującym na zmiany środowiska) elementem leżącego nad jeziorem miasta, częścią jego organizmu – a przy tym jego ikoną. Tak jak założył sobie projektant: „Kształt budynku jest zarówno formalny, dopełniający kompozycję; funkcjonalny – kontrolujący poziom światła, będący wejściem dla gości; oraz symboliczny – kreujący ikonę, niezapomniany obraz dla Muzeum i miasta.” – tako rzekł Santiago Calatrava i chwała mu za to, tym bardziej że wszystko udało mu się zrealizować – w tym pełnej lekkości i wirtuozerii dziele.

.

Skomponować się i zrosnąć z miastem, sztuką, nabrzeżem, jeziorem – stać się towarzyszem ludzi

.

       Muzeum Sztuki w Milwaukee odwiedzałem wielokrotnie (m. in. z okazji fantastycznej wystawy „Leonardo da Vinci and the Splendor of Poland”, jaka się tutaj odbyła w 2002 roku, prezentując arcydzieła malarstwa zgromadzone w różnych kolekcjach naszego kraju, w tym słynną „Damę z gronostajem” Mistrza Leonarda), ale ponownie z wielką przyjemnością przespacerowałem się wokół muzealnego kompleksu – wstępując na chwilę do śródmieścia, przechodząc się nad brzegiem Jeziora Michigan.
Oczywiście głównym obiektem mojego zainteresowania była uskrzydlona Calatrava (kilkakrotnie otwierająca i zamykająca w tym czasie swoje „skrzydła”) – choć musiałem też okrążyć poprzednie „dodatki” do Muzeum, w tym rzeczywiście „brutalne” dzieła architektoniczne (Kahler Building), z nie tak dawnej epoki, kiedy to modernizm dokonywał spustoszeń nie tylko w sztuce, ale i architekturze szpecącej ludzki świat (tutaj można było odetchnąć z ulgą, bo dzieło Calatravy okazało się powrotem do projektów architektonicznych preferujących artyzm i piękno, a nie „surowość” i brzydotę).
W czasie spaceru znów pożałowałem, że nie zabrałem ze sobą swojego Nikona, ale myślę, że iphon też się spisał dzielnie, dzięki czemu mogę tutaj zaprezentować próbkę zdjęć, które wczoraj zrobiłem.
Jak widać budowla jest bardzo wdzięcznym obiektem dla fotografa – głównie ze względu na swoją niezwykłą, bardzo fotogeniczną i bogatą formę – pełną różnorodności i zaskakujących obrazów. Ta jakże intrygująca gra światła i cieni, ciągle zmieniająca się w rytm zmian zachodzących w samej przyrodzie, ale wchodząca też w kontakt z człowiekiem – to wszystko zdecydowanie ułatwiało mi poszukiwanie ciekawych kadrów, wydobywanie piękna z tej zorganizowanej przez ludzki geniusz materii.

       Co do zgromadzonej wewnątrz Muzeum kolekcji nie chcę się teraz wypowiadać – i to nie tylko dlatego, że brak tu już na to miejsca. Bowiem zwiedzać można było tylko jeden muzealny poziom, a tam dobrych obrazów malarskich było jak na lekarstwo (a właśnie malarstwo zawsze było dla mnie głównym obiektem zainteresowania w tej kolekcji). Kilka przestronnych sal ze sztuką współczesną przeszedłem w kilkanaście minut (bo jak dla mnie wypełniało je w większości „nowoczesne” badziewie – co za marnotrawstwo muzealnej przestrzeni!) – i tylko niekiedy coś mnie tam zaintrygowało (i bynajmniej nie były to puszki po zupie Warhola, ani mazidła pewnych modernistów).

       Uwaga dla mieszkających w Chicago i okolicy: jak się dowiedziałem, Milwaukee Art Museum ma się otworzyć na dobre w czerwcu, więc jeśli będzie ktoś chciał obejrzeć naprawdę ciekawą kolekcję – i to nie tylko malarstwa – kompletną i pełną, to należy do Milwaukee wybrać się za kilka tygodni. No, chyba że ktoś wcześniej zechce sobie poobcować estetycznie z Calatravą, oddychając świeżym powietrzem nad jednym z Wielkich Jezior Ameryki.

.

Widok z okna

.

.

Chmury nad bryłami

.

.

Światło i człowiek w przestrzeni estetycznie zorganizowanej

.

greydot

ARUBA – wyspa szczęśliwa

.

Malowniczo pokręcone drzewo divi-divi (Libidibia coriaria) cieszy się największym wzięciem wśród fotografów

.

       „One Happy Island” – lubią o swoim miejscu zamieszkania mówić Arubańczycy. Ale jak z tym szczęściem jest w rzeczywistości? Pewnie tak jak w życiu – czyli różnie. Jednak to prawda, że na tej karaibskiej wyspie dużo ludzi się śmieje, tańczy i śpiewa. I nie są to tylko turyści ze statków wycieczkowych, czy plażowicze, a przede wszystkim rdzenni mieszkańcy.
A jest ich na wyspie ponad 100 tysięcy. Głównie są to Kreole i Latynosi, którzy stanowią miks różnych ras – w tym Europejczyków, Indian i potomków czarnych niewolników. Jest też kilka tysięcy Holendrów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że każdy obywatel Aruby jest jednocześnie obywatelem holenderskim. Wyspa stanowi terytorium autonomiczne, ale wchodzi – wraz z innymi wyspami Antyli Holenderskich – w skład Królestwa Niderlandów, więc jej mieszkańcy są formalnie poddanymi królowej holenderskiej.
Językiem urzędowym na Arubie jest (używany w sprawach formalnych) język niderlandzki, ale jest nim także (używany powszechnie na co dzień) kreolski język papiamento, będący przedziwną mieszanką wielu języków (głównie hiszpańskiego i portugalskiego). Ze zdecydowaną większością mieszkańców można się wszak dogadać po angielsku, gdyż na wyspę przylatują (i przypływają) przede wszystkim Amerykanie (stanowiąc ok. 80% wszystkich turystów odwiedzających Arubę). Obecnie – od czasu, kiedy przestały tu działać rafinerie i podupadł eksport aloesu – turystyka przynosi wyspie największy dochód.
Aruba jest jedną z trzech wysp Małych Antyli, które czasami nazywa się Wyspami Podwietrznymi ABC (Aruba, Bonaire, Curaçao) i jest położona zaledwie 24 km od wybrzeży Wenezueli. A jest to dystans krótszy niż długość wyspy, która wynosi niecałe 30 km. (Jej szerokość to niewiele ponad 8 km.)
Każda z karaibskich wysp jest inna, ale Aruba wyróżnia się wśród nich szczególnie. Choćby tylko tym, że rośnie tu zdecydowanie więcej kaktusów, niż palm, a to z powodu klimatu, który co prawda jest tropikalny i gorący, ale jest jeszcze przy tym półpustynny. Istnieje też różnica bardziej konkretna: Arubę omijają huragany. Za to wieje tu niemal zawsze wiatr (pasat) – bardziej wszak dla ochłody, bo porywisty to on nie jest (chyba, że jesteśmy na wschodnim wybrzeżu wyspy). Pogoda niezbyt zmienia się w ciągu roku, średnia temperatura dnia to 28 °C, zaś ilość dni słonecznych w roku jest tu większa niż na jakiejkolwiek innej karaibskiej wyspie (poza archipelagiem ABC).

Spacer po plaży o poranku – niezmącony, relaksujący (Eagle Beach to prawdziwy skarb Aruby)

.

       Aruba słynie z klimatu, słońca, plaż i nurkowania – i jest to sława zasłużona. Tutejsze plaże są piękne. Największą popularnością cieszą się zwłaszcza dwie, położone w zachodniej części wyspy: Eagle Beach i Palm Beach – szerokie, długie na parę kilometrów spłachetki lądu z pisakiem białym jak cukier, obmywane turkusową wodą Morza Karaibskiego. Jeśli są „popularne” to można się na nich spodziewać sporego tłumu plażowiczów. Przy czym więcej ludzi można spotkać na leżącej bardziej na północ Palm Beach (w rejonie tzw. high-rise, czyli „wysokopiennych” luksusowych resortów w rodzaju Ritz, Marriot, Riu, Hilton…), niż na Eagle Beach (rejon slow-rise, zdominowany przez mniejsze resorty „niskopienne”).
Ta ostatnia była naszą ulubioną plażą. Jakichś szczególnie wielkich tłumów na niej nie było (zwłaszcza spacerując rankiem dzieliliśmy ją z kilkoma zaledwie takimi jak my rannymi ptaszkami). Tutaj też najczęściej kąpaliśmy się i pływaliśmy. Skąd się wzięła nazwa Eagle Beach, to doprawdy nie mam pojęcia, bo orłów tu się raczej się uświadczy. Są za to osobliwe – ale dzięki temu bardzo fotogeniczne – drzewka divi divi: niewiarygodnie powykręcane, chylące się w stronę morza i aż dziw, że do tej pory żywe, bo każdego dnia dotykane i ściskane przez setki ludzi. Drzewka są dwa, ale oblegane jest zwłaszcza jedno z nich, bo każdy chcą zrobić sobie przy nim zdjęcie. (Podejrzewam, że jest to najbardziej obfotografowywane drzewo na Karaibach.)
Są jeszcze inne plaże, wśród których najbardziej znana jest położona na południu wyspy Baby Beach. Jadąc tam można jednak przeżyć szok na widok monstrualnej (opuszczonej i niszczejącej) rafinerii naftowej (ongiś jednej z największych na świecie, przerabiającej ropę naftową przewożoną tu z pobliskiej Wenezueli). Baby Beach znajduje się w sąsiedztwie rafinerii, ale na szczęście nie jest ona z tej plaży widoczna tak bardzo, by komukolwiek zepsuć uciechę z plażowania, opalania się, pływania i kąpieli.
Można powiedzieć, że Aruba to istota o dwóch twarzach. Jedna z nich – ta skierowana na zachód – znaczona jest pięknymi, stworzonymi do wypoczynku piaszczystymi plażami, gdzie morze jest zwykle łagodne i spokojne, a jego woda szafirowa; druga zaś – ta zwrócona ku wschodowi – jest dla tej pierwszej niczym Mr. Hyde dla Dr. Jeckylla: ostre i poszarpane skalne urwiska, smagane szaleńczo przez potężne spienione fale i prawie że sztormowy wiatr (to widok, który robi wrażenie, zwłaszcza jeśli ktoś przyzwyczaił się już do łagodności pierwszego oblicza/osobowości wyspy).
Cóż, być może dlatego ta wschodnia część wyspy wydaje się niektórym z jej gości ciekawsza? Na pewno warto się tam wybrać – nie tylko po to by zobaczyć ten fantastyczny krajobraz i poczuć potęgę morskiego żywiołu, ale również dlatego, że znajduje się tam jeszcze kilka interesujących miejsc.

Przeprawa przez drogi i bezdroża Parku Narodowego Arikok to doświadczenie diametralnie różne od plażowania

.

       Najważniejsze z nich to Park Narodowy Arikok – ciągnące się jak okiem sięgnąć wzgórza wulkaniczne pokryte nieprzebytym gąszczem kaktusów (wśród nich wyróżniają się zwłaszcza organowe) i suchokrzewów (typu wilczomlecz mleczny). Są tam nawet jaskinie, wyżłobione przez wodę w skałach wapiennych, powstałych ze spetryfikowanych koralowców (największą i najciekawszą nich Fontein Cave warto zwiedzić). W strefie brzegowej parku znajduje się naturalny basen (Natural Pool), w którym można się kąpać, gdyż jest on od morza – i jego wściekłych fal – oddzielony skalną ścianą. Wielką atrakcją parku był kiedyś most naturalny (Natural Bridge) lecz niestety, runął niedawno pod własnym ciężarem i na jego miejscu zostało tylko skalne rumowisko.
Jest jeszcze kilka innych miejsc, które ewentualnie można na Arubie zwiedzić: latarnia morska California, wulkan Hooiberg, formacja skalna Casibari (z której najlepiej chyba widać prawdziwą, nieturystyczną Arubę), ruiny kopalni złota Bushiribana, farma motyli, plaża flamingów (tam, niestety, bardzo trudno się dostać, a jeżeli już się to uda, to kosztuje to krocie). Ci, którzy nurkują, mają tutaj wiele możliwości – a kto robi to nie tylko z rurką, ale i z akwalungiem, to może u wybrzeży wyspy przeżyć prawdziwą podwodną przygodę, mając do dyspozycji aż siedem wraków (w tym dwa samoloty i robiący największe wrażenie niemiecki okręt SS Antilla, zniszczony w 1940 roku przez samych Niemców, którzy nie chcieli go oddać w ręce Holendrów). Nie sposób przegapić największego miasta – a jednocześni stolicy Aruby – Orenjestad (jak dla mnie zbyt upiększonego, z dziwną architekturą przypominającą jakiś pseudo-kolonialny cukierkowy Disneyland). Trzeba tylko uważać, żeby nie wybierać się do śródmieścia w tym samym czasie, kiedy ze statków wycieczkowych spływają i zalewają miasto tysięczne hordy turystów.
Z tego, co napisałem o rozsianych po wyspie atrakcjach, można chyba wywnioskować, że przebywając na Arubie warto choć na parę dni wypożyczyć samochód (przy czym jazda po terenowych, żwirowo-piaszczystych drogach wschodniej części wyspy, wymaga samochodu z wyższym zawieszeniem – SUV’a, a jeszcze lepiej jeepa z napędem na cztery koła). Jeśli chodzi o nas, to przez cały pobytu na Arubie dysponowaliśmy samochodem, dzięki czemu poznaliśmy wyspę dość dobrze. I muszę powiedzieć, że jej różnorodność bardzo mnie zaskoczyła – pozytywnie, rzecz jasna. Polecam więc przekonać się o tym samemu, ale jeśli ktoś chce spędzić swoje wakacje tylko na plaży, to… voilà!
Jeżeli nie chce się wydawać fortuny na pobyt w hotelu czy resorcie przy plaży, (ceny za noclegi bywają w nich rzeczywiście astronomiczne), to można wynająć jakieś lokum w interiorze wyspy i stamtąd wybierać się na plażę samochodem (wypożyczenie małego samochodu nie jest tu wcale takie drogie). O Arubie mówi się, że wyjazd na nią to kosztowna impreza, ale (z własnego doświadczenia) wiem, że jeżeli zastosuje się ten drugi wariant pobytu na wyspie, to nie wypada to drożej, niż np. wakacje na Florydzie.
Powinienem jeszcze wspomnieć o jedzeniu, które na Arubie jest naprawdę znakomite (całe mnóstwo restauracji serwującej najczęściej owoce morza) ale to trzeba sprawdzić samemu. Dlatego życzę wszystkim Czytelnikom aby mogli się na tej „szczęśliwej wyspie” choć raz w życiu znaleźć, doświadczając jej uroków, piękna i smaków własnymi zmysłami – i na własnej skórze.

*  *  *

.

Wypatrując pirata z Karaibów?

.

.

Drugie oblicze wyspy: dzikie spienione fale, wicher i skalne urwiska

.

.

Skrzydlata, kolorowa, efemeryczna piękność

.

.

Aruba girls, girls, girls…

.

.

I wreszcie: jeden ze słynnych arubańskich zachodów słońca nad Morzem Karaibskim

.

POWIĄZANE WPISY: KARAIBY

.

..

DIVI DIVI TREE

.

.

FOOD

.

.

A NA DESER MOTYLKI

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

Z ANIĄ NA SZLAKU

.

Nad Jeziorem Michigan

.

       Może to sprawa szczególnej pory w moim życiu?
Bo chciałbym Wam – stałym, ale i zabłąkanym tu przypadkiem – Czytelnikom tej strony przedstawić moją Żonę Annę. Widzę, że z biegiem czasu mój blog staje się nieco bardziej osobisty – Wizja Lokalna jakoś częściej wchodzi w moje życie – więc czas wspomnieć tutaj o kimś, kto jest dla mnie w życiu najważniejszy.
Czy będzie to podróż sentymentalna? Być może, ale na pewno nie będzie ona czułostkowa ani – nie daj Boże! – ckliwa.

      Tak się złożyło, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat sporo podróżowałem. Przez jakiś czas – dawno, dawno temu – robiłem to nawet zawodowo, organizując i prowadząc wycieczki (najczęściej po Ameryce Północnej, ale wypady z grupami na inne kontynenty też mi się zdarzały). Później zacząłem się wybierać w świat prywatnie – samemu, niekiedy w jakimś miłym i ciekawym towarzystwie – ale z czasem w tych podróżach coraz częściej towarzyszyła mi Żona. W końcu starałem się podróżować tylko z Nią. I muszę Wam powiedzieć, że było to (i jest) dla mnie najlepsze i najszczęśliwsze towarzystwo – na pewno z nikim innym tak dobrze by mi się nie podróżowało, jak z moją Anią.
Nie wiem, komu? (czemu?) mam za to dziękować – Bogu, Szczęściu, Losowi, Miłości – w każdym razie wdzięczny jestem za ten czas spędzony z najbliższą mi osobą – nie tylko w domu, ale właśnie również w podróży.

       Tych wojaży było sporo. Kiedy tylko mogliśmy sobie na to pozwolić, to wyruszaliśmy w świat kilka razy do roku, często w bardzo odległe i egzotyczne strony. Właściwie zorganizowanie całej podróży i ustalenie jej planu (skreślenie itinerary, rezerwacje…) leżało w mojej gestii. Ania się na to godziła, bo mi ufała – wiedziała, że wycisnę z przygotowywanej wyprawy to, co najlepsze. (Tutaj skrzywienie zawodowe było dla mnie niczym innym, jak przyjemnością). Kondycję w zasadzie mieliśmy taką samą, podobne upodobania, jeśli chodzi o akomodację i przemieszczanie się po odwiedzanym kraju. Podobne też mieliśmy zainteresowania, taką samą ciekawość nowych miejsc i ludzi. Ania zawsze była bardziej śmiała… czy też bardziej skłonna do nawiązywania kontaktu z obcymi, a ja na tym tylko korzystałem, bo jednak największym skarbem wszystkich krajów są zamieszkujący je ludzie. Muszę też wspomnieć o tym, że Jej opiekuńczość była dla mnie zawsze wielkim komfortem.

       To ciekawe, jak dwoje ludzi o tak odmiennych charakterach i temperamentach, potrafi swój związek nie tylko stworzyć, ale i zachować na długie lata (nie chcę tu uderzać w tak solenne i patetyczne tony, ale jestem pewien, że w naszym przypadku, będzie tak do śmierci).
I to jest bez wątpienia głównie zasługą Żony – istoty znacznie mądrzejszej ode mnie… przynajmniej życiowo ;). Tym bardziej, że ja to raczej utracjusz byłem. Może z wiekiem bardziej dojrzałem a nawet zmądrzałem (choć w to ostatnie to jednak wątpię).

       Najchętniej wybieraliśmy się w góry na tzw. „łono” natury (zdarzało się nam przechodzić po górskich szlakach ponad 20 km dziennie); lubiliśmy też Ocean, morze, spacery po plaży, tropikalne wyspy (przede wszystkim Karaiby i Hawaje)…
Nigdy nie mieliśmy dość amerykańskiego Zachodu: od pustynnego Południowego Zachodu (Kalifornia, Nevada, Arizona, Utah), przez stany Gór Skalistych (Kolorado, Idaho, Montana, Wyoming), po szczególnie darzony przez nas sentymentem Pacyficzny Północny Zachód (Waszyngton, Oregon).
Dość często wyjeżdżaliśmy do Azji – a to ze względu na bogactwo kulturowe i etniczne tamtych krajów (tzw. „podróżą życia” dla nas były Indie). Do miast – i współczesnej cywilizacji – ciągnęło nas mniej, ale też nie unikaliśmy zwiedzania ciekawych metropolii, ani nawet… muzeów (oboje bardzo lubimy malarstwo). Spodobały nam się niektóre zakątki Europy – w Hiszpanii, we Włoszech, Szwajcarii, Norwegii…

       Oczywiście zawsze brałem w te wojaże fotograficzny aparat, robiąc całą masę zdjęć. Te, które wydawały mi się najbardziej udane, publikowałem na moich stronach w Internecie (np. TUTAJ albo TUTAJ), część udało mi się wydać w formie książkowo-albumowej („PODRÓŻE”).
Prawdę mówiąc nigdy nie lubiłem, kiedy ktoś mnie fotografował – o fotografowaniu siebie samego nawet nie wspominam (nie wiem, czy zrobiłem więcej jak dwa selfie w swoim życiu), czego teraz żałuję, bo jednak warto mieć taką pamiątkę z pewnych miejsc – zwłaszcza z takich, w których się jest pierwszy i być może ostatni raz w życiu.
Natomiast bardzo lubiłem fotografować swoją żonę – zwłaszcza na szlaku. Bynajmniej nie dlatego, że jest taka fotogeniczna (no cóż, chyba jednak jest :) ), ale dlatego, że najczęściej jej sylwetka ożywiała po ludzku surowe zwykle – choć bez wątpienia piękne – naturalne lub cywilizacyjne krajobrazy, scenerie i pejzaże. Pozwalała też na ogarnięcie proporcji – zwłaszcza wielkich przestrzeni i ogromnych tworów (czasem nawet cudów) Natury.
Niewielki wybór tych fotografii pozwalam sobie tutaj zaprezentować.

*  *  *

UWAGA: należy kliknąć na zdjęcie, aby zobaczyć go w pełnym wymiarze (do czego zachęcam)

.

Pod Mount Robson w Brytyjskiej Kolumbii (Kanada)

.

.

W Kanionie Paprociowym w Kalifornii

.

.

Pod palmami na wyspie Saona (Dominikana)

.

.

Surowość i piękno północnej krainy – okolice Lysefjorden w Norwegii

.

.

Był kiedyś las – na wydmach Silver Lake SP w Michigan

.

.

Nd Dolnym Wodospadem Naturalnego Mostu w Górach Skalistych Kanady

.

.

Na którejś z osobliwych plaż Morza Andamańskiego w Tajlandii

.

.

Na bezdrożach Big Island of Hawaii – a gdzieś tam w dole Zielona Plaża (Hawaje)

.

..

Pod lodowcami Mount Rainier w stanie Waszyngton

.

.

Wyglądając za wodospadem na szlaku Eagle Creek w Oregonie

.

.

Spacerując po dachu Domu Opery w Oslo (Norwegia)

.

.

Na szlaku w Alpach – masyw Jungfraujoch w Oberlandzie Berneńskim (Szwajcaria)

.

.

W lesie kolumn, pod arkadami Wielkiego Meczetu Mezquita w Kordobie (Hiszpania)

.

.

Na grani równej z chmurami pod Mount Blanc we Francji

.

.

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie – w Tombstone, mieście (martwych) rewolwerowców, w Arizonie

.

.

Wśród oszałamiającego kwiecia w Oregonie

.

.

Zagubiona w kolorowym tłumie – na targu rybnym Sassoon Docks w Bombaju (Indie)

.

.

Odpoczywając w hamaku na wyspie Virgin Gorda (British Virgin Islands)

.

.

Razem nad Niebieskim Miastem Dżodhpur w Twierdzy Mehrangarh (Indie)

.

.

Na Cape Flattery – Półwysep Olympic w stanie Waszyngton

.

greydot.

greydot.

I JESZCZE GARŚĆ ZDJĘĆ:

.