MACHU PICCHU – INKASKA EKSTRAWAGANCJA W ANDACH

.

Kontemplując ruiny (Machu Picchu)

.

      Początek filmu Herzoga Aguirre, gniew boży. Stromym górskim szlakiem w Andach schodzi smętna procesja konkwistadorów i najemnych Indian. Dźwigają ze sobą – niczym brzemię – olbrzymie muszkiety, koła i lufy armatnie, kosze, wory, klatki z kurami… Razem z nimi drepczą lamy; widzimy nawet dwie młode damy (w pełnym sukniowym rynsztunku). Zakuci w zbroje rycerze kurtuazyjnie podają kobietom rękę, pomagając w pokonaniu zdradliwej ścieżki (z której co jakiś czas coś – lub ktoś – spada). Cały ten kuriozalny wężyk piechurów spowija mgła, a kiedy smog się rozrzedza widzimy szczyty i zbocza gór porośnięte gęstą dżunglą.
Dziwna to, ale i wymowna scena. Ludzkie mrówki w swoim marszu lunatyków, poszukujące złotego El Dorado. Rozszerzające przy okazji swoje terytorium – w nigdy niezaspokojonej żądzy podboju; gotowe do najbardziej karkołomnych eskapad w pogoni za władzą i bogactwem, albo za swoją idée fixe.
Dopiero później dowiedziałem się, gdzie Werner Herzog filmował te sceny. Otóż było to jakieś 100 metrów od… zabudowań Machu Picchu. Na ekranie nie widać ruin słynnego miasta Inków, więc nie można się było zorientować co do lokalizacji, ale kiedy sam dotarłem do tego miejsca, natychmiast przypomniałem sobie pierwsze kadry Aguirre. Był to początek szlaku, który prowadził z miasta na Huayna Picchu – szczyt góry, której charakterystyczny stożkowaty kształt znany jest z klasycznych panoramicznych ujęć Machu Picchu. Zacząłem się wspinać po ścieżce, choć próżno już było odnaleźć na niej ślady Klausa Kinsky’ego.

      Być może nie jestem tu sprawiedliwy, ale w moich oczach Herzog nie profanował tego miejsca tak, jak np. sprofanowało go… Bollywood, którego artyści jedną ze swoich tanecznych a rozbuchanych scen nagrali właśnie w ruinach Machu Picchu. Wprawdzie zgodę przyznano dopiero po interwencji indyjskiego rządu, ale jednak. Na szczęście wybito Peruwiańczykom z głowy projekt kolejki linowej i budowę luksusowego hotelu w najbliższym sąsiedztwie starożytnego miasta, wpisanego przecież na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Nota bene, zaraz potem organizacja ta uznała Machu Picchu za miejsce zagrożone, głównie przez masową turystykę, która w XXI wieku wręcz eksplodowała. Dziś podobno, w sezonowym szczycie, ruiny zwiedza 2,500 turystów (taki został nałożony przez rząd peruwiański limit odwiedzin). A jednak, mimo wszystko, można uniknąć tych tłumów. Wystarczy zjawić się tutaj przed 10 rano albo po 2 po południu. Jeśli można odczuć jakąś mistykę miejsca – poczuć dotknięcie genius loci – to tylko wtedy. Wbrew pozorom Machu Picchu jest rozległe, więc nawet kilkaset osób może się tu dość luźno rozlokować. O pewnych porach można nawet odnieść wrażenie, że człowiek jest sam – zagubiony w labiryncie ścian z ciosanego kamienia.

      Tylko reklamie (nota bene National Geographic) zawdzięczamy to, że za odkrywcę „zaginionego” miasta Inków uznano Hirama Binghama, historyka Uniwersytetu Yale, który na Machu Picchu natknął się w 1911 roku podczas swojej wyprawy mającej na celu odnalezienie ostatniej stolicy Imperium Inków Vilcabamby. Co ciekawe, zrazu porośnięte dżunglą ruiny na górskiej przełęczy między górami Huayna Picchu (Młody Szczyt) oraz Machu Picchu (Stary Szczyt) nie zrobiły na naukowcu większego wrażenia i ekspedycja ruszyła w dalszą drogę, jednak kiedy okazało się, że następne miejsca są jeszcze mniej imponujące, Bingham wrócił się i uznał (zupełnie mylnie zresztą), że jednak Machu Picchu jest legendarną Vilcabambą.
W następnych latach zorganizowano jeszcze kilka ekspedycji do Machu Picchu, ruiny oczyszczono z zarośli, przyjrzano się im bliżej, częściowo rozkopano i – rzecz chyba najważniejsza – wywieziono stamtąd do Stanów Zjednoczonych kilka tysięcy archeologicznych artefaktów (które dopiero – po trwającym blisko 100 lat sporze między Amerykanami a Peruwiańczykami – w 2012 roku w większości wróciły do Peru). Bingham nie był jednak pierwszą „bladą twarzą”, która zobaczyła Machu Picchu. Jest prawdopodobne, że jeszcze w XVI wieku dotarł tu hiszpański renegat, niejaki Miguel Rufino, który schronił się w Dolinie Urubamba wraz ze swoją indiańską żoną. To są przypuszczenia, natomiast pewne jest, że miasto splądrował w latach 70 XIX wieku niemiecki „biznesman” Augusto Berns, który (w porozumieniu ze skorumpowanymi peruwiańskimi władzami) zaczął handlować na masową skalę przedmiotami znalezionymi w Andach, wywożonymi następnie do Europy. Są również dowody, że na dekadę przed Binghamem zawitał tu także mieszkaniec Cusco Agustin Lizarraga, i że to on przyprowadził do Machu Picchu pierwszych turystów, którymi byli członkowie pewnej francuskiej rodziny z Paryża. Ponoć to właśnie Bingham, zazdrosny o miano „odkrywcy” Machu Picchu, usunął z ruin kamień z podpisem Agostina: „Lizarraga 1902”, który to fakt, sponsorujące wyprawę Binghama National Geographic, w swoim wydaniu poświęconym „odkryciu” Machu Picchu, skrzętnie pominęło. Cóż, kreowanie „rzeczywistości” przez media nie jest wymysłem tylko naszych czasów.
To właśnie kulturo-centryzm Zachodniej Cywilizacji powoduje, że poznanie miejsc, które przecież od dawna zamieszkiwane są przez innych ludzi, nazywamy „odkryciem”. Tak było z „odkryciem” Ameryki przez Kolumba czy Australii przez Duńczyków.

      Wiemy, że Machu Picchu wybudowali w połowie XV wieku Inkowie, którzy zamieszkiwali go przez nie więcej jak 100 lat, a następnie opuścili, zostawiając miasto na pastwę bujnej już w tej części Andów flory. Wszystko inne jest hipotezą – lepiej lub gorzej przystającą do rzeczywistości.
Było Machu Picchu rezydencją króla Inków Pachacuteka i jego świty? Czy też może miejscem kultu? A może astronomicznym obserwatorium? Twierdzą? Symbolem – i przypieczętowaniem – władzy nad okolicznymi ludami? Może pełniło wszystkie te funkcje naraz?
Bo hipoteza, że była to siedziba Dziewic Słońca – najpiękniejszych kobiet poświęconych służbie Bogu Słońca Inti – mimo swej romantycznej i kultowej otoczki upadła i nie brana jest już przez żadnego z liczących się naukowców na poważnie.
Co było powodem opuszczenia miasta – i to jeszcze przed podbiciem królestwa Inków przez Pizarra i jego kompanów? Otóż najprawdopodobniej recesja i problemy wewnętrzne, które spowodowały, że inkaskiej elity nie stać już było na utrzymanie tej luksusowej ekstrawagancji w miejscu tak mało przystępnym – na obrzeżu Andów i amazońskiej dżungli, w odległości 112 km od stolicy Cusco. (Przy okazji można zwrócić uwagę na zaskakujący dla wielu fakt, że Machu Picchu jest położone na wysokości ok. 2 400 m n.p.m., czyli o kilometr niżej od Cusco, w związku z czym ma łagodniejszy klimat, który mógł wabić Inkę i jego dwór. Ponadto: prowincja zawsze jest spokojniejsza od stolicznego gwaru i poddana mniejszej presji. Nie wspominając o malowniczości Świętej Doliny Urubamba, którą w okolicach Machu Picchu zaczyna porastać gęsty tropikalny las, ciągnący się aż do Atlantyku.)

     Machu Picchu uznaje się za „perłę” i arcydzieło inkaskiej architektury i nie ma w tych określeniach większej przesady. Miasto składa się z dwóch części: górna to zbudowany z najbardziej finezyjnie ciosanych granitowych bloków kompleks świątyń i pomieszczeń „pałacowych” które zajmowała najwyższa w hierarchii społecznej kasta – król, dworzanie i kapłani. Dolną okupowało „pospólstwo” – rolnicy, strażnicy i służba, a budynki posiadały ściany z grubo ciosanego granitu, a nawet z polnych i rzecznych kamieni. Całość miejskich zabudowań wspierały ulokowane na zboczach góry tarasy, pełniące rolę zarówno ochronną (niejako fundamentalną, bo bez nich miasto niechybnie osunęłoby się w przepaść), obronną (ich strome ściany były doskonałą przeszkodą dla ewentualnych napastników) oraz – last but not least – praktyczno-użyteczną (uprawiano bowiem na nich kukurydzę i inne rośliny niezbędne dla utrzymaniu przy życiu liczącej ok. 1000 osób populacji miasta).
Rozlokowanie i konstrukcja budowli (w liczbie ok. 400), ich wkomponowanie w topografię przełęczy i gór, solidne i wielowarstwowe tarasy, czy wreszcie doskonały (i funkcjonujący do dzisiaj) system kanałów i akweduktów – dostarczający zarówno wody pitnej mieszkańcom, nawadniający tarasowe uprawy, jak i drenujący miasto – to wszystko było wytworem inżynierskiego mistrzostwa, robiącego wrażenie nawet po upływie pół tysiąca lat, w epoce nowoczesnego budownictwa, dysponującej bez porównania lepszą technologią i techniką.

     Jest więc co podziwiać. Widok niezwykłego miasta rozłożonego w siodle przełęczy między dwiema górami, mającego w tle niebotyczne Andy i otoczonego z trzech stron zakolem rzeki Urubamba, to widok ikoniczny. Machu Picchu uznano za jeden z siedmiu cudów świata ery nowożytnej. Nic więc dziwnego, że jest on również jedną z największych atrakcji turystycznych nie tylko Peru i Ameryki Południowej, ale i świata.
Do Machu Picchu z Cusco nie jest daleko. Najwięcej ludzi dociera tam pociągiem (2 godziny jazdy z Cusco) lub autobusami; piechurzy zaś – biegnącym przez Andy słynnym Szlakiem Inków. Najbardziej popularny jest 4-dniowy trekking, choć niektórzy szczęśliwcy (obecnie trzeba rezerwować miejsce – pozwolenie wejścia na szlak w porze suchej – na dobry rok wcześniej) wybierają trasę tygodniową, albo znacznie krótszą, bo tylko 2-dniową. Co ciekawe, do Machu Picchu dochodzi się wtedy ścieżką prowadzącą z góry. Mimo zmęczenia schodzi się wtedy jak na skrzydłach, zapominając o wszelkich trudach – na widok majaczącego w dole miasta człowieka wypełnia po brzegi euforia..

      Wielką sławę zawdzięcza Machu Picchu nie tylko swojej wartości cywilizacyjnej i historycznej, ale i… spektakularnej. Miasto jest bowiem niesłychanie malowniczo i ciekawie położone. Często zmieniająca się aura, mieszanina mgieł, kłębiących się chmur i przebijającego się przez nie słońca, dopełniają tylko atrakcyjną fotogeniczność miejsca, które na dodatek bardzo łatwo jest fotografować, zwłaszcza z góry. Intensywna zieleń trawy porastającej tarasy i miejskie dziedzińce, skontrastowana z kamienną mozaiką zabudowań i labiryntu murów ułożonych (bez żadnej zaprawy) z ciasno dopasowanych kamieni, głazów oraz bloków skalnych wykutych z brązowo- szaro- biało- żółtego granitu – to wszystko składa się na jeden z najbardziej fascynujących i zapadających w pamięć widoków na świecie.

* * *

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Reklamy

SASSOON DOCKS – seafood heaven (or hell) w Bombaju

.

.

Wizyta na najbardziej ruchliwym targu rybnym w Bombaju – w Dokach Sassoona. Jedno z moich najbardziej intensywnych doświadczeń podczas ostatniej podróży do Indii. Doświadczenie socjologiczne i etniczne: wejście w epicentrum ludzkiej aktywności – rybackiej i handlowej – odbywającej się tu od wielu pokoleń, której głównymi aktorami są ludzie (zarówno kobiety, jak i mężczyźni) z plemienia Koli, od kilkuset lat zamieszkującego okoliczne wyspy i trudniącego się rybołówstwem; także mieszkańcy Bombaju, którzy kupują wyłowione przez nich morskie stworzenia oraz obsługują targ i cały ten zgiełk. Również doświadczenie estetyczne i zmysłowe – wynikające ze zmasowanego ataku zapachów na nozdrza oraz kształtów i kolorów na oczy.
Jak do tego doszło?
Pierwszy raz zajrzeliśmy tam z żoną wczesnym popołudniem, kiedy kutry rybackie spoczywały już w dokach, a hala była pusta. O tej porze wszelka aktywność związana z połowem ryb i handlem nimi zamiera i tylko gdzieniegdzie widać było rybaków naprawiających sieci, tankujących ropę, czyszczących łodzie, odpoczywających…
Drugim razem wybraliśmy się tam jeszcze przez wschodem słońca. Mieszkaliśmy w Taj Mahal Palace – czyli w hotelu położonym w tej samej dzielnicy południowego Bombaju (Calaba), co doki – więc taksówka dowiozła nas tam w niecały kwadrans. A świtanie to pora, kiedy w dokach panuje największy – frenetyczny wręcz – ruch. Do przystani zawijają wtedy z nocnego połowu kutry, z których transportuje się na brzeg nieprzebrane ilości ryb. Ich rozkładaniem – na straganach, skrzyniach, czy nawet bezpośrednio na betonowej posadzce – oraz sprzedażą zajmują się kobiety, najczęściej żony, siostry i matki rybaków. Licytacje odbywają się na miejscu, sprawnie i szybko – kupione ryby muszą bowiem zrobić miejsce następnym. A miejsca nie jest dużo – na stosunkowo małej powierzchni tłoczy się tutaj wiele setek handlujących ludzi. My byliśmy jedynymi, którzy po prostu chcieli sobie na to wszystko popatrzeć więc nie byłem pewny, jak nas się potraktuje. Tym bardziej, że do Doków Sassoona przybyłem z mocnym postanowieniem utrwalenia tego egzotycznego dla mnie miejsca na zdjęciach – mimo, że wiedziałem, iż istnieje tu zakaz fotografowania, (wprowadzony po atakach terrorystycznych na Bombaj – a konkretnie na wspomniany już Taj Mahal Palace i restaurację Cafe Leopold – w 2007 roku, kiedy to zamachowcy dotarli do Indii z Pakistanu, właśnie przez Doki Sassoona w Bombaju).

* * *

PS. Polecam obejrzenie załączonych tu zdjęć w pełnym wymiarze.

.
.

Odpoczynek po połowie, a w tle ludzka krzątanina w tłumie

.

Rybacy i ich łodzie – każdy zna swoje miejsce

.

Kobiety też muszą mieć silne dłonie

.

Wschód słońca (choć wygląda jak zachód) – łódź rybacka wraca na Ocean

*  *  *

Szokujący był kontrast, który z luksusowych pieleszy hotelu Taj Mahal Palace – gdzie zatrzymaliśmy się bynajmniej nie z powodu snobizmu czy też z zamiłowania do luksusu (ale o tym może innym razem) – rzucił nas wprost do tego miejsca ludzkiej hiper-aktywności w warunkach ciężkich i surowych, trudnych do ogarnięcia dla przybysza z zewnątrz, a przez to wręcz przytłaczających. Nie na tyle jednak, by nie doświadczyć pewnej euforii z racji uczestnictwa w czymś na wskroś dla nas egzotycznym, a przez to niezmiernie ciekawym. I fotogenicznym. Trudno się było oprzeć tej orgii kolorów (której raz po raz doświadczałem w Indiach, zwłaszcza w Radżastanie) oraz etnicznej wyrazistości otaczających mnie ludzi (którzy nota bene nie zwracali na nas większej uwagi, zajęci tym, co należało zrobić, by zdążyć przed nadchodzącym szybko ukropem południowych godzin. Mimo to każdy potrafił się w tej ciżbie znaleźć. My również robiliśmy wszystko, by nie stać się dla tych ludzi zawadą, choć aparat fotograficzny mi tego raczej nie ułatwiał. Oszałamiająca była różnorodność stworzeń wydobytych nocą z oceanicznej głębi – tylko niektóre z nich zdolny byłem nazwać po imieniu, wliczając w to tuńczyki, makrele, płaszczki, krewetki, ośmiornice, kraby… Czasem pytałem się o to ludzi, ale w odpowiedzi słyszałem tylko nieznane mi hinduskie nazwy, które nie sposób było zapamiętać. Wiem, że dla wielbicieli dań z owoców morza, Doki Sassoona mogły by się wydać konsumpcyjnym rajem, choć z drugiej strony – z punktu widzenia morskich stworzeń – miejsce to mogło przypominać jakieś inferno.

Wspomniałem o zapachach, ale to nie było tak, że czuć tam było dojmujący smród, jaki zwykle towarzyszy psującym się owocom morza. Tutaj bowiem nic nie zdążyło się jeszcze zepsuć, wszystko było świeże – woń była więc charakterystyczna, ale nie odpychająca. Mimo wszystko starano się utrzymać względną czystość, choć widok walających się tu i ówdzie ryb i krewetek poddawał to w wątpliwość. Imponowała sprawność kobiecych rąk patroszących ryby lub wycinających kawały mięsa z ogromnych cielsk złowionych płaszczek. Nawet dźwiganie na głowach ciężkich, wypełnionych po brzegi rybami miednic, nie pozbawiało tych kobiet pewnej gracji. Z kutrów i imponujących, choć wyglądających archaicznie łodzi, wynoszono ostatnie kosze ze srebrzącymi się rybami. Większość z rybaków zajęta już była czyszczeniem pokładu, choć niektórzy z nich wylegiwali się,  odpoczywając na dachach kajut – na sieciach, linach… gdziekolwiek się dało. Robiłem zdjęcia, a kadry wydały mi się tak gęste, że niekiedy traciłem orientację w rozróżnianiu przedmiotów i ludzi – takie było bogactwo kolorów i kształtów, kompozycji tworzących się impromtu przed moimi oczami. Setki masztów, kabli, rur, chorągiewek – kilometry lin, plątanina sieci – harpuny, skrzynie, beczki, kotwice… Przeważały kolory czerwieni, pomarańczów i żółci… Sporo niebieskiego i złamanej zieleni. Jakimś dziwnym sposobem harmonizowało to z kolorystyką kobiecych szat (a trzeba pamiętać, że kobiety w Indiach przy każdej okazji ubierają się w piękne, wzorzyste sari).  Siłą rzeczy porównywałem ten spektakl z tym, jaki widziałem rok temu w Birmie, gdzie w wiosce rybackiej Gyeiktaw byłem świadkiem powrotu z nocnego połowu setek łodzi obładowanych tonami ryb, które później rozkładano na plaży. Tam jednak była przestrzeń, plaża i wioskowa swojskość, tutaj zaś twardy beton doków, łodzie stłoczone w porcie – skraj wielkiej metropolii opierającej się jednak integracji z Oceanem. Oba wszak doświadczenia niezwykłe – równie niezapomniane.

*  *  *

PS. Kliknij na zdjęcie (lub wybierz opcję full size) by obejrzeć go w pełnym wymiarze.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

NORWEGIA

.

norwegia

W krainie fiordów

.

     Trafiłem wreszcie do Północnej Krainy. Skandynawia, a zwłaszcza Norwegia, zawsze była na liście marzeń moich podróżnych i latem tego roku udało mi się tam dotrzeć. Dwa tygodnie spędzone w Norwegii to jest zdecydowanie za mało, niemniej jednak pozwalało na skosztowanie tego kraju, rzucenie okiem na jego naturalny splendor, poczucie klimatu i zetknięcie z zamieszkującymi go ludźmi. Poniżej przedstawiam szkic trasy, którą wraz z żoną przemierzyliśmy podczas trwającej 9 dni podróży po zachodnio-południowej części Norwegii. To rejon, gdzie można zobaczyć słynne fiordy, góry wraz z ich dziką i surowa przyrodą, wreszcie nabrzeżne miasta, takie jak Stavanger czy Bergen, jakże charakterystyczne, bo oddające atmosferę kulturalną kraju i przesiąknięte jego historią. Opis tej podróży jest dość skrótowy – bardziej techniczny, niż opisowy – niemniej jednak pozwalający na ogarniecie najważniejszych odwiedzonych przez nas miejsc. Być może będzie jeszcze okazja, by podzielić się bogatymi wrażeniami, których na naszej trasie nie brakło, jak również refleksjami, które cała ta norweska przygoda sprowokowała. Przy okazji prezentuję mały wybór zdjęć, jakie udało mi się zrobić. Sądzę, że dość wiernie odzwierciedlają one obrazy jakie odsłaniały się przed moimi oczami.  Mam również nadzieję, że – przynajmniej w jakiejś mierze – oddają piękno tego niezwykłego kraju, jakim bez wątpienia jest Norwegia.

greydot

 

1-norwegia

W drodze do Lillehammer

DZIEŃ 1: OSLO – LILLEHAMMER

     Tego nie miałem we wcześniejszych planach, lecz kiedy zorientowałem się, że na trasie z Oslo do Ålesund jest kilka ciekawych miejsc, których nie można byłoby odwiedzić ze względu na ponad 10-godzinny przejazd między tymi miastami, postanowiłem wypożyczyć samochód dzień wcześniej i podjechać na dodatkowy nocleg do oddalonego o dwie godziny jazdy od Oslo Lillehammer. Miasto zasłynęło z odbytej tu przed laty zimowej olimpiady, pewnie warte byłoby większej uwagi, jednak tym razem posłużyło nam tylko jako noclegownia. (Swoją drogą spaliśmy w ciekawym miejscu, bo w przerobionym na hotel budynku starego dworca kolejowego, na nieszczęście jeszcze czynnego, co okazało się pewną – choć nie tak wielką – uciążliwością w nocy, ze względu na przejeżdżające pociągi.) Zanim tam dotarliśmy, nasz znajomy, który udzielał nam gościny w swoim domku pod Oslo (jeszcze raz dzięki wielkie, Sławku!) podwiózł nas na międzynarodowe lotnisko pod Oslo, gdzie miałem zarezerwowany samochód. Niestety, jako że stawiłem się w wypożyczalni dzień wcześniej, zamówiony przeze mnie SUV nie był jeszcze dostępny, zamiast tego dowiedziałem się, że dysponują wolnym… mercedesem. No trudno! Wyboru nie miałem, więc wziąłem, co dawali. Droga do Lillehammer zleciała nam szybko. Za szybą przesuwały się dość sielskie widoki płaskiej jeszcze Norwegii (patrz zdjęcie powyżej), przyzwyczajałem się do samochodu (prowadziło się go świetnie, choć z wsiadaniem było różnie), tak że wieczorem szczęśliwie dotarliśmy na miejsce.

Dystans: 190 km; nocleg: Lillehammer Stasjonen Hotel. 

greydot

.

2-norwegia

Wspinając się na Drabinę Trolli

DZIEŃ 2: TROLLSTIGEN

     Tego dnia nastąpiło nasze pierwsze spotkanie z górami, a właściwie z rzeźbą terenu, jaką zawdzięczamy fiordom. Wyjechaliśmy z naszego dworcowego hotelu w Lillehammer wcześnie rano, po znakomitym (jak zresztą we wszystkich – jak się okazało – norweskich hotelach) śniadaniu. W ciągu kilku godzin jazdy krajobraz zaczął się zmieniać radykalnie, a kiedy wjechaliśmy do okręgu Møre og Romsdal naszym oczom ukazały się strome, wysokie na prawie kilometr, granitowe ściany. Patrzyliśmy na Trollveggen – wznoszącą się nad nami na wysokość 1800 m. Ścianę Troli, najwyższy w Europie blok granitowy, prawdziwe wyzwanie dla alpinistów, którzy po  raz pierwszy zdobyli ją dopiero w 1958 r. Nasza droga prowadziła głęboką doliną utworzoną przed tysiącami lat przez fiord. Zaskoczony byłem bujnością oraz intensywnym kolorem flory wypełniającej dolinę. Spodziewałem się bardziej surowego krajobrazu, skąpej roślinności… a tu taka orgia zieleni i obfitość wegetacyjnego życia. Na kilka kilometrów przez Åndalsnes, zamiast jechać krótszą i łatwiejszą drogą do Ålesund, odbijam na południe w kierunku Valldal, a to po to, by wdrapać się po słynnej Trollstigen, czyli Drabinie Troli, która jest jedną z najbardziej dramatycznych górskich dróg  na świecie. Serpentynami pniemy się stromo do góry, w niektórych miejscach droga staje się jednopasmowa, za każdym zakrętem przepaść, wielka woda bardziej spada niż spływa ze stromego zbocza tuż obok, tworząc spienione i huczące kaskady. Na szczęście pokonujemy Trollstigen bez większego vertigo i zatrzymujemy się na przełęczy w visitors center, skąd krótkim szlakiem przechodzimy na wiszącą nad przepaścią platformę widokową, z której w całej swojej potędze i krasie odsłania się przed nami otchłań Wielkiej Doliny  – z wijącą się pod nami mokrą wstążką serpentyny oraz  majaczącym na horyzoncie miasteczkiem Åndalsnes. Jesteśmy też blisko skandynawskiej tundry, którą – wśród rumowisk skalnych i granitowych głazów – tworzy roślinność skąpa, gdyż mająca na swój rozwój zaledwie kilka cieplejszych miesięcy w roku. Żegnamy się z przełęczą (droga otwarta jest tylko od maja do października) i zjeżdżamy po drugiej stronie góry. Po paru godzinach jazdy – głównie brzegiem fiordów Nordall i Stor – docieramy do Ålesund. Jest godzina 10 w nocy, czy też raczej wieczór, bo słońce zajdzie dopiero za pół godziny.

Dystans: 370 km; nocleg: Clarion Collection Hotel Bryggen.

greydot

.

3-norwegia

Panorama Ålesund

DZIEŃ 3: ÅLESUND

     Śpimy w samym centrum Ålesund, więc rankiem udajemy się na spacer po jakże malowniczym mieście. Kiedyś był to największy port rybacki w Norwegii, jednakże został on niemal całkowicie spalony w 1904 roku. Jednak (ponoć) nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Z pomocą w odbudowie miasta pośpieszyła Europa, zwłaszcza Niemcy i w trzy lata Ålesund odbudowano – jeszcze piękniejsze, niż było, bo całe w stylu Jugendstil – art noveau. Obawialiśmy się nieco zapowiadanego deszczu, lecz –  mimo że niebo spowite było chmurami – nie padało. To zachęciło nas do wspinaczki na pobliskie wzgórze Aksla, skąd można obejrzeć panoramę miasta i okolic. W miarę jak wchodziliśmy coraz wyżej, pogoda robiła się coraz lepsza, a kiedy dotarliśmy na górę, była już po prostu piękna. Tak samo jak widok, który rozpościerał się przed nami: mały półwysep, na którym rozłożone było Ålesund, otoczony wodami zatoki – fiordu – morza (na poszarpanym norweskim wybrzeżu trudno je rozgraniczyć) i widocznymi w oddali wyspami. Niestety, już około południa musieliśmy opuścić miasto, by dojechać do Hellesylt, skąd promem udaliśmy się do Geiranger, płynąc niemal dwie godziny najsłynniejszym norweskim fiordem Geiranger, zwanym Królem (wszystkich) Fiordów. Droga do Hellesylt była niezmiernie widowiskowa, jak zresztą każda droga prowadząca fiordową doliną – z lazurową wodą i porośniętymi lasem zboczami, tudzież z bajecznymi, małymi osadami rozłożonymi nad brzegiem i otoczonymi seledynowo-zielonymi łąkami. Na pierwszy prom nie zdążyliśmy, więc musieliśmy czekać półtorej godziny do następnego. Dzięki temu spotkaliśmy rodaka, Krzysztofa, zapalonego fotografa, który z niejednego pieca chleb jadł, mieszkał już w różnych zakątkach świata, ale twierdził, że najlepiej mu teraz w pobliskim Åndalsnes, gdzie znalazł pracę i zatrzymał się na dłużej. Przez Geirangerfjord płynął niejeden raz – najczęściej pokazując go swoim gościom (tak było również i tym razem). Rejs upłynął nam na podziwianiu wspaniałego fiordu i jego licznych wodospadów, a cały czas towarzyszyły  nam stada mew, (które jadły pasażerom z ręki). Wkrótce dopłynęliśmy do maleńkiej osady położonej na samym końcu fiordu Geiranger (i mającej taką samą nazwę jak on). Na szczęście turystyczne tłumy autobusowe już się przewaliły, w osadzie było więc cicho i spokojnie, a my po chwili dotarliśmy do naszego hotelu, który widzieliśmy wcześniej z promu. Punkty widokowe na krawędziach fiordu – i zwiedzanie osady – zostawiliśmy sobie na następny dzień, wieczór spędzając na kolacji w naszym hotelu,  gdzie na najwyższym pietrze – i ze wspaniałym widokiem – mieściła się restauracja.

Dystans: 90 km; (nie licząc rejsu promem po fiordzie); nocleg: Grande Fjord Hortel.

greydot

.

4-norwegia

Król fiordów – Geiranger

DZIEŃ 4: FJORD GEIRANGER – GAMLE STRYNEFJELLSVEGEN – PARK NARODOWY JOTUNHEIMEN

      Miejscowość Geiranger bardziej przypomina turystyczna osadę, niż wieś czy miasteczko – rankiem jednak było tu stosunkowo pusto, bo większość przyjezdnych spała, a tłumy z promu i autobusów jeszcze się nie wysypały. Po spacerze szlakiem towarzyszącym hucznym kaskadom utworzonym przez rzekę wpadającą do fiordu, wspięliśmy się samochodem po serpentynach na położone na krawędziach fiordu platformy widokowe (norweska klasyka), a następnie skierowaliśmy się na południe, by wydostać się z doliny, zatrzymując się jeszcze w kilku różnych miejscach, bo za każdym zakrętem fiord wyglądał inaczej (godna polecenia jest tu półka skalna Flydalsjuvelt, wisząca dramatycznie nad przepaścią fiordowej doliny, z widokiem iście nieziemskim. Wjeżdżaliśmy coraz wyżej ku górskiej przełęczy, straciliśmy już z oczu Geirangerfjord, lecz nie mogliśmy nie zboczyć z drogi Rv63 na wąski trakt prowadzący na szczyt góry Dalsnibba, skąd rozpościerał się widok (na dolinę, fiord i okoliczne góry) bijący na głowę wszystkie inne. Mimo, że był to środek lata, panowała tu jeszcze zima i dął wiatr lecz krystalicznie czyste powietrze umożliwiało nam sięganie wzrokiem hen – aż po kres górskiego krajobrazu, dzięki czemu wydawało się nam, że jesteśmy na krawędzi europejskiego kontynentu. Rzadko kiedy jest na Dalsnibbe tak dobra widoczność, zwykle góra spowita jest mgłą i pada deszcz lub śnieg. My mieliśmy jednak to szczęście – podobnie jak na całej naszej trasie w Norwegii. Zjechawszy ze szczytu wróciliśmy na Rv63, ale nie wybraliśmy bezpośredniego kierunku na Lom, tylko odbiliśmy na zachód, by wysoko w górach przejechać drogą Gamle Strynefjellsvegen (258) rekomendowaną nam dzień wcześniej przez naszego nowego znajomego rodaka z Åndalsnes. Ze wszech miar warto było – to najstarsza „turystyczna” droga w Norwegii, wybudowana jeszcze w XIX wieku – prowadziła górskimi grzbietem wśród głazów i jeziorek z jaskrawo-trurkusowym lustrem wody. Stoki pokryte były śniegiem, (znajdują się tutaj doskonałe szlaki narciarskie) ale sama droga była przejezdna, spotykaliśmy nawet na niej cały kolarski peleton. No a potem był lunch – piknik na skraju drogi – w towarzystwie baranów i krówek (nigdzie na świecie nie spotkałem tak zdrowo wyglądających bydlątek) – w sielskiej scenerii zielonych łąk i pasterskich chatek otoczonych skalnymi ścianami. W Lom zatrzymaliśmy się, by obejrzeć pierwszy na naszej trasie stavkirke. Ale czekał nas jeszcze tego dnia Park Narodowy Jotunheimen, więc po krótkich wizytach w kościele i znajdującym się już poza miastem historycznym hotelu-skansenie Elveseter (istne dziwowisko) ponownie zaczęliśmy się wspinać do góry. Jotunheimen znaczy w języku tubylczym „Dom Gigantów” i jest to najbardziej ukochana przez Norwegów (i nie tylko) „dzicz” – ponad tysiąc kilometrów kwadratowych górskiej „pustyni”, znaczonej dziesiątkami lodowców, setkami szczytów wyrastających ponad 2 km n.p.m., jeziorami, wodospadami, gołoborzami, tundrą… Niestety, jakże żałowałem, że mogliśmy tylko przez park Jotunheimen przejechać – na otarcie łez mając świadomość tego, że Sognefjelled Rd to najwyżej położona górska droga Europy (nota bene zwana także „drogą po dachu Norwegii”) i kilka przystanków, dzięki którym mogłem utrwalić moim Nikonem otaczający mnie splendor Natury. Robiło się już późno, zjechaliśmy do doliny Lustrafjorden i późnym wieczorem zawitaliśmy na nocleg do domu gościnnego Nes Gard.

Dystans: ok. 250 km; nocleg: Nes Gard Inn.

greydot

.

5-norwegia

Podziwiając stavkirke w Borgund

DZIEŃ 5: NES GARD – BORGUND STAVKIRKE – ŚNIEŻNA DROGA AURLANDSVEGEN

      Do południa leniuchowanie – po nocy spędzonej w jednym z najlepszych B&B Norwegii, jakim jest Nes Gard Inn – z butelką wina na ganku z widokiem na Lusterfjorden, malowniczy kościółek i wodospad Feigum po drugiej stronie fiordu. Po iście królewskim śniadaniu (przy świecach!) – wypad na pobliską przystań, maliny i wiśnie rosnące przy kościółku… Kusił Feigumfossen na przeciwległym brzegu, kusił położony  na drodze do wodospadu Urnes Stavkirke (wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO), lecz trzeba było wybierać, bo jeszcze tego samego dnia musieliśmy dotrzeć do Bergen. Zdecydowaliśmy się więc na odwiedziny najlepiej zachowanego stavkirke (polska nazwa: „kościół słupowy”) w Norwegii (w X – XIII wieku wybudowano ich tutaj około tysiąca, do dzisiejszych czasów przetrwało zaledwie 28 i stanowią one jedne z najstarszych zabytków drewnianych w Europie). Mowa oczywiście o Borgund Stavkirke z 1150 roku. To unikalna w skali światowej budowla łącząca chrześcijaństwo z pogaństwem – świętych katolickich z bóstwami Wikingów – styl romański z charakterem na wskroś nordyckim, w którym znalazło się miejsca zarówno na znaki runiczne, krzyże świętego Andrzeja i smoki. A wszystko rzeczywiście doskonale zachowane i w drewnie (na szczęście centrum turystyczne wybudowane w sporym oddaleniu od samego kościółka, więc można się było zmieścić w czasie wolnym od autokarowych hord). Wróciwszy do miasteczka Lærdal, mieliśmy do wyboru dwie drogi prowadzące do Bergen: jazdę najdłuższym tunelem świata, blisko 25 kilometrowym Lærdalstunnelen łączącym Lærdal z Aurland lub przejazd na drugą stronę gór tzw. Drogą Śnieżną Aurlandsvegen (Snøvegen). Oczywiście, nie zastanawiałem się nad tym długo, dzięki czemu już wkrótce ponownie otaczały nas zapierające dech w piersiach krajobrazy (na niektórych odcinkach zmuszony byłem zatrzymywać się dosłownie co kilkadziesiąt metrów – bo jak w kalejdoskopie zmieniała się perspektywa i piękno różnych zakątków tej fantastycznej okolicy. No stronie Norwegofil (z ciekawym mottem: Fiordy jedzą nam z ręki), znalazłem opis tej drogi tak zgrabny, że postanowiłem zacytować go tutaj niemal w całości: „Z Lærdal trasa biegnie wzdłuż potoku, dnem doliny Erdalen, po czym wznosi się powyżej poziomu lasu odsłaniając widok na surowy, skalisty krajobraz i ośnieżone szczyty gór sięgające wysokością 1500 m n.p.m. Na kolejnych kilometrach biegnie przez płaskowyż, mijając górskie jeziora i kilka porozrzucanych rzadko gospodarstw. Latem łatwo zaobserwować jak szybko zmieniają się otaczające nas kolory. Od ciepłych zieleni w dolinie, przez rudości i brązy w wyższych partiach, aż po szarości i biel śniegu na samym szczycie. Kontrasty są zaskakujące, w dolinie dzieci kąpią się w wodach fiordu, kiedy na górze w tym samym czasie można chodzić po śniegu. Najciekawszy z widoków Snøvegen rozpościera się tuż przed Aurland, z nowo zbudowanego punktu widokowego Stegastein. Z położonej na wysokości 650 m n.p.m. platformy rozpościera się wspaniała panorama na Aurlandsfjorden oraz okoliczne góry. Przy ładnej pogodzie wrażenie jest niezapomniane.” Wszystko się zgadza – potwierdzam. Żal było opuszczać te strony, ale przecież czekało nas – oddalone o parę godzin jazdy – najbardziej ekscytujące (oprócz Oslo oczywiście) miasto norweskie – Bergen.

Dystans: ok. 300 km; nocleg: Hotel Park Bergen.

greydot.

bergen

Bryggen – nabrzeże w Bergen

DZIEŃ 6: BERGEN

      Przez wiele stuleci Bergen było zarówno stolicą, jak i największym miastem Norwegii. Dzisiaj tylko Oslo może się z nim równać, jeśli chodzi o bogactwo życia kulturalnego i energię społeczności zasilanej entuzjazmem i oczekiwaniami przybyszów z zewnątrz, choć obecna stolica ustępuje miastu nad Morzem Północnym pięknem położenia – bo topograficznie Bergen jest prawdziwym klejnotem: umiejscowione (niczym Rzym) na siedmiu wzgórzach, stanowi ponadto doskonałe miejsce wypadowe do krainy południowo-zachodnich fiordów. Jednym zdaniem: norweska esencja. Na skosztowanie miasta mieliśmy tylko jeden dzień, ale, jako że mieszkaliśmy przez dwie noce bardzo blisko centrum (w znakomitym Hotel Park – nawiasem mówiąc wszystkie miejsca noclegowe, w jakich zatrzymywaliśmy się podczas naszej podróży, były bardzo ciekawe – zarówno jeśli chodzi o architekturę i wystrój wnętrza, jak i charakter i kuchnię – warte więc są osobnego wpisu), to był baaaardzo długi dzień, a ponadto słoneczny, co jednak nie jest tutaj regułą, bo Bergen jest najbardziej deszczowym miastem Skandynawii (pada tu zwykle 220 dni w roku). Znów więc mieliśmy – jeśli chodzi o pogodę – wielkie szczęście. Od naszego hotelu do serca Bergen, jakim jest nabrzeże portowe Bryggen, dzielił nas zaledwie półgodzinny spacer, w czasie którego oswoiliśmy się z uliczkami miasta, natrafiając na kilka ciekawych budynków (uwagę naszą zwrócił zwłaszcza gmach Teatru Narodowego, którego swego czasu dyrektorem był sam Henryk Ibsen) by w końcu trafić na Torget, gdzie każdego dnia tygodnia odbywa się prawdziwy spektakl handlowy, jakim jest targ rybny (sprzedaje się na nim także owoce i kwiaty). Panował tu ruch jak w ulu, ryby były świeże (wyłowione nocą z morza) więc ich zapach dość przyjemnie drażnił lekko nozdrza; obfitość owoców morza – ich kolory  i kształty – przyprawiał o lekki zawrót głowy; za straganami, chłodniami ladami spotkaliśmy głównie młodych imigrantów z Europy Środkowej (wśród których dominowali oczywiście Polacy – poznaliśmy nawet dziewczynę, pół-krwi Koreankę i pół-krwi Polkę). Targ położony jest nad zatoką Vågen, nad którą znajduje się też sam port i historyczne Bryggen (UNESCO World Heritage Site), przez blisko pół tysiąca lat okupowane przez głównie niemieckich kupców zrzeszonych w potężnej handlowej Lidze Hanzeatyckiej. Po dawnej świetności Ligi pozostał rząd jaskrawo pomalowanych (czerwono-żółto-pomarańczowo-brązowych) budynków poprzedzielanych wąskimi pasażami z charakterystycznymi załamaniami gontów. Tworzy to wszystko malowniczy widoczek – coś w rodzaju pocztówkowej wizytówki Bergen. Wstąpiliśmy na chwilę do znajdującego się w jednym z budynków Muzeum Hanzeatyckiego, by zobaczyć jak przez stulecia radzili sobie z pracą, mieszkaniem i zarządzaniem (jak również z surowym klimatem) czeladnicy, robotnicy i szefowie tej handlowej korporacji przetwórczo-rybackiej (swego czasu przerabiano tu dziennie 450 ton ryb – głównie dorsza). Kiedy wyszliśmy z ciemnych pomieszczeń na nabrzeże, oślepiło nas jaskrawe słońce, ogrzało ciepło dnia – rozleniwiło trochę zimne piwo, które sączyliśmy nieśpiesznie przy jednym z tysięcy wystawionych na zewnątrz stolików. Aktywność w sam raz na przesiąknięcie panującą tu i teraz atmosferą jakiegoś piwnego słonecznego święta – setki przycumowanych do mola jachtów i łódek, a na nich jedno wielkie niekończące się i wesołe party – Norwegów, Duńczyków, Niemców, Szwedów i Anglików… (w końcu trzeba jakoś odreagować te osiem miesięcy w szarówce i deszczu).  Oczywiście musieliśmy też spojrzeć na miasto z góry, co najlepiej zrobić ze wzgórza Fløyen, na które najłatwiej dostać się z centrum kolejką linową – i to w niecałe 9 minut. Na szczycie jest wielki taras widokowy – no i widok porównywalny tylko z tym, jakiego doświadczyliśmy tydzień wcześniej na wzgórzu Aksla w Ålesund. Z Fløyen można wrócić do miasta kolejką, jednakże my wybraliśmy jeden z kilku szlaków, jakie prowadzą na dół – opcja tym lepsza, że pozwalająca odetchnąć nieco od portowego zgiełku i to na dodatek wśród ożywczego, a zarazem relaksującego piękna lokalnej przyrody. Lecz nie żegnaliśmy się jeszcze z Bergen, bo w restauracji 1877 czekała na nas rezerwacja na kolację składającą się pięciu dań i degustacji tyluż win. Jak się okazało uczta trwała aż trzy bite godziny, ale że była to celebracja urodzinowa mojej żony – połączona na dodatek z wieloma kulinarnymi niespodziankami (głównie pozytywnej natury) – to nie dłużyła się ona nam wcale (przypominaliśmy może trochę te współwięźniarki, które spędziwszy w jednej celi kilkanaście lat, po ich zwolnieniu z więzienia, zatrzymały się jeszcze za bramą na dłuższą rozmowę). Nocny spacer do hotelu zakończył nasz pełen wrażeń – i niezwykle udany – dzień w Bergen.

Dystans: 0 km (samochód nie ruszany, kilka km na piechotę po mieście; nocleg: Hotel Park Bergen.

greydot.

7-norwegia

Zmierzch nad Stavanger

DZIEŃ 7: STAVANGER

      Stavanger z Bergen konkurować nie może, ale też  jest ważnym miastem, które przez stulecia napędzało ekonomicznie i demograficznie rybołówstwo (tutaj głównie: sardynki i śledzie), a przez ostatnie pół wieku – przemysł naftowy (jak wiemy, dzięki odkrytym w latach 60. i 70. wielkich złóż ropy naftowej znajdujących się pod dnem Morza Północnego, Norwegia z kraju dość biednego zamieniła się w jeden z najbogatszych na świecie). Większość dnia zajęła nam nasza podróż z Bergen do Stavanger – droga E39 biegła morskim wybrzeżem – przez półwyspy i wyspy, przez tunele pod dnem morza i przez góry – parę razy musieliśmy też korzystać z promów (trudno sobie wyobrazić poruszanie się po Norwegii bez tuneli i promów, których – wraz z wodospadami i fiordami – znajduje się tu więcej, niż w jakimkolwiek innym kraju na świecie). Późne popołudnie spędziliśmy na spacerze po mieście – godna uwagi jest stara zabudowa miasta Gamle Stavanger oraz Bryggen (tutaj przypominającym miniaturę tego, które widzieliśmy w Bergen) – ale na wizytę w najlepszym na świecie muzeum wydobycia ropy naftowej, jakim jest Norsk Oljemuseum, nie mieliśmy już czasu. Poza tym wypadało dziś wcześniej znaleźć się w łóżku i wypocząć przez jutrzejszą eskapadą do jednego z najbardziej atrakcyjnych – wręcz ikonicznych – miejsc Norwegii, jakim jest Preikestolen.

Dystans: 210 km (wliczając w to drogę pokonywaną promem; nocleg: Clarion Hotel Stavanger.

greydot.

8-norwegia-preikestolen

Przechadzając się nad przepaścią po Preikestolen

DZIEŃ 8: PREIKESTOLEN

      Highlight naszej podróży – Preikestolen (czyli Pulpit Rock – Skalna Stolnica) to wznoszący się niemal pionowo w górę, wysoki na 600 metrów granitowy blok, zakończony skalną półką, która przyciąga rocznie blisko 200 tysięcy ludzi z całego świata. Preikestolen to coś w rodzaju turystycznego emblematu Norwegii – geologiczna anomalia, przykuwająca wzrok, testująca lęk wysokości wszystkich, którzy znajdą się na jej płaskiej, przypominającej kwadrat (i nie tak znowu dużej, bo zamykającej się w wymiarach 25 na 25 m) powierzchni. Ze Stavanger można w pobliże Preikestolen dostać się samochodem w półtorej godziny i zostawiwszy pojazd na specjalnym parkingu, wyruszyć na szlak liczący niespełna 4 km, by po mniej więcej dwu godzinach wspinaczki (pokonując w pionie ok. 330 m), dotrzeć na skalną półkę. Tak też zrobiliśmy. Kiedy dotarliśmy do trailhead (miejsca gdzie zaczynał się szlak), parking było już wypełniony stekami samochodów, lecz jeszcze znalazło się dla nas miejsce, więc po zmianie butów i ubrania, wyruszyliśmy w drogę. Na początku było dość lekkie podejście, jednak potem zaczęła się jedna stromizna, później druga – i wtedy zrozumiałem, co mieli na myśli autorzy przewodników, pisząc, że wybierając się na Preikestolen trzeba jednak mieć dobrą kondycję. My jednak jakoś sobie z tym poradziliśmy – i chyba większym uprzykrzeniem dla nas były tłumy ludzi, które uparły się dostać na Pulpit Rock w tym samym czasie, co my. Półka zaczęła się dość niepostrzeżenie i prawdę mówiąc, kiedy stanęło na jej powierzchni, to miejsce nie wyróżniało się niczym szczególnym. Dopiero kiedy podeszło się blisko krawędzi i spojrzało w dół – można było oniemieć na widok 600-metrowej przepaści i wspaniałego Lysefjorden, rozciągającego się na dziesiątki kilometrów – aż po sam horyzont. Niektórzy śmiałkowie-ryzykanci siadali na brzegu krawędzi, machając w powietrzu nogami; ci bardziej strachliwi kładli się na skale i tylko wysuwali ponad krawędź głowę, by spojrzeć w znajdującą się pod nimi otchłań. Znajomi w tym czasie trzaskali im imponujące foty, którymi można się będzie pochwalić po powrocie do domu. Bo skałę wraz ze znajdującymi się na niej ludźmi, najlepiej jest jednak widać z pewnej perspektywy i pewnego oddalenia – trzeba jednak wspiąć się jeszcze nieco wyżej, uważając za każdym krokiem, by nie runąć w przepaść (zaskakująca była dla mnie wiadomość, że mimo iż na Preikestolen nie ma żadnych zabezpieczeń, to aż do 2013 roku nie zdarzył się tu żaden wypadek śmiertelny – podejrzewam, że do tego pierwszego przyczyniła się moda na selfie). Widoki były przepiękne – surowa kraina rozciągała się przed nami niczym bajka Północy (przypomniał mi się niedawny serial o Wikingach, a nawet animowany przebój disney’owski Frozen). Na Preikestolen – i w jego okolicy – spędziliśmy dobrych parę godzin. W międzyczasie tłum się znacznie przerzedził, na półce zostało tylko kilkanaście osób, w sam raz by utrwalić ten niezwykły widok z ludzkim akcentem na zdjęciach). No i wracaliśmy szlakiem swobodniej, nie mieszając się z innymi piechurami, i na nikogo nie wpadając. Wyczerpani i deczko zmęczeni – ale tym zmęczeniem odprężającym, bo wynikającym z fizycznego wysiłku i kontaktu z Naturą – dotarliśmy na parking do samochodu. Ania mogła się zupełnie odprężyć, ja nie za bardzo, bo czekała mnie jeszcze kilkugodzinna jazda do Nesflaten na nocleg. Nie było łatwo, zwłaszcza że po niedługim czasie lunął z nieba ulewny deszcz (pierwszy podczas naszej 9-dniowej wyprawy) więc z wielką ostrożnością trzeba było pokonywać górskie serpentyny, ostre zakręty, liczne tunele i mosty – jadąc drogami wzdłuż fiordów, pod stromo wiszącymi skałami… Mimo aury dostrzec można było piękno i majestat okolicy – żal było, iż znaleźliśmy się tu tylko przejazdem.

Dystans: 165 km; nocleg: Energihotellet, Nesflaten.

greydot.

9-norwegia

Zielona kraina

DZIEŃ 9: POWRÓT DO OSLO

Tego dnia czekała nas długa droga do Oslo. Nocowaliśmy w ciekawym miejscu – budynki Energihotellet (nazwa hotelu) należały kiedyś do kompleksu elektrowni wodnej w Nesflaten. Minimalistyczny, maleńki (choć z dużym wygodnym łóżkiem) pokój nadawał się właściwie tylko do spania, lecz kiedy rankiem obudziliśmy się i odsłoniliśmy kotary w oknie, oczom naszym ukazał się niesamowity widok na jezioro i spowite mgłą góry (wreszcie prawdziwie „norweska” aura”). I rzeczywiście, okno, które stanowiło całą ścianę pokoju, było niczym olbrzymi obraz (takie było założenie architekta, ponoć w Norwegii znanego), który można było podziwiać z łóżka. Po śniadaniu w wielkiej hali (co za kontrast z klateczkami pokojów), wyruszyliśmy w trasę. Nie spodziewaliśmy się po tym dniu wiele, ale mimo to trafiliśmy do paru ciekawych miejsc. Wprawdzie planowałem zobaczyć po drodze słynny, największy chyba kościół klepkowy w Norwegii, czyli Heddal stavkirke, to zaskoczeniem był dla mnie kościółek w Røldal, do którego trafiliśmy właściwie przypadkiem. Jego wnętrze okazało się najpiękniejszym wnętrzem z wszystkich, jakie widzieliśmy w tego typu kościołach. Dalej była jazda przez góry, wzdłuż fiordów, brzegami jezior… Kierował nami GPS i muszę napisać, że wiernie mu byłem posłuszny, choć nie prowadził on nas drogą najłatwiejszą (jak się dość szybko zorientowałem), ale za to najciekawszą, bo biegnącą jakimiś lokalnymi traktami (off the beaten path) – dróżkami nieasfaltowymi, często prowadzącymi przez górskie przełęcze rejonów Rogaland i Telemark. Dzięki temu mogliśmy doświadczyć prawdziwie surowego krajobrazu centralnej Norwegii tudzież wypróbować naszego mercedesa na żwirowych drożynach i wertepach. Paru-godzinna wizyta w Heddal stavkirke była ostatnim – wszak bardzo ciekawym – punktem naszej eskapady. Pod wieczór dotarliśmy do Oslo – ostatni odcinek trasy jadąc już autostradą. Po oddaniu samochodu zostaliśmy przygarnięci przez naszych przyjaciół i rodzinę.

Dystans: 325 km; nocleg: okolice Oslo – na daczy u Sławka

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

TYBET – OBRAZY Z KLASZTORU SAMJE

.

Czajniczek i znicze - wnętrze klasztoru Samje, oprócz mistycyzmu, wypełnia gra światła i cienia

Czajniczek i znicze – wnętrze klasztoru Samje, oprócz mistycyzmu, wypełnia gra światła i cienia

.

Swego czasu poświęciłem klasztorowi Samje cały wpis (TUTAJ), w którym wspominałem swoją wizytę w tym najstarszym buddyjskim klasztorze w Tybecie. Zilustrowałem go wówczas kilkoma zdjęciami, które zrobiłem zarówno w samym klasztorze, jak i jego okolicy, lecz lwia część tych obrazów pozostawała nieodkryta w czeluściach komputerowej pamięci. Trafiłem na nie ostatnio i pomyślałem, że dobrze byłoby je odgrzebać i zaprezentować na stronie Wizji, bo jednak przedstawiają miejsce niezwykłe i dla nas Europejczyków egzotyczne – a przy tym niezmiernie moim zdaniem fotogeniczne.

.

Oczywiście żadne zdjęcie, nawet najlepsze, nie jest w stanie oddać „ducha” ani nawet piękna danego miejsca, co najwyżej przybliżyć je nam nieco – tak, byśmy mogli sobie uzmysłowić, jak ono wygląda. Jest już dobrze, jeśli umożliwia nam wyobrażenie sobie tego, jaki potencjał tajemnicy i czaru skrywa. Tak więc, nawet wtedy, kiedy nasze oczy się pasą, warto także uruchomić i wyzwolić wyobraźnię stymulującą mózg – bo tylko angażując naszą psyche (duszę) możemy wejść w głębszą relację z widzialnym (a może nawet niewidzialnym?) światem.

Sacrum i decorum klasztoru Samje – to estetyka i malowniczy wystrój w służbie mistyki i ezoteryki. Ciekawe są korelacje między pięknem (również tym zmysłowym) a buddyzmem, czyli miedzy estetyką opierającą się na materii, a etyką wywodzącą się z rozumu, serca i duszy. Okazuje się po raz kolejny, że wszystko ze wszystkim się łączy i przenika, tworząc świat, w którym jesteśmy w całości zanurzeni.

greydot.

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

Klasztor Samje (1)a

Strażnik kaplicy na świętym wzgórzu Hepori. W oddali – płynie Brahmaputra.

.

.

Klasztor Samje (1)

Klasztor Samje wybudowano na planie mandali – widok ze wzgórza Hepori

.

.

Klasztor Samje (2)

Główne wejście do klasztoru i znużeni długą drogą pielgrzymi

.

.

Klasztor Samje (3)

Mnisi modlą się wewnątrz Utse – centralnej świątyni klasztoru Samje

.

 

Klasztor Samje (4)

Mistycyzm światła penetrującego zacienione wnętrze klasztornego krużganka

.

.

Klasztor Samje (5)

Mnisie szaty i dzwoneczki – a wokół unosi się zapach kadzideł

.

.

Klasztor Samje (6)

Dolewanie roztopionego masła jaka do świętego ognia – płonące wiecznie znicze nie mogą zgasnąć

.

.

Klasztor Samje (7)

Pali się modlitewny znicz

.

Oto garść zdjęć, które ewokują wspomnienia wyniesione ze spotkania – i doświadczenia – jednego z najbardziej niezwykłych zakątków świata, do jakich udało mi się w życiu dotrzeć. Sam jestem zdziwiony teraz ich różnorodnością, a szczególnie tym, że tworzą tak bogatą i kolorową mozaikę form i kształtów, przedstawiając miejsce, które zazwyczaj kojarzone jest z buddyjskim ascetyzmem, wyciszeniem i rezygnacją ze zmysłowego świata materii. Wprawdzie mnisi zamykają oczy, kiedy recytują mantry i deklamują sutry, lecz ich otoczenie w tym samym czasie emanuje wręcz orgią kolorów i form, tłumioną wszak tutaj mrokiem zaciemnionych wnętrz. A jednak promienie słoneczne penetrują te zakamarki, wprowadzając do klasztornych komnat grę światła i cieni, tworząc smugi w powietrzu wypełnionym zapachem kadzideł i nieduszącym dymem ulatniającym się z płonących, wypełnionych stopionym jaczym masłem zniczy, które oświetlają migotliwie twarze pobożnych pielgrzymów oraz ściany udekorowane kolorowym materiałem, pełne wnęk z figurkami bóstw i świętych mężów.

Wnętrze klasztoru stanowi uderzający kontrast z tym, co znajduje się poza jego – opartymi na planie mandali – murami. Z pustynią i górami, ze skąpaną w słońcu doliną Brahmaputry, z olbrzymim niebem, którego intensywny błękit moderują białe, pierzaste obłoki – wreszcie z wznoszącym się nad Samje świętym wzgórzem Hepori, pełnym kolorowych i trzepoczących na wietrze modlitewnych chorągiewek oraz głazów, na których wyryto i wymalowano słynną mantrę współczucia Om Ma Ni Pe Me Hum, unoszącą się nad tybetańską ziemią, w obojętnej na ludzkie cierpienie pustce nieba.

.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Powiązany wpis: „KLASZTOR SAMJE”

.

KOBIETY ŚWIATA

Kobiety są nie tylko solą tej ziemi, ale i niezwykle wdzięcznym tematem dla fotografa. To właśnie one uosabiają piękno zamieszkiwanych przez nie krajów. Poniżej przedstawiam mały wybór moich fotograficznych spotkań z kobietami różnych stron świata, układający się w barwny kalejdoskop kobiecych twarzy, sylwetek i charakterów.

.

Indie.

WIOSKOWA STUDNIA W RADŻASTANIE   (INDIE)

W Parku Narodowym Kaoledeo pewien tubylec zaciągnął mnie na jego skraj, by mi pokazać… catwalk! W pierwszej chwili nie zrozumiałem o co mu chodzi, spodziewając się jakichś dzikich kotów, lecz cała zagadka została wyjaśniona, kiedy wychyliliśmy się ponad otaczające park ogrodzenie: ocienioną drzewami aleją kroczyły z wielką gracją, odziane w kolorowe sari kobiety, niosąc na głowach naczynia pełne wody, którą zaczerpnęły wcześniej z głębokiej jamy w ziemi. Tam właśnie, przy studni w Bharatpur, zrozumiałem dlaczego modelki na całym świecie, ucząc się chodzić po wybiegu, muszą nosić na głowie jakiś ciężar. Jak widać większość Hindusek stąpa tak wdzięcznie i zgrabnie, gdyż ma do czynienia z podobnymi ćwiczeniami na co dzień.

greydot

.

O kobietach powiedziano już wszystko, ale i tak nie wyczerpuje to tego, co jeszcze można o nich powiedzieć. Nie wgłębiając się w intymne zwierzenia, mogę napisać tylko to, że bez kobiety nie tylko nie pojawiłbym się na tym świecie (co jest oczywiste), ale nawet gdybym się pojawił, to nie mógłbym bez  kobiet(y) żyć. Kobietom zawdzięczam zarówno największe swoje cierpienia, jak i rozkosze – to wokół nich właściwie wszystko się kręci, nawet wtedy, kiedy udajemy (my, mężczyźni) że zajmujemy się własnym tyko interesem. Podczas swoich wojaży zawsze zwracałem uwagę na kobiety, które spotykałem na swojej drodze. Z oczywistych względów, zwłaszcza wtedy, kiedy w podróży towarzyszyła mi żona, ta uwaga nie mogła być nachalna czy niedyskretna: alibi w takich momentach zawsze stanowił dla mnie fotograficzny aparat. Tak więc, to bardziej estetyka niż erotyka była miarą tych spotkań – także chęć poznania kulturowej otoczki, jaka towarzyszyła kobietom w każdym z ich krajów.

We wpisie tym prezentuję kilkanaście obrazów z kobietami w roli głównej. Każdemu z nich poświęcam krótki opis – chcąc przybliżyć chwilę, jaką zapamiętałem przy tej okazji – próbując przy tym ewokować zarówno ducha miejsca tych spotkań, jak i dotknąć materii, na której wszystko się zasadza. Starałem się uchwycić scenę w czasie i przestrzeni – utrwalić ją w lepszy sposób, niż pozwala nam na to nasza ulotna i zawodna pamięć. (Polecam obejrzenie każdego zdjęcia w jego pełnym wymiarze – bowiem dopiero wtedy przekonać się możemy o jego rzeczywistych walorach i zdolności oddania jakiegoś ciekawego – najczęściej egzotycznego dla nas – fragmentu świata.)

*  *  *

.

Tajlandia.

PŁYWAJĄCY TARG POD BANGKOKIEM   (TAJLANDIA)

Miejsce to udało mi się odwiedzić w czasie, kiedy największy i najbardziej znany w Tajlandii pływający targ Damnoen Saduak funkcjonował jeszcze jako miejsce handlu między lokalną ludnością, a nie głównie jako turystyczna atrakcja, w jaką się ponoć zamienił obecnie. Warto więc było wyruszyć przed świtem z Bangkoku, przebyć ponad godzinną drogę samochodem, wynająć prywatną łódź i wypuścić się w nią w liczne kanały, gdzie czekały już na nas pływające stragany pełne dóbr wszelakich, wśród których dominowała żywność – głównie owoce i warzywa. Poranne światło okazało się najbardziej odpowiednie do fotografowania tego niezwykłego miejsca – z refleksami na mieniącej się kolorami wodzie i fotogenicznością tajskich kobiet, sprzedających swoje towary i wiosłujących zręcznie wśród innych łodzi. Kiedy jednak z czasem zaczęło się pojawiać coraz więcej czułen z turystami, targ tracił swój autentyzm i to był dla nas znak, by się z Damnoen Saduak ewakuować. Na szczęście wracaliśmy z żoną usatysfakcjonowani, pełni wrażeń i z kartami pamięci wypełnionymi obrazami, które skądinąd szybko zaczynają znikać z naszego, uniformizującego się – coraz bardziej pragmatycznego i interesownego – świata.

greydot.

Peru.

ULICZNA POGAWĘDKA W CHIVAY   (PERU)

Położone w krainie kondorów – na wysokości ponad 3 635 m n.p.m. – miasteczko Chivay, to nie tylko doskonałe miejsce wypadowe do eksploracji słynnego Kanionu Colca (to właśnie stąd w 1981 r. wyruszyła polska ekspedycja, która jako pierwsza przepłynęła kanion, rozsławiając go na cały świat – nota bene w wyprawie tej wziął udział mój znajomy Andrzej Piętowski, który później założył tutaj szkołę języka angielskiego) ale i miejsce zetknięcia się z autentyczną peruwiańską kulturą i reprezentującymi ją ludźmi. Te przypadkowo spotkane na ulicy kobiety (o ile dobrze sobie przypominam była to główna ulica miasta, nazwana na cześć Polaków Av Polonia) zwróciły moją uwagę swoimi strojami, w których bynajmniej nie paradowały po to, by przypodobać się turystom. Tak bowiem wygląda ich ubranie powszednie: ozdobny, mieniący się wieloma kolorami, wyszywany ręcznie kubraczek i kilka, założonych „na cebulkę” spódnic, z których zewnętrzna służy za coś w rodzaju torby -nosidełka. Warto zwrócić uwagę na charakterystyczne przybranie głowy – kapelusiki, które przywdziewają swe głowy niemal wszystkie Peruwianki. Z tym, że w każdym rejonie są one inne, będąc czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego – jeśli chodzi o kastę, plemię czy społeczność danego zakątka kraju czy miejscowości. Ubranie jednej z kobiet jest już na modłę zachodnią: dres Adidasa i dżinsy, jednakże ozdobny kapelusik lokalny na głowie pozostał. Jak widać kobiety nigdzie się nie śpieszą, zatrzymały się na małą pogawędkę – ta ich leniwa swoboda zanurzona jest w atmosferze relaksu i luzu.

greydot.

Nepal.

DŹWIGAJĄC KOSZE POD HIMALAJAMI   (NEPAL)

Do tej pory nie wiem co te nepalskie wieśniaczki robiły na szczycie należącego do miasta Pokhary wzgórza Ananda, na którym pewien japoński mnich wybudował przed laty wielką Stupę Pokoju, miejsce święte dla buddystów. Nie wyglądały one bowiem na pielgrzymki, ani też nie oferowały niczego turystom, którzy po rejsie po jeziorze Fewa wdrapywali się stromą ścieżką lub schodami na Anandę, skąd rozciąga się wspaniały widok na całe miasto (drugie pod względem wielkości w Nepalu) i okoliczne imponujące pasmo Annapurny, wokół którego prowadzi jeden z najbardziej popularnych tras trekkingowych w Himalajach. Kosze wypełnione były jakimiś pakunkami i były ciężkie, o czym świadczył wysiłek z jakim kobiety starały się utrzymać je na swoich głowach za pomocą specjalnych pasów z materiału. Zauważmy, że żaden z elementów ich ubiorów się nie powtarza – każda kobieta ubrana jest „po swojemu”, mimo, że krój ich chust, spódnic i swetrów był bardzo podobny. Kiedy zrobiłem im zdjęcie (z daleka) nie zwracały na mnie żadnej uwagi, kiedy jednak podszedłem bliżej, nie przywitał mnie zwykły w tamtym rejonie Azj uśmiech, a raczej gest zniecierpliwienia, który tłumaczyłem sobie ich zmęczeniem. Wprawdzie nie widać w tle ośnieżonych himalajskich szczytów, tylko ciemne zbocze jednego z otaczających Pokharę wzgórz, to jednak strój tych kobiet, ich gesty i zachowanie dawały przedsmak autentyzmu nepalskich wiosek, znajdujących się na trasie jednego z najwspanialszych górskich szlaków świata.

greydot.

Birma.

SUSZĄC RYBY NAD ZATOKĄ BENGALSKĄ   (BIRMA)

Wszystko to dzieje się w wiosce rybackiej Gyeiktaw nad Zatoką Bengalską w Birmie. Głęboką nocą wybrałem się lokalną furgonetką z mojego hotelu z Ngapali Beach, by trafić przed świtem do wioski rybackiej, kiedy to o wschodzie słońca wracają do niej z połowu łodzie pełne ryb i owoców morza (pisałem o tym TUTAJ, zamieszczając przy okazji całą galerię zdjęć przedstawiających tę jakże egzotyczną, zwłaszcza dla Europejczyka, aktywność).  Po zakotwiczeniu przy brzegu i przeniesieniu całego (zwykle bardzo bogatego) połowu na ląd, wiejskie kobiety segregują ryby, drobnicę rozsiewając na rozłożonych na plaży plandekach, gdzie będzie się ona przez cały dzień suszyła. Pastelowe (nie pozbawione jednak wzorzystości) ubrania kobiet i  srebrzystość ryb kontrastują z intensywnym niebieskim kolorem plastikowych płacht, a wszystko skąpane jest w miękkim świetle wschodzącego słońca. Na morzu kołyszą się łodzie a powietrze klaruje się coraz bardziej. Rozwiewają się poranne mgły. Wszystko jest tu autentyczne, turystów o tej porze policzyć można na palcach jednej ręki. Te kobiety ciężko pracują, jednak nie pozbawia ich to gracji, która zapewne wynika ze zręczności ruchów, nabytej przez lata praktyki.

greydot.

Tybet.

ODPOCZYWAJĄC POD TYGRYSIĄ SKÓRĄ W LHASIE   (TYBET)

Tybetańskie seniorki spoczęły pod pomalowaną niezwykle kolorowo i wzorzyście drewnianą ścianą jednego z budynków, będącego częścią kompleksu najstarszej buddyjskiej świątyni Dżokhang w Lhasie. Starsze kobiety to jedne z wielu tysięcy pielgrzymów, którzy każdego dnia przybywają po długiej pieszej wędrówce do stolicy (obecnie chińskiego) Tybetu, by oddać hołd Buddzie w najświętszym miejscu buddyzmu tybetańskiego, jakim jest pochodząca z VIII wieku świątynia Dżokhang. Jedna z pielgrzymek trzyma w ręce modlitewny młynek, za pomocą którego odprawia się modlitwy, nie wypowiadając słowa (ich turkot słyszalny jest w każdym zakątku świątyni, którą tłum z młynkami obchodzi dookoła niczym w transie). Reszta starszych Tybetanek modli się na różańcach. Pod tygrysią skórą siedzi stara kobieta w czerwonym kapeluszu, a spoza jej ramienia łypią zielone tygrysie oczy (lepiej widoczne TUTAJ). Kobiety oddzielone są od turystyczno-pielgrzymowego tłumu rzędem donic z kwiatami. Podkreśla to specyficzną kompozycję zdjęcia. Polichromia tła kontrastuje z monochromatycznością ubioru kobiet. Scenka rodzajowa jest tu ujęta w estetyczną formę tybetańskich motywów, kolorów, zdobień i ornamentów

greydot.

Kanada.

INDIANKA W GÓRACH SKALISTYCH   (KANADA)

Piękna dziewczyna nad najpiękniejszym (nie tylko moim zdaniem) jeziorem Kanady, którym jest Moraine Lake w Parku Narodowym Banff. Czyli nie tylko kobieca uroda, ale i uroda Kanadyjskich Gór Skalistych w pełnej krasie. Po północnej stronie jeziora wznosi się wysoka na kilkadziesiąt metrów, pełna głazów i kamiennych półek, granitowa góra, z której rozciąga się wspaniały widok na całe jezioro i amfiteatr z górskich szczytów, będący doskonałym tłem dla szmaragdowej tafli jeziora. Jej kolor jest doprawdy przenikliwy, a bierze się on nie tylko z odbicia niebieskiego światła promieniującego z nieba, ale i z sedymentów, które wraz z wodą licznych strumieni spływają do jeziorowej niecki. Obraz bez młodej kobiety też byłby bardzo malowniczy, choć w swej aparycji nieco pocztówkowy, jednak dopiero obecność Indianki dopełnia go antropomorficznie, nadając mu specyficznego charakteru i akcentując niezwykłość chwili i naturalnego anturażu. Dziewczyna ubrana jest współcześnie, jednak wzorzysty koc służący jej za ponczo, przywodzi skojarzenia ze sztuką rdzennie amerykańskich ludów, co do pewnego stopnia zawłaszcza kanwę jakże spektakularnej w tym miejscu Natury. Lecz dzięki temu powstaje nowa harmonijna jakość: pierwiastek ludzki splatający się z nienaruszoną przez człowieka przyrodą, która, choć „dzika”, to jednak dostarczająca estetycznych wzruszeń. Warto zwrócić uwagę na zbiegające się perspektywicznie w centrum linie brzegu jeziora, zbocza góry i lasu, jak również rozłożonych w geście radości i chwytania słonecznego ciepła dziewczęcych ramion – jeszcze jeden przyczynek do objawienia się harmonijnej całości.

greydot.

Birma.

MNISZKI BUDDYJSKIE POD ZŁOTĄ SKAŁĄ   (BIRMA)

Udało mi się we właściwym momencie i miejscu uchwycić tę pięknie komponującą się scenę na szczycie góry, na której znajduje się Pagoda Kyaiktiyo, będąca jednym z trzech najważniejszych miejsc pielgrzymek birmańskich buddystów. Zwana jest ona także (zwłaszcza wśród zagranicznych przybyszów anglojęzycznych) Golden Rock, czyli Złotą Skałą, gdyż pokryta jest gruba warstwą złota, które – w postaci cieniutkich płatków – przyklejają do tego graniowego głazu mężczyźni. Niestety, kobiety w bezpośrednie pobliże Skały mają wstęp wzbroniony. Ważący ponad 600 ton głaz jakimś cudownym sposobem balansuje na krawędzi przepaści, opierając się na bardzo małej powierzchni (niektórzy wierni twierdzą, iż w rzeczywistości wisi on w powietrzu – tak, że można przeciągnąć pod nim włosa). Niezwykle wdzięczna grupka młodych birmańskich nowicjuszek skąpana jest w „miękkim” świetle zachodzącego słońca, które odbija się nie tylko na ich różowo-czerwonych habitach i żółtych ręcznikach, ale i na ogolonych głowach dziewcząt, co koresponduje z jajogłową, mieniącą się złotem skałą (nota bene słowo Kyaiktiyo oznacza „pagodę na głowie pustelnika”). Dziewczęta, jak widać zachowują się swobodnie, ale i z powściągliwym wdziękiem. Widzimy głównie profile ich twarzy, ale to wystarcza, byśmy dostrzegli, że każda z  nich się uśmiecha. Twarz młodej kobiety znajdującej się po prawej stronie zdjęcia, jest bardziej widoczna (mimo że jest w cieniu), dzięki czemu możemy się przekonać, jak bardzo jest ona pogodna, spokojna i miła. Magia ludzkiego ciepła i metafizycznego – wspomaganego estetyką – sacrum.

greydot.

Paryż.Francja.

PARYŻANKI W EGZOTYCZNYCH STROJACH   (FRANCJA)

Co piąty mieszkaniec Paryża jest imigrantem. Czy wszyscy czują się Paryżanami? Widoczne na zdjęciu kobiety (spotkane w okolicach Forum des Halles) zapewne czują się swobodnie – Paryż jest jednak miastem kosmopolitycznym, a ponadto szczyci się swoją tolerancyjnością. Mimo ciążenia w kierunku partii nacjonalistycznych, Francuzi są wyczuleni na rasizm – niezgodne z prawem jest nawet pytanie o pochodzenie etniczne, nie wspominając o mogącej wynikać stąd segregacji. Niewątpliwie korzenie tych czarnoskórych kobiet znajdują się gdzieś w Afryce, ewentualnie na Karaibach (żałuję, iż nie mogę wydedukować tego z ich – jakże barwnych i oryginalnych – strojów). Są one tutaj z dziećmi, wliczając w to dorastającą, kilkunastoletnią córkę, która wszak ubiera się już inaczej, niż mama i jej koleżanki – jej t-shirt, dres i spodnie nie mają już żadnej etnicznej konotacji. Być może jest to dowód na to, że młode pokolenia zakorzeniają się już gdzie indziej.

greydot.

Dominikana

.

CIESZĄC SIĘ MISIEM W MICHES   (DOMINIKANA)

Miches to mała wioska rybacka położona nad zatoką Bahía de Samaná w północno-wschodniej części Dominikany. Oddalona o kilka godzin jazdy (po różnej jakości drogach, w tym górskich) od ośrodków wypoczynkowych znajdujących się w Punta Cana i Bávaro, jest rzadko odwiedzana przez turystów. Ci wolą bezstresowo pławić się w hedonistycznym rozpasaniu wakacji all-inclusive, niż wybrać się w samodzielną wyprawę po niezagospodarowanych dla masowej turystyki, ale za to autentycznych, rubieżach Dominikany. Mimo ostrzeżeń komercyjnych agencji (chcących nam upchnąć jakiś grupowy package) przed czyhającymi ponoć na nas niebezpieczeństwami na dominikańskiej wsi, wypożyczyłem na kilka dni samochód, którym wraz z Anią objechaliśmy niemal całą wschodnią część wyspy. I tak trafiliśmy m.in. do Miches – miasteczka (wioski?) skądinąd niepozornego, z brzydką plażą, ale za to z ciepłymi i przyjaznymi ludźmi. Po karkołomnym zjeździe z gór wąską, wijąca się drogą, zatrzymaliśmy się na obrzeżach osady i wybraliśmy się na krótki spacer po uliczkach Miches. Zaskoczył nas widok malowanych domków, które – mimo, że ubogie – wyglądały bardzo ciekawie i niemal przytulnie – nie tylko za sprawą pomysłowych malowideł, ale i zamieszkujących je ludzi. Jedną z tych sympatycznych osób była widoczna na zdjęciu dziewczyna, która (mimo, że z kontuzjowaną nogą) uśmiechała się do nas miło, w czym niewątpliwie pomagał jej pluszowy miś, będący chyba pamiątką z jej minionego nie tak dawno dzieciństwa. Wprawdzie farba na ścianach jej domku już schodzi, to jednak wielkie żółte słoneczniki mają się całkiem dobrze – bez nich obrazek straciłby niewątpliwie dużą część swojego czaru.

greydot.

Laos

.

ŁAP PIŁKĘ, CZYLI W POSZUKIWANIU NARZECZONEGO   (LAOS)

Czego to ludzie nie wymyślą, by lepiej zaangażować „chemię” niezbędną do znalezienia życiowego – czy choćby tylko tymczasowego – partnera. Ostatni tydzień roku to dla grupy etnicznej Hmong  (jej członków można spotkać w każdym indochińskim kraju, również – jak w tym przypadku – w Laosie) to okazja do świętowania Festiwalu Nowego Roku, częścią którego jest zabawa z piłkami zwana pov pob, mająca na celu wzajemne poznanie się chłopców i dziewcząt (ale też starszych już „singli”). Polega ona na wzajemnym rzucaniu do siebie piłek (w dzisiejszych czasach są to piłki golfowe) między zwróconymi do siebie twarzami, ustawionymi w rządku chłopcami i dziewczętami (mężczyznami i kobietami). Jak się okazuje, już ta prosta czynność pozwala na poznanie partnera – jego zachowania, gestów, min, urody, a nawet charakteru… czyli tego wszystkiego, dzięki czemu można poczuć do kogoś „miętę”. Widoczne na zdjęciu nastolatki spotkałem w jednej z wiosek na drodze z Luang Prabang do wodospadów Kuang Si. Ubrane bardzo kolorowo w tradycyjne stroje ludowe, z pewną godnością i powagą na twarzy (ale równocześnie i z wdziękiem) rzucały piłkami w kierunku (niewidocznych tutaj) chłopców, którzy zachowywali się już bardziej swobodnie, czasem nawet wyzywająco. Było oczywiste, że każdy chce się zaprezentować z najlepszej strony – nawet jeśli objawiało się to głównie w zgrabnym rzucaniu i chwytaniu piłeczki.

greydot.

Manhattan.

PIĘKNOŚĆ NA MANHATTANIE   (STANY ZJEDNOCZONE)

Typowa Nowojorczanka nie jest to na pewno. Ale na pewno jest to piękna kobieta. Mnie uderzyła nie tylko jej wielka uroda: kruczo-czarne włosy, duże ciemne oczy, pięknie zarysowane usta i białe zęby, zgrabna kibić i ładny biust… ale i niezwykle ozdobna suknia z jedwabiu w kolorze lapis lazuli, wyszywana złotymi, srebrnymi i czerwonymi nićmi – przypominająca mi nieco suknie jakie widziałem u kobiet w indyjskim Radżastanie (gdzieś z tamtych azjatyckich rejonów pochodziły też bez wątpienia geny tej urodziwej kobiety). Myślę, że doskonałym tłem dla tego niezwykłego zjawiska są mury… Biblioteki Publicznej Nowego Jorku. Klasycyzujące, z białego marmuru, w eklektycznych wzorach – stanowią znakomity kontrast z intensywnie niebieską suknią i ewidentną królewskością tej kobiecej urody.

greydot.

Singapur

.

WESELE W HINDUSKIEJ ŚWIĄTYNI   (SINGAPUR)

Doprawdy nie spodziewałem się tego, że na najbardziej kolorowe i celebrowane z największym namaszczeniem wesele hinduskie trafię właśnie w Singapurze – i to całkiem przypadkiem. Otóż po tygodniowym pobycie w tym państwie-mieście (jednym z najbogatszych i najbardziej nowoczesnych na świecie) przyszedł dzień, w którym trzeba się było z nim pożegnać. Jednak na lotnisku (skąd leciałem do Birmy) mogłem się pojawić dopiero wieczorem, więc większość dnia postanowiłem spędzić jeszcze w mieście. Byłem już w dzielnicy Małe Indie wcześniej, jednak nie dotarłem wówczas do świątyni Sri Srinivasa Perumal, o której wszak słyszałem sporo dobrego – jako pozbawionym turystycznych hord, autentycznym miejscu, gdzie panuje prawdziwie świątynna atmosfera. Tam więc skierowałem swoje kroki. Jakaż była moja ekscytacja (fotografa), kiedy wewnątrz świątyni zastałem niezwykle kolorowy tłum Hindusów, a wśród nich ubrane bardzo strojnie, wielce urodziwe Państwo Młodych, otoczone całym pocztem drużb i druhen. Na powyższym zdjęciu widzimy oczywiście te ostatnie – nota bene towarzyszy im młoda mama trzymająca na kolanach śpiące dziecko. Całą uroczystość utrwaliłem na kilkuset zdjęciach, z których niestety – ze zrozumiałych względów – mogę tu przedstawić tylko to jedno, odnoszące się do tematu wpisu (Pan i Pani Młoda – jak również inni goście oraz udzielający ślubu kapłani – muszą poczekać na inną okazję). Bardzo ważnym elementem każdego hinduskiego wesela i ślubu są dary z żywności – stąd te misy z owocami i jadłem wszelakim na podłodze. Młode drużki siedzą swobodnie – śmiejąc się i rozmawiając (w ich rękach nie brakuje oczywiście współczesnych smartfonów) – tworząc bardzo malowniczą kompozycję z ubranych w eleganckie sari dziewczęcych ciał. W zupełnie innym nastroju jest siedząca obok matka – bardziej poważna, choć na jej twarzy nie maluje się smutek – raczej lekkie zmęczenie i wynikający z zaspokojonego, troskliwego macierzyństwa, spokój. Czyż nie piękna to scena, mimo atakującej nieco nasze oczy jaskrawej kolorystyki?

greydot..

Rio Plataforma - Brazylia.

KARNAWAŁOWY (I KOLOROWY) ZAWRÓT GŁOWY   (BRAZYLIA)

Z wszystkich zamieszczonych tutaj zdjęć, tylko na tym jednym jedynym kobiety wystroiły się po to, by zaspokoić (zwykle niezbyt wybredne) apetyty na egzotykę turystów. Mowa o Plataforma Samba Show w Rio de Janeiro. Wprawdzie nic nie zastąpi karnawałowej atmosfery paradujących po Sambodromo „szkół” samby podczas karnawału, to rewia ta potrafi rozruszać najbardziej nawet niemrawe towarzystwo. Na zdjęciu widać jedynie twarze kobiet (zagubione w szalonym – a przytłaczającym jednak mocno – przepychu pawich strojów), lecz są też i takie „numery”, gdzie na kobietach nie ma prawie skrawka materii (a z ich ubrania ostają się jedynie barwne korale). Naturalnie, że pachnie to kiczem (na pewno nie jest to estetyka, która zachwyca moje oczy) lecz mimo wszystko docenić wypada pomysłowość – a zwłaszcza pracowitość – projektantów i wykonawców tych kostiumów, z których każdy składa się z tysięcy elementów i waży kilkadziesiąt kilo. To prawda, że po takiej orgii barw, ulgi dla naszych oczów trzeba było szukać w błękicie nieba nad „boskim” Rio i w zieleni brazylijskiej dżungli.

greydot.

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

*  *  *

Poniżej – gwoli wzbogacenia i urozmaicenia wpisu – przedstawiam mozaikę zdjęć, będących efektem moich podróży w różne zakątki świata. Utrwaliłem na nich podobizny kobiet, które spotkałem na swej drodze. Chciałbym przy tym zaznaczyć, iż zaledwie mały ułamek  tych portretów stanowią te, które związane były z jakąś turystyczną aktywnością. Innymi słowy: zdjęcia te przedstawiają kobiety w ich autentycznym, rzadko pozowanym anturażu, dzięki czemu oddają one prawdziwą, a nie sztuczną – stworzoną dla turystycznych potrzeb – rzeczywistość danego kraju. Tak się złożyło, że najwięcej jest wśród nich kobiet zamieszkujących Azję. Jednak przyczyną tego nie tylko jest to, że na ten kontynent wybierałem się najczęściej, ale również fakt, że Azjatki (zwłaszcza Induski) są chyba najbardziej fotogenicznymi kobietami świata (odnosi się to zresztą do wszystkich ludzi zamieszkujących Azję). Pod tym względem mogą się chyba z nimi równać tylko Peruwianki – te ostatnie nie tyle z uwagi na ich urodę, co przede wszystkim na malownicze stroje, w jakie się ubierają na co dzień (fotogeniczność kraju pod Andami też ma tu swoje znaczenie).  Tak więc – życzę miłego oglądania.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

SAN FRANCISCO, albo o misjach, złocie, pożarach i trzęsieniu ziemi

.

Kiedy mowa o historii San Francisco, słyszy się zazwyczaj o tym, że na początku byli hiszpańscy konkwistadorzy, zaraz później misjonarze, a następnie złoto. Jest to prawda, lecz niepełna. rzeczywiście gorączka złota przed 15o laty przyczyniła się wielce do kalifornijskiego boomu, a szczególnie do znacznego rozkwitu San Francisco. Jednak w międzyczasie wiele innych czynników i wydarzeń kształtowało KalifornięTak naprawdę – podobnie jak w przypadku każdego innego miejsca w Ameryce – na początku byli tu Indianie. Przez kilkanaście tysięcy lat żyli na Zachodnim Wybrzeżu w zgodzie z naturą, respektując siły, od których, od których zależało ich życie i powodzenie. Tak było aż do czasu, kiedy pojawił się biały człowiek, a wraz z nim jego agresywna ekspansja, choroby zakaźne, pogoń za złotem i bogactwami, lecz także i za chlebem.

.

San Francisco

San Francisco (wiktoriańskie Malowane Damy na tle miejskiego downtown)

.

To zderzenie z białymi spowodowało wyginięcie prawie wszystkich rdzennych mieszkańców Indian zamieszkujących wybrzeże Pacyfiku. A na początku podboju kontynentu przez Europejczyków było ich blisko 500 tysięcy.
Jedną z tych niszczycielskich sił była gorączka złota. Zresztą, jak można się domyślać, pierwsi odkryli złoto Indianie, jednak nie znaleźli w nim szczególnego upodobania. Aby jednak oddać sprawiedliwość misjonarzom, trzeba zaznaczyć, że to właśnie padres – jak ich z hiszpańska wówczas wszyscy nazywali – zabraniali rdzennej ludności rozgłaszania wieści o złożach złotego kruszcu, słusznie obawiając się, że sprowadzi to na ich misje i wioski indiańskie same plagi. Nie zapobiegło to jednak gorączce złota i kiedy w 1848 roku biali znaleźli kruszec nieopodal San Francisco, rozpętało się zamieszanie, które – w zależności od punktu widzenia – wyglądało albo na rozkwit, albo na katastrofę, przynosząc Kalifornii zarówno to, co złe, jak i dobre.

EUROPEJCZYCY

Wróćmy jednak do początków miasta, które później zasłynęło na całym świecie jako San Francisco. Wiadomo, że Hernando Cortes, słynny Hiszpan, który podbił Meksyk, dotarł do półwyspu znanego dzisiaj jako Baja California (czyli Dolna Kalifornia) i myśląc, że jest to wyspa, nadał jej nazwę California – tak samo, jak to było w znanej wówczas książce, w której opisano mityczną wyspę na Pacyfiku, nazywając ją właśnie Californią (od imienia jej władczyni, Calafii).
Juan Cabrillo, pierwszy Europejczyk, który przybył do wybrzeży dzisiejszej Kalifornii w 1542 roku, zatrzymał się w kilku miejscach Zachodniego Wybrzeża, jednak przeoczył zatokę San Francisco. Podobnie, jak słynny angielski żeglarz Sir Francis Drake, którego wielka, obładowana skarbami flotylla przepłynęła obok wejścia do zatoki, (które spina dzisiaj most Golden Gate) prawdopodobnie nawet jej nie zauważając. Trzeba było więc zaczekać aż do II połowy XVIII wieku, by Europejczycy bardziej zdecydowanie zajęli się kolonizacją tego zakątka ziemi.
Król hiszpański Karol III usunął Jezuitów ze swoich kolonii, zastępując ich wkrótce misjonarzami innych reguł. I tak, dominikanom przypadała w udziale Dolna Kalifornia, natomiast franciszkanom – Górna. A należało wówczas działać energicznie. Po wojnie siedmioletniej najsilniejszym gospodarzem Ameryki Północnej stała się Anglia. Swoje osady na Pacyficznym wybrzeżu Ameryki, zaczęli też zakładać Rosjanie. Hiszpanie już dłużej nie mogli czekać z umocnieniem swoich kolonii. Zaczęli więc organizować misje – zaczynając od San Diego, na San Francisco kończąc. Zajął się tym głównie franciszkanin Juniperro Serra. W latach 1769-1823 powstało 21 takich misji.

Fisherman's Wharf

Fisherman’s Wharf

YERBA BUENA

Najprawdopodobniej Zatokę San Francisco zobaczyli po raz pierwszy Hiszpanie z ekspedycji Gaspara de Portoli w 1769 roku. Jednak dopiero 6 lat później hiszpański statek wpłynął do zatoki przez cieśninę nazwaną później (1948 r.) przez Amerykanina Johna Charlesa Fremonta Golden Gate (Złote Wrota). Portola miał na pokładzie cieśli i murarzy, których zadaniem było zbudowanie misji i presidio, czyli garnizonu. I tak się stało. W 1776 roku powstała Mission Dolores.
Naturalnie, oprócz tego, że misja była siedzibą zakonników, którzy zajmowali się nawracaniem „dzikich” Indian na „świętą” wiarę katolicką, był to jednocześnie punkt strategiczny: fort mający bronić Hiszpanów zarówno przed wrogimi tubylcami, jak i przed wojskami innych państw kolonialnych.
Jednakże, przez najbliższe 50 lat od powstania Misji Dolores, jej mieszkańcy wiedli żywot spokojny, nie niepokojeni przez nikogo. A było ich w 1800 roku niespełna tysiąc, wliczając w to Indian. Czas jakby się dla nich zatrzymał. Nie zatrzymał się jednak w całej Ameryce. Meksyk wymówił posłuszeństwo Hiszpanii w 1821 roku, ogłaszając swoją niepodległość. Zaczęła się tzw. sekularyzacja kalifornijskich osad, czyli – dosłownie – ich uświecczenie. Misje zamieniały się w pueblo (wioski), ziemie zaczęto oddawać w prywatne ręce, także Indianom.
Do Kalifornii przybywało coraz więcej amerykańskich i angielskich biznesmenów. Jednym z nich był brytyjski kapitan William Richardson, który w latach 20-tych XIX wieku, parę kilometrów od Misji Dolores założył handlowe pueblo, nazwane wkrótce Yerba Buena (hiszp. dobre ziele). To właśnie miejsce stało się zalążkiem miasta, które z czasem zaczęto nazywać San Francisco.
Wszystko to odbywało się jeszcze przed gorączką złota. Była to epoka wielkich rancho, którą z wielkim rozrzewnieniem wspominali później starzy mieszkańcy Kalifornii, zmęczeni całym tym zgiełkiem, wywołanym przez gorączkę złota 1848 i 1849 roku.
Jednakże wcześniej, bo w 1846 roku, wybuchła wojna Stanów Zjednoczonych z Meksykiem, zakończona dwa lata później traktatem pokojowym, na mocy którego cała Kalifornia, jak i inne ziemie należące dotychczas do Meksyku (w tym Arizona, Nowy Meksyk, część Nevady) zostały włączone do Stanów Zjednoczonych.

ZŁOTO!

Dosłownie na 6 dni przed podpisaniem tego traktatu, w pobliskich górach Sierra Nevada odkryto złoto. W ciągu kilku dni pueblo Yerba Buena – znane już wówczas jako San Francisco – opustoszało. Każdy, kto żyw zaczął w górskich strumieniach szukać złota, a fama o kruszcu rozniosła się nie tylko po Kalifornii i Ameryce, ale i po całym świecie. Wkrótce ze wszystkich zakątków globu zaczęli napływać poszukiwacze złota. Liczba mieszkańców San Francisco, w ciągu zaledwie dwóch lat (1848-50), zwiększyła się z tysiąca do 25 tysięcy osób.
W 1849 roku, na statku California przybyli tzw. Argonauci (inaczej zwani forty-nineres). Tysiące innych przypłynęło za nimi morzem, lub też dotarło lądem, pokonując wozem osadniczym 4-miesięczną trasę szlakami Oregon lub Santa Fe. Wśród nich nie brakło Anglików, Norwegów, Niemców, Australijczyków i ludzi wielu innych narodowości.
Ci, co byli pierwsi, rzeczywiście znaleźli kruszec w wielkiej obfitości – dziennie nawet o wartości do 150 dolarów, co jak na tamte czasy było sumą olbrzymią. Zdarzały się żyły złota zupełnie odkryte – tak, że metal ten można było wydłubywać ze skały zwykłym scyzorykiem. Jednak była to stosunkowa rzadkość, a zasoby w krótkim czasie zaczęły się wyczerpywać. Większość poszukiwaczy wydobywała złota tyko tyle, by się można z tego utrzymać (tj. za około 100 dolarów miesięcznie). A należy pamiętać, że utrzymanie było wówczas w tamtym rejonie okrutnie drogie, gdyż handlarze windowali ceny do astronomicznych wysokości. Funt gwoździ kosztował prawie tyle samo, co funt złota; zwykła deska – $20, jajka od $20 do $50 za tuzin, kwarta wódki – $30, a para butów około $100. Nic więc dziwnego, że w ostatecznym rozrachunku, na całym tym „złotym” interesie, najlepiej wyszli handlarze i ci, którzy ten ruch obsługiwali (a w szczytowym, 1852 roku, wydobyto złota za 81 milionów dolarów). Jednym z tych, którzy zapisali się wówczas dla potomności, był przybysz z Niemiec nazwiskiem Levi Strauss, który zamierzał poszukiwaczom złota sprzedawać namioty, lecz po jakimś czasie doszedł do wniosku, że zrobi lepszy interes, jeśli z tego płótna na namioty zacznie szyć spodnie. Trafił w dziesiątkę, czego skutki odczuwamy do dzisiaj, chodząc w „levisach„.
Oczywiście, cala ta gorączka miała także swe pochorobowe komplikacje i powikłania. San Francisco, ze spokojnego w miarę pueblo, w ciągu paru miesięcy zamieniło się w tzw. boom-town, czyli miasto hossy. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kasyna i domy gry (w krótkim czasie powstało ich blisko tysiąc); także salony, palarnie opium, knajpy oraz publiczne przybytki uciech seksualnych, zwane popularnie burdelami. Tłumnie zaczął napływać element mocno podejrzany, awanturniczy, wręcz bandycki – całe mnóstwo wyjętych spod prawa renegatów. Kwitło więc bezprawie – rozbój, kradzieże, łapówkarstwo, prostytucja… Nie działały żadne miejskie organizacje i praktycznie nie było żadnej efektywnej władzy stanowej, o federalnej nie wspominając. San Francisco rozwijało się zbyt szybko – i za daleko od Wschodniego Wybrzeża – by mogła za tym nadążyć legislatura. Więc nawet gdy uchwalono jakieś prawo, to nie było komu go egzekwować. Organizowały się szajki, którym obywatele San Francisco starali się stawić czoła, zakładając własną milicję porządkową. Dla przykładu powieszono kilku złoczyńców. Jednak odbywało się to poza władzą oficjalną. Sytuacja tak bardzo wymknęła się spod kontroli, że rząd Stanów Zjednoczonych zmuszony był do interwencji i do Kalifornii posłano wojsko pod wodzą generała Shermana, który zresztą uznał jedną z organizacji milicyjnych i pozwolił jej działać.
W 1854 roku hossa gwałtownie się skończyła, ale San Francisco nie opustoszało, tak jak to było z wieloma innymi, mniejszymi, osadami górniczymi. Te wyludnione zamieniały się w tzw. ghost towns, czylio miasta-widma. San Francisco rozwijało się nadal – kupowano nowe ziemie, zakładano farmy, budowano fabryki…

Golden Gate

Golden Gate

TO JEDNAK NIE KONIEC

Drugi, znaczniejszy okres prosperity zanotowano w 1859 roku, kiedy to w zachodniej Nevadzie odkryto pokłady srebra zmieszanego ze złotem. Odzyskanie tych cennych kruszców nie było już takie proste i wymagało skomplikowanych metod oraz dużych inwestycji. Bogaci przedsiębiorcy i kompanie zainwestowały. Zasoby zostały wprawdzie wyeksploatowane już po 10 latach, ale ryzyko się opłaciło, bowiem do tego czasu wydobyto srebra i złota o całkowitej wartości 500 mln. dolarów. Inwestorzy wzbogacili się więc na tyle, by San Francisco rozbudować. Domy publiczne, hazard i meliny przestały dominować w mieście. Wyrosły za to bogate rezydencje, wybudowano słynny 800-pokojowy Palace Hotel, powstały teatry i opery… Życie kulturalne stawało się coraz bogatsze, tytuły prasowe coraz liczniejsze. Swoje imperium zaczął tworzyć William Randolph Hearst, powołując do życia gazetę San Francisco Examiner. Miasto zaczęli odwiedzać słynni pisarze, m.in. Mark Twain, Oscar Wilde czy Robert Louis Stevenson; w 1976 roku urodził się tu Jack London.
A i sama podróż do miasta Św. Franciszka stała się łatwiejsza po tym, kiedy w 1869 roku otworzono kolej transkontynentalną, którą w ciągu 5 dni – i to za jednego dolara! – można było dotrzeć tu aż z Nowego Jorku. W samym mieście uruchomiono (w 1873 r.) działające do dzisiaj tak charakterystyczne dla tego miasta, uliczne tramwaje.

48 SEKUND

Kiedy San Francisco wkraczało w XX wiek, żyło w nim około 45 % populacji całego stanu Kalifornia (dzisiaj jest to niespełna 5 %). Jak większość miast amerykańskich SF było zlepkiem wielu narodowości i jak na tamte czasy był to już miejski moloch, który zresztą znowu zaczynała podgryzać korupcja i arogancja finansowych magnatów, z czym walczyła m.in. niezależna prasa z gazetą Hearsta na czele. Nadużycia i oszustwa władz miejskich doprowadziły w końcu do rozruchów, lecz nieoczekiwanie sytuacja zmieniła się radykalnie w ciągu… 48 sekund, w dniu 18-go kwietnia 1906 roku. Tyle bowiem trwało trzęsienie ziemi, które dokonało straszliwych spustoszeń. Jeszcze większe zniszczenia spowodowały pożary, jakie wówczas wybuchły w wielu miejscach miasta. Zginęło ponad pół tysiąca ludzi, a straty oceniono na 350 mln. dolarów. To dlatego tak niewiele jest dzisiaj w San Francisco budowli, który pamiętają XIX wiek.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miasto natychmiast zaczęło dźwigać się z ruin. Wzrosło poczucie solidarności i powszechna mobilizacja. W parku Golden Gate zbudowano olbrzymi namiot, w którym przez kilka miesięcy mieszkało parę tysięcy osób. Niestety, nie wszyscy się tam pomieścili: 300 tysięcy ludzi koczowało pod gołym niebem – w innych parkach, na ulicy, w ruinach…
Jednakże San Francisco potrafiło się zorganizować w potrzebie. Powstał Komitet Odbudowy, a do miasta zaczęła napływać pomoc z całej Ameryki (w ciągu tygodnia zebrano 8 mln. dolarów na odbudowę). Nie minęło wiele lat, a powstało miasto zupełnie nowe – poprawione, nowoczesne, czyste i bardziej nawet malownicze, mimo, że znalazła się tam niemal połowa budynków z betonu i stali, jakie wówczas istniały w całej Ameryce.

BUDUJEMY MOSTY

Pierwsza wojna światowa, która tak wyniszczyła Europę, dla miasta nad Zatoką okazała się jeszcze jedną okazją do dobrej koniunktury. Rozwijał się przemysł, po ulicach San Francisco jeździło coraz więcej samochodów. Mimo wielkiego kryzysu na przełomie lat 20-tych i 30-tych, masowych strajków, ekonomia zaczęła się polepszać w drugiej połowie lat 30-tych. Nie bez znaczenia było to, że 1936 roku otworzono długi na 7 km. most łączący San Francisco z Oakland, a rok później słynny Most Golden Gate. I znów wojna światowa, tym razem druga, przyczyniła się walnie do rozwoju miasta, ściągając do niego ponad pół miliona żołnierzy, którzy po demobilizacji przemienili się w robotników, co z kolei umożliwiło dalszy rozwój tutejszego przemysłu.
San Francisco ma więc swoją krótką, ale jakże burzliwą historię. Jest w tym mieście jakaś mieszanka zawziętości, uporu i twardości, ale jednocześnie swobody, subtelności i tolerancji. Właśnie taki charakter zawdzięcza San Francisco swojej przeszłości, kiedy to musiało się podnosić po klęskach, organizować społeczny ład w warunkach chaosu i rozprzężenia. Z drugiej strony, to właśnie tutaj miały swój początek zarówno ruch Beat Generation w latach 50-tych XX wieku, jak i hippiesowska kontr-kultura Dzieci Kwiatów w latach 60-tych, wspomagana chociażby przez intelektualne środowiska na Uniwersytecie w Berkeley (już wtedy wykładał na nim Czesław Miłosz). Nic więc dziwnego, że dzisiaj San Francisco jest miastem tak mozaikowym, wieloznacznym i kolorowym.

greydot

Artykuł opublikowany został na łamach chicagowskiego magazynu „Relax” (15 czerwca 1996 r.) w ramach cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce”)

greydot

Miasto nocą (widok z Treasure Island - Most Zatokowy i San Francisco skyline)

Miasto nocą (widok z Treasure Island – Most Zatokowy i San Francisco skyline)

.

FOTOGRAFICZNE POST SCRIPTUM

San Francisco to bez wątpienia jedno z najbardziej malowniczych (a tym samym fotogenicznych) amerykańskich miast. Dla wielu jest ono najpiękniejsze, i ja jestem skłonny z tą opinią się zgodzić. Czemu SF zawdzięcza tę swoją, jakże atrakcyjną, aparycję? Otóż składa się na to kilka czynników. Przede wszystkim położenie: miasto (nota bene nie takie znów rozległe) wyrosło na nabrzeżu oceanu i nad brzegiem olbrzymiej śródlądowej zatoki, jak również na wzgórzach, i w otoczeniu gór. Następnie: kosmopolityzm i tętniąca życiem społeczność, bardzo zróżnicowana etnicznie i wzmocniona przybyszami z całego świata. No i wreszcie: architektura, której najbardziej rzucającym się w oczy jest styl wiktoriański, nadający charakter całemu miastu, mimo że dominuje on tylko w niektórych dzielnicach (wbrew temu, co napisałem w artykule, wiele wiktoriańskich domów przetrwało pożar z początku XX wieku i nawet jeśli z czasem zatraciło swój estetyczny polor, to zostało już do tej pory odrestaurowanych).

Niewątpliwie wizytówką miasta jest słynny Most Golden Gate (wbrew nazwie nie jest on złoty, a pomarańczowo-czerwony) uznawany za najczęściej fotografowany most na świecie (o jego złej sławie zawdzięczanej samobójcom nie będę wspominał). I rzeczywiście, mimo swoich potężnych rozmiarów, to dzięki m.in. architekturze art déco, konstrukcja ta zaskakuje swoją… gracją. To dlatego most Golden Gate jeszcze bardziej podkreśla malowniczość tego zakątka Ameryki, zwanego Bay Area. (Istnieje kilka „żelaznych” punktów, z których most prezentuje się najlepiej, jeśli chodzi o fotografowanie. Moim ulubionym jest widok ze wzgórza Hawk Hill, położonego na półwyspie Marine Headlands, po stronie północnej mostu. Według mnie to jeden z najpiękniejszych widoków na całym kontynencie pólnocnoamerykańskim.)

Bardzo charakterystyczne są strome sanfranciscańskie ulice (wśród nich „najbardziej kręta ulica świata” – Lombard S.), dodatkowo uatrakcyjnione przez słynne „kablowe” tramwaje, których nigdzie indziej na świecie nie można już spotkać. Portowy charakter miasta odbija się we wszechobecnych, pływających po wodzie lub zacumowanych przy molach statkach, jachtach, okrętach i łodziach – a to kolejny wdzięczny obiekt do fotografowania (szczególnie w miejscu zwanym Fisherman’s Wharf, z jego licznymi pirsami). Zainteresowanie może też budzić lokalna zwierzyna: mnóstwo ptaków, a zwłaszcza lwy morskie i foki, które po wieloletniej nieobecności wróciły na (najczęściej odwiedzany przez turystów Pier 39) i tam się z powrotem zadomowiły, pozując spragnionym egzotycznych fotek turystom. Niezłe zdjęcia zrobić można w Parku Golden Gate (tutejszy odpowiednik Parku Centralnego na Manhattanie); znakomicie widać (z góry) miasto z jednego z bliźniaczych wzgórz Twin Peaks (nie mylić z filmem Davida Lyncha); no i – last but not the least – wielce malownicze, tłumne, egzotyczne, pełne barw i zapachów, China Town (najstarsza i największa chińska dzielnica na świecie, poza Azją i Manhattanem).

Mieszkańcy San Francisco cieszą się łagodnym klimatem, przypominającym nieco śródziemnomorski, jednak bliskość chłodnego Oceanu i ciepłego powietrza nagrzanej pustyni powoduje powstanie swoistego fenomenu meteorologicznego, dzięki któremu, zwłaszcza latem, całe miasto o poranku spowite jest mgłą, najczęściej rozwiewającą się jednak wczesnym popołudniem. Jest to zjawisko bardzo (dosłownie i w przenośni) klimatyczne, jednak potrafi skutecznie zasłonić widok całej okolicy, co jest uciążliwe zwłaszcza wtedy, kiedy chce się miasto sfotografować. Wtedy trzeba trochę na tę okazję poczekać.

Odwiedzałem San Francisco dziesiątki razy (służbowo, w latach 90-tych) i tylko raz mgła i smog utrzymywały się przez cały dzień, uniemożliwiając zupełnie dostrzeżenie choćby skrawka Golden Gate, o miejskiej panoramie z Twin Peaks nie wspominając. Jednak niemal zawsze, przynajmniej druga połowa dnia była słoneczna i bezwietrzna, a powietrze przyjemne. Tak więc to, jak odbierzemy miasto – i czy się nam ono spodoba – zależy w dużej mierze od dobrej pogody, ale też od naszych oczekiwań i nastroju. Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć San Francisco, jakie powstały podczas dwóch moich ostatnich (prywatnych już) wizyt w tym mieście przed kilkoma laty.

greydot.
UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

WIĘCEJ ZDJĘĆ Z SAN FRANCISCO OBEJRZEĆ MOŻNA NA STRONIE „ŚWIAT W OBRAZACH” (TUTAJ).

.

Powiązane wpisy: „KALIFORNIA” i „MOST TO JEST COŚ”

.

KLASZTOR SHWE YAN PYAY – BIRMA

.

Klasztorne okna na świat – w takim malowniczym anturażu każda poza jest dobra

Klasztorne okna na świat – w takim malowniczym anturażu każda poza jest dobra

.

Birmę* zamieszkuje ponad 50 mln. ludzi, z których 85 % to buddyści. Po całym kraju rozsiane są tysiące klasztorów, gdzie schronienie znajduje ponad pół miliona mnichów. Nic więc dziwnego, że spotyka się ich na każdym kroku, również poza klasztorami, pagodami i miejscami kultu i to nie tylko wczesnym rankiem, kiedy wychodzą oni ze swoimi miskami jałmużnymi, zbierając do nich jedzenie, które składa im w daninie okoliczna ludność. Jednak najlepiej jest zetknąć się z mnichami w świątyni lub klasztorze, zwłaszcza jeśli to są nowicjusze, których dziecięcy szarm i spontaniczność, w zestawieniu z niezwykłą scenerią i anturażem miejsca – tudzież z ich ubiorem i zakonnym drylem – stanowi (zwłaszcza dla Europejczyka) kulturowy fenomen, uderzający swoją egzotyką. Oczywiście, wszystko to składa się na obraz niebywale fotogeniczny, który sprawia, że oko fotografa się raduje, a ręka drży przy zwalnianiu przesłony aparatu, co pozwala cuda te zatrzymać w pamięci (nie tyko cyfrowej karty) na dłużej.

Miesiąc spędzony w Birmie pozwolił mi na poznawanie kraju raczej nieśpieszne. Trafiłem więc do wielu ciekawych miejsc, wśród których na pewno wyróżniał się klasztor Shwe Yan Pyay (spotyka się także nazwę Shwe Yaunghwe Kyaung), położony na obrzeżach miasteczka Nyaung Shwe, bazy wypadowej dla zwiedzających słynne Jezioro Inle i jego okolice. Po spędzeniu paru dni na jeziorze, przez które można dotrzeć do wielu ciekawych zakątków i wiosek zamieszkałych przez ludy inne, niż Birmańczycy; po kilkakrotnym spotkaniu się z rybakami, (ich niezwykłą malowniczość starałem się już wcześniej pokazać TUTAJ), postanowiłem odwiedzić klasztor pełen młodocianych mnichów, którzy – jak można było zobaczyć na wielu zdjęciach reklamujących kraj – często pozowali w owalnych oknach klasztornego budynku (kształt niespotykany w żadnym innym klasztorze Birmy). Wsiadłem więc na rower i po przebyciu kilku kilometrów (dzięki tej drodze nadarzyła się okazja, by rozejrzeć się po okolicznych, głównie ryżowych, polach) zatrzymałem się przed małym drewnianą budowlą na palach, z wnętrza której dochodziły mnie odgłosy… niby to modlitwy, niby recytacji – gwarne jak w pszczelim ulu.

Tradycyjnie, birmański chłopiec przed ukończeniem 12 lat życia przechodzi inicjację (shin-pyu), dzięki której przyjmuje się go do społeczności wierzących (upathaka). Przed wstąpieniem do klasztoru udziela się mu instrukcji, (zaznajamiając go z czymś w rodzaju klasztornej etykiety) aż przychodzi dzień, kiedy ubiera się go w uroczyste szaty, przyozdabia klejnotami i niesie w uroczystej procesji (często na ramionach ojca) do klasztoru. Tam, przed głównym mnichem, którego chłopiec prosi o przyjęcie do klasztoru, zdejmuje się z niego piękne suknie oraz świecidełka, goli głowę i obdarowuje skromną szatą mnicha oraz miską (powtórzona jest w tym rytuale droga Siddharty/Buddy – od bogactwa do ascezy). Odtąd – i to nie tylko w czasie pobytu w klasztorze, który może trwać tydzień, miesiąc, rok… niekiedy i całe życie – obowiązuje go Pięć Przykazań (nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż, nie kłam, nie upijaj się), których przestrzeganie jest niezbędne na drodze do Nirwany, czyli ostatecznego „zdmuchnięcia”, które wygasi jego istnienie, wyzwalając go z cyklu życia i śmierci (samsara), uwalniając tym samym od nieodłącznego od życia cierpienia. Jednak, zanim się to stanie, chłopak musi wstawać przed świtem (śpi na twardej podłodze, za „posłanie” mając jedynie słomianą matę), wychodzić wczesnym rankiem z miską do wioski za pożywieniem (mnisi żywią się tylko tym, co dostaną od ludzi, spożywają jedynie dwa posiłki dziennie, zaś po południu jeść już nie mogą); a także: sprzątać, prać swoje szaty, myć się, wreszcie uczestniczyć w lekcjach – również w czytaniu i recytowaniu świętych tekstów. Miałem to szczęście, że w klasztorze Shwe Yan Pyay trafiłem na to ostatnie zajęcie.

Gdyby jednak „studiowanie i recytowanie świętych tekstów” wyglądało tak, jak to się zwykle kojarzy z takową nobliwą aktywnością, to mój fotoreportaż z klasztoru wyglądałby zupełnie inaczej, a prawdę mówiąc, to w ogóle mogłoby go nie być, bo nie wiem, czy bym się odważył zakłócać spokój – wyciszenie i skupienie- całą tę budzącą respekt i szacunek powagę mnichów, (którą znałem skądinąd – choćby z klasztorów w Tybecie). Kiedy jednak wspiąłem się po schodach i wszedłem do środka głównej sali klasztoru, zostałem skonfrontowany z głośną czeredą chłopców i młodzieńców, siedzących wśród drewnianych kolumn, na deskach podłogi, ubranych w czerwone szaty i powtarzających na głos niezrozumiałe dla mnie słowa. Nie był to zgodny chór, ale jedna wielka polifonia, nie pozbawiona wszak pewnej melodyjności – każdy młody mnich wypowiadał swoje wersety, czytając je lub wygłaszając z pamięci. Nie było w tym żadnego namaszczenia, tylko niektórzy adepci kołysali się jak modlący chasydzi, siedząc „po turecku”, czy też raczej po buddyjsku.

Chłopcy, jak to chłopcy – większości z nich trudno się było skupić, wyginali się więc na różne strony, robili dziwne miny lub wyglądali tęsknym i melancholijnym wzrokiem za okno… skąd dobiegał ich śpiew ptaków i gdzie widać było skąpany w słońcu ogród. Mimo tej swobodnej aury i dającej się wyczuć wśród tych młodych mnichów pewnej dezynwoltury, nie chciałem wyjść na intruza, usiadłem więc na podłodze, odłożyłem na bok aparat i zacząłem chłonąć panującą wewnątrz klasztornej sali atmosferę, nasiąkać nią, poddawać się wyczuwalnym tu wibracjom… Było w tym coś z medytacji – może także chęć poczucia i poznania sacrum? Chciałem się oswoić z duchem tego miejsca – przyzwyczajając tym samym mnichów do mojej obecności. Trwało to dłuższą chwilę – może z pół godziny – kiedy wreszcie podniosłem aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Nie mogłem sobie pozwolić na to, by biegać z aparatem wśród kolumn, więc tylko od czasu do czasu zmieniałem pozycję i miejsce, szukając lepszej perspektywy czy innego światła. Mali mnisi po jakimś czasie nie zwracali na mnie większej uwagi, choć jednak wydawało mi się, że zdają sobie oni sprawę z mojej obecności i… nie pozując jednak pozowali, co według mnie nadawało chyba najlepszy efekt zdjęciom – formę ciekawą, w pewnym stopniu zaaranżowaną, a jednak nadal autentyczną. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie patrząc teraz na te zdjęcia i przypominając sobie tamte niezwykłe chwile, przeżywając je – i to dość intensywnie – na nowo.

* W Polsce usiłuje się wprowadzić w życie oficjalną nazwę, która niestety brzmi okropnie: Mjanma.

greydot

Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć jakie zrobiłem w klasztorze Shwe Yan Pyay (namawiam do obejrzenia ich w pełnym wymiarze, a można to zrobić za pomocą jednego kliknięcia). Kilka z tych fotografii obdarzyłem małym komentarzem, inne zamieściłem w formie fotoreportażu mozaiki, zaś pozostałe trafiły na stronę mojego bloga fotograficznego (TUTAJ).

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (7).

STUDIA WŚRÓD KOLUMN

Mali mnisi buddyjscy wśród drewnianych, pokrytych złotą farbą kolumn, siedzą i studiują buddyjski kanon. Otoczeni lasem tekowych filarów podtrzymujących klasztorne sklepienie, nie czują się zagubieni, bo przecież z każdego miejsca, gdzie siedzą, widoczny jest ich Mistrz, którego ścieżką chcą podążać. Lecz atmosfera jaka wśród nich panuje świadczy o tym, że przede wszystkim są to młodzi ludzie – chłopcy, a także dzieci – którzy próbują się znaleźć w tym nowym dla nich środowisku, wymagających od nich skupienia, dyscypliny i poświęcenia, a przecież nadal są powodowani dziecięcym impulsem zniecierpliwienia i zabawy. Na przedzie, tuż przed ołtarzem z Buddą, siedzą nowicjusze najstarsi, dalej ci średni wiekiem, a pod samymi oknami najmłodsi. Nic dziwnego, że to ci ostatni z tęsknotą wypatrywali często tego, co jest na zewnątrz klasztoru – w świecie jasnym i kolorowym.
Wewnątrz klasztoru (nota bene jest on palafitem), zwłaszcza w pobliżu ołtarza, panował półmrok, jednak z okien wlewało się do środka jaskrawe dzienne światło, co dawało kontrast utrudniający robienie zdjęć (o medytacyjnej i edukacyjnej specyfice miejsca i chwili nie wspominając). Wszystko to wymagało kompromisu – zastosowania złotego środka: wykorzystać dostępne światło naturalne, nie zmącić autentyzmu sytuacji, a jednak znaleźć dla siebie takie miejsce, skąd można byłoby utrwalić te niezwykłe obrazy wyraziście i z charakterem. Nie wypadało być intruzem, a jednak trzeba się było zachować na tyle śmiało i zdecydowanie, by dopiąć swego i uchwycić to, co najciekawsze, we właściwym momencie – to, co pojawiało się i rozwiewało w każdej sekundzie, wyłaniało się na chwilkę i tonęło w rzece płynącego – i przemijającego bezlitośnie – czasu.

.
.Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (5).

SKUPIENIE I RELAKS

Jest w tym zdjęciu wyraźna dwoistość: dwójka małych mnichów, kompozycyjne rozpołowienie kadru, dwa różne podejścia do studiowania pisma i dwa różne nastroje. Chłopiec po lewej siedzi w pozycji, jaka zyskałaby z pewnością aprobatę wychowawcy; przed nim zeszyt i książka ułożone jak mistrz przykazał; zastanawia się nad czymś, ale… czy nie jest to już przechodzenie na stronę towarzysza, który z chęcią rozproszyłby jego powagę i zaraził swobodą, kusząc swoim luzem, nonszalancją i uśmiechem na twarzy? Tak, to ten kocyk rozłożony dla wygody, nieco zmierzwiony… Nogi rozplecione, oparcie się o ścianę, wzrok błądzący w myślach pewnie mało buddyjskich… wreszcie zeszyt otwarty – odłożony (może nawet rzucony) w nieładzie. Innymi słowy: luz blues w klasztorze.
Lubię klasyczną kompozycję tego obrazu, także jego kolorystykę, harmonijnie adaptującą czerwień szat do żółto-złoto-brązowych odcieni podłogi i ścian z tekowego drewna. Jasne tło prawej strony kadru podkreśla sylwetkę – i profil – postaci siedzącej do nas bokiem. Z kolei ciemne tło prawej połowy sprawia, że prawem kontrastu lepiej widoczne jest jaśniejsze ciało chłopca, a zwłaszcza jego sympatyczny wyraz twarzy. Niewątpliwie wdzięczny to widok.

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (4).

PATRZ!

Nie wiem co tak zaprzątnęło uwagę młodego mnicha. Wątpię, że był to posąg Buddy, który znajduje się w centrum klasztoru (chociaż wskazujący palec chłopca wymierzony jest właśnie w tamto miejsce). Bo przecież mnisi widzą ten posąg każdego dnia (jest on w swojej pozie niezmienny, mimo zmienianych każdego dnia kwiatów, którymi się go dekoruje). Poza tym, choć wśród chłopców panuje atmosfera raczej swobodna, której daleko do solenności, to Budda nie może być przedmiotem żartów – kiedy uwaga ludzi kieruje się na niego, okazują oni szacunek, uniżoność i poważanie. Jak widać chłopcy nie są za bardzo skupieni na nauce, ich zachowanie jest swobodne, miny rozbawione…
Zdjęcie wykonane aparatem, który położyłem na podłodze. A zrobiłem to, by – po pierwsze – nie deprymować mnichów, po drugie zaś – uzyskać perspektywę, dzięki której nie patrzymy na nich z góry, a z pozycji, która pozwala na lepsze oddanie ich gestów, postury i zachowania. Dzięki temu kompozycja nie jest stłamszona, a bardziej otwarta, przybliżająca tę grupę naszym oczom..

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (6)

.

SZATY I GESTY

Kompozycja z mnisich szat, gestów rąk, ułożenia nóg… Różne odcienie czerwieni – z lekkim dotknięciem pomarańczu i purpury. Ciekawe wydały mi się te załamania materii, linie odgraniczające jasność od ciemności, gradacje koloru. Światło pada od strony okien i ono jest odpowiedzialne za głębię, która tworzy się przed postaciami. Widać jedynie fragmenty rąk i nóg – ramion, palców i stóp – lecz różnorodność ich ułożenia wprowadza do kadru pewien ruch i bogactwo gestów. Te pierwiastek ludzki niweluje w dużym stopniu abstrakcyjność obrazu, który przestaje być tylko li formalną kompozycją złożoną z kształtów, linii, konturów i barwnych plam, a staje się wyrazem uchwyconego w chwili życia.

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć z klasztoru Shwe Yan Pyay obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

Powiązany wpis: TYBET – KLASZTOR SAMYE

.