KAJMANY – nie tylko raj podatkowy i Siedmiomilowa Plaża

Na pewno Kajmany nie przyciągnęły mnie jako raj podatkowy – miliony dolarów (których nie posiadam) mogłyby więc być chronione tylko hipotetycznie – ale jako karaibska enklawa, gdzie nadal dominuje słońce, woda, plaże i pogodne niebo. Wyspy kusiły jako miejsca, które przenika cały ten tropikalny vibe ciepłych mórz południowych, generowany nie tylko przez klimat, ale przede wszystkim przez zamieszkujących je ludzi.

.

Sunshine Point – samotna palma z widokiem na Morze Karaibskie

.

       Oczywiście fakt, że na Kajmanach ma siedzibę ok 600 banków i spółek powierniczych (w których ulokowanych jest ok. 2 biliony dolarów), ma przemożny wpływ na sposób funkcjonowania wyspy (w niniejszym tekście odwołuję się głównie do Wielkiego Kajmana – wyspy zamieszkiwanej przez 95% z 60 tysięcy stałych mieszkańców archipelagu, w skład którego wchodzą jeszcze dwie niewielkie wyspy „siostrzane”: Mały Kajman oraz Cayman Brac), jednakże nie jest to w stanie zdławić tropikalnego charakteru tego zagubionego na Morzu Karaibskim skrawka lądu.
Przekrój demograficzny Kajmanów jest specyficzny – unikalny, jeśli porównamy go z populacją innych wysp karaibskich – i to nie tylko dlatego, że na Wielkim Kajmanie niewolnictwo nie było tak rozpowszechnione jak w innych rejonach Karaibów, ale przede wszystkim z powodu różnorodności ludności napływowej (tylko połowa mieszkańców pochodzi z wyspy), dzięki czemu doliczyć się tu można ponad 100 narodowości (jeśli zaś chodzi o rasę, to tylko 20% mieszkańców Kajmanów stanowią biali). Najwięcej ludzi przybyło tu z Jamajki, Stanów Zjednoczonych i Kanady, parę tysięcy z Wielkiej Brytanii (bądź co bądź Kajmany to brytyjskie terytorium zamorskie, którego głową pozostaje królowa Elżbieta II).
W charakterze Kajmanów wyczuwany jest więc kosmopolityzm, ale z drugiej strony daje się też odczuć coś w rodzaju lokalnego patriotyzmu, który wynika prawdopodobnie z faktu odizolowania wysp – specyficznego, nawet jak na karaibskie warunki.

       W sumie Wielki Kajman zaskoczył mnie pod wieloma względami. Już wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę wyspę z okna samolotu, zadziwił mnie jej kształt do złudzenia przypominający buta. Kiedy schodziliśmy do lądowania, odsłoniła się przed nami słynna Siedmiomilowa Plaża (w rzeczywistości ma ona długość 10 km) a zaraz potem zbliżyliśmy się do stolicy Kajmanów, miasta George Town, przelatując bardzo blisko nad kilkoma zakotwiczonymi w porcie olbrzymimi statkami wycieczkowymi.
Wkrótce okazało się, że Wielki Kajman – jak chyba żadna inna wyspa na Karaibach – jest pełen kontrastów. I nie chodzi mi tylko o kontrast ekonomiczny, (choć ten najbardziej rzucał się w oczy: zdeponowane w bankowych sejfach góry pieniędzy vs. nie opływający raczej w bogactwo tubylcy; luksusowe resorty, hotele i kondominia okupowane przez nadzianych flotą przybyszów vs. nadzwyczaj skromne małe pastelowe domki zamieszkałe przez „lokalesów”), ale również kontrast… nazwę go topograficzno-ekologicznym. Spodziewałem się bowiem gęsto zabudowanej, wypełnionej szczelnie infrastrukturą wyspy (o niezbyt dużej przecież powierzchni 196 km kw.), a okazało się, że ogromna jej większość porośnięta jest dziką roślinnością tropikalną – ziemią zupełnie niezagospodarowaną, a przy tym niemożliwą do przebycia. Sama Siedmiomilowa Plaża (Seven Mile Beach) – która notabene uważana jest powszechnie za najpiękniejszą plażę Karaibów (i chyba nie ma w tym większej przesady, jeśli weźmie się pod uwagę plaże duże) – jest bardzo zróżnicowana, bo obok dość tłumnie wypełnionych odcinków w pobliżu wielkich hoteli i resortów (takich jak np. Westin, Marriott czy Ritz-Carlton) znajdują się niezatłoczone, spokojne, niemal kameralne miejsca, odwiedzane przede wszystkim przez stałych mieszkańców wyspy.

       Pisząc o Kajmanach nie sposób nie wspomnieć o tutejszych urokach kulinarnych (nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale wielokrotnie spotkałem się z opinią, że Kajmany są stolicą karaibskiej kuchni), bo rzeczywiście jedzenie w miejscowych restauracjach jest wyśmienite (czego niestety nie można powiedzieć o znajdujących się na wyspie supermarketach, wypełnionych sprowadzaną z kontynentu, typowo amerykańską masówką, produkowaną przez żywnościowe kombinaty, na dodatek o wiele droższą niż w Stanach).
Jeśli chodzi o tzw. atrakcje turystyczne Kajmanów, to oczywiście można je sobie „wygooglać” w Internecie (informacji na ten temat jest tam całe mnóstwo). Lepiej będzie, jeśli wyszczególnię je tutaj całkiem subiektywnie, obdarzając każdą małym komentarzem, odnoszącym się do mojego doświadczenia i wrażenia, nie powielającym krążących komunałów.

greydot

Siedmiomilowa Plaża – prawdziwy skarb Kajmanów

SEVEN MILE BEACH. First things first: Siedmiomilowa Plaża – what a joy! Bywaliśmy na niej codziennie, każdego ranka przemierzając kilometry piaszczystego brzegu Morza Karaibskiego, idąc nad turkusowo-akwamarynową wodą obmywającą nasze stopy, czując lekką bryzą, słysząc przyjemnie szumiące fale tuż obok… Naturalnie, codziennie kąpaliśmy się też i pływaliśmy w tej niesamowitej, przeważnie nieskazitelnie czystej wodzie – zjawiskowo przezroczystej, skrzącej się w promieniach słońca… To były momenty, które mogę zaliczyć do najprzyjemniejszych chwil mojego życia – cała ta mieszanka błogości, spokoju – poczucie szczęścia i radości – jedno z najbardziej namacalnych doświadczeń cudu istnienia. (Wiem, że to co przed chwilą napisałem trąci patosem, ale jednak nie ma w tym przesady, bo prawdziwie oddaje moje osobiste przeżycie, bliskie jednak euforii).

greydot

Stingray Citybliskie spotkania z płaszczkami

.

STINGRAY CITY. Kajmański przebój Nr 1 (nie licząc Siedmiomilowej Plaży): bliskie spotkanie z płaszczkami. Wypływa się łodzią na oddaloną o kilka kilometrów od brzegu mieliznę (sand bar) gdzie dziesiątki wielkich płaszczek czekają tylko na to, by rzucić im coś do jedzenia. Ludzie schodzą wtedy do wody i brodząc w niej głaszczą te przedziwne stworzenia (niektórzy to nawet całują je „na szczęście”). Ceremoniał ten odbywa się od lat – ponoć od czasów, kiedy powracający z połowu rybacy zatrzymywali się w tym miejscu i rzucali płaszczkom to, co z ryb wypatroszyli. No i teraz te dzikie ongiś zwierzęta zachowują się jak oswojone, do ludzi są przyzwyczajone. Ze Stingray City podpłynąć można nieco dalej (na Starfish Point), by tam z kolei spotkać się z rozgwiazdami, które mienią się niczym klejnoty na morskim dnie – na piasku lub rafie koralowej, w płytkiej żółto-zielonkawej wodzie. Również i te stworzenia można brać (delikatnie) do ręki, bo podobno nie robi to im żadnej krzywdy.

greydot

Cayman Crystal Caves – podziemny świat (nie)ziemskich dziwów natury

.CAYMAN CRYSTAL CAVES. Muszę się przyznać, że nie spodziewałem się też zastać na Kajmanach tak pięknych i ciekawych jaskiń. Nie tak dawno umożliwiono ludziom ich zwiedzanie. Do tej pory dostęp do nich był bardzo trudny (leżą one w głębi lądu, na wyboistym terenie gęsto porośniętym krzewami i drzewami). Wybudowano jednak specjalnie do tego celu drogę i obecnie można z przewodnikiem zwiedzać kilka grot, zadziwiających bogactwem kształtów i kolorów – kompleks formacji skalnych, unikalnych w tym rejonie globu.

greydot

Cayman Turtle Centre – żółw zielony (choć tutaj tego nie widać) i (ponoć) jadalny (na szczęście już wkrótce miał być wypuszczony do morza)

CAYMAN TURTLE CENTER. Wprawdzie wolę spotykać zwierzęta na wolności – w ich naturalnym środowisku – to wizyta na tej farmie żółwi umożliwiła mi zetknięcie się oko w oko z setkami żółwi wszelkich kolorów i rozmiarów – przyjrzenie się z bliska tym (często zaskakująco pięknym) stworzeniom. Cayman Turtle Center specjalizuje się w hodowli tzw. „żółwia jadalnego” (sam się zdziwiłem, że taka nawa w języku polskim jest poprawna dla tego gatunku; w języku angielskim brzmi to jednak lepiej: green turtle). Żółw jadalny/zielony jest gatunkiem zagrożonym, więc sporo tych zwierząt wypuszcza się z farmy do morza. Nawiasem mówiąc, kiedy w 1503 roku przypłynął na rzeczone wyspy Kolumb, zastał na nich takie ilości żółwi, że nazwał je La Tortugas (co w języku hiszpańskim oznacza nic innego jak właśnie „żółwie”). Ale jeszcze w tym samym wieku ukuto nazwę Kajmany (od caribskiego słowa caimán jakim nazywano żyjącego jeszcze wtedy na Karaibach amerykańskiego krokodyla).

greydot

Vegańskie pyszności – lunch w restauracji VIVO

KUCHNIA. Jak już wspomniałem, na wyspie jedzenie – zwłaszcza to lokalne, przygotowywane na miejscu – jest pyszne. Odwiedziliśmy kilkanaście restauracji (czy też raczej – w niektórych przypadkach – jadłodajni), o różnej klasie i specjalnościach: od bardzo skromnych przydrożnych/przyplażowych budek/baraków/kiosków (jak np. Heritage Kitchen czy West Bay Diner), przez serwujące znakomite dania (kuchni włoskiej, japońskiej, francuskiej… choć oczywiście króluje seafood, czyli owoce morza) restauracje w znośnej i niezbyt wygórowanej strefie cenowych stanów średnich (Casanova by the Sea, Calypso Grill Cayman, Catch Restaurant & Lounge), po fine dining w eleganckich, lekko snobistycznych, lecz mimo to ciągle znakomitych przybytkach sztuki kulinarnej typu Ristorante Pappagallo czy Bacaro.
Każde z tych miejsc godne jest polecenia, lecz nam najbardziej do gustu przypadła leżąca na skalistych klifach, skromna i kameralna restauracyjka VIVO Cafe, którą odwiedziliśmy kilka razy – w dużej mierze ze względu na jej właściciela i zarazem szefa kuchni Francisa, ale przede wszystkim z powodu serwowanych tam niezwykle smacznych i niesztampowych dań, w które wkładał on nie tylko całe swoje kulinarne mistrzostwo, ale i serce. Tak więc, mimo że to dania wegańskie, to i tak uwiodły mnie, niepoprawnego – choć trochę skruszonego już – mięsożercę.

RUM etc… Dużą popularnością – i niezłą opinią – cieszą się również atrakcje związane z produkcją alkoholu (zwłaszcza rumu i piwa): Cayman Spirits Co. Distillery oraz The Cayman Islands Brewery. Umożliwiają one nie tylko smakowanie tych trunków, ale i zapoznanie się z ich produkcją – w sposób przystępny, naoczny, edukacyjny, ale i zabawny (w zależności od posiadanej wiedzy i poczucia humoru prowadzącego turę.

greydot

Rozgwiazdy – Rum Point

– Chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj o miejscu, które na pewno mogę zaliczyć do moich najbardziej ulubionych zakątków wyspy. Leży ono na północy Wielkiego Kajmana, w rejonie zwanym RUM POINT. Chodzi mi o położoną na południe od Rum Point Beach mierzeję, na której znajduje się tzw. SUNSHINE POINT – ławę śnieżnobiałego, miękkiego jak mąka piasku, z naturalną zatoczką pełną – jak się okazało – wielkich muszli (nadal z żywymi mieszkańcami w środku). Spotkaliśmy tam tylko dwie osoby – parę wakacjuszy wynajmujących jeden z pobliskich apartamentów (z którymi wdaliśmy się w długą i ciekawą rozmowę).
Jeśli już trafimy na Rum Point, to warto zajrzeć do znajdującego się tam także (wspomnianego już wcześniej) Starfish Point (nieopodal Water Cay Beach) oraz na plażę Kaibo. W obu miejscach żyją rozgwiazdy.
A jeśli znajdziemy się tam w nocy, to mamy niezwykłą szansę zobaczenia fenomenu bioluminescencji: w małej zatoczce obok świeci nocą plankton – fantastyczne zjawisko, które można zaobserwować w kilku zaledwie miejscach na świecie.

greydot

       O Kajmanach można by napisać znacznie więcej. Może jeszcze tylko napomknę o tym, że wokół wysp żyją koralowce, tworząc piękne kolorowe rafy, które (wraz z całą żyjącą w nich bogatą morską fauną) można oglądać zarówno pływając na powierzchni morza ze snorkelingową rurką, jak i nurkując w jego głębinach z tlenową butlą.
Z tego co wiem, wskutek pandemii trudno się obecnie dostać na Kajmany, lecz miejmy nadzieję, że już wkrótce na świecie zrobi się bardziej normalnie i wyspą będą się mogli cieszyć nie tylko jej stali mieszkańcy, ale i wybierający się tam goście. Czego Wam wszystkim – zainteresowanym podróżą do tego niezwykłego miejsca – życzę.

greydot

greydot

Appendix Nr 1: BISMARCKIA NOBILIS

       Jako dodatek chciałbym również pokazać tu kilka zdjęć zrobionych pewnej roślinnej piękności, rosnącej w ogrodzie, przy domu, w którym mieszkaliśmy na Kajmanach. Jest to tzw. Palma Bismarcka (Bismarckia Nobilis). Do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak nazwano tę piękną palmę (na pewno nie ze względu na mało-urodziwą aparycję „żelaznego” kanclerza). Choć już sam epitet „nobliwa” łatwiej jest zrozumieć. Ta palma z naszego ogrodu miała akurat płeć żeńską, co na pewno wpłynęło na jej urodę, choćby tylko z powodu osobliwych kwiatów i owoców, które można było na niej zauważyć. Miałem wielką przyjemność w jej fotografowaniu, bo różnorodność kształtów i form, jakie się przede mną objawiały, była dla mnie zdumiewająca. Trudno jest uwierzyć, że przyroda – tak sama z siebie i spontanicznie – potrafi stworzyć podobne cuda, i że nasz zachwyt może być wywołany jedynie działaniem ślepego przypadku i ewolucji, posługującej się wyłącznie bezduszną materią i jeszcze bardziej bezdusznymi oraz bezmyślnymi prawami.
Czym w tym wszystkim jest piękno?
Zważywszy na to, że jest ono obecne w przyrodzie – i to często w formie niewiarygodnie wyrafinowanej i zachwycającej – wydaje mi się nieprawdopodobne, by ewolucja nie podlegała również jakiemuś prawu, które uwzględnia także estetykę stworzenia, na którą uwrażliwiony jest nie tylko człowiek, ale i wszystkie inne istoty żywe.
Zapraszam więc do zadziwienia się takim jednym drzewkiem z kajmańskiego ogrodu.

PS. Być może to, co odbieramy jako piękno w przyrodzie – czyli obecna w naturze estetyka – wynika z funkcji porządkującej Natury? Może nawet jest to odbicie (echo) jakiegoś Wyższego Porządku?

greydot

Appendix Nr 2: OGRÓD BOTANICZNY KRÓLOWEJ ELŻBIETY II

       To, co napisałem powyżej o estetycznym wymiarze ewolucji, jak najbardziej odnosi się też do jeszcze jednego miejsca, o którym chciałbym tutaj napisać, ilustrując to małą galerią zdjęć. Wizyta w Ogrodzie Botanicznym im. Królowej Elżbiety na Kajmanach (sama monarchini osobiście dokonała jego otwarcia w 1994 roku) była dla mnie czymś zaskakującym, gdyż – zważywszy na dość skromne zainteresowanie tym miejscem wśród odwiedzających Kajmany turystów – nie spodziewałem się zastać tam jakichś imponujących atrakcji (w rodzaju tych, które zobaczyłem np. w Królewskim Ogrodzie Botanicznym na Sri Lance czy w Ogrodzie Botanicznym w Singapurze). A jednak, zamiast spędzenia tam paru chwil, nasza wizyta przeciągnęła się do ładnych kilku godzin. Nie tyle ze względu na rozległość i rozbudowane zagospodarowanie ogrodu, co z powodu niezwykłości rosnących tam roślin-eksponatów. I znów ta zadziwiająca inwencja Natury, przykuwająca oczy, zdumiewająca różnorodnością form – z wyłaniającym się z każdej rośliny pięknem. Niestety, nie udało nam się – nawet na szlaku Woodland Trail – spotkać słynnego legwana niebieskiego, który endemicznie występuje tylko na Wielkim Kajmanie, i którego gatunek próbuje się tutaj uchronić przez zupełnym wyginięciem. Na szczęście rosnące w tym ogrodzie rośliny skupiły na sobie naszą uwagę i mam nadzieję, że nasz podziw dla nich znalazł swoje odbicie w prezentowanych tu zdjęciach.

greydot.

PUSTYNIE I DŻUNGLE

*

na pustyni

*

Kiedy wyruszasz w podróż, żegnaj się uważnie z miejscem, w którym mieszkasz, tak jakbyś nigdy nie miał już do niego powrócić. Ale nie dlatego, żeby myśleć o tym, że może cię w tej podróży spotkać coś najgorszego, za co zwykle uważamy tragiczny wypadek i śmierć. Żegnaj się, aby przypieczętować twoje przywiązanie do czegoś trwałego w świecie, w którym wszystko jest ulotne i gdzie wszystko spływa z rzeką czasu albo dryfuje po bezkresnych wodach oceanu zdarzeń. Kiedy wypływasz na szerokie wody, podnosisz kotwicę, którą musisz za sobą dźwigać – ale nie jako brzemię, ale jako przypomnienie tego, że tylko wtedy, kiedy się zatrzymasz, możesz poczuć solidny grunt – że tylko jedno miejsce może być twoim prawdziwym domem, choćby wszędzie na świecie witano cię z otwartymi ramionami i oferowano serdeczną gościnę (a przecież nie wszędzie, nie zawsze i nie wszyscy tak cię witają).
Dlatego twoje powroty muszą być jeszcze bardziej uważne i świadome, niż wyruszania w podróż. Powroty mogą nas cieszyć albo smucić, są końcem, ale też i początkiem – jednakże nigdy nie są czymś obojętnym dla uświadomienia sobie naszego miejsca ma ziemi. Nawet wtedy, kiedy pozostają pytaniem, nie dając nam żadnej odpowiedzi.

greydot

Pustynia jest jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, albo z nimi się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostro widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.
Czym była – i jest – dla ludzi pustynia? Żywiołem, z którym trzeba było się zmierzyć, udowodnić własną wytrzymałość? Odpowiednikiem Kosmosu, w którym człowiek czuł się zagubiony i przytłoczony? Odzwierciedleniem niszczycielskich sił natury? Przejawem boskiej władzy nad człowiekiem?
Tak, ale nie tylko. Pustynia stała się metaforą, miejscem gdzie ścierały się w człowieku różne tendencje, skłonności, dążenia… gdzie rodził się pewien kulturowy kanon. To na pustynie uciekali eremici, by odnaleźć drogę do Boga i samego siebie.
A więc pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec. To na pustyni Św. Hieronim tłumaczył Biblię. To na pustyni miały miejsce kuszenia Jezusa i Św. Antoniego. To na pustyni przemówił do Mojżesza krzak gorejący. Czyli pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie.
Sądzę, że doświadczenie pustyni jest dla człowieka ważniejsze – i bardziej “twórcze” – niż doświadczenie dżungli. Paradoksalnie: człowiek na pustyni zdaje się bardziej i dogłębniej “dokopywać” do swojego egzystencjalnego “rdzenia”, dotykać mocniej “doli człowieczej”, pełniej rozumieć fenomen (ludzkiego) życia, niż mając wokół siebie tętniącą i kipiącą (zwierzęcym) życiem dżunglę. Dlaczego? Może dlatego, że pustynia lepiej pozwala człowiekowi identyfikować się ze swoją kulturą, natomiast dżungla to nieokiełznana, atawistyczna – przeciwstawiona ludzkiej cywilizacji – Natura?
“Jądro ciemności” jest zwierzęce, pustynną pustkę człowiek wypełnia tym, co najbardziej ludzkie – czyli kulturą. Instynkt życia i popędy przeciwstawione zostają pragnieniu duchowości. Łatwiej chyba o tę transgresję w jasności gorącego Słońca pustyni, niż w redukującej nas do pierwotnej biomasy i zmuszającej do walki i rywalizacji z innymi formami życia, dżungli.

greydot*

Dzungla - Monteverde (Kostaryka)

*

Zdjęcia własne: Pustynia Oregon Dunes (Stany Zjednoczone), Dżungla Monteverde (Kostaryka)

UŚMIECH

Susan Sontag porównała fotografowanie do zbierania świata. Podczas moich podróży utrwaliłem i zebrałem wiele jego obrazów, w tym portretów ludzi, którzy się uśmiechali. Niektóre z tych uśmiechów kierowane były do mnie, dzięki czemu moje włóczęgi rozjaśniała często ludzka serdeczność. Oto mała kolekcja uśmiechów z różnych zakątków naszego globu.

.

hawajska tancerka

.

.

.

.

.

.

Czym byłoby życie bez uśmiechu? Nawet nie możemy sobie tego wyobrazić, tak przywykliśmy do niego, uważając go za coś zwykłego. A przecież śmiech – jeśli szczery – jest czymś bez mała cudownym. Przegania smutki, wzbudza sympatię, zwycięża wrogość, rozprasza melancholię, rozjaśnia świat, który bez uśmiechu byłby nie do zniesienia.

*  *  *

.

.

greydot.

Ojciec i syn z Varanasi (Indie)

Varanasi to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Indiach. To właśnie tam – na brzegach Gangesu – pali się zwłoki Indusów. Na przybyszu z innego rejonu świata robi to doprawdy niesamowite wrażenie. Przechodząc się wśród płonących stosów doznajemy wstrząsu – dociera do naszej świadomości to, w jak odmienny sposób ludzie różnych kultur podchodzą do śmierci. W pewnej chwili odwróciłem wzrok od płomieni stosów i mętnej wody Świętej Rzeki, zasłaniając się od swądu palących się ciał. I wtedy właśnie dostrzegłem tę śmiejącą się z całego serca parę – ojca z synem. Efekt był piorunujący: jednocześnie, w tym samym momencie, poczułem grozę śmierci i radość życia. Zawirowało mi w głowie.

greydot.

Pasterka z Radżastanu (Indie)

Dziewczyna spotkana przypadkowo na wiejskiej drodze pod Dżodpurem w indyjskim Radżastanie. Poprosiłem ją tylko, by popatrzyła się w kierunku zachodzącego Słońca – stąd to miękkie światło i… zniewalający uśmiech.

greydot.

Chocolate trio from Ocho Rios (Jamajka)

Czekoladowe trio z Ocho Rios. Trzy siostry (koleżanki?), które spotkałem w miasteczku Ocho Rios na Jamajce. Jamajczycy mają typowo południowy charakter: bywają gorący i namiętni. Te dziewczynki o namiętności jeszcze nic nie wiedzą, ale emanująca z nich radość oraz ciepło ich uśmiechów są już widocznym odbiciem jamajskiej duszy. O ile sobie przypominam, była wówczas niedziela – stąd te „kościółkowe” ubranka, w których dominowały róż i biel. Samo miasto zaś nie sprawiało dobrego wrażenia. Te uśmiechy uratowały jednak moje o nim wspomnienie.

greydot.

Senior spod Machu Picchu (Peru)

Rozbrajający uśmiech dziadzia spod Machu Picchu w Peru. Kiedy zjechaliśmy już z gór, gdzie rozłożone jest legendarne miasto Inków, natrafiliśmy na coś w rodzaju wiejskiej fiesty, w której brali udział dość cudacznie poprzebierani mężczyźni w różnym wieku. Również ten senior w jakże oryginalnym przybraniu głowy. Jak widać, nawet bezzębny uśmiech może mieć swój nieodparty urok.

greydot.

W drodze do szkoły (Dżajpur, Indie)

Jedne z najjaśniejszych i najczystszych uśmiechów z mojej kolekcji. To rodzeństwo emanuje niezwykłym ciepłem, które wyzwala się nie tylko poprzez uśmiech, ale i przez te młode, ufne i spokojne oczy. To był kolejny indyjski kontrast. Warto zwrócić uwagę na tło – niestety słabo tutaj widoczne. Dzieci, ubrane czysto i schludnie szły bowiem do szkoły po jednej z ulic Dżajpuru, która przypominała śmietnik i rynsztok zarazem. To zastanawiające, że najwięcej ludzkich uśmiechów wywiozłem z Indii – z kraju nieopisanej nędzy i mizerii.

greydot.

Piękność na Moście Brooklińskim (Nowy Jork, Stany Zjednoczone)

Beauty and the Bridge. Most jako bestia – w tle, a na pierwszym planie –  kontrast w formie kobiecego piękna i delikatności. Jasna skóra, blond włosy, zmysłowe usta, piękne rysy twarzy, a drugi plan – to ciężkie stalowe bele, grube metalowe nity, poręcz ławki z kutego żelaza i siatka chroniąca nas przed przepaścią… Extremes meet. Lubimy takie kontrasty – lekkość i ciężar, ulotność i stałość, kruchość i solidność – świat eksponuje swe detale, ostrzej rysuje kontury, podsuwa nam to co jest gorące i zimne, pomijając letnią średniość, która jest nudna, szara i bez smaku. (O moim spotkaniu na Moście Brooklińskim przeczytać można TUTAJ.)

greydot.

Legendarny Foxy ze swoją wysłużoną gitarą (Jost Van Dyke)

Bard Karaibów, o którym wiedzą wszyscy szwendacze po antylskich wyspach, plażach i zatoczkach: Philicianno Callwood, zwany i znany wszem i wobec jako Foxy. Mimo żę jest już teraz bogatym człowiekiem, to nadal chodzi boso i często zabawia gości (i siebie) grając na gitarze i śpiewając dowcipne, często sprośne (i właśnie naruszające taboo) piosenki, z których każda jest czymś w rodzaju miniaturowej opowieści… z humorem kąsającym różne absurdy i absurdziki tego świata. Występy Foxy’ego odbywają się na pełnym luzie, gdzie popadnie, sporo w nich improwizacji i interakcji z nadchodzącymi co rusz (i odchodzącymi – nikt tu nikogo na siłę nie trzyma) bardziej lub mniej przypadkowymi słuchaczami… A i widzami, bo Foxy (mimo 80-ki na karku) pełen jest czegoś w rodzaju… błazeńskiej dynamiki – gestykulacji i póz przypominających trochę lunatyka (czyt. lekkiego wariata). I choć nie wszyscy rozumieją wszystko co Foxy śpiewa – czy też deklamuje – ale zaśmiewają się już wszyscy… i to zaśmiewają szczerze, nawet przed uraczeniem się słynnym (nie tylko na JVD), wspomnianym już przeze mnie drinkiem zwanym adekwatnie painkillerem. (Więcej o moim spotkaniu z Foxy’m przeczytać można TUTAJ.)

greydot

Soooooo sweeeeet! Dziewczynka z lamą (Peru)

Dziewczynka spotkana w drodze znad Jeziora Titicaca do Cuzco w peruwiańskich Andach. Do dzisiaj nie wiem, czy uśmiech lamy był szczery, czy też… wyuczony ;)

greydot.

Trzy gracje na karaibskiej plaży (Aruba)

.

greydot.

Prząśniczka z Katmandu (Nepal)

I jeszcze jeden zniewalający uśmiech seniora – tym razem kobiety przy krosnach napotkanej pod Himalajami.

greydot.

Ludowy przyodziewek jednej z pod-andyjskich wiosek (Peru)

Peruwianka w fantazyjnym kapeluszu i równie oryginalnie haftowanym stroju.

greydot.

Uśmiechnięty reprezentant Europy (Paryż, Francja)

Oczywiście, nie może w naszej kolekcji zabraknąć uśmiechu ze Starego Kontynentu. I oto mamy – uśmiech młodego dżentelmena, sprzedawcy staroci w jednej z paryskich dzielnic. Nie wiadomo co bardziej podziwiać – gest i pozę czy szykowny, choć niemal sportowy, kostium.

greydot.

Carnival beauty from Rio (Rio de Janeiro, Brazylia)

Brazylijskie Rio de Janeiro w czasie Karnawału zamienia się w miasto szalone, tętniące życiem, kipiące erotyzmem i naładowane seksem. Ten uśmiech jest dla mnie niezwykły – łączy bowiem skromność i zawstydzenie z jednoznacznie wyzywającym strojem, niemalże negliżem. Okazuje się że taka fuzja też może mieć swój nieodparty sex-appeal.

greydot.

Smiling face to smiling face (Dominikana)

greydot.

Smiling ladies in red w natarciu (Indie)

.

greydot.

Indianie z Uros (Peru)

.

greydot.

Dziewczynka spod Angkor Wat (Kambodża)

.

greydot.

Rozbrajający uśmiech i dredy (Dominika)

.

greydot.

W tej twarzyczce to się po prostu zakochałem ;)  (Dominikana)

greydot.

Polskie dziewczyny w Utah (Stany Zjednoczone)

Ania i Ula na Dzikim Zachodzie – a konkretnie w Parku Narodowym Arches.

greydot.

Od chmurności, przez wstydliwość do uśmiechu (Antigua, Gwatemala)

Małe studium przełamywania lodów i zdobywania zaufania… tutaj: nieśmiałej dziewczynki z gwatemalskiego miasteczka Antigua.

greydot.

Polka w Krainie Klonowego Liścia (Percé Rock, Kanada)

I wreszcie uśmiech mojej żony :)

greydot.

greydot.

W MOJEJ JASKINI

.

Jaskinia

.

       Jaskinie są różne. Może być nią ciemna, zimna i wilgotna jama, albo też bajeczna komnata pełna kryształów, stalaktytów, stalagmitów… A nawet cała kraina z podziemnymi rzekami i jeziorami.
Niektórych – i to nie tylko speleologów – kuszą one swoją tajemnicą, może nawet obietnicą znalezienia skarbu; innych zaś – straszą ciemnością i grożącymi w nich niebezpieczeństwami.
Symbolika jaskiń jest przebogata – począwszy od freudowskich skojarzeń z płodnością, poprzez platońską alegorię ludzkich złudzeń, aż po zachłanność posiadania czy osunięcia się w otchłań.
Jaskinia jako droga dotarcia do zaświatów tudzież krain mitycznych… do samych piekieł, a może i do siedziby jakichś bogów, czy choćby tylko do kryjówki dzikich zwierząt albo skrzatów, gnomów, czy elfów.
Wreszcie – w jaskini można się schronić ratując życie (albo od tego życia uciec), ale też i zgubić niczym w labiryncie bez wyjścia, gdzie tylko czeka na człowieka śmierć.

       Czy jednak nie za długi jest ten wstęp do czegoś, co być może jest tylko żartem?

       Bo oto chciałbym Was zaprosić na wycieczkę po moim małym królestwie – bibliotece/pokoju/gabinecie, gdzie najczęściej sam wybieram się na poznanie świata jaki znajduje się w książkach, Internecie, obrazach, sztuce…
To miejsce, w którym myślę, czytam, oglądam, słucham, piszę, gram……

       A wszystko w otoczeniu przedmiotów, które są mi w jakiś sposób bliskie – czy to poprzez swoją wartość estetyczną tudzież sentymentalną – wśród pamiątek z moich podróży po świecie; wśród książek, które były/są dla mnie ważne; wśród obrazów, rzeźb i artefaktów sztuki, które lubię…

       Tutaj jestem u siebie – tu czuję się bezpiecznie i komfortowo.
Tutaj odzywa się we mnie domator – moja druga natura poskromionego nomada – i sam nie wiem, czy ona nie jest jednak silniejsza od tej pierwszej, jaką jest żyłka włóczykija i obieżyświata.

       Znajduje się w tym pokoju tylko część mojej biblioteki, która z czasem rozrosła się do całkiem słusznych rozmiarów, a swój początek miała w moim domu rodzinnym, w Polsce. Oczywiście, książki kupowałem nie po to, aby je kolekcjonować, ale po to, aby je czytać – i rzeczywiście (wyjąwszy encyklopedie, leksykony, słowniki i turystyczne przewodniki) zdecydowaną większość z nich jednak przeczytałem. Choć wątpię, czy stałem się przez to mądrzejszy – jeśli już, to mądrości (jaka ona jest to jest) uczyło mnie samo życie (i żona).
O tym jak ważne w moim życiu były książki, napisałem kiedyś w tekście zatytułowanym „MOJA BIBLIOTEKA”, który znalazł się również w jednej z moich książek.

       Zastanawiam się teraz, czy bawiąc się tym wpisem, nie robię czegoś pretensjonalnego – bo przecież ten ekshibicjonizm różnie może być odebrany. A jednak się zdecydowałem wyjść z tym na forum publiczne – zakładając, że jednak większość tych, do których ten mały reportaż osobisty trafi, przyjmie go ze zrozumieniem, a może nawet z zainteresowaniem i sympatią.
Zapraszam więc w gościnę.

*  *  *

.

SINGAPUR – cud socjotechniki czy wspaniała katastrofa?

.

Nowoczesny kompleks Marina Bay jest architektoniczną wizytówką Singapuru

.

       Nie uważałem, że Singapur wart jest tego, aby być celem osobnej podróży do Azji, ale nie miałem wątpliwości, że warto go odwiedzić. Kiedy więc wybierałem się do Birmy, postanowiłem zrobić sobie tygodniowy stop-over właśnie w Singapurze.
Siedem dni i osiem nocy w jednym miejscu to sporo, jak na stop-over, ale okazało się, że tego czasu nie było jednak za dużo – nawet jak na zwiedzenie miejsca porównywalnego obszarowo do Warszawy (choć na tym wszelkie porównania tego państwa-miasta z naszą stolicą się kończą).
Wrażenia z pobytu tamże spisywałem na gorąco, ale pojęcia nie mam, gdzie się te zapiski zawieruszyły. Jednak wspomnienia singapurskie nadal są we mnie dość żywe (nie mówiąc o setkach zdjęć, które wtedy zrobiłem, wspomagających teraz moją pamięć), więc nie sądzę, aby te kilka lat, które dzielą mnie od tamtej podróży, były przeszkodą w podzieleniu się moimi wrażeniami teraz – w formie tej relacji.

FENOMEN TYGRYSA

       Dużo myślałem o fenomenie tego cywilizacyjnego tworu, którego nie można chyba porównać z żadnym innym azjatyckim „tygrysem” (do jakich Singapur jest zaliczany) – i to z kilku powodów. Przy czym jego sukces (który paradoksalnie można też wiązać z… porażką) jest na tyle wymowny kulturowo, jeśli chodzi o przyszłość cywilizacyjną świata, że warto poświęcić mu pewną uwagę i garść refleksji.
Co też niniejszym czynię.
Nie mam zamiaru opisywać tu wszystkich ważniejszych atrakcji turystycznych Singapuru (w Internecie można znaleźć tony informacji na ten temat), a raczej skupić się na moim (oczywiście, że subiektywnym) indywidualnym doświadczeniu, jak również podzielić własnymi myślami i wnioskami, które były rezultatem pobytu w Singapurze oraz bliższego przyjrzenia się istocie i funkcjonowaniu tego maleńkiego obszarowo, ale jednocześnie jednego z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych (technologicznie) państw świata.
To są fakty. Na Singapur z zazdrością spoglądają nie tylko kraje tzw. „trzeciego” świata, czy jego azjatyccy sąsiedzi, ale i wszelkiej maści biznesmeni, finansiści, naukowcy, technolodzy, architekci i entrepreneurzy, którzy lgną do tego raju możliwości jak pszczoły do miodu.
Dlaczego więc wspomniałem o porażce? (Wiem, że będę się musiał z tego wytłumaczyć.)
Nie będę ukrywał, że Singapur zrobił na mnie wielkie wrażenie, mimo że nie należę do entuzjastów industrializacji i urbanizacji, która w tempie wręcz galopującym zaczęła się rozprzestrzeniać w ciągu ostatnich dekad na świecie. Począwszy od ultra-nowoczesnego lotniska Changi (przez wielu uznanego za najlepsze lotnisko na świecie), przez kosmopolityczny eklektyzm i rozmach, multi-kulturowość, infrastrukturę funkcjonującą jak w precyzyjnym zegarku; po architektoniczne dziwy i cudeńka, wyjęte jakby wprost z futurystycznej fantazji i nieograniczonej niczym wyobraźni. Musiałem więc ochłonąć, aby dojrzeć to, co za tą fasadą się kryje – i jak przekłada się to na ludzkie doświadczenie w sensie kulturowych skutków i powikłań.
Nie ma wątpliwości, że Singapur w ciągu zaledwie półwiecza od ogłoszenia swojej niepodległości dokonał rzeczy niesamowitej, pod względem ekonomicznym i technologicznym osiągając z nawiązką to, co sobie (pod przewodnictwem Lee Kuan Yew, lidera Partii Akcji Ludowej, nota bene sprawującej władzę w państwie nieprzerwanie od 1959 roku) zaplanował, stając się jednym ze światowych liderów w bankowości, edukacji, transporcie, inżynierii, medycynie… charakteryzując się niezwykle gwałtownym tempem rozwoju zwłaszcza przemysłu elektronicznego, rafineryjnego, chemicznego, maszynowego. Dochód narodowy tego państwa na głowę mieszkańca jest jednym z najwyższych na świecie, podobnie jak osiągnięty standard życia.
Sukces gospodarczy zawdzięcza Singapur nie tylko bardzo dogodnemu położeniu geograficznemu, ale i konsekwentnym postawieniu na edukację, naukę i rozwój nowoczesnych technologii, przy jednoczesnym otwarciu na świat, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą, handlową i finansową. Ów sukces ekonomiczny przełożył się nie tylko na bogactwo kraju, stabilność i wysoki standard życia jego mieszkańców, ale i na bezpieczeństwo, modernizację, czystość, zaspokojenie potrzeb komunikacyjnych i mieszkaniowych oraz wyeliminowanie przestępczości.

Na pierwszym planie: fragm. Art Science Museum, na drugim: hotel Marina Bay Sands

BÓG POSTĘPU I TOŻSAMOŚĆ

       Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Zdaję sobie sprawę z tego, że to moje stwierdzenie (podobnie jak wcześniejsze użycie słowa „porażka”) jest kontrowersyjne i może wyglądać na pewną prowokację, ale postaram się to wyjaśnić. (Jest przy tym oczywiste, że z moimi wnioskami nie wszyscy muszą się zgadzać.)
Kiedy w latach 60. XX wieku Singapur ogłaszał niepodległość – przekształcając się z kolonii w samodzielne państwo – jego liderom (i mieszkańcom) chodziło głównie o przetrwanie. Czasy były niespokojne, ekonomicznie niepewne, pełne konfliktów etnicznych i rasowych. Tak było w Singapurze przez pierwsze kilkanaście lat, ale w latach 70. kraj zanotował pierwszy boom gospodarczy i mimo okresowych spowolnień rozwoju ekonomicznego, hossa trwała przez całe dekady.
Jednakże nawet w państwie, gdzie rozwój gospodarczy, przemysłowy i ekonomiczny jest bogiem – i gdzie temu rozwojowi podporządkowane są przyjęte/wyznawane wartości etyczne – naród (społeczeństwo) musi posiadać jakąś tożsamość.
Wiedzieli o tym jego przywódcy. I oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak trudne może być wykształcenie (utrzymanie?) tej tożsamości w tak zróżnicowanym religijnie i rasowo społeczeństwie – w państwie mającym na dodatek niezwykle ambitne plany nowoczesnego rozwoju – i to w perspektywie globalnej, a nie tylko zaściankowej.
Ważnym faktem w tym kontekście jest to, że 75% ludzi zamieszkujących Singapur to etniczni Chińczycy (14 % ma pochodzenie malajskie, 8% hinduskie) i mimo tego, że struktury organizacyjne państwa zostały odziedziczone głównie po brytyjskiej kolonii, to bez wątpienia Singapur jest państwem na wskroś orientalnym – stworzonym przez Azjatów.
I podobnie jak cała Azja, zderzył się z problemem westernizacji.
Z tym, że w Singapurze – właśnie ze względu na gwałtowną modernizację i rozwój ekonomiczny (który nie byłby możliwy bez współpracy z Zachodem i ogólnej globalizacji) – ten dylemat ujawnił się ze szczególną ostrością.

PÓŁKSIĘŻYC I GWIAZDY

       Kiedy tworzono singapurską państwowość, przyjęto biało-czerwoną flagę, na której – obok półksiężyca, symbolizującego młode rozwijające się państwo – znalazło się pięć gwiazd, które z kolei były symbolami demokracji, równości, pokoju, postępu i sprawiedliwości. Wraz z braterstwem (barwa czerwona), czystością i prawem (barwa biała), były to podstawowe ideały i wartości, którymi państwo zadeklarowało się kierować.
Deklaracje deklaracjami, ideały ideałami, jednak w praktyce zderzono się z największym chyba paradoksem progresywizmu na Wschodzie: jak wraz z postępującą na olbrzymią skalę westernizacją (przyjmowanie zachodnich wzorów, stylu życia, funkcjonowania różnych instytucji, infrastruktury, popkultury) zapobiec mentalno-kulturowej erozji i zachować wschodnią tożsamość?
Singapur z tym paradoksem zderzył się jeszcze mocniej: jak, mając kosmopolityczne parcie, nie wykorzenić się przy tym i nie rozmyć w globalnej brei?
Na Zachód patrzono jednocześnie z podziwem i odrazą. Przyczyniała się do tego nie tylko post-kolonialna idiosynkrazja, ale przede wszystkim postrzeganie kultury zachodniej jako zagrożenie z powodu cechującego ją indywidualizmu, liberalizmu, materializmu, narkomanii i alkoholizmu (tak to tutaj postrzegano).
Innym, nie mniej ważnym problemem, było sprostanie ideałowi równości rasowej i religijnej tolerancji w państwie multi-religijnym i multi-rasowym, jakim de facto był Singapur. Z jednej strony bowiem, nie można było oprzeć się na jednej religii i rasie, z drugiej zaś niemożliwe było wynalezienie nowych wartości a zwłaszcza dziedzictwa (czyli tożsamości) tworząc wszystko from the scratch (od samych podstaw), bo dziedzictwo/tożsamość zawsze musi mieć swoje korzenie.
Uniwersalne wartości (jak np. etos ciężkiej pracy, wytrwałości, poświęcenia, oszczędności, zapobiegliwości, zaradności) takiej tożsamości nie dostarczały. Nie można też było oprzeć wszystkiego na konfucjanizmie (choć zdecydowana przewaga liczebna etnicznych Chińczyków miała jednak ostatecznie największy wpływ na tego dylematu rozwiązanie).
Stojąc przed tym wyzwaniem Partia Akcji Ludowej zdecydowała się na krok… jeśli nie desperacki, to na pewno pryncypialny: stworzenie czegoś, co nazwano „ideologią narodową”, której fundament stanowić miały takie zasady i wartości, jak: „społeczeństwo ponad jednostką”, „rodzina jako podstawowa i najważniejsza komórka społeczna”, „pomoc wspólnotowa i poszanowanie dla jednostki”, „konsensus ponad konfliktem”, „rasowa i religijna tolerancja i harmonia”.
Jeśli komuś te ideały wydadzą się autorytarne, zalatujące komunizmem, a nawet totalitaryzmem, to są jednak podstawy, żeby się z tym zgodzić. Nie mówiąc już o kwestii jak idealna teoria przystaje do realnej praktyki.
Dla mnie krytycznym i najbardziej radykalnym postulatem jest tutaj postawienie społeczeństwa ponad jednostką, co zawsze i nieuchronnie prowadzi do łamania praw człowieka (rozumianych tak, jak to przyjęto w Powszechnej deklaracji praw człowieka, którą stworzono po doświadczeniach II wojny światowej, również w celu zapobieżenia totalitaryzmom takim, jak faszyzm czy komunizm).
To, co przed chwilą napisałem może wyglądać na marudzenie idealisty i pięknoducha, bo przecież każdy widzi, jaki „tygrys” jest – i to, że sukces Singapuru jest oszałamiający a miliony ludzi żyją tam wygodnie, nowocześnie, bezpiecznie i dostatnio.
A jednak…

Podłączeni ale czy połączeni? Scena w singapurskim metrze.

.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT?

       Co się dzieje, kiedy rozwój staje się celem samym w sobie? Czym jest wolność, jeśli sukces i spełnienie musi się mieścić w formie sztucznie ustalonego formatu? Dlaczego konkretne dobro indywidualnego człowieka jest uważane za mniej wartościowe niż abstrakcyjne dobro mrowia (ogółu)? Dlaczego ścisłe ceni się bardziej niż swobodne, luźne i artystyczne? Czy czystość można utrzymać tylko wtedy, jeśli będzie się nękać ludzi zakazami i groźbą niebotycznych mandatów? Czy na pewno sterylne oznacza zdrowe? Jaki to jest szacunek dla ludzkiego ciała, skoro za normalną karę przyjęło się chłostę, zostawiającą najczęściej bliznę na całe życie? Dlaczego wysokość zarobków ma być jedynie słusznym kryterium ustalania społecznej hierarchii i zależności? Czy można tchnąć ducha w maszynę?
Czy tak ma wyglądać Nowy Wspaniały Świat?
Takie pytania można zadać w konfrontacji z singapurskim „sukcesem”.
Wysłuchałem wiele opinii pochodzących od ludzi zamieszkujących – krócej lub dłużej – Singapur. Niestety, przeważały wśród nich te negatywne, choć oczywiście nie brakło też pozytywnych. Ale to też należy do moich osobistych doświadczeń, więc nie ośmieliłbym się wypowiadać w imieniu całego społeczeństwa.
Ci, którzy mieli dość Singapuru, skarżyli się nie tylko na wyścig szczurów, kształtowanie wszystkich wedle jednego schematu, brak inspiracji, sterylność, cenzurę, jałowość, brak duchowości, materializm, konsumpcyjną nudę, myślenie pod sztampę, brak wolności słowa i otwartej dyskusji…
Ci zadowoleni mówili o wysokim standardzie życia, bezpieczeństwie, wygodzie, nowoczesnej infrastrukturze, porządku, czystości, braku przestępczości, dobrych zarobkach, możliwości kształcenia się, łatwości zakładania firm, otwartości na świat, obfitości dóbr konsumpcyjnych i bogatej kuchni…
Czy w tym wszystkim można znaleźć jakiś złoty środek? A jeśli tak, to czym on jest – czy aby nie pewnym kompromisem, który będąc wymuszony, żadnym kompromisem nie jest? Albo zwykłą ludzką niemożnością, aby zadowolić wszystkich? Niezdolnością do stworzenia cywilizacji – porządku społecznego, państwa – nie tyle idealnego (bo to jest definitywnie nierealne), co bez kardynalnych wad, bo okazuje się to czystą utopią?
Moim sąsiadem w samolocie lecącym z Singapuru do Rangunu był nauczyciel języka angielskiego, który do Birmy latał często w weekendy, by odwiedzić tam swoją rodzinę. Od niego z pierwszej ręki dowiedziałem się, jakiej presji poddane są jego dzieci w szkole i jak to odbija to się na ich zdrowiu psychicznym i zachowaniu. Z tego względu myśli o wyprowadzce z Singapuru. Pytał się mnie, czy poleciłbym mu przeniesienie się do Kanady.
Wtedy zdecydowałem się na pewną summę – wyznanie braku wiary w to, że kiedykolwiek chciałbym zamieszkać na dłużej w państwie zbudowanym według tej recepty. Wynika on z następującego wniosku i spostrzeżenia, które zapisałem jeszcze przed wyjściem z samolotu w Rangunie:
„Socjotechnikę w Singapurze doprowadzono do perfekcji – całe społeczeństwo funkcjonuje według ściśle określonych przez władzę reguł i zasad. Indywidualizm jest całkowicie podporządkowany społecznej strukturze. Jego znaczenie jest czysto utylitarne – jesteś wart dokładnie tyle, ile korzyści ma z ciebie społeczeństwo, a ściślej: model społeczny stworzony i aprobowany przez państwowe władze (które np. określają procentowo w jakich proporcjach mogą mieszkać w bloku przedstawiciele różnych ras i grup etnicznych). Musisz być trybikiem dokładnie wpasowanym w tę społeczną machinę, a twoje miejsce w ścisłej hierarchii zadań i pozycji określa sposób selekcji (na bardziej lub mniej sprawnych i przydatnych) dokonujący się już od najmłodszych lat. Taki wydaje się być koszt panującego tam porządku, bezpieczeństwa i wysokiego standardu (materialnego) życia. Czy aby nie za wysoki?”

.

Kolorowy pokaz – tańczące fontanny, światło i dźwięk. A w tle: wieżowce centrum biznesowego downtown

.

OBLĘŻENIE

       Problem ze współczesną turystyką jest taki, że jest ona bardzo powierzchowna – nie wspominając już o tym, że jej masowość (oczywiście cały czas mam na myśli czasy przed koronawirusem) przynosi chyba jednak więcej szkody niż pożytku (choć z tym można polemizować, zwłaszcza w rejonach, które z turystyki „żyją”). Jedną z największych niedogodności, które się z tym wiążą są tłumy oblegające największe „atrakcje” turystyczne świata – coraz większe i coraz bardziej tratujące się nawzajem. Wiedząc, że sam do tego się przyczyniam – stając się częścią tłumu (będąc np. na Placu Św. Piotra, oglądając Mona Lisę w Luwrze, czekając na wschód słońca przed świątynią Angkor Wat; chodząc po Wielkim Murze, pod wodospadami Iguazú, stojąc na Time Square, spacerując w ogrodach Alhambry lub wśród ruin Machu Picchu) – to robię wszystko, aby tłumów uniknąć (jest to trudne, ale nie niemożliwe – wystarczy tylko zejść nieco z utartej ścieżki).
Na pewno bezpowrotnie odeszły w przeszłość czasy prawdziwego podróżowania, które było jeszcze możliwe kilkadziesiąt lat temu (im dalej w przeszłość, tym to podróżowanie było „prawdziwsze”). Teraz stało się ono nieprzyzwoicie łatwe, w związku z czym po globie przewalają się tłumy „zaliczające” kolejne turystyczne „atrakcje”. Rzadko kto wnika w istotę odwiedzanych miejsc, głębiej je poznaje – zwykle rutyna, oklepane szlaki, pośpiech, bezmyślne podążanie za przewodnikiem i szybkie omiatanie okiem widoków, zabytków, dzieł sztuki… skutecznie temu zapobiegają.
Oczywiście zdarzają się też od tego wyjątki.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mimo iż Singapur każdego roku odwiedza ponad 10 mln. turystów – i moja wizyta przypadła na tzw. „szczyt” sezonu – to tłumów tam nie doświadczyłem, co było dla mnie zaskoczeniem tym większym, że wiedziałem, iż jadę do kraju/miasta obszarowo niewielkiego, a jednocześnie niezwykle gęsto zaludnionego. Mało tego: do dzisiaj pozostało we mnie wrażenie przestronności – doświadczenie wielkiej przestrzeni, którą bez wątpienia Singapur zawdzięcza obecnej tam architekturze (o wielkim „oddechu” wyobraźni) i doskonałym rozwiązaniom komunikacyjnym.
Jak już wspomniałem na początku, rekomendację tego, co warto zwiedzić w Singapurze zostawiam innym (dzięki dostępnym informacjom można sobie wybrać to, co najbardziej kogoś zainteresuje), tutaj podrzucę jedynie garść moich wrażeń z wałęsania się po tym mieście oraz parę ogólnych impresji.
Nie musiałem się nigdzie spieszyć, więc mimo spędzania każdego dnia kilkunastu godzin poza hotelem, nigdy nie czułem się zmęczony, ani tym bardziej znudzony, bo Singapur to jednak jest miasto niezwykle różnorodne, jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni i zamieszkujących go ludzi.

MIEJSCA

       Oczywiście o Singapurze – a nawet o tygodniowym w nim pobycie – można napisać całą książkę. Ale zważywszy na to, że nawet ten tekst, który miał być ledwie wspomnieniem podróży, rozrasta się do nieprzyzwoitych rozmiarów, postaram się ograniczyć do kilku wzmianek, gdzie w Singapurze byłem i co zobaczyłem.

.

Mnisi buddyjscy pod posągiem Merliona (hybryda ryby i lwa) – symbolu narodowego (a zarazem i maskotki) Singapuru.

Marina Bay. Nowoczesny, powstały w ostatnich latach kompleks architektoniczny wokół Zatoki Marina, to doprawdy wielki zbytek i niebotyczna ekstrawagancja – taki futurystyczny bizantynizm. Weźmy choćby Hotel Marina Bay Sands składający się z trzech olbrzymich wieżowców (w kształcie przypominającym jakieś gigantyczne spinacze ze szkła, betonu i stali), na których wsparto symbolizującą łódź obłą konstrukcję, mieszczącą nie tylko deck obserwacyjny, restauracje, kasyno i bary, ale i sporej wielkości… basen. Po drugiej stronie Zatoki kręci się największe na świecie koło „obserwacyjne” czyli Singapore Flyer (miałem okazję nim się pokręcić zarówno w dzień, jak i w nocy – mając zresztą do swojej dyspozycji cały, przypominający oszkloną kapsułę, wagonik). Jest jeszcze, symbolizujące swoją formą lotus, Art Science Museum – o wielkiej sadzawce pełne nenufarów, czy kosmicznej budowli Louis Vuitton nie wspominając. Kompleks Marina Bay sąsiaduje zarówno z lasem lśniących biurowców downtown (co wieczór stanowią one tło dla odbywającego się tutaj pokazu tańczących fontann, laserowych i kolorowych świateł), jaki i zupełnie odmienną w charakterze Colonial Quarter, gdzie znajduje się słynny historyczny Hotel Raffles.

.

Futurystyczne Superdrzewa w Ogrodach nad Zatoką

Gardens by the Bay. Już tylko dla tego cudeńka warto zatrzymać się w Singapurze. Na wydartej oceanowi powierzchni ponad 100 hektarów zbudowano dziwne, ale jednak niezwykle imponujące ogrody, których artystyczna sztuczność konkuruje tylko z autentyzmem rosnących tam w nieprzebranej ilości roślin, sprowadzonych tu z całego świata. Najbardziej rzucają się w oczy tzw. Superdrzewa – wysokie na kilkadziesiąt metrów konstrukcje z betonu i stali, ale tak zarośnięte, że przypominają żywe organizmy z jakiejś nieziemskiej planety. Już w świetle dziennym robią wrażenie, ale prawdziwie oszołamia dopiero nocny show, który – przy wsparciu pompatycznej muzyki – rozświetla te kosmiczne drzewa milionami różnokolorowych świateł. Aaa… można tu jeszcze zobaczyć Flower Dome – wypełnioną tysiącami kwiatów, największą cieplarnię na świecie; czy Cloud Forest – ta z kolei szklarnia zawiera w środku… zarośniętą gęsto i spowitą tropikalną mgłą górę, na którą się można wspiąć po spiralnych schodach – zobaczyć i poczuć jej florę z bliska. W Ogrodach nad Zatoką jest jeszcze wiele innych pomniejszych dziwów.

.

Zachwyt i oczarowanie podwodnym światem: dzieci przed szybą olbrzymiego akwarium na wyspie Sentosa

Sentosa Island. Szumnie promowana jako “Asia’s favourite playground” wyspa, oddzielona niespełna kilometrową cieśniną od Singapuru „lądowego”, to niewiarygodne nagromadzenie atrakcji dla dzieci dużych i małych, wliczając w to parki wodne, Studia Filmowe Universal, mega-kasyno oraz plaże ze sprowadzonym z sąsiedniej Malezji piaskiem. Jeśli mogłem ten pstrokaty jarmark tolerować, to tylko ze względu na zaplanowaną przeze mnie wcześniej wizytę w imponującym S.E.A. Aquarium (wtedy było to jeszcze największe akwarium oceaniczne na świecie, zdetronizowane wkrótce jakimś chińskim molochem). Mimo, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem trzymania zwierząt w klatkach, to chyba jednak bardziej toleruję widok morskich stworzeń w akwariach, zwłaszcza jeśli są tak gigantycznych rozmiarów jak te na Sentosie. Muszą być takie, skoro mają pomieścić ponad 100 tys. zwierząt. Wiele z nich widziałem po raz pierwszy w życiu, ale po raz nie wiadomo który zdumiała mnie inwencja Natury w kreowaniu różnych – często fantastycznych i wręcz fantazyjnych – form życia. Łapałem się więc na tym, że przyklejam się jak zahipnotyzowany do akwariowej szyby, ze wzrokiem utkwionym na tych stworach, podobnie jak stojące obok mnie dzieciaki.

.

Wszystkie kolory sari – hinduski ślub w świątyni Sri Srinivasa Perumal Temple w dzielnicy Little India

Chinatown, Little India, muzułmańskie Kampong Glam. Jednym z największych singapurskich paradoksów jest to, że wykreowana jak pod matrycą struktura społeczna kraju, obejmuje inkluzywnie tak różnorodne rasy, grupy etniczne i religie, że zasadne staje się pytanie, co tu jest bardziej prawdziwe, trwałe i dominujące: religia i tożsamość zakorzeniona w długiej tradycji i historii, czy sztucznie stworzony „porządek” społeczny, ściśle egzekwowany w praktyce. To są dwie sprzeczne ze sobą ordynacje, więc jeśli tej drugiej podporządkowani są wszyscy (a są), to ta pierwsza musi być w opresji – i vice versa: jeśli pierwsza jest mocniejsza, to ta druga jest fałszywa. Tak czy owak, to jeszcze jeden przykład na singapurską sztuczność i nie trzymającą się kupy „tożsamość”.
Jednakże autentyzm trzyma się niektórych zakątków Singapuru, mimo że nawet w bardziej etnicznie jednorodnych enklawach, sąsiadują obok siebie meczety, świątynie hinduskie, buddyjskie czy taoistyczne – co najbardziej rzuca się w oczy w dzielnicy chińskiej. Tam też znajduje się chyba najciekawszy zabytek historyczny Singapuru, wybudowana w 1839 roku świątynia Thian Hock Keng – ikona chińskiego dziedzictwa kulturowego. Ale taka, okupowana głównie przez muzułmanów dzielnica Kampong Glam, gdzie obok ważnego dla lokalnego islamu Meczetu Sułtana i arabskich sklepów, też naznaczona jest ciekawym eklektyzmem, bo upodobali ją sobie… hipsterzy, przez co kwitnie tu nie tylko butikowo-backpackerski szpan, ale i bujne życie nocne. O rzut beretem oddalone są Małe Indie, gdzie, zwłaszcza przy ulicy Serangoon, czujemy się jak w Indiach, tyle że bez doświadczania widoku (i zapachu) świętych krów. Tam zwraca uwagę poświęcona matczynej bogini Kali świątynia (there’s no way I can spell it right without looking into the guidebook) Sri Veeramakaliamman. Warto też wstąpić do buddyjskiego przybytku (this one is much easier) Sakya Muni Buddha Temple. Jednak największa niespodzianka – najbardziej chyba intensywna etnicznie i bajecznie wręcz kolorowa – spotkała mnie w położonej tuż obok tej buddyjskiej świątyni hinduska Sri Srinivasa Perumal Temple, gdzie – zupełnie przypadkowo, i to w ostatni dzień pobytu w Singapurze – trafiłem na hinduski ślub i wesele, które swoją barwnością, egzotycznością, bogactwem rytuałów, urodą kobiet, feerią symboli i – last but not the least – fotogenicznością, zupełnie mnie oszołomiło, wprawiając nie tylko w kulturowy, ale i fotograficzny trans.

.

Przed fontanną w Ogrodach Botanicznych Singapuru

Botanic Gardens. Kiedy tak czytałem o planach rozwojowych Singapuru, to odniosłem wrażenie, iż zajmujący się tym ludzie mają obsesję na punkcie „zieleni”. Już nie wystarcza im slogan „The Garden City”, teraz musi być „The City in the Garden”. Ta obsesja akurat mi się podoba, bo lasy i zieleń roślin wszelakich to nie tylko tlen dla moich płuc, ale i balsam na moje oczy. Rzeczywiście, jeśli spojrzy się na Singapur z góry, to kolor zielony wypełnia więcej niż 1/3 część całej wyspy. A to nie tylko stworzone przez człowieka parki i ogrody, ale i lasy, w tym fragmenty pierwotnego (porastającego ongiś całą wyspę) lasu tropikalnego, litościwie ocalonego przed – kolonialną jeszcze – totalną wycinką. Dochodzą do tego ogrody wiszące (gdzie tylko się da), piętrowe a nawet wertykalne – wszystkie nowe budynki muszą uwzględnić zieleninę.
Po kilku dniach zwiedzania głównie zurbanizowanego Singapuru postanowiłem odpocząć od tego w tutejszych Ogrodach Botanicznych, z dala od miejskiego zgiełku i turystycznych korowodów. I choć (wbrew famie bycia jednym z najlepszych ogrodów botanicznych świata) bardziej mi się kiedyś spodobały ogrody, które widziałem choćby w Kanadzie (The Butchart Gardens) czy na Sri Lance (Royal Botanical Gardens pod Kandy), to ten był chyba najbardziej rozległy i relaksujący, więc nie było problemu, aby spędzić w nim prawie cały dzień, tym bardziej że mogłem usiąść w cieniu, wyjąć z plecaka swój kajet i coś tam w nim naskrobać.

ZAKAZY, CHŁOSTA I OBRAZY

       W tym samym roku, w którym odwiedziłem Singapur, dwóch młodych Niemców zostało skazanych na 9 miesięcy więzienia i chłostę za namalowanie graffiti na jednym z wagonów metra. To miasto-państwo słynie z bardzo wysokich kar za wykroczenia, które w innych krajach są po prostu zakazami, ale raczej rzadko karanymi (jak np. śmiecenie na ulicy, zrywanie kwiatów, chwytanie ptaków i łowienie ryb, wandalizm, oddawanie moczu i palenie w miejscach publicznych, ekshibicjonizm…). W Singapurze zaś kary są bezwzględnie egzekwowane, jak również bardzo wysokie, dzięki czemu wykroczenia te zostały niemal zupełnie wyeliminowane. Istnieją tu również zakazy bardzo specyficzne, nigdzie indziej nie spotykane, jak np. zakaz picia i jedzenia w środkach komunikacji miejskiej, zakaz sprzedaży gumy do żucia, plucia na ulicy, obejmowania się, karmienia małp, podłączanie się do czyjegoś wi-fi… Idący w setki dolarów mandat można dostać za… niespuszczenie wody w toalecie. Nielegalne są też związki homoseksualne, i choć prostytucja jest dozwolona, to pornografia już jest przestępstwem. Stosuje się karę śmierci, m.in. za przemyt i handel narkotykami.
Jednakże przebywając w Singapurze nie czułem się jakoś szczególnie tymi zakazami sterroryzowany. Byłem sam, więc do nikogo się nie przytulałem; nie wyżywam się artystycznie smarując po murach graffiti; nie żuję gumy, nie palę papierosów; w zasadzie nie pluję na ulicy i raczej spłukuję po sobie w toalecie… W związku z tym, wszystkie te – bardziej lub mniej dziwne zakazy – po prostu mnie nie dotyczyły. Mało tego: mogłem do woli korzystać z dobrodziejstwa czystości, porządku i higieny, jakie te przepisy tutaj na ludziach wymuszały.
Nie będę ukrywał, że mój pobyt w Singapurze wspominam bardzo dobrze. Cieszy mnie to, że mogłem zobaczyć to ciekawe miejsce, które dostarczyło mi nie tylko mnóstwa zmysłowych wrażeń, ale i uświadomiło pewne aspekty globalizacji oraz możliwe kierunki rozwoju naszej cywilizacji. Muszę jednak zaznaczyć, że w ubiegłym roku dały się w singapurskiej ekonomii zauważyć pewne znaki stagnacji, może nawet recesji i zapewne tegoroczna pandemia ten trend pogłębi, zwłaszcza że państwo to jest szczególnie narażone na straty, ze względu na uzależnienie od globalizacji, turystyki, eksportu i handlu. Jak sobie z tym wszystkim Singapur poradzi? – to okaże się dopiero w przyszłości.
Opisałem zaledwie skrawek moich singapurskich doświadczeń. Osobnego wpisu wymagałaby choćby moja wizyta w Singapurskim Muzeum Narodowym, gdzie niespodziewanie wziąłem udział w pewnym niezwykłym wydarzeniu teatralnym; jak również te okruchy rozmów ze spotykanymi przypadkowo ludźmi, którzy – bardziej lub mniej otwarcie i śmiało – użyczali przy tym swojej duszy, przez co moje zderzenie z ultranowoczesną cywilizacją nie było aż tak bezduszne.
Nie byłbym sobą, gdybym nie sfotografował Singapuru z każdej dostępnej mi strony. A jednak zdaję sobie sprawę z… nie tyle powierzchowności, co nieadekwatności takiego oglądu, bo niby jedno zdjęcie mówi czasem więcej, niż tysiąc słów, to jednocześnie mami nas często swoją formą (niekiedy też uwodzi i czaruje pięknem), ukrywając jednak treść i to, co jest głębiej. Dla zilustrowaniu tego tekstu wybrałem garść obrazów, które mogą dać wyobrażenie tego, jak zagospodarowana jest w Singapurze przestrzeń; jak wyglądają turystyczne atrakcje; jakich ludzi spotyka się na ulicy, w metrze, ogrodach, świątyniach… Składa się to na kolorową mozaikę, która jednak pozwala zwrócić uwagę na ten niezwykły zakątek naszej planety i przybliżyć nam charakter zamieszkujących go ludzi.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

ŚWIAT W OBRAZACH

.

Wspomnienia, książki, fotografia, podróże…

.

 

Więcej o książkach, fotografii, podróżach można przeczytać TUTAJ.

.

SPOTKANIE AUTORSKIE (relacja filmowa)

.

Po wielu perypetiach i sporej pracy włożonej w edycję nagrania, dotarł wreszcie do mnie film zarejestrowany podczas mojego spotkania autorskiego w Muzeum Ziemi Leżajskiej w ubiegłym roku. Ze względu na uwarunkowania kanału YouTube przedstawiam go tutaj w trzech częściach. Zapraszam do jego obejrzenia.

.

 

.

 

.

 

.

Więcej o moich książkach dowiedzieć się można TUTAJ.

.