CHINY – UPADEK I NARODZINY WIELKIEJ POTĘGI

O książce Jonathana Fenby’ego, „Chiny”

Każde państwo uważa się za pępek świata, a co za tym idzie – za coś, co jest „najważniejsze”. I Państwo Środka nie jest pod tym względem wyjątkiem… Lecz tak naprawdę Chiny są jednak wyjątkowe pod wieloma innymi względami: to najludniejszy kraj świata (1 miliard 300 milionów mieszkańców – każdego dnia rodzi się tam 44 tysięcy małych Chińczyków!); olbrzymi obszarowo (stanowiąc niejako cały kontynent); posiadający najstarszą, istniejącą nieprzerwanie od dwóch i pół tysiąca lat cywilizację. Ponadto jest to państwo, którym rządzi jedna partia mieniąca się – o dziwo! – nadal „partią komunistyczną” ale przyzwalająca na funkcjonowanie gospodarki charakterystycznej dla państw kapitalistycznych… I to z jakim skutkiem! Żaden inny kraj na świecie nie rozwija się w sposób tak gwałtowny i jeśli proces ten nie zostanie zahamowany, to już wkrótce Chiny wysforują się na czoło globalnej awangardy i prześcigając Stany Zjednoczone staną się największym mocarstwem na planecie Ziemia. Ponadto, wszystko wskazuje na to, że Państwo Środka, stając się potęgą gospodarczą, nie zrezygnuje ze sposobności, by stać się przy tym także największą potęgą militarną w dziejach ludzkości, a co za tym idzie – rzeczywistym Panem Świata. Tak więc jeśli komuś do tej pory nie podobało się to, że w roli globalnego policjanta występuje Ameryka, to wizja policjanta o skośnych oczach powinna jednak budzić jeszcze większą jego obawę, by nie napisać „zgrozę”.

CHIŃSKA TAJEMNICA

Chiny to jedna Wielka Zagadka. Niestety (?) po przeczytaniu opasłego, liczącego 1000 stron tomiszcza Jonathana Fenby’ego, zajmującego się historią Chin ostatnich 160 lat, muszę szczerze wyznać, że owa zagadka w mojej głowie wcale to a wcale się nie wyjaśniła. Wprost przeciwnie – stała się Zagadką Jeszcze Większą. Lecz bynajmniej nie jest to winą autora. Właściwie, świadczy to na jego korzyść, ponieważ oznacza, iż nie wyartykułował on w swojej pracy sądów jednoznacznych, definitywnych, stronniczych… dzięki czemu interpretacja „chińskich przypadków” pozostaje dla czytelnika kwestią otwartą. Zagadka nierozwiązana może się przez to stać zagadką jeszcze bardziej pasjonującą.
Zresztą: wydaje się, że nie sposób jest jednak wyartykułować na temat Chin prawdy jednej i jedynej – jasno zdefiniować to, co się w Pastwie Środka tak naprawdę wyprawia.

Fenby, jak przystało rasowemu dziennikarzowi, skupia swoją uwagę na wydarzeniach, które tworzyły chińską historię począwszy od połowy XIX wieku do roku 2008, a więc na tym w jaki sposób doszło do upadku cesarstwa (1912) co się działo w okresie tzw. interludium, japońskiej okupacji, krwawej walki nacjonalistów z komunistami o władzę (1941 – 45), powstanie Chińskiej Republiki Ludowej (1949), umacnianie się władzy komunistów i rządy Mao Zedonga, za których doszło do niewyobrażalnych ,   dotykających szeregowych Chińczyków, nieszczęść (głód na przełomie lat 50-tych i 60-tych, powodujący śmierć ok. 30 mln. ludzi – efekt tzw. Wielkiego Skoku ale i wielkiej suszy jaka nawiedziła kraj w tym samym czasie; szaleństwo Rewolucji Kulturalnej końca lat 60-tych). Dalej: śmierć Wielkiego Sternika, upadek tzw. „bandy czworga”; przejęcie władzy (schedy po Mao) przez Deng Xiaopinga, który mimo poważnych kłopotów po drodze (Masakra na Placu Bramy Niebiańskiego Pokoju w 1989 roku) skierował Chiny na nową drogę bezprecedensowego w dziejach świata rozwoju gospodarczego, który trwa do dzisiaj i oszałamia wszystkich na globalną skalę.

KŁANIAJĄC SIĘ MAO

Przyznam się, że ze szczególną uwagą czytałem to, co autor ma do powiedzenia o Mao Zedongu. Uważałem, że nie sposób jest zachować wobec tej postaci całkowity obiektywizm i że stosunek jaki ma Fenby do Mao, będzie wydatnie wpływał na to, co napisze on o nim (a także o samych Chinach) w swojej książce.
I chyba się nie pomyliłem.
Mao Fenby’ego jest dość marnym – szalonym, narcystycznym, małostkowym, knującym coś nieustannie i popełniającym błąd za błędem – człowieczkiem, który skupił w swoich rękach niebywałą władzę.
Szkopuł w tym, że patrząc na Mao w takim świetle nie sposób jest zrozumieć jak doszło do tego, że stał się on władcą absolutnym najliczniejszego ludu świata i przetrwał w tej roli przez blisko 40 lat. Jedynym wytłumaczeniem – na pierwszy rzut oka – wydaje się to, że musiał on być Wielkim i Wyjątkowym Człowiekiem, posiadającym niezwykłą charyzmę, dysponującym genialnym potencjałem umysłowym, obdarzonym wybitnymi zdolnościami przywódczymi a nawet…  jakąś nadprzyrodzoną siłą.
Ale czyż nie są to nasze złudzenia? Czy rozumując w ten sposób sami nie ulegamy mitologicznej sile kultu jednostki, którą reprezentowany przez Mao system zaszczepiał w sercach i umysłach swoich pokornych oddanych? Może więc Mao był w rzeczywistości dość przeciętnym, a nawet małym człowiekiem, który w sposób przypadkowy (ale i wskutek własnej determinacji) znalazł się na szczycie hierarchii wypracowanej przez liczącą kilka tysięcy lat cywilizację i że to właśnie wiążąca się z tą pozycją moc (sakralizowana na dodatek przez odwołanie się do tzw. Mandatu Niebios) dawała mu ową absolutną władzę i swoistą nietykalność, dzięki czemu nawet okrucieństwo, obłęd i ewidentnie idiotyczne decyzje nie spowodowały jego haniebnego upadku?
Tak, tak… wszystko to stało się możliwe tylko dlatego, że Mao Zedong stał się kolejnym chińskim cesarzem.

Przyszły Syn Niebios i Wielki Sternik Mao Zedong wraz ze swym adiutantem Zhou Enlaiem (w czapce) po zakończeniu Długiego Marszu w 1937 r.

Jestem za coś wdzięczny Jonathanowi Fenby’emu. Mianowicie za to, że umieścił jednak Mao w rzędzie największych zbrodniarzy XX wieku. Bo to, że Mao był odpowiedzialnym za masowe ludobójstwo „potworem”, nie wydaje się być tak oczywiste w świecie dzisiejszej oficjalnej polityki globalnej. Należy zaznaczyć, że to właśnie Stany Zjednoczone zapoczątkowały – i to jeszcze za życia Mao (konkretnie: Nixon w 1972 r.) – ignorowanie zbrodniczych poczynań ChRL, legitymizację komunistycznego reżimu na arenie międzynarodowej – w imię „współpracy” gospodarczej i normalizacji dyplomatycznych stosunków między Chinami a państwami demokratycznymi. I proces ten trwa w najlepsze po dziś dzień: pragmatyzm i „biznes” bierze górę nad jakimikolwiek skrupułami natury moralnej. A przecież jest to – ujmując sprawę w kategoriach etycznych – nic innego jak degenerowanie wartości uznanych za „niezbywalne” przez szczycącą się ideałami demokratycznymi i poszanowaniem praw człowieka cywilizację zachodnią. I wydaje mi się, że przyjdzie czas, kiedy Zachód będzie za to musiał zapłacić słoną cenę.
Prawda jest taka, że Mao Zedong odpowiedzialny jest za podobne zbrodnicze poczynania jak Hitler czy Stalin, a na swoim koncie ma nawet więcej ofiar niż oni. Jedyną różnicą jest to że imperia niemieckie (Rzesza) oraz rosyjskie (Sowiety) upadły, a imperium  chińskie przetrwało. Mało tego – ono urasta w jeszcze większą, niewyobrażalną potęgę przy współudziale i kooperacji niemal wszystkich krajów świata. Co byśmy powiedzieli o takiej współpracy z hitlerowskimi Niemcami, gdyby dotrwały one do naszych czasów? Czy zapomnielibyśmy nagle o Holokauście? Dlaczego holokausty zaserwowane milionom ludzi w Chinach są mniej ważne od tych, które zafundował Żydom (i innym nacjom) Hitler a Rosjanom (a także Polakom) Stalin?
Jednak muszę zaznaczyć, że są to moje dywagacje – Fenby nie posuwa się w swojej książce tak daleko. Lecz wnioski nasuwają się same. Stanowisko autora wydaje się być nam jednoznaczne, zwłaszcza gdy czytamy takie ustępy: „Z okazji sto dziesiątej rocznicy narodzin Wielkiego Sternika partyjny sekretarz generalny Hu Jintao (obecny przywódca polityczny Chin, przyjmowany z wszelkimi honorami na wszystkich znaczniejszych dworach politycznych współczesnego świataprzyp. LA) wygłosił składające się z dziesięciu tysięcy sinogramów przemówienie wynoszące pod niebiosa wielkie osiągnięcia ojca założyciela Chińskiej Republiki Ludowej. Jeszcze przed przemową Hu udał się do mauzoleum położonego nieopodal placu Tian’anmen, by trzykrotnie pokłonić się posągowi człowieka odpowiedzialnego za śmierć wielu dziesiątek milionów ludzi.”

GLOBALNE WEJŚCIE SMOKA

Po śmierci Mao tylko ślepcy mogli nie zauważyć tego, że kontynuowanie narzuconej przez niego polityki opierającej się wyłącznie na ideologii, maoistycznym dogmatyzmie i oderwanego zupełnie od rzeczywistości partyjnego – zmieniającego się jak chorągiewka na wietrze – widzimisię, doprowadzi wkrótce do kolejnej klęski i pogrąży Chiny w chronicznej zapaści. Dlatego też  jego następca (i ostatni chyba chiński satrapa wielkiego formatu) Deng Xiaoping obrał inny kurs polegający na szerszym otwarciu się na to, co dzieje się na świecie, wykorzystywaniu doświadczeń innych państw, większym poszanowaniu mechanizmów rynkowych, rozwijaniu gospodarki przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii… etc.
Dzięki temu, status państwowego rządcy, czyli Chińskiej Partii Komunistycznej, zaczął wyglądać cokolwiek cudacznie, zupełnie już w swojej marksistowsko-leninowsko-maoistycznej dogmatyce odrywając się od rzeczywistości, czyniąc tym samym z Państwa Środka jakiś bez mała schizofreniczny stwór, dziwaczną ustrojową hybrydę: państwo komunistyczno-kapitalistyczne, autorytarne, reżimowe, stanowiące dyktaturę jednej partii, de facto tylko nominalnie „komunistycznej”.
Oczywiście nie obyło się to bez ostrych spięć i mocnych tarć między bardziej konserwatywnym partyjnym „betonem” a (z pozoru) liberalnym odłamem reformatorów stawiających na wolny rynek, uaktywnienie „sił produkcyjnych, „wolną” konkurencję i ekonomiczne otwarcie się na świat. Ci ostatni np. w sposób sarkastyczny proponowali, by utworzyć specjalną strefę, „w której wprowadzono by w życie postulaty skrajnej lewicy, narzucając całkowite centralne planowanie, racjonowanie i kolejki po żywność, a także zakazano by zagranicznych inwestycji, nie wpuszczano cudzoziemców, natomiast mieszkańcom zabroniono by podróżowania czy wysyłania zagranicę” (autorem tych słów był wicepremier Tian Jiyun, który wyraziwszy to zapytał, czy lewaccy przywódcy byliby gotowi przeprowadzić się w takie miejsce).

Co przyniesie najbliższa przyszłość? Nie wiadomo. Według wracającego w ostatnich dekadach do łask Konfucjusza, nie da się zrozumieć przyszłości bez wiedzy o przeszłości. Jednak to, co się działo z Chinami w przeszłości, nie wróży w tym kontekście niczego dobrego. Lecz akurat nie dlatego, że państwo to już kilkakrotnie nie wykorzystało szansy, by stać się dominującym globalnie imperium (czego akurat nie powinniśmy sobie życzyć). Prawdziwe niebezpieczeństwo leży w możliwości kolejnej, katastrofalnej destabilizacji i upadku giganta, co będzie tragiczne w skutkach nie tylko dla samych Chińczyków, ale i dla wielu innych ludzi na świecie.
A wbrew pozorom, Chiny dzisiejsze nie są państwem stabilnym. Wydaje się nam, że wszystko jest tam pod kontrolą, że sterowane jest wg kolejnego „mistrzowskiego” planu, jakiejś złotej reguły, która w sposób spektakularny i godny pozazdroszczenia prowadzi Chiny ku nowoczesności, czyniąc zeń państwo bogate, nowoczesne i potężne. Lecz jest to złudzenie. Mimo rozbudowywanego stale do niespotykanych dotąd rozmiarów aparatu represji (służby specjalne, policja, wojsko), monopolu władzy na „prawdę” i zawłaszczania historią, kneblowania ust dysydentom i opozycji, decyzyjnej centralizacji… władze chińskie nie panują jednak nad żywiołowo rozwijającą się gospodarką, nie mają jasnej koncepcji stabilizacji materialnej społeczeństwa, nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa socjalnego setkom milionów ludzi (dopuszczając do zwiększania się różnic społecznych, przez co przepaść między bogatymi a biednymi jest już w tej chwili kolosalna); w najmniejszym stopniu nie przeciwdziałają degradacji środowiska naturalnego… etc.

Pozycja Chin w dzisiejszym świecie jest wyjątkowa z wielu względów. Podobnie jak w przeszłości, nie da się do analizy tego kraju stosować tego, czym można było opisać rozwijające się państwa zachodnie, takie jak np. Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania – a tym samym przewidzieć mniej więcej w jakim kierunku zdąża.
Tę specyfikę Jonathan Fenby starał się ująć w swojej książce konkludując, że ustrojowo Chiny są „państwem kapitalizmu biurokratycznego, podpartego przemocą, oferującego obywatelom niewielką  ilość czasu wolnego, który mógłby zostać przeznaczony na promocję ludzkiego szczęścia na innej płaszczyźnie niż tylko pod kątem dochodu materialnego; (…) narodu, którego wpływy zmieniają cały świat, ale który pozostaje zupełnie niezgłębiony, a sami jego władcy zmagają się z kłopotami o bezprecedensowym wymiarze”, kończąc swoje obszerne dzieło słowami: „Chiny biorą na swoje barki odgrywanie głównej roli na scenie międzynarodowej, nie uporawszy się wcześniej z własną historią, która wciąż wyznacza przyszłość.”

Jeśli Konfucjusz miał rację.

*  *  *

Chińskie dzieci na szkolnym apelu (widok z hotelowego okna w Xi'an, zdjęcie własne)

*

DOPISEK: Powyższa nota o książce Jonathana Fenby’ego powstała jeszcze przed moim wyjazdem do Chin. Czy teraz – po powrocie stamtąd – napisałbym ją inaczej? Niewątpliwie tak, choć w ogólnych zarysach pozostałaby ona niezmieniona. Mam wrażenie, iż ten kilkutygodniowy pobyt w Państwie Środka był tylko czymś w rodzaju wprowadzenia do Chin, dotknięciem wierzchołka góry lodowej, liźnięciem jego powierzchni… Niemniej jednak dał mi poczuć smak tego kraju, pozwolił dostrzec jego specyfikę, „sznyt”, koloryt (ale także i szarość), a zetknięcie się… a właściwie bliższe poznanie kilku jego mieszkańców (wśród których znaleźli się głównie młodzi ludzie, tacy jak Hu Xin, Wang Xan Tang, Zhang Dan, Fang Ling, Song Shan Hu, jak również Tybetańczyk Pema) umożliwiło mi (do pewnego stopnia) wniknięcie w duszę i umysł konkretnego, prawdziwego człowieka. Zobaczyłem przy tym kilka rejonów Chin  – m. in. Pekin, Szanghaj, dawną stolicę cesarstwa Xi’an, Czengdu w Seczuanie, Guilin (wraz z rzeką Li i miastem Yangshuo)… Udało się nam również zrobić kilkudniowy wypad do Tybetu (Lhasa i okolice). Jednym słowem – wrażeń wywiozłem z tej podróży mnóstwo i mam nadzieję, że przynajmniej z kilkoma z nich zdołam się z Wami podzielić.

*

Reklamy

Komentarze 53 to “CHINY – UPADEK I NARODZINY WIELKIEJ POTĘGI”

  1. bloger przeczytany Says:

    polecam jeszcze „Wielki mur chiński. Chiny kontra świat” Julii Lovell. Historia Chin opisana za pomocą historii muru.

  2. jula Says:

    Tak z ciekawości – a jak sobie radzą Chińczycy, a raczej ich potomkowie w USA ?… ;) :D

    No cóż, żeby poznać Chiny, należałoby głębiej sięgnąć, w ich historię, religię i kulturę. To państwo środka w swojej izolacji za murem korzystało już z takich wynalazków, kiedy
    „długonosym „, długo, długo … o nich się jeszcze nie śniło ;)
    Poza tym, ten olbrzymi kraj, zanim się nim stał, to połączył się z mnóstwa mniejszych – centralnie kierowanym.
    To tak jak jak teraz próbuje się na drodze pokojowej w Europie ale bez skutku, niestety :(

    Ameryka, ta północna, to jak sam wiesz, inna bajka.
    Ale sam przyznasz, że długo, długo zarządzali ją „protestanci”. Wystarczy wczytać w biografię, Jej „ojców założycieli”.

    • Logos Amicus Says:

      Chińczycy w Stanach radzą sobie bardzo dobrze. To jest jednak pracowity naród.
      W kilku miastach amerykańskich są tzw. „China Towns” – największe skupiska Chińczyków poza granicami Chin. Największe są w Nowym Jorku i San Francisco. W Chicago też jest spore, ale już nie tak jednolite, jak w NYC i SF.

  3. mmadalena79 Says:

    Chętnie czytam wszystko o Chinach, autorów chińskiego pochodzenia i z Chinami w tle, więc i po opisywaną przez Ciebie pozycję chętnie sięgnę. Za całkiem niezłą książkę o Mao uważam „Madame Mao” Anchee Min, pokazuje jak ten dość przeciętny człowiek z dużą ambicją zdołał osiągnąć, to co osiągnął. Najbardziej przerażające w dzisiejszych Chinach, jest to, że wielu ludzi autentycznie szanuje Mao i uważa go za bohatera.
    Podejrzewam, że teraz, po wizycie w Chinach, nie odbierasz tego tak, że życie tam jest bardzo trudne, czy obwarowane wieloma zakazami i nakazami, rząd dobrze potrafi to maskować. Wielu moich znajomych Chińczyków i to często ludzi wykształconych za granicą, którzy liznęli innego życia, ale wrócili do Chin, twierdzi też, że mają taki rząd, jakiego potrzebują. Jest ich wielu, więc potrzebują silnej kontroli i silnej ręki, aby zapanować nad chaosem. To trochę przeraża, z drugiej strony, azjatycka mentalność jest taka, że rządzących darzy się generalnie zaufaniem, a także, mniejszy jest bunt, jeżeli trzeba coś poświęcić w imię lepszej przyszłości. Może trochę to naiwne, jak pokazuje historia, a może czasem nie takie złe, pozwala na przeprowadzenie reform, ale może być wykorzystane, także na zewnątrz, bo Chiny to ogromna potęga.
    Ja bym nie była skrajnie pesymistyczna w wizjach na temat przyszlości Chin, widzę dużo zmian na lepsze, w otwieraniu się na świat, w poprawie warunków życia i pracy. Jak porównuję, to co widziałam po raz pierwszy w 2003, a potem w kolejnych latach i mieszkając w Chinach trzy lata temu i odwiedzając w zeszłym roku, to naprawdę myślę, że jest duża szansa, że będzie lepiej, to znaczy ludziom tam będzie lepiej. Nie mogę jednak przewidzieć zapędów Chin co do panowania nad światem.

    • Logos Amicus Says:

      Witam i dziękuję za ten komentarz.
      Właśnie – nikt nie może przewidzieć tego w jaką stronę podąży chińska polityka. To jest jedna wielka niewiadoma, zresztą nie tylko dla całego świata, ale i dla samych Chińczyków.
      Nie ulega wątpliwości, że coraz większym kręgom ludzi w Chinach żyje się coraz lepiej, ale w dalszym ciągu setki milionów ludzi egzystuje tam na granicu ubóstwa, a przepaść między bogatymi a biednymi zwiększa się coraz bardziej i już w tej chwili jest kolosalna. Podobno 1% populacji posiada 60% zasobów pieniężnych Chin – i to wszystko w komunistycznym państwie! Ale, powiedzmy sobie szczerze, ten (oficjalny) chiński „komunizm” to farsa – z prawdziwym komunizmem niewiele ma wspólnego.
      Mnie niepokoi też coś innego: Chiny do tej pory nie rozliczyły się ze swoją przeszłością, wszystkie niewygodne fakty okryte są tajemnicą, państwo de facto rządzone jest przez reżim, nie ma w nim wolności słowa, a brak demokratycznej kontroli może przecież prowadzić do dyktatorskich ekscesów… etc.
      A historia uczy, że żywot takich państwowych tworów jest dość krótki a koniec burzliwy.
      Ale Chiny to jednak ewenement, więc może jednak…

  4. jula Says:

    Widzę, że Ty też na swoim blogu komentarze cenzurujesz. :(
    U Ciebie, jak w matematyce. Podporządkowanie tematyce musi być, żadnego skoku w bok tematu ;) :D )))

    • Logos Amicus Says:

      Jula, tutaj naprawdę nie ma żadnej cenzury, jak Ty to nazywasz. To prawda, zdarzyło mi się usunąć kilka „komentarzy” zupełnie konsternujących, bzdurnych lub wulgarnych, ale na szczęście zdarza się to bardzo rzadko.

      Jestem w stanie zrozumieć tych, którzy moderują komentowanie. Wystarczy spojrzeć, co się dzieje, kiedy błoto – a czasami i szambo – rozlewa się na niektórych forach bez żadnych ograniczeń.

  5. Torlin Says:

    W prezencie
    http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,9676008,To_juz_koniec_kina__jakie_znamy__Wszystko_przez_piratow.html
    Oczywiście napiszesz, jaki to ma związek z Chinami? Żaden. Pamiętam jeszcze ze szkoły podstawowej, było takie powiedzenie: „Kazali mi napisać wypracowanie. A jaki temat? Wpływ plam słonecznych na rozwój dorożkarstwa w Chinach”.

    • Logos Amicus Says:

      Za prezent dziękuję.
      Piszą, że kino się kończy? Nie raz o tym pisali. A kino jak było, tak jest.

      Ale rzeczywiście, za Chiny nie mogę wpaść na to, dlaczego nie nawiązałeś do tego tematu przy poprzedniej notce, która mówiła o kinie, i która wisiała tu na pierwszym miejscu przez tydzień.
      I naprawdę nie masz nic do powiedzenia o Chinach?

      • Torlin Says:

        Za Chiny odpowiadam Ci, że nie moglem tam wkleić, bo już była nowa. I za Chiny nikt by tam nie zajrzał.
        A o Chinach nie umiem nic napisać, bo się tym krajem w ogóle nie interesowałem. Moim marzeniem (obok Annapurny) jest odwiedzenie namiastki Chin – Tajwanu.

        • Logos Amicus Says:

          Torlinie, jeśli naprawdę interesujemy się światem i tym, co się na nim dzieje (a przecież Ty zawsze takie zainteresowanie deklarujesz), to doprawdy nie można ignorować w tym zainteresowaniu Chin. Gdyż, obok Ameryki, stały się one teraz głównymi graczami w grze o ten nasz świat.

          PS. Mogłeś wkleić, mogłeś. Ja bym tam zajrzał (nawet nie za Chiny) – a to przecież był „prezent” dla mnie ;)

          PS2.Czy wypada nam zadowalać się jakąś namiastką?

  6. tamaryszek Says:

    Sprawy dwie:
    Ja to nie mogę wyjść z oniemienia, że masz gotowe notki, które czekają aż przyjdzie ich czas. Nawet sobie próbuję wyobrażać taką sytuację, ale nie umiem, widzę ciemność. Piszę, zamieszczam. Ot.

    Wykład-refleksję uważnie przeczytałam. Dzięki za porządkujące wprowadzenie. Kultura Chin przeogromna. Do niezainteresowanych jej zgłębianiem docierają rozproszone dane i można się tą drogą nabawić pseudowiedzy. Co niebezpieczne. Dlatego zawierzam Twojemu porządkowaniu.
    A w polskiej literaturze Chiny bywały znakiem czegoś kompletnie nieznanego i odległego. Pewien Litwin, jak wiadomo, gdy chciał się odciąć od znajomości rodzimego piśmiennictwa, mawiał: „O Litwie, dalibógże! mniej wiem niż o Chinach!”. :)

    • Logos Amicus Says:

      Ja też – „piszę, zamieszczam, ot” ;) A czasem piszę i nie zamieszczam… od razu, ot ;)
      A że często piszę więcej, niż jestem w stanie na bieżąco zamieścić? To i teksty czekają na swoja kolejkę.
      Poza tym, lubię coś napisać na gorąco – tutaj: zaraz po przeczytaniu książki. Albo w czasie podróży (czy mam tak od razu lecieć do internetu, aby to zamieścić na blogu? ;)
      Zresztą, dla mnie publikacja jest sprawą drugorzędną.

      Naprawdę Tamaryszku trudno zrozumieć taką sytuację, że coś się napisze i to może sobie tak po prostu (po)leżeć? :)
      Dlaczego od razu ciemność?

      Właśnie dlatego, że Chiny są kompletnie nieznane, chciałem je nieco bliżej poznać. I nie opierać się tylko na „rozproszonych danych” niosących ze sobą „pseudowiedzę”.

  7. Kartka z podróży Says:

    Nie wiem Logosie czy coś tak wielkiego a zarazem scentralizowanego może dobrze funkcjonować. Mam duże wątpliwości co do tego. Dziś PAP podał, że grozi Chinom największa od 50 lat susza a wraz z nią wyłączenia prądu bo tamtejsza energetyka oparta jest na hydroelektrownia. No i PAP pisze, że nie tylko zatrzęsie to Chinami ale i całym światem.
    Tak więc mam mieszane uczucia co do Chin. Już nie mówiąc o tym, że mnie przeraża ich system karny i stosowanie przemocy.
    Bardziej mi się podobają Chiny w wersji opiumowej. No ale to historia, bo za tego typu relaks podobno też drakońsko karzą.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      No cóż Kartko, Chiny leżą poza zdolnością zrozumienia i wyobrażenia nie tylko naszą, ale i samych Chińczyków. To jest zbyt ogromny kraj, by go można ogarnąć jakimś integralnym, jednolitym, jednoznacznym zrozumieniem – czy też zastosować wobec niego jakąś jedną poznawczą (czy też percepcyjną) zasadę.
      Ta niemożność może być zrazu nieco onieśmielająca, może nawet frustrująca, ale tak naprawdę potrafi być inspirująca, stymulująca – niezwykle rozciągnąć naszą świadomość tego, jak funkcjonuje władza, ekonomia, społeczeństwo, w pewnych specyficznych, stworzonych przez człowieka warunkach. Jednym zdaniem: może być źródłem fascynującej wiedzy antropologicznej, humanistycznej i kulturowej.

      A tzw. „wojny opiumowe” to jest osobny temat – i także niezwykle ciekawy. Niestety, niezbyt chwalebny dla Europejczyków z ich kolonijnymi ekscesami mającymi miejsce także w XIX wieku.

      Pozdrawiam

    • Lukasz Sarek Says:

      Uważam, że informacja PAP jest co najmniej nieścisła. Owszem, elektrownie wodne zwiększają sukcesywnie udział w ogólnej produkcji energii elektrycznej, ale podstawowym źródłem energii w Chinach są i w najbliższych latach pozostaną elektrownie węglowe. Susza ma pewien wpływ na spadek produkcji energii elektrycznej ale o wiele dotkliwsza jest polityka firm energetycznych. Producenci energii w Chinach muszą dostarczać energie elektryczną po określonych sztywnych cenach. Jednak surowiec kupują na rynku. W związku ze wzrostem cen węgla elektrownie ponoszą straty i żeby zminimalizować poziom strat zmniejszają produkcję, próbując w ten sposób wywrzeć nacisk na władze centralne i uzyskać podwyżkę cen energii elektrycznej. Te z kolei nie mogą zgodzić się na znaczne podwyżki, gdyż zwiększyłoby to to presję inflacyjną i niebezpieczeństwo nasilenia się niepokojów społecznych.

      Więcej na ten temat np. w Bloomberg z 12 maja ( http://www.businessweek.com ). Z pewnością spowoduje to poważne perturbacje w życiu gospodarczym, jednak taka sytuacja utrzymuje się z różnym nasileniem od wielu lat i nie wydaje mi się żeby w tym roku nastąpiła katastrofa.

  8. bloger przeczytany Says:

    czekam na relacje z Chin. i zdjęcia!

    • Logos Amicus Says:

      Zdjęcia będą… ;)
      Dziękuję za zainteresowanie.
      Może więc dołączę teraz jeden mały chiński obrazek z mojej kolekcji? :)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/05/dziewczyny-z-guilin-chiny-2011.jpg?w=780

      Z dziewczynami z Guilin (ulubione zdjęcie mojej żony ;) )

  9. Kartka z podróży Says:

    Słodkie te dziewczyny Logosie!
    Pozdrawiam

  10. TadekKuranda Says:

    Bardzo interesujące refleksje nad lekturą. Właśnie natchnęły mnie one myślą-rozwiązaniem. Wyobraźmy sobie Marsjan, którzy lądują na Ziemi i biorąc, jako podstawę wszelkich definicji, swoją cywilizację. Wyobraźmy sobie, że próbują porównywać te dwie rzeczy i wysnuwać wnioski takie aby przekazać je swoim współplemieńcom w sposób możliwie zrozumiały. Dokonują skrótów typu: ogólnie wiadomo, faktem niezaprzeczalnym jest, bezdyskusyjna jest rola… itd. Otóż demokracja nie jest doskonałością we wszechświecie, mordowanie dziesiątków milionów ludzi nie jest złem – jest jakąś koniecznością (rozumną czy nie) – jest kategorią bezwzględną.
    Boimy się Chińczyków bo zabraknie miejsc na plaży w Acapulco? Bo wykupią pół Portugalii? Bo opanują świat ekonomicznie? Bo w swoich działaniach w swerze gospodarki globalnej okazują się bezkonkurencyjni? Dobrze, że tak jest bo nasza nierówność społeczna ma szansę spotkać się z ich nierównością społeczną, która dla nich, z ich kulturą (starszą od naszej) nie ma szans. A dlaczego? Bo nam się tak tylko wydaje. Jeśli domagamy się praw dla Chińczyków to wpuśćmy ich do siebie i zapewnijmy im to szczęście. NIE! Boimy się, że pod każdym względem będą na naszym terenie w przewadze. Czy to źle? Przecież sami tego chcieliśmy – zglobalizować wszystko. Przecież to są hasła komunistyczne. Czyżby nasz kapitalizm nie skłaniał się wciąż w strone komunizmu? Co pojęcie to kłamstwo lub owijanie w bawełnę.
    Nigdy nie będziemy silniejsi od Chińczyków a im brakuje tylko naszej technologii, natomiast resztę mają w głębokim poważaniu, bo nie umieliby z tego korzystać. Inaczej kieruje się małą firmą o populacji na poziomie Czech a inaczej całymi Chinamii. Dla Chińczyka ta nasza demokracja jest dziwna a ta jego jest normalna. Nasza ideologia tworzona jest na fałszywych przesłankach a ten fałsz widoczny jest choćby w tym, że prezydentem RP zostaje w demokratycznych wyborach jego najsroższy kat-przywódca. itd

    • Logos Amicus Says:

      Tadku, nie do końca rozumiem, czy pisząc „mordowanie dziesiątków milionów ludzi nie jest złem” masz na myśli punkt widzenia kosmitów, swój własny czy też taki… ogólnoludzki?
      Według mnie ludobójstwo jest złem, a zwłaszcza ludobójstwo masowe.
      Piszę to z punktu widzenia człowieka, dla którego punktem odniesienia jest własna kultura, w której jednak musi się przyjąć jakiś system etyczny (pozwalający nam odróżnić dobro od zła) – wbrew nihilistycznym rewelacjom typu: „Boga nie ma, więc nie ma także i zła i można robić wszystko co się chce, jak choćby rozwalić siekierą głowę starej lichwiarce” lub postmodernistycznym rojeniom, że i tak nie ma co sobie dupy zawracać jakimś wartościowaniem etycznym, bo przecie i tak „wsio rawno”.

      Ale w tym Twoim „mordowanie dziesiątków milionów ludzi nie jest złem” jest jednak coś na rzeczy – jednakże tylko wtedy, kiedy damy sobie właśnie spokój z odniesieniem tego do ludzkiej kultury.
      Innymi słowy: rzeczywiście (ja przynajmniej tak uważam) we Wszechświecie nie ma czegoś takiego jak dobro czy zło, czyli – że są to kategorie mające sens jedynie w relacji z kulturą jaką stworzył człowiek (a tym samym są one względne).
      Jednakże nasze człowieczeństwo bierze się właśnie z wykreowanej przez nas kultury. Tak więc, chcąc mienić się człowiekiem, musimy niejako wtopić się w jakąś kulturę (i w niej funkcjonować), przyjmując jednocześnie istniejący w niej system etyczny – jako punkt odniesienia dla naszych sądów, ocen i wartościowania pewnych czynów pod względem moralnym (tak się dzieje nawet jeśli z powszechnie obowiązującym systemem etycznym się nie zgadzamy, albo go odrzucamy). Innymi słowy, należy przyjąć czym jest zło, a czym dobdro – i ten wybór wypada nam respektować.
      To oczywiście zakłada moralny relatywizm, czego moim zdaniem uniknąć nie można, przyjmując postawę agnostyczną.
      Jeśli chodzi o mnie, to ja identyfikuję się z taką kulturą i cywilizacją, wedle etyki której, masowe ludobójstwo jest złem. (I jest to poniekąd moim wyborem).
      A Kosmitą, tudzież Marsjaninem nie jestem, więc nie mogę powiedzieć jaki system etyczny przyjęliby ETs i co by sobie pomyśleli obserwując nasze wyczyny na planecie Ziemia (łącznie z masowymi mordami, eksperymentami komunistycznymi, wojnami i demokracją).

      A dlaczego boimy się Chińczyków?
      O, to następny bardzo ciekawy temat, ale o nim to może innym razem, aby nie rozbudowywać tego komentarza do monstrualnych rozmiarów ;)

      Pozdrawiam i dziękuję za zabranie (jak zwykle u Ciebie) łamiącego wszelkie stereotypy, głosu.

  11. Chihiro Says:

    Och, Logosie, trafiłeś w „mój” temat, mimo że chińską tematyką interesuję się mocno hobbystycznie i mam mnóstwo luk w wiedzy – na pocieszenie siebie samej stwierdzę, że Chiny w takim tempie prą do przodu, że trudno za nimi nadążyć. Właśnie kupiłam kilka książek na temat Chin i waham się, czy czytać je po kolei, czy robić przerwy… Najbardziej cieszę się na „The Writing on the Wall. China and the West in the 21st Century” Willa Huttona i na „Out of Mao’s Shadow. The Struggle for the Soul of a New China” Philipa Pana – czytałeś może którąś? Jeszcze nie zaczęłam żadnej, ale sądzę, że i Ciebie mogłyby zainteresować.

    Ostatnio jednak sporo się pisze o kryzysie demograficznym w Chinach, polityka jednego dziecka niestety mimo że pomału odchodzi do lamusa, odchodzi zbyt wolno, a ludzi nie stać (no, niektórych stać, ale mniejszość) na posiadanie więcej dzieci, zwłaszcza, że za dodatkowe dzieci płaci się nadal państwu. Te mniejszości, które nigdy nie obowiązywała polityka jednego dziecka (Tybet np.) i tak nie mogą zwiększyć swej populacji z różnych powodów. Mniejszości to zresztą temat na osobną rozmowę, domyślam się, że poza Tybetańczykami miałeś głównie do czynienia z Chińczykami Han, czy się mylę?

    Piszesz: „Jestem za coś wdzięczny Jonathanowi Fenby’emu. Mianowicie za to, że umieścił jednak Mao w rzędzie największych zbrodniarzy XX wieku.”
    Dlaczego „jednak”? Nie spotkałam się z opinią, by nie uważać Mao za zbrodniarza, stąd dziwi mnie Twoja ulga, że trafił do panteonu największych zbrodniarzy. Jak mógłby nie trafić po tym, co wyrządził własnemu narodowi? – a propos Mao to wszędzie, WSZĘDZIE u nas pisze się o książce Kissingera na temat Chin (recenzje mieszane). Czy w USA także jest o niej w mediach tak głośno?

    Logosie, podoba mi się Twój tekst, ale na jedno muszę zwrócić uwagę: piszesz o własnych złudzeniach czy wrażeniach używając zaimka „my”, np. „Wydaje się nam, że wszystko jest tam pod kontrolą (…)”. Nie jest tak jednak, choćby odnośnie kontroli tylko osobom, które nie czytają gazet może się wydawać, że Chiny są silne i mają wszystko pod kontrolą. Nie od dziś wiadomo, że Chiny tak naprawdę drżą o swoją przyszłość. Na razie sytuacja ekonomiczna wygląda bardzo dobrze, ale prognozy nie są tak różowe. Nie da się rozwijać w tym tempie jeszcze długo, nie da się pomijać coraz bardziej palących kwestii praw człowieka, które przez wiele lat spychane były na margines, ale dobijają się już do świadomości coraz większej liczby Chińczyków. Chińczycy zaczęli masowo podróżować, mieć kontakt ze światem i nie dadzą sobie wciskać kitu. Wiedzą, że gdzie indziej też można żyć na wysokim poziomie, ale do tego godnie, nie dawać sobą pomiatać. Znów widzą zalety myślenia w kategoriach jednostki a nie ogółu (przy okazji – to w XX w. skupiono się tak na harmonii i dobru ogółu, wcześniej wcale nie była to wartość tradycyjnie chińska).

    Na pewno jak przeczytam te wyżej wspomniane książki będę mogła powiedzieć coś więcej, na razie to tylko luźne uwagi, które przyszły mi do głowy po lekturze Twojego tekstu i komentarzy.

    • Logos Amicus Says:

      – Tytuły książek o Chinach, które wymieniłaś, obiecują ciekawą treść. Mam nadzieję, że wkrótce przeczytasz te książki i że dowiemy się czegoś na ich temat od Ciebie ;)

      – Demografia najliczniejszej populacji na świecie – też ciekawe zagadnienie. Ciekaw jestem, kiedy rząd zmieni tę politykę jednego dziecka, bo wydaje mi się, że będzie to musiał – prędzej czy później – zrobić. To się wiąże z innymi problemami. Np. z masową aborcją, która – jak wiele tematów w Chinach – stanowi tabu (jest to jedyny zabieg medyczny w tym kraju, który jest darmowy). Te aborcje stanowią nie tylko dylemat etyczny, ale i rujnują zdrowie milionom chińskich kobiet. I jeszcze jedno, jeśli chodzi o demografię: Chińczycy za 20 – 30 lat (jeśli tak dalej pójdzie) będą społeczeństwem starym, zabraknie więc siły roboczej, zdolnej w dalszym ciągu poruszać tę gigantyczną machinę przemysłową, jaką rozkręcono w tym kraju (ale to nie chodzi tylko o przemysł).

      – Być może to, iż Mao jest zbrodniarzem (bo jak inaczej nazwać człowieka odpowiedzialnego za masowe ludobójstwo?), jest oczywiste w kręgach cywilizacyjnych Zachodu, ale to i tak nie we wszystkich, lecz są i tacy, którzy Mao Zedonga do tej pory, nie tylko nie zdyskredytowali, ale wręcz darzą podziwem. Natomiast w Chinach powszechnie nadal jest on uważany za Wielkiego Przywódcę i Narodowego Bohatera (i to nie tylko dlatego, że taka jest oficjalna polityka propagandowa rządu).

      – Często używam zaimka „my” (być może zbyt często) zamiast formy bezosobowej. Pisząc np. „Wydaje się nam, że wszystko jest tam pod kontrolą” nie mam na myśli bynajmniej Ciebie, ale ludzi, którym tak się wydaje (a trudno zaprzeczyć, że jest takich wielu – wśród nich mogę być również i ja, ale niekoniecznie). Może więc powinienem to sformułować inaczej, np.: „Mogłoby się komuś wydawać…” ;)

      – Tak, Chiny wbrew ogólnemu wrażeniu ekonomicznej hossy, borykają się z mnóstwem problemów, których będzie przybywać. Jednym z nich jest kłopot z własną tożsamością (wynikający choćby z tego, że za czasów ChRL-D – głównie rewolucji kulturalnej – odrzucono własną tradycję, zanegowano historyczny dorobek narodowy, pomieszano ludziom w głowach w niewyobrażalny sposób… A nie jest tego w stanie uczynić (czyli wypełnić tej pustki) obecny wzrost gospodarczy i wynikający stąd konsumpcjonizm. Yuan – podobnie jak i dolar – to nie wszystko.

      • Chihiro Says:

        Ja też mam nadzieję, że wkrótce książki te przeczytam :)

        – Zgadzam się w 100% z Tobą odnośnie demografii. Jednym z problemów przyszłości będzie właśnie jak wciąż przeć do przodu mając coraz więcej starszych obywateli (z tym problemem, jak wiadomo, od wielu lat boryka się Japonia).

        – Masz rację, niektórzy Chińczycy nadal darzą Mao podziwem, ale często to jest tylko oficjalna wersja, którą „sprzedają” innym. Ściany mają uszy… i nie wypada czasem mówić inaczej. Natomiast już parę dobrych lat temu publicznie rząd przyznał, iż Mao popełnił wiele błędów, w tym oficjalnie stwierdził, że Rewolucja Kulturalna była pomyłką. Szkoda wielka, że takie „eksperymenty” mają tak katastrofalne konwekwencje… Niektórzy Chińczycy jednak w ogóle o Mao nie mówią, z tego co czytałam o ich podejściu, to wielu nadal nie może pogodzić się z bólem, jaki im sprawił swoją polityką, więc przemilczają to, bo słowami nie da się wyrazić. Mao nie jest tematem do rozmów. Bardzo ciekawie pisał o tym Paul Theroux, podróżujący w 1987 po Chinach przez rok (mówił po chińsku, więc rozmawiał z ludźmi swobodnie), w książce „Riding the Iron Rooster” (jeszcze niedostępna po polsku).

        – Myślę, że forma „Mogłoby się komuś wydawać…” jest właściwsza :) Ja tak właśnie sądzę, jakbyś nadużywał nieco zaimka „my”.

        – No właśnie… Ale pytanie jest (nie znam odpowiedzi), czy Chińczycy potrzebują zadawać sobie pytanie o tożsamość? Czy kwestia tożsamości nie jest naszą zachodnią obsesją, że potrzebujemy ją definiować, a oni nie?
        Konsumpcjonizm to raczej my mamy na Zachodzie, u większości Chińczyków to jednak jeszcze tylko konsumpcja. Jeszcze nadal nie wszyscy mają lodówki i pralki i taką liczbę ubrań, jaką ma przeciętny Europejczyk. Pisałeś o przepaści między bogatymi a biednymi – w Chinach jest wielka, choć nie tak duża jak w Indiach. I choć przeciętny Chińczyk się bogaci, to dramatycznie rośnie liczba chińskich milionerów i miliarderów – a tych jak najbardziej można posądzić o konsumpcjonizm.

        • Logos Amicus Says:

          – Tożsamość – nawet jeśli jest to nasz zachodni „wymysł”, a nawet, jak to określasz, „obsesja”, to jednak mówienie o zachwianej tożsamości Chińczyków ma sens. Chodzi po prostu o pewną kulturową ciągłość, którą w Chinach zniszczono (a która zawsze była w tym kraju niezwykle ważna – i właśnie z tej przyczyny cywilizacja chińska przetrwała niemal trzy tysiące lat – stanowiąc najstarszą, istniejącą do dzisiaj cywilizację świata). W Chinach, poczucie odrębności i wyjątkowości było zawsze – przez wszystkie te tysiąclecia – ogromne. A jest to nic innego, jak świadomość (poczucie) własnej tożsamości. I teraz ma tego zabraknąć? Nie, oni muszą stworzyć jakąś swoją nową tożsamość, aby wypełnić pustkę pozostałą po komunistycznych spustoszeniach.

          – Często jednak ten podziw dla Mao jest wśród wielu Chińczyków autentyczny (sam byłem tego świadkiem). Zależy on też jednak od prowincji. Oczywiście, że zdają sobie oni wszyscy sprawę, że np. rewolucja kulturalna była wielką pomyłką (ale nadal nie można w Chinach swobodnie badać tego okresu, podobnie zresztą – i tu restrykcje są jeszcze większe – jak zajść na Placu Tiananmen w 1989 roku. Nota bene, na temat masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju zapanowała jedna wielka narodowa amnezja).
          Niby mówi się o tym (nawet oficjalnie), że Mao czynił błędy, ale przecież zrobił też – mówią – wiele dobrego. Jednym słowem, to był Wielki Człowiek. Od Hu Xina, młodego Hana, z którym wiele rozmawiałem, usłyszałem, że dorobek Mao to „50% dobrego i 50% złego”, ale to był „nasz Wielki Przywódca” dodawał i… nie było dyskusji! Moim zdaniem jest to niepoważne, bo przecież Hitler, Stalin a nawet Pol Pot także mieli na swoim koncie jakiś tam procent dobrych uczynków.

          PS. Wprawdzie pomników Mao w Chinach pozostało niewiele (niemal wszystkie zniszczono z okazji rewolucji kulturalnej, ale nadal, na najważniejszym placu Chin (jakim jest Plac Tiananmen), na tzw. Bramie Niebiańskiego Spokoju (prowadzącej nota bene do Zakazanego Miasta), wisi gigantycznych rozmiarów portret Wielkiego Sternika, Syna Niebios (na zdjęciu poniżej).

    • Logos Amicus Says:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/05/mao.jpg?w=780

      Mao nadal jest dla wielu Chińczyków Wielkim Przywódcą (widok z Placu Tiananmen w kierunku Bramy Niebiańskiego Spokoju, zdjęcie własne)

      • Chihiro Says:

        Logosie, sama mam zdjęcie na tym placu :) Nigdy nie będąc w Chinach – po prostu kiedyś z okazji wystawy o chińskim designie na dziedzińcu muzeum V&A w Londynie wisiał olbrzymi plakat przedstawiający Tiananmen, a fotograf pstrykał wszystkim chętnym za darmo zdjęcia polaroidem na tle placu. Więc mam taką fotkę i mogę udawać, że tam byłam :)))

        – Co do tożsamości to niezupełnie zgadzam się. Pewnie będę miała więcej do powiedzenia, jak już przeczytam wspomniane książki (bo z pewnością ten temat autorzy poruszają i aż głupio mi, że dyskutuję przed przeczytaniem ich), ale kołacze mi się po głowie myśl, że już o rządach Mao czytałam w kontekście tożsamości. Tekst napisany przez Chinczyka wyjaśniający różnice w postrzeganiu rządów Mao przez ludzi z Zachodu i samych Chińczyków. Za Chiny Ludowe nie pamiętam niestety gdzie to było, ale jakieś dobre źródło, tego jestem pewna. Autor wyjaśniał, iż dla ludzi Zachodu te kilkadziesiąt (60?) lat rządów Mao to tragedia, natomiast dla Chińczyków, którzy maja tak długą historię własnego imperium, to zaledwie kilkadziesiąt lat, pewien etap w historii, nad którym przechodzą do porządku dziennego. Pewnie, że nie wszyscy i nie zawsze, ale jednak. Pisał też, że tak jak Chińczycy bardzo szybko dali się opętać ideami Mao, tak równie szybko mogą o nich zapomnieć i pójść naprzód. A filozofii Konfucjusza mimo wysiłków Mao nie udało się tak łatwo wyplenić w społeczeństwie i jego kulturze… Tak więc wierzę, że Chińczycy nie czują żadnej pustki, ot „mała” wyrwa w ich historii, ale da się ją naprawić – piszę to z perspektywy przeciętnego Chińczyka, na podstawie tego, co czytałam. Dlatego teraz Chińczycy tak mocno dbają o dziedzictwo narodowe, skupują antyki rozsiane po świecie i próbują przywrócić świetność temu, co Mao i czerwonogwardzistom udało się zniszczyć.

        – O amnezji na temat masakry na Placu Tiananmen wiem sporo, sporo czytałam i przyglądałam się, będąc wolontariuszką dla Amnesty International, jak matki ofiar dążą do oficjalnego uznania ich żałoby przez rząd chiński. Przykra sprawa, bo oficjalnie zaprzecza się masakrze.

        – A o zniszczeniu pomników Mao pisze też Theroux, sięgnij po jego książkę, jestem niemal pewna, że Ci się spodoba :) Pisze też o wizycie w wiosce, w której Mao się urodził – za życia Mao pielgrzymki jego zwolenników tłumnie nawiedzały wieś, w latach 80. natomiast pies z kulawą nogą tam nie zaglądał.

      • bloger przeczytany Says:

        swoją drogą, dla wielu Chińczyków Mao jest Wielkim Przywódcą, ale czy jest nim, bo tak obiektywnie uważają czy może dlatego, że nie mieli nigdy szansy uważać inaczej, wyrobić sobie innych opinii, poznać mniej pochlebne opisy i recenzje z jego życia, fakty kompromitujące? czy są w pełni świadomi ogromu zbrodni i okrucieństwa jakich Mao był sprawcą i przyczyną? co dziś w Chinach można mówić o Mao a czego nie? czy może Chińczycy, którzy szczerze mówią i myślą dobrze o Mao funkcjonują w rzeczywistości jaką im narzucono i wpojono w umysły i dusze z polecenia reżimu?
        do mnie argument o tym, że Chińczycy w sporej masie wielbią Mao, partię i w ogóle Chiny w wymiarze politycznym, nigdy nie trafi.
        nie mam natomiast złudzeń co do tego, że tak zwany świat zrobi cokolwiek, by wpłynąć na chińskie władze (raczej chiński reżim) w sferze poszanowani godności ludzkiej i praw człowieka. świat jest bezradny, bo chce być bezradny.
        nie trafi do mnie nigdy argument o tym, że trzeba „zrozumieć chińską specyfikę i to, że tam jednostka jest mniej istotna od ogółu”. człowiek to człowiek, wszędzie. a wydarzenia z Placu Niebiańskiego Spokoju z ’89 oraz tegoroczna literacka nagroda Nobla są tylko jednymi z wielu dowodów na to, że wszędzie ludzie chcą żyć w wolności i do niej dążą.

        • Logos Amicus Says:

          Stosunek samych Chińczyków do Mao jest czymś złożonym, pod wieloma względami. Generalnie: nadal jest on uważany przez większość za Wielkiego Przywódcę (i jest to przeświadczenie nie tylko powszechne, oficjalne, ale i autentyczne). Chiny, odcinając się w końcu od rewolucji kulturalnej, znalazły sobie kozły ofiarne, głównie w postaci tzw. „Bandy Czworga”. To pozwoliło im zdjąć ciężar odpowiedzialności za ten okres z barków Wielkiego Sternika – więc nadal on mógł pozostać bożyszczem mas (określenie „bożyszcze” nie jest wg mnie przesadą, bowiem admiracja wielu Chińczyków wobec Mao, do dzisiaj przybiera w Chinach formę wręcz religijnego kultu – o czym nota bene mówi też artykuł, który poleciła nam Chihiro).

          To prawda, na chińską rewolucję powinniśmy patrzeć z perspektywy naszej kultury i cywilizacji oraz związanego z nimi systemu wartości etycznych. A wedle tych wartości (mam na myśli humanitaryzm i prawa człowieka), niczym (a już zwłaszcza ideologią, polityką czy ekonomią) nie można usprawiedliwić masowego ludobójstwa, które jednoznacznie winno się uznawać za zbrodnię

  12. REM Says:

    Maria Kruczkowska napisała w „gazecie” o tej książce:

    „Brytyjski autor wprowadza czytelnika w gąszcz chińskiej historii. Jest mistrzem zwięzłej relacji i celnych puent. Pozwala inaczej spojrzeć na przyczyny upadku cesarstwa, na fiasko republiki, powody dojścia komunistów do władzy. Naświetla kulisy wizyty prezydenta Nixona w Chinach w 1972 r. Maoiści zagrali amerykańską kartą na chłodno. Ich partnerzy Nixon i Henry Kissinger byli przegrani u startu, bo ulegali sentymentom i złudzeniom. Dali się porwać fascynacji mitycznymi Chinami i własną rolą historyczną. Przygotowali wizytę w tajemnicy przed Departamentem Stanu i własną opinią publiczną.

    „Stany Zjednoczone zamieniają się z małpy w człowieka, choć ogon jest nadal widoczny” – mówił z zadowoleniem Mao, któremu wizyta dodała sił i zapewne przedłużyła życie. Kissingera urzekł premier Zhou Enlai. Uprzejmy Zhou mówił o Kissingerze, że to „prostytutka, która się wystroiła i stoi pod naszymi drzwiami”. Po odejściu od polityki Kissinger założył firmę doradczą wyspecjalizowaną w kontaktowaniu firm amerykańskich z chińskimi partnerami, często ludźmi rządu. Taki był początek szczególnej relacji między USA a Chinami, do dziś pełnej nieporozumień.

    Tylko z historycznego dystansu, tak jak to zrobił Fenby, można odpowiedzieć na pytania o dzisiejsze Chiny. Dlaczego Chińczycy popierają partię komunistyczną? W Polsce i innych krajach dawnego bloku, gdzie system się zużył, trudno to zrozumieć. A jednak w Chinach od paru lat panuje euforia. Tłumaczenie, że chodzi tylko o sukces ekonomiczny albo że to efekt propagandy, spłyca sprawę. Przyczyny leżą w historii Chin ostatnich 200 lat. Dlatego Fenby opisuje chaos, jaki zaczął się w Chinach od wojen opiumowych. Najstarsza cywilizacja świata, jedyna, jaką Chińczycy znali, załamała się na oczach kilku pokoleń. Jakby grunt osunął się pod nogami. Państwo było bezsilne, mocarstwa zachodnie odkrajały sobie co bardziej atrakcyjne kąski, w portach powstały eksterytorialne enklawy, których pilnowała policja, u wejść do parków zawieszono (Chińczycy w to wierzą) tabliczkę informującą: „Psom i Chińczykom wstęp wzbroniony”. Na świecie Chiny uchodziły za „chorego człowieka Azji”. Intelektualiści głowili się, jak je podnieść. Udało się to komunistom. Nieważne, że za cenę milionów ofiar Mao. To było dawno, ludzie wolą o tym nie mówić. Dla Chińczyków ważne, że ich kraj się odrodził, liczy się w świecie, mogą być z niego dumni.

    Czy Chinom uda się uwolnić od przekleństwa własnej historii? Fenby nie jest optymistą. „Przywódcy partyjni pozornie zdają się dostrzegać konieczność ewolucji systemowej, tymczasem de facto uchylają się od prawdziwego procesu zmian, tkwiąc w martwym punkcie ze względu na historię, strach, ścierające się grupy interesów, a także z racji własnych słabości” – pisze. Finał nie jest obojętny dla świata, w którym Chiny grają coraz większą rolę. Ich historia przestaje być tylko tematem dla orientalistów. Chiny są już na półkach supermarketów czy u wylotu z Warszawy, gdzie chińska firma buduje drogi. Nadchodzi era Chin, czytajmy Fenby’ego.”

    Więcej…

    • Chihiro Says:

      Przeczytałam całą recenzję pani Kruczkowskiej i pojawiło się pytanie do Ciebie, Logosie: dlaczego przeczytałeś tę książkę po polsku, a nie angielsku? Szczególnie, że tłumaczenie, jak pisze Kruczkowska, jest takie słabe.

      • Logos Amicus Says:

        Tłumaczenie jest słabe w opinii pani Kruczkowskiej, ale mnie trudno się z tym zgodzić. Książkę czytało mi się bardzo dobrze – styl nie jest męczący (jak to niekiedy bywa w tego rodzaju historyczno-politycznych publikacjach), wszystko podane jest dość jasno i klarownie a tłumaczenie wg mnie jest na takim poziome, że nie zapewne błyskotliwości autora oryginału.

        Znam inną opinię o tym tłumaczeniu. Oto ona:
        „Podziw budzi też jakość polskiego przekładu. Stwierdzam z całą odpowiedzialnością, że miałem do czynienia z niewieloma książkami, w których tłumaczenie stałoby na takim samym czy wyższym poziomie. Zarówno pod względem merytorycznym, jak i językowym autorzy przekładu zasłużyli na ocenę bardzo dobrą – z dodatkowym plusem za przypisy merytoryczne regulujące drobne niedociągnięcia ze strony autora i obszerne wyjaśnienie zasad chińskiej wymowy (choć z konieczności tylko ich podstaw).”

        Przyznam, że przykład jaki podaje pani Kruczkowska na rzekome kiepskie tłumaczenie, jest trywialny i chyba jednak niepoważny:
        „Dobrze, że wydano jego „Chiny”, szkoda tylko, że w nieudolnym tłumaczeniu. Przepadło w nim sporo z genialnej zwięzłości Brytyjczyka. A miejscami ma się wrażenie, że szacowne wydawnictwo Znak oszczędziło też na redaktorze. „Stir fried nation”, czyli Chińczycy, to w tym tłumaczeniu naród „duszony na wolnym ogniu”. Jak wie każdy, kto jadł w chińskiej restauracji, „stir fry” polega na smażeniu potrawy w wysokiej temperaturze na woku przy jednoczesnym mieszaniu jej.”

        Moim zdaniem tak zredagowana uwaga w rzetelnej skądinąd recenzji jest niedopuszczalna. Kruczkowska pisze bowiem cały swój tekst z sensem, a tu raptem na finał serwuje nam taki klops (tylko po to, żeby się pochwalić, że miało się dostęp do oryginału, zna się angielski i że się wie, co to jest „stir fry” ? ;) … no dobrze, żartuję :) )
        Poza tym „Znak” jest jednak renomowanym wydawnictwem, które raczej nie pozwala sobie na buble, zwłaszcza w przypadku tak monumentalnej pozycji.

        * * *
        Dlaczego nie czytałem „Chin” w oryginale?
        Z kilku powodów:
        – językiem angielski zacząłem sie posługiwać dość późno (przy okazji mogę zdradzić, że nie brałem w życiu ani jednej lekcji angielskiego ), więc czytam w tym języku znacznie wolniej niż po polsku – przez co studiowanie książki Fenby’ego, która jest opasłym tomem, zajęłoby mi pewnie z miesiąc
        – książkę tę zobaczyłem (przypadkowo) w jednej z krakowskich ksiągarń, więc nie chciało mi się już bawić z szukaniem oryginału, tym bardziej, że od razu miałem ochotę na jej lekturę

        • Chihiro Says:

          Dziękuję Logosie za wyjaśnienia – książki nie czytałam w żadnym języku, więc nie wypowiadam się na temat tłumaczenia i teraz widzę, że opinie są podzielone.

          Wolniejsze czytanie książki wcale nie musi być takie złe :))) Zresztą wiesz na pewno, że najpierw czyta się wolno, a z czasem nabiera się wprawy i prędkości :)

  13. jula Says:

    Czy ktoś z zewnątrz może aż tak znać Chiny , to zawsze będzie punkt widzenia ograniczony i przefiltrowany przez jego kulturę . I to wszystkie punkty odniesienia :) Czy ta demokracja zachodnia z początku XXI wieku wypracowana przez lata nie tylko na drodze pokojowej jest jedyna , słuszna i prawdziwa , czy może jest inna alternatywa i to coś mogą zaoferować właśnie Chiny.

    Napisałeś Logosie, że Chińczycy mają się dobrze w USA ale to raczej duże getta. Czy Oni zaistnieli, czy mogli zaistnieć w administracji państwa USA . Czy są we władzach tego demokratycznego państwa na różnych szczeblach , czy jak Turcja w Europie z racji swojej inności religijnej i kulturowej , nadal nie maja szans ;) ?….

    • Chihiro Says:

      Julo, a co to znaczy dokładnie „ktoś z zewnątrz”? Podam przykład mojej dobrej koleżanki: pochodzi z Bangladeszu, ale do szkoły średniej chodziła w Hongkongu. Studiowała sinologię, świetnie zna chiński i chińską kulturę, mieszkała w Chinach przez rok, teraz jest dyrektorem kulturalnym do spraw strategii na Chiny w jednej z najbardziej renomowanych agencji reklamowych świata. Jeździ do Chin bardzo często i planuje zamieszkanie tam. Czy można o niej powiedzieć, że jest osobą z zewnątrz? A ludzi z małżeństw mieszanych, np. amerykańsko-chińskich? Zapominasz, że masa ludzi na świecie nie jest wychowywana w jednej kulturze, w takich krajach jak USA czy Wielka Brytania w dużych miastach styczność z jedną kulturą to rzadkość.

      Pozwól, że odpowiem na pytanie o istnienie Chińczyków w administracji USA za Logosa. Przede wszystkim mówimy tu o Amerykanach chińskiego pochodzenia, nie Chińczykach, którzy są w USA od niedawna, bo ci nie mogą zajmować wysokich szczebli w rządzie. Jeśli zaś chodzi o Amerykanów chińskiego pochodzenia, jak najbardziej są we władzach swojego kraju, oto notka z wikipedii:

      In recent decades, many Chinese Americans have started pursuing careers in politics and succeeded in getting elected and/or appointed into political office. In particular, several prominent Chinese Americans have in recent years served as members of the President’s cabinet and other federal offices. Elaine Chao became the first Chinese American cabinet member in American history when she was appointed in 2001 to serve as Secretary of Labor under President George W. Bush, a position she held until 2009; she also was the first female Asian American to serve in a cabinet post in American history. In addition, Gary Locke became the first Chinese American governor when he was elected to this position for the state of Washington. He currently serves as Secretary of Commerce. Steven Chu became the first Chinese American Secretary of Energy. Judy Chu became the first Chinese American woman elected to Congress as the Representative for California’s 32nd district on July 15, 2009. Others include Mike Eng, Hiram Fong, Daniel Akaka, March Fong Eu, Matt Fong, Thomas Tang, Norman Bay, Leland Yee, John Liu, Charles Djou, David S. C. Chu and David Wu.

      • jula Says:

        „Studiowała sinologię, świetnie zna chiński i chińską kulturę, mieszkała w Chinach przez rok, teraz jest dyrektorem kulturalnym do spraw strategii na Chiny w jednej z najbardziej renomowanych agencji reklamowych świata. Jeździ do Chin bardzo często i planuje zamieszkanie tam. Czy można o niej powiedzieć, że jest osobą z zewnątrz?… „
        Myślę, że przypadku tej koleżanki, dopiero te kilka lat, jeżeli zamieszka w Chinach, spowoduje ,że będzie wewnątrz. ;)
        Dzięki za pełna informacje o Chińczykach a właściwie o Amerykanach chińskiego pochodzenia, którym się udało zrobić karierę w administracji państwowej USA :D
        Myślę, że USA bardzo się zmieniło na przestrzeni ostatnich lat !… To co było nie do pomyślenia jeszcze w latach 60-tych , już jest możliwe .
        Były i małżeństwa mieszane np. amerykańsko -Irańskie, które się sprawdzały ale tylko poza granicami państw muzułmańskich . Zresztą np. polsko – „arabskie” też!… Chodzi mi o to ,że ta różnica kulturalna jest nie dla wszystkich do przeskoczenia i to z różnych powodów. „Logos” pamięta „Heliskę”, młoda polska uczona realizująca się, na uczelni amerykańskiej w bardzo różnorodnym towarzystwie kulturowym . Pisała ona ,że miała problemy z Hindusem, który ni jak nie potrafił się dostosować do nowych obyczajów i musiał zmienić uczelnie a nawet wrócić do swojego kraju :( …
        Pozdrawiam, myślę ,że w tych małżeństwach „mieszanych kulturowo” zawsze któreś bardziej się dostosowuje do drugiej osoby.
        Dlaczego nadal są np. w USA te getta „kulturowo – narodowe ” ?….
        Dlaczego Turcja nie jest pełnym członkiem Unii mimo bardzo długiego stażu oczekiwania ! ..?

        • Chihiro Says:

          Ja mam odmienne zdanie na temat mojej koleżanki, już mieszkała w Chinach, już jest specjalistką od chińskiej kultury, już jeździ po świecie i daje wykłady starszym od siebie na temat niuansów chińskiej kultury i rynku. I słuchają jej z szacunkiem i uwagą nawet Chińczycy. Z kolei znam osoby, mieszkające wiele lat w danym kraju, które zupełnie go nie znają. Niekoniecznie trzeba gdzieś mieszkać, by uchodzić za osobę „z wewnątrz”.

          Małżeństwa amerykańsko-irańskie sprawdzały się i w Iranie, czytałam zbiór reportaży i jeden z nich poświęcony był właśnie temu. Inna kwestia, to że Twoje lub moje rozumienie „sprawdzać się” może być odmienne od postrzegania samych zainteresowanych…

          Julo, wiesz, pół biedy gdy małżeństwa mieszane są tego typu, że jedna osoba jest z jednej kultury, a druga z innej. A co jeśli – przykład z życia – kobieta ma pochodzenie 50% japońskie, 25% włoskie i 25% brazylijskie, a mężczyzna 50% szwedzkie a 50% indyjskie? I żyją w Londynie? Jaką kulturę ma „wyznawać” ich dziecko? Tu trzeba sobie samemu ustalić własny kod zachowań, własną kulturę, będącą zlepkiem wielu innych. Tak jak to zrobiły Stany Zjednoczonone :) Takich par jest coraz więcej, kilka tygodni temu „New York Review of Books” pisał, że znacząco wzrasta liczba osób (w USA wynosi obecnie 3%), które w formularzach zaznaczają wszystkie trzy opcje na określenie koloru skóry: white, black, Asian. I tak naprawdę znani intelektualiści zajmujący się tematyką tożsamości czy pisarze twierdzą coraz liczniej, iż pytanie o pochodzenie, próby zaszufladkowania własnej kultury to przeżytek, coraz więcej osób (mogę potwierdzić z doświadczenia rozmów z wieloma osobami) w ogóle nie uznaje za istotne analizować to, wolą skupić się na czymś ważniejszym.

    • Logos Amicus Says:

      Widzę, że Chihiro uprzedziła mnie z odpowiedzią dla Juli.
      Chciałbym tylko przypomnieć, że Chińczycy w Stanach mieszkają oczywiście nie tylko w gettach. Radzą sobie bardzo dobrze i w większości stanowią tzw. „upper middle class”. Oprócz tego, dzieci i młodzież pochodzenia chińskiego należy do najbardziej zdolnych (i pracowitych) amerykańskich uczniów (kroku dotrzymują im – jeśli chodzi o Azjatów – zwłaszcza Japończycy).
      To, że obecnym amerykańskim ministrem handlu (Secretary of Commerce) jest Gary Locke, były gubernator stanu Waszyngton, którego rodzice urodzili się w Chinach, na pewno sprzyja rozwojowi handlu między USA a Chinami.

      • Chihiro Says:

        Podobnie świetnie radzi sobie młodzież chińska w Wielkiej Brytanii. Studenci chińscy i indyjscy statystycznie częściej dostają się na wyższe uczelnie niż biali. Osiągają też lepsze oceny i są najbardziej pracowici. Generalnie imigranci chińscy i indyjscy należą do osiagających największe sukcesy. Ci, którym wiedzie się najgorzej to imigranci irlandzcy, bangladescy i karaibscy.

  14. REM Says:

    Autorem równie ciekawej recenzji jest Krzysztof Burnetko („Polityka.pl”):

    „Główną cechą tamtejszych ekip rządzących pozostaje bowiem autokratyzm czerpiący z modelu cesarskiego. Więcej: aby utrwalić swą władzę, kierownictwo państwa musi nieustannie prowadzić grę z politycznymi i gospodarczymi grupami interesów. Hermetyczny charakter chińskiej struktury politycznej potęguje tę presję i, co najważniejsze, na dłuższą metę uniemożliwia efektywne rządzenie. W perspektywie długookresowej polityczny realny ustrój polityczny Chin i panujący tam porządek społeczny prawdopodobnie okażą się więc trudne do utrzymania.

    Do wniosków takich doszedł brytyjski dziennikarz i historyk Jonathan Fenby, próbując odpowiedzieć na pytanie o zasadność prognoz tyczących dominującej roli Chin na politycznej i gospodarczej mapie świata.

    Ogłoszona przez Fenby’ego monumentalna historia Chin ostatniego stulecia (a w zasadzie okresu od 1850 r. aż po dziś) jest bowiem nie tylko kroniką – błyskotliwie skądinąd napisaną – tego czasu, ale też politologiczną jego analizą.

    Fenby nie ulega przy tym częstej wśród sinologów bezkrytycznej fascynacji przedmiotem badań. Pisze wprost o łamaniu w Chinach praw człowieka i innych przejawach zamordyzmu reżimu. Więcej: podkreśla, że „całkowicie nietrafione” okazały się przewidywania, jakoby skutkiem wzrostu gospodarczego musiała być demokratyzacja i „polityczne otwarcie” systemu władzy. Społeczeństwo jest wciąż „duszone na wolnym ogniu” (to metafora autorstwa samych Chińczyków). Przeprowadzane na poziomie wiosek wybory są zwykle wyreżyserowane, a na wyższych szczeblach w ogóle nie ma o nich mowy. Jeśli o demokracji rozprawiają komunistyczni przywódcy, to chodzi im wyłącznie o mechanizmy wewnątrzpartyjne i podniesienie skuteczności aparatu. A jeśli nawet do instytucji państwowych trafiają świetnie wykształceni technokraci, to o rzeczywistej karierze wciąż decyduje przynależność do partyjnej nomenklatury.”

    Więcej…

  15. jula Says:

    Ekonomia a raczej statystyka dzisiaj jest na korzyść Chin .
    „W 2001 roku, gdy Chiny przyjęto do Światowej Organizacji Handlu, powędrowała tam nie tylko produkcja tekstyliów, odzieży i mebli, ale także stali, obrabiarek i części samochodowych, programów komputerowych i aparatury lotniczej. W pierwszym kwartale 2011 r. w amerykańsko-chińskim handlu sprzętem wysokiej technologii Ameryka odnotowała 24-miliardowy deficyt – nie dlatego, że Chiny dokonały tak rewolucyjnego skoku, ale dlatego, że są to towary wytwarzane w Chinach przez firmy amerykańskie. Gdy dogorywał ZSRR, 18 proc. Amerykanów pracowało w przemyśle; dziś pracuje 9 proc. Zanim Fraklin D. Roosevelt stworzył programy robót publicznych, aby złagodzić skutki Wielkiego Kryzysu lat 1929-33, Amerykanie tracili pracę, która prędzej czy później wracała. Miejsca pracy, które tracą dziś, nigdy nie wrócą. ”

    Tutaj cały artykuł –> http://wyborcza.biz/biznes/1,101716,9645271,Kustykajace_mocarstwo.html ? …

    • Logos Amicus Says:

      Stany Zjednoczone są teraz w kryzysie, zaś Chiny w gospodarczym rozkwicie – trudno jest więc te kraje ze sobą obecnie porównywać, gdyż te stadia, w których się one aktualnie znajdują, są nietypowe, specyficzne i niezwyczajne.
      Będzie to możliwe dopiero wtedy, kiedy sytuacja w obu tych krajach się unormuje.

      Ale, oczywiście wszem i wobec wiadomo jak bardzo się te kraje od siebie różnią

  16. jula Says:

    Z pewnością masz racje logosie – poczekamy zobaczymy ;)
    Tylko, że „Choć gospodarka USA mocno kuleje, to giełda ma się całkiem dobrze, bo losy amerykańskiego pracownika i giełdy jakiś czas temu całkiem się rozeszły. Gdy Amerykanie tracą pracę, to często dlatego, że miejscowe firmy przenoszą się w tańsze tereny, by więcej zarobić. A giełdę interesują zyski, a nie miejsca pracy. // i „Co by dały Chiny lub Rosja, aby mieć Dolinę Krzemową, a Niemcy za uczelnie amerykańskiej klasy? Na sporządzonej przez Chińczyków liście 20 najlepszych uniwersytetów na świecie w 2010 roku 17 to uczelnie amerykańskie. Dlatego tam nagminnie studiują Chińczycy!!! ” // Ponadto … „Ameryka ma więc wciąż wiele atutów. Ale też masę problemów, których rozwiązanie nie będzie ani szybkie, ani bezbolesne. Kiepsko sobie z nimi radzi system polityczny, coraz bardziej zależny od gigantycznych pieniędzy, coraz bardziej podatny na wpływy grup interesów i partykularyzmy, a nie interes publiczny, szybkie zyski, myślenie długofalowe. W 2008 roku wydano oficjalnie na lobbing 3,97 mld dol. – ponad dwukrotnie więcej niż dziesięć lat wcześniej. Przykład z ostatnich dni: koncerny naftowe znów zanotowały rekordowe zyski. Wydawałoby się, że to niezły moment, aby wyeliminować ich przywileje podatkowe, zwłaszcza w obliczu ogromnego deficytu. Senat właśnie głosował nad propozycją Demokratów, aby cofnąć pięciu największym firmom naftowym subsydia w wysokości 21 mld dol. w najbliższej dekadzie. Do przyjęcia tej zmiany trzeba było dwóch trzecich głosów. Zabrakło kilku głosów.”

    Celowo to wypunktowałam, bo to niejako odpowiedz na nasze pytania!!! …

    Z drugiej strony – „Europa może być silna gospodarczo, ale nie potrafi mówić jednym głosem. Ani Japonia, ani Rosja w dłuższej perspektywie nie mogą marzyć o statusie dominującej potęgi, choćby ze względu na demografię. Chiny i Indie, przy całej swej zdumiewającej dynamice, przez co najmniej dwie generacje pozostaną biednymi krajami.” !!!

    Czyli co?… Na razie bez obaw Logosie – Ameryka nadal ma szczególne miejsce na politycznej i gospodarczej mapie świata – jeszcze jest nr.1. :D ))) ;)

    • Chihiro Says:

      Julo, ze studiującymi Chińczykami to nie taka prosta sprawa, że studiują w USA tylko dlatego, że tam są najlepsze uczelnie. Jeśli ktoś chce robić karierę np. w rządzie chińskim to najlepsze bezsprzecznie są uczelnie chińskie. Zresztą sporo chińskich uczelni jest w pierwszej setce najlepszych uczelni. Uczelnie zachodnie (masa Chińczyków studiuje też w Anglii, widzę to na co dzień mieszkając blisko dwóch bardzo dobrych londyńskich uniwersytetów) są świetne, bo oferują wysoki poziom, ale też łatwiej jest się na nie dostać niż na chińskie (na chińskich wciąż przydają się koneksje). Wielu studentów mówi też, że uczelnie zachodnie są bardziej zrelaksowane, że nauka na nich to luz, podczas gdy na chińskich uniwersytetach rygor i dyscyplina.

  17. jula Says:

    Tu chodzi o najnowocześniejsze technologię. Heliska pokazała różnice w laboratoriach, w uczelni, w której pracowala w USA , a tym co miała w Polsce. Tam uczelnie są , tak ona twierdziła, niejako sponsorowane przez duże firmy. Po prostu uczelnie wykonują w ramach badań dla tych firm , jakieś „eksperymenty na zlecenie. Ona np. zajmuje się genetyką roślin, i jej uczelnia ma z tych badań z tych umów duże pieniądze . Można by zrobić statystykę na jakich kierunkach w SA, ci Chińczycy studiują !… Czego to Chiny zazdroszczą Amerykanom ?…. ” „Co by dały Chiny lub Rosja, aby mieć Dolinę Krzemową ” :D ))) PA! ..
    Toż to „wykradanie technologi”. Polscy inżynierowie, z Katowic opowiadali, jak to Chińczycy u nich mieli praktykę na uczelni i nie tylko, a oni pracowali nad jakimś „wynalazkiem, jakąś maszyna” potem na międzynarodowych targach okazało się , że Chińczycy tę maszynę oferowali do sprzedaży, gdy u nas ciągle była w badaniach. Coś tam usprawnili, zmienili i poszło w świat pod ich „marką ” i dużo, dużo taniej ….

    W końcu cały świat zalewają ich, Chińczyków tanie produkty !!!… Tak jest w Polsce, tak jest w Europie, a ludzie bez pracy, mniej pieniędzy, to co przy zakupach wybierają – tańsze artykuły ?…. Tak jest i w dalekiej od Polski Australii, wiem bo blogerka stamtąd się żaliła . ;) :D …

    Sorry za ten prosty populizm, ale to po prostu dzisiejsze realia i rzeczywistość , niestety dla nas …. :(

    Jak ta rywalizacja ekonomiczna w przyszłości będzie wyglądać – nie wiem . ?….
    Pa! :D )))

    • Deus ex Machina Says:

      Jako komentarz do powyższego filmu, pozwolę sobie zamieścić tu fragmenty materiału, jaki znalazłem na stronie tworu mieniącego się „polską organizacją trzecioświatowego maoizmu”, albo inaczej: Organizacją Czerwonej Gwardii.
      Deklarowana tam ideologia warta byłaby może tylko śmiechu, gdyby nie rzeczywisty horror jaki wyłania się z głoszonych tam tez.
      Oto próbka z artykułu „He Jiesheng – Krytyka He Longa”.
      OCG pisze:

      „Poniższe przemówienie jest fenomenalnym źródłem historycznym, dającym obraz klimatu, który panował w czasie, gdy ludzkość stawiała największy krok ku komunizmowi – w czasie Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej.
      Krytykanci i metafizycy widzą w klimacie tamtych dni wyłącznie dogmatyczny kult jednostki i „szaleństwo” na punkcie cytatów z Przewodniczącego Mao. Do spółki z burżuazyjnymi historykami nazywają Rewolucję Kulturalną „apogeum kultu Mao”. Lecz to właśnie ci, którzy tak mówią wykazują się dogmatycznym, metafizycznym podejściem do rzeczy. Uważają, że machanie czerwoną książeczką jest pozbawione treści i mówią o tym jako o zaślepieniu chińskich mas propagandą.
      Ci „badacze” nie zauważają, że był to genialny przykład wdrożenia polityki do działania, nadania działaniu chińskich mas wektora i celu. Kult Mao – nie był wcale kultem Mao, lecz formalnym wyrazem poparcia chińskich mas ludowych dla linii, którą reprezentował Przewodniczący Mao – przedstawiciel tych, którzy kroczyli drogą socjalistyczną. Cytaty z Mao nie były ponadto obiektem bezmyślnego, dogmatycznego powtarzania (chociaż nie ukrywamy, że ta zła praktyka miała także miejsce), lecz były obiektem licznych dyskusji, czerwonogwardziści dążyli do sprawdzenia ich prawdziwości w praktyce. Miały charakter wytycznej działania. A przecież marksizm – to także wytyczna działania. I każdy kto przeczytał Wyjątki z Dzieł Przewodniczącego Mao – potwierdzi ten fakt.
      Druga rzecz, którą warto odnotować to fakt, że przeciwko błędnej linii, której przedstawicielem był m.in. He Long – występuje jego własna córka. Świadczy to o potędze Rewolucji Kulturalnej, o jej skuteczności.
      Bowiem w Chinach początku XX wieku, a także i w późniejszym okresie pokutował ciągle (nawet mimo Ruchu 4 maja) konfucjanizm, którego jednym z założeń było poszanowanie dla rodziców, niezależnie od wszystkiego. He Jiesheng nazywa zaś swojego ojca otwarcie – „zdrajcą”, gdyż sprzeciwił się on linii mas, linii socjalistycznej. Polityka i kolektyw zastępuje stare powiązania rodzinne i formalne. Rewolucja Kulturalna walczyła ze starą kulturą, starymi nawykami i przyzwyczajeniami. I poniższe wystąpienie poświadcza skuteczność tej walki.”

      Następnie przytoczone jest przemówienie córki szkalującej ojca. Oto jego fragmenty:

      „Jest szczególnie zadowalające, że wywlekliśmy obecnie na światło dzienne antypartyjnego i kontrrewolucyjnego rewizjonistę He Longa, który usiłował zdobyć władzę w armii. Stojąc twardo po stronie partii i Przewodniczącego Mao oraz rozliczając się wszechstronnie ze zbrodniami He Longa, domagam się, aby charakter jego działalności zakwalifikować jako potrójnie anty. Ofiaruję uroczyście moje życie w obronie kierowniczej partii i Przewodniczącego Mao.”
      (…)
      „He Long zapytał mnie, jakie rzeczy zabieram ze sobą. Powiedziałam mu, że zabiorę wszystkie cztery tomy „Dzieł wybranych” Mao Zedonga oraz Cytaty z prac przewodniczącego Mao i że będę je czytać w każdej wolnej chwili. He Long odpowiedział mi stanowczym tonem: „Powinnaś zabrać ze sobą książkę «O wychowaniu komunisty». Taki młody członek partii komunistycznej jak ty powinien uważnie studiować dzieła przewodniczącego Liu. Po prostu nie możesz nie czytać jego dzieł!”. Powiedział to w taki sposób, aby dać mi do zrozumienia, że nie powinnam czytać dzieł Przewodniczącego Mao. Czy nie świadczyło to aż nazbyt wyraźnie, że He Long jest przeciwko twórczemu studiowaniu i realizowaniu dzieł Przewodniczącego Mao?”
      (…)
      „He Long, który był kiedyś wielkim bandytą, prowadził życie mocno cuchnące burżuazyjnym odorem.
      He chodził na spacer co najmniej dwa lub trzy razy dziennie w towarzystwie swojej żony, sekretarza, pielęgniarki i strażników.
      Jako wicepremier Rady Państwowej i członek Biura Politycznego KC, He Long troszczył się bardzo o małpy i psy. W rzeczywistości nie różni się on niczym od wielkich kapitalistów „wolnego” świata na Zachodzie, którzy właściwie nic nie robią przez cały dzień, tylko bawią się z ich wypieszczonymi zwierzętami.
      Ten bandycki przywódca zwany He Longiem popełnił wszystkie rodzaje przestępstw i wołających do nieba o pomstę zbrodni przeciwko ludowi. Musimy obalić tego do cna zgniłego rewizjonistę. Przewodniczący Mao uczy nas: „Wróg nie zginie sam. Ani chińscy reakcjoniści, ani agresywne siły amerykańskiego imperializmu w Chinach nie zejdą dobrowolnie ze sceny historii”.
      Chociaż wywleczono na światło dzienne He Longa – element potrójnie anty – on się nie podda. Dlatego powinniśmy tłuc wściekłego psa miotającego się w wodzie i ścigać chwiejącego się wroga, bijąc go z całej siły, ze stanowczą wolą obalenia go i całkowitego zdyskredytowania!”

      Całość TUTAJ

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/05/cultural_revolution.jpg?w=780
      Scena z publicznych seansów nienawiści urządzanych masowo podczas rewolucji kulturalnej Mao: „Walka z tymi, którzy są u władzy, a którzy kroczą drogą kapitalistyczną”

  18. Lukasz Sarek Says:

    Logosie, gratuluję interesującego bloga. Korzystając z zaproszenia pozwolę sobie dołożyć kilka komentarzy do dyskusji
    Jeśli chodzi o ocenę jaką Fenby wystawia Mao – moim zdaniem Mao nie był miernotą, jaka wypłynęła na powierzchnię wyłącznie dzięki sprzyjającym okolicznościom i sprytowi. Był bardzo skutecznym i sprawnym politykiem totalitarnym, który umiejętnie budował swoją pozycję polityczną i korzystał z władzy jaką zdobył. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy z lat 20-tych i 30-tych z którymi budował partię komunistyczną, dostrzegł że jedyną szansą na zdobycie i utrzymanie władzy w Chinach jest oparcie się na chłopstwie a nie miejskim proletariacie. Komuniści w Chinach zdobyli władzę dzięki poprowadzeniu umiejętnej akcji propagandowej i zdobyciu zaplecza wśród ludności wiejskiej.
    Rewolucja kulturalna, jaką rozpętał powiodła się głównie dzięki doskonałemu wyczuciu nastrojów społecznych i odpowiedniemu wykorzystaniu frustracji młodych ludzi, która spowodowane trudną sytuacją gospodarczą korupcją w szeregach partii i brakiem perspektyw. Mao idealnie odczytał nastroje młodzieży i bezwzględnie wykorzystał w walce politycznej. To tylko kilka przykładów. Wielki Sternik popełnił wiele błędów gospodarczych (Wielki Skok, kampanie przeciw szkodnikom itd), które kosztowały życie dziesiątki milionów ludzi ale mimo tych błędów skutecznie przez dziesięciolecia utrzymywał się przy władzy wbrew opozycji wielu członków partii.
    Nie był geniuszem ale zdecydowanie nie był też przeciętniakiem. Dyktator totalitarnego państwa, dla którego najważniejsze było utrzymanie przy władzy siebie i posłusznej sobie partii komunistycznej, bez względu na koszta. Cel osiągnął – umarł jako absolutny władca Chin a KPCh do dziś utrzymuje się u władzy.
    Świetny portret Mao jako polityka można znaleźć w książce J. Bayera i W. Dziaka. „Mao. Zwycięstwa nadzieje i klęski”.

    • Logos Amicus Says:

      Oczywiście, że Mao nie był przeciętniakiem już choćby z tego powodu, że zdobył (i przez dziesiątki lat utrzymywał) władzę absolutną i to nad najliczniejszym ludem świata.
      Ale też wiele jego cech to są cechy tzw. „małego człowieka”.
      Przy ocenie Ma o ważna jest jednak perspektywa, z jaką się na niego patrzy, a takich może być wiele. Jeśli ocenia się jego skuteczność polityczną, to ona niektórym może (nawet i dzisiaj) imponować. Jeśli patrzy się na jego „osiągnięcia” w sferze ekonomicznej, to jednak już tutaj może się nam włos na głowie zjeżyć (przecież wiele jego decyzji ekonomicznych, zwłaszcza z okresu tzw. „Wielkiego Skoku”, to są czyste idiotyzmy i absurdy). Już nie mówię o tym, jak ten człowiek prezentuje się, kiedy ocenimy go w kategoriach moralnych (humanistycznych i etycznych), bo tutaj prezentuje się on dość potwornie.

      Nie do końca rozumiem, co masz na myśli pisząc, że „rewolucja kulturalna powiodła się”. Mam nadzieję, że nie spustoszenie chińskiej tradycji i kultury, rozmiar zbrodni i ludobójstwa, ideologiczny obłęd i potworne szaleństwo jakie ogarnęło wówczas chińskie „masy”. Może więc mówisz o „powodzeniu” rewolucji kulturalnej, kiedy się weźmie pod uwagę osiągnięcie celu, jaki sobie postawił Mao: bezwzględną eliminację swoich (rzeczywistych i domniemanych) oponentów? Tak, to się Mao powiodło.

      Zresztą, jak wiele innych potworności i gwałtów serwowanych sobie wzajem przez ludzi, także i rewolucja kulturalna niejako otworzyła drogę do przemian, jakie zaczęły następować w Chinach, kiedy do władzy doszedł Deng Xiaoping (ale to akurat trudno uznać za zasługę kulturalnej rewolucji).
      I jeszcze jedno: sama nazwa rewolucja „kulturalna” sprawia wrażenie jakiejś absurdalnej, monstrualnej wręcz ironii – trudno bowiem znaleźć w historii całej ludzkości równie barbarzyńskiego potraktowania kultury (a wraz z nią reprezentujących ją ludzi), niż to miało miejsce w Chinach w latach 1966 – 76.

      Dziękuję za zabranie głosu i pozdrawiam.

  19. Deng Deng Says:

    Warto chyba tu przytoczyć słowa chińskiego pisarza Wang Menga: „można wygłosić bardzo wiele opinii o Chinach i wszystkie one będą prawdziwe: sprawy idą w dobrym kierunku albo sprawy idą w złym kierunku. Chiny są krajem dość rozwiniętym, a jednak także słabo rozwiniętym. W Chinach jest tak wiele luksusowych hoteli, centrów handlowych, domów towarowych i restauracji… a mimo to można równocześnie powiedzieć, że Chiny są jednym z najbiedniejszych krajów świata”.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s