AMERYKA – UPADEK MITU I SENTYMENT

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXIV)

.

zapiski notatki kajet notes

.

      Dobrze jest popatrzeć na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych z perspektywy państw arabskich, afrykańskich, południowo-amerykańskich… I to z perspektywy nie tyle polityków, co zwykłych ludzi. Można by wtedy znacznie więcej zrozumieć z tego, co dzieje się na świecie – i nie mylić np. skutków z przyczynami, jak to się nagminnie dzieje w Ameryce, gdzie ludzie dziwią się, kiedy spotykają się z niechęcią, a czasem nawet i z nienawiścią ze strony mieszkańców innych krajów.
No, ale politykom zależy tylko na forsowaniu własnego punktu widzenia, bo to zwiększa ich skuteczność. Wszystko to bowiem przypomina próbę sił (a ta zwykle niewiele ma wspólnego z refleksją).
Sekretarz Stanu Kerry wpadł wczoraj na pomysł pokazania senatorom, kongresmenom i publice video z konwulsjami ofiar zatrutych sarinem. To jest najgorszy cynizm, bo odbywający się pod płaszczem humanitaryzmu. I, niestety – jedno z fundamentalnych zagrań wojennej propagandy. Ja poradziłbym mu, żeby pooglądał sobie dzieci palestyńskie spalone żywcem przez biały fosfor użyty przez armię izraelską podczas agresji na Gazę, kilka lat temu.

*

      To prawda:, największe militarne potęgi odeszły od „broni” chemicznej, bo ta stała się po prostu „bronią” zbyt prymitywną (no i oczywiście dlatego, że była ona wybitnie a-humanitarna – yeakh!). Opracowuje się więc „broń” znacznie bardziej wyrafinowaną, zaawansowaną technicznie – a wiadome korporacje zarabiają na tym „postępie” krocie (na „broni” chemicznej też wcześniej zarobiły, ale ona wyszła z mody i stała się przestarzała; no a teraz zarobić teraz na jej likwidowaniu).
Natomiast tą nowoczesną, zaawansowaną technologicznie „bronią” zabija się już bardziej wyrafinowanie i humanitarnie, tudzież zgodnie z tzw. międzynarodowym prawem.

*

      To prawda – Obama (oficjalnie) skończył z torturami, ale jednak zezwolił na ataki dronów, w których giną przypadkowi ludzie, a nawet obywatele USA (prezydent podpisał stosowny akt zezwalający na to). Zamienił więc stryjek siekierkę na kijek: bo ataki dronów dokonywane na terytoriach obcych państw są jednak przestępstwem, a zabijanie niewinnych ludzi jest jednak – jak by na to nie patrzeć – morderstwem.
Wie o tym Obama, dlatego kiedyś się przyznał do tego, że ofiary ataków z dronów będą go prześladować do końca życia.

*

      Słynna już, bo wiralnaTyrada Jeffa Danielsa w serialu The Newsroom) robi wrażenie. (Nic dziwnego, bo przecież napisał ją Aaron Sorkin.)
To wygląda na prowokację, ale w rzeczywistości jest oczywistością. Te „najbardziej szczere trzy i pół minuty w historii amerykańskiej telewizji” (określenie trochę jednak na wyrost) stały się internetowym przebojem. Ale jak się tak w to wsłuchać, to jest w tej mowie Danielsa zawarta pewna schizofreniczność: pierwsza część to brawurowa prowokacja wygarniająca zszokowanej publiczności to, że Ameryka nie jest (już) najwspanialszym krajem na świecie (najdziwniejsze jest dla mnie to, że ci ludzie są tym zdziwieni – może nawet właśnie zszokowani); natomiast część druga to jakby powrót do idealistycznego bullshit, który tak naprawdę rzadko w amerykańskiej rzeczywistości się sprawdzał (choć rzeczywiście były w historii Stanów Zjednoczonych momenty, kiedy owe ideały traktowano poważnie.

*

      Wydaje się nam, że jesteśmy bardziej teraz bardziej cywilizowani – bardziej świadomi tego, co robimy, niż dajmy na to – w XVII czy XIX wieku, kiedy to hordy kolonistów zalewały ziemie należące do „barbarzyńców”, kiedy podbijało się (kolonizowało) tzw. Trzeci Świat – a wszystko oczywiście w imię niesienia im wspaniałej europejskiej cywilizacji (podczas gdy chodziło wyłącznie o ich eksploatację – o to, by się wzbogacić).
Czy dzisiaj nie robi się tego samego?
Czy oprócz garstki ludzi ktoś protestuje np. przeciw zabijaniu niewinnych ludzi dronami (i to na terenie obcego, a suwerennego niby państwa), jak robią to Stany Zjednoczone (odpowiada za to osobiście Obama, ponieważ sam własnoręcznie podpisuje wyroki śmierci na ludziach wybranych arbitralnie przez jakichś tam urzędników i zabijanych jako terrorystów – choć opiera się to przeważnie na poszlakach, a w atakach tych większość ofiar stanowią ludzie, którzy przypadkowo znaleźli się w pobliży „targetu”, czyli cywilna ludność, którą raczej trudno uznać za śmiertelnych wrogów, zagrażających USA).
Zabija się dziś bezprawnie ludzi w biały dzień, dosłownie na oczach całego świata (bo kto chce o tym wiedzieć, to będzie wiedział), ale nic się z tym nie robi, bo za Obamą stoi siła największej potęgi gospodarczej i wojskowej świata, z którą przywódcy i politycy świata zachodni nie chcą zadzierać.
Dzieje się to na szerszą skalę choćby w Afganistanie, gdzie prowadzi się bezsensowną wojnę, w którym rządzi skorumpowany do cna (w dużej części przez Amerykanów) rząd i gdzie podsyca się tylko wojnę domową, która wydaje się nie mieć końca (bo przecież wszystkich talibów nie da się zabić, tak jak nie dało się zlikwidować komunizujących Wietnamczyków, którzy w końcu wojnę z Ameryką wygrali i do dzisiaj rządzą krajem.)

*

       Pisząc w jednym z artykułów o 99% żołnierzy przerobionych w maszyny do zabijania, miałem na myśli tzw. „mięso armatnie”, w jakie zwykle zamieniani się ludzie służący w wojsku podczas wielkich kampanii i bitew – w warunkach bojowych (ot, choćby takie Verdun czy Stalingrad).
Powinienem to uściślić. Bo to nie jest tak, że ja nie dostrzegam człowieka pod żołnierskim mundurem. Współczuję tym chłopakom, których wysyła się na bezsensowne wojny, mieszając im wcześniej w głowach (poddając ich właśnie tresurze), wykorzystując ich naiwność i często zwykłą biedę. Zdecydowana większość z nich dopiero na wojnie uświadamia sobie to, w co się wpakowała, ale wtedy już jest za późno. Więc zabijają jak maszyny, albo załamują się – albo jedno i drugie. I w większości wracają do domu (jeśli akurat nie zostaną zabici) jako psychiczne (a często i fizyczne) wraki. Taka jest prawda.

*

      Stany Zjednoczone zawsze miały jakieś grzechy na swoim sumieniu, ale teraz sytuacja jest inna. Np. wojna w Wietnamie spotkała się w końcu ze zdecydowanym sprzeciwem w szerokich kręgach społeczeństwa – ludzie wówczas w końcu przejrzeli na oczy i zrozumieli, że jest ona sprawką polityków oraz lobby przemysłu zbrojeniowego, które robiło na niej olbrzymie pieniądze – kosztem życia ok 6o tysięcy żołnierzy amerykańskich i setek tysięcy Wietnamczyków (głównie cywilów palonych napalmem i zatruwanych przez Orange Agent i inną „bronią” chemiczną). Teraz wszyscy łykają to, co im wciska oficjalna rządowa propaganda i stronnicze media. Sprzeciw wojnie w Afganistanie jest prawie żaden (a przecież ta wojna jest absurdalna w kontekście bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych – ale się ją ciągnie od wielu lat, bo nie jest ona jednak absurdalna dla tych, którzy zarabiają na niej miliardy dolarów). Ale skoro – jak usłyszałem niedawno w jednej z towarzyskiej dyskusji – wojnę można usprawiedliwić, bo napędza ona ekonomię… to o czym mu tutaj mówimy?
W ten sposób Ameryka traci mandat sprawiedliwości, pozbawia się jakiejkolwiek podstawy etycznej, która jednak w historii tego kraju miała znaczenie i była ważna dla wielu ludzi budujących ten kraj. To są właśnie te „coraz słabsze fundamenty” Ameryki.
Zwykle szuka się wyższych uzasadnień dla niskich pobudek. Wyrusza się na wojnę, by zdominować jakiś region i czerpać z tego korzyści (również polityczne), a głosi się, że robi się to po to, by wyzwolić ludzi od tyrana i zaprowadzić demokrację.
Jak na ironię, wszystkie wojny prowadzone przez Stany Zjednoczone, które niby miały przynieść temu państwu profity, sprowadziły się tylko do finansowej katastrofy, kosztując dziesiątki razy więcej, niż to szacowali „eksperci”. Może i wojny rozkręcają ekonomiczną koniunkturę, ale nie te, które miały miejsce w Iraku i Afganistanie (zarobili na nich tylko nieliczni). Zamiast wydawać np. na edukację, napychamy kabzę militarystom i tym wszystkim, którzy obsługują ten cały wojenny biznes, topiąc w błocie miliardy dolarów.

*

      Irak po „naszym” zwycięstwie kwitnie – ludzie żyją w spokoju i coraz większym dobrobycie, jest pełna demokracja (tyrania została wreszcie przez nas zlikwidowana), nie ma już żadnych etnicznych podziałów na śmierć i życie. I wszyscy są nam wdzięczni, stali się naszymi przyjaciółmi, kochając nas za to nasze altruistyczne poświęcenie – za wszystkie te dobrodziejstwa, które żeśmy z tak wielkim wysiłkiem i poświęceniem im uczynili.

*

       Nie wiem czy zwrócenie uwagi na to, że w jednym kraju w wyniki zamachu terrorystycznego zginęło 3 osoby i wie o tym cały świat (bo Amerykanie wzniecają z tego powodu burzę medialną), a w drugim, tego samego dnia 55 i tylko się o tym wzmiankuje, (bo to nie „nasza” część świata, nie Europejczycy ani Amerykanie, więc wiadomość jest niejako „rutynowa”) – jest retoryką, podsycającą na dodatek pewne resentymenty.
Poza tym: co tak naprawdę jest rozkręcaniem nienawiści: zabijanie ludzi, czy też mówienie o tym?
Czyli zachowanie dystansu musi polegać na tym, że ofiary w Ameryce powinniśmy traktować inaczej, niż ofiary w Iraku i Afganistanie? Czy nie jest to czymś atawistycznym, amoralnym i czy nie wyrasta z myślenia plemiennego: my jesteśmy ludźmi (lepszymi, ważniejszymi) a oni ludźmi, (a raczej osobnikami) drugiej czy trzeciej kategorii, których życie jest mniej ważne (więc możemy je lekceważyć i ignorować?)
Tak głęboko siedzimy w tej mentalności – i wydaje się nam to spojrzenie „normalne” – że nawet nie zauważamy w tym żadnego problemu etycznego.

*

       To prawda, że mit amerykański oddziaływał pozytywnie na cały świat. Ale to nie ja demontuję teraz ten mit, pisząc o mrocznych stronach amerykańskiego „imperium”. Ten mit się niestety sam rozkłada. Bo mit – aby funkcjonował i wywierał pozytywny wpływ – musi mieć swoje przesłanki, pewne konkretne podstawy. A w tej chwili mit amerykański traci swoje podstawy: zarówno pod względem moralnym, wolnościowym, jak i ekonomicznym (i kto wie czy ten ostatni aspekt nie jest tu czynnikiem najważniejszym).
Niestety, przy tym wszystkim Amerykę – a zwłaszcza społeczeństwo amerykańskie – postrzega się w Europie bardzo stereotypowo. Mnie to właściwie nie dziwi, bo wyobraźnia – nazwijmy ją „powszechną”, „zbiorową” – posługuje się niemal wyłącznie stereotypami. Ale nie można jednak np. niechęci do zagranicznej polityki USA, czy agresywnych poczynań rządu (takie jak np. wojna), przenosić na całe społeczeństwo amerykańskie – na tzw. „zwykłych” ludzi. Od pewnych uogólnień nie da się uciec, ale należy sobie zdawać sprawę z tego, że są to uogólnienia, które absolutnie nie opisują – i nie mogą opisać – całej rzeczywistości, a zwłaszcza jej ważnych detali.
Trudno mi się też oprzeć wrażeniu, że coś złego się dzieje również w Europie. Nie chcę tu patetycznie dąć w wielkie surmy, ale chyba jednak można mówić o kryzysie całej cywilizacji zachodniej. Przez ostatnie 500 lat z okładem napędzała ją własna ekspansywność, dynamika konkwistadora i zdobywcy, kolonizacja praktycznie całego świata – a wsparte to wszystko było niebywałym rozwojem technologii, nauki i fermentem intelektualnym. Teraz, wygląda na to, że doszło do pewnego stanu nasycenia (a może nawet przesycenia) tej cywilizacji, i że wyłoniły się inne siły, które przejmując pewne zdobycze cywilizacyjne Zachodu, zaczną dominować świat. I niestety, motywem przewodnim ani mocą napędzającą ten proces nie będzie liberalizm ani demokracja.

*

       To, czy wojna jest sprawiedliwa, czy nie (a posługując się określonym systemem etycznym można to ustalić), ustala etyczną perspektywę tego, co się na tej wojnie robi (chodzi głównie o zabijanie innych ludzi). To wprowadza pewien relatywizm, wpędzając nas w pułapkę, z której trudno się wydostać, lecz ten problem staje się pozorny, kiedy jasno ustalimy hierarchię wartości – system etyczny, którego chcemy przestrzegać.

*

       Jeśli tak bliżej przyjrzymy się biografii terrorystów, to jednak zawsze odnajdziemy w niej jakieś osobiste (indywidualne) powody (niepowodzenie w pracy, w życiu osobistym, rodzinnym… etc.) – jakąś psychiczną skazę, która w końcu doprowadziła ich do zbrodniczego czynu. Chcąc zracjonalizować swoją frustrację i nienawiść, wszystkie te gotujące się w nich destrukcyjne popędy – budują swój własny system „światopoglądowy”, swoje własne teorie, często nie pozbawione elementów paranoi. Ale są one w miarę spójne, mocno umotywowane i jednak zakorzenione w jakimś realnym i poważnym problemie społecznym, obyczajowym lub politycznym. Kiedy więc dojdzie z ich powodów do jakiejś tragedii, to staje się to dla nas pretekstem (powodem), by się tym zupełnie realnym problemom przyjrzeć i je przeanalizować (bo jednak one same dość często są patogenne, tworząc realne zagrożenia). I jest chyba sens w tym dyskursie, bo przecież w ten sposób kształtuje się nasza świadomość, krystalizują nasze postawy – buduje się jakaś wartość społeczna czy kulturowa – ustalają się konkretne punkty odniesienia i kryteria, urabiają etyczne wartości.
To prawda, że bardzo trudno przeciwdziałać aktom terrorystycznym (w wielu przypadkach jest to wręcz niemożliwe), ale jednak mamy wpływ na to, w jaki sposób je odbieramy – i ważne jest to, co się dzieje wskutek tych zamachów. Większość ludzi reaguje (w samym momencie ataku) paniką (jest to poniekąd zrozumiałe), ale wielu także dokonuje niebywałych aktów poświęcenia dla innych, ryzykuje własnym życiem, by uratować drugiego człowieka. (Widzieliśmy przecież takie zachowania zarówno po zamachu na WTC, jak i podczas bostońskiego maratonu). To jest budujące.
Ale są też inne konsekwencje. Inne przesłanki czy wnioski z działań podejmowanych np. przez służby specjalne, ze sposobu w jaki reagują na to media, polityczny establishment, czy w końcu całe społeczeństwo.
Nie będę ukrywał, że to co się działo wczoraj w Bostonie, wydało mi się jakimś (bez mała) absurdem. Uświadomiłem sobie (po raz kolejny zresztą) jak łatwo jest Amerykę zranić, jaka ona w sumie jest – mimo tych wszystkich oddziałów służb specjalnych, policji i wojska – bezbronna; jak łatwo byłoby tu wywołać chaos i sparaliżować takie ogromne metropolie, jak np. Nowy Jork, czy Chicago. W końcu: że jednak nie jesteśmy na to wszystko przygotowani, ani organizacyjnie, ani mentalnie. Że zbyt łatwo dajemy się wmanewrować w sytuacje i przyzwolenie na środki, które niby podejmowane są w imię naszego bezpieczeństwa, a w rzeczywistości ograniczają w dużym stopniu naszą wolność i obywatelskie swobody. W tym kontekście można wspomnieć o słynnym powiedzeniu Franklina, który stwierdził, że „ten kto poświęca wolność w imię bezpieczeństwa nie zasługuje ani na wolność, ani na bezpieczeństwo”.
Moim zdaniem, to że poszukuje się i ściga dwójkę młodych chłopaków z pistoletami, nie może usprawiedliwiać blokady całego ogromnego miasta, unieruchomienia milionów ludzi w ich domach, zamknięcia lotnisk, zawieszenia ruchu komunikacji miejskiej… To była bowiem, moim zdaniem, zbyt wysoka cena za to, że tych dwóch zamachowców wyeliminowano (w końcu przecież i tak najprawdopodobniej by ich schwytano). Na dodatek, w całym kraju stworzono – przy pomocy medialnej burzy – poczucie terroru i zagrożenia, niewspółmierne do zaistniałego w rzeczywistości niebezpieczeństwa.
Przykro to stwierdzić, ale zdumiały mnie (może nawet śmieszyły) te wszystkie pojazdy opancerzone, kordony złożone z dziesiątków tysięcy policjantów, uzbrojone po zęby oddziały specjalne SWAT, które całymi plutonami, z wymierzonymi nie wiadomo gdzie karabinami, skradały się w czarnych kombinezonach po ulicach Watertown – nie wiadomo dokąd. To tak, jakby wytoczyć najcięższe armaty po to, by zabić muchę.
I żeby jeszcze na coś się to zdało. Ale oni nikogo nie schwytali, odwołali blokadę, powiedzieli ludziom, że „area is safe”, a zaraz potem, pewien człowiek wyszedł z domu i spostrzegł na swojej, zaparkowanej obok domu łódce, ślady krwi i zawiadomił o tym policję. Jak te tysiące, patrolujących miasto agentów i żołnierzy, dysponujących najnowocześniejszym sprzętem i nieograniczonymi wręcz środkami, mogło to przeoczyć? Tym bardziej, że chłopak ukrył się bardzo blisko miejsca, gdzie zabito jego brata, a skąd on zbiegł. Ta demonstracja siły wydała mi się bardziej dowodem słabości i nieskuteczności stosowanych środków.
I jeszcze nasz Pan Prezydent, który mówi: „They failed because the people of Boston refused to be intimidated. They failed because as Americans we refuse to be terrorized.”, co według mnie zupełnie nie przystaje do rzeczywistości – do tego, co naprawdę działo się w Bostonie: bo zarówno zamach terrorystyczny braciom Carnajew się udał, jak i miliony Amerykanów poczuło się sterroryzowanych i zastraszonych – nie tylko przez zamachowców, ale i przez samą akcję służb specjalnych i wojska. Po co tworzyć – zwłaszcza w takich poważnych okolicznościach – nowe iluzje, zamiast starać się spostrzec rzeczy takimi, jakimi one są naprawdę?
Niestety, wygląda na to, że na terrorystów nie ma mocnych, a jakiś motyw zawsze się znajdzie. Jednak ważne jest, aby wpływ, jaki ma zamach terrorystyczny na społeczeństwo, jak najbardziej zminimalizować. A raczej nie sprzyjają temu ani wrzawa medialna, ani też przesadna (niewspółmierna do istniejącego zagrożenia) reakcja służb bezpieczeństwa, które napędzają tylko psychozę strachu.
Nie bez znaczenia w tym wszystkim jest również napięcie, jakie wywołuje w świecie agresywna, nastawiona konfrontacyjnie polityka i polaryzacja społeczeństwa wynikająca z różnic ekonomicznych czy światopoglądowych.

*

      Paweł Snarski w swoim artykule Dlaczego kochamy Amerykę? pisze: „Mimo lat krytycznej wobec USA propagandy w czasach PRL sympatia do Amerykanów zawsze utrzymywała się w Polsce na wysokim poziomie. Znamienne mogą być tutaj wspomnienia Richarda Nixona, który dwukrotnie, w roku 1959 i 1972, odwiedzał nasz kraj. Za pierwszym razem odnotował: ‘Jechaliśmy z lotniska do hotelu. Przyleciałem do Warszawy zaraz po mojej wizycie w Ameryce Łacińskiej, gdzie leciały w moim kierunku kamienie i jajka. Teraz, jadąc w otwartej limuzynie, widziałem wiwatujące tłumy. W pewnym momencie coś ciężkiego uderzyło w samochód. Myślałem, że to bomba, a okazało się, że to wielki bukiet róż’.
W 1972 r., mimo że ówczesne władze zmieniły w ostatniej chwili trasę przejazdu Nixona, powitało amerykańskiego prezydenta ponad milion osób. Nixon zapisał wówczas: ‘Ludzie tłoczyli się wokół nas, płakali, krzyczeli: Niech żyje Ameryka. Zachowywali się tak, ponieważ kochają Amerykę’.
Warto było przeczytać cały tekst, który notabene pisany był przed dekadą, by zdać sobie sprawę, jak bardzo od tamtego czasu zmienił się stosunek Polaków do Ameryki. I tu rodzi się pytanie – stało się tak dlatego, że zmieniliśmy się my – Polacy, czy też zmieniła się przez ten czas Ameryka? A może stało się tak dlatego, że upadł mit Ameryki?
Moim zdaniem ów afektywny stosunek Polaków do Ameryki wydaje się – jak każda miłość – nieco irracjonalny i samymi suchymi faktami wyjaśnić się go nie da. Gdyż nasza miłość w znacznym stopniu oparta była na mitach i emocjach. Ale także na wdzięczności za pomoc, jaką okazywały nam Stany Zjednoczone w różnych okresach. Jednak Czesi i Słowacy – którzy też z amerykańskiej pomocy korzystali i również komunizm przeżyli, mają do USA stosunek znacznie bardziej racjonalny.
My tak dalece zapamiętaliśmy się w tym uczuciu, że w podświadomość spychamy nawet „zdradę jałtajską”, jakiej dopuścili się wobec nas Amerykanie. Uważamy Amerykę za naszego najlepszego sojusznika i najwyraźniej nie chcemy pamiętać zawodu, jaki nam kiedyś sprawiła.
Ponadto, od XIX wieku pokolenia Polaków śniły „amerykański sen” o wolności, przestrzeni, nieograniczonych możliwościach. Setki tysięcy próbowały go zrealizować – emigrowali, ciężko pracowali, dorabiali się. A nawet jeśli się nie dorobili, też na ogół dobrze mówili i pisali o Ameryce, utrwalając mit „nowej Kolchidy” (to tam antyczny Jazon wyprawiał się po złote runo).

Przy okazji warto przeczytać poniższe opinie, które nam fenomen miłości polsko-amerykańskiej próbują wyjaśnić – nawiązują przy tym do tego, jak to uczucie (stosunek) do Ameryki się zmienia:

Edward Redliński, pisarz: „Obok nas są kraje nieporównanie bardziej cywilizowane, kulturalne, humanitarne, a co więcej, bardzo do nas zbliżone historycznie, demograficznie, geograficznie i klimatycznie, kraje do naśladowania i do zakochania – Dania, Szwecja, Finlandia, Belgia, Holandia, Niemcy, Francja. Dlaczego więc Polacy kochają USA? Nie tyle kochają, co są zafascynowani, i to nie Ameryką prawdziwą, realną, ale mityczną, bajkową, wykreowaną przez Amerykanów, ich kinematografię i telewizję. Ta nasza miłość jest w gruncie rzeczy komiczna, gdyby nie była w skutkach dramatyczna. Pasujemy do siebie jak kogut do indyka. By to zrozumieć, wyobraźmy sobie symboliczną Polkę w postaci Emilii Krakowskiej, Beaty Tyszkiewicz, Bożeny Dykiel, niezawierającą realnego małżeństwa z Marlonem Brando, Leonardem DiCaprio czy Jackiem Nicholsonem. Albo odwrotnie, metaforycznego Polaka – Olbrychskiego, Żebrowskiego itp. – jako realnego męża Sharon Stone, Nicole Kidman lub Julii Roberts. Już to jest komiczne. USA narzuciły światu kult auta, autostrad i wieżowców. Amerykanie narzucili nam hierarchię wartości. Fascynuje nas sprawność USA jak sprawność maszyny, np. samolotu – wydajność, szybkość, wygląd, siła USA jako całości. Podczas mojego długiego pobytu w USA bez przerwy od Polaków słyszałem: ‘Dolar mi się podoba, Ameryka nie’. Od tego czasu wartość dolara spadła 20-krotnie. Jeszcze w 1989 r. średnia pensja w Polsce wynosiła 25 dol., a dziś 400-500 dol. Ameryka podoba się już znacznie mniej, razem ze spadkiem wartości dolara.”

Prof. Longin Pastusiak, marszałek Senatu: „Dwie grupy czynników decydują o stosunkach polsko-amerykańskich, jedne są natury sentymentalno-historyczno-tradycyjnej, drugie to interesy. W stosunkach polsko-amerykańskich ważniejsze są te pierwsze. A należą do nich wczesne kontakty Polski z Ameryką Północną – pierwsi Polacy przybyli tam w 1608 r. – udział Polaków w wojnie o niepodległość USA, nie tylko Kościuszki, Pułaskiego, wkład dyplomacji amerykańskiej, szczególnie prezydenta Wilsona, w odzyskanie przez Polskę niepodległości po I wojnie światowej, programy pomocy amerykańskiej dla Polski po obu wojnach światowych, wreszcie fakt, że nigdy miedzy nami nie było stanu wojny, a nawet w obu wojnach światowych walczyliśmy po tej samej stronie. Wszystko to stwarza w Polsce atmosferę przyjazną dla Stanów Zjednoczonych. Ważne są również wspólne, wielopłaszczyznowe interesy: polityczne, gospodarcze i strategiczne, a także kulturalno-naukowe. To wszystko powoduje, że Amerykanie cieszą się szczególną życzliwością, choć istnieje również u nas zjawisko mitologii amerykańskiej, które jest skrzyżowaniem dwóch innych zjawisk – fascynacji Stanami Zjednoczonymi i ignorancją co do amerykańskich realiów. Czasem żartuję i mówię, że są dwa proamerykańskie kraje na świecie: jeden to Stany Zjednoczone, a drugi to Polska, po czym, kiedy rozmawiam z Amerykanami, dodaję żartobliwie, że nie wiem, czy w tej kolejności. Warto dodać, dlaczego nasze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi są ważne. Nie tylko dlatego, że USA są dziś najsilniejszym sojusznikiem w NATO, ale jeżeli dobrze odczytuję intencje polityki amerykańskiej w Europie, to Amerykanie prowadzą na naszym kontynencie taką politykę, aby żadne inne państwo nie uzyskało dominującej pozycji na europejskiej scenie politycznej, a to służy również interesom Polski. Często pojawia się w Polsce pytanie, czy iść razem z Europą czy z Ameryką. Uważam to za fałszywy dylemat, ponieważ w naszym interesie leży utrzymanie dobrych stosunków zarówno z USA, jak i z Europą, i to jest nasz wielki atut, że mamy dobre stosunki po obu stronach Atlantyku.”

Prof. Tadeusz Iwiński, minister w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów: „Dlaczego najbardziej kochamy Amerykanów? Składają się na to trzy rzeczy. To, że Polacy znają Amerykanów, gdyż mieszka tam ogromna polska społeczność szacowana na 9 mln. Jest stara tradycyjna emigracja, np. Nowy Jork, Chicago, i bardziej nowoczesna, w Kalifornii, na Hawajach itd. Polacy jeżdżą do rodzin i znajomych, widzą i lubią ten kraj. Po drugie, jest mit Ameryki. Jak mało który kraj Stany Zjednoczone mają taki mit. USA są krajem przodującym pod wieloma względami – techniki, mediów, filmu, piosenki itd. Mit ten umacniają potęga ekonomiczno-medialna i to wszystko, co składa się na potencjał kraju. Prawidłowość jest taka, że najlepsze zdanie mamy o tych narodach, z którymi nie graniczymy, bo z sąsiadami zdarzają się konflikty. Z każdym z siedmiu sąsiadów mamy jakąś zadrę z przeszłości i oni też mogą nam to i owo zarzucić. Natomiast znakomite, najlepsze są kontakty polsko-australijskie, polsko-argentyńskie, polsko-kanadyjskie i polsko-amerykańskie. Nigdy z USA nie mieliśmy punktów spornych, a zawsze spotykało nasz coś dobrego.”

Prof. Maria Jarosz, socjolog: „Myślę, że w świadomości społecznej Ameryka zawsze miała dobre konotacje, bo jest to kraj daleki, ale zarazem bardzo bliski, mieszka tam wiele milionów Polaków. Po drugie, kiedy żyliśmy w PRL i najbardziej doskwierał brak wolności, uważaliśmy, że Ameryka jest synonimem wolności i jest najbliższa naszym oczekiwaniom. Jeśli tam ktoś wyjedzie, zostanie i wrośnie w to społeczeństwo, będzie traktowany jak inni Amerykanie. Inaczej jest np. we Francji, bo tam praktycznie Polak czy inny przybysz do końca życia pozostaje obcy. Fakt, że tzw. stara Polonia amerykańska słabo wrosła w społeczeństwo, wiąże się z poziomem wykształcenia. Nowsza emigracja polityczna wygląda już na tym tle inaczej. Poza tym to Ameryka nam pomogła, nie zdradziła w 1939 r., choć w Jałcie i Poczdamie już zapisała się mniej korzystnie. Ale Poczdam i Jałta w świadomości Polaków tak bardzo nie ciążą. Łączy nas historia, Pułaski, walka o wolność i poczucie, że jesteśmy w Ameryce lepiej postrzegani niż w innych krajach, także europejskich.”

Prof. Adam Bromke, politolog: „Dlaczego Polacy są proamerykańscy? W epoce Związku Radzieckiego i zimnej wojny Amerykanie byli przeciwni Rosjanom, tak jak tradycyjnie Polacy, zwłaszcza w okresie komunizacji. Tego nie da się zmienić. Polacy są i będą bardziej proamerykańscy, bo mamy ku temu powody, choć sami Amerykanie specjalnie nigdy się nami nie interesowali. Jednak myślę, że w kwestiach bieżących politycznych rozbieżności między Unią Europejską i NATO albo Francją i Ameryką powinniśmy być bardziej subtelni i nie wykazywać za dużo emocji, bo to może nie być zbyt dobre. W tym sensie jesteśmy trochę jednostronni. Francuzi są tradycyjnie naszymi przyjaciółmi, a my w konflikcie opowiadamy się po stronie Busha, choć bardziej potrzebna jest nam dzisiaj Europa niż Ameryka.

*

      To, co piszę o militaryzmie amerykańskim, nie jest pisane z pozycji pacyfizmu ani nawet idealizmu. (Powtarzam już chyba do znudzenia, że nie jestem pacyfistą.) Jest pisane z pozycji pragmatyka i racjonalisty. Uważam po prostu, że angażowanie się USA we wszystkie bez wyjątku wojny (chodzi mi o okres po II wojnie światowej) odbywały się nie tylko ze szkodą dla świata (miliony zabitych i okaleczonych ludzi, notabene w przeważającej części cywili, zrujnowanie krajów, w których toczyła się wojna) ale i dla społeczeństwa amerykańskiego. Także – co widać doskonale z perspektywy czasu – dla Stanów Zjednoczonych, jako państwa.
Zaangażowanie się militarne (zresztą, termin „zaangażowanie” jest eufemizmem, winno się właściwie nazywać rzecz po imieniu jako zbrojną agresję) USA w Wietnamie, Iraku i Afganistanie przyniosły same straty. Nie tylko humanitarne. Również polityczne.

*

       Ktoś mi niedawno zarzucił: To ciekawe, że najbardziej krytykują Amerykę ci, którzy czerpią z niej korzyści i korzystają z benefitów, jakie się ma, mieszkając w tym kraju.
I to jest właśnie bardzo amerykańskie. Również i mnie to uderzyło, tym bardziej, że ja sam przejawiam takie skłonności (kochając Amerykę, a jednocześnie ją krytykując).
Myślę jednak, że dość łatwo to wyjaśnić. Dzieje się tak dlatego, że Ameryka jest światem samym w sobie, pełna kontrastów, zróżnicowania… przebogatym w odniesienia, pełnym paradoksów, o skomplikowanych stosunkach z całym zewnętrznym światem… etc. Tak więc, krytykuję to, co mi się w Ameryce nie podoba (być może zbyt często i ostro?), ale też staram się zwracać uwagę na to, co jest w niej dobrego (być może za rzadko i mało przekonywająco?)
Lecz nie mogę zmienić faktu, że w Stanach Zjednoczonych spędziłem najpiękniejsze lata mojego życia – nie tylko dzięki sobie, ale i temu, co Stany Zjednoczone miały do zaoferowania. Że był to jednak (i nadal po części jest) kraj wielkich możliwości.

*

       Cywilizacyjne standardy. Niejaki pan Bell, sprawozdawca komitetu do spraw indiańskich w Kongresie amerykańskim, mówił w 1830 roku: „Zwyczaj kupowania od Indian ich tytułów własności jest więc tylko nowym sposobem nabywania, w którym humanitaryzm i interes (humanity and expediency) zastąpiły przemoc, a który także powinien nas doprowadzić do zawładnięcia ziemiami, jakich domagamy się z racji ich odkrycia i jakie zapewnia nam zresztą prawo przysługujące narodom cywilizowanym do osiedlenia się na obszarach zajmowanych przez dzikie plemiona.”

*

      Moim zdaniem Indianie Ameryki Północnej mieli szanse na przetrwanie (w końcu część z nich – mała bo mała – ale przetrwała) gdyby oddano im (a raczej pozostawiono) jakąś większą część kontynentu – i to niekoniecznie w jednym „kawałku”. Ale tak naprawdę – mimo czynionych prób (vide projekt Indian Territory) – niewielu z władnych Amerykanów tego chciało, a jeżeli chciało, to tego nie egzekwowano. Bo to wymagałoby jednak większego wysiłku i koncentracji środków, a przecież – jakkolwiek cynicznie i nieczule by to nie zabrzmiało – nowo powstałe państwo amerykańskie miało sporo innych spraw na głowie, nie tylko Indian. Do tego doszedł fakt, że tubylców – w porównaniu do coraz bardziej rosnącej liczby Amerykanów, wliczając w to kolejne fale imigrantów – nie pozostało już tak wielu (zwłaszcza na terenach już skolonizowanych). Szacuje się, że na początku XIX wieku było ok. 600 tys. Indian, z których, niestety, do końca tamtego wieku, przetrwało zaledwie 250 tys. To, jak postępowano z Indianami, niestety miało czasami cechy etnicznych czystek.
Dopiero w 1924 roku przyznano amerykańskie obywatelstwo wszystkim Indianom (choć 2/3 z nich otrzymało go wcześniej). W XIX wieku, w czasie rugowania Indian z ziemi, niewielu było Indian z obywatelstwem. Dlatego też nie byli oni chronieni przez prawo, któremu podlegali obywatele US. W praktyce oznaczało to np. że nie mogli się oni odwoływać do amerykańskich sądów. Byli po prostu wyjęci spod prawa. I to była jednak parodia, bo – z jednej strony nie byli przez prawo chronieni, a z drugiej – karano ich za przestępstwa wedle tego prawa.

*

      Spotkałem się z opinią, że „Indianie w tamtym okresie (podboju Dzikiego Zachodu) byli bardziej zaangażowani w walki między sobą, niż z białymi, których traktowali, jak jedno z plemion, i to nie koniecznie najgroźniejsze.”
Uważam to stwierdzenie za bezpodstawne. Trudno aby w tamtych czasach traktowano białych jako „jedno z plemion, i to niekoniecznie najważniejsze”. Trochę mi to trąci absurdem. Indianie nigdy nie traktowali białych jako „jedno z plemion”, nawet (a może nawet zwłaszcza) w początkach kolonizacji Ameryki, a tym bardziej później, kiedy przewaga (technologiczna, organizacyjna i populacyjna) stawała się coraz bardziej widoczna i oczywista.
A jeśli już o tym mowa: oczywiście, że Indianom (chodzi o plemiona zamieszkujące Amerykę Północną) zdarzało się walczyć miedzy sobą, ale nigdy nie prowadzili ze sobą wojen na wielką skalę i z takich powodów jak np. religijne, czy rasowe (jak to było w „cywilizowanej” Europie”, gdzie regularnie wyrzynano się, bo jedni chcieli zdominować drugich i zagarnąć ich bogactwa).
Warto tu też wspomnieć o kulturze walki związanej z tzw. „coup” – gdzie zamiast zabicia wystarczyło dotknąć przeciwnika, by ten uznał się za pokonanego (czy w naszej kochanej Europie ktoś kiedykolwiek wpadł na taki pomysł? Raczej nie – zamiast tego były różne waterla, verduny i stalingrady, z setkami tysięcy trupów.
Jeśli Indianie walczyli, to nie po to by zgromadzić wokół siebie góry bogactw (jak to było w zwyczaju w Europie). W ich przypadku chodziło niemal zawsze o zdobycie środków potrzebnych do przeżycia (ziemia, zwierzyna).

Tak więc, mówienie o tym, że Indianie stale między sobą walczyli – i że bardziej byli zaangażowani w walki między sobą a nie z białymi – jest według mnie pomówieniem.

*

      Skalpowanie było praktykowane także na terenie Europy i Azji już w starożytności. Podobno proceder ten uprawiały niektóre plemiona słowiańskie w X wieku, także Wizygoci, Frankowie, Anglosasi (mniej więcej w tym samym czasie). Skalpowanie znane też było wśród plemion indiańskich (nielicznych) zamieszkujących Amerykę Północną prekolumbijską, ale „rozkwitło” podczas wojen pogranicza – w których wszyscy walczyli ze wszystkimi (Anglicy, Francuzi, Indianie). Wszystkie strony stosowały skalpowanie, nie tylko Indianie. Za skalpy wrogów płacono – a to był dodatkowy doping do skalpowania. Indianie traktowali skalpy również jako wojenne trofeum.
Zwyczaj to okrutny, ale czy okrucieństwem nie jest już zabicie wroga?

*

      Określanie Indian słowem „dziki” (zdecydowanie pejoratywnym) miało kilka zastosowań. Przede wszystkim ustalało hierarchię (my jesteśmy ludźmi cywilizowanymi, oni są „dzicy” – więc nie musi się wobec nich stosować naszych cywilizacyjnych norm kulturowych, bo w rzeczywistości to nie są ludzie).
Nazywanie Indian „dzikimi” nie tylko ich poniżało i degradowało, ale i dehumanizowało. (Stary trick naszej – i nie tylko naszej – cywilizacji: wróg nie jest człowiekiem, więc można go oszukiwać, niewolić i mordować. To przy okazji ucisza sumienie – pod warunkiem, że się to sumienie jeszcze ma.)
Poza tym, Indianin był „dziki”, bo nie rozumiano jego kultury, obyczajowości i zachowania.
Nasz kolejny stary chwyt i złudzenie: że poniżając innych, można się samemu wywyższyć.

*

      Indianie w epoce prekolumbijskiej mieli to szczęście, że żyli na olbrzymim kontynencie o nieograniczonych, wydawałoby się, zasobach, z których mogli korzystać – i którymi mogli się dzielić w miarę bezkonfliktowo. To również wpływało na to, że nie musieli stale toczyć ze sobą wojen. Ponadto, ich kultura nie przywiązywała takiej wagi do kumulacji bogactw, ani nie było w niej czegoś takiego, jak żądza podboju czy „nawracania” innych na własną „jedynie słuszna” wiarę. Tym samy ubywało powodów do tego, by wszczynać wojny.

*

      Eksterminacja Indian nie była z góry zaplanowana, ale jednak zaplanowana była kolonizacja kontynentu – przez co oba te pojęcia – w praktyce – stały się jakby tożsame.
To prawda, losy tubylców poszczególnych Ameryk były różne. Rdzenni Amerykanie na terenie Ameryki Północnej wyginęli niemal doszczętnie, a ci, którzy się uchowali, zostali przez potężne społeczeństwo amerykańskie wchłonięci, niewiele wszak znacząc pod względem politycznym. W Ameryce Południowej czy Centralnej, w ostatnim czasie potomkowie rdzennych mieszkańców, sięgają nawet po władze, w wielu państwach tego rejonu stanowiąc trzon społeczeństwa.

*

      Utworzenie suwerennych państw indiańskich jest już – zwłaszcza dzisiaj – zupełnie nierealne. Od dawna zresztą Indianie schwytani są w błędne koło: chcą zachować swoją tożsamość i kulturę, ale zbytnio uzależnili się od państwa (subwencje, programy pomocy socjalnej, renty), które je wchłonęło (mimo, ze istnieją indiańskie rezerwaty, czyli wydzielone obszary, których autonomia jest bardzo ograniczona).
Trudno żyć w skansenie, gdzie czas zatrzymał się kilkaset lat temu, podczas gdy otacza cię potężna cywilizacja XXI wieku.

*

      Pisząc o Indianach Ameryki Północnej, słowo „zagłada” ująłem w cudzysłowie, lecz nie po to by umniejszyć tragedię ludów indiańskich, które zniknęły (wraz ze swoją kulturą) z amerykańskiego kontynentu, ale po to, by tę zagładę odróżnić od zagłady planowanej i przeprowadzonej metodycznie i na skalę, że się tak wyrażę, przemysłową w Europie (dokonującej się m.in. w obozach śmierci).
Dlatego też nie chciałbym nazywać wyniszczenia Indian Ameryki Północnej Holocaustem (masowym ludobójstwem), bo ono dokonywało się jednak w zupełnie inny sposób i było rozłożone na prawie pół tysiąca lat. To była taka zagłada „pełzająca”, odbywająca się jakby „mimochodem” i „na marginesie”. I właśnie dlatego, proces był ten tak zdradziecki – bo nie było właściwie żadnej metody tej zagłady. Ona przebiegała w sposób właśnie „banalny” – choć oczywiście zło uczynione Indianom trudno nazwać banalnym.

*

      Wpierw odebrano tubylcom przestrzeń, w której żyli fizycznie. Starali się więc Indianie schronić w przestrzeni duchowej (stąd wiele ruchów religijnych wśród Indian XVIII i XIX wieku). Ale tam zwykle spotykał ich fatalizm – stąd rezygnacja i poddanie się losowi.
Tylko do pewnego stopnia degradacji fizycznej można podtrzymać wewnętrzne życie duchowe. Po przekroczeniu pewnej granicy (fizycznego wyniszczenia) następuje również degradacja duchowa.

*

      Trudno byłoby mi zaprzeczyć, że moją przychylność wobec Indian zaczęły kształtować w dzieciństwie przygodowe powieści Karola Maya, J.F. Coopera, filmy o Winnetou czy Cochisie, które z tzw. rzeczywistością niewiele miały wspólnego, ale za to kształtowały jednak pewien rodzaj wrażliwości u dziecka, wpływającą w mniejszym lub większym stopniu na całe jego dorosłe życie i ewolucję poglądów – i w końcu na tzw. tożsamość czy też osobowość, charakter dorosłego już człowieka.
Do tych lektur dorzuciłbym jeszcze choćby – bardziej lub mniej realistyczne – książki Szklarskiego, Wernica, Szczepańskiej, czy wreszcie Arkadego Fiedlera.
Oczywiście z wiekiem przychodziły weryfikacje, większa zdolność odróżnienia realiów od fikcji, odrzucenie baśni i fantazji, bardziej świadomy wybór źródeł historycznego poznania… etc. (Krytycznych wobec Indian przesłanek można się było już doszukać w książkach Mayne Reida, czy – bardziej realistycznych – u Faulknera.)
Trzeba jednak pamiętać, że mowa tu o kulturze popularnej, literaturze, ikonografii, mitologii… To jest zupełnie odrębny temat, niż próby dotarcia do faktów – do rzeczywistego obrazu życia Pogranicza i stosunków jakie istniały między rdzennymi mieszkańcami Ameryki Północnej a europejskimi kolonistami.
Prawdą jest również, że tzw. kwestia indiańska miała o wiele lepszy PR w kulturze i ikonografii Zachodu, niż choćby Aborygeni, czy też ludy Azji czy Afryki. Ze zrozumiałych chyba względów: Ameryka rosła w siłę, stawała się globalnym mocarstwem, była przedmiotem zainteresowania całego świata; z Ameryką najliczniej i najsilniej – nie tyle może politycznie, co kulturowo – byliśmy też związani my, Europejczycy.
Już od samego początku zetknięcia się europejskich kolonizatorów z Indianami nastąpiła duża polaryzacja stosunku Europejczyków do Indian, w której też bardzo mocno mieszały się mity i wyobrażenia z rzeczywistością. Zapoczątkował to zresztą nie kto inny, jak sam (trzeźwy skądinąd) Montaigne, idealizując postać Indianina w swoich Próbach; również J. J. Rousseau, także Chamfort, czy Chateaubriand.

      Wspominam tu o literaturze, ale jednak te literackie postawy przekładały się także na różnicę stosunku do Indiach w rzeczywistych kontaktach z nimi. Upraszczając: jedni ich nienawidzili, drudzy byli im przychylni, jedni widzieli w nich ludzi, inni dzikusów i zwierzęta… etc. Godny uwagi w tym kontekście jest XVIII wieczny utwór Ponteach: or the Savages of America przetłumaczony przez Miłosza: dowodzi on bowiem, że już od najwcześniejszych czasów zdawano sobie w Europie (i w Ameryce) z etycznego wymiaru podboju Ameryki i stosunków z tubylcami, i że już wówczas dysponowano wystarczającymi przesłankami, by dokonać wyboru: usunąć, wyniszczyć, spacyfikować Indian i ich kulturę stosując do tego celu wszelkie możliwe, najbardziej nawet okrutne i drastyczne środki, czy też starać się szanować ich jako pełnoprawnych ludzi i robić wszystko, by koegzystować z nimi w pokojowy sposób.
Niestety, wydaje mi się, że mimo tego iż można było wybrać inaczej, w praktyce zdecydowano się (może było coś w tym z dziejowego fatum?) na to pierwsze – z opłakanym dla plemion indiańskich skutkiem.

*

      Ulegamy jednak złudzeniu, iż Indianie z kolonistami bez przerwy walczyli i nawzajem się wyrzynali. To pewnie dlatego, że do naszej świadomości (wiadomości) docierają zazwyczaj te ekstrema: wojny, bitwy, egzekucje, darcie kotów i skalpów… A przecież były też całe lata w miarę pokojowego współistnienia – to zależało również od rejonu. Jednak chyba najbardziej – w perspektywie historycznej – liczą się te punkty graniczne – zwroty „akcji”, nagłe zmiany stosunków, wybuchy konfliktów… bo to one w końcu decydują o tym, w jakim kierunku dryfuje „duch czasu” – gdzie to wszystko zdąża, jakie są konkluzje i finał. W ostatecznym rozrachunku liczy się kulturowy bilans – a ten dla Indian Ameryki Północnej jest katastrofalny.

*

      Naturalnie, niektóre plemiona indiańskie prowadziły między sobą wojny totalne – nastawione nie tylko na zagarnięcie obcego terytorium, ale i likwidację zamieszkujących go ludzi. Ale były także plemiona nastawione pokojowo, egzystujące obok siebie przez tysiące lat i współpracujące ze sobą.
Mimo wszystko wierzę w to, że przy pewnym wysiłku i odpowiednim nastawieniu – jak również wykazując dobrą wolę – można unieszkodliwić wbudowaną w nas (jak się wydaje) genetyczną skłonność do gwałtu i przemocy. Myślę jednak, że jest to w dużej części kwestią dokonywania (etycznych) wyborów.
Pytanie: czy rzeczywiście tzw. „mocarstwowość” to jakieś wielkie dobrodziejstwo dla ludzi tworzących owe „mocarstwa”? Czy ta mocarstwowość – i pęd do ekspansji – nie wynika przypadkiem ze zwykłej chciwości i zaborczości (na pewno nie wynika z walki o przetrwanie, która cechowała np. wojny ludów pierwotnych). Zazwyczaj tzw. „mocarstwa” chciały ugryźć więcej, niż mogły połknąć. Podbijały obce obszary i niewoliły zamieszkujących je ludzi, bo chciały ich wykorzystać i eksploatować. To właśnie świadczy o chciwości, o pożądliwości wzbogacenia się… bez żadnego umiaru. A ileż można w tym życiu zjeść?
Jedno z przysłów indiańskich mówi: „Mądrość – to żebyśmy łowili po naszej stronie jeziora, wy po waszej stronie jeziora, a w środku nikt.”

* * *

SAN FRANCISCO, albo o misjach, złocie, pożarach i trzęsieniu ziemi

.

Kiedy mowa o historii San Francisco, słyszy się zazwyczaj o tym, że na początku byli hiszpańscy konkwistadorzy, zaraz później misjonarze, a następnie złoto. Jest to prawda, lecz niepełna. rzeczywiście gorączka złota przed 15o laty przyczyniła się wielce do kalifornijskiego boomu, a szczególnie do znacznego rozkwitu San Francisco. Jednak w międzyczasie wiele innych czynników i wydarzeń kształtowało KalifornięTak naprawdę – podobnie jak w przypadku każdego innego miejsca w Ameryce – na początku byli tu Indianie. Przez kilkanaście tysięcy lat żyli na Zachodnim Wybrzeżu w zgodzie z naturą, respektując siły, od których, od których zależało ich życie i powodzenie. Tak było aż do czasu, kiedy pojawił się biały człowiek, a wraz z nim jego agresywna ekspansja, choroby zakaźne, pogoń za złotem i bogactwami, lecz także i za chlebem.

.

San Francisco

San Francisco (wiktoriańskie Malowane Damy na tle miejskiego downtown)

.

To zderzenie z białymi spowodowało wyginięcie prawie wszystkich rdzennych mieszkańców Indian zamieszkujących wybrzeże Pacyfiku. A na początku podboju kontynentu przez Europejczyków było ich blisko 500 tysięcy.
Jedną z tych niszczycielskich sił była gorączka złota. Zresztą, jak można się domyślać, pierwsi odkryli złoto Indianie, jednak nie znaleźli w nim szczególnego upodobania. Aby jednak oddać sprawiedliwość misjonarzom, trzeba zaznaczyć, że to właśnie padres – jak ich z hiszpańska wówczas wszyscy nazywali – zabraniali rdzennej ludności rozgłaszania wieści o złożach złotego kruszcu, słusznie obawiając się, że sprowadzi to na ich misje i wioski indiańskie same plagi. Nie zapobiegło to jednak gorączce złota i kiedy w 1848 roku biali znaleźli kruszec nieopodal San Francisco, rozpętało się zamieszanie, które – w zależności od punktu widzenia – wyglądało albo na rozkwit, albo na katastrofę, przynosząc Kalifornii zarówno to, co złe, jak i dobre.

EUROPEJCZYCY

Wróćmy jednak do początków miasta, które później zasłynęło na całym świecie jako San Francisco. Wiadomo, że Hernando Cortes, słynny Hiszpan, który podbił Meksyk, dotarł do półwyspu znanego dzisiaj jako Baja California (czyli Dolna Kalifornia) i myśląc, że jest to wyspa, nadał jej nazwę California – tak samo, jak to było w znanej wówczas książce, w której opisano mityczną wyspę na Pacyfiku, nazywając ją właśnie Californią (od imienia jej władczyni, Calafii).
Juan Cabrillo, pierwszy Europejczyk, który przybył do wybrzeży dzisiejszej Kalifornii w 1542 roku, zatrzymał się w kilku miejscach Zachodniego Wybrzeża, jednak przeoczył zatokę San Francisco. Podobnie, jak słynny angielski żeglarz Sir Francis Drake, którego wielka, obładowana skarbami flotylla przepłynęła obok wejścia do zatoki, (które spina dzisiaj most Golden Gate) prawdopodobnie nawet jej nie zauważając. Trzeba było więc zaczekać aż do II połowy XVIII wieku, by Europejczycy bardziej zdecydowanie zajęli się kolonizacją tego zakątka ziemi.
Król hiszpański Karol III usunął Jezuitów ze swoich kolonii, zastępując ich wkrótce misjonarzami innych reguł. I tak, dominikanom przypadała w udziale Dolna Kalifornia, natomiast franciszkanom – Górna. A należało wówczas działać energicznie. Po wojnie siedmioletniej najsilniejszym gospodarzem Ameryki Północnej stała się Anglia. Swoje osady na Pacyficznym wybrzeżu Ameryki, zaczęli też zakładać Rosjanie. Hiszpanie już dłużej nie mogli czekać z umocnieniem swoich kolonii. Zaczęli więc organizować misje – zaczynając od San Diego, na San Francisco kończąc. Zajął się tym głównie franciszkanin Juniperro Serra. W latach 1769-1823 powstało 21 takich misji.

Fisherman's Wharf

Fisherman’s Wharf

YERBA BUENA

Najprawdopodobniej Zatokę San Francisco zobaczyli po raz pierwszy Hiszpanie z ekspedycji Gaspara de Portoli w 1769 roku. Jednak dopiero 6 lat później hiszpański statek wpłynął do zatoki przez cieśninę nazwaną później (1948 r.) przez Amerykanina Johna Charlesa Fremonta Golden Gate (Złote Wrota). Portola miał na pokładzie cieśli i murarzy, których zadaniem było zbudowanie misji i presidio, czyli garnizonu. I tak się stało. W 1776 roku powstała Mission Dolores.
Naturalnie, oprócz tego, że misja była siedzibą zakonników, którzy zajmowali się nawracaniem „dzikich” Indian na „świętą” wiarę katolicką, był to jednocześnie punkt strategiczny: fort mający bronić Hiszpanów zarówno przed wrogimi tubylcami, jak i przed wojskami innych państw kolonialnych.
Jednakże, przez najbliższe 50 lat od powstania Misji Dolores, jej mieszkańcy wiedli żywot spokojny, nie niepokojeni przez nikogo. A było ich w 1800 roku niespełna tysiąc, wliczając w to Indian. Czas jakby się dla nich zatrzymał. Nie zatrzymał się jednak w całej Ameryce. Meksyk wymówił posłuszeństwo Hiszpanii w 1821 roku, ogłaszając swoją niepodległość. Zaczęła się tzw. sekularyzacja kalifornijskich osad, czyli – dosłownie – ich uświecczenie. Misje zamieniały się w pueblo (wioski), ziemie zaczęto oddawać w prywatne ręce, także Indianom.
Do Kalifornii przybywało coraz więcej amerykańskich i angielskich biznesmenów. Jednym z nich był brytyjski kapitan William Richardson, który w latach 20-tych XIX wieku, parę kilometrów od Misji Dolores założył handlowe pueblo, nazwane wkrótce Yerba Buena (hiszp. dobre ziele). To właśnie miejsce stało się zalążkiem miasta, które z czasem zaczęto nazywać San Francisco.
Wszystko to odbywało się jeszcze przed gorączką złota. Była to epoka wielkich rancho, którą z wielkim rozrzewnieniem wspominali później starzy mieszkańcy Kalifornii, zmęczeni całym tym zgiełkiem, wywołanym przez gorączkę złota 1848 i 1849 roku.
Jednakże wcześniej, bo w 1846 roku, wybuchła wojna Stanów Zjednoczonych z Meksykiem, zakończona dwa lata później traktatem pokojowym, na mocy którego cała Kalifornia, jak i inne ziemie należące dotychczas do Meksyku (w tym Arizona, Nowy Meksyk, część Nevady) zostały włączone do Stanów Zjednoczonych.

ZŁOTO!

Dosłownie na 6 dni przed podpisaniem tego traktatu, w pobliskich górach Sierra Nevada odkryto złoto. W ciągu kilku dni pueblo Yerba Buena – znane już wówczas jako San Francisco – opustoszało. Każdy, kto żyw zaczął w górskich strumieniach szukać złota, a fama o kruszcu rozniosła się nie tylko po Kalifornii i Ameryce, ale i po całym świecie. Wkrótce ze wszystkich zakątków globu zaczęli napływać poszukiwacze złota. Liczba mieszkańców San Francisco, w ciągu zaledwie dwóch lat (1848-50), zwiększyła się z tysiąca do 25 tysięcy osób.
W 1849 roku, na statku California przybyli tzw. Argonauci (inaczej zwani forty-nineres). Tysiące innych przypłynęło za nimi morzem, lub też dotarło lądem, pokonując wozem osadniczym 4-miesięczną trasę szlakami Oregon lub Santa Fe. Wśród nich nie brakło Anglików, Norwegów, Niemców, Australijczyków i ludzi wielu innych narodowości.
Ci, co byli pierwsi, rzeczywiście znaleźli kruszec w wielkiej obfitości – dziennie nawet o wartości do 150 dolarów, co jak na tamte czasy było sumą olbrzymią. Zdarzały się żyły złota zupełnie odkryte – tak, że metal ten można było wydłubywać ze skały zwykłym scyzorykiem. Jednak była to stosunkowa rzadkość, a zasoby w krótkim czasie zaczęły się wyczerpywać. Większość poszukiwaczy wydobywała złota tyko tyle, by się można z tego utrzymać (tj. za około 100 dolarów miesięcznie). A należy pamiętać, że utrzymanie było wówczas w tamtym rejonie okrutnie drogie, gdyż handlarze windowali ceny do astronomicznych wysokości. Funt gwoździ kosztował prawie tyle samo, co funt złota; zwykła deska – $20, jajka od $20 do $50 za tuzin, kwarta wódki – $30, a para butów około $100. Nic więc dziwnego, że w ostatecznym rozrachunku, na całym tym „złotym” interesie, najlepiej wyszli handlarze i ci, którzy ten ruch obsługiwali (a w szczytowym, 1852 roku, wydobyto złota za 81 milionów dolarów). Jednym z tych, którzy zapisali się wówczas dla potomności, był przybysz z Niemiec nazwiskiem Levi Strauss, który zamierzał poszukiwaczom złota sprzedawać namioty, lecz po jakimś czasie doszedł do wniosku, że zrobi lepszy interes, jeśli z tego płótna na namioty zacznie szyć spodnie. Trafił w dziesiątkę, czego skutki odczuwamy do dzisiaj, chodząc w „levisach„.
Oczywiście, cala ta gorączka miała także swe pochorobowe komplikacje i powikłania. San Francisco, ze spokojnego w miarę pueblo, w ciągu paru miesięcy zamieniło się w tzw. boom-town, czyli miasto hossy. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kasyna i domy gry (w krótkim czasie powstało ich blisko tysiąc); także salony, palarnie opium, knajpy oraz publiczne przybytki uciech seksualnych, zwane popularnie burdelami. Tłumnie zaczął napływać element mocno podejrzany, awanturniczy, wręcz bandycki – całe mnóstwo wyjętych spod prawa renegatów. Kwitło więc bezprawie – rozbój, kradzieże, łapówkarstwo, prostytucja… Nie działały żadne miejskie organizacje i praktycznie nie było żadnej efektywnej władzy stanowej, o federalnej nie wspominając. San Francisco rozwijało się zbyt szybko – i za daleko od Wschodniego Wybrzeża – by mogła za tym nadążyć legislatura. Więc nawet gdy uchwalono jakieś prawo, to nie było komu go egzekwować. Organizowały się szajki, którym obywatele San Francisco starali się stawić czoła, zakładając własną milicję porządkową. Dla przykładu powieszono kilku złoczyńców. Jednak odbywało się to poza władzą oficjalną. Sytuacja tak bardzo wymknęła się spod kontroli, że rząd Stanów Zjednoczonych zmuszony był do interwencji i do Kalifornii posłano wojsko pod wodzą generała Shermana, który zresztą uznał jedną z organizacji milicyjnych i pozwolił jej działać.
W 1854 roku hossa gwałtownie się skończyła, ale San Francisco nie opustoszało, tak jak to było z wieloma innymi, mniejszymi, osadami górniczymi. Te wyludnione zamieniały się w tzw. ghost towns, czylio miasta-widma. San Francisco rozwijało się nadal – kupowano nowe ziemie, zakładano farmy, budowano fabryki…

Golden Gate

Golden Gate

TO JEDNAK NIE KONIEC

Drugi, znaczniejszy okres prosperity zanotowano w 1859 roku, kiedy to w zachodniej Nevadzie odkryto pokłady srebra zmieszanego ze złotem. Odzyskanie tych cennych kruszców nie było już takie proste i wymagało skomplikowanych metod oraz dużych inwestycji. Bogaci przedsiębiorcy i kompanie zainwestowały. Zasoby zostały wprawdzie wyeksploatowane już po 10 latach, ale ryzyko się opłaciło, bowiem do tego czasu wydobyto srebra i złota o całkowitej wartości 500 mln. dolarów. Inwestorzy wzbogacili się więc na tyle, by San Francisco rozbudować. Domy publiczne, hazard i meliny przestały dominować w mieście. Wyrosły za to bogate rezydencje, wybudowano słynny 800-pokojowy Palace Hotel, powstały teatry i opery… Życie kulturalne stawało się coraz bogatsze, tytuły prasowe coraz liczniejsze. Swoje imperium zaczął tworzyć William Randolph Hearst, powołując do życia gazetę San Francisco Examiner. Miasto zaczęli odwiedzać słynni pisarze, m.in. Mark Twain, Oscar Wilde czy Robert Louis Stevenson; w 1976 roku urodził się tu Jack London.
A i sama podróż do miasta Św. Franciszka stała się łatwiejsza po tym, kiedy w 1869 roku otworzono kolej transkontynentalną, którą w ciągu 5 dni – i to za jednego dolara! – można było dotrzeć tu aż z Nowego Jorku. W samym mieście uruchomiono (w 1873 r.) działające do dzisiaj tak charakterystyczne dla tego miasta, uliczne tramwaje.

48 SEKUND

Kiedy San Francisco wkraczało w XX wiek, żyło w nim około 45 % populacji całego stanu Kalifornia (dzisiaj jest to niespełna 5 %). Jak większość miast amerykańskich SF było zlepkiem wielu narodowości i jak na tamte czasy był to już miejski moloch, który zresztą znowu zaczynała podgryzać korupcja i arogancja finansowych magnatów, z czym walczyła m.in. niezależna prasa z gazetą Hearsta na czele. Nadużycia i oszustwa władz miejskich doprowadziły w końcu do rozruchów, lecz nieoczekiwanie sytuacja zmieniła się radykalnie w ciągu… 48 sekund, w dniu 18-go kwietnia 1906 roku. Tyle bowiem trwało trzęsienie ziemi, które dokonało straszliwych spustoszeń. Jeszcze większe zniszczenia spowodowały pożary, jakie wówczas wybuchły w wielu miejscach miasta. Zginęło ponad pół tysiąca ludzi, a straty oceniono na 350 mln. dolarów. To dlatego tak niewiele jest dzisiaj w San Francisco budowli, który pamiętają XIX wiek.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miasto natychmiast zaczęło dźwigać się z ruin. Wzrosło poczucie solidarności i powszechna mobilizacja. W parku Golden Gate zbudowano olbrzymi namiot, w którym przez kilka miesięcy mieszkało parę tysięcy osób. Niestety, nie wszyscy się tam pomieścili: 300 tysięcy ludzi koczowało pod gołym niebem – w innych parkach, na ulicy, w ruinach…
Jednakże San Francisco potrafiło się zorganizować w potrzebie. Powstał Komitet Odbudowy, a do miasta zaczęła napływać pomoc z całej Ameryki (w ciągu tygodnia zebrano 8 mln. dolarów na odbudowę). Nie minęło wiele lat, a powstało miasto zupełnie nowe – poprawione, nowoczesne, czyste i bardziej nawet malownicze, mimo, że znalazła się tam niemal połowa budynków z betonu i stali, jakie wówczas istniały w całej Ameryce.

BUDUJEMY MOSTY

Pierwsza wojna światowa, która tak wyniszczyła Europę, dla miasta nad Zatoką okazała się jeszcze jedną okazją do dobrej koniunktury. Rozwijał się przemysł, po ulicach San Francisco jeździło coraz więcej samochodów. Mimo wielkiego kryzysu na przełomie lat 20-tych i 30-tych, masowych strajków, ekonomia zaczęła się polepszać w drugiej połowie lat 30-tych. Nie bez znaczenia było to, że 1936 roku otworzono długi na 7 km. most łączący San Francisco z Oakland, a rok później słynny Most Golden Gate. I znów wojna światowa, tym razem druga, przyczyniła się walnie do rozwoju miasta, ściągając do niego ponad pół miliona żołnierzy, którzy po demobilizacji przemienili się w robotników, co z kolei umożliwiło dalszy rozwój tutejszego przemysłu.
San Francisco ma więc swoją krótką, ale jakże burzliwą historię. Jest w tym mieście jakaś mieszanka zawziętości, uporu i twardości, ale jednocześnie swobody, subtelności i tolerancji. Właśnie taki charakter zawdzięcza San Francisco swojej przeszłości, kiedy to musiało się podnosić po klęskach, organizować społeczny ład w warunkach chaosu i rozprzężenia. Z drugiej strony, to właśnie tutaj miały swój początek zarówno ruch Beat Generation w latach 50-tych XX wieku, jak i hippiesowska kontr-kultura Dzieci Kwiatów w latach 60-tych, wspomagana chociażby przez intelektualne środowiska na Uniwersytecie w Berkeley (już wtedy wykładał na nim Czesław Miłosz). Nic więc dziwnego, że dzisiaj San Francisco jest miastem tak mozaikowym, wieloznacznym i kolorowym.

greydot

Artykuł opublikowany został na łamach chicagowskiego magazynu „Relax” (15 czerwca 1996 r.) w ramach cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce”)

greydot

Miasto nocą (widok z Treasure Island - Most Zatokowy i San Francisco skyline)

Miasto nocą (widok z Treasure Island – Most Zatokowy i San Francisco skyline)

.

FOTOGRAFICZNE POST SCRIPTUM

San Francisco to bez wątpienia jedno z najbardziej malowniczych (a tym samym fotogenicznych) amerykańskich miast. Dla wielu jest ono najpiękniejsze, i ja jestem skłonny z tą opinią się zgodzić. Czemu SF zawdzięcza tę swoją, jakże atrakcyjną, aparycję? Otóż składa się na to kilka czynników. Przede wszystkim położenie: miasto (nota bene nie takie znów rozległe) wyrosło na nabrzeżu oceanu i nad brzegiem olbrzymiej śródlądowej zatoki, jak również na wzgórzach, i w otoczeniu gór. Następnie: kosmopolityzm i tętniąca życiem społeczność, bardzo zróżnicowana etnicznie i wzmocniona przybyszami z całego świata. No i wreszcie: architektura, której najbardziej rzucającym się w oczy jest styl wiktoriański, nadający charakter całemu miastu, mimo że dominuje on tylko w niektórych dzielnicach (wbrew temu, co napisałem w artykule, wiele wiktoriańskich domów przetrwało pożar z początku XX wieku i nawet jeśli z czasem zatraciło swój estetyczny polor, to zostało już do tej pory odrestaurowanych).

Niewątpliwie wizytówką miasta jest słynny Most Golden Gate (wbrew nazwie nie jest on złoty, a pomarańczowo-czerwony) uznawany za najczęściej fotografowany most na świecie (o jego złej sławie zawdzięczanej samobójcom nie będę wspominał). I rzeczywiście, mimo swoich potężnych rozmiarów, to dzięki m.in. architekturze art déco, konstrukcja ta zaskakuje swoją… gracją. To dlatego most Golden Gate jeszcze bardziej podkreśla malowniczość tego zakątka Ameryki, zwanego Bay Area. (Istnieje kilka „żelaznych” punktów, z których most prezentuje się najlepiej, jeśli chodzi o fotografowanie. Moim ulubionym jest widok ze wzgórza Hawk Hill, położonego na półwyspie Marine Headlands, po stronie północnej mostu. Według mnie to jeden z najpiękniejszych widoków na całym kontynencie pólnocnoamerykańskim.)

Bardzo charakterystyczne są strome sanfranciscańskie ulice (wśród nich „najbardziej kręta ulica świata” – Lombard S.), dodatkowo uatrakcyjnione przez słynne „kablowe” tramwaje, których nigdzie indziej na świecie nie można już spotkać. Portowy charakter miasta odbija się we wszechobecnych, pływających po wodzie lub zacumowanych przy molach statkach, jachtach, okrętach i łodziach – a to kolejny wdzięczny obiekt do fotografowania (szczególnie w miejscu zwanym Fisherman’s Wharf, z jego licznymi pirsami). Zainteresowanie może też budzić lokalna zwierzyna: mnóstwo ptaków, a zwłaszcza lwy morskie i foki, które po wieloletniej nieobecności wróciły na (najczęściej odwiedzany przez turystów Pier 39) i tam się z powrotem zadomowiły, pozując spragnionym egzotycznych fotek turystom. Niezłe zdjęcia zrobić można w Parku Golden Gate (tutejszy odpowiednik Parku Centralnego na Manhattanie); znakomicie widać (z góry) miasto z jednego z bliźniaczych wzgórz Twin Peaks (nie mylić z filmem Davida Lyncha); no i – last but not the least – wielce malownicze, tłumne, egzotyczne, pełne barw i zapachów, China Town (najstarsza i największa chińska dzielnica na świecie, poza Azją i Manhattanem).

Mieszkańcy San Francisco cieszą się łagodnym klimatem, przypominającym nieco śródziemnomorski, jednak bliskość chłodnego Oceanu i ciepłego powietrza nagrzanej pustyni powoduje powstanie swoistego fenomenu meteorologicznego, dzięki któremu, zwłaszcza latem, całe miasto o poranku spowite jest mgłą, najczęściej rozwiewającą się jednak wczesnym popołudniem. Jest to zjawisko bardzo (dosłownie i w przenośni) klimatyczne, jednak potrafi skutecznie zasłonić widok całej okolicy, co jest uciążliwe zwłaszcza wtedy, kiedy chce się miasto sfotografować. Wtedy trzeba trochę na tę okazję poczekać.

Odwiedzałem San Francisco dziesiątki razy (służbowo, w latach 90-tych) i tylko raz mgła i smog utrzymywały się przez cały dzień, uniemożliwiając zupełnie dostrzeżenie choćby skrawka Golden Gate, o miejskiej panoramie z Twin Peaks nie wspominając. Jednak niemal zawsze, przynajmniej druga połowa dnia była słoneczna i bezwietrzna, a powietrze przyjemne. Tak więc to, jak odbierzemy miasto – i czy się nam ono spodoba – zależy w dużej mierze od dobrej pogody, ale też od naszych oczekiwań i nastroju. Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć San Francisco, jakie powstały podczas dwóch moich ostatnich (prywatnych już) wizyt w tym mieście przed kilkoma laty.

greydot.
UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

WIĘCEJ ZDJĘĆ Z SAN FRANCISCO OBEJRZEĆ MOŻNA NA STRONIE „ŚWIAT W OBRAZACH” (TUTAJ).

.

Powiązane wpisy: „KALIFORNIA” i „MOST TO JEST COŚ”

.

KALIFORNIA

krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce

.

Most Golden Gate w San Francisco

Most Golden Gate w San Francisco

Czy wie ktoś skąd się wzięła nazwa Kalifornia? Otóż w 1510 roku pewien hiszpański literat spłodził książkę, w której dał opis niezwykłej wyspy, leżącej na prawo od Indii, blisko Ziemskiego Raju. Mieszkają na niej czarne kobiety, bez mężczyzn – na podobieństwo Amazonek. Kobiety mocnej budowy, niezwykłej odwagi i wielkiej siły. Ich wyspa ze stromymi urwiskami i skalistym wybrzeżem jest najsilniejszym królestwem na Ziemi. Ich ramiona są całe ze złota, i cała ze złota jest także uprząż dzikich bestii, które te kobiety ujarzmiają i ujeżdżają. Gdyż na całej wyspie nie ma innego metalu, jak złoto. Wyspa ta zwie się California, a włada nią królowa Calafia.
W 25 lat po ukazaniu sie tych fantastycznych rojeń – które zresztą przez wielu ówczesnych żeglarzy traktowane były zupełnie serio – Hernando Cortés, słynny hiszpański konkwistador, który wcześniej podbił Meksyk, płynąc na północ, wzdłuż zachodnich wybrzeży Ameryki, natknął się na półwysep (zwany dzisiaj Baja California), który uznał za ową bajeczną wyspę. Nazwał więc te nowo odkryte przez siebie ziemie Kalifornią.

i

Jednakże sława właściwego odkrywcy Kalifornii, czyli obszarów, które uznawane są dziś za terytorium stanu Kalifornia, przypada oficjalnie w udziale Portugalczykowi Juanowi Rodrigezowi Cabrillo, który zawinął do portu zwanego dziś San Diego, we wrześniu 1542 roku. W 1602 roku zjawił się w tamtych rejonach Sebastian Vizcaino, któremu zawdzięczamy wiele z obowiązujących do dzisiaj nazw, jak np. San Diego. Wcześniej jednak, bo w 1579 roku, do wybrzeży kalifornijskich dotarł ze swoją potężną flotyllą, najsłynniejszy żeglarz epoki elżbietańskiej, Sir Francis Drake, który po opłynięciu Ameryki Południowej wylądował niedaleko miejsca, gdzie zbudowano później San Francisco. Oczywiście Drake ogłosił cały ten obszar własnością królowej Elżbiety I, która finansowała jego ekspedycję.
Mimo tych wszystkich odkryć, eksploracji i deklaracji, Kalifornia przez następne dwa stulecia pozostawała w rękach tubylczych plemion. A trzeba podkreślić, że w tamtym czasie zamieszkiwało te ziemie blisko pół miliona Indian. Tak na dobre, hiszpańska okupacja zaczęła się jednak dopiero w 1769 roku, wraz z ekspedycją Gaspara de Portola. Król hiszpański zaniepokoił się bowiem ekspansyjnymi poczynaniami Anglików, a jeszcze bardziej Rosjan i postanowił uprzedzić ich w kolonizacji Kalifornii.
Hiszpanie mieli już do perfekcji opanowany sposób zawłaszczania nowych terytoriów, szybko więc mieczem wprowadzano nowy porządek. Kiedy ziemie były już podbite, misjonarze zaczynali przedstawiać pogańskim Indianom dobrodziejstwa Chrześcijaństwa. Ta strategia doskonale sprawdziła się w Meksyku. Na ziemiach, gdzie natrafiano na zazwyczaj pokojowo nastawionych Indian, nawracającym tubylców misjonarzom towarzyszyła niewielka grupa żołnierzy. Następnym krokiem miało być właśnie zajęcie Kalifornii a zadanie jej skolonizowania spoczęło na Gasparze de Portola. W skład jego ekspedycji wchodził także Franciszkanin, ojciec Junipero Serra, któremu jego późniejsza działalność misyjna przydała miano Apostoła Kalifornii. Dokonał on bowiem rzeczy ważnej: w latach 1769 – 1776 założył 6 misji – począwszy od San Diego, a na San Francisco skończywszy. Liczbę misji stale powiększano i w roku 1823 było ich już 21 – każda w odległości jednego dnia drogi od sąsiedniej. To właśnie wokół tych misji rozwijały się samowystarczalne osady, a niektóre z nich przekształciły się z czasem w olbrzymie metropolie.

Meksyk uzyskał niepodległość w 1821 roku i tym samym Kalifornia przestała być poddana koronie hiszpańskiej. Misjonarze powrócili do Europy, a na ich posiadłościach powstawały rancza, którymi rząd meksykański obdarowywał swoich bohaterów. W tym samym czasie, na zachodnie wybrzeże przybywało coraz więcej amerykańskich osadników (podróż pionierskimi wozami, ze środkowych stanów, trwała około dwóch miesięcy) i Stany Zjednoczone coraz bardziej stawały się zainteresowane Kalifornią – tą ziemią mlekiem i miodem płynącą.
Amerykanie próbowali wykupić Kalifornię od Meksyku za pół miliona dolarów (negocjował to, będący już wówczas prezydentem, Andrew Jackson, znany choćby z podboju Florydy i wojen z Seminolami). Próby te okazały się nieskuteczne. Rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem doprowadziło w końcu do wybuchu wojny między tymi państwami w 1846 roku. Walki toczyły się głównie na obszarze Nowego Meksyku, choć i w Kalifornii doszło do kilku potyczek. Po dwóch latach działań wojennych, szala zwycięstwa wyraźnie przechyliła się na stronę Amerykanów i w 1848 roku doszło do podpisania traktatu pokojowego, na mocy którego całą Kalifornię włączono do terytorium Stanów Zjednoczonych. Gorące negocjacje toczyły się np. w sprawie San Diego, które to miasto – mało brakowało – znalazłoby się po południowej, czyli meksykańskiej stronie nowej granicy. Dwa lata później, czyli w 1850 roku, Kalifornia oficjalnie stała się 31 stanem Unii.
Jednak wcześniej miało jeszcze miejsce zamieszanie, o którym do dzisiaj pamiętają nie tylko w Kalifornii, ale i na całym świecie: gorączka złota! W 1848 roku natrafiono w Sierra Nevada na złoty kruszec. Rozpoczął się masowy exodus osadników i poszukiwaczy spragnionych złota. Fala ta największe swoje nasilenie miała w 1849 roku (stąd popularna w Kalifornii nazwa „Forty-Niners”). Do złotonośnych pól próbowano przebijać się – kto szybciej! – na skróty, nawet przez Dolinę Śmierci, co zazwyczaj kończyło się tragicznie. Jednakże działki dość szybko zostały wyeksploatowane i już po 15 latach były tylko jałową, kamienistą ziemią, a osady zamieniały się w miasta widma (ghost towns). Jak na ironię, w ostatecznym rozrachunku, najlepiej na całej gorączce złota wyszli nie sami poszukiwacze (choć i wśród nich zdarzały się milionowe fortuny), ale ci, którzy cały ten zgiełk obsługiwali, czyli handlarze wszelkim towarem, dostarczyciele narzędzi i żywności.
Gorączka złota szybko wygasła, jednak nie mogło to powstrzymać Kalifornii przed rozwojem i coraz większym napływem nowych osadników. Kiedy w 1869 roku zakończono budowę transkontynentalnej linii kolejowej – która wielomiesięczną tułaczkę w osadniczym wozie skracała do kilku dni w komfortowych, jak na owe czasy, warunkach (za cenę 1 dolara można było w pięć dni przejechać do Kalifornii z Nowego Jorku) – wiadomo, że lata prawdziwego rozkwitu ma Kalifornia jeszcze przed sobą.

ii

Prawie 140 lat temu, pewien młody wydawca nazwiskiem Horacy Greeley, rzucił wyzwanie jakże młodemu wówczas narodowi amerykańskiemu: GO WEST YOUNG MAN! Podjęło je wówczas tysiące ludzi, którzy ze wschodnich stanów parli na zachód – czy to szlakiem Santa Fe na południu, czy też szlakiem oregońskim na północy – przez Góry Skaliste, gęsto zalesione rzeczne doliny, rozległe prerie, czy wreszcie przez spalone słońcem pustynie – aż do wybrzeży Pacyfiku. Głównym celem była Kalifornia – ziemia wielkich oczekiwań, na której miały się spełnić wszystkie marzenia o bogactwie (w czasie gorączki złota), czy też spokojnym a pełnym dostatku życiu farmera.
Co ciekawe, ten mit Kalifornii jako ziemskiego raju przetrwał do dzisiaj i jest udziałem nie tylko Ameryki, ale i niemalże całego świata. A jeszcze ciekawsze jest to, że mitu tego nie są w stanie obalić same fakty znane wszem i wobec: o kalifornijskim przeludnieniu i przeraźliwym tłoku na autostradach, o klęskach żywiołowych: pożarach, trzęsieniach ziemi, suszach; o murzyńskich gangach, niepokojach w kolorowych gettach, zamieszkach; o wiecznym smogu nad Los Angeles, czy wreszcie opinia (moralistów), że Miasto Aniołów stało się dzisiaj skazanym na zagładę, zdeprawowanym obyczajowo, Babilonem.

pod sekwojami

pod sekwojami

Na szczęście jednak, opowieści o tej słonecznej stronie Kalifornii, czyli o jej jasnych stronach i uroczych zakątkach, nie są zbytnio przesadzone i czynią z tego amerykańskiego stanu jedno z najciekawszych, najbardziej atrakcyjnych miejsc świata. Złowrogie kiedyś, jałowe pustynie, zamienione zostały w żyzne zielone ogrody, z których owoców korzysta cała Ameryka. Odizolowane, kamienne plaże stały się miejscem rekreacji dla milionów wakacjuszy. Mała hiszpańska misja el Pueblo de Los Angeles, założona w drugiej połowie XVIII wieku, stała się w ciągu ostatnich stu kilkudziesięciu lat, jednym z największych miast świata (w obrębie samego miasta Los Angeles żyje ponad 3,5 mln. mieszkańców, natomiast w całym powiecie Los Angeles – około 9 mln. ludzi.).
Kiedy więc mowa o Kalifornii, nie sposób nie wspomnieć o Los Angeles; z kolei, kiedy mowa o Los Angeles, nie sposób nie wspomnieć o Hollywood – stolicy potężnego przemysłu filmowego i nagraniowego, która na całym świecie stała się znana jako synonim zbytku, blichtru, blasku gwiazd… gdzie obowiązuje high-life królów życia i wybrańcy losu spijają nektar swoich ziemskich rozkoszy.

Cała Kalifornia, podobnie jak cała Ameryka, jest ziemią kontrastów – i to kontrastów zarówno socjalnych, jak i kulturowych, przyrodniczych, czy geograficznych. Obok wystawnych rezydencji – pałaców, z których każdy wart jest dziesiątki milionów dolarów – rozsianych w Beverly Hills, Bel Air, czy też wzdłuż zachodniego wybrzeża (Malibu, Santa Barbara, Santa Cruz) – natrafić można na slumsy biedoty, choćby na południowych wybrzeżach Los Angeles, czy czarnych miastach, jak np. Oakland (nota bene kolebka Czarnych Panter).
Kalifornijska góra Mount Whitney (wysoka na 4,400 m. nad poziomem morza) jest najwyższym punktem na terenie kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, zaś nieopodal niej – bo zaledwie w odległości 60 mil – znajduje się najniżej położony punkt na całej Półkuli Zachodniej (Bad Water w Dolinie Śmierci – 86 m. poniżej poziomu morza).

Kalifornia ma swoją historię, która odcisnęła ślady na całym terytorium Złotego Stanu: to liczące kilkanaście tysięcy lat dzieje pobytu na tej ziemi pierwotnych mieszkańców Ameryki, czyli plemion myśliwskich i zbierackich, które w epoce lodowcowej przebyły Cieśninę Beringa i rozprzestrzeniły się po całym kontynencie Ameryki Północnej; i wreszcie 450-letnia historia budowania przez europejskich kolonistów amerykańskiej cywilizacji Zachodu.
Pierwsi przybyli tu Hiszpanie w połowie XVI wieku – a więc już kilkadziesiąt lat po wyprawie Kolumba – i kontrolowali ten obszar przez najbliższe dwa i pół stulecia. Nic więc dziwnego, że ślady kultury hiszpańskiej spotykamy – szczególnie w południowej Kalifornii – na każdym kroku.

Oczywiście, Kalifornia jest także miejscem tłumnie odwiedzanym przez turystów. Dla lepszego wyobrażenia sobie tego fenomenu można podać, że np. tylko w samym Los Angeles turystykę obsługuje ponad 100 tysięcy ludzi, co przynosi miastu ok. 5,5 miliarda dolarów rocznego dochodu. (Dla porównania: w przemyśle filmowym, z którego tak zasłynęło na całym świecie Los Angeles, zatrudnionych jest ok. 60 tys. osób, które wypracowują dochód ok. 4 miliardów dolarów.
Kalifornia rzeczywiście oferuje przybyszom sporo atrakcji. Wśród nich są nie tylko takie miasta, jak np. San Diego, Los Angeles, San Francisco, Santa Barbara, Palm Springs, Sacramento, ale i uderzająco piękne, robiące wielkie wrażenie parki narodowe: Yosemite, Redwood, Sequoia & Kings Canyon czy nawet sama Dolina Śmierci. Zupełnie innych przeżyć może więc nam dostarczyć to, co stworzył – i to nie tylko dla rozrywki – człowiek: Disneyland, Studia Filmowe Universal, górskie lub nabrzeżne kurorty wypoczynkowe, słynny most Golden Gate, więzienie Alcatraz, pamiętające gorączkę złota miasta widma, malownicze San Francisco, rozległe Los Angeles… Z kolei innych zupełnie wrażeń dostarczają cuda przyrody: wodospady i polodowcowe doliny Yosemite, potężne sekwoje i lasy redwoods, pustynia Mojave czy wspomniana już Dolina Śmierci.

Z Kalifornią, w powszechnej opinii, wiąże się jeszcze jedna sprawa – trzęsienie ziemi. Nie tylko nawiedzeni katastrofiści mówią o tzw. Big One, czyli potężnym trzęsieniu ziemi, które w każdym momencie może sprawić, że w ciągu kilku minut stan ten zsunie się do Pacyfiku. Sami Kalifornijczycy próbują nawet z tego żartować, mówiąc np., że ci bardziej zapobiegliwi inwestują już w nadmorskie posiadłości plażowe w… stanie Nevada.

Co jest powodem tego, że mieszkańcy Kalifornii czują się tak, jakby siedzieli na beczce prochu? (Wstrząsy zdarzają się tutaj każdego dnia, tyle że nie są silne i nie wyrządzają dużych szkód.) Co jest przyczyną tak wielkiej aktywności sejsmicznej w tym rejonie?
Otóż teren ten jest w skali geologicznej tworem bardzo młodym, bo liczącym około 15 – 20 mln. lat, który ciągle się kształtuje. Leży on na styku dwóch potężnych płyt kontynentalnych – płyty pacyficznej i płyty północno-amerykańskiej, które cały czas się ze sobą ścierają. Właśnie te tarcia powodują, że ziemia od czasu do czasu drży. Ciekawostką jest to, że San Francisco i Los Angeles leżą na przeciwległych do siebie płytach, co powoduje, że jedna z nich prze na północ, zaś druga na południe, więc oba te miasta zbliżają się każdego roku do siebie o około 5 cm.
Ostatnie potężne trzęsienia ziemi miały miejsce w 1855 i 1857 roku. W późniejszych latach zdarzały się oczywiście silne wstrząsy sejsmiczne, które pochłaniały setki ofiar i wyrządzały olbrzymie szkody materialne (lata: 1906, 1933, 1971…) jednakże nie tak silne, jak te w połowie ubiegłego stulecia i nie powodujące klęski żywiołowej. Obliczono, że te najsilniejsze zdarzają się średnio co 160 lat, a więc następnego możemy się spodziewać gdzieś na początku przyszłego wieku.
Naturalnie, ze względu na dzisiejszą gęstość zaludnienia, byłby to największy kataklizm w historii Stanów Zjednoczonych. Czyni się do tego pewne przygotowania, choć przecież nie ma takiej ludzkiej siły, która mogłaby się przeciwstawić tym potężnym żywiołom i zapobiec klęsce.

Na razie jednak w Kalifornii świeci słońce, w południowej Kalifornii ponoć nigdy nie pada deszcz, piasek na plażach Pacyfiku jest gorący, Los Angeles i San Francisco zapraszają; w kalifornijskich górach czekają na wszystkich wodospady, lasy, rzeki i jeziora… W Kalifornii więc, zanim zdarzy się ten fatalny Big One, można jeszcze przeżyć niejedną przygodę.

greydot

Los Angeles Union Station

Los Angeles Union Station

 .

NOTA: Powyższy artykuł jest jednym z tekstów cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce”, popularyzującego wiedzę o Ameryce Północnej i ukazującego się na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych. („Kalifornia – Złoty Stan”: tygodnik „Relax”, 20 lipca, 1996 r.)

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

OBRAZY Z WYPRAWY NA AMERYKAŃSKI ZACHÓD

.

Oto mała próbka zdjęć zrobionych podczas naszej wyprawy na Zachód, której dziennik ukazał się w jednym z ostatnich wpisów TUTAJ. Więcej obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego pt. „ŚWIAT W OBRAZACH”, gdzie zamieściłem wybór ponad 70 zdjęć (TUTAJ) ilustrujących naszą szaloną eskapadę po preriach, górach, kanionach i pustyniach amerykańskiego Zachodu. Wprawdzie utrwalony w kadrze obrazek nie jest w stanie oddać całego piękna i niezwykłości miejsc, które udało się nam odwiedzić, to jednak, bez wątpienia, ich naturalna fotogeniczność rzuca się w oczy. By przybliżyć okoliczności i kontekst, każde zdjęcie opatrzyłem krótkim komentarzem.

(Klikając na obrazy, można zobaczyć je w pełnym wymiarze.)

 .

Idaho country - burza nadchodzi (pejzaż jak z malarskiego płótna)

Idaho country – burza nadchodzi

.

FARMA W IDAHO

W drodze z Salt Lake City w Utah do Jackson Hole w Wyoming zahaczyliśmy o „ziemniaczany” stan Idaho. Zostawiwszy w tyle wielką pustynną kotlinę Słonego Jeziora, wjechaliśmy na bardziej żyzną ziemię – mijane farmy zaczęły topić się w zieleni – nie tylko ziemniaczanych upraw. Tuż przed spotkaniem z meandrami Snake River, jeszcze przed ścianą gór Teton majaczących na horyzoncie, natrafiliśmy na burzę, która wprawdzie nie dotknęła nas bezpośrednio, ale dokonała atmosferycznej rewolucji obserwowanej przez nas z pewnego oddalenia, choć z wyczuciem aury przynoszącej chłód i chromatykę jakże różną od szaro-białej aparycji salin i brudno-żółtych piaszczystych równin porośniętych suchorostami i karłowatą krzewiną, jaka towarzyszyła nam w północnym Utah. Na niebie zaczęły się dziać dziwne rzeczy, chmury kłębiły się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, sklepienie zrobiło się niebiesko-popielate, jednak promienie słońca znalazły jeszcze ujście pomiędzy kłębami chmur, oświetlając budynki mijanej przez nas farmy i rozjaśniając falujące morze traw i zbóż, które ją otaczało. Zatrzymaliśmy się przy drodze, by lepiej widzieć ten niespodziewany spektakl na niebie, który właśnie zaczął odgrywać się przed naszymi oczami. Również i po to, by utrwalić z tego, co się da, na fotografii.

Lubię to zdjęcie ze względu na harmonijne połączenie rzadko jednak spotykanej kolorystyki nieba i złamanej zieleni, która pokrywa ziemię  – obraz wydaje się niemal monochromatyczny i stanowi pewien kontrast z barwną krzykliwością, jaka charakteryzuje w wielu rejonach krajobraz amerykańskiego Zachodu. Ma on coś z urody malarskiego płótna – stonowanie i łagodność flamandzkich pejzażystów; przypomina mi też niektóre malunki na porcelanie lub pokrytych emalią metalowych płytkach – pewną ich „gładkość”, swoistą skromność pastoralnej scenerii.

greydot.

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

 .

GÓRY SKALISTE

Także i tutaj niebo jest głównym malarzem pejzażu, z tym że jesteśmy już teraz wysoko w górach. A właściwie – nie tyle niebo maluje ten obraz, co znowu burza.  Góry są to oczywiście Skaliste, co doskonale widoczne jest na pierwszym planie, który wypełnia ruda kamienność zwietrzałego gołoborza, ze skąpą roślinnością alpejskiej tundry, (którą tak się tu nazywa, mimo że daleko stąd zarówno do Syberii, jak i Alp). No i podobny jest efekt z dziurą w chmurach, przez którą przebija się słońce, oświetlające zielone stoki gór na horyzoncie, co stanowi kontrast dla ciemnych zboczy, nad którymi wiszą już ciężkie burzowe chmury. Najważniejszy dla całej kompozycji tej naturalnej sceny jest jednak pierwszy plan – mocna chromatyka granitowego tarasu, który wydaje się prowadzić w przepaść, a jednak daje poczucie solidnego oparcia mimo erozji, będącej skutkiem lejącej się nań wody, smagającego wiatru i próbującego go rozsadzić zimą lodu. W centrum kadru zbiegają się perspektywicznie linie trapezowego występu skalnej tundry i sąsiednich zboczy z jasną smugą światła przecinającego obraz w poprzek – to ta mglista atmosfera wypełniająca bezkres górskiej scenerii. Właśnie w takich momentach czuje się potęgę żywiołów.

greydot.

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

 .

DROGA POD SEDONĄ

Już dzięki temu, że jest to widok przez samochodową szybę, obraz ten nie jest statyczny – nabiera dynamiki, którą podkreśla wijąca się żwirowa droga i czerwone skały, tworzące dziki kanion, którego nie jest w stanie ujarzmić cywilizacyjny wtręt traktu, po jakim jedziemy terenowym SUVem z napędem na cztery koła. Właściwie tylko takim pojazdem można zapuszczać się w dzikie ostępy naturalnego labiryntu, jaki tworzą otaczające Sedonę kaniony, pustynie i skały. Mekka dzieci epoki Wodnika i para-psychologicznych odjazdów filozofii New Age ma godny siebie naturalny entourage – coś jakby przedsionek kosmicznych podróży łączący Ziemię z ekstraterestrialnym Nieznanym – krajobrazową fantazję naszego globu z pozaziemską fantastyką przepastnego Kosmosu i mentalnej fikcji. Żółto-pomarańczowy piasek i żwir (ledwie) utwardzonej drogi, zieleń krzewów i drzew korzystających ze skąpych zasobów wody chwytanej przez kanion, czerwony piaskowiec skalnych ścian i ostańców, niebieskie niebo i białe chmury – to niemal krajobrazowa klasyka północnej Arizony, stanowionej przez płaskowyż, który dwieście kilometrów na północ został wyżłobiony przez rzekę Kolorado, dzięki czemu powstała najbardziej chyba spektakularna i najsłynniejsza dziura w Ziemi – Wielki Kanion.

Zdjęcie nabiera szczególnego charakteru przez to, że obramowane jest okienną konstrukcją, która nie tylko ujmuje w kadr widok, wyłaniający się przed nami w czasie jazdy, ale i umieszcza nas w konkretnej przestrzeni – nadając jej walor nie tylko postrzeganej naoczności, ale i dotykalnej niemal konkretności.

greydot.

Ścieżki w Kanionie Bryce'a (Utah)

Ścieżki w Kanionie Bryce’a (Utah)

.

BRYCE CANYON

Widok ten ma w sobie jakąś ażurowa świetlistość – głównie dzięki biało-różowym wapienno-piaskowym skalnym ostańcom, tak charakterystycznym dla tego przyrodniczego tworu, który bez wątpienia należy do jednego z najbardziej niezwykłych zakątków na naszej planecie. Nazwa tego miejsca to Bryce Canyon – czyli Kanion Bryce’a – pochodzi od nazwiska mormona, który jako jeden z pierwszych pionierów osiedlił się w tym rejonie. Jednakże to, co dla niego było utrapieniem (w skalnym, kolorowym labiryncie gubiły się mu krowy, wiec po jakimś czasie Bryce miejsce to opuścił), dla zwiedzających obecnie ludzi jest przedmiotem niekłamanej admiracji, a niekiedy i zachwytu – który można zrozumieć tylko wtedy, kiedy samemu stanie się na krawędzi owego „kanionu” (piszę „kanion” w cudzysłowiu, gdyż tak naprawdę to, co nazywamy kanionem, jest zerodowaną krawędzią płaskowyżu) lub – jeszcze lepiej! – kiedy zejdzie się wgłąb „kanionu” i uderzy w jeden ze szlaków, które prowadzą wśród jaskrawo-kolorowych skalnych ostańców, wież, szpic i pnących się dziesiątki metrów w górę stromych ścian z czerwonego piaskowca, okraszonego tu i ówdzie wapienną bielą.

Na zdjęciu możemy dostrzec jasną nitkę – to jest właśnie jeden ze szlaków na terenie Parku Narodowego Kanionu Bryce’a (bo taki jest status ochronny tego miejsca). W oddali widzimy zieloną (bo nawodnioną przez farmerów) dolinę, a po prawej stronie krawędź płaskowyżu, (z której nota bene robione jest to zdjęcie) – jeszcze nie zerodowaną… ale to tylko kwestia następnych setek i tysięcy lat. W skali geologicznej naszego globu – bagatela!

greydot.

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów - rezerwat Indian Navaho w Arizonie

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów – Ziemia Nawahów w Arizonie

 .

DOLINA MONUMENTÓW

A to kawałek amerykańskiego Zachodu, który wydaje się być jeszcze bardziej „nieziemski” i odrealniony. Lecz jednak prawdziwy jest on jak najbardziej – a na dodatek: widok ów jest tak dobrze znany z przeróżnych zdjęć i filmów, że stał się on niemal synonimem „westernowej” scenerii – taką ikoną osobliwości krajobrazowych „Dzikiego” Zachodu. I znów ta ceglasta czerwień piaskowców, dominująca pustynny teren, którego wszak krajobrazową determinantą jest szereg „mes”, czyli przypominających olbrzymie pniaki formacji skalnych, które – dzięki chroniącym je przed erozją twardym, bardziej odpornym na erozję czapom – ostały się nieco dłużej i górują teraz nad terenem, nadając mu owej nieziemskiej aparycji.

Oprócz tego, że formy spotykane w Dolinie Monumentów są osobliwe, to jeszcze bardziej ich niezwykłość podkreślona jest – i wydobywana – przez światło, które zmienia się wraz z porą dnia niebywale i wzmaga nie tylko efekt malowniczości Monument Valley, ale i powoduje, że obrazy w Dolinie zmieniają się jak w kalejdoskopie – nie tyle przez zmianę jej materialnych elementów, co chromatycznej wokół nich „aury”.

Po dnie doliny wije się żwirowa droga. Widoczne na niej są samochody – przypominają tu dziecięce zabawki, ale w rzeczywistości przydają się one naszej wyobraźni, bo można wedle nich ocenić ogrom sąsiednich skalnych (po)tworów – uświadamiają nam to, jakie są w tym naturalnym spektaklu proporcje. I właśnie to może zawrócić nam w głowie.

greydot.

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Łuków Skalnych w Utah

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Arches w Utah

 .

ŁUKI SKALNE

No cóż – kolejny „odlot” krajobrazowy: Łuk Podwójny w Parku Narodowym Arches (nota bene „arches” to nic innego, jak po angielsku „łuki” – dobrze więc byłoby nazywać to miejsce Parkiem Narodowym Łuków dodając ewentualnie: „Skalnych”, ale jak widzę w naszym kraju obowiązuje inna nomenklatura). Jak to dobrze, że na zdjęciu tym widać także ludzi, choć – zważywszy na proporcje – łacniej byłoby tu mówić o ludzikach – takimi bowiem mrówkami wydają się turyści, których ciekawość zagnała pod ten gigantyczny amfiteatr skalny – wnękę łukową w Utah. Mnie to przypominało cielsko jakiegoś olbrzymiego dinozaura (zwłaszcza jak patrzyłem na łuki od spodu). Lecz sceneria ta jest nie tyle jak z innej epoki, co z innej zgoła planety, więc aż się prosi, by użyć jej jako scenografii do filmu science-fiction. I tak się zresztą stało – choć akurat w tym przypadku więcej w tym filmie było fiction, niż science. Chodzi oczywiście o jeden z odcinków przygód Indiany Jonesa, a mianowicie o „Indiana Jones i ostatnia krucjata”, który rozpoczyna się sceną rozgrywającą się właśnie pod naszymi łukami.

Wbrew pozorom trudno jest fotografować łuki skalne w tym parku (wyjątkiem jest gwiazda łukowa parku znana jako Delicate Arch – tak fotogeniczna, że dobre zdjęcia robią się pod tym łukiem niemalże same). Po pierwsze: niełatwo jest objąć całe gabaryty łuków; po drugie: natrafiamy na zbyt duże kontrasty świetlne; po trzecie: ceglasty kolor skał stanowi pewną dysharmonię kolorystyczną z błękitnym (zazwyczaj tam) niebem; wreszcie po czwarte: jeśli w pobliżu nie ma ludzi, czy też obiektów, których wymiary znamy, wtedy trudno jest uchwycić prawdziwe proporcje, a tm samym wykazać na zdjęciu potęgę naturalna łuków. Na powyższym zdjęciu to się chyba udało – są ludziki, kontrast świetlny nie jest tak dramatyczny, a na nieba widać kontury łuków, dzięki czemu ujawnia się przed nami ich forma.

greydot.

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejace maszyny - zjazd Harley'owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejące maszyny – zjazd Harley’owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

 .

HARLEY’E W STURGIS

Wyjątek w serwowanej tu próbce zdjęć naszej podróży po Dzikim Zachodzie: zamiast naturalnego pejzażu – lokomocyjny behemot. Choć też jest to swego rodzaju przejaw pewnego żywiołu, reprezentowanego głównie przez samczych osobników gatunku Homo sapiens. Na zlot harley’owców, który każdego roku odbywa się w małym miasteczku Sturgis, położonym na Czarnych Wzgórzach w Dakocie Południowej, trafiliśmy przypadkiem. Trudno zresztą było zignorować to motocyklowe mrowie, które zalało Black Hills – zwłaszcza, że przyjechało tam w tym samym czasie, co my, ponad pół miliona jeźdźców dosiadających swoje dwukołowe błyszczące metaliczne cacka. Przechadzając się ulicami Sturgis, przeciskając między sporymi zazwyczaj wanciołami, ubranych w skórę motocyklistów, wśród huku i warkotu rozryczanych maszyn i zapachu pitego bez umiaru piwa… zrobiłem całą serie zdjęć temu panopticum, lecz mogę tu na razie pokazać tylko jedno; ogólny plan głównej ulicy w Sturgis obstawionej ciasno motocyklami, zaparkowanymi nie tylko na poboczu, ale i na środku Main Street – z olbrzymim, wiszącym nad tym wszystkim bannerem „WELCOME RIDERS!”, ozdobionym po obu stronach Harley-Davidsonowym logo – jakby ktoś miał wątpliwości co do tego, kto (a właściwie co) tu rządzi.

Aby zrobić to zdjęcie musiałem wdrapać się (odpłatnie, of course) na rodzaj podniesienia, które wzniesiono – nota bene specjalnie do tego celu – na środku ulicy. I rzeczywiście, dopiero stamtąd można było uchwycić w odpowiedniej perspektywie to niebywałe skupisko maszyn, które w równym stopniu służyły do jazdy, co i szpanerstwa lubiących się bawić zarośniętych oraz wyrośniętych (także i wszerz) chłopców.

greydot.

Skalna panorama - Zion o zachodzie słonca

Skalna panorama – Zion o zachodzie słońca

.

PANORAMICZNY ZION

To zdjęcie, aby docenić jego walory, koniecznie musi być oglądane w wersji pełnej panoramicznej (kliknij). Kiedy opuszczaliśmy Park Narodowy Zion, dzień chylił się ku końcowi, cienie się wydłużały, światło słoneczne robiło się coraz bardziej „miękkie” – co jest zresztą dobrze widoczne na zdjęciu w jego ciepłej tonacji barw, w jakiej skąpane jest skalne urwisko wraz z porastającymi je drzewami i lekko siniejącymi i różowiejącymi chmurkami na niebie. Jak na moje oko, równie ważny, jak kolorystyka, jest na tym zdjęciu profil tego urwiska, który wzbogacają wydatnie rosnące na nim sosenki – to nic, że karłowate. W tę sekwencje drzewek wpisują się także chmury – nadając tej naturalnej kompozycji pewną, miłą oku, płynność. Przyjemny obrazek i rodzący we mnie tęsknotę za ponowna wizytą w Zion – tam, gdzie skamieniała pustynia raduje nasz wzrok swoją bajeczną malowniczością.

greydot.

Powyższy wybór zdjęć stanowi ilustrację do dziennika z „Wyprawy na Zachód”, który przeczytać można TUTAJ. Więcej zdjęć, zrobionych podczas tej podróży, obejrzeć można na stronie „Świat w obrazach” (TUTAJ).

 

© ZDJĘCIA WŁASNE

NIE JESTEM ANI ODRAŻAJĄCY, ANI OKRUTNY, ANI ZŁY… mówi Radosław Piwowarski

.

„Są reżyserzy mający wyraźne zacięcie polityczne, którzy traktują film jako oręż w rozgrywkach politycznych. Ja traktuje film zupełnie inaczej. I tym różnię się od nich diametralnie” – takie słowa usłyszałem od Radosława Piwowarskiego podczas pierwszego naszego spotkania przed kilkoma laty na lotnisku O’ Hare. Mimo tego, że walizki reżysera były już w samolocie, a do odlotu dzieliła go niespełna godzina, to ten mój pierwszy wywiad na amerykańskiej ziemi uznać mogłem za spełniony. Oczywiście, największa w tym zasługa Piwowarskiego, którego wypowiedzi zawsze są bardzo wyraziste, emocjonalne i – mimo pewnej afektacji – precyzyjne.

.

Radosław Piwowarski: "Niemodne teraz jest bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym..." (zdjęcie własne)

Radosław Piwowarski: „Niemodne teraz jest bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym…” (zdjęcie własne)

Radosław Piwowarski to jeden z najpopularniejszych i najbardziej lubianych twórców kina polskiego ostatnich lat.* W poprzedniej dekadzie zrobił kilka pamiętnych filmów: „Jan Serce”, „Yesterday”, „Kochankowie mojej mamy”, czy też symptomatyczny dla naszych czasów „Pociąg do Hollywood”.
W Chicago reżyser gościł kilkakrotnie z okazji odbywającego się tutaj Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, przywożąc nań dwa filmy: „Marcowe migdały” oraz – trzy lata później – „Kolejność uczuć”. Nie chcę wracać do wszystkich motywów naszej rozmowy, które dotyczyły głównie „Marcowych migdałów”, jednak chciałbym zaznaczyć wątek bardziej uniwersalny, odnoszący się do kwestii upolityczniania kina.

Nie lubię polityki…

Sam Piwowarski wybrał marzec 1968 roku na czas akcji wspomnianego filmu, co znalazło nawet odzwierciedlenie w jego tytule. To rodziło pewne oczekiwania, nadzieję na głębsze, bardziej analityczne zajęcie się tym ważnym socjologicznie i kulturowo okresem. Jednak to, co zobaczyliśmy, zupełnie nie nadawało się do politycznego archiwum. Podzieliłem się tą uwagą z reżyserem, na co ten odrzekł:
– „I to jest zarzut, z którym ciągle się spotykam – że film o Marcu powinien być inny; że to niby tak: Krakowskie Przedmieście, przyjeżdża ZOMO, wyciąga pały, goni studentów… A ja tak: prywatki, całują się, dupę wypięli zza drzewa, dziadek zjadł kotlety… Być może oni mają rację, jak przez 20 lat czekali na film o Marcu ’68. Ale ja nie lubi polityki. Chcę to tutaj podkreślić, że absolutnie obowiązkiem artysty jest jest pokazywać indywidualną wersję zdarzeń powszechnie znanych, bo jeżeli to miała być dokumentacja o Marcu, to trzeba było po prostu zrobić film dokumentalny, wyciągnąć z UB kroniki, jak lali – bo na pewno było to kręcone – i po prostu pokazać to w programie telewizyjnym; zrobić wywiad z Moczarem, czy z innymi facetami. Moim zadaniem było pokazać jak ja tom widzę po 20 latach.”

Poganiacze kotów i „Operetka” na jeden palec

Pamiętam, że na przełomie lat 80-tych i 90-tych powstawały w Polsce filmy, w których twórcy wracali do swych osobistych doświadczeń z okresu dojrzewania. Były to obrazy ukazujące polską młodzież, której dorastanie przypadało na momenty gwałtownych zwrotów politycznych. I zazwyczaj owe akcenty i podteksty polityczne były w tych filmach wyraziste i czytelne. Tego nie można było także powiedzieć o filmie Piwowarskiego „Yesterday”. On też właściwie nie miał takiego tła politycznego, jakiego można się było spodziewać. Nadarzyła się więc okazja, by zapytać reżysera, czy oprócz tej jego awersji do polityki, nie grały roli jakieś inne względy? Np. obawa przed kłopotami na kolaudacji, czyli przy zatwierdzaniu pozwolenia na rozpowszechnianie filmu, co było w gestii specjalnych komisji kwalifikacyjnych („kapturowe gremia” – jak je kiedyś nazwał Janusz Zaorski). Piwowarski zaprzeczył:

– „Nie obawiałem się. Przedstawiłem wszystko realistycznie i w związku z tym ta polityka tam w jakimś sensie jest. Są tam trzy siły rządzące duchem ówczesnej młodzieży: szkoła – krótko obcięte włosy, tarcze na rękawach, absolutny posłuch…;dalej – kościół mający olbrzymi wpływ na wychowanie młodzieży oraz kultura przenikająca z krajów Zachodu, na ogół wyłapywana przez fale radiowe z piosenkami. Między tymi trzema wektorami młody człowiek szukał własnej drogi w dorosłość. Te trzy siły nim sterowały. To było dla mnie najważniejsze.
Swoją drogą, dziwne to były dla mnie czasy, bo z jednej strony na pożyczonej maszynie do pisania jednym palcem wystukałem sobie „Operetkę” Gombrowicza, a z drugiej – grałem na gitarze basowej w zespole „Poganiacze kotów” i w piwnicy mojego domu próbowaliśmy jakieś kawałki. Wydaje mi się, że poważniejsze zapotrzebowania kulturalne mogły spokojnie iść w parze z muzyką, którą niosła zachodnia kultura pop. Niosła też ze sobą inną filozofię życia. Działało to na nas jak narkotyk.”

Tym sposobem Radosław Piwowarski wszedł na tereny, gdzie toczy się obecnie debata nad dziedzictwem i charakterem byłej polskiej młodzieży kontestującej. Zbyt złożony to jest problem, by się tutaj nim zająć, niemniej jednak warto zauważyć, że wówczas jeszcze nikomu nie przychodziło do głowy, że kiedyś nadejdzie moment, gdy rozrachunek i ideologiczna konfrontacja z kontrkulturą końca lat 60-tych, będzie okazją do ostrzenia zębów młodej polskiej prawicy, a całość postrzegać się będzie w kategoriach konfliktu liberalizmu z konserwatyzmem.
Nie, o niczym takim się nie myślało. W piwnicach Radka i kolegów jazgotała kapela „Poganiaczy kotów”, a co bardziej spragnieni intelektualnej strawy dobierali się do Gombrowicza. I był to protest zarówno wobec katolicko-komunistycznej schizofrenii społeczeństwa polskiego, jak i wyraz tego „starego jak świat konfliktu pokoleń”, (o którym wspomniał nie tak dawno podczas jednej z naszych rozmów Czesław Niemen). Także zwykła młodzieńcza tęsknota za swobodą i skłonność do odrzucania (zwykle skompromitowanych – ich zdaniem) autorytetów.

Sam w kawiarni „Na rozdrożu”

Piwowarski nie lubi polityki (tutaj bardzo dobrze go rozumiem) i to we wszystkich jego filmach widać. Mam wrażenie, że jest w tym człowieku zbyt dużo liryzmu i melancholii – co tak łatwo przenosi się na jego obrazy – by wymagać jeszcze od niego tego ostrego politycznego żądła. Sam sobie zresztą zdaje sprawę, że jest za mało drapieżny dramaturgicznie i stara się nad tym pracować. Mówi, że zawsze w filmie interesuje go to, co dzieje się obok. To go wciąga. Lecz stara się z tym walczyć. Np. „Marcowe migdały” – jak sam określa – chciał jednak zrobić „strasznie serio, taki prawie że polityczny film z tamtych lat. No i jakbym się nie starał, to i tak wyszedł mi ten leśny dziadek, dupa zza drzewa i kotlety…”
Zwróciłem wtedy uwagę, że można jednak dostrzec w tym filmie rzeczy ważniejsze, niż te akcenty komediowe, czemu reżyser nie zaprzeczył:
– „Dla mnie to jest film o tym, że wyście wszyscy wyjechali z Polski. Ja miałem pięciu kolegów, z którymi w kawiarni nomen omen „Na rozdrożu” w Warszawie, spotykaliśmy się na kawę, zaczepiali dziewczyny i gadali o tym, jak się w życiu ustawimy, I raptem złapałem się na tym, że w kawiarni „Na rozdrożu” siedzę sam. Wszyscy wyjechali i te cztery nazwiska na końcu filmu, to są nazwiska moich kumpli, których nie ma już w kraju.
Zastanawiałem się długo jak zrobić o tym film, jak to pokazać. I tak, szukając, znalazłem Marzec jako pierwszy stopień tej równi pochyłej. Pierwsza emigracja moich kolegów, która się zakończyła tym, że w tej chwili siedzę sam. A potem było łączenie rodzin niemieckich, czyli masowy wyjazd ze Śląska i Mazur – za pożyczkę tzw. „Jumbo”, którą dostaliśmy w zamian za to, że tych ludzi wypuściliśmy. Potem solidarnościowe wyjazdy sierpniowe i nie powroty, bo stan wojenny. a w końcu – wyjazdy po stanie wojennym. Wszystko to zaczęło się jednak w Marcu. Wajda powiedział mi kiedyś: ‚No tak, ale różnica jest taka, że oni musieli wyjechać, potem wyjechali ci, co chcieli’. Owszem, ale problem polega na tym, że po raz pierwszy w 1968 toku dowiedzieliśmy się, że to jest ojczyzna nie dla wszystkich – że ktoś jest lepszy Polak, a ktoś gorszy.”

Radosłąw Piwowarski: "Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka." (Maria Seweryn i Daniel Olbrychski w "Kolejności uczuć".)

Piwowarski: „Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka.” (Maria Seweryn i Daniel Olbrychski w „Kolejności uczuć”.)

Jankeska inwazja

Minęły trzy lata i Radosław Piwowarski znów pojawił się w Chicago. Tym razem z „Kolejnością uczuć”, gdzie Daniel Olbrychski zakochał się w młodziutkiej Marysi Seweryn. Chciałbym tutaj przytoczyć te wątki, które moim zdaniem do dzisiaj nie straciły wiele na aktualności. Jeden z nich dotyczył „jankeskiej inwazji”, swoistego „potopu” amerykańskiego, jakim jest w dalszym ciągu zalew kultury amerykańskiej, którego doświadczają ludzie nad Wisłą. Spytałem się Piwowarskiego, czy rzeczywiście wszyscy teraz czują się tym w Polsce tak przytłoczeni, na co usłyszałem:
– „Można to wykazać na przykładzie filmu właśnie. W tym roku wejdzie na ekrany 160 nowych filmów, z czego 140 to filmy amerykańskie. Takie są proporcje. To fajnie, że premiery tych najnowszych hitów, jak np. ‚Park Jurajski’, odbywają się w tym samym czasie, a niekiedy i wcześniej, niż w Paryżu, czy Londynie, ale – i to mnie martwi najbardziej – większość z nich to pozbawiona głębszych wartości konfekcja, która wypiera wszystko inne. Nie można już zobaczyć filmu francuskiego, włoskiego… Najgorsze jednak jest to, że wypierają one również filmy polskie. Kiniarzom bowiem bardziej opłaca się puszczać – nawet dla kilkunastu osób – film amerykański, (który nota bene dostają za ćwierć darmo) niż jakikolwiek inny. W przypadku filmu polskiego musieliby się dzielić pół na pół z producentem. Wygląda to tak, że kupuje się jeden ‚hit’, a do niego dystrybutor dołącza kilka innych, praktycznie za darmo. Te filmy zarobiły już na siebie w Ameryce. Na to, że zarobią w Polsce, Amerykanie już nie liczą, ale i tak zasypują nas swoimi produkcjami.”
Wtrąciłem: Bierne i bezkrytyczne przyjmowanie i powielanie obcych wzorów grozi przecież utratą tożsamości narodowej, a co najmniej deprecjacją kultury, obniżeniem jej standardów i ekspansją pop-kulturowej papki. Stwierdzenie to trywialne, ale wydajemy się o nim jakby ciągle zapominać.
Piwowarski: „To jest bardzo niebezpieczne. Jesteśmy tym nie tylko oburzeni ale i wystraszeni. Ludzie nie zdają sobie jeszcze z tego sprawy. Cieszą się, że mają dostęp do tylu atrakcyjnych towarów, czego pozbawieni byli przez długie lata. Środowiska twórcze mają jednak świadomość niebezpieczeństwa. Nasze ministerstwo finansów nie zgadza się niestety na żadne ulgi podatkowe dla kin, na dystrybucję polskich filmów. Jest to więc zależność ekonomiczna.”
Ja: To jest naprawdę bulwersująca sprawa. Ponoć istnieją amerykańskie półoficjalne agendy, które mają oddziaływać na rynki zagraniczne środkami półoficjalnymi właśnie, co raczej trudno nazwać promocją kultury. Ma to mieć charakter bardziej agenturalny. Ile w tym prawdy? Czy jest to być może jakaś kolejna teoria spiskowa, tym razem – ekspansji kultury amerykańskiej, mającej zawojować świat, ale nie bombami, nie rakietami, tylko hamburgerami i miałkością kultury masowej?
Piwowarski: „Tydzień przed moim przyjazdem do Chicago odbyło się w Gdańsku spotkanie trzech prezydentów: Mitteranda, Wiezseackera i Wałęsy. Jednym ze stwierdzeń jakie padło z ust Mitteranda było to, że Europa musi się bronić przed amerykańskim filmem. Świadczy to o tym, jak poważnie traktują tę sprawę Francuzi.”
Ja: Gra idzie o wielką stawkę. I to od dawna. Kiedy po wojnie Amerykanie podpisywali z Włochami porozumienie, zastrzegli sobie w klauzuli, ile amerykańskich filmów muszą pokazać Włosi na swoich ekranach.
Piwowarski: „Nieprzypadkowo te filmy sprzedawane są tak chętnie, tak tanio i w takich ilościach. Nie chodzi tu chyba o jakiś zysk doraźny. To jest obliczone na dłuższą metę.”
Wyraziłem wówczas przypuszczenie, że podobno Amerykanie traktują kraje Europy Środkowej jako coś w rodzaju przyczółka, na którym mogą postawić stopę przed ewentualnym rzuceniem się na olbrzymi potencjalnie wschodni rynek zbytu. TA to może mieć konsekwencje cywilizacyjne.

Imperium spiskowe czy biznesowe?

Przyznaję, że zabrzmiało to wówczas bez mała katastroficznie, lecz i dzisiaj to zagadnienie trudno nie uznać za doniosłe, a problem amerykańskiej ekspansji kulturowej w świat – za poważny. Chcę jednak zaznaczyć, iż – nie przecząc istnieniu specjalnych oddziałów wywiadu „kulturalnego” działającego pod auspicjami Intelligence Service oraz ich amerykańskich, rosyjskich, niemieckich czy izraelskich odpowiedników – wzbraniałbym się jednak ujmować to w kategoriach jakiegoś wielkiego globalnego spisku politycznego. Jeśli jest to zmowa, to jest to zmowa natury merkantylnej, finansowej, czyli po prostu umowa – kontrakt handlowy wielkich potentatów w branży filmowej, muzycznej oraz środków masowego przekazu (prasa, telewizja, internet…). I jeśli jest to zagrożenie, to jest to zagrożenie jakie zwykle niesie ze sobą monopolizacja (niemożność konfrontacji, ograniczenie konkurencji prowadzi zwykle do wypaczenia rynku i nadużyć).

Na początku tego roku przeczytałem artykuł, jaki opublikował „Der Spiegel” pod znaczącym tytułem: „Bitwa o media”. Złożył się na niego wywiad, jaki ten niemiecki magazyn przeprowadził z Herbertem A. Allenem, będącym alfą i omegą w sprawach amerykańskich przekaziorów oraz przemysłu rozrywkowego, a ponadto nowojorskim bankowcem i doradcą, pozostającym w zażyłych stosunkach z tuzami wielkiego świata mediów. Rozmowa obracała się wokół ostatnich fuzji prasowych, telewizyjnych, filmowych i muzycznych gigantów, a pod koniec dziennikarz „Spiegla” zapytał się Allena, czy nie sądzi, że koncentracja środków przekazu w Stanach Zjednoczonych stanowi międzynarodowe zagrożenie polityczne (ponieważ może to wywierać zbyt wielki – i sterowany – wpływ na opinię publiczną), na co Allen odparł: „Nie. Z wyjątkiem zdecydowanego konserwatysty Murdocha, kierownicy wielkich koncernów tego typu nie mają żadnych poglądów, które zamierzaliby rozpowszechniać. O wiele większym niebezpieczeństwem jest to, że na całym świecie zaczyna powstawać tylko jedna kultura: wszyscy oglądamy to samo, ubieramy się podobnie, posługujemy się tymi samymi frazesami – i zanudzamy się wzajemnie na śmierć. Sądzę nawet, że to już nie jest niebezpieczeństwo, to pewność. Wszyscy zaczynamy być banalni jak lody waniliowe.”

Wybuchy, strzelanina i trupy…

Osobiście jednak daleki byłbym od bagatelizowania amerykańskiej monopolizacji kultury i mediów oraz wnioskowania, iż jedyną tego konsekwencją byłaby banalność waniliowych lodów. Rozmówca „Spiegla” bowiem nie miał żadnego interesu w tym, by zaostrzać fobie tych, którzy obawiają się o losy narodowych kultur. Wręcz przeciwnie – on starał się wyciszyć, a raczej usunąć te kwestie z pola widzenia. Trudno też byłoby się spodziewać, że usłyszymy od niego jakieś demaskujące rewelacje na temat zakulisowych machinacji korporacji, do których przecież sam jest przyssany niczym do potężnej dojnej krowy. Wielu postronnych obserwatorów zgodzi się natomiast z tym, że świat Amerykę naśladuje akurat w tym, co płaskie, powierzchowne i wręcz prymitywne. Oprócz gloryfikacji przemocy – prostacki materializm (pieniądz jest najważniejszy, zysk jest bogiem mamona rządzi wszystkim… etc.) i egoistyczny a bezwzględny pragmatyzm, będący swego rodzaju dyktaturą utylitaryzmu rugującego wyższe, szlachetniejsze wartości kulturowe..
Również i ten temat zajął nas podczas naszej rozmowy. Czy Piwowarski mógłby się utożsamić także i z takimi obawami?
– „Ci, którzy krytykują i sprzeciwiają się zalewowi amerykańskiej kultury masowej, mają zupełną rację. Niestety, to co my cenimy i kochamy w tej kulturze amerykańskiej, nie znajduje u nas popytu. Te prawdziwe wartości intelektualne, duchowe toną w zalewie komercyjnej konfekcji. Jak mi powiedziała pewna bileterka, gdy się jej zapytałem, co to za film grają: ‚A wie pan, te same wybuchy, strzelanina i trupy’.”
Wtrąciłem: Takie są obiegowe opinie o kinie amerykańskim, krzywdzące te filmy wartościowe, które tutaj niewątpliwie się robi.
Piwowarski: „Jednakże większość, w moim prywatnym odczuciu, świadczy o upadku sztuki filmowej przez duże ‚S’. Nie niesie żadnych wartości etycznych, żadnego przesłania moralnego. Wręcz przeciwnie – gloryfikuje gwałt, bezwzględność, zabijanie… To jest przykre. Tym bardziej, że dla mnie kino amerykańskie zawsze miało w sobie te najprostsze, wspaniałe, szlachetne wartości. W westernie zawsze dobry musiał wygrać, w kryminale – morderca musiał być ujęty… itd. Teraz tego nie ma.”
Ja: Nawet Spielberg, uważany za czarodzieja kina, gdzieś się moim zdaniem zagubił. Osławiony „Park Jurajski”, z którego dochód już dawno przekroczył miliard dolarów, jest według mnie filmem nad wyraz przeciętnym. Nie ma w sobie choć odrobiny tej magii, jaką miał choćby „ET”. (O „Liście Schindlera” nawet nie wspominam, bo to już zupełnie inna parafia.) A tu dowiadujemy się, że na polską premierę „Parku Jurajskiego” przychodzi sama premier Suchocka. To jest moim zdaniem przejaw zupełnego prowincjonalizmu, a może nawet infantylizmu. Czy robi się coś w naszym kraju, by zatamować ten zalew amerykanizmami? Czy komuś w ogóle zależy jeszcze na kulturze nad Wisłą?
Piwowarski: „Dotychczasowy sejm był sejmem najbardziej antyintelektualnym, anty-kulturalnym, jaki mieliśmy od czasów wojny. Złożony był z ludzi, którzy kultury wręcz nienawidzili. Jeżeli uchowało się trochę pieniędzy, to jest to jedynie zasługa samych środowisk twórczych, ich walki o to.”
Ja: Czy ostała się jeszcze w Polsce klasa inteligencka? Czy może był to taki sztuczny peerelowski twór?
Piwowarski: „Jeżeli ktoś był inteligentem, a w ogólności – człowiekiem inteligentnym, to oczywiście nie mógł przestać nim być tylko dlatego, że zmienił się ustrój. To jest jednak dość zasadnicze pytanie. Ostatnimi czasy, o czym już pan wspomniał, zrobiła się u nas straszna moda na kapitalizm, na bogacenie się. ogromna ilość młodzieży, która kiedyś szła na uniwersytety, do szkół artystycznych i próbowała odnaleźć prywatność swego życia, potrzeby intelektualne i duchowe w kulturze, sztuce, działalności naukowej, teraz marzy tylko o jednym: mieć mały, ale własny biznes, szybko zdobyć dóbr materialne, konsumpcyjne… Niemodne jest już bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym. Ważne jest to, by posiadać.”

Liryka ponad bagnem

W pewnym momencie Piwowarski powiedział: „Przez całe dziesięciolecia polska kultura wychodziła z prostej zasady: ‚ustrój jest zły, człowiek jest dobry’. Na potwierdzenie tego faktu czekała Europa, jak również społeczeństwo polskie. Teraz to się skończyło. Mamy więc robić filmy, pisać książki o tym, że człowiek jest zły?”
Przypomniało mi to wypowiedź Janusza Kijowskiego, która w tamtym czasie rozniosła się gromkim echem wśród polskich środowisk twórczych. Mnie także dość mocno uderzyła. Otóż Kijowski mówił o drogach jakimi może uciec kino polskie przed totalną zagładą. Pierwsza, to podróbka zachodnich, głównie amerykańskich standardów; drugi kierunek ucieczki to „etnografia”, czyli prezentacja – wedle słów Kijowskiego – polskiego „skansenu głupoty, uprzedzeń, fobii” (zaciekawienie tym zagranicznego odbiorcy niewykluczone); trzecia droga zakładałaby „zespolenie amerykańskiej sprawności narracyjnej, rzetelnej, etnograficznej obserwacji z odwagą wejścia w sam środek naszego bagna.” Ma to być, według Kijowskiego, sposób na odkłamanie otumaniających nas mitów. „Brudny, odrażający, zły” – konkludował Kijowski – „taki tylko może być bohater współczesnego filmu, który zainteresuje nas samych, a przy okazji może również będzie zrozumiały dla innych.”
Czy, zdaniem Piwowarskiego, tylko na takie opcje skazane jest kino polskie? Reżyser wyraźnie się obruszył:
– „W ogóle się z Kijowskim nie zgadzam. ‚Brudni, odrażający, źli’ – to takie efektowne, ‚literackie’, ale nie przystające np. do mojej rzeczywistości, obrażające świat, Moje nastawienie do tego świata jest zupełnie inne: liryczne, przyjazne… Jestem przekonany, że takich filmów już nikt nie chciałby oglądać. Bohater, który ma być syntezą naszej głupoty, brudu, zacofania, zaściankowości?! Komu to potrzebne??! Od cholery mamy tego na co dzień!
Odpowiem spokojnie: uważam, że nie jestem ani odrażający, ani okrutny, ani zły. Nie chcę też robić filmów odrażających, okrutnych, złych. Dlatego moje filmy mają taką widownię, o jakiej Kijowski może sobie tylko pomarzyć.”

Mężczyzna na wietrze

To późniejsze o kilka lat spotkanie odbyło się już w nieco innych dekoracjach, w innych warunkach. Nie było już dworcowego pośpiechu, była za to „Wyborowa”, którą Piwowarski przywiózł z kraju. Opuszczony przez organizatorów swej wizyty, nie czuł się dobrze w pustym mieszkaniu znajdującym się w jakimś nieszczególnym szarym bloku nad Jeziorem Michigan.
Truizmem byłoby stwierdzenie, że Piwowarski jest interesującym i frapującym rozmówcą. Ostrość sformułowań łączy się w nim właśnie z jakimś ciepłem, liryzmem, a polemiczna zaciętość… z dobrocią (czy tego wstydliwego słowa używa się jeszcze dzisiaj w polskiej prasie?)
Kiedyś sam przystał na to, że można go nazwać „Nikiforem polskiego kina”. Potwierdził także to, że najbliższy jest mu Chaplin. Wyraziłem wobec tego wątpliwości, czy aby takie stwierdzenie nie deprecjonuje w pewnym sensie jego twórczości, narażając ją właśnie na zarzut totalnej naiwności i braku świadomości w tym, co się robi? Reżyser odparł:
– „Zgadzając się na tego Nikifora nie miałem na myśli środków wyrazu czy prymitywizmu. Nikifor odczuwał wewnętrzną potrzebę malowania i tak jak ptak fruwa, pies szczeka, tak on malował. Nie robił tego na zamówienie społeczne. Tak i ja uważałem, że mam w sobie radość i potrzebę kręcenia filmów. A że pozwoliłem sobie na taką ironię wobec siebie?… U nas to wszystko jakieś takie poważne i napuszone – reżyserzy lubią nieść kaganek oświaty przed społeczeństwem, wypowiadać się politycznie… itd. Ja nigdy takich ambicji nie miałem, dlatego powiedziałem, że jestem taki Nikifor. A społeczne funkcja moich filmów polega na tym, żeby ludzi nie dobijać, ale podnosić na duchu, dawać im nadzieję.”

Jeszcze na O’Hare Piwowarski zdradził, że planuje nakręcenie filmu pt. „Mężczyzna na wietrze”, w którym chciałby zawrzeć wszystkie swoje doświadczenia mężczyzny czterdziestoletniego. Tak więc kolejny obraz człowieka w dojrzałym wieku, którego trapi przemijanie? Modny ostatnio temat wśród polskich reżyserów.
Nie usłyszałem już później o „Mężczyźnie na wietrze”, który pewnie z biegiem czasu zamienił się w „Kolejność uczuć” – rzecz o romansie czterdziestolatka z nastolatką. Gotowy film spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem wśród chicagowskiej Polonii, choć nie zabrakło też głosów krytycznych, lekko zbulwersowanych zalotami i miłością (także cielesną) między Olbrychskim a 17-letnią Marysią, córką Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna. W Polsce natomiast „Kolejność uczuć” zdobył jedna z głównych nagrod (Srebrne Lwy) na Festiwalu Filmowym w Gdyni, a przez publiczność uznana została za najlepszy film roku.
„Kolejność uczuć” to jedna wielka nostalgia i melancholia przemijania. Czy wątek, który wymyślił reżyser (jest on równocześnie autorem scenariusza), nie jest aby jego własną tęsknotą za miłością, młodością, nastolatkami? Piwowarski odparł:
– „Czy tęsknota? Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka – że się starzeję. Codziennie się tym martwię. Dlatego właśnie chcę robić filmy o młodości, miłości, świeżych i spontanicznych uczuciach. Patrząc w ten sposób, to mój film jest właśnie taką tęsknotą.”
– Tęsknota za kobietą, jej ciałem, duszą…?
– „Odpowiem tak: byłem w tym roku na wakacjach w Dąbkach – to taka wieś kaszubska. Jest tam plaża, gdzie istnieją takie zwyczaje, że kto chce chodzić goły, to chodzi goły, kto chce chodzić w gaciach, to chodzi w gaciach. I ja tam sobie leżałem i patrzyłem na nagie kobiety, dziewczyny, i tak sobie myślałem: ‚Jakie fajne i proste życie mieli malarze, czy rzeźbiarze, że mogli sobie rzeźbić czy malować te akty…’ A nie ma nic piękniejszego, nic bardziej zachwycającego, niż ciało kobiety. Właściwie artysta, tak naprawdę, to powinien się zajmować tylko miłością i kobietami. Bowiem nasze najgłębsze doznania związane są z kobietami.”
I tym pięknym stwierdzeniem zgodziliśmy się zakończyć oficjalną część naszej rozmowy.

greydot

Piwowarski: jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka – że się starzeję. (Reżyser na planie "Marcowych migdałów".)

Radosław Piwowarski: „Mam w sobie radość i potrzebę kręcenia filmów.” (Reżyser na planie „Marcowych migdałów”.)

.

*Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 12 stycznia, 1996 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

DOBRZE POINFORMOWANI BARBARZYŃCY (Ameryka według Albee’ego)

.

Podobnie jak człowiek, każda cywilizacja ma swój początek, czyli narodziny, oraz swój kres, który można nazwać jej śmiercią. W jakim stanie znajduje się współczesna Ameryka? Osiąga swój zenit, czy też stacza się już po równi pochyłej, ciążąc ku upadkowi?

Na te i inne pytania starał się odpowiedzieć goszczący w Chicago Edward Albee, jeden z najbardziej uznanych na świecie dramaturgów.

Edward Albee (zdjęcie własne)

Edward Albee (zdjęcie własne)

Temat Narodzin i Śmierci – tych kluczowych fenomenów egzystencjalnych człowieka – zajmował tegorocznych uczestników Festiwalu Humanistycznego w Chicago. Wszystkie najważniejsze instytucje kulturalne tego miasta brały udział w tym ogromnym przedsięwzięciu, w ramach którego, w ciągu zaledwie kilku dni miało miejsce blisko 50 różnych wydarzeń. Naukowcy, historycy, pisarze, artyści, politycy, teolodzy, prawnicy, lekarze… ludzie przeróżnych profesji uczestniczyli w tym gigantycznym sympozjum rozproszonym po wszelkich sanktuariach kultury, sztuki i religii Wietrznego Miasta.
Wśród wartych szczególnej wzmianki gości znaleźli się m.in.: William Styron – pisarz, autor takich książek, jak „Wybór Zofii”, czy „Wyznania Nata Turnera” (za tę ostatnią otrzymał Nagrodę Pulitzera); Robert Alter – znany badacz, znawca i interpretator Biblii; Christian de Duve – biolog, odkrywca lizosomów, laureat Nagrody Nobla, którego ostatnia książka „Vital Dust: Life as a Cosmic Imperative” w sposób fascynujący przedstawia ewolucję życia na Ziemi, począwszy od prymitywnych biomolekuł, po cudowność ludzkiego umysłu; Scott Turow – chicagowski prawnik, który w pewnym momencie swojej kariery zaczął pisać powieści sensacyjne i kryminalne bestsellery (m.in. „Presumed Innocent”); James Park Sloan – profesor literatury na Uniwersytecie Illinois w Chicago, autor szeroko komentowanej ostatnio biografii Jerzego Kocińskiego… To zaledwie kilka nazwisk.

Wziąłem udział w kilku z tych wydarzeń i myślę, że warto podzielić się z Czytelnikami omówieniem choćby jednego z nich. Wybrałem niezwykle interesujące moim zdaniem spotkanie z Albertem Albee – dramaturgiem, którego sztuka „Kto się boi Virginii Wolf” przyniosła mu ogólnoświatową sławę. Albee należy do ekskluzywnej trójki dramatopisarzy (obok Eugene’a O’Neilla i Roberta Sherwooda), jacy mogą się poszczycić aż trzema nagrodami Pulitzera.
Wielopoziomowa sala Orchestra Hall – siedziby Chicagowskiej Orkiestry Symfonicznej – wypełniona była do ostatniego miejsca. Albee przykuwał nieustanną uwagę, swobodnie nawiązując ze wszystkimi bardzo ścisły, emocjonalno-intelektualny kontakt. Mówił niezwykle płynnie, nienaganną dykcją, z naciskiem na liczne puenty, zgrabne aforyzmy i paradoksy przypominające dobrą szkołę Oscara Wilde’a czy George’a Bernarda Shaw. Żałuję tylko, że wiele z tych walorów blednie w druku, albo też idiomatyczna gra słów nie pozwala na ich wierne przetłumaczenie. Umyka więc ta specyficzna u Albee’ego ironiczna przekora i niepospolite poczucie humoru, które sprawiło, że sala bardzo żywo reagowała na to, co mówił pisarz, a spontaniczny śmiech był tak częsty, jak żarty.

śmierć w życiu

Myślę, że warto zapoznać się z poglądami Albee’ego na wiele z kluczowych aspektów amerykańskiej rzeczywistości. Na samym początku swojej prelekcji nawiązał on do tematu wiodącego Festiwalu, czyli zagadnienia Śmierci i Narodzin, dochodząc do wniosku, że jednym z powodów, dla którego bardziej koncentrujemy się na śmierci, niż narodzinach jest fakt, że aby myśleć o czymś racjonalnie, musimy mieć jakiś punkt odniesienia, jakąś możliwość porównania do czegoś. Śmierć możemy porównać z życiem, narodzin zaś nie możemy porównać z niczym, gdyż przed narodzinami nie doświadczyliśmy niczego.
Albee zapowiedział, że chce przetransportować w swoim wykładzie festiwalowym temat „Śmierci i Narodzin” na „Śmierć i Życie”, a nawet – posuwając się dalej – na „Śmierć w Życiu”.

edukacyjny ping-pong

Pisarz przypomniał następnie swój życiorys, szczególnie okres dziecięcy i młodzieńczy, czas swojej edukacji („krótki i gwałtowny”). Został zaadoptowany, kiedy był jeszcze „drobiazgiem” przez pełną „dobrej woli – bogatą, reakcyjną rodzinę” z północno-wschodniego krańca Stanów Zjednoczonych. „Rodzinę, która starała się wychować mnie zgodnie ze swoimi najlepszymi wartościami, a za jedną z nich uważali dobrą edukację; rodzinę, która oczywiście nieświadomie wypełniła mnie wielka niechęcią do każdej z tych wartości” – zwierzył się Albee. Zresztą, jak zaraz podkreślił, gdyby był wychowywany przez inną rodzinę – intelektualnie stymulującą, politycznie wyrafinowaną, świadomą moralnie – to zapewne wobec niej również byłby w opozycji i prawdopodobnie wyrósłby na kogoś w rodzaju… reakcyjnego bigota.
W wieku 11 lat został więc wysłany do bardzo dobrej szkoły, lecz on – i na to do tej pory nie może znaleźć racjonalnego usprawiedliwienia – wcale nie chciał być z dala od domu. Przy pierwszej lepszej okazji postarał się więc o to, by go ze szkoły wyrzucono i sytuacja ta powtarzała się później jak w ping-pongu. Tak, że po pewnym czasie obie strony zdążyły się do tego nawet przyzwyczaić. W ogóle stosunek Albee’ego do edukacji był pasywny, niemalże „ghandyjski”. Ostatecznie, jego opiekunowie, uważając że wpadli na znakomity i skuteczny sposób, wysłali go do… akademii wojskowej.

nowela miała rację…

Od najwcześniejszych lat próbował pisania. Wiersze zaczął tworzyć, kiedy miał 8 lat i robił to aż do 28-go roku życia. Były one coraz lepsze – to znaczy na pewno większość wierszy, jakie napisał w wieku 28 lat, była lepsza, niż większość wierszy, które napisał mając lat 8 – podkreślił Albee. Jednak w pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że gdyby nawet pisał dalej i gdyby nawet udało mu się pisać wiersze coraz lepsze, to stałby się ogromnie sprawnym, tyle że ogromnie… podrzędnym poetą. To mu nie wystarczało. Przestał więc pisać poezję.
Napisał także dwie powieści. Jedną w wieku lat 14 („jakieś 2200 stron”), drugą w wieku lat 16 („jakieś 180 stron”). Cieszy się przy tym na myśl, że te dwie powieści są najgorszymi powieściami napisanymi kiedykolwiek przez amerykańskiego nastolatka. Jeśli więc jakiś obecny na sali nastolatek przymierza się do napisania dwóch najgorszych powieści, jakie zostały kiedykolwiek napisane przez nastolatka w Ameryce, to niech z tym od razu da sobie spokój – one już istnieją, za sprawą Albee’ego.
Próbował też noweli. Ale ciągle nie mógł się z tą formą zgodzić i prawdopodobnie – w tym sporze – nowela miała rację.
Kiedy był młody chciał też malować i rysować, lecz nie był zadowolony z rezultatów. Później myślał o tym, czy aby nie zostać kompozytorem, ale uznał, że nie jest zbyt kompetentny, by nauczyć się muzyki i gry na fortepianie. („To niestety nie powstrzymało innych moich kolegów kompozytorów” – wtrącił.)

"Kto się boi Virginii Wolf" - sztuka Albee'ego, która zdobyła mu sławę (w kadrze z filmu: Liz Taylor, Richard Burton, George Segal)

„Kto się boi Virginii Wolf” – sztuka Albee’ego, która zdobyła mu sławę (w kadrze z filmowej adaptacji Mike’a Nicholsa: Liz Taylor, Richard Burton, George Segal)

co robić!? co robić!?

W pewnym momencie znalazł się – jednak pisarz przecież! – w samym środku stymulującej intelektualnie nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village. Pisarz, wyczerpany poeta – ktoś, kto nie sprawdził się ani w powieści, ani w noweli, niekompetentny eseista… ale przecież – pisarz!
Co robić!? Co robić !?
Tak więc, na swoje 40-te urodziny Albee podarował sobie prezent, a była nią sztuka teatralna „The Zoo Story”, która – jak się okazało – zmieniła całe jego życie. Wkrótce powstały inne dramaty, a wśród nich „Kto się boi Virginii Wolf” – sztuka, która zdobyła światowy rozgłos, głównie za sprawą opartego na niej filmu z Liz Taylor i Richardem Burtonem w rolach dysfunkcjonalnych małżonków.
Albee lubi być dramaturgiem. Na szczęście… Gdyż jest to jedno z niewielu zajęć, przy wykonywaniu którego czuje się pewnie i kompetentnie.

***

Nawet jeśli nie uznamy Edwarda Albee’go za autorytet totalny (a takich na świecie przecież nie ma), to zważywszy na intelekt, erudycję i niekonwencjonalność pisarza – warto chyba zaznajomić się z jego opiniami na kilka istotnych zagadnień dotyczących człowieka i współczesności.

wigor lat 60-tych

U progu 6-tej dekady, w Ameryce, ludzie kultury i sztuki wierzyli, że wszystko jest możliwe. Zresztą, większość społeczeństwa podzielała ten optymizm. Pełno było witalności, wigoru, a sztuka wybuchła, przynajmniej w tych większych amerykańskich miastach. Wszystko to było żywe, ekscytujące…
Przykłady.
W 1955 roku wszyscy z czwórki największych dramaturgów amerykańskich, byli martwi. Osiem lat później, tworzyło już czterech największych dramaturgów amerykańskich.
Nastąpiło masowe zainteresowanie muzyką klasyczną. W teatrze, na widowni, było już wreszcie więcej ludzi, niż na scenie. Prace młodych, odważnych twórców wystawiano w galeriach i muzeach… Ludzie to widzieli, ludzie zwracali na to uwagę. To właśnie w tym czasie powstała Narodowa Fundacja Sztuki (National Endowment for the Arts).

sztuka

Sztuka jest po to, by kwestionować nasze wartości, kwestionować nasze status quo, a wszystko po to, byśmy ponownie przemyśleli, czy rzeczywiście wierzymy w to, co wierzymy.

współczesna ignorancja

Młodym ludziom gwarantuje się w tym kraju 12-to klasową edukację. Gwarantuje się też możliwość dalszej nauki. Albee wierzy, że Narodowa Fundacja Sztuki powstała, gdyż Amerykanie zrozumieli, że jeśli nie umożliwi się kulturalnej i estetycznej edukacji społeczeństwa, wtedy nie będą mogli mówić, że spełnili swój obowiązek.
„Jeżeli teraz, w epoce komputerów i rewolucji informatycznej, nie zmienimy czegoś w systemie edukacji – konkludował Albee – to wychowamy społeczeństwo dobrze poinformowanych barbarzyńców.”

edukacja

Tym, co Albee’ego najbardziej teraz niepokoi, jest właśnie brak właściwej edukacji, czego doświadcza młodzież amerykańska, i to zarówno w domu, jak i na uniwersytetach. System edukacji w Stanach Zjednoczonych koniecznie musi być zmieniony. Faktycznie doszło do tego, że w Ameryce wyodrębniły się dwa poziomy edukacyjne. Jeden kształci ludzi na rządzącą elitę, drugi – będący właściwie brakiem edukacji – jest dla ludzi, którzy nie będą mieli żadnej szansy, by decydować za siebie i za kraj. Między tymi dwoma poziomami istnieje przepaść. Amerykańskie szkolnictwo to wielki wstyd dla tego kraju.
Albee wykłada na Uniwersytecie w Houston. Zna wielu zdolnych studentów, ale czuje się zaalarmowany i zaszokowany ignorancją ich nauczycieli.

czyja wina?

Ostatnio Kongres Stanów Zjednoczonych dąży do zdemontowania i ostatecznej destrukcji Narodowej Fundacji Sztuki – do destrukcji edukacji kulturalnej kraju. Albee wyznaje: „To mnie martwi, gdyż wiele mówi o stanie moralnego, filozoficznego i psychicznego zdrowia społeczeństwa. Ci ludzie, którzy głosują za tym, żeby to zniszczyć, robią to dlatego, że my, jako społeczeństwo, stawiamy ich na pozycjach takich, iż mają władzę, by to zrobić. Nie jest to więc ich wina, tylko nasza.”

wybory

W ostatnich wyborach głosowało około 49% uprawnionych do głosowania. Oznacza to, że Stany Zjednoczone będą rządzone dzięki woli zaledwie 1/4 potencjalnego elektoratu. A to już nie jest demokracja, tylko rodzaj elitaryzmu na opak.
Albee pyta się: „Czy naprawdę tak mało dbamy o to, jak jesteśmy rządzeni, że nawet nie zadajemy sobie trudu, by w sposób racjonalny i inteligentny przeanalizować i ocenić ludzi, których wybieramy? Jeżeli jesteśmy tak pasywni, to może oznaczać, że staliśmy się martwi za życia i nie dbamy już o tak wrażliwą i kruchą rzecz, jaką jest demokracja.”

amerykańska cywilizacja

Max Lerner był kiedyś tak uprzejmy i nazwał społeczno-kulturowy stan Ameryki „cywilizacją”.
Otóż w związku z tą „cywilizacją” Stanów Zjednoczonych, Albee jest najbardziej zaniepokojony tym, że ta – jedna z najdziwniejszych ludzkich cywilizacji – może się już chylić ku upadkowi, nie osiągnąwszy nawet swojego zenitu.
Wszystkie cywilizacje w historii miały okresy wielkiej witalności i rozkwitu, następnie pewnej stabilizacji, wreszcie zapaści. Ich koniec następował czasem bardzo gwałtownie, czasem był to schyłek łagodny, ledwie uchwytny… Są obawy, że Stany Zjednoczone zaczęły się staczać w dół.

totalitaryzm

Albee przyznał, że spędził sporo czasu w społeczeństwach totalitarnych, co jeszcze bardziej wzmaga jego obawy w związku z pasywnością amerykańskiego społeczeństwa. Kiedy był w Związku Sowieckim, spotkał tam wielu ludzi – i to zarówno pisarzy-dysydentów, jak i reżimowych komisarzy kultury, czyli ludzi, którzy decydowali w tamtym czasie jacy pisarze mogą publikować swoje książki, a których trzeba wysłać do obozów pracy; decydowali o tym jakie obrazy, jakich malarzy mogą wisieć w Galerii Tretiakowskiej, a które z nich należy zepchnąć czołgami do rzeki Moskwy; decydowali jacy kompozytorzy mogą być obecni w programie nauczania w konserwatoriach, a którzy z nich są na to zbyt reakcyjni… Komisarze kultury, którzy decydowali o tym, jaką świadomość mają Rosjanie rozwinąć.

semiotyczna zapaść

Jeden z rosyjskich przyjaciół Albee’ego, pisarz dysydencki Andriej Amalryk, spędził parę lat w więzieniu, później zdołał wyjechać do Rosji, ale został zamordowany w Hiszpanii, na długo przed swoją śmiercią, jeszcze w latach 60-tych, wysunął podczas jednej z rozmów z Albee’em teorię, że ludzie, którzy prowadzą kulturę w jego kraju, celowo dążą do czegoś, co Andriej nazwał „semantyczną zapaścią” między dwiema kulturami – rosyjską i amerykańską; dążą do sytuacji, w której nie będzie już możliwe żadne porozumienie. Totalne załamanie się języka, semantyki – zupełne załamanie się woli i intencji.
Później Albee wielokrotnie zastanawiał się nad tym, co powiedział mu Andriej. Wreszcie zadał sobie pytanie, czy tego typu „semantyczna zapaść” może się zdarzyć tylko między tak odmiennymi społeczeństwami, jak amerykańskie i rosyjskie? A może w samych Stanach Zjednoczonych może dojść do podobnego, całkowitego załamania się wzajemnego porozumienia między twórcami i intelektualistami, którzy chcą przekazać społeczeństwu twarde i niewygodne prawdy o nim samym, a ludźmi, od których zależy to, czy będą chcieli ich słuchać? To poczucie stale rosło w nim samym: tak, taka semantyczna zapaść w społeczeństwie amerykańskim nie tylko może mieć miejsce, ale właśnie się rozpoczęła.

jeszcze o Ameryce

Jednak Albee woli być pisarzem w Stanach Zjednoczonych, niż w jakimkolwiek innym kraju, a odwiedził ich wiele w swoim życiu. Był świadkiem tego, z czym muszą się tam mierzyć twórcy. Wrogość, niezrozumienie, odrzucenie… Sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest niczym w porównani ze sprawą życia i śmierci, jaką jest często pisanie prawdy i tego, co się myśli, w państwach totalitarnych, albo tam, gdzie panuje dyktatura. Tutaj, w Ameryce, to jest dziecinada w porównani z tym, co muszą znosić ludzie w niektórych krajach. Tam można stracić życie za napisanie książki.
Na szczęście w Stanach Zjednoczonych nie ma jeszcze nikogo, kto by mówił z urzędu: nie możesz czytać tej książki, nie możesz słuchać tej muzyki, nie możesz patrzeć na ten obraz, nie możesz oglądać tej sztuki, nie możesz czytać tej gazety… Nie ma jeszcze tutaj nikogo, kto by odmówił ludziom prawa dostępu do różnych przejawów kultury. I tym miejscu Albee dodał: „Z wyjątkiem nas samych”.
Autocenzura i brak uczestnictwa Amerykanów w życiu kulturalnym i politycznym kraju, jest – zdaniem Albee’ego – formą śmierci za życia.
Jednak może ktoś powiedzieć: Czy rzeczywiście ma to wszystko jakieś większe znaczenie? Czy nie mieliśmy w Ameryce cięższych okresów przez ostatnie 35 lat? Czy nie nastąpiło zhańbienie prezydentury przez Nixona? Czy tkanka naszego społeczeństwa nie została zszarpana przez wojnę w Wietnamie? Czy nie byliśmy w ostatnich latach świadkami katastrofalnego kierowania naszą gospodarką? Czy młodzi ludzie, od wielu już lat, nie odwracają się od aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym kraju?
Alebee podkreślił, że Stany Zjednoczone są jedyną ze znanych mu demokracji, w której studenci wyższych uczelni w ogóle nie biorą udziału w polityce, nie formują żadnych programów, nie orientują się nawet w podstawowych sprawach społecznych i politycznych.
Zdaniem Albee’ego, społeczeństwo amerykańskie jest w związku z tym wszystkim bardzo zagrożone. Na domiar złego to, że amerykańska ekonomia jest zdrowa, jest totalnym złudzeniem. Tak więc, czy wobec tych wszystkich zagrożeń, jest jeszcze sens martwić się o sztukę? Albo o to w jakiej relacji jest ona ze społeczeństwem?

małpi ogon

Co odróżnia nas od innych zwierząt? (Zadając to pytanie Edward Albee podkreślił, że nie chce zaostrzać konfliktu między ewolucjonistami a kreacjonistami, choć ostatnie oświadczenie papieża odnośnie ewolucji jest precedensem na korzyść tych pierwszych.)
Otóż jesteśmy jedynymi zwierzętami, które świadomie i intencjonalnie tworzą sztukę; jedynymi zwierzętami, które posługują się metaforą, by zdefiniować zarówno relacje miedzy sobą, jak i siebie samych określić.
Albee opowiedział o swoich doświadczeniach w kontaktach z małpami, głównie z gorylami i szympansami. Zauważył np., że wszystkie, które chciały się z nim porozumieć, były samicami. (I nie ma zielonego pojęcia, co by to mogło znaczyć.*) Zdumiewające było także to, że niektóre z nich opanowały aż 500 różnych znaków. (To definitywnie o wiele więcej, niż w przypadku większości ludzi, jakich Albee poznał w Nowym Jorku.)
Jednak do tej pory nie spotkał on takiej małpy, która by napisała sztukę teatralną. Z pewnością, gdyby do czegoś takiego doszło, zyskałaby ona status Wielkiej Sztuki i od razu wystawiono by ją na Broadway’u. Zważywszy na stan współczesnej krytyki, otrzymałaby ona entuzjastyczne recenzje, dzięki czemu utrzymałaby się na scenie przynajmniej 4 i pół roku. Bowiem publiczność dzisiejsza nie chodzi wcale do teatru, by się czegoś tam dowiedzieć. Chodzi dlatego, ponieważ powiedziano jej, żeby chodziła.
Albee jest przekonany, że wynalazek metafory – czy też sztuki, jak ktoś to woli nazywać – jest częścią procesu ewolucji. Kiedyś mieliśmy ogon (jakiś jego szczątek ostał się nam do dzisiaj) i w związku z tym faktem Albee wypracował sobie pewną teorię: „W jakimś momencie ten ogon nam odpadł i wtedy… wykształciliśmy sztukę”.
Wykształciliśmy w nas zdolność i potrzebę trzymania przed nami lustra, abyśmy mogli się w nim przejrzeć; lustra, w którym odbijałoby się nasze zachowanie, nasze intencje… Na tym polega ewolucyjne rozwinięcie się sztuki.

kultura masowa

W Ameryce istnieje niezdrowa relacja między Sztuką a Pieniądzem. Niezdrowa relacja, która sugeruje, że to, co jest bardziej popularne, jest lepsze. Jest oczywiście lepsze dla kieszeni tych, którzy chcą to sprzedać. Jednak taki produkt najczęściej niewiele ma wspólnego ze sztuką. Wystarczy wziąć za przykład Hollywood. Albee wie, że dzisiaj wielu „olewa” („piss on”) Hollywood. Ale jest też mocny powód, dla którego obecnie tak „olewa” się Hollywood. O wiele trudniej jest rozpowszechnić np. poważniejszy, mądrzejszy, rozumny ale niskobudżetowy film, niż jakąś produkcję pełną przemocy, eskapistyczną. Tę sytuację całkowicie kontroluje ekonomia.
Podobnie jest z teatrem na Broadway’u. Niepodobne jest wystawienie tam teraz poważniejszej sztuki. Bardzo trudno jest to zrobić w komercyjnym teatrze dlatego, że… jest to komercyjny teatr.
Albee jest jednak przekonany – biorąc pod uwagę to, że jednak profit decyduje o tym, jak kontrolowana jest sztuka w Stanach Zjednoczonych – że jeżeli ktoś zdołałby przekonać ludzi prowadzących teatry, iż publiczność tak naprawdę chce oglądać sztuki takich dramaturgów, jak np. Czechow czy Pirandello, to po jakimś czasie większość teatrów grałaby taki repertuar, mając wielką widownię. A tak, wystawia się jakieś głupie musicale, jakieś „zdumiewające płaszcze Józefów”, jakichś beznadziejnych „nędzników”… etc.
Musimy zrozumieć, że możemy mieć to, co chcemy. Możemy mieć zdrową sztukę, dobry teatr, gdzie stale dostępne byłyby dla nas największe dramaty przeszłości i teraźniejszości. Moglibyśmy to mieć, gdybyśmy tylko chcieli. Ponieważ, gdyby tylko się zorientowano, że byśmy za to zapłacili, to by nam to dostarczyli. Ale w sytuacji kiedy jesteśmy bierni, siedzimy tylko i dajemy sobie wciskać „śmieci” („junk”), nigdy niczego nie zmienimy. Dadzą nam to, w co zainwestują. Tylko wtedy, kiedy sami im powiemy, czego chcemy, oni mogą zrobić to, na czym tak naprawdę nam zależy. To jest w sumie proste.

krytyka

Większość krytyków w Ameryce została wynajęta i tolerowana jest przez media masowe tylko dlatego, że w pewien sposób reprezentują to, co system władzy („power structure”) w Ameryce uważa za właściwy stosunek publiczności – czyli że odbiorca powinien reagować tak, a nie inaczej. Ci krytycy są tam właściwie tylko po to, by odbijać – a nie świadomie i pełnie kreować – gusta publiczności.
Pewien krytyk – i to człowiek bardzo wykształcony, inteligentny, z którego zdaniem się liczono – powiedział kiedyś w telewizji coś, co do dzisiaj utkwiło Albee’emu w pamięci: „uważam, że moja funkcja jako krytyka polega na tym, by odzwierciedlać to, co uważam za gust czytelników pisma, dla którego pracuję”.
I to mówił człowiek, którego zdanie powinno właśnie polegać na kreowaniu gustów i oczekiwań publiczności, na edukowaniu tej publiczności – pomaganiu w wyborze tego, co jest rzeczywiście dobre i wartościowe.

brak racjonalnego dyskursu

Demokracja jest czymś bardzo delikatnym. Wiele krajów doświadczyło na sobie tego, że jeśli w demokracji nie uczestniczy się w pełni i świadomie, to w końcu znajdzie się ona w wielkim niebezpieczeństwie. A pasywność Amerykanów – brak odpowiedzialności zarówno za siebie, jak i za innych – jest dziś niebezpieczna i destrukcyjna dla Stanów Zjednoczonych.
Albee zauważył, że od jakiegoś czasu nie ma w społeczeństwie amerykańskim racjonalnego, „gniewnego” dyskursu.
Ostatni raz, kiedy w Ameryce miała miejsce debata na szczeblu państwowym – wolna debata, w której pozwalano na swobodne zadawanie sobie pytań, na mówienie bez przerywania, bez żadnego reżyserowania – to był rok 1960: debata między Kennedy’m a Nixonem. Wszystkie następne były już wyreżyserowane, wszystkie były kontrolowane tak, żebyśmy się niczego nie dowiedzieli o humanizmie, o prawdziwych ideałach i wartościach kandydatów.
Teraz wszyscy mają tendencję, by głosować tak, a nie inaczej, ponieważ manipulatorzy wmawiają im to, jak mają reagować, zanim jeszcze sami mają możliwość zareagowania na coś po swojemu.
Zanik woli, samodzielnego myślenia, rozsądku i samokrytycyzmu w Ameryce jest spowodowane m.in. przez komercyjną zachłanność, która nie ma nic wspólnego z demokratyzacją kultury, kraju i społeczeństwa.
W demokracji możemy mieć absolutnie wszystko, czego tylko chcemy, jak również – i to jest ta „twarda” część prawdy – w demokracji mamy dokładnie to, na co sobie zasłużyliśmy.

greydot

* Albee powiedział to z wyraźną ironią i przekąsem – sam jest zadeklarowanym homoseksualistą.

(Artykuł opublikowany został w Dzienniku Chicagowskim, 29 listopada,1996 r.)

 

IMPERIUM DOBRA, IMPERIUM ZŁA… i inne bajki

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XIV)

.

zapiski notatki kajet notes.

 

Co poniektórzy twierdzą już dzisiaj, że międzynarodowa bajka o demokracji się skończyła.
Tylko czy ta bajka była kiedykolwiek prawdziwa?
Niestety, wszystko wskazuje na to, że marzenia o demokracji i sprawiedliwości społecznej, tudzież o poszanowaniu międzynarodowego prawa, okazują się rojeniami typu wishful thinking.
To jest ciekawe, bo dzieje się to w dobie ogólnego dostępu do informacji i bez widocznego ograniczania swobód obywatelskich (przynajmniej jeśli chodzi o państwa zachodnie).
Jak widać obecne struktury władzy tworzącej polityczno-finansowy układ, niewiele sobie z tego wszystkiego robią – ale tak będzie tylko do czasu, kiedy beneficjenci tych układów (np. szerokie rzesze urzędników zarówno UE, jak i poszczególnych państw członkowskich) będą mieli zapewnione swoje benefity. To samo można powiedzieć o tych, którzy korzystają z prosperity wielkiego biznesu, korporacji i systemów bankowych. To może jeszcze działać przez dziesiątki lat, ale w końcu musi się wyczerpać, bo wiele z tych operacji przeprowadzanych jest w przestrzeni wirtualnej (przecież zdecydowana większość środków finansowych/pieniędzy nie ma pokrycia w rzeczywistej wartości) – to wszystko zwekslowane jest niejako w próżni.

Mnie też martwi to, że obecnie świat wydaje się opanowywać pazerna wataha skorumpowanych cyników, którzy tylko drą to sukno, które wpadnie im w łapę, pod siebie, dbając tylko o własny interes. (Casus Janukowycza i spółki grabiącej Ukrainę jest tego jaskrawym, niemal karykaturalnym przykładem.)
Ale czy tak nie było zawsze?
Było.
Lecz nawet w tych czasach ciemności, barbarzyństwa i zarazy byli też ludzie, którzy byli depozytariuszami jakiejś szlachetności, przyzwoitości, klasy, wyższych wartości… Teraz takich ze świecą szukać.
Pochowali się? Wymarli? Wycofali się? Zostali zagłuszeni?
Zamiast tego nastąpił wysyp różnych takich internetowych czy medialnych mądrali – którzy znają całą prawdę i tylko prawdę, którzy mają słuszność (nikt inny jej nie ma), nieomylni, wszechwiedzący, kategoryczni, radykalni… ale skrywający swojego mola za skórą, oddający się jakiejś ekshibicjonistycznej psychoterapii… by tylko przetrwać do następnej awantury i zamieszania, które znowu utopi się w morzu słów.

greydot

Zawsze istniało pasożytnictwo. Tyle, że w ciągu ostatnich stuleci, żywiciele coś jakby bardziej się poruszyli – chcąc się wyemancypować, wyzwolić, ochronić przed wysysaniem ich życia przez pasożytów.
Pasożyt więc – a raczej kolonia pasożytów – musiał się przeobrazić, przeformować (przy okazji część żywicieli wyewoluowała i sama stała się pasożytnicza) – w najlepszym wypadku była to (pozorna zazwyczaj) symbioza.
Zresztą, wydaje mi się, że najgorszym rodzajem pasożytnictwa (bo najbardziej zdradliwym) jest to, które wygląda właśnie na symbiozę – a w rzeczywistości jest kolejną formą niewolenia ludzi.

greydot

To fakt, że Polacy są w awangardzie tych bijących się we własne piersi za grzechy swoich ojców i dziadów. Albo zmuszanych do bicia się w nie przez innych. Z drugiej strony zaś mamy do czynienia ze skłonnością do totalnego wypierania się własnych grzechów, uznania siebie za naród jedynie sprawiedliwy (i najbardziej pokrzywdzony) spośród narodów świata. A pomiędzy tymi skrajnościami miota się nasza narodowa świadomość i tożsamość.
Oczywiście, że nie można zapominać o polskich grzechach i przewinach czasów wojny i okupacji, ale nie można jednak zaburzać proporcji. A przede wszystkim: należy zawsze brać pod uwagę kontekst historyczny i zawsze mieć świadomość tego, że faktycznymi sprawcami tych zbrodni (nawet dokonywanych rękami Polaków czy samych Żydów) byli ci, którzy wojnę wywołali, czyli Niemcy. Okupacja, i to zarówno niemiecka, jak i sowiecka, stworzyła takie a nie inne warunki, w których katalizowały się różne okropieństwa, a w ludziach uaktywniała się ta ciemna strona (jasna zresztą też – bo w sytuacjach ekstremalnych następuje przecież polaryzacja dobra i zła).
„Pokłosie” Pasikowskiego wzbudziło kontrowersje (de facto wywołało burzę), bo dotknęło wrażliwego nerwu – naszego narodowego poczucia winy pomieszanego z zaszłością polskiego anty-semityzmu. Przypomniało o krwi naszych braci i sąsiadów na niektórych polskich rękach. Ale moim zdaniem film ten zrobił to w sposób trącący (niezamierzoną niewątpliwie) groteską, odwołując się do najgorszych stereotypów, wzniecając same negatywne emocje… Zresztą, wg mnie, obraz Pasikowskiego – jako dzieło filmowe per se – też nie jest jednak udany. A zakończenie jest wręcz absurdalne.

Niemcy rzeczywiście używali macew do brukowania ulic i rynków miast. Tak było np. w moim rodzinnym Leżajsku – do którego, nota bene, rokrocznie przyjeżdża dziś tysiące Żydów, nie niepokojonych raczej przez nikogo – przynajmniej mnie nic nie jest wiadomo o jakichś widocznych, znaczących przejawach antysemityzmu wśród moich krajan.
Warto wspomnieć, iż rzeczywiście w woj. lubelskim znalazł się niedawno młody człowiek, który zainteresował się kulturą żydowską, historią Żydów na swoim terenie, zaopiekował się żydowskimi mogiłami i macewami… Ale… był on przez społeczność polską szanowany a nie szykanowany (został chyba nawet starostą czy też wójtem) i raczej nikt nie chciał go ukrzyżować na wrotach stodoły. (Choćby w tym kontekście widać jednak ewidentną niedorzeczność scenariuszowego konceptu w „Pokłosiu”).

 greydot

Akurat w momencie, kiedy wojska rosyjskie opanowywały Krym, Daniel Passent na swoim blogu napisał tekst pt. „Rusofobia jest toksyczna”, którego przewodnim wątkiem było to, co wyraził on w pierwszym zdaniu swojego wpisu: „Widmo krąży po Polsce – widmo rusofobii”.
Zaś w odpowiedzi tym, którzy wyrazili opinię o niestosowności tego rodzaju uwag w takim momencie historycznym, napisał później w komentarzach, parafrazując Stalina: „Putinowie przychodzą i odchodzą, a naród rosyjski pozostaje.”

No tak, ale co z tego (nota bene trywialnego) spostrzeżenia wynika?
To, że – mimo stopniowego zmniejszania się populacji – jakaś tam liczba Rosjan przetrwa?
To, że po jednym „putinie” przyjdzie następny?
To, że wraz z przetrwaniem tego narodu, przetrwają jego cechy i mentalność, która – przez ostatnie stulecia – tak dawała się we znaki swoim sąsiadom (w tym również nam, Polakom)?

Czym się różni „rusofobia” od „putinofobii”?
Jeśli „putinizm” jest utożsamiany z mentalnością, którą charakteryzuje się obecnie większość Rosjan, to właściwie niczym (tak będzie dopóty, dopóki Rosjanie w swojej przeważającej większości, będą popierać rządy autorytarne i ich imperialne zapędy – zauroczeni i poddani polityce siły – akceptujący łamanie praw człowieka, brak wolności słowa – dający się ograbiać wąskiej „elicie” oligarchów, którzy przejęli kontrolę nad lwią częścią rosyjskiej ekonomii i niekoniecznie działają w interesie samego społeczeństwa).
Jeśli zaś myślimy o tych Rosjanach, wśród których przetrwały dobre cechy tego narodu, którzy chcą żyć w społeczeństwie (państwie) otwartym, którzy opowiadają się za wolnością słowa i swobodami obywatelskimi… to przecież o jakiejkolwiek „fobii” nie może być mowy – bo takich ludzi nikt z nas, związanych cywilizacyjnie z Zachodem, nie musi się przecież obawiać.
Tak więc, to są kolejne argumenty przemawiające za tym, że wmawianie nam „rusofobii” (i to w takim momencie, kiedy Rosja narusza europejskie granice) jest swoistym szantażem moralnym i emocjonalnym. I poniekąd antyintelektualnym.

greydot
Aleksandr Dugin, główny ideolog Euroazjatyckiego Związku Młodzieży, w jednej ze swoich uczonych książek stwierdził:

„Europa atlantycka nie jest nam potrzebna w żadnej formie. Dlatego Rosja, w walce o sprawiedliwe granice, żywotnie zainteresowana jest europejską kontynentalną rewolucją. Tak więc uwolnieniem Niemiec od amerykańskiego dyktatu (na miejsce naszych wycofanych żołnierzy, pojawili się jednak amerykańscy) i uwolnieniem od amerykańskiego dyktatu innych, okupowanych przez Atlantystów europejskich terytoriów. Konieczne są, z naszego punktu widzenia, narodowe rewolucje w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Hiszpanii, w Holandii, w Szwecji, w Norwegii, w Danii, w Portugalii. Dopóki ich nie ma, dopóty zbyt wiele zagraża naszemu bezpieczeństwu. Dlatego Rosja zmuszona jest stać się bastionem rewolucji europejskiej. Dlatego Rosja nie zatrzyma się w swoim wyzwoleńczym marszozrywie na terytorium Krymu, ani na Dnieprze, ani nawet na zachodnich granicach eks-Ukrainy. Naszym celem jest wyzwolenie Europy od atlantyckich okupantów.”

Nierozsądne z naszej strony byłoby puszczanie takich rojeń – które mogą wszak mieć fatalne realne skutki – płazem. Ale problem polega też na tym, że są one odporne na jakąkolwiek rozsądną, racjonalną argumentację.

greydot

Ukraińcy wspierali Niemców w likwidacji Żydów na wschodnich terenach, które przed wojną należały do Polski, a później znalazły się pod okupacją niemiecką i sowiecką – to wszystko prawda. Ale Ukraińcy też walczyli przeciwko Niemcom – chociaż przede wszystkim zależało im na utworzeniu własnego państwa. I pod tym kątem działali. Wprawdzie Ukraińcy podjęli współpracę z Niemcami, ale bili się już głównie na własny rachunek – głównie z Polakami.
Jeden z dowódców UPA ogłosił wtedy:

“Z dniem 1 marca 1943 r. przystępujemy do powstania zbrojnego. Jest to działanie wojskowe i jako takie skierowane jest przeciwko okupantowi. Obecny jednak okupant jest przejściowym, nie należy więc tracić sił w walce z nim. Właściwy okupant to ten, który nadchodzi [ZSRR]. Jeśli chodzi o sprawę polską, to nie jest to zagadnienie wojskowe, tylko mniejszościowe. Rozwiążemy je tak, jak Hitler sprawę żydowską. Chyba że usuną się sami.”

Mówiąc o rzezi Polaków na Wołyniu dokonanej przez UPA (wspomaganej oczywiście przez cywilną ludność ukraińską), należy pamiętać o kontekście historycznym, a przede wszystkim o setkach tysięcy Żydów wymordowanych na początku lat 40-tych na tamtych terenach – to kreowało “atmosferę” – niejako “standardy” – tamtej epoki. Ukraińcy zobaczyli, że to działa i postanowili w ten sam sposób pozbyć się Polaków z terenów, na których chcieli zorganizować swoje państwo.

To były straszne czasy – i zagmatwane. Nie można oczywiście o tych wszystkich zbrodniach zapominać, ale głupotą byłoby w naszych czasach się na nie powoływać, obwiniać za nie współczesne pokolenia, pałać jakąś nacjonalną zemstą, propagować rewanżyzm, a tym samym szerzyć nienawiść.

Naturalnie, należy sobie zdawać sprawę z istnienia na Ukrainie sił skrajnych nacjonalistów. Lecz to, istniejące realnie zagrożenie z ich strony należy rozpatrywać w kontekście polityki współczesnej, a nie czystek etnicznych, które miały miejsce podczas II wojny światowej. To jest właśnie rozsądne. Bo przecież wiadomo, że gdy rozum śpi, to budzą się upiory.

greydot

Wszystko wskazuje na to, że aneksja Krymu przyniesie korzyści tylko samej Rosji (ale i to wcale nie jest takie pewne).
Na razie fakt ten namieszał wyraźnie w ogólnoświatowej polityce międzynarodowej – obnażając jeszcze bardziej coraz mniejszą skuteczność polityki wobec innych powiązań (głównie ekonomicznych).
Co może być zarówno dobrym, jak i złym sygnałem – bo wszystko zależy od tego, jak się będzie rozwijać światowa gospodarka (niestety, jak na razie, więcej faktów wskazuje na to, że rozwój ekonomiczny świata – rozkład siły i bogactwa – nie idzie w dobrym kierunku).

Zawsze, wszyscy i wszędzie, jesteśmy pod czyimś wpływem, Cały świat to teraz taki układ naczyń połączonych. Chodzi jednak o to, by kraje zachowywały – w głównym zrębie – swoją niezależność, nie ulegały cwaniakom, którzy dbają tylko o własny (bynajmniej nie narodowy czy państwowy) interes (i dotyczy to zarówno urzędasów z UE, jak i gangsteryzmu Putina).

greydot

To niesłychanie, jak dalece imponuje nam nadal siła i machiaweliczna przebiegłość (ale czy to są standardy, według których chcielibyśmy uprawiać politykę w XXI wieku?). Świadczy o tym podziw dla Putina nawet wśród tych, którzy nie identyfikują się z jego obozem i interesami. Moim zdaniem jest w tym coś z atawistycznego zauroczenia samcem alfa – a tym samym respekt – i de facto akceptacja – dla uznania „racji” i skuteczności nagiej siły.
Zdumiewa mnie to, że ulegają temu nawet ludzie uważani za intelektualistów (vide: ostatnia gafa Bartoszewskiego, zachwyconego „mądrością i przewidywalnością” Putina), przywiązanych ponoć do idei wolnościowych, demokratycznych i do legalizmu.

I jeszcze jedno: niektórzy wołają i biją na alarm, że oto „barbarzyńcy u bram”!
Według mnie, w równym stopniu należy się obawiać barbarzyńców, którzy zagrażają nam z zewnątrz, co tych, którzy są w nas samych.

greydot

Ameryka jako Imperium Dobra?
To zależy od perspektywy z jakiej patrzymy.
Mimo Oceanu Dobra, jaki ponoć Ameryka rozlewa zarówno na swoim terytorium, jak i w Europie czy w innych rejonach świata, krzewiąc np. niezmordowanie – i wszelkimi sposobami, z destabilizacją i ludobójstwem włącznie – demokrację i idee wolnościowe (tak widzą to bezkrytyczni stronnicy USA, którzy ważą procentowo korzyści amerykańskiego „porządku” implantowanego światu i chcą się – np. w Polsce – chować się za pazuchę amerykańskiej siły ekonomicznej i militarnej, bo to leży w naszym interesie) – tak więc, nawet ci, którzy będą stawać na głowie, nie będą mogli zmienić faktu, że po II wojnie światowej to właśnie Stany Zjednoczone były największym agresorem, wysyłając w zmasowanej ilości wojska w najbardziej odległe rejony świata, powodując największą ilość ofiar śmiertelnych wśród ludności cywilnej (używając przy tym tak barbarzyńskich środków, jak np. napalm czy agent orange, paląc, zabijając i kalecząc setki tysięcy ludzi).
(Wyobraźmy sobie tylko, co by to się działo, gdyby tak postępowała Rosja!?)
To są fakty, których żadna ekwilibrystyka eksplanacyjna zmienić nie jest w stanie.
I piszę to jako obywatel Stanów Zjednoczonych, korzystający z wszelkich dóbr, jakie oferuje ten – wspaniały pod wieloma względami – kraj.

Lecz zdaję sobie sobie sprawę z tego, że niektórym nie mieści się to w głowie, że można w takiej sytuacji – i ten sposób – krytykować Amerykę. I że mogą nazwać to np. anty-amerykanizmem. Ale, jeśli ktoś tak myśli, to tak naprawdę nie jest w stanie wniknąć w ideę „amerykańskości”.
Do takich osób powinno dotrzeć to, że ja nie krytykuję „Ameryki” tylko pewne poczynania (militaryzm) i polityką zagraniczną amerykańskiego rządu. I dopóty mogę robić to otwarcie – i bez konsekwencji zastosowania wobec mnie represji – na terenie kraju, w którym mieszkam, dopóty wg mnie Ameryka nie jest jeszcze do końca stracona. A ja nie muszę z tego kraju uciekać, (tak jak np. Snowden – by the way: chwała gościowi!)

Chciałem napisać, abyśmy karmili tylko dobrego wilka, ale w przyrodzie nie ma dobrych ani złych wilków.

greydot
Czy Amerykanie też biją się w piersi i posypują swoje głowy popiołem wobec swoich przewin z przeszłości – jeśli chodzi o własną kinematografię?
Otóż w kinie amerykańskim filmy tzw. „rozliczeniowe” oczywiście są, ale przytłoczone są przez obrazy, które bazują jednak na historycznej propagandzie i patriotycznym, narodowym stereotypie. Warto zwrócić uwagę, że niemal wszystkie westerny przez dziesięciolecia (aż do czasów anty-westernów Penna, Peckinpaha czy Altmana) ukazywały np. Indian jako „dzikusów”, a samych pionierów jako postacie heroiczne. Zaś Frontier to była w nich zona, w której zawsze wygrywało dobro, szlachetność i sprawiedliwość (wbrew krzyczącym wręcz faktom i stanowi rzeczywistemu).

Także w większości amerykańskich filmów akcji pobrzmiewa też głośny ton nacjonalistyczno-propagandowo-szowinistyczny (exemplum: Rambo et consortes…). Takie „Zielone berety” Wayne’a to przecież czysta „patriotyczna” nacjonalistyczna propaganda. Jeśli chodzi o Wietnam, to dopiero po zakończeniu wojny w Indochinach, pokazały się filmy ukazujące jej absurd i nikczemność – wśród nich wyróżniały się obrazy Olivera Stone’a („Urodzony 4 Lipca”, a przede wszystkim pamiętny „Pluton”) także „Full Metal Jacket” Kubricka. „Czas apokalipsy” Coppoli to raczej jedna wielka metafora wojennego szaleństwa (odnosząca się do Conradowskiego „Jądra ciemności”), a nie rozliczenie się z własną niechlubną, a niekiedy i haniebną, historią. Podobnie było z filmem Altmana „M*A*S*H*” – to ukazany uniwersalizm idiotyzmu i absurdu każdej wojny – nie tylko tej w Indochinach.
Filmy tzw. gangsterskie też nie były właściwie rozliczaniem się z własnej skorumpowanej przeszłości, a wręcz przeciwnie – tworzyły nowe mity (jak np. słynny „Ojciec Chrzestny” Coppoli, czy wiele filmów Scorsesego) dość przewrotnie gloryfikując i „uromantyczniając” w pewnym sensie gwałt, przemoc i bandytyzm. W tym kierunku poszło też kino (bardzo ostatnio popularnego) Tarantino.

greydot

Inspirowało mnie kino amerykańskie lat 70-tych, bo – wbrew temu, że ukazywało opresyjną i ciemniejszą stronę amerykańskiej rzeczywistości – miało właśnie w sobie ów kontestacyjny powiew buntu i tęsknoty za wolnością, której nam jednak wówczas w zapyziałym, nudnym i szarawym PRL-u brakowało. Wystarczyło choćby spojrzeć na te bezkresne amerykańskie przestrzenie w filmach drogi, by poczuć ów zew przygody – to był dla nas synonim wolności: wiatr rozwiewający włosy i serce, które rosło w piersiach na myśl, że coś takiego można przeżyć samemu. Nawet ruch hipisowski – cały ten zgiełk Woodstock, naiwność i kolorowość dzieci kwiatów – flower power przeciwstawiona kretyńskiej, nikczemnej i morderczej wojnie w Wietnamie – wszystko to znajdowało w niektórych z nas pozytywny oddźwięk.
Oczywiście wiele z tych młodzieńczych fermentów opierało się na micie – dopiero kiedy człowiek dorastał, stawał się bardziej krytyczny wobec swoich dawnych zauroczeń.
Ale to był jednak paradoks: zauroczenie Ameryką, która kontestuje sama siebie.

Jednakże były jeszcze inne, bardziej realne aspekty tego, co oferowała ludziom Ameryka – i w tej ofercie było wiele dobrego. Były to choćby swobody obywatelskie (abstrahując od problemu istniejącego do lat 60-tych zinstytucjonalizowanego i mentalnego rasizmu), wolność słowa, jak również – last but not the least – względy ekonomiczne (nota bene: ja bym jednak nie wyśmiewał się z tego, że miliony ludzi mogło mieszkać w swoich własnych domkach, jeździć własnymi samochodami, realizować swoje hobby – mogło zaspokajać swoje potrzeby życiowe na dość wysokim (w pewnym momencie – najwyższym w świecie) poziomie. W tym „Hi, honey” męża wracającego z pracy do domu i witającego żonę, była jednak pewna solidność spełniającego się pragmatycznie American Dream.

Nie można jednak skwitować Ameryki w kilku zdaniach.

greydot

To, co piszę o militaryzmie amerykańskim, nie jest pisane z pozycji pacyfizmu ani nawet idealizmu. (Powtarzam już chyba do znudzenia, że nie jestem pacyfistą.) Jest pisane z pozycji pragmatycznej i racjonalnej. Uważam po prostu, że angażowanie się USA we wszystkie bez wyjątku wojny (chodzi mi o okres po II wojnie światowej) odbywały się nie tylko ze szkodą dla świata (miliony zabitych i okaleczonych ludzi, nota bene w przeważającej części cywili, zrujnowanie krajów, w których toczyły się te wojny) ale i dla społeczeństwa amerykańskiego. Także – co widać doskonale z perspektywy czasu – dla Stanów Zjednoczonych, jako państwa, które sukcesywnie traciło swój prestiż i nimb wszechmocnego mocarstwa. (Zaś 9/11 uznać można – zresztą nie tylko symbolicznie – za początek końca amerykańskiego mitu.) Zaangażowanie się militarne (nawiasem mówiąc, termin „zaangażowanie” jest eufemizmem, winno się właściwie nazywać rzecz po imieniu jako zbrojną agresję) USA w Wietnamie, Iraku i Afganistanie przyniosły same straty. Nie tylko humanitarne. Również polityczne.

greydot

Ktoś niedawno dość przytomnie zauważył: „Taka już ta Ameryka jest, że nawet najlepszą krytykę USA robią właśnie Amerykanie.”
No właśnie. Skoro jeszcze do tej pory Chomsky’ego nie zamknęli w więzieniu, ani mu nie wysiadły hamulce w Lexusie, to ani mi w głowie ucieczka z tego kraju, zwłaszcza do RFSRR.
Mimo wszystko – gdybym już był zmuszony wybierać – to wolałbym porządek zaprowadzony na świecie przez Amerykanów, niż przez Talibów, Chińczyków czy nawet Rosjan. (Co nie znaczy, że jestem za polityką imperialną i zapominam o zbrodniach popełnianych przez Amerykanów w Laosie, Kambodży, Wietnamie, Iraku, Afganistanie…)
I jeszcze jedna ważna rzecz: przenoszenie niechęci (wrogości) do rządu amerykańskiego (jego polityki zagranicznej) na całe amerykańskie społeczeństwo jest nie tylko nie fair, ale i niemądre. (Podobnie zresztą jak utożsamianie tego z anty-amerykańskością.)

greydot

Tiziano Terzani, jeden z najsłynniejszych dziennikarzy XX wieku, autor wielu książek, długoletni korespondent „Spiegla”: „Dla mnie spotkanie z prezydentem, ministrem, generałem z ich pompatycznymi minami, kłamstwami, które na siłę wciskają rozmówcy, zawsze napawało mnie wstrętem. Instynktownie trzymałem się od nich z daleka. Właśnie, trzeba trzymać się z daleka.”

Czy zajmując się światem polityki możemy dociec tego, czym jest świat, społeczeństwo, wreszcie sam człowiek? Bynajmniej. Widzimy tylko niektóre z jego aspektów – stąd choćby poczucie tego, że jest to świat darwinowski, domena hien, rekinów i szakali. A kto w tym świecie predatorów nie kieruje się atawistyczną, amoralną zasadą „po trupach do celu” – ten jest nieskuteczny, nie odnosi sukcesów, (więc jest polityczną niezdarą).

Tak więc, kiedy wpatrujemy się jedynie w świat polityki, wypaczone staje się nie tylko nasze widzenie świata – a zwłaszcza tego, co winno stanowić o naszym człowieczeństwie, tworzyć jakieś wyższe rejestry ludzkiej kultury – ale i nas samych. Stąd przestroga Terzaniego, by trzymać się z dala od polityków. Bo korupcja jest zaraźliwa. A w zepsutym świecie psujemy się także i my sami – wystarczy samo wdychanie zepsutego powietrza, karmienie się zepsutą strawą.
Tak dzieje się również wtedy, kiedy świat polityki staje się naszą rozrywką – ucieczką przed nudą i własnym molem.
Kiepski to więc rodzaj autoterapii.

greydot

Pytanie: czy umiejętność samodzielnego myślenia jest w ogóle możliwa?
Nota bene wiąże się to z kwestią bardziej uniwersalną: czy istnieje wolna wola?
Niestety, im bardziej się w to wgłębiamy, tym mocniej się skłaniamy (czujemy się „skłaniani”?) do odpowiedzi: NIE. Lecz jednak nie odpowiadamy jednoznacznie NIE, bo to pozbawiłoby nas podmiotowości, ergo: nie tyle zakwestionowałoby nasze EGO, co pozbawiłoby go (nas) suwerennego sensu.
Natomiast skłanianie się do odpowiedzi TAK, jest przemieszczaniem się w sferę metafizyczną (jeśli wolna wola istnieje, to musi mieć ona w sobie coś z „boskości”).

Do odpowiedzi NIE skłania nas rozum (bo tylko za pomocą rozumu możemy poddawać coś analizie), do odpowiedzi TAK – intuicja (choć pozornie wydaje się nam, że jest na odwrót – ale to dlatego, że racjonalizm i irracjonalizm miesza się w nas samych: to, co chcemy, by było racjonalne, jest często irracjonalne i vice versa).
Tak więc, czy nasze nowoczesne przeświadczenie o tym, że ludzki Rozum jest kompatybilny tylko z materią (bo tylko wobec materii możemy użyć czegoś takiego, jak ratio) nie jest aby naszym kolejnym przesądem?

Niestety, im więcej wiemy, tym większa wydaje się nasza niewiedza.

greydot

Człowiek mówi, wiatr słowa nosi…

greydot