BERGMAN A SYMBOLE

Niedawno, całkiem przypadkowo, trafiłem w mojej szufladzie na liczący już sobie ponad 20 lat numer miesięcznika KINO (11’89), w którym miał miejsce mój „poważniejszy” debiut prasowy, jeśli chodzi o teksty zajmujące się tematyką filmową. Był nim artykuł rozpatrujący filmy Ingmara Bergmana pod kątem zawartych w nich znaczeń symbolicznych. Z przykrością zauważyłem, że w tym skądinąd bardzo dobrze wydanym piśmie… zaczynają żółknąć kartki, przypominając mi o przemijaniu wszystkich rzeczy, nawet słowa drukowanego. Dlatego też postanowiłem przedłużyć nieco żywot tej pracy i opublikować ją tutaj na mojej stronie – zapisując ją w pamięci cyfrowej. Przy okazji, być może tekst ów okaże się pewnym pożytkiem dla kogoś, kto zechce przypomnieć sobie jednego z największych twórców filmowych w historii kina.

Wszystko jest symbolem. 

Rzeczywistości nie znamy,

zaledwie przeczuwamy ją za zasłonami,

które sami wciąż tkamy i rozwieszamy.
Pär Lagerkvist

*

  Wskazywano już na związki Bergmana z przeróżnymi kierunkami sztuki – naturalizmem, realizmem, neorealizmem, surrealizmem, czy z filozofią egzystencjalną. Świadczy to tylko o uniwersalności poruszanych przez tego twórcę problemów i bogactwie środków artystycznych używanych przez niego do kreowania swego świata. Ale o związkach obrazów reżysera ze sztuk symboliczną mówiono bardzo rzadko. Z taką sugestią zetknąłem się  jedynie w jednej z wypowiedzi Hansa H. Hofstättera: „Za aktualnością symbolizmu w naszych czasach jeszcze mocniej przemawia film – sztuka, której oddziaływanie jest szersze niż malarstwa i rzeźby. Vadim, Fellini, Buñuel i Bergman stworzyli w ostatnich latach filmy o zdecydowanie symbolicznym charakterze (…) Symboliczny duch XIX w. jest tu bardziej żywotny niż w plastyce. Nawet środki środki stylistyczne dziewiętnastowiecznej sztuki symbolicznej znalazły w filmie pełnoprawną kontynuację.” Zresztą sztuka symboliczna, nie będąca czymś zamkniętym i minionym, jest udziałem każdej epoki, a więc obecna jest także w sztuce nam współczesnej.

greydot

     Cassirer nazwał człowieka animal symbolicum – stworzeniem, które w odróżnieniu od innych włada symbolami. Nietzsche zaś uważał, że rozumienie świata w symbolach jest warunkiem wielkiej sztuki.

    Czym zatem są symbole? Nie są na pewno alegoriami ani metaforami („Siódma pieczęć” np. jest bardziej metaforyczna, niż symboliczna), z którymi bywają czasami mylnie utożsamiane. Każda epoka miała swoje pojęcie symbolu. Zygmunt Freud uważał symbol za oznakę, symptom: nie odróżniał go od znaku. Ekspresja symboliczna to według niego sposób na ominięcie obowiązujących norm  moralno-obyczajowych, „oszukanie” cenzury świadomości, aby w zawoalowanej formie wypowiedzieć przytłumione pragnienia, dając tym samym ujście podświadomym afektom. Freud zredukował wszystkie treści symboliczne do elementarnych, pierwotnych procesów instynktowych, do seksualnego libido.
Carl Gustav Jung, krytykując Freuda za jego panseksualizm, stworzył bardziej uniwersalną i komplementarną teorię symbolu. Nie mógł zgodzić się na teorię Freuda, gdyż pozbawiała ona wartości kulturę człowieka (nota bene Jung całą sztukę utożsamiał z symbolem), sprowadzając ja do „służenia naturze”, podczas gdy Jung widział ją w „służbie ducha”. Źródłem symboli była według niego tzw. nieświadomość zbiorowa, których człowiek doświadcza w przeżyciach typu wizjonerskiego (np. we śnie, marzeniach sennych, w formie tzw. snu na jawie, również w postaci wizji artystycznej, jawiącej się artyście w procesie twórczym. Natomiast symptomami nazywał Jung ekspresje mające związek z doświadczeniami osobistymi jak uczucia, przeżycia i sytuacje wykreślone już z pamięci, wyparte do sfery podświadomości.
Interpretacja semiotyczna jest czymś zupełnie różnym od interpretacji symbolicznej: „Symbole nie są znakami czy alegoriami czegoś znanego lub mało znanego.” „Symbol jest wyrażeniem nieokreślonym, o wielu znaczeniach, wskazującym na coś, co nie daje się w pełni zdefiniować, a zatem nie jest w pełni znane” – pisał Jung. Należy dodać – i jest to ważne – że symbole pojawiają się  nie tylko w snach czy wizjach. Również myśli i uczucia, działania czy sytuacje, mogą posiadać symboliczny charakter.
Z pewnego punktu widzenia analizę sztuki symbolicznej można uznać za ryzykowną, co zresztą logicznie wynika z samej istoty tej sztuki. Definicja symbolu w ujęciu Junga) obejmuje niemożność kompletnej interpretacji – hipostatyczny charakter treści symbolicznych uniemożliwia ścisła definicję. Pojęcie i znaczenie symbolu jest zatem bardzo szerokie.

    Zwróćmy uwagę jak wielką wagę przywiązywała psychoanaliza do snu, najmując się m.in. symbolami i określając je. Sen – jedno z głównych tworzyw artystycznych symbolistów – był dla nich zarówno źródłem inspiracji, jak i nieodłącznym motywem twórczości. Pełnił ważną funkcję jako forma przeżywania świata i rzeczywistości. Podobnie jak symboliści, którzy wykorzystywali sen ze względu na jego symbolotwórcze właściwości, również i Bergman traktuje go jako źródło inspiracji. Wiele z jego najwybitniejszych filmów łączy jedna wspólna cecha – dominująca rolę odgrywa w nich sen: „Tam gdzie rosną poziomki” – strukturę filmu tworzą przenikające się wzajemnie sen i rzeczywistość; „Persona” – logika asynktatycznego przesuwania się pasma obrazów jest logiką snu; „Milczenie” – film przywołuje atmosferę Kafkowskiego koszmaru sennego; „Szepty i krzyki” dają odrealnioną, oniryczną scenerie wnętrz pogrążonych w czerwieni. Również w pewnym momencie filmu „Fanny i Aleksander” jego konwencja realistyczna zostaje złamana i jej miejsce zajmuje irrealność snu.
Z motywem tym spotykamy się jeszcze w innych utworach reżysera. W niektórych przypadkach posiada on kluczowe znaczenie. Słynna scena kąpieli Almy na oczach całego oddziału żołnierzy i kanonada baterii artyleryjskiej (falliczny symbol luf armatnich) z „Wieczoru kuglarzy”, to własny sen Bergmana przeniesiony na ekran. Postacie kobiet z „Szeptów i krzyków” zobaczył reżyser po raz pierwszy w swoim śnie. To samo można powiedzieć o epizodach z wielu innych jego filmów (m.in. „Źródło”, „Jak w zwierciadle”, „Godzina wilka”, „Z życia marionetek„… Sen jako taki pojawia się jeszcze w „Hańbie”, „Twarzą w twarz”, „Letni sen”

*

    Sny Izaaka z „Tam, gdzie rosną poziomki” ilustrują jedną z psychoanalitycznych definicji snu, określającej go jako stan, w którym niespełnione pragnienia teraźniejszości, przeżycia, łączą się z tymi z dzieciństwa i przeszłości, a pozorna bezsensowność i nielogiczność jest wyrazem odczuwanych w podświadomości uniwersalnych związków. Wiele z motywów owych snów poddaje się doskonale  analizie z punktu widzenia freudowskiej symboliki marzeń sennych.
„Tam, gdzie rosną poziomki” można uznać za jeden z rodzajów „filmów drogi”, tyle że drogą jest tu duchowa wędrówka Izaaka, także przez krainę swoich marzeń i snów. Ale Izaak podróżuje też fizycznie: stary profesor trafia do miejsc swego dzieciństwa: wiekowy, wiktoriański dom, polana pełna poziomek. Siedzący na niej Izaak nieodparcie kojarzy się ze starą kobietą, widoczną na jednym z obrazów Muncha, symbolizującą melancholię za minionym życiem. Ponadto, mleko i poziomki są „prywatnymi” symbolami w świecie Bergmana – rodzajem Eucharystii we wspólnocie i łączności duchowej pomiędzy ludźmi (vide: uczta Mii i Jofa z „Siódmej pieczęci”). W wyobraźni profesora odżywają dawno zapomniane obrazy: postać Sary, młodzieńczej miłości Izaaka, członkowie całej jego rodziny, dom będący znów pełen życia i krzątaniny. W tę pełną sentymentów i niemal idylliczną atmosferę wdziera się jednak ponura rzeczywistość teraźniejszości, przyobleczona w senny koszmar.

    Oniryczny klimat posiada także początek „Persony”. Jest to seria pozornie nie związanych ze sobą obrazów. Pierwsze kadry wypełnia ciemność, przechodząca stopniowo w oślepiającą jasność, której źródłem okazuje się być lampa projektora filmowego. Następnie widzimy rozwijającą się szpulę taśmy, kadr wypełnia się ekranem, na którym wyświetlany jest film animowany. Obrazy zaczynają poruszać się coraz szybciej (kobieta w stroju kąpielowym myje ręce); ponownie łuk lampy i zbliżenie mytych rąk,; dalej pojawia się scena z komedii slapstikowej (człowiek uciekający przed diabłem i szkieletem), pająk wypełniający cały ekran, ręce zanurzające się we wnętrznościach martwej owcy, nóż zbliżający się do oka, ręka z wbijanym w nią gwoździem, zimowy krajobraz leśny, żelazne ogrodzenie otaczające stary budynek (kostnica), śnieżne zaspy, spoczywające na łóżkach zwłoki kobiety i mężczyzny, zbliżenia ich nóg, rąk i wreszcie twarzy – kobieta otwiera raptownie oczy. Leżący w takiej samej pozycji chłopiec budzi się nagle na dźwięk telefonu i próbuje wsunąć się pod prześcieradło; nie mogąc zasnąć wstaje, zakłada okulary, otwiera książkę („Bohater naszych czasów” Lermontowa), podnosi znad niej oczy, spogląda na nas wyciągając do nas rękę. Zmiana ujęcia – chłopiec gładzi ręką ścianę (szyba, ekran?), na której pojawia się nadnaturalnej wielkości kobieca twarz (stopione w jedną – twarze Almy i Elżbiety); jej oczy otwierają się i zamykają pod pieszczotami chłopca. Wreszcie pojawiają się pierwsze napisy filmu, przeplatane kolejnymi obrazami: palący się buddyjski mnich, twarz dziecka, ujęte pionowo rozchylone kobiece wargi, morze, ponownie twarz Elżbiety-Almy. Ekran blednie, po chwili cały wypełniony jest bielą; z wolna zarysowuje się pionowa linia – okazuje się, że są to drzwi. Otwiera je Alma i wchodzi do sali – w tym momencie rozpoczyna się właściwa akcja. Należy dodać, że wszystkie te obrazy można interpretować w kontekście całej „Persony” (również w oparciu i symbolikę Freuda i jego psychoanalizę), ale ważne są już (świadome i nieświadome) uczucia widza, który zaczyna dopiero oglądać film – bo, niezależnie od jego woli, będą omne wpływać na odbiór i zrozumienie całości obrazu.

    Charakterystyczne dla Bergmana jest traktowanie w sposób symboliczny ludzkiej twarzy, okien, zasłon, drzwi, luster – zwierciadlanego odbicia, krajobrazu… Widoczne to jest niemal w każdym jego filmie. „Prywatna” symbolika artysty określa jego odrębność, swoistość. Z drugiej jednak strony istnieje tu niebezpieczeństwo niekomunikatywności. Dzieje się tak, gdy symbolika ta nie przekracza granicy prywatności, pozostaje wyłączną własnością autora. Jednakże, moim zdaniem, u Bergmana rzadko to  ma miejsce. Jego symbole są dostatecznie czytelne – nawet jeśli weźmiemy tu pod uwagę błąd czy nadużycia nadinterpretacyjne.

    Szwedzki twórca jest prawdziwie zafascynowany twarzą, zwłaszcza twarzą kobiecą. Jednak w jego filmach ludzka twarz to nie tylko środek ekspresji uczuć i emocji. Bergman używa jej jako symbolu. Zwróćmy uwagę na wzajemne przenikanie się twarzy dwóch kobiet w „Personie” – utrata tożsamości, niezdolność do samoidentyfikacji, przenikanie się osobowości. Również na przykładzie „Persony” możemy przekonać się o fetyszystycznym wręcz stosunku reżysera do kobiecej twarzy. Przypomnijmy sobie chłopca – którego krytyka utożsamiała z samym Bergmanem – wodzącego ręką po twarzy przedstawionej w olbrzymim, wypełniającym cały kadr, zbliżeniu lub umiejscowione pionowo usta (Freud: „Pochwa kobieca może być reprezentowana przez usta, ucho, nawet oko.”) Tak traktowali twarz symboliści, a wśród nich sam Baudelaire („Kwiaty zła”), czy w malarstwie – Rossetti, Klimt i wielu innych.
Lecz twarz to nie tylko fetysz. Może ona wyrażać symbolicznie np. tęsknotę, ekstazę, ból, lęk… W słynnym „Krzyku” Muncha rozwarte szeroko usta krzyczącej kobiety są znakami strachu i rozpaczy, które nabierają w tym wypadku symbolicznego charakteru, stając się ponadto w pewnym sensie ikoną przerażenia i rozpaczy. W „Wieczorze kuglarzy” upokorzony Frost wydaje okrzyk bólu. Zniekształcona grymasem twarz clowna wywiera niesamowite wrażenie. Krzyku Frosta jednak nie słyszymy – ścieżka dźwiękowa jest wyciszona. Zabieg ten dodatkowo zwiększa podobieństwo tej sceny z obrazem Muncha.

    O tym, z jaką wrażliwością Bergman patrzy na ludzką twarz, świadczą jego własne słowa: „Gdy widzi się twarz Liv (Ulmann) można zauważyć jak stopniowo nabrzmiewa. To fascynujące – jej wargi stają się większe, oczy ciemnieją coraz bardziej, cała przemienia się w coś w rodzaju żądzy. Albo widzimy jej twarz przeobrażającą się w pewien rodzaj chłodnej a zmysłowej maski. (…) Powiedziałem Liv, aby skoncentrowała całe swoje uczucie w wargach.” François Truffaut pisze: „… wymowa ludzkiej twarzy. Pod tym względem nikogo innego nie można z Bergmanem – on ją pokazał najbliżej. Jego ostatnie filmy to niemal same zbliżenia poruszających się warg, oczu, które wyrażają zaciekawienie, głód lub panikę.”

*

   Często Bergmanowskie twarze widzimy jako lustrzane odbicia. Przed zwierciadłem staje wielu bohaterów Bergmana szukając w nich swego prawdziwego „ja” („Z życia marionetek”). Najczęściej jednak odnajdują tam kogoś innego – twarz, którą widzą, wydaje im się obca, uświadamiają sobie własną dwoistość. W „Twarzy” szarlatan Vogler spotyka swoje alter ego, aktora o imieniu Spiegel (szw.: lustro). Zdradzony i poniżony Albert z „Wieczoru kuglarzy”, patrząc w lustro, przykłada sobie pistolet do skroni. Postacie z filmu „Z życia marionetek” widzą siebie w lustrach jako bezwolne kukły poruszane przez nieznane im moce. W „Źródle” młoda dziewczyna, stają nago przed lustrem, odkrywa swoje rozkwitające ciało i budzące się namiętności – lustro uświadamia rzeczywistość, która być może także jest (odbitą) złudą.
Jednak w filmach Bergmana lustro oznacza jeszcze coś więcej. Całe sekwencje „Wieczoru kuglarzy” czy „Uśmiechu nocy” filmowane są w lustrach. Jeden ze swych filmów reżyserem zatytułował nawet „Jak w zwierciadle”, dając tym wyraz iluzorycznemu postrzeganiu rzeczywistości: lustra rzeczywistość tę zwielokrotniają, podkreślając tylko jej widmowy charakter. Są one ze swej natury kojarzone z wodą (Narcyz), która z kolei jest odwiecznym symbolem czasu – patrząc w lustro uświadamiamy sobie jego przemijanie. Człowiek młody widzi w nim przyszłość, nadzieję; człowiek  stary – przeszłość, smutek i rezygnację, a coraz głębiej żłobiące jego twarz zmarszczki potęgują w nim bolesną tęsknotę za zagubioną młodością. Z takimi uczuciami patrzą w lustro Maria z „Letniego snu” i Maria z „Szeptów i krzyków”. W „Tam, gdzie rosną poziomki”, tryskająca młodością Sara bezlitośnie każe Izaakowi przyjrzeć się w lustrze swojej starczej twarzy. Dla młodej dziewczyny i starzejącej się kobiety z filmu „Marznie kobiet”, ich odbicia w oknie wystawowym to dokładną projekcja ich uczuć. Tak więc: podczas gdy Stendhal każe zwierciadłu przechadzać się po gościńcu życia, Bergman wydaje się umieszczać je przed ludzką duszą.

   Niekiedy jednak w obrazach szwedzkiego reżysera mamy trudności w odróżnieniu prawdziwej ludzkiej twarzy od maski. W „Personie” (persona to, jak wiemy, w klasycznym dramacie maska zakładana przez aktora do odegrania konkretnej roli) bohaterki wymieniają się między sobą „maskami”. U Bergmana ten motyw maski pojawia się często: w „Wieczorze kuglarzy” – oblicze upokorzonego i cierpiącego człowieka za maską clowna; w „Uśmiechu nocy” Desirée przenosi swoją grę ze sceny w rzeczywistość (wszystkie postacie w jakimś sensie kryją się tu za maskami); czy też wreszcie w „Godzinie wilka” nakładaniu maski – makijażu na ludzką twarz i przyoblekanie artysty w kostium wywiera przejmujące wrażenie.

   Specjalną rolę powierza też Bergman w swoich filmach oknom, drzwiom, zasłonom, wreszcie domowi. Fryderyk z „Uśmiechu nocy” idzie do Desirée przez prawdziwy labirynt drzwi, plącząc się w gąszczu trzepoczących firanek. W „Personie” sypialnia, w której Elżbieta odwiedza Almę, posiada niezwykłą ilość okien i zasłon. Przez okno postacie Bergmana spoglądają do wnętrza, przez okno patrzą na świat zewnętrzny, przy czym niemal zawsze ma to symboliczna wymowę i jest powiązane ściśle z filmowym obrazem – koncepcją reżysera.
Również tutaj dostrzegamy paralele ze sztuką symboliczną. Wykorzystywała ona bowiem okno do symbolicznego zaakcentowania kontrastów duchowych człowieka: pragnienie wolności i chęć izolacji, fantazję i ograniczenie, wewnętrzność i zewnętrzność (seria widoków z okna Caspara D. Friedriecha może służyć za jeden z przykładów). Drzwi wg Bergmana „odgradzają nas od innych, ale też można je otworzyć i wejść do środka.” Te właściwości są mu bardzo pomocne, bowiem jednym z głównych jego tematów jest przekraczanie barier dzielących ludzi, wyjrzenie poza siebie, przezwyciężenie chłodu uczuć i kontakt z drugim człowiekiem.

   Dla Freuda symbole okna i drzwi odpowiadają otworom w ludzkim ciele, zatem dom to symboliczne przedstawienie ciała, a ujmując rzez idealistycznie – duszy. Jest to zgodne z tym, co Bergman napisał w scenariuszu do „Szeptów i krzyków”: „Wszystko to (wnętrza domu, w którym rozgrywa się akcja filmu utrzymane są w różnych odcieniach czerwieni – przyp. stb) związane jest niejako z wnętrzem człowieka, a ja już od dzieciństwa wyobrażałem sobie wnętrze duszy jako wilgotną błonkę o czerwonym zabarwieniu.” Joan Mellen w swoim artykule „Bergman i kobiety” pisze, że chylący się ku ruinie pałac w „Szeptach i krzykach” przypomina kokon z czerwonego aksamitu i brokatu a różne odcienie czerwieni oznaczają przejście od jednej postaci do drugiej, symbolizując tym samym wzajemne przenikanie się mieszkających w nim kobiet. Czerwień symbolizuje nie tylko krew, ale i sposób, w jaki każda z sióstr potwierdza swoim zachowaniem możliwości kobiecej natury – ich dusze „zabarwione” są fizjologią. „Wszystkie kobiety ubrane są na biało, co symbolizuje nieuświadomione pragnienie powrotu do dziewictwa i całkowite wyeliminowanie mężczyzn ze swego życia.” – pisze Mellen.
Innej nieco interpretacji omawianego tu motywu dokonuje Aleksander Kwiatkowski: „Trzy kobiety w bieli na tle czerwonego salonu: z tej wizji czy snu Bergman wysnuł swoje arcydzieło. Czerwień dominuje w obrazie, wszechobecna w osobliwej pustce komnat starego pałacu. Jest to barwa niepokoju, w Bergmanowskiej symbolice sugestia duchowych rozterek, barwa zamieniająca realistyczne z pozoru tło w ‚przestrzeń duchową’.”

   W ten oto sposób dotarliśmy do zagadnienia barwy w filmach Bergmana. Symboliści – malarze i poeci – również i barwy używali w symbolicznym charakterze. Np. błękit to tęsknota, niedosiężność, transcendentalna głębia; czerwień – doznania związane z kobietą, zmysłowość; biel – czystość, niewinność, ale i również lęk przed nicością; czerń zaś uznali za „barwę najważniejszą”. Wykorzystywali konkretne barwy do budowania szczególnych nastrojów. Każdy bowiem kolor ma właściwość wywoływania swoistych uczuć. Uważali, że człowiek otoczony całkowicie jedną barwą (np. w monochromatycznym pomieszczeniu) potrafi się z nią utożsamiać, zestraja ona bowiem „jednobrzmiąco oko i ducha”.

   Większość z ostatnich filmów Bergmana jest barwna. W latach siedemdziesiątych coraz umiejętniej potrafił on panować nad kolorem, toteż przestano zarzucać mu pewna nieporadność, jaka ponoć cechowała jego początkowe eksperymenty. Przykład „Szeptów i krzyków” ukazuje jak bardzo świadome użycie barwy może wzbogacić walory filmowego obrazu. Jak już wspomniałem, w filmie tym dominuje czerwień, biel i czerń. Aleksander Jackiewicz utożsamia biel z życiem, natomiast czerń ze śmiercią: „czerwone są ściany domu Agnes, obicia mebli, dywany. czerwień wypełnia kadry między sekwencjami. Na tym tle biel kobiecych sukien. Biel jako życie. (…) Czernią jest śmierć. W czarnych strojach stoją siostry wokół łoża zmarłej Agnes”. O kobietach tych mówi Jackiewicz jako o „postaciach- symbolach”, jednak w jego ujęciu bliższe są one literackiej alegorii: „… wśród gęstych, płasko kładzionych barw – czerwieni, bieli, czerni; wśród zgeometryzowanych kształtów – ścian, drzwi, okien pięknego starego domu, płynie rzecz o Namiętności, Lęki i Miłości”.

   Czerń i biel – strywializowane odpowiedniki zła i dobra. Traktowanie ich tu w ten sposób byłoby ogromnym, daleko idącym uproszczeniem. Bergman pokazał, jak upiorne wrażenie może wywrzeć biel w całej swojej jaskrawości. W sposób taki przedstawione są niektóre sny Izaaka czy kilka scen z „Godziny wilka”. Retrospektywne, nieraz koszmarne sceny z filmu „Z życia marionetek” są przedstawione na taśmie czarno-białej. Reżyser bardzo chętnie kręcił na takiej taśmie, w posługiwaniu się czernią i bielą doszedł do perfekcji, bowiem – oprócz czerni – żadna inna barwa nie jest w stanie stworzyć tak intensywnego napięcia kontrastowego (i to nie tylko z bielą); jedynie czerń jest odpowiedzialna za najbardziej wyraziste kontrasty w dostrzeganym przez nas obrazie świata. Dziś trudno byłoby sobie wyobrazić niektóre filmy Bergmana (np. „Siódmą pieczęć” czy „Źródło”) w kolorze. Mamy wrażenie, że wiele by na tym straciły.

   Tak więc, tych „prywatnych” symboli Bergmana jest sporo. Podsumujmy: postacie ludzkie, ich twarze, maski, na którymi się one kryją; zwierciadła, okna, zasłony; symbole nawiązujące do tradycji sztuki skandynawskiej, odwołujące się do religii, śmierci i erotyzmu; obsesyjne niekiedy a symboliczne traktowanie pewnych sytuacji ludzkich zachowań. Jednak nie odczuwa się przesytu nimi. Wrażliwy widz potrafi być pochłonięty obrazami Bergmana. I nie myśli wtedy, czy są to symbole, czy nie. po prostu podświadomie im się poddaje, pozwala im na siebie wpływać – wyzwalają estetyczną przyjemność uczestnictwa w prawdziwym dziele sztuki. Mimo wszystko nie odczuwa się nadmiaru tej symboliki – reżyser do tego nie dopuszcza, bowiem nadmiar ten mógłby być dla jego sztuki niebezpieczny. Jak pisze W.R.D. Fairbairn: „Wypaczenia dzieła sztuki mogą iść w dwu kierunkach – nadmiaru symbolizacji lub jej niedosytu. Z tym ostatnim mamy do czynienia wtedy, kiedy superego artysty jest słabe a jego stłumione popędy – przy osłabionej sile tłumiącej – objawiają się w dziele bez koniecznego minimum przebrania. Dzieło jest wtedy za mało symboliczne, nie podtrzymuje  podziału między rzeczywistością a sceną. Utożsamia się z rzeczą realną. Nadmiar symbolizowania występuje natomiast wtedy, kiedy cenzura super-ego jest tak silna i wymusza tak skomplikowane przebrania, że te ostatnie przestają być zauważane, a symbole stają się nieczytelna. Dzieło, podobnie jak w pierwszym przypadku, nie funkcjonuje jako dzieło sztuki.”

   Sztuka symboliczna, (a tym samym symbole) jest określana często jako „artystyczny idealizm”. Niekiedy nazywa się ją wręcz „sztuką idei”. Stąd też ulotność i pewna nieprecyzyjność znaczeniowa treści symbolicznych. Świadczy o tym również różnorodność, czy też rozbieżność ich interpretacji. Dlatego, mając do czynienia z taką „materią”, łatwo jest utożsamiać jej funkcję z prawdą – iluzję z rzeczywistością. Bowiem symbol zaistniały w naszej psychice staje się rzeczywistością – podobnie jak  rzeczywistością stają się inne hipostatyczne wytwory naszych umysłów. Bergman doskonale zapanował nad tworzywem filmowym i urabiając go, urzeczywistniał swoje idee. A do powiedzenia miał nam bardzo wiele.

greydot

Ingmar Bergman:  “Drzwi odgradzają nas od innych, ale też można je otworzyć i wejść do środka.” (fot. B. Wanselius)

*

PS. Ponowna lektura tego tekstu przeniosła mnie w (coraz bardziej odległy) czas mojej młodości, kiedy miłość do kina i pasja oglądania filmów zaczęła przybierać formę nie tylko związaną z ich bierną konsumpcją ale i bardziej konkretną – w postaci pisania o kinie. Nie mając właściwie formalnego wykształcenia „humanistycznego” (o uniwersyteckim filmoznawczym nie wspominając) porwałem się na szaloną – jakby się wówczas mogło komuś wydawać – próbę stworzenia czegoś, co miałoby wartość zbliżoną do poziomu profesjonalnej krytyki kina. Oczywiście nie pisałem tej monografii z myślą o druku, ale kiedy była gotowa, postanowiłem wysłać ją do redakcji miesięcznika „KINO”, które było wówczas najbardziej chyba cenionym periodykiem zajmującym się kinem. I ku mojemu zdumieniu – a także (zrozumiałej chyba) radości) – KINO mój artykuł opublikowało. Trudno, aby fakt ten nie sprawił mi satysfakcji – młody nauczyciel fizyki (jakim wówczas byłem) znalazł się w gronie znanych i renomowanych autorów. Naturalnie, pisząc tekst o Bergmanie i mając dwadzieścia kilka lat, nie mogłem mieć jeszcze wyrobionego stylu, więc starałem się, aby przybrał on formę, jaka była wówczas najczęściej stosowana przez krytykę profesjonalną – stąd być może pewna „akademickość” tej pracy, z którą chyba dałem sobie radę (i spokój) z czasem, pisząc filmowe recenzje językiem nieco swobodniejszym, mniej formalnym, a tym samym bardziej osobistym.

Advertisements

komentarzy 36 to “BERGMAN A SYMBOLE”

    • Logos Amicus Says:

      Widziałem kiedyś ten wywiad przy okazji retrospektywy filmów Bergmana w chicagowskim kinie Music Box. Najbardziej spodobała mi się ta jego lista demonów (ale to, jak się wykręcił od pytania o swoich pięciu żonach – już mniej ;) ).
      Lecz o swojej oststniej żonie, z którą przeżył 24 lata, mówił już pięknie.

      PS. Zazdroszczę reżyserowi tego domu na wyspie Fårö.

  1. Lisbeth Says:

    Moim (zaznaczam) zdaniem Bergman stworzył trzy arcydzieła: „Tam, gdzie rosną poziomki”, „Goście Wieczerzy Pańskiej” i „Personę”. Dlatego warto przede wszystkim zobaczyć te obrazy. W dalszej kolejności polecałbym filmy wielkie, bez których trudno sobie wyobrazić historię kina europejskiego jak „Siódma pieczęć”, „Jak w zwierciadle”, „Milczenie” i „Szepty i krzyki”. Trzecia runda to filmy bardzo dobre, choć może nie mieszczące się w ścisłym Bergmanowskim kanonie: „Źródło”, „Uśmiech nocy”, „Z życia marionetek” (chyba najbardziej niedoceniony swego czasu film Szweda). Potem to już można po prostu od okazji do okazji uzupełniać swoją wiedzę o twórczości Bergmana. Istnieją jego filmy, które są połowicznie udane, albo wręcz nieudane, ale z pewnością warte obejrzenia. Do takich należą m.in Namiętność, Hańba, Godzina wilka, Wieczór kuglarzy, Twarzą w twarz…
    „Jesienną sonatę” z pewnością warto zobaczyć dla „pojedynku aktorskiego” Liv Ullmann i Ingrid Bergman, jest też serial tv „Sceny z życia małżeńskiego” (serial jest,moim zdaniem, lepszy od rozwlekłej wersji kinowej) i piękna ekranizacja opery Mozarta „Czarodziejski flet”. „Jajo węża” – Bergmanowskie ujęcie narodzin faszyzmu – lepiej sobie darować (to jest moje zdanie, oczywiście)

    • Logos Amicus Says:

      W tym wyliczeniu filmów Bergmana, które warto obejrzeć, zabrakło mi filmu „Fanny i Aleksander”, który jest dla mnie jakby summą Bergmanowskiego kina. Znakomity, miejscami wręcz genialny film.

      Filmu „Jajo węża” nie widziałem, ale czytałem do niego scenariusz. I muszę przyznać, że zrobił na mnie wielkie wrażenie.

  2. Kinga Says:

    Ciekawe jest też to, co o Bergmanie mówi Woody Allen:

    • Logos Amicus Says:

      Właściwie, to ciekawe jest wszystko, co Woody Allen mówi w swoich wywiadach. Rzadko się jednak zdarza by jeden genialny reżyser opowiadał z taką swobodą i bezinteresownością o drugim genialnym reżyserze, nawet jeśli jeśli wydaje się on być jego mentorem. Tutaj robi się jeszcze ciekawiej: reżyser do szpiku kości amerykański (nie mam tu bynajmniej na myśli filmów Allena, które jednak w Ameryce się wyróżniają i raczej kina amerykańskiego nie definiują, a tylko raczej jego środowiskowy background) wypowiada się o reżyserze do szpiku kości europejskim. Tak sobie myślę, że oprócz wielkiej inteligencji i zainteresowania podobną problematyką, łączyła ich pewna… neurotyczność, (którą być może lepiej byłoby nazwać wrażliwością?)

  3. babka filmowa Says:

    Bardzo dobrze, że zamieściłeś ten artykuł, bo już dawno miałam Cię spytać, gdzie go szukać. Ale czytanie, i wszelkie komentarze, odkładam na chwilę później, bo zarówno jak i do filmów Bergmana, jak i analiz tego twórczości, trzeba mieć czysty i świeży umysł i trochę czasu także. A tego mi wtej chwili brak. Pozdrawiam.
    Daj też Felliniego. :)

  4. Ewa Says:

    Ówczesną recenzję czytało mi się jak esej. Jak na ‚młodziaszka’ miałeś już rozpoznawalny styl i sprawne pióro. A i wiedzę czy zmysł obserwacji – niemałe. Szkoda, że obecnie mało kto wdaje się w pogłębione analizy (czegokolwiek). Choć tytułów wydawniczych i piszących, przybyło niepomiernie.

    Jak zwykle, wejście na twoją stronę to wyzwanie. Czyta się i czyta, a jeszcze zrozumieć trzeba. Na koniec, na szczęście okazuje się, że warto było. :)

    • Logos Amicus Says:

      „Szkoda, że obecnie mało kto wdaje się w pogłębione analizy (czegokolwiek).”

      Bo większość jednak woli jak jest „lekko” i „zwięźle”, czyli „cnotliwie” (bo „zwięzłość jest cnotą”) ;)
      Ale przecież pewnych tematów nie da się ująć zwięźle, bo to oznaczałoby zbyt daleko idącą powierzchowność i uproszczenie. Są tematy zbyt kompleksowe, by dało się je skwitować w – dajmy na to – siedmiu zdaniach.
      Prawdę pisząc ja nie spodziewam się, że te moje długie wpisy będą czytane tłumnie, ale jednak sądzę, że znajdzie się ktoś, kto je przeczyta w całości – kto dostrzeże w nich jakąś wartość… I prawdę mówiąc takich Gości tej strony cenię sobie najbardziej.

      PS. Ten tekst trudno chyba nazwać recenzją (ta dotyczy zwykle jakiegoś jednego utworu) – bardziej tekstem o charakterze monograficznym, zajmującym się pewnymi aspektami wszystkich filmów reżysera.
      PS2. A dlaczego „warto”?

      • Ewa Says:

        Bo warto czasem rozruszać rozum i liczyć na to, że coś, może jednak, w nim zostanie. Tylko i aż tyle…

      • czara Says:

        Logosie, bingo! Dla mnie to jest właśnie „zwięzły tekst” i bardzo „cnotliwy”! ;-) Czyta się świetnie, jest spójny, dobrze skonstruowany, nieprzegadany i nieprzefilozofowany! Brakuje mi tylko jakiejś bibliografii na końcu, od razu bym pobiegła do biblioteki po książki lub czytała kolejne artykuły, bo po prostu chce się więcej!
        A swoją drogą to ja zawsze Twoje pisanie o filmach cenię i często wracam do tych artykułów, jak tylko uda mi się obejrzeć polecany przez Ciebie film! (co nie znaczy, że zawsze się zgadzam, ale to nic nie zmienia). Pozdrawiam i zapisuję się tu na jakiś cykl takich „przedruków”.

        • Logos Amicus Says:

          No nie wiem, czy „cnotliwy” to taki dla mnie komplement ;)
          I się bardzo cieszę, że coś mojego czytało Ci się wreszcie świetnie :)

          Pisałem ten tekst bardzo dawno i nie pamiętam już dobrze jego „bibliografii”. Ale pamiętam, że bardzo ciekawe wydały mi się książki: „Bergman on Bergman: Interviews With Ingmar Bergman” oraz monografia Robina Wooda „Ingmar Bergman”. Zresztą, książek o Bergmanie jest bez liku i chyba dość łatwo można się do nich „dokopać”… jeśli ktoś tylko chce.

          PS. Nie do końca jestem przekonany, czy to wygrzebywanie moich starych artykułów byłoby takim dobrym pomysłem ;)

  5. Prix Says:

    Najwybitniejszy twórca w historii kina. Jeden z niewielu, być może jedyny reżyser, o którym możn bowiedzieć, że jest geniuszem – tzn. osiągnął taką kontrolę nad filmową materią (ten sam zespół, wybitni współtwórcy), że mógł doskonale przekazać swoją indywidualną wrażliwość. Czapki z głów, żałuję tylko, że tak niewielu z widzów jest w stanie przyswoić to niezwykłe kino.

    • Logos Amicus Says:

      Bergman, mimo swej popularności, (chodzi mi zwłaszcza o lata 60-te i 70-te) zawsze miał opinię twórcy „trudnego”. Głównie dlatego, że często poruszał głębokie – rzec można: egzystencjalnie fundamentalne – tematy, zwykle w sposób mroczny, tragiczny, mocno „spsychologizowany”. Nie wszystkim to odpowiadało. A jednak wiele jego filmów przeszło do kanonu kina i są one uznawane dziś za arcydzieła. Moim zdaniem – nie bez powodu, bo jednak Ingmar Bergman był twórcą wybitnym, prawdziwym artystą kina.

  6. Montana Says:

    Bergman skupiał się zazwyczaj na relacjach horyzontalnych pomiędzy danymi jednostkami, nierzadko były to relacje rodzinne, tudzież na relacjach wertykalnych – czyli między jednostką, jednostkami, a Bogiem. Umiał idealnie ująć całą problematykę takich relacji i ukazać ich złożoność, bez narzucania widzowi swojego zdania. Sporo w jego filmach minimalizmu w sferze dialogów, ale to chyba dość powszechne dla kina skandynawskiego – podobnie zresztą jak skupiania się na jednostkach, tudzież relacjach w obrębie małych społeczności. Tak jak Keyser napisał wyżej Bergman zdecydowanie korzystał z psychoanalizy, choćby Persona (która nota bene jest jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym filmem Bergmana) czerpie garściami z filozofii Junga. W ogóle filmy Bergmana robią prawdziwą wiwisekcję ludzkiej natury, czym moim zdaniem poruszają widza dogłębnie już w trakcie seansu – przynajmniej od Siódmej pieczęci, bo od tego czasu można mówić, że Bergman to ten Bergman którego znamy dzisiaj.

    • Logos Amicus Says:

      W czasach, kiedy Bergman kręcił swoje najsłynniejsze filmy, psychoanaliza była „na chodzie” w o wiele większym stopniu, niż jest to dzisiaj. Ja również, pisząc o symbolice w filmach Bergmana dość często w swoim tekście odwoływałem się do psychoanalizy, zwłaszcza w ujęciu Freudowskim. Ale dzisiaj chyba bym już tego nie mógł zrobić z takim przekonaniem – mój pogląd na psychoanalizę i teorie Freuda się jednak zmienił. Ale kiedy byłem młody, bardzo mnie to interesowało, podobnie jak sztuka symboliczna – stąd wzięło się wówczas moje, takie a nie inne, podejście do tematu.

  7. Tess Says:

    Był czas, kiedy dobre, ambitne kino ( np. Bergmana ) było dostępne także w naszej TV. Teraz też się to zdarza, ale albo jest to b.późno (…rano trzeba wstać… o piątej ) albo na kanałach, których nie odbieram. Był też teatr TV, zawsze w poniedziałki ( o ile pamiętam ).
    Jak się mam „edukować” ? Telenowel i sitcomów nie znoszę, zjadliwej publicystyki także. Owszem lubię niektóre kabarety, ale na chodzenie do wypożyczalni DVD już brakuje czasu.

    • Logos Amicus Says:

      Jest pewien problem z dotarciem do klasyki kina, zwłaszcza tej „ambitnej” (choć moim zdaniem słowo to uchybia dobremu kinu „rozrywkowemu, które też przecież jest potrzebne i nie pozbawione ambicji). Choć, jeśli się poszpera w interneci, to można jednak coś wartościowego znaleźć. Oto zauważyłem np., że dostępne jest kilka filmów Bergmana i to z polskim lektorem.

      „SIÓDMA PIECZĘĆ”:

      „SZEPTY I KRZYKI”:

      „JESIENNA SONATA”:

      „MILCZENIE”:

      „GOŚCIE WIECZERZY PAŃSKIEJ”:

      Tylko przebierać i brać… ;)

      Wprawdzie jakość techniczna tych klipów pozostawia wiele do życzenia (film, wg mnie, najlepiej jest oglądać w sali kinowej), to jednak lepsze to, niż nic.

  8. Logos Amicus Says:

    Tak a propos dostępności do Bergmana (jeszcze kilka lat temu nie można było tak łatwo dostać się do jego filmów w internecie). Mnie jednak udało się parokrotnie (jeszcze w Polsce) uczestniczyć w przeglądzie jego filmów (Kraków), kilka z nich zaprezentowała także polska telewizja (wtedy jeszcze PRL-owska). Pamiętam, że „Personę” obejrzałem po raz pierwszy w telewizji, kiedy byłem jeszcze dzieckiem.
    Kilkanaście lat temu obejrzałem też zestaw kilku filmów Bergmana w chicagowskim kinie Music Box. Napisałem nawet wtedy o tym notkę, którą nie zawadzi chyba tu przytoczyć:

    Przegląd “odrestaurowanych” filmów Bergmana w kinie “Music Box”. Po raz kolejny wracam do tych obrazów, które przecież noszę w sobie od dawna, tylko dość głęboko ukryte… Teraz się zastanawiam, dlaczego w tych “głębinach” nie ma w zasadzie kina współczesnego. Czyżby zabrakło już tam dla niego miejsca? Bergman kręcił swoje filmy w czasie, kiedy kino mogło być uznawane za sztukę wyższą, szlachetną, niosącą głębsze przesłania. Mówi się, że to on właśnie wyniósł film na takie poziomy, ale robili to również twórcy mu współcześni: Fellini, Antonioni, Kurosawa… A działo się tak dlatego, że w ewolucji kina taka właśnie nastała epoka. Podobnie sprawy się mają z operą, malarstwem, a nawet z literaturą: wszystkie te dziedziny sztuki mają za sobą swoje apogea, w jakimś sensie się wypełniły, może nawet wyczerpały. Oczywiście po tych tuzach kina pojawili się twórcy równie zdolni, może nawet podobnie genialni, ale już nikt nie przydawał im takiej wagi, bo zmieniła się epoka – a i oni sami kręcili już w inny sposób. Nawet Woody Allen, będący przecież synonimem kina autorskiego, nie mógł kręcić filmów w Bergmanowskiej manierze czy powadze, bo wyszłyby z tego jakieś wtórności. Zabrał się więc za parodie. Poważniej do sprawy podszedł u nas Zanussi – będący pod olbrzymim wpływem Bergmana – ale on istnieje w historii kina gdzieś na marginesie, jako twórca bardziej lokalny.
    Wygląda wiec na to, że i w dziejach kina spełnił się kanon – nie ma też potrzeby jego rewizji, ani nawet suplementacji.

    Może podobnie działa też nasza pamięć?
    Bo wszystko to, co nas ukształtowało, już było?

    PS. Nie ze wszystkim, co wtedy napisałem, teraz się zgadzam ;)

    Nie mogę też się oprzeć, by nie dołączyć tu kilku (niemal ikonicznych dla mnie) obrazów z „Persony”:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/04/bibi-andersson-liv-ullmann-persona-rec5bc-ingmar-bergman.jpg?w=780

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/04/persona-ingmar-bergman-bibi-andersson-alma-liv-ullmann-elisabeth-vogler.jpg?w=780

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/04/ingmar-bergman-persona.jpg?w=780

    • S... Says:

      Każda epoka niesie z sobą elementy nowego, które zaspakajają jakąś niezaspokojoną cząstkę nas. Cząstka ta zaś ciągle się odradza w jakiejś innej formie i mierze i wynika z nowych realiów, które mają wpływ na nasz rozwój, na rozwój naszych potrzeb. To co było kiedyś nowym, nowatorskim, co zapełniało ową próżnię dziś jest tylko pięknym sentymentem. Budzące grozę psychologiczne filmy A.Hitchcocka, które we mnie do dziś budzą wielkie emocje i uznanie, dla nowego, młodego pokolenia są naiwne i nudne. I trudno im się dziwić. Trudno dyskutować z gustami i potrzebami. Każda epoka ma je na swoją miarę. Widać oboje jesteśmy z innej epoki, z innej bajki. Czasami myślę, że z tej ładniejszej, mniej agresywnej. Ale ta nowa też mnie pociąga. Może dzisiaj już bez przesady, wręcz dosłownie mogłabym w niej zagrać wymarzoną niegdyś rolę Kopciuszka?

      „Bo wszystko to, co nas ukształtowało, już było?” Tak masz rację, to również filozofia bytu idealnego wg Platona – pamięć duszy. Coś już kiedyś poznaliśmy już było. Coś się wypełniło, świat się zmienia, niesie nowe wyzwania i potrzeby, stare odchodzi do lamusa. To dobrze, że nie skłaniamy się do suplementacji. W tym przypadku kicz nie jest wskazany. Nie wypełni on nowej luki. Pojawiają się nowe kanony, nowi mistrzowie i nie jest to chyba kwestia „braku pojemności na nowe”, ale kwestia już ukształtowanych wartości, pojęć piękna i dobra.
      Z całą pewnością nie jesteś minimalistą i nie godzisz się na substytuty. I dobrze. Ktoś musi podnosić poprzeczkę. Ot choćby po to, by nowe miało większe wyzwanie, by starało się być ambitniejsze, wartościowsze, mądre w swym przesłaniu.
      pozdrawiam

      • Logos Amicus Says:

        Skoro prawdą jest, że – jak mówisz – nie zadowalają mnie substytuty, to mam nadzieję, że jeszcze długo tak będzie ;)
        Nie wiem, może poprzeczka rzeczywiście jest wysoko, ale ja chyba nie podnoszę jej z premedytacją.

  9. babka filmowa Says:

    Ja zgodnie z prośbą Autora, bez hymnów pochwalnych dla Bergman, ale z odpowiedzią na pytanie, czy da się to jeszcze czytać. Otóż:
    Przeczytałam, z zainteresowaniem i ze zrozumieniem – znaczy się, da się „to”, mimo nieco akadamickiego stylu i mimo, że wolę nieco bardziej gawędę niż wykład. Ale spoko, wszystko da się pojąć, a nawet przeżyć, ale trzeba przysiąść. Spotkałam może dwa trzy słowa, które może można by zastąpić polskimi, bez uszczerbku dla opinii o autorze, ale jakimi, nie sprawdzałam (bo i tak zapomnę).
    I nawet się rozczuliłam na wspomnienie młodych lat, kiedy to Bergman był w modzie i nie wstyd było się nim interesować. Bo teraz, wyobrażasz sobie, spotykałam się z wyśmiewaniem 18-latków, którzy wyrażali aplauz dla dzieł Bergmana (czy Felliniego), jakoby byli oni snobami i pozerami stylizującymi się na znawców kina.

    Bardzo fajna analiza, dzięki której przypomniałam sobie wiele scen z filmów Szweda. Dziś już nie mam specjalnie ochoty na powtórkę jego dzieł, czy na poznawanie nowych, tych mniej dostępnych kiedyś, za czasów PRL. I niech nie narzekają ci, którzy mówią, że tak bardzo by chcieli zobaczyć coś „z Bergmana” a nie mają możliwości. Raz, że internet, dwa że wydano boksy z jego twórczością, filmy sprzedawane są także pojedynczo (sama nabyłam np. „Twarz”, czy „Fanny i Aleksander”), Poza tym na TVP Kultura ciągle leciały jego filmy, te wcześniejsze, sama nagrałam kilka. Właśnie, przypominam zapracowanym – są nagrywarki (niedrogie) można sobie nagrać film, jesli jest późno. Oprócz tego są wypożyczalnie, także biblioteki publiczne wypożyczają filmy za darmo i to na cały tydzień. Nie rozumiem, dlaczego zwalać winę za brak znajomości z filmami Bergmana na czynniki zewnętrzne. Może bardziej chodzi o podświadomą niechęć czy obawę na kontakt z kinem naprawdę niełatwym, angażującym mocno nie tylko emocje ale i intelekt. Ja sama, choć mam w zapasie kilka jego filmów do zobaczenia, odsuwam tę czynność w czasie, bo albo nie mam nastroju, albo jestem zmęczona, albo wole zobaczyć jakieś współczesne dzieło, bo „tamto” już było, teraz interesują mnie inne sprawy, albo może te same, ale inaczej pokazane.
    Mimo wszystko staram się od czasu do czasu zerknąć na coś z teki Mistrza, ostatnio było to „Jak w zwierciadle” i „Goście wieczerzy Pańskiej”, ale zabrakło mi już chęci, czasu, siły na „Milczenie”. :) Takie czasy. :) :) Ale pamiętam ciągle o Bergmanie i o emocjach jakich dostarczyły mi niektóre jego filmy.

    • Logos Amicus Says:

      Nawet jeżeli dzisiaj młodych ludzi popchnie do filmów Bergmana snobizm, to moim zdaniem może to być dobry snobizm, jeśli część z nich zainteresuje się tymi filmami autentycznie.

      Ja rozumiem tę dzisiejszą niechęć sięgania po Bergmana (chodzi mi o nieco starsze pokolenia, które „załapały się” jeszcze na czasy, kiedy Bergman tworzył ciągle coraz to nowe filmy – a był reżyserem płodnym, bo nakręcił tych filmów blisko pół setki). Ona też może wynikać stąd, że były to filmy tzw. „ciężkie”, mroczne klimatycznie, eksplorujące te mniej radosne aspekty ludzkiej egzystencji. Na coś takiego trzeba mieć… siły, odwagę i odpowiedni nastrój ;) Nie zawsze i nie wszyscy z nas tym dysponują.
      Ale jest też inna sprawa. Ja, kiedy po raz pierwszy oglądałem filmy Bergmana, byłem bardzo młodym człowiekiem (a „Personę” widziałem jeszcze jako dziecko – nota bene ten film mną wstrząsnął… mimo, że niewiele z niego wówczas zrozumiałem). A to oznaczało, że nerwy miałem wtedy bardziej na wierzchu, no i zupełnie jednak inne podejście do spraw, które poruszał Bergman w swoich utworach (nie byłem jeszcze wtedy tak do końca uformowany światopoglądowo, wiec chłonąłem to wszystko bardziej uważnie, intensywnie i otwarcie). Była to więc kwestia wieku. Siłą rzeczy więc, dzisiaj jego filmy odbieram już inaczej – bo jestem już po prostu innym człowiekiem. Ale nadal dostrzegam ich mistrzostwo, nadal jednak prowokują do myślenia.

      Mnie cieszy, że ludzie z młodszych ode mnie pokoleń, potrafią docenić Bergmana i że budzi on w nich wiele refleksji, dotyka ich – nawet jeśli jest to dotknięcie czasem dotkliwe, zabarwione pewnym pesymizmem czy melancholią. Pamiętam, że kiedyś świetną recenzję „Milczenia” napisała moja (dobra) znajoma „blogowa” Czara.

      Może na zachętę, parę jej fragmentów:

      „Milczenie” Bergmana jest jak sen, ciężki i lepki, gęsty od symboli. Po którym ciężko się otrząsnąć cały dzień.
      Świat, do którego trafiają Anna, Ester i Johan, wygląda tak, jak tylko podpowiedzieć może śpiący umysł. Jest więc podróż pociągiem, przystanek w dziwnym mieście, gdzie po ulicach jeżdżą czołgi, w hotelu mieszka grupa hiszpańskich karłów, w teatrze ludzie uprawiają seks. Po korytarzu stary kelner goni małego chłopca, potem zabawia go zdjęciami zmarłych ludzi. W tym świecie mówi się w dziwny, nieznanym języku, nawet Ester, która jest tłumaczką, nie potrafi się porozumieć za pomocą słów. Zresztą tych ostatnich jest tu mało, są za to długie obrazy, jak to u Svena Nykvista, kontemplujące wymowne twarze bohaterów. Świat ten jest duszny, korytarze hotelowe są jak labirynt, uliczki pełne nerwowych ludzi. Świat ten jest w stanie wojny. Duchota i upał, od którego na ciele Anny co chwila pojawiają się kropelki potu.
      A Anna ma piękne ciało. Jej sukienki zmysłowo odkrywają plecy i podkreślają wąską talię. Włosy delikatnie muskają szyję. Jej piersi są ciężkie i okrągłe. Nawet spojrzenia jej siostry i pieszczoty małego synka niosą jakiś niepokojąco erotyczny ciężar.
      (…)
      Konflikt między siostrami zdaje się być jak odwieczna sprzeczność – rozdarcie między ciałem i umysłem. Ciało jest fascynujące, ale bezwstydne i rozwiązłe, umysł chce kontrolować, wstydzi się i potępia. Jedno ogranicza drugie, nie ma zrozumienia. Ale umysł bez ciała jest niczym, umysł i ciało to jedna i ta sama osoba. Tak jak Ester cierpi bez swojej siostry, tak i Anna płacze w trakcie ostatniego aktu kopulacji, po tym, jak rani swoją siostrę. Bo w tym świecie-śnie obie siostry nie potrafią się porozumieć, mimo że mówią tym samym językiem. Ester – pani od słów – nie umie nic przekazać swojej siostrze, a słowa Anny ranią. W tym świecie lepiej porozumiewać się językiem gestów i ciała, jak Anna i jej kochanek, lub gestów i muzyki, jak Ester i stary lokaj.

      Całość można przeczytać TUTAJ.
      Polecam.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/04/milczenie-bergman.jpg?w=780

      „Milczenie”

  10. Peckinpah Says:

    Na początek powiem, że bezboleśnie przebrnąłęm przez 8 filmów Bergmana: „Deszcz pada na naszą miłość” (1946), „Okręt do Indii” (1947), „Letni sen” (1951), „Wieczór kuglarzy” (1953), „Uśmiech nocy” (1955), „Siódma pieczęć” (1957), „Tam, gdzie rosną poziomki” (1957) oraz „Fanny i Aleksander” (1982). Jedynym filmem Bergmana jaki oglądało mi się strasznie ciężko jest „Szepty i krzyki” (1972). Reszty nie widziałem. Symbolika w jego filmach jest widoczna, ale to prawda, że nie odczuwa się jej nadmiaru, a np. w „Uśmiechu nocy” była prawie niezauważalna – ja ten film potraktowałem jako rozrywkę i sprawdził się w tej funkcji, bo to całkiem zabawny film. Najbardziej podobały mi się jednak filmy „Tam gdzie rosną poziomki” i „Siódma pieczęć”, doskonałe i inteligentne przykłady wykorzystania symboli i metafor (stosowanie tych pojęć razem jest chyba najbardziej ‚bezpieczne’, kiedy nie widzi się zbytniej różnicy między nimi :), czy np. gra w szachy w „Siódmej pieczęci” jest metaforą?). Dodam jeszcze, że znacznie bardziej wolę filmy Bergmana niż Felliniego i Antonioniego – filmy obu włoskich „mistrzów” jakoś do mnie nie przemawiają, filmy Szweda – już bardziej.

    PS. Dobry tekst, nie ma co do tego żadnych wątpliwości :) Jedyny problem miałem ze słowem „hipostatyczny” :)

    • Logos Amicus Says:

      To ciekawe, że bardziej podobały Ci się filmy Bergmana, niż Felliniego. Dlaczego? Fellini wydaje mi się bowiem „lżejszy” i „łatwiejszy” do oglądania, niż Bergman, a ponadto… bliższy jednak rozrywkowemu mainstreamowi (tylko nie zrozum mnie źle – nie chcę bynajmniej przez to powiedzieć, że nie jesteś w stanie docenić filmu „trudniejszego” czy mniej rozrywkowego” ;))

      Widziałeś właściwie wszystkie najważniejsze filmy Bergmana – jego ścisłą, „klasyczną” czołówkę (oprócz „Persony”). Piszesz, że bardzo ciężko oglądało Ci się „Szepty i krzyki”. Również i mnie oglądało się ten film nielekko (ale to chyba nic dziwnego, bo poruszona w nim tematyka śmierci i cierpienia, sama w sobie jest przecież trudna i ciężka), jednak mimo tego mam bardzo dobre zdanie o artyźmie tego filmu (moim zdaniem w „Szeptach i krzykach” zbliża się on do arcydzieła).

      PS. Wydaje mi się, że gra w szachy ze Śmiercią w „Siódmej pieczęci” jest bardziej metaforą niż symbolem ;)
      Choć może być zarówno jednym, jak i drugim ;)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/04/sic3b3dma-pieczc499c487-bergman.jpg?w=780

      „Siódma pieczęć”

      • Peckinpah Says:

        „Personę” próbowałem kiedyś obejrzeć, ale spasowałem już na początku, podczas tej serii pozornie nie związanych ze sobą obrazów. Zrezygnowałem nie dlatego, że mi się te sceny nie podobały, ale po prostu nie miałem wtedy nastroju na taki film. Natomiast w „Szeptach i krzykach” nie zauważyłem tego artyzmu jakim cechowały się filmy Bergmana z lat 50-tych (bo tych z lat 60-tych nie widziałem). Albo Bergman się zmienił albo czasy się zmieniły. Raczej to drugie, bo w latach 70-tych reżyserzy mieli większą swobodę i mogli kręcić filmy aż do przesady depresyjne i ciężkie ;)
        Co do Felliniego, doceniam „La stradę”, ale np. „Osiem i pół” oraz „Giulietta i duchy” to dla mnie filmy o niczym, które mnie po prostu irytowały, większą rozrywką było dla mnie oglądanie „Poziomek” Bergmana niż „Osiem i pół” ;)

        • Logos Amicus Says:

          Zgadzam się z tym, że dzisiaj – zwłaszcza młodym widzom – sposób filmowania Bergmana może się wydać anachroniczny. Trzeba więc pewnego wysiłku, by zaakceptować użytą przez niego formę i pozwolić tym obrazom na siebie oddziałać.To prawda: Bergman wymaga też odpowiedniego nastroju. Ja się nie dziwię, że nie zawsze ludzie chcą się pogrążać w tych jego ciężkich i mrocznych klimatach – w całej tej depresyjności i pesymizmie. Chociaż warto pamiętać, że Bergmana stać było też na ironię, żart i humor, także na liryzm, nostalgię – dotknięcie poezji.
          Summa summarum nie jest to jednak kino „rozrywkowe” – wygląda bardziej na traktat filozoficzny, studium psychologiczne, moralitet… I mimo że ma w sobie potencjał terapeutyczny (bo swoistą terapią było dla Bergmana kręcenie filmów), to jednak uświadamiając widzowi wiele trudnych (a nawet tragicznych) aspektów ludzkiej egzystencji, konfrontowało go z jego (często zepchniętymi w podświadomość) lękami, obawami i strachem. Filmy Bergmana bardziej niepokoiły, niż uspokajały – ale zmuszały nas jednak przy tym do myślenia. Nie wszyscy widzowie to lubią – i ja się właściwie temu nie dziwię ;)

  11. sarna Says:

    20 lat temu, 4 lata temu ….. z okazji okrągłej rocznicy wyrazy uznania dla uporu, pracowitości, niezaspokojonej ciekawości świata jak również w kolejnym roku blogowego bytu wielu ciekawych tematów zmuszajacych czytających do myślowego wysiłku, uważnych i wnikliwych rozmówców, zdrowej adrenaliny z tut. lektury komentarzy, dystansu do tego wirtualnego świata.

    • Logos Amicus Says:

      Muszę przyznać, że ostatnio z pewną obawą otwieram Twoje komentarze, a tu… taka miła niespodzianka :)
      Dziękuję za życzenia…
      … nie chcę wątpić, że szczere ;)

      PS. A co do dystansu – czasem jest potrzebny (zwłaszcza w wirtualnym świecie), czasem zaś dobrze się go pozbyć (zwłaszcza w tzw. realu) ;)

  12. Monika Says:

    świetny artykuł daje do myślenia częściowo znam opisywaną twórczość, natomiast najbardziej zaskakujące dla mnie było to że faktycznie na portalach społecznościowych nie pokazuje się prawdziwych twarzy

  13. Pankracy Says:

    Zacznijmy od tego że Bergman to jeden z moich ulubionych reżyserów, nawet nie przyszło by mi do głowy żeby krytykować jedną z najwybitnieszych postaci w historii kina.
    Dlaczego jednak godzimy się na nudę w jego filmach? Oczywiście większość z was zaprzeczy, z pewnego punktu widzenia ja też się nie nudzę, bo przecież każdy obraz u Bergmana ma jakieś znaczenie, można tu czerpać z każdego kadru głęboką treść, każda scena… sekwencja… i każdy film odkrywa przed nami głęboką prawdę. Mimo tego te filmy są poprostu nudne… dłużą się… i nikt mnie przekona że świetnie zleciał mu czas oglądając „Gości wieczerzy pańskiej”. Mimo to jak już mówiłem uwielbiam Bergmana, widziałem kilkanaście filmów, więc nie jest to teza postawiona przez kogoś kto oglądał „Tam gdzie rosną poziomki” i „Siódmą pieczęć” i ma ochotę na dyskusję. Myślę że Bergman jest trochę jak ogromna lektura dla ucznia z podstawówki, ciężko mozolnie przez nią brnąć, ale koniec końców jesteśmy zachwyceni.
    Możliwe że to chodzi o pewien ton, który trzeba obrać by kręcić tak zwana kino filozoficzne… Czy ono nie może być bardziej lekkie? Czy z odrobiną dystansu, może nawet humoru, już te treści nie byłyby tak bogate? Czy głęboka prawda wymaga mozołu i atmosfery klasztoru? Gdyby chociaż dodać odrobinę muzyki, bo u Bergmana pojawia się 2-3 razy na film, w dodatku jest to coś w rodzaju „ciężkiego” Beethovena.

    Na koniec porównam jeszcze filmy Bergmana do dzieła o którego nudzie krążą anegdoty wśród młodzieży „Śmierć w wenecji”, śmierć w wenecji podobnie dłuży się… ostrożny montaż, długie ujęcia itp. Tu jednak porywa nas wszechobecna poezja i piękno… atmosfera… nastrój. Wszytko to u bergmana jest twarde, ciężkie i gęste.

    Jeszcze raz podkreślam że Bergman to jeden z moich ulubionych reżyserów… absolutny autorytet. Chodzi mi o atmosferę jego filmów.

  14. berg Says:

    BERGMAN’S DREAMS


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s