RAJ W CIENIU WIELKIEJ GÓRY

.

Mt. Rainier wyłania się z chmur

Mt. Rainier wyłania się z chmur

.

poczekalnia, awaria, trampki i lot

Późny samolot do Seattle. Zapokładowanie przebiega sprawnie. Wszyscy pasażerowie siedzą na swoich miejscach. Za pięć minut mamy startować.
Nagle słyszymy polecenie pilota, by opuścić maszynę.
Oficjalna wersja: potrzeba wymienić olej w silniku i go zrestartować…
Mogli by wymyślić coś mądrzejszego!
Wszyscy posłusznie i bez szemrania wychodzą z samolotu (nie było naszych Rodaków, więc obyło się bez dosadnych komentarzy, oprócz mojego cichego – w myśli)

Siedzimy w poczekalni, oglądamy (i słuchamy) program Larry’ego Kinga w CNN. Nadstawiam ucha bo mówią coś o Vancouver, w którym mam być już za dwa dni.
Co za wiadomość!
W pobliżu tego kanadyjskiego miasta woda wyrzuciła na brzeg pięć odciętych ludzkich stóp – wszystkie prawe i wszystkie w … trampkach! Myślałem że się przesłyszałem, ale gdzie tam – inni słyszą to samo co ja.
Dochodzę do wniosku, że to niemożliwe, by rzeczywistość płatała nam takie okrutne i absurdalne zarazem figle… bez naszego udziału. Podejrzewam, że to jednak sprawka jakiegoś makabrycznego żartownisia. Jednak w studio Kinga wszyscy rozprawiają o tym z powagą, nikt jakoś nie wpada na to proste i chyba jednak jedyne sensowne wytłumaczenie. Chociaż mogłoby się komuś wydawać, że to temat dla kolejnej powieści grozy innego pana Kinga – Stephena. Bo przecież… skąd tu wziąć niepostrzeżenie pięć ludzkich stóp! (Bo o trampki to już łatwiej.)

W końcu, po godzinie wchodzimy do samolotu i zaczyna się normalna gniecionka w wąskich jak cholera siedzeniach.
Coś czytam, później próbuję spać… ale gdzie tam! Nie wiadomo co zrobić z nogami , jak ułożyć głowę… tortury znane każdemu, kto musiał spędzić kilka (a niekiedy i kilkanaście) godzin w samolocie.

sleepless in Seattle

Po czterech godzinach lądujemy w Seattle. Jest już po północy. Odprawa bagażu, wychodzę na zewnątrz, chcę złapać taksówkę … podjeżdża jedenastoosobowy van. Jestem sam, więc uważam, że to lekka przesada, żebym do niego wsiadał. Ale innej taksówki nie ma. Kierowca mówi (domyślam się co mówi, bo to Hindus strasznie kaleczący angielski), że cena jest taka sama, co powtarza z dziesięć razy podczas półgodzinnej jazdy do hotelu. No i naturalnie opowiada o swoich Indiach oraz – jakże by mogło być inaczej – o swojej rodzinie. Angielski strasznie łamany, ale jakoś się rozumiemy. Jeszcze bardziej się ożywia, kiedy mówię, jak bardzo zafascynował mnie jego kraj.
I rzeczywiście kasuje 40 dolarów, czyli (podobno) jednak tyle co za zwykłą taksówkę o tej porze w nocy. A jest już druga.

Jestem w samym centrum Seattle.
Na recepcji nie śpią, wkrótce trafiam do swojego pokoju, biorę prysznic, (a może jednak nie … już nie pamiętam ), kładę się do łóżka, próbuję zasnąć…
Kurcze… nie wychodzi! Pięć odciętych stóp w trampkach! Bardziej absurdalne, niż straszne. Próbuję od tego odwrócić myśli, może nawet… przestać myśleć, ale nie ma tak łatwo.
Przez okno widzę charakterystyczny futurystyczny spodek Space Needle – wieży, z którą zwykle kojarzy się na całym świecie to miasto. Oświetlona jak w Bliskich Spotkaniach Trzeciego Stopnia, dziwna, jak nie z tego świata…
Atmosfera niczym z Archiwum X.
Wieża wyrasta nie dalej, jak 100 metrów od mojego hotelowego okna. Jej neonowy niebieskawy blask gryzie w oczy. Jak tu spać? A na zegarze trzecia!
No pięknie! Za cztery godziny mam spotkać pewną grupę ludzi, a przecież wypada być wtedy świeżym, zwartym, sprawnym i gotowym.
Myśl błądzi po różnych tematach, ale w końcu zawsze wraca do kosmicznego spodka – i tak aż do rana snuje się ta moja insomnia.
Cóż… nie spodziewałem się tej bezsenności w Seattle.
To prawda, ze czasem rzeczywistość sączy się jak krew z nosa.

Vancouver z lotu ptaka (helikoptera)

Vancouver z lotu ptaka (helikoptera)

.

Vancoucer  – olimpijskie Whistler

Dwa dni w iście ekspresowym tempie.
Małe nieporozumienie co do lokalizacji hotelu, gdzie mam się spotkać z gośćmi z kraju (dwa hotele o tej samej nazwie) i oto wyjeżdżamy z Seattle opóźnieni o prawie dwie godziny. Musimy być na określony czas w Vancouver, stąd pośpiech.

Na szczęście przekroczenie granicy z Kanadą odbywa się szybko i bez problemów, tak że około południa jesteśmy na lotnisku dla helikopterów w samym centrum Vancouver.
Półgodzinny lot nad miastem i cieśniną Howe’a.
Z góry wszystko wydaje się śmiesznie małe. Niezwykłe wrażenie zawieszenia w powietrzu (helikopter jest cały przeszklony). W sumie – taka trochę dziecinna zabawa dla dorosłych, coś w rodzaju rollercoastera, tyle że spokojniej, bez wstrząsów i drożej

Po wylądowaniu krótka przejażdżka po downtown, następnie jedziemy do Parku Stanley’a, który jest czymś w rodzaju wyspy porośniętej dziewiczą puszczą, oddaloną o kilkaset metrów od miasta.
Po suto zakrapianym posiłku – spacer i oddech wśród wspaniałych drzew i indiańskich totemów z ciekawą perspektywą na oszklone drapacze chmur Vancouver.

Późnym popołudniem wyjeżdżamy na drogę Sea to Sky Highway (czyli, dosłownie, na autostradę “Od Morza w Góry”). Za trzy godziny powinniśmy być w Whistler.
Trasa jest malownicza. Wpierw prowadzi wzdłuż krawędzi fiordu, wysoko nad wodą. Później odbija w góry, pokazuje się śnieg, a nawet lodowce. Nasz (lokalny) kierowca Tim spisuje się znakomicie.
Wszędzie widzimy roboty drogowe – trwają przygotowania do zimowej Olimpiady, która odbywać się ma właśnie w Whistler, uznanym nota bene za najlepszy resort narciarski na kontynencie Ameryki Północnej.

Kolacja i nocleg w Chateau Fairmont.

Nazajutrz wracamy już do Vancouver. Po drodze widzimy jeszcze imponujące wodospady Shannona. Zaliczamy też kolejny lot helikopterem – tym razem na szczyt Grouse Mountain (jednakże zamiast dzikich cietrzewi spotykamy udomowione niedźwiedzie grizzly i tresowane orły z ich nie mniej interesującymi treserkami), zaś pod wieczór kierujemy się w drogę powrotną do Seattle.

Aaa… jeszcze zakupy. (Wiadomo: dolar słaby, złotówka mocna… Co to się nie porobiło na tym świecie! Ameryka stała się teraz dla Rodaków tańszym krajem niż Polska.)

Późnym wieczorem dojeżdżamy wreszcie do Seattle. Miasto tonie w miriadach kolorowych świateł.

Treserka orłów spod Vancouver

Treserka orłów spod Vancouver

.

mała wycieczka osobista

Przeżywam teraz niejaką konsternacje, gdyż nie jestem pewien czy warto o tym pisać. Czy ktoś przeczyta to z zainteresowaniem? I czy nie naruszam czyjeś dyskrecji?
Nie powiem… wypad do Kanady był niezłą frajdą, ale czy może to kogoś poza nami obchodzić? (Chyba jedynie służby specjalne wrogich mocarstw… just kidding!)
Najciekawszy wątek dotyczyłby zapewne charakterystyki osób, z którymi się spotkałem, ale siłą rzeczy bardzo niezręcznie byłoby mi o tym pisać. Zdradzę jedynie to, że moimi towarzyszami podróży byli zarówno pracownicy rządu polskiego, jak i amerykańskiego, a zamieszani w całą tę eskapadę byli także przedstawiciele firmy Microsoft, która jak wiadomo, ma swoją główną siedzibę w Seattle.
Tak się złożyło, że działo się to wszystko akurat w czasie, kiedy oficjalnie ze swojego stanowiska ustąpił Bill Gates, postanawiając poświęcić się odtąd prawie wyłącznie działalności charytatywnej.

Wtrącę jeszcze tylko, że nie przepadam za podobnymi imprezami, które zbytnio determinują jednak moje zachowanie – tak, że nie można raczej być wtedy w pełni sobą.
Wprawdzie można wygrywać w ten sposób pewną – nadal autentyczną – część własnej osobowości, ale jest to – akurat dla mnie – swego rodzaju personalna nisza, której zbytnio nie pozwalam się rozrosnąć. Tym sposobem można zachować wobec podobnych występów pewną rezerwę.

Jedna wszak myśl utrzymywała mnie w równowadze.
Ale o tym to może będzie następnym razem.

Kosmiczna Igła w nocy

Tym razem wracam do Seattle o ludzkiej porze – jest dopiero 9 wieczór. Miasto tętni jeszcze życiem, choć teraz jest to już życie nocne.
Żegnam się z ludźmi, z którymi przebywałem kilka dni. Już jutro, i to wczesnym rankiem, wylatują do Waszyngtonu DC.
Wcale im tego nie zazdroszczę.
Cieszę się na myśl o zaszyciu się w moim ulubionym zakątku w pobliskich górach.
Przełamując lekkie zmęczenie wybieram się na nocny spacer ulicami miasta. Nigdy do tej pory – mimo wielokrotnych wizyt w Seattle – nie miałem czasu by spojrzeć na panoramę miasta z okolicznego wzgórza. Może tym razem?
Nie mam mapy, ale wieża Space Needle jest dla mnie niezawodnym punktem orientacyjnym.
Po trzech kwadransach wspinania się pod górę, docieram do parku, w którym znajduje się platforma widokowa. Wokół pełno młodzieży – w parach i w grupkach, atmosfera luzu i beztroski.
Z tej perspektywy miasto prezentuje się doprawdy imponująco. Modernistyczna kompozycja z tysięcy kolorowych, migotliwych światełek – klasyczne Seattle by night. (Ujmuje nawet takiego kontestatora urbanizacji jak ja.)
Robię kilkanaście zdjęć (nie wiem czy bez statywu coś z tego wyjdzie). Spędzam jeszcze parę chwil gapiąc się na ten niezwykły widok, który roztacza się przed moimi oczami.
Łapię taksówkę i po dziesięciu minutach jestem w hotelu.
BIORĘ PRYSZNIC!
Niczym kłoda rzucam się na wymarzone łóżko i zasypiam kamiennym snem. Okazuje się jednak, że można zasnąć w Seattle… może nawet snem sprawiedliwego?

Seattle by night i Kosmiczna Igła

Seattle by night i Kosmiczna Igła

.

ucieczka w cień Wielkiej Góry

Uciekłem w mateczniki i knieje. Cały dzień włóczęgi w cieniu Wielkiej Góry!
U jej stóp gęsta puszcza, której soczysta zieleń kłuje wprost w oczy.
Na tej wysokości baśniowy las tętni już wiosenno – letnim życiem.

W wyższych partiach Mt. Rainier (bo tak właśnie nazywa się współcześnie Wielką Górę) głębokie śniegi. Droga biegnie w tunelach wśród kilkumetrowych zasp. Tu jeszcze nie dotarło lato… ani nawet wiosna.
Idę po szlaku zupełnie zasypanym śniegiem.
Biało.
Nieopodal marszczy się niebieskawo zsuwający się z Wielkiej Góry lodowiec. Wśród skał stają w słupek świstaki, przemykają się cicho czarne lisy, słychać śpiew ptaków.
Słońce próbuje się przebić przez chmury.
Co jakiś czas podnoszę głowę by kolejny raz zachwycić się potęgą wysokiego na cztery i pół kilometra wulkanu, jakim w rzeczywistości jest przykryta śnieżno-lodową czapą Wielka Góra.

Zapominam o całym cywilizowanym świecie.
I bardzo mi z tym dobrze

atawizmy przy kominku

Przed chwilą wróciłem do mojej leśnej chatki.
Gorąca herbata z rumem. W kominku trzaskają płonące brewiona. Zrzucam wysłużone buty, suszę przemoknięte nogawki.
Cudowne uczucie odprężenia i prawie że kojącego zmęczenia.
Błogie poczucie bezpieczeństwa, pamiętane jeszcze pewnie z czasów, kiedy po udanym polowaniu chroniliśmy się w ciepłych ogniskiem jaskiniach.
Brakuje tylko przy boku jakiejś oddanej squaw.

Mount Rainier

Wielka Góra to oczywiście wysoka na 4 400 m. Tacoma, znana teraz powszechnie jako Mount Rainier.
Przyznam ze nazwa indiańska (oznaczająca po prostu Górę) podoba mi się bardziej, podobnie jak Denali zamiast McKinley. Wydaje mi się bowiem bardziej naturalna, lepiej przystająca do tego kontynentu, na którym Europejczycy zjawili się dopiero wczoraj, a szarogęszą się jakby tu byli od zawsze.
Tacomę przezwał tak przed dwustu laty kapitan Vancouver, podobno na cześć swojego przyjaciela księcia Rainier, który zresztą nigdy góry nie widział, ani też w Ameryce nigdy nie był. (Oj, przydałaby się rewizja tych nazw, bardziej może nawet niż u nas w kraju, gdzie na gwałt zmieniono nie tak dawno jeszcze nomeny komunistyczne na katolickie.)

Kiedy przed laty po raz pierwszy zobaczyłem Tacomę, czyli Mt. Rainier, oniemiałem z zadziwienia i zachwytu. A było to tuż przed zachodem słońca. Od Wielkiej Góry dzieliło mnie wtedy kilkadziesiąt kilometrów, a ona wydawała się być – potężna i monumentalna – tuż, tuż…
Nigdy w życiu nie widziałem podobnego zjawiska: wysoko ponad horyzontem wisiał gigantyczny biało-różowy stóg, o którym już wiedziałem, że jest pokrytym śniegiem i lodem wulkanem.

Przy dobrej widoczności Górę widać z odległości ok. 300 km., można więc sobie wyobrazić jej rozmiary i potęgę.
Mt. Rainier to emblemat stanu Waszyngton (jej charakterystyczną, nie pozbawioną gracji sylwetkę, można zobaczyć na każdej tablicy rejestracyjnej stanu) – znak rozpoznawczy widoczny z odległości setek kilometrów. Naturalny skarb, który mimo piekielnego pochodzenia (góra jest najwyższym z wulkanów Ameryki Północnej powstałych na okalającym Pacyfik osławionym Pierścieniu Ognia), zniewala swoim pięknem.
Piszę to bez żadnej egzaltacji i przesady. Uważam, że Tacoma, zwłaszcza w środku lata, jest jednym z najpiękniejszych miejsc naszej planety.

Dlaczego w tym właśnie czasie?
Otóż wtedy zbocza góry pokrywają się bajecznie kolorowym kobiercem dzikich kwiatów, co w zestawieniu z potęgą ośnieżonego szczytu, rzeźbą terenu, wodospadami, fauną i florą, niezwykłą atmosferą miejsca i mikroklimatem, wywiera ogromne wrażenie… niezwykłości, a może nawet i cudowności.

Na kwitnące łąki jest w tej chwili jeszcze za wcześnie, niemniej jednak w dolnych partiach, u stóp Tacomy, lasy tętnią już pełnią życia, rzeki rwą skalnymi żlebami, po skałach przelewają się wodospady, a zwierzyna otrząsa się z zimowego uśpienia…
Wystarczy jednak przemieścić się kilkaset metrów wyżej, by znaleźć się w innym świecie – w innej strefie klimatycznej, gdzie dominuje jeszcze śnieg, a zima jeszcze nie jest tylko li wspomnieniem.

Zejście ze szzczytu wulkanu - My. Rainier jeszcze w czerwcu przykryty jest grubą warstwą śniegu

Zejście ze szczytu wulkanu – Wielka Góra jeszcze w czerwcu przykryta jest grubą warstwą śniegu

Paradise

No cóż… byłem w Raju, jednak twarz mam teraz ogorzałą, jakbym wstąpił do piekieł, choć wcale mi tam po drodze nie było.
Nie spodziewałem się tak mocnego słońca. Kiedy wyruszałem na szlak, tylko jedna, wschodnia strona góry była nasłoneczniona. Po zachodniej, nad Tacomą, kłębiły się chmury. Lecz za parę godzin wszędzie już paliło ostre słońce.

Z tym „rajem” to nie są żarty.
Odwiedzający Park Narodowy Mt. Rainier przybysze zmotoryzowani docierają zwykle do dwóch miejsc na zboczach góry, do których dojechać można samochodem. Jednym z nich jest Sunrise, o tej porze zamknięte, bowiem droga nadal zasypana jest śniegiem. Drugim – właśnie Paradise, położony już w strefie lodowców, na południowym stoku wulkanu. Amerykanie mają skłonność do przesady w nazewnictwie, jednakże Paradise jak najbardziej zasługuje na swoje imię. Kiedy bywałem tu w czasie kwitnących łąk (środek lata), zakątek ów wydał mi się zaiste jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałem w swoim życiu.

O tej porze roku niemal wszystkie szlaki wokół Paradise pokryte są jeszcze śniegiem, niemniej jednak są otwarte, oznaczone i uczęszczane.
Wybrałem Skyline Trail, który okrąża Paradise po graniach. Tym razem mogłem jednak dotrzeć tylko do Punktu Panoramy, najwyższego miejsca na szlaku, skąd, przy dobrej pogodzie, rozciąga się widok w promieniu ponad 200 km.
W czasie kiedy tam dotarłem, chmury nad Tacoma rozwiały się a powietrze wyklarowało tak, że można było, oprócz pobliskich wulkanów Mt. Adams i Mt. St. Helens (czy pamięta ktoś potężną erupcję tego ostatniego w 1982 r.?), dostrzec położoną już w Oregonie – po drugiej stronie rzeki Columbia –  Mt. Hood.

Szlak Skyline pokrywa się z tym, który prowadzi do Camp Muir – obozu, skąd wyruszają twardziele zdobywający Mt. Rainier. Spotkałem dzisiaj kilkadziesiąt osób, które wracały ze szczytu. Musieli wstać zaraz po północy, opuścić Camp Muir przed pierwszą, by zdobyć szczyt nad ranem i wrócić jeszcze przed południem, aby uniknąć zabójczych lawin.
Równie wielkim wyzwaniem jest piesze okrążenie góry szlakiem Wonderland Trail o długości – bagatela! – 150 km. Z tym, że trzeba na to przeznaczyć od 10 do 14 dni, wędrując z plecakiem i śpiąc po drodze w namiotach.n Ci, którzy tego dokonali, mówią o niezapomnianym doświadczeniu swojego życia.
To się dopiero zowie pobratanie z Naturą!

Po półdniowej śnieżnej włóczędze wracam do Paradise Inn. Pora na suszenie, posiłek i odpoczynek. W olbrzymiej sali tej gospody panuje fantastyczna atmosfera. Z ogromnego kominka promieniuje ciepło, ktoś gra na pianinie… Ludzie z całego świata wymieniają się wrażeniami, dzielą doświadczonymi przygodami, zawiązują się nowe znajomości…
Kończy się jeszcze jeden dzień w raju.

* * *

Widzę że ów tekst rozrósł mi się do niebezpiecznych rozmiarów, co może wystawić na próbę cierpliwość ewentualnego Czytelnika. Tak więc owym rzeczowym sprawozdaniem moją relację z Raju zmuszony jestem zakończyć.
A tyle myśli kłębiło mi się w głowie, kiedy siedziałem blisko godzinę na ogrzanej słońcem półce skalnej Punktu Panoramy, gapiąc się w niewiarygodny spektakl objawiający się przed moimi oczami.

* * *

UWAGA: Notatki pochodzą z podróży, która odbyła się w czerwcu 2008 r.

Nie ma to jak wyciągnąć nogi w odpowiednim czasie i miejscu.

Nie ma to jak wyciągnąć nogi w odpowiednim czasie i miejscu

.

Happy monk in winter Paradise - Mt. Rainier

Happy buddist monk in winter Paradise – Mt. Rainier

.

DODATEK

Przy okazji załączam kilka zdjęć z Mt. Rainier zrobionych latem – wraz z notą ze strony ŚWIAT W OBRAZACH, na której obejrzeć można więcej obrazów z tego niezwykłego zakątka Ameryki:

Park Narodowy Mt. Rainier położony w zachodniej części stanu Waszyngton to obszar kilkuset mil kwadratowych dziewiczej przyrody, otaczającej olbrzymi, wysoki na 4 400 m. wulkan, jakim w rzeczywistości jest Góra Rainiera.
Uderza zróżnicowanie stref klimatycznych, w miarę jak wznosimy się ku szczytowi Tacomy (tak nazywali Wielką Górę Indianie), a co za tym idzie wielka różnorodność fauny i flory. Przypomina to przenoszenie się w krótkim czasie z jednego świata do drugiego, gdzie panują inne warunki, żyją inne zwierzęta, rosną inne rośliny…
Późną wiosną, ale i wczesnym latem, gdy na wysokości 2 km. n.p.m. trwa jeszcze skuta lodem i pełna śniegu zima, o kilkaset metrów niżej zieleni się las, do którego zawitała już pełnia lata. Lecz zwykle w połowie sierpnia, śniegi topnieją a odsłonięte dzięki temu łąki pokrywają się niewiarygodnie kolorowym kobiercem kwiatów, które sprawiają, że Mt. Rainier staje się wtedy jednym z najpiękniejszych miejsc na naszej planecie. Wówczas nazwy, jakie nadał człowiek znajdującym się tam miejscom (dajmy na to: Wonderland albo Paradise) nabierają całej swej adekwatności – urzeczywistniając się w widzianych przez nas obrazach.

(UWAGA: Kliknij na zdjęcie, aby zobaczyć obraz w pełnym wymiarze.)

Park Narodowy Mt. Rainier

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (1)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (2)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (3)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (4)

.

.

Park Narodowy Mt. Rainier (5)

 

Więcej zdjęć z Parku Narodowego Mt. Rainier obejrzeć można na nowej wystawie TUTAJ.

© ZDJĘCIA WŁASNE

NATURA – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie

*

Piękno to jeden z atrybutów, jakie przydajemy Naturze

* * *
Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu – jak pisał Nietzsche.
Ale życie to także poddanie się owemu „flow” Natury – skore lub bezwiedne płynięcie z jej nurtem, poczucie harmonijnego z nią współistnienia, współdziałania, swoistego sojuszu i zjednoczenia.
Poddając się tej kolaboracji jesteśmy zazwyczaj przez Naturę wynagradzani: spokojem, przyjemnością, radością, wrażeniem pełni – czasem wręcz błogością lub zachwytem, co możemy nawet nazwać szczęściem.
Taki stan nie trwa jednak stale. Tym bardziej więc należy go docenić – w jakiś sposób starać się zatrzymać i utrwalić.

Coś podobnego można przeżyć będąc na szlaku w górach, w lesie, idąc jakąś dziką plażą, mając tuż obok siebie morze lub ocean.
Ciągnie mnie w takie miejsca zawsze, bowiem obietnica przeżycia tego wszystkiego, doświadczenia takich chwil, działa na mnie jak narkotyk, który (dający się niekiedy we znaki) ból istnienia zamienia zwykle w jego przeciwieństwo, czyli w radość, a czasem nawet i w pewien rodzaj euforii.

* * *

Chmurnie, śnieżnie i strzeliście

Błędem jest chyba traktowanie Natury jako jednego organizmu (choć sam Wszechświat uznaje się za swego rodzaju Jednię). Takie homogeniczne podejście do Natury jest jednak uproszczeniem, bo przecież Natura – biorąc pod uwagę naszą ludzką skalę – nie jest ani czymś jednorodnym, ani nawet koherentnym. To właśnie wskutek traktowania przez nas Natury niczym jakiejś spójnej i zwartej, nieomal osobowej jedności (co przejawia się choćby w pisaniu jej imienia z dużej litery), wikłamy się w cały szereg sprzeczności, a w nasze myślenie wdziera się pewien relatywizm. Oto rodzi się bowiem choćby taka kwestia: jak Natura może być wobec nas jednocześnie opiekuńcza i okrutna, łagodna i przerażająca – spełniać zarówno rolę Matki i Kata, Akuszerki i Grabarza…? Albo też wydawać się nam czymś cudownie pięknym i zarazem absolutnie wstrętnym?

Wszystko to można wg mnie wyjaśnić pewną oczywistością: natura sama jest pełna sprzeczności, istnieją w niej przeciwstawne sobie siły – jest ona czymś nieskończenie złożonym, działającym w wielu kierunkach.
Owe sprzeczności pojawiają się wtedy, kiedy Naturę zaczynamy – tak po ludzku – personifikować.

Nie chciałbym jednak aby ta konstatacja o ścieraniu się różnych – a niekiedy i przeciwstawnych – sił w Naturze, zabrzmiała niczym jakiś współczesna wersja manicheizmu, gdyż złożoność Natury jest czymś o wiele bardziej kompleksowym i skomplikowanym, niż ów manichejski, prosty (bo dwubiegunowy) podział na Dobro i Zło, wyróżnienie tylko sił konstruktywnych i destruktywnych.
Ogólnie można powiedzieć, że każde zastosowanie wobec natury jakichkolwiek ludzkich pojęć nieuchronnie wiąże się z trudnością uchwycenia jej sensu, a wynika to po prostu z naszych ograniczeń. Może też być skutkiem mitologicznych właściwości tworzonej przez nas kultury.

* * *
To co w Naturze wydaje się nam być destrukcją, jest najczęściej jej transformacją.
Albo inaczej (i mocniej): destrukcja w Naturze jest tożsama z transformacją. (Jest to nic innego, jak przemiana jednej formy energii w drugą.)
Na nas, jak zwykle, większe wrażenie robi zagłada (rozpad) istniejącej dotychczas formy – zwłaszcza kiedy nie jesteśmy jeszcze w stanie dostrzec tej nowej, (a przywiązani jeszcze jesteśmy do starej).

* * *
To zabawne, ale i straszne zarazem, jak różnie postrzegamy Naturę.

Zabawne, bo „przyginamy” ją do naszych pragnień, tęsknot i wyobrażeń, dokonując wygodnej projekcji tego co nasze (czyli naszej kultury), mając przy tym złudne nadzieje, że możemy Naturę urabiać i kształtować wedle naszych widzimisię – gdyż jest nam to potrzebne, bo mamy z tego korzyści, bo to jest przyjemne, bo mamy „fun” … etc. Czyli totalny i dość bezczelny utylitaryzm, który zakradł się nawet do naszych najświętszych ksiąg, które wszak mówią: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Bo człowiek ma być przecież „panem wszelkiego stworzenia”.
Straszne, bo z drugiej strony zdarza się nam patrzeć na Naturę jak na okrutnego Potwora bez czucia, działającego bez celu i bez sensu – doskonale obojętnego na nasze cierpienie, ból i przerażenie. Wobec takiej Natury jesteśmy ledwie mikroskopijnym trybikiem, jedną z „biliona bilionów śrubek wielkiego mechanizmu” (Miłosz) – niewiele znaczącą, bezbronną istotką wykorzystywaną bezdusznie przez gigantyczną, będącą w ciągłym ruchu machinę przemian i transformacji na kosmiczną skalę.

Tutaj zresztą również rzutujemy na Naturę nasze lęki, widma, strachy i demony (jednakże sama świadomość tej projekcji nie jest dla nas żadną pociechą).
Wobec horrendum jakim niekiedy jawi się nam świat przyrodzony, istnieją wszak środki uśmierzające: przymknięcie oczu, zamglenie świadomości, ucieczka w mit, wypełnienie nicości naszą ludzką treścią, powołanie sensu, wytyczenie kierunku i celu… wreszcie uznanie Stwórcy za demiurga dobrego.
Czy też uznanie, że jakiś Stwórca wogóle istnieje.

Czy przebywanie w zażyłej bliskości z Naturą może nas zmienić?

* * *
Miejsce zwane Krainą Czarów, miejsce zwane Rajem – miejsce zwane Piekielną Kuchnią, miejsce zwane Ogrodem Diabła (nota bene wszystkie te nazwy istnieją naprawdę).
Czyli: Natura jako poletko Pana Boga – natura jako dantejskie Inferno.
Wieczne odradzanie – skazanie na zagładę.
Anielskie harmonie niebiańskich sfer, boski ład stworzenia – szatański chaos Universum, pustka zimnego Kosmosu.
To właśnie pomiędzy tymi skrajnościami mieszczą się nasze wyobrażenia o Naturze.

* * *
Człowiek jako boskie ziarno, żywa cząstka Wszechświata, jedna z nieprzeliczonych monad martwo-żywego kosmicznego Organizmu – wypełniony tęsknotą za Stwórcą, próbujący koić się wiarą w Boga.
Człowiek wydarty siłą z niebytu i rzucony bezwolnie w istnienie; marny „pyłek” i „trybik” – jednakże obdarzony jaźnią, czuciem a niekiedy i świadomością absolutnej samotności – wyobcowany, drżący, zagubiony i zalękniony; zawieszony nad otchłanią Nicości.

Kim jesteśmy?
Albo jeszcze mocniej i konkretniej: kim jestem?
Kim jestem wobec Natury, którą chcę zgłębić – lękając się jej i zachwycając się nią? Przerażony i zafascynowany?

* * *
Czy kilkanaście dni spędzonych w górach i lasach – na „łonie przyrody” – mogą kogokolwiek zbliżyć do odpowiedzi na te wszystkie pytania?
Czy jest to możliwe, by w tak krótkim czasie strząsnąć z siebie cywilizacyjne naleciałości, pozbyć się ciężaru narzuconej mi (i przyjętej przeze mnie) kultury, która określa perspektywę z jakiej widzę (i oceniam) Naturę? I wejrzeć w nią nieuprzedzony i tak obnażony?
Czy jest to wogóle możliwe, gdy chce się jednocześnie pozostać człowiekem?
Wszak, już tylko używając języka i słów, stwarzamy swój własny świat – nadajemy imiona roślinom i zwierzętom, kreślimy topograficzną mapę uczuć krajobrazu i przyrody, obdarzamy góry, jeziora, drzewa i kwiaty osobowością.

We mgle…

Nazywając świat kreujemy go dla siebie na nowo. Czy jednak ten werbalizm nie oddala nas od poznania tego, co naprawdę JEST? Ale czy zbliżyłoby nas do tego milczenie? Przecież zdarza się, że kiedy milczymy, czujemy jeszcze mocniej, w przeciwieństwie np. do głazu. Czucie wywołuje emocje, a te z kolei „mącą” nam umysł, przez co poznanie staje się jeszcze trudniejsze.
Ideałem bezczucia byłby więc kamień, dzięki czemu, być może, to właśnie on jest najdoskonalej zespolony z Naturą, bo sam należy do jej esencji. W tym kontekście wydaje się, że na przeszkodzie do zgłębienia istoty Natury stoi nasza świadomość.

* * *
To prawda, Naturę można pokochać na wiele różnych sposobów: od infantylnego i naiwnego – po głęboki i fundamentalny (choć radykalna miłość jest tu dla mnie czymś zgoła wątpliwym).

Ale prawdą jest również to, że Naturę można znienawidzieć – choć ta nienawiść nigdy już nie jest infantylna, a bywa wręcz po ludzku głęboka. Dzieje się tak wtedy, gdy uznajemy (czy też mamy wrażenie), iż zaczyna ona działać przeciwko nam – unicestwiając nasz ludzki świat, niszcząc kogoś kogo kochamy, albo też nas samych.

Jednym słowem, nasz stosunek do Natury jest nie tylko ambiwalentny, ale i dziwny. Dziwny, jak my sami.
(No właśnie: może to nie dziwny jest ten świat, a tylko my sami?)

* * *
Relacje między cywilizacją człowieka a światem przyrodzonym (czyli Naturą), to jest temat-rzeka, którego nawet nie próbuję tutaj poruszać, bo mógłby mi on niechybnie eksplodować, roznosząc skromne ramy tego bloga.
Może więc tylko wspomnę o tej disney’owskiej, infantylno-naiwnej perspektywie z jakiej wielu z nas postrzega przyrodę podczas turystycznych, rutynowych wypadów „za miasto”. (A mogłem się na to napatrzeć do woli – choćby podczas częstych wizyt w parkach narodowych.)

Sarenki jak z bajki?

Wynieśliśmy to po części z naszego dzieciństwa, w którym karmiono nas całą masą antropomorfizujących zwierzęta bajek, dzięki czemu przypisujemy teraz nasze ludzkie atrybuty nie tylko zwierzętom, ale samej Naturze. Obdarzamy cechami istot żywych przedmioty martwe, ale również zjawiska przyrody – i temu animizmowi ulegają prawie wszyscy z nas.

Jest to niczym innym jak zwyczajnym oswajaniem świata (albo oswajaniem się z tym światem nas samych); i bywa zwykle czymś bardzo powierzchownym. Z jednej strony niezwykle ujmująca wydawać się może nasza „miłość do zwierzątek”, (dajmy na to głaskanie misia po futerku czy kózki po brodzie – wszystkie te nasze „żabcie” i „kiciusie”, „myszki” i „kaczucie”, „pieseczki” i „cipusie”).
Z drugiej – jakże naiwne i infantylne (ale i niebezpieczne) jest to przeświadczenie, że taki zwalisty niedźwiedź grizzly, tudzież ważący ponad tonę bizon, nie mogą nam zrobić żadnej krzywdy (więc pokarmy ich z ręki, więc posadźmy im na grzbiecie nasze dziecię).

Istnieje również pojmowanie przyrody głębsze – w sposób, w jaki robią to pasjonaci, entuzjaści, naturaliści… a i takich przecież spotkałem: byli to często pracownicy parku, naukowcy, artyści – ludzie, których wiedza przyrodnicza była niczym bezkresny i głęboki Ocean, na swój sposób onieśmielająca i nieco przytłaczająca.
Jednakże i oni nie byli w stanie przekroczyć naszej ludzkiej kondycji, ograniczeń, percepcji. Także i ich wiedza miała swoje granice – i gdy do tych granic docierali, zaczynało się niezrozumienie, które mogło być tylko przełamane wiarą (a u tych „niewierzących” – kolejnym domysłem lub hipotezą).

Dmuchawce, latwce i wiatr w drzewach

* * *
Oto kilka (pierwszych z brzegu) paradoksów, kóre wyłaniają się na styku naszego człowieczeństwa z naturą:

Nie wiadomo gdzie nas prowadzi cywilizacja (choć na pewno coraz dalej od Natury), ale jednak to właśnie ona czyni z nas ludzi.

Do Natury mamy ambiwalentny stosunek, gdyż z jednej strony jesteśmy jej dzieckiem; z drugiej zaś – chcemy się od niej wyemancypować.

Natura nas przyciąga i odpycha zarazem. (Możemy odczuwać wobec niej wstręt, ale również ją kochać.)

Walczymy z naturą a jednocześnie chcemy się stać jej sprzymierzeńcem.

Oddalamy się od natury (czesem wręcz od niej uciekamy), a jednocześnie lgniemy do niej i szukamy w niej ukojenia.

Z jednej strony natura nas rozstraja, z drugiej zaś – harmonizuje.

Zrazu natura wydaje się nam prymitywna, to znów czymś niewiarygodnie złożonym.

* * *

Cisza przed burzą – a w tle dramatyczne pasmo gór Teton (Wyoming)

* * *
Wydaje się, iż poddając się tylko naiwności i ufności dziecka, możemy uznać Naturę za Matkę, a jej dramatyczne teatrum ciągłych a bezlitosnych przemian za „łono” przyrody.

* * *
Mam pewne podejrzenia, że kiedy tak idę szlakiem zachwycając się otaczającym mnie splendorem przyrody, to oglądam tylko jej powierzchnię. Wchodzę wgłąb mojej wrażliwości estetycznej, ale nie w istotę Natury.
To być może tłumaczy paradoks naszego odbioru Natury: z jednej strony może być ta percepcja po ludzku głęboka, a z drugiej powierzchowna, omijająca istotę rzeczy – czyli po prostu nieadekwatna.

* * *
Niezwykła i zadziwiająca jest ta transformacja w sposobie jaki wielu z nas potrafi zmienić ucieczka przed cywilizacją na owo „łono” przyrody. Muszę się jednak przyznać, że nie lubię tego ostatniego określenia, bowiem wydaje mi się ono trywializować coś, co wg mnie może być głębokim doświadczeniem egzystencjalnym, a nie tylko piknikowym.

Co pozostaje…?

Jest w tym coś z katarktycznego przeczucia: będąc na szlaku – idąc w górach, w lesie, nad oceanem – odnoszę wrażenie, iż staję się innym człowiekiem. Wówczas uświadamiam sobie, że my wszyscy, przytłoczeni dobrodziejstwami i okropieństwami cywilizacji, prowadzimy jak gdyby podwójne życie.
Z jednej strony są w nas trzewia, krew i kości – prawieczna bestia, zwierzę, istota, która wyłoniła się z gliny, mułu i wody; z drugiej zaś – otaczają nas cywilizacyjne przybrania i protezy, które stały się dla nas bardziej realne, niż ta rzeczywistość pierwotnie nam przyrodzona.
Czyni to z nas istoty cudowne, ale i dziwaczne zarazem, rozkraczone między zwierzęcością a człowieczeństwem, miedzy naturalizmem a sztucznością, której już od dawna nie śmiemy nazwać pozytywizmem.
Na razie czekamy co też przyniosą nam te kolejne eksperymenty: z globalizacją i oplątaniem się informacyjną siecią, z manipulowaniem przy genach, nano- i bio-inżynierią, z coraz większą ilością protez, sztuczności i substytutów.

* * *
Moment, chwila, wrażenie,uczucie, impresja…
Może tym tylko jesteśmy?
Może tylko po to żyjemy?
Czyż nie z tego składa się nasze życie?

Czym (dla innych) będą „buty i telefon głuchy”, które po nas pozostaną?

* * *
Czy wobec potęgi przyrody nie przypominamy mrówki… biegającej tam i z powrotem swoją dróżką, krzątającej się wokół swoich spraw?
Pewnie tak.
Istnieje jednak między nami fundamentalna różnica: my jesteśmy, w przeciwieństwie do niej, obdarzeni świadomością i wiemy, że kiedyś i gdzieś na tej naszej drodze padniemy.
Mrówka pada – ot, tak sobie.
Ale czy my padamy metafizycznie?

* * *

WSZYSTKIE ZDJĘCIA ILUSTRUJĄCE  TEKST  (z wyjątkiem jednego, ukazującego Grand Teton) POCHODZĄ Z POŁOŻONEGO W STANIE WASZYNGTON PARKU NARODOWEGO MT. RAINIER. WIĘKSZY ICH WYBÓR MOŻNA OBEJRZEĆ TUTAJ – ZARÓWNO TYCH WYKONANYCH WIOSNĄ, JAK I LATEM.

( ©  FOTOGRAFIE WŁASNE )