ŻYCIE JEST PODRÓŻĄ, PODRÓŻ JEST ŻYCIEM – MOJA POLSKA DROGA 2022

.

Wieki minęły jak nic tutaj nie pisałem i nie pokazywałem. Ostatni wpis nosi datę lutową. Dużo się działo ostatnio w moim życiu. Niekiedy wszystko wokół mnie stawało na głowie – i to nie tylko dlatego, że świat się zmieniał (i to nawet bardzo), ale i zmieniała się też moja perspektywa. Było dobrze i było źle. Wiele z uprawianych przeze mnie wcześniej poletek leżało odłogiem, ale i wkroczyłem na nowe terytoria, nie mając pojęcia, jak też skończą się te moje nowe przygody. Kiepską stroną nowej sytuacji było to, że nie miałem czasu na książki i kino – chleb mój powszedni prawie całego życia – ale za to mierzyłem się z wyzwaniami, które w moim wieku mogły zakończyć się… różnie. Stąd moja nieobecność tutaj. Przełamuję się teraz jednak – choć tylko połowicznie, bo zamieszczam materiał, który wcześniej ukazał się na mojej stronie Facebookowej. FB to błachostka i medium niezbyt poważne, a jednak notatki te poruszają ważne dla mnie sprawy. Są też pewnym śladem życiowych zakrętów, doświadczeń i przeszkód, na jakie natrafiałem na przemierzanych ostatnio drogach, z których wiele prowadziło przez kraj mój ojczysty. Oto kilka z nich.

.

Dom mój o świcie

.

EUFORIA I CIERPIENIE

       Pierwszy raz w życiu spałem sam w moim rodzinnym domu. Poprzedniego dnia przeleciałem przez Atlantyk więc jetlag dawał się jak najbardziej we znaki. Mimo to zasnąłem dość szybko (zmęczenie kilkunastogodzinną podróżą robiło swoje) jednak obudziłem się jeszcze szybciej. Za oknem była szarówka. Ptaki też już nie spały i ich śpiew rozlegał się z każdego zakątka ogrodu.
Wyszedłem na dwór. Uderzyło mnie rześkie powietrze i zapach kwitnącego nieopodal dzikiego bzu. Coraz śmielsze promienie wschodzącego słońca przedzierały się przez drzewa i krzewy.
W tym momencie zalała mnie fala wspomnień, a żal po utraconych rodzicach osiadł ciężko na duszy.
Pustka jaką za sobą pozostawili jest dla mnie czasem nie do zniesienia. Nic dziwnego, że odczułem ją szczególnie dojmująco tu i teraz – w opuszczonym przez nich na zawsze domu, pamiętającym wszystkie te szczęśliwe chwile dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy wszystkim nam się zdawało, że jesteśmy nieśmiertelni.

       A jednak wraca jeszcze do mnie czasem upojenie światem. Tak było i tym razem, kiedy przechadzałem się o brzasku dnia po budzącym się do życia ogrodzie mojego rodzinnego domu. I odczuwałem coś w rodzaju euforii pomieszanej z zachwytem.
Kontrast między pustką wewnątrz domu a pełnią życia tętniącego wokół niego był oszałamiający i wprowadzał do mojej głowy spore zamieszanie.
Bujność tych wszystkich roślin – krzewów, drzew, traw i kwiatów – uświadomiła mi po raz nie wiadomo który, że Natura jest niestrudzona w tej swojej witalnej autokreacji, przetrwaniu i regeneracji. Dzięki temu życie wiecznie się odradza, pleni się i wybucha – kiedykolwiek i gdziekolwiek jest to możliwe. Mimo, że jednocześnie coś obumiera i przemija – tak jak umierają i odchodzą na zawsze ludzie, których jednak cały czas kochamy, choć po ich śmierci ta miłość robi się gorzka i często przynosi nam cierpienie.

       Tak po prawdzie to nie spałem sam – spałem z kotką, która jeszcze kilka tygodni temu towarzyszyła tu mojemu Tacie. Nie wiem czy tylko tak mi się wydawało, ale w jej dużych jasnych oczach wyczytałem zdziwienie, że to ja patrzę na nią, a nie jej prawdziwy gospodarz, który ją zostawił i poszedł sobie nie wiadomo gdzie. Tego nie robi się kotu!

.

*  *  *

.

W PUSTYM DOMU

Jeśli ten dom wypełni się szczęściem
– to już nie będzie moje szczęście
Jeśli się będzie rozlegał tu śmiech
– to już nie będzie mój śmiech
Jeśli zagości tu młodość
– to na ruinach mojej straconej młodości
Jeśli wszyscy będą się dookoła weselić
– to nie przepędzi mojej samotności
Jeśli ktoś zatraci się tu w radości
– to nie będzie mnie mniej boleć
Jeśli wspominam tych, którzy naprawdę mnie kochali, a odeszli
– to wiem, że już nigdy nie zaznam ich miłości

.

Gęstwina za płotem


*  *  *

.

MOJA POLSKA 2022

       Jak tu określić moją obecną wizytę w kraju po, tym razem dłuższej, bo czteroletniej w nim nieobecności? Słodko-gorzka, radosno-smutna, a nawet – uderzając już w nieco bardziej patetyczne tony – euforyczno-cierpiętnicza?
Tak, to są dobre określenia, bo wszystkie te uczucia – wraz z całą gamą pośrednich – dane mi było dość intensywnie przeżyć.
Po raz pierwszy odwiedzałem Ojczyznę, w której nie było już wśród żywych ani jednego z moich Kochanych Rodziców. A każde odwiedziny Ich grobu sprawiały mi nieopisany ból – bo już nie mogłem odczuć ich miłości, jaką mnie obdarzali, kiedy jeszcze żyli. Niestety, nie mogła wypełnić tej pustki przychylność, jaka zazwyczaj spotykała mnie ze strony Rodziny, znajomych i przyjaciół – ludzi, jakich spotykałem podczas tego pobytu w kraju.

Niech mi zostanie wybaczony ten ekshibicjonizm i patos (tym bardziej, że zazwyczaj jestem powściągliwy w ujawnianiu tego, co dzieje się w moim życiu rodzinnym) lecz nie sposób jest bez tego opisać choćby szkicowo moje wrażenia – i to co mnie spotkało podczas podróży po Polsce AD 2022.

Od razu wyznam coś, co już nieraz mówiłem tym, którzy pytali mnie o wrażenia, jakie ta 10-dniowa eskapada po Polsce we mnie wzbudziła: otóż nie zamieniłbym tej podróży na żadną inną w najbardziej nawet egzotycznym kraju – odpowiadałem.
I to jest prawda.

Takim pięknem przywitało mnie Podlasie (Kodeń)

.

        Piękno, jakie otwarło się przed moimi oczami, kiedy tak przemierzałem drogi i dróżki Podlasia, Suwalszczyzny, Mazur, Warmii i Pomorza, Mazowsza i Podkarpacia, było niepowtarzalne – i nieporównywalne z niczym innym, co widziałem i czego byłem świadkiem w wielu innych krajach, na kilku kontynentach.
I bynajmniej nie były to jakieś niesamowite, dramatyczne pejzaże, czy niesłychana różnorodność etniczna tudzież kulturowa, jakiej doświadczałem podczas moich podróży po całym świecie, ale piękno bardziej subtelne, swojskie – czekające na odkrycie i nieoczywiste – łagodne, może nawet (w dobrym znaczeniu tego słowa)… przyziemne. Choć polskie niebo i chmury każdego niemal dnia wzbudzały mój zachwyt – podobnie jak wszechobecna, otaczająca mnie, intensywna zwłaszcza o tej porze roku, zieleń.
Naturalnie, była w tym wszystkim spora doza ojczyźnianego sentymentu, może nawet (tak ostatnimi laty niemodnego i traktowanego wstydliwie) patriotyzmu.
I jeszcze ten śpiew ptaków w każdym zakątku, gdzie byłem – poczynając od ogrodu mojego domu rodzinnego i pogrążonego w kwiatach domu siostry, przez białowieską puszczę i mazurskie bory, po zalesione pomorskie jary, rozlewiska i rzeczne przełomy Podlasia.
Cóż, piszę to wszystko w pewnym uniesieniu, więc mogę też dodać tu bezwstydnie i nie zważając na nic: jadąc polskimi drogami, słuchając muzyki i napawając się obrazami, odwiedzając wszystkie te piękne miejsca, przeżywałem chwile nieopisanego wręcz szczęścia, którego nic i nikt mi już nie odbierze, bo utrwalone to zostało nie tylko w moich – jakże nietrwałych przecież – komórkach mózgowych i nerwach, ale i w jakichś metafizycznych niwach kosmicznej pamięci 😉
Bo jest to sprawa i domena duszy, a nie tylko materii.

       Nie byłbym sobą, gdybym w czasie tej podróży nie robił zdjęć. W moim smartfonie utworzyłem sobie nawet album zatytułowany „Cream of Poland” (sorry za ten makaronizm), w którym odkładałem obrazy w jakiś sposób się wyróżniające, zwłaszcza pod względem estetycznym, ale też i sentymentalnym. Muszę przyznać, że trudno mi było dokonać wśród tych zdjęć selekcji. Warto więc mieć na uwadze, że jest to jednak bardzo ograniczony wybór, a nie jakieś szersze spektrum obrazowego bogactwa, które objawiło mi się w kraju.

.

*  *  *

ZABIERZ MNIE DO KRAIN SZCZĘŚLIWYCH

.

.

.

Zabierz mnie do tych krain szczęśliwych, gdzie ptaki muskają powietrze delikatnym puchem i koją swą pieśnią nieżałobną, a motyle żyją wiecznie – z nieprzemijającym pięknem na swoich skrzydłach.

.

Do miasta bez murów mnie zawieź, do królestwa bez królów – w takie światy za naszym światem mnie weź, gdzie nawet smutek jest słodki, a radość spokojna jak ciepły jesienny wieczór, w którym nigdy nie zapada ciemność – gdzie nasze twarze kąpały by się w ciepłej poświacie zachodzącego, ale nigdy nie zaszłego słońca.

.

Na takie wyspy szczęśliwe mnie zabierz, które owiewa lekki wiatr czułości i obmywają fale czystej tkliwości. Gdzie drzewa szumią cicho liśćmi, które nigdy nie opadną, choć nieraz zmienią barwę na jeszcze piękniejszą.
I gdzie żyją stworzenia, którym przestały być potrzebne kły i pazury.

.

Przepraw mnie gdzieś na drugą stronę, na jakiś ląd nieziemski, bezpieczny – gdzie nasze umysły już nigdy by się nie lękały, ciała nie męczyły i nigdy nie bolały.

.

Do takich sfer doprowadź, gdzie istotą istnienia jest istnienie samo, niczym nie zagrożone i nie ponaglane niczym – z na zawsze odnalezionym sensem i nigdy nie zagubioną racją – z wiecznie trwałym uczuciem wdzięczności i stale objawiającą się łaską.

.

Na niebiańskie łąki mnie zaprowadź spokojne, gdzie w każdej chwili mógłbym ująć Twoją dłoń.

.

W takie rajskie miejsca mnie weź anielskie, gdzie nieustannie czuje się bliskość kogoś, kogo się kocha. Gdzie można spojrzeć w oczy spojrzeniem łączącym dusze – nie tylko w tym momencie, ale i stale – tak jakby czas przestał istnieć a otaczała nas tylko wszechobecna, nieśmiertelna miłość.
Niegasnąca gwiazda naszego szczęścia.

.

Myślę, że kiedyś znajdziemy się tam na zawsze.
Wiem, że to zawsze jest już teraz.

*  *  *

.

Z ANIĄ NA SZLAKU

.

Nad Jeziorem Michigan

.

       Może to sprawa szczególnej pory w moim życiu?
Bo chciałbym Wam – stałym, ale i zabłąkanym tu przypadkiem – Czytelnikom tej strony przedstawić moją Żonę Annę. Widzę, że z biegiem czasu mój blog staje się nieco bardziej osobisty – Wizja Lokalna jakoś częściej wchodzi w moje życie – więc czas wspomnieć tutaj o kimś, kto jest dla mnie w życiu najważniejszy.
Czy będzie to podróż sentymentalna? Być może, ale na pewno nie będzie ona czułostkowa ani – nie daj Boże! – ckliwa.

      Tak się złożyło, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat sporo podróżowałem. Przez jakiś czas – dawno, dawno temu – robiłem to nawet zawodowo, organizując i prowadząc wycieczki (najczęściej po Ameryce Północnej, ale wypady z grupami na inne kontynenty też mi się zdarzały). Później zacząłem się wybierać w świat prywatnie – samemu, niekiedy w jakimś miłym i ciekawym towarzystwie – ale z czasem w tych podróżach coraz częściej towarzyszyła mi Żona. W końcu starałem się podróżować tylko z Nią. I muszę Wam powiedzieć, że było to (i jest) dla mnie najlepsze i najszczęśliwsze towarzystwo – na pewno z nikim innym tak dobrze by mi się nie podróżowało, jak z moją Anią.
Nie wiem, komu? (czemu?) mam za to dziękować – Bogu, Szczęściu, Losowi, Miłości – w każdym razie wdzięczny jestem za ten czas spędzony z najbliższą mi osobą – nie tylko w domu, ale właśnie również w podróży.

       Tych wojaży było sporo. Kiedy tylko mogliśmy sobie na to pozwolić, to wyruszaliśmy w świat kilka razy do roku, często w bardzo odległe i egzotyczne strony. Właściwie zorganizowanie całej podróży i ustalenie jej planu (skreślenie itinerary, rezerwacje…) leżało w mojej gestii. Ania się na to godziła, bo mi ufała – wiedziała, że wycisnę z przygotowywanej wyprawy to, co najlepsze. (Tutaj skrzywienie zawodowe było dla mnie niczym innym, jak przyjemnością). Kondycję w zasadzie mieliśmy taką samą, podobne upodobania, jeśli chodzi o akomodację i przemieszczanie się po odwiedzanym kraju. Podobne też mieliśmy zainteresowania, taką samą ciekawość nowych miejsc i ludzi. Ania zawsze była bardziej śmiała… czy też bardziej skłonna do nawiązywania kontaktu z obcymi, a ja na tym tylko korzystałem, bo jednak największym skarbem wszystkich krajów są zamieszkujący je ludzie. Muszę też wspomnieć o tym, że Jej opiekuńczość była dla mnie zawsze wielkim komfortem.

       To ciekawe, jak dwoje ludzi o tak odmiennych charakterach i temperamentach, potrafi swój związek nie tylko stworzyć, ale i zachować na długie lata (nie chcę tu uderzać w tak solenne i patetyczne tony, ale jestem pewien, że w naszym przypadku, będzie tak do śmierci).
I to jest bez wątpienia głównie zasługą Żony – istoty znacznie mądrzejszej ode mnie… przynajmniej życiowo ;). Tym bardziej, że ja to raczej utracjusz byłem. Może z wiekiem bardziej dojrzałem a nawet zmądrzałem (choć w to ostatnie to jednak wątpię).

       Najchętniej wybieraliśmy się w góry na tzw. „łono” natury (zdarzało się nam przechodzić po górskich szlakach ponad 20 km dziennie); lubiliśmy też Ocean, morze, spacery po plaży, tropikalne wyspy (przede wszystkim Karaiby i Hawaje)…
Nigdy nie mieliśmy dość amerykańskiego Zachodu: od pustynnego Południowego Zachodu (Kalifornia, Nevada, Arizona, Utah), przez stany Gór Skalistych (Kolorado, Idaho, Montana, Wyoming), po szczególnie darzony przez nas sentymentem Pacyficzny Północny Zachód (Waszyngton, Oregon).
Dość często wyjeżdżaliśmy do Azji – a to ze względu na bogactwo kulturowe i etniczne tamtych krajów (tzw. „podróżą życia” dla nas były Indie). Do miast – i współczesnej cywilizacji – ciągnęło nas mniej, ale też nie unikaliśmy zwiedzania ciekawych metropolii, ani nawet… muzeów (oboje bardzo lubimy malarstwo). Spodobały nam się niektóre zakątki Europy – w Hiszpanii, we Włoszech, Szwajcarii, Norwegii…

       Oczywiście zawsze brałem w te wojaże fotograficzny aparat, robiąc całą masę zdjęć. Te, które wydawały mi się najbardziej udane, publikowałem na moich stronach w Internecie (np. TUTAJ albo TUTAJ), część udało mi się wydać w formie książkowo-albumowej („PODRÓŻE”).
Prawdę mówiąc nigdy nie lubiłem, kiedy ktoś mnie fotografował – o fotografowaniu siebie samego nawet nie wspominam (nie wiem, czy zrobiłem więcej jak dwa selfie w swoim życiu), czego teraz żałuję, bo jednak warto mieć taką pamiątkę z pewnych miejsc – zwłaszcza z takich, w których się jest pierwszy i być może ostatni raz w życiu.
Natomiast bardzo lubiłem fotografować swoją żonę – zwłaszcza na szlaku. Bynajmniej nie dlatego, że jest taka fotogeniczna (no cóż, chyba jednak jest :) ), ale dlatego, że najczęściej jej sylwetka ożywiała po ludzku surowe zwykle – choć bez wątpienia piękne – naturalne lub cywilizacyjne krajobrazy, scenerie i pejzaże. Pozwalała też na ogarnięcie proporcji – zwłaszcza wielkich przestrzeni i ogromnych tworów (czasem nawet cudów) Natury.
Niewielki wybór tych fotografii pozwalam sobie tutaj zaprezentować.

*  *  *

UWAGA: należy kliknąć na zdjęcie, aby zobaczyć go w pełnym wymiarze (do czego zachęcam)

.

Pod Mount Robson w Brytyjskiej Kolumbii (Kanada)

.

.

W Kanionie Paprociowym w Kalifornii

.

.

Pod palmami na wyspie Saona (Dominikana)

.

.

Surowość i piękno północnej krainy – okolice Lysefjorden w Norwegii

.

.

Był kiedyś las – na wydmach Silver Lake SP w Michigan

.

.

Nd Dolnym Wodospadem Naturalnego Mostu w Górach Skalistych Kanady

.

.

Na którejś z osobliwych plaż Morza Andamańskiego w Tajlandii

.

.

Na bezdrożach Big Island of Hawaii – a gdzieś tam w dole Zielona Plaża (Hawaje)

.

..

Pod lodowcami Mount Rainier w stanie Waszyngton

.

.

Wyglądając za wodospadem na szlaku Eagle Creek w Oregonie

.

.

Spacerując po dachu Domu Opery w Oslo (Norwegia)

.

.

Na szlaku w Alpach – masyw Jungfraujoch w Oberlandzie Berneńskim (Szwajcaria)

.

.

W lesie kolumn, pod arkadami Wielkiego Meczetu Mezquita w Kordobie (Hiszpania)

.

.

Na grani równej z chmurami pod Mount Blanc we Francji

.

.

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie – w Tombstone, mieście (martwych) rewolwerowców, w Arizonie

.

.

Wśród oszałamiającego kwiecia w Oregonie

.

.

Zagubiona w kolorowym tłumie – na targu rybnym Sassoon Docks w Bombaju (Indie)

.

.

Odpoczywając w hamaku na wyspie Virgin Gorda (British Virgin Islands)

.

.

Razem nad Niebieskim Miastem Dżodhpur w Twierdzy Mehrangarh (Indie)

.

.

Na Cape Flattery – Półwysep Olympic w stanie Waszyngton

.

greydot.

greydot.

I JESZCZE GARŚĆ ZDJĘĆ:

.

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

BARKISSIMO

.

Na łajbie Barkissimo – Zatoka San Francisco, Kalifornia

.

.

Gdzie gitara – tam dźwięk

trafia w końcu do serca.

Barkissimo kołysze się na wodzie

cichy szmer Zatoki

wkrada się dyskretnie

nie psując nut.

.

Chwilo trwaj… jeszcze trochę

zanim odpłyniesz do krain zapomnienia

gdzie gubi się nasza pamięć

a wraz z nią my sami

łapiący ostatnie promienie

zachodzącego na zawsze Słońca

.

* * *

BEZTROSKIE LATA

.

Lato, lato, lato czeka – razem z latem czeka rzeka… Wspominając rzekę dzieciństwa i wakacje na wsi

.

       Lato. Wakacje. Rzeka. Olszyna. Łąka. Bławatki w zbożu. Truskawki, maliny, papierówki, agrest, jeżyny… Pomidory „malinówki” prosto z krzaka, marchewka prosto z grządki. Jajka podkradane babcinym kurom. Podchody. Wyprawy do pobliskich lasów. Koń Bułanek. Jazda drabiniastym wozem, pomaganie dziadkom w żniwach. Butelki sprzedawane po złotówce w punkcie skupu. Chleb ze śmietaną i cukrem. Pierogi z borówkami prosto z lasu. Poziomki. Grzybobranie, kozaki, borowiki, opieńki, rydze, muchomory… Ziemniaki z sosem z kurek. Kanie smażone jak schabowy. Palant, „noga”, „2 ognie”, „kiczki” za stodołą u sąsiada. Zabawy „w chowanego” i „w łapanego”. Gry z nożem z kolegami, a obok pasące się krowy. Chodzenie „na opyle”. Ganianie boso po piaszczystych ścieżkach. Chowanie się w snopkach pszenicy. Łąka tętniąca życiem i pełna polnych kwiatów. Zajadanie się „kwaskami”. Nawlekanie tytoniu. Budowanie szałasów, domków na drzewie, tuneli w wysokiej trawie. Strzelanie z procy do słoików. Puszczanie latawców. Łowienie ryb w rzece za pomocą kosza. Wyciąganie spod korzeni raków rękami. Smażenie płotek, sumów i szczupaków na ognisku. Zastawianie rzeki baryłami – budowanie tamy, spiętrzanie wody, by można w niej pływać.
Wylegiwanie się na kocu w ogrodzie i czytanie, czytanie, czytanie

* * *

       To taka spisana ad hoc lista tego, co przywołują wspomnienia naszych wakacji na wsi – tego co było dobre i chyba już na zawsze odeszło w przeszłość. Wydaje mi się, że obecne młode pokolenia nie są nawet w stanie wyobrazić sobie takiego dzieciństwa – a więc tego, co straciły – i czego nigdy już nie przeżyją w swoim wypełnionym technicznymi gadżetami, laptopami, smartfonami – z namiastką ludzkich kontaktów w rzeczywistości sztucznie wykreowanej i wirtualnej. O covidowym szaleństwie izolacji, restrykcji i lockdownów nawet nie wspominam, bo to już zupełnie chora rzeczywistość i karykatura normalnego życia w społeczeństwie.
To naturalne, że wspominając nasze dzieciństwo i młodość, przeszłość zwykle idealizujemy, wybieramy z pamięci to, co było dobre, wracamy do chwil, kiedy czuliśmy się pełni życia i szczęśliwi. Wypieramy zaś to, co było złe, co bolało, czego się baliśmy, co nam dokuczało… Bo przecież życie – w każdych czasach i w każdym wieku – to żadna sielanka i bajka nie jest. A jednak… często jesteśmy skłonni powtarzać – i mówimy to szczerze – że dawniej jednak to jakoś fajniej było (nawet jeśli odnosi się do banałów i rzeczy trywialnych).

* * *

       Zdjęcie powyżej przedstawia właśnie jedną z takich szczęśliwych chwil beztroskiego lata podczas wakacji. Zrobione zostało (już nie pamiętam przez kogo) w rzece, która płynęła (i nadal płynie) tuż za płotem domu mojego rodzinnego w Giedlarowie. Wiedziałem, że takie zdjęcie istnieje. Od dłuższego czasu dopytywałem się o niego i szukałem wszędzie, ale bezskutecznie. Aż wreszcie niedawno jakaś dobra dusza przesłała mi go mailem.
Zdjęcie przedstawia część naszej wakacyjnej szajki (w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem na nim jedynym facetem – ale to nic dziwnego, bo zawsze ciągnęło mnie bardziej do dziewczyn i kobiet, niż do chłopaków i mężczyzn ;) ).
Wszystkich (wszystkie te dziewczyny) bardzo dobrze pamiętam. Od lewej pławią się w rzece: Dorota, Władzia, Baśka, Hania, Grażyna, Halina, moja siostra i ja (jako jedyny płynę kraulem ;) ).

* * *

Powiązany wpis: Książki mojego dzieciństwa

.

KSIĄŻKI W POLSCE I W AMERYCE

.

Reklama książek w prasie polonijnej

.

Nie robię tego często (na łamach tego bloga chyba po raz pierwszy) ale chciałbym zachęcić Was do zamówienia moich książek, które dostępne są również W POLSCE. Można to zrobić pisząc na adres: GIEDLAR@SBCGLOBAL.NET i otrzymać je drogą pocztową w ciągu kilku dni. Cena całego kompletu 4 tomów jest bardzo przystępna. Myślę, że każdy w tych książkach będzie mógł znaleźć coś dla siebie.
Wszystkie książki posiadają twarde płócienne okładki oraz obwolutę. Tom „PODRÓŻE” jest wydaniem albumowym zawierającym 675 ilustracji barwnych i liczącym ponad 800 stron. Tomy I („ZAPISKI”), II („ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY” i III („KINO TEATR SZTUKA”) mają odpowiednio 517, 584 i 693 strony i są również zilustrowane kolorowymi reprodukcjami na kredowym papierze.
Dodam, że wydanie tych książek nie miało charakteru komercyjnego, czyli, innymi słowy, nie było pomyślane jako przedsięwzięcie dochodowe).
ZAPRASZAM do skorzystania z tej propozycji (niewielki nakład jest już na wyczerpaniu).
POWYŻEJ: ogłoszenie prasowe.
KSIĄŻKI dostępne są również w Stanach Zjednoczonych w księgarniach polonijnych – i także można je zamówić drogą pocztową:

W MOJEJ JASKINI

.

Jaskinia

.

       Jaskinie są różne. Może być nią ciemna, zimna i wilgotna jama, albo też bajeczna komnata pełna kryształów, stalaktytów, stalagmitów… A nawet cała kraina z podziemnymi rzekami i jeziorami.
Niektórych – i to nie tylko speleologów – kuszą one swoją tajemnicą, może nawet obietnicą znalezienia skarbu; innych zaś – straszą ciemnością i grożącymi w nich niebezpieczeństwami.
Symbolika jaskiń jest przebogata – począwszy od freudowskich skojarzeń z płodnością, poprzez platońską alegorię ludzkich złudzeń, aż po zachłanność posiadania czy osunięcia się w otchłań.
Jaskinia jako droga dotarcia do zaświatów tudzież krain mitycznych… do samych piekieł, a może i do siedziby jakichś bogów, czy choćby tylko do kryjówki dzikich zwierząt albo skrzatów, gnomów, czy elfów.
Wreszcie – w jaskini można się schronić ratując życie (albo od tego życia uciec), ale też i zgubić niczym w labiryncie bez wyjścia, gdzie tylko czeka na człowieka śmierć.

       Czy jednak nie za długi jest ten wstęp do czegoś, co być może jest tylko żartem?

       Bo oto chciałbym Was zaprosić na wycieczkę po moim małym królestwie – bibliotece/pokoju/gabinecie, gdzie najczęściej sam wybieram się na poznanie świata jaki znajduje się w książkach, Internecie, obrazach, sztuce…
To miejsce, w którym myślę, czytam, oglądam, słucham, piszę, gram……

       A wszystko w otoczeniu przedmiotów, które są mi w jakiś sposób bliskie – czy to poprzez swoją wartość estetyczną tudzież sentymentalną – wśród pamiątek z moich podróży po świecie; wśród książek, które były/są dla mnie ważne; wśród obrazów, rzeźb i artefaktów sztuki, które lubię…

       Tutaj jestem u siebie – tu czuję się bezpiecznie i komfortowo.
Tutaj odzywa się we mnie domator – moja druga natura poskromionego nomada – i sam nie wiem, czy ona nie jest jednak silniejsza od tej pierwszej, jaką jest żyłka włóczykija i obieżyświata.

       Znajduje się w tym pokoju tylko część mojej biblioteki, która z czasem rozrosła się do całkiem słusznych rozmiarów, a swój początek miała w moim domu rodzinnym, w Polsce. Oczywiście, książki kupowałem nie po to, aby je kolekcjonować, ale po to, aby je czytać – i rzeczywiście (wyjąwszy encyklopedie, leksykony, słowniki i turystyczne przewodniki) zdecydowaną większość z nich jednak przeczytałem. Choć wątpię, czy stałem się przez to mądrzejszy – jeśli już, to mądrości (jaka ona jest to jest) uczyło mnie samo życie (i żona).
O tym jak ważne w moim życiu były książki, napisałem kiedyś w tekście zatytułowanym „MOJA BIBLIOTEKA”, który znalazł się również w jednej z moich książek.

       Zastanawiam się teraz, czy bawiąc się tym wpisem, nie robię czegoś pretensjonalnego – bo przecież ten ekshibicjonizm różnie może być odebrany. A jednak się zdecydowałem wyjść z tym na forum publiczne – zakładając, że jednak większość tych, do których ten mały reportaż osobisty trafi, przyjmie go ze zrozumieniem, a może nawet z zainteresowaniem i sympatią.
Zapraszam więc w gościnę.

*  *  *

..

Powiązany wpis: MOJA BIBLIOTEKA

.