„EROTICA 2022”, czyli seks jako kopulacyjno-reprodukcyjna tortura

.

W piekle seksualnych lalek i uciśnionych reproduktorek, czyli mężczyźni kobietom zgotowali ten los (Agata Buzek w filmie „Erotica 2022”)

.

Bardziej niż sam tytuł, do obejrzenia tego filmu zachęciły mnie nazwiska kobiet, które napisały do niego scenariusz (Olga Tokarczuk, Joanna Bator, Grażyna Plebanek, Gaja Grzegorzewska, Ilona Witkowska) i go wyreżyserowały (Kasia Adamik, Olga Chajdas, Anna Jadowska, Jagoda Szelc, Anna Kazejak). Pań jest dziesięć, bowiem „Erotica 2022” składa się z pięciu nowel, które te pisarki i reżyserki stworzyły, łącząc się (w każdej z tych nowel) w pary.
Wszystkie te części łączy dystopijna wizja świata, w którym rola i pozycja kobiet jest stłamszona patriarchatem, a one same są sprowadzone do roli inkubatorek oraz seksualnych lalek, służących do zaspokajania samczych instynktów, sprawujących nad nimi władzę mężczyzn (którzy niemal wszyscy – jak jeden mąż – są w tym filmie żałośni i obleśni, czyli mizoandria w pełnym rozkwicie).

Zaskakujące jest to, że wszystkie ukazane historie dzieją się w mocno depresyjnej i ponurej scenerii przypominającej siermiężno-szary PRL. Dokładnie takie samo zabarwienie ma życie erotyczne występujących w filmie postaci, zabarwione dodatkowo „bizarnością” (wylansowane przez Olgę Tokarczuk słowo oznaczające „osobliwość” lub „dziwaczność”) tudzież perwersją, z wyraźnie morderczym zacięciem.

Niestety, w niewielu filmach sceny tzw. „erotyczne” wymęczyły mnie tak bardzo, jak w tym – stworzonym bądź co bądź przez kobiety – dziele. Zresztą, wszystko wskazywało na to, że również dla biorących udział w tych (jakże tutaj licznych) kopulacjach aktorów/bohaterów, owe akty seksualne były bardziej mechaniczną torturą, niż intymnym spotkaniem dwojga ludzi przynoszącym jakąkolwiek przyjemność – o czułości i miłości nie wspominając.

Od strony technicznej film prezentuje się nieźle (ciekawe ujęcia, obrazowa malowniczość, intrygująca ścieżka dźwiękowa…), obsada aktorska jest naprawdę dobra (m.in. Agata Buzek, Małgorzata Bela, Lena Góra, Agnieszka Żulewska) jednak moim zdaniem bardzo kuleją scenariusze większości nowel, przez co (skądinąd przecież dobrym reżyserkom), trudno było wycisnąć z tych historii jakieś bardziej treściwe soki – zarówno jeśli chodzi o akcję, jak i metaforyczny przekaz. W sumie, zbyt często sprowadzało się to do banału. Ale też i do nonsensu.

Prawdę pisząc, rozbawiły mnie nieco recenzje krajowych krytyków, którzy wskazywali na „uderzające” podobieństwo tego, co ukazywał film, do obecnej sytuacji w naszym kraju, gdzie kobiety są tyranizowane przez opresyjną – pozbawiającą ich praw i wolności – władzę. (Że też muszę się tego dowiadywać z filmu Netflix’a!). Jeśli jeszcze równie ponuro (jak w „Erotica 2022”), wygląda seks uprawiany przez walczące teraz o swoje prawa kobiety, to… strach się bać – przystępując do tych pań w wiadomym celu.

W sumie, wydaje mi się, że „Erotica 2022” jest bardziej autorską wizją kobiecości i erotyzmu (tzn. mówi więcej o samych twórczyniach filmu) niż uniwersalną diagnozą pozycji i społecznej roli kobiet w zachodnim świecie, która przecież jest coraz silniejsza, wbrew temu co nam wmawia współczesny wojujący feminizm.

5/10

 *  *  *

CIERPIENIA MŁODEGO HEJTERA – o filmie Jana Komasy „SALA SAMOBÓJCÓW. HEJTER”

.

Wzgardzony arywista i jego zemsta (Maciej Musiałowski w filmie Jana Komasy „Sala samobójców. Hejter”)

.

       Jan Komasa dość wysoko ustawił poprzeczkę swoim filmowym debiutem „Sala samobójców” (2011), który oznaczał pojawienie się wśród polskich reżyserów twórcy młodego, zdolnego, ciekawego… Ten poziom utrzymywały kolejne filmy Komasy: „Miasto 44” jak również ubiegłoroczne „Boże ciało”, które zyskało uznanie nie tylko krytyków, ale również widzów (i to po obu stronach krajowych polityczno-światopoglądowych podziałów). Ukoronowaniem sukcesu „Bożego ciała” była jego nominacja do Oscara w kategorii najlepszych filmów nieanglojęzycznych.
Czy najnowszy film reżysera „Sala samobójców. Hejter” można uznać za kontynuację tej dobrej passy?

      Tytuł nawiązuje do filmu sprzed 9 lat sugerując, że jest to jego sequel, ale jest to mylące, gdyż „Hejter” nie jest żadną kontynuacją historii, którą ukazywał tamten film. Wspólna jest natomiast idea i optyka – denuncjacja i pojęcie Internetu jako siły niszczącej nie tylko ludzi, ale i rzeczywistość (w sensie jej fikcjonalizacji, zniekształcania i degradacji). W tym kontekście puszczanie oka, aluzje i pewne drobiazgi nawiązujące do „Sali samobójców” AD 2011 są właściwie mało istotne, może nawet wprowadzające w błąd.
Wszystko to jednak prowokuje mnie do porównania obu filmów i niestety muszę stwierdzić, że ta komparatystyka wypada na korzyść debiutu reżysera.
Dlaczego?
Może dlatego, że spodziewałem się jeszcze bardziej pogłębionej analizy fenomenu sieci będącej zarówno odzwierciedleniem socjologicznych przemian w epoce nadmiaru informacji mieszającej ludziom w głowach (ogłupiającej, manipulującej, dezorientującej), jak i polem kreacji rzeczywistości wirtualnej, która wpływa już zupełnie realnie – i zazwyczaj negatywnie – na ludzi (a tym samym na społeczeństwo) poddających się fikcjom w tejże sieci generowanym. Zamiast tego otrzymałem zgrabnie skonstruowany, solidny od strony warsztatowej szablon, który niestety ślizga się tylko po powierzchni socjologiczno-psychologicznych kalek i stereotypów, postrzeganych na dodatek z jednej, zafiksowanej chyba konfrateryjnie perspektywy.

       Być może o „Sali samobójców” mam lepsze zdanie dlatego, że tamten film nie wpisywał dramatu swojego bohatera w „klasowość” ani tym bardziej w polityczną breję i społeczne podziały (wojna polsko-polska nie była jeszcze wtedy tak dojmująca jak teraz), tylko skupiał się na jego stronie „ludzkiej”, indywidualnej, a w szerszym kontekście – rówieśnikowskiej (bardziej to dotyczyło procesu młodzieżowego coming-of-age, niż arywizmu; a jeśli odnosiło się też do walki klas, to raczej w sensie sofomorycznym, a nie marksistowskim).
„Sala samobójców. Hejter” wydaje się mieć jednak większe ambicje usiłując stawiać diagnozę swojej epoce „hejtu” przenosząc to na całe społeczeństwo i obecne w nim fermenty i miazmaty. Chociaż, paradoksalnie, dokonuje tego również za pomocą indywiduów, a na dodatek wybitnych – jak się okazuje – psychopatów.
I w tym właśnie, moim zdaniem, leży pewna niekonsekwencja intencjonalna filmu. Bo jednak, jeśli już pewne zagrożenia współczesne związane z funkcjonowaniem Internetu i mediów istnieją (a istnieją one jak najbardziej), to mają one charakter systemowy, a nie indywidualny. Innymi słowy: są strukturą budującą w społeczeństwie nową „normalność”, lecz nie za pomocą patologicznej anomalii, tylko poprzez transformację uznanych i respektowanych dotychczas wartości (na tym właśnie polega ich podstępne niebezpieczeństwo).
Tak zresztą zawsze przeobrażano świat, w którym żyją ludzie.

       Na pewno o najnowszym filmie Komasy miałbym lepsze zdanie, gdyby mnie on wciągnął emocjonalnie (kiedy tak się dzieje, to zwykle staję się mniej krytyczny wobec ewentualnej miałkości intelektualnej filmu), ale oglądałem „Hejtera” z umiarkowanym zaciekawieniem i raczej niewzruszony („Boże ciało” wzbudziło we mnie bez porównania większe emocje). Przyczyniała się również do tego przewidywalność scenariusza, co wydało mi się tym dziwniejsze, że jednocześnie przestawał być on dla mnie wiarygodny. To co widziałem na ekranie momentami popadało w przesadę, w wielu miejscach było przejaskrawione (balansująca na granicy karykatury rola Agaty Kuleszy, upiornie blade oblicze odtwórcy głównej roli Macieja Musiałowskiego, skądinąd nieźle radzącego sobie z rolą), a już wystrzałowy nad wyraz finał przeniósł mnie do krainy kinowej – i to wyłącznie kinowej – fikcji.
Nie, tego co się stało z filmowym Pawłem (Maciej Stuhr w niezłym wystąpieniu), kandydatem na prezydenta Warszawy, nie można jednak zastawiać z zabójstwem gdańskiego prezydenta Pawła Adamowicza (który również został zabity przez człowieka o imieniu Stefan, czyli takim jak zabójca filmowy).

       Kiedy przeprowadzałem wywiad z Komasą, to kilkakrotnie zwrócił on uwagę na ową zbieżność faktów (scenariusz do filmu powstał przed morderstwem dokonanym na Adamowiczu), ale ja widziałem w tym bardziej jakąś tragiczną ironię przypadku, niż adekwatne odniesienie do polskiej rzeczywistości. Nie podzielam też przeświadczenia reżysera, który – podobnie jak całe środowisko, z którego się on wywodzi – wszelkie ruchy narodowo-patriotyczne (w tym tzw. marsze wolności) kojarzy z narastającym podobno w Polsce faszyzmem (czemu też dano wyraz w filmie). Tu akurat bardziej obawiałbym się tego, co dzieje się obecnie w Europie Zachodniej (zwłaszcza w Niemczech), a nie w naszym kraju, (gdzie zawsze zadowalano się półśrodkami, rzadko sięgającymi radykalnych ekstremów).

       „Hejtera” warto obejrzeć, gdyż mimo pewnej rozwlekłości ma on potencjał przykucia uwagi widza, a ponadto stanowi komentarz do współczesności, która jednak zmienia się na naszych oczach w galopujący sposób. Ale tego, gdzie to wszystko pędzi, nie wie jednak nikt. Kino próbuje niektóre trendy przyłapać na gorącym uczynku, może więc jednak film Komasy ma jakąś wartość profetyczną?

6.5/10

*  *  *

 

PIĘCIU BRACI – czarnoskórzy na nieswojej wojnie

.

PIĘCIU BRACI – w poszukiwaniu złota i kości w Wietnamie

.

       Sam Spike Lee porównał swój film do popularnej w Luizjanie zupy gumbo, jednak mnie to kulinarne zestawienie wydało się niefortunne, bo choć lubię to danie, to w wersji filmowej „Da 5 Bloods” (tytuł polski: „Pięciu braci”) bardziej przypominało mi gulasz, do którego bez większego ładu i składu kucharz/reżyser powrzucał wszystko to, co mu wpadło pod rękę, razem z kawałkami krwistego befsztyku (chyba przypadkowo kojarzącego się tu z nomen-omen tytułu).
Bo czego tu nie ma: w prologu słuchamy autentycznych wypowiedzi Muhammada Ali, Malcolma X, Angeli Davis, Martina L. Kinga, prezydentów Johnsona i Nixona… oglądamy dokumentalne zdjęcia z wietnamskiego frontu, antywojennych protestów, masakry w wiosce My Lai, nagiej dziewczynki uciekającej z wioski spalonej napalmem, płonącego mnicha, ulicznej egzekucji żołnierza Wietkongu dokonanej przez generała armii południowowietnamskiej, ucieczki Amerykanów helikopterem z dachu ambasady w Sajgonie po przegranej wojnie z Północnym Wietnamem… Jednakże mnogość tych odniesień politycznych i historycznych jest tak fragmentaryczna i porwana, że zamiast solidniejszego fundamentu pod fabularną narrację, mamy jakąś anegdotyczną naskórkowość i udające dokumentalizm efekciarstwo. I ogólny chaos.

       Film jednak zbudowany jest z wielu dobrej jakości elementów i ma swoje momenty (rewelacyjna według mnie rola Paula, niezwykle intensywnie i dynamicznie wyegzekwowana przez Delroy’a Lindo) ale są też niemiłosiernie starte klisze, drętwe dialogi z tezą, estetyka i efekty rodem z VHS-owskiego kina B, antywojenna retoryka na poziomie gimbazy, łopatologiczne odniesienia socjologiczne i historyczne (Wietnam, rasizm w Stanach, ojcostwo-synostwo, braterstwo broni)…. etc. Niestety, tę listę można by ciągnąć długo. Za dużo tego wszystkiego, aby najnowszy produkt Spike’e Lee w moich oczach do końca się obronił.

       Mieszanie różnych stylów, nastrojów i tonacji stało się niemalże znakiem firmowym reżysera, jednak w tym przypadku nie wszystko gra tak harmonijnie (jak zagrało choćby w ostatnim filmie Spike’a Lee Czarne Bractwo. BlacKkKlansman). W „Da 5 Bloods” dość banalne „melo” za bardzo odkleja się tu od aplikowanego na siłę „dramatu” – przez co nie powala nas ani grzęznący niekiedy w czułostkowości sentymentalizm, ani zbyt bliska komiksu strzelanina kartonowych postaci, czy ociekający patosem tragizm (niestety wzmacniany jeszcze bardziej patetyczną muzyką – z tym, że mam tutaj na myśli orkiestrową pompę Terrence’a Blancharda, a nie wspaniałe wokalizy Marvina Gaye’a czy wstawki rockowych kawałków).
Według mnie nie na miejscu (takie „ni przypiął, ni przyłatał”) były aluzje do „Skarbu Sierra Madre” Hustona, czy do „Czasu Apokalipsy” Coppoli (m.in. zupełnie nie pasujące do klimatu scen wagnerowskie Walkirie). Zdarzały się też momenty niezamierzonego chyba jednak komizmu.

       Naciągnięty do granic wiarygodności był też sam wątek główny filmu: do Wietnamu po czterdziestu latach wraca czwórka czarnoskórych weteranów, walczących kiedyś w tym samym plutonie. Podczas wojny zakopali w ziemi warte 17 mln. dolarów złoto, które teraz chcą odnaleźć. Jednak cel ów uszlachetniony jest tym, iż zamierzają przy tym znaleźć także grób swojego dowódcy (z jakichś względów mamy wierzyć, że równocześnie był on dla nich czymś w rodzaju guru – takim „połączeniem Malcolma X i Martina L. Kinga”, jak sami się o nim wyrażają), wykopać jego szczątki i przewieźć do ojczyzny, by sprawić mu honorowy pogrzeb.
Powrót do dżungli okazuje się wszak powrotem do wojennego piekła – ich rajd za złotem i kośćmi wojennego kamrata pełen jest zasadzek i nieprzewidzianych wydarzeń (muszę przyznać, że niektóre z nich zaskoczyły mnie swoją absurdalnością).

       Spike Lee należy do tej grupy reżyserów, na których nowe filmy czekam z ciekawością. Podobnie było z „Da 5 Bloods” – tytułem, który rozbudził we mnie zainteresowanie tym większe, że wątek wietnamski w kinie amerykańskim był przedmiotem, jakim ongiś bliżej się zająłem (swego czasu monografię na ten temat opublikowałem w miesięczniku „KINO”). Jednak zestawienie obrazu Spike’a z dziełami Coppoli („Czas Apokalipsy”), Ashby’ego („Powrót do domu”), Kubricka („Full Metal Jacket”), Cimino („Łowca jeleni”), Stone’a („Pluton”, Urodzony 4 lipca), Herzoga („Rescue Dawn„), a nawet Levinsona („Good morning, Vietnam”) nie wychodzi mu raczej na dobre – i mamy tu chyba do czynienia z różnicą klas.

       Nie wiem, być może jestem zbyt surowy dla tego filmu – i zapewne ma na to wpływ moje nim rozczarowanie. A jednak skłamałbym, gdybym napisał, że „DA 5 Bloods” zupełnie mnie nie wciągnął; że liczyłem minuty do jego zakończenia, bo z ekranu wiało nudą; że wcale mnie nie wzruszył i pozostawił obojętnym. Wprawdzie podszedłem do niego bardziej jak analityk (trudno mi było przymknąć oko na jego mankamenty, szwy, pęknięcia i reżyserskie „chwyty”) niż jak widz kinoman (którym de facto chcę być bardziej niż filmowym krytykiem), to jednak myślę, że warto o jego wartości przekonać się samemu – tym bardziej, że „Da 5 Bloods” prasę ma całkiem dobrą, a w niektórych przypadkach wręcz entuzjastyczną (ale dlaczego tak jest – tego nie chcę już dociekać).

(6/10)

*  *  *
.

KINO I KRYTYKA

.

W filmowym raju (kadr z filmu Cinema Paradiso)

     .

   Spotkałem się ostatnio z następującym stwierdzeniem: Recenzja filmowa, przynajmniej w wydaniu profesjonalnym, musi, jak się wydaje, prędzej czy później stać się reliktem przeszłości. Jaki jest bowiem cel istnienia tego typu formy, szczególnie w Internecie, w którym możliwość wyrażenia swojego zdania w o wiele prostszy sposób stanowi niezbywalne prawo? Czy tekst krytyczny ma jakąkolwiek przyszłość w świecie, w którym publicznie oceniać i krytykować – konstruktywnie lub nie – może każdy? (Cytat pochodzi stąd).

       Otóż wydaje mi się, że dopóki będzie istnieć kino, dopóty będzie istniała krytyka filmowa – i będą pojawiać się recenzje filmowe w wydaniu profesjonalnym. Jednakże, aby uznać daną recenzje za profesjonalną, muszą istnieć pewne kryteria, które taka recenzja musi spełniać. Podobnie jest z samym kinem (a ogólnie z całą sztuką): aby ocenić wartość filmu (dzieła sztuki), muszą istnieć kryteria jego oceny – normatywne punkty odniesienia, stanowiące aksjologiczną hierarchię. Bez niej poruszalibyśmy się po omacku, kierując się tylko własnym „widzimisię”.

       Wszelka dyskusja bez określenia czy też odniesienia się do pewnej hierarchii wartości nie ma większego sensu, ale to dopiero zgoda na przyjęcie określonej hierarchii (w tym definicji, norm, reguł, punktów odniesienia, kanonów) umożliwia sensowną wymianę myśli i osiągnięcie ewentualnego porozumienia (czy choćby tylko wzajemnego zrozumienia się).
Dlatego tak ważna w tym wszystkim jest erudycja – wiedza o kulturze, a w przypadku kina – znajomość jego historii, ustalonego kanonu arcydzieł, dorobku wybitnych twórców… etc. Tylko wtedy możliwe jest wyróżnienie (rozpoznanie, ustalenie…) autorytetów wśród ludzi wypowiadających się na temat kina (chodzi mi zarówno o samych twórców kina, jak i jego krytyków), bez których to autorytetów, według mnie, uprawiałoby się tylko amatorszczyznę. Tak jak to ma miejsce obecnie – w dobie rozpasanego Internetu, gdzie wszyscy wygłaszają swoje zdanie, opiniują, krytykują, oceniają – wieszają psy albo gloryfikują, mieszają z błotem albo wychwalają; gdzie każdy jest besserwisserem i ma we wszystkim rację, nie zawracając sobie głowy jakimiś autorytetami, czy ogólnie: własną edukacją i znajomością kultury. Niestety, dezynwoltura ta wprowadza w dyskursie chaos, wykluczając na dodatek zgodę. Ignorancja sprzyja prostactwu, zaś arogancja – tworzeniu podziałów i wzajemnych animozji.

      Nie ma nic złego w tym, że ktoś chce wyrazić (nawet publicznie) swoją opinię o filmie (książce, obrazie, dziele sztuki…), jednak warto mieć świadomość tego, że jest to zawsze nie tylko subiektywne, ale i skrojone na naszą miarę – że przynależy do domeny amatorskiej, z wszystkimi swoimi ograniczeniami. A tym samym nie może sobie rościć prawa do wyznaczania wartości uniwersalnych, ultymatywnych – do forowania sądów ostatecznych. To powinno uczyć pewnej pokory, a tymczasem niemal wszyscy wypowiadają się tak, jakby byli wyrocznią i inkwizytorem, uważając swoje zdanie za jedynie słuszne a własną opinię za nieomylną.
Internetowy zalew radosnej twórczości amatorów i dyletantów powoduje pewne kulturowe rozmycie i zaburzenie hierarchii – w tej powodzi ginie to, co jest rzeczywiście cenne, wybitne i naprawdę wartościowe: choćby właśnie profesjonalna krytyka filmowa.

       Inną sprawą jest to, że – takie odnoszę wrażenie – krytyka ta przeżywa dziś kryzys (powodów jest zbyt wiele, by się tutaj nimi zająć). Bo gdzie są krytycy takiego formatu, jakimi byli w Polsce choćby Zygmunt Kałużyński, Rafał Marszałek, Krzysztof Mętrak, Bolesław Michałek, Stanisław Janicki, Aleksander Jackiewicz… a na świecie Éric Rohmer, François Truffaut, James Agee, André Bazin, Pauline Kael, Andrew Sarris czy wreszcie Roger Ebert? Wymarli albo przeszli na emeryturę. Wszyscy, których wymieniłem to osobowości wybitne – nie tylko w dziedzinie kina, ale i w szerszym wymiarze kulturowym: literackim, humanistycznym a nawet filozoficznym. Obecna krytyka filmowa nie ma już tego ciężaru, jest moim zdaniem bardziej okazjonalna i efemeryczna, miałka i płytka tudzież zależna, czasem nawet sprzedajna, będąc na usługach jakiegoś medium lub środowiska, gdzie pisze się recenzje na zamówienie.

       Dawniej pozycja krytyka filmowego była bardziej określona i ustalona. Na to by uznano kogoś za krytyka trzeba było sobie zasłużyć, czyli innymi słowy: należało spełniać pewne kryteria, które stanowiły o jego poziomie, kompetencji czy wreszcie decydowały o prestiżu i autorytecie. Dziś, kiedy krytykiem jest każdy (bo przecież „śpiewać każdy może”), wszystko się pomieszało i pogubiło a języki, jakimi się mówi o filmie, to istna wieża Babel. Do tzw. średniego widza bardziej zaś trafia to, co pisze „średni” krytyk, bo ten zazwyczaj posługuje się jego językiem, czyli tym, co jest charakterystyczne dla kultury masowej, z wszystkimi jej ograniczeniami i miazmatami (stąd częsta niechlujność wypowiedzi, posługiwanie się językiem potocznym, a nawet wulgarnym). A przecież sztuce bardziej sprzyja elitaryzm niż demokracja – plebejskość wyklucza wyrafinowanie. Postmodernizm jednak poprzewracał ludziom w głowach – relatywizując prawdę, negując wartości, sprowadzając do jednego poziomu to, co dawniej porządkowane było pewną hierarchią. Wmówił ludziom, że wszystko jest sztuką (czyli każdy jest artystą, a jeśli tak, to również każdy może być filmowym krytykiem).

     Filmy są różne. To, co nam się podoba niekoniecznie jest dobre, a to, co nie podoba – niekoniecznie złe. Zawsze należy sobie uświadamiać to, że wszystkie nasze sądy są subiektywne ale dyskurs jaki prowadzimy zawsze posługuje się pewnym kodem, który warto umieć rozpoznawać i zdawać sobie z niego sprawę. To prowadzi nas do konstatacji jak bardzo ważny jest kontekst kulturowy (gatunkowy, historyczny, światopoglądowy…) filmu, a zarazem do stwierdzenia, że wszelka dyskusja na temat wartości filmu powinna zacząć się od rozpoznania (określenia) tego kontekstu. W przeciwnym razie każdy oceniający (krytykujący, opisujący) film będzie się poruszał po innym polu, śpiewając sobie a muzom.

       A i tak najważniejsza w tym wszystkim powinna być nasza miłość do kina. I to, by jednak większą przyjemność sprawiało nam oglądanie filmu, niż pisanie o nim, a tym bardziej – jego krytykowanie.

*  *  *

„IRLANDCZYK”, „PEWNEGO RAZU W HOLLYWOOD”, „LE MANS ’66”, „HISTORIA MAŁŻEŃSKA”, „JOKER”, „1917”, „MAŁE KOBIETKI”, „JOJO RABBIT”, „PARASITE” – mój krótki przewodnik po oscarowych filmach

.

.

       Już za kilka dni o Oscara w kategorii Best Picture powalczy 9 filmów: „1917”, „Ford v Ferrari”, „Irlandczyk”, „Jojo Rabbit”,”Joker”, „Małe kobietki”, „Historia małżeńska”, „Pewnego razu w Hollywood” i „Parasite”. Jeżeli chcielibyśmy całą tę pulę określić jednym słowem, to można byłoby napisać: „różnorodność”. Trzeba przyznać, że to wszystko są filmy dobre i bardzo dobre, ale czy jest wśród nich jakieś dzieło wybitne? Czy dają one świadectwo naszej współczesności? A może bardziej zwracają się do przeszłości i jest to spowodowane nie tylko nostalgią? A jak one świadczą o kondycji dzisiejszego kina? Czy mimo wszystko nie jest ona lepsza od kondycji świata, w jakim teraz żyjemy?

greydot.

Al Pacino i Robert de Niro – „Irlandczyk” (reż. Martin Scorsese)

.

„IRLANDCZYK”

      Scorsese mimo wszystko nie zawodzi, chociaż – opowiadając swoją kolejną bajkę dla dorosłych o gangsterach – zmienia ton, zwalnia tempo, mniej mitologizuje, trochę tylko koloryzuje… Przemoc jaką tym razem serwuje nam na ekranie nie jest już tak ostentacyjnie brutalna i krwawa, załatwia się ją jakby mimochodem – szybko i bez większych fajerwerków, „malując” co najwyżej ścianę czy bruk. Nie ma już takich ostrych cięć, nagłej akcji, pokawałkowanego montażu jak kiedyś. Wpływ testosteronu na ferajnę facetów nie jest już tak widoczny, jak parę dekad temu (wyjątek stanowi chyba tylko grany przez Pacino Hoffa) – ale to chyba zrozumiałe wśród 70-latków, którzy ten film stworzyli (przy okazji: moim zdaniem cyfrowe ich odmładzanie nie zdało jednak egzaminu, wprowadzając na ekran pewną sztuczność – geriatrycznych zmian nie da się oszukać ).
„Irlandczyk” kosztował ponoć aż 160 mln. dolarów, ale prawdę powiedziawszy tego realizacyjnego rozmachu po nim zbytnio nie widać, zamiast tego jest pewna kameralność, a nawet sitcomowa potoczność. Innymi słowy, ta obejmująca ponad 40 lat historia sprawia wrażenie bardziej gawędziarskiej niż epickiej. Ale to niekoniecznie jest wada, zwłaszcza jeśli robi to sam Scorsese, posługując się takimi hipnotyzującymi legendami aktorstwa, jak Al. Pacino, Robert de Niro czy Joe Pesci. To pewnie dzięki temu ten, trwający trzy i pół godziny film ani trochę mnie nie wynudził, choć też i zbytnio nie ekscytował. Nie będę jednak ukrywał, że oglądało mi się go bardzo dobrze i z wielką przyjemnością – a do niektórych scen wróciłem, aby je obejrzeć ponownie (jedną z zalet Netflixa jest to, że można mieć takie filmy na wyciągnięcie ręki.)
Nie ulega wątpliwości, że „Irlandczyk” jest dziełem mistrzów. Dlaczego więc nie jest filmem wybitnym ani tym bardziej arcydziełem?
Być może jest to wina kompozycji, która całość bardziej rozluźnia, niż kondensuje – rozbijając przy tym dramaturgię, ale też wprowadzając zbytnią gadatliwość oraz chronologiczną konfuzję. Może dlatego, iż na ekranie cały czas widzieliśmy bardziej ikonicznych aktorów niż postacie, w które się oni wcielali? Może dlatego, że walory rozrywkowe przeważają w nim nad jakimkolwiek innymi, a zwłaszcza poznawczymi, jeśli chodzi o amerykańskie społeczeństwo, politykę czy historię…?
Na szczęście, nic z tego nie może zmienić faktu, że film Martina Scorsese to kino solidne, do którego będzie się wracać, jak do starej dobrej klasyki.
(8/10)

greydot.

Christian Bale i Matt Damon – „Ford v Ferrari” (reż. James Mangold)

.

„FORD v FERRARI” („Le Mans ’66”)

       Znakomite kino rozrywkowe – american entertaniment at it’s best. Uproszczenia, sentymentalizm, fajerwerkowość akurat tutaj nie rażą, filmu nie psują, ba… mają przez to większy i szerszy mass appeal – w dobrym tego słowa znaczeniu. To, co gdzie indziej moglibyśmy uznać za wadę, tutaj – wobec uwodzicielskiej siły filmu i adrenaliny, jakiej on dostarcza – staje się dla nas nieistotne. Sama historia, choć oparta na faktach, jest klasycznie (według hollywoodzkich standardów) prosta, a przez to efektywna. Emocji dostarczają typowe, ikoniczne ale i nieodzowne w amerykańskiej mitologii elementy: duch rywalizacji, indywidualizm, wytrwałość, odwaga, waleczność… – poświęcenie dla sprawy, ale i dążenie do jednostkowego tryumfu, który staje się również tryumfem kolektywu, grupy, a w szerszej skali: amerykańskiego społeczeństwa. Christian Bale w roli wyścigowego charta, a jednocześnie samochodowego mechanika, jak zwykle świetny – choć nadpobudliwy i na granicy kreacyjnego przerysowania. Matt Damon tylko z pozoru powściągliwy, bo jest dla nas oczywiste, że w środku aż się gotuje. Chemia jakiej dostarcza nam to duo, działa na nas w trybie natychmiastowym. Podobnie jak same wyścigi. Nie musisz być wcale mobilofilem, żeby ta opowieść cię porwała.
(8/10)

greydot.

Scarlett Johansson i Adam Driver – „Historia małżeńska” (reż. Noah Baumbach)

.

„HISTORIA MAŁŻEŃSKA”  

       Ten film też może porwać i mimo, że nie ma kinowego rozmachu, to oglądając go, można się poczuć jak na rollercoasterze. Rozwodowa psychodrama angażuje emocjonalnie – nie tylko dzięki znakomicie rozpisanym dialogom, ale przede wszystkim dzięki wspaniałej grze aktorskiej (Adam Driver w tym filmie przekonał mnie wreszcie do siebie, ale prawdziwie genialna jest tutaj Scarlett Johansson). „Historia małżeńska” wydawała mi się momentami zbyt teatralna, ale z czasem przekonałem się do tej konwencji i teraz nie traktuję tego jako zarzut, tym bardziej, że jednak pogłębiało to psychologicznie postaci, zaostrzało ich dramat i pozwalało odczuć, w jakiej znaleźli się oni pułapce. Film jest wiwisekcją, w której jak na dłoni widzimy, jak niegłupi i nieźli przecież ludzie przestają wzajemnie się rozumieć (co ciekawe: nadal się przy tym kochając) i pozwalają swoim emocjom wyprowadzić się na manowce, gdzie spotyka ich dewastacja. Pocieszające jest to, że kiedy już przeczołgają się przez ten horror, są jeszcze w stanie się pozbierać (i bynajmniej nie pomagają im w tym ich rozwodowi adwokaci).
(8/10) 

greydot.

George MacKay i Dean-Charles Chapman – „1917” (reż. Sam Mendes)

.

„1917”

       Sam Mendes rzuca nas w okopy I wojny światowej nie tylko dlatego, by przypomnieć nam jakim była ona piekłem, ale przede wszystkim po to, byśmy podążali za zwykłym człowiekiem schwytanym w tryby wojennej machiny – cierpiącym, maltretowanym, ale nie tracącym swojego człowieczeństwa. I właśnie to ostatnie okazuje się być większym heroizmem, niż wszelkie inne wojenne czyny, które rodzą się z brawury, adrenaliny, chęci stania się bohaterem, czy wynikają po prostu z instynktu przerwania. W filmie tym nie ma żadnych komentarzy, które by głębiej wchodziły w historyczną specyfikę tamtej wojny; nie ma egzystencjalnego rozdarcia (z jakim mogliśmy się spotkać choćby u Remarque’a), nie ma antywojennej pasji obnażającej absurd wzajemnego zabijania się i ulegania bezsensownym rozkazom dowódców (jak np. w „Ścieżkach chwały” Kubricka)… Nie, film Mendesa jest inny, gdyż zajmuje się przede wszystkim doświadczeniem jednostkowym człowieka, który musi wykonać swoją misję tu i teraz (to właśnie dlatego kamera Deakinsa towarzyszy głównemu bohaterowi bez przerwy – a nie dlatego, żeby epatować widza technicznym złudzeniem „jednego ujęcia”).
Tak, obraz Mendesa jest również inny dzięki swojej formie – i bynajmniej nie chodzi tylko o jakiś gimmickowy „long take”. Ogromnie wrażenie robi scenografia, choć to prawda, że niekiedy jest ona przeładowana do granic sztuczności, ale mimo to (a może właśnie dlatego) stanowi (według mnie) odpowiednie tło dla tego, co spotyka głównych bohaterów, podkreślając sytuacyjny koszmar jakiego doświadczają żołnierze – cały ten nieludzki, piekielny wręcz anturaż destrukcji, gnicia i zmieszanych z błotem trupów. Choćby tylko z tego powodu – mimo obecnego w tej opowieści heroicznego wątku, który gloryfikuje patriotyzm, poświęcenie i bohaterstwo – „1917” jest bez wątpienie filmem antywojennym.
(8/10)

greydot.

Emma Watson, Florence Pugh, Saoirse Ronan i Eliza Scanlen – „Małe kobietki” (reż. Greta Gerwig)

.

„MAŁE KOBIETKI”

       To jest rzeczywiście jeden z najlepszych amerykańskich filmów wyreżyserowanych przez kobiety. Co prawda, zwykle płeć osoby reżyserującej film jest dla mnie mało istotna, ale tym razem warto – a nawet trzeba – o tym wspomnieć. I to z kilku powodów. Po pierwsze: źródło ekranizacji, czyli „Małe kobietki” Louisy May Alcott, to klasyka literatury „kobiecej” (w tym przypadku bardziej adekwatny byłby chyba przymiotnik „dziewczęcej”), której poczytność z czasem może nieco malała, ale do dzisiaj przetrwała, rezonując ze zmianami, jakie sukcesywnie wymuszał na społeczeństwie feminizm. Po drugie: ukazane na ekranie kobiety są ciałem, duszą, sercem i nerwami, jak również pokarmem, słodyczą, goryczą i solą tego filmu. Po trzecie: kobiety są też tutaj siłą sprawczą, demiurgami tej ekranizacji, przede wszystkim w osobie Grety Gerwig, która film wyreżyserowała oraz obsady aktorskiej (z rewelacyjną Saoirse Ronan na czele).
Sam nie jestem kobietą, ale muszę przyznać, że „Małe kobietki” mnie zabsorbowały i emocjonalnie poruszyły, co pewnie świadczy o tym, że ludzka wrażliwość biegnie ponad płciowymi podziałami. Być może również o tym, że film nawiązał do uniwersalnych kulturowych wartości, takich jak miłość, rodzina, przyjaźń, siostrzeństwo… i zrobił to przekonująco. Sporo jest też o ambicji, godności, ekonomicznej zależności; czy wreszcie o ograniczeniach w wyborze drogi życiowej w osiągnięciu sukcesu i społecznego awansu, jakie wynikały z faktu bycia kobietą w XIX wieku. Moim zdaniem Grecie Gerwig udało się jednocześnie zachować ducha tamtego czasu, jak i uniknąć anachronizmu, dzięki czemu współczesna widownia mogła się przenieść w odległe czasy (magiczny atrybut kina) ale przeżyć dawną historię zgodnie z dzisiejszymi oczekiwaniami i współczesną mentalnością.
Dzięki znakomitej scenografii oddającej materię (architektura, wystrój wnętrz) epoki w najdrobniejszych detalach, jak również dzięki walorom kostiumowym, obraz prezentuje się nie tylko autentycznie, ale i pięknie. Kobiety na planie zachowują się swobodnie i niewymuszenie, a mimo to kompozycje jakie tworzą ze swoich ciał na ekranie – zarówno w grupie, jak i solo – godne są malarskiego płótna. Dość szybko przyzwyczajamy się do nieco porwanej, niechronologicznej narracji; oswajamy się z postaciami, zaczynamy żyć ich życiem – w smutku, radości, szczęściu, rozpaczy… Widzimy, jak całość układa się w kolorową i bogatą mozaikę scen i obrazów. W świecie pełnym cynizmu i nieciekawych indywiduów – bufonów i pozerów okupujących zbiorową wyobraźnię – taki film jest jak świeży powiew ludzkiej normalności. I kobiecej wrażliwości.
(8/10)

greydot.

Taika Waititi i Roman Griffin Davis – „Jojo Rabbit” (reż. Taika Waititi)

.

„JOJO RABBIT”

       Taika Waititi podjął się ryzykownego zadania zrobienia komedii na bazie jednej z najbardziej koszmarnych i tragicznych auto-kompromitacji rodzaju ludzkiego, jakimi były niemiecki faszyzm, wywołana przez niego wojna i Holocaust. Oczywiście, aby taka komedia miała jakiekolwiek szanse powodzenia, musiała przybrać formę satyry i groteski, ale jednocześnie nie zagubić horrendalnej istoty tamtych czasów, ani nie odsuwać na zbyt odległy plan ich potworności i grozy. I to moim zdaniem reżyserowi się udało. Film na przemian śmieszy i przeraża – bawi nas i wzrusza, a jednocześnie uświadamia coś, co nas niepokoi i dręczy – i niestety jest aktualne w każdych czasach.
„Jojo Rabbit” opowiada umiejscowioną w faszystowskich Niemczech historię chłopca, którego wyimaginowanym przyjacielem jest… Hitler. Jojo zaczadzony jest nazistowską ideologią, głowę ma zaśmieconą absurdami antysemickiej propagandy; paraduje w mundurku Hitlerjugend szkoląc się na dzielnego niemieckiego żołnierza, gotowego podbić cały świat, a mimo to… niezdolnego ukręcić kark małemu królikowi. I to jest w filmie pierwszą oznaką tego, że z Jojo żaden tam nazista, a tylko skołowacony chorą ideologią dzieciak o dobrym sercu. Co wkrótce sprawdzi się jeszcze bardziej, kiedy odkryje on w swoim domu ukrywającą się tam żydowską dziewczynę. Jak się możemy domyśleć, Jojo dość szybko będzie się mógł przekonać, że nie tylko nie wzbudza ona w nim żadnej odrazy, ale jest kimś, kto może zostać jego przyjacielem.
Rozumiem, że poczucie humoru Waititi nie każdemu może się spodobać, bo podejmuje on wątki newralgiczne i drażliwe (w filmie są też momenty zgoła upiorne, na które nie przygotowuje nas groteskowo-zabawny trailer), ale jego intencje są na tyle jasne, że nie powinno to wzbudzać jakichś szczególnie negatywnych reakcji. To, że się z czegoś (w tym przypadku: zabójczej rasistowskiej ideologii) śmiejemy, nie powoduje przecież tego, że przestaje to być – w swojej istocie – odrażające i straszne. Reżyser (sam pochodzenia żydowskiego) o tym dobrze wie. A my powinniśmy wiedzieć, że w żadnym momencie on tego nie zapomina. Tym bardziej, że film ma w sumie pozytywne i budujące przesłanie: nie powinniśmy dopuścić do tego, aby jakakolwiek ideologia dehumanizowała w naszych oczach drugiego człowieka.
Czy pozbyliśmy się tego utrapienia i zgryzu w naszych czasach? Niestety, wystarczy się tylko rozejrzeć dookoła – i to wcale niedaleko nas: nienawiść i pogarda dla innych trzyma się ludzkich głów mocno. To dlatego takie filmy, jak „Jojo Rabbit” są nadal potrzebne i zawsze na czasie.
(7.5/10)

greydot.

Joaquin Phoenix – „Joker” (reż Todd Phillips)

.

„JOKER”

       Film ten mocno spolaryzował krytyków, widzów trochę mniej. Mnie również zaciekawiło to, że „Joker” miał w Polsce znacznie lepszą „prasę” (bardzo mało recenzji negatywnych), niż w Stanach. Więcej też było w Polsce widzów takich, którzy filmem wręcz się zachwycili. Lecz nie będziemy się tutaj zajmować szukaniem przyczyn, bo to bardziej odnosiłoby się do widzów niż do samego filmu.
Ja również mam mieszane uczucia w związku z „Jokerem”, bo niestety, im więcej o nim myślałem, tym więcej miałem do niego zastrzeżeń, i to różnej natury.
Skłamałbym, jeśli bym napisał, że film w sali kinowej nie zrobił na mnie większego wrażenia. Ale to była pewnie zasługa niezwykle intensywnej kreacji Joaquina Phoenix’a, ukazanej na ekranie przemocy, ponurej aury i mocno depresyjnej aparycji obrazu – a nie jego psychologicznej czy intelektualnej wagi (a tym bardziej społecznej doniosłości).
Joker to postać komiksowa, najbardziej znana z filmów o Batmanie, ale „chwyt” filmu Phillipsa polegał na tym, że zerwano w nim z konwencją widowiskowego super-bohaterstwa na rzecz (jak zadeklarowali jego twórcy) dramatu psychologicznego, który bardziej byłby podobny do filmów w rodzaju „Taksówkarza” czy „Króla komedii”, niż do dystopijnych fantazji wypełnionych postaciami o kartonowej proweniencji. Niestety, ta komparatystyka z dziełami Scorsesego tylko „Jokerowi” zaszkodziła, bo unaoczniła różnicę klas, jaka te obrazy dzieli.
Z filmu Phillipsa starano się wysnuć jakieś społeczno-polityczne wnioski, komentowano go w kontekście panujących obecnie stosunków ekonomicznych, pogłębiania się przepaści między „bogatymi” i „biednymi”, ale doprawdy nie dostarcza on amunicji większego kalibru ani dostatecznych argumentów, by taki dyskurs prowadzić. Usłyszałem np. niedawno, że „Joker” jest „lewicowy”. Ale przecież ten film – bardziej niż o wykluczeniu klasowym – jest o człowieku, którego osobiste (jednostkowe) doświadczenia – wewnętrzny ból i cierpienie – wreszcie choroba psychiczna (nerwica), doprowadziły do stanu, w którym zaczyna on mordować innych ludzi. Wskutek tego staje się on niepoczytalny – niezdolny do rozróżniania zła i dobra (wartości rozumianych ogólnie, jako wywodzących się z kodeksu podstawowych norm współżycia między ludźmi).
To jest zdecydowanie problem psychiatryczny (jednostkowy), a nie ideologiczny czy społeczny. Swoją drogą to niepokojące, że „bohater naszych czasów” (który dla niektórych staje się pewnym wzorem) jest psychopatą. No i wreszcie: wściekły i morderczy tłum, który szaleje na koniec filmu nie jest lewicowy. Jest anarchistyczny, przepełniony amokiem nienawiści i destrukcji. Co to ma wspólnego ze społeczną sprawiedliwością?
(7/10)

greydot.

Leonardo diCaprio i Bradd Pitt – „Pewnego razu w Hollywood” (reż. Quentin Tarantino)

.

„PEWNEGO RAZU W HOLLYWOOD”

       Czy Quentin Tarantino to taki Stanley Kubrick naszych czasów? Jeśli tak, to świadczy o tym, w jakim kierunku podążyło kino amerykańskie w swojej masie. A jest to według mnie pewna jałowość i dziecinada. Odejście od tematów ważnych, a zajęcie się bardziej zabawą. Poza tym, Kubrick nie kręcił „kubricka”, natomiast Tarantino cały czas kręci „tarantina”. Kubrick robił kino, Tarantino najczęściej wykorzystuje w swoich filmach to, co już zostało w kinie zrobione (podlewając to tylko własnym sosem).
Myślę, że „Pewnego razu w Hollywood” to, co napisałem przed chwilą potwierdza, choć nie jest to pozycja typowa w filmografii Quentina, który swój ostry pazur pokazuje dopiero w końcówce filmu, reszta to takie… ekranowe bajanie.
Źle się to nie ogląda, tym bardziej że widzimy na ekranie m.in. Leonarda diCaprio, czy Brada Pitta – aktorów, którzy sami dla siebie są klasą, więc zazwyczaj wypadają świetnie, dostarczając widzowi sporo przyjemności. Poza tym Tarantino jest jednak bardzo zdolnym człowiekiem: pisze niezłe scenariusze, świetnie reżyseruje, wypełnia go pasja i miłość do kina. Szkopuł w tym, że tak naprawdę… sam nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Jego twórczość jest też taka trochę sztubacka, miejscami nawet szpanerska (to dlatego z miejsca podbił on młodą widownię, która ponadto zachwyciła się pewną dozą cynizmu, widocznego zwłaszcza w „Pulp Fiction”, filmu dla kariery reżysera przełomowego). O tym, jak traktuje on w swoich utworach przemoc nie będę pisał, bo jest to osobny temat, choć dość istotny w krytyce, z jaką spotyka się twórczość Tarantino.
To, że „Pewnego razu w Hollywood” jest swego rodzaju bajką, sugeruje już sam tytuł filmu. Problem jest w tym, że ta bajka staje się coraz bardziej rozwlekła, niewiele się w niej dzieje, wątki się rozłażą, nie ma w niej żadnego napięcia… Więc co to za bajka?
Jej zaletą jest to, że przenosi nas ona w inną epokę – i ta epoka rzeczywiście jest ładnie odmalowana. Z tym, że nie ma w tym wiele z realizmu, mimo autentycznej detaliczności, która w sumie jest tylko powierzchownością materii.
Końcówka lat 60. uznawana jest za koniec pewnej epoki. W roku 1969, w którym dzieje się akcja filmu, banda Mansona bestialsko zamordowała Sharon Tate i jej kilku przyjaciół, którzy przebywali z nią w domu Romana Polańskiego. Do tego mordu nawiązuje też w swoim filmie Tarantino, ale w bardzo przewrotny sposób, kreując własną, jakby alternatywną wersję historii. Według mnie posunął się w tym za daleko. Bawić się filmem przez dwie godziny po to tylko, żeby zaserwować nam na koniec specjalność swojej kuchni, czyli krwawą jatkę – orgię przemocy (pornoviolence), która zwykle wprawia w ekstazę jego licznych fanów? I która tak naprawdę nijak się nie ma do tego, co Tarantino pokazywał nam w tym filmie wcześniej.
(7/10)

greydot.

Woo-sik Choi, Kang-ho Song, Hye-jin Jang i So-dam Park – „Parasite” (reż Bong Joon-ho)

.

„PARASITE”

       Jestem w zdecydowanej mniejszości, bo nie uważam „Parasite” za najlepszy film roku ani tym bardziej za dzieło wybitne. Sądzę natomiast, że jest to dobrze zmontowany film, z nieźle napisanym scenariuszem, i rzeczywiście znakomicie wyprodukowany. Widać, że „Parasite” został zrobiony przez bardzo zdolnego reżysera (Bong Joon-ho), ale uznanie go za wiekopomne arcydzieło kina byłoby według mnie przesadą.
Nie sądzę, iż jest to film głęboko wchodzący w problematykę społeczną obecnego, ani tego, że stanowi on asumpt do jakieś głębszej analizy psychologicznej, o filozoficznej nie wspominając.
Cała intryga wydała mi się tak mocno naciągana i niedorzeczna, że nawet satyryczno-metaforyczna formuła nie mogła tego rozgrzeszyć i uwiarygodnić. W sumie wyszła z tego taka lunatyczna baja, podlana krwistym sosem, z wyraźną inklinacją do kiereszowania ciał.
To prawda, że reżyser zgrabnie żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając nagle ton i nastroje, ale według mnie zbyt często to nie działało: bo straszność znosiła śmieszność i vice versa: śmieszność rugowała straszność. To właśnie dlatego film ani za bardzo mnie nie śmieszył, ani też zbytnio mnie nie straszył. Zamiast tego stawał się w moich oczach coraz bardziej dziwaczny.
Ale przede wszystkim ten film ludzi dehumanizuje – i być może to jest główną przyczyna mojej wobec niego rezerwy.
„Pasożyt” wpisuje się w postmodernistyczny model poszatkowanego świata, w którym trudno jest odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu – gdzie estetyka zastępuje etykę, forma staje się ważniejsza od treści i do jednego wora wsypuje się wszelkie możliwe konwencje. No i mamy bigos – potrawę naszych czasów, którą karmi się mózgi konsumentów współczesnej kultury (antykultury?)
(Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.)
(7/10)

greydot.

Ocena filmów: 10 – arcydzieło, 9 – wybitny, 8 – bardzo dobry, 7 – dobry, 6 – niezły, 5 – przeciętny

*  *  *

„PARASITE”, albo o potrawach naszych czasów

.

„Parasite” – klasowy resentyment bawi i przestrasza wszystkich… a może też tumani?

.

Jestem w zdecydowanej mniejszości, bo nie uważam „Pasożyta” za najlepszy film roku (jak by wynikało z deszczu nagród przeróżnych oraz morza zachwytów – zarówno krytyki, jak i publiki), ani tym bardziej za dzieło wybitne. Sądzę natomiast, że jest to dobrze zmontowany film (choć im bliżej końca, tym jego konstrukcja trochę się sypie), z nieźle napisanym scenariuszem, i rzeczywiście znakomicie wyprodukowany. Widać, że „Pasożyt” został zrobiony przez bardzo zdolnego reżysera (Bong Joon-ho), ale uznanie go za wiekopomne arcydzieło kina byłoby według mnie przesadą.
Wydaje mi się, że na moje rozczarowanie „Pasożytem” wpłynęła jednak cała ta medialna pompa, jaka rozpoczęła się od przyznania mu Złotej Palmy w Cannes (później podkręciła to cała masa innych nagród i wyróżnień – łącznie ze Złotym Globem oraz sześcioma nominacjami do Oscara) i skonfrontowanie tego hype’u z moim odbiorem filmu, po którym spodziewałem się tak wiele dobrego.
Nie kupuję tego, że jest to film głęboko wchodzący w problematykę społeczną obecnego, coraz większego rozwarstwiania się klas społecznych (z uzasadnienia Jury w Cannes: „It’s so global but in such a local film”), ani tego, że stanowi on asumpt do jakieś głębszej analizy psychologicznej, o filozoficznej nie wspominając. Jeżeli już, to jest to wszystko raczej na poziomie gimbazy, a gdybym chciał być bardziej złośliwy, to napisałbym, że jest to taka „class struggle for dummies”, wpędzająca na dodatek w niejaką konfuzję.

Co mi przeszkadzało w tym filmie?
Nie rozpisując się zbytnio, chciałbym wymienić kilka moich wrażeń i zastrzeżeń.

– Cała intryga wydała mi się tak mocno naciągana (by nie napisać : niedorzeczna), że nawet (deklarowana przez Bonga Joon-ho) satyryczno-metaforyczna formuła nie mogła tego rozgrzeszyć i uwiarygodnić. W sumie wyszła z tego taka lunatyczna baja, podlana krwistym, horrorowym sosem, z wyraźną inklinacją do miażdżenia, kłucia i kiereszowania ciał. (Nic dziwnego, że Bonga pod niebiosa wynosi traktujący przemoc jak zabawkę Tarantino; ale że dał się w to wciągnąć Iñárritu… to mnie jednak trochę zaskakuje.)

– Dziwna przewrotność w postawach i charakterystyce bohaterów: ci, którzy mieli być mądrzejsi, bardziej inteligentni i wykształceni (upper class), zachowywali się jak naiwniacy i idioci; natomiast ci, wyraźnie kreowani na pasożytów z aluzjami do karaluchów (lower class), wykazywali się niezwykłą inteligencją, sprytem, przebiegłością i genialnymi wręcz zdolnościami. No i oczywiście byli przy tym oszustami i zawistnikami, a z czasem okazali się nawet (spoiler!) mordercami.
Czy to ma być wykładnia charakteru niższych klas? Nawet jeśli przyjmiemy, że jest to satyra, to bardziej świadczy to o mizantropii scenarzysty/reżysera, niż o konkretnych realiach społecznych czy jakiejś głębszej psychologii.
W sumie perfidia i mydłkowatość tych naciągaczy i macherów przeszkadzały mi w kibicowaniu ich intrydze, o braku wobec nich sympatii nie wspominając.

– Ten film jednak ludzi dehumanizuje – i być może to jest główną przyczyna mojej wobec niego rezerwy.

– To prawda, że reżyser zgrabnie żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając nagle ton i nastroje, ale zbyt często – przynajmniej jeśli chodzi o mój odbiór filmu – to nie działało: bo straszność znosiła śmieszność i vice versa: śmieszność rugowała straszność. To właśnie dlatego film ani za bardzo mnie nie śmieszył, ani też zbytnio mnie nie straszył. Zamiast tego stawał się w moich oczach coraz bardziej dziwaczny – i tak już było do samego końca, kiedy po finałowej krwawej jatce, na ekrany wylewa się… sentymentalizm.

– „Pasożyt” wpisuje się w postmodernistyczny model poszatkowanego świata, w którym trudno jest odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu – gdzie estetyka zastępuje etykę, forma staje się ważniejsza od treści i do jednego wora wsypuje się wszelkie możliwe konwencje. No i mamy bigos – potrawę naszych czasów, którą karmi się mózgi konsumentów współczesnej kultury (antykultury?)

To, że film mnie nie zachwycił, uznaję za swoją stratę. Ci, którzy się na nim bawili – wygrali. Mam nadzieję, że to co napisałem o „Pasożycie” nie zniechęci nikogo do jego obejrzenia, bo szansa, że film się spodoba, jest spora. Tak się stało, że do mnie – do mojego wnętrza (od dawna hołduję tezie, że każdy film odbieramy przede wszystkim trzewiami, a dopiero później uzasadniamy to racjonalnie) jakoś ten „Pasożyt” nie trafił (i bynajmniej nie stało się tak przez jego tytuł – którego przestraszył się chyba polski dystrybutor, bo jak widzę w kraju film pokazuje się pod angielskim tytułem „Parasite”).
Zachwyt „Pasożytem” pozostawiam innym.

*  *  *

KTO IDZIE POD PRĄD TEN DOJDZIE DO ŹRÓDEŁ – rozmowa z LECHEM MAJEWSKIM

.

Jeden z najbardziej oryginalnych polskich twórców. Jest nie tylko reżyserem, ale i pisarzem, poetą, scenarzystą, malarzem – artystą wszechstronnym i totalnym, świadomym Tajemnicy, jaką jest świat i życie. Do Chicago przyjechał ze swoim najnowszym filmem „Dolina Bogów”, który pokazany został na ostatnim Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Spotkaliśmy się po 25 latach, przez które śledziłem niezwykłą karierę Lecha Majewskiego. Rezultatem spotkania jest ta oto rozmowa.

.

STANISLAW BŁASZCZYNA: Odkąd sam przekroczyłem „smugę cienia” zacząłem zwracać uwagę na to jak odchodzą pewni ludzie, z którymi czułem jakiś związek, jeśli chodzi o widzenie świata, stosunek do życia, kultury, sztuki… To byli ludzie, którzy sporo wiedzieli o wieku XX. Wraz z nimi odchodzi wiedza, przywiązanie do pewnych wartości, o których wydaje się zapominać współczesny świat. Nowe pokolenia nie będą o tym wiele widzieć. Jak Ty odbierasz ten proces – przemijania tego wszystkiego?

Lech Majewski: „Czuję się banitą i outsiderem”

LECH MAJEWSKI: Mówiąc brutalnie: to jest naturalny bieg rzeczy. A mówiąc bardziej z punktu socjologicznego – to odchodzą ludzie, którzy wiedzą, czym była rzeczywistość. Ponieważ, tak się dziwnie składa, że taki dodatkowy aspekt wiedzy przychodzi dopiero w ciężkich czasach – w czasach wojen i katastrof. Ktoś, kto tego nie przeżył, mało może powiedzieć o tym czym jest świat, życie, rzeczywistość. No, chyba że doświadczył jakiejś osobistej katastrofy.
To jest taki jungowski dotyk realności. W takich momentach dotykamy jakby jadra egzystencji. A teraz ludzie żyją właściwie w takim całkowitym uśpieniu, otoczeni wirtualnym światem. Zwłaszcza młodzi ludzie funkcjonują w taki świecie wirtualnym – tam się odbywa randkowanie, seks… tam się odbywa nauka, stamtąd pochodzi wiedza o świecie, tam się spędza wolny czas… Wszystko się tam dzieje.

– Niedawno miałem tutaj w Chicago spotkanie autorskie, które prowadził m.in. Zbyszek Banaś i on zwrócił uwagę na to, że my – a miał na myśli mnie, siebie, wymienił też przy tym inne osoby, takie np. jak Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi – ciągle żyjemy niejako w XX wieku. A to jest pokolenie, które już odchodzi. Czy nie żal ci ludzi, których już teraz z nami nie ma, a z którymi czuliśmy pewien związek – poprzez ich książki, filmy, muzykę, sztukę…?

– W twoim pytaniu zawarta jest taka ukryta fetyszyzacja wieku XX, który uważam za najbardziej zbrodniczy w historii ludzkości. Wszystko co wiek XX zafundował – i kulturze, i człowiekowi – uważam za zgrozę. Z jednej strony, politycznej, jest to wiek totalitaryzmu i przemysłu śmierci na niespotykaną skalę w żadnym innym stuleciu. Te wszystkie obozy zagłady, te okopy I wojny światowej, to wykorzystanie broni chemicznej przeciwko młodym ludziom … przeciwko kwiatom cywilizacji zachodniej – ci wszyscy młodzi piękni Francuzi, Niemcy, Anglicy, Szwajcarzy, którzy ginęli w jakichś okropnych konwulsjach, rozwalani moździerzami, szrapnelami, w oparach gazy musztardowego, truci i paleni iperytem… To były niesamowite sceny, które się tam działy, straszne dramaty. I być może – w myśl zasady Oscara Wilde’a, że „natura naśladuje sztukę” – sprowokowali to wszystko ludzie, którzy rozbili formę klasyczną, rozbili formę piękna. Wiek XX obrzydził piękno, rozwalając je. Zaczęli Picasso z Braquiem, Strawiński, Joyce… To wszystko było rozbijanie istniejącej formy. Akurat – trzeba to powiedzieć – ci pionierzy rozbijania formy byli geniuszami lecz pozostawili za sobą taki ogon epigoński, gdzie tych „picassów”, „strawińskich”, „joyce’ów” było na pęczki. Ta destrukcja harmonii w muzyce – o czym rozmawiałem np. z Henrykiem Mikołajem Góreckim, który zresztą w młodości swojej sam się też przyczynił do tej „siekierezady” muzycznej – która jest męcząca, nie do słuchania… jest jakimś dziwolągiem, grzechem wobec tego, czym może być muzyka.
Oczywiście to wszystko mści się na nas. A my jesteśmy takimi „bękartami” złego stulecia. To myśmy położyli podwaliny pod tę brzydotę, która panuje teraz na świecie.

– Czy jest jakaś nadzieja?

Było kilka ratunków w tym stuleciu. Jednym z nich jest według mnie kino. Sztuka XX wieku wyrzekła się piękna, wyrzekła się ciała człowieczego – zamiast tego mieliśmy jakieś kikuty, potwory, jakiś holocaust postaci w sztuce wizualnej – te wszystkie rzeźby z dziurami w człowieku. To niejako zapowiadało niszczenie ciała człowieka systemami politycznymi, tymi wojnami potwornymi – i to na taką skalę, która nie miała precedensu w historii ludzkości.
Ale taką arką, która przewiozła człowieka przez XX wiek, było kino. Stąd ta ówczesna idealizacja bohaterów filmowych – niewyobrażalna dla dzisiejszego widza, bo obecnie jest raczej celebryctwo, a wtedy to była miłość i pasja. Taki Rudolf Valentino, Greta Garbo, czy Pola Negri to były istoty wręcz boskie. Teraz wiemy, że te istoty nie są boskie, tylko są częścią naszego zastępczego życia.
Ale wracając do twojego pytania – ja bym nie idealizował wieku XX. I nie jest mi brak tych ludzi; ci co mieli coś do powiedzenie, to już to powiedzieli – to jest ich dziedzictwem, i to jest do wykorzystania. Ja osobiście wolę sięgać do większych artystów niż ci, o których mówiliśmy, bo dla mnie nieporównywalnie większą sztukę tworzyli Brueghel, Bosch, Dante czy Milton… nie mówiąc o innych Bachach, Szekspirach… całej tej plejadzie tytanów sztuki. Ci z XX wieku będą już chyba wkrótce zapomniani. Ponieważ ich sztuka jest marna. To jest produkt handlowo-gazetowy… To nie jest sztuka.

– Ja nie tyle miałem na myśli artystów plastyków, co pisarzy, myślicieli, filozofów. Ale też reżyserów takiej miary jak Bergman, Kurosawa, Antonioni, Kubrick, Fellini…
Nie miałem też zamiaru w jakikolwiek sposób fetyszyzować wieku XX – również uważam, że to był najokrutniejszy wiek w historii ludzkości. Chodziło mi o to, że ci ludzie, którzy na własnej skórze doświadczyli systemów totalitarnych – czy to komunizmu, czy faszyzmu – wykształcili przez to pewne przeciwciała, których zaczyna brakować współczesnym pokoleniom. Oni starali się dotrzeć do źródeł, dociec przyczyn tych totalitaryzmów, określić człowieka i świat wobec ogromu zbrodni popełnionych przez te systemy. Byli taką żyjącą przestrogą przed tym. A teraz już ich nie ma.
Ja kiedyś – może absurdalnie – pomyślałem sobie, że zazdroszczę tamtym ludziom…. nie tego, że doświadczyli tak strasznych czasów, ale że byli konfrontowani z czymś tak ekstremalnym egzystencjalnie – i to ich w jakiś sposób pogłębiło, zbliżało do tego rdzenia egzystencji – do czego ja, pozbawiony tamtych doświadczeń, nie mam dostępu. Czasy – wbrew pozorom – zrobiły się miałkie i nijakie. Żyjemy w jeszcze większej iluzji niż kiedyś.

– Nie mam tu nic do dodania.

– Wspomniałeś, cytując Wilde’a, że „natura naśladuje sztukę”. Ja bym jednak nie przeceniał roli, czy też wpływu artystów – zwłaszcza plastyków – na politykę. Oni, rozbijając formę, deformując ciało człowieka, jakby przeczuwali czy też antycypowali to, co się będzie działo podczas I czy II wojny światowej, w obozach masowej zagłady – czuli ten strach przez skórę, przez co wielu z nich tworzyło na granicy szaleństwa. Ale chyba zbyt daleko idziemy mówiąc, że ich twórczość miała wpływ na politykę, a zwłaszcza, że prowadziło to do ludobójstwa.

– A ja bym jednak ten wpływ doceniał. Uważam, że to szło ręka w rękę – niszczenie formy, niszczenie harmonii, proporcji… z niszczeniem umysłów, z niszczeniem człowieka. Uważam, że to, iż te wojny były tak okrutne, odzwierciedlała sztuka, i że to był taki system luster, bo zachowanie ludzi odzwierciedlało też sztukę.

– Sprzężenie zwrotne?

– Tak, uważam, że… nie wiadomo, czy nie należy za to winić… Picassa. Albo tego powierzchownego Warhola, który wisi tu w muzeum – i to jego plakatowe badziewie, które jest tak podziwiane. Jak widzę całe Chicago jest teraz obwieszone „dziełami” tego czwartorzędnego cwaniaka od reklamy.
Ja nie chcę być grzeczny w tych moich opiniach, bo po prostu nie toleruję pewnych uznanych świętości.
Wczoraj, kiedy tak stałem w Art Institute of Chicago przed tym tondo Boticcellego, to myślałem o tym, jak to jego piękno ciągle emanuje, tyle lat po jego śmierci. Niby takie małe kółko, które wisi na ścianie – ale jaką to ma nadal siłę przekazywania piękna.

– Wobec tego mogę zadać pytanie: czy kultura jest na wymarciu?

Lech Majewski w Chicago

– Kultury już nie ma. Ona umarła dość dawno. Ona istnieje, ale jako dziedzictwo – w sensie muzealno-bibliotecznym. Człowiek osiągnął pewne szczyty kulturowe – i one są, permanentnie istnieją. Ale kultura, jako taka, w chwili obecnej jest zamieniona przez produkty „kulturowe”, które, co prawda, pojawiają się w muzeach, salach wystawowych czy filharmoniach, ale tak naprawdę są tylko zapełnianiem pustego miejsca na nowych ścianach, czy też wypełnianiem dźwiękami nowej przestrzeni.
Pamiętam, że kiedyś chodziłem na festiwal współczesnych oper i to były dwa tygodnie przeżywania tortur dźwiękowych. Wieczór w wieczór czekałem, jak coś we mnie odżyje, bo wysłucham pięknej muzyki. Mówię „pięknej” nie w sensie klasycznym, tylko takiej, które w człowieku coś porusza… Takiej np. jaką tworzył Henryk Mikołaj Górecki. Ale nie. Spotkały mnie dwa tygodnie tortur muzycznych – jakiegoś piłowania po uszach – kakofonii, wrzasków, ryków, rozwalania fortepianu…. Jakichś takich dzikich odruchów z domu wariatów, przeniesionych da deski teatralne filharmonii. I ja cały czas czułem się jak dziecko, które wiedziało, że król jest nagi. A tam siedziała grupa słuchaczy, czy też widzów – bo to się z tego happeningi prawie że robiły – i ta grupa była malutka, w sumie były to chyba tylko rodziny wykonawców i krytycy muzyczni, którzy mieli poważne miny… Król był nagi, ale oni twierdzili, że ma przepiękne szaty.
Ja cały czas się czuję jak to dziecko, które mówi: „król jest nagi”, Warhol jest po prostu okropny, muzyka współczesna jest fatalna, to wszystko jest badziewie! Ludzie, obudźcie się! Te bohomazy, te połamane rzeźby w parkach, te rury powyginane, ten złom na wystawach, te jakieś kółka i kwadraty… to jest jedno wielkie gówno!

– Zastanawiałem się czasem nad tym, na ile to wodolejstwo opisujące sztukę współczesną (dajmy na to: pisuar, „Biały kwadrat na białym tle”, fotografię kobiety jedzącej banana, albo też bohomaz ukazujący dwa maźnięcia pędzla umoczonego w czarnej farbie) jest szczere, tzn. czy ci, którzy opisują podobne „dzieła” w sążnistych esejach, roztaczając wszelkie przemądrzałe teorie na ten temat, wierzą w to, co piszą? Czy rzeczywiście widzą w tym jakąś wartość i próbują doszukać się w tym sensu? Czy jest to tylko jakaś poza? A może robią to zupełnie cynicznie na zlecenie jakiejś kliki pakującej to badziewie do muzeów lub zarabiającej na tej hucpie miliony dolarów?

– Ja uczestniczę jednak w życiu artystycznym świata, mam swoje wystawy, moje prace są pokazywane w różnych muzeach… Ale jak czytam te wszystkie opisy… No to do wszystkiego można dorobić brodę. Wszystko można opisać jakimiś mądrymi – czy też udającymi mądrość – słowami, ale czy rzeczywiście jest tam jakaś esencja?
Ja zrobiłem film „Młyn i krzyż”, który był wynikiem mojego czytania genialnej książki Michaela Gibsona na temat jednego jedynego obrazu Brueghela pt. „Droga na Kalwarię”. W tym jednym obrazie jest Wszechświat i Universum, Mądrość i Geniusz… ileś ukrytych znaczeń i symboli; są opowieści o świecie, o ówczesnej Flandrii a jednocześnie spotkanie z Chrystusem, z religią i wiarą, z cierpieniem, głupotą ludzką… To wszystko tam jest. Michael Gibson napisał analizę 230-to stronicową, chociaż na początku miał 500 stron, ale wydawca kazał mu to obciąć o połowę – i on to z bólem serca zrobił. Ale została taka kwintesencja – tam nie ma grama „tłuszczu” literackiego, nie ma grama zbędnych informacji… Natomiast zapytałem się go, czy jako historyk sztuki pisał o Picassie? Odpowiedział, że tak. A czy pisałeś o jakiejś jednej jego pracy? „Tak”. A ile stron o niej napisałeś? A on, zajrzał gdzieś tam do swoich papierów i powiedział: „osiemnaście”. Ale przyznał się bez bicia, że szło mu to z trudem.

– A może jest to również sprawa pewnej wrażliwości?

– To nie jest sprawa wrażliwości. Tam po prostu nie ma nic do opisywania. Ja przeczytałem te 18 stron i to było dla mnie żałosne. To była projekcja tego, co on by chciał tam zobaczyć.

– Są obrazy Picassa, które mi się bardzo podobają. Np. jest u nas w Art Institute jego obraz „Stary gitarzysta”, o którym sam swego czasu coś tam napisałem.

– No tak, ale ile on miał lat, kiedy go namalował?

– Dwadzieścia dwa?

– No właśnie, to były te okresy „błękitny”, „różowy” – a więc młodziutki Picasso. W Barcelonie, jak się idzie do jego muzeum i ogląda się to, co on rysował czy malował jako dziecko – ośmio-, jedenasto-letnie… to wygląda to tak, jakby mu anioł wsadził do ręki pędzel czy ołówek. Tylko on w pewnym momencie doszedł do wniosku, że trzeba to wszystko porąbać – bo się zapatrzył w afrykańskie maski. I jak zaczął to rąbać, a świat mu przyklasnął, to już przy tym pozostał.

– Czym według Ciebie jest elita. A jeśli coś takiego istnieje, to jaki jest teraz według Ciebie stan europejskich elit?

– Nie mam pojęcia. Bo zarówno ciebie, jak i mnie można zaliczyć do elity, ale to zawsze jest jakieś grupowe uznanie czegoś… Nie wiem. Ludzie też patrzą na mnie, że jestem elitą, a ja się czuję outsiderem. Z kolei inni mnie widzą jako outsidera. Nie jestem tak bardzo zależny od opinii innych – to jest ta schopenhauerowska podstawa szczęścia: „nie oddawaj się w ręce innych” – w sensie opinii, osądu. Bo jeżeli się oddasz, to od razu, natychmiast masz na sobie to chomąto niewoli.

– Podejrzewam więc jak bardzo „inny”, „obcy” musiałeś się poczuć w Hollywood, gdzie zrobiłeś jeden ze swoich pierwszych filmów.

– Przypominam sobie, że kiedy pracowaliśmy nad „Basquiatem”, to mieszkałem w Los Angeles w takim domu po Grecie Garbo, na wzgórzu o nazwie Mt. Olympus, będącej częścią Hollywoood. Były wtedy moje urodziny, zebrało się trochę ludzi, i m.in. przyszedł taki mój sąsiad – reżyser i aktor amerykański Paul Bartel (on zrobił np. film ”Eating Raoul” – taką zjadliwą satyrę na wyższe sfery – a swego czasu nazywany był nawet amerykańskim Buñuelem). Ludzie się rozjechali, ale myśmy jeszcze siedzieli, była 2-ga w nocy, i ja zacząłem się mu żalić, że tak trudno nam zebrać pieniądze na „Basquiata”). I kiedy tak się żaliłem, to on w pewnym momencie mi przerywa i mówi: „Shut up!” Wyjrzyj przez okno i powiedz mi co widzisz?”. A z mojego okna roztaczał się wspaniały widok na całe Los Angeles, na te wszystkie migoczące światełka, aż po Ocean… Ja tak trochę zgłupiałem ale mówię: no jak, co widzę? Los Angeles, Hollywood… Na co on: „Przecież jesteś poetą, powiedz coś ciekawszego!”. Więc mówię: „Lollywood”, „La La Land”… A on: „Nie, nie! To co widzisz to jest ogromne cmentarzysko. Te wszystkie migoczące światełka to są światełka ze świec na grobach…” Ja tak patrzę i myślę: „O co mu chodzi? Ćpał coś?” A on mówi dalej: „To wszystko są światełka na grobach pomysłów filmowych”. No to zacząłem patrzeć na ten widok jak na grobowce, bo rzeczywiście w Los Angeles każdy ma pomysł na scenariusz, na film… i to wszystko umiera śmiercią naturalną, i tam każdy człowiek – na stacji benzynowej, w sklepie, restauracji – to jest niespełniony scenarzysta, reżyser, aktor… „A Ty Lechu – mówi dalej Paul – Ty jesteś księciem!”. Jakim księciem? – myślę sobie. „Jesteś księciem, bo robisz swoje filmy! A to jest taka wąska grupa ludzi na świecie, która robi swoje filmy. Czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś księciem!?” Nie ukrywam, że słysząc to bardzo miło się poczułem.
Kiedy więc mówisz o elitach, to jako książę jestem elitą. Ale ja się kimś takim nie czuję. Bo czuję się banitą. Tym bardziej, że jestem prześladowany.

Lech Majewski: „Kultury już nie ma. Ona umarła dość dawno.”

.

– Dlaczego tak mówisz? Prześladowany? Przez kogo? I za co?

– Za niezależność poglądów.

– Czym to się przejawia?

– Ostracyzmem. Faktem, że festiwal w Gdyni nie daje mi nagród. Nigdy nie zaprosili mnie tam do jurorowania. Boją się tej mojej niezależności.

– Kiedy czytałem sprawozdania z ostatniego festiwalu w Gdyni, to szukałem czegoś na temat Twojego filmu i prawie nic nie znalazłem, a przecież pokazano na nim „Dolinę Bogów”.

– To się właśnie nazywa banicja.

– Ale przecież ci ludzie są niby otwarci, wyrobieni filmowo, zainteresowani kinem, a nie tylko tą popularną komercją…

– Dobrze, że dodałeś „niby”. Ale to jest też moja siła. Gdybym ja był, tak jak wielu moich kolegów reżyserów, zagłaskany w Polsce, to nic bym nie zrobił. Nie chcę tu wymieniać nazwisk, ale jest taka cała plejada zagłaskanych, co się od tych głasków nie podnieśli.

– Ale czy oni są kupowani przez to, że daje im się środki do robienia filmów? Że są hołubieni? Czy też dostają się do jakiegoś środowiska, wchodzą w skład koterii? W jaki sposób przejawia się to zagłaskanie?

– Właśnie to wszystko wymieniłeś. Wszystko to – all above and beyond.

– Sam powiedziałeś, że podczas projekcji „Doliny Bogów” na festiwalu Camerimage w Polsce, z sali wyszło kilkadziesiąt osób (swoją drogą bardzo mnie to zdziwiło, bo wyobrażałem sobie, że uczestnicy tego prestiżowego bądź co bądź festiwalu, to widzowie wyrobieni, nie nastawieni tylko na łatwą rozrywkę – i akurat oni mogli zostać do końca filmu… choćby z grzeczności). Czy jednak starasz się zrozumieć tzw. „zwykłego” widza, który zwykle ma problemy z odbiorem twoich filmów? Czy w ogóle Cię nie obchodzi to, kiedy ktoś Twoje filmy krytykuje? Czy starasz się zrozumieć pewne zarzuty, racje krytyków? Sam kiedyś przyznałeś, że każda interpretacja jest równouprawniona.

– Tak, interpretacja jest własnością danej osoby i można to publikować, interpretować. Ale czy ja rozumiem pewne zarzuty? Trudno powiedzieć – jedne rozumiem, innych nie. Case by case. Istnieje też granica reagowania na zarzuty, bo robienie filmów – a zwłaszcza filmów takich jak ja robię – jest tak trudne, tak skomplikowane, tak niezwykłe, że ja powinienem dostać jakiegoś Nobla czy Oscara za to, że ja je w ogóle zrealizowałem. Dysponuję przy tym naprawdę małymi środkami, a jednak grają u mnie gwiazdy, jakoś te filmy wyglądają… To jest też pewnego rodzaju talent wyciskania soku z kamienia.

– Wiem, że dla Ciebie język wizualny, jest ważniejszy niż zwykła narracja. To również może się przyczyniać do tego, że Twoje filmy nie są tak powszechnie oglądane.

– Uważam, że język wizualny jest narracją…

– Również tak sądzę. Ale jeśli obrazy – które często mają symboliczne znaczenie – są trudne do zrozumienia, odczytania, to może sprawiać, że film staje się właśnie hermetyczny.

– …natomiast kino jest obsadzone przez filologów, którzy przedkładają mówione słowo nad czytanie wizualne.

– Wielką wagę przykładasz do roli symbolu w sztuce. Pewne symbole mogą być rozpoznawalne, chociaż – jak sam mówiłeś w swoich wykładach – współczesny odbiorca sztuki stał się ślepy na tę symbolikę, która była w miarę czytelna w pewnych epokach z przeszłości. Jeśli na domiar tego autor/artysta używa swojej „prywatnej” symboliki, to jeszcze bardziej może to zwiększyć nieczytelność tego, co tworzy. I nie będzie to wina odbiorcy.

– Ale ta symbolika akcydentalna, moja osobista… ona również działa na ludzi. I to ludzi obcych kulturowo. Oni ją odczytują jako swoją własną.

– Czyli spotkanie z samym sobą?

– I to jest celem moich filmów.

– Czego unika kultura masowa, która robi wszystko, aby ludzie o sobie zapomnieli.

– Tak, kultura masowa zbudowana jest na ucieczce od samego siebie. A ja odwrotnie – robię rzeczy polegające na spotkaniu człowieka z samym sobą. I to jest totalnie pod prąd. Ale – jak powiedział pewien mądry chiński filozof – kto idzie pod prąd, ten dojdzie do źródeł.

– Znam Twój szacunek dla Tajemnicy. Czym dla Ciebie jest ta Tajemnica?

– Życiem. Tajemnica jest ekwiwalentna z życiem. Jest zbiorem tego wszystkiego, czym dla mnie jest życie. Każda rzecz – u podstaw, u początku, u końca i w samym środku – jest Tajemnicą. Sam proces rozmawiania tej cywilizacji – wszystko jest bardzo tajemnicze.

– Czy to oznacza barierę poznania, niemożność zrozumienia…

– Oczywiście. To jest to sokratejskie „wiem, że nic nie wiem”. To jest właśnie szczytem wiedzy. Tylko najmądrzejszy człowiek może powiedzieć, że wie, że nic nie wie. Znam wielu naukowców, fascynuje mnie fizyka, chemia, matematyka… I zauważyłem jedno: im większy ekspert, tym ma większą świadomość coraz większego pola swojej niewiedzy.

– Ale czy jest to kwestia niemożności poznania, czy też niedostatecznego zakresu naszej wiedzy, która jednak z biegiem czasu staje się coraz większa. Czy Tajemnica nie wynika po prostu z ograniczoności naszej percepcji i wiedzy?
A może największą Tajemnicą jest to, że nie ma żadnej Tajemnicy?

– (śmiech serdeczny)

– No tak, możesz mnie wyśmiać. Ale to była tylko taka prowokacja, bo również dla mnie cały świat i życie jest jedną wielką Tajemnicą.

*  *  *

„Rozmawiając po ćwierćwieczu”

.

Wywiad z Lechem Majewski przeprowadzony przeze mnie 25 lat temu w Chicago przeczytać można TUTAJ, natomiast tekst o najnowszym filmie reżysera „Dolina Bogów” TUTAJ.

.