PIĘCIU BRACI – czarnoskórzy na nieswojej wojnie

.

PIĘCIU BRACI – w poszukiwaniu złota i kości w Wietnamie

.

       Sam Spike Lee porównał swój film do popularnej w Luizjanie zupy gumbo, jednak mnie to kulinarne zestawienie wydało się niefortunne, bo choć lubię to danie, to w wersji filmowej „Da 5 Bloods” (tytuł polski: „Pięciu braci”) bardziej przypominało mi gulasz, do którego bez większego ładu i składu kucharz/reżyser powrzucał wszystko to, co mu wpadło pod rękę, razem z kawałkami krwistego befsztyku (chyba przypadkowo kojarzącego się tu z nomen-omen tytułu).
Bo czego tu nie ma: w prologu słuchamy autentycznych wypowiedzi Muhammada Ali, Malcolma X, Angeli Davis, Martina L. Kinga, prezydentów Johnsona i Nixona… oglądamy dokumentalne zdjęcia z wietnamskiego frontu, antywojennych protestów, masakry w wiosce My Lai, nagiej dziewczynki uciekającej z wioski spalonej napalmem, płonącego mnicha, ulicznej egzekucji żołnierza Wietkongu dokonanej przez generała armii południowowietnamskiej, ucieczki Amerykanów helikopterem z dachu ambasady w Sajgonie po przegranej wojnie z Północnym Wietnamem… Jednakże mnogość tych odniesień politycznych i historycznych jest tak fragmentaryczna i porwana, że zamiast solidniejszego fundamentu pod fabularną narrację, mamy jakąś anegdotyczną naskórkowość i udające dokumentalizm efekciarstwo. I ogólny chaos.

       Film jednak zbudowany jest z wielu dobrej jakości elementów i ma swoje momenty (rewelacyjna według mnie rola Paula, niezwykle intensywnie i dynamicznie wyegzekwowana przez Delroy’a Lindo) ale są też niemiłosiernie starte klisze, drętwe dialogi z tezą, estetyka i efekty rodem z VHS-owskiego kina B, antywojenna retoryka na poziomie gimbazy, łopatologiczne odniesienia socjologiczne i historyczne (Wietnam, rasizm w Stanach, ojcostwo-synostwo, braterstwo broni)…. etc. Niestety, tę listę można by ciągnąć długo. Za dużo tego wszystkiego, aby najnowszy produkt Spike’e Lee w moich oczach do końca się obronił.

       Mieszanie różnych stylów, nastrojów i tonacji stało się niemalże znakiem firmowym reżysera, jednak w tym przypadku nie wszystko gra tak harmonijnie (jak zagrało choćby w ostatnim filmie Spike’a Lee Czarne Bractwo. BlacKkKlansman). W „Da 5 Bloods” dość banalne „melo” za bardzo odkleja się tu od aplikowanego na siłę „dramatu” – przez co nie powala nas ani grzęznący niekiedy w czułostkowości sentymentalizm, ani zbyt bliska komiksu strzelanina kartonowych postaci, czy ociekający patosem tragizm (niestety wzmacniany jeszcze bardziej patetyczną muzyką – z tym, że mam tutaj na myśli orkiestrową pompę Terrence’a Blancharda, a nie wspaniałe wokalizy Marvina Gaye’a czy wstawki rockowych kawałków).
Według mnie nie na miejscu (takie „ni przypiął, ni przyłatał”) były aluzje do „Skarbu Sierra Madre” Hustona, czy do „Czasu Apokalipsy” Coppoli (m.in. zupełnie nie pasujące do klimatu scen wagnerowskie Walkirie). Zdarzały się też momenty niezamierzonego chyba jednak komizmu.

       Naciągnięty do granic wiarygodności był też sam wątek główny filmu: do Wietnamu po czterdziestu latach wraca czwórka czarnoskórych weteranów, walczących kiedyś w tym samym plutonie. Podczas wojny zakopali w ziemi warte 17 mln. dolarów złoto, które teraz chcą odnaleźć. Jednak cel ów uszlachetniony jest tym, iż zamierzają przy tym znaleźć także grób swojego dowódcy (z jakichś względów mamy wierzyć, że równocześnie był on dla nich czymś w rodzaju guru – takim „połączeniem Malcolma X i Martina L. Kinga”, jak sami się o nim wyrażają), wykopać jego szczątki i przewieźć do ojczyzny, by sprawić mu honorowy pogrzeb.
Powrót do dżungli okazuje się wszak powrotem do wojennego piekła – ich rajd za złotem i kośćmi wojennego kamrata pełen jest zasadzek i nieprzewidzianych wydarzeń (muszę przyznać, że niektóre z nich zaskoczyły mnie swoją absurdalnością).

       Spike Lee należy do tej grupy reżyserów, na których nowe filmy czekam z ciekawością. Podobnie było z „Da 5 Bloods” – tytułem, który rozbudził we mnie zainteresowanie tym większe, że wątek wietnamski w kinie amerykańskim był przedmiotem, jakim ongiś bliżej się zająłem (swego czasu monografię na ten temat opublikowałem w miesięczniku „KINO”). Jednak zestawienie obrazu Spike’a z dziełami Coppoli („Czas Apokalipsy”), Ashby’ego („Powrót do domu”), Kubricka („Full Metal Jacket”), Cimino („Łowca jeleni”), Stone’a („Pluton”, Urodzony 4 lipca), Herzoga („Rescue Dawn„), a nawet Levinsona („Good morning, Vietnam”) nie wychodzi mu raczej na dobre – i mamy tu chyba do czynienia z różnicą klas.

       Nie wiem, być może jestem zbyt surowy dla tego filmu – i zapewne ma na to wpływ moje nim rozczarowanie. A jednak skłamałbym, gdybym napisał, że „DA 5 Bloods” zupełnie mnie nie wciągnął; że liczyłem minuty do jego zakończenia, bo z ekranu wiało nudą; że wcale mnie nie wzruszył i pozostawił obojętnym. Wprawdzie podszedłem do niego bardziej jak analityk (trudno mi było przymknąć oko na jego mankamenty, szwy, pęknięcia i reżyserskie „chwyty”) niż jak widz kinoman (którym de facto chcę być bardziej niż filmowym krytykiem), to jednak myślę, że warto o jego wartości przekonać się samemu – tym bardziej, że „Da 5 Bloods” prasę ma całkiem dobrą, a w niektórych przypadkach wręcz entuzjastyczną (ale dlaczego tak jest – tego nie chcę już dociekać).

(6/10)

*  *  *
.

KINO I KRYTYKA

.

W filmowym raju (kadr z filmu Cinema Paradiso)

     .

   Spotkałem się ostatnio z następującym stwierdzeniem: Recenzja filmowa, przynajmniej w wydaniu profesjonalnym, musi, jak się wydaje, prędzej czy później stać się reliktem przeszłości. Jaki jest bowiem cel istnienia tego typu formy, szczególnie w Internecie, w którym możliwość wyrażenia swojego zdania w o wiele prostszy sposób stanowi niezbywalne prawo? Czy tekst krytyczny ma jakąkolwiek przyszłość w świecie, w którym publicznie oceniać i krytykować – konstruktywnie lub nie – może każdy? (Cytat pochodzi stąd).

       Otóż wydaje mi się, że dopóki będzie istnieć kino, dopóty będzie istniała krytyka filmowa – i będą pojawiać się recenzje filmowe w wydaniu profesjonalnym. Jednakże, aby uznać daną recenzje za profesjonalną, muszą istnieć pewne kryteria, które taka recenzja musi spełniać. Podobnie jest z samym kinem (a ogólnie z całą sztuką): aby ocenić wartość filmu (dzieła sztuki), muszą istnieć kryteria jego oceny – normatywne punkty odniesienia, stanowiące aksjologiczną hierarchię. Bez niej poruszalibyśmy się po omacku, kierując się tylko własnym „widzimisię”.

       Wszelka dyskusja bez określenia czy też odniesienia się do pewnej hierarchii wartości nie ma większego sensu, ale to dopiero zgoda na przyjęcie określonej hierarchii (w tym definicji, norm, reguł, punktów odniesienia, kanonów) umożliwia sensowną wymianę myśli i osiągnięcie ewentualnego porozumienia (czy choćby tylko wzajemnego zrozumienia się).
Dlatego tak ważna w tym wszystkim jest erudycja – wiedza o kulturze, a w przypadku kina – znajomość jego historii, ustalonego kanonu arcydzieł, dorobku wybitnych twórców… etc. Tylko wtedy możliwe jest wyróżnienie (rozpoznanie, ustalenie…) autorytetów wśród ludzi wypowiadających się na temat kina (chodzi mi zarówno o samych twórców kina, jak i jego krytyków), bez których to autorytetów, według mnie, uprawiałoby się tylko amatorszczyznę. Tak jak to ma miejsce obecnie – w dobie rozpasanego Internetu, gdzie wszyscy wygłaszają swoje zdanie, opiniują, krytykują, oceniają – wieszają psy albo gloryfikują, mieszają z błotem albo wychwalają; gdzie każdy jest besserwisserem i ma we wszystkim rację, nie zawracając sobie głowy jakimiś autorytetami, czy ogólnie: własną edukacją i znajomością kultury. Niestety, dezynwoltura ta wprowadza w dyskursie chaos, wykluczając na dodatek zgodę. Ignorancja sprzyja prostactwu, zaś arogancja – tworzeniu podziałów i wzajemnych animozji.

      Nie ma nic złego w tym, że ktoś chce wyrazić (nawet publicznie) swoją opinię o filmie (książce, obrazie, dziele sztuki…), jednak warto mieć świadomość tego, że jest to zawsze nie tylko subiektywne, ale i skrojone na naszą miarę – że przynależy do domeny amatorskiej, z wszystkimi swoimi ograniczeniami. A tym samym nie może sobie rościć prawa do wyznaczania wartości uniwersalnych, ultymatywnych – do forowania sądów ostatecznych. To powinno uczyć pewnej pokory, a tymczasem niemal wszyscy wypowiadają się tak, jakby byli wyrocznią i inkwizytorem, uważając swoje zdanie za jedynie słuszne a własną opinię za nieomylną.
Internetowy zalew radosnej twórczości amatorów i dyletantów powoduje pewne kulturowe rozmycie i zaburzenie hierarchii – w tej powodzi ginie to, co jest rzeczywiście cenne, wybitne i naprawdę wartościowe: choćby właśnie profesjonalna krytyka filmowa.

       Inną sprawą jest to, że – takie odnoszę wrażenie – krytyka ta przeżywa dziś kryzys (powodów jest zbyt wiele, by się tutaj nimi zająć). Bo gdzie są krytycy takiego formatu, jakimi byli w Polsce choćby Zygmunt Kałużyński, Rafał Marszałek, Krzysztof Mętrak, Bolesław Michałek, Stanisław Janicki, Aleksander Jackiewicz… a na świecie Éric Rohmer, François Truffaut, James Agee, André Bazin, Pauline Kael, Andrew Sarris czy wreszcie Roger Ebert? Wymarli albo przeszli na emeryturę. Wszyscy, których wymieniłem to osobowości wybitne – nie tylko w dziedzinie kina, ale i w szerszym wymiarze kulturowym: literackim, humanistycznym a nawet filozoficznym. Obecna krytyka filmowa nie ma już tego ciężaru, jest moim zdaniem bardziej okazjonalna i efemeryczna, miałka i płytka tudzież zależna, czasem nawet sprzedajna, będąc na usługach jakiegoś medium lub środowiska, gdzie pisze się recenzje na zamówienie.

       Dawniej pozycja krytyka filmowego była bardziej określona i ustalona. Na to by uznano kogoś za krytyka trzeba było sobie zasłużyć, czyli innymi słowy: należało spełniać pewne kryteria, które stanowiły o jego poziomie, kompetencji czy wreszcie decydowały o prestiżu i autorytecie. Dziś, kiedy krytykiem jest każdy (bo przecież „śpiewać każdy może”), wszystko się pomieszało i pogubiło a języki, jakimi się mówi o filmie, to istna wieża Babel. Do tzw. średniego widza bardziej zaś trafia to, co pisze „średni” krytyk, bo ten zazwyczaj posługuje się jego językiem, czyli tym, co jest charakterystyczne dla kultury masowej, z wszystkimi jej ograniczeniami i miazmatami (stąd częsta niechlujność wypowiedzi, posługiwanie się językiem potocznym, a nawet wulgarnym). A przecież sztuce bardziej sprzyja elitaryzm niż demokracja – plebejskość wyklucza wyrafinowanie. Postmodernizm jednak poprzewracał ludziom w głowach – relatywizując prawdę, negując wartości, sprowadzając do jednego poziomu to, co dawniej porządkowane było pewną hierarchią. Wmówił ludziom, że wszystko jest sztuką (czyli każdy jest artystą, a jeśli tak, to również każdy może być filmowym krytykiem).

     Filmy są różne. To, co nam się podoba niekoniecznie jest dobre, a to, co nie podoba – niekoniecznie złe. Zawsze należy sobie uświadamiać to, że wszystkie nasze sądy są subiektywne ale dyskurs jaki prowadzimy zawsze posługuje się pewnym kodem, który warto umieć rozpoznawać i zdawać sobie z niego sprawę. To prowadzi nas do konstatacji jak bardzo ważny jest kontekst kulturowy (gatunkowy, historyczny, światopoglądowy…) filmu, a zarazem do stwierdzenia, że wszelka dyskusja na temat wartości filmu powinna zacząć się od rozpoznania (określenia) tego kontekstu. W przeciwnym razie każdy oceniający (krytykujący, opisujący) film będzie się poruszał po innym polu, śpiewając sobie a muzom.

       A i tak najważniejsza w tym wszystkim powinna być nasza miłość do kina. I to, by jednak większą przyjemność sprawiało nam oglądanie filmu, niż pisanie o nim, a tym bardziej – jego krytykowanie.

*  *  *

„IRLANDCZYK”, „PEWNEGO RAZU W HOLLYWOOD”, „LE MANS ’66”, „HISTORIA MAŁŻEŃSKA”, „JOKER”, „1917”, „MAŁE KOBIETKI”, „JOJO RABBIT”, „PARASITE” – mój krótki przewodnik po oscarowych filmach

.

.

       Już za kilka dni o Oscara w kategorii Best Picture powalczy 9 filmów: „1917”, „Ford v Ferrari”, „Irlandczyk”, „Jojo Rabbit”,”Joker”, „Małe kobietki”, „Historia małżeńska”, „Pewnego razu w Hollywood” i „Parasite”. Jeżeli chcielibyśmy całą tę pulę określić jednym słowem, to można byłoby napisać: „różnorodność”. Trzeba przyznać, że to wszystko są filmy dobre i bardzo dobre, ale czy jest wśród nich jakieś dzieło wybitne? Czy dają one świadectwo naszej współczesności? A może bardziej zwracają się do przeszłości i jest to spowodowane nie tylko nostalgią? A jak one świadczą o kondycji dzisiejszego kina? Czy mimo wszystko nie jest ona lepsza od kondycji świata, w jakim teraz żyjemy?

greydot.

Al Pacino i Robert de Niro – „Irlandczyk” (reż. Martin Scorsese)

.

„IRLANDCZYK”

      Scorsese mimo wszystko nie zawodzi, chociaż – opowiadając swoją kolejną bajkę dla dorosłych o gangsterach – zmienia ton, zwalnia tempo, mniej mitologizuje, trochę tylko koloryzuje… Przemoc jaką tym razem serwuje nam na ekranie nie jest już tak ostentacyjnie brutalna i krwawa, załatwia się ją jakby mimochodem – szybko i bez większych fajerwerków, „malując” co najwyżej ścianę czy bruk. Nie ma już takich ostrych cięć, nagłej akcji, pokawałkowanego montażu jak kiedyś. Wpływ testosteronu na ferajnę facetów nie jest już tak widoczny, jak parę dekad temu (wyjątek stanowi chyba tylko grany przez Pacino Hoffa) – ale to chyba zrozumiałe wśród 70-latków, którzy ten film stworzyli (przy okazji: moim zdaniem cyfrowe ich odmładzanie nie zdało jednak egzaminu, wprowadzając na ekran pewną sztuczność – geriatrycznych zmian nie da się oszukać ).
„Irlandczyk” kosztował ponoć aż 160 mln. dolarów, ale prawdę powiedziawszy tego realizacyjnego rozmachu po nim zbytnio nie widać, zamiast tego jest pewna kameralność, a nawet sitcomowa potoczność. Innymi słowy, ta obejmująca ponad 40 lat historia sprawia wrażenie bardziej gawędziarskiej niż epickiej. Ale to niekoniecznie jest wada, zwłaszcza jeśli robi to sam Scorsese, posługując się takimi hipnotyzującymi legendami aktorstwa, jak Al. Pacino, Robert de Niro czy Joe Pesci. To pewnie dzięki temu ten, trwający trzy i pół godziny film ani trochę mnie nie wynudził, choć też i zbytnio nie ekscytował. Nie będę jednak ukrywał, że oglądało mi się go bardzo dobrze i z wielką przyjemnością – a do niektórych scen wróciłem, aby je obejrzeć ponownie (jedną z zalet Netflixa jest to, że można mieć takie filmy na wyciągnięcie ręki.)
Nie ulega wątpliwości, że „Irlandczyk” jest dziełem mistrzów. Dlaczego więc nie jest filmem wybitnym ani tym bardziej arcydziełem?
Być może jest to wina kompozycji, która całość bardziej rozluźnia, niż kondensuje – rozbijając przy tym dramaturgię, ale też wprowadzając zbytnią gadatliwość oraz chronologiczną konfuzję. Może dlatego, iż na ekranie cały czas widzieliśmy bardziej ikonicznych aktorów niż postacie, w które się oni wcielali? Może dlatego, że walory rozrywkowe przeważają w nim nad jakimkolwiek innymi, a zwłaszcza poznawczymi, jeśli chodzi o amerykańskie społeczeństwo, politykę czy historię…?
Na szczęście, nic z tego nie może zmienić faktu, że film Martina Scorsese to kino solidne, do którego będzie się wracać, jak do starej dobrej klasyki.
(8/10)

greydot.

Christian Bale i Matt Damon – „Ford v Ferrari” (reż. James Mangold)

.

„FORD v FERRARI” („Le Mans ’66”)

       Znakomite kino rozrywkowe – american entertaniment at it’s best. Uproszczenia, sentymentalizm, fajerwerkowość akurat tutaj nie rażą, filmu nie psują, ba… mają przez to większy i szerszy mass appeal – w dobrym tego słowa znaczeniu. To, co gdzie indziej moglibyśmy uznać za wadę, tutaj – wobec uwodzicielskiej siły filmu i adrenaliny, jakiej on dostarcza – staje się dla nas nieistotne. Sama historia, choć oparta na faktach, jest klasycznie (według hollywoodzkich standardów) prosta, a przez to efektywna. Emocji dostarczają typowe, ikoniczne ale i nieodzowne w amerykańskiej mitologii elementy: duch rywalizacji, indywidualizm, wytrwałość, odwaga, waleczność… – poświęcenie dla sprawy, ale i dążenie do jednostkowego tryumfu, który staje się również tryumfem kolektywu, grupy, a w szerszej skali: amerykańskiego społeczeństwa. Christian Bale w roli wyścigowego charta, a jednocześnie samochodowego mechanika, jak zwykle świetny – choć nadpobudliwy i na granicy kreacyjnego przerysowania. Matt Damon tylko z pozoru powściągliwy, bo jest dla nas oczywiste, że w środku aż się gotuje. Chemia jakiej dostarcza nam to duo, działa na nas w trybie natychmiastowym. Podobnie jak same wyścigi. Nie musisz być wcale mobilofilem, żeby ta opowieść cię porwała.
(8/10)

greydot.

Scarlett Johansson i Adam Driver – „Historia małżeńska” (reż. Noah Baumbach)

.

„HISTORIA MAŁŻEŃSKA”  

       Ten film też może porwać i mimo, że nie ma kinowego rozmachu, to oglądając go, można się poczuć jak na rollercoasterze. Rozwodowa psychodrama angażuje emocjonalnie – nie tylko dzięki znakomicie rozpisanym dialogom, ale przede wszystkim dzięki wspaniałej grze aktorskiej (Adam Driver w tym filmie przekonał mnie wreszcie do siebie, ale prawdziwie genialna jest tutaj Scarlett Johansson). „Historia małżeńska” wydawała mi się momentami zbyt teatralna, ale z czasem przekonałem się do tej konwencji i teraz nie traktuję tego jako zarzut, tym bardziej, że jednak pogłębiało to psychologicznie postaci, zaostrzało ich dramat i pozwalało odczuć, w jakiej znaleźli się oni pułapce. Film jest wiwisekcją, w której jak na dłoni widzimy, jak niegłupi i nieźli przecież ludzie przestają wzajemnie się rozumieć (co ciekawe: nadal się przy tym kochając) i pozwalają swoim emocjom wyprowadzić się na manowce, gdzie spotyka ich dewastacja. Pocieszające jest to, że kiedy już przeczołgają się przez ten horror, są jeszcze w stanie się pozbierać (i bynajmniej nie pomagają im w tym ich rozwodowi adwokaci).
(8/10) 

greydot.

George MacKay i Dean-Charles Chapman – „1917” (reż. Sam Mendes)

.

„1917”

       Sam Mendes rzuca nas w okopy I wojny światowej nie tylko dlatego, by przypomnieć nam jakim była ona piekłem, ale przede wszystkim po to, byśmy podążali za zwykłym człowiekiem schwytanym w tryby wojennej machiny – cierpiącym, maltretowanym, ale nie tracącym swojego człowieczeństwa. I właśnie to ostatnie okazuje się być większym heroizmem, niż wszelkie inne wojenne czyny, które rodzą się z brawury, adrenaliny, chęci stania się bohaterem, czy wynikają po prostu z instynktu przerwania. W filmie tym nie ma żadnych komentarzy, które by głębiej wchodziły w historyczną specyfikę tamtej wojny; nie ma egzystencjalnego rozdarcia (z jakim mogliśmy się spotkać choćby u Remarque’a), nie ma antywojennej pasji obnażającej absurd wzajemnego zabijania się i ulegania bezsensownym rozkazom dowódców (jak np. w „Ścieżkach chwały” Kubricka)… Nie, film Mendesa jest inny, gdyż zajmuje się przede wszystkim doświadczeniem jednostkowym człowieka, który musi wykonać swoją misję tu i teraz (to właśnie dlatego kamera Deakinsa towarzyszy głównemu bohaterowi bez przerwy – a nie dlatego, żeby epatować widza technicznym złudzeniem „jednego ujęcia”).
Tak, obraz Mendesa jest również inny dzięki swojej formie – i bynajmniej nie chodzi tylko o jakiś gimmickowy „long take”. Ogromnie wrażenie robi scenografia, choć to prawda, że niekiedy jest ona przeładowana do granic sztuczności, ale mimo to (a może właśnie dlatego) stanowi (według mnie) odpowiednie tło dla tego, co spotyka głównych bohaterów, podkreślając sytuacyjny koszmar jakiego doświadczają żołnierze – cały ten nieludzki, piekielny wręcz anturaż destrukcji, gnicia i zmieszanych z błotem trupów. Choćby tylko z tego powodu – mimo obecnego w tej opowieści heroicznego wątku, który gloryfikuje patriotyzm, poświęcenie i bohaterstwo – „1917” jest bez wątpienie filmem antywojennym.
(8/10)

greydot.

Emma Watson, Florence Pugh, Saoirse Ronan i Eliza Scanlen – „Małe kobietki” (reż. Greta Gerwig)

.

„MAŁE KOBIETKI”

       To jest rzeczywiście jeden z najlepszych amerykańskich filmów wyreżyserowanych przez kobiety. Co prawda, zwykle płeć osoby reżyserującej film jest dla mnie mało istotna, ale tym razem warto – a nawet trzeba – o tym wspomnieć. I to z kilku powodów. Po pierwsze: źródło ekranizacji, czyli „Małe kobietki” Louisy May Alcott, to klasyka literatury „kobiecej” (w tym przypadku bardziej adekwatny byłby chyba przymiotnik „dziewczęcej”), której poczytność z czasem może nieco malała, ale do dzisiaj przetrwała, rezonując ze zmianami, jakie sukcesywnie wymuszał na społeczeństwie feminizm. Po drugie: ukazane na ekranie kobiety są ciałem, duszą, sercem i nerwami, jak również pokarmem, słodyczą, goryczą i solą tego filmu. Po trzecie: kobiety są też tutaj siłą sprawczą, demiurgami tej ekranizacji, przede wszystkim w osobie Grety Gerwig, która film wyreżyserowała oraz obsady aktorskiej (z rewelacyjną Saoirse Ronan na czele).
Sam nie jestem kobietą, ale muszę przyznać, że „Małe kobietki” mnie zabsorbowały i emocjonalnie poruszyły, co pewnie świadczy o tym, że ludzka wrażliwość biegnie ponad płciowymi podziałami. Być może również o tym, że film nawiązał do uniwersalnych kulturowych wartości, takich jak miłość, rodzina, przyjaźń, siostrzeństwo… i zrobił to przekonująco. Sporo jest też o ambicji, godności, ekonomicznej zależności; czy wreszcie o ograniczeniach w wyborze drogi życiowej w osiągnięciu sukcesu i społecznego awansu, jakie wynikały z faktu bycia kobietą w XIX wieku. Moim zdaniem Grecie Gerwig udało się jednocześnie zachować ducha tamtego czasu, jak i uniknąć anachronizmu, dzięki czemu współczesna widownia mogła się przenieść w odległe czasy (magiczny atrybut kina) ale przeżyć dawną historię zgodnie z dzisiejszymi oczekiwaniami i współczesną mentalnością.
Dzięki znakomitej scenografii oddającej materię (architektura, wystrój wnętrz) epoki w najdrobniejszych detalach, jak również dzięki walorom kostiumowym, obraz prezentuje się nie tylko autentycznie, ale i pięknie. Kobiety na planie zachowują się swobodnie i niewymuszenie, a mimo to kompozycje jakie tworzą ze swoich ciał na ekranie – zarówno w grupie, jak i solo – godne są malarskiego płótna. Dość szybko przyzwyczajamy się do nieco porwanej, niechronologicznej narracji; oswajamy się z postaciami, zaczynamy żyć ich życiem – w smutku, radości, szczęściu, rozpaczy… Widzimy, jak całość układa się w kolorową i bogatą mozaikę scen i obrazów. W świecie pełnym cynizmu i nieciekawych indywiduów – bufonów i pozerów okupujących zbiorową wyobraźnię – taki film jest jak świeży powiew ludzkiej normalności. I kobiecej wrażliwości.
(8/10)

greydot.

Taika Waititi i Roman Griffin Davis – „Jojo Rabbit” (reż. Taika Waititi)

.

„JOJO RABBIT”

       Taika Waititi podjął się ryzykownego zadania zrobienia komedii na bazie jednej z najbardziej koszmarnych i tragicznych auto-kompromitacji rodzaju ludzkiego, jakimi były niemiecki faszyzm, wywołana przez niego wojna i Holocaust. Oczywiście, aby taka komedia miała jakiekolwiek szanse powodzenia, musiała przybrać formę satyry i groteski, ale jednocześnie nie zagubić horrendalnej istoty tamtych czasów, ani nie odsuwać na zbyt odległy plan ich potworności i grozy. I to moim zdaniem reżyserowi się udało. Film na przemian śmieszy i przeraża – bawi nas i wzrusza, a jednocześnie uświadamia coś, co nas niepokoi i dręczy – i niestety jest aktualne w każdych czasach.
„Jojo Rabbit” opowiada umiejscowioną w faszystowskich Niemczech historię chłopca, którego wyimaginowanym przyjacielem jest… Hitler. Jojo zaczadzony jest nazistowską ideologią, głowę ma zaśmieconą absurdami antysemickiej propagandy; paraduje w mundurku Hitlerjugend szkoląc się na dzielnego niemieckiego żołnierza, gotowego podbić cały świat, a mimo to… niezdolnego ukręcić kark małemu królikowi. I to jest w filmie pierwszą oznaką tego, że z Jojo żaden tam nazista, a tylko skołowacony chorą ideologią dzieciak o dobrym sercu. Co wkrótce sprawdzi się jeszcze bardziej, kiedy odkryje on w swoim domu ukrywającą się tam żydowską dziewczynę. Jak się możemy domyśleć, Jojo dość szybko będzie się mógł przekonać, że nie tylko nie wzbudza ona w nim żadnej odrazy, ale jest kimś, kto może zostać jego przyjacielem.
Rozumiem, że poczucie humoru Waititi nie każdemu może się spodobać, bo podejmuje on wątki newralgiczne i drażliwe (w filmie są też momenty zgoła upiorne, na które nie przygotowuje nas groteskowo-zabawny trailer), ale jego intencje są na tyle jasne, że nie powinno to wzbudzać jakichś szczególnie negatywnych reakcji. To, że się z czegoś (w tym przypadku: zabójczej rasistowskiej ideologii) śmiejemy, nie powoduje przecież tego, że przestaje to być – w swojej istocie – odrażające i straszne. Reżyser (sam pochodzenia żydowskiego) o tym dobrze wie. A my powinniśmy wiedzieć, że w żadnym momencie on tego nie zapomina. Tym bardziej, że film ma w sumie pozytywne i budujące przesłanie: nie powinniśmy dopuścić do tego, aby jakakolwiek ideologia dehumanizowała w naszych oczach drugiego człowieka.
Czy pozbyliśmy się tego utrapienia i zgryzu w naszych czasach? Niestety, wystarczy się tylko rozejrzeć dookoła – i to wcale niedaleko nas: nienawiść i pogarda dla innych trzyma się ludzkich głów mocno. To dlatego takie filmy, jak „Jojo Rabbit” są nadal potrzebne i zawsze na czasie.
(7.5/10)

greydot.

Joaquin Phoenix – „Joker” (reż Todd Phillips)

.

„JOKER”

       Film ten mocno spolaryzował krytyków, widzów trochę mniej. Mnie również zaciekawiło to, że „Joker” miał w Polsce znacznie lepszą „prasę” (bardzo mało recenzji negatywnych), niż w Stanach. Więcej też było w Polsce widzów takich, którzy filmem wręcz się zachwycili. Lecz nie będziemy się tutaj zajmować szukaniem przyczyn, bo to bardziej odnosiłoby się do widzów niż do samego filmu.
Ja również mam mieszane uczucia w związku z „Jokerem”, bo niestety, im więcej o nim myślałem, tym więcej miałem do niego zastrzeżeń, i to różnej natury.
Skłamałbym, jeśli bym napisał, że film w sali kinowej nie zrobił na mnie większego wrażenia. Ale to była pewnie zasługa niezwykle intensywnej kreacji Joaquina Phoenix’a, ukazanej na ekranie przemocy, ponurej aury i mocno depresyjnej aparycji obrazu – a nie jego psychologicznej czy intelektualnej wagi (a tym bardziej społecznej doniosłości).
Joker to postać komiksowa, najbardziej znana z filmów o Batmanie, ale „chwyt” filmu Phillipsa polegał na tym, że zerwano w nim z konwencją widowiskowego super-bohaterstwa na rzecz (jak zadeklarowali jego twórcy) dramatu psychologicznego, który bardziej byłby podobny do filmów w rodzaju „Taksówkarza” czy „Króla komedii”, niż do dystopijnych fantazji wypełnionych postaciami o kartonowej proweniencji. Niestety, ta komparatystyka z dziełami Scorsesego tylko „Jokerowi” zaszkodziła, bo unaoczniła różnicę klas, jaka te obrazy dzieli.
Z filmu Phillipsa starano się wysnuć jakieś społeczno-polityczne wnioski, komentowano go w kontekście panujących obecnie stosunków ekonomicznych, pogłębiania się przepaści między „bogatymi” i „biednymi”, ale doprawdy nie dostarcza on amunicji większego kalibru ani dostatecznych argumentów, by taki dyskurs prowadzić. Usłyszałem np. niedawno, że „Joker” jest „lewicowy”. Ale przecież ten film – bardziej niż o wykluczeniu klasowym – jest o człowieku, którego osobiste (jednostkowe) doświadczenia – wewnętrzny ból i cierpienie – wreszcie choroba psychiczna (nerwica), doprowadziły do stanu, w którym zaczyna on mordować innych ludzi. Wskutek tego staje się on niepoczytalny – niezdolny do rozróżniania zła i dobra (wartości rozumianych ogólnie, jako wywodzących się z kodeksu podstawowych norm współżycia między ludźmi).
To jest zdecydowanie problem psychiatryczny (jednostkowy), a nie ideologiczny czy społeczny. Swoją drogą to niepokojące, że „bohater naszych czasów” (który dla niektórych staje się pewnym wzorem) jest psychopatą. No i wreszcie: wściekły i morderczy tłum, który szaleje na koniec filmu nie jest lewicowy. Jest anarchistyczny, przepełniony amokiem nienawiści i destrukcji. Co to ma wspólnego ze społeczną sprawiedliwością?
(7/10)

greydot.

Leonardo diCaprio i Bradd Pitt – „Pewnego razu w Hollywood” (reż. Quentin Tarantino)

.

„PEWNEGO RAZU W HOLLYWOOD”

       Czy Quentin Tarantino to taki Stanley Kubrick naszych czasów? Jeśli tak, to świadczy o tym, w jakim kierunku podążyło kino amerykańskie w swojej masie. A jest to według mnie pewna jałowość i dziecinada. Odejście od tematów ważnych, a zajęcie się bardziej zabawą. Poza tym, Kubrick nie kręcił „kubricka”, natomiast Tarantino cały czas kręci „tarantina”. Kubrick robił kino, Tarantino najczęściej wykorzystuje w swoich filmach to, co już zostało w kinie zrobione (podlewając to tylko własnym sosem).
Myślę, że „Pewnego razu w Hollywood” to, co napisałem przed chwilą potwierdza, choć nie jest to pozycja typowa w filmografii Quentina, który swój ostry pazur pokazuje dopiero w końcówce filmu, reszta to takie… ekranowe bajanie.
Źle się to nie ogląda, tym bardziej że widzimy na ekranie m.in. Leonarda diCaprio, czy Brada Pitta – aktorów, którzy sami dla siebie są klasą, więc zazwyczaj wypadają świetnie, dostarczając widzowi sporo przyjemności. Poza tym Tarantino jest jednak bardzo zdolnym człowiekiem: pisze niezłe scenariusze, świetnie reżyseruje, wypełnia go pasja i miłość do kina. Szkopuł w tym, że tak naprawdę… sam nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Jego twórczość jest też taka trochę sztubacka, miejscami nawet szpanerska (to dlatego z miejsca podbił on młodą widownię, która ponadto zachwyciła się pewną dozą cynizmu, widocznego zwłaszcza w „Pulp Fiction”, filmu dla kariery reżysera przełomowego). O tym, jak traktuje on w swoich utworach przemoc nie będę pisał, bo jest to osobny temat, choć dość istotny w krytyce, z jaką spotyka się twórczość Tarantino.
To, że „Pewnego razu w Hollywood” jest swego rodzaju bajką, sugeruje już sam tytuł filmu. Problem jest w tym, że ta bajka staje się coraz bardziej rozwlekła, niewiele się w niej dzieje, wątki się rozłażą, nie ma w niej żadnego napięcia… Więc co to za bajka?
Jej zaletą jest to, że przenosi nas ona w inną epokę – i ta epoka rzeczywiście jest ładnie odmalowana. Z tym, że nie ma w tym wiele z realizmu, mimo autentycznej detaliczności, która w sumie jest tylko powierzchownością materii.
Końcówka lat 60. uznawana jest za koniec pewnej epoki. W roku 1969, w którym dzieje się akcja filmu, banda Mansona bestialsko zamordowała Sharon Tate i jej kilku przyjaciół, którzy przebywali z nią w domu Romana Polańskiego. Do tego mordu nawiązuje też w swoim filmie Tarantino, ale w bardzo przewrotny sposób, kreując własną, jakby alternatywną wersję historii. Według mnie posunął się w tym za daleko. Bawić się filmem przez dwie godziny po to tylko, żeby zaserwować nam na koniec specjalność swojej kuchni, czyli krwawą jatkę – orgię przemocy (pornoviolence), która zwykle wprawia w ekstazę jego licznych fanów? I która tak naprawdę nijak się nie ma do tego, co Tarantino pokazywał nam w tym filmie wcześniej.
(7/10)

greydot.

Woo-sik Choi, Kang-ho Song, Hye-jin Jang i So-dam Park – „Parasite” (reż Bong Joon-ho)

.

„PARASITE”

       Jestem w zdecydowanej mniejszości, bo nie uważam „Parasite” za najlepszy film roku ani tym bardziej za dzieło wybitne. Sądzę natomiast, że jest to dobrze zmontowany film, z nieźle napisanym scenariuszem, i rzeczywiście znakomicie wyprodukowany. Widać, że „Parasite” został zrobiony przez bardzo zdolnego reżysera (Bong Joon-ho), ale uznanie go za wiekopomne arcydzieło kina byłoby według mnie przesadą.
Nie sądzę, iż jest to film głęboko wchodzący w problematykę społeczną obecnego, ani tego, że stanowi on asumpt do jakieś głębszej analizy psychologicznej, o filozoficznej nie wspominając.
Cała intryga wydała mi się tak mocno naciągana i niedorzeczna, że nawet satyryczno-metaforyczna formuła nie mogła tego rozgrzeszyć i uwiarygodnić. W sumie wyszła z tego taka lunatyczna baja, podlana krwistym sosem, z wyraźną inklinacją do kiereszowania ciał.
To prawda, że reżyser zgrabnie żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając nagle ton i nastroje, ale według mnie zbyt często to nie działało: bo straszność znosiła śmieszność i vice versa: śmieszność rugowała straszność. To właśnie dlatego film ani za bardzo mnie nie śmieszył, ani też zbytnio mnie nie straszył. Zamiast tego stawał się w moich oczach coraz bardziej dziwaczny.
Ale przede wszystkim ten film ludzi dehumanizuje – i być może to jest główną przyczyna mojej wobec niego rezerwy.
„Pasożyt” wpisuje się w postmodernistyczny model poszatkowanego świata, w którym trudno jest odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu – gdzie estetyka zastępuje etykę, forma staje się ważniejsza od treści i do jednego wora wsypuje się wszelkie możliwe konwencje. No i mamy bigos – potrawę naszych czasów, którą karmi się mózgi konsumentów współczesnej kultury (antykultury?)
(Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.)
(7/10)

greydot.

Ocena filmów: 10 – arcydzieło, 9 – wybitny, 8 – bardzo dobry, 7 – dobry, 6 – niezły, 5 – przeciętny

*  *  *

„PARASITE”, albo o potrawach naszych czasów

.

„Parasite” – klasowy resentyment bawi i przestrasza wszystkich… a może też tumani?

.

Jestem w zdecydowanej mniejszości, bo nie uważam „Pasożyta” za najlepszy film roku (jak by wynikało z deszczu nagród przeróżnych oraz morza zachwytów – zarówno krytyki, jak i publiki), ani tym bardziej za dzieło wybitne. Sądzę natomiast, że jest to dobrze zmontowany film (choć im bliżej końca, tym jego konstrukcja trochę się sypie), z nieźle napisanym scenariuszem, i rzeczywiście znakomicie wyprodukowany. Widać, że „Pasożyt” został zrobiony przez bardzo zdolnego reżysera (Bong Joon-ho), ale uznanie go za wiekopomne arcydzieło kina byłoby według mnie przesadą.
Wydaje mi się, że na moje rozczarowanie „Pasożytem” wpłynęła jednak cała ta medialna pompa, jaka rozpoczęła się od przyznania mu Złotej Palmy w Cannes (później podkręciła to cała masa innych nagród i wyróżnień – łącznie ze Złotym Globem oraz sześcioma nominacjami do Oscara) i skonfrontowanie tego hype’u z moim odbiorem filmu, po którym spodziewałem się tak wiele dobrego.
Nie kupuję tego, że jest to film głęboko wchodzący w problematykę społeczną obecnego, coraz większego rozwarstwiania się klas społecznych (z uzasadnienia Jury w Cannes: „It’s so global but in such a local film”), ani tego, że stanowi on asumpt do jakieś głębszej analizy psychologicznej, o filozoficznej nie wspominając. Jeżeli już, to jest to wszystko raczej na poziomie gimbazy, a gdybym chciał być bardziej złośliwy, to napisałbym, że jest to taka „class struggle for dummies”, wpędzająca na dodatek w niejaką konfuzję.

Co mi przeszkadzało w tym filmie?
Nie rozpisując się zbytnio, chciałbym wymienić kilka moich wrażeń i zastrzeżeń.

– Cała intryga wydała mi się tak mocno naciągana (by nie napisać : niedorzeczna), że nawet (deklarowana przez Bonga Joon-ho) satyryczno-metaforyczna formuła nie mogła tego rozgrzeszyć i uwiarygodnić. W sumie wyszła z tego taka lunatyczna baja, podlana krwistym, horrorowym sosem, z wyraźną inklinacją do miażdżenia, kłucia i kiereszowania ciał. (Nic dziwnego, że Bonga pod niebiosa wynosi traktujący przemoc jak zabawkę Tarantino; ale że dał się w to wciągnąć Iñárritu… to mnie jednak trochę zaskakuje.)

– Dziwna przewrotność w postawach i charakterystyce bohaterów: ci, którzy mieli być mądrzejsi, bardziej inteligentni i wykształceni (upper class), zachowywali się jak naiwniacy i idioci; natomiast ci, wyraźnie kreowani na pasożytów z aluzjami do karaluchów (lower class), wykazywali się niezwykłą inteligencją, sprytem, przebiegłością i genialnymi wręcz zdolnościami. No i oczywiście byli przy tym oszustami i zawistnikami, a z czasem okazali się nawet (spoiler!) mordercami.
Czy to ma być wykładnia charakteru niższych klas? Nawet jeśli przyjmiemy, że jest to satyra, to bardziej świadczy to o mizantropii scenarzysty/reżysera, niż o konkretnych realiach społecznych czy jakiejś głębszej psychologii.
W sumie perfidia i mydłkowatość tych naciągaczy i macherów przeszkadzały mi w kibicowaniu ich intrydze, o braku wobec nich sympatii nie wspominając.

– Ten film jednak ludzi dehumanizuje – i być może to jest główną przyczyna mojej wobec niego rezerwy.

– To prawda, że reżyser zgrabnie żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając nagle ton i nastroje, ale zbyt często – przynajmniej jeśli chodzi o mój odbiór filmu – to nie działało: bo straszność znosiła śmieszność i vice versa: śmieszność rugowała straszność. To właśnie dlatego film ani za bardzo mnie nie śmieszył, ani też zbytnio mnie nie straszył. Zamiast tego stawał się w moich oczach coraz bardziej dziwaczny – i tak już było do samego końca, kiedy po finałowej krwawej jatce, na ekrany wylewa się… sentymentalizm.

– „Pasożyt” wpisuje się w postmodernistyczny model poszatkowanego świata, w którym trudno jest odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu – gdzie estetyka zastępuje etykę, forma staje się ważniejsza od treści i do jednego wora wsypuje się wszelkie możliwe konwencje. No i mamy bigos – potrawę naszych czasów, którą karmi się mózgi konsumentów współczesnej kultury (antykultury?)

To, że film mnie nie zachwycił, uznaję za swoją stratę. Ci, którzy się na nim bawili – wygrali. Mam nadzieję, że to co napisałem o „Pasożycie” nie zniechęci nikogo do jego obejrzenia, bo szansa, że film się spodoba, jest spora. Tak się stało, że do mnie – do mojego wnętrza (od dawna hołduję tezie, że każdy film odbieramy przede wszystkim trzewiami, a dopiero później uzasadniamy to racjonalnie) jakoś ten „Pasożyt” nie trafił (i bynajmniej nie stało się tak przez jego tytuł – którego przestraszył się chyba polski dystrybutor, bo jak widzę w kraju film pokazuje się pod angielskim tytułem „Parasite”).
Zachwyt „Pasożytem” pozostawiam innym.

*  *  *

KTO IDZIE POD PRĄD TEN DOJDZIE DO ŹRÓDEŁ – rozmowa z LECHEM MAJEWSKIM

.

Jeden z najbardziej oryginalnych polskich twórców. Jest nie tylko reżyserem, ale i pisarzem, poetą, scenarzystą, malarzem – artystą wszechstronnym i totalnym, świadomym Tajemnicy, jaką jest świat i życie. Do Chicago przyjechał ze swoim najnowszym filmem „Dolina Bogów”, który pokazany został na ostatnim Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Spotkaliśmy się po 25 latach, przez które śledziłem niezwykłą karierę Lecha Majewskiego. Rezultatem spotkania jest ta oto rozmowa.

.

STANISLAW BŁASZCZYNA: Odkąd sam przekroczyłem „smugę cienia” zacząłem zwracać uwagę na to jak odchodzą pewni ludzie, z którymi czułem jakiś związek, jeśli chodzi o widzenie świata, stosunek do życia, kultury, sztuki… To byli ludzie, którzy sporo wiedzieli o wieku XX. Wraz z nimi odchodzi wiedza, przywiązanie do pewnych wartości, o których wydaje się zapominać współczesny świat. Nowe pokolenia nie będą o tym wiele widzieć. Jak Ty odbierasz ten proces – przemijania tego wszystkiego?

Lech Majewski: „Czuję się banitą i outsiderem”

LECH MAJEWSKI: Mówiąc brutalnie: to jest naturalny bieg rzeczy. A mówiąc bardziej z punktu socjologicznego – to odchodzą ludzie, którzy wiedzą, czym była rzeczywistość. Ponieważ, tak się dziwnie składa, że taki dodatkowy aspekt wiedzy przychodzi dopiero w ciężkich czasach – w czasach wojen i katastrof. Ktoś, kto tego nie przeżył, mało może powiedzieć o tym czym jest świat, życie, rzeczywistość. No, chyba że doświadczył jakiejś osobistej katastrofy.
To jest taki jungowski dotyk realności. W takich momentach dotykamy jakby jadra egzystencji. A teraz ludzie żyją właściwie w takim całkowitym uśpieniu, otoczeni wirtualnym światem. Zwłaszcza młodzi ludzie funkcjonują w taki świecie wirtualnym – tam się odbywa randkowanie, seks… tam się odbywa nauka, stamtąd pochodzi wiedza o świecie, tam się spędza wolny czas… Wszystko się tam dzieje.

– Niedawno miałem tutaj w Chicago spotkanie autorskie, które prowadził m.in. Zbyszek Banaś i on zwrócił uwagę na to, że my – a miał na myśli mnie, siebie, wymienił też przy tym inne osoby, takie np. jak Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi – ciągle żyjemy niejako w XX wieku. A to jest pokolenie, które już odchodzi. Czy nie żal ci ludzi, których już teraz z nami nie ma, a z którymi czuliśmy pewien związek – poprzez ich książki, filmy, muzykę, sztukę…?

– W twoim pytaniu zawarta jest taka ukryta fetyszyzacja wieku XX, który uważam za najbardziej zbrodniczy w historii ludzkości. Wszystko co wiek XX zafundował – i kulturze, i człowiekowi – uważam za zgrozę. Z jednej strony, politycznej, jest to wiek totalitaryzmu i przemysłu śmierci na niespotykaną skalę w żadnym innym stuleciu. Te wszystkie obozy zagłady, te okopy I wojny światowej, to wykorzystanie broni chemicznej przeciwko młodym ludziom … przeciwko kwiatom cywilizacji zachodniej – ci wszyscy młodzi piękni Francuzi, Niemcy, Anglicy, Szwajcarzy, którzy ginęli w jakichś okropnych konwulsjach, rozwalani moździerzami, szrapnelami, w oparach gazy musztardowego, truci i paleni iperytem… To były niesamowite sceny, które się tam działy, straszne dramaty. I być może – w myśl zasady Oscara Wilde’a, że „natura naśladuje sztukę” – sprowokowali to wszystko ludzie, którzy rozbili formę klasyczną, rozbili formę piękna. Wiek XX obrzydził piękno, rozwalając je. Zaczęli Picasso z Braquiem, Strawiński, Joyce… To wszystko było rozbijanie istniejącej formy. Akurat – trzeba to powiedzieć – ci pionierzy rozbijania formy byli geniuszami lecz pozostawili za sobą taki ogon epigoński, gdzie tych „picassów”, „strawińskich”, „joyce’ów” było na pęczki. Ta destrukcja harmonii w muzyce – o czym rozmawiałem np. z Henrykiem Mikołajem Góreckim, który zresztą w młodości swojej sam się też przyczynił do tej „siekierezady” muzycznej – która jest męcząca, nie do słuchania… jest jakimś dziwolągiem, grzechem wobec tego, czym może być muzyka.
Oczywiście to wszystko mści się na nas. A my jesteśmy takimi „bękartami” złego stulecia. To myśmy położyli podwaliny pod tę brzydotę, która panuje teraz na świecie.

– Czy jest jakaś nadzieja?

Było kilka ratunków w tym stuleciu. Jednym z nich jest według mnie kino. Sztuka XX wieku wyrzekła się piękna, wyrzekła się ciała człowieczego – zamiast tego mieliśmy jakieś kikuty, potwory, jakiś holocaust postaci w sztuce wizualnej – te wszystkie rzeźby z dziurami w człowieku. To niejako zapowiadało niszczenie ciała człowieka systemami politycznymi, tymi wojnami potwornymi – i to na taką skalę, która nie miała precedensu w historii ludzkości.
Ale taką arką, która przewiozła człowieka przez XX wiek, było kino. Stąd ta ówczesna idealizacja bohaterów filmowych – niewyobrażalna dla dzisiejszego widza, bo obecnie jest raczej celebryctwo, a wtedy to była miłość i pasja. Taki Rudolf Valentino, Greta Garbo, czy Pola Negri to były istoty wręcz boskie. Teraz wiemy, że te istoty nie są boskie, tylko są częścią naszego zastępczego życia.
Ale wracając do twojego pytania – ja bym nie idealizował wieku XX. I nie jest mi brak tych ludzi; ci co mieli coś do powiedzenie, to już to powiedzieli – to jest ich dziedzictwem, i to jest do wykorzystania. Ja osobiście wolę sięgać do większych artystów niż ci, o których mówiliśmy, bo dla mnie nieporównywalnie większą sztukę tworzyli Brueghel, Bosch, Dante czy Milton… nie mówiąc o innych Bachach, Szekspirach… całej tej plejadzie tytanów sztuki. Ci z XX wieku będą już chyba wkrótce zapomniani. Ponieważ ich sztuka jest marna. To jest produkt handlowo-gazetowy… To nie jest sztuka.

– Ja nie tyle miałem na myśli artystów plastyków, co pisarzy, myślicieli, filozofów. Ale też reżyserów takiej miary jak Bergman, Kurosawa, Antonioni, Kubrick, Fellini…
Nie miałem też zamiaru w jakikolwiek sposób fetyszyzować wieku XX – również uważam, że to był najokrutniejszy wiek w historii ludzkości. Chodziło mi o to, że ci ludzie, którzy na własnej skórze doświadczyli systemów totalitarnych – czy to komunizmu, czy faszyzmu – wykształcili przez to pewne przeciwciała, których zaczyna brakować współczesnym pokoleniom. Oni starali się dotrzeć do źródeł, dociec przyczyn tych totalitaryzmów, określić człowieka i świat wobec ogromu zbrodni popełnionych przez te systemy. Byli taką żyjącą przestrogą przed tym. A teraz już ich nie ma.
Ja kiedyś – może absurdalnie – pomyślałem sobie, że zazdroszczę tamtym ludziom…. nie tego, że doświadczyli tak strasznych czasów, ale że byli konfrontowani z czymś tak ekstremalnym egzystencjalnie – i to ich w jakiś sposób pogłębiło, zbliżało do tego rdzenia egzystencji – do czego ja, pozbawiony tamtych doświadczeń, nie mam dostępu. Czasy – wbrew pozorom – zrobiły się miałkie i nijakie. Żyjemy w jeszcze większej iluzji niż kiedyś.

– Nie mam tu nic do dodania.

– Wspomniałeś, cytując Wilde’a, że „natura naśladuje sztukę”. Ja bym jednak nie przeceniał roli, czy też wpływu artystów – zwłaszcza plastyków – na politykę. Oni, rozbijając formę, deformując ciało człowieka, jakby przeczuwali czy też antycypowali to, co się będzie działo podczas I czy II wojny światowej, w obozach masowej zagłady – czuli ten strach przez skórę, przez co wielu z nich tworzyło na granicy szaleństwa. Ale chyba zbyt daleko idziemy mówiąc, że ich twórczość miała wpływ na politykę, a zwłaszcza, że prowadziło to do ludobójstwa.

– A ja bym jednak ten wpływ doceniał. Uważam, że to szło ręka w rękę – niszczenie formy, niszczenie harmonii, proporcji… z niszczeniem umysłów, z niszczeniem człowieka. Uważam, że to, iż te wojny były tak okrutne, odzwierciedlała sztuka, i że to był taki system luster, bo zachowanie ludzi odzwierciedlało też sztukę.

– Sprzężenie zwrotne?

– Tak, uważam, że… nie wiadomo, czy nie należy za to winić… Picassa. Albo tego powierzchownego Warhola, który wisi tu w muzeum – i to jego plakatowe badziewie, które jest tak podziwiane. Jak wiedzę całe Chicago jest teraz obwieszone „dziełami” tego czwartorzędnego cwaniaka od reklamy.
Ja nie chcę być grzeczny w tych moich opiniach, bo po prostu nie toleruję pewnych uznanych świętości.
Wczoraj, kiedy tak stałem w Art Institute of Chicago przed tym tondo Boticcellego, to myślałem o tym, jak to jego piękno ciągle emanuje, tyle lat po jego śmierci. Niby takie małe kółko, które wisi na ścianie – ale jaką to ma nadal siłę przekazywania piękna.

– Wobec tego mogę zadać pytanie: czy kultura jest na wymarciu?

Lech Majewski w Chicago

– Kultury już nie ma. Ona umarła dość dawno. Ona istnieje, ale jako dziedzictwo – w sensie muzealno-bibliotecznym. Człowiek osiągnął pewne szczyty kulturowe – i one są, permanentnie istnieją. Ale kultura, jako taka, w chwili obecnej jest zamieniona przez produkty „kulturowe”, które, co prawda, pojawiają się w muzeach, salach wystawowych czy filharmoniach, ale tak naprawdę są tylko zapełnianiem pustego miejsca na nowych ścianach, czy też wypełnianiem dźwiękami nowej przestrzeni.
Pamiętam, że kiedyś chodziłem na festiwal współczesnych oper i to były dwa tygodnie przeżywania tortur dźwiękowych. Wieczór w wieczór czekałem, jak coś we mnie odżyje, bo wysłucham pięknej muzyki. Mówię „pięknej” nie w sensie klasycznym, tylko takiej, które w człowieku coś porusza… Takiej np. jaką tworzył Henryk Mikołaj Górecki. Ale nie. Spotkały mnie dwa tygodnie tortur muzycznych – jakiegoś piłowania po uszach – kakofonii, wrzasków, ryków, rozwalania fortepianu…. Jakichś takich dzikich odruchów z domu wariatów, przeniesionych da deski teatralne filharmonii. I ja cały czas czułem się jak dziecko, które wiedziało, że król jest nagi. A tam siedziała grupa słuchaczy, czy też widzów – bo to się z tego happeningi prawie że robiły – i ta grupa była malutka, w sumie były to chyba tylko rodziny wykonawców i krytycy muzyczni, którzy mieli poważne miny… Król był nagi, ale oni twierdzili, że ma przepiękne szaty.
Ja cały czas się czuję jak to dziecko, które mówi: „król jest nagi”, Warhol jest po prostu okropny, muzyka współczesna jest fatalna, to wszystko jest badziewie! Ludzie, obudźcie się! Te bohomazy, te połamane rzeźby w parkach, te rury powyginane, ten złom na wystawach, te jakieś kółka i kwadraty… to jest jedno wielkie gówno!

– Zastanawiałem się czasem nad tym, na ile to wodolejstwo opisujące sztukę współczesną (dajmy na to: pisuar, „Biały kwadrat na białym tle”, fotografię kobiety jedzącej banana, albo też bohomaz ukazujący dwa maźnięcia pędzla umoczonego w czarnej farbie) jest szczere, tzn. czy ci, którzy opisują podobne „dzieła” w sążnistych esejach, roztaczając wszelkie przemądrzałe teorie na ten temat, wierzą w to, co piszą? Czy rzeczywiście widzą w tym jakąś wartość i próbują doszukać się w tym sensu? Czy jest to tylko jakaś poza? A może robią to zupełnie cynicznie na zlecenie jakiejś kliki pakującej to badziewie do muzeów lub zarabiającej na tej hucpie miliony dolarów?

– Ja uczestniczę jednak w życiu artystycznym świata, mam swoje wystawy, moje prace są pokazywane w różnych muzeach… Ale jak czytam te wszystkie opisy… No to do wszystkiego można dorobić brodę. Wszystko można opisać jakimiś mądrymi – czy też udającymi mądrość – słowami, ale czy rzeczywiście jest tam jakaś esencja?
Ja zrobiłem film „Młyn i krzyż”, który był wynikiem mojego czytania genialnej książki Michaela Gibsona na temat jednego jedynego obrazu Brueghela pt. „Droga na Kalwarię”. W tym jednym obrazie jest Wszechświat i Universum, Mądrość i Geniusz… ileś ukrytych znaczeń i symboli; są opowieści o świecie, o ówczesnej Flandrii a jednocześnie spotkanie z Chrystusem, z religią i wiarą, z cierpieniem, głupotą ludzką… To wszystko tam jest. Michael Gibson napisał analizę 230-to stronicową, chociaż na początku miał 500 stron, ale wydawca kazał mu to obciąć o połowę – i on to z bólem serca zrobił. Ale została taka kwintesencja – tam nie ma grama „tłuszczu” literackiego, nie ma grama zbędnych informacji… Natomiast zapytałem się go, czy jako historyk sztuki pisał o Picassie? Odpowiedział, że tak. A czy pisałeś o jakiejś jednej jego pracy? „Tak”. A ile stron o niej napisałeś? A on, zajrzał gdzieś tam do swoich papierów i powiedział: „osiemnaście”. Ale przyznał się bez bicia, że szło mu to z trudem.

– A może jest to również sprawa pewnej wrażliwości?

– To nie jest sprawa wrażliwości. Tam po prostu nie ma nic do opisywania. Ja przeczytałem te 18 stron i to było dla mnie żałosne. To była projekcja tego, co on by chciał tam zobaczyć.

– Są obrazy Picassa, które mi się bardzo podobają. Np. jest u nas w Art Institute jego obraz „Stary gitarzysta”, o którym sam swego czasu coś tam napisałem.

– No tak, ale ile on miał lat, kiedy go namalował?

– Dwadzieścia dwa?

– No właśnie, to były te okresy „błękitny”, „różowy” – a więc młodziutki Picasso. W Barcelonie, jak się idzie do jego muzeum i ogląda się to, co on rysował czy malował jako dziecko – ośmio-, jedenasto-letnie… to wygląda to tak, jakby mu anioł wsadził do ręki pędzel czy ołówek. Tylko on w pewnym momencie doszedł do wniosku, że trzeba to wszystko porąbać – bo się zapatrzył w afrykańskie maski. I jak zaczął to rąbać, a świat mu przyklasnął, to już przy tym pozostał.

– Czym według Ciebie jest elita. A jeśli coś takiego istnieje, to jaki jest teraz według Ciebie stan europejskich elit?

– Nie mam pojęcia. Bo zarówno ciebie, jak i mnie można zaliczyć do elity, ale to zawsze jest jakieś grupowe uznanie czegoś… Nie wiem. Ludzie też patrzą na mnie, że jestem elitą, a ja się czuję outsiderem. Z kolei inni mnie widzą jako outsidera. Nie jestem tak bardzo zależny od opinii innych – to jest ta schopenhauerowska podstawa szczęścia: „nie oddawaj się w ręce innych” – w sensie opinii, osądu. Bo jeżeli się oddasz, to od razu, natychmiast masz na sobie to chomąto niewoli.

– Podejrzewam więc jak bardzo „inny”, „obcy” musiałeś się poczuć w Hollywood, gdzie zrobiłeś jeden ze swoich pierwszych filmów.

– Przypominam sobie, że kiedy pracowaliśmy nad „Basquiatem”, to mieszkałem w Los Angeles w takim domu po Grecie Garbo, na wzgórzu o nazwie Mt. Olympus, będącej częścią Hollywoood. Były wtedy moje urodziny, zebrało się trochę ludzi, i m.in. przyszedł taki mój sąsiad – reżyser i aktor amerykański Paul Bartel (on zrobił np. film ”Eating Raoul” – taką zjadliwą satyrę na wyższe sfery – a swego czasu nazywany był nawet amerykańskim Buñuelem). Ludzie się rozjechali, ale myśmy jeszcze siedzieli, była 2-ga w nocy, i ja zacząłem się mu żalić, że tak trudno nam zebrać pieniądze na „Basquiata”). I kiedy tak się żaliłem, to on w pewnym momencie mi przerywa i mówi: „Shut up!” Wyjrzyj przez okno i powiedz mi co widzisz?”. A z mojego okna roztaczał się wspaniały widok na całe Los Angeles, na te wszystkie migoczące światełka, aż po Ocean… Ja tak trochę zgłupiałem ale mówię: no jak, co widzę? Los Angeles, Hollywood… Na co on: „Przecież jesteś poetą, powiedz coś ciekawszego!”. Więc mówię: „Lollywood”, „La La Land”… A on: „Nie, nie! To co widzisz to jest ogromne cmentarzysko. Te wszystkie migoczące światełka to są światełka ze świec na grobach…” Ja tak patrzę i myślę: „O co mu chodzi? Ćpał coś?” A on mówi dalej: „To wszystko są światełka na grobach pomysłów filmowych”. No to zacząłem patrzeć na ten widok jak na grobowce, bo rzeczywiście w Los Angeles każdy ma pomysł na scenariusz, na film… i to wszystko umiera śmiercią naturalną, i tam każdy człowiek – na stacji benzynowej, w sklepie, restauracji – to jest niespełniony scenarzysta, reżyser, aktor… „A Ty Lechu – mówi dalej Paul – Ty jesteś księciem!”. Jakim księciem? – myślę sobie. „Jesteś księciem, bo robisz swoje filmy! A to jest taka wąska grupa ludzi na świecie, która robi swoje filmy. Czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś księciem!?” Nie ukrywam, że słysząc to bardzo miło się poczułem.
Kiedy więc mówisz o elitach, to jako książę jestem elitą. Ale ja się kimś takim nie czuję. Bo czuję się banitą. Tym bardziej, że jestem prześladowany.

Lech Majewski: „Kultury już nie ma. Ona umarła dość dawno.”

.

– Dlaczego tak mówisz? Prześladowany? Przez kogo? I za co?

– Za niezależność poglądów.

– Czym to się przejawia?

– Ostracyzmem. Faktem, że festiwal w Gdyni nie daje mi nagród. Nigdy nie zaprosili mnie tam do jurorowania. Boją się tej mojej niezależności.

– Kiedy czytałem sprawozdania z ostatniego festiwalu w Gdyni, to szukałem czegoś na temat Twojego filmu i prawie nic nie znalazłem, a przecież pokazano na nim „Dolinę Bogów”.

– To się właśnie nazywa banicja.

– Ale przecież ci ludzie są niby otwarci, wyrobieni filmowo, zainteresowani kinem, a nie tylko tą popularną komercją…

– Dobrze, że dodałeś „niby”. Ale to jest też moja siła. Gdybym ja był, tak jak wielu moich kolegów reżyserów, zagłaskany w Polsce, to nic bym nie zrobił. Nie chcę tu wymieniać nazwisk, ale jest taka cała plejada zagłaskanych, co się od tych głasków nie podnieśli.

– Ale czy oni są kupowani przez to, że daje im się środki do robienia filmów? Że są hołubieni? Czy też dostają się do jakiegoś środowiska, wchodzą w skład koterii? W jaki sposób przejawia się to zagłaskanie?

– Właśnie to wszystko wymieniłeś. Wszystko to – all above and beyond.

– Sam powiedziałeś, że podczas projekcji „Doliny Bogów” na festiwalu Camerimage w Polsce, z sali wyszło kilkadziesiąt osób (swoją drogą bardzo mnie to zdziwiło, bo wyobrażałem sobie, że uczestnicy tego prestiżowego bądź co bądź festiwalu, to widzowie wyrobieni, nie nastawieni tylko na łatwą rozrywkę – i akurat oni mogli zostać do końca filmu… choćby z grzeczności). Czy jednak starasz się zrozumieć tzw. „zwykłego” widza, który zwykle ma problemy z odbiorem twoich filmów? Czy w ogóle Cię nie obchodzi to, kiedy ktoś Twoje filmy krytykuje? Czy starasz się zrozumieć pewne zarzuty, racje krytyków? Sam kiedyś przyznałeś, że każda interpretacja jest równouprawniona.

– Tak, interpretacja jest własnością danej osoby i można to publikować, interpretować. Ale czy ja rozumiem pewne zarzuty? Trudno powiedzieć – jedne rozumiem, innych nie. Case by case. Istnieje też granica reagowania na zarzuty, bo robienie filmów – a zwłaszcza filmów takich jak ja robię – jest tak trudne, tak skomplikowane, tak niezwykłe, że ja powinienem dostać jakiegoś Nobla czy Oscara za to, że ja je w ogóle zrealizowałem. Dysponuję przy tym naprawdę małymi środkami, a jednak grają u mnie gwiazdy, jakoś te filmy wyglądają… To jest też pewnego rodzaju talent wyciskania soku z kamienia.

– Wiem, że dla Ciebie język wizualny, jest ważniejszy niż zwykła narracja. To również może się przyczyniać do tego, że Twoje filmy nie są tak powszechnie oglądane.

– Uważam, że język wizualny jest narracją…

– Również tak sądzę. Ale jeśli obrazy – które często mają symboliczne znaczenie – są trudne do zrozumienia, odczytania, to może sprawiać, że film staje się właśnie hermetyczny.

– …natomiast kino jest obsadzone przez filologów, którzy przedkładają mówione słowo nad czytanie wizualne.

– Wielką wagę przykładasz do roli symbolu w sztuce. Pewne symbole mogą być rozpoznawalne, chociaż – jak sam mówiłeś w swoich wykładach – współczesny odbiorca sztuki stał się ślepy na tę symbolikę, która była w miarę czytelna w pewnych epokach z przeszłości. Jeśli na domiar tego autor/artysta używa swojej „prywatnej” symboliki, to jeszcze bardziej może to zwiększyć nieczytelność tego, co tworzy. I nie będzie to wina odbiorcy.

– Ale ta symbolika akcydentalna, moja osobista… ona również działa na ludzi. I to ludzi obcych kulturowo. Oni ją odczytują jako swoją własną.

– Czyli spotkanie z samym sobą?

– I to jest celem moich filmów.

– Czego unika kultura masowa, która robi wszystko, aby ludzie o sobie zapomnieli.

– Tak, kultura masowa zbudowana jest na ucieczce od samego siebie. A ja odwrotnie – robię rzeczy polegające na spotkaniu człowieka z samym sobą. I to jest totalnie pod prąd. Ale – jak powiedział pewien mądry chiński filozof – kto idzie pod prąd, ten dojdzie do źródeł.

– Znam Twój szacunek dla Tajemnicy. Czym dla Ciebie jest ta Tajemnica?

– Życiem. Tajemnica jest ekwiwalentna z życiem. Jest zbiorem tego wszystkiego, czym dla mnie jest życie. Każda rzecz – u podstaw, u początku, u końca i w samym środku – jest Tajemnicą. Sam proces rozmawiania tej cywilizacji – wszystko jest bardzo tajemnicze.

– Czy to oznacza barierę poznania, niemożność zrozumienia…

– Oczywiście. To jest to sokratejskie „wiem, że nic nie wiem”. To jest właśnie szczytem wiedzy. Tylko najmądrzejszy człowiek może powiedzieć, że wie, że nic nie wie. Znam wielu naukowców, fascynuje mnie fizyka, chemia, matematyka… I zauważyłem jedno: im większy ekspert, tym ma większą świadomość coraz większego pola swojej niewiedzy.

– Ale czy jest to kwestia niemożności poznania, czy też niedostatecznego zakresu naszej wiedzy, która jednak z biegiem czasu staje się coraz większa. Czy Tajemnica nie wynika po prostu z ograniczoności naszej percepcji i wiedzy?
A może największą Tajemnicą jest to, że nie ma żadnej Tajemnicy?

– (śmiech serdeczny)

– No tak, możesz mnie wyśmiać. Ale to była tylko taka prowokacja, bo również dla mnie cały świat i życie jest jedną wielką Tajemnicą.

*  *  *

„Rozmawiając po ćwierćwieczu”

.

Wywiad z Lechem Majewski przeprowadzony przeze mnie 25 lat temu w Chicago przeczytać można TUTAJ, natomiast tekst o najnowszym filmie reżysera „Dolina Bogów” TUTAJ.

.

„DOLINA BOGÓW”, ALBO O WYCISKANIU SOKU Z KAMIENIA (kilka uwag o najnowszym filmie Lecha Majewskiego)

Wśród tytułów 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce znalazła się również „Dolina Bogów” – najnowszy film Lecha Majewskiego, będącego wśród polskich reżyserów postacią niezwykłą. On sam mówi o sobie, że jest w polskim kinie outsiderem. A ja dodam, że jest on również poetą, malarzem, pisarzem – artystą wszechstronnym, dla którego kino stanowi medium, za pomocą którego można doskonale posługiwać się symbolami w próbach dotarcia do Tajemnicy i głębi ludzkiego wnętrza.

.

John Malkovich jako najbogatszy człowiek świata w „Dolinie Bogów” Lecha Majewskiego

.

       Muszę przyznać, że nie czuję się na siłach, by napisać recenzję „Doliny Bogów” – i to z kilku względów.

Po pierwsze – z powodu mojego osobistego stosunku do Lecha Majewskiego, którego zawsze bardzo ceniłem, którego karierę śledziłem, którego sposób widzenia świata i sztuki bardzo się pokrywa z moim (w jego i moim… posłużę się tu określeniem samego Majewskiego… pejzażu intymnym, znalazło się – toute proportion gardée – zadziwiająco wiele punktów stycznych); i wreszcie – co jest trochę paradoksalne – z powodu naszego spotkania, które trwało kilka godzin i miało miejsce zaledwie wczoraj (wbrew pozorom to, co powinno mi dostarczyć amunicji do napisania takiego tekstu, w pewien sposób mnie obezwładnia).

Po drugie – film Majewskiego jest tak oryginalny, specyficzny i niezwykły (zarówno w formie, jak i w treści), że wymyka się według mnie standardowej metodyce pisania recenzji filmowej, stawiając pod znakiem zapytania możliwość wyartykułowania czegoś adekwatnego do tego, co zawiera się w symbolicznej tkance znaczeniowej obrazu. Tym bardziej, że „Dolinę Bogów” wypełnia takie mnóstwo symboli i metafor, które same w sobie mogą być wieloznaczne, albo – co gorsze – wymykające się nie tylko znaczeniom i sensom, ale i samym interpretacjom, pozostawiając (chyba jednak większość widzów) w konsternacji, a samego krytyka w stanie jakiejś prokrastynacji. Gdyż istota symbolu, z samej swojej natury, jest nieuchwytna. Jak pisał Jung: „Symbol jest wyrażeniem nieokreślonym, o wielu znaczeniach, wskazującym na coś, co nie daje się w pełni zdefiniować, a zatem nie jest w pełni znane”. Z tego powodu analiza sztuki symbolicznej staje się nie tylko ryzykowna, ale (być może) wręcz niemożliwa.

Po trzecie – oglądałem film Majewskiego w sali Copernicus Center, która być może piękna jest (swoim pięknem dość specyficznym), ale niezbyt dobrze nadaje się do projekcji takich obrazów, jak „Dolina Bogów”, w których niezmiernie ważna jest nie tylko wizualność, ale i dźwięk. A ten ostatni był niestety fatalny (reżyser zapewnił mnie, że na nośniku jakość dźwięku jest idealna) – i to nie tylko dla zawartej na ścieżce dźwiękowej muzyki, ale i dla obecnych w filmie dialogów, których niezrozumiałość jeszcze bardziej mogła spowodować niezrozumienie tego, co chciał nam przekazać film (posługujący się przecież – w oddziaływaniu na widza – nie tylko obrazem). Tak więc, oglądanie „Doliny Bogów”, było dla mnie czasami niczym chodzenie po pięknym szlaku z uwierającym mnie w bucie kamykiem.

Oczywiście były takie momenty, kiedy na ten kamień nie zwracałem uwagi, pochłonięty pięknem jakie roztaczały na ekranie filmowe kadry. Osobiście dotykały mnie obrazy, które znałem z własnych peregrynacji terenów, na których kręcono film, a gdzie swego czasu spędziłem kawał swojego życia, przemierzając wielokrotnie drogiAmerykańskiego Południowego Zachodu. Niesamowite scenerie – zwłaszcza krajobrazy Utah i Arizony – do dzisiaj są we mnie obecne, schwytane w siatce mózgowych neuronów. I to rezonowało z tym, co widziałem na ekranie, wprowadzając mnie w stan pewnego uniesienia.
No i oczywiście sami Indianie, których kultura i loszajmowały mnie i obchodziły właściwie od dzieciństwa.

Wspominam o tym wszystkim, gdyż chcę zwrócić uwagę na to, jak osobiste doświadczenia życiowe wpływają na naszą percepcję… tutaj: na odbiór filmu. Wydaje się to być oczywiste, a jednak często o tym zapominamy, ferując wyroki, wystawiając cenzurki i opisując nasze subiektywne wrażenia jakby były one objawieniem prawdy obiektywnej.
Ale to nie tylko krajobrazy, które Majewski i jego operatorzy mieli w Utah na wyciągniecie ręki – i podane im przez Naturę jak na dłoni Boga. Bo jeszcze ważniejsze dla filmu były te obrazy i wizje, pochodzące wprost z pejzaży wewnętrznych reżysera, który jest przecież także poetą i malarzem. I muszę przyznać, że niektóre z nich zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Bo były niesamowite i przepiękne. Nic dziwnego, że wczoraj kładłem się do snu mając je pod powiekami – a i dzisiaj z filmem Majewskiego się budziłem. Podejrzewam więc, że moja podświadomość nadal miele „Dolinę Bogów” gdzieś w moim wnętrzu, i że coś z tego będzie się przedostawać do mojej świadomości – i to zapewne w najmniej oczekiwanych momentach.
Kto wie, może to jest właśnie najlepszy sposób przyjmowania sztuki Majewskiego?

* * *

       Film „Dolina Bogów” – w tej warstwie odbieranej i rozpatrywanej racjonalnie – opowiada w sumie bardzo prostą historię. Tak prostą, że może się to narazić na zarzut banału, stereotypu i trywialności.

Bo oto mamy archaiczną kulturę ludu pozostającego w organicznym i duchowym związku z Naturą (wyznającego i strzegącego wartości, które cywilizacja zachodnia dawno już zarzuciła i utraciła), skonfrontowanego z nowoczesną cywilizacją wyzysku, chciwości i eksploatacji, wyrafinowaną technicznie ale wydrążoną duchowo i pustą; cywilizacją pławiącą się w konsumpcji i pieniądzu, (który zastąpił wszystkich dotychczasowych bogów); cywilizacją będącą w stanie rozkładu i dekadencji, ociekającą absurdem i oddającą się dziwacznym ekscesom.

Bo oto mamy cierpiącą ofiarę korporacyjnego wypalenia; mężczyznę, którego na dodatek opuściła żona, chwytającego za (koniecznie wieczne) pióro, by stworzyć fikcję konkurencyjną wobec fikcji światów wirtualnych, w jakich zaczęli żyć współcześni mu ludzie – ale taką, która by do prawdy się zbliżała, a nie od niej oddalała.

Bo oto widzimy najbogatszego człowieka świata o nazwisku Wes Tauros (czy skojarzenie z Westeros, bajeczną krainą z „Gry o Tron” jest tu przypadkowe?), który jest w stanie zaspokoić wszystkie swoje ekstrawagancje, ale nie może za żadne skarby kupić spokoju i pozbyć się bólu po stracie swojej żony i dziecka. Góra pieniędzy (sam mieszka w zamku na szczycie niebotycznej skały) nie może dostarczyć mu Sensu ani nawet sensu. Niczym wellesowski Obywatel Kane (który wpatrywał się w „pączek róży”, mimo że otaczały go bogactwa architektury i sztuki) swojej pustki nie może wypełnić żadnym materialnym luksusem. Nic więc dziwnego, że tęskni za śmiercią. Niestety, w międzyczasie chce wykupić znajdujące się na terenach indiańskich złoża uranu, burząc tym spokój zamieszkujących Dolinę duchów, bogów i ludzi.

Bo oto mamy Naturę mszczącą się za gwałt zadawany jej przez człowieka. (Swoją drogą daję głowę, że 99.99% widzów nie będzie miało pojęcia, że kolosalny bobas rozgniatający pod swoimi stopami korporacyjne wieżowce, bierze się z indiańskiej mitologii, w której skały zamieniały się w ludzi i potwory. Yéʼiitsoh – czyli Wielki Gigant – był dzieckiem kobiety, która poszła się załatwić nad rzekę i czyszcząc się wsadziła do pochwy otoczaka, a Słońce widząc to, zapłodniło ja swoim promieniem. Współczesny widz, skonfrontowany z obrazem kamiennego Olbrzyma/Dzieciaka depczącego miejskie wieżowce, skojarzyć go może z japońską Godzillą, a w najlepszym przypadku – jeśli zna malarstwo – z Kolosem Goi.)
Nota bene Majewski do mitologii Indian Nahajo podchodzi moim zdaniem dość powierzchownie i wybiórczo – biorąc z niej to, co mu pasuje do jego wizjonerskiego konceptu. (Swoją drogą, prawdziwym wyzwaniem byłaby próba sfilmowania tych potwornie surrealistycznych historii zawartych w Diné Bahaneʼ [„Opowieść o ludziach”] czyli w micie kreacyjnym Navajów). Ponadto, twórca „Doliny Bogów” adaptuje do filmu swoją własną, „osobistą” symbolikę, znaną już tylko jemu samemu. To może jeszcze bardziej zwiększyć hermetyczność jego dzieła.

Tak więc, jeśli ktoś oglądając „Dolinę Bogów” zaczyna mieć mętlik w głowie i ni w ząb nie rozumie z tego, co widzi na ekranie – a np. zamiast symboliki sceny postrzega jej dziwaczność – to niekoniecznie dzieje się tak dlatego, że ten widz jest baranem, nieukiem czy tumanem. Tak po prostu działa ludzka psychika, której mechanizm polega na logicznej (próbie) interpretacji faktów, wyłapywaniu sensu, kojarzeniu nieznanego z tym, co jest już znane… Wreszcie: na spójnym oglądzie i śledzeniu danej narracji, która zazwyczaj jest przyczynowo-skutkowa (bo tylko wtedy może być zrozumiała).

Ja doskonale rozumiem Majewskiego, który bardziej ceni język wizualny, a narracja (w sensie arystotelskim) jest dla niego drugorzędna. Zgadzam się z nim jak najbardziej, kiedy mówi, że „wnętrze człowieka jest splotem wielu warstw i emocji, które są tylko częściowo uświadomione”. Podoba mi się to, że akceptuje on logikę paradoksalną, która dla niego jest logiką głębszą. Szanuję jego wybór, kiedy pisze: „mój stosunek do opisywania człowieka jest przeciwny do kinowego beahawioryzmu w czystej postaci”. Również odnoszę czasem wrażenie, iż rzeczywistość ma – jak uważa sam Majewski – „cudowny dar umykania opisowi”. Ale jak to wszystko funkcjonuje w twórczości Majewskiego? Tu można się spierać.
Szkopuł w tym, że tak naprawdę nie wiemy jak działa podświadomość. To co jest nam dane (i na co jesteśmy w pewnym sensie skazani) to nasza świadomość, z całą swoją niedoskonałością percepcji. Świadomość, rządząca się przecież swoimi prawami. I być może to właśnie one nie pozwalają nam dotrzeć do istoty rzeczy – do rzeczywistości, która pozostaje nam nieznana (co być może chroni nas przed obłędem).

Czy można się jakoś przebić poza tę barierę? Czy może niekiedy zamanifestować się przed nami to, co zazwyczaj jest ukryte? Czy możemy czasem uszczknąć rąbka tej kosmicznej Wielkiej Tajemnicy? Mimo wszystko sądzę, że tak (choć według mnie jest to czymś niezmiernie rzadkim). Czy tego rodzaju objawienia zdarzają się w filmach Majewskiego? Być może.

Lech Majewski nie kryje swojego egotyzmu, kiedy mówi: „szkoda mi czasu na coś, co nie dotyczy bezpośrednio moich przeżyć i rozmyślań”, czy też, dodając przy innej okazji: „dla mnie ratunkiem stała się wyobraźnia i ‘umitycznienie’ tego, co jest moim jednostkowym doświadczeniem”.
Tylko czy nie grozi to ufikcyjnianiem samego siebie (podobnie jak „umitycznienie” może grozić mitomanią) ale również rozdmuchiwaniem własnego EGO, które – jak wiemy – i tak u artystów jest już wielkie jak stąd do wieczności? I czy w konsekwencji nie prowadzi to do jeszcze większej hermetyzacji i odosobnienia? Może nawet do pychy twórcy, który patrzy na bezrozumny tłum z wyżyn swojego artystycznego księstwa? A mimo deklarowanej wiary w „głębię” człowieka, tak naprawdę nie zwraca na tego drugiego człowieka większej uwagi, bo najbardziej liczy się dla niego zapatrzenie we własne wnętrze?

To tylko uwagi ogólne – wszelkie podobieństwa z konkretnymi artystami przypadkowe.

* * *

       Lecz wróćmy do „Doliny Bogów”.

Z Lechem Majewski umówiliśmy się na brunch. Wielką przyjemnością było dla mnie spotkać się z reżyserem po 25 latach, kiedy zetknęliśmy się po raz pierwszy, i to również we Chicago przy okazji Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, na którym pokazano wtedy jeden z jego pierwszych obrazów „Ewangelię według Harry’ego”. (Po rozmowie tej pozostał ślad w formie wywiadu, z którym zapoznać się można tutaj).

Na początku postanowiłem podzielić się z Majewskim swoimi wrażeniami z projekcji „Doliny Bogów”, i chciałem to zrobić w sposób szczery, więc od razu zaznaczyłem, że nie będzie to laurka, ryzykując tym, że popsuje to nieco nasze spotkanie. Ale Majewski rzeczywiście był ciekaw, co mu mam do powiedzenia, zwłaszcza, kiedy wspomniałem, iż ze swoimi znajomymi dość długo rozmawialiśmy wczoraj o jego filmie. Widząc moje wahanie („może jednak niepotrzebnie o tym wspominam?”), ośmielił mnie, mówiąc: „Nie. Bardzo potrzebnie! Tym bardziej, że masz na świeżo ten film, i to jest interesujące dla mnie. Zwłaszcza, że niewielu ludzi go do tej pory widziało.” „Ale też nie chciałbym Ci robić przykrości” – mówię, znowu się nieco ociągając, na co Majewski odpowiedział: „Ależ rób mi przykrość. Ja tym żyję.” (śmiech).
Zacząłem więc od pochwał, od tego, co mi się w „Dolinie Bogów” podobało (o tym wspomniałem już wcześniej, więc nie chcę się teraz powtarzać), ale nie omieszkałem też wspomnieć o pewnych zastrzeżeniach – zainspirowanych poniekąd wczorajszą rozmową ze znajomymi, którzy mieli jednak problem z odbiorem filmu, o jego zrozumieniu nie wspominając. Słuchając ich, starałem się w jaki sposób ten film obronić, choć sam miałem do niego stosunek dość ambiwalentny.

„Dolina Bogów” wydała mi się stylistycznie niespójna. Ja wiem, że chodziło o zderzenie się dwóch różnych światów (kontrast), ale zestawianie ze sobą naturalnych pejzaży i tych wygenerowanych komputerowo, stwarzało pewien dysonans estetyczny – tak jakby te obrazy pochodziły z różnych filmów. Podobnie było z grą aktorską. Sceny w których brali udział profesjonalni aktorzy (choćby tej miary, co John Malkovich, który jak zwykle wypadł tutaj wręcz charyzmatycznie), zdecydowanie pozostawały w kontraście ze scenami, gdzie występowali Indianie Navajo, spośród których większość stanowili aktorzy nieprofesjonalni. W związku z tym niektóre z tych scen wypadły nieprzekonująco, czasem nawet sztucznie, zwłaszcza że z samą ich scenografią też bywało różnie. Tym sposobem do filmu wkradała się pewna pretensjonalność.
To, że film powstawał tak długo (ponad 4 lata) też nie wpływało dobrze na jego spójność, bo przecież cholernie trudno jest zmontować tak różniący się materiał w jedną płynną całość. Tym bardziej, że niedostatki budżetowe zmuszały zapewne twórców filmu do pewnych kompromisów, też nie wpływających raczej pozytywnie na jego końcową jakość artystyczną.
Majewski słuchał tego cierpliwie, ale kiedy wspomniałem o fatalnym dźwięku w Sali kinowej Copernicus Center, to wybuchnął: „Przestań już mi o tym mówić, bo mnie tutaj zaraz szlag trafi!”

Na szczęście w tym momencie przynieśli nam zamówione dania i zmieniliśmy temat naszej rozmowy (Lech Majewski sporo opowiedział mi o Wenecji, w której mieszka, i z którą związany jest prawie od dziecka).

* * *

       Po brunchu przenieśliśmy się w bardziej ustronne miejsce, gdzie łatwiej było przeprowadzić wywiad. Rozmawialiśmy o kinie, kulturze, sztuce… mając za oknem chicagowskie downtown, widok na rzekę, mosty i wieżowce – na ulice pełne ludzi śpieszących gdzieś we wszystkich kierunkach.

Całość wywiadu postaram się publikować w innym miejscu, tutaj wspomnę jedynie o wątku dotyczącym „Doliny Bogów”. Zaczął się on od mojej uwagi, nawiązującej do pewnych zastrzeżeń wobec tego filmu, które starałem się już wyartykułować wcześniej: Wspomniałeś wczoraj na spotkaniu z publicznością o swojej mamie, która kiedyś zapytała się Ciebie: „Kiedy wreszcie zrobisz film dla ludzi?”. Podejrzewam, że było to powiedziane tak pół-żartem, pół-serio, ale jest w tej pretensji zawarty pewien zarzut, gdyż Twoje filmy rzeczywiście mogą być uznane za dzieła niezrozumiałe, nieczytelne, zawiłe, nieprzenikliwe… a będąc takimi nie są w stanie trafić do tzw. „szerszej” grupy widzów, wśród których znajudją się przecież ludzie wrażliwi, otwarci na sztukę, szukający w kinie czegoś więcej, niż tylko rozrywki? Czy Tobie nie przeszkadza to, że Twoje filmy są takie hermetyczne?

LECH MAJEWSKI: Hermetyczne? To zależy dla kogo. Ja się spotykam z tak rozbieżnymi opiniami… Dla jednych są hermetyczne, dla innych są wspaniałe. Jak byś zobaczył reakcje na moje filmy młodych ludzi z Ameryki Południowej… Ja tam jestem bez przerwy zapraszany, ze względu na oddźwięk, jakie te filmy u nich budzą. Niedawno byłem w Iranie, gdzie był taki zjazd młodych filmowców, na który przyjechała ogromna ilość ludzi z całego świata – i oni znają moją twórczość. Podobnie jest w Japonii, gdzie powstało kilka fan-clubów… Trudno powiedzieć… Ja mam ciągle wrażenie, że jak powiem jedno, to mogę też powiedzieć drugie. Bo z jednej strony, owszem, to nie są blockbustery, ale jakby rozłożyć to na czas trwania tych filmów, to podejrzewam, że niejeden bluckbuster by się powstydził…

– Gdyż – jak to się mówi – przetrwają próbę czasu?

– Nie wiem, może niektóre przetrwają? „Angleus” jest takim filmem, który ciągle gdzieś się pojawia; „Wojaczek” też jest takim filmem, który się pojawia i inspiruje. Między innymi inspirował „Idę”; miedzy innymi inspirował Gusa Van Santa w „Last Days”; inspirował takiego angielskiego reżysera, który zrobił film „Control” o liderze Joy Division – znany, nagradzany na wielu festiwalach… Tak więc ciągle coś ktoś odkrywa. Tarantino mi wyznał na Camerimage, że jego inspirują „Szklane usta”. Mało tego! Mój amerykański dystrybutor napisał mi, że jeżeli chodzi o DVD to najlepiej sprzedają się właśnie „Szklane usta”, które są całkowicie niemym filmem. I to lepiej się sprzedają, niż „Młyn i krzyż”, który też się bardzo dobrze rozchodzi. Naprawdę, tak już jest, że co nie powiem, to nagle przylatuje kometa z wiadomością, że jest odwrotnie. Mogę z jednej strony powiedzieć, że owszem, nie mam dużej dystrybucji, ale z drugiej strony, jakimś dziwnym trafem, cały czas coś się gdzieś pojawia.

– Czy starasz się zrozumieć tzw. „zwykłego” widza? (Takiego pewnie miała na myśli Twoja mama pytając, kiedy wreszcie zrobisz film „dla ludzi”). Czy w ogóle Cię nie obchodzi to, kiedy ktoś – z takiej pozycji – Twoje filmy krytykuje? Czy starasz się zrozumieć pewne zarzuty, racje krytyków? Sam przyznałeś, że każda interpretacja jest równouprawniona.

– Tak, interpretacja jest własnością danej osoby i można to publikować, interpretować… Taki jest wynik wypuszczania czegoś w świat. Taka jest party parcel of this business. Ale czy ja rozumiem pewne zarzuty? Trudno powiedzieć – jedne rozumiem, innych nie. Case by case. Istnieje też granica reagowania na zarzuty, bo robienie filmów – a zwłaszcza filmów takich jak ja robię – jest tak trudne, tak skomplikowane, tak niezwykłe, że ja powinienem dostać jakiegoś Nobla czy Oscara za to, że ja je w ogóle zrealizowałem. Dysponuję przy tym naprawdę małymi środkami, a jednak grają u mnie gwiazdy, jakoś te filmy wyglądają… To jest też pewnego rodzaju talent wyciskania soku z kamienia.

– Wiem, że dla Ciebie ten język wizualny, jest ważniejszy niż zwykła narracja. To również może się przyczyniać do tego, że Twoje filmy nie są tak powszechnie oglądane.

– Uważam, że język wizualny jest narracją…

– Również tak sądzę. Ale jeśli obrazy – które często mają symboliczne znaczenie – są trudne do zrozumienia, odczytania, to może sprawiać, że film staje się właśnie hermetyczny.

– …natomiast kino jest obsadzone przez filologów, którzy przedkładają mówione słowo nad czytanie wizualne.

– Wielką wagę przykładasz do roli symbolu w sztuce. Pewne symbole mogą być rozpoznawalne, chociaż – jak sam mówiłeś w swoich wykładach – współczesny odbiorca sztuki stał się ślepy na tę symbolikę, która była w miarę czytelna w pewnych epokach z przeszłości. Jeśli na domiar tego autor/artysta używa swojej „prywatnej” symboliki, to jeszcze bardziej może to zwiększyć nieczytelność tego, co tworzy. I nie będzie to wina odbiorcy.

– Ale ta symbolika akcydentalna, moja osobista… ona również działa na ludzi. I to ludzi obcych kulturowo. Oni ją odczytują jako swoją własną.

– Czyli spotkanie z samym sobą?

– I to jest celem moich filmów.

– Czego unika kultura masowa, która robi wszystko, aby ludzie o sobie zapomnieli.

– Tak, kultura masowa zbudowana jest na ucieczce od samego siebie. A ja odwrotnie – robię rzeczy polegające na spotkaniu człowieka z samym sobą. I to jest totalnie pod prąd. Ale – jak powiedział pewien mądry chiński filozof – kto idzie pod prąd, ten dojdzie do źródeł.

I w tym momencie spojrzeliśmy za okno, patrząc z góry na tłum ludzi przewalający się po obu stronach Chicago River, której brzegi porastały aluminiowo-szklane wieżowce downtown. Środkiem drogi pełnej samochodów jechał rowerzysta, który – nie trzymając kierownicy – coś tam tekstował wpatrzony w ekran swojego smartfona

Po chwili milczenia Majewski zwrócił się do mnie i powiedział: „Ja ci mogę zagwarantować, że obojętnie jak odbierasz ‚Dolinę Bogów’, to będzie to film, który będziesz pamiętał do końca życia.”

*  *  *

Wyraźni w tłumie bez wyrazu? Spotkanie z Lechem Majewskim w Chicago

.

Całość wywiadu z Lechem Majewskim przeczytać można TUTAJ.

.

„SOLID GOLD”, „KURIER”, „PIŁSUDSKI” – o filmach 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Trzy filmy nawiązujące do sprawy polskiej, w tym dwa widowiska historyczne. „Solid Gold” to współczesność – prowokuje pytania o mafijny i korupcyjny charakter związków biznesu z polityką; „Kurier” to powrót do patriotycznego heroizmu polskiego czasów II wojny światowej; „Piłsudski” cofa się do początków XX wieku, ukazując ikonę polskiej walki o niepodległość, ale odbrązowioną i odmitologizowaną. A wszystko to w kinie przekłada się na dobre i na złe. Dokładnie tak samo jak w życiu.

.

Zaklęte rewiry III RP (Andrzej Seweryn, Krzysztof Stroiński i Olgierd Łukaszewicz w filmie „Solid Gold”)

.

„SOLID GOLD”

       O filmie „Solid Gold” było głośno zanim jeszcze trafił na ekrany kin. Przyczyniła się też do tego pamiętna awantura na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni, gdzie tytuł ten z przeglądu w najpierw wycofano, później pokazano – a wszystko z powodów politycznych i zatargu Jacka Bromskiego z producentami „Solid Gold”, którzy stwierdzili, że reżyser ich oszukał, bo bez ich wiedzy przemontował film, który im wcześniej pokazał, i którą to wersję oni zaakceptowali. Z kolei Bromski i inni utrzymywali, że to jest cenzura a twórcy filmu mają prawo go zmontować według swojego uznania.
Nie dociekając tego, kto miał rację (ja sceptycznie podchodzę do wyjaśnień i zarzutów obu stron), zwraca w tym wszystkim uwagę obłędne upolitycznianie w naszym kraju wszystkiego co się rusza, psucie sobie nawzajem krwi i to z byle jakiego powodu.
A film „Solid Gold” – bardzo luźno oparty na aferze Amber Gold – jest po prostu filmem sensacyjnym, który wprawdzie nawiązuje do korupcji, jaka istnieje w każdym środowisku biznesmenów i polityków (zwłaszcza na styku świata polityki i biznesu), ale robi to w ramach kina gatunkowego, nie odwołując się konkretnie do żadnego układu politycznego, będąc po prostu fikcją. Tak więc „Solid Gold” jest przede wszystkim produktem z kategorii „popularne kino rozrywkowe”, a nie jakimś dziełem demaskatorskim, czy tym bardziej polityczną manifestacją.
Tak mi wpadło teraz do głowy, że gdyby w Stanach Zjednoczonych politycy reagowali równie gwałtownie i urazowo na każdy film, nawiązujący do ich osób i działań, to już dawno doszłoby do jawnej wojny – i to nie tylko w Hollywood – a powołana do zwalczania takiej niepoprawności czy wręcz bezczelności twórców cenzura, miałaby pełne ręce roboty.
Muszę przyznać, że mi się ostatni film Jacka Bromskiego podobał bardziej , niż jego wcześniejsze tytuły (takie np. jak „Anatomia zła” czy „Uwikłanie”). Jest to twórca będący bardzo sprawnym reżyserem, „czującym” ekran, a jeśli coś mu w przeszłości nie wychodziło, to była to zwykle wina scenariusza, a nie reżyserii. Tym razem napisał moim zdaniem bardzo dobry scenariusz, z niezłymi dialogami, dzięki czemu aktorzy takiej klasy, jak Andrzej Seweryn, Olgierd Łukaszewicz czy Janusz Gajos mieli co grać i – co tu kryć – wypadli świetnie. Choćby dla nich warto się wybrać do kina. Ale też sama historia – dzięki sposobowi, w jaki opowiada ją film – jest zajmująca. Wszystkie postacie rozpisane są ciekawie – łącznie z policjantką Kają (w tej roli zaskakująco naturalna Marta Nieradkiewicz) czy policjantem „Smokiem” (szorstki, nieogolony i ziemisto-poszarzały Marcin Czarnik). A tu jeszcze Danuta Stenka, Andrzej Konopka, Krzysztof Stroiński, Sławomir Orzechowski, Mateusz Kościukiewicz i inni.
Końcówka filmu pozostawia trochę do życzenia, ale ogólnie  „Solid Gold” jest solidnym widowiskiem, które potrafi wciągnąć widza w swoje rewiry.

7/10greydot.

Za Polskę – z honorem i narażeniem życia (Philippe Tłokiński w „Kurierze”)

.

„KURIER”

       Jako kino gatunkowe „Kurier” sprawdza się całkiem nieźle. Władysław Pasikowski jest dobrym rzemieślnikiem kina, więc nakręcił film w miarę poprawnie, choć można wyczuć, że jest to robota mu zlecona, a nie wydarta z trzewi (czy też zrodzona z wewnętrznej potrzeby nakarmienia własnych demonów) jak to często ma miejsce w przypadku kina autorskiego, choćby u Wojtka Smarzowskiego. Jak na dysponowanie budżetem, z którym widowiskowo zaszaleć raczej nie sposób, film prezentuje się na ekranie wcale nieubogo – ładne obrazki i kompetentna scenografia są jego sporą zaletą. Mimo dość przedziwnego scenariusza (z nieco szkolnymi dialogami), akcja posuwa się naprzód w tempie, które nie tylko nie usypia widza, ale zdolne jest zająć jego uwagę. Choć też zbytnio do wysiłku umysłowego nie zmusza, bowiem wymowa i charakter filmu balansuje na granicy patriotycznej agitki i komiksu dla młodego widza. Który, nota bene, po obejrzeniu „Kuriera”, nadal niewiele będzie wiedział o prawdziwej postaci Jana Nowaka-Jeziorańskiego, na biografii którego (a właściwie na jednym z jej epizodów) oparto fabułę filmu.
Aktorzy dobrze sobie radzą – ale przecież po to są profesjonalistami. Z przyjemnością zobaczyłem na ekranie kilka nowych twarzy, choć skecz z weteranem Pasikowskiego Cezarym Pazurą też dostarczył mi frajdy.
Pewną kuriozalnością scenariusza było to, że przez cały film jego akcja opierała się na determinacji kuriera Nowaka, aby się przedostać z Londynu do okupowanej przez Niemców Warszawy i wręczyć dowództwu AK depeszę Naczelnego Wodza mówiącą o tym, by nie dopuścić do wybuchu powstania, gdyż alianci im nie pomogą i nie będzie to miało żadnego wpływu na położenie Polski (którą i tak postanowiono sprzedać Stalinowi). Tak więc powstanie pochłonie życie tysięcy ludzi, których ofiara i śmierć będą bezcelowe i pójdą na marne, nie przynosząc żadnego pożytku. Nowak ryzykując życiem dokonuje cudów, by przekazać tę wiadomość Warszawie. Cały czas mamy pewność, że i on sam jest przekonany o słuszności tej przestrogi (stąd jego determinacja), a tu nagle, po dostarczeniu depeszy generałowi Borowi, oświadcza władzom podziemnej Warszawy, że on jak najbardziej jest za wybuchem powstania, bo nie ma nic piękniejszego jak zginąć za Ojczyznę (oczywiście jego kwestia dialogowa trwała dłużej, ale była równie schematyczna, patetyczna i frazesowa).
Tak więc nie ma co spodziewać się po filmie tego, że przybliży nam sylwetkę Jana Nowaka-Jeziorańskiego, albo że ukaże nam złożoność ówczesnej sytuacji politycznej i niesłychanie trudne położenie Polaków, którzy walcząc o wolność, pozbywają się jednego wroga z Zachodu, by zaraz uzależnić się od swoich „wyzwolicieli” ze Wschodu. Film nie podejmuje też kwestii związanych z tragizmem decyzji o wybuchu powstania, zadowalając się opcją hurra-patriotyczną. Niestety, wszystko jest zbyt schematyczne, uproszczone, powierzchowne i płytkie. Nasi bohaterowie – i samo powstanie – nadal czekają na godne ich wielkości kino.

6/10greydot.

Bez spiżu, patosu i przyziemnie… ale za to bliżej życia i prawdziwiej (Borys Szyc w „Piłsudskim”)

.

„PIŁSUDSKI”

       Bardzo cenię niektóre rzeczy, które do tej pory zrobił Michał Rosa. Podobał mi się jego ostatni film „Szczęście świata” – bardzo klimatyczny, na pograniczu realności i magii; ciepły, może nawet dotknięty nostalgią? W każdym razie zdradzający to, że Rosa wie, jaki efekt – zarówno jeśli chodzi o klimat, jak i wizualność – chce uzyskać na ekranie. Innymi słowy, jest to twórca, który panuje nad filmową materią, urabiając ją po swojemu, dzięki temu jego utwory mają… no cóż… dość mocny charakter.
Jego najnowszy film „Piłsudski” mnie zaskoczył, i to z kilku powodów.
Po pierwsze: jego ton jest zupełnie inny, niż „Szczęście świata” – bardziej „przyziemny”, po męsku chropawy i solidny, nie miękki i kolorowy, ale raczej twardy i szary. Wydaje się jakby był bliżej krwistego i kościstego życia.
Po drugie: znakomita kreacja Borysa Szyca, który doskonale się w ten charakter filmu wpisuje, ukazując bohatera – polską legendę i historyczna ikonę – jako… surprise, surprise!… człowieka. Nie ze spiżu ani z brązu, tylko właśnie z krwi i kości – zdeterminowanego, choć narwanego; otwartego na innych ludzi, choć despotycznego. Patriotę i socjalistę z jednej strony – rewizjonistę i bezwzględnego, stosującego terror zamachowca – z drugiej. No i oprócz tego idealistę, który jednocześnie zdradza swoją żonę (w czym być może przejawiał się też jego pragmatyzm).
Po trzecie: okazało się, że film pt. „Piłsudski” jest o… surprise, surprise again… Piłsudskim. Innymi słowy: bardziej skupia się na osobie i charakterze Józefa Piłsudskiego, niż na historycznych przemianach, które doprowadziły do uzyskania przez Polskę niepodległości. Wydaje się, że Rosę bardziej interesowały przemiany we wnętrzu „Ziuka”, niż jego droga do zdobycia władzy i stania się najważniejszą postacią Polski międzywojennej. A w to wszystko graj Szycowi. Choć nie tym, którzy spodziewali się bardziej sprecyzowanej faktograficznie narracji, a nie tak szybkiego galopowania filmu po historycznych łebkach. Mnie to jednak za bardzo nie przeszkadzało.
Mniej więcej w tym samym czasie obejrzałem „Legiony” Dariusza Gajewskiego które również nawiązywały do postaci Piłsudskiego (a konkretnie do formowania przez niego wojska polskiego) i do tego samego okresu historycznego. I muszę powiedzieć, że ta konfrontacja zdecydowanie wypada na korzyść filmu Rosy, bo obraz Gajewskiego w wielu miejscach był – co tu kryć! – żenujący. Ale tak to jest jak się robi utwory na patriotyczne zamówienie – nawet największy budżet nie jest w stanie filmu uratować, jeżeli ma on kiepski scenariusz, kulejącą reżyserię – męczy nas drętwym romansem, infantylnym podejściem do historii – oraz wypełniony jest po brzegi patosem.
„Piłsudski” Michała Rosy był tego wszystkiego zaprzeczeniem i właśnie dlatego wydał mi się – w tej swojej niepatetycznej i odmitologizowanej przyziemności – o niebo prawdziwszy.

7.5/10greydot.

Recenzje innych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu: „BOŻE CIAŁO”, „SŁODKI KONIEC DNIA”

.