STĄPAĆ PO CIENKIEJ LINII – rozmowa z reżyserem „Bożego Ciała” JANEM KOMASĄ

.

W programie tegorocznego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce znalazł się film „Boże Ciało”. Żaden inny film tego przeglądu nie spotkał się z tak wielkim zainteresowaniem publiczności – bilety zostały wyprzedane na wszystkie jego seanse. „Boże Ciało” udało mi się jednak obejrzeć na odbywającym się kilka tygodni wcześniej Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Po projekcji miałem tę przyjemność przeprowadzić długą i niezwykle interesującą rozmowę z jego reżyserem, Janem Komasą.

.

Jan Komasa (fot. Anna Błaszczyna)

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Dobrze pamiętam film „Sala samobójców”, który był Twoim pełnometrażowym debiutem. Bardzo mi się spodobał, był niezwykle ciekawy w formie i treści. Uderzyło mnie to, że był dziełem tak dojrzałym, mimo że został wyreżyserowany przez młodego człowieka, debiutanta, o którym zresztą niewiele wiedziałem. Później było „Miasto 44”, kolejny obraz zwracający na siebie uwagę. No a teraz „Boże Ciało”, znakomicie przyjmowane zarówno przez widzów, jak i krytykę (nagroda dla najlepszego reżysera oraz nagroda publiczności na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni). Wygląda na to, że możesz się już czuć twórcą spełnionym.
Jak to się stało, że postanowiłeś być reżyserem? Co o tym zadecydowało?

JAN KOMASA: Było wiele takich czynników. Ja od początku życia lubiłem wymyślać historie, różne niestworzone rzeczy… I patrzyłem jaki to wywiera wpływ na słuchaczy. Fascynowało mnie np. to, jak mogę straszyć rodzeństwo, kuzynów, rówieśników. Później mi to przeszło w takie różne zabawy z rzeczywistością, do tego stopnia przekonywujące, że te moje powieści stawały się między nami, dziećmi, pewnego rodzaju legendą, która rzeczywiście żyła.
To jest taka chęć, uwielbienie dla fikcjonalizacji wszystkiego, co jest dookoła – i patrzenie jaki to wywiera wpływ na innych. Czyli jestem takim opowiadaczem.
Bardzo dużo czytałem – i nadal to robię – również z moimi dziećmi. Po drodze były graffiti, rysowałem dużo komiksów, uwielbiałem oglądać filmy na VHS-ie, pisałem opowiadania, grałem na pianinie, próbowałem swoich sił w hip-hopie, … no i to tak ewoluowało. Myślałem o studiowaniu muzyki, filozofii, psychologii… Ale kiedy zostałem tatą – w wieku 19 lat – musiałem się zdecydować, no i postanowiłem być reżyserem.
A dlaczego reżyserem?
Mój tata, który sam jest aktorem i pedagogiem, zawsze mówił, że będę reżyserem – ponieważ reżyseria skupia te wszystkie rzeczy.
W reżyserii trzeba umieć pięknie kłamać. Ja to chyba umiem. Czy pięknie? O to się staram. Chodzi o to, żeby to było sugestywne i to „kłamstwo” zamieniało się – w jakiś dziwny sposób – w prawdę. W prawdę dla kogoś ważną.

– Nawiązując do opowieści. To one, tak naprawdę, stworzyły całą naszą kulturę. Mity – także narracja, gdzie komentujemy i interpretujemy naszą rzeczywistość i świat, w którym żyjemy. Nie zdajemy sobie z tego zazwyczaj sprawy, ale my, cały czas, obracamy się w takiej sferze fikcyjnej. To nie znaczy, że nieprawdziwej czy iluzorycznej, ale takiej, która jest wytworem naszej wyobraźni. I tu nie ma nic do rzeczy, czy to jest prawda, czy to jest fałsz. To nam pozwala funkcjonować w społeczeństwie, w kulturze…
Właśnie dlatego możliwe są takie spory, jakie widzimy dookoła nas. Bo kiedy się spieramy, kłócimy, a nawet kiedy prowadzimy dialog… to wtedy nie tyle ważne są fakty, jak to, czy potrafimy naszą narrację „sprzedać”, narzucić innym – to czy nasza narracja potrafi się przyjąć w ludzkim „stadzie” (przepraszam za to brzydkie wyrażenie).

– No właśnie. „Boże Ciało” miało pierwszy tytuł „Stado”.

– A to ciekawe. Nie wiedziałem o tym.
Lecz wracając do naszych sporów. W nich przestają się liczyć fakty – chodzi o to, żeby narracja jednej grupy wzięła górę nad narracją innej.

– To zawsze było narzędziem władzy… i zawsze będzie. Mają władzę ci, którzy potrafią narzucić swoją narrację.

– A że jesteśmy istotami społecznymi, to bardzo łatwo ulegamy jednej narracji, całkowicie odrzucając inną. Dzięki temu to, co nas spaja, łączy i wiąże, jednocześnie nas separuje, dzieli i antagonizuje.
To jest właśnie to błędne koło, w które my, Polacy, jesteśmy schwytani w ostatnim czasie, zwłaszcza od katastrofy smoleńskiej.

– Przydałby się nam jakiś terapeuta.

– Ale to dotyczy nie tylko Polski, prawda?

– W Europie jest to szczególnie zauważalne, bo prawie we wszystkich krajach mamy wzrost napięcia, polaryzację… A komu na tym zależy politycznie, to można dociekać, domniemywać.

– Wykorzystują to politycy.

– Oczywiście. Ale bardzo dużo miesza też Rosja, niestety.

– Miesza, czy może bardziej te zjawiska wykorzystuje? Bo przecież trudno utrzymywać, żeby Rosja stała np.za ruchem Gilets jaunes we Francji, czy Indignados w Hiszpani.

– Rosja tego nie inspiruje absolutnie, ale wykorzystuje sytuację. A że są mistrzami – bo mają świetnych mistrzów szachowych – to potrafią rozgrywać genialnie takie nastroje społeczne. Rosjanie pod tym względem są niedoceniani.

– Zachód jakby tego nie dostrzega.

– A szkoda, bo to co jest korzystne dla Kremla, nie jest korzystne dla nas. Pęknięcia społeczne są absolutnie nie na rękę Zachodowi. Uważam, że Europa cierpi z tego powodu; sądzę, że przez to wzrasta nieufność europejskich krajów między sobą – a to już Europa przerabiała. Ja mieszkam w tym klimacie i widzę co się dzieje.
To uwolnienie granic, które nastąpiło w 1989 roku, było dla nas cudem, i było to wspaniałe. My wszyscy na tym skorzystaliśmy – życie się wydłużyło, ludzie stali się szczęśliwsi, zaczęli lepiej zarabiać… Przez te 30 lat żyliśmy we względnym spokoju, ale teraz, po raz pierwszy za mojego życia odnoszę wrażenie, że nadeszły ciemne chmury… Których się autentycznie boję – widzę je w niepokoju ludzi, tu i tam pobrzmiewających słowach o wojnie, o agresji, wręcz o jakiejś apokalipsie…
My jako kraj, musimy bardzo uważać, żeby się nie poddawać tym różnym manipulacjom z zewnątrz. Nasz sposób na przetrwanie, to jest zachowanie zimnej krwi i nie uleganie emocjom. To powinno być naszym głównym celem. Bo myśmy już to przeszli, bo myśmy już umierali za Ojczyznę milionami… i już dosyć tego! Dlatego powinniśmy być pragmatyczni i jak najbardziej zimni emocjonalnie.

– Z naszym polskim charakterem i temperamentem będzie to raczej trudne.

– Niestety.

– Na dodatek w społeczeństwie polskim rysują się coraz głębsze podziały, stajemy się wobec samych siebie nieprzejednani, wręcz wrodzy. Pogłębia to internet, pogłębiają media.

– Tak, internet niejako zunifikował ludzi w balony – spowodował, że zaczęli oni żyć w swoich bańkach. Np. kiedyś można było siedzieć przy stole z ludźmi o bardzo różnych afiliacjach – można było rozmawiać – i nie czuło się tych różnic tak bardzo. Dzisiaj, tylko po tym co wybieramy do jedzenia, mogę powiedzieć, kto na kogo głosował. Bo wiadomo np., że ktoś, kto głosuje na skrajną prawicę nie będzie weganinem…

– Ludzie jak gdyby zaczęli się przystosowywać do swoich stereotypów.

– Tak, ale też zaczęli totalnie, drobiazgowo dobierać do tych stereotypów swoje zachowanie.

– Bo wtedy można łatwiej się „wymacać” – zidentyfikować swojego lub obcego. No i zamykamy się w tych naszych obozach na własne życzenie. Myślimy, że jesteśmy wolni, a stajemy się w pewnym sensie niewolnikami.

– Pewne cechy zostały właśnie przypisane przez bańki do bardzo konkretnych zachowań.

– Ja myślę, że to się też wiąże w jakiś sposób z obserwowalnym – nie tylko u nas, ale i na całym świecie – odchodzeniem od tej narracji liberalno-demokratycznej. Orientacja polityczna, która nie tyle zbankrutowała, co przestała być tak atrakcyjna dla większości ludzi (a taka się wydawała po upadku komunizmu). Do głosu coraz więcej zaczęły dochodzić formacje konserwatywne, nacjonalistyczne… (Nie chcę używać określeń lewicowy – prawicowy, bo uważam, że te pojęcia we współczesnym świecie straciły swoje – w miarę klarowne – znaczenie, jakie miały w przeszłości. Obecnie używa się ich gównie po to, by „labelować” ludzi – właśnie segregować, tworzyć te podziały, o których mówimy – identyfikować zarówno swoich ideologicznych czy politycznych sprzymierzeńców, jak i przeciwników, często uznając tych ostatnich za wrogów.)

– To jest fenomen światowy – choć w różnych krajach różnie to wygląda. Odniosę się do naszego wspólnego podwórka, bo ja to śledzę, badam… trochę mnie to fascynuje. Otóż my jako kraj, mamy taką „porąbaną” historię. Nam zabory, agresja sąsiadów pozabierały wszystkie możliwości, które były doświadczeniem np. Oświecenia czy rewolucji seksualnej… czyli tego, co Zachód już „przerobił” – przyjął albo wypluł – już dawno temu. Byliśmy natomiast zamykani w tych kokonach, które nam narzucano odgórnie, niestety. Przez to zostawaliśmy zawsze z tyłu.
To, co się teraz w Polsce dzieje, to trochę taka kontynuacja tego, z czym mieliśmy do czynienia w latach 20. czy 30. XX wieku. My, po odzyskaniu niepodległości, mieliśmy jakieś 20 lat na to, żeby porozmawiać o tym, kim jesteśmy po tych 123 latach zaborów: czy my jesteśmy bardziej niemieccy, rosyjscy… czy jacyś inni. I nagle okazało się, że nie ma czegoś takiego, jak „Polak”. To znaczy my możemy sobie mówić, że jest, ale tak naprawdę to go nie ma. Pojedzie się do Szczecina, pojedzie się na Podkarpacie, na Śląsk, do Gdańska, Warszawy, czy na Podlasie… dokądkolwiek się nie pojedzie, mamy do czynienia z różnymi systemami wartości, inną mentalnością – tak samo jak to jest np. w niemieckich landach. Mamy więc bardzo niejednolity obraz samych siebie, a jednocześnie istnieje problem z umową społeczną. Ta debatach zaczęła się u nas po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. I została przerwana – w sposób sztuczny – przez wojnę. Zamiast rozmawiać o tym, jaki kształt powinna mieć Polska, kim powinniśmy być, to zostało nam przerwane na 50 lat. W 1989 roku zostało to znowu uwolnione. Zaczęto wydawać książki, pisma, kręcić filmy… takie, których nie można było robić wcześniej. Mimo wszystko stała się rzecz niezwykła – i co ważne zaszło to bezkrwawo. Naprawdę stał się cud. Wróciliśmy wtedy do tego punktu sprzed 50 lat – do procesu, który nam wtedy przerwano.
Najpierw ta rozmowa była taka… mmm… najważniejsze to się rozwijać, ale później przybrała większą wagę, stała się bardziej ostra…z czym mamy teraz problem w kraju. Generalnie, nikt się tak polityką nie zajmował przez dwadzieścia parę lat. Aż tu nagle spadł samolot i się okazało, że my jesteśmy podzieleni jak nigdy, tylko się o tym tak nie mówiło.

– Do czego się przyłożył też internet…

– Absolutnie! Ale on tylko amplifikował to, co już w nas wcześniej było. Ten internet stał się taką tubą, wszystko wyolbrzymił – spowodował, że my wszyscy tak na siebie krzyczymy. Bo wrażenie użytkownika internetu jest takie, że ta druga strona na niego krzyczy i napiera. Takie wrażenie odnosi każdy uczestnik debaty. A tak naprawdę nie bierze udziału w debacie, tylko, najczęściej, czyta te rzeczy w internecie. Więc to nam tworzy wszystkie strachy, wyolbrzymia… powstaje w sumie coś sztucznego.

– Pogłębiają to media.

– Tak. Kiedyś była taka zasada dziennikarska, żeby zadzwonić zarówno do jednej, jak i drugiej strony, żeby coś zweryfikować. I nie mówić, która strona ma rację, tylko dać to pod osąd czytelnika czy widza. Rolą dziennikarza było przekazać informację, newsa do opinii publicznej. Nie mówiąc, czy to jest źle, czy to jest dobrze… Teraz już w ogóle tego nie ma.

– Nie ma teraz niezależnych mediów – ani z jednej, ani z drugiej strony.

– Nie ma. Dokładnie!

– To wszystko separuje ludzi.

– Tak. I radykalizuje.
A wracając do tego, co mówiłeś o tej kapitulacji strony liberalnej, lewicowej…

– Chodziło mi nie tyle o kapitulację, co wyparcie… Szala jakby bardziej przesuwa się w stronę konserwatyzmu, nacjonalizmu – tego, co nazywa się prawicą.

– Tak, następuje wzrost konserwatyzmu w społeczeństwach na świecie.

– Jaka jest tego przyczyna?

– Powodem są m. in. te podziały, które się utworzyły; merytokracja, wyścig, który jest nierówny dla wszystkich. Niektórzy ludzie poczuli się wykluczeni. Bardzo wyraźnie zarysował się konflikt w podziałach na: miasta – nie miasta; wykształceni bardziej – wykształceni mniej (niewykształceni); ateiści – ludzie religijni… i tak dalej. Wszystko złączyło się niesamowicie w te bańki, o których już wcześniej mówiliśmy.

– Ale przecież poszliśmy do przodu.

– Tak, lecz nie zauważyliśmy tych ludzi, którzy nie byli w stanie ściągać się, galopować. Nastąpiło pewne pęknięcie, rozwarstwienie klasowe, ale również takie porzucenie ideologiczne. Doszedł też element, na który Anda Rottenberg trafnie wskazała: wymiera pokolenie, które doświadczyło skutków nacjonalizmów, autorytaryzmów i propagandy – ludzi, którzy pamiętają wojnę. I nie ma kto tego przekazać dalej. A teraz – i to na całym świecie – następuje, zwłaszcza wśród młodzieży, wzrost postaw jawnie faszyzujących.
No i słyszymy coś takiego, że „Hitler powinien dokończyć to, co zaczął!”, „z wami to do gazu”… Taki hejt, który się teraz wylewa, a którego w takim natężeniu nie było wcześnie – ja przynajmniej czegoś takiego nie pamiętam. On się dostał do mainstreamu.

– Naprawdę?

– Tak uważam. Politycy – z lewa i prawa – przejęli ten język i zaczęli reprezentować postawy, które są bardzo agresywne. I to co było „on the fringes”, na takich marginesach – bo świrów w polityce nigdy nie brakowało – teraz wchodzi do mainstreamu.

– A może tak samo jest to amplifikowane, sztucznie wzmacniane przez internet, a tym samym wyolbrzymiane i wskutek tego przesadzone?
Muszę przyznać, że ja – mimo, że doświadczyłem wojny czy totalitaryzmów na własnej skórze – jestem bardzo na te sprawy uwrażliwiony, także dzięki lekturze Orwella, Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego, czyli pisarzy, którzy (jak chyba żadni inni) dogłębnie wniknęli w istotę totalitaryzmów – genezę zarówno komunizmu, jak i faszyzmu – w horror obozów koncentracyjnych, ludobójstwa na masowa skalę… Dla mnie to są sprawy istotne, które już wcześniej wiele razy przemieliłem w swoje głowie.
Kiedy więc ktoś mówi, że formacja, która doszła w Polsce do władzy sprzyja – czy nawet popiera – postawy faszystowskie, że mamy do czynienia z dyktaturą, że Polacy biorący udział w manifestacji Święta Niepodległości to w większości skrajni nacjonaliści, którzy już niedaleko mają do nazizmu – to ja no to reaguję dość mocno i sprawdzam, czy tak rzeczywiście jest – bo jeśli byłoby to prawdą, to byłoby to dla mnie straszne.
A niestety, całkiem niedawno, w radiu, które skądinąd bardzo cenię (NPR), usłyszałem audycję zatytułowaną: „Extreme Nationalism Is as Polish as Pierogi”. I to mnie wkurzyło. Podobnie jak robienie z nas wszystkich antysemitów, rozgłaszanie po całym świecie, że byliśmy „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników”, „mordercami Żydów”… (Co w takim razie można powiedzieć np. o Hiszpanach, Anglikach, Niemcach, Amerykanach?) To są wypowiedzi, oględnie mówiąc, niefortunne, dla nas Polaków krzywdzące i niesprawiedliwe.

– To jest naturalne, że takie opinie mogą wkurzać. Nie ulega wątpliwości, że wokół nas są i funkcjonują stereotypy narodowe, czego – jako Polak – doświadczam na co dzień, bo jeżdżę po świecie i słyszę jakie różne rzeczy o Polsce się mówi. Oczywiście, że są to krzywdzące stereotypy, z którymi my, Polacy, musimy walczyć. Z różnych powodów się one wzięły, ale niestety są. I one rzeczywiście są karygodne.
Ale faktem jest, że mamy do czynienia ze wzrostem wśród młodzieży postaw faszyzujących. Uważam, że ten wzrost jest znaczny i większy, niż kiedykolwiek. Ja nie pamiętam, żeby wcześniej ktoś mówił, żeby homoseksualistów posłać do gazu…

– A ja pamiętam. I to mnie początkowo bardzo bulwersowało, szokowało wręcz, ale z czasem, doszedłem do wniosku, że podobne zidiocenie jest tak marginalne i sporadyczne, że nie ma co tym tak bardzo się przejmować. Mam nadzieję, że i teraz jest to taki margines.

– Ale jak masz np. stronę, gdzie czytasz: „pedały do gazu” i nagle pod tym masz 30 tysięcy „lajków”, to o czymś to mówi. I mimo, że Facebook takie strony zaraz usuwa, to te świry zawsze znajdą sobie jakieś miejsce, gdzie mogą ten hejt uprawiać.

– Sam nie wiem czym to jest powodowane: nienawiścią, bezmyślnością, chęcią prowokacji, czy też skrajną głupotą?
Najważniejsze, aby te skrajne trendy nie zaczęły przyjmować jakiejś instytucjonalnej, strukturalnej postaci, bo wtedy to naprawdę byłoby groźne. Zresztą, moim zdaniem, te zjawiska są bardziej niebezpieczne na Zachodzie niż w naszym kraju.

– Ja szedłem w marszu Niepodległości, szedłem w marszu Równości i widziałem bardzo fajnych Polaków tu i tu – i wtedy nie było żadnego problemu. Ale widziałem też niefajnych Polaków.
Jednak te skrajne postawy się zamplifikowały i przez ten strach, które mamy już wbudowany, każdy się boi wejść do tego drugiego marszu. Bo ludzie myślą, że w tym innym marszu zostaną… nie wiem… zgwałceni, ich dzieci zostaną spedofilowane, że wszyscy wyśmieją ich wiarę i tak dalej… a w tym drugim marszu każdy się boi wejść do tego pierwszego, bo myślą, że zostaną pobici, wyzwani, opluci, że spotka ich czysta, chamska agresja… Tak więc przykłady na jedno i drugie znajdziemy, przy czym mówię o pewnych postawach, a nie czynach.

– Właśnie, takich konkretnych aktów agresji jest naprawdę mało, częściej odgrywa się to w ludzkiej wyobraźni, w obawach… A strach ma wielkie oczy.

– Uważam, że to czego potrzebujemy najbardziej, to rozmowa… a nie darcie się na siebie i przekrzykiwanie. Potrzebujemy również terapeutów. Potrzebujemy siąść razem przy stole albo przy ognisku… i zjeść wspólnie kiełbaskę.

– Ekologiczną.

– Wegańską.

– À propos konieczności rozmowy. W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Im więcej się ze sobą spieramy, tym, jesteśmy silniejsi i mocniejsza jest nasza tożsamość”.
Czym według Ciebie różnią się od siebie dialog i rozmowa. Czy rozróżniasz nie tylko ich naturę, formę, ale i konsekwencje?

– Spór jest jednak pewnego rodzaju walką. Jest też częścią składową dialogu. Spór „propeluje” dialog, napędza go, powoduje, że on „idzie”… Bo kiedy się we wszystkim zgadzamy, to po prostu… nie ma o czym gadać.
Sporu nie ma co unikać, natomiast odbieranie drugiej stronie prawa głosu, mówienie, że jesteś gorszy i nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego; mówienie, że nie słucham Cię, bo to jest bullshit, bo jesteś głupi… To to jest rzeczywiście obrzydliwe. Powiem wprost: to jest odmawianie komuś prawa do człowieczeństwa. I dotyczy wszystkich stron.
Ale tak jest w internecie, bo w rzeczywistości jest jednak inaczej. Ludzie starają się być mili dla siebie…

– Tak jak my tutaj teraz.

– … a potem siadają przy klawiaturze i są mistrzami klawiatury.

– Użyłeś słowa „tożsamość”. Dlaczego jest ona taka ważna?
Czy stąd nie jest już blisko to nacjonalizmu?

– A właśnie, że nie. Bo jest różnica między patriotyzmem a nacjonalizmem. Ja jestem 100-procentowym patriotą. Kocham kraj, z którego pochodzę, znam jego kulturę, fascynuje mnie ona, fascynują mnie ludzie, którzy w nim mieszkają… Ale nie jestem nacjonalistą, bo nacjonalista stawia własny naród wyżej innych narodów; mówi, że jego naród jest lepszy od innych. Dochodzi do tego element szowinizmu.
My jednak mamy problem z tożsamością. A prawdziwa tożsamość jest ważna, bo według mnie może nas uchronić przed nacjonalizmem.
To tak jak w związku. Chorobliwa zazdrość pojawia się wtedy, kiedy ludzie w siebie nie wierzą. Prawdziwa siła bycia razem – razem w związku, razem w kraju, razem w Europie – polega na tym, że mamy wbudowaną silną tożsamość. I dlatego nie musimy reagować histerycznie za każdym razem, kiedy ktoś zrobi coś strasznego, głupiego… bo umiemy być silni wobec tego. Są narody, które sobie z tym radzą lepiej lub gorzej; są też narody, które mają totalnie rozwaloną tożsamość… Np. Ukraińcy. My jesteśmy w trakcie dyskusji. Ona jest zażarta, ale jest – rozmawiamy ze sobą, spieramy się. Niestety, nie ustrzegliśmy się przed tym, żeby wyłączać mikrofon na mównicy, kiedy ktoś mówi inne rzeczy, niż byśmy chcieli słyszeć.
Musimy przerobić pewne lekcje. Polska nigdy nie przeszła takiego mocnego flirtu z nacjonalizmem…

– I to nas uchroniło choćby przed faszyzmem. Na nasze szczęście zawsze zadawaliśmy się półśrodkami, w przeciwieństwie do naszych sąsiadów, którzy rozpętali zabójczy faszyzm czy komunizm na niebywałą skalę.
Lecz ja uważam, że jesteśmy silni (choć nie jako państwo, bo przez ostatnie kilka wieków braliśmy cięgi ze wszystkich stron). Gdybyśmy tacy silni nie byli, to jako naród byśmy nie przetrwali.

– Oczywiście.

– Takim bastionem tożsamości był zawsze dla Polaków Kościół katolicki. A teraz jest kolejnym powodem do tego, żeby się polaryzować, zwalczać, tworzyć obozy, pogardzać, może nawet nienawidzić.

– Kościół przez 50 lat komunizmu był miejscem, gdzie intelektualiści, artyści mogli się schronić. Traktowali oni Kościół jako miejsce, w który czuli się stosunkowo niezależnie wobec rzeczywistości, która była szara i pod kontrolą służb bezpieczeństwa. Kościół był miejscem szczególnym. Obecność artystów, intelektualistów w obrębie Kościoła w zasadzie nikogo nie dziwiła, ale też wpływała bardzo korzystnie na sam Kościół i bardzo korzystnie na artystów i intelektualistów. Ta ich wymiana myśli – tak skrajnie różnych, o różnym zabarwieniu, nawet lewicowym (przecież chodzili tam Kuroń, Michnik) – tam właśnie miała miejsce. I dzięki temu, zarówno duchowni byli ciekawsi – bo musieli się z tym zderzać, jak i sami opozycjoniści się pogłębiali. Oni wszyscy rośli. Dlatego to pokolenie wasze jest takie ciekawe, bo jest takie… właśnie „wydialogowane”. Niestety, ci ludzie już odchodzą – po obu stronach. A oni nam dawali świadectwo, że można ze sobą dialogować i się nie pozabijać. I nagle ich brakuje.
Po 1989 roku staliśmy się wolni i ludzie nie musieli się już akredytować przy Kościele, żeby wydawać gazety, książki, płyty, komiksy… w zasadzie można było robić wszystko co się chciało – i można to już było robić otwarcie. I wtedy te dwa elementy – artyści i intelektualiści oraz Kościół – zaczęły dryfować obok siebie, jak w każdej w miarę zdrowej demokracji. 30 lat później jesteśmy osobno – podzieleni jak nigdy dotąd. Nagle się okazało, że nie tylko zniknęły pomosty łączące te dwie strony, ale że te strony bardzo się na siebie zbiesiły.
Żyjemy w czasach, kiedy nastąpił drastyczny spadek liczby powołań w Kościele. Największa laicyzacja następuje właśnie w Polsce. Jesteśmy krajem, który – jeśli wierzyć ostatnim badaniom sprzed dwóch miesięcy – laicyzuje się najszybciej na świecie. Wśród ludzi między 18 a 30 rokiem życia, stopień laicyzacji jest niebywały.
I to wszystko są procesy, które są procesami tożsamościowymi, każą na zrewidować swoje myślenie.
Czy należy się ich bać, czy nie?…. nie mówię w ogóle o tym. Jest to zmiana. Zawsze będą zmiany. A my musimy podjąć dialog.
I właśnie mój film „Boże Ciało” stara się podjąć taki dialog – o tym kim chcemy być, jak mamy postępować. Chodzi jednak o to, żeby – bez względu na to, gdzie to pójdzie – wzajemnie się szanować.

– Jestem na gorąco po obejrzeniu Twojego filmu i muszę Ci powiedzieć, że bardzo mnie on zaskoczył. Wydaje mi się, że dokonuje on swoistego cudu, bo potrafi jednoczyć ze sobą ludzi, i to znajdujących się po obu stronach tego podziału, o którym tu mówimy. Z tego co wiem, film cieszy się także znakomitym odbiorem wśród krytyków, bez względu na ich sympatie polityczne, światopogląd czy stosunek do Kościoła w Polsce. Mam wrażenie, że dzieje się tak dlatego, że nie opowiada się on jednoznacznie po żadnej ze stron, ma uniwersalną wymowę, nie krytykuje wprost ani ludzkiej religijności, ani Kościoła katolickiego jako instytucji; a przede wszystkim pokazuje wszystkich ludzi z… ludzkim obliczem – z ich słabościami, rozterkami… Uświadamia nam, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy tacy sami – że wszyscy odczuwamy, cierpimy, cieszymy się tak samo.
Twój film, swoją drogą, jest bardzo przewrotny, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Bo np. główny bohater, który jest kłamcą, mówi prawdę; jest „złoczyńcą”, ale czyni dobro; jest fałszywym księdzem, ale zachowuje się bardziej po chrześcijańsku, niż inni księża…

– Uważam, że film pięknie pokazuje to, że ludzie, którzy się tak różnią, powinni być jednak – tak po chrześcijańsku – razem. W takim nurcie chrześcijaństwa, że tak powiem, pierwotnego. Co ciekawe, scenariusz do „Bożego Ciała” został napisany przez Mateusza Pacewicza, który jest ateistą.

– Kolejna „przewrotność” i paradoks tego filmu. Ludzie niewierzący okazują się lepszymi „chrześcijanami” niż ci wierzący.

– Ja takich przykładów znam mnóstwo. Mam znajomych – ateistów, lewaków, gejów… itd. – którzy są bardzo humanitarni, stawiają się za wykluczonymi, rękę by dali sobie odciąć, żeby ciebie lub mnie uratować. Ale mam też wśród swoich znajomych ludzi, którzy plują hejtem czy jadem absolutnym; nienawidzą, z pogardą patrzą… Mnie akceptują, bo mi się w życiu wiedzie. Ale jakby mi się przestało wieść, to byłbym takim samym „wypierdkiem”, jak ci, którym się nie powiodło.

– Takie postępowanie jest też kwestią charakteru.

– Tak, ale też sprawą zabójczej merytokracji, czyli oparcia postaw życiowych – relacji międzyludzkich – na tym, czy się komu w życiu udaje, a nie na tym, że się po prostu jest. To powoduje fałszywy obraz ciebie. To sprawia, że jesteś kimś, jeżeli coś robisz. Ale będzie czas, kiedy nic nie zrobisz. I co? Będziesz wtedy nikim?

– I dlatego tak mnie rażą opinie i postawy ludzi, którzy wyrażają się z pogardą o tzw. „Polsce B” – o ludziach, którzy głosowali na inne formacje polityczne, niż oni sami. Nazywanie ich półgłówkami, prymitywami, kruchtą, moherami, ciemnogrodem… i tak dalej, tylko dlatego, że mają inne poglądy (co przecież w demokracji jest sprawą naturalną i oczywistą). Bo tylko ich wybory są prawidłowe, a oni są najmądrzejsi.
Chodzi więc o to, żeby zwalczać te stereotypy i nie zamykać się we własnych, jedynie słusznych, bańkach. Trzeba wyjść do drugiego człowieka i uszanować jego inność. Starać się zrozumieć jego zachowanie.

– O tym jest również „Boże Ciało”.

– Wspomniałeś kiedyś, że Twoimi znajomymi – może nawet przyjaciółmi – są księża. Myślę, że to, iż Ty widzisz ich jako ludzi inteligentnych, wrażliwych, otwartych, wpływa na Twój sposób widzenia wiary, Kościoła, religii… w przeciwieństwie do ludzi, którzy takich bliskich znajomości nie mają.

– Muszę powiedzieć, że ja przez tych moich przyjaciół miałem spaczony obraz księdza. Dla mnie ksiądz to był ktoś kto pogada, ktoś kto zrozumie, ktoś kto jest fajny… ktoś kto wie, jak do Ciebie podejść, kiedy masz jakiś problem życiowy. Teraz, pracując nad „Bożym Ciałem”, byłem w różnych miejscach i trafiłem na ludzi, z którymi nie umiałem zamienić normalnie jednego zdania. Nie wiedziałem, że jest taka osoba w ogóle. Jak ktoś taki może cię terapeutyzować czy wskazać drogę? Nie ma szans.
Spotkałem takiego jednego wikarego, który mnie przeraził. Był zaprzeczeniem postawy chrześcijańskiej. Takie rzeczy zauważyłem dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem się tym zajmować. Wcześniej byłem na to ślepy. Przebywałem właśnie w tej swojej bańce – księdza Wojtka Drozdowicza, księdza Marka Grygiela, Ojca Jana Góry, Tadeusza Polaka itd. Moja mama pracowała w katolickiej redakcji TVP. Miałem więc do czynienia z tym środowiskiem. Dla mnie to był taki Kościół bardzo otwarty. A tu nagle spotykam kogoś, kto jest tego zaprzeczeniem.

– A może to właśnie ten wikary jest takim księdzem, który daje spaczony obraz księży katolickich – a tym samym Kościoła, jego wspólnoty?
W „Bożym Ciele” księża są ludźmi, z którymi możemy sympatyzować – bo ten film ukazuje właśnie ich „ludzką” twarz. Pozwala też zrozumieć różne ludzkie zachowania; nie pogardza ludźmi, nie czyni ich gorszymi… Dzięki temu nie dzieli, a jednoczy. Porusza też w nas struny, które jednak rzadko są poruszane we współczesnym kinie, książkach, mediach. Robi to w bardzo ciekawy sposób, wydobywając z ludzi to, co w nich najlepsze – co w nich siedzi, mimo że często oni sami o tym nie wiedzą. Innymi słowy: wyzwala dobro, a nie zło; rodzi nadzieję, a nie rozpacz.
Uświadamia nam też, że natura ludzka jest plastyczna. To, jak człowiek reaguje zależy od tego, jak do niego przemawiasz – czy to jest szczere, czy chcesz go poniżyć czy oszukać, wziąć podstępem, stereotypować?
Istnieje droga, którą można do drugiego człowieka dotrzeć – i moim zdaniem Ty swoim filmem taką drogę pokazałeś.

– Dziękuję. Właśnie o to mi chodziło.

– Wybierając się dzisiaj na projekcję „Bożego Ciała”, wspomniałem jednej z moich znajomych – rasowej kinomance, popularyzatorce kina i recenzentce – Renacie Borowiak, o możliwości spotkania się z Tobą. I jeśli by do tego doszło, to jakie pytanie zadałaby ona, gdyby była na moim miejscu (nota bene, bardzo Twój film rekomendowała).
Czy mogę przeczytać jej pytania?

– Jasne!

– „Tam podobno sporo improwizacji było na planie. (Doceniamy, bo językowo film przekonuje autentyzmem). Czy już w scenariuszu język był tak dopasowany do postaci? Na ile był to wkład aktorów”?

– Ciekawe pytanie. Są sceny, szczególnie dotyczące młodych, które były bardzo wyimprowizowane, ale potem, ze względu na trudność dialogu, na jego informacyjność – bo musi być on precyzyjny – brane to było jakby w karby. Np. scena na barce. Ona jest bardzo trudna, bo ma ze sześć czy siedem punktów zwrotnych. I żeby przejść przez każdy taki punkt, to musieliśmy wszyscy ustalić bardzo konkretną sekwencję zdań. Tak więc, to były dialogi, które najpierw były wyimprowizowane na próbie, ale później jeszcze raz przeze mnie rozpisane, zblokowane, podzielone na części – poddane pewnej przeróbce. Była to więc taka improwizacja pod kontrolą – improwizacja, która została zaklęta w scenariuszu. A myśmy ją później tylko zrekonstruowali.
Na samych zdjęciach już się starałem, żeby improwizować znacznie mniej. Ale zdarzały się takie momenty „olśnień”, że tak się wyrażę (nawiasem mówiąc uwielbiam je). Np. w scenie, kiedy Ola Konieczna (Lidia) znajduje w sypialni pijanego proboszcza. Przed jej nagraniem szepnąłem jej do ucha, żeby – bez względu na to, o co ją Bartek (grający głównego bohatera, Bartosz Bielenia – przyp. S.B) zapyta, ma zaprzeczać i mówić, że to jest niemożliwe. Więc kiedy on się pyta: „Co, ksiądz lubi sobie popić?”, to ona odpowiada: „Nie, on nie pije”. Tym stwierdzeniem Bartka zaskoczyła, więc wyraz zaskoczenia na jego twarzy jest prawdziwy.
Ale też ostatnia kwestia, czyli słowa „Szczęść Boże”, które ona mówi do opuszczającego kościół Bartka, jest improwizacją. Tego nie było w scenariuszu.

– A to są słowa w pewnym sensie kluczowe.

– Tak, ona poczuła, żeby to powiedzieć. Z oka spływa jej łza, a ona mówi: „Szczęść Boże”. To jest takie doznanie, które może cię trafić, i nie wymyśliłbyś tego.

– Może i z czegoś takiego bierze się magia tego filmu?

– Bartek, kiedy odprawia mszę, też często mówi od siebie.
Ale są też sceny, które były bardzo precyzyjnie określone.
Uwielbiam improwizację, ale bardzo nie lubię nieprzygotowania. Trzeba znać scenariusz i czuć postać, którą się gra. Tak więc, te rzeczy muszą się spotkać. W moim filmie zagrali aktorzy, którzy są znakomici i świetnie to rozumieją.

– Może jeszcze jedno pytanie Renaty: „Czy ostre, bezkompromisowe obrazy kleru (kościoła) w filmach, które ostatnio gościły na ekranach, w jakiś sposób wpływały na intencje reżyserską? W sensie: ‘Boże Ciało’ powstawało równolegle, więc zamysł mógł być niezależny. Ale jakaś modulacja była możliwa. Komasa powstrzymał się przed krytyką instytucji, a nawet księży. Obaj (występujący w filmie) są ok. Czy nie kusiło go, by podkręcić kontrast między księżmi a Danielem? Bo ja myślę, że decyzja reżysera była w punkt.”

– Pierwsza wersja scenariusza z 2016 roku w ogóle nie zakładała żadnej krytyki Kościoła – ani instytucji, ani księży. To powstawało zupełnie niezależnie wobec tego trendu, do którego odnosi się pytanie. Bardzo dużo mieliśmy o tym rozmów – żeby na to bardzo uważać. Bo nudne są i mają bardzo krótkie nogi filmy, które tylko krytykują. Gdyż, umówmy się, instytucje są, potem ich nie ma… a ja chciałem zrobić film, który byłby uniwersalny. I żeby był tak samo ważny za 10 czy 20 lat. Bardzo się starałem, żeby nie wejść w taki publicystyczny ton, który rzeczywiście się teraz się przybiera. Na szczęście „Boże Ciało” nigdy pod tym względem nie miało być gazetą. Mówię „na szczęście”, bo to jest zbyt łatwe, żeby stanąć po jakiejś stronie sporu, przy takiej polaryzacji, jaka jest dzisiaj. Najtrudniej jest utrzymać się na tej cieniutkiej linii pomiędzy.

– Miejmy nadzieję, że nam to się uda.

– Chodzi o to, żeby utrzymać się na tej cienkiej linii… ale nie być neutralnym!

– Bo neutralność zwykle oznacza obojętność, prawda?

– Dokładnie.

– Myślę, że tą olśniewającą konkluzją możemy zakończyć naszą rozmowę, za którą bardzo Ci dziękuję.

*  *  *

MALOWANY PTAK, czyli o przetrwaniu w zarażonym złem i okrucieństwem stadzie

.

Do kin trafiła ekranizacja głośnej książki Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”, wywołując nie mniejsze kontrowersje, niż jej literacki pierwowzór. Widzowie reagują zarówno z zachwytem, jak i z przerażeniem – cześć widowni pozostaje przykuta wręcz hipnotycznie do ekranu, część opuszcza w popłochu kinową salę, nie będąc w stanie obejrzeć filmu do końca. Co ciekawe, obie strony mają równie mocne argumenty i powody.

.

„Malowany ptak” – pornografia przemocy czy filmowy poemat o nadziei i miłości?

.

1.

Muszę przyznać, że ten film namieszał w moim wnętrzu niemiłosiernie. Jestem w stanie doskonale zrozumieć zarówno ludzi, którzy gremialnie wychodzi z sali kinowej (wprawdzie na Festiwalu chicagowskim z filmu uciekło tylko parę osób, ale już w Wenecji czy Toronto widownię opuściła ponoć połowa publiczności, a część to nawet w popłochu), jak i tych, którzy oceniają obraz Václava Marhoula bardzo wysoko. Jeśli chodzi o mnie, to nie tylko dzielnie wytrzymałem do końca (o tym, co mi w tym pomogło, za chwilę) ale i ostatecznie przekonałem się co do tego, że Malowany ptak, jeśli chodzi o sztukę kina, jest jednak dziełem wybitnym.
Przyznaję, że kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o powstającej ekranizacji kontrowersyjnej książki Jerzego Kosińskiego Malowany ptak, to wydało mi się wówczas, że takie przedsięwzięcie skazane jest na niepowodzenie, i to z kilku powodów.
Przede wszystkim pomyślałem, że jeśli ten film będzie ogłaszany jako obraz o Holokauście, to na starcie skompromituje sam siebie, bo (nawet jeśli sam Kosiński zrazu tak utrzymywał) Malowany ptak nie jest o Holokauście, choćby dlatego, że autor niemal wszystko w tej powieści zmyślił, do czego był zmuszony się przyznać, kiedy przyjrzano się temu, co rzeczywiście przytrafiło się mu w czasie niemieckiej okupacji, kiedy jego i jego rodziców mieszkańcy jednej z podkarpackich wsi ocalili, a nie maltretowali (bili, torturowali, znęcali się, gwałcili) z bestialskim okrucieństwem – jak to opisał w książce.
Dodatkowo, jeśli miałby to być film utrzymujący, że w sposób uniwersalny ukazuje prawdę o ludzkiej naturze, to chyba tylko skrajny pesymista, nieuleczalny mizantrop i w ogóle człowiek z przewlekłą depresją mógłby w to uwierzyć, widząc te wszystkie okropności serwowane mu na ekranie.
Wreszcie: jeśliby ten film starał się literalnie przenieść horrendum opisane (czy też raczej: napisane) przez Kosińskiego, to musiałby się osunąć w jakąś pornografię okrucieństwa i perwersji.
Takie miałem myśli, wątpliwości i obawy… i muszę przyznać, że Marhoulowi udało się jakimś cudem tego wszystkiego uniknąć (w moich oczach, przynajmniej, bo są tacy, którzy są innego zdania).
„Jakimś cudem”… hm… czyli jak?
Pierwsza obawa rozwiała się już w czasie projekcji, a przypieczętował to reżyser w rozmowie z publicznością po zakończeniu filmu: „Kosiński kłamał” – stwierdził bez ogródek Marhoul – Chłopiec (bohater filmu) jest symbolem, akcja nie dzieje się w żadnym konkretnym kraju. To dlatego nie używa się w nim języka polskiego, rosyjskiego czy ukraińskiego a czegoś, co nazwano Slavic Esperanto (moim zdaniem to posunięcie reżysera było genialne). Film jest raczej parabolą i metaforą tego, co może się stać/dziać z ludźmi w czasach gwałtu i pożogi pod każdą szerokością geograficzną – sugerował reżyser.
W sposób, przyznaję, dość przewrotny, Marhoul oświadczył też, że nie jest to wcale film o złu, okrucieństwie i nienawiści, tylko wręcz przeciwnie: o dobru, miłości i nadziei (ja tego nie kupuję, jednak wierzę w szczerość reżysera, a tym samym w to, że nie przenosi ukazanych w filmie – a czynionych przez człowieka – potworności na cały rodzaj ludzki).
A jeśli chodzi o pornografię okrucieństwa? Osobiście tego tak nie odebrałem, choć uważam, że jeśli ktoś w ten sposób styl i treść filmu określił, to miał po temu dość powodów – i jest to uzasadnione.
Według mnie pornografii zaprzecza już estetyka obrazu, która jest bądź co bądź na najwyższym artystycznym poziomie. Zdjęcia Vladimíra Smutný’ego mają w sobie hipnotyzującą wręcz moc. Ich monochromatyzm nie tyle odrealnia ukazywany świat, co go poetyzuje, a mimo to osadza w pewnej konkretności ludzkiego doświadczenia. Paradoksalnie, estetyzacja obrazu jednocześnie anestezjuje ukazywany w nim horror (dzięki czemu może on być dla nas znośny) ale i umożliwia to, by dotarł on w nasze wnętrze gdzieś głębiej. Narracja filmu porywa widza niczym rzeka… ale taka, która nie tylko sunie wolno korytem, lecz jest też pełna meandrów, kaskad a nawet wodospadów.
Przyznam, że w czasie projekcji doświadczyłem czegoś, co mogło być momentem zwrotnym – owo walenie nas obuchem po głowie, kiedy po pełnej okrucieństwa i sadyzmu scenie następowała scena ukazująca jeszcze większe okrucieństwo i sadyzm… kiedy wreszcie mogłem mieć tego wszystkiego dość i powiedzieć „no nie!” (i może nie tyle wyjść z kina, co zacząć patrzeć na film z jakimś tępym znużeniem) – ale coś mnie zawsze zatrzymywało i wciągało z powrotem.
Czym było to „coś”?
Niesłychaną inwencją reżysera w kreowaniu scen – jeśli chodzi o sztukę kina – nieskazitelnych? Wspomniana poezja, obejmująca koszmar i grozę, choć nie pozbawiona też lirycznych dotknięć? Piękno kadrów, niemalże klasycznych, ale nie banalnych? Przykuwająca uwagę gra aktorów (wśród których nie brakło tak charyzmatycznych osobistości, jak Stellan Skarsgård czy Harvey Keitel, o grającym Chłopca Petrze Kotlar nie wspominając)? Sama historia i ciekawość, w jaką stronę to wszystko zmierza?
Tak, to „coś” było tym wszystkim… i jeszcze paroma innymi rzeczami, o których dużo by pisać, ale nie chcę, aby ten tekst rozrósł się do jeszcze bardziej monstrualnych rozmiarów.

2.

Może jeszcze tylko wspomnę o moim małym „starciu” z reżyserem po projekcji Malowanego ptaka na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Oczywiście szczerze mu pogratulowałem, ale też zwróciłem uwagę, że jednak nagromadzenie okrucieństwa i przemocy w tym filmie może być nie do zniesienia dla przeciętnego widza, co sprawia, że staje się on dziełem cokolwiek hermetycznym, strawnym jedynie dla pewnej części krytyków i małej garstki zaprawionej w bojach publiczności. Poza tym – sprawa jeszcze ważniejsza – czy nie uważa on, że widz nieuprzedzony co do jego intencji, może odnieść wrażenie, że Malowany ptak traktuje o naturze ludzkiej en bloc, więc jeśli mielibyśmy ją sądzić według filmu, to jest ona u większości ludzi wręcz bestialska, bo przecież niemal każdy człowiek, jaki pojawia się na ekranie jest nie tylko zły, ale wręcz sadystyczny? Czy naprawdę zło i okrucieństwo jest dla natury ludzkiej czymś radykalnym – uniwersalnym i istotnie przyrodzonym? (a tak przecież można wnioskować z zawartości i wymowy filmu).
Na co Václav Marhoul złapał mnie za ramiona i jeszcze raz powtórzył z naciskiem patrząc mi prosto w oczy: to jest film o dobru – o nadziei i miłości! Bo to jest najważniejsze! Ludzie, którzy pojawiają się w filmie nie są źli – i dla Chłopca są dobrzy! W tym filmie nie ma okrucieństwa i brutalności – to tylko tak mi się wydaje, to jest we mnie, czyli winna jest moja percepcja!
Przyznam się, że nieco zbaraniałem. Bo to, co mówił przeczyło logice i faktom: jestem pewien, że 99.99% widzów przyznałoby, że film aż kipi od przemocy, a ludzie, do których trafia Chłopiec, są dla niego źli i okrutni (wyjątkami są – co ciekawe! – dwaj żołnierze: niemiecki i sowiecki). Lecz jakoś wykrztusiłem z siebie uwagę, że jednak mam prawo się z nim nie zgadzać. (Na szczęście wyrzucaliśmy to sobie z uśmiechem na ustach, choć przecież traktowaliśmy nasze słowa zupełnie poważnie).
Zaraz potem reżysera porwali organizatorzy a ja się zacząłem zastanawiać, skąd się takie jego przekonanie – w moich oczach bardzo przewrotne – wzięło (bo na pewno nie było to wykalkulowane, a tym bardziej fałszywe). Przewrotne, bo to tak, jakby chcąc ukazać miłość, pokazywałoby się nienawiść; chcąc ukazać łagodność, pokazywałoby się okrucieństwo; chcąc ukazać pokój, pokazywałoby się wojnę, chcąc ukazać niebo, pokazywałoby się piekło…
Myślę, że znalazłem odpowiedź, zapoznając się z tym, co Marhoul powiedział przy innych okazjach. Np. tutaj: „Tylko w ciemności możemy widzieć światło (…) Pytanie o ludzkość, o Boga, o to czym jest zło; co to znaczy, że światło jest widoczne tylko w ciemności? To jest zasada i istota tego filmu”.
Być może Marhoul, widząc skrajnie negatywne reakcje ludzi na film, słysząc zarzuty o pornografię okrucieństwa, o przesycenie swego obrazu okrucieństwem, złem i brutalnością, nie mógł przyjąć tego do wiadomości, gdyż byłoby to przyznaniem się do tego, że spędził 11 lat (a tyle trwała jego praca nad Malowanym ptakiem) brodząc w (nie)ludzkim szambie, z którego wywlókł na widok publiczny jego najbardziej cuchnące nieczystości? A przecież, tak naprawdę to on kocha ludzką czystość i niewinność, a najważniejsze dla niego w naszym życiu są Dobro, Nadzieja i Miłość. Być może stąd się wzięły te nielogiczne, bez mała absurdalne i zaprzeczające ekranowej ewidencji stwierdzenia, w które on sam wreszcie uwierzył?
Bo przecież nie pokazuje się ciemności, żeby pokazać światło (to przeczy nie tylko logice, ale i fizyce). Jeśli już, to pokazuje się ciemność, by uświadomić nam, czym jest brak światła.
I o tym jest dla mnie ten film.

 *  *  *

8,5/10

O innych filmach 55. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego przeczytać można TUTAJ.

.

KOBIETY W OGNIU, MALOWANE PTAKI, WĄTPIĄCY PAPIEŻE… o filmach 55. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago

festival.banner.wl

Spośród filmów zaprezentowanych – jak zwykle w olbrzymiej ilości – na chicagowskim festiwalu, udało mi się obejrzeć kilkanaście. Poniżej krótka (utrzymuję, że długość jest tutaj pojęciem względnym) relacja, w której starałem się ująć moje spotkania z tymi obrazami w słowa.

,

Sensualne bogactwo kobiecych uczuć, wrażeń i emocji  („Portret kobiety w ogniu”)

.

        PORTRET KOBIETY W OGNIU to bez wątpienia najbardziej sensualny film jaki widziałem na Festiwalu. Niemal zupełnie pozbawiony mężczyzn, przepełniony za to mnóstwem kobiecych spojrzeń. Widzimy – i czujemy – świat kobiet, które wszak muszą liczyć się z rzeczywistością naznaczoną wolą mężczyzn – normami i zasadami patriarchalnego i nieegalitarnego społeczeństwa. Co ciekawe, feministyczna i lesbijska do szpiku kości Céline Sciamma (która film nie tylko wyreżyserowała, ale i napisała do niego scenariusz), nie neguje explicite tych zasad – kobiety, które widzimy na ekranie nie buntują się przeciw opresji, jaka de facto uniemożliwia im spełnienie się ich miłości – a ukazuje schwytane przez namiętność (hormony, serce, duszę, wyobraźnię) i oddające się zmysłowej grze istoty ludzkie.
Być może nie ma tu buntu dlatego, że byłby on w tym przypadku jednoznaczny z autodestrukcją? (Wiemy, że siostra jednej z głównych bohaterek popełniła samobójstwo). Jednakże nie jest to nam potrzebne do tego, byśmy uświadomili sobie owo ciche, lecz piekące i trzymające w niezwykłym napięciu zniewolenie tych kobiet – nie musimy być świadkiem wielkiej dramaturgii by dojmująco odczuć tragizm ich położenia.
Obraz Sciammy jest niezwykle malarski – niemal każdy kadr można przenieść na płótno i powiesić obok dzieł Vermeera, Liotarda, Friedricha, Vigée Le Brun… Jedna z bohaterek jest malarką, ale nie wydaje mi się, aby to było głównym powodem zastosowania takiej estetyki, która w filmie jest przede wszystkim środkiem do zobrazowania i oddania na ekranie kobiecej wrażliwości. Bo ta estetyka jakże subtelnie – stopniowo i płynnie – przechodzi w erotykę, scalając w jedno sensualne bogactwo kobiecych uczuć, wrażeń i emocji – kobiet doświadczających zarówno samych siebie (własnego ciała i psyche), jak i siebie nawzajem.
Według mnie film można umieścić na najwyższej półce kina, lecz nie po to, by podzielił on los innych arcydzieł, o których się mówi, ale których się nie ogląda. Bo po Portret kobiety w ogniu można sięgać wielokrotnie i za każdym razem smakować jego piękno, które wynika nie tylko z estetycznego wyrafinowania, czy z powabnej cielesności, ale i z najsubtelniejszych drgań jakie mogą się pojawić w głębi ludzkiej duszy.

       Tak się złożyło, że kilka obejrzanych przeze mnie filmów ukazywało życie tzw. „zwykłych” ludzi, na których – gdybyśmy spotkali ich na ulicy – zapewne nie zwrócilibyśmy żadnej uwagi. Podobne obrazy ustawiają się niejako pod włos stricte rozrywkowej funkcji kina popularnego, jaką jest eskapizm – ucieczka od przyziemnego, codziennego życia w krainy wyobrażone, czyli takie, o jakich się marzy (wyższe sfery, baśń, fantazja) albo których się obawia (dystopia).

        Ken Loach to chyba najbardziej znany socjalista wśród reżyserów światowej klasy (zdobywca m.in. dwóch Złotych Palm), który programowo zajmuje się w swoich filmach życiem ludzi pracy – robotników, niższej rangi urzędników, czy tzw. społecznym „marginesem” – którzy ledwie wiążą koniec z końcem, próbują utrzymać się na powierzchni, borykając się z mizerią, jaką serwują im stosunki ekonomiczne, korporacje i zwykle nieciekawa sytuacja na rynku pracy. Jego najnowszy film NIE MA NAS W DOMU (Sorry We Missed You) jest moim zdaniem jeszcze lepszy od Ja, William Blake (Złota Palma w Cannes trzy lata temu).
Loacha – weterana kina, reżysera niezwykle sprawnego warsztatowo – wydaje się napędzać nie tylko lewicowa pasja, uwrażliwiająca go na dolę człowieka wykorzystywanego przez system, ale i empatyczna zdolność do kreowania postaci z krwi i kości, a zatem istoty po ludzku prawdziwej – czującej i niestety zwykle cierpiącej. Filmy Loacha wydają się zadawać kłam obiegowemu pojęciu, że życie „zwykłych”, „szeregowych”, „prostych” ludzi jest nudne, nieciekawe, banalne i pospolite, a przez to niewarte uwagi, a tym bardziej niegodne robienia o nich filmów. Nie, Loach jest innego zdania: tacy właśnie ludzie go interesują, a nie oderwane od rzeczywistości „gwiazdy”, którymi tak naprawdę on gardzi, albo „superbohaterowie” (którym nota bene dostało się ostatnio od reżyserów tej klasy co Coppola czy Scorsese). Dla Loacha rzeczywiście ordynary man jest par excellence bohaterem prawdziwym – takim choćby jak kierowca w Nie ma nas w domu, którego rodzina przeżywa dramaty godne antycznej tragedii.

*

Zainteresowanie człowiekiem „prostym” i zwykłym  („Gloria Mundi”)

.

        Można powiedzieć, że francuskim odpowiednikiem tego filmu jest GLORIA MUNDI w reżyserii Roberta Guédiguiana, którego polityczne sympatie zupełnie przypominają te, jakie są udziałem Kena Loacha. Pewnie dlatego filmy tych dwóch reżyserów są tak do siebie podobne, tym bardziej że również Guédiguian jest twórcą rasowym, doświadczonym i ze znacznym dorobkiem.
Podobne, ale jednak inne. Także Gloria Mundi zajmuje się życiem rodziny ze społecznych nizin, ale jednak wyczuwalny jest w tym filmie smaczek typowo francuskiego zakręcenia obyczajowego – lekkie tchnienie libertynizmu i artystyczna pretensjonalność (haiku głównego bohatera – mordercy). Mimo to film pozostaje prawdziwy, a tę małą sztuczność można tolerować, głównie dzięki świetnej grze występujących w nim aktorów – z Ariane Ascaride (która uznana została za Najlepszą Aktorkę na ostatnim Festiwalu Filmowym w Wenecji) na czele.
Jeśli jednak skonfrontujemy obraz francuski z angielskim – a obejrzenie ich niemal w tym samym czasie bardzo temu sprzyja – to Ken Loach w tym zestawieniu wydaje się być górą: jego Nie ma nas w domu jest według mnie czymś bardziej solidnym, o większym ciężarze gatunkowym – bliższym życiu, w którym stąpa się twardo po ziemi, raniąc się przy tym do krwi.

       W podobnie naturalistyczno-laburzystowskim tonie nakręcono w Kolumbii film LITIGANTE ukazujący perypetie życiowe kobiety samotnie wychowującej dziecko (warto zaznaczyć, że tego typu macierzyństwo wybrała ona sama) i borykającej się przy tym z problemami w pracy (korupcyjne machinacje szefa), jak również z terminalną chorobą swojej matki (z którą wiedzie ona nieustanne spory). Franco Lolli, młody reżyser (będący jednocześnie współautorem scenariusza) widział zapewne co robi, obsadzając w głównych rolach swoją kuzynkę (która na dodatek nie jest zawodową aktorką) i matkę (to dopiero jej druga filmowa rola), bo obie kobiety wypadły na ekranie znakomicie – prawdziwie, przekonująco i naturalnie. Nie jest to film z fajerwerkami, ani pretensjami wielkiego kina; nikt też nie sięgnie po niego, żeby się rozerwać – Litigante skazany jest raczej na widownię festiwalową, zdolną przecież (niekiedy wręcz masochistycznie) brać na klatę podobne fangi. Ale obraz ten naprawdę wart jest obejrzenia, zdolny jest też przykuć uwagę widza, więc być może jakaś platforma streamingowa nie powoli mu zapaść się w post-festiwalowy niebyt.

        Przyznaję, że wybierając się na SOLE, kierowałem się ciekawością plemienną, bo film ten zrobili Włosi we współpracy z Polakami. I mimo, że jest to produkcja bardziej włoska niż polska, to charakter filmu wydał mi się bardziej środkowo-europejski, niż śródziemnomorski. Przy czym, do końca nie wiem, czy to jest dobrze czy źle. Dobrze, bo jego minimalizm wyciskał z obrazu niejedno subtelne znaczenie i sporą intensywność; źle, bo momentami było ciężkawo i drętwo, a lakoniczna gra dwójki głównych bohaterów nużyła, zaś wtłoczenie ich w format 1,18:1 groziło na dodatek klaustrofobią. Jednak, ogólnie rzecz biorąc Sole się broni i – zwłaszcza przy końcu – może z wrażliwością widza rezonować. Tak więc, reżyserski debiut pełnometrażowy Carla Sironiego wypada dość interesująco, a przedstawiona historia staje się bardziej ludzka, a nie tylko dziwaczna: polska dziewczyna (Lena) jest w ciąży, młody włoski chłopak (Ermanno) jest najęty, by udawać ojca nienarodzonego dziecka, które zamierza adoptować (kupić) jego bogaty wuj. Nie jestem przekonany czy naturszczykowy sznyt grającego Ermanno Claudio Segaluscio przyczynia się do sukcesu tego filmu, ale Sandra Drzymalska w roli Leny nadaje filmowi specyficzny ton, wnosząc do niego coś, czego nie przewidzieli (i nie planowali) jego twórcy, a co okazało się bardzo istotne – jak przyznał podczas spotkania z festiwalową publicznością sam reżyser Sole. Ja się tym nawet nie zdziwiłem, bo pamiętałem wyraziste wystąpienie tej aktorki w świetnym Powrocie Magdy Łazarkiewicz.

*

Ciemna strona irańskiej rzeczywistości  („Tylko 6.5”)

.

        Zaskoczył mnie dość mocno irański film TYLKO 6.5 – i to z wielu względów. Przede wszystkim nie spodziewałem się po nim takiego operatorskiego rozmachu – niektóre sceny, z udziałem całej masy statystów, zrobiły na mnie ogromne wrażenie: warte są one wielokrotnego obejrzenia, i to nie tylko dzięki swoim walorom wizualnym, ale i inscenizacyjnym, bo zrealizowane są po mistrzowsku, fascynująco, wręcz wizyjnie.
Kolejne zaskoczenie to odejście od kameralnego, studyjnego, zniuansowanego intelektualnie i grawitującego w stronę art-hause’u kina, do którego przyzwyczaili nas choćby Abbas Kiarostami czy Asghar Farhadi. Film Just 6.5, którego reżyserem jest niespełna 30-letni Saeed Roustayi (jest to zaledwie drugi pełnometrażowy film w jego karierze), nie jest zupełnie pozbawiony tego charakteru, ale wychodzi bardziej naprzeciw gustom widza kina popularnego, zawierając elementy „kina akcji”, policyjnego thrillera, a nawet obyczajowej melodramy (z tym, że nie ma tu raczej chwytów „pod publiczkę” ani soap-operowego kiczu, choć sentymentalizm jest deczko obecny, zwłaszcza w drugiej części filmu).
Nie spodziewałem się też tak otwartego – wręcz dramatycznego – odniesienia do rzeczywistości w jakiej żyje obecnie spory odłam społeczeństwa irańskiego. Chodzi konkretnie o ludzi uzależnionych od narkotyków, których liczba w ciągu ostatniej dekady wzrosła do 6 i pół miliona – i to mimo drastycznych kar za handel narkotykami, z karą śmierci włącznie. Nie przeczę, że zobrazowanie tego w filmie popularnym (warto zaznaczyć, że w Iranie Tylko 6.5 pobiło wszelkie rekordy frekwencyjne) bardzo mnie zdziwiło, zwłaszcza że sekretna natura państwa irańskiego jest wręcz zasadnicza i nie leży w międzynarodowym interesie rządu wywlekanie na widok publiczny (zwłaszcza zagraniczny) ciemnych stron swojego społeczeństwa, które przecież bogobojne i przyzwoite ma być.
A na ekranie widzimy Samada (w tej roli Payman Maadi, pamiętny choćby z rewelacyjnego filmu Farhadiego Rozstanie) policjanta rozpracowującego narkotykowe gangi, który nie zadowala się łowieniem płotek, polując na grubą rybę, jaką jest Naser Khakzad, opływający w bogactwa szef/herszt bandy. W międzyczasie policjanci dokonują nalotów, zarówno na handlarzy narkotyków, jak i samych narkomanów (których jest taka masa, że w miejscach, gdzie oni wegetują, tworzą się całe shanty towns).
Tylko 6.5 ma niesamowite tempo, jego intensywność (zwłaszcza dialogów, które sypią się na nas z ekranu niczym serie z maszynowego karabinu) jest ogromna i reżyser ani na moment nie pozwala nam od tego odpocząć i odetchnąć. A że akcja jest szybka, jej zwroty zaskakujące, wątki ciekawe a dialogi wciągające, to – jeśli zaakceptujemy konwencję i damy się ponieść tej twórczej inwencji – śledzimy film z niemalejącym zainteresowaniem i ani się spostrzegamy, jak mija 135 minut jego projekcji.
Film Saeed Roustayi’ego nie pozbawiony jest wad. Mnie to zresztą nie dziwi, bo jest to obraz tak kompleksowy, intensywny i emocjonalnie naładowany, że wydaje się czasem pękać w szwach i osuwać nieco w chaos. Ale mimo to reżyser nie traci nad nim kontroli, sprawnie wychodząc z opresji. I niekiedy robi to wręcz błyskotliwie. Tylko patrzeć jak na ekranach pojawi się jego nowy film, którego już teraz jestem bardzo ciekaw. Cóż mają w sobie ci Irańczycy, że wydają na świat tak wielu nadzwyczajnych reżyserów?

*

Ofiara molestowania seksualnego w kościele – co się dzieje z wiarą?  („Dzięki Bogu”)

.

        Skandale wokół księży pedofilów wybuchają ostatnimi czasy w coraz to nowych krajach całego świata. Znajduje to swoje odbicie w kinie. Wszyscy zapewne pamiętamy niedawny film amerykański Spotlight czy polski Kler (o dokumencie Sekielskiego Tylko nie mów nikomu nie wspominając), które to utwory podejmują temat pedofilii, za każdym razem koncentrując się nie tylko na tragedii molestowanych ofiar, ale i na tuszowaniu (przemilczaniu, ignorowaniu) tych przestępstw przez Kościół katolicki, który nie tylko nie wyciągał żadnych konsekwencji wobec molestujących dzieci księży, ale i zezwalał na ich dalszą „duszpasterską” pracę wśród młodocianych.
Temat ten stanowi również kanwę filmu DZIĘKI BOGU (By the Grace of God) w reżyserii jednego najbardziej znaczących twórców kina francuskiej nowej Nowej Fali, François Ozona. Zajmuje się on skandalem, jaki niedawno wstrząsnął francuskim społeczeństwem, a który tak naprawdę nie ma jeszcze swojego finału, choć w sądach zapadło już parę wyroków skazujących (nadal czeka się na reakcję Watykanu).
Przyznaję, iż zdziwiłem się nieco, że za taką – niemalże publicystyczną – tematykę bierze się Ozon (reżyser odpowiedzialny choćby za takie tytuły, jak 8 kobiet, Basen, Młoda i piękna, Frantz i Podwójny kochanek) ale oglądając film zrozumiałem, że lubiący wyzwania twórca może i tutaj poćwiczyć swoją reżyserską wirtuozerię, ukazując całą plejadę ludzkich charakterów w kontekście pewnej sytuacji zmuszającej ich do zachowań dość radykalnych, przeorywających ich życie – i to nie tylko wewnętrzne.
Również film Ozona idzie bardziej w stronę kina popularnego, niż art-house’owego, miejscami przyjmując nawet konwencję kina sensacyjnego. Jednak nie traci przy tym ani psychologicznej kompleksowości, ani wiarygodności, wspomaganej tu przez realizm. To prawda, że niemal wszystkie znaczące postacie jakie widzimy na ekranie mają swój odpowiednik w rzeczywistości, lecz są one dla aktorów i reżysera/scenarzysty bardziej inspiracją niż odwzorowaniem. A mimo to wydają się nam prawdziwymi ludźmi, i prawdziwe są dla nas ich tragedie i cierpienie.

        Niestety, nie można tego powiedzieć o innym francuskim filmie MAGICZNA NOC, i to bynajmniej nie dlatego, że już formalnie jest on fantazją (główna bohaterka, uzależniona od seksu z dwukrotnie młodszymi od niej chłopakami, po wyjściu na jaw jej zdrady opuszcza dom i spotyka nie tylko młodszą o dziesiątki lat wersję swojego męża, ale i własną matkę oraz babkę – o całym tabunie jej byłych kochanków-adonisów, którzy zjawiają się naraz w jej pokoju hotelowym, nie wspominając).
Reżyser Christophe Honoré podaje nam to wszystko w farsowym sosie… może nie tyle pikantnym, co promiskuitycznie frywolnym, w którym libertynizm ma być niczym innym, jak tylko luźnym podejściem do seksu, gdzie nie ma małżeńskiej „zdrady”, a tylko okazjonalne robienie sobie erotycznej przyjemności – i nie ma co z tego robić wielkiego „halo”, zwłaszcza, że jesteśmy otwarci, niestaroświeccy, światli i od fałszywej a zakłamanej moralności wyzwoleni.
Film zaczyna się ciekawie, zrazu mamy nadzieję, że zabierze nas gdzieś głębiej w psychikę i życie wewnętrzne ludzi, (którzy stając na rozdrożu, konfrontują swój obecny stan z dokonanymi w dawnej przeszłości wyborami i wyobrażają sobie przy tym alternatywy własnego losu) ale z czasem grzęźnie w mnogości pojawiających się wątków, kuriozalnych postaci i zmieniających się wahadłowo scen. To prawda, że obraz ten jest taki… hm… po francusku ładny, aktorzy wypadają w nim dobrze (grająca główna rolę Chiara Mastroiniani radzi sobie ze scenariuszowymi dziwacznościami całkiem nieźle), ale wysiłki reżysera, by z poważnych dylematów moralnych (które w rzeczywistości przynoszą człowiekowi cierpienie) zrobić coś, co jest fajne, miłe i urocze, spłycają według mnie całość, nadając filmowi cechy rozrywkowej błahostki. Innymi słowy, owa cuteness nie wychodzi tej „magicznej nocy” na dobre, a o filmie można zapomnieć pięć minut po wyjściu z kinowej sali (no, chyba że się chce o nim coś napisać).

*

Watykański tour de force Anthony’ego Hopkinsa i Jonathana Pryce  („Dwóch papieży”)

.

         Miałkość tego filmu kontrastuje dramatycznie z wagą następnego, którym chcę się teraz zająć, a mianowicie z DWOMA PAPIEŻAMI w reżyserii Fernando Meirellesa. Choć ten ostatni również utrzymany jest w konwencji popularnego kina rozrywkowego.
Tak, oczywiście, że jest to crowd pleaser, ale cóż to jest za crowd pleaser!
Przede wszystkim jest to film ze świetnie napisanym scenariuszem (fantastyczne dialogi! – autor: Anthony McCarten); zrealizowany z wielkim oddechem operatorskim (mimo swoistej kameralności, bo cała dramaturgia opiera się tu właściwie na interakcji dwóch głównych bohaterów), no i – last but not the least – na rewelacyjnych wystąpieniach, zarówno grającego papieża Benedykta XVI Anthony’ego Hopkinsa, jak i występującego w roli kardynała Bergoglio (przyszłego Papieża Franciszka II) Jonathana Pryce’a.
Twórcom udała się wielka sztuka połączenia narracyjnej lekkości z moralnym ciężarem poruszanych kwestii, takich choćby jak rola Kościoła we współczesnym świecie, angażowanie się tej instytucji w problemy społeczne i polityczne, opowiedzenie się po stronie ludzi eksploatowanych, biednych i opuszczonych; zmaganie się ze skandalami związanymi z finansową korupcją i pedofilią wśród katolickich księży (konieczność ochrony ofiar seksualnego molestowania, a nie przemilczanie i krycie ich sprawców); konflikt między tradycją a postępem, czyli między zasklepianiem się w zmurszałych formułach, a otwarciem na zmieniający się świat i jego postępującą laicyzacje… etc.
Jest tego dużo – sprawy są ciężkie, problemy dołujące – a jednak film nie traci swego polotu, absolutnie nie wydaje się przeładowany, unika wszelkiego patosu i hierarchicznego nadęcia, trzyma się blisko ziemi i życia, mimo obecnych tu mimo wszystko metafizycznych tęsknot, westchnień i uniesień oraz szacunku dla sacrum. Mało tego: bez wahania można go też nazwać komedią, co potwierdziły reakcje widowni, jakich byłem świadkiem.
Tak, sporo w tym filmie paradoksów i żenienia ognia z wodą. I potrzeba było mistrzów, żeby to wszystko na ekranie zagrało, stało się wiarygodne i mocno oddziałało na widzów (bravo reżyser, scenarzysta, operator, kostiumograf, scenograf… i jeszcze raz: Pryce i Hopkins!)
Oczywiście Watykan trzymał się od Dwóch papieży z daleka (nota bene dla potrzeb filmu zrekonstruowano Kaplicę Sykstyńską – trzeba przyznać, że świetnie), ale chyba jednak sympatyzował (nieoficjalnie) z tą wcale nieświętą produkcją, skoro zezwolił na wykorzystanie pewnych swoich symboli i dokumentalnych zapisów video. Ja się temu nie dziwię, bo mimo nieunikania spraw trudnych, obraz ten przedstawił wreszcie wyższych hierarchów kościelnych z ludzką twarzą – nie jako dętych hipokrytów, czy zboczonych seksualnie kut… sorry: katabasów, ale jako niepozbawionych słabości i zwątpienia, usiłujących czynić dobro, często zlęknionych i cierpiących, a tym samym zasługujących na empatię i wyrozumiałość ludzi. Musimy przyznać, że z czymś takim spotykamy się we współczesnym kinie nieczęsto, gdyż na fali są raczej filmy sekujące instytucję Kościoła i księży. Ba, nawet używanie słowa „chrześcijański” stało się czymś wstydliwym.

*

Horror czający się za idyllą  („Ukryte życie”)

.

        Jak się okazuje, nie dla Terrence’a Malicka, który w swoim ostatnim filmie UKRYTE ŻYCIE (A Hidden Life) bohaterem uczynił człowieka beatyfikowanego przez Kościół katolicki, a jego wymowę moralno-filozoficzną osnuł wokół radykalnie chrześcijańskiej zasady, jaką jest przykazanie „nie zabijaj”. Konkretnie, za inspirację posłużyło Malickowi życie Franza Jägerstättera, austriackiego farmera, który w czasie II wojny światowej – jako jedyny w swojej wiosce – odmówił złożenia przysięgi Hitlerowi, wiedząc, że karane jest to śmiercią. Jeden jedyny wśród swoich ziomków (z których wszyscy mienili się chrześcijanami i byli praktykującymi katolikami) potraktował zakaz zabijania bliźniego swego literalnie, za co przyszło mu zapłacić nie tylko ostracyzmem i infamią „zdrajcy”.
Bardzo byłem ciekaw co z takiego materiału zrobi Malick, który od pamiętnego Drzewa życia (Złota Palma w Cannes, 2011), dość ryzykownie eksperymentował z filmową formą, przez co jego ostatnie produkcje bardziej przypominały impresjonistyczne kolaże, niż biegnące linearnie filmowe opowieści, z jakimi najczęściej spotykamy się w kinie.
A tu Malick nie tylko oddaje się swoim (zwyczajowym) medytacjom religijno-filozoficznym – posługując się bardzo specyficznym, charakterystycznym dla siebie filmowym językiem – ale opowiada przy tym historię… i to nawet chronologicznie! Jednak niech nas to nie zwiedzie, bo – podobnie jak wszystkie inne obrazy tego twórcy – Ukryte życie jawnie aplikuje nam szybko zmieniające się kadry, nagłe zwroty akcji i lokacji, a przy tym, obok obrazów filmowanych „rozbieganą”, „swingującą”, bardzo ruchliwą kamerą, serwuje nam statyczne, ale „zapierające dech w piersiach” górskie wisty. I tak przez niemal trzy godziny. Za które Malickowi bardzo dziękuję, bo w tym czasie nie było ani jednej minuty, która by mnie znużyła.
Przyznaję, to co mnie tak w filmach Malicka zachwyca (zetknięcie się z Drzewem życia było dla mnie doświadczeniem więcej niż tylko li „kinowym”) innych może niecierpliwić, a nawet irytować. Nawet ja w niektórych momentach Ukrytego życia miałem poczucie, że filmowi zagraża manieryzm twórców i to zarówno formalny (wprawdzie zdjęcia Jörga Widmera są znakomite, to jednak w wykonaniu Lubezkiego byłyby moim zdaniem jeszcze lepsze), jak i treściowy (zbytnia oczywistość wypowiadanych z offu kwestii; uromantycznianie, usielankowianie i lekkie osuwanie się w banał). Jednak były to tylko chwile, bo zostałem przez film porwany, w pewnym sensie zahipnotyzowany, co niestety zdarza mi się w kinie coraz rzadziej. Do mnie język reżysera trafia; wydaje mi się, że wiem, co Malick chce mi powiedzieć – mimo, że jest przy tym poetą, często przenosząc na ekran obrazy i znaczenia w sposób niemalże wizyjny.
O Ukrytym życiu można by napisać sążnisty esej, ale lepiej chyba potraktować go w sposób bardziej intymny. Często więc wracam do niego w myślach, ot choćby do słów George’a Eliota (z których wywodzi się tytuł filmu): “Gdyż rosnące dobro świata opiera się częściowo na czynach, o których nie mówi historia; a to, że z tobą czy ze mną nie jest tak źle, jak mogłoby być, zawdzięczamy w połowie tym, co żyli wiernie ukrytym życiem, i spoczywają w grobach, które nikt nie odwiedza.”
Takim grobem miał być grób Franza Jägerstättera (przez swoich ziomków nieakceptowanego jeszcze długi czas po wojnie), a jednak stało się inaczej i na tę mogiłę przychodzi dziś wielu ludzi. Jego ofiara nie pozostała więc nieznana i anonimowa.

* * *

Na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago obejrzałem również MALOWANEGO PTAKA Václava Marhoula (nagrodę dla najlepszego operatora otrzymał autor zdjęć do tego filmu, Vladimír Smutný), OBYWATELA JONESA Agnieszki Holland, oraz BOŻE CIAŁO Jana Komasy (grający tu  główną rolę Bartosz Bielenia uznany został za najlepszego aktora Festiwalu). Filmom tym chciałbym poświęcić osobne wpisy.

* * *

Nie ukrywam, że nie lubię zbytnio stawiania filmom liczbowych ocen i raczej unikam tego w swoich tekstach, ale tutaj robię wyjątek, podając poniżej listę filmów wraz z ich punktacją:

  • Portret kobiety w ogniu (Portrait de la jeune fille en feu; reż. Céline Sciamma, Francja)  8+
  • Malowany ptak (Nabarvené ptáče, reż. Václav Mahoul, Czechy/Ukraina/Słowacja)  8+
  • Ukryte życie (A Hidden Life, reż. Terrence Malick, Stany Zjednoczone/Niemcy)  8
  • Dwóch papieży (The Two Popes, reż. Fernando Meirelles; Argentyna/Stany Zjednoczone/Wlk. Brytania/Włochy)  8
  • Tylko 6.5 (Metri Shesh-o Nim; reż. Saeed Roustaee, Iran)  8
  • Obywatel Jones (Mr. Jones; reż. Agnieszka Holland)  7+
  • Nie ma nas w domu – (Sorry We Missed You, reż. Ken Loach, Wlk. Brytania/Francja/Belgia)  7+
  • Dzięki Bogu (Grâce à Dieu, reż. François Ozon, Francja)  7+
  • Boże Ciało (reż. Jan Komasa, Polska)  7+
  • Gloria Mundi (Gloria Mundi, reż. Robert Guédiguian, Francja)  7
  • Litigante (reż. Franco Lolli, Francja/Kolumbia)  6+
  • Sole (Sole, reż. Carlo Sironi; Włochy/Polska)  5
  • Siła ognia (O Que Arde, reż. Oliver Laxe, Hiszpania/Francja/Luksemburg)  5
  • Magiczna noc (Chambre 212; reż. Christophe Honoré, Francja/Belgia/Luksemburg)  5

.

10 – arcydzieło, 9 – wybitny, 8 – bardzo dobry, 7 – dobry, 6 – niezły, 5 – przeciętny

.

„POLITYKA”, albo o traktowaniu widowni jak stada baranów

… a może rzeczywiście widownia niekiedy staje się taką, jak się ją traktuje?

.

.

Muszę się przyznać, że „Polityka” jest pierwszym filmem Patryka Vegi, jaki obejrzałem w kinie. Wprawdzie próbowałem kiedyś oglądać „Pitbulla” (podobno najlepszy film tego reżysera) ale po jakichś dwóch kwadransach tak mnie znużył ten miks infantylizmu ze szpanerstwem udającym kino gangsterskie, że dałem sobie z tym spokój. Podobnie było z „Ciachem”, na którym dotrwałem gdzieś tak do 5 minuty – poziom żenady obecnej w tym filmie wyrastał zdecydowanie ponad moją tolerancję kinowego idiotyzmu.
Tak więc, nie pociągały mnie już w najmniejszym stopniu kolejne „hity” Vegowego kina, jak np. „Botox” czy „Kobiety mafii”. Nie wybieram się do kina by oglądać tego typu filmy na tej samej zasadzie, jak nie biorę udziału w koncertach disco-polo. Not my cup of tea. (Może nie jestem sprawiedliwy porównując to kino z tym rodzajem muzyki, bo jednak disco-polo ma swój sentymentalny urok, tudzież oparty na ludowej prostolinijności i radosnym kiczu witalizm, w przeciwieństwie do bazującego na najniższych instynktach widowni, ociekającego krwią i zabagnionego wulgaryzmami kina, które płodzi i wpuszcza na ekrany Vega.)

A mimo to poszedłem do kina „Pickwick” w Park Ridge (nie chcę tu być małostkowy, ale uważam, że $30 za bilet do kina to lekka przesada) by zapoznać się z najnowszym filmem Vegi, który miał być ponoć „rewolucją” (jak obwieszczali organizatorzy tej projekcji) zaś w Polsce miał wywołać burzę („gigantyczną awanturę” – wedle słów samego reżysera).
No cóż, mam za swoje. Wprawdzie nie spodziewałem się filmu, który by poruszył… jakieś wyższe zdolności kognitywne mojego mózgu, czy też zapadł gdzieś głębiej w moje wnętrze, ale nie sądziłem, że będzie to jeden z najbardziej ponurych seansów w moim życiu. (Skrytykowany przeze mnie swego czasu „Kler” Smarzowskiego wygląda przy filmie Vegi jak arcydzieło.)
Tutaj dodatkowa informacja dla tych, którzy oczekują po tym tekście wskazówki, czy warto iść na „Politykę” do kina: jeżeli widzieliście tzw. zwiastuny filmu, to widzieliście już „najlepsze” (w mniemaniu Vegi, przynajmniej) momenty filmu, który w całej swej rozciągłości (czytaj: rozwlekłości) jest nie tylko niemiłosiernie płytki i stereotypowy, ale i zupełnie jałowy. Taka długa, smętna kicha – gniot pozbawiony nie tylko jakiejkolwiek wartości poznawczej, ale i rozrywkowej (a ten ostatni zarzut – jeśli chodzi o kino – jest chyba jeszcze bardziej kompromitujący, niż poprzedni).

Jak już pewnie wszyscy wiedzą, film odnosi się do życia politycznego naszego kraju, skupiając się na najbardziej znanych polskich politykach (z tym, że nie nazywając ich po imieniu, lecz przedstawiając w taki sposób – i w takich sytuacjach – że chyba nikt z widzów nie ma wątpliwości o kogo chodzi). Problemem tutaj jest to, że te najbardziej wyeksponowane elementy scenariusza, są po prostu przeniesieniem na ekran najbardziej znanych politycznych „wpadek”, kompromitacji, faktów, plotek i insynuacji – tak już w przeszłości wyeksploatowanych i medialnie przemielonych (często wręcz zredukowanych do internetowych memów), że trudno w nich widzieć jakąś świeżą pożywkę dla widowni, która te odgrzewane kotlety już dawno łykała, strawiła i chyba wydaliła (może z wyjątkiem najbardziej zatwardziałych „bojowników” biorących udział w politycznych „pożal się Boże” sporach, z tępym uporem atakujących swoich adwersarzy, powtarzających do znudzenia te same – a przez to zdarte do cna – zarzuty i komunały, od których się już normalnym ludziom niedobrze robi).
Wprawdzie Vega usiłuje to wszystko wpleść w jakąś historyjkę czy fabułę (film składa się z 6 swego rodzaju nowelek), ale całość jest niezborna, bardzo nierówna i wykoślawiona formalnie, zupełnie pozbawiona dramaturgii (o suspensie nie wspominając). Ciągle więc odnosiłem wrażenie, jakby reżyser nie wiedział co chce zrobić: satyrę, komedię, dramat czy może jednak paszkwil? – przez co wszystko przypominało jakąś rozdygotaną glejowatą breję. Obok wstawek kabaretowych czy starych dowcipów na poziomie gimbazy, mieliśmy uderzający w patetyczny ton dydaktyczny finał – z przesłaniem w sumie banalnym, naiwnym i trywialnym – „okraszony” na dodatek pewną intymną częścią ciała znanej gwiazdy polskiego kina. Innymi słowami: nie wiadomo było, czy się śmiać czy płakać.

Wysłuchałem kilku wywiadów z reżyserem. Abstrahując od jego powierzchowności – wytatuowanego od stóp do głów, obwieszonego jak choinka złotem tudzież machającego nam przed nosem zegarkiem za 2 mln. zł. celebryty – Vega wydał mi się kimś mało wiarygodnym, zwłaszcza kiedy słyszałem takie oto wypowiedzi (i konfrontując je ze stanem faktycznym): „(…) poprzedziliśmy film wielomiesięcznymi przygotowaniami. Spotkaliśmy się z ponad setką polityków, dlatego mam poczucie, że ten film oddaje świat polityki w sposób bardzo obiektywny, wielowymiarowy i wieloznaczeniowy” (z wywiadu udzielonego „Dziennikowi Związkowemu”).
No cóż, wygląda to na kiepski żart, bo moim zdaniem jest akurat odwrotnie: film oddaje świat polityki bardzo subiektywnie, płasko i jednoznacznie. Ponoć Vega jest z wykształcenia socjologiem, ale wizja jaką roztacza w swym filmie jest zbyt karykaturalna i w sumie prostacka, by mogła wnieść coś nowego i wartościowego w nasze postrzeganie polskiej rzeczywistości, czy też stanowić asumpt do jakiejś poważniejszej analizy zachowania członków politycznej kasty. Tak więc socjologii – a tym samym zgodności z rzeczywistością i prawdy o ludziach – jest w „Polityce” tyle, co kot napłakał. Bo Vega, tak naprawdę chciał „dowalić” politykom (ze zdecydowanym wskazaniem na formację pisowską) – bynajmniej nie ukazując pełnej (czyli wielowymiarowej) prawdy o politykach, tylko wywlekając i pastwiąc się nad tym, co w świecie polityki – i w ludziach – najgorsze. Mało tego: czasem przypisując ludziom coś, czego w nich nie ma, a niekiedy nawet stosując pomówienia. Jak wiemy cechą dominującą karykatury nie jest ujawnienie prawdy, ale tej prawdy zniekształcenie i wykoślawienie – najczęściej po to, by jakiś aspekt rzeczywistości (lub człowieka) wyolbrzymić i wyszydzić. Tak też jest w wypadku „Polityki”.
Vega: „Mam poczucie, że ten film ‘dokopuje’ wszystkim partiom po równo, więc ludzie wychodzący z kina będą mieli przeświadczenie, że polityka to jest ogromne bagno, a sami politycy są socjopatami.”
Tak, to jest właśnie karykaturalne – i bądź co bądź prostackie – przedstawienie rzeczywistości, godne dialogu zawianych „ekspertów” politycznych spod budki z piwem, czy monologu wujka Janusza podczas rodzinno-towarzyskiej libacji, a nie opinii traktującego siebie poważnie socjologa.

Ponadto nieprawdą jest, że film „dokopuje” wszystkim partiom „po równo”. Film dokopuje przede wszystkim (tak na moje oko w 90%) politykom PiS-u. I tu według mnie doszło do sytuacji paradoksalnej, bo to co w „Polityce” miało stanowić kompromitację tej partii, najprawdopodobniej wyjdzie jej tylko na dobre. Jeśli ten film wpłynie w jakiś sposób na najbliższe wybory, to nie ujmując głosów PiS-owi, a tych głosów PiS-owi przysparzając – i to nie tylko ze względu na zaskakująco „ludzkie” potraktowanie w nim Prezesa.
Według mnie twórcy filmu zrobili PiS-owi wielką przysługę. Czym? Otóż sprowadzeniem sposobów wytykania pewnych rzeczy PiS-owi do absurdu (co zresztą wcześniej zrobiły już internetowe memy) przy jednoczesnym ich skompromitowaniu. Bo niczym innym jak kompromitacją jest – oparty na nich – cały film Patryka Vegi.

.

ROCKETMAN, czyli miłość jest wszystkim czego potrzebujesz

.

Oto przykład, jak ignorując fakty i chronologię, realizm i biograficzną ścisłość, można nakręcić znakomity film, który oddaje nie tylko ducha muzyki i sceniczne emploi, ale również charakter i fenomen jednego z największych showmanów w dziejach muzyki pop.

 

Udręka i ekstaza w stylu pop. (Taron Egerton wcielający się w postać Eltona Johna w filmie „Rocketman„)

.

Reżyser Dexter Fletcher doprowadziwszy wcześniej do porządku „Bohemian Rhapsody” – po bałaganie, jaki zostawił na planie Bryan Singer, którego wylano z pracy z powodu seksualnych ekscesów – nakręcił bio-pic Eltona Johna już zupełnie po swojemu, dzięki czemu powstał film – co tu kryć – od biografii Freddiego i zespołu Queen lepszy. Bardziej zintegrowany a jednocześnie płynniejszy; mniej asekuracyjny, a przez to z większym polotem; żywszy i prawdziwszy (co jest paradoksalne, zważywszy na jego fantasmagoryjną odlotowość). To, że zdecydowano się zrobić z „Rocketmana” musical, wyszło temu filmowi zdecydowanie na dobre, bo forma ta okazała się tak pojemna, że mogła pomieścić wszystkie wymienione tu, decydujące o jego specyficznym charakterze, elementy.

To jest w sumie sztuka, by – stosując się ściśle do gatunkowego schematu (a „Rocketman” odwzorowuje wszelkie klisze biografii pop-rockowej gwiazdy) – nakręcić film tak oryginalny, świeży i zaskakujący. Bo podobne historie widzieliśmy już wiele razy: nieusłane różami dzieciństwo, wyobcowanie ze środowiska, brak akceptacji, poczucie „inności” i związane z tym kompleksy; poszukiwanie samego siebie; marzenie o wydostaniu się z kokonu i chęć pokazania światu kim się naprawdę jest; zachwianie seksualnej tożsamości, deficyt miłości… Także: wyjście ze scenicznego cienia, próby nagraniowe, utarczki z agentami, menadżerami, producentami płyt; pierwsze sukcesy, wejście na rynek, trasy koncertowe, wybicie (a w tym wypadku: wystrzelenie) się na gwiazdę – zdobycie sławy i bogactwa (które zwykle przewraca „gwieździe” w głowie). A przy tym: libacje, narkotyki, skandale, orgie… Dalej: stopniowe staczanie się w dół, bolesny upadek na dno. Wreszcie: otrzeźwienie, skrucha, detoks i postawienie się na nogi. A jeśli miało się dość szczęścia, to również muzyczny come-back.
To zdumiewające, jak wiele estradowych karier przebiegało według tego schematu. Niestety, nie wszystkie kończyły się happy-endem – w przeciwieństwie do tej, która była udziałem Sir Eltona Johna.
Nigdy nie byłem fanem estradowego image Eltona, podobnie jak spokrewnionego z nim estetycznie glam/glitter rocka – którego cyrkowość, jaskrawość, pompa i camp przytłaczały samą muzykę. Na szczęście nie było tak w przypadku Eltona Johna, którego kompozycje – ale też i sposób wykonania, wliczając w to grę na fortepianie i wokal – wyrastały ponad całą tę komercyjną papkę.
Nie… nie była to muzyka sezonowa – tych piosenek słucha się do dzisiaj, co niewątpliwie zwiększa szanse na powodzenie „Rocketmana”, który repertuar Eltona Johna wykorzystuje nader obficie.

Sam film jest tak dobry, że nie przeszkadzało mi to, iż motorem jego powstania był sam Elton John (executing producer), co oczywiście ustalało perspektywę, z jakiej kręcono „Rocketmana” i wpływało na jego zawartość. Zdaję sobie sprawę, że film wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby zrealizowano go z punktu widzenia np. rodziców artysty, jego menadżerów, czy życiowych partnerów… I chodzi tu nie tylko o wybielanie siebie samego – przedstawianie się w korzystnym świetle (co jest naturalną skłonnością człowieka) ze spora dozą próżności – ale o subiektywizm, który wprawdzie nadaje sens i znaczenie otaczającej nas rzeczywistości (a tym samym i naszemu życiu), ale zawsze ją przy tym zniekształca.
Tak więc, choć film miał być „do bólu szczery”, to owa „szczerość” jest tym właśnie skażona, mimo że pozostaje na swój sposób prawdziwa.
Z tych powodów w „Rocketmanie” można wyczuć pewną dwoistość, bowiem z jednej strony film nie ucieka przed ukazaniem Eltona jako narkomana i alkoholika, który nie radzi sobie z życiem i sławą; z drugiej jednak wydaje się bardziej winić za to innych, niż jego samego. Innymi słowy: Elton John jest tu grzesznikiem, ale jeszcze bardziej grzeszą przeciw niemu inni. I dzięki temu – bądź co bądź – zyskuje naszą sympatię.

Mam niewiele zarzutów wobec filmu Fletchera, ale o jednym muszę wspomnieć. Wydaje mi się bowiem, że jest on niesprawiedliwy względem rodziców Eltona, przedstawiając ich w sposób zbyt karykaturalny, płaski i antypatyczny – tak jakby w dzieciństwie zrobiono mu wielką krzywdę, naznaczając brakiem „właściwej” (porządnej, godziwej?) miłości na całe życie, co miało znamiona klątwy (w filmie parę razy słyszymy jego matkę, jak mówi: „you’ll never be loved properly”). A to przecież nie było ich winą, że Elton był gejem, a ówczesne społeczeństwo (a nawet prawo) było wobec homoseksualistów tak represyjne, wykluczające i stygmatyzujące.
Podobnie, choć chyba jeszcze bardziej fałszywie i z większym przekrętem, ukazuje się w filmie postać Johna Reida, długoletniego menadżera i kochanka Eltona Johna, jednoznacznie przypisanego tu ciemnej, nikczemnej i zdradzieckiej stronie ludzkiej natury.

Warto podkreślić, że orientacja seksualna artysty jest w filmie mocno zaznaczona – nie tylko przez dość śmiałe, jak na kino popularne, sceny homo-erotyczne, ale także jako oś, wokół której obraca się życie emocjonalne Eltona, pragnącego nie tylko akceptacji, ale przede wszystkim miłości. Bo to właśnie ona nadaje wszystkiemu sens. To dzięki Miłości znika poczucie pustki, którą wypełniało się alkoholem i narkotykami, a nawet próbowało się uciec w samobójstwo.
Ale film, bardziej niż psychodramą, a nawet biografią, jest musicalowym spektaklem – pełnym fantazji, niestroniącym od surrealnych wstawek – wręcz ostentacyjnie domagającym się od nas zawieszenia niewiary w coś, co ogarnięte bardziej trzeźwym umysłem, mogłoby się wydawać absurdalne. Ot, choćby… lewitacja – i to nie tylko artysty na scenie, ale i publiczności na widowiskowej sali. (Można przy tej okazji wspomnieć, że niektóre sceny filmu są niezwykle pomysłowo zrealizowane, będąc technicznym majstersztykiem).
Wprawdzie nowe wersje znanych przebojów Eltona Johna nie dorównują zazwyczaj oryginałom, to w choreograficznym żywiole filmu wypadają całkiem nieźle, a w niektórych momentach to nawet znakomicie. Bardzo dobrze radzi sobie z nimi zwłaszcza wcielający się w Eltona Taron Egerton, który moim zdaniem prezentuje się na ekranie znakomicie, i to nie tylko jako aktor (bardzo wiarygodny psychologicznie), ale i wokalista (jego interpretacja muzyczna jest nie tyle kopiowaniem Eltona, co tworzeniem nowej autonomicznej jakości, porównywalnej mimo wszystko z klasą oryginału).

Czy „Rocketman” przejdzie do musicalowej klasyki?
Moim zdaniem powinien, bo nie jest wcale gorszy od wielu filmów, które już się tam znajdują. Mimo, że ze swoją narracją cofa się o kilka dekad wstecz, to duchem jest tu, z nami – w czasach, kiedy nie tylko wiadomości, ale i gwiazdy są „fake”, a dziwactwa sprzed pół wieku wydają się bardziej normalne, niż pozująca na normalność współczesność.

*  *  *

(8/10)

O filmach ROMA, FAWORYTA, VICE, GREEN BOOK, NARODZINY GWIAZDY, CZARNA PANTERA, BLACKKKLANSMAN I BOHEMIAN RHAPSODY – rozmowa ze ZBIGNIEWEM BANASIEM

.

O filmach nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii BEST PICTURE rozmawiam ze Zbigniewem Banasiem, znanym krytykiem filmowym z Chicago.

.

GREEN BOOK, BLACKKKLANSMAN, CZARNA PANTERA:

.

.

FAWORYTA, VICE:

.

.

NARODZINY GWIAZDY, BOHEMIAN RHAPSODY, ROMA:

.

*  *  *

Ze Zbyszkiem Banasiem znamy się od wielu lat, dzielimy wspólną pasję, jaką jest kino. Jego erudycja, elokwencja i wiedza o filmie jest wśród Polonii chicagowskiej szeroko znana – głównie z programów radiowych i telewizyjnych, w których zajmuje się krytyką kina. Jest on również doskonałym konferansjerem. Z Festiwalem Filmu Polskiego w Ameryce związany jest od samego początku jego istnienia. Uczestniczy także, jako sprawozdawca, w najważniejszych festiwalach filmowych na świecie, organizowanych w Berlinie, Cannes, Sundance, Gdyni…

Spotkaliśmy się na tydzień przez 91. uroczystością rozdania Oscarów i porozmawialiśmy o ośmiu tytułach nominowanych w tym roku w kategorii Najlepszy Film. Rozmowa trwała prawie trzy godziny, z której prezentuję tutaj fragmenty, podzielone na trzy niespełna pół-godzinne części. Zdaję sobie sprawę, że w obecnej dobie pośpiechu i drastycznie skracającego się attention span, ich wysłuchanie może być pewnym wyzwaniem, ale zapewniam, że warto to zrobić, bo Zbigniew Banaś mówi rzeczy ciekawe i do tego pięknym polskim językiem.

Poniżej pozwalam sobie zilustrować ten wpis dwoma zdjęciami. Pierwsze pochodzi z mojego ubiegłorocznego spotkania autorskiego, które Banaś – wraz z dyrektorką Muzeum Polskiego w Ameryce, Małgorzatą Kot – prowadził. Drugie to… selfie wykonane przez samego Alfonso Cuaróna na prowadzonym przez Zbigniewa Banasia spotkaniu z publicznością na Festiwalu Camerimage w Bydgoszczy w ubiegłym roku. (Zbyszek zdradził, że kiedy Cuarón – nota bene nominowany w tym roku do Oscara nie tylko za reżyserie w kategorii Best Director, ale i za zdjęcia w kategorii Best Cinematography – zobaczył niezbyt udane selfie zrobione przez Zbyszka, to wziął jego telefon i strzelił zdjęcie nieporównanie lepsze… co widać na załączonym obrazku.

.

Zbigniew Banaś i Stanisław Błaszczyna na spotkaniu autorskim w Chicago (fot. Dariusz Lachowski)

.

Alfonso Cuarón i Zbigniew Banaś. (Zdjęcie-selfie zrobił reżyser „Romy” na prowadzonym przez Banasia spotkaniu z publicznością na Festiwalu Camerimage w Bydgoszczy w ubiegłym roku.)

.

O Oscarowych nominacjach przeczytać można TUTAJ.

.

OSCARY 2019, czyli co jest grane?

.

Zgadywankę kto w tym roku zdobędzie Oscary pozostawiam innym. Zamiast tego chciałbym pokrótce zaprezentować nominowane do tej nagrody filmy oraz ich twórców w najważniejszych kategoriach. Tych, którzy chcieliby czegoś więcej dowiedzieć się o filmach nominowanych do Oscara dla najlepszego filmu roku, zapraszam do przeczytania moich recenzji: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, „A Star is Born” i “Vice”. Tutaj pozwolę sobie zamieścić kilka luźnych uwag, abyśmy mieli lepsze rozeznanie w tym, co będzie na uroczystości rozdania Oscarów grane.

.

.

NAJLEPSZY FILM „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, „A Star is Born”, “Vice”

.

W tym zestawie uderza nie tyle wybitność filmów, które się w nim znalazły (może z dwoma wyjątkami, ale o tym za chwilę), co ich niezwykła różnorodność z jednej strony, oraz przynależność do kina rozrywkowego (z jednym wyjątkiem – wszyscy chyba domyślają się jakim) z drugiej. Nie ulega wątpliwości, że Oscary są upolitycznione – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony. Osobiście jednak uważam, że oceniając wartość jakiegoś filmu (a z czymś takim mamy do czynienia w przypadku rozdawania Oscarów) powinno się to robić w kategoriach sztuki kina, a nie mieszając do tego politykę. Niestety, z wyjątkiem „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite” i „A Star is Borne” wszystkie pozostałe filmy – jak się okazało – nie zdołały uniknąć politycznych afektów, kwasów i odniesień.

Nie dziwię się, że stało się tak w przypadku „Vice”, czyli filmu politycznego par excellance. Tym bardziej, że była o biografia Dicka Cheneya opowiedziana przez kogoś, kto nie znosi Republikanów – a zwłaszcza „neoconów”, którzy rozpętali wojnę na Bliskim Wschodzie. Jednak McKay zrobił z tego bardziej satyryczną komedię niż zjadliwy paszkwil, posługując się przy tym dość powszechnie znanymi faktami, tym samym wytrącając z ręki broń swoim politycznym adwersarzom, choć nie unikając zarzutów o spłycenie postaci najbardziej wpływowego wiceprezydenta w historii Stanów Zjednoczonych.

Muszę się przyznać, że obawiam się nieco pisania tutaj o filmach, które w jakiś sposób powiązane są z problemem rasowym. Bo jeśli wspomnę tutaj o moich zastrzeżeniach wobec „Black Panther”, czy „BlacKkKlansman”, to ktoś gotów jest zarzucić mi… nie tylko brak politycznej poprawności, co wręcz krypto-rasizm. A tymczasem ja uważam, że np. wynoszenie pod niebiosa „Czarnej Pantery” ma swoją przyczynę również w tym, że ten film zrobili niemal wyłącznie twórcy o czarnym kolorze skóry (co, nawiasem mówiąc, rzeczywiście jest wspaniałym ewenementem). Tyle, że – abstrahując od jego doskonałości technicznej i walorów widowiskowych bluckbustera – nie jest to film wybitny, jeśli chodzi o jego zawartość myślową (scenariusz opowiada historię banalną, infantylną i dość absurdalną). Moim zdaniem filmem znacznie lepszym pod tym względem jest „BlacKkKlansman” Spike’a Lee. I mimo tego, że jego głównym tematem jest rasizm, to posiada on przy tym wiele zalet filmu rozrywkowego, więc ogląda się go bardzo dobrze. Przy czym, wcale nie musimy podzielać politycznego radykalizmu reżysera (znanego choćby z jego publicznych wystąpień), który jednak w pewnym stopniu przedostaje się do „BlacKkKlansmana”, co dla jednych jest zupełnie zrozumiałe, dla innych zaś – nieco bardziej problematyczne.

Niestety, nawet „Green Book” – film wydawałoby się zupełnie „nieszkodliwy” jeśli chodzi o nawiązanie rasowe, a wręcz przeciwnie – zbliżający do siebie rasy i przedstawiający czarnoskórego, który przewyższa białego intelektem, kulturą i zdolnościami – nie ustrzegł się kontrowersji, które jednak wydają mi się tak niedorzeczne, że nie myślę się tutaj o nich rozwodzić. Według mnie jest to bardzo dobre kino rozrywkowe, mimo że zrobione tak trochę „po publiczkę”.

To ostatnie zdanie mogłoby mi też posłużyć do opisania filmu „A Star is Born”, który – przyznaję – oddziałał na mnie jeszcze bardziej emocjonalnie niż „Green Book”. Bradley Cooper – ryzykując wiele! – wziął się za odgrzanie historii, którą w kinie przerabiano już ze cztery razy i muszę przyznać, że udało mu się to znakomicie – i to na wielu poziomach, łącznie z zagraniem jednej z głównych ról, czy obsadzeniem w charakterze swojej partnerki Lady Gagi.

W muzyczne rejony przeniosła nas również „Bohemian Rhapsody” – biografia Freddiego Mercury, którą przyjęto różnie, ale dla fanów zespołu Queen była to prawdziwa uczta, bo z ekranu (a właściwie z głośników), spłynęła na nich kaskada dźwięków, mogąca wprowadzić ich w euforię. Wprawdzie nikt nie może zastąpić prawdziwego Freddiego, ale wcielający się weń Rami Malek poradził sobie z tym całkiem nieźle, a już na pewno bardzo się nad tą rolą napracował.

Ponad całą tę rozrywkę wyrastają według mnie dwa filmy: „Faworyta” oraz „Roma”, choć na tym pierwszym też można się znakomicie bawić. Świetność „Faworyty” wynika z trzech rzeczy: znakomitej gry aktorskiej, doskonałego scenariusza i robiącej wielkie wrażenie oprawy plastycznej (fantastyczne kostiumy i scenografia). Film historyczny (akcja dzieje się na dworze królowej Anny, w XVIII-wiecznej Anglii), ale z zupełnie współczesnym zacięciem, jeżeli chodzi o ekspresyjność głównych postaci – trzech kobiet, które zwierają się tutaj w mocnym psychologicznym i emocjonalnym klinczu.

I wreszcie „Roma” – prawdziwy fenomen kina ostatnich miesięcy. Ja wiem, że to wygląda tak, jakby na punkcie tego filmu wszyscy zwariowali, ale rzeczywiście jest to obraz niezwykły i już teraz można chyba powiedzieć, że wybitny – bez względu na to, ile wpompowano w jego promocję i że to zrobił Netflix. „Roma” posiada wszelkie cechy kina art-house’owego, ale potrafi głęboko przeniknąć w głąb wrażliwości widza, który… zdoła na tym filmie dotrwać do jego końca. Oczywiście to jest żart, bo ja np. nie nudziłem się na „Romie” ani minuty (i nie chcę przez to powiedzieć, żem taki mądry i wyrafinowany) – bowiem zachwyciła mnie nie tylko forma tego filmu, ale i poruszyła jego zawartość. Coraz trudniej jest we współczesnym kinie o dzieło, które byłoby takim unikatem, jak „Roma”.

* * *

Christian Bale, Bradley Cooper, Willem Dafoe, Rami Malek, Viggo Mortensen

.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY Christan Bale („Vice”), Bradley Cooper („A Star is Born”), Willem Dafoe (“At Eternity Gate”), Rami Malek (“Bohemian Rhapsody”), Viggo Mortensen (“Green Book”)

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY Mahershala Ali („Green Book”), Adam Driver („BlacKkKlansman”), Sam Elliott („A Star is Born”), Richard E. Grant (“Can You Ever Forgive Me?”), Sam Rockwell (“Vice”)

.

Jeśli chodzi o aktora w roli pierwszoplanowej, to głównymi rywalami do Oscara są tutaj Christian Bale i Rami Malik, choć pozostała trójka stworzyła kreacje znakomite (i według mnie lepsze od Malika, choć niedorównujące – z wyjątkiem może Mortensena – Bale’owi). Transformacja – nie tylko cielesna, ale i psychologiczna – jakiej dokonał Christian Bale w „Vice” robi ogromne wrażenie i nie wahałbym się ją nazwać genialną. Wprawdzie scenariusz nie pozwala mu odsłonić całej głębi charakterologicznej Dicka Cheneya, ale może rzeczywiście ten pozbawiony charyzmy polityk był w rzeczywistości takim nieskomplikowanym, ale żądnym władzy karierowiczem i technokratą, jakim przedstawia go Bale (a raczej autor scenariusza MacKay)?

Moim zdaniem wcale nie gorzej wypadł jednak  Viggo Mortensen, który w „Green Book” nie mniej organicznie przepoczwarzył się w nowojorskiego „makaroniarza” (podobnie jak Bale’a trudno mi go było w tej roli rozpoznać) i wraz z Mahershalem Ali stworzył w tym filmie koncertowy duet, równie wzruszający co zabawny.

Bradley Cooper wypadł w swoich „Narodzinach gwiazdy” jak zwykle, czyli świetnie. Ale zaskoczył choćby tym, że – nauczywszy się dla potrzeb tego filmu gry na gitarze i śpiewania w country-rockowej kapeli – całkiem wiarygodnie zabrzmiał w nagraniach koncertowych (zarejestrowanych na żywo!) Wprawdzie postać jaką stworzył na ekranie zalatywała nieco kliszą rockmana-alkoholika, to jednak dzięki chemii jaka zaistniała między nim a Gagą (nie tylko seks, ale i serce!) nie mieliśmy problemu uwierzyć w ten ich tragiczny romans, a nawet przejąć się nim wielce.

Wprawdzie za Rami’ego Malika śpiewał w „Bohemian Rhapsody” Freddie Mercury, a on sam „tylko” skakał po scenie i poruszał ustami (męcząc się z niewydarzoną protezą udającą cztery dodatkowe siekacze Freddiego) to jednak w filmie „Bohemian Rhapsody” aktor ten napracował się niewąsko, bo zagrać pop-kulturową legendę nie jest tak łatwo, zwłaszcza jeśli się to robi do tak schematycznego scenariusza i z reżyserem, którego ciągle nie ma na planie. Muszę się przyznać, że w Maliku brakowało mi tej charyzmy Freddiego – większej dynamiki poruszania się po scenie, mniejszej dziecinady w codziennym zachowaniu – lecz nie przeszkadzało mi to w dobrym odbiorze tego filmu, a zwłaszcza słuchaniu doskonałej muzyki, jaką stworzył zespół Queen.

Adam Driver nie zapadł mi jakoś w pamięć, Sam Elliot zagrał właściwie siebie, ale już Richard E. Grant zdecydowanie się spośród nich wyróżnił, wchodząc w skórę geja-utracjusza-narkomana-dandysa i wypełniając ją duszą (szkoda tylko, że zagrał w filmie, którego nikt prawie nie wdział). Sam Rockwell w „Vice” nie miał chyba tak trudnego zadania, bo co to za sztuka sparodiować George’a W. Busha? A poza tym pojawił się w filmie zaledwie w paru scenach. (Z tą parodią to jednak trochę przesadziłem, bo jego W. był jednak bardziej przekonujący, niż karykaturalny, i Sam naprawdę nie ma się czego wstydzić, a wręcz przeciwnie).

Na temat kreacji Willema Dafoe się nie wypowiadam („At Eternity Gate” to jedyny film jakiego nie widziałem, choć bardzo chciałem), ale znając tego aktora nie wątpię, że zmajstrował on coś szczególnego.

* * *

Yalitza Aparicio, Glenn Close, Olivia Colman, Lady Gaga, Melissa McCarthy

.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA Yalitza Aparicio („Roma”), Glenn Close („The Wife”), Olivia Colman („The Favourite”), Lady Gaga (“A Star is Born”), Melissa McCarthy (“Can You Ever Forgive Me?”)

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA Amy Adams („Vice”), Marina de Tavira („Roma”), Regina King („If Beale Street Could Talk”), Emma Stone (“The Favourite”), Rachel Weisz (“The Favourite”)

.

Zacznę może od aktorek drugoplanowych, bo ta kategoria to jeden wielki „mess”. Przede wszystkim nie wiem co tutaj robią Emma Stone i Rachel Weisz, bo stworzone przez nie kreacje zdecydowanie bardziej należą do kategorii Actress in a Leading Role, wyróżniając się ponadto spośród wszystkich wymienionych wyżej pań i jedyna Glenn Close w „The Wife” zagrała równie doskonale co one (Oscar murowany). To nie znaczy jednak, że pozostałe aktorki znalazły się w obu tych kategoriach przypadkowo, zwłaszcza Olivia Colman. Nie, Melissa McCarthy, Amy Adams, Regina King a nawet Lady Gaga wykazały się doskonałym rzemiosłem – ich nominacje nie dziwią, tym bardziej, że już od dawna cieszą się famą aktorek z pierwszej ligi.

Odnoszę wrażenie, że Marinie de Tavira bardzo pomógł w otrzymaniu nominacji niebywały hype, jaki się wytworzył wokół „Romy”, bo gdyby nie to, to pewnie nikt z Akademików nie zwróciłby na nią uwagi (każdego roku w światowym kinie powstają setki znakomitych ról). Trochę podobnie jest z Yaliztą Aparicio, ale dość niezręcznie mi jest o tym pisać, bo ja tę kobietę bardzo polubiłem (lecz niekoniecznie jako aktorkę). Yalitza jest amatorką-naturszczykiem, do filmu Cuaróna trafiła przypadkowo, oczekując na otrzymanie pracy przedszkolanki. Ma w „Romie” kilka wzruszających scen, gdzie wypadła bardzo naturalnie, ale żeby od razu Oscar? Choć ja w sumie się z tego sukcesu Yalitzy cieszę, bo wolę, żeby to ona była celebrowana, a nie jakiś zawodowy celebryta, który hołdów ma w swoim życiu po pachy. Ponadto stała się ona swego rodzaju ambasadorem rdzennych Meksykanów, co jest samo w sobie cenną wartością, ale to wszystko należy przecież do sfery poza-filmowej.

Jak już wspomniałem, wszystko wskazuje na to, że Oscara otrzyma Glenn Close i to nie dlatego, że mimo siedmiu bodajże dotychczasowych nominacji, złotej statuetki do tej pory nie dostała, choć niejedną świetna rolę zagrała a jej dorobek aktorski jest doprawdy imponujący… No może z tych powodów też, ale faktem jest, że jej wystąpienie w „The Wife” (o którym to filmie, gdyby był bez niej, już dawno by zapomniano) było naprawdę wybitne – moim zdaniem najlepsze w kinie amerykańskim ubiegłego roku.

O tym już napomknąłem, ale nie zaszkodzi powiedzieć to jeszcze wyraźniej: aktorskie mistrzostwo świata osiągnęły w „Faworycie” Olivia Colman, Rachel Weisz i Emma Stonne, ale niestety – a series of unfortunate events spowodowała, że nie przełoży się to na Oscary (choć w kategorii Actress in a Supporting Role wszystko się może zdarzyć). Jednakże, prawdę mówiąc, czy jest to aż takie ważne wobec faktu, że te fantastyczne role powstały, poszły w świat i zostały uwiecznione w nad wyraz nietuzinkowym filmie?

Nie chce mi się za bardzo ruszać przypadku Reginy King (dobre wystąpienie w filmie „If Beale Street Could Talk”, który Akademia pozostawiła raczej w spokoju), bo nie wiem, ile w tym wyróżnieniu jest koniunktury, lecz nie sposób czegoś więcej nie napisać o zaskakująco dojrzałym debiucie Stefani Germanotti, która fanom muzyki pop znana jest jako Lady Gaga – dość teatralna persona, skrywająca się za maską efekciarstwa i bombastycznonści. Na szczęście Bradley Cooper wybił jej z głowy aplikację wszelkiej sztuczności do swojego filmu i Stefani zagrała bardzo naturalnie i ujmująco, choć wyraziście i dobitnie. I oczywiście z Bradleyem przebojowo zaśpiewała, co niewątpliwie przyczyniło się do sukcesu „Narodzin gwiazdy”, który bez takiej dobrej muzyki nie byłby możliwy.

* * *

Paweł Pawlikowski, Yorgos Lanthimos, Spike Lee, Adam McKay, Alfonso Cuarón

.

NAJLEPSZY REŻYSER Spike Lee („BlacKkKlansman”), Paweł Pawlikowski („Cold War”), Yorgos Lanthimos („The Favourite”), Alfonso Cuarón (“Roma”), Adam McCay („Vice”)

.

Jeśli chodzi o tę kategorię, to powiedzmy sobie szczerze, że były lepsze lata. Oczywiście, że cieszy nominacja dla Pawła Pawlikowskiego za „Zimną wojnę”, ale ja miałem co do tego filmu tyle zastrzeżeń, że czuję z tego powodu pewien dyskomfort, bo osobiście nie uważam, że Pawlikowski wyreżyserował ten film dobrze (i myślę, że była to również wina źle napisanego scenariusza). Wiem, że tymi stwierdzeniami narażam się licznym wielbicielom tego filmu, no ale cóż mam począć – obłudnie chwalić albo całą rzecz przemilczeć? Nie chcę tego robić, a i jest już na to za późno, bo moja recenzja została opublikowana nie tylko na mojej stronie autorskiej, ale i w prasie polonijnej. Długą rozmowę na temat „Zimnej wojny” przeprowadziłem również ze znanym krytykiem filmowym Zbigniewem Banasiem (jej fragmentu można wysłuchać tutaj). Mój główny zarzut wynikał z tego, że Pawlikowskiemu nie udało się wiarygodnie opowiedzieć tej historii, a estetyka filmu okazała się ważniejsza od jego fabularnej treści.

Mogłoby się wydawać, że podobnie koneserski – i snobistyczny – film nakręcił Alfonso Cuarón, ale wbrew pozorom jego „Roma” jest tak odmienna od „Zimnej wojny”, że mógłbym tu napisać o tym sążnisty elaborat, ale to sobie (i ewentualnemu Czytelnikowi) daruję. Bo to, że oba filmy posługują się obrazem czarno-białym, to tylko bardzo powierzchowne podobieństwo. Przede wszystkim „Roma” – mimo kadrowego piękna i operatorskiej wirtuozerii – nie jest dziełem przeestetyzowanym. Dla Cuaróna najważniejszy był w tym wszystkim człowiek i ten autentyzm ludzkich relacji w jego filmie jest odczuwalny. Być może przyczynił się do tego fakt, że aktorzy dostawali od niego scenariusz dopiero w dniu kręcenia danej sceny, więc na planie filmowym zachowywali się tak, jak w życiu, w którym przecież nie mamy pojęcia co przyniesie następna chwila. To nie przypadek, że Cuarón nakręcił taki unikalny film, bo wszystkie jego dotychczasowe – jak np. „I twoją matkę też”, „Ludzkie dzieci”, czy zwłaszcza „Grawitacja” – jeśli nawet nie były doskonałe, to na pewno wyróżniały się swoją oryginalnością, a ponadto każdy z tych obrazów był zupełnie inny od pozostałych. Wszystkie były dobre, ale „Roma” jest wśród nich najlepsza – i to nie dlatego, że dostała aż 10 nominacji do Oscara (i zdobędzie co najmniej połowę z nich), ale dlatego, że jest to naprawdę film wybitny, który według mnie zapisze się w historii światowego kina.

Coś mi się wydaje, że Spike Lee znowu nie ma szczęścia, bo w tym roku – kiedy wreszcie mógłby dostać Oscara za reżyserię – trafił (podobnie jak inni kandydaci nominowanie w innych kategoriach) na zabójczą konkurencję w postaci Cuaróna i „Romy”. Sprawność reżyserska Spike’a Lee jest niewątpliwa i mimo, że w swoim filmie dosłownie żongluje on konwencjami, nieustannie zmieniając przy tym ton, to jego „BlacKkKlansman” pozostaje utworem spójnym, zachowującym ciągłość. Jest też niezłą rozrywką i choć głównym tematem filmu jest rasizm to Spike’a Lee nie opuszcza w nim humor, udzielający się też widzowi.

Bardziej niemiłosierny dla swoich bohaterów (czy też raczej bohaterek, bo w centrum jego filmu znajdują się panie) jest Yorgos Lanthimos, który miał o tyle łatwiej w stworzeniu filmu wybitnego (jakim niewątpliwie jest „Faworyta”), że dysponował doskonałym scenariuszem oraz aktorkami, które swoją brawurą mogły zakasować całą resztę koleżanek po fachu. Ale ten Grek jest twórcą filmów naprawdę intrygujących i choć „Faworyta” nie jest tak surrealnie odjechana, jak np. „Lobster” czy „Zabicie świętego jelenia”, to ekstrawagancki i prowokując styl Lanthimosa jest w tym filmie bardzo wyczuwalny, ale – co ciekawe – ta osobliwość nie odpycha, a wręcz przeciwnie – ma w sobie nieodpartą moc atrakcji.

Reżyserskim oryginałem jest również Adam McKay i chociaż „Vice” nie ma chyba takiej finezji jaką miał jego wcześniejszy film „The Big Short”, to jednak ta polityczna satyra, jaka jest „Vice”, będąca czymś w rodzaju biografii Dicka Cheneya i anty-republikańską filipiką, sprawdza się w kinie całkiem nieźle, zwłaszcza dla tych, którzy podzielają liberalne poglądy MacKaya i jego awersję do neo-konserwatystów z administracją Busha na czele. Reżyser nakręcił „Vice” w tym samym stylu, co „The Big Short”, który polega na aplikacji przeróżnych elementów – zbitek montażowych, przeskoków w czasie, mieszania dokumentu z fikcją i powagi z komedią. Przy czym to wszystko nie przytłacza widza, a film nie traci lekkości, zyskując na erudycyjności. Wygląda na to, że w tym stylu McKay czuje się najlepiej, wyrażając się interesująco i elokwentnie, co znalazło uznanie nie tylko widzów, ale i amerykańskiej Akademii filmowej.

PS. W komentarzach zabawiłem się jednak w zgadywankę, kto zdobędzie Oscara. Ciekaw jestem ile będzie trafień, a ile pudeł… czego dowiem się już w najbliższą niedzielę, 24 lutego.

*  *  *

Recenzje filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Vice”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.