„BOŻE CIAŁO”, albo o tym czy można mieć diabła za skórą i anioła w sercu

W repertuarze 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago znalazł się również najnowszy film Jana Komasy „Boże Ciało”, ciesząc się największym zainteresowaniem chicagowskiej publiczności.  Mówi się, że jest to najlepszy polski film roku – i jest to opinia zarówno widzów, jak i krytyków. Grający główną rolę Bartosz Bielenia uznany został za objawienie. Wspomina się też o szansach tego filmu na Oscara. Jakie było moje z nim spotkanie?

.

I te oczy – oczy, w których widać same skrajności: obłęd i siłę, strach i determinację, wściekłość i tkliwość, ekstazę i rozpacz, anioła i szatana… (Bartosz Bielenia w filmie „Boże Ciało”)

.

       Tyle już dobrych rzeczy napisano o filmie Jana Komasy „Boże Ciało”, że jeśli zacząłbym pisać o jego zaletach, to pewnie powieliłbym (choć raczej nieświadomie) większość z tych superlatyw i opinii, które dość często były wręcz entuzjastyczne. Fenomen tego filmu polega już choćby na tym, że równie pozytywnie wyrażają się o nim obie strony polskiego podziału i sporu – zarówno środowiska liberalno-lewicowe, jak i konserwatywno-narodowe – zarówno ci, którzy Kościół krytykują, jak i ci, którzy go bronią.
Wydaje mi się, że jedną z przyczyn było to, że Komasa nie podszedł do tego filmu z pozycji anty-klerykalnych i anty-kościelnych (czyli tak, jak to zrobił np. Smarzowski w „Klerze”), ale przede wszystkim z pozycji humanitarnych, które w swojej istocie pokrywają się z duchem Chrześcijaństwa – w tym jego pierwotnym znaczeniu. Chodzi głównie o przebaczenie i wzajemne pojednanie, o miłosierdzie i łaskę, o spojenie ludzkiej wspólnoty miłością (czy choćby tylko o wyzbycie się nienawiści), o wstawienie się za wykluczonymi i pokrzywdzonymi… Takie wydają się być postulaty, wymowa i przesłanie „Bożego Ciała”.
Szczególną właściwością tego filmu jest to, że w wielu widzach wyzwala on ogromne emocje, a to możliwe jest tylko wtedy, kiedy porusza się w człowieku wrażliwą strunę, wnikając głęboko do jego wnętrza – docierając do czegoś bardzo dla niego istotnego.
Czym jest to „coś”?
Może po prostu potrzebą miłości? Potrzebą prawdy – bardziej ludzkiej niż tej „boskiej”? Potrzebą szczerości, zrzucenia ciężaru i winy – pragnieniem łaski, oczyszczenia i ekspiacji? Otwarcia się i wyzwolenia?

       To jest film paradoksalny, bo mimo że dość przewrotnie traktuje dobro i zło („złoczyńca”, który czyni dobro; ktoś, kto udaje, okazuje się być najbardziej szczerym człowiekiem; „fałszywy” ksiądz, który mówi prawdę i postępuje bardziej po chrześcijańsku, niż niejeden ksiądz „prawdziwy” …etc.) to jednak wyzwala w nas dobroć.
„Boże Ciało” można było łatwo „położyć” – jest w tym filmie kilka takich momentów, kiedy mógł się on „wysypać”. Tym bardziej, że Komasa zaryzykował i obsadził w kluczowych rolach aktorów, których wybór nie był wcale taki oczywisty, bo kojarzeni byli oni do tej pory z innym emploi. Zadziałała więc intuicja. Jak zdradził na spotkaniu z publicznością sam reżyser, Bartosz Bielenia w czasie castingu nie wypadł za dobrze w obu próbach, (poza tym miał długie włosy, więc choćby dlatego trudno go było sobie wyobrazić w roli księdza) ale Komasa od razu wiedział, że to on musi zagrać w „Bożym Ciele”. I trafił w dziesiątkę, bo Bielenia to ogromny atut tego filmu – to, że tak mocno wszystko przeżywamy – i wydaje się nam to prawdziwe – jest głównie jego zasługą. Odnosiłem wrażenie, że momentami wpada on w pewien rodzaj transu, przepoczwarzając się i wnikając w coś, co dotyka sedna – a to jest możliwe tylko wtedy, kiedy się ma charyzmę. I takie oczy jak on – oczy, w których widać same skrajności: obłęd i siłę, strach i determinację, wściekłość i tkliwość, ekstazę i rozpacz, anioła i szatana…
(Nota na marginesie: Miałem tę przyjemność być z Janem Komasą w momencie, kiedy dowiedział się o tym, że Bartosz Bielenia został uznany za najlepszego aktora na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Dokładnie takie samo wyróżnienie spotkało go na festiwalu w Sztokholmie. Moje spotkanie z reżyserem zaowocowało wywiadem, który można przeczytać TUTAJ.)

       Czy film do końca ustrzega się stereotypów? Wydawać by się mogło, że w takim przewrotnym, świeżym i oryginalnym obrazie na żadne stereotypy nie powinno być już miejsca. A jednak…
Z tego co wiem, twórcom „Bożego Ciała” zależało na tym, aby w każdej postaci jaka pojawia się na ekranie ukazać człowieka, innymi słowy: dotrzeć do jej człowieczeństwa. Ale mnie raziło nieco to, że ludzie z tej wioski/miasteczka (nie mówię o osobach, którym dano „głos”) są trochę takimi postaciami z kartonu: np. stoją przed zdjęciami ofiar wypadku niczym zombies. Ich niemota i klepanie pacierzy to jakiś rodzaj tępej dewocji i biernej histerii, która zamienia się w czynną, kiedy pod przewodem Daniela wszyscy zaczynają krzyczeć a jeden z nieogolonych i marnie ubranych facetów wydziera się, po wielokroć wyrzucając z siebie słowo „kurwa!”. No nie wiem, czy to jest bardzo realistycznie ukazanie przedstawicieli polskiej prowincji. Ale też wiem, że nie było w tym żadnej złośliwości, a właśnie chyba stereotyp. Co ciekawe, Małgorzata Szumowska, która nota bene nagrywała swoją „Twarz” w tej samej miejscowości, co Komasa „Boże Ciało” (podkarpackie Jaśliska), mimo że jej obraz mieszkańców wsi był zdecydowanie bardziej negatywny, to jednak pokazała ich bardziej kompleksowo i pełnie. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.

       I czy aby na pewno obaj prawdziwi księża ukazani w filmie są ok? (jak powiedziała jedna z moich znajomych) Ten, grany przez Simlata, rzeczywiście jest ok, ale czy proboszcz, który jest alkoholikiem, nie panuje nad swoją parafią, ucieka na „urlop”, nie powiadamiając swoich zwierzchników i przyjmując na zastępstwo chłopaka podającego się za księdza, rzeczywiście jest ok?
Czy można wszak utożsamiać to z krytyką Kościoła i księży? Oczywiście, że nie, ale pewne głosy, jakie tu i ówdzie słyszałem (jeden z przykładów podał nawet sam Komasa) mówiły, że jest to jednak przedstawianie Kościoła w złym świetle. (Swoją drogą ja się żadnej uzasadnionej krytyce Kościoła nie dziwię. Nie zamierzam też kwestionować tego, jakimi postaciami obsadzili film scenarzysta i reżyser).
Być może za dużo napisałem o moich zastrzeżeniach, ale to tylko mała łyżka dziegciu w beczce, która pełna jest dobroci.

       Na koniec może jeszcze wspomnę o czymś, co jest jednak dla filmu istotne. „Boże Ciało” wbrew pozorom nie jest filmem religijnym. Nie wydaje mi się, żeby grany przez Bielenia Daniel mógł być prawdziwym księdzem z powołania. Siła i dobroć tego chłopaka bierze się z jego wrażliwego wnętrza i charakteru, a nie z głębokich religijnych przeżyć. Dla niego kapłaństwo i „wiara” jest bardziej ucieczką przed własnym statusem pariasa – oraz poszukiwaniem osobistej godności – niż czymś, co płynie dla niego z metafizycznego źródła. Ale czy można się temu dziwić, skoro – jak podkreślał niejednokrotnie Jan Komasa – scenariusz napisał ateista?
Oby jednak więcej było takich filmów.

*   *   *

7.5/10

STĄPAĆ PO CIENKIEJ LINII – rozmowa z reżyserem „Bożego Ciała” JANEM KOMASĄ

.

W programie tegorocznego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce znalazł się film „Boże Ciało”. Żaden inny film tego przeglądu nie spotkał się z tak wielkim zainteresowaniem publiczności – bilety zostały wyprzedane na wszystkie jego seanse. „Boże Ciało” udało mi się jednak obejrzeć na odbywającym się kilka tygodni wcześniej Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Po projekcji miałem tę przyjemność przeprowadzić długą i niezwykle interesującą rozmowę z jego reżyserem, Janem Komasą.

.

Jan Komasa (fot. Anna Błaszczyna)

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Dobrze pamiętam film „Sala samobójców”, który był Twoim pełnometrażowym debiutem. Bardzo mi się spodobał, był niezwykle ciekawy w formie i treści. Uderzyło mnie to, że był dziełem tak dojrzałym, mimo że został wyreżyserowany przez młodego człowieka, debiutanta, o którym zresztą niewiele wiedziałem. Później było „Miasto 44”, kolejny obraz zwracający na siebie uwagę. No a teraz „Boże Ciało”, znakomicie przyjmowane zarówno przez widzów, jak i krytykę (nagroda dla najlepszego reżysera oraz nagroda publiczności na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni). Wygląda na to, że możesz się już czuć twórcą spełnionym.
Jak to się stało, że postanowiłeś być reżyserem? Co o tym zadecydowało?

JAN KOMASA: Było wiele takich czynników. Ja od początku życia lubiłem wymyślać historie, różne niestworzone rzeczy… I patrzyłem jaki to wywiera wpływ na słuchaczy. Fascynowało mnie np. to, jak mogę straszyć rodzeństwo, kuzynów, rówieśników. Później mi to przeszło w takie różne zabawy z rzeczywistością, do tego stopnia przekonywujące, że te moje powieści stawały się między nami, dziećmi, pewnego rodzaju legendą, która rzeczywiście żyła.
To jest taka chęć, uwielbienie dla fikcjonalizacji wszystkiego, co jest dookoła – i patrzenie jaki to wywiera wpływ na innych. Czyli jestem takim opowiadaczem.
Bardzo dużo czytałem – i nadal to robię – również z moimi dziećmi. Po drodze były graffiti, rysowałem dużo komiksów, uwielbiałem oglądać filmy na VHS-ie, pisałem opowiadania, grałem na pianinie, próbowałem swoich sił w hip-hopie, … no i to tak ewoluowało. Myślałem o studiowaniu muzyki, filozofii, psychologii… Ale kiedy zostałem tatą – w wieku 19 lat – musiałem się zdecydować, no i postanowiłem być reżyserem.
A dlaczego reżyserem?
Mój tata, który sam jest aktorem i pedagogiem, zawsze mówił, że będę reżyserem – ponieważ reżyseria skupia te wszystkie rzeczy.
W reżyserii trzeba umieć pięknie kłamać. Ja to chyba umiem. Czy pięknie? O to się staram. Chodzi o to, żeby to było sugestywne i to „kłamstwo” zamieniało się – w jakiś dziwny sposób – w prawdę. W prawdę dla kogoś ważną.

– Nawiązując do opowieści. To one, tak naprawdę, stworzyły całą naszą kulturę. Mity – także narracja, gdzie komentujemy i interpretujemy naszą rzeczywistość i świat, w którym żyjemy. Nie zdajemy sobie z tego zazwyczaj sprawy, ale my, cały czas, obracamy się w takiej sferze fikcyjnej. To nie znaczy, że nieprawdziwej czy iluzorycznej, ale takiej, która jest wytworem naszej wyobraźni. I tu nie ma nic do rzeczy, czy to jest prawda, czy to jest fałsz. To nam pozwala funkcjonować w społeczeństwie, w kulturze…
Właśnie dlatego możliwe są takie spory, jakie widzimy dookoła nas. Bo kiedy się spieramy, kłócimy, a nawet kiedy prowadzimy dialog… to wtedy nie tyle ważne są fakty, jak to, czy potrafimy naszą narrację „sprzedać”, narzucić innym – to czy nasza narracja potrafi się przyjąć w ludzkim „stadzie” (przepraszam za to brzydkie wyrażenie).

– No właśnie. „Boże Ciało” miało pierwszy tytuł „Stado”.

– A to ciekawe. Nie wiedziałem o tym.
Lecz wracając do naszych sporów. W nich przestają się liczyć fakty – chodzi o to, żeby narracja jednej grupy wzięła górę nad narracją innej.

– To zawsze było narzędziem władzy… i zawsze będzie. Mają władzę ci, którzy potrafią narzucić swoją narrację.

– A że jesteśmy istotami społecznymi, to bardzo łatwo ulegamy jednej narracji, całkowicie odrzucając inną. Dzięki temu to, co nas spaja, łączy i wiąże, jednocześnie nas separuje, dzieli i antagonizuje.
To jest właśnie to błędne koło, w które my, Polacy, jesteśmy schwytani w ostatnim czasie, zwłaszcza od katastrofy smoleńskiej.

– Przydałby się nam jakiś terapeuta.

– Ale to dotyczy nie tylko Polski, prawda?

– W Europie jest to szczególnie zauważalne, bo prawie we wszystkich krajach mamy wzrost napięcia, polaryzację… A komu na tym zależy politycznie, to można dociekać, domniemywać.

– Wykorzystują to politycy.

– Oczywiście. Ale bardzo dużo miesza też Rosja, niestety.

– Miesza, czy może bardziej te zjawiska wykorzystuje? Bo przecież trudno utrzymywać, żeby Rosja stała np. za ruchem Gilets jaunes we Francji, czy Indignados w Hiszpani.

– Rosja tego nie inspiruje absolutnie, ale wykorzystuje sytuację. A że są mistrzami – bo mają świetnych mistrzów szachowych – to potrafią rozgrywać genialnie takie nastroje społeczne. Rosjanie pod tym względem są niedoceniani.

– Zachód jakby tego nie dostrzega.

– A szkoda, bo to co jest korzystne dla Kremla, nie jest korzystne dla nas. Pęknięcia społeczne są absolutnie nie na rękę Zachodowi. Uważam, że Europa cierpi z tego powodu; sądzę, że przez to wzrasta nieufność europejskich krajów między sobą – a to już Europa przerabiała. Ja mieszkam w tym klimacie i widzę co się dzieje.
To uwolnienie granic, które nastąpiło w 1989 roku, było dla nas cudem, i było to wspaniałe. My wszyscy na tym skorzystaliśmy – życie się wydłużyło, ludzie stali się szczęśliwsi, zaczęli lepiej zarabiać… Przez te 30 lat żyliśmy we względnym spokoju, ale teraz, po raz pierwszy za mojego życia odnoszę wrażenie, że nadeszły ciemne chmury… Których się autentycznie boję – widzę je w niepokoju ludzi, tu i tam pobrzmiewających słowach o wojnie, o agresji, wręcz o jakiejś apokalipsie…
My jako kraj, musimy bardzo uważać, żeby się nie poddawać tym różnym manipulacjom z zewnątrz. Nasz sposób na przetrwanie, to jest zachowanie zimnej krwi i nie uleganie emocjom. To powinno być naszym głównym celem. Bo myśmy już to przeszli, bo myśmy już umierali za Ojczyznę milionami… i już dosyć tego! Dlatego powinniśmy być pragmatyczni i jak najbardziej zimni emocjonalnie.

– Z naszym polskim charakterem i temperamentem będzie to raczej trudne.

– Niestety.

– Na dodatek w społeczeństwie polskim rysują się coraz głębsze podziały, stajemy się wobec samych siebie nieprzejednani, wręcz wrodzy. Pogłębiają to internet, media…

– Tak, internet niejako zunifikował ludzi w balony – spowodował, że zaczęli oni żyć w swoich bańkach. Np. kiedyś można było siedzieć przy stole z ludźmi o bardzo różnych afiliacjach – można było rozmawiać – i nie czuło się tych różnic tak bardzo. Dzisiaj, tylko po tym co wybieramy do jedzenia, mogę powiedzieć, kto na kogo głosował. Bo wiadomo np., że ktoś, kto głosuje na skrajną prawicę nie będzie weganinem…

– Ludzie jak gdyby zaczęli się przystosowywać do swoich stereotypów.

– Tak, ale też zaczęli totalnie, drobiazgowo dobierać do tych stereotypów swoje zachowanie.

– Bo wtedy można łatwiej się „wymacać” – zidentyfikować swojego lub obcego. No i zamykamy się w tych naszych obozach na własne życzenie. Myślimy, że jesteśmy wolni, a stajemy się w pewnym sensie niewolnikami.

– Pewne cechy zostały właśnie przypisane przez bańki do bardzo konkretnych zachowań.

– Ja myślę, że to się też wiąże w jakiś sposób z obserwowalnym – nie tylko u nas, ale i na całym świecie – odchodzeniem od tej narracji liberalno-demokratycznej. Orientacja polityczna, która nie tyle zbankrutowała, co przestała być tak atrakcyjna dla większości ludzi (a taka się wydawała po upadku komunizmu). Do głosu coraz więcej zaczęły dochodzić formacje konserwatywne, nacjonalistyczne… (Nie chcę używać określeń lewicowy – prawicowy, bo uważam, że te pojęcia we współczesnym świecie straciły swoje – w miarę klarowne – znaczenie, jakie miały w przeszłości. Obecnie używa się ich gównie po to, by „labelować” ludzi – właśnie segregować, tworzyć te podziały, o których mówimy – identyfikować zarówno swoich ideologicznych czy politycznych sprzymierzeńców, jak i przeciwników, często uznając tych ostatnich za wrogów.)

– To jest fenomen światowy – choć w różnych krajach różnie to wygląda. Odniosę się do naszego wspólnego podwórka, bo ja to śledzę, badam… trochę mnie to fascynuje. Otóż my jako kraj, mamy taką „porąbaną” historię. Nam zabory, agresja sąsiadów pozabierały wszystkie możliwości, które były doświadczeniem np. Oświecenia czy rewolucji seksualnej… czyli tego, co Zachód już „przerobił” – przyjął albo wypluł – już dawno temu. Byliśmy natomiast zamykani w tych kokonach, które nam narzucano odgórnie, niestety. Przez to zostawaliśmy zawsze z tyłu.
To, co się teraz w Polsce dzieje, to trochę taka kontynuacja tego, z czym mieliśmy do czynienia w latach 20. czy 30. XX wieku. My, po odzyskaniu niepodległości, mieliśmy jakieś 20 lat na to, żeby porozmawiać o tym, kim jesteśmy po tych 123 latach zaborów: czy my jesteśmy bardziej niemieccy, rosyjscy… czy jacyś inni. I nagle okazało się, że nie ma czegoś takiego, jak „Polak”. To znaczy my możemy sobie mówić, że jest, ale tak naprawdę to go nie ma. Pojedzie się do Szczecina, pojedzie się na Podkarpacie, na Śląsk, do Gdańska, Warszawy, czy na Podlasie… dokądkolwiek się nie pojedzie, mamy do czynienia z różnymi systemami wartości, inną mentalnością – tak samo jak to jest np. w niemieckich landach. Mamy więc bardzo niejednolity obraz samych siebie, a jednocześnie istnieje problem z umową społeczną. Ta debatach zaczęła się u nas po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. I została przerwana – w sposób sztuczny – przez wojnę. Zamiast rozmawiać o tym, jaki kształt powinna mieć Polska, kim powinniśmy być, to zostało nam przerwane na 50 lat. W 1989 roku zostało to znowu uwolnione. Zaczęto wydawać książki, pisma, kręcić filmy… takie, których nie można było robić wcześniej. Mimo wszystko stała się rzecz niezwykła – i co ważne zaszło to bezkrwawo. Naprawdę stał się cud. Wróciliśmy wtedy do tego punktu sprzed 50 lat – do procesu, który nam wtedy przerwano.
Najpierw ta rozmowa była taka… mmm… najważniejsze to się rozwijać, ale później przybrała większą wagę, stała się bardziej ostra…z czym mamy teraz problem w kraju. Generalnie, nikt się tak polityką nie zajmował przez dwadzieścia parę lat. Aż tu nagle spadł samolot i się okazało, że my jesteśmy podzieleni jak nigdy, tylko się o tym tak nie mówiło.

– Do czego się przyłożył też internet…

– Absolutnie! Ale on tylko amplifikował to, co już w nas wcześniej było. Ten internet stał się taką tubą, wszystko wyolbrzymił – spowodował, że my wszyscy tak na siebie krzyczymy. Bo wrażenie użytkownika internetu jest takie, że ta druga strona na niego krzyczy i napiera. Takie wrażenie odnosi każdy uczestnik debaty. A tak naprawdę nie bierze udziału w debacie, tylko, najczęściej, czyta te rzeczy w internecie. Więc to nam tworzy wszystkie strachy, wyolbrzymia… powstaje w sumie coś sztucznego.

– Pogłębiają to media.

– Tak. Kiedyś była taka zasada dziennikarska, żeby zadzwonić zarówno do jednej, jak i drugiej strony, żeby coś zweryfikować. I nie mówić, która strona ma rację, tylko dać to pod osąd czytelnika czy widza. Rolą dziennikarza było przekazać informację, newsa do opinii publicznej. Nie mówiąc, czy to jest źle, czy to jest dobrze… Teraz już w ogóle tego nie ma.

– Nie ma teraz niezależnych mediów – ani z jednej, ani z drugiej strony.

– Nie ma. Dokładnie!

– To wszystko separuje ludzi.

– Tak. I radykalizuje.
A wracając do tego, co mówiłeś o tej kapitulacji strony liberalnej, lewicowej…

– Chodziło mi nie tyle o kapitulację, co wyparcie… Szala jakby bardziej przesuwa się w stronę konserwatyzmu, nacjonalizmu – tego, co nazywa się prawicą.

– Tak, następuje wzrost konserwatyzmu w społeczeństwach na świecie.

– Jaka jest tego przyczyna?

– Powodem są m. in. te podziały, które się utworzyły; merytokracja, wyścig, który jest nierówny dla wszystkich. Niektórzy ludzie poczuli się wykluczeni. Bardzo wyraźnie zarysował się konflikt w podziałach na: miasta – nie miasta; wykształceni bardziej – wykształceni mniej (niewykształceni); ateiści – ludzie religijni… i tak dalej. Wszystko złączyło się niesamowicie w te bańki, o których już wcześniej mówiliśmy.

– Ale przecież poszliśmy do przodu.

– Tak, lecz nie zauważyliśmy tych ludzi, którzy nie byli w stanie ściągać się, galopować. Nastąpiło pewne pęknięcie, rozwarstwienie klasowe, ale również takie porzucenie ideologiczne. Doszedł też element, na który Anda Rottenberg trafnie wskazała: wymiera pokolenie, które doświadczyło skutków nacjonalizmów, autorytaryzmów i propagandy – ludzi, którzy pamiętają wojnę. I nie ma kto tego przekazać dalej. A teraz – i to na całym świecie – następuje, zwłaszcza wśród młodzieży, wzrost postaw jawnie faszyzujących.
No i słyszymy coś takiego, że „Hitler powinien dokończyć to, co zaczął!”, „z wami to do gazu”… Taki hejt, który się teraz wylewa, a którego w takim natężeniu nie było wcześnie – ja przynajmniej czegoś takiego nie pamiętam. On się dostał do mainstreamu.

– Naprawdę?

– Tak uważam. Politycy – z lewa i prawa – przejęli ten język i zaczęli reprezentować postawy, które są bardzo agresywne. I to co było „on the fringes”, na takich marginesach – bo świrów w polityce nigdy nie brakowało – teraz wchodzi do mainstreamu.

– A może tak samo jest to amplifikowane, sztucznie wzmacniane przez internet, a tym samym wyolbrzymiane i wskutek tego przesadzone?
Muszę przyznać, że ja – mimo, że nie doświadczyłem wojny czy totalitaryzmów na własnej skórze – jestem bardzo na te sprawy uwrażliwiony, także dzięki lekturze Orwella, Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego, czyli pisarzy, którzy (jak chyba żadni inni) dogłębnie wniknęli w istotę totalitaryzmów – genezę zarówno komunizmu, jak i faszyzmu – w horror obozów koncentracyjnych, ludobójstwa na masowa skalę… Dla mnie to są sprawy istotne, które już wcześniej wiele razy przemieliłem w swoje głowie.
Kiedy więc ktoś mówi, że formacja, która doszła w Polsce do władzy sprzyja – czy nawet popiera – postawy faszystowskie, że mamy do czynienia z dyktaturą, że Polacy biorący udział w manifestacji Święta Niepodległości to w większości skrajni nacjonaliści, którzy już niedaleko mają do nazizmu – to ja no to reaguję dość mocno i sprawdzam, czy tak rzeczywiście jest – bo jeśli byłoby to prawdą, to byłoby to dla mnie straszne.
A niestety, całkiem niedawno, w radiu, które skądinąd bardzo cenię (NPR), usłyszałem audycję zatytułowaną: „Extreme Nationalism Is as Polish as Pierogi”. I to mnie wkurzyło. Podobnie jak robienie z nas wszystkich antysemitów, rozgłaszanie po całym świecie, że byliśmy „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników”, „mordercami Żydów”… (Co w takim razie można powiedzieć np. o Hiszpanach, Anglikach, Niemcach, Amerykanach?) To są wypowiedzi, oględnie mówiąc, niefortunne, dla nas Polaków krzywdzące i niesprawiedliwe.

– To jest naturalne, że takie opinie mogą wkurzać. Nie ulega wątpliwości, że wokół nas są i funkcjonują stereotypy narodowe, czego – jako Polak – doświadczam na co dzień, bo jeżdżę po świecie i słyszę jakie różne rzeczy o Polsce się mówi. Oczywiście, że są to krzywdzące stereotypy, z którymi my, Polacy, musimy walczyć. Z różnych powodów się one wzięły, ale niestety są. I one rzeczywiście są karygodne.
Ale faktem jest, że mamy do czynienia ze wzrostem wśród młodzieży postaw faszyzujących. Uważam, że ten wzrost jest znaczny i większy, niż kiedykolwiek. Ja nie pamiętam, żeby wcześniej ktoś mówił, żeby homoseksualistów posłać do gazu…

– A ja pamiętam. I to mnie początkowo bardzo bulwersowało, szokowało wręcz, ale z czasem, doszedłem do wniosku, że podobne zidiocenie jest tak marginalne i sporadyczne, że nie ma co tym tak bardzo się przejmować. Mam nadzieję, że i teraz jest to taki margines.

– Ale jak masz np. stronę, gdzie czytasz: „pedały do gazu” i nagle pod tym masz 30 tysięcy „lajków”, to o czymś to mówi. I mimo, że Facebook takie strony zaraz usuwa, to te świry zawsze znajdą sobie jakieś miejsce, gdzie mogą ten hejt uprawiać.

– Sam nie wiem czym to jest powodowane: nienawiścią, bezmyślnością, chęcią prowokacji, czy też skrajną głupotą?
Najważniejsze, aby te skrajne trendy nie zaczęły przyjmować jakiejś instytucjonalnej, strukturalnej postaci, bo wtedy to naprawdę byłoby groźne. Zresztą, moim zdaniem, te zjawiska są bardziej niebezpieczne na Zachodzie niż w naszym kraju.

– Ja szedłem w marszu Niepodległości, szedłem w marszu Równości i widziałem bardzo fajnych Polaków tu i tu – i wtedy nie było żadnego problemu. Ale widziałem też niefajnych Polaków.
Jednak te skrajne postawy się zamplifikowały i przez ten strach, które mamy już wbudowany, każdy się boi wejść do tego drugiego marszu. Bo ludzie myślą, że w tym innym marszu zostaną… nie wiem… zgwałceni, ich dzieci zostaną spedofilowane, że wszyscy wyśmieją ich wiarę i tak dalej… a w tym drugim marszu każdy się boi wejść do tego pierwszego, bo myślą, że zostaną pobici, wyzwani, opluci, że spotka ich czysta, chamska agresja… Tak więc przykłady na jedno i drugie znajdziemy, przy czym mówię o pewnych postawach, a nie czynach.

– Właśnie, takich konkretnych aktów agresji jest naprawdę mało, częściej odgrywa się to w ludzkiej wyobraźni, w obawach… A strach ma wielkie oczy.

– Uważam, że to czego potrzebujemy najbardziej, to rozmowa… a nie darcie się na siebie i przekrzykiwanie. Potrzebujemy również terapeutów. Potrzebujemy siąść razem przy stole albo przy ognisku… i zjeść wspólnie kiełbaskę.

– Ekologiczną.

– Wegańską.

– À propos konieczności rozmowy. W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Im więcej się ze sobą spieramy, tym, jesteśmy silniejsi i mocniejsza jest nasza tożsamość”.
Czym według Ciebie różnią się od siebie dialog i rozmowa. Czy rozróżniasz nie tylko ich naturę, formę, ale i konsekwencje?

– Spór jest jednak pewnego rodzaju walką. Jest też częścią składową dialogu. Spór „propeluje” dialog, napędza go, powoduje, że on „idzie”… Bo kiedy się we wszystkim zgadzamy, to po prostu… nie ma o czym gadać.
Sporu nie ma co unikać, natomiast odbieranie drugiej stronie prawa głosu, mówienie, że jesteś gorszy i nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego; mówienie, że nie słucham Cię, bo to jest bullshit, bo jesteś głupi… To to jest rzeczywiście obrzydliwe. Powiem wprost: to jest odmawianie komuś prawa do człowieczeństwa. I dotyczy wszystkich stron.
Ale tak jest w internecie, bo w rzeczywistości jest jednak inaczej. Ludzie starają się być mili dla siebie…

– Tak jak my tutaj teraz.

– … a potem siadają przy klawiaturze i są mistrzami klawiatury.

– Użyłeś słowa „tożsamość”. Dlaczego jest ona taka ważna?
Czy stąd nie jest już blisko to nacjonalizmu?

– A właśnie, że nie. Bo jest różnica między patriotyzmem a nacjonalizmem. Ja jestem 100-procentowym patriotą. Kocham kraj, z którego pochodzę, znam jego kulturę, fascynuje mnie ona, fascynują mnie ludzie, którzy w nim mieszkają… Ale nie jestem nacjonalistą, bo nacjonalista stawia własny naród wyżej innych narodów; mówi, że jego naród jest lepszy od innych. Dochodzi do tego element szowinizmu.
My jednak mamy problem z tożsamością. A prawdziwa tożsamość jest ważna, bo według mnie może nas uchronić przed nacjonalizmem.
To tak jak w związku. Chorobliwa zazdrość pojawia się wtedy, kiedy ludzie w siebie nie wierzą. Prawdziwa siła bycia razem – razem w związku, razem w kraju, razem w Europie – polega na tym, że mamy wbudowaną silną tożsamość. I dlatego nie musimy reagować histerycznie za każdym razem, kiedy ktoś zrobi coś strasznego, głupiego… bo umiemy być silni wobec tego. Są narody, które sobie z tym radzą lepiej lub gorzej; są też narody, które mają totalnie rozwaloną tożsamość… Np. Ukraińcy. My jesteśmy w trakcie dyskusji. Ona jest zażarta, ale jest – rozmawiamy ze sobą, spieramy się. Niestety, nie ustrzegliśmy się przed tym, żeby wyłączać mikrofon na mównicy, kiedy ktoś mówi inne rzeczy, niż byśmy chcieli słyszeć.
Musimy przerobić pewne lekcje. Polska nigdy nie przeszła takiego mocnego flirtu z nacjonalizmem…

– I to nas uchroniło choćby przed faszyzmem. Na nasze szczęście zawsze zadawaliśmy się półśrodkami, w przeciwieństwie do naszych sąsiadów, którzy rozpętali zabójczy faszyzm czy komunizm na niebywałą skalę.
Lecz ja uważam, że jesteśmy silni (choć nie jako państwo, bo przez ostatnie kilka wieków braliśmy cięgi ze wszystkich stron). Gdybyśmy tacy silni nie byli, to jako naród byśmy nie przetrwali.

– Oczywiście.

– Takim bastionem tożsamości był zawsze dla Polaków Kościół katolicki. A teraz jest kolejnym powodem do tego, żeby się polaryzować, zwalczać, tworzyć obozy, pogardzać, może nawet nienawidzić.

– Kościół przez 50 lat komunizmu był miejscem, gdzie intelektualiści, artyści mogli się schronić. Traktowali oni Kościół jako miejsce, w który czuli się stosunkowo niezależnie wobec rzeczywistości, która była szara i pod kontrolą służb bezpieczeństwa. Kościół był miejscem szczególnym. Obecność artystów, intelektualistów w obrębie Kościoła w zasadzie nikogo nie dziwiła, ale też wpływała bardzo korzystnie na sam Kościół i bardzo korzystnie na artystów i intelektualistów. Ta ich wymiana myśli – tak skrajnie różnych, o różnym zabarwieniu, nawet lewicowym (przecież chodzili tam Kuroń, Michnik) – tam właśnie miała miejsce. I dzięki temu, zarówno duchowni byli ciekawsi – bo musieli się z tym zderzać, jak i sami opozycjoniści się pogłębiali. Oni wszyscy rośli. Dlatego to pokolenie wasze jest takie ciekawe, bo jest takie… właśnie „wydialogowane”. Niestety, ci ludzie już odchodzą – po obu stronach. A oni nam dawali świadectwo, że można ze sobą dialogować i się nie pozabijać. I nagle ich brakuje.
Po 1989 roku staliśmy się wolni i ludzie nie musieli się już akredytować przy Kościele, żeby wydawać gazety, książki, płyty, komiksy… w zasadzie można było robić wszystko co się chciało – i można to już było robić otwarcie. I wtedy te dwa elementy – artyści i intelektualiści oraz Kościół – zaczęły dryfować obok siebie, jak w każdej w miarę zdrowej demokracji. 30 lat później jesteśmy osobno – podzieleni jak nigdy dotąd. Nagle się okazało, że nie tylko zniknęły pomosty łączące te dwie strony, ale że te strony bardzo się na siebie zbiesiły.
Żyjemy w czasach, kiedy nastąpił drastyczny spadek liczby powołań w Kościele. Największa laicyzacja następuje właśnie w Polsce. Jesteśmy krajem, który – jeśli wierzyć ostatnim badaniom sprzed dwóch miesięcy – laicyzuje się najszybciej na świecie. Wśród ludzi między 18 a 30 rokiem życia, stopień laicyzacji jest niebywały.
I to wszystko są procesy, które są procesami tożsamościowymi, każą na zrewidować swoje myślenie.
Czy należy się ich bać, czy nie?…. nie mówię w ogóle o tym. Jest to zmiana. Zawsze będą zmiany. A my musimy podjąć dialog.
I właśnie mój film „Boże Ciało” stara się podjąć taki dialog – o tym kim chcemy być, jak mamy postępować. Chodzi jednak o to, żeby – bez względu na to, gdzie to pójdzie – wzajemnie się szanować.

Rzecz o przewrotności dobra i zła – i o konieczności pojednania (Bartosz Bielenia w filmie „Boże Ciało”)

.

– Jestem na gorąco po obejrzeniu Twojego filmu i muszę Ci powiedzieć, że bardzo mnie on zaskoczył. Wydaje mi się, że dokonuje on swoistego cudu, bo potrafi jednoczyć ze sobą ludzi, i to znajdujących się po obu stronach tego podziału, o którym tu mówimy. Z tego co wiem, film cieszy się także znakomitym odbiorem wśród krytyków, bez względu na ich sympatie polityczne, światopogląd czy stosunek do Kościoła w Polsce. Mam wrażenie, że dzieje się tak dlatego, że nie opowiada się on jednoznacznie po żadnej ze stron, ma uniwersalną wymowę, nie krytykuje wprost ani ludzkiej religijności, ani Kościoła katolickiego jako instytucji; a przede wszystkim pokazuje wszystkich ludzi z… ludzkim obliczem – z ich słabościami, rozterkami… Uświadamia nam, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy tacy sami – że wszyscy odczuwamy, cierpimy, cieszymy się tak samo.
Twój film, swoją drogą, jest bardzo przewrotny, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Bo np. główny bohater, który jest kłamcą, mówi prawdę; jest „złoczyńcą”, ale czyni dobro; jest fałszywym księdzem, ale zachowuje się bardziej po chrześcijańsku, niż inni księża…

– Uważam, że film pięknie pokazuje to, że ludzie, którzy się tak różnią, powinni być jednak – tak po chrześcijańsku – razem. W takim nurcie chrześcijaństwa, że tak powiem, pierwotnego. Co ciekawe, scenariusz do „Bożego Ciała” został napisany przez Mateusza Pacewicza, który jest ateistą.

– Kolejna „przewrotność” i paradoks tego filmu. Ludzie niewierzący okazują się lepszymi „chrześcijanami” niż ci wierzący.

– Ja takich przykładów znam mnóstwo. Mam znajomych – ateistów, lewaków, gejów… itd. – którzy są bardzo humanitarni, wstawiają się za wykluczonymi, rękę by dali sobie odciąć, żeby ciebie lub mnie uratować. Ale mam też wśród swoich znajomych ludzi, którzy plują hejtem czy jadem absolutnym; nienawidzą, z pogardą patrzą… Mnie akceptują, bo mi się w życiu wiedzie. Ale jakby mi się przestało wieść, to byłbym takim samym „wypierdkiem”, jak ci, którym się nie powiodło.

– Takie postępowanie jest też kwestią charakteru.

– Tak, ale też sprawą zabójczej merytokracji, czyli oparcia postaw życiowych – relacji międzyludzkich – na tym, czy się komu w życiu udaje, a nie na tym, że się po prostu jest. To powoduje fałszywy obraz ciebie. To sprawia, że jesteś kimś, jeżeli coś robisz. Ale będzie czas, kiedy nic nie zrobisz. I co? Będziesz wtedy nikim?

– I dlatego tak mnie rażą opinie i postawy ludzi, którzy wyrażają się z pogardą o tzw. „Polsce B” – o ludziach, którzy głosowali na inne formacje polityczne, niż oni sami. Nazywanie ich półgłówkami, prymitywami, kruchtą, moherami, ciemnogrodem… i tak dalej, tylko dlatego, że mają inne poglądy (co przecież w demokracji jest sprawą naturalną i oczywistą). Bo tylko ich wybory są prawidłowe, a oni są najmądrzejsi.
Chodzi więc o to, żeby zwalczać te stereotypy i nie zamykać się we własnych, jedynie słusznych, bańkach. Trzeba wyjść do drugiego człowieka i uszanować jego inność. Starać się zrozumieć jego zachowanie.

– O tym jest również „Boże Ciało”.

– Wspomniałeś kiedyś, że Twoimi znajomymi – może nawet przyjaciółmi – są księża. Myślę, że to, iż Ty widzisz ich jako ludzi inteligentnych, wrażliwych, otwartych, wpływa na Twój sposób widzenia wiary, Kościoła, religii… w przeciwieństwie do ludzi, którzy takich bliskich znajomości nie mają.

– Muszę powiedzieć, że ja przez tych moich przyjaciół miałem spaczony obraz księdza. Dla mnie ksiądz to był ktoś kto pogada, ktoś kto zrozumie, ktoś kto jest fajny… ktoś kto wie, jak do Ciebie podejść, kiedy masz jakiś problem życiowy. Teraz, pracując nad „Bożym Ciałem”, byłem w różnych miejscach i trafiłem na ludzi, z którymi nie umiałem zamienić normalnie jednego zdania. Nie wiedziałem, że jest taka osoba w ogóle. Jak ktoś taki może cię terapeutyzować czy wskazać drogę? Nie ma szans.
Spotkałem takiego jednego wikarego, który mnie przeraził. Był zaprzeczeniem postawy chrześcijańskiej. Takie rzeczy zauważyłem dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem się tym zajmować. Wcześniej byłem na to ślepy. Przebywałem właśnie w tej swojej bańce – księdza Wojtka Drozdowicza, księdza Marka Grygiela, Ojca Jana Góry, Tadeusza Polaka itd. Moja mama pracowała w katolickiej redakcji TVP. Miałem więc do czynienia z tym środowiskiem. Dla mnie to był taki Kościół bardzo otwarty. A tu nagle spotykam kogoś, kto jest tego zaprzeczeniem.

– A może to właśnie ten wikary jest takim księdzem, który daje spaczony obraz księży katolickich – a tym samym Kościoła, jego wspólnoty?
W „Bożym Ciele” księża są ludźmi, z którymi możemy sympatyzować – bo ten film ukazuje właśnie ich „ludzką” twarz. Pozwala też zrozumieć różne ludzkie zachowania; nie pogardza ludźmi, nie czyni ich gorszymi… Dzięki temu nie dzieli, a jednoczy. Porusza też w nas struny, które jednak rzadko są poruszane we współczesnym kinie, książkach, mediach. Robi to w bardzo ciekawy sposób, wydobywając z ludzi to, co w nich najlepsze – co w nich siedzi, mimo że często oni sami o tym nie wiedzą. Innymi słowy: wyzwala dobro, a nie zło; rodzi nadzieję, a nie rozpacz.
Uświadamia nam też, że natura ludzka jest plastyczna. To, jak człowiek reaguje zależy od tego, jak do niego przemawiasz – czy to jest szczere, czy chcesz go poniżyć czy oszukać, wziąć podstępem, stereotypować?
Istnieje droga, którą można do drugiego człowieka dotrzeć – i moim zdaniem Ty swoim filmem taką drogę pokazałeś.

– Dziękuję. Właśnie o to mi chodziło.

– Wybierając się dzisiaj na projekcję „Bożego Ciała”, wspomniałem jednej z moich znajomych – rasowej kinomance, popularyzatorce kina i recenzentce – Renacie Borowiak, o możliwości spotkania się z Tobą. I jeśli by do tego doszło, to jakie pytanie zadałaby ona, gdyby była na moim miejscu (nota bene, bardzo Twój film rekomendowała).
Czy mogę przeczytać jej pytania?

– Jasne!

– „Tam podobno sporo improwizacji było na planie. (Doceniamy, bo językowo film przekonuje autentyzmem). Czy już w scenariuszu język był tak dopasowany do postaci? Na ile był to wkład aktorów”?

– Ciekawe pytanie. Są sceny, szczególnie dotyczące młodych, które były bardzo wyimprowizowane, ale potem, ze względu na trudność dialogu, na jego informacyjność – bo musi być on precyzyjny – brane to było jakby w karby. Np. scena na barce. Ona jest bardzo trudna, bo ma ze sześć czy siedem punktów zwrotnych. I żeby przejść przez każdy taki punkt, to musieliśmy wszyscy ustalić bardzo konkretną sekwencję zdań. Tak więc, to były dialogi, które najpierw były wyimprowizowane na próbie, ale później jeszcze raz przeze mnie rozpisane, zblokowane, podzielone na części – poddane pewnej przeróbce. Była to więc taka improwizacja pod kontrolą – improwizacja, która została zaklęta w scenariuszu. A myśmy ją później tylko zrekonstruowali.
Na samych zdjęciach już się starałem, żeby improwizować znacznie mniej. Ale zdarzały się takie momenty „olśnień”, że tak się wyrażę (nawiasem mówiąc uwielbiam je). Np. w scenie, kiedy Ola Konieczna (Lidia) znajduje w sypialni pijanego proboszcza. Przed jej nagraniem szepnąłem jej do ucha, żeby – bez względu na to, o co ją Bartek (grający głównego bohatera, Bartosz Bielenia – przyp. S.B) zapyta, ma zaprzeczać i mówić, że to jest niemożliwe. Więc kiedy on się pyta: „Co, ksiądz lubi sobie popić?”, to ona odpowiada: „Nie, on nie pije”. Tym stwierdzeniem Bartka zaskoczyła, więc wyraz zaskoczenia na jego twarzy jest prawdziwy.
Ale też ostatnia kwestia, czyli słowa „Szczęść Boże”, które ona mówi do opuszczającego kościół Bartka, jest improwizacją. Tego nie było w scenariuszu.

– A to są słowa w pewnym sensie kluczowe.

– Tak, ona poczuła, żeby to powiedzieć. Z oka spływa jej łza, a ona mówi: „Szczęść Boże”. To jest takie doznanie, które może cię trafić, i nie wymyśliłbyś tego.

– Może i z czegoś takiego bierze się magia tego filmu?

– Bartek, kiedy odprawia mszę, też często mówi od siebie.
Ale są też sceny, które były bardzo precyzyjnie określone.
Uwielbiam improwizację, ale bardzo nie lubię nieprzygotowania. Trzeba znać scenariusz i czuć postać, którą się gra. Tak więc, te rzeczy muszą się spotkać. W moim filmie zagrali aktorzy, którzy są znakomici i świetnie to rozumieją.

– Może jeszcze jedno pytanie Renaty: „Czy ostre, bezkompromisowe obrazy kleru (kościoła) w filmach, które ostatnio gościły na ekranach, w jakiś sposób wpływały na intencje reżyserską? W sensie: ‘Boże Ciało’ powstawało równolegle, więc zamysł mógł być niezależny. Ale jakaś modulacja była możliwa. Komasa powstrzymał się przed krytyką instytucji, a nawet księży. Obaj (występujący w filmie) są ok. Czy nie kusiło go, by podkręcić kontrast między księżmi a Danielem? Bo ja myślę, że decyzja reżysera była w punkt.”

– Pierwsza wersja scenariusza z 2016 roku w ogóle nie zakładała żadnej krytyki Kościoła – ani instytucji, ani księży. To powstawało zupełnie niezależnie wobec tego trendu, do którego odnosi się pytanie. Bardzo dużo mieliśmy o tym rozmów – żeby na to bardzo uważać. Bo nudne są i mają bardzo krótkie nogi filmy, które tylko krytykują. Gdyż, umówmy się, instytucje są, potem ich nie ma… a ja chciałem zrobić film, który byłby uniwersalny. I żeby był tak samo ważny za 10 czy 20 lat. Bardzo się starałem, żeby nie wejść w taki publicystyczny ton, który rzeczywiście się teraz się przybiera. Na szczęście „Boże Ciało” nigdy pod tym względem nie miało być gazetą. Mówię „na szczęście”, bo to jest zbyt łatwe, żeby stanąć po jakiejś stronie sporu, przy takiej polaryzacji, jaka jest dzisiaj. Najtrudniej jest utrzymać się na tej cieniutkiej linii pomiędzy.

– Miejmy nadzieję, że nam to się uda.

– Chodzi o to, żeby utrzymać się na tej cienkiej linii… ale nie być neutralnym!

– Bo neutralność zwykle oznacza obojętność, prawda?

– Dokładnie.

– Myślę, że tą olśniewającą konkluzją możemy zakończyć naszą rozmowę, za którą bardzo Ci dziękuję.

*  *  *

Jan Komasa: „Stąpamy po cienkiej linii, ale nie możemy być neutralni” (Podczas spotkania z reżyserem po projekcji jego filmu na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Fot. Anna Błaszczyna)

.

„POWRÓT” – rzecz nie tylko o hipokryzji

.

Obca wśród „swoich” (Kadr z filmu „Powrót” Magdaleny Łazarkiewicz)

.

Tekst ten piszę na gorąco, zaraz po obejrzeniu najnowszego filmu Magdaleny Łazarkiewicz na Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago, co pewnie będzie miało swoje zarówno dobre, jak i złe strony.
Dobre, gdyż według mnie pierwsze wrażenie liczy się najbardziej – a to jest jeszcze ciepłe (może nawet gorące), jak również autentyczne tudzież nie zepsute jeszcze zbytnio racjonalną deliberacją.
Złe, ponieważ moje ewentualne pomyłki – i naturalny w takich sytuacjach subiektywizm – mogą wystawić ten tekst (będący bardziej zapiskiem tego, jak odebrałem pewne aspekty filmu i jak je zobaczyłem w kinie, niż recenzją) na krytykę jego powierzchowności (której jednak będę się starał uniknąć) czy też przyczynkarskiego pisania ad hoc (które mimo to będzie chciało dotknąć sedna filmu).

Na początek muszę wyznać, że „Powrót” Łazarkiewicz dotknął mnie bardziej niż „Kler” Smarzowskiego – w tym sensie, że przejąłem się bardziej problemami etycznymi, jakie oba te filmy podejmują, nawiązując poniekąd do podobnej tematyki, którą jest kwestia ludzkiego zachowania się – oraz dokonywania wyborów – w pewnej przestrzeni społecznej, gdzie obowiązują normy i zakazy moralne (tutaj, w obu przypadkach: autoryzowane i sankcjonowane przez kościół katolicki, jak również uznawane za chrześcijańskie).
Przy czym, nie stało się tak bynajmniej dlatego, że nieśpieszny, stonowany i subtelny styl zastosowany przez Magdę Łazarkiewicz odpowiada mi bardziej, niż zdecydowany, mocny, wyrazisty, „męski” i gwałtowny sposób reżyserowania Wojciecha Smarzowskiego, który – jak sam przyznał – lubi „trąbić siekierą”, bo przecież obok kina „powolnego” (slow) lubię również rozbuchane filmowe fajerwerki w stylu np. ostatniego „Mad Maxa” (do czego przekonało mnie kiedyś kino chociażby Felliniego). Nie, tym razem poszło o coś innego: uważam, że jeżeli chodzi o spójność stylistyczną, to dzieło Łazarkiewicz bije na głowę obraz Smarzowskiego – to po pierwsze; po drugie zaś (i to jest dla mnie chyba ważniejsze), „Powrót”, mimo swojej minimalistycznej formy, bardziej kompleksowo ujmuje ludzką naturę i głębiej w nią wnika, niż trącący karykaturą i pastiszem, zrobiony mimo wszystko „pod publikę” (to tłumaczy zresztą frekwencyjny szał, jakiego byliśmy świadkiem w polskich kinach) oraz koniunkturalny politycznie „Kler”, który moim zdaniem był pod pewnymi względami filmem nieuczciwym, co wynikało z wrogości Smarzowskiego do Kościoła oraz jego stosunku do religii, uznawanej przez niego za przesąd i zabobon. (To – wobec deklarowanego przez niego ateizmu – nie powinno chyba dziwić, choć przecież od inteligenta obeznajmionego ze znaczeniem religii w ludzkiej kulturze i psychice, jak również mającego świadomość, że kultura ta nie może obyć się bez mitu, wymagać można czegoś więcej).
Ale zostawmy „Kler” Smarzowskiego, któremu i tak poświęciłem zbyt dużo miejsca i zajmijmy się obrazem Magdy Łazarkiewicz, który był dla mnie znacznie ciekawszym doświadczeniem – i to nie tylko psychologicznym oraz poznawczym, ale również estetycznym.
Bo w moich oczach forma tego filmu była nieskazitelna. Dawno nie widziałem filmu, w którym by wszystko tak świetnie „zagrało” – począwszy od jego strony wizualnej (kadry, które w dużej mierze historię „Powrotu” opowiadały), muzycznej (dźwięki dozowane dokładnie w takiej mierze, jak tego wymagały obraz i narracja); przez dość ascetyczne dialogi i zaskakująco dojrzałe aktorstwo (świetny pomysł reżyserki, by zatrudnić aktorów „nieopatrzonych” i „nieogranych”); po wątek fabularny, który był bardziej uniwersalną opowieścią o ludzkiej naturze, niż anegdotą ograniczoną do jakichś polityczno-społecznych lokalizmów (co na dodatek mogłoby psuć krew widzowi).

Przede wszystkim film znakomicie rozwijał się fabularnie – zrazu bardzo powściągliwie, nieśpiesznie, subtelnie – przygotowując grunt pod dramatyczną opowieść, która stopniowo do nas docierała i w końcu nami porządnie wstrząsnęła. To wielka sztuka stworzyć coś, w czym stonowanie i niuansowość kończy się takim szokiem.

Odrzucona (Sandra Drzymalska)

Historia dziewczyny, która po kilku latach nieobecności, wraca do domu, gdzie musi się mierzyć zarówno z niechęcią własnej rodziny, jak i z ostracyzmem małomiasteczkowej społeczności (wszyscy wiedzą, że na Zachodzie „zatrudniona” była jako prostytutka w burdelu), wydaje się prosta, może nawet banalna, jednak po jakimś czasie dociera do nas jej tragizm, a razem z nim wręcz epicki wymiar tego, co w rzeczywistości dzieje się w relacjach ludzi pojawiających się przed nami na ekranie. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że skala tego dramatu – mimo wątku zajmującego się z pozoru zwyczajnymi ludźmi i osadzonego w jakiejś pipidówie – w końcu zaczyna przypominać ciężar antycznej tragedii, gdzie człowiek dręczony jest przez siły wyższe i silniejsze od niego, jak również poddawany cierpieniu, które trudno znieść.

Tak więc, to nie tylko opowieść o ludzkich słabościach i hipokryzji, ale i o niemożności ucieczki przed naszą La Condition Humain, która jest taka sama na wszystkich kontynentach – we wszystkich religiach, narodach i społecznościach – bez względu na Opatrzność (czy też jej brak) różnych bóstw i bogów, jakich stworzył człowiek, i jacy, być może, stworzyli człowieka.
Mimo swego uniwersalizmu, film jest mocno osadzony w środowisku, gdzie dominuje religia katolicka. Wszystko co się w nim dzieje, dzieje się wśród ludzi, którzy są chrześcijanami – a to ustawia ich zachowanie i dokonywane przez nich wybory (tutaj zresztą pojawia się dylemat, na ile te wybory są suwerenne i świadome) w konkretnej perspektywie światopoglądowej i etycznej. Krzyż jaki pojawia się w wielu scenach (moim zdaniem zbyt często) służy właśnie wyraźnemu określeniu takiej, a nie innej kulturowej przestrzeni, w jakiej umieszczeni są ukazani na ekranie ludzie. Nie jestem jednak pewien czy ów zabieg stosowany jest bardziej po to, by zwiększyć dramaturgiczne napięcie, czy też po to, by denuncjować katolicką istotę hipokryzji i zakłamania, w jakich żyje nie tylko rodzina głównej bohaterki, ale i cała małomiasteczkowa społeczność, której owa rodzina jest częścią.
Jest jednak coś, co mi w filmie nieco przeszkadza, a co uświadomiłem sobie post factum mojego doświadczenia w kinie. Otóż pewne motywy filmu wydają mi się niezbyt realistyczne. (Tutaj ostrzegam przed spojlerami). Mimo świetnej kreacji Agnieszki Warchulskiej (która grała matkę dziewczyny) nie przekonywała mnie jej podwójna natura zakonnicy-kochanki, jak również matki, która z jednej strony nie pozbawiona jest macierzyńskiego instynktu, z drugiej zaś odrzuca swoją córkę i skazuje ją de facto na zatracenie i cierpienie. Jest to po prostu nieludzkie i nie mogę sobie wyobrazić tego, żeby takiego postępowania nie osądzić i nie potępić.
Pewnym nadużyciem wydało mi się również to, że akurat w momencie, kiedy (skądinąd dobry i niegłupi ksiądz) ma odprawić najważniejsze dla chrześcijan nabożeństwo w roku (tutaj związane z rytuałem Paschal Triduum), nachodzi go nie tylko ochota, żeby się w sztok upić, ale również to, żeby się z żoną swojego brata (excuse my French) pieprzyć. Teraz wydaje mi się to nie tylko mało realistyczne, ale i pretensjonalne, niemniej jednak w kinie ta sekwencja zrobiła na mnie odpowiednie wrażenie, podbite wspaniałą sceną wchodzenia ludzi do kościoła, wśród palących się kaganków i zniczy – i przy dźwiękach przejmującej do szpiku kości pieśni.

Magdalena Łazarkiewicz po projekcji swojego filmu na Festiwalu w Chicago (nota bene przyjętego oklaskami, jak chyba żaden film tego przeglądu), zaznaczyła, że nie chciała w nim nikogo osądzać. Muszę się przyznać, że za każdym razem, kiedy słyszę coś takiego z ust twórcy (literata, scenarzysty czy reżysera), nie za bardzo temu dowierzam, bo trąci mi to mimo wszystko pewną hipokryzją. Otóż wydaje mi się, że to właśnie moralna wrażliwość powoduje, że kręci się taki a nie inny film, pisze się taką a nie inną książkę – i te utwory, tak naprawdę, są bardziej lub mniej ukrytym moralitetem. I takim moralitetem jest bez wątpienia „Powrót”, którego rdzeniem jest właśnie niemożność sprostania etycznemu kodeksowi, jaki obowiązuje w środowisku ukazanych w tym filmie ludzi – czy to przez wygórowane wymogi tegoż kodeksu, czy też przez zwykłą ludzką słabość, moralną niechlujność, pożądliwość, bylejakość, zaniechanie, wyparcie, fasadowość, zakłamanie… W takim przypadku hipokryzja, będąca przecież dramatycznym jądrem filmu Łazarkiewicz, wynika bardziej z ludzkiej ułomności niż nikczemności – i ogólnie: jest przywarą uniwersalną osobników Homo sapiens, a nie tylko specjalnością katolików (mam nadzieję, że tego ostatniego nie sugerowali twórcy filmu).
Lecz ja rozumiem tę deklarację reżyserki, która starała się zachować pewną neutralność w ukazywaniu swoich bohaterów, nie osądzając ich wprost i co ważniejsze: nie sugerując żadnego osądu widzowi, (który i tak – nie czarujmy się – osądzi bohaterów po swojemu, bo widz – a ogólnie człowiek – już tak ma, że jest chodzącym sędzią innych ludzi). Myślę, że Łazarkiewicz się to udało, bo w jej filmie nie ma cienia „reżyserskiego” moralizatorstwa, które by wskazywało palcem (czy też raczej kamerą) winnego.

„Powrót” to chyba najlepszy film w dorobku Magdaleny Łazarkiewicz. A jest ona przecież twórczynią doświadczoną, która zdolności reżyserskie zaprezentowała już w swoim pamiętnym debiucie fabularnym, jakim był „Ostatni dzwonek” z 1989 roku. Jest to również – w moich oczach – jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem ostatnimi laty.
Nie dzieje się dobrze w świecie kina, kiedy tak znakomite obrazy przemykają się gdzieś jego obrzeżami, tylko dlatego, że nie mają dostatecznie rozkręconej promocji (czego najczęstszą przyczyną jest prozaiczny brak pieniędzy), w przeciwieństwie do innych filmów, za którymi stoi już wielka mamona, dzięki czemu trafiają one do świadomości bez porównania większej liczby widzów – czy na to zasługują, czy nie – czasami wywołując wręcz frekwencyjną biegunkę, a nawet wzmożone zachwyty krytyków (jak to było ostatnio w przypadku choćby „Kleru” czy „Zimnej wojny”).

Wśród filmów, jakie udało mi się obejrzeć na ostatnim Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, zaskoczyły mnie zwłaszcza dwa – właśnie „Powrót” Magdy Łazarkiewicz oraz najnowszy film Agnieszki Smoczyńskiej „Fuga”. Tak się złożyło, że mają one ze sobą wiele wspólnego: oba są znakomite, prowadzone w podobnie powściągliwym, subtelnym i zniuansowanym stylu – oszczędne w środki wyrazu a zarazem mocne, no i – last but not the least – opowiadają bardzo podobne historie kobiet (w jakiś sposób zmaltretowanych, lecz mimo to zachowujących nie tylko swoją kobiecość, ale i godność), które pojawiają się nagle w swoim środowisku „znikąd” i muszą walczyć o własną pozycję i tożsamość. Warto zaznaczyć, że są to filmy zrobione przez kobiety (w szerszym, nie tylko reżyserskim sensie), ale nie tylko dla kobiet – i wcale nie w feministycznym tonie. Tym, co je łączy jest więc nie tylko kobieca wrażliwość i solidarność, ale i wyczulenie na los człowieka w jego relacji z innymi ludźmi – i to bez względu na płeć czy seksualność.

*  *  *

Co się kryje za fasadą życia rodzinnego?

„KLER” – DIAGNOZA, OSKARŻENIE CZY PASZKWIL?

.

FILM SMARZOWSKIEGO TO OBRAZ, KTÓREGO RANGA ARTYSTYCZNA

NIE KORESPONDUJE Z JEGO SPOŁECZNYM ZNACZENIEM

.

Parodia Ostatniej Wieczerzy, czyli kler jako banda hipokrytów – seksualnych dewiantów, obżartuchów i pijaków.

.

Na temat „Kleru” napisano już tak wiele, że nie zamierzam powielać tutaj najbardziej oczywistych argumentów „za” i „przeciw”, jakie najczęściej przewijały się w relacjach widzów po obejrzeniu filmu, który okazał się jednym z największych sukcesów frekwencyjnych „wszechczasów” w polskich kinach.

Muszę przyznać, że po obejrzeniu filmu Smarzowskiego w kinie Pickwick przeczytałem sporo recenzji tego filmu, ale niestety według mnie ani jedna nie zdołała kompleksowo i dogłębnie przeanalizować „Kleru”, oddając mu sprawiedliwość jako niewątpliwemu fenomenowi kina polskiego kina ostatnich lat, który ponadto stał się testem na polską publiczność. Najczęściej były to: albo peany na cześć odwagi twórców filmu tudzież zachwyt nad obrazem, który wreszcie bez ogródek i owijania w bawełnę ukazuje patologię i zło zżerające od środka Kościół Katolicki w Polsce; albo głosy oburzonych kolejnym atakiem wrażych lewicowo-liberalnych sił oraz zapiekłych antyklerykałów na tenże święty i zasłużony dla naszej Ojczyzny Kościół.
Nie będę mówił, że mój odbiór plasuje się gdzieś pośrodku tej wrzawy i że zachowuję wobec filmu Smarzowskiego bezpieczny i „besserwisserski” dystans – bo to nieprawda. Lecz napiszę po prostu – bez silenia się na kinofilski czy też krytyczno-filmowy żargon – jak sam odebrałem „Kler” i co sądzę nie tyle o społeczno-politycznym rezonansie i znaczeniu tego filmu, co o jego randze (excuse my bon mot) artystycznej, którą najczęściej określano jako wysoką.
Od dawna mam taką swoją teorię, jeśli chodzi o to jak odbieramy kino. Otóż wydaje mi się, że jakikolwiek film odbieramy przede wszystkim naszymi „trzewiami” (chodzi mi o to, co Amerykanie nazywają „guts”), wrażliwością i sercem, a dopiero później objaśniamy go (sobie i innym) racjonalnie, dorabiając do tego naszą argumentację. Tak więc mnie film Smarzowskiego „wnętrzościowo” i serdecznie nie porwał i teraz się zastanawiam, dlaczego tak się stało.
A stało się tak na przekór temu, że film posiada elementy świetne – nie chcę powtarzać tych wszystkich superlatyw o znakomitej grze wybitnych aktorów (doskonały, doceniony wreszcie Jakubik, świetny jak zwykle Więckiewicz, czy brylujący aktorsko Gajos… by wymienić tylko tę główną trójcę); dalej: mocne sceny godne Viscontiego czy „Księdza” Bird; bardzo dobre zdjęcia (co jest już wśród polskich operatorów normą), sugestywna, minimalistyczna muzyka… etc. Musiało więc zawieść „lepiszcze” (to, co powoduje, że film przemawia jako całość i stanowi spójną, koherentną formę) ale również samo przesłanie filmu, czyli jego wymowa i treść.

stylistyczne dysonanse

Wpierw zajmijmy się formą.
Otóż film jest niespójny stylistycznie – obok silenia się na reportażową wręcz rzetelność (wypowiedzi ofiar molestowania seksualnego przez księży) Smarzowski robi też sobie bardzo często „jaja”, głównie w scenach z udziałem karykaturalnego wręcz Gajosa, który gra tak, jakby brał udział w kabarecie i pastiszu jednocześnie. Paradoksalnie więc, genialna gra Gajosa działa na niekorzyść filmu, w którym najważniejszą bazą emocjonalną dla reżysera jest przecież dramat – a tu co jakiś czas mamy „podśmiechujki” rodem ze zjadliwej satyry Urbanowego „Nie”, w sumie prymitywne i prostackie (warto w tym miejscu zauważyć, że prostactwo dowcipasów przekłada się w kinie na prostacką reakcję widowni, która rechocze po każdym „ch…ju karmazynowym” w ustach granego przez Gajosa arcybiskupa nomen omen Mordowicza). W sumie, Smarzowski zbyt często stosuje chwyty „pod publiczkę”, wbrew temu co sam mówi o swoim ”niepodlizywaniu” się widzowi.
Poza tym w filmie tym znalazło się jednak za dużo klisz (m.in. siostra-sadystka jako kapo dla swoich podopiecznych w ochronce przypominającej kacet), a nagromadzenie anty-klerykalnych stereotypów w „Klerze” jest tak wielkie, że głowa boli. W pewnych momentach scenariusz stawał się przez to dla mnie tak przejrzysty, że po prostu antycypowałem kolejne sekwencje scen – wraz z kwestiami wypowiadanymi przez aktorów – tak stało się to schematyczne i przewidywalne.
W sumie komedia jak najbardziej może sąsiadować w jednym i tym samym utworze z dramatem, a realizm z groteską, ale moim zdaniem ta fuzja Smarzowskiemu się nie udała, głównie dzięki grzechom przerysowania, wątkowego chaosu i emocjonalnej nieciągłości.

Janusz Gajos jako arcybiskup Mordowicz – tuszuje pedofilię, klnie jak szewc i korumpuje władze

.

przeładowania i rozjazdy

A teraz treść.
Muszę tu podkreślić, że największą moim zdaniem wadą filmu jest jego przeładowanie – tak, jakby chciano w nim upchnąć wszystko, co tylko możliwe, by księżom i Kościołowi „dokopać”. Mamy więc pedofilię, chciwość, obżarstwo, pychę, degrengoladę, pijaństwo, antysemityzm, seks w celibacie, a nawet czający się w kruchcie faszyzm. (Ciekawe, że Smarzowski w tym swoim szambie niemal zupełnie pomija obecny przecież w Kościele – i niebagatelny wobec wymogów etycznych tej instytucji – problem homoseksualizmu. I, jak się domyślamy, robi to dlatego, aby nie stwarzać dysonansu wobec otwartości seksualnej, jaką deklarują środowiska liberalne, z którymi reżyser zapewne się identyfikuje, przynajmniej jeśli chodzi o wrogość do polskiego Kościoła). Niemal całe bractwo „duchownych” w „Klerze” to typy zdegenerowane, cyniczne i dwulicowe – hipokryzja wylewa się z nich niemal w każdej scenie, w przeciwieństwie do wódy, którą wlewają sobie litrami w przepastne gardło.
Ponadto, film się zbyt często rozjeżdża nie tylko tematycznie, ale i wątkowo. Zapewne więc zyskałby na tym, gdyby Smarzowski skupił się bardziej na jednej sprawie, a zamiast trzech wymykających się mu wątków, poprowadził choćby tylko jeden, ale za to dobrze.
W związku z tą formalno-merytoryczną skazitelnością, zgadzam się ze znanym polskim krytykiem filmowym Michałem Oleszczykiem, który stwierdził, że „Kler” to „film, którego ranga artystyczna nie koresponduje z jego znaczeniem społecznym”, bo rzeczywiście obraz Smarzowskiego nie ma artystycznej klasy choćby takiego „Człowieka z marmuru”, ale rezonuje w społeczeństwie polskim nie mniej niż pamiętny dyptyk Wajdy (jaki ten ostatni film tworzy z „Człowiekiem z żelaza”). Również Oleszczyk zauważył, że „Kler” byłby lepszy, gdyby nie jego przeładowanie, które jest zdecydowanie wadą, natomiast „selekcja i skupienie dawałyby efekt o wiele mocniejszy i sfokusowany”.
Nie zgadzam się jednak z tym krytykiem, kiedy twierdzi, że „atmosfera terapeutycznego oczyszczenia po seansie jest wyczuwalna”. Ja tej atmosfery nie wyczułem, żadnego oczyszczenia nie widziałem – bo to tak, jakby oczekiwać, że oczyści się szambo, wrzucając do niego granat.
Nie wierzę, że dzięki temu filmowi, który jednak nie niesie ze sobą żadnego katharsis, uzdrowi się polski Kościół. Sądzę natomiast, że jest on dla społeczeństwa polskiego szkodliwy, bo zwiększy jeszcze wzajemną niechęć (a może i wrogość) jaką czują do siebie poszczególne jego frakcje, które jeszcze bardziej okopią się na swoich pozycjach. A mówimy o społeczeństwie, gdzie linia podziału między konserwatyzmem a liberalizmem coraz skuteczniej separuje i antagonizuje Polaków, co jest chyba największym problemem naszego kraju w ostatnich latach. I niestety odnoszę wrażenie, że ten konflikt coraz bardziej się zaognia.

a Smarzowski dolewa oliwy do ognia

Być może kieruje się on dobrą wolą (bo któż o zdrowych zmysłach i zwykłej ludzkiej etycznej wrażliwości nie potępia istniejącej w Kościele pedofilii?), ale kiedy – ukazując zdegenerowaną, cyniczną i zdemoralizowana grupkę pijaków – sugeruje, że tacy są wszyscy księża i tak wygląda cały Kościół, to postępuje po prostu nieuczciwie, o intelektualnej rzetelności nie wspominając.
Smarzowski jest ateistą i ma to oczywiście wpływ na to, jak widzi on Kościół katolicki, który najchętniej wysłałby na Księżyc. Tyle że wraz z tym Kościołem, musiałby wysłać tam sporą (jeśli nie większą) część polskiego społeczeństwa. To jedna sprawa. Druga zaś jest taka, że Smarzowski poprzez swój ateizm musi być metafizycznym analfabetą, a takiemu człowiekowi trudno pojąć (a zwłaszcza zaakceptować) to, że w Kościele mimo wszystko istnieje sfera sakralna, że ludzkiej religijności nie można utożsamiać (jak robili to np. komuniści) z przesądem czy jakimś mentalnym prostactwem. Reżyser mówił (moim zdaniem dość obłudnie), że nie odnosi się do wiary, a przecież w swoim filmie na każdym kroku profanuje religijne symbole, jak np. w bluźnierczej scenie parodiującej Ostatnią Wieczerzę, która staje się zwykłą libacją hipokrytów poprzebieranych w księże sutanny. Zresztą, o stosunku Smarzowskiego do Kościoła i liturgicznego sacrum, świadczy choćby to, że swego czasu ubierał się on w ornat, zrównując się tym samym z cynikiem i nieprzejednanym wrogiem polskiego Kościoła Jerzym Urbanem, który, jak dobrze pamiętamy, też przebierał się za biskupa i rzucając na podłogę hostię wołał: „Duda, aport”.
Łukasz Adamski, który nota bene na ostatnim Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni otrzymał nagrodę krytyka roku, pisał: „’Kler’ to film wściekle antyklerykalny. (…) To film nieprzyjaciela Kościoła. To film osoby widzącej jedną stronę tegoż Kościoła. Chcącej mu przyłożyć jak najmocniej. Czy Smarzowski nie widzi tej drugiej twarzy? Twarzy zakonnic i zakonników pomagających trędowatym w Afryce? Twarzy męczenników za wiarę w Chinach i w krajach agresywnego dżihadu? A może nie potrafi jej dostrzec. Nie chce?” i konkluduje: [Zamiast większej subtelności] jest „walenie bejsbolem między oczy. Kościół jest zły. Na każdej płaszczyźnie. W każdym wymiarze. W ujęciu Smarzowskiego nie jest to święty Kościół, w którym są grzeszni ludzie, to nieświęty Kościół, w którym marginalnie występują sprawiedliwi. Cóż, ja znam zupełnie inny Kościół.”
Niestety, jak by na to nie patrzeć „Kler” wpisuje się w nieustającą falę ataków na polski Kościół i dołącza do chóru jego wrogów, którzy nie tyle brzydzą się jego brudem za uszami, są przeciwni sojuszowi tronu i ołtarza, piętnują przestępstwa, pedofilię, hipokryzję i zdemoralizowanie niektórych księży i hierarchów (bo to jest zrozumiałe), co atakują go en bloc, jako instytucję, którą należy zlikwidować, zapominając przy tym o ważnej roli jaką miał Kościół w polskiej historii, chroniąc polską tożsamość, a tym samym umożliwiając powstanie – i zachowanie – Polski niepodległej. Dlatego z politowaniem można traktować niektóre zachowania polskiej „elity” kulturalnej, jak np. oświadczenie Krystyny Jandy, która wjeżdżając do Polski (nota bene z Włoch, gdzie kościołów i sztuki sakralnej jest w bród) cierpiała na widok wież kościelnych, będących częścią krajobrazu każdego polskiego miasta i wsi; albo stwierdzenie Adama Szostkiewicza z „Polityki” (żeby było śmieszniej – uważającego się za katolika), że dźwięk kościelnych dzwonów to jest „zawłaszczanie przestrzeni publicznej”.

A na plebani dzika biba z udziałem księży

.

z siekierą na świat

Wróćmy jeszcze na koniec do samego filmu – do stylistyki i formy, jaką Smarzowski stosuje. Otóż przywołuje się – jako próbę pewnego usprawiedliwienia przerysowania i groteski, jakimi przesycił reżyser swój „Kler” – słynną „Monachomachię”, ważny w historii literatury polskiej poemat heroikomiczny Ignacego Krasickiego (bądź co bądź biskupa), w którym zakonników przedstawia on jako zacofaną czeredę obżartuchów, opilców i prostaków. Moim zdaniem takie zestawienie jest pewnym nieporozumieniem, a może nawet nadużyciem, bo „Monachomachia” jest satyrą, gdzie dochodzi do celowej i oczywistej karykaturyzacji rzeczywistości, która jest jednak inna; natomiast w „Klerze” insynuuje się, że obecna tam groteska przedstawia stan rzeczywisty (Kościoła). To jest ta różnica, wcale nie subtelna. Bo jednak uwzględnienie zastosowanej w filmie konwencji przy ocenianiu tego, jak ten film przystaje do rzeczywistości – i jak ją opisuje – jest ważne, może nawet kluczowe. (Tak jak to było np. w obrazoburczym i skandalizującym kinie Buñuela, gdzie anty-kościelna satyra przybrała formę surrealistyczną; czy Felliniego, gdzie mieliśmy cyrk i barok w jednym)
Niestety, film Smarzowskiego nie wypada według mnie korzystnie, jeśli zestawimy go z innymi filmami podejmującymi podobny temat, krytycznie odnoszącymi się do Kościoła, czy też do pewnych zjawisk związanych z istniejącym niewątpliwie w tej instytucji złem. „Kler” moim zdaniem jest pozbawiony głębi choćby słynnej „Wątpliwości” Shanley’a, kompleksowości „Spotlight” McCarthy’ego, czy też egzystencjalnego ciężaru „Zabić księdza” Holland.
I jeszcze jedna sprawa. Wojciech Smarzowski w jednym z wywiadów wyznał: „Stachura napisał: ‘Świata nie zmienię, ale trąbić mogę.’ No to ja trąbię siekierą” (nawiązując do obecnego niemal w każdym jego filmie motywu siekiery).
Nie jestem pewien czy tego typu „siekierzasta” poetyka reżysera, który jest skądinąd – jak sam to określił – opętany obecną w świecie przemocą (co oczywiście odzwierciedla się na ekranie w jego filmach), jest dobra do opisywania wszystkich aspektów naszego świata i rzeczywistości. Ta stylistyka „siekiery” sprawdzała się doskonale w zajmującej się post-wojennym gwałtem wybitnej „Róży” czy w ukazującym ludobójstwo „Wołyniu” ale niekoniecznie w pretendującym do opisania tak złożonej instytucji, jaką jest Kościół, „Klerze”.

.

.

Skrócona wersja powyższej recenzji ukazała się w polonijnym „Dzienniku Związkowym” (19 – 21 października, 2018), natomiast pełny tekst opublikował chicagowski „Kurier” (Nr 45, 2 – 4 listopada, 2018)

.

ZAPISKI, ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY – słowo o nowych książkach

.

Wreszcie nadszedł ten czas, kiedy wziąłem do ręki nowe, pachnące jeszcze drukarnią książki. Zwykle sprawia mi to wielką przyjemność – ta fizyczna bliskość ujętych w formę, zadrukowanych kartek papieru – lecz tym razem była to satysfakcja szczególna, bo autorem tychże książek jest nikt inny, tylko ja. Wszystko to kosztowało mnie (i nie tylko mnie, bo w projekt ten zaangażowanych było wiele innych osób) masę czasu, nerwów i wysiłku – wydawnicza „harówka” trwała niemal dwa lata – jednakże to wszystko blednie wobec glorii gotowego już artefaktu, który tak naprawdę zaczyna żyć swoim własnym życiem, trafiając do ludzi i znacząc w nich swoją obecność. Radość odczuwam tym większą, że wszystkie książki wydane zostały znakomicie – dokładnie tak, jak to sobie wręcz wymarzyłem (no i „zacnie” – jak to zgrabnie określił jeden z ich recenzentów).

Wpis ten poświęcam ich prezentacji – a gdzież jak nie na stronach Wizji Lokalnej znajduje się najlepsze do tego celu miejsce? Tym bardziej, że najprawdopodobniej bez Wizji – bez tego blogowego dopingu i Czytelników – te książki nie mogłyby się zmaterializować. Dziękuję wszystkim tym, którzy się do tego przyczynili.

greydot

tom I – ZAPISKI

Obejmujący niemal dwie dekady wybór zapisków autora, czynionych na marginesie jego podróży po świecie, spotkań z ludźmi, pisanych artykułów, przeczytanych lektur, obejrzanych filmów i obrazów – zarówno tych znajdujących się w galeriach, jak i stworzonych przez Naturę. Komentarze do cywilizacji i przeżywanego świata – do wytworów ludzkiej kultury w postaci zarówno artefaktów sztuki, jak i myśli człowieka szukającego sensu i zrozumienia racji swojego istnienia w przepastnym Wszechświecie. Sentencje i noty ujęte niekiedy w formę aforyzmu, maksymy, konkluzji, puenty… odnoszące się do szeroko rozumianej kultury – filozofii, psychologii, literatury, kina, malarstwa, sztuki… jak również do świata przyrody, którego piękno i brzydota powodują nie tylko nasz zachwyt, ale i przerażenie. Współczesne silva rerum.

*  *  *

517 stron; oprawa twarda, płócienna + obwoluta; 50 ilustracji barwnych; ISBN 978-83-62844-72-2

Noty o książce:

Bohaterem tej książki jest żywa, ruchliwa myśl, która nie cofa się przed stawianiem ryzykownych pytań – i dlatego jest interesująca. Choć wiele też prowokuje tu do sprzeciwu, mamy do czynienia z ważnym sporem między materialistyczną kulturą konsumpcjonizmu a kulturą duchowości, który wciąż pozostaje nierozstrzygnięty… Ten intrygujący autoportret życia duchowego polskiego inteligenta naszego czasu z pewnością zasługuje na uważną lekturę.

Stefan Chwin

Brak rozstrzygnięć nie oznacza stanu zawieszenia. Autor ma sceptyczny stosunek do oświeceniowego kultu rozumu, choć sam kieruje się logiką i racjonalną argumentacją. Broni emocji, intuicji i wiary, ale dostrzega, że mogą prowadzić na manowce. Absurd to coś, co akceptuje z trudem i nie bez licznych zastrzeżeń. Nihiliści to „metafizyczni nic-ponie”, którzy grandzą i sieją zamęt. Ale już wobec rozpaczy ma duże pokłady zrozumienia: „Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz”. Wierzy jednak, że istnieją siły, którymi można ją oswoić lub przeczekać.

Renata Borowiak

Znajdujemy tu wiele tropów, a podążanie za każdym z nich jest niczym przechodzenie przez coraz to nowe drzwi, za którymi czai się każdorazowo nowy, gotowy do odkrycia świat.

Dariusz Barczewski

Autor nie głosi chwały fenomenu, jakim jest przywilej bycia światłą ludzką istotą. On po prostu z tego przywileju korzysta.

Jacek Dygoń

greydot.

tom II – ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY

Wybór artykułów autora publikowanych na łamach pism polskich i zagranicznych, obejmujących szeroką tematykę społeczną, historyczną i kulturalną (poeci przeklęci, wojna, Ameryka, Indianie, holocaust, erotyzm…). Eseje i recenzje przeczytanych książek – zarówno klasyki (Nietzsche, Ortega y Gasset, H. Hesse, A. Bobkowski), jak i literatury współczesnej (m.in. J.M. Coetzee, S. Chwin, O. Tokarczuk…). Zbiór wywiadów ze znanymi twórcami kultury (A. Holland, K. Zanussi, J. Stuhr, Cz. Niemen, H.M. Górecki i in.); rozmów z przyjaciółmi i czytelnikami bloga Wizja Lokalna (literatura, sztuka, kino, mit, religia, popkultura…) oraz prób poetyckich z wątkami autobiograficznymi w tle.

*  *  *

 

584 strony; oprawa twarda, płócienna + obwoluta; 35 ilustracji barwnych, 11 czarno-białych
ISBN 978-83-62844-73-9

Noty o książce:

Ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim. Jest w tej książce wiele rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem.

Stefan Chwin

Bogactwo tematów do jakich nawiązuje się w książce – i dziedzin, w jakich się ona zanurza – jest oszałamiające. Czytelnik znajdzie tu aforystyczną gęstość, ale i eseistyczny rozmach; odwołania zarówno do cywilizacji i kultury, jak i jednostkowej „doli człowieczej”. Obok wędrówek w przeszłość, jest diagnoza stawiana współczesności. Są odniesienia do kina, literatury, filozofii, psychologii, socjologii, historii… nawet do polityki, wbrew apolitycznym deklaracjom Autora i jego niezależności od jakiejkolwiek ideologicznej koniunktury.

Bogdan M. Kwiatek

Podróż to słowo kluczowe w tej lekturze. Podróż przez meandry kultury, cywilizacji i ludzkiej psyche. Trudne wybory pomiędzy rozumem i intelektem a czuciem i wiarą. Zawieszenie między zachwytem nad światem a przerażeniem wagą obecnego w nim cierpienia – wreszcie między jego brzydotą a pięknem. Zastanawia to, czy ta podróż jest pogonią za czymś, czy też ucieczką przed czymś?

Elżbieta Kondyra

Od błysku i zadry po logiczny wywód i polemiczną dysertację. Po kobiecemu określę tę książkę analogią do perfum. Nuta głowy (faza wrażeń) to wszechstronność, różnorodność tematów i form, mnogość obserwowanych zjawisk i bodźców. Nutę serca (spoiwo) tworzy rozmowa – z bohaterami wywiadów, z tekstami kultury i z sobą samym. Nuta bazy (głębi) to metafizyczny głód sensu i potrzeba stawiania pytań. I tak jak rozwija się zapach, tak zmienia się oddziaływanie tej książki. Co warto na sobie przetestować.

Renata Borowiak

greydot.

.

.

.

.

RECENZJE

.

.Poniżej przedstawiam recenzje książek (tom I i II recenzowane były jako całość), ponownie dziękując przy tej okazji ich pierwszym Czytelnikom, którzy zarazem stali się jej recenzentami. Dziękuję im za czas jaki poświęcili tej lekturze oraz za ich teksty, które były tego rezultatem. Ich uwagi, zachęty i opinie były dla mnie bardzo pomocne, utwierdzając mnie w przekonaniu, że opublikowanie moich tekstów w formie książkowej jest zasadne i ma sens. Jestem Wam wszystkim bardzo wdzięczny.

greydot

.

METAFIZYCZNY SURVIVAL

.

„Może to zwyczajne – wracać późną porą do domu, do miejsc ziemi rodzinnej, do wspomnień tego, co już się w naszym życiu wydarzyło. Do refleksji – jak, po co i dlaczego? Do pytania o to, kim naprawdę jesteśmy i jak się zmieniamy? O to, jaki sens i kierunek ma droga, trakt, na który weszliśmy – wszystkie te nasze pogonie, ucieczki, powroty…”

*

Ta książka jest zapisem podróży i spotkań. Tych rozgrywających się realnie, ale przede wszystkim tych, które zdarzyły się w sferze mentalnej. Podczas lektury, seansu, wywiadu, w przestrzeni wirtualnej i po prostu w podróży przez życie. O podróżach, którymi dzieli się Autor, i podróży, w którą może wyruszyć Czytelnik.

Silva rerum

Porządkowanie uniwersum tej książki jest zadaniem tyleż ambitnym, co zbytecznym. W roli drogowskazu świetnie spełnia się spis treści. Mamy tu: zapiski z notatnika, teksty o lekturach, rozmowy z artystami i przy­jaciółmi, zbiór artykułów, utwory liryczne i najskromniejszy w formacie, lecz z zakusami na mikrokosmos, dział ŹRÓDŁA. Każda z tych szuflad rozrasta się i mieni tematami, mirażami, kontekstami. Silva rerum – praw­dziwy las rzeczy.
Zadanie porządkowania jest ambitne, gdyż uchwycenie istoty każ­dego z rozdziałów to nie tylko zdefiniowanie formy. Już to niełatwe, bo wywiad, recenzja, szkic czy wiersz to terminy dość umowne. Notatki wcale nie są szkicowe, często zmierzają w stronę aforyzmu lub miniarty­kułu czy eseju. Omówienia książek to trampolina do filozoficznych roz­ważań. Wywiad równoważy rozmówców i nawet tam, gdzie bohater jest wyraźnie wskazany – gdy tematem jest jego twórczość – ten, który pyta, wcale nie chowa się w cieniu. Poezja rozpościera się „pomiędzy” liryką pojedynczych wzruszeń czy błysków a poematem o przypadkach uniwer­salnych i ponadjednostkowych. Gdyby ktoś zamierzył sobie sklasyfikować pytania, wokół których ogniskuje się narracja, też nie rozjaśniłby zbyt wiele. Mógłby wskazać na rozważanie antynomii: afirmacja – nihilizm, ciało – duchowość, natura – sztuka, racjonalizm – emocjonalność. Są to jednak etykiety bardzo ogólne, a teksty Stanisława Błaszczyny rodzą się z konkretnych impulsów.
Zadanie porządkowania jest zbyteczne, bo po cóż segregować coś, co mimo pozornego miszmaszu, rządzi się wewnętrzną logiką, jest dostępne i czytelne zarówno wtedy, gdy mierzymy się z tym po kolei, od strony pierwszej po ostatnią, jak i wówczas, gdy wybieramy z wnętrza fragmenty, zwabieni nazwiskiem czy celnym zdaniem. Subiektywny odbiór rozstrzyga o tym, czym dla kogo ta książka może się okazać. Mnie przyciągały roz­ważania metaliterackie (po co i jak pisać), uwagi o książkach (zwłaszcza o Hańbie Coetzeego czy Losie utraconym Kertésza), rozmowy o potrzebie mitu. Ktoś inny wskaże na niepokorne dyskusje z autorytetami, pytania egzystencjalno-religijne, starcia z nihilizmem, rozmyślania o wolnej woli i determinizmie czy dyskusje o konfliktach politycznych współczesności.
Spis treści i podtytuły są wskazówką wystarczającą, by wybierać, wer­tować, przeskakiwać strony i wracać do miejsc podkreślonych. Do tych, które ktoś uzna za wyjątkowo celne lub zaczepne.

Kim jesteś – zgadnę po lekturach

Można odnaleźć w tej książce niejeden trop autobiograficzny. Wszystko zaczęło się na Podkarpaciu, w małej ojczyźnie, która wyposażyła Autora w pakiet swojskości i głód wielkiego świata. Były studia w Krakowie. Może stąd (a może zewsząd) bierze się przywiązanie do polskiej tradycji, intelektu­alny ferment, skłonność do roztrząsań i zadawania „pytań naiwnych”, które wracają, domagając się odpowiadania na nie wciąż od nowa. Były podróże. Ta, która wyznaczyła nowe miejsce na ziemi – w Chicago lub okolicach. Krocie innych, które do perspektywy polskiej i zachodniej (amerykańskiej) dodały spojrzenie z innych kultur, niszowe i egzotyczne. Autobiograficzne ślady prowadzą w głąb natury i do festiwalowego świata filmu i muzyki.
Życiorys jedno, biografia intelektualna drugie. Teksty zawarte w tym tomie tworzą portret wewnętrzny. Impresjonistyczny – bo jego percepcja jest subiektywna, zależna od światła i nastroju, kontury niejednoznaczne, kolory nakładane warstwami. Pisane były latami, więc czasem, by dotrzeć do sedna poglądów Autora, warto zderzyć wypowiedzi, które ten sam pro­blem ujmują pod wpływem różnych inspiracji i osadzają go w odmiennym kontekście. Mam wrażenie spójności, choć tonacji tu wiele: od zachwytu i afirmacji (podkreślonej ostatnim zdaniem ZAPISKÓW), przez polemiczną zaczepność, krytyczny sceptycyzm, neutralną rzeczowość, pokorną niepew­ność i ufność, że wie się swoje.
Dla tych, którym rekonstruowanie portretu wyda się istotne i dla tych, którzy szukają tylko bodźca do własnych poszukiwań, nie bez znaczenia będzie wgląd w dobór kontekstów. Przywołam tu inspiracje literackie wyodrębnione rozdziałem LEKTURY, ale można by rzucić światło również na kontekst filmowy, muzyczny, historyczny, społeczny, podróżniczy etc.
Oddzielne szkice poświęcone zostały tekstom Andrzeja Bobkowskiego, Stefana Chwina, Stefana Kisielewskiego, J.M. Coetzeego, Hessego, Nie­tzschego, Olgi Tokarczuk, Ortegi y Gasseta czy Fenby’ego (LEKTURY). Literatura przywoływana jest również w rozdziale ZAPISKI. Pojawia się Dostojewski i Cioran, Kundera i Miłosz, Pascal, Schopenhauer, Kierkegaard, Kołakowski i Tischner, Herling-Grudziński i Mrożek, Montaigne i Szek­spir, Imre Kertész i Sándor Márai. Na marginesie wspomnę o pismach czy wypowiedziach popularyzatorów myśli naukowej z psychologii (Wolfgang Prinz), socjologii (Zimbardo), filozofii (Mikołejko), neurobiologii (Vetu­lani) czy dziedzin jeszcze ściślej biologicznych.
Po pierwsze: mało tu fabuły. Dominują dzienniki i teksty eseistyczne, wolne od pośrednictwa fikcji. Nie jest to przypadkowa zbieżność, lecz świadomy wybór. Zabłąkana w tym towarzystwie powieść Olgi Tokarczuk pojawia się jako pretekst. Autora wyraźnie irytuje kryminalna intryga (Pro­wadź swój pług przez kości umarłych), odrzuca sposób podejścia do cier­pień zadawanych zwierzętom, ale już temat uzurpowanych przez człowieka praw, zawłaszczających zwierzęce życie bezkarnie i bezmyślnie, zasługuje na inkrustowany pytaniami komentarz.
Dzienniki górują nad beletrystyką tym, że mają pełnokrwistego, osadzonego w świecie bohatera. Rzecz jasna: ważne, co piszący dzienniki myśli, jego poglądy poddane są analizie, storpedowane kontrą lub przywołane jako zaczyn reflek­sji. Ale nie bez znaczenia jest osobowość: „chuligan wolności” (Bobkowski), kontestator peerelowskich absurdów (Kisiel), autystyczny wrażliwiec (Coet­zee) i filozof komentujący „dorosłym” „sprawy trudne do zniesienia” (Chwin).
Każda z tych postaci jest wybranym przez Stanisława Błaszczynę Roz­mówcą, o niepodważalnym potencjale intelektu. I nie tylko intelektu, co przekornie zilustruję cytatem: „Kiedy czytałem Szkice piórkiem, niejedno­krotnie odnosiłem wrażenie, że «intelektualizm» Bobkowskiego jest w jego osobowości jakimś obcym niemal wtrętem, dodatkiem, swoistym «kwiat­kiem do kożucha» – że więcej prawdziwej esencji tego charakteru znaleźć można w jego mięśniach, hormonach, «sercu» i jądrach niż w jego szarych komórkach i poskręcanych mózgowych zwojach”.
Po drugie: dużo filozofii. Są teksty filozofów rozczytywane, by je zro­zumieć i teksty przywoływane, by z nimi polemizować. Filozoficzny (bo egzystencjalny) charakter ma dyskurs całej książki. To chyba więcej niż koncepcja, to adekwatność formy do postawy Autora wobec świata. Zbadać coś z kilku stron i wyrobić sobie zdanie. Podważyć, zajrzeć pod podszewkę. Skonfrontować z tym, co dotąd uznawało się za swój pogląd i postawić pytania, na które odpowiedź nie może być ostateczna, lecz – dzięki pró­bom i powrotom – coraz bardziej własna.
„Próbuję po swojemu demontować tę wielką machinę rzeczywisto­ści, która mnie otacza; przejrzeć na wskroś ową gigantyczną konstrukcję, przyglądnąć się z bliska jej poszczególnym elementom… A mimo to nie opuszcza mnie wrażenie, jakbym podglądał świat przez dziurkę od klucza”.
Te powtarzające się refleksje dotyczą – tak ja to widzę – sprawdzania kanałów percepcji. Zaufać ciału czy mieć się na baczności, gdy instynkt bierze górę? Postawić na intelekt czy raczej chronić w sobie to, co „mięk­kie”: wiarę, empatię, miłość? Szukać wolności i nie dać jej sobie uszczk­nąć czy uznać, że zawsze jesteśmy spętani jakimś rodzajem determinacji? Gdyby istniały zadowalające rozstrzygnięcia, można by uszczuplić liczbę stron i liczbę znaków zapytania.
Brak rozstrzygnięć nie oznacza stanu zawieszenia. Autor ma sceptyczny stosunek do oświeceniowego kultu rozumu („Ceną, jaką płacimy za wiedzę, jest zwykle rozczarowanie”). Choć przecież sam kieruje się logiką i racjo­nalną argumentacją. Broni emocji, intuicji i wiary, ale dostrzega, że mogą prowadzić na manowce. „Jedną z właściwości wiary jest to, że znosi ona pojęcie absurdu. Mało tego – czyni dogmatami to, co osobom niewierzą­cym (lub wyznającym inną religię) wydaje się absurdem”. Absurd to coś, co akceptuje z trudem i nie bez tysięcznych zastrzeżeń. Nihiliści to „meta­fizyczni nic-ponie”, którzy grandzą i sieją zamęt. Ale już wobec rozpaczy Autor ma duże pokłady zrozumienia: „Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz”. Wierzy jednak, że istnieją siły, którymi można ją oswoić lub przeczekać.
Po trzecie: książki z wysokiej półki. Co prawda na popkulturę Autor nie jest obojętny, ale sięga do niej raczej przez medium kina. Wybrane tek­sty literackie to nie debiuty, rzadko nowości czy artystyczne eksperymenty, czytadła są poza horyzontem. Znów ważne jest kryterium doboru kontek­stu ze względu na wagę podejmowanych tematów i osobę twórcy. Trafiają tu literaccy nobliści: Miłosz (Ziemia Ulro), Imre Kertész (Los utracony) czy J.M. Coetzee (Hańba), lecz co ciekawe: tym, co rozstrzyga o wartości książek, jest ich „nieliterackość”.
„Ziemia Ulro to jest dla mnie ten rodzaj lektury, który wykracza poza… literaturę”. Za co więc ceni Miłosza? Za trafność metafizycznych diagnoz, za łączenie antynomii, przenikliwość, a nade wszystko za możliwość utoż­samienia się z myślą i słowem Miłosza, który „dotyka tych samych roz­darć, które i mnie bolą, obnaża to samo kalectwo, które i mnie nęka”. Wszystkie światy literackich fikcji Autor jest gotów oddać za tekst, który jawi mu się jako Prawda.
Los utracony w ocenie Stanisława Błaszczyny dlatego zasługuje na uwagę, że będąc powieścią, jest jednocześnie świadectwem życia Kertésza. Dotyka najtrudniejszych doświadczeń, totalnego ogołocenia, a mimo to, bez try­wialnych podpórek, przezwycięża czerń (słynne i paradoksalne „szczęście obozów”). Stemplem potwierdzającym wartość Losu utraconego jest to, że „Kertész pisze własną krwią, strachem, bólem i trzewiami, trzymając je na smyczy, by nie zagnały go właśnie na manowce literackości”.
O Hańbie pisze Stanisław Błaszczyna, zestawiając lekturę powieści z fil­mowym seansem. Temat powraca w pełnej pasji dyskusji z Kartką z Podróży (ROZMOWY). Historię profesora Luriego czyta jak antyczną tragedię, od której można oczekiwać katharsis. Konfrontacja z Losem jest konfrontacją z tym, co w człowieku podłe i tym, co słabość przełamuje. Jest docieraniem do prawdy o sobie i jej wyzwalającej mocy. Hańba zyskuje uznanie Autora nie ze względu na kunszt literacki Coetzeego (zaletą jest właśnie porzuce­nie „atrakcyjnych literackich szatek”), ale dlatego że jak „każda prawdziwie wielka literatura […] ma wymiar biblijny”.
To, co wynika z literackich wyborów Stanisława Błaszczyny, definiuje zarówno jego ambicje czytelnicze, jak i pisarskie. Sedno ujmuje refleksja o Ziemi Ulro: „Ta walka Nadziei ze Zwątpieniem – to jest jednak sprawa życia i śmierci, taki metafizyczny survival”. ‘

Ufać i wątpić

Warto zwrócić uwagę na paradoks zaufania i podejrzliwości, obie postawy idą tu ze sobą w parze. Najsilniej można to obserwować w tekstach z roz­działu ARTYKUŁY. Z jednej strony afirmatywna postawa wobec świata, dopatrywanie się Sensu i pochwała zmagań z tym, co w świecie i jed­nostkowym losie jest niedoskonałe. Permanentna afirmacja wypływająca z zachwytu, pokory czy determinacji. Z drugiej strony – nieufność wobec manipulacji, polityki i ideologii.
Czasem w stan podejrzenia postawiona jest propaganda polityczna (hitlerowskich czy izraelskich agresorów, bez wyjątku), cywilizacyjne zadu­fanie (podbój Dzikiego Zachodu) lub religijne namaszczenie doczesnych konfliktów. Innym razem pytania budzi ludzka natura – może nazbyt giętka i asekuracyjna. Niepokojące tropienie relatywizmu i samouspra­wiedliwień znajdziemy między innymi w tekście o artystach zaprzedanych władzy (Leni Riefenstahl i István Szabó). Artyści buntownicy (Rimbaud, Verlaine, Joplin, Morrison) poddani są odbrązowieniu, choć trzeźwy ogląd nie niszczy mitu, lecz go koryguje. Porcja nieufności musiała przy­paść w udziale również popkulturze (Kaczor Donald i Madonna). Mam wrażenie, że nawet tu powątpiewanie idzie ręka w rękę z akceptacją fenomenu.
Bezcelowe byłoby ponowne wyliczanie różnorodności tematycznej. Arty­kuły (rozwijające obserwacje poczynione w zapiskach) wprowadzają bardzo rozległe konteksty, ukazane z wielu perspektyw. Ani amerykański punkt widzenia, ani europejski czy polski nie ma tu wyłączności. Doświadczenia życiowe Autora, wsparte uważnością na świat, otwierają te rozważania na racje kilku stron.
Ujęło mnie coś jeszcze: pomysł zestawienia ze sobą tekstów pisanych latami (można liczyć w dekadach). Koncept wydaje się ryzykowny. Artykuły inspirowane tematem społecznym – inaczej niż zapiski o lekturach czy fil­mach – tracą rezonans, gdy znika problem lub gdy rzeczywistość dopisuje ciąg dalszy. Tekst o konflikcie izraelsko-palestyńskim powstał w 2001 roku. Dodano do niego aneksy z lat późniejszych. Ale jeśli ten pomysł się broni (sądzę, że tak), to nie tyle dzięki aktualizacjom czy autokomentarzom. Waż­niejsza jest metoda łączenia opisu zdarzeń czy zjawisk z pytaniem o to, co podstawowe i niezmienne. Dlatego, choć wgląd w racje izraelskie i arabskie im rzetelniejszy, tym większe budzi uznanie, to o ciężarze rozważań decydują imponderabilia. Elementarne pytania, które w tekstach Stanisława Błasz­czyny są istotne. I odwieczne, więc odporne na dezaktualizację. Zwłaszcza że Autor ma świadomość, że nie stawia ich jako pierwszy.

Rozmowa w stylu retro

„Jestem chyba człowiekiem anachronicznym…” – wyznaje Autor, przy­znając się do swej fascynacji malarstwem dawnych mistrzów. Wyznanie jest kokieteryjne. Anachroniczność oznaczałaby niedostrzeganie tego, co dzisiejsze, nienadążanie i epigoństwo. Ależ skąd. Jest jednak coś na rzeczy, bo przecież rozmach, pietyzm, drążenie tematu, cierpliwość i choćby próba scalania rozproszonych poglądów i tekstów mają w sobie staroświecki sznyt.
W poprzek współczesnych trendów (pośpiech, zdawkowość, ulotność) sytuuje się nastawienie na dialog. Równolegle z rozmową prowadzoną z autorami tekstów, z poglądami współczesnych i ludzi dawno minionych, toczy się dialog z rozmówcą nieco bardziej namacalnym. Z każdym, kto zechce podjąć zaproszenie.
Wyznam, że mam osobiste (choć wirtualne) doświadczenie rozmów na blogu Wizja Lokalna. Stanisław Błaszczyna (z sentymentem wspominam niegdysiejszy nick – Logos Amicus) jest rozmówcą szalenie wymagającym. Wymagającym, ale też uważnym, gościnnym, dociekliwym. Posty nie są przecież lakoniczne. Z uśmiechem przywołuję tu dylemat Autora zasygna­lizowany w ZAPISKACH: elaborat czy haiku? Zazwyczaj to pierwsze. Jeśli dodamy sążniste, wielopiętrowe komentarze, pozostawiane przez Czytelni­ków, moderowane przez Autora, uświadamiamy sobie, jaką wagę mają te spotkania.
Zapis kilku dyskusji trafił do działu ROZMOWY. Ich temperatura i wnikliwość są fenomenem. Choćby dlatego że wymiana zdań wymaga od interlokutorów znajomości tematu. Zamieszczone w tym tomie blogowe rozmowy dotyczą: powieści Coetzeego (Hańba), konfliktu izraelsko-palestyń­skiego, symboliki Krzyża, moralności moralistów, wojowniczości i pacyfi­zmu, potrzeby mitów etc. Ich zamaszystość, wielokontekstowość, a zwłaszcza determinacja w przekonywaniu do swoich poglądów kontrastują z codzien­nym doświadczeniem bardzo przelotnie rzucanych komunikatów. Uznanie budzi zaangażowanie Czytelników bloga, a zwłaszcza energia Moderatora, podsycającego rozmowę kolejnymi impulsami i polemicznym zacięciem.
Zadaję sobie pytanie, skąd bierze się ta potrzeba pisania i konfron­towania tekstów ze światem. Jedną z odpowiedzi jest próba zrozumienia i uporządkowania siebie. „Tworzą tylko ludzie, w których jest jakieś pęk­nięcie – w ten sposób dążą oni do sklejenia siebie w jedną nierozsypującą się całość”. Objaśnianie siebie dzieje się jednak poprzez Drugiego, który naszym słowom poświęca uwagę, tym samym uwierzytelniając nasz głos.
„Naturalnie, że pisząc do szuflady trafiamy w pustkę, czyli do «nikąd». Dopiero wtedy, gdy coś, co stworzymy (napiszemy, sfotografujemy, skom­ponujemy… etc.), znajdzie oddźwięk w drugim człowieku, to zaczyna to żyć, czyli tak naprawdę – istnieć. Tak jak stwierdził kiedyś Berkeley: Esse est percipi (istnieć to znaczy być postrzeganym). Odnosi się to zresztą nie tylko do tego, co tworzymy, ale i do nas samych (stąd zatrzęsienie wszel­kich blogów, stron fejsbukowych i innych sposobów autoprezentacji)”.
I to też jest metafizyczny survival.

Renata Borowiak

* * *

INNE RECENZJE (fragmenty)

.

PEŁNOKRWISTY HUMANIZM

(…)
Nie sposób wskazać tutaj jednej myśli przewodniej, która poprowadziłaby czytelników przez lekturę dzieła. Przez Zapiski wiedzie bowiem kilka lub kilkanaście tropów, a podążanie za każdym z nich jest niczym przechodzenie przez coraz to nowe drzwi, za którymi czai się każdorazowo nowy, gotowy do eksploracji świat. Warto tutaj nadmienić, że nie są Zapiski pozycją fabularną: żadna kompozycja oparta na fikcji nie wytrzymałaby strukturalnie tak potężnego ładunku treści osadzonego w tak „potarganej” (ze swojej natury) strukturze.
Czym właściwie są Zapiski? Może rodzajem pamiętnika? Rozliczeniem się Autora z własnymi przeżyciami, próbą zachowania ich w kapsule czasu, a tym samym unieśmiertelnienie – z pożytkiem dla siebie i czytających? Jest to zarazem próba bardzo ryzykowna, bo już na wstępie nasuwają się ważkie pytanie: czy Autor podołał tak karkołomnemu zadaniu? Czy udało mu się spiąć w spójną całość rozważania o wszystkim i o niczym? Nade wszystko zaś, czy efekt jego wieloletniej pracy jest dość interesujący, by zafascynować współczesnego Odbiorcę, wszystkowiedzącego, niecierpliwego, wiecznie głodnego dróg na skróty i łasego na odpowiedzi rysujące się, zanim na dobre zakiełkuje pytanie? Wyzwanie – tak możemy w najkrótszy i uczciwy sposób ocenić epickie dzieło Stanisława Błaszczyny. Czy zwieńczone sukcesem? O tym postarajmy się przekonać w toku niniejszej recenzji.
Książka podzielona jest na dwa tomy, które zawierają: Zapiski (tom pierwszy), Artykuły, Lektury i Rozmowy (tom drugi). Każda z części składowych jest diametralnie inna, każda stanowi właściwie osobną, zamkniętą całość. Zapiski to interesujący strumień świadomości opływający szeroko rozumianą materię wszechrzeczy. W Lekturach odkryjemy szereg recenzji, ale i rozważania o instytucji recenzji jako takiej. W Rozmowach, wreszcie, czeka na nas bardzo nietuzinkowa niespodzianka… (,,,)
Przyjrzyjmy się Zapiskom. Ich treścią jest jedyny w swoim rodzaju melanż rozważań o… wszystkim. Człowiek i Bóg. Życie i śmierć. Wiara i ateizm. Religia i racjonalizm. Etyka, moralność. Konsumpcjonizm. Indywidualizm. Słowo. Sztuka. Kultura. A pomiędzy każdym z tych haseł jeszcze wielokrotnie „człowiek” – temat dla Autora nadrzędny i bezwzględnie priorytetowy. (…)
Rozważania o kulturze – czy, ogólnie: o artefaktach ludzkiej słabości (lub mocy) twórczej – stanowią bez wątpienia mocną stronę Zapisków. Ta niewydzielona strukturalnie sekcja w sekcji, sama składa się z wielu osobnych narracji. Fakt, że nie kolidują ze sobą, że nakładają się na siebie i tworzą polifoniczną uwerturę jest godną pochwały zasługą Autora, który nie tyle warsztatem (skądinąd bardzo dobrym, by napisać tylko tyle), ale ogromnym rozeznaniem w temacie (tematach) i szaleńczym bez mała zafascynowaniem przedmiotem rozważań porywa czytelnika i – nieco na siłę, ale nie wbrew jego woli – wpycha go głęboko w nurty strumienia dociekań. Stanisław odnosi się równie chętnie do książek, filmów, muzyki czy płócien, nie gardząc przy tym osobami ich twórców. Nota bene, Zapiski mają bardzo malarską oprawę, gdyż do ilustracji swojego dzieła Autor wybrał (między innymi) solidną garść naprawdę dobrych reprodukcji: od Vermeerowskiej Kobiety z wagą (zapewne nieprzypadkowo wybranej na intro), poprzez Millaisa, Malczewskiego czy van Gogha, po Maneta i Picassa. Jeśli dodamy do tej listy także zdjęcia z licznych podróży Autora dookoła świata, to wiemy już, że pisząc o artefaktach ludzkiej kultury, Stanisław nie potraktował po macoszemu estetyki.
(…)
Specjalizacją Autora jest kultura, jednak bystry i otwarty umysł, umiejętność posługiwania się logiką i zdolność łączenia faktów, stanowią uniwersalne narzędzie poznawcze. Akapity poświęcone wymienionym tutaj tematom polecam szczególnej uwadze czytelników jako ważkie w dyskusji o „dzianiu się” historii, o destynacji gatunku Homo sapiens (zwłaszcza w ujęciu społecznym i narodowym). Stanisław nie jest na tym polu przypadkowym gościem. Stojąc nieco z boku, umiejętnie wskazuje świeże ścieżki dedukcji, obce mainstreamowym mediom, których przywiązanie do stereotypów jest wszak legendarne. (…)
Warto podkreślić, że niemalże obsesją Autora są rozważania na temat wojny i pokoju. Pojawiają się one w Zapiskach w postaci odniesień do tzw. wojny z terroryzmem, amerykańskiego militaryzmu czy – w szerszym kontekście pojęcia wojny sprawiedliwej. Nota bene, zrozumiałą uwagę poświęca Autor największemu mocarstwu obecnego świata, czyli Stanom Zjednoczonym. Interesujące są i te przemyślenia, choćby z takiego powodu, że spisywane są ze szczególnej perspektywy: Autor jest bowiem jedną nogą „tam”, w Ameryce, drugą zaś w Starym Świecie, w Polsce i Europie – będąc jednocześnie obywatelem dwóch półkul Ziemi (dwóch światów), starając się przy tym uniknąć jednostronnej optyki.
Nie podołamy tutaj szalonemu wyzwaniu, jakim byłoby przytoczenie wszystkich pojawiających się w książce wątków. Można by wspomnieć o dywagacjach historycznych (na przykład dotyczących zdobycia władzy przez Hitlera czy charakteru postaci Napoleona); o związkach między Naturą, Sztuką i Cywilizacją; o odniesieniach do kina, literatury, malarstwa; o „dialogu” ze Stanisławem Lemem czy wreszcie o intrygujących dywagacjach psychologicznych (wielopoziomowych i „zdradzających”, jak głębokie i wielopoziomowe są rozważania Autora w tej dziedzinie) i nie tylko. Listę zatem urwijmy i przejdźmy do kolejnych części książki.
Artykuły – stanowiące wybór tekstów publikowanych przez Stanisława Błaszczynę w prasie polonijnej i krajowej – otwierają drugi tom dzieła. Pod względem skali, ale i problematyki oraz ciężaru gatunkowego można je uznać za najważniejszy – obok Zapisków lub samodzielnie, w zależności od gustu – element składowy książki.
Podobnie jak w przypadku Zapisków, mamy tutaj do czynienia z tęczą tematów. Autor nas nie oszczędza, serwując już na wstępie mocne wejście smoka. W Czasie przemocy podejmuje wątek ważny dla siebie osobiście, ale zarazem szalenie ważny dla ludzkości en masse. Tytuł mówi sam za siebie, a my uściślijmy, że Stanisław analizuje aspekt wojowniczości Homo sapiens. Znajdziemy tutaj szereg trafnych uwag, podanych w interesujący sposób (chociażby dzięki kontekstowi historycznemu czy też odniesieniom do znanych osobistości świata kultury), bez zacietrzewienia – chciałoby się rzec, że metodą naukową, w oparciu o obserwację i badanie, o obszar empirii. Rzecz bardzo interesująca i, niestety, wiecznie na czasie, gdyż chmury burzowe wojen i, szerzej, społecznie, narodowo czy też religijnie motywowanej przemocy są zbyt ciężkie by rozwiał je wiatr dziejów.
Nad ludzką naturą pochyla się Autor także w eseju Mefisto i Riefenstahl – żywoty równoległe? Artykuł ten jest zarazem ciekawą wyprawą do świata sztuki – rzec by się chciało, że do katakumb, skrytych zazwyczaj przed ludzkim okiem, mrocznych i posępnych, bliższych piekłu niż niebu. Stanisław dokonuje pewnej ekwilibrystyki porównując dwie postaci: fikcyjnego Mefista i jak najbardziej niefikcyjną Leni Riefenstahl, ikonę kinematografii nazistowskiej, której gwiazda niejako wbrew przeznaczeniu, nie zgasła do dzisiaj (aczkolwiek jej blask przytłumiony jest moralnym odium ciążącym nad słynną reżyser). Punkt wyjścia do rozważań szalenie interesujący. Same rozważania – nie zdradzając ich treści – niebanalne i odkrywcze, a przy tym świetne w lekturze!
Dobrze nam w temacie kultury, więc przyjrzyjmy się kolejnej historii spod tego znaku. Poeci przeklęci zaciekawiają już od pierwszych zdań: sama definicja tytułowych poètes maudits nastraja optymistycznie do dalszej części tekstu. Frapująca nuta romantyzmu, gorycz wyzwania rzuconego mainstreamowi, cierpki smak wielkich emocji… Autor wgłębia się w temat zaglądając do okna w oknie, o poetach przeklętych pisze z pozycji widza Całkowitego zaćmienia Agnieszki Holland, która sama – nie będąc wprawdzie „wyklętą”, ustawiła się nieco w poprzek klasycznej perspektywy, z własnego wyboru zbliżając się ku swym upojonym nihilizmem bohaterom. Holland, a dzięki niej Rimbaud i Verlaine, ale także, nieco na marginesie, Trakl, Baudelaire czy Przybyszewski… lektura tego artykułu jest głębszym niż można by się spodziewać zanurzeniem w świat opisany. A przecież, zaraz na kolejnej stronie, tuż po Poetach przeklętych, czeka nas opowieść o Morrisonie, Hendrixie i Joplin…
(…)
Nie ma sensu, aby wymieniać wszystkie artykuły, a tym bardziej aby je opisywać: zostawmy kilka niespodzianek dla czytelnika, który z pewnością znajdzie dla siebie coś ciekawego. A rozpiętość tematyczna tekstów ujętych w tej sekcji jest naprawdę spora i nie wszystkie koncentrują się na kulturze jako takiej – na przykład cykl artykułów poświęcony został kwestii indiańskiej, poczynając na pechowej wygranej pod Little Bighorn, a kończąc na tragedii… bizona, a osobnego wpisu doczekała się tragedia smoleńska (nota bene, postrzegana przez Autora zza Oceanu i może dlatego właśnie godna uwagi). Na tym skończmy. Zachęcając czytelników do zapoznania się ze wszystkimi artykułami, przejdźmy do następnego punktu programu.
Lektury to przeskok do zupełnie innego uniwersum. Zarówno w ujęciu stylistycznym, jak i pod względem charakteru dzieła. Ta część jest bardziej uporządkowana, w wyraźny i logiczny sposób jest podzielona na poszczególne sekcje poświęcone omawianym książkom. Z konieczności każda z takich pozycji uzyskała więcej przestrzeni niż niezwykle liczne, zatomizowane wątki w Zapiskach. Ma to swoje zalety – jedną z nich jest choćby cokolwiek bardziej klasyczna narracja. Dla wielu czytelników książki treść Lektur może być kluczową zawartością książki. Zresztą, te teksty krytyczne stanowią swego rodzaju bazę, są elementem fundamentu pod epickim i niejednorodnym w formie monumentem „filozoficznej” części pierwszej.
Trzeci rozdział, Rozmowy, nie zapowiada niespodzianki, wszak tytuł jest wystarczającą informacją, by wiedzieć, na co możemy liczyć. I faktycznie, mamy tutaj możliwość zapoznania się z fragmentami wywiadów np. z Juliuszem Machulskim, Krzysztofem Zanussim (trudna dyskusja!), Agnieszką Holland, Radosławem Piwowarskim, Januszem Zaorskim, Jerzym Stuhrem, ale także z Tadeuszem Nalepą, Czesławem Niemenem i Henrykiem Mikołajem Góreckim. Na nazwiskach znanych i uznanych się nie skończyło. Nietuzinkowym otwarciem części są bowiem… zapisy rozmów blogowych. A konkretnie dialogów prowadzonych w formie komentarzy pod wpisami na blogu Autora. To jest właśnie ta obiecana niespodzianka. Nieczęsto się zdarza, by w formie drukowanej autorzy tak dosłownie odnosili się do „potyczek” cyberprzestrzennych! Niespodzianka jest trafiona, bowiem, o ile wywiady z celebrytami okazują się rzeczywiście interesujące – co najmniej interesujące! – to przecież pełne żaru i emocji rozmowy niepokorne z przedstawicielami blogosfery wcale im nie ustępują, a może nawet przerastają. Są przy tym zupełnie inne: mniej formalne, improwizowane od początku do końca, momentami nawet nerwowe, bardzo przy tym autentyczne i bogate w mądrą treść. (…)
W czwartej części – Lirycznie – doświadczymy kolejnej interesującej wolty, jako że przenosimy się do mniej wymiernego, bardziej miękkiego świata poezji. Jej twórcą jest sam autor, a o części utworów można napisać to samo, co o konstatacjach w Zapiskach – są one odpowiedzią na potrzebę chwili, jeszcze jedną formą rejestracji przemyśleń autora, tyle że nieco mniej obiektywną, celowo mocniej naznaczoną formą. Są poszczególne liryki elementem dialogu z dziełami sztuki, jak choćby Pustka i żar oraz Jak pies będące wierszowanym komentarzem do pradowskich obrazów Goi i Boscha. Ta część jest szczególnie trudna w ocenie, gdyż jako mniej „racjonalna” silniej uzależniona jest od gustu Czytelnika, czy też nawet jego nastroju.
Last but not least, zamykające książkę Źródła i strumienie to epilog zamiast wstępu. Zabarwiony miłoszowskimi wątpliwościami i odnoszący się do najważniejszego z pytań: „dlaczego?” Nie jest to podsumowanie całości, raczej osobna mikro-całość i zarazem interesująca kropka nad „i”.
(…)
Imponująca jest rozległa wiedza Stanisława Błaszczyny i niezwykła łatwość, z jaką porusza się po tak różnych przestrzeniach, jak te będące treścią książki. Gdybyśmy chcieli skrócić niniejszą recenzję, a tym samym ocenę książki do jednego zdania, powinno ono zapewne brzmieć tak: Zapiski. Lektury. Rozmowy to pozycja nietuzinkowa, doskonała jako odpoczynek od popularnych powieści, ale i świetna jako element ekwipunku badacza rzeczywistości. Dla osób chcących zatrzymać się na chwilę przed mądrymi pytaniami i gotowych poświęcić czas na próbę znalezienia odpowiedzi, jest to lektura wręcz obowiązkowa.

Dariusz Barczewski

* * *

SZTUKA SPRZĘŻENIA ZWROTNEGO

Najprościej rzecz ujmując, autor uprawia eseistykę kulturową, a zważywszy na ogrom eksplorowanych tu dziedzin humanistycznego poznania i ekspresji, mamy do czynienia z rozmachem iście arystotelejskim. Błaszczyna jako wrażliwy – czuwający, czujny i czujący –erudyta wciela się w postać rodem z Fahrenheit 451 Raya Bradbury’ego, realizując na osobniczą miarę misję, którą zapewne zamierza kontynuować aż do swojego końca: uchronić i razem zgromadzić jak najwięcej z tego, co powstało na przecięciu sztuki, myśli ludzkiej i przeżycia.
Na palecie słownej autora, oprócz szeroko podejmowanej literatury pięknej, goszczą na przemian filozofia, historia, kino, poezja, sztuki plastyczne – w tym fotografia, którą sam uprawia – a także zapiski z licznych podróży (by skrótowo poprzestać na kilku najważniejszych).
Do tych wszystkich dziedzin Błaszczyna podchodzi z naturalną swobodą odpowiednio wyekwipowanego intelektualnie (przedwojennego?) krytyka-eseisty. Warto podkreślić, że autor ceni ekonomię słowa, pisząc przystępnie i bez egzaltacji. Myślowo są to teksty bardzo wyważone, jako że ich substancja wymaga ręki sapera, a nie kopyt stada w galopie… nie wiadomo dokąd. Do tego z równą wprawą porusza się on w obrębie licznych, a niezbędnych tu form: od wspomnianego eseju – przez recenzję, szkic krytyczno-literacki, wywiad czy popularno-naukowy tekst tematyczny – do aforyzmu i galerii przedstawieniowej włącznie.
Odrębną część książki stanowi wybór Artykułów. W tychże uwagę wypada zwrócić na rozważania Autora na temat wojny w niezmiernie frapującym eseju Czas przemocy. Temat gwałtu, jaki zadają sobie ludzie, podjęty zostaje bardzo kompleksowo: od przywołania rudymentarnych (wypartych?) sfer podświadomości indywidualnej i kolektywnej oraz archetypów – przez kwestie wyboru i socjotechniki – a na podlegających już raczej prawom chaosu doświadczeniach zbiorowych skończywszy.
Między wierszami nie jedno dowiadujemy się o piszącym te słowa, którego postawa wobec najbardziej destrukcyjnego żywiołu jaki człowiek jest w stanie świadomie sprowokować, wydać się może z pozoru paradoksalna. Błaszczyna, tak żarliwie wszelkiej wojnie przeciwny – wręcz jej nienawidzący – podkreśla jednocześnie, że nie jest pacyfistą. Z prostego powodu. Bowiem pacyfizm traktuje jako ideę i jako taką odrzuca; to nie jest czas ani miejsce dla idei – zdaje się mówić – zwłaszcza takich, których programem jest luksusowe zaniechanie (słabe tarcie węgla na głazach platońskiej jaskini). Sprzeciw dla wojny jest jego zdaniem domeną najtwardziej trzymającego się ziemi pragmatyzmu, praktycznej sztuki przetrwania, co w zasadzie stanowi wszelkiego idealizmu zaprzeczenie. Tę różnicę Błaszczyna stara się możliwie mocno podkreślać. Tym bardziej, że ideowość drugiej strony (wojennych jastrzębi i agitatorów) dąży nieodwołalnie do jak najszybszej transformacji w równie przyziemną postać rzezi, której na poziomie ludzkiego upodlenia od pewnego momentu nie daje się już kontrolować po żadnej stronie konfliktu, jak uczy historia każdej losowo wybranej wojny. Przyziemny konkret jest tu zbiorem wspólnym i jego język należy uczynić orężem w walce przeciwko walce.
Padają przykłady kilku różnych antywojennych postaw, z czego najbardziej intrygująca zdaje się być ta, którą przyjął w osobistym (bo niby w jakim?) wymiarze Witold Gombrowicz ”rejterujący” z ogarniętego pożogą kontynentu za ocean. A nawet nie tyle sama postawa, która przysporzyła mu w kraju etykietkę tchórza i frajera, co jej godna von Clausewitza obrona. Bo to jest militarna (sic) wyższa szkoła jazdy. Gombrowicz odmawia uczestnictwa w wojnie, tłumacząc to właśnie swoim frajerstwem i przyrodzoną łajzowatością, która dyskwalifikuje go, jako członka zespołu (wojna to gra zespołowa), zdolnego narazić cały ewentualny pododdział na niebezpieczeństwo z tytułu tak niepewnego, marnego ogniwa. Można to rozpatrywać w dwóch kategoriach. Primo – błyskotliwej tudzież nieodpartej logiki Gombrowicza, która pozwala mu bezpiecznie wyciągnąć się za własny harcap z każdego logicznie i przedmiotowo obcego mu bagna. Secundo – mamy tu bardzo realistyczną pochwałę zawodowstwa i powagi w podejściu do rzemiosła wojennego, gdzie partner z oddziału jest gwarantem twojego przeżycia (i vice versa). Gombrowicz mógł swoją ,,dezercją” uratować komuś życie. A skoro było o idealizmie, gdzieś tam – hen w tle takiego rozumowania – pobrzmiewa heroiczny koncept wysłania przeciwko sobie dwóch najlepszych ludzi, by rozstrzygnęli konflikt zbiorowości w walce jeden na jeden – humanitarne przeciwieństwo napoleońskiego ,,cały naród pod bronią”.
I tu zatoczywszy niewielkie koło dochodzimy à rebours do antywojennego praktycyzmu Autora, który raczej zaleca rozglądnąć się naokoło i zachłysnąć urodą otaczającego świata i ludzi, po czym zacisnąć powieki i zwizualizować sobie to, co z tego wszystkiego zostanie, gdy opadnie dym … Wtedy wyostrzy się obraz tych naprawdę nielicznych, którym się to ewentualnie opłaci (albo i nie). I nie będziesz to ani ty, ani ja, ani nikt, kogo w życiu spotkałeś.
Błaszczyna nie daje recepty, jak tego wszystkiego uniknąć – taki się jeszcze nie narodził. Ważna jest świadomość tego wszystkiego, którą należy wykształcić i pielęgnować. Ważne jest, by decydująca zbiorowość liczyła jak najwięcej jednostek tak właśnie mentalnie wyekwipowanych.
Jednak najbardziej interesujące – choć raczej w odniesieniu do prowadzonego bloga, niż jego książkowej tu rekapitulacji – jest interaktywne ,,drugie życie’” zamieszczanych tekstów w konfrontacji z czytelnikami. W rozdziale Rozmowy dostajemy soczystą próbkę tego, jak to wygląda…, co też powinno posłużyć odbiorcy za ostateczną zachętę do odwiedzenia strony autorskiej Stanisława Błaszczyny. Albowiem sama książka w tym wypadku ma się do tego tak, jak słuchanie płyty studyjnej do obecności na koncercie z szansą podłączenia się do jam session (z akcentem na pierwiastek dygresyjno-nieprzewidywalny). Mamy bowiem możność uczestnictwa w żywych i nieraz całkowicie zaskakujących rozmowach Autora z czytelnikami z wyjściowym punktem „A” w postaci zamieszczonego tekstu i punktem dojścia „?” poprzez meandrującą to polemicznie, to komplementarnie, wymianę myśli. Jakby Błaszczyna chciał przy tym wszystkim stworzyć jeszcze dodatkowy gatunek literacki: feedback art. Co oczywiście nie umniejsza wartości samych tekstów (których część tu zawarto) – przecież to one, nie co innego, są siłą napędową wspomnianej ,,sztuki sprzężenia zwrotnego”.
Autor nie głosi przez to wszystko chwały fenomenu, jakim jest przywilej bycia światłą istotą ludzką, on po prostu z tego przywileju korzysta. Warto więc zadać pytanie: w jakim celu?
Na pewnym poziomie to, co on robi, jest mową obronną dla rodzaju ludzkiego – także przez utrwalanie wszystkiego, co warto – układającą się w historię walki autora z własnym w człowieka zwątpieniem. Walki uczciwej. Pisząc o okrucieństwie historii (także i tej dokonującej się na gorąco), marginalizacji kultury wysokiej i urynkowieniu… praktycznie już chyba wszystkiego, Błaszczyna nie pozwala sobie na obiektywizm ani na krzepiąco-redukcyjny format ad usum delfini. Po prostu donosi o kolejnych samoniszczycielskich triumfach współczesnego świata, nawet gdy jedyne co może temu przeciwstawić, to bezradne wishful thinking.
Od razu uspokajam: bynajmniej nie przybiera to formy reaktywnych jeremiad urodzonego katastrofisty – raczej zaintrygować powinna w tym momencie metoda, jaką autor przyjmuje, szykując dla tego przeciwwagę. Na swoją modłę oczywiście, świata zbawić się nie da, ale zawsze można coś zrobić dla wykupienia go z jego własnej niewoli – w swoich oczach. I ugruntowywać, aktualizować to w świadomości.
W przypadku Stanisława Błaszczyny jest to osobista praktyka specyficznej jogi przeciwieństw. Starczy obejrzeć jego serię zdjęć z azjatyckich wypraw, gdzie (jak kiedyś jeden taki) „szuka człowieka”, a z drugiej strony ustawić jego północnoamerykańskie zachwyty przez obiektyw Nikona nad przyrodą, głównie nieożywioną.
Dlaczego tak? Tu przecież mieszka od lat, a jednak w obliczu tego terytorium woli pozostać sam z zachwycającym odludziem w migawce. Zaś w podróży na tereny obce mentalnie i kulturowo bywa się – tak czy inaczej – przechodniem. I paradoksalnie, dlatego autor tam właśnie szuka, czasami po omacku, szlachetnych iluminacji, chwytając uwikłanych w obcą – ale jakże afektywną – codzienność, autochtonów. Koniecznie w mgnieniu, które ma potem emanować możliwie najdłużej…, co istotne, z zachowaniem naturalnej prostoty tematu, bez artystowskiego doładowania „sobą”.
Składa się to wszystko na temporalnie rozwijany zapis głębokiego doświadczenia ogólnoludzkiego piękna, które formuje (?) tajemny szyfr ocalenia dla pojedynczego człowieka. Tajemny, gdyż z pominięciem translacji intelektu, któremu Błaszczyna przyznaje zwykle tak ważną rangę, choć nie bez poważnych zastrzeżeń. Jest w tym jakaś zawoalowana, grawitacyjna religijność, ale bardziej w rozumieniu Andrzeja Żuławskiego, który powiedział kiedyś: „albo rozmawiamy o Bogu, albo rozmawiamy poważnie”. A tak na marginesie, podobne doświadczenie zawsze na jakiś czas pomaga w byciu lepszym – dla bliskich i dla siebie samego.

Jacek Dygoń

* * *

SŁOWO KLUCZOWE – PODRÓŻ

Gdyby wybór tytułu tej książki należał do mnie, to brzmiałby on banalnie – Żywot niebanalny. Książka wielowątkowa, z gatunku tych, o których trudno wydaje się opinie, bo poruszane problemy są tak ważne i złożone, że trudno opowiedzieć się jednoznacznie po którejś ze stron. Autor prowadzi nas poprzez swoje światy, zmusza do przemyśleń moralno-filozoficznych, uświadamia, że zło jest zdradliwe, bo często posługuje się dobrem albo przemyca się pod osłoną białych kołnierzyków, pyta o sens istnienia, o istotę człowieczeństwa, balansuje na granicy pomiędzy sacrum a profanum, zestawia ze sobą ludzką cywilizację i zwierzęcą chuć, dobro i zło, prawdę i fałsz, brata Twardowskiego z Wojaczkiem. Można odnieść wrażenie, że Autora bawi doszukiwanie się podobieństw i różnic, ale to nieprawda – On dąży do ideału i poszukuje Sensu.
Myślący, wrażliwy, niegodzący się na wyzierającą z każdego kąta bylejakość, powierzchowność, merkantylność – stąd być może wrażenie, że czasami wydaje się być osamotniony. Chwilami pasują mi do Niego jego własne słowa charakteryzujące postać Andrzeja Bobkowskiego: „sfrustrowany własną niemożnością znalezienia sobie w tym wszystkim miejsca. Znajduje się więc on jakby między młotem a kowadłem, chciałby się uwolnić od tego całego balastu kulturowej nadbudowy, która bądź co bądź go uformowała, a jednocześnie jest w niej zanurzony po same uszy”.
Samotność jest niepożądanym, a jednocześnie nieuniknionym znakiem zmian zachodzących w świecie. Obawia się jej każda istota społeczna, jaką jest człowiek. Najsilniej uderza w ludzi wrażliwych. Syndrom współczesnych czasów to samotność w tłumie, w masie, która według Ortegi y Gasseta jest niczym innym jak społeczną nijakością, zbiorem ludzi niewyróżniających się niczym od innych, będących jedynie powtórzeniem typu biologicznego. Stanisław Błaszczyna pozwala sobie mieć odmienne zdanie i słusznie zauważa, że z takich samych ludzi składały się tłumy wiwatujące na cześć Hitlera, jak i tłumy zebrane na placu Świętego Piotra, by oddać hołd zmarłemu Janowi Pawłowi II.
Tym, czym w Zapiskach ujął mnie Autor, jest Jego wyznanie „Ważniejsza stała się dla mnie ta sfera fenomenu istoty człowieka, która związana była […] z jego sercem. A więc zwykłe wyczucie dobra i przyzwoitości”. Majątek, prestiż to tylko pozory szczęścia. „Materialiści za wszelką cenę chcą zdegradować ducha, usuwając go ze swojego słownika. I odnoszą w tym sukces. To dlatego materializm staje się nie tylko czymś oczywistym i powszechnym, ale i bezdusznym”.
Książka, a szczególnie jej pierwszy tom, wypełniony zapiskami Autora, naszpikowana jest takimi filozoficznymi perełkami. Stanowią one dodatkowy smaczek i mogą być niezłą gratką – nie tylko dla koneserów aforyzmu.
Zapiski, o których Autor z przymrużeniem oka mówi czasami „co się plecie w kajecie” – to refleksja nad światem, życiem, konstatacja nad jego przemijaniem. Tyczą zarówno fundamentalnych, jak i zupełnie prozaicznych sfer życia każdego człowieka, stąd skłonność do utożsamiania się z nimi przez czytelnika. Satysfakcję sprawia odkrycie, że jest Ktoś takiego formatu, kto myśli i czuje podobnie i ma odwagę to publicznie wyartykułować.
W części I tomu drugiego znalazł się wybór artykułów, których tematy są zupełnie różne i pozornie nie tworzą z sobą żadnej spójnej całości. Pozornie, bo mają wspólny mianownik i jest nim „konflikt”.
Żyjemy w czasach totalnego konfliktu wszystkiego z wszystkim, wszystkich z wszystkimi. Sam człowiek uwikłany jest w nieustanny dialog z samym sobą. Postęp cywilizacyjny sprawił, że przemieściły się wszystkie granice, zarówno te fizyczne jak również – może nawet przede wszystkim – te mentalne. Chyba jeszcze nigdy dotąd człowiek nie żył w takim rozdarciu i rozterce jak obecnie
Konflikty, o których traktują artykuły powstają na różnych płaszczyznach i dotyczą każdego człowieka, choć w codziennym zabieganiu nie wnikamy aż tak głęboko w źródła ich przyczyn. Każdy z nas opisany jest, a tym samym determinowany granicami państw, polityką, religią, płcią, kulturą i oczekiwaniami społeczności, w której funkcjonuje. Gdzie tu miejsce na wierność samemu sobie, na osobiste szczęście, na wolność w każdym wymiarze? Czy nasze wybory czynią nas wolnymi czy może niewolą?
(…)
Druga część tomu drugiego, zatytułowana Lektury, to kompozycja krótkich „portretów” takich osobowości, jak np. Coetzee, Nietzsche, Ortega y Gasset, Bobkowski, Kisielewski, Chwin… Dzieli tych autorów wiele – pochodzenie, wiek, miejsce zamieszkania, wykształcenie, ale to, co jest dla nich wspólne, to fakt, że każdy z nich, wykorzystując literacką przestrzeń, realnie wpływa na świat. Jak to możliwe? Są kontrowersyjni, niepokorni, mają odwagę publicznie obalać mity, rzucać nam niewygodną prawdę prosto w twarz. Są autorytetami. Wprawdzie panuje pogląd, że z autorytetami się nie dyskutuje, ale Autor to robi, i robi to ciekawie. Każda historia ma swoją dynamikę, swój język. Ja np. zakochałam się w historii miłości Bobkowskiego do Francji, która jest opisana niezwykle plastycznym językiem, wręcz brawurowo – tak jak brawurowe były rowerowe jazdy „chuligana wolności” bez trzymanki.
(…)
Sądzisz, że znasz kogoś tak dobrze, że już niczym cię nie zaskoczy. Namawiasz by to, czym karmił cię przez lata, wydał w formie książki, a gdy to się dzieje i masz napisać kilka słów, dlaczego to jest takie ważne, raptem masz z tym problem.
(…)
W części zatytułowanej Źródła będącej refleksją autora nad własnym życiem, nad motywami, które obudziły w nim zew podróży i pozwoliły znaleźć w sobie odwagę realizacji marzeń, próbą odpowiedzi, czy ich spełnienie uszczęśliwiło Go. Jako analogię Stanisław Błaszczyna przytoczył słowa Czesława Miłosza: „Całe życie badał, podpatrywał sekrety wielkich mistrzów malarstwa, po to tylko, żeby namalować strumień koło swojej rodzinnej wioski i dwie gęsi na brzegu. Gdyby tak powiedziano o mnie, byłbym zadowolony, bo znaczyłoby to, że czegoś się nauczyłem, […] Wyruszając w moją podróż, miałem nadzieję odkryć ukrytą formułę, pozwalającą przeniknąć w sam ogród rzeczywistości, tam gdzie prawidła gry są już niepotrzebne”, dopisując do nich własną refleksję: „Odkryć «ukrytą formułę». Ale czy taka formuła istnieje? A jeśli istnieje, to czy jest nam dostępna? Wyrosłem w ogrodzie rodzinnego domu – w ogrodzie mojego dzieciństwa. Chciałem poznać inne ogrody, także ten ogród rzeczywistości, o którym pisze Miłosz. Ale dlaczego? Co mnie do tego skłaniało? I do czego ta wiedza była (jest) mi potrzebna? Czy naprawdę łudziłem się, że odnajdę ów Master Key of Perception – czyli klucz do wszystkiego, który otworzyłby mi Drzwi Poznania na oścież? A może to była zwykła ciekawość? Albo odwieczny atawizm pchający nas z miejsca na miejsce – za następną górę, za kolejne lasy, jeziora, rzeki, morza i oceany…, bo być może tam, i może nawet tuż za rogiem jest… jeśli nie raj, to nasza Ziemia Obiecana, albo co najmniej jakiejś miejsce ciekawe i ekscytujące… Była to (jest) pogoń za czymś. Ale może też i ucieczka? Chęć odnalezienia siebie prawdziwego, czy może pragnienie, by o sobie – a raczej o tym, co sprawia ból i cierpienie – zapomnieć?”
W zapisku Książki mojego dzieciństwa niewinny zwrot „za sosnowym lasem, który – jak mi się wtedy zdawało jest niczym wobec zagajnika palm kokosowych” sugeruje, że autor już docenia wszystko to, co niesie ze sobą symbolika sosnowego lasu, czegoś się w tej podróży przez życie nauczył i jak sam zauważa, nie tyle istotne jest miejsce, gdzie zamknie się pętla naszego bytu, co droga, którą do niego przebędziemy – czyli nasza podróż przez życie.
Jeśli zgodzimy się z autorem, że duszą i życiem książki stają się serce, rozum i zmysły czytelnika – że z tych samych względów ta sama książka może być błyskotliwa lub mętna, mądra lub głupia, pełna ducha lub duszna – to ciekawe, czym okaże się ona w Twoim odczuciu, Szanowny Czytelniku?

Elżbieta Kondyra

* * *

MALARZ SŁÓW I OBRAZÓW

I stało się!… myśl zaczęła się rozwijać, snuć jak zwoje pajęczynowe. I oplatać nią najpierw oczy, później koniec nosa, (tak, tak – w tej kolejności), wreszcie mózg. Im głębiej się zanurzać w lekturę tych myśli, to wysnuwane refleksje pochłaniają czytelnika coraz bardziej…
W swojej książce, będącej zbiorem rożnych form literackich, Autor porusza liczne ważne kwestie interesujące – jak sądzę – dla każdego czytelnika. Bogactwo tematów, do jakich nawiązuje i dziedzin, w jakich się zanurza – jest oszałamiające. Czytelnik bowiem może znaleźć tu aforystyczną gęstość, jak i eseistyczny rozmach, odwołania do cywilizacji i kultury, jak i jednostkowej „doli człowieczej”; obok wędrówek w przeszłość jest diagnoza stawiana współczesności; są odniesienia do kina, literatury, filozofii, psychologii, socjologii… nawet do polityki, wbrew temu, że autor wydaje się nie darzyć polityków sympatią, deklarując swoją apolityczność i niezależność od jakiejkolwiek ideologicznej koniunktury. W książce są też rozmowy z twórcami kultury (Henryk Górecki, Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Czesław Niemen…) – osobami znanymi i publicznymi, ale i niezmiernie ciekawe dyskusje z bardziej anonimowymi internautami czy nawet z przyjaciółmi (godna polecenia jest zwłaszcza konwersacja o micie). Wreszcie – co chyba jest najważniejsze – są też własne, zupełnie świeże refleksje na temat licznych obrazów, tak tych malowanych ręką ludzką, jak również – a może i przede wszystkim – malowanych ręką Matki Natury… i to nie tylko na kontynencie amerykańskim, ale i całego świata.
Stanisław Błaszczyna jest publicystą, eseistą, krytykiem filmowym… Bez względu na to, czy pisze do dziennika, tygodnika, miesięcznika, bloga w Internecie, czy pamiętniki do szuflady – pisze to z wnikliwością i pasją, nadającą temu wszystkiemu odpowiednią wagę. Jego recenzje filmowe i wywiady z filmów tych reżyserami (tak polskimi, jak i zagranicznymi), ale też z aktorami, muzykami, kompozytorami… wszystko to – zwłaszcza po latach, gdy niektórych z tych ludzi nie ma już pomiędzy żyjącymi i jakaś nowa perspektywa pozwala nam patrzeć inaczej – wypełnia bogate życie intelektualne Stanisława Błaszczyny. I w tych wywiadach jest jak skauci u eksploratora Roberta Baden-Powella – bardzo dokładny i skrupulatny, jakby w obiektywie swojego aparatu zmieniał zoom z szerokokątnego na teleobiektyw i wnikał w szczegóły – a tam właśnie kryje się sens i głębia – pełnia obrazu.
Stanisław jest przecież malarzem i fotografem. Malarzem słów, ale i obrazów fotograficznych – utrwalanych sensorycznie i cyfrowo – ale też i tych pastelowych. Czarno-białych portretów cyfrowych, jak również grafik. Mnogość technik, twórcze poszukiwania doskonale dopełniają jego wędrującą Naturę. Jest jak holenderski malarz z XVII wieku – zostawia nam swoje odbicie lustrzane, zaklęte w odbiciu karafki, czy jako cień na szybie.
Jest też poezja.
A Poezja u Staszka jest chyba specjalnie w tym tomie podana na końcu… za opisami, relacjami, konwersacjami – jest myśl poetycka. Jak u Arystotelesa (w tym roku obchodzimy 2400. urodziny Stagiryty!)… po fizyce jest metafizyka! Po opisie są wnioski. Po prozie – poezja!
Stanisław Błaszczyna jest wreszcie podróżnikiem, wagabundą, Bobkowskim Ameryki (o którym zresztą pisze), Stachurą Białych Piasków i Pustynnych Wydm, który w licznych podróżach po Stanach Zjednoczonych – po obu Amerykach i po całym świecie – notuje i utrwala tego świata piękno. Pokazuje to w szczegółach, fotografując ludzi, ich twarze, zajęcia i miejsca pracy oraz wypoczynku, wreszcie malownicze krajobrazy przyrodnicze, w szczególności te zamknięte w parkach narodowych na świecie. Obnaża przez to swoje głębokie związki z człowiekiem i człowieczeństwem… Jest bowiem Człowiekiem Drogi (Homo Viator), a Brulion Przydrożny jest najlepszym przyjacielem Człowieka Drogi…
I na koniec uwaga osobista.
Drogi Staszku, to chyba ja namawiałem Ciebie kiedyś, byś wydał swoje teksty, które na bieżąco (w mediach lub na blogu) komentowałem, uzupełnianiem moim punktem widzenia. Wreszcie dzieliłem się z Tobą i z innymi, moimi myślami, które pobudzasz. Cieszę się, że Twoja Opera Omnia jest publikowana, że jest ten wybór zapisków, artykułów, wywiadów zebrany w jedną całość… Że jest już pierwsza książka – a właściwie pierwsze dwa tomy – (czekamy na następne), którą można dotknąć, nie tylko wirtualnie. Bo jak dotknąć bitów w komputerze, a papier przecież – który choć przyjmie wszystko – zostanie po nas… może nieco dłużej. Może na półkach domowych, a może w bibliotekach. Na koniec.

Bogdan M. Kwiatek

*  *  *

.

NIEWINNE

Czy można zachować czystość w tak brudnym i pełnym gwałtu świecie?

Czy można zachować czystość w brudnym i brutalnym świecie?

.

I

      Film o kobietach, zrobiony przez kobiety – w świecie mężczyzn, który gwałtem się na nich odciska – zwłaszcza na tych, które są „niewinne”. Uciekając w mury klasztoru, chroniąc się w religii – w ezoterycznym królestwie, które na pewno nie jest z tego świata – kobiety zuniformizowane habitem oraz ideałami czystości i wyrzeczeniem się grzesznego świata, zostają poddane próbie, która bardziej wygląda na diabelską, niż boską instalację, testując nie tylko ich wiarę, ale i fizyczną oraz psychiczną wytrzymałość.

      Niewinne to zaskakująco udana pod względem filmowym kolaboracja Polek i Francuzek: te ostatnie film wyreżyserowały (Anne Fontaine), napisały scenariusz (Sabrina B. Karine, Fontaine, Alice Vial – na podstawie wspomnień Madeleine Pauliac) i sfotografowały (Caroline Champetier, która nota bene była też autorką zdjęć do filmu o podobnej tematyce, czyli Ludzie Boga, jak również do śmiałego formalnie Holy motors); te pierwsze zaś fantastycznie zagrały (Agata Buzek, Agata Kulesza, Joanna Kulig…) i film wyprodukowały, nadając mu taki a nie inny kształt i oprawę (lista Polek zatrudnionych przy realizacji Niewinnych jest imponująco długa).
No ale to kuchnia, a nas bardziej interesuje strawa.

      Akcja Niewinnych dzieje się na (bliżej nieokreślonych, choć mowa jest o Polsce) terenach „wyzwolonych” spod niemieckiej okupacji, w grudniu 1945 roku. Z klasztoru (szaty zakonne sugerują benedyktynki) wydostaje się jedna z sióstr i biegnąc przez las dociera do francuskiej misji Czerwonego Krzyża. Skierowana do młodej lekarki Mathilde (Lou de Laâge) błaga ją o pomoc dla będącej w ciężkim stanie osoby znajdującej się w klasztorze. Przy tym bardzo jej zależy na tym, aby o przypadku nie dowiedział się żaden polski, ani tym bardziej radziecki lekarz. Okazuje się, że na Mathilde w klasztorze czeka rodząca dziewczyna, a poród wymaga cesarskiego cięcia. Wkrótce wychodzi na jaw, że w ciąży jest jeszcze siedem innych zakonnic, które kilka miesięcy wcześniej zostały zgwałcone przez sowieckich żołdaków. Matka Przełożona (Agata Kulesza) godzi się na potajemną pomoc Francuzki, aczkolwiek z wielkimi oporami, obawiając się skandalu, potępienia okolicznej ludności, a nawet rozwiązania zgromadzenia i zamknięcia klasztoru.

      Anne Fontaine znalazła doskonałą formułę na wygranie dramatycznego napięcia, przenosząc nas w mury zamkniętej przestrzeni (klasztor – dodatkowo odizolowany od świata wielkim borem) i ukazując grupę kobiet zmagających się z potworną traumą – poddanych przy tym surowej klauzurze zakonu.
Okrutny paradoks całej sytuacji wynikał z tego, że kobiety, które złożyły śluby czystości, zostały „zbrukane” przez akt seksualny, który, mimo że wymuszony, stał się dla nich doświadczonym faktem, na dodatek hańbiącym. Efektem tego było nowe, poczęte w nich życie, które zgodnie z ich chrześcijańską wiarą, winno być traktowane jak święte. Fizjologia i reprodukcja zderza się tu z duchowym ideałem seksualnej wstrzemięźliwości i wymogiem zachowania cnoty. To dlatego dla wielu ludzi czymś szokującym etycznie jest brzuch ciężarnej kobiety ubranej w zakonny habit. Oblubienice Chrystusa nie zachodzą z nim w ciążę, więc każda ciąża takiej kobiety jest zdradą.
Mimo podobnej sytuacji, każda z sióstr reaguje na nią inaczej. Jednakże, w dość krótkim czasie – mimo tego, że habit wtrąca je w homogeniczną anonimowość – dają się między nimi zauważyć wyraźne różnice (i to nie tylko dlatego, że jedna z nich podczas badania lekarskiego chichota, a inna woli umrzeć, niż się odsłonić).
Te różnice są widoczne choćby w radzeniu sobie z konfliktem między naturalnym instynktem macierzyńskim a kulturowym paradygmatem religijnej ortodoksji, który tylko pozornie tożsamy jest z opozycyjnością duszy i ciała.

Niespodziewana przyjaźń? (Agata Buzek i Lou de Laâge w Niewinnych)

Niespodziewana przyjaźń? (Agata Buzek i Lou de Laâge w Niewinnych)

      Kilka rzeczy ujęło mnie w tym filmie. Przede wszystkim wspomniana już, znakomita gra wszystkich bez wyjątku aktorek. Agata Buzek jako siostra Maria – to najbardziej zrównoważona i rozsądna, silna osobowość, znająca życie nie tylko zakonne… Jej mocna prezencja w filmie znakomicie się „paruje” z racjonalną acz subtelną Mathilde, której piękno ma wszak coś z ezoterycznej kruchości – tutaj w kontraście z jej siłą, odwagą i determinacją. Agata Kulesza, choć podpada nieco pod stereotyp surowej i kostycznej przeoryszy, wyraźnie ugina się pod brzemieniem syfilisu, który jednak wydaje się niczym w obliczu rozdzierającej ją walki między zachowaniem tajemnicy (równoznacznej tu z godnością zakonnic) a poradzeniem sobie z rodzącymi się raz po raz dziećmi.
Dalej: zderzenie się świata laickiego z religijnym. Racjonalistka (a na dodatek komunistka czyli materialistka) Mathilde zaprzyjaźnia się z zakonnicą Marią i okazuje się, że obie kobiety łączy podobna wrażliwość etyczna, która w przypadku tej pierwszej wynika z obowiązku humanitarnego, u drugiej zaś – z metafizycznego. Racjonalną i świecką perspektywę zachowuje też reżyserka Anne Fontaine, jednak ukazuje ona siostry zakonne w sposób empatyczny, na pewno nie oskarżycielski. Jest ona powściągliwa w światopoglądowej krytyce religii czy kościoła, nie ocenia też wprost zachowań, które z jej punktu widzenia mogłyby się wydawać irracjonalne, czy wręcz absurdalne.
Oprócz tego: plastyczna spójność obrazu. Ascetyczne, zaciemnione wnętrza klasztoru animowane postaciami zakonnic w habitach – i to wszystko skąpane w odcieniach szarości, bieli, niebieskości, czerni… z połyskującym tu i ówdzie światłem świec i promieni słonecznych wkradających się przez szczeliny okien i drzwi. Las – piękny ale i tajemniczy, groźny, okryty śnieżną szadzią… Dekadencja zmurszałych, rozsypujących się murów – ulice pełne błota, ze śladami wojennych zniszczeń… (od mojej znajomej wiem, że Niewinne kręcono w jej rodzinnej Ornecie).
Wszystko to wyróżnia film spośród zwykłej konfekcji kina.

II

      Jak zwykle w przypadku, kiedy twórcy filmu obwieszczają, że jest on oparty na historii, która wydarzyła się naprawdę, dochodzi do konfrontacji z tymi, którzy na to, co działo się rzeczywiście, mają inne spojrzenie – posiadają inną wiedzę i znają inne fakty. W Polsce, po projekcji Niewinnych ukazały się protesty – nie tylko sióstr zakonnych – że film Fontaine nie jest zgodny z tym, co działo się na ziemiach polskich po wojnie; że w zakonie benedyktynek żadnych gwałtów nie było; że jednak „rzeczywistość” klasztorna w Niewinnych jest cokolwiek kosmiczna; że twórcy filmu mimo wszystko nie wyszli poza hołubione przez francuskie elity kulturalne stereotypy na temat Polski, religii, kościoła… Jednym słowem: film jest zakłamany.

      Mnie samemu wiele do myślenia dał bardzo ciekawy artykuł pt. W Polsce, czyli nigdzie. Po obejrzeniu ‘Niewinnych’, którego autorką jest Małgorzata Krupecka. Pisze ona m.in.: „Uwikłanie w stereotypy myślowe widać także w jej [reżyserki – przyp. S.B.] postrzeganiu życia zakonnego. Zostawiając już na boku postać przeoryszy, niezrozumiałe dla polskiego widza jest również kompletne wyizolowanie filmowego klasztoru. W istocie bowiem zawsze tak było i jest, że w klasztorach furta się niemal nie zamyka, bo siostry, zarówno ze zgromadzeń czynnych, jak i zakonów kontemplacyjnych, są mocno powiązane ze środowiskiem. A powojenna bieda – i moralna, i materialna – sprawiała, że ludzie tym bardziej garnęli się do klasztorów, szukając wsparcia. Siostry zresztą bez oparcia w innych ludziach też nie byłyby w stanie przeżyć. W filmie francuska komunistka przyprowadza dzieci do klasztoru, żeby mniszki się nimi zajęły. W realnym życiu to dzieci przyprowadziłyby ją do klasztoru, bo już dawno wydeptałyby do niego ścieżkę, chodząc po jedzenie. (…) Końcowy happy end, w którym widzowi obiecywano przeżycie katharsis, jest na miarę nie tragedii greckiej, ale raczej telenoweli. Francuska komunistka doradza zakonnicom założenie sierocińca, w którym będą mogły ukryć także swoje własne dzieci, potem uszczęśliwione mniszki robią sobie ‘słitfocię’ ze swoimi niemowlakami i wysyłają wybawczyni.”
Rzeczywiście, mnie również uderzyło to, że dość płaskie zakończenie filmu nie osiąga jego wagi ani rangi intelektualnej całości i że psuje to w pewnym sensie film, schlebiając gustom tej mniej wybrednej, a bardziej sentymentalnej, widowni. Ale – jako że film jako całość się obronił – nie wspomniałem o tym w powyższej recenzji.

      Później jeszcze trafiłem na wspomnienia Madeleine Pauliac, (na kanwie których film zrobiono) i znalazłem tam fragment bez mała szokujący. Oto co pisze młoda Madeleine: „Spałam w Langfuhrcie, trzy kilometry od Gdańska, w domu Polskiego Czerwonego Krzyża (…). W dzień po moim przyjeździe przyszła do mnie delegacja pięciu niemieckich zakonnic katolickich pracujących dla Czerwonego Krzyża. Było ich 25, 15 nie żyje, zostały zgwałcone, a potem zamordowane przez Rosjan. Dziesięć ocalałych zakonnic też zostało zgwałconych, niektóre 42, a inne 35 lub 50 razy. Pięć z nich jest w ciąży i przyszły do mnie po radę, chciały dowiedzieć się więcej o aborcji, której można by dokonać w sekrecie. (…) Rosjanom nie wystarczają gwałty na Niemkach, Polkach i Francuzkach, biorą się też do Rosjanek, wszystkie kobiety między 12. a 70. rokiem życia. (…). Chirurg ze szpitala w Gdyni wyznał, że codziennie szyje krocza zgwałconych dziewczynek. Jeden Francuz opowiadał, że na porodówkę w Gdyni, gdzie pracował, napadli Rosjanie. Zgwałcili wszystkie kobiety przed porodem i wszystkie te tuż po porodzie. Porodówki pilnowali polscy żołnierze, by bronić swoich rodaczek, i codziennie odbywały się krwawe bijatyki w walce o kobiety. Są tysiące podobnych historii, co oznacza, że w granicach stu kilometrów nie ma ani jednej dziewicy. Wcale nie zdziwił mnie więc widok uprawiającego miłość żołnierza w jednym z pobliskich parków. (…) Przy Adolf Hitler Strasse odwiedziłam fabrykę, w której Niemcy robili mydło z ludzkich zwłok, widziałam kadzie, a w nich setki zdekapitowanych ciał, głowy były w kadziach obok. Na jednym z ciał widziałam tatuaż polskiego marynarza, na innym napis classe 1912 wytatuowany na ramieniu. (…) Żadne z ciał nie nosiło śladów kuli, autopsja nie wykazała uszkodzeń narządów wewnętrznych. Narzędziem śmierci mogła być gilotyna. Mydło, które znaleźliśmy, służy do mycia rąk na salach operacyjnych.”
Wśród tych wszystkich opisywanych potworności, (które naświetlają horrendalną atmosferę tamtego czasu) mowa jest wyraźnie o zakonnicach niemieckich. Zastanawiam się więc, czy gdyby ukazane w filmie skrzywdzone kobiety były Niemkami, to równie łatwo byłoby twórcom filmu wzbudzić w widzach empatię? Bo czy niemieckie kobiety mniej cierpiały? Czy bardziej sobie zasłużyły na ten los? Czy gdyby to one były bohaterkami filmu, to zmieniłaby się jego wymowa etyczna?
Wygląda na to, że łatwiej i poprawniej politycznie było zrobić film o cierpiących Polkach, niż Niemkach.
A i tak żaden film nie jest w stanie oddać horroru, jaki człowiek przeżywa niekiedy w rzeczywistości.

*  *  *
.

Między ślubami czystości a macieżyństwem

Między ślubami czystości a macierzyństwem

.
Nota: film zaprezentowany w ramach trwającego obecnie w Chicago 28. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

UDRĘKA I EKSTAZA

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

.

Znacznie bardziej i głębiej porusza nas – a niekiedy wręcz nami wstrząsa – to, co jest rezultatem smutnej albo wręcz bolesnej refleksji nad światem, doświadczeniem cierpienia…
Może właśnie dlatego, iż (podświadomie) uznajemy, że istotą naszej (ludzkiej) egzystencji jest tragizm?

Czy nasze życie nie jest przypadkiem ciągłą polemiką – wadzeniem się, dyskursem – z owym narzuconym nam przez narodziny tragizmem losu?

Czy nasza afirmacja życia nie jest ciągłym zaprzeczaniem tragiczności wiszącego nad nami fatum (śmierci, unicestwienia)?

A może dobrze byłoby uświadomić sobie to, że samo poczucie tego tragizmu jest jednak złudzeniem?

No tak, ale wtedy za złudzenie uznać musielibyśmy także nasze poczucie szczęścia i radość.

Mimo wszystko nie mógłbym się zgodzić z tym, że cierpienie i absurd definiuje ludzkie życie. Moim zdaniem definicja ta powinna uwzględniać także inne aspekty ludzkiej egzystencji – np. poczucie szczęścia, zdolność do miłości, zachwytu nad pięknem… Być może właśnie stąd wynika moja niechęć (czasem wręcz nawet sprzeciw) wobec twórczości jednoznacznie negatywnej, nihilistycznej… jednym słowem – beznadziejnej.

*

Nie wypada się z naszym cierpieniem „obnosić”, narzucać go innym ludziom, ogłaszać go wszem i wobec, ale też nie należy się go wstydzić, za wszelką cenę ukrywać…
Pożądane jest więc – jeśli już zdarzy się nam cierpienie – cierpieć tak „w sam raz”. (Oczywiście jest w tym oświadczeniu pewien sarkazm.)

Tylko co zrobić z cierpieniem, które nas przerasta? Nie każdy przecież ma możliwość – taką jak miał np. Hiob – by rozmawiać o swoich nieszczęściach z Bogiem, a nawet… z drugim człowiekiem.

*

Należy robić wszystko, by nasze cierpienie nie „negowało” szczęścia, radości, empatii, otwarcia… I to nawet nie z powodów altruistycznych ale egoistycznych: jeśli bowiem zanegujemy te wartości, to one niejako nas „opuszczą”.

*

Nie wszyscy są w stanie wypełnić „przepaść” (nad jaką wszyscy stoimy) Bogiem.
Co im pozostaje?
Czy można się dziwić, że można wtedy zacząć myśleć o nicości, pustce…  całej tej otchłani – udręce ludzkiej samotności w przepastnych otchłaniach Kosmosu?

*

Czytam ciekawe rozważania o cierpieniu, których autorem jest Bogusław Nowak. Ich autor zwraca uwagę przede wszystkim na cierpienia psychiczne (zwane też prze niektórych ludzi „duchowymi”) i ich relatywizację, mówiąc, że to, czy coś jest dla nas źródłem cierpienia, zależy od okoliczności, w jakich się znaleźliśmy, od wartości jakie uznajemy – czyli od naszego subiektywnego podejścia do tego, co może być (jest) przyczyną cierpienia. (Nie mówimy tu oczywiście o cierpieniu, które jest związane z bólem „fizycznym”, somatycznym – bo z tym stosunkowo łatwo można sobie poradzić, a ponadto nie ma on właściwie takiego znaczenia egzystencjalnego, jak ból „psychiczny”.)

To wszystko powinno nam uświadomić, że jednak warto o cierpieniu rozmawiać, bo jest ono uwarunkowane kulturowo – czyli przez czynniki, na które mamy wpływ i które w zasadzie sami tworzymy. Innymi słowy, zależy ono także od tego, co sami wybraliśmy. Czyli mamy jednak wpływ na to, czy coś nam sprawia cierpienie, czy nie.

Doskonałych przykładów radzenia sobie z tym cierpieniem „egzystencjalnym” mogą dostarczyć np. filozofie Wschodu, a zwłaszcza buddyzm, który bywa jednak bardzo skuteczny (medytacje, odpowiedni stosunek do świata, życia i innych ludzi) w redukcji, a nawet i eliminacji tego cierpienia.

*

Ktoś, z kim rozmawiałem o cierpieniu, oświadcza na koniec naszej rozmowy: „Piszę to w dniu, kiedy w Polsce wybuchło niespodziewanie lato, kiedy rozmyślania o cierpieniu przegrywają z jazdą na rowerze po pachnącym i zielonym lesie. Jest teraz jasno, ciepło i dobrze. I chcę być szczęśliwa.”

Tak, właśnie takie chwile sprawiają, że mimo wszystko kochamy życie, potrafimy zachwycić się światem, dostrzec jego piękno, możemy poczuć się szczęśliwi. Takie momenty warto pielęgnować, bardzo sobie cenić, być wdzięcznym (Bogu, losowi, przypadkowi, życiu, własnej wrażliwości, zdrowiu…) za to, że możemy ich doświadczać, poczuć, doznawać…

Ale przecież mamy też świadomość tego, że są to tyko chwile i że życie jest bardziej złożone, że oprócz radości jest też cierpienie a „ciemna” strona jest tuż za „jasną”. Tak, jak to jest w słynnym haiku Issy:

Nigdy nie zapominaj:
Chodzimy nad piekłem
Oglądając kwiaty.

Jednakże nie chodzi tu o jakieś umartwianie się, posypywanie głowy popiołem, poddawanie się cierpiętnictwu, rozdrapywanie egzystencjalnych ran i przejmowanie się wszystkimi nieszczęściami i całą nędzą świata. Chodzi według mnie o pewną… wyważoną mądrość, o pełniejszą świadomość tego, czym jest ludzkie życie, o empatię (o nie zapominanie jednak o tym, że – nawet jeśli mi w danym momencie, czy okresie życia nie cierpimy, może nawet czujemy się szczęśliwi – to jednak cierpią inni ludzie, i że to cierpienie w olbrzymich ilościach jest jednak obecne w ludzkim świecie).

Myślę, że do tego, by poczuć się pełnym człowiekiem, taka świadomość jest niezbędna i nie można o tym zupełnie zapominać, wyrzucając to całkowicie z naszego pola widzenia. Bo ta świadomość nas jednak pogłębia, uczy właśnie empatii, sprawia, że bardziej jesteśmy w stanie zrozumieć innego człowieka.

Wydaje mi się, że ja bym podziękował jednak za taką „cielęcą” szczęśliwość beztroskiego motylka wąchającego tylko kwiatki – zapominając o wszystkim, nie wiedząc i nie widząc niczego, co mogłoby mi owo „cielęce” poczucie szczęścia zburzyć. Jeśli miałbym do wyboru: być w ten sposób „szczęśliwym” kosztem wiedzy lub wiedzieć kosztem szczęścia, to wybrałbym jednak to drugie. Bo wolę jednak wiedzieć „z czego się żyje” – nawet kosztem poczucia własnego szczęścia.

*

Czy dobrobyt, (w którym ponoć żyjemy współcześnie) daje nam szczęście i zaspokaja nasze poczucie sensu życia? Czy te wszystkie namiastki i ersatze, którymi karmimy się na co dzień, udawanie beztroski albo narkotyzowanie się byle czym (np. kulturą masową, medialno-plotkarską polityką, konsumpcjonizmem, wirtualnymi światami…) – czy to wszystko może sprawić, że będziemy mogli żyć życiem bardziej szczęśliwym, pełniejszym i satysfakcjonującym?
Wątpię.

*

Być może cierpienie nie jest warunkiem koniecznym tworzenia, ale jednak, biorąc pod uwagę biografię wielu największych twórców i artystów w dziejach sztuki (wliczając w to pisarzy), jest ono w ich życiu istotnie i znacząco obecne.
To cierpienie przenika przecież także całe epoki (np. romantyzm, barok, secesja…), stanowiąc jeden z ich głównych rysów. Niewątpliwie dzieje się tak również dlatego, że cierpienie jest nieodłącznym elementem La Condition humaine – bo jakiemuż człowiekowi nie jest ono znane?

Artyści są tutaj w tej lepszej (?) sytuacji, że mogą poddać cierpienie twórczej transformacji (wyrazić je przed światem, tworząc jednocześnie coś wartościowego dla kultury, coś cennego dla innych). „Zwykłemu” człowiekowi jest pod tym względem trudniej. Choć jeśli się odbiera sztukę (literaturę, muzykę, film…) i jest się w stanie ją „przeżywać”, to wynikające stąd doświadczenie katharsis jest dostępne nie tylko twórcom, ale i odbiorcom sztuki.

*

Natura wdzięczy się i uwodzi wszystkich nas kwiatami. To, że jesteśmy czuli na ich piękno – odbieramy je i się mu poddajemy – to jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo jednak jesteśmy z tą Naturą nadal związani, będąc przecież jej częścią, mimo cywilizacyjnej „emancypacji”.

*

Racją istnienia każdej wiary jest nadzieja na coś lepszego niż to, co spotyka nas w życiu. I to „coś lepszego” ma nas spotkać po śmierci.

Wiara jest też czymś co zastępuje ludziom wiedzę tam, gdzie ona nie sięga.

*

Wczoraj trafiłem na blog osoby, która zmarła na raka parę dni temu. Zaczytałem się, przejąłem… Bliskość śmierci, cierpienie, rozpacz…

To jedno z tych doświadczeń, które zdzierają z nas wszelkie maski, godzą w nasze wrażliwe centrum, rysuje w naszej duszy (wnętrzu) najgłębsze doświadczenie życia i śmierci.

Ale dzięki tej świadomości jestem też wdzięczny (komu? czemu?) za każda przeżytą chwilę.

*

Poraża mnie cudowność życia (choć przerażenie tym życiem też nie jest mi obce).

*

Według mnie każde wybitne dzieło sztuki jest w pewnym sensie moralitetem – tzn. czymś konstytuującym wartości naszej kultury. A to wymaga od twórcy zajęcia konkretnej pozycji – niekoniecznie sędziego expressis verbis, ale właśnie sugerującego swoją pozycję, zdanie, postawę… A to zawsze zawiera w sobie pewien osąd.

Może właśnie sztuką jest to, aby ów sąd niejako ukryć, albo go zniuansować, nie wypowiadać wprost?

*

Film Cristiana Mungiu Za wzgórzami. Głównym jego dylematem jest kwestia wolności człowieka w konfrontacji z jego wiarą i okolicznościami, w jakie wepchnęło go życie. Na ile wiara człowieka jest determinowana przez warunki w jakich przyszło mu żyć? Czy miłość do Boga musi konkurować z miłością do człowieka – a nawet ją wykluczać? Czy dobro, jakie daje człowiekowi wiara (i religia), zbyt łatwo nie zamienia się w zło, które zniewala i niszczy – zarówno jego samego, jak i innych ludzi? Jakie są źródła władzy i czym jest władza w kontekście religii? Gdzie kończy się wiara a zaczyna przesąd – i czy istnieją między nimi jakieś wyraźne granice. Czy warunki egzystencji i sama ludzka kondycja nie wymuszają na człowieku irracjonalnych zachowań? Czym jest Zło, kim jest Diabeł? Czy nieświadomość czynienia zła może zwolnić kogoś od winy, a tym samym i kary?
To nie są błahe pytania.

Wydaje mi się, że Mungiu zrobił ten film dlatego, aby uświadomić nam jednak, że ludzkie intencje czynienia dobra prowadzą czasami (często?) do tego, że człowiek wyrządza zło. Że tak naprawdę klasztorna klauzula, mimo ujmowania ludzi w ścisłe ramy i narzucająca im określony sposób zachowania (a nawet myślenia), może wprowadzić do ludzkich głów zamęt. Że ludzie, tak naprawdę, chroniąc się w murach klasztoru przed prawdziwym życiem (uciekając przed światem?) nie zaznają tam spokoju i nie doznają wolności, a wręcz przeciwnie: stają się (mogą się stać?) zniewoleni nie tylko przez monastyczny reżim, ale też i przez własne lęki i obsesje… Że religia ma ścisły związek z władzą, i że w dzisiejszych czasach bardziej jest przesądem, niż depozytariuszem tradycyjnych wartości… etc.

Oczywiście, że takie podejście reżysera, (które pozwala nam to wszystko sobie uświadomić) zawiera już w sobie pewien moralny osąd, jednakże Mungiu, jako twórca świadomy pułapki wykładania wszystkiego wprost (nachalnie, stronniczo, ostentacyjnie…) swoją pozycję (sąd, wyznawane wartości) niejako kamufluje – wprowadzając argumenty (fakty, motywy, zachowania, słowa…) wspierające „drugą stronę” (stąd ludzka, „niewinna”, a nawet dobrotliwa twarz tych, którzy de facto główną bohaterkę filmu uśmiercili). Muszę się przyznać, że kiedy to sobie uświadomiłem, to pomyślałem nawet o pewnej manipulacji widzem – a przecież można na to spojrzeć zupełnie inaczej: a mianowicie jak na artystyczny zabieg, do którego przecież reżyser ma prawo, a nawet obowiązek.

Lecz z tego wszystkiego bierze się u mnie wahanie: jest w tym filmie osąd reżysera, czy też go nie ma?
Otóż można się tu pokusić na odpowiedź: tak, ten osąd jest, a zarazem go nie ma. Co może wygląda pokrętnie, ale chyba wynika to z natury samej sztuki, która cała jest przenikaniem się prawdy i kłamstwa, pozy i autentyczności, dosłowności i niedomówień, oczywistości i kamuflażu…

*

Wywiad z Woody Allenem. Zastanawiam się nad fenomenem tego reżysera i przychodzi mi do głowy coś nowego – taki mały (a może i wielki?) paradoks. Oto Allen przyznaje się, że jest „bezwstydnym złodziejem” (bo „kradnie”, czy też – nazywając to bardziej elegancko – zapożycza, i to od tych najlepszych: Bergmana, Chaplina, Keatona, Felliniego i in.), a mimo to sam pozostaje nie do podrobienia. Myślę, że coś takiego może być udziałem jedynie wielkiej indywidualności.

No i jeszcze sprawa tego jego (legendarnego już) neurotyzmu.
Ależ oczywiście, że Woody Allen jest neurotykiem (choć sam temu zaprzecza). Mało tego: on jest współczesnych neurotyków królem! Tyle, że od klinicznego neurotyka różni go to, iż jest on człowiekiem niesłychanie kreatywnym, który ten neurotyzm potrafi zaprzęgnąć jak konia pociągowego dla swojej twórczości. Innymi słowy, on ten swój neurotyzm ujeżdża jak łysą kobyłę.

Być może Allen wypiera się neurotyzmu, gdyż zwykle kojarzony jest on z chorobą – a przecież nikt nie chce uchodzić za człowieka nerwowo chorego. Ale akurat w jego przypadku bycie neurotykiem utożsamia się z byciem człowiekiem twórczym.
Zresztą: któż z nas nie jest neurotykiem?

*

Bardzo często odbiór jakiegoś filmu jest po prostu kwestią naszego nastawienia – do reżysera, aktora, tematu… wreszcie do samego filmu. (To zresztą odnosi się także do odbioru każdego wytworu sztuki.) Także kwestią samopoczucia, okoliczności, momentu, w jakim znajdujemy się w życiu…

Odbiór sztuki to jednak sprawa bardzo indywidualna, czasem nawet kapryśna, zależna od tzw. przypadku… sugestii, autosugestii, predyspozycji – niekoniecznie wiedzy.
Chodzi chyba o to, aby w tym wszystkim odnaleźć jakiś wspólne, kluczowe, w miarę obiektywne kryteria, które mogłyby nam pomóc w formowaniu i dzieleniu się bardziej przemyślanymi, głębszymi i adekwatnymi opiniami – które wcale nie muszą być przez to wyrachowane, niespontaniczne.

*

Odnoszę wrażenie, że często to, co ma się ludziom podobać, musi być niejako zatwierdzone przez jakąś instytucję: czy to popularny program telewizyjny, czy też muzeum, operę, filharmonię, wystawę…
Generalnie rzecz biorąc, większość ludzi odbierając sztukę (zwłaszcza masową, ale też i tę „elitarną”) ma tylko złudzenie tego, że myślą samodzielnie, a tak naprawdę poddają się jedynie modzie, sugestii, snobizmowi, pozie…
I co ciekawe: niekiedy zaczyna to nabierać znamion autentyzmu.

*

Wracam do tych kanonów sztuki z uporem maniaka bo zdaję sobie sprawę, że właśnie one stanowią punkt odniesienia, bez którego wszelka dyskusja o sztuce jest niemożliwa (gdyż samo pojęcie sztuki traci wtedy swój sens). A generalnie rzecz biorąc, we współczesnej sztuce dotychczasowe kanony (normy) zostały zniesione (lub rozbite) w imię (moim zdaniem fałszywie rozumianej) wolności artystycznej. Tym sposobem wolność zamieniła się w dowolność a to z kolei w pewien rodzaj rozwolnienia, dzięki czemu do galerii i muzeów zaczęło trafiać dosłownie wszystko: począwszy od muszli klozetowej, przez wszelkiego rodzaju śmieci i złom, po zupełnie nieczytelne bohomazy (lub zgoła puste płótna), o prawdziwym gównie nie wspominając (Manzoni). Osobną działkę stanowi cała masa niedorzecznych instalacji lub jednorazowych pomysłów tak często banalnych i trywialnych, że aż rozbrajających.

Ktoś właśnie zarzucił mi „renesansowość” – ponoć z tego ma wynikać moje „niezrozumienie” sztuki współczesnej.
No właśnie, to co jeszcze nie tak dawno byłoby powodem do chluby, teraz staje się zarzutem. Czy ja się mam wstydzić otwarcia na człowieka, zamiłowania do piękna i harmonii, szacunku dla mistrzostwa, skłonności do ustalenia (i respektowania) pewnych kanonów estetycznych, respektu dla klasyki…?

Ale przecież moje postrzeganie sztuki nie jest tylko „renesansowe”, bo doceniam także znaczenie w niej np. brzydoty, spontaniczności, poszukiwanie nowych dróg… Równie dobrze mogę się zachwycać harmonijną i doskonałą kreską Rafaela, co ekspresyjnie drapieżnym szkicem Egona Schielego, albo delikatnym sfumato Leonarda i prowokacyjną kontrastowością płócien Maneta, Degasa czy Toulouse-Lautreca… Jednym z najbardziej cenionych przeze mnie malarzy malarzy jest np.Van Gogh – artysta raczej odległy od klasycznego zrównoważenia, a przecież człowiek będący artystą par excellence. A przy tym wielkim humanistą.

Zamykamy się, szufladkujemy – węszymy kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem… Budujemy między sobą ściany choć nie jest to wcale konieczne.

*

Czy sztuka może istnieć bez człowieka?

Pojęcie sztuki z konieczności zawężamy do naszego ludzkiego świata. Sztuka jest elementem kultury, której twórcą jest właśnie człowiek. Poza naszym światem, czyli bez ludzkiej perspektywy – sztuka przestaje istnieć (bo nie ma wtedy ani twórcy ani odbiorcy).
No chyba że weźmiemy pod uwagę perspektywę boską (ale ona jest przecież dla nas niedostępna).

*

Lubię trzymać w ręku piękne przedmioty – a jeśli to niemożliwe, to choćby patrzeć na nie, czuć ich obecność, poddawać się ich formie…
Ale nie jest to tylko sensualne wrażenie – lubię sobie wyobrażać, że przedmioty także mają coś w rodzaju duszy. Dlatego możemy wejść z nimi w pewien związek – nie tylko fizyczny.
Czasem może być to zwykłe, proste, gliniane naczynie – ślad czyjegoś istnienia.
Dowód na istnienie własne?

*

Androgyne – pełnia czy ułomność?

*

Po co mężczyźnie sutki?

Stuprocentowy mężczyzna i stuprocentowa kobieta to ekstrema nienaturalne, czyli w przyrodzie niewystępujące.

W każdym mężczyźnie jest anima (pierwiastek kobiecy), w każdej kobiecie zaś animus (pierwiastek męski).

*

Świat w rzeczywistości – jako całość – pozbawiony jest płciowości. Stąd wynika nasza semantyczna dezorientacja, kiedy usiłujemy go nazwać i opisać słowami innymi, niż rodzaj nijaki.

Dlaczego siła jest rodzaju żeńskiego a strach męskiego?
Dlaczego np. Księżyc jest w naszym kraju męski a już np. u Anglosasów kobiecy?

Świat w swojej istocie jest bezpłciowy, jakkolwiek kłóciłoby się to z pejoratywnym wydźwiękiem, jaki nadajemy temu słowu.
Bezpłciowy, czyli pełny.

*

Męski, kobiecy…
Atrybuty płci nie mają metafizycznego zastosowania.
Wbrew temu, co sądził Schopenhauer, nie ma, moim zdaniem, czegoś takiego jak „metafizyka miłości płciowej”. Jest tylko metafizyka miłości.

A jednak w naszej kulturze pojęcia „męstwo”, „kobiecość” wydają się być czymś esencjonalnym – konstytuować jakieś centrum, stanowić punkt odniesienia.
Stąd wynika nasz sprzeciw (niechęć, awersja) wobec „bezpłciowości”, czy też „dwupłciowości”.
Stąd dyskryminacja (tępienie, nienawiść, odrzucenie) homoseksualisty; stąd ośmieszenie (wyszydzenie) transwestyty czy transseksualisty.

*

W politeizmie daje się zauważyć większą tolerancję dla homoseksualizmu, niż w monoteizmie. Także dla hermafrodytyzmu.

Jednakże bezpłciowość aniołów łagodzi nieco odium seksizmu wśród zastępów oddających cześć jednemu, patriarchalnemu Bogu.

*

Dlaczego przydajemy płeć Bogu?
(Innymi słowy: jaki sens może mieć płeć Boga?)

*

Nie znam nic piękniejszego i bardziej ekstatycznego niż widok nagiego kobiecego ciała wyłaniającego się z mroku niedostępności – jaśniejącego erotycznym blaskiem w tym jednym spazmatycznym momencie (mikro)kosmicznego zespolenia.

Podejrzewam, że osoby homoseksualne również mogą odczuwać podobnie.
I jest to naturalne.

*

Androgynia jest czymś bardziej totalnym, niż jednopłciowość, która zresztą pociąga za sobą pewne wyobcowanie – podobnie jak wyobcowany może stać się człowiek, który nie godzi się na swoje seksualne zdeterminowanie.

*

Jesteśmy przede wszystkim ludźmi, dopiero później istotami płciowymi.

*

Wbrew temu, jak byśmy mocno chcieli zaprzeczyć, podobieństwa nasze (nas – czyli istot uważających się za „mężczyzn” i za „kobiety”), spotykają się w hermafrodycie.

Erotyzm nie jest tylko funkcją płciowości, czy też koniunkcją odrębnych płci.
To wzajemna atrakcja poszukujących się kawałków układanki zwanej życiem.

Genitalia nie muszą tu mieć coś do rzeczy.

*

Moja znajoma S. napisała kiedyś do mnie (w związku z poruszonym przeze mnie tematem hermafrodytyzmu): „Niedawno szukałam w bibliotece książek polecanych mi przez ciebie, ale że są nieosiągalne więc zaprzyjaźnione ze mną panie bibliotekarki podsunęły mi pokrewną w temacie Nieoczekiwaną zamianę płci Cezarego Harasimowicza. Najpierw książka okropnie mnie nudziła i nie mogłam zmęczyć pierwszych dziesięciu stron, ale że nurtowała mnie ciekawość dlaczego panie, które wiedzą co lubię czytać, podsunęły mi takie badziewie, więc byłam uparta.
Właściwie było warto, choć książka sama w sobie nie jest jakimś białym krukiem. Dobrze się bawiłam przez jedno popołudnie, bo dowcipnie została pokazana zamiana płci między prezydencka parą RP.
Jak to parafrazował Harasimowicz, kobieta i mężczyzna mogą bardzo się starać zrozumieć druga stronę, ale jednak nie da się zmienić faktu, że „wy jesteście z Marsa, a my ze Snikersa”.

Na co odpowiedziałem (chyba jednak zbyt serio): Tak, sprawą „zamiany płci” można się nieźle bawić, ale niestety, dla dotkniętych płciowym „niedookreśleniem” ludzi, jest to ciągle tragedia (głównie wskutek naszych stereotypowych wyobrażeń o płciowości człowieka i społecznemu, ciągle mającemu miejsce, ostracyzmowi osób o niejednoznacznie zdeterminowanej płci).

A dlaczego tak się dzieje?
Otóż właśnie dlatego, że (nadal) zbyt mocno nasze człowieczeństwo identyfikuje się z płcią. Nie traktuje się „obojniaka” jako człowieka, tylko jak jakiegoś dziwoląga, „wybryk natury”, czemu zresztą, często podświadomie, poddaje się on sam – sam za takiego się uznając, i przez to cierpiąc, bo społeczeństwo nie przewidziało dla niego – w tej postaci – żadnej roli.

A przecież wcale tak nie musi być. Bowiem traktowanie człowieka w związku z jego płciowością, to tylko kwestia kultury, obyczajowości, podejścia do ludzkiego seksualizmu… (a więc tego co jest względne – co się kulturowo zmienia, i co kreujemy my sami – jako ludzka społeczność).
W Azji osoby transseksualne traktowane są zupełnie inaczej (bardziej tolerancyjnie), niż to odbywało się w naszym kręgu kulturowym – i to do niedawna.

Można jeszcze raz powtórzyć: na człowieka trzeba patrzeć przede wszystkim jako na istotę ludzką, a nie płciową. Innymi słowy: płeć jest w człowieku czymś wtórnym, drugorzędnym wobec jego człowieczeństwa – co oczywiście nie znaczy, że nieważnym.

Naturalnie płciowość ma swoją wartość – co jednak wcale nie musi wiązać się z wartościowaniem „lepszy – gorszy”.

Powoli dochodzimy do uświadomienia sobie tego, ale „obciążeń” cywilizacyjnych (kulturowych), pod tym względem, nie da się, ot tak – z dnia na dzień – przeskoczyć.

*

W poezji, według mnie, bardzo ważne są autentyzm oraz szczerość.
Poezję, w moich oczach weryfikuje coś, co dawniej nazywało się „natchnieniem” (niestety, strasznie staroświeckie, zbanalizowane i wyświechtane to pojęcie) – czyli moment (chwila), kiedy człowiek ma wrażenie, iż – tylko proszę się nie śmiać! – wstępuje w niego jakiś „duch”, ogarnia go jakaś zewnętrzna (wewnętrzna?) siła i napięcie; że przechodzi on niejako na inny stopień świadomości, gdy wszystko zaczyna postrzegać w innym nieco świetle – poddając się czemuś w rodzaju lirycznej iluminacji.
Oczywiście nie wszystko jest poezją, ale w takim momencie wszystko zaczyna wydawać się poezją.

Bycie poetą to właśnie możliwość doświadczania takich stanów.
Według tej definicji, poetami bywają także ci, którzy – z różnych przyczyn – nie zapisują takich stanów w słowach; także ci, którzy te stany zapisują za pomocą np. barw (malarze), kształtów (rzeźbiarze), dźwięków (muzycy)… etc.

A jeśli chodzi o podatność na poezję?
Najgłębiej (i najbardziej autentycznie) można ją przeżyć (odebrać) wtedy, kiedy samemu jest się zdolnym do wejścia w stan przypominający właśnie „natchnienie”, „flow”, czyli, poniekąd zestroić się z poetą, odtwarzając (we własnej „przestrzeni duchowej” – czyli wrażliwości, wyobraźni…) ów specyficzny i unikalny moment, w którym powstał wiersz.

Konkludując: poezja nie znosi udawania.
(A może ja tylko piszę o jednym z rodzajów poezji?)

*

Temat poezji to jednak skomplikowany temat.

Moim zdaniem, w żadnej innej sferze literatury nie jest tak ważna szczerość i autentyzm odczucia, jak właśnie w poezji. Wprawdzie są tacy, którzy tworząc „poezję” zaczynają (po jakimś czasie, rutyniarsko) stosować swoje warsztatowe sztuczki, ale to jest – jakimś szóstym zmysłem – do przejrzenia i taka poezja, moim zdaniem, się kompromituje i lirycznie unicestwia.

Podobnie nie uznaję poezji, która powstaje w sposób „mechaniczny”, drogą nazbyt luźnych (a dowolnych) skojarzeń; również takiej, która lekceważy formę, nacechowana jest językową dezynwolturą i swoistym „widzimisizmem”…

*

W poezji polskiej istniał nawet (w okresie międzywojennym) kierunek zwany autentyzmem, postulujący, iż przedmiotem poezji może być tylko to, co stanowi osobiste przeżycie autora, a więc wywodzące się z jego własnych doświadczeń życiowych – odnoszące się tylko i wyłącznie do jego osoby i otoczenia, w którym żyje.

Moim zdaniem jednak to nic innego, jak narzucenie poezji drastycznego ograniczenia – pętanie jej, ujarzmianie, wtłaczanie we własne, dość ciasne podwórko z mocno ograniczoną perspektywą. Jednym zdaniem – pozbawianiem poezji jej istoty, czyli mocy, którą czerpać może ona z bezgranicznej swobody myśli i wyobraźni. (Nic dziwnego, że postulowana przez „autentyków” szczerość i bezpośredniość, wyprowadziła ich głownie na wieś – bo do takiej tematyki, koniec końców, zaczęła się ograniczać ich twórczość.)

Jednakże, w moim pojęciu, warunkiem autentycznego doświadczenia poetyckiego (zarówno jeśli chodzi o tworzenie poezji, jak i jej odbiór) wcale nie musi być osobiste przeżycie – czyli własne doświadczenie życiowe. Natomiast bardzo przydaje się wyobraźnia, wrażliwość i empatia.

*

Sztuka (czyli w pewnym sensie, coś „sztucznego”) pozwala człowiekowi – wskutek ogromnej mocy ludzkiej wyobraźni i inwencji – na pewne wyzwolenie się od siebie samego (oczywiście, że będzie to zawsze do pewnego stopnia iluzoryczne), na próbę wejścia w obcą skórę, doświadczenia odmiennych stanów, wyobrażenia sobie alternatywnych osobowości, zaprzęgając przy tym swoją naturalną zdolność do empatii, współodczuwania, wykorzystując uniwersalność ludzkich uczuć…

Tołstoj nie musiał być kobietą, ani tym bardziej Anną Kareniną, by stworzyć jedną z najbardziej przejmujących (i tak! – autentycznych) kobiecych postaci, odtworzyć (w niezwykle przekonywujący sposób) jej ból, tragizm i cierpienie.
Podobnie Flaubert – choć sam powiedział, że „Pani Bovary to ja”, to przecież nie znaczy, że był kobietą, ale że wszedł w duszę swojej bohaterki, dzięki czemu potrafił oddać (autentycznie) jej odczucia, opisać je tak wiarygodnie – i to bardziej wiarygodnie niż niejedna kobieta, która by się znalazła w jej sytuacji.

*

Jeśli jakiś utwór (literacki, czy jakikolwiek inny) do mnie trafi, zachwyci mnie, spowoduje że przeżyję coś niezwykłego… to nie ma to dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, czy napisała go kobieta, czy mężczyzna, ani też – czy napisał go człowiek chory czy też zdrowy, mulat, mańkut czy kaleka.

Dzieło sztuki pozostaje dziełem sztuki – bez względu na osobę twórcy, autora (w tym jego płci, czy stanu zdrowia), bez względu na okoliczności, w jakich powstało.

Mężczyzna może pisać z perspektywy kobiecej znacznie lepiej, niż zrobiłaby to kobieta (tzn. bardziej przekonująco… a wtedy „wydźwięk” tego co pisze może być bardziej kobiecy, niż w przypadku, kiedy autorem byłaby kobieta).
Jest to sprawa talentu, zdolności do empatii, wrażliwości, maeastrii władania słowem… a nie tego, czy ma się pochwę czy członka.

Tak więc: czytając jakiś wiersz, nie musimy od razu sprawdzać płci autora, ani nawet… znać jego nazwiska. Przy odbiorze danego utworu, nie powinno to mieć w zasadzie żadnego znaczenia. Liczy się artystyczna skuteczność, (czyli moc „wydźwięku” słowa).

*

Ktoś zwrócił mi uwagę na to, że regulaminy konkursów literackich wymagają tylko „podpisania” pracy godłem (pseudonimem). Jury nie wymaga podawania stanu umysłu wraz z danymi osobowymi (dane o autorze w osobnej zamkniętej kopercie opatrzonej godłem).
To jest trafna uwaga.
Chodzi o to, by nie sugerować się niczym innym, jak tylko wartością artystyczną utworu (odrzucając „dane osobowe” możemy mieć do czynienia niejako z artystyczną „nagą” prawdą).

Nie chcę jednak, by mnie tu źle zrozumiano.
Bowiem ja sam zazwyczaj zainteresowany jestem osobą twórcy (a w przypadku niektórych nazwisk – to nawet bardzo), często też okolicznościami, w jakich powstawał utwór, (gdyż interesuje mnie coś takiego jak psychologia twórczości) ale to jest jednak zupełnie inna sprawa.

Uważam, że wartość artystyczna utworu jest w pewnym sensie czymś autonomicznym w stosunku do osoby twórcy i warunków, w jakich powstawał dany utwór. Co nie znaczy, że nie może on nabrać dodatkowych znaczeń, niuansów i odcieni w konfrontacji z naszą wiedzą o autorze i okolicznościach, w jakich był tworzony.

*

Podczas jednej z naszych rozmów o muzeach Paryża, Cz. wspomniała o wspaniałym muzeum Rodina, gdzie znajduje się również wiele rzeź wykonanych przez Camille Claudel, rzucając taką oto uwagą: „Z całym szacunkiem dla Rodina, w zestawieniu z Camille, zawsze miałam wrażenie, że w jej pracach jest więcej polotu, subtelności i finezji…”

Byłem skłonny się z tym zgodzić.
Rodin był (jest) bardziej taki… solidny, zdecydowany, pewny, monumentalny, zwalisty (no tak się złożyło, że są to… surprise!, tzw. „męskie” cechy) – czasem także manieryczny i karykaturalny, (lecz, po prawdzie, która epoka nie jest manieryczna, a przesadna ekspresja – karykaturalna?). A jednak w pewnym okresie tworzyli oni (razem) bardzo podobnie (cóż, w końcu Camille była uczennicą Rodina).

W Camilli, zanim się poznali, musiało już tkwić ziarno szaleństwa, które wybuchło, kiedy zorientowała się, że Rodin już jej nie kocha tak namiętnie, jak dawniej (a może już w ogóle jej nie kochał?). Te wszystkie gwałtowne uczucia (łącznie z gorączką tworzenia) ją spaliły.
Jej historia mentalna przypomina biednego Nietzschego, który, podobnie jak ona, spędził kilkadziesiąt lat w stuporze i apatii, nic już nie tworząc. Camille w zakładzie dla obłąkanych przebywała 30 lat.
To może świadczyć o tym, że oboje doświadczyli podobnych napięć (zarówno wzlotów, jak i upadków), od których jedyną ucieczką okazała się ucieczka w obłęd.
Mimo swojej kruchości jednak – byli wielcy.

*

Zupełnie nie interesuje mnie merkantylna strona „przemysłu” filmowego. Mam też ten komfort, że nie jestem związany z żadnym środowiskiem filmowym, ani tym bardziej z żadną opcją polityczną (czy społeczną), z którą muszą się liczyć np. zatrudnieni w jakichś pismach dziennikarze – krytycy. Ale nawet wtedy, kiedy publikowałem w prasie, nigdy nie pisałem pod żadną z góry przyjęta tezę, ani czegoś, co byłoby zgodne z oczekiwaniami wydawców.

Kiedyś rozmawialiśmy o tym (korespondencyjnie) z Zygmuntem Kałużyńskim, (który zawsze był dla mnie przykładem człowieka niezależnego w swoich opiniach) i zgodziliśmy się w jednym: jeśli ktoś jest związany z danym środowiskiem filmowym (a tak się sprawy mają z większością krytyków) to nigdy nie będzie zdolny do obiektywnego wyrażenia swojej opinii (publicznie). To jest w sumie zrozumiałe i ludzkie: jeśli z kimś się spotykamy na stopie towarzyskiej, to inaczej będziemy podchodzić do twórczości takiego człowieka (np. filmowej, ale nie tylko), niż wtedy, kiedy jest to człowiek nam (osobiście) nieznany.

Inną jeszcze sprawą jest koniunkturalność (konformizm, oportunizm), pisanie „pod układ”, w czyimś interesie, z obawy o własną pozycję… etc.
Jeśli to wszystko weźmiemy pod uwagę, to możemy sobie uświadomić, pod jaką presją może być – i jakimi pobudkami może kierować się krytyk. Dlatego ja – nawet tej  „profesjonalnej” – krytyce często nie dowierzam. A i tak czasami mi się zdarza, że nie mogę się pozbyć zdziwienia, kiedy czytam (ub wysłuchuję) czyichś opinii.

*

W., w jednym ze swoich komentarzy cytuje to, co kiedyś napisałem (przy okazji recenzowania filmu M. Szumowskiej Sponsoring): „William Blake napisał w The Marriage of Heaven and Hell, że więzienia zbudowane są z kamieni prawa, a burdele z cegieł religii. Czyli wynika z tego, że burdel jest pewnego rodzaju więzieniem.” a następnie stwierdza: „Mój wniosek z tego cytatu jest inny. Tak jak ‚skutkiem ubocznym’ prawa są więzienia pełne przestępców, tak ‚skutkiem ubocznym’ religii (zasad moralnych zawartych w postawie religijnej) są burdele, które pozwalają na spełnienie potrzeb blokowanych przez religię. W tym kontekście burdel staje się więc w pewnym sensie przestrzenią ‚wyzwolenia’ a nie więzieniem.”

Ja wiem, że taki oczywisty wniosek ze stwierdzenia Blake’a narzuca się (najprawdopodobniej) wszystkim, którzy się z nim stykają (bo chyba to samo miał na myśli sam Blake), ale ja celowo – z przekory i może nieco prowokacyjnie – zinterpretowałem to inaczej, bo jednak wydało mi się trafne porównanie burdelu do więzienia.

Moim zdaniem więzienie nie jest „skutkiem ubocznym” prawa, tylko ludzkich skłonności do aspołecznych zachowań (czyli zachowań przestępczych, takich np. jak kradzież, zadawanie gwałtu innym ludziom, morderstwo… – które prawo stara się eliminować).
Podobnie burdel nie jest „skutkiem ubocznym” religii, tylko dysproporcją między popytem (nadmiar popędu seksualnego człowieka) a podażą (zastosowanie/ograniczenie tego popędu co celów stricte reprodukcyjnych gatunku Homo sapiens) – którą usiłują regulować nasze normy i kodeksu moralne (w czasach Blake’a opierające się na podstawie religijnej bardziej zresztą, niż dzisiaj).

Trudno mi się zgodzić z tym, że burdel jest przestrzenią „wyzwolenia”… chyba że wyzwolenie weźmiemy właśnie w cudzysłów, który według mnie implikuje właśnie owego burdelowego „wyzwolenia” iluzoryczność.

Zresztą, nie chcę pisać o oczywistości, że tzw. „domy publiczne” były – i są nadal – miejscem gdzie zmusza się wiele młodych dziewczyn do prostytucji, stosując wobec nich szantaż i zastraszenie. Są też powodem tzw. human trafficking – współczesnej formy niewolnictwa.

*

Małgorzata Szumowska w jednym ze swoich wywiadów mówi o różnicy w podejściu do seksu kobiet i mężczyzn: „Kobiety potrzebują tego inaczej niż mężczyźni. U kobiet jest ta tęsknota za miłością, za namiętnością – to ma być spotkanie metafizyczno-erotyczne.”

Ale ja też bym tak chciał, mimo że jestem mężczyzną.

*

Temat seksu wiecznie żywy.

S., przeczytawszy moja recenzję z filmu Mój tydzień z Marilyn, a w niej moje zwierzenie [„Nic na to nie poradzę, ale pierwszym głębszym (?) wrażeniem jakiego doświadczyłem w zetknięciu się z Marilyn Monroe, był widok jej biustu w pamiętnej scenie na jachcie (z Tony’m Curtisem) w Pół żartem, pół serio. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać to, że miałem wówczas kilkanaście lat i po nocach śniły mi się moje panie nauczycielki – w sytuacjach bardziej uwzględniających ich ciała i aparycje, niż mądrość i wiedzę. Ale nawet teraz, kiedy już człowiekowi jest łatwiej (?) utrzymać swoje żądze w ryzach, wybierałem się do kina raczej nie po to, by intelektualnie (i chłodnym okiem) ogarnąć (i przerobić sobie ponownie) kulturowy fenomen bogini seksu, ale by bardziej zmysłowo poczuć ów nieprzemożny kobiecy sex-appeal, który był istotą pozycji Marilyn Monroe w masowej wyobraźni całego zachodniego świata, opanowanego wówczas przez hollywoodzką mitologię ekranowych bożyszczy i przesiąkniętego uwielbieniem dla gwiazd kina.”], napisała: „Wiem, że już w chłopięcym wieku snułeś swoje erotyczne fantazje wywołane postacią MM, a i dziś ciągle wywołuje Twoje męskie westchnienia. Ale jak to jest, że jedną kobietę nazywa się prostytutką, a inną wynosi na piedestał? Przecież kryteria oceny są jedne dla wszystkich, zachowania dziewczyn i MM identyczne, skąd więc tak różne oceny? Oczywiście nie wnikam w jej aktorski fenomen tak jak i nie wnikam w to, na jakich być może wysokiej klasy profesjonalistów wyjdą dziewczyny po ukończeniu studiów na kierunkach na których się uczą. Nie wnikam, bo bez znaczenia jest zawód, wykształcenie czy pozycja zawodowa. Meritum dyskusji jest moralność, rzeczywiste zachowania kobiet (a tym samym mężczyzn) oraz nasz szacunek dla prywatności innych i poszanowania ich praw. Potrafisz odpowiedzieć, jak udaje Ci się – przy całym (niezdarnie tu skrywanym) niesmaku dla postaw dziewczyn – zachwycać jednocześnie MM?”

Cóż, odpowiedzieć spróbuję.

„…dlaczego jedną kobietę nazywa się prostytutką, a inną wynosi na piedestał?”
Bo nie wszystkie prostytutki są boginiami seksu dla całego świata.
A już poważniej: oczywiście, że zachowanie Marilyn Monroe było niemoralne (chodzi mi o spanie z kim popadnie), ale przy tym była właśnie kobietą niepowtarzalną (a o jej niepowtarzalności akurat nie decydowało to, że była puszczalska – to jest aż nazbyt powszechne – tylko jej niebywały urok osobisty, sex appeal, uroda, no i oczywiście gwiazdorska sława).
Ponadto (nie powinno Cię to dziwić) to nieprawda, że jeśli uznaję jakąś kobietę za niemoralną, to automatycznie przestaje mnie ona pociągać… Wręcz przeciwnie. Jedno nie ma nic wspólnego z drugim – moje hormony nie znają moralności (jeśli już to „bożą wolę”.)

Podobnie erotyczne fantazje – one wydobywają się z takich głębin, do których ja (świadomie) nie mam dostępu, i nad którymi nie mam kontroli.

Jeszcze jedno chciałem tu zdecydowanie podkreślić: ja nie czuję do postępowania dziewczyn uprawiających sponsoring niesmaku, a tym bardziej nie czuję niesmaku do nich samych (zwłaszcza do tych, które tak smakowicie wyglądają). Może z wyjątkiem kobiet naprawdę wulgarnych (czy też zachowujących się wulgarnie), żadne inne zachowanie kobiety „rozwiązłe” czy też uważane przez ogół za niemoralne, nie budzi we mnie takiego uczucia (absmaku). Odnosi się to nawet do prostytutek – ja w tych kobietach widzę przede wszystkim ludzką istotę (no, nie zawsze jednak „przede wszystkim”, to tell the truth). Ani mi w głowie pogardzać nimi, czy też w jakiś sposób „potępiać” – nie czuję wobec nich żadnej odrazy (choć oczywiście, nie ze wszystkimi z nich chciałbym się znaleźć w łóżku).

To prawda, że ja również niekiedy usprawiedliwiam, łagodzę, wybielam i utylizuję (sprawy związane z seksem). Także mam ambiwalentne podejście do seksu, bo (jak każdy zresztą z nas) odczuwam swego rodzaju dysonans (konflikt?): między atawistycznym popędem, jakiego doświadcza człowiek (zwłaszcza mężczyzna – bo popęd seksualny mężczyzn jest jednak silniejszy) a stworzoną kulturą, która usiłuje te atawizmy okiełznać i kontrolować.

Czy wymagasz jeszcze ode mnie, abym się przyznał do tego że jestem grzeszny, albo że zdarzyło mi się zachowywać niemoralnie (jeśli zastosować powszechnie przyjęte, a właściwie deklarowane, normy moralne)?
Przecież napisałem to wyraźnie w moim tekście.

I tak, tak… miewam erotyczne fantazje, jak każdy zdrowy mężczyzna.
I podobają mi się różne kobiety.
Choć ta, którą kocham, jest jedna.

*  *  *