ARUBA – wyspa szczęśliwa

.

Malowniczo pokręcone drzewo divi-divi (Libidibia coriaria) cieszy się największym wzięciem wśród fotografów

.

       „One Happy Island” – lubią o swoim miejscu zamieszkania mówić Arubańczycy. Ale jak z tym szczęściem jest w rzeczywistości? Pewnie tak jak w życiu – czyli różnie. Jednak to prawda, że na tej karaibskiej wyspie dużo ludzi się śmieje, tańczy i śpiewa. I nie są to tylko turyści ze statków wycieczkowych, czy plażowicze, a przede wszystkim rdzenni mieszkańcy.
A jest ich na wyspie ponad 100 tysięcy. Głównie są to Kreole i Latynosi, którzy stanowią miks różnych ras – w tym Europejczyków, Indian i potomków czarnych niewolników. Jest też kilka tysięcy Holendrów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że każdy obywatel Aruby jest jednocześnie obywatelem holenderskim. Wyspa stanowi terytorium autonomiczne, ale wchodzi – wraz z innymi wyspami Antyli Holenderskich – w skład Królestwa Niderlandów, więc jej mieszkańcy są formalnie poddanymi królowej holenderskiej.
Językiem urzędowym na Arubie jest (używany w sprawach formalnych) język niderlandzki, ale jest nim także (używany powszechnie na co dzień) kreolski język papiamento, będący przedziwną mieszanką wielu języków (głównie hiszpańskiego i portugalskiego). Ze zdecydowaną większością mieszkańców można się wszak dogadać po angielsku, gdyż na wyspę przylatują (i przypływają) przede wszystkim Amerykanie (stanowiąc ok. 80% wszystkich turystów odwiedzających Arubę). Obecnie – od czasu, kiedy przestały tu działać rafinerie i podupadł eksport aloesu – turystyka przynosi wyspie największy dochód.
Aruba jest jedną z trzech wysp Małych Antyli, które czasami nazywa się Wyspami Podwietrznymi ABC (Aruba, Bonaire, Curaçao) i jest położona zaledwie 24 km od wybrzeży Wenezueli. A jest to dystans krótszy niż długość wyspy, która wynosi niecałe 30 km. (Jej szerokość to niewiele ponad 8 km.)
Każda z karaibskich wysp jest inna, ale Aruba wyróżnia się wśród nich szczególnie. Choćby tylko tym, że rośnie tu zdecydowanie więcej kaktusów, niż palm, a to z powodu klimatu, który co prawda jest tropikalny i gorący, ale jest jeszcze przy tym półpustynny. Istnieje też różnica bardziej konkretna: Arubę omijają huragany. Za to wieje tu niemal zawsze wiatr (pasat) – bardziej wszak dla ochłody, bo porywisty to on nie jest (chyba, że jesteśmy na wschodnim wybrzeżu wyspy). Pogoda niezbyt zmienia się w ciągu roku, średnia temperatura dnia to 28 °C, zaś ilość dni słonecznych w roku jest tu większa niż na jakiejkolwiek innej karaibskiej wyspie (poza archipelagiem ABC).

Spacer po plaży o poranku – niezmącony, relaksujący (Eagle Beach to prawdziwy skarb Aruby)

.

       Aruba słynie z klimatu, słońca, plaż i nurkowania – i jest to sława zasłużona. Tutejsze plaże są piękne. Największą popularnością cieszą się zwłaszcza dwie, położone w zachodniej części wyspy: Eagle Beach i Palm Beach – szerokie, długie na parę kilometrów spłachetki lądu z pisakiem białym jak cukier, obmywane turkusową wodą Morza Karaibskiego. Jeśli są „popularne” to można się na nich spodziewać sporego tłumu plażowiczów. Przy czym więcej ludzi można spotkać na leżącej bardziej na północ Palm Beach (w rejonie tzw. high-rise, czyli „wysokopiennych” luksusowych resortów w rodzaju Ritz, Marriot, Riu, Hilton…), niż na Eagle Beach (rejon slow-rise, zdominowany przez mniejsze resorty „niskopienne”).
Ta ostatnia była naszą ulubioną plażą. Jakichś szczególnie wielkich tłumów na niej nie było (zwłaszcza spacerując rankiem dzieliliśmy ją z kilkoma zaledwie takimi jak my rannymi ptaszkami). Tutaj też najczęściej kąpaliśmy się i pływaliśmy. Skąd się wzięła nazwa Eagle Beach, to doprawdy nie mam pojęcia, bo orłów tu się raczej się uświadczy. Są za to osobliwe – ale dzięki temu bardzo fotogeniczne – drzewka divi divi: niewiarygodnie powykręcane, chylące się w stronę morza i aż dziw, że do tej pory żywe, bo każdego dnia dotykane i ściskane przez setki ludzi. Drzewka są dwa, ale oblegane jest zwłaszcza jedno z nich, bo każdy chcą zrobić sobie przy nim zdjęcie. (Podejrzewam, że jest to najbardziej obfotografowywane drzewo na Karaibach.)
Są jeszcze inne plaże, wśród których najbardziej znana jest położona na południu wyspy Baby Beach. Jadąc tam można jednak przeżyć szok na widok monstrualnej (opuszczonej i niszczejącej) rafinerii naftowej (ongiś jednej z największych na świecie, przerabiającej ropę naftową przewożoną tu z pobliskiej Wenezueli). Baby Beach znajduje się w sąsiedztwie rafinerii, ale na szczęście nie jest ona z tej plaży widoczna tak bardzo, by komukolwiek zepsuć uciechę z plażowania, opalania się, pływania i kąpieli.
Można powiedzieć, że Aruba to istota o dwóch twarzach. Jedna z nich – ta skierowana na zachód – znaczona jest pięknymi, stworzonymi do wypoczynku piaszczystymi plażami, gdzie morze jest zwykle łagodne i spokojne, a jego woda szafirowa; druga zaś – ta zwrócona ku wschodowi – jest dla tej pierwszej niczym Mr. Hyde dla Dr. Jeckylla: ostre i poszarpane skalne urwiska, smagane szaleńczo przez potężne spienione fale i prawie że sztormowy wiatr (to widok, który robi wrażenie, zwłaszcza jeśli ktoś przyzwyczaił się już do łagodności pierwszego oblicza/osobowości wyspy).
Cóż, być może dlatego ta wschodnia część wyspy wydaje się niektórym z jej gości ciekawsza? Na pewno warto się tam wybrać – nie tylko po to by zobaczyć ten fantastyczny krajobraz i poczuć potęgę morskiego żywiołu, ale również dlatego, że znajduje się tam jeszcze kilka interesujących miejsc.

Przeprawa przez drogi i bezdroża Parku Narodowego Arikok to doświadczenie diametralnie różne od plażowania

.

       Najważniejsze z nich to Park Narodowy Arikok – ciągnące się jak okiem sięgnąć wzgórza wulkaniczne pokryte nieprzebytym gąszczem kaktusów (wśród nich wyróżniają się zwłaszcza organowe) i suchokrzewów (typu wilczomlecz mleczny). Są tam nawet jaskinie, wyżłobione przez wodę w skałach wapiennych, powstałych ze spetryfikowanych koralowców (największą i najciekawszą nich Fontein Cave warto zwiedzić). W strefie brzegowej parku znajduje się naturalny basen (Natural Pool), w którym można się kąpać, gdyż jest on od morza – i jego wściekłych fal – oddzielony skalną ścianą. Wielką atrakcją parku był kiedyś most naturalny (Natural Bridge) lecz niestety, runął niedawno pod własnym ciężarem i na jego miejscu zostało tylko skalne rumowisko.
Jest jeszcze kilka innych miejsc, które ewentualnie można na Arubie zwiedzić: latarnia morska California, wulkan Hooiberg, formacja skalna Casibari (z której najlepiej chyba widać prawdziwą, nieturystyczną Arubę), ruiny kopalni złota Bushiribana, farma motyli, plaża flamingów (tam, niestety, bardzo trudno się dostać, a jeżeli już się to uda, to kosztuje to krocie). Ci, którzy nurkują, mają tutaj wiele możliwości – a kto robi to nie tylko z rurką, ale i z akwalungiem, to może u wybrzeży wyspy przeżyć prawdziwą podwodną przygodę, mając do dyspozycji aż siedem wraków (w tym dwa samoloty i robiący największe wrażenie niemiecki okręt SS Antilla, zniszczony w 1940 roku przez samych Niemców, którzy nie chcieli go oddać w ręce Holendrów). Nie sposób przegapić największego miasta – a jednocześni stolicy Aruby – Orenjestad (jak dla mnie zbyt upiększonego, z dziwną architekturą przypominającą jakiś pseudo-kolonialny cukierkowy Disneyland). Trzeba tylko uważać, żeby nie wybierać się do śródmieścia w tym samym czasie, kiedy ze statków wycieczkowych spływają i zalewają miasto tysięczne hordy turystów.
Z tego, co napisałem o rozsianych po wyspie atrakcjach, można chyba wywnioskować, że przebywając na Arubie warto choć na parę dni wypożyczyć samochód (przy czym jazda po terenowych, żwirowo-piaszczystych drogach wschodniej części wyspy, wymaga samochodu z wyższym zawieszeniem – SUV’a, a jeszcze lepiej jeepa z napędem na cztery koła). Jeśli chodzi o nas, to przez cały pobytu na Arubie dysponowaliśmy samochodem, dzięki czemu poznaliśmy wyspę dość dobrze. I muszę powiedzieć, że jej różnorodność bardzo mnie zaskoczyła – pozytywnie, rzecz jasna. Polecam więc przekonać się o tym samemu, ale jeśli ktoś chce spędzić swoje wakacje tylko na plaży, to… voilà!
Jeżeli nie chce się wydawać fortuny na pobyt w hotelu czy resorcie przy plaży, (ceny za noclegi bywają w nich rzeczywiście astronomiczne), to można wynająć jakieś lokum w interiorze wyspy i stamtąd wybierać się na plażę samochodem (wypożyczenie małego samochodu nie jest tu wcale takie drogie). O Arubie mówi się, że wyjazd na nią to kosztowna impreza, ale (z własnego doświadczenia) wiem, że jeżeli zastosuje się ten drugi wariant pobytu na wyspie, to nie wypada to drożej, niż np. wakacje na Florydzie.
Powinienem jeszcze wspomnieć o jedzeniu, które na Arubie jest naprawdę znakomite (całe mnóstwo restauracji serwującej najczęściej owoce morza) ale to trzeba sprawdzić samemu. Dlatego życzę wszystkim Czytelnikom aby mogli się na tej „szczęśliwej wyspie” choć raz w życiu znaleźć, doświadczając jej uroków, piękna i smaków własnymi zmysłami – i na własnej skórze.

*  *  *

.

Wypatrując pirata z Karaibów?

.

.

Drugie oblicze wyspy: dzikie spienione fale, wicher i skalne urwiska

.

.

Skrzydlata, kolorowa, efemeryczna piękność

.

.

Aruba girls, girls, girls…

.

.

I wreszcie: jeden ze słynnych arubańskich zachodów słońca nad Morzem Karaibskim

.

POWIĄZANE WPISY: KARAIBY

.

..

DIVI DIVI TREE

.

.

FOOD

.

.

A NA DESER MOTYLKI

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

KAJMANY – nie tylko raj podatkowy i Siedmiomilowa Plaża

Na pewno Kajmany nie przyciągnęły mnie jako raj podatkowy – miliony dolarów (których nie posiadam) mogłyby więc być chronione tylko hipotetycznie – ale jako karaibska enklawa, gdzie nadal dominuje słońce, woda, plaże i pogodne niebo. Wyspy kusiły jako miejsca, które przenika cały ten tropikalny vibe ciepłych mórz południowych, generowany nie tylko przez klimat, ale przede wszystkim przez zamieszkujących je ludzi.

.

Sunshine Point – samotna palma z widokiem na Morze Karaibskie

.

       Oczywiście fakt, że na Kajmanach ma siedzibę ok 600 banków i spółek powierniczych (w których ulokowanych jest ok. 2 biliony dolarów), ma przemożny wpływ na sposób funkcjonowania wyspy (w niniejszym tekście odwołuję się głównie do Wielkiego Kajmana – wyspy zamieszkiwanej przez 95% z 60 tysięcy stałych mieszkańców archipelagu, w skład którego wchodzą jeszcze dwie niewielkie wyspy „siostrzane”: Mały Kajman oraz Cayman Brac), jednakże nie jest to w stanie zdławić tropikalnego charakteru tego zagubionego na Morzu Karaibskim skrawka lądu.
Przekrój demograficzny Kajmanów jest specyficzny – unikalny, jeśli porównamy go z populacją innych wysp karaibskich – i to nie tylko dlatego, że na Wielkim Kajmanie niewolnictwo nie było tak rozpowszechnione jak w innych rejonach Karaibów, ale przede wszystkim z powodu różnorodności ludności napływowej (tylko połowa mieszkańców pochodzi z wyspy), dzięki czemu doliczyć się tu można ponad 100 narodowości (jeśli zaś chodzi o rasę, to tylko 20% mieszkańców Kajmanów stanowią biali). Najwięcej ludzi przybyło tu z Jamajki, Stanów Zjednoczonych i Kanady, parę tysięcy z Wielkiej Brytanii (bądź co bądź Kajmany to brytyjskie terytorium zamorskie, którego głową pozostaje królowa Elżbieta II).
W charakterze Kajmanów wyczuwany jest więc kosmopolityzm, ale z drugiej strony daje się też odczuć coś w rodzaju lokalnego patriotyzmu, który wynika prawdopodobnie z faktu odizolowania wysp – specyficznego, nawet jak na karaibskie warunki.

       W sumie Wielki Kajman zaskoczył mnie pod wieloma względami. Już wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę wyspę z okna samolotu, zadziwił mnie jej kształt do złudzenia przypominający buta. Kiedy schodziliśmy do lądowania, odsłoniła się przed nami słynna Siedmiomilowa Plaża (w rzeczywistości ma ona długość 10 km) a zaraz potem zbliżyliśmy się do stolicy Kajmanów, miasta George Town, przelatując bardzo blisko nad kilkoma zakotwiczonymi w porcie olbrzymimi statkami wycieczkowymi.
Wkrótce okazało się, że Wielki Kajman – jak chyba żadna inna wyspa na Karaibach – jest pełen kontrastów. I nie chodzi mi tylko o kontrast ekonomiczny, (choć ten najbardziej rzucał się w oczy: zdeponowane w bankowych sejfach góry pieniędzy vs. nie opływający raczej w bogactwo tubylcy; luksusowe resorty, hotele i kondominia okupowane przez nadzianych flotą przybyszów vs. nadzwyczaj skromne małe pastelowe domki zamieszkałe przez „lokalesów”), ale również kontrast… nazwę go topograficzno-ekologicznym. Spodziewałem się bowiem gęsto zabudowanej, wypełnionej szczelnie infrastrukturą wyspy (o niezbyt dużej przecież powierzchni 196 km kw.), a okazało się, że ogromna jej większość porośnięta jest dziką roślinnością tropikalną – ziemią zupełnie niezagospodarowaną, a przy tym niemożliwą do przebycia. Sama Siedmiomilowa Plaża (Seven Mile Beach) – która notabene uważana jest powszechnie za najpiękniejszą plażę Karaibów (i chyba nie ma w tym większej przesady, jeśli weźmie się pod uwagę plaże duże) – jest bardzo zróżnicowana, bo obok dość tłumnie wypełnionych odcinków w pobliżu wielkich hoteli i resortów (takich jak np. Westin, Marriott czy Ritz-Carlton) znajdują się niezatłoczone, spokojne, niemal kameralne miejsca, odwiedzane przede wszystkim przez stałych mieszkańców wyspy.

       Pisząc o Kajmanach nie sposób nie wspomnieć o tutejszych urokach kulinarnych (nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale wielokrotnie spotkałem się z opinią, że Kajmany są stolicą karaibskiej kuchni), bo rzeczywiście jedzenie w miejscowych restauracjach jest wyśmienite (czego niestety nie można powiedzieć o znajdujących się na wyspie supermarketach, wypełnionych sprowadzaną z kontynentu, typowo amerykańską masówką, produkowaną przez żywnościowe kombinaty, na dodatek o wiele droższą niż w Stanach).
Jeśli chodzi o tzw. atrakcje turystyczne Kajmanów, to oczywiście można je sobie „wygooglać” w Internecie (informacji na ten temat jest tam całe mnóstwo). Lepiej będzie, jeśli wyszczególnię je tutaj całkiem subiektywnie, obdarzając każdą małym komentarzem, odnoszącym się do mojego doświadczenia i wrażenia, nie powielającym krążących komunałów.

greydot

Siedmiomilowa Plaża – prawdziwy skarb Kajmanów

SEVEN MILE BEACH. First things first: Siedmiomilowa Plaża – what a joy! Bywaliśmy na niej codziennie, każdego ranka przemierzając kilometry piaszczystego brzegu Morza Karaibskiego, idąc nad turkusowo-akwamarynową wodą obmywającą nasze stopy, czując lekką bryzą, słysząc przyjemnie szumiące fale tuż obok… Naturalnie, codziennie kąpaliśmy się też i pływaliśmy w tej niesamowitej, przeważnie nieskazitelnie czystej wodzie – zjawiskowo przezroczystej, skrzącej się w promieniach słońca… To były momenty, które mogę zaliczyć do najprzyjemniejszych chwil mojego życia – cała ta mieszanka błogości, spokoju – poczucie szczęścia i radości – jedno z najbardziej namacalnych doświadczeń cudu istnienia. (Wiem, że to co przed chwilą napisałem trąci patosem, ale jednak nie ma w tym przesady, bo prawdziwie oddaje moje osobiste przeżycie, bliskie jednak euforii).

greydot

Stingray Citybliskie spotkania z płaszczkami

.

STINGRAY CITY. Kajmański przebój Nr 1 (nie licząc Siedmiomilowej Plaży): bliskie spotkanie z płaszczkami. Wypływa się łodzią na oddaloną o kilka kilometrów od brzegu mieliznę (sand bar) gdzie dziesiątki wielkich płaszczek czekają tylko na to, by rzucić im coś do jedzenia. Ludzie schodzą wtedy do wody i brodząc w niej głaszczą te przedziwne stworzenia (niektórzy to nawet całują je „na szczęście”). Ceremoniał ten odbywa się od lat – ponoć od czasów, kiedy powracający z połowu rybacy zatrzymywali się w tym miejscu i rzucali płaszczkom to, co z ryb wypatroszyli. No i teraz te dzikie ongiś zwierzęta zachowują się jak oswojone, do ludzi są przyzwyczajone. Ze Stingray City podpłynąć można nieco dalej (na Starfish Point), by tam z kolei spotkać się z rozgwiazdami, które mienią się niczym klejnoty na morskim dnie – na piasku lub rafie koralowej, w płytkiej żółto-zielonkawej wodzie. Również i te stworzenia można brać (delikatnie) do ręki, bo podobno nie robi to im żadnej krzywdy.

greydot

Cayman Crystal Caves – podziemny świat (nie)ziemskich dziwów natury

.CAYMAN CRYSTAL CAVES. Muszę się przyznać, że nie spodziewałem się też zastać na Kajmanach tak pięknych i ciekawych jaskiń. Nie tak dawno umożliwiono ludziom ich zwiedzanie. Do tej pory dostęp do nich był bardzo trudny (leżą one w głębi lądu, na wyboistym terenie gęsto porośniętym krzewami i drzewami). Wybudowano jednak specjalnie do tego celu drogę i obecnie można z przewodnikiem zwiedzać kilka grot, zadziwiających bogactwem kształtów i kolorów – kompleks formacji skalnych, unikalnych w tym rejonie globu.

greydot

Cayman Turtle Centre – żółw zielony (choć tutaj tego nie widać) i (ponoć) jadalny (na szczęście już wkrótce miał być wypuszczony do morza)

CAYMAN TURTLE CENTER. Wprawdzie wolę spotykać zwierzęta na wolności – w ich naturalnym środowisku – to wizyta na tej farmie żółwi umożliwiła mi zetknięcie się oko w oko z setkami żółwi wszelkich kolorów i rozmiarów – przyjrzenie się z bliska tym (często zaskakująco pięknym) stworzeniom. Cayman Turtle Center specjalizuje się w hodowli tzw. „żółwia jadalnego” (sam się zdziwiłem, że taka nawa w języku polskim jest poprawna dla tego gatunku; w języku angielskim brzmi to jednak lepiej: green turtle). Żółw jadalny/zielony jest gatunkiem zagrożonym, więc sporo tych zwierząt wypuszcza się z farmy do morza. Nawiasem mówiąc, kiedy w 1503 roku przypłynął na rzeczone wyspy Kolumb, zastał na nich takie ilości żółwi, że nazwał je La Tortugas (co w języku hiszpańskim oznacza nic innego jak właśnie „żółwie”). Ale jeszcze w tym samym wieku ukuto nazwę Kajmany (od caribskiego słowa caimán jakim nazywano żyjącego jeszcze wtedy na Karaibach amerykańskiego krokodyla).

greydot

Vegańskie pyszności – lunch w restauracji VIVO

KUCHNIA. Jak już wspomniałem, na wyspie jedzenie – zwłaszcza to lokalne, przygotowywane na miejscu – jest pyszne. Odwiedziliśmy kilkanaście restauracji (czy też raczej – w niektórych przypadkach – jadłodajni), o różnej klasie i specjalnościach: od bardzo skromnych przydrożnych/przyplażowych budek/baraków/kiosków (jak np. Heritage Kitchen czy West Bay Diner), przez serwujące znakomite dania (kuchni włoskiej, japońskiej, francuskiej… choć oczywiście króluje seafood, czyli owoce morza) restauracje w znośnej i niezbyt wygórowanej strefie cenowych stanów średnich (Casanova by the Sea, Calypso Grill Cayman, Catch Restaurant & Lounge), po fine dining w eleganckich, lekko snobistycznych, lecz mimo to ciągle znakomitych przybytkach sztuki kulinarnej typu Ristorante Pappagallo czy Bacaro.
Każde z tych miejsc godne jest polecenia, lecz nam najbardziej do gustu przypadła leżąca na skalistych klifach, skromna i kameralna restauracyjka VIVO Cafe, którą odwiedziliśmy kilka razy – w dużej mierze ze względu na jej właściciela i zarazem szefa kuchni Francisa, ale przede wszystkim z powodu serwowanych tam niezwykle smacznych i niesztampowych dań, w które wkładał on nie tylko całe swoje kulinarne mistrzostwo, ale i serce. Tak więc, mimo że to dania wegańskie, to i tak uwiodły mnie, niepoprawnego – choć trochę skruszonego już – mięsożercę.

RUM etc… Dużą popularnością – i niezłą opinią – cieszą się również atrakcje związane z produkcją alkoholu (zwłaszcza rumu i piwa): Cayman Spirits Co. Distillery oraz The Cayman Islands Brewery. Umożliwiają one nie tylko smakowanie tych trunków, ale i zapoznanie się z ich produkcją – w sposób przystępny, naoczny, edukacyjny, ale i zabawny (w zależności od posiadanej wiedzy i poczucia humoru prowadzącego turę.

greydot

Rozgwiazdy – Rum Point

– Chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj o miejscu, które na pewno mogę zaliczyć do moich najbardziej ulubionych zakątków wyspy. Leży ono na północy Wielkiego Kajmana, w rejonie zwanym RUM POINT. Chodzi mi o położoną na południe od Rum Point Beach mierzeję, na której znajduje się tzw. SUNSHINE POINT – ławę śnieżnobiałego, miękkiego jak mąka piasku, z naturalną zatoczką pełną – jak się okazało – wielkich muszli (nadal z żywymi mieszkańcami w środku). Spotkaliśmy tam tylko dwie osoby – parę wakacjuszy wynajmujących jeden z pobliskich apartamentów (z którymi wdaliśmy się w długą i ciekawą rozmowę).
Jeśli już trafimy na Rum Point, to warto zajrzeć do znajdującego się tam także (wspomnianego już wcześniej) Starfish Point (nieopodal Water Cay Beach) oraz na plażę Kaibo. W obu miejscach żyją rozgwiazdy.
A jeśli znajdziemy się tam w nocy, to mamy niezwykłą szansę zobaczenia fenomenu bioluminescencji: w małej zatoczce obok świeci nocą plankton – fantastyczne zjawisko, które można zaobserwować w kilku zaledwie miejscach na świecie.

greydot

       O Kajmanach można by napisać znacznie więcej. Może jeszcze tylko napomknę o tym, że wokół wysp żyją koralowce, tworząc piękne kolorowe rafy, które (wraz z całą żyjącą w nich bogatą morską fauną) można oglądać zarówno pływając na powierzchni morza ze snorkelingową rurką, jak i nurkując w jego głębinach z tlenową butlą.
Z tego co wiem, wskutek pandemii trudno się obecnie dostać na Kajmany, lecz miejmy nadzieję, że już wkrótce na świecie zrobi się bardziej normalnie i wyspą będą się mogli cieszyć nie tylko jej stali mieszkańcy, ale i wybierający się tam goście. Czego Wam wszystkim – zainteresowanym podróżą do tego niezwykłego miejsca – życzę.

greydot

greydot

Appendix Nr 1: BISMARCKIA NOBILIS

       Jako dodatek chciałbym również pokazać tu kilka zdjęć zrobionych pewnej roślinnej piękności, rosnącej w ogrodzie, przy domu, w którym mieszkaliśmy na Kajmanach. Jest to tzw. Palma Bismarcka (Bismarckia Nobilis). Do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak nazwano tę piękną palmę (na pewno nie ze względu na mało-urodziwą aparycję „żelaznego” kanclerza). Choć już sam epitet „nobliwa” łatwiej jest zrozumieć. Ta palma z naszego ogrodu miała akurat płeć żeńską, co na pewno wpłynęło na jej urodę, choćby tylko z powodu osobliwych kwiatów i owoców, które można było na niej zauważyć. Miałem wielką przyjemność w jej fotografowaniu, bo różnorodność kształtów i form, jakie się przede mną objawiały, była dla mnie zdumiewająca. Trudno jest uwierzyć, że przyroda – tak sama z siebie i spontanicznie – potrafi stworzyć podobne cuda, i że nasz zachwyt może być wywołany jedynie działaniem ślepego przypadku i ewolucji, posługującej się wyłącznie bezduszną materią i jeszcze bardziej bezdusznymi oraz bezmyślnymi prawami.
Czym w tym wszystkim jest piękno?
Zważywszy na to, że jest ono obecne w przyrodzie – i to często w formie niewiarygodnie wyrafinowanej i zachwycającej – wydaje mi się nieprawdopodobne, by ewolucja nie podlegała również jakiemuś prawu, które uwzględnia także estetykę stworzenia, na którą uwrażliwiony jest nie tylko człowiek, ale i wszystkie inne istoty żywe.
Zapraszam więc do zadziwienia się takim jednym drzewkiem z kajmańskiego ogrodu.

PS. Być może to, co odbieramy jako piękno w przyrodzie – czyli obecna w naturze estetyka – wynika z funkcji porządkującej Natury? Może nawet jest to odbicie (echo) jakiegoś Wyższego Porządku?

greydot

Appendix Nr 2: OGRÓD BOTANICZNY KRÓLOWEJ ELŻBIETY II

       To, co napisałem powyżej o estetycznym wymiarze ewolucji, jak najbardziej odnosi się też do jeszcze jednego miejsca, o którym chciałbym tutaj napisać, ilustrując to małą galerią zdjęć. Wizyta w Ogrodzie Botanicznym im. Królowej Elżbiety na Kajmanach (sama monarchini osobiście dokonała jego otwarcia w 1994 roku) była dla mnie czymś zaskakującym, gdyż – zważywszy na dość skromne zainteresowanie tym miejscem wśród odwiedzających Kajmany turystów – nie spodziewałem się zastać tam jakichś imponujących atrakcji (w rodzaju tych, które zobaczyłem np. w Królewskim Ogrodzie Botanicznym na Sri Lance czy w Ogrodzie Botanicznym w Singapurze). A jednak, zamiast spędzenia tam paru chwil, nasza wizyta przeciągnęła się do ładnych kilku godzin. Nie tyle ze względu na rozległość i rozbudowane zagospodarowanie ogrodu, co z powodu niezwykłości rosnących tam roślin-eksponatów. I znów ta zadziwiająca inwencja Natury, przykuwająca oczy, zdumiewająca różnorodnością form – z wyłaniającym się z każdej rośliny pięknem. Niestety, nie udało nam się – nawet na szlaku Woodland Trail – spotkać słynnego legwana niebieskiego, który endemicznie występuje tylko na Wielkim Kajmanie, i którego gatunek próbuje się tutaj uchronić przez zupełnym wyginięciem. Na szczęście rosnące w tym ogrodzie rośliny skupiły na sobie naszą uwagę i mam nadzieję, że nasz podziw dla nich znalazł swoje odbicie w prezentowanych tu zdjęciach.

greydot.

HAWAJE – EDEN W ŚRODKU NICZEGO (zapiski hawajskie)

W kraterze wulkanu Puʻu Mahana nad zieloną plażą Papakōlea (Big Island of Hawai’i)

*

„Żaden inny obcy kraj na świecie nie ma dla mnie tak mocnego i głębokiego czaru jak ten, żadna inna ziemia tak nieustannie i nieubłaganie nie nawiedza mnie – na jawie i we śnie, przez połowę mojego życia – jak właśnie Hawaje. Wszystko inne mnie opuszcza, ale nie to; wszystko inne się zmienia, ale to pozostaje takie same. Ciągle czuję łagodny powiew tamtego powietrza, nadal widzę jak letnie morze połyskuje w słońcu; słyszę rozbijające się o brzeg fale; widzę spowite girlandami skały, spadające kaskady, palmy skłaniające się sennie na brzegu, odległe szczyty górskie unoszące się niczym wyspy nad morzem chmur; czuję duchy leśnych samotni, słyszę pluskanie strumieni; w moich nozdrzach ciągle jest zapach kwiatów, które zwiędły dwadzieścia lat temu.”

Kto by pomyślał, że autorem tych słów tak kwieciście opiewających Hawaje jest Mark Twain, jeden z najbardziej prominentnych amerykańskich prześmiewców, który zwykle suchej nitki nie pozostawiał na miejscach, do jakich w życiu podróżował. Jednakże fragment ten nie pochodzi z jego słynnych „Listów z Hawajów”, które pisał w latach 60-tych XIX wieku, podczas swojej pierwszej, czteromiesięcznej wizyty na wyspach, tylko z wykładu jaki dał ponad 20 lat później.
Jakże więc można dziwić się tej fali mitologizującej i uromantyczniającej Hawaje, która przewaliła się przez świat cały w następnym stuleciu, trwając właściwie po dzień dzisiejszy, skoro uległ temu nawet tak przenikliwy, trzeźwy i pozbawiony złudzeń człowiek jak Samuel Clemens?
Lecz potrzeba raju w ludzkich marzeniach wydaje się być nieprzemożna. To nic, że jest to raj kreowany zwykle na potrzeby masowej turystyki.

Jaki jest więc ten hawajski Eden?
Cóż, jak każdy raj, ślizga się on po cienkiej krawędzi dzielącej rozkosz od nudy – między aktywnym zażywaniem frenetycznej radości a biernym, lekko ogłupiającym lenistwem. To, jakiego doświadczenia Edenu doznasz, zależy jednak od Ciebie – bo nawet w raju, zwłaszcza tym ziemskim, nie ma żadnej gwarancji na to, że rozkosz, przyjemność i szczęście podane Ci zostaną jak na tacy, i że każdy załapie się tu na te wszystkie atrakcje bez żadnego wysiłku.

Leciałem na Hawaje z całą świadomością owych istniejących tam niebezpieczeństw. Ale czułem się w miarę bezpiecznie, tym bardziej, że nie była to moja pierwsza wyprawa na wyspy. Tym razem jednak Hawaje miały być tylko dla mnie (i dla osoby, która mi towarzyszyła, of course) – w przeciwieństwie do wyjazdów poprzednich, które, jakby nie było, miały charakter… powiedzmy sobie… służbowy.
Tym razem na rajskie doświadczenia miałem ponad trzy tygodnie – wcale nieźle, nawet jeśli postanowiłem rozłożyć ten czas pobytu na cztery wyspy: Oahu, Maui, Big Island i Kauai.

O każdej z tych wysp książkę napisać by można (nawet jeśli nie jest się Jamesem Michenerem), jednak skromne ramy tego bloga, tudzież (nie)cierpliwość (co poniektórych) Czytelników, niezbyt zachęcają mnie do przepastnego rozwodzenia się nad Sandwiczowym Archipelagiem (jak pierwotnie nazwali Hawaje Europejczycy – a konkretnie James Cook, który oficjalnie dotarł na nie w 1778 roku jako pierwszy z europejskich żeglarzy… co jest jednak wątpliwe, bo najprawdopodobniej uprzedzili go w tym, i to o dobre półtora wieku, wszędobylscy Hiszpanie).
Pozwolę więc sobie na przedstawienie tu jedynie części moich notatek – szkicu o plażach, Waikiki, drogach, przygodzie w Dolinie Waipio…  oraz  na wyznanie, że jeszcze kiedyś do tematyki hawajskiej chciałbym powrócić.

Plaża Palihale i strome skalne klify wybrzeża Napali (Kauai)

*

PLAŻE

W naszej wyobraźni obraz plaży tkwi najczęściej w wersji zbanalizowanej: żółty piasek i turkusowa woda, a nad tym wszystkim bardziej lub mniej przechylona palma. Jest ten obrazek niczym więcej jak efektem reklamowej kampanii przemysłu turystycznego podsycającego ludzkie marzenia o egzotycznym raju, gdzie pierzchają wszystkie nasze utrapienia i gdzie można oddawać się niczym nie skrępowanemu, relaksującemu wypoczynkowi (vel lenistwu).

Dla mnie jednak plaża jest ciekawym tworem, który w paradoksalny sposób łączy w sobie dwie – wydawałoby się – wykluczające się nawzajem cechy: wieczność i nietrwałość.
Plaża reprezentuje wieczność bo tworzy się z materii poddanej przeobrażeniom przez siły działające nań przez setki milionów lat (piasek gromadzony przez fale na plaży jest niczym innym jak skutkiem erozji – rozkruszania skał i sedymentów).
Plaża jest nietrwała, bo ulega ciągłej przemianie powodowanej przez potężny żywioł, jakim jest morze i ocean.
Fenomenalna poniekąd sprzeczność.
Może właśnie dzięki niej, spacerując, siedząc lub leżąc na plaży odczuwamy podświadomie to, że  jesteśmy gdzieś na granicy tymczasowości i wieczności? Że każda fala, rozpryskując się o brzeg lub skały, ma swój nagły kres, a jednocześnie – rozmywając się – tworzy następną i następną… i tak w nieskończoność?
Myślę, że w tym właśnie leży przyczyna tego, że przebywając na plaży, czujemy się często jakby zahipnotyzowani morzem, oceanem.

Jeśli miałbym wymienić rzeczy, które najbardziej lubię w życiu i które dostarczają mi niewypowiedzianej… hm… trudno to nazwać… błogości, odprężenia i prostej radości istnienia – to bez wahania zaliczyłbym do nich spacer po plaży oraz pływanie w morzu czy też w oceanie. Nie jest to jednak li tylko przyjemność wynikająca z fizycznego wysiłku, czyli wydatkowania i rozpraszania własnej energii. Jest to dla mnie również – jakkolwiek zabrzmiałoby to pretensjonalnie – doświadczenie duchowe.
Przypomina mi się tutaj coś, co przed laty napisałem w Miami Beach na Florydzie:

Bezmiar oceanu ma w sobie coś hipnotyzującego. Szum fal, przenikliwy lazur, barwy, które są odbiciem nieba…
To jednak tylko powierzchnia kryjąca głębię – toń ciemną, zimną i nieprzeniknioną. Słońce sprawia, że zapominamy o tej czarnej otchłani. Ciepłe promienie koją nas i zniewalają, przypisując jednoznacznie widzialnemu światu.
Ponad godzinę płynę już wzdłuż brzegu, nie czując pod stopami dna. Po jednej stronie dal niebieskich wód, po drugiej – pełna ludzi plaża. Trwająca chwilę pokusa, by zwrócić się ku bezkresnemu horyzontowi. Zbyt mocno jednak czuję się jeszcze dzieckiem słońca. I ta radość kiedy znów poczuje się grunt pod nogami.
Zmęczony idę po ciepłym piasku – po śladach innych ludzi, szybko rozmywanych przez fale.

Radość, która żyje i pulsuje wokół nas – i w nas.
To znów lgnący do wszystkiego smutek i żal.
Wieczne falowanie…
*  *  *

zachód słońca nad Ni’hau

*

Plaża plaży nierówna. I nie chodzi tu tylko o ich różnorodność geologiczną, topografię, środowisko naturalne… Również o jej… populację, czyli o to jak często i jak licznie jest ona przez ludzi nawiedzana.
Oprócz plaż „miejskich”, takich jak położona nieopodal Honolulu Waikiki Beach, są plaże tzw. „dzikie”, gdzie nie uświadczy się żywej duszy. Plaże miejskie wzbudzają jedynie moją ciekawość – nazwę ją – antropologiczną (trudniej byłoby mi napisać „kulturową”, bo jakaż to na plaży może się przejawiać kultura?). Natomiast plaże dzikie (lub „pół-dzikie”) to nie zmącony cywilizacją kontakt z żywiołem natury (nie ważne, czy dostarczający nam ukojenia, czy też wprost przeciwnie: pewnego rodzaju niepokoju, który wszak zawsze jest czymś podniecającym).
Jedną z najbardziej niewiarygodnych plaż na jakich zdarzyło mi się być, jest słynna, położona w Rio, Copacabana. Zagęszczenie na niej kolorowych tłumów i jeszcze bardziej kolorowych parasoli jest niewiarygodne. Tylko trochę ustępuje jej pod tym względem jej sąsiadka – Playa Ipanema.
Natomiast jedne z najbardziej dzikich plaż, na jakie udało mi się w życiu dotrzeć, to plaże pacyficznego wybrzeża Oregonu, ale i… to była dla mnie niespodzianka – plaże karaibskie, także te znajdujące się na Wyspach Dziewiczych, które to wyspy przecież, skądinąd takie dziewicze bynajmniej już nie są.

Połów ryb na czarnej plaży (Big Island)

*

Plaże wypełnia nie tylko piasek (w kompleksach miejskich często zresztą uzupełniany przez ciężarówki). Także kamienie i żwir, bardziej lub mniej skruszone muszle i korale, oraz – co jest powszechne na Hawajach – zastygła czarna lawa. Naturalnie, najlepiej chodzi się po plażach piaszczystych, jednak wg mnie, najbardziej fotogeniczne są plaże kamieniste i żwirowe. Bo to właśnie na ich pourywanych i postrzępionych klifach rozgrywają się najbardziej dramatyczne spektakle, jakie urządza podczas sztormów Natura (czego doświadczyłem chyba najmocniej w kanadyjskim Parku Narodowym Pacific Rim położonym na północny zachód od Vancouver).

Plaża plaży nierówna również dlatego, że i piasek piaskowi nierówny. Bo z jednej strony – jak to jest w przypadku florydzkich plaż nad Zatoką Meksykańską – mamy bielutki i drobniutki jak cukier puder piasek, (będący efektem trwającej kilkaset milionów lat erozji Apallachów, z których to gór został on zniesiony do zatoki przez strumienie i rzeki); z drugiej zaś posiadający wiele odcieni piasek plaż położonych po atlantyckiej stronie amerykańskiego wybrzeża, który oprócz kwarcu posiada także wapienne drobiny muszelek i koralowców.
*  *  *

Zadziwienie – na zielonej plaży Papakōlea (Big Island)

*

Na Hawajach, naturalnie, oprócz plaż klasycznych z zieloną palmą, turkusową wodą i żółtym piaskiem, są także plaże dziwolągi, które wszak przy odrobinie krajoznawczej przychylności nazwać można plażami niezwykłymi, a ulegając pewnemu entuzjazmowi – fascynującymi. Bo któż z nas nie byłby zadziwiony, a w niektórych wypadkach – zachwycony czy zdumiony, gdyby nagle znalazł się na plaży, której piasek jest… czarny, czerwony, albo nawet… zielony?
A na hawajskich wyspach, owszem – takie dziwy się zdarzają.

Oto na Big Island znajduje się znana geologom całego świata Plaża Zielonego Piasku Papakōlea powstała wskutek erozji wulkanicznego stożka Pu’u Mahana. Kolor swój zawdzięcza małym kryształkom olivinu, zwanego też hawajskim diamentem. Nie prowadzi do niej żadna droga – trzeba jechać jeepem przez wertepy, lub iść parę godzin na piechotą. Na Maui, nieopodal Hana jest zaś Plaża Czerwonego Piasku zwana przez Hawajczyków Kaihalulu – utworzona przez zerodowaną skałę bogatą w związki żelaza. Jej głęboka czerwień kontrastuje z niebieską wodą oceanu, czarnym klifem i zielonymi drzewami tworząc dość zdumiewający konglomerat. Też trudno dostępna. Większość plaż Wielkiej Wyspy (Hawaii) jest czarna. Najbardziej znaną (i niestety – ze względu na łatwy do niej dostęp – najbardziej obleganą) jest Punaluu, Plaża Czarnego Piasku położona na wschodnim zboczu wulkanu Mauna Loa. Powstała w miejscu, gdzie do Oceanu wlała się lawa, która stygnąc zamieniła się w czarny bazalt.
Wszystkie te kolorowe plaże budzą zrozumiałe zainteresowanie, ale żadna z nich nie jest jednak w stanie przebić, jeśli chodzi o przyjemność plażowania, zwykłych, rzec można swojskich, plaż, na których leży piasek żółty.

WAIKIKI

Plażowy szyk i elegancja (Waikiki Beach)

„Najsłynniejsza” plaża na świecie jest plażą sztuczną. I jest to znaczące: sztuczny raj, który udaje „raj” tropikalny. Lecz nie jest to bynajmniej raj i nie tropik, tylko – gwoli ścisłości – sub-tropik. W języku rdzennych Hawajczyków waikiki oznacza „tryskającą wodę”, ewentualnie „źródło” lub „strumień”, bowiem było ich tutaj przed rozrostem honolulskiej metropolii kilka. Niestety, jeśli w jakiś sposób one przetrwały, to zostały wchłonięte przez okalające Waikiki (rozumiane tu jako rozbudowane przedmieście Honolulu) kanały. Naturalnie, była tu jeszcze przed tą cywilizacyjną inwazją dzika plaża (nota bene uczęszczana przez hawajską „arystokrację”, w tym tę „królewską”), lecz z czasem uległa erozji i budowlanym przeobrażeniom nie do poznania. Doszło do tego, że zaczęto zwozić na nią piasek sprowadzany z… Kalifornii.

Plaża jest zaskakująco krótka – liczy niewiele ponad pół kilometra – ale nagromadzone na niej tłumy sprawiają, iż wydaje się ona sporym organizmem, pewnego rodzaju mikrokosmosem tworzącym swój własny klimat. Wejść na nią to jak zanurzyć się po uszy w ludzką magmę osobników oddających się temu, co określa się mianem „plażowania”, czyli wszelkiej aktywności związanej z obecnością słońca, piasku i wody. Należy jednak zauważyć, że w wielu przypadkach owa „aktywność” ogranicza się do leżenia plackiem na ziemi i smażenia się w promieniach palącego się na niebie słońca.

Waikiki to kolorowa i hałaśliwa mikstura snobizmu, proletariackości, luksusu, szczęścia, mizerii, luzu, napięcia, dezynwoltury, konwenansów, piękna, brzydoty… czyli wszystkiego tego, co tworzy ludzki biotop, na dodatek skondensowany tu na małym spłachetku ziemi, stanowiący epicentrum powszechnego zainteresowania i przyciągający całe mnóstwo nie zawsze pasujących do siebie elementów i indywiduów.
Skąd ten misz-masz? Otóż ze współistnienia obok siebie – i to w pozbawionej większego dystansu bliskości – skrajnie różnych socjologicznie sfer: wymieszanie się klas, gdzie na jednym biegunie znajduje się nieprzyzwoita nędza widocznych niemal na każdym kroku bezdomnych, a na drugim… równie nieprzyzwoite bogactwo i zbytek reprezentowany przez gości bogatych ekskluzywnych mega-resortów tupu Hilton, Hyatt, Sheraton, Marriott…

Bezdomny na Kalakaua (Waikiki, Oahu)

Oczywiście, że homelesi przytłoczeni są całym tym rozbuchanym konsumpcyjnym zgiełkiem (a większość z oddających się owemu niczym nieskrępowanemu używaniu wszelkich możliwych uciech i dóbr, zapewne w ogóle ich nie zauważa – lub udaje, że nie zauważa).
*  *  *
I jeszcze jedno. Nocny spacer rozświetloną, kolorową aż do bólu oczu promenadą Kalakaua muszę uznać za najbardziej nudną i nużącą dla mnie godzinę spędzoną na Hawajach. I bynajmniej przyczyna tego nie leżała w trwającym wiele godzin locie samolotem przez Pacyfik.
Kalakaua biegnie równolegle do plaży Waikiki, której nie można jednakże widzieć, jako że po obu stronach tej ulicy znajdują się wspomniane już resorty, które już dawno zatraciły swój nimb ekskluzywności, stając się czymś w rodzaju okazjonalnego substytutu zaspokajającego (chwilowo i dość iluzorycznie przecież) snobistyczno-konsumpcyjne aspiracje tzw. upper-middle-class.
Kalakaua to także jeden wielki ciąg sklepów i handlowych „galerii”, gdzie przewalające się tłumy poszukują… właściwie nie wiadomo czego, a jeśli już znajdują, to najczęściej rzecz, która do niczego nie jest im potrzebna, będąc po prostu zbytkiem – kompulsywnym zaspokojeniem potrzeby posiadania, którą zaszczepiła w nich cywilizacja materialnego „sukcesu”, gromadzenia „dóbr” i rozchełstanego konsumpcjonizmu. Do sklepów już nie chodzi się wtedy, gdy człowiekowi coś potrzeba; do sklepów się chodzi – i w nich kupuje – dlatego że one są i dlatego, że postępują tak inni.

HAWAJSKIE DROGI (I BEZDROŻA)

Hawajskie drogi to nie tylko typowy pan-amerykański kontrast ale i miejscowy szok. Ich jakość rozciąga się od super-nowoczesnej wielopasmowej autostrady na Oahu po pełne błota dziury i wertepy obecne już na wszystkich wyspach, gdzie tylko koleiny i ślady jeepowych opon wskazują na obecność czegoś, co można nazwać prowadzącym dokądś traktem.
Trudno sobie wyobrazić bliższe poznanie hawajskich wysp bez dysponowania własnym (a ściślej – wypożyczonym) samochodem. Aby jednak trafić do najbardziej „dzikich”, a tym samym najbardziej niezwykłych i ciekawych zakątków, należy dysponować jeepem, a co najmniej SUV-em z napędem na cztery koła.

Nieraz zastanawiałem się, czy aby to, że pozwala się na istnienie takich „dróg” nie jest celowe. Bo przecież cóż to dla amerykańskiej technologii i budowlanych środków utwardzić, wyasfaltować czy też wybetonować drogę – o czym świadczy choćby obecność takichże dróg w najbardziej nawet niewiarygodnych miejscach amerykańskiego kontynentu? Czy przypadkiem nie chodzi tu o utrudnienie dostępu masowej turystyki do pewnych wybranych miejsc? O niedopuszczenie do stratowania ostatnich połaci dzikich zakątków? O zlitowanie się nad fauna i florą – czyli o zachowanie pewnych rezerwatów przyrody w stanie nieskalanym zbytnio motoryzacyjnym hałasem i spalinami? Pewnie o wszystko po trochu. A efektem – przynajmniej jeśli chodzi o nasze egoistyczny instynkt odkrywania i eksploracji – jest również poczucie pewnej ekskluzywności i dreszczu przygody.
Powiedzmy sobie jednak szczerze: jakież może nam grozić niebezpieczeństwo w miejscu gdzie ma zasięg nasza komórka?
Chyba jednak może… o czym świadczyły spalone wraki samochodów, jakie pospadały w przepaść ze stromego urwiska na jednej z takich dróg na Wielkiej Wyspie (z tą drogą wiąże się zresztą pewien niezwykły przypadek, jakim nam się tam zdarzył… ale o nim może za chwilę).
*  *  *

W otoczeniu zielonego szaleństwa dżungli – droga do Hana i… zagubiony na niej mały biały samochodzik (Maui)

*

Bez przesady można stwierdzić, że na Maui istnieje jedna z najbardziej malowniczych dróg na świecie. Jest to słynna Droga do Hana, prowadząca wzdłuż wybrzeża, po północno-wschodnim stoku wulkanu Haleakala. 80 kilometrów, 56 mostów i 617 zakrętów nad spienionym Oceanem, wśród tropikalnej roślinności, obok wodospadów, poszarpanych, utworzonych przez czarną lawę brzegów, podtopionych pól uprawnych taro, bambusowych zarośli, cyprysowych gajów…
Tak, droga do miejscowości Hana jest asfaltowa, ale za tym miasteczkiem, (które bardziej przypomina nadmorską wioskę) nagle jeszcze bardziej się zwęża,  kończy się asfalt, a zamiast niego mamy piasek i żwir, a na dodatek, w pewnym momencie natrafiamy na szlaban ze znakiem „Road closed. Local traffic only”.  Tutaj przestaje działać  polisa ubezpieczeniowa kompanii wypożyczających samochody (a tym samym kończą się żarty), natomiast zaczyna jeszcze ciekawszy i jeszcze bardziej niezwykły odcinek drogi, po której jadąc można okrążyć Haleakalę i przedostać się na drugą stronę wyspy.
Co też uczyniliśmy i muszę przyznać, że oprócz tego, że ten fragment drogi należał do najciekawszych na całej naszej trasie, to była to jednocześnie droga najbardziej wstrząsająca… także z powodu niezliczonej ilości dziur i wybojów, które zelżały dopiero wtedy, gdy wjechaliśmy na rozległe, falujące łagodnie zielone łąki i rancza pełne pasących się, swojsko wyglądających, choć czarnych jak najczarniejsza lawa, krów.

PRZYGODA NAD DOLINĄ WAIPIO

Gdybym był przesądny (albo wierzył w Opatrzność – co na jedno wg mnie wychodzi) to to, co się wydarzyło na spadzistej  drodze, która prowadziła z wysokiego klifu na dno doliny, uznałbym za oczywistą sprawę działania sił nadprzyrodzonych.
Dolina Waipio należy do najpiękniejszych na całych Hawajach. Leży w północno-wschodnim rejonie Wielkiej Wyspy (Hawai’i), na Wybrzeżu Hamakua. To kilkadziesiąt akrów płaskiej niczym namorzynowa delta ziemi otoczonej amfiteatrem wysokich na pół kilometra klifów, z których spływają liczące po kilkaset metrów wodospady.
Większość z nielicznych, docierających tu turystów, ogląda dolinkę z tarasu widokowego, którym kończy się droga z Hilo.  Niestety, mnie ten tarasik nie mógł zadowolić, więc zdecydowałem się zjechać do Waipio stromą, prowadzącą skalnymi półkami, żwirową drogą. Byłem pewny, że jeep z łatwością z tym sobie poradzi, tym bardziej, że droga przecież używana była nie tylko jako szlak pieszy, ale i uczęszczana była przez mieszkających w Waipio (nielicznych, co prawda) ludzi, którzy każdego dnia pokonywali ją swoimi pick-upami.

Hawajskie drogi (Big Island)

Aby zjechać na dół, należało pokonać jakieś półtora kilometra drogi, co zajmowało ok. 15 minut lub… 15 sekund, jeśli ktoś miał to nieszczęście sięgnąć dna doliny w linii prostej, spadając po prostu w przepaść (a widoczne z daleka wraki potwierdzały, że nie jest to tylko możliwość hipotetyczna).
Byłem już u wylotu biegnącej w dól drogi, kiedy do okna samochodu podeszła kobieta w średnim wieku i zapytała, czy nie mogłaby się z nami zabrać. Nieco zdziwiony zapytałem się, dlaczego nie chce zejść do doliny na piechotę – przecież to taki piękny szlak (wziąłem ją po prostu za turystkę). Odparła, że zawsze stara się aby ją ktoś podwiózł, bo ona… w Dolinie Waipio mieszka. Aaa!  Skoro tak – to proszę bardzo! Zmieniłem bieg na najniższy, nasza pasażerka przypomniała, by sprawdzić również hamulec ręczny (przy okazji zorientowałem się, gdzie go można znaleźć) po czym zaczęliśmy zjeżdżać po niezwykłej stromiźnie na dół. Nie ujechaliśmy stu metrów, gdy wtem silnik Wranglera zgasł, a tym samym przestały działać wszystkie urządzenia elektroniczne, w tym układ kierowniczy i hamulec główny. Samochód bezwładnie zaczął się zbliżać do krawędzi przepaści a ja już oczami wyobraźni zobaczyłem, jak roztrzaskujemy się u podnóża skalnej ściany. Usłyszałem głośne: „handbreak”! i odruchowo zacisnąłem dłoń na hamulcowej rączce. Jeep jednym kołem wisiał już nad przepaścią.

Ale to jeszcze nie był koniec całej przygody. Bo cóż się okazało? Otóż… wskaźnik poziomu paliwa wskazywał „zero”, więc i tak nie mogliśmy ponownie uruchomić silnika. Samochodu nie dało się ruszyć, a na dodatek tarasował on skutecznie całą drogę i nie bardzo było wiadomo, czy można go będzie stamtąd wyholować.
Potrzebna była benzyna, ale jak tu zdobyć na tym odludziu „gas” i to o tak już późnej porze? Ledwie człowiek przeżył a tu znowu wpakował się w niezłe tarapaty.
Ale, ale… czy uwierzycie, że nasza pasażerka wyciągnęła wtedy ze swojej torby… pełen paliwa kanister!? (Benzyna potrzebna jej była do zasilania domowego generatora prądu). Nasze zdumienie (a i radość) nie miała granic. Silnik „załapał”, wszystko zaczęło działać i po kilku minut znaleźliśmy się bezpiecznie na dnie cudownej skądinąd Doliny Waipio.
Zadziwił mnie ten brak paliwa, gdyż przypomniałem sobie, że sprawdzałem jego poziom nie tak dawno i że wskaźniki wychylony był na ok. 1/3 skali. Jednakże, gdy znaleźliśmy się na stromiźnie, cała benzyna spłynęła do dolnej części baku i zasysanie przestało działać. Dziwne, bo co jak co, ale jeep powinien być raczej niezawodny w takich warunkach.

Dzięki tej przygodzie poznaliśmy Kamaleę – bowiem takie imię nosiła nasza towarzyszka, co mnie trochę zdziwiło, jako że była białą kobietą. Mieszkała (samotnie) w Dolinie Waipio już od dwudziestu lat. Urodziła się  na Hawajach, a jej rodzice byli potomkami portugalskich imigrantów, którzy przybyli na wyspy jeszcze w XIX wieku  i zaczęli hodować tu bydło oraz uprawiać kawę.
Nie chciała przyjąć zapłaty za dostarczoną nam benzynę i dopiero później, kiedy już jechaliśmy na nocleg do Hilo, zreflektowałem się, że przecież mogłem – jako symboliczny dowód wdzięczności – podarować jej… ananasa, którego dzień wcześniej kupiliśmy od sprzedającego napoje chłodzące (przy położonej na Maui drodze do Hana) pewnego Niemca. O nim także można by tu opowiedzieć całą historię, jak zresztą i o wielu innych imigrantach, którzy postanowili na Hawajach ułożyć sobie życie, stworzyć swój dom.
Ale o tym to już może innym razem…

* * *

HAWAJSKIE OBRAZY:

Zmierzch na Maui

*

Mierząc się z Wielką Falą srebrnego oceanu (Oahu)

Wodny wachlarz (Kauai)

*

Wszędobylskie palmy (Oahu)

*

Zachód słońca nad Kauai  (Wybrzeże Napali)

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć z ostatniej podróży na Hawaje obejrzeć można TUTAJ (panoramy) oraz TUTAJ (hawajski misz-masz) – w brulionie podróżnym (ilustrowanym), jak również- inny zestaw – TUTAJ – na moim blogu fotograficznym Światowid.

*