STĄPAĆ PO CIENKIEJ LINII – rozmowa z reżyserem „Bożego Ciała” JANEM KOMASĄ

.

W programie tegorocznego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce znalazł się film „Boże Ciało”. Żaden inny film tego przeglądu nie spotkał się z tak wielkim zainteresowaniem publiczności – bilety zostały wyprzedane na wszystkie jego seanse. „Boże Ciało” udało mi się jednak obejrzeć na odbywającym się kilka tygodni wcześniej Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Po projekcji miałem tę przyjemność przeprowadzić długą i niezwykle interesującą rozmowę z jego reżyserem, Janem Komasą.

.

Jan Komasa (fot. Anna Błaszczyna)

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Dobrze pamiętam film „Sala samobójców”, który był Twoim pełnometrażowym debiutem. Bardzo mi się spodobał, był niezwykle ciekawy w formie i treści. Uderzyło mnie to, że był dziełem tak dojrzałym, mimo że został wyreżyserowany przez młodego człowieka, debiutanta, o którym zresztą niewiele wiedziałem. Później było „Miasto 44”, kolejny obraz zwracający na siebie uwagę. No a teraz „Boże Ciało”, znakomicie przyjmowane zarówno przez widzów, jak i krytykę (nagroda dla najlepszego reżysera oraz nagroda publiczności na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni). Wygląda na to, że możesz się już czuć twórcą spełnionym.
Jak to się stało, że postanowiłeś być reżyserem? Co o tym zadecydowało?

JAN KOMASA: Było wiele takich czynników. Ja od początku życia lubiłem wymyślać historie, różne niestworzone rzeczy… I patrzyłem jaki to wywiera wpływ na słuchaczy. Fascynowało mnie np. to, jak mogę straszyć rodzeństwo, kuzynów, rówieśników. Później mi to przeszło w takie różne zabawy z rzeczywistością, do tego stopnia przekonywujące, że te moje powieści stawały się między nami, dziećmi, pewnego rodzaju legendą, która rzeczywiście żyła.
To jest taka chęć, uwielbienie dla fikcjonalizacji wszystkiego, co jest dookoła – i patrzenie jaki to wywiera wpływ na innych. Czyli jestem takim opowiadaczem.
Bardzo dużo czytałem – i nadal to robię – również z moimi dziećmi. Po drodze były graffiti, rysowałem dużo komiksów, uwielbiałem oglądać filmy na VHS-ie, pisałem opowiadania, grałem na pianinie, próbowałem swoich sił w hip-hopie, … no i to tak ewoluowało. Myślałem o studiowaniu muzyki, filozofii, psychologii… Ale kiedy zostałem tatą – w wieku 19 lat – musiałem się zdecydować, no i postanowiłem być reżyserem.
A dlaczego reżyserem?
Mój tata, który sam jest aktorem i pedagogiem, zawsze mówił, że będę reżyserem – ponieważ reżyseria skupia te wszystkie rzeczy.
W reżyserii trzeba umieć pięknie kłamać. Ja to chyba umiem. Czy pięknie? O to się staram. Chodzi o to, żeby to było sugestywne i to „kłamstwo” zamieniało się – w jakiś dziwny sposób – w prawdę. W prawdę dla kogoś ważną.

– Nawiązując do opowieści. To one, tak naprawdę, stworzyły całą naszą kulturę. Mity – także narracja, gdzie komentujemy i interpretujemy naszą rzeczywistość i świat, w którym żyjemy. Nie zdajemy sobie z tego zazwyczaj sprawy, ale my, cały czas, obracamy się w takiej sferze fikcyjnej. To nie znaczy, że nieprawdziwej czy iluzorycznej, ale takiej, która jest wytworem naszej wyobraźni. I tu nie ma nic do rzeczy, czy to jest prawda, czy to jest fałsz. To nam pozwala funkcjonować w społeczeństwie, w kulturze…
Właśnie dlatego możliwe są takie spory, jakie widzimy dookoła nas. Bo kiedy się spieramy, kłócimy, a nawet kiedy prowadzimy dialog… to wtedy nie tyle ważne są fakty, jak to, czy potrafimy naszą narrację „sprzedać”, narzucić innym – to czy nasza narracja potrafi się przyjąć w ludzkim „stadzie” (przepraszam za to brzydkie wyrażenie).

– No właśnie. „Boże Ciało” miało pierwszy tytuł „Stado”.

– A to ciekawe. Nie wiedziałem o tym.
Lecz wracając do naszych sporów. W nich przestają się liczyć fakty – chodzi o to, żeby narracja jednej grupy wzięła górę nad narracją innej.

– To zawsze było narzędziem władzy… i zawsze będzie. Mają władzę ci, którzy potrafią narzucić swoją narrację.

– A że jesteśmy istotami społecznymi, to bardzo łatwo ulegamy jednej narracji, całkowicie odrzucając inną. Dzięki temu to, co nas spaja, łączy i wiąże, jednocześnie nas separuje, dzieli i antagonizuje.
To jest właśnie to błędne koło, w które my, Polacy, jesteśmy schwytani w ostatnim czasie, zwłaszcza od katastrofy smoleńskiej.

– Przydałby się nam jakiś terapeuta.

– Ale to dotyczy nie tylko Polski, prawda?

– W Europie jest to szczególnie zauważalne, bo prawie we wszystkich krajach mamy wzrost napięcia, polaryzację… A komu na tym zależy politycznie, to można dociekać, domniemywać.

– Wykorzystują to politycy.

– Oczywiście. Ale bardzo dużo miesza też Rosja, niestety.

– Miesza, czy może bardziej te zjawiska wykorzystuje? Bo przecież trudno utrzymywać, żeby Rosja stała np.za ruchem Gilets jaunes we Francji, czy Indignados w Hiszpani.

– Rosja tego nie inspiruje absolutnie, ale wykorzystuje sytuację. A że są mistrzami – bo mają świetnych mistrzów szachowych – to potrafią rozgrywać genialnie takie nastroje społeczne. Rosjanie pod tym względem są niedoceniani.

– Zachód jakby tego nie dostrzega.

– A szkoda, bo to co jest korzystne dla Kremla, nie jest korzystne dla nas. Pęknięcia społeczne są absolutnie nie na rękę Zachodowi. Uważam, że Europa cierpi z tego powodu; sądzę, że przez to wzrasta nieufność europejskich krajów między sobą – a to już Europa przerabiała. Ja mieszkam w tym klimacie i widzę co się dzieje.
To uwolnienie granic, które nastąpiło w 1989 roku, było dla nas cudem, i było to wspaniałe. My wszyscy na tym skorzystaliśmy – życie się wydłużyło, ludzie stali się szczęśliwsi, zaczęli lepiej zarabiać… Przez te 30 lat żyliśmy we względnym spokoju, ale teraz, po raz pierwszy za mojego życia odnoszę wrażenie, że nadeszły ciemne chmury… Których się autentycznie boję – widzę je w niepokoju ludzi, tu i tam pobrzmiewających słowach o wojnie, o agresji, wręcz o jakiejś apokalipsie…
My jako kraj, musimy bardzo uważać, żeby się nie poddawać tym różnym manipulacjom z zewnątrz. Nasz sposób na przetrwanie, to jest zachowanie zimnej krwi i nie uleganie emocjom. To powinno być naszym głównym celem. Bo myśmy już to przeszli, bo myśmy już umierali za Ojczyznę milionami… i już dosyć tego! Dlatego powinniśmy być pragmatyczni i jak najbardziej zimni emocjonalnie.

– Z naszym polskim charakterem i temperamentem będzie to raczej trudne.

– Niestety.

– Na dodatek w społeczeństwie polskim rysują się coraz głębsze podziały, stajemy się wobec samych siebie nieprzejednani, wręcz wrodzy. Pogłębia to internet, pogłębiają media.

– Tak, internet niejako zunifikował ludzi w balony – spowodował, że zaczęli oni żyć w swoich bańkach. Np. kiedyś można było siedzieć przy stole z ludźmi o bardzo różnych afiliacjach – można było rozmawiać – i nie czuło się tych różnic tak bardzo. Dzisiaj, tylko po tym co wybieramy do jedzenia, mogę powiedzieć, kto na kogo głosował. Bo wiadomo np., że ktoś, kto głosuje na skrajną prawicę nie będzie weganinem…

– Ludzie jak gdyby zaczęli się przystosowywać do swoich stereotypów.

– Tak, ale też zaczęli totalnie, drobiazgowo dobierać do tych stereotypów swoje zachowanie.

– Bo wtedy można łatwiej się „wymacać” – zidentyfikować swojego lub obcego. No i zamykamy się w tych naszych obozach na własne życzenie. Myślimy, że jesteśmy wolni, a stajemy się w pewnym sensie niewolnikami.

– Pewne cechy zostały właśnie przypisane przez bańki do bardzo konkretnych zachowań.

– Ja myślę, że to się też wiąże w jakiś sposób z obserwowalnym – nie tylko u nas, ale i na całym świecie – odchodzeniem od tej narracji liberalno-demokratycznej. Orientacja polityczna, która nie tyle zbankrutowała, co przestała być tak atrakcyjna dla większości ludzi (a taka się wydawała po upadku komunizmu). Do głosu coraz więcej zaczęły dochodzić formacje konserwatywne, nacjonalistyczne… (Nie chcę używać określeń lewicowy – prawicowy, bo uważam, że te pojęcia we współczesnym świecie straciły swoje – w miarę klarowne – znaczenie, jakie miały w przeszłości. Obecnie używa się ich gównie po to, by „labelować” ludzi – właśnie segregować, tworzyć te podziały, o których mówimy – identyfikować zarówno swoich ideologicznych czy politycznych sprzymierzeńców, jak i przeciwników, często uznając tych ostatnich za wrogów.)

– To jest fenomen światowy – choć w różnych krajach różnie to wygląda. Odniosę się do naszego wspólnego podwórka, bo ja to śledzę, badam… trochę mnie to fascynuje. Otóż my jako kraj, mamy taką „porąbaną” historię. Nam zabory, agresja sąsiadów pozabierały wszystkie możliwości, które były doświadczeniem np. Oświecenia czy rewolucji seksualnej… czyli tego, co Zachód już „przerobił” – przyjął albo wypluł – już dawno temu. Byliśmy natomiast zamykani w tych kokonach, które nam narzucano odgórnie, niestety. Przez to zostawaliśmy zawsze z tyłu.
To, co się teraz w Polsce dzieje, to trochę taka kontynuacja tego, z czym mieliśmy do czynienia w latach 20. czy 30. XX wieku. My, po odzyskaniu niepodległości, mieliśmy jakieś 20 lat na to, żeby porozmawiać o tym, kim jesteśmy po tych 123 latach zaborów: czy my jesteśmy bardziej niemieccy, rosyjscy… czy jacyś inni. I nagle okazało się, że nie ma czegoś takiego, jak „Polak”. To znaczy my możemy sobie mówić, że jest, ale tak naprawdę to go nie ma. Pojedzie się do Szczecina, pojedzie się na Podkarpacie, na Śląsk, do Gdańska, Warszawy, czy na Podlasie… dokądkolwiek się nie pojedzie, mamy do czynienia z różnymi systemami wartości, inną mentalnością – tak samo jak to jest np. w niemieckich landach. Mamy więc bardzo niejednolity obraz samych siebie, a jednocześnie istnieje problem z umową społeczną. Ta debatach zaczęła się u nas po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. I została przerwana – w sposób sztuczny – przez wojnę. Zamiast rozmawiać o tym, jaki kształt powinna mieć Polska, kim powinniśmy być, to zostało nam przerwane na 50 lat. W 1989 roku zostało to znowu uwolnione. Zaczęto wydawać książki, pisma, kręcić filmy… takie, których nie można było robić wcześniej. Mimo wszystko stała się rzecz niezwykła – i co ważne zaszło to bezkrwawo. Naprawdę stał się cud. Wróciliśmy wtedy do tego punktu sprzed 50 lat – do procesu, który nam wtedy przerwano.
Najpierw ta rozmowa była taka… mmm… najważniejsze to się rozwijać, ale później przybrała większą wagę, stała się bardziej ostra…z czym mamy teraz problem w kraju. Generalnie, nikt się tak polityką nie zajmował przez dwadzieścia parę lat. Aż tu nagle spadł samolot i się okazało, że my jesteśmy podzieleni jak nigdy, tylko się o tym tak nie mówiło.

– Do czego się przyłożył też internet…

– Absolutnie! Ale on tylko amplifikował to, co już w nas wcześniej było. Ten internet stał się taką tubą, wszystko wyolbrzymił – spowodował, że my wszyscy tak na siebie krzyczymy. Bo wrażenie użytkownika internetu jest takie, że ta druga strona na niego krzyczy i napiera. Takie wrażenie odnosi każdy uczestnik debaty. A tak naprawdę nie bierze udziału w debacie, tylko, najczęściej, czyta te rzeczy w internecie. Więc to nam tworzy wszystkie strachy, wyolbrzymia… powstaje w sumie coś sztucznego.

– Pogłębiają to media.

– Tak. Kiedyś była taka zasada dziennikarska, żeby zadzwonić zarówno do jednej, jak i drugiej strony, żeby coś zweryfikować. I nie mówić, która strona ma rację, tylko dać to pod osąd czytelnika czy widza. Rolą dziennikarza było przekazać informację, newsa do opinii publicznej. Nie mówiąc, czy to jest źle, czy to jest dobrze… Teraz już w ogóle tego nie ma.

– Nie ma teraz niezależnych mediów – ani z jednej, ani z drugiej strony.

– Nie ma. Dokładnie!

– To wszystko separuje ludzi.

– Tak. I radykalizuje.
A wracając do tego, co mówiłeś o tej kapitulacji strony liberalnej, lewicowej…

– Chodziło mi nie tyle o kapitulację, co wyparcie… Szala jakby bardziej przesuwa się w stronę konserwatyzmu, nacjonalizmu – tego, co nazywa się prawicą.

– Tak, następuje wzrost konserwatyzmu w społeczeństwach na świecie.

– Jaka jest tego przyczyna?

– Powodem są m. in. te podziały, które się utworzyły; merytokracja, wyścig, który jest nierówny dla wszystkich. Niektórzy ludzie poczuli się wykluczeni. Bardzo wyraźnie zarysował się konflikt w podziałach na: miasta – nie miasta; wykształceni bardziej – wykształceni mniej (niewykształceni); ateiści – ludzie religijni… i tak dalej. Wszystko złączyło się niesamowicie w te bańki, o których już wcześniej mówiliśmy.

– Ale przecież poszliśmy do przodu.

– Tak, lecz nie zauważyliśmy tych ludzi, którzy nie byli w stanie ściągać się, galopować. Nastąpiło pewne pęknięcie, rozwarstwienie klasowe, ale również takie porzucenie ideologiczne. Doszedł też element, na który Anda Rottenberg trafnie wskazała: wymiera pokolenie, które doświadczyło skutków nacjonalizmów, autorytaryzmów i propagandy – ludzi, którzy pamiętają wojnę. I nie ma kto tego przekazać dalej. A teraz – i to na całym świecie – następuje, zwłaszcza wśród młodzieży, wzrost postaw jawnie faszyzujących.
No i słyszymy coś takiego, że „Hitler powinien dokończyć to, co zaczął!”, „z wami to do gazu”… Taki hejt, który się teraz wylewa, a którego w takim natężeniu nie było wcześnie – ja przynajmniej czegoś takiego nie pamiętam. On się dostał do mainstreamu.

– Naprawdę?

– Tak uważam. Politycy – z lewa i prawa – przejęli ten język i zaczęli reprezentować postawy, które są bardzo agresywne. I to co było „on the fringes”, na takich marginesach – bo świrów w polityce nigdy nie brakowało – teraz wchodzi do mainstreamu.

– A może tak samo jest to amplifikowane, sztucznie wzmacniane przez internet, a tym samym wyolbrzymiane i wskutek tego przesadzone?
Muszę przyznać, że ja – mimo, że doświadczyłem wojny czy totalitaryzmów na własnej skórze – jestem bardzo na te sprawy uwrażliwiony, także dzięki lekturze Orwella, Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego, czyli pisarzy, którzy (jak chyba żadni inni) dogłębnie wniknęli w istotę totalitaryzmów – genezę zarówno komunizmu, jak i faszyzmu – w horror obozów koncentracyjnych, ludobójstwa na masowa skalę… Dla mnie to są sprawy istotne, które już wcześniej wiele razy przemieliłem w swoje głowie.
Kiedy więc ktoś mówi, że formacja, która doszła w Polsce do władzy sprzyja – czy nawet popiera – postawy faszystowskie, że mamy do czynienia z dyktaturą, że Polacy biorący udział w manifestacji Święta Niepodległości to w większości skrajni nacjonaliści, którzy już niedaleko mają do nazizmu – to ja no to reaguję dość mocno i sprawdzam, czy tak rzeczywiście jest – bo jeśli byłoby to prawdą, to byłoby to dla mnie straszne.
A niestety, całkiem niedawno, w radiu, które skądinąd bardzo cenię (NPR), usłyszałem audycję zatytułowaną: „Extreme Nationalism Is as Polish as Pierogi”. I to mnie wkurzyło. Podobnie jak robienie z nas wszystkich antysemitów, rozgłaszanie po całym świecie, że byliśmy „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników”, „mordercami Żydów”… (Co w takim razie można powiedzieć np. o Hiszpanach, Anglikach, Niemcach, Amerykanach?) To są wypowiedzi, oględnie mówiąc, niefortunne, dla nas Polaków krzywdzące i niesprawiedliwe.

– To jest naturalne, że takie opinie mogą wkurzać. Nie ulega wątpliwości, że wokół nas są i funkcjonują stereotypy narodowe, czego – jako Polak – doświadczam na co dzień, bo jeżdżę po świecie i słyszę jakie różne rzeczy o Polsce się mówi. Oczywiście, że są to krzywdzące stereotypy, z którymi my, Polacy, musimy walczyć. Z różnych powodów się one wzięły, ale niestety są. I one rzeczywiście są karygodne.
Ale faktem jest, że mamy do czynienia ze wzrostem wśród młodzieży postaw faszyzujących. Uważam, że ten wzrost jest znaczny i większy, niż kiedykolwiek. Ja nie pamiętam, żeby wcześniej ktoś mówił, żeby homoseksualistów posłać do gazu…

– A ja pamiętam. I to mnie początkowo bardzo bulwersowało, szokowało wręcz, ale z czasem, doszedłem do wniosku, że podobne zidiocenie jest tak marginalne i sporadyczne, że nie ma co tym tak bardzo się przejmować. Mam nadzieję, że i teraz jest to taki margines.

– Ale jak masz np. stronę, gdzie czytasz: „pedały do gazu” i nagle pod tym masz 30 tysięcy „lajków”, to o czymś to mówi. I mimo, że Facebook takie strony zaraz usuwa, to te świry zawsze znajdą sobie jakieś miejsce, gdzie mogą ten hejt uprawiać.

– Sam nie wiem czym to jest powodowane: nienawiścią, bezmyślnością, chęcią prowokacji, czy też skrajną głupotą?
Najważniejsze, aby te skrajne trendy nie zaczęły przyjmować jakiejś instytucjonalnej, strukturalnej postaci, bo wtedy to naprawdę byłoby groźne. Zresztą, moim zdaniem, te zjawiska są bardziej niebezpieczne na Zachodzie niż w naszym kraju.

– Ja szedłem w marszu Niepodległości, szedłem w marszu Równości i widziałem bardzo fajnych Polaków tu i tu – i wtedy nie było żadnego problemu. Ale widziałem też niefajnych Polaków.
Jednak te skrajne postawy się zamplifikowały i przez ten strach, które mamy już wbudowany, każdy się boi wejść do tego drugiego marszu. Bo ludzie myślą, że w tym innym marszu zostaną… nie wiem… zgwałceni, ich dzieci zostaną spedofilowane, że wszyscy wyśmieją ich wiarę i tak dalej… a w tym drugim marszu każdy się boi wejść do tego pierwszego, bo myślą, że zostaną pobici, wyzwani, opluci, że spotka ich czysta, chamska agresja… Tak więc przykłady na jedno i drugie znajdziemy, przy czym mówię o pewnych postawach, a nie czynach.

– Właśnie, takich konkretnych aktów agresji jest naprawdę mało, częściej odgrywa się to w ludzkiej wyobraźni, w obawach… A strach ma wielkie oczy.

– Uważam, że to czego potrzebujemy najbardziej, to rozmowa… a nie darcie się na siebie i przekrzykiwanie. Potrzebujemy również terapeutów. Potrzebujemy siąść razem przy stole albo przy ognisku… i zjeść wspólnie kiełbaskę.

– Ekologiczną.

– Wegańską.

– À propos konieczności rozmowy. W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Im więcej się ze sobą spieramy, tym, jesteśmy silniejsi i mocniejsza jest nasza tożsamość”.
Czym według Ciebie różnią się od siebie dialog i rozmowa. Czy rozróżniasz nie tylko ich naturę, formę, ale i konsekwencje?

– Spór jest jednak pewnego rodzaju walką. Jest też częścią składową dialogu. Spór „propeluje” dialog, napędza go, powoduje, że on „idzie”… Bo kiedy się we wszystkim zgadzamy, to po prostu… nie ma o czym gadać.
Sporu nie ma co unikać, natomiast odbieranie drugiej stronie prawa głosu, mówienie, że jesteś gorszy i nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego; mówienie, że nie słucham Cię, bo to jest bullshit, bo jesteś głupi… To to jest rzeczywiście obrzydliwe. Powiem wprost: to jest odmawianie komuś prawa do człowieczeństwa. I dotyczy wszystkich stron.
Ale tak jest w internecie, bo w rzeczywistości jest jednak inaczej. Ludzie starają się być mili dla siebie…

– Tak jak my tutaj teraz.

– … a potem siadają przy klawiaturze i są mistrzami klawiatury.

– Użyłeś słowa „tożsamość”. Dlaczego jest ona taka ważna?
Czy stąd nie jest już blisko to nacjonalizmu?

– A właśnie, że nie. Bo jest różnica między patriotyzmem a nacjonalizmem. Ja jestem 100-procentowym patriotą. Kocham kraj, z którego pochodzę, znam jego kulturę, fascynuje mnie ona, fascynują mnie ludzie, którzy w nim mieszkają… Ale nie jestem nacjonalistą, bo nacjonalista stawia własny naród wyżej innych narodów; mówi, że jego naród jest lepszy od innych. Dochodzi do tego element szowinizmu.
My jednak mamy problem z tożsamością. A prawdziwa tożsamość jest ważna, bo według mnie może nas uchronić przed nacjonalizmem.
To tak jak w związku. Chorobliwa zazdrość pojawia się wtedy, kiedy ludzie w siebie nie wierzą. Prawdziwa siła bycia razem – razem w związku, razem w kraju, razem w Europie – polega na tym, że mamy wbudowaną silną tożsamość. I dlatego nie musimy reagować histerycznie za każdym razem, kiedy ktoś zrobi coś strasznego, głupiego… bo umiemy być silni wobec tego. Są narody, które sobie z tym radzą lepiej lub gorzej; są też narody, które mają totalnie rozwaloną tożsamość… Np. Ukraińcy. My jesteśmy w trakcie dyskusji. Ona jest zażarta, ale jest – rozmawiamy ze sobą, spieramy się. Niestety, nie ustrzegliśmy się przed tym, żeby wyłączać mikrofon na mównicy, kiedy ktoś mówi inne rzeczy, niż byśmy chcieli słyszeć.
Musimy przerobić pewne lekcje. Polska nigdy nie przeszła takiego mocnego flirtu z nacjonalizmem…

– I to nas uchroniło choćby przed faszyzmem. Na nasze szczęście zawsze zadawaliśmy się półśrodkami, w przeciwieństwie do naszych sąsiadów, którzy rozpętali zabójczy faszyzm czy komunizm na niebywałą skalę.
Lecz ja uważam, że jesteśmy silni (choć nie jako państwo, bo przez ostatnie kilka wieków braliśmy cięgi ze wszystkich stron). Gdybyśmy tacy silni nie byli, to jako naród byśmy nie przetrwali.

– Oczywiście.

– Takim bastionem tożsamości był zawsze dla Polaków Kościół katolicki. A teraz jest kolejnym powodem do tego, żeby się polaryzować, zwalczać, tworzyć obozy, pogardzać, może nawet nienawidzić.

– Kościół przez 50 lat komunizmu był miejscem, gdzie intelektualiści, artyści mogli się schronić. Traktowali oni Kościół jako miejsce, w który czuli się stosunkowo niezależnie wobec rzeczywistości, która była szara i pod kontrolą służb bezpieczeństwa. Kościół był miejscem szczególnym. Obecność artystów, intelektualistów w obrębie Kościoła w zasadzie nikogo nie dziwiła, ale też wpływała bardzo korzystnie na sam Kościół i bardzo korzystnie na artystów i intelektualistów. Ta ich wymiana myśli – tak skrajnie różnych, o różnym zabarwieniu, nawet lewicowym (przecież chodzili tam Kuroń, Michnik) – tam właśnie miała miejsce. I dzięki temu, zarówno duchowni byli ciekawsi – bo musieli się z tym zderzać, jak i sami opozycjoniści się pogłębiali. Oni wszyscy rośli. Dlatego to pokolenie wasze jest takie ciekawe, bo jest takie… właśnie „wydialogowane”. Niestety, ci ludzie już odchodzą – po obu stronach. A oni nam dawali świadectwo, że można ze sobą dialogować i się nie pozabijać. I nagle ich brakuje.
Po 1989 roku staliśmy się wolni i ludzie nie musieli się już akredytować przy Kościele, żeby wydawać gazety, książki, płyty, komiksy… w zasadzie można było robić wszystko co się chciało – i można to już było robić otwarcie. I wtedy te dwa elementy – artyści i intelektualiści oraz Kościół – zaczęły dryfować obok siebie, jak w każdej w miarę zdrowej demokracji. 30 lat później jesteśmy osobno – podzieleni jak nigdy dotąd. Nagle się okazało, że nie tylko zniknęły pomosty łączące te dwie strony, ale że te strony bardzo się na siebie zbiesiły.
Żyjemy w czasach, kiedy nastąpił drastyczny spadek liczby powołań w Kościele. Największa laicyzacja następuje właśnie w Polsce. Jesteśmy krajem, który – jeśli wierzyć ostatnim badaniom sprzed dwóch miesięcy – laicyzuje się najszybciej na świecie. Wśród ludzi między 18 a 30 rokiem życia, stopień laicyzacji jest niebywały.
I to wszystko są procesy, które są procesami tożsamościowymi, każą na zrewidować swoje myślenie.
Czy należy się ich bać, czy nie?…. nie mówię w ogóle o tym. Jest to zmiana. Zawsze będą zmiany. A my musimy podjąć dialog.
I właśnie mój film „Boże Ciało” stara się podjąć taki dialog – o tym kim chcemy być, jak mamy postępować. Chodzi jednak o to, żeby – bez względu na to, gdzie to pójdzie – wzajemnie się szanować.

– Jestem na gorąco po obejrzeniu Twojego filmu i muszę Ci powiedzieć, że bardzo mnie on zaskoczył. Wydaje mi się, że dokonuje on swoistego cudu, bo potrafi jednoczyć ze sobą ludzi, i to znajdujących się po obu stronach tego podziału, o którym tu mówimy. Z tego co wiem, film cieszy się także znakomitym odbiorem wśród krytyków, bez względu na ich sympatie polityczne, światopogląd czy stosunek do Kościoła w Polsce. Mam wrażenie, że dzieje się tak dlatego, że nie opowiada się on jednoznacznie po żadnej ze stron, ma uniwersalną wymowę, nie krytykuje wprost ani ludzkiej religijności, ani Kościoła katolickiego jako instytucji; a przede wszystkim pokazuje wszystkich ludzi z… ludzkim obliczem – z ich słabościami, rozterkami… Uświadamia nam, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy tacy sami – że wszyscy odczuwamy, cierpimy, cieszymy się tak samo.
Twój film, swoją drogą, jest bardzo przewrotny, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Bo np. główny bohater, który jest kłamcą, mówi prawdę; jest „złoczyńcą”, ale czyni dobro; jest fałszywym księdzem, ale zachowuje się bardziej po chrześcijańsku, niż inni księża…

– Uważam, że film pięknie pokazuje to, że ludzie, którzy się tak różnią, powinni być jednak – tak po chrześcijańsku – razem. W takim nurcie chrześcijaństwa, że tak powiem, pierwotnego. Co ciekawe, scenariusz do „Bożego Ciała” został napisany przez Mateusza Pacewicza, który jest ateistą.

– Kolejna „przewrotność” i paradoks tego filmu. Ludzie niewierzący okazują się lepszymi „chrześcijanami” niż ci wierzący.

– Ja takich przykładów znam mnóstwo. Mam znajomych – ateistów, lewaków, gejów… itd. – którzy są bardzo humanitarni, stawiają się za wykluczonymi, rękę by dali sobie odciąć, żeby ciebie lub mnie uratować. Ale mam też wśród swoich znajomych ludzi, którzy plują hejtem czy jadem absolutnym; nienawidzą, z pogardą patrzą… Mnie akceptują, bo mi się w życiu wiedzie. Ale jakby mi się przestało wieść, to byłbym takim samym „wypierdkiem”, jak ci, którym się nie powiodło.

– Takie postępowanie jest też kwestią charakteru.

– Tak, ale też sprawą zabójczej merytokracji, czyli oparcia postaw życiowych – relacji międzyludzkich – na tym, czy się komu w życiu udaje, a nie na tym, że się po prostu jest. To powoduje fałszywy obraz ciebie. To sprawia, że jesteś kimś, jeżeli coś robisz. Ale będzie czas, kiedy nic nie zrobisz. I co? Będziesz wtedy nikim?

– I dlatego tak mnie rażą opinie i postawy ludzi, którzy wyrażają się z pogardą o tzw. „Polsce B” – o ludziach, którzy głosowali na inne formacje polityczne, niż oni sami. Nazywanie ich półgłówkami, prymitywami, kruchtą, moherami, ciemnogrodem… i tak dalej, tylko dlatego, że mają inne poglądy (co przecież w demokracji jest sprawą naturalną i oczywistą). Bo tylko ich wybory są prawidłowe, a oni są najmądrzejsi.
Chodzi więc o to, żeby zwalczać te stereotypy i nie zamykać się we własnych, jedynie słusznych, bańkach. Trzeba wyjść do drugiego człowieka i uszanować jego inność. Starać się zrozumieć jego zachowanie.

– O tym jest również „Boże Ciało”.

– Wspomniałeś kiedyś, że Twoimi znajomymi – może nawet przyjaciółmi – są księża. Myślę, że to, iż Ty widzisz ich jako ludzi inteligentnych, wrażliwych, otwartych, wpływa na Twój sposób widzenia wiary, Kościoła, religii… w przeciwieństwie do ludzi, którzy takich bliskich znajomości nie mają.

– Muszę powiedzieć, że ja przez tych moich przyjaciół miałem spaczony obraz księdza. Dla mnie ksiądz to był ktoś kto pogada, ktoś kto zrozumie, ktoś kto jest fajny… ktoś kto wie, jak do Ciebie podejść, kiedy masz jakiś problem życiowy. Teraz, pracując nad „Bożym Ciałem”, byłem w różnych miejscach i trafiłem na ludzi, z którymi nie umiałem zamienić normalnie jednego zdania. Nie wiedziałem, że jest taka osoba w ogóle. Jak ktoś taki może cię terapeutyzować czy wskazać drogę? Nie ma szans.
Spotkałem takiego jednego wikarego, który mnie przeraził. Był zaprzeczeniem postawy chrześcijańskiej. Takie rzeczy zauważyłem dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem się tym zajmować. Wcześniej byłem na to ślepy. Przebywałem właśnie w tej swojej bańce – księdza Wojtka Drozdowicza, księdza Marka Grygiela, Ojca Jana Góry, Tadeusza Polaka itd. Moja mama pracowała w katolickiej redakcji TVP. Miałem więc do czynienia z tym środowiskiem. Dla mnie to był taki Kościół bardzo otwarty. A tu nagle spotykam kogoś, kto jest tego zaprzeczeniem.

– A może to właśnie ten wikary jest takim księdzem, który daje spaczony obraz księży katolickich – a tym samym Kościoła, jego wspólnoty?
W „Bożym Ciele” księża są ludźmi, z którymi możemy sympatyzować – bo ten film ukazuje właśnie ich „ludzką” twarz. Pozwala też zrozumieć różne ludzkie zachowania; nie pogardza ludźmi, nie czyni ich gorszymi… Dzięki temu nie dzieli, a jednoczy. Porusza też w nas struny, które jednak rzadko są poruszane we współczesnym kinie, książkach, mediach. Robi to w bardzo ciekawy sposób, wydobywając z ludzi to, co w nich najlepsze – co w nich siedzi, mimo że często oni sami o tym nie wiedzą. Innymi słowy: wyzwala dobro, a nie zło; rodzi nadzieję, a nie rozpacz.
Uświadamia nam też, że natura ludzka jest plastyczna. To, jak człowiek reaguje zależy od tego, jak do niego przemawiasz – czy to jest szczere, czy chcesz go poniżyć czy oszukać, wziąć podstępem, stereotypować?
Istnieje droga, którą można do drugiego człowieka dotrzeć – i moim zdaniem Ty swoim filmem taką drogę pokazałeś.

– Dziękuję. Właśnie o to mi chodziło.

– Wybierając się dzisiaj na projekcję „Bożego Ciała”, wspomniałem jednej z moich znajomych – rasowej kinomance, popularyzatorce kina i recenzentce – Renacie Borowiak, o możliwości spotkania się z Tobą. I jeśli by do tego doszło, to jakie pytanie zadałaby ona, gdyby była na moim miejscu (nota bene, bardzo Twój film rekomendowała).
Czy mogę przeczytać jej pytania?

– Jasne!

– „Tam podobno sporo improwizacji było na planie. (Doceniamy, bo językowo film przekonuje autentyzmem). Czy już w scenariuszu język był tak dopasowany do postaci? Na ile był to wkład aktorów”?

– Ciekawe pytanie. Są sceny, szczególnie dotyczące młodych, które były bardzo wyimprowizowane, ale potem, ze względu na trudność dialogu, na jego informacyjność – bo musi być on precyzyjny – brane to było jakby w karby. Np. scena na barce. Ona jest bardzo trudna, bo ma ze sześć czy siedem punktów zwrotnych. I żeby przejść przez każdy taki punkt, to musieliśmy wszyscy ustalić bardzo konkretną sekwencję zdań. Tak więc, to były dialogi, które najpierw były wyimprowizowane na próbie, ale później jeszcze raz przeze mnie rozpisane, zblokowane, podzielone na części – poddane pewnej przeróbce. Była to więc taka improwizacja pod kontrolą – improwizacja, która została zaklęta w scenariuszu. A myśmy ją później tylko zrekonstruowali.
Na samych zdjęciach już się starałem, żeby improwizować znacznie mniej. Ale zdarzały się takie momenty „olśnień”, że tak się wyrażę (nawiasem mówiąc uwielbiam je). Np. w scenie, kiedy Ola Konieczna (Lidia) znajduje w sypialni pijanego proboszcza. Przed jej nagraniem szepnąłem jej do ucha, żeby – bez względu na to, o co ją Bartek (grający głównego bohatera, Bartosz Bielenia – przyp. S.B) zapyta, ma zaprzeczać i mówić, że to jest niemożliwe. Więc kiedy on się pyta: „Co, ksiądz lubi sobie popić?”, to ona odpowiada: „Nie, on nie pije”. Tym stwierdzeniem Bartka zaskoczyła, więc wyraz zaskoczenia na jego twarzy jest prawdziwy.
Ale też ostatnia kwestia, czyli słowa „Szczęść Boże”, które ona mówi do opuszczającego kościół Bartka, jest improwizacją. Tego nie było w scenariuszu.

– A to są słowa w pewnym sensie kluczowe.

– Tak, ona poczuła, żeby to powiedzieć. Z oka spływa jej łza, a ona mówi: „Szczęść Boże”. To jest takie doznanie, które może cię trafić, i nie wymyśliłbyś tego.

– Może i z czegoś takiego bierze się magia tego filmu?

– Bartek, kiedy odprawia mszę, też często mówi od siebie.
Ale są też sceny, które były bardzo precyzyjnie określone.
Uwielbiam improwizację, ale bardzo nie lubię nieprzygotowania. Trzeba znać scenariusz i czuć postać, którą się gra. Tak więc, te rzeczy muszą się spotkać. W moim filmie zagrali aktorzy, którzy są znakomici i świetnie to rozumieją.

– Może jeszcze jedno pytanie Renaty: „Czy ostre, bezkompromisowe obrazy kleru (kościoła) w filmach, które ostatnio gościły na ekranach, w jakiś sposób wpływały na intencje reżyserską? W sensie: ‘Boże Ciało’ powstawało równolegle, więc zamysł mógł być niezależny. Ale jakaś modulacja była możliwa. Komasa powstrzymał się przed krytyką instytucji, a nawet księży. Obaj (występujący w filmie) są ok. Czy nie kusiło go, by podkręcić kontrast między księżmi a Danielem? Bo ja myślę, że decyzja reżysera była w punkt.”

– Pierwsza wersja scenariusza z 2016 roku w ogóle nie zakładała żadnej krytyki Kościoła – ani instytucji, ani księży. To powstawało zupełnie niezależnie wobec tego trendu, do którego odnosi się pytanie. Bardzo dużo mieliśmy o tym rozmów – żeby na to bardzo uważać. Bo nudne są i mają bardzo krótkie nogi filmy, które tylko krytykują. Gdyż, umówmy się, instytucje są, potem ich nie ma… a ja chciałem zrobić film, który byłby uniwersalny. I żeby był tak samo ważny za 10 czy 20 lat. Bardzo się starałem, żeby nie wejść w taki publicystyczny ton, który rzeczywiście się teraz się przybiera. Na szczęście „Boże Ciało” nigdy pod tym względem nie miało być gazetą. Mówię „na szczęście”, bo to jest zbyt łatwe, żeby stanąć po jakiejś stronie sporu, przy takiej polaryzacji, jaka jest dzisiaj. Najtrudniej jest utrzymać się na tej cieniutkiej linii pomiędzy.

– Miejmy nadzieję, że nam to się uda.

– Chodzi o to, żeby utrzymać się na tej cienkiej linii… ale nie być neutralnym!

– Bo neutralność zwykle oznacza obojętność, prawda?

– Dokładnie.

– Myślę, że tą olśniewającą konkluzją możemy zakończyć naszą rozmowę, za którą bardzo Ci dziękuję.

*  *  *

„POLITYKA”, albo o traktowaniu widowni jak stada baranów

… a może rzeczywiście widownia niekiedy staje się taką, jak się ją traktuje?

.

.

Muszę się przyznać, że „Polityka” jest pierwszym filmem Patryka Vegi, jaki obejrzałem w kinie. Wprawdzie próbowałem kiedyś oglądać „Pitbulla” (podobno najlepszy film tego reżysera) ale po jakichś dwóch kwadransach tak mnie znużył ten miks infantylizmu ze szpanerstwem udającym kino gangsterskie, że dałem sobie z tym spokój. Podobnie było z „Ciachem”, na którym dotrwałem gdzieś tak do 5 minuty – poziom żenady obecnej w tym filmie wyrastał zdecydowanie ponad moją tolerancję kinowego idiotyzmu.
Tak więc, nie pociągały mnie już w najmniejszym stopniu kolejne „hity” Vegowego kina, jak np. „Botox” czy „Kobiety mafii”. Nie wybieram się do kina by oglądać tego typu filmy na tej samej zasadzie, jak nie biorę udziału w koncertach disco-polo. Not my cup of tea. (Może nie jestem sprawiedliwy porównując to kino z tym rodzajem muzyki, bo jednak disco-polo ma swój sentymentalny urok, tudzież oparty na ludowej prostolinijności i radosnym kiczu witalizm, w przeciwieństwie do bazującego na najniższych instynktach widowni, ociekającego krwią i zabagnionego wulgaryzmami kina, które płodzi i wpuszcza na ekrany Vega.)

A mimo to poszedłem do kina „Pickwick” w Park Ridge (nie chcę tu być małostkowy, ale uważam, że $30 za bilet do kina to lekka przesada) by zapoznać się z najnowszym filmem Vegi, który miał być ponoć „rewolucją” (jak obwieszczali organizatorzy tej projekcji) zaś w Polsce miał wywołać burzę („gigantyczną awanturę” – wedle słów samego reżysera).
No cóż, mam za swoje. Wprawdzie nie spodziewałem się filmu, który by poruszył… jakieś wyższe zdolności kognitywne mojego mózgu, czy też zapadł gdzieś głębiej w moje wnętrze, ale nie sądziłem, że będzie to jeden z najbardziej ponurych seansów w moim życiu. (Skrytykowany przeze mnie swego czasu „Kler” Smarzowskiego wygląda przy filmie Vegi jak arcydzieło.)
Tutaj dodatkowa informacja dla tych, którzy oczekują po tym tekście wskazówki, czy warto iść na „Politykę” do kina: jeżeli widzieliście tzw. zwiastuny filmu, to widzieliście już „najlepsze” (w mniemaniu Vegi, przynajmniej) momenty filmu, który w całej swej rozciągłości (czytaj: rozwlekłości) jest nie tylko niemiłosiernie płytki i stereotypowy, ale i zupełnie jałowy. Taka długa, smętna kicha – gniot pozbawiony nie tylko jakiejkolwiek wartości poznawczej, ale i rozrywkowej (a ten ostatni zarzut – jeśli chodzi o kino – jest chyba jeszcze bardziej kompromitujący, niż poprzedni).

Jak już pewnie wszyscy wiedzą, film odnosi się do życia politycznego naszego kraju, skupiając się na najbardziej znanych polskich politykach (z tym, że nie nazywając ich po imieniu, lecz przedstawiając w taki sposób – i w takich sytuacjach – że chyba nikt z widzów nie ma wątpliwości o kogo chodzi). Problemem tutaj jest to, że te najbardziej wyeksponowane elementy scenariusza, są po prostu przeniesieniem na ekran najbardziej znanych politycznych „wpadek”, kompromitacji, faktów, plotek i insynuacji – tak już w przeszłości wyeksploatowanych i medialnie przemielonych (często wręcz zredukowanych do internetowych memów), że trudno w nich widzieć jakąś świeżą pożywkę dla widowni, która te odgrzewane kotlety już dawno łykała, strawiła i chyba wydaliła (może z wyjątkiem najbardziej zatwardziałych „bojowników” biorących udział w politycznych „pożal się Boże” sporach, z tępym uporem atakujących swoich adwersarzy, powtarzających do znudzenia te same – a przez to zdarte do cna – zarzuty i komunały, od których się już normalnym ludziom niedobrze robi).
Wprawdzie Vega usiłuje to wszystko wpleść w jakąś historyjkę czy fabułę (film składa się z 6 swego rodzaju nowelek), ale całość jest niezborna, bardzo nierówna i wykoślawiona formalnie, zupełnie pozbawiona dramaturgii (o suspensie nie wspominając). Ciągle więc odnosiłem wrażenie, jakby reżyser nie wiedział co chce zrobić: satyrę, komedię, dramat czy może jednak paszkwil? – przez co wszystko przypominało jakąś rozdygotaną glejowatą breję. Obok wstawek kabaretowych czy starych dowcipów na poziomie gimbazy, mieliśmy uderzający w patetyczny ton dydaktyczny finał – z przesłaniem w sumie banalnym, naiwnym i trywialnym – „okraszony” na dodatek pewną intymną częścią ciała znanej gwiazdy polskiego kina. Innymi słowami: nie wiadomo było, czy się śmiać czy płakać.

Wysłuchałem kilku wywiadów z reżyserem. Abstrahując od jego powierzchowności – wytatuowanego od stóp do głów, obwieszonego jak choinka złotem tudzież machającego nam przed nosem zegarkiem za 2 mln. zł. celebryty – Vega wydał mi się kimś mało wiarygodnym, zwłaszcza kiedy słyszałem takie oto wypowiedzi (i konfrontując je ze stanem faktycznym): „(…) poprzedziliśmy film wielomiesięcznymi przygotowaniami. Spotkaliśmy się z ponad setką polityków, dlatego mam poczucie, że ten film oddaje świat polityki w sposób bardzo obiektywny, wielowymiarowy i wieloznaczeniowy” (z wywiadu udzielonego „Dziennikowi Związkowemu”).
No cóż, wygląda to na kiepski żart, bo moim zdaniem jest akurat odwrotnie: film oddaje świat polityki bardzo subiektywnie, płasko i jednoznacznie. Ponoć Vega jest z wykształcenia socjologiem, ale wizja jaką roztacza w swym filmie jest zbyt karykaturalna i w sumie prostacka, by mogła wnieść coś nowego i wartościowego w nasze postrzeganie polskiej rzeczywistości, czy też stanowić asumpt do jakiejś poważniejszej analizy zachowania członków politycznej kasty. Tak więc socjologii – a tym samym zgodności z rzeczywistością i prawdy o ludziach – jest w „Polityce” tyle, co kot napłakał. Bo Vega, tak naprawdę chciał „dowalić” politykom (ze zdecydowanym wskazaniem na formację pisowską) – bynajmniej nie ukazując pełnej (czyli wielowymiarowej) prawdy o politykach, tylko wywlekając i pastwiąc się nad tym, co w świecie polityki – i w ludziach – najgorsze. Mało tego: czasem przypisując ludziom coś, czego w nich nie ma, a niekiedy nawet stosując pomówienia. Jak wiemy cechą dominującą karykatury nie jest ujawnienie prawdy, ale tej prawdy zniekształcenie i wykoślawienie – najczęściej po to, by jakiś aspekt rzeczywistości (lub człowieka) wyolbrzymić i wyszydzić. Tak też jest w wypadku „Polityki”.
Vega: „Mam poczucie, że ten film ‘dokopuje’ wszystkim partiom po równo, więc ludzie wychodzący z kina będą mieli przeświadczenie, że polityka to jest ogromne bagno, a sami politycy są socjopatami.”
Tak, to jest właśnie karykaturalne – i bądź co bądź prostackie – przedstawienie rzeczywistości, godne dialogu zawianych „ekspertów” politycznych spod budki z piwem, czy monologu wujka Janusza podczas rodzinno-towarzyskiej libacji, a nie opinii traktującego siebie poważnie socjologa.

Ponadto nieprawdą jest, że film „dokopuje” wszystkim partiom „po równo”. Film dokopuje przede wszystkim (tak na moje oko w 90%) politykom PiS-u. I tu według mnie doszło do sytuacji paradoksalnej, bo to co w „Polityce” miało stanowić kompromitację tej partii, najprawdopodobniej wyjdzie jej tylko na dobre. Jeśli ten film wpłynie w jakiś sposób na najbliższe wybory, to nie ujmując głosów PiS-owi, a tych głosów PiS-owi przysparzając – i to nie tylko ze względu na zaskakująco „ludzkie” potraktowanie w nim Prezesa.
Według mnie twórcy filmu zrobili PiS-owi wielką przysługę. Czym? Otóż sprowadzeniem sposobów wytykania pewnych rzeczy PiS-owi do absurdu (co zresztą wcześniej zrobiły już internetowe memy) przy jednoczesnym ich skompromitowaniu. Bo niczym innym jak kompromitacją jest – oparty na nich – cały film Patryka Vegi.

.

MĘDRCY, GŁUPCY, WIZJONERZY, KOMEDIANCI…

o monodramie A kaz tyz ta Polska, kaz ta? wg tekstów Wyspiańskiego, w wykonaniu Olgierda Łukaszewicza

    „Jest mi wstrętne i nieznośne to robienie Polski na każdym kroku i codziennie” – mówi Konrad Wyspiańskiego ustami Olgierda Łukaszewicza w piwnicznym salonie Teatru Chopina na tzw. „starym trójkącie” polonijnym, a my – imigranci, którzy już dawno opuścili swój kraj ojczysty – zastanawiamy się, ile w tych słowach jest prowokacji, ile zniecierpliwienia, ile prawdy, ile ironii… A może tylko podziwiamy kunszt wybitnego aktora, który może mówić wszystko, a my i tak będziemy tym zafascynowani… jeśli akurat nie znuży nas hermetyczność trącącego anachronicznością języka narodowych wieszczy, którzy skądinąd „wielkimi poetami byli”, więc jednak zachwycać nas powinni.

    A może już nie zachwycają? Może przestaliśmy ich rozumieć? Może nigdy nas nie zachwycali? I nigdy ich nie rozumieliśmy? Bo jak tu np. zrozumieć niedorzeczność? Albo zachwycać się histerią, karykaturą uczuć czy kosmicznym wręcz patosem?

aDSC_2774

Chochole tańce odprawiają się nadal

     Wprawdzie polski romantyczny bohater narodowy miota się między skrajnościami, sam kwestionując swoją poczytalność i zdając sobie sprawę ze stanu własnych nerwów, ale przecież… jakąż to ma w sobie dramaturgię! A poza tym: czy zaburzenia afektywne dwubiegunowe deprecjonują treść przeżywanych stanów, czy też wręcz przeciwnie – intensyfikując je, sprawiają, że stają się one bardziej wyraziste, a przez to głębiej trafiające do naszej świadomości?
I dotyczy to nie tylko tych, którzy taki stan przeżywają, ale i tych, którzy z zewnątrz to obserwują.
W sensie dramaturgicznym korzystają z tego wszyscy: autor, który użycza swej wrażliwości i zdolności żonglowania słowem kreowanej przez siebie postaci; aktor, który w skórę, do serca i do mózgu tej postaci wchodzi; no i – last but not the least – widz, który temu wszystkiemu nie tylko się przygląda, ale także przeżywa i próbuje to zrozumieć.
To dlatego, zarówno XIX-wieczny Konrad Adama Mickiewicza (z Dziadów), jak i XX-wieczny Konrad Stanisława Wyspiańskiego (z Wyzwolenia), zdolni są mimo wszystko budzić emocje publiczności w XXI wieku. I to publiczności oddalonej o kilka tysięcy kilometrów od miejsca „akcji”.
Oczywiście, nie do przecenienia jest w tym fenomenie rola Olgierda Łukaszewicza, który słowo Wyspiańskiego nam tu przez Ocean przywiózł i przedstawił.

    Nie jest tajemnicą, że sztandarowe dzieła naszej narodowej literatury mają w sobie na tyle uniwersalizmów, że mogą być w każdym momencie naszej historii adekwatnie interpretowane – zachowując przez to swoją aktualność. Czasem są to interpretacje naciągane bardziej, czasem mniej; zrazu odnieść możemy wrażenie, iż jednak zaczynają się one przemieniać w jakiś archaizm czy skamienielinę, to znów uderza nas ich świeżość – tak czy siak tworzą pewien kanon, do którego raz po raz sięgają twórcy naszej kultury – czy to w kinie, czy w teatrze (polska literatura współczesna jest w tym jednak bardziej powściągliwa). Tak jak zrobił to Olgierd Łukaszewicz, który za materiał do swoich scenicznych rozrachunków z polskością (i polskim społeczeństwem) obrał sobie twórczość Stanisława Wyspiańskiego, przede wszystkim jego dramaty narodowe: Wesele i Wyzwolenie. (Notabene, utwory te, mimo, że z etosem romantycznym się wadziły – a nawet miejscami z niego kpiły – to jednak tego romantyzmu kontynuacją – w wersji młodopolskiej – jak najbardziej były.)

    Jeśli się nie mylę, to swój pomysł Łukaszewicz zrealizował już 17 lat temu, a od tego czasu w naszym kraju sytuacja zmieniała się wielokrotnie – tym samym musiała się zmieniać interpretacja jego monodramu. Nie dało się więc uniknąć tego, że i w Chicago każdy nadstawiał ucha i dociekał tego, jak też słowa, które padały ze sceny, mają się do obecnej sytuacji w Polsce – nie bez emfazy samego aktora, który przywdział błazeńską czapeczkę z gazet, potrząsał małym dzwoneczkiem (czasem przypominało to drwinę z wawelskiego Dzwonu Zygmunta) i w złości darł na strzępy polską prasę (niewątpliwie narodową, skoro w każdym tytule były przymiotniki „polski”, „polska”, „polskie”…)

    Mnie samego uderzył kontrast między tym, co deklarował Łukaszewicz w „słowie wstępnym” (że jest ponad partyjnymi podziałami, że nie dał się usidlić żądnej „idei”, że nie przypiął sobie w klapie żadnego znaczka, który by go do czegoś zobowiązywał), a intensywnością jego aktorskiego przekazu, w którym roiło się nie tylko od idei i symboli (obecnych przecież immanentnie w twórczości Wyspiańskiego), ale który pełen był także zaangażowania i pasji, co moim zdaniem nie wynikało jedynie z mocy i kunsztu artystycznej interpretacji. Bo jest to oczywiste, że już sam wybór Łukaszewicza (chodzi zarówno o twórczość naszego „czwartego” wieszcza jako taką, jak i autorską wybiórczość w obrębie tekstu Wyspiańskiego, z którego aktor swój monolog – jak sam to wyraził – „wykrawał”) miał w sobie jakiś przekaz i sugestię, nie wspominając o własnej, nadanej przez aktora, logice. Innymi słowy, Olgierd Łukaszewicz chciał nam, publiczności polskiej, coś ważnego powiedzieć. A czy można coś takiego zrobić bez opowiedzenia się po stronie pewnych treści i konkretnych znaczeń?

    Czegóż więc od Łukaszewicza-Wyspiańskiego się dowiedzieliśmy? Czy mogliśmy się w tym przeglądnąć jak w zwierciadle? Jeśli tak, to na ile było to zwierciadło krzywe, a na ile odsłaniało naszą prawdziwą twarz, nawet jeśli użyto przy tym wielu – nie tylko scenicznych – masek?

    To jednak wymaga pewnej ekwilibrystyki, by zestawiać rzeczywistość Polski pod zaborami, (w której żyli wszyscy nasi wieszcze) z Polską dzisiejszą, która „wybiła” się na niepodległość dobre ćwierć wieku temu.
Ale, ale… przecież i dzisiaj są tacy, którzy twierdzą, że nasza Ojczyzna nadal jest niesuwerenna, że musi podnieść się z kolan (przy czym nie chodzi tu akurat o odrzucenie wiary katolickiej – bardziej o odzyskanie narodowej dumy), że chcą nam Ją ograbić, a nas samych wykorzenić… więc musimy chronić naszą tożsamość.
A ponadto: czy jednak tzw. polski charakter narodowy zmienił się tak bardzo od tamtych czasów? Czy przestał w naszym społeczeństwie działać kod kulturowy, który powoduje to, że stale popełniamy te same błędy, że cały czas jesteśmy podzieleni (wręcz toczymy ze sobą polsko-polskie wojny), że nie potrafimy się na dłużej solidaryzować, ani dobrze samo-rządzić? Czy nie wisi nad nami stale jakieś fatum, które powoduje, że coś się w polskim losie powtarza – i są to najczęściej nieszczęścia, tragedie, zdrady, mnożące się trupy i groby?

greydot.

Olgierd Lukaszewicz w monodramie wedlug tekstów Wyspianskiego (Chopin Theatre, Chicago, 21 sierpnia, 2016 r.)

Błazen, mędrzec… lustro dla aktora, w którym przeglądnąć możemy się wszyscy

.

    Nic w tym monodramie nie było jednoznaczne. I takie pewnie być powinno. Aby jednak ustrzec się przed konsternacją wynikającą z niemocy rozszyfrowania „tego, co poeta miał na myśli”, należało poddać się niekiedy intuicji, asocjacji wrażeń – potokowi słów i gestów, które za sprawą aktora niosły się w małej salce Teatru Chopina.
Jednak sama zmysłowość nie wystarczała, gdyż wypadało, aby także rozum miał w tym swój udział. Chodziło wszak o poznanie znaczeń – a to wymagało bardziej racjonalnego podejścia do treści. Bo tylko wtedy jest się w stanie uchwycić sens spektaklu w kontekście rzeczywistego świata, który nas otacza, w tym przypadku: naszej Ojczyzny, polskiego narodu i społeczeństwa. Do tego właśnie odnosiło się wszystko, co działo się na scenie.
A działo się sporo.

    Rekwizytów jakimi posługiwał się aktor było mało, ale pełniły one jednak kluczową rolę w określeniu charakteru postaci w jakie się on wcielał. Była więc wspomniana już błazeńska czapka zrobiona z polskich gazet narodowych (wyraźne nawiązanie do Stańczyka), no i ta „zabawka” błazna – dzwoneczek będący miniaturką kultowego dla Polaków Dzwonu Zygmunta, kolosa z pękniętym sercem.
Już same te rekwizyty znaczyły główne pole dramaturgicznego napięcia obecnego w tekście, który tworzył biegunowe przeciwieństwa – patosu i kpiny, zmyślenia i prawdy, symbolu i konkretu, zabawy i powagi, ideału i rzeczy…

    Odniosłem wrażenie, że emocje Łukaszewicza przechylają się dość wyraźnie ku błazenadzie, czy też raczej „błazeńskości” całego widowiska, sprawiając, że posuwa się on najczęściej do kpiny, ironii, szyderstwa i drwiny, czasami wręcz do histerii i szaleństwa, choć bez zatracenia czegoś, co można by nazwać pewną… narodową solennością. Przy czym mam tu na myśli zarówno widowisko, jakie na naszych oczach rozgrywa się dziś w Polsce, (a w którym główne role odgrywają nasi rodacy) jak i spektakl serwowany nam przez aktora. Zauważyłem też dość ostre cięcia tekstu Wyspiańskiego, które wynikały chyba nie tylko z tego, że Łukaszewicz musiał go odgrywać w pojedynkę, i był ograniczony czasowo. Otóż, kiedy przypominałem sobie tekst (zwłaszcza) Wyzwolenia, to uderzyły mnie tam idee, które Wyspiański wydawał się propagować w swoim dramacie, a które dzisiaj raczej chwały by mu nie przyniosły. I bynajmniej nie chodzi tu tylko o wyłamywanie się z politycznej poprawności.
Wprawdzie Olgierd Łukaszewicz w swoim monodramie do wszystkich tych wątków nawiązał, niemniej jednak urywał tekst tam, gdzie Wyspiański schodził na pole minowe, które mogłoby go teraz wysadzić w powietrze, a co najmniej zakwestionować jego rozsądek, mądrość a nawet humanitaryzm. O posądzeniu o rasizm i faszyzm nawet nie wspominam. Spróbuję tu jednak o kilku z nich wspomnieć, gdyż moim zdaniem mówią one sporo o polskiej mentalności (charakterystycznej nie tylko dla tamtego czasu), jak również wskazują na przyczyny tego, co działo się w Polsce później – oraz tego, co dzieje się z polskim społeczeństwie dzisiaj. Ciągle zasadne jest to pytanie Panny Młodej z Wesela: „A kaz tyz ta Polska, a kaz ta?” Gdzie jest ta Polska, i jaka?

    Oto słyszymy np.: „Bo my mamy za wiele poczucia solidarności narodowej. I tym nas okłamują, że my powinniśmy mieć to poczucie solidarności narodowej. Bo my zawsze będziemy mieć do rozporządzenia tę lichą część naszego narodu. Niepotrzebnie wyrabiamy poczucie solidarności z lichą częścią naszego narodu. Jest to rzeczą złą i niepotrzebną. Obrażam nasz naród? Chcę go zasłonić przed oszustami, tymi, co mu kradną duszę za cenę rzeczy…”
I tu monolog się urywa. A jednak warto przytoczyć do końca słowa Wyspiańskiego, bo dopiero pełny cytat pozwala na ogarnięcie ich prawdziwego znaczenia: „ …zasłonię (naród) przed oszustami, tymi, co mu kradną duszę za cenę rzeczy nieuchwytnych. (Tak naprawdę więc, chodzi nie o rzeczy materialne, jak by to sugerowała interpretacja Łukaszewicza, ale o ich przeciwieństwo, czyli coś niematerialnego – przyp. St.B.) Co mu odbierają dumę i każą się pokorzyć; tymi, co mu odbierają pychę i każą się kajać w prochu upodlenia i żebrać. Przed tymi chcę naród mój ocalić, co każą mu jak żebrakowi skomleć i jęczeć, – jemu bogaczowi (…) który jest bogaczem takim samym, jak każdy inny.”
Pełny tekst Wyspiańskiego wyjaśnia też, dlaczego to, że ktoś nas namawia do poczucia solidarności narodowej, jest oszustwem: „Bo wszędzie są złodzieje i rozbójce i oszusty. I gorsi i lepsi. A mimo to żyją jak kompleks ludzi pod jednym tytułem. A nam z okazyi tej właśnie połowy, która jest złą… W nas chcą wmówić, że za to jesteśmy odpowiedzialni i że jesteśmy do niczego. A cóż nas ta zła część naszego narodu obchodzi? No więc nie powinniśmy żyć solidarnie ze sobą.”
I dalej: „(…) za nich nie może być odpowiedzialny naród. Oni nie są narodem. Niepotrzebnie wyrabiamy poczucie solidarności z lichą częścią naszego narodu. Jest to rzeczą złą i niepotrzebną. Bo my zawsze będziemy mieć do rozporządzenia tę lichą część naszego narodu. A oczywiście tem bardziej i lepiej, gdy ona będzie w naszych rękach. Tak jest, w naszych rękach. Powinniśmy mieć wszystko w naszych.”

    Czyż nie odzywają się tutaj echa „ludzi gorszego sortu”? Polskiego ludu „ciemnego”, który „wszystko kupi”? Manipulacji, populizmu – wręcz chęci spacyfikowania społeczeństwa, podporządkowania go „jedynie słusznej” opcji? Solidarności, która tak naprawdę jest pozorna i złudna? Odseparowania się od tych „innych” (czyli gorszych), którzy wcale narodem nie są, a którzy powinni się nam – i naszemu narodowemu totalizmowi – podporządkować?

    Wyspiański pisze przy tej okazji rzeczy jeszcze bardziej bulwersujące: „A tak. Powinna być cenzura narodowa, któraby działała tak, jak działają cenzury we wszystkich państwach wszystkich narodów.” (Sam Olgierd Łukaszewicz zwrócił uwagę na to, że Wyspiański chciałby być redaktorem wszystkich gazet wychodzących w Krakowie – przyp. St.B.) „Ja chcę tego, co jest wszędzie. Tylko z usunięciem oszustwa narodowego. Z usunięciem kradzieży narodu, oszustów, którzy rujnują naród! Złodziei, którzy okradają naród! Z czego? Po pierwsze z duszy! Z duszy! Z duszy! Duszę mu kradną!!! U nas jest kraj gościnny. No, tak się zmieści każdy złodziej. No tak. Ale on zawsze będzie wiedział, że jest złodziej. Złodziej tym ludziom, którzyby się urodzić mieli z czystej krwi narodu. Oto przede wszystkim powinniśmy uszanować krew narodu. I nie dać jej marnować. Nie powinniśmy marnować krwi narodu. Nie pozwolić prostytuować naszych kobiet. My nie powinniśmy pozwolić naszych kobiet (oddawać) obcym, tym obcym, którzy siedzą wśród nas. (Maska: Ależ kobiety są niezależne.) Nie, nie są i nie będą. Bo całem ich życzeniem i dążeniem powinno być, żeby od tej myśli niezależne nie były. One same są niczym. Nie mogę ścierpieć i znosić i słuchać, że kobieta Polka przeistacza dom męża obcego i czyni zeń dom polski. Jeśli tak czyni, to czyni podłość, która prędzej czy później odezwie się w charakterze potomstwa. Że wytwarza się tłum ludzi obojętnych dla naszego narodowego społeczeństwa, którzy go zaprzedają. (…) I tacy się zmieszczą. Ale winniśmy przeciwdziałać i nie pozwolić marnować naszej krwi i naszych dziewcząt, tak dobrze obcym, jak swoim. A to tylko może zrobić polski rząd. Bo żaden inny naszych interesów, interesów naszej krwi bronić nie będzie.”

    Na domiar złego, Konrad Wyspiańskiego wskazuje na nienawiść, jako na główną siłę motoryczną w walce o polskość. Wprawdzie w monodramie Łukaszewicza znalazły się słowa: „Nienawidzimy się! Nienawidzimy się wzajem! Na nienawiść trzeba się zdobyć. Tylko nienawiść jedna zdoła…”. Lecz w tym momencie znów monolog się urywał, więc nie usłyszeliśmy już tego: „Nienawidzimy się nawzajem i w tem nie ma nic dziwnego. Jestem z mojej nienawiści dumny. Nienawiść jest potężniejsza, niż miłość. Nienawidzimy się nawzajem i to nie jest nasze najgorsze złe. Niemal to jest nasze najlepsze. (…) Miłość, ta wszechmiłość jest kłamstwem. Otóż mam optymistyczne pojęcie nienawiści.”
Czyżby więc zbyt daleko posunięta szczerość Wyspiańskiego świadcząca o obecności wśród nas tego resentymentu, który nie tylko jest koniecznością, ale i zaletą?
Czy jednak do dzisiaj nie ciążą nam wielkie pokłady nienawiści, jakie osadziły się w polskim społeczeństwie – które jednak nie są żadną siłą konstruktywną, tylko destruktywną? Czy wyrugowanie apologii nienawiści z tekstu naszego wieszcza narodowego nie jest swego rodzaju unikiem – zaprzeczeniem, że to uczucie nie miało dostępu do dusz polskich najwznioślejszych i artystów naszych najprzedniejszych? Bo przecież Wyspiański wypowiada ustami Konrada przekonania własne, polskiego społeczeństwa i ówczesnej epoki.

Olgierd Lukaszewicz w monodramie wg tekstów Wyspianskiego - Teatr Chopina w Chicago, sierpien 2016 r,

Stańczykowa czerwień, przywoływanie duchów, narodowe egzorcyzmy…

   Jak bardzo Wyspiańskiemu w głowie poprzewracał Nietzsche? To, co pisał Krakowianin, czasami żywcem przypominało histerię (krzyczy bohater Wyspiańskiego: „Nienawiść niosę palącą! Krwi wołam! Chcę święcić noże!”) słynnego niemieckiego filozofa, któremu konflikt apollińsko-dionizyjski i opowiedzenie się po stronie woli i mocy (bo miłość i współczucie to sentymenty chrześcijańskiego słabeusza) odebrały w końcu rozum. Kult czystości rasowej i „nadczłowieka”, (któremu ulegli Niemcy); rzeź w łaźni krwi i stosy trupów, jakie wkrótce zafundowała sobie Europa (i jej cywilizacja będącą awangardą wszystkich cywilizacji) – to wszystko okazało się nie tylko snem „wariata śnionym nieprzytomnie”, ale i rzeczywistością. Wśród cierpień, w skołatanej duszy Wyspiańskiego – z tym jego rozkładającym się wskutek kiły ciałem – kwitły myśli, które były udziałem jednego z największych polskich artystów (i piszę to bez cienia ironii, wbrew temu, że np. taki Sienkiewicz uznał Wyspiańskiego za grafomana).

    Wróćmy jednak do teatru naszego maleńkiego i monodramu Olgierda Łukaszewicza, który już wcale taki maleńki nie był, gdyż wyzwolił jednak kaskady znaczeń i emocji (a przynajmniej miał taki potencjał), o których książkę można by spisać. Ale to może innym razem, bo na koniec chciałbym jeszcze raz przywołać jego dramaturgię wynikającą z napięcia między przeciwieństwami, a może nawet antynomiami, (które notabene też przywodzą mi na myśl Nietzschego i osobowość – sorry za ten psychologizm – z zespołem maniakalno-depresyjnym).
Bo oto mamy teatralne orgie w rodzaju Wesela albo Wyzwolenia – z teatrem ogromnym, w którym ważą się losy Ojczyzny i gdzie słychać jej śpiewy, widać orle loty; gdzie wykuwają się idee dla Narodu najważniejsze; miejsce będące „oazą patriotyzmu i polskości”. A z drugiej strony zniechęcenie i zmęczenie („mam dość teatru!”); świadomość tego, że wszystko to chimera, „złuda i udanie”, reklama, prostytucja, fraszka, komedia, zabawka… taki „tęczowy most czułości nad pustką rozpięty”; przekonanie że sztuka nie wystarcza, że teatr utracił teraz „funkcję wspólnotową”; a w ogóle, to słowo „wzniosłe, piękne romantyczne” się wyczerpało („straciliśmy wiarę w słowo”), a koncept narodowy „gaśnie” („społem to jest malowanka, społem to jest papuzia kochanka”)…
Bo nasz bohater, z jednej strony chce „walić młotem” w społeczeństwo, zbudzić go, zerwać do czynu; pragnie zwycięstwa „z krwi i ciała, z woli żywej i żywej potęgi” – gloryfikuje moc i chce osiągnąć wolność absolutną siłą woli. A z drugiej – trefniś taki – drepcze sobie boso po pustej teatralnej scenie, „po-my-ka, po-my-ka, po-my-ka”… w błazeńskiej czapeczce zrobionej z gazet, pobrzękując miniaturowym dzwoneczkiem, gadając z sobą samym („w mowę własną dziwnie zasłuchany”). Wódz i niewolnik zarazem. Taki mocarz-impotent, którego „wielkość” – a właściwie sny o potędze – wyrastają z własnej niemocy.
Jak obudzić ten naród ze snu i marazmu, jak przerwać ten taniec chocholi – odbywający się na dodatek nad mogiłami pełnymi rozkładających się trupów? (A żebyśmy tak „padli potruci jadami w pogrzebowej stypie” – marzy Dziennikarz biorący udział w polskim – pożal się Boże! – „weselu„). Jak tu podać sobie ręce, skoro groby nas tak dzielą (choć przecież, jak pisał Norwid, u kresu wszystkich nas one zrównają). Jak uzdrowić to nasze serce „spodlone, niewolne”, strute jadem goryczy, „które naszą krew zaprawia (…) czym się tylko kiejś kto truł, wsączał w siebie i pił, czym tylko kto gdzie gnił”. (Notabene to także z „Wesela„.)

    Tak, jak artysta romantyczny, czy właśnie młodopolski, „brał na bary logikę dziejów” (określenie Łukaszewicza, które „zaleciało” mi Brzozowskim i jego Legendą Młodej Polski), tak Olgierd Łukaszewicz wziął na bary (nielekką przecież i bardzo meandryczną)  logikę słowa Stanisława Wyspiańskiego i moim zdaniem dał sobie radę z tym ciężarem nieźle – miejscami wręcz znakomicie – choć wymagało to pewnej ekwilibrystyki i przypominało żonglerkę (nie tylko słowem i mimiką, ale i gestami), która w każdej chwili mogła grozić małą katastrofą, czy choćby tylko spuszczeniem z tonu. (Nie bez znaczenia była w tym wszystkim doskonała kondycja fizyczna aktora – sam Łukaszewicz wspomniał o swoich nadchodzących 70. urodzinach, więc tylko pozazdrościć takiej sprawności i młodzieńczej sylwetki.) Znane – i wydawałoby się: „wytarte” – cytaty nabrały w jego interpretacji zupełnie innych barw i odcieni, a ich wymowa – innego znaczenia. Bogactwo brzmieniowe zamieniało się w bogactwo znaczeń, czasem niuans zamieniał się w dominantę – a nawet odwrotnie. Zaskakiwało mnie to wielokrotnie. Np. beznamiętne „przybywaj, przybywaj, przybywaj” (za każdym słowem rozpalał się nowy płomyczek, który aktor krzesał pożyczoną od widza zapalniczką), albo ironicznie, niemalże szyderczo (?) i prześmiewczo (?) brzmiące „Ale świę-to-ści nnnieee szszaaa…rrgać, bo trza żeby święęęte były!” Ważna była modulacja i zmienny tembr głosu.
Innymi słowy, Łukaszewicz z Wyspiańskim robił co chciał, ale wcale przez to wieszczowi korona z głowy nie spadła. Bo przecież mocno jest już tam umocowana i nic nie jest w stanie naszego największego dramaturga wśród plastyków, i największego plastyka wśród dramaturgów zdetronizować, czy choćby tylko mu zaszkodzić.

greydot

.

olgierd-lukaszewicz-monodram "A Kaz Tyz Ta Polska, a Kaz Ta?" -wg-wyspianskiego-z-dedykacja-aktora (Chicago)

Z jednej strony „komediant”, z drugiej mędrzec, a na dodatek społecznik – i za każdym razem narodowy

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Spektakl odbył się w Teatrze Chopina w Chicago, 21 sierpnia, 2016 r.

O spotkaniu i dyskusji Olgierda Łukaszewicza z publicznością – w następnym wpisie.

.

POLACY TO NARÓD, KTÓRY TAK ŁATWO NIE DA SIĘ ZADOWOLIĆ – mówi JAN KACZMAREK

.

Jan Kaczmarek dla mojego pokolenia to był ktoś. Dorastaliśmy w latach 70-tych słuchając radiowej „Trójki”, która była dla nas – mieszkańców zgrzebnego raczej PRL-u – świeżym powiewem swobody, luzu, kontestacji… Posługując się zupełnie odmiennym językiem, niż inne media, audycje „Trójki” trafiały do nas ciętą satyrą, lekko anarchizującą inteligencją i swoistym poczuciem humoru. Mam tu na myśli pamiętną IMĘ (Ilustrowany Magazyn Autorów), a zwłaszcza „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Niewątpliwą gwiazdą tych programów był Jan Kaczmarek, jeden z założycieli kabaretu „Elita”, którego teksty i felietony – jak również piosenki – pamiętamy do dzisiaj. Myślę, że w ramach odkurzania moich dawnych publikacji, warto przedstawić tutaj wywiad jaki przeprowadziłem z Janem Kaczmarkiem przed laty.

.

Jan Kaczmarek:

Jan Kaczmarek: zazwyczaj zżera mnie trema (zdjęcie własne)

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Piękną pogodę przywiózł pan ze sobą z Polski. Kiedy byłem w kraju, to właśnie maj wydawał mi się najpiękniejszym miesiącem.

JAN KACZMAREK: Akurat padało, kiedy wyjeżdżałem. I chociaż jest takie przysłowie: „Mokry maj, będzie zboże niby gaj”, to akurat Polacy narzekali, że pada. Ale to tak zawsze jest. Jak nie pada, to narzekają, że jest susza, a jak pada – że jest deszcz. Jak mają prezydenta, to narzekają, że niedobry; jak nie mają – to mówią, że by się przydał… itd. Polacy to naród, który tak łatwo nie da się zadowolić.

– No to ładnie, ja chciałem gładko i sentymentalnie od pogody zacząć, a pan tu zaraz na politykę i socjologię wchodzi. Naprawdę miałby pan ochotę rozmawiać ze mną o tzw. „nastrojach społecznych”?

– Cóż, służba nie drużba: pytają rodacy w Ameryce, odpowiadać trzeba. Ogólnie rzecz biorąc, te nastroje są rozwichrzone. Tak jak przy gwałtownej zmianie pogody są burze, to podobnie, gdy radykalnie próbuje się zmienić ustrój, występują wielkie wahania nastrojów. A wachlarz tych nastrojów jest bardzo szeroki: od złośliwości, zgryźliwości – poprzez różne odcienie zazdrości, niechęci, fałszywych ambicji – po nienawiść nawet. Ciemna to raczej kolorystyka. Ludzi zadowolonych jest bardzo mało.

– Nie tak dawno rozmawiałem w Miami z Januszem Onyszkiewiczem, wówczas jeszcze ministrem obrony narodowej, od którego dowiedziałem się, że polskie życie polityczne jest „dojrzałe”. Rozumiem pana ministra, jako przedstawiciel rządu i polityk starał się za granicą wzbudzić zaufanie do naszrgo kraju. Jednak w zestawieniu z tym, co dzieje się na arenie, czy też raczej w cyrku politycznym Polski, zabrzmiało to stwierdzenie niemal po desperacku. Czy pan również uważa, że już tak dorośliśmy do tej demokracji, wolności i „nowego ładu”?

– Nie można mówić o dojrzałym życiu politycznym w Polsce, choćby z tego powodu, że wbrew pozorom, u nas żadnych polityków nie ma. To, co zostało po poprzednim ustroju, to marionetki wykonujące ruchy zgodne z pociągnięciami nitek trzymanych w wiadomych centralach. Nie było przecież u nas żadnej szkoły politycznej – chyba że w Moskwie. W związku z tym nie mamy polityków z prawdziwego zdarzenia. Nie ma ich po prostu skąd wziąć. Musimy więc sobie najpierw tych polityków wykształcić. Nie wiem, w jaki sposób. Może przez branie przykładu z prymusów? Są kraje, które mają większe doświadczenie pod pewnymi względami od naszego. Polityka jest wiedzą, jak każda inna dziedzina, trzeba się więc jej uczyć. Obecnie w kraju „polityka” to jakieś śmieszne próby facetów, którym się wydaje, że są politykami. Nie ma żadnej kultury politycznej. Straszne to są rzeczy.

– Janusz Rewiński ma swoją Polską Partię Przyjaciół Piwa, partią Jana Pietrzaka jest podobno Partia Ludzi Dowcipnych. Pod jakim szyldem politycznym pan by się ustawił?

– Ja jestem w tej Partii Milczącej Większości. Prezydent Wałęsa mówił niedawno, że trzeba będzie stworzyć Partię Prezydencką. Może miał na myśli właśnie tę partię?

– Czy rzeczywiście Lech Wałęsa może liczyć na poparcie większości?

– Muszę przy tej okazji powiedzieć, że władza nie ma żadnego poważania, autorytetu. Nie ma dla niej żadnego szacunku. To, co się wygaduje na Prezydenta, to przechodzi ludzkie pojęcie. A przecież, bądź co bądź, ludzie go sobie wybrali w pierwszych demokratycznych wyborach. Ci, którzy po jego plecach wdrapali się na szczyty, teraz plują na niego tak, że przykro patrzeć – w stylu niedopuszczalnym w środowisku ludzi kulturalnych, Europejczyków, za jakich mamy aspirację się uważać. W kategoriach ogólnych jest to godne potępienia. Ale to są typowe choroby młodej demokracji. Może to jednak potrwać bardzo długo. Jest teraz w Polsce taka modna analogia. Żydzi potrzebowali 40 lat, by przejść z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej, choć dystans ten można było przejść w dwa tygodnie.

– Jan Kobuszewski, zapytany niedawno, co zrobiłby gdyby został prezydentem Rzeczpospolitej, odparł: „powiesiłbym się”. Czyżby dowcip w naszym kraju aż tak sczerniał? Zwiększa się popyt na humor „wisielczy”?

– W ogóle spadł popyt na humor jakikolwiek, gdyż warunkiem jest tu chyba dobry nastrój. Jeżeli potrzeba rozrywki wynika z naturalnych potrzeb ludzkich, tak samo jak ochota na to, by się czegoś napić, czy zjeść, to można mówić o popycie na różne rodzaje potrzeb. W tym kontekście rozrywka jest potrzebą piątej, czy też szóstej kolejności. Pierwsza to wyżywić siebie i rodzinę, ubrać się jako tako, opłacić wszystkie te miesięczne rachunki, ewentualnie kupić sobie jeszcze coś… raz na rok. Potem dopiero może się pojawić potrzeba pójścia do kabaretu. A jeżeli chodzi o humor „czarny”? Nie wiem, Maciej Zębaty, specjalista od tego rodzaju humoru, jest w tej chwili w Ameryce.

– Co się dzieje z „Trójką”, czyli z III Programem Polskiego Radia, który w morzu absurdu jawił nam się kiedyś niczym wysepka normalności i zdrowego rozsądku. Teraz podobno głupota i obskurantyzm zalewa również i ją. Dotarły do mnie słuchy, że powyrzucano z tego programu sporo osób. Podobno za defetyzm: zbyt czarno widzieli naszą polską rzeczywistość, afery im się nie podobały, sabotowali ponoć pełne dobrej woli, mądre poczynania naszych polityków i rządu… etc. To, czego nie zrobiono za „reżimu”, robi się za „demokracji”?

– Moja współpraca z „Trójką” liczy już 20 lat. Sama „Trójka” obchodziła w tym roku 30-lecie. Trzeba powiedzieć, że ja w tym programie siedzę pozornie, bo mieszkam we Wrocławiu, a „Trójka” mieści się w Warszawie. Raz w tygodniu przygotowujemy audycję we Wrocławiu i wysyłamy ją do Warszawy, gdzie jest prezentowana w „Studiu 202”. W zasadzie więc, nie wiem co się tam dzieje. Słyszałem takie zarzuty, że „Trójka” jest zbyt lewicowa! Czyli pogląd odmienny, który tu do pana dotarł. Ale teraz, po tym „wybuchu” demokracji można już wszystko mówić. I mówią – niestety, również wiele bzdur. W tej chwili ta nasza „demokracja” przypomina mi anarchię, całkiem już zdziczałą.

– Z wykształcenia jest pan inżynierem elektronikiem. Okazuje się – jeden przykład na to jest wszem znany – że ucząc się o elektryczności, trafić można w zupełnie odległe od niej obszary.

– Studiowałem na Politechnice Wrocławskiej i występowałem tam w takim kabarecie „Scientia”. Z biegiem czasu to właśnie zdominowało moje zajęcia. Po studiach pracowałem jeszcze jakieś trzy lata w zawodzie. Jako inżynier-konserwator sowieckiej maszyny cyfrowej. Takiej zupełnie prymitywnej, zresztą. Później przeszedłem do radia na etat do redakcji rozrywkowej. I tak skończyła się moja przygoda z elektroniką, którą osobiście bardzo cenię i szanuję. Teraz jednak dziedzina ta przeskoczyła mnie o sześć dystansów. Po drodze były takie rewolucje naukowo-techniczne, że nie mógłbym już do tego zawodu wrócić.

– Mam nadzieję, że nie popełnię tu jakiegoś faux pas ale przypominam sobie, że kiedyś Zenon Laskowik, zapowiadając pański występ, transmitowany na żywo przez telewizję, prosił telewidzów, by nie regulowali odbiorników, bo „Jasiu naprawdę tak wygląda”. Nie obraził się pan wtedy śmiertelnie?

– Obraził?! Dużo było w tym racji (śmiech). Nie można powiedzieć, żebym był człowiekiem fotogenicznym, dlatego nie znoszę występować w telewizji. Źle w niej wyglądam. Lubię radio, bo nikt mnie tam nie widzi… ewentualnie słyszy i powie, że seplenię. Za występami estradowymi również nie przepadam. Zjada mnie trema. Tak więc, Zenek Laskowik bardzo ładnie to uchwycił. Gdybym się z tego powodu obraził, to byłby ze mnie marny satyryk.

– Bardzo jest pan drażliwy na nieprzychylną krytykę?

– Bardzo się nią przejmuję. Martwią mnie negatywne recenzje. Próbuję to sobie tłumaczyć na różne sposoby: a to niekompetencją recenzenta, a to bezmyślnością… Nie mam takiej odporności, jak inni, którzy wydają się nic z tego sobie nie robić. Ale przecież nie można się wszystkim podobać. Szczególnie ostatnio otrzymuję sporo listów bardzo rozbieżnych w ocenach. Od przychylnych, popierających to, co robię; po takie brutalne, wręcz napastliwe. Te ostatnie, oczywiście, zawsze są anonimowe. To pewnie z powodu tego rozwichrzenia, o którym już mówiliśmy.

– Jak powstają pańskie teksty satyryczne? Czy wymaga to jakiejś szczególnej koncentracji, czy też wpadają one panu do głowy niespodziewanie i przypadkowo – ot, tak sobie – np. pod przysłowiowym już „prysznicem”?

– W tym zawodzie, jak w każdym innym, dochodzi się do wprawy. By pisać, zwraca się dookoła uwagę na potrzebne ku temu elementy. Po 20 latach uprawiania tego, mam już taką wyostrzoną uwagę. Łatwiej mi, będąc satyrykiem, zauważać pewne dewiacje, absurdy, odchyłki… Doskonali się przy tym warsztat. Pozwala to – w formie krótkiej – dowcipniej powiedzieć ludziom o tym, co już oczywiście wiedzą. Zadaniem satyryka jest podawanie prawd powszechnie znanych w maksymalnie dowcipnej, lapidarnej formie.

– Muszę przyznać, że wolę pana słuchać jako felietonistę, niż piosenkarza. Szczególnie, gdy śpiewa pan z playbacku, tak jak np. podczas ostatniego występu w Chicago. Ta maszyna wyraźnie panu przeszkadzała.

– Niestety, muszę tu powiedzieć o czymś smutnym. Tuż przed naszym wyjazdem do Stanów, zmarł w tragicznym wypadku mój pianista, Marek Materna. Kilka dni temu był pogrzeb. Żal go bardzo, ale takie jest życie. Żeby do końca odpowiedzieć na to pytanie, muszę stwierdzić, że nie mam ambicji, by uważać się za piosenkarza. Piosenkę uznają za jeden ze sposobów satyrycznej wypowiedzi, który ma swoje zalety. Czasem jakaś treść jest bardziej nośna, gdy się ją zaśpiewa.

– W ostatnich miesiącach gościliśmy w Chicago imponującą liczbę polskich artystów. Oczywiście zawsze bardzo mile są tu widziani i przyjmowanie, lecz słyszy się opinie, że przyjeżdżają tu jakby od niechcenia, z kaprysu… W kraju jest ponoć teraz artystom tak dobrze, że wybierają się za granicę właściwie głównie po to, by dokonać zakupów. Czy przy takim podejściu do występów, nie ucierpi przypadkiem ich poziom artystyczny?

– Może tak rzeczywiście jest. Mogę tu tylko mówić za siebie. Ja traktuję te wyjazdy bardzo poważnie. Publiczność w Chicago bardzo lubię, zawsze występuje mi się tutaj dobrze. Mam wrażenie, że przyjmowany jestem pogodnie i mile. Chociaż mam tu o wiele większą tremę, niż występując w kraju. Absolutnie nie traktuję tych występów ubocznie, ani chałturniczo. Kupuję tu tylko upominki dla najbliższych. Zawsze się dziecko ucieszy, gdy przywiozę mu jakąś grę komputerową czy walkmana… Ameryka to kraj gdzie jest tego pełno, wspaniały wybór, no i jest taniej niż w Polsce. Nigdy nie traktowałem swoich wyjazdów handlowo. Poza tym, mam tu w Chicago wielu przyjaciół, znajomych, z którymi przyjemnie się spotkać i nawet wyspać mi się porządnie nie dają.

– Muszę panu szczerze powiedzieć, że brakowało mi w występach „Maratonu Kabaretowego”, z którym tu państwo przyjechali, pewnej spójności. Wydaje mi się, że program taki jak ten, powinien mieć reżysera, pewne elementy scenografii, choreografii… A tu niestety, wszystko sprawiało wrażenie prowizorki. Każdy wychodził na scenę i wygłaszał swój „kawałek”. Ja jednak chciałem zobaczyć państwa razem, wykonujących wspólnie dobrze napisany skecz, „numer” kabaretowy. A tak – przykro mi to mówić – odniosłem wrażenie, przyjechali tu państwo głównie po to, by zainkasować plik „zielonych” – zresztą, podobno w Polsce już niemal bezwartościowych – no i na te nieszczęsne zakupy. Wrażenie to przygasiło nieco fakt, że podczas waszego występu zdarzyły się też momenty piękne i nie obyło się na sali bez wzruszeń.

– Uważam, że ten program jest specyficzny i musi być taką składanką. Są to wykonawcy reprezentujący różne kabarety (byli wśród nich m.in. Krystyna Sienkiewicz, Barbara Wrzesińska, Kazimierz Kaczor, Jan Pietrzak, Janusz Rewiński, Bohdan Smoleń – przyp. stb). Jeżeli przyjeżdża jeden konkretny kabaret, jak np. Olgi Lipińskiej, to ma on swój wypracowany program, rekwizyty, dekoracje… Ale zgadzam się, że naszemu programowi brakowało finału. Sądzę, że jest to wada, ale nie miałem na to wpływu. Jednak i tak zbudowany program może mieć swoje walory. To taki pokaz indywidualistów. Jest oczywiste, że program, który ma ambicję bycia widowiskiem, musi mieć jego cechy: ruch, scenografię, staranną reżyserię, dramaturgię, finał… Mimo to, publiczność – jak pan widzi – dopisała, sala była pełna. Wczoraj np., podczas występu Jana Pietrzaka, wszyscy wstali i bili brawo. Później, nawet z samochodów ludzie na nasz widok wołali, że się podobało.

– To cieszy. Dziękujemy i zapraszamy ponownie.

greydot

NOTA: Wywiad z Janem Kaczmarkiem odbył się w maju 1992 roku i został opublikowany w wydawanym w Chicago tygodniku „Relax”. (Jan Kaczmarek zmarł w 2007 roku na chorobę Parkinsona.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

BUNTOWNICY I KONFORMIŚCI – kilka uwag na marginesie prezydenckich wyborów w Polsce

.

Od czasu do czasu łamię narzuconą sobie samemu zasadę – nie zasadę – by nie podejmować na swoim blogu tematów politycznych. Lecz, mimo że nie darzę większości polityków sympatią (polityka brudzi ludzi) i nie znoszę rozsierdzonych dyskusji politycznych, (które tylko zwiększają i zaostrzają podziały między ludźmi, rzadko przynosząc coś pozytywnego), to ostatnie wydarzenia w Polsce skłoniły mnie do bliższego przyjrzenia się sytuacji w moim kraju, tudzież sprowokowały do wysnucia kilku refleksji, z którymi chciałbym się tutaj podzielić.
Nie zamierzam wszak silić się tutaj na jakąś akademicką, kompleksową i dogłębną analizę – będzie to raczej zbiór kilku luźnych uwag, spostrzeżeń i myśli, które przyszły mi do głowy w ostatnim czasie.

.

1.

Polska jest podzielona. Wydaje mi się, że jest to podział bardziej ekonomiczny, niż światopoglądowy. Za Andrzejem Dudą (czyli przede wszystkim za zmianą i przeciwko obecnemu układowi władzy) głosowali najliczniej mieszkańcy wschodniej i południowej Polski, rolnicy i robotnicy, oraz ludzie najmłodsi (w przedziale wiekowym 20 – 29 lat), ale też i najstarsi. To ich głosy zadecydowały, że Andrzej Duda wygrał. To są reprezentanci tej części społeczeństwa (stanowiącą, jak widać, co najmniej jego połowę, jeśli nie większość), która czuje się zaniedbania, pominięta w procesie rozwoju kraju, nie odczuwająca benefitów wynikających z naszej przynależności do Unii Europejskiej.

Wygląda na to, że władza wzięła „rozbrat” z narodem. Krystyna Janda napisała zaraz po rozstrzygnięciu wyborów: „Narodzie, życzę spełnienia marzeń. Gratulacje.” (Oczywiście był w tym ledwie skrywany sarkazm.) To o czymś świadczy. Czy nie o tym, że znana aktorka – a wraz z nią beneficjenci obecnego układu – odżegnują się od narodu? Według mnie wypowiedź Jandy potwierdza tylko istniejący podział między tymi, co wykorzystują obecny system władzy dla własnych korzyści, a narodem, któremu tak naprawdę politycy i władza powinna służyć – w rzeczywistości jednak go eksploatując, zaniedbując, okłamując, lekceważąc, mając gdzieś… Ostatnie wybory są tego skutkiem.
Nota bene poparcie niektórych artystów, ludzi kultury, celebrytów – bezkrytyczne, a niekiedy wręcz żenująco nachalne i wazeliniarskie – dla obecnego establishmentu i państwowego status quo, jest tych ludzi pewną kompromitacją, sprzeniewierzeniem się ideałom, które oni sami w przeszłości wyznawali, a przynajmniej tak deklarowali. Niestety, jak widać, z niegdysiejszych kontestatorów zamienili się w obecnych konformistów. A przecież konformizm nie przystoi artyście i człowiekowi otwartemu. Poza tym, to właśnie nonkonformizm jest bardzo często probierzem uczciwości.

Następna sprawa: media. Telewizja, jaka jest, każdy widzi. Ja jej w zasadzie nie oglądam, więc przyjmuję na wiarę opinie tych, którzy telewizję oglądają i się o niej wypowiadają, widząc jej stronniczość i schlebianie niezbyt wyrafinowanym gustom. Lepiej znam (czy też raczej znałem) prasę polską, a zwłaszcza tygodniki. Do tego ostatniego stwierdzenia chciałbym jednak dodać pewną glossę. Otóż muszę się przyznać, że mieszkając w Stanach, przez długi czas, każdego tygodnia kupowałem cztery gazety: Politykę, Wprost, Newsweeka i Forum (niekiedy dochodził do tego Tygodnik Powszechny, Rzeczpospolita, czasem rezygnowałem z Wprost czy Newsweeka). Niestety, z biegiem czasu pula tych tytułów zaczęła się zmniejszać (wykruszyły się zupełnie Wprost, Newsweek, Rzepa, a nawet TP – to, co zaczęło się w tych pismach wyrabiać, zaczęło mi jeżyć włos na głowie) – w ubiegłym roku (po przeczytaniu kilku manipulacyjnych i fatalnych pod względem kultury literackiej artykułów) zrezygnowałem z kupowania Polityki (i to bynajmniej nie z powodów finansowych, mimo że kosztuje ona tutaj prawie trzy razy więcej niż w Polsce), w tym roku – z Forum. Szkoda mi zwłaszcza tego ostatniego tytułu, bo pamiętam doskonały poziom jaki utrzymywało to pismo przez dziesiątki lat. Niestety, w moich oczach pismo to zaczęło upadać, kiedy z poważnych, analitycznych artykułów przerzuciło się na obrazki, kolorki i (poszatkowane) artykuły na poziomie ćwierćinteligencji.

Ale ad rem: moim zdaniem to, co się dzieje obecnie z polską prasą oddaliło ją od roli opiniotwórczej, a zbliżyło do roli agitacyjnej, czy wręcz propagandowej. Chodzi tutaj o ważną sprawę, a mianowicie o nierzetelną stronniczość prasy polskiej (a w ogólności: polskich mediów). Bowiem uzależniając się ekonomicznie od swoich sponsorów, traci się jednak autonomię. Mamy wtedy do czynienia z czymś w rodzaju przekupstwa. Uważam więc, że rząd (władza, partie) nie powinny dotować (np. w postaci wykupywania reklam) prasy właśnie tzw. opiniotwórczej, gdyż jest to moim zdaniem tylko taka bardziej zawoalowana („aksamitna”, wyrafinowana?) forma korupcji (bo przecież nie kąsa się ręki, która nas karmi). A zadaniem prasy i dziennikarzy powinno być patrzenie władzy na ręce, ale nie w oczekiwaniu na jakiś kęs czy ochłap, tylko po to, by wytykać jej błędy i grzechy – chodzi o ochronę całego społeczeństwa, a nie dość wąskiej grupy interesantów, kombinatorów czy politycznych manipulatorów. Taka postawa jedynie utrwala i zaostrza podział tego społeczeństwa – na co dowodów mamy ostatnio aż nadto.

2.

Całe życie starałem się być człowiekiem apolitycznym (mimo, że uznaję wagę polityki w urządzaniu państwa), nigdy nie związałem się – i nie zwiąże – z żadną partią, co nie oznacza, że pewnych ugrupowań nie popieram bardziej, innych zaś mniej – z pewnymi poglądami bardziej się zgadzam, niż z innymi. Wyznam, że – w przeciwieństwie do mojej żony – zabrakło mi odwagi, by wziąć udział w ostatnich wyborach. Bowiem żaden z kandydatów nie spełniał moich warunków: Andrzeja Dudy bliżej nie znałem, nie byłem też pewny na ile może być on politykiem niezależnym, nie wypełniającym jedynie wytyczne obowiązujące w partii, z której się wywodzi; Bronisław Komorowski był zaś w moich oczach politykiem zgranym i dość niemrawym, konformistycznym i „układowym”, zbytnio już jednak umoczonym w politycznym błotku, tudzież – wbrew jego deklaracjom (zakładając, że nie były one czczą gadaniną) – bardziej Polaków dzielącym, niż jednoczącym.

Nie będę ukrywał, że moja sympatia była – i jest – po stronie Andrzeja Dudy. Mam nadzieję, że jego wybór na Prezydenta Polski coś zmieni na dobre – że wreszcie coś drgnie w zjełczałej polskiej polityce, że lepiej będzie się traktować polskie społeczeństwo (myślę, że Duda jest po prostu uczciwszym człowiekiem, niż Komorowski). Również z tego, że spore poparcie społeczne zdobył Paweł Kukiz, może wyniknąć coś pozytywnego, jeśli zdoła on wokół siebie zgromadzić odpowiednich ludzi, stworzyć formację, która będzie stanowić przeciwwagę dla zadufanego establishmentu (oczywiście samego PiSu tu nie wyłączając). Wierzę Kukizowi, że nie da się go kupić, że nie przekroczy on granicy kompromisu, za którą jest już tylko koalicyjne partyjniactwo, zdrada deklaracji i fałszywa ustawka. Taki „bulldog” czasami w polityce się przydaje, bo może pogonić towarzystwo zanadto obrastające w tłuszcz – pychę, szmal i przywileje.

A może nadal jestem naiwny? Bo przecież kiedy w 2007 roku wygrywał Donald Tusk, to wolałem to peowskie rozwiązanie od pisowskiego. Kiedy wygrał Obama, to też się cieszyłem i myślałem, że to początek jakichś zmian, których wówczas oczekiwała większość amerykańskiego społeczeństwa, zmęczona polityką Busha, przestraszona kryzysem ekonomicznym i szachrajstwami neokonserwatystów, wpędzających Stany Zjednoczone w kolejne konflikty i politykę zagraniczną skutecznie psującą opinię Ameryki w świecie.
Jeden i drugi mnie zawiódł. Czy to samo będzie z Dudą?

A jednak wolę niepewność i nieprzewidywalność z Dudą, niż pewność i przewidywalność z Komorowskim, bo to pierwsze może oznaczać zmianę, zaś to drugie – dotychczasowe peowskie badziewie, którego symbolem są np. podsłuchane rozmowy osób piastujących najwyższe funkcje w państwie, a (jak się okazało) reprezentujących – pod względem etycznym i kulturalnym – knajacki poziom budki z piwem.
Ale tu chodzi nie tylko o te „kur.y” rzucane mimochodem przez vicepremierów i ministrów Polski (przyznających się do robienia „laski” naszym sojusznikom), ani o dłuższego członka Belki, którym chwalił się on przed Sienkiewiczem… Chodzi o owo „teoretyczne” istnienie państwa, o słynną diagnozę („ch.j, d.pa i kamieni kupa”), do czego przyznał się expressis verbis sam minister spraw wewnętrznych Rzeczypospolitej Polskiej. Bo wbrew temu co twierdzi propaganda sukcesu (do chóru piewców ekonomicznych cudów nad Wisłą przyłączyli się także ludzie kultury, np. pani Krystyna Janda mówiąca: „Nie chcę zmian, nie chcę rewolucji, chcę pracować spokojnie i wytrwale, ku chwale ojczyzny. Niech wszystko rozwija się i kwitnie tak jak przez ostatnie 25 lat i niech nikt temu nie przeszkadza.”) sytuacja w Polsce nie idzie w tak dobrym kierunku, jak chcieliby tego prorządowi propagandyści. Pod pewnymi względami miliardowe dotacje Unii Polskę psują (poprawiając właściwie tylko jej fasadę) – pozbawiają ją innowacyjności, działają niekorzystnie na przemysł, uzależniają poczucie dobrobytu kraju od swego rodzaju jałmużny, jaką bogate kraje Unii dają biednej w stosunku do europejskiej czołówki Polsce. O drenażu młodych, wykształconych ludzi, którzy masowo emigrują zarobkowo na zachód Europy, nie wspominając. A takie „drobiazgi” jak będąca w katastrofalnym stanie służba zdrowia, a kulejące szkolnictwo, a wielki niedobór mieszkań? A katastrofalnie niskie zarobki (wg pani vicepremier Bieńkowskiej „tylko złodzieje i idioci” pracują za mniej, niż 6 tys. zł. miesięcznie) całych rzesz społeczeństwa? A umowy „śmieciowe”? A głodowe renty i emerytury? Lista jest długa. Czy to jest to rozkwitające kwiecie?

Pewnie, że jeśli wyjeżdża się z Polski, by objąć posadę przewodniczącego Rady Europejskiej (bardziej „żyrandolową” i figurancką, niż mającą rzeczywisty wpływ na europejską rzeczywistość) z pensją wyższą od pensji prezydenta Stanów Zjednoczonych, to trudno jest widzieć świat z perspektywy zwykłego człowieka, zwłaszcza takiego, który trudzi się, by związać koniec z końcem. Pewnie, że jeśli ma się dostęp do kurka, z którego szeroką strugą płyną pożyczki i dotacje, to łatwiej manewrować ludźmi, pozorować pracę i udawać, że wszystko jest cacy (gdyby nie to ssanie unijnych funduszy, to rządy PO dawno by się już skończyły). Władza korumpuje, pałac psuje – politycy się alienują, tracą kontakt z rzeczywistością, w jakiej żyją szeregowi obywatele. Stają się pyszni i aroganccy; myślą, że im wszystko wolno, że są najważniejsi, że władać będą wiecznie… Na szczęście, w demokracji, przydarzyć im się może zimny prysznic w rodzaju tego, jakiego byliśmy świadkiem w ostatnich wyborach prezydenckich. Mnie się wydaje, że to dopiero początek, więc lepiej będzie dla nich, jeśli przygotują się na jeszcze większy szok, jaki najprawdopodobniej sprawi im prędzej czy później polskie społeczeństwo.

rys. Jan Koza

GOMBRO à la GRABO, CZYLI GĘBA UJAJCOWIONA, PUPA UHAHANA…

o „Dziennikach” Witolda Gombrowicza, wyreżyserowanych przez Mikołaja Grabowskiego i wystawionych przez aktorów teatru IMKA z Warszawy na scenie Copernicus Center w Chicago

.

Gombrowicz zdekonsruowany (Piotr Adamczyk, Magda Cielecka i Jan Peszek mówią

Gombrowicz zdekonstruowany (Piotr Adamczyk, Magdalena Cielecka i Jan Peszek mówią „Dziennikiem”)

.
Mistyfikacja jest zalecona pisarzowi. Niech zmąci wodę
wokół siebie, aby nie wiedziano kto zacz – pajac? kpiarz?
mędrzec? oszust? odkrywca? blagier? przewodnik?
A może jest on tym wszystkim naraz?

1.

Jechać z Gombrowiczem do polonijnego epicentrum w Ameryce, to jak wkładać kij w mrowisko… Albo tak by się mogło wydawać, mając na względzie obrazoburstwo gombrowiczowskiego podejścia do tzw. „polskości” (tradycja, religia, kultura, mentalność…) i konserwatyzm amerykańskiej – zwłaszcza chicagowskiej – Polonii, dla której Polska (Ojczyzna) to świętość, a katolicyzm to jej fundament. Ale – jak się okazuje – nie taki diabeł straszny, jak go malują i nie taka Polonia amerykańska mentalnie zastygła i w polskości zesklerowaciała, jak krąży o niej fama. Oba podejścia są już chyba anachronizmem, bo ów zjadliwy „diabeł” cyniczny zamiast straszyć śmieszy, a Polonia miast zapałać świętym oburzeniem, pokłada się ze śmiechu. Bo właśnie do czegoś takiego doszło na deskach i w fotelach Centrum Kopernikowskiego w ostatni weekend.
A może tu chodzi jeszcze o coś innego?

2.

Paradoksem jest to, że Gombrowicza – mimo, że wręcz organicznie nie znosił upupiania i przyprawiania gęby – upupili, przyprawiając mu także gębę, jego właśni admiratorzy. Bowiem już samo używanie pupy i gęby jako wytrychu, nie tylko do osobowości, ale i twórczości pisarza, jest według mnie jego upupianiem i doprawianiem gęby – a przede wszystkim spłycaniem jego twórczości, swoistą grepserą, która ma zastąpić bogactwo Gombrowiczowych wątków (można by wymienić kilkanaście takich grepsów obecnych w popularnym – ale i profesjonalnym – obiegu, w powszechnej świadomości dyletantów i laików – ale i tzw. „znawców” – podczas gdy zbiór tematów pisarza jest nieprzebrany, a kanwa, na której on to wszystko wykładał, niebywale rozległa… tylko kto Gombrowicza tak naprawdę czyta?)
To prawda, że Gombrowicz związany był z polskością (ale z czym innym miał być związany, z chińszczyzną!?*), lecz polskość wcale nie była dla niego tematem kluczowym, tak jak by tego chcieli jego egzegeci, komentatorzy i gimnazjalni poloniści. Sam o tym pisał w Dziennikach: „Ale we mnie, może w skutek większego geograficznego dystansu, a może wskutek większego dystansu duchowego, ten proces antypolski został zamrożony, a ja o Polsce pisałem zawsze chłodno, jak o jednej z przeszkód, utrudniających mi życie, dla mnie Polska była i jest tylko jednym z rozlicznych moich kłopotów, ani na chwilę nie zapomniałem o drugorzędności tego tematu.” (podkreślenia Gombrowicza)
Warto zwrócić uwagę na określenie: „antypolski”. Bo tutaj sam pisarz przyznaje się, do tego jaka była jego rzeczywista postawa, pozbawiając tym samym argumentów tych, którzy utrzymywali, że mimo krytyki polskości, Gombrowicz był w rzeczywistości patriotą, tyle że ukrytym – kimś w rodzaju takiego patrioty à rebours – bo przecież, gdyby Polska była mu obojętna i niewiele go obchodziła, to by o niej tyle nie pisał. A skoro pisał, to był nią przejęty i chciał jej dobra – chcąc zarówno Polaka, jak i jego polskość, poprawić. Mnie się jednak wydaje, że owa polskość przyczepiła się do Gombrowicza, jak – nie przymierzając – rzep do psiego ogona i on po prostu chciał ją z siebie strząsnąć, by – jak sam to wyraził – dotrzeć do samego siebie – do kogoś, kto nie jest już określony przez narodowość i miejsce, skąd się pochodzi, tylko przez swoją własną „ludzkość” (człowieczeństwo) oraz indywidualność i osobniczy rozwój. Ale czy to w ogóle jest możliwe? A może to kolejny erudycyjny fikołek pisarza, który fajnie się czyta, ale który wisi jednak abstrakcyjnie w powietrzu i ma niewiele wspólnego z rzeczywistym gruntem, po którym drepczemy naszymi nóżkami? Tym bardziej, że nie ma jednak ucieczki przed formą: uchylając się przed jedną formą, wpadamy natychmiast w drugą. (Gombrowicz: „Im bardziej jest się poza formą, tym bardziej jest się w jej mocy”. Poza tym: czyż to nie forma nas stwarza, a nie my formę?)

3.

Mikołaj Grabowski, który wziął na swoje barki (czy też raczej głowę) karkołomne według mnie zadanie wyboru fragmentów z „Dziennika” i zaadaptowania ich na teatralną scenę, oczywiście nie pominął tychże wątków polskich, wydawałoby się: cokolwiek już wytartych (awantura o nie miała przecież miejsce dobre pół wieku temu) i w jego pisarstwie zwietrzałych; nawiązał nawet do polityki (przytaczając filipikę Gombrowicza przeciw demokratycznym wyborom), jak również do pacyfistycznej postawy pisarza, który jako żołnierz byłby, wedle jego własnych słów, „katastrofą” (to też jest od dawna nagminny zarzut przeciw Gombrowiczowi: że w obliczu wojny zachował się jak tchórz, zamiast walki z Niemcami wybierając wieloletni urlop w Argentynie, gdzie się tylko wymądrzał, usprawiedliwiając swoją antypolską postawę jakąś wydumaną literacką ekwilibrystyką.) Nie zabrakło też ustępów szydzących z polskich kompleksów leczonych bałwochwalstwem wobec naszych narodowych skarbów i świętości (bo przecicż byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa, mamy Wawel, Słowackiego i Mickiewicza; Chopin, Kopernik – a nawet Nietzsche! – byli Polakami, no i wiadomo: nie wypadliśmy sroce spod ogona – to wszystko powtarzane mechanicznie na scenie jak przez bandę manekinów – ćmoków ssących przy tym cukierki i mlaskających – niczym marionetki pociągane za sznur przez Adamczyka). Nie zabrakło też znanego wszem i wobec grepsu o Sienkiewiczu – tym „pierwszorzędnym pisarzu drugorzędnym” (choć takie określenia, jak „ten demon, ta katastrofa naszego rozumu, ten szkodnik” zostały chyba na scenie pominięte – ja przynajmniej ich sobie nie przypominam).
Dostało się też snobom i stadnemu zachwytowi nad sztuką, filistrom prowadzonym na pasku mód, pseudo-smakoszom sztuki „wysokiej”, którzy jak pies Pawłowa ślinią się na widok wszystkiego, co podsuwa się im pod nos, mówiąc że to jest wielkie, piękne, boskie i w ogóle arcydzieło.

4.

Ale na szczęście Grabowski wyłuskał z „Dzienników” również to, co odnosiło się do sedna egzystencjalnego doświadczania świata przez pisarza, jako istoty zanurzonej w rzeczywistości, która nie szczędzi mu swoich strasznych odsłon – zwłaszcza w tej warstwie z pozoru zwykłej i banalnej, ale ciągle podmywanej przez podziemny nurt rzeki ciemnej i wezbranej, nasączonej grozą. Problem w tym, że owa groza rozchodziła się natychmiast po kościach aktorów, rozwiewała się momentalnie w kiczowatym wystroju sali Copernicus Center – rozstrzeliwana przez salwy śmiechu rozbawionej tym wszystkim publiczności (by nie napisać w tym kontekście: gawiedzi**).
No bo czyż śmieszne nie jest to, że armia żuczków na plaży leży przewrócona na grzbiet, że stworzenia te przypiekane są niemiłosiernie przez słońce, przebierając w powietrzu nóżkami, bezradne wobec fatalizmu cierpienia i zgonu jaki w końcu czeka wszystkie istoty żywe? Albo: czyż to nie są jaja jak berety z tym zdychającym psem, którego agonię można odebrać tak albo tak, czy też może jeszcze siak czy owak – w zależności od widzimisię i samopoczucia jego pana, człowieka ponoć myślącego, a na dodatek kulturalnego?
Jest jeszcze ogromna potliwość pisarza – z samego siebie się wypacającego w upale – i płynącego gdzieś, płyyyyynąąąąceeeego… rzeką „niesamowitą” i o zmętniałej wodzie „jak z innej planety”, w tej rozlewności powszechnej nad otchłanią bezdenną, w tym rozpływaniu się namacalnego – w tym rozżarzeniu i rozedrganiu – kiedy gubi się sens i zaczynają się dziać rzeczy dziwne: „Dręcząca zawiłość na horyzoncie, ciężkie i brudne wymiona nieba zwisające nad splątaniem rozpędzonym i wrącym tej milionowej zmory niepojętej.” Człowieka trwoga przenika.
A tu śmiech na sali!

5.

Reżyser scenicznych „Dzienników” powiedział w jednym z wywiadów, że zależało mu na tym, by tekst Gombrowicza ukazać w sytuacji „krystalicznej, czystej i prostej”, zaś Magdalena Cielecka oświadczyła, że „wszystkie treści, cała zawartość Witolda Gombrowicza nie jest zaburzona przez inne rzeczy, nie odciąga naszej uwagi od zrozumienia tekstu”, innymi słowy: „zależało nam na tym, żeby widz wyszedł z teatru raczej z myślą Gombrowicza, niż z obrazami z przedstawienia.”
Ja jednak uważam, że tak się nie stało. Otóż aktorzy moim zdaniem tak „przysiedli” tekst Gombrowicza, tak wciągnęli go w swoje pląsy i galop, tak go „przy-SWOILI”, tak go ochędożyli sobą, że Gombrowicz w tej polifonii form wsobnych nie tyle utkwił (zawsze się bał uwięzienia w formie własnej, a co dopiero cudzej), co rozproszył się i rozniósł po sali, rozlał potokiem słów w tym gadulstwie nieokiełznanym – frazą, którą publiczność łapała jak umiała. A jak złapała – jakieś słówko, minę i gest – to się śmiała.
Ale, to nie wszystko – bo to nie był śmiech pozwalający na Katahrsis (wbrew temu co sobie założył reżyser, mówiąc: „śmiech gombrowiczowski nie jest po to, żeby widza ubawić, uhahać, tylko po to, żeby przez ten śmiech widz się oczyścił, tak jak Katharsis w antycznym teatrze”), ale śmiech właśnie uhahany. (Panie reżyserze, tu uwaga na marginesie: Katharsis!?, w sali, na Jackowie, nieopodal Milwaukee Ave. w Chicago? Really!? No jak przeżywali Katharsis, skoro go nie przeżywali?)

Paradoksalnie, do tego zawładnięcia – wzięcia w interpretacyjny jasyr – prozy Gombrowicza przyczyniło się to, że w przedstawieniu tym wzięli udział świetni aktorzy, obdarzeni mocnym charakterem i wyraźną osobowością sceniczną. To dlatego, summa summarum, wszyscy odnieśli wrażenie, że jest to przedstawienie nadzwyczaj udane. A im bardziej odnosili takie wrażenie, tym bardziej stawało się ono udane… Ale jednak udane było jako komedia, która często aż zanadto zbliżała się do kabaretu, a czasem to nawet do groteski.*** Dlatego widownia tak dobrze się bawiła, dlatego rozweseliła się i uśmiała – ale raczej pozostała impregnowana na gombrowiczowski sarkazm, złośliwość, zjadliwość, prześmiewczość, szyderstwo i drwinę. Innymi słowy, wątpię w to, że publiczność polonijna przeglądnęła się w Gombrowiczu jak w gogolowskim lustrze, uświadamiając sobie, że przecież z samej siebie się śmieje. Nie, z samego siebie tak się śmiać nie można – śmieliśmy się z innych.
I jak na komendę. Także klaskaliśmy. Bo oto Adamczyk rzuca w nas Gombrowiczem: „Oklaski.” (tutaj zaczynamy klaskać) „Oklaski znawców.” (klaszczemy nieco głośniej) „Oklaski amatorów.” (to samo mniej więcej natężenie oklasków) „Oklaski ignorantów.” (tutaj klaszczemy nieco ciszej) „Oklaski stadowe.” (mimo wszystko – a może właśnie dlatego – klaskanie się wzmaga!) „Oklaski wywołane oklaskami.” (nie ma co się zastanawiać – klaszczemy dalej) „Oklaski rosnące sobą” (rzeczywiście – rosną w nas i rosną), „piętrzące się na sobie” (tak właśnie: jedno klaskanie wchodzi na drugie wzmożone, coraz bardziej głośne), „podniecające” (tutaj rozlega się aplauz prawie), „wywołujące siebie” (oklaskowe continuum uderza pod sufit)…„i już nikt nie mógł nie klaskać, gdyż wszyscy klaskali” (tak, tak – tak właśnie było!).

6.

Tak więc aktorzy opanowali Gombrowicza na scenie. Ale i widownię. Kiedy oglądałem klip z jakiegoś wcześniejszego wystawienia ‚Dzienników” w Polsce (Lubin czy Lublin – już nie pamiętam), uderzyło mnie to, jak inaczej zagrali to samo aktorzy w Chicago. Tam: bez większego przekonania, bezbarwnie, potykając się nawet; tutaj – z pewnością, wyrazistością, polotem i werwą. Ja myślę, że doszło do czegoś w rodzaju sprzężenia zwrotnego – aktorzy i widzowie nakręcali się nawzajem, przez co w aktorską trupę wstąpiło życie – jakaś nadzwyczajna performerska energia.
Gombrowicza przy tym rozebrali i zdekonstruowali, ale jakby go przy tym wzmacniając – tyle, że bardziej w tej warstwie werbalnej, niż znaczeniowej, bardziej jednak w obrazkach i ruchu, niż w semantyce i myśli.
Czy to źle, czy dobrze? Nie wiem.

To w sumie zdumiewające, jak łatwo Gombrowicz „dziennikowy” dał się temu zespołowi „podebrać” scenicznie. Można było odnieść wrażenie, że to sam Gombrowicz rozpisał siebie na poszczególne postaci, dzięki czemu one wcale nie musiały szukać autora – on im się tam po prostu wykładał: jak nie na rzece Paranie, to na argentyńskim piasku, jak nie w sali koncertowej, to w salonie snoba… Ujawnia to tylko wielkie możliwości polifoniczne tego co pisał Gombrowicz – co pewnie było skutkiem specyficznego (rozczłonkowanego, rozedrganego, nadwrażliwego…) postrzegania przez niego rzeczywistości i próbą ujęcia tego w ekspresji słowa.
Teatr IMKA wymyślił sobie przed premierą hasło: „Każdy z nas jest Gombrowiczem”, ale – jak przyznała Cielecka – było to raczej hasło marketingowe. A jednak w tym coś jest: bo przecież na scenie każdy z aktorów stawał się w jakimś sensie Gombrowiczem, choćby przez to, że mówił „nim” w pierwszej osobie.
Jan Peszek to Gombrowicz stary, ale nadal obsesyjnie zajęty ciałem (i to nie tylko swoim), hiper-ruchliwy (nie tylko mentalnie), esteta i satyr – raz ostry i przenikliwy, innym razem zaś mętny, zrzędliwy, cyniczny. Widziałem, że aktor ten doskonale znajdował się w tym Gombrowiczu, który przypominał jego samego (inteligencja, biologizm, estetyzm, kinetyka, styl – o pewnym powinowactwie poglądowym nie wspominając) i wykładał to na scenie jak w swoim dominium. Peszek zawsze dla mnie będzie wielki (m.in. za interpretację Schaeffera, która dzięki niemu utkwiła mi w głowie jeszcze w czasach mego pacholęctwa).
Piotr Adamczyk zaś to Gombrowicz wcielający się często w to, z czego sam szydził, ale także narrator, dyrygent, instrumentalista i… tancerz. Aktor wszechstronny i koncertowy – w dobrym tego słowa znaczeniu. Magdalena Cielecka rozsiewała po scenie Gombrowicza wydelikaconego (jej kobiecość raczej nie była przeszkodą w ukazaniu tej „feminalnej” strony pisarza), dyszącego i potliwego – zmagającego się zarówno z przejaskrawionym, jak i ciemnym nurtem egzystencji. Uderzyła mnie inscenizacyjna pewność tej aktorki – jej wielka umiejętność poruszania się zarówno w repertuarze gestów, jak i znaczeniach wypowiadanych przez siebie słów. Tomasz Karolak to coś jakby parobkowa antyteza Jaśniepanicza, z jednej strony misiowaty, ale z drugiej bardzo energiczny; bezpośredni i fizyczny, ale mający pretensje do empatii; z pozoru prostacki, ale z tęsknotą za inteligencją. Wydawało mi się, że to on głównie pchał „Dzienniki” w stronę kabaretu. W stronę Polaka gbura grawitował zaś Andrzej Konopka – ponurym zwykle spojrzeniem taksujący widownię, jakby taki Polak trochę skacowany. Miał swoje wzloty, ale też lekkie potknięcia – myślę że najlepiej niestety wyszło mu wykręcanie sobie gęby Sienkiewiczem i sarmatą. Aktor ten poszedł więc w stronę szyderstwa, ponuractwa i karykatury. Iwona Bielska… Tę panią jest mi rozgryźć trudno, bo raz była taka, innym razem znów owaka; raz grała tak, to znowu siak – nadawała się dobrze zarówno na kobietę z zasadami – wyniosłą i arystokratyczną, jak i na rajfurę – zjadliwą i gderliwą. W tej swojej czerni i w krześle jeżdżącym po całej scenie na kółkach, sprawiała na mnie wrażenie matrony – ale takiej wywrotowej, z anarchistycznym zacięciem. No i – last but not the leastOlga Mysłowska, czyli Gombrowicz wokalny. Przenikliwa, przenikliwa… Statyczna i drobna, lecz w istocie silna. Płynąca w tym nurcie z czerni z miną zaciętego mima. Niby krucha, bo filigranowa, a jednak potrafiąca wprowadzić nas w niezłe wibracje – naprawdę zatrzęsły mną czasami te jej tony i interpretacje. Wydawać by się mogło, że ten demarczykowo-sopranowy duch nie przystaje do komedii jaką odstawiali wszyscy aktorzy, ale jednak dla mnie to zagrało i brzmiało – było kontrapunktem i przeciwwagą do (być może zanadto) rozochoconego humorem i śmiechem, ruchliwego towarzystwa z IMKI.
No cóż – wychodzi na to, że było bogato.

7.

Jak nie żałowałem, że nie było mnie w Copernicus Center, kiedy przybył tu Obama, tak miałbym czego żałować, gdyby mi się nie udało być tu na spektaklu IMKI.

greydot.

* To oczywiście nawiązanie do riposty Gombrowicza, który na „wydziwianie” (m.in. Kisiela), że ma on „niezdrowy romans i zasadniczy szał” z polskim dziedzictwem, odparł: „A z jakimże mam mieć? Z chińskim?”, co naturalnie było klasycznym odwróceniem kota ogonem i miało jednak coś ze „rżnięcia głupa”.

** Nie chcę być jednak tak złośliwy, jak Gombrowicz, który swego czasu stwierdził: „większość czytelników to lud prymitywny”.

*** Nic nie robiąc sobie z tego, co Gombrowicz napisał o grotesce: „Gro­tes­ka to sig­num nieudol­ności, mar­ka fab­ryczna tandety.” Pewnie dlatego, że pisarz sam często w niej się pławił.

.

Ciało zagrało - zmagania Gombrowicza nagim bytem i niewygodną egzystencją w strasznym świecie. Od lewej: Magda Cielecka, Jan Peszek, Tomasz Karolak, młody kolos (aktor anonimowy), Andrzej Konopka i Iwona Bielska.

Ciało zagrało – zmagania Gombrowicza z nagim bytem i niewygodną, potliwą egzystencją w świecie rozpławionym i rozbabranym. Od lewej: Magda Cielecka, Jan Peszek, Tomasz Karolak, młody bóg – latynoski kolos (aktor nieznany), Andrzej Konopka i Iwona Bielska.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE

.

PS. Za te zdjęcia to Karolak chciał mnie rozstrzelać (mierząc do mnie z karabinu), ale na szczęście więziła go forma… nie mówiąc już o tym, że karabin był atrapą – i na pewno nie była to strzelba Czechowa.

.

MIŁOŚĆ, BÓG I KAPITALIZM – „OBCE CIAŁO” ZANUSSIEGO

.

Wśród filmów 50 Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago, znalazł się również najnowszy obraz Krzysztofa Zanussiego pt. „Obce ciało”. Do Wietrznego Miasta trafił także z tej okazji sam reżyser, z którym można się było spotkać po projekcji filmu w szczelnie wypełnionej widzami sali. Czy weteran kina polskiego, jakim bez wątpienia jest Zanussi, dotrzymuje kroku zmieniającej się – nie tylko w naszym kraju – rzeczywistości, rezonując w swojej twórczości najbardziej palącymi kwestiami współczesnego świata?

.

Co zrobić z "wonością absolutną"?  (Agnieszka Grochowska w "Obcym ciele" Zanussiego)

Co zrobić z „wolnością absolutną”? (Agnieszka Grochowska w „Obcym ciele” Krzysztofa Zanussiego)

.

„Obce ciało” Krzysztofa Zanussiego próbuje się znaleźć we współczesnym świecie (wliczając w to świat kina) ale czy kolejny moralitet jaki wychodzi spod ręki słynnego polskiego reżysera – uznanego i z poważnym dorobkiem – dowodzi, że ta próba się udaje? Mam co do tego pewne wątpliwości.

kapitalizm jak bestie Babilonu?

Muszę zaznaczyć, że w sporze między prowokującym – bo wskazującym na ważność etyki w życiu człowieka i społeczeństwa – twórcą a tymi, którzy na samo słowo „moralność” dostają gęsiej skórki i wyszydzają każdego, kto opowiada się za pewnymi (zwłaszcza tradycyjnymi, judeo-chrześcijańskimi) wartościami, jestem po stronie Zanussiego. I choć enuncjację, jaką poczynił w wywiadzie dla włoskiego pisma katolickiego „Avvenire”, o tym, że jego film został zablokowany w Polsce przez „skrajne skrzydło feminizmu”, traktuję z przymrużeniem oka, jako przesadzoną, to jednak uznaję ważkość kwestii, jakie stara się podnieść w swoim najnowszym dziele reżyser, zwracając uwagę na niebezpieczeństwo ulegania siłom, które spychają człowieka na dalszy plan, podważają jego kulturową tożsamość (opartą choćby na tradycji czy religii), propagując swego rodzaju korporacyjny amoralizm: „Dzisiaj żyjemy w społeczeństwie zasadniczo pogańskim, jak w czasach antycznych. Kapitalizm początkowo miał także ludzkie oblicze, dzisiaj stracił je całkowicie. Nabrał nieludzkiego oblicza. Obecnie wielkie koncerny międzynarodowe pożerają ludzi, jak to czyniły wielkie bestie Babilonu. To nie do przyjęcia, to ogromne niebezpieczeństwo. Trzeba jednak zgodzić się co do tego, co uważamy za wartość nadrzędną: zysk czy człowieka?” – stwierdził we wspomnianym wywiadzie Zanussi, zaznaczając przy tym, że według niego jest możliwe pogodzenie praw ekonomicznych z etyką chrześcijańską.

Korporacyjny, bezwzględny amoralizm to jedno, a zachowanie wiary w mocno zlaicyzowanym świecie – to drugie. W „Obcym ciele” konfrontowane są dwie zasadnicze ludzkie postawy: ta, która wynika z wiary – czyli z wierności zasadom moralnym mającym swoje źródło w religii – z tą, która odrzuca tzw. „wartości tradycyjne” w imię tzw. „wolności absolutnej”, co sprowadza się zwykle do kierowania się w swoim postępowaniu skrajnym egoizmem.

Zanussi buduje swój film wokół tego konfliktu, przedstawiając parę dwojga młodych ludzi: Kasia (Agata Buzek) poznaje we Włoszech Angela (Riccardo Leonelli), który podobnie jak ona jest wierzącym i praktykującym katolikiem. Młodzi zakochują się w sobie, jednak Kasia postanawia swoje życie poświęcić czemuś, co według niej jest od tej miłości ważniejsze (miłość do Boga, powołanie) i wstępuje do klasztoru. Angelo jedzie za dziewczyną do Polski mając nadzieję, że w ciągu roku, jaki dzieli ją od ślubów zakonnych, zmieni ona zdanie i miłość ziemska zwycięży nad tą niebiańską. Szczęśliwym (?) trafem dostaje w naszym kraju pracę w pewnej międzynarodowej korporacji, dzięki czemu jego pobyt w Polsce staje się jeszcze bardziej sensowny (zapewniając mu taki drobiazg, jak utrzymanie) – umożliwia mu też przebywanie w pobliżu klasztoru, w którym znajduje się Kasia. Niestety, w pracy Angelo zmuszony jest obcować ze swoją szefową Kris (Agnieszka Grochowska), która okazuje się być wyzbytą wszelkich skrupułów „suką” (szkoda, że w języku polskim słowo to ma nieco inny – bardziej prostacki i wulgarny – wydźwięk, niż popularna – ale jakże adekwatna – w świecie anglosaskim bitch), jak również z jej przyjaciółką Mirą (Monika Rosati), reprezentującą podobny rodzaj kobiecości, by nie napisać – pardon my French – kurewskości. Obie panie postanawiają przetestować, czy też wręcz „złamać” cnotliwego nomen omen Angela – rozdziewiczyć go, skorumpować i skłonić do innych, równie niecnych, postępków.

zderzenie ciał obcych

Wprawdzie (domniemany?) konflikt sumienia ludzi „zaprzedających się” korporacyjnym układom, wynikający z konieczności poświęcenia pewnych zasad moralnych w imię kariery i zysku, nie jest według mnie konfliktem na miarę tragedii antycznej, ani nawet faustowskim „dealem” – będąc w rzeczywistości zaledwie (?) uleganiem jakże ludzkiej i powszechnej skłonności do oportunizmu i konformizmu – to jednak koncept Zanussiego, by zderzyć ze sobą pewne siły, które wpływają obecnie na formowanie się (zmianę) tożsamości nie tylko polskiej, ale i europejskiej w kontekście wartości chrześcijańskich, na których bądź co bądź – choćby tylko deklaratywnie – opiera się cywilizacja zachodnia, był obiecujący. Niestety, sposób egzekucji tego dylematu przez reżysera zaowocował filmem, który wydał mi się elaboratem sztucznym, nieprzekonywującym, dopuszczającym się schematyczności, niewiarygodności i ulegającym zbyt daleko idącym uproszczeniom. Innymi słowy, to co widziałem na ekranie, to nie było życie – to był ekstrakt pewnych idei, tez, koncepcji zamieniony w obraz, ale w taki sposób, który nigdy mi nie pozwolił na to, by zapomnieć o tym, że oglądam kino (czyli swego rodzaju maszynerię) – że na ekranie widzę aktorów, a nie prawdziwych ludzi (a z prawdziwą sztuką kina mamy do czynienia wtedy, kiedy oglądając film zapominamy o tym, że jesteśmy w kinie, bowiem przenosi on nas do świata, jaki – pozostając sztucznie wygenerowanym – budzi w nas autentyczne uczucia i empatię, dzięki czemu odnosimy wrażenie, iż obcujemy z czymś prawdziwym w rzeczywistości, którą zaczynamy utożsamiać z tą, w jakiej żyjemy naprawdę).

Konflikt między zmysłami a wiarą? Jaka miłość zwycięży?

Konflikt między zmysłami a wiarą?

Według mnie słabym elementem filmu było zarówno to, co wiązało zakochaną parę z chrześcijaństwem (trudno było nam uwierzyć w mocną wiarę bezbarwnego i słabego dramaturgicznie Angelo; wiele do życzenia pozostawiała także motywacja Kasi, w którą, nota bene, nie wierzył nawet jej ojciec), jak i związek dwóch kobiet-bohaterek z wielkim biznesem (niestety, ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, iż grana przez Agnieszkę Grochowską Kris jest szefową firmy – gdyż praktycznie cały czas ekranowy wypełniały jej knowania i manipulacja otaczającymi ją ludźmi, głownie za pomocą traktowanego instrumentalnie seksu). Czyli nie funkcjonowało już właściwie to, co miało być kluczowe, jeśli chodzi o oś dramaturgiczną całej historii, stanowiąc fundament konfliktu etycznego między dwoma różnymi światami: wiary i niewiary, idealizmu i cynizmu, duchowości i bezduszności, altruizmu i egoizmu, przyzwoitości i nikczemności, wartości wyższych i hedonistycznej próżności… etc.

feminizm jak cholesterol?

Domyślam się, że w założeniu autorskim Zanussiego, Kris i Mira miały być przedstawicielkami postępu, nowego „porządku”, kapitalizmu bez ludzkiej twarzy (jakim ponoć staje się globalny korporacjonizm), w którym dążenie do osiągnięcia egoistycznych celów przestaje się opierać na jakiejkolwiek etyce, przy jednoczesnym odrzuceniu jakichkolwiek wzajemnych zobowiązań, przyzwoitości, uczciwości, miłosierdzia, empatii, altruizmu – tego, co kojarzone jest z ludzkim sercem i sumieniem. Trochę więc zdziwiło mnie to, że dyskusja na temat filmu zaczęła się toczyć wokół feminizmu, a miało to miejsce parę lat temu w momencie odrzucenia projektu Zanussiego przez tzw. komisją ekspercką Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, w reakcji na co nasz zasłużony reżyser podniósł larum, że jest atakowany przez owo słynne już „radykalne skrzydło polskiego feminizmu” (czy miał tu na myśli Dorotę Kędzierzawską i Małgorzatę Szumowską? – bo przecież nie Agnieszkę Holland, która była za przyjęciem jego filmu do realizacji, ani tym bardziej Filipa Bajona, Andrzeja Jakimowskiego czy Macieja Wojtyszkę, którzy także znaleźli się w tej komisji, a których raczej trudno zaliczyć w poczet polskich feministek). Tak czy owak sam Zanussi położył nacisk na feminizm, powtarzając przy różnych okazjach (także podczas spotkania po projekcji filmu na Festiwalu w Chicago, co słyszałem na własne uszy) swoją „złotą myśl” o tym, że feminizm jest jak cholesterol: „… bywa dobry i zły. Jestem więc za tym dobrym feminizmem, który kazał paniom domagać się praw wyborczych, możliwości kształcenia, równości płac itd… Ale przeciw temu złemu, który ma je uczynić identycznymi jak mężczyźni – w karierowiczostwie, bezwzględności, wulgarności. Przecież dzisiaj to powszechne schamienie, traktowane jest jako przejaw emancypacji, wulgarny język używany przez kobiety jako triumf feminizmu, a moim zdaniem to akurat wielka przegrana. W Polsce feminizm jest spóźniony. Obserwuję losy kobiet, które uwierzyły, że w walce o karierę, w pazerności na władzę, pieniądze, mają być jeszcze gorsze od mężczyzn. Ten feminizm walczy o zrównanie szans nie w prawach, co jest słuszne, ale w bestialstwie. Na szczęście kobiety są na to mniej podatne, ale kobiety biznesu czy władzy czasem mogą budzić grozę. Nie chcę czynić żadnego despektu słusznym i szlachetnym feministkom. Jestem z nimi tam, gdzie chodzi o równe prawa, tam trzeba walczyć. Ale jest taki nurt skrajnego feminizmu, który głosi, że kobiety mają być takie jak mężczyźni, a mężczyźni tacy jak kobiety. Uważam, że jest on szkodliwy, gdyż zaciera granice między płciami.”

Ponoć prof. Magdalena Środa, czołowa polska feministka, zareagowała śmiechem na pytanie o działalność „skrajnego skrzydła feminizmu”: „Po pierwsze, takiego feminizmu w ogóle u nas nie ma. Mówienie o nim to jest jak sen o złych ludach. Widocznie Zanussi dołączył do Macierewicza z problemami psychicznymi. (…) Dziwię się, że Zanussi w ogóle mówi o feministkach w kontekście najnowszego filmu, bo nie słyszałam, by ktokolwiek protestował. Żadna feministka nie widziała scenariusza tego filmu i zapewniam, że nikt się nie interesuje twórczością tego reżysera. To jest widocznie nadęty starszy pan, który chce się za wszelką cenę wypromować, dlatego mówi o jakimś lobbingu ‚skrajnego skrzydła feminizmu’, które nie istnieje.”

ciężar właściwy

Pomijając złośliwości wymieniane przy tej okazji przez adwersarzy, jestem gotów przyznać rację tym, którzy zarzucają Zanussiemu pewną manipulację (być może wymyślona ona została przez niego na użytek medialny w celu wyprowadzenia dyskusji o filmie na szersze forum, nadania jej pewnego światopoglądowej ostrości i dramatyzmu), ale mimo wszystko solidaryzuję się z reżyserem, bowiem podzielam jego poglądy na skrajny feminizm, tudzież obawy wynikające z zagrożenia europejskiej tożsamości przez cyniczny, amoralny, bezwzględny korporacjonizm, dla którego zysk stał się bogiem, a wydajność ekonomiczna ważniejsza od jakiegokolwiek humanitaryzmu.
Wprawdzie Zanussi podkreśla, że on robi film, ale już to, co ten film będzie oznaczał, zależy od samego widza, to jednak zdradza swoje intencje i mówi nawet o przesłaniu, jakie ma „Obce ciało”: „I najważniejsze, co pokazuję w filmie, to fakt, że mentalność korporacyjna, jest nie do pogodzenia z całą tradycja judeo-chrześcijańską. I jak łatwo – wywalczywszy sobie wreszcie wolność polityczną, sprzedajemy ją na rzecz nowej władzy jaką stałą się korporacja, z jej przemożną potrzebą bogacenia się. To jest tak naprawdę przesłanie tego filmu.”
Wydaje się, że przyłapaliśmy tutaj twórcę na sprzeczności: z jednej strony bowiem uznaje on, że prawa ekonomii nie muszą być sprzeczne z etyką chrześcijańską, z drugiej zaś wskazuje na to, że nie da się jej pogodzić z „mentalnością korporacyjną”. Jednakże, moim zdaniem, jest to sprzeczność pozorna, która zwraca nam uwagę na to, że „mentalność” korporacyjna wcale nie musi być mentalnością pozbawioną etyki, by kierować się prawami panującymi w ekonomii. Czym innym są te prawa (domena ekonomii), czym innym moralność (domena etyki) – każde zachowanie cywilizowanego człowieka (również ekonomisty czy korporacjonisty) powinno się stosować do przyjętego (zaakceptowanego cywilizacyjnie) systemu etycznego, według którego dobro powszechne i sam człowiek (również ten „zwykły” – common man) są ważniejsze niż ekonomiczny zysk i imperatyw bogacenia się za wszelką cenę. (W tym kontekście atakowanie Zanussiego jako tego, który jest po stronie „prawicowców” jest pewną niedorzecznością, bo przecież mamy tu do czynienia z postulatem typowo „lewicowym”.)

Ale przecież „Obce ciało” nie jest filmem politycznym, nie jest też filmem atakującym feminizm – według mnie to, co się zaczęło dziać wokół obrazu Zanussiego jest sporem wywołanym sztucznie. Ale to prawda, że pojawienie się „Obcego ciała” na ekranach można potraktować jako pretekst do dyskusji nad zmianami współczesnego świata i europejskiej tożsamości, miejscem Boga w przestrzeni publicznej i w życiu samych ludzi, związku etyki z ekonomią… etc. Tylko czy „Obce ciało” Zanussiego zdolne jest udźwignąć ciężar tych kwestii?

greydot

Miłość (niebiańska?) Boga silniejsza od miłości (ziemskiej) do mężczyzny?   (Agata Buzek w "Obcym ciele")

Miłość (niebiańska?) do Boga silniejsza od miłości (ziemskiej) do mężczyzny? (Agata Buzek w „Obcym ciele”)

.