BEZ SZUMU HUSARSKICH SKRZYDEŁ – o książce Adama Leszczyńskiego „LUDOWA HISTORIA POLSKI”

rzecz o mitologii panowania – historia biedy, pogardy, opresji i wyzysku w Polsce – opór, bunt i wyzwolenie

.

Adam Leszczyński postanowił zająć się „historią dolnych 90 proc. społeczeństwa – ludzi rządzonych, a nie rządzących; biednych, a nie bogatych; zwykle niewykształconych i zawsze podporządkowanych władzy.” (Kolaż własny z wykorzystaniem obrazów olejnych Piotra Michałowskiego)

.

Zacznę od tego, co napisałem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron książki Adama Leszczyńskiego.

..

Ciekaw jestem czy czytając „Ludową historię Polski” znajdę odpowiedź na pytania, które mi chodzą po głowie w czasie jej lektury:

– Czy kiedykolwiek ludzkość będzie funkcjonować jako społeczność, w której nie istnieje systemowy wyzysk jednych ludzi przez drugich? Wyzysk różnie nazywany – występujący w różnej formie, choć zwykle nie nazwany po imieniu i zawsze usprawiedliwiany (tłumaczony) koniecznością – zwłaszcza przez jego beneficjentów.

– Czy kiedykolwiek będziemy mogli stworzyć system społeczny i polityczny bez klas, warstw, elit, które nie byłyby uprzywilejowane? (Bo przecież już sama przynależność do elity jest uprzywilejowaniem.)

– Czy już zawsze będzie tak, że wyższa sprawność intelektualna (lepsze zdrowie, silniejszy organizm… – czyli cechy nie będące właściwie zasługą żadnego człowieka – będą wytłumaczeniem (usprawiedliwieniem) czyjejś wyższości nad innymi ludźmi, (w sensie wyższej pozycji społecznej, wyższego poziomu życia, większego uprzywilejowania… etc.)? Jeśli tak, to niesprawiedliwość jest cechą niezbywalną ludzkiej kondycji i leży u fundamentów jakiegokolwiek ustroju/porządku społeczno-politycznego (wbrew równościowym i wolnościowym deklaracjom twórców oraz egzekutorów tego systemu).

– Gdzie kończy się obopólna korzyść a zaczyna wyzysk? Przy czym nie mam tu na myśli systemów, które wręcz opierają się na przemocy i wyzysku (jak np. niewolnictwo czy feudalizm) ale ustroje uważane za demokratyczne, praworządne – kapitalistyczne czy socjalistyczne.

– Fikcjom (a czymś takim są nie tylko ustroje, światopoglądy, mity, religie, ale i prawa, instytucje społeczne i polityczne, oraz sama władza) nadajemy moc sprawczą, funkcjonującą realnie. Czy oznacza to, że wiedza zawsze musi się odnosić również do fikcji i ją (choćby po części) obejmować? Czy może istnieć wiedza ograniczona tylko do faktów w świecie, którego nie możemy w całości ogarnąć i poznać – a tym samym zrozumieć?

– Co decyduje o rozwoju (zmianie, ewolucji) systemów politycznych i społecznych? Czy na pewno jest to poczucie społecznej niesprawiedliwości, czy też wynikająca z walki klas i ludzkiej rywalizacji zmiana rozkładu sił, zmiana elit, wprowadzenie nowego „porządku” – bardziej efektywnie funkcjonującego systemu władzy i nowych form nacisku, przemocy i opresji?

– Co począć z całym tym dziedzictwem kulturowym ludzkości (dzieła sztuki, osiągnięcia naukowe, architektura, świątynie), które byłoby niemożliwe bez istnienia systemów opartych na przemocy, niewolnictwie, wyzysku jednych grup społecznych przez drugie? Jaki obecnie mamy mieć do tego stosunek moralny? (Podobnie jest z cywilizacyjnym rozwojem ludzkości związanym, czy też raczej opartym na kolonializmie, na podboju militarnym, na przemocy i siłowej opresji.)

– Czym jest wartościowanie człowieka jak nie ustalaniem i usprawiedliwieniem jego pozycji w istniejącym (narzuconym, obowiązującym) systemie społecznym? Czy bez tego (wartościowania) możliwe jest funkcjonowanie jakiegokolwiek społeczeństwa?

– Jeśli nie jesteśmy w stanie wyrugować niesprawiedliwości ze świata, to czy aby nie dlatego, że wynika ona w świecie ożywionym (w tym również ludzkim) z cech (właściwości) naturalnie nam przyrodzonych (same pojęcia sprawiedliwości czy niesprawiedliwości nabierają sensu dopiero wtedy, kiedy odniesiemy je do jakiegoś systemu etycznego, notabene przez nas samych tworzonego).

– Istniejący w danym momencie porządek społeczny zawsze wywodzony był, legitymizowany i tłumaczony jakąś siłą wyższą (Bóg, bogowie) lub inną koniecznością, zwykle ekonomiczną (zysk w kapitalizmie, „sprawiedliwość” społeczna w socjalizmie). Czy istnienie tej konieczności jest niezależne od nas? A jeśli tak, to czy nie jest ona wykorzystywana do usprawiedliwiania społecznych nierówności, eksploatacji innych i wyzysku?

– Historię piszą nie tylko zwycięzcy, ale również ci, którzy są zainteresowani taką a nie inną narracją. Autor „Ludowej historii Polski” stosuje narrację zgodnie z perspektywą ludu (uciśnionego). Czy jednak po to, aby otrzymać pełny historyczny obraz rzeczywistości, nie należy także uwzględnić narracji stworzonej z perspektywy warstw społecznych złożonych z ludzi majętnych i posiadających władzę – czyli de facto mających o wiele większy wpływ na rzeczywistość i dokonywane w niej zmiany?

greydot

Lektura w dżungli

.

.

Zastanawiałem się, czy do tekstu, który miał być recenzją książki, dołączyć powyższe notatki; a jeszcze bardziej zastanawiałem się nad tym, czy załączyć swoisty komentarz do nich, wyjaśniający ich genezę i okoliczności powstania. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na jego ujawnienie:

Jestem w meksykańskiej subtropikalnej dżungli i czytam „Ludową Historię Polski”. Być może jednak to stwierdzenie jest mylące, bo wprawdzie dżungla jest prawdziwa (żyją w niej nawet małpy, o mnóstwie ptaków i innych gadów nie wspominając) ale ja siedzę w wygodnym fotelu, popijam zimną wodę z lodem i limonką i zamiast relaksować się tudzież upajać przyjemnym tropikiem, zaprzątam sobie (akurat teraz) głowę pytaniami odnoszącymi się do niesprawiedliwego z natury porządku świata. Pytaniami, które na dodatek są pytaniami retorycznym, z odpowiedzią – w każdym przypadku – dla nas ludzi mało radosną, czy też zgoła pesymistyczną. Bo czy odeszliśmy już wystarczająco daleko od praw dżungli?
Muszę przyznać, że jest coś z przewrotności, może nawet nieprzyzwoitości w tym, że piszę to wszystko w takich okolicznościach – korzystając z sytemu umożliwiającego mi wakacje w egzotycznym kraju, w komfortowych warunkach, z nielimitowanym dostępem do drinków i stołów, na których piętrzą się góry pysznego jedzenia. A obok ludzie, którzy na skinienie ręki usługują resortowym gościom i spełniają ich/nasze życzenia?
Czy ja na to zasługuję? Czy to jest sprawiedliwe? (Bo jeśli takie nie jest, to moje zachowanie jest niemoralne.) Czy ci wszyscy, którzy tutaj przybyli z całego świata zarobili na ten wydatek w uczciwy sposób? (Ciekawostką jest to, że około 30% ludzi mieszkających w tym samym ośrodku co my, to Polacy, którzy przylecieli tu prosto z kraju. Oczywiście powyższe pytanie odnosi się do nas wszystkich, nie tylko do moich rodaków.)
Być może te moje skrupuły i dylematy wydadzą się komuś dziwne, a może nie? Być może są zasadne, być może zupełnie bezpodstawne?
Ludzie, którzy korzystają z jakiegoś systemu i jednocześnie ten system kontestują (uważając, że jest on niesprawiedliwy) – to gatunek w przyrodzie prawie że niewystępujący (Chyba, że mamy do czynienia z Hollywood.) Zwykle, jeśli ktoś się jakiemuś systemowi sprzeciwia, to nie jest jego beneficjentem i czuje się przez ten system wykorzystywany. Choć i to nie jest takie powszechne, bo jednak ludzie w zdecydowanej większości (niemal wszyscy) są konformistami.
A kontestatorzy (rewolucjoniści) – wbrew temu co sami deklarują – chcą z klasą dominującą (uprzywilejowaną, wyzyskującą innych) zamienić się miejscami. Po to najczęściej dążą do władzy – a nie po to, by ulżyć doli współbraci. Czego w historii wielokrotnie byliśmy świadkami.
Koniec końców można niestety stwierdzić, że nie ma sprawiedliwości na świecie – i nie będzie. I żaden system nie może tego zmienić. Ale czy naszym obowiązkiem nie powinno być to, by się zachowywać tak, jakby ta sprawiedliwość była? (I niekoniecznie musi to mieć cokolwiek wspólnego z hipokryzją.)

greydot

Wieś galicyjska – lata 20-te XX wieku  (fot. archiwum, autor nieznany)

.

.

No i jestem już po przeczytaniu książki. Czy dzięki tej lekturze poznałem odpowiedzi na zadane w pierwszej części pytania? Bynajmniej. Zresztą, już wtedy, kiedy je formowałem, wiedziałem, że wiele z nich to są pytania retoryczne, na które odpowiedź brzmi pesymistycznie, albo na które zgoła nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. Jednakże wydaje mi się, że wszystkie z tych pytań są zasadne i poruszają bardzo ważne kwestie funkcjonowania systemów władzy, mechanizmów i sposobów podporządkowania sobie (i wykorzystywania/wyzysku) innych ludzi – ważne w każdej epoce, a tym bardziej w czasach, w których żyjemy my sami. I już na tym polega wartość książki Adama Leszczyńskiego, że prowokuje do takich przemyśleń i uwrażliwia na (nie)dolę ludzi krzywdzonych, „podrzędnych”, wykluczonych, rządzonych – poddanych wyzyskowi i opresji – zwłaszcza jeśli jest to proces rozłożony na stulecia, czy nawet (jak w tym przypadku) na millenia.

karkołomność

Muszę przyznać, że książkę czytałem z ciekawością, choć przydługi rejestr dokumentów ujawniających ciemiężenie warstw niższych przez wyższe mógł nieco nużyć (przy okazji zastanawiałem się wtedy, czy aby taka masa – monotematycznych w sumie – tekstów źródłowych, nie jest jednak wadą pozycji popularno-naukowej, jaką jest chyba praca Leszczyńskiego). Dość szybko zdałem sobie sprawę z tego, że autor porwał się na temat wręcz monumentalny, na którym można było polec, zwłaszcza jeśli stosuje się tak karkołomną optykę kontrapunktu dla dominującej jednak w naszym kraju (zwykle elitarnej) narracji narodowo-konserwatywnej – pełnej, jak to ktoś określił „szumu husarskich skrzydeł” –  podkreślającej wielkość i nieugiętość polskiego narodu, jego przywiązanie do tradycji i katolicyzmu, bohaterstwo i zaangażowanie w walce o niepodległość. (Czy można się jednak dziwić, że każdy naród chce mieć o sobie dobre mniemanie i zwraca głównie uwagę na to, co w jego historii było dobre? Wiem, wiem… znam już zarzuty na takie stwierdzenie. Może tylko wspomnę, że jestem zwolennikiem zachowywania – także w badaniach historycznych – właściwych proporcji).
Cóż, Leszczyński w tej trudnej i wielkiej robocie trzyma fason, ale momentami jednak kuleje (o tym poniżej) i wiele ważnych wątków wymyka się mu spod pióra (np. różnorodność polskiej wsi pod poszczególnymi zaborami, znaczenie mieszczaństwa, również składającego się głównie z biedoty), ale generalnie udaje mu się zachowanie narracyjnego tempa i ukazanie ciągłości systemowego poddaństwa – dziejów pańszczyzny i uwłaszczenia – oporu i emancypacji polskiego ludu. Mnie szczególnie zainteresowało to, co autor pisał o położeniu polskich chłopów i robotników w XIX i XX wieku. Może dlatego, że była to (według mnie) analiza bardziej kompleksowa (i mniej przyczynkarska), niż ta, która odnosiła się do wieków wcześniejszych. Szkoda, że to wszystko w książce kończy się praktycznie na tzw. transformacji ustrojowej lat 1989/91. Osobiście namawiałbym Adama Leszczyńskiego do napisania monografii poświęconej szerokim grupom społecznym, które na ówczesnych przekształceniach własnościowych i transformacji gospodarczej ucierpiały – co byłoby poniekąd kontynuacją podjętego tu przez niego tematu (ale chyba bardziej ryzykowną).
Książka doczekała się tak wielu pozytywnych opinii, że nie chcę ich tutaj powielać – tym bardziej, iż ze sporą ich częścią się nie zgadzam – a już na pewno nie z tymi entuzjastycznymi. Może wiec tylko zakreślę pokrótce własne – oczywiście, że subiektywne – przemyślenia, uwagi i wrażenia wyniesione z tej lektury.

perspektywiczna wybiórczość

Rozumiem intencje i motywy jakimi kierował się autor „Ludowej historii Polski”, by w swojej narracji historycznej przyjąć perspektywę niższych warstw społecznych (głównie chłopstwa, a potem także i robotników), podporządkowanych elitom władzy (politycznym i ekonomicznym), ale według mnie, przyjmując taką postawę, Leszczyński postępuje podobnie, jak ci, którzy w swoich relacjach i opracowaniach historycznych zupełnie ignorowali „lud” (tych, którymi się rządziło), czyli de facto zdecydowaną większość społeczeństwa, skupiając się na dość wąskim marginesie społeczeństwa tworzonym przez warstwy uprzywilejowane (czyli tych, którzy rządzili).
Innymi słowy to, że perspektywa opisu historycznego zostaje dokładnie odwrócona, nie zmienia pewnej nierzetelności metodologicznej, którą stosuje się w obu przypadkach. Mało tego: to, że oko historyka skupia się właściwie tylko na warstwie podporządkowanej (rządzonej), a nie na elitach władzy (warstwie rządzącej) – choć także na relacjach między tymi grupami społecznymi (lub ich braku) – utrudnia nam (jeśli wręcz nie uniemożliwia) zrozumienie przeszłości, tym bardziej, że kształtowana była ona właśnie niemal całkowicie przez decydenckie elity (gdyż jest to zupełnie naturalny proces cywilizacyjny). A tu Leszczyński dość bezceremonialnie ignoruje i pomija całe pola wiedzy historycznej, przedstawiając tylko te, które go interesują (i są zgodne z polityczną wymową jego książki, ergo wynikają z jego własnej ideologicznej orientacji), wyjmując je praktycznie z szerszego kontekstu.
A musimy pamiętać, że dany fakt historyczny posiada sens poznawczy i znaczenie tylko wtedy, kiedy umieszczony jest w jak najpełniejszym kontekście, nie tylko ekonomiczno-politycznym (jak to ma miejsce w książce), ale i cywilizacyjno-kulturowym (czego w książce raczej brak).

ksiądz pijanica i złodziej

Książkę Leszczyńskiego zamyka ciekawy esej o metodzie, który – co charakterystyczne – otwiera „Zwyczajna historia z przeszłości”, w której autor przedstawia (na kilku stronach) skargę chłopów na księdza Marcina (wszystko to dzieje się w pierwszej połowie XVIII w.), którą skierowali do księcia Sanguszki. Bowiem mieli już dość „Wielebnego”, który – zwykle zalany w sztok – łupił ich zagrody i domostwo, kradnąc co tylko wpadło mu w ręce (od krów i koni, po skrzynie pełne ubrań), nie wypełniał obowiązków pasterskich, czy wreszcie bił chłopów – potrafił nawet zwymyślać swoich „wiernych” podczas mszy, którą zresztą często odprawiał po pijanemu.
I teraz: mamy traktować tę przypowieść o księdzu warchole jako reprezentatywną dla roli i zachowania całego stanu duchownego (a tym samym definiującą charakter ówczesnego Kościoła Katolickiego), czy też odebrać ją jako przykład ukazujący zepsuty margines duchowieństwa?
Jestem pewien, że Leszczyński wybrał ten incydent, aby właśnie ustalić tę pierwszą perspektywę: cały stan duchowny gnębił i wykorzystywał lud, księża mieli gdzieś wartości chrześcijańskie i swoje obowiązki wobec wspólnoty, a Kościół był instytucją z gruntu opresyjną.
Dysponuję przesłankami (a raczej dowodami) na potwierdzenie tego mojego przekonania, ale o nich za chwilę.

marksistowska przewrotność

Bo oto zaraz po rozdziale przywołującym casus księdza-pijanicy-utracjusza, mamy następny zatytułowany: „Marksizm i reakcja w polskiej historiografii”, traktujący o pojawieniu się historyków marksistowskich, którzy – jak pisze Leszczyński – zarzucali głównemu nurtowi narodowej historiografii „błędne założenia metodologiczne”, „odchylenie nacjonalistyczne”, „klasowy, reakcyjny sposób oceniania rzeczywistości historycznej”.
Co jest według mnie niesłychanie paradne, bo marksiści zrobili dokładnie (a na dodatek programowo i dobitniej) to samo: stosując odchylenie proletariacko-ludowe, przyjmując jeszcze bardziej klasowy sposób oceniania rzeczywistości historycznej. Czyli, co za tym idzie, sami posłużyli się (jak najbardziej błędnymi) „błędnymi założeniami metodologicznymi”.
Wynikało to z ich spostrzeżenia, że „nie ma politycznie neutralnych faktów i nie istnieje politycznie neutralna nauka historyczna” – co naturalnie, mimo pozornej oczywistości, można według mnie poddać filozoficznej krytyce i ocenie rzetelności historycznych badań.
Wprawdzie Leszczyński pisze, że „Staliniści wyciągnęli (..) krańcowe wnioski z takiej diagnozy”, ale sam stosuje nie inną, tylko właśnie marksistowską metodę pracy nad historią, mówiąc (w jednym ze swoich wywiadów) wprost: „Wybór tematu badawczego jest deklaracją polityczną, i nie ma materiałów badawczych, które są neutralne – sam ich wybór jest deklaracją”.
Z tego wniosek, że jego książkę trzeba uznać właśnie za deklarację polityczną. Co w moich oczach w pewnym sensie ją kompromituje – i to nie tylko dlatego, że mam dość całej tej prawicowo-lewicowej nawalanki, jaka w ostatnich latach nasiliła się w kraju do poziomu uniemożliwiającego jakąkolwiek sensowną dyskusję między obozami tzw. „prawicy” i tzw. „lewicy”. (Ujmuję te słowa cudzysłowem, gdyż z tradycyjnymi, klasycznymi pojęciami w obecnej rzeczywistości politycznej nie mają już one wiele wspólnego, a w praktyce są używane do identyfikacji i stygmatyzacji „wroga”).

greydot

Wieś polska – początek XX wieku (zdjęcie archiwalne, autor nieznany)

.

Leszczyński: „ludowa historia Polskie nie może być historią Polaków”

Autor książki, mierząc się z napisaniem ludowej historii Polski oświadcza, że musi ona „stawiać interesy i potrzeby ludzi podporządkowanych na pierwszym miejscu i stanowić całkowitą reinterpretację narodowej historii z ich perspektywy”. Zdając sobie sprawę z trudności zdefiniowania samego pojęcia „ludu” autor deklaruje, że taka historia powinna być „historią dolnych 90 proc. społeczeństwa – ludzi rządzonych, a nie rządzących; biednych, a nie bogatych; zwykle niewykształconych i zawsze podporządkowanych władzy.
Ale Leszczyński zaskakuje bardzo takim oto zdaniem: „‘Ludowa historia Polski’ nie da się więc w żaden sposób sprowadzić do ‘ludowej historii Polaków (i Polek)’” Jeśli tak, to błędem jest także pisanie „Ludowej historii Polski”, bo przecież sama Polska jest/była tworem w pewnym sensie fikcyjnym, bezosobowym – no i zniknęła, jako twór państwowy, z mapy Europy na sto kilkadziesiąt lat.
Zdanie ostatnie napisałem oczywiście z przekąsem, bo sądzę, że oświadczenie Leszczyńskiego wynika z jego fobii (anty)narodowej, sceptycznej wobec samego pojęcia „Naród” (którego istotę i historyczny byt poddaje się ostatnimi czasy rewizji) – z obawy, by broń Boże nie nazwać Polakami (Polkami) ludzi, którzy bynajmniej Polakami się nie czuli, choć żyli w kraju uważanym za Polskę.
Absolutnie nie mogę mieć żadnych pretensji do Leszczyńskiego, że „pochylił się” nad „ludem” – tutaj: ludźmi podległymi, wykorzystywanymi, biednymi – zwracając uwagę na ich wyzysk przez klasy wyższe oraz formy oporu, jakie stosowali (wręcz przeciwnie: jestem mu za to wdzięczny, gdyż ja sam zawsze identyfikowałem się bardziej z tymi „słabszymi”, „przegranymi”, „wykluczonymi” – wywodzącymi się z różnych narodów i ras, w różnych okresach historycznych, i w różnych częściach świata – o tym, że sam wywodzę się ze środowiska wiejskiego nie wspominając). Mam natomiast pretensje, że zaburzył on jednak proporcje, zupełnie ignorując pewne cywilizacyjne aspekty opisywanej rzeczywistości – przez co czasami odnosiłem wrażenie, jakby ów jego „lud” żył w jakiejś kulturowej próżni, otoczonej wrogimi, niewolącymi go siłami pochodzącymi w sumie od niewielkiej warstwy społecznej złożonej z ludzi posiadających władzę i (tu moja pretensja się wzmacnia!) zajmującymi się niczym innym, jak tylko tego „ludu” gnębieniem. No i składającymi się przy tym z samych brutali, oprawców i krwiopijców (lekka moja przesada zamierzona).
A tak przecież nie było.

nie ma polskości beż tożsamości

To jest mój główny zarzut wobec książki Leszczyńskiego. I stąd według mnie wynika jej zasadnicze ograniczenie, bo usuwa ona (nie tyle w cień, co w ogóle) z pola widzenia rzeczy wręcz fundamentalne i najbardziej istotne dla zrozumienia polskiej historii – i tzw. polskiej „tożsamości”. Tak, tak, głównie narodowej – bo czy nam się to podoba, czy nie, to dzięki niej właśnie Polska nie zginęła z mapy świata na zawsze, a Polacy nie żyją gdzieś na peryferiach innych państw, jak np. dzisiejsi Tybetańczycy, Palestyńczycy, czy Kurdowie.
Ponadto, poprzez to swoje zafiksowanie na rejestrze (niewątpliwych, i przyznaję, że często strasznych) krzywd ludności uciskanej, autor zupełnie nie analizuje genezy (ani nawet podstaw) opresyjnego bez wątpienia systemu – nawiązując wprawdzie do jakiejś „mitologii panowania”, ale jest to zbyt efemeryczne (legendarne) i hipotetyczne, aby było przekonujące. Według mnie, tu aż prosiłoby się spojrzenie antropologiczne – tak jak to zrobił w swoich książkach choćby Yuval Noah Harari (głównie w „Sapiens: od zwierząt do bogów”), który również pisze o mitologii panowania, jako o fikcji, ale w taki sposób, że rozumiemy (już zupełnie rzeczywiste i twarde) podstawy systemów władzy, jakie wymyślił człowiek (wykorzystując swoją własną podatność na podporządkowywanie się fikcjom, notabene również tworzonych – wraz z całą kulturą – przez Homo sapiens).

Kościół opresyjny, szlachta do niczego

Są jeszcze inne braki w tej książce. Uderzyło mnie np. to, że niemal zupełnie pominięta została w niej rola Kościoła – ta w kształtowaniu, jak i utrzymaniu polskiej świadomości historycznej i narodowej tożsamości, o której przed chwilą wspomniałem, uznając ją za warunek sine qua non przetrwania przez nasz kraj jego państwowego niebytu (zabory), czy nawet „wybicia się” Polski na niepodległość – pozbycia się sowieckiej kurateli i utworzenia demokratycznego państwa (Solidarność).
Leszczyński pisze w zasadzie wyłącznie o opresyjnym działaniu Kościoła wobec ludności z niższych warstw społecznych i jego roli w utrzymywaniu panującego systemu władzy, ucisku i wyzysku, jakby zapominając o tym, że był on dla przytłaczającej większości „ludu” źródłem wiary, kreując system wartości w perspektywie metafizycznej – nadający sens ich (to prawda, że w przytłaczającej mierze marnemu) życiu, niosącego pociechę, nadzieję i egzystencjalną ulgę (no, ale to są argumenty, które lewicowi „myśliciele” mogą raczej wyśmiać).
Co chcę przez to powiedzieć? Otóż to, że Kościół, jaki był to był, ale działał nie tylko w sferze opresji, porządkując chaos niezrozumiałego dla człowieka świata, ubogacając go w sens i wartości etyczne. Tak więc, ksiądz miał gigantyczny wpływ na to, co się działo we wsi, ale nie tylko „biorąc chłopa za mordę” i prowadząc przy tym życie pijaka, próżniaka, łupieżcy i niegodziwca (jak to sugeruje „Ludowa historia Polski”). Była też olbrzymia sfera wpływu pozytywnego księży i Kościoła (podobnie zresztą, jak szlachty), czym było np. (oprócz aspektów wyżej wymienionych) budowanie i utrzymywanie poczucia wspólnoty, wzajemnej pomocy, opieki i obrony, redukowania agresji. Jak by na to nie patrzeć, to właśnie Kościół określał światopogląd ludu.
Leszczyński traktuje tego rodzaju wpływ i znaczenie Kościoła, jakby go nie było, ale kiedy pisze o strajkach czy oporze – czy to chłopów, czy to robotników – to podaje też (choć tak jakby mimochodem) przykłady religijności tych ludzi (śpiewanie religijnych pieśni, odmawianie różańca, odprawianie mszy). Z sufitu – i z samego prania mózgu – to się jednak nie wzięło.
W podobnie idiosynkratycznej odsłonie funkcjonuje w książce Leszczyńskiego cała szlachta. A przecież nie była to grupa społeczna do cna zepsuta, wyzbyta wszelkich wyższych wartości. Wręcz przeciwnie. Nie bez kozery do dzisiaj używa się słowa „szlachetny” na określenie czegoś dobrej jakości, rzetelnego, nobliwego, porządnego… Wystarczy zapoznać się całą masą synonimów słowa „szlachetny”, by sobie uświadomić z czym powszechnie jest ono kojarzone do dzisiaj. (O wartościach wpisanych w hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” tudzież o patriotyzmie nawet nie wspominam, by znów nie wywołać gestów politowania czy wręcz rechotu sił tzw. „wyzwolonych” i „postępowych”, reagujących spazmem na samą ich wzmiankę). Chociaż (wiem, że to wygląda tak, jakbym sam sobie tutaj zaprzeczał) szlachta rzeczywiście – zwłaszcza w XVIII wieku – okazała się do niczego, sprzeniewierzając się swoim ideałom i wartościom, bankrutując moralnie i oddając (formalnie) nasz kraj w obce ręce.

marksista o Kościele

Nie, w ludowej historii naszego kraju Kościół nie był tylko wspólnikiem opresyjnego systemu, jak chce nasz lewicowy historyk. Był również (może nawet przede wszystkim) organiczną częścią ludzkiej świadomości i polskiej tożsamości, stanowiąc jej kulturowy fundament – na dobre i na złe – czy to się komuś podoba, czy nie.
Kościół tamtego czasu był więc nie tylko źródłem opresji, ale wręcz konstytuował rzeczywistość, w jakiej żyli ludzie nie tylko w katolickiej Polsce, ale i w innych krajach Europy. Stanowił jakby centrum wiejskiego (i nie tylko wiejskiego) uniwersum. Pozwolę sobie tutaj zacytować to, co o Kościele napisał Karl Kautsky, notabene pierwszej wody marksista: „Jest rzeczą powszechnie znaną, że prawie całą wiedzę średniowieczną można było znaleźć jedynie w kościele i że to on dostarczał wówczas budowniczych, inżynierów, lekarzy, historyków i dyplomatów. Cale życie materialne ludzi, a wraz z nim i całe ich życie duchowe miało swe źródło w kościele; a przeto nic dziwnego, że kościół trzymał w swej władzy całego człowieka, że nie tylko określał jego sposób myślenia i odczuwania, ale i wszystkie czyny jego. Narodziny, ślub, śmierć dawały kościołowi powód do wkraczania w życie i obyczaje, a co więcej, kościół regulował też wówczas i kontrolował pracę, odpoczynek i święta. Rozwój ekonomiczny uczynił też kościół nieodzownie potrzebnym nie tylko dla jednostek i rodzin, ale i dla państwa.”
Tego typu stwierdzeń historycznych bardzo mi w książce Leszczyńskiego brakuje.

greydot

Kościół jako centrum wiejskiego wszechświata (Franciszek Kostrzewski, „Odpust na wsi”)

.

chłop niekulturalny

Paradoksalnie, w książce poświęconej historii ludu, nie ma praktycznie śladu ludowej kultury, tradycji, zwyczajów – brakuje obiektywnego, etnograficznego obrazu polskiej wsi. Autor zupełnie nie zajmuje się normalnym życiem chłopa – swoistą symbiozą w jakiej żyli pan, wójt i pleban (czyli szlachta/ziemianie/dworzanie, chłopi oraz duchowieństwo), którzy przecież nie tylko ze sobą walczyli. Tak, jakby za normę przyjmował permanentną przemoc. (Chociaż rzeczywiście, podległość i poddanie zawsze są jakąś formą działania przemocy, która jest domeną i atrybutem każdej władzy, zwłaszcza tej niedemokratycznej).
Skupienie się na samym wyzysku, gwałcie i oporze w życiu ludzi zamieszkujących nasz kraj (w różnych, zmieniających się granicach) być może uatrakcyjnia książkę w oczach czytelnika, (zwłaszcza takiego, który wpisuje się w dzisiejsze „progresywne” trendy lewicowe) ale powiela ten sam błąd badaczy przeszłości zajmujących się tylko walką elit o władzę, podbojem, bitwami… (które to podejście sam Leszczyński kontestuje).

podmiot czy pomiot?

Zadam teraz pytanie prowokacyjne: czy w ogóle lud może być podmiotem historii? Wydaje mi się, że w historii naszego kraju nigdy nie był – bo chyba nie mógł być, zwłaszcza kiedy panował system feudalny. (Co widoczne jest zwłaszcza w przypadku Rzeczpospolitej szlacheckiej i jej sukcesu jakim był tzw. złoty wiek Polski, charakteryzujący się – nie tylko mityczną – siłą i znaczeniem państwa polskiego w Europie. Co niestety nie przełożyło się na dobrostan chłopów, a wręcz przeciwnie – spowodowało ich dalsze zubożenie i jeszcze większe ubezwłasnowolnienie).
Wprawdzie komuniści tworzący pod „patronatem” Rosji sowieckiej Polską Rzeczpospolitą Ludową, twierdzili, że jest ona państwem „ludu pracującego miast i wsi”, ale i oni byli uzurpatorami władzy, która w dużej mierze wyzyskiwała chłopów i robotników (o czym, trzeba to przyznać, Leszczyński otwarcie pisze).
Tym bardziej lud (mimo że stanowił owe 90% ludności kraju) nie mógł być takim podmiotem w czasach feudalizmu i pańszczyzny. Dlatego też pretensje dzisiejszych lewicowych rewizorów historii, że ludzie ci w dotychczasowej – konserwatywno–tradycyjnej narracji historycznej – stanowili zaledwie tło dla działalności warstw wyższych (szlachty, magnaterii, króla), wydają mi się nietrafione. Z tego prostego powodu, iż rzeczywiście (zgadzam się, możemy nad tym ubolewać) ich rola sprawcza i decyzyjna w świecie, w którym żyli, była bardzo mała lub zgoła żadna (w perspektywie europejskiej było tak chyba do czasów rewolucji francuskiej pod koniec XVIII wieku, a może aż do Wiosny Ludów w połowie wieku XIX). Czyli lud przez lwią część nie tylko polskiej, ale i europejskiej historii w ostatnim tysiącleciu, BYŁ tłem. I jeśli teraz Leszczyński odwraca perspektywę i jak tło traktuje warstwę wyższą – dzierżącą władzę, decyzyjną – to coś tu zgrzyta.

historyk aktywista

A wracając do metodologii.
Nie uważam, że historyk powinien być – jak to określił autor jeszcze bardziej kontrowersyjnej „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” Howard Zinn – „uczonym aktywistą”, który uwypukla jedne zdarzenia kosztem drugich, „rzucając się w szalone mechanizmy historii w imię wartości, w które głęboko wierzy.” „Zniekształcenie dokonywane przez historyka ma charakter nie tyle techniczny, ile ideologiczny.” – pisał w innym miejscu Zinn.
Nie podzielam tej opinii, bo odbieram ją jako programowe wręcz zniekształcanie – a przez to zakłamywanie – historii. Nie mam nic przeciwko temu, że historyk ma jakieś sympatie czy antypatie (jest też oczywiste, że wyznaje on jakiś światopogląd, który wyznacza jego system etyczny, w dużej mierze determinując jego wolę, działanie, wrażliwość i uwagę) ale jeśli wybiórczość, stronniczość i manipulacja faktami staje się modus operandi jego pracy badawczej, to ja temu panu dziękuję. W idiosynkrazji tej wspomaga mnie awersja jaką czuję do jakiejkolwiek ideologii.

bardzo drobna część prawdy

Z tego co wiem, Adam Leszczyński współpracuje z „Krytyką Polityczną”, Oko.press, „Gazetą Wyborczą”, „Polityką”, Agorą – więc siłą rzeczy jego postawa publicystyczna wynika również z politycznego aktywizmu cechującego to środowisko (Ja dziękuję Bogu, że nigdy nie należałem do żadnej ideologicznej ferajny). Kiedy więc słyszę, jak Leszczyński mówi, że „jednym z takich wielkich nadużyć dzisiejszej ‘gigantycznej’ propagandy historycznej, jest przedstawianie PRL-u jako ustroju ‘narzuconego’ – takiego, gdzie jakaś wąska elita komunistów – często żydowskich – opresjonowała bogobojnych Polaków”; jak odżegnuje się on od alternatywy, jaką mogły być po wojnie rządy innych ugrupowań politycznych, stwierdzając: „oni nie walczyli o Polskę demokratyczną, tylko o Polskę narodowo-katolicką”, ta ja się temu nie dziwię, bo to przecież optyka polityczna obowiązująca we wspomnianym lewicowym towarzystwie. Kiedy jednak słyszę, gdy Leszczyński mówi (jakby mimochodem), że „owszem, zdarzało się, że komuniści zabijali polskich patriotów, ale to wszystko było o wiele bardziej skomplikowane”, albo w podobnym tonie, innym już razem: „PRL wymordował kilkadziesiąt tysięcy osób”, ale jest to „bardzo drobna część prawdy o tamtych czasach”, to mi się jednak trochę krew burzy. Bo oto człowiek, który jednemu księdzu pijanicy i złodzieju poświęca w swojej historycznej rozprawie trzy strony, ukazując go jako reprezentanta całego duchowieństwa, o kilkudziesięciu tysiącach polskich patriotów zamordowanych przez komunistów wyraża się jako o „bardzo drobnej części prawdy o tamtych czasach”. (W ogóle zauważyłem, że Leszczyński bardzo nerwowo, wręcz alergicznie, reaguje na wszelkie wzmianki o milionach ofiar – ludziach zamordowanych przez reżimy komunistyczne/”komunistyczne”, dla których, jak by nie było, ideologicznym punktem wyjścia był marksizm,
Dziwny to rodzaj społecznej – i humanistycznej – wrażliwości.

w drodze do totalitaryzmu

Podsumowując, „Ludowa historia Polski” Adama Leszczyńskiego, mimo swoich wad (na których być może zbytnio się skupiłem) tudzież ideologicznego skrzywienia metodologicznego i programowej stronniczości autora, jest książką ważną, której lektura na pewno wzbogaciła moją wiedzę historyczną o Polsce i uświadomiła jednak pewne aspekty przeszłości, rzeczywiście pomijane w tradycyjnym podejściu historyków. Sprowokowała mnie też do tych oto przemyśleń, podgrzewając moje zainteresowanie przeszłością i mechanizmami działania władzy, której przecież – i to bez względu na jej formę i osadzenie w czasie – nigdy nie byłem fanem, a raczej kontestatorem. Zwróciła też ponownie uwagę na pewną ciągłość historyczną wyzysku jednych ludzi przez drugich, przenosząc tę świadomość na czasy nam współczesne, w których ów wyzysk nadal jest obecny, zmieniając tylko swoją formę. Warto z tego wszystkiego zdawać sobie sprawę, gdyż może to zwiększyć szanse naszego ewentualnego oporu (choćby tylko intelektualnego) przed jakąś kolejną (a podstępną i zdradziecką) formą totalitaryzmu, do której jednak świat wydaje się zmierzać – oczywiście w imię naszego bezpieczeństwa i dobrobytu.

greydot

Rodzina robotniczo-chłopska na Podkarpaciu – początek lat 50-tych XX wieku (zdjęcie z rodzinnego archiwum)

.

post scriptum

Zastanawiam się czasem, skąd też bierze się to ostatnie (wzmożone) zainteresowanie historyków (ale też i mediów, kina, literatury) ludźmi z tzw. nizin społecznych, wykluczonych, ignorowanych, słabych, wykorzystywanych… Czy wynika to tylko z empatii, chęci zadośćuczynienia skrzywdzonym i wyzyskiwanym? Czy może właśnie z przyjęcia konkretnej perspektywy ideologicznej? Tudzież z pewnej mody (akademickiej, medialnej, kulturowej) na taką, a nie inną tematykę (progresywną, lewicową, liberalną, czy jaką tam jeszcze)? Z instynktowego ulegania trendom (będących po części modą) – zbijania się w myślące tak samo gromady (kadry naukowe danej uczelni, redakcje mediów, towarzystwa wzajemnego wspierania się ideologicznego – samonakręcające się mentalnie grupy inteligentów)? A może głównym bodźcem jest dołożenie jakiejś grupie ludzi (politycznej, religijnej, opiniotwórczej), których poglądy nie zgadzają się z naszymi (zwykle „jedynie słusznymi”, należycie poinformowanymi, trzymającymi się prawdziwej prawdy)?
Innymi słowy: czy nie mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju rewizjonizmu na opak albo pędem do indoktrynacji?

* * *

CIERPIENIA MŁODEGO HEJTERA – o filmie Jana Komasy „SALA SAMOBÓJCÓW. HEJTER”

.

Wzgardzony arywista i jego zemsta (Maciej Musiałowski w filmie Jana Komasy „Sala samobójców. Hejter”)

.

       Jan Komasa dość wysoko ustawił poprzeczkę swoim filmowym debiutem „Sala samobójców” (2011), który oznaczał pojawienie się wśród polskich reżyserów twórcy młodego, zdolnego, ciekawego… Ten poziom utrzymywały kolejne filmy Komasy: „Miasto 44” jak również ubiegłoroczne „Boże ciało”, które zyskało uznanie nie tylko krytyków, ale również widzów (i to po obu stronach krajowych polityczno-światopoglądowych podziałów). Ukoronowaniem sukcesu „Bożego ciała” była jego nominacja do Oscara w kategorii najlepszych filmów nieanglojęzycznych.
Czy najnowszy film reżysera „Sala samobójców. Hejter” można uznać za kontynuację tej dobrej passy?

      Tytuł nawiązuje do filmu sprzed 9 lat sugerując, że jest to jego sequel, ale jest to mylące, gdyż „Hejter” nie jest żadną kontynuacją historii, którą ukazywał tamten film. Wspólna jest natomiast idea i optyka – denuncjacja i pojęcie Internetu jako siły niszczącej nie tylko ludzi, ale i rzeczywistość (w sensie jej fikcjonalizacji, zniekształcania i degradacji). W tym kontekście puszczanie oka, aluzje i pewne drobiazgi nawiązujące do „Sali samobójców” AD 2011 są właściwie mało istotne, może nawet wprowadzające w błąd.
Wszystko to jednak prowokuje mnie do porównania obu filmów i niestety muszę stwierdzić, że ta komparatystyka wypada na korzyść debiutu reżysera.
Dlaczego?
Może dlatego, że spodziewałem się jeszcze bardziej pogłębionej analizy fenomenu sieci będącej zarówno odzwierciedleniem socjologicznych przemian w epoce nadmiaru informacji mieszającej ludziom w głowach (ogłupiającej, manipulującej, dezorientującej), jak i polem kreacji rzeczywistości wirtualnej, która wpływa już zupełnie realnie – i zazwyczaj negatywnie – na ludzi (a tym samym na społeczeństwo) poddających się fikcjom w tejże sieci generowanym. Zamiast tego otrzymałem zgrabnie skonstruowany, solidny od strony warsztatowej szablon, który niestety ślizga się tylko po powierzchni socjologiczno-psychologicznych kalek i stereotypów, postrzeganych na dodatek z jednej, zafiksowanej chyba konfrateryjnie perspektywy.

       Być może o „Sali samobójców” mam lepsze zdanie dlatego, że tamten film nie wpisywał dramatu swojego bohatera w „klasowość” ani tym bardziej w polityczną breję i społeczne podziały (wojna polsko-polska nie była jeszcze wtedy tak dojmująca jak teraz), tylko skupiał się na jego stronie „ludzkiej”, indywidualnej, a w szerszym kontekście – rówieśnikowskiej (bardziej to dotyczyło procesu młodzieżowego coming-of-age, niż arywizmu; a jeśli odnosiło się też do walki klas, to raczej w sensie sofomorycznym, a nie marksistowskim).
„Sala samobójców. Hejter” wydaje się mieć jednak większe ambicje usiłując stawiać diagnozę swojej epoce „hejtu” przenosząc to na całe społeczeństwo i obecne w nim fermenty i miazmaty. Chociaż, paradoksalnie, dokonuje tego również za pomocą indywiduów, a na dodatek wybitnych – jak się okazuje – psychopatów.
I w tym właśnie, moim zdaniem, leży pewna niekonsekwencja intencjonalna filmu. Bo jednak, jeśli już pewne zagrożenia współczesne związane z funkcjonowaniem Internetu i mediów istnieją (a istnieją one jak najbardziej), to mają one charakter systemowy, a nie indywidualny. Innymi słowy: są strukturą budującą w społeczeństwie nową „normalność”, lecz nie za pomocą patologicznej anomalii, tylko poprzez transformację uznanych i respektowanych dotychczas wartości (na tym właśnie polega ich podstępne niebezpieczeństwo).
Tak zresztą zawsze przeobrażano świat, w którym żyją ludzie.

       Na pewno o najnowszym filmie Komasy miałbym lepsze zdanie, gdyby mnie on wciągnął emocjonalnie (kiedy tak się dzieje, to zwykle staję się mniej krytyczny wobec ewentualnej miałkości intelektualnej filmu), ale oglądałem „Hejtera” z umiarkowanym zaciekawieniem i raczej niewzruszony („Boże ciało” wzbudziło we mnie bez porównania większe emocje). Przyczyniała się również do tego przewidywalność scenariusza, co wydało mi się tym dziwniejsze, że jednocześnie przestawał być on dla mnie wiarygodny. To co widziałem na ekranie momentami popadało w przesadę, w wielu miejscach było przejaskrawione (balansująca na granicy karykatury rola Agaty Kuleszy, upiornie blade oblicze odtwórcy głównej roli Macieja Musiałowskiego, skądinąd nieźle radzącego sobie z rolą), a już wystrzałowy nad wyraz finał przeniósł mnie do krainy kinowej – i to wyłącznie kinowej – fikcji.
Nie, tego co się stało z filmowym Pawłem (Maciej Stuhr w niezłym wystąpieniu), kandydatem na prezydenta Warszawy, nie można jednak zastawiać z zabójstwem gdańskiego prezydenta Pawła Adamowicza (który również został zabity przez człowieka o imieniu Stefan, czyli takim jak zabójca filmowy).

       Kiedy przeprowadzałem wywiad z Komasą, to kilkakrotnie zwrócił on uwagę na ową zbieżność faktów (scenariusz do filmu powstał przed morderstwem dokonanym na Adamowiczu), ale ja widziałem w tym bardziej jakąś tragiczną ironię przypadku, niż adekwatne odniesienie do polskiej rzeczywistości. Nie podzielam też przeświadczenia reżysera, który – podobnie jak całe środowisko, z którego się on wywodzi – wszelkie ruchy narodowo-patriotyczne (w tym tzw. marsze wolności) kojarzy z narastającym podobno w Polsce faszyzmem (czemu też dano wyraz w filmie). Tu akurat bardziej obawiałbym się tego, co dzieje się obecnie w Europie Zachodniej (zwłaszcza w Niemczech), a nie w naszym kraju, (gdzie zawsze zadowalano się półśrodkami, rzadko sięgającymi radykalnych ekstremów).

       „Hejtera” warto obejrzeć, gdyż mimo pewnej rozwlekłości ma on potencjał przykucia uwagi widza, a ponadto stanowi komentarz do współczesności, która jednak zmienia się na naszych oczach w galopujący sposób. Ale tego, gdzie to wszystko pędzi, nie wie jednak nikt. Kino próbuje niektóre trendy przyłapać na gorącym uczynku, może więc jednak film Komasy ma jakąś wartość profetyczną?

6.5/10

*  *  *

 

„SOLID GOLD”, „KURIER”, „PIŁSUDSKI” – o filmach 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Trzy filmy nawiązujące do sprawy polskiej, w tym dwa widowiska historyczne. „Solid Gold” to współczesność – prowokuje pytania o mafijny i korupcyjny charakter związków biznesu z polityką; „Kurier” to powrót do patriotycznego heroizmu polskiego czasów II wojny światowej; „Piłsudski” cofa się do początków XX wieku, ukazując ikonę polskiej walki o niepodległość, ale odbrązowioną i odmitologizowaną. A wszystko to w kinie przekłada się na dobre i na złe. Dokładnie tak samo jak w życiu.

.

Zaklęte rewiry III RP (Andrzej Seweryn, Krzysztof Stroiński i Olgierd Łukaszewicz w filmie „Solid Gold”)

.

„SOLID GOLD”

       O filmie „Solid Gold” było głośno zanim jeszcze trafił na ekrany kin. Przyczyniła się też do tego pamiętna awantura na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni, gdzie tytuł ten z przeglądu w najpierw wycofano, później pokazano – a wszystko z powodów politycznych i zatargu Jacka Bromskiego z producentami „Solid Gold”, którzy stwierdzili, że reżyser ich oszukał, bo bez ich wiedzy przemontował film, który im wcześniej pokazał, i którą to wersję oni zaakceptowali. Z kolei Bromski i inni utrzymywali, że to jest cenzura a twórcy filmu mają prawo go zmontować według swojego uznania.
Nie dociekając tego, kto miał rację (ja sceptycznie podchodzę do wyjaśnień i zarzutów obu stron), zwraca w tym wszystkim uwagę obłędne upolitycznianie w naszym kraju wszystkiego co się rusza, psucie sobie nawzajem krwi i to z byle jakiego powodu.
A film „Solid Gold” – bardzo luźno oparty na aferze Amber Gold – jest po prostu filmem sensacyjnym, który wprawdzie nawiązuje do korupcji, jaka istnieje w każdym środowisku biznesmenów i polityków (zwłaszcza na styku świata polityki i biznesu), ale robi to w ramach kina gatunkowego, nie odwołując się konkretnie do żadnego układu politycznego, będąc po prostu fikcją. Tak więc „Solid Gold” jest przede wszystkim produktem z kategorii „popularne kino rozrywkowe”, a nie jakimś dziełem demaskatorskim, czy tym bardziej polityczną manifestacją.
Tak mi wpadło teraz do głowy, że gdyby w Stanach Zjednoczonych politycy reagowali równie gwałtownie i urazowo na każdy film, nawiązujący do ich osób i działań, to już dawno doszłoby do jawnej wojny – i to nie tylko w Hollywood – a powołana do zwalczania takiej niepoprawności czy wręcz bezczelności twórców cenzura, miałaby pełne ręce roboty.
Muszę przyznać, że mi się ostatni film Jacka Bromskiego podobał bardziej , niż jego wcześniejsze tytuły (takie np. jak „Anatomia zła” czy „Uwikłanie”). Jest to twórca będący bardzo sprawnym reżyserem, „czującym” ekran, a jeśli coś mu w przeszłości nie wychodziło, to była to zwykle wina scenariusza, a nie reżyserii. Tym razem napisał moim zdaniem bardzo dobry scenariusz, z niezłymi dialogami, dzięki czemu aktorzy takiej klasy, jak Andrzej Seweryn, Olgierd Łukaszewicz czy Janusz Gajos mieli co grać i – co tu kryć – wypadli świetnie. Choćby dla nich warto się wybrać do kina. Ale też sama historia – dzięki sposobowi, w jaki opowiada ją film – jest zajmująca. Wszystkie postacie rozpisane są ciekawie – łącznie z policjantką Kają (w tej roli zaskakująco naturalna Marta Nieradkiewicz) czy policjantem „Smokiem” (szorstki, nieogolony i ziemisto-poszarzały Marcin Czarnik). A tu jeszcze Danuta Stenka, Andrzej Konopka, Krzysztof Stroiński, Sławomir Orzechowski, Mateusz Kościukiewicz i inni.
Końcówka filmu pozostawia trochę do życzenia, ale ogólnie  „Solid Gold” jest solidnym widowiskiem, które potrafi wciągnąć widza w swoje rewiry.

7/10greydot.

Za Polskę – z honorem i narażeniem życia (Philippe Tłokiński w „Kurierze”)

.

„KURIER”

       Jako kino gatunkowe „Kurier” sprawdza się całkiem nieźle. Władysław Pasikowski jest dobrym rzemieślnikiem kina, więc nakręcił film w miarę poprawnie, choć można wyczuć, że jest to robota mu zlecona, a nie wydarta z trzewi (czy też zrodzona z wewnętrznej potrzeby nakarmienia własnych demonów) jak to często ma miejsce w przypadku kina autorskiego, choćby u Wojtka Smarzowskiego. Jak na dysponowanie budżetem, z którym widowiskowo zaszaleć raczej nie sposób, film prezentuje się na ekranie wcale nieubogo – ładne obrazki i kompetentna scenografia są jego sporą zaletą. Mimo dość przedziwnego scenariusza (z nieco szkolnymi dialogami), akcja posuwa się naprzód w tempie, które nie tylko nie usypia widza, ale zdolne jest zająć jego uwagę. Choć też zbytnio do wysiłku umysłowego nie zmusza, bowiem wymowa i charakter filmu balansuje na granicy patriotycznej agitki i komiksu dla młodego widza. Który, nota bene, po obejrzeniu „Kuriera”, nadal niewiele będzie wiedział o prawdziwej postaci Jana Nowaka-Jeziorańskiego, na biografii którego (a właściwie na jednym z jej epizodów) oparto fabułę filmu.
Aktorzy dobrze sobie radzą – ale przecież po to są profesjonalistami. Z przyjemnością zobaczyłem na ekranie kilka nowych twarzy, choć skecz z weteranem Pasikowskiego Cezarym Pazurą też dostarczył mi frajdy.
Pewną kuriozalnością scenariusza było to, że przez cały film jego akcja opierała się na determinacji kuriera Nowaka, aby się przedostać z Londynu do okupowanej przez Niemców Warszawy i wręczyć dowództwu AK depeszę Naczelnego Wodza mówiącą o tym, by nie dopuścić do wybuchu powstania, gdyż alianci im nie pomogą i nie będzie to miało żadnego wpływu na położenie Polski (którą i tak postanowiono sprzedać Stalinowi). Tak więc powstanie pochłonie życie tysięcy ludzi, których ofiara i śmierć będą bezcelowe i pójdą na marne, nie przynosząc żadnego pożytku. Nowak ryzykując życiem dokonuje cudów, by przekazać tę wiadomość Warszawie. Cały czas mamy pewność, że i on sam jest przekonany o słuszności tej przestrogi (stąd jego determinacja), a tu nagle, po dostarczeniu depeszy generałowi Borowi, oświadcza władzom podziemnej Warszawy, że on jak najbardziej jest za wybuchem powstania, bo nie ma nic piękniejszego jak zginąć za Ojczyznę (oczywiście jego kwestia dialogowa trwała dłużej, ale była równie schematyczna, patetyczna i frazesowa).
Tak więc nie ma co spodziewać się po filmie tego, że przybliży nam sylwetkę Jana Nowaka-Jeziorańskiego, albo że ukaże nam złożoność ówczesnej sytuacji politycznej i niesłychanie trudne położenie Polaków, którzy walcząc o wolność, pozbywają się jednego wroga z Zachodu, by zaraz uzależnić się od swoich „wyzwolicieli” ze Wschodu. Film nie podejmuje też kwestii związanych z tragizmem decyzji o wybuchu powstania, zadowalając się opcją hurra-patriotyczną. Niestety, wszystko jest zbyt schematyczne, uproszczone, powierzchowne i płytkie. Nasi bohaterowie – i samo powstanie – nadal czekają na godne ich wielkości kino.

6/10greydot.

Bez spiżu, patosu i przyziemnie… ale za to bliżej życia i prawdziwiej (Borys Szyc w „Piłsudskim”)

.

„PIŁSUDSKI”

       Bardzo cenię niektóre rzeczy, które do tej pory zrobił Michał Rosa. Podobał mi się jego ostatni film „Szczęście świata” – bardzo klimatyczny, na pograniczu realności i magii; ciepły, może nawet dotknięty nostalgią? W każdym razie zdradzający to, że Rosa wie, jaki efekt – zarówno jeśli chodzi o klimat, jak i wizualność – chce uzyskać na ekranie. Innymi słowy, jest to twórca, który panuje nad filmową materią, urabiając ją po swojemu, dzięki temu jego utwory mają… no cóż… dość mocny charakter.
Jego najnowszy film „Piłsudski” mnie zaskoczył, i to z kilku powodów.
Po pierwsze: jego ton jest zupełnie inny, niż „Szczęście świata” – bardziej „przyziemny”, po męsku chropawy i solidny, nie miękki i kolorowy, ale raczej twardy i szary. Wydaje się jakby był bliżej krwistego i kościstego życia.
Po drugie: znakomita kreacja Borysa Szyca, który doskonale się w ten charakter filmu wpisuje, ukazując bohatera – polską legendę i historyczna ikonę – jako… surprise, surprise!… człowieka. Nie ze spiżu ani z brązu, tylko właśnie z krwi i kości – zdeterminowanego, choć narwanego; otwartego na innych ludzi, choć despotycznego. Patriotę i socjalistę z jednej strony – rewizjonistę i bezwzględnego, stosującego terror zamachowca – z drugiej. No i oprócz tego idealistę, który jednocześnie zdradza swoją żonę (w czym być może przejawiał się też jego pragmatyzm).
Po trzecie: okazało się, że film pt. „Piłsudski” jest o… surprise, surprise again… Piłsudskim. Innymi słowy: bardziej skupia się na osobie i charakterze Józefa Piłsudskiego, niż na historycznych przemianach, które doprowadziły do uzyskania przez Polskę niepodległości. Wydaje się, że Rosę bardziej interesowały przemiany we wnętrzu „Ziuka”, niż jego droga do zdobycia władzy i stania się najważniejszą postacią Polski międzywojennej. A w to wszystko graj Szycowi. Choć nie tym, którzy spodziewali się bardziej sprecyzowanej faktograficznie narracji, a nie tak szybkiego galopowania filmu po historycznych łebkach. Mnie to jednak za bardzo nie przeszkadzało.
Mniej więcej w tym samym czasie obejrzałem „Legiony” Dariusza Gajewskiego które również nawiązywały do postaci Piłsudskiego (a konkretnie do formowania przez niego wojska polskiego) i do tego samego okresu historycznego. I muszę powiedzieć, że ta konfrontacja zdecydowanie wypada na korzyść filmu Rosy, bo obraz Gajewskiego w wielu miejscach był – co tu kryć! – żenujący. Ale tak to jest jak się robi utwory na patriotyczne zamówienie – nawet największy budżet nie jest w stanie filmu uratować, jeżeli ma on kiepski scenariusz, kulejącą reżyserię – męczy nas drętwym romansem, infantylnym podejściem do historii – oraz wypełniony jest po brzegi patosem.
„Piłsudski” Michała Rosy był tego wszystkiego zaprzeczeniem i właśnie dlatego wydał mi się – w tej swojej niepatetycznej i odmitologizowanej przyziemności – o niebo prawdziwszy.

7.5/10greydot.

Recenzje innych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu: „BOŻE CIAŁO”, „SŁODKI KONIEC DNIA”

.

STĄPAĆ PO CIENKIEJ LINII – rozmowa z reżyserem „Bożego Ciała” JANEM KOMASĄ

.

W programie tegorocznego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce znalazł się film „Boże Ciało”. Żaden inny film tego przeglądu nie spotkał się z tak wielkim zainteresowaniem publiczności – bilety zostały wyprzedane na wszystkie jego seanse. „Boże Ciało” udało mi się jednak obejrzeć na odbywającym się kilka tygodni wcześniej Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Po projekcji miałem tę przyjemność przeprowadzić długą i niezwykle interesującą rozmowę z jego reżyserem, Janem Komasą.

.

Jan Komasa (fot. Anna Błaszczyna)

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Dobrze pamiętam film „Sala samobójców”, który był Twoim pełnometrażowym debiutem. Bardzo mi się spodobał, był niezwykle ciekawy w formie i treści. Uderzyło mnie to, że był dziełem tak dojrzałym, mimo że został wyreżyserowany przez młodego człowieka, debiutanta, o którym zresztą niewiele wiedziałem. Później było „Miasto 44”, kolejny obraz zwracający na siebie uwagę. No a teraz „Boże Ciało”, znakomicie przyjmowane zarówno przez widzów, jak i krytykę (nagroda dla najlepszego reżysera oraz nagroda publiczności na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni). Wygląda na to, że możesz się już czuć twórcą spełnionym.
Jak to się stało, że postanowiłeś być reżyserem? Co o tym zadecydowało?

JAN KOMASA: Było wiele takich czynników. Ja od początku życia lubiłem wymyślać historie, różne niestworzone rzeczy… I patrzyłem jaki to wywiera wpływ na słuchaczy. Fascynowało mnie np. to, jak mogę straszyć rodzeństwo, kuzynów, rówieśników. Później mi to przeszło w takie różne zabawy z rzeczywistością, do tego stopnia przekonywujące, że te moje powieści stawały się między nami, dziećmi, pewnego rodzaju legendą, która rzeczywiście żyła.
To jest taka chęć, uwielbienie dla fikcjonalizacji wszystkiego, co jest dookoła – i patrzenie jaki to wywiera wpływ na innych. Czyli jestem takim opowiadaczem.
Bardzo dużo czytałem – i nadal to robię – również z moimi dziećmi. Po drodze były graffiti, rysowałem dużo komiksów, uwielbiałem oglądać filmy na VHS-ie, pisałem opowiadania, grałem na pianinie, próbowałem swoich sił w hip-hopie, … no i to tak ewoluowało. Myślałem o studiowaniu muzyki, filozofii, psychologii… Ale kiedy zostałem tatą – w wieku 19 lat – musiałem się zdecydować, no i postanowiłem być reżyserem.
A dlaczego reżyserem?
Mój tata, który sam jest aktorem i pedagogiem, zawsze mówił, że będę reżyserem – ponieważ reżyseria skupia te wszystkie rzeczy.
W reżyserii trzeba umieć pięknie kłamać. Ja to chyba umiem. Czy pięknie? O to się staram. Chodzi o to, żeby to było sugestywne i to „kłamstwo” zamieniało się – w jakiś dziwny sposób – w prawdę. W prawdę dla kogoś ważną.

– Nawiązując do opowieści. To one, tak naprawdę, stworzyły całą naszą kulturę. Mity – także narracja, gdzie komentujemy i interpretujemy naszą rzeczywistość i świat, w którym żyjemy. Nie zdajemy sobie z tego zazwyczaj sprawy, ale my, cały czas, obracamy się w takiej sferze fikcyjnej. To nie znaczy, że nieprawdziwej czy iluzorycznej, ale takiej, która jest wytworem naszej wyobraźni. I tu nie ma nic do rzeczy, czy to jest prawda, czy to jest fałsz. To nam pozwala funkcjonować w społeczeństwie, w kulturze…
Właśnie dlatego możliwe są takie spory, jakie widzimy dookoła nas. Bo kiedy się spieramy, kłócimy, a nawet kiedy prowadzimy dialog… to wtedy nie tyle ważne są fakty, jak to, czy potrafimy naszą narrację „sprzedać”, narzucić innym – to czy nasza narracja potrafi się przyjąć w ludzkim „stadzie” (przepraszam za to brzydkie wyrażenie).

– No właśnie. „Boże Ciało” miało pierwszy tytuł „Stado”.

– A to ciekawe. Nie wiedziałem o tym.
Lecz wracając do naszych sporów. W nich przestają się liczyć fakty – chodzi o to, żeby narracja jednej grupy wzięła górę nad narracją innej.

– To zawsze było narzędziem władzy… i zawsze będzie. Mają władzę ci, którzy potrafią narzucić swoją narrację.

– A że jesteśmy istotami społecznymi, to bardzo łatwo ulegamy jednej narracji, całkowicie odrzucając inną. Dzięki temu to, co nas spaja, łączy i wiąże, jednocześnie nas separuje, dzieli i antagonizuje.
To jest właśnie to błędne koło, w które my, Polacy, jesteśmy schwytani w ostatnim czasie, zwłaszcza od katastrofy smoleńskiej.

– Przydałby się nam jakiś terapeuta.

– Ale to dotyczy nie tylko Polski, prawda?

– W Europie jest to szczególnie zauważalne, bo prawie we wszystkich krajach mamy wzrost napięcia, polaryzację… A komu na tym zależy politycznie, to można dociekać, domniemywać.

– Wykorzystują to politycy.

– Oczywiście. Ale bardzo dużo miesza też Rosja, niestety.

– Miesza, czy może bardziej te zjawiska wykorzystuje? Bo przecież trudno utrzymywać, żeby Rosja stała np. za ruchem Gilets jaunes we Francji, czy Indignados w Hiszpani.

– Rosja tego nie inspiruje absolutnie, ale wykorzystuje sytuację. A że są mistrzami – bo mają świetnych mistrzów szachowych – to potrafią rozgrywać genialnie takie nastroje społeczne. Rosjanie pod tym względem są niedoceniani.

– Zachód jakby tego nie dostrzega.

– A szkoda, bo to co jest korzystne dla Kremla, nie jest korzystne dla nas. Pęknięcia społeczne są absolutnie nie na rękę Zachodowi. Uważam, że Europa cierpi z tego powodu; sądzę, że przez to wzrasta nieufność europejskich krajów między sobą – a to już Europa przerabiała. Ja mieszkam w tym klimacie i widzę co się dzieje.
To uwolnienie granic, które nastąpiło w 1989 roku, było dla nas cudem, i było to wspaniałe. My wszyscy na tym skorzystaliśmy – życie się wydłużyło, ludzie stali się szczęśliwsi, zaczęli lepiej zarabiać… Przez te 30 lat żyliśmy we względnym spokoju, ale teraz, po raz pierwszy za mojego życia odnoszę wrażenie, że nadeszły ciemne chmury… Których się autentycznie boję – widzę je w niepokoju ludzi, tu i tam pobrzmiewających słowach o wojnie, o agresji, wręcz o jakiejś apokalipsie…
My jako kraj, musimy bardzo uważać, żeby się nie poddawać tym różnym manipulacjom z zewnątrz. Nasz sposób na przetrwanie, to jest zachowanie zimnej krwi i nie uleganie emocjom. To powinno być naszym głównym celem. Bo myśmy już to przeszli, bo myśmy już umierali za Ojczyznę milionami… i już dosyć tego! Dlatego powinniśmy być pragmatyczni i jak najbardziej zimni emocjonalnie.

– Z naszym polskim charakterem i temperamentem będzie to raczej trudne.

– Niestety.

– Na dodatek w społeczeństwie polskim rysują się coraz głębsze podziały, stajemy się wobec samych siebie nieprzejednani, wręcz wrodzy. Pogłębiają to internet, media…

– Tak, internet niejako zunifikował ludzi w balony – spowodował, że zaczęli oni żyć w swoich bańkach. Np. kiedyś można było siedzieć przy stole z ludźmi o bardzo różnych afiliacjach – można było rozmawiać – i nie czuło się tych różnic tak bardzo. Dzisiaj, tylko po tym co wybieramy do jedzenia, mogę powiedzieć, kto na kogo głosował. Bo wiadomo np., że ktoś, kto głosuje na skrajną prawicę nie będzie weganinem…

– Ludzie jak gdyby zaczęli się przystosowywać do swoich stereotypów.

– Tak, ale też zaczęli totalnie, drobiazgowo dobierać do tych stereotypów swoje zachowanie.

– Bo wtedy można łatwiej się „wymacać” – zidentyfikować swojego lub obcego. No i zamykamy się w tych naszych obozach na własne życzenie. Myślimy, że jesteśmy wolni, a stajemy się w pewnym sensie niewolnikami.

– Pewne cechy zostały właśnie przypisane przez bańki do bardzo konkretnych zachowań.

– Ja myślę, że to się też wiąże w jakiś sposób z obserwowalnym – nie tylko u nas, ale i na całym świecie – odchodzeniem od tej narracji liberalno-demokratycznej. Orientacja polityczna, która nie tyle zbankrutowała, co przestała być tak atrakcyjna dla większości ludzi (a taka się wydawała po upadku komunizmu). Do głosu coraz więcej zaczęły dochodzić formacje konserwatywne, nacjonalistyczne… (Nie chcę używać określeń lewicowy – prawicowy, bo uważam, że te pojęcia we współczesnym świecie straciły swoje – w miarę klarowne – znaczenie, jakie miały w przeszłości. Obecnie używa się ich gównie po to, by „labelować” ludzi – właśnie segregować, tworzyć te podziały, o których mówimy – identyfikować zarówno swoich ideologicznych czy politycznych sprzymierzeńców, jak i przeciwników, często uznając tych ostatnich za wrogów.)

– To jest fenomen światowy – choć w różnych krajach różnie to wygląda. Odniosę się do naszego wspólnego podwórka, bo ja to śledzę, badam… trochę mnie to fascynuje. Otóż my jako kraj, mamy taką „porąbaną” historię. Nam zabory, agresja sąsiadów pozabierały wszystkie możliwości, które były doświadczeniem np. Oświecenia czy rewolucji seksualnej… czyli tego, co Zachód już „przerobił” – przyjął albo wypluł – już dawno temu. Byliśmy natomiast zamykani w tych kokonach, które nam narzucano odgórnie, niestety. Przez to zostawaliśmy zawsze z tyłu.
To, co się teraz w Polsce dzieje, to trochę taka kontynuacja tego, z czym mieliśmy do czynienia w latach 20. czy 30. XX wieku. My, po odzyskaniu niepodległości, mieliśmy jakieś 20 lat na to, żeby porozmawiać o tym, kim jesteśmy po tych 123 latach zaborów: czy my jesteśmy bardziej niemieccy, rosyjscy… czy jacyś inni. I nagle okazało się, że nie ma czegoś takiego, jak „Polak”. To znaczy my możemy sobie mówić, że jest, ale tak naprawdę to go nie ma. Pojedzie się do Szczecina, pojedzie się na Podkarpacie, na Śląsk, do Gdańska, Warszawy, czy na Podlasie… dokądkolwiek się nie pojedzie, mamy do czynienia z różnymi systemami wartości, inną mentalnością – tak samo jak to jest np. w niemieckich landach. Mamy więc bardzo niejednolity obraz samych siebie, a jednocześnie istnieje problem z umową społeczną. Ta debatach zaczęła się u nas po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. I została przerwana – w sposób sztuczny – przez wojnę. Zamiast rozmawiać o tym, jaki kształt powinna mieć Polska, kim powinniśmy być, to zostało nam przerwane na 50 lat. W 1989 roku zostało to znowu uwolnione. Zaczęto wydawać książki, pisma, kręcić filmy… takie, których nie można było robić wcześniej. Mimo wszystko stała się rzecz niezwykła – i co ważne zaszło to bezkrwawo. Naprawdę stał się cud. Wróciliśmy wtedy do tego punktu sprzed 50 lat – do procesu, który nam wtedy przerwano.
Najpierw ta rozmowa była taka… mmm… najważniejsze to się rozwijać, ale później przybrała większą wagę, stała się bardziej ostra…z czym mamy teraz problem w kraju. Generalnie, nikt się tak polityką nie zajmował przez dwadzieścia parę lat. Aż tu nagle spadł samolot i się okazało, że my jesteśmy podzieleni jak nigdy, tylko się o tym tak nie mówiło.

– Do czego się przyłożył też internet…

– Absolutnie! Ale on tylko amplifikował to, co już w nas wcześniej było. Ten internet stał się taką tubą, wszystko wyolbrzymił – spowodował, że my wszyscy tak na siebie krzyczymy. Bo wrażenie użytkownika internetu jest takie, że ta druga strona na niego krzyczy i napiera. Takie wrażenie odnosi każdy uczestnik debaty. A tak naprawdę nie bierze udziału w debacie, tylko, najczęściej, czyta te rzeczy w internecie. Więc to nam tworzy wszystkie strachy, wyolbrzymia… powstaje w sumie coś sztucznego.

– Pogłębiają to media.

– Tak. Kiedyś była taka zasada dziennikarska, żeby zadzwonić zarówno do jednej, jak i drugiej strony, żeby coś zweryfikować. I nie mówić, która strona ma rację, tylko dać to pod osąd czytelnika czy widza. Rolą dziennikarza było przekazać informację, newsa do opinii publicznej. Nie mówiąc, czy to jest źle, czy to jest dobrze… Teraz już w ogóle tego nie ma.

– Nie ma teraz niezależnych mediów – ani z jednej, ani z drugiej strony.

– Nie ma. Dokładnie!

– To wszystko separuje ludzi.

– Tak. I radykalizuje.
A wracając do tego, co mówiłeś o tej kapitulacji strony liberalnej, lewicowej…

– Chodziło mi nie tyle o kapitulację, co wyparcie… Szala jakby bardziej przesuwa się w stronę konserwatyzmu, nacjonalizmu – tego, co nazywa się prawicą.

– Tak, następuje wzrost konserwatyzmu w społeczeństwach na świecie.

– Jaka jest tego przyczyna?

– Powodem są m. in. te podziały, które się utworzyły; merytokracja, wyścig, który jest nierówny dla wszystkich. Niektórzy ludzie poczuli się wykluczeni. Bardzo wyraźnie zarysował się konflikt w podziałach na: miasta – nie miasta; wykształceni bardziej – wykształceni mniej (niewykształceni); ateiści – ludzie religijni… i tak dalej. Wszystko złączyło się niesamowicie w te bańki, o których już wcześniej mówiliśmy.

– Ale przecież poszliśmy do przodu.

– Tak, lecz nie zauważyliśmy tych ludzi, którzy nie byli w stanie ściągać się, galopować. Nastąpiło pewne pęknięcie, rozwarstwienie klasowe, ale również takie porzucenie ideologiczne. Doszedł też element, na który Anda Rottenberg trafnie wskazała: wymiera pokolenie, które doświadczyło skutków nacjonalizmów, autorytaryzmów i propagandy – ludzi, którzy pamiętają wojnę. I nie ma kto tego przekazać dalej. A teraz – i to na całym świecie – następuje, zwłaszcza wśród młodzieży, wzrost postaw jawnie faszyzujących.
No i słyszymy coś takiego, że „Hitler powinien dokończyć to, co zaczął!”, „z wami to do gazu”… Taki hejt, który się teraz wylewa, a którego w takim natężeniu nie było wcześnie – ja przynajmniej czegoś takiego nie pamiętam. On się dostał do mainstreamu.

– Naprawdę?

– Tak uważam. Politycy – z lewa i prawa – przejęli ten język i zaczęli reprezentować postawy, które są bardzo agresywne. I to co było „on the fringes”, na takich marginesach – bo świrów w polityce nigdy nie brakowało – teraz wchodzi do mainstreamu.

– A może tak samo jest to amplifikowane, sztucznie wzmacniane przez internet, a tym samym wyolbrzymiane i wskutek tego przesadzone?
Muszę przyznać, że ja – mimo, że nie doświadczyłem wojny czy totalitaryzmów na własnej skórze – jestem bardzo na te sprawy uwrażliwiony, także dzięki lekturze Orwella, Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego, czyli pisarzy, którzy (jak chyba żadni inni) dogłębnie wniknęli w istotę totalitaryzmów – genezę zarówno komunizmu, jak i faszyzmu – w horror obozów koncentracyjnych, ludobójstwa na masowa skalę… Dla mnie to są sprawy istotne, które już wcześniej wiele razy przemieliłem w swoje głowie.
Kiedy więc ktoś mówi, że formacja, która doszła w Polsce do władzy sprzyja – czy nawet popiera – postawy faszystowskie, że mamy do czynienia z dyktaturą, że Polacy biorący udział w manifestacji Święta Niepodległości to w większości skrajni nacjonaliści, którzy już niedaleko mają do nazizmu – to ja no to reaguję dość mocno i sprawdzam, czy tak rzeczywiście jest – bo jeśli byłoby to prawdą, to byłoby to dla mnie straszne.
A niestety, całkiem niedawno, w radiu, które skądinąd bardzo cenię (NPR), usłyszałem audycję zatytułowaną: „Extreme Nationalism Is as Polish as Pierogi”. I to mnie wkurzyło. Podobnie jak robienie z nas wszystkich antysemitów, rozgłaszanie po całym świecie, że byliśmy „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników”, „mordercami Żydów”… (Co w takim razie można powiedzieć np. o Hiszpanach, Anglikach, Niemcach, Amerykanach?) To są wypowiedzi, oględnie mówiąc, niefortunne, dla nas Polaków krzywdzące i niesprawiedliwe.

– To jest naturalne, że takie opinie mogą wkurzać. Nie ulega wątpliwości, że wokół nas są i funkcjonują stereotypy narodowe, czego – jako Polak – doświadczam na co dzień, bo jeżdżę po świecie i słyszę jakie różne rzeczy o Polsce się mówi. Oczywiście, że są to krzywdzące stereotypy, z którymi my, Polacy, musimy walczyć. Z różnych powodów się one wzięły, ale niestety są. I one rzeczywiście są karygodne.
Ale faktem jest, że mamy do czynienia ze wzrostem wśród młodzieży postaw faszyzujących. Uważam, że ten wzrost jest znaczny i większy, niż kiedykolwiek. Ja nie pamiętam, żeby wcześniej ktoś mówił, żeby homoseksualistów posłać do gazu…

– A ja pamiętam. I to mnie początkowo bardzo bulwersowało, szokowało wręcz, ale z czasem, doszedłem do wniosku, że podobne zidiocenie jest tak marginalne i sporadyczne, że nie ma co tym tak bardzo się przejmować. Mam nadzieję, że i teraz jest to taki margines.

– Ale jak masz np. stronę, gdzie czytasz: „pedały do gazu” i nagle pod tym masz 30 tysięcy „lajków”, to o czymś to mówi. I mimo, że Facebook takie strony zaraz usuwa, to te świry zawsze znajdą sobie jakieś miejsce, gdzie mogą ten hejt uprawiać.

– Sam nie wiem czym to jest powodowane: nienawiścią, bezmyślnością, chęcią prowokacji, czy też skrajną głupotą?
Najważniejsze, aby te skrajne trendy nie zaczęły przyjmować jakiejś instytucjonalnej, strukturalnej postaci, bo wtedy to naprawdę byłoby groźne. Zresztą, moim zdaniem, te zjawiska są bardziej niebezpieczne na Zachodzie niż w naszym kraju.

– Ja szedłem w marszu Niepodległości, szedłem w marszu Równości i widziałem bardzo fajnych Polaków tu i tu – i wtedy nie było żadnego problemu. Ale widziałem też niefajnych Polaków.
Jednak te skrajne postawy się zamplifikowały i przez ten strach, które mamy już wbudowany, każdy się boi wejść do tego drugiego marszu. Bo ludzie myślą, że w tym innym marszu zostaną… nie wiem… zgwałceni, ich dzieci zostaną spedofilowane, że wszyscy wyśmieją ich wiarę i tak dalej… a w tym drugim marszu każdy się boi wejść do tego pierwszego, bo myślą, że zostaną pobici, wyzwani, opluci, że spotka ich czysta, chamska agresja… Tak więc przykłady na jedno i drugie znajdziemy, przy czym mówię o pewnych postawach, a nie czynach.

– Właśnie, takich konkretnych aktów agresji jest naprawdę mało, częściej odgrywa się to w ludzkiej wyobraźni, w obawach… A strach ma wielkie oczy.

– Uważam, że to czego potrzebujemy najbardziej, to rozmowa… a nie darcie się na siebie i przekrzykiwanie. Potrzebujemy również terapeutów. Potrzebujemy siąść razem przy stole albo przy ognisku… i zjeść wspólnie kiełbaskę.

– Ekologiczną.

– Wegańską.

– À propos konieczności rozmowy. W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Im więcej się ze sobą spieramy, tym, jesteśmy silniejsi i mocniejsza jest nasza tożsamość”.
Czym według Ciebie różnią się od siebie dialog i rozmowa. Czy rozróżniasz nie tylko ich naturę, formę, ale i konsekwencje?

– Spór jest jednak pewnego rodzaju walką. Jest też częścią składową dialogu. Spór „propeluje” dialog, napędza go, powoduje, że on „idzie”… Bo kiedy się we wszystkim zgadzamy, to po prostu… nie ma o czym gadać.
Sporu nie ma co unikać, natomiast odbieranie drugiej stronie prawa głosu, mówienie, że jesteś gorszy i nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego; mówienie, że nie słucham Cię, bo to jest bullshit, bo jesteś głupi… To to jest rzeczywiście obrzydliwe. Powiem wprost: to jest odmawianie komuś prawa do człowieczeństwa. I dotyczy wszystkich stron.
Ale tak jest w internecie, bo w rzeczywistości jest jednak inaczej. Ludzie starają się być mili dla siebie…

– Tak jak my tutaj teraz.

– … a potem siadają przy klawiaturze i są mistrzami klawiatury.

– Użyłeś słowa „tożsamość”. Dlaczego jest ona taka ważna?
Czy stąd nie jest już blisko to nacjonalizmu?

– A właśnie, że nie. Bo jest różnica między patriotyzmem a nacjonalizmem. Ja jestem 100-procentowym patriotą. Kocham kraj, z którego pochodzę, znam jego kulturę, fascynuje mnie ona, fascynują mnie ludzie, którzy w nim mieszkają… Ale nie jestem nacjonalistą, bo nacjonalista stawia własny naród wyżej innych narodów; mówi, że jego naród jest lepszy od innych. Dochodzi do tego element szowinizmu.
My jednak mamy problem z tożsamością. A prawdziwa tożsamość jest ważna, bo według mnie może nas uchronić przed nacjonalizmem.
To tak jak w związku. Chorobliwa zazdrość pojawia się wtedy, kiedy ludzie w siebie nie wierzą. Prawdziwa siła bycia razem – razem w związku, razem w kraju, razem w Europie – polega na tym, że mamy wbudowaną silną tożsamość. I dlatego nie musimy reagować histerycznie za każdym razem, kiedy ktoś zrobi coś strasznego, głupiego… bo umiemy być silni wobec tego. Są narody, które sobie z tym radzą lepiej lub gorzej; są też narody, które mają totalnie rozwaloną tożsamość… Np. Ukraińcy. My jesteśmy w trakcie dyskusji. Ona jest zażarta, ale jest – rozmawiamy ze sobą, spieramy się. Niestety, nie ustrzegliśmy się przed tym, żeby wyłączać mikrofon na mównicy, kiedy ktoś mówi inne rzeczy, niż byśmy chcieli słyszeć.
Musimy przerobić pewne lekcje. Polska nigdy nie przeszła takiego mocnego flirtu z nacjonalizmem…

– I to nas uchroniło choćby przed faszyzmem. Na nasze szczęście zawsze zadawaliśmy się półśrodkami, w przeciwieństwie do naszych sąsiadów, którzy rozpętali zabójczy faszyzm czy komunizm na niebywałą skalę.
Lecz ja uważam, że jesteśmy silni (choć nie jako państwo, bo przez ostatnie kilka wieków braliśmy cięgi ze wszystkich stron). Gdybyśmy tacy silni nie byli, to jako naród byśmy nie przetrwali.

– Oczywiście.

– Takim bastionem tożsamości był zawsze dla Polaków Kościół katolicki. A teraz jest kolejnym powodem do tego, żeby się polaryzować, zwalczać, tworzyć obozy, pogardzać, może nawet nienawidzić.

– Kościół przez 50 lat komunizmu był miejscem, gdzie intelektualiści, artyści mogli się schronić. Traktowali oni Kościół jako miejsce, w który czuli się stosunkowo niezależnie wobec rzeczywistości, która była szara i pod kontrolą służb bezpieczeństwa. Kościół był miejscem szczególnym. Obecność artystów, intelektualistów w obrębie Kościoła w zasadzie nikogo nie dziwiła, ale też wpływała bardzo korzystnie na sam Kościół i bardzo korzystnie na artystów i intelektualistów. Ta ich wymiana myśli – tak skrajnie różnych, o różnym zabarwieniu, nawet lewicowym (przecież chodzili tam Kuroń, Michnik) – tam właśnie miała miejsce. I dzięki temu, zarówno duchowni byli ciekawsi – bo musieli się z tym zderzać, jak i sami opozycjoniści się pogłębiali. Oni wszyscy rośli. Dlatego to pokolenie wasze jest takie ciekawe, bo jest takie… właśnie „wydialogowane”. Niestety, ci ludzie już odchodzą – po obu stronach. A oni nam dawali świadectwo, że można ze sobą dialogować i się nie pozabijać. I nagle ich brakuje.
Po 1989 roku staliśmy się wolni i ludzie nie musieli się już akredytować przy Kościele, żeby wydawać gazety, książki, płyty, komiksy… w zasadzie można było robić wszystko co się chciało – i można to już było robić otwarcie. I wtedy te dwa elementy – artyści i intelektualiści oraz Kościół – zaczęły dryfować obok siebie, jak w każdej w miarę zdrowej demokracji. 30 lat później jesteśmy osobno – podzieleni jak nigdy dotąd. Nagle się okazało, że nie tylko zniknęły pomosty łączące te dwie strony, ale że te strony bardzo się na siebie zbiesiły.
Żyjemy w czasach, kiedy nastąpił drastyczny spadek liczby powołań w Kościele. Największa laicyzacja następuje właśnie w Polsce. Jesteśmy krajem, który – jeśli wierzyć ostatnim badaniom sprzed dwóch miesięcy – laicyzuje się najszybciej na świecie. Wśród ludzi między 18 a 30 rokiem życia, stopień laicyzacji jest niebywały.
I to wszystko są procesy, które są procesami tożsamościowymi, każą na zrewidować swoje myślenie.
Czy należy się ich bać, czy nie?…. nie mówię w ogóle o tym. Jest to zmiana. Zawsze będą zmiany. A my musimy podjąć dialog.
I właśnie mój film „Boże Ciało” stara się podjąć taki dialog – o tym kim chcemy być, jak mamy postępować. Chodzi jednak o to, żeby – bez względu na to, gdzie to pójdzie – wzajemnie się szanować.

Rzecz o przewrotności dobra i zła – i o konieczności pojednania (Bartosz Bielenia w filmie „Boże Ciało”)

.

– Jestem na gorąco po obejrzeniu Twojego filmu i muszę Ci powiedzieć, że bardzo mnie on zaskoczył. Wydaje mi się, że dokonuje on swoistego cudu, bo potrafi jednoczyć ze sobą ludzi, i to znajdujących się po obu stronach tego podziału, o którym tu mówimy. Z tego co wiem, film cieszy się także znakomitym odbiorem wśród krytyków, bez względu na ich sympatie polityczne, światopogląd czy stosunek do Kościoła w Polsce. Mam wrażenie, że dzieje się tak dlatego, że nie opowiada się on jednoznacznie po żadnej ze stron, ma uniwersalną wymowę, nie krytykuje wprost ani ludzkiej religijności, ani Kościoła katolickiego jako instytucji; a przede wszystkim pokazuje wszystkich ludzi z… ludzkim obliczem – z ich słabościami, rozterkami… Uświadamia nam, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy tacy sami – że wszyscy odczuwamy, cierpimy, cieszymy się tak samo.
Twój film, swoją drogą, jest bardzo przewrotny, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Bo np. główny bohater, który jest kłamcą, mówi prawdę; jest „złoczyńcą”, ale czyni dobro; jest fałszywym księdzem, ale zachowuje się bardziej po chrześcijańsku, niż inni księża…

– Uważam, że film pięknie pokazuje to, że ludzie, którzy się tak różnią, powinni być jednak – tak po chrześcijańsku – razem. W takim nurcie chrześcijaństwa, że tak powiem, pierwotnego. Co ciekawe, scenariusz do „Bożego Ciała” został napisany przez Mateusza Pacewicza, który jest ateistą.

– Kolejna „przewrotność” i paradoks tego filmu. Ludzie niewierzący okazują się lepszymi „chrześcijanami” niż ci wierzący.

– Ja takich przykładów znam mnóstwo. Mam znajomych – ateistów, lewaków, gejów… itd. – którzy są bardzo humanitarni, wstawiają się za wykluczonymi, rękę by dali sobie odciąć, żeby ciebie lub mnie uratować. Ale mam też wśród swoich znajomych ludzi, którzy plują hejtem czy jadem absolutnym; nienawidzą, z pogardą patrzą… Mnie akceptują, bo mi się w życiu wiedzie. Ale jakby mi się przestało wieść, to byłbym takim samym „wypierdkiem”, jak ci, którym się nie powiodło.

– Takie postępowanie jest też kwestią charakteru.

– Tak, ale też sprawą zabójczej merytokracji, czyli oparcia postaw życiowych – relacji międzyludzkich – na tym, czy się komu w życiu udaje, a nie na tym, że się po prostu jest. To powoduje fałszywy obraz ciebie. To sprawia, że jesteś kimś, jeżeli coś robisz. Ale będzie czas, kiedy nic nie zrobisz. I co? Będziesz wtedy nikim?

– I dlatego tak mnie rażą opinie i postawy ludzi, którzy wyrażają się z pogardą o tzw. „Polsce B” – o ludziach, którzy głosowali na inne formacje polityczne, niż oni sami. Nazywanie ich półgłówkami, prymitywami, kruchtą, moherami, ciemnogrodem… i tak dalej, tylko dlatego, że mają inne poglądy (co przecież w demokracji jest sprawą naturalną i oczywistą). Bo tylko ich wybory są prawidłowe, a oni są najmądrzejsi.
Chodzi więc o to, żeby zwalczać te stereotypy i nie zamykać się we własnych, jedynie słusznych, bańkach. Trzeba wyjść do drugiego człowieka i uszanować jego inność. Starać się zrozumieć jego zachowanie.

– O tym jest również „Boże Ciało”.

– Wspomniałeś kiedyś, że Twoimi znajomymi – może nawet przyjaciółmi – są księża. Myślę, że to, iż Ty widzisz ich jako ludzi inteligentnych, wrażliwych, otwartych, wpływa na Twój sposób widzenia wiary, Kościoła, religii… w przeciwieństwie do ludzi, którzy takich bliskich znajomości nie mają.

– Muszę powiedzieć, że ja przez tych moich przyjaciół miałem spaczony obraz księdza. Dla mnie ksiądz to był ktoś kto pogada, ktoś kto zrozumie, ktoś kto jest fajny… ktoś kto wie, jak do Ciebie podejść, kiedy masz jakiś problem życiowy. Teraz, pracując nad „Bożym Ciałem”, byłem w różnych miejscach i trafiłem na ludzi, z którymi nie umiałem zamienić normalnie jednego zdania. Nie wiedziałem, że jest taka osoba w ogóle. Jak ktoś taki może cię terapeutyzować czy wskazać drogę? Nie ma szans.
Spotkałem takiego jednego wikarego, który mnie przeraził. Był zaprzeczeniem postawy chrześcijańskiej. Takie rzeczy zauważyłem dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem się tym zajmować. Wcześniej byłem na to ślepy. Przebywałem właśnie w tej swojej bańce – księdza Wojtka Drozdowicza, księdza Marka Grygiela, Ojca Jana Góry, Tadeusza Polaka itd. Moja mama pracowała w katolickiej redakcji TVP. Miałem więc do czynienia z tym środowiskiem. Dla mnie to był taki Kościół bardzo otwarty. A tu nagle spotykam kogoś, kto jest tego zaprzeczeniem.

– A może to właśnie ten wikary jest takim księdzem, który daje spaczony obraz księży katolickich – a tym samym Kościoła, jego wspólnoty?
W „Bożym Ciele” księża są ludźmi, z którymi możemy sympatyzować – bo ten film ukazuje właśnie ich „ludzką” twarz. Pozwala też zrozumieć różne ludzkie zachowania; nie pogardza ludźmi, nie czyni ich gorszymi… Dzięki temu nie dzieli, a jednoczy. Porusza też w nas struny, które jednak rzadko są poruszane we współczesnym kinie, książkach, mediach. Robi to w bardzo ciekawy sposób, wydobywając z ludzi to, co w nich najlepsze – co w nich siedzi, mimo że często oni sami o tym nie wiedzą. Innymi słowy: wyzwala dobro, a nie zło; rodzi nadzieję, a nie rozpacz.
Uświadamia nam też, że natura ludzka jest plastyczna. To, jak człowiek reaguje zależy od tego, jak do niego przemawiasz – czy to jest szczere, czy chcesz go poniżyć czy oszukać, wziąć podstępem, stereotypować?
Istnieje droga, którą można do drugiego człowieka dotrzeć – i moim zdaniem Ty swoim filmem taką drogę pokazałeś.

– Dziękuję. Właśnie o to mi chodziło.

– Wybierając się dzisiaj na projekcję „Bożego Ciała”, wspomniałem jednej z moich znajomych – rasowej kinomance, popularyzatorce kina i recenzentce – Renacie Borowiak, o możliwości spotkania się z Tobą. I jeśli by do tego doszło, to jakie pytanie zadałaby ona, gdyby była na moim miejscu (nota bene, bardzo Twój film rekomendowała).
Czy mogę przeczytać jej pytania?

– Jasne!

– „Tam podobno sporo improwizacji było na planie. (Doceniamy, bo językowo film przekonuje autentyzmem). Czy już w scenariuszu język był tak dopasowany do postaci? Na ile był to wkład aktorów”?

– Ciekawe pytanie. Są sceny, szczególnie dotyczące młodych, które były bardzo wyimprowizowane, ale potem, ze względu na trudność dialogu, na jego informacyjność – bo musi być on precyzyjny – brane to było jakby w karby. Np. scena na barce. Ona jest bardzo trudna, bo ma ze sześć czy siedem punktów zwrotnych. I żeby przejść przez każdy taki punkt, to musieliśmy wszyscy ustalić bardzo konkretną sekwencję zdań. Tak więc, to były dialogi, które najpierw były wyimprowizowane na próbie, ale później jeszcze raz przeze mnie rozpisane, zblokowane, podzielone na części – poddane pewnej przeróbce. Była to więc taka improwizacja pod kontrolą – improwizacja, która została zaklęta w scenariuszu. A myśmy ją później tylko zrekonstruowali.
Na samych zdjęciach już się starałem, żeby improwizować znacznie mniej. Ale zdarzały się takie momenty „olśnień”, że tak się wyrażę (nawiasem mówiąc uwielbiam je). Np. w scenie, kiedy Ola Konieczna (Lidia) znajduje w sypialni pijanego proboszcza. Przed jej nagraniem szepnąłem jej do ucha, żeby – bez względu na to, o co ją Bartek (grający głównego bohatera, Bartosz Bielenia – przyp. S.B) zapyta, ma zaprzeczać i mówić, że to jest niemożliwe. Więc kiedy on się pyta: „Co, ksiądz lubi sobie popić?”, to ona odpowiada: „Nie, on nie pije”. Tym stwierdzeniem Bartka zaskoczyła, więc wyraz zaskoczenia na jego twarzy jest prawdziwy.
Ale też ostatnia kwestia, czyli słowa „Szczęść Boże”, które ona mówi do opuszczającego kościół Bartka, jest improwizacją. Tego nie było w scenariuszu.

– A to są słowa w pewnym sensie kluczowe.

– Tak, ona poczuła, żeby to powiedzieć. Z oka spływa jej łza, a ona mówi: „Szczęść Boże”. To jest takie doznanie, które może cię trafić, i nie wymyśliłbyś tego.

– Może i z czegoś takiego bierze się magia tego filmu?

– Bartek, kiedy odprawia mszę, też często mówi od siebie.
Ale są też sceny, które były bardzo precyzyjnie określone.
Uwielbiam improwizację, ale bardzo nie lubię nieprzygotowania. Trzeba znać scenariusz i czuć postać, którą się gra. Tak więc, te rzeczy muszą się spotkać. W moim filmie zagrali aktorzy, którzy są znakomici i świetnie to rozumieją.

– Może jeszcze jedno pytanie Renaty: „Czy ostre, bezkompromisowe obrazy kleru (kościoła) w filmach, które ostatnio gościły na ekranach, w jakiś sposób wpływały na intencje reżyserską? W sensie: ‘Boże Ciało’ powstawało równolegle, więc zamysł mógł być niezależny. Ale jakaś modulacja była możliwa. Komasa powstrzymał się przed krytyką instytucji, a nawet księży. Obaj (występujący w filmie) są ok. Czy nie kusiło go, by podkręcić kontrast między księżmi a Danielem? Bo ja myślę, że decyzja reżysera była w punkt.”

– Pierwsza wersja scenariusza z 2016 roku w ogóle nie zakładała żadnej krytyki Kościoła – ani instytucji, ani księży. To powstawało zupełnie niezależnie wobec tego trendu, do którego odnosi się pytanie. Bardzo dużo mieliśmy o tym rozmów – żeby na to bardzo uważać. Bo nudne są i mają bardzo krótkie nogi filmy, które tylko krytykują. Gdyż, umówmy się, instytucje są, potem ich nie ma… a ja chciałem zrobić film, który byłby uniwersalny. I żeby był tak samo ważny za 10 czy 20 lat. Bardzo się starałem, żeby nie wejść w taki publicystyczny ton, który rzeczywiście się teraz się przybiera. Na szczęście „Boże Ciało” nigdy pod tym względem nie miało być gazetą. Mówię „na szczęście”, bo to jest zbyt łatwe, żeby stanąć po jakiejś stronie sporu, przy takiej polaryzacji, jaka jest dzisiaj. Najtrudniej jest utrzymać się na tej cieniutkiej linii pomiędzy.

– Miejmy nadzieję, że nam to się uda.

– Chodzi o to, żeby utrzymać się na tej cienkiej linii… ale nie być neutralnym!

– Bo neutralność zwykle oznacza obojętność, prawda?

– Dokładnie.

– Myślę, że tą olśniewającą konkluzją możemy zakończyć naszą rozmowę, za którą bardzo Ci dziękuję.

*  *  *

Jan Komasa: „Stąpamy po cienkiej linii, ale nie możemy być neutralni” (Podczas spotkania z reżyserem po projekcji jego filmu na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Fot. Anna Błaszczyna)

.

„POLITYKA”, albo o traktowaniu widowni jak stada baranów

… a może rzeczywiście widownia niekiedy staje się taką, jak się ją traktuje?

.

.

Muszę się przyznać, że „Polityka” jest pierwszym filmem Patryka Vegi, jaki obejrzałem w kinie. Wprawdzie próbowałem kiedyś oglądać „Pitbulla” (podobno najlepszy film tego reżysera) ale po jakichś dwóch kwadransach tak mnie znużył ten miks infantylizmu ze szpanerstwem udającym kino gangsterskie, że dałem sobie z tym spokój. Podobnie było z „Ciachem”, na którym dotrwałem gdzieś tak do 5 minuty – poziom żenady obecnej w tym filmie wyrastał zdecydowanie ponad moją tolerancję kinowego idiotyzmu.
Tak więc, nie pociągały mnie już w najmniejszym stopniu kolejne „hity” Vegowego kina, jak np. „Botox” czy „Kobiety mafii”. Nie wybieram się do kina by oglądać tego typu filmy na tej samej zasadzie, jak nie biorę udziału w koncertach disco-polo. Not my cup of tea. (Może nie jestem sprawiedliwy porównując to kino z tym rodzajem muzyki, bo jednak disco-polo ma swój sentymentalny urok, tudzież oparty na ludowej prostolinijności i radosnym kiczu witalizm, w przeciwieństwie do bazującego na najniższych instynktach widowni, ociekającego krwią i zabagnionego wulgaryzmami kina, które płodzi i wpuszcza na ekrany Vega.)

A mimo to poszedłem do kina „Pickwick” w Park Ridge (nie chcę tu być małostkowy, ale uważam, że $30 za bilet do kina to lekka przesada) by zapoznać się z najnowszym filmem Vegi, który miał być ponoć „rewolucją” (jak obwieszczali organizatorzy tej projekcji) zaś w Polsce miał wywołać burzę („gigantyczną awanturę” – wedle słów samego reżysera).
No cóż, mam za swoje. Wprawdzie nie spodziewałem się filmu, który by poruszył… jakieś wyższe zdolności kognitywne mojego mózgu, czy też zapadł gdzieś głębiej w moje wnętrze, ale nie sądziłem, że będzie to jeden z najbardziej ponurych seansów w moim życiu. (Skrytykowany przeze mnie swego czasu „Kler” Smarzowskiego wygląda przy filmie Vegi jak arcydzieło.)
Tutaj dodatkowa informacja dla tych, którzy oczekują po tym tekście wskazówki, czy warto iść na „Politykę” do kina: jeżeli widzieliście tzw. zwiastuny filmu, to widzieliście już „najlepsze” (w mniemaniu Vegi, przynajmniej) momenty filmu, który w całej swej rozciągłości (czytaj: rozwlekłości) jest nie tylko niemiłosiernie płytki i stereotypowy, ale i zupełnie jałowy. Taka długa, smętna kicha – gniot pozbawiony nie tylko jakiejkolwiek wartości poznawczej, ale i rozrywkowej (a ten ostatni zarzut – jeśli chodzi o kino – jest chyba jeszcze bardziej kompromitujący, niż poprzedni).

Jak już pewnie wszyscy wiedzą, film odnosi się do życia politycznego naszego kraju, skupiając się na najbardziej znanych polskich politykach (z tym, że nie nazywając ich po imieniu, lecz przedstawiając w taki sposób – i w takich sytuacjach – że chyba nikt z widzów nie ma wątpliwości o kogo chodzi). Problemem tutaj jest to, że te najbardziej wyeksponowane elementy scenariusza, są po prostu przeniesieniem na ekran najbardziej znanych politycznych „wpadek”, kompromitacji, faktów, plotek i insynuacji – tak już w przeszłości wyeksploatowanych i medialnie przemielonych (często wręcz zredukowanych do internetowych memów), że trudno w nich widzieć jakąś świeżą pożywkę dla widowni, która te odgrzewane kotlety już dawno łykała, strawiła i chyba wydaliła (może z wyjątkiem najbardziej zatwardziałych „bojowników” biorących udział w politycznych „pożal się Boże” sporach, z tępym uporem atakujących swoich adwersarzy, powtarzających do znudzenia te same – a przez to zdarte do cna – zarzuty i komunały, od których się już normalnym ludziom niedobrze robi).
Wprawdzie Vega usiłuje to wszystko wpleść w jakąś historyjkę czy fabułę (film składa się z 6 swego rodzaju nowelek), ale całość jest niezborna, bardzo nierówna i wykoślawiona formalnie, zupełnie pozbawiona dramaturgii (o suspensie nie wspominając). Ciągle więc odnosiłem wrażenie, jakby reżyser nie wiedział co chce zrobić: satyrę, komedię, dramat czy może jednak paszkwil? – przez co wszystko przypominało jakąś rozdygotaną glejowatą breję. Obok wstawek kabaretowych czy starych dowcipów na poziomie gimbazy, mieliśmy uderzający w patetyczny ton dydaktyczny finał – z przesłaniem w sumie banalnym, naiwnym i trywialnym – „okraszony” na dodatek pewną intymną częścią ciała znanej gwiazdy polskiego kina. Innymi słowami: nie wiadomo było, czy się śmiać czy płakać.

Wysłuchałem kilku wywiadów z reżyserem. Abstrahując od jego powierzchowności – wytatuowanego od stóp do głów, obwieszonego jak choinka złotem tudzież machającego nam przed nosem zegarkiem za 2 mln. zł. celebryty – Vega wydał mi się kimś mało wiarygodnym, zwłaszcza kiedy słyszałem takie oto wypowiedzi (i konfrontując je ze stanem faktycznym): „(…) poprzedziliśmy film wielomiesięcznymi przygotowaniami. Spotkaliśmy się z ponad setką polityków, dlatego mam poczucie, że ten film oddaje świat polityki w sposób bardzo obiektywny, wielowymiarowy i wieloznaczeniowy” (z wywiadu udzielonego „Dziennikowi Związkowemu”).
No cóż, wygląda to na kiepski żart, bo moim zdaniem jest akurat odwrotnie: film oddaje świat polityki bardzo subiektywnie, płasko i jednoznacznie. Ponoć Vega jest z wykształcenia socjologiem, ale wizja jaką roztacza w swym filmie jest zbyt karykaturalna i w sumie prostacka, by mogła wnieść coś nowego i wartościowego w nasze postrzeganie polskiej rzeczywistości, czy też stanowić asumpt do jakiejś poważniejszej analizy zachowania członków politycznej kasty. Tak więc socjologii – a tym samym zgodności z rzeczywistością i prawdy o ludziach – jest w „Polityce” tyle, co kot napłakał. Bo Vega, tak naprawdę chciał „dowalić” politykom (ze zdecydowanym wskazaniem na formację pisowską) – bynajmniej nie ukazując pełnej (czyli wielowymiarowej) prawdy o politykach, tylko wywlekając i pastwiąc się nad tym, co w świecie polityki – i w ludziach – najgorsze. Mało tego: czasem przypisując ludziom coś, czego w nich nie ma, a niekiedy nawet stosując pomówienia. Jak wiemy cechą dominującą karykatury nie jest ujawnienie prawdy, ale tej prawdy zniekształcenie i wykoślawienie – najczęściej po to, by jakiś aspekt rzeczywistości (lub człowieka) wyolbrzymić i wyszydzić. Tak też jest w wypadku „Polityki”.
Vega: „Mam poczucie, że ten film ‘dokopuje’ wszystkim partiom po równo, więc ludzie wychodzący z kina będą mieli przeświadczenie, że polityka to jest ogromne bagno, a sami politycy są socjopatami.”
Tak, to jest właśnie karykaturalne – i bądź co bądź prostackie – przedstawienie rzeczywistości, godne dialogu zawianych „ekspertów” politycznych spod budki z piwem, czy monologu wujka Janusza podczas rodzinno-towarzyskiej libacji, a nie opinii traktującego siebie poważnie socjologa.

Ponadto nieprawdą jest, że film „dokopuje” wszystkim partiom „po równo”. Film dokopuje przede wszystkim (tak na moje oko w 90%) politykom PiS-u. I tu według mnie doszło do sytuacji paradoksalnej, bo to co w „Polityce” miało stanowić kompromitację tej partii, najprawdopodobniej wyjdzie jej tylko na dobre. Jeśli ten film wpłynie w jakiś sposób na najbliższe wybory, to nie ujmując głosów PiS-owi, a tych głosów PiS-owi przysparzając – i to nie tylko ze względu na zaskakująco „ludzkie” potraktowanie w nim Prezesa.
Według mnie twórcy filmu zrobili PiS-owi wielką przysługę. Czym? Otóż sprowadzeniem sposobów wytykania pewnych rzeczy PiS-owi do absurdu (co zresztą wcześniej zrobiły już internetowe memy) przy jednoczesnym ich skompromitowaniu. Bo niczym innym jak kompromitacją jest – oparty na nich – cały film Patryka Vegi.

*  *  *

2/10

.

MĘDRCY, GŁUPCY, WIZJONERZY, KOMEDIANCI…

o monodramie A kaz tyz ta Polska, kaz ta? wg tekstów Wyspiańskiego, w wykonaniu Olgierda Łukaszewicza

    „Jest mi wstrętne i nieznośne to robienie Polski na każdym kroku i codziennie” – mówi Konrad Wyspiańskiego ustami Olgierda Łukaszewicza w piwnicznym salonie Teatru Chopina na tzw. „starym trójkącie” polonijnym, a my – imigranci, którzy już dawno opuścili swój kraj ojczysty – zastanawiamy się, ile w tych słowach jest prowokacji, ile zniecierpliwienia, ile prawdy, ile ironii… A może tylko podziwiamy kunszt wybitnego aktora, który może mówić wszystko, a my i tak będziemy tym zafascynowani… jeśli akurat nie znuży nas hermetyczność trącącego anachronicznością języka narodowych wieszczy, którzy skądinąd „wielkimi poetami byli”, więc jednak zachwycać nas powinni.

    A może już nie zachwycają? Może przestaliśmy ich rozumieć? Może nigdy nas nie zachwycali? I nigdy ich nie rozumieliśmy? Bo jak tu np. zrozumieć niedorzeczność? Albo zachwycać się histerią, karykaturą uczuć czy kosmicznym wręcz patosem?

aDSC_2774

Chochole tańce odprawiają się nadal

     Wprawdzie polski romantyczny bohater narodowy miota się między skrajnościami, sam kwestionując swoją poczytalność i zdając sobie sprawę ze stanu własnych nerwów, ale przecież… jakąż to ma w sobie dramaturgię! A poza tym: czy zaburzenia afektywne dwubiegunowe deprecjonują treść przeżywanych stanów, czy też wręcz przeciwnie – intensyfikując je, sprawiają, że stają się one bardziej wyraziste, a przez to głębiej trafiające do naszej świadomości?
I dotyczy to nie tylko tych, którzy taki stan przeżywają, ale i tych, którzy z zewnątrz to obserwują.
W sensie dramaturgicznym korzystają z tego wszyscy: autor, który użycza swej wrażliwości i zdolności żonglowania słowem kreowanej przez siebie postaci; aktor, który w skórę, do serca i do mózgu tej postaci wchodzi; no i – last but not the least – widz, który temu wszystkiemu nie tylko się przygląda, ale także przeżywa i próbuje to zrozumieć.
To dlatego, zarówno XIX-wieczny Konrad Adama Mickiewicza (z Dziadów), jak i XX-wieczny Konrad Stanisława Wyspiańskiego (z Wyzwolenia), zdolni są mimo wszystko budzić emocje publiczności w XXI wieku. I to publiczności oddalonej o kilka tysięcy kilometrów od miejsca „akcji”.
Oczywiście, nie do przecenienia jest w tym fenomenie rola Olgierda Łukaszewicza, który słowo Wyspiańskiego nam tu przez Ocean przywiózł i przedstawił.

    Nie jest tajemnicą, że sztandarowe dzieła naszej narodowej literatury mają w sobie na tyle uniwersalizmów, że mogą być w każdym momencie naszej historii adekwatnie interpretowane – zachowując przez to swoją aktualność. Czasem są to interpretacje naciągane bardziej, czasem mniej; zrazu odnieść możemy wrażenie, iż jednak zaczynają się one przemieniać w jakiś archaizm czy skamienielinę, to znów uderza nas ich świeżość – tak czy siak tworzą pewien kanon, do którego raz po raz sięgają twórcy naszej kultury – czy to w kinie, czy w teatrze (polska literatura współczesna jest w tym jednak bardziej powściągliwa). Tak jak zrobił to Olgierd Łukaszewicz, który za materiał do swoich scenicznych rozrachunków z polskością (i polskim społeczeństwem) obrał sobie twórczość Stanisława Wyspiańskiego, przede wszystkim jego dramaty narodowe: Wesele i Wyzwolenie. (Notabene, utwory te, mimo, że z etosem romantycznym się wadziły – a nawet miejscami z niego kpiły – to jednak tego romantyzmu kontynuacją – w wersji młodopolskiej – jak najbardziej były.)

    Jeśli się nie mylę, to swój pomysł Łukaszewicz zrealizował już 17 lat temu, a od tego czasu w naszym kraju sytuacja zmieniała się wielokrotnie – tym samym musiała się zmieniać interpretacja jego monodramu. Nie dało się więc uniknąć tego, że i w Chicago każdy nadstawiał ucha i dociekał tego, jak też słowa, które padały ze sceny, mają się do obecnej sytuacji w Polsce – nie bez emfazy samego aktora, który przywdział błazeńską czapeczkę z gazet, potrząsał małym dzwoneczkiem (czasem przypominało to drwinę z wawelskiego Dzwonu Zygmunta) i w złości darł na strzępy polską prasę (niewątpliwie narodową, skoro w każdym tytule były przymiotniki „polski”, „polska”, „polskie”…)

    Mnie samego uderzył kontrast między tym, co deklarował Łukaszewicz w „słowie wstępnym” (że jest ponad partyjnymi podziałami, że nie dał się usidlić żądnej „idei”, że nie przypiął sobie w klapie żadnego znaczka, który by go do czegoś zobowiązywał), a intensywnością jego aktorskiego przekazu, w którym roiło się nie tylko od idei i symboli (obecnych przecież immanentnie w twórczości Wyspiańskiego), ale który pełen był także zaangażowania i pasji, co moim zdaniem nie wynikało jedynie z mocy i kunsztu artystycznej interpretacji. Bo jest to oczywiste, że już sam wybór Łukaszewicza (chodzi zarówno o twórczość naszego „czwartego” wieszcza jako taką, jak i autorską wybiórczość w obrębie tekstu Wyspiańskiego, z którego aktor swój monolog – jak sam to wyraził – „wykrawał”) miał w sobie jakiś przekaz i sugestię, nie wspominając o własnej, nadanej przez aktora, logice. Innymi słowy, Olgierd Łukaszewicz chciał nam, publiczności polskiej, coś ważnego powiedzieć. A czy można coś takiego zrobić bez opowiedzenia się po stronie pewnych treści i konkretnych znaczeń?

    Czegóż więc od Łukaszewicza-Wyspiańskiego się dowiedzieliśmy? Czy mogliśmy się w tym przeglądnąć jak w zwierciadle? Jeśli tak, to na ile było to zwierciadło krzywe, a na ile odsłaniało naszą prawdziwą twarz, nawet jeśli użyto przy tym wielu – nie tylko scenicznych – masek?

    To jednak wymaga pewnej ekwilibrystyki, by zestawiać rzeczywistość Polski pod zaborami, (w której żyli wszyscy nasi wieszcze) z Polską dzisiejszą, która „wybiła” się na niepodległość dobre ćwierć wieku temu.
Ale, ale… przecież i dzisiaj są tacy, którzy twierdzą, że nasza Ojczyzna nadal jest niesuwerenna, że musi podnieść się z kolan (przy czym nie chodzi tu akurat o odrzucenie wiary katolickiej – bardziej o odzyskanie narodowej dumy), że chcą nam Ją ograbić, a nas samych wykorzenić… więc musimy chronić naszą tożsamość.
A ponadto: czy jednak tzw. polski charakter narodowy zmienił się tak bardzo od tamtych czasów? Czy przestał w naszym społeczeństwie działać kod kulturowy, który powoduje to, że stale popełniamy te same błędy, że cały czas jesteśmy podzieleni (wręcz toczymy ze sobą polsko-polskie wojny), że nie potrafimy się na dłużej solidaryzować, ani dobrze samo-rządzić? Czy nie wisi nad nami stale jakieś fatum, które powoduje, że coś się w polskim losie powtarza – i są to najczęściej nieszczęścia, tragedie, zdrady, mnożące się trupy i groby?

greydot.

Olgierd Lukaszewicz w monodramie wedlug tekstów Wyspianskiego (Chopin Theatre, Chicago, 21 sierpnia, 2016 r.)

Błazen, mędrzec… lustro dla aktora, w którym przeglądnąć możemy się wszyscy

.

    Nic w tym monodramie nie było jednoznaczne. I takie pewnie być powinno. Aby jednak ustrzec się przed konsternacją wynikającą z niemocy rozszyfrowania „tego, co poeta miał na myśli”, należało poddać się niekiedy intuicji, asocjacji wrażeń – potokowi słów i gestów, które za sprawą aktora niosły się w małej salce Teatru Chopina.
Jednak sama zmysłowość nie wystarczała, gdyż wypadało, aby także rozum miał w tym swój udział. Chodziło wszak o poznanie znaczeń – a to wymagało bardziej racjonalnego podejścia do treści. Bo tylko wtedy jest się w stanie uchwycić sens spektaklu w kontekście rzeczywistego świata, który nas otacza, w tym przypadku: naszej Ojczyzny, polskiego narodu i społeczeństwa. Do tego właśnie odnosiło się wszystko, co działo się na scenie.
A działo się sporo.

    Rekwizytów jakimi posługiwał się aktor było mało, ale pełniły one jednak kluczową rolę w określeniu charakteru postaci w jakie się on wcielał. Była więc wspomniana już błazeńska czapka zrobiona z polskich gazet narodowych (wyraźne nawiązanie do Stańczyka), no i ta „zabawka” błazna – dzwoneczek będący miniaturką kultowego dla Polaków Dzwonu Zygmunta, kolosa z pękniętym sercem.
Już same te rekwizyty znaczyły główne pole dramaturgicznego napięcia obecnego w tekście, który tworzył biegunowe przeciwieństwa – patosu i kpiny, zmyślenia i prawdy, symbolu i konkretu, zabawy i powagi, ideału i rzeczy…

    Odniosłem wrażenie, że emocje Łukaszewicza przechylają się dość wyraźnie ku błazenadzie, czy też raczej „błazeńskości” całego widowiska, sprawiając, że posuwa się on najczęściej do kpiny, ironii, szyderstwa i drwiny, czasami wręcz do histerii i szaleństwa, choć bez zatracenia czegoś, co można by nazwać pewną… narodową solennością. Przy czym mam tu na myśli zarówno widowisko, jakie na naszych oczach rozgrywa się dziś w Polsce, (a w którym główne role odgrywają nasi rodacy) jak i spektakl serwowany nam przez aktora. Zauważyłem też dość ostre cięcia tekstu Wyspiańskiego, które wynikały chyba nie tylko z tego, że Łukaszewicz musiał go odgrywać w pojedynkę, i był ograniczony czasowo. Otóż, kiedy przypominałem sobie tekst (zwłaszcza) Wyzwolenia, to uderzyły mnie tam idee, które Wyspiański wydawał się propagować w swoim dramacie, a które dzisiaj raczej chwały by mu nie przyniosły. I bynajmniej nie chodzi tu tylko o wyłamywanie się z politycznej poprawności.
Wprawdzie Olgierd Łukaszewicz w swoim monodramie do wszystkich tych wątków nawiązał, niemniej jednak urywał tekst tam, gdzie Wyspiański schodził na pole minowe, które mogłoby go teraz wysadzić w powietrze, a co najmniej zakwestionować jego rozsądek, mądrość a nawet humanitaryzm. O posądzeniu o rasizm i faszyzm nawet nie wspominam. Spróbuję tu jednak o kilku z nich wspomnieć, gdyż moim zdaniem mówią one sporo o polskiej mentalności (charakterystycznej nie tylko dla tamtego czasu), jak również wskazują na przyczyny tego, co działo się w Polsce później – oraz tego, co dzieje się z polskim społeczeństwie dzisiaj. Ciągle zasadne jest to pytanie Panny Młodej z Wesela: „A kaz tyz ta Polska, a kaz ta?” Gdzie jest ta Polska, i jaka?

    Oto słyszymy np.: „Bo my mamy za wiele poczucia solidarności narodowej. I tym nas okłamują, że my powinniśmy mieć to poczucie solidarności narodowej. Bo my zawsze będziemy mieć do rozporządzenia tę lichą część naszego narodu. Niepotrzebnie wyrabiamy poczucie solidarności z lichą częścią naszego narodu. Jest to rzeczą złą i niepotrzebną. Obrażam nasz naród? Chcę go zasłonić przed oszustami, tymi, co mu kradną duszę za cenę rzeczy…”
I tu monolog się urywa. A jednak warto przytoczyć do końca słowa Wyspiańskiego, bo dopiero pełny cytat pozwala na ogarnięcie ich prawdziwego znaczenia: „ …zasłonię (naród) przed oszustami, tymi, co mu kradną duszę za cenę rzeczy nieuchwytnych. (Tak naprawdę więc, chodzi nie o rzeczy materialne, jak by to sugerowała interpretacja Łukaszewicza, ale o ich przeciwieństwo, czyli coś niematerialnego – przyp. St.B.) Co mu odbierają dumę i każą się pokorzyć; tymi, co mu odbierają pychę i każą się kajać w prochu upodlenia i żebrać. Przed tymi chcę naród mój ocalić, co każą mu jak żebrakowi skomleć i jęczeć, – jemu bogaczowi (…) który jest bogaczem takim samym, jak każdy inny.”
Pełny tekst Wyspiańskiego wyjaśnia też, dlaczego to, że ktoś nas namawia do poczucia solidarności narodowej, jest oszustwem: „Bo wszędzie są złodzieje i rozbójce i oszusty. I gorsi i lepsi. A mimo to żyją jak kompleks ludzi pod jednym tytułem. A nam z okazyi tej właśnie połowy, która jest złą… W nas chcą wmówić, że za to jesteśmy odpowiedzialni i że jesteśmy do niczego. A cóż nas ta zła część naszego narodu obchodzi? No więc nie powinniśmy żyć solidarnie ze sobą.”
I dalej: „(…) za nich nie może być odpowiedzialny naród. Oni nie są narodem. Niepotrzebnie wyrabiamy poczucie solidarności z lichą częścią naszego narodu. Jest to rzeczą złą i niepotrzebną. Bo my zawsze będziemy mieć do rozporządzenia tę lichą część naszego narodu. A oczywiście tem bardziej i lepiej, gdy ona będzie w naszych rękach. Tak jest, w naszych rękach. Powinniśmy mieć wszystko w naszych.”

    Czyż nie odzywają się tutaj echa „ludzi gorszego sortu”? Polskiego ludu „ciemnego”, który „wszystko kupi”? Manipulacji, populizmu – wręcz chęci spacyfikowania społeczeństwa, podporządkowania go „jedynie słusznej” opcji? Solidarności, która tak naprawdę jest pozorna i złudna? Odseparowania się od tych „innych” (czyli gorszych), którzy wcale narodem nie są, a którzy powinni się nam – i naszemu narodowemu totalizmowi – podporządkować?

    Wyspiański pisze przy tej okazji rzeczy jeszcze bardziej bulwersujące: „A tak. Powinna być cenzura narodowa, któraby działała tak, jak działają cenzury we wszystkich państwach wszystkich narodów.” (Sam Olgierd Łukaszewicz zwrócił uwagę na to, że Wyspiański chciałby być redaktorem wszystkich gazet wychodzących w Krakowie – przyp. St.B.) „Ja chcę tego, co jest wszędzie. Tylko z usunięciem oszustwa narodowego. Z usunięciem kradzieży narodu, oszustów, którzy rujnują naród! Złodziei, którzy okradają naród! Z czego? Po pierwsze z duszy! Z duszy! Z duszy! Duszę mu kradną!!! U nas jest kraj gościnny. No, tak się zmieści każdy złodziej. No tak. Ale on zawsze będzie wiedział, że jest złodziej. Złodziej tym ludziom, którzyby się urodzić mieli z czystej krwi narodu. Oto przede wszystkim powinniśmy uszanować krew narodu. I nie dać jej marnować. Nie powinniśmy marnować krwi narodu. Nie pozwolić prostytuować naszych kobiet. My nie powinniśmy pozwolić naszych kobiet (oddawać) obcym, tym obcym, którzy siedzą wśród nas. (Maska: Ależ kobiety są niezależne.) Nie, nie są i nie będą. Bo całem ich życzeniem i dążeniem powinno być, żeby od tej myśli niezależne nie były. One same są niczym. Nie mogę ścierpieć i znosić i słuchać, że kobieta Polka przeistacza dom męża obcego i czyni zeń dom polski. Jeśli tak czyni, to czyni podłość, która prędzej czy później odezwie się w charakterze potomstwa. Że wytwarza się tłum ludzi obojętnych dla naszego narodowego społeczeństwa, którzy go zaprzedają. (…) I tacy się zmieszczą. Ale winniśmy przeciwdziałać i nie pozwolić marnować naszej krwi i naszych dziewcząt, tak dobrze obcym, jak swoim. A to tylko może zrobić polski rząd. Bo żaden inny naszych interesów, interesów naszej krwi bronić nie będzie.”

    Na domiar złego, Konrad Wyspiańskiego wskazuje na nienawiść, jako na główną siłę motoryczną w walce o polskość. Wprawdzie w monodramie Łukaszewicza znalazły się słowa: „Nienawidzimy się! Nienawidzimy się wzajem! Na nienawiść trzeba się zdobyć. Tylko nienawiść jedna zdoła…”. Lecz w tym momencie znów monolog się urywał, więc nie usłyszeliśmy już tego: „Nienawidzimy się nawzajem i w tem nie ma nic dziwnego. Jestem z mojej nienawiści dumny. Nienawiść jest potężniejsza, niż miłość. Nienawidzimy się nawzajem i to nie jest nasze najgorsze złe. Niemal to jest nasze najlepsze. (…) Miłość, ta wszechmiłość jest kłamstwem. Otóż mam optymistyczne pojęcie nienawiści.”
Czyżby więc zbyt daleko posunięta szczerość Wyspiańskiego świadcząca o obecności wśród nas tego resentymentu, który nie tylko jest koniecznością, ale i zaletą?
Czy jednak do dzisiaj nie ciążą nam wielkie pokłady nienawiści, jakie osadziły się w polskim społeczeństwie – które jednak nie są żadną siłą konstruktywną, tylko destruktywną? Czy wyrugowanie apologii nienawiści z tekstu naszego wieszcza narodowego nie jest swego rodzaju unikiem – zaprzeczeniem, że to uczucie nie miało dostępu do dusz polskich najwznioślejszych i artystów naszych najprzedniejszych? Bo przecież Wyspiański wypowiada ustami Konrada przekonania własne, polskiego społeczeństwa i ówczesnej epoki.

Olgierd Lukaszewicz w monodramie wg tekstów Wyspianskiego - Teatr Chopina w Chicago, sierpien 2016 r,

Stańczykowa czerwień, przywoływanie duchów, narodowe egzorcyzmy…

   Jak bardzo Wyspiańskiemu w głowie poprzewracał Nietzsche? To, co pisał Krakowianin, czasami żywcem przypominało histerię (krzyczy bohater Wyspiańskiego: „Nienawiść niosę palącą! Krwi wołam! Chcę święcić noże!”) słynnego niemieckiego filozofa, któremu konflikt apollińsko-dionizyjski i opowiedzenie się po stronie woli i mocy (bo miłość i współczucie to sentymenty chrześcijańskiego słabeusza) odebrały w końcu rozum. Kult czystości rasowej i „nadczłowieka”, (któremu ulegli Niemcy); rzeź w łaźni krwi i stosy trupów, jakie wkrótce zafundowała sobie Europa (i jej cywilizacja będącą awangardą wszystkich cywilizacji) – to wszystko okazało się nie tylko snem „wariata śnionym nieprzytomnie”, ale i rzeczywistością. Wśród cierpień, w skołatanej duszy Wyspiańskiego – z tym jego rozkładającym się wskutek kiły ciałem – kwitły myśli, które były udziałem jednego z największych polskich artystów (i piszę to bez cienia ironii, wbrew temu, że np. taki Sienkiewicz uznał Wyspiańskiego za grafomana).

    Wróćmy jednak do teatru naszego maleńkiego i monodramu Olgierda Łukaszewicza, który już wcale taki maleńki nie był, gdyż wyzwolił jednak kaskady znaczeń i emocji (a przynajmniej miał taki potencjał), o których książkę można by spisać. Ale to może innym razem, bo na koniec chciałbym jeszcze raz przywołać jego dramaturgię wynikającą z napięcia między przeciwieństwami, a może nawet antynomiami, (które notabene też przywodzą mi na myśl Nietzschego i osobowość – sorry za ten psychologizm – z zespołem maniakalno-depresyjnym).
Bo oto mamy teatralne orgie w rodzaju Wesela albo Wyzwolenia – z teatrem ogromnym, w którym ważą się losy Ojczyzny i gdzie słychać jej śpiewy, widać orle loty; gdzie wykuwają się idee dla Narodu najważniejsze; miejsce będące „oazą patriotyzmu i polskości”. A z drugiej strony zniechęcenie i zmęczenie („mam dość teatru!”); świadomość tego, że wszystko to chimera, „złuda i udanie”, reklama, prostytucja, fraszka, komedia, zabawka… taki „tęczowy most czułości nad pustką rozpięty”; przekonanie że sztuka nie wystarcza, że teatr utracił teraz „funkcję wspólnotową”; a w ogóle, to słowo „wzniosłe, piękne romantyczne” się wyczerpało („straciliśmy wiarę w słowo”), a koncept narodowy „gaśnie” („społem to jest malowanka, społem to jest papuzia kochanka”)…
Bo nasz bohater, z jednej strony chce „walić młotem” w społeczeństwo, zbudzić go, zerwać do czynu; pragnie zwycięstwa „z krwi i ciała, z woli żywej i żywej potęgi” – gloryfikuje moc i chce osiągnąć wolność absolutną siłą woli. A z drugiej – trefniś taki – drepcze sobie boso po pustej teatralnej scenie, „po-my-ka, po-my-ka, po-my-ka”… w błazeńskiej czapeczce zrobionej z gazet, pobrzękując miniaturowym dzwoneczkiem, gadając z sobą samym („w mowę własną dziwnie zasłuchany”). Wódz i niewolnik zarazem. Taki mocarz-impotent, którego „wielkość” – a właściwie sny o potędze – wyrastają z własnej niemocy.
Jak obudzić ten naród ze snu i marazmu, jak przerwać ten taniec chocholi – odbywający się na dodatek nad mogiłami pełnymi rozkładających się trupów? (A żebyśmy tak „padli potruci jadami w pogrzebowej stypie” – marzy Dziennikarz biorący udział w polskim – pożal się Boże! – „weselu„). Jak tu podać sobie ręce, skoro groby nas tak dzielą (choć przecież, jak pisał Norwid, u kresu wszystkich nas one zrównają). Jak uzdrowić to nasze serce „spodlone, niewolne”, strute jadem goryczy, „które naszą krew zaprawia (…) czym się tylko kiejś kto truł, wsączał w siebie i pił, czym tylko kto gdzie gnił”. (Notabene to także z „Wesela„.)

    Tak, jak artysta romantyczny, czy właśnie młodopolski, „brał na bary logikę dziejów” (określenie Łukaszewicza, które „zaleciało” mi Brzozowskim i jego Legendą Młodej Polski), tak Olgierd Łukaszewicz wziął na bary (nielekką przecież i bardzo meandryczną)  logikę słowa Stanisława Wyspiańskiego i moim zdaniem dał sobie radę z tym ciężarem nieźle – miejscami wręcz znakomicie – choć wymagało to pewnej ekwilibrystyki i przypominało żonglerkę (nie tylko słowem i mimiką, ale i gestami), która w każdej chwili mogła grozić małą katastrofą, czy choćby tylko spuszczeniem z tonu. (Nie bez znaczenia była w tym wszystkim doskonała kondycja fizyczna aktora – sam Łukaszewicz wspomniał o swoich nadchodzących 70. urodzinach, więc tylko pozazdrościć takiej sprawności i młodzieńczej sylwetki.) Znane – i wydawałoby się: „wytarte” – cytaty nabrały w jego interpretacji zupełnie innych barw i odcieni, a ich wymowa – innego znaczenia. Bogactwo brzmieniowe zamieniało się w bogactwo znaczeń, czasem niuans zamieniał się w dominantę – a nawet odwrotnie. Zaskakiwało mnie to wielokrotnie. Np. beznamiętne „przybywaj, przybywaj, przybywaj” (za każdym słowem rozpalał się nowy płomyczek, który aktor krzesał pożyczoną od widza zapalniczką), albo ironicznie, niemalże szyderczo (?) i prześmiewczo (?) brzmiące „Ale świę-to-ści nnnieee szszaaa…rrgać, bo trza żeby święęęte były!” Ważna była modulacja i zmienny tembr głosu.
Innymi słowy, Łukaszewicz z Wyspiańskim robił co chciał, ale wcale przez to wieszczowi korona z głowy nie spadła. Bo przecież mocno jest już tam umocowana i nic nie jest w stanie naszego największego dramaturga wśród plastyków, i największego plastyka wśród dramaturgów zdetronizować, czy choćby tylko mu zaszkodzić.

greydot

.

olgierd-lukaszewicz-monodram "A Kaz Tyz Ta Polska, a Kaz Ta?" -wg-wyspianskiego-z-dedykacja-aktora (Chicago)

Z jednej strony „komediant”, z drugiej mędrzec, a na dodatek społecznik – i za każdym razem narodowy

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Spektakl odbył się w Teatrze Chopina w Chicago, 21 sierpnia, 2016 r.

O spotkaniu i dyskusji Olgierda Łukaszewicza z publicznością – w następnym wpisie.

.

POLACY TO NARÓD, KTÓRY TAK ŁATWO NIE DA SIĘ ZADOWOLIĆ – mówi JAN KACZMAREK

.

Jan Kaczmarek dla mojego pokolenia to był ktoś. Dorastaliśmy w latach 70-tych słuchając radiowej „Trójki”, która była dla nas – mieszkańców zgrzebnego raczej PRL-u – świeżym powiewem swobody, luzu, kontestacji… Posługując się zupełnie odmiennym językiem, niż inne media, audycje „Trójki” trafiały do nas ciętą satyrą, lekko anarchizującą inteligencją i swoistym poczuciem humoru. Mam tu na myśli pamiętną IMĘ (Ilustrowany Magazyn Autorów), a zwłaszcza „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Niewątpliwą gwiazdą tych programów był Jan Kaczmarek, jeden z założycieli kabaretu „Elita”, którego teksty i felietony – jak również piosenki – pamiętamy do dzisiaj. Myślę, że w ramach odkurzania moich dawnych publikacji, warto przedstawić tutaj wywiad jaki przeprowadziłem z Janem Kaczmarkiem przed laty.

.

Jan Kaczmarek:

Jan Kaczmarek: zazwyczaj zżera mnie trema (zdjęcie własne)

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Piękną pogodę przywiózł pan ze sobą z Polski. Kiedy byłem w kraju, to właśnie maj wydawał mi się najpiękniejszym miesiącem.

JAN KACZMAREK: Akurat padało, kiedy wyjeżdżałem. I chociaż jest takie przysłowie: „Mokry maj, będzie zboże niby gaj”, to akurat Polacy narzekali, że pada. Ale to tak zawsze jest. Jak nie pada, to narzekają, że jest susza, a jak pada – że jest deszcz. Jak mają prezydenta, to narzekają, że niedobry; jak nie mają – to mówią, że by się przydał… itd. Polacy to naród, który tak łatwo nie da się zadowolić.

– No to ładnie, ja chciałem gładko i sentymentalnie od pogody zacząć, a pan tu zaraz na politykę i socjologię wchodzi. Naprawdę miałby pan ochotę rozmawiać ze mną o tzw. „nastrojach społecznych”?

– Cóż, służba nie drużba: pytają rodacy w Ameryce, odpowiadać trzeba. Ogólnie rzecz biorąc, te nastroje są rozwichrzone. Tak jak przy gwałtownej zmianie pogody są burze, to podobnie, gdy radykalnie próbuje się zmienić ustrój, występują wielkie wahania nastrojów. A wachlarz tych nastrojów jest bardzo szeroki: od złośliwości, zgryźliwości – poprzez różne odcienie zazdrości, niechęci, fałszywych ambicji – po nienawiść nawet. Ciemna to raczej kolorystyka. Ludzi zadowolonych jest bardzo mało.

– Nie tak dawno rozmawiałem w Miami z Januszem Onyszkiewiczem, wówczas jeszcze ministrem obrony narodowej, od którego dowiedziałem się, że polskie życie polityczne jest „dojrzałe”. Rozumiem pana ministra, jako przedstawiciel rządu i polityk starał się za granicą wzbudzić zaufanie do naszrgo kraju. Jednak w zestawieniu z tym, co dzieje się na arenie, czy też raczej w cyrku politycznym Polski, zabrzmiało to stwierdzenie niemal po desperacku. Czy pan również uważa, że już tak dorośliśmy do tej demokracji, wolności i „nowego ładu”?

– Nie można mówić o dojrzałym życiu politycznym w Polsce, choćby z tego powodu, że wbrew pozorom, u nas żadnych polityków nie ma. To, co zostało po poprzednim ustroju, to marionetki wykonujące ruchy zgodne z pociągnięciami nitek trzymanych w wiadomych centralach. Nie było przecież u nas żadnej szkoły politycznej – chyba że w Moskwie. W związku z tym nie mamy polityków z prawdziwego zdarzenia. Nie ma ich po prostu skąd wziąć. Musimy więc sobie najpierw tych polityków wykształcić. Nie wiem, w jaki sposób. Może przez branie przykładu z prymusów? Są kraje, które mają większe doświadczenie pod pewnymi względami od naszego. Polityka jest wiedzą, jak każda inna dziedzina, trzeba się więc jej uczyć. Obecnie w kraju „polityka” to jakieś śmieszne próby facetów, którym się wydaje, że są politykami. Nie ma żadnej kultury politycznej. Straszne to są rzeczy.

– Janusz Rewiński ma swoją Polską Partię Przyjaciół Piwa, partią Jana Pietrzaka jest podobno Partia Ludzi Dowcipnych. Pod jakim szyldem politycznym pan by się ustawił?

– Ja jestem w tej Partii Milczącej Większości. Prezydent Wałęsa mówił niedawno, że trzeba będzie stworzyć Partię Prezydencką. Może miał na myśli właśnie tę partię?

– Czy rzeczywiście Lech Wałęsa może liczyć na poparcie większości?

– Muszę przy tej okazji powiedzieć, że władza nie ma żadnego poważania, autorytetu. Nie ma dla niej żadnego szacunku. To, co się wygaduje na Prezydenta, to przechodzi ludzkie pojęcie. A przecież, bądź co bądź, ludzie go sobie wybrali w pierwszych demokratycznych wyborach. Ci, którzy po jego plecach wdrapali się na szczyty, teraz plują na niego tak, że przykro patrzeć – w stylu niedopuszczalnym w środowisku ludzi kulturalnych, Europejczyków, za jakich mamy aspirację się uważać. W kategoriach ogólnych jest to godne potępienia. Ale to są typowe choroby młodej demokracji. Może to jednak potrwać bardzo długo. Jest teraz w Polsce taka modna analogia. Żydzi potrzebowali 40 lat, by przejść z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej, choć dystans ten można było przejść w dwa tygodnie.

– Jan Kobuszewski, zapytany niedawno, co zrobiłby gdyby został prezydentem Rzeczpospolitej, odparł: „powiesiłbym się”. Czyżby dowcip w naszym kraju aż tak sczerniał? Zwiększa się popyt na humor „wisielczy”?

– W ogóle spadł popyt na humor jakikolwiek, gdyż warunkiem jest tu chyba dobry nastrój. Jeżeli potrzeba rozrywki wynika z naturalnych potrzeb ludzkich, tak samo jak ochota na to, by się czegoś napić, czy zjeść, to można mówić o popycie na różne rodzaje potrzeb. W tym kontekście rozrywka jest potrzebą piątej, czy też szóstej kolejności. Pierwsza to wyżywić siebie i rodzinę, ubrać się jako tako, opłacić wszystkie te miesięczne rachunki, ewentualnie kupić sobie jeszcze coś… raz na rok. Potem dopiero może się pojawić potrzeba pójścia do kabaretu. A jeżeli chodzi o humor „czarny”? Nie wiem, Maciej Zębaty, specjalista od tego rodzaju humoru, jest w tej chwili w Ameryce.

– Co się dzieje z „Trójką”, czyli z III Programem Polskiego Radia, który w morzu absurdu jawił nam się kiedyś niczym wysepka normalności i zdrowego rozsądku. Teraz podobno głupota i obskurantyzm zalewa również i ją. Dotarły do mnie słuchy, że powyrzucano z tego programu sporo osób. Podobno za defetyzm: zbyt czarno widzieli naszą polską rzeczywistość, afery im się nie podobały, sabotowali ponoć pełne dobrej woli, mądre poczynania naszych polityków i rządu… etc. To, czego nie zrobiono za „reżimu”, robi się za „demokracji”?

– Moja współpraca z „Trójką” liczy już 20 lat. Sama „Trójka” obchodziła w tym roku 30-lecie. Trzeba powiedzieć, że ja w tym programie siedzę pozornie, bo mieszkam we Wrocławiu, a „Trójka” mieści się w Warszawie. Raz w tygodniu przygotowujemy audycję we Wrocławiu i wysyłamy ją do Warszawy, gdzie jest prezentowana w „Studiu 202”. W zasadzie więc, nie wiem co się tam dzieje. Słyszałem takie zarzuty, że „Trójka” jest zbyt lewicowa! Czyli pogląd odmienny, który tu do pana dotarł. Ale teraz, po tym „wybuchu” demokracji można już wszystko mówić. I mówią – niestety, również wiele bzdur. W tej chwili ta nasza „demokracja” przypomina mi anarchię, całkiem już zdziczałą.

– Z wykształcenia jest pan inżynierem elektronikiem. Okazuje się – jeden przykład na to jest wszem znany – że ucząc się o elektryczności, trafić można w zupełnie odległe od niej obszary.

– Studiowałem na Politechnice Wrocławskiej i występowałem tam w takim kabarecie „Scientia”. Z biegiem czasu to właśnie zdominowało moje zajęcia. Po studiach pracowałem jeszcze jakieś trzy lata w zawodzie. Jako inżynier-konserwator sowieckiej maszyny cyfrowej. Takiej zupełnie prymitywnej, zresztą. Później przeszedłem do radia na etat do redakcji rozrywkowej. I tak skończyła się moja przygoda z elektroniką, którą osobiście bardzo cenię i szanuję. Teraz jednak dziedzina ta przeskoczyła mnie o sześć dystansów. Po drodze były takie rewolucje naukowo-techniczne, że nie mógłbym już do tego zawodu wrócić.

– Mam nadzieję, że nie popełnię tu jakiegoś faux pas ale przypominam sobie, że kiedyś Zenon Laskowik, zapowiadając pański występ, transmitowany na żywo przez telewizję, prosił telewidzów, by nie regulowali odbiorników, bo „Jasiu naprawdę tak wygląda”. Nie obraził się pan wtedy śmiertelnie?

– Obraził?! Dużo było w tym racji (śmiech). Nie można powiedzieć, żebym był człowiekiem fotogenicznym, dlatego nie znoszę występować w telewizji. Źle w niej wyglądam. Lubię radio, bo nikt mnie tam nie widzi… ewentualnie słyszy i powie, że seplenię. Za występami estradowymi również nie przepadam. Zjada mnie trema. Tak więc, Zenek Laskowik bardzo ładnie to uchwycił. Gdybym się z tego powodu obraził, to byłby ze mnie marny satyryk.

– Bardzo jest pan drażliwy na nieprzychylną krytykę?

– Bardzo się nią przejmuję. Martwią mnie negatywne recenzje. Próbuję to sobie tłumaczyć na różne sposoby: a to niekompetencją recenzenta, a to bezmyślnością… Nie mam takiej odporności, jak inni, którzy wydają się nic z tego sobie nie robić. Ale przecież nie można się wszystkim podobać. Szczególnie ostatnio otrzymuję sporo listów bardzo rozbieżnych w ocenach. Od przychylnych, popierających to, co robię; po takie brutalne, wręcz napastliwe. Te ostatnie, oczywiście, zawsze są anonimowe. To pewnie z powodu tego rozwichrzenia, o którym już mówiliśmy.

– Jak powstają pańskie teksty satyryczne? Czy wymaga to jakiejś szczególnej koncentracji, czy też wpadają one panu do głowy niespodziewanie i przypadkowo – ot, tak sobie – np. pod przysłowiowym już „prysznicem”?

– W tym zawodzie, jak w każdym innym, dochodzi się do wprawy. By pisać, zwraca się dookoła uwagę na potrzebne ku temu elementy. Po 20 latach uprawiania tego, mam już taką wyostrzoną uwagę. Łatwiej mi, będąc satyrykiem, zauważać pewne dewiacje, absurdy, odchyłki… Doskonali się przy tym warsztat. Pozwala to – w formie krótkiej – dowcipniej powiedzieć ludziom o tym, co już oczywiście wiedzą. Zadaniem satyryka jest podawanie prawd powszechnie znanych w maksymalnie dowcipnej, lapidarnej formie.

– Muszę przyznać, że wolę pana słuchać jako felietonistę, niż piosenkarza. Szczególnie, gdy śpiewa pan z playbacku, tak jak np. podczas ostatniego występu w Chicago. Ta maszyna wyraźnie panu przeszkadzała.

– Niestety, muszę tu powiedzieć o czymś smutnym. Tuż przed naszym wyjazdem do Stanów, zmarł w tragicznym wypadku mój pianista, Marek Materna. Kilka dni temu był pogrzeb. Żal go bardzo, ale takie jest życie. Żeby do końca odpowiedzieć na to pytanie, muszę stwierdzić, że nie mam ambicji, by uważać się za piosenkarza. Piosenkę uznają za jeden ze sposobów satyrycznej wypowiedzi, który ma swoje zalety. Czasem jakaś treść jest bardziej nośna, gdy się ją zaśpiewa.

– W ostatnich miesiącach gościliśmy w Chicago imponującą liczbę polskich artystów. Oczywiście zawsze bardzo mile są tu widziani i przyjmowanie, lecz słyszy się opinie, że przyjeżdżają tu jakby od niechcenia, z kaprysu… W kraju jest ponoć teraz artystom tak dobrze, że wybierają się za granicę właściwie głównie po to, by dokonać zakupów. Czy przy takim podejściu do występów, nie ucierpi przypadkiem ich poziom artystyczny?

– Może tak rzeczywiście jest. Mogę tu tylko mówić za siebie. Ja traktuję te wyjazdy bardzo poważnie. Publiczność w Chicago bardzo lubię, zawsze występuje mi się tutaj dobrze. Mam wrażenie, że przyjmowany jestem pogodnie i mile. Chociaż mam tu o wiele większą tremę, niż występując w kraju. Absolutnie nie traktuję tych występów ubocznie, ani chałturniczo. Kupuję tu tylko upominki dla najbliższych. Zawsze się dziecko ucieszy, gdy przywiozę mu jakąś grę komputerową czy walkmana… Ameryka to kraj gdzie jest tego pełno, wspaniały wybór, no i jest taniej niż w Polsce. Nigdy nie traktowałem swoich wyjazdów handlowo. Poza tym, mam tu w Chicago wielu przyjaciół, znajomych, z którymi przyjemnie się spotkać i nawet wyspać mi się porządnie nie dają.

– Muszę panu szczerze powiedzieć, że brakowało mi w występach „Maratonu Kabaretowego”, z którym tu państwo przyjechali, pewnej spójności. Wydaje mi się, że program taki jak ten, powinien mieć reżysera, pewne elementy scenografii, choreografii… A tu niestety, wszystko sprawiało wrażenie prowizorki. Każdy wychodził na scenę i wygłaszał swój „kawałek”. Ja jednak chciałem zobaczyć państwa razem, wykonujących wspólnie dobrze napisany skecz, „numer” kabaretowy. A tak – przykro mi to mówić – odniosłem wrażenie, przyjechali tu państwo głównie po to, by zainkasować plik „zielonych” – zresztą, podobno w Polsce już niemal bezwartościowych – no i na te nieszczęsne zakupy. Wrażenie to przygasiło nieco fakt, że podczas waszego występu zdarzyły się też momenty piękne i nie obyło się na sali bez wzruszeń.

– Uważam, że ten program jest specyficzny i musi być taką składanką. Są to wykonawcy reprezentujący różne kabarety (byli wśród nich m.in. Krystyna Sienkiewicz, Barbara Wrzesińska, Kazimierz Kaczor, Jan Pietrzak, Janusz Rewiński, Bohdan Smoleń – przyp. stb). Jeżeli przyjeżdża jeden konkretny kabaret, jak np. Olgi Lipińskiej, to ma on swój wypracowany program, rekwizyty, dekoracje… Ale zgadzam się, że naszemu programowi brakowało finału. Sądzę, że jest to wada, ale nie miałem na to wpływu. Jednak i tak zbudowany program może mieć swoje walory. To taki pokaz indywidualistów. Jest oczywiste, że program, który ma ambicję bycia widowiskiem, musi mieć jego cechy: ruch, scenografię, staranną reżyserię, dramaturgię, finał… Mimo to, publiczność – jak pan widzi – dopisała, sala była pełna. Wczoraj np., podczas występu Jana Pietrzaka, wszyscy wstali i bili brawo. Później, nawet z samochodów ludzie na nasz widok wołali, że się podobało.

– To cieszy. Dziękujemy i zapraszamy ponownie.

greydot

NOTA: Wywiad z Janem Kaczmarkiem odbył się w maju 1992 roku i został opublikowany w wydawanym w Chicago tygodniku „Relax”. (Jan Kaczmarek zmarł w 2007 roku na chorobę Parkinsona.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.