KIEDY RZĄD JEST TWOIM WROGIEM – o książce Howarda Zinna „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”

Historię cały czas poddaje się rewizji (z tego powodu nieustannie odnosimy wrażenie, że się ona zmienia, choć przecież to, co się stało w przeszłości nie może ulec zmianie) dlatego warto być świadomym tego, w jakim kierunku te rewizje zmierzają i co je powoduje, gdyż nie tylko wpływa to na naszą teraźniejszość, ale będzie decydować o naszej przyszłości. Niedawno przeczytałem książkę Adama Leszczyńskiego „Ludowa historia Polski” (z moim tekstem na jej temat zapoznać się można TUTAJ), teraz przyszła kolej na pozycję, która była niejako jej wzorem. Chodzi o pracę Howarda Zinna „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”, jaka w ostatnich latach miała wielki wpływ nie tylko na to, jak Amerykanie, zwłaszcza młodzi, postrzegają swoją przeszłość, ale również na ich stosunek do siebie samych. Niestety, nie jestem pewien czy jest to wpływ dobry.

.

      Książka Howarda Zinna ukazała się po raz pierwszy w 1980 roku, natychmiast zwracając na siebie uwagę, jako alternatywna przeciwwaga wobec tradycyjnej, obowiązującej dotychczas narracji historycznej, (którą Zinn nazywa wprost „fundamentalnie nacjonalistyczną gloryfikacją” Stanów Zjednoczonych). Zajmowała się ona niemal całkowicie elitami, establishmentem, polityką mainstreamową, tzw. „mężami” stanu i prezydentami; budowaniem gospodarczej i militarnej potęgi państwa; ludźmi znanymi, bogatymi, posiadającymi władzę; rolą i znaczeniem Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej jako państwa wyjątkowego, niemal zawsze lokującego się po tej stronie słusznej i prawej, broniącego wolności, demokracji, praw człowieka i sprawiedliwości. Wreszcie: opartego na fundamentach stworzonych przez szlachetnych, pełnych dobrej woli Ojców Założycieli, z konstytucyjną mantrą zapewniającą wszystkim obywatelom boskie w swej proweniencji, a więc nienaruszalne prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia.
Zinn argumentował, że jest to w zasadzie historia widziana z perspektywy 1% uprzywilejowanych (białych) amerykańskich elit i garstki ludzi rządzących, która praktycznie pomija 90% społeczeństwa (ludu) i nie zajmuje się w ogóle szerokimi rzeszami ludzi rządzonych: zwłaszcza biednymi, poddawanymi opresji, wyzyskiwanymi, pozbawionymi de facto praw obywatelskich – a takimi byli oczywiście czarni niewolnicy, Indianie, kobiety; marnie opłacani i niemiłosiernie eksploatowani przez magnatów przemysłowych robotnicy – ludzie z najniższych klas społecznych, żyjący w opłakanych warunkach, egzystujący w permanentnej nędzy. Oni wszyscy byli przez establishmentowych historyków ignorowani (obowiązywała perspektywa uznająca porządek ustalany top-down), więc Zinn postanowił stworzyć taką narrację historyczną, która uwzględniła by wreszcie ich punkt widzenia (i znaczenie społecznych przemian typu bottom up). Napisał więc książkę, której wcześniej szukał, ale jakiej nie znalazł, bo dotychczas żaden historyk nie zajął się historią Stanów Zjednoczonych opowiedzianą z perspektywy „ludu”.

       Tak się jednak stało, że to co miało być suplementem i uzupełnieniem („wypełnieniem luki”) dotychczasowych opracowań historycznych, z czasem przeniknęło do edukacyjnego mainstreamu i zaczęło tam dominować („Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” do dzisiaj sprzedała się w ilości blisko 2.5 mln. egzemplarzy, co jest ewenementem, jeśli chodzi o publikację tego typu). Początkowa polemika z tezami zawartymi w książce i jej charakterem została wyparta, a jej miejsce zajęła „jedynie słuszna” narracja (nie tylko historyczna, ale i medialna oraz polityczna) – czego skutków coraz bardziej doświadczamy obecnie. Jeśli więc chcemy zrozumieć to, co się dzieje teraz z amerykańskim społeczeństwem w kontekście fenomenu woke, masowych zamieszek i protestów, obalania pomników, ruchów Me Too, Black Lives Matter i LGBT, aplikacji krytycznej teorii rasy… czyli coraz bardziej ostrego skręcania Ameryki w lewo, to właśnie casus książki (i postawy ideologicznej) Zinna może nam wiele wyjaśnić oraz pomóc w identyfikacji oraz zrozumieniu źródła tych wszystkich zjawisk, które przypominają coś w rodzaju pełzającej rewolucji. Według mnie jest to proces niebezpieczny i w tej rozprawce postaram się wykazać, dlaczego.

       Ktoś może zapytać: dlaczego niebezpieczny? Bo co jest złego w tym, że współczuje się ludziom pokrzywdzonym i solidaryzuje z nimi? Dlaczego mamy pomijać milczeniem niegodziwości tych, którzy posiedli olbrzymie bogactwa (w domyśle: kosztem innych) i mają ogromną władzę (nad „małymi” zwykłymi ludźmi)? Czy zagranicznej polityce Stanów Zjednoczonych (która ma na względzie tylko dobro Ameryki) oraz wszczynaniu wojen przez polityków (którzy zawsze pilnują interesów wielkich korporacji i bogatej elity) należy zawsze przyklaskiwać? Wreszcie: czy domaganie się sprawiedliwości społecznej dla coraz szerszych grup ludzi; otaczanie opieką tych, którzy do tej pory byli (i nadal są) krzywdzeni, ignorowani i wykorzystywani – wzgląd na słabych, dyskryminowanych, wywodzących się z mniejszości etnicznych jest czymś złym?
Oczywiście nie jest. Problemy pojawiają się wtedy, kiedy rzeczywistość zaczyna się przedstawiać tylko w wersji czarno-białej: rządząca i bogacąca się elita to sami niegodziwcy i nikczemnicy (w terminologii komunistycznej: wyzyskiwacze i „krwiopijcy”), zaś ci rządzeni, pozostający w ekonomicznej zależności, to wyłącznie ludzie poddani opresji, wyzyskiwani i krzywdzeni, zwykle będący „nawozem” dziejów. A dzieje się tak dlatego, że system ekonomiczno-społeczny i polityczny istniejący w Stanach Zjednoczonych od początku istnienia tego państwa jest do szpiku kości zły. Naturalnie, krwawicę wysysa z ludzi kapitalizm i rządzące elity podporządkowane interesom 1% stanowionego przez bogaczy.
Taka jest generalnie teza książki Howarda Zinna.
Niestety, jak sądzę, to przesłanie nie bierze się tylko z empatii autora, jego wrażliwości na ludzką krzywdę czy społeczną niesprawiedliwość, ale również (może nawet przede wszystkim?) z jego fiksacji ideologicznej. Bo przecież Zinn – (najprawdopodobniej) były członek partii komunistycznej – nigdy nie ukrywał tego, że jest człowiekiem lewicy („wierzę w demokratyczny socjalizm”), a jego postawa i zachowanie często jednoznacznie wskazywały na to, że jest człowiekiem lewicy radykalnej. Zresztą on sam określił się expressis verbis radykałem.

       Chcę tu być dobrze zrozumiany: ja szanuję ludzi, którzy mają lewicowe poglądy (sam podzielam niektóre z nich), uznaję też ich wagę w społeczno-politycznym dyskursie – pod warunkiem, że nie są one wywrotowe, nawiedzone, radykalne, ślepe i głupie. Toleruję je do momentu, kiedy stają się (jak to się teraz zwykło niezbyt elegancko nazywać) „lewackie”. (Lewak, według mnie, to taka pozerska – często koncesjonowana, zakłamana, oportunistyczna i zmemowana – wersja lewicowca. Swego czasu podobnym tworem dziwolągiem był lewicowiec kanapowo-kawiorowy.)
Nie uważam jednak, że to wszystko, co napisałem przed chwilą o „lewakach”, odnosi się do Howarda Zinna (jest to bowiem człowiek bardzo inteligentny – zbyt świadomy i posiadający szeroką wiedzę), ale że ideologia jaką wyznaje dyskwalifikuje go jako historyka, zaś do jego aktywizmu należy podchodzić krytycznie i ostrożnie.
Gdyż moim zdaniem ideolog nie może być wiarygodnym historykiem. Zwłaszcza nie może być nim ktoś, kto jest bardziej aktywistą niż naukowcem – a kimś takim jest właśnie Zinn. Jego jednowymiarowe i jednostronne – często pozbawione przez to głębi i kompleksowości – przedstawienia historyczne, jakie spotykamy w omawianej tu książce, za bardzo zbliżają się do agitacji, czy wręcz propagandy. Inspirując przy tym lewackie właśnie zachowania, uwodząc pedagogów, indoktrynując dzisiejszą młodzież (o lewicowym wzmożeniu hollywoodzkich „gwiazd” nie wspominając).
Wydaje się, że Zinn robi to w dobrej wierze (nie podejrzewam go o cynizm) usprawiedliwiając swoją, wynikającą z wyznawanej przez siebie ideologii, historyczną metodologię w ten sposób:

  • W świecie głodnym rozwiązań powinniśmy przywitać z zadowoleniem pojawienie się historyka jako uczonego aktywisty, który rzuca się wraz ze swoimi pracami w szalone mechanizmy historii w imię wartości, w które głęboko wierzy. (…) Nie sprzeciwiam się zatem selekcji, podkreślaniu pewnych faktów, są to bowiem [dla historyków] praktyki nieuniknione. Zniekształcenie dokonywane przez historyka ma charakter nie tyle techniczny, co ideologiczny i dotyczy świata rywalizujących wpływów, w którym każdy wybrany rozkład akcentów wspiera czyjeś interesy – ekonomiczne, polityczne, rasowe, narodowe lub płciowe.

       Trudno o bardziej wyrazistą wykładnię stronniczego uprawiania historii przez ideologa, stosującego wybiórczość, ignorującego niewygodne fakty, faworyzującego jedne podmioty polityczne i społeczne kosztem innych… Niestety, przy takim podejściu, śmiechu wartą mrzonką staje się nie tylko obiektywizm, ale i prawda a nawet sprawiedliwość, której pełne usta mają zwykle lewicowcy.
Koniec końców, wszystko wskazuje na to, że Zinn, pisząc swoją książkę, bardziej zainteresowany był tym, aby stała się ona orężem walki klasowej niż tym, by krzewiła historyczną wiedzę. Jest to typowo marksistowskie podejście, które przecież już nieraz w historii (właściwie zawsze) zawodziło swoich wyznawców na manowce.

.

Lawrence Textile Strike, 1912 (Library of Congress)

.

       Artur Domosławski w przedmowie do polskiego wydania „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” pisze: „Opowieść Zinna o Ameryce to opowieść o doświadczeniu podboju i eksterminacji (dużej części autochtonów), a następnie zniewolenia (części mieszkańców uprowadzonych z Afryki), wyzysku i manipulacji. Zniewala, wyzyskuje i manipuluje wąska elita polityczna i gospodarcza, jej ofiarą jest większość Amerykanów. Klasa średnia to bufor oddzielający elitę od biedoty – genialny wynalazek rządzących, gwarant trwałości systemu i jeden z wehikułów amerykańskiego mitu. System utrzymują przy życiu dwa niepodważalne ideały: własności prywatnej i patriotyzmu. Pierwszy gwarantuje elicie dominację. Drugi – stwarza pozór narodowego konsensusu. Zinn uważał, że oba są zakłamane.”

       Podzielam wiele zapatrywań Zinna – zwłaszcza jeśli chodzi o niewolnictwo i długo utrzymujący się na amerykańskiej ziemi rasizm, politykę Stanów Zjednoczonych wobec rdzennej ludności indiańskiej (choć nie nazwałbym jej planową eksterminacją), jego sprzeciw wobec wojny w Wietnamie, jak również solidarność z tymi, którzy walczyli o swobody obywatelskie, prawa socjalne, polepszenie warunków pracy, prawa kobiet… Sam nienawidzę wojny, darzę głęboką niechęcią militaryzm, żywię podejrzenia wobec każdej władzy, odrzucam akceptację imperializmu i kolonializmu, uważam za zbrodnię podbój innych państw i narodów… etc. Jednak mocno polemizowałbym z niektórymi przekonaniami Zinna, na które zwrócił powyżej uwagę Domosławski.
– Na przykład trudno mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że tym co robiła amerykańska elita polityczna i gospodarcza w historii państwa, było głównie wyzyskiwaniem i manipulowaniem większości Amerykanów. Owszem, niektóre aspekty tej dominacji można było tak postrzegać, ale należy na to spojrzeć bardziej kompleksowo, głębiej i z większego dystansu, zachowując przy tym właściwe proporcje. Gdyż było to także budowaniem potęgi gospodarczej Stanów Zjednoczonych, która w konsekwencji zaczęła jednak służyć dobru większości społeczeństwa. Dzięki sile militarnej państwa zwalczono faszyzm. Stany Zjednoczone – zwłaszcza po II wojnie światowej – stały się na tyle krajem dobrobytu – rozwiniętym i cywilizowanym – że budziły zazdrość całego świata. W pewnym okresie nie było chyba na świecie kraju, by tak wielka część społeczeństwa żyła na tak wysokim poziomie materialnego komfortu, ciesząc się przy tym szerokimi swobodami obywatelskimi, czy wolnością słowa. To dlatego na całym globie zaczęto Amerykę naśladować (niestety, najczęściej odbywało się to w sferze pop-kultury i śmieciowego jedzenia), a miliony imigrantów chciało (i nadal chce) za wszelką cenę do Stanów Zjednoczonych zewsząd się dostać – tu żyć i pracować (sam jestem tego przykładem). To również są historyczne fakty, w dużej mierze definiujące amerykańską cywilizację oraz panujący tu system polityczny i ekonomiczny, ale Zinn w całej tej swojej 900-stronicowej cegle nie wspomina o nich ani razu. Zamiast tego możemy u niego natrafić na takie interesujące passusy: „My nie pokonaliśmy faszyzmu, raczej, podstawowe faszystowskie elementy, takie jak militaryzm, rasizm, imperializm, zostały zaabsorbowane przez zatrute już kości zwycięzców.”  Sic! Nic więc dziwnego, że polska (lewicowa) Krytyka Polityczna, która książkę Zinna wydała, swojej prezentacji tej pozycji nadała tytuł: „Faszystowskie Stany Zjednoczone”.
– Dalej: dobrobyt klasy średniej powstał nie dlatego, że rządzący chcieli stworzyć „bufor oddzielający elitę od biedoty” i dlatego można to nazwać ich „genialnym wynalazkiem”. To jest jednak strasznie przewrotna i w rzeczy samej kłamliwa i niemądra supozycja – że ponoć rząd, stwarzając klasie średniej warunki do życia na wysokim poziomie, robił to tylko dlatego, żeby spacyfikować i unieszkodliwić niższą klasę społeczną i odgrodzić się od ludzi żyjących w ubóstwie, zagrażającym „trwałości systemu”.
Owszem, dobrobyt klasy średniej zapewnia w dużym stopniu trwałość systemu, jest również – taki drobiazg przeoczony przez Zinna – jest wykładnikiem bogactwa państwa, w którym ta klasa średnia żyje i prosperuje. Nie jest jednak jakimś „genialnym” (w domyśle: diabelskim bo podstępnym) wynalazkiem rządu i elit umożliwiającym im „manipulację” całym społeczeństwem.
– And last but not the least: „dwa niepodważalne amerykańskie ideały: własności prywatnej i patriotyzmu” nie są bynajmniej „zakłamane” (choć czasem – może nawet często – są tak traktowane i przez niektórych polityków wykorzystywane), ale rzeczywiście stanowią dość ważną gwarancję stabilności sytemu – co przecież nie może być zarzutem, jeśli ów system służy wzrostowi dobrobytu większości społeczeństwa i bezpieczeństwu państwa. Domosławski zwraca uwagę na przekonanie Zinna o „przewrotnej doskonałości amerykańskiego systemu: posiada on tyle zaworów bezpieczeństwa, że głębsza jego transformacja, na przykład w kierunku egalitarnym, jest praktycznie niemożliwa”. Ale najwidoczniej Zinnowi nie przychodzi do głowy, że to, co on uważa za wadę systemu, może być jednak (i w rzeczywistości, jak dotychczas, jest) jego zaletą, zapewniającą ciągłość i stabilność państwa. Choć przy tym wcale nie oznacza jego skostnienia i niereformowalności, o czym również świadczą historyczne fakty.

       I tak dotarliśmy to jeszcze jednej uderzającej cechy książki Zinna: dla niego walka opresjonowanych obywateli z opresyjnym rządem, który jest tych obywateli wrogiem, stanowi nigdy niekończące się continuum dlatego, że niezmienny pozostaje opresyjny w swej istocie system (w domyśle: ustrój kapitalistyczny). Dlatego należy zastąpić go socjalizmem. Kiedy pytano Zinna, czy nie obawia się tych wszystkich złych skutków, gdyby ewentualnie taki ustrój (o jaki on de facto walczy) wprowadzono, Zinn dość rozbrajająco odpowiedział, że on tych złych skutków nie widzi (bo ich teraz nie ma), widzi za to złe skutki działania kapitalizmu (bo te już są). A mnie, wobec tego stwierdzenia, zastanawia ślepota tych, którzy przecież mogą się dokładnie zapoznać ze złymi (tragicznymi wręcz) skutkami działania socjalizmu np. w byłych krajach tzw. „demokracji ludowej”, gdzie idee Marksa (które notabene przeżywają dzisiaj kolejny renesans) starano się wprowadzić w życie. No ale to jest ślepota na własne życzenie – nieuleczalna, bo oporna na ewidencję faktów.

       Jak już napisałem, bliskie mi są niektóre poglądy Zinna – jego odczuwanie niesprawiedliwości społecznej i ludzkiej niedoli; patrzę też podobnie na wiele aspektów amerykańskiej rzeczywistości, ale zdecydowanie nie podzielam jego wiary w demokratyczny socjalizm, a tym bardziej w komunizm. Ten ostatni ustrój uważam w konsekwencji (kiedy uzyskuje sankcję państwową) za tyrański i nieludzki. Zresztą nigdy nie udało się go wcielić w życie w nowożytnej erze funkcjonowania wielkich grup społecznych, bo jest on czystą – czy też raczej brudną – utopią. Gdyby (deklarujący powszechną sprawiedliwość i równość) komuniści przejęli władzę, to byłoby to tak samo tragiczne w skutkach, jak wtedy, kiedy władzę polityczną w państwie przejąłby Kościół Katolicki (głoszący z kolei wszechmiłość). Dlatego nie dowierzam żadnym politycznym deklaracjom, zwłaszcza tym, które głoszą, że Cię bezgranicznie ukochają, zbawią i od wszelkiego zła – ostatecznie i raz na zawsze – wyzwolą.
Jeśli zaś chodzi o demokratyczny socjalizm, to sądzę, że usiłowanie wprowadzenia go w Stanach Zjednoczonych skończyłoby się nieobliczalną katastrofą (dlatego rację miał Donald Trump nazywając Sandersa „Szalonym Bernie” – i piszę to wbrew temu, że był czas, kiedy Bernie Sanders cieszył się u mnie pewną sympatią).

.

Demonstracja w Waszyngtonie w proteście przeciwko „rasowej niesprawiedliwości” oraz „brutalności policji” w związku ze śmiercią zatrzymanego przez policję George’a Floyda (fot. Lucas Jackson/Reuters)

.

       Zarzuty jednostronnego przedstawienia historii Stanów Zjednoczonych w pracy Zinna, jakie pojawiły się zaraz po jej publikacji, okazały się jednak uzasadnione – wbrew zaprzeczeniom autora i jego apologetów, twierdzących, że książka ma być jedynie dodatkiem i uzupełnieniem dotychczasowej narracji historycznej. Jednakże, wobec faktu, że nie tyle zaczęła ona wypełniać lukę i suplementować tę narrację, co ją wypierać – tudzież dominować podejście (w szkołach i na uczelniach, w mediach i polityce) do amerykańskich dziejów – stwierdzić można, iż jeszcze bardziej zniekształciła ich obraz, czy wręcz je zafałszowała.
Przypomnę, co napisał kiedyś Zinn, który uważał (podaję to za Domosławskim), że problemem amerykańskiej historiografii nie są bynajmniej kłamstwa, co przemilczenia: „Gdy mówią ci kłamstwa, można je zweryfikować. Kiedy coś jest pominięte, nie ma jak się o tym dowiedzieć.” Domosławski, który notabene wydaje się spijać każde słowo Zinna, jako prawdę objawioną, tak charakteryzuje intencje tego ostatniego: „[Zinn] nie chciał wyrzucać na śmietnik innych podręczników, pragnął, by nauczyciele w szkołach i na uczelniach sięgali po jego książkę, ukazującą inną, równie uprawnioną perspektywę – w trybie uzupełnienia i skomplikowania nazbyt jednoznacznego, niekompletnego, a przez to zafałszowanego obrazu zdarzeń.”
Jak się jednak okazuje, Howard Zinn sam wpadł we własne sidła, bo właśnie dlatego, że jego podejście do amerykańskiej historii jest zdecydowanie (metodycznie wręcz) wybiórcze, stronnicze, jednoznaczne oraz niekompletne – a przez to pomijające najistotniejsze aspekty (fakty) tej historii i pozbawiające je szerszego kontekstu – to można powiedzieć (stosując optykę Zinna, a nawet jego własne słowa), że  Historia ludowa Stanów Zjednoczonych, której jest autorem, przedstawia zafałszowany obraz zdarzeń.

*  *  *

      Zinn wielokrotnie podkreśla w swojej książce to, że jedność narodowa Amerykanów jest jednością iluzoryczną. Stany Zjednoczone tak naprawdę wcale nie są zjednoczone. Mimo że Ojcowie Założyciele głosili jedność całego narodu – co nawet zapisano w stworzonej przez nich Deklaracji Niepodległości i w Konstytucji – to w rzeczywistości tej jedności nigdy nie było. Mało tego, ów brak jedności jest ciągle podtrzymywany przez elity rządzące. Jeśli istnieje jakaś jedność, to jest to „sztuczna jedność bardzo uprzywilejowanych i nieco uprzywilejowanych” i jest ona „jedyną formą solidarności w społeczeństwie”. „Innymi słowy – pisze dalej Zinn – 99 procent społeczeństwa powinno pozostać podzielone na niezliczone sposoby i dawać upust swojej frustracji, walcząc między sobą”.
Oczywiście Zinn ma wiele racji – tak postępują często politycy – ale to nieprawda, że istotą i rdzeniem amerykańskiego narodu jest brak jedności, permanentna wrogość, walka i konflikt. Naturalnie ścierały się tu (i nadal ścierają) różne grupy interesów i poglądy, ale państwowa ciągłość Stanów Zjednoczonych oraz utrzymująca się tu mimo wszystko tożsamość narodowa jest dowodem na to, że Amerykanie z czasem wyzwalali się z dzielących ich podziałów, a ogromna ich większość zaaprobowała występującą w Stanach – jak chyba w żadnym innym kraju na świcie – różnorodność etniczną i kulturową czy wreszcie rasową (wbrew ostatnim pomówieniom ze strony lewicy, że nadal szaleje tu rasizm, który na dodatek jest „systemowy”). Lecz Zinn twierdzi, że każdy amerykański rząd jest nikczemny, podstępny, zakłamany i działający w złej sprawie, i aby to udowodnić posuwa się do takich np. kuriozalnych przykładów: „Jakże sprytnym rozwiązaniem jest wożenie autobusami ubogiej czarnoskórej młodzieży do szkół w dzielnicach białej biedoty, by zrodzić między nimi konflikty”. Czyli, według Zinna, nie robi się tego dlatego, żeby społeczność integrować i wzajemnie asymilować, a wprost przeciwnie: żeby ją konfliktować, bardziej podzielić i zantagonizować. Sic!

       Ostatnie wydarzenia i rozwój sytuacji w Stanach Zjednoczonych wskazują jednak na to, że następuje zwrot w kierunku zwiększania i zaostrzania podziałów w społeczeństwie, ale ma to zupełnie inne przesłanki i źródła, niż te, o których mówił Zinn, umieszczający przyczyny tych podziałów w jądrze amerykańskiego systemu ekonomicznego i politycznego. Moim zdaniem wynikają one z czegoś zupełnie innego – i jest to zjawisko socjologiczne mające bardziej podłoże psychologiczne, niż ustrojowe czy ekonomiczne.

       Aby to wyjaśnić, pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż wszystko wskazuje na to, że jesteśmy zaprogramowani na trzymanie się jednej strony jakiejś kulturowej narracji (wywodzącej się z religii, polityki, etnicznego backgroundu, rodzaju edukacji… z wszystkiego, co konstytuuje naszą osobowość i światopogląd). To właśnie dlatego fakty zwykle nie zmieniają naszego sposobu widzenia świata – naszego postrzegania rzeczywistości czy też podejścia do prawdy. Nasza „prawda” jest więc często tylko przekonaniem lub zaledwie przypuszczeniem. Tak naprawdę nie widzimy rzeczywistości, tylko jej przedstawienie, które z kolei interpretujemy, przepuszczając to przez filtr naszej percepcji. Wszyscy żyjemy we mgle mitów – również tych historycznych – zwanych kulturą. A teraz, w dobie masowej (dez)informacji, ta kultura staje się coraz bardziej rozcieńczona i zafałszowana, przez co mamy wrażenie, iż żyjemy w jakiejś erze zagmatwania i post-prawdy.
Według mnie tym właśnie można wytłumaczyć to, co się dzieje obecnie z ludźmi nie tylko w Ameryce, ale i w innych krajach – coraz bardziej podzielonymi i od siebie odseparowanymi – zamykającymi się w swoich bańkach, okopującymi się na własnych pozycjach. Z gniewem reagującymi na poglądy inne, niż wyznawane przez nich samych. Nietolerującymi innego zdania, czy odmiennych opinii i dlatego usuwającymi reprezentujących je ludzi ze swojego pola widzenia, wyrzucającymi ich poza krąg własnego doświadczania świata, bo ci burzą im spokój obrazów tworzonych przez przyjęte już przez nich fikcje i własne iluzje. To dlatego tak ławo jest ludźmi manipulować, antagonizować ich i dzielić. Ponadto, wojna idei – jak każda wojna – jest bardziej destrukcyjna, niż konstruktywna, a jej pierwszą ofiarą jest nie tylko święty (s)pokój, ale i rozum.
Stąd właśnie bierze się „cancel culture” – kultura wykluczania, która jest niczym innym, jak pseudo-kulturą zamykania się i ograniczania (często ogłupiania) na własne życzenie. Nie ma już żadnego dialogu – jest tylko obrzucanie się inwektywami i memami, które odbijają się od obrzucanych, jak ten groch od ściany.
Zjawiska te zaczęły obejmować wszystkie sfery kultury, przenikając do polityki i mediów, a nawet do ekonomii, czy też właśnie do szkół, uczelni i systemów nauczania – w tym nauczania historii. „Wyszły” też na ulice – o inwazji tzw. „społecznościowych” forów nie wspominając.

Martin Luther King: „Wszystko, co widzimy, jest cieniem rzucanym przez to, czego nie widzimy”

.

       Najwięcej miejsca i uwagi w „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” poświęca jej autor buntom i protestom ludzi, którzy czuli się w jakiś sposób pokrzywdzeni – zniewolonych czarnoskórych, wyzuwanych z ziemi autochtonów, pozbawionych praw obywatelskich i zepchniętych na margines społeczny kobiet, nisko opłacanych i eksploatowanych do granicy fizycznej wytrzymałości robotników, pomiatanych przez oficerów szeregowych żołnierzy, czy przetrzymywanych w nieludzkich warunkach więźniów. Trudno się nie solidaryzować z Zinnem w tym pochyleniu nad autentyczną ludzką krzywdą.
W książce mamy też szeroki opis ruchów robotniczych, zakładania i działania przeróżnych, bardziej lub mniej radykalnych partii socjalistycznych, także komunistycznych, przy czym autor w żadnym miejscu nie wyjaśnia dlaczego partie te nigdy nie zdobyły szerokiego poparcia w społeczeństwie. O tym, że związki zawodowe, które – zwłaszcza w początkach swojej działalności – wywalczyły dla robotników lepsze warunki pracy, prawa socjalne i podwyżki płac, ale z czasem zamieniły się w para-mafijne organizacje dbające tylko o swoje wpływy i apanaże, lekceważące położonych niżej w hierarchii związkowej członków, Zinn wspomina jakby mimochodem.
Nader rzadko wtrąca sugestie, że również kapitaliści – elita rządząca i przemysłowa magnateria – starała się niekiedy polepszyć, czy nawet zreformować system na korzyść robotników. W zupełności pomija działalność bogatej elity na rzecz społeczeństwa, ich wkład w kulturowy rozwój kraju czy polepszenie warunków socjalnych, w jakich żyły klasy niższe.
Nie wyjaśnia też – o czym już wspomniałem – powodów, dla których miliony ludzi z całego świata emigrowało do Stanów Zjednoczonych, by się w nich osiedlić i pracować. Czyżby nie odstraszał ich panujący tu kapitalistyczny wyzysk i rząd, który był ich wrogiem? Nie wymagam już od Zinna, aby napisał coś o tym, dlaczego nikt z tych ludzi nie chciał emigrować do krajów socjalistycznych, gdzie panował ustrój przez niego przecież preferowany. Cóż, często całe rzesze ludzi „głosują” nogami.
Zanim jednak zakończę tę rozprawę, której obszerność wymknęła się nieco mojej kontroli, muszę jeszcze raz zaznaczyć, iż gdyby przyszło mi się opowiedzieć po czyjejś stronie w tym wysiłku ludzi dążących do poprawienia swojego bytu i wyegzekwowania prawa życia w godziwych warunkach, jaki miał miejsce w amerykańskiej historii, to byłaby to ich strona.

       Rzecz, którą piszę, ma dotyczyć książki Zinna, więc nie mam tu miejsca na analizę tego, co dzieje się obecnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie establishment (polityczny, korporacyjny, medialny, administracyjny) pod lewicowym przybraniem umacnia tylko swoją pozycję, mamiąc społeczeństwo, kreując w nim nowe – i zaostrzając istniejące już – podziały, podrzucając ludziom kości niezgody, jakimi są bez wątpienia istotne dla bezpośrednio zainteresowanych, ale mało istotne w ekonomiczno-społecznej makro-skali tematy zastępcze (BLM, LGBT, aborcja, domniemana „dyskryminacja” kobiet… etc.) A przy okazji pogłębiając ekonomiczną przepaść dzielącą klasę najwyższą od reszty społeczeństwa, cały czas powiększając swoje – i tak już obsceniczne – bogactwo.
Skonstatuję tylko, że podczas gdy poprzednie protesty społeczne dotyczyły spraw naprawdę ważnych i realnie istotnych – zwykle były też one jak najbardziej uzasadnione – to obecnie coraz bardziej stają się oderwane od rzeczywistości, co ma swoje źródło w zniekształcaniu tej rzeczywistości przez media i polityków – poprzez stosowaną przez nich bardziej lub mniej cyniczną manipulację i granie na ludzkich emocjach.
Niestety, „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna, nie przyczynia się według mnie do zmiany tego stanu rzeczy, a wręcz przeciwnie: umacnia jednostronne, czarno-białe widzenie rzeczywistości i wynikające stąd antagonizmy, jak również zaburza prawdziwy obraz amerykańskich dziejów, który jest znacznie bardziej kompleksowy, niż widzi to – i przedstawia – radykalna lewica.

*  *  *

POST SCRIPTUM
Tutaj mała uwaga. Zdaję sobie jednak sprawę z pewnej archaiczności powyższej recenzji/polemiki/krytyki. Nie tylko dlatego, że od ukazania się po raz pierwszy książki Zinna upłynęło wiele lat i od tamtego czasu zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na świecie zmieniła się sytuacja polityczna – doszły nowe problemy i nastąpiły różne przetasowania (także te związane z pandemią), ale również z tego powodu, że używane przeze mnie pojęcia kapitalizm, prawica czy lewica uległy od tamtego czasu dość gruntownej transformacji. Zwłaszcza w przypadku kapitalizmu czy lewicy przestały być moim zdaniem adekwatne do tego, z czym mamy do czynienia w teraźniejszości. Podczas gdy dawna lewica zajmowała się głównie kwestiami klasowo-ekonomicznymi, to teraz jej działanie przypomina bardziej wojnę obyczajowo-kulturową. Neoliberalizm wzmocnił globalną siłę sprawczą kapitału, o którym zaczęły decydować ponadnarodowe korporacje i międzynarodowe agencje finansowe (system bankowy) w sprzężeniu z politykami i rządami państw, bez względu na to, jaki wpływ ma na nie „prawica”, „lewica”, „narodowcy”, „liberałowie”, „socjaliści”… etc. Sądzę, że to jest właśnie największym zagrożeniem dla społeczeństw w skali globalnej, choć z drugiej strony może też się przyczynić do zbalansowania różnic dzielących kraje biedne od bogatych. Niestety, to ostatnie wydaje mi się dość niepewne i zwodnicze, bo jak na razie uderza ciągle powiększająca się przepaść między bardzo wąską i bogatą elitą a resztą społeczeństwa, coraz bardziej uzależnioną od decyzji nielicznej – w rzeczywistości ponadnarodowej – grupy posiadającej ogromne zasoby finansowe, a tym samym i władzę. Generalnie rzecz biorąc trudno jest przejrzeć i zdiagnozować wszystkie te procesy zachodzące we współczesnym świecie.

       O tej kapitałowej „lepkości” wobec krajów różniących się politycznie czy ekonomiczne, pisałem w jednym z poniższych komentarzy (stosując naturalnie pewne uproszczenia):
Świat przejmują jak najbardziej kapitalistyczne korporacje (wraz z finansjerą), które wykorzystują każdy sposób, (w tym przybrania lewicowo-progresywne – jak np. w Stanach Zjednoczonych), nacjonalistyczno-populistyczne (jak np. w Brazylii, czy Indiach), biurokratyczno-socjalistyczne (jak np. w Unii Europejskiej), czy pseudo-komunistyczne (jak np. w Chinach) by powiększyć swoje zasoby i wpływy, a tym samym poszerzyć i wzmocnić swoją władzę.
Z tego powodu rządy w każdym z tych krajów żyją właśnie w „konkubinacie” z kapitałem – korporacjami i bankami, które wszystko smarują i napędzają. Jesteśmy już tylko przedmiotem, nie podmiotem – jak sami się łudzimy i jak nas łudzą inni, wmawiając nam, że nadal żyjemy w demokracji.
Tak naprawdę, to kapitalizm – po okresie prawidłowego w pewnym sensie rozwoju – obecnie się „wypacza” (podobnie jak „wypaczył się” wolny rynek, liberalizm, korporacjonizm, liberalna demokracja…) przyjmując formę, którą trudno jest przejrzeć i ogarnąć, nawet ekonomicznym ekspertom. To dlatego nasza przyszłość jest tak niepewna. Ale czy tak nie było w cywilizacyjnych dziejach całej ludzkości?

.

Komentarzy 51 to “KIEDY RZĄD JEST TWOIM WROGIEM – o książce Howarda Zinna „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych””

  1. Damski Says:

    Zastrzeżenia budzi już tytuł publikacji. Jeżeli bowiem mowa o historii Stanów Zjednoczonych, to skąd się bierze cezura początkowa? Między odkryciem Ameryki przez Kolumba 12 października 1492 r. a ogłoszeniem Deklaracji Niepodległości USA 4 lipca 1776 mamy jednak 284 lata. Co więcej, pierwszy rozdział w dużej mierze nie dotyczy brytyjskich kolonii w Ameryce. Opisywana polityka Kolumba dotyczy wysp karaibskich. Od czasu pierwszego wydania autor poczynił szereg poprawek i uzupełnień, ale tytuł pozostawił. Choć nie wpływa to na wartość pracy, to jednak wprowadza pewne nieporozumienie.

    Należy oddać Zinnowi, że barwnie odmalowuje prezentowane przez siebie wydarzenia. Podobnie jak Hobsbawm skupia się na zależnościach etnicznych i klasowych, sporo miejsca poświęca relacjom społecznym i gospodarczym. Jednostki mają dla niego znaczenie, gdy służą skanalizowaniu gniewu klasowego, narodowego czy etnicznego, albo są egzemplifikacją losu tych grup. Ma to swoje plusy, gdyż pozwala lepiej zrealizować cel autora. Zinn przystępniej niż Hobsbawm ukazuje psychologię grup. Widać to zwłaszcza na przykładzie strachu odczuwanego przez szeroko pojęte grupy uprzywilejowane oraz rolę jaką pełnił on w ich aktywności politycznej i społecznej.

    Czytaj więcej: https://histmag.org/howard-zinn-ludowa-historia-stanow-zjednoczonych-od-1492-do-dzis-recenzja-13718

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To prawda, że książkę tę czyta się dobrze – bo jest dobrze napisana i przetłumaczona. Gdyby tak nie było, to pewnie nie osiągnęła by ona tak wysokiego nakładu (dzisiaj to już jest chyba ze 3 mln.).
      Myślę, że Zinnowi udaje się jednak zachować równowagę między skupianiem się na „jednostkach” (konkretnych ludziach) a określaniem znaczenia grup społecznych, do jakich te jednostki należą.
      To jest zresztą ciekawy temat: korelacja między jednostką a grupą w dążeniu do osiągnięcia pewnego celu (przypominający nieco dylemat: co było pierwsze: kura czy jajko ;) )

  2. Ja Says:

    Książka bardzo, bardzo niemądra. Każdy, kto orientuje się w temacie, z łatwością wyłapie masę, ogrom wręcz, manipulacji, przemilczeń, uproszczeń prowadzących w końcu do horrendalnie błędnych wniosków (np wydarzenia w Seattle).
    Sam pan „historyk” przyznaje w Posłowiu, że nie wierzy w obiektywizm przekazu (bywa i tak), ale nie mają dla niego znaczenie fakty, które, jego zdaniem, nie występują w „stanie czystym” (nie próbujcie powiedzieć tego np inżynierowi). To to już się nie nazywa propaganda? Nie, to „nauki historyczne” na amerykańskich uczelniach.
    Prezentyzm w przedstawieniu wydarzeń sprzed 200-300 lat powala – zero kontekstu. Masa „źródeł” w stylu „pewien XYZ powiedział”. W ogóle trudno momentami zorientować się, co zdaniem Zinna jest właściwe, a co godne potępienia – raz dana polityka jest okropnie straszna, a stronę dalej potrzebna i wyczekiwana (przez autora).
    Dlatego mam wrażenie, że Howard Zinn bardzo, ale to bardzo nie lubi Ameryki i o tym jest ta książka

  3. Krystyna Arthur Says:

    People’s History of United States byla pierwsza ksiazka jaka przeczytalam po przyjezdzie do US.
    Howard Zinn pisal w innych czasach o innych wydarzeniach i dla innych ludzi. Jej wydanie i tlumaczenie teraz nie ma zadnego, poza historycznym, sensu.
    Times…they are a,changing…
    Trzeba bylo te perspektywy i opine wyglaszac kiedy Zinn zyl… killa lat temu przynajmniej. Teraz to juz zamierzchla Historia mojego pokolenia…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Książka Zinna przygotowała grunt pod to, co się dzieje obecnie w Stanach Zjednoczonych. Miała być „dodatkiem” do dotychczasowego podejścia historyków do historii Stanów Zjednoczonych, a stała się „klasyką” i lekturą obowiązkową w amerykańskich college’ach. I tak jest do dziś. Nadal ma wpływ na postrzeganie amerykańskiej historii, zarówno tutaj, jak i w wielu krajach świata, o czym świadczy choćby jej niedawne wydanie w Polsce.
      Jeśli ktoś chce zrozumieć to, dlaczego Zachód skręca coraz bardziej na lewo, dlaczego rewitalizuje się idee Marxa, to właśnie powinien zapoznać się z książką Zinna i jej wpływem, zwłaszcza na młodzież, która z brawurą obala teraz np. pomniki Kolumba, poddana indoktrynacji jednostronnego, czarno-białego widzenia amerykańskiej historii, wypranej z kontekstów.
      Tak więc, moim zdaniem, pozycja Zinna nie jest „zamierzchłą” historią, ona dzieje się (ma skutki) tu i teraz. Zamierzchłą historią jest np. „odkrycie” Ameryki przez Kolumba, albo nawet wojna secesyjna – a przecież dalszym ciągu te wydarzenia mają swój oddźwięk obecnie (vide: właśnie obalanie wspomnianych pomników), pchając Stany Zjednoczone w niekoniecznie dobrym kierunku.

      • Krystyna Arthur Says:

        Winic filozofa za rewolucyjne nastroje? Mozna winic za ekspresje mysli lat 60 tych ? I za Marxizm ? Zreszta w Ameryce Pudniowej Lenin jest bardziej popularny. A w uczelniach teraz kroluje Nitzche…
        Moze Zinn akademik, dal obraz mysli politycznej.lat 60/70, Boomers…

        Trzeba bylo przetlumaczyc w latach 90 tych…

        Chetnie wdalabym sie w polemike z autorem wstepu, do 50 lat spóźnionemu wydaniu tej ksiazki. Zyje wsrod ludzi z jego kregu, akademikow artystow,tzw. klasy tworczej, powracajacych tutaj p.o. karierach…tak. Zinn dal wyraz temu co jego pokolenie, elita intelektualna, reprezentowala.
        Ale napewno nie nalezy go winic za trendy spoleczne (rewolucje ?) Lub za Leninizm w Ameryce Poludniowej…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Winic filozofa za rewolucyjne nastroje ? Mozna winic za ekspresje mysli lat 60 tych ? I za Marxizm ?”

          To znaczy, że nie można np. pisać krytyki/recenzji książki Dostojewskiego, napisać krytycznie o idei (książkach) Marxa czy Lenina, bo to było 100 – 200 lat temu? (Sama Pani pisze, że Lenin jest nadal popularny w Ameryce Południowej (oczywiście nie winię o to Zinna, co byłoby absurdem), w Azji zreszta też – jest to więc temat aktualny, podobnie jak poglądy i podejście do historii Zinna).

          Czy więc na pewno nie można winić dawnych filozofów?
          To dlaczego wini się Kolumba, czy generałów konfederacji – którzy byli dziećmi swoich czasów? Tylko patrzeć jak przyjdzie czas na „Ojców Założycieli”, Jeffersona, Waszyngtona… – właścicieli niewolników (już chyba przyszedł, choć wydaje się, że ze zmianą nazwy stanu Waszyngton, czy Waszyngtonu DC, byłby jeszcze teraz niejaki problem).
          Co wtedy Amerykanom zostanie? Idee Marksa i socjalizm, który w żadnym kraju tzw. „demokracji” ludowej się nie sprawdził, a który według mnie – rozwaliłby Amerykę?

        • Krystyna Arthur Says:

          Mozna i nalezy pisac krytyki, lecz nie mozna obciazac ich wina za uczynki (Kolumb) innych. Pojecia Socjaluzm, Komunozm to sa BYLE systemy, ludzkosc jest w fazie zmian ewolucyjnych, a Natura,niejest sentymentalna, chaos poprzedza porzadek i funkcjonalny system… potem nastepuje faza entropi (teraz?) i nowy system sie rodzi. Jeden czarujacy idealista nie jest za to odpowiedzialny. Dal wyraz temu, co inni mysleli.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Jeden, czarujacy idealista nie jest za to odpowiedzialny. Dał wyraz temu, co inni myśleli.”

          To właśnie dlatego warto cały czas poddawać analizie jego książkę – jeden z najważniejszych wyrazów tego, „co inni myśleli” („Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” nadal dobrze się sprzedaje, jest lekturą obowiązkową na wielu amerykańskich uczelniach, w dalszym ciągu widnieje na liście 10 najlepiej sprzedających się książek historycznych wszechczasów).
          Pytanie, czy socjalizm, czy komunizm – to są „byłe” systemy, które poszły na historyczny przemiał? Sama Pani zauważyła, że Lenin jest nadal popularny w Ameryce Północnej, mnie to z kolei uderzyło w Azji. Do Marksa odwołują się dzisiaj najważniejsi politycy Unii Europejskiej, Žižek to gwiazda, podobnie jak Noami Klein. Kiedy przeczytałem ostatnio artykuł gloryfikujący Marksa w New Yorkerze, to własnym oczom nie mogłem uwierzyć… etc.
          Jeśli więc nadal Lenin, Marks, czy Engles uważani są za miarodajnych dostarczycieli idei, według których ma się budować jakiś „nowy ład społeczny” (jak ten system zwał, to zwał) to bardzo wątpię, że byłby to lepszy system, niż te „byłe”, skompromitowane. O to mi m.in chodzi.

          Szkoda, że nie odwołuje się Pani do tego, co jest w moim artykule, (który jak najbardziej dotyczy tego, co się dzieje obecnie) tylko do jakichś ogólnych i rzeczywiście przebrzmiałych już problemów i zagadnień.

        • Krystyna Arthur Says:

          Poniewaz im dluzej rozmawiamy tym bardziej zauwazalne jest jak rozne sa nasze poglady/osady i Swiatopoglad. wiec wole nie tykac tezniejszosci.
          I mala uwaga: myslalam ze debata byla o roli Zinna, nie o moim antycznym rozumowaniu 😀

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „moim antycznym rozumowaniu” – a to już Pani tak nazwała. Ja „roli Zinna” nie uważam za przebrzmiałą – to Pani sama tak uznała, pisząc że tłumaczenie i wydawanie książki Zinna nie ma teraz żadnego, poza historycznym, sensu.

        • Krystyna Arthur Says:

          Biorac pod uwage, ze w Polsce panuje Teokracja… kilku panow sie powymadrza na temat Zinna, zrobia doktorat, lub dwa…ale Teokracja ma sie dobrze… w konkubinacie z kapitalizmem…😜

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To, co się dzieje obecnie w Polsce nie ma praktycznie żadnego znaczenia dla świata zachodniego, o całym globie nie wspominając. W naszym kraju jest pomieszanie wszystkiego: kapitalizmu, socjalizmu, nacjonalizmu i teokracji… a na domiar złego sposób rządzenia zamienił się w system jednopartyjny.

          Świat przejmują jak najbardziej kapitalistyczne korporacje (wraz z bankami), które wykorzystują każdy sposób, (w tym przybrania lewicowe i „progresywne” – jak np. w Stanach Zjednoczonych), nacjonalistyczne (jak np. w Brazylii), biurokratyczno-socjalistyczne (jak np. w Unii Europejskiej), czy pseudo-komunistyczne (jak np. w Chinach) by powiększyć swoje zasoby i wpływy, a tym samym poszerzyć i wzmocnić swoją władzę.
          No i rządy w każdym z tych krajów żyją właśnie w „konkubinacie”, jak Pani pisze, z kapitałem – korporacjami i bankami, które wszystko smarują i napędzają. Jesteśmy już tylko przedmiotem, nie podmiotem, jak sami się łudzimy i jak nas łudzą inni.
          Tak naprawdę, to kapitalizm – po okresie prawidłowego w pewnym sensie rozwoju – obecnie się „wypacza” (podobnie jak „wypaczył się” wolny rynek, liberalizm, liberalna demokracja, korporacjonizm… w postaci big tech np.)

        • Krystyna Arthur Says:

          a zatem, w sumie.zgadzamy sie 😁. Cos innego musi sie zrodzic. My nie pamietamy, ze byly wojny 100 letnie… i jakos ludzkosc przetrwala…
          Mama Natura ma metody I DUZO czasu😁 Evolucja jest albo nagla (tipping point) albo powoli, ze zmiana habitatu. Wiec przypadlo nam zyc w interesujacych czasach 😊
          Ja chce wrocic, chocby na 5 min. w roku 1 million😁

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Teraz my sami mamy wpływ na ewolucję – i może on być nawet świadomy (np. genetyka i bioinżynieria).
          I znowu: może to nam wyjść na dobre albo na złe. Czy obierzemy dobry kierunek? Co – i kto – o tym zadecyduje? Czy mimo pozorów racjonalizmu nie działamy tak naprawdę na ślepo? Wreszcie: czy będziemy mogli odróżnić to, co dla nas dobre, od tego co złe?
          Dla kogo dobre, a dla kogo złe?

        • Krystyna Arthur Says:

          Nadzieja w madrosci we wspolnej nadwiadomosci, jakis program, ktory kieruje przetrwaniem gatunku… ale pewnosci nie ma.
          To jest 6 te wymarcie (?) zycia na planecie.
          Bedziemy robic cyborgi 😁

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Z tymi cyborgami to naprawdę nie ma (nie będzie) żartów 😉
          Też chciałbym zobaczyć, jak będzie wyglądał świat za milion lat (na pewno będzie jakoś wyglądał, tylko czy będzie jeszcze wtedy istniała ludzka – czy nawet tylko przypominająca ludzi 😉 – rasa?
          Ba! Ja nawet bardzo chciałbym zobaczyć to, jak będzie wyglądał świat za 100 – 200 lat., bo jestem przekonany, że się jednak szalenie (także pod względem cywilizacyjnym) zmieni. Sądzę, że wtedy mógłbym doznać podobnego szoku, jakiego doznałby zapewne ktoś żyjący w XVII czy nawet XIX wieku ;)

          Dziękuję za interesującą rozmowę, która sprowokowała mnie do uwolnienia paru myśli z jakichś zakamarków mojego mózgu ;)

          Pozdrawiam,
          S.

  4. małgosia Says:

    Ja nie na temat:) Książki nie znam, tematyka od której staram się być jak najdalej, ale chciałam ci napisać, że twój blog wskoczył na właściwe miejsce na mojej liście. Mam nadzieję, że na stałe. Co mnie cieszy, bo na f-b coraz rzadziej zaglądam.

  5. Bogdan Kwiatek Says:

    Brzmi groźnie!
    Wojny mają rożny charakter i od różnych iskier się zaczynają…
    Prawda: dziel i rządź. Nic się nie zmieniło od stu- a nawet tysiącleci!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To jest w końcu logiczne: ten kto dzieli, ten rządzi.
      A przecież powinno też się mnożyć 😉

      • Bogdan Kwiatek Says:

        Jak się ludzi dużo namnożyło, to logiczne (sic!), że trzeba ich trochę podzielić (w znaczeniu „poorganizować” w mniejsze jednostki administracyjne.
        Bo ludzie z natury są… rozlaźli 😁😱

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Tylko kto ma ich podzielić? Czyżbyś był za tym dzieleniem ludzi?

          No nie, ja myślę, że ludzie z natury są „wlaźli”, ergo wchodzą i organizują się w stada 😉 Następnie te stada na siebie się napuszcza (głównie robią to politycy i media, wcześniej robili to wszelkiej maści „możnowładcy”, nie wyłączając tych „religijnych”) i tak oto mamy bardziej lub mniej radosną nawalankę 😉

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Tu się raczej nie zgodzę.
          Ludzie z natury są ewidentnie rozlażli. I to do imentu!
          Gdybyś nie był głodny, nie miał wielu potrzeb, tak, ze nie musiałbyś pracować… a później cenić to, co wypracowałeś, to… czysty hedonizm. I rozłogi! Byłbyś rozlazły. Ale, że ktoś powymyślali modę na nowe ciuchy/fury itp, co kosztuje więcej niż potrzebujemy
          A że moda na jedzenie drogie, a nie proste
          To wymaga kosztów
          Kredytów, a to „pobudza rynek”…
          A stres, że trzeba spłacić i chęć takiej siły roboczej, albo tanich zakupów, zawsze władała człowiekiem.
          Tak – ludzie są mocno rozlaźli.
          Organizuje/determinuje ich w przytłaczającej większości jakiś wróg. Wspólny strach (o lepsze jutro), zagrożenie zewnętrzne: permanentna inflacja, kometa/gwiazda Nibiru, obcy z Marsa, zewnętrzny wróg, który mówi innym językiem – nazywa Boga Allachem…
          No mogę mnożyć – chciałeś mnożenia – bez końca… da capo Al fine… 😱

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Wydaje mi się, że inaczej pojmujemy „wlazłość” i „rozlazłość” – Ty w kategoriach bardziej indywidualnych, ja w zbiorowych (to dlatego nasze opinie się różnią), ergo moje pojęcie bardziej dotyczy ludzi, jako gatunku, który jest zbiorem istot skupiających się w stada, grupy, plemiona, naród, czy wreszcie społeczeństwo.
          Paradoksalnie, im bardziej liczna jest to grupa, tym bardziej jest ona podatna na podziały – ale nie dlatego, że się „rozłazi”, tylko dlatego właśnie, że „włazi”/”się złazi” ;) tworząc tym samym skupiające się w obrębie danego społeczeństwa, często zantagonizowane frakcje. \
          Indywidualna „rozlazłość” nie może prowadzić do żadnego typu solidarności/zbijania się w grupy/unifikacji. „Wlazłość” zaś jest tego warunkiem 😉 I dlatego mamy to co mamy – pohukujące, traktujące podejrzliwie inne grupy indywidua, które się razem „zlazły” czyli do swojej ferajny „wlazły” 😉

        • Bogdan Kwiatek Says:

          No tu dałeś z definiowaniem tych nieco dziwnych pojęć. Ale pewnie tak, trzeba definiować – czyli dookreślać zakres danego pojęcia.
          Oczywiście, że człowiek jako gatunek zwierząt jest tworem stadnym. Choć nie tak, jak parzystokopytne 🤪

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jeszcze tylko kopyt by nam brakowało! 😉 Choć kły i pazury zostały 😉 I ślad po ogonie 😉

        • Bogdan Kwiatek Says:

          nie wiem, jaki masz ślad po ogonie 😱🤪
          Mnie nic nie dynda!
          Zwłaszcza z tylu.
          Z przodu to inna bajka. Ale to nie ogon! To róg! 🤪
          (Nie mowie o rogach! 😳😁🤪)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jaki mam ślad po ogonie? Taki sam, jak Ty – kość ogonową. No, chyba że chcesz zaprzeczyć faktom, skupiając się tylko na swoim przodzie 😉

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Wiem, znam swą anatomię, nie raz ją odbiłem… ale wypieram ten fakt ze świadomości…
          Albo… nazywam ją inaczej!🤪

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Należy zacząć od zapoznania się z częściami ciała ludzkiego. Otóż spośród zwierząt człowiek jest nam z konieczności najlepiej znany.”
          (Arystoteles)

          A Ty tę wiedzę wypierasz 😉

          γνῶθι σεαυτόν

        • Bogdan Kwiatek Says:

          nooooł!
          „Obijając” ten niby ogon potwierdziłem jego istnienie wielokrotnie. Mam tę wiedzę, ale mam inną nazwę na jego okoliczność!
          Trochę niecenzuralną wiec nie ciągnij mnie za miękki organ z ust, bym podał te nazwę 😉”
          Bogdanos aristotelikis

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No tak, mój wpis dotyczy tego, jak coraz bardziej mamy przechlapane w świecie, a nasza „dyskusja” zeszła na takie trywialne głupoty 😉
          Uciekamy od spraw poważnych, co zresztą może być przejawem naszej bezsilności 🙁

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Może nie tyle bezsilności, co ucieczki w proste klimaty, z których życie powinno się składać!
          Ja – od co najmniej miesiąca – w ogóle (no prawie!) nie śledzę żadnych newsów!
          Co prawda godzinę temu przyszedł mi (na zegarek) news o jakiejś katastrofie samolotu w Mediolanie. Ale tylko nagłówek.
          Aż zacząłem się zastanawiać, czy mam tam znajomych, albo czy jacyś znajomi tam mogli być. Ale nie wchodziłem w szczegóły…
          I nie z braku empatii.
          Mam własne problemy, a trudno, bym znał wszystkie problemy tego świata…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie wszystkie, ale te najważniejsze. W przeciwnym razie jesteś jako ten struś (któregoś nieraz pewnie widział w Au ;) )

          Poza tym: czy nie przyszło Ci do głowy, że Twoje własne problemy wynikają z problemów świata, w którym żyjemy? Ja rozumiem Twoją ucieczkę od newsów (nie uciekniesz, siedząc codziennie na FB ;) ) i tęsknotę za „prostotą klimatów”, ale jednak – według mnie i na dłuższą metę – nie jest dobrze żyć w takiej niewiedzy, jako to cielątko/osiołek, które tylko własny żłób/wanciołek widzi i jak jest on pełny, to mu jest dobrze, a nawet wesoło 😉
          Zdecydowanie wolę trudna wiedzę (która nawet czasem przynosi ze sobą cierpienie), niż łatwą ignorancję (która może Ci zapewnić złudną jednak błogość i niby-to szczęśliwość cielątka) 😉

        • Bogdan Kwiatek Says:

          1/ przyszło! Ale zaraz potem sobie poszło, bo wywaliłem z głowy 😱

          2/ to nie jest jakaś ucieczka na koniec świata (tam zresztą już byłem /nawet 60 razy, a oni tez mają swoje newsy i swoje problemy!) poniekąd żyję tymi ich problemami, bo zarabiałem na wyjazdach na koniec świata 🤪

          3/ jak lubisz trudną wiedzę, to proponuje przestrzeń i pole Banacha do postudiowania. To nawet nie jest czarna magia, tylko nowoczesna matematyka, stworzona przez mądrego Polaka. Ergo tym bardziej warta postudiowania. A nawet przełożenia na płaszczyzny nieeuklidesowe.
          Plus ciekawa jest (dla mnie była 30 lat temu) teoria kwantyfikatorów ogólnych (bardzo poukładana z zagadnień logicznych) oraz teoria mnogości (to mnie jakoś rozkładało 😱)
          3b/ a jakby tego było mało to proponuje ze 2 lata greki kojne i możliwość czytania Arystotelesa w oryginale. Kiedyś to miałem i czuje, ze chetnie wrócę. Możemy razem się wspierać w postępach w grece!
          Zobaczysz, że może Ci się przydać. Ja sobie jeszcze na boku zrobie kurs greckiego nowożytnego, bo 3 dni temu, gdy się kąpałem w morzu Trackim – zapomniałem jak jest „ryba” po grecku. A nawiązałem taki dialog z… chyba miała na
          Imię jak Demeter. A jej ojciec w tym czasie łowił ryby.
          A to przeciez „psari”…
          A nie pisces! 🤪
          Tak ze tego!

          N/ problemy tego świata zostawiam Józefowi B., Anieli M i Włodzimierzowi Wlodymirowiczowi.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Skoro natychmiast „wywalasz” z głowy to, co do Ciebie piszę, to nasza dyskusja nie ma większego sensu.

          Widzę, że ważniejsza jest dla Ciebie… jajecznica, którą jadłeś dziś na śniadanie (a którym to faktem dzielisz się globalnie) bo ta przynajmniej zostanie w Tobie znacznie dłużej: dopóki jej nie strawisz i nie wydalisz 😉

          „problemy tego świata zostawiam Józefowi B., Anieli M i Włodzimierzowi Wlodymirowiczowi”

          I na tym właśnie polega nasz problem!

        • Bogdan Kwiatek Says:

          wrong!
          Przeczytaj sam siebie!
          Nie zrozumiałeś wstępu, który był odniesieniem do 1 czesci Twojego wpisu. (Skąd taka odpowiedz?!?!)
          „Bogdanie – a nie przyszło Ci do głowy, że Twoje własne problemy wynikają z problemów świata, w którym żyjemy?”
          No wiec 1/punkt dotyczy tego Twojego wpisu!
          I jak Ci teraz?…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Tak samo, jak wcześniej: Staszek ;)

          Wiem, że z tą jajecznicą to pojechałem po bandzie, ale tylko dlatego, żeby Cię trochę sprowokować 😉
          (Najważniejsze, że się nie obrażasz ο φίλος μου :))
          A z 1/punkt masz oczywiście rację 😉

          Pisząc zaś poważniej – wiedza, którą zdobywamy, musi być przez nas usystematyzowana (wcześniej przyjęta, ogarnięta i zrozumiana) i jednak odnosić się do świata, w którym żyjemy. W przeciwnym razie znajomość np. tego, co napisali Arystoteles, Sokrates czy Platon nie ma większego sensu. Ponieważ, aby ocenić wartość (prawdziwość?) tego, co napisali ci ludzie, to musisz posiadać dostateczną wiedzę o świecie i życiu.
          Da mnie wiedza zdobywana „po łebkach”, nie jest żadną wiedzą – bo jest właśnie wiedzą „po łebkach” 😉

          Jeśli się za coś biorę (np. chcąc o tym napisać) to zawsze staram się temat jak najbardziej zgłębić. I dopiero wtedy mogę z czystym sumieniem powiedzieć po sokratejsku, że „wiem, że nic nie wiem”, choć to „nic” nie odnosi się już do tego, czego się dowiedziałem i nauczyłem 😉 a jest zrozumieniem i uświadomieniem sobie tego, jak rozległa i przepastna jest wiedza, której po ludzku nie możemy ogarnąć.
          Do wiedzy jednak trzeba dążyć, bo przecież sam Popper napisał: „Ignorancja nie jest brakiem wiedzy, tylko odmową tego, aby tę wiedzę nabyć”.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          1/ trochę najpierw rozczarował mnie Twój brak zrozumienia treści, którą wypunktowałem

          2/ nie obraziłem się, bo… poszedłem zjeść souvlaki (nie jadłem lata – nie mam czego żałować 😉
          2b/ obejrzałem w tej knajpie kawałek 1 połowy meczu Olimpiakos z kimś tam (tyle co jadłem patrzyłem – 0:0)
          2c/ poszedłem do sklepu obok, kupiłem 3 greckie piwa, które zaraz (może nie wszystkie) wypiję. Oraz kałamarnice 700g na jutro. Zamrożona. Miałem wziąć ośmiornicę… ale kałamarnica jest łatwiejsza do zrobienia. Zwłaszcza ze wziąłem 1l oliwy z oliwek…

          4/ dobrze, że przemyślałes zagadnienie 😱🤪
          N/ z resztą się zgadzam
          N+1/ nie odpisałeś na moje ze 3 powyższe punkty!
          Na teorie Banacha!
          Na naukę greki
          Itp…
          A ja czekam 🤪

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Pisząc o wiedzy trudnej (i przynoszącej cierpienie), nie miałem na myśli wiedzy typu teorie Banacha, czy naukę greki – to akurat może być wiedza radosna 😉 Ne ma w niej nic złego, wręcz przeciwnie. Jeśli przynosi cierpienie, to tylko studentom, którzy jej nie rozumieją a muszą się nauczyć do egzaminu 😉 Tak więc: nie trywializujmy.

          Ja oczywiście – jak byś nie widział – miałem na myśli wiedzę o mizerii świat, o ludziach żyjących w nędzy, umierających całymi milionami, głodującymi, narażonymi na choroby i chorującymi, w swoim cierpieniu samotnymi … także polityków i oligarchów ludzi wyzyskujących, niewolących… naszą bezsilność, ślepotę, obojętność… wojny, klęski żywiołowe, bezdomność… naszą ludzką egzystencjalną niepewność.

          Lista ta jest niestety przeraźliwie długa i nie może to wszystko być Ci obojętne, jeśli jesteś człowiekiem wrażliwym, współczującym, litościwym (a jako chrześcijanin powinieneś takim być – bo jeśli nie jesteś, to za chrześcijanina nie możesz się uważać).

          Niestety, ta wiedza i świadomość niesie właśnie ze sobą cierpienie (a nie jakieś tam abstrakcyjne przestrzenie Banacha, fizyka kwantowa, liczby zespolone, liczba π czy całki).
          Nie z bez racji Budda zrezygnował ze swojego pałacu i bogactwa, kiedy to sobie uświadomił, a Jezus poszedł na krzyż, by nas od tego całego zła zbawić).

          No to się doczekałeś 😉

        • Bogdan Kwiatek Says:

          No ostro pojechałeś! Ostro!
          Ale mam tę wiedzę, i jakbyś czytał uważnie moje wpisy, mój tu dziennik podróży po Europie, to byś nie musiał pytać, czy widzę, czy odczuwam, czy współczuje?…
          Ale pytasz… 😳
          Dlatego odpowiem, że tak: i widzę, i czuję, i współczuje – nawet głodnym psom (bo jednak głodnych ludzi na trasie nie miałem!)

          Europa, a nawet azjatycka cześć Turcji, którą przejechałem, to – mimo ze ponoć najbiedniejsze – to jednak żyjące dość dodatnio. A i pełne ekonomicznych kontrastów.
          Pytałeś kiedyś o Ukrainę. Musiałem zobaczyć choć kawałek, a i pewne rzeczy przemyśleć i poukładać w głowie. I z całą jasnością wiem dziś, że to kraj w… głębokiej depresji! Nie tyle kraj, co ludzie w nim żyjący! Oni nie widzą potrzeby, że te fatalne drogi, na których niszczą swoje samochody sprowadzane z Niemiec, wystarczy zasypywać żwirem, wyrównać i nawet
          Oblać cienka warstwą tzw folii bitumicznej, by to posklejać. Im się nie chce! Nie mają siły! Nie potrafią się sami dźwignąć z tej mentalnej depresji. Wojna na Wschodzie wgniata ich w tę depresje. A my – ludzie Zachodu – bardziej Ty niż ja – nic nie wiemy o tej wojnie, ktora ciagnie się dłużej u nich niż 2WŚ dla nas! U nas niecałe 6 lat, u nich ponad!
          Owszem tylko „na Wschodzie”, ale to działa na cały kraj.

          Tak że nie wmawiaj mi, że czegoś nie widzę. Bardzo proszę!

          A to, że pokazuję świat od tej lepszej strony, że Trywializuję nieco, nawet pokazując jajecznicę (wierz mi – Arystoteles też coś musiał jeść! Może nawet jajka 🤪) to po to, by ułatwiać sobie i innym życie. Czegoś uczyć. Choćby przetrwania.

          Byłeś kiedyś 6 tygodni w takiej trasie nie po hotelach? Gdzie nie zawsze masz internet?…
          Ja kiedyś byłem około 88 tygodni. Lekko mniej niż 800 dni i nocy. I dziś wiem, że mógłbym to powtórzyć…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          W takim razie uważaj na siebie i przetrwaj :)

  6. Piotr Figiel Says:

    Przenikliwy i mądry tekst.

  7. Piotr Eustach Says:

    A cóż to jest fakt ? Gdzie jego początek, gdzie koniec? Kto go ogląda i z której strony? Fakt utożsamiany z rzeczywistością, czy aby na pewno to to samo? Pańskie refleksje otwierają ścieżki ku namysłowi i jako takie je cenię.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To, że napisał Pan, iż moje refleksje Pan ceni, jest faktem. To, czy rzeczywiście Pan je ceni, jest już tylko z mojej strony domysłem/przypuszczeniem/wiarą/interpretacją… etc. 😉 – niekoniecznie musi być faktem, bo wynika z Pańskiej prawdomówności lub jej braku – a do tej wiedzy nie mam przecież dostępu, ergo nie mogę rozsądzić/poznać jej faktyczności 😉
      No tak – niby żartuję, ale nie do końca 😉
      Generalnie: fakt jest tym co zaszło lub zachodzi w rzeczywistości – niezależnie od naszego jej postrzegania, a tym bardziej interpretacji. Zaś rzeczywistość nie zawsze możemy ogarnąć/przejrzeć/poznać/zrozumieć… – i to właśnie dlatego tak trudno jest nam czasem stwierdzić, co jest faktem.
      Z tego właśnie powodu często mam wrażenie, że błądzimy jako te ślepe dzieci we mgle 😉

  8. Mariusz Skowroński Says:

    Dla mnie to mezalians zgniłego kapitalizmu z agresywnym komunizmem.
    To co najgorsze z nich połączyło się w jedną paskudną hybrydę.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Zgadzam się, z pewnej perspektywy tak to może wyglądać. Obawiam się, że ci, którzy na tym najbardziej ucierpią, będą stawali się coraz bardziej bezsilni (a są to całe rzesze ludzkie). „Pandemia” tyko ten proces przyspieszyła, a na domiar złego jeszcze bardziej ujawniła, jak łatwo można ograniczać ludzką wolność i ludźmi manipulować- i to na globalną skalę. To jest woda na młyn tych, którzy tę machinę wprawili w ruch – którzy ją smarują i napędzają (przy współudziale tych, którym się wydaje, że są – lub którzy rzeczywiście są – tego wszystkiego beneficjentami, zachowując się konformistycznie i oportunistycznie).

      • Mariusz Skowroński Says:

        Poczuli ile mogą i łatwo nie popuszczą, zwłaszcza, że udało im się nastraszyć znaczną część społeczeństwa, która będzie im w tym pomagać. Zanim ludzie się zorientują miną lata i niestety wróżę, że będzie musiała się polać krew, by coś się zmieniło.
        Już teraz wielu ludzi doświadcza dyskryminacji w różnych dziedzinach życia tylko dlatego, że nie chcą się poddać powszechnej narracji (temat w mediach jest mielony non stop) o trwającej od prawie 2 lat „epidemii”.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: