OD LIZBONY PRZEZ TABORY PO SYBERIĘ (o filmach XXV Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce: „Papusza”, „Imagine”, „Baczyński”, „Chce się żyć”, „Nieulotne”, „Syberiada polska”, „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, „Dziewczyna z szafy”, „Bejbi Blues”, „Miłość”, „W imię…” i inn.)

.

Niedawno zakończył się w Chicago XXV Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce. Chciałbym się teraz podzielić moimi wrażeniami wyniesionymi z kinowych sal, w których przez ostatnie dwa tygodnie prezentowano polskie filmy. Szkic ten nie pretenduje do żadnej szczegółowej analizy kondycji współczesnego kina w Polsce, ani też do pełniejszego omówienia festiwalowych tytułów, będąc jedynie dość luźnym zbiorem ogólnych uwag o obrazach, z którymi udało mi się zetknąć. Ot, sposób na pewne uporządkowanie myśli i zostawienie po tej filmowej przygodzie na Festiwalu jakiegoś śladu.

.

Poetka wyklęta ("Papusza")

Poetka wyklęta („Papusza”)

Zacznę o tego, co było moim zdaniem na Festiwalu najlepsze: “PAPUSZA”  – naprawdę niezwykły film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze (“Dług”, “Mój Nikifor”, “Plac Zbawiciela”), rzecz o cygańskiej poetce Bronisławie Wajs (postać jak najbardziej rzeczywista), którą poznał i wylansował (wraz z Janem Tuwimem) Jerzy Ficowski (któż z nas nie zna piosenki “Jadą wozy kolorowe taborami”, której słów jest on autorem). Na przekór kolorowym wyobrażeniom i quasi-romantycznej legendzie o Cyganach (zwanych od jakiegoś czasu – ech, ta eufemistyczna poprawność polityczna! – Romami), Krauzowie zdecydowali się przedstawić swoich bohaterów i ich historię w obrazie czarno-białym. I muszę przyznać, że tonacja ta sprawdziła się w tym filmie znakomicie: bo zarówno współgrała z melancholią i tragizmem losów cygańskich tułaczy, z ich – wcale nie tak barwną – rzeczywistością klepania biedy, niedostatku i ogólnej mizerii; jak i stworzyła na ekranie obraz o wielkiej (z estetycznego punktu widzenia) urodzie, rekompensującej, moim zdaniem, ową rezygnację z chromatyzmu – z barw jakimi zwykle przykrywa się szarość romskiej codzienności i niezbyt kolorową prozę ich życia.
Dobrze się stało, że za temat ten wzięli się Krauzowie, bo dzięki temu obyło się bez zbędnej sentymentalizacji i etnicznej taniochy (“nie chcieliśmy robić cepelii” – mówili), jakiej mógł ulec ktoś mniej czujny wobec gorzkiej prawdy o cygańskim losie i usiłujący podbudować legendę Papuszy, która w rzeczywistości stała się przecież jeszcze jedną poetką wyklętą (co było tym bardziej tragiczne, że “wyklęcie” przez własny ród w romskiej tradycji było jedną z największych hańb i dozgonnym nieszczęściem).
Ten film to jednak paradoks, i to pod niejednym względem.
Bo oto mamy historię Papuszy, wyjątkowej Cyganki, której postać wcale nie umieszcza się w centrum obrazu, a raczej gdzieś na peryferiach portretu romskiej społeczności, a mimo to (czy też może właśnie dzięki temu) wydaje się ona niejako “zrośnięta” z tym cygańskim światem, przez co nabiera on swoistego ciężaru, staje się bardziej konkretny i wyrazisty, tak, że można go niemal dotknąć, a już na pewno poczuć.
Bo oto mamy niesamowite, malarskie wręcz zdjęcia (Krzysztof Ptak i Wojciech Staroń dokonali sztuki prawdziwej, malując na ekranie obrazy przywodzące na myśl wizje samego Brueghela), obdarzone niewątpliwym pięknem (mam na myśli głównie te ich elegijne pejzaże), a z drugiej strony – doskonale zwracające nam uwagę na zgrzebność, surowość, brud i liszajowatość (a to wszystko przecież kojarzy się z brzydotą) środowiska w jakim żyli Cyganie.
Bo oto mamy odchodzący w przeszłość świat romskiej mniejszości (a przecież strata każdej kultury jest godna pożałowania, i to nie tylko z etnicznego punktu widzenia), ale też: to co oglądamy na ekranie uświadamia nam również ciemniejsze strony romskiej specyfiki życia i obyczajowości (chociaż Krauzowie bardzo umiejętnie zdołali uniknąć choćby cienia moralizatorstwa, powstrzymując się przed jakimkolwiek osądem – nikogo i niczego nie oceniając).
Jak widzimy, w przypadku “Papuszy” ryzyko było wielkie – bo przecież te przeciwstawne elementy wcale nie musiały  zgrać się w spójną, ani tym bardziej harmonijną całość – jednakże twórcy filmu zdołali tej sztuki dokonać, powołując do istnienia dzieło integralne i – nie waham się tego stwierdzić – wybitne na tle osiągnięć naszego kina ostatnich lat.

Tragizm i liryka, młodość, miłość i śmierć ("Baczyński")

Tragizm czasu i liryka młodości, czyli o śmierci i miłości („Baczyński”)

Bardzo mile zaskoczył mnie film poetycko-biograficzny (jak określili go sami jego twórcy) o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, zrealizowany przez Kordiana Piwowarskiego, dla którego obraz ten jest właściwie pierwszą większą formą, jaka trafia na kinowy ekran. Nie mogłem napisać „fabułą”, bo „BACZYŃSKI” posiada bardzo specyficzną, zaryzykował bym nawet określenie: „unikalną” budowę, będąc lirycznym (momentami nawet onirycznym), ale i żywym (także w sensie realistycznym) kolażem materiałów dokumentalnych (wliczając w to współczesny „slam” poświęcony poezji Baczyńskiego), wywiadów i wątków fabularyzowanych – a wszystko to owiane mgłą liryzmu i przeplatane poetyckimi obrazami, których klimat tworzony jest nie tylko przez świetnie dobrane dźwięki, ale i wzmacniany słowem samego poety, dzięki czemu mamy poczucie jego obecności duchowej, tudzież wrażliwości skonfrontowanej z bezlitosnym dramatem ówczesnej rzeczywistości naznaczonej tragedią Powstania Warszawskiego.
Tworzenie takiego amalgamatu było ryzykowne, jednak Piwowarskiemu udało się w znakomity sposób połączyć płynnie wszystkie te – zwykle nie przystające tak łatwo do siebie – elementy i utworzyć spójną, zgraną i przypasowaną jednolicie całość.
Nie wiem jak na innych widzów, ale na mnie „Baczyński” podziałał bez mała wstrząsowo. Nie jestem jakimś wielkim fanem jego poezji, ale tym razem dałem się jej ponieść – w czym wielka zasługa właśnie filmowego obrazu i dźwięku: na wszystkie te udziwnione skądinąd metafory poety zareagowałem bardzo emocjonalnie (wiem, że to niemęskie wyznanie, ale łzy kręciły mi się w oku co najmniej przez kwadrans), bo wydały mi się one tutaj czymś bardzo naturalnym, podkreślającym tylko autentyzm i grozę tamtego okrutnego czasu, w którym spontaniczna, czysta i kwitnąca młodość zderzała się z przedwczesną śmiercią i potwornością masowej zagłady.
Cieszę się, że osobiście zdołałem za to wszystko podziękować młodemu reżyserowi, przypominając sobie przy okazji spotkania-wywiady, jakie przeprowadziłem przed laty z jego ojcem Radosławem Piwowarskim (twórcą chociażby pamiętnego „Yesterday” czy „Pociągu do Hollywood”).

Człowiek z nadziei czy ze styropianu ("Wałęsa")

Człowiek z nadziei czy ze styropianu („Wałęsa”)

Niestety, stworzenie dzieła wybitnego, nie udało się według mnie Andrzejowi Wajdzie, uznawanemu skądinąd za jednego z największych mistrzów w historii polskiej kinematografii. „WAŁĘSA. CZŁOWIEK Z NADZIEI” nie jest nawet filmem bardzo dobrym, a zaledwie poprawnym, niebezpiecznie przypominając zwykłą narodową konfekcję, o której zapomina się zaraz po sezonie spędu dziatwy szkolnej do kina, w ramach krzewienia patriotyzmu i umacniania narodowej tożsamości w cokolwiek sztuczny, powierzchowny i okazjonalny sposób. Przykro mi to pisać, ale przyjemność oglądania najnowszego obrazu Wajdy spłynęła po mnie jak woda po kaczce, wysychając dość szybko i nie zostawiając większego śladu na moim kinofilskim ciele. Ale proszę zwrócić uwagę, że napisałem „przyjemność”. Bo film o Wałęsie oglądało się nieźle i w sumie bezboleśnie – ot, poprawnie sklecona opowiastka typu: z chłopa król, a raczej: z robotnika prezydent. Na dodatek ze świetną (jak zwykle) kreacją Roberta Więckiewicza, który – choć bliski parodii – w sposób wręcz organiczny wcielił się w postać przywódcy Solidarności (niektórzy stwierdzili nawet, że ekranowy Wałęsa jest tu lepszy od swojego życiowego oryginału). Ale wystąpienie, nawet tej miary, co Więckiewicza, to za mało, zwłaszcza że postać swojego bohatera, Głowacki i Wajda wepchnęli jednak w zbyt uproszczony schemat – nie tyle spiżowo-pomnikowy, co papierowo-kartonowy. Niestety, podobnie potraktowano też najnowszą historię Polski – płytko i powierzchownie. Bo historii tej nie może zastąpić nam anegdota – a czymś takim wydaje mi się być film Wajdy, zrealizowany przy tym z zaskakującym brakiem rozmachu i niestety bez jakiegoś głębszego oddechu.
Właściwie to niezbyt interesowały mnie burze medialno-polityczne, rozpętane już w momencie oświadczenia Wajdy, że będzie kręcił film o Wałęsie. Dlatego też absolutnie nie zamierzam podchodzić do tego filmu z jakimkolwiek politycznym kluczem, bo nie tędy moim zdaniem droga, jeśli się chce ocenić ten film z czysto artystycznego punktu widzenia – a tylko taka ocena mnie tu teraz interesuje. Analizę polityczno-historyczną pozostawiam więc tym, którzy są bardziej w politykę zaangażowani, z przeświadczeniem wszak, że nie będą oni w stanie pozbyć się swoich politycznych uprzedzeń i z góry przyjętych zapatrywań, rzutujących na odbiór ekranowego „Wałęsy”.
Mimo wszystko uważam, że obraz Wajdy jest pożyteczny, tak jak czymś pożytecznym (i to nie tylko z narodowego, ale i społeczno-psychologicznego punktu widzenia) jest pielęgnowanie legendy Wałęsy, jako bojownika o ludzką wolność i społeczną godność; legendy kogoś, kto nie tyle obalił komunizm (przypisywanie tej zasługi tylko i wyłącznie osobie Wałęsy jest bez wątpienia przesadą, a przekonanie o tym samego Lecha, trąci oczywiście megalomanią), co przyczynił się walnie do rozpadu sowieckiego bloku i do ustrojowej zmiany, ostatecznie kompromitującej marksistowską utopię.
Tak sobie myślę przy tej okazji, że jest to film, który idealnie nadaje się dla publiczności zagranicznej, bo w sposób prosty i nieskomplikowany – a tym samym bardziej przystępny i lepiej zrozumiały – ukazuje istotny przecież wkład polskiego społeczeństwa w historyczny przewrót, który ostatecznie zmiótł z areny świata totalitarnego molocha; a jeśli chodzi o postać samego Lecha Wałęsy – to podtrzymuje właśnie jego międzynarodową legendę, której burzenie wcale nie leży w naszym interesie, przynosząc wszystkim więcej szkody, niż pożytku.
Zdaję sobie sprawę, że również tą utylitarną drogą nie można dotrzeć do oszacowania rzeczywistej wartości filmu Wajdy, który, powiedzmy sobie szczerze – biorąc pod uwagę tylko li filmowe, artystyczne kryteria – jest produkcją średnią, niezbyt godną Mistrza.

Sowieckie czystki i polska gehenna ("Syberiada polska")

Zesłańcza gehenna („Syberiada polska”)

Janusz Zaorski powiedział nam na spotkaniu jakie odbyło się z nim po projekcji filmu, że „SYBERIADĘ POLSKĄ” kręcił przez siedem lat. I to niestety na ekranie widać: grubą nicią sztukowany wątek, brak przekonującej fabularnej narracji, kulejąca ciągłość przyczynowo-skutkowa, dramaturgiczny niedostatek (a przez to nieobecność emocjonalnego wybrzmienia) – wszystko to powodowało, że losy polskich zesłańców na Syberię oglądało się okiem zbyt chłodnym, by wzbudzić w naszych sercach i umysłach rezonans, na jaki niewątpliwie zasłużył ten tragiczny dla naszego kraju czas i gehenna setek tysięcy Polaków, których wówczas sponiewierało tak okrutnie sowieckie Imperium.
Według mnie zmarnowano wielki potencjał tego filmu oraz szansę na godne i kompetentne wypełnienie luki w kinie polskim zajmującym się najnowszą historią Polski, którą przez dziesiątki lat zawłaszczano politycznie, zniekształcano, albo po prostu przemilczywano. Szkoda, że tak się stało, ale można się tego było spodziewać po twórcy, który po stworzeniu pamiętnej „Matki Królów”, wypadł jakby z reżyserskiej wprawy, milknąc na wiele lat po nakręceniu niezbyt udanych „Panien i wdów” (w „Syberiadzie” doszły niestety do głosu te same błędy, którymi obarczony był tamten film: ot, choćby bezkrwista sztuczność postaci, uwikłanych w schematyczną fabułę, który z założenia miała być epicka, a w rzeczywistości okazała się zbiorem niespójnych scen i pozbawionych płynnej ciągłości wydarzeń.. Wydaje się, że to właśnie dlatego na obraz ten patrzyłem dość beznamiętnie, nie przywiązując się zbytnio do ekranowych postaci, co z kolei powodowało względną obojętność wobec ich losów.
Nie chcę wytykać twórcom „Syberiady” wszystkich błędów, jakich się dopatrzyłem (słusznie, czy też nie) w ich dziele (a litania ta, niestety, mogłaby być długa), bo – jak znam życie i kilka przypadkowych recenzji filmu – dokonano już tego skrzętnie w naszym kraju. Poza tym byłaby to zapewne czynność niezbyt radosna, więc sobie tego (i ewentualnym Czytelnikom) oszczędzę, żałując przy tym, że nie mogę szczerze pogratulować Panu Zaorskiemu, którego skądinąd wspominam bardzo sympatycznie od czasu naszego spotkania przed laty i długiej rozmowy jaką wtedy przeprowadziliśmy, a która ostatecznie ukazała się w prasie w formie wywiadu (myślę, że warto będzie ją kiedyś przypomnieć, tym bardziej, że dotyczyła właśnie polskich spraw narodowych – także naszej skłonności do patosu i martyrologii –  jakże dzielących teraz społeczeństwo nad Wisłą, uwikłane w walkę o historyczną pamięć, w spór o pojmowanie tradycji i patriotyzmu, o to jaki kształt powinna mieć polska tożsamość).

Pożoga, hańba i (nie)pamięć ("Pokłosie")

Pożoga, hańba i (nie)pamięć („Pokłosie”)

A skoro o wilku naszych narodowych urazów mowa, to oto jeszcze inna odsłona wilka: jest bowiem okazja by wspomnieć o „POKŁOSIU”, które ze znacznym poślizgiem, ale w końcu trafiło na chicagowskie festiwalowe ekrany. Muszę się przyznać, że to  pasikowskie „Pokłosie” wybrzmiało się już we mnie – a pewnie i w wielu innych widzach – już dawno, choćby z racji kolejnych narodowych awantur dotyczących naszych stosunków z Żydami, które, chcąc nie chcąc, śledziłem swego czasu w polskiej prasie. Jednak nie mogłem się oprzeć ciekawości i postanowiłem naocznie przekonać się co zacz i o co tyle hałasu. Ciekaw byłem nie tyle potraktowania w tym filmie wątku polskiego antysemityzmu, co samej filmowej roboty Władysława Pasikowskiego, którą, jak dobrze pamiętam, ze wszech stron chwalono, zwykle w oderwaniu od, że tak się wyrażę, „ideologicznej” wymowy filmu, utrzymując, że to po prostu dobrze zrealizowany thriller (niektórzy dodawali: psychologiczno-społeczny). A gdzie tam! Napięcia w tym filmie nie wyczułem większego, rozwiązaniem zagadki (bo trudno ją nawet nazwać tajemnicą) wiało na kilometr, społeczeństwo wioski przypominało jakieś dzikie panopticum, bohaterowie zachowywali się niedorzecznie i nad wyraz dziwnie, konflikt zakreślony był jak od siekiery, a wszelkie rekordy absurdu pobiło niedorzeczne i absolutnie wzięte z sufitu zakończenie, które zamiast mnie przerazić, to po prostu rozśmieszyło. I nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak ktokolwiek z trzeźwo myślących widzów, mógł ten patetyczno-pasyjny finał potraktować poważnie i się nim naprawdę przejąć, wierząc, że coś takiego mogło się zdarzyć w środku Europy – we współczesnej Polsce.
Ale zostawmy już ten film, który przejdzie pewnie do historii… lecz nie tyle kina, co właśnie polskich awantur.

O wiele bardziej przeżywałem to, czego doświadczali bohaterowie „MIŁOŚCI”. Choć film Sławomira Fabickiego od dzieła Hanekego – mimo takiego samego tytułu – dzieli tematyczna przepaść, to oba te obrazy mogą dostarczyć solidnego pretekstu do tego, by zastanowić się (po raz kolejny, zresztą) czym tak naprawdę jest miłość. I dojść (też po raz nie wiadomo który) do wniosku, że nie może być prostych recept, zgodnych opinii, ani też wyczerpujących definicji miłości, i to esencjonalne dla naszej ludzkiej egzystencji uczucie w każdym przypadku jest czymś innym, wymykając się jednoznaczności, zrozumieniu i racjonalnemu pojęciu.
Film kameralny, ale znakomicie rozegrany – i to zarówno jeśli chodzi o grę aktorską (Julia Kijowska, Marcin Dorociński), jak i sam scenariusz: skromne środki dramaturgiczne, proste słowa i gesty oszczędne, ale bardzo skuteczne jeśli chodzi o budzenie emocji i utrzymanie psychologicznej wiarygodności postaci, z których żadna nie jest jednoznacznie przypisana dobrej ani też złej stronie.
Bez wątpienia „Miłość” Fabickiego to jeden z lepszych filmów festiwalu. Mimo lekko mrocznej tonacji i pewnego rysu szaleństwa, pokazuje kawał prawdziwego życia i ludzi, którzy nie sprawiają wrażenia, iż są tylko ekranowymi fantomami udającymi rzeczywiste postacie. Innymi słowy: kino dobrej próby.

Wyobrazić sobie znaczy więcej niż widzieć ("Imagine")

Wyobrazić sobie znaczy więcej niż widzieć („Imagine”)

Kinem jeszcze lepszej próby mógł być obraz Andrzeja Jakimowskiego „IMAGINE”, ale chyba nie był. Trochę żal. Tym większa szkoda, że materie z jakich składa się film nie zostały zamienione w bardziej szlachetny stop, czy też w ujmujący swoją artystyczną formą amalgamat. Myślę, że winę za to ponosi scenariusz, pozbawiony większej dramaturgii i ukazujący historię raczej mdłą, niepełną i – wbrew temu kim są jej bohaterowie – mało ekscytującą. Nie może więc w moim odbiorze uratować filmu egzotyczna i piękna estetyka obrazu (rzecz się dzieje w słonecznej Lizbonie) połączona z miłą dla ucha muzyką, ani nawet bez mała wizyjne miejscami przedstawienie ściśle korespondujących ze sobą elementów filmowego świata, który nabiera dzięki temu na ekranie niemalże metafizycznych znamion.
No cóż, fabuła nie byłaby taka ważna, gdyby nie zawiodły tutaj emocje. Bo film wcale nie musi opowiadać jakiejś szczególnie wciągającej historii (choć „Imagine” taką historią potencjalnie dysponował), wystarczy, że złapie nas w emocjonalne sidła, chwytając w swoją orbitę, która siłą rzeczy wymusza na nas właściwą atencję. Bo dopiero wtedy film zaczynamy – zgodnie z intencją jego twórców – „przeżywać”.
Z „Imagine” tak się niestety – przynajmniej w moim przypadku – nie stało. Przeszkodziły mi chyba zbyt liczne repetycje tych samych motywów (np. powtarzające się próby niewidomych, by za pomocą dźwięków poznać – wyobrazić sobie? – świat, który ich otacza) i czynności (buntownicze ucieczki na gwarne ulice miasta, pełne ludzi, którzy patrzą, ale tak naprawdę niewiele widzą). Poza tym, między bohaterami tego filmu nie wywiązywały się żadne głębsze relacje – istniała więc wśród nich jakaś uczuciowa pustka (bo pustka, wbrew pozorom, ma wiele wspólnego z istnieniem) i mimo dramatycznej sytuacji, która im wszystkim była wspólna (a przez to mogła ich łączyć), każdy z nich żył w swoim hermetycznym świecie. A to nie są zbyt sprzyjające warunki do pojawienia się empatii, która jest niezbędna do tego, by przejąć się (nie tylko w kinie) czyimś losem.

Lirycznie, dramatycznie i z humorem ("Dziewczyna z szafy")

Lirycznie, dramatycznie, ciepło i z humorem („Dziewczyna z szafy”)

Realizmem magicznym chciał też otoczyć swoich dziwnych bohaterów Bodo Kox, a przy okazji owiać nim (oczarować?) widzów, przedstawiając historię miłości dwojga ludzi żyjących na peryferiach tzw. „normalnego” społeczeństwa, których nieprzystosowanie ma swoje źródło albo w niepełnosprawności i autyzmie (On), albo w nadwrażliwości i zbyt bujnej wyobraźni, traktowanej na dodatek narkotykami (Ona). Wprawdzie trudno mi było w ową miłość uwierzyć (czy też raczej: ją poczuć), ale sam obraz Koxa skutecznie trafiał do mnie poprzez swój klimat i umiejętne połączenie ciepłego acz specyficznego humoru z gorzkim acz lekko wymuszonym liryzmem. Właśnie. Trochę podobnie jak to było w przypadku „Papuszy” (choć oba filmy są pod względem gatunkowym diametralnie różne) „DZIEWCZYNA Z SZAFY”, mimo swojej prostoty, także zbudowana jest z paradoksów, które na pierwszy rzut oka wydają się wyrastać z zawartych w tym filmie przeciwieństw. Bodo Kox mówił o swoim filmie, że jest to tragi-farsa, jednak chyba lepiej można go określić jako komedio-dramat. I sporym sukcesem reżysera jest to, że na ekranie sprawdzał się zarówno komizm, jak i dramatyzm. Udała się więc Koxowi ta dość trudna i ryzykowna sztuka godzenia ognia z wodą: ani się mu nic nie spaliło, ani nie zepsuł on niczego żadnym wodolejstwem. Ot, opowiedział nam swoją niezwykłą historię po swojemu, opanowując przy tym sztukę robienia pełnometrażowego, niegroszowego a przyzwoitego filmu (dotychczas Kox znany był z produkcji off-owej kina „niezależnego” i „Dziewczyna” jest właściwie jego fabularnym debiutem). Wszystko więc na ekranie wypadło dobrze, bardzo oryginalnie, tak że bardzo jestem ciekaw kolejnego filmu tego reżysera (a filmy na pewno będzie on robił nadal, gdyż – jak sam powiedział w jednym z wywiadów – dzięki temu mógłby „w przyszłości wciągać kokainę z płaskich brzuchów modelek na jachtach Morza Śródziemnego”).
Nie jestem pewien czy ja też mógłbym się znaleźć w tej samej co Kox sytuacji wciągania „koksu” ze śródziemnomorskich lasek (choć może nie tyle z moralnych, co fizycznych względów), ale na pewno podzielam jego obawy, (o których mówił on na spotkaniu z publicznością po projekcji filmu), że świat idzie coraz bardziej w kierunku ograniczania wolności człowieka. Bliska mi jest także jego wrażliwość na ludzką „inność”, sympatia dla „dziwaków”, wszelkiej maści „odmieńców”, w których jak w zwierciadle odbija się nasze własne człowieczeństwo (albo jego brak).

Czy naprawdę wszystko jest dobrze? ("Chce się żyć")

Czy naprawdę wszystko jest dobrze? („Chce się żyć”)

Do człowieka też warto było dotrzeć w ważnym filmie Macieja Pieprzycy „CHCE SIĘ ŻYĆ”, którego bohaterem – podobnie jak w „Dziewczynie z szafy” – była osoba niepełnosprawna, chory na porażenie mózgowe Mateusz (genialna rola Dawida Ogrodnika). Temat trudny z bardzo wielu względów:  już choćby dlatego, że istniało wielkie niebezpieczeństwo przerysowania postaci, może nawet ich karykaturalizacji, jak również pozornie łatwego wykorzystania fizycznego kalectwa w celu epatowania widzów swoistym aparycyjnym kuriozum, jakim podświadomie uznajemy człowieka, którego ciało uległo deformacji wskutek ciężkiej choroby. A przy tym można było ulec pokusie fałszywego współczucia, ckliwości i łzawego sentymentu – obciążeniu całym tym bagażem jaki niesie ze sobą ludzka tragedia spowodowana ślepym zrządzeniem losu, czy też raczej defektem Natury, zupełnie obojętnej na  cierpienie człowieka. (Mateusz, po wysłuchaniu słów księdza, który mówi mu, że Bóg go kocha, stwierdza sarkastycznie w myślach, które słyszymy z offu: „Bogu niech będą dzięki, bo co to by było, gdyby mnie nienawidził”.)
W zasadzie wszystkich tych pułapek Pieprzyca zdołał uniknąć, choć nie do końca uwolnił się od pewnych uproszczeń i niekonsekwencji w logice przedstawianych na ekranie wydarzeń. Sam w którymś z wywiadów stwierdził, że jego film składa się zarówno z prawdy (w sensie fabuły opartej na faktach), jak i ze zmyśleń, ale przecież nie ma w tym nic dziwnego, bo taka jest natura samego kina, które za pomocą fikcji usiłuje wpłynąć na nasze rzeczywiste przeżywanie świata. Najważniejsze jest to, że film Pieprzycy jest niezwykle skuteczny jeśli chodzi o wywieranie emocjonalnego wpływu na widza, a to właśnie emocje – bardziej niż sam intelekt – decydują w nas o tym, że coś staje się dla nas prawdziwe i autentyczne, a tym samym zdolne do tego, by wpłynąć na nasze życie.

„Bejbi blues” i „NIEULOTNE” – dwa filmy o młodości, zrobione przez ludzi młodych, dość śmiało i bez bez większych kompleksów – co niestety okazało się dla tych filmów miejscami niezbyt fortunne, bo w efekcie otrzymaliśmy trochę takie artefakty, które nie za bardzo jednak trzymają się… sorry za ten kolokwializm: kupy.
Zawiodłem się zwłaszcza na najnowszym filmie Jacka Borcucha, którego poprzedni obraz „Wszystko co kocham” rozbudził we mnie spore nadzieje. Tym razem jednak Borcuch – zajmując się  młodymi ludźmi i podchodząc do tego z artystyczną ambicją – cokolwiek „przedobrzył”: to, co pewnie miało być w jego zamyśle metaforą inicjacji w dorosłość, przejściem ze słonecznej i zmysłowej sielanki (podkreślonej jasno-pastelowym hiszpańskim plenerem) w twardy dramat życia (rozgrywający się już w szaro-burości krakowskich scenerii), stało się – zwłaszcza w drugiej, „polskiej”, części – dość niezbornym i trudnym do pojęcia zlepkiem scen, w których dwójka młodych bohaterów próbuje (podobnie jak my) zrozumieć swoje zachowania, zazwyczaj pozostawiając siebie (i nas) w niemej konsternacji i sporym zadziwieniu. Podejrzewam nawet, że wszystkie te niedopowiedzenia i niejasności nie musiały nawet wyniknąć ze scenariuszowych zaniedbań i błędów. Może były zamierzone? (Dwuznacznie zabrzmiało w tym kontekście wyznanie Borcucha, który z wyraźną satysfakcją stwierdził, że jeśli chodzi o jego film, to „nikt nic nie wie”. A satysfakcja brała się najprawdopodobniej stąd, że według niego, niejednoznaczności w „Nieulotnych” wzmagały tylko różnorodność interpretacyjną tego obrazu, a tym samym sam film pogłębiały. No, doprawdy nie wiem.)

Dzieci mają dzieci ("Bejbi blues")

Dzieci mają dzieci („Bejbi blues”)

Z tego, co do mnie docierało, zanim jeszcze sam obejrzałem najnowszy film Katarzyny Rosłaniec, wynikało, że mogę się spodziewać czegoś najgorszego, bo film przez niektórych został wręcz wyszydzony. Moim zdaniem – niezasłużenie. Wprawdzie można było – przy odrobinie uprzedzenia i nieprzychylności – wytknąć mu to i owo, lecz moim zdaniem „BEJBI BLUES” broni się na ekranie swoją kolorową energią, żywymi postaciami i ogólnym estetyczno-dramatycznym zamysłem, choć końcówka filmu psuje nieco to, co było w nim dobrego wcześniej (stąd można odnieść wrażenie, że scenariusz kończony był jakby trochę na kolanie).
Mimo to nietrafione są według mnie zarzuty o niewiarygodność psychologiczno-społeczną tego, co się w „Bejbi blues” dzieje. Bo kto to powiedział, że film – nawet jeśli rozgrywa się w jakimś specyficznym środowisku społecznym – musi przypominać trzymające się ścisłych realiów studium społeczne, na podstawie którego moglibyśmy przeprowadzać jakieś pogłębione jego analizy – poznawać to społeczeństwo i wyciągać wnioski ona temat jego status quo? „Bejbi blues” do pewnego stopnia takim filmem jest (otwiera bowiem pole do dyskusji nad kondycją współczesną „wielkomiejskich” Polaków), ale jest też przede wszystkim artystyczną fikcją, czymś autonomicznym, rządzącym się własną logiką, wypełnionym emocjami i postaciami, dzięki którym chce przykuć naszą uwagę. I muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o mnie, to Katarzynie Rosłaniec to się w dużej mierze udało… choć nie do końca.

Mam jednak problem z najnowszym dokumentem specjalizującego się w tematyce „więziennej” Janusza Mrozowskiego „BAD BOY – CELA DLA NIEBEZPIECZNYCH”. W centrum standardowego podejścia „humanitarnego” leży zwykle imperatyw dostrzeżenia w skazanym przestępcy człowieka (o co przy każdej okazji prezentacji swoich, zajmujących się zwykle więźniami filmów, apeluje sam reżyser) – i trudno jest w zasadzie z takim podejściem dyskutować, bo można być wówczas posądzonym o brak empatii, bezwzględność, nieczułość – o uleganie atawizmowi zemsty i społecznego odwetu na kimś kto łamie reguły zachowania się w grupie. A przecież oczywiste jest to, że każdy – nawet najbardziej odrażający bandyta czy bestialski morderca – pozostaje do końca człowiekiem, wystawiając przy okazji świadectwo temu, do czego może się posunąć przedstawiciel „korony stworzenia”, gatunku Homo sapiens. Bohater dokumentu Mrozowskiego Damian, nie jest żadnym demonicznym potworem – ot drobny, przeciętny, szeregowy bandziaszek, skazany za rozboje i napady z bronią w ręku, z bliżej niewiadomych (nam) powodów osadzony w celi (izolatce) o specjalnym nadzorze (jako więzień „szczególnie niebezpieczny” dla otoczenia).

Między współczuciem a potępieniem ("Bad Boy - cela dla niebezpiecznych")

Więzień to też CZŁOWIEK  („Bad Boy – cela dla niebezpiecznych”)

Mimo całej sympatii dla intencji reżysera, nie mogłem się pozbyć wrażenia, że jednak – jako widzowie – jesteśmy tym empatycznym i uważnym wejrzeniem w ludzką twarz przestępcy niejako „szantażowani” (nie tylko emocjonalnie, ale i moralnie), umieszczani w jakimś psychologicznym klinczu uniemożliwiającego nam jednak pełne spojrzenie i ocenę tej postaci, zwłaszcza w kontekście popełnionych przez niego kryminalnych czynów, które z pewnością były niegodziwością i krzywdzeniem innych ludzi. Mam wrażenie, że od tego się w tym filmie celowo ucieka (podobnie było z dokumentem „Bad Girls. Cela 77”, gdzie również nic nam się nie mówiło o tym, czego dopuściły się więźniarki i co było powodem tego, że trafiły za kraty), przez co staje się on zbyt jednowymiarowy, może nawet zbyt natarczywy w lansowaniu takiego, a nie innego przesłania, kosztem jednak poczucia zwykłej sprawiedliwości i odpowiedzialności za swoje czyny.
Nie wiem, być może się zapętlam w tej interpretacji, bo niby na podstawie tego, co słyszymy i widzimy na ekranie, mamy także wgląd w ową złą stronę osobowości, nomen omen „bad boy’a”, lecz nie mogę się też pozbyć wrażenia, że Damianek przed kamerą „gra” i że jednak nami manipuluje, nawet wtedy, kiedy uderza w bardziej samokrytyczny ton i mówi, że właściwie to on na swoją karę zasłużył i że w ogóle ni zaprzątał sobie głowy tym, że wyrządza innym ludziom krzywdę.
Czy współczucie temu człowiekowi nie wiąże się z koniecznością zapomnienia o jego nikczemnych czynach? Bo psychologia empatii wyklucza przecież odczuwanie w tym samym momencie zarówno współczucia, jak i odrazy wobec kogoś, kto popełnił ewidentne zło. Czy mamy więc zapomnieć o złu – nie tylko po to by wybaczyć, ale i współczuć? To są trudne pytania, których jednak reżyser w swoich filmach nie zadaje – być może nawet unika – i to jest chyba największy mój zarzut wobec podejścia twórcy dokumenów do tej bardzo specyficznej tematyki, której poświęcił on wszystkie swoje ostatnie filmy.
Żeby jednak nie było nieporozumień: podzielam jak najbardziej dobrą wolę Janusza Mrozowskiego, który chce zwrócić uwagę na człowieczeństwo swoich bohaterów (bo jednak są i tacy, którzy im tego człowieczeństwa odmawiają), jak również nie zgadza się z tym, by tych ludzi stygmatyzować i z góry skazywać na ostracyzm społeczeństwa, (zbyt często postrzegającego więźniów jako śmieci i odpady, z których żadnego już pożytku nie będzie). Ponadto jestem mu wdzięczny za to, że zajął się ludźmi „z marginesu”, zwracając naszą uwagę na ich problemy (widzimy np. jakim absurdem jest nazywać „resocjalizacją” coś, co w rzeczywistości jest tylko jeszcze większym izolowaniem człowieka od społeczeństwa), bo i mnie samemu ten temat jest bliski (mogę tu na świadka przywołać swój tekst „Więźniowie”), ale chyba jednak nasze drogi w niektórych momentach nieco się rozchodzą – zwłaszcza w interpretacji odpowiedzialności człowieka wobec własnych czynów oraz niemożności pogodzenia imperatywu ludzkiej wolności z sytuacją, kiedy ta wolność musi być ograniczona.
Cóż, może cały ten wątek krytyczny wynika stąd, że tym razem nie spodobał mi się po prostu sam bohater filmu? W przeciwieństwie do o wiele barwniejszych moim zdaniem „dziewczyn”, które widziałem w przedostatnim dokumencie Mrozowskiego „Bad Girls. Cela 77”? (pisałem o nim swego czasu TUTAJ) Skoro tak, to biję się w piersi: ten lekki zamęt rodzi się tylko w mojej głowie i nie do końca może się wydać właściwie umotywowany i usprawiedliwiony. A jeśli kogoś porwie i zafascynuje „bad boy” Damianek, to jego wygrana – nie chcę nikomu psuć tego odbioru, więc wypada mi tylko usunąć się w cień i przeprosić Janusza za to moje zrzędzenie.

Dramat geja-księdza ("W imię...")

Dramat księdza-geja  („W imię…”)

Na fali tematów skandalizujących, Małgorzata Szumowska zrealizowała swój kolejny film „W IMIĘ…” – rzecz o rozterkach (a właściwie dramacie) księdza homoseksualisty. Zważywszy na stosunek polskiego społeczeństwa do kwestii homoseksualizmu, jak i jego drażliwości w sprawach dotyczących polskiego Kościoła, połączenie tych dwóch wątków w jednym filmie zakrawało po prostu na prowokację. A jednak reżyserce udało się uniknąć zarówno taniej i agresywnej denuncjacji polskiego katolicyzmu, jako prymitywnej kruchty i ksenofobicznego zaścianka, jak i zwulgaryzowanej wersji genderyzmu i nachalnej pro-gejowskiej propagandy, według której zachowania homoseksualistów nie można poddawać żadnej – odnoszącej się do erotyki i ludzkiego zachowania seksualnego – ocenie etycznej. Obraz Szumowskiej jest pod tym względem dość wyważony, co oczywiście nie powstrzymało politycznie zorientowanych środowisk w naszym kraju, by oskarżyć film zarówno o antyklerykalizm i zajadłą wrogość wobec Kościoła, jak i lansowanie „zboczenia”, którym według pewnej części naszego społeczeństwa jest homoseksualizm. Mnie w zasadzie ten spór w kontekście filmu Szumowskiej nie interesuje – nie tylko zresztą dlatego, że nie identyfikuję się tu z żadną stron tych ujadań, ale i dlatego, że w samym filmie nie widzę dostatecznych po temu przesłanek, by kruszyć kopię o rzekome szarganie dobrego imienia polskiego księdza, czy też o krzewienie homoerotycznej pornografii w mainstreamowym kinie.
Podobnie jak w przypadku filmu Wajdy, mnie interesowało przede wszystkim to, jaka jest wartość obrazu Szumowskiej, biorąc pod uwagę kryteria czystej sztuki kina. I muszę napisać, że nie było tak źle, a obawiałem się nieco, że po słabym „Sponsoringu” otrzymamy kolejny, wypichcony z pretensjami kawałek problematycznej obyczajówki.
Nie będę w tym oryginalny, jeśli stwierdzę, że chyba jednak największa w tym zasługa znakomitej kreacji Andrzeja Chyry, który tej swojej arcy-trudnej roli sprostał jednak z nawiązką. Sam aktor powiedział na spotkaniu z publicznością, jakie odbyło się po projekcji filmu, że rola ta była dla niego sporym wyzwaniem – i trudno mu nie wierzyć, bo postać Adama bardzo łatwo mogła zamienić się w karykaturę człowieka zachowującego się zupełnie „nie na miejscu” – nie dość, że nie przypominającego księdza, to i niepodobnego do geja. Największym sukcesem Chyry jest więc to, że mimo niezbyt prawdopodobnych sytuacji, w jakie wpychał go scenariusz, sama wykreowana przecz niego postać, jak i jej zachowanie, były po prostu wiarygodne.
Można kwestionować fortunność niektórych pomysłów Szumowskiej (ot, choćby to szelmowskie spojrzenie Kościukiewicza w ostatniej scenie, jako żywo przypominające zakończenie „Omenu” Richarda Donnera), ale ogólnie film się obronił, przykuwając uwagę widza i nie rażąc sztucznością.
(I jeszcze uwaga na marginesie: na szczęście, tuż przed realizacją „W imię…” poszedł ktoś po rozumu do głowy i zrezygnowano z pomysłu takiego, by z postaci Adama zrobić… pedofila. I choć rzeczywiście stworzenie takiego filmu byłoby niesłychanie ryzykownym i trudnym – a przez to bardzo wyzywającym – zadaniem, to zapewne pogrążyłoby obraz już na starcie, bo jednak przełknięcie homoseksualizmu bohatera jest (mimo wszystko) czymś dużo łatwiejszym, niż byłaby konfrontacja z jego pedofilią.)

* * *

I tak oto coś, co miało być tylko powierzchownym sprawozdaniem z festiwalowych wrażeń, rozrosło się w tekst dość sporych rozmiarów, ale to chyba dobrze świadczy o obejrzanych przeze mnie obrazach, skoro nie dały się one zbyć opisem w paru zdaniach, prowokując do szerszych uwag i refleksji. A przecież nie napisałem o wszystkich tytułach, które znalazły się w programie Festiwalu. Nie byłem nawet w stanie zobaczyć większości filmów. Żałuję zwłaszcza tego, że nie mogłem obejrzeć prezentowanych w ramach Festiwalu dokumentów (z wyjątkiem „Bad Boy’a” Janusza Mrozowskiego), jak również czeskiego tryptyku Agnieszki Holland „Gorejący krzew” – doprawdy pięciogodzinny maraton utkwienia w fotelu był w moim przypadku (niedawna operacja) wykluczony. Cieszę się, że jakoś wysiedziałem na innych projekcjach i że rekonwalescencja nie wyłączyła u mnie zupełnie funkcji w miarę sprawnego (I hope) myślenia i spisania tego w formie wzmianek o filmach, z którymi miałem okazję się zapoznać. A warto było.

.

Wyczarowywanie dawno zaginionego świata (jeden z pięknych. elegijnych kadrów "Papuszy")

Wyczarowywanie dawno zaginionego świata (jeden z pięknych, nostalgicznych kadrów „Papuszy”)

.

Uwaga: klikając w podświetlone tytuły, można obejrzeć zwiastuny omawianych filmów.

Wstęp do powyższego wpisu przeczytać można TUTAJ.

Reklamy

Komentarzy 69 to “OD LIZBONY PRZEZ TABORY PO SYBERIĘ (o filmach XXV Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce: „Papusza”, „Imagine”, „Baczyński”, „Chce się żyć”, „Nieulotne”, „Syberiada polska”, „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, „Dziewczyna z szafy”, „Bejbi Blues”, „Miłość”, „W imię…” i inn.)”

  1. senczyjawa Says:

    zdjęcia w Papuszy były genialne… te dalekie kadry, odbicia w wodzie, jak doskonałe obrazy bez koloru.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, przy czym, mimo piękna owych kadrów, udało się autorom zdjęć uniknąć „ładności” – nawet w przypadku ujęć pejzażowych. Trudno bowiem o jakiejkolwiek „ładności” mówić, kiedy widzieliśmy na ekranie szarość, biedę, obszarpanie i bałagan taborowych (a później: osiedlowych) warunków cygańskiego życia. A mimo to nadal rzucało się w oczy swoiste piękno tych kadrów.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/11/papusza_kadr_fot_krzysztof_ptak_i_wojciech_staron.jpg?w=780
      „Papusza”

      • senczyjawa Says:

        Jak pisałam o Papuszy, właśnie ten kadr miałam w głowie… zmieniające się pory roku… a Ona pod tym drzewem ze swoimi myślami i pieśniami.

        Ostatnio moje serce skradł też inny obraz „Koń turyński”, ale to już inna historia. Pozdrawiam i polecam.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Może właśnie dlatego ten kadr tutaj umieściłem? ;)

          A „Koń turyński” to rzeczywiście inna historia, chociaż… tam też przecież było całe mnóstwo pięknych czarno-białych kadrów.

          Uważam, że film Beli Tara jest pod pewnymi względami arcydziełem – to naprawdę niesamowity obraz, chociaż sam miałem sporo krytycznych uwag wobec… swego rodzaju propagandzie nihilizmu, jakiej można się było w „Koniu trojańskim” doszukać. Pisałem o tym tutaj:

          https://wizjalokalna.wordpress.com/2011/10/12/kon-turynski/

          Pozdrawiam

        • senczyjawa Says:

          Czytałam… to wszystko prawda. Ja nie mam aż takiego daru do opisywania tego, co widzę i czuję. Wiem tylko, że ten film był mi bardzo bliski i trafiał do najodleglejszych zakamarków duszy. Odbieram wszystko bardzo emocjonalnie i intuicyjnie, co czasem bywa dla mnie bardzo męczące. Ale cóż, tak już mam… widocznie jestem na to skazana.

  2. Janusz Mrozowski Says:

    Drogi Staszku, z wielką ciekawością przeczytałem Twoje krytyki filmów ostatniego PFFA, i cieszę się, że w większości przypadków miałem podobne do Twoich odczucia.
    Jeśli chodzi o BAD BOYA, i dwie poprzednie części mojej TRYLOGII WIĘZIENNEJ, to pragnę zaznaczyć tylko, że ja nie „uciekam” od tego co sprowadziło bohaterów moich filmów do wiezienia. Od tego są procesy, które trwają czasami po kilka dni, czy nawet miesięcy. Nie chodzi mi również o wywoływanie współczucia, i dalekie są ode mnie jakiekolwiek intencje „szantażowania” widzów… Jak to trafnie zauważyłeś, zależy mi na pokazaniu CZŁOWIEKA.
    Kręcąc BAD BOYA, miałem wrażenie, że Damian skorzystał z okazji, żeby zafundować sobie taką przyśpieszoną, dwutygodniową psychoanalizę. Widziałem, jak z dnia na dzień, coraz głębiej zanurza się w sobie… Pod koniec, przestał nawet kląć. Być może, on grał. Ale stał się niejako „niewolnikiem” tej swojej gry i obrazu, jaki chciał o sobie stworzyć… i w tym roku zdał maturę z angielskiego i z polskiego celująco !
    Pozdrawiam serdecznie, Janusz

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Drogi Januszu, w takim razie to tylko moja ułomna interpretacja kazała mi doszukiwać się w Twoich filmach intencji, których – wierzę Ci na słowo – tam nie było.
      Widzę teraz, że użyłem np. złego określenia „ucieka”, bo powinno być raczej „unika” albo – to pewnie uzyskałoby Twoja większą aprobatę – „nie zajmuje się” (chodzi o to, że w Twoich filmach nie ma właściwie wiele o tym, co sprowadziło tych ludzi do więzienia – bo, jak sam piszesz, „od tego są sądy”.)).

      Piszesz, że nie chodziło też Ci o współczucie, ale przecież w (ewentualnym) „wywołaniu współczucia” nie byłoby nic złego, bo jednak empatia (zrozumienie, przychylność?) pomaga lepiej dostrzec w przestępcy człowieka – i dobrze mu w końcu życzyć (np. udanej resocjalizacji).

      Lecz tak sobie teraz – wobec tego wszystkiego – myślę: co tak naprawdę znaczy pokazanie CZŁOWIEKA? (bo skoro nie empatia, nie współczucie, nie zrozumienie, nie wybaczenie – to co tak naprawdę powinno się w tym liczyć?).
      Przepraszam za drastyczne, nieadekwatne porównanie, ale przecież my wszyscy wiemy, że CZŁOWIEKIEM był także Hitler, Eihmann, Mengele, Pol Pot czy Stalin.
      Wg mnie bycie „CZŁOWIEKIEM” to głównie funkcja czyjejś relacji z innymi ludźmi (także wtedy kiedy dokonuje się przestępstwa i przez to kogoś krzywdzi). I podczas gdy dziewczyny z Celi 77 były przedstawione w relacjach między sobą (dzięki temu mogliśmy sobie uświadomić kim te kobiety mniej więcej są), to Damian jest właściwie sam i „skazani” jesteśmy (na dobre i na złe, zresztą) na jego monolog. Dlatego trudno mi było uchwycić jego „istotę”, podejrzewałem grę, nie wiedziałem do końca jakim jest NAPRAWDĘ człowiekiem.

      PS. Cieszę się bardzo, że bohater Twojego dokumentu się kształci i odnosi w tym sukcesy.
      Życzę mu jak najlepiej.

      Pozdrawiam Cię serdecznie,
      Staszek

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/12/bad-boy.jpg?w=780
      „Bad Boy” Damian – bohater filmu Janusza Mrozowskiego

      • Janusz Mrozowski Says:

        Staszku, tak do końca, to nie wiem jakim naprawdę CZŁOWIEKIEM jestem ja sam… O Damianie, tak naprawdę wiem tylko, że nie zabił nikogo ani nie zranił. I o tym w filmie uprzedzam widzów, czyli Ty również o tym wiedziałeś. Dlatego też, pomimo Twoich wstępnych przeprosin i innych précautions oratoires, „porównanie” do Hitlera, Eichmanna, Mengele, Pol Pota czy Stalina uważam trochę za nie fair, żeby nie powiedzieć szokujące. Co wcale nie świadczy, że nie widzę w każdym z nich CZŁOWIEKA!
        Janusz

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Januszu, oczywiście, że do końca nikt z nas nie wie kim jest CZŁOWIEK (i jakimi ludźmi sami jesteśmy), dlatego mówienie o tym, że chcemy – w tym co piszemy lub pokazujemy na ekranie – pokazać CZŁOWIEKA, jest trochę takim pobożnym życzeniem, i może nawet trącić (nie obrażaj się, proszę) frazesem.
          Jeszcze raz mogę powtórzyć: to, że prezentowani przez Ciebie bohaterowie są ludźmi, to my wszyscy wiemy. Mnie jednak interesuje to, JAKIMI są ludźmi – a to ich CZŁOWIECZEŃSTWO objawia się tylko w ich relacji z innymi. I niestety, na te relacje składają się także przestępstwa, jakich się oni dopuścili i krzywda jaką tym wyrządzili innym ludziom (przy czym wcale nie musieli nikogo mordować). A tego w Twoich filmach brakuje – przy czym absolutnie nie chodzi mi tu o jakiś następny sąd nad nimi, ani tym bardziej o szukanie odwetu, a po prostu o lepsze tych ludzi poznanie.
          (Ta sprawa wyszła wyraziście w przypadku Damiana, którego poznajemy jedynie poprzez jego monolog, czyli przez to, co sam chce nam powiedzieć. Dla mnie nie jest to zbyt wiarygodna droga, bo jak sam przyznałeś, on jednak grał – o czym świadczy choćby to, że w różnych sytuacjach różnie się zachowywał, używając nawet zupełnie innego języka. Tak więc, po obejrzeniu Twojego filmu, ja nadal nie wiem jakim tak naprawdę CZŁOWIEKIEM jest Damian. Choć odnoszę wrażenie, że nie jest to jakaś porywająca osobowość – jeśli już rozmawiamy szczerze.)

          PS. Wspominając o Hitlerze, Pol Pocie, Stalinie… broń Boże nie chciałem nikogo z nimi zestawiać, tylko wskazać na pewien aspekt „człowieczeństwa”, który związany jest nawet z największym zbrodniarzem. Zabrzmiało to niefortunnie i oczywiście masz rację, uznając, że nie było to fair – sam jednak zastrzegłem, że nie jest to zbyt adekwatny przykład, a na dodatek dość drastyczny. Bardzo przepraszam, jeśli Cię tym uraziłem.

          PS2. I rzeczywiście: uświadomienie sobie (dogłębne) tego, że Hitler, Mengele, Pol Pot… byli LUDŹMI – i że tak, a nie inaczej zamanifestowały się w nich cechy CZŁOWIEKA – może być szokujące (i dla mnie też takie jak najbardziej było).
          Nie muszę chyba dodawać, że ma to niewiele wspólnego z Twoimi filmami – i że mówimy teraz ogólnie o kondycji i naturze CZŁOWIEKA.

        • Miriam Says:

          Przytoczę jeden z przeczytanych właśnie przeze mnie komentarzy, na którymś z forum:

          „Cele dla niebezpiecznych powinny byc przeznaczone tylko i wylacznie dla najbardziej niebezpiecznych sprawcow przestepstw, czyli zabojcow, bezwzglednych bandziorow dokonujacych wymuszenia rozbojnicze przy uzyciu broni czy wielokrotnych gwalcicieli. Ktos kto ma do odbycia 10 lat pozbawienia wolnosci za jakies kradzieze czy napady bez uzycia niebezpiecznego narzedzia nie powinien sie tam w ogole znalezc.
          A propos tych obroncow praw czlowieka, to moze w ogole zlikwidowac system penitencjarny bo jest niegodny XXI w? Tylko co w zamian oni proponuja?”

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Miriam, dokumenty Janusza Mrozowskiego są ważne. Jedną z ich największych wartości jest to, że zwracają uwagę na problemy więziennictwa – a tym samym na problemy ludzi pozbawionych wolności. Chodzi o to, by więźniowie – nawet w tych warunkach, które siłą rzeczy pozbawiają ich pewnych praw – mogli zachować swoją godność; jak również o to, by traktowano ich jak ludzi właśnie – i to zapewne ma na myśli reżyser, kiedy mówi, że w swoich filmach chce pokazać CZŁOWIEKA.

          W tym fragmencie, który przytaczasz, ktoś słusznie zauważył, że „cele dla niebezpiecznych” powinny być przeznaczone dla ciężkich przestępców, zabójców… a Damian kimś takim nie był i właściwie nie wiemy, dlaczego go do tej izolatki wpakowano, i to na tak długo (przecież tam można zwariować – i właśnie film może nam to uświadomić). Ale właściwie to nie wiem dlaczego reżyser nic nam o przyczynach izolacji tego człowieka nie mówi. (Może coś przeoczyłem?)

        • sarna Says:

          Marek Hłasko powiedział, że człowieka można pamiętać tylko poprzez innych ludzi (człowiek z natury jest zwierzęciem społecznym). Nie twierdzę, że jest nieomylny, ale również tak sądzę. Reżyser Pan J. Morozowski tłumaczy, że nie skupił się na tle/otoczce tego co zaprowadziło bohatera filmu za kratki, a szkoda, bo to jest istotne dla zrozumienia człowieczeństwa Damiana (nie widziałam filmu, ale sam problem jest dla mnie istotny).
          Człowiekiem nazywają nas z racji urodzenia, ale człowieczeństwo to coś więcej niż dwie nogi i brak ogona. Pamiętam nasze dysputy o procesie norymberskim i Twoje Staszku święte oburzenie na moją uwagę, że w kontekście „rodziny” jest mi żal tych zbrodniarzy. Teraz pokornie przepraszasz, kajasz się bez próby obrony swoich odczuć. Dlaczego? Bo, reżyser przynależy do Twoich znajomych na facebooku, bo Damian zdał celująco maturę? Wszak to nie kto inny, tylko Ty osobiście pisałeś o dżentelmenach w krawatach i białych rękawiczkach zdolnych do zbrodni.Czy obecnie jesteś gotowy, by zbrodniarzy wojennych pozbawić całej otoczki „zła wojny” i dostrzec w nich człowieczeństwo tylko dlatego, że np. po wojnie pod fałszywym nazwiskiem więcej nikogo nie zamordowali, zdawali celująco egzaminy z angielskiego, albo mordując miliony kochali bezgranicznie własne dzieci i chronili je przed świadomością zła, które panoszyło się wokół?
          Daleka jestem od odbierania szansy skazanym na powrót do społeczeństwa, równie daleka jak od ckliwego ronienia łez nad złoczyńcą z powodu którego ktoś inny je roni – wszak Damian nie trafił za kraty bez winy.

        • sarna Says:

          Przeczytałam po czasie, co napisałam i podtrzymuję to. Mało tego, istotne jest nie tylko to, co było przed, ale i to co po. Bo niby co? Drobny złodziejaszek, zabrał komuś coś na co ten ktoś może zaciągnął drobną pożyczkę, której po kradzieży nie by w stanie spłacić. Odsetki, stres, komornik, w efekcie choroba i brak kasy na leczenie. Złodziejaszek podnosi bunt w więzieniu (autentyczna sytuacja), bo zbyt mała przestrzeń życiowa (przeludnienie w celach), zbyt wielka monotonia gastronomiczna (klopsiki) i grozi skargą na państwo polskie do Strasburga, a nie pozbawiony praw obywatelskich obywatel, jest eksmitowany z mieszkania bo zalega z rachunkami, oddaje ostatnie złocisze za prywatne badania lekarskie na które czeka miesiącami, gdy tym czasem skazany ma prawo do poszanowania jego godności i w ciągu kilku dni ma np. rezonans magnetyczny na koszt płacącego podatki. Dzieci okradzionego przez drobnego złodziejaszka nie maja szans na maturę, bo muszą iść do pracy i spłacać długi rodziców, ale powinny wznieść się ponad własny egoizm i dostrzec w złodziejaszku człowieka. Nie wszystko dotyczy mnie to osobiście, ale przykłady na taki scenariusz mam wokół. Owszem, należy o tym rozmawiać, szukać zrozumienia i wyjścia, ale gdy skazani maja więcej praw niż nie pozbawieni praw obywatele to system jest chory i ja właśnie takim go widzę.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To prawda, znamy się z Januszem osobiście, ale nie chciałem, aby to wpływało na mój odbiór jego filmów i stąd ten wątek krytyczny (a właściwie małe zastrzeżenie) w moim opisie „Bad Boy’a”.
          Nie wiem, gdzie Ty to widzisz, że ja się „kajam” i „pokornie przepraszam” za to. Może w tym, iż przyznałem, że dokumenty Janusza są ważne? (bo przecież takie są). Albo dlatego, że mimo wszystko umożliwiają nam spojrzenie w „ludzką” twarz przestępcy? (bo pozwalają.)

          To prawda, że do końca nie wiem, co tak naprawdę ma na myśli reżyser, mówiąc, że chce nam pokazać CZŁOWIEKA. Próbuję się więc domyślić („chodzi o to, by więźniowie – nawet w tych warunkach, które siłą rzeczy pozbawiają ich pewnych praw – mogli zachować swoją godność; jak również o to, by traktowano ich jak ludzi właśnie”), choć nie mogę się jednocześnie pozbyć pewnych wątpliwości („do końca nikt z nas nie wie kim jest CZŁOWIEK i jakimi ludźmi sami jesteśmy, dlatego mówienie o tym, że chcemy – w tym co piszemy lub pokazujemy na ekranie – pokazać CZŁOWIEKA, jest trochę takim pobożnym życzeniem, i może nawet trącić – nie obrażaj się, proszę – frazesem”). Te komentarze zdradzają po prostu moją rozterkę.

          A Twoje przykłady są jeszcze jednym dowodem na to, jak trudno jest w tym naszym świecie o sprawiedliwość. Nawet wtedy, kiedy chcemy wykazać naszą dobrą wolę.

        • sarna Says:

          Zapewne moja uwaga o pokornym przepraszaniu została podyktowana m.in. Twoimi stwierdzeniami „moja ułomna interpretacja”, „to pewnie uzyskałoby Twoją większą aprobatę” – dziwny sposób usprawiedliwienia się z własnej recenzji przed reżyserem.
          Muszę jednak przyznać, że za pierwszym razem zbyt pobieżnie odrobiłam lekcje i umknęło mi jak wiele wspólnego mamy w postrzeganiu problemu i jego filmowej prezentacji. Mea culpa – przyznaję że jednak troszkę się reżyserowi postawiłeś :)
          Zakładam, że skoro Pan J. Morozowski specjalizuje się w tematyce więziennictwa, to wie o czym mówi, ale (sorry) parsknęło mi się śmiechem nad Jego tłumaczeniem, że Damian nikogo nie zabił, ani nie zranił. I co z tego? Czy to usprawiedliwia tych, którzy znęcają się nad innymi psychicznie? – ponoć ból fizyczny mija szybciej od tego wyciśniętego na psychice. Moim zdaniem takie podejście spłyca podejście do problemu, poniekąd go bagatelizuje. Poza tym sądzę w przeciwieństwie do reżysera (nie wiem czemu się tak do Niego przypięłam), że skoro film traktuje o człowieczeństwie, to od sądów bardziej adekwatne jest sumienie bohatera, więc bez naświetlenia tła trudno jest gdybać. Na film jednak pójdę, żeby zobaczyć o co się tak wykłócam :)
          macham

        • Janusz Mrozowski Says:

          Szanowna Pani, czy zdarza sie Pani rowniez wypowiadac sie na temat zupy, ktorej Pani nawet nie probowala?

    • sarna Says:

      Szanowny Panie
      Uwaga ze wszech miar słuszna, jak Pan zechce zauważyć nawet już nad tym poniekąd sama deliberowałam w komentarzu zaznaczając uczciwie, że filmu nie widziałam. Nie mniej jednak upieram się, że można rozmawiać o tematyce, którą porusza film bez jego obejrzenia, albo odnieść się do słów i stwierdzeń samego reżysera traktujących o tym filmie – i tu jak sądzę miałam że tak buńczucznie powiem prawo się wypowiadać o zupie bez zupy :)
      Kiedyś zdarzyło mi się polować na książkę Bratnego, bo jako jedyna prezentowana na lekcji dostała antyreklamę czym zaskrobiła sobie ciekawość całej klasy :)

      PS To było zaproszenie do obejrzenia czy próba zamknięcia mi ust? ;)
      Miło mi odwzajemnić pozdrowienia.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Sarno, ani „pokornie” nie przepraszałem, ani „dziwnie” nie usprawiedliwiałem się z mojej recenzji. Określenie „ułomna” interpretacja było jednak nie tylko zwrotem grzecznościowym, ani tym bardziej jakimś krygowaniem się, ale i dotykało czegoś głębszego i istotnego: ja naprawdę uważam, że wszystkie nasze interpretacje (mnie tylko sztuki,ale i całego świata) są (w sposób… że tak to nazwę: immanentny) do pewnego stopnia ułomne. To po prostu wynika z niedoskonałości naszych zdolności percepcji.
        No ale dajmy spokój temu filozofowaniu.
        Janusz słusznie zwraca uwagę, że lepiej byłoby dyskutować o tym filmie, po jego obejrzeniu. Z tego co wiem, jest on od dwóch dni dostępny na youtube. Ciekaw jestem Twojej opinii.

      • Janusz Mrozowski Says:

        Szanowna Pani, to bylo zaproszenie do skosztowania zupy. Pozdrawiam, JM

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Sarno, Janusz ma oczywiście na myśli zaproszenie do obejrzenia Jego filmu ;)
          (Jak zapewne zauważyłaś, mój blog nie jest blogiem kulinarnym ;) )

        • sarna Says:

          Ładny pasztet, masz babo placek, a ja sądziłam, że to blog kulinarny skoro nie raz tu już sarna poległa i o niejednej sztuce tu rozprawiamy ;)

        • Sarna Says:

          Już po degustacji zupy i czuję się zdegustowana i nie w sosie ;)
          Co scena to inna refleksja, chyba nawet natłok refleksji i to tak galopujących, że nie sposób ich wszystkich spamiętać.

          Na niekorzyść Damiana zadziałało moje uprzedzenie do jego osoby po przeczytaniu napisu, że brał udział w napadach z bronią na bank. Moja kuzynka po napadzie z bronią jest na rencie chorobowej. Nikt do niej nie strzelił, wystarczyło, że bandzior przystawił jej broń do głowy, przeczołgał po podłodze i powrzeszczał – stres i jego skutki zniszczyły jej zdrowie, przekreśliły marzenia, przeorganizowały życie całej rodziny.
          Biedny Damian, ma tak wiele marzeń, planów, a nawet prawo do godziwego życia i nie rozumie dlaczego musi siedzieć w odosobnieniu miast brylować po świecie. Świruje z bezczynności, martwi go sadło na brzuchu, ale sprzątnięcie celi uwłacza jego godności.

          Przyznaję, że bywały momenty gdy łamałam się słuchając jego wspomnień z dzieciństwa o ojcu i jego oziębłości, ale te jego wulgarne przerywniki, głupkowaty śmiech, prymitywne spożywanie posiłków, szybko studziły dobre emocje.
          Może niesłusznie, ale naprawdę żal to było mi Pana Mrozowskiego, który przez dwa tygodnie znosił to, co ja z wielkim trudem przez kilkadziesiąt minut. Dla mnie Damian to mimo wszystko odrażający typ.
          Może jestem zimną rybą, ale patrząc jak miota się po celi jak zwierzę uwięzione w klatce w zoo, w przeciwieństwie do losu owych zwierząt nie było mi go żal. Nie chciałabym kogoś takiego w swoim sąsiedztwie, nie wierzę w jego resocjalizację. Już miał swoją szansę w Anglii i powtórnie wybrał „łatwe” życie.

          Dla mnie puentą filmu są słowa Damiana o studiach, które nauczą go kłamać.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Myślałem, że Janusz odpowie na to, co napisałaś o swoich wrażeniach z filmu.

          Rozumiem dlaczego to napisałaś. Ja również nic na to nie poradzę, że postać Damiana była dla mnie odpychająca. Nawet wtedy, kiedy mówił o braku kontaktu z ojcem, wydało mi się to jakoś mało szczere, obliczone właśnie na… nie wiem… litość, współczucie, wytłumaczenie się?
          Ale to, że jego matka do tej pory utrzymuje z nim kontakty, martwi się o jego losy, może świadczyć o tym, że jednak dom Damiana nie był takim totalnym piekłem, przed którym uciekł w przestępczość. Wg mnie była to przede wszystkim chęć zdobycia „łatwych” pieniędzy.
          Ja mu naprawdę dobrze życzę, aby on z tego wiezienia wyszedł i rozpoczął normalne życie – ale chyba bardziej zależy mi tutaj na ludziach, którzy się będą z nim stykać.

        • sarna Says:

          Napisałam, że wolałabym nie mieć kogoś takiego pokroju w swoim otoczeniu, ale to nie znaczy, że gdyby był, to bym go szykanowała – nie, to nie ja.

          Jest mi żal matki Damiana. Wspomnienia o wyprasowanych i pieczołowicie układanych koszulach świadczą o jej trosce i miłości. Może gdzieś zrobiła błędy wychowawcze, ale kto ich nie robi? Choć tak bardzo ją zawiódł – trwa przy nim, mimo zapewne wielkiego wstydu przed rodziną i znajomymi, bo przecież Damian nie jest dla niej powodem do dumy.

          Mogę tylko gdybać o intencjach Damiana, ale podejrzewam, że grał by ugrać wyjście z celi dla szczególnie niebezpiecznych i to mu się udało.
          To, co mnie bardzo zastanawia w Damianie, to rozdźwięk między dużym zasobem słów i sposobem rozumowania, a jego prostackim zachowaniem. Niby inteligentny, a jednak prymitywny – a może tak inteligentny, że miał cel by tak się wykreować?

          Pan J. Mrozowski zapewne kurtuazyjnie milczy, bo gdyby powiedział, co sądzi o mojej wypowiedzi to poszłoby mi w pięty ;)
          Mogę zrozumieć, że widzi coś innego niż ja, bo miał bezpośredni kontakt z tym człowiekiem, bo wgryza się w tę tematykę nie od dziś. Wiem również z autopsji, że duże oswojenie się z problemem, o ironio, może również negatywnie wpływać na percepcję postrzegania zjawiska.
          Nie tak dawno temu, owczarek podhalański na swoim blogu poruszył problem syndromu sztokholmskiego – polecam lekturę :)

          http://owczarek.blog.polityka.pl/2013/04/19/syndrom-stokholmski/

        • Simply Says:

          @ Sarna
          W sumie takie se ( owczarek ), treść utopiona w formie.
          ,,wyonacyła” – genialne słowo :D

        • sarna Says:

          Simply, znaczenie fajnych :) słów znajdziesz w słowniczku stanowiącym zakładkę blooga, co umożliwia lepsze zrozumienie treści.
          Nie to miejsce, by rozmawiać o bloogu owczarka, ale moim zdaniem jest jednym z ciekawszych. Pod płaszczykiem humoru i ironii przemyca aktualne bolączki – mądry i bystry obserwator. Ciekawe, że uwierał Cię nadmiar formy nad treścią w przypadku owczarka – w Damianie nic Cię nie raziło?

        • Simply Says:

          @ Sarna
          Tego filmu z Damianem nie widziałem, nie interesuje mnie, znam takich kolesi i sam na jego miejscu też bym tak cwaniacko przyaktorzył, żeby zrobić wrażenie, a może i lepiej. To nie sztuka pograć na pewnych uniwersalnych patentach. Takiego gościa, to trzeba wysłać razem z misjonarzami do Afryki, tam się zresocjalizuje ( albo nie ). Tam, gdzie będzie na świeczniku, to mu ego zacznie bić w dekiel. Jego trzeba sprowadzić do postaci służebnej wobec innych. I to na bardzo długo.

          Góralszczyzna jest przekochana, wszystkie słowa kumam w lot, bom też góral ( z Beskidów, wprawdzie, ale Piemont też się liczy :D ), to słowo pamiętam sprzed lat z ,, Na Skalnym Podhalu” – Jak Baba Diabła Wyłonacyła – tylko mi to zostało fajnie przypomniane.

  3. anka Says:

    Był już kiedyś znakomity film (nie polski) o księdzu geju. Zrobił wtedy furorę. Wzruszający. Ale ten ksiądz nie gustował w młodzianach, ani nie żywił uczuć do osób autystycznych. I przyznał się parafianom do swego gejostwa. Odważny, odpowiedzialny ksiądz. A ten Szumowskiej? Nadaje się do seksuologa. To nie jest film o księdzu geju, ale film o takim seksualizmie księdza, który wymaga pomocy seksuologa. To problem medyczny, a nie artystyczny.

    Teraz niech Szumowska nakręci film o psycholożce lesbijce i singielce, która nie daje rady ze swą seksualnością i samotnością, i zamiast iść do seksuologa, dręczy siebie i widzów uzależnieniem erotycznym od dziewczyny z liceum i od autystycznej panny uczęszczającej do poradni. A zamiast powołania kapłańskiego dręczy ją powołanie zawodowe. Efekt ten sam. Ubijanie piany.

    Brawa natomiast dla aktora i operatora. Szumowska – zręcznie wyczuła modny temat i się podwiesiła. Tamten film, o którym wspominałem na początku, był prosty i jednoznaczny, dlatego znakomity. Szumowska, nie chcąc powielać go, wynajduje oczywiście wieś, zesłanego księdza na prowincję, zakład wychowawczy, osobę autystyczną itp. Jakieś szczególne, skrajne warunki. Czy to nieprawdopodobne – ale nie, prawdopodobne. Ale o ileż trudniej – jak w tamtym (nie naszym) filmie – opowiadać o księdzu w mieście, żyjącym wśród ludzi, skazanym na pokusy, nawet trafiającym do klubu gejowskiego. Żyjącego w normalnym mieście, w normalnej parafii, wśród normalnych ludzi. I przy tym głęboko wierzącego, cierpiącego. Na głębokiej prowincji każdy singiel może zgłupieć, niekoniecznie ksiądz. Każdy singiel na takiej prowincji może odczuwać szczególnie silnie frustracje z powodu potrzeb seksualnych. Nie był wcale u Szumowskiej potrzebny ksiądz. Jeśli chciała dać przypowieść o geju, skazanym na samotność i ciśnienie popędu, mogła pokazać każdego innego: farmer – rolnik, nauczyciel, wychowawca w internacie. Dlaczego ksiądz? Bo modne, bo powiedzą, że odważne? Więc o kim jest ten film, mówiąc z wielkim skrótem – o księdzu przede wszystkim, czy o geju?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ciekawe spojrzenie.
      Warto zwrócić uwagę, co o tej postaci napisał ks. Andrzej Luter: „To poruszające studium nie tyle kapłaństwa, ile człowieczeństwa, które znalazło się w potrzasku, to także studium samotności wśród swoich. Ostatecznie, nikt nie może mu pomóc. Dramat człowieka rozdartego, któremu sytuacja wymyka się spod kontroli.”
      Interesujący jest również komentarz, na który niedawno trafiłem: „Dziwne to wszystko. Przecież homoseksualizm (jako skłonność) nie jest sankcjonowany ani przez prawo świeckie, ani kościelne. Ksiądz ma problem przede wszystkim ze swoją seksualnością, jako taką, która staje się dla niego ważniejsza od powołania. W momencie, gdy akceptuje siebie w roli, że się tak wyrażę, bardziej podmiotu seksualnego, niż księdza, jako mężczyźnie (nie księdzu!) zaczyna mu wadzić homoseksualizm (‚jestem pedałem!’). To problem wtórny (u autorki celowo źle postawiony – przecież ksiądz z babą nie wzbudzi już takiej sensacji) wobec tego, że nie powinien zostać wyświęcony, ponieważ nie radzi sobie z seksualnością (a zatem powołanie było nie wystarczająco mocne).”

      Według mnie jest to oczywiste, że ks. Adam, jest przede wszystkim człowiekiem. Czymś drugorzędnym mimo wszystko, (choć oczywiście bardzo ważnym dla jego poczucia tożsamości) jest jego seksualizm, z którym, jak widać to na filmie, nie może sobie poradzić jako ksiądz.
      Jednakże, skoro decyduje się być księdzem, to pociąga to za sobą pewne zobowiązania – respektowanie pewnego kod moralnego i konduktu zachowania, wymaganego przez kanon bycia księdzem katolickim, któremu jednak powinien się podporządkować. Stąd bierze się ten konflikt, któremu świadczymy na ekranie.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/11/w-imic499.jpg?w=780
      Andrzej Chyra i Mateusz Kościukiewicz w filmie M. Szumowskiej „W imię…”

  4. dragonfly Says:

    Duet Krauze-Kos Krauze uważam za najbardziej spójny i konsekwentny w chwili obecnej w polskim filmie. Po pierwsze nie schodzą poniżej pewnej poprzeczki, po drugie nie ma w ich obrazach bylejakości – w pośpiechu pisanego scenariusza, rzucenia się tematyką w nurt modny acz płytki, nie ma zbędnego filozofowania, a zdjęcia nie są celem samym w sobie (tak bywa u Szumowskiej).
    Nie wszystkie filmy wymienione tu przez ciebie widziałam, ale podpisuje się pod opinia o „Papuszy” właśnie. I „Pokłosiu” też.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Zgadzam się: „Mój Nikifor”, „Plac Zbawiciela” a teraz „Papusza” – wszystkie te filmy zachowują wysoką klasę, są bardzo konsekwentne artystycznie i oryginalne w realizacji. Tempo pracy Krauzów nie jest zbyt pośpieszne (3 filmy na dekadę to nie jest dużo), ale ta uważność przekłada się na jakość. Zachwyty nad „Papuszą” są w pełni zasłużone, choć przecież film nie jest żadną gładką opowieścią i ma dość „porwany” scenariusz (a może to sprawa montażu?) Jednak jako całość robi wielkie wrażenie – to odtworzenie świata Romów (i zdobycie zaufania tych, którzy zdecydowali się wziąć w tym udział) musiało być czymś niesłychanie trudnym – tym większy dla reżyserów „szacun”, jak mówi młodzież.
      A zdjęcia, nawet jeśli wydają się być „celem samym w sobie”, to budują jednak klimat filmu, również scenerię świata, w którym się wszystko rozgrywa.

      Nie wiem, może jestem niezbyt sprawiedliwy w ocenie „Pokłosia”, ale film mnie zawiódł (przy czym ów zawód w zasadzie niewiele ma wspólnego z ideową wymową filmu – która wszakże też wydała mi się trącić… pewnego rodzaju propagandą).

  5. Onibe Says:

    aby kontynuować dyskusję z poprzedniego wpisu muszę obejrzeć przynajmniej kilka z tych filmów. Baczyńskiego i W imię na początek. Ciekaw jestem tych filmów. Także Bejbli blues mnie zaciekawił (paradoksalnie), więc i ku niemu będę zerkał. Zapewne realizacja zamierzeń zajmie mi parę miesięcy, bo jestem koszmarnie opóźniony kinowo… ;-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A „Papusza” Cię nie pociąga? Jeśli nie – to dlaczego?
      Ja ten film bardzo cenię.

      Nie znam Twojego gustu, więc trudno mi przewidzieć, jak byś zareagował na poszczególne filmy.
      Może „Imagine”? Miałem trochę wobec tego filmu zastrzeżeń, ale to jednak ciekawy (przynajmniej formalnie) obraz i dość nietypowy dla polskiego kina (nie tylko dlatego, że jest to w zasadzie międzynarodowa produkcja). Ma swój niepowtarzalny klimat, ładne zdjęcia, dość ciekawy temat…

      Z tego co wiem, wiele z tych filmów już zeszło z ekranów, a nawet jeśli się pojawiają w kinach, to na krótko.
      Cóż, zawsze można spróbować obejrzeć je na DVD, albo po prostu w internecie.

  6. ulotna_wiecznosc Says:

    „I tak oto coś, co miało być tylko powierzchownym sprawozdaniem z festiwalowych wrażeń, rozrosło się w tekst dość sporych rozmiarów.”
    Ja sobie na dwa dni podzieliłam wczoraj była pierwsza część, dzisiaj druga. Cieszę się, bo to ciekawe doświadczenie porównywać swoje wrażenia z obejrzanych filmów z wrażeniami innych.
    Nie wszystkie filmy widziałam, powiedzmy większą połowę.
    Podzielam zachwyt nad kadrami z „Papuszy”. Zauważyłeś ujęcia z góry?
    Będę bronić „Imagine”. Po pierwsze perfekcyjna ścieżka dźwiękowa.
    Gdzieś mi tam z tyłu głowy w trakcie oglądania tego filmu przeleciało „Nie wierz swym oczom szepnął wiatr …” :-))
    Otóż wyczytałam, że reżyser „Zmruż oczy” dedykował swojej córce której chciał pokazać czym jest czas, a „Imagine” żonie.
    Jedna z głównych bohaterek filmu ma na imię Eva.
    „A film jest o tym, jak jedna osoba wpływa na to, jak druga widzi świat i czy widzi go dobrze. Na przykład moja żona jest afirmująco nastawiona do życia, ja wciąż się tego uczę. Jestem bardziej krytyczny, czasami zgorzkniały.”– mówi Andrzej Jakimowski w jednym z wywiadów.
    Myślę ze chodzi też o tworzenie wspólnego świata o te jedyną w swoim rodzaju korelację.
    Poza tym podoba mi się postać Iana. Jest silny a jednocześnie delikatny i subtelny wobec innych.

    Wspominasz o niedawno przebytej operacji. Jak się czujesz?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Cóż, wpis mi wyszedł długi, tym bardziej cieszy mnie, że go przeczytałaś w całości. Jak się okazuje, pisanie go dostarczyło nie tylko przyjemności autorowi, ale i przyczyniło się do powstania czegoś pożytecznego :)

      To dobrze, że bronisz „Imagine”, bo film na to zasługuje. Z tego co wiem, to podobał się on wielu widzom – w tym też leży jego sukces. Poza tym, obraz ten wyróżnia się spośród innych produkcji kina tego roku – klimatem, plastyczną urodą, ilustrująca go muzyką… Mnie jednak czegoś w tym filmie brakowało…
      Nie wiem… bardziej nośnej historii, większego dramatyzmu, większych emocji…? Ale jest to tylko moje – jak zwykle subiektywne – wrażenie, (które, swoją drogą, jest przecież niezależne od nas).

      PS. Operacja się udała: pacjent – jak widać ;) ) – przeżył.
      Oby tego życia było więcej :)
      Dziękuję za pamięć i zainteresowanie moim zdrowiem.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/12/imagine.jpg?w=780
      „Imagine”

  7. Szczere Recenzje 27 Says:

    To co zrobił w „Chce się żyć” Dawid Ogrodnik jest po prostu genialne. Nie mam pojęcia jak zdrowy człowiek może przygotowywać się do takiej roli. Jakiego poświęcenia wymaga opanowanie tych wszystkich skurczów mięśnie i wyginania palców. Nie ma chyba zbyt wielkich pochwał na takie dokonanie, zwłaszcza, że nie tylko z aktorskiego, ale i czysto ludzkiego punktu widzenia Ogrodnik dokonał wielkiej rzeczy. To dzięki niemu wiemy nieco więcej o tak ważnej sprawie jak seksualność osób chorych, czy o ich potrzebach intelektualnych. Nagle dla takich ludzi jak ja, którzy nie mają styczności z upośledzonymi w jakikolwiek sposób fizycznie lub psychicznie, chorzy przestają być kimś nieznanym i strasznym. To ważna sprawa. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że talent Dawida Ogrodnika nie zostanie zmarnowany w jakiś żenujących polskich serialach, jak to już nie raz bywało.

    Więcej o filmie na stronie:
    http://szczere-recenzje.pl/chce-sie-zyc/961/

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, ta kreacja to nie tylko podkurczenie rąk, dłoni i palców, unieruchomienie nóg, grymas na twarzy… etc – cała ta transformacja fizyczna ciała to tylko początek (powierzchownej) kreacji postaci, którą następnie trzeba było wpełnić „duchem”, czyli osobowością bohatera. A Dawid Ogrodnik potrafił (nie tylko swoim ciałem) wyrazić całą gamę emocji i znaczeń (nie zawsze przecież sugerowanych z „offu”). Żałuję, że nie znam jego wystąpienia w filmie „Jesteś Bogiem”, bo podobno tam też wypadł znakomicie – o czym świadczy choćby nagroda za najlepszą rolę drugoplanową na Festiwalu w Gdańsku w ubiegłym roku.
      Bardzo jestem ciekaw jego następnej roli. Czyżby wyrastał nowy talent na miarę… powiedzmy… Dorocińskiego, Zawadzkiej, Chyry, Ostałowskiej, Stuhra, Bohoziewicz, Grochowskiej, Lubosa?

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/12/chce-sic499-c5bcyc5bc-dawid-ogrodnik.jpg?w=780
      Dawid Ogrodnik w „Chce się żyć”.

  8. Roma Says:

    Opinia Łukasza Adamskiego: „Czytając recenzje („Pokłosia”) w amerykańskim mediach trudno nie odnieść wrażenia, że recenzenci kładą szczególny nacisk na stronę ideologiczną filmu Pasikowskiego. Recenzje w „The New York Times” czy w „The Village Voice” skupiają się mocniej na dyskusji jaką film wywołał w Polsce, a nie stricte filmowych aspektach filmu. Recenzenci chętnie więc piszą o tym, że Polsce trudno się rozliczyć z antysemityzmem i przytaczają cierpiętnictwo Macieja Stuhra, który podobno jest atakowany za swoją rolę ( krytycy nie piszą, że szyderstwo z aktora wybuchło po jego kompromitujących wypowiedziach na temat historii Polski). Przy okazji przypominają, że film nawiązuje do „Sąsiadów” Jana Grossa, i pochwalił go sam Andrzej Wajda. Próżno jednak szukać w recenzjach dogłębnej analizy filmu. A ten przecież jest najsłabszym polskim filmem eksportowym ostatnich lat. W porównaniu do pięknej „Idy”, która również dotyka problemu antysemityzmu, film Pasikowskiego wygląda jak dzieło niedojrzałego i niedoświadczonego reżysera filmów klasy B.

    Oceniając film zupełnie obiektywnie nie można przemilczać pełnego dziur scenariusza, nierównego aktorstwa i kiczowatej reżyserii, skądinąd dobrego reżysera, jakim jest Władysław Pasikowski. Porównywanie „Pokłosia” do spójnego narracyjnie i doskonale zagranego „Lektora” jest egzaltacją i przesadą. Niestety amerykańscy krytycy zamiast spojrzeć na dzieło z dystansem, dają się ponieść emocjom związanym z krzywdzącym i nieprawdziwym wizerunkiem Polski, jaki kształtują „historycy” pokroju Grossa. Pisałem w recenzji ”Idy”, że moim marzeniem jest by to subtelny, wyważony i piękny film Pawła Pawlikowskiego był zapamiętany jako polski głos dotyczący ciemniejszych kart z naszej historii. Obawiam się, że histeria krytyków za oceanem zniweczy te marzenia.”

    całość:
    http://wnas.pl/artykuly/3198-poklosie-zachwyca-krytykow-w-usa-raczej-ideologia-w-nim-zawarta

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Hm… tak jak napisałem w notce o filmie powyżej (bo przecież trudno to nazwać recenzją), znużyły mnie już dawno te awantury wokół „Pokłosia”, wychodzące daleko poza samo meritum obrazu i drażniące dawne polskie kompleksy i urazy. Odbierając film starałem się o tym nie pamiętać i podejść do niego… no właśnie, jako do filmu ukazującego pewną historię (Niekoniecznie to naszą polska kanoniczną), od strony jego czysto-kinowej atrakcyjności. I pod tym względem się na „Pokłosiu” zawiodłem – film mnie nie wciągną, pozostawił obojętnym, poraził w końcu swoją niewiarygodnością. I to ostatnie jest chyba największym zarzutem moim wobec dzieła Pasikowskiego.
      Niewykluczone jednak, ze w mojej reakcji było trochę z uprzedzenia, bo jednak jeszcze zanim udało mi się film obejrzeć, miałem pewne, związane z nim, zastrzeżenia, które odezwały się np. w komentarzu pod wpisem na blogu Tamaryszka TUTAJ, który pozwolę sobie teraz w całości przytoczyć:

      Sprawa rozbija się także o to, czy film Pasikowskiego jest odbierany jako kino (no bo to przecież “thriller”, może nawet “kino akcji” robione przez “najbardziej amerykańskiego z polskich reżyserów”), czy jako interpretacja (prezentacja?) polskiej rzeczywistości (zarówno tej przeszłej, jak i teraźniejszej).
      Podkreślanie tego, że to jest tylko kino (i to nie ukazujące sprawy Jedwabnego) ma w sobie coś z asekuracji – jest czymś nieszczerym (może nawet cynicznym). Be jest oczywiste, że nikt tego “Pokłosia” nie odbiera jako tylko li kina (stąd ta cała zawierucha wokół filmu). A skoro tak: to na miejscu jest chyba postulat, by jednak ukazać szerszy kontekst pogromów (a nie tylko senscyjno-makabryczno-prymitywno-motłochowy) i zakwestionować schematyzm i jedno-warstwowość “wizji” Pasikowskiego.

      Filmu jeszcze nie wdziałem, ale bardzo wątpię, że stanie się on jakimś “katharsis” dla polskiego społeczeństwa, że nagle otworzy wszystkim bardziej oczy. Wręcz przeciwnie: wzmocni tylko zacietrzewienie i zaostrzy podziały, jednym słowem: zamąci (zarówno społeczne postrzeganie historii, jak i poczucie własnej tożsamości) i nic dobrego z tego (jak zwykle zresztą) nie wyniknie.

      I trochę niepokoją mnie takie choćby recenzje (z gazety.pl):

      “I jeszcze jedna ważna sprawa, którą Pasikowski przemyca w swoim filmie. Jego historia dzieje się bowiem w prawdziwym “domu złym”, w Polsce jak z najgorszego horroru, w miejscu, w którym każdy jest zły, każdy nienawidzi wszystkich dookoła, ludzie nie tylko nie rozmawiają z obcymi, ale – jak zauważa jeden z braci – nawet ze swoimi krewnymi. Tu nie ma miejsca na pełne poczciwych ludzi rancho, tu w żaden sposób nie chce być jak u pana boga za piecem – tu jednego z braci już na dzień dobry biją i okradają, a potem jest już tylko gorzej, dużo gorzej. Źli są nie tylko sąsiedzi – reprezentowani przez obnoszącego swą nienawistnie zaciętą minę nestora wsi (w tej roli – aktor Teatru Wybrzeże Ryszard Ronczewski), zły jest ksiądz, policjant, a nawet postać symbolizująca przecież zawsze dobro i odwagę, strażak.
      Ta wizja Polski i Polaków jest przerażająca, bardzo odważna i niezwykła w polskim kinie. Sposób, w jaki Pasikowski sprzedaje ją widzowi, bez ostrzeżenia, bez znieczulenia, przyciągając go obietnicą wartkiej akcji i sensacyjnej fabuły, jest iście mistrzowski. W tym sensie “Pokłosie” to film niezwykle ważny i bardzo dobrze, że powstał w takiej właśnie postaci.”

      To tak a propos podejścia “młodych” do tematu.
      Wygląda na to, że wg recenzenta gazety.pl “Pokłosie” to film ważny dlatego, że: “Ta wizja Polski i Polaków jest przerażająca, bardzo odważna i niezwykła w polskim kinie. Sposób, w jaki Pasikowski sprzedaje ją widzowi, bez ostrzeżenia, bez znieczulenia, przyciągając go obietnicą wartkiej akcji i sensacyjnej fabuły jest iście mistrzowski.”
      Czyli nie ważne co, tylko jak? (Podobne było zresztą podejście Sasnalów w ich paszkwilu na polską wieś pt. “Z daleka widok jest piękny”.)

      Koniec cytatu.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/12/poklosie-pasikowski.jpg?w=780
      „Pokłosie”

      • rolka Says:

        Bogusław Linda mówi o tym dlaczego nie chciał zagrać w „Pokłosiu” i wspomina swoją rozmowę z Władysławem Pasikowskim:

        Ja mu powiedziałem tak: Władku, zanim Amerykanie zrobili „Pluton” o tym, że przegrali wojnę w Wietnamie, zrobili pięćset pięćdziesiąt filmów o tym, że byli niezwyciężeni, że wygrywali, byli bohaterscy, natomiast my robimy pierwszy film o naszych relacjach z Żydami i on od razu jest o tym, że ich mordujemy.

        • Simply Says:

          Głupszego tekstu chyba na tym blogu nie było.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Chodzi Ci o moją recenzję filmu Pasikowskiego, komentarz rolki czy wypowiedź Lindy?

        • Simply Says:

          O komentarz rolki w postaci wypowiedzi Lindy.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          A co w tym komentarzu/wypowiedzi głupiego?
          Chodzi o te 550 filmów?

        • Simply Says:

          To, że ta wypowiedż sprowadza się do przytoczenia jednej wierutnej bzdury, która ma być argumentem za kolejną.

          Niestety, nie widziałem ,,Pokłosia” , to i o samym filmie nie podyskutujemy, ale co za pomysł, żeby go określać, jako ,,pierwszy film o stosunkach polsko-żydowskich i od razu o mordowaniu” ? Żeby daleko nie szukać – w ,,Ziemi Obiecanej” mamy kluczowy wątek zajebistej kooperacji polsko-żydowskiej, a Moryc Welt, to najsympatyczniejsza postać w filmie. A co z bardzo wnikliwymi ( i wogóle wybitnymi w kategoriach sztuki filmowej ) obrazami , jak ,, Sanatorium…” Hasa, czy ,,Austeria” Kawalerowicza ? Może bez nacisku na stosunki z Polakami, ale za to z rekonstrukcją nieistniejącego już świata, spojrzenia i mistycyzmu, co może być jeszcze cenniejsze. Jak chodzi o II WŚ, starczy przypomnieć serial ,,Polskie Drogi” ( żadna tam nisza a rzecz, którą cały naród śledził z odcinka na odcinek ), gdzie te relacje były ujęte w świetle bardzo pozytywnym, w obliczu ostatecznego zagrożenia dla obu stron – wiadomo, co groziło w Polsce za pomoc Żydom, bo w takiej np. Francji, gdzie na skutek ,,obywatelskich denuncjacji” deportowano prawie 100 tys. Żydów do obozów zagłady, za ukrywanie nie dostawałeś KS .

          Bolesne jest co innego – nasze filmowe próby demaskatorskiego podejścia do własnych ciemnych kart w tym temacie są w świecie odbierane wyłącznie jako konfirmacja własnego przyrodzonego skurwysyństwa i tyle. Bo przypominanie o naszym heroizmie trafia w próżnię. Taką mamy paskudną prasę. Musiałby Lanzman przyjechać i zrobić kilkudziesięciogodzinny dokument o wszystkich polskich sprawiedliwych wśród narodów i puścić go w świat, wtedy może by zaczęto uświadamiać sobie jak było. Ale jego to tak interesuje, jak zrobienie filmów o szmalcownikach znad Sekwany ( albo o tym, jak w ramach ogólnego liftingu PR-owego zaraz po wojnie gaulle’owskie szwadrony śmierci likwidowały co gorliwszych ).

          Ponarzekałem, ale co zatem? Robić jedno i drugie i nie przejmować się. Tylko niech to będzie dobre kino, bo takie jest nieśmiertelne, czy się komu podoba, czy nie.

          O tych 550 filmach przed ,,Plutonem” o amerykańskich przewagach w Wietnamie powiem tylko tyle, że Boguś się jebnął o 449.

        • Simply Says:

          … a ja o 100 :D
          Miało być 549 ( zemsta Johna Wayne’a zza grobu )

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Oczywiście, że Linda strzelił głupotę (moje pytanie było więc tylko taką małą prowokacją).
          Do wymienionych przez Ciebie filmów, w których pojawiają się Żydzi – i odgrywają tam ważną rolę – można by dodać jeszcze inne, np. „Tragarz puchu” Kijowskiego, „Cud purymowy” Cywińskiej, „Wielki Tydzień” i „Korczak” Wajdy, „Kornblumenblau” Wosiewicza, „Europa, Europa” Holland… etc.
          Tutaj tekst o tzw. kinie żydowskim:
          http://akademiapolskiegofilmu.pl/pl/historia-polskiego-filmu/artykuly/film-zydowski-w-polsce-1930-1939/266

          A jeśli chodzi o filmy amerykańskie o Wietnamie (w tonacji hurra-patriotycznej), to było ich jednak więcej, niż jeden. Chociaż rzeczywiście lwia cześć (i wszystkie najwybitniejsze) ukazywały tę kurewską prawdę o Wietnamie:

          http://www.ranker.com/list/all-vietnam-war-movies-or-list-of-vietnam-war-movies/all-genre-movies-lists

  9. Tess Says:

    „Miłość” to jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat, jaki widziałam w kinie, i chyba pierwszy od dość dawna, gdzie tak uważnie i z ogromną wrażliwością reżyser wziął na warsztat intymne życie dwojga ludzi, których obrączki nie działają jak talizman, nie chronią przed całym złem i gdzie nośne hasło „razem przeciwko światu” przestało działać.

    • Jakub Says:

      Miłość Sławomira Fabickiego jest przykrą klęską, całkowitą pomyłką artystyczną i intelektualną. Po seansie zostaje wyłącznie złość na zmarnowany przez reżysera temat. Zamiast – jak się można było spodziewać – filmu o splocie władzy, seksu, ekonomicznych nierówności i (nie wyłącznie seksualnej) przemocy w świecie polskiej, ciągle niedorobionej klasy średniej, otrzymujemy sentymentalną, łzawą, szalenie konserwatywną apologię małżeństwa. Żeby było jasne, nie jestem z zasady przeciwnikiem nawet najbardziej konserwatywnych apologii małżeństwa na ekranie. Czasem wychodzą z tego filmy wybitne – „Moja noc u Maud” i „Miłość po południu” Erica Rohmera, „Oczy szeroko zamknięte” Kubricka i wiele innych, wymieniać można długo. Jednak gdy konserwatyzm łączy się z źle dopasowanymi filmowymi kliszami, sztampą, reżyserską, aktorską i wizualną bylejakością, filmu nic nie jest już w stanie uratować.
      Jakub M.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Przychylam się do opinii, jaką wyraziła Tess: „Miłość” Fabickiego jest filmem – może nie wybitnym – ale dobrym, może nawet bardzo dobrym. Niezły scenariusz, świetne aktorstwo, ciekawa i zajmująca historia…

      Natomiast zupełnie nie zgadzam się ze zdaniem Jakuba, który pisze, że film ten jest „sentymentalną, łzawą, szalenie konserwatywną apologią małżeństwa”. Moje odczucie i rozumienie tego obrazu jest zdecydowanie inne. Uważam również, że takie określenia jak „źle dopasowana klisza”, „sztampa”, a zwłaszcza „aktorska i wizualna bylejakość” są dla filmu Fabickiego po prostu niesprawiedliwe.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/12/julia_kijowska_marcin_dorocinski-mic582oc59bc487.jpg?w=780
      Julia Kijowska i Marcin Dorociński w „Miłości”

      • ivo Says:

        Ten film nie jest najgorszy, ale pozostawia duuuuży niedosyt, dialogi miejscami mocno drętwawe, problemy z realizmem psychologicznym (czasami się po prostu nie wierzy emocjonalnie w pewne sytuacje), niezbyt świeże inspiracje Kieślowskim, a może i Zanussim. A już sceny w których Mąż przychodzi popatrzeć na prezydenta miasta i stoją na przeciw siebie i ich twarze nic, ale to nic nie wyrażają, potem robi to ofiara gwałtu (identyczna scena) to już majstersztyk dramatu psychologicznego. Nie to, żeby aktorzy grali źle (choć Kijowska nie może się wyzbyć tej nieznośnej maniery z sesji psychoterapeutycznych z Radziwiłowiczem, takiego przerysowanego nieco sztucznego lekceważenia, jak u nastolatki trochę…) , ale po takiej obsadzie i referencjach spodziewałem się czegoś bliższego, bo ja wiem, Róży, a tu: zawód spory, nie to że klapa, ale parę ładnych pięter niżej.

  10. Miriam Says:

    Krzysztof Kamil Baczyński, “Ten czas”

    Miła moja, kochana. taki to mroczny czas.
    Ciemna noc, tak już dawno ciemna noc, a bez gwiazd,
    po której drzew upiory wydarte ziemi – drżą.
    Smutne nieba nad nami jak krzyż złamanych rąk.
    Głowy dudnią po ziemi, noce schodzą do dnia,
    dni do nocy odchodzą, odchodzi czas we snach.

    A serca – tak ich mało, a usta – tyle ich.
    My sami – tacy mali, krok jeszcze – przejdziem w mit.
    My sami – takie chmurki u skrzyżowania dróg,
    gdzie armaty stuleci i krzyż, a na nim Bóg.
    Te sznury, czy z szubienic? długie, na końcu dzwon –
    to chyba dzwon przestrzeni. I taka słabość rąk.
    I ulatuje – słyszę – ta moc jak piasek w szkle
    zegarów starodawnych. Budzimy się we śnie
    bez głosu i bez mocy i słychać, dudni sznur
    okutych maszyn burzy. Niebo krwawe, do róży
    podobne – leży na nas jak pokolenia gór.
    I płynie mrok. Jest cisza. Łamanych czaszek trzask;
    i wiatr zahuczy czasem, i wiek przywali głazem.
    Nie stanie naszych serc. Taki to mroczny czas.

    10 IX 1942

  11. adamowski Says:

    „Baczyński” to niezwykły, cudownie anty-romantyczny dramat. Bardzo odbrązawiające i świeże spojrzenie na legendarnego poetę. Słyszałem jak ktoś się krzywił, że Baczyński w tym filmie nie mówi. Ależ mówi. A raczej mówią jego wiersze, przez cały film. Jeśli się ich nie usłyszy, wszystko traci sens. A brzmią w tym filmie mocno. O wojnie zaś opowiadają wojenne dokumenty. Są przerażające i nie trzeba wkładać w usta bohaterów już nic więcej.
    Milczą Andrzejewski i Iwaszkiewicz? Nie próbują na ekranie uwieść Baczyńskiego? No tak, erekcja Iwaszkiewicza pewnie byłaby dostatecznie intrygująca. Mnie jednak nie przeszkadza, że w tym filmie jej nie zobaczyłem. Bo był to film o czymś zupełnie innym.
    Do kina poszedłem z uczniami. Sala była wypełniona po brzegi licealistami i przez cały film nie słychać było żadnych rozmów, chrupania popcornu ani okrzyków nudy. Podobało się mnie i tym młodym ludziom. Ja wyszedłem z filmu wzruszony. Może nie o to chodzi w dzisiejszym kinie, zdaniem niektórych krytyków, ale mnie to w zupełności wystarczy.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Mogę jeszcze raz powtórzyć: ten film to niezwykły, harmonijny amalgamat słowa, dźwięku i obrazu. A najważniejsze jest to, że słyszymy także samego Baczyńskiego – to mówi do nas jego poezja, w które zwarł on najgłębszą istotę samego siebie i tego, czym dla niego był otaczający go świat, w którym rozedrgana była jego wrażliwość.

    • MiFa Says:

      W „na temat” o filmie Piwowarskiego napisano:

      “Baczyński” trwa tylko 70 minut, ale jest wyrazistą, pełną skoncentrowanej poetyckiej energii wizją życia i twórczości legendarnego żołnierza-poety pokolenia Kolumbów. Film nie jest ani klasycznym dokumentem, ani fabułą, lecz nietypowym widowiskiem łączącym wspomnienia ostatnich żyjących świadków śmierci Baczyńskiego z sekwencjami dokumentalnymi, lekturą wierszy poety oraz fabularyzowanymi epizodami z jego życia.
      Obraz nie wyczerpuje całej historii Baczyńskiego, operuje skrótem, szczegółem, niedomówieniem, przeplatając historyczne wydarzenia i recytowane przez współczesnych slamerów wiersze z ujęciami polskich krajobrazów, tak ważnych w twórczości poety. Podobać może się scenografia, zdjęcia oraz muzyka, ale niestety na ekranie widać, że film realizowano w oparciu o dość skromne środki. Scenom plenerowym, a zwłaszcza batalistycznym, brakuje rozmachu, momentami konieczność “dopowiadania sobie” szczegółów przedstawianych wydarzeń wydaje się zbyt ewidentna.
      Nieco zniechęca także zbyt pomnikowe, jednowymiarowe przedstawienie poety, które nie pozwala widzowi wniknąć w jego psychikę i w pełni zrozumieć jego dylematów. Pomimo oszczędnych środków wyrazu i drobiazgowej wierności faktom (prawie wszystkie słowa padające na ekranie są cytatami z Baczyńskiego lub osób, które go znały), film wywiera jednak duże wrażenie. Wybitna w tym zasługa świetnego Mateusza Kościukiewicza jako Baczyńskiego oraz Katarzyny Zawadzkiej grającej jego żonę, Barbarę.

      Całość recenzji przeczytać można na stronie:
      http://natemat.pl/54065,czy-poezje-da-sie-opowiedziec-jezykiem-kina-recenzja-filmu-baczynski

      Pozdrawiam,
      MiFa

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Osobiście nie odczułem tego, że „brak rozmachu” działa na szkodę filmu. To nie był zresztą obraz, który wymagał „rozmachu”. Zresztą, „rozmach” nie jest żadną gwarancją tego, że film będzie dobry.
        Nie uważam także, że postać Baczyńskiego została przedstawiona „pomnikowo”, czy też jednowymiarowo – a w psychikę poety (a tym samym w jego „dylematy”) jak najbardziej można wniknąć za pomocą jego poezji – a tej w filmie jednak nie brakuje.

        Jak widzę, autor tej recenzji, mimo swoich zastrzeżeń, przyznaje, że film wywarł na nim jednak duże wrażenie. W tym zatem powinien się on dopatrywać tego, że jednak film jest sukcesem.

        https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2013/12/baczyc584ski.jpg?w=780
        „Baczyński”

  12. Simply Says:

    A swoją drogą, mógłbyś wprowadzic rubrykę kulinarną.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No, teraz widzę, że piłeś do „zupy” Mrozowskiego i mojego oświadczenia, że nie czuję w sobie większych kompetencji kulinarnych (więc nadal nie rozumiem, dlaczego namawiasz mnie na tę rubrykę ;) )

      A przy okazji: jeśli chciałbyś się „podpiąć” do jakiegoś wątku rozmowy, to po prostu klikasz w słupku ostatnie słowo „Odpowiedz” – i wtedy wiadomo do kogo/czego się odnosisz – komentarze wtedy są mniej rozstrzelone, trzymają się kupy.
      Ale to oczywiście nie jest obowiązkowe.

  13. Marcus Says:

    Doskonały reportaż o Papuszy:

  14. sarna Says:

    Rzeczywiście, fantastyczny dokument, poruszający i porywający, a Papusza jest pięknym człowiekiem. I przez to co mówi, jak czuje, jak to okazuje, o uśmiechu nie wspominając. Bije z niej niesłychanie pozytywna energia i mądrość. Żal, że takich niezakłamanych osób współcześnie tylko ze świeczką szukać – wszyscy mniej lub więcej pozujemy, udajemy kogoś innego niż jesteśmy.

  15. PANNY, WDOWY I MATKA KRÓLÓW albo o stosunku Polaków do historii, męczeństwa i zaklęć cenzury (rozmowa z Januszem Zaorskim) | WIZJA LOKALNA Says:

    […] kilka następnych (z różnym artystycznym skutkiem), a w ubiegłym roku przywiózł do Chicago “Syberiadę polską” – kolejny film historyczny, nawiązujący do naszej narodowej martyrologii (moim zdaniem […]

  16. JW Says:

    Szef FBI obejrzał sobie „Listę Schindlera”, oscarowe dzieło, powstałe z polską pomocą – i zobaczył, że jak ktoś w czasie Holocaustu ratował Żydów, to tylko Niemiec.
    Polacy w tym czasie bawili się na opisanej przez Miłosza karuzeli.
    Szef FBI obejrzał niemiecki film „Nasze matki, nasi ojcowie” i tam zobaczył, że polscy partyzanci, nawet jak walczyli z Niemcami, to wagony z Żydami zaryglowali i odesłali do polskiego obozu w Auschwitz. Bo antysemityzm wyssali z mlekiem matki.
    Szef FBI obejrzał sobie „Pokłosie”, a tam nie tylko że na polskiej wsi wymordowano Żydów, ale jeszcze chamstwo prześladuje jedynego sprawiedliwego, który chce o tym pamiętać.
    Szef FBI obejrzał polską, oscarową „Idę”, a tam polski chłop, nawet jeśli ukrywał Żydów, to po to, żeby ich potem zarżnąć, zagrabić majątek i nie oddać go do dzisiaj…
    To co miał szef FBI powiedzieć?


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s