THE ARTIST IS PRESENT – krew, pot i łzy Mariny Abramović

hucpa czy charyzma?

.

Patrzenie prosto w oczy - największym wydarzeniem artystycznym XXI wieku? scott.rudd@gmail.com

Patrzenie prosto w oczy – największym wydarzeniem artystycznym XXI wieku?

.

Obejrzałem właśnie film dokumentalny „The Artist is Present” zajmujący się twórczością znanej „performerki” Mariny Abramović (a głównie: jej ekspozycją autorską w nowojorskim Muzeum Sztuki Współczesnej w 2011 roku, gdzie oprócz zaprezentowania swojej retrospektywy, artystka siedziała przez trzy miesiące, po 7 i półgodziny dziennie, patrząc w oczy przypadkowym ludziom), który niestety umknął mi, kiedy gościł na ekranach kin. Pamiętam, że w tamtym czasie przeczytałem ciekawy, dotyczący filmu wpis na jednym z blogów, którego autorka stwierdziła: „…nieważne jakich środków użyła artystka, jakie kierowały nią pobudki. Liczy się efekt (w moim wypadku lawina pytań), jaki wywołała.” A że w tym samym czasie na stronie Wizji opublikowałem serię artykułów dotyczących sztuki współczesnej (m.in. o „cyfrach” Romana Opałki) i temat ten obecny był jeszcze na świeżo w mojej głowie, to zdecydowałem się ów post wtedy skomentować:

„Dla mnie jest ważne to jakich artysta używa środków, i jakie są jego pobudki… Nadal ważny jest dla mnie warsztat artysty, jego wiedza, wrażliwość, biegłość, mistrzowskie opanowanie formy, treści jakie chce nam przekazać, (jego przesłanie), mądrość, intencje… Jeśli tego – jak również dzieła per se – nie będziemy cenić (poważać), jeśli staje się nam to obojętne – to tak, jak byśmy nie cenili samego artysty (który to wszystko sobą reprezentuje, który tym wszystkim jest, który przez to wszystko wyraża swoją sztukę… etc.) Wtedy rzeczywiście najważniejszy staje się pomysł. I nawet nieważne jest to, czy ten pomysł jest banalny, mądry czy głupi – tylko to, jakie reakcje (emocje) w nas wywołał. Tym sposobem, według mnie, sztuka przestaje istnieć – zamienia się w koncept, pewien impuls, psychologiczny gadżet, nowinkę, kuriozum… A my reagujemy jak dzieci (czyli infantylnie), które mają radochę już wtedy, kiedy ktoś zrobi do nich głupią minę, albo kiwnie zabawnie paluszkiem. Tylko czy to będzie świadczyć o naszych genialnych zdolnościach aktorskich? Czy też o potrzebie śmiechu dziecka, które będzie się śmiało z byle czego?

Zdaję sobie sprawę z tego, że można godzinami wpatrywać się np. w akwarium, w wodę, w drzewo, w mur, cegłówkę, w jeden punkt, plamkę albo – dajmy na to – w białe cyferki namalowane (ledwie widocznie) na białym płótnie. I wymyślać sobie Bóg wie co… Bynajmniej nie uważam, że samo w sobie jest to czymś złym (w końcu uznać to można za jeden z rodzajów medytacji), jednak sprawy zaczynają wyglądać nieco inaczej, kiedy taką sytuację rozpatrzymy w kontekście odbioru sztuki. Bo według mnie natrafiamy tu na jeden z zasadniczych problemów związanych z percepcją ‚dzieł’ sztuki współczesnej, którym są: nadinterpretacja, swoista nadbudowa myśli, przydawanie znaczenia czemuś, co znaczenia nie ma (albo ma znaczenie zupełnie inne). I czyni się tak bez względu na to, czym w rzeczywistości dany obiekt (sztuki?) jest, jaką ma treść, czy też wartość artystyczną, (którą i tak ustala się dziś dowolnie i arbitralnie – bo uniwersalne kryteria wartościowania sztuki uleciały wraz z postmodernizmem i przestały praktycznie istnieć). Dla mnie jednak ciągle czymś najważniejszym pozostaje samo dzieło sztuki, a nie to, co wokół niego się nawarstwia. (Czyli w samym dziele sztuki nadal szukam punktu zaczepienia, a nie w ezoteryce tego, co ktoś sobie o nim pomyśli.) Uważam, że weryfikacja znaczeniowa jest możliwa tylko wtedy, jeśli odniesiemy się do dzieła, a nie do jego interpretacji i wartości naddanej. Oczywiście, że o – dajmy na to – czarnej kropce na białym tle można spisać tomy. Ale w tym tumulcie znaczeń i asocjacji sama czarna kropka przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie – równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być, a my nadal podniecalibyśmy się tym, co byśmy sobie o tej kropce pomyśleli. Ale niestety to, by się zachwycać byle czym, lub zgoła niczym, ma już w sztuce współczesnej długą tradycję. Bo jeśli wszystko jest sztuką, to samo pojęcie sztuki przestaje mieć sens. I tym oto sposobem wszyscy znaleźliśmy się (a raczej zagubili) w kropce.” (…)

Teraz widzę, że powyższe słowa były zarówno trafione, jak i chybione. (Chcę jednak zaznaczyć, że jest to sprzeczność pozorna.) Trafione, bo nadal wyrażają moją opinię o pustce i jałowości niektórych przejawów sztuki współczesnej, sprzedającej swój nihilizm jak sens objawiony, będący w rzeczywistości bezsensem; głębię, która tak naprawdę jest płycizną; znaczenie, które każdy wyznacza sam sobie według własnego widzimisię… Chybione, ponieważ w przypadku Mariny Abramović, mamy do czynienia z jej gargantuicznym wręcz EGO (wyrastające, jak każde takie ego, z poczucia własnej znikomości), jak również z jej dominacją nad wszystkim i wszystkimi – już sam tytuł („Artystka obecna”) mówi nam czego się spodziewać: wszechobecności Abramović, która całym swoim performerskim CV mówi „Sztuka to Ja!”.

———————————————————————————————————————————————————————————-

Marina Abramović,

Marina Abramović, „The Lips of Thomas”, 1976

Zastanawiałem się, czy zamieścić tutaj te drastyczne zdjęcia (bo istnieje takie niebezpieczeństwo, że zdominują one znaczeniowo i wizualnie ten wpis, który skupia się w zasadzie na performance Abramović w MOMA w 2011 r.) ale doszedłem do wniosku, że bez nawiązania do twórczości performerki z przeszłości, nie będzie można zrozumieć jej artystycznej osobowości i charakteru tego, co robi ona teraz. Zdjęcia te są dostępne w sieci. Ja znalazłem je tutaj, wraz z opisem, który przytaczam in extenso (wpierw oryginał, następnie moje tłumaczenie). Warto też podać jego tytuł, który dla wielu zabrzmi pejoratywnie, ale zapewne nie dla autora/autorki, który/która najwyraźniej zauroczony jest artystką i jej aktem. Otóż brzmi on: EMPTINESS WILL EAT THE WITCH (PUSTKA ZJE CZAROWNICĘ).

First performed in 1976, The Lips of Thomas heavily references both religion and communism; at its premiere, it similarly transformed the passive audience into actors. Abramović begins this performance with sticky, transubstantiated reverence, consuming more than two pounds of honey and a liter of wine. After whipping herself to numbness, she carves a five-pointed star into her stomach with a razor blade. Abramović then lays on a crucifix fashioned from blocks of ice, with a heater positioned over her stomach. As the star’s bleeding is hastened by warmth, the rest of her body begins to freeze. At the 1976 premiere, the audience was unable to watch for more than half an hour. After 30 minutes, members of the audience retrieved Abramović from the crucifix and carried her off set. The two subsequent performances, in 1983 and 2005 have lasted significantly longer; in 2005, at the Guggenheim, the performance lasted for a full seven hours. I love this lady. (Przedstawione po raz pierwszy w 1076 roku, „Wargi Tomasza” mocno odwołują się zarówno do komunizmu, jak i religii; w czasie swojej premiery podobnie przetransformowały bierną publiczność w aktorów. Abramović rozpoczęła ten performance z lepką, transsubstancjalną nabożnością, konsumując ponad dwa funty miodu oraz litr wina. Po zbiczowaniu się do momentu bezczucia, żyletką wycięła na swoim brzuchu pięcioramienną gwiazdę. Następnie Abramović położyła się na krzyżu zrobionym z lodowych brył, z ogrzewaczem umieszczonym ponad jej brzuchem. Podczas gdy krwawienie gwiazdy wzmagało się wskutek ciepła, reszta jej ciała zaczęła marznąć. W czasie premiery w 10976 roku publiczność nie mogła patrzeć na to dłużej, jak pół godziny. Po 3o minutach członkowie publiczności zdjęli Abramović z krzyża i wynieśli poza instalację. Dwa następne przedstawienia, w 1983 i 2005 r. trwały znacznie dłużej; w 205 roku w muzeum Guggenheima, przestawienie trwało pełne siedem godzin. Kocham tę panią.)

* * *

Rzeczywiście, w sposób oczywisty mamy tu odwołanie się do komunizmu i religii (Abramović wycina na swoim brzuchu gwiazdę Dawida, która, krwawiąc, upodabnia się do czerwonej gwiazdy komunistycznej); nawiązanie do chrześcijańskiej przemiany (transsubstancji) wina w krew, do krwawej ofiary i sakralnego męczeństwa. Jest tutaj kilka elementów charakterystycznych dla „twórczości” (ujmuję to słowo w cudzysłowie bynajmniej nie z powodu pogardy dla samej Abramović, ale dlatego, iż nie jestem pewien, czy uznać to co ona robi za twórczość artystyczną). Są to: masochistyczna (i narcystyczna zarazem) chęć (jest w tym nawet jakaś desperacja) zwrócenia na siebie uwagi (myślę, że źródło tego leży w dzieciństwie Mariny, która sama mówi, że była dzieckiem osamotnionym i niekochanym przez swoich, mocno zaangażowanych w komunizm, rodziców); dalej: szokowanie publiczności krwią, brutalizmem; drastyczne samoudręczanie i samookaleczanie; badanie limitu ludzkiej wytrzymałości; łamanie tabu, odwoływanie się w tym wszystkim do seksu, religii (elementy gore, bluźnierstwa, pornografii…); transgresja, teatralność, prostota i pierwotność (by nie napisać: prymitywizm i dzikość).

———————————————————————————————————————————————————————————–

Jest jeszcze kilka innych paradoksów, z którymi skonfrontowało mnie zetknięcie się z filmem „Marina Abramović: The Artist is Present”. Otóż, kiedy po jego zakończeniu Netflix spytał się mnie o ocenę, dałem temu filmowi cztery gwiazdki (na pięć możliwych), gdyż – abstrahując od tego, że wydał mi się on być dokumentem sprawnie zrealizowanym – rzeczywiście byłem nim poruszony (byłoby to nieuczciwe, gdybym się do tego nie przyznał). Na domiar złego uświadomiłem sobie, że ta kobieta mi zaimponowała (z pewnością jest to skutek tego, co zobaczyłem w tym filmie – który przecież, siłą rzeczy, jest selektywny, jeśli nie stronniczy – a nie rzeczywistej znajomości jej osoby, bo przecież Mariny osobiście nigdy w życiu nie spotkałem). Przede wszystkim byłem pod wrażeniem (tak mi się wydawało) jej siły charakteru, wytrzymałości, wyrazistości… Kiedy podzieliłem się tym z żoną (informując ją także o tym, na czym polegał performance Abramović w MOMie), spotkałem się z ripostą: „ty, taki inteligentny człowiek (sorry, ale naprawdę tak powiedziała – przyp stb), i dałeś się na to nabrać? Wytrzymałość? Przecież pracownicy, ci stójkowi w salach muzealnych tyle samo czasu spędzają, nic w zasadzie nie robiąc – i nie mają za to płacone tyle, co Abramović za swoje siedzenie na krześle. A bezdomni, którzy pod tym muzeum tkwią w tej samej pozycji, na bruku, przez 24 godziny na dobę, czasami przez parę lat? To ma być jej poświęcenie? Dla sztuki, czy dla sławy i pieniędzy? Zastanów się dobrze.”

No cóż, zastanowiłbym się nad tym wszystkim także i bez napomnienia mojej żony, ale nie mogę przecenić jej zdroworozsądkowej postawy, która jednak dość szybko mnie orzeźwiła i sprowadziła na ziemię.

W pierwszej kolejności zastanowiłem się nad tym, dlaczego ten film mnie poruszył – a momentami nawet wzruszył. Otóż wzruszył mnie dlatego, że – mimo sztucznej pompy i spędowego entourage’u całego tego wydarzenia – reakcje ludzkie w zetknięciu się w obecnością (wzrokiem) Mariny Abramović (tym, co najczęściej nam pokazano, były łzy) – wydały mi się autentyczne (a dość często, kiedy widzę ludzkie łzy, to sam nieco się rozklejam). Ponadto uświadomiłem sobie to, jacy ci ludzie muszą być zgłodniali kontaktu z drugim człowiekiem – a przy tym: jacy muszą być w głębi samotni i cierpiący – skoro czekają po kilkanaście godzin w kolejce (niektórzy koczowali przed wejściem do MOMA całą noc), by spojrzeć w oczy obcej kobiecie i się przy niej (a także w obecności całego tłumu) rozpłakać. Dodatkowo, poruszyło mnie również to, jak łatwo można ludźmi manipulować, czy też – wyrażając się bardziej elegancko – na ludzi wpływać, wykorzystując ich odwieczną potrzebę relacji z drugim człowiekiem – wliczając w to potrzebę kultu i adoracji („odkąd człowiek przestał wierzyć w Boga, gotów jest wierzyć w byle co”), łatwość podporządkowania się guru i kapłanowi, łaknienie doświadczenia kolektywnego, a przy tym pokazania się samemu – odciśnięcia na innych swojej obecności. Dochodzi do tego coś w rodzaju stadnego instynktu, psychologia prowadzonego na pasku tłumu – stąd mało wybredne epitety o baranach i osłach. Wreszcie głupota: niby wszyscy są złaknieni kontaktu i wzroku drugiego człowieka, ale kiedy mogą ten głód zaspokoić – np. w metrze, w parku czy w jakimkolwiek innym miejscu publicznym, to wtedy ślepią w te swoje „ajfony”, świata rzeczywistego poza wirtualnym nie widząc.

Pisząc o autentyzmie ludzkich reakcji podczas spotkania z Abramović, miałem oczywiście na myśli tę publiczność zaangażowaną, na której skupiała się uwaga twórców filmu. Bo zapewne było też sporo takich, którzy patrzyli na ten spektakl (jak również na inne instalacje i performance tego wydarzenia autorskiego Abramović, którym MOMA poświęciła kilka pięter) niewiele z tego rozumiejąc i nadrabiając miną snoba. Przypomniała mi się jedna z moich ostatnich wizyt w tym przybytku sztuki współczesnej na Manhattanie i to, co wówczas naskrobałem w swoim kajecie, odpoczywając w Parku Centralnym: W MOMie zastałem niemożliwe do wyobrażenia tłumy, które zmuszone były udawać, że podziwiają w tych warunkach dzieła sztuki współczesnej, która wszak łatwa w odbiorze nie jest. Przyglądając się tej snującej się po wystawowych salach ciżbie, w pewnym momencie uderzyło we mnie poczucie… absurdu: większość tych ludzi, tak naprawdę, zgromadzonymi tam obrazami, rzeźbami i instalacjami nie była zainteresowana: równie obojętnie przechodzili obok pięknego aktu namalowanego przez Modiglianiego, co obok zupełnie nieczytelnych kleksów Motherwella. (A jeśli już przystawali przed jakimś obrazem, to taksowali go niewiele rozumiejącym wzrokiem, jakby zdziwieni, ale przysłaniając to miną znawcy, człowieka myślącego.) Tłoczna ta procesja przypominała mi jakiś rytuał – haracz spłacany nawykowi turystycznej (ewentualnie snobistycznej) konsumpcji – w miejscu, które ciszy się famą jednej z największej atrakcji Nowego Jorku.”

Lecz wróćmy do Mariny i jej wytrzymałościowego posiedzenia. Uderzyło mnie jeszcze kilka innych rzeczy. Na przykład ścisła kontrola całego tego eventu: przestrzeń wokół Abramović była ściśle wyznaczona, między Marina a publicznością, na straży porządku, stało z siedmiu „goryli” – regulamin „audiencji” musiał być ściśle przestrzegany. Kiedy ktoś, siedząc już na krześle, wyciągnął zwykłą ramkę i chciał przez nią patrzeć na Marinę – został bezceremonialnie usunięty. Dziewczyna, która zdjęła sukienkę i chciała nago patrzeć na Marinę, nawet nie zdążyła usiąść na krześle, a już została otoczona przez kilku ochroniarzy i (zaskoczona, ze zdziwionymi oczami) odstawiona na bok. Czy to nie dziwne, że te w sumie niewinne, małe happeningi publiczności, zostały obcesowo uziemione przez organizatorów propagujących (ponoć) swobodę indywidualnej ekspresji, której Abramović wydawała się być apostołką? Gdzie tu miejsce na spontaniczność? Mając to na uwadze można nabrać podejrzenia, że nawet te łzy były wykalkulowane.

I jeszcze jedna sprawa: komercja. W filmie widzimy młodą Marinę, jak czyta swój „artystyczny manifest”. Jest tam też punkt mówiący o tym, że artysta nie może się zaprzedać komercji. Tymczasem wszyscy czołowi artyści reprezentujący sztukę współczesną są częścią wielkiej machiny komercyjnej (w przeciwnym razie nie mogliby zaistnieć). Wystarczy przyjrzeć się sposobowi w jaki funkcjonuje runek sztuki – działaniu Saatchie Gallery albo „taśmowej” produkcji „dzieł sztuki” przez fabrykę Hirsta… (to mało chwalebna spuścizna po „największym biznesmenie wśród artystów” i „największym artystą wśród biznesmenów”, Andym Warholu). MOMA to też już jest komercyjny gigant – trudno więc, żeby wydarzenie „The Artist is Present” nie było także komercją (sprzedawano np. limitowaną ilość fotografii firmowanych przez Abramović w cenie 3 – 5 tys. dolarów, które niedługo później osiągały cenę 25 – 30 tys. dolarów za sztukę). Mnie to wszystko przypomina coś w rodzaju sekty, klubu towarzyskiego, układu, który sam sobie wyznacza standardy, sam kreuje popyt i ceny, sam wyznacza wartości (dzięki czemu wszystko – zarówno tzw. wartość artystyczna jak i komercyjna „dzieła sztuki” wraz z jego znaczeniem – jest umowne, dla outsiderów często niezrozumiałe). A przy tym, wydarzenia tego typu, co „The Artist Is Present”, nie są wcale jakimś niszowym, marginalnym wybrykiem sprokurowanym przez garstkę maniaków i dziwaków: w spotkaniu z Abramović wzięło udział ponad 750 000 ludzi.

W to wszystko wikła się więc publiczność, widza… Wykorzystuje jego łatwowierność, naiwność, potrzebę kultu, celebracji – głód przeżycia czegoś wyjątkowego, chęć bycia wyróżnionym… Lecz, mimo to, nie rozpatrywałbym tego w kategoriach oszustwa – bo wydaje mi się, że nie jest to głównym motywem, ani celem organizatorów, twórców, producentów – tych, którzy życie artystyczne dzisiaj animują. Gdzieś tam też jest autentyzm, jakaś prawda o sztuce i człowieku. Moim zdaniem, wydarzenie w MOMA, jakim się tu zająłem, więcej mówi o ludziach, którzy wzięli w nim (w sposób zaangażowany) udział, niż o samej artystce i organizatorach. W tym już jest pewna wartość. A to, co mówi, nie jest jednak wesołe – i bynajmniej nie chodzi tu tylko o ludzkie łzy ronione przed „kapłanką” Abramović.

.

(Marina Abramović,

Takie tam skojarzenie (Marina Abramović, „Back to Simplicity”)

.

Reklamy

Komentarze 22 to “THE ARTIST IS PRESENT – krew, pot i łzy Mariny Abramović”

  1. Tochybaomnie Says:

    Ja do Mariny odczuwam skrajne emocje i sama nie wiem, jak traktować jej formę wyrazu. Na pewno chciała coś przekazać i wydaje mi się, że jej się to udało. Współcześni ludzie rzedko patrzą sobie w oczy, nie potrafią się otworzyć przed drugim człowiekiem, a nie od dzis przecież mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy.

    W każdym razie ani nie potępiam, ani nie jestem wielką entuzjastką Abramovic.
    Jej performersy na pewno jednak skłaniają do myślenia.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Myślę, że twórczość Mariny bardziej cechuje skłonność do prowokacji, niż chęć przekazania czegoś innym.
      Z tym, że dawniej prowokacja ta bardziej była związana z drastycznością i szokowaniem, zaś teraz skłania się bardziej do refleksyjności – czyli prowokuje do myślenia.
      Ale zawsze pełno w tym wszystkim emocji – zarówno jeśli chodzi o emocje artystki, jak i tych, którzy stykają się z jej działalnością (sztuką, twórczością).

  2. itsme Says:

    There aren’t many artists who are actually prepared to die for their trade. Marina Abramovich is one of them. She has been stripped, burnt and stabbed in the name of art, and at one performance even invited audience members to point a loaded gun at her head. One of only two artists to make it onto Time Magazine’s list of the 100 most influential people in the world.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To prawda: Marina nigdy się nie oszczędzała. Na tym m.in. opierała się jej szczerość – ona wydawała się niczego nie udawać. W tym sensie jej twórczość to nie jest jednak „fake”, jak to ma miejsce w przypadku wielu innych twórców sztuki współczesnej.

      PS. Ładnie w tym wywiadzie Marina wygląda – świetnie się trzyma jak na blisko 70-letnią kobietę :)

  3. HUCPA & CHARYZMA Says:

    HUCPA CZY CHARYZMA ?

  4. Onibe Says:

    odbiorca ma prawo powiedzieć, że sztuka się skończyła sto czy dwieście lat temu (lub dziesięć, pięćdziesiąt – tu można wstawić dowolne daty). Artysta jednak musi jakoś kombinować. Właściwie utożsamiam się z Twoimi słowami, choć chyba z pewnymi zastrzeżeniami. Artystą nie jestem, lecz w dawnych czasach pasjonowała mnie fotografia i jak na nie-artystę poświęcałem się jej dość intensywnie. Kiedyś zauwazyłem u siebie potrzebę ciągłej ewolucji a nawet rewolucji. Zdjęcia, które rok wcześniej uznawałem za nieudane, kiczowate, przegadane lub w inny sposób nonsensowne, nagle wydały mi się nie dość ekstremalne. Obcowanie własnym umysłem – w sensie twórczym – ze sztuką wzmaga w człowieku pragnienie pójścia dalej, przekroczenia granic. Dla obserwatora może to być po prostu sztuka dla sztuki. Inna sprawa, że dziwna sztuka – patrzenie sobie w oczy – zaprezentowana w formie np. piętnastosekundowego spotu gdzieś na końcu wiadomości musi być odebrana jako ściema. Kontekst musi być, a na wyrobienie kontekstu trzeba czasu.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Zauważyłem, że od jakiegoś czasu (XIX wiek?) zbyt wiele poświęca się w dyskusjach energii na spory czym jest sztuka, kim jest artysta, co to jest dzieło sztuki. Często sprowadza się to do sporu czysto językowego (definicji) – a przecież, w gruncie rzeczy, nie powinno to być takie ważne. Ważne jest meritum – sens. Także swoista uczciwość artystyczna. Moim zdaniem, jeśli ktoś idzie na skróty, to przestaje być artystą.
      Niekoniecznie ekstremalność jest wyznacznikiem artyzmu – a zwykle nie jest. Stąd np. moja rezerwa wobec ekscesowi, szokowaniu, prowokacji – „rewolucyjnej” demolce wszystkiego, co było do tej pory. Bo według mnie więcej w tym destrukcji niż kreacji.

      • Onibe Says:

        w mojej opinii skróty też dyskwalifikują twórcę, bo czynią z niego oszusta.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Oszustwo to mocne słowo. Czasem jest to po prostu tzw. „pójście na łatwiznę”.

          Zresztą: ludzie lubią być jednak oszukiwani – bo wtedy wydaje im się, że mają to, czego chcą, widzą to, co chcą widzieć. No i sami mogą iść wtedy na łatwiznę. Ale to jest leniwe i powierzchowne podejście do sztuki.

        • Onibe Says:

          w końcu kultura to też produkt, który kupujemy dla image’u, nie „smaku”

        • not_human Says:

          Oszukiwanie wszystkich i wszystkiego jest jedną z wielu negatywnych cech tego wszechświata. Bo wszyscy zostali oszukani, od bakterii poprzez dinozaury, a na ludziach skończywszy… Kłamstwa nie stworzyli ludzie, tak samo matematyki, logiki, nauki itd. – to wszystko istniało od dawna. Człowiek to tylko odkrywa, to co już tu jest i wykorzystuje lub nie.

          Kłamstwo istnieje po to by odwrócić uwagę wszelkich żywych istot od prawdziwego układu sił we wszechświecie oraz ich losu, niech sobie myślą, że Bóg steruje światem, albo, że ludzie sterują swoim mózgiem – jakie to ma znaczenie w co wierzą skoro to na ich niekorzyść…

          Gdyby tak było wyłączaliby ból na zawołanie, a szczęście nie byłoby potrzebne bo szczytowaliby na zawołanie. Ale tak nigdy nie będzie bo mózg nie da się oszukać (sterować) świadomości pozostawiając świadomości najmniej ważne funkcje.

  5. Tess Says:

    HISTORIA PEWNEJ MIŁOŚCI:

    I W WERSJI BARDZIEJ SENTYMENTALNEJ, UMUZYCZNIONEJ:

  6. Rataj Says:

    Masochizm i ekshibicjonizm to fetysz, nie sztuka.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ale w sztuce bardzo często mamy do czynienia z fetyszyzacją.

      Zresztą, najprawdopodobniej, na samym początku sztuki był fetysz (innymi słowy: to właśnie ludzkie zapotrzebowanie na fetysz było pierwotnym źródłem sztuki).

  7. Roma Says:

    Moim zdaniem warto tu przytoczyć ciekawe pytania jakie w związku z wystąpieniem Abramović zadała w swoim wpisie latająca pyza. Jak sama pisze są to jednocześnie pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki.

    Pytanie pierwsze. Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

    Pytanie drugie. A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się…

    Pytanie trzecie. Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance’u wskazuje jego główny temat – artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy – obrazów, filmów, instalacji… Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie wiem czy istnieją jednoznaczne odpowiedzi na te pytania, jednak można się pokusić o pewną próbę – przynajmniej odpowiedzi cząstkowych.

      1. Może dlatego boimy się szczerości (za jej synonim można uznać spojrzenie prosto w oczy) bo żyjemy w swoistej bańce pozorów i często spojrzenie kogoś obcego uważamy za inwazję w naszą prywatność, poza tym nie wiemy czego się po takiej osobie spodziewać. Ale przecież tę potrzebę kontaktu (w tym i tego wzrokowego) można zaspokajać w gronie naszych przyjaciół, rodziny, bliskich – wśród tych, których kochamy. Dlaczego tak się nie dzieje i wybieramy sztuczną sytuację (taka jak ta z Abramović)? Czy nie dlatego, że jesteśmy – albo czujemy się – samotni? Często – samotni w tłumie? I samotność tę próbujemy zabić w przestrzeni wirtualnej – prowadząc blogi, strony na Facebooku, udzielając się na różnych forach… etc.
      Nie wydaje mi się że Abramović siedziała w MOMie i patrzyła w oczy ludziom bezinteresownie. Ale ważne było to, że odbywało się to w sytuacji jakby „rozbrojonej” – ludzie kontaktujący się wzrokowo z artystką czuli, że przebywają w strefie bezpiecznej, a na dodatek wśród ludzi im podobnych, co zapewniało im coś w rodzaju poczucia wspólnoty. Czuli się też w ten sposób wyróżnieni – stawali się ważni.

      2. Nie, gdyby to był ktoś inny, niż uznana artystka Abramović – i w innej sytuacji (nie w tej sztucznie wykreowanej ale kultowo namaszczonej, w MOMie) – to moim zdaniem nic by z tego nie wyszło. Mamy tu do czynienia z wyraźną idolatrią – Abramović to z jednej strony kapłanka, a z drugiej strony postać kultowa, „celebrytka”, jak byśmy to niezbyt elegancko mogli nazwać. To tworzyło pewne napięcie związane z wyzwoleniem się – często silnych – emocji.

      3. Performance Abramović to ani dno ani Olimp – ot, dość banalny pomysł (okazał się mimo to kontrowesryjny) znalazł swoje urzeczywistnienie w jednej z najważniejszych „świątyń” sztuki współczesnej, odnosząc (choćby tylko frekwencyjny) sukces, dzięki czemu zapisze się z pewnością w historii tejże sztuki.

  8. anette Says:

    Ja się zastanawiam, jak to jest, że wielkich twórców, którzy tworzyli sztukę, utalentowanych
    malarzy na przykład, nazywa się artystami i Marinę tak samo. To jest w pewnym sensie obraza
    dla prawdziwych artystów.
    Naprawdę takie rzeczy jak Marina mógłby wymyślić każdy człowiek, nie jest to nic wyjątkowego,
    nic, do czego potrzebny jest talent i moim zdaniem to w ogóle nie powinno być nazywane
    sztuką, a Marina artystką.

    Bo tak naprawdę czym jest sztuka? Czy sztuka to nie jest coś pięknego, wyjątkowego, coś, do
    czego trzeba mieć talent, być ponadprzeciętnym i robić rzeczy, które „zwykły” człowiek nie
    potrafiłby zrobić? Sztuką jest Mona Lisa Leonadra da Vinci, a nie siedzenie na krześle. Dokąd
    zmierza ten świat? W dzisiejszych czasach sztukę może tworzyć każdy i nazywać siebie artystą.
    Dla mnie sztuka to coś, czym mogę się zachwycić i pomyśleć, że ja nie potrafiłabym tego
    zrobić, bo nie jestem utalentowana w dziedzinie malarstwa, rzeźbiarstwa itp. A siedzieć na
    krześle i patrzeć ludziom w oczy potrafiłabym. Dlaczego więc nikt nie nazywa mnie artystką?
    Czy jeśli narysuję kropkę na białym płótnie i powiem, że to odzwierciedla sytuację człowieka
    we wszechświecie, a moje nazwisko stanie się znane, będę miała prawo do bycia artystką?
    Czy to będzie sztuka?

    Nie rozumiem fenomenu tej kobiety. Wycinanie sobie pentagramu na brzuchu w imię „sztuki”?
    Naprawdę są ludzie, którzy widzą w tym artyzm, a nie problemy psychiczne Mariny?

    Dlaczego Marina Abramović nazywa jest artystką i Zdzisław Beksiński tak samo? To jest
    niesprawiedliwe. Nazywajmy ją performerką, a nie artystką, a jej występy to performance, a nie
    sztuka.

    Sztuka nowoczesna to jest jakaś pomyłka, która została stworzona prawdopodobnie jedynie do
    zarabiania pieniędzy. Nie rozumiem ludzi, którzy naprawdę widzą w tym jakikolwiek sens. Na
    przykład sztuka konceptualna, czyli „dzieła”, które nigdy nie powstały fizycznie, a jedynie w
    głowie „artysty”. I takim oto sposobem powstało muzeum sztuki konceptualnej, w którym nic
    nie ma. Jest kustosz i gołe ściany. Naprawdę ludzie tam przyjeżdżają? I podziwiają „sztukę”?

    W jakim ja świecie żyję? Dlaczego sztuką nazywa się psa z balonów, siedzenia na krześle,
    jakieś bazgroły na płótnie, dmuchanego delfina albo pisuar?

    Mam wrażenie, że ludzie zachwycający się tą sztuką to osoby, które nigdy prawdziwej sztuki nie
    widzieli.

    • Dawid Says:

      Nie jestem wprawdzie zwolennikiem „sztuki dla sztuki”, jednak nie zgodzę się z Tobą, przynajmniej w części. „Czy sztuka to nie jest coś pięknego, wyjątkowego, coś, do czego trzeba mieć talent[…]” . I tak i nie. Kwestia wrażliwości odbiorcy. Na pewną część ludzi działa Mona Lisa, dzieła impresjonistów czy rzeźby Donatella, na innych obsceniczny Mapplethorpe, krzykliwy Dali czy tzw. performance art. Mnie osobiście (jako odbiorcę – nie „znawcę” sztuki) śliczne obrazki z łąkami, motylkami i damami w koliach nie ruszają, od sztuki wymagam czegoś więcej, chce, żeby mnie poruszała, dawała do myślenia, budziła we mnie sprzeczne emocje nierzadko negatywne. Ładny obrazek, śliczne zdjęcie czy infantylną instalację z kwiatków, motylków i listków potrafi wykonać – właśnie -każde dziecko a ilu mamy artystów, którzy powalają nas kolana?
      Mam spory dystans do sztuki nowoczesnej i zgodzę się, że sporo w niej badziewia, tandety i kiczu, gdyż młodzi artyści chcą przede wszystkim zarobić a przecież artystą może być obecnie każdy (spójrz na znajomych na FB – ilu z nich „zajmuje się” fotografią ;) ), nie krytykowałbym jednakże ogólnie współczesnej sztuki.
      Mankamentem dzisiejszej sztuki jest to, że nie ma żadnych granic. Jeden z latynoskich „artystów” w galerii na wystawie głodził psa. To jest szczytem wszystkiego i nie zasługuje na miano sztuki (abstrahując od tego, że sam chętnie bym zagłodził kolesia na śmierć), a to, że jakaś performerka się biczuje czy nieruchomo patrzy godzinami ludziom w oczy jest po prostu jakimś przedstawieniem teatralnym (= dziełem sztuki), który poniekąd do mnie trafia (nawet :) ).
      Co do samego dokumentu Abramović… jak większość mam mieszane uczucia, sporo instalacji jest godnych uwagi, daje do myślenia i wzbudza wiele emocji, jest też część takich, które mają wywołać medialne zamieszanie i to także zostało ujęte w tym dokumencie. Dokument bardzo dobry, interesujący, przedstawił kawałek jej życia w sposób obiektywny, bez narzucania jakichkolwiek poglądów.

  9. O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH | WIZJA LOKALNA Says:

    […] walili na to wydarzenie drzwiami i oknami Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie. W związku z wystąpieniem Abramović ciekawe pytania zadała na swoim blogu latająca pyza. Jak sama autorka napisała, są to […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s