WOJENNA SCHIZOFRENIA

Wojna. Jeśli uznaje się, że zło jest brakiem dobra, to konsekwentnie można uznać, że wojna jest brakiem pokoju. Brzmi to oczywiście i logicznie, jednakże jest to oczywistość cokolwiek zwodnicza. Bo podejrzewamy, że zło nie jest wcale brakiem dobra tylko istnieje autonomicznie, niezależnie od przejawów dobra. Podobnie wojna. Nie jest żadnym brakiem. Jest świadomym działaniem człowieka, choć jest to działanie, które najczęściej wymyka się spod ludzkiej kontroli.
To nieprawda, że kiedy zbierze się dostateczna ilość karabinów, to zaczną one same strzelać – jak mawiał C. G. Jung. Bo przecież musi być ktoś, kto pociągnie za spust, kto naciśnie guzik. Oczywiście nie Bóg, ani nie diabeł, czy jakaś fatalistyczna siła – tylko człowieka. Lecz warto tu jednak sobie uzmysłowić, iż w tym, że sprawcą wojny zawsze jest człowiek, tkwi nie tylko jej tragiczny fatalizm. Tkwi również – co może wydawać się paradoksem – sama nadzieja.

*

Braterstwo walki i obłęd zabijania, "męstwo" i strach, euforia i cierpienie ("Piękna wieś pięknie płonie")

DZIEJE PEWNEGO MOTTA

Swego czasu przygotowywałem dla miesięcznika „Film na Świecie” cykl, który nosił tytuł „Człowiek wojujący” i pod pretekstem omawiania sposobu, w jaki kino ukazywało wojnę, zajmował się samym mechanizmem wojny – jego społeczną, psychologiczną i propagandową stroną.
Potrzebowałem motta.
I oto, całkiem przypadkowo, w książce Egona Naganowskiego o twórczości Roberta Musila znalazłem taki oto kwiatek, który wyszedł spod pióra nie kogo innego, jak Tomasza Manna w 1915 r. (czyli w czasie I wojny światowej). Wielkopisarz stwierdził: „Wszystkie cnoty i cała piękność Niemiec rozkwitają dopiero podczas wojny”.

Wiedziałem, że Mann pisał swoje „Dzienniki” także w okresie II wojny światowej, będąc już na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Byłem więc pewny, że znajdę w nich antytezę do tej szowinistycznej gloryfikacji wojny, ukazując w ten sposób, jak ambiwalentny bywa stosunek ludzi wobec wojny, nawet jeśli chodzi o umysł tego samego człowieka i to umysł powszechnie uznany za wybitny.
No i proszę, na co trafiłem:
„Co zamierza los pozwalając na tryumf czegoś najpodlejszego i najbardziej szatańskiego, co świat widział? Sytuacja jest przerażająca, to tortura dla rozsądku i uczucia” – pisał Mann w 1940 roku.

WSPANIAŁA  MIARA  CZŁOWIEKA

Przykłady świadczące o dwoistym stosunku człowieka do wojny można by mnożyć. Ralph W. Emerson, XIX-to wieczny amerykański piewca wiary w postęp społeczny i moralny na gruncie kapitalizmu, twierdził: „Wojna kształci umysły, pobudza wolę do akcji, doskonali konstytucję fizyczną, przywodzi ludzi w krytycznym momencie do tak nagłego i bliskiego starcia, że można wtedy człowieka mierzyć człowiekiem”.
To, że pochwałę wojny głosił słynny generał Patton, raczej nie dziwi: „Bitwa to najwspanialsze współzawodnictwo, w jakim może człowiek brać udział. Przynosi ze sobą wszystko to, co najlepsze, ujawnia prawdziwą podstawę rzeczy. W czasie bitwy każdy się boi. Tchórz jest tym, kto pozwala, by jego strach przezwyciężył poczucie obowiązku. A ten obowiązek jest istotą męstwa”.

GENERALSKIE WYZNANIA

Dziwi raczej to, że na szczerość wyrażania swojej opinii o wojnie decydują się ludzie, dla których – jak by się wydawało – jest ona żywiołem i racją profesjonalnego bytu.
Generał Robert E. Lee, głównodowodzący wojskami Południa w czasie wojny secesyjnej (1861 -1865), w której zginęło około 600 tysięcy ludzi (liczba jak na ówczesne warunki niewyobrażalna), pisał w jednym ze swoich listów: „Jaką okrutną rzeczą jest wojna, rozdziela i rujnuje rodziny i przyjaciół, niszczy najczystszą radość i szczęście, do jakich Bóg dopuszcza nas na tym świecie; napełnia nasze serca nienawiścią zamiast miłością (dla naszych sąsiadów); dewastuje i szpeci jasne oblicze tego pięknego świata”.

Kiedy podczas tej samej wojny domowej mieszkańcy Atlanty prosili generała Shermana, aby oszczędził ich miasto, ten odpowiedział: „Nie możecie określić wojny w bardziej ostrych słowach, niż ja to robię. Wojna jest okrucieństwem i nie można tego zmienić”.
Kilkanaście lat później, tenże generał w przemówieniu do armii amerykańskiej powiedział: „Wielu z was patrzy na wojnę, jak na coś podobnego glorii; ale – chłopcy – ona jest piekłem. Możecie przekazać to ostrzeżenie przyszłym pokoleniom. Patrzę na wojnę z przerażeniem”.
Tak rzekł generał William Tecumseh Sherman, który spalił w końcu Atlantę a zaraz potem urządził ze swoją 150-tysieczną armią pamiętny marsz 50-milową ławą przez Georgie, zabijając, paląc i niszcząc wszystko, co spotkał na swojej drodze.
Nie mamy więc powodów, by nie wierzyć jego słowom.

KREW I ABSTRAKCJA

Wojna zawsze rozgrywa się jakby na dwóch poziomach. Pierwszy stanowi polityka: wojskowo-rządowy establishment, na warsztacie którego wojna posiada wymiar teoretyczny, w pewnym sensie abstrakcyjny (plany, cele, plansze, statystyka…) Drugi poziom to front – okopy, czołg, samolot, okręt, przemieszczanie się wojska i walka… – czyli tam gdzie bezpośrednio ścierają się walczący ze sobą ludzie; tam gdzie leje się krew, łamią się kości, umiera się na polu bitwy, dogorywa w polowym szpitalu lub przymiera głodem w jenieckim obozie.

W tej właśnie konkretnej strefie rozgrywa się film Sergieja Bodrowa „Jeniec Kaukazu”. Jego uniwersalizm (nota bene obraz ten powstał na kanwie jednego z opowiadań Lwa Tołstoja) polega m. inn. na tym, że ukazuje on wojnę jako ponadczasową przypowieść o ludzkiej konieczności ciągłego przezwyciężania fatalizmu nadzieją., co wydaje się naiwne, ale jednak niezbywalne.
Chociaż akcja filmu rozgrywa się współcześnie i wojna rosyjsko-czeczeńska nazwana jest po imieniu („Jeńca Kaukazu” kręcono w górach Dagestanu, 30 km. od Groznego), to polityczna istota tego konfliktu nie odgrywa w nim żadnej roli. Jest to więc obraz wojny zdecydowanie apolityczny i dlatego bardziej wyraziście odmalowują się w nim ludzie z krwi i kości – ich humanizm, intencje, pasje, uczucia i emocje – dokładnie tak, jak napisał to Tołstoj przed 150 laty, po swoich doświadczeniach wojennych na Kaukazie, gdzie służył jako oficer carskiej armii. Jego opowiadanie ma coś z wiecznego mitu, dla którego czas i dekoracje z epoki nie mają znaczenia. Liczy się zakorzenienie w człowieczej duszy.

W wojennym zamęcie ("Jeniec Kaukazu", reż Sergiej Bodrow)

CZY WRÓG JEST CZŁOWIEKIEM?

Napisać, że „Jeniec Kaukazu” to kolejny utwór o wymowie antywojennej, byłoby wobec tego filmu banalnym nietaktem. Bowiem zasadniczą cechą obrazu Sergieja Bodrowa jest jego unikalność, która nie pozwala, by umknął on szybko naszej pamięci.
Choć rzeczywiście – to, że widzimy na ekranie opowieść o prawdziwych ludziach po obu stronach frontu, nie jest w historii opisu wojen czymś nowym. Wystarczy przypomnieć sobie „Na Zachodzie bez zmian” Remarque’a, gdzie autor nie staje ani po stronie „swoich”, ani „wroga”, tylko przedstawia nam ludzkie istoty (i ich reakcje), których właściwie tylko przypadek stawia po przeciwnych stronach barykady (frontu), „zmuszając” ich tym samym do wzajemnego mordowania się.

Partyzanci kaukascy biorą do niewoli dwóch młodych rosyjskich żołnierzy. Abdoul, jeden z bardziej znaczących ludzi w wiosce, zamierza wykupić nimi swojego syna, który dostał się do rosyjskiej niewoli. Więźniów pilnuje niemy Hasan i młodziutka, 13-letnia dziewczyna, córka Abdoula. Nagła bliskość tych obcych sobie ludzi zmusza ich do spojrzenia na siebie, jak na człowieka, a nie jak na wroga. To właśnie na tej prostocie elementarnego ludzkiego doświadczenia wydaje się opierać siła przesłania filmu, które w całej pełni ujawnia się nam w jego finale i zakończeniu.

LIRYZM I ROZPASANIE

„Jeniec Kaukazu” –  uznany na jednym z canneńskich festiwali za najlepszy film pokazany poza konkursem – różni się diametralnie od filmu Srdana Dragojevića „Piękna wieś pięknie płonie” zajmującego się wojną na terenach byłej Jugosławii, filmu pełnego okrucieństwa, gwałtu, destrukcji, śmierci, pożarów… Wyglądało na to, że serbscy twórcy chcieli nim odreagować własną traumę, jaką uderzyła w nich wojna domowa szalejąca w ich kraju. Rosjanin Bodrow jest w swoim „Jeńcu Kaukazu” bez porównania bardziej powściągliwy w obrazowym ujawnianiu wojennego gwałtu i okropieństw. Mało tego: jego wizja jest bez mała liryczna – ale tym liryzmem szorstkim, prostym, oszczędnym surowym… niczym góry Kaukazu i ich mieszkańcy (same scenerie, wśród których rozgrywa się akcja filmu, są niebywałe, a na dodatek pięknie sfilmowane).
Tak więc mamy rozpasanie „Piękna wieś pięknie płonie” i oszczędność „Jeńca Kaukazu” – a oba filmu zdecydowanie antywojenne (bynajmniej jednak nie pacyfistyczne).
Który sprzeciw mocniejszy? Czy ma to jakiś związek z temperamentem, sposobem odczuwania, rodzajem wrażliwości?
Na pewno tak, choć można wybrać różne drogi wiodące do tego samego celu. Ważna jest skuteczność… choćby tylko w oddziaływaniu na świadomość widza, bo przecież filmami trudno jest zapobiec jakiejkolwiek wojnie.

 BEZ UROJEŃ

Wojna w Czeczenii postrzegana jest przez niektórych w szerszym kontekście – jako jedno z ognisk zapalnych na granicy ścierania się cywilizacji chrześcijańskiej z islamem. Choć doprawdy armia rosyjska (a właściwie sowiecka) według mnie tyle miała wspólnego z chrześcijaństwem, co miały kiedyś faszystowskie hordy Hitlera. Ponadto uznanie, że pamiętne wypadki w Groznym są przejawem ofensywy cywilizacji islamskiej, byłoby niezbyt poważne, trącące na dodatek jakąś urojoną teorią spiskową – tym razem na globalną skalę.
Film Bodrowa daleki jest od takich dywagacji, choć islam jest w nim widoczny bardzo wyraźnie. Przyczynia się jednak to tego, by uświadomić nam tezę o wspólnocie wszystkich ludzi, bez względu na ich kulturowy czy też polityczny backgroud.
„Jeniec Kaukazu” porusza nas także swoją mądrością – cechą niestety rzadko widywaną nie tylko na ekranach kin, ale i w mediach popularnych czy kulturze masowej. A mądrość ta – jak każda mądrość – jest prosta. Mówi nam, że sztuka życia w dużej mierze polega na umiejętności przebaczania. Wojnę zaś można zakończyć tylko wtedy, kiedy zrezygnuje się ze ślepej nienawiści i krwawej zemsty.
I jeszcze jedno: pokój nie jest wcale brakiem wojny. Jest ciągłym, wymagającym od człowieka nieustannej uwagi, wysiłkiem.

*  *  *

Wojenne upojenie - życie na morderczym "haju" ("Piękna wieś pięknie płonie", reż. Srdan Dragojević)

*

Reklamy

komentarzy 35 to “WOJENNA SCHIZOFRENIA”

  1. Torlin Says:

    Nie gniewaj się Logosie, już nie mam siły poruszać tej tematyki. Każde zdanie napisane w oporze wobec Gospodarza natychmiast ustawi mnie jako wielbiciela wojen, zdrajcy pokoju i nastąpi nieuchronne pytanie: „Torlinie, a ty wolisz pokój czy wojnę? Wolisz, żeby ludzie żyli w pokoju i nie ginęli, czy wolisz śmierć, płacz i rozpacz?”
    I tyle będzie mojej dyskusji.

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, czyżbyś naprawdę nie miał nic do powiedzenia na ten temat?

      Jak myślisz, dlaczego – skoro (podobno) większość ludzi woli pokój a nie wojnę, większość chce żeby ludzie żyli w pokoju i nie ginęli na wojnie, i wcale nie chcą „śrmierci, płaczu i rozpaczy” – co jakiś czas ci sami ludzie gotują sobie krwawą łaźnię?

      PS. A dlaczego miałbyś pisać „w oporze wobec Gospodarza”?
      Co ja takiego wyraziłem w tekście, że się z tym nie możesz zgodzić?

  2. Onibe Says:

    si vis pacem, para bellum – teza tyleż klasyczna, co i sam cytat… o wojnie gadali pięknie różni ludzie, mnie najbardziej pasują przytoczone przez Ciebie słowa Shermana. Wydaje mi się – jako jednostce żyjącej w poczuciu bezpieczeństwa – że wojna jest okrutną koniecznością, nie można w niej szukać piękna. Patton był zboczony – wystarczy wspomnieć, że jeździł białym jeepem, którego traktował jako odpowiednik białego konia. On po prostu uważał się za mistrza w grze, wielkiego wojownika, a bitwy i śmierć postrzegał przez pryzmat epickości, wielkości, wspaniałości… sturm und drang, romantyczne i uwznioślające starcie dusz, materiał na muzyczne i literackie motywy. Dla mnie to zboczenie.

    Sherman dostrzegał przynajmniej zło wojny, traktował ją jako ponury obowiązek. Zabijał aby nie trzeba już było zabijać. Co ciekawe, z tego co wiem, postawa ta dotyczyła kilku innych generałów tej bardzo okrutnej wojny, jak choćby wspomniany Lee. Pewnym ich odpowiednikiem był Yamamoto choć daleko bardziej agresywnym.

    To jeszcze, tak hurtem:
    „Wojna nie rozstrzyga, kto ma rację, lecz kto ma zniknąć / odejść” – Russel
    „Nigdy nie było dobrej wojny i złego pokoju” – Franklin (choć Bóg Wojny, czyli Kapral z Korsyki twierdził, że lepsza jest wojna niż nietrwały pokój…)

    i w ujęciu klasycznym, wojna to ultima ratio regnum co tłumaczy się jako argument rozstrzygający królestwa lub królewski argument rozstrzygający (niby to samo, choć nie do końca)

    • Torlin Says:

      Ultima ratio regum – nie gniewaj się Onibe

    • Logos Amicus Says:

      „Chcesz pokoju, szykuj wojnę”, „pacyfiści są największymi wrogami pokoju”… etc. – ludzie nie cofną się przed największą przewrotnością i logiczną ekwilibrystyką by usprawiedliwić wojnę i zbrojną agresję. Są zakładnikami własnych instynktów i atawizmów – ale ubierają to w jakieś kulturowe szatki, często patosu, wzniosłości i honoru, skrywając przed samymi sobą swoje kły i pazury drapieżnika (jakimi w gruncie rzeczy pozostają).

      Piszesz: „Sherman dostrzegał przynajmniej zło wojny, traktował ją jako ponury obowiązek. Zabijał aby nie trzeba już było zabijać.”
      Co to właściwie znaczy: zabijał aby nie trzeba było zabijać? (Kolejna ludzka przewrotność, o której wspomniałem na początku.)
      Przyczyny wojny secesyjnej były tylko i wyłącznie natury ekonomicznej i politycznej. A takie nie mogą według mnie usprawiedliwić wojny. Tu nie chodziło o walkę z siłą i ideologią, która groziła fizycznym unicestwieniem przeciwnika (jak to było w przypadku walki z faszyzmem). Tu chodziło o własny interes – zachowanie przynoszącego dochody i bogactwo systemu niewolniczego na Południu, oraz nie dopuszczenie do secesji osłabiającej (w mniemaniu polityków Północy) państwo. Czy to są wystarczające powody do tego, by się wzajemnie wymordowało 600 tysięcy ludzi?

      Russel trafił w sedno: racja zawsze pozostaje po stronie zwycięzcy (to takie darwinowskie, niestety).
      A do „mądrości” i bon motów „kaprala z Korsyki” od dawna podchodzę z dystansem.

      Napis na armatach królewskich „ultima ratio regum” funkcjonował w rzeczywistości, w której autorytaryzm (absolutyzm) uznawano za system usprawiedliwiony i naturalny – i nikt się właściwie „ostatniemu argumentowi królów” nie dziwił. Dziś mamy chyba jednak nieco wyższe aspiracje, niż uleganie prawu pięści i prawu silniejszego. Bycie człowiekiem powinno zakładać odchodzenie od darwinowskiego bellum omnia contra omnes.

      • Onibe Says:

        co jest pierwsze: jajo czy kura? Potrafisz na to pytanie odpowiedzieć, Logosie?

        Zauważ, że wojna jest odpowiedzią na coś, co z kolei jest odpowiedzią na coś innego, a to, w dalszej kolejności jest odpowiedzią na inną wojnę. Ciąg jest zaklęty. Co jest jego początkiem? Wojna czy to co przed nią? Wojny bywają reakcjami na subiektywnie odczuwaną niesprawiedliwość i na to nic nie poradzisz. Zawsze jest ktoś, kto jest niezadowolony. Wojny wybuchały już z tak różnych powodów, że nie dałoby się tego przegadać… weź choćby wojny futbolowe w Ameryce Południowej.

        Clausevitz powiedział, że wojna jest przedłużeniem polityki (ciągłością, kontynuacją) z zastosowaniem innych metod. I to jest prawdziwe zdanie. Wojny czmuś służą, obrażać się na to nie można.

        Sherman zabijał, aby zakończyć wojnę. Wojny mają to do siebie, że nie tolerują bezstronności. Zawsze jest „swoja strona” i „ta druga strona”. Kiedy już wojna wybuchnie jesteśmy zakładnikami czegoś więcej, niż tylko atawizmów. Jesteśmy zakładnikami strachu i konieczności, bo wszystkie nasze wybory sprowadzają się do walczyć/przetrwać lub nie walczyć/zginąć. Oczywiście udział w wojnie zapewnia zdolność przetrwania czysto iluzoryczną, czesto łatwiej jest przetrwać kryjąc się po kątach, choć z niewiadomych względów ludzie którzy tak postępują, nie cieszą się szacunkiem innych. A jak już się walczy, to człowiek zdrowy psychicznie powinien dążyć do tego, aby wojnę zakończyć jak najszybciej. Rajd Shermana był przykładem czegoś takiego: zniszczył podstawy gospodarcze przeciwnika, wytrącił mu broń.

        Uważasz, że przyczyny ekonomiczne i polityczne nie usprawiedliwiają wojny? A od kiedy to wojnę trzeba usprawiedliwiać? Usprawiedliwiasz też trąd, malarię czy kiłę? Wojna jest logiczną konsekwencją pewnych działań, rzeżączka także, ale nie jest powiedziane, że są usprawiedliwione. Zresztą, czym jest sprawiedliwość? O jaką sprawiedliwość Ci chodzi? Społeczną? Polityczną? Logiczną? Własną? Jak żyję na tym świecie, nie spotkałem się jeszcze z jednym typem sprawiedliwości. Każda sprawiedliwość zakłada, że świat powinien być sprawiedliwy (czyli dobry) wobec podmiotu sprawiedliwości, a wobec reszty… tylko jak się przypadkiem uda ;-)

        najlepszą metodą zabezpieczenia pokoju jest silna armia na granicy – czasami ulegamy złudzeniu, że gwarantem naszego bezpieczeństwa jest Parlament Europejski, Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela czy ewentualnie mnogość galerii handlowych. Nie raz i nie dwa słyszałem opinie, że „nas nie zaatakują bo tutaj są zbyt silne interesy gospodarcze”. Bzdura, rzecz jasna. Gwarantem niepodległości pacyfistycznej Europy są faszystowskie Stany Zjednoczone. Gwarantem istnienia Izraela jest jedna z najbardziej bitnych na świecie armii. Gwarantem istnienia Korei Południowej są pola minowe, karabiny i czołgi. Czołgów i dział zabrakło II RP. Argumenty przeciwko wojnie nie obroniły nikogo przed ZSRR czy Rzeszą…

        Postęp, z tego co widzę, polega na usprawnieniu metod zabijania się, który to postęp, jak wiadomo od czasów Einsteina, doprowadzi do ostatniej wojny, która toczona będzie na kamienia i kije.

        Chciałbym jeszcze wspomnieć, że pomiędzy bezsensowną wojowniczością a nieugiętym pacyfizmem jest jeszcze miejsce dla tak zwanego złotego środka. Wiara w twierdzenia typu „si vis pacem…” pozwala się ulokować w tej strefie i nie ma wiele wspólnego z wojennym podżeganiem.

        • Logos Amicus Says:

          Na początku były geny, w które wpisana była przemoc i agresja.
          Później zaczęliśmy tworzyć kulturę, usiłując także zaadoptować w niej owe geny. Wraz z kulturą powstały systemy etyczne, które m.in. odnosiły się także do stosowania przemocy (zarówno wobec siebie, jak i „innych”.

          Piszesz Onibe: „Wojny czmuś służą, obrażać się na to nie można.”
          Czyli nie było sensu obrażać się np. na Hitlera i wywołaną przez niego wojnę?

          Tu zresztą nie chodzi o jakieś „obrażanie się”. Tu chodzi o ustalenie naszego stosunku wobec (najczęściej) bezsensownych wojen, które są (najczęściej) skutkiem ludzkiej głupoty, zapalczywości, braku wyobraźni, wrogości wobec „obcego” i omotania przez polityków (wodzów).

          Pytasz się ponadto: „A od kiedy to wojnę trzeba usprawiedliwiać?”
          Otóż od czasu, kiedy stworzyliśmy nasz pierwszy system etyczny.
          I według przyjętego przez nas systemu etycznego, jedną wojna można uznać za „usprawiedliwioną”, inną zaś nie.
          Sporo na ten temat miał do powiedzenia Bertrand Russel:

          http://fair-use.org/international-journal-of-ethics/1915/01/the-ethics-of-war

          Nie uważam, że „najlepszą metodą zabezpieczenia pokoju jest silna armia na granicy”. (Przeczy temu choćby przypadek Szwajcarii czy Kostaryki, która armii nie posiada a ustrzegła się od gwałtu i przemocy, które targały niemal wszystkimi krajami Ameryki Południowej i Środkowej.)
          Czy uważasz, że także jeśli chodzi o nasz kraj (Polskę) najlepszym dla nas gwarantem zabezpieczenia pokoju jest silna polska armia? (A może jednak w obecnych realiach politycznych jest to anachronizm? I lepiej jednak jest uczestniczyć w budowaniu dobrobytu i potencjału ekonomicznego UE, bo właśnie to jest obecnie naszą największą gwarancją tego, że nas nie połknie np. Rosja, a z czasem choćby i Chiny? Czyli ważniejsza jest jednak współpraca. Co nie znaczy, żeby rozbrajać Europę. Nie, wprost przeciwnie – taki czas jeszcze nie nadszedł i warto obserwować to, co będą ze swoim militaryzmem robić takie wschodzące potęgi, jak Indie czy Chiny.)

          „Faszystowskie Stany Zjednoczone”?
          No, to chyba przesada, by ustrój amerykański (wyrażony przez konstytucję) nazywać ustrojem faszystowskim.

          Nie uważam, że postęp ludzkości „polega na usprawnieniu metod zabijania się”.
          Postęp ludzkości powinien polegać (i wg mnie polega) na usprawnieniu metod utrzymujących na świecie pokój, ograniczenia ludzkiego cierpienia i zapewnieniu ludziom podstawowych (godnych) warunków egzystencji.
          Po to m.in. walczyliśmy z Hitlerem (i faszyzmem), by nie uznać cyklonu B i masowych metod eksterminacji ludzi za cywilizacyjny „postęp”. Nie chcieliśmy być częścią tej cywilizacji, która zagrażała ludzkości, a którą chciano wcielić w życie dzięki obłędnej i zbrodniczej ideologii wyznawanej przez Hitlera i nazistowskie Niemcy.

        • Onibe Says:

          Logosie,

          „Czyli nie było sensu obrażać się np. na Hitlera i wywołaną przez niego wojnę?”
          – oczywiście, że nie. Bo tak jak piszesz, nie o obrażanie się chodzi. Pisząc o obrażaniu chodziło mi raczej o postawę negacyjną. Jest mnóstwo ludzi, którzy stwierdzają, że świat jest brutalny i oni się tak dalej bawić nie będą. Albo, co jeszcze gorsze, nie zauważają, że świat jest brutalny żyjąc w jakiejś bańce. Weź pod uwagę, że mnóstwo współczesnych ludzi żyje w cywilizowanych krajach w takich warunkach, że mają niemal zerowe pojęcie o własnym sąsiedztwie, nie mówiąc o innych krajach. Dla takich ludzi wojna jest pustym hasłem – o nich chodziło mi pisząc o obrażaniu się w tym ujęciu, że są to ludzie obrażeni na rzeczywistość. A rzeczywistość jest jaka jest – możemy ją lubić lub nie, możemy się ją starać zmienić lub nie, ale za punkt wyjścia musimy przyjąć nagie realia, nie zaś zestaw życzeniowy (nie twierdzę, że Ty tak czynisz).

          „Tu chodzi o ustalenie naszego stosunku wobec (najczęściej) bezsensownych wojen, które są (najczęściej) skutkiem ludzkiej głupoty, zapalczywości, braku wyobraźni, wrogości wobec „obcego” i omotania przez polityków (wodzów).” – RACJA. Wojny wchodzą do gry tam, gdzie przestają działać inne metody. Chyba u Romskeya napisałem kiedyś, że politycy bawią się odpowiedzialnością jak dzieci zabawkami, a jak zabawka się zepsuje i dochodzi do wojny (czyli najgorszej awarii) to krzyczą coś o patriotyźmie i każą ginąć normalnym ludziom za ich błędy. Nigdy nie napisałem, że wojna jest dobra, ale sam dalej wspomniałeś o wojnach słusznych i nie. Kiedy ktoś Cię atakuje to musisz dokonać jakiejś gloryfikacji wojny po to by usprawiedliwić ofiary. Zobacz co się działo w USA kiedy żołnierze wracali z Wietnamu – byli traktowani jak śmieci, mordercy, oprawcy… a przecież nie oni sobie los wybrali. Pacyfizm społeczeństwa przyśpieszył jego wyleczenie ale jednocześnie doprowadził do wykluczenia z tegoż społeczeństwa ogromnej liczby ludzi, którzy przelewali krew za to społeczeństwo. W tym ujęciu nie można twierdzić, że wojna jest zła od a do z, bo w parze z takim stwierdzeniem idzie logiczna konsekwencja w postaci twierdzenia równoważnego: ludzie parający się wojną są zawsze źli…

          Koniec wojen ogłaszano już parokrotnie, szczególnie często pod koniec XIX wieku. Uznano, że wiek XX będzie wiekiem rozumu, a wojnę traktowano jak anachronizm. Światem miała rządzić sztuka uprawiana w cieniu wielkich i wspólnych interesów. Nie muszę przypominać jak bardzo spokojny okazał się wiek XX, prawda? ;-) Silna armia to nadal potrzeba ważna. Nas chronią sojusze, a przynajmniej zapewniają nam ogólny poziom bezpieczeństwa. Pytanie brzmi: jak wyglądałaby bieżąca historia Europy gdyby nie Stany Zjednoczone ze swoją silną armią i polityczną wolą ochrony Europy? O USA pisałem, że są faszystowskie, bo to najczęstszy slogan środowisk pacyfistycznych. Pacyfiści nie lubią USA bo USA mają potężną armię i często ją wykorzystują.

          Już dzisiaj wiadomo co ze swoim militaryzmem zrobią Chiny – w ciągu najbliższej dekady ich armia stanie się prawdopodobnie najnowocześniejszą na świecie. Już teraz wprowadzają środki bojowe z górnej półki: myśliwce, czołgi, okręty – ich sprzęt nie ustępuje najlepszym, a w dodatku jest go dużo. Nic nie wskazuje na to, by Chiny poprzestały na paru dywizjach, to raczej nie ten typ myślenia. I pamiętać należy, że Chiny mają względnie blisko do Indii/Pakistanu (poważny ośrodek zapalny), pod brzuchem mają Koreę, o rzut kamieniem Tajwan (ciągle uznawany za prowincję zbuntowaną i należy przypuszczać, że skośnoocy generałowie ciągle tworzą plany przywrócenia Tajwanu Chinom). Jest jeszcze Japonia, Indonezja – w tamtym rejonie jest wielu graczy na których Chiny chcą mieć oko, ale na pierwszy plan wysuwają się USA i Rosja. Chiny bezwzględnie będą chciały osiągnąć potencjalny stan, w którym mogłyby wypchnąć oba państwa ze swojej strefy interesów. Mówiąc krótko: w Chinach zapowiada się dobry okres dla zbrojeniówki…

        • Logos Amicus Says:

          Onibe, to nie jest tak, że nie mamy żadnego wpływu na rzeczywistość. Wojna wcale nie jest fatalistyczną koniecznością, jak nam się wydaje (bo w genach mamy agresję). Kultura człowieka jest przeciwstawieniem się jego zwierzęcości – i od nas zależy, czy ta kultura będzie w tym skuteczna, czy nie. Na razie skuteczna nie jest, więc posiadanie wojska przez państwo wydaje się być niezbędne.
          I tak, niestety, będzie chyba długo, tym bardziej, że Chiny ze swoją ekonomiczną potęgą na pewno nie oprą się przed pokusą zbudowania potężnej armii a z czasem – użycia jej do terytorialnej ekspansji (bo dlaczego oni nie mogą skoro mogła imperialno-kolonialna Europa?)

  3. geo_graf Says:

    Gospodarzu,
    zastanawiając się kiedyś nad przyczynami ciągłych rewolucji w Ameryce łacińskiej, Miłosz wyraził opinię, że ich przyczyną jest mentalne zapóźnienie elit intelektualnych tamtego kontynentu – trwa tam jakby permanentna Wiosna Ludów, poeci piszą wiersze w stylu romantyzmu, dyktatorzy paradują w mundurach których nie powstydziliby się XIX-wieczni królowie, etc. Chyba podobnie jest z sytuacją na Bliskim Wschodzie – tam również pojęcia w Europie już przebrzmiałe (jak naród, religia, itd.) brane są bardzo (aż za bardzo) na serio – i stąd po części biorą się kłopoty.

    Co do słów wypowiadanych przez Shermana i Pattona – pewnie, że wojna jest piekłem, tyle że nie zawsze jest najgłębszym kręgiem piekła. Inaczej oceniałby ich postawę któryś z ich podkomendnych, a inaczej ocalony niewolnik z plantacji w Georgii albo mieszkaniec okupowanej Holandii. Po prostu, nie wszystkie wojny są tak bezsensowne jak I Światowa, a na niektóre hydry (jak właśnie rasizm konfederatów czy nazizm) innego sposobu jak wojna totalna zwyczajnie nie było. A jeśli oceniać ich długofalowe skutki, to czy zjednoczona Ameryka albo powojenna Europa Zachodnia nie są najlepszymi miejscami do życia – niezależnie od tego, ile krwi w ich sprawach przelano?
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Nie jestem pewien czy Miłosz zgodziłby się na to, by uważać go za jakikolwiek autorytet w sprawach Ameryki Łacińskiej. Podejrzewam, że jego opinia dotyczyła zaledwie jakiegoś odłamu poezji latynoskiej, a to raczej trudno wiązać z egzegezą historycznych perypetii regionu, czy też sytuacji politycznej tamże.
      Mnie, jeśli chodzi o literaturę, Ameryka Łacińska kojarzy się z tzw. „realizmem magicznym”, z pisarzami takimi, jak np. Jorge Louis Borges, Gabriel Garcia Marquez, Carlos Fuentes, Julio Cortazar, Alejo Carpentier, Mario Vargas Llosa…
      Będąc parę lat temu w Nikaragui, spotkałem się także z nazwiskiem Rubina Dario, pisarza, o którym znajomy mój Nikaraguańczyk wyrażał się z rewerencją, a który, niestety, w ogóle nie jest mi znany. Będę musiał chyba nadrobić tę zaległość i być może pomoże mi to w zrozumieniu pro-sandinistowskiej mentalności, jaka zdaje się dominować obecnie w Nikaragui.
      Jeśli zaś chodzi o „realizm magiczny”, to raczej nie kojarzę go z gotowością Latynosów do przewrotów i rewolucji.
      Swoją drogą, wizyta w Kostaryce i Nikaragui dała mi dużo do myślenia, także jeśli chodzi o źródła tamtejszych niepokojów, fanatyzmów i pociągu do przemocy. Z tego co wiem, nie można już wszystkich krajów latynoskich wrzucać do jednego worka, bo mimo wszystko w każdym z nich sytuacja jest inna.

      Chyba jednak wojna przynależy do „najgłębszych kręgów piekła”?
      Masz rację jednak, że pod względem etycznym wojny różnią się do siebie, mimo, że wszystkie łączą się zabijaniem ludzi. To jest także ta pułapka. Żeruje też na tym propaganda. Stąd wyrasta wojenny relatywizm.
      Dlatego to wszystko jest takie skomplikowane, zagmatwane…
      Mogę jednak z pewnością stwierdzić, że każda wojna niesie ze sobą zło.
      Mimo to uważam, że nie da się obronić argumentów, jakie wysuwają pacyfiści. Dla mnie też był to kiedyś dość poważny problem (moja „służba wojskowa”). Dość głęboko to swego czasu przemyślałem i – mimo skłonności w tym kierunku – nie mogę się uważać za pacyfistę. Pacyfizm wg mnie nie wytrzymuje tzw. realiów świata, w którym przyszło nam żyć. I zdaję sobie sprawę z tego, że wyznając to, staję się jednym z ludzi (a takich jest chyba większość), którzy
      na pokój nie zasługują.

      • geo_graf Says:

        Sądzę że chodziło Miłoszowi głównie o Pablo Nerudę (który długo nadawał ton poezji latynoamerykańskiej) i takie zjawiska intelektualne jak teologia wyzwolenia (nb. bardzo podobna do naszego rodzimego mesjanizmu – mało kto chce o tym pamiętać, ale polski katolicyzm XIX-wieczny był w Watykanie na cenzurowanym, podobnie jak obecnie katolicyzm latynoamerykański).

        Co do pacyfizmu – byłaby to fajna koncepcja, gdyby została przyjęta powszechnie i bez wyjątku na całym świecie, a na to się nie zanosi, niestety. Chociaż skutki wojen bywają inne niż przewidywali ci, co je wywoływali – gdyby nie bezsensowna rzeźnia, jaką była I wojna światowa, pewnie by Polski na mapie nie było.

        Pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          Tragiczne jest to, że wszelkie przewroty w imię „sprawiedliwości społecznej”, kończyły się w Ameryce Łacińskiej przelewem krwi, korupcją, a na Kubie – uwięzieniem całego narodu.
          Dlatego też podobizna Che Guevary, którą nosi się na koszulkach lub czapkach całego świata jest dla mnie tylko li przejawem naiwności, choć także… pewnego romantyzmu, tęsknoty, buntu…
          Albo jakiejś mody.

          „Chrystus z karabinem” także jest wg mnie nieporozumieniem.
          Ludzie, którzy to wszystko manifestują, moim zdaniem nie wiedzą jakiego wilka z lasu (albo pumę z dżungli) wywołują.

          Małym szokiem był np. dla mnie widok, jaki zobaczyłem w Nepalu, pod Katmandu: okazały, nowy, kolorowy budynek – siedziba partii maoistowskiej z olbrzymią, umieszczoną na dachu planszą z głowami Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i Mao.
          Jakże różnie patrzymy na świat.
          Dla mnie ci ludzie są synonimem zbrodni totalitaryzmu, dla rewolucjonistów w Nepalu – obrońcami sprawiedliwości społecznej, likwidatorami wyzysku.
          Historia ludzkości to jeden wielki ciąg nieporozumień. Wojna zaś – najgwałtowniejszym i najkrwawszym tychże nieporozumień przejawem.

  4. Kartka z podróży Says:

    Logosie
    Oglądałem „Jeńca Kaukazu” – to bardzo dobry film. Dzięki, że przypomniałeś ten tytuł.
    A co do wojny… . Ona jest jak oczyszczająca zima z mrozami. I musi nadchodzić cykliczne. Choćby po to by po niej nastąpiła wiosna, byśmy się mogli nią cieszyć. Obawiam się, że wpływu na nadejście zimy – wojny nie mamy mimo przeczytanych książek i silnie przeżytych filmów. Wojna po prostu nadchodzi.
    Ostatnio zauważyłem, że znów mówi, pisze się o wojnie. I to już tak spokojnie, jako o pewnej nieuchronnej konieczności – nieco fatalistycznie. Oswajamy jej nadejście. Ciekaw jestem jak Ty to widzisz. Czy się jej spodziewasz.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Kartko, jak tak sobie przypomnę warszawskie ruiny (z pogrzebanymi pod nimi setkami tysięcy trupów), zrównane z ziemią Drezno (i te setki tysięcy trupów), spaloną Hiroszimę (z popiołami setek tysięcy trupów), płonące piece krematoriów Auschwitz (i ulatniające się przez kominy dymami z setek tysięcy spalonych ciał)… i zestawię to wszystko z Twoim zdaniem, że wojna jest jak „oczyszczająca zima z mrozami”, to… robi mi się cokolwiek dziwnie.

      Czy tą – nadchodzącą po tej zimie – wiosną mogą się cieszyć te wszystkie trupy? Albo ci, którym wymordowano w tych miejscach całą rodzinę?
      No dobrze… będziemy się mogli cieszyć nadchodzącą po zimie wiosną – ale pod warunkiem, że będziemy nadal żywi, co w przypadku kolejnej wojny totalnej jest bardzo wątpliwe.
      Poza tym: wyobrażasz sobie, jak będzie wyglądał świat po takiej wojnie? Niektórzy takie wizje (i przypuszczenia) snują i – jak widać – obraz tego świata po Armageddonie jest horrendalnym koszmarem, gdzie ludzie rzucają się na siebie niczym dzikie zwierzęta, bynajmniej nie po to, by się pokochać wiosennie, tylko aby się wzajemnie pożreć.
      No chyba nie tęsknisz za czymś takim?

      Nie wiem czy wojna jest nieuchronna.
      Niestety, cała nasza dotychczasowa historia wskazuje na to, że nie da się jej uniknąć. Zresztą wystarczy popatrzeć nieco dalej poza nasze podwórko: tak wielu zbrojnych konfliktów i o takim nasileniu, nie było już od dawna. Wojna już trwa.
      To, że czujemy się bezpieczni chronieni przez zachodnie demokracje, jest według mnie złudne.
      Ludzie zazwyczaj się łudzą. Wystarczy przypomnieć sobie Polskę z lata 1939 roku, kiedy to wojna wisiała już właściwie na włosku. Kto wówczas ogarniał prawdziwy obraz nadchodzącego niebezpieczeństwa? Bardzo nieliczni. I jeśli coś krzyczeli, to i tak prawie nikt nie chciał ich słyszeć.

      • Kartka z podróży Says:

        Logosie, przeczytałem powtórnie swój nocny komentarz i nie mogę w nim znaleźć nawet nuty tęsknoty za wojną. Nadejście wojny – zimy wymrażającej świat, ta metafora, jest przejawem mej bezsilności i fatalizmu wobec tego co się dzieje. Nie da się też ukryć, że skutkiem wojen – jak i kryzysów gospodarczych – jest pobudzenie witalności społecznej. Ale to wcale nie znaczy, że jestem miłośnikiem wojen i jakimś militarystą. Swymi tekstami i komentarzami dowiodłem przecież, że te idee są obce. Tyle, że wojny, kryzysy są, nadchodzą cyklicznie. I zarówno Ty jak i ja nie mamy na to wpływu.
        Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem zainspirowany opowieściami starszych, lekturami, filmami bawiłem się w wojny. Z jakimś plastikowym karabinem biegałem po lasach tocząc wyimaginowane bitwy. No ale wtedy te zabawy były domeną dzieci. Teraz spacerując po lasach napotykam dorosłych mężczyzn poprzebieranych w mundury, którzy strzelają do siebie globulkami z czerwoną farbą. Najwyżsi dostojnicy mego państwa z radością obserwują wielotysięczne inscenizacje bitew odgrywane przez ich poddanych. Za pomocą jednego kliknięcia myszką możesz stać się żołnierzem np Waffen SS. Dorośli, dojrzali komentatorzy na blogach sławią naloty prewencyjne, rzezie, pacyfikacje. Rozstrzelanie gościa w jego konspiracyjnej norze staje się powodem ogólnoświatowej euforii. Tak więc idea wojny jest oswajana – najwyraźniej ludzie się do niej szykują. Patrząc realnie ze swym pacyfizmem stajemy się jakimiś dziwacznymi reliktami przeszłości. „Jeniec Kaukazu” jest filmem dla koneserów. Kino prawdziwe pieniądze zarabia na jednoznacznych, militarystycznych jatkach. Tak dzieje się i w Twoim i moim kraju. Nie sądzę abyśmy mogli wspominając ruiny Warszawy tym tendencjom społecznym zapobiec.
        Pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          A ja taką nutę znalazłem w tym, że napisałeś o wojnie jako o czymś oczyszczającym. Ale przecież nie chcę Cię posądzać o nostalgię za wojną, więc pewnie się myliłem i źle to zinterpretowałem.
          I choć wydaje mi się, że rozumiem Twoją perspektywę, to jednak nigdy bym nie przedłożył „oczyszczającej” funkcji wojny ponad to, co w niej niszczycielskie, zabójcze, potworne…
          To, że czasem po wojnie ludzie nieco „mądrzeją” i zaczynają zajmować się czymś bardziej budującym (zwykle następuje ożywienie ekonomiczne oraz – jak to nazywasz – „pobudzenie witalności społecznej”) nie jest zasługą wojny, ale gwałtownego odwrotu od niszczycielskich instynktów, jakie rzucają się ludziom na mózg podczas wojny.
          Niestety, owo „zmądrzenie”, nie trwa zwykle długo.

          Ja też się bawiłem „w wojnę”. Ostatecznie byłem chłopakiem ;) I teraz się dziwię, że moi rodzice, czy w ogóle starsi ludzie, którzy pamiętali wojnę, nic przeciwko temu nie mieli. Podejrzewam, że oni nadal byli przekonani, że wojna (walka) jest czymś naturalnym i należy zawsze być na nią przygotowanym (a przygotowany zwłaszcza musi być mężczyzna). Ja dopiero z czasem zacząłem sobie uświadamiać czym tak naprawdę jest wojna, choć nastąpiło to stosunkowo szybko: kiedy miałem jakieś 10- 12 lat w moje ręce trafiła książka o Auschwitz (z rysunkami więźniów – pamiętam to do dziś), a zaraz potem przeczytałem artykuł o maskarze w My Lai, gdzie amerykańscy żołnierze dokonali potwornej rzezi na mieszkańcach tej wioski, wkładając np. kobietom granaty do pochwy. To był dla mnie szok. I pewnie dlatego zacząłem pisać o wojnie.
          Do dziś nie mogę sobie tego darować, że kiedy byłem małym chłopcem to zabijałem ptaki z procy, albo że strzeliłem ze sztucera do „bezpańskiego” psa.

          Masz rację pisząc o tym, że dzisiejszy świat napawa się przemocą (te wszystkie gry komputerowe, fascynacja martial art; najbardziej kasowe filmy świata, w których nie może się obyć bez spektakularnej wojny – począwszy od Harry’ego Pottera i innych Narnji, przez „Gwiezdne wojny” po „Władcę pierścieni” – to przecież jedna wielka, fascynująca masy, „Never Ending Story”)
          Dla niepoznaki umieszcza się gwałt i przemoc w sferze abstrakcji, dając ludziom złudzenie, że to wszystko odbywa się w sferze fikcji i fantazji i że nie ma żadnego przełożenia na realność.
          A wystarczy zajrzeć na newsy z takich krajów, jak Afganistan, Libia, Irak, Syria, Somalia, Palestyna… by sobie uświadomić, że przemoc i zabijanie odbywa się tu i teraz – że jest ciągłym elementem naszej rzeczywistości.

        • Kartka z podróży Says:

          Logosie, nie miałem na myśli pisząc „oczyszczająca” jakiejś pozytywnej oceny moralnej. Ale trudno kwestionować fakt, że wojna swoiście oczyszcza ludzi. Tak jak kryzys albo epidemia. Moim zdaniem są to traumy oczyszczająca bo sprowadzająca życie do podstawowego, egzystencjalnego wymiaru. Jakby obdzierają nas one ze złudzeń, wskazują na realny charakter tego świata. To są zjawiska pierwotne. W ich trakcie uświadamiamy sobie pierwotne emocje i nasze instynkty – choćby przetrwania.
          Nie ma się co wstydzić Twoich i moich doświadczeń dziecięcych, bo one też z racji wieku wieku miały pierwotny, naturalny charakter. więc walki, bójki, pastwienie się nad słabszym – np zwierzęciem – miało naturalny charakter. Tak jak seksualizm dziecięcy – np zabawy w lekarza. Dopiero wychowanie nas cywilizuje. Tłumi w nas naturalną dzikość.
          Moje pytanie brzmi – czemu w nas te instynkty wytłumiono i nie „dmuchamy” już np żaby słomką a w innych wytłumić się tego nie dało. To jest ciekawe, że kiedyś dziesięcioletni chłopcy siedzieli w kręgu patrząc z ekscytacją na „dmuchanie żaby” w teraz zacne rodziny siedzą podjadając kolację przed telewizorami i z podobną ekscytacją patrzą na trupy po jakiś nalotach prewencyjnych. Czy nie sądzisz, że klimat wojenny w którym się powoli zatapiamy jest efektem tego infantylizmu?
          Pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          Kartku, nie dmuchamy już żaby słomką, bo wolimy już inny rodzaj „dmuchania” ;) Przecież staliśmy się bardziej cywilizowani :)
          Są jednak instynkty, których wcale nie chcemy się pozbywać, bez względu na to, jak mogłyby się wydawać niecywilizowane.

          Nie mogę sobie wyobrazić tego, by można się było ekscytować trupami jedząc kolację. Ale doskonale już sobie mogę wyobrazić oglądanie infantylnych widowisk, podniecanie się kompletną bzdurą – bo pranie mózgu człowieka „masowego” ma także na celu to, by odwrócić jego uwagę od rzeczywistych problemów tego świata. Zapobiega też temu, by ten człowiek przejrzał mechanizmy, które nim sterują czy też uświadomił sobie sposób w jaki jest on manipulowany.
          A społeczeństwo wbrew pozorom daje się łatwo urobić, bo człowiek ze swojej natury jest oportunistą i konformistą podatnym na wpływy i presję okoliczności.

          A jeśli chodzi o instynkt walki i zabijania? W czasach pokoju wydaje się on być ujarzmiony i przybierać formę walki o władzę, pieniądze, wpływy, bycie lepszym (pod płaszczykiem tzw. „konkurencji”). A jednak, zakamuflowany czy nie, pęd do walki i dominacji jest – obok popędu seksualnego – najsilniejszym instynktem, jakiemu poddani są młodzi ludzie, zwłaszcza chłopcy (wśród dziewcząt, jego odpowiednikiem jest dominacja seksualna, wygrywanie własnej atrakcyjności do osiągnięcia pewnych celów). To właśnie dlatego największą popularnością wśród nich cieszą się gry, których głównym motywem jest walka i zabijanie, a także gwałt – zdobycie i podporządkowanie sobie kobiety, (która jest zwykle seksowną nadmuchaną lalą – przedmiotem). To są gry odwołujące się do najbardziej pierwotnych (prymitywnych) instynktów drapieżnika i zdobywcy. Pełnią one rolę zastępczą, a niektórzy się pocieszają, że jest to pewien rodzaj wentylu bezpieczeństwa i odreagowanie frustracji wynikającej z niemożności spełnienia tych fantazji w rzeczywistości.
          Wojna te wszystkie zakamuflowane i stłumione siły uwalnia, dlatego dla wielu ludzi stanowi ona doświadczenie wręcz katarktyczne.

      • Kartka z podróży Says:

        Ciekawa dyskusja Logosie, bo wracająca do zapomnianej nieco a może przemilczanej przez purytańską poprawność polityczną psychologii dziecięcej. Nie wiem czy zauważyłeś, że dziecko współcześnie też podlega infantylizacji? Nie tak dawno w kraju słynna się stała historia dwóch braci, którzy dość obcesowo bawili się ze swym kotem. Kot zabawę przeżył, nie ucierpiał. Jestem miłośnikiem kotów, obserwuję ich samotnicze życie, więc wiem, że przeżywają cięższe próby. No ale bracia (10 i 14 lat) i ich rodzina zapłacili za film dokumentujący tę zabawę koszmarną cenę. Dzieci stały się obiektem linczu medialnego i szykan zarówno społecznych jak i państwowych. Rodzina (porządna) doznała wykluczenia – jak w średniowieczu. Ludzie żądali mordu za kota. Treści, które rodzina otrzymywała listownie przebijały nawet poetykę wojennej, goebbelsowskiej propagandy. Wyborcza poszła tropem tych listów. Jak się okazało mordu za kota na dziesięciolatku żądali przyzwoici, poczciwi ludzie. Ja tez wychowałem dwoje dzieci i musiałem rozwiązywać również takie problemy wychowawcze. Ale to, co jeszcze dwadzieścia lat temu było powodem reprymendy i rozmów, teraz wywołuje histerie nieomal wojenne. Infantylizowany kot, dzieci, dorośli, starzy faceci latający po lasach jak chłopcy-partyzanci, publiczne rozwalenie dla wyborczego efektu jakiegoś taliba, ludzie kibicujący tej egzekucji przed telewizorami, zapomniana, przemilczana psychologia. „Wirówka nonsensu” – jak pisał Głowacki. Ruiny Warszawy już chyba na nikim nie robią wrażenia.
        Pozdrawiam

  5. jula Says:

    Kartka: wojna jest jak „oczyszczająca zima z mrozami”
    Też po tym zdaniu aż mnie ciarki przeszły. Bo po drugiej wojnie światowej żadne wydarzenia nie mogły już w zasadniczy sposób zmienić, czy nasilić doświadczenia zła. Koszmar zaledwie powracał, zmieniał barwy, przybliżał się i oddalał. :(
    Nadzieja na świat bez wojny nie spełniła się i zapewne nigdy się nie spełni.
    Możemy zaledwie próbować ograniczać zło, ci z nas, którzy żyją z dala od koszmaru mogą próbować pamiętać o swoim uprzywilejowaniu, mogą próbować powstrzymać absurdalne poczucie pewności, że zawsze umieliby zachować godność, uczciwość i rozsądek.

    Może jeszcze i taki fragmenty zacytuje;
    „Wartości w świecie — a więc miłość, jasność, ład, uznanie praw drugiego człowieka, pojmowanie jego istnienia nie jako łupu lub siły roboczej, lecz pola życia, któremu przyświadczamy i mamy ochotę pomóc — leżą za tamą wzniesioną przeciwko nieustannie grożącemu morzu.”
    (…) „Nasze systemy wartości kolidują nie tylko z systemem wartości takich lub innych fanatyków, ale również z systemem wartości drobnych złodziejaszków, gotowych pozbawić życia drugiego człowieka dla kilku złotych na butelkę wódki.”
    (..) „„I będziesz się smażył w piekielnym ogniu zawsze, jeśli zwątpisz w istnienie Boga.”
    (..)„Co najmniej, musimy stworzyć warunki dla rozwoju człowieka w tym życiu — jedynym, którego możemy być pewni. Oznacza to, że nie wolno nam straszyć naszych dzieci piekłem, ani zatruwać ich nienawiścią do niewiernych. Nie wolno nam uczyć naszych synów traktowania kobiet jak przyszłej własności, ani przekonywać naszych córek że są własnością. I powinniśmy przestać opowiadać naszym dzieciom, że historia człowieka rozpoczęła się magicznie i zakończy się krwawą magią — być może już wkrótce, zwycięską wojną między sprawiedliwymi a resztą ludzkości. Trzeba być człowiekiem religijnym, żeby tak koszmarnie zawieść swoje potomstwo — doprowadzając je do obłędu strachem , bigoterią, przesądami zanim ich umysł zdąży się uformować. Nie można być na poważnie chrześcijaninem, muzułmaninem czy żydem, by nie robić tego w mniejszym czy większym stopniu” — pisze Sam Harris.

    Zbiorowe szaleństwo nie płynie z racjonalizmu ani z intelektualnej uczciwości.
    sorry ,że tak chaotycznie pisze , moim zdaniem chciałam wypunktować najważniejsze problemy, bo w najbliższy piątek (23 września) Palestyńczycy przedstawią w Organizacji Narodów Zjednoczonych prośbę o uznanie palestyńskiego państwa i przyjęcie go w poczet członków ONZ.

    Jednocześnie chcę podkreślić, że z 18 terrorystów, którzy bezpośrednio brali udział w zamachu na WTC, 15 było z Arabii Saudyjskiej, z tego kraju pochodził również główny organizator tego zamach Osama Bin Laden. Kilka dni temu telewizja Al-Arabija nadała wywiad z członkiem saudyjskiej rodziny królewskiej, księciem Muhammadem Abdallahem Al-Faysalem, którego zdaniem winę za tę falę arabskich terrorystów ponoszą szkolne programy. On sam, ze strachu przed saudyjską szkołą, wysłał swoje dzieci na naukę za granicę. Inni nie mają tej szansy.

    Ponadto, nad tym ja może bym trochę podyskutowała ale lata trzydzieste i czterdzieste wieku dwudziestego przyniosły zgoła inne szyderstwo z mieszczańskiej sprawiedliwości, z obiektywizmu prawa, niezależności sądów i tym podobnych wynalazków, którymi szczyciła się doba niewątpliwie mieszczańska. I tym razem nie chodziło o odstępstwa; szyderstwo, władające najbardziej praktycznymi środkami realizacji swojej pogardy, dotyczyło samych zasad: ‚kończy się okres liberalnej neutralności w państwie i prawie’ — głosił w imieniu hitleryzmu Ernest Krieck. Kończył się rzeczywiście, ustępując miejsca okresowi w którym instytucje mieszczańskiej sprawiedliwości zastąpiono instytucjami SS-Staat.”
    Strzelecki pisze dalej, że nasz kraj stał się wówczas terenem doświadczeń podejmowanych w zamiarze stałego podnoszenia ich szczególnej wydajności pracy. „Należeliśmy do partii skazanych.”
    Dziś inne miejsca na świecie są terenem doświadczeń. Nadal oczekuje się, że matki będą składały swoje dzieci na ołtarzach religijnej nienawiści, nadal również jest pilne zapotrzebowanie na uczciwość intelektualną nie tylko ofiar, ale i nie całkiem postronnych obserwatorów. :(

    Pozwoliłam sobie zacytować obszerne fragmenty eseju dziennikarza BBC A. Koraszewskiego, bo doprawdy trudno mi jest ogarnąć problemy naszego świata.
    Bardzo dużo daje do przemyślenia i taki komentarz.
    „(…) religia powinna być dozwolona dla osób pełnoletnich. Na Bibliach i Koranach powinien być znaczek „od 18 lat” i ostrzeżenie w czarnej ramce „ta księga sprawiła iż na święto Bożego Ciała palono żywcem heretyków”, „ta księga sprawiła iż zginęło kilka milionów Azteków”, „ta księga sprawiła iż przez 1500 lat prześladowano Żydów” etc. Dla mnie religie są używkami, albo groźnymi narkotykami – to zależy od dawki i organizmu konsumenta. Uzależnianie od nich bezbronnych dzieci, które automatycznie przyjmują różne narkotyki mentalne, jest czystym barbarzyństwem. Mało kto solidaryzowałby się z ojcem wciskającym swej pięcioletniej córce do buzi papierosy, wstrzykującym jej opium, czy nalewającym wódkę do zupy mlecznej dziecka. Ja nie czuję tej solidarności również w wypadku wychowania religijnego. :(

    • Logos Amicus Says:

      Jula, rzeczywiście trudno uchwycić wątek w tym Twoim komentarzu, który jest właściwie zlepkiem kilku odrębnych tekstów (Harrisa, Kiecka, Koraszewskiego), traktujących o różnych sprawach. Jest tu jednak kilka ciekawych stwierdzeń, z których najbardziej chyba spodobało mi się to: „Wartości w świecie — a więc miłość, jasność, ład, uznanie praw drugiego człowieka, pojmowanie jego istnienia nie jako łupu lub siły roboczej, lecz pola życia, któremu przyświadczamy i mamy ochotę pomóc — leżą za tamą wzniesioną przeciwko nieustannie grożącemu morzu.”

  6. jula Says:

    No tak , bo ja wybierałam myśli wątki z którymi się utożsamiam i myślę, że w tym labiryncie jest uchwycone , dlaczego ludzie jednak ze sobą wojują nawet za cenę życia . Wykorzystują cały swój dorobek cywilizacyjny w walce o dominację . Nie żyjemy wiecznie. Przez to nasze bardzo krótkie życie większość z nas chce złapać jak najwięcej dla siebie , nawet kosztem innych.
    Gdzieś tam istnieje pewnie jakaś równowaga , coś jak ekonomiczny popyt z podażą, które niestety ciągle jest zachwiane.
    Och i Darwin się kłania z jego ewolucja , tak mi wyszło . … Były dinozaury, kto po nas będzie ?… Mam na myśli oczywiście ssaki. :D )))

    Też ciekawy świat był ;) – wędrówki z dinozaurami poniżej –

    Pierwszy odcinek serii stworzonej i wyemitowanej przez BBC. Zobaczymy, jak wyglądał teren współczesnej Arizony 220 miliony lat temu, a więc w czasach, kiedy dinozaury dopiero zaczynały przejmować władzę w świecie zwierząt.

  7. iwona Says:

    „That’s why I call testosterone the perfect weapon of mass destruction.”

    http://www.wired.com/wiredscience/2008/11/qa-how-biology/

    http://www.warandgender.com/wgmaleag.htm

    (reszta w ksiazce War and Gender- sorki, ze po ang) :)

    • Logos Amicus Says:

      Myślę Iwona, że coś za bardzo Ci ten testosteron w głowie utkwił – skoro tak ciągle do niego powracasz ;)
      Człowiek rozwinął tak bardzo kompleksową kulturę, że wiele różnych czynników ma wpływ na to, że prowadzi on wojny.
      Za męską skłonność do agresji nie możemy obwiniać tylko hormony. Testosteron jest bardziej „instrumentem” używanym przez mężczyzn do prowadzenia wojny (czy konkurowania z innymi mężczyznami), niż takiego postępowania przyczyną.
      Wywiad z Haydenem przeczytałem. Nic właściwie nowego on tu nie wnosi, chociaż pod koniec mówi coś, co może nas napawać niejaką nadzieją:

      „I think humans have the capacity for love and peaceful coexistence.
      The really hopeful thing of looking at war from the perspective of evolution is recognizing that war is built up from a set of evolved predispositions, but that doesn’t make war inevitable. Yes, it is inherent, but it’s not necessary and we can start looking at things that we can do in social policy that make war less likely and less brutal.”

      A drugi tekst? Też nie przesadza się tam z nadawaniem testosteronowi jakiejś szczególnej, decydującej wagi. O czym świadczy takie choćby zdanie:

      „The evidence on the entire question of testosterone and aggression in humans is undermined by problems of measurement, reverse causality, and poor experimental design. The main conclusion is that testosterone seems to influence intensity of aggression in some contexts, but these are not well understood and are not dramatic in magnitude.”

      Iwona, czy rzeczywiście przeczytałaś cały tekst?

      • iwona Says:

        Przeczytalam swego czasu cala ksiazke, tekst tez. W zasadzie nikt nie obwinia _tylko_ hormonow. Ja tez. :) Nie za bardzo jest prawda, ze hormony sa instrumentem. Sa raczej zrodlem takiego czy innego postapowania. Oczywiscie, nie jest to przyczyna czysto bezposrednia. Nie przypisuj mi, czy cytatom uproszczenia, jaki zastosowalam. Biologia ludzka jest zbyt skomplikowana, i takie zalozenie mam od poczatku, w co rowniez wierzylam iz owe posiadasz :) Upraszczam, zeby nie patrzec tylko na wojne w kontekscie czlowieka bez uwzglednienia bardzo waznej cechy- fizjologii, ktora nami kieruje. Jak sam widzisz, w zamieszczonym cytacie wiele jeszcze do wyjasnienia. Po prostu lubie kiedy jest zrodlo obiektywizmu w przemysleniach, a jesli sie zapomina w nich o nich, wtedy sa one wylacznie subiektywne. Trudno wtedy dyskutowac, bo jak mozna dyskutowac z czyimis przekonaniami? a tak akurat widze wiele Twoich tutaj wpisow. Moze dlatego moje wtrety o testosteronie. :) No ale moze nie miejsce na to na tym blogu. W koncu to nie blog naukowy.
        pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          Bardzo dużo rzeczy tutaj mieszasz ze sobą.
          Ja raczej niczego nie upraszczam. To raczej Ty upraszczasz, zawsze uparcie nawiązując do biologii, zupełnie ignorując kulturowe uwarunkowania człowieka. A człowiek (człowieczeństwo) to nie tylko „biologia”, czy „fizjologia”. Ta także – a może nawet przede wszystkim – kultura.
          Nawet cytat, który zresztą sama mi podesłałaś, nie potrafi zmienić Twojego nastawienia. Więc może jeszcze raz go powtórzę, tym razem podkreślając pewne stwierdzenia (a jest to – jak sama napisałaś – źródło naukowe):

          The evidence on the entire question of testosterone and aggression in humans is undermined by problems of measurement, reverse causality, and poor experimental design. The main conclusion is that testosterone seems to influence intensity of aggression in some contexts, but these are not well understood and are not dramatic in magnitude.”

  8. iwona Says:

    Widze, ze nie zrozumiales mojego komentarza. :) No nic. Trudno. Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      A mnie się wydaje, że Ty nie rozumiesz moich wpisów.
      Tak przynajmniej można sądzić po Twoich komentarzach.
      Np. kwitujesz cały mój artykuł słowem: „TESTOSTERON” i uważasz, że to załatwia sprawę.
      (Może jednak wytłumaczyłabyś nam swoje stanowisko bardziej wyczerpująco i kompleksowo?)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s