POWRÓT KARMAZYNOWEGO KRÓLA („King Crimson” w Chicago)

(The Vic Theatre, 25 września, 2014)

King Cromson line-up AD 2014     (fot. M. Appleton)

King Crimson lineup AD 2014. Od lewej: Mel Collins, Pat Mastelotto, Tony Levin, Jakko Jakszyk, Bill Reiflin, Robert Fripp, Gavin Harrison. (fot. M. Appleton)

.

Muzyka „King Crimson” jest – i zawsze była – jednym wielkim paradoksem (ale może tak jest z każdym rodzajem awangardy?), podobnie jak jej lider, gitarzysta Robert Fripp – nota bene jedyny członek zespołu, który jest w jego składzie od samego początku, czyli od 1968 roku (choć on sam wzbrania się przed nazywaniem go liderem – nie wiadomo – z namysłu, przekonania czy fałszywej skromności?).

Zacznijmy od paradoksu – człowieka.

Fripp co najmniej od 57 lat (kiedy to, w wieku 11 lat zaczął grać na gitarze) uprawia muzykę, ale nie jest pewny, czy jest muzykiem; mówi że gitara „jest dość słabym instrumentem, właściwie nic mnie w gitarze nie intryguje”, a niemal całe swoje życie oparł na tym instrumencie (ściślej: na grze na nim i tworzeniu przy jego pomocy muzyki), natomiast w przeróżnych zestawieniach „największych gitarzystów wszechczasów” zawsze plasuje się w czołówce. Mówi, że pozbawiony był słuchu muzycznego i wyczucia rytmu, a jednak postanowił poświęcić się muzyce, tworząc – i prowadząc – jeden z najbardziej znanych (by nie powiedzieć – kultowych) zespołów w historii światowego rocka. Nie mógł być ani gitarzystą jazzowym, ani klasycznym, ani rockowym (przynajmniej on sam za takiego się nie uważa), więc musiał stworzyć swój własny (i niepowtarzalny) styl grania na tym instrumencie (i rzeczywiście – nie można mu tutaj odmówić racji – gra Frippa jest unikalna). Być może wszystko to było możliwe dzięki temu, że jego dewizą życiową jest następująca sentencja (wymyślona, oczywiście, przez niego samego): „Staraj się przekształcić to, co niekorzystne, w to, co korzystne, wady w zalety, słabości w atuty”. I trudno nie zauważyć, że Frippowi udało się to znakomicie zrealizować.

Robert Fripp w Chicago, 2014 (fot. Tony Levin)

Robert Fripp w Chicago, 2014 (fot. Tony Levin)

Są jeszcze inne paradoksy, choć bardziej chyba jednak małostkowe. Oto Fripp obrusza się (w wywiadzie udzielonym gazecie „Financial Times”) na posądzenie, że gra dla pieniędzy („Czy wierzysz w to, że Rostropowicz grał na wiolonczeli tylko po to, żeby się utrzymać? Czy wierzysz w to, że Hendrix grał tylko dla pieniędzy?”), ale – jak sam przyznaje – zmarnował cztery lata życia procesując się ze swoją (żeby było ciekawiej) własną wytwórnią płytową o tantiemy, nic w tym samym czasie nie tworząc, wykosztowując się przy tym na pazernych adwokatów.
Inny drobiazg: Fripp jest chyba jedynym gitarzystą rockowym na świecie, który 100% swojego czasu grania koncertowego przesiedział na stołku (mimo, że już na samym początku istnienia „KC”, Greg Lake robił mu wyrzuty, że przecież nie można siedzieć na scenie „jak ten grzyb”). Ale Fripp do dzisiaj siedzi, zachowując na dodatek podczas grania kamienną (beznamiętną?) twarz, na której trudno dopatrzyć się jakiejkolwiek emocji. (Na marginesie: aparycją, stylem bycia ubierania się i mówienia Fripp bardziej przypomina urzędnika w nałokciownikach, niż rockowego muzyka – ale do chwili, kiedy nie zaczną docierać do nas jego słowa, przesiąknięte błyskotliwą ironią i szelmowskim humorem – choć nie pozbawione przy tym pewnej elegancji, ciepła, życzliwości, spokoju i łagodności.)
I na koniec – zaledwie 2 lata temu, w sierpniu 2012 roku, Fripp oświadcza we wspomnianym już wywiadzie dla „Financial Times” (tutaj zresztą wybór pisma, któremu zgodził się Fripp na wywiad, też jest symptomatyczny), że nie może się już skoncentrować na twórczości, więc postanowił zrezygnować z kariery muzyka „pierwszej linii frontu”, by zająć się biznesem („I made the choice to give up my career as a musician in the frontline to deal with the business.”) To oświadczenie dało pewnie asumpt temu, by gazeta zatytułowała cały tekst dramatycznym i niewątpliwie pretensjonalnym „The Day the Music Died”. Lecz najgłośniejszych echem odbiło się jednak stwierdzenie Frippa, że „jego życie, jako profesjonalnego muzyka”, stało się „smutnym ćwiczeniem w daremności” („a joyless excercise in futility”).
Tym bardziej może cieszyć fakt, że Fripp „dowlókł się” się w tej (domniemanej) depresji nie tak dawno do Chicago i wraz z kolejnym wcieleniem (tym razem najliczniejszym, bo siedmioosobowym) „King Crimson” dał koncert, który wielu – mający to szczęście w nim uczestniczyć – popamięta sobie do końca życia.

Paradoks – zespół.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że paradoks-zespół („KC”) wyrasta bezpośrednio z paradoksu-człowieka (Roberta F.) Rock, który nie jest rockiem; dyscyplina, która nie może istnieć bez chaosu (bo jest sposobem jego kontrolowania); z „cichego terroru” (autorskie określenie Frippa) wyłania się subtelne piękno dźwięków i spokój; z dysharmonii i dysonansu – harmonia; z polifonii – jasna, wyraźna fraza; z polirytmii – synkopa (zbliżająca się czasem do funku lub przechodząca w mocny, jednoznacznie określony beat); z nietaktu – takt… etc. Z jednej strony „King Crimson” (Fripp) zmuszał grających z nim muzyków do myślenia (większość pomysłów kompozycyjnych Frippa jest po prostu muzyką konceptualną – w tym sensie, że ma źródło bardziej intelektualne, niż intuicyjne), z drugiej – pozwalał im (a przy tym sam sobie) na sporą dozę improwizacji, która ma do siebie to, że bardziej jest fantazją, niż myśleniem, więc często zamieniała się we wspomniany już – a przy tym spontaniczny – chaos. Ten z kolei musiał być okiełznany, by nie dopuścić do anarchii, która na pewno nie leży w naturze pedantycznego Roberta. Tym sposobem krąg się zamykał – a w nim muzycy, tworzący dzięki temu muzykę niepowtarzalną, nie dającą się skopiować, rozpoznawalną od pierwszego dźwięku, unikalną… Otwartą, bo zmienną; zamkniętą, bo mimo wszystko zintegrowaną. Gatekeeperem tego wszystkiego był niewątpliwie Fripp, choć bardziej, moim zdaniem, pasowałoby tu do niego określenie soulkeeper, bowiem, jak sam kiedyś powiedział, ciało „Karmazynowego Króla” się zmieniało, jednak dusza pozostawała ta sama. I myślę, że było to możliwe tylko dzięki temu, że Fripp wiedział jak zastosować w zespole ów „cichy terror”: „cichy” – bo delikatny acz stanowczy, „terror” – bo apodyktyczny i niedopuszczający żadnego sprzeciwu, ale mimo wszystko perswazyjnie inspirujący. Bez tego duchowego „terroryzmu” nie byłoby takiego „King Crimson”, jakiego znamy.

Lider – nie lider?

Czy Fripp jest wobec tego geniuszem? A może „tylko” kompilatorem – i katalizatorem, czy też generatorem – cudzej kreatywności? Czy jedyną rzeczą większą od jego talentu jest jego Ego? Czy komplikacja jego charakteru, złożona osobowość grawitująca ku osobliwości – wszystkie te ambiwalencje i sprzeczności – czy to nie było antycypowane w jednej z największych i najsłynniejszych kompozycji „King Crimson” już na pierwszym, kultowym jak żaden inny albumie „In the Court of the Crimson King”? (Chodzi oczywiście o „21st Century Schizoid Man”: Fripp jednym z najbardziej twórczych schizofreników XXI wieku?)
Tenże Fripp powiedział kiedyś, że to był dla niego zaszczyt – granie z innymi muzykami, którzy przewinęli się w długiej, bo liczącej już 46 lat, historii zespołu (a było ich ponad dwudziestu); i że to nie on ich uczył, ale że on sam uczył się od nich. To może wyglądać na krygowanie się i pretensjonalne mydlenie nam oczu, ale ja skłonny jestem tutaj Robertowi wierzyć. Tak więc, jego apodyktyczność była niczym innym, jak konsekwentnym wyciskaniem z kolejnych członków zespołów tych najlepszych soków, na jakie ich było stać. I właśnie stąd brała się siła, różnorodność, kreatywność i potencja „Karmazynowego Króla” – potężnego demona, (którego domorośli symboliści wiążą z samym Belzebubem) z duszą o niebo (piekło?) większą, niż wszystkie jego cielesne członki razem wzięte.

Koncert – at last

Niebo nad Vic było pogodne, ale zbliżał się schyłek dnia, więc purpurowy a migotliwy napis „King Crimson” na szyldzie „teatru” wydawał się jarzyć coraz mocniej, i mimo że każdy miał już przypisane i zarezerwowane miejsce na sali, kolejka przed wejściem wydłużała się coraz bardziej, choć od rozpoczęcia koncertu pozostawała dobra godzina z hakiem. Była więc okazja rzucić okiem na zebrane tu towarzystwo: przeważali oczywiście dżentelmeni czterdziesto- i pięćdziesięcio-letni, choć nie brakowało też trzydziesto-latków (bardziej młodocianych z zasady do Vic się nie wpuszcza, a to z powodu lejących się tam czasami strumieni alkoholu… i nie tylko). Kobiety były w zdecydowanej mniejszości (i tutaj można by się zastanowić: dlaczego?) Podsłuchane rozmowy świadczyły o niebywałym „otrzaskaniu” fanów zespołu z jego dyskografią, muzyką, składami, triviami… Mnie samemu również przypomniały to i owo, były także niezłym źródłem informacji, tym bardziej, że sam nigdy nie zaliczałem siebie do zagorzałych fanów (dajhardów) „King Crimson”.
Pseudo-barokowa sala Vic Theatre nie jest wielką salą i pewnie dlatego została zaakceptowana przez Frippa, który nie lubi dużego audytorium (dlatego z wielką niechęcią wspomina swój występ w warszawskiej Sali Kongresowej w latach 90-tych); mówiąc, że tysiąc – półtora tysiąca słuchaczy to góra, reszta jest zbyteczna, bo ani dobrze nie słyszy, ani dobrze nie widzi, przez co on czuje pewien dyskomfort. I to akurat świadczy dobrze o Frippie, że – jeśli chodzi o efekt koncertu na słuchaczach (i widzach) – to myśli także o tych z najdalszych rzędów, a nie tylko o dodatkowej kasie, jaką ci ostatni generują.

King Crimson (part of it)) in Concert (fot. Sid Smith)

King Crimson (part of it) in concert (fot. Sid Smith)

Zajmijmy się jednak sceną. A na niej przywitało nas nie byle co: niesamowite góry sprzętu muzyków z trzema perkusjami (czy też raczej zestawami perkusyjnymi) w pierwszym rzędzie i całą resztą (przygotowaną dla pozostałej czwórki obecnego „KC”) ustawioną na podwyższonym piedestale na drugim planie. Oj, będzie się działo – pomyślałem sobie i pewnie nie byłem w tej myśli odosobniony.
No dobrze, dosyć już tych przydługich występów. Pora napisać, co się rzeczywiście na koncercie działo – co się widziało, a przede wszystkim – co się słyszało.
Trochę się obawiałem, że ta rozbudowana bateria perkusji zdominuje muzykę całego zespołu (tak jak zdominowała go wizualnie), ale nie była to jednak dominacja przytłaczająca – w końcu gitara Frippa nigdy nie dała się zepchnąć do roli tylko li wypełniacza tła, w przeciwieństwie do niego samego, który zwyczajowo chował się w jakimś słabo oświetlonym kącie estrady.
Zaczęło się od lekkich uderzeń w gary Pata Mastelotto (skrajna perkusja po lewej), podjętych przez pozostałych pałkarzy (Billa Rieflina w centrum i Gavina Harrisona z prawej), do których dołączyła się sukcesywnie cała reszta: Mel Collins (flety i saksofony), Tony Levin (basy), Jakko Jakszyk i Robert Fripp (gitary i nie tylko). Dość szybko stało się jasne, że będzie nie tylko głośno, ale i historycznie, bo na pierwszy ogień poszła najbardziej chyba znana kompozycja prog-rocka, której już sam tytuł brzmi jak najczystsza awangarda: „Larks’ Tongues in Aspic, Part 1”, co od biedy można tłumaczyć, jako „Języczki skowronków w galarecie”. (Przy okazji zaświtało mi w głowie pytanie: czy coś, co jest awangardą, może się po jakimś czasie stać klasyką?) Języczki języczkami, ale już po kilku minutach stało się oczywiste, że oto mamy przed sobą jeden z najmocniejszych lineupów (i to nie tylko dlatego, że jest to skład w historii zespołu najliczniejszy – gdyż septetem „King Crimson” stał się po raz pierwszy), nie pozbawionym wszak swoich słabszych punktów (ale o tym później – i nie za dużo – by nie popsuć wrażenia całości, która okazała się jednak czymś wyjątkowym).
Na koncercie zespół odwiedził właściwie każdą z pięciu dekad swojej aktywności, z wyjątkiem jednej – lat 80-tych ubiegłego wieku, które chyba jednak zostały zdominowane silną osobowością muzyczną Belewa. Najwidoczniej, ten okres Fripp chce uważać za zamknięty, tym bardziej, że nakoncertował się on już z tą muzyką wcześniej – podczas kilku ostatnich światowych tournée „King Crimson”.
A przecież jest do czego wracać. I zaskoczyło mnie to, jak nowocześnie i dynamicznie mogą te kompozycje brzmieć po latach. Ot, choćby „Sailor’s Tale” i „The Letters” z płyty „Islands” (1971) – to być może ukłon w stronę Mela Collinsa, który był wówczas w składzie „KC”. Obecność „Red” i „One More Red Nightmare” z uwielbianego m.in. przez Kurta Cobaina albumu „Red”, (które to  uwielbienie, nota bene, przyczyniło się do małego renesansu „KC” w Ameryce) nie dziwiła, bo jest to materiał mający w sobie niebywały potencjał na lata, no i jednak pożądany do dzisiaj przez amerykańską publiczność. Dziwiła mnie jednak obecność takich, lekko smętnych, przynudzonych „ballad” jak „A Scarcity of Miracles” i „The Light of Day” – dość świeżych kawałków z płyty z 2011 roku, firmowanej wtedy przez trio Fripp-Collins-Jakszak – moim zdaniem nie przystająca zbyt dobrze do muzycznego „mięsa”, jakie serwuje najnowsze wcielenie „King Crimson” (sentymentalizm Jakszaka niezbyt tu na miejscu – zanadto miękkie to według mnie, no i wokal Jakko pozostawia momentami dużo do życzenia).
Spodobały mi się „The KonstruKction of Light” i „Vroom” – efekt poszukiwań Frippa w latach 90-tych (dużo funky w tym – używanie mieli więc nie tylko bębniarze, ale i szalejący ze swoim basowym STICK-iem na scenie Tony Levin). Druga część „Języczków” też była niczego sobie – w ogóle kompozycja ta jest doskonałą okazją do ujawnienia całego spectrum możliwości brzmieniowych „King Crimson” – począwszy od instrumentalnej delikatności melodyjnej po niemalże heavy-metalową kanonadę gitarowych pasaży Frippa i apokaliptycznych bębnów. (Bez tych ostatnich przymiotów „KC” nigdy by nie powstała tak mroczna, dramatyczna i ciężka rzecz, jak „Red”). Nie wykonywany od 40 lat (!!!) „Starless” dosłownie zmiótł publikę z siedzeń, doprawioną na bis monumentalnym, bombastycznym (na dobre i na złe), desperacko-hard-rockowym, kosmicznie odlotowym i psychodelicznie odrealnionym „21st Century Schizoid Man”. To był nie tyle strzał w dziesiątkę, co eksplozja, która o mało nie rozniosła „Vica” – z jego rozszalałym tłumem podstarzałych schizoidów – po okolicznych Sheffieldach i Belmontach.

Nie koniec z przygodą

No cóż, lepiej słuchać jest koncertu, niż o nim pisać (a jak tu jest z czytaniem, to jeszcze inna śpiewka). Znalazłem się na nim dość przypadkowo (w tym miejscu specjalne podziękowania dla Simply’ego, dzięki któremu nie tylko zobaczyłem i wysłuchałem wskrzeszonego „Karmazynowego Króla”, ale i dzięki któremu zaistniał – pośrednio – ten tekst) i dobrze się stało, bo wróciło do mnie sporo muzyki z mojej młodości, odświeżyłem sobie znajomość z jedną z najważniejszych grup w historii rocka (i to nie tylko tego progresywnego); a może nawet wszedłem w pewną zażyłość z tym, co reprezentuje ta kapela obecnie (choć w zasadzie kroją oni teraz i zszywają stare „szaty” Króla – na podwójnym CD „The Elements”, który przyniosłem z koncertu, znajduje się ledwie kilkuminutowa próbka nowego materiału, i to tylko perkusyjna). Poza tym, znaleźli się na tym koncercie ludzie, którzy przylecieli nań specjalnie z tak odległych miejsc jak Meksyk, Peru i Kolumbia (o wielogodzinnej jeździe samochodem z okolicznych stanów nie wspominając), więc chyba mogłem pokonać te kilkanaście mil jakie dzieli „Vic” od miejsca, gdzie mieszkam i zjawić się w tysięcznym tłumie rozentuzjazmowanych melomanów starszego (już niestety) pokolenia.
Sukces „Mark VIII” (jak nazywa obecny lineup kapeli Fripp) polega na tym, że nie tylko scala on, ale i ożywia to, co w przeszłości stworzył Fripp ze swoimi towarzyszami – i że to brzmi teraz wspaniale. Wprawdzie chciałbym posłuchać wreszcie czegoś nowego, zamiast trzech perkusistów wolałbym jednego Bruforda (najlepszy z obecnego tria jest niewątpliwie Mastelotto, Riefllin według mnie dodany tak trochę od parady – ale przynajmniej nie bruździ, Harrison ledwie poprawny – choć z pewnymi przebłyskami), to jednak Frippa, jak słychać, nadal stać na dobrą formę i mobilizację ludzi. Z weterana Collinsa wyciągnął na stare lata to, co najlepsze (nieźle jazzujący sax) i nawet Jakszyk, na którego kręcę trochę nosem, potrafi się ze swoimi instrumentami wpisać w mocne, zdecydowane, pełne życia muzycznego i wigoru brzmienie nowego-starego „King Crimson” (właściwie, z całego składu, to tylko Rieflin jest zupełnym newcomerem). Czy jednak Fripp et consortes są jeszcze w stanie stworzyć coś, czego jeszcze nie znamy? Tegoroczną trasę koncertową na początku obwieszczano (cokolwiek złowieszczo to brzmiało) jako „farewell tour”, ale pewnie Fripp poszedł po rozum do głowy (po prawdzie długo tam nie musiał go szukać, bo jednak swoim życiem – i to nie tylko muzycznym – potwierdził, że całkiem „łebski” z niego facet) i do Chicago „KC” trafił już z tytułem trasy przemianowanej na „Elements tour”. Bo niby dlaczego zamykać sobie drogę do dalszych przygód, skoro nadal stać jest na nie 50-cio, a nawet blisko 70-cio letnich panów? Choćby miały to być już tylko przygody muzyczne…

greydot

APENDYKS. O muzyce rockowej piszę na mojej stronie stosunkowo rzadko, a przecież towarzyszy mi ona (wraz z innymi rodzajami muzyki) niemalże od dzieciństwa i – co tu kryć – była dość ważną częścią mojego życia (zwłaszcza emocjonalnego ;) ) A przecież – jeśli chodzi o pisanie o rocku – robiłem to swego czasu często, prowadząc na początku lat 90-tych ubiegłego wieku (jak to brzmi!) na łamach prasy polonijnej rubrykę „ROCK I OKOLICE”, gdzie zamieszczałem teksty muzyczne, zwłaszcza recenzje z koncertów (po przybyciu do Stanów miałem wreszcie okazję – na żywo! – uczestniczyć w występach zespołów, które dla fanów rocka na całym świecie były już wtedy legendą). Opisany powyżej niedawny koncert ‚King Crimson” w Vic Theatre przypomniał mi inny, w którym uczestniczyłem w tym samym miejscu… 22 lata temu, i który upamiętniłem w artykule zamieszczonym poniżej.

.

STRATOCASTER WE FRAKU
(Yngwie Malmsteen w Vic Theatre, 16 V 1992)

.

W jednym z niedawnych wywiadów Krystyna Prońko, która zajmuje się teraz w Polsce m. in. prowadzeniem własnej audycji radiowej, opowiedziała o eksperymencie, jaki pewnego razu przeprowadziła na antenie. Otóż w jednym z programów zaprezentowała obok siebie Stevego Vai’a, Joe Satrianiego i Yngwiego Malmsteena, (czyli światową czołówkę gitarzystów rockowych) i… Vivaldiego. Zestawienie – szokujące jeśli chodzi o porównanie choćby ilości decybeli – nie do końca jednak tak absurdalne. Szczególnie w przypadku Yngwiego Malmsteena, który stara się żenić ogień z wodą, czyli muzykę klasyczną z hard-rockiem. Czyli: ba-roque & roll! Na ostatnim koncercie, gdzie szalał wirtuoz metalu, nie brakło ni wody, ni ognia.

***

Zaiste wielkie jest wszelkiej materii pomieszanie we współczesnym rocku. Już nawet nie piszę ogólnie – w muzyce, sztuce… To błogosławieństwo i przekleństwo eklektyzmu: różnorodność ociera się z jednej strony o bogactwo, tętni nieskrępowaną inwencją; z drugiej – napiszmy to wprost – o dowolność i dziwactwo. Silny musi być twórca i zdyscyplinowany, by nie wypaść przy tym poza nawias artyzmu. Czyż Szwed Malmsteen, grający w stolicy bluesa, Chicago, Bacha na Stratocasterze Fendera, ubrany we frak i występujący na scenie neoklasycznego (?) teatru, w którym roznegliżowane kelnerki roznoszą po sali piwo i inne trunki, nie jest swoistym fenomenem, znakiem naszych czasów?

Yngwie Malmsteen

Yngwie Malmsteen

Nie mogłem się oprzeć chęci zobaczenia tego widowiska i pewnego sobotniego wieczoru stanąłem u wrót chicagowskiego Vic Theatre.
Zdołałem jakoś przeżyć poprzedzający Malmsteena występ heavy-trash-speed-metalowej kanadyjskiej grupy z Toronto. Z totalnego hałasu dotarło do mnie ledwie parę słów: fuck, death, hate, devil, blood... A jednak chłopcy nie do końca okazali się zdegenerowani, jako że na finał zaserwowali utwór będący chyba jednak przestrogą przed narkotykami: „White Lies, Black Truth”. To oczywiście, rzecz o koksie. Jest więc nadzieja, że wyrosną z tego skatologicznego nihilizmu, jaki reprezentują dzisiaj.

***

„Gdyby Jan Seabastian Bach grał na Fenderze, brzmiałby właśnie tak, jak Malmsteen” – powiedziano kiedyś o Yngwiem. „A tak, to tylko przewraca sie w grobie, słysząc swoją fugę wymiataną na wiośle” (tj. graną na gitarze – przyp. StB) – mógłby dodać jakiś złośliwiec.
Oba zgrabne powiedzonka są oczywiście przesadą. Po pierwsze: mistrza Jana Sebastiana zabiłby już pewnie pierwszy przesterowany i nagłośniony „normalnie” (tj. do granicy bólu) scream na „Stracie”; a po drugie – kupka prochu może się już raczej tylko przesypać, nie przewrócić.

Yngwie Malmsteen jest oczywiście jednym z tych, którzy – obok Eddiego Van Halen, Stevego Vai’a, Vinniego Moore’a – dokonali ekspansji heavy-metalowego stylu gry na gitarze, wprowadzając go na obszary dotychczas dziewicze, wzbogacając w nieznane dotąd techniki, używając nowych skal… Mimo tego, tysiące naśladowców rozmyło pojęcie heavy-metalu, degradując go często do poziomu pop-music. Właśnie, ze względów komercyjnych „metal”, z różnymi dopiskami, stał się jednym z najlepiej sprzedających się rodzajów muzyki lat 80-tych, jako spadkobierca (w pierwszej linii) wymierającego na przełomie lat 70-tych i 80-tych hard-rocka. (Znikanie takich grup, jak np. „Led Zeppelin”, „Deep Purple”, „Uriah Heap”, „Black Sabbath”, „Thin Lizzy”, „Nazareth”
Z początku zapowiadało się wymarcie bezpotomne, a to za sprawą eksplozji i zalania rynku przez disco i punk-rocka, lecz już wkrótce przekonano się, jak w rzeczywistości ciężki rock jest żywotny. I to niekoniecznie tam, gdzie wypuścił on pączki i rozrósł się najbujniej, czyli w Stanach Zjednoczonych i na Wyspach. W Niemczech np., obok miałkiego „Bonney M”, potrafił wyrosnąć znakomity gitarzysta Michael Schenker; w Szwecji – obok cukierkowej „Abby” – właśnie Yngwie Malmsteen.

***

Nie ma co kryć – koncert w Vic Theatre to był jeden wielki nokaut. Nie łagodziła gigantycznego impaktu decybeli ani klasyka, ani frak artysty, ani też pewnego rodzaju „nobliwość” beczkowatej sali teatralnej, na której zresztą postawiono stoliki z trunkami. Ze wzmacniaczy zwaliła się na nas lawina dźwięku. Yngwie uwijał się jak w ukropie, nie zaprzestając nawet swych drgawek przy padaniu na kolana, czy też bezpośrednio na glebę (tj. na deski teatru). To, że spod jego światłoszybkich palców wydobywały się wtedy dźwięki artykułowane, zakrawało na cud. Oto co może zrobić profesjonalizm i lata praktyki – grania i padania. Trzeba jeszcze dodać, że były to dźwięki w konfiguracjach często zdumiewających, choć osobiście wolę nuty dłuższe i bardziej akcentowane, bliższe artykulacji bluesowej, niż kaskady drobnych nutek, zlewających się często w jedną, wielką… sorry za niedobre skojarzenia – plamę. Muszę przyznać, że zawsze patrzyłem na speed-metal bardziej jak na ciekawostkę, niż muzykę, którą można się delektować.

Program występu Malmsteena zdominowany był oczywiście utworami z jego najnowszego albumu, zatytułowanego, nomen-omen „Fire and Ice”, z którego promocją wybrał się Yngwie w świat, zahaczając o Wietrzne Miasto.
„Fire and Ice”: nie bez kozery wspomniałem na początku u „ogniu i wodzie”. Mariaż ten miał miejsce na kilku poziomach. Z różnym zresztą powodzeniem. Mniej fortunny moim zdaniem był ten, który starał się łączyć mocno wypracowane, zorkiestrowane brzmienie z banalną pop-rockową melodyką i takimże banalnym wokalem (utwory: „Fire and Ice”, „Cry No More”). Jeżeli natomiast chodzi o niezwykłą, rzec można śmiało fenomenalną manualną wirtuozerię Malmsteena, to niewątpliwie jest mu ona niezbędna do wygrywania karkołomnych, barokowych pasaży. Stąd monumentalna podniosłość (bo nie napisać: bombastyczność) przesiąkniętych Bachem kompozycji, jak np. „Dragonfly” czy „Leviathan”.

Kariera Malmsteena to 10 lat grania solowego, jak również z takimi grupami, jak „Rising Force Band”, „Steeler”, „Alcatrazz” (nota bene, z tej ostatniej formacji wyparty on został przez Steviego Vai’a). Kilka utworów z tego okresu (klasycznych już w heavy-metalu ) także znalazło się w programie koncertu: „Makin’ Love”, „Black Star”, „Heaven Tonight”, „Lier”… Nie mogły w tym wszystkim pozostać niezauważone piękne motywy ze słynnego „Adaggio” Albinoniego, stanowiąc uderzający kontrast dla rockowej ekspresji.
Oprócz setek tysięcy nutek sypiących się spod palców Yngwiego, inne jeszcze liczby były na tym koncercie niezwyczajne: ilość wypalonych przez niego papierosów (kilkanaście) oraz kostek rzuconych przez gitarzystę na pożarcie tłumu (kilkaset!). („Kostka” – jak sama nazwa wskazuje – to płaski trójkącik, służący do szarpania drutów.)
Nie mogło się rzecz jasna obyć bez hołdu temu, któremu gitara rockowa zawdzięcza najwięcej. Podczas gorącego (dosłownie) finału, duch Jimmiego zdał się opętać Malmsteena. Objawiło się to podczas grania hendriksowskiej „Purple Haze”. Najpierw rozgorzało na Stratocasterze ognisko, a gdy nieco przygasło, Yngwie zaatakował nim z furią okoliczne „piece” i klamoty, rozbijając w drzazgi instrument, którego szczątki zostały natychmiast rozchwytane przez kotłującą się tłuszczę. Różne są wszak przejawy miłości!

***

Z wyłączonym radiem, wróciłem uśpionymi ulicami Chicago do domu.

greydot

I ja tam byłem, miód i wino piłem: publiczność w Vic Theatre na koncercie "King Crimson" w Chicago, 25 września, 2014 roku (fot. Tony Levine)

I ja tam byłem, miód i wino piłem: publiczność w Vic Theatre na koncercie „King Crimson” w Chicago, 25 września, 2014 roku (fot. Tony Levin)

Advertisements

komentarzy 25 to “POWRÓT KARMAZYNOWEGO KRÓLA („King Crimson” w Chicago)”

  1. 5000lib Says:

    Dobry wieczór.
    Nie całkiem na temat. Zwykle nie przepadam za coverami, ale są na szczęście wyjątki, do takich należy płyta The Crimson Jazz. Dla mnie to argument, że Muzyka jest tylko jedna.
    Pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Muzyka jest nie tylko jedna, ale – jak to niedawno stwierdził Firpp – zawsze nowa, bez względu na to, kiedy została napisana (chodzi mi o wypowiedź Frippa w clipie zatytułowanym „Fresh Whenever It Was Written” z 4 paźdz.):

      Także covery mają swoja wartość, chociaż ja też bardziej wolę oryginały.
      Ale w przypadku wspomnianego przez Ciebie „The Crimson Jazz Trio” (w jego składzie jest Ian Wallace, perkusista, który był przez krótki czas członkiem „King Crimson” w pocz. lat 70-tych) mamy do czynienia z zupełnie nową, nie tyle jakością, co formą i treścią, o czym świadczy choćby ta oto zaskakująca wersja „21st Century Schizoid Man”:

      Wg mnie ciekawa, choć w muzycznej ekspresji i klimacie leżącymi gdzieś na antypodach oryginalnej wersji „King Crimson” sprzed 45 lat.

      • 5000lib Says:

        W pełni się z Tobą zgadzam. Muzyka jest ciągle nowa, (i dla mnie osobiście jest to jedyny wyróżnik wartościowej muzyki) także dlatego, że człowiek nabiera doświadczenia, czyta, rozwija się, spotyka z ludźmi. Jak to mówią filozofowie: „Człowiekiem się nie jest, człowiekiem się staje”.

        Także odnoszę wrażenie, że CJT i wspomniany album to próba powrotu. W powrotach nie widzę nic złego. Dla mnie dzieje się coś niedobrego jeśli Artysta/Artystka się powtarza. Chodzenie tymi samymi ścieżkami jest bardzo niebezpieczne.
        Oczywiście, że covery mają swoją wartość, np. gdy sięgają po materiał nowe pokolenia. Tylko, że moim zdaniem, trzeba to robić ostrożnie i z dużą świadomością.
        Pozdrawiam,

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Embrace the moment” – powiedział także Fripp w tym samym wystąpieniu (przy okazji polecam video-blog „KC”, gdzie sporo jest materiału dotyczącego ostatniej trasy koncertowej zespołu – TUTAJ). Bo tylko to się liczy: „tu i teraz” – dlatego muzyka grana na żywo zawsze jest świeża.
          Mimo więc, że zespół na koncertach w tym roku grał niemal wyłącznie „stary” materiał, to nie był to powrót na te same ścieżki, po których kapela chodziła wcześniej, ani tym bardziej nie był to regres. Zgadzam się z Frippem (odniosłem takie samo wrażenie) – muzykom z nowego składu udało się zachować „niewinność” w kontekście dotychczasowych doświadczeń. Innymi słowy: nie powtarzali się i zagrali razem coś zupełnie nowego (czego nigdy nie było i czego już nigdy nie będzie). Dlatego: „embrace the moment” – carpe diem – ciesz się chwilą, bo ta nigdy się już nie powtórzy ;)

        • 5000lib Says:

          Nic dodać, nic ująć.

      • Simply Says:

        To jest klasyczne jazzowe trio fortepianowe, a la Keith Jarrett czy Bill Evans. Numery Crimsonów potraktowano, jak standardy. Dla mnie bomba, kiedyś się w tym namiętnie zasłuchiwałem.
        Ian Wallace zmarł na raka w 2007. Grał też w zespole Boba Dylana, który powiedział mu, że ,, ma pierdolnięcie, jak gliniarz z LA ”. Jest dużo koncertowych nagrań KC z lat 71-72 gdzie można posłuchać wyczynów Wallace’a, jak też free jazzowych lotów Mela Collinsa – głównego ,,indiscipline mana” w kapeli.

        • 5000lib Says:

          Uwielbiam Jarreta, nie bez przyczyny jego płyta koncertowa (podczas koncertu Artysta wystawia glejt nie tylko swoim umiejętnościom) „Koln Concert „jest najlepiej sprzedającym się albumem.

  2. Marcus Says:

    Softer side of King Crimson:

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja lubię też koncert w Japonii z 2003 roku („EleKtriK. Live In Japan” z 2003 r). Zagrali tam trochę w podobnym klimacie (soft side of „KC”) kawałek – bardzo przyjemny moim zdaniem – „One Time”:

      Nota bene „King Crimson” koncertowali w Japonii wiele razy i wydali nawet kilka płyt z koncertów tamże (stąd różne nagrania video „KC” made in Japan).

  3. Simply Says:

    Ależ to jest niesamowite ! Jakby np. w latach 60 czy 70 ktoś powiedział że idzie na koncert sześćdziesięcio – czy siedemdziesięcioletnich rockersów to by go śmiechem zabito na miejscu. A teraz to normalka, a co najważniejsze, tu nie ma geriafazy, dziady napierdalają tak, że wielu tych młodych emo – shoegazerów może przy nich tylko sięgnąć po sole trzeżwiące,
    I tak już będzie do śmierci lub jak zdrowie pozwoli. Jak jazzmani i bluesmani.

    Co do Jakszyka się zgadzam, ,, A Sacrity of Miracles ” to jest koszmarnie nudna płyta i to on za to odpowiada. Adrian Belew gitarowo i wokalnie go z palcem w bucie skasował, a kompozytorsko to go wręcz zakiepował. Fripp wziął Jakszyka ( zięcia Mike’a Gilesa, pierwszego bębniarza KC ) do składu ze względu na te starsze kawałki, która on miał już porządnie ograne. I być może dlatego zrezygnowano z tych utworów, które wymagały naprawdę porządnego wokalu – słyszałem ,, Epitaph ” w jakszykowym wykonaniu. Do Lejka nie ma startu.
    Z kolei Rieflin to bardzo doświadczony i dobry bębniarz, grał w Ministry, Revolting Cocks, REM i Nine Inch Nails, a z Frippem też już pracował i to przy dwóch rewelacyjnych projektach : ,, The Repercussions of the Angelic Behavior ” ( Fripp/Gunn/Rieflin ) 99′ który był żródłem dla serii ProjeCKtów, oraz mało znanym ,, Ten Seconds ” – taką bardziej heavy wersją tego, co Fripp tworzył z Davidem Sylvianem. Motto tej płyty : ,, Gdyby zostało ci tylko 10 sekund życia, to jakiej muzyki byś posłuchał ? ”

    Wierzę, że to granie live jest ożywczym i niezagrepsowanym dialogiem z przeszłością, którą KC mają bujną, jak mało kto. Fripp mawiał o sobie, że on nie jest liderem, a nawigatorem. Niech bierze kurs na studio, ja bym chciał zostać cicho sterroryzowany nową płytą i żeby to miało nie mniejszy impakt, niż ,,Thrak” w latach 90’tych, nagrany po 10 latach przerwy.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dobrze zauważyłeś: podobnie jak bluesmani i jazzmani, również i (niektórzy przynajmniej) rockerzy okazują się tymi, którzy się nie starzeją… Dynamika tych starszych panów była na koncercie naprawdę piekielna – ani śladu znudzenia, odbębniania trasy koncertowej… wbrew temu, o czym smęcił Fripp jeszcze parę lat temu (“My life as a professional musician, is a joyless exercise in futility.”) Ani śladu tego. Grali z większym wigorem niż niejedni młodsi od nich o parę dekad.

      Jakszyk tak naprawdę nie był taki zły, ale jego wokal w niektórych momentach pozostawiał wiele do życzenia. I te kawałki ze „The Scarsity of Miracles” można było jednak zastąpić czymś innym (i to niekoniecznie tym, co robił Belew). Tak wyczuwam, że Fripp może mieć do Jakszyka jakąś słabość – że załatwia on tę jego bardziej miękką, może nawet sentymentalna stronę.
      To, co grali kilka lat temu (razem z Collinsem), nie jest przecież tragiczne, ale mi jakoś do „King Crimson” nie pasuje – to znaczy leży mi chyba bardziej to cięższe i mroczniejsze brzmienie, a jeśli już musi być lżejsze – to wolę bardziej awangardowe, niż taki oto zgrabny i wymuskany smut-dżezik (no ładne to jest i sympatyczne, trudno zaprzeczyć, ale żeby nazywać to „King Crimson”?):

      Lake nie był aż tak wielkim asem wokalnym, ale jednak miał najlepszy głos ze wszystkich śpiewaków „KC”, którzy – powiedzmy sobie szczerze – mogliby być przecież lepsi. (Orłem nie był także Wetton: jego wokal w „Starless” jest według mnie dość średni)

      Być może niesprawiedliwie potraktowałem Rieflina, ale naprawdę zrobił na mnie niezbyt wyraźne (dobre) wrażenie – jakoś nie mogłem na koncercie wyczuć tej jego klasy – tak, jakby on sam tej muzyki zbyt mocno nie czuł – w przeciwieństwie do innych członków „Mark VIII”. Ale przecież, gdyby nie był dobrym (doświadczonym) perkusistą, to Fripp nigdy by go do swojej kapeli nie wziął.

      ,, Gdyby zostało ci tylko 10 sekund życia, to jakiej muzyki byś posłuchał ? ”
      Pewnie swojego łabędziego śpiewu? ;)

      Też chciałbym, aby w tym składzie nagrano nowy materiał. Wierzę, że ci ludzi są w stanie stworzyć coś zupełnie nowego – w sensie: całkiem nowe kompozycje (bo przecież nawet teraz, kiedy grają „stare”, to jest to na swój sposób „nowe”, ale jednak znajome).
      Prawdę mówiąc, to dobrze byłoby, gdyby nawet tylko nagrali któryś z koncertów obecnej trasy (znając Frippa, na pewno zadbał o to, by tak się stało) – no i oczywiście wydano to w formie audio-video, a choćby tylko w audio.

  4. Simply Says:

    Koncertówka będzie na bank. Znając życie, to jeśli nic się pod tym względem nie zmieniło, to studyjna też – jak dotąd, każda reaktywacja KC owocowała nową płytą.
    Tak, dla porządku, to ,, A Scarcity… ” nie jest płytą King Crimson, tylko Crimson ProjeKct – tak jak wcześniejsze ProjeKcty oznaczone tak właśnie celem odróżnienia od macierzystej formacji. Jak wspomniałem, wadą tej płyty jest potworna monotonia, tam każdy numer jest taki sam. Drugi plan jest fajny momentami ( lekka, romantyzująca gra Collinsa, soundscapowe interwencje Frippa ), ale sflaczałe kompozycje Jakszyka i ten jego permanentnie zbolały śpiew zniechęciły mnie skutecznie.
    Lake miał świetną barwę, Belew to była taka ciekawsza wersja Wettona, którego też lubiłem ( no i co on na basie wyczyniał to Matko Boska Szorstkowłosa ! ) Fripp preferował wokalistów o tak przeszywającej, zimnej frazie, z dobrą ‚górą’.
    Najsłabszy był chyba Boz Burrell ( ,Islands’ z koncertowymi przyległościami ) czasem miałem wrażenie, że on śpiewa jak Kermit z Muppet Show. Gordon Haskell ( ,, Lizard ” ) też był jakiś taki mało wyrazisty. Jakszykowi brakuje czegoś charakterystycznego, on nie jest zły, on jest przeciętny.

    Z Brufordem się rozstali w bardzo niedobrej atmosferze. Ponoć Bill był trudnym gościem we współpracy, był strasznie arogancki a nawet podobno złośliwy. Miał duże ambicje twórcze i chciał wywierać o wiele większy wpływ na powstawanie materiału, niż pasowało Frippowi. Ale był genialnym muzykiem, tu się zgadzam w 100% i to zarówno w sekcji z Wettonem, kiedy muzyka KC miała w sobie więcej literatury, jaki z Levinem i Gunnem, gdy doszło więcej matematyki.

  5. Simply Says:

    ot , choćby taka kolektywna improwizacja na żywca z 74′

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jeśli będzie płyta studyjna, to na pewno będzie brzmiała zupełnie inaczej jak „The Scarcity of Miracles”, a bardzo podobnie (jeśli chodzi o dynamikę, barwę i brzmienie) do tego, co grają teraz KC na koncertach.
      Oczywiście, że „The Scarcity” to nie było „King Crimson”, ale chodziło mi o to, że jeśli teraz kapela występująca pod szyldem „KC” gra kawałki z tamtej płyty, to jest to już „King Crimson”. Choć przecież, siłą rzeczy, jest to nawiązanie do tamtego „Crimson ProjeKCt”.
      Co jest ciekawe – ale chyba łatwo wytłumaczalne – to to, że mimo iż „The Scarcity” nagrano z udziałem aż pięciu muzyków z obecnego, siedmioosobowego składu (z wyjątkiem Rieflina i Mastelotto), to jednak muzyka ta brzmi zupełnie inaczej, niż to, co ogólnie słychać na dzisiejszych koncertach. Chodzi oczywiście o te (raptem dwie) kompozycje, które pochodzą z tamtej płyty – choć i one są jednak dość mocno zmodyfikowane. A brzmi inaczej dlatego, że głównie o tym (brzmieniu płyty) – ergo: jej charakterze – decydował Jakszyk, (któremu Fripp dał wolną rękę w ostatecznym ukształtowaniu i wyszlifowaniu całości). I wg mnie to nie pasuje do tego, co zawsze reprezentowała firma „King Crimson” pod szefostwem Frippa.

      Zgadzam się, że Lake ma bardzo dobrą barwę głosu. (Trochę żałuję tego, co o nim napisałem w poprzednim komentarzu, bo to jest mimo wszystko wokalista wybitny, co słychać było zwłaszcza w super-trio „Emerson, Lake and Palmer”.
      Przy okazji: moim zdaniem „ELP”, „Yes” i „King Crimson” (czyli wielka trójca prog-rocka) doksonale się uzupełniały – to był zaprawdę fenomen wyspiarskiego rocka, poparty zresztą takimi oryginalnymi ensamblami, jak np. „Genessis”, czy „Nice”… ale to już trochę inna historia.

      Bruford, oprócz tego, że jest świetnym perkusistą, wydaje mi się zupełnie sympatycznym gościem. Może się „ścięli” z Frippem (ale kto z 20 członków zespołu z nim się nie „ścinał”? ;) ) lecz teraz nie ma podobno miedzy nimi żadnej ansy.
      BTW podziwiam Buforda za to, że opuścił „Yes” w apogeum świetności tego zespołu (zaraz po nagraniu Yesowego opus magnum „Close to the Edge”), bo uznał, że już więcej z tym zespołem nie może osiągnąć, a „King Crimson” go kusił, bo wymagał od niego zupełnego przestawienia się z grą, poszukiwania czegoś nowego (Bruford: „In King Crimson you were required to develop a new style… if you can. Specifically for that group. The implication beeing, that you would play in that way only in King Crimson, and in King Crimson alone.”(…) „In King Crimson, almost nothing was said. You were just supposed to know”). Innymi słowy: Bruford uznał, że tylko dzięki temu może się jeszcze dalej rozwjać.

  6. Stanisław Błaszczyna Says:

    A propos tej, zapodanej przez Ciebie, improwiacji „na żywca” – uważam, że to jest bardzo dobre (choć rzadko słuchane). Mnie się podoba, (ale przyznam się bez bicia, że mogę tego słuchać tylko wtedy, kiedy moja żona nie słyszy… bojąc się o moje zdrowie psychiczne w konfrontacji z takim „rzępoleniem” ;) )

    PS. A przecież ja zaprawiony w awangardowych bojach, bo jeszcze pacholęcięm będąc, słuchałem czegoś takiego (z płyty, którą miałem w swojej kolekcji, dzięki kuzynce w Stanach ;) ):

  7. Simply Says:

    A to solówa jest, pojedynczy sprzęgacz.

    Idea ProjeKctów polegała właśnie na tym, że niepełny skład KC ( kwartety, najczęściej tria, tu kwintet ) nagrywał w znacznej mierze improwizowany materiał, czasem z niespodziankami ( np. Belew na bębnach ) i wychodziła z tego płyta. Bywało, że KC grywał na koncertach utwory z ProjeKctów, tak, że w obecnym przypadku, to nie nowość.

    A propos wymarzonego nowego albumu, pewnie Fripp będzie chciał Jakszykowi powierzyć podobną rolę, jaką pełnił Belew, tylko że on jest za cienkim kompozytorem i nawet mocarne brzmienie nie pomoże, jak utwór słaby. A co do strony lirycznej, to Jakszyk nie stworzy czegoś co mogłoby być nowym ,, One Time ” ,, Matte Kudasai ” ,, Hartbeat” czy nawet ,, Eyes Wide Open ” – przynajmniej jak dotąd nic na to nie wskazuje. Bardzo chciałbym się mylić.

    A oto porywające wykonanie ,, Waiting Mana ” – architektura, matematyka, malarskość, ale w rozumieniu grupy De Stijl,
    i totalna euforia tworzenia.

  8. Paweł Says:

    Coś tam próbowano nagrywać:

    http://nicoco.net/sm24453958

    Wygląda mi na jakąś piracką stronę z Azji – dlatego jeszcze tego nie skasowano.

    • Simply Says:

      Dzięki za wrzutę, nawet przyzwoita jakość dżwięku. Wysłuchałem ,,Starless” – dużo bardziej mi się podobała interpretacja Wettona, który to tak matowo zaśpiewał, jak wypalony, zrezygnowany gość, to było przeżyte i konweniowało z tekstem. Jakszyk nie wywołuje tego wzruszenia, podaje po prostu, co ma podać i trochę się załamuje na ,, Bi-ble-Black !”
      Rieflin na mellotronie, jak dobrze zauważyłem, byłem właśnie ciekaw czy to cudo się pojawi i który go przejmie. Mastelotto faktycznie najlepszy z perkusistów, w jego grze czuć narastający gniew, gra kolorowo, groovuje nakręcając zespół. Jest dobrze, wersja wierna, ale KC nigdy nie kombinowali z tym utworem za bardzo.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        „…ale KC nigdy nie kombinowali z tym utworem („Starless”) za bardzo”
        No jasne – na tej trasie grają go koncertowo po raz pierwszy od 40 lat! ;)
        Ale pewnie chodzi Ci o inne wersje.

        Jakszyk śpiewa bardziej „poprawnie” od Wettona i może dlatego wolimy interpetację tego pierwszego?
        Choć „Starless”, zwłaszcza jeśli chodzi o część „piosenkową”, jest właśnie tak trochę w klimacie tego, co tworzy Jakszyk, który jest chyba dość sentymentalnym gościem ;)

        Piszesz, że dźwięk tego (nieprzyzwoitego, bo złodziejskiego ;) ) nagrania jest przyzwoity? No tak, ale to tylko w kategorii ordynarnego pirata, bo moim zdaniem, ani w 10 % nie oddaje tego, co słychać na sali koncertowej. Ten clip jest tak naprawdę namiastką muzyki – ma wartość jako ciekawostka; to takie podglądnięcie przez dziurkę od klucza – żeby mieć choć blade pojęcie, jak to wyglądało i czego się słuchało.
        Ale i tak pewne rzeczy wyłapałeś świetnie.
        Mastelotto naprawdę dawał z siebie dużo (może nawet najwięcej z wszystkich). Tym bardziej to może imponować, że do młodzieniaszków on już nie należy. Ponadto, jak to ktoś wyliczył, gra on z „KC” dłużej niż Bruford, który w zespole grał przecież – jak nam się wydaje – od zawsze.

        • Simply Says:

          O inne i tę też.
          Jak na taką chamską kamerówę to nie jest żle.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Na tej samej stronie są też jakieś pijane nagrania z koncertu w LA. No to już jest zupełna maskara!
          (Zresztą, nie wiem czy można jeszcze te clipy obejrzeć, bo u mnie przestały dzisiaj „chodzić”.)

          PS. Fripp nie znosi koncertowego piractwa i ma jak najgorsze zdanie o bootlegach… z wyjątkiem tych, które sam firmuje ;)
          A że chomikuje koncerty „KC” to widać choćby z mającego się wkrótce ukazać, liczącego… 27 dysków! (CD i DVD) albumu-boxa „Starless”:

          http://www.dgmlive.com/news.htm?position=10&entry=4879&

          To się dopiero nazywa self-indulgence :)

  9. DesDem Says:

    Polecam polską stronę fanów King Crimson CRIMPAGE. Historia, artykuły, wywiady, recenzje…

    Oto jeden z komentarzy, który rok temu pojawił się na forum tej platformy:

    „Informacja o reaktywacji gruchnęła na mnie w najmniej spodziewanym momencie. Chyba źle czytałem pamiętnik Frippa. Bardziej spodziewałem się jego solowego powrotu niż Crimson. Jak dla mnie największe pozytywy i przyjemności to: Tony Levin i Mel Collins. Osobiście to niezbyt dobrze widzę w tym zespole Harrisona i Jakszyka. Jakszyk jest pewnie zakochany w starym King Crimson co zwiastuje raczej „kopiowanie” Wettona, albo Lake’a. Liczę na to, że Fripp postawi sprawę jasno: odcinamy się od przeszłosci i gramy nowe.
    Jakoś nie wierzę, że Robert będzie grał dla pieniędzy. Kiedyś miał pewnie wiele problemów z funduszami, ale nigdy nie szedł na rękę słuchaczom. Jesli to zrobi to kompletnie zszarga swoją reputację. Szkoda rozstania z Treyem i Adrianem. Mam nadzieję,ze nowe Crimson nie będzie pastoralne i odgrywane w kościołach:). Crimson musi powrócić w drapieżnej odsłonie.”

    Część się sprawdziła, część nie.

  10. rosen_zweig Says:

    Na temat:


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s