POLIFONIA I KONWULSJE – rzecz o wypełnianiu pustki (Teatr ZAR w Chicago)

*

Cesarskie cięcie. Próby o samobójstwie

Zgodnie z tym co można wyczytać z historii wrocławskiego teatru ZAR, tryptyk „Ewangelie dzieciństwa” powstawał blisko 10 lat. Jego początki datują się w 1999 roku, kiedy to członkowie zespołu (wówczas jeszcze stażyści) wraz ze swoim liderem Jarosławem Fretem, zaczęli swoje etnomuzykologiczne podróże na europejskie obrzeża (Gruzja, Bułgaria, Armenia, Grecja, Czeczenia, Andaluzja, Sardynia, Korsyka… z czasem docierając nawet do Iranu, Egiptu i Japonii), gdzie poszukiwali archaicznych form muzycznych i wiekowych pieśni polifonicznych (sama nazwa teatru wywodzi się od rodzaju starodawnej pieśni żałobnej śpiewanej do dzisiaj przez Swanów – lud zamieszkujący wysokie partie gór Kaukazu).
Każda część tryptyku stanowi właściwie odrębne przedstawienie, jednakże, kiedy od pewnego czasu prezentuje się je razem, traktować je można jako jedną całość. Tym sposobem mogą one wybrzmiewać w tym samym czasie, komplementując się i uzupełniając, stanowiąc coś w rodzaju „nieustannego requiem” (jak to określił sam reżyser).
Część pierwsza nosi (niezwykle rozbudowany) tytuł „Uwertura. Fragmenty o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa” i stanowi odniesienie do nowotestamentowej opowieści o wskrzeszeniu Łazarza oraz do gnostyckiego przekazu zwanego „świadectwem Marii Magdaleny”. Część druga to „Cesarskie cięcie. Próby o samobójstwie” – wykorzystując wielogłosowe pieśni oraz wątki muzyki bałkańskiej, hiszpańskiej, rumuńskiej, korsykańskiej i islandzkiej, podejmuje temat samobójstwa, jego egzystencjalnych implikacji i dylematu granic ludzkiej wolności. Doszukać się można w niej odniesień do prozy Dostojewskiego, para-mistycznych tekstów Simone Weil a także do słynnego eseju Alberta Camusa o samobójstwie „Mit Syzyfa”. Część trzecia „Anhelli. Wołanie” to raczej luźne,  dowolnie potraktowane nawiązanie do romantycznego poematu Juliusza Słowackiego, będącego rezultatem jego podróży do Ziemi Świętej i pochylenia się nad niedolą i martyrologią zniewolonego przez zaborców narodu polskiego.

greydot

Kiedy wsłuchiwałem się w swoje wrażenia i myślałem nad tym, czym było dla mnie doświadczenie spektaklu, który obejrzałem w ostatnią niedzielę w sali chicagowskiego Museum of Contemporary Arts, zastanawiając się także nad tym, skąd się moje odczucia tak naprawdę wzięły, natrafiłem na wypowiedź Jarosława Freta, twórcy teatru ZAR i reżysera widowiska. Podkreślił on, że mimo iż tryptyk odbierany jest przez wielu widzów niczym ceremoniał kościelny, to jednak chrześcijańska symbolika nie jest tym co go tak naprawdę interesuje: „Tak, dorastałem w społeczności chrześcijańskiej, w bardzo chrześcijańskiej rodzinie. Ale wielu członków zespołu ZAR to nie są Chrześcijanie… Nie o to chodzi w naszej pracy”. A na pytanie co jest w takim razie celem jego teatru, Fret odpowiedział: „Chodzi w nim o wypełnienie próżni czy pustki; o to, by dzielić z innymi nie tylko nasz ból – ponieważ ból jest jedynym dowodem na to, że żyjemy – ale także poczucie i doświadczenie życia… tego, co oznacza bycie żywym.”
Czytając tę wypowiedź Frata, nagle uświadomiłem sobie skąd się wzięła moja rezerwa wobec tego spektaklu. Nie wystarczyło mi bowiem samo wypełnianie pustki głosem, śpiewem, ruchem i oddechem aktorów – bez względu na sens słów, stosunek do sacrum i nieokreśloności tego, czym naprawdę jest ludzkie ciało wobec śmiertelności i zmartwychwstania.
W słowach, które udało mi się dosłyszeć, sens był niezrozumiały albo był sprawą drugorzędną a może nawet nieistotną. Treść tryptyku – wbrew pozorom – była w istocie indyferentna religijnie więc nie czuło się sfery sacrum. Ciało na scenie było ciągle obiektem profanacji i wstrząsów, bardziej narzędziem fizycznej ekspresji i pojemnikiem na cierpienie, niż świętym naczyniem wypełnionym duchem (to tak ważny przecież dla Chrześcijanina fenomen) – nie przekonywała mnie więc ta emfaza na konieczność jego zmartwychwstania, (które i tak jest – co też można odczytać z przedstawienia – „niemożliwe”), spuentowana na dodatek oczywistością tego, że prędzej czy później wszyscy pójdziemy do piachu, a nad nami rozpostrze się biały całun obojętnego świata.

Ale zostawmy na razie eschatologię. Z tego co usłyszałem w teatralnej sali i zobaczyłem na deskach sceny odniosłem wrażenie, że tryptyk ZAR-u jest produktem kultury, która się rozpadła na milion kawałków, ale próbuje się na nowo scalić sięgając do swoich archaicznych źródeł, które wszak prawie już wyschły. Synkretyzm religijny jest jednak niemożliwy także z innych względów: poszczególne elementy nie mają już swojej pierwotnej wartości, a nawet są wobec siebie przeciwstawne. W najlepszym wypadku pozostaje przeczucie tego co było w przeszłości, muzealne ocalenie małej cząstki od zapomnienia, lament pogrzebowy i żałobny śpiew nad trupem, który już od dawna spoczywa w ziemi.
Zamiast synkretyzmu, mamy więc worek pełen elementów z przeróżnych parafii – kokofonię wielu znaczeń ogarniętą harmonijną polifonią dźwięków, coś w rodzaju postmodernistycznej mix-kaszanki wybrzmiewającej w teatralnej „sonosferze”.
Powodzenie trupy ZAR-u w wielu różnych częściach globu może świadczyć o tym, że trafia on jednak w wrażliwość współczesnego widza (czy też raczej słuchacza), dla którego najbardziej liczy się właściwie moment sensualnej wibracji (będącej niczym miejscowa stymulacja żywego organizmu w laboratorium) niż synteza znaczeń, która mogłaby doprowadzić nas do sensu i zrozumienia. Artyści ZAR-u znaleźli sposób na niezwykłą kondensację życia, ale ceną za to wydaje się być wszechogarniający ból, oraz to, że owo życie przybiera w ich ciałach formę spazmu.

Uwertura. Fragmenty o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa

*

Cisza i tumult. Życie jak opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, nic nie znacząca, będąca niczym sen wariata śniony nieprzytomnie… innymi słowy: wiele hałasu o nic – bo świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają, utkani z tego samego materiału co sny…
Tryptyk, o którym tu mowa, mógł stworzyć tylko ktoś, kogo dogłębnie dotknęła cisza, jaka zapada wokół człowieka, który przestaje oddychać. Dziadek Freta był żałobnym śpiewakiem. Kiedy odbywał się jego pogrzeb, 17-letni chłopak przeżywa – jak sam twierdzi – najgłębsze, związane z dźwiękiem, doświadczenie swojego życia: w chórze żałobników nie usłyszał głosu swojego dziadka. Lecz jak to możliwe, by doświadczenie to spowodowała cisza, pustka… nic? – zastanawia się po latach reżyser. I realizuje swoją obsesję poszukiwania ZAR-u, pieśni żałobnej, którą uważa za spirytualną „kolumnę oddechu”, po jakiej dusza zmarłego wspina się jak po drabinie do nieba.

greydot

Jednak doświadczenie reżysera nie musi – i zwykle nie jest – doświadczeniem widza (czy też słuchacza). Żeby dotknąć kogoś do żywego, musi ze sobą nieść pewną wartość uniwersalną, wspólną jeśli nie wszystkim, to większości ludzi. Wszyscy z nas mamy swoje konszachty, układy i rokowania ze śmiercią, wszyscy się jej lękamy, wszyscy staramy się ją oswoić, przechytrzyć… i wszyscy zastanawiamy się, bardziej lub mniej śmiało, gdzie też nas ona w końcu doprowadzi – za jaką granicę i do jakiej krainy zawlecze. Czy będziemy za nią wstępować do nieba, a może zepchnie nas w jakieś piekielne czeluście?
ZAR zaczyna swój tryptyk od (wynikającego z pragnienia nieśmiertelności) zmartwychwstania, ale kończy wspólną mogiłą, obróceniem się ludzi w proch, przykryciem wszystkiego białą płachtą milczenia: nad tumultem życia zapada cisza śmierci, świat się opróżnia i wraca do swojego pierwotnego (?) i właściwego (?) stanu – pustki i nicości.

Nie wiem czy istnieje „kolumna oddechu” prowadząca nasze dusze do nieba. Nie wiem czy istnieje niebo, a jeśli nawet istnieje, to nie nie wiem czym ono jest. Trudno mi jest też podzielać tę wizję podniebnej drabiny, nawet jeśli pojąć ją nie dosłownie, a metaforycznie.
Nie sądzę, że ból jest jedynym dowodem na to, że żyjemy. A wyrażając to inaczej: nie wierzę w to, że ból i cierpienie definiuje życie. To pewnie jeden z powodów tego, że nie zostałem przez tryptyk porwany. Momentami męczyła mnie siłowość z jaką aplikowano ruch w ciała aktorów, deprymowała zbyt intensywna ekspresja gestu – wszystkie te konwulsyjne miotania się po scenie, brak umiaru i niuansu, jakby ciało było opętane jakąś karykaturalną nadruchliwością i skazane na epileptyczne drgawki.
Tym bardziej uderzył mnie kontrast między tą gwałtownością (którą czasami odbierałem wręcz jako gwałt zadawany ciału) a kojącym i pięknym harmonijnym śpiewem aktorów – być może ewokującym pamięć o utraconej świętości: naiwności, prostoty, zaufania i oddania się wierze. Nie odebrałem tego jako kontrapunktu (bo widziałem zbyt duże dysproporcje). Był to dla mnie jeszcze jeden przejaw jakiegoś ontologicznego niezrównoważenia – dysharmonii między spokojem wynikającym z komfortu bycia we wspólnocie i odprawiania liturgii a niepokojem, lękiem a nawet czymś w rodzaju histerii opanowującej indywiduum-ciało wydane niejako na pastwę osobnego życia (jak to sugeruje np. symbolika „cesarskiego cięcia”.)

Przedstawienia ZAR-u są gęste w emocje i znaczenia – daleko im do „ubóstwa” teatru Mistrza i guru Grotowskiego. Wprawdzie tryptyk „ubogi” jest jeśli chodzi o wizualne decorum, ale za to bogaty w ruch, dźwięk, metafory i symbole. Nie dziwi mnie więc fascynacja tych, którzy tym przedstawieniom się (p)oddali, nie dziwi wrażenie obcowania z niezwykłą sztuką, która nabiera tu ciężaru rytuału. Ja również jestem pod wrażeniem intensywności oddania się swojej sztuce przez artystów – aktorów teatru ZAR (praca jaką wykonali wydaje mi się kolosalna). W wielu momentach poruszyła mnie muzyczna jakość zaprezentowana w tryptyku – harmonijne brzmienie, anielski ton, melodia i śpiew przejmujący – trudno było na to wszystko pozostawać obojętnym. Ale w końcu przytłoczył mnie jednak pesymizm grobu i śmierci, jako „ostatecznego rozwiązywania” dla życia, które w swej istocie jest tylko torturą – spazmem, konwulsją, udręką, męczarnią i bólem.
Nie, życie ma także wiele innych właściwości i faset. Mnie nie wydawało się już okrutne w chwili, kiedy odbierałem płaszcz z teatralnej szatni, widząc obok siebie uśmiechniętych i zadowolonych ludzi.

Anhelli. Wołanie

Photo: Tom Dombrowski, archiwum Teatru ZAR, Irena Lipińska

Reklamy

Komentarzy 12 to “POLIFONIA I KONWULSJE – rzecz o wypełnianiu pustki (Teatr ZAR w Chicago)”

  1. Ewa Says:

    Bardzo poruszyło mnie twoje spojrzenie na Tryptyk, bo… również i mnie życie nie wydaje się okrutne.
    Rozpropaguję zatem twój ogląd. Może poszerzy on polifonię życia twórców z Wrocławia (!?). Na pewno nie chcą być posądzani o postmodernistyczną mix-kaszankę :)

    • Logos Amicus Says:

      Ewo, ja ZAR-u nie posądzam o nic. Piszę o moich bardzo subiektywnych odczuciach z zetknięcia się z tym przedstawieniem. I muszę podkreślić (być może niewystarczająco mocno wyraziłem to w moim tekście), że jestem pełen podziwu dla tej grupy młodych ludzi, dla ich poświęcenia, oddania swojej sztuce i pasji. Jednak chciałem być także uczciwy w wyrażeniu tego, co tak naprawdę czułem oglądając ten spektakl – a właściwie: jak pojąłem jego sens, co o nim myślałem i myślę – jaka jest moja interpretacja treści w nim zawartych i przekazywanych. Być może takie konceptualne podejście do tryptyku nie jest „właściwie”? – bo może jednak lepiej byłoby poddać się samej polifonii (także dysharmonii) dźwięków, pięknu brzmienia i falowaniu melodii…. zanurzając się (bardziej sensorycznie a nie refleksyjnie i myślowo) w sonosferze tego przedstawienia?
      Zdaję sobie sprawę, że określenie „postmodernistyczna mix-kaszankę” jest… niezbyt eleganckie, może nawet być nawet odebrane jako dotkliwe, ale niestety takie odniosłem wrażenie, kiedy chciałem przejrzeć i zrozumieć treści (słowne, znaczeniowe) zawarte w tryptyku (także posiłkując się programem, który był jednak czymś istotnym dla uczestnictwa w teatrze – choćby dlatego, że zawierał tłumaczenie polskich tekstów dla amerykańskiej publiczności, nota bene spektakl jest dwujęzyczny). Uderzyła mnie pewna… dezynwoltura znaczeniowa tych tekstów, niespójność przekazu – nie wiedziałem, czy bardziej są one święte czy obrazoburcze, nie byłem pewien czy cały ich sens i wartość dotrwała do naszych czasów i czy jest przez aktorów traktowana poważnie, czy też pojawia się na scenie jako pretekst – właściwie tylko po to, by zawibrować, wybrzmieć się dźwiękowo, stworzyć ową sonosferę…
      Muszę jednak tutaj dodać, że użyte przez ZAR środki ekspresji (przede wszystkim: ich kompetencja muzyczna i wielka sprawność ruchowa, choreograficzna) skutecznie scala cały ten materiał, czyni go spójnym formalnie – i to decyduje chyba o tym, że spektakl ten jest tak dobrze odbierany w różnych częściach naszego globu.
      W sumie był to jednak dla mnie niezapomniany wieczór.

  2. Ewa Says:

    Nie myśl, że przemawiał przeze mnie zawód czy patriotyzm lokalny. Albo zabolały mnie słowa; naprawdę nie.
    Na dodatek cieszę się, że jednak wieczór nie był dla ciebie stracony i wiele elementów spektaklu wzbudziło twój podziw.
    To, że masz własne zdanie, że wyłożyłeś je obszernie i jasno – to oczywiście wielki plus. Lubię przecież i twój sposób pisania i argumentowania; czytałam więc z zainteresowaniem.
    Pozdrawiam Świątecznie.

    • Logos Amicus Says:

      A propos „patriotyzmu lokalnego”: cieszą mnie sukcesy Teatru ZAR w świecie (i chyba jest w tym jednak jakiś „lokalny patriotyzm” ;) )

      • Ewa Says:

        Rozumiem dobrze ‚patriotyzm lokalny’ polonusa, bo i ja kocham i popieram ojczyzny, szczególnie te małe.
        Uprawniam zatem i twój „jakiś”. Sama jestem z podobnej gliny. Nie chciałam jednak być ‚nepotyczna’.

        Zdradzę też, że moim zdaniem jedynym ‚brzydkim słowem’, które (ewentualnie) padło w twojej recenzji to nie mix-kaszanka, lecz…postmodernizm (wyobraź sobie). Podam ci link do dość obszernej sugestii w rozumieniu Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Postmodernizm_(filozofia). Czy na pewno „to” miałeś na myśli? Mam nadzieję, że – jak mawiają Francuzi – a rebours. Dopisując się do wierszy ‚July”, pozdrawiam ponownie.

        • Logos Amicus Says:

          Może rzeczywiście nie powinienem używać tego pojęcia, bo zostało ono już tak przegadane, przemielone, obrosło w taką mnogość znaczeń, że teraz właściwie znaczyć może wszystko, czyli właściwie nic. I może sprawiać wrażenie jakiejś przemądrzałej pseudo-intelektualnej pretensji.
          Zdarza mi się czasem użyć tego słowa, nie zawsze zresztą w pejoratywnym znaczeniu (postmodernizm przewietrzył jednak swego czasu pewną stęchliznę skostniałych formuł i podziałów – niektóre tezy „postmodernistyczne” wydają mi się trafne) choć rzeczywiście uważam, że niestety rezultatem zastosowania metod postmodernistycznych było pewne „rozmycie” kultury i jej deprecjacja (a wszystko zaczęło być sprowadzane do jakiejś gry, zabawy, umowności i udawania), „równouprawnienie” wszystkich „racji” (bo czy naprawdę wszyscy mają rację?), relatywizacja, rozproszenie, fragmentaryczność… To naprawdę temat szeroki jak ocean.
          Może jednak wytłumaczę co miałem na myśli używając w swoim tekście słowa postmodernizm.
          Głównie: rzucający się eklektyzm i „mozaikowość” Tryptyku, liczne zapożyczenia, przytoczenia i cytaty – i używanie ich bardziej do własnej „gry”, teatralnego konceptu (budowanie kolażu), niż z uwagi na ich konkretną wartość i znaczenie (stąd pewnie brał się prymat dźwięku nad treścią/słowem i obrazem). Wprawdzie przedstawienie zachowywało spójność formalną (to akurat nie jest cechą postmodernistyczną), to jednak treściowo był to taki trochę groch z kapustą – często sprzecznych ze sobą sensów i idei.
          Muszę jednak dodać, że trudno mi jest nie podzielać postmodernistycznej tezy o rozbiciu współczesnego świata, zburzeniu jego monolitycznej i homogenicznej wizji – sam w pewnym sensie jestem tego rozwarstwienia (pęknięcia) ofiarą. Na, ale nie narzekam, bo wolę jednak otwarcie niż zamknięcie – na szczęście bardziej mnie to stymuluje, niż deprymuje ;)

  3. Jula :D Says:

    Bardzo się Cieszę, że byłeś na kontrowersyjnym spektaklu w teatrze i że to ci się podobało.
    Bo innemu blogerowi, w teatrze taka scenka przeszkadzała się skupić:

    „Dzisiaj będzie również o skupieniu. Byłem niedawno na premierze „Mazepy” w Teatrze Polskim, obok mnie siedziała dziewczyna, która doprowadzała mnie do szału patrzeniem w komórkę. Trzymała na kolanach torbę, co chwila ją otwierała, sprawdzała przez telefon pocztę i facebooka, wysyłała coś, chowała torbę, trzymała na niej dłonie, kiedy wyczuwała wibracje telefonu, otwierała torbę, czytała, odpowiadała i tak dalej. Po pierwsze rozpraszało mnie światło z komórki, po drugi denerwował jej brak skupienia. I trudno mówić, że jej spektakl nie wciągnął, bo wisiała utrzymana tego telefonu już od pierwszej sceny. „

    Ja natomiast z okazji innego spektaklu, religijnego i przyrodniczego może bardziej natury, bo już wiosna, przynajmniej w Polsce, powinna być a jednak jeszcze nie ma :(

    https://i1.wp.com/upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/e/e7/Swiecone-2006.jpg/220px-Swiecone-2006.jpg


    Na stole święcone, a obok baranek, 

    Koszyczek pełny barwnych pisanek 

    I tak znamienne w polskim krajobrazie 

    W bukiecie srebrzyste, wiosenne bazie. 

    Zielony barwinek, fiołki i żonkile 
-
    Barwami stroją uroczyste chwile. 

    W dom polski wiosna wchodzi na spotkanie, 

    Gdy wielkanocne na stole śniadanie.

    Radosnych, pełnych miłości, słonecznych, kolorowych pisankami, przesyconych pysznymi zapachami świątecznych potraw i mazurkowymi słodkościami świąt Wielkiej Nocy życzę . :D

  4. Torlin Says:

    Nie bardzo wiem, w którym miejscu mam się wpisać.

    Życzę Tobie Logosie i Twoim komentatorom wielu lat szczęścia, zdrowia, dalekich podróży i wszystkiego naj z okazji Świąt.

  5. Midras Says:

    Wywiad z liderem Teatru ZAR Jarosławem Fretem:


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s