RÓŻA IMIENIEM HITLER

*

*

CHARYZMA FASZYSTY

Dość przypadkowo trafiłem swego czasu na wystawę pt. „The Nazi Olympics. Berlin 1936″, mającą miejsce w Muzeum Stanu Missouri w St. Louis. Mogłem na niej zobaczyć jak sport wyglądał dawniej, kiedy jeszcze nie był zepsuty pieniędzmi, dopingiem i technicznymi gadżetami, ale kiedy już zaczęła nim manipulować polityka. Przypomniały mi się sylwetki Jesse’go Owensa i Janusza Kusocińskiego, lecz poczułem zaraz, jak wszystkie te wrażenia zostają przytłoczone przez panoszącego się już tam wtedy potwora faszyzmu – te widoczne na każdym kroku swastyki, mundury, bojowość, musztra i wojskowy dryl.

Za każdym razem, kiedy stykam się z faszystowskim fenomenem – szaleństwem jakie ogarnęło Niemcy pod wodzą Hitlera i pod wpływem nazistowskiej ideologii –  dopada mnie nieme, pełne przerażenia, zdumienie. Te nieprzeliczone tłumy ludzi i żołnierzy, składające w ekstazie hołd „Führerowi”! Tym bardziej, że nie stało się to udziałem narodu prymitywów czy ignorantów, a „artystów, poetów i filozofów”!
Być może, te kadry z filmowych kronik, czy propagandowych obrazów Leni Riefenstahl, straszą nas tak mocno dlatego, że zdradzają nie tylko opętanie ducha niemieckiego narodu, ale wprost wystawiają świadectwo ludzkiej naturze w ogólności. Najczęściej nie chcemy się do tego przyznać, lecz podświadomie to właśnie przeczuwamy: równie łatwo moglibyśmy się w takim tłumie znaleźć sami.

Do dziś zdumiewają mnie przemówienia Hitlera czy Goebbelsa. Ta histeria, paranoja i psychopatia ziejąca wprost z ich gestów, twarzy, mimiki i słów. Trudno mi uwierzyć w tak raptowną przemianę ludzkiej natury – w nagłą mądrość społeczeństw i tłumów – ale prawdą jest przecież, iż nie do pomyślenia w dzisiejszym świecie zachodniej cywilizacji byłoby to, aby zachowujący się podobnie mówca czy polityk, mógł zdobyć jakieś szersze poparcie społeczne. Owszem, co jakiś czas wyskakuje tu i ówdzie podobne indywiduum, tyle że jest to wybryk raczej lokalny, kacyk będący co najwyżej utrapieniem tubylców, a nie zagrożeniem globalnym. Któż by go więc traktował poważnie na międzynarodowej arenie?
A może jednak jest to tylko złudzenie i nasze stadne straceńczość  lemingów czyha gdzieś w ukryciu, by ponownie przewrócić świat do góry nogami?

*


*
Poniżej zamieszczam tekst, który napisałem będąc jeszcze bardzo młodym człowiekiem, a który przypomniała mi wystawa w St. Louis. Zresztą, myśli w nim zawarte były obecne we mnie chyba stale – gdzieś tam w głębszych warstwach mojego umysłu, przedostając się czasami do świadomości.
Pamiętam, że jest to tekst, którego powstanie okupiłem chyba największym wzburzeniem, jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek przy pisaniu. Kiedy go skończyłem, poczułem się wręcz przytłoczony ciężką melancholią, (czy też dotkliwie pogryziony przez „czarnego psa” – jak nazywał swoją depresję Churchill). Stało się tak, ponieważ z całą jaskrawością uświadomiłem sobie wówczas mechanizmy, jakie doprowadziły do największej cywilizacyjnej katastrofy w naszych dziejach.
*

PIEKŁO TO MY

Nie można demonizować faszyzmu, a tym bardziej przypisywać demoniczne cechy konkretnemu narodowi. Wręcz przeciwnie: umieszczanie Hitlera, Stalina, Mussoliniego, partii nazistowskich, faszystów, totalitaryzmu… wszelkich tego typu zakał ludzkości w jakichś nadprzyrodzonych obszarach mitycznego Zła, jest nie tylko niedopuszczalne, ale i błędne.
Jest to swego rodzaju „strusia polityka”, która odwraca naszą uwagę od tego jak naprawdę było. Działa tu mechanizm „wyparcia” i eksternalizacji zła – niedopuszczanie do naszej świadomości faktu, że ludzi (czyli nas – „szarych, zwyczajnych, normalnych”) stać na podobne zbrodnie. (Odbicie sartre’owskiego określenia „piekło to inni”?) Wygodniej nam przypisać to działaniu jakiejś nadprzyrodzonej siły, niż naszej ludzkiej naturze i drzemiącym w niej ciągle atawizmów.

Niemcy, generalnie rzecz ujmując, byli w swojej masie takimi samymi ludźmi jak my, Polacy. Zdaję sobie sprawę, że podobne stwierdzenia spotykają się z naszym instynktownym wręcz sprzeciwem. Jednak nie można zaprzeczyć, że w sytuacjach ekstremalnych (wojna, konfrontacja ze śmiercią, głód… etc.) człowiek staje się (czy też – może się stać) zdolny do wszystkiego. Pryska kulturowa otoczka, zdziera się cywilizacyjna wata, przestają działać wszelkie normy – górę bierze pierwotny, zwierzęcy instynkt przetrwania. Ludzie, w warunkach normalnych, spokojni, kulturalni – nie zdolni, wydawałoby się, do zabijania – zaczynają się bezpardonowo zabijać, albo też przyzwalają na odbywający się w ich obecności (czy też gdzieś blisko, obok) mord.
Brzmi to jak apologia relatywizmu, toteż chcę wyraźnie podkreślić: to, że ludzi ponoszą w pewnych okolicznościach drzemiące w nich atawizmy, nie jest żadnym dla ludzi usprawiedliwieniem – nikogo nie może to zwolnić od odpowiedzialności. Jeśli ktoś staje po stronie zbrodniczej ideologii (nawet jeśli jego postawa jest bierna), to ponosi pełną odpowiedzialność za jej zbrodnie. Dotyczy to Niemców, którzy poszli za Hitlerem i jego partią; dotyczy Polaków, którzy zatykali uszy i zamykali oczy na zbrodnie popleczników Stalina i jego polskich (tak właśnie: polskich!) komunistycznych sługusa katujących niewinnych ludzi w komunistycznych kazamatach lub wydających wyroki śmierci w fingowanych procesach.
Podobnie, za zbrodnie faszyzmu odpowiadają wszyscy Niemcy, którzy nie zrobili nic, by dorwać Hitlera i ukręcić mu łeb! Ci niewinni trafili do więzienia lub manifestowali swój sprzeciw emigrując z ojczyzny (lub zostali za swoją postawę z „Vaterlandu” wyrzuceni). Cała reszta, de facto, przyłożyła rękę do zbrodni. Hitler, bez poparcia swojego narodu, byłby tylko histerycznym paranoikiem.

NADLUDZIE Z DEFEKTEM

Chcę tu rozwiać kolejny, pokutujący w nas mit: o potędze władzy skupionej w rękach jednego człowieka.
Otóż, powiedzmy sobie wyraźnie: nie ma, ani też nigdy nie było na naszej Ziemi „Nadludzi” (choć histeryk Hitler do spółki z rachitykiem i kurduplem Goebbelsem kochali odwoływać się do nietzscheanskiej koncepcji „Nadczłowieka”).
Nigdy nie jest tak, że w ręku jednego człowieka skupiona jest jakaś mityczna „moc”. Owej „mocy” danemu przywódcy, liderowi, użyczają (albo i nie – i wtedy mamy np. rewolucję) ludzie; to oni obdarzają swego władcę potencją decydowania i rządzenia. Z bardzo prozaicznego i pragmatycznego względu: jest on im potrzebny. (Dotyczy to także rządów autorytarnych.)
Działa tu zresztą sprzężenie zwrotne: taki człowiek, posiadając instynkty przywódcze i często wybitną inteligencję, jest zarazem nieuświadomionym nosicielem dążeń grupy, społeczności, narodu, jak i pełni rolę uświadomienia owych dążeń reprezentowanej przez niego grupie – co w przypadku Hitlera odnosiło się do szerokiej rzeszy społeczeństwa niemieckiego.
(Błędne) koło się zamknęło i samo zaczęło się napędzać.
Ot i cały demonizm!

SERCE MAS

Hitler, dochodząc do władzy, spełnił swoją rolę genialnie. Pisarzem był marnym, ale politykiem i propagandzistą – niesłychanie skutecznym i bez mała błyskotliwym. Świadczą choćby o tym takie oto passusy w „Mein Kampf” :

„Wszelka propaganda musi być popularna i musi ustalać swój poziom zgodnie z ograniczoną zdolnością asymilacji osobnika najbardziej ograniczonego spośród tych, do których jest adresowana. W tych warunkach jej poziom umysłowy musi być na tyle niski, aby mogła dotrzeć do jak najliczniejszej masy ludzkiej (…). Chłonność mas jest bardzo ograniczona a zdolność pojmowania – nikła (…). Slogany muszą być ustawicznie powtarzane dopóty, dopóki ostatnia jednostka nie pojmie idei, którą si jej przedkłada”.

Te pogardzane tak przez Hitlera „masy” odpłaciły mu się ślepym posłuszeństwem i boskim wręcz uwielbieniem, potwierdzając tym samym absolutną trafność jego myśli.

Propagandowe założenia Hitlera z przerażającą skutecznością realizował Goebbels: odwoływanie się do uczuć i „serc mas” przez wykorzystywanie mitów i tradycji kulturowej narodu, wykluczanie argumentów racjonalnych i zastępowanie ich iluzją, rezygnacja z prawdy na rzecz bezwzględnego lansowania i popierania tez własnych, tworzenie z konformizmu zasady naczelnej funkcjonowania jednostki w społeczeństwie… to wszystko zmierzało do „…sprowadzenia świadomości ludzkiej na pojedynczy tor myślenia, który prowadzi do czynnego poparcia dla propagandystów” (Manvell, Fraenke).
Można się tu posunąć do stwierdzenia jeszcze bardziej kategorycznego: Niemcy dali się tak łatwo „omamić” faszystowską ideologią, ponieważ tego „omamienia” sami chcieli. Należy więc mieć świadomość, co się tak naprawdę wokół nas dzieje, jak również respektować własne – ale także i czyjeś! – człowieczeństwo. Ideologia nikogo nie może zwalniać od myślenia… lecz, niestety, wygląda na to, że najczęściej tak właśnie oddziaływuje na ludzi, swoich wyznawców.

OKO DLA DUCE

Wyszła swego czasu w Niemczech wielce pouczająca książka pt. „Die Ruckseite des Hackenkreuzes” („Druga strona swastyki”), autorstwa Beatrice i Helmuta Heiber, obalająca właśnie mit faszystowskiego „demonizmu” i wykazująca, że, niestety, tak jak widzieli go Niemcy – faszyzm miał „ludzką” twarz.
I w tym właśnie tkwi jego najbardziej zdradliwy podstęp. Dlatego poparli go nawet „przyzwoici” –  ba! – „dobrotliwi” i „bogobojni” ludzie. Hitler rzeczywiście rozczulał swoich ziomków, kiedy brał na ręce dzieci i je całował. (Już nie wspomnę o tym, że wprowadził dyscyplinę, obdarzył swoją „elitę” przywilejami, opłacał suto swoich najbliższych współpracowników, wyprowadził państwo z kryzysu gospodarczego i obiecał co bardziej ambitnym Niemcom „pańskość”, tudzież panowanie nad światem i Lebensraum .)
Jednak, obok megalomańskich ekscesów, faszyzm kokietował „maluczkich” na bardzo prozaicznym i trywialnym poziomie najprostszych emocji Jedermana, czyli przeciętnego „szarego” człowieka – wykorzystując przy tym wszystkim zwykły, ordynarny, ludzki konformizm, będący chyba najmocniejszym spoiwem każdego społeczeństwa.
Kokietował skutecznie.
Państwo Heiber wertowali stosy niepozornej, partyjnej makulatury, nudnych akt kancelaryjnych i dokopali się m.in. do takich kwiatuszków. Oto oferta jednego obywateli Rzeszy, który dowiedział się, że faszystowski sprzymierzeniec Hitlera, Mussolini, ma chore oko:

„Proszę Cię, mój Führerze, byś zezwolił mi łaskawie oddać jedno moje oko dla Duce. Jeżeli straciłbym je podczas wojny lub w wypadku, to nie pomogło by to nikomu. Jeżeli natomiast Duce by oślepł – Führer utraciłby zaufanego przyjaciela”.

I jeszcze jedno podanie sprzed wybuchu wojny:

„Niech mi będzie wolno zapytać się uniżenie, czy, jako hodowca kwiatów, mogę nazwać jedną z moich najpiękniejszych róż: ‚Kanclerz Rzeszy Hitler’?”

Ech, te róże Europy!

*  *  *

*

Przeczytaj także „ANUS MUNDI” oraz „MEFISTO I RIEFENSTAHL”.
*

Advertisements

komentarzy 48 to “RÓŻA IMIENIEM HITLER”

  1. Onibe Says:

    nazistowskie zwycięstwo odbieram z perspektywy, jaką narzuciły mi powieści m.in. Kirsta. On pisał – nie wiem czy szczerze, nie potrafię tego ocenić – jako Niemiec zdradzony przez własny naród. Opłakiwał wielkość, normalność, profesjonalizm podeptane przez nuworyszy w brunatnych koszulach, którzy wykorzystali kilka kruczków i cwanych zagrań aby przebić się na powierzchnię. Zresztą, interesująca jest analiza zjawiska nazistowskiego sukcesu pod wieloma względami. Zabawne – śmiech przez łzy – jest to, że sukces Hitlerowi zapewnili jego przeciwnicy. Przeraża, że mógł zwyciężyć dzięki poparciu wielkiego przemysłu, który wcale nie był kierowany przez zaślepionych karierowiczów gotowych pomnażać majątek przy każdej okazji, ale w połowie odpowiedzialnych gospodarzy, w połowie cwaniaków, którzy źle ocenili realia. Hitler był jak galera: skorzystał z podmuchów słabego wiatru zapewnionego przez przemysłowców a nawet Żydów, ale później płynął już na własnych wiosłach. Poparcie zyskał dzięki już posiadanemu poparciu i nawet jeśli wcześniejsi sojusznicy gotowi byli się wycofać, to na ich miejsce pojawiali się kolejni. A jeszcze następni obserwowali bieg wydarzeń i widząc rosnące wpływy Hitlera porzucali własne obiekcje i stawali obok niego. Hilter był cesarzem otoczonym przez nagich królów.

    myślę też, że efekt finalny był bardzo odległy od zamierzeń drobnych architektów, którzy pomagali wykuwać pomnik Hitlera. Podobnie zdarzyło się niewiele wcześniej – przed pierwszą wojną światową, kiedy Kaiser rozpoczął wyścig zbrojeń morskich aby uzyskać lepszą pozycję przetargową w negocjacjach z Albionem a uzyskał tyle, że Anglia natychmiast pogodziła się z Francją i oba państwa znalazły się w opozycji wobec niego. W pierwszej połowie XX wieku Niemcy parokrotnie udowodnili, że planowanie strategiczne im nie wychodzi…

    odnośnie tego co piszesz o manipulowaniu masami, to warto podkreślić, że Hitler był mistrzem ceremoniału. Propaganda słów to mało: on tworzył propagandę obrazu, propagandę partycypacji. Weźmy chociaż nocne marsze tysięcy ludzi z pochodniami… niby drobiazg, ale w sercach ludzi rodziło się wtedy poczucie wielkości i przynależności do narodu.

    byłbym zapomniał: bardzo zgrabnie napisane… acz temat-rzeka ;-)

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiem czy dobrze jest na takie zjawisko, jak hitleryzm, patrzeć z perspektywy powieści jednego pisarza, który na dodatek pisze, że został zdradzony przez własny naród. Niemcy (w całej swej narodowej masie) nikogo nie zdradzali. Oni byli wierni sobie.
      Ci, którzy przejrzeli na oczy i uświadomili sobie dokąd może zmierzać polityka nazizmu i że jest to zagrożenie cywilizacyjne, byli nieliczni. Ale oni, niestety, nie byli „rdzeniem” narodu, oni byli jego marginesem.

      Niestety, kluczem do zrozumienia fenomenu sukcesu Hitlera w opanowaniu całego narodu niemieckiego jest nie tylko ludzki KONFORMIZM (choć ten przyczynił się tu najbardziej), ale i marchewka, którą przed Niemcami zawiesili na kiju faszyści: życie w dobrobycie, status „panów”, siłę i państwową potęgę.

      Wspominasz, że Hitler był „mistrzem ceremoniału”. Nie tyle on sam, co ludzie, których do reżyserii tego ceremoniału zatrudnił – m.in. Albert Speer i Leni Riefenstahl. Jeśli interesuje Cię ten temat, to polecam wpis pt. MEFISTO I RIEFENSTAHL, gdzie właśnie sporo jest o ceremoniale i faszystowskim „teatrze”, który tak skutecznie potrafił omamić całe masy ludzkie.

      • Onibe Says:

        chętnie bym polemizował – druga wojna światowa to jedno z moich hobby z wewnętrznego kręgu i dawna, ciągle nie rdzewiejąca miłość. Ale widzę, że jednym Kirstem nie pociągnę tematu, a chwilowo nie mam siły grzebać głębiej w swojej głowie. Napiszę więc, że widzę to trochę inaczej niż Ty. Często ulegamy skłonnościom do metkowania. Zastanawiamy się, czy Niemcy byli ofiarami czy agresorami. Ja myślę, że jednym i drugim. Zawiniła ich głupota, megalomania ale i… posłuszeństwo. Niemieccy żołnierze niekoniecznie byli fanatykami reżimu, ale byli po prostu Niemcami: kazano im zabijać, więc czynili to najlepiej jak potrafili. To ich nie oczyszcza z winy, ale w pewnym sensie aby romans z nazizmem był skuteczny, Niemcy musieli zniszczyć elitę swojego narodu. Wyrwali sobie serce i umysł aby szybciej rosły muskuły. Weź jeszcze pod uwagę realia, na bazie których Hitler roztaczał swój czar: układ wersalski, pozbawiony sensu i anachroniczny, słabiuteńką Ligę, szalejącą hiperinflację, upokorzenie i wstyd oraz… nowe możliwości w świecie kształtującym się pod osłoną sił konkurencyjnych wobec tradycyjnych mocarstw. Łatwo powiedzieć, że Niemcy byli głupi. W pewnym sensie zostali zagonieni do kąta – owszem, także z racji własnej głupoty (vide pierwsza wojna światowa, za którą odpowiadają gdzieś w 66%), ale polityka i dynamika społeczna mają to do siebie, że nie przejmują się przyczynami oraz logiką moralną. Tak jak woda nie przejmuje się, że można w niej utonąć. Pewne procesy społeczne rządzą się własnymi prawami.

        • Logos Amicus Says:

          Nie wiem dlaczego piszesz, że widzisz to „trochę inaczej”, niż ja (co np.?), bo kiedy tak czytam ten Twój ostatni komentarz, to właściwie zgadzam się ze wszystkim co tam mówisz.
          Ową niemiecką „głupotę” to teraz łatwo – z perspektywy czasu – nam jest wykazać, a nawet się nią zdumiewać, czy nawet z niej natrząsać. Ale zważmy co by było gdyby Niemcy tamtą wojnę światową wygrali i faszyzm stałby się obowiązującym porządkiem na całym świecie? Wtedy Hitler zostałby uznany geniuszem, Największym Człowiekiem w dziejach ludzkości, a Niemcy – wówczas naród Panów Wielką Gębą – najwspanialszymi, najmądrzejszymi, najbardziej walecznymi ludźmi jakich znała Historia.
          Słusznie piszesz, że „polityka i dynamika społeczna (…) nie przejmują się przyczynami oraz logiką moralną”. Niemcy, gdyby wygrali, ustaliliby własną „logikę moralną”. Ale nie wygrali. I dlatego to, co wówczas uczynili, uważamy za zbrodnię – a także za głupotę.

          Wydaje się, że Dobro i Zło można nazwać tylko w kontekście epoki (i z perspektywy uwzględniającej taką a nie inną optykę moralną). Bo to epoka (a ściślej – tworzący ją ludzie) ustala własne systemy etyczne, które są niczym innym, jak pewną społeczną umową.

        • Onibe Says:

          Logosie – zamotałem. Tak to jest, jak się czyta, pisze odpowiedź i jednocześnie gada przez telefon (wiadomo, jak to w pracy) ;-). Zgadzam się z tym co teraz napisałeś. Historię piszą zwycięzcy, Niemcy zostali pokonani i wiadomo, że na różne sposoby próbują się pozbyć traumy. Jednym z nich jest negowanie własnej przynależności do reżimu.

  2. geo_graf Says:

    Przed przeczytaniem tego wpisu sądziłem, że tytuł zaczerpnąłeś z wczesnego Cohena („Flowers for Hitler”)
    Masz rację, że dzisiaj taki demoniczny fenomen w świecie zachodnim byłby już nie do pomyślenia – faceta po prostu by wyśmiano. W tym widzę zresztą pewną istotną zaletę postmodernizmu – że pewnym tezom ordynarnie głupim pozwala się w przestrzeni społecznej egzystować, ale nikt ich nie bierze na poważnie. Ironia jest chyba najlepszym środkiem prewencyjnym przeciw ideologicznym fanaberiom (oczywiście, pod warunkiem że broni tej używa się szybko i skutecznie).

    • Logos Amicus Says:

      Uważam, że nie jest dobrze, jeśli „tezom ordynarnie głupim pozwala się w przestrzeni społecznej egzystować”. A jeśli już rzeczywiście one egzystują, to trzeba jednak brać je na poważnie.
      Ironia jest, być może, skuteczna na wyższym poziomie intelektualnej percepcji, interpretacji i oceny rzeczywistości, ale, niestety, jej zasięg jest mocno ograniczony i raczej nie działa w szerszej społecznej skali.
      Toteż nawet jej szybkość nie może pociągnąć za sobą skuteczności.

  3. miziol Says:

    Niestety nie mogę się z Wami zgodzić. Jesteśmy atakowani na co dzień propagandą identyczna do hitlerowskiej. Myśmy po prostu do niej przywykli i nie zwracamy na nią uwagi. Ale ona jest. Dzisiejsi politycy stosują dokładnie te same sztuczki i triki socjotechniczne co Goebbels. I my za nimi idziemy, jak Niemcy za Hitlerem, bo oni nam obiecują to samo – dobrobyt. Trudno tez odmówić Hitlerowi racji, z tym, że ludzie w swej masie są raczej prymitywni.
    Są w niedawnej historii Polski przykłady polityków, którzy robili karierę i zyskiwali duże poparcie, chociaż przeciętnie inteligentny człowiek widział, ze wszystko co ten polityk mówi i obiecuje to dęte bzdury. Ale krzyczał głośno i ludzie CHCIELI wierzyć w te jego bajki. Teraz jesteśmy w podobnej sytuacji gospodarczej, jak w czasach Wielkiego Kryzysu i możemy być narażeni na powtórkę z historii. Jesteśmy oczywiście mądrzejsi o wiedzę o hitleryzmie i komunizmie, ale wielu z ludzi nigdy nie przeżyło tego na własnej skórze.
    Kto wie, czy ludzie zmęczeni walką o byt, znowu nie pójdą za jakimś oszołomem, żeby się wyrwać z zaklętego koła codziennych zmagań z rzeczywistością. Może tym razem winni będą Arabowie, Chińczycy albo jeszcze ktoś inny? Ludzie naprawdę wykształceni i kulturalni to tylko niewielki procent społeczeństwa, a i oni są skołowani kłamstwami, które leją się na nas z mediów. Całe szczęście jest internet i wiadomości obiegają kulę ziemską błyskawicznie. I to jest wartość, której warto bronić. Prawa do informacji i komentowania rzeczywistości, bo tylko to nas może uchronić przed kolejnym WODZEM.
    Pozdrawiam

    • sarna Says:

      – Nie wiem Miziole czy komentowanie wiele zmieni, ale zgadzam się z Tobą w każdej kwestii, którą poruszyłeś, ze szczególnym naciskiem na prawo do rzetelnej informacji.
      – Amicusie, co do sportu, który zachwycał tylko do czasu kiedy już zaczęła nim manipulować polityka, bo wcześniej „nie był zepsuty pieniędzmi, dopingiem i technicznymi gadżetami”, to niestety, choć polityka i jej głowni aktorzy się zmieniają, ten trend ciągle trwa. Swego czasu (nie tak znów odległego) w okresie Zimnej Wojny pomiędzy państwami bloku komunistycznego, a kapitalistycznymi w NRD Stasi sponsorowało kluby sportowe i kilkanaście tysięcy młodych ludzi uprawiających sporty wyczynowe poddawanych było przymusowemu dopingowi farmakologicznemu m.in. sterydami, które zrujnowały ich zdrowie i życie. Swego czasu głośno było o dramacie Heidi Krieger, „produktowi fabryki mistrzów”, która dziś jest mężczyzną, choć kto wie, czy On? Ona? wie kim jest naprawdę.

      „Niemcy, generalnie rzecz ujmując, byli w swojej masie takimi samymi ludźmi jak my, Polacy. Zdaję sobie sprawę, że podobne stwierdzenia spotykają się z naszym instynktownym wręcz sprzeciwem. Jednak nie można zaprzeczyć, że w sytuacjach ekstremalnych (wojna, konfrontacja ze śmiercią, głód… etc.) człowiek staje się (czy też – może się stać) zdolny do wszystkiego”.
      Mnie nie szokuje Twoje porównanie z tamtymi Niemcami, mimo, że jestem o lata świetlne od ich światopoglądu, a jeszcze dalej od zbrodniczych czynów. Myślę podobnie jak R. Kapuściński – „Lata spędzone w Trzecim Świecie uczą Kapuścińskiego empatii, patrzenia z perspektywy desperatów … Kapuściński nie usprawiedliwia politycznej zbrodni; tłumaczy jej anatomię, pomaga czytelnikowi znaleźć się w psychologicznej sytuacji zdesperowanych i robi to z taką empatią, talentem – i zarazem zimną krwią – że niejeden ma prawo przerazić się siebie”.

      Dziś łatwo jest nam osądzać, ale jakbyśmy się zachowali my? wówczas? w dodatku będąc Niemcem? Dziś sądzimy, że pasuje do nas Abel, ale kto wie ile w nas z Kaina? W tamtych haniebnych czasach nawet Niemiec mógł być wrogiem Niemca. Ja doszukuję się w nich ludzkich odruchów i postaw. W przedmowie do „Kapuściński non-fiction” jest mądry wiersz:

      mówiąc o człowieku albo rozmyślając o nim
      przestałem zdawać pytania
      czy jest biały czy czarny
      anarchista czy monarchista
      czciciel mody czy stęchlizny
      swój czy obcy
      a zacząłem pytać
      co w nim jest z człowieka …

      – Wątków tak wiele w jednym wpisie, że trudno się skupić na jednym i go rozwinąć. Więc tylko zapisałam pierwsze wrażenia z lektury.

      • sarna Says:

        Tak w nawiązaniu do tego co napisałam o eksperymentach na sportowcach, to o ironio miało to (również) miejsce w kraju Hitlera. W kraju, który powinien być mądrzejszy o doświadczenia wojenne, a tymczasem w demokratycznym państwie jedni obywatele „bawili się” eksperymentując na żywych organizmach innych obywateli jak nazistowski Mengele w obozach zagłady. I co o tym można myśleć?

      • Logos Amicus Says:

        Moim największym „odkryciem” jeśli chodzi o II wojnę światową było to, że do tych wszystkich zbrodni jakie wówczas popełniono, nie potrzeba było żadnego demonizmu i że to wszystko uczynili zwykli, „normalni” ludzie.
        Niby wiadomo to było od dawna (choćby slogan Nałkowskiej: „ludzie ludziom zgotowali ten los”, albo obnażenie banalności zła przez Hannę Arendt – pisaliśmy na ten temat wypracowania w szkole), ale co innego to wiedzieć, bo się tego nauczyło, a co innego dotrzeć do tego samemu – dogłębnie, z siłą i wstrząsem rewelacji – uświadomić to sobie każdym swoim nerwem.
        Dlatego, tak jak pisze Kapuściński, przeraziłem się w pewnym sensie siebie samego – bo przecież jestem człowiekiem, przedstawicielem gatunku Homo sapiens, który był zdolny do tego wszystkiego.
        Jeżeli ktoś nie jest pozbawiony empatii, to zawsze stanie po stronie ofiary, mimo że potrafi również przy tym przejrzeć anatomię zbrodni i zrozumieć motywy jakimi kierował się zbrodniarz.

    • Miriam Says:

      Miziole, przenikliwy jesteś.

      • sarna Says:

        Ba, Miziol jest bardzo mądrym mężczyzną, szkoda tylko, że tak bardzo zaniedbuje nas na swoim blogu :(
        Miziole, brakuje mi nie tylko Twojego wnikliwego, analitycznego i błyskotliwego umysłu, ale też Twojego poczucia humoru.

    • Logos Amicus Says:

      Miziole, Twój komentarz jest bardzo sugestywny (nie wspominając już o tym, że także bardzo dobrze napisany). Dotyka spraw – w obecnej sytuacji światowej – niezwykle istotnych. (Nie wiem tylko, czy nie zgadzasz ze mną, jeśli chodzi o jakiś fragment mojego tekstu, czy też tak – en bloc ?)

      Także można mieć obawy co do tego, w jakim kierunku idzie teraz świat – bo to, że jesteśmy świadkami pewnych wydarzeń przełomowych – 11 września, bankructwo ideologii wolnorynkowej, wzrost siły i znaczenia państw azjatyckich, zderzenie z islamem, globalny kryzys, społeczne protesty i rozruchy w wielu krajach, bankructwo Ameryki… – raczej nie ulega wątpliwości.
      To chyba właśnie dzięki takiej a nie innej sytuacji na świecie, pojawiły się te moje ostatnie wpisy mówiące o zorganizowanej przemocy, która – jest takie niebezpieczeństwo – znów może zostać zastosowana jako „rozwiązanie”.

      • mizol Says:

        „Trudno mi uwierzyć w tak raptowną przemianę ludzkiej natury – w nagłą mądrość społeczeństw i tłumów, ale prawdą jest przecież, iż nie do pomyślenia w dzisiejszym świecie zachodniej cywilizacji byłoby to, aby zachowujący się podobnie mówca czy polityk, mógł zdobyć jakieś szersze poparcie społeczne. Owszem, co jakiś czas wyskakuje tu i ówdzie podobne indywiduum, tyle że jest to wybryk raczej lokalny, kacyk będący co najwyżej utrapieniem tubylców, a nie zagrożeniem globalnym. Któż by go więc traktował poważnie na międzynarodowej arenie?”

        Z tym poglądem nie mogę się zgodzić. Inna sprawa, że według mojej oceny (chciałbym się mylić) propaganda ma na celu tylko skłonienie ludzi do zaakceptowania decyzji, które i tak zostały bez ich udziału podjęte.Kiedy propaganda nie wystarcza zaczyna się terror. Hitler zachowywał się w sposób niekonwencjonalny i to pociągało część ludzi a część przerażało.Efekt praktyczny był taki sam – nie sprzeciwiali się. Co teraz zrobi Barack Obama, bo jak widzimy jego plany gospodarcze nie wypaliły, a kolejne balon ekonomiczny (obligacje rządowe) – nadęty do maksimum pękają i wszystko wskazuje na to, że kryzys będzie jeszcze gorszy od tego w początkach XX wieku. Może Amerykanie zażądają jakichś radykalnych kroków i on je będzie musiał podjąć albo Ameryka pogrąży się w chaosie. To też będzie wymagało używania propagandy aby utrzymać społeczeństwo w jakichś ryzach. Najłatwiej oczywiście znaleźć wroga zewnętrznego,zwalić całą winę na niego. To jest, rzecz jasna, czarnowidztwo ale historia nas poucza,ze te czarne scenariusze sprawdzają się najczęściej. A jaki będzie kierunek zmian świata? Trudno powiedzieć. Technologie zmieniają nasze widzenie świata w tak szybki sposób,ze niepodobna przewidzieć coś z dzisiejszego punktu widzenia. Jeśli dostępność darmowej energii stanie się powszechna, a widać już pierwsze znaki na niebie, że tak się stanie, to (być może) ludzkość skieruje swe zainteresowania w kierunku eksploracji kosmosu i na ziemi będzie trochę spokojniej. Oby!!

        • Logos Amicus Says:

          Miziole, też mam podobne obawy. Zdaję sobie sprawę z tego, że mimo innego rodzaju ekspresji politycznej (szał i histeria Hitlera, która dzisiaj dyskredytowała by każdego poważniejszego polityka), niebezpieczeństwo pozostaje. Pod eleganckim i „kulturalnym” płaszczykiem, posługując się gładką mową, też można realizować zabójcze cele.
          Czarny scenariusz dla Ameryki jest możliwy, ale jednak do chaosu – taką mam nadzieję -mimo obecnej trudnej sytuacji, nie dojdzie. Jeśli tak by się jednak stało, to nie ma się z czego cieszyć, bo pociągnęło by to za sobą wiele nieszczęść, nie tylko w Stanach, ale i na całym świecie.
          Nie możemy jednak powiedzieć, że na naszym globie jest nieciekawie.
          Dla mnie wielką zagadką jest np. to, w jakim kierunku pójdzie światowa ekonomia, jaka nowa ideologia się przyjmie (bo – jak widać – ideologia wolnego rynku i pełnego liberalizmu gospodarczego, bankrutuje… wystarczy tylko posłuchać, jak wycofują się z niej poszczególni jej guru – taki Jeff Sachs np.) Czy potrafimy zachować balans między rynkową samoregulacją a sterowaniem gospodarką wymuszonym koniecznością zachowania społecznej równowagi?

          Jak do tej pory bogate społeczeństwa Zachodu oddawały się dość beztrosko i bezmyślnie powszechnej religii konsumpcjonizmu… Na jak długo jednak wystarczy tego konsumpcyjnego paliwa? Wszystko niestety wskazuje na to, ze już go zaczyna brakować.

          Wygląda na to, że – niestety! – ludzkość nie może się obejść bez jakiejś ideologii, która napędza masy.
          Jaka ideologia wykluwa się teraz?

    • sara Says:

      @Amicusie,
      piszesz: „Hitler, bez poparcia swojego narodu, byłby tylko histerycznym paranoikiem”.
      A nie był? A jego czyny nie były paranoją?
      Daleko szukasz. Masz przykłady użycia niewspółmiernych środków do ewentualnie koniecznych. Czym był dla Ciebie Wietnam?
      Przecież tak naprawdę Ameryka nie miała w tej wojnie większego, własnego interesu. Na Wietnam Południowy zrzucono ponad 200 tyś ton bomb, każda po kilkadziesiąt kg, w tym perfidnych bomb kulkowych.W nalotach dywanowych użyto napalmu i innych silnie trujących substancji chemicznych w wyniku których jeszcze po wojnie zmarło ponad milion ludzi. Gdzie był wówczas naród amerykański? Kim byli jego przywódcy, geniuszami czy mordercami? Inne realia, inna broń, ale te same pobudki i instynkty. Moralność bestii.

      PS. Właściwie powinnam zapytać czym dla ciebie jest, a nie czym był Wietnam.

      @miziole,
      nie wszystko w nazistowskiej propagandzie było kłamstwem. Naziści zręcznie wykorzystali zapaść gospodarczą Niemiec, biedę społeczeństwa.
      Dzisiaj obserwujemy to u siebie.
      Obietnice Unii Europejskiej, możność bycia beneficjentem jej środków na budowę dróg, autostrad, infrastruktury oraz związane z tym zatrudnienie i środki utrzymania są analogicznie jak w obietnice Hitlera w sprzed 70 lat. Nie ma nic złego w tym, że politycy zręcznie wykorzystują mechanizmy rynkowe. Złe jest to do dopiero wówczas gdy wykorzystują to do niecnych celów.

      • Logos Amicus Says:

        Oczywiście Hitler, również z poparciem swoich ziomków był „histerycznym paranoikiem”, tyle że posiadał przy tym władzę.

        Czym dla mnie jest Wietnam?
        Oczywiście, że zbrodnią, która była możliwa dzięki propagandzie, anty-komunistycznej histerii i interesom lobby przemysłu zbrojeniowego.
        Obwinianie jednak za nią całego społeczeństwa amerykańskiego, jest moim zdaniem niesprawiedliwe, a zestawianie tego z niemieckim faszyzmem – fałszywe.
        W Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza w drugiej połowie lat 60-tych, większość społeczeństwa tę wojnę potępiła i była jej przeciwna, co w końcu doprowadziło do jej przerwania.

        • sara Says:

          Obwinianie całego społeczeństwa amerykańskiego jest niesprawiedliwe (każda część ma swój własny,odrębny Kongres?), ale naród niemiecki ponosi odpowiedzialność jako całość?
          Ciekawe, wiesz?
          A jeżeli chodzi o ważne – nieważne to skoro zapytałam w jakiejś mierze to było dla mnie ważne, ale nieważne.
          dobranoc

        • Logos Amicus Says:

          Moim zdaniem, trudno jest wojnę wietnamską zestawiać z II wojną światową – choćby ze względu na kontekst polityczny, moment historyczny, no i samą skalę…

          PS. Tekst mój (a właściwie drugą jego część) pisałem dawno, dawno temu (kiedy miałem dwa razy mniej lat, niż teraz:))
          I mimo, że nie wycofuję się z ogólnych tez i wniosków tam przedstawionych, to jednak teraz byłbym ostrożniejszy w obwinianiu społeczeństwa niemieckiego en bloc za zbrodnie II wojny światowej. Choćby dlatego, że, mimo wszystko, nie jestem zwolennikiem propagowania odpowiedzialności zbiorowej.
          (Wtedy, kiedy to pisałem, odczuwałem po prostu wielką gorycz i rozczarowanie bankructwem europejskiej kultury, którego przejawem była II wojna światowa. Pisałem też pod wpływem wielkiej emocji).

      • mizol Says:

        S…! Ja uważam, że wszystko w nazistowskiej propagandzie było kłamstwem. Obiecywali ludziom dobrobyt i Lebensraum, a doprowadzili do totalnej dewastacji gospodarki Niemiec i do podziału państwa na dwie części. Porównanie Niemiec hitlerowskich z Unią Europejską wydaje mi się niezbyt szczęśliwe :-) Wprawdzie tam i tu za plecami polityków stał i stoi wielki kapitał, ale teraz traktują nas jednak nieco przyzwoiciej. Poza tym Europa to jest o wiele większy organizm gospodarczy i jest znacznie bardziej zdywersyfikowana kulturowo i etnicznie.Trudniej to wszystko zebrać pod jednym sztandarem.
        Pozdrawiam

        • sara Says:

          Miziole, użyłam dla porównania idealnie identycznego przykładu i trudno to negować, a efekty to inna sprawa.
          To działa na zasadzie powiedzenia, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami.
          Patrząc chłodnym okiem na sam mechanizm prawa rynkowego nie ma co się tak obrażać na porównanie z faszystowskimi Niemcami. Inna sprawa to aspekt moralny ich ideologii, ale nie o tym mówiłam.
          Obaj z Amicusem wzdrygacie się na porównywanie do faszystowskich Niemiec Ameryki, wojny w Wietnamie do tej II światowej, czy mechanizmu rynkowego, który funkcjonował w Niemczech do identycznego nam współczesnego, a wykorzystywanego przez UE. Pewnie, że to przykre porównanie, czasami przyznanie się do czegoś lub nazwanie po imieniu to sztuka. Jeżeli się tego nie nauczymy i będziemy chować głowę w piasek, albo tak jak Wy obaj „wybielać rodzinę”, to jeszcze długo demony propagandy będą zbierać swoje żniwo.
          Umniejszanie skali zła wojny w Wietnamie mniejszą skalą niż II wojna światowa, innymi kontekstami politycznymi i momentem historycznym jest moim zdaniem Amicusie delikatnie mówiąc nie na miejscu.

    • kuzynka Says:

      I s… ma rację. Trudno oceniać ludobójstwo po ilości trupów. To prowadzi do absurdów – to tak, jakby powiedzieć, że ludzie, którzy zginęli podczas II wojny (tzw.ofiary faszyzmu) więcej wycierpieli niż ofiary Wietnamu czy bomby atomowej. Sam zacząłeś, drogi kuzynie, swój wywód od tego, że „Niemcy byli w swojej masie – generalnie rzecz ujmując – takimi samymi ludźmi jak my, Polacy”. Tak samo Amerykanie są takimi samymi ludźmi jak Niemcy. Zatem są zdolni do takich samych zbrodni, których się dopuścili („zabawy” żołnierzy amerykańskich w Iraku, wspomniany Wietnam). Jeżeli po aptekarsku będziemy mierzyć ilość cierpień w każdej z tych historycznych sytuacji, to bezsprzecznie szala przechyli się na niekorzyść faszyzmu, czy komunizmu (jeżeli to rozwinąć). Ale jeżeli zmierzymy tak zwyczajnie, po ludzku, jak sugeruje Sarna, to będzie to po prostu nieprzyzwoite.
      Konflikty (takie jak np II wojna) nie rodzą się z niczego, ale też nie potrzebują wielkich pretekstów, jak pokazuje historia. Kapitalizm, zwłaszcza teraz, w czasie kryzysu, też może pokazać swoje rogi.

      PS. Kiedyś oglądałam dokument o faszystowskiej organizacji hummer skinów. Po pierwsze nie ma tam żadnych matołków, tylko prawnicy, bankierzy, maklerzy, lekarze (z zasady motłochu nie przyjmują). Po drugie najprężniej działają w USA. Po trzecie zloty i wiece organizują sobie w Szwajcarii, bo tam bez problemów udostępniane mają piękne, lśniące hale sportowe. W tej samej Szwajcarii, która tak wzbogaciła się na krzywdzie pewnej nacji, która z kolei teraz pokazuje rogi (przynajmniej pewna jej część). Historia kołem się toczy.

      • Logos Amicus Says:

        kuzynko, zgadzam się z Tobą niemal w zupełności.
        (Jest to również odpowiedź s… ):
        Także uważam, że zbrodnia i łamanie praw człowieka pozostają zbrodnią i łamaniem praw człowieka bez względu na skalę (statystykę) i kontekst polityczny.
        Mnie zbrodniczości wojny wietnamskiej nie trzeba przypominać, bo ja to znam na pamięć. Ostrożny byłbym jednak przy snuciu analogii między wojną w Indochinach a II wojną światową.
        Mimo wszystko nie można powiedzieć, by ustrój amerykański był ustrojem faszystowskim, bo jak tu porównywać prezydentów Kennedy’ego, Johnsona, czy Nixona do Hitlera…?
        Poza tym, jeszcze raz trzeba podkreślić, że większość społeczeństwa amerykańskiego sprzeciwiła się tej wojnie.

        Jak by na to jednak nie patrzeć (i jaką by dzisiaj nie czuć niechęć do Ameryki), to właśnie Stanom Zjednoczonym zawdzięczamy to, że faszyzm – a później komunizm – dwa totalitarne potwory – nie zawładnęły światem.

        I jeszcze komentarz do PS kuzynki:

        To, że ktoś jest prawnikiem, bankierem, maklerem czy lekarzem, nie oznacza, że nie może być matołkiem. Oni wszyscy – bawiąc się w tych „hummer skinów” – są matołami.
        Na nieszęście, im wyższa pozycja społeczna tego, kto jest matołem – tym gorzej, bo więcej taki matoł może wyrządzić szkody. Niestety, wysoka inteligencja, wykształcenie, stanowisko… nie zawsze idzie w parze z mądrością.

        Pocieszające jest jednak to, że podobne kluby stanowią, mimo wszzystko, tylko jakiś kuriozalny margines.Zaś partia nazistowska w Niemczech stała się „wiodącą siłą” narodu.

  4. Marcus Says:

    Bardzo ciekawy film:

    Ciekawe są także komentarze, jakie się pod nim pojawiały.
    M. in. ten:

    „Mieszkam na Śląsku pod Opolem. Miejscowi ludzie w zaawansowanym wieku, pamiętają te czasy jego władzy, a młodzież chodź nie wszyscy interesują się przeszłością regionu, którą Hitler też był. Legenda tego człowieka jest poniekąd wiecznie żywa,a zgasnąć nie zgaśnie. Jeśli chodzi o politykę przed wojenną to był geniusz. Wyprowadzenie kraju z inflacji, z bezrobocia, sprytne ominięcie Traktatu Wersalskiego, odwaga na zabawianie sie z Chamberleinem i Daladierem.”

    „jakby był kretynem to nie doszedłby do tego do czego doszedł…”

  5. R Says:

    Fajnie napisany tekst :)
    Jednak muszę się tu zgodzić z Onibe, to temat rzeka, ba, rzekłbym wielowątkowy. Chcąc zrozumieć mechanizmy, które zadziałały w tamtych czasach, warto jest spojrzeć na nie jako na efekt I wojny światowej. Błędne posunięcia aliantów, charakterystyka narodu niemieckiego (nie przyzwyczajonego do demokracji) i fobię przed rewolucją ze wschodu.
    Faszyści wykorzystali wszelakie luki w prawie młodej demokracji Państwa Weimarskiego oraz brak chęci ówczesnej władzy do usuwania przeciwników siłą. Ich populizm był dość klasyczny, jeżeli jest bieda to jest ktoś temu winny (Żydzi), propaganda wielkości (odwołanie do Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego) i sposób na załatanie luk budżetowych (przestrzeń na wschodzie). W przededniu wojny III Rzesza była bankrutem, bez haseł wojennych, naród odwrócił by się od władzy pytając o podstawowe dobra (stąd hasło „armaty zamiast masła”). Wojna miała zapewnić zasoby (zdobyte grabieżą) ale państwo było słabe dla tego powstała koncepcja wojny błyskawicznej. Kto miał być wrogiem? Pomyślmy:
    – Anglia i Francja, wiecznie skłócone i wyczerpane po wojnie niechętnie będą patrzyć na obcy konflikt, jednak tknięcie któregokolwiek z nich poskutkuje ich aliansem (sprawdzone na własnej skórze).
    – USA niby ze słabą armią ale z dużym potencjałem i na dodatek bardzo daleko.
    – ZSRR z ich rewolucją to pierwotny wróg państwa Weimarskiego i III Rzeszy, jednak trzeba z nim się liczyć bo ma prawie nieograniczone zasoby.
    – Włochy to sojusznik.
    – Polska to duża niewiadoma po śmierci Marszałka.
    Stąd drobne „macanie” sceny politycznej poprzez aneksję Austrii i wtargnięcie do Czech. Polska scena polityczna po erze Piłsudskiego ustawia się na nie do Niemiec i na dodatek jest mało wyraźna. Dalej to już poszło samo….
    Co do patriotów niemieckich to polecam książkę „Arcyszpieg Hitlera” bardzo ciekawe spojrzenie.

    • Logos Amicus Says:

      Ależ ja także zgadzam się z Onibe, że to temat rzeka – i że go nie można wyczerpać, nawet jeśli by się napisało o tym tysiąc książek. Tu chodzi jednak o to, byśmy sami ustalili sobie swoją własną relację z tym trudnym i niewygodnym dla nas dylematem (jakim jest proces ideologicznego zaczadzenia całego społeczeństwa, geneza wojny i ludobójstwa, powstania systemów totalitarnych…)

      Dajesz nam tutaj analizę politycznej sytuacji tuż przed wybuchem wojny. Ale jednak nie o tym jest mój wpis (tu znów przydało by się następnych tysiąc książek). On jest właściwie pytaniem o to, jak to było możliwe, że do realizacji tej polityki wybrano ludzi pokroju Hitlera i w końcu przyzwolono na ludobójstwo na niespotykaną dotychczas skalę. Prawdę mówiąc to nawet nie jest pytanie, co zdumienie, ciągle graniczące z niedowierzaniem – mimo przecież ewidencji historycznych faktów.
      Ten tekst niczego też nie usiłuje wytłumaczyć, niczego wyjaśnić, niczego analizować – jest czymś w rodzaju mojego osobistego doświadczenia ze zderzenia się z pewnym zdumiewającym mnie (ale i przerażającym) zjawiskiem.

  6. sara Says:

    Amicusie :) z tyloma Twoimi punktami widzenia się nie zgadzam, że nie wiem od czego zacząć.
    Po pierwsze, nie neguję roli Stanów Zjednoczonych w zażegnaniu II wojny światowej, tylko proszę nie wmawiaj mi, że było to posunięcie bezinteresowne, czysto charytatywne. Dobrze wiemy, że Ameryka patrzyła perspektywicznie i już dzieliła łupy myśląc o zabezpieczeniu własnego panowania w świecie.
    Po drugie, nie o porównywanie ustroju politycznego chodzi lecz o mechanizmy, postawy(obywateli, prezydentów,rządów państw) danie mandatu przyzwolenia. Dobrze, że naród Amerykański w końcu powiedział basta, ale troszkę to trwało i kosztowało życie i zdrowie wiele ludzkich istnień i trwa jak koszmar do dziś w tych którzy to przeżyli.
    Po trzecie, czy to nie Ty na tym bloogu jeszcze nie tak dawno snułeś dywagacje o demonach w krawatach mówiąc: „Cała demoniczność tego niebezpieczeństwa polega na tym, że kryje się ono w gabinetach skądinąd ułożonych, ustawionych, zasadniczych i z pozoru nawet przyzwoitych gości w czystych koszulach, pod krawatem i w garniturach, ewentualnie w mundurach.”
    Dlaczego więc tak Cię obraża porównanie alianckich przywódców z Hitlerem. Dla mnie oni nie mają nazwisk, maja czyny podobne w skutkach do Hitlera. Nie mówię, że byli równie obłąkani jak on, ale mają na swoim sumieniu czyny, którymi Hitler by się szczycił jak zasługami.
    Po czwarte „wkurza mnie” Twoje ostrożne snucie analogii. Właśnie takie zachowawcze postawy pozwalają istnieć kanaliom.

    • Logos Amicus Says:

      s…,
      ja Cię naprawdę rozumiem, a nawet podzielam Twoje wzburzenie :)

      Bardzo podobne argumenty wysuwałem, kiedy pisałem o wojnie wietnamskiej czy też irackiej.
      Ja naprawdę uważam, że zbrodnia jest zbrodnią, bez względu na jej skalę i polityczny kontekst, ale jednak dobrze jest – mimo wszystko – mieć na uwadze ową skalę i polityczny kontekst. I wcale nie musi to oznaczać jakiegoś moralnego relatywizmu, może bardziej – realizm.
      Bowiem, mimo wszystko, jest istotne to, czy ginie gdzieś jeden człowiek, uśmierca się tysiąc ludzi, czy też morduje się ich miliony – jakkolwiek okrutnie i bezdusznie to by zabrzmiało.
      Jest istotne to, jaką polityczną rolę wypełniały Stany Zjednoczone w świecie, a jaką planowały wypełnić hitlerowskie Niemcy… Istotne, na przekór temu, że również Amerykanie mają na swoim koncie zbrodnie ludobójstwa.
      Obok prawdy o Oświęcimiu, mord jakiego dopuścili się żołnierze amerykańscy na Wietnamczykach w wiosce My Lai, był chyba największą traumą mojego dzieciństwa – związaną ze zdobywaniem przeze mnie wiedzy historycznej o świecie.

      PS. Nie ma na świecie czegoś takiego, jak „bezinteresowne posunięcia”.
      Oczywiście, że Stany Zjednoczone przystępując do II wojny Światowej, miały w tym swój „interes”. I to nie byle jaki: chodziło o przetrwanie w wolnym świecie.
      To była walka na śmierć i życie!

      • sara Says:

        „Czarny scenariusz Ameryki” pociągający za sobą cały świat.
        Bezwiednie nasunęło mi się porównanie do historii największego pancernika na świecie jaki kiedykolwiek powstał- japońskiego Yamato. Geniusz myśli technicznej i ludzkich możliwości. Niespełna 400m długości i 40 szerokości, wieża ważyła prawie 3 tyś ton (źródła podają, że tyle waży duży niszczyciel ),wiele warstw ścian i innych zaskakujących rozwiązań . Przewidziano wszystkie możliwości jego unicestwienia i zaradzono im, zgubił go jak na ironię prozaiczny detal – obejma.
        Gdy tonął w jego pobliżu było dużo jednostek pływających, które spieszyły na pomoc. Jednak siła zanurzania była tak ogromna i tworzyła tak potężny wir, że zasysał wszystko co było w jego zasięgu.Śpieszący z pomocą mieli do wyboru pójść razem z nim na dno, albo się wycofać. Tak czy siak okręt poszedł na dno, część towarzyszy niedoli ocalała bo odstąpiła od jego ratowania. Czy scenariusz obecnego kryzysu z udziałem Ameryki w roli głównej i świata jako aktora drugoplanowego będzie tożsamy z losami Yamato? Oby nie!

        • Logos Amicus Says:

          Widzę, że napawasz się wizją tonącej Ameryki.

        • sara Says:

          Nie napawam się, wiesz,że nie.
          Faktem już jest, że gospodarka amerykańska uległa załamaniu. Postrzegam Amerykę jak aortę, a nie jak zwykłą żyłę i wiem, że jej zator grozi niewydolnością całego organizmu. Nie jestem naiwna i nie zieję niechęcią do Ameryki i Amerykanów.
          Staram się być obiektywna i nazywać rzeczy po imieniu. Z mojej perspektywy widzę sprawy tak jak Ci o nich piszę. Ty żyjesz tam , utożsamiasz się z tym krajem i nie potrafisz chłodno spojrzeć na moje argumenty.
          To tak jak z rodziną :) Sam możesz ja krytykować ale innym wara od tego.
          Ale, ale, oczywiście…ad rem :)
          pozdrawiam i dobrej nocy życzę

        • Logos Amicus Says:

          No przecież wiem, że się nie napawasz :)

          Nie myślę, że jakieś zaślepienie uniemożliwia mi ocenę sytuacji w Ameryce.
          Mimo wszystko jestem jej bliżej niż wszyscy jej europejscy krytycy, a zwłaszcza krytycy polscy, którzy wiedzę o Stanach czerpią z tego, co przeczytali w innych gazetach.
          Choć może rzeczywiście z dystansu widać to lepiej i bardziej przejrzyście?

  7. miziol Says:

    Przyglądam się tym zdjęciom Hitlera i zastanawiam się jaki on naprawdę był. Na każdym z nich jest inny. Kiedy przeglądam swoje albumy to widzę siebie mniej lub bardziej uśmiechniętego, młodszego,starszego, ale to ciągle ta sama osoba – ja. A tu jakby różni ludzie z tym samym śmiesznym wąsikiem i grzywką w odwrotną stronę.
    Czytałem kiedyś biografię Hitlera, autorstwa Mariana Podkowińskiego, w której pisał, że Hitler był zagadką nawet dla najbliższego otoczenia. Bez przerwy zaskakiwał swoimi reakcjami.

    Ciekawym przyczynkiem może być tu historia, która przytrafiła mi się latem na Krymie. Przypadkiem trafiłem tam na ulicznego fotografa, który zaproponował mi przebranie się w jakiś strój teatralny, których sporo wisiało na wieszakach. Ubrałem mundur i czapkę oficera Wehrmachtu, fotograf wepchnął mi do reki replikę karabinu maszynowego i posadził za kółkiem przedwojennej czarnej limuzyny, stojącej obok. I w tym momencie ja poczułem, że JESTEM tym oficerem. To jest moje jedyne zdjęcie, na którym ja jestem inny. Co ciekawsze, mimo upału rozbierałem się jakoś niechętnie z tego grubego sukiennego munduru i sztywnej czapki.
    Co jest zatem w osobowości człowieka, że ubrany w elegancki garnitur zachowuje się jak dyplomata, a po naciągnięciu munduru staje się pewny siebie i agresywny. Może powinniśmy chodzić nago?

    • Logos Amicus Says:

      Patrząc dziś na Hitlera (i słuchając go), trudno się oprzeć wrażeniu, że był on psychopatą napędzanym bardzo dynamicznie przez swoje fobie, histerie, obsesje, urojenia i paranoje… Dlatego, mimo tego munduru, wąsika i grzywki, za każdym razem wyglądał i zachowywał się inaczej, zaskakując otoczenie.
      Można to oczywiście uznać za zaburzenia osobowości – choć przecież taki był jego charakter.
      Był jednak typem przywódcy, a na dodatek totalitarystą, więc chciał zuniformizować całe społeczeństwo niemieckie – bo takim jest łatwiej rządzić.
      Dlaczego?
      Masz odpowiedź w swojej przygodzie na Krymie: człowiek przywdziewając mundur (garnitur, strój, maskę) przestaje być sobą, a zaczyna grać jakąś – określoną przez ten ubiór – rolę.
      Mechanizm ten tłumaczy m.in. Persona – pojęcie stworzone przez Junga, który rozciągnął je także na zawody, profesje i funkcje, jakie ludzie pełnią w społeczeństwie, (i które determinują, a już na pewno bardzo wpływają na ludzkie zachowania).

      PS…. i ja byłem Indianinem :)
      Ale takim, który chodził już w skórze z frędzlami, mokasynach i w pióropuszu… bynajmniej nie na golasa, jak ci w Amazonii.
      Niestety, nagość zostawiliśmy już w raju. Dzisiaj byłaby ona raczej wyrazem nie totalnej de-uniformizacji, a czymś wręcz przeciwnym: regresem i wtłoczeniem człowieka w stereotyp golasa i nudysty.

  8. Orchi Says:

    Przeczytałam, podumałam i mogę jedynie powiedzieć, że to już przeszłość.
    Dziś jedynie reklamy przysłaniają ludziom jasne i trzeźwe myślenie. Wojna o przetrwanie toczy się dziś jakże często niczym wyrywanie nóżek stonodze powoli, zamiast ją uśmiercić jednym zdepnięciem.
    Coraz częściej stwierdzam, ze nie ma innej drogi niż ta, którą ludzkość wciąż podąża. Jedyna szansą unikania wojen jest otwieranie wszelkich granic i zdrowy system prawny państw. Myślę, że pomimo wszystko idzie ku lepszemu – oczywiście globalnie. Niestety jednostkowo bywa tragicznie – cóż selekcja – naturalny proces biologiczny. Chyba nie ma rady na naturę?
    Zastanawiam się, na ile nasze tu pisanie ma sens? Podnosi naszą świadomość, czy służyć ma, no właśnie… pośredniemu wpływaniu naszych idei na innych, w celu manipulacji, by….? Podświadome działanie, aby co? No właśnie, czy mamy na to w pełni świadomy wpływ, aby wszystko planowo realizować, co pomyśli nasza głowa, czy jesteśmy tylko pasażerami wiezionymi/wiedzionymi przez machinę jaką jest Internet – wymysł genialnego człowieka? A może raczej, czy cokolwiek planujemy tu w sieci, czy automatycznie jesteśmy wciągani w system wzajemnego oddziaływania?
    Logos z pewnością zaplanował i mu się plan powiódł – przeczytałam Twój wpis :) Amicusie. A może to był przypadek? Jeśli przypadek, to powiem więcej – raczej przeznaczenie:)

    • Logos Amicus Says:

      Orchi, chciałbym podzielać Twój optymizm, kiedy twierdzisz, że to (czyli faszyzm, wojny światowe, ludobójstwo na globalną skalę…) jest przeszłością. Niestety, pewności nie mamy.
      Dlaczego?
      Może dlatego, że ciągle zbyt krucha jest nasza cywilizacyjna otoczka kulturowa?
      Jesteśmy uwarunkowani czymś, co jest ponad nami: naturą, instynktami, biologią… jesteśmy tylko częścią jakiejś większej całości – życia biologicznego na ziemi (to w skali raczej mikro) oraz Wszechświata (to już zdecydowanie skala makro:)

      A jednak wydaje mi się, że mamy obowiązek wierzyć, że wybór kierunku rozwoju naszej cywilizacji zależy mimo wszystko od nas. Poczucie tego obowiązku jest tym, co czyni nas ludźmi – jest to swego rodzaju emancypacja (albo przynajmniej próba emancypacji) człowieka ze świata, zarówno materialnego, jak i zwierzęcego.
      Być może przypomina to budowanie zamków na piasku, stąpanie po cienkim lodzie… ale innej drogi, niestety, nie ma.
      * * *
      Poruszyłaś jeszcze jeden ciekawy wątek (choć odbiegający nieco od tematu naszej dyskusji):
      „Na ile to nasze pisanie ma sens”?
      Nie ulega wątpliwości, że wzajemnie wpływamy na siebie, wymieniając się myślami, ideami, poglądami…
      Możemy się realizować tylko w relacji z innym człowiekiem, dlatego te nasze kontakty z innymi ludźmi są ważne. Nie chodzi tu więc tylko o jakąś manipulację, ale o spełnianie się tych relacji.
      Źle się jednak dzieje, gdy nasze kontakty zawężają się np. tylko do kontaktów internetowych, co – jak widzę – zamienia się czasami w jakiś rodzaj obłędu.
      Dla mnie powód mojego pisania jest jasny: myślę więc piszę. A sens?: piszę bo dzięki temu mam poczucie, że tym sposobem porządkuję swoje myśli, poznaję świat, innych ludzi i siebie samego… wreszcie – manifestuję w ten sposób niejaką moją obecność w świecie, co też jest przecież jakąś taką naszą organiczną potrzebą.
      No i – koniec końców – jest to niezła gimnastyka umysłu, który warto utrzymywać w formie, choćby tylko po toi, by nie poddać się Alzheimerowi ;) )
      Taka jest jedyna „interesowność” mojego pisania, bo przecież nie mam z tego żadnych materialnych korzyści (Świadomie zrezygnowałem kiedyś z publikacji w prasie, choć mi za to płacili. Lecz mimo swobody jaką tam miałem, czułem się jednak wtedy w jakiś sposób obligowany do czegoś, a więc – mimo wszystko – ograniczony, skrępowany… czego raczej nie odczuwam, publikując w sieci.

      Oczywiście nie uważam, że tworzę tu jakieś wiekopomne dzieła, albo też wpływam w jakiś sposób na zbawienie tego świata :))
      (No i staram się pisać jak najmniej głupot :)… z różnym skutkiem, naturalnie :))

  9. REM Says:

    Hitler: „Naszym zadaniem jest wychowanie człowieka, który będzie widział piękne i prawdziwie wspaniałe strony życia, który nie zamieni się przedwcześnie w ponurego zrzędę. Chcemy cieszyć się pełnią życia, trzymać się go i unikać wszystkiego, co według ludzkiej miary szkodzi bliźniemu. Jeśli teraz szkodzę Rosjanom, to tylko dlatego, że inaczej oni szkodziliby mi. Tak robi i dobry Bóg: rzuca nagle masy ludzi na ziemię i niech się każdy sam martwi o siebie. Jeden zabiera drugiemu, i koniec końców pewne jest tylko to, że zwycięża silniejszy. To zresztą najsensowniejszy układ, gdyby było odwrotnie, nic by nie powstało. Gdybyśmy nie przestrzegali praw natury, nakazujących korzystanie z prawa silniejszego, to pewnego dnia pożarłyby nas dzikie zwierzęta, potem owady pożarłyby dzikie zwierzęta, aż w końcu pozostałyby tylko mikroby.”

  10. miziol Says:

    Jeśli chodzi o to kto podpisał decyzje o wybuchu II wojny światowej to polecam obejrzenie Zeitgeist.Movie.
    Tam maja na ten temat swoje zdanie. Trochę szokujące, trzeba przyznać.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Zeitgeist Movie?
      Nie oglądałem, ale z tego co wiem, to są chyba jakieś – żerujące na spiskowej teorii dziejów – fantazje.
      Wątpię więc, czy konkluzje twórców tego filmu, byłyby dla mnie szokiem :)
      Pozdrawiam.

      • miziol Says:

        To obejrzyj Amicusie i podziel się opinia,bo ja tam tez widzę dużo naiwności w płaszczyźnie ekonomicznej,ale pewne fakty są naprawdę zastanawiające. Jestem tym nieco skołowany i opinia kogoś takiego jak Ty, poparta jakimiś rzeczowymi argumentami na pewno byłaby nie od rzeczy. Z tym, że to jest na pewno temat na oddzielny post. Pozdrawiam

  11. Logos Amicus Says:

    O Hitlerze się nie zapomina, również wtedy, kiedy mówi się o charyzmie.
    Oto w ostatnim „Wprost” natrafiłem na wywiad z Jerzym Hoffmanem, reżyserem „Bitwy warszawskiej”.

    Hoffman: „Bo taka charyzma to fenomen… No bo jak np. wytłumaczyć taką rzecz, że Hitler przemawiał do kobiet, a potem trzeba było zmywać podłogi kamienne, marmurowe…”

    – Sikały?

    Hoffman: „Masowo, zbiorowo sikały! Czym to wytłumaczyć? To jest coś, co elektryzuje, nie do opisania…”

    – Może to nie mogło przetrwać do naszych czasów, ponieważ potencjalny widz sikający na widok takiego charyzmatycznego przywódcy już nie istnieje? Jesteśmy gotowi podważać wszystko i nie działa na nas taka charyzma?

    Hoffman: „Niewątpliwie. Pamiętajmy, że to był czas, kiedy radio dopiero raczkowało, nagłe zetknięcie z przywódcą to było wydarzenie! Dziś jest on na co dzień w każdym domu, niemal podglądamy jak się podciera, widzimy wszystkie jogo potknięcia. Ale ja nie oczekuję dzisiaj od przywódcy takiej charyzmy, ponieważ nie jesteśmy w sytuacji być albo nie być.”

    („Wprost”, 9 X 2011 NR 40)

  12. Telemach Says:

    „ale prawdą jest przecież, iż nie do pomyślenia w dzisiejszym świecie zachodniej cywilizacji byłoby to, aby zachowujący się podobnie mówca czy polityk, mógł zdobyć jakieś szersze poparcie społeczne.”

    Logos, wszystko co się stało było przedtem „nie do pomyślenia”. Auschwitz, zagłada Ormian, Ruanda. Wielka Rewolucja Kulturalna. Kambodża Pol Pota.
    Wszystko rzeczy niewyobrażalne zanim się nie zdarzyły.

    Myślę, że w tym celu trzeba pomieszkać w Niemczech i wśród Niemców. Najnormalniejszych i najspokojniejszych ludzi na świecie. Najzwyklejszych. Takich jak my wszyscy. Dopiero wówczas zaczynamy przeczuwać jak krucha jest ta cienka warstewka lodu, po której stąpamy tupiąc beztrosko i którą nazywamy cywilizacją, moralnością, etyką. I jak złudne przeświadczenie, że nas chroni jakiś cudowny rodzaj szczepionki, rozsądku, uczciwości. Nic nie chroni przed zbiorowym szaleństwem bo w momencie jego wybuchu przestają obowiązywać dotychczasowe normy a wszystko na co chcemy się powołać gdy usiłujemy się przeciwstawić nagle przestaje w świadomości naszego otoczenia istnieć. A to dla większości oznacza jakby nie istniało wcale.

    • Logos Amicus Says:

      Telemachu,
      pisząc to miałem na myśli dokładnie to, co napisałem:
      „nie do pomyślenia w dzisiejszym świecie zachodniej cywilizacji byłoby to, aby zachowujący się podobnie mówca czy polityk, mógł zdobyć jakieś szersze poparcie społeczne.”

      Wówczas było to nie tylko do pomyślenia, ale i do zobaczenia – każdy mógł zobaczyć jak zachowujący się w ten sposób człowiek zdobywa władzę nad olbrzymim narodem.

      Rozumiem jednak Twoją myśl: rzeczywiście nikt wówczas nie mógł sobie wyobrazić tak monstrualnej zbrodni, jaka wkrótce miała się wydarzyć (choć przecież takie np. Verdun mogło ówczesnym Europejczykom w tych wyobrażeniach pomóc).

      Pozwól, że jeszcze dorzucę coś, co niedawno napisałem, a co odnosi się dom tego wątku:

      „Zdaję sobie sprawę z tego, że mimo innego rodzaju ekspresji politycznej (szał i histeria Hitlera, która dzisiaj dyskredytowała by każdego poważniejszego polityka), niebezpieczeństwo pozostaje. Pod eleganckim i „kulturalnym” płaszczykiem, posługując się gładką mową, też można realizować zabójcze cele.”

      PS. Prawdę mówiąc, ja dalej sobie nie mogę jakoś wyobrazić Auschwitz, mimo że tam byłem, mimo że wiem, iż to się wydarzyło naprawdę i znam fakty…

      • Telemach Says:

        Logosie drogi,
        obawiam się, że mimo podobnych poglądów i wzajemnego szacunku – to tak do końca jednak się nie rozumiemy. Otóż, gdy piszesz że coś w „dzisiejszym czasie” byłoby nie do pomyślenia to wyrażasz pogląd, który ja całkowicie podzielam. Moje wątpliwości wynikają z obserwacji dotyczących niepojętej dynamiki z jaką percepcja rzeczywistości może się zmieniać. Po prostu w momencie wybuchu masowego szaleństwa „nasza rzeczywistość” przestaje istnieć, istnieje ona przecież tylko tak długo, jak długo obowiązują ogólnie akceptowane konwencje. To co niewyobrażalne staje się z dnia na dzień nie tylko wyobrażalne lecz pożądane, akceptowane i powszechnie uznawane wpierw za mniejsze zło a potem za dobro. Gdy jeden paradygmat zostaje w masowej świadomości zastąpiony przez inny oznacza to również koniec kryteriów, również moralnych i estetycznych. A to co było kanonem wierzeń i przekonań w ciągu nocy zostaje przez ogół uznane za błędne, obarczone niepotrzebnymi sentymentami i złudne. Nie przeczę – istnieją jednostki które są oporne i się nie poddają. One kończą jednak na stosach wzniesionych przez rozentuzjazmowane tłumy nie mające świadomości czynienia zła.

        Moja wiara w konieczność postępu cywilizacyjnego to jedno. Mój sceptycyzm, czy droga ku światłu jest taka prosta, równa i szeroka jak nam się czasem wydaje – to zupełnie inny temat.

        Pozdrawiam również. Świetny i inspirujący wpis.
        T.

      • Telemach Says:

        I jeszcze na marginesie: wspaniałą ilustracją uniwersalności tematu znalazłem ostatnio w „Havoc, in Its Third Year” Ronana Bennetta. Wspaniała a zarazem przerażający lektura. Obawiam się jednak że nie przetłumaczona na polski.Polecam.

        • Logos Amicus Says:

          Telemachu,
          ja myślę, że się już rozumiemy „do końca” w tej sprawie :)
          (M. in. dzięki sugestywności i jasności Twojego komentarza).

          Oczywiście, że budujemy zamki na piasku, że stąpamy po cienkim lodzie, że żyjemy w czymś w rodzaju szklanej cieplarni, ogrzewanej przez nasze złudzenia, marzenia – w której oddychamy wiarą i karmimy się nadziejami…
          Lecz jeśli już tak jest, to przynajmniej w tych zadanych nam warunkach starajmy się zbudować najlepszy zamek i najlepszą cieplarnię, na jaką nas stać :)
          No i nie podskakiwać za bardzo po tym lodzie :)

          PS. Dzięki za zwrócenie uwagi na książkę Bennetta. Spróbuję zajrzeć do niej w jakiejś księgarni.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s