HOMARY Z KOH SAMUI

.

Natura - niesamowitość formy - inwencja kolorów i kształtów

Natura – niesamowitość formy – inwencja kolorów i kształtów

.

      Muszę się przyznać, że jestem nieco przytłoczony ilością wrażeń, zapisków i zdjęć z mojej ostatniej, niemal dwumiesięcznej podróży do Azji. Tym razem odwiedziłem (ponownie) Tajlandię i Indie oraz (po raz pierwszy) Sri Lankę. Od czasu do czasu zaglądam jednak do moich folderów ze zdjęciami – i te obrazy przywołują natychmiast całą lawinę wspomnień. Ot, np. dzisiaj: otwieram jeden z plików i moim oczom ukazują się… homary, na które natrafiłem na tajskiej wyspie Koh Samui (właściwie to powinienem napisać tylko Samui, bo Koh w języku Tajów oznacza wyspę). Pamiętam, że ich kolory, kształt i wzory zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Nigdy dotąd nie widziałem tak pięknych skorupiaków. Kiedy je tak podziwiałem, to dotarło do mnie to, że przecież każdy z nich (mimo przynależności do tego samego gatunku) jest inny, a jeden jest bardziej urodziwy od drugiego. Istny pokaz estetycznego rozpasania Natury, w której – jak mi się dotąd wydawało – dopiero człowiek zdolny jest rozpoznać piękno, opisując je i nazywając – a przez to poniekąd stwarzając. Zawsze byłem przekonany, że piękno nie może istnieć poza kulturą człowieka – że jest po prostu jednym z jej przymiotów i artefaktów. A tu widzę, że nie byłoby tego wszystkiego, gdyby samica lub samiec „bezmózgiego” zwierzęcia nie był czuły na to bogactwo barw i deseni, bez wątpienia odróżniając pięknisia od brzydala – preferując tego osobnika, a nie innego. I zapewne robi to w tym przypadku jeszcze lepiej od nas.

*  *  *

PS. Polecam obejrzenie powyższego zdjęcia w pełnym wymiarze, a jeszcze lepiej – ze zbliżeniem. Bowiem dopiero wtedy może się nam ukazać prawdziwy splendor naturalnego udekorowania tych stworzeń.

.

TYBET – OBRAZY Z KLASZTORU SAMJE

.

Czajniczek i znicze - wnętrze klasztoru Samje, oprócz mistycyzmu, wypełnia gra światła i cienia

Czajniczek i znicze – wnętrze klasztoru Samje, oprócz mistycyzmu, wypełnia gra światła i cienia

.

Swego czasu poświęciłem klasztorowi Samje cały wpis (TUTAJ), w którym wspominałem swoją wizytę w tym najstarszym buddyjskim klasztorze w Tybecie. Zilustrowałem go wówczas kilkoma zdjęciami, które zrobiłem zarówno w samym klasztorze, jak i jego okolicy, lecz lwia część tych obrazów pozostawała nieodkryta w czeluściach komputerowej pamięci. Trafiłem na nie ostatnio i pomyślałem, że dobrze byłoby je odgrzebać i zaprezentować na stronie Wizji, bo jednak przedstawiają miejsce niezwykłe i dla nas Europejczyków egzotyczne – a przy tym niezmiernie moim zdaniem fotogeniczne.

.

Oczywiście żadne zdjęcie, nawet najlepsze, nie jest w stanie oddać „ducha” ani nawet piękna danego miejsca, co najwyżej przybliżyć je nam nieco – tak, byśmy mogli sobie uzmysłowić, jak ono wygląda. Jest już dobrze, jeśli umożliwia nam wyobrażenie sobie tego, jaki potencjał tajemnicy i czaru skrywa. Tak więc, nawet wtedy, kiedy nasze oczy się pasą, warto także uruchomić i wyzwolić wyobraźnię stymulującą mózg – bo tylko angażując naszą psyche (duszę) możemy wejść w głębszą relację z widzialnym (a może nawet niewidzialnym?) światem.

Sacrum i decorum klasztoru Samje – to estetyka i malowniczy wystrój w służbie mistyki i ezoteryki. Ciekawe są korelacje między pięknem (również tym zmysłowym) a buddyzmem, czyli miedzy estetyką opierającą się na materii, a etyką wywodzącą się z rozumu, serca i duszy. Okazuje się po raz kolejny, że wszystko ze wszystkim się łączy i przenika, tworząc świat, w którym jesteśmy w całości zanurzeni.

greydot.

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

Klasztor Samje (1)a

Strażnik kaplicy na świętym wzgórzu Hepori. W oddali – płynie Brahmaputra.

.

.

Klasztor Samje (1)

Klasztor Samje wybudowano na planie mandali – widok ze wzgórza Hepori

.

.

Klasztor Samje (2)

Główne wejście do klasztoru i znużeni długą drogą pielgrzymi

.

.

Klasztor Samje (3)

Mnisi modlą się wewnątrz Utse – centralnej świątyni klasztoru Samje

.

 

Klasztor Samje (4)

Mistycyzm światła penetrującego zacienione wnętrze klasztornego krużganka

.

.

Klasztor Samje (5)

Mnisie szaty i dzwoneczki – a wokół unosi się zapach kadzideł

.

.

Klasztor Samje (6)

Dolewanie roztopionego masła jaka do świętego ognia – płonące wiecznie znicze nie mogą zgasnąć

.

.

Klasztor Samje (7)

Pali się modlitewny znicz

.

Oto garść zdjęć, które ewokują wspomnienia wyniesione ze spotkania – i doświadczenia – jednego z najbardziej niezwykłych zakątków świata, do jakich udało mi się w życiu dotrzeć. Sam jestem zdziwiony teraz ich różnorodnością, a szczególnie tym, że tworzą tak bogatą i kolorową mozaikę form i kształtów, przedstawiając miejsce, które zazwyczaj kojarzone jest z buddyjskim ascetyzmem, wyciszeniem i rezygnacją ze zmysłowego świata materii. Wprawdzie mnisi zamykają oczy, kiedy recytują mantry i deklamują sutry, lecz ich otoczenie w tym samym czasie emanuje wręcz orgią kolorów i form, tłumioną wszak tutaj mrokiem zaciemnionych wnętrz. A jednak promienie słoneczne penetrują te zakamarki, wprowadzając do klasztornych komnat grę światła i cieni, tworząc smugi w powietrzu wypełnionym zapachem kadzideł i nieduszącym dymem ulatniającym się z płonących, wypełnionych stopionym jaczym masłem zniczy, które oświetlają migotliwie twarze pobożnych pielgrzymów oraz ściany udekorowane kolorowym materiałem, pełne wnęk z figurkami bóstw i świętych mężów.

Wnętrze klasztoru stanowi uderzający kontrast z tym, co znajduje się poza jego – opartymi na planie mandali – murami. Z pustynią i górami, ze skąpaną w słońcu doliną Brahmaputry, z olbrzymim niebem, którego intensywny błękit moderują białe, pierzaste obłoki – wreszcie z wznoszącym się nad Samje świętym wzgórzem Hepori, pełnym kolorowych i trzepoczących na wietrze modlitewnych chorągiewek oraz głazów, na których wyryto i wymalowano słynną mantrę współczucia Om Ma Ni Pe Me Hum, unoszącą się nad tybetańską ziemią, w obojętnej na ludzkie cierpienie pustce nieba.

.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Powiązany wpis: „KLASZTOR SAMJE”

.

KLASZTOR SHWE YAN PYAY – BIRMA

.

Klasztorne okna na świat – w takim malowniczym anturażu każda poza jest dobra

Klasztorne okna na świat – w takim malowniczym anturażu każda poza jest dobra

.

Birmę* zamieszkuje ponad 50 mln. ludzi, z których 85 % to buddyści. Po całym kraju rozsiane są tysiące klasztorów, gdzie schronienie znajduje ponad pół miliona mnichów. Nic więc dziwnego, że spotyka się ich na każdym kroku, również poza klasztorami, pagodami i miejscami kultu i to nie tylko wczesnym rankiem, kiedy wychodzą oni ze swoimi miskami jałmużnymi, zbierając do nich jedzenie, które składa im w daninie okoliczna ludność. Jednak najlepiej jest zetknąć się z mnichami w świątyni lub klasztorze, zwłaszcza jeśli to są nowicjusze, których dziecięcy szarm i spontaniczność, w zestawieniu z niezwykłą scenerią i anturażem miejsca – tudzież z ich ubiorem i zakonnym drylem – stanowi (zwłaszcza dla Europejczyka) kulturowy fenomen, uderzający swoją egzotyką. Oczywiście, wszystko to składa się na obraz niebywale fotogeniczny, który sprawia, że oko fotografa się raduje, a ręka drży przy zwalnianiu przesłony aparatu, co pozwala cuda te zatrzymać w pamięci (nie tyko cyfrowej karty) na dłużej.

Miesiąc spędzony w Birmie pozwolił mi na poznawanie kraju raczej nieśpieszne. Trafiłem więc do wielu ciekawych miejsc, wśród których na pewno wyróżniał się klasztor Shwe Yan Pyay (spotyka się także nazwę Shwe Yaunghwe Kyaung), położony na obrzeżach miasteczka Nyaung Shwe, bazy wypadowej dla zwiedzających słynne Jezioro Inle i jego okolice. Po spędzeniu paru dni na jeziorze, przez które można dotrzeć do wielu ciekawych zakątków i wiosek zamieszkałych przez ludy inne, niż Birmańczycy; po kilkakrotnym spotkaniu się z rybakami, (ich niezwykłą malowniczość starałem się już wcześniej pokazać TUTAJ), postanowiłem odwiedzić klasztor pełen młodocianych mnichów, którzy – jak można było zobaczyć na wielu zdjęciach reklamujących kraj – często pozowali w owalnych oknach klasztornego budynku (kształt niespotykany w żadnym innym klasztorze Birmy). Wsiadłem więc na rower i po przebyciu kilku kilometrów (dzięki tej drodze nadarzyła się okazja, by rozejrzeć się po okolicznych, głównie ryżowych, polach) zatrzymałem się przed małym drewnianą budowlą na palach, z wnętrza której dochodziły mnie odgłosy… niby to modlitwy, niby recytacji – gwarne jak w pszczelim ulu.

Tradycyjnie, birmański chłopiec przed ukończeniem 12 lat życia przechodzi inicjację (shin-pyu), dzięki której przyjmuje się go do społeczności wierzących (upathaka). Przed wstąpieniem do klasztoru udziela się mu instrukcji, (zaznajamiając go z czymś w rodzaju klasztornej etykiety) aż przychodzi dzień, kiedy ubiera się go w uroczyste szaty, przyozdabia klejnotami i niesie w uroczystej procesji (często na ramionach ojca) do klasztoru. Tam, przed głównym mnichem, którego chłopiec prosi o przyjęcie do klasztoru, zdejmuje się z niego piękne suknie oraz świecidełka, goli głowę i obdarowuje skromną szatą mnicha oraz miską (powtórzona jest w tym rytuale droga Siddharty/Buddy – od bogactwa do ascezy). Odtąd – i to nie tylko w czasie pobytu w klasztorze, który może trwać tydzień, miesiąc, rok… niekiedy i całe życie – obowiązuje go Pięć Przykazań (nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż, nie kłam, nie upijaj się), których przestrzeganie jest niezbędne na drodze do Nirwany, czyli ostatecznego „zdmuchnięcia”, które wygasi jego istnienie, wyzwalając go z cyklu życia i śmierci (samsara), uwalniając tym samym od nieodłącznego od życia cierpienia. Jednak, zanim się to stanie, chłopak musi wstawać przed świtem (śpi na twardej podłodze, za „posłanie” mając jedynie słomianą matę), wychodzić wczesnym rankiem z miską do wioski za pożywieniem (mnisi żywią się tylko tym, co dostaną od ludzi, spożywają jedynie dwa posiłki dziennie, zaś po południu jeść już nie mogą); a także: sprzątać, prać swoje szaty, myć się, wreszcie uczestniczyć w lekcjach – również w czytaniu i recytowaniu świętych tekstów. Miałem to szczęście, że w klasztorze Shwe Yan Pyay trafiłem na to ostatnie zajęcie.

Gdyby jednak „studiowanie i recytowanie świętych tekstów” wyglądało tak, jak to się zwykle kojarzy z takową nobliwą aktywnością, to mój fotoreportaż z klasztoru wyglądałby zupełnie inaczej, a prawdę mówiąc, to w ogóle mogłoby go nie być, bo nie wiem, czy bym się odważył zakłócać spokój – wyciszenie i skupienie- całą tę budzącą respekt i szacunek powagę mnichów, (którą znałem skądinąd – choćby z klasztorów w Tybecie). Kiedy jednak wspiąłem się po schodach i wszedłem do środka głównej sali klasztoru, zostałem skonfrontowany z głośną czeredą chłopców i młodzieńców, siedzących wśród drewnianych kolumn, na deskach podłogi, ubranych w czerwone szaty i powtarzających na głos niezrozumiałe dla mnie słowa. Nie był to zgodny chór, ale jedna wielka polifonia, nie pozbawiona wszak pewnej melodyjności – każdy młody mnich wypowiadał swoje wersety, czytając je lub wygłaszając z pamięci. Nie było w tym żadnego namaszczenia, tylko niektórzy adepci kołysali się jak modlący chasydzi, siedząc „po turecku”, czy też raczej po buddyjsku.

Chłopcy, jak to chłopcy – większości z nich trudno się było skupić, wyginali się więc na różne strony, robili dziwne miny lub wyglądali tęsknym i melancholijnym wzrokiem za okno… skąd dobiegał ich śpiew ptaków i gdzie widać było skąpany w słońcu ogród. Mimo tej swobodnej aury i dającej się wyczuć wśród tych młodych mnichów pewnej dezynwoltury, nie chciałem wyjść na intruza, usiadłem więc na podłodze, odłożyłem na bok aparat i zacząłem chłonąć panującą wewnątrz klasztornej sali atmosferę, nasiąkać nią, poddawać się wyczuwalnym tu wibracjom… Było w tym coś z medytacji – może także chęć poczucia i poznania sacrum? Chciałem się oswoić z duchem tego miejsca – przyzwyczajając tym samym mnichów do mojej obecności. Trwało to dłuższą chwilę – może z pół godziny – kiedy wreszcie podniosłem aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Nie mogłem sobie pozwolić na to, by biegać z aparatem wśród kolumn, więc tylko od czasu do czasu zmieniałem pozycję i miejsce, szukając lepszej perspektywy czy innego światła. Mali mnisi po jakimś czasie nie zwracali na mnie większej uwagi, choć jednak wydawało mi się, że zdają sobie oni sprawę z mojej obecności i… nie pozując jednak pozowali, co według mnie nadawało chyba najlepszy efekt zdjęciom – formę ciekawą, w pewnym stopniu zaaranżowaną, a jednak nadal autentyczną. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie patrząc teraz na te zdjęcia i przypominając sobie tamte niezwykłe chwile, przeżywając je – i to dość intensywnie – na nowo.

* W Polsce usiłuje się wprowadzić w życie oficjalną nazwę, która niestety brzmi okropnie: Mjanma.

greydot

Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć jakie zrobiłem w klasztorze Shwe Yan Pyay (namawiam do obejrzenia ich w pełnym wymiarze, a można to zrobić za pomocą jednego kliknięcia). Kilka z tych fotografii obdarzyłem małym komentarzem, inne zamieściłem w formie fotoreportażu mozaiki, zaś pozostałe trafiły na stronę mojego bloga fotograficznego (TUTAJ).

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (7).

STUDIA WŚRÓD KOLUMN

Mali mnisi buddyjscy wśród drewnianych, pokrytych złotą farbą kolumn, siedzą i studiują buddyjski kanon. Otoczeni lasem tekowych filarów podtrzymujących klasztorne sklepienie, nie czują się zagubieni, bo przecież z każdego miejsca, gdzie siedzą, widoczny jest ich Mistrz, którego ścieżką chcą podążać. Lecz atmosfera jaka wśród nich panuje świadczy o tym, że przede wszystkim są to młodzi ludzie – chłopcy, a także dzieci – którzy próbują się znaleźć w tym nowym dla nich środowisku, wymagających od nich skupienia, dyscypliny i poświęcenia, a przecież nadal są powodowani dziecięcym impulsem zniecierpliwienia i zabawy. Na przedzie, tuż przed ołtarzem z Buddą, siedzą nowicjusze najstarsi, dalej ci średni wiekiem, a pod samymi oknami najmłodsi. Nic dziwnego, że to ci ostatni z tęsknotą wypatrywali często tego, co jest na zewnątrz klasztoru – w świecie jasnym i kolorowym.
Wewnątrz klasztoru (nota bene jest on palafitem), zwłaszcza w pobliżu ołtarza, panował półmrok, jednak z okien wlewało się do środka jaskrawe dzienne światło, co dawało kontrast utrudniający robienie zdjęć (o medytacyjnej i edukacyjnej specyfice miejsca i chwili nie wspominając). Wszystko to wymagało kompromisu – zastosowania złotego środka: wykorzystać dostępne światło naturalne, nie zmącić autentyzmu sytuacji, a jednak znaleźć dla siebie takie miejsce, skąd można byłoby utrwalić te niezwykłe obrazy wyraziście i z charakterem. Nie wypadało być intruzem, a jednak trzeba się było zachować na tyle śmiało i zdecydowanie, by dopiąć swego i uchwycić to, co najciekawsze, we właściwym momencie – to, co pojawiało się i rozwiewało w każdej sekundzie, wyłaniało się na chwilkę i tonęło w rzece płynącego – i przemijającego bezlitośnie – czasu.

.
.Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (5).

SKUPIENIE I RELAKS

Jest w tym zdjęciu wyraźna dwoistość: dwójka małych mnichów, kompozycyjne rozpołowienie kadru, dwa różne podejścia do studiowania pisma i dwa różne nastroje. Chłopiec po lewej siedzi w pozycji, jaka zyskałaby z pewnością aprobatę wychowawcy; przed nim zeszyt i książka ułożone jak mistrz przykazał; zastanawia się nad czymś, ale… czy nie jest to już przechodzenie na stronę towarzysza, który z chęcią rozproszyłby jego powagę i zaraził swobodą, kusząc swoim luzem, nonszalancją i uśmiechem na twarzy? Tak, to ten kocyk rozłożony dla wygody, nieco zmierzwiony… Nogi rozplecione, oparcie się o ścianę, wzrok błądzący w myślach pewnie mało buddyjskich… wreszcie zeszyt otwarty – odłożony (może nawet rzucony) w nieładzie. Innymi słowy: luz blues w klasztorze.
Lubię klasyczną kompozycję tego obrazu, także jego kolorystykę, harmonijnie adaptującą czerwień szat do żółto-złoto-brązowych odcieni podłogi i ścian z tekowego drewna. Jasne tło prawej strony kadru podkreśla sylwetkę – i profil – postaci siedzącej do nas bokiem. Z kolei ciemne tło prawej połowy sprawia, że prawem kontrastu lepiej widoczne jest jaśniejsze ciało chłopca, a zwłaszcza jego sympatyczny wyraz twarzy. Niewątpliwie wdzięczny to widok.

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (4).

PATRZ!

Nie wiem co tak zaprzątnęło uwagę młodego mnicha. Wątpię, że był to posąg Buddy, który znajduje się w centrum klasztoru (chociaż wskazujący palec chłopca wymierzony jest właśnie w tamto miejsce). Bo przecież mnisi widzą ten posąg każdego dnia (jest on w swojej pozie niezmienny, mimo zmienianych każdego dnia kwiatów, którymi się go dekoruje). Poza tym, choć wśród chłopców panuje atmosfera raczej swobodna, której daleko do solenności, to Budda nie może być przedmiotem żartów – kiedy uwaga ludzi kieruje się na niego, okazują oni szacunek, uniżoność i poważanie. Jak widać chłopcy nie są za bardzo skupieni na nauce, ich zachowanie jest swobodne, miny rozbawione…
Zdjęcie wykonane aparatem, który położyłem na podłodze. A zrobiłem to, by – po pierwsze – nie deprymować mnichów, po drugie zaś – uzyskać perspektywę, dzięki której nie patrzymy na nich z góry, a z pozycji, która pozwala na lepsze oddanie ich gestów, postury i zachowania. Dzięki temu kompozycja nie jest stłamszona, a bardziej otwarta, przybliżająca tę grupę naszym oczom..

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (6)

.

SZATY I GESTY

Kompozycja z mnisich szat, gestów rąk, ułożenia nóg… Różne odcienie czerwieni – z lekkim dotknięciem pomarańczu i purpury. Ciekawe wydały mi się te załamania materii, linie odgraniczające jasność od ciemności, gradacje koloru. Światło pada od strony okien i ono jest odpowiedzialne za głębię, która tworzy się przed postaciami. Widać jedynie fragmenty rąk i nóg – ramion, palców i stóp – lecz różnorodność ich ułożenia wprowadza do kadru pewien ruch i bogactwo gestów. Te pierwiastek ludzki niweluje w dużym stopniu abstrakcyjność obrazu, który przestaje być tylko li formalną kompozycją złożoną z kształtów, linii, konturów i barwnych plam, a staje się wyrazem uchwyconego w chwili życia.

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć z klasztoru Shwe Yan Pyay obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

Powiązany wpis: TYBET – KLASZTOR SAMYE

.

WIOSKA RYBACKA GYEIKTAW – BIRMA

.

Kosz z rybami i spódnica w kwiaty

Kosz z rybami i spódnica w kwiaty – ciężka praca też może mieć swoją malowniczą stronę

.

Po kilku tygodniach podróży po Birmie trafiłem na kilka dni do Ngapali Beach, najbardziej chyba znanej miejscowości wypoczynkowej w kraju, by nieco odsapnąć, uporządkować sobie w głowie wszystko to, co zobaczyłem i czego doświadczyłem w czasie ponad miesięcznej, dość intensywnej włóczęgi po Azji południowo-wschodniej. Zatrzymałem się w resorcie Thande Beach – bardzo przyzwoitym, spokojnym miejscu w otoczeniu egzotycznej roślinności, tuż przy samej plaży. Okazało się, że jest to pięknie zaprojektowany ośrodek (choć bez luksusowych szaleństw sąsiednich hoteli w rodzaju Amata Resort czy Aureum Palace), ze świetną lokalizacją, gdzie spotkałem niezwykle przyjaznych i przyjemnych ludzi… Żyć nie umierać: można było czytać do woli i popijając kawę pisać (do dzisiaj czekają na uporządkowanie i opracowanie moje zapiski tam poczynione), pływać w morzu, chodzić po plaży… a wieczory spędzać w niezwykle urokliwych restauracyjkach, gdzie przy ustawionych na ciepłym piasku stołach, przy skłaniającym się ku zachodowi Słońcu, świetle świec i lampionów, można było zjeść najświeższe – a tym samym najsmaczniejsze – owoce morza na świecie (bo wyciągnięte z wody przez tubylczych rybaków kilka godzin wcześniej), popijając winem lub – częściej, bo w towarzystwie ludzi z całego świata i lepszym tu niż wino – piwem Myanmar. A wszystko za grosze – w cenie porównywalnej z napiwkiem, jaki daje się kelnerowi w pierwszej lepszej restauracji w Europie, czy Stanach Zjednoczonych.

Lecz tego rodzaju lenistwo turystyczne nie należy do moich najbardziej ulubionych aktywności w czasie podróży, więc po paru dniach zacząłem się rozglądać po okolicy, wypuszczać poza resortową zonę, pamiętając o tym, że jest to rejon, w którym Birmańczycy łowią ryby – i że dla ludzi zamieszkujących tutejsze wioski rybołówstwo, obok rolnictwa, jest głównym źródłem utrzymania (pomijając przemysł turystyczny).
Postanowiłem odwiedzić co najmniej jedną z takich rybackich wiosek. Wiedziałem, że aby zobaczyć rybaków w akcji, muszę się tam znaleźć przed wschodem słońca, bo skoro świt z wód Zatoki Bengalskiej zaczynają spływać na wioskową plażę łodzie. Widziałem je zresztą nocami na horyzoncie – unoszące się na wodzie, oddalone od siebie o kilkaset metrów i rozświetlone dziesiątkami żarówek, jakich używała każda łódź, by zwabić w sieci ryby.
Tak więc, poprosiłem o budzenie w środku nocy i nie bawiąc się w zamawianie żadnych taksówek, wyszedłem na drogę, by złapać lokalną furgonetkę, która podwoziła ludzi śpieszących do pracy, gdzie chcieli dotrzeć jeszcze przed świtem. Podobnie jak ja. Przeszedłem w ciemności kilkaset metrów, kiedy za swoimi plecami usłyszałem charakterystyczny warkot silnika. Zatrzymałem busik, ręcznie starając się wytłumaczyć kierowcy dokąd chcę dojechać – w czym na szczęście pomogła mi jedna z pasażerek, która, jak się okazało, znała kilka słów w języku angielskim. To wystarczyło do porozumienia się i po kilku uśmiechach rozluźniających atmosferę, wyruszyliśmy w drogę.

Jazda nie trwała długo, ale zdążyło nas wytrząść na wybojach. Kierowca zatrzymał samochód, kobieta powiedziała, że tutaj powinienem wysiąść, wskazując mi ręką kierunek. Niestety, ze względu na panujące nadal ciemności, niczego nie mogłem dostrzec. Mimo to trafiłem na jakąś ścieżkę, po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do zmroku i gdzieś za płotami dostrzegłem nawet światło ogniska i zarysy pokrytych strzechą drewnianych chat i szałasów. Usłyszałem uderzające o brzeg fale, odgłosy morza stawały się coraz głośniejsze, co upewniło mnie, że idę w dobrym kierunku. Nagle jednak ścieżka skończyła się a ja zorientowałem się, że trafiłem w opłotki czyjegoś domostwa. Bardzo blisko zaczął ujadać pies, zaraz potem zawtórowała mu cała wiejska wataha, więc na wszelki wypadek podniosłem z ziemi jakiś drewniany kostur i ruszyłem dalej szukając dziury w płocie. Na szczęście z domu wyłoniła się ludzka postać. Stary człowiek podszedł do mnie, ogarnął mnie wzrokiem, spostrzegł zawieszony na ramieniu aparat – zorientował się natychmiast, z kim ma do czynienia. Podprowadził mnie w kąt swojej zagrody i wskazał na ścieżkę prowadzącą wzdłuż rzeki w kierunku morza.

Wszedłem na szeroką plażę, robiło się coraz widniej. Na wodzie w oddali dostrzegłem łodzie, które wolno zbliżały się do brzegu. Z wioski, nad którą wynosił się palmowy las zaczęły wychodzić kobiety z koszami i siatkami, które następnie rozpościerały na piasku. Domyśliłem się, że kosze będą służyć do noszenia ryb z łodzi, natomiast na siatkach (tak gęsto splecionych, że przypominających płachtę) będą się te ryby suszyć. Słońce jeszcze nie wyłoniło się znad rozłożonej wśród gęstych palm wioski, choć brzask rozświetlał niebo coraz jaśniej, a mnie cały ten obraz wydał się jakąś odrealnioną fantazją ze snu.

.

wsioska rybacka - Birma (6)

w oczekiawniu na rybaków i ryby

.

Do brzegu przybijało coraz więcej łodzi. Wyciągano kotwice, które po odciągnięciu ich na plaże, zatykano w piasek. Młodzi ludzie – zarówno chłopaki, jak i dziewczyny – posługując się specjalnymi koromesłami, zaczęli transportować ryby z łodzi na ląd, gdzie czekały kobiety, które następnie ryby segregowały, te mniejsze rozsypując na rozłożone na ziemi plandeki. Rytuał ten trwał dobrych parę godzin, dopóki niemal cała – szeroka na kilkadziesiąt metrów – plaża nie zapełniła się rybami. W międzyczasie taksowano połów – ważono, zapisywano i sprzedawano większe ryby, głównie makrele królewskie i srebrne pałasze, do złudzenia przypominające lśniące płazy miecza (Japończycy nazywają je rybami-pasami).

Chodziłem między tymi ludźmi chłonąc atmosferę i obrazy zupełnie dla mnie egzotyczne. Nie odczuwałem ze strony tubylców żadnej niechęci (o wrogości nie wspominając), dlatego mogłem ich – a zwłaszcza to, co robią – swobodnie fotografować, wiedząc że nie przeszkadza im to w pracy. Ot, byłem dla nich pewnie jeszcze jednym dziwnym turystą z aparatem, którego wścibskość traktowali jako coś niezbyt szkodliwego. Uśmiechy i rzucane mimochodem słowa ustalały między nami coś w rodzaju comfort zone – bezpiecznej strefy, która łagodziła niejako zderzenie się naszych światów.

Zaskakujace było dla mnie to, jak młodzi byli ludzie, którzy wykonywali wszystkie te czynności. Osoby starsze pojawiały się sporadycznie i sprawiały wrażenie opiekunów tej młodzieży, która – jak zauważyłem – doskonale wiedziała jak wykonywać swoją pracę: każdy ich ruch był pewny, miał swój cel w ustalonym już rutynowo porządku. Wyglądało na to, że każdy odgrywał przydzieloną mu rolę, a płynność i sprawność wykonywanych czynności powodowały, że ta ciężka bez wątpienia praca nie powodowała u nich zmęczenia – przynajmniej nie było tego widać po tych młodych ludziach, często żartujących i uśmiechających się do siebie nawzajem. Niestety, bariera językowa uniemożliwiała mi to, by wypytać się mieszkańców tej wioski o szczegóły dotyczące ich rybołówczego zajęcia, poznać bliżej rytm ich życia, niekoniecznie związanego z morzem i rybami. Liczyłem na to, że już po powrocie do domu dowiem się czegoś więcej o rybakach łowiących w wodach Zatoki Bengalskiej, u wybrzeży Birmy. A tymczasem utrwalałem fotograficznie te ulotne przecież obrazy – bardziej jako świadek, niż uczestnik wydarzeń – zafascynowany zupełnie nowym dla mnie światem.

.

wsioska rybacka - Birma

fresh catch – całonocny połów skończony, teraz trzeba rozładować pełne ryb łodzie

.

.

wsioska rybacka - Birma (3)

rybna drobnica będzie się suszyć na słońcu

.

.

wsioska rybacka - Birma (5)

rozrzucanie ryb wymaga wprawy (w tle: rozłożona tuż przy plaży wioska)

.

.

wsioska rybacka - Birma (4)

wszystkie łodzie z rybakami powróciły już z połowy – teraz kolej na pracę kobiet (i pełnych gracji dziewcząt)

.

Bez wątpienia obiektyw (a właściwie aparat fotograficzny) jest „przedłużeniem” naszego oka, a tym samym mózgu. To dlatego ten sam świat, za każdym razem na zdjęciach wygląda inaczej, w zależności od tego, kto go fotografuje. Nie będę ukrywał, że wioska rybacka Gyeiktaw o świcie, kiedy to z nocnego połowu wracają do niej rybacy na łodziach wypełnionych  tonami srebrnych ryb, które następnie są transportowane na ląd i selekcjonowane przez wiejskie kobiety – do suszenia lub natychmiastowej sprzedaży – należała do moich najmocniejszych, najbardziej niezapomnianych fotograficznych przeżyć, jakich doświadczyłem w Birmie. Z pewnością mogę do nich zaliczyć także wizytę w świątyni Shewedagon Pagoda w stolicy kraju Yangonie, spotkanie ze stupami w Baganie, ale również zetknięcie się z rybakami na Jeziorze Inle (tym ostatnim poświęciłem wpis TUTAJ), które – mimo, że również nawiązujące do rybołówstwa – było jednak doświadczeniem zupełnie innym, zarówno etnograficznie, jak i fotograficznie.

W wiosce Gyeiktaw miałem ułatwione zadanie, gdyż obrazy i sceny jakie rozgrywały się przed moimi oczami były niezwykle fotogeniczne. Wystarczyło więc tylko znaleźć się w odpowiednim miejscu, poszukać odpowiedniej perspektywy, nie psuć kadru, zachować refleks i zwolnić migawkę Nikona – a wszystko układało się jak z płatka, rejestrując się na kartach pamięci mojego aparatu. W momentach takich przeżywam coś w rodzaju niemalże nirwanicznego flow – rodzaj euforii, czy choćby tylko radości z tego, że robię to, co robię – że udało mi się dotrzeć do jakże ciekawego miejsca na świecie i mam oto możliwość utrwalenia i udokumentowania jego niezwykłości oraz objawiającego się tu i ówdzie piękna.

dziewczyna, której gracja przykuła moją uwagę (jej sylwetka przypomniała mi niektóre posągi Buddy)

dziewczyna, której gracja przykuła moją uwagę (jej sylwetka przypomniała mi niektóre posągi Buddy)

Na czym polegała ta fotogeniczność? To, mam nadzieję, widoczne jest na zaprezentowanych tu zdjęciach. Przede wszystkim więc sceneria: położona tuż przy szerokiej piaszczystej plaży – i wśród lasu wysokich palm – wioska, pełna drewnianych chat, których wygląd nie zmienił się tu od stuleci. Ale także łodzie… dziesiątki łodzi nadpływających z szerokiego morza (czy też raczej oceanu, bo Zatoka Bengalska jest częścią Oceanu Indyjskiego) lub zakotwiczone już przy brzegu i kołyszące się na łagodnej fali. Następnie ludzie: mimo dostępnej im nowoczesności ubioru, noszący tradycyjne ubrania (odnosi się to zwłaszcza do kobiet), czy choćby tylko zaznaczający swój odrębny styl w małych, osobistych akcentach. I wreszcie ryby: lśniące srebrzyście na kontrastujących kolorystycznie niebieskich sieciach (bardzo malownicze zestawienie) lub zalegające w koszach, często ze sterczącym w górę ostrym ogonem płetw. Jak zawsze w fotografii, najważniejsze jest jednak światło. Tutaj, o świcie jeszcze miękkie, nie tak jaskrawe, bo oświetlające wszystko z miejsca położonego niewysoko nad horyzontem, nadające więc światu ciepłej barwy. And last but not the least: gracja kobiet, zwłaszcza niektórych dziewczyn, których zgrabna sylwetka i wdzięczne ruchy przypominały jakiś balet.

Miałem też to szczęście, że byłem wśród tych ludzi jedynym „obcym”, mimo że w promieniu kilkunastu kilometrów znajdują się dziesiątki hoteli i resortów pełne zagranicznych turystów i wakacjuszy. Dopiero po godzinie od wschodu słońca zjawili się inni przyjezdni, ale też w znikomej ilości paru osób. Widocznie wioska rybacka nie została jeszcze „odkryta” przez masową turystykę – i nikt nie popularyzuje jej atrakcyjności w ośrodkach wypoczynkowych, co nota bene wydaje mi się trochę dziwne, bo na całym świecie chce się zarobić na czymkolwiek się tylko da. Ale to dobrze, bo większe grupy turystów i fotografów amatorów, nie tylko psułyby zdjęciowe kadry, ale i zapewne przeszkadzały by ludziom w pracy. A tak udało mi się utrwalić kawał autentycznego życia rdzennych mieszkańców Birmy, nie zepsutych jeszcze skomercjalizowanym, zachodnim stylem życia i nie uległym jeszcze postępującej „nowoczesności” młodych azjatyckich „tygrysów” gospodarczych. Tym bardziej ten mój „urobek” zdjęciowy wydaje mi się cenny, że, jak mniemam, świat ten odchodzi dość szybko w przeszłość – cokolwiek dobrego, czy złego by to nie oznaczało – i za kilka lat będzie wyglądał już zupełnie inaczej. Z pewnością mniej fotogenicznie.

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć z wioski rybackiej Gyeiktaw obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

.

LUDZIE NEPALU

Nepal. Mały kraj leżący u podnóża gigantycznych gór, nazywanych często dachem świata – Himalajów. Kraj zamieszkały przez ludzi nawykłych do życia w rytmie, jaki narzuca im nie znosząca tu sprzeciwu natura. Natura budząca zachwyt, ale też i przerażenie, stanowiąca tło dla ludzkiego teatru życia, ale również sama grająca w nim jedną z głównych ról.
Oto zbiór obrazów, na których starałem się utrwalić momenty życia ludzi z Nepalu, jak również ich samych, wraz z wypisanymi na ich twarzach emocjami, uczuciami, lękiem, smutkiem i radością… Innymi słowy: obrazów, na których chciałem uchwycić ich człowieczeństwo.

.

Nepalska sjesta - sen i czuwanie seniorów z Bhaktapur

Nepalska sjesta – sen i czuwanie seniorów z Bhaktapur

.

Tekst powyższy napisałem 8 lat temu, w roku mojej podróży do Nepalu. Po strasznym trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło niedawno ten kraj, wróciłem do moich zdjęć i zapisków z tamtego czasu, przypominając sobie wszystkie te wspaniałe miejsca, które udało mi się wówczas zobaczyć i wspominając wielu przyjaznych ludzi, których miałem wtedy przyjemność spotkać. Tym bardziej to, co zobaczyłem na zdjęciach i filmach ukazujących olbrzymie zniszczenia, jakie spowodowało to trzęsienie ziemi – najsilniejsze, jaki nawiedziło Nepal w ciągu ostatnich 80 lat – było dla mnie szokujące. Ponad 8 tysięcy ludzi straciło życie, blisko 20 tysięcy zostało rannych, około pół miliona pozbawionych zostało dachu nad głową. Ludzkie straty są najboleśniejsze, ale mnie dodatkowo zabolały zniszczenia jakim uległy unikalne nepalskie zabytki, które zapamiętałem ze swojej podróży – historyczne miejsca Katmandu, Patanu, Bhaktapur… Niestety, z tego co się dowiedziałem, większość zabytkowych obiektów znajdujących się na liście światowego dziedzictwa UNESCO uległo destrukcji i jest raczej niemożliwe to, by je przywrócić do pierwotnego stanu. Zapewne z czasem zostaną odbudowane, (zakładam, że istnieje dokładna naukowa ich dokumentacja) ale siłą rzeczy będą to już repliki, a nie oryginały. Ponadto, Nepal to jeden z najbiedniejszych krajów świata (157 miejsce na światowej liście PKB per capita), więc bez międzynarodowej pomocy nie będzie to możliwe. Lecz w tej chwili najbardziej liczą się ludzie – najważniejsze jest dostarczenie im podstawowych środków i warunków do życia. A niestety, z tą pomocą jest różnie. Wprawdzie z wielu krajów świata pomoc popłynęła (Polska wysłała do Nepalu 80 swoich strażaków), ale jest to kropla w morzu potrzeb.

* * *

Czytając moją starą notatkę wkrótce po trzęsieniu ziemi, uderzyły mnie w kontekście tej tragedii słowa: „Kraj zamieszkały przez ludzi nawykłych do życia w rytmie, jaki narzuca im nie znosząca tu sprzeciwu natura. Natura budząca zachwyt, ale też i przerażenie, stanowiąca tło dla ludzkiego teatru życia, ale również sama grająca w nim jedną z głównych ról.” Teraz, oprócz tego, że okazały się one jak najbardziej trafne, to zabrzmiały one wręcz brutalnie i złowieszczo. Tak, jakbym okazał się złym prorokiem, mimo, że – pisząc je – nie miałem przecież na myśli tak strasznej klęski żywiołowej.
Człowiek to wytrwałe stworzenie, jego wola przeżycia jest wielka, ale widząc te bezradne tłumy koczujące na ulicach i placach Katmandu (ludzie, ze względu na wstrząsy wtórne, nie chcieli wracać do domów – zakładając, że nie zostały one zburzone), zwątpiłem w to, że ich życie wróci kiedykolwiek do normy, bo przecież nie sposób im będzie o tej tragedii zapomnieć. Nic też nie przywróci do życia bliskich, których w jednej chwili stracili

* * *

Człowiek za maską - nepalski sadhu

Człowiek za maską – nepalski sadhu

Bardzo lubię fotografować ludzi. Zawsze przy tym staram się, żeby estetyczny aspekt zdjęcia nie zdominował jego humanistycznego wymiaru – innymi słowy: by plastyczna forma nie przytłoczyła ludzkiej treści, bo przecież człowiek – prawdziwy, nie upozowany, bez maski, a tym bardziej bez egzotycznego entourage’u – jest najważniejszy. Ale w kraju takim jak Nepal, nie jest to wcale łatwe, by nie ulec tej egzotycznej feerii kolorów i kształtów, w której zanurzeni są tamtejsi ludzie – by nie zachwycić się jedynie tą oszałamiającą nas – dzieci zgrzebnej i dość szarej Północy – egzotyką dalekiego kraju, w którym wszystko wydaje się inne, niezwyczajne i unikalne. Należy jednak pamiętać, że za ową „egzotyką”, za całą tą etniczno-kulturową fasadą (bardzo ważną bez wątpienia) kryje się człowiek zupełnie podobny do nas – a może nawet taki sam jak my? Teraz się zastanawiam: gdzie ci ludzie teraz są? Czy przeżyli? Jeśli tak, to w jakich żyją warunkach po tej tragedii. Jak można im pomóc?

* * *

Czuję dyskomfort siedząc teraz w wygodnym fotelu, mając dach nad głową i lodówkę pełną jedzenia, wodę w kranie i sedes ze spłuczką, ciszę i spokój za oknem, kartę kredytową, za którą mogę w każdej chwili kupić to, co mi jest potrzebne do życia – i pisząc o nieszczęściu, jakiego doświadczają w tej samej chwili ludzie w kraju na przeciwległej półkuli, oddalonym o tysiące mil ode mnie. (Mam wrażenie, że jest w tym coś nieprzyzwoitego.) Tym bardziej, że, jak się przed chwilą dowiedziałem, dzisiaj (wtorek, 12 maja) w Nepalu nastąpiło kolejne silne trzęsienie ziemi. Ponownie legły w gruzach domy, życie straciło setki ludzi… Czy pisanie o tym w tak komfortowych warunkach nie jest swego rodzaju zaklinaniem rzeczywistości, obłaskawianiem i unieszkodliwianiem faktów; udawaniem, że sama świadomość i wiedza o ludzkiej tragedii może cokolwiek zmienić? Ale czy alternatywą dla tego jest przyjąć to do wiadomości i siedzieć cicho? Albo jeszcze gorzej: udać współczucie, podczas gdy tak naprawdę pozostaje się obojętnym? Jeśli tak, to co mamy sądzić, jeśli ta obojętność wynikałaby z naszego samozachowawczego instynktu – tym bardziej, że tak naprawdę jesteśmy bezradni wobec wszelkich nieszczęść jakie każdego dnia nawiedzają miliony ludzi na całym świecie? W takiej chwili czuję się marnie wobec ludzi (a są ich tysiące), którzy obecnie pomagają w Nepalu innym – nie tylko piszą i gadają, ale własnymi rękami, ryzykując zdrowiem i życiem, wyciągają spod gruzów ciała, dostarczają potrzebującym wody, lekarstw i żywności, tworzą prowizoryczne schroniska – biorą udział w akcji ratunkowej, która ma wymierne skutki, jest pomocą konkretną i prawdziwą.

Azję odwiedzałem wielokrotnie, poznałem tam wielu ciepłych i przyjaznych ludzi, wywiozłem stamtąd wiele wrażeń i wspomnień, tudzież całą masę zdjęć, które pomagają mojej pamięci w przypominaniu sobie i utrwalaniu tych wypraw. Mam tu zwłaszcza na myśli mieszkańców azjatyckich krajów, takich jak Indie, Tybet, Kambodża, Wietnam a ostatnio Birma – krajów, o podróży do których marzyłem do dzieciństwa.  Udało mi się te marzenia zrealizować. Nagrodą jest satysfakcja spełnienia, poszerzona wiedza o świecie i innych kulturach, poznanie Innych; skutkiem – nieobojętność na ich los i empatia, kiedy doświadczają nieszczęścia; ceną – smutek i przygnębienie (nie chcę nadużywać słowa cierpienie).

* * *

Malowniczość jest aspektem piękna, ale czy piękna może być bieda? (Ludzie przed sklepikiem pod Katmandu)

Malowniczość jest aspektem piękna, ale czy piękna może być bieda? (Ludzie przed sklepikiem pod Katmandu)

.

Zdjęcia ludzi Nepalu prezentuję na stronie Wizji po raz pierwszy (sam nie wiem dlaczego wcześniej tego nie zrobiłem). Szkoda tylko, że okazją do tego jest to, co stało się (i dzieje nadal) w tym kraju w ostatnich tygodniach. Chciałbym jeszcze raz zwrócić uwagę, by oglądając je, oprzeć się pokusie zachwytu nad ich fotogenicznością, czy egzotyką ich środowiska, które de facto jest zaledwie tłem dla ich człowieczeństwa. Najważniejszy jest bowiem humanistyczny wymiar tego, co przedstawiają te fotografie. W tym momencie przypomniało mi się to, co usłyszałem wczoraj od mojego 95-letniego klienta z południowej, „czarnej” dzielnicy Chicago, który opowiadał mi o swoim długim życiu i o tym, czego doświadczył od „białych” – wskutek systemu dyskryminacji, jaki funkcjonował w Stanach Zjednoczonych przez kilkaset lat (i który, pod pewnymi względami, funkcjonuje nadal). I o swojej obecnej lekarce, dla której – jak sama stwierdziła – jego zdrowie jest tak samo ważne, jak ważne byłoby zdrowie Prezydenta, gdyby leczyła ich obu. Całość skwitował ogólną konstatacją, dotyczącą ludzkiej natury: „We are all the same, but different” – chcąc podkreślić różnicę w tym, jak był traktowany w swoim życiu przez różnych ludzi. Pokazując zdjęcia mieszkańców Nepalu, którzy (z pozoru wszak) wyglądają tak bardzo inaczej od nas, mógłbym tę sentencję odwrócić i zabrzmiałaby ona równie prawdziwie: „We all are different, but the same”.

(Kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze)

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć ludzi Nepalu obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

.

RYBACY Z JEZIORA INLE

.

Rybak z papierosem - zmierzch nad Inle, największym jeziorem Birmy

Rybak z papierosem. Zmierzch nad Inle – drugim co do wielkości i pierwszym co do popularności jeziorem Birmy.

.

W coraz bardziej homogenicznym świecie szukamy miejsc niezwykłych, które zachowały jeszcze swój autentyzm – gdzie przekazywana z pokolenia na pokolenie kultura i tradycja zdołała się oprzeć ekspansji nowoczesnej cywilizacji, za którą odpowiedzialny jest głównie Zachód. Tylko czy takie miejsca gdziekolwiek istnieją? Niestety, im dłużej podróżuję, tym bardziej przekonuję się o tym, że pozostało ich jak na lekarstwo. Najczęściej spotyka się coś w rodzaju kulturowej namiastki: „egzotykę” podrasowaną dla potrzeb turystyki masowej, dającej złudzenie „eksploracji” świata, a w rzeczywistości eksploatującą powierzchowne stereotypy, ludzką ignorancję, pęd za niezwykłością i wyjątkowością – ucieczkę przed rutyną i nudą.

Wydawało mi się, że decydując się na miesięczną podróż po Birmie – samodzielnie, bez korzystania z turystycznych biur podróży – uda mi się pułapek i nieznośności turystyki masowej uniknąć, ale okazało się, iż – chcąc odwiedzić najważniejsze dla birmańskiej historii i kultury miejsca – nie sposób było się od masowego turysty odseparować. Co starałem się znosić dzielnie. Mało tego: spotkania z ludźmi podróżującymi podobnie jak ja, wspominam z wielką przyjemnością – były one cennym doświadczeniem, także dla próby zgłębienia ludzkiej natury… i to nie tylko jeśli chodzi o człowieka podróżującego. Tym razem dysponowałem czasem, który pozwalał mi na sporządzanie zapisków i notatek „na gorąco”. Kiedy jednak teraz, po powrocie do domu, je przeglądam, to nie jestem pewien, czy aby nadają się one do publikacji – czy reprezentują poziom, który mnie samego by zadowolił. Ale to inna sprawa.

Prawdę pisząc, przytłacza mnie ta ilość materiału – zdjęć, zapisków, wrażeń, wspomnień – którą wywiozłem z Birmy. Sam nie wiem od czego zacząć. Może od… poczynienia pierwszego kroku: ot, choćby od pokazania tutaj małego wyboru fotografii, które powstały podczas mojego kilkudniowego pobytu nad jeziorem Inle?

Rybak z Inle, ze swoją charakterystyczną stożkowatą siecią (zwaną saung) i jeszcze bardziej charakterystycznym, nigdzie indziej na świecie nie spotykanym, sposobem wiosłowania, to bez wątpienia ikona jeziora Inle i jego okolic zamieszkałych przez wiele grup etnicznych, jak również jeden z najlepiej rozpoznawalnych symboli (rzec można: turystycznych) Birmy. Jechałem do tego kraju z mocnym postanowieniem dotarcia do miejsca, gdzie mógłbym rybaków Intha spotkać, przyjrzeć się ich pracy i oczywiście utrwalić to rendezvous na zdjęciach. Udało się. Ale, oczywiście – jak to zwykle bywa – wszystko okazało się inne, niż to sobie wcześniej wyobrażałem. Przy okazji dotarłem do podszewki jaka kryła się za folderową fasadą jednej z największych atrakcji turystycznych Birmy (a tym samym Azji południowo-wschodniej), jaką jest jezioro Inle wraz żyjącymi – nie tylko na jego brzegach, ale i na nim samym – ludźmi. Zanim jednak opowiem o Inle i jego bogatym sąsiedztwie, skupię się na tubylczych rybakach.

Inle jest stosunkowo płytkie, pełne trzcin i wodorostów, wymaga więc wielkiej zręczności w poruszaniu się po nim. Aby sobie poradzić z nawigacją, tutejsi wioślarze rozwinęli specjalną umiejętność posługiwania się wiosłem, tyle że do operowania nim wykorzystują nie ręce, lecz… nogi. Polega to na tym, że jedną nogą „oplatają” oni niejako wiosło, co umożliwia im zarówno wiosłowanie na stojąco, jak i uwalnia ich ręce, dzięki czemu mogą je oni wykorzystać przy łowieniu ryb, które wymaga zręcznego posługiwania się siecią i pięciopalczastym harpunem, na który złapane ryby nadziewają. Wiosłowanie na stojąco jest o tyle ważne, że bardzo ułatwia zarówno manewrowanie łodzią w wodzie pełnej wodorostów, jak i wypatrywanie ryb. Zachowanie w tym wszystkim równowagi (rybacy Intha stoją na samym dziobie łodzi) wymaga niezwykłej zręczności, która praktykowana jest od dziecka. Dzięki temu Intha czuje się na czubku łodzi tak, jak ryba w wodzie – oczywiście chodzi o rybę, która nie szamocze się w sieci i nie jest przybita harpunem. Co ciekawe, ten sposób wiosłowania stosują wyłącznie mężczyźni (kobiety wiosłują „klasycznie”, czyli siedząc w łódce) – sam jednak nie wiem, czy jest to tabu, rodzaj zakazu, czy po prostu zwyczaj. Lecz mężczyzna łowiący wykazuje się w tym wszystkim niemal kobiecą gracją – jego harmonijne ruchy przypominają coś w rodzaju tańca, w którym sieć, wiosło i łódka stają się rekwizytami tej niezwykłej sztuki, stanowiąc przy tym, wraz z rybakiem, integralną, pełną estetycznego potencjału, całość.

 .

Dramatyzm połowu

Dramatyzm (i malowniczość ) połowu

.

Nyaung Shwe to miasteczko położone w odległości kilku kilometrów od samego jeziora, do którego można się dostać płynąc szerokim kanałem, po obu stronach którego rozłożyły się wioski ludu Intha, zamieszkującego te okolice od ponad pół tysiąca lat. Jedynym sposobem, by udać się na spotkanie z rybakami, jest dopłyniecie do jeziora motorową łodzią. Zrobiłem to kilkakrotnie, a towarzyszył mi w tych eskapadach – nie tylko jeśli chodzi o rybaków, ale i zwiedzanie całego jeziora i jego najciekawszych zakątków – Saw Lwyn, tutejszy przewodnik, a jednocześnie właściciel łodzi… dopóki nie urwał się pasek klinowy w silniku, co zniweczyło moje plany dotarcia na czas w pewne miejsce, które chciałem tego dnia zwiedzić. Niemniej jednak, nasze poprzednie wyprawy okazały się całkiem udane.

Wyruszaliśmy z Nyaung Shwe na długo przed wschodem słońca, bo płyniecie kanałem zajmowało dobre pół godziny, a zależało nam na dotarcie do jeziora o świcie. Rybacy czekali na nas u wyjścia kanału. Tak, czekali, bo głównym ich zajęciem o tej porze było pozowanie turystom, którzy wybierali się w dalsze rejony Inle. Za pierwszym razem – jako, że była to bardzo wczesna pora nawet dla najbardziej gorliwych przewodników grup zorganizowanych – spotkałem tylko jednego fotografa, młodego Chińczyka, wokół którego „tańczyli” na swoich łódkach rybacy z sieciami saung.  Poprosiłem Lwyna, by przekazał „rybakom” moje instrukcje, które dotyczyły miejsca, gdzie chciałem ich sfotografować, jak również to, że nie zależy mi na tych wszystkich dziwnych pozach, którymi zachwycony był Chińczyk, a raczej na tym, by wypadli oni naturalnie, bez celowego ustawianie się przed obiektywem aparatu – innymi słowy, poprosiłem ich o to, by nie zwracali na mnie większej uwagi. To było jednak trudne, bo pozowanie łasym na ich „balet” turystom weszło im już jakby w krew. Lecz myślę, że udało mi się uchwycić tę ich swobodę bycia na jeziorze i łodzi, choćby na tym oto zdjęciu:

.

Wschód słońca nad jeziorem Inle - nastrój jak podczas zachodu

Wschód słońca nad jeziorem Inle – nastrój jak podczas zachodu

.

Zanim jednak ktoś rzuci kamieniem w tych „pozerów” udających rybaków gwoli uciechy turystycznej gawiedzi, tudzież potępić tych, którzy z ciekawości przybyli tu z najdalszych zakątków świata, by za drobną opłatą zakłócić naturalny porządek tej ziemi, chciałbym o czymś wspomnieć. Otóż ci ludzie wcale nie porzucili swojego prawdziwego rzemiosła dla czegoś, co jest sztuczne i nieproduktywne, z wygodnictwa, czy z lenistwa. To raczej rzemiosło porzuciło ich, bo łowienie ryb w jeziorze stawało się ostatnimi czasu coraz mniej opłacalne. Innymi słowy, nie można już było, zajmując się jedynie rybołówstwem, wyżywić rodziny, którą się miało na utrzymaniu. Do tego, że w jeziorze była coraz mniejsza ilość ryb, przyczyniła się zakłócona przez ostatnie kilkadziesiąt lat równowaga ekologiczna jeziora, jak również używanie na zabójczą dla rybnej populacji skalę pestycydów, których całe tony aplikuje się do uprawiania pływających ogrodów Inthów. Nota bene owych ogrodów ciągle przybywa i z roku na rok zajmują coraz większą powierzchnię jeziora. A większa ilość upraw oznacza coraz większą ilość chemii zatruwającej wodę. Na domiar złego Inle robi się coraz płytsze (wypalanie lasów na otaczających jezioro wzgórzach powoduje coraz większą erozję gleby, a tym samym coraz większą sedymentację – odkładanie się wywołanych tą erozją osadów na dnie jeziora), przez co drastycznie kurczy się środowisko, w którym żyją ryby. Tak więc, ryb i rybaków jest coraz mniej, ogrodników zaś coraz więcej – i wygląda na to, że trudno będzie przerwać to błędne koło, zanim jezioro nie udławi się dokumentnie wskutek ludzkiej działalności.

Coraz więcej jest również „rybaków” czekających na turystyczne łodzie u ujścia kanału prowadzącego z Nyaung Shwe do Inle. Nie będę jednak ukrywał, że ich widok sprawił mi jakąś wielką przykrość. Wręcz przeciwnie – zadziwiła mnie ta ich niemal artystyczna zręczność pozowania fotografom – zręczność, która moim zdaniem wcale nie ustępowała tej, jakiej wymaga samo łowienie ryb. Spędziłem wśród nich dobrych parę kwadransów, starając się uchwycić jak najlepsze światło, wybierając także najciekawsze kompozycję z ich sylwetek i ruchów. Z różnym skutkiem – nie było to bowiem takie łatwe, jako że warunki i sytuacja zmieniały się dosłownie z sekundy na sekundę, a ja robiłem zdjęcia z kołyszącej się łódki. Nie da się ukryć, że temat jest bardzo fotogeniczny – rybak ze swoją łodzią, wiosłem i stożkową siecią, wykonujący ruchy przypominające balet, a to wszystko na tle spowitego poranną mgłą (choć nie tylko mgłą – ale o tym może innym razem) jeziora i okolicznych wzgórz na horyzoncie. Jakże wdzięczny widok, mogący dostarczyć wielkiej estetycznej przyjemności. Podobnie zresztą było o zachodzie słońca, kiedy światło jest nie mniej ciekawe, niż o świcie.
Tutaj mała próbka wybranych zdjęć z tych poranno – wieczornych sesji:

.

.

Ale to jeszcze nie wszystko. Bo na jeziorze Inle spotkałem także prawdziwych rybaków. Nie chciałem jednak przeszkadzać im w pracy, więc fotografowałem ich z daleka, czasami z efektem chyba nie gorszym od sesji pozowanych, o czym być może zaświadczą zamieszczone poniżej zdjęcia. Zdarzało się również tak, że odkładałem swój aparat i przypatrywałem się temu, co ci ludzie robią. Każdy ich ruch miał swój cel i znaczenie. Byłem zwłaszcza pod wrażeniem ich pracy zespołowej, która pozwalała zagonić większą ilość ryb do sieci (nie wszyscy z nich posługiwali się tradycyjnymi saung, najczęściej była to zwykła sieć nylonowa, a technika przypominała tę tradycyjną, stosowaną przez rybaków na całym świecie. Ktoś może powiedzieć, że obrazy te, mimo że niedoskonałe techniczne, są ciekawsze od tych pozowanych, choćby z tego powodu, że są po prostu bardziej autentyczne. I muszę przyznać, że skłonny jestem z takim argumentem się zgodzić.
A Wam, które obrazki podobają się bardziej?

(Kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze)
Poranne mgły i samotna łódź na jeziorze Inle

Poranne mgły i samotna łódź na jeziorze Inle

.

Inle sunrise

Inle sunrise

.

Inle sunset

Inle sunset

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Więcej zdjęć rybaków z jeziora Inle obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

.

O WYŻSZOŚCI WSCHODU SŁOŃCA NAD ZACHODEM… W BAGANIE

Zanim uda mi się oddzielić ziarna od plew w moim fotograficznym plonie zebranym w Birmie – mała próbka z Baganu, niezwykłego miejsca w Azji, usianego buddyjskimi świątyniami i stupami. Na mojej facebookowej stronie „Światowid” zamieściłem wczoraj to oto zdjęcie:

.

świtanie w Baganie

Świtanie w Baganie

.

Spotkało się ono z komentarzem mojego przyjaciela obieżyświata, Bogdana Kwiatka:Porównaj do zachodu! Zachodu słońca, znaczy się ;)”

I z moją odpowiedzią: Bogdanie, mówisz… i masz :) …

.

Zachód słońca nad Baganem

Zachód słońca nad Baganem

.

… Muszę Ci powiedzieć, że dla mnie wschody (Słońca, oczywiście ) nad Baganem były większym przeżyciem (zarówno estetycznym, jak i duchowym ) niż zachody. PS: Szkoda, że nie widać dobrze tego stadka krów, które prowadzi pasterka po lewej stronie zdjęcia, ani przelatujących ptaków (a mogłyby lecieć kilkanaście metrów wyżej, wtedy byłyby widoczne ;) )

Pod zdjęciem Baganu o świcie napisała też swój komentarz Słowianka Edyta: Oszałamiające wrażenie wywołuje ten obraz.”

Odpowiedziałem: Warto więc było zwlec się z wyra grubo przed świtem, zanurzyć się w mroku nocy, podrapać sobie nogi w ciernistych krzewach, które rosną między jakże licznymi w Baganie świątyniami, wdrapać się na taras jednej z nich i… czekać tam na wschód Słońca.
Mówisz, że oszołomił Cię ten obraz. Lecz zobacz co przed moimi oczami objawiło się w tym samym miejscu jakieś pół godziny później (wrażenie cokolwiek surrealistyczne):”

 .

balony nad Baganem

Balony nad Baganem

.

Słowianka Edyta: Warto więc było zostać na tym tarasie kolejne godziny aby sprawdzić co jeszcze ten dzień przyniesie. Piękny świat, dobrze, że to właśnie Ty nie przespałeś tego poranka :)”

Ja: Warto było, warto… choć spać się chciało i nie chciało się wstawać. Ale wiedziałem, że jak nie pokonam lenia, to ominie mnie coś niezwykłego. I tak by się stało, bo nigdy bym np. nie zobaczył tego ranka takiej oto scenki przed świątynią, gdzie przeżyłem wschód Słońca:”

.

Na polu pod stupami

Na polu pod stupami

.

A tu jeszcze jedno zdjęcie z tego samego pola:

.

bagańska fura

Birmańska fura

.

Słowianka Edyta: Scenka rodzajowa jak u Chełmońskiego :)”

Bogdan Kwiatek: Tak, to jest właśnie to, o czym wcześniej mówiłem… ewidentnie widać przewagę wschodu nad zachodem słońca! O zachodzie nikt balonami nie lata nad Baganem…”

Ja: Bogdanie, jak widać zgadzamy się często nie tylko w politycznych sprawach. Rzeczywiście, balonem lata się nad Baganem tylko o wschodzie słońca, czego zresztą mogłem doświadczyć także na własnej skórze:”

.

w balonie nad Baganem

W balonie nad Baganem

.

Bogdan Kwiatek: Widzę, ze Bagan rozpracowujesz/aleś ze wszystkich stron i o każdym czasie! Twoja tam wizyta jest jak… stek well done ;)

Ja: „Ech, Bogdanie, czy Tobie wszystko kojarzy się z jedzeniem? ;) „

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE (kliknij na obraz, aby zobaczyć go w pełnym wymiarze)

.