SINGAPUR – cud socjotechniki czy wspaniała katastrofa?

.

Nowoczesny kompleks Marina Bay jest architektoniczną wizytówką Singapuru

.

       Nie uważałem, że Singapur wart jest tego, aby być celem osobnej podróży do Azji, ale nie miałem wątpliwości, że warto go odwiedzić. Kiedy więc wybierałem się do Birmy, postanowiłem zrobić sobie tygodniowy stop-over właśnie w Singapurze.
Siedem dni i osiem nocy w jednym miejscu to sporo, jak na stop-over, ale okazało się, że tego czasu nie było jednak za dużo – nawet jak na zwiedzenie miejsca porównywalnego obszarowo do Warszawy (choć na tym wszelkie porównania tego państwa-miasta z naszą stolicą się kończą).
Wrażenia z pobytu tamże spisywałem na gorąco, ale pojęcia nie mam, gdzie się te zapiski zawieruszyły. Jednak wspomnienia singapurskie nadal są we mnie dość żywe (nie mówiąc o setkach zdjęć, które wtedy zrobiłem, wspomagających teraz moją pamięć), więc nie sądzę, aby te kilka lat, które dzielą mnie od tamtej podróży, były przeszkodą w podzieleniu się moimi wrażeniami teraz – w formie tej relacji.

FENOMEN TYGRYSA

       Dużo myślałem o fenomenie tego cywilizacyjnego tworu, którego nie można chyba porównać z żadnym innym azjatyckim „tygrysem” (do jakich Singapur jest zaliczany) – i to z kilku powodów. Przy czym jego sukces (który paradoksalnie można też wiązać z… porażką) jest na tyle wymowny kulturowo, jeśli chodzi o przyszłość cywilizacyjną świata, że warto poświęcić mu pewną uwagę i garść refleksji.
Co też niniejszym czynię.
Nie mam zamiaru opisywać tu wszystkich ważniejszych atrakcji turystycznych Singapuru (w Internecie można znaleźć tony informacji na ten temat), a raczej skupić się na moim (oczywiście, że subiektywnym) indywidualnym doświadczeniu, jak również podzielić własnymi myślami i wnioskami, które były rezultatem pobytu w Singapurze oraz bliższego przyjrzenia się istocie i funkcjonowaniu tego maleńkiego obszarowo, ale jednocześnie jednego z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych (technologicznie) państw świata.
To są fakty. Na Singapur z zazdrością spoglądają nie tylko kraje tzw. „trzeciego” świata, czy jego azjatyccy sąsiedzi, ale i wszelkiej maści biznesmeni, finansiści, naukowcy, technolodzy, architekci i entrepreneurzy, którzy lgną do tego raju możliwości jak pszczoły do miodu.
Dlaczego więc wspomniałem o porażce? (Wiem, że będę się musiał z tego wytłumaczyć.)
Nie będę ukrywał, że Singapur zrobił na mnie wielkie wrażenie, mimo że nie należę do entuzjastów industrializacji i urbanizacji, która w tempie wręcz galopującym zaczęła się rozprzestrzeniać w ciągu ostatnich dekad na świecie. Począwszy od ultra-nowoczesnego lotniska Changi (przez wielu uznanego za najlepsze lotnisko na świecie), przez kosmopolityczny eklektyzm i rozmach, multi-kulturowość, infrastrukturę funkcjonującą jak w precyzyjnym zegarku; po architektoniczne dziwy i cudeńka, wyjęte jakby wprost z futurystycznej fantazji i nieograniczonej niczym wyobraźni. Musiałem więc ochłonąć, aby dojrzeć to, co za tą fasadą się kryje – i jak przekłada się to na ludzkie doświadczenie w sensie kulturowych skutków i powikłań.
Nie ma wątpliwości, że Singapur w ciągu zaledwie półwiecza od ogłoszenia swojej niepodległości dokonał rzeczy niesamowitej, pod względem ekonomicznym i technologicznym osiągając z nawiązką to, co sobie (pod przewodnictwem Lee Kuan Yew, lidera Partii Akcji Ludowej, nota bene sprawującej władzę w państwie nieprzerwanie od 1959 roku) zaplanował, stając się jednym ze światowych liderów w bankowości, edukacji, transporcie, inżynierii, medycynie… charakteryzując się niezwykle gwałtownym tempem rozwoju zwłaszcza przemysłu elektronicznego, rafineryjnego, chemicznego, maszynowego. Dochód narodowy tego państwa na głowę mieszkańca jest jednym z najwyższych na świecie, podobnie jak osiągnięty standard życia.
Sukces gospodarczy zawdzięcza Singapur nie tylko bardzo dogodnemu położeniu geograficznemu, ale i konsekwentnym postawieniu na edukację, naukę i rozwój nowoczesnych technologii, przy jednoczesnym otwarciu na świat, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą, handlową i finansową. Ów sukces ekonomiczny przełożył się nie tylko na bogactwo kraju, stabilność i wysoki standard życia jego mieszkańców, ale i na bezpieczeństwo, modernizację, czystość, zaspokojenie potrzeb komunikacyjnych i mieszkaniowych oraz wyeliminowanie przestępczości.

Na pierwszym planie: fragm. Art Science Museum, na drugim: hotel Marina Bay Sands

BÓG POSTĘPU I TOŻSAMOŚĆ

       Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Zdaję sobie sprawę z tego, że to moje stwierdzenie (podobnie jak wcześniejsze użycie słowa „porażka”) jest kontrowersyjne i może wyglądać na pewną prowokację, ale postaram się to wyjaśnić. (Jest przy tym oczywiste, że z moimi wnioskami nie wszyscy muszą się zgadzać.)
Kiedy w latach 60. XX wieku Singapur ogłaszał niepodległość – przekształcając się z kolonii w samodzielne państwo – jego liderom (i mieszkańcom) chodziło głównie o przetrwanie. Czasy były niespokojne, ekonomicznie niepewne, pełne konfliktów etnicznych i rasowych. Tak było w Singapurze przez pierwsze kilkanaście lat, ale w latach 70. kraj zanotował pierwszy boom gospodarczy i mimo okresowych spowolnień rozwoju ekonomicznego, hossa trwała przez całe dekady.
Jednakże nawet w państwie, gdzie rozwój gospodarczy, przemysłowy i ekonomiczny jest bogiem – i gdzie temu rozwojowi podporządkowane są przyjęte/wyznawane wartości etyczne – naród (społeczeństwo) musi posiadać jakąś tożsamość.
Wiedzieli o tym jego przywódcy. I oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak trudne może być wykształcenie (utrzymanie?) tej tożsamości w tak zróżnicowanym religijnie i rasowo społeczeństwie – w państwie mającym na dodatek niezwykle ambitne plany nowoczesnego rozwoju – i to w perspektywie globalnej, a nie tylko zaściankowej.
Ważnym faktem w tym kontekście jest to, że 75% ludzi zamieszkujących Singapur to etniczni Chińczycy (14 % ma pochodzenie malajskie, 8% hinduskie) i mimo tego, że struktury organizacyjne państwa zostały odziedziczone głównie po brytyjskiej kolonii, to bez wątpienia Singapur jest państwem na wskroś orientalnym – stworzonym przez Azjatów.
I podobnie jak cała Azja, zderzył się z problemem westernizacji.
Z tym, że w Singapurze – właśnie ze względu na gwałtowną modernizację i rozwój ekonomiczny (który nie byłby możliwy bez współpracy z Zachodem i ogólnej globalizacji) – ten dylemat ujawnił się ze szczególną ostrością.

PÓŁKSIĘŻYC I GWIAZDY

       Kiedy tworzono singapurską państwowość, przyjęto biało-czerwoną flagę, na której – obok półksiężyca, symbolizującego młode rozwijające się państwo – znalazło się pięć gwiazd, które z kolei były symbolami demokracji, równości, pokoju, postępu i sprawiedliwości. Wraz z braterstwem (barwa czerwona), czystością i prawem (barwa biała), były to podstawowe ideały i wartości, którymi państwo zadeklarowało się kierować.
Deklaracje deklaracjami, ideały ideałami, jednak w praktyce zderzono się z największym chyba paradoksem progresywizmu na Wschodzie: jak wraz z postępującą na olbrzymią skalę westernizacją (przyjmowanie zachodnich wzorów, stylu życia, funkcjonowania różnych instytucji, infrastruktury, popkultury) zapobiec mentalno-kulturowej erozji i zachować wschodnią tożsamość?
Singapur z tym paradoksem zderzył się jeszcze mocniej: jak, mając kosmopolityczne parcie, nie wykorzenić się przy tym i nie rozmyć w globalnej brei?
Na Zachód patrzono jednocześnie z podziwem i odrazą. Przyczyniała się do tego nie tylko post-kolonialna idiosynkrazja, ale przede wszystkim postrzeganie kultury zachodniej jako zagrożenie z powodu cechującego ją indywidualizmu, liberalizmu, materializmu, narkomanii i alkoholizmu (tak to tutaj postrzegano).
Innym, nie mniej ważnym problemem, było sprostanie ideałowi równości rasowej i religijnej tolerancji w państwie multi-religijnym i multi-rasowym, jakim de facto był Singapur. Z jednej strony bowiem, nie można było oprzeć się na jednej religii i rasie, z drugiej zaś niemożliwe było wynalezienie nowych wartości a zwłaszcza dziedzictwa (czyli tożsamości) tworząc wszystko from the scratch (od samych podstaw), bo dziedzictwo/tożsamość zawsze musi mieć swoje korzenie.
Uniwersalne wartości (jak np. etos ciężkiej pracy, wytrwałości, poświęcenia, oszczędności, zapobiegliwości, zaradności) takiej tożsamości nie dostarczały. Nie można też było oprzeć wszystkiego na konfucjanizmie (choć zdecydowana przewaga liczebna etnicznych Chińczyków miała jednak ostatecznie największy wpływ na tego dylematu rozwiązanie).
Stojąc przed tym wyzwaniem Partia Akcji Ludowej zdecydowała się na krok… jeśli nie desperacki, to na pewno pryncypialny: stworzenie czegoś, co nazwano „ideologią narodową”, której fundament stanowić miały takie zasady i wartości, jak: „społeczeństwo ponad jednostką”, „rodzina jako podstawowa i najważniejsza komórka społeczna”, „pomoc wspólnotowa i poszanowanie dla jednostki”, „konsensus ponad konfliktem”, „rasowa i religijna tolerancja i harmonia”.
Jeśli komuś te ideały wydadzą się autorytarne, zalatujące komunizmem, a nawet totalitaryzmem, to są jednak podstawy, żeby się z tym zgodzić. Nie mówiąc już o kwestii jak idealna teoria przystaje do realnej praktyki.
Dla mnie krytycznym i najbardziej radykalnym postulatem jest tutaj postawienie społeczeństwa ponad jednostką, co zawsze i nieuchronnie prowadzi do łamania praw człowieka (rozumianych tak, jak to przyjęto w Powszechnej deklaracji praw człowieka, którą stworzono po doświadczeniach II wojny światowej, również w celu zapobieżenia totalitaryzmom takim, jak faszyzm czy komunizm).
To, co przed chwilą napisałem może wyglądać na marudzenie idealisty i pięknoducha, bo przecież każdy widzi, jaki „tygrys” jest – i to, że sukces Singapuru jest oszałamiający a miliony ludzi żyją tam wygodnie, nowocześnie, bezpiecznie i dostatnio.
A jednak…

Podłączeni ale czy połączeni? Scena w singapurskim metrze.

.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT?

       Co się dzieje, kiedy rozwój staje się celem samym w sobie? Czym jest wolność, jeśli sukces i spełnienie musi się mieścić w formie sztucznie ustalonego formatu? Dlaczego konkretne dobro indywidualnego człowieka jest uważane za mniej wartościowe niż abstrakcyjne dobro mrowia (ogółu)? Dlaczego ścisłe ceni się bardziej niż swobodne, luźne i artystyczne? Czy czystość można utrzymać tylko wtedy, jeśli będzie się nękać ludzi zakazami i groźbą niebotycznych mandatów? Czy na pewno sterylne oznacza zdrowe? Jaki to jest szacunek dla ludzkiego ciała, skoro za normalną karę przyjęło się chłostę, zostawiającą najczęściej bliznę na całe życie? Dlaczego wysokość zarobków ma być jedynie słusznym kryterium ustalania społecznej hierarchii i zależności? Czy można tchnąć ducha w maszynę?
Czy tak ma wyglądać Nowy Wspaniały Świat?
Takie pytania można zadać w konfrontacji z singapurskim „sukcesem”.
Wysłuchałem wiele opinii pochodzących od ludzi zamieszkujących – krócej lub dłużej – Singapur. Niestety, przeważały wśród nich te negatywne, choć oczywiście nie brakło też pozytywnych. Ale to też należy do moich osobistych doświadczeń, więc nie ośmieliłbym się wypowiadać w imieniu całego społeczeństwa.
Ci, którzy mieli dość Singapuru, skarżyli się nie tylko na wyścig szczurów, kształtowanie wszystkich wedle jednego schematu, brak inspiracji, sterylność, cenzurę, jałowość, brak duchowości, materializm, konsumpcyjną nudę, myślenie pod sztampę, brak wolności słowa i otwartej dyskusji…
Ci zadowoleni mówili o wysokim standardzie życia, bezpieczeństwie, wygodzie, nowoczesnej infrastrukturze, porządku, czystości, braku przestępczości, dobrych zarobkach, możliwości kształcenia się, łatwości zakładania firm, otwartości na świat, obfitości dóbr konsumpcyjnych i bogatej kuchni…
Czy w tym wszystkim można znaleźć jakiś złoty środek? A jeśli tak, to czym on jest – czy aby nie pewnym kompromisem, który będąc wymuszony, żadnym kompromisem nie jest? Albo zwykłą ludzką niemożnością, aby zadowolić wszystkich? Niezdolnością do stworzenia cywilizacji – porządku społecznego, państwa – nie tyle idealnego (bo to jest definitywnie nierealne), co bez kardynalnych wad, bo okazuje się to czystą utopią?
Moim sąsiadem w samolocie lecącym z Singapuru do Rangunu był nauczyciel języka angielskiego, który do Birmy latał często w weekendy, by odwiedzić tam swoją rodzinę. Od niego z pierwszej ręki dowiedziałem się, jakiej presji poddane są jego dzieci w szkole i jak to odbija to się na ich zdrowiu psychicznym i zachowaniu. Z tego względu myśli o wyprowadzce z Singapuru. Pytał się mnie, czy poleciłbym mu przeniesienie się do Kanady.
Wtedy zdecydowałem się na pewną summę – wyznanie braku wiary w to, że kiedykolwiek chciałbym zamieszkać na dłużej w państwie zbudowanym według tej recepty. Wynika on z następującego wniosku i spostrzeżenia, które zapisałem jeszcze przed wyjściem z samolotu w Rangunie:
„Socjotechnikę w Singapurze doprowadzono do perfekcji – całe społeczeństwo funkcjonuje według ściśle określonych przez władzę reguł i zasad. Indywidualizm jest całkowicie podporządkowany społecznej strukturze. Jego znaczenie jest czysto utylitarne – jesteś wart dokładnie tyle, ile korzyści ma z ciebie społeczeństwo, a ściślej: model społeczny stworzony i aprobowany przez państwowe władze (które np. określają procentowo w jakich proporcjach mogą mieszkać w bloku przedstawiciele różnych ras i grup etnicznych). Musisz być trybikiem dokładnie wpasowanym w tę społeczną machinę, a twoje miejsce w ścisłej hierarchii zadań i pozycji określa sposób selekcji (na bardziej lub mniej sprawnych i przydatnych) dokonujący się już od najmłodszych lat. Taki wydaje się być koszt panującego tam porządku, bezpieczeństwa i wysokiego standardu (materialnego) życia. Czy aby nie za wysoki?”

.

Kolorowy pokaz – tańczące fontanny, światło i dźwięk. A w tle: wieżowce centrum biznesowego downtown

.

OBLĘŻENIE

       Problem ze współczesną turystyką jest taki, że jest ona bardzo powierzchowna – nie wspominając już o tym, że jej masowość (oczywiście cały czas mam na myśli czasy przed koronawirusem) przynosi chyba jednak więcej szkody niż pożytku (choć z tym można polemizować, zwłaszcza w rejonach, które z turystyki „żyją”). Jedną z największych niedogodności, które się z tym wiążą są tłumy oblegające największe „atrakcje” turystyczne świata – coraz większe i coraz bardziej tratujące się nawzajem. Wiedząc, że sam do tego się przyczyniam – stając się częścią tłumu (będąc np. na Placu Św. Piotra, oglądając Mona Lisę w Luwrze, czekając na wschód słońca przed świątynią Angkor Wat; chodząc po Wielkim Murze, pod wodospadami Iguazú, stojąc na Time Square, spacerując w ogrodach Alhambry lub wśród ruin Machu Picchu) – to robię wszystko, aby tłumów uniknąć (jest to trudne, ale nie niemożliwe – wystarczy tylko zejść nieco z utartej ścieżki).
Na pewno bezpowrotnie odeszły w przeszłość czasy prawdziwego podróżowania, które było jeszcze możliwe kilkadziesiąt lat temu (im dalej w przeszłość, tym to podróżowanie było „prawdziwsze”). Teraz stało się ono nieprzyzwoicie łatwe, w związku z czym po globie przewalają się tłumy „zaliczające” kolejne turystyczne „atrakcje”. Rzadko kto wnika w istotę odwiedzanych miejsc, głębiej je poznaje – zwykle rutyna, oklepane szlaki, pośpiech, bezmyślne podążanie za przewodnikiem i szybkie omiatanie okiem widoków, zabytków, dzieł sztuki… skutecznie temu zapobiegają.
Oczywiście zdarzają się też od tego wyjątki.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mimo iż Singapur każdego roku odwiedza ponad 10 mln. turystów – i moja wizyta przypadła na tzw. „szczyt” sezonu – to tłumów tam nie doświadczyłem, co było dla mnie zaskoczeniem tym większym, że wiedziałem, iż jadę do kraju/miasta obszarowo niewielkiego, a jednocześnie niezwykle gęsto zaludnionego. Mało tego: do dzisiaj pozostało we mnie wrażenie przestronności – doświadczenie wielkiej przestrzeni, którą bez wątpienia Singapur zawdzięcza obecnej tam architekturze (o wielkim „oddechu” wyobraźni) i doskonałym rozwiązaniom komunikacyjnym.
Jak już wspomniałem na początku, rekomendację tego, co warto zwiedzić w Singapurze zostawiam innym (dzięki dostępnym informacjom można sobie wybrać to, co najbardziej kogoś zainteresuje), tutaj podrzucę jedynie garść moich wrażeń z wałęsania się po tym mieście oraz parę ogólnych impresji.
Nie musiałem się nigdzie spieszyć, więc mimo spędzania każdego dnia kilkunastu godzin poza hotelem, nigdy nie czułem się zmęczony, ani tym bardziej znudzony, bo Singapur to jednak jest miasto niezwykle różnorodne, jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni i zamieszkujących go ludzi.

MIEJSCA

       Oczywiście o Singapurze – a nawet o tygodniowym w nim pobycie – można napisać całą książkę. Ale zważywszy na to, że nawet ten tekst, który miał być ledwie wspomnieniem podróży, rozrasta się do nieprzyzwoitych rozmiarów, postaram się ograniczyć do kilku wzmianek, gdzie w Singapurze byłem i co zobaczyłem.

.

Mnisi buddyjscy pod posągiem Merliona (hybryda ryby i lwa) – symbolu narodowego (a zarazem i maskotki) Singapuru.

Marina Bay. Nowoczesny, powstały w ostatnich latach kompleks architektoniczny wokół Zatoki Marina, to doprawdy wielki zbytek i niebotyczna ekstrawagancja – taki futurystyczny bizantynizm. Weźmy choćby Hotel Marina Bay Sands składający się z trzech olbrzymich wieżowców (w kształcie przypominającym jakieś gigantyczne spinacze ze szkła, betonu i stali), na których wsparto symbolizującą łódź obłą konstrukcję, mieszczącą nie tylko deck obserwacyjny, restauracje, kasyno i bary, ale i sporej wielkości… basen. Po drugiej stronie Zatoki kręci się największe na świecie koło „obserwacyjne” czyli Singapore Flyer (miałem okazję nim się pokręcić zarówno w dzień, jak i w nocy – mając zresztą do swojej dyspozycji cały, przypominający oszkloną kapsułę, wagonik). Jest jeszcze, symbolizujące swoją formą lotus, Art Science Museum – o wielkiej sadzawce pełne nenufarów, czy kosmicznej budowli Louis Vuitton nie wspominając. Kompleks Marina Bay sąsiaduje zarówno z lasem lśniących biurowców downtown (co wieczór stanowią one tło dla odbywającego się tutaj pokazu tańczących fontann, laserowych i kolorowych świateł), jaki i zupełnie odmienną w charakterze Colonial Quarter, gdzie znajduje się słynny historyczny Hotel Raffles.

.

Futurystyczne Superdrzewa w Ogrodach nad Zatoką

Gardens by the Bay. Już tylko dla tego cudeńka warto zatrzymać się w Singapurze. Na wydartej oceanowi powierzchni ponad 100 hektarów zbudowano dziwne, ale jednak niezwykle imponujące ogrody, których artystyczna sztuczność konkuruje tylko z autentyzmem rosnących tam w nieprzebranej ilości roślin, sprowadzonych tu z całego świata. Najbardziej rzucają się w oczy tzw. Superdrzewa – wysokie na kilkadziesiąt metrów konstrukcje z betonu i stali, ale tak zarośnięte, że przypominają żywe organizmy z jakiejś nieziemskiej planety. Już w świetle dziennym robią wrażenie, ale prawdziwie oszołamia dopiero nocny show, który – przy wsparciu pompatycznej muzyki – rozświetla te kosmiczne drzewa milionami różnokolorowych świateł. Aaa… można tu jeszcze zobaczyć Flower Dome – wypełnioną tysiącami kwiatów, największą cieplarnię na świecie; czy Cloud Forest – ta z kolei szklarnia zawiera w środku… zarośniętą gęsto i spowitą tropikalną mgłą górę, na którą się można wspiąć po spiralnych schodach – zobaczyć i poczuć jej florę z bliska. W Ogrodach nad Zatoką jest jeszcze wiele innych pomniejszych dziwów.

.

Zachwyt i oczarowanie podwodnym światem: dzieci przed szybą olbrzymiego akwarium na wyspie Sentosa

Sentosa Island. Szumnie promowana jako “Asia’s favourite playground” wyspa, oddzielona niespełna kilometrową cieśniną od Singapuru „lądowego”, to niewiarygodne nagromadzenie atrakcji dla dzieci dużych i małych, wliczając w to parki wodne, Studia Filmowe Universal, mega-kasyno oraz plaże ze sprowadzonym z sąsiedniej Malezji piaskiem. Jeśli mogłem ten pstrokaty jarmark tolerować, to tylko ze względu na zaplanowaną przeze mnie wcześniej wizytę w imponującym S.E.A. Aquarium (wtedy było to jeszcze największe akwarium oceaniczne na świecie, zdetronizowane wkrótce jakimś chińskim molochem). Mimo, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem trzymania zwierząt w klatkach, to chyba jednak bardziej toleruję widok morskich stworzeń w akwariach, zwłaszcza jeśli są tak gigantycznych rozmiarów jak te na Sentosie. Muszą być takie, skoro mają pomieścić ponad 100 tys. zwierząt. Wiele z nich widziałem po raz pierwszy w życiu, ale po raz nie wiadomo który zdumiała mnie inwencja Natury w kreowaniu różnych – często fantastycznych i wręcz fantazyjnych – form życia. Łapałem się więc na tym, że przyklejam się jak zahipnotyzowany do akwariowej szyby, ze wzrokiem utkwionym na tych stworach, podobnie jak stojące obok mnie dzieciaki.

.

Wszystkie kolory sari – hinduski ślub w świątyni Sri Srinivasa Perumal Temple w dzielnicy Little India

Chinatown, Little India, muzułmańskie Kampong Glam. Jednym z największych singapurskich paradoksów jest to, że wykreowana jak pod matrycą struktura społeczna kraju, obejmuje inkluzywnie tak różnorodne rasy, grupy etniczne i religie, że zasadne staje się pytanie, co tu jest bardziej prawdziwe, trwałe i dominujące: religia i tożsamość zakorzeniona w długiej tradycji i historii, czy sztucznie stworzony „porządek” społeczny, ściśle egzekwowany w praktyce. To są dwie sprzeczne ze sobą ordynacje, więc jeśli tej drugiej podporządkowani są wszyscy (a są), to ta pierwsza musi być w opresji – i vice versa: jeśli pierwsza jest mocniejsza, to ta druga jest fałszywa. Tak czy owak, to jeszcze jeden przykład na singapurską sztuczność i nie trzymającą się kupy „tożsamość”.
Jednakże autentyzm trzyma się niektórych zakątków Singapuru, mimo że nawet w bardziej etnicznie jednorodnych enklawach, sąsiadują obok siebie meczety, świątynie hinduskie, buddyjskie czy taoistyczne – co najbardziej rzuca się w oczy w dzielnicy chińskiej. Tam też znajduje się chyba najciekawszy zabytek historyczny Singapuru, wybudowana w 1839 roku świątynia Thian Hock Keng – ikona chińskiego dziedzictwa kulturowego. Ale taka, okupowana głównie przez muzułmanów dzielnica Kampong Glam, gdzie obok ważnego dla lokalnego islamu Meczetu Sułtana i arabskich sklepów, też naznaczona jest ciekawym eklektyzmem, bo upodobali ją sobie… hipsterzy, przez co kwitnie tu nie tylko butikowo-backpackerski szpan, ale i bujne życie nocne. O rzut beretem oddalone są Małe Indie, gdzie, zwłaszcza przy ulicy Serangoon, czujemy się jak w Indiach, tyle że bez doświadczania widoku (i zapachu) świętych krów. Tam zwraca uwagę poświęcona matczynej bogini Kali świątynia (there’s no way I can spell it right without looking into the guidebook) Sri Veeramakaliamman. Warto też wstąpić do buddyjskiego przybytku (this one is much easier) Sakya Muni Buddha Temple. Jednak największa niespodzianka – najbardziej chyba intensywna etnicznie i bajecznie wręcz kolorowa – spotkała mnie w położonej tuż obok tej buddyjskiej świątyni hinduska Sri Srinivasa Perumal Temple, gdzie – zupełnie przypadkowo, i to w ostatni dzień pobytu w Singapurze – trafiłem na hinduski ślub i wesele, które swoją barwnością, egzotycznością, bogactwem rytuałów, urodą kobiet, feerią symboli i – last but not the least – fotogenicznością, zupełnie mnie oszołomiło, wprawiając nie tylko w kulturowy, ale i fotograficzny trans.

.

Przed fontanną w Ogrodach Botanicznych Singapuru

Botanic Gardens. Kiedy tak czytałem o planach rozwojowych Singapuru, to odniosłem wrażenie, iż zajmujący się tym ludzie mają obsesję na punkcie „zieleni”. Już nie wystarcza im slogan „The Garden City”, teraz musi być „The City in the Garden”. Ta obsesja akurat mi się podoba, bo lasy i zieleń roślin wszelakich to nie tylko tlen dla moich płuc, ale i balsam na moje oczy. Rzeczywiście, jeśli spojrzy się na Singapur z góry, to kolor zielony wypełnia więcej niż 1/3 część całej wyspy. A to nie tylko stworzone przez człowieka parki i ogrody, ale i lasy, w tym fragmenty pierwotnego (porastającego ongiś całą wyspę) lasu tropikalnego, litościwie ocalonego przed – kolonialną jeszcze – totalną wycinką. Dochodzą do tego ogrody wiszące (gdzie tylko się da), piętrowe a nawet wertykalne – wszystkie nowe budynki muszą uwzględnić zieleninę.
Po kilku dniach zwiedzania głównie zurbanizowanego Singapuru postanowiłem odpocząć od tego w tutejszych Ogrodach Botanicznych, z dala od miejskiego zgiełku i turystycznych korowodów. I choć (wbrew famie bycia jednym z najlepszych ogrodów botanicznych świata) bardziej mi się kiedyś spodobały ogrody, które widziałem choćby w Kanadzie (The Butchart Gardens) czy na Sri Lance (Royal Botanical Gardens pod Kandy), to ten był chyba najbardziej rozległy i relaksujący, więc nie było problemu, aby spędzić w nim prawie cały dzień, tym bardziej że mogłem usiąść w cieniu, wyjąć z plecaka swój kajet i coś tam w nim naskrobać.

ZAKAZY, CHŁOSTA I OBRAZY

       W tym samym roku, w którym odwiedziłem Singapur, dwóch młodych Niemców zostało skazanych na 9 miesięcy więzienia i chłostę za namalowanie graffiti na jednym z wagonów metra. To miasto-państwo słynie z bardzo wysokich kar za wykroczenia, które w innych krajach są po prostu zakazami, ale raczej rzadko karanymi (jak np. śmiecenie na ulicy, zrywanie kwiatów, chwytanie ptaków i łowienie ryb, wandalizm, oddawanie moczu i palenie w miejscach publicznych, ekshibicjonizm…). W Singapurze zaś kary są bezwzględnie egzekwowane, jak również bardzo wysokie, dzięki czemu wykroczenia te zostały niemal zupełnie wyeliminowane. Istnieją tu również zakazy bardzo specyficzne, nigdzie indziej nie spotykane, jak np. zakaz picia i jedzenia w środkach komunikacji miejskiej, zakaz sprzedaży gumy do żucia, plucia na ulicy, obejmowania się, karmienia małp, podłączanie się do czyjegoś wi-fi… Idący w setki dolarów mandat można dostać za… niespuszczenie wody w toalecie. Nielegalne są też związki homoseksualne, i choć prostytucja jest dozwolona, to pornografia już jest przestępstwem. Stosuje się karę śmierci, m.in. za przemyt i handel narkotykami.
Jednakże przebywając w Singapurze nie czułem się jakoś szczególnie tymi zakazami sterroryzowany. Byłem sam, więc do nikogo się nie przytulałem; nie wyżywam się artystycznie smarując po murach graffiti; nie żuję gumy, nie palę papierosów; w zasadzie nie pluję na ulicy i raczej spłukuję po sobie w toalecie… W związku z tym, wszystkie te – bardziej lub mniej dziwne zakazy – po prostu mnie nie dotyczyły. Mało tego: mogłem do woli korzystać z dobrodziejstwa czystości, porządku i higieny, jakie te przepisy tutaj na ludziach wymuszały.
Nie będę ukrywał, że mój pobyt w Singapurze wspominam bardzo dobrze. Cieszy mnie to, że mogłem zobaczyć to ciekawe miejsce, które dostarczyło mi nie tylko mnóstwa zmysłowych wrażeń, ale i uświadomiło pewne aspekty globalizacji oraz możliwe kierunki rozwoju naszej cywilizacji. Muszę jednak zaznaczyć, że w ubiegłym roku dały się w singapurskiej ekonomii zauważyć pewne znaki stagnacji, może nawet recesji i zapewne tegoroczna pandemia ten trend pogłębi, zwłaszcza że państwo to jest szczególnie narażone na straty, ze względu na uzależnienie od globalizacji, turystyki, eksportu i handlu. Jak sobie z tym wszystkim Singapur poradzi? – to okaże się dopiero w przyszłości.
Opisałem zaledwie skrawek moich singapurskich doświadczeń. Osobnego wpisu wymagałaby choćby moja wizyta w Singapurskim Muzeum Narodowym, gdzie niespodziewanie wziąłem udział w pewnym niezwykłym wydarzeniu teatralnym; jak również te okruchy rozmów ze spotykanymi przypadkowo ludźmi, którzy – bardziej lub mniej otwarcie i śmiało – użyczali przy tym swojej duszy, przez co moje zderzenie z ultranowoczesną cywilizacją nie było aż tak bezduszne.
Nie byłbym sobą, gdybym nie sfotografował Singapuru z każdej dostępnej mi strony. A jednak zdaję sobie sprawę z… nie tyle powierzchowności, co nieadekwatności takiego oglądu, bo niby jedno zdjęcie mówi czasem więcej, niż tysiąc słów, to jednocześnie mami nas często swoją formą (niekiedy też uwodzi i czaruje pięknem), ukrywając jednak treść i to, co jest głębiej. Dla zilustrowaniu tego tekstu wybrałem garść obrazów, które mogą dać wyobrażenie tego, jak zagospodarowana jest w Singapurze przestrzeń; jak wyglądają turystyczne atrakcje; jakich ludzi spotyka się na ulicy, w metrze, ogrodach, świątyniach… Składa się to na kolorową mozaikę, która jednak pozwala zwrócić uwagę na ten niezwykły zakątek naszej planety i przybliżyć nam charakter zamieszkujących go ludzi.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

PODRÓŻE – słowo o książce

.

Ktoś nazwał tę książkę-album bardzo zgrabnie „kolorowym satelitą” trzech pozostałych tomów, które ukazały się w pierwszej kolejności (chodzi o ZAPISKI, ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY oraz KINO TEATR SZTUKA). Jednakże, kiedy myślałem o spotkaniu autorskim, to obawiałem się nieco, że PODRÓŻE mogą niejako przysłonić tamte książki, a to ze względu na ich szatę graficzną (mnóstwo kolorowych zdjęć) i objętość (tomiszcze ma ponad 800 stron), więc skłonny byłem nawet prezentację PODRÓŻY na tymże spotkaniu pominąć, skupiając się na pierwszych trzech tomach, (które przecież zawierają solidną – i dla mnie ważną – dozę treści). Przygotowanie oraz edycja tej książki wymagała olbrzymiego wysiłku – chodzi o czas i pracę wielu osób (za co jestem im niezmiernie wdzięczny), o dwóch dekadach, jakie zajęło mi podróżowanie po świecie, robienie zdjęć i zapisywanie wrażeń z tych wojaży nie wspominając. No i – nieskromnie mówiąc – efekt jest znakomity, co musi przyznać (i przyznaje) każdy, kto bierze ten tom do ręki.

.

PODRÓŻE

 

Książka – album zawiera zapiski oraz relacje z licznych podróży do takich krajów i miejsc, jak np. Indie, Nepal, Chiny, Tybet, Birma, Tajlandia, Wietnam, Kambodża, Laos, Singapur, Brazylia, Peru, Meksyk, Hawaje, Kostaryka, Gwatemala, Jamajka, Wyspy Dziewicze, Kanada, Włochy, Hiszpania, Norwegia…
Sporo miejsca poświęcono również Ameryce Północnej, gdzie przez wiele lat autor organizował i prowadził wycieczki krajoznawczo-turystyczne. Całość ilustrowana jest setkami zdjęć ukazujących – a tym samym utrwalających – piękno odwiedzanych zakątków świata, z których wiele traci obecnie swój unikatowy charakter.

*  *  *

804 strony; oprawa twarda; 675 ilustracji barwnych
ISBN 978-83-62844-85-2

 

greydot

FRAGMENT KSIĄŻKI

 

Kiedy wyruszasz w podróż, żegnaj się uważnie z miejscem, w którym mieszkasz, tak jakbyś nigdy nie miał już do niego powrócić. Lecz nie dlatego, aby myśleć o tym, że może cię w tej podróży spotkać coś najgorszego, za co zwykle uważamy tragiczny wypadek i śmierć. Żegnaj się, aby przypieczętować twoje przywiązanie do czegoś trwałego w świecie, w którym wszystko jest ulotne i gdzie wszystko spływa z rzeką czasu albo dryfuje po bezkresnych wodach oceanu zdarzeń. Kiedy wypływasz na szerokie wody, podnosisz kotwicę, którą musisz za sobą dźwigać – ale nie jako brzemię, ale jako przypomnienie tego, że tylko wtedy, kiedy się zatrzymasz, możesz poczuć solidny grunt – że tylko jedno miejsce może być twoim prawdziwym domem, choćby wszędzie na świecie witano cię z otwartymi ramionami i oferowano serdeczną gościnę (a przecież nie wszędzie, nie zawsze i nie wszyscy tak cię witają).
Dlatego twoje powroty muszą być jeszcze bardziej uważne i świadome, niż wyruszania w podróż. Powroty mogą nas cieszyć albo smucić, są końcem, ale też i początkiem – jednakże nigdy nie są czymś obojętnym dla uświadomienia sobie naszego miejsca na ziemi. Nawet wtedy, kiedy pozostają pytaniem, nie dając nam żadnej odpowiedzi.

*

W swojej książce The Tao of Travel Paul Theroux podaje chętnym do wyruszenia w świat dziesięć zasad (porad):
1. Wyjedź z domu
2. Podróżuj samotnie
3. Podróżuj lekko
4. Weź ze sobą mapę
5. Podróżuj lądem
6. Przejdź pieszo przez granicę narodową
7. Prowadź dziennik
8. Czytaj powieść, która nie jest związana z miejscem, w którym przebywasz
9. Jeśli musisz mieć telefon komórkowy, staraj się go nie używać
10. Zaprzyjaźnij się

Ciekawe. Należy jednak pamiętać, że pan Theroux jest podróżnikiem „zawodowym” tudzież pisarzem profesjonalistą – a to po to, by się nie wpędzać w niepotrzebne kompleksy.
Poza tym zaczął on te swoje włóczęgi po świecie w czasach, kiedy podróżowało się zupełnie inaczej niż dzisiaj (i to nie tylko dlatego, że nie było jeszcze wówczas przewodników Lonely Planet).
Można by rady Theroux poddać szczegółowej i rozległej analizie, jednakże pozwolę sobie tutaj na rzucenie kilku dość luźnych uwag à propos każdego „przykazania”.

Ad 1.No tak, wyjazd z domu wydaje się warunkiem koniecznym do tego, by poznać świat indywidualnie, doświadczyć go na własnej skórze, poczuć wszystkimi zmysłami – przemieniając też to w doświadczenie duchowe. Wprawdzie można podróżować jedynie palcem po mapie i we własnej wyobraźni – ale czy to może nam zastąpić prawdziwą podróż? To jest dobre, jeśli jest impulsem do działania, jeśli stanowi preludium naszej przygody – mobilizując nas do poczynienia konkretnych planów podróży, które znajdą w końcu swoje spełnienie.
Ad 2. Dobrze jest podróżować samotnie. Dobrze jest podróżować w towarzystwie. Tak czy owak, dobrze jest podróżować w ogóle. Jeśli jednak podróżujemy z kimś, to oczywiście towarzystwo to jest bardzo ważne. Tak więc powinno być ono dobre – także wtedy, kiedy podróżujemy samotnie i jesteśmy skazani na towarzystwo samego siebie.
Coś jednak jest na rzeczy w tej radzie Theroux, by podróżować samemu. Bo wydaje się, że podróżnik kiedy jest sam, może się bardziej skoncentrować – i to nie tyle na sobie, co na własnych doświadczeniach. Ale przede wszystkim na świecie, który poznaje – wejść w bliższy kontakt ze spotkanymi ludźmi (chodzi zarówno o tubylców, jak i innych podróżnych) oraz z miejscami, które odwiedza.
Ad 3.Tak, dobrze jest mieć lekki bagaż – i nie czuć tego ciężaru posiadanych rzeczy na grzbiecie. Choć ciężar, jaki się ma w duszy, może jednak sprzyjać naszej podróży i ją pogłębić. Przydaje się też więc tzw. bagaż doświadczeń. Jednakże to prawda: czy widział ktoś prawdziwego podróżnika z wielkimi walizami wypełnionymi toną ubrań na zmianę? Większości wystarcza plecak. I nie mówi się wtedy zbyt dużo o higienie, która nie idzie raczej w parze z włóczęgowskim szlajaniem się po świecie.
Ad 4.Mapa jest ważna. Uwielbiam mapy! Wszystkie moje podróże rozpoczynają się od dokładnego studiowania mapy (co było ważne zwłaszcza wtedy, kiedy sam byłem pilotem grupy i ustalałem dla niej trasę podróży). Tak, była to swego rodzaju podróż palcem po mapie, ale już wtedy można było poczuć dreszcz zbliżającej się przygody. Podsycała się też tym sposobem ciekawość – pragnienie poznania nieznanych jeszcze miejsc.
Ad 5. „Podróżuj lądem”. Hm… dobrze mówić. Lecz jeśli chce się dotrzeć do Australii albo Nowej Zelandii? A pisząc poważniej: zasadniczo podróże odbywają się (wypełniają) na lądzie. Samolot jest bardzo dogodnym środkiem lokomocji, który pozwala nam w stosunkowo krótkim czasie dotrzeć do najbardziej odległych zakątków Ziemi. A po wylądowaniu – zaczyna się przecież nasza podróż po lądzie, która może trwać dowolnie długo (w miarę dysponowania czasem, chęcią i środkami, którymi możemy się w podróży wesprzeć). Zaś statek – podobnie jak jacht, żaglowiec czy łódź – to już zupełnie inna para kaloszy.
Ad 6. Pieszo przez granicę? Tak, to nie to samo, co przekraczanie tej granicy na wodzie czy w powietrzu. Lecz znowu – jak to zrobić, jeśli wybieramy się na inny kontynent i zamiast trzech tygodni wołami możemy przelecieć ten sam dystans w dwie godziny samolotem? Ale rzeczywiście – jednym z moich najmocniejszych (i niezapomnianych) wrażeń podróżniczych było (piesze) przekraczanie granicy Indii z Nepalem. (Dużo by pisać, dlaczego).
Ad 7.Nie zawsze jest czas na prowadzenie dziennika w czasie podróży. Ale warto to robić. Nigdy w domu nie napiszemy czegoś takiego, jak na gorąco, w trasie (bo jest to bardziej sprawa specyficznego stanu ducha niż wiedzy). W pisaniu o wrażeniach z miejsc, które odwiedzamy, preferuję szczerość. Lekkie podkolorowywanie jest dopuszczalne (można to uznać za pewną „literacką obróbkę”, wykorzystanie licentia poetica), ale kompletna konfabulacja, przeinaczanie lub ignorowanie faktów – już nie (no chyba, że piszemy powieść). Irytuje mnie czasem dość bezmyślny „zachwyt” nad „bajkowością” czy „magicznością” miejsca (tego typu frazesy), podczas gdy w rzeczywistości nic magicznego ani zachwycającego tam nie widzimy, wręcz przeciwnie – jesteśmy zawiedzeni, rozczarowani, niekiedy nawet zdegustowani tym, co zastajemy (a przecież to ostatnie także może być źródłem interesującego doświadczenia i opisu). Dla mnie bardzo ważny jest jednak autentyzm.
Ad 8. Czytać w trakcie podróży książkę niezwiązaną z krajem, w którym podróżujemy? No, trochę to przewrotne. Ja się nie dziwię panu Theroux, że podróżując kilka miesięcy po jakichś pustkowiach (zwłaszcza pociągiem), może już mieć czasami wszystkiego dość i chce się od tego oderwać. Ale my? Jeśli mamy na podróż najwyżej kilka tygodni i każda chwila jest dla nas cenna, by chłonąć dane miejsce, kraj, ludzi? Według mnie rada trochę kosmiczna. Jeśli już, to właśnie czytać książkę związaną z odwiedzanym krajem – o przewodnikach nie wspominając.
Ad 9. Precz z komórkami! (To już wolę lochy). Jeśli jednak mamy przy sobie komórkę (i zakładając, że jest tzw. zasięg – a w najciekawszych kątach Ziemi tego zasięgu najczęściej nie ma), to warto ją używać jedynie jako swoiste „narzędzie” pomocne nam w podróżowaniu. Nie jest dobrze, kiedy w podróż ciągniemy ze sobą cały nasz wirtualny świat – z Facebookiem na czele.
Ad 10.„Zaprzyjaźnij się”. O tak! To jest moim zdaniem najcenniejsza rada, jaką daje nam Paul Theroux. Jednakże przyjaźń to duże słowo. Przyjaźń wymaga sprawdzenia się, spełnienia, a na to potrzeba pewnych warunków, jak również czasu. Może więc mówmy o próbie zbliżenia się do ludzi, których w czasie naszej podróży spotykamy (chodzi mi zwłaszcza o tubylców, ale nie tylko). Bez tego nigdy nie będziemy w stanie poczuć smaku, istoty, ducha kraju, który odwiedzamy i który chcemy poznać. A czasami wystarczy jedna chwila, kilka zamienionych słów, jedno wymowne spojrzenie, jeden uśmiech…

I na koniec: fotografowanie w czasie podróży. Wprawdzie Theroux nie formułuje tego jako kolejnego „przykazania”, to jednak uważa, że robienie zdjęć jest przeszkodą dla pamięci, bo powoduje, że nie trzeba już danej rzeczy pamiętać. Ponadto, jego zdaniem, tworzy to dystans między rozmówcą a podróżującym. I dlatego nie zabiera ze sobą w podróż aparatu.
Mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Nie chcę podróżować bez aparatu fotograficznego (choć oczywiście taką podróż jestem sobie w stanie wyobrazić, a nawet docenić pewne jej zalety). Bowiem zdjęcia nie tylko dokumentują moją podróż – one stają się jakby częścią kraju (i ludzi), który zwiedziłem, a który chcę zapamiętać. I dzięki tym zdjęciom ten kraj w pewnym sensie mogę zabrać ze sobą do domu. Tym sposobem niejako zostaje on ze mną na dłużej. I jednak fakt, że robię ludziom zdjęcia, zbliża mnie do nich – przynajmniej takie odnoszę wrażenie.

greydot.

.

SŁOWO O KSIĄŻCE

 

WIELKI BAZAR PODRÓŻNY

.

Ponoć w każdym ziarnku piasku odbija się, a może i przejawia cały wszechświat. Tak jest powiedziane i myślę, że tak samo jest w przypadku tekstów Stanisława Blaszczyny. To co łączy wszystkie opisy krajów – w ich dogłębności i historyczno-literaturoznawczych kontekstach – to osoba autora przesiąkniętego ideą humanizmu XX wieku, który w każdym napotkanym, a zwłaszcza sfotografowanym człowieku widzi (chce zobaczyć) jego głębię i uniwersum. W każdym opisie mijanego kraju, w dowolnym obrazie przemijającego oblicza (zwłaszcza w twarzach hinduskich starców czy kambodżańskich dzieci) przebija się swego rodzaju troska o kondycję człowieka, którą można chyba nazwać „humanitaryzmem” – czyli wiarą w człowieka zanurzonego w swoim środowisku naturalnym, w jego tu i teraz…
Czytając kolejne rozdziały z tomu Podróże każdy czytelnik (bez względu na to, czy był w danym miejscu, czy nie był) nawiązuje specyficzny dialog z autorem. Czyta te rozdziały, bo chciałby się czegoś dowiedzieć przed wyjazdem i własnym doświadczeniem danego kraju, ewentualnie porównuje z tym, czego sam doświadczył. Uczy się i przewiduje, co się może zdarzyć w podróży – każda jego myśl i refleksja jest zwykle odnośnikiem do przeszłych lub przyszłych wojaży. A książka ta jest jak ogólny i szczegółowy „przewodnik” napisany przez kogoś, kto sam przez wiele lat był przewodnikiem – jest jak najbardziej szerokie vademecum.
Lektura tego tomu to wielodniowa wyprawa niemalże „dookoła świata”, bo każda strona jest wędrówką po innym zakątku naszego globu. Warto delektować się obecnymi tam słowami i obrazami dłużej – zanurzyć się w jakimś miejscu i być… A sprzyja temu nie tylko zawarta tam ilość refleksji filozoficznych czy literackich metafor, znakomitych fotografii, ale i odniesień praktycznych. Wszystko to sprawia, że ta książka-album jest jak dobry kompan do podróży w dowolnym jej czasie…
Wędrując po świecie z Herodotem, czy też raczej ciceronem – którego miejsce zajmuje tu Stanisław Błaszczyna – odwiedzamy pół świata… w tym wiele miejsc Azji, obu Ameryk, Europy… Każdy opisany kraj ma swoją specyfikę – niepowtarzalne miejsca, atrakcje i klimaty. Klimaty meteo, ale i stany duchowe – będące spuścizną minionych stuleci. Ma swoich mieszkańców, z którymi – twarzą w twarz (czasem bardzo konkretną twarzą kobiety, starca, dziecka) spotykamy się, dzięki bystremu oku i sprawnej ręce autora, który jest zarazem fotografem. Te opisy wraz z wiedzą i pogłębioną refleksją, jak również świetne ilustracje, przenoszą nas w inne miejsca i inny (miniony czas). Barwność i różnorodność malują bardzo szczegółowy obraz mijanego i przemijającego na naszych oczach świata. Świadectwo pisarza (a przy tym felietonisty, dziennikarza, myśliciela wreszcie) oraz fotografa (mistrza portretu, krajobrazu, fotoreportażu…) śmiało mogłoby być włożone do kapsuły czasu, którą po latach można by otworzyć i czerpać ze znajdującej się tam zawartości, odtwarzając świat, którego już nie ma.
Łatwo się w tej książce-albumie zanurzyć w opisach miejsc dokonywanych na bieżąco przez bystrego obserwatora, podbudowanych jego wiedzą historyczną, geograficzną, przyrodnicza… wielostronną i wieloaspektową. A zarazem pełną pokory do wielkości opisywanego materiału, jak np. w tym fragmencie zapisków z Azji: „Indie przypominają grubą księgę (…) Jesteśmy zdolni przerzucić ledwie kilka kartek… Czy możemy więc opisać całą księgę?”
Na początku książki spotykamy się z komentarzem autora do rad, jakie swego czasu dał podróżującym słynny pisarz i podróżnik Paul Theroux. Każda wynikała oczywiście z bagażu jaki on posiadał. Z wieloma radami Theroux można się dość łatwo zgodzić. A jednak autor z niektórymi z nich polemizuje, bo przecież zawsze warto mieć na uwadze, że każdy z nas jest inny – ma inny bagaż doświadczeń, inną percepcję, inne zainteresowania… Dlatego na nic zdadzą się rady kogoś kto podróżował zwykle tylko pociągiem (jak to miał właśnie w zwyczaju autor Wielkiego Bazaru Kolejowego) dla tego, kto przemierza świat jadąc rowerem, jeepem po całkowitych bezdrożach albo żeglując po oceanach. Zwykle rad oczekujemy od kogoś, kto był dokładnie tam, dokąd się wybieramy. Jednak każdy, kto z różnych względów podróżował kilka razy do tego samego miejsca (w różnych porach roku, o innej porze dnia, dysponując inną ilością czasu…) wie, że nie ma jednej rady!
I dlatego w tym „doradzaniu” podróżującym bliższe mi są poglądy Stanisława B. niż Paula T. (z całym szacunkiem dla ich dorobku piśmienniczego). Zwłaszcza odnośnie mapy, telefonu, lektury czy aparatu fotograficznego (wszystkie te rzeczy można zmieścić dziś w jednym urządzeniu!) A podróżowanie pociągiem (nomen omen piszę ten fragment właśnie w pociągu na trasie Kraków-Warszawa przed wylotem [prawda – nie da się jeszcze tam dojechać w 100% lądem] na mój „koniec świata” do Nowej Zelandii. W pociągu, z którego w ogóle nie widzę świata (małe okna w proporcji do widoków z auta, ciemno na zewnątrz, a światła wewnątrz, prędkość składu znacznie przewyższająca średnią prędkość na drodze asfaltowej, itp). Nie mówiąc o współpasażerach, którzy w tej podróży są najmniej zainteresowani oglądaniem świata za oknem… choć w zasięgu ucha mówią co najmniej w 3 – 4 językach… i najprawdopodobniej przyjechali poznać nasz kraj.
A świat można poznać tylko wtedy, kiedy się podróżuje uważnie. Tak jak autor tej książki. I chyba większość z tych, którzy zechcą ją przeczytać.

Bogdan Kwiatek

greydot

GARŚĆ KARTEK

.

.

greydot.

Na spotkaniu autorskim – z naręczem tomów PODRÓŻE

.

SASSOON DOCKS – seafood heaven (or hell) w Bombaju

.

.

Wizyta na najbardziej ruchliwym targu rybnym w Bombaju – w Dokach Sassoona. Jedno z moich najbardziej intensywnych doświadczeń podczas ostatniej podróży do Indii. Doświadczenie socjologiczne i etniczne: wejście w epicentrum ludzkiej aktywności – rybackiej i handlowej – odbywającej się tu od wielu pokoleń, której głównymi aktorami są ludzie (zarówno kobiety, jak i mężczyźni) z plemienia Koli, od kilkuset lat zamieszkującego okoliczne wyspy i trudniącego się rybołówstwem; także mieszkańcy Bombaju, którzy kupują wyłowione przez nich morskie stworzenia oraz obsługują targ i cały ten zgiełk. Również doświadczenie estetyczne i zmysłowe – wynikające ze zmasowanego ataku zapachów na nozdrza oraz kształtów i kolorów na oczy.
Jak do tego doszło?
Pierwszy raz zajrzeliśmy tam z żoną wczesnym popołudniem, kiedy kutry rybackie spoczywały już w dokach, a hala była pusta. O tej porze wszelka aktywność związana z połowem ryb i handlem nimi zamiera i tylko gdzieniegdzie widać było rybaków naprawiających sieci, tankujących ropę, czyszczących łodzie, odpoczywających…
Drugim razem wybraliśmy się tam jeszcze przez wschodem słońca. Mieszkaliśmy w Taj Mahal Palace – czyli w hotelu położonym w tej samej dzielnicy południowego Bombaju (Calaba), co doki – więc taksówka dowiozła nas tam w niecały kwadrans. A świtanie to pora, kiedy w dokach panuje największy – frenetyczny wręcz – ruch. Do przystani zawijają wtedy z nocnego połowu kutry, z których transportuje się na brzeg nieprzebrane ilości ryb. Ich rozkładaniem – na straganach, skrzyniach, czy nawet bezpośrednio na betonowej posadzce – oraz sprzedażą zajmują się kobiety, najczęściej żony, siostry i matki rybaków. Licytacje odbywają się na miejscu, sprawnie i szybko – kupione ryby muszą bowiem zrobić miejsce następnym. A miejsca nie jest dużo – na stosunkowo małej powierzchni tłoczy się tutaj wiele setek handlujących ludzi. My byliśmy jedynymi, którzy po prostu chcieli sobie na to wszystko popatrzeć więc nie byłem pewny, jak nas się potraktuje. Tym bardziej, że do Doków Sassoona przybyłem z mocnym postanowieniem utrwalenia tego egzotycznego dla mnie miejsca na zdjęciach – mimo, że wiedziałem, iż istnieje tu zakaz fotografowania, (wprowadzony po atakach terrorystycznych na Bombaj – a konkretnie na wspomniany już Taj Mahal Palace i restaurację Cafe Leopold – w 2007 roku, kiedy to zamachowcy dotarli do Indii z Pakistanu, właśnie przez Doki Sassoona w Bombaju).

* * *

PS. Polecam obejrzenie załączonych tu zdjęć w pełnym wymiarze.

.
.

Odpoczynek po połowie, a w tle ludzka krzątanina w tłumie

.

Rybacy i ich łodzie – każdy zna swoje miejsce

.

Kobiety też muszą mieć silne dłonie

.

Wschód słońca (choć wygląda jak zachód) – łódź rybacka wraca na Ocean

*  *  *

Szokujący był kontrast, który z luksusowych pieleszy hotelu Taj Mahal Palace – gdzie zatrzymaliśmy się bynajmniej nie z powodu snobizmu czy też z zamiłowania do luksusu (ale o tym może innym razem) – rzucił nas wprost do tego miejsca ludzkiej hiper-aktywności w warunkach ciężkich i surowych, trudnych do ogarnięcia dla przybysza z zewnątrz, a przez to wręcz przytłaczających. Nie na tyle jednak, by nie doświadczyć pewnej euforii z racji uczestnictwa w czymś na wskroś dla nas egzotycznym, a przez to niezmiernie ciekawym. I fotogenicznym. Trudno się było oprzeć tej orgii kolorów (której raz po raz doświadczałem w Indiach, zwłaszcza w Radżastanie) oraz etnicznej wyrazistości otaczających mnie ludzi (którzy nota bene nie zwracali na nas większej uwagi, zajęci tym, co należało zrobić, by zdążyć przed nadchodzącym szybko ukropem południowych godzin. Mimo to każdy potrafił się w tej ciżbie znaleźć. My również robiliśmy wszystko, by nie stać się dla tych ludzi zawadą, choć aparat fotograficzny mi tego raczej nie ułatwiał. Oszałamiająca była różnorodność stworzeń wydobytych nocą z oceanicznej głębi – tylko niektóre z nich zdolny byłem nazwać po imieniu, wliczając w to tuńczyki, makrele, płaszczki, krewetki, ośmiornice, kraby… Czasem pytałem się o to ludzi, ale w odpowiedzi słyszałem tylko nieznane mi hinduskie nazwy, które nie sposób było zapamiętać. Wiem, że dla wielbicieli dań z owoców morza, Doki Sassoona mogły by się wydać konsumpcyjnym rajem, choć z drugiej strony – z punktu widzenia morskich stworzeń – miejsce to mogło przypominać jakieś inferno.

Wspomniałem o zapachach, ale to nie było tak, że czuć tam było dojmujący smród, jaki zwykle towarzyszy psującym się owocom morza. Tutaj bowiem nic nie zdążyło się jeszcze zepsuć, wszystko było świeże – woń była więc charakterystyczna, ale nie odpychająca. Mimo wszystko starano się utrzymać względną czystość, choć widok walających się tu i ówdzie ryb i krewetek poddawał to w wątpliwość. Imponowała sprawność kobiecych rąk patroszących ryby lub wycinających kawały mięsa z ogromnych cielsk złowionych płaszczek. Nawet dźwiganie na głowach ciężkich, wypełnionych po brzegi rybami miednic, nie pozbawiało tych kobiet pewnej gracji. Z kutrów i imponujących, choć wyglądających archaicznie łodzi, wynoszono ostatnie kosze ze srebrzącymi się rybami. Większość z rybaków zajęta już była czyszczeniem pokładu, choć niektórzy z nich wylegiwali się,  odpoczywając na dachach kajut – na sieciach, linach… gdziekolwiek się dało. Robiłem zdjęcia, a kadry wydały mi się tak gęste, że niekiedy traciłem orientację w rozróżnianiu przedmiotów i ludzi – takie było bogactwo kolorów i kształtów, kompozycji tworzących się impromtu przed moimi oczami. Setki masztów, kabli, rur, chorągiewek – kilometry lin, plątanina sieci – harpuny, skrzynie, beczki, kotwice… Przeważały kolory czerwieni, pomarańczów i żółci… Sporo niebieskiego i złamanej zieleni. Jakimś dziwnym sposobem harmonizowało to z kolorystyką kobiecych szat (a trzeba pamiętać, że kobiety w Indiach przy każdej okazji ubierają się w piękne, wzorzyste sari).  Siłą rzeczy porównywałem ten spektakl z tym, jaki widziałem rok temu w Birmie, gdzie w wiosce rybackiej Gyeiktaw byłem świadkiem powrotu z nocnego połowu setek łodzi obładowanych tonami ryb, które później rozkładano na plaży. Tam jednak była przestrzeń, plaża i wioskowa swojskość, tutaj zaś twardy beton doków, łodzie stłoczone w porcie – skraj wielkiej metropolii opierającej się jednak integracji z Oceanem. Oba wszak doświadczenia niezwykłe – równie niezapomniane.

*  *  *

PS. Kliknij na zdjęcie (lub wybierz opcję full size) by obejrzeć go w pełnym wymiarze.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

HOMARY Z KOH SAMUI

.

Natura - niesamowitość formy - inwencja kolorów i kształtów

Natura – niesamowitość formy – inwencja kolorów i kształtów

.

      Muszę się przyznać, że jestem nieco przytłoczony ilością wrażeń, zapisków i zdjęć z mojej ostatniej, niemal dwumiesięcznej podróży do Azji. Tym razem odwiedziłem (ponownie) Tajlandię i Indie oraz (po raz pierwszy) Sri Lankę. Od czasu do czasu zaglądam jednak do moich folderów ze zdjęciami – i te obrazy przywołują natychmiast całą lawinę wspomnień. Ot, np. dzisiaj: otwieram jeden z plików i moim oczom ukazują się… homary, na które natrafiłem na tajskiej wyspie Koh Samui (właściwie to powinienem napisać tylko Samui, bo Koh w języku Tajów oznacza wyspę). Pamiętam, że ich kolory, kształt i wzory zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Nigdy dotąd nie widziałem tak pięknych skorupiaków. Kiedy je tak podziwiałem, to dotarło do mnie to, że przecież każdy z nich (mimo przynależności do tego samego gatunku) jest inny, a jeden jest bardziej urodziwy od drugiego. Istny pokaz estetycznego rozpasania Natury, w której – jak mi się dotąd wydawało – dopiero człowiek zdolny jest rozpoznać piękno, opisując je i nazywając – a przez to poniekąd stwarzając. Zawsze byłem przekonany, że piękno nie może istnieć poza kulturą człowieka – że jest po prostu jednym z jej przymiotów i artefaktów. A tu widzę, że nie byłoby tego wszystkiego, gdyby samica lub samiec „bezmózgiego” zwierzęcia nie był czuły na to bogactwo barw i deseni, bez wątpienia odróżniając pięknisia od brzydala – preferując tego osobnika, a nie innego. I zapewne robi to w tym przypadku jeszcze lepiej od nas.

*  *  *

PS. Polecam obejrzenie powyższego zdjęcia w pełnym wymiarze, a jeszcze lepiej – ze zbliżeniem. Bowiem dopiero wtedy może się nam ukazać prawdziwy splendor naturalnego udekorowania tych stworzeń.

.

TYBET – OBRAZY Z KLASZTORU SAMJE

.

Czajniczek i znicze - wnętrze klasztoru Samje, oprócz mistycyzmu, wypełnia gra światła i cienia

Czajniczek i znicze – wnętrze klasztoru Samje, oprócz mistycyzmu, wypełnia gra światła i cienia

.

Swego czasu poświęciłem klasztorowi Samje cały wpis (TUTAJ), w którym wspominałem swoją wizytę w tym najstarszym buddyjskim klasztorze w Tybecie. Zilustrowałem go wówczas kilkoma zdjęciami, które zrobiłem zarówno w samym klasztorze, jak i jego okolicy, lecz lwia część tych obrazów pozostawała nieodkryta w czeluściach komputerowej pamięci. Trafiłem na nie ostatnio i pomyślałem, że dobrze byłoby je odgrzebać i zaprezentować na stronie Wizji, bo jednak przedstawiają miejsce niezwykłe i dla nas Europejczyków egzotyczne – a przy tym niezmiernie moim zdaniem fotogeniczne.

.

Oczywiście żadne zdjęcie, nawet najlepsze, nie jest w stanie oddać „ducha” ani nawet piękna danego miejsca, co najwyżej przybliżyć je nam nieco – tak, byśmy mogli sobie uzmysłowić, jak ono wygląda. Jest już dobrze, jeśli umożliwia nam wyobrażenie sobie tego, jaki potencjał tajemnicy i czaru skrywa. Tak więc, nawet wtedy, kiedy nasze oczy się pasą, warto także uruchomić i wyzwolić wyobraźnię stymulującą mózg – bo tylko angażując naszą psyche (duszę) możemy wejść w głębszą relację z widzialnym (a może nawet niewidzialnym?) światem.

Sacrum i decorum klasztoru Samje – to estetyka i malowniczy wystrój w służbie mistyki i ezoteryki. Ciekawe są korelacje między pięknem (również tym zmysłowym) a buddyzmem, czyli miedzy estetyką opierającą się na materii, a etyką wywodzącą się z rozumu, serca i duszy. Okazuje się po raz kolejny, że wszystko ze wszystkim się łączy i przenika, tworząc świat, w którym jesteśmy w całości zanurzeni.

greydot.

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

Klasztor Samje (1)a

Strażnik kaplicy na świętym wzgórzu Hepori. W oddali – płynie Brahmaputra.

.

.

Klasztor Samje (1)

Klasztor Samje wybudowano na planie mandali – widok ze wzgórza Hepori

.

.

Klasztor Samje (2)

Główne wejście do klasztoru i znużeni długą drogą pielgrzymi

.

.

Klasztor Samje (3)

Mnisi modlą się wewnątrz Utse – centralnej świątyni klasztoru Samje

.

 

Klasztor Samje (4)

Mistycyzm światła penetrującego zacienione wnętrze klasztornego krużganka

.

.

Klasztor Samje (5)

Mnisie szaty i dzwoneczki – a wokół unosi się zapach kadzideł

.

.

Klasztor Samje (6)

Dolewanie roztopionego masła jaka do świętego ognia – płonące wiecznie znicze nie mogą zgasnąć

.

.

Klasztor Samje (7)

Pali się modlitewny znicz

.

Oto garść zdjęć, które ewokują wspomnienia wyniesione ze spotkania – i doświadczenia – jednego z najbardziej niezwykłych zakątków świata, do jakich udało mi się w życiu dotrzeć. Sam jestem zdziwiony teraz ich różnorodnością, a szczególnie tym, że tworzą tak bogatą i kolorową mozaikę form i kształtów, przedstawiając miejsce, które zazwyczaj kojarzone jest z buddyjskim ascetyzmem, wyciszeniem i rezygnacją ze zmysłowego świata materii. Wprawdzie mnisi zamykają oczy, kiedy recytują mantry i deklamują sutry, lecz ich otoczenie w tym samym czasie emanuje wręcz orgią kolorów i form, tłumioną wszak tutaj mrokiem zaciemnionych wnętrz. A jednak promienie słoneczne penetrują te zakamarki, wprowadzając do klasztornych komnat grę światła i cieni, tworząc smugi w powietrzu wypełnionym zapachem kadzideł i nieduszącym dymem ulatniającym się z płonących, wypełnionych stopionym jaczym masłem zniczy, które oświetlają migotliwie twarze pobożnych pielgrzymów oraz ściany udekorowane kolorowym materiałem, pełne wnęk z figurkami bóstw i świętych mężów.

Wnętrze klasztoru stanowi uderzający kontrast z tym, co znajduje się poza jego – opartymi na planie mandali – murami. Z pustynią i górami, ze skąpaną w słońcu doliną Brahmaputry, z olbrzymim niebem, którego intensywny błękit moderują białe, pierzaste obłoki – wreszcie z wznoszącym się nad Samje świętym wzgórzem Hepori, pełnym kolorowych i trzepoczących na wietrze modlitewnych chorągiewek oraz głazów, na których wyryto i wymalowano słynną mantrę współczucia Om Ma Ni Pe Me Hum, unoszącą się nad tybetańską ziemią, w obojętnej na ludzkie cierpienie pustce nieba.

.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Powiązany wpis: „KLASZTOR SAMJE”

.

KLASZTOR SHWE YAN PYAY – BIRMA

.

Klasztorne okna na świat – w takim malowniczym anturażu każda poza jest dobra

Klasztorne okna na świat – w takim malowniczym anturażu każda poza jest dobra

.

Birmę* zamieszkuje ponad 50 mln. ludzi, z których 85 % to buddyści. Po całym kraju rozsiane są tysiące klasztorów, gdzie schronienie znajduje ponad pół miliona mnichów. Nic więc dziwnego, że spotyka się ich na każdym kroku, również poza klasztorami, pagodami i miejscami kultu i to nie tylko wczesnym rankiem, kiedy wychodzą oni ze swoimi miskami jałmużnymi, zbierając do nich jedzenie, które składa im w daninie okoliczna ludność. Jednak najlepiej jest zetknąć się z mnichami w świątyni lub klasztorze, zwłaszcza jeśli to są nowicjusze, których dziecięcy szarm i spontaniczność, w zestawieniu z niezwykłą scenerią i anturażem miejsca – tudzież z ich ubiorem i zakonnym drylem – stanowi (zwłaszcza dla Europejczyka) kulturowy fenomen, uderzający swoją egzotyką. Oczywiście, wszystko to składa się na obraz niebywale fotogeniczny, który sprawia, że oko fotografa się raduje, a ręka drży przy zwalnianiu przesłony aparatu, co pozwala cuda te zatrzymać w pamięci (nie tyko cyfrowej karty) na dłużej.

Miesiąc spędzony w Birmie pozwolił mi na poznawanie kraju raczej nieśpieszne. Trafiłem więc do wielu ciekawych miejsc, wśród których na pewno wyróżniał się klasztor Shwe Yan Pyay (spotyka się także nazwę Shwe Yaunghwe Kyaung), położony na obrzeżach miasteczka Nyaung Shwe, bazy wypadowej dla zwiedzających słynne Jezioro Inle i jego okolice. Po spędzeniu paru dni na jeziorze, przez które można dotrzeć do wielu ciekawych zakątków i wiosek zamieszkałych przez ludy inne, niż Birmańczycy; po kilkakrotnym spotkaniu się z rybakami, (ich niezwykłą malowniczość starałem się już wcześniej pokazać TUTAJ), postanowiłem odwiedzić klasztor pełen młodocianych mnichów, którzy – jak można było zobaczyć na wielu zdjęciach reklamujących kraj – często pozowali w owalnych oknach klasztornego budynku (kształt niespotykany w żadnym innym klasztorze Birmy). Wsiadłem więc na rower i po przebyciu kilku kilometrów (dzięki tej drodze nadarzyła się okazja, by rozejrzeć się po okolicznych, głównie ryżowych, polach) zatrzymałem się przed małym drewnianą budowlą na palach, z wnętrza której dochodziły mnie odgłosy… niby to modlitwy, niby recytacji – gwarne jak w pszczelim ulu.

Tradycyjnie, birmański chłopiec przed ukończeniem 12 lat życia przechodzi inicjację (shin-pyu), dzięki której przyjmuje się go do społeczności wierzących (upathaka). Przed wstąpieniem do klasztoru udziela się mu instrukcji, (zaznajamiając go z czymś w rodzaju klasztornej etykiety) aż przychodzi dzień, kiedy ubiera się go w uroczyste szaty, przyozdabia klejnotami i niesie w uroczystej procesji (często na ramionach ojca) do klasztoru. Tam, przed głównym mnichem, którego chłopiec prosi o przyjęcie do klasztoru, zdejmuje się z niego piękne suknie oraz świecidełka, goli głowę i obdarowuje skromną szatą mnicha oraz miską (powtórzona jest w tym rytuale droga Siddharty/Buddy – od bogactwa do ascezy). Odtąd – i to nie tylko w czasie pobytu w klasztorze, który może trwać tydzień, miesiąc, rok… niekiedy i całe życie – obowiązuje go Pięć Przykazań (nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż, nie kłam, nie upijaj się), których przestrzeganie jest niezbędne na drodze do Nirwany, czyli ostatecznego „zdmuchnięcia”, które wygasi jego istnienie, wyzwalając go z cyklu życia i śmierci (samsara), uwalniając tym samym od nieodłącznego od życia cierpienia. Jednak, zanim się to stanie, chłopak musi wstawać przed świtem (śpi na twardej podłodze, za „posłanie” mając jedynie słomianą matę), wychodzić wczesnym rankiem z miską do wioski za pożywieniem (mnisi żywią się tylko tym, co dostaną od ludzi, spożywają jedynie dwa posiłki dziennie, zaś po południu jeść już nie mogą); a także: sprzątać, prać swoje szaty, myć się, wreszcie uczestniczyć w lekcjach – również w czytaniu i recytowaniu świętych tekstów. Miałem to szczęście, że w klasztorze Shwe Yan Pyay trafiłem na to ostatnie zajęcie.

Gdyby jednak „studiowanie i recytowanie świętych tekstów” wyglądało tak, jak to się zwykle kojarzy z takową nobliwą aktywnością, to mój fotoreportaż z klasztoru wyglądałby zupełnie inaczej, a prawdę mówiąc, to w ogóle mogłoby go nie być, bo nie wiem, czy bym się odważył zakłócać spokój – wyciszenie i skupienie- całą tę budzącą respekt i szacunek powagę mnichów, (którą znałem skądinąd – choćby z klasztorów w Tybecie). Kiedy jednak wspiąłem się po schodach i wszedłem do środka głównej sali klasztoru, zostałem skonfrontowany z głośną czeredą chłopców i młodzieńców, siedzących wśród drewnianych kolumn, na deskach podłogi, ubranych w czerwone szaty i powtarzających na głos niezrozumiałe dla mnie słowa. Nie był to zgodny chór, ale jedna wielka polifonia, nie pozbawiona wszak pewnej melodyjności – każdy młody mnich wypowiadał swoje wersety, czytając je lub wygłaszając z pamięci. Nie było w tym żadnego namaszczenia, tylko niektórzy adepci kołysali się jak modlący chasydzi, siedząc „po turecku”, czy też raczej po buddyjsku.

Chłopcy, jak to chłopcy – większości z nich trudno się było skupić, wyginali się więc na różne strony, robili dziwne miny lub wyglądali tęsknym i melancholijnym wzrokiem za okno… skąd dobiegał ich śpiew ptaków i gdzie widać było skąpany w słońcu ogród. Mimo tej swobodnej aury i dającej się wyczuć wśród tych młodych mnichów pewnej dezynwoltury, nie chciałem wyjść na intruza, usiadłem więc na podłodze, odłożyłem na bok aparat i zacząłem chłonąć panującą wewnątrz klasztornej sali atmosferę, nasiąkać nią, poddawać się wyczuwalnym tu wibracjom… Było w tym coś z medytacji – może także chęć poczucia i poznania sacrum? Chciałem się oswoić z duchem tego miejsca – przyzwyczajając tym samym mnichów do mojej obecności. Trwało to dłuższą chwilę – może z pół godziny – kiedy wreszcie podniosłem aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Nie mogłem sobie pozwolić na to, by biegać z aparatem wśród kolumn, więc tylko od czasu do czasu zmieniałem pozycję i miejsce, szukając lepszej perspektywy czy innego światła. Mali mnisi po jakimś czasie nie zwracali na mnie większej uwagi, choć jednak wydawało mi się, że zdają sobie oni sprawę z mojej obecności i… nie pozując jednak pozowali, co według mnie nadawało chyba najlepszy efekt zdjęciom – formę ciekawą, w pewnym stopniu zaaranżowaną, a jednak nadal autentyczną. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie patrząc teraz na te zdjęcia i przypominając sobie tamte niezwykłe chwile, przeżywając je – i to dość intensywnie – na nowo.

* W Polsce usiłuje się wprowadzić w życie oficjalną nazwę, która niestety brzmi okropnie: Mjanma.

greydot

Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć jakie zrobiłem w klasztorze Shwe Yan Pyay (namawiam do obejrzenia ich w pełnym wymiarze, a można to zrobić za pomocą jednego kliknięcia). Kilka z tych fotografii obdarzyłem małym komentarzem, inne zamieściłem w formie fotoreportażu mozaiki, zaś pozostałe trafiły na stronę mojego bloga fotograficznego (TUTAJ).

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (7).

STUDIA WŚRÓD KOLUMN

Mali mnisi buddyjscy wśród drewnianych, pokrytych złotą farbą kolumn, siedzą i studiują buddyjski kanon. Otoczeni lasem tekowych filarów podtrzymujących klasztorne sklepienie, nie czują się zagubieni, bo przecież z każdego miejsca, gdzie siedzą, widoczny jest ich Mistrz, którego ścieżką chcą podążać. Lecz atmosfera jaka wśród nich panuje świadczy o tym, że przede wszystkim są to młodzi ludzie – chłopcy, a także dzieci – którzy próbują się znaleźć w tym nowym dla nich środowisku, wymagających od nich skupienia, dyscypliny i poświęcenia, a przecież nadal są powodowani dziecięcym impulsem zniecierpliwienia i zabawy. Na przedzie, tuż przed ołtarzem z Buddą, siedzą nowicjusze najstarsi, dalej ci średni wiekiem, a pod samymi oknami najmłodsi. Nic dziwnego, że to ci ostatni z tęsknotą wypatrywali często tego, co jest na zewnątrz klasztoru – w świecie jasnym i kolorowym.
Wewnątrz klasztoru (nota bene jest on palafitem), zwłaszcza w pobliżu ołtarza, panował półmrok, jednak z okien wlewało się do środka jaskrawe dzienne światło, co dawało kontrast utrudniający robienie zdjęć (o medytacyjnej i edukacyjnej specyfice miejsca i chwili nie wspominając). Wszystko to wymagało kompromisu – zastosowania złotego środka: wykorzystać dostępne światło naturalne, nie zmącić autentyzmu sytuacji, a jednak znaleźć dla siebie takie miejsce, skąd można byłoby utrwalić te niezwykłe obrazy wyraziście i z charakterem. Nie wypadało być intruzem, a jednak trzeba się było zachować na tyle śmiało i zdecydowanie, by dopiąć swego i uchwycić to, co najciekawsze, we właściwym momencie – to, co pojawiało się i rozwiewało w każdej sekundzie, wyłaniało się na chwilkę i tonęło w rzece płynącego – i przemijającego bezlitośnie – czasu.

.
.Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (5).

SKUPIENIE I RELAKS

Jest w tym zdjęciu wyraźna dwoistość: dwójka małych mnichów, kompozycyjne rozpołowienie kadru, dwa różne podejścia do studiowania pisma i dwa różne nastroje. Chłopiec po lewej siedzi w pozycji, jaka zyskałaby z pewnością aprobatę wychowawcy; przed nim zeszyt i książka ułożone jak mistrz przykazał; zastanawia się nad czymś, ale… czy nie jest to już przechodzenie na stronę towarzysza, który z chęcią rozproszyłby jego powagę i zaraził swobodą, kusząc swoim luzem, nonszalancją i uśmiechem na twarzy? Tak, to ten kocyk rozłożony dla wygody, nieco zmierzwiony… Nogi rozplecione, oparcie się o ścianę, wzrok błądzący w myślach pewnie mało buddyjskich… wreszcie zeszyt otwarty – odłożony (może nawet rzucony) w nieładzie. Innymi słowy: luz blues w klasztorze.
Lubię klasyczną kompozycję tego obrazu, także jego kolorystykę, harmonijnie adaptującą czerwień szat do żółto-złoto-brązowych odcieni podłogi i ścian z tekowego drewna. Jasne tło prawej strony kadru podkreśla sylwetkę – i profil – postaci siedzącej do nas bokiem. Z kolei ciemne tło prawej połowy sprawia, że prawem kontrastu lepiej widoczne jest jaśniejsze ciało chłopca, a zwłaszcza jego sympatyczny wyraz twarzy. Niewątpliwie wdzięczny to widok.

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (4).

PATRZ!

Nie wiem co tak zaprzątnęło uwagę młodego mnicha. Wątpię, że był to posąg Buddy, który znajduje się w centrum klasztoru (chociaż wskazujący palec chłopca wymierzony jest właśnie w tamto miejsce). Bo przecież mnisi widzą ten posąg każdego dnia (jest on w swojej pozie niezmienny, mimo zmienianych każdego dnia kwiatów, którymi się go dekoruje). Poza tym, choć wśród chłopców panuje atmosfera raczej swobodna, której daleko do solenności, to Budda nie może być przedmiotem żartów – kiedy uwaga ludzi kieruje się na niego, okazują oni szacunek, uniżoność i poważanie. Jak widać chłopcy nie są za bardzo skupieni na nauce, ich zachowanie jest swobodne, miny rozbawione…
Zdjęcie wykonane aparatem, który położyłem na podłodze. A zrobiłem to, by – po pierwsze – nie deprymować mnichów, po drugie zaś – uzyskać perspektywę, dzięki której nie patrzymy na nich z góry, a z pozycji, która pozwala na lepsze oddanie ich gestów, postury i zachowania. Dzięki temu kompozycja nie jest stłamszona, a bardziej otwarta, przybliżająca tę grupę naszym oczom..

.

Shwe Yan Pyay Monastery - Birma, fot. Stanisław Błaszczyna (6)

.

SZATY I GESTY

Kompozycja z mnisich szat, gestów rąk, ułożenia nóg… Różne odcienie czerwieni – z lekkim dotknięciem pomarańczu i purpury. Ciekawe wydały mi się te załamania materii, linie odgraniczające jasność od ciemności, gradacje koloru. Światło pada od strony okien i ono jest odpowiedzialne za głębię, która tworzy się przed postaciami. Widać jedynie fragmenty rąk i nóg – ramion, palców i stóp – lecz różnorodność ich ułożenia wprowadza do kadru pewien ruch i bogactwo gestów. Te pierwiastek ludzki niweluje w dużym stopniu abstrakcyjność obrazu, który przestaje być tylko li formalną kompozycją złożoną z kształtów, linii, konturów i barwnych plam, a staje się wyrazem uchwyconego w chwili życia.

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć z klasztoru Shwe Yan Pyay obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

Powiązany wpis: TYBET – KLASZTOR SAMYE

.

WIOSKA RYBACKA GYEIKTAW – BIRMA

.

Kosz z rybami i spódnica w kwiaty

Kosz z rybami i spódnica w kwiaty – ciężka praca też może mieć swoją malowniczą stronę

.

Po kilku tygodniach podróży po Birmie trafiłem na kilka dni do Ngapali Beach, najbardziej chyba znanej miejscowości wypoczynkowej w kraju, by nieco odsapnąć, uporządkować sobie w głowie wszystko to, co zobaczyłem i czego doświadczyłem w czasie ponad miesięcznej, dość intensywnej włóczęgi po Azji południowo-wschodniej. Zatrzymałem się w resorcie Thande Beach – bardzo przyzwoitym, spokojnym miejscu w otoczeniu egzotycznej roślinności, tuż przy samej plaży. Okazało się, że jest to pięknie zaprojektowany ośrodek (choć bez luksusowych szaleństw sąsiednich hoteli w rodzaju Amata Resort czy Aureum Palace), ze świetną lokalizacją, gdzie spotkałem niezwykle przyjaznych i przyjemnych ludzi… Żyć nie umierać: można było czytać do woli i popijając kawę pisać (do dzisiaj czekają na uporządkowanie i opracowanie moje zapiski tam poczynione), pływać w morzu, chodzić po plaży… a wieczory spędzać w niezwykle urokliwych restauracyjkach, gdzie przy ustawionych na ciepłym piasku stołach, przy skłaniającym się ku zachodowi Słońcu, świetle świec i lampionów, można było zjeść najświeższe – a tym samym najsmaczniejsze – owoce morza na świecie (bo wyciągnięte z wody przez tubylczych rybaków kilka godzin wcześniej), popijając winem lub – częściej, bo w towarzystwie ludzi z całego świata i lepszym tu niż wino – piwem Myanmar. A wszystko za grosze – w cenie porównywalnej z napiwkiem, jaki daje się kelnerowi w pierwszej lepszej restauracji w Europie, czy Stanach Zjednoczonych.

Lecz tego rodzaju lenistwo turystyczne nie należy do moich najbardziej ulubionych aktywności w czasie podróży, więc po paru dniach zacząłem się rozglądać po okolicy, wypuszczać poza resortową zonę, pamiętając o tym, że jest to rejon, w którym Birmańczycy łowią ryby – i że dla ludzi zamieszkujących tutejsze wioski rybołówstwo, obok rolnictwa, jest głównym źródłem utrzymania (pomijając przemysł turystyczny).
Postanowiłem odwiedzić co najmniej jedną z takich rybackich wiosek. Wiedziałem, że aby zobaczyć rybaków w akcji, muszę się tam znaleźć przed wschodem słońca, bo skoro świt z wód Zatoki Bengalskiej zaczynają spływać na wioskową plażę łodzie. Widziałem je zresztą nocami na horyzoncie – unoszące się na wodzie, oddalone od siebie o kilkaset metrów i rozświetlone dziesiątkami żarówek, jakich używała każda łódź, by zwabić w sieci ryby.
Tak więc, poprosiłem o budzenie w środku nocy i nie bawiąc się w zamawianie żadnych taksówek, wyszedłem na drogę, by złapać lokalną furgonetkę, która podwoziła ludzi śpieszących do pracy, gdzie chcieli dotrzeć jeszcze przed świtem. Podobnie jak ja. Przeszedłem w ciemności kilkaset metrów, kiedy za swoimi plecami usłyszałem charakterystyczny warkot silnika. Zatrzymałem busik, ręcznie starając się wytłumaczyć kierowcy dokąd chcę dojechać – w czym na szczęście pomogła mi jedna z pasażerek, która, jak się okazało, znała kilka słów w języku angielskim. To wystarczyło do porozumienia się i po kilku uśmiechach rozluźniających atmosferę, wyruszyliśmy w drogę.

Jazda nie trwała długo, ale zdążyło nas wytrząść na wybojach. Kierowca zatrzymał samochód, kobieta powiedziała, że tutaj powinienem wysiąść, wskazując mi ręką kierunek. Niestety, ze względu na panujące nadal ciemności, niczego nie mogłem dostrzec. Mimo to trafiłem na jakąś ścieżkę, po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do zmroku i gdzieś za płotami dostrzegłem nawet światło ogniska i zarysy pokrytych strzechą drewnianych chat i szałasów. Usłyszałem uderzające o brzeg fale, odgłosy morza stawały się coraz głośniejsze, co upewniło mnie, że idę w dobrym kierunku. Nagle jednak ścieżka skończyła się a ja zorientowałem się, że trafiłem w opłotki czyjegoś domostwa. Bardzo blisko zaczął ujadać pies, zaraz potem zawtórowała mu cała wiejska wataha, więc na wszelki wypadek podniosłem z ziemi jakiś drewniany kostur i ruszyłem dalej szukając dziury w płocie. Na szczęście z domu wyłoniła się ludzka postać. Stary człowiek podszedł do mnie, ogarnął mnie wzrokiem, spostrzegł zawieszony na ramieniu aparat – zorientował się natychmiast, z kim ma do czynienia. Podprowadził mnie w kąt swojej zagrody i wskazał na ścieżkę prowadzącą wzdłuż rzeki w kierunku morza.

Wszedłem na szeroką plażę, robiło się coraz widniej. Na wodzie w oddali dostrzegłem łodzie, które wolno zbliżały się do brzegu. Z wioski, nad którą wynosił się palmowy las zaczęły wychodzić kobiety z koszami i siatkami, które następnie rozpościerały na piasku. Domyśliłem się, że kosze będą służyć do noszenia ryb z łodzi, natomiast na siatkach (tak gęsto splecionych, że przypominających płachtę) będą się te ryby suszyć. Słońce jeszcze nie wyłoniło się znad rozłożonej wśród gęstych palm wioski, choć brzask rozświetlał niebo coraz jaśniej, a mnie cały ten obraz wydał się jakąś odrealnioną fantazją ze snu.

.

wsioska rybacka - Birma (6)

w oczekiawniu na rybaków i ryby

.

Do brzegu przybijało coraz więcej łodzi. Wyciągano kotwice, które po odciągnięciu ich na plaże, zatykano w piasek. Młodzi ludzie – zarówno chłopaki, jak i dziewczyny – posługując się specjalnymi koromesłami, zaczęli transportować ryby z łodzi na ląd, gdzie czekały kobiety, które następnie ryby segregowały, te mniejsze rozsypując na rozłożone na ziemi plandeki. Rytuał ten trwał dobrych parę godzin, dopóki niemal cała – szeroka na kilkadziesiąt metrów – plaża nie zapełniła się rybami. W międzyczasie taksowano połów – ważono, zapisywano i sprzedawano większe ryby, głównie makrele królewskie i srebrne pałasze, do złudzenia przypominające lśniące płazy miecza (Japończycy nazywają je rybami-pasami).

Chodziłem między tymi ludźmi chłonąc atmosferę i obrazy zupełnie dla mnie egzotyczne. Nie odczuwałem ze strony tubylców żadnej niechęci (o wrogości nie wspominając), dlatego mogłem ich – a zwłaszcza to, co robią – swobodnie fotografować, wiedząc że nie przeszkadza im to w pracy. Ot, byłem dla nich pewnie jeszcze jednym dziwnym turystą z aparatem, którego wścibskość traktowali jako coś niezbyt szkodliwego. Uśmiechy i rzucane mimochodem słowa ustalały między nami coś w rodzaju comfort zone – bezpiecznej strefy, która łagodziła niejako zderzenie się naszych światów.

Zaskakujace było dla mnie to, jak młodzi byli ludzie, którzy wykonywali wszystkie te czynności. Osoby starsze pojawiały się sporadycznie i sprawiały wrażenie opiekunów tej młodzieży, która – jak zauważyłem – doskonale wiedziała jak wykonywać swoją pracę: każdy ich ruch był pewny, miał swój cel w ustalonym już rutynowo porządku. Wyglądało na to, że każdy odgrywał przydzieloną mu rolę, a płynność i sprawność wykonywanych czynności powodowały, że ta ciężka bez wątpienia praca nie powodowała u nich zmęczenia – przynajmniej nie było tego widać po tych młodych ludziach, często żartujących i uśmiechających się do siebie nawzajem. Niestety, bariera językowa uniemożliwiała mi to, by wypytać się mieszkańców tej wioski o szczegóły dotyczące ich rybołówczego zajęcia, poznać bliżej rytm ich życia, niekoniecznie związanego z morzem i rybami. Liczyłem na to, że już po powrocie do domu dowiem się czegoś więcej o rybakach łowiących w wodach Zatoki Bengalskiej, u wybrzeży Birmy. A tymczasem utrwalałem fotograficznie te ulotne przecież obrazy – bardziej jako świadek, niż uczestnik wydarzeń – zafascynowany zupełnie nowym dla mnie światem.

.

wsioska rybacka - Birma

fresh catch – całonocny połów skończony, teraz trzeba rozładować pełne ryb łodzie

.

.

wsioska rybacka - Birma (3)

rybna drobnica będzie się suszyć na słońcu

.

.

wsioska rybacka - Birma (5)

rozrzucanie ryb wymaga wprawy (w tle: rozłożona tuż przy plaży wioska)

.

.

wsioska rybacka - Birma (4)

wszystkie łodzie z rybakami powróciły już z połowy – teraz kolej na pracę kobiet (i pełnych gracji dziewcząt)

.

Bez wątpienia obiektyw (a właściwie aparat fotograficzny) jest „przedłużeniem” naszego oka, a tym samym mózgu. To dlatego ten sam świat, za każdym razem na zdjęciach wygląda inaczej, w zależności od tego, kto go fotografuje. Nie będę ukrywał, że wioska rybacka Gyeiktaw o świcie, kiedy to z nocnego połowu wracają do niej rybacy na łodziach wypełnionych  tonami srebrnych ryb, które następnie są transportowane na ląd i selekcjonowane przez wiejskie kobiety – do suszenia lub natychmiastowej sprzedaży – należała do moich najmocniejszych, najbardziej niezapomnianych fotograficznych przeżyć, jakich doświadczyłem w Birmie. Z pewnością mogę do nich zaliczyć także wizytę w świątyni Shewedagon Pagoda w stolicy kraju Yangonie, spotkanie ze stupami w Baganie, ale również zetknięcie się z rybakami na Jeziorze Inle (tym ostatnim poświęciłem wpis TUTAJ), które – mimo, że również nawiązujące do rybołówstwa – było jednak doświadczeniem zupełnie innym, zarówno etnograficznie, jak i fotograficznie.

W wiosce Gyeiktaw miałem ułatwione zadanie, gdyż obrazy i sceny jakie rozgrywały się przed moimi oczami były niezwykle fotogeniczne. Wystarczyło więc tylko znaleźć się w odpowiednim miejscu, poszukać odpowiedniej perspektywy, nie psuć kadru, zachować refleks i zwolnić migawkę Nikona – a wszystko układało się jak z płatka, rejestrując się na kartach pamięci mojego aparatu. W momentach takich przeżywam coś w rodzaju niemalże nirwanicznego flow – rodzaj euforii, czy choćby tylko radości z tego, że robię to, co robię – że udało mi się dotrzeć do jakże ciekawego miejsca na świecie i mam oto możliwość utrwalenia i udokumentowania jego niezwykłości oraz objawiającego się tu i ówdzie piękna.

dziewczyna, której gracja przykuła moją uwagę (jej sylwetka przypomniała mi niektóre posągi Buddy)

dziewczyna, której gracja przykuła moją uwagę (jej sylwetka przypomniała mi niektóre posągi Buddy)

Na czym polegała ta fotogeniczność? To, mam nadzieję, widoczne jest na zaprezentowanych tu zdjęciach. Przede wszystkim więc sceneria: położona tuż przy szerokiej piaszczystej plaży – i wśród lasu wysokich palm – wioska, pełna drewnianych chat, których wygląd nie zmienił się tu od stuleci. Ale także łodzie… dziesiątki łodzi nadpływających z szerokiego morza (czy też raczej oceanu, bo Zatoka Bengalska jest częścią Oceanu Indyjskiego) lub zakotwiczone już przy brzegu i kołyszące się na łagodnej fali. Następnie ludzie: mimo dostępnej im nowoczesności ubioru, noszący tradycyjne ubrania (odnosi się to zwłaszcza do kobiet), czy choćby tylko zaznaczający swój odrębny styl w małych, osobistych akcentach. I wreszcie ryby: lśniące srebrzyście na kontrastujących kolorystycznie niebieskich sieciach (bardzo malownicze zestawienie) lub zalegające w koszach, często ze sterczącym w górę ostrym ogonem płetw. Jak zawsze w fotografii, najważniejsze jest jednak światło. Tutaj, o świcie jeszcze miękkie, nie tak jaskrawe, bo oświetlające wszystko z miejsca położonego niewysoko nad horyzontem, nadające więc światu ciepłej barwy. And last but not the least: gracja kobiet, zwłaszcza niektórych dziewczyn, których zgrabna sylwetka i wdzięczne ruchy przypominały jakiś balet.

Miałem też to szczęście, że byłem wśród tych ludzi jedynym „obcym”, mimo że w promieniu kilkunastu kilometrów znajdują się dziesiątki hoteli i resortów pełne zagranicznych turystów i wakacjuszy. Dopiero po godzinie od wschodu słońca zjawili się inni przyjezdni, ale też w znikomej ilości paru osób. Widocznie wioska rybacka nie została jeszcze „odkryta” przez masową turystykę – i nikt nie popularyzuje jej atrakcyjności w ośrodkach wypoczynkowych, co nota bene wydaje mi się trochę dziwne, bo na całym świecie chce się zarobić na czymkolwiek się tylko da. Ale to dobrze, bo większe grupy turystów i fotografów amatorów, nie tylko psułyby zdjęciowe kadry, ale i zapewne przeszkadzały by ludziom w pracy. A tak udało mi się utrwalić kawał autentycznego życia rdzennych mieszkańców Birmy, nie zepsutych jeszcze skomercjalizowanym, zachodnim stylem życia i nie uległym jeszcze postępującej „nowoczesności” młodych azjatyckich „tygrysów” gospodarczych. Tym bardziej ten mój „urobek” zdjęciowy wydaje mi się cenny, że, jak mniemam, świat ten odchodzi dość szybko w przeszłość – cokolwiek dobrego, czy złego by to nie oznaczało – i za kilka lat będzie wyglądał już zupełnie inaczej. Z pewnością mniej fotogenicznie.

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć z wioski rybackiej Gyeiktaw obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

.