BIBLIOTEKA

*

Mój jest ten kawałek podłogi – do czytania, oglądania, słuchania i pisania

*

I. CZYTAJĄC – ale dlaczego i po co?

*

Książki są jak psy – mogą być twoim najlepszym przyjacielem, ale mogą cię również pogryźć. (Choć tym kto wącha, zawsze jest oczywiście czytelnik – a jak wszyscy wiemy, każda książka ma swój specyficzny zapach.) Książki są też niczym ludzie – mogą cię olśnić lub setnie wynudzić, mogą cię wesprzeć albo zdołować, mogą cię czegoś nauczyć albo zmarnować twój czas; z niektórymi książkami nie chciałbyś się rozstać nigdy, od innych zaś chcesz uciekać gdzie pieprz rośnie już przy pierwszym z nimi spotkaniu. Książki są wszystkim.

greydot

Jeśli mówi się, że styl to człowiek, to tym bardziej należy powiedzieć, że książka to człowiek. Lecz tym człowiekiem nie jest bynajmniej tylko autor książki. Tym człowiekiem jest przede wszystkim jej czytelnik. Bo sama książka sama w sobie jest martwa – jest właściwie niczym. Ożywa dopiero wtedy, gdy ktoś ją otworzy i czyjeś oczy spoczną na wydrukowanych na jej stronach literach, zdaniach, czytając je. Ze zrozumieniem. I z uczuciem. Niekiedy nawet z miłością.
A duszą i życiem książki jest serce, rozum i zmysły tego, kto ją czyta. Z tych samych względów ta sama książka może być błyskotliwa lub mętna, pusta lub pełna, mądra albo głupia, pełna ducha lub duszna…  Czy wobec tego – mógłby ktoś zapytać – można winić za cokolwiek jej autora? Jeśli jednak uznamy, że autora książki można chwalić, wielbić i hołubić, to niestety nasza odpowiedź na to pytanie musi być twierdząca. Jeśli autor może zasłużyć na glorię, to tym samym może też się swoją książką zhańbić.

greydot

Edward Stachura w „Fabula rasa” napisał: „Cóż z tego, że przeczytasz jeszcze jedną książkę (…) Czytaj, ale w którymś momencie podnieś wzrok znad książki i zapytaj wreszcie siebie: Dlaczego czytam książki? Bo jest to przyjemne spędzenie czasu? (…) Do poduszki przed snem? Dla intelektualnej rozrywki? Żeby zaliczyć kolejne dzieło modnego autora? Żeby wzruszyć się? Żeby ucieszyć się? Żeby zmartwić się? Żeby znaleźć coś mądrego o życiu? Żeby pomieszkać wyobraźnią w innym świecie? (…) Dlaczego czytamy książki? Żeby trochę pożyć bardziej interesującym niż moje życiem bohaterów książki? Żeby zobaczyć, że pomimo wszystko oni jednak też cierpią tak samo jak ja, a niekiedy o wiele, wiele więcej? Dlaczego właśnie takie książki najbardziej podobają mi się, gdzie niepokoje, rozterki, cierpienia, nieszczęścia, tragedie i krew leje się, i trup pada gęsto jak w sztukach Szekspira? Dlaczego właściwie autorowie opisują takie okropności? Dlaczego czytam książki? Bo wszyscy czytają, więc dlaczego ja miałbym nie czytać?”

Dlaczego więc czytam książki? Dlaczego Ty czytasz książki? Dlaczego czytamy książki my, którzy czytamy?
Z milionów różnych powodów, ale głównie dlatego, że czytanie książek lubimy (nawet jeśli czasami przypomina to… masochizm ;) ). Bo weszło to nam w krew, nerwy i mózg. Bo stało się drugą naturą. Może nałogiem?
Nieważne. Ważne, że czytamy.

greydot

Czy czytając książki stajemy się mądrzejsi? Bynajmniej. Jeśli nie ma w nas choćby zalążków mądrości, to czytanie książek w zdobyciu mądrości pomóc nam raczej nie może. Co gorsze, może tak się zdarzyć, że im więcej książek czytamy, tym bardziej możemy sobie uświadamiać własną głupotę i to, jak mało wiemy.

Czy czytając książki zdobywamy wiedzę? To wydaje się oczywiste. Ale biorąc pod uwagę to, jak wiele z przeczytanych książek zapominamy – jak większość z tego, co przechodzi nam przez głowę, jeszcze szybciej nam z tej głowy ulatuje – to można dojść do wniosku, że wcale nie musieliśmy tego wszystkiego przeczytać. Bo po co było nam czytać, skoro już nic nie pamiętamy? A jeśli pamiętamy, to tylko może nam to zwiększyć mętlik w głowie – bo im dalej wypływamy w morze, tym więcej wodnej otchłani nas otacza a uświadomienie sobie przepastnych głębin przeraża; bo im dalej w las tym więcej drzew, których nie znamy i tym większe niebezpieczeństwo, że się w puszczy zgubimy i  nikt naszego wołania tu już nie usłyszy. Bo orgia informacji, faktów i szczegółów – zamiast porządkować nasz świat, mikrokosmos czy choćby locum nasze małe – łatwo zamienić się może w szum i chaos, w którym żadnego porządku już nie dostrzegamy i żadnej niezafałszowanej melodii już nie słyszymy. I jeszcze jedno: nie bez kozery wiedza „książkowa” ma wśród ludzi niższe notowania od wiedzy, którą dostarcza nam życie. Gdyż tak naprawdę kształtuje nas dopiero to, co wynika z naszego zderzenia się z realnym i konkretnym światem. Książkę, aby nas zmieniła, musimy poczuć naszymi trzewiami – jej treść nie tylko pojąć, ale i przetrawić.

Czy obcując z książkami stajemy się bardziej szczęśliwi? Nie bardziej chyba, niż żyjąc bez książek. Zresztą, nie ma czegoś takiego jak permanentne szczęście. Człowiek nie jest szczęśliwy, ale szczęśliwy bywa. Również czytając książkę. Niestety, większe są chyba jednak szanse, że im więcej się z książek dowiadujemy, tym w większą melancholię wpaść przez to możemy. Bo – jak pisała poetka: „Wielkie to szczęście”/ nie wiedzieć dokładnie/ na jakim świecie się żyje” (Wisława Szymborska). Coś podobnego mówi też poetka z trochę innej parafii: „Lepiej jest nie wiedzieć” (Doda). Jeśli miałbym jednak do wyboru: nie wiedzieć nic (nie znać świata) i być szczęśliwym albo poznać świat ale przez to zaznać cierpienia (ergo: zapłacić za tę wiedzę cierpieniem) – to wybrałbym to drugie. Tak naprawdę, to ten wybór mam już za sobą. I nie żałuję, choć nie zawsze jest łatwo, lekko, cnotliwie i zwięźle. A i tak moja wiedza o świecie – w porównaniu z tym, co chciałbym wiedzieć – wydaje mi się nadal zatrważająco mała, wręcz nieprzyzwoicie nikła (i piszę to bez żadnej kokieterii).

Czy czytając książki zaspokajamy nasz głód, czy też jeszcze bardziej czegoś łakniemy? Chyba jednak to drugie – co zresztą zawsze możemy uznać za rozbudzanie apetytu („apetyt” – to jednak brzmi inaczej, bo w przeciwieństwie do łaknienia, które zazwyczaj oznacza jakiś brak, stan niezaspokojenia – apetyt zawsze jest „apetyczny”). A jednak kiedy czytanie zamienia się w nałóg, to i dawki środka uzależniającego (czyli książki) muszą się zwiększać. Dlatego czymś ważnym jest kwarantanna i okresowy odwyk – coś, co pozwala nam na naszą miłość (vel: uzależnienie od książki) – spojrzeć z większego nieco dystansu. I może pozwoli jej dojrzeć?

greydot

Wśród genialnych spostrzeżeń Pascala znalazło się i takie, które odnosi się do szybkości czytania. Otóż Mistrz Błażej powiedział, że zarówno wtedy, kiedy czytamy za szybko, jak i wtedy kiedy czytamy zbyt wolno – tego, co czytamy, nie rozumiemy.
A jednak wolę czytać wolniej, niż szybciej. Bez wątpienia czytanie wolniejsze zwykle jest bardziej uważne, lepiej pozwala nam smakować treść. Przerażeniem ogarniają mnie ludzie (wedle moich obliczeń w 98,5% są to kobiety), którzy czytają jedną (całą!) książkę dziennie (czyli 365 książek rocznie!?) Zgroza! Moim zdaniem jest w tym coś nieludzkiego! Czasami to nawet marzę, aby – może na zasadzie istniejących restauracji slow food – powstawały także ośrodki slow reading. Swego czasu modne były techniki czytania szybkiego (fotograficznego?) a nawet odbywały się zawody kto więcej tysięcy słów na minutę „przeczyta”. A ja się pytam: po co? Jak można się delektować pięknem tekstu na zapisanej stronicy, jeśli połknie się tę stronę w półtorej sekundy?! Przecież nad jednym cudnie napisanym zdaniem można się pochylić na wiele chwil, a może nawet pieścić go w sobie przez godzinę albo i dłużej. (Herbert: „Cierpliwy głos książki poucza: najgorszą rzeczą w sprawach ducha jest pośpiech”.)
Te panie w zastraszającym tempie obgryzające od deski do deski pół tysiąca książek na rok, są dla mnie jak zachłanne piranie – bałbym się nawet do takiej zbliżyć, nawet gdyby zalotnie zatrzepotała rzęskami, wypięła kształtną pierś, odsłoniła nóżkę i (chwilowo) schowała swoje ostre ząbki pod jędrnymi wargami namiętnych ust.

greydot

Czytać albo żyć – oto jest pytanie. Ale – mógłby ktoś się żachnąć – po co ta alternatywa? Najlepiej przecież jest żyć czytając i czytać żyjąc. Jednakże w tym iście hamletycznym pytaniu zawarty jest jednak istotny dylemat: czy można przedkładać książkę nad życie? (Czyli nie żyć konkretem a tylko iluzją?) I jest to kwestia wcale nie tak abstrakcyjna, jak by się mogło wydawać, bo niektórzy preferują jednak lekturę od samego życia. Tylko czy przypadkiem książka nie jest substytutem życia? Czy aby czytanie nie bywa także jednym ze sposobów ucieczki od świata i życia, a tym samym i od ludzi? Może jednak lepiej byłoby wpierw żyć, a dopiero później o tym życiu czytać… a nie odwrotnie, bo kiedy zbyt dużo się czyta, to na samo życie często nie wystarcza już czasu? (Podobnie, jak lepiej jest wpierw żyć, a dopiero później, ewentualnie, filozofować…)
Ci co wolą czytać odwołują się do poglądu, który najlepiej chyba jest znany w formie powiedzenia przypisywanemu Cyceronowi. Stwierdził on ponoć kiedyś: „Ludzie mówią, że życie to jest to, ale ja wolę sobie poczytać”. Z kolei chińskie przysłowie mówi, że „kto czyta książki, ten żyje podwójnie” (choć wątpię, by cieszyło się ono wielkim powodzeniem w Chinach podczas rewolucji kulturalnej). Moje upodobanie do bibliotek i serce jakie mam dla książek, sprawia, że łatwo mi tą wiarę zrozumieć i darzyć podobne zapatrywania sympatią. Ogrom wyobraźni zawarty w książkach – to cały Wszechświat niczym w nieskończonej kosmicznej bibliotece Borgesa; książki to bogactwo nieprzebrane – nie tylko obrazów, wiedzy i mądrości, ale i przeżyć, emocji, doświadczeń i czucia, które niekiedy mocniejsze jednak bywają, niż w byle jakiej, pustej i jałowej egzystencji. (Choć nigdy, moim zdaniem, bodźce związane z lekturą nie mogą być intensywniejsze od tych, jakich może dostarczyć nam życie – bo czy np. czytanie o bólu może być boleśniejsze od rzeczywistego jego doświadczania? Albo czytanie o czyimś orgazmie/głodzie/radości… czy może być bardziej intensywne od odczuwania orgazmu/głodu/radości przez nas?) Nie jest chyba dobrze zamykać się ze szczętem w bibliotece, wśród labiryntu półek wypełnionych – od ściany do ściany, i od podłogi do sufitu – książkami, które w rzeczywistości są niczym innym jak białymi kartkami pokrytymi mnóstwem czarnych znaczków. Bo mimo wszystko owe znaczki nie są jednak w stanie zastąpić nam prawdziwego życia.

greydot

*

*

II. KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA   

*

Co takiego uwodzicielskiego było
na tych białych kartkach papieru
pokrytych czarnymi znaczkami liter
że wolałem wsadzić nos między okładki
książki niż pogonić kota za płotem
wybić klapką muchy w kuchni
a nawet wypuścić się z kimś w słodkie maliny?
Słońce świeciło – jak to zwykle na wakacjach
– jaśniej; trawa, bławatki i rumianek pachniały tak,
że drażniły nos; wiatr szumiał wśród gałęzi jabłoni
a woda w rzece z pluskiem obmywała kamienie,
pod którymi kryły się płotki, szczupaki i sumy.

*

Nie wabił mnie jeszcze wtedy zew
ucieczki w świat do kolorowych ludzi
na pustynie usłane gorącymi piaskami
w dżungle tętniące życiem egzotycznych stworów
nad przepaście kanionów i krawędzie otchłani,
które równie piękne są co przerażające.

*

Najpierw to wszystko obiecała mi książka,
roznieciła pragnienie wyjścia poza słowo
i uczynienie go ciałem, ale w odległej krainie
za siedmioma morzami, za siedmioma górami,
za sosnowym lasem, który – jak mi się wtedy zdawało
– jest niczym wobec zagajnika palm kokosowych
lub strzelistych południowych cyprysów.

*

Tak to w mojej domowej biblioteczce
albo na kocu w ogrodzie między krzewami agrestu
hartowały się moje dalekosiężne marzenia
rozbujała się wyobraźnia, gorączkowała myśl
zaostrzał się przedsmak i rozbudzała żądza
przeżycia niezwykłej przygody.

Poszedłem więc w świat.

(…)

*

A kiedy po latach wracam do domu,
gdzie na półkach zostały moje stare książki
z pożółkłymi kartami i z niemym wyrzutem,
że przez całe moje dorosłe życie
nie brałem ich do ręki i nie pieściłem wzrokiem
nie wąchałem jak kiedyś i nie podziwiałem
mądrości, bogactwa i piękna obrazów
tam zawartych i myśli wypełniających je
po okładkowe brzegi – to jednak oprócz smutku,
ogarnia mnie też cicha radość,
bynajmniej nie z tego powodu,
że czuję się bardziej doświadczony, mądrzejszy

(bo to jest cokolwiek problematyczne)
ale że znalazłem się tutaj z powrotem
– ze świadomością, że życie musi zatoczyć swój krąg
że to co było na początku, będzie i na końcu
tak samo ważne, cenne i… równie otwarte.

*

Kiedy więc patrzę teraz na książki mojego dzieciństwa,
dotykam palcami ich wyblakłych i wytartych grzbietów
myślę o nich czule, jakbym chciał opowiedzieć im w podzięce
całe moje życie – wszystkie moje złe i dobre przygody
oddać im prawdziwy zapach egzotycznych krajów
nakreślić w nich mapy odległych kontynentów
zaznaczyć wszystkie przebyte tam szlaki
opisać piękno twarzy spotkanych tam ludzi.
Ale też przyznać, że stara jabłoń w rodzinnym ogrodzie,
łąka za płotem, olchy i płynąca nieopodal rzeka

sekwoje w Big Sur i karaibskie plaże,

wielkie lodowce Alaski, pustynny skwar Tybetu
–  to wszystko tak naprawdę jest tym samym światem
i że liczą się tylko nasze powroty

oraz pamięć, która ożywia to, co przeminęło

i co ciągle przemija – wszędzie tak samo

*

*

III. MOJA BIBLIOTEKA, czyli światy na półce i towarzystwo na wyciągnięcie ręki

*

Na początku była bajka. Jak pewnie u wszystkich, którym zamiłowanie do czytania książek weszło w krew, i którzy bez lektury nie wyobrażają sobie życia. I taką bajką poniekąd były wszystkie inne książki, które pojawiły się w moim dalszym życiu. Nie chcę tu jednak powtarzać tych wszystkich oczywistości – cech i właściwości, dzięki którym książki nas uwodzą i oczarowują, bo znane są one wszystkim tym, którzy je kochają. Postaram się tylko skreślić pokrótce dzieje mojej biblioteki, objaśnić i wykazać to, co spowodowało, że z czasem miejsca, w których żyłem, zaczęły obrastać w setki i w tysiące woluminów.
W domu, w którym się wychowywałem nie było wiele książek, ale te, które były, dość szybko stały się ważną częścią świata wyobraźni, który wówczas chciałem poznać na równi ze światem realnym. To pewnie dlatego nieważne było dla mnie wówczas rozróżnianie między światem fikcji a „rzeczywistością” tą, która ponoć jest „naprawdę”. I tak marzenia przeplatały się w mojej głowie z jawą – to, co sobie wyobrażałem z tym, co było realne.
Podobno pierwszymi słowami, jakie wypowiedziałem – wedle rodzinnych relacji – było zdanie „da mu błakuka”, przy czym „błakuka” oznaczało… ołówek, którym chciałem się podpisać (moje nazwisko zaczynało się na „Bła…” ;)) A jeśli już chciałem pisać, to musiałem także dowiedzieć się o czym piszą inni. Z początku umożliwiali mi to moi najbliżsi (pamiętam zwłaszcza to, co czytał mi tato), jednakże dość szybko stanąłem na własnych nogach i mając około 9 – 10 lat stałem się już niemal nałogowym książek pochłaniaczem, a parę lat później – tak samo namiętnym tych książek zbieraczem. Moja biblioteczka szybko zaczęła się powiększać, rozrastać i pęcznieć. Większość wolnych chwil spędzałem z książką. A że były to czasy post-hippisowskie, więc dorobiłem się też ksywy „kudłaty czytelnik”.

Oprócz tego, że książka otwierała przede mną swój świat wyobraźni i była dla mnie czymś, co posiadało duszę, to także bardzo zmysłowo czułem jej fizyczność – uwielbiałem trzymać ją w rękach, czuć jej dotyk, często też zapach. Wielką przyjemność sprawiało mi to, że była mi tak bardzo uległa – że mogłem robić z nią wszystko, co tylko zechciałem: otworzyć ją na dowolnej stronie, obejrzeć dokładnie wszystkie ilustracje, wyczytać z niej to, co chciała mi powiedzieć. Czy może więc dziwić, że zawsze pragnąłem ją mieć blisko siebie, na wyciągnięcie ręki? Wspaniałe było także to, że te książki wcale nie były o siebie zazdrosne. Tak, jakby wiedziały, że po jednej nocy z jedną, następną noc mogę spędzić z drugą. Czyli biblioteka jako zgodny harem?

A jednak najważniejsza dla mnie była dusza książki – to wszystko co zawarte było w jej „duchowym” wnętrzu, jednym słowem – treść. Wiedza, której była pełna, obrazy światów jakie opisywała, mądrość, którą zawierała – wszystko to, co włożył w nią piszący ją autor. Powoli zacząłem uświadamiać sobie wagę PISARZA jako kogoś, kto budował moje więzi z książką. Z wiekiem coraz bardziej przekonywałem się o tym, że między okładkami książek zawarta jest myśl żywej ludzkiej istoty. Innymi słowy: odbierałem to tak, jakby na kartkach książki stale był obecny konkretny człowiek. I tym oto sposobem książka stała się dla mnie nauczycielem, przyjacielem, kompanem – kimś, z kim można było porozmawiać; kimś, od kogo można się było czegoś nauczyć; kimś, kto zmuszał i prowokował do myślenia; kimś, z kim można było przeżyć intelektualną przygodę… Czyli książki na półce jako towarzysze życia – współlokatorzy pokoju, w którym razem z nimi mieszkałem.

Było coś egoistycznego w tym, że chciałem książki posiadać na własność. Książka wypożyczona w szkolnej czy miejskiej bibliotece była dla mnie czymś tylko „na chwilę” (choć przecież oznaczało to dzielenie się nią z innymi). Wiedziałem, że po jej przeczytaniu będę się musiał z nią rozstać, że będzie przez to taka zbyt ulotna. Natomiast te, które były moje, były ze mną niejako „na zawsze” i miałem świadomość tego, że w każdym momencie będę mógł do nich wrócić.
W tym kolekcjonowaniu książek była pewna doza zachłanności, ale nie było w tym jednak nic ze snobizmu. Nie zbierałem też książek dla samego zbierania (jak to się zwykle mają sprawy z budowaniem różnych kolekcji), tylko z myślą, żeby z każdej książki rzeczywiście skorzystać, czyli po prostu… jednak ją przeczytać. Bowiem zbyt często posiadanie książki jest substytutem jej przeczytania.
Oczywiście, że nie przeczytałem „od deski do deski” wszystkich książek z mojej biblioteki, tym bardziej, że z czasem beletrystyka i literatura „piękna”, ustępowała w nich miejsca pozycjom, które nie były już opowiadaniem fabuł, historyjek, wymyślaniem nieistniejących światów, czystym tworem ludzkiej fantazji… Chodzi mi o wszelkiego typu kompendia wiedzy, encyklopedie, słowniki, monografie, wywiady, eseje, biografie, wspomnienia, dzienniki, albumy, wyznania, zapiski… Czyli książki, do których można wracać, i to wielokrotnie – niekoniecznie tylko wtedy, kiedy zachodzi jakaś praktyczna potrzeba, lecz dla samej przyjemności poznania, refleksji, poszerzenia wiedzy. Ale tak, tak… jednak zdecydowana większość tomów zalegających na półkach mojej biblioteki, została przeze mnie przeczytana.

Mówi się: „pokaż mi swoje książki, a powiem ci kim jesteś”. Ściślej jednak byłoby powiedzieć: „… a powiem ci, co cię interesuje”, bo zwykle jednak – jeśli nie traktujemy książek jak mebli lub dekoracji – to zaopatrujemy się w książki, które nas interesują. I choć jest złudzeniem, że cała wiedza i mądrość autorów książek, które posiadamy, udzieli się nam – niejako przejdzie na nas jakimś tajemniczym i nadprzyrodzonym sposobem – to jednak odczucie pewnego pokrewieństwa z otaczającymi nas książkami, uczuciowo-intelektualnej więzi z nimi (a tym samym z ich autorami) jest już jak najbardziej na rzeczy – zrozumiałe  i prawdziwe.

Pisząc o tym, jak rozrastała się biblioteka, wypada mi wspomnieć o tym, że moje miasto rodzinne było stosunkowo niewielkie, ale posiadało jednak dobrze zaopatrzoną księgarnię. Za każdym razem, kiedy byłem w jej pobliżu, niemal obowiązkowo musiałem rzucić okiem na książki, które były na wystawie. Najbardziej ekscytujące było to wtedy, kiedy miała miejsce nowa dostawa, i choć moje możliwości nabywcze były wówczas mocno ograniczone, to zawsze udało mi się wyłuskać skądś pieniądze na zakup nowej książki.
Bardziej niebezpieczny pod tym względem był jednak Kraków, gdzie rozpocząłem studia. Często bowiem – obok wydatków na absolutnie niezbędne potrzeby, (jak np. studenckie imprezy) – pieniędzy ze stypendium nie starczało do końca semestru, właśnie z powodu nieodpartej pokusy zakupów książkowych. Do dziś, kiedy jestem w tym mieście, do największych przyjemności należy spacer szlakiem krakowskich księgarni, a także świetnych antykwariatów, (których niestety jest już coraz mniej). W efekcie mam później trudności, by załadować się z całym tym bagażowym majdanem do samolotu – bowiem zwykle jeden kufer pełen jest książek.

Brak miejsca – to jest jednak problem: gdzie te wszystkie nasze książki mają się pomieścić. Zazwyczaj przestrzeń naszych mieszkań czy domów jest ograniczona, więc coraz to nowe książki dokonują inwazji wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Zaczyna się od biurek, nocnych stolików i ław w tzw. „bawialniach”, później zajmowane są różne kawałki podłogi (oczywiście na „normalnych” półkach już od dawna nie ma miejsca – często szeregi i stosy upychanych tam książek robią się podwójne), więc aby nasze pokoje nie upodobniły się do „jaskiń” książkowych (w rodzaju tych, w jakich żyli niektórzy znani nam „jajogłowi” – choćby prof. Maria Janion czy Jerzy Turowicz), zmuszeni jesteśmy co jakiś czas dokonywać selekcji i pakować (często z ciężkim sercem) nadmiar książek do pudeł i ekspediować je na strychy czy nawet do piwnic. Tutaj jednak warto przełamać jest ten odruch zachłannego chomika, który każdą rzecz chce zachować na później (bo przecież „wszystko może się kiedyś na coś przydać”) i te książki po prostu komuś oddać, choćby jakiemuś bukiniście, czy też lokalnej bibliotece.
Cóż, taka już dola książkowych galerników – z tym ciężarem księgozbioru jest źle, ale bez niego byłoby chyba jednak jeszcze gorzej. Bo przecież każdy z nich o tym wie, że książka jest artykułem pierwszej potrzeby.

Mimo wszystko nigdy nie uważałem się za książkowego mola – zawsze ciągnęło mnie w świat, zwłaszcza ten daleki, by poznać życie prawdziwe, czyli to, które działo się poza poza okładkami książek, poza ścianami bibliotek. W niczym nie ujmując cudowności światów wyczytywanych z książkowych stronic i wielkiej przyjemności obcowania z lekturą, chciałem również poznać te wspaniałości, które objawiały się na szlaku, w podróży, w odległych krajach… Tak więc włóczyłem się po świecie i poniewierałem, gnany z jednego miejsca na drugie, a kiedy zmęczony wracałem już nieco skruszony do domu z podróży, to byłem szczęśliwy, bo znów chwil ukojenia i odpoczynku  mogłem szukać w mojej bibliotece, siadając w fotelu z książką w ręce.

*  *  *

PS1. Przy okazji podjętego tematu chciałbym zwrócić uwagę na pojawienie się w pasku na górze mojej strony zakładki pt. LITERATURA, gdzie zebrałem w jednym miejscu wszystkie recenzje książkowe, które pojawiły się na Wizji lokalnej (wypadało to wreszcie kiedyś zrobić).
PS2. Tych zaś, którzy lubią buszować w cudzych księgozbiorach, zapraszam do rzucenia okiem TUTAJ na książki z kilku wybranych półek mojej biblioteki.

*

Reklamy

komentarzy 47 to “BIBLIOTEKA”

  1. Logos Amicus Says:

    Rzut okiem na kilka półek z mojej biblioteki:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/05/moje-ksic485c5bcki1.jpg?w=780

    • 4youu Says:

      Ad vocem wąchania książek, to ja wiem, co to znaczy wyczuć pismo nosem! :) A Wolf niestety oddałam… Jak miło widzieć znajome tytuły!

  2. Roma Says:

    Czytałam ostatnio w esejach Mariusza Szczygła, że w Czechach czyta 70% społeczeństwa, a u nas zaledwie 50%. I że u naszych sąsiadów tylko 2% nie ma biblioteczki w domu. Ale kwestia pewnie pytania, co nazywamy biblioteczką? Czy zbiór encyklopedii i „Pana Tadeusza” to już biblioteczka? Pewnie nie.
    Najbardziej zdzwił mnie jeden znajomy, który zdawałoby się znał całe mnóstwo tytułów literartury pięknej, czytał i się tym szczycił, z filmami miał podobnie. Zaproponował mi, jako że też czytam i jest to moja jakby codzienność, abym zapisała się na kurs szybkiego czytania. Wtedy będę mogła w ekspresowym tępie pochłaniać jeszcze większą liczbę książek. O zgrozo, przyspieszona konsumpcja liter, ale czy też refleksji? Czy te kursy również biorą pod uwagę zwiększenie wydajności myślenia? A może i głębi również? Jeśli tak, to chętnie :-)
    Czytanie literatury pięknej jest równe myśleniu, nie da się inaczej. Czytanie literatury jest równe przyjemności, wypływającej właśnie z wolności myślenia. Czytanie to też karmienie zmysłów, wyczulonych na estetykę słowa, obrazu, jaki niesie słowo, rytmu, muzyki.
    Kompletnie do mnie nie przemawiają jednak e-booki, muszę z książką być, sprawia mi przyjemność kontakt z papierem, zakładką, lubię wiedzieć, że są fizycznie koło mnie, pakować do torby, jak wychodzę, i wiem, że będę miała chwilę dla siebie, co oznacza chyba chwilę wolności.

    • Logos Amicus Says:

      Biblioteka jest martwa, jeśli nikt jej nie używa – jeśli nikt nie czyta książek w niej zgromadzonych. Wtedy właśnie jest tylko meblem, dekoracją… zaspokajającą jakąś snobistyczną potrzebę lub zdradzającą pretensję właścicieli, by zaliczano ich do grupy ludzi tzw. „kulturalnych”.
      Od posiadania wielkiej ilości książek ważniejsza jest jednak moim zdaniem relacja człowieka z książką, (która przecież może być pożyczona, lub znajdować się do jego dyspozycji chwilowo.)
      Podobnie jest z czytaniem: nie tyle ważne jest to, jak wiele książek się czyta (i w jakim tempie), ale to, jak głęboka i intensywna jest nasza relacja z tym, co czytamy, czyli z treścią. Według mnie większą wartość ma uważne przeczytanie jednej książki – przeżycie jej, doświadczenie, zrozumienie, wejście w bliski kontakt z jej autorem i autentyczne przejęcie się tym, co chciał on poprzez swoją książkę nam przekazać – niż pobieżne „przelecenie” iluś tam dziesiątków książek, „zaliczenie” ich, „odfajkowanie”… bo to wszystko jednak spływa po czytelniku tak, jak woda po kaczce.

      PS. Jakoś nie przekonałem się jeszcze do e-booków (może za mało próbowałem?) i choć nie sądzę, aby zapoznawanie się w ten sposób z literaturą było czymś złym (lepszy taki, niż żaden – kto wie, czy nie jest to edytorska przyszłość), to jednak jest to trochę inne doświadczenie kontaktu ze słowem pisanym, niż za pomocą „klasycznej” książki wydanej na papierze. Mimo wszystko nadal wolę czytać czując bliski kontakt z „namacalną” książką – i tak już zapewne zostanie.

  3. nutta Says:

    Z zainteresowaniem nie tylko przeczytałam, lecz i obejrzałam fragment księgozbioru, bardzo różnorodnego, bo i Coelho stoi na półce obok tuzów literatury. Próbowałam odkryć system układania książek, lecz nie dałam rady tego doprowadzić do satysfakcjonującego końca. Też nie mam logicznego systemu, choć sobie obiecuję, że go odnajdę i zastosuję. Andrzej Kuśniewicz napisał „Moją historię literatury”, w której prezentuje wykłady o wybranych książkach ze swego zbioru w kolejności umiejscowienia na półce. Pisze np. „Tuż przy „Kandydzie” Woltera – pan Anthelme Brillant-Savarin.” I jeszcze: „Obok Adama Kadena – na półkach nieprzypadkowo – Maria Pawlikowska. Znali się i bywali u siebie.” Zatem prywatka biblioteczka, czasem biblioteka, to świadome zagospodarowanie przestrzeni literaturą. A same książki mogą być źródłem chaosu myśli i poglądów, jednak, będąc przemyślanym wyborem, ten świat porządkują.
    Do artykułu jeszcze wrócę, by wypowiedź nie była chaotyczna.

    • Logos Amicus Says:

      Był czas kiedy książki na półce ustawiałem wedle ściśle określonego porządku, wg pewnego klucza. Takim oczywistym kryterium było np. umieszczanie obok siebie pozycji tego samego autora, tej samej serii wydawniczej, podobnej tematyki – tu eseje, tu dzienniki, to filozofia a tam poezja… etc, ale też – co też oczywiste – samej wielkości wolumenów (no cóż, albumy z malarstwem, tudzież inne „cegły”, muszą jednak stać – lub leżeć – obok siebie, bo przecież nie mogą sąsiadować z „koliberkami” ;)
      Później jednak pozwalałem mojej bibliotece na… odrobinę anarchii. Wkładałem książkę tam, gdzie po prostu było miejsce. Z czasem więc książki zaczęły obcować ze sobą w zupełnie dziwnych nieraz konfiguracjach, koligacjach i sąsiedztwie zgoła przypadkowym. Co prawda szukanie konkretnej książki zajmuje wtedy trochę więcej czasu (kiedy był porządek, znałem miejsce każdej książki, więc znajdowałem ją natychmiast), ale w końcu przecież można ją „namierzyć” (chyba że zniknęła z biblioteki pożyczona komuś na „wieczne oddanie” ; ))

  4. gosia Says:

    Kocham książki i uwielbiam w nich znikać. Są jak tajemnica :) , która wabi mnie swoją obietnicą. Ksiażki mnie wychowały, podtrzymywały, ratowały i leczyły, dlatego są też dla mnie często rzeczą, sprawą bardzo intymną. I ciągle pomagają mi w czymś dorastać, dlatego też wciąż czytam

  5. Onibe Says:

    imponująca biblioteczka ;-). Wczytałem się w tytuły, widzę sporo znajomych, ale i wiele całkowicie nieznanych. No i dostrzegam sensowny gust!

    kiedy zamieszkaliśmy wspólnie z moją małżonką, filologiem, nasza miłość do literatury zderzyła się i okazało się, że ilu by przestrzeń wymiarów nie miała, ma ich za mało aby pomieścić lokalnie nasze księgozbiory. W mieszkaniu trzymamy więc tylko tytuły najświeższe i czekające na przeczytanie – będzie tego pareset sztuk. Będąc zwolennikami minimalizmu w urządzaniu wnętrz, nie pozwoliliśmy sobie na rozpasanie biblioteczne. W zamian za to, mnóstwo pozycji trzymamy u naszych rodziców, którzy też są bibliofilami. Pewnie razem, jakby zebrać do kupy zawartość paruset półek rozsianych po ponad dziesięciu pomieszczeniach, byłoby tego kilka tysięcy sztuk. Jakie ma to jednak znaczenie? Statystyka, nic poza tym. Choć… bibliofila ilość książek cieszy, tak jak imprezowicza cieszy ilość pustych butelek po piwie w koszu na śmieci. Pełnych też. Dla ludzi, którzy książki kochają, niewiele jest już w tym świecie magii poza pachnącymi kurzem i starym papierem półkami bibliotecznymi… ale tyle magii w sam raz wystarcza.

    • Logos Amicus Says:

      Mój księgozbiór jest chyba nie tyle wypadkową mojego gustu, co zainteresowań ;) (Może dlatego użyłeś słowa „sensowny”? ;))
      Jak widać „minimalizm w urządzaniu wnętrz” nie musi iść w parze z zupełnym rozpasaniem i nieposkromioną zachłannością posiadania książek ;)
      Ale przecież nie kupujemy książek aby posiadać ich coraz więcej – bo, jak się chyba zgodziliśmy, iść w literaturę „na ilość” nie ma większego sensu. Kupujemy książkę z myślą, aby ją przeczytać. A że jest tych książek więcej, niż mamy czasu na czytanie – więc się one gromadzą, odkładają, zalegają i zajmują coraz więcej miejsca, wpychając się tam, gdzie tylko jest to możliwe. Na szczęście, jeśli chodzi o mnie, nie wpędza mnie to w jakąś większą frustrację, wręcz przeciwnie – daje mi poczucie pewnego komfortu, bo wiem, że w każdym momencie mogę sięgnąć po książkę, co też w końcu, prędzej czy później, ma miejsce i książkę udaje mi się przeczytać.

      • Onibe Says:

        mnie akurat kręci gromadzenie książek. Jako że wszystkie (lub niemal wszystkie) czytam, prędzej czy później, nie wstydzę się tej drobnej przypadłości ;-). Moim marzeniem, które mam nadzieję zrealizować w nowym domu, jest spory gabinet-biblioteka…

  6. Ewa Says:

    Obudziłeś moje wspomnienia o jednym z najmilszych sposobów czytania.
    Młode studentki (jakimi wówczas byłyśmy) ‚pakowały się’ w kilka – do rozścielonego łóżka. Pozawijane w kołdry, koce, rozparte na poduszkach słuchały, jak jedna z nich czyta. Najczęściej Ala Sz.
    Były to czasy fascynacji literaturą francuską i latynoamerykańską. Pięknie było…

    • Logos Amicus Says:

      Tak sobie pomyślałem, co by to było, gdybym i ja znalazł się tam z wami w tym łóżku…;)
      Czy – mimo podzielania „fascynacji literaturą francuską i latynoamerykańską” – mógłbym się skupić na słuchaniu tego, co też czyta Ala Sz. :)

  7. the_book Says:

    Hasło biblioteka – miód na moje serce, lekarstwo dla mej duszy :) Piękna ta twoja kolekcja. Ja też jestem z gatunku tych bibliofilii – chomików. Tylko, żeby były moje, należały do moich półek. Zapach i dotyk książek – czarodziejska substancja. Dlatego pewnie pracuję w zawodzie. Uwielbiam Borgesa za „Bibliotekę Babel”. Pamiętam jak długo polowałam na jego „Fikcje” właśnie dla tego tekstu.
    Ja czytam około 80 książek rocznie i to jest właściwie mój rekord – zatem pewnie pozostaniemy w dobrej komitywie ;)

    Zgadzam się – ja też wole „wiedzieć”, ale zasadniczo to trudniejsze i bardziej bolesne.

    Zauważałam, ze wiele tytułów nam się pokrywa. A biurka zazdroszczę. Świetne :)

    Serdeczności :)

    • Logos Amicus Says:

      Dzięki za pełen dobrej energii komentarz.
      80 książek rocznie to też nie przelewki! :)
      Ja napisałem o tych 365 (żartując zresztą), żeby się przypadkiem nie narazić tym, którzy (a właściwie – które ;) ) czytają około 100 książek rocznie ;)
      Będę musiał sobie przypomnieć Borgesa, bo swego czasu „namieszał” mi ten pisarz trochę w głowie – w bardzo pozytywnym sensie tego słowa. Ciekaw jestem jak odbiorę go po latach.

      Pozdrawiam

  8. sarna Says:

    A Wojaczek i Twardowski niezmiennie, od lat, obok siebie – antropologiczny relatywizm w czystym wydaniu. Przyznaję, że taki tematyczny miszmasz jest mi zrozumiały i bliski :)

  9. giocarte Says:

    jajajajaajaj jako bukofil i – mam nadzieję – przyszły antykwariusz/ bukinista patrzę na te wszystkie zdjęcia z jęzorem na wierzchu. Bardzo zacna kolekcja, która za lat kilkadziesiąt będzie jeszcze zacniejsza i cenniejsza.
    pozdrawiam

  10. Jaga Says:

    Nie ma niczego bardziej ekscytującego od wejścia do księgarni, szperania po półkach, wybrania czytadła, które nas zainteresuję, a następnie w domu otwarcia go, powąchania świeżego druku i rozpoczęcia kolejnej przygody w wyobraźni. Książki mają duszę. Wiedzieliście o tym? Każda z nich ma swoją historię, żyję własnym życiem, a nawet zaraża tym życiem czytelnika. Czytanie książek to niekończący się romans z pąsami na twarzy i motylami w brzuchu. Książki to wszechświat, w którym można całkowicie się zatracić.

    • Logos Amicus Says:

      Zgadzam się ze wszystkim.
      No może z tymi „pąsami na twarzy”, a zwłaszcza „motylami w brzuchu”, nie mógłbym się już tak bardzo utożsamiać ;)

  11. laudate44 Says:

    Gratulacje! Nie od dziś Logosie uważam Cię za konesera sztuki, kogoś komu warto dotrzymywać kroku – dlatego z przyjemnością i satysfakcją zauważyłem, że niektóre pozycje na bibliotecznej półce mamy wspólne :)
    Mja bilbioteka mniej obfita – część zbiorów nadal zalega w (suchej) piwnicy w Polsce. Zaintrygowała mnie ciemnoniebieska seria wydawnictwa Arkady – od jutra zaczynam na nią polować, chocby dla jednej pozycji pt. „Wenecja”.
    Bardzo dobry pomysł z pokazaniem biblioteki – to inspiruje i pobudza… :)
    Ukłony.

    • Logos Amicus Says:

      Zamiast „konesera” wolałbym jednak nieco skromniejszego „amatora” ;)
      Dziękuję za uznanie, anyway :)

      Seria Arkad jest pięknie wydana. Oprócz tych pozycji, które załapały się na ilustrację bloga (czyli prezentujących kolekcje malarskie Wenecji, Florencji, Luwru i Musée d’Orsay), mam jeszcze albumy ukazujące malarstwo w zbiorach Watykanu oraz Muzeum Narodowego im. Czartoryskich w Krakowie (nota bene wszystkie je udało mi się kupić w Krakowie).
      Mnie w Twoim wpisie o obrazie Veronesego mile zaskoczyło to, że wspomniałeś świetną książkę Hagenów „What Great Paintings Say”, która także u mnie leży na półce – i zresztą nie tylko „leży”, bo często do niej zaglądam.

      Pozdrawiam

  12. Jula :D Says:

    Aleś się przed nami „obnażył „. ;)
    Widzę ,że zamiłowanie do książek masz po rodzicach. Podobny jesteś do taty.
    Remigiusz Grzela swój najnowszy blog właściwie zawęził tylko do książek .
    Można by powiedzieć,że książka jest tam tematem przewodnim.

    Wymyślił nawet zabawę polegającą na odpytywaniu znanych , by podali pięć tytułów, które w jakiś sposób zaważyły na ich życiu.
    Sam tak napisał:

    „A teraz próba mojego kanonu literackiego, próba bo wyłuskanie pięciu tytułów to naprawdę może być jedynie nieudana próba. Kieruję się wpływem tych książek na mnie, kolejność jest raczej związana z moim dojrzewaniem.

    1. Tove Jansson – seria o Muminkach – to były pierwsze książki, które uruchamiały moje myślenie, które zaszczepiły we mnie specyficzną filozofię, jaką autorka przemyciła w tych barwnych opowieściach, jeszcze dzisiaj zdarza mi się wracać do „Muminków”.

    2. Hanna Krall – Zdążyć przed Panem Bogiem – wiem, z listy lektur: pierwszy raz czytałem w liceum, ale tak naprawdę to była pierwsza książka, która odsłoniła przede mną tragizm wojny, w dodatku pokazała kierunek zawodowy – mistrzowska rozmowa Hanny Krall z Markiem Edelmanem pokazała, jaką przygodą może być zawód dziennikarza

    3. Franz Kafka – Wyrok i inne opowiadania – nie wiem, dlaczego z wszystkich książek Kafki akurat to niewielkie opowiadanie wybrałem, może dlatego, że podziałało na mnie najmocniej, a zwłaszcza słowa ojcowskiego wyroku: „Skazuję cię na śmierć przez utopienie”. Wracałem do tego opowiadania w swojej książce „Bagaże Franza K.”, w swojej sztuce „Naznaczeni” a ostatnio w powieści, którą niedawno skończyłem. Maleńkie, hipnotyzujące opowiadanie.

    4. Stefan Chwin – Hanemann – jedna z tych powieści, do której wracałem najczęściej. Hipnotyzująca opowieść, hipnotyzujący bohater i Gdańsk przechodzący z rąk do rąk, miasto, które jest mi bardzo bliskie. Proza, w której mówi każdy ręcznie przyszywany guzik.

    5. Jarosław Iwaszkiewicz – Dzienniki – przejmujący portret samotnego pisarza, fresk czasu, w jakim żył; pozwalają zobaczyć również to, co stoi za literaturą i za pisaniem, otwierają oczy. Dzienniki Iwaszkiewicza wygrywają w konkurencji z tymi najważniejszymi, jakie wyszły w ostatnich latach, np. dziennikami Sandora Maraia. Prawie tak ważne jak Dzienniki Iwaszkiewicza są dla mnie Dzienniki Witolda Gombrowicza.”

    Bardzo jestem ciekawa , czy Ty potrafiłbyś z tych książek wyłuskać te 5, najważniejszych dla Ciebie, Twojego życia ?….

    Pozdrawiam !

    • Logos Amicus Says:

      „…pięć tytułów, które w jakiś sposób zaważyły na ich życiu.”

      Nie wiem, czy mógłbym tak precyzyjnie wyszczególnić pięć książek, które „zaważyły” na moim życiu. Wiele książek kształtowało mój sposób myślenia, miało wpływ na moje postrzeganie świata, czy może nawet na moje wybory.
      Najsilniej oczywiście oddziaływały na na mnie te książki, które czytałem w dzieciństwie i we wczesnej młodości (ale tak jest chyba z większością ludzi, dla których książka jest w życiu ważna).
      Łatwiej jednak byłoby mi wymienić autorów oraz gatunki, które mnie „po drodze” najbardziej zajmowały. Jak już napisałem na samym początki były bajki (raczej klasyka w rodzaju bajek braci Grimm, Andersena – baśnie, klechdy, legendy…), później zdecydowanie książki podróżnicze, awanturnicze i przygodowe (Aleksander Dumas, Juliusz Verne, Karol May, James Fenimore Cooper, Mark Twain, Alfred Szklarski… „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza, „Robinson Crusoe” Daniela Defoe…); równolegle – kryminały, fantastyka i dreszczowce (Arthur Conan Doyle, Agatha Christie, George Simenon, Edgar Allan Poe, Arthur C. Clarke, Isaac Asimov, Ray Bradbury, bracia Strugaccy…) – to wszystko czytałem, kiedy jeszcze byłem w podstawówce. Na początku szkoły średniej złapałem bakcyla na Lema (przeczytałem go wówczas „całego”) zaś w starszych klasach zacząłem się skłaniać ku temu, co pisali tzw. „egzystencjaliści”, a więc przyszła fascynacja Dostojewskim, Kafką, Camusem… zainteresowanie filozofią (Nietzsche, Kirkegaard), dramaty Becketta, Strindberga, Ibsena… literatura „ibero-amerykańska” (Marquez, Borges, Carpentier, Cortazar, Llosa, Fuentes…) Duże znaczenie miała dla mnie też wtedy lektura Witkacego, a zwłaszcza Gombrowicza („Dzienniki”, „Ferdydurke”), również Mrożka, Schulza… i tak to się jakoś plotło. Sporo tego było. Pewnie coś przeoczyłem – nie jestem teraz w stanie wymienić wszystkiego – ale jeszcze do tej pory nie robiłem takiego „czytelniczego” bilansu… A może warto byłoby go zrobić? Jednakże zajęłoby to pewnie sporo miejsca.

  13. Ala Says:

    Fascynujące. Czyta się to z zapartym tchem. Ten tekst mógłby świetnie posłużyć niejednemu nauczycielowi na lekcjach języka polskiego dla celów dydaktycznych. Niektórzy młodzi ludzie mieliby okazję się przekonać ile tracą stroniąc od czytania książek.

    • Logos Amicus Says:

      Wszystko się rozstrzyga w bardzo młodym wieku.
      Choć bardzo ważnie jest środowisko w jakim dorasta dziecko, to czasem się zastanawiam, czy aby nie istnieją jakieś predyspozycje genetyczne do tego, czy lubimy czytać książki, czy też nie ;)

  14. Magda Says:

    Bardzo ciekawy wywiad o czytaniu książek i bibliotece z prof. Michałem Pawłem Markowskim.
    Fragment:

    Prof. Henryk Markiewicz twierdzi, że przeczytał może 30 proc. swojej biblioteki. A pan?

    – Biblioteki nie da się przeczytać, bo ona jest zawsze większa od nas, zawsze nas przerasta. Gdy ktoś mnie pyta, czy przeczytałem „to wszystko” (i pokazuje moją bibliotekę), to wiem, że o niczym poważnym nie pogadamy. Mam cztery spore biblioteki na różnych kontynentach, w kilku językach, obejmujące rozmaite dziedziny: od filozofii i nauki o literaturze, przez historię fotografii i literaturę światową, po nowości z neuroscience i katalogi z najciekawszych wystaw na świecie. Oczywiście nie przeczytałem wszystkich książek od deski do deski, bo to nie wyścigi ani konkurs. Kiedy nad czymś pracuję, to czytam gruntownie wszystko, co uważam za ważne. Wtedy też dużo kupuję książek na dany temat. Kiedy indziej, gdy mam czas albo kiedy szukam jakiegoś zaczepienia dla myśli, intensywnie podskubuję swoją bibliotekę – tu uszczypnę, tam podczytam, tu się zasiedzę, tam zasnę z książką na piersiach. Ale żeby to było możliwe, muszę mieć wybór. Żeby mieć wybór, muszę mieć ogromną bibliotekę. Czytanie jest dziedziną wolności. Im więcej wyboru, tym więcej wolności. Gdyby mi odebrano moje biblioteki, czułbym się okrojony z czegoś bardzo fundamentalnego. Bardzo mnie zresztą ciekawi stosunek różnych ludzi do ich bibliotek.”

    Więcej… http://wyborcza.pl/1,75475,10288918,10_ksiazek_do_mocowania_sie_z_samym_soba.html#ixzz1utSjaPmR

    • Logos Amicus Says:

      Czytałem kiedyś ten wywiad. Rzeczywiście ciekawy, choć profesor chyba przesadził z tą anegdotką o randce intelektualistki z ogrodnikiem ;)
      A te 10 zaproponowanych przez niego książek? Raczej do literatury lekkiej nie należą. To wybór arbitralny profesora, ale trzeba przyznać, że jakimś tam kanonem intelektualnym te książki są.

      Myślę, że nie zawadzi je tutaj wymienić:

      Montaigne – „Próby”
      Emerson – „Dzienniki”
      Thoreau – „Dziennik”
      Kierkegaard – „Albo – albo”
      Nietzsche – „Wiedza radosna”
      Szestow – „Pochwała niezakorzenienia”
      Pessoa – „Księga niepokoju”
      Bataille – „Doświadczenie wewnętrzne”
      Cioran – „Zeszyty”
      Barthes („Fragmenty dyskursu miłosnego”)

  15. Cane Says:

    Czytam, bo moja wyobraźnia potrzebuje strawy.

  16. jj Says:

    Co najmniej dwie bardzo bliskie mi kwestie poruszyłeś w tym tekście. Pierwsza z nich: odwyk od czytania. Czytanie to nałóg. Ale taki, który czasem sam z siebie się przejada. Ostatnio obserwuję u siebie zanik tej impulsywnej ciekawości, która zmuszała mnie do sięgania po kolejne tomy. Teraz – nic. Obojętność. Może nie zawsze, ale coraz częściej. Mam ochotę odstawić na jakiś czas książki. Pożyć bez czytania. Odkąd nauczyłam się czytać, czytam (mniej lub bardziej regularnie, wiadomo, ale czytam ciągle). Czas odpocząć. Za parę tygodni wyjeżdżam na wakacje – gdzie wokół tylko las, dzika przyroda i daleko od cywilizacji, przynajmniej w zamierzeniu – i nie zabieram tam żadnej książki. Uda się taki urlop czy nie uda? Jestem ciekawa. Czasem trzeba wybrać. Przedłożyć życie nad książkę, ludzi nad książkę. Postawić na jedno właśnie, a nie łączyć ze sobą kompromisowo. By lepiej się żyło, a potem – znów, kiedyś – czytało. I pisało.
    I jeszcze a propos slow reading: też się boję tych krwiożerczych istot pożerających jedną książkę dziennie. Nie umiem tak i nie chcę tak umieć. Po co ten pospiech?

    • Logos Amicus Says:

      Wszystkiego nie przeczytamy. Dlatego moim zdaniem warto czytać uważniej, bardziej selektywnie… I czasem robić sobie okres czytelniczej abstynencji – udając się choćby w podróż, uciekając od cywilizacji, kręcąc się bliżej natury.
      Mnie udało się wyrobić tę umiejętność wchodzenia w zupełnie inną skórę, w zależności od zmian otaczających mnie dekoracji, np. na górskim szlaku, albo nad brzegiem Oceanu czy w lesie, staję się jakby zupełnie innym człowiekiem. . I choć zazwyczaj zabieram ze sobą w podróż jakąś książkę (oprócz przewodników, oczywiście), to jednak zwykle naoczne i namacalne poznawanie miejsca, albo zwykłe nic-nierobienie (siedzenie nad przepaścią, gapienie się w morze, słuchanie odgłosów przyrody… ) przedkładam wtedy nad ślęczenie nad książką.

      Czytanie może stać się nałogiem – jak najbardziej.
      Najgorzej jest wtedy, kiedy staje się czymś w rodzaju przymusu – bo wtedy przestaje nam przynosić przyjemność (choć wielu się łudzi, że nadal przyjemność z takiego czytania mają). To tak jak z winem: kiedy pijemy go za dużo, to już po kilku lampkach przestajemy czuć jego smak. Kiedy natomiast dłuższy czas nie mamy wina w ustach, to jedna lampka może nam sprawić bardzo intensywną przyjemność.

      Udanych wakacji życzę… nieważne – z książką czy też bez ;)

  17. edyta Says:

    W wędrówkach po lekturach, jak w każdej innej ludzkiej aktywności, należy kierować się zasadą złotego środka, z umiarem dawkować sobie tę przyjemność, by nie stała się działaniem rutynowym, lub co jeszcze gorsze przykrym przymusem i kolejnym zniewoleniem.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A nawet jeśli czasem człowiek się w czymś zatraci (pasja, miłość), to – by się do końca nie wypalić – warto w końcu do zasady złotego środka wrócić. Pożyć jakiś czas w równowadze, odpocząć, odzyskać formę i normę… zebrać siły przed jakimś kolejnym szaleństwem

  18. Dariusz Wiśniewski Says:

    Jeżeli ktoś pokazuje swoją biblioteczkę – nie proszony, to według mnie, wskazana jest ostrożność w komentarzach. Bo to dosyć intymna sprawa. Ten wstępniak jest taki sobie i mógłby być napisany przez Elizę Orzeszkową, albo jakiegoś polskiego romantyka, ale rozumiem, że napisał go pan, aby zwabić czytelnika do swojej biblioteki. I tutaj miłe zaskoczenie. Gdyż pana biblioteczka zrobiła na mnie dobre wrażenie. Jest nieco przestarzała i nie ma w niej nowych publikacji, ale nie jest to jakaś wada. Natomiast z przykrością zauważyłem brak poezji (za wyjątkiem chyba Miłosza). A propos, widziałem gdzieś pana krótki tekścik o buntach masowych i indywidualnych. I to mnie zainteresowało, ale gdzieś mi uciekł. Może mi pan to podesłać? Chętnie coś do niego dopiszę. A jeżeli nie – to miłych świąt. DW

  19. Dariusz Wiśniewski Says:

    Przeczytałem cały fragment. Początkowo chciałem coś dodać do tego akapitu o ludzkim tłumie, o buncie itd., który gdzieś mignął mi na FB, a potem już go nie mogłem odszukać. Później zrezygnowałem z tego pomysłu. Ortegę czytałem jeszcze w Polsce. Nie wiem, czy pan wie, ale „Bunt Mas” został wydany za komuny. Ale mniejsza z tym.
    Kilka słów o całości, w połączeniu z pana biblioteczką.
    W tym intelektualnym dzienniku najbardziej spodobały mi się fragmenty o malarstwie; są autentyczne i wciągające (Malczewski). Odniosłem wrażenie, że pana związek z malarstwem jest znacznie silniejszy niż z literaturą, a nawet filozofią.
    Czego nie mogę powiedzieć o pana rozmyślaniach na temat Holocaustu, gdyż jest to temat intelektualnie niebezpieczny, zwłaszcza dla kogoś z powojennego pokolenia. Jeżeli pan w niego wdepnie – bo jest pociągający, nie przeczę – to jest pan w pułapce. Każda próba wydostania się z niej będzie bolesna. Rozumie pan, co mam na myśli? Jest pan zmuszony do powielania refleksji innych ludzi, którzy mają znacznie więcej do powiedzenia na ten temat, nawet jeżeli będą tylko milczeć.

    Pana długi romans z książkami jest dobrze napisany. Ale byłby znacznie ciekawszy, gdyby znalazły się w nim jakieś biograficzne dramaty, które pan postanowił trzymać w ukryciu. Romans bez jakiegoś załamania? A gdzie ludzkie myśli o zdradzie? Gdzie momenty zwątpienia? Gdzie alkohol? Dziewczyny pana młodości? Mama, która chciała przykładowo, aby został pan lekarzem? To wszystko jakoś jest związane z książkami. Pamięta pan z Gałczyńskiego?:

    Ile w trudzie nieustannym
    wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
    Ile chlebów rozkrajanych?
    Pocałunków? Schodów? Książek?

    Oczywiście, ma pan prawo, aby się ukrywać, ale czytelnik może czuć się trochę oszukany, gdyż z zapowiadanej intymności pozostały tylko pana wzdychania. Zaproszony ktoś spogląda na świat drugiej osoby przez dziurkę od klucza, a dziurka jest celowo zapchana jakimś papierem i niewiele widać.
    Pana biblioteczka jest imponująca. Już mówiłem o tym, ale teraz, gdy przeczytałem duży fragment pana zapisków, zdałem sobie sprawę, że nieobecność poezji jest nie do ukrycia. Fakt, że „nie zmieściła się na zdjęciu” nie jest więc chyba przypadkiem, gdyż to pan zdecydował, że inne pozycje okazały się ważniejsze. Dlaczego o tym mówię?
    Gdyż chcę panu coś zarzucić – to jasne. Moje wrażenie jest takie, że ten brak poezji jest trochę widoczny w pana języku. Niech pan się tylko nie oburza. Ja mam podobne problemy i wielu innych. Niewystarczająca znajomość poezji powoduje nadmierne używanie słów do opisów. A to z kolei może wywołać u czytelnika odruch nudności. Poezja oferuje ogromny skrót, zachowując jednocześnie, a nawet wzmacniając, estetykę odbioru.
    W pana bibliotece nie zauważyłem też książek pisanych po angielsku. Jasne, jesteśmy Polakami i czytamy po polsku. Ale mieszkając tutaj, w USA, mamy szansę wzbogacić naszą narrację, gdy będziemy więcej czytać po angielsku. Inaczej pozostaje nam polska narracja (w sensie semantyka, idiom ulicy, archaizmy, metafora codzienności etc.), która ulega ciągłej zmianie. Nawet czytając dużo po polsku nie możemy za tymi zmianami nadążyć.
    pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      “Odniosłem wrażenie, że pana związek z malarstwem jest znacznie silniejszy niż z literaturą, a nawet filozofią.”

      Siłą rzeczy związek z malarstwem jest inny, niż związek z literaturą, a ten z kolei inny, niż związek z filozofią… etc. Nie wiem czy jest sens porównywać ich “siłę”, bo każdy z nich ma inną naturę – tak, jak inną naturę mają malarstwo, literatura, filozofia… Malarstwo, siłą rzeczy jest bardziej sensualne (więc inaczej oddziałuje na naszą wrażliwość), literatura pobudza wyobraźnię (zanurza nas w świecie języka), filozofia zaś bardziej intelekt (zmuszając do myślenia analitycznego). Zresztą, w różnych okresach życia, moje zainteresowanie na tych polach miało inną – że tak powiem – intensyfikację.

      Czy wpadam w pułapkę podnosząc temat Holocaustu?
      Na szczęście Holocaustu nie znam z autopsji, ale zawsze był to dla mnie temat bardzo ważny i jednak związany z traumą dzieciństwa, kiedy zaczęły do mnie docierać implikacje takich ludzkich zachowań, jak wojna i ludobójstwo, na ogólną naturę człowieka i samą cywilizację. Oczywiście, że moje doświadczenie nie może być takie same, jak doświadczenie człowieka, który sam przeżył Holocaust, ale jednak jest ono na tyle silne, że wpłynęło na moje widzenie świata i mój do świata stosunek. I nie powielam w tym niczyich myśli (w tym sensie, że je kopiuję), bo te myśli są jednak moje (bo pojawiwszy się w mojej głowie, przeszły też niejako przez moje “trzewia” – i w tym sensie są autentyczne). Poza tym: czy jeśli nie doświadczyliśmy na własnej skórze Holocaustu, to nie mamy prawa o nim się wypowiadać?

      A dlaczego w moim opisie „długiego romansu z książkami” – jak pan to nazywa – musiałem koniecznie napisać również o załamaniach, zdradzie, zwątpieniu, dziewczynach, mamie, a nawet… alkoholu? Przecież ja nie pisałem autobiografii, tylko właściwie napomknąłem o moim stosunku do książek i ich znaczeniu w moim życiu. A pan się ode mnie domaga, bym w takim wpisie napisał też o załamaniach, zdradzie, zwątpieniu, mamie i dziewczynach… Czy zdaje pan sobie sprawę ile by to musiało zająć miejsca? Przecież to jest tylko wpis o książkach i mojej bibliotece, a nie ekshibicjonistyczna autobiografia, mówiąca w wszystkich aspektach mojego życia. To nie ma nic wspólnego z jakimś „ukrywaniem się” – jak mi to pan zarzuca – tylko ze specyfiką mojego tekstu, odnoszącą się do konkretnego tematu (książki i biblioteka). Zresztą, w tym tekście, jest jednak sporo motywów autobiograficznych – ale w odniesieniu do książek, a nie do moich dziewczyn, załamań, zdrad czy mamy.

      Nie widzi pan poezji w moim języku? To pewnie dlatego, że czyta pan moją prozę ;) – i to bardzo fragmentarycznie jednak. Trudno mi z tym polemizować, bo to są pańskie odczucia. To prawda, że używam wielu słów i niektóre moje teksty są obszerne, co – w dzisiejszych czasach short atention span i schematycznych memów facebookowo-twitterowych – może się wydawać passe, i być trudne do strawienia dla tych, którzy mogą się skupić na jakimś tekście nie dłużej, jak na kilka minut. Ale ja jednak lubię teksty analityczne i kompleksowe, które wymagają większej – i dłuższej – uwagi, skupienia i intelektualnego wysiłku. Jednakże, posługuję się czasem formą wręcz lapidarną, aforystyczną, sentencjonalną – o czym można się przekonać zaglądając do moich „zapisków w kajecie”.

      To prawda, że w mojej bibliotece jest zdecydowanie więcej książek w języku polskim, niż angielskim (te ostatnie stanowią może jakieś 10 – 15% mojego księgozbioru. Wynika to z tej prostej przyczyny, że zdecydowanie łatwiej i szybciej czyta mi się po polsku, niż angielsku. Tym ostatnim językiem posługuję się na co dzień, w mojej pracy chociażby, w języku angielskim czytam prasę i większość tego, co znajduję w internecie; słucham amerykańskiego radia (np. PBS), oglądam filmy… Od czasu do czasu przeczytam książkę po angielsku, ale jeśli mam wybór, to wolę po polsku. Nie wiem, może wynika to z jakiegoś lenistwa, czy ze zwykłej wygody? Nie chcę udawać, że język polski nie jest mi bliższy, niż angielski – bo przecież myślę bardziej po polsku, niż amerykańsku ;)

      • Dariusz Wiśniewski Says:

        Jeżeli napisałem, że pana związek z malarstwem wydaje mi się silniejszy niż z literaturą, to znaczy, że takie jest moje wrażenie. Kropka. Nic więcej nie mogę do tego dodać. Moje wrażenie po pana odpowiedzi nie zmieniło się.

        Holocaust. Pisze pan: „czy ja nie mam prawa pisać…”. Proszę pana. Ależ oczywiście, że ma pan prawo pisać o Holocaust, gdyż nie ma tematów zakazanych. To nie chodzi o prawo tylko raczej o pewną subtelność, może dystans, dyskrecję. Ale nie będę się powtarzał. Napisałem wcześniej dlaczego tak myślę. I pozostaję przy swoim zdaniu. Pan, natomiast, proszę bardzo, może kontynuować swoje myśli o okrucieństwach zagłady, którą zna pan tylko z relacji tych, którzy ją przeżyli.

        Natomiast powiem nieco więcej o „pana romansie z książkami”, do którego nie chce pan dodać dramatów biograficznych, gdyż „zajęłoby to dużo miejsca” czy to nie było pana celem itd.. Bez wątków biograficznych – nawet lekko zarysowanych, gdyż to wystarczy – czy dramatów, pana dziennik, czy spacerek po ulubionych lekturach, jak pan chce, może być ciekawy tylko dla bibliofilów. Może komuś zaimponować. Z pewnością. A co z panem? Gdzie pan w tym wszystkim jest? Przecież nie tylko lektura książek pana ukształtowała? Pisze pan i publikuje, gdyż chce coś o sobie powiedzieć. Ale co? Same preferencje czytelnicze to za mało. Czytelnik chce się czegoś więcej dowiedzieć o panu niż tylko to, co pan lubi czytać, albo co pan przeżywa przewracając stronę ulubionej książki. Ale znowu – nie musi pan. Są jednak konsekwencje. I chciałbym to wyjaśnić, bo to ważne.

        Forma dziennika intelektualnego wymusza konfesję. I to całkowitą. Nie negliż, a nagość. Nie każdy jest do tego zdolny. Jeżeli zacznie pan coś ukrywać, szachrować, estetyzować, to, niestety, ale czytelnik zaraz to wychwyci. Można więc pisać „dziennik” uboższy, pozbawiony biograficznych zwrotów, schodów, pocałunków, rozkrojonych chlebów, zdrad i rozpaczy. Można. Ale, widzi pan, czytelnik wszystko to też przeżywa, w jego życiu są też schody i dramaty, i on chce te chwile i zakręty zobaczyć u pana. Inaczej, jest podejrzenie, że pan coś ukrywa, że, być może nie stać pana na szczerość, albo próbuje pan udawać kogoś, kim pan nie jest itd.
        Ale, jasne, można ładnie pisać, układać piękne zdania, znakomicie dobrane słowa. Puf! Ale to wszystko nie jest pisarstwem autentycznym. Ja wiem, że pan lubi czytać dzienniki. To widać. Zna pan Dzienniki Gombrowicza? Zakładam, że tak. Gdy czytałem Gombrowicza, to niemal mogłem tego człowieka dotknąć. Widziałem jego słabości, jego lęki, tęsknotę i rozpacz. Rozumie pan, co chcę powiedzieć? Literatura zamienia się w życie. I odwrotnie. I na koniec skrót myślowy, który może pan sobie rozwinąć w dowolną treść: pisanie to nie tylko przyjemność, to również cierpienie i nieraz walka z własnym wstydem. pozdrawiam. dw


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s