JAK SIĘ WIDZĄ, TAK SIĘ MALUJĄ – AUTOPORTRET W MALARSTWIE

*

*

1.

Na ile nasza skóra jest zrośnięta z naszą tożsamością?
Kim byśmy się stali gdyby przeszczepiono nam twarz innego człowieka? (O ile dobrze sobie przypominam, podobnej operacji dokonano niedawno we Francji… lecz chodziło chyba tylko o nos i podbródek).

Nasze przywiązanie do zewnętrznej powłoki jest totalne. Wręcz utożsamiamy z nią całe nasze jestestwo. Stąd niewątpliwy szok jaki wywołałaby podobna transformacja, gdybyśmy nagle obudzili się z inną twarzą.
Czy możemy sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby ludzie mogli zmieniać twarze jak rękawiczki?
Jaki to miałoby wpływ na ich osobowość? Na międzyludzkie relacje?
Trudno byłoby uniknąć dezorientacji związanej z rozchwianiem się tożsamości, jakie niewątpliwie by to za sobą pociągnęło.

* * *
Bez wstrząsu możemy akceptować tylko te zmiany w naszej aparycji (sylwetka, twarz), do których przyzwyczajamy się stopniowo. Wtedy nasza psychika może nadążyć za zmieniającą się fizycznością ciała – mamy czas na przebudowanie naszej, sprzężonej niejako z wiekiem, tożsamości.
Wyobraźmy sobie jednak, że idziemy spać z obliczem 20-latka, a kiedy się budzimy następnego dnia rano, w lustrze widzimy twarz 80-letniego człowieka.
Powodem doświadczonego przez nas wówczas horrendum nie byłby stracony czas, a zmiana, jakiej uległoby nasze oblicze i ciało.
Całe nasze życie przygotowuje nas do tej przemiany. Każda zmarszczka na naszym czole ma swoje miejsce w harmonogramie naszego trwania i przemijania.

* * *
Twarz dziecka jest obietnicą, nadzieją, prawdą, szczerością, spontanicznością, zapowiedzią nowego życia… Dlatego wzbudza w nas przeważnie pozytywne uczucia – często czułość, a nawet radość. Nie ma jeszcze na niej znamion mijającego czasu. Zmiany bardziej przypominają rozkwitanie.

Twarz wieku dojrzałego jest chyba najbliższa temu naszemu kardynalnemu „Ja” – naszej pełnej tożsamości, istotności, w pełni ukształtowanej już osobowości. Z satysfakcją jeszcze spoglądamy w lustro – jesteśmy w pełni sił, świat ciągle należy do nas.

Starość patrzy już na siebie częściej z melancholią, lecz słabnięcie sił życiowych może rekompensować sobie własną mądrością, doświadczeniem, a jeśli ma się za sobą udane życie – poczuciem spełnienia.
Czas jednak dokonuje gwałtu na naszych ciałach – skóra wiotczeje, marszczy się, zanikają mięśnie, kości stają się kruche; ciało człowieka jakby rozpada się za życia – przychodzi niedołężność, drżenie, zmęczenie…

Kiedy byłem dzieckiem, stare twarze wydawały mi się brzydkie, patrzyłem na nie tak, jakby należały do ludzi innego rodzaju – z jakiegoś innego świata.
Teraz jednak widzę je inaczej. Bardzo często wydają mi się piękne, mimo zmarszczek i deformacji… Mam wrażenie, iż w tych twarzach jakby zwielokrotnia się człowieczeństwo, coś się intensyfikuje, dopełnia się ludzka kondycja.

* * *
Obserwuję dziwne i zastanawiające zjawisko: otacza mnie coraz więcej młodszych ode mnie ludzi ;)

* * *

2.

Witkacy - demoniczne spojrzenie metafizyczne?

*

Przeglądam właśnie galerię autoportretów malarzy bardziej lub mniej znanych, którzy na przestrzeni wieków utrwalali na płótnie obraz samego siebie.
Co za fascynujące bogactwo interpretacji własnego ego!

W tych wizerunkach nawet to, co na pierwszy rzut oka wydaje się być negacją, zyskuje jakąś wielką moc afirmacji.

Patrząc na te obrazy, przypomina mi się zdanie, jakie znajdujemy w jednej ze sztuk Szekspira: „Jesteśmy z takiej samej materii, z jakiej zbudowane są sny”. Wydawać by się zatem mogło, że nawet najbardziej realistyczny portret człowieka jest ledwie widmowym odbiciem prawdziwej osoby z krwi i kości.
Ale czymże są teraz nasze wyobrażenia o tym, jak wyglądali Da Vinci, Rembrandt, Rafael, Tycjan, Rubens… jak nie obrazem jaki utrwalili oni w swoich autoportretach?
Co bowiem zostało z ich cielesnej powłoki?

Oszołomić nas może różnorodność z jaką w malarstwie przedstawia się ludzką postać. Malarz, w chwili kiedy staje przy sztalugach, ma przed sobą nieskończone pole możliwości. Również wtedy, kiedy maluje samego siebie. Aż dziw bierze, że taka świadomość nie jest paraliżująca.
Wbrew obiegowej opinii o próżności artystów, większość z tych autoportretów przedstawia obraz dość brutalny – widzimy na nich człowieka z całą jego fizyczną przypadłością, często nawet podkreśloną.
Emfaza własnej ułomności…
Czym ją można tłumaczyć? Gorzkim buntem przeciw zamknięciu w klatce ciała, w którą nas wepchnięto? Melancholijnym jękiem wobec przemijania cielesnej urody? Manifestacją wewnętrznych demonów artysty?

* * *
Są również autoportrety pełne narcyzmu – bardziej lub mniej niewinnego. Wtedy ktoś się maluje tak, jak chce, aby go widzieli inni – co nie zawsze jest jednoznaczne z upiększaniem, czy też idealizowaniem samego siebie, choć najczęściej narcyz widzi siebie piękniejszego, niż jest w rzeczywistości.

Leonardo da Vinci

Piękne twarze nie potrzebują jednak autoafirmacji. Kiedy mamy do czynienia z rzeczywiście piękną fizis przeniesioną wiernie na płótno, nie czujemy w tym narcyzmu. Leonardo da Vinci naszkicował własną twarz kiedy był już starcem, ale nawet w takim wizerunku uderza nas szlachetność rysów, która nie wymaga żadnej idealizacji.

Albrecht Dürer  przedstawiał siebie jako dandysa (autoportret, który wisi teraz w Prado, jest jednym z najwspanialszych tego rodzaju płócien w dziejach europejskiego malarstwa). Choć niezwykle przystojny, podkreślał swoją urodę strojąc się w piórka modnisia. Ale stworzył też Dürer  autoportret wręcz szokujący: zakreślony czarnym tuszem akt, z którego bije nagi naturalizm z siłą, na jaką trzeba było czekać w europejskiej sztuce ponad 400 lat – aż do ostrych i brutalnych w swym drapieżnym ekshibicjonizmie aktów Egona Schiele. (Swoją drogą warto się zastanowić: dlaczego męskie genitalia wydaja się tak dramatyczne?)

* * *
Rembrandt namalował ponad 200 obrazów, na których rejestrował swoją zmieniającą się z wiekiem twarz – od pełnego obietnic młodzieńca, przez hedonistycznego bon vivanta, po sponiewieranego życiem starca. Wydaje się, że najważniejsza była dla niego prawda. Stąd ich wielki autentyzm.

Najbardziej rozpaczliwe podobizny samego siebie zostawił nam Vincent Van Gogh. Te jego niebiesko-zielone oblicza ze schwytanym weń koszmarem obłędu i cierpienia prześladują nas tym bardziej, że jest to malarstwo, które zrywa z całą swoją dotychczasową obrazkową tradycją.
Portrety Van Gogha przestają być malunkami, które po prostu kogoś (lub coś) przedstawia a są bardziej piętnem, jakie wyciska na płótnie żywa postać – czujący człowiek.

* * *
W naprawdę dobrym portrecie najważniejszy jest człowiek a nie estetyka. Sprawą drugorzędną są użyte środki – cały ten plastyczny sztafaż.
Bardziej niż styl, liczy się ludzka treść.

*  * *
Wydaje się, że nasze JA wyziera głównie z naszych oczu. To dlatego, chcąc ukryć czyjąś tożsamość na zdjęciu, zasłania się tej postaci oczy czarnym paskiem lub „rozmywa” w tym miejscu obraz.
Trudno doprawdy znaleźć autoportret, na którym nie byłyby widoczne oczy malarza. Note bene, zazwyczaj patrzą one na nas, przez co konfrontacja między patrzącym a oglądanym się potęguje. (Bowiem całe malarstwo jest, według mnie, jedną wielką konfrontacją między malarzem a odbiorcą.)

Autoportret zaś, to dodatkowo konfrontacja artysty z samym sobą.

* * *
A jednak moja twarz – to nie jestem JA. To, kim jestem, tak naprawdę skrywa się za moją twarzą, która jest dla mnie zaledwie środkiem…  zarówno ekspresji samego siebie, jak i porozumienia z Tobą.

Czy ktoś, tworząc autoportret, pragnie wyrazić siebie, czy też raczej chce z samym sobą się porozumieć? A może chce porozumieć się z nami?
Fakt, że w te relacje zamieszany jest jeszcze widz, czyli ktoś postronny, czyni z autoportretu coś niezwykle intensywnego i szczególnego.

* * *
Fenomen autoportretu polega jeszcze na czymś innym, a mianowicie na możliwości zdystansowania się do samego siebie.
Patrzcie: oto ja a jednak nie ja. Widzicie? Ja to wyrzuciłem z siebie!
Ile mnie jeszcze w tym zostało?
Możecie traktować tę podobiznę jak lalkę voodoo, ale i tak mnie nie dotkniecie!
Ja to sprawiłem – pozbyłem się obrazu samego siebie.
Czyż nie mam władzy nad samym sobą?

Albo: nie mogę się tego pozbyć. To „coś” – ten „ktoś” mną zawładnął. Jestem schwytany w takiej oto klatce – pułapce z ciała, życia, charakteru i okoliczności!
Cóż mnie może obchodzić to, czy się wam ona spodoba, czy też wyda się odrażająca!? A nawet jeśliby mnie obchodziło, to jakie to miałoby znaczenie?
Przeznaczenie jest jedno. Zmieniający się obraz nas samych.

Ecce Homo.

* * *

Albrecht Dürer

*

Rembrandt

*

Van Gogh

*

Egon Schiele

*

Élisabeth-Louise Vigée Le Brun

*

Jenny Saville

*

Jacek Malczewski

Ilustracje: U góry (pod tytułem) – fragment obwoluty książki „500 Self-Portraits” (wyboru obrazów dokonał Julian Bell) oraz, poniżej artykułu – pary autoportretów (kompliacja autorska) odnalezionych w zasobach internetowych i własnych.

 Kolekcję najsłynniejszych autoportretów w historii malarstwa obejrzeć można TUTAJ.

Reklamy

Komentarze 34 to “JAK SIĘ WIDZĄ, TAK SIĘ MALUJĄ – AUTOPORTRET W MALARSTWIE”

  1. Torlin Says:

    Prawdziwy wpis trochę później. Teraz cudowny cytat z Kabaretu Moralnego Niepokoju „Dresiarz robi zakupy”: „Wie pani co? Tak sobie pomyślałem, że jak kupuję tak ten obraz, to tak sobie bym walnął na biurko autoportret. Mogę u pani zamówić taki autoportret?” To nie jest tak dokładnie, ale pośmiej się Logosie, bo to jest piękny kawałek

  2. Kartka z podróży Says:

    Piszesz Logosie – „Fenomen autoportretu polega jeszcze na czymś innym, a mianowicie na możliwości zdystansowania się do samego siebie.” To nie tylko fenomen autoportretu. Z powodów psychologicznych każdy opis samego siebie jest wygodniejszy, gdy zachowujemy dystans np pisząc o sobie w trzeciej osobie. „On” jest zawsze wygodniejszy i łatwiejszy niż „ja”. To daje możliwość wycofania się – „to nie ja, to przecież on”. Z „nim” można też wiele rzeczy zrobić – upiększyć, oszpecić … . To łatwiejsze niż operacja – nawet wyzwalająca – na samym sobie.

    Doskonałe są te autoportrety. Wiele z nich można dowiedzieć się o malarzach. No ale istotne jest to co w ten sposób wyraziłeś – „Bardziej niż styl, liczy się ludzka treść” Najbardziej dobitne jest ich egzystencjalne przesłanie. Czasem przejmujące.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Dystansowanie się za pomocą użycia „trzeciej osoby” wydaje się nam oczywiste, w przeciwieństwie do autoportretu, który jest przecież (w założeniu) niejako „wyrażaniem się” w „pierwszej osobie”.
      To właśnie miałem na myśli, pisząc o fenomenie autoprotretu – który i tutaj ma w sobie coś z paradoksu.

      Tak, wiele z tych autoportretów potrafi oddziaływać na nas przejmująco.
      Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie autoportret Wyspiańskiego, który przedstawił swoją twarz wyniszczoną syfilisem – zwłaszcza w zestawieniu z autoportretem, na którym widzimy go jako przystojnego młodego mężczyznę.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/07/stanisc582aw-wyspiac584ski-autoportret.jpg?w=780

  3. Maille Says:

    ‚I have a face but a face is not what I am.’

    Wspaniały cytat, który udało mi się znaleźć właśnie na wstępie książki self-portraits, której okładkę nam tutaj nawet prezentujesz. Bardzo się cieszę, że udało mi się w końcu trafić na Twój wpis traktujący o sztuce, czyli coś co tygryski lubią najbardziej.
    Osobiście uwielbiam portrety. To zdecydowanie najbardziej przemawiająca do mnie dziedzina malarstwa. Autoportrety zaś to coś jeszcze bardziej cennego. Za każdym bowiem kryje się nieprzenikniona i niepowtarzalna w swoim rodzaju głębia. Również zastanawiało mnie niegdyś dlaczego tak wielu artystów ukazywało się nawet z przesadnym naturalizmem, eksponującym największe wady i „usterki”. To jednak tylko potwierdza szczerość i prawdę, która wręcz emanuje z większości autoportretów. To pozwala zbliżyć się do umysłu, czyli do tego co twarz tylko przysłania. To pozwala nam zobaczyć nie tyle dzieło, co jego cały proces twórczy, od zarodka myśli, po ostatnie pociągnięcie pędzlem.
    A oczy? No cóż. Nie bez kozery mówi się, że to nasze zwierciadło duszy. W końcu nie znajdziemy nikogo na świecie, kto ma je takie same.

    A Albrecht Durer był przepięknym człowiekiem! I kropka.

    Aż sobie pooglądam na dobranoc ten wspaniały zbiór twarzy, które mówią nam o czymś zupełnie innym niż my jesteśmy w stanie zrozumieć.

    Pozdrawiam serdecznie!

    • Logos Amicus Says:

      „…zbiór twarzy, które mówią nam o czymś zupełnie innym niż my jesteśmy w stanie zrozumieć.”

      Czyli ludzka twarz jako enigma.
      To jest ten paradoks: twarz potrafi ujawnić prawdę, ale też i prawdę skrywa. Mało tego – potrafi nas wprowadzić w błąd albo ukazać coś, co w istocie jest fałszywe.
      W każdym przypadku jednak, określa charakter i osobowość człowieka, który jest jej „właścicielem”. Prawdziwe jest to zwłaszcza w przypadku autoportretów.

  4. mona Says:

    „Czy możemy sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby ludzie mogli zmieniać twarze jak rękawiczki?”

    Jeśli to nie jest pytanie retoryczne i również nie przykład pretensjonalnej maniery głoszenia banałów (tryb autorefleksyjny) z użyciem pluralis majestatis, to odpowiedź jest, że pewnie możemy. Pytanie, po co mamy sobie wyobrażać coś, co nie jest ani możliwe, ani też pożądane, pozostaje jednak dla mnie otwarte.

    • Logos Amicus Says:

      „Pytanie, po co mamy sobie wyobrażać coś, co nie jest ani możliwe, ani też pożądane, pozostaje jednak dla mnie otwarte.”

      A może to pomysł na opowiadanie sci-fi ?
      Wyobrażanie sobie czegoś, co wydawało sie być niemożliwe, prowadziło czasami do tego „czegoś” urzeczywistnienia.
      Poza tym, wyobrażanie sobie czegoś, co jest niemożliwe, było początkiem każdej mitologii – czyli uznać to można za potężne źródło kulturotwórcze.

      Czy zmienianie twarzy jak rękawiczek byłoby „niepożądane”?
      Wątpię.
      Świadczy o tym choćby masowe „upiększanie” (czyli zmienianie) swoich twarzy przez panie.

      PS. Nie widzę w swoim tekście ani jednego przykładu użycia pluralis majestatis, więc traktuję tę uwagę, jako chęć popisania się znajomością wyszukanego terminu ;)

      • mona Says:

        PS. Nie widzę w swoim tekście ani jednego przykładu użycia pluralis majestatis, więc traktuję tę uwagę, jako chęć popisania się znajomością wyszukanego terminu ;)

        Odniosłam wrażenie, że (Ty) snujesz rozważania na temat tego co sobie (ty) potrafisz wyobrazić. Wówczas mówienie o sobie „My” jest trochę takie no. Ale może (Ty) rozważasz, co Ty i ja możemy sobie wspólnie wyobrazić? Wtedy byłoby to „my” jak najbardziej uzasadnione. A w przeciwnym wypadku można zostać posądzonym o PM. I słusznie.
        Brak w tym „my” jednoznacznego i rozpoznawalnego adresata.

        A co do powszechnej chęci zmieniania twarzy, to się zupełnie nie mogę zgodzić. Ludzie chcą mieć zazwyczaj jedną, piękniejszą, podziwianą, budzącą zaufanie, podziw i szacunek. Warunkiem wstępnym jest tutaj zatem rozpoznawalność. Zmienianie twarzy jak rękawiczki nie jest zupełnie pożądane. A malujące się kobiety są najlepszym przykładem ilustrującym tę tezę. Upiększają SWOJA twarz, tę chcianą. Chcemy uchodzić za jeszcze piękniejsze niż jesteśmy w rzeczywistości, ale też za siebie, a nie za kogoś innego. Obrazisz nas śmiertelnie, gdy pomylisz nas z kim innym. Chcemy pozostać rozpoznawalne, zostać sobą. Zmienianie twarzy jak rękawiczki w ogóle nie wchodzi w rachubę. Gdyby tak było, nie wstydziłybyśmy się chodzić i pokazywać bez makijażu.

        Ale po co dyskutować, dam Ci prosty przykład, który powinien Cię uleczyć z mrzonek, że kobieta chce zmienić twarz aby uchodzić za jakąś inną. Jeśli twoja dawno nie widziana znajoma ma na imię Ola, nie zapomnij ją powitać słowami: cześć Ania, świetnie dzisiaj wyglądasz. Gwarantuję Ci, że się na pewno ucieszy. A ty będziesz o jedno doświadczenie bogatszy, i jedną znajomą uboższy.

        • Logos Amicus Says:

          Masz rację, chęć upiększania WŁASNEJ twarzy nie można mylić z chęcią zmiany tej twarzy na twarz kogoś innego. Ale czy nie jest to równoznaczne z pragnieniem zmienienia własnej twarzy na inną? (np. piękniejszą, albo nawet przypominającą kogoś innego – a to ostatnie przecież się zdarza, jak np. ostatnio w Stanach, gdzie pewna kobieta poddała się operacji plastycznej, by upodobnić własną twarz do twarzy Angeliny Jolie).
          Jednak zgadzam się: zmiana własnej twarzy nie może zachwiać poczuciem tożsamości człowieka (a zwłaszcza kobiety ;) ) – dlatego też napisałem, że „zrośnięcie” naszej tożsamości z naszą skórą (głównie z twarzą) jest totalne. I właśnie to niejako sprowokowało mnie do sformułowania tej – zdaję sobie sprawę z tego, że zupełnie hipotetycznej – myśli o zmianie twarzy jak rękawiczki.
          Ale czy niedorzecznej? Nie wiem. Czasem nawet i nad niedorzecznością warto się zastanowić (mało to wokół nas niedorzeczności z którymi musimy się liczyć?)

          Dziwne natomiast wydaje mi się, że odrzucenie pomysłu „zmieniania twarzy jak rękawiczki” łączysz ze „wstydem chodzenia i pokazywania bez makijażu”.
          Jaki jest tego sens?

          I swoją drogą: czy rzeczywiście większość kobiet wstydzi się pokazywania swojej naturalnej (czyli pozbawionej makijażu) twarzy?
          A jeśli tak jest – to dlaczego?

          PS. Często używam pierwszej osoby liczby mnogiej (być może zbyt często – bo zarzuciła mi to już wcześniej jedna z komentujących osób) jako formy wypowiedzi bezosobowej (zwykle nie mając nawet na myśli samego siebie). Ot, taki zwrot retoryczny (z którego interpretacją u innych nie mam w zasadzie żadnego problemu) – i spodziewam się, że właśnie tak będzie on odbierany (więc przypisywanie mi jakiegoś zarozumiałego, megalomańskiego i pretensjonalnego pluralis majestatis wydaje mi się niedorzeczne).

        • mona Says:

          „przypisywanie mi jakiegoś zarozumiałego, megalomańskiego i pretensjonalnego pluralis majestatis wydaje mi się niedorzeczne”

          Spodziewam się ;)
          Nikt Ci nic nie przypisuje. Po prostu tak dochodzi i co ja zrobię.

          „Dziwne natomiast wydaje mi się, że odrzucenie pomysłu „zmieniania twarzy jak rękawiczki” łączysz ze „wstydem chodzenia i pokazywania bez makijażu”.
          Jaki jest tego sens?”

          To nie ja połączyłam, lecz Ty. Przeczytaj swój własny komentarz (18.7. 8:37) w którym piszesz i wątpisz:
          „Czy zmienianie twarzy jak rękawiczek byłoby „niepożądane”?
          Wątpię.
          Świadczy o tym choćby masowe „upiększanie” (czyli zmienianie) swoich twarzy przez panie.”

          Trudno abym wyjaśniała Ci sens Twojej własnej wypowiedzi. Moja riposta wzięła się z tego, że sensu nie dostrzegłam.

        • Logos Amicus Says:

          „Gdyby tak było, nie wstydziłybyśmy się chodzić i pokazywać bez makijażu.”

          Dlaczego zarzucasz mi (błędnie) używanie pluralis majestatis skoro sama to robisz? ;)

          Swoją drogą to nie są moje słowa tylko Twój wniosek.
          Ja nie uważam, że kobieta bez makijażu nie może być piękna (choć większość kobiet wydaje się tak uważać, o czym świadczy nagminne kładzenie przez nich jakichś dziwnych maści, mazideł, pudrów i kolorków na własne twarze… choć oczywiście dość często robi to na mnie spore – i to pozytywne :) – wrażenie).

          Ot, jak choćby u tej małej, której zdjęcie zrobiłem ostatniej niedzieli na Venice Beach pod LA:

          https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/07/girl-from-venice-beach.jpg?w=780

          :)

  5. Torlin Says:

    Autoportret kojarzy mi się z próżnością, pychą. Kto inny może oddawać światu swój wizerunek, jak nie człowiek, którego musnął płatek narcyza. Generalnie większość ludzi nie lubi swojego wizerunku i swojego głosu, to widać po oglądanych filmach i zdjęciach rodzinnych. Jezu, jak ja strasznie wyszłam, to nie mój głos, ja jakoś inaczej mówię. Ale tak jest od wieków, wielcy artyści nigdy nie byli normalni, dyskutowaliśmy na ten temat wielokrotnie u mnie w blogu.

    • jula Says:

      Hmm , myślę ,że to kokieteria , zwłaszcza u nas w Polsce. (czytaj dulszczyzna, czy jak to nazwać) ;) . ..
      Bo jest w zwyczaju nawet, że jak ktoś komuś powie,że ładnie wygląda.To w odpowiedzi nie słyszy dziękuje, tak starałam się, w domu nad tym pracowałam ponad 3 godziny, a wcześniej byłam u kosmetyczki, fryzjerki, manikiurzystki i etc.. Tylko odpowiada posępnie, że niestety nie wygląda dobrze(sic)!…

      Tak jest i ze zdjęciami. Każdy ale to każdy chce być na zdjęciach,bo moim zdaniem, wiemy ,że wszystko przemija. ..
      A malarze na autoportretach, na tych pokazanych przez Ciebie, prócz swojego wizerunku w danym momencie życiowym , pokazują swoje wnętrze, czy raczej swój stan psychiczny na dany moment.
      Ta monstrualna postać kobieca jest przerażająca, ale może poza fizycznością, to ten stan ducha artystki na ten moment ?….

    • Logos Amicus Says:

      Torlnie,
      według mnie autoportret bardziej wiąże się z potrzebą wyrażenia siebie samego. A to niekoniecznie wynika z próżności czy pychy.
      Bardzo mi się podoba Twoje zdanie: „Kto inny może oddawać światu swój wizerunek, jak nie człowiek, którego musnął płatek narcyza” ale zważ, że swój wizerunek chcą oddawać światu nie tylko ci, których „musnął płatek narcyza”, ale i ci, którzy uważają, że świat (życie, cielesność, choroba) obchodzi się z nimi dość okrutnie, co odniska piętno także na ich twarzy – i co kojarzone jest np. z brzydotą.

      Natomiast stwierdzenie: „wielcy artyści nigdy nie byli normalni” jest – no cóż, wiadomo – kontrowersyjne ;)
      Określenie „nienormalny” ma bowiem konotacje zdecydowanie pejoratywne. Może więc lepiej byłoby użyć słowa „nietypowy”?

      Piszesz też: „Generalnie większość ludzi nie lubi swojego wizerunku i swojego głosu.”
      Nie wiem jak to się rozkłada statystycznie, ale to prawda, że jesteśmy taką dziwną mieszanką narcyzmu (samolubstwa) i niechęci do samego siebie (pisałem kiedyś o tym TUTAJ).

  6. jula Says:

    Logosie mój komentarz z wybranym przeze mnie awatarem czeka na moderację ?????

    Pisałam tam, że każdy chce być fotografowany, czy mieć portret, bo to związane jest z przemijaniem . Każdy w pewien sposób pragnie być , zostać dla potomnych, czy dla siebie samego i na stare lata sobie przypominać, że w młodości było się podobnym do ludzi. ;)
    Jednak zwłaszcza w Polsce, utarło , chyba obyczajowo, jakaś naleciałość “dulszczyzny” , że sie krygujemy, udajemy,że nie jesteśmy zadowoleni z pochwał np. urody, wyglądu i etc.. mimo ,że wcześniej , mnóstwo, czasu, pieniędzy przeznaczyliśmy by wyglądać na miarę naszych możliwości perfekcyjnie ;) :D))
    Inaczej ma się rzecz z malarzami i ich autoportretami. Ta np. monstrualna kobieta?… dlaczego malarka tak ohydnie siebie przedstawiła i podkreśliła to co brzydkie. Myślę ,że malarze odmalowują również i swój nastrój , obnażają się dogłębnie. Tylko ich kunszt i to coś, ten geniusz ich , tak pozwala namalować .Tu nie wystarczy opanowanie tylko techniki . Oni potrafią naprawdę zatrzymać czas na płótnie , bo prócz fizyczności potrafią pokazać swoje myśli, swoje odczucia w danej chwili , na dany moment namalowanej postaci. To ich wnętrze, ich duch namalowany w danym autoportrecie, goła prawda ich samych !.. Tak myślę. :D

    • Logos Amicus Says:

      Jula, nie panikuj! :)
      Zmieniłaś swój grawatar i WordPress traktuje się (na razie) jako kogoś obcego. Zachowuję oba komentarze, bo (swoją drogą) ciekawe jest ich zestawienie. No i pomagają lepiej zrozumieć Twoją myśl ;)

      To prawda, nasze umiłowanie „uwieczniania” siebie na zdjęciu może być odbiciem nieuświadomionego w pełni pragnienia nieśmiertelności.

  7. Joan Says:

    Jak zwykle u genialnych malarzy sporo można wyczytać z obrazu – z oczu, sylwetki, otoczenia, z tego jak prowadzona jest kreska.
    Większość z nas poprawia swoje odbicie, stara się ulepszyć, przetworzyć, tak by pasowały do naszego wyobrażenia o własnej cielesności. Nie chcemy widzieć defektów, zmarszek, upływu czasu.

  8. Markus Says:

    Ciekawy jest też autoportret „malarza” zupełnie niezwykłego:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/07/adolf-hitler-autoportret.jpg?w=780

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/07/adolf-hitler-autoportret-fragm.jpg?w=780
    (fragm.)

    Autorem jest (najprawdopodobniej) malarz niespełniony Adolf Hitler.

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście – ciekawa to osobliwość.
      Jeśli naprawdę jest to autoportret Hitlera, to wiele mówi o stanie w jakim się on znajdował, kiedy go malował.
      I sporo można byłoby napisać o jego symbolice.

  9. jula Says:

    Chyba chciał popełnić samobójstwo, znaczy się skoczyć do tej wody z tego mostu, jak go nie przyjęli do Akademii Malarstwa w Wiedniu ;)…
    Szkoda ,że wówczas zabrakło mu na to odwagi. ..

  10. czara Says:

    Fascynująca jest ta galeria portretów.
    Wiesz, im jestem starsza tym bardziej do mnie dochodzi, że kiedyś patrząc na „stare” twarze, nie mogłam zintegrować faktu, że one nie były przypisane ludziom od początku. Nie mówiąc już o perspektywie, że i moja najpewniej będzie wyglądać podobnie za jakiś czas ;) Z wiekiem integracja tej wizji postępuje, lustro pomaga odrobinę, choć jeszcze nie bardzo.
    Co do kobiet i makijażu, to hm… Mam kilka pomysłów – próżność, perfekcjonizm, przyzwyczajenie, presja społeczna, brak samoakceptacji, zamiłowanie do estetyki… Kto da więcej? ;)

  11. czara Says:

    I jeszcze jedno:

    „aż do ostrych i brutalnych w swym drapieżnym ekshibicjonizmie aktów Egona Schiele. (Swoją drogą warto się zastanowić: dlaczego męskie genitalia wydaja się tak dramatyczne?)”

    Mnie się nie wydają… Chyba, że masz na myśli te u Schiele? Grecy nie mieli oporów w przedstawianiu genitaliów męskich. Może wiesz dlaczego potem ich wizerunek stał się tak rzadki?
    Gdy dzisiaj ogląda się choćby najsłynniejszego Davida Michała Anioła, czy jest coś w jego przyrodzeniu szokującego? Nie sądzę, choć pamiętam z dzieciństwa aptekę, w której akurat ta część ciała kopii statuetki, była zasłonięta gęstym listowiem ;)

    • Logos Amicus Says:

      „Może wiesz dlaczego potem ich wizerunek stał się tak rzadki?”

      Ciekawe zagadnienie :)
      Może dlatego, że w Europie nastała epoka zdominowana przez kulturę judeo-chrześcijańską z jej traktowaniem nagości jako czegoś wstydliwego, wręcz nagannego i grzesznego…? (Czego genezy można się dopatrzeć już w biblijnym podaniu o Adamie i Ewie, którzy po spożyciu Zakazanego Owocu z Drzewa Wiadomości Złego i Dobrego oodkryli nagle swoją nagość, która tak ich zawstydziła, że postanowili ją okryć?)

      PS. „Dramatyczne” niekoniecznie oznacza „szokujące” ;)

      PS 2. A genitalia Davida są po prostu pięknie przez genialnego Michelangelo wyrzeźbione ;)
      I takie… estetyczne :)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/07/michac582-anioc582-dawid-genitalia.jpg?w=780

      I może jeszcze – tak a propos – fragment „Zwycięskiego młodzieńca”, greckiej rzeźby z brązu (II – IV w. p.n.e), którego znalazłem parę tygodni temu w kalifornijskiej willi Getty’ego w Malibu:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/07/gracki-mc582odzieniec-z-brc485zu.jpg?w=780

      Nieprawdaż, że ładne? :)

  12. czara Says:

    Nie wiem czy „ładne”, to tylko część ciała, znam bardziej widowiskowe. Na pewno jednak wyrzeźbione z talentem.

  13. miziol Says:

    „Wyobraźmy sobie jednak, że idziemy spać z obliczem 20-latka, a kiedy się budzimy następnego dnia rano, w lustrze widzimy twarz 80-letniego człowieka. Powodem doświadczonego przez nas wówczas horrendum nie byłby stracony czas, a zmiana, jakiej uległoby nasze oblicze i ciało.”

    Musze sie przyznac, ze ja to przezylem. Dosyc dawno temu i zmiany na szczescie nie byly nieodwracalne -:). Zdarzylo sie to gdy bylem na trzecim lub czwartym roku studiow, mieszkalem w akademiku i ktoregos wieczoru miejscowy kolega zawital do mnie z flaszka. Dziwnym zrzadzeniem losu wywolalo to reakcje lancuchowa nastepujacych po sobie wydarzen w ktorych uczestniczyla chyba polowa mieszkancow naszego pietra oraz liczni przedstawiciele innych pieter, akademikow, a nawet krajow i narodow -:). Bylo to w ogole ciekawe doswiadczenie zwiazane z uplywem czasu oraz mozliwosciami ludzkiego organizmu. Kiedy wreszcie (po dwoch tygodniach) kolega sobie poszedl, postanowilem sie nieco odswiezyc i umyc twarz. I tu wlasnie dochodze do sedna mego komentarza. Gdy podnioslem glowe znad umywalki, twarz, ktora spojrzala na mnie z lusterka nalezala do jakiegos starca. To bylo naprawde traumatyczne przezycie, ale wniosek z tego jest taki, ze my nie jestesmy przywiazani do naszej twarzy tylko do jej odbicia w lustrze i do wlasnej jej oceny. Dlatego mozemy akceptowac zmieniajace sie z wiekiem wlasne oblicze, bo caly czas odnajdujemy tam cos interesujacego a czesto po prostu (patrzac tylko we wlasne oczy) widzimy tam siebie znacznie mlodszego, przystojniejszego, twarz ladniejsza, ciekawsza. Mozg czlowieka ma takie ciekawe mozliwosci, ze patrzac na siedzaca obok staruszke, mozemy widziec na jej miejscu mloda laske, ktora ona byla wiele lat temu.
    Pozdrawiam Amicusie

    • Logos Amicus Says:

      „Mozg czlowieka ma takie ciekawe mozliwosci, ze patrzac na siedzaca obok staruszke, mozemy widziec na jej miejscu mloda laske, ktora ona byla wiele lat temu.”

      Albo po prostu człowieka (kobietę, mężczyznę), którego kochamy już bez względu na to jak wygląda (zmieniło się) jego twarz i ciało.

      „…nie jestesmy przywiazani do naszej twarzy tylko do jej odbicia w lustrze i do wlasnej jej oceny”

      A zarówno to odbicie jak i jego ocena się zmienia.
      Czyżby więc było to przywiązanie do himery? ;)

  14. Agnieszka Zakrzewicz Says:

    Witam, pozwoliłam sobie zacytować Pana w moim eseju.
    Pozdrawiam serdecznie z Rzymu,
    Agnieszka Zakrzewicz

    http://www.sofijon.pl/module/article/one/592


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s