GRANICE I PRZEJŚCIA… (na brzegu życia i otchłani)

(zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVI)

Pejzaż zimowy Podkarpacia

Pejzaż zimowy na Podkarpaciu

.

Sami wymyślamy symboliczne granice (choćby takie jak ta, zbliżająca się – noworoczna) by mieć poczucie możliwości zmiany, transgresji, odnowy… Tworzymy w ten sposób wyjątkową porę, kiedy możemy odegrać pewien rytuał przejścia – wszystko z nadzieją na lepszą przyszłość. A ona będzie jaka będzie, bez względu na naszą życzeniowość (wishful thinking) i zaklęcia: dla jednych lepsza, dla innych zaś gorsza – i oby tych pierwszych było znacznie więcej. Większość z nas nie dotrzyma noworocznych postanowień, ale o tym przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Teraz o tym nie myślimy… no i dobrze, bo i po co psuć sobie humor?

Lata mijają, nowy rok będzie za chwilę starym, a my – stojąc na brzegu życia i otchłani – widzimy płynącą rzekę czasu, która zabiera z sobą bezpowrotnie sporą część naszego świata. Ale i przynosi coś nowego. Ginie jednak nie tylko to, co sprawiało, że czuliśmy się szczęśliwi, ale również i to, co było dla nas nieszczęściem (może to być poniekąd naszą pociechą). Czas jest bowiem niewybiórczy i ślepy. Może dlatego jest sprawiedliwy? Lecz niestety – jest też przy tym bezlitosny, o czym świadczą nie tylko coraz liczniejsze zmarszczki na naszej twarzy i coraz więcej siwych włosów (albo tych włosów coraz mniejsza ilość).

Życie jest straszne i cudowne zarazem – podobnie jak świat, w którym żyjemy – pełen zarówno piękna, jak i potworności; śmieszności, jak i grozy. Trudno więc stwierdzić, że znaleźliśmy się na tym świecie w nagrodę, a tym bardziej, że jesteśmy tutaj za karę. To, że w ogóle jesteśmy, graniczy jednak z cudem, albo też i jest już cudem samym. W sumie… niepojętym, nawet dla takiego niesamowitego tworu, jakim jest ludzki mózg – całkiem możliwe, że będący najbardziej złożoną częścią Wszechświata, zbliżającą nas w jakimś stopniu do samego Boga (czy też sił, które nas stworzyły).

* * *

Jeśli istniejemy w czasie, to przemijanie jest czymś nieuniknionym. Przemijania nie ma tylko tam, gdzie nie ma czasu. A tego nie sposób sobie wyobrazić, ani też pojąć.

* * *

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.
Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?
A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe) jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…
A może jednak początkiem czegoś innego?

* * *

Piękno przyrody (świata) zawsze zauważamy wpierw tam, gdzie jest (było) środowisko, w którym dorastaliśmy. I to pozostaje taką naszą cezurą, wzorem, punktem odniesienia… właściwie na całe życie. Do tego odnosimy wszystko to, co spotykamy w całym naszym późniejszym życiu – to nadaje jakby tonację temu, co przeżywamy już jako dorośli w naszym związku z Naturą, cz też – ogólniej – z całym otaczającym nas zewnętrznym światem.

* * *

Rozpacz jest jednym z nieodłącznych elementów ludzkiej kondycji. Może ją spowodować nie tylko własna nieuleczalna choroba, ale i np. utrata kogoś bliskiego, zniewolenie, kalectwo, cierpienie, nieodwracalność losu… cała masa innych nieszczęść jakie dotykają ludzi. Można nawet powiedzieć, że rozpacz (despair) jest jednym z fundamentalnych doświadczeń egzystencjalnych człowieka.
Rozpacz niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z „żalem chwil teraźniejszych, czy minionych” – to nie ten ciężar gatunkowy, nie ta intensywność uczuciowa, nie ta sfera dramatu życia.

Naturalnie istnieją sposoby, czy też drogi, którymi można (starać się) uciec rozpaczy. Dla wielu ludzi czymś takim jest np. wiara. Albo… udawanie, że coś takiego, jak rozpacz nie istnieje, że nie ma ona do nich przystępu.

Ponadto rozpacz nie ma dobrej „prasy” – ot, choćby na blogach, czy na Facebooku – bo wszystkich obowiązuje pop-kulturowa dyktatura dobrego zdrowia, pozytywnego myślenia, indywidualnego szczęścia, pomyślnego życia… Tylko niekiedy robi ktoś w tym wyłom – ale to jednak wymaga pewnej odwagi, a nawet… determinacji.

* * *

Rozpacz, mimo wszystko, znana jest niemal wszystkim ludziom – nawet (a może zwłaszcza?) tym, którzy zdolni są do miłości (bo pojawia się zawsze wtedy, kiedy traci się kogoś, kogo się kocha).

W jednym ze swoich esejów Tischner zwrócił uwagę na to, że w polskiej literaturze brak jest wnikliwego i wszechstronnego opisu rozpaczy. I zastanawia się dlaczego (Polacy o rozpaczy nie mówili)?: Może nie wypada pisać o rozpaczy? Może temat rozpaczy został poddany cenzurze – tej „honorowej” np., która zakazuje przyznawać się do słabości? (Tak jakby rozpacz była słabością, a nie zdolnością doświadczenia egzystencjalnej głębi i wrażliwością.)
Według Tischnera powodem tego była szeroko w Polsce rozpowszechniona wiara religijna, która właściwie zakazywała rozpaczać, bo – jak pisze Tischner – „rozpacz była ‚upadkiem’, poniżeniem ‚godności’, ujmą na ‚honorze’, a przede wszystkim grzechem”.

* * *

„Kiedy nie można znaleźć nawet śladu rodzinnego domu, kiedy odmienione są drzewa i rzeka, jedynym głosem, jaki spodziewamy się usłyszeć od pielgrzyma, jest głos rozpaczy, lament, gorycz.” (Julia Hartwig – poetka, o „Dworze” Miłosza.)

Wydaje mi się, że Miłosz był przywiązany nie tyle do miejsca, w którym dorastał, co do czasu, kiedy dorastał. Podobnie: był bardziej przywiązany do języka polskiego, niż do samej Polski. Materia obchodziła go o tyle, że dzięki niej mógł snuć swoją poezję, mierzyć się z kulturą i jej ideami – z intelektualnym konceptem. Wychodził od konkretu ale zawsze ciągnęło go w ezoteryczne krainy, ku metafizyce. To wszystko świadczy o jego religijnym temperamencie. Ale to nie powinno dziwić, bo większość poetów ma taki temperament.

* * *

„Jeśli nie wystarcza tu sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nie uświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.” (Erich Fromm, „O sztuce miłości”.)

Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz. Ale dzięki Bogu kryje się w nim także potencjał szczęścia. Zresztą, rozpacz podobna jest do szczęścia w tym, że nie jest czymś permanentnym, stałym: szczęśliwym się raczej bywa, niż jest – rozpaczać też nie można długo (zwykle rozpacz przechodzi w melancholię i smutek – a wreszcie mija… jak wszystko inne).

Tak, można powiedzieć, że przemysł rozrywkowy podszyty jest strachem, nudą i pustką – tym wszystkim, co świadczyć może o skrywającej się za tą jałowością rozpaczy.

* * *

Wszystko się zapętla i łączy – jest właściwie jednym (dlatego każdy początek jest jednocześnie końcem – a czas nie ma w tym wszystkim żadnego znaczenia). Nasz język, podobnie jak percepcja, jest ograniczony i niezdolny do nazwania (określenia) tego, co poza nami i poza naszym światem. I poza czasem. A to, co poza czasem, jest właśnie wiecznością. (Wieczność jest bezczasowa – tylko dlatego może być wiecznością. Jest czystym istnieniem – a nie trwaniem.) Czas nie może być atrybutem tego, co istnieje wiecznie.

* * *

WYSPY DZIEWICZE

.

Czy istnieją jeszcze gdziekolwiek Wyspy Dziewicze? Nie tyle bezludne, co takie, gdzie można uciec przed zgiełkiem świata i cywilizacji, schronić się przez wieściami o rewolucjach, katastrofach, kryzysach, zamachach i wojnach? Czy też może przesiąkamy współczesnością do cna i dlatego taka ucieczka jest już niemożliwa – bo to tak, jakbyśmy uciekali przed samym sobą? Czy można żyć w izolacji – w tym świecie, gdzie coraz ludniej, tłoczniej, głośniej i bardziej krzykliwie? Czy możemy wyrzucić z naszej świadomości cały ten balast i osad wiedzy o tym, co dzieje się złego, strasznego i tragicznego na Ziemi? Zapomnieć o wszystkim, zanurzyć się we własnej błogości niemyślenia o niczym co przykre i co może popsuć nam humor, a może nawet wpędzić w rozpacz? Lecz gdyby nawet było to możliwe, to czy byłby to egoizm, bezmyślność, nieczułość, brak empatii, zimna obojętność? Czy też instynkt samozachowawczy – próba samoobrony, wyzwolenia i ratowania siebie samego – wybawienia od wiecznie dotkliwego pytania: unde malum?

i

Jakimże niesamowitym miejscem musiały być Karaiby w epoce prekolumbijskiej, kiedy oblane turkusowym oceanem wyspy porośnięte były pierwotną i nieskażoną niczym dżunglą, zamieszkałą przez setki gatunków ptaków, roślin i zwierząt, które od tysięcy lat żyły w doskonałej naturalnej równowadze. Wprawdzie jeszcze przed Europejczykami walczyły tu ze sobą tubylcze plemiona, ale nie miało to większego wpływu na stan rodzimej fauny i flory.
Ten, być może wyidealizowany nieco obraz, zaistniał w naszej świadomości również dzięki powieściom przygodowym typu „Wyspa skarbów” Roberta Luisa Stevensona, czy „Robinson Crusoe” Daniela Defoe.
Wszystko się zmieniło z nadejściem plantatorów – wraz z ich chęcią zysku. Cukier, rum, tytoń, melasa – Zachodnie Indie postrzegane były tylko jako źródło dóbr, które miały przynieść bogactwo. Prawie wszystkie wyspy ogołocono z lasów. Sprowadzono rośliny i zwierzęta, które powodowały ekologiczne katastrofy. Po dziewiczości wysp zostało jedynie wspomnienie i… nazwa, jaką określa się do dziś kilka skrawków ziemi na Małych Antylach (Virgin Islands).
Na kilkaset lat – po dotarciu tu Europejczyków – Karaiby stały się areną walk o wpływy między Anglikami, Francuzami, Holendrami, Duńczykami i Hiszpanami; miejscem gdzie grasowali osławieni piraci w rodzaju kapitana Morgana i spółki. Tysiące niewolników pracowało na bogactwo białych kolonizatorów.
Resentymenty pozostały do dzisiaj.
Dla kogoś, kto wszędzie oczekuje na Karaibach uroczych, rajskich i sielskich zakątków, rozczarowaniem może być zdewastowany krajobraz, wykopy i śmietniska, ogołocone z lasów wzgórza; szokiem bywa widok nędznych ludzkich osiedli i baraków godnych trzeciego świata.

greydot

Zmierzch nad Virgin Gorda

Zmierzch nad Virgin Gorda

A jednak te urocze zakątki istnieją, i to nie tylko w obrębie zamkniętych turystycznych enklaw. Trzeba je tylko odnaleźć i do nich dotrzeć. Wielkim walorem Karaibów jest klimat. Kiedy więc na amerykańskiej północy jest już szaro, panuje ziąb i pada śnieg, odległe zaledwie o parę godzin lotu wyspy kuszą ciepłem, słońcem, palmami, piaszczystymi plażami, bajecznymi rafami koralowymi i szmaragdową wodą.

greydot
Byłem już w tamtych rejonach wielokrotnie. Zawsze wybieram się tam z wielką przyjemnością. Podobnie jest teraz – cieszy mnie to, że zostawiam na jakiś czas to zimne, wietrzne i zasypane już śniegiem Wielkie Miasto.
Tam – pod palmami, nad ciepłą wodą, otoczona złotymi piaskami, czeka na mnie… Tłusta Dziewica.

greydot
Powyższy zapis powstał jeszcze w domu. Teraz jesteśmy już u celu – na Virgin Gorda, jednej z Brytyjskich Wysp Dziewiczych, która swoją dziwną nazwę (Tłusta Dziewica), zawdzięcza wyobraźni jednego z uczestników wyprawy Krzysztofa Kolumba.
Dotarliśmy tu z przygodami. Wczoraj wieczorem wylądowaliśmy na amerykańskiej Wyspie Dziewiczej – St. Thomas, która przywitała nas ciemnościami. Otóż okazało się, że w miejscowej elektrowni miał miejsce wybuch boilera, dzięki czemu niemal cała wyspa pozbawiona została prądu. Jakimś cudem udało się nam znaleźć nocleg w śródmieściu największego miasta wyspy Charlotte-Amalie, mimo, że – ze względu na awarię –  nie przyjmowano już tej nocy żadnych gości (życzliwość menadżerki oraz nasza siła perswazji zrobiły swoje.

Przyjęto nas życzliwie, obdarzono latarkami, a nawet udało się nam zjeść kolację w miejscowej restauracji.
Następnego ranka, czyli dzisiaj rano, promem przepłynęliśmy na Tortolę (Brytyjskie Wyspy Dziewicze), gdzie spędziliśmy cały dzień (przypomniałem sobie kilka interesujących zakątków, które odwiedziłem kilka lat temu: plaże Smugglers Cove i Long Beach, gdzie można było popływać i pobiegać po piasku – kilka godzin spędzonych w ciepłej oceanicznej wodzie, na złotym sypkim piaski i na słońcu, można odreagować wielkomiejskie stresy, tudzież zapomnieć o chicagowskim chłodzie).

Późnym wieczorem, kolejnym promem dobiliśmy do Virgin Gorda i wylądowaliśmy w resorcie Mango Bay. Mimo późnej pory zostaliśmy serdecznie przywitani przez właścicielkę, która oprowadziła nas po ośrodku.
Spodobało nam się tutaj tym bardziej, że zamiast zwykłego pokoju dostaliśmy dwusypialniowy apartament z olbrzymim „livingroomem”, dwoma łazienkami i tarasem z widokiem na plażę i Ocean.
Żyć, nie umierać!

greydot

Zupełnie niepotrzebnie podkusiło mnie, aby włączyć tej nocy telewizor – kanał z wiadomościami CNN. Nagle tory moich myśli gwałtem zostały skierowane na obrazy przejmujące i szokujące.
Wpierw zobaczyłem płonący, słynny hotel Taj Mahal w Bombaju, a zaraz potem inne dantejskie sceny z zaatakowanych przez terrorystów Indii.
Co za okrutna ironia: zaledwie kilka dni temu umieściłem na mojej stronie zdjęcia ukazujące ludzi z Indii – wraz z ich pięknymi uśmiechami, a oto teraz widzę trupy –  zakrwawione hinduskie ciała i twarze.

Tak się dziwnie składa, że niemal zawsze, gdy wybiorę się w jakąś podróż, zaraz na początku dopada mnie katastroficzna wiadomość.
Kiedy znalazłem się w Meksyku, tego samego dnia dowiedziałem się o morderczym tsunami, które nawiedziło wybrzeża Oceanu Indyjskiego; kiedy wracaliśmy z jakże spektakularnego wschodu słońca nad Wielkim Kanionem, w radiu usłyszeliśmy o walących się wieżowcach na Manhattanie; kiedy przylecieliśmy do Delhi – dotarła do nas wiadomość o bombach zamachowców, które wybuchły właśnie w Kalkucie… itd.
O czym to świadczy? O moim pechu? Czy też po prostu o przypadku, który wskazuje na to, jak bardzo ten nasz świat jest niespokojny, pełen przemocy i koszmarnych zdarzeń.

Czy mam się poddać owym nieszczęsnym wieściom i pozwolić by zrujnowały moje wakacje? (Bo przecież trudno obok nich przejść obojętnie.)
Takie jednak są realia świata, w którym żyjemy. Według mnie nie jest czymś dobrym chowanie głowy w piasek. Ale z drugiej strony – cóż można zrobić?
Chyba tylko odłożyć uporanie się z tymi faktami na później. Póki co, zająć się zwiedzaniem Wysp Dziewiczych, oddać się pływaniu, zażywaniu słonecznych witamin, poznawaniu nowych ludzi, fotografowaniu… Ukoić się szumem fal, śpiewem ptaków, odgłosami dżungli…
Czy przez to spotkam się z zarzutami, iż jest to podejście na wskroś egoistyczne?

greydot

PS. Powyższe zapiski pochodzą z 2008 roku i ukazały się na moim poprzednim blogu „Brain Graffiti”. Ciekawe są komentarze, jakie się wówczas pod tym wpisem ukazały:

Jula: „No cóż,  ja raczej powiedziałabym o wielkim szczęściu, bo zamachy terrorystów, czy inne kataklizmy jakby Ciebie omijały, jakbyś się z nimi rozmijał. Takie jest niestety życie ludzi na ziemi i zawsze tak było. Myślę, że wcześniej nie było tak szybkich środków przekazów, mediów itd… Bo ta walka o wpływy, o władze i pieniądze od zawsze była  jest i będzie. I nic na to nie poradzimy, bo nieba nie da się stworzyć na ziemi, no może na chwilę… Pokaz nam jakieś ładne zdjęcia z tego raju na ziemi.”

Sarna: „Dziś nazwa ‚Wyspy Dziewicze’ brzmi jak ironia. Zdewaluowała się jak prawie wszystko. Zbrukane dziewictwo, co z niego pozostało? Twierdzisz, że można się w tym krajobrazie dopatrzeć jakichś niewinnych i pięknych miejsc. Tylko trzeba chcieć. A my tak coraz mniej zadajemy sobie trudu, by chcieć. Lubimy gotowe rady, recepty, programy biur podróży, wygodne życiowe fast foody.
Nie narzekaj, Jula ma rację, twierdząc że opacznie tłumaczysz własne szczęście. Narzekać może twoja żona, bo cieszysz się, że dostałeś dwusypialniowy apartament z dwoma łazienkami. Dla mnie to byłby afront :)
W ogóle jesteś nieznośny. U mnie szaro i dżdżyście, w niedzielę kolejny egzamin, a Ty wylegujesz się na plaży, pełzasz po cudnej wyspie, spijasz wytrawne winko i śmiesz twierdzić, że jesteś pechowcem. Miałam się uczyć, chyba się upiję, a może jedno i drugie.”
Miłego urlopu i podobnie jak Jula czekam na zdjęcia.”

Geograf: „Enjoy your holidays! Co do samych wysp – pewnie obyłyby się zarówno bez plantacji jak i bez turystów; wystarczy im największy tonaż floty handlowej na świecie na mieszkańca. No i sama nazwa – grunt to dobry PR .”

I moje odpowiedzi: „Jula, chociaż raju na ziemi rzeczywiście nigdzie nie ma, to są jednak miejsca, które nam ten raj przypominają. Karaiby np. to raj dla lubiących ciepłe wody, słońce, kąpiel, nurkowanie, no i oczywiście żeglowanie… I nie ma w tym przesady. A jednak bardzo chciałbym zobaczyć Wyspy Dziewicze w czasie, kiedy rzeczywiście były jeszcze dziewicze… nie tylko z nazwy.”

„Sarno, tutaj naprawdę jest ładnie i ciekawie, mimo pewnego cywilizacyjnego ‚zbrukania’ wysp. Całe mnóstwo uroczych zakątków. Zwłaszcza na wyspie, na której jesteśmy, czyli na Virgin Gorda znaleźć można plaże, na których prawie nikogo nie ma – jest dziko i spokojnie zarazem. Ja nie znoszę leżenia plackiem na piasku i prażeniu się w słońcu. Staram się ruszać: biegam, pływam, nurkuję… Dzisiaj wypłynąłem kajakiem na Ocean i trafiłem na bajeczną rafę koralową. Wystarczyło założyć wodne okulary, rurkę do oddychania (snorkel) i płetwy, zanurzyć głowę pod wodę, a przed moimi oczyma roztoczył się niewiarygodny, kolorowy świat rafy koralowej, o istnieniu którego wielu ludzi na brzegu nie ma pojecia – bo nic go na lądzie nie zapowiada. Rafa ginie na całym świecie w zastraszającym tempie, ale jeszcze zachowały się jej fragmenty – między innym Rafa Barierowa na Karaibach.”

„Geografie: no nie wiem, czy ten imponujący tonaż by im tutaj wystarczył. Bez turystyki rdzenna ludność Karaibow raczej by nie przetrwała, choć same Wyspy z pewnością tak.”

(zapiski z podróży na Wyspy Dziewicze, 2008 r.)

greydot

Karaibska klasyka - Tortola (Brytyjskie Wyspy Dziewicze)

Karaibska klasyka – Tortola (Brytyjskie Wyspy Dziewicze)

.

ii

Wieczorem, w przeddzień planowanego wyjazdu z Chicago rozpętała się burza śnieżna. Wiele lotów odwołano, pod wielkim znakiem zapytania stanął nasz jutrzejszy wylot. Ruch na drogach został sparaliżowany, ledwie dotarłem z pracy do domu – droga, którą zwykle pokonuję w pół godziny, tym razem zajęła mi blisko dwie godziny. Samochód tańczył na lodzie, a z góry spadały wielkie i mokre płaty śniegu. Miasto zaczęło wyglądać dość nierealnie, a jeszcze bardziej nierealnym wydawało się to, byśmy już za kilkanaście godzin znaleźli się w słonecznym i zielonym tropiku.
A jednak udało się.
Mimo zasypanych ulic taksówka przyjechała punktualnie jeszcze przed świtem, wylot nastąpił planowo, za trzy godziny wylądowaliśmy w Ft. Lauderdale na Florydzie. Tutaj przesiadka na inny samolot, kilka następnych godzin lotu i oto lądujemy w stolicy Kostaryki, San Jose.
(…)
Wypożyczanie samochodu na lotnisku. Rezerwację zrobiłem dobrych kilka tygodni temu, sprawdzałem ją jeszcze przed tygodniem, ale oczywiście teraz, samochodu, takiego jakiego chciałem, nie było. Zgrzyt. Na szczęście, po kilku telefonach, w sąsiedniej kompanii znaleźliśmy nowiutkiego SUVa z napędem na cztery koła (samochód osobowy odpadał ze względu na wertepy jakie czekały nas na kilku odcinkach naszej trasy).
Wyjazd z San Jose okazał się nie taki prosty. Brak oznakowań, mylące napisy, jakieś ślepe uliczki… lecz w końcu znaleźliśmy się na drodze prowadzącej na drogę do Cartago, skąd zamierzałem zrobić wypad na szczyt Irazu, najwyższego czynnego wulkanu w Kostaryce. Pogoda była pod psem, jednak miałem nadzieję, że się poprawi. Było pochmurno i mgliście, siąpił deszcz… Jednakże, jak się dowiedziałem, często wyjeżdżając w takiej aurze na Irazu – ze względu na to, że znajduje się on na wysokości 3,5 km. n.p.m. – złą pogodę, deszcz i chmury zostawia się pod sobą i wyjechawszy na szczyt, krater zastaje się oświetlony słońcem. Nic z tego. Robię dwa podjazdy w przeciągu kilku godzin (w międzyczasie rozgrzewamy się herbatą w przydrożnej gospodzie), ale niestety mgła spowija wszystko wokół, widoczność jest więc żadna.
Myślałem o noclegu w Cartago (małym, niezbyt ciekawym miasteczku, które ongiś było stolicą Kostaryki), przypomniałem sobie jednak to, czego dowiedzieliśmy się wcześniej od naszego znajomego Kostarykańczyka, który wspomniał o położonym w pobliskich górach miejscu, gdzie spotkać można quetzale, bajecznie upierzone rajskie ptaki. Później wyczytałem w jednym z przewodników, że można tam również przenocować. Nie namyślając się zbyt wiele, postanowiłem tam dotrzeć jeszcze tego samego dnia.
Trafiliśmy do cudownego miejsca. Właśnie taką atmosferę uwielbiam: ukryte w lesie górskie schronisko, z dala od turystycznych tłumów, rozrzucone po wzgórzu bungalowy, zbieranina ludzi z całego świata (lecz bez frekwencyjnego szaleństwa). Przy kominkowym ogniu suszy się para z Teksasu, obok grupa Niemców studiuje książki i albumy, próbując zidentyfikować ptaki, które widzieli dziś na szlaku. Mirador de Quetzales jest bowiem miejscem znanym dobrze ornitologom. Tutaj mamy największe szanse by zobaczyć na własne oczy quetzala. Jutro o świcie wyruszamy z przewodnikiem w las, w poszukiwaniu tego mitycznego ptaka.
(…)
Wcześnie rano jesteśmy już na szlaku. Mgły opadły, chmury zaczęły się rozwiewać, przez gęste korony drzew przebijały się promienie słońca. Szlak prowadził zboczem, co jakiś czas mijaliśmy jakieś kaskady, wodospady, strumienie… Wreszcie nasz przewodnik, który cały czas zdawał się nawoływać ptaki, wskazał nam drzewo w oddali… I rzeczywiście, na jednej z jego gałęzi, można było dostrzec charakterystyczną sylwetkę quetzala. Podeszliśmy ostrożnie nieco bliżej i wówczas ptak ukazał się nam w całej swojej rajskiej krasie – przepiękne kolorowe upierzenie, fantazyjny czub na łebku, imponujący ogon… Za chwilę dostrzegliśmy także inne quetzale, i tak, zachwycając się nimi, wędrowaliśmy po baśniowym lesie, gubiąc zupełnie poczucie czasu.
(…)
Tego dnia żegnamy się ze słynną – biegnącą tutaj grzbietem górskiego pasma Cordillera de Talamanca – drogą Interamericana i docieramy do położonej już nad Pacyfikiem miejscowości Dominical, gdzie planujemy zatrzymać się na kilka dni i nocy.
Docieramy na miejsce. Noclegownia zwie się Alberque Alma de Hatillo i… ma niespodziewany a mocny polski akcent.
(…)

z Sabiną w Alberque Alma de Hatillo

z Sabiną w jej posiadłości Alberque Alma de Hatillo

Sabina przybyła tutaj z Kanady 10 lat temu. Pochodzi z Wrocławia. Wyemigrowała z kraju w 1974 roku. Polskę odwiedza co parę lat, ciągle czuje się tam jak u siebie, jednak okolicę pacyficznego wybrzeża Dominical uznała za miejsce gdzie chce żyć i… umrzeć.
Piszę te słowa siedząc w cieniu na obszernym, otoczonym bujną tropikalną roślinnością patio i czytam to, co pisze o miejscu, do którego miałem szczęście dotrzeć, przewodnik Lonely Planet: „One of the most loved B&Bs on the entire Pacific Coast, this hidden gem is run by Sabina, a charming Polish lady who has legions of dedicated fans the world over.” Rzeczywiście, wszystko się zgadza.
(…)
Wpierw pomyślałem sobie, że Sabina uciekła od cywilizacji, lecz po kilku rozmowach z nią, swój pogląd musiałem zweryfikować: ona wcale nie uciekła od cywilizacji, ona przede wszystkim uciekła… do ludzi. I prawdziwszego chyba jednak, bardziej naturalnego życia. Sabina nie czyta gazet, nie ogląda telewizji, mówi że nie obchodzi ją za bardzo to, kto jest – czy też będzie – prezydentem Stanów Zjednoczonych… Nie chce się przejmować światowym tyglem, sytuacjami i wydarzeniami gdzieś daleko, bo przecież i tak nie ma na nie żadnego wpływu.
Weszła w to egzotyczne miejsce, zżyła się z tutejszymi ludźmi, z którymi łączą ja teraz silne więzy. Uważa, że życie jest tutaj prostsze i dlatego bardziej autentyczne.
A ja przez to wszystko uświadamiam sobie mój ciągle nierozwiązany dylemat: kim jestem? Nieodrodnym tworem współczesnej cywilizacji, czy wygnanym z naturalnego środowiska banitą bez ziemi, tęskniącym do powrotu do natury?
Taki i inne myśli przyszły mi dzisiaj do głowy, kiedy obudziłem się rano w jednym z domków Sabiny. Za oknem budziło się życie – intensywne, bujne życie dżungli, przepełnione odgłosami insektów i śpiewem egzotycznych ptaków. Z dala, z okolicznego rancza, dochodziło beczenie krów, pianie kogutów, gdakanie kur, rżenie koni… Cofnąłem się do lat mego dzieciństwa spędzonego u dziadków na wsi. Zaraz potem przypomniałem sobie dźwięki budzące mnie w Chicago – odgłos startujących i lądujących samolotów na O’Hare, hałasujące na ulicach samochody, syreny i gongi w oddali…
Gdzie chciałbym żyć?
W takim momencie jak ten, odpowiedź jest dla mnie jasna, prosta i oczywista.
(…)
Nie spodziewałem się, że kwestia ta dopadnie mnie nad rzeką Pacuare w Kostaryce  – w niewątpliwie jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Co prawda, podczas podróży po Ameryce Środkowej, przypadkowo, co jakiś czas, docierały do mnie słowa i obrazy tego, co dzieje się teraz na Bliskim Wschodzie, to jednak zaraz absorbowały mnie bieżące sprawy związane z naszą włóczęgą – również dotkliwy ból, jaki towarzyszył mi przez kilka dni po mojej motocyklowej kraksie (dwa pęknięte żebra i mocno potłuczona stopa) na wyspie Ometepe w Nikaragui.
Doszło do tego silne trzęsienie ziemi, jakie przeżyliśmy wczoraj. Pacuare Lodge oddalona jest od wulkanu Poas – czyli od miejsca, gdzie było epicentrum – o dobre sto kilometrów, więc nie wydarzyło się tu nic tragicznego ani dewastującego, niemniej jednak naszym bungalowem zatrzęsło mocno, a ja zrazu myślałem, że po dachu biegnie stado małp.
(…)
Oto siedzę teraz na bajecznym tarasie Pacuare Lodge i zamiast kontemplować naturalne piękno przyrody, tudzież ożywczą dzikość otaczającej mnie puszczy, rozpamiętuję wieści, jakie dotarły do mnie ostatnio z ogarniętej płomieniami Gazy, przeglądam internetowe strony…
Nie chcę tutaj silić się na tanią dramatyzację, ale wszystko to wtrąciło mnie dosłownie w inny stan świadomości – przeniosło w pewien wymiar, który znajduje się gdzieś w moim mózgu – w sąsiedztwie “Jądra ciemności”, “Czasu Apokalipsy” – obrazów skąpanej w ogniowym napalmie dżungli…
Mimo to, wydaje mi się, że mój ogląd tego, co dzieje się teraz w Gazie jest dość jasny, ostry i racjonalny. Daleki od jakichś mitologicznych, literacko-metaforycznych, czy też technikolorowych wizji wojennego piekła, tudzież quasi-religijnego doświadczenia Dies Irae – gniewu bogów, który bezpośrednio uderza w ludzi. Wydaje mi się, że jak na dłoni widzę ludzką manipulację faktami, przyginanie ich do własnych wyobrażeń, kreowanie własnej wersji rzeczywistości – bezwiednie i wiednie – w aktach bardziej lub mniej świadomych, wynikających z cynizmu lub ignorancji.
(…)
Coraz lepiej rozumiem Sabinę. I wiem, że gdybym pomieszkał tam gdzie ona kilka dobrych lat, to życie zaczęłoby mnie zmieniać. Mógłbym zapomnieć o „szerokim” a może nawet  i „całym” świecie.
Odsuwałbym docierające do mnie z tego świata złe (najczęściej) wieści. Nie wiedziałbym o ludzkiej doli i niedoli w wielu zakątkach globu.
Jak widać, na razie jeszcze mnie na to nie stać. I do końca jednak nie jestem pewny, czy bym tego chciał.

(fragmenty zapisków z podróży do Kostaryki, 2008 r.)

greydot

Pacuare Lodge otoczona dżunglą

Pacuare Lodge otoczona dżunglą

© ZDJĘCIA WŁASNE

Zdjęcia z podróży na Wyspy Dziewicze obejrzeć można tutaj, zaś na Kostarykę tutaj („Fauna i flora”) oraz tutaj („Pstryki z Kostaryki”) – na moim blogu fotograficznym ŚWIAT W OBRAZACH.

.

EROS, MYŚL I PRZEMIJANIE (o książce J.M. Coetzeego „Zapiski ze złego roku”)

.

Mistrz i Anya. Starzejący się pisarz rozlicza się ze światem pisząc swą ostatnią książkę (będącą czymś w rodzaju literackiego testamentu), przeżywając przy tym ostatnią erotyczną przygodę swojego życia (gdzie kobieta jest niczym katalizator autentycznego doświadczenia świata przez mężczyznę wrażliwego i zmysłowego). Nagie kobiece ciało z tytułowej okładki jest jakby kontrapunktem dla portretu starszego dystyngowanego pana, który widzimy na okładce z tyłu książki. Jednakże to, co wydaje się być dość tanim seksistowskim chwytem komercyjnym (nagość młodego ciała jest atrakcyjnym towarem) w sposób chyba niezamierzony oddaje najgłębszy bodajże sens tej książki, który zawiera się w dialektyce: zmysłowa witalność, erotyczne napięcie płci (seksualizm) vs. filozoficzna, psychologiczna i polityczna próba ogarnięcia świata (intelektualizm).

.

J.C. Coetzee zapiski ze zlego roku okladakaCoetzee po raz kolejny pisze o sobie, a raczej o kolejnej wersji samego siebie – człowieka nieprzeciętnie inteligentnego i o wielkiej wrażliwości (to ona najprawdopodobniej jest przyczyną jego dystansu do świata – wycofania się z życia społecznego), podatnego na erotyczny impuls; do pewnego stopnia wyalienowanego, a jednak usiłującego jednocześnie związać się ze światem ludzi, poznać i doświadczyć istotę własnego człowieczeństwa – uporządkować i nadać sens temu wszystkiemu, co go otacza, a co wydaje się być bezcelowe i chaotyczne, a na dodatek skażone hańbą i przepełnione immanentnym wręcz cierpieniem.

myślenie polityczne i anielski tyłeczek

Uderzająca jest ta konfrontacja zmysłów z myśleniem, ciała z intelektem, płciowości z duchem, konkretu z abstrakcją, prostoty z wyrafinowaniem, dosłowności z niuansem, frywolności z powagą.
Oto główny bohater książki, JC (“El Señor” – jak nazwała pisarza Anya) tak mówi o pierwszym spotkaniu z dziewczyną, która później zostanie jego sekretarką: “Po raz pierwszy zauważyłem ją w pralni (…). Siedziałem i patrzyłem, jak pranie wiruje, gdy nagle weszła ta zdumiewająca młoda osoba. Zdumiała mnie, bo czego jak czego, ale takiej zjawy się nie spodziewałem; sukienka w pomidorowym odcieniu, którą miała na sobie, też była zdumiewająco krótka. (…) Minął tydzień, jak znów ją zobaczyłem (…), a i to tylko przelotnie: kiedy wychodziła głównymi drzwiami, mignęły mi jej białe spodnie, uwydatniając bliski doskonałości, zaiste anielski tyłeczek.”
W tym samym czasie JC pisze esej “O myśleniu”: “Gdyby mi kazano opatrzyć jakąś etykietką mój własny styl myślenia politycznego, nazwałbym go pesymistycznie anarchistycznym kwietyzmem, anarchistycznie kwietystycznym pesymizmem lub pesymistycznie kwietystycznym anarchizmem. Byłby to anarchizm, bo w świetle moich doświadczeń najgorsze w polityce jest samo to, że chodzi w niej o władzę; byłby to też kwietyzm, bo podejrzana wydaje mi się chęć zmieniania świata, skażona żądzą władzy; i byłby to wreszcie pesymizm, ponieważ wątpię, czy rzeczywistość w ogóle da się jakoś zasadniczo zmienić.”

metafizyczny ból starca

Na początku Anya jest dla JC samą tylko powierzchownością, kobiecym ciałem, „kwiatem”, który on podziwia… i którego nawet nie może pożądać, ponieważ Parkinson i wiek (72 lata) skutecznie stłumił w nim seksualny popęd. Niemniej jednak poddaje się zauroczeniu i zadurzeniu, a kiedy sam stara się dociec przyczyn, które go do tego stanu doprowadziły, mówi o nudzie, swoim „pustogłowiu” i „indolencji”. Ale to nieprawda, bo to, że zwrócił na tę dziewczynę uwagę było spowodowane czymś, co siedziało w nim znacznie głębiej, niż samczy poryw znudzonego jajogłowca. Bardziej wiarygodne wydaje mi się bowiem to wyznanie Señora C: „Kiedy tak na nią patrzyłem, przeniknął mnie jakiś ból, rodzaj metafizycznego bólu, a ja w żaden sposób nie starałem się go stłumić. Ona zaś intuicyjnie go wyczuła: skądś wiedziała, że w starcu, który siedzi w kącie na plastikowym krześle, dzieje się coś bardzo osobistego, związanego z wiekiem, żalem i ogólną łzawością rzeczy.”
Tak więc: jakaś dziwna mieszanka metafizyki i sentymentu, platonizmu i tęsknoty? JC zbyt dużo wiedział o erotycznej sublimacji – tym swoistym współgraniu, przenikaniu i wzajemnym oddziaływaniu szarych komórek mózgowych mężczyzny myślącego z jego gruczołami produkującymi hormony – by poddać się jedynie zwierzęcej chuci bez zaangażowania serca, wyższych ludzkich uczuć i inteligencji. Wprawdzie zdaje sobie sprawę ze znaczenia w życiu twórcy aktywnego libido: „Rosnący dystans wobec świata odczuwa oczywiście wielu pisarzy, gdy w podeszłym wieku stygną, chłodnieją. Ich proza traci gęstość, a w traktowaniu postaci i akcji pojawia się większy schematyzm. Syndrom ten składa się zazwyczaj na karb ubytku mocy twórczych; niewątpliwie wiąże się to z wygasaniem sił fizycznych, a zwłaszcza pożądania.” Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, więc JC konkluduje następująco: „Lecz od wewnątrz można odczuwać tę przemianę zupełnie inaczej: jako wyzwolenie, rozjaśnienie umysłu, które pozwala podjąć ważniejsze zadania.” I podaje przykład Tołstoja, który w tym co pisał stawał się coraz bardziej dydaktyczny i oschły, a jednak w tej swojej ewolucji nie widział schyłku i dekadencji. Wprost przeciwnie: odczuwał, że stopniowo zrzuca więzy i okowy, które pętały go za młodu i wymuszały uczestnictwo w świecie pełnym pustych gestów, gry i pozorów, dzięki czemu mógł nareszcie teraz „stanąć oko w oko z jedynym pytaniem, szczerze zaprzątającym jego duszę: jak żyć?”

trójkąt

Coetzee uchodzi za pisarza chłodnego, zimnego, wręcz lodowatego (osobiście uważam, że jest to mylna interpretacja jego słownej i warsztatowej precyzji), ale tak naprawdę, sądząc po tym, co czytamy w „Zapiskach”, w jego głębi zdają się kryć pokłady ciepłych uczuć, a nawet sentymentalizm, który niekiedy wyczuwalny jest przez skórę (choćby w zdaniach typu: „U dzisiejszych młodych kochanków nie widać ani cienia dawnego głodu metafizycznego, który sam siebie określał zaszyfrowanym mianem tęsknoty”), choć czasami wydostaje się on na powierzchnię explicité – jak np. w szkicu o pocałunku, który kończy się zaskakującym w prozie Coetzeego wyznaniem: „Miłość – to za czym aż do bólu tęskni serce.”

Fabuła powieści obraca się wokół trzech postaci (JC, Anya i Alan – „konsultant finansowy”, z którym  mieszka dziewczyna), choć sam trzon całej książki wydają się stanowić krótkie eseje i felietony, jakie JC przygotowuje dla jednego z niemieckich wydawnictw, a które przepisuje Anya. Wydaje się jednak, że najważniejsza w tym wszystkim jest kobieta, która nie tylko stymuluje siły życiowe starzejącego się mężczyzny, ale stopniowo zaczyna wpływać na treść i ton eseistycznych szkiców, a w końcu i na sam dobór tematów. Pod jej wpływem zmienia się także El Señor – zwłaszcza jego stosunek do tego co pisze, a ściślej: do swoich własnych poglądów. Nie jest więc tak, że –  jak twierdzą niektórzy – to Anya przeobraziła się nabierając życia, niczym Galatea ożywiona przez miłość Pigmaliona. Wbrew pozorom (zalotna frywolność, lekka trzpiotowatość) to ona trzyma się twardo ziemi i trzeźwo ocenia obu mężczyzn – jest krytyczna zarówno wobec niecnych posunięć i cynizmu Allana, jak i wątpliwej jej zdaniem jakości „twardych poglądów” JC (taką nazwę roboczą mają eseje pisarza). No i tylko ją stać, jak się okaże, na zachowanie stanowcze i konsekwentne – na dokonanie zmiany w realnym świecie (podjęcie ważnej życiowej decyzji, która jest niczym innym jak dokonaniem moralnego wyboru).

chamstwo erudyty

Postacią nie mniej ciekawą i – rzec można – symptomatyczną, jest Alan, bezwzględny gracz na finansowym rynku, nieodrodne dziecko swoich czasów znaczonych chciwością krwiożerczego kapitalizmu, bez zmrużenia oka i bez śladu etycznej rozterki gotów jest po prostu okraść swojego sąsiada. Oszust – pragmatyk, pod względem etycznym debil, lecz niezwykle sprawny intelektualnie (prowadzi nawet seminaria w modelowaniu matematycznym) i choć jego dewiza życiowa jest prostacka, to jego intelekt prymitywny już nie jest: w sposób dość przenikliwy analizuje i kontestuje poglądy JC, wie nawet co to jest Nuomenon w filozofii Kanta (nie myli rzeczywistego świata z jego przedstawieniem), zgadza się z JC, że państwo to „bandycka szajka”, jednak gromi go za niezdolność do zrozumienia tego, co naprawdę dzieje się we współczesnym świecie – jakie są w nim prawidła i na jakich zasadach on działa: „Cały szkopuł z tym Twoim Señorem C – mówi Allan do Anyi – polega na tym, że on nie umie rozumować kategoriami strukturalnymi. Wszędzie chce się dopatrywać działania osobistych pobudek. Chce widzieć okrucieństwo. Chce widzieć chciwość i wyzysk. Dla niego wszystko jest moralitetem, walką dobra ze złem. Nie dostrzega, albo woli nie dostrzegać, że jednostki funkcjonują w ramach pewnej struktury, wyższej nad jednostkowe pobudki, wyższej nad dobro i zło.”
Jak widać z amoralizmu Alan czyni zasadę funkcjonowania w świecie, który jest niczym innym jak strukturalnym układem, w jaki należy się wpasować, jeśli chce się skutecznie działać, i osiągać swoje cele będące niczym innym, jak dbanie o swój własny interes. (W sumie to dość typowe credo konformisty.)
Rysem charakterystycznym Alana jest połączenie sprytu, przebiegłości, ale i intelektualnej sprawności (nie pozbawionej nawet sporej erudycji) z chamstwem. Oto mała próbka – ocena tego, co o prawdopodobieństwie napisał JC: „To sranie w banie. Dyletanckie sranie w banie. On jest o sto lat do tyłu. Żyjemy w świecie probabilistycznym, kwantowym. Udowodnili to Schrödinger i Heisenberg. Einstein się z nimi nie zgadzał, ale w końcu musiał się przyznać do błędu.” Albo innym razem, kiedy wyszło na jaw, że wkradł się do komputera JC i grzebie w jego dokumentach, z czego zrobiła mu wyrzut Anya, odpowiada: „Na jego poufne myśli sram rzadkim gównem z góry na dół.” Swoją kobietę nazywa „Księżniczką Cipki” i „Królowa Pizdy”, nawet w obecności JC (podczas skandalicznej wizyty w mieszkaniu pisarza, który zaprosił swoich sąsiadów, by uczcić zakończenie pracy nad książką) określa ją jako „uroczą przyjaciółkę, co ma słodką, słudziutką pizdę.”

kto zwycięży?

Można odnieść wrażenie, iż dramaturgia całej tej historii opiera się na tym, że dwaj diametralnie różni mężczyźni konkurują o względy (każdy innego rodzaju) kobiety (wprawdzie Alan już ma ją w swoim łóżku, ale El Señor chciałby zdobyć miejsce w jej sercu), lecz tak naprawdę stawką jest to, po której stronie opowie się ostatecznie Anya. Wpędza ją to w coraz większą konsternację, choć na początku jest wierna temu, z którym mieszka pod jednym dachem: „Naprawdę jestem po stronie Alana. Przecież z nim żyję, a jak się żyje z mężczyzną, to znaczy, że jest się po jego stronie. Ale ostatnio czuję, że robi mi się ciasno między nim a Señorem C. (…) Stary byk i młody byk bodą się ze sobą. A ja? Jestem młoda krowa, której usiłują zaimponować, a ją już nudzą te ich popisy.”
Kogo ostatecznie wybierze Anya… jeśli w ogóle kogoś wybierze? Dylemat ten i niepewność nadaje całej historii dramatycznego napięcia, ale nie tylko to (wraz z samym wyborem)  jest w tej książce ważne, mimo że nadaje jej znamion swoistego moralitetu. Jeszcze bardziej istotne jest to, że tak różne od siebie ludzkie wyspy próbują się między sobą komunikować, wchodzić we wzajemne relacje, wpływać na siebie, może nawet zmieniać… Czy jednak obecność tego wszystkiego – ów fenomen wzajemnego docierania się i urabiania ludzi – potrafi mieć jakikolwiek wpływ na świat, w jakim oni żyją? Czy dokonywane przez nich wybory – reakcje, odruchy, perswazje, impulsy – mogą zmienić sam świat, czy jedynie wpłynąć na otaczającą ich rzeczywistość? (Jeśli przyjmiemy że rzeczywistość, w której żyjemy, nie jest tożsama ze światem, jaki nas otacza – a wydaje mi się jednak, że nie jest.)

„stanowcze” poglądy, czyli rzecz o makiawelizmie naszych czasów

Coetzee  zapiski ze złego roku - okładkaTrzon “Zapisków ze złego roku” stanowią eseje JC, których “rozrzut” tematyczny jest tak wielki, że przypominają misz-masz notatek pisarza zebranych razem, ale prezentowanych nam bez większego ładu i składu. Dopiero po jakimś czasie układają się nam one w nieco spójną całość, stanowiąc coś w rodzaju résumé poglądów JC o współczesnym świecie – człowieku, polityce, kulturze… (czy można je uznać także za poglądy samego Coetzeego, to już inna sprawa – do której chciałbym jeszcze później nawiązać, bo według mnie jest to istotne dla zrozumienia sensu całej książki).

Określenia “eseje” użyłem tutaj cokolwiek na wyrost, bo w zasadzie są to szkice, mini felietony, noty różniące się znacznie objętością, jak również ogromną rozbieżnością tematyczną (“o terroryzmie”, “o pedofilii”, “o ciele”, “o klątwie”, “o emocjach tłumów”, “o klasykach”, “o turystyce”, “o rabunku”, “o systemach naprowadzania na cel”, “o ptakach w przestworzach”, “o inteligentnym projekcie”, “o życiu wiecznym”…) co rzeczywiście u mniej cierpliwego czytelnika może wywołać w mętlik w głowie, nastawiając go bardziej krytycznie do intelektualnych wywodów pisarza, w których trudno naleźć jakąś nić przewodnią, chociaż daje się jednak zauważyć przewaga wątków politycznych. Mnie jednak czytało się to dobrze. Nie mam nic przeciwko takim krótkim formom, układającym się tu w mozaikę myśli człowieka wrażliwego i dociekliwego, a przy tym nieortodoksyjnego i unikającego tzw. politycznej poprawności, która często jest niczym innym jak asekuracją, nieszczerością i lawirowaniem tak, by przypadkiem komuś się nie narazić, zwłaszcza swoim wydawcom i czytelnikom.

To fakt, polityka w tych zapiskach dominuje, przez co rysuje się nam niezbyt radosny obraz współczesnego świata zdominowanego przez makiawelizm, przemoc, kłamstwo i manipulację: “o pochodzeniu państwa” (wszyscy żyjemy w pułapce, jaką jest państwo, będące na dodatek tworem, który sami powołaliśmy do istnienia); “o demokracji” (tzw. “demokratyczne” wybory w “demokratycznych” państwach nie są żadnymi wyborami tylko loterią wyłaniającą tych, którzy już wcześniej zostali przez kogoś “namaszczeni”); “o Al Kaidzie” (mit “potężnej” organizacji podsycający strach i poczucie zagrożenia na świecie, kreowany i podtrzymywany przez rządy krajów zachodnich do uwierzytelnienia i usprawiedliwienia swoich aktów opresji, rozbudowywania aparatu władzy, kontroli całego społeczeństwa, militarnej siły); “o rywalizacji” (świat wale nie jest dżunglą, jak daliśmy sobie wmówić, ani też nie jest nieustającą walką wszystkich ze wszystkimi – przynajmniej taki być nie musi, bo to my sami czynimy dżunglę, tor wyścigowy i ring, gdzie wszyscy wzajem się naparzają, choć równie dobrze możemy wybrać pokój i przyjacielskie współdziałanie – wojna więc wcale nie jest nieunikniona, podobnie jak nie musi zdominowywać świata konkurencja, która stanowi “wysublimowaną namiastkę wojny”); „o lewicy i prawicy” (tutaj Coetzee, czy też raczej JC, rozważa dość ryzykowną według mnie – by nie powiedzieć: fantastyczną – tezę, że być może socjalizm „wcale się nie zawalił, tylko padł pod ciosami, i nie umarł, lecz został zatłuczony na śmierć?”) Dostaje się też mocno zagranicznej polityce Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. JC nie przebiera w słowach, kiedy pisze o amerykańskich politykach: “mściwość i podłość moralna godna samego Donalda Rumsfelda i Busha juniora”, o obozie w Guantanamo i rządowym przyzwoleniu na stosowanie tortur: “Amerykański rząd wyniósł mściwość na iście piekielny poziom”, albo: “okrucieństwa, których dopuszcza się Bush i jego słudzy, a zwłaszcza okrucieństwo tortur oraz pełne pychy twierdzenie, jakoby on sam stał ponad prawem, rzucają bogom wyzwanie, bezwstyd tego wyzwania stanowi zaś rękojmię, że bogowie wymierzą karę dzieciom i wnukom jego domu”.

trzeźwolub i pedant – rewizje

Lecz za daleko odeszliśmy od tego, co w książce Coetzeego wydaje się być najważniejsze: od kobiety. Bo wszystko wskazuje na to, że to dzięki Anyi Señor C dokonuje rewizji swoich „stanowczych” poglądów. Nie tyle po to, by je skorygować (jego wizja świata nie ulega bowiem zmianie) ale po to, by je „wyprzeć”, zastąpić innymi; spojrzeć na nie z zewnątrz, nabrać do nich dystansu…
Co on sam o tym mówi?: „Powinienem wyplenić te starsze, co bardziej sterane [poglądy], i zastąpić je nowszymi, bardziej dzisiejszymi.” Jest świadomy tego, że wyrosły one z jego „namiętności” i „uprzedzeń”, i że komuś „na wskroś nowoczesnemu” mogą się one wydawać staroświeckie i obce „niczym kości jakiegoś dziwacznego i wytępionego stwora, ni to ptaka, ni to gada, tuż przed skamienieniem. Lamenty. Pomstowania. Klątwy.”
Anya radzi mu, by „zmiękczył” swoje zapatrywania, napisał coś bardziej osobistego, popartego własnym, rzeczywistym doświadczeniem; coś, co jest bardziej zakorzenione w realnym świecie, żeby wybrał inne tematy – żeby wreszcie przestał być „odludkiem oderwanym od nowoczesnego świata”. Z kolei Alan, podpiwszy sobie podczas wizyty u pisarza, zarzuca go tyradą, wyzywając od „guru”, na którego dają się nabrać tylko w niektórych krajach (Niemcy Francja), gdzie nadal jest tendencja do hołubienia „siwobrodych mędrców”, ale nie w świecie anglojęzycznym („znanym z trzeźwości i zdrowego rozsądku”), gdzie guru wychodzą już z mody i przegrywają… choćby ze sławnymi kuchmistrzami, „przeterminowanymi” politykami, czy z aktorkami „sprzedającymi stęchłe ploty.”
Niewątpliwie pod wpływem tych zarzutów (i rad – w przypadku Anyi), starzejący się JC zastanawia się nad istotą i znaczeniem tego co pisze, rozważa to kim jest dla ludzi, którzy jeszcze zwracają na niego uwagę. Najwyraźniej wyartykułowane jest to w jego szkicu zatytułowanym „o życiu pisarza”, gdzie możemy przeczytać: „Swoją renomę rzeczywiście zawdzięczam raczej pisaniu powieści niż nauczaniu. Teraz jednak krytycy intonują inny refren. On w głębi duszy wcale nie jest powieściopisarzem – twierdzą – tylko pedantem, który po trosze para się beletrystyką. A ja doszedłem w życiu do takiego etapu, że zastanawiam się, czy aby nie mają racji i czy przez cały ten czas, gdy wydawało mi się, że chodzę a przebraniu, nie byłem w istocie nagi. (…) W życiu publicznym gram dziś rolę wybitnej osobistości (…) – swego rodzaju znakomitości, którą wyciąga się z lamusa i otrzepuje z kurzu, żeby powiedział kilka słów na jakiejś imprezie kulturalnej, a potem odstawia się ją z powrotem do kredensu. Jest to zasłużenie komiczny i prowincjonalny los dla kogoś, kto przed półwieczem (…) wyruszył w szeroki świat, żeby uprawiać la vie bohème. Prawdę mówiąc, nigdy do bohemy nie należałem – ani dawniej, ani dziś. W głębi duszy zawsze byłem trzeźwolubem, jeżeli w ogóle istnieje takie słowo, a w dodatku wyznawcą porządku, ładu. (…) Nigdy nie celowałem w stwarzaniu iluzji rzeczywistości, a teraz jeszcze mniej się do tego nadaję. Prawdę powiedziawszy (również) świat widzialny nigdy mnie zbytnio nie cieszył, nie czuję też jakiejś szczególnie dojmującej potrzeby odtwarzania go w słowach.”

kto jest zhańbiony?

JC – Coetzee ma poczucie tego, że żyje w haniebnych czasach, co jest dla niego dotkliwe tym bardziej, że on sam czuje się przez to zhańbiony, gdyż „hańba spada na wszystkich ludzi, i trzeba po prostu dźwigać jej brzemię, bo jest ona wtedy ludzkim losem i karą.” Hańba staje się stanem istnienia. Być może wyzwoleniem byłoby ocalenie własnego honoru – a to jest niczym innym jak próbą zachowania dobrego mniemania o sobie. Tylko wtedy bowiem można by kiedyś „stanąć z czystymi rękami przed sądem historii”. Tylko jak można to zrobić i czy jest to w ogóle możliwe? A jeśli coś takiego jak honor w człowieku po prostu nie istnieje?
Przed sądem historii – pisze Coetzee. Czy jednak historia może być sędzią sprawiedliwym i bezstronnym? A jeśli przyszłość będzie czasem równie – a może nawet bardziej – haniebnym? Czy hańba nie jest aby stałym atrybutem ludzkiej kondycji, permanentną skazą bytu człowieka – a jednym z jej przejawów jest choćby grzech pierworodny?
Jak wiemy hańba jest tematem głównym najsłynniejszej powieści Coetzeego. Niemal w każdej jego książce spotkać można człowieka zhańbionego. I tutaj rodzi się podejrzenie: czy aby poczucie tej hańby nie jest jakimś kompleksem pisarza, czymś w rodzaju jego osobistej skazy, którą przenosi on nie tylko na innych ludzi, ale i na czasy w jakich oni żyją i wreszcie – na cały świat? Na domiar złego do końca nie wiadomo: to czasy i świat hańbią człowieka, czy też człowiek hańbi świat i swoje czasy?
A może hańba to zwykły wstyd, beznadziejne poczucie tego, że nie jesteśmy w stanie sprostać naszym własnym aspiracjom kulturowym i duchowym – idealnemu wyobrażeniu tego, czym powinno być nasze człowieczeństwo?

kamuflaż, gra i ekshibicjonizm

No właśnie: czy JC to Coetzee, a jeśli niezupełnie, to ile jest w JC samego Coetzeego? Trudne pytanie bo Coetzee jest mistrzem kamuflażu (?), zwłaszcza wtedy, gdy wprost nawiązuje do siebie samego i swojej biografii. W „Zapiskach” zgadzają się nie tylko inicjały, ale i wiele innych rzeczy: miejsca zamieszkania, wiek, a nawet tytuł powieści. „Chłopięce lato”, „Młodość”, „Lato” to książki otwarcie – i par excellence – autobiograficzne. Dr Lurie z „Hańby”, pisarka z „Elizabeth Costello”, a nawet Sędzia z „Czekając na barbarzyńców” – wszystkie te postacie mają z Coetzeem wiele wspólnego, są niczym naczynie, do którego pisarz wlewa coraz to inne mikstury intelektualnego i psychicznego „ekstraktu” z siebie samego, tworząc podobną, lecz za każdym razem inną, mieszankę swoich alter ego.
Dlaczego to robi? Co chce przez to powiedzieć? Czy chce nam przekazać złożoną prawdę o sobie samym? Czy też wręcz przeciwnie: pod wielością form i migotliwością kameleona stara się ukryć rdzeń własnego ego? Ile w tym ekshibicjonizmu, a ile chęci ukrycia swego prawdziwego oblicza? Jest li w tym biegłość w tasowaniu swoich potencjalnych person, czy też może znak niemożności uchwycenia własnej istoty? Ile w tym asekuracji, ile poszukiwania, a ile mistyfikacji?
Wszystko wskazuje na to, że nie jest to jakiś nasz wydumany czytelniczy problem. Coetzee często był zainteresowany relacją autokreacji, zmyślenia, pozy, okłamywania (zarówno siebie, jak i czytelnika) z tym, co rzeczywistego i autentycznego tkwiło w mózgu, sercu, trzewiach i duszy pisarza. Dał temu wyraz w znakomitym tekście z 1985 roku „Wyznania i podwójne myśli: Tołstoj, Rousseau, Dostojewski” (opublikowanym w tomie esejów i wywiadów „Punkty nawigacyjne”), gdzie rozważa kwestię prawdy i zmyślenia w „konfesyjnych” wątkach twórczości tych pisarzy, (którzy nota bene byli także wielkimi myślicielami). Konkluzja Coetzeego jest pesymistyczna: odgrzebanie prawdy spod wieloznacznej gry w oszukiwanie i samooszukiwanie się, włączanie i wyłączanie samoświadomości, przenikania się pewności z wątpliwością, przemilczania i konfabulowania… jest niemożliwe: prawda absolutna (choćby tylko o pisarzu) jest nam niedostępna – o ile w ogóle coś takiego, jak prawda absolutna istnieje.  To, co chce przekazać – i co przekazuje pisarz swojemu czytelnikowi – zawsze będzie skażone wieloznacznością, subiektywizmem, niepewnością, ograniczonością zrozumienia i percepcji (zarówno twórcy, jak i odbiorcy). I co najważniejsze: on sam nic na to nie może poradzić, gdyż nie mają tu znaczenia jego dobra wola, szczerość, autentyzm i determinacja w dążeniu do prawdy… tak długo, jak po drugiej stronie jest człowiek, do którego jest to skierowane.
Czy można w tym wszystkim dojść do jakiegoś końca – dna i sedna rzeczy? „Kresem wyznania jest powiedzenie prawdy sobie i dla siebie” – konkluduje Coetzee, a w innym miejscu pisze: „Jedyną prawdą jest milczenie”.

dlaczego kobieta?

Cóż, czy można się dziwić, że z racji całego tego intelektualnego zamieszania, które wydaje się wyczerpywać sens pisarstwa JC, najważniejsza dla niego staje się kobieta? Co to może znaczyć i dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że ostatecznie wszystko „rozbija się” o nasze ciało, a dla ciała w sumie najważniejsza jest płciowość? Oczywiście można się starać się usilnie o wyemancypowanie ciała (w końcu istotą każdego z nas jest przede wszystkim człowieczeństwo, a dopiero później płeć), ale nie każdy podlega – poddaje się i używa – platońskiej funkcji przeżywania świata, która nie akceptuje tego, by warunki początkowe lokować w gruczołach produkujących męskie i żeńskie hormony płciowe. Bo czy rzeczywiście jest to ograniczenie? Czy też wręcz przeciwnie: Eros wzbogacić może i ubarwić to, co prowadzi nas w wyższe rejony przeżywania (również poznawania) świata, wliczając w to aspekt duchowy, a nawet intelektualny.
Kobieta w książce Coetzeego jest nie tylko katalizatorem męskich reakcji ze światem – nie tylko punktem odniesienia, w którym zbiegają się perspektywy, z jakich patrzą na świat różni mężczyźni; ale także miejscem „zaczepienia” się w tym realnym, rzec można „przyziemnym” świecie („ja patrzę z dołu” – mówi Anya) bez którego życie mężczyzn pozbawiłoby się gruntu pod nogami i podcięłoby sobie korzenie.
Gęstość myśli w tym, co pisze JC jest wielka, czasami nawet przytłacza, zaś Anya jest jak oddech. Lecz ta kobieta to nie tylko kusa spódniczka, zgrabny tyłeczek i ponętny biust. Brak jej erudycji JC, wiedzy Alana, intelektualnej sprawności na miarę zarówno finansowego spekulanta, jak i uznanego pisarza-intelektualisty, a jednak to do niej odruchowo odwołują się ci mężczyźni, niczym do arbitra tego, jak powinni się zachować – bo to właśnie tylko ona wydaje się dysponować tym, co można nazwać „życiową mądrością”, mimo powierzchowności ładnej kurki domowej bez większych życiowych aspiracji… choć jest – jak sama mówi – „dobrą żoną, dobrą przyjaciółką i dobrą kochanką”, a my wcale nie mamy ochoty jej zaprzeczać.
Nie dziwi mnie więc to, że kiedy Anya żegna się z Señorem, ten obejmuje ją przez dobrą minutę („staliśmy w mocnym uścisku – ja, skurczony staruszek i ona, ziemskie wcielenie niebiańskiego piękna”). Nie dziwi również to, że to właśnie Anya pojawiła się w śnie o własnej śmierci Señora, w którym, z czułością i współczuciem, prowadzi go za rękę do łodzi Charona – ku bramom nicości.

* * *
.

Powiązane wpisy: „UPADEK”  (rozmowa z Kartką)„ZAPISKI PROWINCJUSZA”  (o „Młodości”),  „PORYW SERCA, ZWIERZĘCA CHUĆ”  (o „Hańbie”).

WSZYSTKO, CO NAJWAŻNIEJSZE…

White Sands

.

Tylko proste słowa mogą zbliżyć nas do prawdy
nienawidzę, kocham, obojętnieję, pożądam…
i tylko w czuciu, w głębi serca i trzewiach
odzywa się to, co naprawdę twoje
reszta to zaklęcia, otulanie się mgłą
z wymyślonych znaczeń, szukanie sensów
tego co niezrozumiałe
a niezrozumiałe jest wszystko
oprócz tej jednej chwili olśnienia
kiedy nie wierzysz, a po prostu wiesz

Miłość prawdziwa jest prosta jak jedno spojrzenie
jeden gest, jedno krótkie tak, jedno przytulenie.

Chwila, której nie musisz nazywać
bo wystarcza ci to, że jest.

Miłość prawdziwa jest tym, co pozostaje
kiedy opadają z ciebie wszelkie złudzenia.
Miłości tej nie oszukasz, nie wymyślisz jej
nie zmusisz do tego, by tobie służyła
by dawała ci rozkosz, wypełniała próżność
łagodząc ból osamotnienia
i obojętność świata.

Jesteśmy głosem wołającym na pustyni
zagłuszonym milionem innych głosów.

A prawda jest w jednej kropli wody
w jednym małym ziarenku piasku,
bo to, co boskie
nie skrywa się za mgławicami galaktyk.
Ono jest w tobie – czego nawet nie wiesz,
omamiony kolorową bańką złudzeń
otaczającej cię “rzeczywistości”.

***

.
(zdjęcie własne: Białe Piaski Nowego Meksyku)

.

WODOSPADY IGUAZU

*

Wodospady Iguazu (warto zwrócić uwagę na ludzkie sylwetki, by sobie uzmysłowić właściwe proporcje i olbrzymią skalę zjawiska, jakim są Wodospady Iguazu)

Wodospady Iguazu – cud Natury na pograniczu Brazylii i Argentyny. Warto odszukać ludzkie sylwetki, by sobie uzmysłowić właściwe proporcje i olbrzymią skalę zjawiska, jakim są Wodospady Iguazu)

*

Pielgrzymowanie do miejsc niezwykłych. Podniecenie, ekscytacja, oczekiwanie na cud… Chodzi tu oczywiście o cud przyrody. A taki cud to cud szczególny, bo – par excellence – nie nadprzyrodzony. Ale naoczny, dotykalny… i jednak z tego – choć sprawiający wrażenie jakby nie z tego – świata…  Leżące na pograniczu Brazylii i Argentyny Wodospady Iguazu to bez wątpienia jedno z najbardziej niesamowitych miejsc do jakich udało mi się w moim życiu dotrzeć. Mój przyjaciel, obieżyświat, ostrzegał mnie przed tą podróżą: kiedy zobaczysz już wreszcie Iguazu to uważaj, bo po tym doświadczeniu żadne z wodospadów, które są na świecie, nie zrobią już na tobie większego wrażenia; podobnie zresztą będzie z Rio. Miał rację. Żadna kaskada spadającej wody nie jest bardziej spektakularna, niż Wodospady Iguazu… Nawet potężna Niagara, nawet pięknie uformowany Wodospad Dolny w Yellowstone, nawet niebotyczne Wodospady Yosemite… nie wspominając o dziesiątkach innych, także na swój sposób pięknych – a takich na całym świecie przecież nie brakuje.
Zdumiewa ukształtowanie wodospadów Iguazu, bo de facto nie jest to jeden wodospad, tylko… 275 wodospadów rozlewających się wzdłuż długiej na ponad trzy kilometry krawędzi dzielącej dwa płaskowyże porośnięte na dodatek gęstą tropikalną dżunglą, pełną egzotycznych ptaków.
Po raz pierwszy wodospady te zobaczyłem w „Misji” Rolanda Joffe, (filmie skądinąd dla mnie ważnym) gdzie zrobiły na mnie wielkie wrażenie, lecz dopiero bezpośrednie zetknięcie się z nimi – własnoręczne dotknięcie wody rzeki Iguazu, poczucie mżawki rozpryskujących się kropel na własnej twarzy, usłyszenie szumu i grzmotu spadającej masy wód i przebijającego się spoza tej ściany dźwięku śpiewu ptaków, skrytych w bujnej dżungli lub puszących swe jaskrawe pióra na zielonych gałęziach…  dopiero to wszystko mnie oszołomiło, pozostawiając ślad na całe życie.

Do Natury można mieć stosunek dwojaki: lękać się jej potężnej władzy nad wszelkimi istotami żywymi, odczuwać strach przed jej żywiołami, nic nie robiącymi sobie z ludzkich wysiłków, strat, nieszczęścia, bólu; przerażać się wręcz bezwzględnym traktowaniem przez Nią poszczególnych istnień, podporządkowanych wiecznej przemianie jednej formy życia w drugą; ślepym i (jak się niektórym wydaje) bezcelowym dążeniem do rozproszenia entropii, która w końcu zamieni się w Wielkie Nic i pustkę, jaka u kresu czasu i przestrzeni pochłonie Wszystko…
Z drugiej strony może być jednak zachwyt: także jej Potęgą, ale rozumianą jako moc nieustannej i wiecznej kreacji, powoływania do życia materii – form zdumiewających swoim bogactwem i pięknem, oszałamiających właśnie i karmiących ludzkie zmysły, pozwalających człowiekowi poczuć smak transcendencji, może nawet zbliżyć do Czegoś czy też Kogoś, kogo niektórzy z nas nazywają Bogiem?
Miłość i strach, zachwyt i odraza, przygarniecie i odrzucenie, zjednoczenie się i alienacja… ludzkie pojęcia bezradne w ogarnięciu i objaśnieniu całego tego Kosmicznego Zgiełku jaki nas otacza i w jakim wszyscy jesteśmy zanurzeni.

Co nam daje bezpośrednie doświadczenie takich miejsc jak Iguazu? Ot, choćby powyższą refleksję. Ale przede wszystkim jednak zachwyt i zdumienie: poczucie cudowności świata tu i teraz – także to nagie, nie potrzebujące kulturowych protez ani żadnej literatury, którą często, niczym jakąś watą, upychamy naszą bezradność w ogarnięciu (również w zrozumieniu, przyswojeniu i odczuwaniu) fenomenu, jakim są świat oraz życie, którego przejawem jesteśmy także my sami.

© ZDJĘCIA WŁASNE (kliknij, aby zobaczyć obraz w pełnym wymiarze).

*

Iguasu Falls (2)*

*

Iguasu Falls (3)

*

*

Iguasu Falls (4)**

Więcej zdjęć ukazujących Wodospady Iguazu można obejrzeć w nowym wpisie na stronie brulionu podróżnego (ilustrowanego) TUTAJ.

*

CHWIEJNA EPOPEJA

(zapiski VII)

*

Mit jest pewną konstrukcją myślową, dzięki której człowiek, dysponując ograniczonymi możliwościami poznawczymi i intelektualnymi, próbuje zrozumieć (przedstawić, opisać) jaka jest jego rola w świecie, czym jest los, w który został on uwikłany, jakie jest jego przeznaczenie.  Mit pozwala wyrazić nasze najgłębsze pragnienia, oswoić i zneutralizować lęk, nadać sens egzystencji w świecie, któremu rozum i racjonalizm nie są w stanie tego sensu nadać. Mit próbuje też uprościć wielką złożoność świata, który nas otacza; umożliwia w nim orientację ustalając pewne punkty odniesienia, jak również usiłuje “uwspólnić” nasze międzyludzkie doświadczenia egzystencjalne… Daje wskazówki jak mamy się zachować, co wybierać… Owiewa też poetycką aurą to, co bez tej otoczki mogłoby się nam wydać zbyt surową, krwistą tkanką nieludzkiej, bezwzględnej i ślepej Natury. Mit w zasadzie opiera się dychotomii “prawda – fałsz”, bo funkcjonuje na innym poziomie świadomości niż “zero-jedynkowe” metody weryfikacji. (Gwoli jasności muszę dodać, że jakkolwiek definicja ta może się nam okazać tutaj przydatna, to jednak nie wyczerpuje całej złożoności istoty i funkcjonowania tego fenomenu kulturowego, jakim jest mit.)

greydot

Kołakowski w swojej książce „Obecność mitu” napisał: “(…) kultura żyje zarazem z pragnienia syntezy ostatecznej między swoimi skłóconymi składnikami i z organicznej niemożności zapewnienia sobie taj syntezy. Dostąpienie syntezy byłoby śmiercią kultury tak samo, jak poniechanie woli syntezy. Niepewność zamierzeń i kruchość zdobyczy okazuje się warunkiem twórczego trwania kultury. Los kultury jest epopeją wspaniałą przez swoją chwiejność.”

Mimo wszystko (i poniekąd wbrew stwierdzeniu Kołakowskiego) – zdając sobie ponadto sprawę z ogromnej roli mitu w tworzeniu naszej kultury – wcale nie jest pewne to, czy musimy budować nasz świat archetypów, mitów i symboli. Biorąc jednakże pod uwagę obecny stan naszej kultury (czyli stadium rozwoju ludzkiej myśli i świadomości), to jak na razie wydaje się to koniecznością. Czy jednak tak samo będzie w przyszłości? Może odkryjemy w końcu jakieś kosmiczne “oprogramowanie”, które pozwoli nam zrównać się wszechmocą z Bogiem, albo okiełznać siły, które rządzą światem? (Co na jedno wychodzi.)
Wydaje się to nieprawdopodobne, ale czy niemożliwe? Rozsądek mi mówi, że to jednak science-fiction, ale czy zawsze możemy zawierzyć rozsądkowi?

A jednak (tu i teraz) skłaniam się do tego, by uważać, że na to oparcie w mitach jesteśmy skazani, gdyż najprawdopodobniej nigdy nie poznamy genezy Wszechświata, nigdy też nie dowiemy się “skąd przychodzimy”. Od biedy możemy się domyślać “kim jesteśmy”, ale i tak tajemnicą pozostanie najprawdopodobniej to “dokąd idziemy” – jak również to, czy tam, dokąd dojdziemy, nadal będziemy sobą.

greydot
Nie chodzi tu jednak tylko o konieczność akceptacji mitu. Mówimy o czymś jeszcze głębszym – bardziej radykalnym, bo odnoszącym się do sposobu naszej percepcji świata (a konkretnie do ograniczoności tej percepcji wskutek niedoskonałości poznawczej człowieka). A właśnie te ograniczenia mają swoje konsekwencje: np. w konieczności przyjęcia umownych paradygmatów, pewnego kodu, sposobu porozumiewania się, języka; innymi słowy –  komunikacji w kulturze, która jest w pewnym sensie czymś sztucznym, bo wykreowanym przez człowieka (czyli właśnie umownym).

Trudno nie docenić wagi i znaczenia mitu – jego funkcji scalającej i konstytuującej życie człowieka, zarówno w wymiarze indywidualnym (psychicznym), jak i społecznym (kulturowym, historycznym). Jeśli więc ktoś mówi, że nie interesują go mity, to tak, jakby stwierdzał, że nie interesuje go kultura, bo przecież rozwój naszej kultury jest w dużej mierze – jeżeli nie przede wszystkim – procesem mitotwórczym.

Mógłby też ktoś powiedzieć: “Mity zawierają wiele pułapek, dlatego warto je czasem dekonstruować, właśnie po to aby lepiej zrozumieć co nami powoduje. Doświadczenie uczy, że bezkrytyczna wiara w mit – a także posługiwanie się nim – prowadzi do uproszczeń, krótkowidztwa i niewrażliwości właśnie.”
Zgoda. Być może problem sprowadza się do tego, w jaki sposób ma się odbywać ta “dekonstrukcja” mitu, co jest jej rzeczywistą motywacją, jakie są prawdziwe intencje, i czy dekonstruując mit nie pozbawiamy ludzi jakiegoś oparcia – nie dając im niczego w zamian? Łatwiej jest burzyć, niż budować.

greydot
Nasze egzystencjalne lęki mają źródło w tym, że chcemy się odnaleźć i przetrwać w środowisku, które nieustannie zagraża naszemu życiu – bytowi jednostkowemu. Ta niepewność zaś wynika z naszej niewiedzy, czyli z niemożności ogarnięcia i pełnego zrozumienia otaczającego nas świata. Myślę, że cała nasza kultura jest taką epopeją (Kołakowski nazwał ją nawet “wspaniałą”), w której właśnie te dwa wątki mają największe znaczenie. Epopeja, która zrazu przypomina tragedię, to znów komedię czy farsę, ale zawsze jednak jest dramatem.

greydot
Często myślałem o tym czym jest “chaos”. Dlaczego niektórych z nas on przeraża, innych zaś pociąga?
I skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że właściwie “chaos” jest czysto ludzkim określeniem tego, co jest dla nas (jeszcze) niezrozumiałe, niepojęte – czego reguł (praw, celu, sensu, zasad, działania) nie znamy.
Weźmy pod uwagę np. naukowca, który obserwuje pewne zjawisko, pozornie bezładne zachowanie się materii, zbioru cząstek, czy kwantów energii… Dopóki nie będzie on znał praw, które tym ruchem rządzą, dopóty będzie miał wrażenie, że zachowują się one chaotycznie. A tymczasem podlegają one ścisłemu prawu, tyle że jeszcze nie odkrytemu (przy czym, nie możemy mieć pewności, czy kiedykolwiek zostanie ono odkryte).
Również jestem skłonny uważać, że wszystko we Wszechświecie dzieje się według “żelaznych” reguł i praw, a problem różnicy między “chaosem” a “ładem” (“harmonią”), jest w rzeczywistości zagadnieniem pozornym, istniejącym tylko w naszej “ludzkiej” skali, niezdolnej objąć Wszystkiego.

greydot

Wiele wskazuje na to, że intuicję wykorzystujemy dlatego, że nasz rozum (a tym samym świadomość) jest zbyt ograniczona, by wszystkie docierające do nas informacje właściwie odebrać, przyswoić i opracować. Ponadto, co jest poniekąd paradoksalne, mimo tego całego nawału informacji o świecie, owych informacji mamy ciągle za mało (i często są one niezrozumiałe), by na ich podstawie wyrobić sobie o czymś ostateczny, nie podlegający wątpliwości, osąd. Wydaje się nam czasami, że ogarniamy świat cały – że potrafimy go przejrzeć na wylot – a w rzeczywistości podglądamy go przez dziurkę od klucza.

Weźmy np. pierwszy lepszy metr sześcienny gleby (z pola albo lasu): zwykle, patrząc nań od zewnątrz, widzimy tylko kupę ziemi. Jednak kryje on w sobie takie bogactwo informacji, tak wiele się w nim dzieje, że na poznanie tego wszystkiego życia naszego by nie starczyło. A co tu dopiero mówić o całym Wszechświecie? 100 miliardów galaktyk, a w każdej galaktyce 100 miliardów gwiazd… i gdzieś w tym wszystkim zagubiona mikroskopijny atom naszej planety z jej maleńkimi istotkami, które próbują cokolwiek z tego wszystkiego zrozumieć.

A może tak silna u wielu ludzi idea Boga to również pewnego rodzaju intuicja? Lecz w takim razie co począć z intuicją ateisty, któremu “coś” mówi, że Boga nie ma?

greydot

Jeśli weźmiemy pod uwagę cierpienie człowieka, które wynika z niepewności jego egzystencji i braku rozeznania w otaczającej go rzeczywistości, to “ucieczka w świat archetypiczno-mitycznej ułudy” jest właśnie ucieczką przed tym cierpieniem. Działa tu bardzo powszechny – i dość prosty – mechanizm psychologiczny, obecny nie tylko w chorobach psychicznych, ale i znany bez wątpienia nam wszystkim. Uciekamy w świat (większej lub mniejszej) iluzji, bo w nim owa niepewność jest niejako znoszona (taką m.in rolę pełnią wszystkie religie – stąd tzw. “mocna” wiara, stąd dogmaty, stąd “prawdy”, które są “prawdą i tylko prawdą”, czyli nie podlegające podważeniu ani nawet dyskusji…).
Czy jest to jednak sytuacja stawiająca nas przed wyborem “albo-albo”? Czasem tak (jak choćby w przypadku Kierkegaarda – nie mówiąc już o innych “skokach” w metafizykę dokonywanych np. przez Pascala, czy innych filozofów metafizycznych); czasem nie – lęk egzystencjalny nie musi być doświadczany przez wszystkich ludzi, a nawet jeśli jest doświadczany, to nie jest to doświadczenie dojmujące, stałe… Niekiedy są to tylko (jak np. u Sartre’a) mdłości. Czasem wybieramy coś zupełnie innego (wydawałoby się: przeczącego ułudzie) – np. hedonizm lub sarkazm, łagodność lub cynizm, zaangażowanie lub obojętność, pasję lub stoicyzm, wolę poznania lub sceptycyzm. A jednak zawsze pogrążamy się we mgle i nieprzejrzystości, mimo okazjonalnych olśnień i złudzeń wszechwiedzy.

greydot

Ktoś, kto zarzuca ślepotę religii, przeciwstawiając jej racjonalną (ponoć) naukę, nie dostrzega ślepoty tej ostatniej. Nauka nie jest też w stanie zapewnić nam poczucia bezpieczeństwa (często zwiększając nawet poczucie naszego zagrożenia… za przykład weźmy choćby dostęp do energii atomowej lub manipulacje genami).
Przede wszystkim nie potrafi ona zaspokoić metafizycznych potrzeb człowieka – innym słowy: jest dość bezradna wobec ontologii. Ale również wobec teleologii: do tej pory np. nie może rozwikłać problemu celowości we Wszechświecie, przez co nie może dostarczyć człowiekowi poczucia (a tym bardziej wiedzy) sensu istnienia. A chodzi tu o sens zarówno człowieka, jak i świata, w którym on żyje.
Zresztą, epoka pozytywizmu i WIARY we wszechmoc ludzkiego rozumu odeszła już w przeszłość. Również nasz racjonalizm okazuje się być czymś niewystarczającym w określaniu nas samych – naszego miejsca, pozycji, istotności, charakteru – we Wszechświecie. („Ratio”, jak sama nazwa wskazuje, wszystko dzieli i analizuje – to mu dość dobrze wychodzi, ale już z syntezą, ujęciem wszystkiego w spójną całość, ma często wielkie problemy.)

Rzeczywiście wiemy już sporo, lecz w porównaniu z tym co nam jeszcze pozostało do zbadania we Wszechświecie, nasza wiedza jest doprawdy znikomo mała. Ale po co sięgać aż tak daleko w Kosmos? Przecież nie poznaliśmy do końca naszego mózgu i nie wiemy tak naprawdę jak działa, nadal nie wiemy dokładnie co jest we wnętrzu Ziemi; nie wiemy jak zaistniał Wszechświat, jak się rozwija, ani tego jak powstało życie (stać nas tu tylko na hipotezy); nie mamy pojęcia jak sobie skutecznie poradzić z rakiem; mimo rozszyfrowania genomu, nadal nie wiemy w jaki sposób z tego zapisu genetycznego powstaje żywy organizm… i tak dalej, i tak dalej…
Jak można przy tym wszystkim WIERZYĆ we wszechmoc nauki – w jej wszechwiedzę?
Dlaczego wielu wybitnych naukowców “nawraca się” religijnie? I to naukowców dziedzin tzw. “ścisłych”. Dlaczego zaczynają wierzyć w jakąś nadrzędną moc stwórczą, jakiś byt absolutny? I nie są to bynajmniej naukowcy podrzędni, ale wykładowcy renomowanych uczeni, o znacznym dorobku naukowym, laureaci nagród Nobla, cieszący się naukowym autorytetem… Czy aby nie dlatego, że uznali, iż nauka nie może dać im odpowiedzi na nurtujące ich fundamentalne pytania?
Nauka jest fascynująca, ale nie ma duszy (sama jej istnieniu zaprzeczyła), jest zimna i w pewnym sensie nieludzka… Tak właśnie: pod względem humanistycznym jest “ślepa” i bezduszna. I też zagląda tylko przez dziurkę od klucza., choć wydaje jej się czasem, że otwiera bramy.

greydot

Rola religii w kształtowaniu ludzkiej cywilizacji jest nie do podważenia. Człowiek jest istotą religijną – to ten homo religiosus, który m.in. przez swoją religijność zaczął tworzyć kulturę i wyróżniać się ze świata zwierzęcego. Religia pełniła kluczową rolę w spajaniu i organizowaniu ludzkich społeczności, w kształtowaniu się własnej tożsamości kulturowej, czy wreszcie – w dążeniu do sfery sacrum i transcendentnym wyniesieniu człowieka poza czysty byt materialny – spełniała jego potrzeby metafizyczne, nadawała sens światu i własnej egzystencji. “Obsługiwała” wreszcie mit, bez którego nie mogłaby się rozwinąć żadna ludzka kultura.
Na temat znaczenia religii w historii ludzkiej cywilizacji spisano tysiące tomów – trudno, by można to było skwitować w kilku zdaniach.
Religia zawsze miała swoich wrogów (to byli najczęściej ci, którzy nie zgadzali się z porządkiem społecznym opartym na zasadach wywiedzionych z religii – przyczyny tej anty-religijności były więc bardziej natury politycznej, niż światopoglądowej). Najbardziej znaczące odejście od religii zaznaczyło się chyba w epoce Oświecenia – to od tamtego czasu datuje się znaczne rozpowszechnienie ateizmu, który znalazł adwokatów wśród wielu myślicieli i filozofów. Czy jednak gloryfikacja Rozumu, skompromitowanie religii i odrzucenie wszelkiej metafizyki wyszło nam na zdrowie? Nie jestem tego taki pewien – wystarczy spojrzeć na to, co się zaczęło dziać podczas Rewolucji Francuskiej, czy w okresie terroru ateistycznych totalitaryzmów komunistycznych (Rosja, Chiny). Czy światopoglądy ateistyczne, “wyzwalające” człowieka z religijnych “pęt”, uszczęśliwiły go? Moim zdaniem fakty temu przeczą.

greydot

Oczywiście, że istnieje również ta druga – ciemniejsza, negatywna, gorsza – strona religii, ale skupianie się tylko na niej jest pewnym fałszowaniem rzeczywistości i nie przyjmowaniem do wiadomości pewnych oczywistości i faktów. Naturalnie, że wojny religijne były złem (nikczemne były zwłaszcza wyprawy krzyżowe); zbrodnią były prześladowania religijne i zabijanie ludzi przez Inkwizycję (przy czym, miała ona nie tylko wymiar religijny); haniebnym wypaczeniem było to, co działo się na “dworze” watykańskim przez wiele wieków… etc. Lecz to wszystko były nadużycia, które miały bardziej podłoże polityczne (represje, bezwzględne dążenie do utrzymania władzy i przywilejów), niż religijne per se (to, co się działo np. w Watykanie, było zaprzeczeniem idei Chrześcijaństwa – więc, tak naprawdę, niewiele miało z nim wspólnego). Niestety, dzięki temu, dzisiejszym nieprzejednanym wrogom religii amunicji nie brakuje. Ale – jak to zazwyczaj dzieje się wtedy, kiedy zapalczywie i ślepo zwalczają się dwie strony – obraz wroga staje się stereotypowy, płaski i jednostronny: jest on samym Złem wcielonym, dokładnym przeciwieństwem nas – prawych, godnych, nieomylnych, posiadających niezbywalną rację. I niestety, skrzywienie to dotyczy obu tych stron (a w takim razie jedni warci są drugich).

greydot

Każda religia ma w sobie ziarno totalitaryzmu – w tym sensie, że stara się ująć człowieka i świat w swoje ramy, objaśnić WSZYSTKO, czyli totalnie. Zwykle też ma swój własny system etyczny, który – siłą rzeczy – uważa za najlepszy, czyli taki, który powinien obowiązywać wszystkich. Przy czym najczęściej sankcjonuje ów system jakąś wyższą – metafizyczną – racją moralną. A takiej przecież nie może podważać ten, który chce się uważać za danej religii wyznawcę.
Religia, w samej swej istocie nie jest więc demokratyczna – jest teokratyczna. Nie może też być do końca apolityczna, ponieważ usiłuje także porządkować życie (i zachowanie) swoich wyznawców – a ci zawsze znajdują się w jakimś kontekście społecznym, czyli są członkami społeczeństwa, które jest także porządkowane przez państwo. Stąd konflikty na granicy (zinstytucjonalizowanej) religii i państwa – ostre zwłaszcza w krajach, gdzie zasięg tej religii jest powszechny (jak np. w Polsce). Podobnie jest w krajach arabskich (niektóre z nich, jak np. Iran czy Pakistan, usiłują ten konflikt zlikwidować, uznając islam religią państwową – podporządkowując w dużej części prawo państwowe zasadom wywodzącym się z religii.)
Jeśli chodzi o mnie, to jestem zdecydowanie za rozdziałem kościoła (religii zinstytucjonalizowanej) od państwa. I tu nie mam problemu z uznaniem tego, że było to jedno z największych osiągnięć świata zachodniego, (do którego nota bene walnie przyczyniło się Oświecenie).

Napisawszy to wszystko, muszę podkreślić, że nie nie jest mi jednak po drodze z nieprzejednanymi wrogami religii, którzy widzą ją tylko w złym, negatywnym świetle. A to jest jednak pewien rodzaj zaślepienia: ignorowanie, niezauważanie tego, co jest w religii dobre, oraz tego, jak ważną – i pozytywną – rolę pełniła ona w rozwoju ludzkiej cywilizacji. Ponadto: wrogowie religii są także ślepi (bo napisać, że pozbawieni wyobraźni, empatii i serca – to mało) na to, jak ważna może być religia dla człowieka w jego wymiarze indywidualnym, egzystencjalnym – wzmacniając go, pomagając w życiu, dając mu poczucie sensu istnienia, także nadzieję.
Tak więc, mimo moich osobistych przejść z religią (skłaniając się ku agnostycyzmowi, nie mogę się uważać za członka jakiejkolwiek instytucji religijnej), nie zamierzam z nią walczyć – raczej chcę zrozumieć.

Jestem przekonany, że mimo wyznawania różnych religii (i wiary w różnie pojmowanego Boga), ludzie mogą żyć obok siebie w sposób pokojowy i bezkonfliktowy. Przykłady widzę wokół siebie: cokolwiek by nie powiedzieć o amerykańskim społeczeństwie, ta multi-religijność sprawdza się jednak w Stanach Zjednoczonych bardzo dobrze. Ludzie nie zieją tu do siebie nienawiścią tylko dlatego, że chodzą do innych świątyń: synagogi, meczetu, kościoła… Kluczem jest chyba tolerancja, szacunek dla „innego”, demokratyczne usposobienie… i właśnie: rozdział religii od państwa. Amen.

greydot

11 WRZEŚNIA 2001 – POCZĄTEK KOŃCA?

Cios w Amerykę – początek końca Imperium?

Na swoim blogu staram się nie pisać o tym, o czym piszą wszyscy i czego pełno jest w prasie i innych mediach. Dlatego prawie w ogóle nie ma w nim tzw. „aktualiów” – zwłaszcza jeśli chodzi o wydarzenia polityczne czy społeczne. Dobierając tematy kolejnych wpisów kieruję się własnym rytmem i tym, co mnie interesuje w danej chwili. Co nie oznacza, że nie śledzę tego, co dzieje się we współczesnym świecie i że jest mi to obojętne. Wręcz przeciwnie. Oto dzisiaj, podczas zwyczajowej weekendowej lektury polskich i amerykańskich periodyków, natrafiłem w „Polityce” (Nr 37 ’11) na wywiad z amerykańskim politologiem, wykładowcą uniwersyteckim i pisarzem Benjaminem Barberem. Skończyłem go czytać dosłownie przed chwilą i – choć tego w ogóle nie planowałem – postanowiłem podzielić się tutaj fragmentem, który niezwykle mnie poruszył, uderzając w czułe punkty moich własnych sądów i wrażeń, jakich doświadczam obserwując dzisiejszy świat i Amerykę

Benjamin Barber: – Terroryzm jest strategią bezsilnych. Gdyby mieli armię, zaatakowaliby nas przy pomocy armii. Gdyby mieli miliardy, zaatakowaliby nas system finansowy. Gdyby mieli potężną kulturę albo ideologię, konkurowaliby z nami książkami i wizjami świata. Niczego takiego nie mają. Nie mogą nas zniszczyć. Więc próbują sprawić, żebyśmy zniszczyli się sami. I to im się częściowo udało.

Jacek Żakowski: – W jakim sensie?

– Sam w sobie 9/11 był dla Ameryki tym, czym ugryzienie komara może być dla niedźwiedzia. Dla ofiar i ich rodzin to była tragedia. Dal osób takich jak ja (związanych z Nowym Jorkiem), to było straszne przeżycie. Ale cynicznie licząc, 2 tys. ludzi i dwa duże biurowce to nie jest nawet promil amerykańskiej potęgi. Gigantyczne szkody, jakie Ameryka poniosła, nie były skutkiem samego ataku. Były skutkiem strachu jaki nas ogarnął. Przy naszej potędze Al-Kaida była bezsilna. Ale wygrała używając naszego własnego strachu. Sparaliżowała nas. Skłoniła do zmiany priorytetów. Sprawiła, że zamiast pomagać innym i korzystać ze współpracy ze światem, zaczęliśmy „wojnę z terroryzmem”, czyli walkę z dużą częścią świata.
Wyrzekliśmy się największej siły Ameryki, jaką była otwartość, przyciąganie innych, różnorodność, wielokulturowość. Popsuliśmy nasze relacje z innymi. W Ameryce wszyscy jesteśmy obcy poza Indianami. A nagle zaczęliśmy się bać obcych. Przestaliśmy obcym ufać. Sami się ukaraliśmy na życzenie Osamy ibn Ladena. Na jego życzenie zaatakowaliśmy Afganistan i Irak, tracąc biliony dolarów i tysiące żołnierzy. Ameryce te wojny nie były do niczego potrzebne. Powinniśmy Afgańczykom i Irakijczykom pomagać, wspierać ewolucję tych krajów w kierunku demokracji. A zamiast tego zabiliśmy 100 tys. Irakijczyków i stworzyliśmy w Iraku tysiące terrorystów, których tam nigdy wcześniej nie było.

A Afganistanie byli?

– Afganistan nie był naszym problemem. I teraz nim jest. I gdzie Osama ibn Laden spędził te wszystkie lata? W Afganistanie? Nie. Pod bokiem naszych sojuszników: w Pakistanie.
Zmarnowaliśmy tę dekadę pod wieloma względami, straciliśmy masę energii i wydaliśmy biliony dolarów, wpędzając się w długi. Ale na dłuższą metę najgorsze jest to, że popsuliśmy demokratyczne instytucje Ameryki. Popsuliśmy amerykańską demokrację.

Co się stało z waszą demokracją?

– Fundamentem Ameryki była wolność i prawa obywatelskie. Z nich czerpaliśmy siłę. Moralną, polityczną i ekonomiczną. Wiedzieliśmy to. Zawsze strzegliśmy ich jak źrenicy oka. Po 11 września wolność przestała być najważniejsza. Uwierzyliśmy, że najważniejsze jest bezpieczeństwo. Zgodziliśmy się na inwigilację. Na łamanie praw człowieka w imię wojny z terroryzmem. Do dziś działa więzienie w Guantanamo. Nawet tortury zaczęliśmy akceptować. pozwoliliśmy by strach zmienił fundamenty naszego społeczeństwa, na których wyrosła potęga Ameryki.

Pana zdaniem słabnięcie tej potęgi ma związek z 11 września?

– Z naszą reakcją na zamach. Tyle uwagi, energii, zasobów poświęciliśmy na wojnę a terroryzmem i na zabezpieczanie się przed terrorystami, że przestaliśmy się zajmować większością realnych wyzwań stojących przed Ameryką i światem. Obsesja bezpieczeństwa sprawiła, że nie zwracaliśmy uwagi na  narastająca w świcie nierównowagę – nędze, ekscesy rynków, nieodpowiedzialność sektora finansowego, zadłużanie się państw, słabnięcie innowacji, degradację infrastruktury, chaos w ochronie zdrowia, problemy edukacji, erozję naszego autorytetu na świecie.
Świat stracił wiarę, że Ameryka chce sprawiedliwości dla wszystkich. To sprawiło, że dziś jest nam dużo trudniej pracować z innymi krajami nad uregulowaniem światowej gospodarki. Nie mamy dość siły, żeby wprowadzić regulację rynków, jakich wymaga interes w Ameryce i wszędzie indziej na świecie. Zużyliśmy tę energię na obsesyjną wojnę z terroryzmem, która nikomu nie była potrzebna. Chcieliśmy uczynić świat bezpieczniejszym, a sprawiliśmy, że stał się jeszcze mniej bezpieczny.

(…)