LIST OD STEFANA CHWINA

.

W związku z wydawanymi przeze mnie książkami zwróciłem się o opinię do prof. Stefana Chwina – cenionego przeze mnie pisarza, którego kilka książek przeczytałem kiedyś z wielkim zainteresowaniem, dając temu wyraz w recenzjach jakie im poświęciłem (vide: Dziennik dla dorosłych, Kartki z dziennika, Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni). Na odpowiedź czekałem długo ale w końcu ona do mnie dotarła. Poniżej przedstawiam list jaki otrzymałem od Pana Profesora, jak również moją odpowiedź.

greydot.

Stefan Chwin

Stefan Chwin

Szanowny Panie,
proszę wybaczyć, że odpowiadam dopiero teraz, ale bieżący rok był dla mnie rokiem trudnym, w którym nie wszystkie moje zamiary udało mi się zrealizować, a Pan przesłał mi do lektury bardzo obszerny materiał.

A teraz kilka uwag po lekturze pierwszej części:
Pana książka jest bardzo ciekawa jako świadectwo życia intelektualnego agnostyka, który jest w gruncie rzeczy człowiekiem religijnym i tylko chwilami wmawia sobie, że jest agnostykiem. I jeszcze na dodatek ma fobię na punkcie sekty ateistów… wyraźny zgryz na punkcie intelektualistów… absolutny brak krytycyzmu wobec Papieża z Wadowic… oraz pogardliwą wyniosłość wobec besserwisserów… Tak, to jest w Pana rozważaniach ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim, ale psuje ją Pan, kiedy chwilami ludzi dzisiejszych, o których Pan pisze, ma Pan za durniów i głupców „epoki konsumpcjonizmu”. Lepiej takich wypowiedzi unikać, bo nie przyciągają one czytelników.

Wiele jest w Pana książce rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem, zdarzają się jednak też myśli banalne, z których radziłbym Panu zrezygnować w edycji książkowej. Na przykład:

„Jaką wartość może mieć słowo?
To zależy od tego, jaką ma ono treść, kto i w jakim momencie je wypowiada.
Słowa więc mogą ulatywać na wietrze, potrafią też zabić (nie tylko te, które są wyrokiem śmierci); słowo może uleczyć albo wpędzić w chorobę. Niektórzy pisarze sądzą, iż słowami mogą uderzać w ludzi”.

Generalnie rzecz biorąc, wszystko to prawda, tyle, że wiemy już o tym od dawna, więc chyba jednak nie warto tego przypominać raz jeszcze w prywatnych zapiskach.

Zdarza się w Pana tekstach, że już w punkcie wyjścia obezwładnia Pan swoich przeciwników, wygodnie ustawiając ich do uderzenia. Radzę Panu, niech Pan nie pisze o  „literatach” w ogóle i o ich myśleniu. Zamiast tego lepiej, żeby Pan napisał, co Pan sądzi o konkretnym literacie np. Dostojewskim czy Faulknerze i jego sposobie myślenia. Wtedy tekst będzie bardziej mięsisty… W podobny, ogólnikowy sposób pisze Pan o ateistach, chrześcijanach, komunistach itd… Tymczasem zamiast pisać o „materializmie” w ogóle, niech Pan napisze, co Pan myśli na przykład o konkretnym materializmie Holbacha czy La Mettrie’go. Bo samo pojęcie materializmu – wcale niejednolite – nikogo ani ziębi ani grzeje. Jako czytelników Pana zapisków obchodzi nas, co Pan myśli o konkretnych osobach z krwi i kości, które materializm wyznają – i to z nimi warto się zderzać własną myślą.

Podobnie rozmyślania o „słowie w ogóle”. Niech się Pan mierzy z konkretnymi opiniami konkretnych wielkich pisarzy, bo jeśli Pan pisze tylko o „słowie w ogóle”, to powstają rozrzedzone uogólnienia, które nie rozgrzewają uwagi czytelnika. Warto „dobierać się” do myśli i słów konkretnych osób, o których Pan pisze i to w taki sposób, by z tego wynikła uniwersalistyczna obserwacja, dotycząca nas wszystkich. Same uogólnienia, nawet rozbudowane, w dłuższym czytaniu nużą…

Wątpliwe w Pana pisaniu jest także „my”, w którego imieniu Pan pisze. Np. „musimy budować nasz świat”, „błąkamy się jak dzieci we mgle…” – „My”? To znaczy kto? Pięć miliardów ludzi? Naród polski? Nasze pokolenie? Europejczycy? Oczywiście najgorsze co się przytrafia rozmaitych pisarzom, to pisać o „człowieku współczesnym” albo o „człowieku Zachodu”. Bo ani jeden ani drugi nie istnieje. To wytwory dziennikarskiej wyobraźni, mające ułatwić pisanie. Lepiej już pisać np. o konkretnych ludziach, których Pan zna i pisarzach, których Pan czyta. Wtedy wiadomo, że Pana uwagi mają mocne zaczepienie we własnej obserwacji. Bo ogólna teoria kultury, którą Pan buduje w swoich zapiskach, składa się, niestety, w jakiejś części z opinii dość rozpowszechnionych wśród polskich inteligentów umiarkowanie konserwatywnych… „zaczęliśmy błądzić, jak te pijane dzieci we mgle, powodowani impulsami, odruchami i jakimś stadnym instynktem: kultura masowa, konsumpcjonizm”. Niby kto błądzi? Pan? Ja? Papież Franciszek? Prezydent Niemiec? Brad Pitt? Beata Szydło? „Człowiek współczesny”, który nie istnieje? „Stulecie kłamliwych ideologii i największych zbrodni ludzkości”, „doba rozpasanego postmodernizmu”, „W poezji, według mnie, bardzo ważne są autentyzm oraz szczerość” – wszystkie takie sformułowania, które pojawiają się w Pana pisaniu, to są banały, których powinien Pan unikać, nie dlatego, że są nieprawdziwe, tylko dlatego, że są nieciekawe. Niech Pan swoją książkę z tego oczyści.
Bo widzi Pan, kiedy Pan spiera się bezpośrednio np. z Kapuścińskim, to od razu Pana pisanie nabiera rumieńców… Ale kiedy Pan Sartre’a i Gombrowicza zbywa lekceważącym określeniem: „W sumie – perspektywy to mało sympatyczne”, to jednak czytelnik ma mocne poczucie niedosytu, bo oczekiwał czegoś więcej. Bo jak się już spierać z Sartre’em czy Gombrowiczem, to na całego, a nie rzucając mimochodem jakieś drobne uwagi.

Słabością Pana rozumowania jest z góry przyjęte założenie: unikam skrajności, wybieram złoty środek. Taki wybór drogi pisania, nawet jeśli słuszny, powinien dla czytelnika wynikać niespodziewanie np. z zaskakującej linii rozumowania, a nie z ogólnej etycznej zasady umiarkowania, do której jest Pan wyraźnie przywiązany.
Ale kiedy Pan pisze konkretnie o Kunderze, to od razu lektura przyśpiesza. Radziłbym Panu wykasować z Pana zapisków przynajmniej część uogólnień na temat ludzkości, kosmosu, świata, słowa itd., bo jest w nich Pan dzieckiem swojego czasu i środowiska, to znaczy przestaje być Pan indywidualnością, a staje się reprezentantem powszechnych opinii. Warto byłoby wyjść trochę poza… może wbrew… może pod prąd… może inaczej… Kiedy jednak Pan twierdzi, że Kundera nie zna ironii, żartu, kpiny, a nawet nie ma bezczelnego poczucia humoru, to już lekka przesada…

W uogólnieniach aforystycznych jest Pan statyczny, przeźroczysty jak ze szkła i zupełnie niewidoczny jako konkretna, pisząca osoba z krwi i kości, ale kiedy Pan spiera się wprost z np. Cioranem, to czytelnik zaczyna w Panu widzieć interesującą osobę – i o to właśnie chodzi. Przeźroczystość podmiotu w zapiskach autobiograficznych to nie jest zaleta. Po prostu czytając, chcemy widzieć całościowy obraz człowieka, który w naszej obecności zapisuje swoje myśli. Kiedy Pan osobiście zmaga się z Cioranem i pokazuje Pan, że nie wie Pan, jak sobie z nim poradzić – to jest ciekawe. Ale tutaj pojawia się niebezpieczeństwo –  Pana fragment o Cioranie mocno zalatuje Gombrowiczem z „Dzienników”, co zaletą już być przestaje.

Irytują też trochę aforyzmy, które czasem brzmią jak puste obietnice. Jeśli Pan pisze: „Są sprawy, w które lepiej Boga nie mieszać” – to czytelnik chce wiedzieć, jakie to niby są konkretnie sprawy. A Pan pozostaje przy poetyce insynuacji, którą czytelnik nie za bardzo może się pożywić. Tak zdarza się u Pana co jakiś czas. Np. w jakimś fragmencie stwierdza Pan, że Nietzsche „pisał też wierutne bzdury”. Jest to pusta, negatywna ocena, bo przecież dużo ciekawsze byłoby, gdyby Pan pokazał w pismach Nietzschego konkretną „wierutną bzdurę” i jaką to własną mądrość chce jej Pan przeciwstawić. A już prawdziwym wyczynem byłoby znaleźć jakąś konkretną „bzdurę” w  jego pismach, o której nikt dotąd przed Panem nie pisał! Bo o to chodzi w polemicznym notatniku myśli, żeby dostrzec coś, czego inni nie dostrzegli. Same stwierdzenie, że on nie stworzył żadnego systemu, to jest ogólnik tyle razy powtarzany, że nie warto go powtarzać. Albo sformułowanie: „potworność wyklucza mądrość”. A niby dlaczego ma wykluczać? Powinien Pan dać jakiś soczysty przykład takiej potworności, wtedy byłoby ciekawiej. Cały zresztą osąd Nietzschego – mocno lekceważący – nie jest u Pana oparty na przykładach konkretnych fragmentów z jego pism, tylko na tzw. ogólnikowej opinii. Kiedy jednak sprowadza Pan refleksję Nietzschego nad chrześcijaństwem do „klinicznego, zaślepionego pieniactwa” – nie wygląda to interesująco, bo znowu to są puste potępienia zamiast konkretów…

Wydaje się też, że Pana umiarkowany konserwatyzm i dyskretna antyoświeceniowość trochę krępują swobodę pisania. Oskarża Pan bezbożników o potworności Rewolucji, ale bierze Pan wodę w usta, kiedy należałoby coś powiedzieć o potwornościach choćby Inkwizycji, która była paroksyzmem najgłębiej bogobojnej religijności. Zresztą nie da się wybronić ani Oświecenia ani Religii przed oskarżeniami o zbrodniczość, bo fanatyzm religijny jest równie okropny jak fanatyzm postępowo-ateistyczny. A Pan próbuje zwalić winę na polityczne nadużycia religii – wmawiając sobie, że Inkwizycja to nie było prawdziwe chrześcijaństwo, tylko  „błędy i wypaczenia” chrześcijaństwa, tak jak to Chruszczow mówił o stalinizmie, że to niby były „błędy i wypaczenia” prawdziwego marksizmu. To wygląda, niestety, w Pana książce na konserwatywne wykręty umiarkowanego agnostyka. Z pewnością w prywatnych zapiskach takie rzeczy są dopuszczalne, bo jakoś one uwyraźniają Pana jako pisarską osobowość, chociaż budzą elementarny sprzeciw, bo mogą być odebrane jako intelektualne ułatwienia, podobnie jak stereotypowe określenia w rodzaju „nieprzejednani wrogowie religii”.

Poza tym radzę Panu, niech Pan częściej używa w swoich zapiskach słowa „ja”. Radziłbym, żeby Pan pokazał dokładnie w swoim  pisaniu, jak się np. Pan kłóci z M. To by uczłowieczyłoby Pana nadmiernie mózgową czasem narrację.

Problemem Pana książki jest kompozycja. Chwilami miałem wrażenie, że trudno uchwycić porządek układu setek oderwanych od siebie fragmentów. Czy nie lepiej by było, gdyby Pan to pogrupował w jakieś rozdziały, podrozdziały, części i dał tytuły orientujące czytelnika? Albo wpisał w jakąś quasi-fabułę z Panem w roli głównej? Teraz to wszystko trochę się rozsypuje. Nagłe przeskoki z tematu na temat…

Druga część tego, co Pan mi przesłał, jest zbiorem recenzji, w których Pan występuje jako osoba prywatna, oceniająca różne książki. Pana oceny jednak mają dość często charakter moralnego osądu, trochę się więc z literaturą rozmijają. Poza tym często stosuje Pan dość nieskomplikowane kryterium życiowego prawdopodobieństwa, jakby w literaturze chodziło wyłącznie o tego rodzaju prawdopodobieństwo. Ani Hamlet, ani Don Kichot, ani Józef K. z powieści Kafki nie są postaciami prawdopodobnymi w sensie życiowym. Nigdy Pan kogoś takiego nie spotka na ulicy. Ale w recenzji mojej książki o samobójstwie kpi Pan sobie np. z Kiryłłowa czy bohatera Mdłości Sartre’a, że są to postacie wydumane. Jest to słaby argument. Bo jak się zajmujemy literaturą to musimy pamiętać, że to są wielkie kreacje literackie. I te wykreowane postacie mnie fascynują nie dlatego, że mają ochotę sobie odebrać życie, jak Pan sugeruje, tylko dlatego, że one zostały świetnie wymyślone przez pisarzy pod względem filozoficzno-literackim. Ani Pan, ani ja, nie umielibyśmy wymyślić takich osób, a Dostojewski i Sartre potrafili  – więc chwała im za to, nawet jeśli stworzyli postacie samobójców, a nie jakichś entuzjastów życia. Literaturę mierzy się innymi miarami niż życie.

Ostatnia część Pana tekstów – czyli internetowe dialogi – jest bardzo ciekawa, chociaż biegnie linią kapryśnych skojarzeń. Ale wywiady, które Pan chce publikować teraz, robił Pan dobre, bo umiał Pan stawiać swoich rozmówców w kłopotliwych sytuacjach, w których oni musieli się odsłonić, albo zrezygnować z rozmowy.

Proponuję więc – o ile nie jest już za późno – taką zapowiedź na skrzydełko pierwszej części:

Bohaterem tej książki jest żywa, ruchliwa myśl, która nie cofa się przed stawianiem ryzykownych pytań – i dlatego jest interesująca. Choć wiele tez prowokuje tu do sprzeciwu, mamy do czynienia z ważnym sporem między materialistyczną kulturą konsumpcjonizmu a kulturą duchowości, który wciąż pozostaje nierozstrzygnięty… Ten intrygujący autoportret życia duchowego polskiego inteligenta naszego czasu z pewnością zasługuje na uważną lekturę.

Z wyrazami szacunku
Stefan Chwin

*  *  *

Stanisław Błaszczyna

Szanowny Panie Profesorze,
przepraszam, że dopiero teraz odpisuję na Pana list, ale – zważywszy na poczynione w nim konkretne uwagi i ich wagę – nie chciałem robić tego zdawkowo, a moc zajęć wszelakich i obowiązków, jakim musiałem podołać ostatnio, skutecznie moją odpowiedź opóźniły.

Przede wszystkim wdzięczny jestem Panu za czas jaki poświęcił Pan na lekturę moich tekstów oraz za cenne rady i opnie, jakimi mnie Pan zaszczycił. Dały mi one wiele do myślenia, ale też wzbudziły potrzebę czegoś w rodzaju polemiki, czemu chciałbym dać wyraz niniejszym listem. Mam nadzieję, że nie poczyta mi to Pan jako brak szacunku, a wręcz przeciwnie – jako dowód tego, że poniekąd się nimi przejąłem i potraktowałem poważnie.

Niestety, Pana odpowiedź dotarła do mnie zbyt późno, by dokonać w wydawanej książce jakichś gruntownych zmian, choć w międzyczasie – w korekcie – sporo błędów zostało wyłapanych i poprawionych. W sumie materiał okazał się zbyt obszerny, by wydać go w jednej książce więc razem z wydawcą postanowiliśmy go umieścić w dwóch tomach.
Radził mi Pan w liście, by „wyczyścić” książkę z pewnych wątpliwej jakości fragmentów, ale to wymagałoby jednak sporo dodatkowego czasu – a przede wszystkim: musiałby to zrobić ktoś inny niż ja; ktoś kto podszedłby do tych tekstów z pewnym krytycyzmem, ale i z wyczuciem ich charakteru, problematyki i „poetyki”. Ja chyba z czasem zatraciłem dystans do tego, co napisałem, więc trudno byłoby mi to zrobić samemu. A przecież zdaję sobie sprawę z tego, że „wyrzucenie”, dajmy na to ok. 10 – 15% materiału, wyszłoby tylko książce na dobre. A tak, pozostaje mi nadzieja, że w ostatecznym wydaniu znajdzie się jak najmniej kompromitujących mnie rzeczy.

Teraz chciałbym odnieść się do konkretnych Pana uwag, opinii i zarzutów – bo tak chyba mogę traktować niektóre ustępy (Muszę się przyznać, że zapoznając się z nimi, czułem się niekiedy jak besztany nieco student).
Tak więc – ad rem.

Czy w rzeczywistości jestem człowiekiem religijnym, który wmawia sobie to, że jest agnostykiem? Nie wiem. To prawda – odczuwam swego rodzaju metafizyczną tęsknotę za jakimś Wyższym Sensem. Intuicja (ale też i rozum) mówi mi, że istnieje jednak jakiś wyższy Byt, Siła Nadrzędna – że wszyscy jesteśmy częścią jakiegoś niepojętego przez nas Planu; zaś uczciwość intelektualna, ontologiczna i epistemologiczna (którą chcę zachować) sprawia, że jestem jednak jednocześnie człowiekiem sceptycznym i wątpiącym. Stąd ten agnostycyzm. Ale ja go sobie nie wmawiam – raczej bardziej się przed nim chronię, a mimo to, on zawsze mi jakoś w moim racjonalizmie wychodzi na wierzch i daje o sobie znać.
Koniec końców nie jestem przywiązany do konkretnej religijnej instytucji, jak również – już od dziecka – miałem wielkie opory, by poddawać się gremialnym rytuałom i religijnej ceremonialności.
Zawsze jednak czułem się chrześcijaninem.

Nie wydaje mi się, abym miał fobię na punkcie ateistów. Odczuwam jednak zdecydowaną niechęć wobec tzw. „wojującego” ateizmu, który na dodatek poniża ludzi religijnych, często z nich szydzi – gardząc nimi i ich potrzebą wiary.
Intelektualistom już nie dowierzam. Kiedyś byli moimi idolami ale z czasem uświadomiłem sobie to, że cierpią na takie same przypadłości jak ludzie „zwykli” (czyli: przede wszystkim mogą się mylić), choć uzurpują sobie (zazwyczaj) prawo do besserwisserstwa – no i, dzięki swojej sile perswazji, mogą poczynić w świecie więcej szkód, niż ludzie, którzy nie występują pod sztandarem intelektualizmu, wynosząc się ponad innych, uważając, że wszystko wiedzą najlepiej.
Wobec papieża z Wadowic nie jestem – jak mi Pan zarzuca – „absolutnie” bezkrytyczny, ale to prawda, że bardzo tego Człowieka szanuję i poważam (jest w tym nawet pewna doza miłości). Uważam, że rzadko który człowiek w historii ludzkiej cywilizacji, emanował (w moim pojęciu) Dobrem na taką skalę i o takim zasięgu, jak właśnie Jan Paweł II. Jego „konkurentem” pod tym względem jest chyba tylko sam Jezus Chrystus (można się z tego co napisałem śmiać, ale tak właśnie sądzę).

Czy mam ludzi dzisiejszych za durniów?
Tę kwestię można odnieść szerzej do opinii jaką mam o gatunku Homo sapiens en masse (do którego sam przecież się zaliczam) i zdaję sobie sprawę, że jeśli odpowiedź na to pytanie będzie twierdząca, to będzie to jednoznaczne z przyznaniem się do mizantropii.
Otóż mizantropem jestem czasami. Ale odnosi się to nie tyle do samych ludzi, co do pewnych ludzkich zachowań.
Bowiem któż z nas nie dziwił się – choćby tylko czasami – bezmiernością oceanu ludzkiej głupoty, jaki wylewa(ł) się niekiedy z pustych czerepów osobników Homo sapiens? Niestety, wydaje mi się, że głupota jest dla człowieka czymś przyrodzonym (oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że sam nie jestem wolny od głupoty – żaden człowiek nie jest).
Nie chcę tutaj – mówiąc o głupocie (a zarazem potworności) naszego gatunku – wytaczać najcięższych armat, wytykając mu (nam) takie występy cywilizacyjne, jak I i II wojna światowa, gułagi, obozy masowej zagłady, krematoria…

A jeśli chodzi o współczesność?
Czy naprawdę nie widzi Pan głupoty i pustoty niektórych zachować społecznych – jak np. właśnie gremialnej uległości wobec komercyjnej perswazji i oddawaniu się konsumpcyjnej orgii? (te zakupy milionów rzeczy, które tak naprawdę nie są nikomu do niczego potrzebne). Albo bezkrytycznego poddawania się politycznej indoktrynacji i manipulacjom wszelkiej maści (nie tylko politycznych) cwaniaków? Powszechnej podatności na medialne ogłupianie? Brania pozorów za prawdę?
A zachowanie się człowieka w przestrzeni wirtualnej? Zapewne zna Pan oświadczenie Lema, że nie wiedział on, iż na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie poznał Internetu.
Kto nigdy nie był przeświadczony o bezmiarze ludzkiej głupoty, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Ale ja przecież człowieka bronię. Zawsze byłem po stronie ofiar – ludzi represjonowanych, wykorzystywanych, krzywdzonych, zabijanych, męczonych…
Sprzeciwiam się traktowaniu ludzi jak „masy”. Nie wywyższam się ponad innych, nie uważam się za kogoś lepszego i mądrzejszego. Sądzę również, że intelekt (czy też sprawność mentalna) nie jest najważniejszym wyznacznikiem wartości człowieka.
Koniec końców uważam się za humanistę. Myślę, że niejednokrotnie dałem temu wyraz w tym, co piszę.

Wytyka mi Pan również myśli banalne, dając tego przykład w tym, co napisałem o słowie.
Gotów jestem się z Panem Profesorem zgodzić – wiele z rzeczy, które napisałem, może się wydać banalnymi, może nawet naiwnymi. Skupmy się jednak tutaj na tym, czemu poświęca Pan w swoim liście najwięcej miejsca. A jest to właśnie słowo i literatura.
Otóż wiele moich wątpliwości i rozterek – jeśli chodzi o wartość i jakość mojego pisania – brało się właśnie z braku wiary w moją literacką sprawność, ze świadomości niedostatków oraz luk w mojej wiedzy i tzw. „wykształceniu”.
Jest Pan uniwersyteckim wykładowcą literatury, ma Pan kanon literacki w małym paluszku, studenci (a zwłaszcza studentki) są wpatrzeni (wpatrzone) w Pana jak w obrazek… Gdzież mi się z Panem równać. Pewnie na bezczelność zakrawa już to, że ośmielam się z Panem polemizować.
Ale proszę zważyć na to, że (biorąc pod uwagę powyższy kontekst) to, co wydaje się banałem Panu, większości czytelnikom banałem wcale się wydawać nie musi. (Podobnie: to co jest już banałem dla Pana, dla mnie może być dopiero odkryciem.)
Poza tym – wiem, że nie można tego traktować jako moje usprawiedliwienie – proszę także wziąć pod uwagę to, że ja nie posiadam formalnego wykształcenia „humanistycznego” – nie studiowałem literatury, filologii, historii, dziennikarstwa… Studiowałem metalurgię na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a w liceum zapisano mnie (wbrew mojej woli zresztą) do klasy matematyczno-fizycznej.
Lecz jeszcze raz podkreślam: mam świadomość, że nie może to stanowić usprawiedliwienia moich ewentualnych braków, błędów – i dyletanctwa (ja zresztą uważam, że każdy człowiek jest – w większości dziedzin – dyletantem).

Pisze Pan, że za często używam słowa „my”, natomiast zbyt rzadko „ja”.
No bo niby kto to są ci „my”?
Otóż pisząc „my” chcę zaznaczyć to, że jakieś zjawisko występuje dość powszechnie, że w jakiś sposób oddaje pewną widoczną i znaczącą tendencję (kulturalną, społeczną, cywilizacyjną…). Wiem, że jest to skażone błędem uogólnienia i zapewne lepiej byłoby, gdybym zamiast tego używał bardziej poprawnej formy bezosobowej.
Zaś używania (nadużywania) „ja” unikam świadomie – dość często zdarza mi się np. wykreślać słowo „ja”, by nie za bardzo rozpychać się ze swoim Ego. Ze mnie żaden Gombrowicz, żeby pisać tak, jak on: „Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja, czwartek – ja.” Jemu ta bufonada uchodzi na sucho, mnie by poniekąd było za nią wstyd.
Ale rozumiem Pańską sugestię: radzi mi Pan wypowiadać się bardziej „osobiście”, konkretnie, osobniczo, indywidualistycznie… Wtedy nie będę tak „przezroczysty” i dla czytelnika nieuchwytny, bo niewidoczny. Jest to rada słuszna.

Uważa Pan, że słabością mojego rozumowania jest z góry przyjęte założenie: unikam skrajności, wybieram złoty środek. Coś w tym jest, bo ja rzeczywiście uważam „etyczną zasadę umiarkowania” – jak ją Pan nazywa – za mądrą, a tym samym za wartą uwagi i (przynajmniej) próby aplikacji we własnym życiu. Z tym, że ja dość często (zwłaszcza kiedy byłem młody) ulegałem właśnie skrajnościom i mijałem się zupełnie z jakimkolwiek złotym środkiem. Za co oczywiście płaciłem swoim zdrowiem fizycznym i psychicznym. W pewnym momencie mojego życia poszukiwanie umiaru (i znalezienie go) stało się wręcz warunkiem mojego przetrwania – zachowania, a nie utraty „zmysłów”.
Mój stosunek do tego zawarłem po części w eseju o poetach przeklętych. Zaś z miotaniem się między skrajnościami (ascetyzm – hedonizm, eksces – umiarkowanie, duchowość – materializm, być – mieć) starałem się rozprawić pisząc o książce Hessego Siddhartha.
Ale zdecydowanie zgadzam się z tym, że umiar i powściągliwość niekoniecznie wychodzi literaturze na dobre – że stosowanie tego w pisaniu zwykle sprawia, iż to pisanie jest blade, miałkie, mdłe i nijakie. Wiec mimo wszystko staram się tego unikać, czasem nawet uciekając się do prowokacji (co się mi pewnie udaje, skoro sam Pan Profesor zauważył, że w mojej książce zawarta jest „ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości”). I nie sądzę, że jestem jak ta rybka, która płynie z prądem, bo chyba często wypowiadam się „pod włos”, staję okoniem tudzież idę „pod prąd” obiegowym opiniom. Zawsze (przez to?) odczuwałem swoją „inność”.
Nie czuję jednak, że mój „umiarkowany konserwatyzm” czy „dyskretna antyoświeceniowość” krępuje moją swobodę pisania. Może tylko nadaje jej pewnego charakteru – bo ja naprawdę piszę to, co chcę.

Przywołuje Pan moje nawiązania do Sartre’a, Dostojewskiego, Kundery, Ciorana, Nietzschego… ale jednak nie jest Pan konsekwentny, bo z jednej strony zarzuca mi Pan, że moje sądy o nich są w swoim nietrafieniu (zarzutach?) zbyt daleko posunięte, z drugiej zaś – chwali mnie Pan za to, że kiedy się z nimi spieram (ewentualnie coś im tam wytykam) to od razu moje pisanie „nabiera rumieńców”.
Proszę zważyć na to, że charakter moich zapisków (ich forma) wyklucza jednak jakieś kompleksowe analizy twórczości tych pisarzy/filozofów. Często więc są to wtręty, czynione mimochodem uwagi, zaznaczenia, wskazania… Kiedy piszę, że Nietzsche czasem pisał bzdury, to nie są to czcze wymysły, tylko moje myśli i odczucia jakich doznawałem czytając niektóre jego rzeczy (proszę mi wierzyć, że cytatów – i argumentów – by mi tu nie brakło). Nota bene, to właśnie dlatego niektóre idee (wymysły) Nietzschego nie są brane dzisiaj na poważnie – podobnie jak rozległe obszary jego filozofii, która bardziej uważane są za literaturę, niż za asumpt do uznania ich za jakiś spójny filozoficzny system.
Zdecydowanie zaprzeczam, jakoby mój osąd Nietzschego był – jak Pan to nazwał – „mocno lekceważący”. Już sama uwaga, jaką poświęciłem Nietzschemu w swoim życiu, temu przeczy. Gdybym lekceważył wszystko, co on napisał, to nigdy by on w mojej świadomości nie zajął takiego miejsca, jakie tam ma. Podobnie jest z Cioranem czy z Dostojewskim.
A tak à propos nietzscheańskiego postulatu wytępienia gorszych ludzi i zastosowania cywilizacyjnego suprematyzmu Nadludzi: jestem jednak przekonany o tym, że potworność wyklucza mądrość. Historia ludzkości świadczy o tym, że wszelkie potworności jakie ludzie sobie wzajem aplikowali, zawsze uderzały w nich rykoszetem, ujawniając przy tym zwykle ich bezdenną głupotę – o okrucieństwie i etycznym skandalu nie wspominając.

To nieprawda, że „zbywam” Sartre’a i Gombrowicza „lekceważącym określeniem”, które Pan przytacza cytując moje zdanie: „W sumie – perspektywy to mało sympatyczne”. Należy wziąć pod uwagę kontekst, w jakim to zostało napisane. Odnosiło się bowiem do pewnego konstruktu myślowego i światopoglądowego, jaki oni stworzyli (wyłożyli w swoich książkach) – do ich fikcyjnych bohaterów i tez – a nie do nich samych. Nadmieniam, że jest to przecież stwierdzenie oczywistości, bo czyż to, co oni pisali, było sympatyczne?
Podobnie: ja nigdzie nie pisałem, że Kundera „nie zna ironii, żartu, kpiny”. Jeśli zasugerowałem coś podobnego, to odnosiło się to konkretnie do jego Nieznośnej lekkości bytu, która moim zdaniem jest mistrzostwem świata w konkurencji pt. „smętny pesymizm”. Tam wszystko jęczy a cała rzeczywistość skrzeczy. Żartu – tudzież humoru – nie ma tam za grosz. Na szczęście, w innych książkach Kundery jest już inaczej.

Czy literaturę mierzy się innymi miarami, niż życie?
To zależy jaką literaturę.
Oczywiste jest to, że kiedy mierzymy Władcę pierścieni Tolkiena, Harry’ego Pottera Rowling, fantazje Le Guin lub Sapkowskiego, czy też Opowieści z Narnii Lewisa, to trudno do tego przykładać werystyczne miarki (choć i tam musi przecież obowiązywać jakaś psychologiczna przynajmniej wiarygodność). Jednakże, kiedy autor – pod pretekstem fabuły i postaci przez siebie wymyślonych – przemyca do naszej świadomości zasadnicze tezy (filozofię) swojego postrzegania (jak najbardziej rzeczywistego już) świata, to zasadne jest moim zdaniem pytanie o to, czy są to postaci „życiowo prawdopodobne”. Bo jeśli takie nie są, to przenosimy się do świata fikcji i na pole jakichś ludycznych fantazji, którymi niezupełnie musimy się przejmować w naszym konkretnym życiu, zważywszy na ich „odlotowe” nieprawdopodobieństwo właśnie.

Natomiast słusznie Pan zauważył, że niekiedy to co piszę (recenzując np. film czy książkę) ma charakter moralnego osądu. Sam się na tym łapię. Ale to wynika z tego, że ja rzeczywiście – podskórnie, czy też raczej podkorowo – sadzę, że każda wielka literatura (a i ta mniejsza też) jest w swojej istocie (bardziej lub mniej ukrytym) moralitetem. (Czy może Pan temu z czystym sumieniem zaprzeczyć?)

Inny problem (dość chyba istotny): czy rzeczywiście wmawiam sobie to, że takie rzeczy jak np. Inkwizycja to nie było prawdziwe chrześcijaństwo, (podobnie jak np. stalinizm – czystki i gułagi, które były „błędami” i „wypaczeniami” prawdziwego marksizmu).
To zestawienie rzeczywiście jest kłopotliwe, niemniej jednak uważam, że zbrodnie jakie popełniał Kościół – jak również niektórzy jego „wyznawcy” – były zaprzeczeniem przesłania i nauk Jezusa z Nazaretu, a tym samym z prawdziwym „duchem” i ideą (etyczną obligacją) chrześcijaństwa niewiele miały wspólnego. To właśnie dlatego użyłem określenia chrześcijanie „nominalni” (czyli tylko „tak zwani”), którzy niejako uzurpowali sobie tę nazwę, pod sztandarem chrześcijaństwa dopuszczając się wszelkiej niegodziwości – często potworności właśnie.
Lecz zdaję tu sobie sprawę z pewnej słabości mojej argumentacji, bo przecież istotność nominalna też jest rzeczywista, może nawet definicyjna.

Jak Pan zapewne się zorientował, nie jest to książka typowa. W związku z tym nietypowa jest również jej kompozycja. Zapiski to siłą rzeczy miszmasz – kalejdoskop przeróżnych tematów, ale też i form. Mimo wszystko starałem się, aby to nie był bigos i w jakiś sposób chciałem uporządkować te notatki, tworząc coś w rodzaju sekwencji tematycznych (np. „ciąg” zapisków z podróży, dotyczących kina, sztuki, natury, Ameryki, miłości, przemocy, narcyzmu, Nietzschego… etc.) To była taka próba opanowania żywiołu – ujęcia chaosu w pewne ryzy i na swój sposób zsynchronizowane formy. Zdaję sobie sprawę, że trudno będzie czytać Zapiski tzw. „jednym cięgiem”. I one tak wcale czytane być nie muszą, tym bardziej, że często są one „gęste” jeśli chodzi o sens i znaczenie – wymagają jednak uwagi i czasu na ich przetrawienie. Można wiec do nich podchodzić „na wyrywki”. Bardziej koherentne formalnie są natomiast części na jakie został podzielony tom drugi: Artykuły, Lektury, Rozmowy… znalazła się tam nawet wkładka zawierająca moje próby – nazwijmy to – „poetyckie”. Wprawdzie tematyka tych tekstów jest bardzo różnorodna, to jednak łączą ją wątki, które przewijają się – w formie bardziej lapidarnej i esencjonalnej – w stanowiących tom pierwszy Zapiskach. Zaś jeśli chodzi o fabułę, to nigdy nie czułem się w tym mocny (nigdy zresztą tej formy nie próbowałem). Lepiej mi chyba wychodzi relacjonowanie historii, niż ich wymyślanie.

Kończąc ten mój elaborat, chciałbym jeszcze raz podziękować Panu za czas i uwagę poświęconą mojemu pisaniu, jak również za wszystkie uwagi, które były dla mnie czymś wielce inspirującym, pouczającym i cennym.

Z poważaniem,
Stanisław Błaszczyna

*  *  *

.

Reklamy

ZAPISKI, ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY – słowo o nowych książkach

.

Wreszcie nadszedł ten czas, kiedy wziąłem do ręki nowe, pachnące jeszcze drukarnią książki. Zwykle sprawia mi to wielką przyjemność – ta fizyczna bliskość ujętych w formę, zadrukowanych kartek papieru – lecz tym razem była to satysfakcja szczególna, bo autorem tychże książek jest nikt inny, tylko ja. Wszystko to kosztowało mnie (i nie tylko mnie, bo w projekt ten zaangażowanych było wiele innych osób) masę czasu, nerwów i wysiłku – wydawnicza „harówka” trwała niemal dwa lata – jednakże to wszystko blednie wobec glorii gotowego już artefaktu, który tak naprawdę zaczyna żyć swoim własnym życiem, trafiając do ludzi i znacząc w nich swoją obecność. Radość odczuwam tym większą, że wszystkie książki wydane zostały znakomicie – dokładnie tak, jak to sobie wręcz wymarzyłem (no i „zacnie” – jak to zgrabnie określił jeden z ich recenzentów).

Wpis ten poświęcam ich prezentacji – a gdzież jak nie na stronach Wizji Lokalnej znajduje się najlepsze do tego celu miejsce? Tym bardziej, że najprawdopodobniej bez Wizji – bez tego blogowego dopingu i Czytelników – te książki nie mogłyby się zmaterializować. Dziękuję wszystkim tym, którzy się do tego przyczynili.

greydot

tom I – ZAPISKI

Obejmujący niemal dwie dekady wybór zapisków autora, czynionych na marginesie jego podróży po świecie, spotkań z ludźmi, pisanych artykułów, przeczytanych lektur, obejrzanych filmów i obrazów – zarówno tych znajdujących się w galeriach, jak i stworzonych przez Naturę. Komentarze do cywilizacji i przeżywanego świata – do wytworów ludzkiej kultury w postaci zarówno artefaktów sztuki, jak i myśli człowieka szukającego sensu i zrozumienia racji swojego istnienia w przepastnym Wszechświecie. Sentencje i noty ujęte niekiedy w formę aforyzmu, maksymy, konkluzji, puenty… odnoszące się do szeroko rozumianej kultury – filozofii, psychologii, literatury, kina, malarstwa, sztuki… jak również do świata przyrody, którego piękno i brzydota powodują nie tylko nasz zachwyt, ale i przerażenie. Współczesne silva rerum.

*  *  *

517 stron; oprawa twarda, płócienna + obwoluta; 50 ilustracji barwnych; ISBN 978-83-62844-72-2

Noty o książce:

Bohaterem tej książki jest żywa, ruchliwa myśl, która nie cofa się przed stawianiem ryzykownych pytań – i dlatego jest interesująca. Choć wiele też prowokuje tu do sprzeciwu, mamy do czynienia z ważnym sporem między materialistyczną kulturą konsumpcjonizmu a kulturą duchowości, który wciąż pozostaje nierozstrzygnięty… Ten intrygujący autoportret życia duchowego polskiego inteligenta naszego czasu z pewnością zasługuje na uważną lekturę.

Stefan Chwin

Brak rozstrzygnięć nie oznacza stanu zawieszenia. Autor ma sceptyczny stosunek do oświeceniowego kultu rozumu, choć sam kieruje się logiką i racjonalną argumentacją. Broni emocji, intuicji i wiary, ale dostrzega, że mogą prowadzić na manowce. Absurd to coś, co akceptuje z trudem i nie bez licznych zastrzeżeń. Nihiliści to „metafizyczni nic-ponie”, którzy grandzą i sieją zamęt. Ale już wobec rozpaczy ma duże pokłady zrozumienia: „Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz”. Wierzy jednak, że istnieją siły, którymi można ją oswoić lub przeczekać.

Renata Borowiak

Znajdujemy tu wiele tropów, a podążanie za każdym z nich jest niczym przechodzenie przez coraz to nowe drzwi, za którymi czai się każdorazowo nowy, gotowy do odkrycia świat.

Dariusz Barczewski

Autor nie głosi chwały fenomenu, jakim jest przywilej bycia światłą ludzką istotą. On po prostu z tego przywileju korzysta.

Jacek Dygoń

greydot.

tom II – ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY

Wybór artykułów autora publikowanych na łamach pism polskich i zagranicznych, obejmujących szeroką tematykę społeczną, historyczną i kulturalną (poeci przeklęci, wojna, Ameryka, Indianie, holocaust, erotyzm…). Eseje i recenzje przeczytanych książek – zarówno klasyki (Nietzsche, Ortega y Gasset, H. Hesse, A. Bobkowski), jak i literatury współczesnej (m.in. J.M. Coetzee, S. Chwin, O. Tokarczuk…). Zbiór wywiadów ze znanymi twórcami kultury (A. Holland, K. Zanussi, J. Stuhr, Cz. Niemen, H.M. Górecki i in.); rozmów z przyjaciółmi i czytelnikami bloga Wizja Lokalna (literatura, sztuka, kino, mit, religia, popkultura…) oraz prób poetyckich z wątkami autobiograficznymi w tle.

*  *  *

 

584 strony; oprawa twarda, płócienna + obwoluta; 35 ilustracji barwnych, 11 czarno-białych
ISBN 978-83-62844-73-9

Noty o książce:

Ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim. Jest w tej książce wiele rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem.

Stefan Chwin

Bogactwo tematów do jakich nawiązuje się w książce – i dziedzin, w jakich się ona zanurza – jest oszałamiające. Czytelnik znajdzie tu aforystyczną gęstość, ale i eseistyczny rozmach; odwołania zarówno do cywilizacji i kultury, jak i jednostkowej „doli człowieczej”. Obok wędrówek w przeszłość, jest diagnoza stawiana współczesności. Są odniesienia do kina, literatury, filozofii, psychologii, socjologii, historii… nawet do polityki, wbrew apolitycznym deklaracjom Autora i jego niezależności od jakiejkolwiek ideologicznej koniunktury.

Bogdan M. Kwiatek

Podróż to słowo kluczowe w tej lekturze. Podróż przez meandry kultury, cywilizacji i ludzkiej psyche. Trudne wybory pomiędzy rozumem i intelektem a czuciem i wiarą. Zawieszenie między zachwytem nad światem a przerażeniem wagą obecnego w nim cierpienia – wreszcie między jego brzydotą a pięknem. Zastanawia to, czy ta podróż jest pogonią za czymś, czy też ucieczką przed czymś?

Elżbieta Kondyra

Od błysku i zadry po logiczny wywód i polemiczną dysertację. Po kobiecemu określę tę książkę analogią do perfum. Nuta głowy (faza wrażeń) to wszechstronność, różnorodność tematów i form, mnogość obserwowanych zjawisk i bodźców. Nutę serca (spoiwo) tworzy rozmowa – z bohaterami wywiadów, z tekstami kultury i z sobą samym. Nuta bazy (głębi) to metafizyczny głód sensu i potrzeba stawiania pytań. I tak jak rozwija się zapach, tak zmienia się oddziaływanie tej książki. Co warto na sobie przetestować.

Renata Borowiak

greydot.

.

.

.

.

RECENZJE

.

.Poniżej przedstawiam recenzje książek (tom I i II recenzowane były jako całość), ponownie dziękując przy tej okazji ich pierwszym Czytelnikom, którzy zarazem stali się jej recenzentami. Dziękuję im za czas jaki poświęcili tej lekturze oraz za ich teksty, które były tego rezultatem. Ich uwagi, zachęty i opinie były dla mnie bardzo pomocne, utwierdzając mnie w przekonaniu, że opublikowanie moich tekstów w formie książkowej jest zasadne i ma sens. Jestem Wam wszystkim bardzo wdzięczny.

greydot

.

METAFIZYCZNY SURVIVAL

.

„Może to zwyczajne – wracać późną porą do domu, do miejsc ziemi rodzinnej, do wspomnień tego, co już się w naszym życiu wydarzyło. Do refleksji – jak, po co i dlaczego? Do pytania o to, kim naprawdę jesteśmy i jak się zmieniamy? O to, jaki sens i kierunek ma droga, trakt, na który weszliśmy – wszystkie te nasze pogonie, ucieczki, powroty…”

*

Ta książka jest zapisem podróży i spotkań. Tych rozgrywających się realnie, ale przede wszystkim tych, które zdarzyły się w sferze mentalnej. Podczas lektury, seansu, wywiadu, w przestrzeni wirtualnej i po prostu w podróży przez życie. O podróżach, którymi dzieli się Autor, i podróży, w którą może wyruszyć Czytelnik.

Silva rerum

Porządkowanie uniwersum tej książki jest zadaniem tyleż ambitnym, co zbytecznym. W roli drogowskazu świetnie spełnia się spis treści. Mamy tu: zapiski z notatnika, teksty o lekturach, rozmowy z artystami i przy­jaciółmi, zbiór artykułów, utwory liryczne i najskromniejszy w formacie, lecz z zakusami na mikrokosmos, dział ŹRÓDŁA. Każda z tych szuflad rozrasta się i mieni tematami, mirażami, kontekstami. Silva rerum – praw­dziwy las rzeczy.
Zadanie porządkowania jest ambitne, gdyż uchwycenie istoty każ­dego z rozdziałów to nie tylko zdefiniowanie formy. Już to niełatwe, bo wywiad, recenzja, szkic czy wiersz to terminy dość umowne. Notatki wcale nie są szkicowe, często zmierzają w stronę aforyzmu lub miniarty­kułu czy eseju. Omówienia książek to trampolina do filozoficznych roz­ważań. Wywiad równoważy rozmówców i nawet tam, gdzie bohater jest wyraźnie wskazany – gdy tematem jest jego twórczość – ten, który pyta, wcale nie chowa się w cieniu. Poezja rozpościera się „pomiędzy” liryką pojedynczych wzruszeń czy błysków a poematem o przypadkach uniwer­salnych i ponadjednostkowych. Gdyby ktoś zamierzył sobie sklasyfikować pytania, wokół których ogniskuje się narracja, też nie rozjaśniłby zbyt wiele. Mógłby wskazać na rozważanie antynomii: afirmacja – nihilizm, ciało – duchowość, natura – sztuka, racjonalizm – emocjonalność. Są to jednak etykiety bardzo ogólne, a teksty Stanisława Błaszczyny rodzą się z konkretnych impulsów.
Zadanie porządkowania jest zbyteczne, bo po cóż segregować coś, co mimo pozornego miszmaszu, rządzi się wewnętrzną logiką, jest dostępne i czytelne zarówno wtedy, gdy mierzymy się z tym po kolei, od strony pierwszej po ostatnią, jak i wówczas, gdy wybieramy z wnętrza fragmenty, zwabieni nazwiskiem czy celnym zdaniem. Subiektywny odbiór rozstrzyga o tym, czym dla kogo ta książka może się okazać. Mnie przyciągały roz­ważania metaliterackie (po co i jak pisać), uwagi o książkach (zwłaszcza o Hańbie Coetzeego czy Losie utraconym Kertésza), rozmowy o potrzebie mitu. Ktoś inny wskaże na niepokorne dyskusje z autorytetami, pytania egzystencjalno-religijne, starcia z nihilizmem, rozmyślania o wolnej woli i determinizmie czy dyskusje o konfliktach politycznych współczesności.
Spis treści i podtytuły są wskazówką wystarczającą, by wybierać, wer­tować, przeskakiwać strony i wracać do miejsc podkreślonych. Do tych, które ktoś uzna za wyjątkowo celne lub zaczepne.

Kim jesteś – zgadnę po lekturach

Można odnaleźć w tej książce niejeden trop autobiograficzny. Wszystko zaczęło się na Podkarpaciu, w małej ojczyźnie, która wyposażyła Autora w pakiet swojskości i głód wielkiego świata. Były studia w Krakowie. Może stąd (a może zewsząd) bierze się przywiązanie do polskiej tradycji, intelektu­alny ferment, skłonność do roztrząsań i zadawania „pytań naiwnych”, które wracają, domagając się odpowiadania na nie wciąż od nowa. Były podróże. Ta, która wyznaczyła nowe miejsce na ziemi – w Chicago lub okolicach. Krocie innych, które do perspektywy polskiej i zachodniej (amerykańskiej) dodały spojrzenie z innych kultur, niszowe i egzotyczne. Autobiograficzne ślady prowadzą w głąb natury i do festiwalowego świata filmu i muzyki.
Życiorys jedno, biografia intelektualna drugie. Teksty zawarte w tym tomie tworzą portret wewnętrzny. Impresjonistyczny – bo jego percepcja jest subiektywna, zależna od światła i nastroju, kontury niejednoznaczne, kolory nakładane warstwami. Pisane były latami, więc czasem, by dotrzeć do sedna poglądów Autora, warto zderzyć wypowiedzi, które ten sam pro­blem ujmują pod wpływem różnych inspiracji i osadzają go w odmiennym kontekście. Mam wrażenie spójności, choć tonacji tu wiele: od zachwytu i afirmacji (podkreślonej ostatnim zdaniem ZAPISKÓW), przez polemiczną zaczepność, krytyczny sceptycyzm, neutralną rzeczowość, pokorną niepew­ność i ufność, że wie się swoje.
Dla tych, którym rekonstruowanie portretu wyda się istotne i dla tych, którzy szukają tylko bodźca do własnych poszukiwań, nie bez znaczenia będzie wgląd w dobór kontekstów. Przywołam tu inspiracje literackie wyodrębnione rozdziałem LEKTURY, ale można by rzucić światło również na kontekst filmowy, muzyczny, historyczny, społeczny, podróżniczy etc.
Oddzielne szkice poświęcone zostały tekstom Andrzeja Bobkowskiego, Stefana Chwina, Stefana Kisielewskiego, J.M. Coetzeego, Hessego, Nie­tzschego, Olgi Tokarczuk, Ortegi y Gasseta czy Fenby’ego (LEKTURY). Literatura przywoływana jest również w rozdziale ZAPISKI. Pojawia się Dostojewski i Cioran, Kundera i Miłosz, Pascal, Schopenhauer, Kierkegaard, Kołakowski i Tischner, Herling-Grudziński i Mrożek, Montaigne i Szek­spir, Imre Kertész i Sándor Márai. Na marginesie wspomnę o pismach czy wypowiedziach popularyzatorów myśli naukowej z psychologii (Wolfgang Prinz), socjologii (Zimbardo), filozofii (Mikołejko), neurobiologii (Vetu­lani) czy dziedzin jeszcze ściślej biologicznych.
Po pierwsze: mało tu fabuły. Dominują dzienniki i teksty eseistyczne, wolne od pośrednictwa fikcji. Nie jest to przypadkowa zbieżność, lecz świadomy wybór. Zabłąkana w tym towarzystwie powieść Olgi Tokarczuk pojawia się jako pretekst. Autora wyraźnie irytuje kryminalna intryga (Pro­wadź swój pług przez kości umarłych), odrzuca sposób podejścia do cier­pień zadawanych zwierzętom, ale już temat uzurpowanych przez człowieka praw, zawłaszczających zwierzęce życie bezkarnie i bezmyślnie, zasługuje na inkrustowany pytaniami komentarz.
Dzienniki górują nad beletrystyką tym, że mają pełnokrwistego, osadzonego w świecie bohatera. Rzecz jasna: ważne, co piszący dzienniki myśli, jego poglądy poddane są analizie, storpedowane kontrą lub przywołane jako zaczyn reflek­sji. Ale nie bez znaczenia jest osobowość: „chuligan wolności” (Bobkowski), kontestator peerelowskich absurdów (Kisiel), autystyczny wrażliwiec (Coet­zee) i filozof komentujący „dorosłym” „sprawy trudne do zniesienia” (Chwin).
Każda z tych postaci jest wybranym przez Stanisława Błaszczynę Roz­mówcą, o niepodważalnym potencjale intelektu. I nie tylko intelektu, co przekornie zilustruję cytatem: „Kiedy czytałem Szkice piórkiem, niejedno­krotnie odnosiłem wrażenie, że «intelektualizm» Bobkowskiego jest w jego osobowości jakimś obcym niemal wtrętem, dodatkiem, swoistym «kwiat­kiem do kożucha» – że więcej prawdziwej esencji tego charakteru znaleźć można w jego mięśniach, hormonach, «sercu» i jądrach niż w jego szarych komórkach i poskręcanych mózgowych zwojach”.
Po drugie: dużo filozofii. Są teksty filozofów rozczytywane, by je zro­zumieć i teksty przywoływane, by z nimi polemizować. Filozoficzny (bo egzystencjalny) charakter ma dyskurs całej książki. To chyba więcej niż koncepcja, to adekwatność formy do postawy Autora wobec świata. Zbadać coś z kilku stron i wyrobić sobie zdanie. Podważyć, zajrzeć pod podszewkę. Skonfrontować z tym, co dotąd uznawało się za swój pogląd i postawić pytania, na które odpowiedź nie może być ostateczna, lecz – dzięki pró­bom i powrotom – coraz bardziej własna.
„Próbuję po swojemu demontować tę wielką machinę rzeczywisto­ści, która mnie otacza; przejrzeć na wskroś ową gigantyczną konstrukcję, przyglądnąć się z bliska jej poszczególnym elementom… A mimo to nie opuszcza mnie wrażenie, jakbym podglądał świat przez dziurkę od klucza”.
Te powtarzające się refleksje dotyczą – tak ja to widzę – sprawdzania kanałów percepcji. Zaufać ciału czy mieć się na baczności, gdy instynkt bierze górę? Postawić na intelekt czy raczej chronić w sobie to, co „mięk­kie”: wiarę, empatię, miłość? Szukać wolności i nie dać jej sobie uszczk­nąć czy uznać, że zawsze jesteśmy spętani jakimś rodzajem determinacji? Gdyby istniały zadowalające rozstrzygnięcia, można by uszczuplić liczbę stron i liczbę znaków zapytania.
Brak rozstrzygnięć nie oznacza stanu zawieszenia. Autor ma sceptyczny stosunek do oświeceniowego kultu rozumu („Ceną, jaką płacimy za wiedzę, jest zwykle rozczarowanie”). Choć przecież sam kieruje się logiką i racjo­nalną argumentacją. Broni emocji, intuicji i wiary, ale dostrzega, że mogą prowadzić na manowce. „Jedną z właściwości wiary jest to, że znosi ona pojęcie absurdu. Mało tego – czyni dogmatami to, co osobom niewierzą­cym (lub wyznającym inną religię) wydaje się absurdem”. Absurd to coś, co akceptuje z trudem i nie bez tysięcznych zastrzeżeń. Nihiliści to „meta­fizyczni nic-ponie”, którzy grandzą i sieją zamęt. Ale już wobec rozpaczy Autor ma duże pokłady zrozumienia: „Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz”. Wierzy jednak, że istnieją siły, którymi można ją oswoić lub przeczekać.
Po trzecie: książki z wysokiej półki. Co prawda na popkulturę Autor nie jest obojętny, ale sięga do niej raczej przez medium kina. Wybrane tek­sty literackie to nie debiuty, rzadko nowości czy artystyczne eksperymenty, czytadła są poza horyzontem. Znów ważne jest kryterium doboru kontek­stu ze względu na wagę podejmowanych tematów i osobę twórcy. Trafiają tu literaccy nobliści: Miłosz (Ziemia Ulro), Imre Kertész (Los utracony) czy J.M. Coetzee (Hańba), lecz co ciekawe: tym, co rozstrzyga o wartości książek, jest ich „nieliterackość”.
„Ziemia Ulro to jest dla mnie ten rodzaj lektury, który wykracza poza… literaturę”. Za co więc ceni Miłosza? Za trafność metafizycznych diagnoz, za łączenie antynomii, przenikliwość, a nade wszystko za możliwość utoż­samienia się z myślą i słowem Miłosza, który „dotyka tych samych roz­darć, które i mnie bolą, obnaża to samo kalectwo, które i mnie nęka”. Wszystkie światy literackich fikcji Autor jest gotów oddać za tekst, który jawi mu się jako Prawda.
Los utracony w ocenie Stanisława Błaszczyny dlatego zasługuje na uwagę, że będąc powieścią, jest jednocześnie świadectwem życia Kertésza. Dotyka najtrudniejszych doświadczeń, totalnego ogołocenia, a mimo to, bez try­wialnych podpórek, przezwycięża czerń (słynne i paradoksalne „szczęście obozów”). Stemplem potwierdzającym wartość Losu utraconego jest to, że „Kertész pisze własną krwią, strachem, bólem i trzewiami, trzymając je na smyczy, by nie zagnały go właśnie na manowce literackości”.
O Hańbie pisze Stanisław Błaszczyna, zestawiając lekturę powieści z fil­mowym seansem. Temat powraca w pełnej pasji dyskusji z Kartką z Podróży (ROZMOWY). Historię profesora Luriego czyta jak antyczną tragedię, od której można oczekiwać katharsis. Konfrontacja z Losem jest konfrontacją z tym, co w człowieku podłe i tym, co słabość przełamuje. Jest docieraniem do prawdy o sobie i jej wyzwalającej mocy. Hańba zyskuje uznanie Autora nie ze względu na kunszt literacki Coetzeego (zaletą jest właśnie porzuce­nie „atrakcyjnych literackich szatek”), ale dlatego że jak „każda prawdziwie wielka literatura […] ma wymiar biblijny”.
To, co wynika z literackich wyborów Stanisława Błaszczyny, definiuje zarówno jego ambicje czytelnicze, jak i pisarskie. Sedno ujmuje refleksja o Ziemi Ulro: „Ta walka Nadziei ze Zwątpieniem – to jest jednak sprawa życia i śmierci, taki metafizyczny survival”. ‘

Ufać i wątpić

Warto zwrócić uwagę na paradoks zaufania i podejrzliwości, obie postawy idą tu ze sobą w parze. Najsilniej można to obserwować w tekstach z roz­działu ARTYKUŁY. Z jednej strony afirmatywna postawa wobec świata, dopatrywanie się Sensu i pochwała zmagań z tym, co w świecie i jed­nostkowym losie jest niedoskonałe. Permanentna afirmacja wypływająca z zachwytu, pokory czy determinacji. Z drugiej strony – nieufność wobec manipulacji, polityki i ideologii.
Czasem w stan podejrzenia postawiona jest propaganda polityczna (hitlerowskich czy izraelskich agresorów, bez wyjątku), cywilizacyjne zadu­fanie (podbój Dzikiego Zachodu) lub religijne namaszczenie doczesnych konfliktów. Innym razem pytania budzi ludzka natura – może nazbyt giętka i asekuracyjna. Niepokojące tropienie relatywizmu i samouspra­wiedliwień znajdziemy między innymi w tekście o artystach zaprzedanych władzy (Leni Riefenstahl i István Szabó). Artyści buntownicy (Rimbaud, Verlaine, Joplin, Morrison) poddani są odbrązowieniu, choć trzeźwy ogląd nie niszczy mitu, lecz go koryguje. Porcja nieufności musiała przy­paść w udziale również popkulturze (Kaczor Donald i Madonna). Mam wrażenie, że nawet tu powątpiewanie idzie ręka w rękę z akceptacją fenomenu.
Bezcelowe byłoby ponowne wyliczanie różnorodności tematycznej. Arty­kuły (rozwijające obserwacje poczynione w zapiskach) wprowadzają bardzo rozległe konteksty, ukazane z wielu perspektyw. Ani amerykański punkt widzenia, ani europejski czy polski nie ma tu wyłączności. Doświadczenia życiowe Autora, wsparte uważnością na świat, otwierają te rozważania na racje kilku stron.
Ujęło mnie coś jeszcze: pomysł zestawienia ze sobą tekstów pisanych latami (można liczyć w dekadach). Koncept wydaje się ryzykowny. Artykuły inspirowane tematem społecznym – inaczej niż zapiski o lekturach czy fil­mach – tracą rezonans, gdy znika problem lub gdy rzeczywistość dopisuje ciąg dalszy. Tekst o konflikcie izraelsko-palestyńskim powstał w 2001 roku. Dodano do niego aneksy z lat późniejszych. Ale jeśli ten pomysł się broni (sądzę, że tak), to nie tyle dzięki aktualizacjom czy autokomentarzom. Waż­niejsza jest metoda łączenia opisu zdarzeń czy zjawisk z pytaniem o to, co podstawowe i niezmienne. Dlatego, choć wgląd w racje izraelskie i arabskie im rzetelniejszy, tym większe budzi uznanie, to o ciężarze rozważań decydują imponderabilia. Elementarne pytania, które w tekstach Stanisława Błasz­czyny są istotne. I odwieczne, więc odporne na dezaktualizację. Zwłaszcza że Autor ma świadomość, że nie stawia ich jako pierwszy.

Rozmowa w stylu retro

„Jestem chyba człowiekiem anachronicznym…” – wyznaje Autor, przy­znając się do swej fascynacji malarstwem dawnych mistrzów. Wyznanie jest kokieteryjne. Anachroniczność oznaczałaby niedostrzeganie tego, co dzisiejsze, nienadążanie i epigoństwo. Ależ skąd. Jest jednak coś na rzeczy, bo przecież rozmach, pietyzm, drążenie tematu, cierpliwość i choćby próba scalania rozproszonych poglądów i tekstów mają w sobie staroświecki sznyt.
W poprzek współczesnych trendów (pośpiech, zdawkowość, ulotność) sytuuje się nastawienie na dialog. Równolegle z rozmową prowadzoną z autorami tekstów, z poglądami współczesnych i ludzi dawno minionych, toczy się dialog z rozmówcą nieco bardziej namacalnym. Z każdym, kto zechce podjąć zaproszenie.
Wyznam, że mam osobiste (choć wirtualne) doświadczenie rozmów na blogu Wizja Lokalna. Stanisław Błaszczyna (z sentymentem wspominam niegdysiejszy nick – Logos Amicus) jest rozmówcą szalenie wymagającym. Wymagającym, ale też uważnym, gościnnym, dociekliwym. Posty nie są przecież lakoniczne. Z uśmiechem przywołuję tu dylemat Autora zasygna­lizowany w ZAPISKACH: elaborat czy haiku? Zazwyczaj to pierwsze. Jeśli dodamy sążniste, wielopiętrowe komentarze, pozostawiane przez Czytelni­ków, moderowane przez Autora, uświadamiamy sobie, jaką wagę mają te spotkania.
Zapis kilku dyskusji trafił do działu ROZMOWY. Ich temperatura i wnikliwość są fenomenem. Choćby dlatego że wymiana zdań wymaga od interlokutorów znajomości tematu. Zamieszczone w tym tomie blogowe rozmowy dotyczą: powieści Coetzeego (Hańba), konfliktu izraelsko-palestyń­skiego, symboliki Krzyża, moralności moralistów, wojowniczości i pacyfi­zmu, potrzeby mitów etc. Ich zamaszystość, wielokontekstowość, a zwłaszcza determinacja w przekonywaniu do swoich poglądów kontrastują z codzien­nym doświadczeniem bardzo przelotnie rzucanych komunikatów. Uznanie budzi zaangażowanie Czytelników bloga, a zwłaszcza energia Moderatora, podsycającego rozmowę kolejnymi impulsami i polemicznym zacięciem.
Zadaję sobie pytanie, skąd bierze się ta potrzeba pisania i konfron­towania tekstów ze światem. Jedną z odpowiedzi jest próba zrozumienia i uporządkowania siebie. „Tworzą tylko ludzie, w których jest jakieś pęk­nięcie – w ten sposób dążą oni do sklejenia siebie w jedną nierozsypującą się całość”. Objaśnianie siebie dzieje się jednak poprzez Drugiego, który naszym słowom poświęca uwagę, tym samym uwierzytelniając nasz głos.
„Naturalnie, że pisząc do szuflady trafiamy w pustkę, czyli do «nikąd». Dopiero wtedy, gdy coś, co stworzymy (napiszemy, sfotografujemy, skom­ponujemy… etc.), znajdzie oddźwięk w drugim człowieku, to zaczyna to żyć, czyli tak naprawdę – istnieć. Tak jak stwierdził kiedyś Berkeley: Esse est percipi (istnieć to znaczy być postrzeganym). Odnosi się to zresztą nie tylko do tego, co tworzymy, ale i do nas samych (stąd zatrzęsienie wszel­kich blogów, stron fejsbukowych i innych sposobów autoprezentacji)”.
I to też jest metafizyczny survival.

Renata Borowiak

* * *

INNE RECENZJE (fragmenty)

.

PEŁNOKRWISTY HUMANIZM

(…)
Nie sposób wskazać tutaj jednej myśli przewodniej, która poprowadziłaby czytelników przez lekturę dzieła. Przez Zapiski wiedzie bowiem kilka lub kilkanaście tropów, a podążanie za każdym z nich jest niczym przechodzenie przez coraz to nowe drzwi, za którymi czai się każdorazowo nowy, gotowy do eksploracji świat. Warto tutaj nadmienić, że nie są Zapiski pozycją fabularną: żadna kompozycja oparta na fikcji nie wytrzymałaby strukturalnie tak potężnego ładunku treści osadzonego w tak „potarganej” (ze swojej natury) strukturze.
Czym właściwie są Zapiski? Może rodzajem pamiętnika? Rozliczeniem się Autora z własnymi przeżyciami, próbą zachowania ich w kapsule czasu, a tym samym unieśmiertelnienie – z pożytkiem dla siebie i czytających? Jest to zarazem próba bardzo ryzykowna, bo już na wstępie nasuwają się ważkie pytanie: czy Autor podołał tak karkołomnemu zadaniu? Czy udało mu się spiąć w spójną całość rozważania o wszystkim i o niczym? Nade wszystko zaś, czy efekt jego wieloletniej pracy jest dość interesujący, by zafascynować współczesnego Odbiorcę, wszystkowiedzącego, niecierpliwego, wiecznie głodnego dróg na skróty i łasego na odpowiedzi rysujące się, zanim na dobre zakiełkuje pytanie? Wyzwanie – tak możemy w najkrótszy i uczciwy sposób ocenić epickie dzieło Stanisława Błaszczyny. Czy zwieńczone sukcesem? O tym postarajmy się przekonać w toku niniejszej recenzji.
Książka podzielona jest na dwa tomy, które zawierają: Zapiski (tom pierwszy), Artykuły, Lektury i Rozmowy (tom drugi). Każda z części składowych jest diametralnie inna, każda stanowi właściwie osobną, zamkniętą całość. Zapiski to interesujący strumień świadomości opływający szeroko rozumianą materię wszechrzeczy. W Lekturach odkryjemy szereg recenzji, ale i rozważania o instytucji recenzji jako takiej. W Rozmowach, wreszcie, czeka na nas bardzo nietuzinkowa niespodzianka… (,,,)
Przyjrzyjmy się Zapiskom. Ich treścią jest jedyny w swoim rodzaju melanż rozważań o… wszystkim. Człowiek i Bóg. Życie i śmierć. Wiara i ateizm. Religia i racjonalizm. Etyka, moralność. Konsumpcjonizm. Indywidualizm. Słowo. Sztuka. Kultura. A pomiędzy każdym z tych haseł jeszcze wielokrotnie „człowiek” – temat dla Autora nadrzędny i bezwzględnie priorytetowy. (…)
Rozważania o kulturze – czy, ogólnie: o artefaktach ludzkiej słabości (lub mocy) twórczej – stanowią bez wątpienia mocną stronę Zapisków. Ta niewydzielona strukturalnie sekcja w sekcji, sama składa się z wielu osobnych narracji. Fakt, że nie kolidują ze sobą, że nakładają się na siebie i tworzą polifoniczną uwerturę jest godną pochwały zasługą Autora, który nie tyle warsztatem (skądinąd bardzo dobrym, by napisać tylko tyle), ale ogromnym rozeznaniem w temacie (tematach) i szaleńczym bez mała zafascynowaniem przedmiotem rozważań porywa czytelnika i – nieco na siłę, ale nie wbrew jego woli – wpycha go głęboko w nurty strumienia dociekań. Stanisław odnosi się równie chętnie do książek, filmów, muzyki czy płócien, nie gardząc przy tym osobami ich twórców. Nota bene, Zapiski mają bardzo malarską oprawę, gdyż do ilustracji swojego dzieła Autor wybrał (między innymi) solidną garść naprawdę dobrych reprodukcji: od Vermeerowskiej Kobiety z wagą (zapewne nieprzypadkowo wybranej na intro), poprzez Millaisa, Malczewskiego czy van Gogha, po Maneta i Picassa. Jeśli dodamy do tej listy także zdjęcia z licznych podróży Autora dookoła świata, to wiemy już, że pisząc o artefaktach ludzkiej kultury, Stanisław nie potraktował po macoszemu estetyki.
(…)
Specjalizacją Autora jest kultura, jednak bystry i otwarty umysł, umiejętność posługiwania się logiką i zdolność łączenia faktów, stanowią uniwersalne narzędzie poznawcze. Akapity poświęcone wymienionym tutaj tematom polecam szczególnej uwadze czytelników jako ważkie w dyskusji o „dzianiu się” historii, o destynacji gatunku Homo sapiens (zwłaszcza w ujęciu społecznym i narodowym). Stanisław nie jest na tym polu przypadkowym gościem. Stojąc nieco z boku, umiejętnie wskazuje świeże ścieżki dedukcji, obce mainstreamowym mediom, których przywiązanie do stereotypów jest wszak legendarne. (…)
Warto podkreślić, że niemalże obsesją Autora są rozważania na temat wojny i pokoju. Pojawiają się one w Zapiskach w postaci odniesień do tzw. wojny z terroryzmem, amerykańskiego militaryzmu czy – w szerszym kontekście pojęcia wojny sprawiedliwej. Nota bene, zrozumiałą uwagę poświęca Autor największemu mocarstwu obecnego świata, czyli Stanom Zjednoczonym. Interesujące są i te przemyślenia, choćby z takiego powodu, że spisywane są ze szczególnej perspektywy: Autor jest bowiem jedną nogą „tam”, w Ameryce, drugą zaś w Starym Świecie, w Polsce i Europie – będąc jednocześnie obywatelem dwóch półkul Ziemi (dwóch światów), starając się przy tym uniknąć jednostronnej optyki.
Nie podołamy tutaj szalonemu wyzwaniu, jakim byłoby przytoczenie wszystkich pojawiających się w książce wątków. Można by wspomnieć o dywagacjach historycznych (na przykład dotyczących zdobycia władzy przez Hitlera czy charakteru postaci Napoleona); o związkach między Naturą, Sztuką i Cywilizacją; o odniesieniach do kina, literatury, malarstwa; o „dialogu” ze Stanisławem Lemem czy wreszcie o intrygujących dywagacjach psychologicznych (wielopoziomowych i „zdradzających”, jak głębokie i wielopoziomowe są rozważania Autora w tej dziedzinie) i nie tylko. Listę zatem urwijmy i przejdźmy do kolejnych części książki.
Artykuły – stanowiące wybór tekstów publikowanych przez Stanisława Błaszczynę w prasie polonijnej i krajowej – otwierają drugi tom dzieła. Pod względem skali, ale i problematyki oraz ciężaru gatunkowego można je uznać za najważniejszy – obok Zapisków lub samodzielnie, w zależności od gustu – element składowy książki.
Podobnie jak w przypadku Zapisków, mamy tutaj do czynienia z tęczą tematów. Autor nas nie oszczędza, serwując już na wstępie mocne wejście smoka. W Czasie przemocy podejmuje wątek ważny dla siebie osobiście, ale zarazem szalenie ważny dla ludzkości en masse. Tytuł mówi sam za siebie, a my uściślijmy, że Stanisław analizuje aspekt wojowniczości Homo sapiens. Znajdziemy tutaj szereg trafnych uwag, podanych w interesujący sposób (chociażby dzięki kontekstowi historycznemu czy też odniesieniom do znanych osobistości świata kultury), bez zacietrzewienia – chciałoby się rzec, że metodą naukową, w oparciu o obserwację i badanie, o obszar empirii. Rzecz bardzo interesująca i, niestety, wiecznie na czasie, gdyż chmury burzowe wojen i, szerzej, społecznie, narodowo czy też religijnie motywowanej przemocy są zbyt ciężkie by rozwiał je wiatr dziejów.
Nad ludzką naturą pochyla się Autor także w eseju Mefisto i Riefenstahl – żywoty równoległe? Artykuł ten jest zarazem ciekawą wyprawą do świata sztuki – rzec by się chciało, że do katakumb, skrytych zazwyczaj przed ludzkim okiem, mrocznych i posępnych, bliższych piekłu niż niebu. Stanisław dokonuje pewnej ekwilibrystyki porównując dwie postaci: fikcyjnego Mefista i jak najbardziej niefikcyjną Leni Riefenstahl, ikonę kinematografii nazistowskiej, której gwiazda niejako wbrew przeznaczeniu, nie zgasła do dzisiaj (aczkolwiek jej blask przytłumiony jest moralnym odium ciążącym nad słynną reżyser). Punkt wyjścia do rozważań szalenie interesujący. Same rozważania – nie zdradzając ich treści – niebanalne i odkrywcze, a przy tym świetne w lekturze!
Dobrze nam w temacie kultury, więc przyjrzyjmy się kolejnej historii spod tego znaku. Poeci przeklęci zaciekawiają już od pierwszych zdań: sama definicja tytułowych poètes maudits nastraja optymistycznie do dalszej części tekstu. Frapująca nuta romantyzmu, gorycz wyzwania rzuconego mainstreamowi, cierpki smak wielkich emocji… Autor wgłębia się w temat zaglądając do okna w oknie, o poetach przeklętych pisze z pozycji widza Całkowitego zaćmienia Agnieszki Holland, która sama – nie będąc wprawdzie „wyklętą”, ustawiła się nieco w poprzek klasycznej perspektywy, z własnego wyboru zbliżając się ku swym upojonym nihilizmem bohaterom. Holland, a dzięki niej Rimbaud i Verlaine, ale także, nieco na marginesie, Trakl, Baudelaire czy Przybyszewski… lektura tego artykułu jest głębszym niż można by się spodziewać zanurzeniem w świat opisany. A przecież, zaraz na kolejnej stronie, tuż po Poetach przeklętych, czeka nas opowieść o Morrisonie, Hendrixie i Joplin…
(…)
Nie ma sensu, aby wymieniać wszystkie artykuły, a tym bardziej aby je opisywać: zostawmy kilka niespodzianek dla czytelnika, który z pewnością znajdzie dla siebie coś ciekawego. A rozpiętość tematyczna tekstów ujętych w tej sekcji jest naprawdę spora i nie wszystkie koncentrują się na kulturze jako takiej – na przykład cykl artykułów poświęcony został kwestii indiańskiej, poczynając na pechowej wygranej pod Little Bighorn, a kończąc na tragedii… bizona, a osobnego wpisu doczekała się tragedia smoleńska (nota bene, postrzegana przez Autora zza Oceanu i może dlatego właśnie godna uwagi). Na tym skończmy. Zachęcając czytelników do zapoznania się ze wszystkimi artykułami, przejdźmy do następnego punktu programu.
Lektury to przeskok do zupełnie innego uniwersum. Zarówno w ujęciu stylistycznym, jak i pod względem charakteru dzieła. Ta część jest bardziej uporządkowana, w wyraźny i logiczny sposób jest podzielona na poszczególne sekcje poświęcone omawianym książkom. Z konieczności każda z takich pozycji uzyskała więcej przestrzeni niż niezwykle liczne, zatomizowane wątki w Zapiskach. Ma to swoje zalety – jedną z nich jest choćby cokolwiek bardziej klasyczna narracja. Dla wielu czytelników książki treść Lektur może być kluczową zawartością książki. Zresztą, te teksty krytyczne stanowią swego rodzaju bazę, są elementem fundamentu pod epickim i niejednorodnym w formie monumentem „filozoficznej” części pierwszej.
Trzeci rozdział, Rozmowy, nie zapowiada niespodzianki, wszak tytuł jest wystarczającą informacją, by wiedzieć, na co możemy liczyć. I faktycznie, mamy tutaj możliwość zapoznania się z fragmentami wywiadów np. z Juliuszem Machulskim, Krzysztofem Zanussim (trudna dyskusja!), Agnieszką Holland, Radosławem Piwowarskim, Januszem Zaorskim, Jerzym Stuhrem, ale także z Tadeuszem Nalepą, Czesławem Niemenem i Henrykiem Mikołajem Góreckim. Na nazwiskach znanych i uznanych się nie skończyło. Nietuzinkowym otwarciem części są bowiem… zapisy rozmów blogowych. A konkretnie dialogów prowadzonych w formie komentarzy pod wpisami na blogu Autora. To jest właśnie ta obiecana niespodzianka. Nieczęsto się zdarza, by w formie drukowanej autorzy tak dosłownie odnosili się do „potyczek” cyberprzestrzennych! Niespodzianka jest trafiona, bowiem, o ile wywiady z celebrytami okazują się rzeczywiście interesujące – co najmniej interesujące! – to przecież pełne żaru i emocji rozmowy niepokorne z przedstawicielami blogosfery wcale im nie ustępują, a może nawet przerastają. Są przy tym zupełnie inne: mniej formalne, improwizowane od początku do końca, momentami nawet nerwowe, bardzo przy tym autentyczne i bogate w mądrą treść. (…)
W czwartej części – Lirycznie – doświadczymy kolejnej interesującej wolty, jako że przenosimy się do mniej wymiernego, bardziej miękkiego świata poezji. Jej twórcą jest sam autor, a o części utworów można napisać to samo, co o konstatacjach w Zapiskach – są one odpowiedzią na potrzebę chwili, jeszcze jedną formą rejestracji przemyśleń autora, tyle że nieco mniej obiektywną, celowo mocniej naznaczoną formą. Są poszczególne liryki elementem dialogu z dziełami sztuki, jak choćby Pustka i żar oraz Jak pies będące wierszowanym komentarzem do pradowskich obrazów Goi i Boscha. Ta część jest szczególnie trudna w ocenie, gdyż jako mniej „racjonalna” silniej uzależniona jest od gustu Czytelnika, czy też nawet jego nastroju.
Last but not least, zamykające książkę Źródła i strumienie to epilog zamiast wstępu. Zabarwiony miłoszowskimi wątpliwościami i odnoszący się do najważniejszego z pytań: „dlaczego?” Nie jest to podsumowanie całości, raczej osobna mikro-całość i zarazem interesująca kropka nad „i”.
(…)
Imponująca jest rozległa wiedza Stanisława Błaszczyny i niezwykła łatwość, z jaką porusza się po tak różnych przestrzeniach, jak te będące treścią książki. Gdybyśmy chcieli skrócić niniejszą recenzję, a tym samym ocenę książki do jednego zdania, powinno ono zapewne brzmieć tak: Zapiski. Lektury. Rozmowy to pozycja nietuzinkowa, doskonała jako odpoczynek od popularnych powieści, ale i świetna jako element ekwipunku badacza rzeczywistości. Dla osób chcących zatrzymać się na chwilę przed mądrymi pytaniami i gotowych poświęcić czas na próbę znalezienia odpowiedzi, jest to lektura wręcz obowiązkowa.

Dariusz Barczewski

* * *

SZTUKA SPRZĘŻENIA ZWROTNEGO

Najprościej rzecz ujmując, autor uprawia eseistykę kulturową, a zważywszy na ogrom eksplorowanych tu dziedzin humanistycznego poznania i ekspresji, mamy do czynienia z rozmachem iście arystotelejskim. Błaszczyna jako wrażliwy – czuwający, czujny i czujący –erudyta wciela się w postać rodem z Fahrenheit 451 Raya Bradbury’ego, realizując na osobniczą miarę misję, którą zapewne zamierza kontynuować aż do swojego końca: uchronić i razem zgromadzić jak najwięcej z tego, co powstało na przecięciu sztuki, myśli ludzkiej i przeżycia.
Na palecie słownej autora, oprócz szeroko podejmowanej literatury pięknej, goszczą na przemian filozofia, historia, kino, poezja, sztuki plastyczne – w tym fotografia, którą sam uprawia – a także zapiski z licznych podróży (by skrótowo poprzestać na kilku najważniejszych).
Do tych wszystkich dziedzin Błaszczyna podchodzi z naturalną swobodą odpowiednio wyekwipowanego intelektualnie (przedwojennego?) krytyka-eseisty. Warto podkreślić, że autor ceni ekonomię słowa, pisząc przystępnie i bez egzaltacji. Myślowo są to teksty bardzo wyważone, jako że ich substancja wymaga ręki sapera, a nie kopyt stada w galopie… nie wiadomo dokąd. Do tego z równą wprawą porusza się on w obrębie licznych, a niezbędnych tu form: od wspomnianego eseju – przez recenzję, szkic krytyczno-literacki, wywiad czy popularno-naukowy tekst tematyczny – do aforyzmu i galerii przedstawieniowej włącznie.
Odrębną część książki stanowi wybór Artykułów. W tychże uwagę wypada zwrócić na rozważania Autora na temat wojny w niezmiernie frapującym eseju Czas przemocy. Temat gwałtu, jaki zadają sobie ludzie, podjęty zostaje bardzo kompleksowo: od przywołania rudymentarnych (wypartych?) sfer podświadomości indywidualnej i kolektywnej oraz archetypów – przez kwestie wyboru i socjotechniki – a na podlegających już raczej prawom chaosu doświadczeniach zbiorowych skończywszy.
Między wierszami nie jedno dowiadujemy się o piszącym te słowa, którego postawa wobec najbardziej destrukcyjnego żywiołu jaki człowiek jest w stanie świadomie sprowokować, wydać się może z pozoru paradoksalna. Błaszczyna, tak żarliwie wszelkiej wojnie przeciwny – wręcz jej nienawidzący – podkreśla jednocześnie, że nie jest pacyfistą. Z prostego powodu. Bowiem pacyfizm traktuje jako ideę i jako taką odrzuca; to nie jest czas ani miejsce dla idei – zdaje się mówić – zwłaszcza takich, których programem jest luksusowe zaniechanie (słabe tarcie węgla na głazach platońskiej jaskini). Sprzeciw dla wojny jest jego zdaniem domeną najtwardziej trzymającego się ziemi pragmatyzmu, praktycznej sztuki przetrwania, co w zasadzie stanowi wszelkiego idealizmu zaprzeczenie. Tę różnicę Błaszczyna stara się możliwie mocno podkreślać. Tym bardziej, że ideowość drugiej strony (wojennych jastrzębi i agitatorów) dąży nieodwołalnie do jak najszybszej transformacji w równie przyziemną postać rzezi, której na poziomie ludzkiego upodlenia od pewnego momentu nie daje się już kontrolować po żadnej stronie konfliktu, jak uczy historia każdej losowo wybranej wojny. Przyziemny konkret jest tu zbiorem wspólnym i jego język należy uczynić orężem w walce przeciwko walce.
Padają przykłady kilku różnych antywojennych postaw, z czego najbardziej intrygująca zdaje się być ta, którą przyjął w osobistym (bo niby w jakim?) wymiarze Witold Gombrowicz ”rejterujący” z ogarniętego pożogą kontynentu za ocean. A nawet nie tyle sama postawa, która przysporzyła mu w kraju etykietkę tchórza i frajera, co jej godna von Clausewitza obrona. Bo to jest militarna (sic) wyższa szkoła jazdy. Gombrowicz odmawia uczestnictwa w wojnie, tłumacząc to właśnie swoim frajerstwem i przyrodzoną łajzowatością, która dyskwalifikuje go, jako członka zespołu (wojna to gra zespołowa), zdolnego narazić cały ewentualny pododdział na niebezpieczeństwo z tytułu tak niepewnego, marnego ogniwa. Można to rozpatrywać w dwóch kategoriach. Primo – błyskotliwej tudzież nieodpartej logiki Gombrowicza, która pozwala mu bezpiecznie wyciągnąć się za własny harcap z każdego logicznie i przedmiotowo obcego mu bagna. Secundo – mamy tu bardzo realistyczną pochwałę zawodowstwa i powagi w podejściu do rzemiosła wojennego, gdzie partner z oddziału jest gwarantem twojego przeżycia (i vice versa). Gombrowicz mógł swoją ,,dezercją” uratować komuś życie. A skoro było o idealizmie, gdzieś tam – hen w tle takiego rozumowania – pobrzmiewa heroiczny koncept wysłania przeciwko sobie dwóch najlepszych ludzi, by rozstrzygnęli konflikt zbiorowości w walce jeden na jeden – humanitarne przeciwieństwo napoleońskiego ,,cały naród pod bronią”.
I tu zatoczywszy niewielkie koło dochodzimy à rebours do antywojennego praktycyzmu Autora, który raczej zaleca rozglądnąć się naokoło i zachłysnąć urodą otaczającego świata i ludzi, po czym zacisnąć powieki i zwizualizować sobie to, co z tego wszystkiego zostanie, gdy opadnie dym … Wtedy wyostrzy się obraz tych naprawdę nielicznych, którym się to ewentualnie opłaci (albo i nie). I nie będziesz to ani ty, ani ja, ani nikt, kogo w życiu spotkałeś.
Błaszczyna nie daje recepty, jak tego wszystkiego uniknąć – taki się jeszcze nie narodził. Ważna jest świadomość tego wszystkiego, którą należy wykształcić i pielęgnować. Ważne jest, by decydująca zbiorowość liczyła jak najwięcej jednostek tak właśnie mentalnie wyekwipowanych.
Jednak najbardziej interesujące – choć raczej w odniesieniu do prowadzonego bloga, niż jego książkowej tu rekapitulacji – jest interaktywne ,,drugie życie’” zamieszczanych tekstów w konfrontacji z czytelnikami. W rozdziale Rozmowy dostajemy soczystą próbkę tego, jak to wygląda…, co też powinno posłużyć odbiorcy za ostateczną zachętę do odwiedzenia strony autorskiej Stanisława Błaszczyny. Albowiem sama książka w tym wypadku ma się do tego tak, jak słuchanie płyty studyjnej do obecności na koncercie z szansą podłączenia się do jam session (z akcentem na pierwiastek dygresyjno-nieprzewidywalny). Mamy bowiem możność uczestnictwa w żywych i nieraz całkowicie zaskakujących rozmowach Autora z czytelnikami z wyjściowym punktem „A” w postaci zamieszczonego tekstu i punktem dojścia „?” poprzez meandrującą to polemicznie, to komplementarnie, wymianę myśli. Jakby Błaszczyna chciał przy tym wszystkim stworzyć jeszcze dodatkowy gatunek literacki: feedback art. Co oczywiście nie umniejsza wartości samych tekstów (których część tu zawarto) – przecież to one, nie co innego, są siłą napędową wspomnianej ,,sztuki sprzężenia zwrotnego”.
Autor nie głosi przez to wszystko chwały fenomenu, jakim jest przywilej bycia światłą istotą ludzką, on po prostu z tego przywileju korzysta. Warto więc zadać pytanie: w jakim celu?
Na pewnym poziomie to, co on robi, jest mową obronną dla rodzaju ludzkiego – także przez utrwalanie wszystkiego, co warto – układającą się w historię walki autora z własnym w człowieka zwątpieniem. Walki uczciwej. Pisząc o okrucieństwie historii (także i tej dokonującej się na gorąco), marginalizacji kultury wysokiej i urynkowieniu… praktycznie już chyba wszystkiego, Błaszczyna nie pozwala sobie na obiektywizm ani na krzepiąco-redukcyjny format ad usum delfini. Po prostu donosi o kolejnych samoniszczycielskich triumfach współczesnego świata, nawet gdy jedyne co może temu przeciwstawić, to bezradne wishful thinking.
Od razu uspokajam: bynajmniej nie przybiera to formy reaktywnych jeremiad urodzonego katastrofisty – raczej zaintrygować powinna w tym momencie metoda, jaką autor przyjmuje, szykując dla tego przeciwwagę. Na swoją modłę oczywiście, świata zbawić się nie da, ale zawsze można coś zrobić dla wykupienia go z jego własnej niewoli – w swoich oczach. I ugruntowywać, aktualizować to w świadomości.
W przypadku Stanisława Błaszczyny jest to osobista praktyka specyficznej jogi przeciwieństw. Starczy obejrzeć jego serię zdjęć z azjatyckich wypraw, gdzie (jak kiedyś jeden taki) „szuka człowieka”, a z drugiej strony ustawić jego północnoamerykańskie zachwyty przez obiektyw Nikona nad przyrodą, głównie nieożywioną.
Dlaczego tak? Tu przecież mieszka od lat, a jednak w obliczu tego terytorium woli pozostać sam z zachwycającym odludziem w migawce. Zaś w podróży na tereny obce mentalnie i kulturowo bywa się – tak czy inaczej – przechodniem. I paradoksalnie, dlatego autor tam właśnie szuka, czasami po omacku, szlachetnych iluminacji, chwytając uwikłanych w obcą – ale jakże afektywną – codzienność, autochtonów. Koniecznie w mgnieniu, które ma potem emanować możliwie najdłużej…, co istotne, z zachowaniem naturalnej prostoty tematu, bez artystowskiego doładowania „sobą”.
Składa się to wszystko na temporalnie rozwijany zapis głębokiego doświadczenia ogólnoludzkiego piękna, które formuje (?) tajemny szyfr ocalenia dla pojedynczego człowieka. Tajemny, gdyż z pominięciem translacji intelektu, któremu Błaszczyna przyznaje zwykle tak ważną rangę, choć nie bez poważnych zastrzeżeń. Jest w tym jakaś zawoalowana, grawitacyjna religijność, ale bardziej w rozumieniu Andrzeja Żuławskiego, który powiedział kiedyś: „albo rozmawiamy o Bogu, albo rozmawiamy poważnie”. A tak na marginesie, podobne doświadczenie zawsze na jakiś czas pomaga w byciu lepszym – dla bliskich i dla siebie samego.

Jacek Dygoń

* * *

SŁOWO KLUCZOWE – PODRÓŻ

Gdyby wybór tytułu tej książki należał do mnie, to brzmiałby on banalnie – Żywot niebanalny. Książka wielowątkowa, z gatunku tych, o których trudno wydaje się opinie, bo poruszane problemy są tak ważne i złożone, że trudno opowiedzieć się jednoznacznie po którejś ze stron. Autor prowadzi nas poprzez swoje światy, zmusza do przemyśleń moralno-filozoficznych, uświadamia, że zło jest zdradliwe, bo często posługuje się dobrem albo przemyca się pod osłoną białych kołnierzyków, pyta o sens istnienia, o istotę człowieczeństwa, balansuje na granicy pomiędzy sacrum a profanum, zestawia ze sobą ludzką cywilizację i zwierzęcą chuć, dobro i zło, prawdę i fałsz, brata Twardowskiego z Wojaczkiem. Można odnieść wrażenie, że Autora bawi doszukiwanie się podobieństw i różnic, ale to nieprawda – On dąży do ideału i poszukuje Sensu.
Myślący, wrażliwy, niegodzący się na wyzierającą z każdego kąta bylejakość, powierzchowność, merkantylność – stąd być może wrażenie, że czasami wydaje się być osamotniony. Chwilami pasują mi do Niego jego własne słowa charakteryzujące postać Andrzeja Bobkowskiego: „sfrustrowany własną niemożnością znalezienia sobie w tym wszystkim miejsca. Znajduje się więc on jakby między młotem a kowadłem, chciałby się uwolnić od tego całego balastu kulturowej nadbudowy, która bądź co bądź go uformowała, a jednocześnie jest w niej zanurzony po same uszy”.
Samotność jest niepożądanym, a jednocześnie nieuniknionym znakiem zmian zachodzących w świecie. Obawia się jej każda istota społeczna, jaką jest człowiek. Najsilniej uderza w ludzi wrażliwych. Syndrom współczesnych czasów to samotność w tłumie, w masie, która według Ortegi y Gasseta jest niczym innym jak społeczną nijakością, zbiorem ludzi niewyróżniających się niczym od innych, będących jedynie powtórzeniem typu biologicznego. Stanisław Błaszczyna pozwala sobie mieć odmienne zdanie i słusznie zauważa, że z takich samych ludzi składały się tłumy wiwatujące na cześć Hitlera, jak i tłumy zebrane na placu Świętego Piotra, by oddać hołd zmarłemu Janowi Pawłowi II.
Tym, czym w Zapiskach ujął mnie Autor, jest Jego wyznanie „Ważniejsza stała się dla mnie ta sfera fenomenu istoty człowieka, która związana była […] z jego sercem. A więc zwykłe wyczucie dobra i przyzwoitości”. Majątek, prestiż to tylko pozory szczęścia. „Materialiści za wszelką cenę chcą zdegradować ducha, usuwając go ze swojego słownika. I odnoszą w tym sukces. To dlatego materializm staje się nie tylko czymś oczywistym i powszechnym, ale i bezdusznym”.
Książka, a szczególnie jej pierwszy tom, wypełniony zapiskami Autora, naszpikowana jest takimi filozoficznymi perełkami. Stanowią one dodatkowy smaczek i mogą być niezłą gratką – nie tylko dla koneserów aforyzmu.
Zapiski, o których Autor z przymrużeniem oka mówi czasami „co się plecie w kajecie” – to refleksja nad światem, życiem, konstatacja nad jego przemijaniem. Tyczą zarówno fundamentalnych, jak i zupełnie prozaicznych sfer życia każdego człowieka, stąd skłonność do utożsamiania się z nimi przez czytelnika. Satysfakcję sprawia odkrycie, że jest Ktoś takiego formatu, kto myśli i czuje podobnie i ma odwagę to publicznie wyartykułować.
W części I tomu drugiego znalazł się wybór artykułów, których tematy są zupełnie różne i pozornie nie tworzą z sobą żadnej spójnej całości. Pozornie, bo mają wspólny mianownik i jest nim „konflikt”.
Żyjemy w czasach totalnego konfliktu wszystkiego z wszystkim, wszystkich z wszystkimi. Sam człowiek uwikłany jest w nieustanny dialog z samym sobą. Postęp cywilizacyjny sprawił, że przemieściły się wszystkie granice, zarówno te fizyczne jak również – może nawet przede wszystkim – te mentalne. Chyba jeszcze nigdy dotąd człowiek nie żył w takim rozdarciu i rozterce jak obecnie
Konflikty, o których traktują artykuły powstają na różnych płaszczyznach i dotyczą każdego człowieka, choć w codziennym zabieganiu nie wnikamy aż tak głęboko w źródła ich przyczyn. Każdy z nas opisany jest, a tym samym determinowany granicami państw, polityką, religią, płcią, kulturą i oczekiwaniami społeczności, w której funkcjonuje. Gdzie tu miejsce na wierność samemu sobie, na osobiste szczęście, na wolność w każdym wymiarze? Czy nasze wybory czynią nas wolnymi czy może niewolą?
(…)
Druga część tomu drugiego, zatytułowana Lektury, to kompozycja krótkich „portretów” takich osobowości, jak np. Coetzee, Nietzsche, Ortega y Gasset, Bobkowski, Kisielewski, Chwin… Dzieli tych autorów wiele – pochodzenie, wiek, miejsce zamieszkania, wykształcenie, ale to, co jest dla nich wspólne, to fakt, że każdy z nich, wykorzystując literacką przestrzeń, realnie wpływa na świat. Jak to możliwe? Są kontrowersyjni, niepokorni, mają odwagę publicznie obalać mity, rzucać nam niewygodną prawdę prosto w twarz. Są autorytetami. Wprawdzie panuje pogląd, że z autorytetami się nie dyskutuje, ale Autor to robi, i robi to ciekawie. Każda historia ma swoją dynamikę, swój język. Ja np. zakochałam się w historii miłości Bobkowskiego do Francji, która jest opisana niezwykle plastycznym językiem, wręcz brawurowo – tak jak brawurowe były rowerowe jazdy „chuligana wolności” bez trzymanki.
(…)
Sądzisz, że znasz kogoś tak dobrze, że już niczym cię nie zaskoczy. Namawiasz by to, czym karmił cię przez lata, wydał w formie książki, a gdy to się dzieje i masz napisać kilka słów, dlaczego to jest takie ważne, raptem masz z tym problem.
(…)
W części zatytułowanej Źródła będącej refleksją autora nad własnym życiem, nad motywami, które obudziły w nim zew podróży i pozwoliły znaleźć w sobie odwagę realizacji marzeń, próbą odpowiedzi, czy ich spełnienie uszczęśliwiło Go. Jako analogię Stanisław Błaszczyna przytoczył słowa Czesława Miłosza: „Całe życie badał, podpatrywał sekrety wielkich mistrzów malarstwa, po to tylko, żeby namalować strumień koło swojej rodzinnej wioski i dwie gęsi na brzegu. Gdyby tak powiedziano o mnie, byłbym zadowolony, bo znaczyłoby to, że czegoś się nauczyłem, […] Wyruszając w moją podróż, miałem nadzieję odkryć ukrytą formułę, pozwalającą przeniknąć w sam ogród rzeczywistości, tam gdzie prawidła gry są już niepotrzebne”, dopisując do nich własną refleksję: „Odkryć «ukrytą formułę». Ale czy taka formuła istnieje? A jeśli istnieje, to czy jest nam dostępna? Wyrosłem w ogrodzie rodzinnego domu – w ogrodzie mojego dzieciństwa. Chciałem poznać inne ogrody, także ten ogród rzeczywistości, o którym pisze Miłosz. Ale dlaczego? Co mnie do tego skłaniało? I do czego ta wiedza była (jest) mi potrzebna? Czy naprawdę łudziłem się, że odnajdę ów Master Key of Perception – czyli klucz do wszystkiego, który otworzyłby mi Drzwi Poznania na oścież? A może to była zwykła ciekawość? Albo odwieczny atawizm pchający nas z miejsca na miejsce – za następną górę, za kolejne lasy, jeziora, rzeki, morza i oceany…, bo być może tam, i może nawet tuż za rogiem jest… jeśli nie raj, to nasza Ziemia Obiecana, albo co najmniej jakiejś miejsce ciekawe i ekscytujące… Była to (jest) pogoń za czymś. Ale może też i ucieczka? Chęć odnalezienia siebie prawdziwego, czy może pragnienie, by o sobie – a raczej o tym, co sprawia ból i cierpienie – zapomnieć?”
W zapisku Książki mojego dzieciństwa niewinny zwrot „za sosnowym lasem, który – jak mi się wtedy zdawało jest niczym wobec zagajnika palm kokosowych” sugeruje, że autor już docenia wszystko to, co niesie ze sobą symbolika sosnowego lasu, czegoś się w tej podróży przez życie nauczył i jak sam zauważa, nie tyle istotne jest miejsce, gdzie zamknie się pętla naszego bytu, co droga, którą do niego przebędziemy – czyli nasza podróż przez życie.
Jeśli zgodzimy się z autorem, że duszą i życiem książki stają się serce, rozum i zmysły czytelnika – że z tych samych względów ta sama książka może być błyskotliwa lub mętna, mądra lub głupia, pełna ducha lub duszna – to ciekawe, czym okaże się ona w Twoim odczuciu, Szanowny Czytelniku?

Elżbieta Kondyra

* * *

MALARZ SŁÓW I OBRAZÓW

I stało się!… myśl zaczęła się rozwijać, snuć jak zwoje pajęczynowe. I oplatać nią najpierw oczy, później koniec nosa, (tak, tak – w tej kolejności), wreszcie mózg. Im głębiej się zanurzać w lekturę tych myśli, to wysnuwane refleksje pochłaniają czytelnika coraz bardziej…
W swojej książce, będącej zbiorem rożnych form literackich, Autor porusza liczne ważne kwestie interesujące – jak sądzę – dla każdego czytelnika. Bogactwo tematów, do jakich nawiązuje i dziedzin, w jakich się zanurza – jest oszałamiające. Czytelnik bowiem może znaleźć tu aforystyczną gęstość, jak i eseistyczny rozmach, odwołania do cywilizacji i kultury, jak i jednostkowej „doli człowieczej”; obok wędrówek w przeszłość jest diagnoza stawiana współczesności; są odniesienia do kina, literatury, filozofii, psychologii, socjologii… nawet do polityki, wbrew temu, że autor wydaje się nie darzyć polityków sympatią, deklarując swoją apolityczność i niezależność od jakiejkolwiek ideologicznej koniunktury. W książce są też rozmowy z twórcami kultury (Henryk Górecki, Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Czesław Niemen…) – osobami znanymi i publicznymi, ale i niezmiernie ciekawe dyskusje z bardziej anonimowymi internautami czy nawet z przyjaciółmi (godna polecenia jest zwłaszcza konwersacja o micie). Wreszcie – co chyba jest najważniejsze – są też własne, zupełnie świeże refleksje na temat licznych obrazów, tak tych malowanych ręką ludzką, jak również – a może i przede wszystkim – malowanych ręką Matki Natury… i to nie tylko na kontynencie amerykańskim, ale i całego świata.
Stanisław Błaszczyna jest publicystą, eseistą, krytykiem filmowym… Bez względu na to, czy pisze do dziennika, tygodnika, miesięcznika, bloga w Internecie, czy pamiętniki do szuflady – pisze to z wnikliwością i pasją, nadającą temu wszystkiemu odpowiednią wagę. Jego recenzje filmowe i wywiady z filmów tych reżyserami (tak polskimi, jak i zagranicznymi), ale też z aktorami, muzykami, kompozytorami… wszystko to – zwłaszcza po latach, gdy niektórych z tych ludzi nie ma już pomiędzy żyjącymi i jakaś nowa perspektywa pozwala nam patrzeć inaczej – wypełnia bogate życie intelektualne Stanisława Błaszczyny. I w tych wywiadach jest jak skauci u eksploratora Roberta Baden-Powella – bardzo dokładny i skrupulatny, jakby w obiektywie swojego aparatu zmieniał zoom z szerokokątnego na teleobiektyw i wnikał w szczegóły – a tam właśnie kryje się sens i głębia – pełnia obrazu.
Stanisław jest przecież malarzem i fotografem. Malarzem słów, ale i obrazów fotograficznych – utrwalanych sensorycznie i cyfrowo – ale też i tych pastelowych. Czarno-białych portretów cyfrowych, jak również grafik. Mnogość technik, twórcze poszukiwania doskonale dopełniają jego wędrującą Naturę. Jest jak holenderski malarz z XVII wieku – zostawia nam swoje odbicie lustrzane, zaklęte w odbiciu karafki, czy jako cień na szybie.
Jest też poezja.
A Poezja u Staszka jest chyba specjalnie w tym tomie podana na końcu… za opisami, relacjami, konwersacjami – jest myśl poetycka. Jak u Arystotelesa (w tym roku obchodzimy 2400. urodziny Stagiryty!)… po fizyce jest metafizyka! Po opisie są wnioski. Po prozie – poezja!
Stanisław Błaszczyna jest wreszcie podróżnikiem, wagabundą, Bobkowskim Ameryki (o którym zresztą pisze), Stachurą Białych Piasków i Pustynnych Wydm, który w licznych podróżach po Stanach Zjednoczonych – po obu Amerykach i po całym świecie – notuje i utrwala tego świata piękno. Pokazuje to w szczegółach, fotografując ludzi, ich twarze, zajęcia i miejsca pracy oraz wypoczynku, wreszcie malownicze krajobrazy przyrodnicze, w szczególności te zamknięte w parkach narodowych na świecie. Obnaża przez to swoje głębokie związki z człowiekiem i człowieczeństwem… Jest bowiem Człowiekiem Drogi (Homo Viator), a Brulion Przydrożny jest najlepszym przyjacielem Człowieka Drogi…
I na koniec uwaga osobista.
Drogi Staszku, to chyba ja namawiałem Ciebie kiedyś, byś wydał swoje teksty, które na bieżąco (w mediach lub na blogu) komentowałem, uzupełnianiem moim punktem widzenia. Wreszcie dzieliłem się z Tobą i z innymi, moimi myślami, które pobudzasz. Cieszę się, że Twoja Opera Omnia jest publikowana, że jest ten wybór zapisków, artykułów, wywiadów zebrany w jedną całość… Że jest już pierwsza książka – a właściwie pierwsze dwa tomy – (czekamy na następne), którą można dotknąć, nie tylko wirtualnie. Bo jak dotknąć bitów w komputerze, a papier przecież – który choć przyjmie wszystko – zostanie po nas… może nieco dłużej. Może na półkach domowych, a może w bibliotekach. Na koniec.

Bogdan M. Kwiatek

*  *  *

.

POWRÓT DO ŹRÓDEŁ – spotkanie autorskie (relacja)

.

Spotkanie autorskie w Muzeum Ziemi Leżajskiej (2 czerwca, 2018 r.) Od lewej: prof. Waldemar Kuczyński, Stanisław Błaszczyna, Anna Stankiewicz-Ordyczyńska, Bogdan M. Kwiatek.

.

A jednak wróciłem tu – i to z całym majdanem swoich książek.
Wróciłem do źródła, gdzie miał początek strumień mojego życia…
(Ale dajmy sobie spokój z patosem).

Leżajsk to moje miasto rodzinne. Tuż za granicą miasta, którą stanowi rzeka Błotnia – na skraju wsi Giedlarowa – jest położony mój dom, gdzie (z małymi przerwami) mieszkałem do 30-go roku życia, i do którego powracam co kilka lat z moich wojaży, dzieląc go z moim drugim domem znajdującym się w Chicago. Cóż, taka jest dola emigranta nomada, który – żeby było dziwniej (a może ciekawiej?) – tak naprawdę jest w gruncie rzeczy domatorem.
Na szczęście, moje powroty w strony rodzinne nie są jedynie powodowane pogrzebami członków najbliższej rodziny czy przyjaciół (choć ostatnimi laty pochowano tu kilka drogich memu sercu osób), lecz nadal są przede wszystkim spotkaniami z żywymi, bliskimi mi ludźmi.
Tym razem zdarzyła się jednak okazja szczególna. Było nią ukazanie się w ostatnich miesiącach moich książek, a właściwie – żeby było jeszcze bardziej nietypowo i zgoła szalenie – moich czterech książek, które pojawiły się w sumie niemal równocześnie. To był w zasadzie główny powód zawieszenia na dość długi czas mojego bloga – strony Wizja Lokalna – bo proces wydawniczy okazał się (nie tylko dla mnie) harówką, która trwała prawie dwa lata.
Ale warto było. Książki wydano pięknie (to nie jest opinia moja – bo nie chcę być jak ta pliszka, która własny ogon chwali – ale wszystkich tych, którzy już je posiadają) – na znakomitym papierze, z mnóstwem kolorowych ilustracji, w twardych, płóciennych oprawach a na dodatek w obwolucie. Tak wydane zostały pierwsze trzy wolumeny – czwarty zaś, tom PODRÓŻE, ukazał się w twardej kolorowej oprawie, choć nie płóciennej i bez obwoluty, co jednak w wydaniach na poły albumowych (a takie są PODRÓŻE) sprawdza się lepiej, gdyż jest bardziej praktyczne i poręczne. (Renata „Tamaryszek” Borowiak, jedna z recenzentek moich książek – która niestety, wskutek wypadku samochodowego, nie mogła dotrzeć na spotkanie do Leżajska – użyła na określenie tomu PODRÓŻE zgrabnego wyrażenia, mówiąc, że jest on „kolorowym satelitą” pozostałych książek.)

No i wypchano człowieka na afisz – słup ogłoszeniowy na leżajskim Rynku

Informacja o książkach przeciekła już wcześniej do Internetu, jednak tutaj piszę o nich pierwszy raz, więc pokrótce – zanim przedstawię bliżej poszczególne pozycje w osobnych wpisach – wspomnę, że tom I ma tytuł ZAPISKI, tom II – ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY; książka trzecia zaś (będąca w zasadzie odrębną publikacją) to KINO TEATR SZTUKA. Czwarta pozycja to wspomniane już (opasłe, bo liczące ponad 800 stron) PODRÓŻE, które obok moich relacji i zapisków z wędrówek po świecie, zawierają 675 kolorowych fotografii, często zajmujących całą stronę lub nawet całe strony dwie.

W książkach jest nieco wątków autobiograficznych, nuta nostalgii, lekka melancholia przemijania skłaniająca nas do poszukiwania straconego czasu… To wszystko skłoniło mnie do tego, by na premierę prezentacji moich książek wybrać rodzinny Leżajsk. Był to dla mnie wybór jak najbardziej naturalny, zwłaszcza że zorganizowanie podobnej imprezy wiązało się z możliwością spotkania z ludźmi, z którymi przyszło mi dorastać, z którymi zetknął mnie przed emigracją los – z czasem zbyt oddalonymi, ale nadal dla mnie ważnymi i w pewnym sensie bliskimi, bo zawsze – przynajmniej w mojej pamięci – obecnymi.

Miałem to szczęście, że w organizację spotkania autorskiego zaangażowało się kilka osób, które nad wyraz cenię, i bez których najprawdopodobniej wypadłoby ono dość mizernie. Spiritus movens całego wydarzenia okazała się Pani Anna Stankiewicz-Ordyczyńska, pasjonatka Leżajska, która uparcie i z niespożytą energią podejmuje na swoich stronach internetowych ważne dla Ziemi Leżajskiej tematy, drążąc historie, przybliżając ludzi, badając genealogie, robiąc mnóstwo ciekawych zdjęć… Wspomógł ją z całą swoją dystynkcją prof. Waldemar Kuczyński, mój dawny wychowawca z Liceum, będąc nie tylko gościem honorowym spotkania, ale i kimś wnoszącym weń ciekawe treści, zadającym pytania, komentującym… Żywiołem moderacji, duchem niespożytym, królem dygresji i recenzentem zawstydzającym mnie pochwałami (którymi sypał jak z rękawa) oraz komplementami (m.in odsyłając moją skromną osobę do Renesansu) był mój przyjaciel – obieżyświat, filozof, autor książek o swoich podróżach dookoła świata oraz albumów fotograficznych – Bogdan Kwiatek z Krakowa. Specjalnie na spotkanie, z dalekiego Gdańska przybył (wraz z żoną) Marian Gorlikowski, profesjonalny operator telewizyjny, który całość imprezy zarejestrował na swojej kamerze (być może wkrótce będę się mógł tym materiałem na jakiejś Tubie podzielić).
Wdzięczny jestem również Stanisławowi Chmurze, byłemu staroście leżajskiemu, oraz dyrektorowi Muzeum Ziemi Leżajskiej, panu Jackowi Kwiecińskiemu, za umożliwienie przeprowadzenia spotkania w najpiękniejszym chyba budynku miasta, w jakim znalazło swoje locum Muzeum Ziemi Leżajskiej (przy okazji dziękuję za serdeczne powitanie, jak i podarki, jakie otrzymałem od szefa tej placówki, cieszącej się coraz większym powodzeniem nie tylko wśród mieszkańców Leżajska, ale i wśród turystów, którzy coraz liczniej odwiedzają miasto).
Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o pomocy, jakiej udzieliła mi moja siostra (a zorganizowała ona nie tylko bardzo smaczny catering), jej mąż (przy okazji dziękuję Basi i Markowi za pyszne ciasteczka), jak również moja siostrzenica Ania, autorka nie tylko znakomicie zaprojektowanego, obwieszczającego spotkanie plakatu (który za jej sprawą zawisł w wielu punktach miasta i okolic), ale i współautorka projektów książkowych okładek. (Ula, Tobie też składam dzięki… wiadomo za co 😉).

 

Humory dopisywały

 

I wreszcie samo spotkanie.
Doprawdy nie mogłem sobie wymarzyć lepszego!
Bez afektacji mogę stwierdzić, że to bez wątpienia jedno z moich życiowych highlights.
Frekwencja dopisała nad wyraz – elegancką i stylową salę Muzeum wypełniło około 90 osób. Niektórzy przybyli z tak odległych miejsc, jak Warszawa, Kraków, Lublin, a nawet… Ustrzyki Dolne. Nie zabrakło moich dawnych kolegów – z licealnych i studenckich czasów; także dawno niewidzianego kuzynostwa – bliższej i dalszej rodziny – znajomych, ale i osób, których nigdy wcześniej nie spotkałem. Zapewne, gdyby nie straszna ulewa i burza jaka rozpętała się dosłownie na godzinę przed rozpoczęciem spotkania, przyszłoby jeszcze więcej ludzi (ale, jak ktoś mnie pocieszył: czy na pewno zależałoby ci na obecności takich, których powstrzymał głupi deszcz?)
Ku mojemu zdumieniu (sam w całym tym spotkaniowym ferworze straciłem poczucie czasu) część oficjalna (czyli rozmowa przy stoliku) trwała bite dwie godziny. Każdy z prowadzących i moderujących spotkanie miał swój wkład w jego charakter – a że osobowości były różne i ciekawe, to i samo spotkanie było takież. Zależało mi na tym, by prawdziwymi bohaterkami wieczoru były moje książki, jednak współprowadzący spotkanie stale skierowywali uwagę na mnie, co stanowiło prawdziwe wyzwanie dla mojej wrodzonej nieśmiałości tudzież skromności… Ale chyba jakoś dawałem sobie z tym radę, skoro moje ego nie eksplodowało, co nigdy nie jest zbyt miłym doświadczeniem dla publiczności, zwykle wyczulonej na pychę i przechwałki. Opowiedziałem co nieco o swoich losach emigranta, reportera, pilota, fotografa, wywiadowcy, krytyka, publicysty… Chciałem coś więcej powiedzieć o kinie (bo to właśnie od niego zaczęła się moja pisanina), ale ciągle wracał wątek podróży… Chciałem sobie coś pofilozofować, a tu poproszono mnie do pokazania kolorowych obrazków (na szczęście miałem przygotowany zestaw slajdów, z Kobietami Świata na czele)… albo pytano mnie czy oprócz malowania jeszcze rzeźbię (tak – odpowiedziałem – rzeźbiłem trochę na wiośle, czyli na gitarze Fendera, Stratocasterze ;) )… Chciałem coś o Bobkowskim, Cioranie, Van Goghu, Dostojewskim czy Nietschem, ale zachwyt wzbudziło zdjęcie, jakie zrobiłem Sofii Loren, (które zresztą trafiło na okładkę magazynu, z jakim współpracowałem w Chicago)… etc.

Oczywiście, żartuję sobie, bo przebieg spotkania był nad wyraz sympatyczny. Od mojego kolegi usłyszałem kilka dni później uwagę, że nie brakło w nim momentów wręcz magicznych – zwłaszcza wtedy, kiedy Pani Anna Stankiewicz-Ordyczyńska przedstawiła (wpędzając mnie w ambaras porównaniem do Szymborskiej) znajdujący się w tomie II wierszyk Książki mojego dzieciństwa, a kuzynka Marta przeczytała ze znakomitą dykcją fragment rozdziału Źródła i strumienie.
Po części oficjalnej miał miejsce poczęstunek, ale je niczego nie mogłem nawet spróbować, bo przez półtorej godziny podpisywałem zakupione przez gości książki (a było tego trochę, bo z pudeł zniknęło prawie 50 kompletów – czyli, bądź co bądź blisko 200 książek, a to już fakt taki, że nie w kij dmuchał).
Summa summarum, spotkanie planowane na trzy godziny trwało godzin pięć; rozmowom nie było końca (byli tacy, którzy nie widzieli się przez kilka dekad), pozytywnym wibracjom także… I ja tam byłem i może nie miód, ale – w końcu! – wino piłem, lecz i tak czymś innym (niż trunkiem) oszołomiony byłem.

* * *

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

SPOTKANIE AUTORSKIE

.

„Ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim. Jest w tych książkach wiele rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem. (…) Ten intrygujący autoportret życia duchowego polskiego inteligenta naszego czasu z pewnością zasługuje na uważną lekturę.”
                                                                                                                                 Stefan Chwin

.

.

Zapraszam do mojego rodzinnego miasta :)

.

Więcej informacji na temat spotkania na stronie Muzeum Ziemi Leżajskiej.

.

KOSZ OD KWIATKOWSKIEJ, BASIA, JOASIA I DYLAN…

ze wspomnień wywiadowcy

Wielu artystów zjeżdża nam z Polski do Chicago. Czasem są oni sprawcami wydarzeń, co do których nie można mieć żadnych wątpliwości, jeśli chodzi o kunszt, autentyzm, zaangażowanie i solidność wykonania. Niestety, są też takie, które sprawiają wrażenie kolejnej kwesty zasilającej ubożejącą kiesę artystów w tych ostatnich przemianach często dziwnych i ogólnej pauperyzacji środowisk twórczych w kraju. Chociaż znaleźli się również i tacy, którzy uważali, że przyjeżdżając do Ameryki, nie tylko, że nie zarabiają, ale i dokładają wprost do interesu: ot, taka charytatywna wycieczka kupiecko-krajoznawcza, która czasami, po cichu, nazywana jest po prostu chałturą.

Bob Dylan, Grażyna Szapołowska, Basia Trzetrzelewska, Joanna Trzepiecińska, Irena Kwiatkowska - ze wpsommnień wywiadowcyNie chciałbym jednak, żeby to, co przed chwila napisałem, odnosić do programu „Gwiazdy piosenki kabaretowej”, który pojawił się w listopadzie tego roku* w Chicago. Choćby dlatego, że jego wykonanie – choć miejscami nierówne – to jednak w ogólnym wrażeniu satysfakcjonujące. A brali w nim udział artyści z polskiej czołówki estradowo-filmowo-teatralnej, z których większość to przecież kawał historii polskiej rozrywki: Irena Kwiatkowska, Grażyna Szapołowska, Wojciech Młynarski, Wiesław Gołas; a także pokolenie młodsze: Joanna Trzepiecińska, Zbigniew Zamachowski, Piotr Machalica… Jako wywiadowca, nie mogłem takiej okazji przepuścić. Wziąłem więc „namiary” na Grażynę Szapołowską. Powody? Kiedy pojawiła się na scenie, na widowni rozległo się głębokie westchnienie – i to nie tylko wydobywające się z męskich piersi. To zadecydowało. Poza tym, ta aktorska przeszłość Grażyny i fama polskiej sex-bomby. Przy najbliższej sposobności więc, zadzwoniłem do hotelu w Bensenville, gdzie organizatorzy ulokowali cały zespół. Myślałem, że połączono mnie z pokojem Szapołowskiej:
Ja:
– Dobry wieczór. Nazywam się Stanisław Błaszczyna. Czy mógłbym rozmawiać z panią Szapołowską?
Głos w słuchawce:
– Czy to Filip?
– Nie, Stanisław. Czy to pokój Grażyny Szapołowskiej?
– Ale czy Filip?
– Nie, nie Filip. Czy rozmawiam z panią Ireną Kwiatkowską? (Trudno nie rozpoznać głosu pani Ireny – przyp. StB)
– Tak, Kwiatkowska. A kto pan jest, jak nie Filip?
– Piszę do chicagowskich gazet. Chciałbym przeprowadzić z panią wywiad.
– Ale Szapołowskiej nie ma.
– Jednak mi zależy również na wywiadzie z panią.
– To niech pan zadzwoni do Szapołowskiej.
– Chciałem obie panie prosić o rozmowę.
– Szapołowska tu nie mieszka.
– Najmocniej przepraszam, ale widocznie pan Zamachowski podał mi zły numer telefonu. Myślałem, że dzwonię do pokoju, w którym mieszka pani Szapołowska.
– Niech się pan nie tłumaczy i dzwoni do Szapołowskiej.
– Ale mnie naprawdę zależy na spotkaniu z panią.
– Dzisiaj już miałam 50 wywiadów i nie chcę więcej.
– To może jutro lub pojutrze znajdzie pani dla mnie chwilę?
– Nie znajdę!
– W takim razie bardzo mi przykro. Przeprasza, że niepokoję. Jest pani pierwszą osobą, która mi odmówiła wywiadu.

***

W taki oto sposób dostałem „kosza” od Ireny Kwiatkowskiej.
Chwilę później zorientowałem się, że jednak popełniłem nie tylko faux pas, ale i małe kłamstwo. Parę lat wcześniej nie udało mi się także namówić na dłuższą rozmowę Basi Trzetrzelewskiej. Choć nie było to chyba skutkiem jej niechęci, ani też złej woli. Przyczyny były bardziej natury techniczno-sytuacyjnej. Otóż po bardzo udanym koncercie Trzetrzelewskiej w Chicago Theatre, gdzie olbrzymią, prestiżową w mieście salę wypełniły po brzegi tysiące amerykańskich fanów naszej artystki, poszedłem za kulisy, by się z nią spotkać, pogratulować świetnej formy i namówić na wywiad. Basia była szczęśliwa, zachwycona reakcją publiczności i bardzo miła, ale niestety zwróciła mi uwagę, że to już pierwsza po północy, sama pada ze zmęczenia, a jutro rano jedzie na następny koncert do Indianapolis.
– To może choćby kilka słów – nalegałem.
Na co Basia:
– Proszę zostawić mi pański numer telefonu. Zadzwonię jutro do pana.
W to, że Basia do mnie zadzwoni nie wątpiłem, powiedziałem jej jednak, że niestety już jutro rano wylatuję na Florydę i nie znam jeszcze nowego numeru telefonu.**
– To w takim razie dam panu telefon do mojego studia w Londynie. Proszę zadzwonić za jakieś trzy tygodnie, to sobie porozmawiamy – powiedziała Basia i zapisała numer na moim koncertowym programie.
A jakże, dzwoniłem później z Miami do Anglii kilka razy, lecz zawsze trafiałem na maszynę. Raz jednak odebrała jakaś panienka i poinformowała mnie, że artystki nie będzie w domu przez dłuższy czas, i że zmieniła plany. Wreszcie w mojej redakcji zdecydowano się na jakiś przedruk (obiecanego już wcześniej) wywiadu.
Napisałem wtedy recenzję z tego koncertu, okraszonego w „Relaxie” zdjęciem, na którym osoba mi towarzysząca uwieczniła moment mojego przystąpienia do Basi, przedstawienia się i propozycji. Widać na nim kawałek mnie – wywiadowcy, oraz w pełnej krasie rozpromienioną Basię – roześmianą od ucha do ucha, z obiema rękami w górze a pod zdjęciem podpis: „Basia z radością przyjmuje propozycję udzielenia wywiadu naszej gazecie”. Miała to być odpowiedź redakcji (nie przeczę: nieco złośliwa) na famę, że Basia z reguły bardzo niechętnie traktuje Polonię i w zasadzie jej unika.

***

Mniej więcej w tym samym czasie – bodajże tydzień wcześniej, również w Chicago Theatre – miał miejsce koncert Boba Dylana. Pomyślałem: dlaczego nie spróbować? Spotkać się z człowiekiem, którego wielu uważa za żyjącą legendę, za kogoś kto kształtował pewną epokę… To mogła być prawdziwa gratka wywiadowcza.
Pomysł był zupełnie realny. Wiedziałem, że trzeba to przygotować na parę tygodni wcześniej. Wszedłem więc w kontakt z dyrektorką programową Chicago Theatre, jak również z samym kierownikiem trasy koncertowej Dylana (oczywiście przy wsparciu mojej redakcji), który powiedział, że naturalnie jest to możliwe, że porozmawia z menedżerem Dylana i ustalimy jakiś termin.
Wypadało więc przypomnieć sobie twórczość „barda Ameryki”. Przygotowałem sporo kwestii do poruszenia i tak uzbrojony w determinację, pojechałem do downtown.
Niestety, ludzi, z którymi wcześniej rozmawiałem, jakby wymiotło – ani dyrektorki, ani kierownika, ani menedżera… Za kulisy nie było wstępu. Koncert zaczął się opóźniać. W końcu zjawili się jacyś muzycy, podszedłem do jednego z nich i powołując się na wcześniejsze ustalenia (i nazwiska), wręczyłem mu list polecający z redakcji z prośbą o przekazanie menedżerowi.
Wreszcie, po dobrej godzinie koncert wystartował: na scenę wtoczył się mało przytomny Dylan i zaczął coś tam mamrotać pod nosem (nie przesadzam – to było właśnie mamrotanie – taki był wówczas styl śpiewania Boba). To nie był ten sam człowiek, którego znałem z „Highway 61 Revisited”, „Blond on Blond”, „John Wesley Harding”, „Blood on the Tracks”, „Slow Train Coming” czy „Desire”. Niestety. Zupełnie zwątpiłem w powodzenie mojej misji wywiadowczej. Jakimś cudem Dylan nie tylko dotrwał do końca koncertu ale i zaczął bisować. Po pierwszym wszak bisie na estradę wkroczył rosły osobnik i dosłownie zwinął brutalnie „barda”, który i tak pewnie mało rozumiał z tego, co sie wokół niego działo – z zamkniętymi oczami, na chwiejących się nogach, przygarbiony, ze zmierzwionymi włosami i głębokimi bruzdami wokół ust… Budził raczej współczucie. Nie zwlekając, zapakowano Boba do samochodu i odjechano czym prędzej w nieznanym kierunku. Z takim obrotem sprawy mogłem się jednak liczyć. Nawet jeśli Dylan zgodziłby się na wywiad (zakładając, że byłby w stanie go udzielić), to na zasadzie eksperymentu i ciekawostki, gdyż z tak egzotycznego kraju, jakim niewątpliwie jest dla niego Polska, nikt nigdy go chyba jeszcze nie nachodził (po raz pierwszy Bob Dylan nad Wisłę zawitał dopiero trzy lata później).

***

Wróćmy jednak do kosza od Kwiatkowskiej. Tak więc, wyszły nici z wywiadu z „kobietą pracującą, która żadnej pracy się nie boi”, ale jak widać, wywiadów udzielać nie chce i obrusza się, że jej głos pomylono z głosem Szapołowskiej, i że do tej ostatniej dzwoni się przed nią. (Rzywiście, jak to się mogło zdarzyć! Sam do tej pory nie wiem.)
Jednak naprawdę żałowałem, że nie spotkałem się wówczas z panią Ireną. Niestety, nie spotkałęm się również z Grażyną Szapołowską, a na wywiadzie z nią mi zależało, zwłaszcza po tym, kiedy natknąłem się na rozmowę z aktorką, opublikowaną w polskim „Playboy’u”. Usiłowałem jeszcze skontaktować się z nią nazajutrz, ale poinformowano mnie, że artystka porwała rano samochód przeznaczony do dyspozycji całej grupy i wszelki ślad po niej zaginął.

Spotkałem się natomiast z Joanną Trzepiecińską, jedną z najbardziej urodziwych przedstawicielek młodego pokolenia polskich aktorek, znanej mi z kilku wcześniejszych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Wywiad ukazał się w prasie polonijnej i nosił tytuł: „URODA NIE JEST WAŻNA”. Trzeba zaznaczyć, że obok tytułu znalazła się podobizna aktorki w stroju nader niekompletnym (ach te koronki, obnażone ramiona, biust, ręka na udzie i wyzywający wzrok… jednym słowem kwintesencja sex-appealu i uderzająca uroda Joasi w pełnej krasie!) Przyznaję, że nieco przewrotne to było zestawienie. I znów parę gromów posypało się na moją głowę wywiadowcy-zbereźnika ze strony Szanownych Czytelniczek (bo jednak nie Czytelników). Ale mam nadzieję, że przeczytały one przynajmniej wywiad, w którym pani Joanna powiedziała parę interesujących rzeczy, a w dodatku zrobiła to inteligentnie i rozsądnie.
Wśród tematów, nie można było jednak nie wspomnieć o tym, co biło wprost w oczy – o urodzie aktorek. Na ile jest ona ważna w karierze?
– Moim zdaniem uroda wcale nie jest tak ważnym czynnikiem w aktorstwie. Naprawdę, proszę to potraktować całkiem serio. Nie ma kanonu urody dla aktorki – stwierdziła Trzepiecińska.
Wskazałem wtedy, że ten komponent erotyczny zawsze był jednak mocny, jeśli chodzi o popularność, a czasem nawet i kult, aktorek. Dawniej gwiazdy ekrany były jednocześnie boginiami seksu. A i dzisiaj eksponuje się także urodę aktorki, szczególnie wtedy, gdy jest co eksponować. I niekoniecznie musi się to nazywać „kupczeniem” ciałem, ani nawet seksizmem. Joanna Trzepiecińska odparła:
– Wszystko zależy od tego, w jaki sposób to się robi, kto to robi i w jakim celu. Jeszcze raz powtarzam: uroda jest w prawdziwym aktorstwie sprawą drugorzędną. A erotyzmu nie należy uważać za domenę diabelską. Ważny jest gust, smak, wyczucie…
Muszę przyznać, iż wahałem się nieco przed zadaniem następnego pytania, którym ryzykowałem nietakt wobec Joanny. Niemniej jednak ośmieliłem się, powołując się zresztą na obce źródło, zapytać:
– Jedna z polskim gazet nazwała panią „pożeraczką serc” i podała – robiąc to dwuznacznie – że w karierze pomogli pani m.in. Jan Englert, Gustaw Holoubek, Piotr Fronczewski, Olaf Lubaszenko, Bogusławem Linda…
Tutaj Joanna Trzepiecińska odparowała:
– Proszę pana, mnie nie interesują plotkarskie tabloidy i brukowce! A takie w naszym kraju również już są. Niestety, przyszła taka moda z Zachodu.

Na zakończenie – gdy zgodziliśmy się z tym, że tak naprawdę nie ma większego znaczenie, gdzie się mieszka – choć, jak zapewniała aktorka, ona nigdy nie chciałaby wyjeżdżać z Polski – usłyszałem od Joanny słowa, które na pewno znalazły aprobatę i rezonans w sercach Czytelniczek (mojej konserwatywnej bądź co bądź, gazety). W Joannie Trzepiecińskiej, kobiecie z krwi i kości, odezwała się także kobieca dusza:
– Dla mnie ważne jest to, z kim się jest, czy się kogoś kocha, czy się ma rodzinę, czy się człowiek czuje szczęśliwy, czy odczuwa satysfakcję… Ważne jest to nasze małe szczęście, które sobie budujemy wokół nas. I to rzeczywiście może być na Alasce, na Grenlandii, jak i w Południowej Afryce.

Amen.

greydot

* Chodzi o rok 1994. Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego” 12 maja, 1995 r.
** Należy pamiętać, że wszystko odbywało się jeszcze w epoce przed-komórkowej (1991 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ

greydot

.

APENDYKS. 

Korzystając ze wspominkowej okazji odgrzebywania moich niegdysiejszych wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, chciałbym też zamieścić na mojej stronie zdjęcia, które wpadły mi w ręce w czasie przygotowywania tego cyklu. Zdecydowana większość z nich nie była do tej pory publikowana w internecie – jest to więc ich oficjalna premiera w sieci. Żałuję jedynie, że stanowią one zaledwie małą cząstkę mojego archiwum, które podczas ostatnich dwudziestu lat zostało mocno przetrzebione – wiele zdjęć zaginęło, a te, które się zachowały nie są zbyt wysokiej jakości. Niemniej jednak postanowiłem je odkurzyć i zaprezentować – przedstawiają bowiem postacie wszystkim dobrze znane, również ludziom młodym, choć przynależące raczej do starszego pokolenia, a przy tym takie, które zapisały się już w historii polskiej estrady, filmu, teatru czy piosenki.
Zdjęcia pochodzą głównie z występów polskich artystów w Stanach Zjednoczonych (przede wszystkim w Chicago) w latach 90-tych ubiegłego wieku. Mają więc pewną wartość archiwalną. Być może wzbudzą też sentyment wśród nieco starszych Czytelników Wizji Lokalnej, którzy tu również trafiają, choć niezbyt często zostawiają ślad. Skądinąd wiem, że ten sentyment może być dość silny, bo oto kilka dni temu na Facebookowej stronie fanów Czesława Niemena (i innych, dawnych artystów polskiej estrady) zamieściłem nigdy nie publikowane zdjęcie Niemena, co spotkało się z nadspodziewanie gorącym przyjęciem jego wielbicieli (TUTAJ). To właśnie zainspirowało mnie do zamieszczenia tej galerii, jako załącznika do ostatniego wpisu z cyklu „ze wspomnień wywiadowcy”.

.

Czesław Niemen

Czesław Niemen

.

Michał Urbaniak

Michał Urbaniak

,

Urszula Dudziak

Urszula Dudziak

.

Jacek Kaczmarski

Jacek Kaczmarski

.

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

.

Elżbieta Adamiak

Elżbieta Adamiak

.

Grażyna Szapołowska

Grażyna Szapołowska

.

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

.

Alicja Majewska

Alicja Majewska

 .

© ZDJĘCIA WŁASNE

BIBLIOTEKA

*

Mój jest ten kawałek podłogi – do czytania, oglądania, słuchania i pisania

*

I. CZYTAJĄC – ale dlaczego i po co?

*

Książki są jak psy – mogą być twoim najlepszym przyjacielem, ale mogą cię również pogryźć. (Choć tym kto wącha, zawsze jest oczywiście czytelnik – a jak wszyscy wiemy, każda książka ma swój specyficzny zapach.) Książki są też niczym ludzie – mogą cię olśnić lub setnie wynudzić, mogą cię wesprzeć albo zdołować, mogą cię czegoś nauczyć albo zmarnować twój czas; z niektórymi książkami nie chciałbyś się rozstać nigdy, od innych zaś chcesz uciekać gdzie pieprz rośnie już przy pierwszym z nimi spotkaniu. Książki są wszystkim.

greydot

Jeśli mówi się, że styl to człowiek, to tym bardziej należy powiedzieć, że książka to człowiek. Lecz tym człowiekiem nie jest bynajmniej tylko autor książki. Tym człowiekiem jest przede wszystkim jej czytelnik. Bo sama książka sama w sobie jest martwa – jest właściwie niczym. Ożywa dopiero wtedy, gdy ktoś ją otworzy i czyjeś oczy spoczną na wydrukowanych na jej stronach literach, zdaniach, czytając je. Ze zrozumieniem. I z uczuciem. Niekiedy nawet z miłością.
A duszą i życiem książki jest serce, rozum i zmysły tego, kto ją czyta. Z tych samych względów ta sama książka może być błyskotliwa lub mętna, pusta lub pełna, mądra albo głupia, pełna ducha lub duszna…  Czy wobec tego – mógłby ktoś zapytać – można winić za cokolwiek jej autora? Jeśli jednak uznamy, że autora książki można chwalić, wielbić i hołubić, to niestety nasza odpowiedź na to pytanie musi być twierdząca. Jeśli autor może zasłużyć na glorię, to tym samym może też się swoją książką zhańbić.

greydot

Edward Stachura w „Fabula rasa” napisał: „Cóż z tego, że przeczytasz jeszcze jedną książkę (…) Czytaj, ale w którymś momencie podnieś wzrok znad książki i zapytaj wreszcie siebie: Dlaczego czytam książki? Bo jest to przyjemne spędzenie czasu? (…) Do poduszki przed snem? Dla intelektualnej rozrywki? Żeby zaliczyć kolejne dzieło modnego autora? Żeby wzruszyć się? Żeby ucieszyć się? Żeby zmartwić się? Żeby znaleźć coś mądrego o życiu? Żeby pomieszkać wyobraźnią w innym świecie? (…) Dlaczego czytamy książki? Żeby trochę pożyć bardziej interesującym niż moje życiem bohaterów książki? Żeby zobaczyć, że pomimo wszystko oni jednak też cierpią tak samo jak ja, a niekiedy o wiele, wiele więcej? Dlaczego właśnie takie książki najbardziej podobają mi się, gdzie niepokoje, rozterki, cierpienia, nieszczęścia, tragedie i krew leje się, i trup pada gęsto jak w sztukach Szekspira? Dlaczego właściwie autorowie opisują takie okropności? Dlaczego czytam książki? Bo wszyscy czytają, więc dlaczego ja miałbym nie czytać?”

Dlaczego więc czytam książki? Dlaczego Ty czytasz książki? Dlaczego czytamy książki my, którzy czytamy?
Z milionów różnych powodów, ale głównie dlatego, że czytanie książek lubimy (nawet jeśli czasami przypomina to… masochizm ;) ). Bo weszło to nam w krew, nerwy i mózg. Bo stało się drugą naturą. Może nałogiem?
Nieważne. Ważne, że czytamy.

greydot

Czy czytając książki stajemy się mądrzejsi? Bynajmniej. Jeśli nie ma w nas choćby zalążków mądrości, to czytanie książek w zdobyciu mądrości pomóc nam raczej nie może. Co gorsze, może tak się zdarzyć, że im więcej książek czytamy, tym bardziej możemy sobie uświadamiać własną głupotę i to, jak mało wiemy.

Czy czytając książki zdobywamy wiedzę? To wydaje się oczywiste. Ale biorąc pod uwagę to, jak wiele z przeczytanych książek zapominamy – jak większość z tego, co przechodzi nam przez głowę, jeszcze szybciej nam z tej głowy ulatuje – to można dojść do wniosku, że wcale nie musieliśmy tego wszystkiego przeczytać. Bo po co było nam czytać, skoro już nic nie pamiętamy? A jeśli pamiętamy, to tylko może nam to zwiększyć mętlik w głowie – bo im dalej wypływamy w morze, tym więcej wodnej otchłani nas otacza a uświadomienie sobie przepastnych głębin przeraża; bo im dalej w las tym więcej drzew, których nie znamy i tym większe niebezpieczeństwo, że się w puszczy zgubimy i  nikt naszego wołania tu już nie usłyszy. Bo orgia informacji, faktów i szczegółów – zamiast porządkować nasz świat, mikrokosmos czy choćby locum nasze małe – łatwo zamienić się może w szum i chaos, w którym żadnego porządku już nie dostrzegamy i żadnej niezafałszowanej melodii już nie słyszymy. I jeszcze jedno: nie bez kozery wiedza „książkowa” ma wśród ludzi niższe notowania od wiedzy, którą dostarcza nam życie. Gdyż tak naprawdę kształtuje nas dopiero to, co wynika z naszego zderzenia się z realnym i konkretnym światem. Książkę, aby nas zmieniła, musimy poczuć naszymi trzewiami – jej treść nie tylko pojąć, ale i przetrawić.

Czy obcując z książkami stajemy się bardziej szczęśliwi? Nie bardziej chyba, niż żyjąc bez książek. Zresztą, nie ma czegoś takiego jak permanentne szczęście. Człowiek nie jest szczęśliwy, ale szczęśliwy bywa. Również czytając książkę. Niestety, większe są chyba jednak szanse, że im więcej się z książek dowiadujemy, tym w większą melancholię wpaść przez to możemy. Bo – jak pisała poetka: „Wielkie to szczęście”/ nie wiedzieć dokładnie/ na jakim świecie się żyje” (Wisława Szymborska). Coś podobnego mówi też poetka z trochę innej parafii: „Lepiej jest nie wiedzieć” (Doda). Jeśli miałbym jednak do wyboru: nie wiedzieć nic (nie znać świata) i być szczęśliwym albo poznać świat ale przez to zaznać cierpienia (ergo: zapłacić za tę wiedzę cierpieniem) – to wybrałbym to drugie. Tak naprawdę, to ten wybór mam już za sobą. I nie żałuję, choć nie zawsze jest łatwo, lekko, cnotliwie i zwięźle. A i tak moja wiedza o świecie – w porównaniu z tym, co chciałbym wiedzieć – wydaje mi się nadal zatrważająco mała, wręcz nieprzyzwoicie nikła (i piszę to bez żadnej kokieterii).

Czy czytając książki zaspokajamy nasz głód, czy też jeszcze bardziej czegoś łakniemy? Chyba jednak to drugie – co zresztą zawsze możemy uznać za rozbudzanie apetytu („apetyt” – to jednak brzmi inaczej, bo w przeciwieństwie do łaknienia, które zazwyczaj oznacza jakiś brak, stan niezaspokojenia – apetyt zawsze jest „apetyczny”). A jednak kiedy czytanie zamienia się w nałóg, to i dawki środka uzależniającego (czyli książki) muszą się zwiększać. Dlatego czymś ważnym jest kwarantanna i okresowy odwyk – coś, co pozwala nam na naszą miłość (vel: uzależnienie od książki) – spojrzeć z większego nieco dystansu. I może pozwoli jej dojrzeć?

greydot

Wśród genialnych spostrzeżeń Pascala znalazło się i takie, które odnosi się do szybkości czytania. Otóż Mistrz Błażej powiedział, że zarówno wtedy, kiedy czytamy za szybko, jak i wtedy kiedy czytamy zbyt wolno – tego, co czytamy, nie rozumiemy.
A jednak wolę czytać wolniej, niż szybciej. Bez wątpienia czytanie wolniejsze zwykle jest bardziej uważne, lepiej pozwala nam smakować treść. Przerażeniem ogarniają mnie ludzie (wedle moich obliczeń w 98,5% są to kobiety), którzy czytają jedną (całą!) książkę dziennie (czyli 365 książek rocznie!?) Zgroza! Moim zdaniem jest w tym coś nieludzkiego! Czasami to nawet marzę, aby – może na zasadzie istniejących restauracji slow food – powstawały także ośrodki slow reading. Swego czasu modne były techniki czytania szybkiego (fotograficznego?) a nawet odbywały się zawody kto więcej tysięcy słów na minutę „przeczyta”. A ja się pytam: po co? Jak można się delektować pięknem tekstu na zapisanej stronicy, jeśli połknie się tę stronę w półtorej sekundy?! Przecież nad jednym cudnie napisanym zdaniem można się pochylić na wiele chwil, a może nawet pieścić go w sobie przez godzinę albo i dłużej. (Herbert: „Cierpliwy głos książki poucza: najgorszą rzeczą w sprawach ducha jest pośpiech”.)
Te panie w zastraszającym tempie obgryzające od deski do deski pół tysiąca książek na rok, są dla mnie jak zachłanne piranie – bałbym się nawet do takiej zbliżyć, nawet gdyby zalotnie zatrzepotała rzęskami, wypięła kształtną pierś, odsłoniła nóżkę i (chwilowo) schowała swoje ostre ząbki pod jędrnymi wargami namiętnych ust.

greydot

Czytać albo żyć – oto jest pytanie. Ale – mógłby ktoś się żachnąć – po co ta alternatywa? Najlepiej przecież jest żyć czytając i czytać żyjąc. Jednakże w tym iście hamletycznym pytaniu zawarty jest jednak istotny dylemat: czy można przedkładać książkę nad życie? (Czyli nie żyć konkretem a tylko iluzją?) I jest to kwestia wcale nie tak abstrakcyjna, jak by się mogło wydawać, bo niektórzy preferują jednak lekturę od samego życia. Tylko czy przypadkiem książka nie jest substytutem życia? Czy aby czytanie nie bywa także jednym ze sposobów ucieczki od świata i życia, a tym samym i od ludzi? Może jednak lepiej byłoby wpierw żyć, a dopiero później o tym życiu czytać… a nie odwrotnie, bo kiedy zbyt dużo się czyta, to na samo życie często nie wystarcza już czasu? (Podobnie, jak lepiej jest wpierw żyć, a dopiero później, ewentualnie, filozofować…)
Ci co wolą czytać odwołują się do poglądu, który najlepiej chyba jest znany w formie powiedzenia przypisywanemu Cyceronowi. Stwierdził on ponoć kiedyś: „Ludzie mówią, że życie to jest to, ale ja wolę sobie poczytać”. Z kolei chińskie przysłowie mówi, że „kto czyta książki, ten żyje podwójnie” (choć wątpię, by cieszyło się ono wielkim powodzeniem w Chinach podczas rewolucji kulturalnej). Moje upodobanie do bibliotek i serce jakie mam dla książek, sprawia, że łatwo mi tą wiarę zrozumieć i darzyć podobne zapatrywania sympatią. Ogrom wyobraźni zawarty w książkach – to cały Wszechświat niczym w nieskończonej kosmicznej bibliotece Borgesa; książki to bogactwo nieprzebrane – nie tylko obrazów, wiedzy i mądrości, ale i przeżyć, emocji, doświadczeń i czucia, które niekiedy mocniejsze jednak bywają, niż w byle jakiej, pustej i jałowej egzystencji. (Choć nigdy, moim zdaniem, bodźce związane z lekturą nie mogą być intensywniejsze od tych, jakich może dostarczyć nam życie – bo czy np. czytanie o bólu może być boleśniejsze od rzeczywistego jego doświadczania? Albo czytanie o czyimś orgazmie/głodzie/radości… czy może być bardziej intensywne od odczuwania orgazmu/głodu/radości przez nas?) Nie jest chyba dobrze zamykać się ze szczętem w bibliotece, wśród labiryntu półek wypełnionych – od ściany do ściany, i od podłogi do sufitu – książkami, które w rzeczywistości są niczym innym jak białymi kartkami pokrytymi mnóstwem czarnych znaczków. Bo mimo wszystko owe znaczki nie są jednak w stanie zastąpić nam prawdziwego życia.

greydot

*

*

II. KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA   

*

Co takiego uwodzicielskiego było
na tych białych kartkach papieru
pokrytych czarnymi znaczkami liter
że wolałem wsadzić nos między okładki
książki niż pogonić kota za płotem
wybić klapką muchy w kuchni
a nawet wypuścić się z kimś w słodkie maliny?
Słońce świeciło – jak to zwykle na wakacjach
– jaśniej; trawa, bławatki i rumianek pachniały tak,
że drażniły nos; wiatr szumiał wśród gałęzi jabłoni
a woda w rzece z pluskiem obmywała kamienie,
pod którymi kryły się płotki, szczupaki i sumy.

*

Nie wabił mnie jeszcze wtedy zew
ucieczki w świat do kolorowych ludzi
na pustynie usłane gorącymi piaskami
w dżungle tętniące życiem egzotycznych stworów
nad przepaście kanionów i krawędzie otchłani,
które równie piękne są co przerażające.

*

Najpierw to wszystko obiecała mi książka,
roznieciła pragnienie wyjścia poza słowo
i uczynienie go ciałem, ale w odległej krainie
za siedmioma morzami, za siedmioma górami,
za sosnowym lasem, który – jak mi się wtedy zdawało
– jest niczym wobec zagajnika palm kokosowych
lub strzelistych południowych cyprysów.

*

Tak to w mojej domowej biblioteczce
albo na kocu w ogrodzie między krzewami agrestu
hartowały się moje dalekosiężne marzenia
rozbujała się wyobraźnia, gorączkowała myśl
zaostrzał się przedsmak i rozbudzała żądza
przeżycia niezwykłej przygody.

Poszedłem więc w świat.

(…)

*

A kiedy po latach wracam do domu,
gdzie na półkach zostały moje stare książki
z pożółkłymi kartami i z niemym wyrzutem,
że przez całe moje dorosłe życie
nie brałem ich do ręki i nie pieściłem wzrokiem
nie wąchałem jak kiedyś i nie podziwiałem
mądrości, bogactwa i piękna obrazów
tam zawartych i myśli wypełniających je
po okładkowe brzegi – to jednak oprócz smutku,
ogarnia mnie też cicha radość,
bynajmniej nie z tego powodu,
że czuję się bardziej doświadczony, mądrzejszy

(bo to jest cokolwiek problematyczne)
ale że znalazłem się tutaj z powrotem
– ze świadomością, że życie musi zatoczyć swój krąg
że to co było na początku, będzie i na końcu
tak samo ważne, cenne i… równie otwarte.

*

Kiedy więc patrzę teraz na książki mojego dzieciństwa,
dotykam palcami ich wyblakłych i wytartych grzbietów
myślę o nich czule, jakbym chciał opowiedzieć im w podzięce
całe moje życie – wszystkie moje złe i dobre przygody
oddać im prawdziwy zapach egzotycznych krajów
nakreślić w nich mapy odległych kontynentów
zaznaczyć wszystkie przebyte tam szlaki
opisać piękno twarzy spotkanych tam ludzi.
Ale też przyznać, że stara jabłoń w rodzinnym ogrodzie,
łąka za płotem, olchy i płynąca nieopodal rzeka

sekwoje w Big Sur i karaibskie plaże,

wielkie lodowce Alaski, pustynny skwar Tybetu
–  to wszystko tak naprawdę jest tym samym światem
i że liczą się tylko nasze powroty

oraz pamięć, która ożywia to, co przeminęło

i co ciągle przemija – wszędzie tak samo

*

*

III. MOJA BIBLIOTEKA, czyli światy na półce i towarzystwo na wyciągnięcie ręki

*

Na początku była bajka. Jak pewnie u wszystkich, którym zamiłowanie do czytania książek weszło w krew, i którzy bez lektury nie wyobrażają sobie życia. I taką bajką poniekąd były wszystkie inne książki, które pojawiły się w moim dalszym życiu. Nie chcę tu jednak powtarzać tych wszystkich oczywistości – cech i właściwości, dzięki którym książki nas uwodzą i oczarowują, bo znane są one wszystkim tym, którzy je kochają. Postaram się tylko skreślić pokrótce dzieje mojej biblioteki, objaśnić i wykazać to, co spowodowało, że z czasem miejsca, w których żyłem, zaczęły obrastać w setki i w tysiące woluminów.
W domu, w którym się wychowywałem nie było wiele książek, ale te, które były, dość szybko stały się ważną częścią świata wyobraźni, który wówczas chciałem poznać na równi ze światem realnym. To pewnie dlatego nieważne było dla mnie wówczas rozróżnianie między światem fikcji a „rzeczywistością” tą, która ponoć jest „naprawdę”. I tak marzenia przeplatały się w mojej głowie z jawą – to, co sobie wyobrażałem z tym, co było realne.
Podobno pierwszymi słowami, jakie wypowiedziałem – wedle rodzinnych relacji – było zdanie „da mu błakuka”, przy czym „błakuka” oznaczało… ołówek, którym chciałem się podpisać (moje nazwisko zaczynało się na „Bła…” ;)) A jeśli już chciałem pisać, to musiałem także dowiedzieć się o czym piszą inni. Z początku umożliwiali mi to moi najbliżsi (pamiętam zwłaszcza to, co czytał mi tato), jednakże dość szybko stanąłem na własnych nogach i mając około 9 – 10 lat stałem się już niemal nałogowym książek pochłaniaczem, a parę lat później – tak samo namiętnym tych książek zbieraczem. Moja biblioteczka szybko zaczęła się powiększać, rozrastać i pęcznieć. Większość wolnych chwil spędzałem z książką. A że były to czasy post-hippisowskie, więc dorobiłem się też ksywy „kudłaty czytelnik”.

Oprócz tego, że książka otwierała przede mną swój świat wyobraźni i była dla mnie czymś, co posiadało duszę, to także bardzo zmysłowo czułem jej fizyczność – uwielbiałem trzymać ją w rękach, czuć jej dotyk, często też zapach. Wielką przyjemność sprawiało mi to, że była mi tak bardzo uległa – że mogłem robić z nią wszystko, co tylko zechciałem: otworzyć ją na dowolnej stronie, obejrzeć dokładnie wszystkie ilustracje, wyczytać z niej to, co chciała mi powiedzieć. Czy może więc dziwić, że zawsze pragnąłem ją mieć blisko siebie, na wyciągnięcie ręki? Wspaniałe było także to, że te książki wcale nie były o siebie zazdrosne. Tak, jakby wiedziały, że po jednej nocy z jedną, następną noc mogę spędzić z drugą. Czyli biblioteka jako zgodny harem?

A jednak najważniejsza dla mnie była dusza książki – to wszystko co zawarte było w jej „duchowym” wnętrzu, jednym słowem – treść. Wiedza, której była pełna, obrazy światów jakie opisywała, mądrość, którą zawierała – wszystko to, co włożył w nią piszący ją autor. Powoli zacząłem uświadamiać sobie wagę PISARZA jako kogoś, kto budował moje więzi z książką. Z wiekiem coraz bardziej przekonywałem się o tym, że między okładkami książek zawarta jest myśl żywej ludzkiej istoty. Innymi słowy: odbierałem to tak, jakby na kartkach książki stale był obecny konkretny człowiek. I tym oto sposobem książka stała się dla mnie nauczycielem, przyjacielem, kompanem – kimś, z kim można było porozmawiać; kimś, od kogo można się było czegoś nauczyć; kimś, kto zmuszał i prowokował do myślenia; kimś, z kim można było przeżyć intelektualną przygodę… Czyli książki na półce jako towarzysze życia – współlokatorzy pokoju, w którym razem z nimi mieszkałem.

Było coś egoistycznego w tym, że chciałem książki posiadać na własność. Książka wypożyczona w szkolnej czy miejskiej bibliotece była dla mnie czymś tylko „na chwilę” (choć przecież oznaczało to dzielenie się nią z innymi). Wiedziałem, że po jej przeczytaniu będę się musiał z nią rozstać, że będzie przez to taka zbyt ulotna. Natomiast te, które były moje, były ze mną niejako „na zawsze” i miałem świadomość tego, że w każdym momencie będę mógł do nich wrócić.
W tym kolekcjonowaniu książek była pewna doza zachłanności, ale nie było w tym jednak nic ze snobizmu. Nie zbierałem też książek dla samego zbierania (jak to się zwykle mają sprawy z budowaniem różnych kolekcji), tylko z myślą, żeby z każdej książki rzeczywiście skorzystać, czyli po prostu… jednak ją przeczytać. Bowiem zbyt często posiadanie książki jest substytutem jej przeczytania.
Oczywiście, że nie przeczytałem „od deski do deski” wszystkich książek z mojej biblioteki, tym bardziej, że z czasem beletrystyka i literatura „piękna”, ustępowała w nich miejsca pozycjom, które nie były już opowiadaniem fabuł, historyjek, wymyślaniem nieistniejących światów, czystym tworem ludzkiej fantazji… Chodzi mi o wszelkiego typu kompendia wiedzy, encyklopedie, słowniki, monografie, wywiady, eseje, biografie, wspomnienia, dzienniki, albumy, wyznania, zapiski… Czyli książki, do których można wracać, i to wielokrotnie – niekoniecznie tylko wtedy, kiedy zachodzi jakaś praktyczna potrzeba, lecz dla samej przyjemności poznania, refleksji, poszerzenia wiedzy. Ale tak, tak… jednak zdecydowana większość tomów zalegających na półkach mojej biblioteki, została przeze mnie przeczytana.

Mówi się: „pokaż mi swoje książki, a powiem ci kim jesteś”. Ściślej jednak byłoby powiedzieć: „… a powiem ci, co cię interesuje”, bo zwykle jednak – jeśli nie traktujemy książek jak mebli lub dekoracji – to zaopatrujemy się w książki, które nas interesują. I choć jest złudzeniem, że cała wiedza i mądrość autorów książek, które posiadamy, udzieli się nam – niejako przejdzie na nas jakimś tajemniczym i nadprzyrodzonym sposobem – to jednak odczucie pewnego pokrewieństwa z otaczającymi nas książkami, uczuciowo-intelektualnej więzi z nimi (a tym samym z ich autorami) jest już jak najbardziej na rzeczy – zrozumiałe  i prawdziwe.

Pisząc o tym, jak rozrastała się biblioteka, wypada mi wspomnieć o tym, że moje miasto rodzinne było stosunkowo niewielkie, ale posiadało jednak dobrze zaopatrzoną księgarnię. Za każdym razem, kiedy byłem w jej pobliżu, niemal obowiązkowo musiałem rzucić okiem na książki, które były na wystawie. Najbardziej ekscytujące było to wtedy, kiedy miała miejsce nowa dostawa, i choć moje możliwości nabywcze były wówczas mocno ograniczone, to zawsze udało mi się wyłuskać skądś pieniądze na zakup nowej książki.
Bardziej niebezpieczny pod tym względem był jednak Kraków, gdzie rozpocząłem studia. Często bowiem – obok wydatków na absolutnie niezbędne potrzeby, (jak np. studenckie imprezy) – pieniędzy ze stypendium nie starczało do końca semestru, właśnie z powodu nieodpartej pokusy zakupów książkowych. Do dziś, kiedy jestem w tym mieście, do największych przyjemności należy spacer szlakiem krakowskich księgarni, a także świetnych antykwariatów, (których niestety jest już coraz mniej). W efekcie mam później trudności, by załadować się z całym tym bagażowym majdanem do samolotu – bowiem zwykle jeden kufer pełen jest książek.

Brak miejsca – to jest jednak problem: gdzie te wszystkie nasze książki mają się pomieścić. Zazwyczaj przestrzeń naszych mieszkań czy domów jest ograniczona, więc coraz to nowe książki dokonują inwazji wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Zaczyna się od biurek, nocnych stolików i ław w tzw. „bawialniach”, później zajmowane są różne kawałki podłogi (oczywiście na „normalnych” półkach już od dawna nie ma miejsca – często szeregi i stosy upychanych tam książek robią się podwójne), więc aby nasze pokoje nie upodobniły się do „jaskiń” książkowych (w rodzaju tych, w jakich żyli niektórzy znani nam „jajogłowi” – choćby prof. Maria Janion czy Jerzy Turowicz), zmuszeni jesteśmy co jakiś czas dokonywać selekcji i pakować (często z ciężkim sercem) nadmiar książek do pudeł i ekspediować je na strychy czy nawet do piwnic. Tutaj jednak warto przełamać jest ten odruch zachłannego chomika, który każdą rzecz chce zachować na później (bo przecież „wszystko może się kiedyś na coś przydać”) i te książki po prostu komuś oddać, choćby jakiemuś bukiniście, czy też lokalnej bibliotece.
Cóż, taka już dola książkowych galerników – z tym ciężarem księgozbioru jest źle, ale bez niego byłoby chyba jednak jeszcze gorzej. Bo przecież każdy z nich o tym wie, że książka jest artykułem pierwszej potrzeby.

Mimo wszystko nigdy nie uważałem się za książkowego mola – zawsze ciągnęło mnie w świat, zwłaszcza ten daleki, by poznać życie prawdziwe, czyli to, które działo się poza poza okładkami książek, poza ścianami bibliotek. W niczym nie ujmując cudowności światów wyczytywanych z książkowych stronic i wielkiej przyjemności obcowania z lekturą, chciałem również poznać te wspaniałości, które objawiały się na szlaku, w podróży, w odległych krajach… Tak więc włóczyłem się po świecie i poniewierałem, gnany z jednego miejsca na drugie, a kiedy zmęczony wracałem już nieco skruszony do domu z podróży, to byłem szczęśliwy, bo znów chwil ukojenia i odpoczynku  mogłem szukać w mojej bibliotece, siadając w fotelu z książką w ręce.

*  *  *

PS1. Przy okazji podjętego tematu chciałbym zwrócić uwagę na pojawienie się w pasku na górze mojej strony zakładki pt. LITERATURA, gdzie zebrałem w jednym miejscu wszystkie recenzje książkowe, które pojawiły się na Wizji lokalnej (wypadało to wreszcie kiedyś zrobić).
PS2. Tych zaś, którzy lubią buszować w cudzych księgozbiorach, zapraszam do rzucenia okiem TUTAJ na książki z kilku wybranych półek mojej biblioteki.

*

WIZJA NA FACEBOOKU

*

*

Idąc z duchem czasu „Wizja Lokalna” dotarła na Facebook. Można ją zobaczyć tutaj:

*

http://www.facebook.com/logosamicus#!/wizjalokalnalogosamicus

*

Zapraszam do rzucenia okiem i ewentualnie zostawienia swojego śladu.

* * *