KOSZ OD KWIATKOWSKIEJ, BASIA, JOASIA I DYLAN…

ze wspomnień wywiadowcy

Wielu artystów zjeżdża nam z Polski do Chicago. Czasem są oni sprawcami wydarzeń, co do których nie można mieć żadnych wątpliwości, jeśli chodzi o kunszt, autentyzm, zaangażowanie i solidność wykonania. Niestety, są też takie, które sprawiają wrażenie kolejnej kwesty zasilającej ubożejącą kiesę artystów w tych ostatnich przemianach często dziwnych i ogólnej pauperyzacji środowisk twórczych w kraju. Chociaż znaleźli się również i tacy, którzy uważali, że przyjeżdżając do Ameryki, nie tylko, że nie zarabiają, ale i dokładają wprost do interesu: ot, taka charytatywna wycieczka kupiecko-krajoznawcza, która czasami, po cichu, nazywana jest po prostu chałturą.

Bob Dylan, Grażyna Szapołowska, Basia Trzetrzelewska, Joanna Trzepiecińska, Irena Kwiatkowska - ze wpsommnień wywiadowcyNie chciałbym jednak, żeby to, co przed chwila napisałem, odnosić do programu „Gwiazdy piosenki kabaretowej”, który pojawił się w listopadzie tego roku* w Chicago. Choćby dlatego, że jego wykonanie – choć miejscami nierówne – to jednak w ogólnym wrażeniu satysfakcjonujące. A brali w nim udział artyści z polskiej czołówki estradowo-filmowo-teatralnej, z których większość to przecież kawał historii polskiej rozrywki: Irena Kwiatkowska, Grażyna Szapołowska, Wojciech Młynarski, Wiesław Gołas; a także pokolenie młodsze: Joanna Trzepiecińska, Zbigniew Zamachowski, Piotr Machalica… Jako wywiadowca, nie mogłem takiej okazji przepuścić. Wziąłem więc „namiary” na Grażynę Szapołowską. Powody? Kiedy pojawiła się na scenie, na widowni rozległo się głębokie westchnienie – i to nie tylko wydobywające się z męskich piersi. To zadecydowało. Poza tym, ta aktorska przeszłość Grażyny i fama polskiej sex-bomby. Przy najbliższej sposobności więc, zadzwoniłem do hotelu w Bensenville, gdzie organizatorzy ulokowali cały zespół. Myślałem, że połączono mnie z pokojem Szapołowskiej:
Ja:
– Dobry wieczór. Nazywam się Stanisław Błaszczyna. Czy mógłbym rozmawiać z panią Szapołowską?
Głos w słuchawce:
– Czy to Filip?
– Nie, Stanisław. Czy to pokój Grażyny Szapołowskiej?
– Ale czy Filip?
– Nie, nie Filip. Czy rozmawiam z panią Ireną Kwiatkowską? (Trudno nie rozpoznać głosu pani Ireny – przyp. StB)
– Tak, Kwiatkowska. A kto pan jest, jak nie Filip?
– Piszę do chicagowskich gazet. Chciałbym przeprowadzić z panią wywiad.
– Ale Szapołowskiej nie ma.
– Jednak mi zależy również na wywiadzie z panią.
– To niech pan zadzwoni do Szapołowskiej.
– Chciałem obie panie prosić o rozmowę.
– Szapołowska tu nie mieszka.
– Najmocniej przepraszam, ale widocznie pan Zamachowski podał mi zły numer telefonu. Myślałem, że dzwonię do pokoju, w którym mieszka pani Szapołowska.
– Niech się pan nie tłumaczy i dzwoni do Szapołowskiej.
– Ale mnie naprawdę zależy na spotkaniu z panią.
– Dzisiaj już miałam 50 wywiadów i nie chcę więcej.
– To może jutro lub pojutrze znajdzie pani dla mnie chwilę?
– Nie znajdę!
– W takim razie bardzo mi przykro. Przeprasza, że niepokoję. Jest pani pierwszą osobą, która mi odmówiła wywiadu.

***

W taki oto sposób dostałem „kosza” od Ireny Kwiatkowskiej.
Chwilę później zorientowałem się, że jednak popełniłem nie tylko faux pas, ale i małe kłamstwo. Parę lat wcześniej nie udało mi się także namówić na dłuższą rozmowę Basi Trzetrzelewskiej. Choć nie było to chyba skutkiem jej niechęci, ani też złej woli. Przyczyny były bardziej natury techniczno-sytuacyjnej. Otóż po bardzo udanym koncercie Trzetrzelewskiej w Chicago Theatre, gdzie olbrzymią, prestiżową w mieście salę wypełniły po brzegi tysiące amerykańskich fanów naszej artystki, poszedłem za kulisy, by się z nią spotkać, pogratulować świetnej formy i namówić na wywiad. Basia była szczęśliwa, zachwycona reakcją publiczności i bardzo miła, ale niestety zwróciła mi uwagę, że to już pierwsza po północy, sama pada ze zmęczenia, a jutro rano jedzie na następny koncert do Indianapolis.
– To może choćby kilka słów – nalegałem.
Na co Basia:
– Proszę zostawić mi pański numer telefonu. Zadzwonię jutro do pana.
W to, że Basia do mnie zadzwoni nie wątpiłem, powiedziałem jej jednak, że niestety już jutro rano wylatuję na Florydę i nie znam jeszcze nowego numeru telefonu.**
– To w takim razie dam panu telefon do mojego studia w Londynie. Proszę zadzwonić za jakieś trzy tygodnie, to sobie porozmawiamy – powiedziała Basia i zapisała numer na moim koncertowym programie.
A jakże, dzwoniłem później z Miami do Anglii kilka razy, lecz zawsze trafiałem na maszynę. Raz jednak odebrała jakaś panienka i poinformowała mnie, że artystki nie będzie w domu przez dłuższy czas, i że zmieniła plany. Wreszcie w mojej redakcji zdecydowano się na jakiś przedruk (obiecanego już wcześniej) wywiadu.
Napisałem wtedy recenzję z tego koncertu, okraszonego w „Relaxie” zdjęciem, na którym osoba mi towarzysząca uwieczniła moment mojego przystąpienia do Basi, przedstawienia się i propozycji. Widać na nim kawałek mnie – wywiadowcy, oraz w pełnej krasie rozpromienioną Basię – roześmianą od ucha do ucha, z obiema rękami w górze a pod zdjęciem podpis: „Basia z radością przyjmuje propozycję udzielenia wywiadu naszej gazecie”. Miała to być odpowiedź redakcji (nie przeczę: nieco złośliwa) na famę, że Basia z reguły bardzo niechętnie traktuje Polonię i w zasadzie jej unika.

***

Mniej więcej w tym samym czasie – bodajże tydzień wcześniej, również w Chicago Theatre – miał miejsce koncert Boba Dylana. Pomyślałem: dlaczego nie spróbować? Spotkać się z człowiekiem, którego wielu uważa za żyjącą legendę, za kogoś kto kształtował pewną epokę… To mogła być prawdziwa gratka wywiadowcza.
Pomysł był zupełnie realny. Wiedziałem, że trzeba to przygotować na parę tygodni wcześniej. Wszedłem więc w kontakt z dyrektorką programową Chicago Theatre, jak również z samym kierownikiem trasy koncertowej Dylana (oczywiście przy wsparciu mojej redakcji), który powiedział, że naturalnie jest to możliwe, że porozmawia z menedżerem Dylana i ustalimy jakiś termin.
Wypadało więc przypomnieć sobie twórczość „barda Ameryki”. Przygotowałem sporo kwestii do poruszenia i tak uzbrojony w determinację, pojechałem do downtown.
Niestety, ludzi, z którymi wcześniej rozmawiałem, jakby wymiotło – ani dyrektorki, ani kierownika, ani menedżera… Za kulisy nie było wstępu. Koncert zaczął się opóźniać. W końcu zjawili się jacyś muzycy, podszedłem do jednego z nich i powołując się na wcześniejsze ustalenia (i nazwiska), wręczyłem mu list polecający z redakcji z prośbą o przekazanie menedżerowi.
Wreszcie, po dobrej godzinie koncert wystartował: na scenę wtoczył się mało przytomny Dylan i zaczął coś tam mamrotać pod nosem (nie przesadzam – to było właśnie mamrotanie – taki był wówczas styl śpiewania Boba). To nie był ten sam człowiek, którego znałem z „Highway 61 Revisited”, „Blond on Blond”, „John Wesley Harding”, „Blood on the Tracks”, „Slow Train Coming” czy „Desire”. Niestety. Zupełnie zwątpiłem w powodzenie mojej misji wywiadowczej. Jakimś cudem Dylan nie tylko dotrwał do końca koncertu ale i zaczął bisować. Po pierwszym wszak bisie na estradę wkroczył rosły osobnik i dosłownie zwinął brutalnie „barda”, który i tak pewnie mało rozumiał z tego, co sie wokół niego działo – z zamkniętymi oczami, na chwiejących się nogach, przygarbiony, ze zmierzwionymi włosami i głębokimi bruzdami wokół ust… Budził raczej współczucie. Nie zwlekając, zapakowano Boba do samochodu i odjechano czym prędzej w nieznanym kierunku. Z takim obrotem sprawy mogłem się jednak liczyć. Nawet jeśli Dylan zgodziłby się na wywiad (zakładając, że byłby w stanie go udzielić), to na zasadzie eksperymentu i ciekawostki, gdyż z tak egzotycznego kraju, jakim niewątpliwie jest dla niego Polska, nikt nigdy go chyba jeszcze nie nachodził (po raz pierwszy Bob Dylan nad Wisłę zawitał dopiero trzy lata później).

***

Wróćmy jednak do kosza od Kwiatkowskiej. Tak więc, wyszły nici z wywiadu z „kobietą pracującą, która żadnej pracy się nie boi”, ale jak widać, wywiadów udzielać nie chce i obrusza się, że jej głos pomylono z głosem Szapołowskiej, i że do tej ostatniej dzwoni się przed nią. (Rzywiście, jak to się mogło zdarzyć! Sam do tej pory nie wiem.)
Jednak naprawdę żałowałem, że nie spotkałem się wówczas z panią Ireną. Niestety, nie spotkałęm się również z Grażyną Szapołowską, a na wywiadzie z nią mi zależało, zwłaszcza po tym, kiedy natknąłem się na rozmowę z aktorką, opublikowaną w polskim „Playboy’u”. Usiłowałem jeszcze skontaktować się z nią nazajutrz, ale poinformowano mnie, że artystka porwała rano samochód przeznaczony do dyspozycji całej grupy i wszelki ślad po niej zaginął.

Spotkałem się natomiast z Joanną Trzepiecińską, jedną z najbardziej urodziwych przedstawicielek młodego pokolenia polskich aktorek, znanej mi z kilku wcześniejszych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Wywiad ukazał się w prasie polonijnej i nosił tytuł: „URODA NIE JEST WAŻNA”. Trzeba zaznaczyć, że obok tytułu znalazła się podobizna aktorki w stroju nader niekompletnym (ach te koronki, obnażone ramiona, biust, ręka na udzie i wyzywający wzrok… jednym słowem kwintesencja sex-appealu i uderzająca uroda Joasi w pełnej krasie!) Przyznaję, że nieco przewrotne to było zestawienie. I znów parę gromów posypało się na moją głowę wywiadowcy-zbereźnika ze strony Szanownych Czytelniczek (bo jednak nie Czytelników). Ale mam nadzieję, że przeczytały one przynajmniej wywiad, w którym pani Joanna powiedziała parę interesujących rzeczy, a w dodatku zrobiła to inteligentnie i rozsądnie.
Wśród tematów, nie można było jednak nie wspomnieć o tym, co biło wprost w oczy – o urodzie aktorek. Na ile jest ona ważna w karierze?
– Moim zdaniem uroda wcale nie jest tak ważnym czynnikiem w aktorstwie. Naprawdę, proszę to potraktować całkiem serio. Nie ma kanonu urody dla aktorki – stwierdziła Trzepiecińska.
Wskazałem wtedy, że ten komponent erotyczny zawsze był jednak mocny, jeśli chodzi o popularność, a czasem nawet i kult, aktorek. Dawniej gwiazdy ekrany były jednocześnie boginiami seksu. A i dzisiaj eksponuje się także urodę aktorki, szczególnie wtedy, gdy jest co eksponować. I niekoniecznie musi się to nazywać „kupczeniem” ciałem, ani nawet seksizmem. Joanna Trzepiecińska odparła:
– Wszystko zależy od tego, w jaki sposób to się robi, kto to robi i w jakim celu. Jeszcze raz powtarzam: uroda jest w prawdziwym aktorstwie sprawą drugorzędną. A erotyzmu nie należy uważać za domenę diabelską. Ważny jest gust, smak, wyczucie…
Muszę przyznać, iż wahałem się nieco przed zadaniem następnego pytania, którym ryzykowałem nietakt wobec Joanny. Niemniej jednak ośmieliłem się, powołując się zresztą na obce źródło, zapytać:
– Jedna z polskim gazet nazwała panią „pożeraczką serc” i podała – robiąc to dwuznacznie – że w karierze pomogli pani m.in. Jan Englert, Gustaw Holoubek, Piotr Fronczewski, Olaf Lubaszenko, Bogusławem Linda…
Tutaj Joanna Trzepiecińska odparowała:
– Proszę pana, mnie nie interesują plotkarskie tabloidy i brukowce! A takie w naszym kraju również już są. Niestety, przyszła taka moda z Zachodu.

Na zakończenie – gdy zgodziliśmy się z tym, że tak naprawdę nie ma większego znaczenie, gdzie się mieszka – choć, jak zapewniała aktorka, ona nigdy nie chciałaby wyjeżdżać z Polski – usłyszałem od Joanny słowa, które na pewno znalazły aprobatę i rezonans w sercach Czytelniczek (mojej konserwatywnej bądź co bądź, gazety). W Joannie Trzepiecińskiej, kobiecie z krwi i kości, odezwała się także kobieca dusza:
– Dla mnie ważne jest to, z kim się jest, czy się kogoś kocha, czy się ma rodzinę, czy się człowiek czuje szczęśliwy, czy odczuwa satysfakcję… Ważne jest to nasze małe szczęście, które sobie budujemy wokół nas. I to rzeczywiście może być na Alasce, na Grenlandii, jak i w Południowej Afryce.

Amen.

greydot

* Chodzi o rok 1994. Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego” 12 maja, 1995 r.
** Należy pamiętać, że wszystko odbywało się jeszcze w epoce przed-komórkowej (1991 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ

greydot

.

APENDYKS. 

Korzystając ze wspominkowej okazji odgrzebywania moich niegdysiejszych wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, chciałbym też zamieścić na mojej stronie zdjęcia, które wpadły mi w ręce w czasie przygotowywania tego cyklu. Zdecydowana większość z nich nie była do tej pory publikowana w internecie – jest to to więc ich oficjalna premiera w sieci. Żałuję jedynie, że stanowią one zaledwie małą cząstkę mojego archiwum, które podczas ostatnich dwudziestu lat zostało mocno przetrzebione – wiele zdjęć zaginęło, a te, które się zachowały nie są zbyt wysokiej jakości. Niemniej jednak postanowiłem je odkurzyć i zaprezentować – przedstawiają bowiem postacie wszystkim dobrze znane, również ludziom młodym, choć przynależące raczej do starszego pokolenia, a przy tym takie, które zapisały się już w historii polskiej estrady, filmu, teatru czy piosenki.
Zdjęcia pochodzą głównie z występów polskich artystów w Stanach Zjednoczonych (przede wszystkim w Chicago) w latach 90-tych ubiegłego wieku. Mają więc pewną wartość archiwalną. Być może wzbudzą też sentyment wśród nieco starszych Czytelników Wizji Lokalnej, którzy tu również trafiają, choć niezbyt często zostawiają ślad. Skądinąd wiem, że ten sentyment może być dość silny, bo oto kilka dni temu na Facebookowej stronie fanów Czesława Niemena (i innych, dawnych artystów polskiej estrady) zamieściłem nigdy nie publikowane zdjęcie Niemena, co spotkało się z nadspodziewanie gorącym przyjęciem jego wielbicieli (TUTAJ). To właśnie zainspirowało mnie do zamieszczenia tej galerii, jako załącznika do ostatniego wpisu z cyklu „ze wspomnień wywiadowcy”.

.

Czesław Niemen

Czesław Niemen

.

Michał Urbaniak

Michał Urbaniak

,

Urszula Dudziak

Urszula Dudziak

.

Jacek Kaczmarski

Jacek Kaczmarski

.

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

.

Elżbieta Adamiak

Elżbieta Adamiak

.

Grażyna Szapołowska

Grażyna Szapołowska

.

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

.

Alicja Majewska

Alicja Majewska

 .

© ZDJĘCIA WŁASNE

BIBLIOTEKA

*

Mój jest ten kawałek podłogi – do czytania, oglądania, słuchania i pisania

*

I. CZYTAJĄC – ale dlaczego i po co?

*

Książki są jak psy – mogą być twoim najlepszym przyjacielem, ale mogą cię również pogryźć. (Choć tym kto wącha, zawsze jest oczywiście czytelnik – a jak wszyscy wiemy, każda książka ma swój specyficzny zapach.) Książki są też niczym ludzie – mogą cię olśnić lub setnie wynudzić, mogą cię wesprzeć albo zdołować, mogą cię czegoś nauczyć albo zmarnować twój czas; z niektórymi książkami nie chciałbyś się rozstać nigdy, od innych zaś chcesz uciekać gdzie pieprz rośnie już przy pierwszym z nimi spotkaniu. Książki są wszystkim.

greydot

Jeśli mówi się, że styl to człowiek, to tym bardziej należy powiedzieć, że książka to człowiek. Lecz tym człowiekiem nie jest bynajmniej tylko autor książki. Tym człowiekiem jest przede wszystkim jej czytelnik. Bo sama książka sama w sobie jest martwa – jest właściwie niczym. Ożywa dopiero wtedy, gdy ktoś ją otworzy i czyjeś oczy spoczną na wydrukowanych na jej stronach literach, zdaniach, czytając je. Ze zrozumieniem. I z uczuciem. Niekiedy nawet z miłością.
A duszą i życiem książki jest serce, rozum i zmysły tego, kto ją czyta. Z tych samych względów ta sama książka może być błyskotliwa lub mętna, pusta lub pełna, mądra albo głupia, pełna ducha lub duszna…  Czy wobec tego – mógłby ktoś zapytać – można winić za cokolwiek jej autora? Jeśli jednak uznamy, że autora książki można chwalić, wielbić i hołubić, to niestety nasza odpowiedź na to pytanie musi być twierdząca. Jeśli autor może zasłużyć na glorię, to tym samym może też się swoją książką zhańbić.

greydot

Edward Stachura w „Fabula rasa” napisał: „Cóż z tego, że przeczytasz jeszcze jedną książkę (…) Czytaj, ale w którymś momencie podnieś wzrok znad książki i zapytaj wreszcie siebie: Dlaczego czytam książki? Bo jest to przyjemne spędzenie czasu? (…) Do poduszki przed snem? Dla intelektualnej rozrywki? Żeby zaliczyć kolejne dzieło modnego autora? Żeby wzruszyć się? Żeby ucieszyć się? Żeby zmartwić się? Żeby znaleźć coś mądrego o życiu? Żeby pomieszkać wyobraźnią w innym świecie? (…) Dlaczego czytamy książki? Żeby trochę pożyć bardziej interesującym niż moje życiem bohaterów książki? Żeby zobaczyć, że pomimo wszystko oni jednak też cierpią tak samo jak ja, a niekiedy o wiele, wiele więcej? Dlaczego właśnie takie książki najbardziej podobają mi się, gdzie niepokoje, rozterki, cierpienia, nieszczęścia, tragedie i krew leje się, i trup pada gęsto jak w sztukach Szekspira? Dlaczego właściwie autorowie opisują takie okropności? Dlaczego czytam książki? Bo wszyscy czytają, więc dlaczego ja miałbym nie czytać?”

Dlaczego więc czytam książki? Dlaczego Ty czytasz książki? Dlaczego czytamy książki my, którzy czytamy?
Z milionów różnych powodów, ale głównie dlatego, że czytanie książek lubimy (nawet jeśli czasami przypomina to… masochizm ;) ). Bo weszło to nam w krew, nerwy i mózg. Bo stało się drugą naturą. Może nałogiem?
Nieważne. Ważne, że czytamy.

greydot

Czy czytając książki stajemy się mądrzejsi? Bynajmniej. Jeśli nie ma w nas choćby zalążków mądrości, to czytanie książek w zdobyciu mądrości pomóc nam raczej nie może. Co gorsze, może tak się zdarzyć, że im więcej książek czytamy, tym bardziej możemy sobie uświadamiać własną głupotę i to, jak mało wiemy.

Czy czytając książki zdobywamy wiedzę? To wydaje się oczywiste. Ale biorąc pod uwagę to, jak wiele z przeczytanych książek zapominamy – jak większość z tego, co przechodzi nam przez głowę, jeszcze szybciej nam z tej głowy ulatuje – to można dojść do wniosku, że wcale nie musieliśmy tego wszystkiego przeczytać. Bo po co było nam czytać, skoro już nic nie pamiętamy? A jeśli pamiętamy, to tylko może nam to zwiększyć mętlik w głowie – bo im dalej wypływamy w morze, tym więcej wodnej otchłani nas otacza a uświadomienie sobie przepastnych głębin przeraża; bo im dalej w las tym więcej drzew, których nie znamy i tym większe niebezpieczeństwo, że się w puszczy zgubimy i  nikt naszego wołania tu już nie usłyszy. Bo orgia informacji, faktów i szczegółów – zamiast porządkować nasz świat, mikrokosmos czy choćby locum nasze małe – łatwo zamienić się może w szum i chaos, w którym żadnego porządku już nie dostrzegamy i żadnej niezafałszowanej melodii już nie słyszymy. I jeszcze jedno: nie bez kozery wiedza „książkowa” ma wśród ludzi niższe notowania od wiedzy, którą dostarcza nam życie. Gdyż tak naprawdę kształtuje nas dopiero to, co wynika z naszego zderzenia się z realnym i konkretnym światem. Książkę, aby nas zmieniła, musimy poczuć naszymi trzewiami – jej treść nie tylko pojąć, ale i przetrawić.

Czy obcując z książkami stajemy się bardziej szczęśliwi? Nie bardziej chyba, niż żyjąc bez książek. Zresztą, nie ma czegoś takiego jak permanentne szczęście. Człowiek nie jest szczęśliwy, ale szczęśliwy bywa. Również czytając książkę. Niestety, większe są chyba jednak szanse, że im więcej się z książek dowiadujemy, tym w większą melancholię wpaść przez to możemy. Bo – jak pisała poetka: „Wielkie to szczęście”/ nie wiedzieć dokładnie/ na jakim świecie się żyje” (Wisława Szymborska). Coś podobnego mówi też poetka z trochę innej parafii: „Lepiej jest nie wiedzieć” (Doda). Jeśli miałbym jednak do wyboru: nie wiedzieć nic (nie znać świata) i być szczęśliwym albo poznać świat ale przez to zaznać cierpienia (ergo: zapłacić za tę wiedzę cierpieniem) – to wybrałbym to drugie. Tak naprawdę, to ten wybór mam już za sobą. I nie żałuję, choć nie zawsze jest łatwo, lekko, cnotliwie i zwięźle. A i tak moja wiedza o świecie – w porównaniu z tym, co chciałbym wiedzieć – wydaje mi się nadal zatrważająco mała, wręcz nieprzyzwoicie nikła (i piszę to bez żadnej kokieterii).

Czy czytając książki zaspokajamy nasz głód, czy też jeszcze bardziej czegoś łakniemy? Chyba jednak to drugie – co zresztą zawsze możemy uznać za rozbudzanie apetytu („apetyt” – to jednak brzmi inaczej, bo w przeciwieństwie do łaknienia, które zazwyczaj oznacza jakiś brak, stan niezaspokojenia – apetyt zawsze jest „apetyczny”). A jednak kiedy czytanie zamienia się w nałóg, to i dawki środka uzależniającego (czyli książki) muszą się zwiększać. Dlatego czymś ważnym jest kwarantanna i okresowy odwyk – coś, co pozwala nam na naszą miłość (vel: uzależnienie od książki) – spojrzeć z większego nieco dystansu. I może pozwoli jej dojrzeć?

greydot

Wśród genialnych spostrzeżeń Pascala znalazło się i takie, które odnosi się do szybkości czytania. Otóż Mistrz Błażej powiedział, że zarówno wtedy, kiedy czytamy za szybko, jak i wtedy kiedy czytamy zbyt wolno – tego, co czytamy, nie rozumiemy.
A jednak wolę czytać wolniej, niż szybciej. Bez wątpienia czytanie wolniejsze zwykle jest bardziej uważne, lepiej pozwala nam smakować treść. Przerażeniem ogarniają mnie ludzie (wedle moich obliczeń w 98,5% są to kobiety), którzy czytają jedną (całą!) książkę dziennie (czyli 365 książek rocznie!?) Zgroza! Moim zdaniem jest w tym coś nieludzkiego! Czasami to nawet marzę, aby – może na zasadzie istniejących restauracji slow food – powstawały także ośrodki slow reading. Swego czasu modne były techniki czytania szybkiego (fotograficznego?) a nawet odbywały się zawody kto więcej tysięcy słów na minutę „przeczyta”. A ja się pytam: po co? Jak można się delektować pięknem tekstu na zapisanej stronicy, jeśli połknie się tę stronę w półtorej sekundy?! Przecież nad jednym cudnie napisanym zdaniem można się pochylić na wiele chwil, a może nawet pieścić go w sobie przez godzinę albo i dłużej. (Herbert: „Cierpliwy głos książki poucza: najgorszą rzeczą w sprawach ducha jest pośpiech”.)
Te panie w zastraszającym tempie obgryzające od deski do deski pół tysiąca książek na rok, są dla mnie jak zachłanne piranie – bałbym się nawet do takiej zbliżyć, nawet gdyby zalotnie zatrzepotała rzęskami, wypięła kształtną pierś, odsłoniła nóżkę i (chwilowo) schowała swoje ostre ząbki pod jędrnymi wargami namiętnych ust.

greydot

Czytać albo żyć – oto jest pytanie. Ale – mógłby ktoś się żachnąć – po co ta alternatywa? Najlepiej przecież jest żyć czytając i czytać żyjąc. Jednakże w tym iście hamletycznym pytaniu zawarty jest jednak istotny dylemat: czy można przedkładać książkę nad życie? (Czyli nie żyć konkretem a tylko iluzją?) I jest to kwestia wcale nie tak abstrakcyjna, jak by się mogło wydawać, bo niektórzy preferują jednak lekturę od samego życia. Tylko czy przypadkiem książka nie jest substytutem życia? Czy aby czytanie nie bywa także jednym ze sposobów ucieczki od świata i życia, a tym samym i od ludzi? Może jednak lepiej byłoby wpierw żyć, a dopiero później o tym życiu czytać… a nie odwrotnie, bo kiedy zbyt dużo się czyta, to na samo życie często nie wystarcza już czasu? (Podobnie, jak lepiej jest wpierw żyć, a dopiero później, ewentualnie, filozofować…)
Ci co wolą czytać odwołują się do poglądu, który najlepiej chyba jest znany w formie powiedzenia przypisywanemu Cyceronowi. Stwierdził on ponoć kiedyś: „Ludzie mówią, że życie to jest to, ale ja wolę sobie poczytać”. Z kolei chińskie przysłowie mówi, że „kto czyta książki, ten żyje podwójnie” (choć wątpię, by cieszyło się ono wielkim powodzeniem w Chinach podczas rewolucji kulturalnej). Moje upodobanie do bibliotek i serce jakie mam dla książek, sprawia, że łatwo mi tą wiarę zrozumieć i darzyć podobne zapatrywania sympatią. Ogrom wyobraźni zawarty w książkach – to cały Wszechświat niczym w nieskończonej kosmicznej bibliotece Borgesa; książki to bogactwo nieprzebrane – nie tylko obrazów, wiedzy i mądrości, ale i przeżyć, emocji, doświadczeń i czucia, które niekiedy mocniejsze jednak bywają, niż w byle jakiej, pustej i jałowej egzystencji. (Choć nigdy, moim zdaniem, bodźce związane z lekturą nie mogą być intensywniejsze od tych, jakich może dostarczyć nam życie – bo czy np. czytanie o bólu może być boleśniejsze od rzeczywistego jego doświadczania? Albo czytanie o czyimś orgazmie/głodzie/radości… czy może być bardziej intensywne od odczuwania orgazmu/głodu/radości przez nas?) Nie jest chyba dobrze zamykać się ze szczętem w bibliotece, wśród labiryntu półek wypełnionych – od ściany do ściany, i od podłogi do sufitu – książkami, które w rzeczywistości są niczym innym jak białymi kartkami pokrytymi mnóstwem czarnych znaczków. Bo mimo wszystko owe znaczki nie są jednak w stanie zastąpić nam prawdziwego życia.

greydot

*

*

II. KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA   

*

Co takiego uwodzicielskiego było
na tych białych kartkach papieru
pokrytych czarnymi znaczkami liter
że wolałem wsadzić nos między okładki
książki niż pogonić kota za płotem
wybić klapką muchy w kuchni
a nawet wypuścić się z kimś w słodkie maliny?
Słońce świeciło – jak to zwykle na wakacjach
– jaśniej; trawa, bławatki i rumianek pachniały tak,
że drażniły nos; wiatr szumiał wśród gałęzi jabłoni
a woda w rzece z pluskiem obmywała kamienie,
pod którymi kryły się płotki, szczupaki i sumy.

*

Nie wabił mnie jeszcze wtedy zew
ucieczki w świat do kolorowych ludzi
na pustynie usłane gorącymi piaskami
w dżungle tętniące życiem egzotycznych stworów
nad przepaście kanionów i krawędzie otchłani,
które równie piękne są co przerażające.

*

Najpierw to wszystko obiecała mi książka,
roznieciła pragnienie wyjścia poza słowo
i uczynienie go ciałem, ale w odległej krainie
za siedmioma morzami, za siedmioma górami,
za sosnowym lasem, który – jak mi się wtedy zdawało
– jest niczym wobec zagajnika palm kokosowych
lub strzelistych południowych cyprysów.

*

Tak to w mojej domowej biblioteczce
albo na kocu w ogrodzie między krzewami agrestu
hartowały się moje dalekosiężne marzenia
rozbujała się wyobraźnia, gorączkowała myśl
zaostrzał się przedsmak i rozbudzała żądza
przeżycia niezwykłej przygody.

Poszedłem więc w świat.

(…)

*

A kiedy po latach wracam do domu,
gdzie na półkach zostały moje stare książki
z pożółkłymi kartami i z niemym wyrzutem,
że przez całe moje dorosłe życie
nie brałem ich do ręki i nie pieściłem wzrokiem
nie wąchałem jak kiedyś i nie podziwiałem
mądrości, bogactwa i piękna obrazów
tam zawartych i myśli wypełniających je
po okładkowe brzegi – to jednak oprócz smutku,
ogarnia mnie też cicha radość,
bynajmniej nie z tego powodu,
że czuję się bardziej doświadczony, mądrzejszy

(bo to jest cokolwiek problematyczne)
ale że znalazłem się tutaj z powrotem
– ze świadomością, że życie musi zatoczyć swój krąg
że to co było na początku, będzie i na końcu
tak samo ważne, cenne i… równie otwarte.

*

Kiedy więc patrzę teraz na książki mojego dzieciństwa,
dotykam palcami ich wyblakłych i wytartych grzbietów
myślę o nich czule, jakbym chciał opowiedzieć im w podzięce
całe moje życie – wszystkie moje złe i dobre przygody
oddać im prawdziwy zapach egzotycznych krajów
nakreślić w nich mapy odległych kontynentów
zaznaczyć wszystkie przebyte tam szlaki
opisać piękno twarzy spotkanych tam ludzi.
Ale też przyznać, że stara jabłoń w rodzinnym ogrodzie,
łąka za płotem, olchy i płynąca nieopodal rzeka

sekwoje w Big Sur i karaibskie plaże,

wielkie lodowce Alaski, pustynny skwar Tybetu
–  to wszystko tak naprawdę jest tym samym światem
i że liczą się tylko nasze powroty

oraz pamięć, która ożywia to, co przeminęło

i co ciągle przemija – wszędzie tak samo

*

*

III. MOJA BIBLIOTEKA, czyli światy na półce i towarzystwo na wyciągnięcie ręki

*

Na początku była bajka. Jak pewnie u wszystkich, którym zamiłowanie do czytania książek weszło w krew, i którzy bez lektury nie wyobrażają sobie życia. I taką bajką poniekąd były wszystkie inne książki, które pojawiły się w moim dalszym życiu. Nie chcę tu jednak powtarzać tych wszystkich oczywistości – cech i właściwości, dzięki którym książki nas uwodzą i oczarowują, bo znane są one wszystkim tym, którzy je kochają. Postaram się tylko skreślić pokrótce dzieje mojej biblioteki, objaśnić i wykazać to, co spowodowało, że z czasem miejsca, w których żyłem, zaczęły obrastać w setki i w tysiące woluminów.
W domu, w którym się wychowywałem nie było wiele książek, ale te, które były, dość szybko stały się ważną częścią świata wyobraźni, który wówczas chciałem poznać na równi ze światem realnym. To pewnie dlatego nieważne było dla mnie wówczas rozróżnianie między światem fikcji a „rzeczywistością” tą, która ponoć jest „naprawdę”. I tak marzenia przeplatały się w mojej głowie z jawą – to, co sobie wyobrażałem z tym, co było realne.
Podobno pierwszymi słowami, jakie wypowiedziałem – wedle rodzinnych relacji – było zdanie „da mu błakuka”, przy czym „błakuka” oznaczało… ołówek, którym chciałem się podpisać (moje nazwisko zaczynało się na „Bła…” ;)) A jeśli już chciałem pisać, to musiałem także dowiedzieć się o czym piszą inni. Z początku umożliwiali mi to moi najbliżsi (pamiętam zwłaszcza to, co czytał mi tato), jednakże dość szybko stanąłem na własnych nogach i mając około 9 – 10 lat stałem się już niemal nałogowym książek pochłaniaczem, a parę lat później – tak samo namiętnym tych książek zbieraczem. Moja biblioteczka szybko zaczęła się powiększać, rozrastać i pęcznieć. Większość wolnych chwil spędzałem z książką. A że były to czasy post-hippisowskie, więc dorobiłem się też ksywy „kudłaty czytelnik”.

Oprócz tego, że książka otwierała przede mną swój świat wyobraźni i była dla mnie czymś, co posiadało duszę, to także bardzo zmysłowo czułem jej fizyczność – uwielbiałem trzymać ją w rękach, czuć jej dotyk, często też zapach. Wielką przyjemność sprawiało mi to, że była mi tak bardzo uległa – że mogłem robić z nią wszystko, co tylko zechciałem: otworzyć ją na dowolnej stronie, obejrzeć dokładnie wszystkie ilustracje, wyczytać z niej to, co chciała mi powiedzieć. Czy może więc dziwić, że zawsze pragnąłem ją mieć blisko siebie, na wyciągnięcie ręki? Wspaniałe było także to, że te książki wcale nie były o siebie zazdrosne. Tak, jakby wiedziały, że po jednej nocy z jedną, następną noc mogę spędzić z drugą. Czyli biblioteka jako zgodny harem?

A jednak najważniejsza dla mnie była dusza książki – to wszystko co zawarte było w jej „duchowym” wnętrzu, jednym słowem – treść. Wiedza, której była pełna, obrazy światów jakie opisywała, mądrość, którą zawierała – wszystko to, co włożył w nią piszący ją autor. Powoli zacząłem uświadamiać sobie wagę PISARZA jako kogoś, kto budował moje więzi z książką. Z wiekiem coraz bardziej przekonywałem się o tym, że między okładkami książek zawarta jest myśl żywej ludzkiej istoty. Innymi słowy: odbierałem to tak, jakby na kartkach książki stale był obecny konkretny człowiek. I tym oto sposobem książka stała się dla mnie nauczycielem, przyjacielem, kompanem – kimś, z kim można było porozmawiać; kimś, od kogo można się było czegoś nauczyć; kimś, kto zmuszał i prowokował do myślenia; kimś, z kim można było przeżyć intelektualną przygodę… Czyli książki na półce jako towarzysze życia – współlokatorzy pokoju, w którym razem z nimi mieszkałem.

Było coś egoistycznego w tym, że chciałem książki posiadać na własność. Książka wypożyczona w szkolnej czy miejskiej bibliotece była dla mnie czymś tylko „na chwilę” (choć przecież oznaczało to dzielenie się nią z innymi). Wiedziałem, że po jej przeczytaniu będę się musiał z nią rozstać, że będzie przez to taka zbyt ulotna. Natomiast te, które były moje, były ze mną niejako „na zawsze” i miałem świadomość tego, że w każdym momencie będę mógł do nich wrócić.
W tym kolekcjonowaniu książek była pewna doza zachłanności, ale nie było w tym jednak nic ze snobizmu. Nie zbierałem też książek dla samego zbierania (jak to się zwykle mają sprawy z budowaniem różnych kolekcji), tylko z myślą, żeby z każdej książki rzeczywiście skorzystać, czyli po prostu… jednak ją przeczytać. Bowiem zbyt często posiadanie książki jest substytutem jej przeczytania.
Oczywiście, że nie przeczytałem „od deski do deski” wszystkich książek z mojej biblioteki, tym bardziej, że z czasem beletrystyka i literatura „piękna”, ustępowała w nich miejsca pozycjom, które nie były już opowiadaniem fabuł, historyjek, wymyślaniem nieistniejących światów, czystym tworem ludzkiej fantazji… Chodzi mi o wszelkiego typu kompendia wiedzy, encyklopedie, słowniki, monografie, wywiady, eseje, biografie, wspomnienia, dzienniki, albumy, wyznania, zapiski… Czyli książki, do których można wracać, i to wielokrotnie – niekoniecznie tylko wtedy, kiedy zachodzi jakaś praktyczna potrzeba, lecz dla samej przyjemności poznania, refleksji, poszerzenia wiedzy. Ale tak, tak… jednak zdecydowana większość tomów zalegających na półkach mojej biblioteki, została przeze mnie przeczytana.

Mówi się: „pokaż mi swoje książki, a powiem ci kim jesteś”. Ściślej jednak byłoby powiedzieć: „… a powiem ci, co cię interesuje”, bo zwykle jednak – jeśli nie traktujemy książek jak mebli lub dekoracji – to zaopatrujemy się w książki, które nas interesują. I choć jest złudzeniem, że cała wiedza i mądrość autorów książek, które posiadamy, udzieli się nam – niejako przejdzie na nas jakimś tajemniczym i nadprzyrodzonym sposobem – to jednak odczucie pewnego pokrewieństwa z otaczającymi nas książkami, uczuciowo-intelektualnej więzi z nimi (a tym samym z ich autorami) jest już jak najbardziej na rzeczy – zrozumiałe  i prawdziwe.

Pisząc o tym, jak rozrastała się biblioteka, wypada mi wspomnieć o tym, że moje miasto rodzinne było stosunkowo niewielkie, ale posiadało jednak dobrze zaopatrzoną księgarnię. Za każdym razem, kiedy byłem w jej pobliżu, niemal obowiązkowo musiałem rzucić okiem na książki, które były na wystawie. Najbardziej ekscytujące było to wtedy, kiedy miała miejsce nowa dostawa, i choć moje możliwości nabywcze były wówczas mocno ograniczone, to zawsze udało mi się wyłuskać skądś pieniądze na zakup nowej książki.
Bardziej niebezpieczny pod tym względem był jednak Kraków, gdzie rozpocząłem studia. Często bowiem – obok wydatków na absolutnie niezbędne potrzeby, (jak np. studenckie imprezy) – pieniędzy ze stypendium nie starczało do końca semestru, właśnie z powodu nieodpartej pokusy zakupów książkowych. Do dziś, kiedy jestem w tym mieście, do największych przyjemności należy spacer szlakiem krakowskich księgarni, a także świetnych antykwariatów, (których niestety jest już coraz mniej). W efekcie mam później trudności, by załadować się z całym tym bagażowym majdanem do samolotu – bowiem zwykle jeden kufer pełen jest książek.

Brak miejsca – to jest jednak problem: gdzie te wszystkie nasze książki mają się pomieścić. Zazwyczaj przestrzeń naszych mieszkań czy domów jest ograniczona, więc coraz to nowe książki dokonują inwazji wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Zaczyna się od biurek, nocnych stolików i ław w tzw. „bawialniach”, później zajmowane są różne kawałki podłogi (oczywiście na „normalnych” półkach już od dawna nie ma miejsca – często szeregi i stosy upychanych tam książek robią się podwójne), więc aby nasze pokoje nie upodobniły się do „jaskiń” książkowych (w rodzaju tych, w jakich żyli niektórzy znani nam „jajogłowi” – choćby prof. Maria Janion czy Jerzy Turowicz), zmuszeni jesteśmy co jakiś czas dokonywać selekcji i pakować (często z ciężkim sercem) nadmiar książek do pudeł i ekspediować je na strychy czy nawet do piwnic. Tutaj jednak warto przełamać jest ten odruch zachłannego chomika, który każdą rzecz chce zachować na później (bo przecież „wszystko może się kiedyś na coś przydać”) i te książki po prostu komuś oddać, choćby jakiemuś bukiniście, czy też lokalnej bibliotece.
Cóż, taka już dola książkowych galerników – z tym ciężarem księgozbioru jest źle, ale bez niego byłoby chyba jednak jeszcze gorzej. Bo przecież każdy z nich o tym wie, że książka jest artykułem pierwszej potrzeby.

Mimo wszystko nigdy nie uważałem się za książkowego mola – zawsze ciągnęło mnie w świat, zwłaszcza ten daleki, by poznać życie prawdziwe, czyli to, które działo się poza poza okładkami książek, poza ścianami bibliotek. W niczym nie ujmując cudowności światów wyczytywanych z książkowych stronic i wielkiej przyjemności obcowania z lekturą, chciałem również poznać te wspaniałości, które objawiały się na szlaku, w podróży, w odległych krajach… Tak więc włóczyłem się po świecie i poniewierałem, gnany z jednego miejsca na drugie, a kiedy zmęczony wracałem już nieco skruszony do domu z podróży, to byłem szczęśliwy, bo znów chwil ukojenia i odpoczynku  mogłem szukać w mojej bibliotece, siadając w fotelu z książką w ręce.

*  *  *

PS1. Przy okazji podjętego tematu chciałbym zwrócić uwagę na pojawienie się w pasku na górze mojej strony zakładki pt. LITERATURA, gdzie zebrałem w jednym miejscu wszystkie recenzje książkowe, które pojawiły się na Wizji lokalnej (wypadało to wreszcie kiedyś zrobić).
PS2. Tych zaś, którzy lubią buszować w cudzych księgozbiorach, zapraszam do rzucenia okiem TUTAJ na książki z kilku wybranych półek mojej biblioteki.

*

WIZJA NA FACEBOOKU

*

*

Idąc z duchem czasu „Wizja Lokalna” dotarła na Facebook. Można ją zobaczyć tutaj:

*

http://www.facebook.com/logosamicus#!/wizjalokalnalogosamicus

*

Zapraszam do rzucenia okiem i ewentualnie zostawienia swojego śladu.

* * *

POEZJA ABSURDU czyli jaja w wyszukiwarce

Posiedzenie naczelnych - scenka uchwycona w czasie podróży po Indiach (zdjęcie własne)

Każdy z prowadzących bloga to ma: ubaw po pachy z haseł wypisywanych przez internautów w wyszukiwarkach, dzięki którym trafiają oni na ich bloga. Widzę, że większość z moich blogowych znajomych poświęciła im wpis, więc pomyślałem, że i ja nie będę  gorszy – a rezultatem jest ten oto wybór. Tym chętniej go tu zamieszczam, że – tak się jakoś złożyło – zaczęły ostatnio przeważać na „Wizji” tematy niezbyt radosne (po części z winy mało zabawnych filmów, które ostatnio wydają się przeważać na ekranach; po części z ogólnej kryzysowej atmosfery, jaka zdaje się unosić teraz nad światem). Tak więc, w charakterze relaksującego (mam nadzieję) przerywnika, publikuję niniejszym wybór co ciekawszych i bardziej intrygujących haseł, jakie pojawiły się na moim komputerze tylko w ciągu ostatnich kilku tygodni (oczywiście zachowuję oryginalna pisownię). Własne komentarze ująłem w nawias.
Miłej lektury! Bawcie się dobrze!

*

– obrazalska wypowiedz w pieknym stylu (cóż, poszukiwanie pięknego stylu zawsze należy popierać…)

– żarłoczna ewa jest napisana groteska czy nonsensem (prawdopodobnie jednym, jak i drugim)

– gowno w sloiku sztuka (gówno w słoiku nie jest sztuka, gówno w puszce jest sztuka)

– polskie weteranki kina porno (… mam nadzieję, że trzymają się nieźle)

– żar alpejskich spódniczek (ciekawe, skąd też może buchać?)

– sex na wielką skale (chodzi pewnie o orgię?)

– życie obiektu miłości erotomana jest ważniejsze od jego życia (można się z tym zgodzić – bo cóż jest warte życie erotomana?)

– postaraj się dostrzec sens w pozornym bezsensie (podoba mi się ta postawa życiowa. i jeszcze to, że bezsens jest na szczęście tylko pozorny)

– agnieszka holland ukazuje niemców w złym swietle (dziwne… zwykle zatrudnia dobrych operatorów)

– seks lokalnie (zawężenie swoich poszukiwań bywa bardzo skuteczne)

– jak krzepic patriotyzm lokalny (może tak samo jak lokalny seks?)

– jak zostać królem moja refleksja po obejrzeniu filmu (… na pewno znajduje się w internecie)

– obóz auschwitz kilka stresujących scen (to tam naprawdę było czym się stresować?)

– sekwoja świat wg zombie (to prawda, zombie mogą pozazdrościć sekwoi, która żyje już 2 tys. lat)

– różowy piesek z balonu artysta (podobno wśród piesków też zdarzają się geje-artyści… na dodatek zrobieni w balona)

– happeningi patriotyczne nago (nagi patriotyzm prezentuje się chyba nie mniej ciekawie, niż naga prawda)

– the tree of life + dlaczego chlopcy placza w ostatnich scenach (jak to dlaczego? bo mazgaje!)

– co+to+jest+chwin (to takie coś, co pisze)

– demotywatory gdy masz wrażenie ze ktoś daje do zrozumienia gdzie cie ma (to chyba wystarczyłaby zwykła dupa)

– sztuka wspolczesna rodzi z checi zarobienia pieniedzy (bingo!)

– czy hitler przerabiał tłuszcz człowieka na mydło ? wikipedia (cóż, pewną wiedzę można nabyć tylko w wikipedii)

– sexs na wizji (… jest chyba ciekawszy, niż na fonii)

– z czego wynikał bunt chlopa i jakie dawal oznaki w tekscie zbuntowany (a to ci cham zbuntowany! i jeszcze dawać oznaki w tekście!)

– recenzja z przedstawienia brud smród i choroby (czy chodzi o przedstawienie „Dżuma”?, czy też o dramat „Syf, kiła,  mogiła – doktor Judym”?)

– odbicie góry w jeziorze matka boska+zdjęcie (matko boska! żeby tylko mieć wtedy przy sobie aparat)

– choroba psychiczna czy geniusz dziwne obrazki przedstawiające coś jakby fabrykę (geniusz zawsze jest coś jakby dziwny)

– forum podgladaczy nagich dziewczyn bez tabu baner (no, widzę że nieźle się chłopaki potrafią zabawić i… zrzeszyć. swoją drogą – który z facetów nie chciałby podglądnąć taką nagą dziewczynę bez tabu )

– wizja nauczyciela w moich oczach (jednak lepiej jest uczniów o to nie pytać)

– czy wojna jest swiadomym dzialaniem (chyba jednak bardziej niepoczytalnym)

– jesteśmy w takim stopniu faszystami w jakim hitler był malarzem (czyżbyśmy wszyscy byli niespełnionymi faszystami?)

– 13 momentów, które wstrząsnęły kinem (a o to, to najlepiej zapytać się Mańka i Jędrka… wiecie… tych specjalistów od momentów z trójkowego „para-męt pikczers”)

– hitler dobry ojciec (może jeszcze narodu?)

– co porabia roman polański (też chciałbym to wiedzieć)

– olbryski atakuje fotografie (no! przynajmniej wiadomo co porabia Daniel Olbrychski)

– hujowa górka (… wygląda chyba inaczej niż łonowy wzgórek)

– graffiti na kartce dla dziadka (ale to musi być dziadek dość specyficzny)

– po co mężczyźnie sutki (bardzo słuszne i rzeczowe pytanie)

– gdzie jest najwięcej hipisów (w grobach)

– falliczne przyprawy (… chyba jednak przez gardło by mi nie przeszły. ale – wiadomo – w imieniu pań nie mogę się wypowiadać)

– puszkowane odchody artysty (wreszcie ktoś zorientowany w sztuce współczesnej)

– czemu ludzie śmieją się z sylvestera stallone (bo ludzie to prześmiewcy i będą się nabijać nawet z Sylwka)

– karolina i waldek uprawiają seks (no i dobrze!)

– łóżko z wizją (chyba jednak łatwiej o wizję z łóżkiem)

– jak otworzyc postscriptum w niemczech (pewnie tak samo jak w Polsce)

– kiczowata sąsiadka (… jest chyba jednak lepsza od kiczowatego sąsiada)

– kukielka pana boga na przedstawienie (na pewno można ją łatwiej znaleźć w sieci, niż w niebie)

– biceps przed lustrem (czasami prezentuje się imponująco, czasem jakby mniej…)

– sylwek rambo logo (na pewno coś z bicepsem, tutaj: tym imponującym)

– zerwanie narcyza (… może oszczędzić mu mąk)

– jak wyglądają liszaje (kosmita jakiś, czy co?)

– zwierzęca chudź (może jednak chudzina?)

– czy wojeryzm bierze się z winy kobiety (ależ oczywiście!)

– jak znany czlowiek jest megalomanem (jak to jak!? normalnie!)

– gdybys miał wybór wolałbyś być istotna bezmyślną w raju czy istotna myslaca – adam i ewa (istotą myślącą, of course… no ale gdzie? najlepiej w raju.)

– antychryst sobolewski (to prawda, do krytyka filmowego Sobolewskiego można mieć parę zastrzeżeń, ale żeby od razu antychryst?!)

– ile historii krązy w utworze gustawa grudzinskiego (przy czytaniu należy uważać, aby nie zakręciło się od nich człowiekowi w głowie)

– żona spółkuje z psem (no żeby się z takim wyznaniem pchać na forum publiczne! wstyd panie mąż! i przegnać psa!)

– sexs koni ogiera z klacza (…jest zapewne czymś bardzo spektakularnym… i rżącym)

– seks spółkowanie z piękną dziewczyną (wreszcie jakiś normalny się znalazł)

– plemie rucha biala kobiete sex (pierwszy raz słyszę o plemieniu Rucha. no ale może niezbyt uważnie czytałem Malinowskiego)

– nomadzi ślepota podróże (to straszne być ślepym nomadem!)

– jestes w koniu trojanskim opisz co widzisz (to zależy w którą stronę się patrzysz. najlepiej tam, gdzie widać światełko, czyli w d…)

– obrzydliwe momenty bitwa warszawska (mnie się też „Bitwa” Hoffmana nie podobała, ale żeby od razu… „obrzydliwe”?)

– jaja bizona (belive me: they are BIG!)

– wpływ militaryzmu na środowisko (…bywa wręcz dewastujący. exemplum: Verdun)

– śmieszne autorytety (… są na pewno zabawniejsze od autorytetów poważnych)

– podwojne zycie weroniki staruszka (… jest jeszcze bardziej wesołe, niż pojedyncze)

– obiekt podązający w kierunku ziemi podobny do krzyza (całkiem możliwe, że to krzyż Kosmicznego Chrystusa Pierre’a Teilharda de Chardina)

– magda walach pępek (lubię Magdę Walach, ale aż takim fetyszystą nie jestem, żeby jej w pępek zaglądać)

– akt erotyczny z obrączką (jeśli z żoną – to OK, jeśli nie – to lepiej zdjąć)

– in extenso kapcie (czy może chodzi tu o długie wypracowanie o pantoflarzu?)

– poeta przeklęty – totalne zaćpanie (że też Pani Holland na ten tytuł nie wpadła!)

– sen o zwalach czarnego wegla (… musi być bardzo czarnym snem)

– dlaczego chiny są potęgą gospodarczą mimo komunizmu (bo ten ich komunizm to jedna wielka ściema)

– czy na hawajach są jakieś sklepy (zaraz, zaraz… zdaje mi się że tak)

– w jakim micie występują motywy libacji (w mitach, jakie żony wymyślają o swoich mężach)

– czy o tym ze zyjemy swiadczy zimny pot (tak, ale świadczy jeszcze bardziej o tym, że się strachamy)

– charles bukowski powiesic się (ja rozumiem, że można nie lubić Bukowskiego, ale żeby się od razu wieszać?)

– dandys współcześnie wrocław profesor (a kto to powiedział, że profesor nie może być współcześnie dandysem? nawet we Wrocławiu?)

– atawizm samczy (…jest z pewnością inny niż atawizm suczy)

– kobiety bite w paryzu (… mają podobnie przechlapane, jak te bite w Warszawie)

– nim śmierć zaprosi do tyńca (…warto tam chyba pojechać samemu)

– odwołuje się do zaciemnionego jądra (czyżby chodziło o faceta skopanego po jajach?)

– gienek loska pali (a to ci sensacja!)

– kabaret człowiek który zna odpowiedzi na wszystkie pytania (to nie kabaret, to horror!)

– artysci ktorzy nie maja nic do powiedzenia (… lepiej, żeby się wreszcie zamknęli)

– moj maz ulega ciagle wplywom intryganckiej matki (współczuję, ale przecież teściowe takie wredne już są)

– stefan chwin jest osoba (i to jest prawidłowa odpowiedź do poprzedniego poszukiwaniaco+to+jest+chwin„)

– super architektura wojenna (… jest na pewno lepsza od tandetnej)

– jak powinno byc napisane na zaproszeniu kisla czy kisiela (hm… let me think… )

– więckiewicz widać ze to kurwa (naprawdę?! a po czym konkretnie to widać?)

– ale postumie, pamiętaj – trzy kozy (dobrze, będę pamiętał. postum)

– stanął ci galerianki (nie dziwię się tak miłym wspomnieniom ze spotkania z galeriankami)

– podniecają mnie zwierzęco ludzkie postacie (mnie też, zwłaszcza kocice w ludzkiej skórze)

– wychodki z symbolem słonca (… mogą być nieco jaśniejsze niż te bez)

– walka w kisielu mezczyzna i kobieta (to Kisiel też miał kłopoty z tożsamością płciową ?)

– andy warhol rozkładająca się świnia (można nie lubić Warhola, ale żeby aż tak!?)

– sztuka wspolczesna jest zalosna (give me Five!)

– pochówek w sposób mentalny (…ma  miejsce np. wtedy, kiedy życzymy komuś, żeby go szlag trafił)

– pan tadeusz rzucanie nożami (to chyba o Panu Tadeuszu, który pracuje w cyrku?)

– sztuka w totalitaryzmie po co (no właśnie: po co?)

– wymysl powazny hymn (każdy hymn jest poważnym wymysłem)

– kraina porno orgii i rozpusty (… czyli raj erotomana?)

– o co chodzi w absurdzie w fotografii (a kto by to tam wiedział?)

– pan jezus umiera na krzyżu z pasji (to aż tak?)

– dlaczego „piekno” jest z duzej litery (jak widać – nie zawsze)

– ludzka kupa w sztuce (… ma już swoją tradycję – nawet w tej wyszukiwarce)

– niebezpieczna metoda nago (… jest chyba jeszcze bardziej niebezpieczna, niż w ubraniu)

– człowiek pijacy alkohol – kontury (tak, tak… czasem z takiego pijaka to tylko kontury zostają)

– jak była starsza agnieszka holland (coś mi mówi, że najstarsza jest chyba jednak dzisiaj)

– meksykanie a seks (chyba jednak nieźle im wychodzi, skoro tak szybko się rozmnażają)

– przekleci zyja wiecznie (i to być może jest ich największe przekleństwo)

– stewardessa w micie o narcyzie (…nie mogła chyba latać samolotem)

– zdechne w rynsztoku jak moj ulubiony modigliani (no… po co aż tak!?)

– stosunek z rzeźbą (… musi być nieco sztywny)

– współczesny filozof amerykanski Rambo i jego dzieła literackie (no proszę! to Rambo był jednak filozofem! i nawet płodził literackie dzieła!)

– bezzębny człowiek z usmiechem (… wygląda nieszczególnie)

– podsumowanie hipisów (junkies!)

– postawę machiavellego i syndrom psa pawłowa (… czyżby coś łączyło?)

– sadhu ludzie filmiki zdjęcia ćwiczenia penisa (naprawdę nie wiedziałem, że sadhu i tym się zajmują)

– uzasadnij tezę, że nazizm był ludobójstwem (no masz!)

– czemu w blocie wodstoock (bo padał deszcz)

– kogo współcześnie rozumiemy człowiekiem renesansu?   …   plisss … szybko i konkrety!  (no, Guglu! ruszaj się !!!)

– przyczyny oblakania mozgowego (… są – jak widać – różne)

– meditating troll (lepszy taki troll zamyślony niż bezmyślny)

– ludobójstwo nie jest katastrofą-jaki to gatunek literacki (głupi)

– etos poety niezrozumianego (… jest nie do pozazdroszczenia)

– chinscy rzolnieze (na pewno jest ich dórzo)

– jest na talerzu, jest tak uchwytne, że jem jajka, szpinak, księżyc (czysta poezja – jedzenie księżyca musi być doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju)

– dlaczego demony widząc jezusa dręczyły się (a dobrze im tak!)

– czy woody allen jest neurotykiem (you bet!!!)

– czy rozdmuchane ego jest zaburzeniem (przede wszystkim – proporcji)

– możliwości napisania slowa różyczka (… są wielorakie: „rurzyczka”, „rużyczka”, „rórzyczka”)

– życie poza cmentarzem (jest bez wątpienia żywsze niż na cmentarzu)

– z czego można jasnowidzieć (oczywiście: czytając „Wizję”)

– pokwitujący samiec (… lepiej się chyba czuje od tego już przekwitłego)

– obsikane łóżko (… należy niezwłocznie osuszyć, prześcieradła wyprać…)

– [ćwiczenia tantry nago] (koniecznie w kwadratowych nawiasach)

– filozofia spirali (antykoncepcyjnej? lepiej nie dyskutować o niej z papistą)

– największe lapidaria (czy nie są jednak mniejsze od najmniejszych elaboratów?)

– prawdziwy ziomek powaga (prawdziwy ziomek to zawsze powaga)

– co zostaje z człowieka po kremacji (wspomnienie)

– jestem spiacy (ale jeszcze – jak widać – poszukujący)

– zołnierze zastrzelili w noge (to jakieś patałachy)

– kutas hitlera (… podobno nie był zbyt imponujących rozmiarów)

– andrzej walczak nago (a niby dlaczego u mnie szukać nagiego Pana Walczaka? wypraszam sobie!)

– wolni od nałogów-plakat (już widzę te uśmiechnięte, jasne, wolne wreszcie od zgubnych nałogów oblicza)

– toczone ramiona pięknych nagich kobiet sex (toczone zawsze lepsze od utuczonych)

– tadeusz król i jego żona (a dlaczego nie: „żona i jej Tadeusz Król”?)

– czemu dzieci pokazuja i maluja genitalia (ha! muszę sobie przypomnieć moje zabawy „w lekarza”)

– uwielbianie mężczyzny teksty (te powinna, moim zdaniem, uważnie studiować każda kobieta – zwłaszcza nasza żona, ewentualnie kochanka)

– rewerencja konia (no chyba nie chodzi o… ? a jeśli jednak tak, to proszę w tej sprawie zwracać się do pań)

– hitler miał jedno jądro (no tak, ale ciągle nie wiemy jakiego miał kutasa)

– różowy nagrobek (… najbardziej stosowny jest dla geja?)

– zdrowy portret psychologiczny, czyli główny bohater zaratustra w powieści ”tako rzecze zaratustra” (he, he, he… „zdrowy portret psychologiczny” i Nietzsche)

– skroz gole cure sa skroz golim sisama (ja tyz gole cure sisama bym se gilmi skrozal )

– słyszał ktoś o euryptonie (no? no?…  słyszał tu kto z was – tłumoki! – o euryptonie?)

– film huśtawka ostre sceny (ostre sceny na huśtawce – nigdy nie są tępe)

– 5+jeźdźców+apokalipsy (ja myślę, że tych 4 to aż nadto)

– duzo żelaza w organizmie czym to grozi (nadwagą)

– logo mrówki w czapce akademickiej (… musi fajnie wyglądać)

– egzystencjalny paw (czyżby miało to jakiś związek z „Mdłościami” Sartre’a?)

– zachęta szablą (… jest zwykle bardzo sugestywna)

proszę o napisanie recenzji jakiegoś filmu, najlepiej z jakiejś komedii. proszę zrobić to dokładnie, tak koło 10 zdań. ma być w tym zawarte:własna opinia,reżyser,rodzaj filmu,muzyka jeśli była ciekawa. poziom rozszerzony, więc proszę o dokładność  (jawohl!)

(…)

No to może wystarczy tego dobrego :)

*

KONIEC ŚWIATA (nad Jeziorem Michigan)

czyli zawierucha śnieżna co się zowie – Chicago, 2 luty, AD 2011

*

White stuff, waving flag & whinny smile!

*

Zasypało nas. Przywiało to gdzieś z głębi kontynentu i szalało nad brzegami Jeziora Michigan przez kilkanaście godzin.

Świat się zmienił, nie powiem, także kolorystyczne – zrobił się taki biały. I ta cisza po burzy. Niesamowita. Jakby nagle spadła na nas z nieba jakaś zimno-puchowa apokalipsa. Ale taka… bezgłośna, cicha, miękka, choć zrazu groźna, przeraźliwie dująca, rozbuchana i zacięcie sypiąca.

Wiadomo było, że nadciąga. Każdy żył w pewnym napięciu, podnieceniu i oczekiwaniu. Gdybym był w wieku szkolnym to bym się cieszył, że nie muszę iść do szkoły. Ale jako że jestem w wieku pracującym, to… też się cieszyłem, ale z tego, że nie muszę jechać do pracy.

To nie jest aż taka tragedia, jak się siedzi w ciepłym mieszkaniu i wygląda na szalejąca za oknem śnieżną zawieruchę. Ma się zapas wody, chleba, wina, łososia i kawy. I wiadomo, że tak naprawdę to nic ten żywioł człowiekowi nie może tu groźnego zrobić. Bestia się wścieka a ty się gapisz zaciekawiony, lekko podekscytowany – bo to się zdarza nie częściej, jak raz na dwadzieścia lat, ale ty i tak widzisz coś takiego po raz pierwszy w życiu.

Jeszcze cieplej robiło się człowiekowi, kiedy widział, jak ten biały, dmący smok solidaryzuje  ludzi. I przemienia ich w dzieci. Dzieci podniecone i rozpaplane (co najbardziej było widoczne w telewizji) – że oto dzieje  się coś, co przewraca do góry nogami ich codzienną rutynę, że nie muszą już udawać dorosłych i że nagle mogą się oddać lekkiemu zdumieniu. Bo tak naprawdę, to była zabawa z tą małą białą dętą (pseudo)apokalipsą. (Z wyjątkiem tych dwóch tysięcy samochodów, które utknęły na całą noc gdzieś nieopodal downtown przy Lake Shore Drive nad jeziorem.)

Ale najlepszy był spacer wokół mojego domu, już po przejściu zimowej wichury. Ulice całe w zaspach – śnieg leży jak na szczerym polu, czarnego asfaltu można się tylko domyślać, żaden samochód nie zakłóca tej idylli brnięcia po kolana w białej masie ze śnieżnego puchu – ach, chwilo jesteś piękna, trwaj… jeszcze tak ze dwa dni dłużej! Sceneria jak z filmu katastroficznego – The Day After – albo The Road – ale bez tej grozy, nieludzkiej pustki i totalnej demolki Armagedonu. Za to z wielką ulgą, że oto cywilizacja wielko-miejska poszła sobie na urlop, że się wycofała, pozwoliła swoim metropolitarnym szczurkom zostać w swoich ciepłych i przytulnych norkach – taka mała, chwilowa, urbanistyczna prostracja. Podobali mi się ci spotkani podczas tego spaceru Amerykanie. Uśmiechnięci, solidarni, pogodzeni… a co  mi tam! Zapieprzam szuflą, dmucham odśnieżaczem, pcham zaboksowany samochód… Z tym wszystkim można sobie dać radę. Gorzej z tymi san’of’biczami, co przez swoją absurdalną chciwość i głupią pazerność zrujnowali amerykańskie marzenie, rozwiali ten mityczny, ale dość konkretny, American Dream – but… forget it, enjoy yourself, have a nice day – good bye and good luck!

*

Winter siege

*


Snowy X-ing (Jewel wall, Commons & Leland)

(zdjęcia własne)

Więcej obrazków zasypanego przez śnieżycę Chicago, zobaczyć można TUTAJ. Zrobiłem je wczesnym popołudniem, w środę, 2 lutego, podczas godzinnego spaceru po zasypanych śniegiem, nieprzejezdnych – i ledwo dających się przejść – ulicach mojego sąsiedztwa.

*

OJCIEC, SYN I ŻYWIOŁY

*

*

Lubię to zdjęcie. Zrobiłem je kilka lat temu podczas wycieczki do Kanady, nieopodal Quebec City, pod położonym w Dolinie Rzeki Św. Wawrzyńca wodospadem Montmorency.

Dziki, spieniony, nieposkromiony żywioł potężnego wodospadu zderza się ze spokojem mężczyzny, który przypatruje się całemu widowisku, podczas gdy jego syn, spoglądając w twarz ojca, zadaje mu jakieś pytanie.

Scenka jest prosta, ale zarazem piękna i wymowna. Oto ludzkie opanowanie i rodzicielski autorytet połączony z ufną ciekawością dziecka w obliczu objawiającej swoją siłę natury. Oczywiście cała sytuacja nie była aranżowana. Miałem dosłownie sekundę, by to uchwycić.

Wszystko układa się szczęśliwie w spójną i ciekawą kompozycję:
Małe ludzkie sylwetki kontrastują z jasnym tłem ogromnej ściany spadającej wody. Widoczna ciemno-szara skała wprowadza do zdjęcia dodatkowy element naturalnej potęgi, cokolwiek złowrogiej ale i solidnej, natomiast  czarne bloki widokowego tarasu przełamują płaszczyznę kadru, który bez nich mógłby się wydawać banalny.

I pomyśleć, że wszystko to sprawił przypadek.

(…)


*
*

(…)
Ale gdzie będzie ona, droga nam śmiertelność?
Gdzie czas, który nas niszczy i razem ocala?
To już za trudne dla mnie. Pokój wieczny
Nie mógłby mieć poranków i wieczorów.
A to już dostatecznie mówi przeciw niemu.
I zęby na tym sobie połamie teolog.

*

(…)
To cmentarze. Pochylone ku morzu,
Które błękitnieje zza drzew, albo ku wschodowi słońca,
Albo płaskie, za szarą rzeką. Jaka doskonałość
Nieodwołalnego. Jaka zupełna inność
Obraźliwa dla istot z pola świadomości
I przez to ponętna, tak elementarna,
Że pozostaje tylko zapytywać: „Czemu?”.
I moce płyną, wirują nad kamieniami nagrobków,
„Kto kazał im umierać? Komu to potrzebne?”,
Wołają, rozpamiętując w nieustannym zdziwieniu.
Ponieważ myśl ich, jasna, dąży do harmonii,
Zna kształty idealne, ceni ład,
W którym to, co istnieje, powinno trwać wiecznie.

*
(…)
Czy wierzę w ciał zmartwychwstanie? Nie tego popiołu.
Wzywam, zaklinam: rozwiążcie się, elementy!
Ulatujcie w inne, niech przyjdzie, królestwo!
Za ogniem ziemskim złóżcie się na nowo!

*  *  *
Fragmenty poezji Czesława Miłosza ( „Jak powinno być w niebie”, „Moce”, „Na pożegnanie mojej żony Janiny”.*
*

Napisane w VARIA. 7 Comments »