BEZTROSKIE LATA

.

Lato, lato, lato czeka – razem z latem czeka rzeka… Wspominając rzekę dzieciństwa i wakacje na wsi

.

       Lato. Wakacje. Rzeka. Olszyna. Łąka. Bławatki w zbożu. Truskawki, maliny, papierówki, agrest, jeżyny… Pomidory „malinówki” prosto z krzaka, marchewka prosto z grządki. Jajka podkradane babcinym kurom. Podchody. Wyprawy do pobliskich lasów. Koń Bułanek. Jazda drabiniastym wozem, pomaganie dziadkom w żniwach. Butelki sprzedawane po złotówce w punkcie skupu. Chleb ze śmietaną i cukrem. Pierogi z borówkami prosto z lasu. Poziomki. Grzybobranie, kozaki, borowiki, opieńki, rydze, muchomory… Ziemniaki z sosem z kurek. Kanie smażone jak schabowy. Palant, „noga”, „2 ognie”, „kiczki” za stodołą u sąsiada. Zabawy „w chowanego” i „w łapanego”. Gry z nożem z kolegami, a obok pasące się krowy. Chodzenie „na opyle”. Ganianie boso po piaszczystych ścieżkach. Chowanie się w snopkach pszenicy. Łąka tętniąca życiem i pełna polnych kwiatów. Zajadanie się „kwaskami”. Nawlekanie tytoniu. Budowanie szałasów, domków na drzewie, tuneli w wysokiej trawie. Strzelanie z procy do słoików. Puszczanie latawców. Łowienie ryb w rzece za pomocą kosza. Wyciąganie spod korzeni raków rękami. Smażenie płotek, sumów i szczupaków na ognisku. Zastawianie rzeki baryłami – budowanie tamy, spiętrzanie wody, by można w niej pływać.
Wylegiwanie się na kocu w ogrodzie i czytanie, czytanie, czytanie

* * *

       To taka spisana ad hoc lista tego, co przywołują wspomnienia naszych wakacji na wsi – tego co było dobre i chyba już na zawsze odeszło w przeszłość. Wydaje mi się, że obecne młode pokolenia nie są nawet w stanie wyobrazić sobie takiego dzieciństwa – a więc tego, co straciły – i czego nigdy już nie przeżyją w swoim wypełnionym technicznymi gadżetami, laptopami, smartfonami – z namiastką ludzkich kontaktów w rzeczywistości sztucznie wykreowanej i wirtualnej. O covidowym szaleństwie izolacji, restrykcji i lockdownów nawet nie wspominam, bo to już zupełnie chora rzeczywistość i karykatura normalnego życia w społeczeństwie.
To naturalne, że wspominając nasze dzieciństwo i młodość, przeszłość zwykle idealizujemy, wybieramy z pamięci to, co było dobre, wracamy do chwil, kiedy czuliśmy się pełni życia i szczęśliwi. Wypieramy zaś to, co było złe, co bolało, czego się baliśmy, co nam dokuczało… Bo przecież życie – w każdych czasach i w każdym wieku – to żadna sielanka i bajka nie jest. A jednak… często jesteśmy skłonni powtarzać – i mówimy to szczerze – że dawniej jednak to jakoś fajniej było (nawet jeśli odnosi się do banałów i rzeczy trywialnych).

* * *

       Zdjęcie powyżej przedstawia właśnie jedną z takich szczęśliwych chwil beztroskiego lata podczas wakacji. Zrobione zostało (już nie pamiętam przez kogo) w rzece, która płynęła (i nadal płynie) tuż za płotem domu mojego rodzinnego w Giedlarowie. Wiedziałem, że takie zdjęcie istnieje. Od dłuższego czasu dopytywałem się o niego i szukałem wszędzie, ale bezskutecznie. Aż wreszcie niedawno jakaś dobra dusza przesłała mi go mailem.
Zdjęcie przedstawia część naszej wakacyjnej szajki (w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem na nim jedynym facetem – ale to nic dziwnego, bo zawsze ciągnęło mnie bardziej do dziewczyn i kobiet, niż do chłopaków i mężczyzn ;) ).
Wszystkich (wszystkie te dziewczyny) bardzo dobrze pamiętam. Od lewej pławią się w rzece: Dorota, Władzia, Baśka, Hania, Grażyna, Halina, moja siostra i ja (jako jedyny płynę kraulem ;) ).

* * *

Powiązany wpis: Książki mojego dzieciństwa

.

Komentarzy 47 to “BEZTROSKIE LATA”

  1. Anna Dolecki Says:

    Przywołałeś wspomnienia aż ”zabolało serce”…. opisałeś także i moje dzieciństwo w Bieszczadach. Do tego mogę jeszcze dodać krowy przeganiane przez rzekę, wówczas dość głęboką Solinkę w Dołżycy, dzisiaj strumyk zaledwie i dziada z worem, który łapał wszystkie okoliczne żmije i węże, napawające mnie strachem i fobią na całe życie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      , wychowałaś się w Bieszczadach!? 😉 Ha, jak to wszystko się ze sobą „wiąże” i składa 😉 Muszę Ci w takim razie powiedzieć, że na tym zdjęciu znajdują się trzy moje kuzynki (Dorota, Basia i Halina) które wtedy przyjechały do moich dziadków z Ustrzyk Dolnych, gdzie mieszkały. Ja również jeździłem często do nich w Bieszczady – do Ustrzyk, nad Solinę… Później (w szkole średniej) wybieraliśmy się na obozy wędrowne po tych pięknych górach. Do dziś Połonina Caryńska stoi mi przed oczami… Nasze noclegi z dziewczynami na sianie w jakiejś stodole koło Cisnej 😉

      • Anna Dolecki Says:

        tak , rodzice wysyłali mnie do dziadków na wszystkie wakacje i święta. To były najpiękniejsze lata. Dziadkowie długo mieszkali w Dołżycy koło Cisnej.
        A pamiętasz drezynę ?

        Wróciłam tam niespełna dwa lata temu, zabierając ze sobą syna ….a kiedy stanęłam na podwórzu dziadków i zobaczyłam nietknięta czasem stajnie ….sam wiesz jakie to wywołało uczucie. ❤️

  2. Ewa Says:

    Och, wyliczanka po zdjęciem przywołała wspomnienia z wakacji u Babci w ,,Kieleckiem” 😉.

  3. Grażyna Pawłoszek Says:

    Powiało wspomnieniami z dzieciństwa… 🙂 , szajki , obozy wędrowne , które były niezapomniana przygodą…sianokosy , żniwa etc etc ,,Boże jaki to byl piękny czas ….. życieeee…🙂

  4. Bożęna Garbacka Says:

    Stasiu… przywołałeś wspomnienia pachnące latem, zabawą, beztroską, śmiechem i dzieciństwem.
    Czy na tym zdjęciu jest Halinka F. z Ustrzyk?

  5. Maria Drzewicka Says:

    Panie Stanisławie, ja też często wracam do wspomnień, jak za dawnych lat bywało. Uważnie przeczytałam opowieść o latach dzieciństwa. Było naprawdę fajnie i bezpiecznie. Dzieci po śniadaniu wyruszały na zabawę, wracały na obiad i nikt nawet nie pomyślał, że mogłoby się coś wydarzyć.
    Wszystkich na fotce rozpoznałam. Ja też po sąsiedzku u P. Śliwów spędzałam młodość z Krystyną Kosakowską, obecnie.
    Pozdrawiam serdecznie Rodzinkę.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, pamiętam 😉 Ja też często przebywałem u P. Śliwów – kolegowałem się z Jerzykiem. (Na ich ogrodzie rosło drzewo, które rodziło przepyszne papierówki. Ich gruszki też były niczego sobie 😉 Z ich biblioteki pożyczałem książki – m.in. „Robinsona Crusoe”, „W pustyni i w puszczy”… Puszczaliśmy modele samolotów, które robił Zbyszek).
      Z Krystyna Kosakowską nawiązaliśmy po latach kontakt. Z tego co wiem, to całej rodzinie się poszczęściło.
      Bardzo dobrze wspominam P. Śliwów, zawsze się u nich dobrze czułem.

  6. Maria W. Says:

    A ja się tyle tego zdjęcia oszukałam i na próżno. Zdjęcie to robił pewnie nasz ,,amerykański,, wujek przy okazji wizyty w Polsce,bo pamiętam jak zachwycaliśmy się że jest kolorowe.A patrząc na mój wiek to koniec lat sześćdziesiątych.😃

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To mógł być nawet Polaroid – ale chyba jednak wujek (a raczej stryjek) miał wtedy inny aparat. Tak, to był przełom lat 60. i 70. To zdjęcie dostałem od Marcin
      a z Ustrzyk – i prawdę mówiąc jest ono w kiepskim stanie (a na dodatek uszkodzone). Co gorsza, nie mogłem go otworzyć w żadnym „normalnym” formacie, więc musiałem zrobić screenshot.
      To na pewno nie polepszyło jakości zdjęcia. Ale potem udało mi się go jakoś naprawić/poprawić i ożywić w obróbce. Taki jest oryginał:

    • Maria W. Says:

      Acha, jeszcze do tej listy ,,zapomniałeś,,dodać…
      robienie psikusów swojej młodszej siostrze z kuzynem Zygmuntem w postaci odbijania moim ulubionym misiem kto wyżej (z którym mam zresztą zdjęcie na profilu),aż misiu wylądował na dachu domu 😀.

  7. Anna Wróbel Says:

    Świetna fota ! ❤ Ja i Urszula jesteśmy już chyba ostatnim pokoleniem, które pamięta takie dzieciństwo na łonie natury… jak dobrze że się jeszcze załapałyśmy 🥰

    • Urszula Wróbel Says:

      Oj tak, i ta rzeczka jeszcze była czysta, że można było się w niej pluskać 🥰🤗

    • Maria W. Says:

      @Anna, masz rację o tym samym pomyślałam .Wy jeszcze się załapałyście…

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        @Anna, Maria – ja też o tym „załapaniu się” pomyślałem… zanim jeszcze przeczytałem Twoje Aniu „się jeszcze załapałyśmy” 😉 Ale chyba jednak nie na wszystko?

        • Anna Wróbel Says:

          myślę że na większość bo jeszcze z babcią tytoń nawlekałyśmy u sąsiadów, bawiłyśmy się z sąsiadami na sianie w stodole, wiem jak wygląda stary czerwony traktor Ursus czy Władimirec z drewnianą zbitą z desek przyczepą wypełnioną sianem a na nim masa kobiet w chustkach zawiniętych pod brodę, zdążyłyśmy się kąpać w rzeczce, choć raków już chyba w niej nie było.., bawiłyśmy się na ulicy, w krzakach, gdzie się dało i wszystkim co było dostępne bezpośrednio pod ręką, robiłyśmy zupy z błota, jadłyśmy trawę z ogródka, kosztowały karmę dla kotów i psów, objeździłyśmy z babcią i dziadkiem całą Giedlarową na rowerze, miałyśmy luksusowo dolewaną wodę gotowaną na kuchence do ogrodowego basenu, żeby czasem zbyt zimna nie była 😅, dziadek opowiadał nam świetne bajki, które jako jedyny potrafił wymyślać prosto z głowy, zbierałyśmy jabłka i woziły do skupu żeby zarobić parę złoty, a jedynie nie wiedziałam co to były kiczki za stodołą 😅☺ Ale widzisz, na dużo się jeszcze załapałyśmy ☺

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No rzeczywiście – na dużo. W końcu miejsce było to samo. Ale jednak na wozie drabiniastym żeście nie jechały (kudy „drewnianej zbitej z desek przyczepie” do niego 😉 )

        • Maria W. Says:

          @Anna, Urszula – czyli podsumowując dobrze żeśmy Was z tatą do babci i dziadka podrzucały,teraz macie fajne wspomnienia.

          @Stanisław – co tam wóz drabiniasty, najważniejsze super dzieciństwo u dziadków nad rzeczką! :)

  8. Anna Pakula Says:

    Very sentimental Memories… it was a Paradise!

  9. Brbara Kos Says:

    Piękne i wzruszające, aż łza się w oku kręci😪.
    Kradnę, na wieczną rzeczy pamiątkę😊.

  10. Ewa Walas Says:

    Wychowałam się na wsi, nad Wisłą, ale strumyk tuż przy polu tytoniu Babci był miejscem wyjątkowym, bezpiecznym i pełen radosnych wrzasków rówieśników!!! Bezcenne wspomnienia!!! ❤️

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Na dużą rzekę trzeba uważać (pamiętam, że w płynącym niedaleko mnie Sanie co roku topili się ludzie), ale a strumieniu – czy też w małej rzeczce, jaką jest ta na zdjęciu – można było szaleć 😉

  11. Bogna Kosina Says:

    To też dla mnie temat, może później coś dopisze, teraz mam odwiedziny koleżanki. pozdrawiam 🙂

  12. Beata Rosiak Says:

    Oj, oj i cieszy i boli zarazem opis Twojego-mojego dzieciństwa :)coś we mnie łka, bo to czas u moich dziadków, gdzie byłam oczekiwana, zaopiekowana, gdzie było cudownie, prosto i smacznie, gdzie zapachy i smaki na całe życie pozostaną we mnie. Tak ma być. Każde pokolenie ma swoje wspomnienia Staś. Nie wiem czy lepsze, czy gorsze – swoje. Ja noszę w sobie cudny czas. Pewnie po latach podbarwiam, a niech tam…dziękuję za ten wpis. Aaaa, w takiej jak u Ciebie rzeczce nauczyłam się pływać:))) hurrraaa

  13. Małgorzata Pietrusewicz Says:

    Ja jestem z krainy jezior ale w Bieszczady co roku jeździłam z rodzicami i bratem na rajdy pracowników służby zdrowia. To były cudowne spotkania z tamtejszymi ludźmi i przyrodą. Spało się w namiotach rozstawionych na skoszonej przez gospodarza łące położonej nad brzegiem strumyka, w którym myło się naczynia (wiechciem trawy i mokrym piaskiem) ale też i kąpało za zakrętem rzeczki. Układaliśmy z kamieni progi by spiętrzyć trochę wodę bo najczęściej sięgała do pół łydki. Piski radosnego chlapania straszyły krowy pasące się opodal. Ech wracał człek z ramionami bolącymi od pasów plecaka i złażącej od słońca skóry. Cudowny czas wakacji, smakujący jagodami zbieranymi na połoninach i malinami z leśnych polanek. 🙂 ❤

  14. Lucyna Zarek Says:

    Cudowne lata beztroski, pięknie choć fragmentarycznie opisał je Pan. To my byliśmy tymi szczęściarzami , którzy doświadczyli tej beztroski. Pana wspomnienia przywołały z perspektywy lat moje szczęśliwe i pełne szalonych pomysłów na zabawę, która organizowaliśmy sobie sami. Pamiętam wycieczkę w Góry Świętokrzyskie rowerami i zjazd z nich w szaleńczym tempie ( rodzice dopiero po latach dowiedzieli się o tej naszej eskapadzie ) , a to skoki do wody – sami nauczyliśmy się pływać . Nie było zakazów typu – możesz biegać ale nie dorabiać itp. Rodzice choć często nie uczestniczyli w tych naszych szalonych pomysłach , to byli z nami ” duchem ” wiedzieliśmy, ze zawsze możemy wzajemnie na siebie liczyć. Od najmłodszych lat wpajali nam potrzebę czytania książek , wypożyczali i podrzucali nam , a my utożsamiając się z niektórymi postaciami organizowaliśmy małe teatrzyki zapraszając wszystkie dzieci z podwórka. Ot , wspominać można długo. Dziś słyszy się głosy, ze może by tak dzieciom pozwolić wrócić do tych naturalnych zabaw jakie my przeżyliśmy. Bo często, okazuje się dziś , ze rodzice, nie są zaciekawieni życiem swoich dzieci , uważając ich sprawy za błahe w odróżnieniu od ich poważniejszych. Pozdrawiam serdecznie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dziękuję za podzielenie się tymi wspomnieniami.
      Rzeczywiście, wydaje mi się, że my – w czasach naszego dzieciństwa i młodości – mieliśmy więcej swobody (innymi słowy: rodzice pozostawiali nam więcej swobody), niż to jest (wbrew pozorom) w przypadku dzisiejszej młodzieży. Może tak było lepiej? Może właśnie dlatego, mój rozwój poszedł w taką, a nie inną stronę? – bo czytałem takie książki, jakie chciałem; bo zainteresowałem się tym, czym chciałem się interesować? (Miałem o tyle łatwiej, że – tu się mogę pochwalić, choć to nie wypada 😉 więc robię to opornie ;) – że na wszystkich świadectwach, od klasy pierwszej do ósmej, miałem same piątki i ani jednej czwórki 🙂 Ale nie chciałem być uważany za prymusa (na pewno nie byłem kujonem), więc rozrabiałem, a moja Mamę wzywano na dywanik do dyrektorki naszej szkoły ;))
      PS. Przepraszam za tę osobistą – i niezbyt skromną – wycieczkę, ale… jak wspominki to wspominki 😉

  15. Jacek K. Says:

    Tamte zabawy wyrabiały przede wszystkim…wyobraźnie! Ale także uczyły współpracy i zdrowej rywalizacji…rozwijały spryt, gibkość tężyzne fizyczną -a więc wszystko to, czego brakuje współczesnym elektronicznym surogatom! „…tak artystycznie grały świerszcze, że las od tego drżał na przestrzał! Rżnące na ciele kąpielówy, muchy, komary, parazyty, węże, pijawy, jeże, mrówy!”- jak śpiewał Jan Kaczmarek. 😉

  16. Bogna Kosina Says:

    A WIĘC DOPISUJĘ… Na wakacjach w Krzczonowie tuz za Pcimem gdzie w kilka rodzin krakowskich przyjeżdzaliśmy na 2 miesiące w lecie do pięknej willi p. Burdzinskich (drugi dom za plebania) mając 11 a może 12 lat (początek lat 50-tych). Organizowałam teatr w stodole z kurtyną z kocy.
    Próby „aktorów” – dzieci z miasta i wsi, nauka tekstów, wierszy, piosenek odbywały się przy wypasaniu krów, kóz i baranów przez okres 2 tygodni. Tutejszy ksiądz -proboszcz w ogłoszeniach parafialnych na Mszach Św. ogłaszał nasz niezwykły spektakl, były przygotowane ławki dla widzów, którzy licznie przybywali po niedzielnej mszy Św. a w antrakcie serwowane było kwaśne mleko. Czasem dostawaliśmy drobne datki za nasz „wysiłek aktorski” to zebrana kwota przekazywana była na słodycze i książki dla najbiedniejszych dzieci we wsi.
    Nasz teatr cieszył się powodzeniem, a owacja widzów często była na stojąco.

    Po latach, jak odwiedzałam moich cudownych wakacyjnych gospodarzy, ze wzruszeniem wspominaliśmy te piękne dzieciece pomysły….i dalej piliśmy prawdziwe wiejskie kwaśne mleko ….a we mnie cos zostalo z tamtych lat 🙂


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s