DANDYS BÓLU, WYGNANIEC Z ISTNIENIA… (Stefan Chwin – „Kartki z dziennika”)

Czym jest Literatura i Myśl pojąca Ducha w świecie, w którym większe znaczenie dla głowy chcącej zawładnąć masową wyobraźnią ma fryzjer, niż wartość tego co zawiera mózg? *
Takie to z pozoru absurdalne zdanie cisnęło mi się na czysty, niezapisany papier, kiedy odłożyłem Chwinowe „Kartki z dziennika” i zacząłem się zastanawiać nad sensem mojej kolejnej przygody z diarystycznym pisarstwem Stefana Chwina. (Ślad pierwszej odnaleźć można TUTAJ.)
I zaraz potem przyszło następne, być może jeszcze bardziej niewydarzone: czy rzeczywiście nie jest tak, że w naszych czasach fryzjer ma zawsze rację (pospołu z krawcem), a tym, co posiada w sobie moc ostatniego argumentu są… nożyczki, które niczym brzytwa Okhama przycinają ludzkie ambicje, złudzenia i utopie do właściwych proporcji? I że to w końcu płynność naszych ruchów i gestów liczy się najbardziej w naszych próbach zadomowienia się w świecie we wspólnym z nim istnieniu?
Jakie znaczenie w tym wszystkim mają nieskazitelne garnitury, białe  albo niebieskie koszule i eleganckie muchy, w które wbija się i przystraja sam Chwin?
Czy nasze małostkowości nie mówią o nas samych więcej niż Wielkie Wędrówki naszych myśli – próby zagłębienia się w otchłanie Ducha, wycieczki na bezbrzeżne obszary szerokich Horyzontów i rozległych Perspektyw? Czy rzeczywiście mówienie o wielkim znaczeniu fryzury, koszul, garniturów, perfum, krawatów i sukien jest trywializowaniem?

TAJEMNY WYSTRÓJ WNĘTRZA

Gdy przeczytałem ostatnią „Kartkę” zadałem sobie jeszcze inne pytanie: jaką grę – z nami i ze światem – prowadzi Pan Chwin? Czyż nie mamy prawa czuć się zwodzeni (także wodzeni za nos), natrafiając w „Kartkach z dziennika” na taki choćby fragment?: „Więc dlaczego piszę? Szukam ludzi do siebie podobnych. (…) Wszystko to robię bardzo ostrożnie, więcej ukrywając niż zasłaniając. Muszę moje myśli owijać w bawełnę. Zazdroszczę tym, którzy swe myśli wypowiadają otwarcie. Robią to dlatego, że nie maja niczego do ukrycia. (…) ‚Pamiętaj’ – mówił mój ojciec, który miał za sobą twardą szkołę życia – nikt nie powinien wiedzieć, co myślisz naprawdę. Czy to przeszkadza w pisaniu? Przeciwnie: to w pisaniu pomaga.”

A my się możemy zastanawiać: czyżby więc to wszystko blaga? Pozór, zewnętrzność, parawan? Albo nawet: co też takiego Chwin ma do ukrycia, że nie chce pisać otwarcie? I jeśli nie pisze otarcie, to czy może nam to nie przeszkadzać w czytaniu? A może wręcz ma to nam w czytaniu pomagać?
Czy Chwin nie owija w bawełnę słów także swoje myśli, tudzież wnętrze, podobnie jak swoją cielesną nagość obleka w elano-bawełnę dobrze skrojonego garnituru? Czy jasność garnituru i koszulowa biel nie jest aby kamuflażem dla ciemni która go w środku ogarnia i nęka?

Ja jednak, choć nie pałam najmniejszą żądzą ujrzenia pisarza na golasa, to już do jego wnętrza – tego tygla pełnego kłębiących się myśli – chciałbym mieć dostęp bliski, a może nawet intymny. Chcę po prostu wiedzieć, co on myśli NAPRAWDĘ. Czyżby to było pragnienie zbyt wygórowane? A może naturalnie wyrasta to z niechęci do jakiegoś fałszywego tonu, z awersji do bycia zwodzonym, mamionym czy wręcz oszukiwanym? (Mocne słowa, przyznaję, ale czy przesadzone?)
A jednak napisawszy to muszę wyznać, że zwycięstwo Chwina nade mną polega chyba na tym, że ja czytając „Kartki z dziennika” żadnego fałszu jednak nie czułem. Wręcz przeciwnie: ciągle miałem wrażenie, że Chwin dopuszcza mnie do swoich wewnętrznych tajemnic – może nie tyle osobistych w sensie prywatności intymnej, co pod względem intelektualnym, tych odnoszących się do kultury wnętrza, duchowej ewolucji, zmagań mających charakter par excellence religijny (choć przypominających niekiedy zwyczajne zmagania z literaturą).

WCIĄGNĄĆ W PUŁAPKĘ, NASĄCZYĆ JADEM…

Zastanawiam się jeszcze i nad tym: czy Chwin pisząc, chce się bardziej od ludzi odgrodzić, czy też do tych ludzi zbliżyć? A może nie tyle zbliżyć, co schwytać ich w pułapkę, gdzie mógłby zarówno rozpostrzeć przed nimi swój własny ogon pawi, jak i obnażyć swe rany, lęki i denne ciemnice? Bowiem czyż nie tak można zrozumieć takie jego słowa?: „(…) piszę swoje powieści i essaye właściwie przede wszystkim po to, by wciągnąć ludzi do swojej pieczary. Ja swoją kuszącą frazą chcę zwabić podstępnie do swojego prywatnego kąta. Niech poczują niewygodę istnienia, tak jak ja ją czuję Niech zaznają świata, tak jak ja go zaznaję. Niech staną przed trudnościami, z którymi ja sobie poradzić nie umiem. (…) Bo wszystko, czego ja się dotknę, to mi się rozsypuje w palcach, włącznie z Szekspirem i Biblią, z którą toczę niekiedy spory prawdziwie awanturnicze.”

Jeszcze straszniej się robi kiedy Chwin pisze o swojej przed czytelnikiem ucieczce (jak choćby o tym mężczyźnie, który na cmentarzu chciał go prosić o radę): „Cóż, ja mogę tylko w tej mgle cmentarnej podejść do tego mężczyzny i do serca wsączyć mu jady, które w moim sercu krążą i tymi jadami mu duszę zabarwić na kolor mniej więcej podobny do koloru mojej duszy.”

Co ciekawe, ta dziwna nieco mikstura narcyzmu i mizantropii jest na swój sposób czymś spójnym, swą integralność zawdzięczając  literackiej formie, której opanowaniu (na równi ze słowem) trudno przecież Chwinowi odmówić.
Ale czy jednak nie stawia to pod znakiem zapytania… nie, nie bójmy się tego określenia – „ludzkość” pisarza, której łatwiej się jest objawić wobec idei, pojęcia, symbolu, abstrakcji, niż wobec żywego, konkretnego człowieka z krwi i kości?
Oto Chwin: „Miłość Ojczyzny? Jak najbardziej, ale z dala od ludzkich skupisk z ich charakterystycznym aromatem. (…) Cóż miałem zrobić z tą zmysłową idiosynkrazją, z którą przyszedłem na świat i która wyrzucała mnie poza obręb ludzi porządnych? (…) Byłem zrodzony do odosobnienia, choć mentalnie lgnąłem do Polski, jak pisklę do krwawiącego Pelikana, ale Polska, którą kochałem, musiała być z definicji abstrakcyjna, to znaczy taka, jaka nigdy nie istnieje i nigdy nie będzie istnieć. Tylko taką, niestety, potrafiłem kochać.” I dalej: „Lubiłem modlić się w pustych kościołach. Kochałem samotne wędrówki po starych cmentarzach, gdzie tłum bliźnich zachowywał się kulturalnie, nikomu nie narzucając swej przykrej obecności, co zawsze przyjmowałem z wdzięcznością, krocząc na palcach wśród nagrobnych płyt, pod którymi po trudach życia spokojnie wypoczywali moi milczący współbracia.”

NERWY A PIĘKNO

Oczywiście, kwestionując „ludzkość” Chwina robiłem to z pełną świadomością tego, że może się to wydać pretensjonalne. Ale bardziej niż pretensjonalne, jest to jednak przekorne, może nieco prowokacyjne, bo wbrew tym jego wynurzeniom o  poczuciu wyobcowania i odgrodzenia od świata, (wygnania z istnienia, ucieczki od prawdziwego człowieka…) Chwin wydaje się być zanurzony w ludzkiej wrażliwości wszystkimi swoimi nerwami i członkami, jednym słowem – po uszy. Być może właśnie przez tę swoją wrażliwość zmuszony jest on niejako chronić się przed światem, ustawiając się doń z dystansu, odgradzając się od niego jakimś szklanym kloszem, wzbraniając się przed żywych ciał dotykiem?

Czy można wobec tego dziwić się, że w miarę bezboleśnie czuje się on jedynie przy… minerałach? Wypatrując w nich doskonałości, bezczucia, równowagi i ponadczasowości? Bo już takie piękno Natury bardziej spektakularne jak wschody i zachody słońca ma dla niego pewną skazę, ulotność, pytanie o sens tego piękna w świecie: czy aby ta uroda – na zasadzie kontrastu – nie uświadamia nam raczej tego, że świat wprawdzie jest piękny, ale… „piękny tak sobie, nie za bardzo”? Potrzebuje się piękna, które mogłoby przysłonić okropności świata, ale okazuje się, że jednak żadne piękno nie jest w stanie tego zrobić. Poszukując wysp piękna – a nawet je znajdując – nie jesteśmy wszak w stanie obronić się przed „ciernistym doświadczeniem idiosynkrazji”, którego tajemnicze esencje zaczęło się zgłębiać. Mimo tego, a może właśnie dlatego, pragnienie Piękna stało się czymś ważniejszym od niezgody na Zło – tak jakby estetyka wykazywała tu swój prymat nad etyką. Samo pisanie staje się więc nie tyle próbą ucieczki na wyspy piękna, co zemstą za to, że świat nie jest dość piękny.

SZTUKA UWODZENIA

Ale słowo… Co ze słowem? I cóż po słowie?

„Słowo – pisze Chwin – nawet najmocniejsze słowo poetów i teologów, jest w tej sprawie bezsilne”.
W jakiej sprawie?
Właściwie w każdej poważniejszej sprawie – jak na przykład: w sprawie ochrony przed brzydotą i  złem świata, czy też uchronienia przed „wygnaniem z istnienia”, na które jest się skazanym przez COŚ nieskończenie mocniejsze od słowa.
To jednak nie wszystko: pisanie mimo swych wzniosłych ambicji, staje się czymś trywialnym i zgoła podejrzanym: „Pisanie jest poszukiwaniem prawdy, dobra, sprawiedliwości, wiedzy, mądrości – ale jest także nieustającym konkursem piękności i uwodzenia.” (To za Gombrowiczem – przyp. LA.)
Tak więc, usiłując uchronić się przed bólem, ukoić cierpienie, uspokoić  skołatane nerwy – dajemy nura w samo uwielbienie i narcyzm? Ubieramy się w piórka literatury pięknej, owijamy w bawełnę naszą poranioną duszę, ale strojąc przy tym miny uwodzicielskie, puszczając pawie oczka – chcemy aby naszą wspaniałością i wyjątkowością zachwycił się jeszcze ktoś, oprócz nas, inny?
Hm… I cała ta kwiecista maskarada rozgrywa się ponad otchłanią przepełnioną idiosynkrazją i cierpieniem?
Ale czy myśli ktoś o bólu Narcyza? I czy ktokolwiek wiąże dandysa z cierpieniem?
*  *  *

Stefan Chwin: "Wszystkie moje książki są pułapkami, w które chcę wciągnąć czytelników, należy je więc czytać z najwyższą ostrożnością."

*

*PRZYPIS: Zdaję sobie sprawę, że powyższy wstęp wydać się może nieco dziwaczny, więc chcę tu dorzucić kilka słów gwoli wyjaśnienia. To co napisałem, staje się bardziej zrozumiałe, gdy zwrócimy uwagę na pewien, pochodzący z „Kartek” zapisek Chwina pt. „W pałacu prezydenckim” (nota bene zamykający tom dzienników). Dotyczy on właśnie, ni mniej, ni więcej tylko… strzyżenia i doboru garnituru dla kogoś mającego aspiracje polityczne, czyli, mówiąc ogólnie, tzw. PR-u. A ten, nam – dzieciom epoki informacyjno-medialnej – błahostką już raczej się  nie wydaje. Oto krecia robota myślicieli i intelektualistów, którzy „błyskiem lancetu niezależnej myśli” chcą „cywilizować ksenofobiczno-alergiczne skłonności europejskiej duszy”, rozbija się o beton banału i przegrywa ze szczętem z atawistycznym, populistycznym sex-appealem wszelkich popowych „dod” i „ściemą” jaką serwują ludowi wdzięczący się narcystycznie i brylujący w mediach politycy. Namysł, refleksja? Śmiechu to warte! Liczy się propagandowy blask, gładkie gadanie, łatwo strawna powierzchowność, dobrze wypięty biust, mocno zarysowana szczęka, Armani, zalotny pukiel jasnych włosów i pupa…

Robi się jednak jeszcze ciekawiej, kiedy tak poszukamy zalotności PR-owej u samego Chwina. A że jest to zalotność intelektualisty, pisarza i erudyty? Cóż z tego. W końcu zawsze tu chodzi o to samo – o podbój, powab, schwytanie kogoś w pułapkę współ-istnienia:
„Paradoks polega na tym, że pisarz nie może dzisiaj wpływać na dusze czytelników, bo literatura polska nie ma czytelników, tylko czytelniczki. Literaturę piękną czytają u nas prawie wyłącznie kobiety. W innych krajach jest zresztą tak samo. Po jednej więc stronie jest pisarz-mężczyzna, a po drugiej prawie same kobiety, bo prawie tylko one czytają wiersze i powieści. Jak pisarz-mężczyzna wpływa na dusze kobiet, jest to sprawa dość delikatna i do opisania trudna. Jeden z młodych poetów przekonywał mnie niedawno, że jedynym uczciwym celem wpływania przez pisarza na kobiecą duszę jest jej uwiedzenie przy pomocy słów. Podobnie zresztą myślał młody Byron.
Ja sam, kiedy byłem młodszy, pisałem książki przede wszystkim po to, by miła osoba, z którą jestem, zakochała się we mnie po raz czwarty. Osiągnąć taki cel to jest duża sprawa i mało komu to się udaje. Nawet Mickiewicz miał pecha: jego żona nie czytała wierszy, które pisał, dlatego pisał dla Narodu, to znaczy dla nikogo. Wielką jest bowiem rzeczą mieć dla kogo pisać, podobnie jak wielką jest rzeczą mieć dla kogo żyć, ale mało kto ma dla kogo żyć i pisać, więc najczęściej pisze się w pustkę, czyli wpływa głównie na samego siebie.” (Z wypowiedzi Chwina dla „Kultury liberalnej”.)

O „Dzienniku dla dorosłych” Stefana Chwina przeczytać można TUTAJ.

Advertisements

komentarzy 35 to “DANDYS BÓLU, WYGNANIEC Z ISTNIENIA… (Stefan Chwin – „Kartki z dziennika”)”

  1. Torlin Says:

    Za ostatni akapit autor na maturze dostałby pałę, myśli bez składu, wnioski jak u pensjonariuszki. Ja za nim nie przepadam.

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, Stefan Chwin jest profesorem, językoznawcą, historykiem literatury wykładającym na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Gdańskiego.
      (Tak więc, to raczej on „stawia pały”;) )

      Piszesz, że za nim nie przepadasz.
      Co w takim razie przeczytałeś Chwina i dlaczego „nie przepadasz”?

      PS. Skwitować znanego pisarza w dwóch słowach, że „myśli bez składu” i wyciąga wnioski „jak u pensjonariuszki” to chyba zbyt daleko idąca i obraźliwa dezynwoltura, nie uważasz?

  2. Torlin Says:

    Logosie!
    Piszę pod wpływem chwili i czasami żałuję treści wysłanej. Ale niestety na tym polega blogowanie, że tego nie można cofnąć.
    Ja tego autora czytałem jedną rzecz „Hanemann”. I właściwie muszę powrócić do Kieślowskiego, to jest ten sam syndrom – powieści (filmu) nie wiadomo po co napisanej (nakręconego). Ja zaczynam podejrzewać, że my Logosie jesteśmy z innej planety wrażliwości, ale mam nadzieję, że nie będzie miało to przełożenia na nasze wzajemne wizyty.
    Pozdrawiam Cię serdecznie.

    • Torlin Says:

      Jeżeli chodzi o pensjonariuszkę, to dotyczyło cytowanego ostatniego akapitu Twojego wpisu.

    • Logos Amicus Says:

      A ja Torlinie myślę, że my wrażliwość możemy mieć podobną, tylko patrzymy z innych perspektyw.
      I tu nie chodzi o „składanie wzajemnych wizyt” tylko o rozmowę – o ścieranie się różnych zdań, opinii, poglądów…

      Ja nie przepadam za kurtuazyjnym „składaniu sobie wizyt”, zwyczajowym i rutynowym przyznawaniu sobie racji, tworzeniu jakiegoś Towarzystwa Wzajemnej Adoracji, które tylko afirmowałoby naszą wspaniałość, nieomylność i wszechwiedzę. Nie, ja, przyznam Ci się, lubię też kiedy ktoś ma przeciwne zdanie do mojego, ale potrafi to inteligentnie, esencjonalnie, kompleksowo, nie zdawkowo uargumentować. Wtedy być może nie jest już tak „miło” i „sympatycznie”, ale – przynajmniej dla mnie – bardziej stymulująco intelektualnie, inspirująco, często ma to też walor poznawczy.

      Nie lubię jednak apodyktyczności – postawy która sprawia, że niektórzy ludzie nigdy nie dają się przekonać do innej racji, nie są zdolni do rewizji własnych poglądów (albo nigdy się do tego nie przyznają).

      I jeszcze jedno.
      Twierdzisz, że nie wiadomo „po co?” Kieślowski kręcił swoje filmy a Chwin pisze swoje powieści.
      Czy nie uważasz, że to jest jednak Twój problem, a nie tych tysięcy widzów filmów Kieślowskiego i czytelników książek Chwina, którzy jednak widzą w sens w sięganiu po ich dzieła?
      Zresztą, zarówno w tekście o Kieślowskim, jak i w tym wpisie o Chwinie, jest wyrażone – i to expressis verbis – to, „po co” Kieślowski kręcił swoje filmy oraz to, „po co” Chwin pisze swoje książki.

      • Torlin Says:

        Ale koło się w ten sposób zamyka. Ponieważ jest to mój problem, to albo będę go przedstawiał u Ciebie, albo zamilknę. Bo Miły Logosie, nie może być tak, że obydwa rozwiązania Ci nie pasują. Musiałbym wtedy pisać przeciwko sobie. A że tysiące ludzi go czyta? NASTĘPNE ZDANIE JEST ŻARTEM, A NIE DEMAGOGIĄ. Dodę i Rubika też uwielbiają miliony :D

        • Logos Amicus Says:

          Torlinie, to nie chodzi o „pasowanie”. Już nie raz pisałem, że ja bardzo chętnie zapoznaje się z opinią, która jest odmienna od mojej – ale pod warunkiem, że jest… właśnie właściwie przedstawiona (uargumentowana, umotywowana, poparta przemyśleniami).
          Problem z Tobą (w tym przypadku) polega na tym, że Ty stwierdzasz: „Kieślowski to wydmuszka”, Chwin „zasługuje na pałę” (myśli „bez ładu i składu”, tudzież wyciąga wnioski „jak u pensjonariuszki”) i… tyle. Ani grama wyjaśnienia, poparcia argumentami, wyjaśnienia swojej racji.

          PS. Doda i Rubik (nie wiem, czy możne te nazwiska ze sobą zestawiać – w domyśle: że to pop-szmira i to pop-szmira). Ale niech będzie. Czy jednak ma to cokolwiek wspólnego z tym Twoim pytaniem „Po co”? – odnośnie ich aktywności artystycznej, twórczości?

          Pytasz się:
          Po co Kieślowski kręci filmy?
          Po co Chwin pisze książki?
          Po co Doda śwpiewa, a Rubik komponuje?

          Czy nie uważasz, że takie pytanie są jednak deczko… hm… dziecinne?

        • Jula Says:

          „A że tysiące ludzi go czyta? NASTĘPNE ZDANIE JEST ŻARTEM, A NIE DEMAGOGIĄ. Dodę i Rubika też uwielbiają miliony” :D

          Myślę, że obecnie jest taki trend, moda i to na całym świecie. ;)
          Bo jak się poczyta na you tube komentarze anglików, amerykanów, francuzów i innych nacji, to wszyscy jak jeden mąż stwierdzają, że obecnie nastąpiła jakaś dewaluacja w naszej szeroko pojętej rozrywce, która sprowadza się do pokazywania majtek na estradzie, tudzież innych części garderoby, czy wręcz golizny – która o dziwo nie ciekawi :(

          Jeżeli chodzi o Chwina, to moim zdaniem jest on tak z racji własnego życiorysu (mam na myśli całe tło historyczne, zarówno jego rodziców jak i jego pokolenia) tak jak i jego profesji, z racji wykonywanego zawodu, również wciśnięty w jakiś historyczny wzór.

          A jego książki to dla mnie labirynt. ;)

          „Nie spotkasz ich w miejscach łatwych do zdobycia,
          Wędrują w kolo bocznymi ścieżkami,
          i tak oto w najbardziej okrutne z potworów
          Czaja się w labiryncie, co nas tylko mami.”

          Henry, Opat z Clairvaux.

          Pozdrawiam! :)

  3. sarna Says:

    Witaj, tak na dzień dobry, wstępnie dwie uwagi z przymrużeniem oka.

    1) Pan Chwin, mój ulubieniec, stwierdzeniem „Paradoks polega na tym, że pisarz nie może dzisiaj wpływać na dusze czytelników, bo literatura polska nie ma czytelników, tylko czytelniczki. Literaturę piękną czytają u nas prawie wyłącznie kobiety”, lekko mi podpadł sugerując, że kobiety nie mają duszy. Jakoś to mi się okropnie kłóci z Jego pięknym postrzeganiem kobiety. Czyżby jednak był dwulicowy?
    2) Piszesz „choć nie pałam najmniejszą żądzą ujrzenia pisarza na golasa, to już do jego wnętrza – tego tygla pełnego kłębiących się myśli – chciałbym mieć dostęp bliski, a może nawet intymny. Chcę po prostu wiedzieć, co on myśli NAPRAWDĘ”.
    No cóż, w pierwszej części wypowiedzi nieco (ociupinkę) się różnimy ;), a co do drugiej to …. chyba był taki film o kobiecie, która po wypadku słyszała to co myślą inni i jakoś jej ta wiedza nie uszczęśliwiała. Ciekawe jakbyśmy się poczuli słysząc co naprawdę o nas myśli Chwin. Jestem ciekawa, ale już niekoniecznie chciałabym to osobiście usłyszeć.

    • Logos Amicus Says:

      Może nie zasugerował, tylko się wygadał? :)

      To oczywiście zwykły lapsus (wynikający z tego, że za czytelnika nie uznaje on czytelniczkę ;) )

      Co o nas myśli Chwin?
      Ale kogo masz na myśli pisząc „o nas”?
      Ludzi, gatunek Homo sapiens? Polaków? Polki?

      Chwina, jak każdego dobrego pisarza, można też czytać „między wierszami”.
      Ale on także wypowiada się wprost – i to jest równie ważne. Nawet, jeśli podejrzewamy, że ma to coś z pozy. Bowiem rasowy pisarz, nawet jeśli stosuje kamuflaż, wybieg, „zmyłkę”… to jest w tym na swój sposób szczery i wypowiada jakąś tam swoją prawdę.

  4. sarna Says:

    „Jakie znaczenie w tym wszystkim mają nieskazitelne garnitury, białe albo niebieskie koszule i eleganckie muchy, w które wbija się i przystraja sam Chwin?
    Czy nasze małostkowości nie mówią o nas samych więcej niż Wielkie Wędrówki naszych myśli”

    – dlaczego uważasz, że dbałość o strój to małostkowość ? Nie sądzę, zwłaszcza w odniesieniu do osoby Chwina, by strój mówił o nim więcej niż słowa, choć zgadzam się, że coś o nim mówi. Gdybyś szedł na spotkanie z Koronowaną Głową to poszedłbyś ubrany „niedbale”, czy też włożyłbyś strój zgodny z etykietą, by podkreślić szacunek dla osoby, która Cię gości? Kto wie? Może w zaciszu domowym Chwin jest równie gaciowaty jak Ferdynand Kiepski, a na spotkaniach z czytelnikami bądź studentami męczy się w nienagannym garniturze, ale to przeczy małostkowości, której istota sprowadza się do przedkładania czegoś nad coś dla np. własnej wygody.
    W gruncie rzeczy wiem, do czego zmierzasz sugerując myśl, że nieistotne detale czasami przyćmiewają to, co naprawdę jest istotne. Dobrze ilustruje to żart o wiernej, wg mniemania której seksowny wygląd w świątyni ;) nie kłóci się z jej wiarą i praktykami religijnymi, niemniej jednak inaczej to postrzegał pewien kapłan. Otóż podając Pana Jezusa obficie umalowanej damie, miał powiedzieć: Panie Jezu, świeżo malowane!

    Istnieje powiedzenie, że trudno znaleźć perłę w stosie śmieci, ale już śmiecia w stosie pereł widać z daleka, może więc jednak słusznie jest stawianie pytania „Czy nasze małostkowości nie mówią o nas samych więcej niż Wielkie Wędrówki naszych myśli”?

    • sarna Says:

      Jeszcze tylko małe ps.
      Chwin ma „garniturową urodę”, garnitur to jak Jego druga skóra, prezentuje się on w nim świetnie i nie sądzę by się w nim męczył, albo żeby strój odwracał uwagę od tego o czym mówi. Zwykle łatwo poznać ludzi, którzy wciskają się w garnitur od święta i zachowują się w nim nienaturalnie, skupiając uwagę otoczenia „na stroju, a nie myślach”.

    • Logos Amicus Says:

      Staram się, by małostki człowieka nie przysłaniały mi jego Wielkich Wędrówek Myśli. To właśnie dzięki tym „Wielkim Wędrówkom” jakiegoś człowieka/twórcy (tym Wyżynom, na które się on wspina) ja o tych małostkach nie chcę pamiętać, uznaję je za nieistotne, wybaczalne, nieważne.
      Dlatego pytając: „czy nasze małostkowości nie mówią o nas samych więcej niż Wielkie Wędrówki naszych myśli” pisałem to z przekąsem, nieco prowokacyjnie – chcąc zwrócić uwagę właśnie na to, że we współczesnym świecie mediów – a także w pierwszym kontakcie z człowiekiem – zwykle uwaga ludzi skupia się na powierzchowności, wyłapywane są głównie jakieś drobiazgi, małostki, bez uchwycenia istoty danego człowieka, tego, co ma on w sobie najbardziej wartościowego. Jakże rozległe rzesze widzów patrzą na naukowca, artystę, polityka… zupełnie nie rozumiejąc, o czym on mówi, ale dostrzegając już jego fryzurę, białe (lub krzywe) zęby, źle (lub dobrze) skrojony garnitur, tik lub manierę…

      Skąd to się bierze?
      Myślę, że nie tylko z jakiegoś percepcyjnego lenistwa.
      Być może odzywa się w nas tu pewien atawizm, który w przeszłości pomagał nam ocenić drugiego człowieka w sposób natychmiastowy (bo od razu chcieliśmy wiedzieć z kim mamy do czynienia – czy oto spotkany przez nasz człowiek będzie nam sprzyjał, czy też będzie naszym wrogiem; czyli: czy znajomość/kontakt z nim przyniesie nam straty czy korzyści). I co ciekawe, nadal ta atawistyczna reakcja nie jest wcale dla nas taka bezużyteczna, bo właśnie na niej opiera się w dużej mierze nasza intuicja, dzięki której ustala się nasza relacja z drugim człowiekiem.
      Tak więc, małostki mają jednak znaczenie w naszej ocenie człowieka (i nie muszą być wcale czymś powierzchownym i irracjonalnym – choć zwykle są).

      PS. Skoro mowa o garniturach Chwina, to przypomniało mi się to, co kiedyś (przy okazji naszej rozmowy o „Dzienniku dla dorosłych”) napisała Maga-Mara, która uczęszczała na wykłady o literaturze, jakie Chwin miał na Uniwersytecie Gdańskim: „Pan Chwin przychodził do sali w białym garniturze, otwierał swój kajecik i czytał, nie racząc spojrzeć nawet na zebranych, aż dobiegł koniec wykładu.”

      Niby drobiazg ten biały garnitur, ale jednak… Czy nie świadczy on np. o pewnym pedantyzmie pisarza, właśnie chęci odgrodzenia się od brudnego i niezbyt ładnie pachnącego świata, o pragnieniu sterylności w relacji z (wzbudzającym „idiosynkrazję”) otoczeniu? A tym samym: o murze jaki pisarz buduje między sobą a – nie wirtualnym czytelnikiem – tylko prawdziwym, konkretnym człowiekiem? (Ale, paradoksalnie, może to wynikać nie z obojętności, tylko wprost przeciwnie – z wrażliwości.)

      • sarna Says:

        Tak w temacie garnituru Chwina na wykładzie. Ciekawa jestem jak była ubrana Maga-Mara i reszta studentów? Z doświadczenia wiem, że są wykładowcy, którzy wymagają stosownego ubioru od siebie, a tym samym od reszty. Może Chwin zobaczył rozmemłane bractwo i pomyślał, że skoro oni się nie postarali o taki drobiazg to i On może ich „olać” i nie dzielić się tym, co dla niego ważne i trudniejsze niż zmiana wystrzępionych spodni? Gdyby przyszli tam dla Niego, a nie z konieczności zaliczenia, może potraktowałby ich z szacunkiem i uwagą, a tak zadziałało chyba na zasadzie „jak Kuba Bogu…”

        Kiedyś na wykładzie jeden z profesorów, tych z gatunku „ubranych spod igły” i pijących kawę z misternej filiżanki zapytał się nas: w czym pijecie kawę? Z sali poszło gromkie „w kubku”. Używacie przy kompie talerzyka pod kanapkę czy papierowej serwetki? I znowu przetoczyło się przez salę gromkie „serwetki” Na co on: to po co wam studia i sukces skoro zadowalacie się byle czym?

        Wbrew pozorom ubiór o czymś świadczy. I jeśli nawet nie jest istotny dla nas, to warto pomyśleć o tym, że dla innych ma znaczenie i bynajmniej nie dlatego, że są małostkowi, a dobrze wychowani. Nie uważam by sam strój mógł przesądzić o klasie człowieka, ale o kulturze osobistej z całą pewnością tak.

        Jeszcze nie tak dawno temu towarzyszący mi w teatrze mężczyzna przed wyjściem gderał bym się specjalnie nie odstawiła, bo obecnie w teatrze obowiązuje etykieta „prosto z ulicy”, a gdy wracaliśmy był zdruzgotany świadomością, że miał nieodpowiednie skarpetki, a przed jego fotelem stanęła aktorka, dla której postradał zmysły :) Myślę, że odpowiednie miejsca i sytuacje wymagają odpowiedniego stroju. Wierzę w mądrość ludowych powiedzeń np. jak cię widzą, tak cię piszą.
        To naturalne, że najpierw w ludziach przyciąga nas ich powierzchowność, a dopiero później, przy bliższej znajomości, poznajemy ich wnętrze. Przyznasz, że raczej trudno przychodzi nam chęć poznania kogoś, kto nas odpycha na dzień dobry?

        • Logos Amicus Says:

          Ale istnieje także inna „mądrość ludowa”, która mówi: „nie suknia zdobi człowieka” ;)
          Są ludzie, którzy zupełnie nie przywiązują wagi do ubioru, a mimo to są ludźmi niezwykle wartościowymi (przypomina mi się tutaj np. Jacek Kuroń, wspaniały skądinąd człowiek, który ubierał się w jakieś wyświechtane badziewie i nawet do Sejmu chodził w dżinsach i bluzie od Wranglera.)
          Ale z drugiej strony fajnie też jest, jeśli obowiązuje jakiś kod ubraniowy na wyjątkowe okazje – bo w ten sposób można tę okazję bardziej uroczyściej, pełniej, ekskluzywniej przeżyć.
          Estetyka jest jednak czymś ważnym.

          Nie przekonuje mnie Twoja argumentacja, że jeżeli Chwin na wykładzie zobaczył „rozmamłane bractwo” to przez to mógł tych studentów „olać”. Jeśli by tak było, to jednak okazałby się kiepskim – i małostkowym – wykładowcą, który nie umie (nie chce) nawiązać kontaktu z młodzieżą, by im coś ważnego i ciekawego przekazać.

          PS. A może ten Twój mężczyzna z teatru chciał Cię po prostu pocieszyć, bo nie miałaś się w coś bardziej stosownego na tę okazję ubrać? ;)
          A poza tym – wiesz jakie są niektóre sale teatralne: twarde, ułożone luzem krzesła i sala jak do jakiejś gimnastyki w gimnazjum. Wejść do czegoś takiego w garniturze i wieczorowej sukni byłoby cokolwiek dziwnie ;)
          Choć rzeczywiście, skarpetki są ważne, zwłaszcza w teatrze :)

      • sarna Says:

        Jeśli już to poprawnie jest: „nie suknia zdobi człowieka”

        • Logos Amicus Says:

          Dokładnie tak napisałem.

        • sarna Says:

          Co nagle, to po diable ;)
          Miało być: Jeśli już, to poprawnie jest: „nie sztata zdobi człowieka”.
          Co do reszty komentarza pominę milczeniem z kilku powodów, a poza tym wolę ten czas poświęcić na lekturę „złotych żniw”

        • Logos Amicus Says:

          A co to jest „sztata”? :)

          PS. „Złote żniwa”? Życzę przyjemnej lektury ;)

          PS2. Rzeczywiście, „suknia” do „człowieka” jakoś nie pasuje :)

        • sarna Says:

          Skąd w Tobie tyle jadu?

          Dziękuję, lektura do przyjemnych nie należy z racji gatunku i wagi poruszanych w niej problemów, ale do frapujących jak najbardziej.
          Nie wszystko muszę mieć podane na tacy;) Lubię i wręcz mam nieopartą potrzebę zapoznania się z czymś osobiście i „przetrawienia” tego zgodnie z własnym metabolizmem. Nie uważam, by to (myślenie) było czymś nagannym.

          Skąd w człowieku, który gani stereotypy tak ewidentne było stereotypowe podejście do trudnych i niewygodnych tematów?

        • Logos Amicus Says:

          „Skąd w Tobie tyle jadu?”
          Tym pewnie zaraziłem się od Chwina :)

          Ale poważnie: dlaczego mój niewinny w gruncie rzeczy żart, odebrałaś jako „jad”?
          Nie rozumiem.

          Poza tym: moja suknia była takim samym lapsusem, jak Twoja suknia (którą później przerobiłaś na „sztatę” ;))
          Po prostu – mylimy się i czasem nasze pomyłki warto przemienić w żart.

          A „Złote żniwa” i Gross? Nie mam jakoś ochoty czytać tej książki (i bynajmniej nie dlatego, że autor podejmuje w niej trudne dla nas tematy). Z informacji, które do mnie docierają mogę wnioskować, że Gross jest jednak stronniczy, wybiórczy, tendencyjny i pisze swoje książki pod z góry założoną przez siebie tezę (a to nie przystoi komuś, kto chce się uważać za prawdziwego historyka). Nie wiem, może się mylę – więc tego co przed chwilą napisałem nie należy brać za jakąś definitywną (miarodajną) opinię.

          Czytałem natomiast ostatnio kilka dobrych artykułów na ten temat.
          Np. znakomity wg mnie tekst Marcina Zaremby pt. „Dlaczego chłopi mordowali Żydów” (Polityka Nr 12 z 19 marca), który rozważa wielorakie przyczyny takiego a nie innego zachowania Polaków w tamtych czasach – i robi to wnikliwie, kompleksowo, wyczerpująco, a przy tym ciekawie, bezstronnie i bez rzucania pochopnych oskarżeń.
          Polecam Ci ten artykuł.

        • sarna Says:

          Bez obaw, tego co napisałeś nie biorę za jakąś definitywną (miarodajną) opinię.
          Poza tym, mieszkaniec wsi sąsiedniej z Jedwabnem do niedawna zamieszkały w mojej miejscowości opowiadał, że Gross mówi prawdę, o tym, że mordu fizycznie dokonali Polacy, ale mówił również, że nie mieli wyboru, bo robili to pod presją wymierzonych w nich luf karabinów Niemców. Nie rozumiał dlaczego mówi się tylko o Jedwabnem, gdy tymczasem to podobnie działo się w sąsiednich miejscowościach.
          Powiedz dlaczego mam nie wierzyć w chorą żądzę grabienia majątku Żydów skoro cała cywilizowana Europa milcząco na to przyzwoliła nazistom? Mało tego, jeszcze po wojnie zbrodniarze wojenni otrzymywali schronienie w Szwajcarii , Ameryce i innych państwach w zamian za intratne przysługi i korzyści materialne. Dlaczego mam nie wierzyć skoro u schyłku wojny najlepszy sąsiad (Polak) podczas nalotu okradł moich dziadków Polaków? Powiedz dlaczego mam nie wierzyć, skoro najnowsza historia Jugosławii pokazała, że narodowość była wystarczającym glejtem by mąż mógł zamordować żonę, podzielić rodzinę, zerwać więzi sasiedzkie? Dlaczego mam nie wierzyć, skoro jeszcze nie wystygła historia hien z łódzkiego pogotowia?
          Wiesz, co mnie przeraża w kwestii pogromu Żydów? To nie były zjawisko marginalne, to było norma. Naziści bazując na niechęci do do nacji opracowali skuteczny, bo oparty na ludzkiej pazerności program eksterminacji Żydów. I przyznanie się do tego nie ma nic wspólnego z uchybieniem patriotyzmowi. To zwykła ludzka przyzwoitość. Nawet gdyby chodziło o jednego Żyda, a nie ich tysiące czy miliony.

        • Logos Amicus Says:

          Ja nie twierdzę, że nie można wierzyć w to co pisze Gross (bo to są fakty, i tylko czasami on się myli, zawyża dane, przesadza…) Ale on opisuje tylko jedną stronę rzeczywistości, pomijając historyczny kontekst – a tym są tu po prostu warunki stworzone przez wojnę i przez samych Niemców.
          Już kontrowersje wokół tej fotografii, która zainspirowała Grossa do napisania „Złotych żniw”, mówią sporo o jego sposobie podchodzenia do tematu (wg niego Polacy to cmentarne hieny, które wykopywały żydowskie trupy i obdzierały ich z kosztowności – i że to miało wymiar „społeczny”). A wydarzenie, które utrwaliła fotografia, miało jednak zupełnie inny kontekst.

        • sarna Says:

          Błąd, naczytałeś się komentarzy i na ich podstawie wyrobiłeś opinię.
          Jestem w trakcie lektury, wiec wstrzymam się z kategorycznymi opiniami, ale jedno wiem – Gross od pierwszych słów, wielokrotnie zastrzega, że „Czytelnik zainteresowany problematyką zagłady Żydów nie znajdzie w niej wielu nowych faktów … Dodałem do tego materiału znalezione w archiwach Instytutu Yad Vashem, Żydowskiego Instytutu Historycznego i Muzeum w Majdanku … oraz Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN …”
          Twierdzisz, że Gross bawi się w historyka, a Instytucje wymienione powyżej też?
          A Twoje stwierdzenie, że „są tu po prostu warunki stworzone przez wojnę i przez samych Niemców” jest żenujące. Niemcy niewiele by zdziałali gdyby napotkali opór i brak przyzwolenia. Może gdyby znalazło się więcej ludzi o wielkim sercu i bezinteresownych, pokroju Pani Ireny Sendlerowej dziś Gross nie miałby o czym pisać?

        • sarna Says:

          A co do fotografii chętnie usłyszę Twoje dowody (podkreślam dowody, a nie przypuszczenia).

        • Logos Amicus Says:

          Trochę mnie mrozisz Sarno, zarzucając mi różne rzeczy, np. „jad” albo wysnuwanie „żenujących” wniosków… itp.
          Wprowadza to do naszej rozmowy niepotrzebne anse.

          Co to były „warunki stworzone przez Niemców”?
          A choćby zmuszanie Polaków (pod groźbą kary śmierci) do polowań na Żydów; albo zmuszanie Żydów do tworzenia własnej milicji, by ta segregowała współbraci, wysyłając ich do obozów masowej zagłady; albo łamanie (na wszelkie możliwe sposoby) godności i niszczenie narodowego morale…
          Rządy Niemców to były rządy terroru i miało to swoje konsekwencje w zachowaniu się okupowanych społeczeństw (gdyby tych warunków nie stworzono, to ludzie zachowywali by się zupełnie inaczej).
          To miałem na myśli.

          Ale to szeroki temat i nie odnosi się do meritum wpisu. Wolałbym jednak rozmawiać o Chwinie (tym bardziej, że – jak już stwierdziłem – książki Grossa nie czytałem).

          PS. A fotografia? To, co rzeczywiście przedstawiała opisano w kilku artykułach (które czytałem, kiedy byłem jeszcze w Polsce). Chyba można jakoś do nich trafić. Powtórzyłbym tylko to, co zostało tam napisane przez hisotoryków – bo przecież sam żadnych badań nie przeprowadzałem.
          Ponadto, znów mogłabyś mi zarzucić, że się „naczytałem komentarzy” i przypomnieć, że moje opinie nie są przecież „definitywne” ani „miarodajne”.

        • jula Says:

          Na dowód, że natura ludzka jest paskudna, a skrajna bieda i zawiść podsycana przez religię doprowadza do tego, że ludzie zachowują się, jak w tym przypadku hieny a winnych jak najgorsze potwory świadczy fakt, śmieszny dla mnie, ale nie dla uczestniczących w tym ludzi, kłótnia o miedze na trzy palce pokazana w świetnym filmie pt. „sami swoi – I część”. Przecież Jasio w swojej zaciętości do samej śmierci nie pogodził się z sąsiadem o ten ubogi pasek ziemi na 3 palce ;).
          Polska przedwojenna była skrajnie biedna, chłopska i zabobonna tak w ponad 60 % a może i więcej !… Endecka.
          Hasło, kłamliwe zresztą do statusu majątkowego, ale celowo rzucone (szukanie kozła ofiarnego !) . „Wasze kamienice a nasze ulice”, do tej pory pokutuje. :(
          To nic dziwnego, że przez ciemne wówczas, głównie chłopstwo i nieliczny proletariat miejski, zostało chwycone i realizowane bez oporów. :(
          Ci co pomagali Żydom, byli jednak bardziej światli (wykształceni) lub rzeczywiście mieli mocny kręgosłup moralny !…
          No a rzez powojenna w Kielcach!, rok 68 !…
          No a co w tej chwili się dzieje w Polsce, to mogą tylko powiedzieć urzędnicy przyjmujący niezliczone ilości anonimów, tak od sąsiadów, jak i od najbliższych krewnych!…
          To i nic dziwnego, że rządzący cały czas bazują na tych negatywnych stronach ludzkich, to widać i słychać i czuć, jak tylko otworzy się gazetę czy dziennik w tv. I to z każdej strony !…
          Żądza pieniędzy i władzy jest nadal ponad a szczególnie ponad morale. :(
          Dlatego jesteśmy tak oburzeni na Grosa, że uderza w nasze zakłamanie i naszą podwójną moralność ! …

  5. Kartka z podróży Says:

    Jakiś czas temu oglądałem w tv tzw „aeropag gdański”. To takie dość nadęte w klimacie dyskusje publiczne na zasadnicze czy podstawowe tematy. Pewnie bym to ominął, bo unikam telewizji, ale akurat dyskusja miała dotyczyć wolności. Wolność w sensie indywidualnym jest raczej w duchowo skolektywizowanej Polsce niepopularnym, trochę wstydliwym tematem, więc mnie to zainteresowało. Dyskutowali o niej Jerzy Buzek, biskup Gocłowski, Konstanty Radziwiłł od katolickich lekarzy i właśnie Chwin. Moderatorem był jakiś ksiądz dobrodziej. Dyskusja jak można się było spodziewać skupiła się na rozmaitych zagrożeniach, które niesie ze sobą wolność oraz oczywiście o pożytkach płynących z wolności narodowej. Jednym słowem polska, nudna i jałowa norma.
    Ale w pewnym momencie Chwin zabrał głos. Miał doskonałe, wręcz w duchu egzystencjalnym wystąpienie o potrzebie ludzkiej wolności i buntu. Naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Część wystąpienia dotyczyła walki o wolność czy uzyskania wolności w rodzinie – z natury przecież opresyjnej i kolektywistycznej. Chodziło mu o wolnościowy bunt dziecka przeciwko rodzicom. O prawo do tego buntu przeciwko ojcu. Ten fragment zbulwersował Gocłowskiego i księdza moderatora. Miałem zabawę, bo nawet fukali pod nosami. No ale faktem jest, że Chwin – tym błyskotliwym wystąpieniem – tę debatę uratował. Przebił się przez pełen samozadowolenia banał jego oponentów.
    Ciekawy, z pozoru spokojny, wytonowany, wycofany trochę człowiek ale z czymś takim czysto brzmiącym w środku. Z dźwięcznym, czystym tonem. Ujął mnie wtedy tym egzystencjalizmem.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Tak, świetnie wyłapałeś ten egzystencjalny ton w myśli Chwina. Kiedy go czytam, to często mi do głowy przychodzi Nietzsche – wydaje mi się, że jest to ten sam rodzaj egzystencjalnej wrażliwości i podobna skłonność do buntu wynikająca z pragnienia zaczerpnięcia jakiegoś hałstu absolutnej wolności. Burzenie stereotypów, kwestionowanie pewnych wartości, moralna relatywizacja, sprzeciw wobec myślowemu wygodnictwu…
      Ja bardzo lubię (czytać) Chwina, choć nieraz mnie on irytuje. Ale ciekawe, że mimo dość ciężkiej problematycznej treści zawartej w „Kartkach”, czytając je, dość często się (pod nosem) uśmiechałem. Lecz poczucie humoru Chwina jest niezwykle specyficzne – coś jakby przekąs i ironia, ale jednak bez jadu (mimo, że sam się do niego przyznaje).

      Nieco się obawiałem, że pisząc ten tekst o Chwinie, jestem wobec niego niesprawiedliwy, bo skupiam się w zasadzie tylko na jednym, dwóch wątkach – tych dotyczących (deklarowanego, sugerowanego) stosunku pisarza do otaczającego go świata – w tym do ludzi, także do swoich czytelników. A jest on jednak dość przekorny, lekko prowokacyjny, a nawet świadomie mylący.
      Miałem też skrupuły, że dotykam Chwina zbyt osobiście, skupiając się na jego charakterze, cechach osobowych. Ale jednak, gdyby on sam o tym w swoich dziennikach nie pisał, to i ja bym zapewne tych wątków nie poruszał.

      Muszę jednak przy tym wszystkim dodać, że problematyka podejmowana przez Chwina jest niezwykle szeroka. Właściwie, o każdej z jego „Kartek” można by napisać esej – tak bardzo są one istotne, treściwe i nośne.

      PS. Dzięki za świetnie opisaną scenkę.
      Chwin, ze swoim światopoglądem wpisuje się w polski katolicyzm, ale bardziej na zasadzie kontestacji, łamania stereotypów, naruszania myślowych tabu, kwestionowania dogmatów… Nic więc dziwnego, że jątrzy nieco różnych takich księży dobrodziei :)

  6. Małgorzata_bez_Mistrza Says:

    W świetnych „Kartkach z dziennika” Chwina jest mnóstwo smakowitych kąsków. Ta książka ma wiele odcieni, niesamowite zatrzęsienie przeróżnych tematów, no i nie pozbawiona jest humoru.
    Oto na stronie 400 można przeczytać: „Dlaczego człowiek, którego słowa rzucane do mikrofonu spokojnym, stanowczym głosem, doprowadziły do zabicia kilkunastu ludzi na kolejowym wiadukcie, musiał w historii świata jawić się jako nosiciel zabawnego (…) nazwiska „Kociołek”?(…) ale do czego i komu była potrzebna zagadkowa koincydencja nazwiska i faktu, w której żartobliwe słowo „Kociołek” mimowolnie stało się złowroga nazwą naczynia ludzkiej krwi?
    I co myśleć o wyobraźni nieznanego Happenera, który sprawia, że szefem fundacji pomocy dla rodzin policjantów poległych na służbie zostaje komendant Władysław Padło, komendantem ochotniczej straży pożarnej Stanisław Pożoga, a wiceministrem rolnictwa Jerzy Plewa? Kim jest ten, kto nie może powstrzymać się od takiej -przyznajmy- nieco farsowej zabawy faktami , nazwami i nazwiskami, i sprawia, że mecenas Robert Dzięciołowicz jest jest adwokatem Słowika, o czym informuje rzecznik policji w Szczecinie, Robert Sekret, do bezpłatnych badań AIDS zachęca w telewizji miła doktor Zarazińska, zaś szefem szkolenia wojsk lotniczych zostaje Jerzy Leń?
    Więc tak wędrując ulicami mojego miasta pytam i pytam siebie bez końca: Kim jesteś Duszo Świata, Losie, Przeznaczeniu, Nieznany Sprawco, czy jak cię tam nazwać, że lubisz układać takie z lekka szalone scenariusze?”

    Myślę, że dzisiaj Pan Stefan Chwin dodałby jeszcze jeden przykład do swojej kolekcji. Jakże smakowity: spowiednik katolika Komorowskiego: ksiądz Andrzej Luter…. :)

    • Jula Says:

      Bardzo ciekawa zbieżność z tymi nazwiskami zacnych ludzi na zacnych stołkach ;)
      Nie od dzisiaj wiadomo,że większość nazwisk to dawne przezwiska :D
      Ciekawa jestem, jak się uzupełniają nazwiska tych co siedzą na światowych stołkach i trzęsą naszym globem :O !!! …
      Miłego…

  7. Miriam Says:

    Oto myśli Stefana Chwina, które towarzyszą mu przy pisaniu:

    1. Najlepiej pisze się na wygnaniu.

    2. Zawsze wstydzimy się tego, cośmy napisali, nawet jeśli nie mamy żadnych powodów do wstydu.

    3. Najgłębsza mądrość pisarza kryje się w talencie przemilczeń.

    4. Dla wielu recenzentów dobra książka to taka, o której się łatwo pisze.

    5. Gdzie jest Prawda, tam nie ma Piękna.

    6. Jedynym prawdziwie ważnym celem pisania jest sporządzać akt oskarżenia przeciwko Temu, który nas tak urządził.

    7. Nie ufaj Pisarzom Pocieszycielom. Większość z nich naprawdę myśli tylko o pocieszeniu samego siebie.

    8. Państwo jest zawsze przeciwko literaturze, chociaż literatura nie zawsze jest przeciwko państwu.

    9. Piszemy po to, by o nas pisano.

    10. Nigdy nie zależało mi na tym, by dzienniki intymne, które czytam, były szczere.

    11. Nie interesuje mnie żadna Literatura, Naród i Kultura Narodowa. Piszę głównie po to, żeby Ona zakochała się we mnie po raz czwarty.

    12. Co po pisarzu zostaje? Trochę plotek, które czasami trafiają do encyklopedii.

    13. Nikt nie pamięta, kto cztery lata temu dostał literacką nagrodę Nobla.

    14. Żadne arcydzieło literatury nie może się nawet równać z doskonałością skromnego kryształu ametystu.

    15. Pisze się dla serca. Drukuje dla pieniędzy.

    16. Każdy pisarz ma w życiu swoje pięć minut. Należy wierzyć, że mamy je jeszcze przed sobą.

    17. Definicja pisarza? Człowiek łatwy do zranienia, który zawodowo rani innych.

    18. Co mi z tego, że Wszechświat jest Księgą, skoro nie umiem jej odczytać?

    19. Pisarzu, nie bój się. Strach jest wierny. Nigdy cię nie opuści.

    20. W literaturze bardziej cenimy piękno, które nas uwodzi, niż mądrość, która zbliża nas do prawdy.

    21. Prawdziwa wolność literatury to prawo do publicznego pisania o tym, o czym nikt nie chce słyszeć.

    22. Spośród wszystkich pisarzy najlepiej żyje się sprzedawcom nadziei.

    23. Twórczość literacka: wdzięczenie się artysty do ludzi, żeby zasłużyć na wzmiankę w encyklopedii.

    24. Dzięki czytaniu uwalniamy się od złych skłonności. Dlatego w głębi ducha żądamy, by pisarz pozwalał sobie na wszystko.

    25. Kto czyta, ten błądzi.

    26. Pamięć narodowa jest fikcją. Pisarz nie ma tu nic do roboty. Większość ludzi nie pamięta nawet tego, co zdarzyło się przed pięcioma dniami.

    27. Kto pisze, zawsze pisze przeciwko sobie.

    28. Fundamentem literatury jest plotka, która czasem nazywa się mitem, a czasem Pismem Świętym.

    29. Książki umierają ciszej niż ludzie.

    30. Większość dobrych książek mówi niedobre rzeczy o życiu.

    31. Talent na usługach mądrości jest zobowiązany do odbierania wszelkiej nadziei.

    32. Wielkie komedie rozśmieszają nas do łez dlatego, że są czarne jak śmierć.

    33. Paradoks sztuki: mówić z wdziękiem rzeczy okropne, od których włos jeży się na głowie.

    34. Nic bardziej depresyjnego, niż pisanie ku pokrzepieniu serc.

    35. Większości ludzi nie czeka na prawdę, tylko na spójną narrację.

    36. Książki optymistyczne najskuteczniej odbierają ochotę do życia.

    37. Większość ludzi jęczy: „Pociesz mnie… Wszystko jedno jak, tylko pociesz mnie…” Pisarz powinien być głuchy na te wezwania.

    38. Nawet najmądrzejsze książki nie mają wyjścia: muszą się podobać.

    39. Ludzie nie pytają, czy książka jest prawdziwa, tylko czy jest smutna czy wesoła.

    40. Prawdziwy poeta pisze po to, by wciągnąć kobietę do łóżka. Wiedział o tym Goethe i Mickiewicz. Właśnie dlatego powstały prawdziwe arcydzieła.

    41. Można na zimno napisać żarliwy erotyk, podobnie jak można świetnie upiec mazurek wyłącznie w oparciu dobrze napisaną książkę kucharską.

    42. Ktoś, kto wychwala pokorę na piśmie, starając się, by jego pochwała pokory brzmiała pięknie, grzeszy pychą.

    43. Poezja religijna jest niemożliwa. Ci, którzy modlą się do Boga wierszami przeznaczonymi do druku, mizdrzą się do ziemskich czytelników, by zasłużyć na pochwałę, że modlą się pięknie.

    44. Kto pisze, uprawia zawód wysokiego ryzyka. Cokolwiek byś nie napisał, jedni będą ci klaskać, drudzy krzywić się, a trzeci rozmyślać nad tym, jak zamknąć ci usta. Dobry pisarz to ten, kto umie przeciągnąć na swoją stronę większość. Prawda i Piękno to tylko statystyka.

    45. Biblioteki uczą pokory. Ilość książek, których nikt nigdy nie przeczyta, przerasta milion razy ilość książek, które ktokolwiek weźmie do ręki.

    46. Sztuka nieprzyjmowania świata do wiadomości jest jednym z najcenniejszych talentów człowieka. Widzieć tak, żeby nie widzieć. Wiedzieć tak, żeby nie wiedzieć. Literatura, która oddziela nas od rzeczy, jest cenniejsza od gotyckich witraży, w których pospolite słońce zamienia się w tęczę.

    47. Dobrze napisane dzieła depresyjne wzmacniają duszę, to znaczy dają nam siłę do życia.

    48. Pisarz nawet kiedy pochwala śmierć, stoi po stronie życia.

    49. Na prawdziwe zaufanie zasługuje pisarz, który niezbyt ufa sobie.

    50. W literaturze dobro bywa złem, jeśli kole w oczy.

    51. Pisarz, który nie wie, czego szuka, znajduje więcej.

    52. Nie wierz, że wśród pisarzy spotkasz braci w cierpieniu.

    53. Nie znam pisarza, który by nie przegrał swojego życia. Nawet jeśli je wygrał.

    54. Pisarzu, jeśli płaczesz z bólu, rób to z wdziękiem. Tylko wtedy zasłużysz na ludzkie względy.

    55. Prawdziwy pisarz-humanista lubi ludzi umiarkowanie.

    56. Pisarz, który mówi: „Nie warto żyć”, zwycięża śmierć przy pomocy zdania.

    57. Bóg jest dziełem pisarzy. Kto Go wymyślił, był większy od Szekspira.

    58. Szlachetne żądanie, byśmy żyli w prawdzie, ociera się o sadyzm. Gdybyśmy naprawdę żyli w prawdzie, popełnialibyśmy samobójstwa masowo. Dlatego pisarz – podobnie jak papież – nie powinien być po stronie prawdy.

    59. Nikt nie przeczytał tego, co powinien przeczytać.

    Tekst pochodzi STĄD (Polityka.pl Kultura, 20 kwietnia 2011)

  8. dobrochna Says:

    Pisanie to dla mnie także twórcze uczucie miłości, bo czego by innego…
    Piszę, bo chcę i muszę jednocześnie.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s