GOMBRO à la GRABO, CZYLI GĘBA UJAJCOWIONA, PUPA UHAHANA…

o „Dziennikach” Witolda Gombrowicza, wyreżyserowanych przez Mikołaja Grabowskiego i wystawionych przez aktorów teatru IMKA z Warszawy na scenie Copernicus Center w Chicago

.

Gombrowicz zdekonsruowany (Piotr Adamczyk, Magda Cielecka i Jan Peszek mówią

Gombrowicz zdekonstruowany (Piotr Adamczyk, Magdalena Cielecka i Jan Peszek mówią „Dziennikiem”)

.
Mistyfikacja jest zalecona pisarzowi. Niech zmąci wodę
wokół siebie, aby nie wiedziano kto zacz – pajac? kpiarz?
mędrzec? oszust? odkrywca? blagier? przewodnik?
A może jest on tym wszystkim naraz?

1.

Jechać z Gombrowiczem do polonijnego epicentrum w Ameryce, to jak wkładać kij w mrowisko… Albo tak by się mogło wydawać, mając na względzie obrazoburstwo gombrowiczowskiego podejścia do tzw. „polskości” (tradycja, religia, kultura, mentalność…) i konserwatyzm amerykańskiej – zwłaszcza chicagowskiej – Polonii, dla której Polska (Ojczyzna) to świętość, a katolicyzm to jej fundament. Ale – jak się okazuje – nie taki diabeł straszny, jak go malują i nie taka Polonia amerykańska mentalnie zastygła i w polskości zesklerowaciała, jak krąży o niej fama. Oba podejścia są już chyba anachronizmem, bo ów zjadliwy „diabeł” cyniczny zamiast straszyć śmieszy, a Polonia miast zapałać świętym oburzeniem, pokłada się ze śmiechu. Bo właśnie do czegoś takiego doszło na deskach i w fotelach Centrum Kopernikowskiego w ostatni weekend.
A może tu chodzi jeszcze o coś innego?

2.

Paradoksem jest to, że Gombrowicza – mimo, że wręcz organicznie nie znosił upupiania i przyprawiania gęby – upupili, przyprawiając mu także gębę, jego właśni admiratorzy. Bowiem już samo używanie pupy i gęby jako wytrychu, nie tylko do osobowości, ale i twórczości pisarza, jest według mnie jego upupianiem i doprawianiem gęby – a przede wszystkim spłycaniem jego twórczości, swoistą grepserą, która ma zastąpić bogactwo Gombrowiczowych wątków (można by wymienić kilkanaście takich grepsów obecnych w popularnym – ale i profesjonalnym – obiegu, w powszechnej świadomości dyletantów i laików – ale i tzw. „znawców” – podczas gdy zbiór tematów pisarza jest nieprzebrany, a kanwa, na której on to wszystko wykładał, niebywale rozległa… tylko kto Gombrowicza tak naprawdę czyta?)
To prawda, że Gombrowicz związany był z polskością (ale z czym innym miał być związany, z chińszczyzną!?*), lecz polskość wcale nie była dla niego tematem kluczowym, tak jak by tego chcieli jego egzegeci, komentatorzy i gimnazjalni poloniści. Sam o tym pisał w Dziennikach: „Ale we mnie, może w skutek większego geograficznego dystansu, a może wskutek większego dystansu duchowego, ten proces antypolski został zamrożony, a ja o Polsce pisałem zawsze chłodno, jak o jednej z przeszkód, utrudniających mi życie, dla mnie Polska była i jest tylko jednym z rozlicznych moich kłopotów, ani na chwilę nie zapomniałem o drugorzędności tego tematu.” (podkreślenia Gombrowicza)
Warto zwrócić uwagę na określenie: „antypolski”. Bo tutaj sam pisarz przyznaje się, do tego jaka była jego rzeczywista postawa, pozbawiając tym samym argumentów tych, którzy utrzymywali, że mimo krytyki polskości, Gombrowicz był w rzeczywistości patriotą, tyle że ukrytym – kimś w rodzaju takiego patrioty à rebours – bo przecież, gdyby Polska była mu obojętna i niewiele go obchodziła, to by o niej tyle nie pisał. A skoro pisał, to był nią przejęty i chciał jej dobra – chcąc zarówno Polaka, jak i jego polskość, poprawić. Mnie się jednak wydaje, że owa polskość przyczepiła się do Gombrowicza, jak – nie przymierzając – rzep do psiego ogona i on po prostu chciał ją z siebie strząsnąć, by – jak sam to wyraził – dotrzeć do samego siebie – do kogoś, kto nie jest już określony przez narodowość i miejsce, skąd się pochodzi, tylko przez swoją własną „ludzkość” (człowieczeństwo) oraz indywidualność i osobniczy rozwój. Ale czy to w ogóle jest możliwe? A może to kolejny erudycyjny fikołek pisarza, który fajnie się czyta, ale który wisi jednak abstrakcyjnie w powietrzu i ma niewiele wspólnego z rzeczywistym gruntem, po którym drepczemy naszymi nóżkami? Tym bardziej, że nie ma jednak ucieczki przed formą: uchylając się przed jedną formą, wpadamy natychmiast w drugą. (Gombrowicz: „Im bardziej jest się poza formą, tym bardziej jest się w jej mocy”. Poza tym: czyż to nie forma nas stwarza, a nie my formę?)

3.

Mikołaj Grabowski, który wziął na swoje barki (czy też raczej głowę) karkołomne według mnie zadanie wyboru fragmentów z „Dziennika” i zaadaptowania ich na teatralną scenę, oczywiście nie pominął tychże wątków polskich, wydawałoby się: cokolwiek już wytartych (awantura o nie miała przecież miejsce dobre pół wieku temu) i w jego pisarstwie zwietrzałych; nawiązał nawet do polityki (przytaczając filipikę Gombrowicza przeciw demokratycznym wyborom), jak również do pacyfistycznej postawy pisarza, który jako żołnierz byłby, wedle jego własnych słów, „katastrofą” (to też jest od dawna nagminny zarzut przeciw Gombrowiczowi: że w obliczu wojny zachował się jak tchórz, zamiast walki z Niemcami wybierając wieloletni urlop w Argentynie, gdzie się tylko wymądrzał, usprawiedliwiając swoją antypolską postawę jakąś wydumaną literacką ekwilibrystyką.) Nie zabrakło też ustępów szydzących z polskich kompleksów leczonych bałwochwalstwem wobec naszych narodowych skarbów i świętości (bo przecicż byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa, mamy Wawel, Słowackiego i Mickiewicza; Chopin, Kopernik – a nawet Nietzsche! – byli Polakami, no i wiadomo: nie wypadliśmy sroce spod ogona – to wszystko powtarzane mechanicznie na scenie jak przez bandę manekinów – ćmoków ssących przy tym cukierki i mlaskających – niczym marionetki pociągane za sznur przez Adamczyka). Nie zabrakło też znanego wszem i wobec grepsu o Sienkiewiczu – tym „pierwszorzędnym pisarzu drugorzędnym” (choć takie określenia, jak „ten demon, ta katastrofa naszego rozumu, ten szkodnik” zostały chyba na scenie pominięte – ja przynajmniej ich sobie nie przypominam).
Dostało się też snobom i stadnemu zachwytowi nad sztuką, filistrom prowadzonym na pasku mód, pseudo-smakoszom sztuki „wysokiej”, którzy jak pies Pawłowa ślinią się na widok wszystkiego, co podsuwa się im pod nos, mówiąc że to jest wielkie, piękne, boskie i w ogóle arcydzieło.

4.

Ale na szczęście Grabowski wyłuskał z „Dzienników” również to, co odnosiło się do sedna egzystencjalnego doświadczania świata przez pisarza, jako istoty zanurzonej w rzeczywistości, która nie szczędzi mu swoich strasznych odsłon – zwłaszcza w tej warstwie z pozoru zwykłej i banalnej, ale ciągle podmywanej przez podziemny nurt rzeki ciemnej i wezbranej, nasączonej grozą. Problem w tym, że owa groza rozchodziła się natychmiast po kościach aktorów, rozwiewała się momentalnie w kiczowatym wystroju sali Copernicus Center – rozstrzeliwana przez salwy śmiechu rozbawionej tym wszystkim publiczności (by nie napisać w tym kontekście: gawiedzi**).
No bo czyż śmieszne nie jest to, że armia żuczków na plaży leży przewrócona na grzbiet, że stworzenia te przypiekane są niemiłosiernie przez słońce, przebierając w powietrzu nóżkami, bezradne wobec fatalizmu cierpienia i zgonu jaki w końcu czeka wszystkie istoty żywe? Albo: czyż to nie są jaja jak berety z tym zdychającym psem, którego agonię można odebrać tak albo tak, czy też może jeszcze siak czy owak – w zależności od widzimisię i samopoczucia jego pana, człowieka ponoć myślącego, a na dodatek kulturalnego?
Jest jeszcze ogromna potliwość pisarza – z samego siebie się wypacającego w upale – i płynącego gdzieś, płyyyyynąąąąceeeego… rzeką „niesamowitą” i o zmętniałej wodzie „jak z innej planety”, w tej rozlewności powszechnej nad otchłanią bezdenną, w tym rozpływaniu się namacalnego – w tym rozżarzeniu i rozedrganiu – kiedy gubi się sens i zaczynają się dziać rzeczy dziwne: „Dręcząca zawiłość na horyzoncie, ciężkie i brudne wymiona nieba zwisające nad splątaniem rozpędzonym i wrącym tej milionowej zmory niepojętej.” Człowieka trwoga przenika.
A tu śmiech na sali!

5.

Reżyser scenicznych „Dzienników” powiedział w jednym z wywiadów, że zależało mu na tym, by tekst Gombrowicza ukazać w sytuacji „krystalicznej, czystej i prostej”, zaś Magdalena Cielecka oświadczyła, że „wszystkie treści, cała zawartość Witolda Gombrowicza nie jest zaburzona przez inne rzeczy, nie odciąga naszej uwagi od zrozumienia tekstu”, innymi słowy: „zależało nam na tym, żeby widz wyszedł z teatru raczej z myślą Gombrowicza, niż z obrazami z przedstawienia.”
Ja jednak uważam, że tak się nie stało. Otóż aktorzy moim zdaniem tak „przysiedli” tekst Gombrowicza, tak wciągnęli go w swoje pląsy i galop, tak go „przy-SWOILI”, tak go ochędożyli sobą, że Gombrowicz w tej polifonii form wsobnych nie tyle utkwił (zawsze się bał uwięzienia w formie własnej, a co dopiero cudzej), co rozproszył się i rozniósł po sali, rozlał potokiem słów w tym gadulstwie nieokiełznanym – frazą, którą publiczność łapała jak umiała. A jak złapała – jakieś słówko, minę i gest – to się śmiała.
Ale, to nie wszystko – bo to nie był śmiech pozwalający na Katahrsis (wbrew temu co sobie założył reżyser, mówiąc: „śmiech gombrowiczowski nie jest po to, żeby widza ubawić, uhahać, tylko po to, żeby przez ten śmiech widz się oczyścił, tak jak Katharsis w antycznym teatrze”), ale śmiech właśnie uhahany. (Panie reżyserze, tu uwaga na marginesie: Katharsis!?, w sali, na Jackowie, nieopodal Milwaukee Ave. w Chicago? Really!? No jak przeżywali Katharsis, skoro go nie przeżywali?)

Paradoksalnie, do tego zawładnięcia – wzięcia w interpretacyjny jasyr – prozy Gombrowicza przyczyniło się to, że w przedstawieniu tym wzięli udział świetni aktorzy, obdarzeni mocnym charakterem i wyraźną osobowością sceniczną. To dlatego, summa summarum, wszyscy odnieśli wrażenie, że jest to przedstawienie nadzwyczaj udane. A im bardziej odnosili takie wrażenie, tym bardziej stawało się ono udane… Ale jednak udane było jako komedia, która często aż zanadto zbliżała się do kabaretu, a czasem to nawet do groteski.*** Dlatego widownia tak dobrze się bawiła, dlatego rozweseliła się i uśmiała – ale raczej pozostała impregnowana na gombrowiczowski sarkazm, złośliwość, zjadliwość, prześmiewczość, szyderstwo i drwinę. Innymi słowy, wątpię w to, że publiczność polonijna przeglądnęła się w Gombrowiczu jak w gogolowskim lustrze, uświadamiając sobie, że przecież z samej siebie się śmieje. Nie, z samego siebie tak się śmiać nie można – śmieliśmy się z innych.
I jak na komendę. Także klaskaliśmy. Bo oto Adamczyk rzuca w nas Gombrowiczem: „Oklaski.” (tutaj zaczynamy klaskać) „Oklaski znawców.” (klaszczemy nieco głośniej) „Oklaski amatorów.” (to samo mniej więcej natężenie oklasków) „Oklaski ignorantów.” (tutaj klaszczemy nieco ciszej) „Oklaski stadowe.” (mimo wszystko – a może właśnie dlatego – klaskanie się wzmaga!) „Oklaski wywołane oklaskami.” (nie ma co się zastanawiać – klaszczemy dalej) „Oklaski rosnące sobą” (rzeczywiście – rosną w nas i rosną), „piętrzące się na sobie” (tak właśnie: jedno klaskanie wchodzi na drugie wzmożone, coraz bardziej głośne), „podniecające” (tutaj rozlega się aplauz prawie), „wywołujące siebie” (oklaskowe continuum uderza pod sufit)…„i już nikt nie mógł nie klaskać, gdyż wszyscy klaskali” (tak, tak – tak właśnie było!).

6.

Tak więc aktorzy opanowali Gombrowicza na scenie. Ale i widownię. Kiedy oglądałem klip z jakiegoś wcześniejszego wystawienia ‚Dzienników” w Polsce (Lubin czy Lublin – już nie pamiętam), uderzyło mnie to, jak inaczej zagrali to samo aktorzy w Chicago. Tam: bez większego przekonania, bezbarwnie, potykając się nawet; tutaj – z pewnością, wyrazistością, polotem i werwą. Ja myślę, że doszło do czegoś w rodzaju sprzężenia zwrotnego – aktorzy i widzowie nakręcali się nawzajem, przez co w aktorską trupę wstąpiło życie – jakaś nadzwyczajna performerska energia.
Gombrowicza przy tym rozebrali i zdekonstruowali, ale jakby go przy tym wzmacniając – tyle, że bardziej w tej warstwie werbalnej, niż znaczeniowej, bardziej jednak w obrazkach i ruchu, niż w semantyce i myśli.
Czy to źle, czy dobrze? Nie wiem.

To w sumie zdumiewające, jak łatwo Gombrowicz „dziennikowy” dał się temu zespołowi „podebrać” scenicznie. Można było odnieść wrażenie, że to sam Gombrowicz rozpisał siebie na poszczególne postaci, dzięki czemu one wcale nie musiały szukać autora – on im się tam po prostu wykładał: jak nie na rzece Paranie, to na argentyńskim piasku, jak nie w sali koncertowej, to w salonie snoba… Ujawnia to tylko wielkie możliwości polifoniczne tego co pisał Gombrowicz – co pewnie było skutkiem specyficznego (rozczłonkowanego, rozedrganego, nadwrażliwego…) postrzegania przez niego rzeczywistości i próbą ujęcia tego w ekspresji słowa.
Teatr IMKA wymyślił sobie przed premierą hasło: „Każdy z nas jest Gombrowiczem”, ale – jak przyznała Cielecka – było to raczej hasło marketingowe. A jednak w tym coś jest: bo przecież na scenie każdy z aktorów stawał się w jakimś sensie Gombrowiczem, choćby przez to, że mówił „nim” w pierwszej osobie.
Jan Peszek to Gombrowicz stary, ale nadal obsesyjnie zajęty ciałem (i to nie tylko swoim), hiper-ruchliwy (nie tylko mentalnie), esteta i satyr – raz ostry i przenikliwy, innym razem zaś mętny, zrzędliwy, cyniczny. Widziałem, że aktor ten doskonale znajdował się w tym Gombrowiczu, który przypominał jego samego (inteligencja, biologizm, estetyzm, kinetyka, styl – o pewnym powinowactwie poglądowym nie wspominając) i wykładał to na scenie jak w swoim dominium. Peszek zawsze dla mnie będzie wielki (m.in. za interpretację Schaeffera, która dzięki niemu utkwiła mi w głowie jeszcze w czasach mego pacholęctwa).
Piotr Adamczyk zaś to Gombrowicz wcielający się często w to, z czego sam szydził, ale także narrator, dyrygent, instrumentalista i… tancerz. Aktor wszechstronny i koncertowy – w dobrym tego słowa znaczeniu. Magdalena Cielecka rozsiewała po scenie Gombrowicza wydelikaconego (jej kobiecość raczej nie była przeszkodą w ukazaniu tej „feminalnej” strony pisarza), dyszącego i potliwego – zmagającego się zarówno z przejaskrawionym, jak i ciemnym nurtem egzystencji. Uderzyła mnie inscenizacyjna pewność tej aktorki – jej wielka umiejętność poruszania się zarówno w repertuarze gestów, jak i znaczeniach wypowiadanych przez siebie słów. Tomasz Karolak to coś jakby parobkowa antyteza Jaśniepanicza, z jednej strony misiowaty, ale z drugiej bardzo energiczny; bezpośredni i fizyczny, ale mający pretensje do empatii; z pozoru prostacki, ale z tęsknotą za inteligencją. Wydawało mi się, że to on głównie pchał „Dzienniki” w stronę kabaretu. W stronę Polaka gbura grawitował zaś Andrzej Konopka – ponurym zwykle spojrzeniem taksujący widownię, jakby taki Polak trochę skacowany. Miał swoje wzloty, ale też lekkie potknięcia – myślę że najlepiej niestety wyszło mu wykręcanie sobie gęby Sienkiewiczem i sarmatą. Aktor ten poszedł więc w stronę szyderstwa, ponuractwa i karykatury. Iwona Bielska… Tę panią jest mi rozgryźć trudno, bo raz była taka, innym razem znów owaka; raz grała tak, to znowu siak – nadawała się dobrze zarówno na kobietę z zasadami – wyniosłą i arystokratyczną, jak i na rajfurę – zjadliwą i gderliwą. W tej swojej czerni i w krześle jeżdżącym po całej scenie na kółkach, sprawiała na mnie wrażenie matrony – ale takiej wywrotowej, z anarchistycznym zacięciem. No i – last but not the leastOlga Mysłowska, czyli Gombrowicz wokalny. Przenikliwa, przenikliwa… Statyczna i drobna, lecz w istocie silna. Płynąca w tym nurcie z czerni z miną zaciętego mima. Niby krucha, bo filigranowa, a jednak potrafiąca wprowadzić nas w niezłe wibracje – naprawdę zatrzęsły mną czasami te jej tony i interpretacje. Wydawać by się mogło, że ten demarczykowo-sopranowy duch nie przystaje do komedii jaką odstawiali wszyscy aktorzy, ale jednak dla mnie to zagrało i brzmiało – było kontrapunktem i przeciwwagą do (być może zanadto) rozochoconego humorem i śmiechem, ruchliwego towarzystwa z IMKI.
No cóż – wychodzi na to, że było bogato.

7.

Jak nie żałowałem, że nie było mnie w Copernicus Center, kiedy przybył tu Obama, tak miałbym czego żałować, gdyby mi się nie udało być tu na spektaklu IMKI.

greydot.

* To oczywiście nawiązanie do riposty Gombrowicza, który na „wydziwianie” (m.in. Kisiela), że ma on „niezdrowy romans i zasadniczy szał” z polskim dziedzictwem, odparł: „A z jakimże mam mieć? Z chińskim?”, co naturalnie było klasycznym odwróceniem kota ogonem i miało jednak coś ze „rżnięcia głupa”.

** Nie chcę być jednak tak złośliwy, jak Gombrowicz, który swego czasu stwierdził: „większość czytelników to lud prymitywny”.

*** Nic nie robiąc sobie z tego, co Gombrowicz napisał o grotesce: „Gro­tes­ka to sig­num nieudol­ności, mar­ka fab­ryczna tandety.” Pewnie dlatego, że pisarz sam często w niej się pławił.

.

Ciało zagrało - zmagania Gombrowicza nagim bytem i niewygodną egzystencją w strasznym świecie. Od lewej: Magda Cielecka, Jan Peszek, Tomasz Karolak, młody kolos (aktor anonimowy), Andrzej Konopka i Iwona Bielska.

Ciało zagrało – zmagania Gombrowicza z nagim bytem i niewygodną, potliwą egzystencją w świecie rozpławionym i rozbabranym. Od lewej: Magda Cielecka, Jan Peszek, Tomasz Karolak, młody bóg – latynoski kolos (aktor nieznany), Andrzej Konopka i Iwona Bielska.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE

.

PS. Za te zdjęcia to Karolak chciał mnie rozstrzelać (mierząc do mnie z karabinu), ale na szczęście więziła go forma… nie mówiąc już o tym, że karabin był atrapą – i na pewno nie była to strzelba Czechowa.

.

ŹRÓDŁO (rzecz o twórczej udręce)

*

Jestem więc cierpię. Cierpię więc tworzę. Czyli cierpienie jako źródło wszelkiej twórczości? Czy jednak do takiego stwierdzenia można by się posunąć, jakkolwiek brzmiałoby ono zgrabnie i kusząco? Pamiętam, że pewien sprzeciw wywołały kiedyś we mnie słowa Jana Pawła II, który stwierdził, że “człowiek narodził się po to, by cierpieć”. Jakiż to Bóg Ojciec – Stwórca byłby tak złośliwy i okrutny, by powoływać do życia swoje dzieci tylko po to, by cierpiały?
A wołanie to dobiega czasami z dna naszej Hiobowej nędzy, żalu i rozpaczy. Cóż, taka jest niekiedy ludzka perspektywa – bo jednak cierpienie jest nierozłącznie wpisane w naszą ludzką egzystencję. Cierpienie towarzyszy również prawie wszystkim artystom – jest na porządku dziennym w życiu wielu twórców.

*

Stanisław Wyspiański, „Tetyda i Achilles”

WYJŚĆ POZA CIERPIENIE (Stanisław Wyspiański)

Kiedy Stasiu miał 7 lat umarła mu matka. Później piętnem na jego psychice odcisnęła się nieuleczalna choroba. I właśnie w ciągu tych kilku lat po tym, jak Wyspiański uświadomił sobie, że jest śmiertelnie chory, nastąpiła eksplozja jego twórczości. To dlatego wiele z jej motywów uwikłanych jest w śmierć, która dla Wyspiańskiego była swoistą inicjacją w kulturę, mitologię, egzystencję, w siebie samego wreszcie… Tej inicjacji nieodłącznie towarzyszyło cierpienie, które zdominowało Wyspiańskiego na tyle, że ośmielił się on w jednym ze swoich listów napisać coś zaiste szokującego:
„… tylko człowiek cierpiący zdolny jest do tworzenia czegoś. Jest to myśl moja, aby ludzi z talentem właśnie w ten sposób przymuszać do jakiś cierpień. Ja bym im zabił i wytruł całą rodzinę, aby się w nich zbudził duch twórczości, ja bym ich umieścił na odludnej skale, aby tam męki przechodzili, bo wtedy zacząłby żyć ich ogień i płomień święty, ocknęłaby się poezja i melodia rozpierała im piersi – poczęliby tworzyć poemata i dramat.”

Oczywiście stwierdzeń takich nie należy brać dosłownie. One służą jedynie emfazie, z jaką chce nam ktoś przekazać swoje przeświadczenie o twórczej sile, jaką dla człowieka może mieć cierpienie, również to wynikające ze świadomości przemijania i śmierci. Człowiek twórczy jest tu w tej lepszej sytuacji, że może te swoje traumy przetransponować w coś, co jest cenne dla innych ludzi, dla kultury. W tym sensie cierpienie jest czymś pozytywnym. Są jednak sytuacje, kiedy cierpienie człowieka przytłacza, dławi i niszczy. Wtedy jest bezsensem, tragedią i wydaje się absurdalne.
Wyspiański zdołał „przepisać” siebie poza śmierć i cierpienie – dokonać swoistej transgresji – dzięki temu możemy się przyjrzeć bliżej temu, co nam zostawił: pięknu i bogactwu swojej sztuki.

Pablo Picasso, „Obłąkany”

WARIAT I LITERATURA  (Jerzy Krzysztoń)

To była jedna z tych wielu książek, które od lat czekają na półce w kolejce, bym wreszcie zajął się ich lekturą. W końcu udało mi się ją przeczytać. Odkładam ją z mieszanymi uczuciami, aczkolwiek nie uważam, że czas, który jej poświęciłem, był czasem straconym.

Moim zdaniem „Obłęd” wykracza daleko poza literaturę, jak wszystko co pisane jest własną „krwią” – wszystko co zlepione jest z osoczem egzystencji człowieka, który nie zmyśla, nie fantazjuje, a daje świadectwo własnemu istnieniu – poprzez wszystkie swoje udręki i ekstazy, agonie i olśnienia, przerażenia i ukojenia.  Żyje w horrorze i cudowności własnego świata… I bez znaczenia jest to, czy świat ten urojony jest czy też realny, gdyż dla doświadczającego go człowieka prawdziwy jest zarówno jeden jak i drugi.

A jednak książka Krzysztonia jest również literaturą – i jako taka może być poddana zwykłej literackiej krytyce. Lecz wtedy niejako zaciera się jej wyjątkowość – staje się ona bardziej tworem sztuki niż egzystencjalnym fenomenem. Tak dzieje się również wtedy, kiedy autor zamienia się w literata – dla potrzeb formy, kompozycji, stylu, treści… za pomocą tych wszystkich warsztatowych sztafaży zaczyna kalkulować, konfabulować, świadomie tworzyć fikcje… Chociaż w „Obłędzie” trudno jest nam  uchwycić ową granicę, to jednak intuicyjnie wyczuwamy, kiedy mamy do czynienia z autentycznym przeżyciem, a kiedy z gawędą pro fabula bono. I bywa niestety tak, że owe fantazje stają się nużące – spoza literackości zaczyna wyzierać ich jałowość. Nie to jednak zdominowało moją percepcję „Obłędu”. Najważniejsze stało się dla mnie utrwalone tam ludzkie doświadczenie szaleństwa.

Nasz mózg jest niewiarygodnym i niepojętym tworem Wszechświata. Jego cudowność powinna być koronnym argumentem przeciw twierdzeniom o przypadkowości życia na ziemi. Zresztą, w sferze Najwyższego Porządku, nie ma, moim zdaniem, miejsca na coś takiego jak przypadek. (Ale to temat do innych rozważań.) Bywa, że w tak fascynującym organie rodzi się coś równie fascynującego, a mianowicie obłęd.

Caravaggio, „Niewierność Św. Tomasza”

SMĘTNY CICERONE (Gustaw Herling-Grudziński)

„Opowiadania” Herlinga-Grudzińskiego. Wraz z „Dziennikiem pisanym nocą” – to swoista repetycja ćwiczeń w melancholii. Pisarz, który wydaje się dźwigać na sobie całe brzemię okrutnego XX wieku. Ocalony z sowieckich obozów zagłady, przygnieciony okrucieństwem dwóch potwornych totalitaryzmów, Herling-Grudziński odprawia rekolekcje nad ludzkim losem.
Jego pisarstwo to ciągłe leczenie ran odniesionych w „innym świecie”, na „nieludzkiej ziemi”. Rekonwalescencja okazuje się niezwykle trudna, wręcz niemożliwa… dlatego, że ów „inny świat” jest po prostu również „tym” (naszym) światem, a „nieludzka ziemia” – ziemią, planetą ludzi czyli realnym miejscem gdzie żyjemy i gdzie rozgrywają się wszystkie nasze dramaty, okrucieństwa i zbrodnie. Gułagi i obozy koncentracyjne nie były umiejscowione na jakiejś odizolowanej wyspie w kosmosie. Bomby spadające na Warszawę, Hiroszimę czy Drezno nie były żadną fikcją wymyśloną w powieściach science-fiction. To fakty, z którymi porać się muszą nasze mniemania o nas samych.

Tak, to prawda – z jednej strony to, co pisze Herling-Grudziński może pociągać, z drugiej zaś – odpychać. Brakuje bowiem w jego ciemnej palecie jaśniejszych tonów, przytłacza powaga, żałoba i fatalizm, nie ma humoru ani ironii. Jeśli już pisarz decyduje się na dystans do świata, w którym żyje, to za pomocą zobojętnienia, może nawet pogardy wobec tej rzeczywistości, która nie wpisuje się w obraz świata widziany przez niego.
To jest oczywiście pewna forma alienacji powiązana z ucieczką w coś, co można nazwać świecką tęsknotą za świętością. Stąd tajemnice, które nie muszą być tajemnicami; cuda, które niekoniecznie są cudami; sacrum, któremu być może bliżej do profanum

Sam Herling-Grudziński przytacza słowa pewnego „bardzo bliskiego przyjaciela”, który mu powiedział: „Czy ty przypadkiem nie kochasz się w każdym ludzkim cierpieniu?” Patrząc na bohaterów jego opowiadań, nie sposób temu zaprzeczyć. To męczennicy, ludzie wyobcowani, chorzy, przeklęci, skazani na nieszczęście, tragiczni… I traktowani są przez pisarza jak dobrzy znajomi, wręcz jako osoby bliskie.

Co powoduje, że potrafimy się rozmiłować w naszej melancholii? Czy można pragnąć cierpienia nie będąc masochistą? Każdy normalny człowiek ucieka przed cierpieniem. Melancholia zaś, w momencie kiedy staje się słodka, przestaje być cierpieniem. W ten właśnie sposób człowiek ją rozbraja, obłaskawia, wręcz hołubi.

Krajobrazowe piękno Włoch, łagodność klimatu, jasność i malowniczość włoskiego pejzażu, wspaniałości architektury, wszechobecność dzieł sztuki i ukochanego malarstwa. W takim środowisku Herling – Grudziński pozostaje sobą, czyli dość ponurym mędrcem, obrońcą prawdy i sprawiedliwości, sumieniem Europy, która w XX wieku się wykoleiła. Piękno nie może być dla niego substytutem tragedii, estetyka nie może konkurować z etyką.
Kiedy człowiek cierpi, piękno świata może go nawet ranić.

Ktoś o nim kiedyś napisał: „Pisarz nie żywi złudzeń i nic, nawet kraj, w którym mieszka, nie przerobi go w estetę. Nie ma złudzeń, że literatura nie jest bedekerem, tylko penetracją i naświetleniem dramatu, jaki bez przerwy wybucha między człowiekiem a światem”.
A jednak dosyć często Herling-Grudziński ulega pokusie bycia cicerone. Pełno w jego opowiadaniach odniesień do historii, włoskiej sztuki i zabytków, a zwłaszcza do malarstwa, któremu poświęcił sporo miejsca także w swojej eseistyce. Może właśnie dlatego ciągle mamy wrażenie, że wszystko co pisze Grudziński pochłonięte jest przez przeszłość. Czy jednak można się od tej przeszłości tak do końca wyzwolić? Pisarz nawet tego nie próbuje. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że świat przeszły jest dla niego bardziej realny niż teraźniejszość. To nic, że to świat bardziej okrutny, pełen trupów i upiorów. Ale to świat, w którym uwięziona została jego pamięć, dominująca świadomość.
Nikt nie wybiera sobie własnego piętna.

Nagrobek na starym cmentarzu w Genui

ZAPISKI NA MARGINESIE

Swego czasu Herling-Grudziński towarzyszył mi przez kilka miesięcy – było to wtedy, kiedy czytałem jego 7-tomowy „Dziennik pisany nocą”, gdzie poddawał diagnozie cywilizacyjną katastrofę – załamanie się europejskiej kultury XX wieku, analizował systemy totalitarne i filozoficzne utopie, które do tego się przyczyniły. Akurat twórczości Herlinga – Grudzińskiego nigdy nie widziałem w kontekście jakiejkolwiek depresji, domniemanej czy prawdziwej. Dlatego, kiedy pewnego razu zderzyłem się ze stwierdzeniem: „pan Gustaw Herling-Grudziński miał po prostu depresję”, to podziałało to na mnie – delikatnie mówiąc – rozbrajająco. Moje wrażenie jest wprost przeciwne: Herling zawsze zawsze był dla mnie kimś w rodzaju zrównoważonego mędrca – eremity, z żelazną logiczną konsekwencją wyprowadzającego swe niezbyt optymistyczne wnioski na temat Historii, kultury i ludzkości.

Człowiek chory zawsze pozostaje człowiekiem, karykaturą zaś może się stać tylko to, co stworzy pod wpływem patologicznych bodźców. Choroba nigdy nie jest czymś twórczym, wprost przeciwnie: jest dla człowieka czymś destrukcyjnym (dla jego psychiki lub ciała). Jest patologią, zaburzeniem, wykolejeniem ze zdrowia. Jest zagrożeniem. Czasem wydaje się nam, że dzięki chorobie człowiek staje się twórczy, ale jest to złudzenie. To co jest twórcze, nigdy nie może być zdiagnozowane jako choroba. Dla mnie są to wręcz antynomie. Jeśli człowiek w chorobie tworzy – to nie dzięki patologii, ale właśnie dzięki tym zbawiennym często, terapeutycznym, konstruktywnym, heurystycznym i dobrym siłom, które się w nim wówczas odzywają, choć oczywiście zdarza się, że choroba i związane z nią cierpienie go w końcu zabija (także jego własnymi rękami). Takich „galerników wrażliwości” (jak ich kiedyś nazwała prof. Janion) było wielu – dość przypomnieć Van Gogha, Strindberga, Witkacego, Wojaczka, Wata, Stachurę, Grochowiaka, Sylvię Plath, Virginię Woolf, Nietzschego…

W pewnym sensie – w opozycji do (słusznej skądinąd) tezy Freuda, że kultura jest źródłem cierpienia – samo cierpienie uznać można za jedno ze źródeł kultury. Bo wszystko wskazuje na to, że bez nerwów człowiek niczego by nie stworzył ani nie dokonał. A jednak wyczuwamy, nieraz instynktownie, gdzie kończy się nerwowa inspiracja, a zaczyna paraliżująca wolę i kreatywność choroba – chociaż ta granica jest płynna i trudno uchwytna. Mianowicie chore jest to, co jest nietwórcze, zrezygnowane, zorientowane na rozkład; skierowane w pustkę i nicość.

To prawda, że pełno neurozy w kulturze (ale i w polityce czy życiu społecznym również), jednak kiedy jest ona czymś inspirującym i dzięki artystycznej dyscyplinie zdolna jest przyoblec ideę twórczą w jakąś zborną formę, to sprawą drugorzędną staje się kwestionowanie sensu jej istnienia, ustalanie wzajemnych powiązań, nawet dla człowieka cierpiącego na nerwicę. W gruncie rzeczy artysta dość często spoufala się z szarpiącymi go nerwami, zaś chwilowy spokój odczuwa bardziej jako wypalenie i pustkę, niż relaks i ukojenie.

W zasadzie zgodzić się można z tym, ze choroba zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje być kreatywny. Oczywiście i w chorobie można tworzyć (tak jak w zdrowiu być jałowym), tyle że akt twórczy staje się od niej jakby odseparowany, a wtedy sam człowiek na swą chorobę patrzy jak na coś obcego. Poza tym, choroba zawsze jest w pewnym sensie karykaturą ludzkiej egzystencji, mimo że jest także jednym z jej nieodłącznych elementów. Jest karykaturą zdrowych – fizycznych i duchowych – przejawów życia człowieka. Nawet Zygmunt Freud widzący świat jako jeden wielki neurotyczny tygiel, w którym mieszają wszystkim nieuświadomione popędy, zwracał uwagę na to zasadnicze rozróżnienie mówiąc, że histeria jest karykaturą artystycznej kreacji, nerwica natręctw karykaturą religii, a paranoiczne złudzenia karykaturą filozoficznych systemów. Tak właśnie: neuroza staje się chorobą w momencie, kiedy wszystko zaczyna przemieniać w karykaturę… nawet ludzkie cierpienie.

Jednakże temat choroby i cierpienia w kulturze nastawionej na gloryfikację (czyt. reklamę) sukcesu, zdrowia, młodości i szczęścia, tudzież pozytywnego nastawienia do świata i życia, wydaje się… nie tyle passé, co nie na miejscu, może nawet być odebrane jako coś w rodzaju faux pas. To pewnie dlatego na tzw. społecznościowych platformach – np. w blogach, czy też na Facebooku – zazwyczaj kreujemy swój image wiecznie szczęśliwego, zadowolonego z życia, uśmiechniętego szczęściarza/szczęściarki. Tak, jakby to, że czasami dotyka nas cierpienie, było czymś w rodzaju naszego defektu, czy nawet fiaska, bankructwa i kompromitacji.  Tak, jakby ciemna strona życia nas nie dotyczyła. Tak, jakby bolesne doświadczenie było czymś wstydliwym. Ale tu przecież nie chodzi o nasze nieudacznictwo, ani też o umartwianie się i lament, lecz o pewną świadomość nieodłącznego jednak elementu ludzkiej egzystencji, z którym wszyscy ludzie – chcąc nie chcąc, prędzej czy później – muszą się zmierzyć. Sztuką jest jednak w tym oceanie mizerii, jaka zalewa świat, nie zagubić możliwości poczucia szczęścia i chwil radości; także świadomości istnienia piękna, które zawsze można dostrzec ponad brzydotą – jeśli tylko będziemy tego chcieli i umieli patrzeć. Kto wie, może nawet udręka jest tym, dzięki czemu potrafimy odczuwać zachwyt?

*

KOSMOPOLAK – ZAWIEDZIONY KOCHANEK EUROPY (Andrzej Bobkowski, „Szkice piórkiem”)

Bobkowski od dłuższego czasu leżał na moim biurku. Wracałem do niego raz po raz. Aż pewnego razu porwała mnie jego szalona i pełna życia jazda rowerem po południowej Francji, Lazurowym Wybrzeżu i alpejskich górach, która miała miejsce dokładnie w czasie, kiedy na całej Europie kładł się cień hitleryzmu i ludzi zaczęło ogarniać szaleństwo – ale raczej nie będące już afirmacją życia, a wręcz przeciwnie: siejące śmierć i zniszczenie.
Kiedy jednak Bobkowski dotarł do Paryża, miałem wrażenie, że z tych jego notatek uleciała para, finezja, ruch i bravado jazdy niemalże bez trzymanki. Lecz nie trwało to długo. Kiedy wyjechałem poza moje Wielkie Miasto (nota bene w miejsce niezbyt odległe od tego, w którym Bobkowski dokonał żywota), tam w ukropie tropiku i blisko dżungli chowałem się przed słońcem właśnie ze „Szkicami piórkiem” Bobkowskiego, który stał mi się towarzyszem na kilka długich dni. I wówczas jego zapiski znów nabrały tempa… może nie tyle karkołomnego, co… łamiącego głowę, a już na pewno pobudzającego mózg do ogarnięcia myśli oryginalnej, jeśli nie skrajnie indywidualistycznej.

A teraz próbuję od tego wszystkiego ochłonąć i uporządkować sobie w rozpalonej głowie to, czym obdarzył mnie i zainfekował ten „chuligan wolności”, jakim był bez wątpienia Andrzej Bobkowski – wielki nieobecny polskiej literatury.

Andrzej Bobkowski: „od Europy mnie odrzuciło”

*

CUDOWNE DZIECKO ROWERU (I PIÓRKA)

Pomysł, aby wielotygodniową rowerową eskapadę po Francji urządzić sobie akurat w czasie, gdy Niemcy zajmowały ten kraj i zaczęły praktycznie zagrażać nie tylko Europie, ale i całemu światu, wydawał się wariacki, ale w wykonaniu Bobkowskiego okazał się być genialny. Bowiem, dzięki temu, Bobkowski nie tylko przeżył najpiękniejsze dni swojego życia, ale zdołał stworzyć świetną literaturę, która mogłaby nigdy nie wydobyć się na powierzchnię, gdyby nie owe napięcia, doping i sprzężenia, jakie dostarczył pisarzowi ten właśnie czas, kiedy to kultura europejska stawała dęba.

Bobkowski, pisząc swoje „Szkice piórkiem” nie miał jeszcze trzydziestki (choć niejednokrotnie dał wyraz swojemu poczuciu dojrzałości, traktując np. dwudziestolatków jak „dzieciaki”), gdy więc pędził rowerem po francuskich drogach rozpierała go młodość, buzowały w nim hormony ale i nawiedzały myśli inteligenta – człowieka świadomego tego, iż oto rozwala się stary porządek, dziedzictwo kulturowe staje się śmiechu warte i wraz z jurnymi wojownikami germańskimi nadchodzi jedna wielka cywilizacyjna niewiadoma. To wszystko jednak nie mieściło mu się głowie (a komuż się wówczas mieściło?), szlag go trafiał na widok poddającej się bez walki Francji, więc pewnie dlatego kręcąc zawzięcie pedałami, zjeżdżając na „łeb na szyję” po stromych i wijących się górskich drogach, łapał w płuca powietrze oddychając swoją wolnością i upajając się chwilą, która pozwalała mu smakować życie w stanie czystym i niewyrafinowanym.

I jak to dobrze, że ten młody człowiek naczytał się wcześniej książek, a teraz wykorzystywał swoją wrażliwość na słowo pisane, tworząc np. coś takiego: „Obudziło mnie słońce. Weszło przez szpary w deskach i przekroiło mój pokoik na kilkanaście części. Wstałem, narąbałem drzewa i zagotowałem kawy. Potem wypakowałem swoje skarby i  umeblowałem się. Cieszę się każdym głupstwem, każdym rondelkiem, puszką, nożykiem. Układam starannie, a na widok aluminiowego talerzyka z cytryną, pomidorami i jajkami na tle kraciastej serwetki popadłem w zachwyt. Położyłem na to nożyk – nabrało życia i sensu. A gdy postawiłem obok tego małą solniczkę z zielonym czubkiem i kromkę chleba, stwierdziłem, że to już prawie przeżycie. Miałem ochotę malować. I to koniecznie tak, jak Cézanne.”

Andrzej Bobkowski – chuligan wolności na rowerze

Zastanawiam się teraz nad fenomenem prozy Bobkowskiego, zwłaszcza tej opisującej jazdę rowerem po południowej Francji i Alpach. Młodość – to raz. Kultura literacka, oczytanie – to dwa. Atletyzm i wigor – to trzy. Cézannowskie wyczucie rzeczywistości (to kubistyczne wręcz, twarde i substancjalne uchwycenie przedmiotów, zmysłowe „lepienie się” się do rzeczy, hiper-wyczulenie zwłaszcza na smak) – to cztery. Spostrzegawczość i gonitwa myśli – to pięć. Można tak chyba dalej, bo pisanie Bobkowskiego ma w sobie anarchistyczne bogactwo i niczym nieskrępowaną ekspresję. I oprócz hedonistycznej wrażliwości na zmysły – wielką umysłową sprawność.

Lecz tym co najbardziej porywa w tych zapiskach, jest zaraźliwy zew przygody – któż z nas nie chciałby, napędzany tylko wiatrem i własną energią, przeżyć takiej jazdy przez kraj pełen słońca, fig, oliwek, konfitur i wina… ; przez krainy i miejscowości o takich nazwach, jak Lazurowe Wybrzeże, Cannes, Monte Carlo, Nicea, Alpy… czy wreszcie po samym Paryżu? Mieć wszystko to, co do (prze)życia potrzebne w plecaku, rozbijać namiot na plaży, pod skałą lub na polance w lesie, spotykać życzliwych ludzi, zajadać się pysznościami z konserw i słoików, pływać do upojnego zmęczenia w morzu, patrzeć na gwiazdy i księżyc… – jednym słowem, doświadczyć w sobie prawdziwej radości życia, tej nagiej egzystencji nie zmąconej żadnym kulturowym smętkiem (choć tego ostatniego Bobkowski nigdy nie zdoła się pozbyć – i może dlatego życie krwiste i kościste, dotykalne i zmysłowe, staje się dzięki temu kontrastowi i zestawieniu pełne, choć nieco drapieżne?)

Szukam fragmentu, który mógłby oddać ów kinetyczno-duchowy „szwung” Bobkowskiego, który napędzał go w jeździe na rowerze oraz przy pisaniu kolejnych kartek z dziennika; jak również samą jazdę, kiedy Bobkowski ze swoim towarzyszem podróży Tadziem kładli się na swoich „wyścigowych kierownicach” wygodnie, „rozparci szeroko i pewnie”; oraz picie i smakowanie życia, nie tylko w drodze, ale i podczas postojów – po podróżnym wysiłku jazdy. Jest tego sporo. Może więc takie, pierwsze lepsze, z brzegu:
„Potem zjazd w dół – cudowny zjazd serpentynami wśród lasu. Przy dużej ilości serpentyn jest to po prostu tańcem na rozpędzonej maszynie. (…) Dojeżdżamy tak prawie aż nad wodę, na sam koniec cypla skalnego i zawracamy w lewo. Wpadamy znów w półmrok leśny. (…) Po chwili wylatujemy z lasu jak dwa pociski z lufy i wjeżdżamy na prosty kawałek drogi. Z lewej strony niewielka zatoka, z prawej jakaś wyspa z zameczkiem i cyprysami. Böcklin w świetle słońca. Koloryt wody jest zupełnie bajkowy: szafir, plamy seledynowe i jasnoniebieskie pasma posypane białymi grzywkami fal. Rozpętanie barw, zupełny obłęd.”(…)
„Tak przyjemnie być młodym i móc bezkarnie męczyć się dla przyjemności, męczyć się bez celu, dla radości życia.”
I jeszcze:
„W południe zatrzymujemy się nad rzeką, kąpiemy się i jemy. Słońce grzeje, wzrok gubi się w szczytach. Ogarnia mnie to typowe górskie lenistwo. Można leżeć godzinami, patrzeć, gryźć czekoladę z rodzynkami, palić. Można przestać być człowiekiem i stać się jakąś tak istotą jednokomórkową, amebą lub planktonem.” (…)
„Zapadła noc, na niebo wyszedł jasny księżyc. Jest zupełnie widno, cisza, lekki plusk morza. Rozkładamy koc na piasku, z małej walizeczki Tadzia robimy stół i jemy. Tej kolacji chyba nigdy nie zapomnę. Noc ciepła i jasna, srebrzysto-popielaty piasek i staniolowe morze. Apetyt. Nieopisana rozkosz, bezmyślna i zdrowa. Piękno nie porusza tu żadnych wspomnień, nie kojarzy się z niczym – ani z muzyką, ani z poezją. Jest pięknem, które się je tak samo, jak te sadzone jajka ze szpinakiem z puszki i zapija szklanką czerwonego wina. (…) Tutaj piękno jest; jest na talerzu, jest tak uchwytne, że jem jajka, szpinak, księżyc, morze, sałatkę z pomidorów, fasolę i oblizuję się.(…) Objedliśmy się nieludzko. potem papieros na leżąco, błądzenie wzrokiem po rozgwieżdżonym niebie i chwile nieopisanego szczęścia. Jakieś zwierzęce zadowolenia z życia. Dziś tu, jutro gdzie indziej, słoneczne dni i gwiaździste noce.”

FRANCJA JAK PIĘKNA DZIWKA

Bobkowski Francję kochał, później ją nienawidził, potem znów wyznawał jej miłość, by następnie wyzwać ją od dziwek… I tak z tą miłością było już przez cały czas okupacji. Podobna zmienność zawsze jest udziałem kochanków namiętnych, ale i przenikliwych, których zauroczenie obiektem miłości nie pozbawia wobec niego krytycyzmu. Co może wyglądać na niezrównoważenie, ale przede wszystkim świadczy o temperamencie, inteligencji i braku letniości.

Bobkowski w Paryżu

Bobkowski Francję analizował, rozbierał na czynniki pierwsze, odkrywał wszystkie jej powaby, dawał nura w jej ciepłe i nęcące wnętrze… A kiedy nie spełniła jego oczekiwań i nie sprostała jego wyobrażeniom, potrafił się na nią wściekać i być wobec niej wprost okrutny. Coś zaczęło się psuć, kiedy jeszcze w Paryżu zobaczył jej uległość wobec nachodzących ją Germanów. A do wybuchu doszło w Tulonie, gdzie Bobkowski zobaczył francuskie łodzie podwodne i marynarzy z czerwonymi pomponami czekających w bistrach na przejęcie tego wszystkiego przez Niemców („…przecież oni tutaj poddali się na pewno korespondencyjnie, listownie, albo telegraficznie. Ci marynarze nie mają nerwów, serca  i nawet rozumu.”). Młody i mimo wszystko nadal zakochany Bobkowski tego nie zdzierżył: „Tu widzę Francję nagą, leżącą w Tulonie, jak dziwka. Czeka i uśmiecha się z rezygnacją, rozchyla nogi… Zdradza mnie. Pot cieknie mi po policzkach, szepczę jakieś słowa.” Wtóruje mu jego kumpel Tadziu: „… widzisz jak się poustawiali? A na co oni czekają? Na opakowanie. Żeby Niemcom w zębach przynieść. Tu się ucz, że Westerplatte i Warszawa to dobre, ale do fotografii. A oni tymczasem raz flaczki, raz ziemniaczki, raz kuperek  z kaczki… Szkoda każdego słowa.”

Bobkowski cały czas zastanawia się, dlaczego tak się stało? Wydawać by się mogło, że trywializuje, porównując kraj o tak bogatej kulturze i tradycji – który był dla świata wzorem, stanowiąc jego duchową, rewolucyjną, humanistyczną, intelektualną awangardę – do jakiejś sprzedajnej dziewki, która się rozkłada przed byle osiłkiem. Ale nie. Bobkowski widzi wielkość dawnej Francji, (ale też dostrzega przy tym jej słabości i marność), nadal mu ona imponuje, ale zaczyna nią pogardzać… i te kontradykcje tylko z czasem się potęgują. Innymi słowy, jego spojrzenie ogarnia całą złożoność sytuacji w jakiej znalazła się zmurszała już mocno kultura europejska, (której niejako sztandarową forpocztą była od paru wieków Francja) skonfrontowana z prężnym, witalnym, silnym i zaborczym faszyzmem.
Co ciekawe, to co wydaje się być teraz słabością Francji – przywiązanie do konwenansu i formy, nieprzemakalność na biurokrację, akrobatyczna zdolność omijania prawa, nonszalancja w traktowaniu „obcego”, uprawa swojego ogródka bez względu na to co się dzieje wokół; „świętość” i świetność wina, erosa, bagietki i sera; obwinianie wszystkich tylko nie siebie, uległość przed agresorem, operetkowość kolaborantów i groteska rządu Vichy (Pétain to „taki piernikowaty Stalinek a la française) … – paradoksalnie, to wszystko i wiele innych specyficznych cech tego kraju, staje się siłą, dzięki której Francuzi będą mogli przetrwać ten upokarzający ich czas, i to w miarę nienaruszonym stanie.

Oddajmy jednak głos Bobkowskiemu: „Francja jest przede wszystkim krajem złudzeń optycznych. (…) Ona ślepnie, k… się, jeszcze pełna uroków i subtelności. Jak starsza dama pachnąca paczulą, strojna, dowcipna, i wolteriańska, roztacza swe uroku spoglądając spoglądając z pobłażliwością na szaleństwa młodych. Może ma rację?”
„Francja łudzi, odmawia mechanicznie jakiś różaniec, jakiejś wolności i jakichś sloganów przeżartych przez mole, odnawia antyki i ślepnie.”
„Francuz jest jak ślimak. Urażony w najczulszy koniec swego rożka posłannictwa, chowa go, kurczy  się i zamyka w skorupie d’une indifférence aimable (grzecznej obojętności). Ale na pierwszy odgłos Vive la France!, gotów jest wyskoczyć nie tylko ze skorupki, ale i z własnej skóry.”
„Paryż i francuska myśl mają w sobie coś z szampana, brzoskwiń, burgunda, sardynek, serów. Soczyste, podniecające, łatwostrawne, pikantne, pełne smaki, lekkie. I życiowe. Nie lubią nadludzi i nadmyśli. (…) Może ich postępowanie w tej wojnie jest tylko ludzkie, życiowe i praktyczne? Praktyczne na pewno. Najlepszy dowód, że idę teraz spokojnie z teatru i że mogę myśleć o tych rzeczach. Są bez honoru! To teraz. Bo może w końcu wyjdą z honorem, a jeżeli nie – to i tak świat gotów im to wybaczyć i zapomnieć. Czegóż nie przebacza się pięknej kobiecie?”

PŁONĄCY BURDEL W CZASIE POWODZI

Prawdę mówiąc, Bobkowski czuł się zawiedzionym kochankiem nie tylko Francji, ale i całej Europy, która mimo całej swej „wspaniałości” kulturowej puściła kantem człowieka „z krwi i kości”, wynosząc ponad niego ideologię – czyli w gruncie rzeczy idąc w abstrakcję niewolącą ludzi, odbierającą im podstawowe prawa, zaprzęgającą w jarzmo służby nowo zrodzonej bestii, jaką było państwo totalitarne, posyłające miliony istnień ludzkich na przemiał historii. To co pisze Bobkowski o faszyzmie, komunizmie i ogólnie – o totalitaryzmie, który pożarł europejską wolność, jest niesłychanie przenikliwe i aż wierzyć się nie chce, że pisane było w czasie, kiedy giganci intelektu i wielcy mędrcy Zachodu nadal uważali komunizm za awangardę ludzkości, ukąszeni – jak pisał Miłosz – przez Hegla z tą jego wizją człowieka muszącego podporządkować się Historii i POSTĘPOWI w dążeniu do coraz doskonalszego systemu. Co ciekawe, już wtedy Bobkowski zwraca uwagę, że państwo hitlerowskie jest państwem na wskroś nowoczesnym, mimo odwoływania się do pierwotnych sił Narodu i germańskich mitów.

Bobkowski: „Polska usiadła nam na mózgu i paraliżuje myślenie. Zamiast być ‚homo sapiens’, należymy do rasy ‚homo polacus”, do rasy ogłupionej ojczyzną, do kretynów chorobliwego patriotyzmu i nacjonalizmu.”

Bobkowski Rosji nie znosił (do czego otwarcie się w „Szkicach” przyznaje), ale naprawdę przerażało go to, co stało się z kulturą niemiecką – do czego w końcu dotarł ten kraj poetów, filozofów, artystów i muzyków, podporządkowując już wówczas sobie pół Europy, która wprawdzie ich nienawidzi, ale patrzy na nich jak na panów i przyszłych władców, którzy dyscyplinę, twardość i porządek przeciwstawili „zgniliźnie, zdezorganizowaniu i niedołężności” wolnego, liberalnego świata (jaki reprezentowała choćby Francja). To w sumie niesłychane, że dokonali tego ci, którzy praktycznie wolności się wyrzekli: „Widzę dziś zupełnie jasno, że świat nie mógł pobić Niemców, bo po prostu był tym innym, starym światem WOLNOŚCI. Świat wolności, praw wolności nie mógł się oprzeć dobrze zorganizowanemu niewolnikowi.” Bobkowski, myśląc o tym, kuli się w sobie, bo nagle „z przerażającą jasnością” dostrzega, że Niemcy „wywracają wszystkie pojęcia, wszystkie wartości” niszcząc ludzi bardziej nawet wewnątrz niż na zewnątrz. I przypomina sobie swoją korepetytorkę Niemieckiego Dorę Vogel, która karmiła go tą kulturą z „całą nieszczęśliwą miłością Żydówki do Niemców”. I czuje się teraz jak zatruty niemiecką myślą, jej podstępną „histerią”, nadwartościami, walką klas, heglizmem: „Niemcy stworzyli ten język, mętny, okropny, w którym nigdy nie wiadomo, co naprawdę oznacza słowo ‚Kultur’. Czy chodzi im o mieszkanie z łazienką, o Goethego, czy może w końcu o ‚Marsch’, marsch'”.

„Szkice piórkiem” pełne są ambiwalencji. Wygląda na to, że ma ona kilka przyczyn. Główną jest chyba temperament Bobkowskiego, który czuje się nie tylko zdradzony przez kulturę europejską, ale i sfrustrowany własną niemożnością znalezienia sobie w tym wszystkim miejsca. Znajduje się więc on jakby między młotem a kowadłem, chciałby się uwolnić od tego całego balastu kulturalnej „nadbudowy”, która jak by nie było go uformowała, więc jednocześnie jest w niej zanurzony po same uszy. Nadal jest przywiązany do czegoś, co budzi w nim nie tylko niechęć, ale i wstręt. Tu się zastanawiam, czy można mówić tu o wstręcie, czy może tylko o chwilowej, gwałtownej niechęci Bobkowskiego do… własnego kraju? Jak bowiem nazwać uczucie dyktujące mu napisanie takich (być może szokujących dla niektórych) słów?:
„Nam się zawsze wydaje, że w polityce popłaca lojalność. Bzdura. Teraz widzę, że gdybyśmy poszli od początku razem z Niemcami, mielibyśmy dziś o wiele silniejszą pozycję niż jako lojalni sprzymierzeńcy. Nawet wobec Rosjan. Gdyby dziś przyszedł do mnie ktoś z propozycją wstąpienia do jakiejś organizacji podziemnej, posłałbym go do wszystkich diabłów. Bo o co na ten przykład? O Polskę? O Polskę, o której nie my będziemy stanowić? Mamy skłonność do przykładania do wszystkiego miarki ‚przyzwoitości’, lojalności itp., a nie zwykłych miarek handlowych. Gdy myślę o tym, dochodzę nieraz do bluźnierczych zupełnie konkluzji. Polska usiadła nam na mózgu i paraliżuje myślenie. Zamiast być ‚homo sapiens’, należymy do rasy ‚homo polacus”, do rasy ogłupionej ojczyzną, do kretynów chorobliwego patriotyzmu i nacjonalizmu”.
Dziś podobne słowa niewiele kosztują, słyszy się je na porządku dziennym, ale zwróćmy uwagę, że wypowiedziane one zostały w czasach, kiedy otwarte głoszenie takich poglądów spowodowałoby automatyczną anatemę nałożoną na ich autora i jego wykluczenie z wszelkich liczących się polskich środowisk z ich zadeklarowanym wówczas patriotyzmem.
Takie i podobne wypowiedzi mogą też świadczyć o zupełnym momentami skołowaceniu głowy Bobkowskiego, o czym zresztą on sam pisze: „Zatraciłem zupełnie rozsądek. To dlatego, że ilekroć otworzę radio i słucham gadania zza kanału (chodzi o Anglię – przyp. LA), to zamiast ordynarnego i gruboskórnego kłamstwa z tej strony, słyszę stamtąd bujanie. I jakie szlachetne, i jakie piękne i pełne PRAWDY… Porzygać się można. I ci, i tamci robią to samo. Dążą do zabicia myśli. Bo tylko z bandą baranów można zrobić, co się chce.”

Najgorsze dla Bobkowskiego jest to, iż oto cała Europa stała się – jak sam to określa – „płonącym burdelem” i to „w czasie powodzi”. Znikąd nie widać ratunku. I nie można nawet ogarnąć myślą tego, co się stało. Człowiek oniemiał i nic nie rozumie – jest bezbronny i bezsilny: „Jak straszliwie wszyscy stępieliśmy. (…) włosy stają dęba na głowie. Przecież nigdy, w całej historii świata, nie doszło do takiego podeptania elementarnych zasad prawa, do takiego zabicia wszystkiego, co ma jakikolwiek związek ze sprawiedliwością i z humanitaryzmem, z człowiekiem i jego duchem. Czym stał się świat? (…) ‚Do czego doszliśmy’ – w tym pytaniu zawiera się właściwie cała nasza epoka, a w tych trzech słowach kryje się cały ogrom tragizmu naszych czasów. Ci, co nie potrafią myśleć czują, że stało się coś dziwnego, niezrozumiałego i potwornego. Odczuwa się to, co odczuwa więzień, któremu obiecano wolność, a którego sprowadza się do coraz niższych i ciemniejszych cel: gorycz rozczarowania, zdziwienie, strach i w końcu tępa rezygnację. (…) Ustroje polityczne i ekonomiczne zrobiły z całego świata jeden wielki kryminał. (…) Czymże są te wszystkie nowoczesne ustroje, nowoczesne myśli i założenia, współczesne poglądy na życie człowieka i jego zadania? Są po prostu jednym wielkim i powszechnym zaprzeczeniem człowieka. (…) Nowoczesne państwo stało się molochem zżerającym ludzi milionami, tworem żądającym nieustannych ofiar i niewolnictwa, w którym człowiek jako jednostka reprezentująca pewną myśl i ducha jest przekreślona, zdeptana, zniweczona. (…) Na polach walk giną ludzie, na całym świecie ginie człowiek zamieniając się w bydlę wyprane z wszystkiego i myślące coraz bardziej o tym czym zapchać żołądek, i co zrobić aby przeżyć o dzień dłużej niż inny okaz z tego stada pędzonego batem i szturchanego w plecy lufą karabinu. To pozostawi ślad, spodli na lata. Bo na to, by z bydlęcia, jakim jest człowiek, zrobić człowieka – trzeba lat. By zrobić z niego jeszcze większe bydle, wystarczy chwila. (…) Z zadowoleniem i największą rozkoszą mówi się o śmierci tysięcy ludzi i nikomu nie przychodzi na myśl, że to też są ludzie. Nawet mnie… Cała Europa okupowana siedzi w cyrku i patrzy z zimną krwią na tę straszliwą areną. I nie zdaje sobie sprawy, że jakimś szatańskim zrządzeniem losu, piekielnym paradoksem jest fakt, że jednocześnie ogląda jakby swój pogrzeb. (…) „Jest to jakiś ocean gnoju, zraszany perfumami, w którym kąpie się wielki dom obłąkanych, jakim jest tzw. ludzkość.”

Jest to więc nie tylko cywilizacyjne bankructwo Europy. Jest to jej zejście na psy, upodobnienie do burdelu, do oceanu gnoju i obłędu. Czy może więc dziwić to, że Bobkowski, uświadomiwszy sobie to wszystko, będzie chciał uciekać od Europy jak najdalej – najlepiej tam, gdzie pieprz rośnie?
Cywilizacja europejska zabrnęła w ślepy zaułek, z którego nie było widać drogi wyjścia. Najbardziej otępiali i zadziwieni byli ci, którzy najbardziej tą cywilizacją przesiąkli; ci, którym wszczepiła ona swoje „tabu” i nowe dogmaty – w tym sceptycyzm wobec wszystkiego, co budziło dotychczas w ludziach wiarę, a który zamiast wyzwolenia przyniósł ludziom nowe zniewolenie w postaci fanatycznego zawierzenia w „dogmat” nauki, postępu, „liczby i materii”.

*

Andrzej Bobkowski w Europie „oglądającej swój pogrzeb”

*

TONĄCY OKRĘT, WYZWOLENIE  CZY FARSA?

Bobkowski przerywa swoje zapiski w lutym 1944 roku (wkrótce po wyjściu ze szpitala), i ponawia pisanie w czerwcu tego roku: „Znowu nie pisałem przez kilka miesięcy. Bo po co? Teraz już piszę tylko z obowiązku kronikarskiego, jak do końca się pisze dziennik na tonącym okręcie.”
Czy to nie dziwne stwierdzenie? Wojna zbliża się ku końcowi, alianci u bram, Paryż i cała Francja wkrótce zostaną wyzwolone, Niemcy przepędzeni, a Bobkowski bąka coś o „tonącym okręcie”? Więc kiedy Niemcy panoszyli się w Europie to okręt pływał, a teraz, gdy nadciągają Anglicy i Amerykanie to Tytanik idzie na dno? (Bo przecież nie chodzi tu chyba o Sowietów, którzy pewnie wezmą sobie tylko jakiś mały kawałek europejskiego ciastka.)
Jeszcze bardziej niewyraźnie robi się człowiekowi, gdy czyta taki oto fragment: „… następną tajną bronią Niemców ma być również bomba latająca, a raczej rakieta o znacznie zwiększonym zasięgu. Aż do Waszyngtonu. Przydałoby się, ale niestety, to chyba nieprawda.”

Jak to rozumieć? Czy Bobkowski czuje, jak zamyka się jakiś (mimo wszystko szczęśliwy) okres w jego życiu, a zaczyna jedna wielka niewiadoma, która może być wręcz katastrofą? Jeśli tak, to jaką: cywilizacyjną czy też raczej osobistą, czyli jego własną? Może to antycypacja jego ucieczki z Europy, która jednak – mimo niewątpliwej przegranej Niemców – w jego odczuciu zatonęła?

Póki co obserwuje zachowanie się Francuzów wobec zbliżającego się liberation i drwi sobie z ich nagłej zmiany frontu i wojowniczej pozy, z wybuchającego na tę okazję  patriotyzmu; szydzi z ich skłonności do bagatelizowania własnej kolaboracji z Niemcami: „Wspaniałe. Gdy dzisiaj w rozmowie z jednym Francuzem, mówiąc o obecnym okresie, wyraziłem nieśmiałą obawę, że cały ten okres może okazać się jednak plamą na historii Francji, odpowiedział mi zupełnie serio: ‚To nigdy nie będzie stanowić historii Francji – to będzie liczyć się do historii okupacji’. To, to, to, właśnie TO, a nie co innego, ich zgubi. Ślepną na grandę.”

Bobkowski jest wobec postawy Francuzów nie tylko sarkastyczny („Boże, jakże bezczelnie idzie im karta w tej grze. Od samego początku.”), ale i wręcz okrutny: „Po południu odgłosy strzelaniny ulicznej. Samochody niemieckie jadące ulicami strzelają na wszelki wypadek. Już nikt nie wychodzi na ulicę. (…) są „walki”. Paryż stara się naśladować Warszawę. (…) Wszystko to (wybory mera, radnych miejskich, organizacja „oporu”…) jest podniosłe, jak co najmniej jakiś wodewil Labiche’a. Mam ochotę ciągle się śmiać. Przychodzą inni młodzi – jeden na czterech ma jakiś damski pistolecik nie większy od puderniczki. Ale to nie szkodzi. Robili Rrrrewolucję, obalamy mera, aresztujemy kolaboracjonistów.” (…) „W mieście operetkowa strzelanina.” (…) „Dzięki obietnicy Niemców nieatakowania gmachów publicznych zajętych przez tymczasowe władze i obietnicy wycofania się z Paryża, pomiędzy ‚Résistance’ i Niemcami zostało zawarte zawieszenie broni. Wspaniałe. Postrzelali, nadmuchali Niemcom pająków do tyłka i po jednym dniu ugoda. I Niemcy i oni przestają pukać, ludzie wychodzą sobie na spacer i po herbacie. Spokojnie czeka się na łaskaw wkroczenie Amerykanów. Jak w bajce dla grzecznych dzieci. A kiedyś, kiedyś wszystko razem nazywać się będzie ‚bohaterskim zrzuceniem jarzma okupanta przez patriotów francuskich i lud Paryża’. Wygląda na to, że całe wydarzenie zaczęło się za wcześnie, że źle obliczyli czas myśląc, że Amerykanie wejdą już dzisiaj. Więc prędko zrobili zawieszenie broni.” (…) W gazetach wielkie tytuły: ‚Paris qunquiert sa liberté par les armes. Paris se libéré lui-même’ (‚Z bronią w ręku Paryż zdobywa wolność. Paryż sam się wyzwala.’) i w ogóle cała Francja uwalnia się sama przy skromnej zaledwie pomocy Aliantów. Za tydzień zupełnie przestanie się mówić o Amerykanach i Anglikach. Kogut – trudno o lepszy symbol tego narodu. Całe to bractwo rajcujące po bramach i w bistrach trzepie skrzydłami i pieje, potrząsa grzebieniem – i czeka na amerykańską czekoladę i konserwy. A gdy z daleka nadjeżdża motocykl niemiecki, w przeciągu trzech sekund ulica jest pusta, bramy zamykają się i przy dziurkach od klucza walka wręcz, by zobaczyć: Paryż ‚walczy’.”

Może ta zgryźliwość Bobkowskiego, natrząsającego się z „bohaterskich” wyzwalających się „samodzielnie” Paryżan, brała się także ze świadomości tego, co działo się w tym samym czasie (sierpień 1944 roku) w dalekiej  Warszawie? Tu właściwie operetka, tam prawdziwa tragedia; tu wkraczają alianci, tam zaraz za Wisłą czekają Sowieci, aż powstańcy się wykrwawią. Naturalnie, że Bobkowski się cieszy słysząc jankeskie czołgi, widząc zielone mundury, słysząc angielską mową… Łapie się nawet na tym, że sam do siebie krzyczy po polsku z „dzikim entuzjazmem”: „Oni żują gumę!'” I dodaje: „ta guma rozczuliła mnie zupełnie.”
Lecz te jego łzy radości mieszają się ze łzami smutku i rozpaczy: „Oni tu mogą być szczęśliwi, nam jeszcze nie wolno” – mówi do amerykańskiej dziewczyny, siedzącej za kierownicą ambulansu. Gorzka to radość.

*

Andrzej Bobkowski: „O ileż byłoby lepiej, gdyby ludzkość zachowała całą swą żarliwość dla kobiety i Boga” (na zdjęciu z żoną)

*

WOJNA I SPOKÓJ

W jednym ze swoich listów Bobkowski wspomniał, że myślał o nadaniu swoim zapiskom tytułu „Wojna i spokój”. Wydawać by się mogło, że stoi to w rażącej sprzeczności z tym, co przed chwilą napisałem o wściekłości diarysty patrzącego na Europę zamienioną w burdel, zalaną oceanem krwi i gnoju.  Jest to jednak sprzeczność pozorna,  przynajmniej w przypadku Bobkowskiego, który w sposób jedynie dla siebie właściwy potrafił niejako rozdzielić tę – nazwijmy ją – refleksję kulturalną, od swojego młodzieńczego witalizmu i atletycznej krzepy. Kiedy czytałem „Szkice piórkiem” niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że „intelektualizm” Bobkowskiego jest w jego osobowości jakimś obcym niemal wtrętem, dodatkiem, swoistym „kwiatkiem do kożucha” – że więcej prawdziwej esencji tego charakteru znaleźć można w jego mięśniach, hormonach, „sercu” i jądrach, niż w jego szarych komórkach i poskręcanych mózgowych zwojach. To już objawiło się z całą mocą w trakcie jego rowerowej eskapady po drogach południowej Francji, ale pozostało widoczne niemal na wszystkich kartach jego zapisków opisujących życie w okupowanym Paryżu. Wiele jest tam ustępów, w których Bobkowski wprost pisze o swoim poczuciu szczęścia, i trudno jest mu nie wierzyć.

Postarałem się odnaleźć niektóre z nich:
„Druga rocznica wybuchu tej wojny. Nie chce mi się uwierzyć. Udało się, jak dotąd, udało się przetrwać. Miałem dotąd szczęście. Wstyd mi, ale pomimo wszystko co nas do tej pory spotkało, jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak szczęśliwy jak przez te lata. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze. (…) Pochłania mnie życie, to wspaniałe soczyste życie, ten Paryż czasu wojny, każdy dzień.” (…) Przeżyłem tutaj okres jakiejś ultramłodości, rozświeconej słońcem, winno-winogronowej, skąpanej w szafirowym morzu; bawiłem się złotem piasku, srebrem wody księżycowej, gorącym wiatrem. Nie będę miał nigdy wyrzutów sumienia, że nie doceniłem młodych lat i – braku logiki.” (…) Nie wiem, czy gdzie indziej i gdziekolwiek przeżyję podobny okres, jak teraz i tutaj. tak dobrze, spokojnie, równo, bez wewnętrznego skręcania się i rozkręcania, z tą wspaniałą sytością i tym czymś nieokreślonym, co wypełnia każdy najpowszedniejszy dzień.” (…) Patrzę w niebo i myślę jakimi słowami można by wyrazić uczucie absolutnego szczęścia, soczystego jak wielka gruszka. Słońce jest białe, płynne, rozlewa się i grzeje.”

Wojna, okupacja i szczęście (z Basią)

Nieporozumieniem jednak byłoby sprowadzić takie wyznania Bobkowskiego do hedonizmu, który w przypadku intelektualistów jest najczęściej pewnym wyborem, wykalkulowaną pozą przybraną przez nich wobec życia i jego powabów. Nie, w przypadku Boba ten hedonizm wypływa z niego organicznie. Nie jest żadną pozą. On po prostu jest. I na dodatek – jest czymś autentycznym.
To wiąże się także z inną cechą Bobkowskiego, która jest tak atrakcyjna dla niektórych jego czytelników: brak akademickiego zadęcia, unikanie wzniosłości, niechęć do absolutu, czy też – jak to już ktoś zauważył – jego „anty-metafizyczność”. To jest ciekawa sprawa, bo przecież Bobkowski JEST erudytą, człowiekiem wściekle oczytanym, z umysłem zanurzonym po czubek głowy w kulturze… a mimo to sprawia wrażenie, jakby nie był „jednym z nich” – tych jajogłowych mędrców, którzy poza swoimi myślowymi wykwitami, zwykłego (więc chyba jednak „prawdziwego”) świata nie chcą (nie mogą?) dostrzec.
Wydaje mi się, że można ten paradoks Bobkowskiego dość łatwo wytłumaczyć: raz – jego wspomnianą już fizyczną krzepą i rozpierającą go życiową energią; dwa – też już wspomnianym rozczarowaniem kulturą, która go intelektualnie i duchowo uformowała.

I jeszcze jedna sprawa. Czytając owe „raporty z oblężonego miasta” – pisane jednak zupełnie inaczej niż te Herbertowe – możemy sobie po raz kolejny uświadomić to, że ludzie żyjący w Europie ogarniętej II wojną światową, postrzegali rzeczywistość w zupełnie inny sposób, niż zwykle wyobrażamy to sobie my – pokolenia, które nie doświadczyły wojny i okupacji na własnej skórze. Tak, to był koszmar, ale na powierzchni tego koszmaru kwitło życie, ludzie mogli się czuć – i czuli – szczęśliwi. To dlatego Bobkowski nieraz pisze o Paryżu, który „dopiero teraz jest naprawdę ładny” i na dodatek pełen rozkwitających dziewcząt („Na ulicy furkają rowery. Kobiety w szerokich spódniczkach pokazują apetycznie wymalowane nogi. Wszystkie są zgrabne i w każdej można by się zakochać choć na parę godzin”).

Wygląda na to, że Bobkowski w okupowanym Paryżu świetnie sobie radził, prowadził jakieś – jeśli nie „ciemne” – to zakonspirowane i na pewno „nielegalne” wówczas interesy, które pozwalały mu na życie, jak na tamte warunki, w miarę dostatnie. Chodził do kina, do teatru, kupował książki… Stać go nawet było na wakacyjne wyjazdy na francuską prowincję.
Choć zanim się tak „ustawił” – to i on nie miał łatwo. Oto przypomina mi się pewna przygoda Boba, którą zaliczam  jednocześnie do jednych z najbardziej pamiętnych dla mnie fragmentów dziennika:
„Śmietnik, przy którym kręci się pies, może zawierać coś ciekawego, coś z kości lub mięsa. Jest – naciskam hamulce. ‚Won’ mówię grzecznie kundlowi i odpycham go kołem. Warczy swołocz, musi być coś lepszego. Patrzę i oczom nie wierzę. Cała głowa barania.. Wyciągam z torby papier, owijam głowę i chowam. Trochę już ‚czujna’, ale za to ile jedzenia. I pędzę znowu nad Sekwaną. Zapatrzyłem się na jakiś afisz i z całym rozpędem walę czubkiem buta opancerzonym w ‚klipsę’ pedałową – w błotnik niemieckiej limuzyny. Błotnik zgina się w okropny sposób. Sabotaż – na szczęście nikt nie widział. Uciekam uszczęśliwiony. Jednak czymś przysłużyłem się ojczyźnie. Wpadam do domu i gwiżdżąc one-stepa ‚Salome’ wnoszę głowę. Narada wojenna z Basią. Czuć? Barana zawsze czuć. Robimy prosektorium. Przepiłowuję czaszkę piłką do żelaza – jest móżdżek. Poza tym ozór i mięso z policzków. Objem się.”

Kapitalne!

„Chuligan” z piórkiem w ręku

CHULIGAN WOLNOŚCI

Tym, co najbardziej wydaje się definiować postawę Bobkowskiego wobec świata, jest jego głód wolności. Punktem wyjścia do zrozumienia tego może być choćby taki oto fragment, jaki można znaleźć na samym początku „Szkiców piórkiem”:
„Chrzęszczą zasłony z koralików, jakby odmawiały cicho różaniec spokoju nawleczone na swoje długie sznurki. Czasem, gdy ten pierwszy koralik na dole zerwie węzełek, sypią się wszystkie na chodnik, skaczą wesoło i przekornie, jak dzieci wybiegające ze szkoły, pędzą i potrącają się. Są wolne i cieszą się z tego. Mam ich kilka w kieszeni na pamiątkę. Może ja sam jestem takim koralikiem, co urwał się ze sznurka?”

Tutaj możemy się nieco zdziwić: taki wielki chłop koralikiem!? Niewątpliwy liryzm i niewinność tego fragmentu stoi bowiem w sprzeczności nie tylko ze zwalistą cielesnością Bobkowskiego, ale przede wszystkim – ze śmiałością, siłą, i bezceremonialnością jego sposobu wyrażania się, którego dezynwoltura rzeczywiście przypomina niesubordynację i łamiące wszelkie konwenanse zachowanie chuligana (tak Bobkowski nazwał sam siebie w jednym ze swoich listów, dodając jeszcze do tego słowo „wolności”).
Raz Bobkowski okazuje delikatność i subtelność, to znów wybucha: „Anarchizm posunięty do histerii, niemal do szaleństwa. Byłbym zdolny mordować z wyrafinowaniem.” Używa języka bogatego, plastycznego, wysmakowanego…, który sąsiaduje z kolokwializmami, bliskim nawet prostactwa, czy wulgarności (choć tej granicy nigdy w zasadzie nie przekracza).

„Szkice” pełne są takich antynomii.
A największą z nich jest chyba antynomia człowieka kulturalnego (tzn. świadomego znaczenia kultury w kształtowaniu i określeniu „człowieczeństwa”) a jednocześnie anarchisty tęskniącego za wolnością totalną (czyli odrzucającego wszelkie kulturowe „więzy”, ograniczenia i „pęta”). Bobkowski szamocze się w tym wszystkim, i nic dziwnego – bowiem wyjścia z tej antynomii nie ma. Tak jak nie można być radykalnym indywidualistą, który chce się uwolnić od społeczeństwa – to okazuje się niemożliwe, bo wiąże go z nim jego kultura, która przecież poza społeczeństwem nie istnieje, a i jego samego czyni człowiekiem.
Chcąc przerwać ten węzeł gordyjski Bobkowski decyduje się na posunięcie radykalne: ucieczkę z kontynentu, który go w to piekło antynomii wpędził. I nie jest to ucieczka od Polski, ani nawet od Francji – jest to ucieczka przed kulturą przywiązaną do dogmatów, które doprowadziły ją do katastrofy, choć miały jej przynieść świetlaną przyszłość. A nie przyniosły jej nawet jakiegokolwiek moralnego ładu.

Bobkowski stwierdził, że został od Europy „odrzucony” – ale tak jak „odrzuca” człowieka od czegoś, co stało się dla niego wstrętne. Symptomy tej alergii znajdujemy na kartkach dziennika raz po raz: „Już po dwudziestu sześciu latach, w tak młodym wieku Europa wyłazi człowiekowi bokiem i gardłem.” (…) „… nagle ogarnęła mnie taka tęsknota za jakimś krajem, w którym kwitną orchidee, że miałem ochotę płakać. Czasem czułem ból tęsknoty.” (…) „Mam dość tej całej kolebki kultury i obozów koncentracyjnych zwanej Europą, mam dość poszukiwania absolutu – ja chcę żyć, po prostu żyć. Czym jest absolut w porównaniu z piersią dziewczyny i jej pocałunkiem? Bzdurą. (…) chcę nauczyć się żyć wolny, WOLNY, bez pragnienia uwierzenia w cokolwiek. Chcę być dobry nie dlatego, że katecheta lub Engels tak każe, ale dlatego, że każdego człowieka trzeba kochać, skoro się jest tym bydlęciem – człowiekiem.”

Wyjeżdża więc do Gwatemali.
Ale czy w ten sposób Bobkowski nie zamienia jednego mitu na drugi? Czy nie daje nura w odmęty nowej utopii, wygramoliwszy się z błota i stęchlizny starej?  Czy mógł przypuszczać, że w nowym egzotycznym kraju też będzie musiał czuwać ze strzelbą we własnym domu, by obronić się przed barbarzyństwem „cywilizacyjnych” przemian i  rzucania się ludzi sobie do gardeł?
Czy modele samolotów, które tam sklejał, uchroniły go przed gorączkami Nowego Świata i przyniosły mu spokój, który zawsze tak bardzo sobie cenił?

Aaa… to już jest zupełnie inna historia.

*  *  *

Raj tuż za rogiem? Pisarz w Gwatemali.

*

WIERSZEM PO KRYTYKACH (Więcej niż kino: „Pan Tadeusz”)

*

*

Mimo iż nie jest dzisiaj „trendy”, by wracać do tzw. literatury „narodowej” – również dość wstydliwe stało się przyznawanie do jakichkolwiek uczuć patriotycznych, do nostalgii za ojczystym krajem – to jednak spróbujmy choć na chwilę zająć się raz jeszcze Mickiewiczowskim „Panem Tadeuszem”. A okazją po temu niechaj będzie przypomnienie sobie ekranizacji dzieła naszego wieszcza narodowego dokonanej swego czasu przez „narodowego” reżysera Andrzeja Wajdę. Przypomina mi się tutaj premiera „Pana Tadeusza” Wajdy na ziemi amerykańskiej, która miała miejsce w znanym w Chicago Centrum Kopernikowskim. Film wówczas odebrano bez mała entuzjastycznie. Pamiętam, jak kontrastowało to z reakcją niektórych polskich krytyków, którzy film okrutnie „zjechali”. Moim zdaniem niesłusznie. Co ciekawe, bardziej atakowali oni dzieło Mickiewicza, niż sam film Wajdy.

Pomyślałem sobie wówczas, aby zamiast zwykłej recenzji, „przejechać” się z kolei po tych wszystkich krytykach wierszem.

*

Czy warto polemizować z tymi krytykami?
Wszak z emocjami trudno jest się wadzić,
Podobnie jak z gustami; bo przecież
Wokół siebie każdy to, co chce zobaczy,
Lubo trochę nieba, tudzież świat sobaczy.
Raz się patrzy sercem, to znów przyrodzeniem,
Zrazu człek jest mądry, to znów bywa głup i ciele.

To nie tylko Schopenhauera są rojenia:
Zdrowy rozsądek kończy wszelkie nastrojenia.
Porywy serca i umysł zamglony,
Słodka melancholia, piękne filandrony…
To musi być szaleństwo, nierozsądne granie,
Puścić się na oślep – w obłokach bujanie!
Nie idzie w parze kalkulacja mądra
Z tym co się chce przeżyć bez cynika, bez Gombra
podobnie… kto chłodnym okiem krytyka poziera,
Ten pozbawia się drżenia, zachwytu, westchnienia.

Jaki zaś był sam film? Czy ocena tu konieczna?
To wystawianie cezurek, ta krytyka wieczna?
Wajda jako Mistrz powszechnie uznany,
Nie potrzebuje obrony, na nic są tu komunały:
Pienia nad jego wielkością Reżyserską,
Nad szlachetnością wejrzenia, biegłą, pewną ręką,
Zostawmy fachowcom, analitykom, piewcom,
Co to się tylko swą erudycyją łechcą.

Patrzmy na obraz bez naszych uprzedzeń
A wręcz oczarowani możemy być przezeń
Tym łatwiej mogą nam przyjść zachwyty,
Iż w rzeczy samej film jest znakomity.
W zestawieniu z „Ogniem i mieczem” Hoffmana
„Pan Tadeusz” Wajdy to rzecz nader udana
Nie jakiś komiks historyczny, płaski,
Bez dobrej gry aktora, z kabaretu maski –
Usilny hymn własny Lachowego grodu,
Lecz z żywej tkanki duchowej narodu
Utkany przekaz szczerości, samego wigoru,
Kolorowy i gorący – nie sztucznego wzoru.

Nie czas tu po temu, by zbijać zarzuty
Nie szczędzone dziełu, nie tylko przez filuty:
że Mickiewiczowski „Pan Tadeusz” jest niedoskonały?
że niekonsekwencje, błędy, tudzież dyrdymały?
Z jednej strony od arcydzieł był on wykadzany,
Z drugiej –
Przez innych wieszczów, niemal wyszydzany

„Czczenie wieprzów, a bicie się na maczugi”-
Pisał to Słowacki, tak przecie ceniony.
„Czekają aż Francuzi zrobią im Ojczyznę”-
Wtórował mu Norwid, też niepocieszony.

Przerósł wszystkich Gombrowicz, ten obrazoburca
Diaboliczny ów pisarz myślą ostrą jak brzytwa
Poprzecinał niejedne polsko-sztandarowe gusła.
Z flag, symboli, świętości – z tej polskiej legendy,
Szyjąc majtki dziecinne, przyprawiając gęby.
Z „Ferdydurke” wyrosło to już słynne zdanie:
Dlaczego mam klękać, skąd to uwielbianie?
Skoro ja nie kocham – zachwyt też mi obcy
Dobre to dla Pimka – te beczenia owcy.
Może też i wielkie bogi te poety były,
Mocarne, ruszające z posad ziemskie bryły;
Ale ja w to nie wierzę, to mnie nie porusza,
Ja gwizdam, chromolę, czkniam i się osuszam.

Co tu rzec na takowe dictum
Gombrowicza – skądinąd geniusza;
Chyba tylko odwracając richtung:
Jak się mam nie wzruszać, skoro się tak wzruszam?

Lecz dość tych dygresji, wróćmy do meritum:
Zarzuty Mickiewiczowi – zostańmy już przy tem.
Raz – te niekonsekwencje, dwa – antybohatery,
Dwuznaczności, uchybienia i nie bez kozery
Wytykano poecie rój person bez liku –
I jak tu wznieść ducha nad to panopticum?

Tadeusz – mówiono – to gamoń, niecnota,
Ledwie zoczy halkę, już go ma ochota.
Niby to się kocha w Zosi, a śpi z Telimeną,
Nic się w szkołach nie zuczył, został trochę mendą
Telimena? – Ach, to nimfomanka i czcza latawica,
Oraz – jak pisał Norwid – „moskiewska metresa”
Jedynym jej usprawiedliwieniem to, że była ładna:
„Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną”.

Zosia zaś to cielątko boże – płoche i niewinne,
Ciągle w negliżu – wśród kwiatków, motylków,
Ale też i… zwinne.
Cnota jej trzymana była pod zamknięciem
Przez ciotkę ladacznicę, która miała wzięcie.
Ale dziewczę dość smutne obiecuje poprawę:
Niech no się tylko z ludziskami pobawię.

Hrabia – to dziwak poczciwy, birbant i galancik,
Artystowski duszek, dandys, aczkolwiek palancik;
Uwielbia szkice, widoczki – takoż polowanie,
Natura, kobiety i piórko – jego miłowaniem.

Sędzia to niby zdrój, co pełen jest świętości,
Mądrości, cnót skarbnica, summa szlachetności,
Bez mrugnięcia okiem majątek sąsiada
grabi…
i w dobrej komitywie z Ruskimi zasiada.

Czy to jest naszego wieszcza ironia gorzkawa?
żart, dowcip, kpina – ta dwuznaczna oprawa.
Z jednej strony bohatery to łotry i dranie
Z drugiej – piękni, kochani, kolorowi, wprost łanie…

Weźmy jeszcze innych:
Ksiądz Robak pod kapturem skrywa tajemnice –
On wie jakie to zbrodnie ciążą na Soplicy.
Bardziej żołnierz, niźli mnich pokorny,
skruszony;
Kogo mogą zmylić te święte androny?
Były łotr, hulaka, warchoł i choleryk,
Czy widział ktoś, aby tak wyglądał kleryk?
Tu znów ta poety ironia wyziera –
Z wroga swego rodu robić bohatera.
Świętym – morderca, drań, nicpoń pieniaczy?!
Psychiatra by westchnął – cóż to wszystko znaczy?

Gerwazy to kolejny jest typ psychopaty –
Mściciel maniakalny, klucznik kostropaty.
Do podjudzania pierwszy, ostatni do zgody,
Blizny jego straszą od łysin do brody.
Seryjny zabójca, chełpi się w ordynku:
Dwóch Sopliców ściął w kłótni, dwóch na pojedynku.
Jakby tego było mało temu śmierci siewcy,
Kolejnego Soplicę spalił w szopie żywcem.

Nic dziwnego, że każdy w zaścianku czy dworze
Uzbrojon po zęby – w krócice i noże.

Czy to możliwe, by w takiej scenerii,
W tym horrendum upiornym, niecnej menażerii,
Sielanka się nam śniła, serca się krzepiły,
Wzbudzając tęsknotę za krajem tak miłym?

To chyba jednak dowód, a nie podejrzenie:
Iż mocniejsze od prawdy jest wyobrażenie.

W filmie Wajdy udała się rzecz niesłychanie rzadka,
I ta klasa zachowana jest aż do ostatka:
W poemat prawie że z akcji wyzuty,
Tchnięto duszę widowiska, i choć były skróty
Zyskała dynamika, krwistość i kościstość
żaden teatr telewizji – jest to oczywistość.

O grze aktorskiej mówić, że jest koncertowa,
To być krok od banału – nie znaczące nic słowa.
Genialna jest gra Olbrychskiego, tudzież Seweryna;
I nie ważne – grają oni anioła, czy też sukinsyna.
Również Linda z Robakiem nieźle sobie radzi,
Choć mu Pasikowski z „Psami” akcją nie podkadzi.
Wajda: „Boguś to aktor bardzo utalentowany” –
Tym zdaniem każdy by się czuł ukontentowany.

Śliczna Bachleda – Curuś, dziewczę wdzięczne, młode,
Jest w filmie nie tylko przez wzgląd na urodę.
Pani Szapołowska zaś to kobieta dojrzała,
Bez trudu Żebrowskiego w swe sidła zmotała.

Reżyser dał wielką swobodę aktorom;
Jakby czuł, że świetnie się do dzieła zabiorą.
Efekt jest znakomity, i gdy film już zrobiony
Nikt z nas nie może czuć się zawiedziony

Miłosz pisał, że „Pan Tadeusz” jest wręcz metafizyczny:
Traktuje o równowadze świata; i na wzór idylliczny
Soplicowo jest Pana Boga ogrodem, Edenem niejako,
Gdzie wszystko jak w baśni – tej ziemskiej wszelako.
Szlachetna jest Noblisty mądra ta idea,
Mistrz, czego się nie tknie, we wzniosłość przemienia.

Lecz nie wdajmy się tutaj w analizy uczone,
Korowody objaśnień, mędrkowaniem zwieńczone;
Nie zgłębiajmy się zbytnio, a i bez powodu,
W jakieś „kręgi zaklęte”, „zdrową miazgę narodu”.
Taki jest już nasz wgląd – natura człowiecza,
że do tego, co kochamy, nie trza nam tłumacza.
Prawdziwa miłość jest bezwarunkowa,
Nie da się objaśnić – obywa się bez słowa.

Nie ma wszak dyskusji nad naszym wzruszeniem,
Nad nerwów dreszczem, świętości łaknieniem;
Gdy zwykłego bociana lot nad polskim siołem,
Staje się nam w duszy tęsknoty symbolem.

*   *   *

Należy pamiętać, że owa wierszowana recenzyjka bardziej jest żartem, niż wiernością poezji kanonicznej. Pisząc ją liczyłem też na to, iż może ona kogoś zabawić.
Jest oczywiste, że „Pana Tadeusza” w Chicago, czyli na tzw. „obczyźnie”, inaczej się przyjmuje, niż w kraju nad Wisłą. Tutaj perspektywa jest inna – do tych „pól zielonych” dalej. Dochodzi też pewien element emigranckiej nostalgii. Toteż napięcie w pochyleniu nad narodowym eposem, tudzież oczekiwania – mogą być niejako podwójne.

Nieprawdą jest, że wystarczy odniesienie do tradycji wielkiej polskiej literatury, by współczesna interpretacja filmowa czy teatralna rzucała nas na kolana w imię patriotycznej powinności; czy też dlatego, że to „wielcy poeci byli”, wielkie dzieła spłodzili – dzieła, którymi winniśmy się zachwycać, jako i poprzednie pokolenia Polaków się zachwycały.
Otóż choćby przypadek Hoffmanowskiej ekranizacji „Ogniem i mieczem” tego nie potwierdza. Film ten po prostu rozminął się z oczekiwaniami wielu widzów, brak mu było kilku istotnych artystycznych rysów, trudnej do określenia weny – w przeciwieństwie do obrazu Andrzeja Wajdy.
I jak już powiedziałem, wcale nie musimy się tłumaczyć z tego, co się nam podoba. I to nie tylko dlatego, ze z gustami się nie dyskutuje. Wiemy bowiem wszyscy jak wiele znaczy w tym wszystkim nasze nastawienie.

Myślę, że pierwszym warunkiem przychylnej percepcji „Pana Tadeusza” jest to, by nie brać go dosłownie. Bo rzeczywiście, gdy tak zaczniemy bardziej „rozumowo” wgłębiać się w akcje, charakter opisywanych środowisk i bohaterów, to dojdziemy do słusznego wniosku, że jak na archetypiczne wzory „polskości”, jak na apoteozę narodu i afirmację społeczeństwa, to cokolwiek cieniutko.
Skąd więc ta wielkość „Pana Tadeusza” czytanego od wielu już pokoleń?
Odpowiedz jest chyba prosta, choć może się wydać banalna: poezja i geniusz Adama Mickiewicza.

Tak już jest, że dobry pisarz, opisując choćby ścierkę kuchenną, jest zdolny stworzyć pasjonującą literaturę.
Rezultat końcowy Wajdy i Hoffmana?
Mamy tu do czynienia z paradoksem.
Biorąc bowiem pod uwagę rodzaj obu literackich wzorów, uwzględniając specyfikę filmu i ekranizacyjne trudności (pomijając oczywiście stronę techniczną realizacji), zadanie Hoffmana wydawałoby się być łatwiejsze. Bowiem i akcja u Sienkiewicza wyrazistsza i środki dramaturgiczne bardziej uniwersalne, napięcie konkretniej dozowane – to wszystko lepiej przenosi się na ekran. Można więc było oczekiwać mocniejszego efektu. Proza jest dla fabuły niejako bardziej naturalna, bardziej przystaje do filmowych środków. Nikt nie pisze scenariusza wierszem. Natomiast z poezji zrobić udane filmowe widowisko, to doprawdy trudno.

Jak to się więc Wajdzie udało?

Jeśli, w poszukiwaniu przyczyn, zaczniemy film analizować, to już „siadamy” w przedbiegach. Gdyż bardziej tu chyba możemy liczyć na naszą intuicję, niż na intelektualną kalkulacje. To prawda – dajemy tym samym pierwszeństwo prawdzie emocjonalnej. Czy można jednak w tym przypadku robić z tego zarzut?

*

*

Niech mi wolno będzie napisać jedno: najwięcej ducha, moim zdaniem, tchnęli w filmowego „Pana Tadeusza” występujący tam aktorzy. To właśnie ten ich entuzjazm, granie „na oddechu”, o jakim mówił w Chicago Daniel Olbrychski. Mamy wrażenie, że filmem tym bardziej się bawili (w dobrym sensie tego słowa), niż go święcili. Nie ma tu chyba tworzenia z myślą o jakiejś wielkiej aktorskiej kreacji. Stąd może ta lekkość, płynność i koncertowość filmu. Dzięki tu należy złożyć reżyserowi za wspaniałomyślność, i za to, że artystom na to wszystko pozwolił, a nie silił się na ekranowy pomnik.
Według mnie efekt jest znakomity – to wyważenie między wielką literacką tradycją narodowego poematu, a widowiskiem dla tzw. „zwykłego” odbiorcy. Przy czym, nie ma tu pompy, ani fajerwerku., jest za to solidna rozrywka.

Rzeczywiście – „Pan Tadeusz” Wajdy jest filmem wspaniale polskim. Z tego względu ci, którym tu w Ameryce owo „odnalezienie się w tradycji” jest zupełnie zbędne, mogą odebrać ten film dość indyferentnie. Zobojętnieli, (obojętni byli zawsze?), albo też się „zamerykanizowali”, reagując już tak, jak zasiedziali tubylcy. Amerykanie bowiem, ze względu na zupełnie inne koleje narodowego losu, nigdy nie przywiązywali (w większości) tak wielkiej wagi dla swojej rdzennej europejskiej tradycji. Tworzyli – od podstaw właściwie – zupełnie nowe „swoje” państwo, odżegnując się przy tym często od porządku Starego Kontynentu. Nadmierne pielęgnowanie europejskich korzeni było więc raczej niepożądane.
W Polsce przeciwnie: w chwilach trudnych państwowego niebytu, przetrwanie narodu zależało właśnie od kultywowania tradycji. A odbywało się to głównie za pośrednictwem kultury, religii i sztuki.
Dzisiaj wszystko to się pozmieniało, wobec czego tak gorąca reakcja na filmowego „Pana Tadeusza” w Chicago jest tym bardziej fenomenalna.

DANDYS BÓLU, WYGNANIEC Z ISTNIENIA… (Stefan Chwin – „Kartki z dziennika”)

Czym jest Literatura i Myśl pojąca Ducha w świecie, w którym większe znaczenie dla głowy chcącej zawładnąć masową wyobraźnią ma fryzjer, niż wartość tego co zawiera mózg? *
Takie to z pozoru absurdalne zdanie cisnęło mi się na czysty, niezapisany papier, kiedy odłożyłem Chwinowe „Kartki z dziennika” i zacząłem się zastanawiać nad sensem mojej kolejnej przygody z diarystycznym pisarstwem Stefana Chwina. (Ślad pierwszej odnaleźć można TUTAJ.)
I zaraz potem przyszło następne, być może jeszcze bardziej niewydarzone: czy rzeczywiście nie jest tak, że w naszych czasach fryzjer ma zawsze rację (pospołu z krawcem), a tym, co posiada w sobie moc ostatniego argumentu są… nożyczki, które niczym brzytwa Okhama przycinają ludzkie ambicje, złudzenia i utopie do właściwych proporcji? I że to w końcu płynność naszych ruchów i gestów liczy się najbardziej w naszych próbach zadomowienia się w świecie we wspólnym z nim istnieniu?
Jakie znaczenie w tym wszystkim mają nieskazitelne garnitury, białe  albo niebieskie koszule i eleganckie muchy, w które wbija się i przystraja sam Chwin?
Czy nasze małostkowości nie mówią o nas samych więcej niż Wielkie Wędrówki naszych myśli – próby zagłębienia się w otchłanie Ducha, wycieczki na bezbrzeżne obszary szerokich Horyzontów i rozległych Perspektyw? Czy rzeczywiście mówienie o wielkim znaczeniu fryzury, koszul, garniturów, perfum, krawatów i sukien jest trywializowaniem?

TAJEMNY WYSTRÓJ WNĘTRZA

Gdy przeczytałem ostatnią „Kartkę” zadałem sobie jeszcze inne pytanie: jaką grę – z nami i ze światem – prowadzi Pan Chwin? Czyż nie mamy prawa czuć się zwodzeni (także wodzeni za nos), natrafiając w „Kartkach z dziennika” na taki choćby fragment?: „Więc dlaczego piszę? Szukam ludzi do siebie podobnych. (…) Wszystko to robię bardzo ostrożnie, więcej ukrywając niż zasłaniając. Muszę moje myśli owijać w bawełnę. Zazdroszczę tym, którzy swe myśli wypowiadają otwarcie. Robią to dlatego, że nie maja niczego do ukrycia. (…) ‚Pamiętaj’ – mówił mój ojciec, który miał za sobą twardą szkołę życia – nikt nie powinien wiedzieć, co myślisz naprawdę. Czy to przeszkadza w pisaniu? Przeciwnie: to w pisaniu pomaga.”

A my się możemy zastanawiać: czyżby więc to wszystko blaga? Pozór, zewnętrzność, parawan? Albo nawet: co też takiego Chwin ma do ukrycia, że nie chce pisać otwarcie? I jeśli nie pisze otarcie, to czy może nam to nie przeszkadzać w czytaniu? A może wręcz ma to nam w czytaniu pomagać?
Czy Chwin nie owija w bawełnę słów także swoje myśli, tudzież wnętrze, podobnie jak swoją cielesną nagość obleka w elano-bawełnę dobrze skrojonego garnituru? Czy jasność garnituru i koszulowa biel nie jest aby kamuflażem dla ciemni która go w środku ogarnia i nęka?

Ja jednak, choć nie pałam najmniejszą żądzą ujrzenia pisarza na golasa, to już do jego wnętrza – tego tygla pełnego kłębiących się myśli – chciałbym mieć dostęp bliski, a może nawet intymny. Chcę po prostu wiedzieć, co on myśli NAPRAWDĘ. Czyżby to było pragnienie zbyt wygórowane? A może naturalnie wyrasta to z niechęci do jakiegoś fałszywego tonu, z awersji do bycia zwodzonym, mamionym czy wręcz oszukiwanym? (Mocne słowa, przyznaję, ale czy przesadzone?)
A jednak napisawszy to muszę wyznać, że zwycięstwo Chwina nade mną polega chyba na tym, że ja czytając „Kartki z dziennika” żadnego fałszu jednak nie czułem. Wręcz przeciwnie: ciągle miałem wrażenie, że Chwin dopuszcza mnie do swoich wewnętrznych tajemnic – może nie tyle osobistych w sensie prywatności intymnej, co pod względem intelektualnym, tych odnoszących się do kultury wnętrza, duchowej ewolucji, zmagań mających charakter par excellence religijny (choć przypominających niekiedy zwyczajne zmagania z literaturą).

WCIĄGNĄĆ W PUŁAPKĘ, NASĄCZYĆ JADEM…

Zastanawiam się jeszcze i nad tym: czy Chwin pisząc, chce się bardziej od ludzi odgrodzić, czy też do tych ludzi zbliżyć? A może nie tyle zbliżyć, co schwytać ich w pułapkę, gdzie mógłby zarówno rozpostrzeć przed nimi swój własny ogon pawi, jak i obnażyć swe rany, lęki i denne ciemnice? Bowiem czyż nie tak można zrozumieć takie jego słowa?: „(…) piszę swoje powieści i essaye właściwie przede wszystkim po to, by wciągnąć ludzi do swojej pieczary. Ja swoją kuszącą frazą chcę zwabić podstępnie do swojego prywatnego kąta. Niech poczują niewygodę istnienia, tak jak ja ją czuję Niech zaznają świata, tak jak ja go zaznaję. Niech staną przed trudnościami, z którymi ja sobie poradzić nie umiem. (…) Bo wszystko, czego ja się dotknę, to mi się rozsypuje w palcach, włącznie z Szekspirem i Biblią, z którą toczę niekiedy spory prawdziwie awanturnicze.”

Jeszcze straszniej się robi kiedy Chwin pisze o swojej przed czytelnikiem ucieczce (jak choćby o tym mężczyźnie, który na cmentarzu chciał go prosić o radę): „Cóż, ja mogę tylko w tej mgle cmentarnej podejść do tego mężczyzny i do serca wsączyć mu jady, które w moim sercu krążą i tymi jadami mu duszę zabarwić na kolor mniej więcej podobny do koloru mojej duszy.”

Co ciekawe, ta dziwna nieco mikstura narcyzmu i mizantropii jest na swój sposób czymś spójnym, swą integralność zawdzięczając  literackiej formie, której opanowaniu (na równi ze słowem) trudno przecież Chwinowi odmówić.
Ale czy jednak nie stawia to pod znakiem zapytania… nie, nie bójmy się tego określenia – „ludzkość” pisarza, której łatwiej się jest objawić wobec idei, pojęcia, symbolu, abstrakcji, niż wobec żywego, konkretnego człowieka z krwi i kości?
Oto Chwin: „Miłość Ojczyzny? Jak najbardziej, ale z dala od ludzkich skupisk z ich charakterystycznym aromatem. (…) Cóż miałem zrobić z tą zmysłową idiosynkrazją, z którą przyszedłem na świat i która wyrzucała mnie poza obręb ludzi porządnych? (…) Byłem zrodzony do odosobnienia, choć mentalnie lgnąłem do Polski, jak pisklę do krwawiącego Pelikana, ale Polska, którą kochałem, musiała być z definicji abstrakcyjna, to znaczy taka, jaka nigdy nie istnieje i nigdy nie będzie istnieć. Tylko taką, niestety, potrafiłem kochać.” I dalej: „Lubiłem modlić się w pustych kościołach. Kochałem samotne wędrówki po starych cmentarzach, gdzie tłum bliźnich zachowywał się kulturalnie, nikomu nie narzucając swej przykrej obecności, co zawsze przyjmowałem z wdzięcznością, krocząc na palcach wśród nagrobnych płyt, pod którymi po trudach życia spokojnie wypoczywali moi milczący współbracia.”

NERWY A PIĘKNO

Oczywiście, kwestionując „ludzkość” Chwina robiłem to z pełną świadomością tego, że może się to wydać pretensjonalne. Ale bardziej niż pretensjonalne, jest to jednak przekorne, może nieco prowokacyjne, bo wbrew tym jego wynurzeniom o  poczuciu wyobcowania i odgrodzenia od świata, (wygnania z istnienia, ucieczki od prawdziwego człowieka…) Chwin wydaje się być zanurzony w ludzkiej wrażliwości wszystkimi swoimi nerwami i członkami, jednym słowem – po uszy. Być może właśnie przez tę swoją wrażliwość zmuszony jest on niejako chronić się przed światem, ustawiając się doń z dystansu, odgradzając się od niego jakimś szklanym kloszem, wzbraniając się przed żywych ciał dotykiem?

Czy można wobec tego dziwić się, że w miarę bezboleśnie czuje się on jedynie przy… minerałach? Wypatrując w nich doskonałości, bezczucia, równowagi i ponadczasowości? Bo już takie piękno Natury bardziej spektakularne jak wschody i zachody słońca ma dla niego pewną skazę, ulotność, pytanie o sens tego piękna w świecie: czy aby ta uroda – na zasadzie kontrastu – nie uświadamia nam raczej tego, że świat wprawdzie jest piękny, ale… „piękny tak sobie, nie za bardzo”? Potrzebuje się piękna, które mogłoby przysłonić okropności świata, ale okazuje się, że jednak żadne piękno nie jest w stanie tego zrobić. Poszukując wysp piękna – a nawet je znajdując – nie jesteśmy wszak w stanie obronić się przed „ciernistym doświadczeniem idiosynkrazji”, którego tajemnicze esencje zaczęło się zgłębiać. Mimo tego, a może właśnie dlatego, pragnienie Piękna stało się czymś ważniejszym od niezgody na Zło – tak jakby estetyka wykazywała tu swój prymat nad etyką. Samo pisanie staje się więc nie tyle próbą ucieczki na wyspy piękna, co zemstą za to, że świat nie jest dość piękny.

SZTUKA UWODZENIA

Ale słowo… Co ze słowem? I cóż po słowie?

„Słowo – pisze Chwin – nawet najmocniejsze słowo poetów i teologów, jest w tej sprawie bezsilne”.
W jakiej sprawie?
Właściwie w każdej poważniejszej sprawie – jak na przykład: w sprawie ochrony przed brzydotą i  złem świata, czy też uchronienia przed „wygnaniem z istnienia”, na które jest się skazanym przez COŚ nieskończenie mocniejsze od słowa.
To jednak nie wszystko: pisanie mimo swych wzniosłych ambicji, staje się czymś trywialnym i zgoła podejrzanym: „Pisanie jest poszukiwaniem prawdy, dobra, sprawiedliwości, wiedzy, mądrości – ale jest także nieustającym konkursem piękności i uwodzenia.” (To za Gombrowiczem – przyp. LA.)
Tak więc, usiłując uchronić się przed bólem, ukoić cierpienie, uspokoić  skołatane nerwy – dajemy nura w samo uwielbienie i narcyzm? Ubieramy się w piórka literatury pięknej, owijamy w bawełnę naszą poranioną duszę, ale strojąc przy tym miny uwodzicielskie, puszczając pawie oczka – chcemy aby naszą wspaniałością i wyjątkowością zachwycił się jeszcze ktoś, oprócz nas, inny?
Hm… I cała ta kwiecista maskarada rozgrywa się ponad otchłanią przepełnioną idiosynkrazją i cierpieniem?
Ale czy myśli ktoś o bólu Narcyza? I czy ktokolwiek wiąże dandysa z cierpieniem?
*  *  *

Stefan Chwin: "Wszystkie moje książki są pułapkami, w które chcę wciągnąć czytelników, należy je więc czytać z najwyższą ostrożnością."

*

*PRZYPIS: Zdaję sobie sprawę, że powyższy wstęp wydać się może nieco dziwaczny, więc chcę tu dorzucić kilka słów gwoli wyjaśnienia. To co napisałem, staje się bardziej zrozumiałe, gdy zwrócimy uwagę na pewien, pochodzący z „Kartek” zapisek Chwina pt. „W pałacu prezydenckim” (nota bene zamykający tom dzienników). Dotyczy on właśnie, ni mniej, ni więcej tylko… strzyżenia i doboru garnituru dla kogoś mającego aspiracje polityczne, czyli, mówiąc ogólnie, tzw. PR-u. A ten, nam – dzieciom epoki informacyjno-medialnej – błahostką już raczej się  nie wydaje. Oto krecia robota myślicieli i intelektualistów, którzy „błyskiem lancetu niezależnej myśli” chcą „cywilizować ksenofobiczno-alergiczne skłonności europejskiej duszy”, rozbija się o beton banału i przegrywa ze szczętem z atawistycznym, populistycznym sex-appealem wszelkich popowych „dod” i „ściemą” jaką serwują ludowi wdzięczący się narcystycznie i brylujący w mediach politycy. Namysł, refleksja? Śmiechu to warte! Liczy się propagandowy blask, gładkie gadanie, łatwo strawna powierzchowność, dobrze wypięty biust, mocno zarysowana szczęka, Armani, zalotny pukiel jasnych włosów i pupa…

Robi się jednak jeszcze ciekawiej, kiedy tak poszukamy zalotności PR-owej u samego Chwina. A że jest to zalotność intelektualisty, pisarza i erudyty? Cóż z tego. W końcu zawsze tu chodzi o to samo – o podbój, powab, schwytanie kogoś w pułapkę współ-istnienia:
„Paradoks polega na tym, że pisarz nie może dzisiaj wpływać na dusze czytelników, bo literatura polska nie ma czytelników, tylko czytelniczki. Literaturę piękną czytają u nas prawie wyłącznie kobiety. W innych krajach jest zresztą tak samo. Po jednej więc stronie jest pisarz-mężczyzna, a po drugiej prawie same kobiety, bo prawie tylko one czytają wiersze i powieści. Jak pisarz-mężczyzna wpływa na dusze kobiet, jest to sprawa dość delikatna i do opisania trudna. Jeden z młodych poetów przekonywał mnie niedawno, że jedynym uczciwym celem wpływania przez pisarza na kobiecą duszę jest jej uwiedzenie przy pomocy słów. Podobnie zresztą myślał młody Byron.
Ja sam, kiedy byłem młodszy, pisałem książki przede wszystkim po to, by miła osoba, z którą jestem, zakochała się we mnie po raz czwarty. Osiągnąć taki cel to jest duża sprawa i mało komu to się udaje. Nawet Mickiewicz miał pecha: jego żona nie czytała wierszy, które pisał, dlatego pisał dla Narodu, to znaczy dla nikogo. Wielką jest bowiem rzeczą mieć dla kogo pisać, podobnie jak wielką jest rzeczą mieć dla kogo żyć, ale mało kto ma dla kogo żyć i pisać, więc najczęściej pisze się w pustkę, czyli wpływa głównie na samego siebie.” (Z wypowiedzi Chwina dla „Kultury liberalnej”.)

O „Dzienniku dla dorosłych” Stefana Chwina przeczytać można TUTAJ.

RZEŹ BRACI MNIEJSZYCH (nie tylko o książce Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”)

 

1.

Przyznam, że jest to pierwsza książka Olgi Tokarczuk jaką przeczytałem. I po jej lekturze nie jestem pewien, czy sięgnę po następne. Jeśli bowiem te inne wykreowane przez jej pisarstwo światy są tak efemeryczne, dziwaczne i aksjologicznie ekscentryczne jak w „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, to wątpię, czy mógłbym się do nich kiedykolwiek przekonać. Tudzież przejąć się losami występujących w nich postaci… tak, jak to się stało w przypadku głownej bohaterki powieści, czyli Janiny Duszejko, której poczynania pozostawiły mnie – nie tyle chłodnym i niewzruszonym, co pełnym niechęci i skonsternowanym.
W tym miejscu chciałbym uprzedzić ewentualnych czytelników tej książki. Posiada ona bowiem wątek kryminalny, więc jeśli ktoś spodziewa się po niej utrzymania suspensu, to proszony jest teraz o zaniechanie czytania tego tekstu.
Zresztą, w pewnym sensie „spoilerem” może być również ten wpis dla tych, którzy książkę Tokarczuk odebrali przychylnie, może nawet się nią wręcz zachwycili (choć to ostatnie doprawdy trudno jest mi sobie wyobrazić).

Niewątpliwie Olga Tokarczuk chciała nam swoją powieścią przekazać coś ważnego i istotnego, tyle, że – moim zdaniem – rozbiło się to o infantylizm, zahaczając przy tym lekko o absurd. Gdyż przesłanie (a nie można chyba tego nazwać inaczej), mówiące iż zabijanie zwierząt (myśliwstwo, rzeźnie, przemysł mięsny) może być karane zabójstwem ludzi w to zamieszanych, jest nie do przyjęcia, nawet w przestrzeni metaforycznej (jaką w pewnym sensie jest sama książka) – w obrębie literackiej fikcji, czy też alegorii.

Sam nie jestem zwolennikiem polowania na zwierzynę „dla sportu”. Uważam, że zabijanie żywych istot dla przyjemności (a myślistwo dla niektórych ludzi bywa wręcz rozkoszą), jest barbarzyństwem i atawizmem, który w dzisiejszym świecie nie może mieć już racji bytu. Ponadto, mimo iż rozumiem oburzenie tych, którzy zwracają uwagę na horrendalne niekiedy warunki w jakich zwierzęta zabijane są na skalę przemysłową, by zaspokoić zapotrzebowanie ludzi „na mięso”, czy inne produkty pochodzenia zwierzęcego, to jednak daleki jestem od konkluzji, że jest to większe zło, niż zabicie odpowiedzialnych za to ludzi (co wydaje się być poparte aprobatą Olgi Tokarczuk pozwalającej na uniknięcie kary zarówno przez mordercę, jak i tych, którzy mordercę wzięli pod swoją opiekę.)

2.

Prawo do zabijania prawem uniwersalnym? (fot. Vipez)

Wygląda na to, że książka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” usiłuje dotknąć jednego z ważniejszych problemów etycznych naszych czasów, a mianowicie stosunku człowieka do zwierząt (a w szerszym aspekcie: do przyrody, i to zarówno ożywionej, jak i nieożywionej, czyli, ogólnie rzecz biorąc, do natury). Na tym ewentualnie może się osadzać jej wartość: uświadomienie nam pewnych ważnych pytań, jak np. o to, jak się ma zwierzęce cierpienie do cierpienia ludzkiego? Dalej: czy zwierzęta mają swoje życie wewnętrzne (i wiążący się z tym problem istnienia zwierzęcej „duszy”). Jakie prawa powinno mieć zwierzę (a jakich praw mieć nie musi)? Kto dał nam prawo do zabijania zwierząt? A jeśli jest to „nasze” prawo, to jakie są podstawy do tego, byśmy sobie uzurpowali tworzenie takiego prawa? Czyli: jeśli już ono istnieje, to co jest jego źródłem i jakie są jego przesłanki? Czy może jest to wręcz prawo wszystkich praw, czyli uniwersalne, immanetne wobec naszego bytu prawo naturalne? (Wystarczy wskazać choćby na istniejący w przyrodzie bezwględny i „piekielnie” konsekwentny łańcuch pokarmowy, walkę wszystkich ze wszystkimi, odbywającą się dosłownie w każdej chwili orgię zabijania – holocaust uśmiercania słabszych przez silniejszych.)

Ale czyż nasze człowieczeństwo nie polega m. in. na tym, byśmy tzw. „prawu naturalnemu” się sprzeciwiali albo przynajmniej adoptowali je do warunków tworzonej przez nas kultury?
Jeśli tak, to czym właściwie mamy się kierować ustalając wśród zwierząt hierarchię: ten gatunek należy chronić, nad tymi zwierzętami nie można się znęcać… ale już te bestie trzeba wytępić, a te bydlaki wyeliminować.
Gdzie w świecie zwierząt przebiega granica, która pozwala nam stwierdzić: ten zwierzak może być moim przyjacielem (zabawką, maskotką, cipciaczkiem), albo: tę gnidę trzeba zgnieść i rozdeptać, a tamtą świnię zaszlachtować!
Czyż nie zachowujemy się w tym wszystkim jak uzurpatorzy, jednocześnie mamiąc się (i usprawiedliwiając) tym, że owo prawo (do „czynienia sobie ziemi poddaną”) nadano nam z poruczenia jakiejś Wyższej Instancji?
Homo sapiens niby mieni się już człowiekiem, lecz nadal zachowuje się jak drapieżnik, przy czym nie za bardzo chce się do tego przyznać.

3.

A może okazujemy się po prostu hipokrytami zabraniając z jednej strony znęcania się nad zwierzętami, z drugiej zaś przyzwalając na odbywające się „w majestacie prawa” (i ku powszechnemu przyzwoleniu) masowe zwierzobójstwo na fermach, w rzeźniach, tuczarniach, ubojniach… tych fabrykach mięsa, czyli obozach masowej zagłady istot żywych? Czy pierwszy lepszy mięsny sklep – z tymi swoimi wiszącymi na hakach połciami krwistego mięsa, jelitami wypchanymi pociętym, rozsiekanym i zmielonym ciałem zwierząt (nazywanym przez nas oględnie mięsem); z podrobami, czyli resztkami zwierzęcych organów takich jak serce, nerki, mózg, wątroba, płuca, jądra, flaki…; wszystkie te kości, chrząstki, szpiki i tłusze; zmieszane z krwią kasze, pasztety, kiszki, salcesony, łoje… – czy nie jest to jakimś potwornym horrendum, do którego wszyscy są przyzwyczajeni, w związku z czym nikt już nie zauważa w tym żadnego piekła i zgrozy?
Jeszcze raz można zadać pytanie: skąd wynika prawo do zabijania i spożywania mięsa istot nam podobnych, z którymi człowiek może się skądinąd zaprzyjaźnić?
Czym tak zasadniczo różni się morska świnka czy też homik, jakiego głaszcze tkliwie nasze dziecko od myszy, którą truje się strychniną?

Rzeźnia, etyka, horror, estetyka (Francis Bacon - "Postać z mięsem", Rembrandt - "Ćwierć wołu")

4.

Myślę, że takie lub podobne dylematy i pytania, tudzież myśli i refleksje, mogły zaprowadzić Janinę Duszejko, czyli główną postać książki Tokarczuk, do wniosków i dokonań zbyt daleko jednak idących, bo zaburzających cywilizacyjną, obowiązującą w danej chwili hierarchię wartości, w której życie człowieka jest wszak ważniejsze od życia zwierzęcia.
Jednak nie tylko z tego powodu trudno jest mi uznać Janine Duszejko za bohaterkę mojego romansu. Ta kobieta straciła bowiem nie tylko zdolność odróżniania świata ludzkiego od zwierzęcego, ale i świata rzeczywistego od wyimaginowanego. Oczywiście, taki zaburzenie nie zawsze jest czymś dla człowieka dyskredytującym, wbudzającym niechęć czy antypatię. Tym jednak, co wyimaginowany świat Janiny Duszejko dyskredytuje, jest jego – co tu kryć – bzdurność. Chodzi mianowicie m. in. o astrologię, którą jednak – mimo podziwu, jaki żywię dla potęgi ludzkiej wyobraźni – uznaję osobiście za bezrozumną fanaberię.

Lecz nie tylko ta przypadłość mentalna głównej bohaterki wzbudziła podczas lektury mój dyskomfort i poirytowanie. Niezbyt znośne i mało wiarygodne były wg mnie także… imaginacyjne projekcje personifikujące zwierzęta – począwszy od jej suk nazywanych przez panią Janinę „Dziewczynkami”, poprzez „dostojnego” czeskiego lisa Konsula, aż po dzika obdarzonego jakże bezpretensjonalnym mianem „młodzieńca”.
Jako przykład, pozwolę tu sobie przytoczyć małą próbkę prozy pani Tokarczuk:

„Podeszłam bliżej i zobaczyłam – to był dzik. Nie całkiem dorosły, leżał w kałuży brunatnej krwi. Śnieg wokół był wytarty do samej ziemi, jakby zwierzę rzucało się po nim w konwulsjach. Wokół widniały też inne ślady – Lisów i Ptaków. Sarnie racice. Mnóstwo zwierząt tu było. Przyszły na własne oczy zobaczyć zbrodnię i odprawić żałobę po młodzieńcu.”

„Zbrodnia”, „żałoba”, „młodzieniec”… – to już chyba jednak jakaś przesada. Podobnie, jak nadawanie przez Janinę Duszejko swoim sąsiadom dziwacznych imion, które w jej mniemaniu oddawały ukrytą istotę danej postaci, jak np. Wielka Stopa, Dobra Nowina, Czarny Płaszcz, Popielista… Zresztą, z „prawdziwymi” nazwiskami i imionami też było dość kuriozalnie: Pyzio, Świętopełek, Wnętrzak, Studzienni… No i jeszcze, osobisty samochód pani Duszejko – Samuraj.
Chociaż są to w sumie drobiazgi, to świadczą one jednak o infantylnej i niezbyt adekwatnej do rzeczywistego świata wizji naszej Bohaterki, która nota bene jest narratorką całej powieści. Wrażenie to potęgowały tyleż trywialne co pretensjonalne, pseudo-poetyckie cytaty z Blake’a; również – do pewnego stopnia – konturowe, czarno-białe ilustracje, niczym z jakiejś koszmarkowej bajeczki dla niegrzecznych dzieci.

Wobec tego wszystkiego trudno mi było nie tylko identyfikować się z tą postacią, ale i poczuć zwykłą do niej sympatię… o aprobacie dla jej (wyrażając się mocno eufemistycznie) niekonwncjonalnego postępowania nie wspominając. Mimo więc podjęcia przez Olgę Tokarczuk ważnego tematu, (który i mnie samemu leży na sercu), jego egzekucja jest moim zdaniem chybiona. Dlatego dziełko „Prowadź swój pług przez kości umarłych” nie tyle nie rzuciło mnie na kolana, co pozostawiło chłodnym, sceptycznym i niezbyt dotkniętym.

5.

W sumie, mimo pozornej głębi, treść tej książki wydaje mi się płytka, wymowa – pretensjonalna, przesłanie – nieprzekonywujące, filozofia – naiwna, etyka – dwuznaczna, styl – niezbyt jednak wysokich lotów… dzięki czemu cała ta literatura (zwłaszcza jeśli porównam ją z książką, którą czytałem równolegle, a mianowicie z „Zapiskami ze złego roku” Coetzee’go) sprawiła na mnie wrażenie miernej i pośledniej. Szkoda.

 

Czarno-białe zwierzaki (ilustracje Jaromira Svejdika do książki Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych")

*

ODSZCZEPIENIEC TAKI JAK WSZYSCY (Stefan Chwin, „Dziennik dla dorosłych”)

Chwin: "Dziennik pisze się po to by mieć drugie życie"

Stefan Chwin pisze, że właściwie to jest on taki sam jak inni, ale co jakiś czas ma „nieodparte, trudne do zdefiniowania poczucie Różnicy„. Dlaczego? Czyżby myślał i czuł inaczej niż inni? Bynajmniej. Wg niego ludzie myślą i czują to samo co on, jednak wolą „dla świętego spokoju udawać, że nie czują i nie myślą tego samego co on”.
Tak więc – jak należy zapewne rozumieć – on sam nie udaje lecz pisze to co czuje i myśli.
Czyżby więc Chwinowi nie zależało na świętym spokoju?
A może on po prostu świętego spokoju nie jest w stanie osiągnąć? I nie może się oprzeć kompulsywnej potrzebie ujawnienia tego co mu siedzi w mózgu – leży na wątrobie?
Tutaj rodzi się jeszcze inne pytanie: czy rzeczywiście inni czują i myślą to samo co on? A może Chwinowi nie daje spokoju właśnie świadomość tego, że jednak tak nie jest? Że owa „Różnica” wynika z czegoś innego? Że jest to pewien sposób wyalienowania, „wyrodzenia” się, odszczepienia, braku poczucia solidarności?
Zamiast podobieństwa mamy więc Inność, którą Chwin w jakimś sensie pielęgnuje swoim pisarstwem. Mało tego… bez tej Inności on najprawdopodobniej pisarzem by nie był.

„Dziennik dla dorosłych” czytałem – co tu kryć! – z wielkim zainteresowaniem. Co w tym dziwnego?… może ktoś zapytać. Wszak każdy chce się dowiedzieć co też myśli i czuje, ale (w domyśle) nie ma odwagi by o tym światu powiedzieć. Tym sposobem możemy sprawdzić na czym właściwie polega nasze tchórzostwo.
No dobrze… żarty żartami, ale daję słowo, że nie jest moją intencją, aby wysnuwać wobec Pana Chwina jakiekolwiek złośliwości. Gdyż „Dziennik” jest ciekawy, a miejscami nawet pasjonujący i to nie tylko dlatego, że Chwin pisze ciekawie o rzeczach ciekawych, czyli o takich, które nie tylko wydają się nam – ale i są dla nas – bardzo istotne. Dla nas, a ściślej dla tych, którzy chcą się jakoś odnaleźć w przestrzeni międzyludzkiej rozciągniętej na obszarze Europy Środkowej; także dla tych, którzy chcą posiąść zdolność rozszyfrowywania kulturowych kodów, jakimi w tej przestrzeni ludzie się posługują. Przy czym, nie ma to nic wspólnego z jakąś lokalną klaustrofobią, a wręcz przeciwnie – ma tendencję do przenoszenia się na dość rozległe obszary gdzie poumieszczane są nasze uniwersalia. „Dziennik” przykuwa uwagę także przez to, że Chwin pisze językiem niezwykle plastycznym – pisze gęsto i intensywnie. Być może dlatego tam, gdzie mogliśmy się doszukać pasji, czasem widzimy obsesję, zaś tam gdzie oczekiwalibyśmy sprawiedliwości, spotykamy się z pewną dozą stronniczości.

Mimo dość oczywistych ciągot kronikarskich (co w przypadku tej formy literackiej nie powinno raczej dziwić), polegających na komentowaniu społecznych, czy też międzynarodowych aktualiów (np. odniesienia do spraw polsko-niemieckich, rewizji solidarnościowego zrywu, rozprawy z mitem „narodowej kultury”, postępującej homogenizacji świata, europejskich zagrożeń…), Chwin w swoich zapiskach jest bardzo prywatny – jego „osobistość” (choć zatrzymującą się na granicy intymności) znajdujemy niemal na każej stronie „Dziennika dla dorosłych”. Być może właśnie na tym polega jego atrakcja, wzmocniona dodatkowo rozprawą nad takim (ważnymi dla większości z nas) kwestiami, jak np. antysemityzm, lustracja, eutanazja, stereotyp, czas, śmiertelność… ?
Chwin jest oczywiście także kontrowersyjny, bo ośmiela się spojrzeć na utarte schematy z zupełnie innej perspektywy, nie godząc się na powielanie kolejnych mitów i złudzeń. Narusza też spiż narodowych ikon (Sienkiewicz, Miłosz, Herling-Grudziński, Giedroyć, Herbert, Grass, Venclova…), ale również i tych, którzy sami ten spiż naruszali, ale i tak na ikony się wybili (Gombrowicz).
Jak to robi?
Moim zdaniem warto się o tym przekonać samemu.

Stefan Chwin: "...ja biorę garściami fakty z życia różnych ludzi i z puzzli cudzego losu los mój własny w dzienniku układam, dużo prawdziwszy od rzeczywistego. Żyjemy na Ziemi nie po to, żeby po sobie zostawić ślad prawdziwy, tylko osobę ulepioną z pamięci, wyobraźni i zimnej premedytacji, wyraźniejszą i mocniejszą niż my sami. Więc chociaż mój S. nie jest mną zupełnie, jest bardziej mną, niż ja sam..."

 

 

A oto kilka fragmentów „Dziennika dla dorosłych” , w których Stefan Chwin sam opisuje, czym ten „Dziennik” jest, a czym nie jest; jakie są jego intencje i jakich nieporozumień najbardziej się obawia:

  „Ja w swoim dzienniku pozwalam sobie – i to dość często – na ironię, na kpinę, na drwinę, a nawet śmieję się dość głośno z różnych niezmiernie poważnych spraw, mówię dość ryzykowne rzeczy, błądzę, mylę się, wyrażam uczucia nieobyczajne, kocham, ale też dość mocno nienawidzę, bo (…) ja bym chciał, żeby to był dziennik żywego człowieka, a nie jakaś ze wszech miar słuszna autobiografia intelektualna wymyta do czysta mydełkiem krakowsko-paryskiego estetyzmu, jak to bywa u niektórych polskich pisarzy.
A tu mnie teraz spotykają różne przykrości, że ja niby w moich „Kartkach” wygłaszam niesłuszne poglądy.
Mój dziennik nie jest żadnym referatem poglądów na cokolwiek! To raczej ruchomy, witrażowaty, rozsypujący się i składający się na powrót obraz życia wewnętrznego pewnego człowieka, który na początku XXI wieku żyje w pewnym mieście nad zatoką zimnego morza i może jest trochę podobny do mnie. (…)

Ach, żeby tak chociaż na parę chwil wyswobodzić się z polskiego łańcucha, zrzucić obrożę, przez minutę, albo dwie poczuć słodko-gorzki luksus wolności. Bo u nas wolność ogólna niby wybuchła po zejściu komunizmu do grobu z wielką siłą, ale ze swobodą intelektualno-duchową, swobodą osobistą każdego z nas z osobna, sprawy już tak różowo nie wyglądają, chociaż z pozoru rozbestwiona samowola umysłowo-moralna Polskę naszą niepodległą zżera i ciężko udręcza… Stadne fale myśli płyną sobie po naszej krainie jak za dawnych czasów, szeroko i rozlewnie. I wiadomo, że są rzeczy, których lepiej nie ruszać. Więc ja (…) piszę swój dziennik między innymi po to, by zakosztować przez minutę lub dwie tych okropnych luksusów swobody. (…)
Ruch myśli mnie bawi, sprawdzanie różnych ryzykownych idei, posuwanie się za daleko w niestosownych pytaniach i myślach (…).

Pan sugeruje, że ja ‚portretuję’ różne osoby po to, by je odbrązowić, pomniejszyć, że uparcie skaz w nich szukam, nie siły? Proszą Pana, a na cóż ja miałbym odbrązawiać kogokolwiek? Mnie szkoda czasu na takie rzeczy. Ja tylko z bólem serca widzę i opisuję (wytłuszczenia autora – przyp. LA). To właśnie grzech jest mój główny. Że widzę i opisuję. Ale zapewniam Pana, że ja żadnego dziennika bezgrzesznego pisać nie będę, bo pisanie dziennika bezgrzesznego uważam za pozbawione sensu. (…) Ja jestem grzeszny człowiek. Na sumieniu mam siedem grzechów głównych, a nawet więcej niż siedem, dobrze wiem, że myśli i uczucia często miewam zupełnie niewłaściwe i wcale nie zamierzam tego przed światem zatajać.
Ja piszę dziennik dla dorosłych. A dziennik dla dorosłych to nie jest żaden dziennik o jakichś smakowitych kłopotach łóżkowych, na których widok aż się oblizujemy z łakomstwa, tylko dziennik o sprawach trudnych do zniesienia, z którymi ani ja sam, ani inni ludzie dorośli nie bardzo wiedzą, jak sobie poradzić.”

 * * *

Mimo, że robi się tu dość obszernie, nie mogę się oprzeć pokusie, by przytoczyć jeszcze jeden, niezwykle moim zdaniem smakowity kąsek prozy Chwina, który sam autor zatytułował „Dziennik dla Nietoperzy” :

„… a dla kogo piszę? Ależ dla was, moi drodzy Nietoperze, szlachetni desperaci pisma, dla was, bracia moi, nieumiejący przeżyć nawet jednego dnia bez pożerania suchego prowiantu liter, dla was, wymierający zjadacze druku, wąchacze książkowego papieru, miłośnicy zadrukowanych kartek, dla was, sybaryci lampy nad łóżkiem i wygodnego fotela, pasjami lubiący czytać w wannie, w pociągu, na sedesie, w hotelu, w parku, na plaży, w autobusie, pod ławką szkolną, w tramwaju, u fryzjera, w kawiarni, na stojąco, na siedząco, na leżąco, z ręką pod głową, na brzuchu, na plecach, dla was, oglądacze Programów dla Nietoperzy, puszczanych w telewizji koło północy, dla was, żywe pół procenta oglądalności (…), do którego ja razem z wami od dawna należę…

Ach, bracia moi, mieszkańcy Domów z Powietrza, smakosze od Mozarta i Mahlera, Szukacze Nie Wiadomo Czego, skłonni do bezproduktywnych rozmyślań i niebezpiecznych zamyśleń, uciekinierzy ze świata realnego do Innych Światów, Gacki moje drogie, kochające ciszę i szelest przewracanych kartek… Jeszcze żyjemy, jeszcze się trzymamy, choć topniejemy w oczach jak śnieg marcowy na ciepłym parapecie, my, marginesowy target, my, cierpliwi widzowie małych kin studyjnych, oglądający w telewizji po północy filmy robione dla nikogo, my, Nocni Myśliwcy, polujący na Cotrazaara, Kołakowskiego, Bergmana, Felliniego i Eisensteina, my, rekordziści Nocnej Orgii Czytania, my, mistrzowie Zaczerwienionych Oczu, cierpiący od czasu do czasu na słodką bezsenność… z powodu nieopisanego głodu liter…”

* * *

Photo: Maciej Korycarz, Cato Lein, Jan Ledóchowski

O „Kartkach z dziennika” Stefana Chwina przeczytać można TUTAJ.

*