MNISI Z LUANG PRABANG – LAOS

*

*

Decydując się na wizytę w Luang Prabang, dawnej stolicy laotańskiego królestwa, nie kierowałem się bynajmniej buddyjską zasadą odrzucenia wszelkich pragnień i pożądań, by uniknąć cierpienia, do którego nieuchronnie – prędzej czy później – one prowadzą. Nie, ciągnęła mnie tam moja ciekawość, (o której z kolei w naszym kręgu kulturowym mówi się, że jest pierwszym stopniem do piekła). Tak więc, mimo że czułem się pośród tych quasi-religijnych przestróg niczym między młotem a kowadłem, to wyruszyłem w dalszą podróż i już wkrótce znalazłem się w tym maleńkim miasteczku u zbiegu Mekongu z krętą jak wąż rzeką Nam Khan. Byłem ciekaw miejsca, które cieszy się famą jednego z najbardziej „uroczych” miejsc południowo-wschodniej Azji (fama ta wszak rodziła we mnie podejrzliwość, że utknę w ogładzonej, jaskrawo-kolorowej i wykończonej na globalną sztampę turystycznej pułapce pełnej raczących się azjatycką kuchnią i opijających lokalnym piwem back-packerów ). Przede wszystkim chciałem zobaczyć znajdujące się tam świątynie i spotkać zamieszkujących tę okolicę ludzi – ciekaw byłem bardzo tego zakątka Laosu osadzonego w dolinie najważniejszej rzeki Indochin, otoczonej zielonymi wzgórzami, pełnymi wodospadów i jaskiń. Wreszcie: ciekaw byłem zaludniających tutejsze – jakże liczne – świątynie, mnichów. Wiedziałem… spodziewałem się, czułem… że w Luang Prabang czeka mnie jedno z najciekawszych spotkań z buddyjskimi mnichami i że będzie to przeżycie niezapomniane. Czy oczekiwaniom tym stało się zadość?

Zbudziłem się kiedy jeszcze na zewnątrz panował gęstym mrok, zanim zaczęły piać okoliczne koguty, a nie umilkły jeszcze głosy bliżej mi nieznanych stworzeń żyjących w bambusowo-bananowych zaroślach i krzewach bugenwilii. Nie zapalając światła (by nie budzić osoby, która spała tuż obok mnie), narzuciłem na siebie to, co znalazłem pod ręką, otworzyłem drzwi i wsunąłem stopy w spoczywające przed progiem sandały, kierując się do wyjścia. Brama guesthouse’u była zamknięta, przed nią, na dziedzińcu leżała pod kocami jakaś skulona postać. Na dźwięk skobla, który usiłowałem odsunąć, śpiący człowiek zerwał się na równe nogi, ale poznawszy mnie uspokoił się, i – z niewyraźnym pozdrowieniem „gud monin” – otworzył mi furtkę. Wyszedłem na spotkanie z mnichami.


Stare Luang Prabang, ze względu na swoje rozmiary, trudno nazwać miastem. To raczej osada położona na cyplu jaki tworzą zbiegające się tu rzeki Mekong i Nam Khan i rozciągająca się na długości niespełna mili wzdłuż stromych urwisk rzecznych brzegów i szerokości dochodzącej zaledwie do stu, dwustu metrów. Na dodatek, znaczną część tego półwyspu zajmuje zalesione wzgórze Phu Si z górującą nad miastem złotą stupą. Na tym małym spłachetku ziemi wystawiono ponad 30 świątyń, przy każdej świątyni powstał klasztor, a w nich zamieszkało blisko pół tysiąca mnichów. Każdego ranka, o świcie, cała ta mnisza armia wychodzi ze swoich skromnych klasztornych kwater na ulice Luang Prabang i udaje się na… żebry.
No cóż, „żebry” mają w naszej kulturze raczej negatywną konotację. Tutaj, proszalna procesja buddyjskich mnichów jest natomiast czymś w rodzaju uświęconego rytuału, mającego także bardzo praktyczne, utylitarne znaczenie: jest ona głównym sposobem zdobywania pożywienia przez mnichów, którzy w swe jałmużne naczynia (swoją drogą nie pozbawione estetycznej elegancji) zbierają żywność ofiarowaną im przez okoliczną ludność.
Wychodząc przed wschodem słońca z mojego hotelu, chciałem być tego wszystkiego świadkiem – być może nawet uczestnikiem.


Mając jeszcze w kościach kambodżańskie upały sprzed kilku dni, tym mocniej poczułem chłód laotańskiej „zimy”, która oznaczała tu temperaturę w nocy rzędu 10 – 12 stopni Celsjusza, zanim jeszcze słońce nie podniosło ją w dzień do przyjemnych dwudziestu-paru stopni. Od klasztoru Wat Xieng Thong i głównej Świątyni Złotego Miasta, gdzie zwykle pojawiają się pierwsi mnisi i dokąd zamierzałem dotrzeć, dzielił mnie nie więcej jak kwadrans drogi. Wokół panowała jeszcze głęboką ciemność rozświetlana słabym światłem ulicznych lamp, więc kiedy na opustoszałej ulicy zobaczyłem człowieka rozkładającego swój kram i zapraszającego mnie do wypicia czegoś ciepłego, nie omieszkałem skorzystać z tej okazji, by bardziej zdecydowanie przebudzić moje szare komórki. Kawa była gorąca i słodka, kubek parzył mnie w ręce – i mimo, że zwykle nie znoszę cukru w kawie, z niemałą rozkoszą smakowałem ten gęsty i mocny napój, który przypomniał mi wietnamskie esspresso z mocną nutą indyjskiego kardamonu. Czułem się dzięki temu jak w świecie nieco odrealnionym – niczym w zlepku różnych kultur, klimatów i smaków, w rzeczywistości pół-sennej i pół-jawnej, w której przenikały się majaki i wspomnienia – to co zmysłowe i konkretne z tym co wymyślone, oniryczne i urojone. Tu i ówdzie pojawiali się jacyś ludzie, coraz częściej rozlegał się dźwięk otwieranych bram i drzwi, podnoszonych rolet i stor, słychać było głosy wzajemnych pozdrowień. Nokturnowo-niebieskawa szarość zaczęła ustępować miejsca mglistemu brzaskowi dnia. Nad rzeką wisiały jeszcze sinawe mgły, od wschodu nadciągało przejaśnienie, w oddali szarzały góry… Otaczał mnie kraj, który mnie intrygował, ale którego nie znałem. Musiałem iść dalej. Podziękowałem mojemu ulicznemu gospodarzowi za kawę i dość energicznym krokiem skierowałem się ku leżącemu na samym cyplu półwyspu klasztorowi – tam gdzie kończyło się (czy też zaczynało) miasto. Szybkim marszem chciałem strząsnąć z siebie resztki nocnego spleenu, a pomagała mi w tym skutecznie także spora dawka kofeiny, jaką przed chwilą dostarczyłem mojej krwi. W pewnym momencie wydało mi się, że w oddali między świątynnymi zabudowaniami, mignęły pomarańczowe szaty mnichów.

*

Wszystko zaczęło się od Buddy – Przebudzonego, który odrzucił złudę materialnego świat wygód, bogactwa, posiadania i zmysłowości, by wyzwolić się z zaklętego koła życia (samsary) i osiągnąć nirvanę – stan, którego właściwie niczym nie da się opisać, a który dla niektórych buddystów jest odpowiednikiem naszego „nieba”, choć jest opisywany bardziej jako swego rodzaju „pustka”.
Wokół Sidharty-Przebudzonego zaczęli skupiać się jego uczniowie i to właśnie oni dali początek mniszym zgromadzeniom zwanym sangha. W klasztorze można było prowadzić bardziej zaawansowaną drogę buddyjskiego stylu życia: odsunięcie się od świata zwykłej życiowej krzątaniny i powszednich zajęć, wyrzeczenie się ludzkich pragnień (nie tylko tych przyziemnych, zmysłowych, ale i jakichkolwiek wyższych, w tym i duchowych, takich jak np. pragnienia nieśmiertelności, ale i nawet czegoś przeciwnego: pragnienia uwolnienia się z samsary). Żyć życiem prostym, cnotliwym, pokornym, wycofanym… pełnym spokoju i współczucia dla wszystkich cierpiących istot świata. Bowiem tylko wtedy może człowiek wejść na drogę Oświecenia i spełnienia się w finalnej nirwanie.
Oczy mnicha nie powinny się stymulować tym, co jest dla innych wizualnie atrakcyjne; jego usta powinny powstrzymywać się od gadatliwości, ręce Mistrza powinny oduczyć się chwytania i zagarniania rzeczy, a jego twarz nie może wyrażać pożądliwości ani nawet zwykłego pragnienia…
Czy spotkania takich ludzi mogłem się spodziewać tego ranka na ulicach Luang Prabang?


Dniało już kiedy na ulicy pojawił się wreszcie niezwykły korowód. Długi, pomarańczowy, niekończący się łańcuch idących gęsiego bosych mnichów, przedstawiał widok zgoła nieziemski. Każdy taszczył ze sobą sporych rozmiarów naczynie przypominające kształtem pękatą wazę, każdy milczał starając się zachować na twarzy wyraz powagi i nie zważać na to, co się działo wokół. Beznamiętnie i mechanicznie mnisi podsuwali swoje naczynia ludziom, którzy ustawili wzdłuż chodnika i wkładali w nie żywność – głównie „lepki” ryż. Wszystkie kobiety – skażone wedle odwiecznych przekonań nieczystością i stanowiące potencjalne zagrożenie dla cnotliwości mnicha – klęczały i dawały jałmużnę ze spuszczonymi oczami. Mężczyźni mogli to czynić na stojąco.
Jako że miałem ze sobą aparat fotograficzny (jakżeby inaczej!) starałem się trzymać od całej tej aktywności i ceremoniału z daleka.

To, na co patrzyłem, nie było tylko malowniczą paradą ubranych w pomarańczową szatę i ogolonych na łyso mężczyzn, którzy zbierali ryż do oplecionych wikliną mis. To był przede wszystkim odwieczny rytuał określający podstawową relację między ludźmi świeckimi a duchownymi – ich wzajemną zależność i wymianę pewnych wartości.
Wyrzeczenie się świata materialnego przez mnichów pozwala na ich doskonalenie się duchowe, osiąganie wyższych wartości, które w postaci nauk i przykładu mogą przejmować ci, którzy prowadzą życie laickie. To właśnie mnisi niejako torują drogę ku wyzwoleniu się z cierpienia, zwiększają szansę na odrodzenie się w lepszym wcieleniu czy wreszcie osiągnięcia stanu nirwany. Ludzie zajmujący się sprawami przyziemnymi mogą zaś odwdzięczyć się jałmużną, materialnym wsparciem oraz okazywanym szacunkiem, zaznaczając przy okazji tą postawą swój podrzędny status społeczny. Ponadto, okazując szczodrość, zdobywają zasługi, dzięki którym będę się mogli odrodzić do lepszego (a przynajmniej niegorszego) życia.
Świadomość tego wszystkiego pozwalała mi patrzeć na odbywający się na ulicach Luang Prabang ceremoniał nie tylko okiem ciekawskiego turysty żądnego lokalnych ciekawostek i  egzotycznego kolorytu, ale i kogoś, kto chciał zrozumieć jego głębszy sens.


Ale patrzyłem na ten rytuał także okiem fotografa. Teleobiektyw pozwalał mi zachować pewien dystans, zaś estetyczna radość utrwalania niezwykle fotogenicznych obrazów – podekscytowanie będącego w swoim żywiole pasjonata. Uliczki Luang Prabang dostarczały znakomitego tła dla kontrastujących z nimi pomarańczowymi szatami mnichów. Wystarczyło tylko wybrać te kadry, które objęłyby także tutejszą architekturę, roślinność, samych mieszkańców… jak również – last but not the least – buddyjskie świątynie i klasztory. A przy tym unikać widoku innych paparazzich i wpychających się na pierwszy plan turystów. Zadanie trudne, ale nie niewykonalne, zwłaszcza jeśli można było usunąć się w bardziej ustronne, niezatłumione przez obcych przybyszów, miejsce.

Nie była to moja jedyna z mnichami styczność. Kilka dni spędzonych w Luang Prabang pozwalało na niemal ciągłe z nimi obcowanie, bo poza ranną procesją, prowadzili oni dość otwarte życie na dziedzińcach świątyń i klasztorów, w szkolnych klasach – ucząc się, chędożąc obejście, bawiąc się, śmiejąc, rozmawiając… Kontrastowało to z solemną postawą jaką zachowywali podczas porannego obchodu miasta, kiedy w milczeniu zbierali do swoich misek potrzebny im do przeżycia ryż.
A we mnie pozostawiło wspomnienie przyjaznych, ciekawych świata i mimo wszystko… zwykłych ludzi.

*

*

*

*

*

*

*

*

*

       © ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć mnichów z Luang Prabang obejrzeć można w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ (bardziej przestrzennie) oraz (nieco bliżej) na stronie Światowida TUTAJ .

*

Advertisements

komentarzy 75 to “MNISI Z LUANG PRABANG – LAOS”

  1. LAOS: MNISI Z LUANG PRABANG « brulion podróżny (ilustrowany) Says:

    […] zdjęcia są ilustracją wpisu pt. “MNISI Z LUANG PRABANG – LAOS” opublikowanego na blogu “Wizja Lokalna” […]

  2. Logos Amicus Says:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/03/mnisi-buddyjscy-luang-prabang-laos-jac582muc5bcna-4.jpg?w=780

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/03/mnisi-buddyjscy-luang-prabang-laos-jac582muc5bcna-7.jpg?w=780

    Więcej zdjęć mnichów z Luang Prabang obejrzeć można w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ (bardziej przestrzennie) oraz (nieco bliżej) na stronie Światowida – TUTAJ .

  3. Torlin Says:

    Przyjemnie było poczytać i pooglądać. Dziękuję.

  4. Ewa Says:

    Bajeczne zdjęcia, ciekawa opowieść :)
    Zasady obowiązujące mnichów i wspierających jałmużną wiernych, już mniej mi odpowiadają.

    • Logos Amicus Says:

      Najważniejsze chyba, żeby odpowiadały tym, którzy są bezpośrednio w tę relację zaangażowani ;)

      PS. Oczywiście, gdybym był kobietą wyemancypowaną w kulturze zachodniej, to również te zasady budziłyby moje zastrzeżenia (bo przypuszczam, że chodzi Ci tu głównie o wymagania, jakie się ma w całym tym ceremoniale w stosunku do kobiet).

  5. Onibe Says:

    dobra kolekcja zdjęć i ciekawy opis rytuału

  6. Jula :D Says:

    Zupełnie inny świat. Dla mnie niezrozumiały, ale może dlatego bardzo ciekawy. No cóż, wszystkie nowożytne religie, kobiety traktują służebnie.
    Pozdrawiam wiosennie z kraju przodków. ;)

    ps.
    Moje wpisy wymagają zalogowania ?

  7. tamaryszek Says:

    Świetne! Dobrze że już wreszcie udostępniłeś tę opowieść!
    Niesamowite.
    Po pierwsze: zdjęcie z mnichem w ogrodzie. On sam jest jak najjaskrawiej kwitnący kwiat. :) I ta procesja, i ludzie przycupnięci, już czekający na swoją szansę wspomożenia.
    Po drugie: no właśnie to, że jałmużny nie daje się tam od niechcenia, gdy ktoś zaczepi i poprosi, tylko inaczej. Tak jak to zrozumiałam: ma to rytualny charakter, ceremonialny. Bo przecież gdy mnisi idą, to ludzie chyba między sobą nie rozmawiają? Dziwne. Dla mnie egzotyka.
    Po trzecie: fenomenalne miejsce! Takie zagęszczenie mnisich istnień.
    Przyszedł mi na myśl nasz satyryczny Krasicki, kąśliwie opisujący niegdyś takie miasteczko, w którym: „Było trzy karczmy, bram cztery ułomki, Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki”. I gdzie mu tam do Luang Prabang! ;)
    Pozdrawiam!

    • Logos Amicus Says:

      Pewnie i o mnichach buddyjskich można by napisać jakąś monachomachię ;)
      Sam Dalaj Lama kiedyś podobno stwierdził, że nie brakuje wśród nich nierobów i darmozjadów (no, może wyraził się – jak na Dalaj Lamę przystało – bardziej oględnie) ale buddyjski system monastyczny w Azji pełni jednak bardzo ważną funkcję społeczną i kulturową. Stanowi nie tylko centrum duchowe, ale i jest miejscem, w którym kształci się młodych ludzi. Dla wielu z nich, zwłaszcza tych pochodzących z bardzo biednych rodzin, jest to jedyna szansa, by nauczyć się nie tylko pisać i czytać, ale i poznać języki obce (głównie angielski, ale również i – skoro mowa o Laosie – francuski), historię, geografię…

      Rytuał przyjmowania jałmużny pełni nie tylko funkcję religijną, ale jest też czymś bardzo praktycznym, bo dostarcza pożywienia mnichom – i bynajmniej nie jest to pomoc tylko symboliczna, choć współcześnie klasztory (i świątynie) otrzymują środki wsparcia z różnych źródeł (Luang Prabang został niedawno wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, więc myślę, że pieniądze np. na restauracje obiektów historycznych i zabytków przychodzą też z Zachodu).

      Ten poranny pochód zbierania żywności ma pewnie ściśle określoną procedurę, musi przebiegać sprawnie by nie zakłócać spokoju i rutyny mieszkańcom miasta – stąd ta małomówność mnichów i brak komunikacji (nie tylko słownej ale i wzrokowej) między nimi a tymi, którzy dają im jałmużnę.
      Poza tym, mnisi zachowują się całkiem normalnie ;) – co można zobaczyć na moich zdjęciach, jeśli tylko kogoś one zainteresują ;) – rozmawiają, śmieją się, a nawet – w przypadku tych najmłodszych (bo do klasztoru mogą wstępować już 9 – 10 letni chłopcy) – bawią.
      Tak więc, są nie tylko jakąś fotogeniczną, egzotyczną ciekawostką – turystyczną atrakcją.

  8. sarna Says:

    Sorry za bezpośredniość i szcerość, ale w moim odczuciu to pasażyci.

  9. sarna Says:

    :) sorry również za literówki, ale jakiś złośliwy chochlik przy niedzieli się weseli

    • Logos Amicus Says:

      „Pasożyci” to mocne – i ekstremalnie pejoratywne – określenie. Ja bym się do takiej oceny tych mnichów nie posunął. Gdyby rzeczywiście wszyscy oni byli społecznymi „pasożytami”, to ten system nie przetrwałby dwa i pół tysiąca lat – dawno by ich przegoniono na cztery wiatry, tym bardziej, że buddyjscy mnisi nigdy nie posiadali żadnej siły militarnej, która by za nimi stała (w przeciwieństwie do „naszych” katolickich, czy też chrześcijańskich, duchownych).
      Mam pewne zastrzeżenia do buddyzmu, ale w sumie system ten (religię, filozofię?) szanuję. Widzę, że on się w azjatyckiej rzeczywistości kulturowo-społecznej sprawdza.
      Wbrew pozorom – i swojej metafizycznej naturze – każda religia ma swój racjonalny aspekt.

      PS. Zwykle mamy tendencję do szafowania skrajnymi określeniami wobec tego, czego bliżej nie znamy, albo co budzi nasze większe emocje (zarówno pozytywne, jak i negatywne).

      • sarna Says:

        To chyba nie kwestia tego, co znamy lub nie znamy. To raczej spojrzenie z punktu kultury w której zostaliśmy wychowani i której normy przyjęliśmy za wyznacznik pewnych wartości. Dla mnie nie jest istotne czy jest to mnich buddyjski, ksiądz katolicki czy mąż – jeżeli nie para się pracą, a liczy na jałmużnę, to jest to pasożyt.

        • Logos Amicus Says:

          A jednak są zasadnicze różnice między mnichem buddyjskim, księdzem katolickim i mężem.
          I co to znaczy „praca”? (Jeśli ktoś się uczy – a młodzi mnisi w klasztorach się uczą, albo naucza – a wielu starszych mnichów buddyjskich to nauczyciele, to nie „pracuje”?)
          Dla zadeklarowanych wrogów religii (jak np. Lenin, Mao, Pol Pot) każdy ksiądz czy mnich był „pasożytem” bo nie pracował na roli czy w fabryce. A do czego doprowadziła taka postawa wobec religii (będącej wg nich tylko „opium dla mas”, czy wręcz – jak mówił „Wielki” Mao – „trucizną”) to mogliśmy się sami niedawno przekonać.

  10. sarna Says:

    Nie bardzo znam się na buddyzmie, ale konfucjanizm mnie fascynuje. Padają w kryzysach gospodarki państw europejskich, pada gosporadka amerykańska, tak jak runął ZSSR i jego gospodarka, bo były budowane na „religii” sukcsu pieniądza. Natomiast Japonia, Korea (a w nieodległej przyszłości Chiny) odniosły sukces gospodarczy, bo budują na zasadach konfucjanizmu, bazują na wartościach tkwiących w szlachetności człowieka (najwyższej jakości moralnej, obyczajowej, kulturalnej, etc.) (w zarządzaniu: szacunek dla pracy, którego efektem jest w zasadzie zbędność controllingu, kto nie sprząta w domu ten nie sprzątnie też stanowiska pracy, dożywotnie zatrudnienie, oraz inne ciekawe i mądre reguły).
    Nie mam nic przeciwko religiom czy filozofiom takim jak np. buddyzm, ale mam w miarę jasno zdefiniowane kryteria wartościowania ludzi. Skoro mnich pracuje, a jego wynagrodzeniem jest jałmużna to ok, ale jeśli zdrowy mężczyzna od dziecka, po późną starość wertuje księgi i szlifuje mantrę po to tylko, by się wewnętrznie doskonalić, a żeruje na pracy innych, zwłaszcza kobiet obarczonych rodzinami i fizyczną pracą, to dla mnie jest to pasożyt. Niech się doskonali, ale i niech zarobi na pożywienie, a nie wyciąga po nie ręce w geście „mi się należy”.
    Budzą we mnie bunt i zniesmaczenie te rzesze zdrowych, pucołowatych mężczyzn i widok ludzi pracy, którzy gną przed mnichami karki, a przy tym o ironio uważani sa za coś gorszego, podrzędnego. Generalizując i odnosząc się do ogółu, a nie tylko buddyzmu, nie mówię o sytuacjach gdy ktoś, z jakichś usprawiedliwionych powodów jak np. choroba, czy opieka nad taką osobą jest zmuszony korzystać z pomocy zdrowej części społeczeństwa, ale fakt, że ktoś obrasta w tłuszcz, bo przez całe życie wędruje na żebry z wazą, która nie grzeszy skromnością, nie ima się pracy, która przysparza dóbr napawa mnie tylko gniewem. Skoro mnich wyrzeka się tego, co jest udziałem ludzi pracy to niech nauczy się też obywać bez owoców ich pracy.zwłaszcza, że jego religia/filozofia mówi o życiu skromnym, pokornym, cnotliwym. W moim odczuciu to tylko kolejny przejaw obłudy, wygodnickiego życia i ogłupiania wyznawców.
    W Chinach rośnie liczba chrześcijan – może już ludziom zbrzydło wmawianie, że pasożytnictwo otwiera drogę do nieba. Natomiast w Europie rośnie liczba buddystów – może są już zmęczeni naukami, że praca i poświęcenie się dla innych otwierają drogę do nieba.
    Nie wiem, nie rozpatruję kwestii pasożytnictwa w kontekście religii czy filozofii. Dla mnie w tym przypadku sprawa jest prosta, białe jest białe, a czarne czarne – chcesz jeść zapracuj na to sam, a nie żeruj na innych.
    I tyle, powstrzymam się od dalszych wypowiedzi w tym temacie, bo widok tych mężczyzn i rozmowa o nich źle na mnie działa.

    • Logos Amicus Says:

      Niestety, czytając Twój komentarz miałem wrażenie, jakbym czytał jakiegoś komunistycznego doktrynera, wroga religii, będącej tylko „przejawem obłudy, wygodnickiego życia i ogłupiania wyznawców”, oraz mnichów, którzy są niczym innym jak tylko leniwymi, bezproduktywnymi pasożytami. Nie rozumiem skąd bierze się ta Twoja wobec nich słowna agresja i niechęć, być może bliska nienawiści („budzą we mnie zniesmaczenie”, „widok tych mężczyzn i rozmowa o nich źle na mnie działa”, „napawa mnie tylko gniewem”…)
      Trudno mi się też zgodzić z niektórymi Twoimi stwierdzeniami. Może więc pokrótce wyłuszczę te, które mi się nasuwają w pierwszym rzędzie:
      – To nieprawda, że Japonia, Korea, Chiny… odniosły ekonomiczny sukces, bo budowały (budują) na zasadach konfucjanizmu. One budują to na zasadach kapitalizmu. Poza tym Japonia od wielu lat przeżywa ekonomiczny kryzys (bo okazało się, że jednak nie można ludzi zapracowywać/”zaharowywać” na śmierć – w kraju tym z pracy starano się zrobić coś w rodzaju „religii”, zapełniając pustkę jaka powstała po boskości cesarza i moralnej kompromitacji (akces do faszyzmu) podczas II wojny światowej. Chińczycy – po szaleństwach rewolucji „kulturalnej” i zniszczeniu własnej tradycji, przyczepiwszy się obłudnie do „komunizmu” a w rzeczywistości wyzyskujący ludzi jak najbardziej krwiopijczy kapitaliści – sami nie wiedzą kim są. W tym kontekście Twoje słowa mówiące, że obecnie Chińczycy „bazują na wartościach tkwiących w szlachetności człowieka (najwyższej jakości moralnej, obyczajowej, kulturalnej, etc.); w zarządzaniu: szacunek dla pracy, którego efektem jest w zasadzie zbędność controllingu, kto nie sprząta w domu ten nie sprzątnie też stanowiska pracy, dożywotnie zatrudnienie, oraz inne ciekawe i mądre reguły” brzmią niestety jak… ponury żart. Chiny i „bazowanie na wartościach tkwiących w szlachetności człowieka”! Kto jak kto, ale Chińczycy wielkim humanitaryzmem raczej się nie cechują i nadal traktują ludzkie mrowie jak siłę roboczą, lekce sobie ważąc takie wartości jak autonomię jednostki, godność człowieka, wolność indywidualną czy swobody obywatelskie.
      – Przyjmując Twoje kryteria pasożytnictwa, takim pasożytem był także Jezus, a przede wszystkim sam Budda (bo niczego nie produkowali, nie siali, nie orali, nie pracowali przy taśmie produkcyjnej w fabryce… a tylko siedzieli, myśleli, szwendali się, dumali, gadali i nauczali.
      Czy tworzenie wartości duchowych i intelektualnych, studiowanie ludzkiej myśli (ksiąg), formułowanie nowych idei… uważasz za pasożytnictwo?

      • sarna Says:

        A jednak Amicusie, błądzisz :) Japonia nie budowała na kapitaliźmie, bazują na feudaliźmie. Może brzmi to niedorzecznie, ale naprawdę wymaga to troszkę głębszej analizy. Kiedyś, po powrocie z Japoni przekonywałeś mnie na łamach swojego bloga, że tam nie ma problemu głodu – pamietasz jaką konkluzją skończyła się późniejsza wymiana komentarzy kilku rozmówców w tym temacie? Pozwól, że przypomnę – zaufałeś powierzchowności, pozorom, oczom które widziały stragany uginające się pod ciężarem dóbr, a tym czasem nawet dziecko na etapie szkoły podstawowej wie (bez bywania w Japonii), że tam jest głód jest zjawiskiem powszechnym. Teraz też zaufałeś pozorom. Opisałeś w kilku barwnych obrazkach życie próżniaków i dziwisz się, że tak to odebrałam. To dopiero Chihiro wyjaśnila, że oni również ( w większości) pracują, uprawiają ogrody, na czas żniw wracają do rodzinnych gospodarstw by pomóc rodzicom. Ty tylko pokazałeś coś na wzór jemioły, piękny widok pasożyta. Miałam się zachwycić? Sorry, ale zbyt uczciwie pracuje na utrzymanie, znam wartość pracy i nie pochwalam pasożytnictwa. Powtórzę ostatni raz – jeśli pracują (w jakiejkolwiek formie) to jest ok, ale jeśli tylko żerują to mnie ro oburza.
        Jezus nie żył „powietrzem” – uczył się od Józefa, był rzemieślnikiem …
        Możesz się silić na porównywanie mnie z faszystami, jesli tylko to poprawi Ci samopoczucie i Cię dowartościuje to prosze bardzo :)

        • Logos Amicus Says:

          Błądzenie jest rzeczą ludzką ;)
          Ta dyskusja nie dotyczyła głodu w Japonii (bo tam głodu nie ma) ale w Indii (wpis można znaleźć TUTAJ.) I tam napisałem coś takiego:

          „Niestety, statystyki dotyczące głodu w Indiach są porażające. Na ogólną liczbę 800 mln. ludzi głodujących na świecie, ponad 200 mln. przypada na Indie. Na codzień nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ja również nie zdawałem sobie z tego sprawy, kiedy byłem w Indiach. Nie widziałem tam bowiem ludzi w takim stanie, w jakim widział ich np. Kapuściński w latach 40-tych – dogorywających całymi setkami na ulicach, na oczach innych ludzi.
          W przeciwieństwie np. do krajów afrykańskich, w Indiach widzimy sporo żywności (na straganach, na ulicznych stoiskach, w sklepach…) – co oczywiście może być (i niestety jest) mylące.”

          A wracając do mojego wpisu o mnichach z Luang Prabang. To nie ja zaufałem pozorom, tylko Ty, opierając swoją niechęć dla tych mnichów tylko na podstawie moich obrazków – bez wgłębienia się w temat. I mimo to, że nasza dyskusja pogłębiła jednak temat, to Ty nadal nazywasz tych ludzi „próżniakami” i „pasożytami”. Ja pokazałem tylko zdjęcia (a Ty je – błędnie i po swojemu, czyli z wielką niechęcią, zinterpretowałaś). Czyli problem był w Tobie (Twojej interpretacji) a nie w moich zdjęciach. Zresztą, inne komentarze świadczą, że nie musiało się tak tych zdjęć odbierać.

          Ja nie pokazałem tych zdjęć po to, byś się „zachwyciła”. (Ja liczę się także z tym, że podobne zdjęcia mogą wzbudzić – z różnych względów – czyjąś niechęć. I w Twoim przypadku jednak się nie pomyliłem ;) )

          Na nic się wobec Ciebie nie silę, a zwłaszcza na porównywanie Cię do faszystów. Zauważyłem tylko, że Twoja niechęć do „pasożytów” jako żywo przypominała sądy, jakie o religii i praktykujących ją ludziach, wyrażali komunistyczni mędrcy typu Lenin, Mao, Pol Pot…

        • Chihiro Says:

          Logosie, w Japonii jest głód! Niedawno odkryto w Tokio czy pod Tokio zwłoki dwojga starszych ludzi i ich dorosłego syna – po dwóch miesiącach od śmierci. Zmarli z głodu. Starsi państwo nie dostawali emerytury (system emerytur to jeden z najpoważniejszych problemów gospodarki Japonii, bywa, że ludzie latami jej nie dostają, a nie wszyscy mają duże oszczędności), zdaje się, a syn był bezrobotny. Wstydzili się prosić o pomoc, nie mieli bliskich, którzy by im pomogli. Ta sprawa wydobyła na światło dzienne problem biedy w Japonii. Nie wiem, czy wiesz, ale większość starszych ludzi, którzy popełniają samobójstwo w tym kraju, robi to z powodu fatalnej sytuacji finansowej, zadłużenia i… tak, głodu. Głód w Japonii jak najbardziej jest, dotyczy niewielkiego procentu społeczeństwa, ale jest i to nie jest żadna tajenica.

        • Logos Amicus Says:

          Pisząc o tym, że w Japonii nie ma głodu, miałem na myśli to, że głód nie jest tam jednak zakrojonym na szerszą skalę problemem społecznym, takim jakim jest np. w Indiach, czy krajach afrykańskich.
          Oczywiście, że z ludźmi głodującymi można się spotkać niemal w każdym kraju (również w Polsce, a nawet w Stanach Zjednoczonych). Na szczęście jednak jest to margines (co nie oznacza, że można go lekceważyć i że można zapomnieć o ludziach cierpiących z tego powodu) wynikający bardziej z zaniedbań ze strony opieki socjalnej, także z problemów jednostkowych, dystrybucyjnych, a nie z powodu braku żywności w danym kraju.

        • Chihiro Says:

          Tak, oczywiście, skala głodu w Japonii nie jest oczywiście tak zatrważająca jak w Indiach, krajach afrykańskich czy Korei Północnej. Ale smuci, bo porównuję Japonię z krajami rozwiniętymi i tu Japonia pod tym względem wypada niedobrze, podobnie jak Stany Zjednoczone, gdzie też w niektórych rejonach panuje wielka bieda.
          Brak żywności nie jest problemem nawet w wielu krajach Afryki – problemem jest fatalna dystrybucja i korupcja, która powoduje, że pośrednio, że żywność bywa marnowana albo trafia w nie te ręce, w które powinna. Dotyczy to głównie krajów, w których panuje dyktatura albo tych (często są to te same) przez lata trawionych bezsensownymi wojnami domowymi.

        • sarna Says:

          No nie, Twoje wykręty Amikusie wręcz porażają.
          1. O głodzie w Indiach i statystykach zacząłeś pisać to, co zacytowałeś dopiero po komentarzach Iwony, która wzięła w dyskusji moją stronę. Wcześniej tylko rzucałeś argumenty w tonie: nie byłaś- nie wiesz, a ja byłem i wiem co mówię. Pamiętam doskonale tamtą dyskusję.
          2. Zarzucasz mi, że poczułam niechęć do tych mnichów tylko na podstawie Twoich obrazków – „bez wgłębienia się w temat”. Otóż nie tylko na podstawie obrazków, ale i tekstu, gdzie piszesz „Ludzie zajmujący się sprawami przyziemnymi mogą zaś odwdzięczyć się jałmużną, materialnym wsparciem oraz okazywanym szacunkiem, zaznaczając przy okazji tą postawą swój podrzędny status społeczny”. Nie uznaję czegoś takiego jak podrzędny status społeczny, więc fakt, że ktoś korzysta z pracy prostych ludzi i uważa się za kogoś od nich lepszego oburza mnie, czemu dałam wyraz w komentarzu. Faktem jest, że zaufałam Ci zakładając, że skoro coś piszesz, to sprawdziłeś swoją wiedzę o tym u źródła i to był mój błąd. Sprawdziłam już po czasie i wiem, że buddyzm wyrósł z opozycji religijnej do dominacji kapłanów (braminów), był przeciwny istnieniu lepszych i gorszych kast, zwalczał te podziały. Zastanawiałam się więc na jakiej podstawie mówiąc o buddyzmie używasz terminu „podrzędny status społeczny” – ale to już po czasie wyjaśniłeś, choć też różnie w różnych komentarzach, bo raz odnosisz to do hierarchii wśród mnichów, a innym do porządku społecznego. Najwidoczniej masz w tym temacie nie mniejsze braki niż ja ;)
          3. Nie znam uczucia nienawiści więc nie mogę tak jak Ty ocenić mojej jej bliskości.
          4. Niewiele wiesz o krajach azjatyckich takich jak Chiny, Korea czy Japonia. Gorączkujesz się, że kapitalizm, wyzysk i śmierć z przepracowania. Otóż nie, słyszałeś, że gdzieś dzwoni, ale wyciągasz fałszywe wnioski. Uprzemysłowienie, nowoczesne technologie, giełdy papierów wartościowych to jeszcze nie kapitalizm . Ich gospodarki wyrosły z feudalizmu i na bazie konfucjanizmu i nadal tak funkcjonują. Wielkie fortuny należą do potomków kasty feudalnych rycerzy jak np., ród Toyoda. Interes grupowy bezwzględnie przed osobistym, szacunek dla pracy, starszych i przełożonych, dążenie do ugody, honor jako dobro nadrzędne, gdzie utrata pracy lub twarzy to powód do samobójstwa, dyscyplina, lojalność, samokontrola , przypisanie do kast i ról społecznych, etc. To nie kapitalizm narzuca styl życia Japończykom czy Chińczykom, a relacje społeczne i uniwersalne wartości moralne które dla nich są rzeczą świętą. Karoshi jest ich skutkiem, a nie pokłosiem kapitalizmu.
          5. Bez wgłębiania się w temat” – z postu niewiele wyczytałam, więc nie wiem jak rozumieć tę uwagę. Miałam po jego przeczytaniu poznać dogłębnie filozofię jaką jest buddyzm, albo poczekać, aż wyświetlą się wszystkie komentarze wnoszące coś nowego o mnichach i regułach buddyzmu i dopiero wówczas zabrać głos na Twoim blogu? Ciekawe podejście no i dlaczego np. Ty sam komentując Prof. Vetulaniego nie poznałeś dogłębnie, ba co tam poznałeś, dlaczego tylko nie przeczytałeś 3 zdań pod jego linkiem, który umieściłeś na własnym blogu, gdzie mówi, że „zło nie leży w prawdzie, jaką jest odkrycie, ale w nieetycznym wykorzystaniu tego odkrycia” – przynajmniej nie musiałbyś mu zadawać pytania na które już publicznie udzielił odpowiedzi. Jak widzisz z tym zarzutem o braku dogłębnego poznania wyszło na zasadzie przyganiał kocioł garnkowi.
          6. chyba dam Ci na dłużej spokój;)

        • Logos Amicus Says:

          Cóż, jeszcze raz mogę powtórzyć to, co nie tak dawno już tu napisałem: żałuję, że nie potrafimy już ze sobą rozmawiać bez niechęci (jaką wyczuwam od dawna w Twoim stosunku do mnie – i do tego co piszę) oraz wzajemnych wyrzutów (dotyczy to właściwie każdego tematu, jaki poruszam).

  11. Chihiro Says:

    Logosie, bardzo interesujący tekst i piękne zdjęcia (jak zwykle). Nie zauważyłam jednak na tych zdjęciach, by kobiety miały spuszczony wzrok ani żeby klęczały. Wszyscy – kobiety i mężczyźni – siedzą na stołeczkach.
    Zaskoczyły mnie niektóre komentarze. Nie przyszłoby mi do głowy postrzeganie mnichów buddyjskich jako pasożytów. Nie pomyślałabym, że można postrzegać wszystko tak materialnie. Wow… „Nie pracujesz, to nie jesz” – dla mnie to abstrakcja, bariera kulturowa nie do przekroczenia. I mówię to z perspektywy osoby, dla której buddyzm jest najbliższą filozofią życiową, a zachodnie spojrzenie nie bardzo zrozumiałe. Ci mnisi nie pracują w zachodnim rozumieniu tego słowa, nie zarabiają pieniędzy. Ale odwdzięczają się za jedzenie modlitwą, dobrym słowem, pokierowaniem prostych wieśniaków na drodze ku „prawdzie”. Jak są młodzi, to jeszcze się uczą, ale jako starsi dysponują większą wiedzą i mądrością (nie wszyscy, oczywiście zawsze są wyjątki). Czy to takie nieistotne? Czy trzeba przeliczać wszystko na pieniądze? Moim zdaniem nie, wymiana dobra między ludźmi nie działa w ten sposób. Daje się to, co się ma – jedna osoba da miskę ryżu, inna pieniądze na nową szatę, mnich zaś odpłaci się czymś niematerialnym, a duchowym.
    Troszkę czasem mieszasz w swoim tekście różne implikacje filozofii buddyjskiej i upraszczasz – buddyzm ma tak wiele twarzy, że jest to filozofia najbardziej wymykająca się uogólnieniom. Mówią o statusie mnicha warto przypomnieć, że w buddyzmie nie ma Boga (rozumianego jako istota najwyższa, Stwórca) – w różnych odmianach buddyzmu są lub ich nie ma różni pomniejsi bogowie. Mnich buddyjski, w odróżnieniu od księdza katolickiego np. nie stanowi żadnego pomostu między zwykłym człowiekiem a Bogiem. W buddyzmie tybetańskim np. jest zwykłym człowiekiem, który np. na czas żniw wraca do domu pomagać rodzicom. W innych odłamach mnisi buddyjscy mogą nawet zakładać rodziny i zarabiać finansowo na nie. Są szkoły, które uznają pożądanie seksualne za potężną siłę, przybliżającą do nirwany (np. Tantra). Nie ma jednego modelu. W wielu szkołach też mnisi wcale nie mają wyższego statusu społecznego, czy w Laosie mają faktycznie wyższy? Pytam z ciekawości, nie wiem tego, bo status mnichów uwarunkowany jest kulturowo, a nie wiem wiele o kulturze laotańskiej. Sam Budda zaś nie postrzegał się za przywódcę pewnej społeczności, nazywał się nauczycielem. Odmawiał bycia uznanym za jeden, najważniejszy autorytet i po dziś dzień buddyści nie mają wspólnego autorytetu. Nie mówił ludziom, jak mają interpretować jego nauki, stąd nawet za życia Buddy istniało 18 różnych szkół.
    Aha – warto też przypomnieć, że buddyzm w płd.-wsch. Azji jest odmianą Theravada, a nie Mahayana (ten obowiązuje w Azji północnej). Dalajlama w Laosie nie jest żadnym autorytetem, on jest autorytetem tylko dla buddystów Mahayany.

    A wracając do Twojej podróży – marzę, by też wybrać się w te rejony Azji…

    • Jula :D Says:

      Czyli tak , jak Dalajlama nie jest autorytetem dla wszystkich buddystów . Papieże nie są autorytetami dla wszystkich Chrześcijan.
      Okazuje się nie wszyscy Katolicy o tym wiedzą. Dziwią się,że np. protestanci nie uznają Papieża. ?
      Podobnie jest i z innymi dużymi religiami występuje tam bardzo duże zróżnicowanie. :)

      Przykłady różnic u Chrześcijan :
      – Uznawanie tylko niektórych sakramentów, zazwyczaj Chrztu i Komunii św.
      – Komunię wystarczy przyjmować raz na trzy miesiące (kalwinizm)
      – Nieuznawanie prymatu papieża
      – Sobór jest wyższy niż papież (demokracja)
      – Kościoły lokalne mogą zmieniać swoje obrzędy
      Prymat władzy świeckiej nad religijną (luteranizm, anglikanizm)
      – Biblia może być interpretowana przez każdego
      – W Biblii uznaje się jedynie dosłowny sens
      – Eucharystia jest jedynie pamiątką, a nie odnowieniem ofiary krzyża
      – Nie istnieje transsubstancjacja, lecz Ciało i Krew są obecne w chlebie i winie (konsubstancjacja)
      – Odrzucenie ślubów zakonnych; posłuszeństwo jedynie wobec najwyższego zwierzchnika
      – Surowa asceza i oszczędzanie (purytanizm w anglikanizmie)
      – Sobory nie są nieomylne
      – Czyśćca nie ma
      – Niedopuszczalny jest kult relikwii, obrazów, odpusty
      – Nie ma celibatu
      Można wyświęcać kobiety na kapłanów i biskupów (anglikanizm)
      – Uznaje się rozwody (baptyści)
      – Nie jest uznawane Niepokalane Poczęcie, ani kult maryjny
      – Chrzest mogą przyjmować jedynie dorośli (anabaptyści)
      – Nie uznaje się świątyń, obrazów, ołtarzy (anabaptyści)
      – Doskonałym ludziom władza świecka nie jest potrzebna (anabaptyści)
      – Kara śmierci i dożywotniego więzienia są niedopuszczalne (anabaptyści)
      – Nieufność do cywilizacji, odcięcie od świata (mennonici, kwakrzy, amishowie)

      • Chihiro Says:

        Jula, otóż to! Nie wiem aż tyle o chrześcijaństwie, więc dziękuję za te wszystkie informacje. Ale masz absolutną rację odnośnie różnic w różnych odłamach chrześcijaństwa – jest ich bardzo, bardzo dużo.

      • Logos Amicus Says:

        To prawda, ta doktrynalno-sekciarska kaszanka może przyprawić o zawrót (i ból) głowy.
        I jak tu się w tym wszystkim nie pogubić?
        Albo – i jak tu ustrzec się uogólnień? ;)

        • Jula :D Says:

          A to tylko protestanci. ;)
          A prawosławie?.. Sami katolicy , też są wbrew pozorom bardzo podzieleni. :)
          Od zarania dziejów ludzkości bardzo dużą rolę pełniły religie będące istotnym elementem kulturowym. Religie rozprzestrzeniały się wraz z rozwojem komunikacji i nasilającymi się migracjami w miejsca odległe od ich źródeł.

          Trudne jest określenie granic religii, gdyż wyznawcy różnych religii mieszkają często na tych samych terenach.

          Główną cechą różnicującą religię jest liczba wyznawanych bogów:
          Religie kultywujące przyrodę to religie animistyczne.

          Wiele różnic pomiędzy religiami wynika z nakazów wiary i różnorakich zakazów.

          Religie mają ogromny wpływ na życie społeczne i polityczne, rodząc czasami problemy wewnątrz państw czy regionów.

          A ateizm wbrew pozorom , też bardzo różnorodny , bardzo dużo różnych szkół filozoficznych !!!

          Słynni Marks i Engels, ale nie tylko :D
          Bo przecież większość kapitalistów preferuje bożka – mamonę, ale i większość kapłanów, jako pośrednicy boga też ja preferują.
          Czyli nic nie jest biało-czarne. To wszystko zależy od przyjętego punktu widzenia.

        • Jula :D Says:

          „To prawda, ta doktrynalno-sekciarska kaszanka może przyprawić o zawrót (i ból) głowy.”
          Jak wyjedziesz poza Chicago , to właśnie ta mieszanka dominuje w USA . to byli Ci pierwsi imigranci polityczni ( bo religia jest zawsze z nią połączona i z ekonomią) z Europy !

          Ps.
          Tak się zastanawiam, bo ty podróżując zwłaszcza po Indiach musiałeś się trochę przygotować teoretycznie :)
          W starożytności bogowie byli dwojga płci na równi ważni , tak w starożytnym Egipcie , jak i w Grecji czy w Rzymie. Kapłani też byli dwojga płci , bo były i kapłanki przy świątyniach. W chrześcijańskich religiach , to tylko w anglikanizmie. Odnośnie boga – wiadomo, płeć męska , przynajmniej tak postrzegany jest :)
          Jak jest z bogami w Hinduizmie?….

        • Logos Amicus Says:

          Jula, z bogami w Hinduizmie jest różnie. Ale to nie powinno dziwić, bo jest ich ponoć… 330 milionów ;)
          Oprócz bogów płci męskiej, są oczywiście boginie i to wcale nie podrzędne. Jednym słowem, w panteonie hinduskich bogów wydaje się panować płciowy pluralizm.

    • sarna Says:

      Chihiro, mam pytanie w kwestii wyższości statusu mnicha nad, że tak się wysłowię człowiekiem z proletariatu. Twoje pytanie o to, czy tak rzeczywiście jest, jest bliskie moim wątpliwościom. Czy mnich awansuje społecznie poprzez stanie się mnichem? W firmie Toyota, której strategia zarządzania bazuje na konfucjonizmie można być ekspertem w określonej czynności np. można być mistrzem kogoś na wzór naszego brygadzisty, ale to , że jest się najlepszym nie da mu przepustki do awansu, do końca życia pozostanie brygadzistą. Założyciel Toyoty, zapytany kiedyś o to, kto może w jego firmie zostać managerem odpowiedział: tylko ktoś, kto nosi nazwisko Toyoda. W Indiach ktoś z kasty, która sprząta np. szalety choćby zdobył wykształcenie i majątek nigdy nie wyjdzie ze swojej kasty, podobnie jak i przedstawiciele innych kast. W konfucjonizmie i buddyźmie jest się skazanym na swoje urodzenie. Jak jest więc z tymi mnichami?

      • sarna Says:

        Chihiro, może nie” Czy mnich awansuje społecznie poprzez stanie się mnichem?”, ale czy mężczyna awansuje społecznie poprzez stanie się mnichem? W poprzednim pytaniu wyszło jak w dowcipie o Jasiu, który na pytanie kim chciałby zostać w przyszlości, odpowiada, że tak jak jego ojciec chciałby być księdzem.

        No i jeszcze Twoje stwierdzenie „Ale odwdzięczają się za jedzenie modlitwą, dobrym słowem, pokierowaniem prostych wieśniaków na drodze ku “prawdzie” – chyba w ich intersie leży by ci wieśniacy jak najdłużej pozostali „prości”, bo w przeciwnym przypadku ich żebracze, finezyjne wazy pozostaną puste.
        Nie sprowadzam wszystkiego do materii, ale nie żyję też w oderwaniu od realiów. Nie znam nikogo, kto potrafi żyć czerpiąc kalorie z powietrza, choć ostatnio widziałam w internecie info, że nie tylko można tak żyć, ale nawet można tyć z powietrza :)

        • Chihiro Says:

          Sarno, ha! System Tybetu funkcjonował przez wiele stuleci, zanim Chińczycy zajęli Tybet, w sposób daleki od doskonałości. Tam większość mieszkańców (przynajmniej męskich) była w klasztorze. Najstarsze dziecko w rodzinie dziedziczyło cały majątek, a reszta chłopców szła do klasztoru. Władzę faktycznie sprawowała bardzo niewielka grupka arystokratów oraz właśnie lamowie. W ich interesie leżało, by wieśniacy pozostawali prości, nie buntowali się, a łożyli na ich utrzymanie. To był system feudalny, porównywalny odrobinę do średniowiecznej Europy – upraszczam oczywiście, ale w ogromnym skrócie tak to wyglądało.
          Dziś wielu mnichów prowadzi ogródki, w kwestii pożywienia niektóre klasztory są samowystarczalne – to też zależy od konkretnej szkoły (niektóre w pracy fizycznej, w uprawianiu ziemi, widzą medytację – tak bywa w Japonii), ale i od ukształtowania terenu (himalajskie klasztory czasem naprawdę są tak położone, że aż dziw bierze, że ktoś tam może żyć, i wioski istnieją od dziesiątek pokoleń). Żadna praca nie hańbi, a są szkoły, które wyznają zasadę samowystarczalności. Wiem jednak, że nie wszystkie.
          No ale o Laosie naprawdę nic nie wiem, o czym już pisałam.

          Co do tycia z powietrza – kiedyś moja koleżanka, która bardzo utyła w krótkim czasie po przeprowadzce do Anglii, zażartowała, że coś jest w tutejszym powietrzu, co powoduje tycie :)))

        • Logos Amicus Says:

          Sarno, myślę jednak, że kiedy się chce opisać rzeczywistość i uwarunkowania społeczne, w jakich funkcjonuje buddyzm w krajach azjatyckich, to nie można operować stereotypami, czy też myślowymi „gotowcami”, które wynieśliśmy z naszej kultury, ani też odnosić tego do warunków panujących w naszym kręgu cywilizacyjnym.
          W tym kontekście np. pytanie: „czy mężczyzna decydując się na zostanie mnichem awansuje społecznie?” jest po prostu źle postawione (bo do sytuacji buddyjskiego mnicha nie przystaje coś takiego jak – w naszym rozumieniu – „awans społeczny”). Tak, jego ranga „duchowa” wzrasta, ale niekoniecznie przenosi się to na stosunki – czy też raczej – hierarchię społeczną. Wiadomo, że np. w czasach cesarstwa mnich pozostawał poddanym władcy, był też w hierarchii społecznej niżej od mandarynów czy książąt. W Tybecie – o czym pisze Chihiro – wszyscy byli buddystami, ale panowały tam przy tym stosunki feudalne, ściśle zhierarchizowane. Obecnie też – skoro mowa o Laosie – mnisi podlegają np. władzy partii (komunistycznej), która rządzi krajem. Czyli: w sferze duchowej mnich stoi wyżej od laików, ale ta „wyższość” niekoniecznie przenosi się na sferę świecką.

          Wyzwałaś mnichów buddyjskich od „pasożytów”, sugerując, że to jakieś cwaniaczki, którzy wykorzystują głupotę i naiwność maluczkich, by oddawać się przyjemnemu i wygodnemu życiu. Otóż, jeśli ktoś decyduje się zostać mnichem, to jest to jednak wyrzeczenie (i tak jest też przez buddystów traktowane). W przeciwieństwie np. do księży katolickich, którzy mieszkają w willach, śpią w piernatach, puchach i wygodnych łóżkach, jeżdżą luksusowymi samochodami, mają do dyspozycji gosposie… etc., mnich buddyjski może posiadać tylko 8 (osiem) rzeczy: trzy szaty, pojemnik na wodę, misę jałmużną, igłę, brzytwę i pas. A je tylko tyle, ile jest naprawdę konieczne do przeżycia (czyli bardzo mało i tylko proste pożywienie). O wstrzemięźliwości seksualnej nawet nie wspominam, bo stosunek seksualny podczas pobytu w Sangha należy do najcięższych przekroczeń. Bycie mnichem to wyrzeczenie się dóbr materialnych i przyjemności zwykłego życia. Dlatego też mnich cieszy się szacunkiem laików.

          Mówisz, że patrzenie na mnichów na moich zdjęciach „źle na Ciebie działa”.
          Ale przecież to są – w istocie – tacy sami ludzie, jak my. W Laosie, wśród buddystów, (którzy stanowią ok. 65 % populacji) oczekuje się, aby każdy mężczyzna przynajmniej raz w swoim życiu przyłączył się do Sanghi (czyli mnisiej wspólnoty). Jest to najczęściej pobyt kilku-miesięczny, po którym występuje on z klasztoru by prowadzić zwyczajne życie. Tak więc, zdecydowana większość tych chłopaków nie zostaje „pasożytami” na długo. Oczywiście są mnisi, którzy w klasztorze pozostają do końca życia (to oni są nauczycielami da nowicjuszy).

      • Chihiro Says:

        Ja pytałam Logosa o to, czy mnich buddyjski w Laosie ma naprawdę wyższy status, bo wiem, że są społeczności, w których ten status nie jest wcale wyższy (a przynajmniej nie mnicha-nastolatka, który jest jak każdy inny chłopak, tyle że chodzi o szkoły buddyjskiej). Nie wiem prawie nic o Laosie. W niektórych społecznościach hierarchia jest w samym klasztorze – mnich, który spędził w klasztorze 50 lat ma wyższy status od tego, co dopiero wstąpił do klasztoru – ale niekoniecznie w społeczności danej wsi, w której usytuowany jest klasztor. Zresztą jedną z zasad buddyjskich ogólnych dla wszystkich buddystów powinna być wiara, że każdy jest równy, coś takiego jak status jest iluzją, bycie mnichem, możnowładcą czy burmistrzem nie daje żadnego prawa do wywyższania się i poczucia, że jest się kimś lepszym. Inna, podstawowa zasada, mówi (niczym Heraklit), że wszystko przemija, ta wiara w przemijalność rzeczy, uczuć, życia i śmierci itp. jest kluczowa – przemijają więc też „dobre” i „złe” uczynki (piszę w cudzysłowie, bo nie ma w buddyzmie jasnych wytycznych, co jest dobre, a co złe, wbrew temu, co niektórzy sądzą. Te koncepty dobra i zła są zresztą najtrudniejsze do pojęcia dla umysłu, szczególnie dla umysłu, który wychował się w innej filozofii niż buddyjska.
        Ale oczywiście teoria swoje, a praktyka swoje. Ludzie są pełni słabości i wielu jest zapewne mnichów, którzy uważają się za kogoś lepszego z racji wstąpienia do klasztoru. Ja w Himalajach spotkałam nawet buddystów, którzy wierzyli w system kastowy (który ma związek z hinduizmem)! Trzeba pamiętać, że żadna chyba religia nie wzięła się znikąd, a ludzie, którzy zaczęli wyznawać buddyzm, wcześniej wyznawali inne religie. W Tybecie był to Bon, więc buddyzm tybetański jest specyficzną mieszanką obu religii. W Japonii ludzie mieszkają buddyzm z szintoizmem, a w pewnej dolinie w Himalajach znów spotkałam ludzi, którzy swobodnie łączyli buddyzm z hinduizmem. Jakoś tam się najwidoczniej da :)

        To skazanie na swoje urodzenie to bardziej sprawa karmy. Można ją poprawić, można ją pogorszyć, a ten proces nie przebiega linearnie – tzn. nie jest tak, że wciąż rodzimy się coraz lepszymi ludźmi, zupełnie nie. Od karmy też można się wyzwolić, gdy się osiągnie nirwanę. Dla mnie największą zagadką jest jak przeżyć życie nie tworząc karmy (bo wyzwolenie się z kręgu samsary, czyli cyklu narodzin i śmierci, następuje wówczas, gdy nie mamy karmy, gdy nie czynimy „dobra” ani „zła” – jak czynić neutralność?). Kwestie karmy też różne szkoły buddyjskie postrzegają inaczej – za mało znam się na buddyzmie, by podawać bardzo konkretne przykłady, ale np. niektóre szkoły wierzą w boddhisatvy (męczenników), którzy pogarszają własną karmę, opóźniają własną drogę ku nirwanie, by pomagać innym. Inne szkoły znów nie uznają tego konceptu. Są pewne zalecenia, jak dbać o dobrą karmę, co pozwoli nam w późniejszym życiu mieć lepiej (np. ktoś z biednej rodziny osiągnie ciężką pracą dobre wykształcenie, dostatek i będzie w stanie pomagać innym – niekoniecznie to czyni go lepszym człowiekiem, ale ma lepsze warunki do działania na rzecz innych) albo w następnym życiu urodzić się na lepszej pozycji – ale oczywiście kto to sprawdzi? Jak z każdą filozofią i religią, tu dużo opiera się na wierze, nie na empirycznych doznaniach i postrzeganiu rzeczy rozumowo.

        • sarna Says:

          Trudne to do przyswojenia, zwłaszcza jak jest się skażonym wychowaniem w innej kulturze.
          Ja jestem homo oeconomicus, ale wyznający zasadę Prof T.Kotarbińskiego „opiekuna spolegliwego”.
          Dziękuje za wyjaśnienie

        • Chihiro Says:

          Sarno, wszystko da się przyswoić :) Ja zostałam, jak to napisałaś, „skażona” wychowaniem w innej kulturze, przeciwko której od maleńkości się buntowałam w pewnym stopniu. Nie znałam żadnych buddystów aż do czasu, kiedy miałam dwadzieścia kilka lat, a jednak odkryłam ze zdumieniem, że nie znając buddyjskiej terminologii i nie widząc nic o historii buddyzmu instynktownie myślę jak buddystka. Dla mnie zawsze tradycja judeochrześcijańska była trudna, nie do pojęcia, egzotyczna, coś co z wysiłkiem należało przyswoić. Więc wychowanie to jedno, a to, co człowiek czuje sercem – co innego :)

    • Logos Amicus Says:

      Chihiro, odpowiadając na Twój pierwszy komentarz, wpierw zacytuję Ciebie: “Nie zauważyłam jednak na tych zdjęciach, by kobiety miały spuszczony wzrok ani żeby klęczały. Wszyscy – kobiety i mężczyźni – siedzą na stołeczkach.”
      Nie zauważyłaś, bo zapewne nie widziałaś pozostałych zdjęć (a jest ich wszystkich blisko 80), które znajdują się na moich stronach fotograficznych, tj. brulionu podróżnego i Światowida. Tam widać jak kobiety klęczą (zwłaszcza młode, bo starsze rzeczywiście siedzą na stołeczkach) i wszystkie – albo mają wzrok spuszczony ku ziemi albo patrzą się na miseczkę w momencie wkładania do niej żywności (żadna nie podnosi wzroku na wysokość oczu mnicha… Cóż, takie są “procedury” ceremonii dawania jałmużny). I widać stojących mężczyzn, (którzy nie są zobowiązani do tego, by mieć głowę niżej od głowy mnicha).

      Cóż takiego mieszam i upraszczam?
      (Jeśli coś rzeczywiście upraszczam to z konieczności – bo przecież nie mogę sobie tu pozwolić na jakieś obszerne i wyczerpujące studia i elaboraty na temat buddyzmu i jego zróżnicowania w zależności od kraju, czy szkoły. Bo przecież jest sprawą oczywistą, że buddyzm ma wiele twarzy i każde uogólnienie będzie nieścisłością. Zresztą, buddyzm jest ciągle systemem który poznaję – a to co już o nim wiem, jeszcze mnie nie zadowala i nadal poszukuję odpowiedzi na pewne pytania – próbuję go zrozumieć.

      Jeśli chodzi o status społeczny mnicha, to nawiązuję do tego tematu w odpowiedzi na komentarz Sarny (powyżej) i marii (poniżej).

      Natomiast zgadzam się z Twoją opinią co do “pracy” i “produktywności” mnicha, której przecież nie można mierzyć dobrami materialnymi, tylko duchowymi. Dobrze też, że zwróciłaś uwagę na inne aspekty buddyzmu (jak np. jego różnorodność, pozycję samego Buddy wśród wyznawców buddyzmu, nie odwoływanie się do Stwórcy… etc.)

      PS. Jeśli będziesz w Indochinach, to polecam dotrzeć także do Siem Reap w Kambodży, by zobaczyć nieziemską Angkor Wat i okoliczne świątynie Khmerów. Ale niestety, musisz się liczyć z tym, że są to miejsca bardzo licznie nawiedzane przez turystów (także tych z Japonii, Korei i Chin).

      • Chihiro Says:

        Fakt, nie widziałam innych zdjęć, patrząc tylko na te dostrzegłam rozbieżność między tym, co jest na tych zdjęciach tutaj i zdaniem, które napisałeś – domyśliłam się, że mogłeś widzieć klęczące kobiety, ale ich nie sfotografować, bo inaczej zamieściłbyś pewnie takie zdjęcie tu.

        Uprościłeś właśnie kwestię statusu, ale wyjaśniłeś to już w komentarzach, zwłaszcza do Marii. Bo to trzeba troszkę opisać, jeśli chce się, by zostało to właściwie zrozumiane. Nie chciałam Ci dokładnie na przykładach pokazać wszystkiego, co jeszcze uprościłeś (bo Twój tekst bardzo mi się podobał i nie miałam zamiaru się czepiać – nadal nie mam; a napisałam, że „troszkę mieszasz i upraszczasz”, bo to naprawdę troszkę, raptem ze dwie kwestie), dlatego tego nie opisałam dokładniej.
        Jeśli chodzi o buddyzm to każdy jest wciąż uczniem tej filozofii. Moim zdaniem nie sposób go poznać, bo on wciąż ewoluuje i taką ma naturę. Budda spacerując kiedyś z uczniami po parku pełnym suchych liści podniósł jeden i powiedział, że ten jeden liść reprezentuje to, co powiedział kiedykolwiek. Wszystkie inne liście zaś pokazują to, czego nie wyraził. Zgadzam się z Tobą, że trudno jest uniknąć uproszczeń, dlatego założyłam, że piszesz o postaci buddyzmu, jaka występuje w Laosie – Theravada, ale nie wiem, która szkoła była reprezentowana akurat w tym klasztorze. Warto by o tym wspomnieć.

        Wspomnę jednak o pierwszym zdaniu: „Decydując się na wizytę w Luang Prabang, dawnej stolicy laotańskiego królestwa, nie kierowałem się bynajmniej buddyjską zasadą odrzucenia wszelkich pragnień i pożądań, by uniknąć cierpienia, do którego nieuchronnie – prędzej czy później – one prowadzą”. Pragnienia i pożądania prowadzą do cierpienia, to niepodważalne dla buddystów, ale nie tyle chodzi o odrzucenie ich – bo to praktycznie niemożliwe, dlatego jeszcze jesteśmy ludźmi :) Chodzi raczej o zaakceptowanie faktu, o świadomość, że pragnienia powodują cierpienie, bo wszystkich nie da się zaspokoić, i by mieć jak najmniej pragnień, a także by zdać sobie sprawę, że pragnienia, jak wszystko inne, mijają.

        PS. Mam nadzieję, że w przyszłym roku wybiorę się do Indochin i na pewno zobaczę Kambodżę. Zobaczenie Angkor Wat jest moim marzeniem od wielu lat, chyba odkąd po raz pierwszy zobaczyłam te świątynie w filmie „In the Mood For Love” kilkanaście lat temu… Czytałam już o turystach w Angkor Wat, zresztą bardzo dużo moich przyjaciół tam było – to jest bardzo popularny cel turystów w tym regionie świata. Sami buddyści z Azji też się bogacą i też chcą zwiedzać inne miejsca ważne dla buddystów, to naturalne.

  12. maria Says:

    Chyba najwięcej kontrowersji wzbudziło zdanie: „Ludzie zajmujący się sprawami przyziemnymi mogą zaś odwdzięczyć się jałmużną, materialnym wsparciem oraz okazywanym szacunkiem, zaznaczając przy okazji tą postawą swój podrzędny status społeczny” . Otóż, zgadzając się z Chihiro, w buddyzmie nie ma niższego, czy wyższego statusu społecznego ( ogólnie mówiąc ), w buddyzmie nie ocenia, nie wartościuje się ludzi. Jest coś niesamowicie wzruszającego w takich miejscach jak LUANG PRABANG i w wielu innych, podobnych miejscach, gdzie najważniejsza jest po prostu duchowość. Czy wśród nich są osoby nieuczciwe? Pewnie tak, świat nie jest idealny. Trzeba mieć ogromne pokłady pokory, żeby docenić, zaakceptować świat ludzi pobożnych, którzy modlą się, może na przykład za mnie, za Was ? I nie ważne jaka to jest religia, bo wszystkie tak naprawdę są podobne. Gdzieś przeczytałam, że ten świat jeszcze istnieje, ponieważ ludzie pobożni się za niego modlą.
    Nie byłam w Azji, ale byłam w Jerozolimie, gdzie widok modlących się Żydów pod Ścianą Płaczu był jednym z najbardziej wzruszających momentów w moim życiu. Tam też np w dzielnicy Mea Szearim mieszka ok 100 tys. ultra ortodoksyjnych Żydów, którzy nie pracują, otrzymują od państwa Izrael zasiłki ( notabene większość nie uznaje państwa Izrael), z których utrzymują swoje wielodzietne rodziny. Żyją w zamkniętej społeczności, noszą tradycyjne dziewiętnastowieczne ubiory, rygorystycznie przestrzegają zasad koszerności, są nieufni do wszystkiego, co niesie cywilizacja, stosują swoje kodeksy przepisów. Pytałam osobę, która mieszka w Izraelu, jaki jest stosunek pozostałych ludzi do tej społeczności – ostateczne utrzymują ich ze swoich podatków. Otóż odpowiedziała mi, że właściwie każdy Żyd miał, ma w rodzinie osobę pobożną. Stąd m.in. ten szacunek i tolerancja. Podsumowując, więcej pokory i tolerancji dla zjawisk, których być może tak do końca nie rozumiemy, a które dostarczają nam tak wiele pięknych emocji i wzruszeń.
    P.S. Piękne zdjęcia.

    • Logos Amicus Says:

      Słuszna uwaga. Moje zdanie powinno brzmieć: “Ludzie zajmujący się sprawami przyziemnymi mogą zaś odwdzięczyć się jałmużną, materialnym wsparciem oraz okazywanym szacunkiem.” a jego dalszą część: „…zaznaczając przy okazji tą postawą swój podrzędny status społeczny” – powinienem już sobie darować, bo nie oddaje ona jednak prawdziwego stanu rzeczy. To prawda, że buddyzm jest bardzo „egalitarny”, choć jednak pewna hierarchia w nim obowiązuje, czy też raczej funkcjonuje (pewni nauczyciel stawiani są wyżej od innych, pewni mnisi uznawani są za lepszych od innych, pewne wcielenia są lepsze od innych, jest jednak dobra karma i zła karma… etc.), bo chyba jednak żadna kultura (system filozoficzny, religia) nie może się obejść bez pewnego systemu wartości (czyli być neutralna aksjologicznie). Ale już w świetle Dharmy wszyscy są równi, wszyscy podlegają prawu Samsary… podobnie zresztą jak w Chrześcijaństwie, gdzie wszyscy są równi przed Bogiem.

      Cieszę się, że wspomniałaś o Żydach modlących się pod Ścianą Płaczu. To samo można powiedzieć o przedstawicielach innych religii, którzy szukają swojego Stwórcy – i dla których religia jest źródłem życia duchowego. Ja, mimo że w młodość zbuntowałem się przeciwko religii, to jednak nie stałem się jej nieprzejednanym wrogiem, ani tym bardziej wojującym ateistą. I choć obecnie trudno mi się identyfikować z jakąkolwiek konkretną doktryną religijną, to respektuję pewne aspekty ludzkiej religijności – szanuję metafizyczne dążenia człowieka, pragnienie poznania Wyższego Sensu, wyjaśnienia Tajemnicy, skłonność do transgresji…
      Moim zdaniem, wojujący wrogowie religii (których jest dzisiaj co niemiara), wydają się czasem nie mieć nie tylko serca, ale i wyobraźni.

  13. babka filmowa Says:

    LA – świetnie wpisałeś się swoją notką w mój obecny nastrój czy stan ducha. Co do kobiet i wymogów z jakimi spotykają się w obcowaniu z mnichami. Doskonale to rozumiem, owoc zakazany kusi, obie strony, po co narażać się na wzajemne cierpienia z powodu niespełnionych żądz.
    LA piszesz: „I choć obecnie trudno mi się identyfikować z jakąkolwiek konkretną doktryną religijną, to respektuję pewne aspekty ludzkiej religijności – szanuję metafizyczne dążenia człowieka, pragnienie poznania Wyższego Sensu, wyjaśnienia Tajemnicy, skłonność do transgresji… Moim zdaniem, wojujący wrogowie religii (których jest dzisiaj co niemiara), wydają się czasem nie mieć nie tylko serca, ale i wyobraźni.”
    Co do pierwszego zdania – popieram. Co do drugiego – nie byłoby wojujących wrogów religii, gdyby nie wojujący wyznawcy religii, którzy nie tylko nie mają serca ani wyobraźni, ale także grzeszą przeciw ideałom swych religii.
    Jest wielu ludzi, którzy nie potrzebują żadnej religii, bo mają na tyle dużo serca i wyobraźni, by żyć w zgodzie ze swoim sumieniem, a przede wszystkim z drugim człowiekiem.

    • Logos Amicus Says:

      „…po co narażać się na wzajemne cierpienia z powodu niespełnionych żądz.”
      Albo spełnionych ;)

      Piszesz: „Nie byłoby wojujących wrogów religii, gdyby nie wojujący wyznawcy religii, którzy nie tylko nie mają serca ani wyobraźni, ale także grzeszą przeciw ideałom swych religii.”
      Niestety, tak jest. Błędne koło wzajemnie napędzającej się niechęci, wrogości a nawet nienawiści.
      Wrogowie religii zwalczają : „zabobon” i „przesądy”, jakby sami czuli się zagrożeni religijnym fundamentalizmem. Co ciekawe, większość z nich żyje w krajach Zachodu, które w zasadzie posiadają prawo liberalne i którym przecież żaden religijny fundamentalizm nie zagraża (bardziej ekstremizm, który jest rodzajem desperacji bezsilnego w społeczeństwie liberalnym fundamentalizmu.) Religia jest zwalczana przez ludzi, którzy czują zagrożenie dla własnych swobód.
      Z kolei ludzie religijni, reagują na te ataki czymś, co niektórzy nazywają „moralną paniką” – bo czują, że zagrożony jest ich system wartości, że może się zawalić ich świat, w którym swoje życie opierają w dużej części na wierze.
      Akcja rodzi reakcję, najczęściej jednak przesadną – zarówno z jednej, jak i z drugiej strony.
      Jest to po prostu walka o poszerzenie (zachowanie) własnej przestrzeni światopoglądowej.

      Ten konflikt jest ostry w naszym kraju – czyli Polsce. W Stanach Zjednoczonych, w których żyję już od dłuższego czasu, tego problemu w zasadzie się nie dostrzega, bo mimo wszystko panuje to dość daleko posunięta religijna tolerancja (choć też zdarzają się spięcia na tle światopoglądowo-religijnym – jak np. ostatnio wokół ustawy aborcyjnej).

      • Chihiro Says:

        Mnie się wydaje, że „zabobony” i „przesądy” religijne zwalcza się w równym stopniu na Wschodzie, co i na Zachodzie, wystarczy spojrzeć np. na Chiny. Chyba mało jest krajów, które mogłyby im dorównać jeśli chodzi o tępienie religii. Mało jest też krajów tak propagujących (to bardzo łagodne słowo…) jedyną słusznę religię, jak kraje Bliskiego Wschodu, zwłaszcza Arabia Saudyjska i Jemen oraz Izrael. Ja widzę wokół siebie wielką tolerancję religijną (w Wielkiej Brytanii), większą niż w USA, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie islamu. W USA budzi niepokój fundamentalizm chrześcijański, o którym dużo się pisze i mówi po obu stronach Atlantyku. W Polsce z kolei niepokoją mnie zarówno zaślepieni katolicy, jak i pełni pogardy wobec każdej religii i ich wyznawców ateiści.

        Są jednak niewojujące religie, taki jest np. buddyzm, w którym nie ma i nie było żadnego nawracania na siłę i wojowania. O ile się orientuję tylko dżinizm cechuje się brakiem wojujących wyznawców. Coś w tym jest, że są to jedyne religie nie posiadające centralnej figury Boga.

        • Logos Amicus Says:

          Cieszę się, że wspomniałaś o buddyzmie jako o religii „niewojującej”. Jest to jeden z ważniejszych aspektów buddyzmu, który mnie ujmuje. Podobnie jak wpisana w postawę buddyjską tolerancja dla innych wierzeń, nie narzucanie (zwłaszcza siłą) własnych przekonań. To sprawia, że mam dla buddyzmu – i ludzi wyznających buddyzm – wielki szacunek.
          W buddystach zawsze wyczuwam pewien… spokój, brak agresji. Kiedy byłem w Indiach, to uderzyła mnie np. różnica w zachowaniu dzieci z rodzin islamskich i buddyjskich. W tych pierwszych było właśnie sporo natarczywości, czasem nawet agresji, w drugich – wspomniany spokój, większa ogłada, skromność, nie narzucanie się. Nie wiem, może akurat tak trafiłem.
          W krajach, gdzie przeważają buddyści, zawsze czuję się bezpieczniej. W ludziach tych uderza mnie zwłaszcza łagodność, także coś w rodzaju dziecięcej wprost niewinności (być może idealizuję). Tak było np. podczas mojego ostatniego pobytu w Kambodży, gdzie zrozumiałem, jak to było możliwe, że w ciągu zaledwie kilku lat wymordowano tam ponad półtora miliona ludzi (jedną czwartą całej populacji) – nota bene bez dysponowania takimi środkami technicznymi zagłady, jakie mieli do dyspozycji hitlerowcy. Otóż wystarczyło, że znalazła się grupa szaleńców i nikczemników (liderzy Czerwonych Khmerów), by zorganizować masowe mordy i dokonać tej zbrodni na ludziach, którzy zupełnie się nie bronili – oni szli na tę rzeź pokornie jak barany.

          PS. Nie sądzę, żeby w Stanach „fundamentalizm” chrześcijański był jakimkolwiek zagrożeniem (ja przynajmniej takiego zagrożenia nie widzę i nie czuję – już silniejsze od „chrześcijańskiego” jest jednak lobby proweniencji „judaistycznej”, czyli ci, którzy popierają interesy Izraela na Bliskim Wschodzie, dzięki czemu wojna z Iranem wisi w powietrzu). Nie myślę, że w Stanach Zjednoczonych występuje jakikolwiek poważniejszy problem na tle religijnym. Te zagrożenia są natury politycznej, a nie religijnej.
          Bardziej groźna jest tu wg mnie np. fundamentalna chciwość – jak zresztą we wszystkich krajach opanowanych przez boga zysku za wszelką cenę.

          PS2. A co właściwie rozumiesz przez „chrześcijański fundamentalizm”?
          I w jaki sposób wg Ciebie to niebezpieczeństwo „chrześcijańskiego fundamentalizmu” przejawia się w Stanach Zjednoczonych?

        • Chihiro Says:

          Logosie, nie pisałam, że w USA fundamentalizm chrześcijański stanowi jakiekolwiek niebezpieczeństwo, napisałam, że budzi mój niepokój. Nie napisałam też, że jest jakimkolwiek zagrożeniem. W ogóle o żadnym zagrożeniu nie wspomniałam, a Ty tak, więc dopisałeś treści, których nie ma w moim komentarzu. Widziałam jednak parę filmów dokumentalnych o „wojujących chrześcijanach” (nie pamiętam, jaki to był odłam), Louis Theroux miał całą serię na BBC w zeszłym roku czy nawet jeszcze 2010, nie pamiętam. I sama widziałam i słyszałam niechęć chrześcijan do wyznawców innych religii. Fundamentalizm rozumiem jako ścisłe podporządkowanie się wymogom konkretnej relgii, przy jednoczesnej ekspresji nienawiści do wyznawców innych religii i atakach na nich (nawet jeśli „tylko” werbalnych). Czyli dokładnie tak, jak mówi wikipedia, która podaje też, że fundamentalizm jako ruch narodził się w USA: http://en.wikipedia.org/wiki/Fundamentalism
          Weź pod uwagę, że mieszkasz w mieście stosunkowo liberalnym, dużym, metropolii, można rzec. To nie to samo co zapadła dziura gdzieś „in the middle of nowhere”, gdzie rozrywkę stanowią telewizja, strzelanie i wizyty w kościele.

          A swoją drogą, przy jakiejś okazji natrafiłam na ciekawy artykuł: http://www.mcgilldaily.com/2012/03/why-you-shouldnt-tell-american-border-guards-youre-in-islamic-studies/ Dało mi to do myślenia…

          Ja też czuję się najlepiej i najbezpieczniej wśród buddystów. W Himachal Pradesh podróżowałam sama i czułam się znakomicie. Tam też mówili mi sikhowie i hinduiści, że dobrze im się żyje wśród buddystów, o wiele lepiej niż wśród wyznawców własnych religii. Podobnie mówili niektórzy muzułmanie w Bangladeszu, żyjący obok społeczności buddysjkiej – tam też czułam się lepiej niż wśród muzułmanów. Ten spokój, poczucie harmonii, brak agresji (nie u wszystkich, oczywiście) jest uderzające, to się czuje od razu wśród buddystów. To jest przy tym niebywały system filozoficzny, który – i to moim zdaniem jeden z najważniejszych jego konceptów – nie każe człowiekowie szukać fałszywej pociechy czy pomocy w innym, zewnętrznym istnieniu (Bogu), modlić się do niego i prosić o zbawienie (lub gniewać się na niego i mieć pretensje o niesprawiedliwość), a w samym sobie. Poza dżinizmem nie ma drugiej religii, która kładłaby taki nacisk na samopomoc i zależność od samego siebie. To w nas leży „zbawienie”, tylko od nas zależy w gruncie rzeczy nasz los.

        • Logos Amicus Says:

          Chihiro, napisałaś: „W USA budzi niepokój fundamentalizm chrześcijański, o którym dużo się pisze i mówi po obu stronach Atlantyku.”
          Nie ma w tym zdaniu mowy o tym, że jest to Twój niepokój, tylko że jest to niepokój, który występuje w USA. A niepokój zawsze jest wywołany przez jakieś zagrożenie, niebezpieczeństwo. Czyli: jeśli u kogoś niepokój wywołuje fundamentalizm chrześcijański, to znaczy że ktoś widzi ten fundamentalizm jako zagrożenie (niebezpieczeństwo). Dla mnie jest to logiczne i dlatego tak to zinterpretowałem.
          Jeśli tak nie jest (tzn., że nie uważasz, że fundamentalizm chrześcijański jest jakimkolwiek zagrożeniem), to przyjmuję to Twoje oświadczenie, jako prawdziwe.

          Ale, przyznaj sama – czy to nie dziwne odczuwać, że coś budzi nasz niepokój a jednocześnie nie uważać tego za zagrożenie? Jeśli się czegoś boimy, to uważamy to za jakieś dla nas zagrożenie (niebezpieczeństwo).

          Ale przecież nie ma sensu, abyśmy się tak łapali za słówka i rozdzielali włosa na czworo (choć ja lubię precyzję i logikę wypowiedzi). Nie chcę aby popsuło to naszą dyskusję.

          Ostatecznie mogę tylko powtórzyć: ja w Ameryce nie widzę jakiegoś szczególnie wielkiego zagrożenia ze strony chrześcijańskiego fundamentalizmu (jak również ze strony fundamentalizmu islamskiego, czy jakiegokolwiek innego natury religijnej). Więc nie budzi to mojego większego niepokoju. A ekstremizmy (w tym i fundamentalistyczne) można spotkać w każdym kraju. I oczywiście, żadnego z nich nie można lekceważyć.
          ***
          Dziękuję Ci za Twoje wypowiedzi na temat buddyzmu. Wiele wniosły one do naszej dyskusji i niewątpliwie przyczyniły się do pogłębienia wiedzy o tej religii (filozofii, światopoglądzie) wśród tych, którzy się z nimi zapoznali.
          Ja do tego tematu myślę co jakiś czas wracać, więc mam nadzieję, że będziemy mogli wymienić między sobą pewne opinie i uwagi.
          Pozdrawiam

        • Chihiro Says:

          Ok, powinnam była napisać „Mój niepokój budzi fundamentalizm chrześcijański w USA (…)”.
          Nie, Logosie, niepokój nie zawsze jest wywołany przez jakieś zagrożenie, nic podobnego. Uczucia nie pojawiają się, bo logika tak nakazuje.

          Nie, nie przyznam, bo nie uważam tego za dziwne. Mój niepokój budzi sam fakt, że taki fundamentalizm ma miejsce w kraju słynącym z takiej tolerancji jak USA. Niepokój budzi fakt, że ów fudamentalizm może rosnąć i ewentualnie stanowić zagrożenie (ale jeszcze zagrożeniem nie jest). Oczywiście nie jest to tylko mój niepokój, mnóstwo Amerykanów go podziela.

          Ja też cenię precyzję wypowiedzi, z logiką bywa różnie, bo – jak napisałam powyżej – logika i uczucia nie trzymają się za rączkę.

          Przyjęłam do wiadomości, że nie widzisz zagrożenia ze strony żadnego fundamentalizmu w USA – ja jeszcze też nie.

          ***
          Cieszę się, że coś moje uwagi nt. buddyzmu wniosły. Myślałam o tej pracy mnichów buddyjskich i przyszły mi do głowy jeszcze inne sposoby zarobkowania, które sama widziałam. Pozwól, że je tu wymienię:
          – w klasztorach w japońskim „świętym” miasteczku Koyasan mnisi udostępniają pielgrzymom i zwykłym podróżnym część swoich pokojów, gdzie można nocować i żywić się. Nazywa się to shukubo. Oczywiście mnisi pobierają za to dość słone opłaty, ale w zamian dostaje się naprawdę niezwykłe doświadczenie (kiedyś pisałam o tym na blogu), wraz z pysznymi posiłkami, możliwością uczestniczenia w medytacjach i modlitwach oraz pluskaniem się w gorących źródłach.
          – w klasztorach w Himachal Pradesh mnisi prowadzą sklepiki, nie tylko z pamiątkami, co też pozwala im zarobić.
          – w Tybecie niektórzy pracują jako lekarze (akurat tego nie widziałam, bo nie byłam w Tybecie, ale czytałam o tym).
          – mnisi w Indiach i Tybecie zajmują się rzeźbą, malowaniem mandali i wytwarzaniem rękodzieł, które potem sprzedają.
          – na wyspie Lantau w Hongkongu oraz w Japonii przy klasztorach są niekiedy wegetariańskie restauracje, pracują tam mnisi, w ten sposób zarabiając na swoje utrzymanie.

        • Logos Amicus Says:

          No dobrze, przyjmuję do wiadomości, że Twój niepokój budzi „fundamentalizm chrześcijański” w Stanach, mimo że nie stanowi on tam zagrożenia ani jakiegokolwiek niebezpieczeństwa ;) („Logosie, nie pisałam, że w USA fundamentalizm chrześcijański stanowi jakiekolwiek niebezpieczeństwo, napisałam, że budzi mój niepokój. Nie napisałam też, że jest jakimkolwiek zagrożeniem.” (…) Nie, Logosie, niepokój nie zawsze jest wywołany przez jakieś zagrożenie, nic podobnego. Uczucia nie pojawiają się, bo logika tak nakazuje.”)
          Rzeczywiście, nie wziąłem pod uwagę niepokoju irracjonalnego, czyli takiego, który ma źródło… nie w zagrożeniu istniejącym rzeczywiście, ale w (czasami nielogicznych) uczuciach ;)
          ***
          Oczywiście, że mnisi buddyjscy nie są jakimiś próżniakami, którzy zdecydowali się zostać mnichami, by prowadzić wygodne, pozbawione trosk i bezproduktywne życie. Mnisi właściwie cały czas się czymś zajmują i bynajmniej nie jest to tylko recytowanie sutr i medytacja. Oni pracują. W Laosie sam widziałem, jak porządkują klasztorne czy świątynne obejście, pielęgnują ogrody, uczą się… (widać to zresztą na moich zdjęciach). Nie prowadziłem jakichś bliższych badań, ale wydaje mi się, że teraz, nawet bez codziennego porannego zbierania jałmużny (który to zwyczaj przybiera coraz bardziej rytualnego, symbolicznego charakteru), mogliby się wyżywić. Tym bardziej, że laotański rząd „komunistyczny”, mimo początkowych restrykcji wobec buddyzmu, (które na szczęście nigdy nie przybrały takiej morderczej postaci, jak to było w sąsiedniej Kambodży, gdzie Sanghi zlikwidowano – najczęściej wraz z tworzącymi je mnichami – zupełnie) zdecydowały się dostarczać klasztorom żywnościowej prowizji. Ponadto w Laosie zaprzestano przestrzegania zakazu pracy mnichów na roli, więc mogą ją oni uprawiać zapewniając sobie tym samym pożywienie.

  14. maria Says:

    Napisałeś ‚Nie myślę, że w Stanach Zjednoczonych występuje jakikolwiek poważniejszy problem na tle religijnym. Te zagrożenia są natury politycznej, a nie religijnej’ , właśnie to jest sedno dyskusji w ostatnich komentarzach. Niestety religia od początku była, i jest teraz związana z polityką . Czy współczesny, świadomy człowiek, żyjący w demokratycznym , świeckim kraju może czuć zagrożenie ze strony fundamentalizmu religijnego i nie potrafi odróżnić religii od polityki ? Nie sądzę, ja przynajmniej nie czuję żadnego zagrożenia ani ze strony tzw. obrońców, ani wrogów religii. I nie bardzo rozumiem o jakim konflikcie w Polsce napisałeś: ‚Ten konflikt jest ostry w naszym kraju – czyli Polsce‚. Jeżeli już jest coś na rzeczy w tej sferze, to jest to raczej manipulacja ze strony mediów , czyli znowu polityka.

    Myślę że religia to jedna z niewielu rzeczy , do których nie można jakkolwiek zmusić, ani zabronić. No cóż, mamy w sobie tyle wolności na jaką jesteśmy gotowi . To, że w świeckich krajach kościoły pustoszeją, tzn, że zdajemy sobie sprawę, że ten kościół już nie ma za wiele wspólnego z religią.
    A jednak jest w nas potrzeba wiary bądź niewiary ( co także zmusza nas do myślenia o wierze ). Mówi o tym pięknie profesor Mikołejko , religioznawca w wywiadzie : http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1501963,1,z-prof-zbigniewem-mikolejko-rozmowa-o-wierze-i-religii.read. Dla tych co nie przeczytają , zamieszczam tylko mały fragment :

    ‚- Studiowanie Pisma to dla pana zmaganie się z nieistniejącym Bogiem?
    Istniejącym. Bo nawet gdyby jego obecność ograniczała się tylko do Pisma, to istnieje on przecież przez to, że dyskurs tam obecny rządzi naszym życiem. Nie wiem oczywiście, czy biję się z Bogiem, czy też jedynie z tym dyskursem. Ale niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, ten dyskurs jest wszechobecny, wszechwładny. Nawet w społeczeństwach rzekomo świeckich, bo to nie jest tak, że zrzucamy z siebie sukienkę tradycji i nakładamy nowe ciuchy. Ta sukienka tradycji jest jak…
    – Koszula Dejaniry?
    Tak. Jest w nas wpisana cieleśnie. W nasze gesty, wybory, myślenie; nawet u radykalnych ateistów. Gdy się przyjrzeć choćby Marksowi, jest on w gruncie rzeczy wierzącym Żydem, który skasował hipotezę zwaną Bogiem, ale nadal pozostaje w wierze. W swoim myśleniu jest mesjanistą, tyle że Mesjasz jest u niego zbiorowy.
    To nieodparte brzemię. A skoro nieodparte, to jako nieustający, choć stary już buntownik muszę się z tym borykać. Niekoniecznie chcę je nieść. Nie chcę nieść choćby tego dziedzictwa kultury męskiej, patriarchalnej, stale zresztą obecnej nawet w głębokiej nowoczesności.’

    Jeżeli jest w nas atawistyczna potrzeba wiary , a istniejące religie związane z polityką, instytucjami zostały zdyskredytowane , to gdzie pójdziemy dalej ?

    • Logos Amicus Says:

      Przeczytałem wywiad z prof. Mikołejko. Niezmiernie interesujący. Jego światopogląd i opinie są bardzo zbliżone do moich, być może dlatego, że nasza droga rozwoju i kształtowania się intelektualno-duchowego jest niemal identyczna: wychowanie w katolickiej rodzinie, kryzys wiary i bunt, odkrycie własnej śmiertelności, odczytywanie (“na własną rękę”) Biblii i Nowego Testamentu, nieufność wobec religii zinstytucjonalizowanej (Kościół), świadomość ukształtowania nas przez kulturę judeo-chrześcijańską, uznanie doniosłości faktu pojawienia się w ludzkiej kulturze takiej postaci, jak Jezus Chrystus (i wartości, które on nam przekazał), respekt dla metafizycznych dążeń człowieka (którego wyrazem jest religia), intensywna (pełna lęku ale i fascynacji) konfrontacja z pustką i nicością… etc. To tak, jakbym pisał o sobie.
      Nota bene w wypowiedzi profesora – wśród wielu mądrych i niezwykle przenikliwych stwierdzeń – natrafiłem też na szczególnie uderzający fragment, który doskonale wpisuje się w poruszany przez nas temat buddyzmu, bo brzmi on tak, jakby profesor mówił o doświadczeniu buddyjskim, a konkretnie o buddyjskim pojęciu Pustki i nirwany:

      “Nie jestem w stanie kategorycznie wypowiedzieć się w sprawie nieobecności Boga. Do końca nigdy nie możemy być pewni, że coś „tam” jest, czy czegoś „tam” nie ma. Mistyczny zaś pierwotnie znaczy „tajemniczy”. A ja mam nieustanną pokusę, by wpychać paluch w ranę tajemnicy.
      Jest w tym też późniejszy sens słowa mistyczny, który mówi o pozarozumowym roztopieniu się w porządku, który nas przerasta. Mam wrażenie, że on istnieje, ale nie wiem, czym jest. Może to nicość? Mistyczne otwarcie się na przerażającą nicość, która być może wynajduje życie. Mam wrażenie bowiem, że to nie śmierć jest wynalazkiem życia, ale życie wynalazkiem śmierci. Że to śmierć żywi się egzystencją. Nicość jest czymś pierwotnym i ostatecznym, kresem naszego świata, wszechogarniającą obecnością, horyzontem istnienia, w którym chcę się mistycznie roztopić. „Chcę” to może niewłaściwe słowo, bo tam rozum przestaje pracować, zostaje tylko ekstatyczne wpatrywanie się w studnię bez dna.”

      ***
      Tak jest: religia zawsze była związana z polityką – także w tym sensie, że była wykorzystywana przez polityków jako narzędzie do osiągania własnych partykularnych celów. I tak niestety zostało do dzisiaj. Więc musimy być ostrożni: często bowiem winimy religie za coś, co jest sprawką polityków traktujących ową religię instrumentalnie, cynicznie i w sposób pozbawiony skrupułów.

      Czytając polską prasę (regularnie: „Polityka”, „Newsweek”, nieregularnie: „Wprost”, „Uważam Rze”, „Tygodnik Powszechny”…), mam wrażenie, że w Polsce od jakiegoś czasu istnieje ostry konflikt między środowiskami tzw. konserwatywnymi (związanymi zazwyczaj z Kościołem Katolickim) a liberalnymi. Jestem też świadkiem ataków na Kościół (czytając np. dyskusje na pewnych forach), spotykam się z czymś w rodzaju krucjaty wojującego ateizmu, dyskredytacją wiary, religijności i samych ludzi wierzących; a z drugiej: ataki „konserwatystów” na środowiska liberalne, odruchy nacjonalistyczno-ksenofobiczne, nerwowość i przesada związana z syndromem oblężonej twierdzy… Nie wiem, być może są to tylko moje złudzenia podsycane przez tzw. „opiniotwórczą” prasę, która manipuluje ludźmi, by przeforsować swoją własną opcję polityczną i poglądową. Ale przecież pamiętam np. wojnę o krzyż – gdzie ten konflikt objawił się bodaj najmocniej i jednak naocznie, pamiętam histerię i żałobny teatr wywołany przez katastrofę smoleńską… Trudno mi więc przyjąć, że świadomość tego konfliktu to tylko moje złudzenie nie mające oparcia w rzeczywistości.

      Na koniec pytasz: „Jeżeli jest w nas atawistyczna potrzeba wiary, a istniejące religie związane z polityką, instytucjami zostały zdyskredytowane, to gdzie pójdziemy dalej ?”
      Cóż, mogę tylko powiedzieć: nie wiem. Reszta mogłaby być tylko spekulacją.

      • maria Says:

        Wg mnie, to wszystko o czym piszesz to jest tylko ( aż ) walka polityczna i jest mi bardzo przykro, że tyle ludzi daje się w to wciągnąć, stąd takie wydarzenia jak walka o krzyż , czy nie kończący się temat katastrofy smoleńskiej. Piszesz o forach, gdzie ludzie czują zagrożenie : ataki na kościół ? ataki na liberałów ? Może daleko nam do Australii, gdzie w polityce wieje nudą, życie jest plażą, a ludzie nie mają depresji, ale Polska to naprawdę wolny kraj Logosie. Tylko trzeba sobie to uświadomić i z tego korzystać. A jeżeli są środowiska, które mentalnie tkwią w walce z okresu PRL-u i nie potrafią dostrzec wolności, to bardzo łatwo stają się ofiarami manipulacji. A media będą skrupulatnie to wykorzystywały podsycając te emocje.
        Co do profesora Mikołejko , to wklejam link do mojego ulubionego wywiadu: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53663,8682450,Truskawki_i_popiol.html?as=1&startsz=x

        • Logos Amicus Says:

          Walka polityczna jest niestety walką między ludźmi. Staram się na to wszystko patrzeć z dystansu i zapewne – z racji sporego (fizycznego) oddalenia – jest mi tę rezerwę zachować łatwiej.
          A to, że Polska jest mimo wszystko krajem wolnym, nie wątpię – w przeciwieństwie do tych, którzy czują się z takich czy innych względów w naszym kraju zniewoleni – głównie mentalnie (np. przez własne kompleksy, urojenia, wrogość do innego/obcego, ksenofobię, uprzedzenia, polityczny albo religijny stereotyp…). Odnoszę niestety wrażenie, że takich zniewolonych mentalnie Polaków jest wielu.

          PS. Drugi wywiad z prof. Mikołejko uświadomił mi, że jednak nasze zapatrywania na pewne sprawy się różnią ;)

  15. Katon Najmłodszy Says:

    Przeczytałem ze sporym zainteresowaniem. Dziękuję.
    No i… zazdroszczę podróży! Relacja przednia.

    • Logos Amicus Says:

      Prawdę powiedziawszy, to – zobaczywszy Twój avatar – spodziewałem się ostrzejszego komentarza ;)

      • Katon Najmłodszy Says:

        Logosie. Ach te stereotypy:)
        Jako nieprzejednany wróg liberalizmu a zarazem konserwatysta z krwi i kości, mocno osadzony w tradycji i dorobku Cywilizacji Łacińskie,j bardzo cenię sobie inne ludy, ich kulturę, obyczaje, ciekawi mnie ich religia, w której przecież istnieją refleksy mojej wiary, Objawionej.
        Mój szczególny podziw wzbudzają te kultury, które wytrwale i skutecznie opierają się demoliberalizmowi i globalizacji.
        Jako polski nacjonalista zaś, pragnę świata, który składa się z organicznych, posiadających własną tożsamość wspólnoti etnicznych i narodowych a nie z jednorodnej masy McWioski na wzór amerykański.

        PS Pamiętam, to tak przy okazji, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku czytałem cykl reportaży Wojciecha Żukrowskiego z Indochin. Muszę je odszukać. Jakoś tak Twój tekst wywołał we mnie wspomnienie tamtej lektury.
        Pozdrawiam, KatoN

        • Logos Amicus Says:

          Tym razem zaskoczyłeś mnie swoim mocno i zdecydowanie ujawnionym credo: „jako nieprzejednany wróg liberalizmu a zarazem konserwatysta z krwi i kości… polski nacjonalista” ;)
          Muszę przyznać, że ja do wyrobienia sobie takiego credo pewnie nie byłbym zdolny, a może nawet… wyznawać takiego credo bym nie chciał.
          Ale przecież – to dopiero różnice między nami sprawiają, że jest o czym dyskutować.

          Ja spędziłem poza krajem wiele lat, stykam się bez przerwy z różnorodnością kulturową i wydaje mi się, że jednak wzajemna tolerancja, a więc – jakby nie było – pewne liberalne podejście, są niezbędne, aby te kultury mogły obok siebie w miarę pokojowo i bezkonfliktowo egzystować. I to się jednak na ziemi amerykańskiej ciągle sprawdza. Niestety, świat zapożycza (a przynajmniej do tej pory przez wiele lat zapożyczał) od Ameryki to, co najgorsze: bezwzględną pogoń za mamoną i bezmyślny konsumpcjonizm.

          A jeśli chodzi o Żukrowskiego, to pewnie mówisz o „Opowieściach z Dalekiego Wschodu”, gdzie rzeczywiście poświęcił on najwięcej miejsca Laosowi, (w którym to kraju przebywał przez pewien czas na początku lat 60-tych).

        • Chihiro Says:

          Katonie, czy mamy rozumieć, że popierasz w takim razie system Korei Północnej? W tej chwili to jedyny kraj, który dość skutecznie opiera się globalizacji. Opieranie się globalizacji przy jednoczesnym respekcie dla praw człowieka nie jest możliwe. Nigdy nie było. Żyjemy wszyscy na wspólnej ziemi, a przenikanie się kultur, tradycji, wierzeń od zarania dziejów było obserwowane na świecie, jest i będzie.
          Poza tym traktujesz tożsamość etniczną jako coś danego raz na zawsze. Tożsamości nie da się oprawić w ramkę i powiesić na ścianie, ona się wciąż zmienia, podlega transformacjom, to najzupełniej naturalne. Sprzeciwiać się temu to jak próbować zatrzymać bieg rzeki kijem.

  16. Katon Najmłodszy Says:

    Chichiro,

    wpadasz we własne sidła. Skoro twierdzisz – zresztą słusznie – że „przenikanie kultur, tradycji, wierzeń od zarania dziejów było obserwowane na świecie, jest i będzie” to tym samym dowodzisz, że projekt pod nazwą „globalizacja” nie jest do tego potrzebny czy też konieczny. „Globalizacja” jest pokłosiem idealistycznych mrzonek, utopijnych projektów, które zakładają stworzenie jednej zunifikowanej „rasy”. Mnie to nie kręci.

    Co do etniczności zaś – wkładasz mi dziecko do brzucha i wyrazy do mych karminowych ust, których nigdzie nie napisałem, a to nieładnie. Nigdzie nie napisałem, że tożsamość jest czymś raz na zawsze ukształtowanym i nie podlega zmianom, przeobrażeniom, ogólnie rzecz ujmując – rozwojowi. „Tożsamości” kształtują się na różnych szczeblach życia zbiorowego – począwszy od rodzin, poprzez małe ojczyzny, aż do narodów w oparciu o wspólną przeszłość, teraźniejszość i wizję przyszłości, własny język, wierzenia, obyczaj. To bardzo misterna, subtelna i wyrafinowana tkanka, którą wspomniana i tak hołubiona przez Ciebie „globalizacja” pragnie ujednolicić. Takich projektów w historii ludzkości było już parę. Żaden się nie udał. Globalizacja jest kolejną mrzonką zakładającą stworzenie wszechświatowego ekonomicznego, monetarnego, prawnego, językowego i kulturowego systemu, z jakąś wykoncypowaną ogólnoludzką „tożsamością”, synkretyzmem religijnym i tego rodzaju banialukami.

    Kończąc, chcę zaznaczyć wyraźnie, że jestem zwolennikiem każdej tradycyjnej wspólnoty na kuli ziemskiej, która dąży do zachowania własnej kultury, swego języka, tradycji, odrębności – tak w zakresie etnicznym jak i rasowym, w obliczu tego, co niesie ze sobą wynaradawiający wpływ dwóch groźnych dla ludzkości ideologii – liberalizmu i globalizacji.

    I na sam koniec uwaga. Nie popieram systemu politycznego w Korei Północnej, ale popieram – tak jak w przypadku każdego innego ludu – prawo Koreańczyków do samostanowienia o swoim losie. Samostanowienia bez „pomocy” amerykańskich kanonierek i myśliwców bombardujących dzielnice miast zamieszkane przez ludność cywilną.

    Pozdrawiam:)
    KatoN

  17. Katon Najmłodszy Says:

    Ach, zapomniałem dodac. Nie jestem zwolennikiem „praw człowieka”, o których wspomniałeś. Obce jest mi :”prawo człowieka”, które pozwala zabijać innych dla własnej wygody, „widzimisię” czy też z powodu źle pojętego „współczucia” (aborcja, eutanazja). Obce jest mi „prawo człowieka”, które chroni wielokrotnego mordercę przed karą śmierci a dopuszcza mordowanie innych tylko dlatego, że są mniejsi, chorzy lub społecznie „niepotrzebni”.

    • Chihiro Says:

      Katonie, ewindentnie nie wiesz, czym są prawa człowieka… Poczytaj sobie, a nie będziesz plótł bzdur o zabijaniu dla własnej wygody itp.

      O tożsamości napisałeś: „Jako polski nacjonalista zaś, pragnę świata, który składa się z organicznych, posiadających własną tożsamość wspólnoti etnicznych i narodowych a nie z jednorodnej masy McWioski na wzór amerykański.” – a zaraz potem piszesz o poparciu dla prawa Koreańczyków do stanowienia o własnym losie. Rozumem, że popierasz prawo każdego człowieka, każdej grupy etnicznej i narodu do stanowienia o własnym losie. Zrozum więc, że Chińczycy być może pragną stołować się w McDonald’sie i pić kawę w Starbucksie, podobnie jak miliony ludzi na całym świecie.
      Globalizacja nie jest żadną mrzonką, jest faktem – nie żyjemy w świecie, w którym państwa otaczają mury nie do przekroczenia. Dziwne wydaje mi się, jak napisałam, sprzeciwiać się faktowi i podtrzymuję moje porównanie do zatrzymywania biegu rzeki kijem. Globalizacja ma miejsce od XV w., nie można się obecnie cofnąć do tego czasu. Założę się, że chętnie korzystasz z efektów tej globalizacji – jadasz pomidory, których w Polsce nie było, a które są skutkiem przenikania się kultur, nosisz ubrania uszyte poza Polską (domyślam się, że nie nosisz stroju ludowego?), posiadasz sprzęty domowe, które nie zostały wyprodukowane w Polsce, czytasz literaturę obcą i oglądasz obce filmy, słuchasz obcej muzyki itp. Mówisz językiem, w którym mnóstwo jest obcych wpływów, słów pochodzenia obcego – nie widzę, byś ich unikał. Twoja postawa opierania się globalizacji jest więc mocno niekonsekwentna. To Ty wpadasz we własne sidła.
      Ten pogląd, jakoby globalizacja miała na celu ujednolicenie wszystkich grup w McWioskę w stylu amerykańskim, to demagogia antyglobalistów. Globalizacja miała swoje początki na kilka stuleci zanim Stany Zjednoczone stały się potęgą i zaczęły być pod różnymi względami wzorem do naśladowania przez niektórych. Chcesz stworzyć jakąś utopię, nie zdając sobie sprawy, że w dzisiejszym świecie nie ma czegoś takiego jak kultura nie będąca nigdy pod wpływem innych.

      • Katon Najmłodszy Says:

        Rozbawiłeś mnie do łez wiekiem XV i pomidorami. Dziękuję :)
        KatoN

        • Logos Amicus Says:

          Ja tylko wtrącę Katonie, że rozmawiasz z kobietą.

          A rozmawiacie na bardzo ciekawy temat, bo przenikanie się (konfrontacja) kultur różne przybiera formy: od wzajemnego zwalczania się i wrogości (do tego niestety niezbyt chlubnie przyczynia się ksenofobia i sztywny nacjonalizm), przez stapianie się (przebiegające w sposób nieco bardziej dyskretny i „długofalowy”), po wzajemne wzbogacanie się (inspirowanie, zapożyczanie…)
          Musimy się zgodzić z tym, że właśnie na styku dwóch różnych kultur (najczęściej reprezentowanych przez różne narody) ma miejsce ferment, który sprawia, że dzieją się rzeczy najbardziej ciekawe, twórcze. Paradokalnie, to zjawisko (proces) może być argumentem zarówno na rzecz globalizacji (rozumianej tu jako kulturowy „blending”), jak i tendencji nacjonalistycznych (wiążących się zazwyczaj z tzw. „patriotyzmem”), dążących do utrzymania narodowej (kulturowej) tożsamości, uznawania, pielęgnacji i szacunku dla wartości specyficznych dla danej nacji, wypracowanych przez narodową tradycję…
          Czy zawsze musi to pociągać za sobą konflikt?
          Jeżeli obie strony będą podchodzić do tego stereotypowo, powierzchownie, wrogo i demagogicznie to oczywiście będziemy mieli walkę na noże. Jeśli zaś obie strony zdobędą się na tolerancję, wysiłek zrozumienia odmiennych racji i głębszego wniknięcia w sprawę, to może to być czymś wzbogacającym i konstruktywnym.

          Wasza rozmowa jest tym ciekawsza, że reprezentujecie odmienne stanowiska (kosmopolityzm Chihiro i narodowy konserwatyzm Katona) i jesteście w stanie gruntownie i przekonująco je uargumentować.

          PS. Mam nadzieję, że to sarkastyczne „rozbawienie XV wiekiem i pomidorami” Katona jej nie utnie ;)

  18. betty Says:

    zagłębiłam się w temat laotańskich mnichów, ale zdjęcia prowokują, by napisać, że Ci chłopcy, mężczyźni są zdecydowanym kolorem ulic, ogrodów – fajnie, że podporządkowałeś fotki pewnemu tematowi, który został wzięty pod lupę!

  19. Bogdan Says:

    dzis wsytalem o 5am, by zobaczyc te procesje mnichow ulicami Luang Prabang, by dostac miske, czy raczej pojemnik ryzu i innej strawy… wzruszajace sceny… mysle, ze mlodych ludzi ucza lepiej zycia niz dowolna tv!

  20. ikroopka Says:

    Chłopaki w pomarańczowych sukienkach?
    wyglądają ciekawie, niezależnie od pozy i wieku;)
    Pozdrawiam z Wrocławia.

    • Konrad Says:

      Twierdzenia jakoby buddyzm nie był religią są, historycznie rzecz ujmując, całkowicie bezpodstawne. To jedynie efekt „zmodernizowania” tej religii w ciągu ostatnich mniej więcej 100 lat. Wystarczy choćby prześledzić historię jakże modnej dziś „vipassany”, inaczej medytacji wglądu, na podwalinach której wyrósł cały gmach pop-mindfulness, by zorientować się skąd biorą się dominujące współcześnie przekonania o tym, że buddyzm to rzekomo „system rozwoju duchowego, system medytacji, światopogląd mistyczny”. Podobnemu procesowi, bez wyjątku, uległy wszystkie inne odłamy przednowożytnego, azjatyckiego buddyzmu, wszystkie te czany, zeny czy wadżrajany …

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Zgadzam się, że dopiero ewolucja buddyzmu i to jak zaczął być on traktowany współcześnie – także jego ekspansja na Zachód – spowodowały to, że zaczęto go traktować bardziej jako pewną koncepcję filozoficzną, światopoglądową. A było to możliwe nie tylko swoistemu „rozwodnieniu” buddyzmu (niebagatelna rolę w tym miała kultura masowa), ale także pewne jego istotne cechy, jak np. niedogmatyczność, a-doktrynalność, tolerancję, nieortodoksję, brak zapędów misjonarskich, czy „nawracania” kogokolwiek oraz – last but not the least – brak, a właściwie obojętność wobec perspektywy teologicznej (buddyzm nie mówi o Bogu).
        Tak więc do buddyzmu można poschodzić dwojako: widząc w nim elementy religijne, jak i filozoficzne (światopoglądowe). To zależy jeszcze od tego, jaki odłam buddyzmu mamy na uwadze.
        Sam Dalaj Lama wyraził się w tej kwestii następująco:

        “Buddhism does not accept a theory of God, or a creator. According to Buddhism, one’s own actions are the creator, ultimately. Some people say that, from a certain angle, Buddhism is not a religion but rather a science of mind. Religion has much involvement with faith. Sometimes it seems that there is quite a distance between a way of thinking based on faith and one entirely based on experiment, remaining skeptical. Unless you find something through investigation, you do not want to accept it as fact. From one viewpoint, Buddhism is a religion, from another viewpoint Buddhism is a science of mind and not a religion. Buddhism can be a bridge between these two sides. Therefore, with this conviction I try to have closer ties with scientists, mainly in the fields of cosmology, psychology, neurobiology and physics. In these fields there are insights to share, and to a certain extent we can work together.”

        (Jeśli nie znasz angielskiego a chcesz widzieć co tutaj mówi Dalaj Lama, to daj mi znać. Spróbuję to przetłumaczyć.)

  21. Janka Says:

    Piękne i zarazem bardzo wyraziste zdjęcia. Dużo mówią o ogromie kultury tamtejszego życia codziennego.
    Bardzo ciekawy tekst.

  22. KOBIETY ŚWIATA | WIZJA LOKALNA Says:

    […] MNISI Z LUANG PRABANG […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s