NIEZNOŚNA LEKKOŚĆ GŁUPOTY, czyli słów kilka na marginesie wystawionej w Chicago sztuki Gabrieli Zapolskiej „Ich czworo”

.

Nie jest sprawiedliwy dla Zapolskiej Miłosz, który w swojej „Historii literatury polskiej” poświęca jej tylko jeden akapit, pisząc na dodatek, że „jej powieści (…) przejaskrawione i sensacyjne, dziś uważane są za literaturę jarmarczną” a „brak poważnego intelektualnego wyrobienia Zapolskiej skazywał ją na grube uproszczenia”. Nie jest też prawdą, że „gdyby nie artystyczny sukces tych dwóch dramatów [chodzi o „Moralność pani Dulskiej” i „Panna Maliczewska” – przyp. S.B.] Zapolska, niegdyś uważana za czołową wyrazicielkę naturalizmu, zostałaby zapomniana.”

Otóż Gabriela Zapolska nie jest zapomniana i to nie tylko dzięki „Moralności pani Dulskiej” – która rzeczywiście pozostaje jej dziełem sztandarowym i powszechnie znanym, bo „lekturowym” – ale przede wszystkim z powodu niezwykłej aktualności poruszanej przez nią tematyki, którą jest – z grubsza – dobieranie się do ludzkich przywar: głupoty, zakłamania, małości, obłudy, nieodpowiedzialności, ślepoty, zawiści, pozerstwa, histerii, próżności… (tutaj każdy z nas może sobie dodać kilka swoich własnych wad). A te, niestety, są nieprzemijające. Przy czym ważne – i chyba jednak decydujące – jest to, że język, jakim posługuje się w swoim pisarstwie Zapolska, sprawia wrażenie nowoczesnego, i – wyjąwszy pojawiające się tu i ówdzie archaizmy – w niczym nie przypomina fin de siècle’owej ramoty.

tragedia ludzi głupich

Anna Dolecki i Grzegorz Chiliński

Zapolska jest dla swoich bohaterów bezwzględna i widoczne jest to zwłaszcza w sztuce „Ich czworo”, której już sam podtytuł („tragedia ludzi głupich”) jest symptomatyczny i wymowny. Sama autorka pisze wprost: „W ‚Ich czworgu’ chciałam właśnie dać syntezę ludzkiej przeciętnej głupoty, z którą zmuszeni jesteśmy żyć i się spotykać na każdym kroku”. Co ciekawe, nawiązując do małżeńskiej zdrady i rozpadu rodziny, a jednocześnie okłamywania nie tylko innych, ale i samego siebie, Zapolska pisze o rzeczach sobie doskonale znanych, jakby z życia jej samej wziętych – bo przecież ona sama znana była szeroko jako skandalistka, ze swoimi rozwodami i kochankami, nie przystająca raczej do modelu przyzwoitej, tradycyjnej i stabilnej rodziny, której sama nie była w stanie – z różnych powodów – stworzyć. Być może z tego brało się jej jadowite wręcz wnikanie w samo sedno ludzkich wad i słabości, które przypisywała ona bez wyjątku wszystkim. Być może dlatego całe środowisko mieszczańskie wydawało się jej jedną wielką menażerią filistrów, każde małżeństwo skażone obłudą, każdy mężczyzna predatorem, a każda kobieta manipulatorką.
Pewnie ową totalną mizantropię Zapolskiej psychoanalityk mógłby rozebrać na części pierwsze – wskazując na jej źródła i motywy – ale nawet pobieżna znajomość ludzkiej psyche (oraz biografii Zapolskiej) skłania do wniosku, że autorka projektowała na ludzi głównie swoje własne wady i skażenia charakteru tudzież brała na świecie odwet za swoje nieudane życie. Znała więc całą tę ludzką malady od podszewki – to ją bolało i sierdziło, z tym żyła… i dlatego była – w tym co pisze – taka cięta, wnikliwa, drapieżna, bezlitosna i dosadna. Jako „zbuntowana kobieta” była dla wszystkich nie do zniesienia; jako ekscentryczka – dziwaczna; jako towarzyszka życia – irytująca i przykra… Niespełniona aktorsko i artystycznie wpadała w urojenia wielkościowe (chcąc być np. „sto razy lepszą” od Modrzejewskiej); płodząc dla zarobku trącące grafomanią teksty uważała, że inni (taki np. Sienkiewicz) nie dorastają jej do pięt… etc.

Zapolska forever

A jednak Gabriela Zapolska przetrwała, a jej najlepsze utwory bronią się do dzisiaj przed zapomnieniem, będąc jednak znakomitą literaturą. Dzięki składającemu się z chicagowskich aktorów, nowo-powstałemu zespołowi Polish American Actors Theatre, który za swój debiut wybrał właśnie sztukę „Ich czworo”, wróciłem do pisarstwa Zapolskiej, przypominając sobie kilka jej opowiadań, powieści oraz sztuk teatralnych (polecam zwłaszcza doskonałą adaptację teatru telewizji Skiz, ale też Pannę Maliczewską). I muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ich świeżość – to, że się jednak nie zestarzały i nadal mogą w nas rezonować. Świetne rysy charakterologiczne, żywe i po mistrzowsku prowadzone dialogi, gęsta psychologicznie proza… to wszystko sprawia, że słów Zapolskiej także i współcześnie słucha się z emocjonalnym zaangażowaniem i uwagą.
Oczywiście, że jest to wszystko skondensowane, wybiórcze i przerysowane, ale dzięki temu wyraziste i mimo wszystko wiarygodne psychologicznie. Zapolska swoim talentem potrafi nas omotać, nawet jeśli – stosując przy tym środki przejaskrawione i wyolbrzymioną formę – dotyka nas do żywego, ukazując nam nasze własne cienie oraz chowane skrzętnie wstydy. A mimo tego dostarczając przy tym swoistej satysfakcji, w której najprawdopodobniej jest coś z katharsis. To podobnie jak z gogolowską denuncjacją „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie?”, w której pewien masochizm pozwala widzom na dość przewrotne czerpanie przyjemności z wiwisekcyjnego babrania się w czymś, co przypomina ich własne, bardziej lub mniej utytłane, zbrukane i ochlapane błotkiem wnętrza.
I oto mierzą się z czymś takim nasi aktorzy z Chicago, wystawiając sztukę Zapolskiej „Ich czworo” na deskach Teatru Chopina.

rozterki

Nie roszcząc sobie pretensji do pisania recenzji z tego przedstawienia, chciałbym jednak poczynić kilka uwag, które przychodzą mi w związku z tym do głowy.
Zacznę może od małego utyskiwania: otóż można zauważyć – i myślę, że przyznają mi tu rację sami zainteresowani artyści – że w naszym polonijnym grajdołku trudno jest o recenzje z prawdziwego zdarzenia. Brak jest tekstów krytycznych, bardziej kompleksowych, które by sięgały profesjonalnego poziomu. Najczęściej więc jest to bardziej lub mniej zdawkowa notatka – tekścik niewolny od banału i schematów, którego właściwie jedyną zaletą i funkcją jest pozostawienie śladu po danym wydarzeniu w polonijnych mediach.

Edyta Luckos

Lecz przyczyną jest tu nie tylko brak dobrych piór i publicystyczne lenistwo. W grę wchodzi także – i kto wie czy w nie największym stopniu – to, że… zwykle znajomi piszą recenzje znajomym.
Oczywiście nie ma w tym jeszcze nic nagannego. Mnie samemu zdarzyło się to kilkakrotnie. Schody zaczynają się jednak wtedy, kiedy znajomość (a często nawet zażyłość) tak silnie rzutuje na opinię piszącego tekst, że staje się on po prostu mało wiarygodny. Skądinąd to wszystko jest zrozumiałe, bo przecież każdy z nas jest człowiekiem i kibicowanie „swoim” jest takie… ludzkie.
Jednakże dla mnie, napisanie recenzji dotyczącej twórczości kogoś, kogo dobrze znam (a zwłaszcza kogoś, kogo osobiście lubię) staje się czymś trudnym, czy choćby tylko niezręcznym, i to nie tylko wtedy, kiedy coś mi się nie spodobało, a chcąc zachować uczciwość musiałbym to skrytykować, robiąc komuś przykrość. Zdarzało mi się więc również zaniechanie pisania podobnego tekstu – wolałem swoje uwagi krytyczne przekazać komuś osobiście, a nie obnosić się z tym publicznie.
Tak, trudno jest w tym wszystkim o obiektywizm, a niezależność wymaga zachowania pewnego dystansu, także tego towarzyskiego.
W tych warunkach dochodzi do tego jeszcze pewne ryzyko: jeśli napiszesz coś pochlebnie to możesz być posądzony o kumoterstwo; kiedy zaś wyrazisz się krytycznie – możesz stać się pariasem, a nawet i wrogiem (to ostatnie piszę tak pół żartem, pół serio, bo przecież wiadomo, że przez jakiś tam tekścik świat się raczej nie zawali).

pierwszy plan i tło

Może jednak, po tych wszystkich asekuracjach, przejdę do meritum, czyli napiszę o moich wrażeniach wyniesionych z przedstawienia „Ich czworo”, które obejrzałem w Teatrze Chopina.
Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na spory rozmach tej produkcji, która – mimo że zajmująca się sztuką dość kameralną i angażująca aktorów prowadzących raczej podwójne życie zawodowe, dla których teatr nie jest źródłem utrzymania – robi wrażenie solidnej, noszącej bez wątpienia cechy profesjonalizmu.
W Chicago dość często gościmy polskie zawodowe zespoły teatralne, które zazwyczaj raczą nas przedstawieniami na znakomitym poziomie artystycznym – świetnie zagranymi i mimo dość ubogiej oprawy inscenizacyjnej, atrakcyjnymi, więc chcąc nie chcąc przyjmujemy je za tło naszych lokalnych przedsięwzięć teatralnych, zestawiając i porównując te produkcje ze sobą. I muszę przyznać, że w tym porównaniu nasz teatr polonijny nie wypada tak źle, a w niektórych wypadkach wypada nawet bardzo dobrze. Moim zdaniem „Ich czworo” umiejscawia się gdzieś tak pośrodku, ze zdecydowanym jednak wychyleniem w stronę pozytywów. Dzięki temu obejrzenie tej sztuki sprawiło mi sporą satysfakcję. I chyba podobnie było z odbiorem publiczności, która szczelnie wypełniła salę – i to w każdym z trzech dni, w jakich wystawiana była sztuka.
Wszyscy aktorzy dość odważnie weszli w tekst Zapolskiej, który wymagał od nich pewnej karykaturyzacji postaci. Rodziło to niebezpieczeństwo ich przejaskrawienia, jednak farsowa forma „Ich czworo” okazała się tu buforem, dzięki któremu wyrazista gra aktorów bardziej bawiła, niż raziła, stanowiąc przy tym alibi dla ich – niekiedy zbyt intensywnej, jak na mój gust – ekspresji. To zresztą wynika z charakteru twórczości Zapolskiej, która mimo, że zaliczana jest do (pokrewnego choćby Zoli) naturalizmu, to zawsze posługiwała się niezbyt naturalnymi środkami, obecnymi przecież w każdej karykaturze czy tragifarsie. Pewnie dlatego teksty Zapolskiej z jednej strony mogły być melodramatyczne, z drugiej zaś – brutalne.

ludzka menażeria

Wprawdzie sztuka nosi tytuł „Ich czworo”, to tak naprawdę chodzi w niej o „ich siedmioro”, chociaż pewne postaci mają więcej do powiedzenia (a aktorzy, tym samym do zagrania) niż inne. Grana przez Annę Dolecki Żona wydaje się być w centrum całego tego ko(s)micznego zgiełku, i w sporej części spektaklu to ona właśnie dominuje – zarówno scenę, jak i uwagę widowni (jestem pewien, że nie tylko jej męskiej części, której atencja – zważywszy na wyeksponowaną przez aktorkę kobiecość – wydaje się być jak najbardziej zrozumiała, wręcz oczywista). Anna Dolecki gra kobietę pustą, głupią i zachowującą się obrzydliwie, a jednak – być może dzięki przymiotom pozascenicznym – nie budzącą w nas spodziewanej abominacji czy awersji. (Do końca nie wiem, czy to źle czy dobrze, jednak muszę przyznać, że w mojej pamięci zagrana przez nią postać zapisała się trwale).

Julitta Mroczkowska

Julitta Mroczkowska jest klasą samą w sobie. Na jakiejkolwiek scenie się nie pojawi zwraca na siebie uwagę wszystkich – głównie swoim profesjonalizmem. Z nią każdy reżyser może iść jak w dym, bo może być pewny, że aktorka ta zawsze trafi w sedno. Tak też stało się tym razem, bo Mroczkowska na scenie zaistniała doskonale – z nerwem, ale też i z wdziękiem, mimo że i ona miała do odegrania postać dość żałosną i budząca politowanie.
Co tu kryć, bardzo spodobała mi się Edyta Luckos w roli Panny Mani. Równie przewrotna jak Żona – i podobnie jak ona szafująca swoim sex appealem – obracająca się wokół Męża (nie swojego, of course) jak fryga, usiłująca go omotać… Luckos, nie dość, że była w swej grze koncertowa, to jeszcze potrafiła się przy tym fantastycznie poruszać, z jakąś taką… dynamiczną gracją.
Dobrze też wypadł w roli Fedyckiego Grzegorz Chiliński. Jego „kochanek” to taki „picuś-glancuś”, który za fasadą lekkoducha i bawidamka skrywa zwykłego, pozbawionego honoru hochsztaplera. Też, niestety, wzbudza w nas bardziej rozbawienie niż będącą tutaj bardziej na miejscu irytację. (Dzieje się tak pewnie dlatego, że nie bierzemy tej jego szulerki zbyt poważnie.) Chiliński w wywiadach podkreśla to, że jest aktorem-amatorem, ale moim zdaniem powinien porzucić to wyznanie, gdyż to co robi wcale nie odstaje poziomem od gry jego bardziej zaawansowanych profesjonalnie koleżanek i kolegów.
Marcin Kowalik miał zagrać Męża, człeka osaczonego przez ludzką głupotę i bezbarwne życie, a przez to udręczonego i stłamszonego, więc ten występ nie mógł być fajerwerkiem, a zamiast tego był tym, czym był, czyli objawieniem człowieczka w szarym swetrze (choć jego runięcie na deski/posadzkę Teatru Chopina było jednak dla wielu widzów wstrząsające).
Znakomita była Aldona Olchowska jako służąca. Szkoda tylko, że miała taka mało do zagrania, bo to jest przyjemność patrzeć jak ona się zachowuje na scenie – ze świetną mimiką i gestami, w których była zarówno frywolność, jak i nieodparty wdzięk.
„Pożal się Boże dorośli” są w tej sztuce dorosłymi, więc ich mizeria i degrengolada – ta ich żałosna moral insanity – jest jakby na ich własne życzenie, ale najbardziej tragiczną i godną prawdziwego współczucia osobą w sztuce Zapolskiej jest według mnie Dziecko, czyli kilkunastoletnia dziewczynka, córka Męża i Żony. Wciela się w nią – trzeba powiedzieć, że nader śmiało – Nicole Figlewicz, stając się czymś w rodzaju wyrzutu sumienia w świecie ogarniętym szaleństwem i niegodziwością „dorosłych”.

Polonia ensemble

Mariusz Kotowski, reżyser „Ich czworo”, spadł na Chicago jak meteoryt, założył nową trupę mobilizując tutejszych, bardziej lub mniej aktywnych aktorów, i wraz z nimi – jak również, co warte podkreślenia, z całym zespołem ludzi niezbędnych – w ciągu zaledwie kilku miesięcy zaprezentował polonijnej publiczności spektakl z prawdziwego zdarzenia, mając w zanadrzu następne.
Tak się składa, że w tym samym niemal czasie inny, bardzo się wyróżniający chicagowski zespół o familiarnej nazwie TEATR NASZ pod dyrekcją Andrzeja Krukowskiego wystawił Gombrowicza (nota bene, nie tak dawno wstecz prezentując też z sukcesem „Bal w operze” Tuwima). Agata Paleczny ze swoimi Warsztatami Teatralnymi, dosłownie na dniach przedstawi w Copernicus Center jubileuszowy program „Bajkowe Podróże, czyli wspomnień czar”. Z kolei, pełna ambicji i pomysłów Kinga Modjeska ma nam za kilka tygodni pokazać (pod szyldem Sceny Polonia) mickiewiczowskie „Dziady”. (O bardziej kameralnych wieczorach nawet nie wspominam.)
Tak więc, dzieje się! Ja nie pamiętam w naszym Wietrznym Mieście takiego scenicznego wzmożenia i czadu.
To cieszy, ponieważ nieraz odnosiłem wrażenie, iż polonijni aktorzy, mimo swojego potencjału nie mają po prostu w czym grać – są niedostrzegani i zaniedbywani, a tym samym czują się niedoceniani i niespełnieni. Miejmy nadzieję, że to się wreszcie zmieni, czego wszystkim artystom – a i samej chicagowskiej publiczności – życzę!

znój i afirmacja

Pozwolę sobie jeszcze na koniec wrócić na chwilę do przedstawienia „Ich czworo”, by zwrócić uwagę na to, jak wielkiego wysiłku – i to wielu zaangażowanych osób – wymaga stworzenie podobnego spektaklu. My, ludzie postronni, nie zdajemy sobie z tego tak do końca sprawę, lecz należy to mieć na uwadze i wspierać podobne przedsięwzięcia na różne sposoby. A jeśli stoi za tym prawdziwy walor artystyczny (tak jak w przypadku omawianej tu sztuki) to tym bardziej warto ten trud docenić.
Każdy człowiek potrzebuje afirmacji tego, co robi.
I jeszcze jedna rzecz… wcale nie drobnostka. Otóż chciałbym zwrócić uwagę na niezwykłą fotogeniczność wszystkich bez wyjątku, wystawianych w Chicago spektakli. Jest to zasługą nie tylko reżyserów i aktorów (choć choreografia jest głównie ich dziełem), ale i twórców kostiumów oraz scenografii. Tę fotogeniczność potrafi znakomicie dostrzec i uchwycić – z właściwym sobie artyzmem – np. Krzysztof Babiracki, „nadworny” fotograf TEATRU NASZEGO (mam nadzieję, że się z powodu tego określenia nie obrazi). Wyróżnia się również na tym polu Andrzej Brach, którego szczodre fotoreportaże z przedstawień znaleźć można na stronach internetowych wielu artystów.
Ja sam próbuję zrobić czasem trochę zdjęć, ale uwiązanie do jednego miejsca na sali – do fotelu widza – tudzież niechęć do przeszkadzania sąsiadom, dość mocno moje fotograficzne pole manewru ogranicza. Niemniej jednak udało mi się utrwalić kilka obrazków z przedstawienia „Ich czworo”. I chciałbym nimi mój tekst zilustrować, mając nadzieję, że choć trochę oddadzą one ducha sceny, intencje aktorów oraz atmosferę panującą wówczas w teatrze.

* * *

Fot. Stanisław Błaszczyna

SPOTKANIE AUTORSKIE (relacja filmowa)

.

Po wielu perypetiach i sporej pracy włożonej w edycję nagrania, dotarł wreszcie do mnie film zarejestrowany podczas mojego spotkania autorskiego w Muzeum Ziemi Leżajskiej w ubiegłym roku. Ze względu na uwarunkowania kanału YouTube przedstawiam go tutaj w trzech częściach. Zapraszam do jego obejrzenia.

.

 

.

 

.

 

.

Więcej o moich książkach dowiedzieć się można TUTAJ.

.

ŚWIATOWID

.

.

Ostatnio stronę Wizji Lokalnej zdominował film, więc proponuję przenieść się do świata realnego i obejrzeć garść moich zdjęć z różnych zakątków globu, które umieszczam sukcesywnie na stronie „Światowid”.

.

.

Wszystkie zdjęcia w oryginalnej wielkości obejrzeć można TUTAJ.

.

SPOTKANIE AUTORSKIE – echa prasy polonijnej

Od mojego spotkania autorskiego w Chicago minęło już prawie trzy miesiące, ale dopiero teraz zdołałem przygotować wpis dotyczący artykułów jakie ukazały się na jego temat w prasie polonijnej („Monitor”, „Kurier”, „Dziennik Związkowy”, „Super Express”). Gwoli dokumentacji i wspomnienia, przedstawiam tutaj dwa z nich.

.

.

I

O LITERATURZE, PODRÓŻACH I FOTOGRAFII
wieczór autorski Stanisława Błaszczyny
(„DZIENNIK ZWIĄZKOWY”)

.

W sobotę 29 września chicagowskie Muzeum Polskie w Ameryce było miejscem nadzwyczajnego wieczoru autorskiego. O swoich związkach z literaturą, fotografią, kinem, teatrem a przede wszystkim podróżami po całym świecie opowiadał Stanisław Błaszczyna, publicysta, krytyk filmowy i podróżnik, autor książek: „Zapiski”, „Artykuły Lektury Rozmowy”, „Kino Teatr Sztuka” oraz „Podróże”. Na wydanych bardzo starannie opasłych, bo zawierających po kilkaset stron tomach autor zawarł doświadczenia swojego życia.

„Dzisiejszy wieczór łączy nas Błaszczyną. Pan Stanisław to dziennikarz, fotograf, krytyk filmowy, podróżnik, publicysta. Osoba, która jest świetnym obserwatorem, komentatorem, puentystą. Jego rodzinne miasto to Leżajsk, natomiast emocjonalnie, biograficznie i sercowo związany jest z Krakowem. Mieszka w Stanach Zjednoczonych od 28 lat. Przez wiele lat był redaktorem rozmaitych polonijnych periodyków, między innymi „Dziennika Chicagowskiego”, tygodnika „Relax”, publikował w „Dzienniku Związkowym”, a także jego artykuły ukazywały się w prasie krajowej, w tym w tygodniku „Wprost” i tygodniku „Polityka”. Przeprowadził w swoim życiu wiele wywiadów. Jest autorem pierwszej polskiej monografii o Parku Narodowym Yellowstone. Jedną z jego pasji oprócz podróżowania i przebywania ze swoją uroczą żoną jest film. Współpracował z miesięcznikami „Kino”, „Film na Świecie” i „Powiększenie”.(…) Dzięki temu, że pan Stanisław sprezentował Muzeum Polskiemu i mnie swoje publikacje, muszę stwierdzić, że chociażby „Zapiski” wielokrotnie trafiały mi prosto w serce” – powiedziała prezentując sylwetkę bohatera Małgorzata Kot, dyrektor wykonawcza MPA.
Słowa Małgorzaty Kot są najlepszą i bardzo skondensowaną opinią o twórcy, który ma w swoim dorobku setki podróży i tysiące fotografii dokumentujących przepych i biedę zwiedzanego świata. Kartkując książkę „Podróże” czytelnik przenosi się w bajkowy świat Indii, Tajlandii, Gwatemali, Nepalu i dziesiątków innych krajów i krain. Na zamieszczonych fotografiach widać ludzi, na których twarzach wyryta jest surowa codzienność i trudy życia. To niezwykle poznawcza i ciekawa lektura, podobnie jak i pozostałe trzy pozycje będące zbiorem dotychczasowych własnych publikacji z różnych dziedzin życia i kultury, uzupełnionym aktualnymi przemyśleniami. Mówiąc o autorytetach, którzy mieli wpływ na jego twórczość, przytoczył nazwiska Giedroycia, Miłosza, Grudzińskiego, Kołakowskiego oraz prof. Stefana Chwina, wykładowcy Uniwersytetu Gdańskiego, który sporo czasu poświęcił lekturze szczególnie dwóch pierwszych tomów. W swojej opinii o książce profesor napisał: „Ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim. Jest w tej książce wiele rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem”. Obok zainteresowania różnymi dziedzinami sztuki Stanisław Błaszczyna z powodzeniem próbował swoich sił w rysunku.
Trwająca ponad dwie godziny część oficjalna sobotniego spotkania, prowadzonego przez Małgorzatę Kot i krytyka filmowego Zbigniewa Banasia, przeplatana była wystąpieniami Julity Mroczkowskiej, która recytowała poezję oraz czytała krótkie fragmenty książek bohatera wieczoru. Punktem kulminacyjnym było podpisywanie książek i rozmowy, które prowadzone przy lampce wina i smacznych przekąskach, przeciągnęły się do późnych godzin wieczornych.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Baraniak/NEWSRP
Dziennik Związkowy, 5 -7 października, 2018 r.

*  *  *

Spotkanie prowadzili dyrektor wykonawcza Muzeum Polskiego w Ameryce Małgorzata Kot oraz krytyk filmowy Zbigniew Banaś       (fot. Paweł Szubzda)

II

PODRÓŻE, KINO, LITERATURA, SZTUKA…
o wieczorze autorskim Stanisława Błaszczyny
(„KURIER”)

.

W ostatnią sobotę września w Muzeum Polskim w Ameryce miało miejsce niezwykłe wydarzenie, którym było spotkanie autorskie Stanisława Błaszczyny, publicysty, podróżnika, krytyka filmowego i fotografa, od blisko trzech dekad związanego ze środowiskiem polonijnym w Ameryce, byłego redaktora chicagowskich gazet, współpracującego również z prasą krajową. Okazją do wieczoru autorskiego było wydanie przez niego w ostatnich kilku latach czterech książek, którymi są „Zapiski”, „Artykuły Lektury Rozmowy”, „Kino Teatr Sztuka” oraz „Podróże”.

Spotkanie otwarła dyrektor wykonawcza MPA Małgorzata Kot, która przedstawiła sylwetkę autora: „Dzisiejszy wieczór łączy nas Błaszczyną. Pan Stanisław to podróżnik, fotograf, krytyk filmowy, publicysta. Osoba, która jest świetnym obserwatorem, komentatorem, puentystą… Jego rodzinne miasto to Leżajsk, natomiast emocjonalnie, biograficznie i sercowo związany jest z Krakowem. Mieszka w Stanach Zjednoczonych od 28 lat. Przez wiele lat był redaktorem rozmaitych polonijnych periodyków, między innymi ‘Dziennika Chicagowskiego’, tygodnika ‘Relax’, publikował w ‘Dzienniku Związkowym’. Jego artykuły ukazywały się również w prasie krajowej, w tym w tygodnikach ‘Wprost’ i ‘Polityka’. Przeprowadził w swoim życiu wiele wywiadów. Jest autorem pierwszej polskiej monografii o Parku Narodowym Yellowstone. Jedną z jego pasji, oprócz podróżowania i przebywania ze swoją uroczą żoną jest film. Współpracował z miesięcznikami ‘Kino’, ‘Film na Świecie’ oraz ‘Powiększenie’. (…) Dzięki temu, że pan Stanisław sprezentował Muzeum Polskiemu i mnie swoje publikacje, muszę stwierdzić, że chociażby ‘Zapiski’ wielokrotnie trafiały mi prosto w serce” – powiedziała Małgorzata Kot.

Spotkanie autorskie prowadził wraz z dyrektorką MPA Kot znany chicagowski krytyk filmowy Zbigniew Banaś, który przedstawił pokrótce zawartość poszczególnych publikacji, mówiąc, że „Zapiski” to chyba najbardziej osobista i wnikliwa książka autora, będąca zbiorem zapisków czynionych na marginesie jego podróży po świecie, spotkań z ciekawymi ludźmi, pisanych artykułów, przeczytanych lektur, obejrzanych filmów i obrazów… Książka będąca swoistym komentarzem do cywilizacji, wytworów ludzkiej kultury, na którą składają się sentencje i noty ujęte niekiedy w formę aforyzmu, maksymy, konkluzji, puenty… Odnoszące się do szeroko rozumianej kultury – literatury, kina, malarstwa i sztuki. Takie współczesne silva rerum.
W tomie drugim noszącym tytuł „Artykuły Lektury Rozmowy” znalazł się natomiast wybór najciekawszych artykułów autora publikowanych w różnych pismach – zarówno polonijnych, jak i krajowych – obejmujących szeroką tematykę kulturalną, która nie traci nic ze swojej aktualności. Są również recenzje książek, głównie klasyki oraz pozycji wydawniczych ważnych dla współczesnego świata, W książce tej zawarto także wywiady ze znanymi ludźmi, spośród których większość to wybitni twórcy polskiej kultury, poczynając od ikony polskiej piosenki Czesława Niemena, przez znanych reżyserów, takich jak Krzysztof Zanussi, Juliusz Machulski, Agnieszka Holland… po kompozytora muzyki klasycznej Henryka Mikołaja Góreckiego.
Trzecia książka „Kino Teatr Sztuka” zawiera wybór tekstów filmowych publikowanych w prasie popularnej i fachowej oraz zbiór ponad stu pięćdziesięciu recenzji najgłośniejszych filmów polskich i zagranicznych. Są tutaj również opisy kilku spektakli teatralnych, wystawianych przez artystów polskich w Chicago a także zbiór esejów na temat sztuki, zazwyczaj dość krytycznie odnoszących się do sztuki współczesnej.
„Podróże” to książka najbardziej kolorowa, bo zawierająca setki fotografii, jakie przywiózł autor – będący zarazem fotografem – ze swoich licznych wojaży po całym świecie. Wydawnictwo na poły albumowe, mieniące się wszystkimi barwami i ukazujące piękno odwiedzanych – najczęściej egzotycznych – krajów, ale zajmujące się też najciekawszymi i najbardziej malowniczymi zakątkami amerykańskiego Zachodu.

Ta prezentacja była wstępem do trwającej ponad dwie godziny rozmowy między prowadzącymi spotkanie a autorem, przeplatanej fragmentami książek Błaszczyny, które z niezrównanym kunsztem aktorskim przeczytała Julitta Mroczkowska. Publiczność zasłuchała się w opowieści o „Kobiecie z wagą”, słynnym obrazie Vermeera; o poetach przeklętych, czy wreszcie o przygodzie autora z amerykańskim kontynentem (w latach 90. ubiegłego wieku Stanisław Błaszczyna przez kilka lat zajmował się organizacją i prowadzeniem wycieczek turystycznych po Stanach Zjednoczonych).
Zważywszy na to, że zarówno główny bohater wieczoru, jak i moderator spotkania Zbigniew Banaś podzielają wspólną pasję, jaką jest dla nich kino, rozmowa dość długo – ale i zajmująco – toczyła się wokół filmów, zwłaszcza tych, które szczególnie dotknęły w przeszłości Błaszczynę, począwszy od słynnej „Persony” Bergmana, poprzez nie mniej głośnego „Taksówkarza” Scorsese’go, po współczesne filmy Alejandra Gonzáleza Iñárritu, które Błaszczyna szczególnie ceni i podziwia.
Mówiono również o literaturze, sztuce współczesnej, malarstwie… Błaszczyna podkreślił, że jego korzenie literackie znajdują się w XX wieku – że najwięcej w kształtowaniu swojego języka zawdzięcza takim pisarzom, jak Czesław Miłosz, Gustaw Herling-Grudziński, Witold Gombrowicz, Leszek Kołakowski, Sławomir Mrożek… Następnie pisarzom z kręgu paryskiej „Kultury” prowadzonej przez Jerzego Giedroyca, ale i tych skupionych wokół „Tygodnika Powszechnego”, którego redaktorem naczelnym był Jerzy Turowicz.
W pewnym momencie Zbigniew Banaś zaskoczył Stanisława Błaszczynę wątkiem bardzo osobistym, wpierw cytując fragment listu jaki napisał do Błaszczyny znany polski pisarz, wykładowca literatury na Uniwersytecie Gdańskim, prof. Stefan Chwin, a następnie prosząc o odniesienie się do przeczytanej opinii profesora: „Pana książka jest bardzo ciekawa jako świadectwo życia intelektualnego agnostyka, który jest w gruncie rzeczy człowiekiem religijnym i tylko chwilami wmawia sobie, że jest agnostykiem.” – na co Błaszczyna odpowiedział: „Cóż, wygląda na to, że Chwin mnie przejrzał, ale czy w rzeczywistości jestem człowiekiem religijnym, który wmawia sobie to, że jest agnostykiem? Nie wiem. To prawda – odczuwam swego rodzaju metafizyczną tęsknotę za jakimś Wyższym Sensem. Intuicja (ale też i rozum) mówi mi, że istnieje jednak jakiś wyższy Byt, Siła Nadrzędna – że wszyscy jesteśmy częścią jakiegoś niepojętego przez nas Planu; zaś uczciwość intelektualna (którą chcę zachować) sprawia, że jestem jednak jednocześnie człowiekiem sceptycznym i wątpiącym. Stąd ten agnostycyzm. Ale ja go sobie nie wmawiam – raczej się przed nim bronię, a mimo to, on zawsze mi jakoś w moim racjonalizmie wychodzi na wierzch i daje o sobie znać. Pod tym względem jestem takim człowiekiem trochę rozdwojonym – jak zresztą pewnie większość z nas, nawet tych, uważających się za chrześcijan, jak ja sam.”
Warto zresztą przy tej okazji przytoczyć bardzo pochlebną opinię prof. Chwina o pisarstwie Stanisława Błaszczyny, którą można wyczytać ze skrzydełka jednej z książek autora: „Ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim. Jest w tej książce wiele rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem.”
Wśród tematów poruszanych podczas tego wieczoru nie mogło zabraknąć podróży, tym bardziej, że Stanisław Błaszczyna przygotował pokaz fotografii, które tysiącami przywoził ze swoich wypraw w bliższe lub dalsze zakątki naszego globu. Ilustracją do rozmowy o podróżach były więc obrazy m.in. z takich krajów i miejsc jak Indie, Tybet, Nepal, Chiny, Tajlandia, Wietnam, Birma, Kambodża, Laos, Singapur, Brazylia, Peru, Wyspy Dziewicze, Alaska, Hawaje, Kostaryka, Gwatemala, Meksyk, Kanada, Hiszpania, Włochy, Norwegia i wielu innych. Nie zabrakło również zdjęć ukazujących piękno ziemi amerykańskiej.

Po części oficjalnej spotkania, które odbywało się w pięknej scenerii Sali Głównej Muzeum, pełnej dzieł sztuki, rzemiosła i pięknych obrazów, miało miejsce podpisywanie książek, jak również rozmowy w bardziej kameralnych warunkach – między ludźmi, z których wielu się znało, podzielało wspólne pasje i wzajemnie lubiło. Sprzyjała temu nie tylko specjalna atmosfera całego wydarzenia, ale i smaczne przekąski tudzież białe i czerwone wino, rozwiązujące niewątpliwie języki, bo przecież – jak wszyscy wiemy – in vino veritas.
Wśród gości – a przybyło ich na spotkanie grubo ponad setkę – dostrzec można było wiele znanych wśród Polonii chicagowskiej osobistości. Wśród nich znaleźli się np. mecenas polskiej kultury, sponsor i przyjaciel Muzeum Polskiego w Ameryce Stephen Kusmierczak. kompozytor i pianista Jarosław Golembiowski, redaktorka naczelna „Dziennika Chicagowskiego” Alicja Otap z mężem, wieloletni publicyści tej gazety Krystyna Cygielska i Artur Partyka, Maria Zakrzewska – przedstawicielka Chicago Public Library, współ-założycielka Sceny Polonia Kinga Modjeska, mistrzyni i trenerka fitness Magda Huk „Dzika”, artystka-plastyk Ewa Uszpolewicz-Figurski, współ-właścicielka biura „Exotica Travel” Jolanta Kulka z córką Pauliną, właścicielka Księgarni Polonia Agata Szymczyk, animatorki polonijnych wydarzeń kulturalnych Anna Ejsmont i Anna Gliszczyńska, szefowa Studio 41 Elizabeth Stolarczuk, działacz społeczny i policjant w jednej osobie Martin Vogel… i wielu innych. Plakaty i plansze (pięknie wydane przez drukarnię Blue Box) pomagał rozwieszać sam dyrektor Teatru Chopina Zygmunt Dyrkacz. Również fotografów było wielu: Julita Siegel, Andrzej Baraniak, Dariusz Lachowski, Lesław Flis, Paweł Szubzda… Całe wydarzenia sfilmowali i nagrali Kinga i Kuba Łuczkiewicz z Road 28 Productions.
Pełen wrażeń wieczór przeciągnął się do późnych godzin nocnych.

Arkadiusz Słowiński
Kurier (19-25 pażdziernika, 2018 r.)

Zdjęcia: Dariusz Lachowski, Lesław Flis, Paweł Szubzda, Anna Zimny, Anna Ejsmont i archiwum

*  *  *

.

.

NOC W MUZEUM – relacja ze spotkania autorskiego w Chicago

.

Spotkanie autorskie prowadzili dyrektor wykonawcza Muzeum Polskiego w Ameryce Małgorzata Kot oraz krytyk filmowy Zbigniew Banaś (fot. Anna Ejsmont)

.

Tyle się ostatnio działo wokół, że nawet nie miałem czasu, by napisać jakieś sprawozdanie ze spotkania autorskiego, które odbyło się kilka tygodni temu, a dokładnie 29 września w chicagowskim Muzeum Polskim w Ameryce.
Cóż, nie wypada się chwalić, ale muszę wyjawić prawdę, więc napiszę, że to co się zdarzyło tego sobotniego wieczoru przerosło wszelkie moje oczekiwania. Mimo konkurencyjnych imprez, które w tym samym czasie odbywały się w Chicago (jak np. wybory Miss Polonia czy mecz o mistrzostwo świata w siatkówce), wielka sala główna Muzeum wypełniła się dość szczelnie, bo przybyło ponad 120 osób, co – jak na spotkanie autorskie z kimś, kto nie ma wyrobionego medialnie „nazwiska” – może być chyba sporym zaskoczeniem, a dla mnie satysfakcją i sukcesem.
Od początku wszystko mi sprzyjało (kiedy – w jakże napiętym harmonogramie wydarzeń organizowanych przez Muzeum – udało się nam znaleźć termin, bardzo dogodny na dodatek, sama pani dyrektor tej placówki stwierdziła, że pomagają mi dobre duchy). Również to, że dyrektor wykonawcza MPA Małgorzata Kot zgodziła się – i mogła – poprowadzić to spotkanie, było dla mnie szczęśliwym trafem, gdyż w tym samym czasie przedstawicieli Muzeum zaproszono na ważną dla tej instytucji uroczystość, która pod auspicjami UNESCO odbywała się w Paryżu.
Szczęściem, czas dla mnie znalazł także mój długoletni znajomy (z którym nota bene podzielamy wspólną pasję do kina) a mianowicie znany chicagowski krytyk filmowy Zbigniew Banaś. Tak się złożyło, że między wyjazdami na festiwale przebywał w tym czasie w Wietrznym Mieście i mógł być nie tylko moderatorem, ale i spirytus movens tego wydarzenia.

Impreza zaczęła się rozkręcać na taką skalę, że w pewnym momencie zacząłem się obawiać, że to wszystko mnie przerośnie, lecz byłem już tak wciągnięty w tę machinę, że nie było odwrotu. I wypadało przygotować wszystko jak najlepiej. Zacząłem więc działać nawet wbrew swojej naturze, bo nie jestem raczej człowiekiem, który pcha się na afisz, lubi światła reflektorów, bryluje w radiowym czy telewizyjnym studio… a tu trzeba było jakoś to wydarzenie rozreklamować, wyjść z nim do ludzi. Koniec końców wystąpiłem w kilku najważniejszych polonijnych rozgłośniach radiowych, nagrałem niemal półgodzinny wywiad dla telewizji Polvision, przeprosiłem się z kilkoma gazetami, które oprócz informującej zajawki zamieszczały (nieodpłatnie) pół-stronicowe ogłoszenia reklamujące spotkanie… Nie byłoby to wszystko możliwe bez pomocy i wsparcia wielu osób, za co jestem im bardzo wdzięczny. Właściwie, osoby, które mnie zawiodły (tudzież zabolało ich wydanie moich książek) można policzyć na palcach jednej ręki (przy okazji był to test na to, kto mi dobrze życzy, jaki kto ma do mnie stosunek, kto zawiści, albo komu – że się tak brzydko wyrażę – zwisam). Zdecydowana większość potraktowała mnie bardzo przychylnie i życzliwie, co mnie dość mocno podbudowało (a było mi to jednak potrzebne, gdyż były momenty, że zaczynałem wątpić w sens tego wszystkiego). Mimo to niemal za każdym razem musiałem pokonywać pewien opór, bo ludzie bywają jednak dość ostrożni, zwłaszcza gdy nie wiedzą za dobrze z kim mają do czynienia i o co facetowi tak naprawdę chodzi.
Przygotowanie całego spotkania to była niezła harówka. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, ile logistycznego zachodu wymaga organizacja takiej imprezy, które niby jest występem gadających głów, więc nie ma nic prostszego jak zaświecić światło, ustawić krzesła, stół, mikrofony i sobie porozmawiać. Jakże byłem naiwny, gdyż dopiero od środka widać, że to wszystko nie jest takie proste, bo dograć trzeba całe mnóstwo innych rzeczy: od takich drobiazgów jak zamówienie obrusów i zakup kwiatków, ustawienia ekranu i projektora; przez druk zaproszeń, plansz i plakatów (o kosztach imprezy nie wypada mi tu pisać, ale może tylko wspomnę, iż samej tylko drukarni trzeba było zapłacić grubo ponad tysiąc dolarów), po catering, a nawet znalezienie miejsca, gdzie można schłodzić białe wino (czerwone też było)… etc. etc… Gdyby nie pomoc pracowników Muzeum (a zwłaszcza Krystyny Grell) – i naturalnie mojej żony – to zginąłbym w całym tym zgiełku marnie. A tak wszystko poszło jak z płatka i spotkanie rozpoczęło się tylko z niewielkim, a kontrolowanym poślizgiem (mimo, że ludzie – jadąc do Muzeum, które położone jest blisko downtown – utykali na dobrą godzinę w korkach).

Jak na literata przystało, nie obyło się bez podpisywania książek (fot. Anna Ejsmont)

Nie będę się rozpisywał o samym przebiegu spotkania (to oficjalne, czyli nasz rozmowa i prezentacja fragmentów książek, trwało ponad dwie godziny, potem przez kilka kwadransów podpisywałem książki, zaś bankiet przeciągnął się do późnych godzin nocnych), bo najprawdopodobniej w jednym z następnych wpisów zamieszczę fragmenty relacji prasy polonijnej, która – zwłaszcza w jednym przypadku – dość wiernie opisała tę Noc w Muzeum. Wspomnę tylko, że dwie godziny przed mikrofonem i przy stoliku przeleciało mi jak z bicza strzelił (zatraciłem niemal zupełnie poczucie mijającego czasu), z całej rozmowy pamiętam jedynie kilka zdań (byłem pod takim stresem – czy też na takim rauszu – że moja pamięć, mimo że byłem świadomy co się dzieje i o czym się mówi, niewiele z tego rejestrowała). Dobrze więc, że całość została nagrana i sfilmowana (przez Kingę i Kubę Łuczkiewiczów z Road 28 Production), więc kiedyś pewnie się temu przyglądnę i sobie tego posłucham. Na szczęście – jak mi powiedziano – zbyt wielkich głupot nie plotłem, a gros audytorium słuchała wszystkiego z zainteresowaniem i to do samego końca.
Zresztą, ja sam często odwracałem głowę w kierunku znanej chicagowskiej aktorki Julitty Mroczkowskiej, która tak znakomicie czytała fragmenty moich książek, że momentami nie dowierzałem, że to ja je napisałem.

Jest wiele innych rzeczy, o których chciałbym tutaj napisać, ale nie chcę, aby ta relacja przerodziła się w jakiś elaborat, więc wspomnę jeszcze tylko o scenerii w jakiej spotkanie się odbywało. Otóż nie mogłem sobie wymarzyć lepszej. Sala Główna Muzeum jest imponująca – jej aparycja nie przytłacza – mimo przestronności zachować w niej można pewną kameralność; jest zarazem nobliwa i lekka; niebieskie przepierzenia, na których wiszą olejne obrazy, stanowią malownicze tło; na ścianach wiszą olbrzymie płótna Kossaka i Batowskiego – ze swoim batalistycznym rozmachem wprowadzają nawet pewien element… heroizmu, tradycji i patriotyzmu, tyle że ich oddalenie i odpowiednie oświetlenie sprawia, że oddziaływanie tychże płócien nie jest jednak zbyt nachalne.
Zresztą, co tu dużo pisać. Myślę, że na załączonych zdjęciach (a fotografów – i to profesjonalistów – było wielu) jest to wszystko widoczne.
Jeszcze jedna wynikła dla mnie korzyść z tego spotkania. Otóż dzięki niemu poznałem realnie kilkanaście osób, które do tej pory znałem tylko wirtualnie. Bowiem nie ma to jak uścisnąć czyjąś dłoń lub dać komuś „huga”, popatrzeć prosto w oczy, uśmiechnąć się – poczuć kogoś fizycznie, w bezpośrednim kontakcie… Wtedy wirtualny awatar i zjawa z Internetu, zamienia się w człowieka z krwi i kości.
Welcome to the real world!
A co będzie dalej, to zobaczymy.

*  *  *

Stanisław Błaszczyna: „Dziękuję Dariusz za to zdjęcie. Jest znakomite – ukazuje splendor Sali Głównej Muzeum Polskiego w Ameryce i nasze spotkanie, akurat w momencie rozmowy o poetach przeklętych, którzy jakoś próbują wpasować się w nobliwość pomieszczenia. Mam nadzieję, że się Wojaczek, Morrison, Baudelaire i Rimbaud w grobie nie poprzewracają.Dariusz Lachowski: „Dokładnie rok temu w tym samym niemalże miejscu prezentowane były po raz pierwszy w Ameryce, oryginalne prace Mistrza Zdzisława Beksińskiego. Wystawie tej towarzyszyła także wyjątkowa prezentacja Virtual Reality Beksiński De Profundis. Przywołany do tablicy nazwiskiem Charlesa Baudelaire’a pozwolę sobie zacytować fragment jego wiersza: ‚Wszechświat to czarny, nad nim z ołowiu opona, Tam przestrach i bluźnierstwo nurza się w ciemności.’ Dziękuję za dobre słowa.Stanisław Błaszczyna: „Tak, echo słów tych galerników wrażliwości – pijusów, utracjuszy i birbantów – proroków czerni i otchłani – krąży do dzisiaj po niebieskich sferach i po nobliwych salach, jak ta – gdzie usiłuje się spacyfikować ‚przestrach i bluźnierstwo’„. (fot. Dariusz Lachowski – http://www.dariusz.us)

APENDIX

Jako dodatek zamieszczam tutaj wpis, jaki ukazał się na mojej stronie Facebookowej po spotkaniu:

Serdecznie dziękuję Muzeum Polskiemu w Ameryce za gościnę i wspaniały wieczór. Dziękuję również wszystkim gościom za tak liczne przybycie. Wdzięczny jestem bardzo prowadzącym spotkanie Pani Dyrektor MPA Małgorzacie Kot, oraz Zbigniewowi Banasiowi za jakże interesującą rozmowę, jak również osobie szczególnej tego wieczoru – Pani Julittcie Mroczkowskiej Brecher, która wspaniale przeczytała fragmenty moich książek. Osobne podziękowania należą się Kindze oraz Kubie Łuczkiewiczom, którzy całość sfilmowali i nagrali, jak również Panu Prezesowi MPA Richardowi Owsianemu oraz pracownikom Muzeum Polskiego w Ameryce – paniom Barbarze Kożuchowskiej, Iwonie Bożek, Krystynie Grell… Dzięki wielkie!

Chciałbym również serdecznie podziękować polonijnym mediom za wielkie wsparcie w organizacji mojego spotkania. Jestem wszystkim ogromnie wdzięczny. Naprawdę byłem zbudowany tym, jak przychylnie potraktowali mnie niemal wszyscy, do których zwróciłem się o rozpropagowanie tego wydarzenia. Wiele zawdzięczam tutaj Zbyszkowi Banasiowi. Pozytywnie przyjęła moją propozycję Pani Kamila Dworska dzięki czemu wraz z Panią Małgorzatą Ptaszyńską nagraliśmy wywiad dla Polvision oraz audycję w polskim radio 1030 am. Z Jackiem Zielińskim porozmawialiśmy sobie po przyjacielsku w radiu WPNA FM (tę rozmowę cenię sobie szczególnie bo to było ujeżdżanie naszego wspólnego konika, jakim jest kino). Kilkakrotnie zaproszono mnie do radia polski FM, gdzie parę razy spotkałem się z sympatyczną Beatą Kociołek. Szczególnie serdecznego przyjęcia (wraz z pysznymi pączkami) doznałem w studio (i saloniku) Radia Deon, gdzie z otwartymi ramionami i mikrofonem przywitali mnie Marta Kędzior, Arkadiusz Stachnik i Sławomir Budzik. Z Markiem Bobrem porozmawialiśmy chyba najdłużej w Radio Polonia 2000 – i zostaliśmy tam nie tylko nagrani, ale również sfilmowani (przy okazji dziękuję Beacie Chrobak).

NIGHT AT THE MUSEUM – the evening full of wonders and beautiful people aside me.
*
Dziękuję Ani Zimny za to fantastyczne zdjęcie. Dla tych kogo ciekawią te płomienie nad naszymi głowami (a nie wiedzą co zdjęcie przedstawia), wyjaśniam, że jest to kadr z filmu Terrence’a Malicka „The Tree of Life„, przedstawiający niesamowite gorące źródło Grand Prismatic Spring znajdujące się w Parku Narodowym Yellowstone. (fot. Anna Zimny)

Szczególnie jestem wdzięczny polonijnej prasie, która bezinteresownie – i nieodpłatnie – zamieszczała pół-stronicowe reklamy mojego spotkania autorskiego. Tutaj dziękuję zwłaszcza Pani Alicji Otap, redaktorce naczelnej Dziennika Związkowego i ponownie Markowi Boberowi, redaktorowi naczelnemu Kuriera. Sam nie wiem, komu zawdzięczam ogłoszenie wieczoru w Monitorze. W promocję wydarzenia zaangażował się również Edward Dusza (Gwiazda Polarna) oraz Sylwester Skóra (Dziękuję Panom serdecznie – a Edwardowi, weteranowi polonijnego pisarstwa, zdrowia w tym trudnym dla niego momencie życia życzę).

Tak à propos książek – bardzo przychylnie przyjęli mnie w swoich progach Pani Bożena z księgarni Quo Vadis, Pani Agata Szymczyk z księgarni Polonia oraz Pan Zbigniew Kruczalak z D&Z House of Books. (Przy okazji mogę wspomnieć, że moje książki – a nie zostało już ich w Chicago zbyt wiele – można nabyć w tych właśnie księgarniach).

No i – last but not the least – serdecznie dziękuję Andrzejowi Baraniakowi za bardzo dobre relacje prasowe ze spotkania, jak również fotografom: Julicie Siegel, Lesławowi Flisowi, Dariuszowi Lachowskiemu, Darkowi Kuczborskiemu i Pawłowi Szubzdzie za utrwalenie całego wydarzenia na znakomitych zdjęciach, do których dorzucili się także uczestnicy spotkania, jak np. Anna Ejsmont, czy Anna Zimny.

Ogromnie się cieszę, że całe spotkanie sfilmowali i nagrali (również nieodpłatnie – sorry, że to podkreślam) Kinga i Kuba Łuczkiewicz z Road 28 Productions.

Składam Dzięki Jarkowi Maculewiczowi, który skontaktował mnie ze znaną wśród chicagowskich miłośników teatru aktorką Julittą Mroczkowską, która jakże sugestywnie i wymownie przeczytała fragmenty moich książek.

Wspaniałym ludziom opiekującym się Muzeum Polskim w Ameryce dziękowałem już przy innych okazjach wielokrotnie, ale jeszcze raz mogę tutaj wyrazić swoją im wdzięczność.

*

Miałem o tym nie pisać, ale opróżniana właśnie trzecia lampka białego wina (które jakoś ostatnio lepiej mi służy niż czerwone) ośmieliła mnie, by wspomnieć o małej łyżce dziegciu w tej ogromnej beczce miodu. Otóż właściwie tylko jedna osoba – bardzo zresztą znana słuchaczom polskiego radia i nota bene do tej pory dość przeze mnie lubiana – odmówiła mi, bym mógł coś o moim spotkaniu autorskim powiedzieć na antenie. A właściwie nie odmówiła mi, a postawiła takie warunki (jeżeli miałbym wystąpić w jej audycji, to za 7-minutowy wywiad musiałbym zapłacić 1000 – słownie: tysiąc – dolarów), że poszło mi w pięty. Gdybym bym w gorszym nastroju, to bym się załamał, a tak ten warunek mnie po prostu rozbawił. Odpisałem więc grzecznie – i zgodnie z prawdą – że nie stać mnie na to, żeby zapłacić tysiąc dolarów za 7-minutowy wywiad; że ja na wydaniu tych książek nic nie zarabiam (bo taka jest prawda); że myślałem, iż polonijne radio promuje również polska kulturę, a ja mogę urozmaicić jej program (tym bardziej, że ta pani dysponuje rozległym czasem antenowym); no i w końcu, że spotkanie autorskie w Muzeum nie ma charakteru komercyjnego; i wreszcie – że nie wszystko w życiu robi się dla pieniędzy. Amen.

Przepraszam za ten elaborat, ale… in vino veritas.

*

Jestem szczęśliwy, że to spotkanie się tak bardzo udało. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój czas, by w nim uczestniczyć, bo – jak pisała Simone Weil – „uwaga to najrzadsza i najczystsza forma hojności”.

Thank you! Love you!

*  *  *

W związku z pytaniami o dostępność moich książek w Stanach Zjednoczonych informuję, że można je nabyć w polonijnych księgarniach, takich jak: D&Z House of Books, Polonia Bookstore oraz Quo Vadis Bookstore; zaś jeśli chodzi o Polskę, to pisząc na adres: giedlar@sbcglobal.net

.

Spotkanie miało swoje lekko burzliwe momenty, w których nie obyło się bez wskazania palcem – tutaj: obrazu Vermeera (fot. Julita Siegel)

.

Autorami poniższych zdjęć są: Anna Błaszczyna, Anna Ejsmont, Magdalena Huk, Anna Zimny, Julita Siegel, Andrzej Baraniak, Darek Kuczborski, Lesław Flis, Dariusz Lachowski (www.dariusz.us) i Paweł  Szubzda + anonim.

.

WYWIAD W POLVISION

.

Przed spotkaniem autorskim wypada się pokazać w telewizji – przy całym ryzyku z tym związanym ;)

.

.

SPOTKANIE AUTORSKIE W CHICAGO

Kolejne spotkanie – tym razem w Ameryce.

Poprowadzą go Małgorzata Kot oraz Zbigniew Banaś.

Zapraszam więc wszystkich do Muzeum Polskiego w Wietrznym Mieście.

.

.

.

Wypada to jakoś nagłośnić, stąd te wizyty w takich miejscach jak te:

.

.