SINGAPUR – cud socjotechniki czy wspaniała katastrofa?

.

Nowoczesny kompleks Marina Bay jest architektoniczną wizytówką Singapuru

.

       Nie uważałem, że Singapur wart jest tego, aby być celem osobnej podróży do Azji, ale nie miałem wątpliwości, że warto go odwiedzić. Kiedy więc wybierałem się do Birmy, postanowiłem zrobić sobie tygodniowy stop-over właśnie w Singapurze.
Siedem dni i osiem nocy w jednym miejscu to sporo, jak na stop-over, ale okazało się, że tego czasu nie było jednak za dużo – nawet jak na zwiedzenie miejsca porównywalnego obszarowo do Warszawy (choć na tym wszelkie porównania tego państwa-miasta z naszą stolicą się kończą).
Wrażenia z pobytu tamże spisywałem na gorąco, ale pojęcia nie mam, gdzie się te zapiski zawieruszyły. Jednak wspomnienia singapurskie nadal są we mnie dość żywe (nie mówiąc o setkach zdjęć, które wtedy zrobiłem, wspomagających teraz moją pamięć), więc nie sądzę, aby te kilka lat, które dzielą mnie od tamtej podróży, były przeszkodą w podzieleniu się moimi wrażeniami teraz – w formie tej relacji.

FENOMEN TYGRYSA

       Dużo myślałem o fenomenie tego cywilizacyjnego tworu, którego nie można chyba porównać z żadnym innym azjatyckim „tygrysem” (do jakich Singapur jest zaliczany) – i to z kilku powodów. Przy czym jego sukces (który paradoksalnie można też wiązać z… porażką) jest na tyle wymowny kulturowo, jeśli chodzi o przyszłość cywilizacyjną świata, że warto poświęcić mu pewną uwagę i garść refleksji.
Co też niniejszym czynię.
Nie mam zamiaru opisywać tu wszystkich ważniejszych atrakcji turystycznych Singapuru (w Internecie można znaleźć tony informacji na ten temat), a raczej skupić się na moim (oczywiście, że subiektywnym) indywidualnym doświadczeniu, jak również podzielić własnymi myślami i wnioskami, które były rezultatem pobytu w Singapurze oraz bliższego przyjrzenia się istocie i funkcjonowaniu tego maleńkiego obszarowo, ale jednocześnie jednego z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych (technologicznie) państw świata.
To są fakty. Na Singapur z zazdrością spoglądają nie tylko kraje tzw. „trzeciego” świata, czy jego azjatyccy sąsiedzi, ale i wszelkiej maści biznesmeni, finansiści, naukowcy, technolodzy, architekci i entrepreneurzy, którzy lgną do tego raju możliwości jak pszczoły do miodu.
Dlaczego więc wspomniałem o porażce? (Wiem, że będę się musiał z tego wytłumaczyć.)
Nie będę ukrywał, że Singapur zrobił na mnie wielkie wrażenie, mimo że nie należę do entuzjastów industrializacji i urbanizacji, która w tempie wręcz galopującym zaczęła się rozprzestrzeniać w ciągu ostatnich dekad na świecie. Począwszy od ultra-nowoczesnego lotniska Changi (przez wielu uznanego za najlepsze lotnisko na świecie), przez kosmopolityczny eklektyzm i rozmach, multi-kulturowość, infrastrukturę funkcjonującą jak w precyzyjnym zegarku; po architektoniczne dziwy i cudeńka, wyjęte jakby wprost z futurystycznej fantazji i nieograniczonej niczym wyobraźni. Musiałem więc ochłonąć, aby dojrzeć to, co za tą fasadą się kryje – i jak przekłada się to na ludzkie doświadczenie w sensie kulturowych skutków i powikłań.
Nie ma wątpliwości, że Singapur w ciągu zaledwie półwiecza od ogłoszenia swojej niepodległości dokonał rzeczy niesamowitej, pod względem ekonomicznym i technologicznym osiągając z nawiązką to, co sobie (pod przewodnictwem Lee Kuan Yew, lidera Partii Akcji Ludowej, nota bene sprawującej władzę w państwie nieprzerwanie od 1959 roku) zaplanował, stając się jednym ze światowych liderów w bankowości, edukacji, transporcie, inżynierii, medycynie… charakteryzując się niezwykle gwałtownym tempem rozwoju zwłaszcza przemysłu elektronicznego, rafineryjnego, chemicznego, maszynowego. Dochód narodowy tego państwa na głowę mieszkańca jest jednym z najwyższych na świecie, podobnie jak osiągnięty standard życia.
Sukces gospodarczy zawdzięcza Singapur nie tylko bardzo dogodnemu położeniu geograficznemu, ale i konsekwentnym postawieniu na edukację, naukę i rozwój nowoczesnych technologii, przy jednoczesnym otwarciu na świat, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą, handlową i finansową. Ów sukces ekonomiczny przełożył się nie tylko na bogactwo kraju, stabilność i wysoki standard życia jego mieszkańców, ale i na bezpieczeństwo, modernizację, czystość, zaspokojenie potrzeb komunikacyjnych i mieszkaniowych oraz wyeliminowanie przestępczości.

Na pierwszym planie: fragm. Art Science Museum, na drugim: hotel Marina Bay Sands

BÓG POSTĘPU I TOŻSAMOŚĆ

       Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Zdaję sobie sprawę z tego, że to moje stwierdzenie (podobnie jak wcześniejsze użycie słowa „porażka”) jest kontrowersyjne i może wyglądać na pewną prowokację, ale postaram się to wyjaśnić. (Jest przy tym oczywiste, że z moimi wnioskami nie wszyscy muszą się zgadzać.)
Kiedy w latach 60. XX wieku Singapur ogłaszał niepodległość – przekształcając się z kolonii w samodzielne państwo – jego liderom (i mieszkańcom) chodziło głównie o przetrwanie. Czasy były niespokojne, ekonomicznie niepewne, pełne konfliktów etnicznych i rasowych. Tak było w Singapurze przez pierwsze kilkanaście lat, ale w latach 70. kraj zanotował pierwszy boom gospodarczy i mimo okresowych spowolnień rozwoju ekonomicznego, hossa trwała przez całe dekady.
Jednakże nawet w państwie, gdzie rozwój gospodarczy, przemysłowy i ekonomiczny jest bogiem – i gdzie temu rozwojowi podporządkowane są przyjęte/wyznawane wartości etyczne – naród (społeczeństwo) musi posiadać jakąś tożsamość.
Wiedzieli o tym jego przywódcy. I oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak trudne może być wykształcenie (utrzymanie?) tej tożsamości w tak zróżnicowanym religijnie i rasowo społeczeństwie – w państwie mającym na dodatek niezwykle ambitne plany nowoczesnego rozwoju – i to w perspektywie globalnej, a nie tylko zaściankowej.
Ważnym faktem w tym kontekście jest to, że 75% ludzi zamieszkujących Singapur to etniczni Chińczycy (14 % ma pochodzenie malajskie, 8% hinduskie) i mimo tego, że struktury organizacyjne państwa zostały odziedziczone głównie po brytyjskiej kolonii, to bez wątpienia Singapur jest państwem na wskroś orientalnym – stworzonym przez Azjatów.
I podobnie jak cała Azja, zderzył się z problemem westernizacji.
Z tym, że w Singapurze – właśnie ze względu na gwałtowną modernizację i rozwój ekonomiczny (który nie byłby możliwy bez współpracy z Zachodem i ogólnej globalizacji) – ten dylemat ujawnił się ze szczególną ostrością.

PÓŁKSIĘŻYC I GWIAZDY

       Kiedy tworzono singapurską państwowość, przyjęto biało-czerwoną flagę, na której – obok półksiężyca, symbolizującego młode rozwijające się państwo – znalazło się pięć gwiazd, które z kolei były symbolami demokracji, równości, pokoju, postępu i sprawiedliwości. Wraz z braterstwem (barwa czerwona), czystością i prawem (barwa biała), były to podstawowe ideały i wartości, którymi państwo zadeklarowało się kierować.
Deklaracje deklaracjami, ideały ideałami, jednak w praktyce zderzono się z największym chyba paradoksem progresywizmu na Wschodzie: jak wraz z postępującą na olbrzymią skalę westernizacją (przyjmowanie zachodnich wzorów, stylu życia, funkcjonowania różnych instytucji, infrastruktury, popkultury) zapobiec mentalno-kulturowej erozji i zachować wschodnią tożsamość?
Singapur z tym paradoksem zderzył się jeszcze mocniej: jak, mając kosmopolityczne parcie, nie wykorzenić się przy tym i nie rozmyć w globalnej brei?
Na Zachód patrzono jednocześnie z podziwem i odrazą. Przyczyniała się do tego nie tylko post-kolonialna idiosynkrazja, ale przede wszystkim postrzeganie kultury zachodniej jako zagrożenie z powodu cechującego ją indywidualizmu, liberalizmu, materializmu, narkomanii i alkoholizmu (tak to tutaj postrzegano).
Innym, nie mniej ważnym problemem, było sprostanie ideałowi równości rasowej i religijnej tolerancji w państwie multi-religijnym i multi-rasowym, jakim de facto był Singapur. Z jednej strony bowiem, nie można było oprzeć się na jednej religii i rasie, z drugiej zaś niemożliwe było wynalezienie nowych wartości a zwłaszcza dziedzictwa (czyli tożsamości) tworząc wszystko from the scratch (od samych podstaw), bo dziedzictwo/tożsamość zawsze musi mieć swoje korzenie.
Uniwersalne wartości (jak np. etos ciężkiej pracy, wytrwałości, poświęcenia, oszczędności, zapobiegliwości, zaradności) takiej tożsamości nie dostarczały. Nie można też było oprzeć wszystkiego na konfucjanizmie (choć zdecydowana przewaga liczebna etnicznych Chińczyków miała jednak ostatecznie największy wpływ na tego dylematu rozwiązanie).
Stojąc przed tym wyzwaniem Partia Akcji Ludowej zdecydowała się na krok… jeśli nie desperacki, to na pewno pryncypialny: stworzenie czegoś, co nazwano „ideologią narodową”, której fundament stanowić miały takie zasady i wartości, jak: „społeczeństwo ponad jednostką”, „rodzina jako podstawowa i najważniejsza komórka społeczna”, „pomoc wspólnotowa i poszanowanie dla jednostki”, „konsensus ponad konfliktem”, „rasowa i religijna tolerancja i harmonia”.
Jeśli komuś te ideały wydadzą się autorytarne, zalatujące komunizmem, a nawet totalitaryzmem, to są jednak podstawy, żeby się z tym zgodzić. Nie mówiąc już o kwestii jak idealna teoria przystaje do realnej praktyki.
Dla mnie krytycznym i najbardziej radykalnym postulatem jest tutaj postawienie społeczeństwa ponad jednostką, co zawsze i nieuchronnie prowadzi do łamania praw człowieka (rozumianych tak, jak to przyjęto w Powszechnej deklaracji praw człowieka, którą stworzono po doświadczeniach II wojny światowej, również w celu zapobieżenia totalitaryzmom takim, jak faszyzm czy komunizm).
To, co przed chwilą napisałem może wyglądać na marudzenie idealisty i pięknoducha, bo przecież każdy widzi, jaki „tygrys” jest – i to, że sukces Singapuru jest oszałamiający a miliony ludzi żyją tam wygodnie, nowocześnie, bezpiecznie i dostatnio.
A jednak…

Podłączeni ale czy połączeni? Scena w singapurskim metrze.

.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT?

       Co się dzieje, kiedy rozwój staje się celem samym w sobie? Czym jest wolność, jeśli sukces i spełnienie musi się mieścić w formie sztucznie ustalonego formatu? Dlaczego konkretne dobro indywidualnego człowieka jest uważane za mniej wartościowe niż abstrakcyjne dobro mrowia (ogółu)? Dlaczego ścisłe ceni się bardziej niż swobodne, luźne i artystyczne? Czy czystość można utrzymać tylko wtedy, jeśli będzie się nękać ludzi zakazami i groźbą niebotycznych mandatów? Czy na pewno sterylne oznacza zdrowe? Jaki to jest szacunek dla ludzkiego ciała, skoro za normalną karę przyjęło się chłostę, zostawiającą najczęściej bliznę na całe życie? Dlaczego wysokość zarobków ma być jedynie słusznym kryterium ustalania społecznej hierarchii i zależności? Czy można tchnąć ducha w maszynę?
Czy tak ma wyglądać Nowy Wspaniały Świat?
Takie pytania można zadać w konfrontacji z singapurskim „sukcesem”.
Wysłuchałem wiele opinii pochodzących od ludzi zamieszkujących – krócej lub dłużej – Singapur. Niestety, przeważały wśród nich te negatywne, choć oczywiście nie brakło też pozytywnych. Ale to też należy do moich osobistych doświadczeń, więc nie ośmieliłbym się wypowiadać w imieniu całego społeczeństwa.
Ci, którzy mieli dość Singapuru, skarżyli się nie tylko na wyścig szczurów, kształtowanie wszystkich wedle jednego schematu, brak inspiracji, sterylność, cenzurę, jałowość, brak duchowości, materializm, konsumpcyjną nudę, myślenie pod sztampę, brak wolności słowa i otwartej dyskusji…
Ci zadowoleni mówili o wysokim standardzie życia, bezpieczeństwie, wygodzie, nowoczesnej infrastrukturze, porządku, czystości, braku przestępczości, dobrych zarobkach, możliwości kształcenia się, łatwości zakładania firm, otwartości na świat, obfitości dóbr konsumpcyjnych i bogatej kuchni…
Czy w tym wszystkim można znaleźć jakiś złoty środek? A jeśli tak, to czym on jest – czy aby nie pewnym kompromisem, który będąc wymuszony, żadnym kompromisem nie jest? Albo zwykłą ludzką niemożnością, aby zadowolić wszystkich? Niezdolnością do stworzenia cywilizacji – porządku społecznego, państwa – nie tyle idealnego (bo to jest definitywnie nierealne), co bez kardynalnych wad, bo okazuje się to czystą utopią?
Moim sąsiadem w samolocie lecącym z Singapuru do Rangunu był nauczyciel języka angielskiego, który do Birmy latał często w weekendy, by odwiedzić tam swoją rodzinę. Od niego z pierwszej ręki dowiedziałem się, jakiej presji poddane są jego dzieci w szkole i jak to odbija to się na ich zdrowiu psychicznym i zachowaniu. Z tego względu myśli o wyprowadzce z Singapuru. Pytał się mnie, czy poleciłbym mu przeniesienie się do Kanady.
Wtedy zdecydowałem się na pewną summę – wyznanie braku wiary w to, że kiedykolwiek chciałbym zamieszkać na dłużej w państwie zbudowanym według tej recepty. Wynika on z następującego wniosku i spostrzeżenia, które zapisałem jeszcze przed wyjściem z samolotu w Rangunie:
„Socjotechnikę w Singapurze doprowadzono do perfekcji – całe społeczeństwo funkcjonuje według ściśle określonych przez władzę reguł i zasad. Indywidualizm jest całkowicie podporządkowany społecznej strukturze. Jego znaczenie jest czysto utylitarne – jesteś wart dokładnie tyle, ile korzyści ma z ciebie społeczeństwo, a ściślej: model społeczny stworzony i aprobowany przez państwowe władze (które np. określają procentowo w jakich proporcjach mogą mieszkać w bloku przedstawiciele różnych ras i grup etnicznych). Musisz być trybikiem dokładnie wpasowanym w tę społeczną machinę, a twoje miejsce w ścisłej hierarchii zadań i pozycji określa sposób selekcji (na bardziej lub mniej sprawnych i przydatnych) dokonujący się już od najmłodszych lat. Taki wydaje się być koszt panującego tam porządku, bezpieczeństwa i wysokiego standardu (materialnego) życia. Czy aby nie za wysoki?”

.

Kolorowy pokaz – tańczące fontanny, światło i dźwięk. A w tle: wieżowce centrum biznesowego downtown

.

OBLĘŻENIE

       Problem ze współczesną turystyką jest taki, że jest ona bardzo powierzchowna – nie wspominając już o tym, że jej masowość (oczywiście cały czas mam na myśli czasy przed koronawirusem) przynosi chyba jednak więcej szkody niż pożytku (choć z tym można polemizować, zwłaszcza w rejonach, które z turystyki „żyją”). Jedną z największych niedogodności, które się z tym wiążą są tłumy oblegające największe „atrakcje” turystyczne świata – coraz większe i coraz bardziej tratujące się nawzajem. Wiedząc, że sam do tego się przyczyniam – stając się częścią tłumu (będąc np. na Placu Św. Piotra, oglądając Mona Lisę w Luwrze, czekając na wschód słońca przed świątynią Angkor Wat; chodząc po Wielkim Murze, pod wodospadami Iguazú, stojąc na Time Square, spacerując w ogrodach Alhambry lub wśród ruin Machu Picchu) – to robię wszystko, aby tłumów uniknąć (jest to trudne, ale nie niemożliwe – wystarczy tylko zejść nieco z utartej ścieżki).
Na pewno bezpowrotnie odeszły w przeszłość czasy prawdziwego podróżowania, które było jeszcze możliwe kilkadziesiąt lat temu (im dalej w przeszłość, tym to podróżowanie było „prawdziwsze”). Teraz stało się ono nieprzyzwoicie łatwe, w związku z czym po globie przewalają się tłumy „zaliczające” kolejne turystyczne „atrakcje”. Rzadko kto wnika w istotę odwiedzanych miejsc, głębiej je poznaje – zwykle rutyna, oklepane szlaki, pośpiech, bezmyślne podążanie za przewodnikiem i szybkie omiatanie okiem widoków, zabytków, dzieł sztuki… skutecznie temu zapobiegają.
Oczywiście zdarzają się też od tego wyjątki.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mimo iż Singapur każdego roku odwiedza ponad 10 mln. turystów – i moja wizyta przypadła na tzw. „szczyt” sezonu – to tłumów tam nie doświadczyłem, co było dla mnie zaskoczeniem tym większym, że wiedziałem, iż jadę do kraju/miasta obszarowo niewielkiego, a jednocześnie niezwykle gęsto zaludnionego. Mało tego: do dzisiaj pozostało we mnie wrażenie przestronności – doświadczenie wielkiej przestrzeni, którą bez wątpienia Singapur zawdzięcza obecnej tam architekturze (o wielkim „oddechu” wyobraźni) i doskonałym rozwiązaniom komunikacyjnym.
Jak już wspomniałem na początku, rekomendację tego, co warto zwiedzić w Singapurze zostawiam innym (dzięki dostępnym informacjom można sobie wybrać to, co najbardziej kogoś zainteresuje), tutaj podrzucę jedynie garść moich wrażeń z wałęsania się po tym mieście oraz parę ogólnych impresji.
Nie musiałem się nigdzie spieszyć, więc mimo spędzania każdego dnia kilkunastu godzin poza hotelem, nigdy nie czułem się zmęczony, ani tym bardziej znudzony, bo Singapur to jednak jest miasto niezwykle różnorodne, jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni i zamieszkujących go ludzi.

MIEJSCA

       Oczywiście o Singapurze – a nawet o tygodniowym w nim pobycie – można napisać całą książkę. Ale zważywszy na to, że nawet ten tekst, który miał być ledwie wspomnieniem podróży, rozrasta się do nieprzyzwoitych rozmiarów, postaram się ograniczyć do kilku wzmianek.

.

Mnisi buddyjscy pod posągiem Merliona (hybryda ryby i lwa) – symbolu narodowego (a zarazem i maskotki) Singapuru.

Marina Bay. Nowoczesny, powstały w ostatnich latach kompleks architektoniczny wokół Zatoki Marina, to doprawdy wielki zbytek i niebotyczna ekstrawagancja – taki futurystyczny bizantynizm. Weźmy choćby Hotel Marina Bay Sands składający się z trzech olbrzymich wieżowców (w kształcie przypominającym jakieś gigantyczne spinacze ze szkła, betonu i stali), na których wsparto symbolizującą łódź obłą konstrukcję, mieszczącą nie tylko deck obserwacyjny, restauracje, kasyno i bary, ale i sporej wielkości… basen. Po drugiej stronie Zatoki kręci się największe na świecie koło „obserwacyjne” czyli Singapore Flyer (miałem okazję nim się pokręcić zarówno w dzień, jak i w nocy – mając zresztą do swojej dyspozycji cały, przypominający oszkloną kapsułę, wagonik). Jest jeszcze, symbolizujące swoją formą lotus, Art Science Museum – o wielkiej sadzawce pełne nenufarów, czy kosmicznej budowli Louis Vuitton nie wspominając. Kompleks Marina Bay sąsiaduje zarówno z lasem lśniących biurowców downtown (co wieczór stanowią one tło dla odbywającego się tutaj pokazu tańczących fontann, laserowych i kolorowych świateł), jaki i zupełnie odmienną w charakterze Colonial Quarter, gdzie znajduje się słynny historyczny Hotel Raffles.

.

Futurystyczne Superdrzewa w Ogrodach nad Zatoką

Gardens by the Bay. Już tylko dla tego cudeńka warto zatrzymać się w Singapurze. Na wydartej oceanowi powierzchni ponad 100 hektarów zbudowano dziwne, ale jednak niezwykle imponujące ogrody, których artystyczna sztuczność konkuruje tylko z autentyzmem rosnących tam w nieprzebranej ilości roślin, sprowadzonych tu z całego świata. Najbardziej rzucają się w oczy tzw. Superdrzewa – wysokie na kilkadziesiąt metrów konstrukcje z betonu i stali, ale tak zarośnięte, że przypominają żywe organizmy z jakiejś nieziemskiej planety. Już w świetle dziennym robią wrażenie, ale prawdziwie oszołamia dopiero nocny show, który – przy wsparciu pompatycznej muzyki – rozświetla te kosmiczne drzewa milionami różnokolorowych świateł. Aaa… można tu jeszcze zobaczyć Flower Dome – wypełnioną tysiącami kwiatów, największą cieplarnię na świecie; czy Cloud Forest – ta z kolei szklarnia zawiera w środku… zarośniętą gęsto i spowitą tropikalną mgłą górę, na którą się można wspiąć po spiralnych schodach – zobaczyć i poczuć jej florę z bliska. W Ogrodach nad Zatoką jest jeszcze wiele innych pomniejszych dziwów.

.

Zachwyt i oczarowanie podwodnym światem: dzieci przed szybą olbrzymiego akwarium na wyspie Sentosa

Sentosa Island. Szumnie promowana jako “Asia’s favourite playground” wyspa, oddzielona niespełna kilometrową cieśniną od Singapuru „lądowego”, to niewiarygodne nagromadzenie atrakcji dla dzieci dużych i małych, wliczając w to parki wodne, Studia Filmowe Universal, mega-kasyno oraz plaże ze sprowadzonym z sąsiedniej Malezji piaskiem. Jeśli mogłem ten pstrokaty jarmark tolerować, to tylko ze względu na zaplanowaną przeze mnie wcześniej wizytę w imponującym S.E.A. Aquarium (wtedy było to jeszcze największe akwarium oceaniczne na świecie, zdetronizowane wkrótce jakimś chińskim molochem). Mimo, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem trzymania zwierząt w klatkach, to chyba jednak bardziej toleruję widok morskich stworzeń w akwariach, zwłaszcza jeśli są tak gigantycznych rozmiarów jak te na Sentosie. Muszą być takie, skoro mają pomieścić ponad 100 tys. zwierząt. Wiele z nich widziałem po raz pierwszy w życiu, ale po raz nie wiadomo który zdumiała mnie inwencja Natury w kreowaniu różnych – często fantastycznych i wręcz fantazyjnych – form życia. Łapałem się więc na tym, że przyklejam się jak zahipnotyzowany do akwariowej szyby, ze wzrokiem utkwionym na tych stworach, podobnie jak stojące obok mnie dzieciaki.

.

Wszystkie kolory sari – hinduski ślub w świątyni Sri Srinivasa Perumal Temple w dzielnicy Little India

Chinatown, Little India, muzułmańskie Kampong Glam. Jednym z największych singapurskich paradoksów jest to, że wykreowana jak pod matrycą struktura społeczna kraju, obejmuje inkluzywnie tak różnorodne rasy, grupy etniczne i religie, że zasadne staje się pytanie, co tu jest bardziej prawdziwe, trwałe i dominujące: religia i tożsamość zakorzeniona w długiej tradycji i historii, czy sztucznie stworzony „porządek” społeczny, ściśle egzekwowany w praktyce. To są dwie sprzeczne ze sobą ordynacje, więc jeśli tej drugiej podporządkowani są wszyscy (a są), to ta pierwsza musi być w opresji – i vice versa: jeśli pierwsza jest mocniejsza, to ta druga jest fałszywa. Tak czy owak, to jeszcze jeden przykład na singapurską sztuczność i nie trzymającą się kupy „tożsamość”.
Jednakże autentyzm trzyma się niektórych zakątków Singapuru, mimo że nawet w bardziej etnicznie jednorodnych enklawach, sąsiadują obok siebie meczety, świątynie hinduskie, buddyjskie czy taoistyczne – co najbardziej rzuca się w oczy w dzielnicy chińskiej. Tam też znajduje się chyba najciekawszy zabytek historyczny Singapuru, wybudowana w 1839 roku świątynia Thian Hock Keng – ikona chińskiego dziedzictwa kulturowego. Ale taka, okupowana głównie przez muzułmanów dzielnica Kampong Glam, gdzie obok ważnego dla lokalnego islamu Meczetu Sułtana i arabskich sklepów, też naznaczona jest ciekawym eklektyzmem, bo upodobali ją sobie… hipsterzy, przez co kwitnie tu nie tylko butikowo-backpackerski szpan, ale i bujne życie nocne. O rzut beretem oddalone są Małe Indie, gdzie, zwłaszcza przy ulicy Serangoon, czujemy się jak w Indiach, tyle że bez doświadczania widoku (i zapachu) świętych krów. Tam zwraca uwagę poświęcona matczynej bogini Kali świątynia (there’s no way I can spell it right without looking into the guidebook) Sri Veeramakaliamman. Warto też wstąpić do buddyjskiego przybytku (this one is much easier) Sakya Muni Buddha Temple. Jednak największa niespodzianka – najbardziej chyba intensywna etnicznie i bajecznie wręcz kolorowa – spotkała mnie w położonej tuż obok tej buddyjskiej świątyni hinduska Sri Srinivasa Perumal Temple, gdzie – zupełnie przypadkowo, i to w ostatni dzień pobytu w Singapurze – trafiłem na hinduski ślub i wesele, które swoją barwnością, egzotycznością, bogactwem rytuałów, urodą kobiet, feerią symboli i – last but not the least – fotogenicznością, zupełnie mnie oszołomiło, wprawiając nie tylko w kulturowy, ale i fotograficzny trans.

.

Przed fontanną w Ogrodach Botanicznych Singapuru

Botanic Gardens. Kiedy tak czytałem o planach rozwojowych Singapuru, to odniosłem wrażenie, iż zajmujący się tym ludzie mają obsesję na punkcie „zieleni”. Już nie wystarcza im slogan „The Garden City”, teraz musi być „The City in the Garden”. Ta obsesja akurat mi się podoba, bo lasy i zieleń roślin wszelakich to nie tylko tlen dla moich płuc, ale i balsam na moje oczy. Rzeczywiście, jeśli spojrzy się na Singapur z góry, to kolor zielony wypełnia więcej niż 1/3 część całej wyspy. A to nie tylko stworzone przez człowieka parki i ogrody, ale i lasy, w tym fragmenty pierwotnego (porastającego ongiś całą wyspę) lasu tropikalnego, litościwie ocalonego przed – kolonialną jeszcze – totalną wycinką. Dochodzą do tego ogrody wiszące (gdzie tylko się da), piętrowe a nawet wertykalne – wszystkie nowe budynki muszą uwzględnić zieleninę.
Po kilku dniach zwiedzania głównie zurbanizowanego Singapuru postanowiłem odpocząć od tego w tutejszych Ogrodach Botanicznych, z dala od miejskiego zgiełku i turystycznych korowodów. I choć (wbrew famie bycia jednym z najlepszych ogrodów botanicznych świata) bardziej mi się kiedyś spodobały ogrody, które widziałem choćby w Kanadzie (The Butchart Gardens) czy na Sri Lance (Royal Botanical Gardens pod Kandy), to ten był chyba najbardziej rozległy i relaksujący, więc nie było problemu, aby spędzić w nim prawie cały dzień, tym bardziej że mogłem usiąść w cieniu, wyjąć z plecaka swój kajet i coś tam w nim naskrobać.

ZAKAZY, CHŁOSTA I OBRAZY

       W tym samym roku, w którym odwiedziłem Singapur, dwóch młodych Niemców zostało skazanych na 9 miesięcy więzienia i chłostę za namalowanie graffiti na jednym z wagonów metra. To miasto-państwo słynie z bardzo wysokich kar za wykroczenia, które w innych krajach są po prostu zakazami, ale raczej rzadko karanymi (jak np. śmiecenie na ulicy, zrywanie kwiatów, chwytanie ptaków i łowienie ryb, wandalizm, oddawanie moczu i palenie w miejscach publicznych, ekshibicjonizm…). W Singapurze zaś kary są bezwzględnie egzekwowane, jak również bardzo wysokie, dzięki czemu wykroczenia te zostały niemal zupełnie wyeliminowane. Istnieją tu również zakazy bardzo specyficzne, nigdzie indziej nie spotykane, jak np. zakaz picia i jedzenia w środkach komunikacji miejskiej, zakaz sprzedaży gumy do żucia, plucia na ulicy, obejmowania się, karmienia małp, podłączanie się do czyjegoś wi-fi… Idący w setki dolarów mandat można dostać za… niespuszczenie wody w toalecie. Nielegalne są też związki homoseksualne, i choć prostytucja jest dozwolona, to pornografia już jest przestępstwem. Stosuje się karę śmierci, m.in. za przemyt i handel narkotykami.
Jednakże przebywając w Singapurze nie czułem się jakoś szczególnie tymi zakazami sterroryzowany. Byłem sam, więc do nikogo się nie przytulałem; nie wyżywam się artystycznie smarując po murach graffiti; nie żuję gumy, nie palę papierosów; w zasadzie nie pluję na ulicy i raczej spłukuję po sobie w toalecie… W związku z tym, wszystkie te – bardziej lub mniej dziwne zakazy – po prostu mnie nie dotyczyły. Mało tego: mogłem do woli korzystać z dobrodziejstwa czystości, porządku i higieny, jakie te przepisy tutaj na ludziach wymuszały.
Nie będę ukrywał, że mój pobyt w Singapurze wspominam bardzo dobrze. Cieszy mnie to, że mogłem zobaczyć to ciekawe miejsce, które dostarczyło mi nie tylko mnóstwa zmysłowych wrażeń, ale i uświadomiło pewne aspekty globalizacji oraz możliwe kierunki rozwoju naszej cywilizacji. Muszę jednak zaznaczyć, że w ubiegłym roku dały się w singapurskiej ekonomii zauważyć pewne znaki stagnacji, może nawet recesji i zapewne tegoroczna pandemia ten trend pogłębi, zwłaszcza że państwo to jest szczególnie narażone na straty, ze względu na uzależnienie od globalizacji, turystyki, eksportu i handlu. Jak sobie z tym wszystkim Singapur poradzi? – to okaże się dopiero w przyszłości.
Opisałem zaledwie skrawek moich singapurskich doświadczeń. Osobnego wpisu wymagałaby choćby moja wizyta w Singapurskim Muzeum Narodowym, gdzie niespodziewanie wziąłem udział w pewnym niezwykłym wydarzeniu teatralnym; jak również te okruchy rozmów ze spotykanymi przypadkowo ludźmi, którzy – bardziej lub mniej otwarcie i śmiało – użyczali przy tym swojej duszy, przez co moje zderzenie z ultranowoczesną cywilizacją nie było aż tak bezduszne.
Nie byłbym sobą, gdybym nie sfotografował Singapuru z każdej dostępnej mi strony. A jednak zdaję sobie sprawę z… nie tyle powierzchowności, co nieadekwatności takiego oglądu, bo niby jedno zdjęcie mówi czasem więcej, niż tysiąc słów, to jednocześnie mami nas często swoją formą (niekiedy też uwodzi i czaruje pięknem), ukrywając jednak treść i to, co jest głębiej. Dla zilustrowaniu tego tekstu wybrałem garść obrazów, które mogą dać wyobrażenie tego, jak zagospodarowana jest w Singapurze przestrzeń; jak wyglądają turystyczne atrakcje; jakich ludzi spotyka się na ulicy, w metrze, ogrodach, świątyniach… Składa się to na kolorową mozaikę, która jednak pozwala zwrócić uwagę na ten niezwykły zakątek naszej planety i przybliżyć nam charakter zamieszkujących go ludzi.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

ODE IN THE GARDEN OF EDEN (z ciotkami w ogrodzie mojego dzieciństwa)

.

.

ODE IN THE GARDEN OF EDEN

.

Nobody was dying at that time

– quite the opposite

scent of new life was everywhere

gardens were bustling with harmless bees

spreading pollen and trading nectar for honey

And aunts smiled at me, beaming with joy

right from their ripe, strong but delicate bodies

.

Life was magical and full of mysteries

sun was bright and shining all around shadows

but secret knowledge laid in plain view

and was known to all creation

.

Leaves of grass and crowns of flowers

Aunts’ dresses blended with their beauty

none of them knew the sound of silence

There were no ends, only beginnings

and the Earth stood still with Happiness

rambling across the Universe

like an Ode to invisible God

greydot.

.

Niedawno – za sprawą mojej kuzynki – światło dzienne ujrzało wiele fotografii z zamierzchłej przeszłości. Nigdy ich do tej pory nie widziałem, mimo że na wielu z nich utrwalona została moja skromna osoba w postaci jeszcze skromniejszego chłopięcia dość marnej posturki, jakim byłem 100 lat temu. Uśmiechnąłem się widząc siebie w wersji miniaturowej i szczenięcej – w śmiesznych, bezlitosnych dla mojej godności ubrankach – ale serce zabiło mi mocniej na widok bliskich mi osób, zwłaszcza tych, których wśród nas już nie ma.

Większość z tych zdjęć nie była dobrej jakości (ale przecież nie na tym polega ich wartość dla mnie). Te, które prezentuję w tym wpisie, poddałem pewnej restauracji, starając się zachować ich autentyczny charakter. Jak widzę utrwaliły one one szczęśliwe chwile spędzone z moimi ciotkami (Elżbietą, Ireną i niestety nieżyjącą już Dagmarą) na trawie w ogrodzie moich dziadków.

Zamieściłem je na mojej stronie facebookowej (nie wiedząc nawet o tym, że właśnie rozpętała się na FB szalona akcja pokazywania swoich zdjęć z dzieciństwa), a wśród komentarzy jakie się pod nimi pojawiły, znalazł się również wpis Agnieszki S., która stwierdziła, że fotografie te przypomniały jej wiersz Zagajewskiego „Moje ciotki”, dołączając go (w wersji angielskiej) do swojego komentarza. To wszystko zainspirowało mnie do skreślenia kilku słów „od siebie”, czego rezultat widoczny jest powyżej (w komentarzach do tego posta zamieszczam zarówno tłumaczenie – niestety, niezbyt chyba udane – mojego wiersza na język polski, wiersz Zagajewskiego, jaki i jego angielskie tłumaczenie, które przesłała Aga.

greydot

 

.

ŚWIAT W OBRAZACH

.

Wspomnienia, książki, fotografia, podróże…

.

 

Więcej o książkach, fotografii, podróżach można przeczytać TUTAJ.

.

NIEZNOŚNA LEKKOŚĆ GŁUPOTY, czyli słów kilka na marginesie wystawionej w Chicago sztuki Gabrieli Zapolskiej „Ich czworo”

.

Nie jest sprawiedliwy dla Zapolskiej Miłosz, który w swojej „Historii literatury polskiej” poświęca jej tylko jeden akapit, pisząc na dodatek, że „jej powieści (…) przejaskrawione i sensacyjne, dziś uważane są za literaturę jarmarczną” a „brak poważnego intelektualnego wyrobienia Zapolskiej skazywał ją na grube uproszczenia”. Nie jest też prawdą, że „gdyby nie artystyczny sukces tych dwóch dramatów [chodzi o „Moralność pani Dulskiej” i „Panna Maliczewska” – przyp. S.B.] Zapolska, niegdyś uważana za czołową wyrazicielkę naturalizmu, zostałaby zapomniana.”

.

Otóż Gabriela Zapolska nie jest zapomniana i to nie tylko dzięki „Moralności pani Dulskiej” – która rzeczywiście pozostaje jej dziełem sztandarowym i powszechnie znanym, bo „lekturowym” – ale przede wszystkim z powodu niezwykłej aktualności poruszanej przez nią tematyki, którą jest – z grubsza – dobieranie się do ludzkich przywar: głupoty, zakłamania, małości, obłudy, nieodpowiedzialności, ślepoty, zawiści, pozerstwa, histerii, próżności… (tutaj każdy z nas może sobie dodać kilka swoich własnych wad). A te, niestety, są nieprzemijające. Przy czym ważne – i chyba jednak decydujące – jest to, że język, jakim posługuje się w swoim pisarstwie Zapolska, sprawia wrażenie nowoczesnego, i – wyjąwszy pojawiające się tu i ówdzie archaizmy – w niczym nie przypomina fin de siècle’owej ramoty.

tragedia ludzi głupich

Anna Dolecki i Grzegorz Chiliński

Zapolska jest dla swoich bohaterów bezwzględna i widoczne jest to zwłaszcza w sztuce „Ich czworo”, której już sam podtytuł („tragedia ludzi głupich”) jest symptomatyczny i wymowny. Sama autorka pisze wprost: „W ‚Ich czworgu’ chciałam właśnie dać syntezę ludzkiej przeciętnej głupoty, z którą zmuszeni jesteśmy żyć i się spotykać na każdym kroku”. Co ciekawe, nawiązując do małżeńskiej zdrady i rozpadu rodziny, a jednocześnie okłamywania nie tylko innych, ale i samego siebie, Zapolska pisze o rzeczach sobie doskonale znanych, jakby z życia jej samej wziętych – bo przecież ona sama znana była szeroko jako skandalistka, ze swoimi rozwodami i kochankami, nie przystająca raczej do modelu przyzwoitej, tradycyjnej i stabilnej rodziny, której sama nie była w stanie – z różnych powodów – stworzyć. Być może z tego brało się jej jadowite wręcz wnikanie w samo sedno ludzkich wad i słabości, które przypisywała ona bez wyjątku wszystkim. Być może dlatego całe środowisko mieszczańskie wydawało się jej jedną wielką menażerią filistrów, każde małżeństwo skażone obłudą, każdy mężczyzna predatorem, a każda kobieta manipulatorką.
Pewnie ową totalną mizantropię Zapolskiej psychoanalityk mógłby rozebrać na części pierwsze – wskazując na jej źródła i motywy – ale nawet pobieżna znajomość ludzkiej psyche (oraz biografii Zapolskiej) skłania do wniosku, że autorka projektowała na ludzi głównie swoje własne wady i skażenia charakteru tudzież brała na świecie odwet za swoje nieudane życie. Znała więc całą tę ludzką malady od podszewki – to ją bolało i sierdziło, z tym żyła… i dlatego była – w tym co pisze – taka cięta, wnikliwa, drapieżna, bezlitosna i dosadna. Jako „zbuntowana kobieta” była dla wszystkich nie do zniesienia; jako ekscentryczka – dziwaczna; jako towarzyszka życia – irytująca i przykra… Niespełniona aktorsko i artystycznie wpadała w urojenia wielkościowe (chcąc być np. „sto razy lepszą” od Modrzejewskiej); płodząc dla zarobku trącące grafomanią teksty uważała, że inni (taki np. Sienkiewicz) nie dorastają jej do pięt… etc.

Zapolska forever

A jednak Gabriela Zapolska przetrwała, a jej najlepsze utwory bronią się do dzisiaj przed zapomnieniem, będąc jednak znakomitą literaturą. Dzięki składającemu się z chicagowskich aktorów, nowo-powstałemu zespołowi Polish American Actors Theatre, który za swój debiut wybrał właśnie sztukę „Ich czworo”, wróciłem do pisarstwa Zapolskiej, przypominając sobie kilka jej opowiadań, powieści oraz sztuk teatralnych (polecam zwłaszcza doskonałą adaptację teatru telewizji Skiz, ale też Pannę Maliczewską). I muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ich świeżość – to, że się jednak nie zestarzały i nadal mogą w nas rezonować. Świetne rysy charakterologiczne, żywe i po mistrzowsku prowadzone dialogi, gęsta psychologicznie proza… to wszystko sprawia, że słów Zapolskiej także i współcześnie słucha się z emocjonalnym zaangażowaniem i uwagą.
Oczywiście, że jest to wszystko skondensowane, wybiórcze i przerysowane, ale dzięki temu wyraziste i mimo wszystko wiarygodne psychologicznie. Zapolska swoim talentem potrafi nas omotać, nawet jeśli – stosując przy tym środki przejaskrawione i wyolbrzymioną formę – dotyka nas do żywego, ukazując nam nasze własne cienie oraz chowane skrzętnie wstydy. A mimo tego dostarczając przy tym swoistej satysfakcji, w której najprawdopodobniej jest coś z katharsis. To podobnie jak z gogolowską denuncjacją „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie?”, w której pewien masochizm pozwala widzom na dość przewrotne czerpanie przyjemności z wiwisekcyjnego babrania się w czymś, co przypomina ich własne, bardziej lub mniej utytłane, zbrukane i ochlapane błotkiem wnętrza.
I oto mierzą się z czymś takim nasi aktorzy z Chicago, wystawiając sztukę Zapolskiej „Ich czworo” na deskach Teatru Chopina.

rozterki

Nie roszcząc sobie pretensji do pisania recenzji z tego przedstawienia, chciałbym jednak poczynić kilka uwag, które przychodzą mi w związku z tym do głowy.
Zacznę może od małego utyskiwania: otóż można zauważyć – i myślę, że przyznają mi tu rację sami zainteresowani artyści – że w naszym polonijnym grajdołku trudno jest o recenzje z prawdziwego zdarzenia. Brak jest tekstów krytycznych, bardziej kompleksowych, które by sięgały profesjonalnego poziomu. Najczęściej więc jest to bardziej lub mniej zdawkowa notatka – tekścik niewolny od banału i schematów, którego właściwie jedyną zaletą i funkcją jest pozostawienie śladu po danym wydarzeniu w polonijnych mediach.

Edyta Luckos

Lecz przyczyną jest tu nie tylko brak dobrych piór i publicystyczne lenistwo. W grę wchodzi także – i kto wie czy w nie największym stopniu – to, że… zwykle znajomi piszą recenzje znajomym.
Oczywiście nie ma w tym jeszcze nic nagannego. Mnie samemu zdarzyło się to kilkakrotnie. Schody zaczynają się jednak wtedy, kiedy znajomość (a często nawet zażyłość) tak silnie rzutuje na opinię piszącego tekst, że staje się on po prostu mało wiarygodny. Skądinąd to wszystko jest zrozumiałe, bo przecież każdy z nas jest człowiekiem i kibicowanie „swoim” jest takie… ludzkie.
Jednakże dla mnie, napisanie recenzji dotyczącej twórczości kogoś, kogo dobrze znam (a zwłaszcza kogoś, kogo osobiście lubię) staje się czymś trudnym, czy choćby tylko niezręcznym, i to nie tylko wtedy, kiedy coś mi się nie spodobało, a chcąc zachować uczciwość musiałbym to skrytykować, robiąc komuś przykrość. Zdarzało mi się więc również zaniechanie pisania podobnego tekstu – wolałem swoje uwagi krytyczne przekazać komuś osobiście, a nie obnosić się z tym publicznie.
Tak, trudno jest w tym wszystkim o obiektywizm, a niezależność wymaga zachowania pewnego dystansu, także tego towarzyskiego.
W tych warunkach dochodzi do tego jeszcze pewne ryzyko: jeśli napiszesz coś pochlebnie to możesz być posądzony o kumoterstwo; kiedy zaś wyrazisz się krytycznie – możesz stać się pariasem, a nawet i wrogiem (to ostatnie piszę tak pół żartem, pół serio, bo przecież wiadomo, że przez jakiś tam tekścik świat się raczej nie zawali).

pierwszy plan i tło

Może jednak, po tych wszystkich asekuracjach, przejdę do meritum, czyli napiszę o moich wrażeniach wyniesionych z przedstawienia „Ich czworo”, które obejrzałem w Teatrze Chopina.
Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na spory rozmach tej produkcji, która – mimo że zajmująca się sztuką dość kameralną i angażująca aktorów prowadzących raczej podwójne życie zawodowe, dla których teatr nie jest źródłem utrzymania – robi wrażenie solidnej, noszącej bez wątpienia cechy profesjonalizmu.
W Chicago dość często gościmy polskie zawodowe zespoły teatralne, które zazwyczaj raczą nas przedstawieniami na znakomitym poziomie artystycznym – świetnie zagranymi i mimo dość ubogiej oprawy inscenizacyjnej, atrakcyjnymi, więc chcąc nie chcąc przyjmujemy je za tło naszych lokalnych przedsięwzięć teatralnych, zestawiając i porównując te produkcje ze sobą. I muszę przyznać, że w tym porównaniu nasz teatr polonijny nie wypada tak źle, a w niektórych wypadkach wypada nawet bardzo dobrze. Moim zdaniem „Ich czworo” umiejscawia się gdzieś tak pośrodku, ze zdecydowanym jednak wychyleniem w stronę pozytywów. Dzięki temu obejrzenie tej sztuki sprawiło mi sporą satysfakcję. I chyba podobnie było z odbiorem publiczności, która szczelnie wypełniła salę – i to w każdym z trzech dni, w jakich wystawiana była sztuka.
Wszyscy aktorzy dość odważnie weszli w tekst Zapolskiej, który wymagał od nich pewnej karykaturyzacji postaci. Rodziło to niebezpieczeństwo ich przejaskrawienia, jednak farsowa forma „Ich czworo” okazała się tu buforem, dzięki któremu wyrazista gra aktorów bardziej bawiła, niż raziła, stanowiąc przy tym alibi dla ich – niekiedy zbyt intensywnej, jak na mój gust – ekspresji. To zresztą wynika z charakteru twórczości Zapolskiej, która mimo, że zaliczana jest do (pokrewnego choćby Zoli) naturalizmu, to zawsze posługiwała się niezbyt naturalnymi środkami, obecnymi przecież w każdej karykaturze czy tragifarsie. Pewnie dlatego teksty Zapolskiej z jednej strony mogły być melodramatyczne, z drugiej zaś – brutalne.

ludzka menażeria

Wprawdzie sztuka nosi tytuł „Ich czworo”, to tak naprawdę chodzi w niej o „ich siedmioro”, chociaż pewne postaci mają więcej do powiedzenia (a aktorzy, tym samym do zagrania) niż inne. Grana przez Annę Dolecki Żona wydaje się być w centrum całego tego ko(s)micznego zgiełku, i w sporej części spektaklu to ona właśnie dominuje – zarówno scenę, jak i uwagę widowni (jestem pewien, że nie tylko jej męskiej części, której atencja – zważywszy na wyeksponowaną przez aktorkę kobiecość – wydaje się być jak najbardziej zrozumiała, wręcz oczywista). Anna Dolecki gra kobietę pustą, głupią i zachowującą się obrzydliwie, a jednak – być może dzięki przymiotom pozascenicznym – nie budzącą w nas spodziewanej abominacji czy awersji. (Do końca nie wiem, czy to źle czy dobrze, jednak muszę przyznać, że w mojej pamięci zagrana przez nią postać zapisała się trwale).

Julitta Mroczkowska

Julitta Mroczkowska jest klasą samą w sobie. Na jakiejkolwiek scenie się nie pojawi zwraca na siebie uwagę wszystkich – głównie swoim profesjonalizmem. Z nią każdy reżyser może iść jak w dym, bo może być pewny, że aktorka ta zawsze trafi w sedno. Tak też stało się tym razem, bo Mroczkowska na scenie zaistniała doskonale – z nerwem, ale też i z wdziękiem, mimo że i ona miała do odegrania postać dość żałosną i budząca politowanie.
Co tu kryć, bardzo spodobała mi się Edyta Luckos w roli Panny Mani. Równie przewrotna jak Żona – i podobnie jak ona szafująca swoim sex appealem – obracająca się wokół Męża (nie swojego, of course) jak fryga, usiłująca go omotać… Luckos, nie dość, że była w swej grze koncertowa, to jeszcze potrafiła się przy tym fantastycznie poruszać, z jakąś taką… dynamiczną gracją.
Dobrze też wypadł w roli Fedyckiego Grzegorz Chiliński. Jego „kochanek” to taki „picuś-glancuś”, który za fasadą lekkoducha i bawidamka skrywa zwykłego, pozbawionego honoru hochsztaplera. Też, niestety, wzbudza w nas bardziej rozbawienie niż będącą tutaj bardziej na miejscu irytację. (Dzieje się tak pewnie dlatego, że nie bierzemy tej jego szulerki zbyt poważnie.) Chiliński w wywiadach podkreśla to, że jest aktorem-amatorem, ale moim zdaniem powinien porzucić to wyznanie, gdyż to co robi wcale nie odstaje poziomem od gry jego bardziej zaawansowanych profesjonalnie koleżanek i kolegów.
Marcin Kowalik miał zagrać Męża, człeka osaczonego przez ludzką głupotę i bezbarwne życie, a przez to udręczonego i stłamszonego, więc ten występ nie mógł być fajerwerkiem, a zamiast tego był tym, czym był, czyli objawieniem człowieczka w szarym swetrze (choć jego runięcie na deski/posadzkę Teatru Chopina było jednak dla wielu widzów wstrząsające).
Znakomita była Aldona Olchowska jako służąca. Szkoda tylko, że miała taka mało do zagrania, bo to jest przyjemność patrzeć jak ona się zachowuje na scenie – ze świetną mimiką i gestami, w których była zarówno frywolność, jak i nieodparty wdzięk.
„Pożal się Boże dorośli” są w tej sztuce dorosłymi, więc ich mizeria i degrengolada – ta ich żałosna moral insanity – jest jakby na ich własne życzenie, ale najbardziej tragiczną i godną prawdziwego współczucia osobą w sztuce Zapolskiej jest według mnie Dziecko, czyli kilkunastoletnia dziewczynka, córka Męża i Żony. Wciela się w nią – trzeba powiedzieć, że nader śmiało – Nicole Figlewicz, stając się czymś w rodzaju wyrzutu sumienia w świecie ogarniętym szaleństwem i niegodziwością „dorosłych”.

Polonia ensemble

Mariusz Kotowski, reżyser „Ich czworo”, spadł na Chicago jak meteoryt, założył nową trupę mobilizując tutejszych, bardziej lub mniej aktywnych aktorów, i wraz z nimi – jak również, co warte podkreślenia, z całym zespołem ludzi niezbędnych – w ciągu zaledwie kilku miesięcy zaprezentował polonijnej publiczności spektakl z prawdziwego zdarzenia, mając w zanadrzu następne.
Tak się składa, że w tym samym niemal czasie inny, bardzo się wyróżniający chicagowski zespół o familiarnej nazwie TEATR NASZ pod dyrekcją Andrzeja Krukowskiego wystawił Gombrowicza (nota bene, nie tak dawno wstecz prezentując też z sukcesem „Bal w operze” Tuwima). Agata Paleczny ze swoimi Warsztatami Teatralnymi, dosłownie na dniach przedstawi w Copernicus Center jubileuszowy program „Bajkowe Podróże, czyli wspomnień czar”. Z kolei, pełna ambicji i pomysłów Kinga Modjeska ma nam za kilka tygodni pokazać (pod szyldem Sceny Polonia) mickiewiczowskie „Dziady”. (O bardziej kameralnych wieczorach nawet nie wspominam.)
Tak więc, dzieje się! Ja nie pamiętam w naszym Wietrznym Mieście takiego scenicznego wzmożenia i czadu.
To cieszy, ponieważ nieraz odnosiłem wrażenie, iż polonijni aktorzy, mimo swojego potencjału nie mają po prostu w czym grać – są niedostrzegani i zaniedbywani, a tym samym czują się niedoceniani i niespełnieni. Miejmy nadzieję, że to się wreszcie zmieni, czego wszystkim artystom – a i samej chicagowskiej publiczności – życzę!

znój i afirmacja

Pozwolę sobie jeszcze na koniec wrócić na chwilę do przedstawienia „Ich czworo”, by zwrócić uwagę na to, jak wielkiego wysiłku – i to wielu zaangażowanych osób – wymaga stworzenie podobnego spektaklu. My, ludzie postronni, nie zdajemy sobie z tego tak do końca sprawę, lecz należy to mieć na uwadze i wspierać podobne przedsięwzięcia na różne sposoby. A jeśli stoi za tym prawdziwy walor artystyczny (tak jak w przypadku omawianej tu sztuki) to tym bardziej warto ten trud docenić.
Każdy człowiek potrzebuje afirmacji tego, co robi.
I jeszcze jedna rzecz… wcale nie drobnostka. Otóż chciałbym zwrócić uwagę na niezwykłą fotogeniczność wszystkich bez wyjątku, wystawianych w Chicago spektakli. Jest to zasługą nie tylko reżyserów i aktorów (choć choreografia jest głównie ich dziełem), ale i twórców kostiumów oraz scenografii. Tę fotogeniczność potrafi znakomicie dostrzec i uchwycić – z właściwym sobie artyzmem – np. Krzysztof Babiracki, „nadworny” fotograf TEATRU NASZEGO (mam nadzieję, że się z powodu tego określenia nie obrazi). Wyróżnia się również na tym polu Andrzej Brach, którego szczodre fotoreportaże z przedstawień znaleźć można na stronach internetowych wielu artystów.
Ja sam próbuję zrobić czasem trochę zdjęć, ale uwiązanie do jednego miejsca na sali – do fotelu widza – tudzież niechęć do przeszkadzania sąsiadom, dość mocno moje fotograficzne pole manewru ogranicza. Niemniej jednak udało mi się utrwalić kilka obrazków z przedstawienia „Ich czworo”. I chciałbym nimi mój tekst zilustrować, mając nadzieję, że choć trochę oddadzą one ducha sceny, intencje aktorów oraz atmosferę panującą wówczas w teatrze.

* * *

Fot. Stanisław Błaszczyna

SPOTKANIE AUTORSKIE (relacja filmowa)

.

Po wielu perypetiach i sporej pracy włożonej w edycję nagrania, dotarł wreszcie do mnie film zarejestrowany podczas mojego spotkania autorskiego w Muzeum Ziemi Leżajskiej w ubiegłym roku. Ze względu na uwarunkowania kanału YouTube przedstawiam go tutaj w trzech częściach. Zapraszam do jego obejrzenia.

.

 

.

 

.

 

.

Więcej o moich książkach dowiedzieć się można TUTAJ.

.

ŚWIATOWID

.

.

Ostatnio stronę Wizji Lokalnej zdominował film, więc proponuję przenieść się do świata realnego i obejrzeć garść moich zdjęć z różnych zakątków globu, które umieszczam sukcesywnie na stronie „Światowid”.

.

.

Wszystkie zdjęcia w oryginalnej wielkości obejrzeć można TUTAJ.

.

SPOTKANIE AUTORSKIE – echa prasy polonijnej

Od mojego spotkania autorskiego w Chicago minęło już prawie trzy miesiące, ale dopiero teraz zdołałem przygotować wpis dotyczący artykułów jakie ukazały się na jego temat w prasie polonijnej („Monitor”, „Kurier”, „Dziennik Związkowy”, „Super Express”). Gwoli dokumentacji i wspomnienia, przedstawiam tutaj dwa z nich.

.

.

I

O LITERATURZE, PODRÓŻACH I FOTOGRAFII
wieczór autorski Stanisława Błaszczyny
(„DZIENNIK ZWIĄZKOWY”)

.

W sobotę 29 września chicagowskie Muzeum Polskie w Ameryce było miejscem nadzwyczajnego wieczoru autorskiego. O swoich związkach z literaturą, fotografią, kinem, teatrem a przede wszystkim podróżami po całym świecie opowiadał Stanisław Błaszczyna, publicysta, krytyk filmowy i podróżnik, autor książek: „Zapiski”, „Artykuły Lektury Rozmowy”, „Kino Teatr Sztuka” oraz „Podróże”. Na wydanych bardzo starannie opasłych, bo zawierających po kilkaset stron tomach autor zawarł doświadczenia swojego życia.

„Dzisiejszy wieczór łączy nas Błaszczyną. Pan Stanisław to dziennikarz, fotograf, krytyk filmowy, podróżnik, publicysta. Osoba, która jest świetnym obserwatorem, komentatorem, puentystą. Jego rodzinne miasto to Leżajsk, natomiast emocjonalnie, biograficznie i sercowo związany jest z Krakowem. Mieszka w Stanach Zjednoczonych od 28 lat. Przez wiele lat był redaktorem rozmaitych polonijnych periodyków, między innymi „Dziennika Chicagowskiego”, tygodnika „Relax”, publikował w „Dzienniku Związkowym”, a także jego artykuły ukazywały się w prasie krajowej, w tym w tygodniku „Wprost” i tygodniku „Polityka”. Przeprowadził w swoim życiu wiele wywiadów. Jest autorem pierwszej polskiej monografii o Parku Narodowym Yellowstone. Jedną z jego pasji oprócz podróżowania i przebywania ze swoją uroczą żoną jest film. Współpracował z miesięcznikami „Kino”, „Film na Świecie” i „Powiększenie”.(…) Dzięki temu, że pan Stanisław sprezentował Muzeum Polskiemu i mnie swoje publikacje, muszę stwierdzić, że chociażby „Zapiski” wielokrotnie trafiały mi prosto w serce” – powiedziała prezentując sylwetkę bohatera Małgorzata Kot, dyrektor wykonawcza MPA.
Słowa Małgorzaty Kot są najlepszą i bardzo skondensowaną opinią o twórcy, który ma w swoim dorobku setki podróży i tysiące fotografii dokumentujących przepych i biedę zwiedzanego świata. Kartkując książkę „Podróże” czytelnik przenosi się w bajkowy świat Indii, Tajlandii, Gwatemali, Nepalu i dziesiątków innych krajów i krain. Na zamieszczonych fotografiach widać ludzi, na których twarzach wyryta jest surowa codzienność i trudy życia. To niezwykle poznawcza i ciekawa lektura, podobnie jak i pozostałe trzy pozycje będące zbiorem dotychczasowych własnych publikacji z różnych dziedzin życia i kultury, uzupełnionym aktualnymi przemyśleniami. Mówiąc o autorytetach, którzy mieli wpływ na jego twórczość, przytoczył nazwiska Giedroycia, Miłosza, Grudzińskiego, Kołakowskiego oraz prof. Stefana Chwina, wykładowcy Uniwersytetu Gdańskiego, który sporo czasu poświęcił lekturze szczególnie dwóch pierwszych tomów. W swojej opinii o książce profesor napisał: „Ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim. Jest w tej książce wiele rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem”. Obok zainteresowania różnymi dziedzinami sztuki Stanisław Błaszczyna z powodzeniem próbował swoich sił w rysunku.
Trwająca ponad dwie godziny część oficjalna sobotniego spotkania, prowadzonego przez Małgorzatę Kot i krytyka filmowego Zbigniewa Banasia, przeplatana była wystąpieniami Julity Mroczkowskiej, która recytowała poezję oraz czytała krótkie fragmenty książek bohatera wieczoru. Punktem kulminacyjnym było podpisywanie książek i rozmowy, które prowadzone przy lampce wina i smacznych przekąskach, przeciągnęły się do późnych godzin wieczornych.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Baraniak/NEWSRP
Dziennik Związkowy, 5 -7 października, 2018 r.

*  *  *

Spotkanie prowadzili dyrektor wykonawcza Muzeum Polskiego w Ameryce Małgorzata Kot oraz krytyk filmowy Zbigniew Banaś       (fot. Paweł Szubzda)

II

PODRÓŻE, KINO, LITERATURA, SZTUKA…
o wieczorze autorskim Stanisława Błaszczyny
(„KURIER”)

.

W ostatnią sobotę września w Muzeum Polskim w Ameryce miało miejsce niezwykłe wydarzenie, którym było spotkanie autorskie Stanisława Błaszczyny, publicysty, podróżnika, krytyka filmowego i fotografa, od blisko trzech dekad związanego ze środowiskiem polonijnym w Ameryce, byłego redaktora chicagowskich gazet, współpracującego również z prasą krajową. Okazją do wieczoru autorskiego było wydanie przez niego w ostatnich kilku latach czterech książek, którymi są „Zapiski”, „Artykuły Lektury Rozmowy”, „Kino Teatr Sztuka” oraz „Podróże”.

Spotkanie otwarła dyrektor wykonawcza MPA Małgorzata Kot, która przedstawiła sylwetkę autora: „Dzisiejszy wieczór łączy nas Błaszczyną. Pan Stanisław to podróżnik, fotograf, krytyk filmowy, publicysta. Osoba, która jest świetnym obserwatorem, komentatorem, puentystą… Jego rodzinne miasto to Leżajsk, natomiast emocjonalnie, biograficznie i sercowo związany jest z Krakowem. Mieszka w Stanach Zjednoczonych od 28 lat. Przez wiele lat był redaktorem rozmaitych polonijnych periodyków, między innymi ‘Dziennika Chicagowskiego’, tygodnika ‘Relax’, publikował w ‘Dzienniku Związkowym’. Jego artykuły ukazywały się również w prasie krajowej, w tym w tygodnikach ‘Wprost’ i ‘Polityka’. Przeprowadził w swoim życiu wiele wywiadów. Jest autorem pierwszej polskiej monografii o Parku Narodowym Yellowstone. Jedną z jego pasji, oprócz podróżowania i przebywania ze swoją uroczą żoną jest film. Współpracował z miesięcznikami ‘Kino’, ‘Film na Świecie’ oraz ‘Powiększenie’. (…) Dzięki temu, że pan Stanisław sprezentował Muzeum Polskiemu i mnie swoje publikacje, muszę stwierdzić, że chociażby ‘Zapiski’ wielokrotnie trafiały mi prosto w serce” – powiedziała Małgorzata Kot.

Spotkanie autorskie prowadził wraz z dyrektorką MPA Kot znany chicagowski krytyk filmowy Zbigniew Banaś, który przedstawił pokrótce zawartość poszczególnych publikacji, mówiąc, że „Zapiski” to chyba najbardziej osobista i wnikliwa książka autora, będąca zbiorem zapisków czynionych na marginesie jego podróży po świecie, spotkań z ciekawymi ludźmi, pisanych artykułów, przeczytanych lektur, obejrzanych filmów i obrazów… Książka będąca swoistym komentarzem do cywilizacji, wytworów ludzkiej kultury, na którą składają się sentencje i noty ujęte niekiedy w formę aforyzmu, maksymy, konkluzji, puenty… Odnoszące się do szeroko rozumianej kultury – literatury, kina, malarstwa i sztuki. Takie współczesne silva rerum.
W tomie drugim noszącym tytuł „Artykuły Lektury Rozmowy” znalazł się natomiast wybór najciekawszych artykułów autora publikowanych w różnych pismach – zarówno polonijnych, jak i krajowych – obejmujących szeroką tematykę kulturalną, która nie traci nic ze swojej aktualności. Są również recenzje książek, głównie klasyki oraz pozycji wydawniczych ważnych dla współczesnego świata, W książce tej zawarto także wywiady ze znanymi ludźmi, spośród których większość to wybitni twórcy polskiej kultury, poczynając od ikony polskiej piosenki Czesława Niemena, przez znanych reżyserów, takich jak Krzysztof Zanussi, Juliusz Machulski, Agnieszka Holland… po kompozytora muzyki klasycznej Henryka Mikołaja Góreckiego.
Trzecia książka „Kino Teatr Sztuka” zawiera wybór tekstów filmowych publikowanych w prasie popularnej i fachowej oraz zbiór ponad stu pięćdziesięciu recenzji najgłośniejszych filmów polskich i zagranicznych. Są tutaj również opisy kilku spektakli teatralnych, wystawianych przez artystów polskich w Chicago a także zbiór esejów na temat sztuki, zazwyczaj dość krytycznie odnoszących się do sztuki współczesnej.
„Podróże” to książka najbardziej kolorowa, bo zawierająca setki fotografii, jakie przywiózł autor – będący zarazem fotografem – ze swoich licznych wojaży po całym świecie. Wydawnictwo na poły albumowe, mieniące się wszystkimi barwami i ukazujące piękno odwiedzanych – najczęściej egzotycznych – krajów, ale zajmujące się też najciekawszymi i najbardziej malowniczymi zakątkami amerykańskiego Zachodu.

Ta prezentacja była wstępem do trwającej ponad dwie godziny rozmowy między prowadzącymi spotkanie a autorem, przeplatanej fragmentami książek Błaszczyny, które z niezrównanym kunsztem aktorskim przeczytała Julitta Mroczkowska. Publiczność zasłuchała się w opowieści o „Kobiecie z wagą”, słynnym obrazie Vermeera; o poetach przeklętych, czy wreszcie o przygodzie autora z amerykańskim kontynentem (w latach 90. ubiegłego wieku Stanisław Błaszczyna przez kilka lat zajmował się organizacją i prowadzeniem wycieczek turystycznych po Stanach Zjednoczonych).
Zważywszy na to, że zarówno główny bohater wieczoru, jak i moderator spotkania Zbigniew Banaś podzielają wspólną pasję, jaką jest dla nich kino, rozmowa dość długo – ale i zajmująco – toczyła się wokół filmów, zwłaszcza tych, które szczególnie dotknęły w przeszłości Błaszczynę, począwszy od słynnej „Persony” Bergmana, poprzez nie mniej głośnego „Taksówkarza” Scorsese’go, po współczesne filmy Alejandra Gonzáleza Iñárritu, które Błaszczyna szczególnie ceni i podziwia.
Mówiono również o literaturze, sztuce współczesnej, malarstwie… Błaszczyna podkreślił, że jego korzenie literackie znajdują się w XX wieku – że najwięcej w kształtowaniu swojego języka zawdzięcza takim pisarzom, jak Czesław Miłosz, Gustaw Herling-Grudziński, Witold Gombrowicz, Leszek Kołakowski, Sławomir Mrożek… Następnie pisarzom z kręgu paryskiej „Kultury” prowadzonej przez Jerzego Giedroyca, ale i tych skupionych wokół „Tygodnika Powszechnego”, którego redaktorem naczelnym był Jerzy Turowicz.
W pewnym momencie Zbigniew Banaś zaskoczył Stanisława Błaszczynę wątkiem bardzo osobistym, wpierw cytując fragment listu jaki napisał do Błaszczyny znany polski pisarz, wykładowca literatury na Uniwersytecie Gdańskim, prof. Stefan Chwin, a następnie prosząc o odniesienie się do przeczytanej opinii profesora: „Pana książka jest bardzo ciekawa jako świadectwo życia intelektualnego agnostyka, który jest w gruncie rzeczy człowiekiem religijnym i tylko chwilami wmawia sobie, że jest agnostykiem.” – na co Błaszczyna odpowiedział: „Cóż, wygląda na to, że Chwin mnie przejrzał, ale czy w rzeczywistości jestem człowiekiem religijnym, który wmawia sobie to, że jest agnostykiem? Nie wiem. To prawda – odczuwam swego rodzaju metafizyczną tęsknotę za jakimś Wyższym Sensem. Intuicja (ale też i rozum) mówi mi, że istnieje jednak jakiś wyższy Byt, Siła Nadrzędna – że wszyscy jesteśmy częścią jakiegoś niepojętego przez nas Planu; zaś uczciwość intelektualna (którą chcę zachować) sprawia, że jestem jednak jednocześnie człowiekiem sceptycznym i wątpiącym. Stąd ten agnostycyzm. Ale ja go sobie nie wmawiam – raczej się przed nim bronię, a mimo to, on zawsze mi jakoś w moim racjonalizmie wychodzi na wierzch i daje o sobie znać. Pod tym względem jestem takim człowiekiem trochę rozdwojonym – jak zresztą pewnie większość z nas, nawet tych, uważających się za chrześcijan, jak ja sam.”
Warto zresztą przy tej okazji przytoczyć bardzo pochlebną opinię prof. Chwina o pisarstwie Stanisława Błaszczyny, którą można wyczytać ze skrzydełka jednej z książek autora: „Ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim. Jest w tej książce wiele rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem.”
Wśród tematów poruszanych podczas tego wieczoru nie mogło zabraknąć podróży, tym bardziej, że Stanisław Błaszczyna przygotował pokaz fotografii, które tysiącami przywoził ze swoich wypraw w bliższe lub dalsze zakątki naszego globu. Ilustracją do rozmowy o podróżach były więc obrazy m.in. z takich krajów i miejsc jak Indie, Tybet, Nepal, Chiny, Tajlandia, Wietnam, Birma, Kambodża, Laos, Singapur, Brazylia, Peru, Wyspy Dziewicze, Alaska, Hawaje, Kostaryka, Gwatemala, Meksyk, Kanada, Hiszpania, Włochy, Norwegia i wielu innych. Nie zabrakło również zdjęć ukazujących piękno ziemi amerykańskiej.

Po części oficjalnej spotkania, które odbywało się w pięknej scenerii Sali Głównej Muzeum, pełnej dzieł sztuki, rzemiosła i pięknych obrazów, miało miejsce podpisywanie książek, jak również rozmowy w bardziej kameralnych warunkach – między ludźmi, z których wielu się znało, podzielało wspólne pasje i wzajemnie lubiło. Sprzyjała temu nie tylko specjalna atmosfera całego wydarzenia, ale i smaczne przekąski tudzież białe i czerwone wino, rozwiązujące niewątpliwie języki, bo przecież – jak wszyscy wiemy – in vino veritas.
Wśród gości – a przybyło ich na spotkanie grubo ponad setkę – dostrzec można było wiele znanych wśród Polonii chicagowskiej osobistości. Wśród nich znaleźli się np. mecenas polskiej kultury, sponsor i przyjaciel Muzeum Polskiego w Ameryce Stephen Kusmierczak. kompozytor i pianista Jarosław Golembiowski, redaktorka naczelna „Dziennika Chicagowskiego” Alicja Otap z mężem, wieloletni publicyści tej gazety Krystyna Cygielska i Artur Partyka, Maria Zakrzewska – przedstawicielka Chicago Public Library, współ-założycielka Sceny Polonia Kinga Modjeska, mistrzyni i trenerka fitness Magda Huk „Dzika”, artystka-plastyk Ewa Uszpolewicz-Figurski, współ-właścicielka biura „Exotica Travel” Jolanta Kulka z córką Pauliną, właścicielka Księgarni Polonia Agata Szymczyk, animatorki polonijnych wydarzeń kulturalnych Anna Ejsmont i Anna Gliszczyńska, szefowa Studio 41 Elizabeth Stolarczuk, działacz społeczny i policjant w jednej osobie Martin Vogel… i wielu innych. Plakaty i plansze (pięknie wydane przez drukarnię Blue Box) pomagał rozwieszać sam dyrektor Teatru Chopina Zygmunt Dyrkacz. Również fotografów było wielu: Julita Siegel, Andrzej Baraniak, Dariusz Lachowski, Lesław Flis, Paweł Szubzda… Całe wydarzenia sfilmowali i nagrali Kinga i Kuba Łuczkiewicz z Road 28 Productions.
Pełen wrażeń wieczór przeciągnął się do późnych godzin nocnych.

Arkadiusz Słowiński
Kurier (19-25 pażdziernika, 2018 r.)

Zdjęcia: Dariusz Lachowski, Lesław Flis, Paweł Szubzda, Anna Zimny, Anna Ejsmont i archiwum

*  *  *

.

.