Z ANIĄ NA SZLAKU

.

Nad Jeziorem Michigan

.

       Może to sprawa szczególnej pory w moim życiu?
Bo chciałbym Wam – stałym, ale i zabłąkanym tu przypadkiem – Czytelnikom tej strony przedstawić moją Żonę Annę. Widzę, że z biegiem czasu mój blog staje się nieco bardziej osobisty – Wizja Lokalna jakoś częściej wchodzi w moje życie – więc czas wspomnieć tutaj o kimś, kto jest dla mnie w życiu najważniejszy.
Czy będzie to podróż sentymentalna? Być może, ale na pewno nie będzie ona czułostkowa ani – nie daj Boże! – ckliwa.

      Tak się złożyło, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat sporo podróżowałem. Przez jakiś czas – dawno, dawno temu – robiłem to nawet zawodowo, organizując i prowadząc wycieczki (najczęściej po Ameryce Północnej, ale wypady z grupami na inne kontynenty też mi się zdarzały). Później zacząłem się wybierać w świat prywatnie – samemu, niekiedy w jakimś miłym i ciekawym towarzystwie – ale z czasem w tych podróżach coraz częściej towarzyszyła mi Żona. W końcu starałem się podróżować tylko z Nią. I muszę Wam powiedzieć, że było to (i jest) dla mnie najlepsze i najszczęśliwsze towarzystwo – na pewno z nikim innym tak dobrze by mi się nie podróżowało, jak z moją Anią.
Nie wiem, komu? (czemu?) mam za to dziękować – Bogu, Szczęściu, Losowi, Miłości – w każdym razie wdzięczny jestem za ten czas spędzony z najbliższą mi osobą – nie tylko w domu, ale właśnie również w podróży.

       Tych wojaży było sporo. Kiedy tylko mogliśmy sobie na to pozwolić, to wyruszaliśmy w świat kilka razy do roku, często w bardzo odległe i egzotyczne strony. Właściwie zorganizowanie całej podróży i ustalenie jej planu (skreślenie itinerary, rezerwacje…) leżało w mojej gestii. Ania się na to godziła, bo mi ufała – wiedziała, że wycisnę z przygotowywanej wyprawy to, co najlepsze. (Tutaj skrzywienie zawodowe było dla mnie niczym innym, jak przyjemnością). Kondycję w zasadzie mieliśmy taką samą, podobne upodobania, jeśli chodzi o akomodację i przemieszczanie się po odwiedzanym kraju. Podobne też mieliśmy zainteresowania, taką samą ciekawość nowych miejsc i ludzi. Ania zawsze była bardziej śmiała… czy też bardziej skłonna do nawiązywania kontaktu z obcymi, a ja na tym tylko korzystałem, bo jednak największym skarbem wszystkich krajów są zamieszkujący je ludzie. Muszę też wspomnieć o tym, że Jej opiekuńczość była dla mnie zawsze wielkim komfortem.

       To ciekawe, jak dwoje ludzi o tak odmiennych charakterach i temperamentach, potrafi swój związek nie tylko stworzyć, ale i zachować na długie lata (nie chcę tu uderzać w tak solenne i patetyczne tony, ale jestem pewien, że w naszym przypadku, będzie tak do śmierci).
I to jest bez wątpienia głównie zasługą Żony – istoty znacznie mądrzejszej ode mnie… przynajmniej życiowo ;). Tym bardziej, że ja to raczej utracjusz byłem. Może z wiekiem bardziej dojrzałem a nawet zmądrzałem (choć w to ostatnie to jednak wątpię).

       Najchętniej wybieraliśmy się w góry na tzw. „łono” natury (zdarzało się nam przechodzić po górskich szlakach ponad 20 km dziennie); lubiliśmy też Ocean, morze, spacery po plaży, tropikalne wyspy (przede wszystkim Karaiby i Hawaje)…
Nigdy nie mieliśmy dość amerykańskiego Zachodu: od pustynnego Południowego Zachodu (Kalifornia, Nevada, Arizona, Utah), przez stany Gór Skalistych (Kolorado, Idaho, Montana, Wyoming), po szczególnie darzony przez nas sentymentem Pacyficzny Północny Zachód (Waszyngton, Oregon).
Dość często wyjeżdżaliśmy do Azji – a to ze względu na bogactwo kulturowe i etniczne tamtych krajów (tzw. „podróżą życia” dla nas były Indie). Do miast – i współczesnej cywilizacji – ciągnęło nas mniej, ale też nie unikaliśmy zwiedzania ciekawych metropolii, ani nawet… muzeów (oboje bardzo lubimy malarstwo). Spodobały nam się niektóre zakątki Europy – w Hiszpanii, we Włoszech, Szwajcarii, Norwegii…

       Oczywiście zawsze brałem w te wojaże fotograficzny aparat, robiąc całą masę zdjęć. Te, które wydawały mi się najbardziej udane, publikowałem na moich stronach w Internecie (np. TUTAJ albo TUTAJ), część udało mi się wydać w formie książkowo-albumowej („PODRÓŻE”).
Prawdę mówiąc nigdy nie lubiłem, kiedy ktoś mnie fotografował – o fotografowaniu siebie samego nawet nie wspominam (nie wiem, czy zrobiłem więcej jak dwa selfie w swoim życiu), czego teraz żałuję, bo jednak warto mieć taką pamiątkę z pewnych miejsc – zwłaszcza z takich, w których się jest pierwszy i być może ostatni raz w życiu.
Natomiast bardzo lubiłem fotografować swoją żonę – zwłaszcza na szlaku. Bynajmniej nie dlatego, że jest taka fotogeniczna (no cóż, chyba jednak jest :) ), ale dlatego, że najczęściej jej sylwetka ożywiała po ludzku surowe zwykle – choć bez wątpienia piękne – naturalne lub cywilizacyjne krajobrazy, scenerie i pejzaże. Pozwalała też na ogarnięcie proporcji – zwłaszcza wielkich przestrzeni i ogromnych tworów (czasem nawet cudów) Natury.
Niewielki wybór tych fotografii pozwalam sobie tutaj zaprezentować.

*  *  *

UWAGA: należy kliknąć na zdjęcie, aby zobaczyć go w pełnym wymiarze (do czego zachęcam)

.

Pod Mount Robson w Brytyjskiej Kolumbii (Kanada)

.

.

W Kanionie Paprociowym w Kalifornii

.

.

Pod palmami na wyspie Saona (Dominikana)

.

.

Surowość i piękno północnej krainy – okolice Lysefjorden w Norwegii

.

.

Był kiedyś las – na wydmach Silver Lake SP w Michigan

.

.

Nd Dolnym Wodospadem Naturalnego Mostu w Górach Skalistych Kanady

.

.

Na którejś z osobliwych plaż Morza Andamańskiego w Tajlandii

.

.

Na bezdrożach Big Island of Hawaii – a gdzieś tam w dole Zielona Plaża (Hawaje)

.

..

Pod lodowcami Mount Rainier w stanie Waszyngton

.

.

Wyglądając za wodospadem na szlaku Eagle Creek w Oregonie

.

.

Spacerując po dachu Domu Opery w Oslo (Norwegia)

.

.

Na szlaku w Alpach – masyw Jungfraujoch w Oberlandzie Berneńskim (Szwajcaria)

.

.

W lesie kolumn, pod arkadami Wielkiego Meczetu Mezquita w Kordobie (Hiszpania)

.

.

Na grani równej z chmurami pod Mount Blanc we Francji

.

.

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie – w Tombstone, mieście (martwych) rewolwerowców, w Arizonie

.

.

Wśród oszałamiającego kwiecia w Oregonie

.

.

Zagubiona w kolorowym tłumie – na targu rybnym Sassoon Docks w Bombaju (Indie)

.

.

Odpoczywając w hamaku na wyspie Virgin Gorda (British Virgin Islands)

.

.

Razem nad Niebieskim Miastem Dżodhpur w Twierdzy Mehrangarh (Indie)

.

.

Na Cape Flattery – Półwysep Olympic w stanie Waszyngton

.

greydot.

greydot.

I JESZCZE GARŚĆ ZDJĘĆ:

.

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

BARKISSIMO

.

Na łajbie Barkissimo – Zatoka San Francisco, Kalifornia

.

.

Gdzie gitara – tam dźwięk

trafia w końcu do serca.

Barkissimo kołysze się na wodzie

cichy szmer Zatoki

wkrada się dyskretnie

nie psując nut.

.

Chwilo trwaj… jeszcze trochę

zanim odpłyniesz do krain zapomnienia

gdzie gubi się nasza pamięć

a wraz z nią my sami

łapiący ostatnie promienie

zachodzącego na zawsze Słońca

.

* * *

BEZTROSKIE LATA

.

Lato, lato, lato czeka – razem z latem czeka rzeka… Wspominając rzekę dzieciństwa i wakacje na wsi

.

       Lato. Wakacje. Rzeka. Olszyna. Łąka. Bławatki w zbożu. Truskawki, maliny, papierówki, agrest, jeżyny… Pomidory „malinówki” prosto z krzaka, marchewka prosto z grządki. Jajka podkradane babcinym kurom. Podchody. Wyprawy do pobliskich lasów. Koń Bułanek. Jazda drabiniastym wozem, pomaganie dziadkom w żniwach. Butelki sprzedawane po złotówce w punkcie skupu. Chleb ze śmietaną i cukrem. Pierogi z borówkami prosto z lasu. Poziomki. Grzybobranie, kozaki, borowiki, opieńki, rydze, muchomory… Ziemniaki z sosem z kurek. Kanie smażone jak schabowy. Palant, „noga”, „2 ognie”, „kiczki” za stodołą u sąsiada. Zabawy „w chowanego” i „w łapanego”. Gry z nożem z kolegami, a obok pasące się krowy. Chodzenie „na opyle”. Ganianie boso po piaszczystych ścieżkach. Chowanie się w snopkach pszenicy. Łąka tętniąca życiem i pełna polnych kwiatów. Zajadanie się „kwaskami”. Nawlekanie tytoniu. Budowanie szałasów, domków na drzewie, tuneli w wysokiej trawie. Strzelanie z procy do słoików. Puszczanie latawców. Łowienie ryb w rzece za pomocą kosza. Wyciąganie spod korzeni raków rękami. Smażenie płotek, sumów i szczupaków na ognisku. Zastawianie rzeki baryłami – budowanie tamy, spiętrzanie wody, by można w niej pływać.
Wylegiwanie się na kocu w ogrodzie i czytanie, czytanie, czytanie

* * *

       To taka spisana ad hoc lista tego, co przywołują wspomnienia naszych wakacji na wsi – tego co było dobre i chyba już na zawsze odeszło w przeszłość. Wydaje mi się, że obecne młode pokolenia nie są nawet w stanie wyobrazić sobie takiego dzieciństwa – a więc tego, co straciły – i czego nigdy już nie przeżyją w swoim wypełnionym technicznymi gadżetami, laptopami, smartfonami – z namiastką ludzkich kontaktów w rzeczywistości sztucznie wykreowanej i wirtualnej. O covidowym szaleństwie izolacji, restrykcji i lockdownów nawet nie wspominam, bo to już zupełnie chora rzeczywistość i karykatura normalnego życia w społeczeństwie.
To naturalne, że wspominając nasze dzieciństwo i młodość, przeszłość zwykle idealizujemy, wybieramy z pamięci to, co było dobre, wracamy do chwil, kiedy czuliśmy się pełni życia i szczęśliwi. Wypieramy zaś to, co było złe, co bolało, czego się baliśmy, co nam dokuczało… Bo przecież życie – w każdych czasach i w każdym wieku – to żadna sielanka i bajka nie jest. A jednak… często jesteśmy skłonni powtarzać – i mówimy to szczerze – że dawniej jednak to jakoś fajniej było (nawet jeśli odnosi się do banałów i rzeczy trywialnych).

* * *

       Zdjęcie powyżej przedstawia właśnie jedną z takich szczęśliwych chwil beztroskiego lata podczas wakacji. Zrobione zostało (już nie pamiętam przez kogo) w rzece, która płynęła (i nadal płynie) tuż za płotem domu mojego rodzinnego w Giedlarowie. Wiedziałem, że takie zdjęcie istnieje. Od dłuższego czasu dopytywałem się o niego i szukałem wszędzie, ale bezskutecznie. Aż wreszcie niedawno jakaś dobra dusza przesłała mi go mailem.
Zdjęcie przedstawia część naszej wakacyjnej szajki (w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem na nim jedynym facetem – ale to nic dziwnego, bo zawsze ciągnęło mnie bardziej do dziewczyn i kobiet, niż do chłopaków i mężczyzn ;) ).
Wszystkich (wszystkie te dziewczyny) bardzo dobrze pamiętam. Od lewej pławią się w rzece: Dorota, Władzia, Baśka, Hania, Grażyna, Halina, moja siostra i ja (jako jedyny płynę kraulem ;) ).

* * *

Powiązany wpis: Książki mojego dzieciństwa

.

GNOTHI SEAUTON

*

Poznaj samego siebie – tak już mawiali starożytni.
Każdego ranka więc, przy goleniu,

patrzę na tego faceta w lustrze i uważam, by nie zaciąć się

żyletką, którą wymachuje on pod moim gardłem.

*

*  *  *

Tak się złożyło, że znalazłem się w szczególnym momencie swojego życia.  Stąd ostatnio te – bardziej osobiste niż zwykle wpisy, częstsze nawiązywanie do spraw tzw. „ostatecznych”, większa bezpośredniość, może nawet prostota, której skądinąd mógł ktoś zarzucić zbytnią oczywistość. Postanowiłem też pozbyć się anonimowości, która niby to skrywała się za dość pretensjonalnym jednak nickiem (swoją drogą historia jego powstania i funkcjonowania stanowi osobny temat) – choć oczywiście nie była ona broniona za wszelką cenę, bo kto chciał, to za pomocą kilku kliknięć w linki na moich stronach mógł odkryć moją prawdziwą tożsamość. Ale nie jest to tutaj tak istotne.

Tak więc, od kilku dni – powróciwszy niejako „z martwych”, czyli z dalekiej podróży – liżę rany i mam już na tyle sił, by postanowić jednakże (z kilku powodów) kontynuować tego bloga, który stał się poniekąd częścią mojego życia, nazwijmy to „intelektualnego”. Naturalnie, wbrew temu co dominuje na początku tego wpisu (a więc pytanie o możliwość poznania samego siebie) nie chciałbym aby moja własna osoba wypełniała tę stronę, więc po kilku bardziej osobistych wpisach postaram usunąć się niejako w cień, zajmując się sprawami bardziej uniwersalnymi i dla innych czytelników ważniejszymi, niż ja sam. Oczywiście – wszystko na miarę moich sił, możliwości i zmieniającej się sytuacji.

Szukałem sposobu aby jakoś o tym wszystkim tu powiedzieć i przypomniałem sobie o słowach, jakie kiedyś umieściłem na poprzednim blogu pod wpisem „Poznaj samego siebie”, który – z grubsza rzecz biorąc – sceptycznie wyrażał się o naszej zdolności poznania siebie samych. Bo, tak naprawdę, nawet – a może zwłaszcza – dla nas samych, skrywamy się za zasłonami, które sami cały czas tkamy. Niezwykle trudno jest nam uchwycić naszą własną istotę na tle ciągle zmieniających się sytuacji i kontekstów – i wobec zmiennych relacji z innymi ludźmi. Inną sprawą jest pytanie o sens wiedzy o sobie samym.

Ilustrację wpisu stanowi autoportret jaki wykonałem w ubiegłym roku podczas pobytu w Parku Narodowym Olympic w stanie Waszyngton – a konkretnie w hotelu Lake Quinault Lodge. Miał to być rodzaj żartu, do którego namówiła mnie Ania, zmierzwiwszy mi uprzednio włosy i każąc przejrzeć się w lustrze – z twarzą, na której ciągle były znaki wielokilometrowego szlaku, z którego dopiero co wróciliśmy. Niech to więc będzie usprawiedliwieniem tego nieco obłędnego fizys i szaleństwa w podkrążonych oczach, które i tak nadaje twarzy bardziej znośny wyraz, niż ten, który by się objawił, gdybym takie zdjęcie zrobił sobie teraz. A żart ten z kolei miałem zamiar wykorzystać do wpisu o naszych blogowych narcystycznych skłonnościach, którego kluczowe pytania miały dotyczyć granic naszego wirtualnego ekshibicjonizmu, dzielenia się publicznie własną tożsamością (wliczając w to nasz wizerunek), tudzież w ogóle – sensu prowadzenia bloga i zawartych w tym elementów autopromocji, czy choćby tylko (zastępczej?) realizacji naszych własnych potrzeb. Takie były plany – życie poszło własną drogą.

Przy okazji pozdrawiam wszystkich tych, którzy od dawna zaglądają na moją stronę, jak również tych gości bardziej przypadkowych, których ślady widać jedynie w zwiększającej się ciągle ilości odsłon na Wizji. Dziękuję zwłaszcza tym, którzy uważniej traktują to, co chcę tutaj przekazać oraz tym, którzy chcą wymienić ze mną opinie na tematy, które poruszam – i choć nie robię sobie większych złudzeń co do trwałości, autentyzmu i głębi wirtualnych kontaktów – to chcę wyrazić wdzięczność tym, którzy w taki lub inny sposób towarzyszą tej mojej internetowej przygodzie od wielu lat.

Stanisław Błaszczyna

*  *  *

PS. Wpis ten po raz pierwszy pojawił się na tym blogu 3 listopada, 2013 roku.

.

GRANICE I PRZEJŚCIA… (na brzegu życia i otchłani)

(zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVI)

Pejzaż zimowy Podkarpacia

Pejzaż zimowy na Podkarpaciu (Giedlarowa)

.

Sami wymyślamy symboliczne granice (choćby takie jak ta, zbliżająca się – noworoczna) by mieć poczucie możliwości zmiany, transgresji, odnowy… Tworzymy w ten sposób wyjątkową porę, kiedy możemy odegrać pewien rytuał przejścia – wszystko z nadzieją na lepszą przyszłość. A ona będzie jaka będzie, bez względu na naszą życzeniowość (wishful thinking) i zaklęcia: dla jednych lepsza, dla innych zaś gorsza – i oby tych pierwszych było znacznie więcej. Większość z nas nie dotrzyma noworocznych postanowień, ale o tym przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Teraz o tym nie myślimy… no i dobrze, bo i po co psuć sobie humor?

Lata mijają, nowy rok będzie za chwilę starym, a my – stojąc na brzegu życia i otchłani – widzimy płynącą rzekę czasu, która zabiera z sobą bezpowrotnie sporą część naszego świata. Ale i przynosi coś nowego. Ginie jednak nie tylko to, co sprawiało, że czuliśmy się szczęśliwi, ale również i to, co było dla nas nieszczęściem (może to być poniekąd naszą pociechą). Czas jest bowiem niewybiórczy i ślepy. Może dlatego jest sprawiedliwy? Lecz niestety – jest też przy tym bezlitosny, o czym świadczą nie tylko coraz liczniejsze zmarszczki na naszej twarzy i coraz więcej siwych włosów (albo tych włosów coraz mniejsza ilość).

Życie jest straszne i cudowne zarazem – podobnie jak świat, w którym żyjemy – pełen zarówno piękna, jak i potworności; śmieszności, jak i grozy. Trudno więc stwierdzić, że znaleźliśmy się na tym świecie w nagrodę, a tym bardziej, że jesteśmy tutaj za karę. To, że w ogóle jesteśmy, graniczy jednak z cudem, albo też i jest już cudem samym. W sumie… niepojętym, nawet dla takiego niesamowitego tworu, jakim jest ludzki mózg – całkiem możliwe, że będący najbardziej złożoną częścią Wszechświata, zbliżającą nas w jakimś stopniu do samego Boga (czy też sił, które nas stworzyły).

* * *

Jeśli istniejemy w czasie, to przemijanie jest czymś nieuniknionym. Przemijania nie ma tylko tam, gdzie nie ma czasu. A tego nie sposób sobie wyobrazić, ani też pojąć.

* * *

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.
Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?
A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe) jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…
A może jednak początkiem czegoś innego?

* * *

Piękno przyrody (świata) zawsze zauważamy wpierw tam, gdzie jest (było) środowisko, w którym dorastaliśmy. I to pozostaje taką naszą cezurą, wzorem, punktem odniesienia… właściwie na całe życie. Do tego odnosimy wszystko to, co spotykamy w całym naszym późniejszym życiu – to nadaje jakby tonację temu, co przeżywamy już jako dorośli w naszym związku z Naturą, cz też – ogólniej – z całym otaczającym nas zewnętrznym światem.

* * *

Rozpacz jest jednym z nieodłącznych elementów ludzkiej kondycji. Może ją spowodować nie tylko własna nieuleczalna choroba, ale i np. utrata kogoś bliskiego, zniewolenie, kalectwo, cierpienie, nieodwracalność losu… cała masa innych nieszczęść jakie dotykają ludzi. Można nawet powiedzieć, że rozpacz (despair) jest jednym z fundamentalnych doświadczeń egzystencjalnych człowieka.
Rozpacz niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z „żalem chwil teraźniejszych, czy minionych” – to nie ten ciężar gatunkowy, nie ta intensywność uczuciowa, nie ta sfera dramatu życia.

Naturalnie istnieją sposoby, czy też drogi, którymi można (starać się) uciec rozpaczy. Dla wielu ludzi czymś takim jest np. wiara. Albo… udawanie, że coś takiego, jak rozpacz nie istnieje, że nie ma ona do nich przystępu.

Ponadto rozpacz nie ma dobrej „prasy” – ot, choćby na blogach, czy na Facebooku – bo wszystkich obowiązuje pop-kulturowa dyktatura dobrego zdrowia, pozytywnego myślenia, indywidualnego szczęścia, pomyślnego życia… Tylko niekiedy robi ktoś w tym wyłom – ale to jednak wymaga pewnej odwagi, a nawet… determinacji.

* * *

Rozpacz, mimo wszystko, znana jest niemal wszystkim ludziom – nawet (a może zwłaszcza?) tym, którzy zdolni są do miłości (bo pojawia się zawsze wtedy, kiedy traci się kogoś, kogo się kocha).

W jednym ze swoich esejów Tischner zwrócił uwagę na to, że w polskiej literaturze brak jest wnikliwego i wszechstronnego opisu rozpaczy. I zastanawia się dlaczego (Polacy o rozpaczy nie mówili)?: Może nie wypada pisać o rozpaczy? Może temat rozpaczy został poddany cenzurze – tej „honorowej” np., która zakazuje przyznawać się do słabości? (Tak jakby rozpacz była słabością, a nie zdolnością doświadczenia egzystencjalnej głębi i wrażliwością.)
Według Tischnera powodem tego była szeroko w Polsce rozpowszechniona wiara religijna, która właściwie zakazywała rozpaczać, bo – jak pisze Tischner – „rozpacz była ‚upadkiem’, poniżeniem ‚godności’, ujmą na ‚honorze’, a przede wszystkim grzechem”.

* * *

„Kiedy nie można znaleźć nawet śladu rodzinnego domu, kiedy odmienione są drzewa i rzeka, jedynym głosem, jaki spodziewamy się usłyszeć od pielgrzyma, jest głos rozpaczy, lament, gorycz.” (Julia Hartwig – poetka, o „Dworze” Miłosza.)

Wydaje mi się, że Miłosz był przywiązany nie tyle do miejsca, w którym dorastał, co do czasu, kiedy dorastał. Podobnie: był bardziej przywiązany do języka polskiego, niż do samej Polski. Materia obchodziła go o tyle, że dzięki niej mógł snuć swoją poezję, mierzyć się z kulturą i jej ideami – z intelektualnym konceptem. Wychodził od konkretu ale zawsze ciągnęło go w ezoteryczne krainy, ku metafizyce. To wszystko świadczy o jego religijnym temperamencie. Ale to nie powinno dziwić, bo większość poetów ma taki temperament.

* * *

„Jeśli nie wystarcza tu sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nie uświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.” (Erich Fromm, „O sztuce miłości”.)

Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz. Ale dzięki Bogu kryje się w nim także potencjał szczęścia. Zresztą, rozpacz podobna jest do szczęścia w tym, że nie jest czymś permanentnym, stałym: szczęśliwym się raczej bywa, niż jest – rozpaczać też nie można długo (zwykle rozpacz przechodzi w melancholię i smutek – a wreszcie mija… jak wszystko inne).

Tak, można powiedzieć, że przemysł rozrywkowy podszyty jest strachem, nudą i pustką – tym wszystkim, co świadczyć może o skrywającej się za tą jałowością rozpaczy.

* * *

Wszystko się zapętla i łączy – jest właściwie jednym (dlatego każdy początek jest jednocześnie końcem – a czas nie ma w tym wszystkim żadnego znaczenia). Nasz język, podobnie jak percepcja, jest ograniczony i niezdolny do nazwania (określenia) tego, co poza nami i poza naszym światem. I poza czasem. A to, co poza czasem, jest właśnie wiecznością. (Wieczność jest bezczasowa – tylko dlatego może być wiecznością. Jest czystym istnieniem – a nie trwaniem.) Czas nie może być atrybutem tego, co istnieje wiecznie.

* * *

UWAGA: Tekst został napisany i po raz pierwszy opublikowany w grudniu 2014 roku.

.

(…)

******

 

KSIĄŻKI W POLSCE I W AMERYCE

.

Reklama książek w prasie polonijnej

.

Nie robię tego często (na łamach tego bloga chyba po raz pierwszy) ale chciałbym zachęcić Was do zamówienia moich książek, które dostępne są również W POLSCE. Można to zrobić pisząc na adres: GIEDLAR@SBCGLOBAL.NET i otrzymać je drogą pocztową w ciągu kilku dni. Cena całego kompletu 4 tomów jest bardzo przystępna. Myślę, że każdy w tych książkach będzie mógł znaleźć coś dla siebie.
Wszystkie książki posiadają twarde płócienne okładki oraz obwolutę. Tom „PODRÓŻE” jest wydaniem albumowym zawierającym 675 ilustracji barwnych i liczącym ponad 800 stron. Tomy I („ZAPISKI”), II („ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY” i III („KINO TEATR SZTUKA”) mają odpowiednio 517, 584 i 693 strony i są również zilustrowane kolorowymi reprodukcjami na kredowym papierze.
Dodam, że wydanie tych książek nie miało charakteru komercyjnego, czyli, innymi słowy, nie było pomyślane jako przedsięwzięcie dochodowe).
ZAPRASZAM do skorzystania z tej propozycji (niewielki nakład jest już na wyczerpaniu).
POWYŻEJ: ogłoszenie prasowe.
KSIĄŻKI dostępne są również w Stanach Zjednoczonych w księgarniach polonijnych – i także można je zamówić drogą pocztową: