ZABIERZ MNIE DO KRAIN SZCZĘŚLIWYCH

.

.

.

Zabierz mnie do tych krain szczęśliwych, gdzie ptaki muskają powietrze delikatnym puchem i koją swą pieśnią nieżałobną, a motyle żyją wiecznie – z nieprzemijającym pięknem na swoich skrzydłach.

.

Do miasta bez murów mnie zawieź, do królestwa bez królów – w takie światy za naszym światem mnie weź, gdzie nawet smutek jest słodki, a radość spokojna jak ciepły jesienny wieczór, w którym nigdy nie zapada ciemność – gdzie nasze twarze kąpały by się w ciepłej poświacie zachodzącego, ale nigdy nie zaszłego słońca.

.

Na takie wyspy szczęśliwe mnie zabierz, które owiewa lekki wiatr czułości i obmywają fale czystej tkliwości. Gdzie drzewa szumią cicho liśćmi, które nigdy nie opadną, choć nieraz zmienią barwę na jeszcze piękniejszą.
I gdzie żyją stworzenia, którym przestały być potrzebne kły i pazury.

.

Przepraw mnie gdzieś na drugą stronę, na jakiś ląd nieziemski, bezpieczny – gdzie nasze umysły już nigdy by się nie lękały, ciała nie męczyły i nigdy nie bolały.

.

Do takich sfer doprowadź, gdzie istotą istnienia jest istnienie samo, niczym nie zagrożone i nie ponaglane niczym – z na zawsze odnalezionym sensem i nigdy nie zagubioną racją – z wiecznie trwałym uczuciem wdzięczności i stale objawiającą się łaską.

.

Na niebiańskie łąki mnie zaprowadź spokojne, gdzie w każdej chwili mógłbym ująć Twoją dłoń.

.

W takie rajskie miejsca mnie weź anielskie, gdzie nieustannie czuje się bliskość kogoś, kogo się kocha. Gdzie można spojrzeć w oczy spojrzeniem łączącym dusze – nie tylko w tym momencie, ale i stale – tak jakby czas przestał istnieć a otaczała nas tylko wszechobecna, nieśmiertelna miłość.
Niegasnąca gwiazda naszego szczęścia.

.

Myślę, że kiedyś znajdziemy się tam na zawsze.
Wiem, że to zawsze jest już teraz.

*  *  *

.

WIELKI KANION NA WIELKIM OBRAZIE

.

Thomas Moran, „The Grand Canyon of the Yellowstone

.

Wielka była moja radość, kiedy zwiedzając Smithsońskie Muzeum Sztuki Amerykańskiej w Waszyngtonie, stanąłem przed wspaniałym obrazem Thomasa Morana „The Grand Canyon of the Yellowstone”.
Ucieszyłem się z kilku powodów:

– Yelllowstone przez wiele lat był oczkiem w mojej głowie, kiedy wybierałem się tam prywatnie, a wcześniej pilotowałem w tym Parku Narodowym dziesiątki grup, z którymi przemierzałem ogromne przestrzenie amerykańskiego Zachodu, którego krajobrazowego splendoru nigdy nie miałem dość. (Mogę się tutaj – powiedzmy, że na marginesie 😉 – pochwalić, że jestem autorem pierwszej polskiej monografii Parku Narodowego Yellowstone, publikowanej w odcinkach w prasie polonijnej, a następne włączonej, niemal w całości, do mojej książki „Podróże”)

– Bardzo cenię Thomasa Morana nie tylko dlatego, że był wybitnym malarzem pejzażystą, ale również dlatego, że walnie przyczynił się do powstania pierwszego parku narodowego na świecie, jakim był właśnie Yellowstone NP. Moran był bowiem jednym z członków ekspedycji Haydena, jaką rząd amerykański wysłał do eksploracji Yellowstone w 1871 roku (tak się złożyło, że było to dokładnie w lecie 150 lat temu!). Jego szkice oraz opisy, jakie wtedy sporządził, uświadomiły Amerykanom unikalność, znaczenie i piękno tego rejonu Gór Skalistych na tyle, że rok później prezydent Ulysses S. Grant podpisał Yellowstone National Park Protection Act, ustanawiając tym samym pierwszy park narodowy na świecie.

– Podziwiam estetyczne walory tego ogromnego formatowo obrazu, które mimo kolorystycznej emfazy i przejaskrawienia znakomicie oddają potęgę, dramatyzm i urodę Wielkiego Kanionu Yellowstone, uważanego (nie tylko przeze mnie) za jeden z przyrodniczych „cudów” świata – i jeden z najpiękniejszych zakątków naszego globu. Światło i rzeźba kanionu może się wydać przesadzona, ale w rzeczywistości zdarzają się takie momenty, kiedy słońce tak właśnie – mocno i jaskrawo – oświetla niezwykłe formy skał tworzących ściany kanionu, iluminując je także i wydobywając przez to niesamowitą kolorystykę Kanionu – z potężnym wodospadem w jego głębi.

– Nic dziwnego, że punkt widokowy, z którego Moran malował swój obraz, został nazwany jego imieniem. Należy on do jednych z najlepszych, z których można podziwiać Wielki Kanion Yellowstone. Co ciekawe, w Parku Narodowym Wielkiego Kanionu Rzeki Kolorado w Arizonie, również znajduje się miejsce Moran Point, które zawsze było moim ulubionym, gdyż wydało mi się ono najciekawszym punktem widokowym z tych, położonych na południowej krawędzi Wielkiego Kanionu.

*  *  *

MARMUROWY LAS

.

Wśród kolumn rotundy Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie

Wielka jest potęga czarnych kolumn z marmuru dźwigających sklepienie budowli, którą stworzył człowiek na chwałę swoją i tych, którzy w cierpieniu, trwodze, zachwycie i radości poszukiwali nie tylko piękna, zaklinając je w materii, ale tego, co ludzkie i nieludzkie w nich samych i w innych – boskich a może i nieboskich stworzeniach pojawiających się i znikających na ziemi – maleńkiej skalnej drobinie wirującej w przepastnym kosmosie, zagubionej w nieogarnionej otchłani pustki, której nie może wypełnić nawet ta nieprzeliczona ilość gwiazd i galaktyk.

Co począć z taką myślą pojawiającą się w twojej świadomości, kiedy tak idziesz przez ten czarny las marmurowych pni gigantów, które tak naprawdę – podobnie jak ty – są znikomością?

Teraz wydaje się ten gmach wieczny, ale przecież wiesz, że to tylko kwestia czasu, kiedy nie pozostanie tu kamień na kamieniu.

Gdzie wtedy będziesz ty… jeśli będziesz?

Czy masz tylko tę chwilę i może jeszcze kilka następnych?
Poza tym, że wiesz, że nic nie wiesz – wiesz tylko to, że wszystko jest Tajemnicą. Że dane ci jest zmagać się z tą największą z wszystkich Tajemnic, która skrywa przed tobą Sens Wszystkiego i twoje przeznaczenie w Wieczności.

*  *  *

© ZDJĘCIE WŁASNE

 

Z ANIĄ NA SZLAKU

.

Nad Jeziorem Michigan

.

       Może to sprawa szczególnej pory w moim życiu?
Bo chciałbym Wam – stałym, ale i zabłąkanym tu przypadkiem – Czytelnikom tej strony przedstawić moją Żonę Annę. Widzę, że z biegiem czasu mój blog staje się nieco bardziej osobisty – Wizja Lokalna jakoś częściej wchodzi w moje życie – więc czas wspomnieć tutaj o kimś, kto jest dla mnie w życiu najważniejszy.
Czy będzie to podróż sentymentalna? Być może, ale na pewno nie będzie ona czułostkowa ani – nie daj Boże! – ckliwa.

      Tak się złożyło, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat sporo podróżowałem. Przez jakiś czas – dawno, dawno temu – robiłem to nawet zawodowo, organizując i prowadząc wycieczki (najczęściej po Ameryce Północnej, ale wypady z grupami na inne kontynenty też mi się zdarzały). Później zacząłem się wybierać w świat prywatnie – samemu, niekiedy w jakimś miłym i ciekawym towarzystwie – ale z czasem w tych podróżach coraz częściej towarzyszyła mi Żona. W końcu starałem się podróżować tylko z Nią. I muszę Wam powiedzieć, że było to (i jest) dla mnie najlepsze i najszczęśliwsze towarzystwo – na pewno z nikim innym tak dobrze by mi się nie podróżowało, jak z moją Anią.
Nie wiem, komu? (czemu?) mam za to dziękować – Bogu, Szczęściu, Losowi, Miłości – w każdym razie wdzięczny jestem za ten czas spędzony z najbliższą mi osobą – nie tylko w domu, ale właśnie również w podróży.

       Tych wojaży było sporo. Kiedy tylko mogliśmy sobie na to pozwolić, to wyruszaliśmy w świat kilka razy do roku, często w bardzo odległe i egzotyczne strony. Właściwie zorganizowanie całej podróży i ustalenie jej planu (skreślenie itinerary, rezerwacje…) leżało w mojej gestii. Ania się na to godziła, bo mi ufała – wiedziała, że wycisnę z przygotowywanej wyprawy to, co najlepsze. (Tutaj skrzywienie zawodowe było dla mnie niczym innym, jak przyjemnością). Kondycję w zasadzie mieliśmy taką samą, podobne upodobania, jeśli chodzi o akomodację i przemieszczanie się po odwiedzanym kraju. Podobne też mieliśmy zainteresowania, taką samą ciekawość nowych miejsc i ludzi. Ania zawsze była bardziej śmiała… czy też bardziej skłonna do nawiązywania kontaktu z obcymi, a ja na tym tylko korzystałem, bo jednak największym skarbem wszystkich krajów są zamieszkujący je ludzie. Muszę też wspomnieć o tym, że Jej opiekuńczość była dla mnie zawsze wielkim komfortem.

       To ciekawe, jak dwoje ludzi o tak odmiennych charakterach i temperamentach, potrafi swój związek nie tylko stworzyć, ale i zachować na długie lata (nie chcę tu uderzać w tak solenne i patetyczne tony, ale jestem pewien, że w naszym przypadku, będzie tak do śmierci).
I to jest bez wątpienia głównie zasługą Żony – istoty znacznie mądrzejszej ode mnie… przynajmniej życiowo ;). Tym bardziej, że ja to raczej utracjusz byłem. Może z wiekiem bardziej dojrzałem a nawet zmądrzałem (choć w to ostatnie to jednak wątpię).

       Najchętniej wybieraliśmy się w góry na tzw. „łono” natury (zdarzało się nam przechodzić po górskich szlakach ponad 20 km dziennie); lubiliśmy też Ocean, morze, spacery po plaży, tropikalne wyspy (przede wszystkim Karaiby i Hawaje)…
Nigdy nie mieliśmy dość amerykańskiego Zachodu: od pustynnego Południowego Zachodu (Kalifornia, Nevada, Arizona, Utah), przez stany Gór Skalistych (Kolorado, Idaho, Montana, Wyoming), po szczególnie darzony przez nas sentymentem Pacyficzny Północny Zachód (Waszyngton, Oregon).
Dość często wyjeżdżaliśmy do Azji – a to ze względu na bogactwo kulturowe i etniczne tamtych krajów (tzw. „podróżą życia” dla nas były Indie). Do miast – i współczesnej cywilizacji – ciągnęło nas mniej, ale też nie unikaliśmy zwiedzania ciekawych metropolii, ani nawet… muzeów (oboje bardzo lubimy malarstwo). Spodobały nam się niektóre zakątki Europy – w Hiszpanii, we Włoszech, Szwajcarii, Norwegii…

       Oczywiście zawsze brałem w te wojaże fotograficzny aparat, robiąc całą masę zdjęć. Te, które wydawały mi się najbardziej udane, publikowałem na moich stronach w Internecie (np. TUTAJ albo TUTAJ), część udało mi się wydać w formie książkowo-albumowej („PODRÓŻE”).
Prawdę mówiąc nigdy nie lubiłem, kiedy ktoś mnie fotografował – o fotografowaniu siebie samego nawet nie wspominam (nie wiem, czy zrobiłem więcej jak dwa selfie w swoim życiu), czego teraz żałuję, bo jednak warto mieć taką pamiątkę z pewnych miejsc – zwłaszcza z takich, w których się jest pierwszy i być może ostatni raz w życiu.
Natomiast bardzo lubiłem fotografować swoją żonę – zwłaszcza na szlaku. Bynajmniej nie dlatego, że jest taka fotogeniczna (no cóż, chyba jednak jest :) ), ale dlatego, że najczęściej jej sylwetka ożywiała po ludzku surowe zwykle – choć bez wątpienia piękne – naturalne lub cywilizacyjne krajobrazy, scenerie i pejzaże. Pozwalała też na ogarnięcie proporcji – zwłaszcza wielkich przestrzeni i ogromnych tworów (czasem nawet cudów) Natury.
Niewielki wybór tych fotografii pozwalam sobie tutaj zaprezentować.

*  *  *

UWAGA: należy kliknąć na zdjęcie, aby zobaczyć go w pełnym wymiarze (do czego zachęcam)

.

Pod Mount Robson w Brytyjskiej Kolumbii (Kanada)

.

.

W Kanionie Paprociowym w Kalifornii

.

.

Pod palmami na wyspie Saona (Dominikana)

.

.

Surowość i piękno północnej krainy – okolice Lysefjorden w Norwegii

.

.

Był kiedyś las – na wydmach Silver Lake SP w Michigan

.

.

Nd Dolnym Wodospadem Naturalnego Mostu w Górach Skalistych Kanady

.

.

Na którejś z osobliwych plaż Morza Andamańskiego w Tajlandii

.

.

Na bezdrożach Big Island of Hawaii – a gdzieś tam w dole Zielona Plaża (Hawaje)

.

..

Pod lodowcami Mount Rainier w stanie Waszyngton

.

.

Wyglądając za wodospadem na szlaku Eagle Creek w Oregonie

.

.

Spacerując po dachu Domu Opery w Oslo (Norwegia)

.

.

Na szlaku w Alpach – masyw Jungfraujoch w Oberlandzie Berneńskim (Szwajcaria)

.

.

W lesie kolumn, pod arkadami Wielkiego Meczetu Mezquita w Kordobie (Hiszpania)

.

.

Na grani równej z chmurami pod Mount Blanc we Francji

.

.

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie – w Tombstone, mieście (martwych) rewolwerowców, w Arizonie

.

.

Wśród oszałamiającego kwiecia w Oregonie

.

.

Zagubiona w kolorowym tłumie – na targu rybnym Sassoon Docks w Bombaju (Indie)

.

.

Odpoczywając w hamaku na wyspie Virgin Gorda (British Virgin Islands)

.

.

Razem nad Niebieskim Miastem Dżodhpur w Twierdzy Mehrangarh (Indie)

.

.

Na Cape Flattery – Półwysep Olympic w stanie Waszyngton

.

greydot.

greydot.

I JESZCZE GARŚĆ ZDJĘĆ:

.

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

BARKISSIMO

.

Na łajbie Barkissimo – Zatoka San Francisco, Kalifornia

.

.

Gdzie gitara – tam dźwięk

trafia w końcu do serca.

Barkissimo kołysze się na wodzie

cichy szmer Zatoki

wkrada się dyskretnie

nie psując nut.

.

Chwilo trwaj… jeszcze trochę

zanim odpłyniesz do krain zapomnienia

gdzie gubi się nasza pamięć

a wraz z nią my sami

łapiący ostatnie promienie

zachodzącego na zawsze Słońca

.

* * *

BEZTROSKIE LATA

.

Lato, lato, lato czeka – razem z latem czeka rzeka… Wspominając rzekę dzieciństwa i wakacje na wsi

.

       Lato. Wakacje. Rzeka. Olszyna. Łąka. Bławatki w zbożu. Truskawki, maliny, papierówki, agrest, jeżyny… Pomidory „malinówki” prosto z krzaka, marchewka prosto z grządki. Jajka podkradane babcinym kurom. Podchody. Wyprawy do pobliskich lasów. Koń Bułanek. Jazda drabiniastym wozem, pomaganie dziadkom w żniwach. Butelki sprzedawane po złotówce w punkcie skupu. Chleb ze śmietaną i cukrem. Pierogi z borówkami prosto z lasu. Poziomki. Grzybobranie, kozaki, borowiki, opieńki, rydze, muchomory… Ziemniaki z sosem z kurek. Kanie smażone jak schabowy. Palant, „noga”, „2 ognie”, „kiczki” za stodołą u sąsiada. Zabawy „w chowanego” i „w łapanego”. Gry z nożem z kolegami, a obok pasące się krowy. Chodzenie „na opyle”. Ganianie boso po piaszczystych ścieżkach. Chowanie się w snopkach pszenicy. Łąka tętniąca życiem i pełna polnych kwiatów. Zajadanie się „kwaskami”. Nawlekanie tytoniu. Budowanie szałasów, domków na drzewie, tuneli w wysokiej trawie. Strzelanie z procy do słoików. Puszczanie latawców. Łowienie ryb w rzece za pomocą kosza. Wyciąganie spod korzeni raków rękami. Smażenie płotek, sumów i szczupaków na ognisku. Zastawianie rzeki baryłami – budowanie tamy, spiętrzanie wody, by można w niej pływać.
Wylegiwanie się na kocu w ogrodzie i czytanie, czytanie, czytanie

* * *

       To taka spisana ad hoc lista tego, co przywołują wspomnienia naszych wakacji na wsi – tego co było dobre i chyba już na zawsze odeszło w przeszłość. Wydaje mi się, że obecne młode pokolenia nie są nawet w stanie wyobrazić sobie takiego dzieciństwa – a więc tego, co straciły – i czego nigdy już nie przeżyją w swoim wypełnionym technicznymi gadżetami, laptopami, smartfonami – z namiastką ludzkich kontaktów w rzeczywistości sztucznie wykreowanej i wirtualnej. O covidowym szaleństwie izolacji, restrykcji i lockdownów nawet nie wspominam, bo to już zupełnie chora rzeczywistość i karykatura normalnego życia w społeczeństwie.
To naturalne, że wspominając nasze dzieciństwo i młodość, przeszłość zwykle idealizujemy, wybieramy z pamięci to, co było dobre, wracamy do chwil, kiedy czuliśmy się pełni życia i szczęśliwi. Wypieramy zaś to, co było złe, co bolało, czego się baliśmy, co nam dokuczało… Bo przecież życie – w każdych czasach i w każdym wieku – to żadna sielanka i bajka nie jest. A jednak… często jesteśmy skłonni powtarzać – i mówimy to szczerze – że dawniej jednak to jakoś fajniej było (nawet jeśli odnosi się do banałów i rzeczy trywialnych).

* * *

       Zdjęcie powyżej przedstawia właśnie jedną z takich szczęśliwych chwil beztroskiego lata podczas wakacji. Zrobione zostało (już nie pamiętam przez kogo) w rzece, która płynęła (i nadal płynie) tuż za płotem domu mojego rodzinnego w Giedlarowie. Wiedziałem, że takie zdjęcie istnieje. Od dłuższego czasu dopytywałem się o niego i szukałem wszędzie, ale bezskutecznie. Aż wreszcie niedawno jakaś dobra dusza przesłała mi go mailem.
Zdjęcie przedstawia część naszej wakacyjnej szajki (w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem na nim jedynym facetem – ale to nic dziwnego, bo zawsze ciągnęło mnie bardziej do dziewczyn i kobiet, niż do chłopaków i mężczyzn ;) ).
Wszystkich (wszystkie te dziewczyny) bardzo dobrze pamiętam. Od lewej pławią się w rzece: Dorota, Władzia, Baśka, Hania, Grażyna, Halina, moja siostra i ja (jako jedyny płynę kraulem ;) ).

* * *

Powiązany wpis: Książki mojego dzieciństwa

.

GNOTHI SEAUTON

*

Poznaj samego siebie – tak już mawiali starożytni.
Każdego ranka więc, przy goleniu,

patrzę na tego faceta w lustrze i uważam, by nie zaciąć się

żyletką, którą wymachuje on pod moim gardłem.

*

*  *  *

Tak się złożyło, że znalazłem się w szczególnym momencie swojego życia.  Stąd ostatnio te – bardziej osobiste niż zwykle wpisy, częstsze nawiązywanie do spraw tzw. „ostatecznych”, większa bezpośredniość, może nawet prostota, której skądinąd mógł ktoś zarzucić zbytnią oczywistość. Postanowiłem też pozbyć się anonimowości, która niby to skrywała się za dość pretensjonalnym jednak nickiem (swoją drogą historia jego powstania i funkcjonowania stanowi osobny temat) – choć oczywiście nie była ona broniona za wszelką cenę, bo kto chciał, to za pomocą kilku kliknięć w linki na moich stronach mógł odkryć moją prawdziwą tożsamość. Ale nie jest to tutaj tak istotne.

Tak więc, od kilku dni – powróciwszy niejako „z martwych”, czyli z dalekiej podróży – liżę rany i mam już na tyle sił, by postanowić jednakże (z kilku powodów) kontynuować tego bloga, który stał się poniekąd częścią mojego życia, nazwijmy to „intelektualnego”. Naturalnie, wbrew temu co dominuje na początku tego wpisu (a więc pytanie o możliwość poznania samego siebie) nie chciałbym aby moja własna osoba wypełniała tę stronę, więc po kilku bardziej osobistych wpisach postaram usunąć się niejako w cień, zajmując się sprawami bardziej uniwersalnymi i dla innych czytelników ważniejszymi, niż ja sam. Oczywiście – wszystko na miarę moich sił, możliwości i zmieniającej się sytuacji.

Szukałem sposobu aby jakoś o tym wszystkim tu powiedzieć i przypomniałem sobie o słowach, jakie kiedyś umieściłem na poprzednim blogu pod wpisem „Poznaj samego siebie”, który – z grubsza rzecz biorąc – sceptycznie wyrażał się o naszej zdolności poznania siebie samych. Bo, tak naprawdę, nawet – a może zwłaszcza – dla nas samych, skrywamy się za zasłonami, które sami cały czas tkamy. Niezwykle trudno jest nam uchwycić naszą własną istotę na tle ciągle zmieniających się sytuacji i kontekstów – i wobec zmiennych relacji z innymi ludźmi. Inną sprawą jest pytanie o sens wiedzy o sobie samym.

Ilustrację wpisu stanowi autoportret jaki wykonałem w ubiegłym roku podczas pobytu w Parku Narodowym Olympic w stanie Waszyngton – a konkretnie w hotelu Lake Quinault Lodge. Miał to być rodzaj żartu, do którego namówiła mnie Ania, zmierzwiwszy mi uprzednio włosy i każąc przejrzeć się w lustrze – z twarzą, na której ciągle były znaki wielokilometrowego szlaku, z którego dopiero co wróciliśmy. Niech to więc będzie usprawiedliwieniem tego nieco obłędnego fizys i szaleństwa w podkrążonych oczach, które i tak nadaje twarzy bardziej znośny wyraz, niż ten, który by się objawił, gdybym takie zdjęcie zrobił sobie teraz. A żart ten z kolei miałem zamiar wykorzystać do wpisu o naszych blogowych narcystycznych skłonnościach, którego kluczowe pytania miały dotyczyć granic naszego wirtualnego ekshibicjonizmu, dzielenia się publicznie własną tożsamością (wliczając w to nasz wizerunek), tudzież w ogóle – sensu prowadzenia bloga i zawartych w tym elementów autopromocji, czy choćby tylko (zastępczej?) realizacji naszych własnych potrzeb. Takie były plany – życie poszło własną drogą.

Przy okazji pozdrawiam wszystkich tych, którzy od dawna zaglądają na moją stronę, jak również tych gości bardziej przypadkowych, których ślady widać jedynie w zwiększającej się ciągle ilości odsłon na Wizji. Dziękuję zwłaszcza tym, którzy uważniej traktują to, co chcę tutaj przekazać oraz tym, którzy chcą wymienić ze mną opinie na tematy, które poruszam – i choć nie robię sobie większych złudzeń co do trwałości, autentyzmu i głębi wirtualnych kontaktów – to chcę wyrazić wdzięczność tym, którzy w taki lub inny sposób towarzyszą tej mojej internetowej przygodzie od wielu lat.

Stanisław Błaszczyna

*  *  *

PS. Wpis ten po raz pierwszy pojawił się na tym blogu 3 listopada, 2013 roku.

.