(…)

**

Reklamy

DEKALOG PODRÓŻNY

.

Na Czarnej Plaży - Hawaje

Na Czarnej Plaży – Hawaje

.

W swojej książce „The Tao of Travel” Paul Theroux podaje chętnym do wyruszenia w świat dziesięć zasad (porad):

.
1. Wyjedź z domu
2. Podróżuj samotnie
3. Podróżuj lekko.
4. Weź ze sobą mapę
5. Podróżuj lądem
6. Przejdź pieszo przez granicę narodową.
7. Prowadź dziennik
8. Czytaj powieść, która nie jest związana z miejscem, w którym przebywasz
9. Jeśli musisz mieć telefon komórkowy, staraj się go nie używać.
10. Zaprzyjaźnij się

.

Ciekawe. Jednak należy pamiętać, że pan Theroux jest podróżnikiem „zawodowym”, tudzież pisarzem profesjonalistą – a to po to, by się nie wpędzać w niepotrzebne kompleksy.
Poza tym, zaczął on to swoje włóczęgi po świecie w czasach kiedy podróżowało się zupełnie inaczej niż dzisiaj (i to nie tylko dlatego, że nie było jeszcze wówczas przewodników Lonely Planet).

Można by rady Theroux poddać szczegółowej i rozległej analizie, jednakże pozwolę sobie tutaj na rzucenie kilku dość luźnych uwag à propos każdego „przykazania”.

Ad 1. No tak, wyjazd z domu wydaje się warunkiem koniecznym do tego, by poznać świat indywidualnie, doświadczyć go na własnej skórze, poczuć wszystkimi zmysłami – przemieniając też to wszystko w doświadczenie duchowe. Wprawdzie można podróżować jedynie palcem po mapie i we własnej wyobraźni – ale czy to może zastąpić prawdziwą podróż? To jest dobre jeśli jest impulsem do działania, jeśli stanowi preludium naszej przygody – mobilizując nas do poczynienie konkretnych planów podróży, które znajdą w końcu swoje spełnienie.

Ad 2. Dobrze jest podróżować samotnie. Dobrze jest podróżować w towarzystwie. Tak czy siak… dobrze jest podróżować w ogóle. Jeśli jednak podróżujemy z kimś, to oczywiście towarzystwo to jest bardzo ważne. Tak więc powinno być ono dobre – także wtedy, kiedy podróżujemy samotnie i jesteśmy skazani na towarzystwo samego siebie.
Coś jednak jest na rzeczy w tej radzie Theroux, by podróżować samemu. Bo wydaje się, że podróżnik, kiedy jest sam, może się bardziej skoncentrować – i to nie tyle na sobie, co na własnych doświadczeniach. Ale przede wszystkim na świecie, który poznaje – wejść w bliższy kontakt ze spotkanymi ludźmi (chodzi zarówno o tubylców, jak i innych podróżnych) oraz z miejscami, które odwiedza.

rejs po Brahmaputrze - Tybet

Rejs po Brahmaputrze – Tybet

Ad 3. Tak, dobrze jest mieć lekki bagaż – i nie czuć tego ciężaru posiadanych rzeczy na grzbiecie. Choć ciężar, jaki się ma w duszy, może jednak sprzyjać naszej podróży i ją pogłębić. Przydaje się też więc tzw. „bagaż” doświadczeń. Lecz to prawda: czy widział ktoś prawdziwego podróżnika z wielkimi walizami wypełnionymi toną ubrań na zmianę? Większości wystarcza plecak. I nie mówi się wtedy zbyt dużo o higienie, która nie idzie raczej w parze z włóczęgowskim szlajaniem się po świecie

Ad 4. Mapa jest ważna. Uwielbiam mapy! Wszystkie moje podróże rozpoczynają się od dokładnego studiowania mapy (co było ważne zwłaszcza wtedy, kiedy sam byłem pilotem grupy i ustalałem dla niej trasę podróży). Tak, była to swego rodzaju podróż palcem po mapie, ale już wtedy można buło poczuć dreszcz zbliżającej się przygody. Podsycała się też tym sposobem ciekawość – pragnienie poznania nieznanych jeszcze miejsc.

Ad 5. „Podróżuj lądem.” Hm… dobrze mówić. Ale jeśli chce się dotrzeć do Australii albo Nowej Zelandii? A pisząc poważniej: zasadniczo podróże odbywają się (wypełniają) na lądzie. Samolot jest bardzo dogodnym środkiem lokomocji, który pozwala nam w stosunkowo krótkim czasie dotrzeć do najbardziej odległych zakątków Ziemi. A po wylądowaniu – zaczyna się przecież nasza podróż po lądzie, która może trwać dowolnie długo (w miarę dysponowania czasem, chęcią i środkami, którymi możemy się w podróży wesprzeć). Zaś statek – podobnie jak jacht, żaglowiec, czy łódź – to już zupełnie inna para kaloszy.

Ad 6. Pieszo przez granicę? Tak, to nie to samo, co przekraczanie tej granicy na wodzie czy w powietrzu. Lecz znowu – jak to zrobić, jeśli wybieramy się na inny kontynent i zamiast trzech tygodni wołami musimy przelecieć ten sam dystans w dwie godziny samolotem? Ale rzeczywiście – jednym z moich najmocniejszych (i niezapomnianych) wrażeń podróżniczych było (piesze) przekraczanie granicy Indii z Nepalem. (Dużo by pisać dlaczego.)

Ad 7. Nie zawsze jest czas na prowadzenie dziennika w czasie podróży. Ale warto to robić. Nigdy w domu nie napiszemy czegoś takiego, jak na gorąco, w trasie (bo jest to bardziej sprawa specyficznego stanu ducha, niż wiedzy). W pisaniu o wrażeniach z miejsc, które odwiedzamy, preferuję szczerość. Lekkie podkolorowywanie jest dopuszczalne (można to uznać za pewną „literacką obróbkę”), ale kompletna konfabulacja, przeinaczanie lub ignorowanie faktów – już nie. Irytuje mnie czasem dość bezmyślny „zachwyt” nad „bajkowością” czy „magicznością” miejsca (tego typu frazesy), podczas gdy w rzeczywistości nic magicznego ani zachwycającego tam nie widzimy, wręcz przeciwnie – jesteśmy zawiedzeni, rozczarowani – niekiedy nawet zdegustowani tym co zastajemy (a przecież to ostatnie także może być źródłem interesującego doświadczenia i opisu). Dla mnie bardzo ważny jest jednak autentyzm.

Ad 8. Czytać w trakcie podróży książkę nie związaną z krajem, w którym podróżujemy? No, trochę to przewrotne. Ja się nie dziwię panu Theroux, że podróżując kilka miesięcy po jakichś pustkowiach (zwłaszcza pociągiem), może już mieć czasami wszystkiego dość i chce się od tego oderwać. Ale my? Jeśli mamy na podróż najwyżej kilka tygodni i każda chwila jest dla nas cenna, by chłonąć dane miejsce, kraj, ludzi? Według mnie rada trochę kosmiczna. Jeśli już, to właśnie czytać książkę związaną z odwiedzanym krajem – o przewodnikach nie wspominając.

Ad 9. Precz z komórkami! (To już wolę lochy.)
Jeśli jednak mamy przy sobie komórkę (i zakładając, że jest tzw. „zasięg” – a w najciekawszych kątach Ziemi tego zasięgu najczęściej nie ma), to warto ją używać jedynie jako swoiste „narzędzie” pomocne nam w podróżowaniu. Nie jest dobrze, kiedy w podróż ciągniemy ze sobą cały nasz wirtualny świat – z Facebookiem na czele.

Ad 10. „Zaprzyjaźnij się.” O tak! To jest moim zdaniem najcenniejsza rada jaką daje nam Paul Theroux. Jednakże przyjaźń to duże słowo. Przyjaźń wymaga sprawdzenia się, spełnienia, a na to potrzeba pewnych warunków, jak również czasu. Może więc mówmy o próbie zbliżenia się do ludzi, których w czasie naszej podróży spotykamy (chodzi mi zwłaszcza o tubylców, ale nie tylko). Bez tego nigdy nie będziemy w stanie poczuć smaku, istoty, ducha kraju, który odwiedzamy i który chcemy poznać. A czasami wystarczy jedna chwila, kilka zamienionych słów, jedno wymowne spojrzenie, jeden uśmiech…

I na koniec: fotografowanie w czasie podróży. Wprawdzie Theroux nie formułuje tego jako kolejnego „przykazania” to jednak uważa, że robienie zdjęć jest przeszkodą dla pamięci, bo powoduje, że nie trzeba już danej rzeczy pamiętać. Ponadto, jego zdaniem, tworzy to dystans między rozmówcą a podróżującym. I dlatego nie zabiera ze sobą w podróż aparatu.
Mam zupełnie inne zdanie na ten temat, niż Theroux. Nie chcę podróżować bez aparatu fotograficznego (choć oczywiście taką podróż jestem sobie w stanie wyobrazić, a nawet docenić pewne jej zalety). Bowiem zdjęcia nie tylko dokumentują moją podróż – one stają się jakby częścią kraju (i ludzi), który zwiedziłem, a który chcę zapamiętać. I dzięki tym zdjęciom ten kraj w pewnym sensie mogę zabrać ze sobą do domu. W ten sposób niejako zostaje on ze mną na dłużej. I jednak fakt, że robię ludziom zdjęcia, zbliża mnie do nich – przynajmniej takie mam wrażenie.
Myślę, że na miejscu będzie jeśli przytoczę tu kilka słów, jakie na temat fotografowania (i tej jego ujemnej strony) napisałem podczas mojej podróży po Indii (teraz zauważyłem, że pobrzmiewa w nich zastrzeżenie jakie wysnuł Theroux): „Wyjazd do Indii z traktowanym poważnie aparatem fotograficznym ma swoje dość istotne konsekwencje. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo nadmiernej estetyzacji tego kraju. Również wizualizacji, która zajmuje się powierzchnią, przez co można mieć problem z dotarciem do wnętrza i poznania głębi. Ograniczenie się do patrzenia na obcy kraj przez wizjer aparatu zwiększa zwykle dystans do jego prawdziwej esencji.
Z drugiej jednak strony czuję (być może wikłam się tu w sprzeczności), że w jakiś sposób o wiele uboższe byłyby moje wspomnienia i doświadczenie Indii, gdybym teraz, po powrocie, nie mógł się wesprzeć tymi wszystkimi zdjęciami, gdzie utrwaliłem napływające do mnie zewsząd obrazy, odwiedzane miejsca, a przede wszystkim setki ludzkich twarzy spotkanych osób, w których oczach mogę dziś oglądać ich dusze, dopowiadać sobie historię ich życia.”

*  *  *

Mozaika zdjęć z moich podróży: Świat w obrazach.

.

Nie, żebym przeszedł na buddyzm - to mnisi zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia w jednej ze świątyń w Mandalay (Birma)

Nie, żebym przeszedł na buddyzm – to mnisi zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia w jednej ze świątyń w Mandalay (Birma)

.

GRANICE I PRZEJŚCIA… (na brzegu życia i otchłani)

(zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVI)

Pejzaż zimowy Podkarpacia

Pejzaż zimowy na Podkarpaciu

.

Sami wymyślamy symboliczne granice (choćby takie jak ta, zbliżająca się – noworoczna) by mieć poczucie możliwości zmiany, transgresji, odnowy… Tworzymy w ten sposób wyjątkową porę, kiedy możemy odegrać pewien rytuał przejścia – wszystko z nadzieją na lepszą przyszłość. A ona będzie jaka będzie, bez względu na naszą życzeniowość (wishful thinking) i zaklęcia: dla jednych lepsza, dla innych zaś gorsza – i oby tych pierwszych było znacznie więcej. Większość z nas nie dotrzyma noworocznych postanowień, ale o tym przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Teraz o tym nie myślimy… no i dobrze, bo i po co psuć sobie humor?

Lata mijają, nowy rok będzie za chwilę starym, a my – stojąc na brzegu życia i otchłani – widzimy płynącą rzekę czasu, która zabiera z sobą bezpowrotnie sporą część naszego świata. Ale i przynosi coś nowego. Ginie jednak nie tylko to, co sprawiało, że czuliśmy się szczęśliwi, ale również i to, co było dla nas nieszczęściem (może to być poniekąd naszą pociechą). Czas jest bowiem niewybiórczy i ślepy. Może dlatego jest sprawiedliwy? Lecz niestety – jest też przy tym bezlitosny, o czym świadczą nie tylko coraz liczniejsze zmarszczki na naszej twarzy i coraz więcej siwych włosów (albo tych włosów coraz mniejsza ilość).

Życie jest straszne i cudowne zarazem – podobnie jak świat, w którym żyjemy – pełen zarówno piękna, jak i potworności; śmieszności, jak i grozy. Trudno więc stwierdzić, że znaleźliśmy się na tym świecie w nagrodę, a tym bardziej, że jesteśmy tutaj za karę. To, że w ogóle jesteśmy, graniczy jednak z cudem, albo też i jest już cudem samym. W sumie… niepojętym, nawet dla takiego niesamowitego tworu, jakim jest ludzki mózg – całkiem możliwe, że będący najbardziej złożoną częścią Wszechświata, zbliżającą nas w jakimś stopniu do samego Boga (czy też sił, które nas stworzyły).

* * *

Jeśli istniejemy w czasie, to przemijanie jest czymś nieuniknionym. Przemijania nie ma tylko tam, gdzie nie ma czasu. A tego nie sposób sobie wyobrazić, ani też pojąć.

* * *

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.
Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?
A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe) jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…
A może jednak początkiem czegoś innego?

* * *

Piękno przyrody (świata) zawsze zauważamy wpierw tam, gdzie jest (było) środowisko, w którym dorastaliśmy. I to pozostaje taką naszą cezurą, wzorem, punktem odniesienia… właściwie na całe życie. Do tego odnosimy wszystko to, co spotykamy w całym naszym późniejszym życiu – to nadaje jakby tonację temu, co przeżywamy już jako dorośli w naszym związku z Naturą, cz też – ogólniej – z całym otaczającym nas zewnętrznym światem.

* * *

Rozpacz jest jednym z nieodłącznych elementów ludzkiej kondycji. Może ją spowodować nie tylko własna nieuleczalna choroba, ale i np. utrata kogoś bliskiego, zniewolenie, kalectwo, cierpienie, nieodwracalność losu… cała masa innych nieszczęść jakie dotykają ludzi. Można nawet powiedzieć, że rozpacz (despair) jest jednym z fundamentalnych doświadczeń egzystencjalnych człowieka.
Rozpacz niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z „żalem chwil teraźniejszych, czy minionych” – to nie ten ciężar gatunkowy, nie ta intensywność uczuciowa, nie ta sfera dramatu życia.

Naturalnie istnieją sposoby, czy też drogi, którymi można (starać się) uciec rozpaczy. Dla wielu ludzi czymś takim jest np. wiara. Albo… udawanie, że coś takiego, jak rozpacz nie istnieje, że nie ma ona do nich przystępu.

Ponadto rozpacz nie ma dobrej „prasy” – ot, choćby na blogach, czy na Facebooku – bo wszystkich obowiązuje pop-kulturowa dyktatura dobrego zdrowia, pozytywnego myślenia, indywidualnego szczęścia, pomyślnego życia… Tylko niekiedy robi ktoś w tym wyłom – ale to jednak wymaga pewnej odwagi, a nawet… determinacji.

* * *

Rozpacz, mimo wszystko, znana jest niemal wszystkim ludziom – nawet (a może zwłaszcza?) tym, którzy zdolni są do miłości (bo pojawia się zawsze wtedy, kiedy traci się kogoś, kogo się kocha).

W jednym ze swoich esejów Tischner zwrócił uwagę na to, że w polskiej literaturze brak jest wnikliwego i wszechstronnego opisu rozpaczy. I zastanawia się dlaczego (Polacy o rozpaczy nie mówili)?: Może nie wypada pisać o rozpaczy? Może temat rozpaczy został poddany cenzurze – tej „honorowej” np., która zakazuje przyznawać się do słabości? (Tak jakby rozpacz była słabością, a nie zdolnością doświadczenia egzystencjalnej głębi i wrażliwością.)
Według Tischnera powodem tego była szeroko w Polsce rozpowszechniona wiara religijna, która właściwie zakazywała rozpaczać, bo – jak pisze Tischner – „rozpacz była ‚upadkiem’, poniżeniem ‚godności’, ujmą na ‚honorze’, a przede wszystkim grzechem”.

* * *

„Kiedy nie można znaleźć nawet śladu rodzinnego domu, kiedy odmienione są drzewa i rzeka, jedynym głosem, jaki spodziewamy się usłyszeć od pielgrzyma, jest głos rozpaczy, lament, gorycz.” (Julia Hartwig – poetka, o „Dworze” Miłosza.)

Wydaje mi się, że Miłosz był przywiązany nie tyle do miejsca, w którym dorastał, co do czasu, kiedy dorastał. Podobnie: był bardziej przywiązany do języka polskiego, niż do samej Polski. Materia obchodziła go o tyle, że dzięki niej mógł snuć swoją poezję, mierzyć się z kulturą i jej ideami – z intelektualnym konceptem. Wychodził od konkretu ale zawsze ciągnęło go w ezoteryczne krainy, ku metafizyce. To wszystko świadczy o jego religijnym temperamencie. Ale to nie powinno dziwić, bo większość poetów ma taki temperament.

* * *

„Jeśli nie wystarcza tu sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nie uświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.” (Erich Fromm, „O sztuce miłości”.)

Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz. Ale dzięki Bogu kryje się w nim także potencjał szczęścia. Zresztą, rozpacz podobna jest do szczęścia w tym, że nie jest czymś permanentnym, stałym: szczęśliwym się raczej bywa, niż jest – rozpaczać też nie można długo (zwykle rozpacz przechodzi w melancholię i smutek – a wreszcie mija… jak wszystko inne).

Tak, można powiedzieć, że przemysł rozrywkowy podszyty jest strachem, nudą i pustką – tym wszystkim, co świadczyć może o skrywającej się za tą jałowością rozpaczy.

* * *

Wszystko się zapętla i łączy – jest właściwie jednym (dlatego każdy początek jest jednocześnie końcem – a czas nie ma w tym wszystkim żadnego znaczenia). Nasz język, podobnie jak percepcja, jest ograniczony i niezdolny do nazwania (określenia) tego, co poza nami i poza naszym światem. I poza czasem. A to, co poza czasem, jest właśnie wiecznością. (Wieczność jest bezczasowa – tylko dlatego może być wiecznością. Jest czystym istnieniem – a nie trwaniem.) Czas nie może być atrybutem tego, co istnieje wiecznie.

* * *

CZŁEKOZWIERZENIA (poema życiowe naiwne)

*

I

Jeszcze nie pora by zgasić wszystkie lampy świata

Zasłonić ciemną kurtyną okno z widokiem na gwiazdy

Zamknąć wszystkie drzwi bez klamek i dziurek od klucza

Przykryć się całunem chłodnym jak zimowa noc

I już nie słyszeć więcej słów, kroków, płaczu ani śmiechu

W ciszy niebijącego już serca i zastygłej w żyłach krwi

*

II

Jeszcze czujesz swe ciało, choć coraz bardziej ci obce

Jeśli coś boli to wiesz, że ten ból w końcu przeminie

Bez większej zadyszki wdrapujesz się na wysokie góry

By z ich szczytów napawać oczy niezwykłym widokiem

Nadal możesz smakować słodycz lub cierpkość owoców

Których obfitość, kształt i kolory nie przestają cię dziwić

Czułym dotykiem oswajasz otaczającą cię zewsząd materię

Pod twoją dłonią staje się ona czasem posłuszna jak pies

Szukasz, sięgasz po formę, chwytasz, obejmujesz, wąchasz…

Ot, choćby tę karafkę wypełnioną do połowy płynem

Krople czerwonego wina drażnią delikatnie twój język

Cieszą oko refleksy światła – promienie tańczące na szkle

Oszałamia cię zapach i piękno wdzięczących się kwiatów

Śpiewy ptaków kryjących się w gęstwinie i koronach drzew

Zapuszczasz się w dzikie dżungle, w egzotyczne pustynie i puszcze

W lesie gubisz szlak bo wypatrujesz zwierząt i potrafi cię zdumieć

Szkliste oko sarny i niesamowite pręgi na tygrysiej skórze

Zwaliste cielsko grizzly i majestatyczne poroże wapiti

Uderzające piękno twoich braci mniejszych i większych

Cały ten inwentarz i menażeria ziemskiego poletka

Podobnemu niebu ale i podobnemu piekłu

Do którego i ty masz szczęście i nieszczęście należeć

*

III

Między jednością a osobnością plącze się twoja świadomość w Naturze

Wtedy, kiedy czujesz, że jesteś jedną z przyrodzonych jej cząstek

Może cię cieszyć ta więź – przepełniać błogie poczucie harmonii

Ale bywa też tak, że wobec Przyrody czujesz się obco, nieswojo

Bo przecież zostałeś kiedyś wygnany z jej naturalnego Raju

Dowiadując się wówczas (na dobre i na złe), że jesteś jednak INNY

Możesz to uznać za bezcenny dar, ale też i za wieczną klątwę, bo odtąd

Rozdarty między wspomnieniem niewinności a przekleństwem wiedzy

Żyjesz na granicy naturalnie i sztucznie stworzonych światów

Wiesz za mało by stać się w pełni mądrym i rozumnym człowiekiem,

A jednak zbyt dużo, by pozostać dzikim i bezmyślnym zwierzem

*

IV

Dzieciństwo – młodość – wiek dojrzały – starość

W jakim to wieku jesteśmy najbardziej sobą?

Jaką to porą świat odbieramy zmysłami najostrzej?

A znów kiedy ogarniamy go myślą najpełniej?

Czy może jest tak jak pisał swego czasu Szekspir: 

„Młodości nie masz ty ani starości – to jakby tylko w drzemce

Śniły się one tobie bardziej lub mniej nieprzytomnie”

Ale czy to głos doświadczonego rozsądku czy też fanaberia

Bo przecież nic tak nie trwoni życia jak młodość

I nic tak jak starość nie ciuła każdej jego chwili

(Mimo że tych oszczędności nie sposób jest wydać)

Dojrzewamy ale czy z wiekiem stajemy się lepsi i mądrzejsi?

Czy jesteśmy jak wino, które im starsze tym bardziej szlachetne?

To, co w młodości jest słodkie, bywa często gorzkie na starość

Siwe włosy dodadzą ci może więcej powagi, lecz nie poważania

Pociecha, że przełoży się to na szacunek do ciebie jest złudna

Zresztą – cóż po szacunku gdy całe ciało zaczyna się rozpadać

Odmawiając posłuszeństwa jak rozregulowany mechanizm,

do którego, tak naprawdę, nie ma żadnych części zamiennych

Gdy jesteś młody, nie potrzeba niczego, co dodawałoby ci skrzydeł

Ale gdyś stary i niedołężny, potrzebujesz kogoś, kto podsunie ci basen

Jak pisał wieszcz: wiek cię zamroczy, pochylisz ku ziemi poradlone czoło

„Tępymi oczami” zakreślisz świata marne i zamglone koło

A samolubna młodość zatryumfuje, „opleśniałej zbywszy się kory”

Nie myśląc o tym, że i ona sama wkrótce stanie się podobna do niej

*

V

Jeszcze nie zobojętniały ci kuszące podszepty Erosa

Nadstawiasz uszu bo ktoś – lub coś – obiecuje ci rozkosz

Kątem oka spostrzegasz zgrabną kibić młodej dziewczyny

Tudzież podniecającą krągłość piersi kobiety dojrzałej

Burzę niesfornych włosów rozwiewanych przez wiatr

Długie nogi wyłaniające się spod kusej spódniczki

Wąską suknię opinającą jędrne pośladki i kryjącą łono

Preludium do chwili zapomnienia się w dreszczach

Kiedy wszystko przestaje istnieć – nawet cierpienie

Zamieniane w przyjemność rozchodzącą się w ciele

I niosącą przy tym zapomnienie o złu tego świata

W równym stopniu boskiego, co i diabelskiego przecież

Ale czy podobna dwoistość znajduje się też w seksie?

Czy można w nim znaleźć jakiś święty pierwiastek?

Innymi słowy: czy to, co erotyczne, może też być i sakralne?

Czy orgazm jest czymś więcej niż tylko nerwowym spazmem

Nagłym skurczem mięśni zwalniającym twój mózg od myślenia?

Chciałbyś w tym zespoleniu (nie tylko ciał, ale i dusz) odkryć rys metafizyczny

Tylko czy z metafizyką może mieć cokolwiek wspólnego oksytocyna?

*

VI

Jak dużo zostało w tobie zwierza, jak dużo jest z człowieka?

Czy podszept serca tkliwy to nie jest podstęp hormonów,

Które chcą się dobrać do lepszej puli genów skrytych

W powabnych ciałach roześmianych i kwitnących dziewcząt?

Układałeś wiersze o miłości – mądre i głupie, proste i złożone

I nawet wierzyłeś w to co piszesz, bo nie chciałeś myśleć

O wielkim poruszeniu w okolicach swojego podbrzusza

Ani o tym, że to co się dzieje w głodnym seksu ciele

Jest tak pospolite jak sfora psów uganiających się za suką w cieczce

Ale ty byłeś oczywiście inny – bo otoczony książkami w bibliotece

Gdzie zamieniałeś nocne polucje na wysublimowaną poezję Rilkego

I gdzie czytałeś o romantycznych uniesieniach wielkich kochanków

O zatracaniu się ich w sobie – o zgubnych namiętnościach, pasji

O uczuciach płonących i pożądaniu silniejszym od śmierci

Czy były to tylko rojenia zbyt gorącej głowy?

Wysiłek mózgu chcącego się uporać z zalewającą go chemią?

A może jednak, mimo wszystko, jakiś boski był w tym zamysł

Na zwierzęcej osnowie budowana ludzkiej duszy wzniosłość

Gdzieś w idealnej krainie marzeń, pragnień, wyobrażeń i tęsknot

Spełniająca się potrzeba wyższego jednak rzędu?

Choć nadal trudno czasem ci rozstrzygnąć czy zadurzony człowiek

Bardziej subtelnym kochankiem jest, czy też pożądliwym samcem

(Tak więc – jest wielka miłość, a może tylko chuć i złudzenie?)

*

VII

Jak dużo zostało w tobie zwierza, jak dużo jest z człowieka?

Zabijałeś dla zabawy choć wcale nie było to konieczne

Nikt ci nie wydzierał ubitej zwierzyny, nie musiałeś walczyć

Z innymi drapieżnikami, ani oznaczać swoich terenów łowieckich

Bo supermarket z mięsem był tuż za rogiem osiedlowej ulicy

Pełen zaszlachtowanych zwierząt pokrojonych w porcje,

Zamienionych dla ciebie w steki, pasztety, bitki i kiełbasy

Wystarczyło tylko panom rzeźnikom pokazać plastik

Karty kredytowej – tej przepustki do świata konsumpcji,

Który podsuwa ci pod nos wszystko co potrzebne i niepotrzebne

Mamiąc obfitością nie znającą umiaru, taktu i granic, choć ty

Nie jesteś w stanie tego wszystkiego połknąć, przeżuć ani strawić

Napawając się złudnym bogactwem (podobno) lepszej części świata

Oddającego się orgii używania, zysku i chciwości – pogoni za zbytkiem

Czyniąc z Wielkiego Żarcia świąteczny rytuał i konsumpcyjny dryl

A ze sztuki kulinarnej domenę drapieżcy pozującego na degustatora

(Tak więc – są wielkie uczty, a może tylko żer i trawienie?)

*

VIII

Betonowe żyły miasta pełne wody i ścieków – w nich to co pijesz i to co wydalasz

Arterie asfaltowych dróg, zatory z samochodów – zawał wielkiej metropolii

W blaszanych pudłach zamknięte dzieci śmietniskowo-złomowej cywilizacji

W tłumie, wśród ruchu i zgiełku – atak warkotu silników i fabrycznych syren

Otaczają cię dźwięki, wibruje powietrze nad ulicą – dnem kanionu z wieżowców

Mija cię masa nieznanych ci ludzi – ich twarzy nie zapamiętasz nigdy

Są podobni do ciebie lecz nie tacy sami – choć blisko ciebie, to jednak odlegli

Rozmawiają, rozglądają się, biegną – wydaje im się, że rozpraszają samotność

A ona przylega do nich tym mocniej – im bardziej są osaczani przez maszyny i czas

Ale też jest inne miasto – z promieniem słońca tańczącym na ozdobnym gzymsie

Z żywym gwarem i uciechą na placach wypełnionych kolorowym tłumem

Modrą taflą jeziora wielkiego jak morze, które tną dzioby jachtów i łodzi

Miasto z Magnificent Mile, która rzeczywiście wydaje się niektórym wspaniała

Z budowlami strzelistymi – ścianami lśniącymi od szkła, aluminium i stali

A nad tym niebo jasne, błękitne i wielkie jak sklepienie kosmicznej katedry

Jedno miasto a dwa różne obrazy; jedna wrażliwość lecz dwa różne doznania

Po jednej stronie nalot koszmaru i alienacja, po drugiej – prawie że miejska idylla

Który z tych obrazów jest bardziej prawdziwy? A może oba są równie fałszywe?

Bo powierzchnia nigdy nie mówi o prawdzie tego, co wewnątrz

Może dlatego iż musi to być (jak każda prawda) przed nami zakryte?

*

IX

Gdzie są ci wszyscy nasi przyjaciele? Na wszystkie strony świata rozrzucił ich los

Jedni drugim przestali być potrzebni więc przyjaźń poszła w odstawkę

Pozapominali, zobojętnieli, wycofani… omotani we własne sprawy jak w kokonie

Który dla wielu bardziej pułapką jest, niż osłoną przed niebezpieczeństwami życia

Lecz komu z nas obcy jest grzech zaniechania, lenistwa – braku odwagi, słabości?

Przyzwolenia na to, by życie przeciekało nam przez palce, a czas zacierał pamięć

Tego, co obiecywaliśmy sobie w młodości – i tego, co wtedy obiecywał nam świat?

I tylko wspomnienie słońca, które jednak świeciło wówczas jaśniej

I wody, która była czystsza, bardziej rześka i źródlana

I wiatru, który nie wiał jeszcze wówczas prosto w oczy

I łąk pełnych owadziego gwaru, porośniętych soczystszą wtedy trawą

I drżenia dziewcząt, których białe piersi wypełniały nasze dłonie

I muzyki, muzyki, muzyki – zamkniętej teraz w szafie pełnej zakurzonych płyt

 *

X

Stosunki z Bogiem, kiedy byłem dzieckiem – to była też ciekawa sprawa

Bo na początku był on wielkim i dobrotliwym starcem z długą siwą brodą

(Trochę jednak wydawał mi się za stary jak na ojca wszystkich ludzi)

Mówiono mi że jest nie tylko dobry i mądry, ale i wszechmogący oraz sprawiedliwy

Przepełniony bezgraniczną miłością nie tylko do mnie i do innych dzieci

Ale i do wszystkiego, co stworzył (a stworzył ponoć wszystko:

Od najmarniejszego robaczka po koronę stworzenia, czyli nas samych)

Jednakże w świętych księgach wyczytałem też o jego gniewie

O próżności, zaborczości, zazdrości… o tym, że jest żądny hołdów

I nie mogłem zrozumieć dlaczego tak znęca się nad tym biednym Hiobem

Dlaczego jeden naród jest dla niego lepszy od drugiego?

Dlaczego jednego człowieka uczynił pięknym, bogatym i zdrowym,

Drugiego zaś biednym, szpetnym, nieszczęśliwym i chromym?

No i skąd tyle cierpienia i grozy w tym podobno najlepszym ze światów?

Po co mu te wszystkie dary, bogactwa, kadzidła, świątynie?

Całe zastępy wielbiących go na kolanach sług i poddanych?

Czy aby na pewno stworzył On nas na podobieństwo swoje?

Czy może jednak to my uczyniliśmy Go podobnym sobie?

I skoro taki jest wspaniały, to dlaczego kryje się przed naszym wzrokiem

Milcząc jak zaklęty w odległych i niedostępnych nikomu zaświatach?

Ot, naiwne, dziecięce pytania, chodzące kiedyś człowiekowi po głowie,

Na które zresztą i dzisiaj trudno jest znaleźć mu odpowiedź

*

XI

A skoro nikt i nic ci nie odpowie, to może nie warto jest pytać?

A może to, iż nie ma odpowiedzi jest już odpowiedzią tobie?

Także pytania mogą być skargą wykrzyczaną w Otchłań

Kosmosu przepastnego – tej międzygwiezdnej studni bez dna

Podobnie jak szept, który słyszą tylko twoje cztery ściany

Celi życia i śmierci, w której zawsze będziesz tylko sam

mimo tłumu współwięźniów, jakie się przez nią przewiną

*

XII

Czy może więc powiedzieć (lub tylko pomyśleć) człowiek wątpiący i rozczarowany:

Nie znając sensu, nie mając nadziei – czy pozostaje ci coś więcej nad absurd?

Masz duszę na ramieniu, na karku czujesz zimne tchnienie pustki

Życie twoje jak bańka mydlana, którą rozwiewa lekki podmuch wiatru

Życie twoje jak iskra, którą zgasić może kropla najmniejszego deszczu

Twój oddech krótki, twoje serce słabe, twoja krew za gęsta

Nie masz niestety żadnej przyszłości w swoim śmiercionośnym ciele,

Które życionośne jest zaledwie przez chwilę – wydane na pastwę niszczącego czasu

Czy pociechą może być dla ciebie to, że trafisz tam gdzie byłeś

(a raczej cię nie było) – przed twoim narodzeniem?

Czy po to tylko wyciągnięto cię (wrzeszczącego) za uszy z nicości

By zaraz wrzucić cię (niemego) do dołu niczym wór starych kości?

I czy rzeczywiście tym, co trafi tam na drugą stronę, będziesz nadal ty?

.

Bo wszystko czym jesteś i co tworzysz przeminie

– zamieni się w popiół, ruinę i proch

Powietrzem, którym oddychasz, będzie oddychał kto inny

– i kto inny będzie pił wodę, którą teraz pijesz ty

Ktoś inny będzie szedł po twoich śladach, które i tak wcześniej zostaną zatarte

To kim jesteś obecnie nie będzie mieć żadnego znaczenia dla tych co przyjdą po tobie

I nikt nie będzie pamiętał twojego imienia

Ani żadnej rzeczy, która twoja jest

(Więc po co to wszystko? Po co?)

*

XIII

Czy musisz być materialistą, ateistą, sceptykiem, nihilistą… by stwierdzić:

W Świętych Księgach są tylko słowa, w Świętych Rzekach zwykła woda płynie

Błogosławieństwo to jedynie gest, a znak krzyża na piersi to tylko ruch ręki

Religia to narkotyk, kulturą przytępiamy nasze kły i pazury
Wszyscy żyjemy w kłamstwie, nie mamy dostępu do prawdy
A nawet jeśli ją poznamy, to nie jesteśmy w stanie jej pojąć
Pozostaje nam tylko ślizganie się po powierzchni rzeczy i zjawisk
Które w rzeczywistości są zupełnie czymś innym, niż my to postrzegamy
Wiara w cokolwiek pozwala utrzymać się na powierzchni życia
Lub choćby tylko przysposobić do wchłonięcia przez nicość

Mgłą jest to co widzimy, ledwie cieniem kładącym się na dnie oka

Rozmywa się przed nami każdy obraz, rozwiewa to co wydaje się solidne

Świat wokół nas jest tylko złudzeniem, nasze myśli iluzją, a całe życie snem

Takie to wszystko wydaje się nam już teraz, a co dopiero będzie za miliardy lat?

Zaginą cywilizacje, wymrze to co żyje, przepadną wszelkie wspaniałości Ziemi

Nasze Słońce wybuchnie, zamieniając się w wielką czarną dziurę

Trawiąc wcześniej w ogniu wszystkie krążące wokół niego planety

I nie pozostanie z nas nic prócz atomów rozproszonych po Wszechświecie

Rozdzielonych na zawsze pustą przestrzenią i martwotą doskonałej próżni

*

XIV

Nadając sens temu światu i mając nadzieję – dopiero wtedy możesz żyć naprawdę

Cieszyć się chwilą (o ile tylko jest to możliwe), świętować każdy przeżywany dzień

Pisać pieśni nad pieśniami – lub choćby tylko zachwycić się kształtem czy kolorem liścia

Chwalić bogów, dzień i gwiazdy – czy choćby tylko uśmiechnąć się do bliźniego swego

Zamiast rozmyślać o tym, że wszystko to marność, działać: posadzić drzewo, ugotować ryż

Zamiast wybiegać myślą w zaświaty – zrobić jakiś mebel, pasać kozy lub naprawić płot

Nie pozwolić by cierpienie robiło z ciebie niewolnika, podobnie jak przyjemność

Lecz poddać się pasji i wypełnić tym, co jest najważniejsze w życiu – Miłością

Znaleźć własną miarę codziennego życia, swoje miejsce wśród innych monad tego świata 

Bo o tamtym – drugim świecie – nie wiemy zgoła nic 

(Dlaczego jednak to, co pozytywne, musi brzmieć jak nieznośna dydaktyka?

I czy stając po stronie życia możemy tak całkiem zapomnieć o śmierci?)

*

XV

Dorosły umysł – mówią – nie kwili ze strachu, tuląc się w kojących go złudzeniach

Nie mami się urojeniami, nie ucieka w fantazje, nie buduje zamków na lodzie

Widzi wszystko takie jakie jest naprawdę – ogarnia też myślą to, co niewygodne

Patrzy czasem z goryczą, ale i ze spokojem, nie odwracając oczu nawet

Od dziejącej się hekatomby, skazującej wszystkich na totalną Zagładę

Strącającej wszystko w Przepaść  i obracającej świat cały w Niwecz

(A może jednak to, co wydaje się nam zagładą, jest w rzeczywistości Przemianą?

I nie możemy dostrzec celu, bo wzrok nasz nie sięga tam, gdzie znajduje się Sens?)

*

XVI

Więc potrzebować otuchy może tylko umysł niedorosły?

Uciekając za wszelką cenę od myśli, że POZA nie ma już NIC?

Znosząc nieznośne poczucie absurdu urojonym Bogiem

Tworząc sacrum z niczego i przeciwstawiając to profanum

Próbując tchnąć w materię nieistniejącego rzeczywiście ducha

Wymyślając całe zastępy aniołów i świętych, którzy wszelako

Obecni być mogą tylko w głowie – między synapsami mózgu?

Skazani na mit – tę wieczną epopeję zmyśleń udających prawdę

Nadużywający wyobraźni tylko po to, by wyobraźnię tę stłumić

W opresji dogmatów, bez których nie może się obyć żadna religia

Ludzką niewiedzę zastępując naiwnym surogatem wiary

W coś, co zazwyczaj jest fantastyczne i niewiarygodne

Choć przecież może być tej wiary jak najbardziej godne?

(Lecz kto to wie? Kto wie?)

*

XVII

Więc musisz być dzieckiem by poczuć w sobie Łaskę

Zapomnienia tego, co napawa cię grozą i budzi twój strach?

Więc musisz udawać, chwytać się słów jak magii, owijać kulturową watą

By uchronić się przed prawdą o okropieństwie świata istot żywych?

Więc musisz żyć w kłamstwie, robiąc dobrą minę do niepewnej gry

Pocieszając siebie i innych, że istnieją jakieś drogi wyjścia

Inne niż ta, prowadząca do zimnego i ciemnego grobu

(Ale czy ktoś je zna? Ktoś zna?)

*

XVIII

Na początku słowo było ciałem – tyle że później się rozwiało

zamienione w chimerę, którą do dziś próbujemy schwycić

Machając bezładnie rękami, podrygując śmiesznie jak kukiełki

Paradna błazenada – cyrk rozgrywany na wielkim placu zabaw

Lunapark, w jaki chcemy zamienić pułapkę i więzienie świata

Który, skoro nosi życie, to musi też być cmentarzyskiem

Pokrytym ekstrawagancją efemerycznej wegetacji

Przygotowującej grunt pod finałowy danse macabre

*

XIX

Ale przecież mówiąc o cudowności tego świata także jesteś szczery

Za dar ziemskiego życia wdzięczny jesteś siłom, które cię stworzyły

Choć zdarzało ci się mówić, że na padół ten nie prosiłeś się wcale

Równie mocno wierzysz w to, że zaistnieć wielkim szczęściem było

Jak i w to, że już rodząc się zostałeś wydany na pastwę bezlitosnych mocy

Widziałeś nie raz, jak otwierają się przed tobą ogromne drzwi zachwytu

Ale też świadomy jesteś tego, że złamać cię może zwykła tortura cierpienia,

(Które dobrze jest ci już znane, chociaż cię jeszcze nie zabiło)

Wydaje ci się, żeś już dorosły – to znów, że nadal dzieckiem jesteś

Zarazem trzeźwy i naiwny, silny i słaby – rozczarowany, ale i mający też nadzieję

Na granicy wiary i niewiary – zmuszony jesteś wyznać, że po prostu NIE WIESZ

(Nadzieja nie zawsze jest matką głupich – ona jest także matką niewiedzących)

*

XX

Nie wiesz, ale widzisz – tak, widzisz na pewno: rzeki cierpliwe jak żłobią

Koryta w twardym kośćcu Ziemi. Skały kruszejące bo wystawione do wiatru

Morza i oceany – fale bijące o brzegi. Drzewa rosnące w lasach 

I lasy płonące w żarze. Puszcze pełne stworzeń rodzących się i mrących

Jak mrówki w pysku mrówkojada, jak ryby w wielorybiej paszczy

A tu jeszcze kalejdoskop kolorów, bogactwo form nie znające granic

Wschody i zachody Słońca – a między nimi światło wyłaniające z ciemności

Krajobrazy, ludzi, zdarzenia… i znów pojawiające się w głowie pytania

Czy to możliwe byś tylko przypadkowym świadkiem był

Tych widowisk na ziemi i wielkich spektakli na niebie?

Do których być może przywykłeś, (czy jednak można przywyknąć do cudów?)

Jeśli by człowieka zabrakło, to czy nadal istniałoby piękno?

(Choć gdyby piękna nie było, to nie byłoby też i brzydoty)

Czy gdyby nie ludzkie serce, to czy mogłaby istnieć miłość?

(Choć okrucieństwa bez człowieka także by nie było

– zwierzęce serce nie jest okrutne, mimo że nieludzkie)

Czy bez ciebie życie uświadomiłoby sobie to, że jest śmiertelne?

(Bo bez śmierci możliwe jest istnienie ale niemożliwe jest życie)

Jak długo w twoim sercu mogą być ci, których kochałeś,

A którzy odeszli daleko – za horyzont znanego ci świata?

Czy kiedy twoja pamięć się skończy, to nie przepadną oni wtedy na zawsze?

A może jednak nic i nigdy nie przepada – zmienia tylko formę istnienia

Roztapiając się w boskiej substancji – jednocząc w absolutnej Jaźni?

(Która może wydawać się Pustką, ale na pewno nie może być Nicością)

*

XXI

Lecz jeszcze nie pora by zgasić wszystkie lampy świata

Zasłonić ciemną kurtyną okno z widokiem na gwiazdy

Zamknąć wszystkie drzwi bez klamek i dziurek od klucza

Przykryć się całunem chłodnym jak zimowa noc

I już nie słyszeć więcej słów, kroków, płaczu ani śmiechu

W ciszy niebijącego już serca i zastygłej w żyłach krwi

*

greydot

*

NOTA: Poniższy tekst widniał w nagłówku wpisu podczas ukazywania się poszczególnych części tekstu. Dlatego też nie chciałbym go wymazywać, a tylko zamieścić na końcu wpisu:
Poezja – mimo czytelniczych „ciągot” by czynić z niej przedmiot kultowy – nie jest raczej towarem „chodliwym”. Często nasz stosunek do niej jest dwuznaczny. Bywa, że tracimy do poezji cierpliwość, zwłaszcza wtedy, gdy okazuje się dla nas nieprzyswajalna i niezrozumiała, a już zupełnie odstraszają nas jej dłuższe formy. Dlatego warto chyba docenić moją odwagę zamieszczenia tutaj pewnego eksperymentu słownego. Mimo wszystko żywię taką nadzieję, że spotka się on z czyimś zainteresowaniem. Zanim to jednak nastąpi, pozwolę sobie na kilka uwag: zależało mi na prostocie myśli – stąd być może miejscami zbyt daleko idąca dosłowność wiersza, która może być wzięta za zbytnią oczywistość. Jednakże nie chciałbym stosować tutaj częstego w poezji uniku polegającego na tym, by nie mówić o pewnych rzeczach wprost, a owijać wszystko w liryczną (często jednak pretensjonalną) bawełnę. To jedno, drugie – to obszerność. Utwór ten ma XXI części, co w dzisiejszych czasach (hołubiących ponoć minimalizm, a już na pewno charakteryzujących się informacyjno-konsumpcyjnym short attention span) również może wzbudzić poważny popłoch, czy może raczej – zniechęcenie. Dlatego też postanowiłem nie publikować za jednym zamachem całości, tylko dodawać sukcesywnie (każdego dnia) poszczególne części – dla lepszego ich przyswojenia (najnowsza zawsze będzie wyróżniona czcionką o innym kolorze). Wydaje mi się, że mimo swej dziwnej nieco formy i bezpośredniej frazy, wiersz dotyka miejscami istotnych dla nas wszystkich spraw, nie zawsze jednak (chętnie) artykułowanych (i tak naprawdę, nie jest ważne to, czy można to uznać za poezję, czy też nie – nie pretenduję przecież do, często pretensjonalnego przecież, miana „poety”). Dlatego tych, którzy zdecydują się na jego przeczytanie, zapraszam do podzielenia się z nami swoją ewentualną refleksją (do jakiej być może skłonią pojawiające się coraz to nowe fragmenty).

*

KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA

(wierszyk nostalgiczno-sentymentalny)

.

KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA

.

Co takiego uwodzicielskiego było
na tych białych kartkach papieru
pokrytych czarnymi znaczkami liter
że wolałem wsadzić nos między okładki
książki niż pogonić kota za płotem
wybić klapką muchy w kuchni
a nawet wypuścić się z kimś w słodkie maliny?
Słońce świeciło – jak to zwykle na wakacjach
– jaśniej; trawa, bławaty i rumianek pachniały tak,
że drażniły nos; wiatr szumiał wśród gałęzi jabłoni
a woda w rzece z pluskiem obmywała kamienie,
pod którymi kryły się płotki, szczupaki i sumy.

.

Nie wabił mnie jeszcze wtedy zew
ucieczki w świat do kolorowych ludzi
na pustynie usłane gorącymi piaskami
w dżungle tętniące życiem egzotycznych stworów
nad przepaście kanionów i krawędzie otchłani,
które równie piękne są co przerażające.

.

Najpierw to wszystko obiecała mi książka,
roznieciła pragnienie wyjścia poza słowo
i uczynienie go ciałem, ale w odległej krainie
za siedmioma morzami, za siedmioma górami,
za sosnowym lasem, który – jak mi się wtedy zdawało
– jest niczym wobec zagajnika palm kokosowych
lub strzelistych południowych cyprysów.

.

Tak to w mojej domowej biblioteczce
albo na kocu w ogrodzie między krzewami agrestu
wykuwały się moje dalekosiężne marzenia
rozbujała się wyobraźnia, gorączkowała myśl
zaostrzał się przedsmak i rozbudzała żądza
przeżycia niezwykłej przygody.

Poszedłem więc w świat.
(…)

.

A kiedy po latach wracam do domu,
gdzie na półkach zostały moje stare książki
z pożółkłymi kartami i z niemym wyrzutem,
że przez całe moje dorosłe życie
nie brałem ich do ręki i nie pieściłem wzrokiem
nie wąchałem jak kiedyś i nie podziwiałem
mądrości, bogactwa i piękna obrazów
tam zawartych i myśli wypełniających je
po okładkowe brzegi – to jednak oprócz smutku,
ogarnia mnie też cicha radość,
bynajmniej nie z tego powodu,
że czuję się bardziej doświadczony, mądrzejszy
(bo to jest cokolwiek problematyczne)
ale że znalazłem się tutaj z powrotem
– ze świadomością, że życie musi zatoczyć swój krąg
że to co było na początku, będzie i na końcu
tak samo ważne, cenne i… równie otwarte.

.

Kiedy więc patrzę teraz na książki mojego dzieciństwa,
dotykam palcami ich wyblakłych i wytartych grzbietów
myślę o nich czule, jakbym chciał opowiedzieć im w podzięce
całe moje życie – wszystkie moje złe i dobre przygody
oddać im prawdziwy zapach egzotycznych krajów
nakreślić w nich mapy odległych kontynentów
zaznaczyć wszystkie przebyte tam szlaki
opisać piękno twarzy spotkanych tam ludzi.
Ale też przyznać, że stara jabłoń w rodzinnym ogrodzie,
łąka za płotem, olchy i płynąca nieopodal rzeka
sekwoje w Big Sur i karaibskie plaże,
wielkie lodowce Alaski, pustynny skwar Tybetu
– to wszystko tak naprawdę jest tym samym światem
i że liczą się tylko nasze powroty
oraz pamięć, która ożywia to, co przeminęło
i co ciągle przemija – wszędzie tak samo
(…)

.

Wiersz po raz pierwszy opublikowany został we wpisie MOJA BIBLIOTEKA.

.

MOJA PRZYGODA Z KONTYNENTEM

.

Czym jest powrót do przeszłości? Czy tylko nostalgią? Może próbą zrozumienia siebie samego – tego, kim jesteśmy dzisiaj, także poprzez tego, kim byliśmy kiedyś? Rozliczeniem się z pewnymi okresami w swoim życiu? Wspomnieniem – i utrwaleniem tego – co spotkało nas dobrego? Identyfikacją, nazwaniem i odrzuceniem tego, co było złe? Podzieleniem się z innymi tym, czego dowiedzieliśmy się o świecie – jakich ludzi spotkaliśmy – co przeżyliśmy podczas tej niezwykłej podróży, jaką jest życie każdego człowieka? Każdy może sobie odpowiedzieć na te pytania sam, cofając się do pewnych wydarzeń swojego życia lub poznając to, co przeżywali inni. Oto jedna z moich przygód. Może kogoś zaciekawi?

.

Amerykańska przygoda: trasa kontynentalna - od Pacyfiku do Atlantyku

Amerykańska przygoda: trasa kontynentalna – od Pacyfiku do Atlantyku

.

To były czasy, kiedy jeszcze funkcjonował na świecie – a zwłaszcza w Polsce – mit Ameryki, jako kraju globalnej dominacji i awangardy, jeśli nie kulturowej (bo żywa już była wtedy krytyka macdonaldyzacji świata), to na pewno ekonomicznej i politycznej (Chiny parły już do przodu, ale potęgą jeszcze nie były; Stany Zjednoczone, po upadku ZSRR zdawały się grać pierwsze skrzypce na arenie międzynarodowej, popierając swoich sojuszników, co w świecie arabskim odbierane było jako potwarz, a Huntingtona skłoniło do przekonania o mającym właśnie miejsce „zderzeniu cywilizacji”, wkrótce potwierdzonym w tragicznym ataku na Manhattan). Ponadto, kontynent amerykański zawsze jawił się wszystkim jako ziemia topograficznych niezwykłości, wielkich przestrzeni, przyrodniczych enklaw, unikalnej fauny i flory (w rodzaju słynnego Parku Narodowego Yellowstone) – tych wszystkich pięknych, surowych, nieskalanych cywilizacją krajobrazów, rozpropagowanych choćby przez obrazy z Hollywood (a wiemy, że filmy amerykańskie oglądał – i nadal ogląda – cały świat, spychając na dalszy plan kinematografie lokalne). Nie dziwi więc zainteresowanie Ameryką – pragnienie, by zobaczyć ten kraj na własne oczy – ciekawość żywa zwłaszcza wśród Polaków, których miliony związało z nim, w taki czy inny sposób, swoje losy.
Tak się stało, że przez kilka sezonów w latach 90-tych ubiegłego wieku, starałem się moim rodakom obraz Ameryki przybliżyć – i to poprzez bezpośrednie spotkanie się tych ludzi z kontynentem – organizując i prowadząc wycieczki turystyczne po Ameryce Północnej. Zwiedzaliśmy różne rejony Stanów Zjednoczonych – imprezy te trwały od kilku dni do kilku tygodni – znacznie też różniły się programem. Tutaj jednak chciałbym się skupić na trasie, która była najdłuższa i – jeśli można tak powiedzieć – najbogatsza: niemal czterotygodniowa autokarowa eskapada „from Coast to Coast”, czyli „od wybrzeża do wybrzeża”, mająca swój początek w położonym nad Pacyfikiem Los Angeles, a kończąca się w nadatlantyckim Nowym Jorku. To będzie także pretekst do podzielenia się z Wami uwagami dotyczącymi tzw. turystyki „masowej”, rzeczywistości amerykańskiej (zarówno od strony socjologicznej i politycznej), jak i niewątpliwej „atrakcyjności turystycznej” tej ziemi – być może zahaczając także o nasz narodowy charakter (a o psychologicznych aspektach – i perypetiach – obcowania z rodakami w czasie wspólnego zwiedzania Ameryki, książkę całą można byłoby spisać – pełną tak dumy i radości, jak też pewnej dozy wstydu i żenady).

Odpoczynek na trasie - pod Diabelską Wieżą w Wyoming i polskim orłem na autokarze

Odpoczynek na trasie – pod Diabelską Wieżą w Wyoming i polskim orłem na autokarze

Wycieczki odbywały się pod szyldem chicagowskiego biura podróży Exotica Travel, którego założycielem był Andrzej Kulka, znany obieżyświat, pasjonat poznawania świata i doświadczony podróżnik, jednak ich organizacja należała do mnie (w czym pomagała mi żona Andrzeja, Jola; Andrzej w tym czasie – praktycznie całe lato – przebywał bowiem na swojej ukochanej Alasce), włącznie z ustaleniem programu imprezy, rezerwacją noclegów i zapewnieniem transportu (autokary wypożyczała nam, wraz z kierowcami, zlokalizowana w Arizonie firma VIA). Grupy, które pilotowałem na tej trasie składały się zwykle z 35 – 50 osób i rekrutowały się (najczęściej po połowie) zarówno z amerykańskiej Polonii (klienci naszego biura), jak i z Polaków, „zebranych” przez polskie biura podróży w kraju.
Było to oczywiście spore wyzwanie pod względem logistycznym, które było o tyle łatwiejsze w realizacji, że infrastruktura obsługi turystycznej w Stanach jest doskonale rozwinięta, a ponadto – co było chyba najważniejsze dla powodzenia tych szalonych mimo wszystko imprez – trasa uwzględniała tak atrakcyjne, ciekawe i fascynujące miejsca, że nie miałem większych problemów z ułożeniem programu (niejaką trudność sprawiała tylko konieczność rezygnacji, z tego, co warte było zobaczenia, a na co już nie było czasu). Pomogły mi w tym moje wcześniejsze wizyty w tych miejscach, zarówno prywatne, jak i „zawodowe” – w ramach krótszych wycieczek „tematycznych”, skupiających się na zwiedzaniu poszczególnych rejonów Ameryki (Wielki Kanion, Kalifornia, Yellowstone, Czarne Wzgórza, Niagara – Waszyngton – Nowy Jork, Nowa Anglia, Apallachy… etc.) Nie bez znaczenia były także rady, jakie wcześniej otrzymałem zarówno od Andrzeja Kulki, jak i Tadeusza Reka (właściciela agencji Rek Travel), którzy pilotowali wycieczki, kiedy ja jeszcze nawet o tym nie marzyłem.
Pozwolę sobie tutaj przedstawić program jednej z wersji tej wyprawy, która z roku na rok zmieniała nieco swoje itinerary, trwając kilka dni krócej lub dłużej – w zależności od warunków, jakie wówczas musieliśmy brać pod uwagę. Jednak jej „szkielet” pozostawał ten sam: chodziło o prezentację najatrakcyjniejszych miejsc, jakie można było spotkać na trasie biegnącej w poprzek całego kontynentu – z Los Angeles do Nowego Jorku – i realizowanej w ciągu 22- 27 dni. Oto on (w wersji reklamowej, jaką dostawali do ręki nasi klienci):

.

DZIEŃ 1: Przylot do LOS ANGELES, zakwaterowanie w hotelu.

DZIEŃ 2: HOLLYWOOD * BEVERLY HILLS * SANTA MONICA.  Zwiedzanie Los Angeles i Hollywood: Chiński Teatr, odciski dłoni i stóp filmowych gwiazd. Przejażdżka Bulwarem Zachodzącego Słońca, dzielnica milionerów Beverly Hills, Santa Monica, plaża nad Pacyfikiem.

DZIEŃ 3LOS ANGELES. Dalsze zwiedzanie miasta: studia filmowe Universal (alternatywa: Centrum Getty’ego lub Muzeum Sztuki Współczesnej – LACMA). Park i Obserwatorium Griffith’a, zachód słońca na plaży w Malibu.

DZIEŃ 4: SANTA BARBARA. Kwintesencja Kalifornii: malownicze miasteczko Santa Barbara, zwiedzanie franciszkańskiej misji, historia Kalifornii. Spacery, plażowanie, oceaniczna fauna i flora. Wieczorem – niespodzianka.

DZIEŃ 5: HEARST CASTLE * EL CAMINO REAL * CARMEL * MONTEREY. Ekstrawagancja eklektyzmu i bogactwa: pałac magnata prasowego Williama Hearsta. Widokowa trasa nad Pacyfikiem (El Camino Real – Droga Królewska), przełomy Big Sur i anegdoty o życiu słynnych mieszkańców tej miejscowości (Henry Miller, Orson Welles, Rita Hayworth, Doris Day…), czerwone sekwoje (“redwoods”), niezwykła miejscowość Carmel, misja Ojca Junipero Sera, knajpa Clinta Eastwooda. Kolacja w porcie nad Zatoką Monterey.

DZIEŃ 6: SAN FRANCISCO. Dzień spędzamy w jednym z najpiękniejszych miast Ameryki – San Francisco. Nabrzeże rybackie (Fisherman’s Wharf). Rejs po Zatoce oferujący wspaniałą panoramę miasta i wyspy Alcatraz. Most Golden Gate, niespodzianki… Obiad i zakupy w Chinatown.

DZIEŃ 7: NAPA VALLEY. Dzień pełen relaksu w winiarskim zagłębiu Kalifornii. Wizyta w najciekawszych winnicach: Mondavi, Hess, Coppola… degustacja win i serów.

DZIEŃ 7SIERRA NEVADA * YOSEMITE. Spacery i relaks w Górach Śnieżnych (Sierra Nevada). Park  Narodowy Yosemite (najpiękniejsza dolina polodowcowa na świecie), kąpiel w rzece Merced; imponujące granitowe kolosy Half Dome i El Capitan; sekwoje mamucie, przełęcz Tioga, niezwykłe jezioro Mono…

DZIEŃ 8 : DOLINA ŚMIERCI * LAS VEGAS. Góra Mt. Whitney (najwyższa w USA, bez Alaski). Dolina Śmierci: wydmy, słone równiny, gaj palm daktylowych… Po południu docieramy do szalonego Las Vegas. Pełna wrażeń noc w światowej stolicy hazardu i rozrywki. Nocleg (?) w Las Vegas.

DZIEŃ 9 : LAS VEGAS * HOOVER DAM * ARIZONA.  Wypoczynek i odsypianie nocnych szaleństw. Około południa wyruszamy do Arizony. Zwiedzamy Tamę Hoovera na rzece Kolorado. Arizona – historia i opis stanu.

DZIEŃ 10 : WIELKI KANION KOLORADO. Jesteśmy w jednym z najsłynniejszych cudów przyrody, Grand Canyon National Park. Chętni lecą nad Kanionem samolotem. Niezapomniany film o Kanionie (w technice IMAX). Droga nad południową krawędzią – podziwianie Kanionu z najciekawszych punktów widokowych. Kolacja na terenie rezerwatu Indian Navaho. Dzieje Indian Ameryki Północnej.

DZIEŃ 11 : UTAH * BRYCE * MORMONI. Bajeczne scenerie najpiękniejszego parku stanu Utah: Bryce Canyon National Park. Wyruszamy pieszo na jeden ze szlaków. Po południu przejazd do Salt Lake City. Mormoni.

DZIEŃ 12 : GRAND TETON * JACKSON HOLE. W drodze do stanu Wyoming. Pasmo górskie i park narodowy Grand Teton; jezioro Jenny. Modne miasteczko Jackson, czyli Dziki Zachód par excellence. Nocleg w górskim schronisku w kotlinie Jackson Hole.

DZIEŃ 13 : YELLOWSTONE.  Najstarszy i najsłynniejszy park narodowy na świecie: Yellowstone. Gejzery, błotne wulkany, gorące źródła, dzika zwierzyna, doliny pełne bizonów. Wielki Kanion, rzeka i jezioro Yellowstone.

DZIEŃ 14 : YELLOWSTONE. Kolejny dzień w Parku Narodowym Yellowstone: najsłynniejszy gejzer świata – Old Faithful, fantastyczne scenerie Mamucich Gorących Źródeł, kilkugodzinna wyprawa jednym z wielu yellowstońskich szlaków. Wykład i pogadanka o historii Yellowstone. Nocleg w Montanie.

DZIEŃ 15 : BIGHORN * DEVILS TOWER * DEADWOOD.  Przeprawa przez góry Bighorn. Niesamowita Diableska Wieża. Siedlisko piesków preriowych. Droga do Dakoty Południowej. Deadwood – miasteczko legend Dzikiego Zachodu – awanturnicy, rewolwerowcy, poszukiwacze złota. Nocleg na Czarnych Wzgórzach.

DZIEŃ 16 : BLACK HILLS * MT. RUSHMORE * CRAZY HORSE * BADLANDS.  Góra Mt. Rushmore i wykute na niej głowy 4 prezydentów Stanów Zjednoczonych. Największa rzeźba świata – pomnik wodza Siuksów Szalonego Konia (dzieje wojen z Indianami, życie twórcy Korczaka Ziółkowskiego). Po południu – przejazd do parku narodowego Badlands. Opowieść o Tańcu Ducha. Rzeka Missouri.

DZIEŃ 17 : DAKOTA POŁUDNIOWA – CHICAGO. Droga przez krainę Wielkich Równin prerii: Dakotę Południową, Minnesotę, Wisconsin i Illinois. Po drodze przekraczamy „króleowe” amerykańskich rzek: Missisipi i Missouri. O rozsądnej porze docieramy na nocleg do Chicago.

DZIEŃ 18 : CHICAGO. Dla gości z Polski: całodzienne zwiedzanie “Wietrznego Miasta”: Jezioro Michigan, Sears Tower (najwyższy wieżowiec w USA), Wspaniała Mila, najciekawsze miejsca downtown Chicago (śródmieście). Kolacja na Jackowie – centrum amerykańskiej Polonii.

DZIEŃ 19 : CHICAGO – NIAGARA. Wyjazd z motelu o godz. 5 rano, jazda przez stany: Illinois, Indiana, Ohio, Pensylwanię i Nowy Jork. Przyjazd nad Niagarę. Podziwiamy cud przyrody – wodospady Niagary (Podkowa, Amerykanin) z najciekawszych punktów widokowych. Kozia Wyspa. Nocleg w okolicach Buffalo, NY.

DZIEŃ 20 : APALLACHY. Przejazd przez stany: Nowy Jork Pensylwanię i Maryland. Przepiękne o tej porze roku Appallachy (złoto-czerwona jesień!) Leśny szlak – odpoczynek w górach. Malownicze prowincjonalne miasteczka.

DZIEŃ 21 : WASZYNGTON. Całodniowe zwiedzanie stolicy Stanów Zjednoczonych: Biały Dom, Kapitol (siedziba Kongresu). The Mall: Mauzoleum Lincolna, pomniki poœwięcone bohaterom wojen wietnamskiej i koreańskiej. Wykład o amerykańskiej historii i obecnej sytuacji politycznej kraju (dla zainteresowanych). Kolacja na Dworcu Union Station.

DZIEŃ 22 : WASZYNGTON * FILADELFIA. Dalszy ciąg zwiedzania DC: Monument Waszyngtona, Pennsylvania Avenue. Po południu przenosimy się do Filadelfii, byłej stolicy kraju, gdzie w 1776 r. ogłoszono Deklarację Niepodległości. Starówka, Independence Hall, Dzwon Wolnoœci, dom w którym mieszkał Kościuszko. Nocleg pod Nowym Jorkiem.

DZIEŃ 23 : NOWY JORK (MANHATTAN). Całodzienne zwiedzanie miasta: rejs statkiem pod Statuę Wolności, Światowe Centrum Handlu – World Trade Center (imponująca panorama ze szczytu jednego z wieżowców Twin Towers). Wall Street, Chinatown, siedziba ONZ, Central Park,Times Square, Broadway, 42 Ulica, Manhattan nocą…

DZIEŃ 24 : NOWY JORK. Po śniadaniu dalszy ciąg zwiedzania miasta: Piąta Aleja, Empire State Building, Rockefeller Center, katedra Św. Patryka. Ostatnie zakupy… Pod wieczór odprawa na lotnisku JFK, goodby kisses, wylot do Polski, zakończenie wycieczki. Grupa z Chicago wraca do Wietrznego Miasta.

DZIEŃ 25 : Powrót do Chicago. Szczęśliwe zakończenie podróży.

greydot

Powyższy program siłą rzeczy musiał być szkicowy, zaznaczający jedynie główne punkty programu realizowane w poszczególne dni wycieczki. Wiele miejsc celowo nie zostało objętych oficjalnym programem z uwagi na ewentualne, niezależne od nas przeszkody, które mogły wystąpić, lecz były oczywiście realizowane, kiedy tylko sprzyjały temu warunki i okoliczności. Zależało mi bardzo na urozmaiceniu programu, a jednocześnie nie przeładowaniu go – ważne było zachowanie balansu tak, by uczestnicy nie czuli ani niedosytu, ani też przesytu – a to ostatnie byłoby chyba gorsze od tego pierwszego. Z uwagi na liczebność i zróżnicowanie grupy, program musiał być różnorodny, uwzględniając zarówno zainteresowania amerykańską kulturą i cywilizacją, jak i przyrodą i krajobrazem. To ostatnie akurat było bajecznie łatwe, jako że trasa przebiegała przez rejony, których naturalne piękno według mnie nie ma sobie równych na całym globie.

Ventura Highway - kalifornijska autostrada (widok z tarasu Centrum Getty'ego)

Ventura Highway – kalifornijska autostrada (widok z tarasu Centrum Getty’ego)

Wszyscy zbieraliśmy się w Kalifornii, a konkretnie w Los Angeles, przylatując na lotnisko LAX samolotem – grupa amerykańska najczęściej z Chicago, polska – zwykle z Warszawy. Przybysze z Polski musieli się zaaklimatyzować, a że budzili się wcześnie rano, gotowi do zwiedzania, więc nie było większego problemu z realizacją programu, tym bardziej, że ekscytacja tym, że się jest w słynnym Mieście Aniołów, pomagała przezwyciężyć jet lag – zmęczenie wynikające ze znacznej różnicy stref klimatycznych i czasowych.
Zaczynaliśmy od spotkania z Pacyfikiem, które miało miejsce w Santa Monica (samo miasto LA nie ma dostępu do Oceanu), od spaceru po plaży i słynnym (choćby z „Żądła”) molo, po którym przewalały się tysięczne tłumy – pierwsza okazja, by przekonać się naocznie o niesamowitej różnorodności etnicznej Amerykanów, choć oczywiście kalifornijskie tłumy zdominowane są przez Latynosów. Jeśli czas na to pozwalał, zaglądaliśmy też na osobliwą Venice Beach, pełną kolorowych (i nie chodzi tu tylko o kolor skóry) ekscentryków, ulicznych występów, alkoholowych i marihuanowych oparów, od których jednak łatwo było uciec na obmywane przez oceaniczne fale piasek właściwej już plaży, gdzie słonawy ale rześki zapach morskiej wody mieszał się z krzykiem mew i kormoranów.
W Los Angeles spędzaliśmy zwykle kilka dni, więc nadarzała się okazja, by wybrać się do Malibu, gdzie docieraliśmy słynnym Bulwarem Zachodzącego Słońca, po uprzednim pobycie w Beverly Hills pełnym rezydencji ludzi znanych i bogatych, głównie z branży przemysłu rozrywkowego, wśród których prym wiedli słynni hollywoodzcy aktorzy (pewnego razu, wychodząc z toalety w Beverly Hills Hotel, do którego czasem zaglądaliśmy, wpadłem niemalże na Warrena Beatty). Nie mogło się też obejść bez wizyty w samym Hollywood – w miejscu pod tzw. „Chińskim Teatrem”, gdzie na trotuarze znajdują się odciski dłoni słynnych hollywoodzkich gwiazd; zaglądaliśmy też na kilka godzin do studiów filmowych Universal, które z prawdziwym studio filmowym niewiele wszak mają wspólnego, będąc tzw. „parkiem tematycznym”, co wcale większości uczestnikom naszej wycieczki nie przeszkadzało, dostarczając szalonej zabawy. Alternatywą dla Universal Studios było niezwykle bogate w dzieła sztuki Centrum Getty’ego (swego czasu najdroższy kompleks muzealny na świecie) lub nie mniej bogate (zwłaszcza w dzieła sztuki współczesnej) muzeum LACMA. (O tym, co ostatecznie wybieraliśmy, decydowały wcześniejsze – dokonywane w sposób „demokratyczny” – ustalenia.)

Atrakcji w Los Angeles County nie brakuje a program nasz był na tyle elastyczny, że za każdym razem pozwalał wybrać coś innego, w zależności o oczekiwań i preferencji uczestników wycieczki. Wiec kiedy tylko było można zabierałem całą grupę, by pokazać im niespodziankę – największy na świecie obraz o tematyce religijnej namalowany przez Jana Stykę i prezentowany w wybudowanym specjalnie do tego celu gmachu na terenie Forest Lawn Memorial Park w Glandale – cmentarzu skądinąd równie ciekawym, i to nie tylko architektonicznie, bo znajdują się tutaj miejsca ostatniego spoczynku takich ludzi, jak np. Walt Disney, Clark Gable, Humphrey Bogart, Errol Flynn, Douglas Fairbanks, Nat King Cole, bracia Marx, Mary Pickford, Liz Taylor… a także sam Jan Styka, jak również – ostatnio – Michael Jackson. Warto też było wspiąć się na hollywoodzkie wzgórza, by z bliska zobaczyć ów słynny napis. Natomiast z tarasu pobliskiego obserwatorium Griffitha zobaczyć można było całą panoramę „Wielkiego” Los Angeles – szczelnie wypełnioną miejskimi zabudowaniami olbrzymią nieckę, nad którą zazwyczaj unosił się lekko sinawy smog – mieszanina pary wodnej i samochodowych spalin (mimo że Kalifornia posiada najbardziej restrykcyjny system badania emisji gazów w całych Stanach). Patrząc na bezkres tej urbanistycznej monotonii, można było sobie uświadomić niezwykłą trafność tego, co ktoś kiedyś powiedział o tym mieście: „Los Angeles to siedemnaście przedmieść w poszukiwaniu metropolii”.

Los Angeles to dobre miejsce na pierwsze spotkanie z Ameryką, nie tylko dlatego, że może ono być wstępem do zapoznania się z tym, co cywilizacja Zachodu uczyniła z dziewiczego (z punktu widzenia Europejczyków) kontynentu w ciągu ostatnich kilku wieków, ale i dlatego, że w sposób płynny oszołomienie związane z różnicą czasową, klimatyczną i długim lotem tutaj, wypierane jest przez oszołomienie, nazwę je, „kulturowe”, wywołane zderzeniem się z pewną mitologią LA i całej Kalifornii – także konfrontacją wyobrażeń z realnością (co zresztą uznać można za główny motyw całej naszej kontynentalnej eskapady). Nigdy bowiem nie jest tak, że nasze wcześniejsze wyobrażenia pokrywają się z zastaną przez nas rzeczywistością. Zwykle rzeczywistość ta je przerasta – i to zarówno pozytywnie (kiedy się zachwycamy), jak i negatywnie (kiedy spotyka nas rozczarowanie). Tak, czy siak, wszystko jest inne, niż sobie wyobrażamy.

Póki co opuszczamy metropolię Los Angeles i po Ventura Highway kierujemy się na północ. Czeka nas jedna z najpiękniejszych tras scenicznych świata: biegnąca wzdłuż pacyficznego wybrzeża słynna Highway 1, która bez wątpienia najciekawsza jest na odcinku między San Simeon a Carmel. Lecz wcześniej zaglądamy jeszcze do urokliwego na pierwszy rzut oka miasteczka Santa Barbara, gdzie zwiedzamy malowniczą misję franciszkańską, a zgromadzone tam artefakty są pretekstem do opowiedzenia historii europejskiej kolonizacji Kalifornii, znaczonej zarówno krzyżem, jak i mieczem, wpraszającej się ongiś na te ziemie z całym dobrodziejstwem swojego inwentarza – kultywującą ziemię, ale i niszczącą sposób życia, kulturę, a często i zdrowie czy nawet życie tubylców, zwanych przez kolonizatorów i misjonarzy „dzikimi”.
Dalsza droga na północ przebiega po falujących wzgórzach, których zbocza porastają dzikie zboża (pozostałość po zasiewach misyjnych gospodarstw) nadające im miedziano-rudawy, złoto-miodowy kolor, jak również suchorosty i trawy – to tam gdzie znajdują się ogrodzone drutem rancza, na których pasą się leniwie krowy i konie. W niektórych rejonach zaś zbocza są jasno-zielone: to winnice, gdzie w beczkach lub (częściej) metalowych kadziach dojrzewa dionizyjski płyn otrzymany z gron pino grigio, shiraz lub zinfandel. Droga oddala się co jakiś czas i zbliża do Oceanu, kiedy więc widać plażę, a na niej wylegujące się stada lwów morskich i fok, jest wtedy okazja do tego, by się zatrzymać, rozprostować kości, pospacerować po plaży, zaczerpnąć tlenu i poobserwować na pozór leniwe życie kolonii tych morskich zwierząt.

Złoty posąg z Hearst Castle - z widokiem na kalifornijskie wybrzeże i Pacyfik

Złoty posąg w ogrodzie Pałacu Hearsta – z widokiem na kalifornijskie wybrzeże i Pacyfik

.

Żelaznym punktem programu na tej trasie jest wizyta w osobliwym, lecz niezmiennie robiącym wielkie wrażenie Hearst Castle, czyli w pałacu magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, który widoczny jest z Highway One już z odległości kilku mil – niczym miraż drgający na szczycie wysokiego, nabrzeżnego wzgórza. Pobyt na ranczo Hearsta trwa dobrych kilka godzin: specjalne autobusy zawożą naszą grupę do Pałacu, gdzie przewodnicy oprowadzają nas po komnatach („żywcem” ściągniętych tutaj z europejskich dworów, pałaców i zamków – wraz z całym wyposażeniem w dzieła sztuki, meblami i sztukaterią), wiodą po ogrodach i basenach, z których jeden przypomina jakąś szczególnie pyszną wersję luksusowej rzymskiej łaźni, topiąc się w misternych mozaikach i błękitach ceramicznych wykładzin. Nie tylko oczyma wyobraźni można zobaczyć hollywoodzkie gwiazdy – m.in. Charliego Chaplina, jak pływa w basenie ubrany w śmieszne kąpielowe gatki, zabawiając przy tym znamienitych gości – bo oto w znajdującej się w Pałacu sali kinowej oglądamy film dokumentalny ukazujący high life w stylu retro, w wykonaniu towarzystwa, które zapraszał do siebie Hearst. Wokół Pałacu dziesiątki hektarów ogrodów drzew cytrusowych (pomarańcze i granaty) oraz pastwisk, gdzie przy odrobinie szczęścia dojrzeć można… zebry, których potomkinie swego czasu żyły w prywatnym zoo Hearsta wraz z innymi egzotycznymi zwierzętami, takimi jak słonie, żyrafy, lwy i hipopotamy.

Lecz to nie koniec ekstrawagancji mieszkańców kalifornijskiego wybrzeża, bo oto na naszej drodze czeka nas jeszcze niejedna niespodzianka, z których najbardziej dziwaczną, chociaż nie pozbawioną swoistego uroku, jest zajazd Madonna Inn – niczym wyjęty z bajek o chatce z piernika. Kilkadziesiąt minut dalej robi się jednak bardziej ekskluzywnie i… literacko: docieramy bowiem do owianego legendą (nie tylko amerykańskiej bohemy) Big Sur. Droga jest wąska i niewiarygodnie kręta, skąpo zarośnięte wzgórza ustępują miejsca prawdziwym górom. Ich stoki porasta las coraz większych drzew, wśród których zaczynają się pojawiać redwood, czyli sekwoje czerwone „wiecznie zielone” (tak wiem, zbitka jest trochę dziwna, ale taka jest łacińska nazwa tych drzew: sempervirens) – drzewa, które są najwyższymi drzewami na naszej planecie. Tak, w okolicach Big Sur zaczyna się krasnobór, ale sekwoje tutaj nie są jeszcze tak wysokie, jak na północnym wybrzeżu Kalifornii, blisko granicy z Oregonem. Niemniej jednak spacer wśród wysokich na 70-90 metrów gigantów, czyni z nas mrówki, które nota bene nie mogą wyjść z podziwu nie tylko z powodu rozmiarów tych roślin, ale i z gwałtownej zmiany w ukształtowaniu terenu, tudzież aparycji otaczającej nas flory.
Pojawia się też gratka dla miłośników literatury, zwłaszcza tej bardziej krwistej i pieprznej, którą „strzepną” ongiś ze swojego pióra – czy też raczej wystukał na maszynie do pisania – enfant terrible amerykańskich men of letters, Henry Miller, który Big Sur uczynił swoim domem na wiele lat (a swój pobyt tam opisał choćby w książce „Big Sur i pomarańcze Hieronima Boscha”). Wprawdzie do posiadłości, w której mieszkał pisarz nie ma już dostępu, to jednak możemy się zatrzymać w bibliotece jego imienia – wypełnionej nie tylko wszystkimi dziełami, które spłodził za swego życia Miller, ale i memorabiliami powodującymi, że duch obrazoburczego pisarza daje się wyczuć całkiem wyraźnie – i to nie tylko wśród zwisających z sufitu książek.
Ale to nie koniec naszych zawrotów głowy – czeka nas bowiem jeszcze kilkaset zakrętów – i kilka punktów widokowych na wysokich klifach, skąd roztaczają się widoki nie do opisania, i gdzie szmaragdowo-lazurowe wody Oceanu spotykają się z ciemno-brązowo-zielonymi wzgórzami, obmywając brzegi spienionymi grzywaczami fal, które wciskają się w półkola zatok i uderzają z hukiem o skały. Natura po raz pierwszy daje znać o sobie w tak intensywny sposób – i wrażenie to nie opuści nas aż do momentu, kiedy za kilka tygodni zjeżdżać będziemy ze wschodnich zboczy Apallachów, ku stolicy, na drugim krańcu Ameryki. Tutaj dla grup szczególnie zainteresowanych przyrodą, przygotowaną mam w zanadrzu nie byle jaką niespodziankę: jeśli czas pozwala, zanim jeszcze, opuściwszy dramatyczne wybrzeże Big Sur dotrzemy do Carmel, tuż przed tym miasteczkiem, zbaczamy lekko z drogi i wjeżdżamy do miejsca, które niezmiennie cieszy się moim zachwytem, a mianowicie do rezerwatu dzikiej przyrody zwanego Point Lobos State Preserve. (Nawet nie próbuję tu zaczynać opisu tego wszystkiego, co się tam znajduje, bo zajęłoby mi to kilka następnych scrolli myszką.)

No i wreszcie jesteśmy w Carmel – surowość Big Sur zamieniona w lekko kiczowatą, ale nie pozbawioną też smaku i elegancji, zabudowę miasteczka, które całe wydaje się być jednym wielkim (czy też raczej małym) wypoczynkowym resortem. Czy pasuje to wszystko do Clinta Eastwooda, który swego czasu był tutaj merem? Lecz zostawmy na razie Brudnego Harry’ego (część z nas uda się wieczorem na kolacje do knajpy, której właścicielem jest właśnie Clint, a która nosi jakże romantyczną nazwę: Hog’s Bretah, co daje się przetłumaczyć, jako Oddech Wieprza). Carmel jest niewielkim miasteczkiem, można je obejść spokojnym spacerkiem w parę kwadransów, a zatrzymać się choćby na plaży, na którą nawieziono góry białego, miałkiego jak mąka piasku i gdzie – niemal rytualnie – każdego wieczoru setki ludzi wyczekują na spektakularny zachód Słońca. I tylko nieliczni (jeśli ktokolwiek) wiedzą o tym, że kilka kroków stąd znajduje się nabrzeżny domek z kamieni wybudowany przez jednego z największych poetów amerykańskich Robinsona Jeffersa, (o którym swego czasu tak wiele pisał Miłosz). Nie sposób także pominąć franciszkańskiej misji. Ta w Carmel jest szczególna i to nie tylko dlatego, że znajduje się w niej kościół mający status bazyliki, i że pochowany jest tutaj „szef” Franciszkanów, Ojciec Juniperro Serra, postać intrygująca – tak samo zresztą, jak dzieje i pozostałości całego misyjnego łańcucha, jaki wzdłuż tzw. Camino Real (czyli Drogi Królewskiej), stworzył fanatyczny flagellant Serra. Uderza malowniczość tego miejsca (więc nie dziwi wcale to, że misję San Carlos Borromeo del Rio Carmelo nazwano Klejnotem Misji), jak również jego autentyzm, mimo konieczności przystosowania się do turystycznych wymagań.
Kiedy czas pozwala wybieramy się na przejażdżkę drogą sceniczną 17-Mile Drive, objeżdżając zalesiony półwysep, zasiedlony przez upper class – ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na zakup i utrzymanie posiadłości w jednym z najdroższych zakątków Kalifornii. Droga jest prywatna, trzeba za nią płacić, każdy otrzymuje mapkę z najciekawszymi punktami na trasie, wśród których największą bodaj popularnością cieszy się tzw. Samotny Cyprys – ponoć najczęściej obfotografowywane drzewo kalifornijskiego wybrzeża. Lecz na drodze tej nie uświadcza się tłumów. Jedziemy bardzo blisko Oceanu, tuż obok poszarpanych skał pełnych morskich zwierząt i gwarnych ptasich kolonii; to znów przejeżdżamy przez zielone, schludnie utrzymane pola golfowe, lub lasem, w którym znajdują się rezydencje milionerów. Kiedy kończy się 17-Mile Drive, zaczyna się Monterey, jeden z największych portów rybackich zachodniego wybrzeża. Jet okazja, by wspomnieć o Johnie Steinbecku, który spędził tu kawał swojego życia i utrwalił tę okolicę w swoich najsłynniejszych książkach: „Cannery Row”, „Tortilla Flat” i „Grona gniewu”. Podekscytowani mogą się także poczuć fani muzyczni: to tutaj bowiem odbył się pierwszy wielki rockowy spęd pączkujących wówczas (bo jeszcze przed Woodstock) dzieci kwiatów, a każdego roku ma w Monterey miejsce słynny Festiwal Jazzowy. Po kolacji w porcie – z widokiem na kutry i las jachtowych masztów – wśród krzyków mew i charakterystycznego zapachu morza (zdominowanego przez zapach ryb i rozkładających się wodorostów), pora opuścić to miejsce i uderzyć dalej na północ, bo jeszcze tej nocy czeka nas dotarcie w okolice San Francisco.

Pod mostem Golden Gate

Pod mostem Golden Gate

Jeśli pora jest jeszcze w miarę przyzwoita, czeka wszystkich niespodzianka, którą jest niezwykły widok: San Francisco by nightnocna panorama miasta, którą najlepiej jest zobaczyć z tzw. Treasure Island, położonej na Zatoce San Francisco wyspy (zamiast skarbów wszak, znajduje się tu baza amerykańskich marines; zresztą, właściwa nazwa wyspy brzmi Yerba Buena Island, czyli Wyspa Dobrego Zioła), a stanowiącej lądową podporę dla długiego na 7 km. Mostu Zatokowego (nota bene zbudowanego pod nadzorem Rudolfa Modrzejewskiego, syna słynnej Heleny). Widok rozświetlonego bajecznie skyline San Francisco to niezłe preludium do poznania miasta, zaostrzające apetyt na zwiedzanie, które zaplanowane jest na następny dzień.

Można się chyba zgodzić z tym, że San Francisco to najbardziej malownicze miasto Ameryki Północnej, o bardzo specyficznej atmosferze, posiadające swój wyraźnie rozpoznawalny charakter, który jest wypadkową nie tylko historii tego regionu i zamieszkujących go ludzi, ale i ukształtowania terenu oraz klimatu przypominającego nieco śródziemnomorski w Europie, tyle że otulany często mgłą, której wilgotna „mleczność” sprawia, że wszystko, zwłaszcza na początku dnia, zanurza się tu w odrealnionej bladości, ustępującej stopniowo miejsca kolorom rzeczy rozświetlonych przez Słońce, które zaczyna królować na niebie zwykle gdzieś koło południa, uwidaczniając urodę miasta, Zatoki i okolicznych wzgórz.
Najlepiej jest zacząć dzień od zakotwiczenia się przy Fisherman’s Warf, nabrzeżu portowym, gdzie dziesiątki piersów dają świadectwo tego, jaką potęgą morską było (i nadal jest) San Francisco. Niestety, jest to również epicentrum turystyczne miasta, więc po krótkim pobycie tutaj, dobrze jest wybrać się na rejs po Zatoce, pozwalający na pierwsze bezpośrednie zetknięcie się z potęgą mostu Golden Gate rozpostartego nad wąską cieśniną łączącą Zatokę z Oceanem. Podczas rejsu zapoznajemy się też bliżej z Wyspą Pelikanów, gdzie zainstalowano słynne więzienie Alcatraz (niekiedy udaje się nam zejść tam na ląd i zaglądnąć do smutnych cel oraz wejść na nie mniej ponure dziedzińce – a stanowi to szalony kontrast z atmosferą panująca w mieście, oddalonego zaledwie o parę kilometrów stąd). Po pobycie na Fisherman’s Wharf wybieramy się na objazd całego San Francisco, wyszukując miejsca i punkty widokowe, z których najlepiej byłaby widoczna malownicza uroda tego miasta. Wśród nich są moje dwa ulubione: widok z Twin Peaks (zbieżność nazwy tego wzgórza z tytułem znanego serialu Davida Lyncha chyba przypadkowa), gdzie ze szczytu wysokiego pagórka, wyrastającego w samym środku miasta, doskonale widać jego panoramę – regularną, falującą wraz z pofałdowanym terenem, na którym wybudowano ciągnące się po horyzont osiedla złożone z budynków pomalowanych na jasne, pastelowe kolory. Drugim znakomitym miejscem skąd można zobaczyć całe San Francisco, z jego „oceaniczną” topografią miasta portowego, jest punkt widokowy po drugiej stronie cieśniny, na zboczu góry, która wznosi się nad mostem Golden Gate. Aby tam się dostać, trzeba oczywiście przejechać samym mostem, co jest dla wielu z nas ekscytującym i niezapomnianym przeżyciem, tym bardziej, że mostu Złotych Wrót można dosłownie „dotknąć”, przechadzając się po nim (i mając nadzieję, że akurat wtedy nie spotka się na nim żadnego samobójcy – bo niestety most „cieszy się” z tego powodu złą sławą). Lecz wspomniany punkt widokowy, (na który trzeba się wspiąć krętą drogą, bo położony jest on kilkaset metrów nad poziomem Oceanu) pozwala zapomnieć o całym złu i brzydocie, której niestety nasz świat nie jest pozbawiony. To, co można stamtąd zobaczyć, stanowi według mnie esencję amerykańskiej urody – harmonijne połączenie piękna naturalnie ukształtowanego terenu z urbanistyczną zabudową, która akurat tutaj tego piękna nie gwałci, ale komplementuje je i wzbogaca (w niewielu miejscach na świecie miałem takie poczucie zgodności – zwykle bowiem ubolewam nad faktem panoszenia się cywilizacyjnej sztuczności w autentycznym, naturalnym środowisku, czyli inwazji, która często bywa dla tego środowiska zabójcza). Niepozbawiona gracji – a przecież ciężka i olbrzymia – konstrukcja mostu (nie bez znaczenia jest tutaj styl art deco, w jakim zbudowano Golden Gate, jak również to, że pomalowano go na taki żywy i pogodny kolor, będący czymś w rodzaju połączenia barwy ceglastej z różową), kontrastująca z lazurowo-niebieską wodną taflą Zatoki i modrą migotliwością falującej powierzchni Oceanu, spinająca ze sobą żółto-brunatne zbocza wzgórz osadzonych po obu stronach cieśniny i stanowiąca pierwszy plan dla ogólnej panoramy miasta z widocznymi na horyzoncie wieżowcami dowtnown – to wszystko składa się na jeden z najpiękniejszych amerykańskich pejzaży łączących cywilizację z Naturą (sorry Wschodnie Wybrzeże).

Pamiątka z San Francisco – w tle: słynne kamieniczki “Victorian Ladies” i wieżowce downtown

Pamiątka z San Francisco – w tle: słynne wiktoriańskie domki “The Painted Ladies” i wieżowce downtown

.

Niekiedy, skoro już byliśmy po drugiej stronie mostu, decydowałem się na mały wypad do pobliskiego rezerwatu przyrody Muir Woods, bajecznego lasu, gdzie rosną piękne okazy redwood, (i w którym znajduje się ścięty pień olbrzymiej sekwoi, jaki zainspirował kiedyś Herberta do napisania jednego z wierszy Pana Cogito). A jeśli czas nagli, to wracamy do miasta, by przejechać się słynnym tramwajem po nie mniej słynnych stromych ulicach San Francisco, odwiedzić najbardziej krętą na świecie ulicę Lombard, zajrzeć do jednego z parków, pojawić się na Alamo Square (gdzie stoją pocztówkowe „Malowane Panie” – wiktoriańskie domki, rozsławione przez telewizyjny serial „Full House”); przejechać się ulicą Castro (tu kłania się Milk i centrum gejowskie Ameryki) lub w rejonie Ashbury Heights, gdzie pojawiły się pierwsze dzieci-kwiaty i skąd hippiesowska kontrkultura zawojowała później spory kawał świata, docierając także i do zgrzebnej wówczas peerelowskiej Polski; no a na kolację udać się do chińskiej dzielnicy – żółto-czerwono-złotego zgiełku i kolażu dźwięków, barw i zapachów Azji, która zadomowiła się na kontynencie Ameryki Północnej. Pełni wrażeń, późnym wieczorem wyjeżdżamy na nocleg poza miasto. Będąc na Moście Zatokowym, ostatni raz rzucamy okiem na rozświetlone milionami świateł San Francisco.

Wersja rozszerzona programu uwzględniała także wizytę w Napa Valley – zagłębiu winiarskim Ameryki. Gdzieś tak w latach 60-tych ubiegłego roku amerykańskie wina zaczęły się liczyć w świecie, konkurując z powodzeniem z produktami winnic włoskich, hiszpańskich czy francuskich. Nastąpił wówczas boom, i od tamtego czasu winnicom kalifornijskim (zwłaszcza tym, które położone są w Napa Valley, jak również w sąsiedniej Sonoma Valley) dzieje się dobrze – większość z nich to obecnie bogate posiadłości, mające swój charakter, choć przypominające niekiedy do złudzenia to, co można spotkać w Toskanii, Prowansji czy Andaluzji. Łagodny klimat, dużo słońca, odpowiednio nachylone stoki, dobra (bo niezbyt bogata) gleba – to wszystko przyczynia się się do sukcesu win z dolin Napa i Sonoma. Ale rzeczą równie ważną dla  tego rejonu jest to, że stał się on jedną z największych atrakcji Kalifornii – każdego roku przybywa tu około 5 milionów wizytorów. Niekiedy tę liczbę zasilaliśmy i my sami.
Winnic w Napa Valley jest około 400, wiele z nich można zwiedzić, przyjrzeć się z bliska procesowi produkcji wina, zajrzeć do piwnic, obejrzeć kadzie i beczki, gdzie płyn dojrzewa, wziąć udział w degustacji, która jest pewnego rodzaju ceremoniałem… Pamiętam wizytę w winnicy Roberta Mondaviego (to jest chyba największy winiarski kombinat produkcyjny w Dolinie), w posiadłości Francisa Forsa Coppoli, który jakiś czas temu zajął się na poważnie winogronami; także w winnicy Hessa, która jest o tyle ciekawa, że połączona jest z bogatą galerią sztuki współczesnej (posiada m.in. bogate zbiory dzieł Magdaleny Abakanowicz). W Dolinach Napa i Sonoma można spędzić parę tygodni (jest to bowiem raj nie tylko dla miłośników dobrego wina, ale i znakomitej kuchni), znajduje się tu także wiele ciekawych miejsc związanych z naturą (m.in. gejzery i gorące źródła) – no i nie bez znaczenia w tym wszystkim jest krajobrazowe piękno: łagodne wzgórza porośnięte regularnymi zagonami winnych latorośli, które najpiękniej wyglądają jesienią, czyli w porze, kiedy wszystkie winnice ożywają, mienią się kolorami, nie tylko zielono-żółto-czerwonymi liśćmi, ale i granatowymi lub seledynowymi kiśćmi nabrzmiałych sokiem gron.

W Dolinie Yosemite

W Dolinie Yosemite

Z Doliny Napa odbijało się na południowy wschód i wypatrywało na horyzoncie gór Sierra Nevada, które stanowią potężny granitowy szkielet odgraniczający płaską jak patelnia Dolinę Sacramento od pustynnego interioru. Nevada znaczy śnieg – i rzeczywiście już z daleko zaczynały nam majaczyć na wschodzie białe ośnieżone grzbiety wysokich na 4 km szczytów, wśród których kryła się gdzieś Yosemite Valley – najpiękniejsza polodowcowa dolina na świecie. Zwykle do parku Narodowego Yosemite zajeżdżaliśmy od strony południowej, gdzie – w miejscu zwanym Mariposa Grove – po raz pierwszy mogliśmy zetknąć się z innym gatunkiem sekwoi – gigantycznymi mamutowcami, które są nie tyle najwyższymi (bo najwyższe są sekwoje redwood), co największymi drzewami na świecie (jedno takie drzewko może ważyć ponad tysiąc ton!). Rozmiar tych drzew dosłownie powala z nóg – wydaje się wprost niewiarygodne, że roślinki o podobnych gabarytach mogą żyć na naszej planecie. Przy takim Grizzly Giant (tak się nazywa najbardziej znana sekwoja rosnąca w zagajniku Mariposa), człowiek czuje się niczym  mróweczka, która zadziera swą główkę do góry i nie może ogarnąć potęgi czegoś, co jest żywe jak ona, ale niepomiernie ją przerasta .
Aby dotrzeć do Doliny, trzeba długiej jazdy krętą górską drogą wśród urodziwych tu nad wyraz jodeł, świerków i sosen. Po paru godzinach czekał na nas widok wprost nieziemski, który wyłonił się natychmiast kiedy tylko wyjechaliśmy na światło dzienne z ciemnego tunelu: oto przed nami w całej swej okazałości ukazała się długa na 10 km. niecka o płaskim, porośniętym lasem dnie, otoczona zewsząd wysokimi na kilometr, niebiesko-szarymi, niemalże pionowymi granitowymi ścianami, których potęga i monumentalizm zapierał wszystkim dech w piersiach. Po lewej stronie widoczny był stromy El Capitan – najwyższy na świecie, odsłonięty blok granitowej skały; na wprost nas charakterystyczna sylwetka Pół-Kopuły (Half Dome), granitowej góry ściętej pionowo przez lodowiec niczym przez jakiś gigantyczny nóż; po prawej: wodospad Welon Panny Młodej (cóż, nazwa mało oryginalna, ale jednak adekwatna do wyglądu tej białej szerokiej strugi spadającej z wysokiej grani i rozpryskującej się w tęczowy wachlarz).
W Dolinie spędzaliśmy kilka godzin – za mało! za mało! – ech, jakże żal było ją opuszczać, tym bardziej że kusiło nas wiele szlaków – np. ten, który prowadził na skalną półkę, z której spadał w przepaść strumień, tworząc Wodospady Yosemite – najwyższe na kontynencie (739 m.) Lecz niestety z Doliną należało się pożegnać przed wieczorem, bo jeszcze tego samego dnia musieliśmy dotrzeć na drugą, wschodnią stronę gór. Na szczęście nie można było dostać się tam inaczej, jak pokonując Tioga Pass – a droga przez tę przełęcz pozwala jednak ogarnąć całą górską urodę Sierra Nevada – z jej łąkami, lasami, strumieniami, jeziorami, gołoborzami, rumowiskami skalnymi i granitowymi ścianami… Przy odrobinie szczęścia można było nawet spotkać baribala – czarnego niedźwiedzia (niestety, ostatni niedźwiedź grizzly ostał się w Kalifornii tylko na… stanowej fladze). Po spektakularnym i bez mała karkołomnym zjeździe z przełęczy, natrafialiśmy jeszcze na osobliwe (bardzo) słone i stare Jezioro Mono z jego księżycowym krajobrazem tufowych szpic, wież i ostańców – i ten widok zwykle był ostatnim widokiem tego dnia, bo było już po zmroku, kiedy Doliną Owensa jechaliśmy na nocleg, który zwykle czekał nas w Bishop.

Tego dnia mamy dotrzeć do szalonego Las Vegas, ale zanim to nastąpi, poznajemy kolejne niezwykłe miejsce na naszej trasie: cieszącą się złą sławą, lecz bez wątpienia ciekawą geologicznie, krajobrazowo i kolorystycznie Dolinę Śmierci. Jesteśmy już na terenach par excellence pustynnych – wilgoć nadciągająca znad Oceanu zatrzymała się na zboczach gór po drugiej, zachodniej stronie łańcucha Sierra Navada. Tutaj jest sucho i gorąco, ziemie pokrywa żwir, piasek kamienie i skąpa roślinność – na spieczonej bezlitosnym słońcem ziemi walczą o życie nieliczne zwierzaki, a także suche krzewy, kaktusy i emblemat pustyni Mohawe: drzewka Jozuego, których rozczapierzone „gałęzie” przypomniały Mormonom rozpiętego na krzyżu Jezusa (stąd nazwa „drzewek”, które tak naprawdę są jednym z rodzajów jukki). Póki co jesteśmy jeszcze w obrębie Doliny Owensa, w której jest sporo ciekawych miejsc: stanowisko najstarszych drzew na świecie, liczących około 5 tysięcy lat sosen długowiecznych (The Ancient Bristlecone Pine Forest w Górach Białych); pozostałości obozu – de facto – koncentracyjnego, jaki rząd amerykański stworzył dla swoich obywateli japońskiego pochodzenia w czasie II wojny światowej; Alabama Hills – niezwykle malownicze formacje skalne, wśród których nakręcono całe mnóstwo hollywoodzkich filmów, głównie westernów; Portal Whitney – leśne obozowisko-marzenie, doskonałe miejsce wypadowe do wyprawy na Mt. Whitney, najwyższą górę Stanów Zjednoczonych (nie licząc Alaski z jej bezkonkurencyjnym kolosem – Denali). Oczywiście na wszystkie atrakcje nie ma miejsca – wybieram więc te, o których sądzę, że spodobają się konkretnej grupie.
Zawsze jednak wjeżdżamy na teren Doliny Śmierci, która także ma status Parku Narodowego – i ja się wcale temu nie dziwię. To tutaj znajduje się najbardziej gorące i najniżej położone miejsce na Półkuli Zachodniej; to tutaj żyje wiele endemicznych gatunków roślin i zwierząt (czyli takich, które nie występują nigdzie indziej na naszej planecie); to tutaj jest wiele fascynujących zakątków, topograficznie i geologicznie osobliwych, których kształtom, rzeźbie i kolorom nie można się nadziwić. Dolina Śmierci leży na naszej drodze do Las Vegas – musimy przejechać jej dnem sto kilkadziesiąt kilometrów. Zatrzymując się wśród piaszczystych wydm i szaro-zółtych żwirowisk; wkraczając na Diabelskie Pole Golfowe; spacerując po rozległych, śnieżnobiałych salinach (dolina jest niczym innym jak dnem wyschniętego słonego morza); wypatrując ślimaków w zasolonej sadzawce Bad Water (nie na tyle jednak złej, by zabić te endemiczne stworzenia); podziwiając całe spektrum kolorów w geologicznym dziwie nazwanym bardzo adekwatnie Paletą Artysty; a nawet… szukając daktyli w zagajniku palmowym, rosnącym w zaskakującej w tym miejscu oazie… Furnace Creek (nazwa, trzeba przyznać, jak na oazę dość kuriozalna). Jakby tego było mało, tuż przed opuszczeniem Death Valley, zbaczamy lekko, by rzucić okiem na złote hałdy minerałów w Zabriskie Point (tak, tak… tutaj kłaniają się choćby Pink Floydzi i Antonioni). A jeśli grupa nie ma jeszcze dość – to wspinamy się na szczyt pobliskiej góry, gdzie czeka na nas widok dosłownie… dantejski (Dante’s View). Stąd, jak na dłoni, widać – drgające niczym miraż od gorącego powietrza, i białe od soli – dno rozległej Death Valley w całej okazałości. Obraz to jednak malowniczy i bardziej piękny, niż piekielny – co rozpamiętujemy w naszej drodze do stanu Nevada, aż do momentu, kiedy na kilkadziesiąt minut przed celem z autokarowych głośników, zaczyna się rozlegać ekscytujące „Viva Las Vegas” Presley’a.

Las Vegas - kolorowy zawrót głowy

 Kolorowy zawrót głowy – Las Vegas

Cóż, po kilkudziesięciu wizytach w Las Vegas moja ekscytacja nie jest aż tak wielka, jednak nie mogę się z tym zdradzić przed grupą i psuć jej zabawy – tym bardziej, że jednak dziwowisko to jak najbardziej warte jest zobaczenia na własne oczy – przynajmniej raz w życiu, choć i parę pobytów w Las Vegas nie byłoby jakimś większym przestępstwem. Opowiadam wszystkim jak to się stało, że na środku pustyni powstał jeden z najpopularniejszych i najbardziej znanych lunaparków świata, będący jednocześnie jaskinią hazardu, konsumpcyjnym pandemonium opilstwa i obżarstwa, królestwem hedonizmu, niezbyt zakamuflowanym burdelem…  źródłem upadku i bankructwa dla jednych, żyłą złota dla drugich… (Oczywiście nie używając – jak na razie – żadnego z tych pejoratywnych, negatywnie skonotowanych słów. Piszę „jak na razie”, bo później, w bardziej prywatnych rozmowach, wcale nie ukrywam swojej opinii o LV.) Ale teraz – bez przesady. Po co moralizująco przynudzać, skoro nadarza się okazja, by zafundować sobie jedną szaloną noc w Las Vegas, które zasypia – przynajmniej jeśli chodzi o kasyna – dopiero nad ranem? Już przejażdżka stripem, czyli Bulwarem Las Vegas, po którego obu stronach, na przestrzeni kilku kilometrów, wybudowano monstrualne hotele-kasyna (7 spośród 10 największych hoteli na świecie znajduje właśnie tutaj), daje wszystkim wyobrażenie czego można się będzie spodziewać po zapadnięciu zmroku, kiedy zabłysną miliony różnokolorowych neonów i świateł, a wszystko zacznie migotać w takt oszałamiającej muzyki, wabiąc i atakując zmysły ludzkiego tłumu, który niczym rzeka przelewa się po Las Vegas Boulevard. Nocą strip staje się miejscem odrealnionym: oto widzimy Wieżę Eiffla i miasteczko udające Paryż; tuż obok jest Wenecja – oczywiście z Pałacem Dożów, kanałami i gondolami; w dali mieni się złoty Mirage, a także Pałac Cezara, a za nimi: bajeczne zamczysko Excalibur; jest też Rio, Kosmiczna Wieża, Wyspa Skarbów, a nawet… krzykliwe gmaszysko o nazwie… nomen omen… Circus, Circus. Lecz jeśli ktoś myśli, że ten kicz jest tandetny, to jednak się myli. W całym tym rozpasaniu bezguścia, wszystko jest podane sprawnie, efektywnie, profesjonalnie i solidnie. Wszystko musi działać jak w zegarku (dawniej dbała o to głównie mafia, teraz pewnie też jest coś podobnego), gdyż inaczej cała ta machina rozrywki i konsumpcji mogłaby się zaciąć, zakrztusić i splajtować. Nie mogą do tego dopuścić ci, którzy wpakowali w to kuriozum miliardy dolarów.
Podczas pierwszych moich pobytów w Las Vegas, eksplorowałem to miasto z czystej ciekawości (myślę, że warto np. zobaczyć kilka tutejszych show – zwłaszcza zdumiewające przedstawienia Cirque du Soleil; dobre też bywają koncerty gwiazd muzyki popularnej), lecz później wykorzystywałem pobyt w Las Vegas po prostu do tego, by odpocząć. Kiedy więc moje kochane towarzystwo wycieczkowe wyruszało na całonocne balety (wcześnie poinstruowałem wszystkich jak się poruszać, co warto zobaczyć, gdzie i czego się spodziewać…) ja uderzałem „w kimono” i zwykle spałem jak zabity do późnego rana (mogłem sobie na to pozwolić, bo następnego dnia wyruszaliśmy w dalszą podróż dopiero w południe).

Zmieniamy stan. W tym dniu jest raczej spokojnie. Odsypianie nocnych szaleństw pozostawiło różne ślady na twarzach wycieczkowiczów. Niektórzy składają relacje z własnego hazardowania się, inni mówią co ciekawego zobaczyli podczas nocnej włóczęgi po rozświetlonym kolorowo i rozhukanym rozrywkowo mieście. W międzyczasie żegnamy się z Nevadą, a witamy Arizonę – pustynny, ogromny powierzchniowo stan, którego krajobrazowa monotonia jest pozorna, bo w każdym niemal zakątku tej „suchej strefy” (ari-zona) są miejsca godne uwagi. Lecz my, niestety, możemy być tylko w jego północnej części. A może jednak „stety”, ponieważ to właśnie na północy tego stanu znajduje się jeden z siedmiu cudów przyrody świata (wówczas jeszcze nie zdetronizowany). Mowa oczywiście o Wielkim Kanionie – najbardziej spektakularnej dziurze na Ziemi. Na zapoznanie się z Kanionem mamy cały następny dzień, zanim jednak dotrzemy na nocleg w okolice Flagstaff, przejeżdżamy przez Zaporę Hoovera, która swego czasu (lata  30-te ubiegłego wieku) była największą elektrownię i konstrukcję betonową na świecie (jeśli są chętni to zwiedzamy tamę, schodząc nawet do podziemi, gdzie znajdują się potężne generatory). Hoover Dam leży dokładnie na granicy stanów i ulokowana jest oczywiście na rzece Kolorado, w tzw. Czarnym Kanionie a otacza ją krajobraz iście księżycowy i dość ponury: skały przypominające jakieś ciemno-rude, brunatne hałdy żwiru i spalonego koksu. Więc kiedy jesteśmy już w Arizonie, to odczuwamy pewną ulgę – bo otaczający nas pejzaż (pustynia Mohave przechodząca tutaj w pustynię Sonora), stanowi jasny i słoneczny kontrast dla piekielnej aparycji otoczenia Zapory Hoovera.
Grand Canyon of Colorado River. Nareszcie! Legendarny i wyczekiwany – jeden z highlights całej naszej kontynentalnej trasy. Jesteśmy na krawędzi południowej. Stąd Kanion jest najlepiej widoczny. Droga biegnie wzdłuż krawędzi, co jakiś czas można się zatrzymać na punktach widokowych i zajrzeć w kolorową otchłań – a z każdego miejsca Kanion wygląda inaczej. Gdzieniegdzie można dostrzec wijącą się „stróżkę” rzeki Kolorado, maleńką z tej odległości, choć rzeka na dnie Kanionu jest przecież niewąska – w niektórych miejscach mając niemal sto metrów szerokości. Reakcja na pierwsze spotkanie z Kanionem uczestników wycieczki niezmiennie mnie ciekawiła – bo sporo mówiła, zarówno o kondycji psychicznej ludzi, jak i ich wrażliwości na naturalne piękno i osobliwość tego niezwykłego tworu geologicznego, jakim jest Wielki Kanion. Tak więc – był zachwyt, zdarzało się też i rozczarowanie; była próba ogarnięcia specyfiki miejsca, ale także niemożność percepcji samej wielkości rozpadliny; była radość z faktu dotarcia na to miejsce, ale bywała również mała melancholia spełnienia... Summa summarum, nasze zmysły na Kanion reagują różnie – nieprzyzwyczajone do ogarniania tak wielkich gabarytów w Naturze. Ja osobiście w Kanionie zakochałem się od pierwszego spojrzenia. Ważne było chyba to, że odbyło się to podczas pierwszej mojej prywatnej podróży na Zachód – nota bene w kwietniu, co nie jest bez znaczenia, bo wówczas jeszcze tłumów nie ma, jest za to śnieg i pogoda „w kratkę” (przeplatające się: słońce-chmury-mgła-błękitne niebo), co wydatnie przydaje urody temu miejscu. Lecz Kanion robi wrażenie o każdej porze roku. Kiedy więc zaglądaliśmy tam latem lub wczesną jesienią, radości też było zwykle co niemiara – wielu z nas nie mogło napaść oczy mieniącymi się barwami na zboczach Kanionu, regularnie odmierzanych poszczególnymi warstwami osadowymi, które dla geologa są niczym otwarta księga, pozwalająca zajrzeć wgłąb ziemi i zobaczyć to, co było tutaj przed setkami milionów lat.
Najczęściej czekaliśmy nad Kanionem do zachodu Słońca, ale kiedy dni były dłuższe, wyjeżdżaliśmy z Parku (bo Grand Canyon jest także parkiem narodowym) przed zmrokiem, by zobaczyć jeszcze ziemie Indian Navaho – ich rezerwat bowiem graniczy z rejonem Wielkiego Kanionu.
Indianie Ameryki Północnej – to kolejny temat-rzeka, którego nawet nie śmiem tutaj poruszyć. Przy innych okazjach można było jednak poznać Ziemię Navahów, i samych zamieszkujących ją tubylców, bliżej: ot, choćby zwiedzając niewiarygodnie malowniczą Dolinę Monumentów czy niesamowity Kanion Antylopy w okolicach Page; jednakże na omawianej tutaj trasie, grupa musiała się zadowolić opowieściami o Indianach i słownym opisem ich rezerwatu – a był na to czas, kiedy zmierzaliśmy tego dnia na nasz nocleg do Utah.

Bryce Canyon

Bryce Canyon

.

Bryce Canyon – kolejny park narodowy na naszej trasie. Jesteśmy w południowym Utah, cały czas na Płaskowyżu Kolorado, gdzie dzieją się tak ciekawe – geologicznie i krajobrazowo – rzeczy, iż tylko w tym rejonie utworzono aż pięć parków narodowych, z których każdy jest inny, mimo że znajdują się one stosunkowo blisko siebie. Oficjalnie, program wycieczki – z uwagi na ograniczony czas – obejmuje wizytę tylko w jednym z tych parków, czyli właśnie w Bryce Canyon, choć niekiedy udaje się nam także zajrzeć do położonego obok, pięknego i monumentalnego Zion. Kanion Bryce’a jest nie mniej spektakularny, niż Zion, choć bardziej, rzec można, „zwiewny”, wręcz koronkowy. Powstał bowiem w innym czasie, wyrzeźbiony (przez wiatr i wodę) w innych skałach osadowych, dzięki czemu jego wapienne kolumny w kolorze „łososiowym” różnią się znacznie od masywnych ciemno-brunatnych ścian piaskowców oraz żółto-czerwonych skamieniałych wydm jakie spotyka się w Zion. Zerodowana krawędź płaskowyżu w Bryce (mylnie nazwana „kanionem) przybrała kształt biało-różowych skalnych ostańców, tworzących przedziwne, a przy tym niezwykle malownicze amfiteatry, których na terenie parku znajduje się kilka. Schodzi się na ich dno wyznaczonymi szlakami, i dopiero z bliska można zobaczyć ich niezwykłość: to, co z oddali wydaje się być naturalną „koronką”, w rzeczywistości okazuje się być zbiorowiskiem potężnych skalnych monumentów, wśród których znajdują się szczeliny, gdzie rosną pachnące wanilią (!) sosny. Na szlaku jest sucho i gorąco, im schodzi się niżej, tym barwa biało- różowo-ceglasta wapieni staje się bardziej jaskrawa, wręcz oślepiająca – a wszystko to daje efekt baśniowego odrealnienia, oszałamiającego chyba bardziej niż neonowe ekstrawagancje Las Vegas.
Utah to nie tylko stan geologicznych dziwów, ale i Mormonów – ciekawego ludu, niby to amerykańskiego, ale jednak tworzącego odrębną społeczność, rządzącą się swoimi specyficznymi wierzeniami, prawami i obyczajami, z których poligamia jest równie zadziwiająca, jak biznesowy spryt, jaki uczynił z nich jedną z najbogatszych warstw klasowych w Ameryce.
Mormonów poznajemy oczywiście w ich stolicy Salt Lake City, mieście wybudowanym pod górami, na pustyni, nad Słonym Jeziorem w połowie XIX wieku przez pierwszych mormońskich osadników z ich prorokiem i liderem Brighamem Youngiem na czele. Rozległym traktem (ulice w SLC są niezwykle szerokie, bowiem projektowane były tak, aby można było zawrócić na nich konnym zaprzęgiem) dojeżdżamy do Placu Świątynnego (Temple Square), epicentrum religijnego Mormonów, gdzie jakimś cudem, jeszcze w połowie XIX stulecia, udało się tym wycieńczonym drogą na Zachód pionierom wybudować świątynię, która wielkością, rozmachem i architektoniczną zgrabnością zadziwia wszystkich do dzisiaj. Do środka świątyni oczywiście mamy, jako profani, wstęp wzbroniony, ale cała jej gloria widoczna jest z zewnątrz. Zamiast tego możemy wejść do Tabernakulum, siedziby słynnego mormońskiego chóru, którego próbę lub występ (ach, to anielskie brzmienie!) możemy przy odrobinie szczęścia niekiedy usłyszeć. W innej budowli zaś przemawia do nas Chrystus – pod kilkumetrowym białym posągiem (wzorowanym na rzeźbie Duńczyka Thorvaldsena), wysłuchujemy (w języku polskim!) Chrystusa Króla dającego nam napomnienia i przypominającego, że to On właśnie jest Stworzycielem Nieba i Ziemi. Po Placu Świątynnym oprowadzają nas młodzi mormońscy misjonarze – eteryczni, delikatni i grzeczni, lekko nawiedzeni (wszak taka ich rola) a jednak sympatyczni – zwłaszcza wstydliwe siostrzyczki, żyjące jakby w innym świecie… Ta atmosfera i nam się trochę udziela, więc kiedy już – opuściwszy Plac Świątynny i miasto – jedziemy na północ w kierunku Idaho, w autokarze jest cicho i spokojnie, jakby każdego musnęło skrzydło anioła Moroniego, którego złoty, dmący w trąbę, posąg zobaczyliśmy na jednej ze strzelistych wież mormońskiej świątyni.

W Idaho, czyli w stanie ziemniaka, pierwszej elektrowni atomowej, wulkanicznych Księżycowych Kraterów… i Doliny Słońca, gdzie w miasteczku Ketchum zakończył swój żywot Hemingway strzelając sobie z dubeltówki w usta. Pierwszy postój nad cudnym przełomem „Rzeki bez Powrotu” (czyli wijącej się jak nomen omen wąż Snake River) daje nam przedsmak tego, co czeka nas przez następne kilka dni – przeżywanie spektakularnych scenerii Gór Skalistych, obcowanie z dzika przyrodą, oddychanie krystalicznie czystym powietrzem i zażywanie ruchu na licznych górskich szlakach.

Przełomy rzeki Snake, w tle - górskie pasmo Teton (fot. Ansel Adams)

Przełomy rzeki Snake, w tle – górskie pasmo Teton (fot. Ansel Adams)

Na dłużej zatrzymujemy się dopiero w Wyoming, w Jackson Hole – otoczonej górami płaskiej kotlinie – a konkretnie w schronisku położonym w Teton Village,  robiąc stamtąd wypady do miasteczka Jackson oraz Parku Narodowego Grand Teton. Jackson to miejsce stylizowane na Dziki Zachód. Autentyzm został tu wyparty przez turystyczny przemysł – ma to wszak swój urok, bo brak w tym tandety, jednak aby poczuć jakim naprawdę wspaniałym miejscem jest Jackson Hole, trzeba wyjechać poza miasto, w sam środek kotliny, rozejrzeć się wokół, no i paść na kolana przed jedną z najpiękniejszych panoram górskich Ameryki – widokiem pasma Teton, którego granitowe, szaropopielate granie i ośnieżone niebotyczne szczyty stanowią niesamowity kontrast z zielono-niebieskim kobiercem płaskiego dna kotliny, przeciętego meandrami Rzeki Wężowej, z jej brzegami porośniętymi topolami i dzikimi wierzbami. (Nic dziwnego, że było to jedno z najbardziej ulubionych miejsc Ansela Adamsa, najsłynniejszego amerykańskiego fotografa Natury.) Czasem robimy sobie spływ pontonami po rzece (wypatrując przy tym łosi i orłów, które mają nawet wśród tubylców swoje własne imiona); najczęściej jednak płyniemy łódką po Jenny Lake do miejsca, skąd wybieramy się na górski szlak do Hidden Falls, na punkt widokowy Inspiration Point i dalej – zapuszczając się w kotlinę leżącą u stóp wielkiej góry, jaką jest bez wątpienia Grand Teton (4197 m. n.p.m.) Późnym popołudniem wracamy do Teton Village. Po drodze często spotykamy pasące się jelenie mulaki i łanie wapiti, brodzące w wodzie i zajadające się wierzbowymi listkami łosie, na nawet – najczęściej w lasku osikowym, nieopodal rancza Harrisona Forda – czarne niedźwiedzie, które rzadko kiedy zwracają na nas jakąkolwiek uwagę, wspinając się na drzewka i przychylając zielone gałązki swoim małym. Dzień kończy wspólne, zwykle mocno zakrapiane ognisko-grill pod schroniskiem – konsumpcja steków, kiełbas, pieczonych ziemniaków i warzyw. (Jesteśmy zbyt daleko lasu, by zapach pieczonego, ociekającego krwią i tłuszczem mięsa, drażnił nozdrza mieszkających tam naszych dzikich braci mniejszych, choć widzimy jak nasi sąsiedzi – bracia już nam równi – toczą ukradkiem ślinkę.)

Dwa następne dni to szczególna uczta dla oczu, bo jesteśmy w Yellowstone – kolejnym, „kanonicznym” jeśli chodzi o ochronę „dzikiej” przyrody, obszarze wyjętym spod radykalnego wpływu współczesnej cywilizacji. Grand Teton i Yellowstone to dwa parki narodowe, które sąsiadują ze sobą, więc nasza droga ze schroniska w Jackson Hole do granicy z Yellowstone nie jest długa. I tym bardziej się ona nie dłuży, że zewsząd towarzyszą nam nader ciekawe scenerie: wspinamy się bowiem na olbrzymią wyżynę wypiętrzoną przez starożytne mega-wulkany w obrębie Gór Skalistych – nota bene wulkany, które drzemią tylko, gotowe wybuchnąć w super potężnej eksplozji, jaka niewątpliwie spowodowałaby katastrofę ekologiczną (a i cywilizacyjną, jeśli chodzi o ludzi) w skali całego ziemskiego globu. Póki co jednak, nad tymi groźnymi potworami kwitnie i rozwija się bujne życie (jest tak od ostatniego zlodowacenia, jakie miało tutaj miejsce przed dziesięcioma tysiącami lat – tak więc flora i fauna Yellowstone jest stosunkowo młoda), a ich podziemna bliskość sprawia, że na powierzchni dają się zauważyć fascynujące rzeczy i zjawiska, budzące nie tyle strach czy grozę, co wpędzające nas w stan permanentnego zadziwienia. A są to nie tylko tzw. twory termalne (gorące źródła, gejzery, fumarole… (nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o tym, że więcej niż połowa tego rodzaju tworów będących na świecie, znajduje się właśnie tutaj, w Yellowstone); dalej: niezrównane scenerie (w rodzaju Kanionu i Wodospadów Yellowstone), czy wreszcie obfitość dzikiej zwierzyny: całe stada bizonów, jeleni wapiti, antylop, owiec gruborogich… o niedźwiedziach (zarówno czarnych, jak i grizzly) nie wspominając. Nic dziwnego, że ktoś kiedyś pokusił się nazwać Yellowstone amerykańskim Serengeti. Naturalnie o Yellowstone można by pisać i opowiadać bez końca. Zwykle więc pilnowałem się, by nie zarzucić mojej grupy lawiną informacji, a zamiast tego pokazać wszystkim to, co w Yellowstone najlepsze – a co z powodzeniem „napaść” mogło ich złaknione przyrodniczych cudów oczy. Koniecznie więc: Dolny Wodospad na rzece Yellowstone, malowniczo dopełniony bajecznie kolorowym kanionem; wielkie niczym morze Jezioro Yellowstone, nad którym aura często wyczynia dramatyczne spektakle; gejzer Old Faithfull, który z godną podziwu regularnością tryska na kilkadziesiąt metrów do góry białą fontanną gorącej pary wodnej i wody (zazwyczaj w parku widzimy jeszcze kilka erupcji innych gejzerów); fantastyczne tarasy trawertynowe w Mammoth Hot Springs; niewiarygodnie kolorowe sadzawki gorących źródeł, jak choćby Morning Glory Pool… etc. Niezapomniane są też bliskie (niekiedy zbyt bliskie) spotkania z yellowstońską zwierzyną: imponuje zwłaszcza widok wielotysięcznych stad bizonów pasących się w rozległych zielonych dolinach. Wielkie wrażenie robią też nie mniej liczne stada wapiti, które w Mammoth Hot Springs podchodzą tak blisko zabudowań, że trzeba im schodzić (ewentualnie zjeżdżać) z drogi (to samo zresztą odnosi się do bizonów). Jednakże największym przeżyciem jest spotkanie z najgroźniejszą bestią jaka w Yellowstone żyje – niedźwiedziem grizzly.
W parku można byłoby się zatrzymać co najmniej na tydzień (sam spędziłem w nim w sumie kilka miesięcy swojego życia i nigdy – zwłaszcza podczas prywatnych „niesłużbowych” pobytów – nie miałem tego miejsca dość), jednak parę dni wystarczy, by docenić niezwykłość tego najstarszego i najsłynniejszego parku narodowego na świecie.

Wspomnienie szalonych czasów: z jedną z gru w Parku Narodowym Yellowstone

Wspomnienie szalonych czasów: z jedną z moich grup w Parku Narodowym Yellowstone

.

W zależności od pogody, wyjeżdżając z Yellowstone, wybieraliśmy drogę biegnącą przez Wyoming (wtedy musieliśmy „przebić się” przez pasmo niewyobrażalnie starych gór Big Horn z ich niepowtarzalną rzeźbą terenu) lub przez Montanę – stan nie tylko (jak sama nazwa wskazuje) górzysty, ale i obdarzony „wielkim niebem”: Big Sky State to z kolei przydomek Montany. Następnym punktem naszego programu była obowiązkowo Diabelska Wieża – wysoka na niemal 400 m. skała przypominająca gigantyczny pień ściętego drzewa, będąca niczym innym jak pozostałością po wulkanicznej intruzji odsłoniętej z czasem wskutek erozji otaczającego ją terenu. Ta jedna z największych osobliwości geologicznych amerykańskiego Zachodu (nota bene pierwszy w Stanach Zjednoczonych „Narodowy Pomnik” przyrody, ustanowiony w 2906 r. przez prezydenta T. Roosevelta) zadziwia każdego roku setki tysięcy przybyszów z całego świata, ciesząc się jeszcze większą popularnością po tym, jak Steven Spielberg postanowił, że „wystąpi” ona w jego filmie „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, który okazał się wielkim międzynarodowym „hitem”.
Devil’s Tower widoczna jest już z odległości kilkunastu kilometrów (stosunkowo łatwo można ją dostrzec na tym lekko pofałdowanym terenie będącym klasyczną prerią), ale największe wrażenie robi swoim ogromem z bliska, kiedy możemy dotknąć jej twardych jak stal bazaltowych kolumn, i spojrzeć w górę, gdzie często można wypatrzeć śmiałków wspinających się na jej płaski wierzchołek. Wulkaniczną Wieżę otacza sosnowy las, u jej nasady utworzyły się skalne rumowiska potężnych głazów, a nieopodal znajdują się kolonie piesków preriowych, które wbrew nazwie są gryzoniami, tyle że bardzo płochymi i ostrzegającymi się charakterystycznym piskliwym szczekaniem.

Na czarnych Wzgórzach - pod głowami prezydentów z granitu

Na Czarnych Wzgórzach – pod granitowymi głowami prezydentów (Mt. Rushmore)

Jesteśmy jeszcze w Wyoming, lecz stąd już niedaleko do Czarnych Wzgórz, które leżą w Dakocie Południowej. Black Hills przypominają otoczoną morzem prerii górzystą wyspę porośniętą lasem, który wydaje się być bardzo ciemny (niemal czarny), jeśli patrzymy nań z daleka (stąd właśnie wzięła się nazwa tych wzgórz). Mimo, że z rejonu tego utworzono coś w rodzaju olbrzymiego parku rozrywki, jest tutaj wiele miejsc wartych zobaczenia, a naturalne piękno tej ziemi zdołało się jakoś oprzeć dewastacji przez zaborczy – i kiczowaty pod wieloma względami – przemysł turystyczny. Teren Czarnych Wzgórz jest dość rozległy więc stosunkowo łatwo jest uciec tu od tłumów – i jeśli tylko natura pociąga nas bardziej od turystycznego lunaparku, można zawitać do Parku Narodowego Jaskini Wiatrów gdzie czeka na nas nie tylko ciekawa jaskinia, ale położone nad nią tereny nieskażonej dzikiej przyrody – podobnie jak w w Parku Stanowym im. Custera, gdzie w bród jest zwierzyny, z owcami górskimi, jeleniami i bizonami na czele. Lecz będąc tutaj nie można jednak oprzeć się pokusie zobaczenia słynnej Mt. Rushmore, na której granitowym zboczu wyrzeźbiono głowy czterech prominentnych amerykańskich prezydentów, jak również, położonego nieopodal, konkurencyjnego niejako dla Mt. Rushmore miejsca zwanego Crazy Horse Memorial, gdzie nasz rodak Korczak Ziółkowski zapoczątkował tworzenie czegoś, co ma być największą rzeźbą na świecie – wykuty w górze pomnik wodza Indian Szalonego Konia. Jednakże, podczas gdy prezydenckie głowy budzić mogą mieszane uczucia (niemalże szowinistyczna ingerencja w pejzaż Czarnych Wzgórz, turystyczny moloch gwałcący piękno Natury), to rzeźba szalonego Konia imponuje nie tylko artystycznym rozmachem, ale i przesłaniem, które oddaje hołd pierwotnym mieszkańcom tej ziemi, wypartym przez osadników i przepędzonych przez ekspedycję Custera po tym, kiedy znaleziono tu złoto – za co Indianie wzięli okrutny odwet w słynnej bitwie nad rzeką Little Big Horn.
Na Czarnych Wzgórzach zostawaliśmy na noc, zatrzymując się w jednym ze starych historycznych hoteli Deadwood, będącym klasycznym miasteczkiem Dzikiego Zachodu, rozsławionym nie tylko przez gorączkę złota, która tę górska osadę powołała do życia, ale i przez legendarnych zabijaków w rodzaju Dzikiego Billa Hickoka czy Calamity Jane. Ci bardziej zażywni z nas do późna w nocy mogli więc testować trunki w jednym z tutejszych saloonów – dokładnie takim, jakie znaliśmy z jakże popularnych ongiś (zwłaszcza wśród starszych pokoleń) westernów – ewentualnie paść w szalonych tańcach na saloonową, zaśmieconą i zbrukaną podłogę z trzeszczących, wysuszonych desek.

W dalszej drodze na wschód, zanim dotarliśmy w okolice Wielkich Jezior, oprócz kilkunastogodzinnej jazdy przez farmy, pastwiska i pola uprawne Dakoty Południowej, Minnesoty i Wisconsin, (które zaledwie przed stu kilkudziesięcioma laty były bezkresnym obszarem prerii dziewiczych jeszcze wówczas Wielkich Równin) czekała nas wizyta w Badlands, czyli na „złych” ziemiach, które wszak złe były tylko dla pierwszych pionierów, bo nie mieli oni żadnego pożytku z tej jałowej, pustynnej i gliniastej gleby, stanowiąc tylko trudną do przebycia przeszkodę w ich dalszej wędrówce na Zachód. Teraz jednak na Badlands patrzymy inaczej, zadziwieni ich księżycowym krajobrazem, rzeźbą i barwami przypominającymi jakieś kolorowe przekładańce z ciasta lub piaskowe babki. Po wyjeździe z Badlands krajobraz staje się monotonny jak niekończące się pastwiska dla bydła i kukurydziane pole, ciekawie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zbliżamy się do dolin „królowych” amerykańskich rzek, jakimi niewątpliwie są Missisipi i Missouri. W Wisconsin zaś robi się już bardzo zielono, jednakże oraz większa ilość zabudowań wskazuje na to, że zbliżamy się do północnych krańców stanu Illinois – rejonu mocno „ucywilizowanego” i zurbanizowanego. Wreszcie nocą docieramy do Wietrznego Miasta.

Tego dnia jestem w domu – odpoczynek od wszystkiego i wszystkich, doprowadzenie się do porządku, zajęcie się własnymi sprawami, nabranie oddechu przed dalszą drogą… Chicago zaś pokazuje wycieczkowiczom jeden z moich kolegów i znajomych, także parających się przewodnictwem: Andrzej Kulka, Zbyszek Banaś lub Jurek Skwarek. Tak więc grupa ma okazję poznać nie tylko Wietrzne Miasto, ale i ciekawych ludzi (AK to znany wśród Polonii autor przewodników, bardzo doświadczony pilot, prowadzący wyprawy do najdalszych zakątków globu; ZB – oprócz tego, że zajmuje się turystycznym przewodnictwem, to jest także jednym z najlepszych polsko-amerykańskich krytyków filmowych; JS to pasjonat i nestor globtroterstwa i włóczęg po całym świecie.) Na zwiedzanie Chicago przeznaczony jest cały dzień. To dużo i mało jednocześnie. Mało, po poznajemy miasto tylko powierzchownie; dużo, bo można zobaczyć urbanistyczną esencję miasta nad Jeziorem Michigan: downtown, czyli śródmieście z jego drapaczami chmur, wprawdzie nie tak licznymi, jak na Manhattanie, ale nie mniej znanymi i imponującymi, wśród których wyróżniają się wieżowce John Hancock Center oraz Sears Tower (w programie jest wyjazd na teraz widokowy jednego z nich, skąd widać imponującą panoramę metropolii i wielkiego jak morze Jeziora Michigan). Jest również przechadzka po tzw. Magnificent Mile (Wspaniałej Mili) – czyli po paru kilometrowej promenadzie biegnącej wzdłuż Michigan Avenue: to tam, gdzie Chicago jest najbardziej „wystawne”, pełne drogich sklepów, bogactwa i światowego szyku. Spaceruje się też po parkach leżących nad Jeziorem, wzdłuż Columbus Drive, obok wielkiej i ozdobnej Fontanny Buckingham, Planetarium Adlera, Akwarium Shedda i Muzeum Historii Naturalnej i Ziemi. Przy tej okoazji, bez przesady można stwierdzić, że Chicago posiada najładniejsze downtown z wszystkich amerykańskich miast – jest więc co pokazywać. Niekiedy, zwłaszcza gdy pogoda nie sprzyja, zagląda się do Chicagowskiego Instytutu Sztuki, gdzie zgromadzono przebogatą kolekcję sztuki z całego świata, w tym wspaniałą galerię malarstwa.
Wypada też zajrzeć na słynne Jackowo, które stanowi centrum chicagowskiej Polonii. Wprawdzie pod względem architektonicznym to żadna atrakcja – i raczej nie ma się czym w tej dzielnicy chwalić – to kolacja w jednej z polskich restauracji pozwala wszystkim przypomnieć sobie swojskie smaki i zapachy, których być może niektórym już zaczynało podczas ostatnich paru tygodni testowania amerykańskiej gastronomii, brakować.

Chicago – Niagara: to najdłuższy, liczący bez mała 1000 km. przejazd na naszej trasie. Wyruszamy więc o wyjątkowo nieprzyzwoitej porze (5-ta nad ranem!), jedziemy przez Indianę, Ohio, przez kawałek Pensylwanii, wjeżdżamy do stanu Nowy Jork i około 3-ej po południu jesteśmy w okolicach wodospadu, a unoszącą się nad nim mgłę z rozpryskanej wody widzimy już z odległości kilkunastu kilometrów. Do tej pory widoki za autokarowym oknem były nieszczególne – typowa nudna zabudowa amerykańskiej prowincji – tym bardziej teraz wszyscy czują podniecenie, bo oto za chwilę objawi się przed naszymi oczami kolejny przyrodniczy „cud” świata: wodospad Niagara! Lecz nie jest tak łatwo dostrzec jego potęgę – będąc na krawędzi, widzimy tylko wodę znikającą gdzieś w niewidocznej dla nas czeluści; dopiero wyprawa małym stateczkiem w pobliże spadających mas wody, daje nam wyobrażenie, czym tak naprawdę jest ten wodospad – nieujarzmioną siłą i grzmiącym kolosem, przy którym człowiek może się poczuć jak Calineczka w łupinie orzecha, wydana na pastwę nieposkromionego żywiołu. Pływając po rzece jesteśmy właściwie na samej granicy z Kanadą. W duchu żałuję trochę, że wodospadu nie możemy zobaczyć z kanadyjskiej strony – bo dopiero stamtąd dobrze są widoczne te jego niespotykane nigdzie indziej na świecie wymiary.

Tęcza nad Niagarą - widok wodospadu od strony kanadyjskiej

Tęcza nad Niagarą – widok wodospadu od strony kanadyjskiej

.

Kiedy tak jechaliśmy w poprzek całego kontynentu, niemal cały czas towarzyszyła nam amerykańska przyroda. Natura dominowała w programie wycieczki, z wyjątkiem kilku początkowych dni w Kalifornii, pobytu w neonowym Las Vegas i nad Jeziorem Michigan w Chicago. Zbliżaliśmy się jednak do Wschodniego Wybrzeża i całą eskapadę przyszło kończyć mocnym akcentem cywilizacyjnym, bo wielkie metropolie rozłożone nad Atlantykiem to ta Ameryka zurbanizowana, zabudowana, zindustrializowana – z finansowym centrum świata na Manhattanie, początkiem swojej historii w Filadelfii i stolicą w Waszyngtonie, będącym siedzibą władz amerykańskiego imperium. Zanim jednak dotarliśmy do największego na świecie Megalopolis (warto przypomnieć, że w miastach – de facto połączonych ze sobą terenami zabudowanymi – począwszy od Waszyngtonu aż po Boston, mieszka blisko 50 mln. ludzi), naturalne piękno amerykańskiej przyrody pokazywało się nam jeszcze raz w całej swojej krasie, kiedy docieraliśmy do Apallachów. I zwłaszcza jesienią, kiedy eksplozja kolorów zamienia lasy liściaste porastające zbocza tych gór w niewiarygodnie barwny kobierzec, nie można było oderwać wzroku od tych fantastycznych widoków. Wprawdzie nie było w nich już takiego dramatyzmu, jaki pamiętaliśmy z pobytów w Sierra Nevada i w Rocky Mountains (Appallachy są górami bardzo starymi – przez ostatnie kilkaset milionów lat zerodowały tutaj warstwy skał osadowych grube na kilka kilometrów) ale pejzaż działał na nas równie silnie, tyle że już w innej nieco zmysłowej tonacji.

Żegnaj Naturo, witaj Cywilizacjo – zbliżamy się do wschodniego krańca kontynentu.  Kiedy ponad 200 lat temu szukano miejsca pod stolicę młodego państwa, Północ i Południe poszły na kompromis i wybrano ziemię na Potomakiem, w centralnej części atlantyckiego wybrzeża, nota bene w pobliżu posiadłości Jerzego Waszyngtona pod Mount Vernon. Na przełomie XVIII i XIX wieku zaczęto budować Dom Kongresu i Dom Prezydenta oraz The Mall według planu francuskiego oficera i architekta L’Enfanta, który kreśląc go miał w głowie paryskie Pola Elizejskie. Jednakże przez kilkadziesiąt lat w Waszyngtonie (bo oczywiście o tym mieście tu mowa) wszystko to taplało się w błocie, otoczone było przez bagna i dopiero po osuszeniu gruntu pod koniec XIX stulecia National Mall nabierał stopniowo aparycji takiej, jaka jest widoczna dzisiaj. I trzeba przyznać, że jest to widok robiący wielkie wrażenie, zwłaszcza kiedy stoimy na tarasach Kapitolu i ze wzrokiem skierowanym na wschód, ogarniamy szeroki na pół kilometra i długi na trzy kilometry pas zieleni, alej, stawów i wielkich neoklasycznych budowli, w których znajdują się muzea i siedziby ministerstw. W centrum National Mall wznosi się strzelisty, wzorowany na egipskich obeliskach, Pomnik Waszyngtona (swego czasu najwyższa budowla na świecie – 170 m. wysokości), zaś na jego przeciwległym końcu widać Mauzoleum Lincolna (z nadludzko wielkim kamiennym prezydentem w środku). Kierując wzrok na prawo i biegnąc nim wzdłuż rozchodzącej się promieniście od Kapitolu Alei Pensylwańskiej. natrafiamy w końcu na Biały Dom, do którego czasami udaje się nam później wejść. Podobnie zdarzały się nam także wizyty w sali, gdzie obradował amerykański Senat, jak i w Izbie Reprezentantów – ale to było w czasach, kiedy jeszcze kongresmeni cieszyli się jako-takim uznaniem Amerykanów. Zawsze też starałem się zabrać wszystkich na drugi brzeg Potomaku, gdzie znajduje się rozległy, wypełniony setkami tysięcy białych, ustawionych równiutko w rzędach krzyży, znaczących groby amerykańskich żołnierzy, którzy ginęli w tych wszystkich beznadziejnych – bardziej niesprawiedliwych i bezsensownych, niż uprawnionych i mających jakiś sens – wojnach toczonych na obcych kontynentach.
Kontynuację wątków patriotycznych i historycznych mieliśmy w położonej zaledwie o godzinę jazdy od Dystryktu Kolumbii Filadelfii – „Mieście Braterskiej Miłości”, pierwszej stolicy Stanów Zjednoczonych, gdzie nabierały formy i znaczenia pierwsze amerykańskie instytucje państwowe i gdzie w 1776 roku ogłoszono Deklarację Niepodległości. Filadelfia to właściwie jedyne miasto w USA posiadające „starówkę” – kilka przecznic kolonialnej zabudowy, z charakterystycznymi, kanciastymi domkami z czerwonej cegły. Po waszyngtońskiej megalomanii, kameralność starej Filadelfii uspokajała, spacer wśród urokliwych kamieniczek relaksował na tyle, że można było jeszcze wstąpić do jednej z nich i zobaczyć mieszkanie, w którym mieszkał po amerykańskiej rewolucji Tadeusz Kościuszko (jak również Julian Ursyn Niemcewicz). Nie można było też zapomnieć o tym, że Filadelfia to także miasto Benjamina Franklina – bodajże największego amerykańskiego „człowieka renesansu” i odwiedzić kilka miejsc związanych z tym wybitnym pisarzem, politykiem, filozofem i uczonym; no i oczywiście… Rocky’ego Balboa.

Początkowo program wycieczki obejmował także wizytę (i nocleg) w Atlantic City lecz po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że nie warto tracić czasu i sił na to miasto rozpasanego kiczu, niewybrednej rozrywki i hazardu – tym bardziej, że mieliśmy już za sobą doświadczenie Las Vegas, kasynowej stolicy świata par excellence. O tyle jednak dobrze było się tam zjawić, bo stwarzało to możliwość bezpośredniego zetknięcia się z Atlantykiem, co było swoistym dopełnieniem pielgrzymki od jednego wybrzeża do drugiego – z rytualnym niemal zanurzeniem stóp i rąk w obu oceanach.
A siłą, kondycją i chęciami należało jeszcze dysponować, bo czekał nas jeszcze przecież wielki finał w miejscu, które dla całego świata stanowi esencję Ameryki. Mowa oczywiście o Wielkim Jabłku, Gotham City, mieście, które nigdy nie śpi… czyli o Nowym Jorku. W naszym parudniowym pobycie w New York City skupialiśmy się naturalnie na Manhattanie, bez wątpienia najciekawszym okręgiem spośród pięciu nowojorskich borough. Nieprzypadkowo Manhattan należy do najtłumniej odwiedzanych miejsc turystycznych na świecie (ponad 50 mln. przybyszów  rocznie; dla porównania: Paryż odwiedza o połowę ludzi mniej). Dwa dni na zwiedzenie Nowego Jorku (czasami nasz pobyt tutaj był o jeden dzień dłuższy) to nie za wiele, niemniej jednak wystarczało czasu, by uświadomić sobie jego ogrom i poczuć charakter. I znowu: o mieście tym można by tu całą księgę spisać, wspomnę więc tylko o „żelaznych” punktach programu naszej wizyty. A więc, obowiązkowo: rejs na Liberty Island i bliskie spotkanie ze Statuą Wolności; przechadzka (niekiedy przejażdżka rowerem) po Parku Centralnym, wizyta na Wall Street, na Broadway’u i Piątej Alei, niekiedy na brooklińskim polskim Greenpoincie, w Chinatown lub w Little Italy; opłynięcie Wyspy Manhattan rzekami Wschodnią i Hudson; dla chętnych (do wyboru): wizyta w Metropolitan Museum, American Museum of Natural History lub Museum of Modern Art… Wreszcie panorama Nowego Jorku widziana z najwyższego wieżowca World Trade Center (wtedy jeszcze Twin Towers stały, oferując niezapomniany widok na spory kawał metropolii w promieniu kilkudziesięciu kilometrów) lub z najsłynniejszej budowli miasta, będącej, rzec można, jego symbolem: Empire State Building). Tak więc, w NYC spadała na nas cała masa wrażeń – Manhattan w dzień, Manhattan nocą (to jakby dwa zupełnie inne miasta), betonowo-aluminiowo-szklana dżungla z lasem wieżowców i kanionami gęstej, miejskiej zabudowy, wypełnionymi rzeką samochodów i tłumami ludzi – oszołomienie, które nie pozwalało na chwilę odpoczynku i jakieś racjonalne odniesienie się do zjawiska, które dla większości z nas było nieporównywalne z czymkolwiek, co widzieliśmy do tej pory na świecie. Dość wspomnieć, że nasza szalona wielotygodniowa eskapada kończyła się mocnym akcentem: nocą spędzoną na Broadway’u – wpierw obejrzeniem jednego z tutejszych musicali, a później (dla silnych i wytrwałych) wypadem do któregoś z wielu nocnych klubów jazzowych (ot, choćby go Blue Note czy też Birdland).
I tak oto, następnego dnia – w lepszej lub gorszej kondycji, ale jednak zawsze szczęśliwie – docieraliśmy na lotnisko Kennedy’ego,  gdzie żegnaliśmy naszych przyjaciół z Polski (goodbye kisses), po czym, sami już i bez większych szaleństw, wracaliśmy na wpół opustoszałym autokarem do Chicago.
Tak, za każdym razem, kończyła się dla mnie ta wielka przygoda z amerykańskim kontynentem, bez wątpienia jedna z największych przygód mojego życia.

greydot

New York minute - w Parku Centralnym na Manhattanie

New York minute – w Parku Centralnym na Manhattanie

.

Cóż, to co miało być zaledwie szkicem odnoszącym się do mojej najdłuższej trasy jaką realizowałem, kiedy przez kilka lat zajmowałem się turystyką, rozrosło się do takich rozmiarów, iż może przerazić co bardziej niecierpliwych czytelników – a jednak tak naprawdę szkicem pozostaje, bo doprawdy jest to tylko muśnięcie opisu kilkutygodniowej wycieczki po Stanach Zjednoczonych, którą miałem swego czasu przyjemność – i szczęście – organizować i prowadzić. Tak, to była jedna z wielkich przygód mojego życia – nie tylko doświadczenie zawodowe, ale poznawcze – zarówno jeśli chodzi o spotkania z ciekawymi ludźmi, jak i poznanie samej Ameryki.
Bez fałszywej skromności mogę napisać, że wszystkie te eskapady były bardzo udane i do dzisiaj zachowałem na to dowody w postaci dziesiątków listów i kartek otrzymanych od moich towarzyszy podróży.
Nie będę ukrywał, że realizacja takiej wycieczki była dla mnie wielkim wyzwaniem, a tym samym niezwykłą mobilizacja do tego, by zgłębić wiedzę o kraju, który stał się moim drugim domem, jak również do tego, by wzmocnić własną kondycję fizyczną i psychiczną (skok adrenaliny powodował, że prowadzenie tej wycieczki wprowadzało mnie jakby w stan permanentnego rauszu), tudzież wyrobić w sobie cechy, które do tej pory uważałem za niezbyt dobrze mnie określające (jak np. cierpliwość), czy wreszcie przezwyciężyć swoją wrodzoną nieśmiałość (to ciekawe, że zbierałem przy tej okazji pochwały za swoją odwagę ;) )
Nigdy nie byłbym w stanie dokonać takiego wysiłku, gdyby nie pasja, jaką było dla mnie (moje prywatne) odkrywanie Ameryki, a zwłaszcza zauroczenie amerykańskim Zachodem – całym tym jego krajobrazowym splendorem i Naturą, które pozostają dla mnie czymś wspaniałym i nieporównywalnym z żadnym innym rejonem na świecie.
Bardzo zależało mi na tym, aby zdobytą przeze mnie wiedzą i doświadczeniem dzielić się z innymi – starałem się więc, by wycieczki te miały walor nie tylko imprezowy, ale przede wszystkim edukacyjny. O tyle z realizacją tego było łatwiej, że zdecydowana większość uczestników głodna i chłonna była wiedzy (wśród nich było sporo ludzi kultury, nauczycieli, wykładowców wyższych uczelni, także biznesmenów – choć ci ostatni stanowili chyba najbardziej specyficzną grupę „specjalnej troski”). Byli to więc zazwyczaj ludzie bardzo ciekawi i zainteresowani tym, co spotykało ich na trasie – a że z wyborem miejsc atrakcyjnych i wartych zobaczenia nie było problemu, to i zwykle imprezy te kończyły się sukcesem.
Równolegle z prowadzeniem wycieczek zajmowałem się pisaniem artykułów do prasy polonijnej, gdzie w cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” starałem się popularyzować różne wątki i aspekty dotyczące kraju – jego historii, przyrody i zamieszkujących go ludzi. I to było dla mojego pilotażu jak znalazł, ponieważ zdobytą w ten sposób wiedzę (a pisanie tych tekstów zmuszało mnie do dość szerokich studiów i to w zakresie różnych dziedzin wiedzy – począwszy od zoologii, geologii, przez historię i kulturę, na socjologii i polityce skończywszy) mogłem wykorzystać w mojej pracy przewodnika, nie mówiąc już o egoistycznej stymulacji i ćwiczeniu mózgu.  Każdy bowiem dzień dotyczył innego wątku – miejsca i tematy zmieniały się jak w kalejdoskopie – a ponieważ spędzaliśmy w autokarze sporo czasu ze względu na długie przejazdy, to i była okazja, by o tym mówić i rozmawiać (dla uatrakcyjnienia programu – a i rozruszania towarzystwa – robiłem konkursy sprawdzające to, co grupa zapamiętała z moich prelekcji – dla najlepszych przewidziane były nagrody w postaci fotograficznych albumów).
Oczywiście z nadmiarem przekazywanej wiedzy nie można było przesadzać – musiałem też dostosowywać to, co mówiłem do danej sytuacji – do poziomu, oczekiwań, charakteru i zainteresowań grupy.
No i cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość… Każdy, kto miał do czynienia z polskim fenomenem grupy zorganizowanej, wie czym pachnie z takim organizmem dłuższe – ale też i krótsze – obcowanie. Nie wiem, czy coś takiego jak charakter narodowy istnieje, ale ujawnianie się pewnych cech specyficznych naszych rodaków, (o których nie mam wszak najmniejszej ochoty tu pisać) bywały dla mnie niekiedy dość traumatycznym doświadczeniem, z którym w końcu musiałem jakoś dawać sobie radę. Robiłem więc wszystko, aby to nie malkontenci nadawali ton całej imprezie, ale ci, którzy podchodzili do sprawy pozytywnie, przyjaźnie – gotowi na przeżycie wspaniałej przygody, być może nawet podróży swojego życia.
Na szczęście, niemal zawsze się to udawało.

To prawda, miałem jeszcze zamiar napisać słów parę na temat tzw. turystyki masowej – ze specjalnym uwzględnieniem uwikłania w nią większych grup autokarowych – lecz rozmiar tego tekstu również i mnie samego w końcu bez mała przeraził, więc pora napisać: basta! Ale niczego nie żałuję i z niczego nie mam zamiaru się tłumaczyć. Pisanie tego wszystkiego było dla mnie frajdą – a ponadto powrotem do niezapomnianych chwil i przeżyć, jak również utrwaleniem ich (przynajmniej na jakiś czas) w świecie, w którym wszystko (a zwłaszcza to, co dobre) tak szybko przemija. Mam również nadzieję, że przybliżyłem niektórym czytelnikom piękno amerykańskiej ziemi. I że tekst ten posiada pewien walor praktyczny, który można wykorzystać, realizując własny plan odwiedzin tej fascynującej części naszego globu, jaką jest bez wątpienia kontynent Ameryki Północnej.

greydot.

Powiązane wpisy: „SZKICE O AMERYKAŃSKIEJ SCENERII”,   „WYPRAWA NA ZACHÓD”.

New York by night: Time Square – rozjarzone serce Manhattanu – widok z Empire State Building

Nowy Jork nocą: Time Square – rozjarzone serce Manhattanu (widok z Empire State Building)

© ZDJĘCIA WŁASNE (klikając na zdjęcia można zobaczyć obrazy w pełnym wymiarze)

.

BEZ CLINTONA I SCHWARZENEGGERA

 (ze wspomnień wywiadowcy) .

Gwoli urozmaicenia, tudzież pewnego uporządkowania moich tekstów i próby wskrzeszenia materiału, który uśpiony leżał do tej pory w jednej z moich szuflad, postanowiłem powołać do życia na mojej stronie nowy cykl, zatytułowany „Ze wspomnień wywiadowcy”, który swego czasu (dokładnie: w latach 1995-96) ukazywał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”. Przyznaję – tytuł trochę przewrotny, tym bardziej, że „wspomnienia” dotyczyły wywiadów jakie przeprowadziłem w latach 1990-94 (tak więc, nie musiałem zbyt głęboko grzebać w pamięci). Myślę, że większość tych tekstów nie straciła do dziś na aktualności, a ze względu na swoją tematykę i przypomnienie znanych postaci polskiej kultury, znajdzie i dzisiaj zainteresowanie Czytelników. Przynajmniej mam taką nadzieję.

.

Czesław Niemen - wywiad

Wywiad z Czesławem Niemenem

.

CZĘŚĆ I

.

Wywiady. To podobno jedna z trudniejszych form publicystycznych. Nieprawda. To nie nie forma jest trudna, lecz trudni bywają rozmówcy. Nie wszyscy, oczywiście. Niektórzy sypią ciekawą myślą jak z rękawa i wszystko idzie jak z płatka – wywiadowca nie musi się tak pocić. Ale nie brakuje też momentów gorących, kiedy wydaje się, że już nic nie może go uchronić przed wpadką.

.

Ludzie pragną, aby ich obserwować, brać pod uwagę, doceniać, chwalić i podziwiać.
Jest to jedna z najwcześniejszych, najbardziej podstawowych,
jak również najgłębszych skłonności, odkrytych w sercu człowieka.
John Adams

SŁAWA – POŻĄDANE UTRAPIENIE

Już Eurypides dwa i pół tysiąca lat temu zauważył, że świetność i blask słynnych ludzi to tylko pozór, gdyż pod spodem są oni tacy sami, jak wszyscy. Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to wydaje się być czymś oczywistym, wręcz trywialnym, lecz na drugi – zawierać jednak pewien fałsz. Sławni ludzie nie są tacy sami, jak wszyscy inni, choćby tylko z tego powodu, że są… sławni.
Naturalnie, przyczyny fenomenu sławy leżą głębiej i różnią się w każdym przypadku. Akceptujemy czyjąś sławę, gdy jest ona skutkiem jakiegoś wielkiego dokonania, dzieła mającego znaczenie społeczne, polityczne lub kulturowe; kiedy wynika ona z uznania dla wkładu jednostki w ogólny dorobek ludzkości.
Na drugim biegunie leży infamia – niesława, czyli negatyw sławy. Nazwisko człowieka staje się ogólnie znane, dzięki jego „niesławnym”, niekiedy wręcz haniebnym czynom. Jak pamiętamy, dla takiego np. szewca Herostratesa był to jedyny sposób, dzięki któremu mógł się zapisać w pamięci potomnych: podpalić słynną świątynię Artemidy Efeskiej. Znając te intencje, polecono wymazać jego imię z tablic i manuskryptów. Tym skwapliwiej je zachowano. Nie zapominamy o Hitlerze, Stalinie; głośni stają się zamachowcy, zbrodniarze, i seryjni zabójcy. Lecz ci osobnicy, akurat nie będą nas tu zajmować.

Plebejską odmianą sławy jest popularność. W Stanach Zjednoczonych jest ona ściśle związana z komercjalizmem. Jeśli chodzi zaś o Hollywood, to istnienie tzw. systemu gwiazd (star system), ma głównie na celu ciągnięcie zysku z wylansowanych uprzednio aktorek i aktorów. Lansowanie to odbywa się różnymi sposobami, a publicity, czyli nagłaśnianie w mediach, jest pożądane przez „gwiazdy”, ich producentów, agentów i menedżerów… nawet jeśli ma pejoratywny odcień. Chodzi tu o najczęściej po prostu o plotki, podglądanie prywatności, pewne niedyskrecje… Sława to przecież także szkło powiększające.
Niekiedy negatywna reklama wokół nazwiska, spełnia takie samo zadanie, jak reklama, na którą wydaje się setki tysięcy dolarów. Magazyny zajmujące się życiem „sław” – ludzi wywodzących się głównie ze sfery show-businessu – osiągają na Zachodzie ogromne nakłady („People”, „Vanity Fair”, „Vouge”…). Mowa tu o tzw. „celebrities”, czyli osobach adorowanych (słowo to, jak widzę, na dobre przeniknęło do naszego kraju i rozkwitło w okropnie brzmiącym wg mnie określeniem „celebryci” – przyp. stb) .

Daniel Olbrychski - wywiad

Spotkanie z Danielem Olbrychskim

Oczywiście należy odróżnić to od bezczelnego pchania się „z kopytami” w prywatność i intymność innych, praktykowane nagminnie przez wszelkiej maści brukowce i tabloidy, dla których pomówienie i wyssana z palca sensacja jest głównym instrumentem epatowania publiki. Niestety, pisma takowe, rozchodzą się jeszcze liczniej. Dla bardziej wrażliwych – tak jak było to w przypadku zranionego łabędzia Michaela Jacksona – są źródłem utrapienia, natomiast sądom przysparzają tylko procesów o zniesławienie (a w to graj adwokatom z ich krociową dolą).
Zdarza się więc, że ci, którzy wcześniej uwijali się jak w ukropie, by tylko ściągnąć na siebie ogólna uwagę, później odczuwali wścibską popularność, jako ciężkie brzemię. To dlatego Fred Allen w „Treadmill to Oblivion” zdefiniował postać „celebrity” jako osobę, która przez całe życie pracuje ciężko nad tym, by stać się sławną, a później zakłada czarne okulary, żeby jej nikt nie rozpoznał.

Z tym pragnieniem sławy bywa różnie. Taki Montaigne np. ponad sławę przedkładał życie w spokoju. Inni uważają, że pasja sławy jest instynktem „wielkiej duszy”. Benjamin Franklin radził łaknącym sławy: „Jeśli nie chcesz być zapomniany zaraz po śmierci, to musisz pisać rzeczy, które warto by było czytać lub robić rzeczy, o których warto by było pisać.” Gotową odpowiedź na takowe dictum miał Marcus Mortal: „Jeżeli mam się stać sławny dopiero po śmierci, to mi się wcale do tego nie śpieszy.”
Nikt nie jest skory przyznać się do tego, choć wielu marzy się uczynienie ze swego życia pamiętnego monumentu.
Albert Camus miał zamiar znacznie skromniejszy. Uważał, że żyje tylko po to, by zostawić na ziemi bliznę. Czy była to tylko liryczna retoryka, usiłująca chwycić za serce egzystencjalna metafora? Tak, jak w każdym aspekcie naszej doli człowieczej, także i tu wkrada się w ludzkie serce melancholia: Sława? – pył na wietrze, znikomość, ułuda, puch marny…

PO CO LUDZIOM GWIAZDY ?

Wróćmy jednak do kultury masowej. Sprawa współczesnej publicznej idolatrii, mechanizmów kreowania „bożyszczy” tłumów i preparowania „kultu gwiazd” to temat na całą rozprawę socjologiczno-kulturową. Skądinąd mogłoby to być studium ciekawe i pouczające, odkrywające wiele prawd wręcz cywilizacyjnych. Zjawisko to jest nie tylko rezultatem sprawnego marketingu, komercjalnego robienia „szumu” wokół „gwiazdy”. To raczej w procesie lansowania wykorzystuje się pewne właściwości mas, które wybierają sobie (lub akceptują) idola, gdyż ten… jest im potrzebny.
Potrzebny z wielu względów.
Spróbujmy wymienić kilka. Jeden z nich, wcale nie bagatelny, nazwałbym „potrzebą plotki”. W małej społeczności – wiejskiej lub drobnomieszczańskiej – plotka pełniła (i pełni) rolę czegoś w rodzaju moralnego regulatora (pewne zachowania są ganione, inne aprobowane – to się usprawiedliwia, tamto zaś gani…etc.); dalej: była źródłem informacji (to nie istotne, że skrzywionej, będącej często pomówieniem), wreszcie zabijała ludzką nudę i poczucie jałowości, wypełniała pustkę. A wiadomo, że natura nie znosi próżni. Na dodatek, świat jest już teraz, w dobie zaawansowanej rewolucji informatycznej, jedną globalną wioską. Ma też swoje globalne super-ploty. Przykład: oprócz hollywoodzkiego dworu, brytyjska rodzina królewska i tragi-komiczne wyczyny jej członków, o których rozprawia się szeroko nie tylko w Europie, ale i w Ameryce, Australii, w Polsce czy w Japonii.

Są też powody idolatrii bardziej budujące. Np. prosty podziw dla tych, co na świeczniku (pomijamy na razie zawiść). Podziw dla ich talentu, walorów cielesno-duchowych, dla ich pracowitości i dokonań…
Niektórym imponuje też owo wysforowanie się na czoło „wyścigu szczurów”.
Jakby nie było, aprobata społeczna i akceptacja sukcesu to ważny czynnik wpływający na rozwój całego narodu, społeczeństwa.
Sława rodaka to przecież powód do dumy, jak również afirmacja poczucia własnej (i plemiennej) wartości, nieraz przecież nadwątlonej świadomością własnych braków. To dlatego tak łapczywie rzucamy się my na sukcesy choćby naszych sportowców (Małysz, Kubica, siatkarki… ).

Juliusz Machulski - wywiad

Podczas wywiadu z Juliuszem Machulskim

Istnieje również (zwłaszcza w przypadku młodzieży) potrzeba przykładu – wzoru, do którego nieuformowani jeszcze młodzi ludzie chcą się przypasować (moda, ubiór, sposób bycia, fryzura…); któremu chcą dorównać, także pod innymi względami, już mniej powierzchownymi.

Zawsze jednak dobrze jest pamiętać, iż każda sława ma swoje standardy, które nie sposób naśladowcom przekroczyć. Np. – jak to już ktoś zauważył – jakiś człowiek o wielkim otworze gębowym i grubych wargach, będzie tylko jeszcze jednym człowiekiem o wielkich ustach i grubych wargach, chyba, że… jest Mickiem Jaggerem albo Sammy Davisem Jr.

Nigdzie tak obficie nie plenią się mity, jak w pobliżu sław. Już sam proces osiągania sławy ma w sobie spory element mitotwórstwa. Nazwisko sławy staje się symbolem, zaczyna żyć własnym życiem, często w oderwaniu od osoby fizycznej (innymi słowy, staje się legendą). A już Homer w „Iliadzie” wieścił: „Jakże próżne bez treści jest słowo, jakże puste jest imię bez zasług.”
Podobna myśl przewija się często: „Bywa tak, że podziw dla dzieł sławnego człowieka staje się powszechny wtedy, gdy powszechny staje się podziw dla jego nazwiska.” (Hazlitt).
Panuje przekonanie, że kiepski to naród, który potrzebuje bohaterów. W przypadku amerykańskiej kultury masowej, sprawdza się to tym jaskrawiej, że jakość tutejszych królów masowej wyobraźni pozostawia wiele do życzenia. Przy okazji można strawestować znane powiedzenie: pokażcie mi waszych masowych idoli, a powiem wam, jakie jest wasze społeczeństwo.

OD CHICAGO PO MIAMI

Rozrosły mi się te dygresje do rozmiarów nieplanowanych. A miał to być tylko wstęp do wspomnień o moich „przejściach” z ludźmi, z którymi przeprowadzałem wywiady – do wrażeń i refleksji mniej oficjalnych, do zajrzenia za kulisy, odtworzenia treści, które z różnych względów padły ofiarą redakcyjnych nożyc, albo nie współgrały z meritum wywiadu, bądź też nie przetrwały autoryzacji. Zebrało się tego wszystkiego – przez te cztery lata mojego pobytu w Ameryce – całkiem sporo. Na półce stoi kilkadziesiąt nagranych taśm, z których każda, wsunięta w kieszeń magnetofonu, wywołuje lawinę wspomnień. Tak samo, jak i zdjęcia, materiały przeróżne, pamiątki po moich rozmówcach.

Czy te wszystkie uwagi we wstępie uznać można za adekwatne do tego, o czym chcę pisać? To prawda, że żaden ze mnie Larry King ani tym bardziej Oriana Fallaci i ludzie, z którymi rozmawiałem nie byli ani Husseinami czy Arafatami, ani nawet Clintonami i Schwarzeneggerami, niemniej jednak udało mi się spotkać i porozmawiać z kilkoma osobami, których pozycja w kulturze polskiej jest (była) wysoka i bezdyskusyjna. Czy można jej odmówić np. Krzysztofowi Zanussiemu, Czesławowi Niemenowi czy – ostatnio – Henrykowi Góreckiemu? Czy ktoś zaprzeczy popularności Daniela Olbrychskiego czy Jana Pietrzaka?
Zresztą głośne nazwisko wcale nie gwarantuje dobrego, udanego wywiadu, którego sukces zależy od wielu różnych czynników, w tym i kondycji wywiadowcy. Bardzo interesujących rzeczy można się dowiedzieć od ludzi mniej znanych, a bardziej żywych, dowcipnych, nie znudzonych i nie zepsutych powodzeniem, a przepełnionych jeszcze pasją, dalej gdzieś pędzących.
Chociaż najlepiej się czuję w tematyce filmowo-muzycznej, mój rozrzut „wywiadowczy” był dość szeroki: od ministra obrony narodowej Janusza Onyszkiewicza, po piękną gwiazdkę Kasi Figury. Wywiady przeprowadzane były głównie w Chicago, ale także w takich „egzotycznych” miejscach jak Phoenix w Arizonie, Denver w Kolorado czy wreszcie Miami na Florydzie, gdzie miałem okazję i przyjemność zapoznać się bliżej z działalnością Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej, z jego prezeską i założycielką Blanką Rosenstiel, jak również z innymi przedstawicielami kultury polsko-amerykańskiej na Florydzie: prof. dr Zdzisławem Wesołowskim, kapitanem lotnictwa, wykładowcą aeronautyki, ekonomii i zarządzania na tamtejszym uniwersytecie (ostatnio: kandydatem na prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej); także z tłumaczem literatury polskiej na angielski (m.in. trylogia Henryka Sienkiewicza) – Alexandrem Jordanem, przyjacielem Jerzego Kosińskiego, korespondentem, przedwojennego PAT-a, byłym attaché prasowym przy Ambasadzie Polskiej w Londynie… Z humorem staram się podchodzić do wspomnień z dość niefortunnego spotkania z Lorettą Swift (znaną choćby – jako „Hot Lips” – z popularnego serialu telewizyjnego „M*A*S*H*”).
Wrażeń, barwnych obrazków, ciekawych momentów, nieznanych informacji i pikantnych kąsków nie brakuje. Mam nadzieję, że i Czytelnikom wydadzą się interesujące.

c.d.n.

* * *

Przed wywiadem z Edytą Geppert

Przed wywiadem z Edytą Geppert.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.