ZABIERZ MNIE DO KRAIN SZCZĘŚLIWYCH

.

.

.

Zabierz mnie do tych krain szczęśliwych, gdzie ptaki muskają powietrze delikatnym puchem i koją swą pieśnią nieżałobną, a motyle żyją wiecznie – z nieprzemijającym pięknem na swoich skrzydłach.

.

Do miasta bez murów mnie zawieź, do królestwa bez królów – w takie światy za naszym światem mnie weź, gdzie nawet smutek jest słodki, a radość spokojna jak ciepły jesienny wieczór, w którym nigdy nie zapada ciemność – gdzie nasze twarze kąpały by się w ciepłej poświacie zachodzącego, ale nigdy nie zaszłego słońca.

.

Na takie wyspy szczęśliwe mnie zabierz, które owiewa lekki wiatr czułości i obmywają fale czystej tkliwości. Gdzie drzewa szumią cicho liśćmi, które nigdy nie opadną, choć nieraz zmienią barwę na jeszcze piękniejszą.
I gdzie żyją stworzenia, którym przestały być potrzebne kły i pazury.

.

Przepraw mnie gdzieś na drugą stronę, na jakiś ląd nieziemski, bezpieczny – gdzie nasze umysły już nigdy by się nie lękały, ciała nie męczyły i nigdy nie bolały.

.

Do takich sfer doprowadź, gdzie istotą istnienia jest istnienie samo, niczym nie zagrożone i nie ponaglane niczym – z na zawsze odnalezionym sensem i nigdy nie zagubioną racją – z wiecznie trwałym uczuciem wdzięczności i stale objawiającą się łaską.

.

Na niebiańskie łąki mnie zaprowadź spokojne, gdzie w każdej chwili mógłbym ująć Twoją dłoń.

.

W takie rajskie miejsca mnie weź anielskie, gdzie nieustannie czuje się bliskość kogoś, kogo się kocha. Gdzie można spojrzeć w oczy spojrzeniem łączącym dusze – nie tylko w tym momencie, ale i stale – tak jakby czas przestał istnieć a otaczała nas tylko wszechobecna, nieśmiertelna miłość.
Niegasnąca gwiazda naszego szczęścia.

.

Myślę, że kiedyś znajdziemy się tam na zawsze.
Wiem, że to zawsze jest już teraz.

*  *  *

.

MARMUROWY LAS

.

Wśród kolumn rotundy Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie

Wielka jest potęga czarnych kolumn z marmuru dźwigających sklepienie budowli, którą stworzył człowiek na chwałę swoją i tych, którzy w cierpieniu, trwodze, zachwycie i radości poszukiwali nie tylko piękna, zaklinając je w materii, ale tego, co ludzkie i nieludzkie w nich samych i w innych – boskich a może i nieboskich stworzeniach pojawiających się i znikających na ziemi – maleńkiej skalnej drobinie wirującej w przepastnym kosmosie, zagubionej w nieogarnionej otchłani pustki, której nie może wypełnić nawet ta nieprzeliczona ilość gwiazd i galaktyk.

Co począć z taką myślą pojawiającą się w twojej świadomości, kiedy tak idziesz przez ten czarny las marmurowych pni gigantów, które tak naprawdę – podobnie jak ty – są znikomością?

Teraz wydaje się ten gmach wieczny, ale przecież wiesz, że to tylko kwestia czasu, kiedy nie pozostanie tu kamień na kamieniu.

Gdzie wtedy będziesz ty… jeśli będziesz?

Czy masz tylko tę chwilę i może jeszcze kilka następnych?
Poza tym, że wiesz, że nic nie wiesz – wiesz tylko to, że wszystko jest Tajemnicą. Że dane ci jest zmagać się z tą największą z wszystkich Tajemnic, która skrywa przed tobą Sens Wszystkiego i twoje przeznaczenie w Wieczności.

*  *  *

© ZDJĘCIE WŁASNE

 

PODGLĄDANIE WIECZNOŚCI

.

Mój dom rodzinny na Podkarpaciu

Śnieżnobiała szadź – piękno (na chwilę) zatrzymane. (Zdjęcie własne: mój dom rodzinny na Podkarpaciu.)

.

“…chybił celu życia, kto nie zaznał goryczy rozpaczy,
choćby jego życie było nie wiem jak piękne i radosne”
Soren Kierkegaard, “Albo-albo”

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.

Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?

A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe), jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…

A może jednak początkiem czegoś innego?

.

ZDĄŻYĆ NA CZAS (wspomnienie o Małgorzacie)

*

Pomyślałem dziś o Małgorzacie. Wróciłem do wpisu jaki jej poświęciłem trzy lata temu (to niewiarygodne jak ten czas szybko mija, ciągle ukazując nam rzeczywistość w coraz to innych konfiguracjach). I znów słowa tam zawarte nabrały dla mnie innego – szczególnego – znaczenia. Jak np. te: „Mam sobie za złe, że nie znalazłam dość siły, żeby porozmawiać z tymi, których znałam i ceniłam, którzy wysyłali sygnały – a których już nie ma. Odeszli i nie zdążyłam, wciąż myślałam, że mam jeszcze czas, że to nie jutro, nie pojutrze, przygotowywałam się i zbroiłam. Nie, nie chciałam odwodzić, wpływać na ich decyzje. Tylko porozmawiać. Jest już za późno.” To uderzające, że Małgorzata (Defendo), wypowiedziała tu dokładnie to samo, co – odległy, jakby się wydawało, o światopoglądowe antypody – ksiądz Jan Twardowski w swoim słynnym wersie: „Śpieszmy się kochać innych. Tak szybko odchodzą”.  Przypomniała mi się również jedna z naszych rozmów, jaką odbyliśmy pod jej tekstem „Nie chciałam, samo wyszło”.

*

Logos Amicus: Defendo, Twoje stwierdzenie „nie chciałam, samo wyszło” to są wg mnie słowa kluczowe dla całej tej sytuacji, którą tutaj opisujesz. Zresztą, nie tylko dla niej. Może dla całego naszego życia – dotycząc również egzystencji każdego człowieka?
Właśnie: czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to chcemy?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to naprawdę MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?
Ostatecznie, wychodząc poza te zawiłości, mogę skonstatować: znów dotykamy tutaj problemu wolnej woli i determinizmu.
Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym? Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?
Archetypy są właśnie naszą próbą – niekiedy rozpaczliwą próbą – ponownego zjednoczenia się ze światem, także z innymi ludźmi. Są tęsknotą za powrotem do Oceanu – do Jedni Wszechświata (to czuli doskonale – a może też i rozumieli? – ludzie, mistycy Wschodu).
Dzięki archetypom łagodzimy naszą niepewność. Dzięki nim chcemy pokonać samotność (także w tym szerszym wymiarze egzystencjalnym) – wyciszyć lęk związany z zagubieniem w świecie.
Chcemy aby archetypy służyły naszemu poznaniu.
Ale czy są one naszą wiedzą?
I czy w ogóle mogą być naszą wiedzą?
Nie wiem…

Defendo: Logosie – też nie wiem. Archetypy mogą występować w formie symboli (albo personifikacji), a ich treść może być wyrażona tylko przy pomocy metafor.
Metafory uważam za jedno z narzędzi poznania.
Bywają jednak groźne. Potrafią generować nazizm, nienawiść rasową, wojnę.
Zadałeś wiele pytań. Nie znam odpowiedzi.
Tak jak nie wiem, co właściwie mi wyszło, w miejsce tego, co zamierzyłam. Ten chłopak usiłował kogoś zabić – przy pomocy noża. Nie mam pojęcia, co czuł, kiedy wyjmował pozornie zakrwawiony nóż z chleb-ciała, któremu przypisaliśmy wcześniej tak wiele znaczeń. Nie umiem opowiedzieć jego twarzy. Tej niesamowitej ciszy. Jakby wstrzymali oddechy.
Mam nadzieję, że wtedy każdy z nas coś zrozumiał, ale straciłam kontrolę nad tym, CO pojęli inni. Jeśli nie pojęli, to przynajmniej odczuli.
A chciałam tylko uwrażliwić ich na to, że tylko prawdziwa sztuka ma prawo dotykać najważniejszego, że jest sfera sacrum (ściśle chroniona, której nie wolno niszczyć) i sfera profanum, dostępna wszystkim, ale w której nie wolno nurzać rzeczy naprawdę istotnych.
Nie wiem, co trzymał w dłoni ten chłopak. Nie wiem, czy te sfery są rozłączne. Może zdarza się czas i miejsce, w których mieszają się bez uszczerbku dla tabu?
Od czego to zależy?

Logos Amicus: Defendo [wybacz] (…) ale, niestety, odnoszę nieodparte wrażenie, że te Twoje zakrwawione sztylety ocierają się o kicz.

Defendo: (…) Oczywiście, że to kicz – zamierzony i wykonany („biełyje rozy”, czarne tło, sztylet – a tak naprawdę kord oficera Marynarki Wojennej, sztyletem nie dysponuję, krew tak czerwona, że aż wiadomo, że nierzeczywista). Ten rodzaj kiczu, który chciałam zdezawuować i obrzydzić moim podopiecznym. Właśnie dlatego przygotowałam całą tę „spaloną” scenkę.
Nic TU się nie ociera o kicz – jest kiczem, jak inkrustowane sztucznymi brylantami tipsy panienki wracającej ostatnim podmiejskim autobusem z dyskoteki, jak sceniczny biustonosz Madonny, jak tekst pretensjonalnej piosenki. Kicz zamierzony i wykonany. Zdarzenie z chlebem straciło [jednak] część cech kiczu – i nadal nie wiem, czym się stało.

Logos Amicus: (…) Nie spodziewałem się, że tak łatwo mi przytakniesz.
A już szykowałem się na coś w rodzaju obrony kiczu…
Chciałem wspomnieć o operach, malarstwie Dalego, tajskich świątyniach, „Bohemian Rhapsody” zespołu Queen…
Czyli o kiczu, który czasami przemienia się w arcydzieło.

Defendo: Wiem, przecież się rozumiemy ;)
Jasne, że bardziej niż dosłownie.

* * *

Ktoś pod pożegnalnym wpisem o Małgorzacie napisał: „Wierzę Małgosiu i poprzez uczucia jakie mi towarzyszą teraz, próbuję po raz enty zrozumieć niepojętą tajemnicę życia i śmierci…
Quietus est – perpetus sopor!

Na co starałem się odpowiedzieć:  Jest niepojęta, a i tak próbujemy zrozumieć. Choć nigdy nie zrozumiemy – najwyżej poddamy się wierze lub jakiemuś przekonaniu. A może tu nie ma nic do zrozumienia, tylko do… pogodzenia się z tym lub… nie pogodzenia? Perpetus sopor. Czyli sen, z którego nie można się przebudzić? A może jednak – poza czasem – nie ma ani wiecznego snu ani przebudzenia?
A jest tylko trwanie lub nieistnienie?

Kto to wie?

* * *

W TWOICH OCZACH…

*

*

I
*
Czy zobaczę w Twoich oczach wieczność?
(kiedy już wreszcie będziemy razem –
dwa czujące pyłki rzucone w otchłanie Kosmosu)
*
Czym jest bicie naszych serc
wobec ogromu
i chaosu Wszechświata
który może ładem jest
podległym prawom nieodgadnionego Boga?
Któż to wie?
*
Co pozostanie…
po nas, z nami, w nas?
Gdzie przetrwają nasze ślady?
Czy to możliwe
poza czasem i przestrzenią
kiedy już materia nie zda się na nic?
*
I I
*
Dotyk dłoni, czy spojrzenie
uśmiech, słowo, pocałunek…
ból albo szczęście
wszystkie nasze sny i jawy
zagubione i odnalezione miłości
*
Chwila spełnienia
która zapala się
w naszych ciałach i umysłach
i która gaśnie…
*
I I I
*
Zatrzymać moment
chłonąć istnienie
być, czuć, kochać…
a po nas choćby potop
i pożoga
zimne bryły meteorów
i popiół spalonych gwiazd…
*
W Twoich oczach chcę zobaczyć wieczność
i to byłaby odpowiedź Boga
na wszystkie moje pytania
*
* * *

PUSTKA I ŻAR

 

 

 

 

Otwarłam oczy na całą tę jaskrawość
świata, jej blask oślepił mnie
więc odwróciłam głowę, by w mroku cienia
odnaleźć zagubiony spokój,
który był tu przed zgiełkiem
udającym wszelkie przyjemności życia,
zwabiające nas w pułapkę istnienia
dla kogoś lub czegoś,
co tylko igra z naszą nadzieją,
radością, smutkiem, ekstazą, cierpieniem

Chłonęłam obrazy,
które zmieniały się jak w kalejdoskopie,
byłam zachłanna na ich kolor, kształt i fakturę,
na morza, miasta, krajobrazy, drzewa…
na twarze zmieniające się jak w albumie Boga
na postaci zastygłe w stop-klatce chwili
na gesty zdradzające stan serca i umysłu
na myśli snujące się między duszą a ciałem

I pytałam się: gdzie jestem?
gdzie jest mnie więcej?
w ich odbiciu we mnie
czy w moim odbiciu w nich?
A może zagubiłam się gdzieś
między oka mgnieniem a brzegiem nicości
porwana przez życie i fale czasu
w morzu rozlewającym się stąd do wieczności?

Budowałam miasta z ulic miłosierdzia
rozpinałam mosty nad rzekami złudzeń
wznosiłam wieżowce westchnień i radości
szkliłam pawilony jasne od uśmiechów

w ogrodach rozsadzałam pędy miłości
okna przysłaniałam kotarą ze smutków
ze strachem zmagałam się w domach pociechy
z nienawiścią uporałam na śmietniku pychy

W tych moich dekoracjach umieściłam Jego
niejasny zarys, który stawał się konkretem
bijącym mnie w oczy, godzącym w serce
lecz częściej majaczył on przymglony
marzeniem, tęsknotą, myślą, złudzeniem…

Kiedy był blisko, oddawałam mu wszystko
wchodził we mnie każdym porem skóry
czułam jego dotyk, ślinę, pot i spermę,
w moim wnętrzu gotowała się rozkosz,
w którą zamieniał się nawet mój ból

Byłam z nim ale byłam sama
wystawiana ciągle przez zmysły do wiatru
smagana absurdem, który wcześniej był sensem
Czułam jak twarz owiewa mi chłód
jak wysychają moje wargi i usta
jak w gardle więźnie mi gorycz
i zalega piasek nieludzkiej pustyni
i że znów, gdzieś głęboko, wewnątrz
wylęga się we mnie ta przeklęta osobność

A jednak szłam dalej i dalej przed siebie
nie oglądając się na popioły i zgliszcza
pływały nade mną statki pijane
rozwierały się pode mną przepaście
Widziałam jak spod chmur pierzchają wystraszone anioły
a po ziemi pełzają jaszczury i węże
Sen uparcie mieszał się z jawą
szukającą dla siebie ulgi w obłędzie

Gdzie jest tego kres? I jaki on jest? I kiedy?
Za którym widnokręgiem nastąpi ciemnokrąg?
Gdzie ta droga z ostatnim zakrętem,
za którym powinniśmy już wyjść na prostą
prowadzącą nas do nieskończoności?
Tam gdzie wszystko zamieni się w nic
i nic nie będziemy już mieć do stracenia

*  *  *

 

 

Ilustracja: zdjęcie (i stylizacja) własne (wg „Pocałunku” Rodina)