SAN FRANCISCO, albo o misjach, złocie, pożarach i trzęsieniu ziemi

.

Kiedy mowa o historii San Francisco, słyszy się zazwyczaj o tym, że na początku byli hiszpańscy konkwistadorzy, zaraz później misjonarze, a następnie złoto. Jest to prawda, lecz niepełna. rzeczywiście gorączka złota przed 15o laty przyczyniła się wielce do kalifornijskiego boomu, a szczególnie do znacznego rozkwitu San Francisco. Jednak w międzyczasie wiele innych czynników i wydarzeń kształtowało KalifornięTak naprawdę – podobnie jak w przypadku każdego innego miejsca w Ameryce – na początku byli tu Indianie. Przez kilkanaście tysięcy lat żyli na Zachodnim Wybrzeżu w zgodzie z naturą, respektując siły, od których, od których zależało ich życie i powodzenie. Tak było aż do czasu, kiedy pojawił się biały człowiek, a wraz z nim jego agresywna ekspansja, choroby zakaźne, pogoń za złotem i bogactwami, lecz także i za chlebem.

.

San Francisco

San Francisco (wiktoriańskie Malowane Damy na tle miejskiego downtown)

.

To zderzenie z białymi spowodowało wyginięcie prawie wszystkich rdzennych mieszkańców Indian zamieszkujących wybrzeże Pacyfiku. A na początku podboju kontynentu przez Europejczyków było ich blisko 500 tysięcy.
Jedną z tych niszczycielskich sił była gorączka złota. Zresztą, jak można się domyślać, pierwsi odkryli złoto Indianie, jednak nie znaleźli w nim szczególnego upodobania. Aby jednak oddać sprawiedliwość misjonarzom, trzeba zaznaczyć, że to właśnie padres – jak ich z hiszpańska wówczas wszyscy nazywali – zabraniali rdzennej ludności rozgłaszania wieści o złożach złotego kruszcu, słusznie obawiając się, że sprowadzi to na ich misje i wioski indiańskie same plagi. Nie zapobiegło to jednak gorączce złota i kiedy w 1848 roku biali znaleźli kruszec nieopodal San Francisco, rozpętało się zamieszanie, które – w zależności od punktu widzenia – wyglądało albo na rozkwit, albo na katastrofę, przynosząc Kalifornii zarówno to, co złe, jak i dobre.

EUROPEJCZYCY

Wróćmy jednak do początków miasta, które później zasłynęło na całym świecie jako San Francisco. Wiadomo, że Hernando Cortes, słynny Hiszpan, który podbił Meksyk, dotarł do półwyspu znanego dzisiaj jako Baja California (czyli Dolna Kalifornia) i myśląc, że jest to wyspa, nadał jej nazwę California – tak samo, jak to było w znanej wówczas książce, w której opisano mityczną wyspę na Pacyfiku, nazywając ją właśnie Californią (od imienia jej władczyni, Calafii).
Juan Cabrillo, pierwszy Europejczyk, który przybył do wybrzeży dzisiejszej Kalifornii w 1542 roku, zatrzymał się w kilku miejscach Zachodniego Wybrzeża, jednak przeoczył zatokę San Francisco. Podobnie, jak słynny angielski żeglarz Sir Francis Drake, którego wielka, obładowana skarbami flotylla przepłynęła obok wejścia do zatoki, (które spina dzisiaj most Golden Gate) prawdopodobnie nawet jej nie zauważając. Trzeba było więc zaczekać aż do II połowy XVIII wieku, by Europejczycy bardziej zdecydowanie zajęli się kolonizacją tego zakątka ziemi.
Król hiszpański Karol III usunął Jezuitów ze swoich kolonii, zastępując ich wkrótce misjonarzami innych reguł. I tak, dominikanom przypadała w udziale Dolna Kalifornia, natomiast franciszkanom – Górna. A należało wówczas działać energicznie. Po wojnie siedmioletniej najsilniejszym gospodarzem Ameryki Północnej stała się Anglia. Swoje osady na Pacyficznym wybrzeżu Ameryki, zaczęli też zakładać Rosjanie. Hiszpanie już dłużej nie mogli czekać z umocnieniem swoich kolonii. Zaczęli więc organizować misje – zaczynając od San Diego, na San Francisco kończąc. Zajął się tym głównie franciszkanin Juniperro Serra. W latach 1769-1823 powstało 21 takich misji.

Fisherman's Wharf

Fisherman’s Wharf

YERBA BUENA

Najprawdopodobniej Zatokę San Francisco zobaczyli po raz pierwszy Hiszpanie z ekspedycji Gaspara de Portoli w 1769 roku. Jednak dopiero 6 lat później hiszpański statek wpłynął do zatoki przez cieśninę nazwaną później (1948 r.) przez Amerykanina Johna Charlesa Fremonta Golden Gate (Złote Wrota). Portola miał na pokładzie cieśli i murarzy, których zadaniem było zbudowanie misji i presidio, czyli garnizonu. I tak się stało. W 1776 roku powstała Mission Dolores.
Naturalnie, oprócz tego, że misja była siedzibą zakonników, którzy zajmowali się nawracaniem „dzikich” Indian na „świętą” wiarę katolicką, był to jednocześnie punkt strategiczny: fort mający bronić Hiszpanów zarówno przed wrogimi tubylcami, jak i przed wojskami innych państw kolonialnych.
Jednakże, przez najbliższe 50 lat od powstania Misji Dolores, jej mieszkańcy wiedli żywot spokojny, nie niepokojeni przez nikogo. A było ich w 1800 roku niespełna tysiąc, wliczając w to Indian. Czas jakby się dla nich zatrzymał. Nie zatrzymał się jednak w całej Ameryce. Meksyk wymówił posłuszeństwo Hiszpanii w 1821 roku, ogłaszając swoją niepodległość. Zaczęła się tzw. sekularyzacja kalifornijskich osad, czyli – dosłownie – ich uświecczenie. Misje zamieniały się w pueblo (wioski), ziemie zaczęto oddawać w prywatne ręce, także Indianom.
Do Kalifornii przybywało coraz więcej amerykańskich i angielskich biznesmenów. Jednym z nich był brytyjski kapitan William Richardson, który w latach 20-tych XIX wieku, parę kilometrów od Misji Dolores założył handlowe pueblo, nazwane wkrótce Yerba Buena (hiszp. dobre ziele). To właśnie miejsce stało się zalążkiem miasta, które z czasem zaczęto nazywać San Francisco.
Wszystko to odbywało się jeszcze przed gorączką złota. Była to epoka wielkich rancho, którą z wielkim rozrzewnieniem wspominali później starzy mieszkańcy Kalifornii, zmęczeni całym tym zgiełkiem, wywołanym przez gorączkę złota 1848 i 1849 roku.
Jednakże wcześniej, bo w 1846 roku, wybuchła wojna Stanów Zjednoczonych z Meksykiem, zakończona dwa lata później traktatem pokojowym, na mocy którego cała Kalifornia, jak i inne ziemie należące dotychczas do Meksyku (w tym Arizona, Nowy Meksyk, część Nevady) zostały włączone do Stanów Zjednoczonych.

ZŁOTO!

Dosłownie na 6 dni przed podpisaniem tego traktatu, w pobliskich górach Sierra Nevada odkryto złoto. W ciągu kilku dni pueblo Yerba Buena – znane już wówczas jako San Francisco – opustoszało. Każdy, kto żyw zaczął w górskich strumieniach szukać złota, a fama o kruszcu rozniosła się nie tylko po Kalifornii i Ameryce, ale i po całym świecie. Wkrótce ze wszystkich zakątków globu zaczęli napływać poszukiwacze złota. Liczba mieszkańców San Francisco, w ciągu zaledwie dwóch lat (1848-50), zwiększyła się z tysiąca do 25 tysięcy osób.
W 1849 roku, na statku California przybyli tzw. Argonauci (inaczej zwani forty-nineres). Tysiące innych przypłynęło za nimi morzem, lub też dotarło lądem, pokonując wozem osadniczym 4-miesięczną trasę szlakami Oregon lub Santa Fe. Wśród nich nie brakło Anglików, Norwegów, Niemców, Australijczyków i ludzi wielu innych narodowości.
Ci, co byli pierwsi, rzeczywiście znaleźli kruszec w wielkiej obfitości – dziennie nawet o wartości do 150 dolarów, co jak na tamte czasy było sumą olbrzymią. Zdarzały się żyły złota zupełnie odkryte – tak, że metal ten można było wydłubywać ze skały zwykłym scyzorykiem. Jednak była to stosunkowa rzadkość, a zasoby w krótkim czasie zaczęły się wyczerpywać. Większość poszukiwaczy wydobywała złota tyko tyle, by się można z tego utrzymać (tj. za około 100 dolarów miesięcznie). A należy pamiętać, że utrzymanie było wówczas w tamtym rejonie okrutnie drogie, gdyż handlarze windowali ceny do astronomicznych wysokości. Funt gwoździ kosztował prawie tyle samo, co funt złota; zwykła deska – $20, jajka od $20 do $50 za tuzin, kwarta wódki – $30, a para butów około $100. Nic więc dziwnego, że w ostatecznym rozrachunku, na całym tym „złotym” interesie, najlepiej wyszli handlarze i ci, którzy ten ruch obsługiwali (a w szczytowym, 1852 roku, wydobyto złota za 81 milionów dolarów). Jednym z tych, którzy zapisali się wówczas dla potomności, był przybysz z Niemiec nazwiskiem Levi Strauss, który zamierzał poszukiwaczom złota sprzedawać namioty, lecz po jakimś czasie doszedł do wniosku, że zrobi lepszy interes, jeśli z tego płótna na namioty zacznie szyć spodnie. Trafił w dziesiątkę, czego skutki odczuwamy do dzisiaj, chodząc w „levisach„.
Oczywiście, cala ta gorączka miała także swe pochorobowe komplikacje i powikłania. San Francisco, ze spokojnego w miarę pueblo, w ciągu paru miesięcy zamieniło się w tzw. boom-town, czyli miasto hossy. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kasyna i domy gry (w krótkim czasie powstało ich blisko tysiąc); także salony, palarnie opium, knajpy oraz publiczne przybytki uciech seksualnych, zwane popularnie burdelami. Tłumnie zaczął napływać element mocno podejrzany, awanturniczy, wręcz bandycki – całe mnóstwo wyjętych spod prawa renegatów. Kwitło więc bezprawie – rozbój, kradzieże, łapówkarstwo, prostytucja… Nie działały żadne miejskie organizacje i praktycznie nie było żadnej efektywnej władzy stanowej, o federalnej nie wspominając. San Francisco rozwijało się zbyt szybko – i za daleko od Wschodniego Wybrzeża – by mogła za tym nadążyć legislatura. Więc nawet gdy uchwalono jakieś prawo, to nie było komu go egzekwować. Organizowały się szajki, którym obywatele San Francisco starali się stawić czoła, zakładając własną milicję porządkową. Dla przykładu powieszono kilku złoczyńców. Jednak odbywało się to poza władzą oficjalną. Sytuacja tak bardzo wymknęła się spod kontroli, że rząd Stanów Zjednoczonych zmuszony był do interwencji i do Kalifornii posłano wojsko pod wodzą generała Shermana, który zresztą uznał jedną z organizacji milicyjnych i pozwolił jej działać.
W 1854 roku hossa gwałtownie się skończyła, ale San Francisco nie opustoszało, tak jak to było z wieloma innymi, mniejszymi, osadami górniczymi. Te wyludnione zamieniały się w tzw. ghost towns, czylio miasta-widma. San Francisco rozwijało się nadal – kupowano nowe ziemie, zakładano farmy, budowano fabryki…

Golden Gate

Golden Gate

TO JEDNAK NIE KONIEC

Drugi, znaczniejszy okres prosperity zanotowano w 1859 roku, kiedy to w zachodniej Nevadzie odkryto pokłady srebra zmieszanego ze złotem. Odzyskanie tych cennych kruszców nie było już takie proste i wymagało skomplikowanych metod oraz dużych inwestycji. Bogaci przedsiębiorcy i kompanie zainwestowały. Zasoby zostały wprawdzie wyeksploatowane już po 10 latach, ale ryzyko się opłaciło, bowiem do tego czasu wydobyto srebra i złota o całkowitej wartości 500 mln. dolarów. Inwestorzy wzbogacili się więc na tyle, by San Francisco rozbudować. Domy publiczne, hazard i meliny przestały dominować w mieście. Wyrosły za to bogate rezydencje, wybudowano słynny 800-pokojowy Palace Hotel, powstały teatry i opery… Życie kulturalne stawało się coraz bogatsze, tytuły prasowe coraz liczniejsze. Swoje imperium zaczął tworzyć William Randolph Hearst, powołując do życia gazetę San Francisco Examiner. Miasto zaczęli odwiedzać słynni pisarze, m.in. Mark Twain, Oscar Wilde czy Robert Louis Stevenson; w 1976 roku urodził się tu Jack London.
A i sama podróż do miasta Św. Franciszka stała się łatwiejsza po tym, kiedy w 1869 roku otworzono kolej transkontynentalną, którą w ciągu 5 dni – i to za jednego dolara! – można było dotrzeć tu aż z Nowego Jorku. W samym mieście uruchomiono (w 1873 r.) działające do dzisiaj tak charakterystyczne dla tego miasta, uliczne tramwaje.

48 SEKUND

Kiedy San Francisco wkraczało w XX wiek, żyło w nim około 45 % populacji całego stanu Kalifornia (dzisiaj jest to niespełna 5 %). Jak większość miast amerykańskich SF było zlepkiem wielu narodowości i jak na tamte czasy był to już miejski moloch, który zresztą znowu zaczynała podgryzać korupcja i arogancja finansowych magnatów, z czym walczyła m.in. niezależna prasa z gazetą Hearsta na czele. Nadużycia i oszustwa władz miejskich doprowadziły w końcu do rozruchów, lecz nieoczekiwanie sytuacja zmieniła się radykalnie w ciągu… 48 sekund, w dniu 18-go kwietnia 1906 roku. Tyle bowiem trwało trzęsienie ziemi, które dokonało straszliwych spustoszeń. Jeszcze większe zniszczenia spowodowały pożary, jakie wówczas wybuchły w wielu miejscach miasta. Zginęło ponad pół tysiąca ludzi, a straty oceniono na 350 mln. dolarów. To dlatego tak niewiele jest dzisiaj w San Francisco budowli, który pamiętają XIX wiek.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miasto natychmiast zaczęło dźwigać się z ruin. Wzrosło poczucie solidarności i powszechna mobilizacja. W parku Golden Gate zbudowano olbrzymi namiot, w którym przez kilka miesięcy mieszkało parę tysięcy osób. Niestety, nie wszyscy się tam pomieścili: 300 tysięcy ludzi koczowało pod gołym niebem – w innych parkach, na ulicy, w ruinach…
Jednakże San Francisco potrafiło się zorganizować w potrzebie. Powstał Komitet Odbudowy, a do miasta zaczęła napływać pomoc z całej Ameryki (w ciągu tygodnia zebrano 8 mln. dolarów na odbudowę). Nie minęło wiele lat, a powstało miasto zupełnie nowe – poprawione, nowoczesne, czyste i bardziej nawet malownicze, mimo, że znalazła się tam niemal połowa budynków z betonu i stali, jakie wówczas istniały w całej Ameryce.

BUDUJEMY MOSTY

Pierwsza wojna światowa, która tak wyniszczyła Europę, dla miasta nad Zatoką okazała się jeszcze jedną okazją do dobrej koniunktury. Rozwijał się przemysł, po ulicach San Francisco jeździło coraz więcej samochodów. Mimo wielkiego kryzysu na przełomie lat 20-tych i 30-tych, masowych strajków, ekonomia zaczęła się polepszać w drugiej połowie lat 30-tych. Nie bez znaczenia było to, że 1936 roku otworzono długi na 7 km. most łączący San Francisco z Oakland, a rok później słynny Most Golden Gate. I znów wojna światowa, tym razem druga, przyczyniła się walnie do rozwoju miasta, ściągając do niego ponad pół miliona żołnierzy, którzy po demobilizacji przemienili się w robotników, co z kolei umożliwiło dalszy rozwój tutejszego przemysłu.
San Francisco ma więc swoją krótką, ale jakże burzliwą historię. Jest w tym mieście jakaś mieszanka zawziętości, uporu i twardości, ale jednocześnie swobody, subtelności i tolerancji. Właśnie taki charakter zawdzięcza San Francisco swojej przeszłości, kiedy to musiało się podnosić po klęskach, organizować społeczny ład w warunkach chaosu i rozprzężenia. Z drugiej strony, to właśnie tutaj miały swój początek zarówno ruch Beat Generation w latach 50-tych XX wieku, jak i hippiesowska kontr-kultura Dzieci Kwiatów w latach 60-tych, wspomagana chociażby przez intelektualne środowiska na Uniwersytecie w Berkeley (już wtedy wykładał na nim Czesław Miłosz). Nic więc dziwnego, że dzisiaj San Francisco jest miastem tak mozaikowym, wieloznacznym i kolorowym.

greydot

Artykuł opublikowany został na łamach chicagowskiego magazynu „Relax” (15 czerwca 1996 r.) w ramach cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce”)

greydot

Miasto nocą (widok z Treasure Island - Most Zatokowy i San Francisco skyline)

Miasto nocą (widok z Treasure Island – Most Zatokowy i San Francisco skyline)

.

FOTOGRAFICZNE POST SCRIPTUM

San Francisco to bez wątpienia jedno z najbardziej malowniczych (a tym samym fotogenicznych) amerykańskich miast. Dla wielu jest ono najpiękniejsze, i ja jestem skłonny z tą opinią się zgodzić. Czemu SF zawdzięcza tę swoją, jakże atrakcyjną, aparycję? Otóż składa się na to kilka czynników. Przede wszystkim położenie: miasto (nota bene nie takie znów rozległe) wyrosło na nabrzeżu oceanu i nad brzegiem olbrzymiej śródlądowej zatoki, jak również na wzgórzach, i w otoczeniu gór. Następnie: kosmopolityzm i tętniąca życiem społeczność, bardzo zróżnicowana etnicznie i wzmocniona przybyszami z całego świata. No i wreszcie: architektura, której najbardziej rzucającym się w oczy jest styl wiktoriański, nadający charakter całemu miastu, mimo że dominuje on tylko w niektórych dzielnicach (wbrew temu, co napisałem w artykule, wiele wiktoriańskich domów przetrwało pożar z początku XX wieku i nawet jeśli z czasem zatraciło swój estetyczny polor, to zostało już do tej pory odrestaurowanych).

Niewątpliwie wizytówką miasta jest słynny Most Golden Gate (wbrew nazwie nie jest on złoty, a pomarańczowo-czerwony) uznawany za najczęściej fotografowany most na świecie (o jego złej sławie zawdzięczanej samobójcom nie będę wspominał). I rzeczywiście, mimo swoich potężnych rozmiarów, to dzięki m.in. architekturze art déco, konstrukcja ta zaskakuje swoją… gracją. To dlatego most Golden Gate jeszcze bardziej podkreśla malowniczość tego zakątka Ameryki, zwanego Bay Area. (Istnieje kilka „żelaznych” punktów, z których most prezentuje się najlepiej, jeśli chodzi o fotografowanie. Moim ulubionym jest widok ze wzgórza Hawk Hill, położonego na półwyspie Marine Headlands, po stronie północnej mostu. Według mnie to jeden z najpiękniejszych widoków na całym kontynencie pólnocnoamerykańskim.)

Bardzo charakterystyczne są strome sanfranciscańskie ulice (wśród nich „najbardziej kręta ulica świata” – Lombard S.), dodatkowo uatrakcyjnione przez słynne „kablowe” tramwaje, których nigdzie indziej na świecie nie można już spotkać. Portowy charakter miasta odbija się we wszechobecnych, pływających po wodzie lub zacumowanych przy molach statkach, jachtach, okrętach i łodziach – a to kolejny wdzięczny obiekt do fotografowania (szczególnie w miejscu zwanym Fisherman’s Wharf, z jego licznymi pirsami). Zainteresowanie może też budzić lokalna zwierzyna: mnóstwo ptaków, a zwłaszcza lwy morskie i foki, które po wieloletniej nieobecności wróciły na (najczęściej odwiedzany przez turystów Pier 39) i tam się z powrotem zadomowiły, pozując spragnionym egzotycznych fotek turystom. Niezłe zdjęcia zrobić można w Parku Golden Gate (tutejszy odpowiednik Parku Centralnego na Manhattanie); znakomicie widać (z góry) miasto z jednego z bliźniaczych wzgórz Twin Peaks (nie mylić z filmem Davida Lyncha); no i – last but not the least – wielce malownicze, tłumne, egzotyczne, pełne barw i zapachów, China Town (najstarsza i największa chińska dzielnica na świecie, poza Azją i Manhattanem).

Mieszkańcy San Francisco cieszą się łagodnym klimatem, przypominającym nieco śródziemnomorski, jednak bliskość chłodnego Oceanu i ciepłego powietrza nagrzanej pustyni powoduje powstanie swoistego fenomenu meteorologicznego, dzięki któremu, zwłaszcza latem, całe miasto o poranku spowite jest mgłą, najczęściej rozwiewającą się jednak wczesnym popołudniem. Jest to zjawisko bardzo (dosłownie i w przenośni) klimatyczne, jednak potrafi skutecznie zasłonić widok całej okolicy, co jest uciążliwe zwłaszcza wtedy, kiedy chce się miasto sfotografować. Wtedy trzeba trochę na tę okazję poczekać.

Odwiedzałem San Francisco dziesiątki razy (służbowo, w latach 90-tych) i tylko raz mgła i smog utrzymywały się przez cały dzień, uniemożliwiając zupełnie dostrzeżenie choćby skrawka Golden Gate, o miejskiej panoramie z Twin Peaks nie wspominając. Jednak niemal zawsze, przynajmniej druga połowa dnia była słoneczna i bezwietrzna, a powietrze przyjemne. Tak więc to, jak odbierzemy miasto – i czy się nam ono spodoba – zależy w dużej mierze od dobrej pogody, ale też od naszych oczekiwań i nastroju. Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć San Francisco, jakie powstały podczas dwóch moich ostatnich (prywatnych już) wizyt w tym mieście przed kilkoma laty.

greydot.
UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

WIĘCEJ ZDJĘĆ Z SAN FRANCISCO OBEJRZEĆ MOŻNA NA STRONIE „ŚWIAT W OBRAZACH” (TUTAJ).

.

Powiązane wpisy: „KALIFORNIA” i „MOST TO JEST COŚ”

.

Reklamy

KALIFORNIA

krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce

.

Most Golden Gate w San Francisco

Most Golden Gate w San Francisco

Czy wie ktoś skąd się wzięła nazwa Kalifornia? Otóż w 1510 roku pewien hiszpański literat spłodził książkę, w której dał opis niezwykłej wyspy, leżącej na prawo od Indii, blisko Ziemskiego Raju. Mieszkają na niej czarne kobiety, bez mężczyzn – na podobieństwo Amazonek. Kobiety mocnej budowy, niezwykłej odwagi i wielkiej siły. Ich wyspa ze stromymi urwiskami i skalistym wybrzeżem jest najsilniejszym królestwem na Ziemi. Ich ramiona są całe ze złota, i cała ze złota jest także uprząż dzikich bestii, które te kobiety ujarzmiają i ujeżdżają. Gdyż na całej wyspie nie ma innego metalu, jak złoto. Wyspa ta zwie się California, a włada nią królowa Calafia.
W 25 lat po ukazaniu sie tych fantastycznych rojeń – które zresztą przez wielu ówczesnych żeglarzy traktowane były zupełnie serio – Hernando Cortés, słynny hiszpański konkwistador, który wcześniej podbił Meksyk, płynąc na północ, wzdłuż zachodnich wybrzeży Ameryki, natknął się na półwysep (zwany dzisiaj Baja California), który uznał za ową bajeczną wyspę. Nazwał więc te nowo odkryte przez siebie ziemie Kalifornią.

i

Jednakże sława właściwego odkrywcy Kalifornii, czyli obszarów, które uznawane są dziś za terytorium stanu Kalifornia, przypada oficjalnie w udziale Portugalczykowi Juanowi Rodrigezowi Cabrillo, który zawinął do portu zwanego dziś San Diego, we wrześniu 1542 roku. W 1602 roku zjawił się w tamtych rejonach Sebastian Vizcaino, któremu zawdzięczamy wiele z obowiązujących do dzisiaj nazw, jak np. San Diego. Wcześniej jednak, bo w 1579 roku, do wybrzeży kalifornijskich dotarł ze swoją potężną flotyllą, najsłynniejszy żeglarz epoki elżbietańskiej, Sir Francis Drake, który po opłynięciu Ameryki Południowej wylądował niedaleko miejsca, gdzie zbudowano później San Francisco. Oczywiście Drake ogłosił cały ten obszar własnością królowej Elżbiety I, która finansowała jego ekspedycję.
Mimo tych wszystkich odkryć, eksploracji i deklaracji, Kalifornia przez następne dwa stulecia pozostawała w rękach tubylczych plemion. A trzeba podkreślić, że w tamtym czasie zamieszkiwało te ziemie blisko pół miliona Indian. Tak na dobre, hiszpańska okupacja zaczęła się jednak dopiero w 1769 roku, wraz z ekspedycją Gaspara de Portola. Król hiszpański zaniepokoił się bowiem ekspansyjnymi poczynaniami Anglików, a jeszcze bardziej Rosjan i postanowił uprzedzić ich w kolonizacji Kalifornii.
Hiszpanie mieli już do perfekcji opanowany sposób zawłaszczania nowych terytoriów, szybko więc mieczem wprowadzano nowy porządek. Kiedy ziemie były już podbite, misjonarze zaczynali przedstawiać pogańskim Indianom dobrodziejstwa Chrześcijaństwa. Ta strategia doskonale sprawdziła się w Meksyku. Na ziemiach, gdzie natrafiano na zazwyczaj pokojowo nastawionych Indian, nawracającym tubylców misjonarzom towarzyszyła niewielka grupa żołnierzy. Następnym krokiem miało być właśnie zajęcie Kalifornii a zadanie jej skolonizowania spoczęło na Gasparze de Portola. W skład jego ekspedycji wchodził także Franciszkanin, ojciec Junipero Serra, któremu jego późniejsza działalność misyjna przydała miano Apostoła Kalifornii. Dokonał on bowiem rzeczy ważnej: w latach 1769 – 1776 założył 6 misji – począwszy od San Diego, a na San Francisco skończywszy. Liczbę misji stale powiększano i w roku 1823 było ich już 21 – każda w odległości jednego dnia drogi od sąsiedniej. To właśnie wokół tych misji rozwijały się samowystarczalne osady, a niektóre z nich przekształciły się z czasem w olbrzymie metropolie.

Meksyk uzyskał niepodległość w 1821 roku i tym samym Kalifornia przestała być poddana koronie hiszpańskiej. Misjonarze powrócili do Europy, a na ich posiadłościach powstawały rancza, którymi rząd meksykański obdarowywał swoich bohaterów. W tym samym czasie, na zachodnie wybrzeże przybywało coraz więcej amerykańskich osadników (podróż pionierskimi wozami, ze środkowych stanów, trwała około dwóch miesięcy) i Stany Zjednoczone coraz bardziej stawały się zainteresowane Kalifornią – tą ziemią mlekiem i miodem płynącą.
Amerykanie próbowali wykupić Kalifornię od Meksyku za pół miliona dolarów (negocjował to, będący już wówczas prezydentem, Andrew Jackson, znany choćby z podboju Florydy i wojen z Seminolami). Próby te okazały się nieskuteczne. Rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem doprowadziło w końcu do wybuchu wojny między tymi państwami w 1846 roku. Walki toczyły się głównie na obszarze Nowego Meksyku, choć i w Kalifornii doszło do kilku potyczek. Po dwóch latach działań wojennych, szala zwycięstwa wyraźnie przechyliła się na stronę Amerykanów i w 1848 roku doszło do podpisania traktatu pokojowego, na mocy którego całą Kalifornię włączono do terytorium Stanów Zjednoczonych. Gorące negocjacje toczyły się np. w sprawie San Diego, które to miasto – mało brakowało – znalazłoby się po południowej, czyli meksykańskiej stronie nowej granicy. Dwa lata później, czyli w 1850 roku, Kalifornia oficjalnie stała się 31 stanem Unii.
Jednak wcześniej miało jeszcze miejsce zamieszanie, o którym do dzisiaj pamiętają nie tylko w Kalifornii, ale i na całym świecie: gorączka złota! W 1848 roku natrafiono w Sierra Nevada na złoty kruszec. Rozpoczął się masowy exodus osadników i poszukiwaczy spragnionych złota. Fala ta największe swoje nasilenie miała w 1849 roku (stąd popularna w Kalifornii nazwa „Forty-Niners”). Do złotonośnych pól próbowano przebijać się – kto szybciej! – na skróty, nawet przez Dolinę Śmierci, co zazwyczaj kończyło się tragicznie. Jednakże działki dość szybko zostały wyeksploatowane i już po 15 latach były tylko jałową, kamienistą ziemią, a osady zamieniały się w miasta widma (ghost towns). Jak na ironię, w ostatecznym rozrachunku, najlepiej na całej gorączce złota wyszli nie sami poszukiwacze (choć i wśród nich zdarzały się milionowe fortuny), ale ci, którzy cały ten zgiełk obsługiwali, czyli handlarze wszelkim towarem, dostarczyciele narzędzi i żywności.
Gorączka złota szybko wygasła, jednak nie mogło to powstrzymać Kalifornii przed rozwojem i coraz większym napływem nowych osadników. Kiedy w 1869 roku zakończono budowę transkontynentalnej linii kolejowej – która wielomiesięczną tułaczkę w osadniczym wozie skracała do kilku dni w komfortowych, jak na owe czasy, warunkach (za cenę 1 dolara można było w pięć dni przejechać do Kalifornii z Nowego Jorku) – wiadomo, że lata prawdziwego rozkwitu ma Kalifornia jeszcze przed sobą.

ii

Prawie 140 lat temu, pewien młody wydawca nazwiskiem Horacy Greeley, rzucił wyzwanie jakże młodemu wówczas narodowi amerykańskiemu: GO WEST YOUNG MAN! Podjęło je wówczas tysiące ludzi, którzy ze wschodnich stanów parli na zachód – czy to szlakiem Santa Fe na południu, czy też szlakiem oregońskim na północy – przez Góry Skaliste, gęsto zalesione rzeczne doliny, rozległe prerie, czy wreszcie przez spalone słońcem pustynie – aż do wybrzeży Pacyfiku. Głównym celem była Kalifornia – ziemia wielkich oczekiwań, na której miały się spełnić wszystkie marzenia o bogactwie (w czasie gorączki złota), czy też spokojnym a pełnym dostatku życiu farmera.
Co ciekawe, ten mit Kalifornii jako ziemskiego raju przetrwał do dzisiaj i jest udziałem nie tylko Ameryki, ale i niemalże całego świata. A jeszcze ciekawsze jest to, że mitu tego nie są w stanie obalić same fakty znane wszem i wobec: o kalifornijskim przeludnieniu i przeraźliwym tłoku na autostradach, o klęskach żywiołowych: pożarach, trzęsieniach ziemi, suszach; o murzyńskich gangach, niepokojach w kolorowych gettach, zamieszkach; o wiecznym smogu nad Los Angeles, czy wreszcie opinia (moralistów), że Miasto Aniołów stało się dzisiaj skazanym na zagładę, zdeprawowanym obyczajowo, Babilonem.

pod sekwojami

pod sekwojami

Na szczęście jednak, opowieści o tej słonecznej stronie Kalifornii, czyli o jej jasnych stronach i uroczych zakątkach, nie są zbytnio przesadzone i czynią z tego amerykańskiego stanu jedno z najciekawszych, najbardziej atrakcyjnych miejsc świata. Złowrogie kiedyś, jałowe pustynie, zamienione zostały w żyzne zielone ogrody, z których owoców korzysta cała Ameryka. Odizolowane, kamienne plaże stały się miejscem rekreacji dla milionów wakacjuszy. Mała hiszpańska misja el Pueblo de Los Angeles, założona w drugiej połowie XVIII wieku, stała się w ciągu ostatnich stu kilkudziesięciu lat, jednym z największych miast świata (w obrębie samego miasta Los Angeles żyje ponad 3,5 mln. mieszkańców, natomiast w całym powiecie Los Angeles – około 9 mln. ludzi.).
Kiedy więc mowa o Kalifornii, nie sposób nie wspomnieć o Los Angeles; z kolei, kiedy mowa o Los Angeles, nie sposób nie wspomnieć o Hollywood – stolicy potężnego przemysłu filmowego i nagraniowego, która na całym świecie stała się znana jako synonim zbytku, blichtru, blasku gwiazd… gdzie obowiązuje high-life królów życia i wybrańcy losu spijają nektar swoich ziemskich rozkoszy.

Cała Kalifornia, podobnie jak cała Ameryka, jest ziemią kontrastów – i to kontrastów zarówno socjalnych, jak i kulturowych, przyrodniczych, czy geograficznych. Obok wystawnych rezydencji – pałaców, z których każdy wart jest dziesiątki milionów dolarów – rozsianych w Beverly Hills, Bel Air, czy też wzdłuż zachodniego wybrzeża (Malibu, Santa Barbara, Santa Cruz) – natrafić można na slumsy biedoty, choćby na południowych wybrzeżach Los Angeles, czy czarnych miastach, jak np. Oakland (nota bene kolebka Czarnych Panter).
Kalifornijska góra Mount Whitney (wysoka na 4,400 m. nad poziomem morza) jest najwyższym punktem na terenie kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, zaś nieopodal niej – bo zaledwie w odległości 60 mil – znajduje się najniżej położony punkt na całej Półkuli Zachodniej (Bad Water w Dolinie Śmierci – 86 m. poniżej poziomu morza).

Kalifornia ma swoją historię, która odcisnęła ślady na całym terytorium Złotego Stanu: to liczące kilkanaście tysięcy lat dzieje pobytu na tej ziemi pierwotnych mieszkańców Ameryki, czyli plemion myśliwskich i zbierackich, które w epoce lodowcowej przebyły Cieśninę Beringa i rozprzestrzeniły się po całym kontynencie Ameryki Północnej; i wreszcie 450-letnia historia budowania przez europejskich kolonistów amerykańskiej cywilizacji Zachodu.
Pierwsi przybyli tu Hiszpanie w połowie XVI wieku – a więc już kilkadziesiąt lat po wyprawie Kolumba – i kontrolowali ten obszar przez najbliższe dwa i pół stulecia. Nic więc dziwnego, że ślady kultury hiszpańskiej spotykamy – szczególnie w południowej Kalifornii – na każdym kroku.

Oczywiście, Kalifornia jest także miejscem tłumnie odwiedzanym przez turystów. Dla lepszego wyobrażenia sobie tego fenomenu można podać, że np. tylko w samym Los Angeles turystykę obsługuje ponad 100 tysięcy ludzi, co przynosi miastu ok. 5,5 miliarda dolarów rocznego dochodu. (Dla porównania: w przemyśle filmowym, z którego tak zasłynęło na całym świecie Los Angeles, zatrudnionych jest ok. 60 tys. osób, które wypracowują dochód ok. 4 miliardów dolarów.
Kalifornia rzeczywiście oferuje przybyszom sporo atrakcji. Wśród nich są nie tylko takie miasta, jak np. San Diego, Los Angeles, San Francisco, Santa Barbara, Palm Springs, Sacramento, ale i uderzająco piękne, robiące wielkie wrażenie parki narodowe: Yosemite, Redwood, Sequoia & Kings Canyon czy nawet sama Dolina Śmierci. Zupełnie innych przeżyć może więc nam dostarczyć to, co stworzył – i to nie tylko dla rozrywki – człowiek: Disneyland, Studia Filmowe Universal, górskie lub nabrzeżne kurorty wypoczynkowe, słynny most Golden Gate, więzienie Alcatraz, pamiętające gorączkę złota miasta widma, malownicze San Francisco, rozległe Los Angeles… Z kolei innych zupełnie wrażeń dostarczają cuda przyrody: wodospady i polodowcowe doliny Yosemite, potężne sekwoje i lasy redwoods, pustynia Mojave czy wspomniana już Dolina Śmierci.

Z Kalifornią, w powszechnej opinii, wiąże się jeszcze jedna sprawa – trzęsienie ziemi. Nie tylko nawiedzeni katastrofiści mówią o tzw. Big One, czyli potężnym trzęsieniu ziemi, które w każdym momencie może sprawić, że w ciągu kilku minut stan ten zsunie się do Pacyfiku. Sami Kalifornijczycy próbują nawet z tego żartować, mówiąc np., że ci bardziej zapobiegliwi inwestują już w nadmorskie posiadłości plażowe w… stanie Nevada.

Co jest powodem tego, że mieszkańcy Kalifornii czują się tak, jakby siedzieli na beczce prochu? (Wstrząsy zdarzają się tutaj każdego dnia, tyle że nie są silne i nie wyrządzają dużych szkód.) Co jest przyczyną tak wielkiej aktywności sejsmicznej w tym rejonie?
Otóż teren ten jest w skali geologicznej tworem bardzo młodym, bo liczącym około 15 – 20 mln. lat, który ciągle się kształtuje. Leży on na styku dwóch potężnych płyt kontynentalnych – płyty pacyficznej i płyty północno-amerykańskiej, które cały czas się ze sobą ścierają. Właśnie te tarcia powodują, że ziemia od czasu do czasu drży. Ciekawostką jest to, że San Francisco i Los Angeles leżą na przeciwległych do siebie płytach, co powoduje, że jedna z nich prze na północ, zaś druga na południe, więc oba te miasta zbliżają się każdego roku do siebie o około 5 cm.
Ostatnie potężne trzęsienia ziemi miały miejsce w 1855 i 1857 roku. W późniejszych latach zdarzały się oczywiście silne wstrząsy sejsmiczne, które pochłaniały setki ofiar i wyrządzały olbrzymie szkody materialne (lata: 1906, 1933, 1971…) jednakże nie tak silne, jak te w połowie ubiegłego stulecia i nie powodujące klęski żywiołowej. Obliczono, że te najsilniejsze zdarzają się średnio co 160 lat, a więc następnego możemy się spodziewać gdzieś na początku przyszłego wieku.
Naturalnie, ze względu na dzisiejszą gęstość zaludnienia, byłby to największy kataklizm w historii Stanów Zjednoczonych. Czyni się do tego pewne przygotowania, choć przecież nie ma takiej ludzkiej siły, która mogłaby się przeciwstawić tym potężnym żywiołom i zapobiec klęsce.

Na razie jednak w Kalifornii świeci słońce, w południowej Kalifornii ponoć nigdy nie pada deszcz, piasek na plażach Pacyfiku jest gorący, Los Angeles i San Francisco zapraszają; w kalifornijskich górach czekają na wszystkich wodospady, lasy, rzeki i jeziora… W Kalifornii więc, zanim zdarzy się ten fatalny Big One, można jeszcze przeżyć niejedną przygodę.

greydot

Los Angeles Union Station

Los Angeles Union Station

 .

NOTA: Powyższy artykuł jest jednym z tekstów cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce”, popularyzującego wiedzę o Ameryce Północnej i ukazującego się na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych. („Kalifornia – Złoty Stan”: tygodnik „Relax”, 20 lipca, 1996 r.)

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

OBRAZY Z WYPRAWY NA AMERYKAŃSKI ZACHÓD

.

Oto mała próbka zdjęć zrobionych podczas naszej wyprawy na Zachód, której dziennik ukazał się w jednym z ostatnich wpisów TUTAJ. Więcej obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego pt. „ŚWIAT W OBRAZACH”, gdzie zamieściłem wybór ponad 70 zdjęć (TUTAJ) ilustrujących naszą szaloną eskapadę po preriach, górach, kanionach i pustyniach amerykańskiego Zachodu. Wprawdzie utrwalony w kadrze obrazek nie jest w stanie oddać całego piękna i niezwykłości miejsc, które udało się nam odwiedzić, to jednak, bez wątpienia, ich naturalna fotogeniczność rzuca się w oczy. By przybliżyć okoliczności i kontekst, każde zdjęcie opatrzyłem krótkim komentarzem.

(Klikając na obrazy, można zobaczyć je w pełnym wymiarze.)

 .

Idaho country - burza nadchodzi (pejzaż jak z malarskiego płótna)

Idaho country – burza nadchodzi

.

FARMA W IDAHO

W drodze z Salt Lake City w Utah do Jackson Hole w Wyoming zahaczyliśmy o „ziemniaczany” stan Idaho. Zostawiwszy w tyle wielką pustynną kotlinę Słonego Jeziora, wjechaliśmy na bardziej żyzną ziemię – mijane farmy zaczęły topić się w zieleni – nie tylko ziemniaczanych upraw. Tuż przed spotkaniem z meandrami Snake River, jeszcze przed ścianą gór Teton majaczących na horyzoncie, natrafiliśmy na burzę, która wprawdzie nie dotknęła nas bezpośrednio, ale dokonała atmosferycznej rewolucji obserwowanej przez nas z pewnego oddalenia, choć z wyczuciem aury przynoszącej chłód i chromatykę jakże różną od szaro-białej aparycji salin i brudno-żółtych piaszczystych równin porośniętych suchorostami i karłowatą krzewiną, jaka towarzyszyła nam w północnym Utah. Na niebie zaczęły się dziać dziwne rzeczy, chmury kłębiły się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, sklepienie zrobiło się niebiesko-popielate, jednak promienie słońca znalazły jeszcze ujście pomiędzy kłębami chmur, oświetlając budynki mijanej przez nas farmy i rozjaśniając falujące morze traw i zbóż, które ją otaczało. Zatrzymaliśmy się przy drodze, by lepiej widzieć ten niespodziewany spektakl na niebie, który właśnie zaczął odgrywać się przed naszymi oczami. Również i po to, by utrwalić z tego, co się da, na fotografii.

Lubię to zdjęcie ze względu na harmonijne połączenie rzadko jednak spotykanej kolorystyki nieba i złamanej zieleni, która pokrywa ziemię  – obraz wydaje się niemal monochromatyczny i stanowi pewien kontrast z barwną krzykliwością, jaka charakteryzuje w wielu rejonach krajobraz amerykańskiego Zachodu. Ma on coś z urody malarskiego płótna – stonowanie i łagodność flamandzkich pejzażystów; przypomina mi też niektóre malunki na porcelanie lub pokrytych emalią metalowych płytkach – pewną ich „gładkość”, swoistą skromność pastoralnej scenerii.

greydot.

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

 .

GÓRY SKALISTE

Także i tutaj niebo jest głównym malarzem pejzażu, z tym że jesteśmy już teraz wysoko w górach. A właściwie – nie tyle niebo maluje ten obraz, co znowu burza.  Góry są to oczywiście Skaliste, co doskonale widoczne jest na pierwszym planie, który wypełnia ruda kamienność zwietrzałego gołoborza, ze skąpą roślinnością alpejskiej tundry, (którą tak się tu nazywa, mimo że daleko stąd zarówno do Syberii, jak i Alp). No i podobny jest efekt z dziurą w chmurach, przez którą przebija się słońce, oświetlające zielone stoki gór na horyzoncie, co stanowi kontrast dla ciemnych zboczy, nad którymi wiszą już ciężkie burzowe chmury. Najważniejszy dla całej kompozycji tej naturalnej sceny jest jednak pierwszy plan – mocna chromatyka granitowego tarasu, który wydaje się prowadzić w przepaść, a jednak daje poczucie solidnego oparcia mimo erozji, będącej skutkiem lejącej się nań wody, smagającego wiatru i próbującego go rozsadzić zimą lodu. W centrum kadru zbiegają się perspektywicznie linie trapezowego występu skalnej tundry i sąsiednich zboczy z jasną smugą światła przecinającego obraz w poprzek – to ta mglista atmosfera wypełniająca bezkres górskiej scenerii. Właśnie w takich momentach czuje się potęgę żywiołów.

greydot.

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

 .

DROGA POD SEDONĄ

Już dzięki temu, że jest to widok przez samochodową szybę, obraz ten nie jest statyczny – nabiera dynamiki, którą podkreśla wijąca się żwirowa droga i czerwone skały, tworzące dziki kanion, którego nie jest w stanie ujarzmić cywilizacyjny wtręt traktu, po jakim jedziemy terenowym SUVem z napędem na cztery koła. Właściwie tylko takim pojazdem można zapuszczać się w dzikie ostępy naturalnego labiryntu, jaki tworzą otaczające Sedonę kaniony, pustynie i skały. Mekka dzieci epoki Wodnika i para-psychologicznych odjazdów filozofii New Age ma godny siebie naturalny entourage – coś jakby przedsionek kosmicznych podróży łączący Ziemię z ekstraterestrialnym Nieznanym – krajobrazową fantazję naszego globu z pozaziemską fantastyką przepastnego Kosmosu i mentalnej fikcji. Żółto-pomarańczowy piasek i żwir (ledwie) utwardzonej drogi, zieleń krzewów i drzew korzystających ze skąpych zasobów wody chwytanej przez kanion, czerwony piaskowiec skalnych ścian i ostańców, niebieskie niebo i białe chmury – to niemal krajobrazowa klasyka północnej Arizony, stanowionej przez płaskowyż, który dwieście kilometrów na północ został wyżłobiony przez rzekę Kolorado, dzięki czemu powstała najbardziej chyba spektakularna i najsłynniejsza dziura w Ziemi – Wielki Kanion.

Zdjęcie nabiera szczególnego charakteru przez to, że obramowane jest okienną konstrukcją, która nie tylko ujmuje w kadr widok, wyłaniający się przed nami w czasie jazdy, ale i umieszcza nas w konkretnej przestrzeni – nadając jej walor nie tylko postrzeganej naoczności, ale i dotykalnej niemal konkretności.

greydot.

Ścieżki w Kanionie Bryce'a (Utah)

Ścieżki w Kanionie Bryce’a (Utah)

.

BRYCE CANYON

Widok ten ma w sobie jakąś ażurowa świetlistość – głównie dzięki biało-różowym wapienno-piaskowym skalnym ostańcom, tak charakterystycznym dla tego przyrodniczego tworu, który bez wątpienia należy do jednego z najbardziej niezwykłych zakątków na naszej planecie. Nazwa tego miejsca to Bryce Canyon – czyli Kanion Bryce’a – pochodzi od nazwiska mormona, który jako jeden z pierwszych pionierów osiedlił się w tym rejonie. Jednakże to, co dla niego było utrapieniem (w skalnym, kolorowym labiryncie gubiły się mu krowy, wiec po jakimś czasie Bryce miejsce to opuścił), dla zwiedzających obecnie ludzi jest przedmiotem niekłamanej admiracji, a niekiedy i zachwytu – który można zrozumieć tylko wtedy, kiedy samemu stanie się na krawędzi owego „kanionu” (piszę „kanion” w cudzysłowiu, gdyż tak naprawdę to, co nazywamy kanionem, jest zerodowaną krawędzią płaskowyżu) lub – jeszcze lepiej! – kiedy zejdzie się wgłąb „kanionu” i uderzy w jeden ze szlaków, które prowadzą wśród jaskrawo-kolorowych skalnych ostańców, wież, szpic i pnących się dziesiątki metrów w górę stromych ścian z czerwonego piaskowca, okraszonego tu i ówdzie wapienną bielą.

Na zdjęciu możemy dostrzec jasną nitkę – to jest właśnie jeden ze szlaków na terenie Parku Narodowego Kanionu Bryce’a (bo taki jest status ochronny tego miejsca). W oddali widzimy zieloną (bo nawodnioną przez farmerów) dolinę, a po prawej stronie krawędź płaskowyżu, (z której nota bene robione jest to zdjęcie) – jeszcze nie zerodowaną… ale to tylko kwestia następnych setek i tysięcy lat. W skali geologicznej naszego globu – bagatela!

greydot.

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów - rezerwat Indian Navaho w Arizonie

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów – Ziemia Nawahów w Arizonie

 .

DOLINA MONUMENTÓW

A to kawałek amerykańskiego Zachodu, który wydaje się być jeszcze bardziej „nieziemski” i odrealniony. Lecz jednak prawdziwy jest on jak najbardziej – a na dodatek: widok ów jest tak dobrze znany z przeróżnych zdjęć i filmów, że stał się on niemal synonimem „westernowej” scenerii – taką ikoną osobliwości krajobrazowych „Dzikiego” Zachodu. I znów ta ceglasta czerwień piaskowców, dominująca pustynny teren, którego wszak krajobrazową determinantą jest szereg „mes”, czyli przypominających olbrzymie pniaki formacji skalnych, które – dzięki chroniącym je przed erozją twardym, bardziej odpornym na erozję czapom – ostały się nieco dłużej i górują teraz nad terenem, nadając mu owej nieziemskiej aparycji.

Oprócz tego, że formy spotykane w Dolinie Monumentów są osobliwe, to jeszcze bardziej ich niezwykłość podkreślona jest – i wydobywana – przez światło, które zmienia się wraz z porą dnia niebywale i wzmaga nie tylko efekt malowniczości Monument Valley, ale i powoduje, że obrazy w Dolinie zmieniają się jak w kalejdoskopie – nie tyle przez zmianę jej materialnych elementów, co chromatycznej wokół nich „aury”.

Po dnie doliny wije się żwirowa droga. Widoczne na niej są samochody – przypominają tu dziecięce zabawki, ale w rzeczywistości przydają się one naszej wyobraźni, bo można wedle nich ocenić ogrom sąsiednich skalnych (po)tworów – uświadamiają nam to, jakie są w tym naturalnym spektaklu proporcje. I właśnie to może zawrócić nam w głowie.

greydot.

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Łuków Skalnych w Utah

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Arches w Utah

 .

ŁUKI SKALNE

No cóż – kolejny „odlot” krajobrazowy: Łuk Podwójny w Parku Narodowym Arches (nota bene „arches” to nic innego, jak po angielsku „łuki” – dobrze więc byłoby nazywać to miejsce Parkiem Narodowym Łuków dodając ewentualnie: „Skalnych”, ale jak widzę w naszym kraju obowiązuje inna nomenklatura). Jak to dobrze, że na zdjęciu tym widać także ludzi, choć – zważywszy na proporcje – łacniej byłoby tu mówić o ludzikach – takimi bowiem mrówkami wydają się turyści, których ciekawość zagnała pod ten gigantyczny amfiteatr skalny – wnękę łukową w Utah. Mnie to przypominało cielsko jakiegoś olbrzymiego dinozaura (zwłaszcza jak patrzyłem na łuki od spodu). Lecz sceneria ta jest nie tyle jak z innej epoki, co z innej zgoła planety, więc aż się prosi, by użyć jej jako scenografii do filmu science-fiction. I tak się zresztą stało – choć akurat w tym przypadku więcej w tym filmie było fiction, niż science. Chodzi oczywiście o jeden z odcinków przygód Indiany Jonesa, a mianowicie o „Indiana Jones i ostatnia krucjata”, który rozpoczyna się sceną rozgrywającą się właśnie pod naszymi łukami.

Wbrew pozorom trudno jest fotografować łuki skalne w tym parku (wyjątkiem jest gwiazda łukowa parku znana jako Delicate Arch – tak fotogeniczna, że dobre zdjęcia robią się pod tym łukiem niemalże same). Po pierwsze: niełatwo jest objąć całe gabaryty łuków; po drugie: natrafiamy na zbyt duże kontrasty świetlne; po trzecie: ceglasty kolor skał stanowi pewną dysharmonię kolorystyczną z błękitnym (zazwyczaj tam) niebem; wreszcie po czwarte: jeśli w pobliżu nie ma ludzi, czy też obiektów, których wymiary znamy, wtedy trudno jest uchwycić prawdziwe proporcje, a tm samym wykazać na zdjęciu potęgę naturalna łuków. Na powyższym zdjęciu to się chyba udało – są ludziki, kontrast świetlny nie jest tak dramatyczny, a na nieba widać kontury łuków, dzięki czemu ujawnia się przed nami ich forma.

greydot.

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejace maszyny - zjazd Harley'owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejące maszyny – zjazd Harley’owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

 .

HARLEY’E W STURGIS

Wyjątek w serwowanej tu próbce zdjęć naszej podróży po Dzikim Zachodzie: zamiast naturalnego pejzażu – lokomocyjny behemot. Choć też jest to swego rodzaju przejaw pewnego żywiołu, reprezentowanego głównie przez samczych osobników gatunku Homo sapiens. Na zlot harley’owców, który każdego roku odbywa się w małym miasteczku Sturgis, położonym na Czarnych Wzgórzach w Dakocie Południowej, trafiliśmy przypadkiem. Trudno zresztą było zignorować to motocyklowe mrowie, które zalało Black Hills – zwłaszcza, że przyjechało tam w tym samym czasie, co my, ponad pół miliona jeźdźców dosiadających swoje dwukołowe błyszczące metaliczne cacka. Przechadzając się ulicami Sturgis, przeciskając między sporymi zazwyczaj wanciołami, ubranych w skórę motocyklistów, wśród huku i warkotu rozryczanych maszyn i zapachu pitego bez umiaru piwa… zrobiłem całą serie zdjęć temu panopticum, lecz mogę tu na razie pokazać tylko jedno; ogólny plan głównej ulicy w Sturgis obstawionej ciasno motocyklami, zaparkowanymi nie tylko na poboczu, ale i na środku Main Street – z olbrzymim, wiszącym nad tym wszystkim bannerem „WELCOME RIDERS!”, ozdobionym po obu stronach Harley-Davidsonowym logo – jakby ktoś miał wątpliwości co do tego, kto (a właściwie co) tu rządzi.

Aby zrobić to zdjęcie musiałem wdrapać się (odpłatnie, of course) na rodzaj podniesienia, które wzniesiono – nota bene specjalnie do tego celu – na środku ulicy. I rzeczywiście, dopiero stamtąd można było uchwycić w odpowiedniej perspektywie to niebywałe skupisko maszyn, które w równym stopniu służyły do jazdy, co i szpanerstwa lubiących się bawić zarośniętych oraz wyrośniętych (także i wszerz) chłopców.

greydot.

Skalna panorama - Zion o zachodzie słonca

Skalna panorama – Zion o zachodzie słońca

.

PANORAMICZNY ZION

To zdjęcie, aby docenić jego walory, koniecznie musi być oglądane w wersji pełnej panoramicznej (kliknij). Kiedy opuszczaliśmy Park Narodowy Zion, dzień chylił się ku końcowi, cienie się wydłużały, światło słoneczne robiło się coraz bardziej „miękkie” – co jest zresztą dobrze widoczne na zdjęciu w jego ciepłej tonacji barw, w jakiej skąpane jest skalne urwisko wraz z porastającymi je drzewami i lekko siniejącymi i różowiejącymi chmurkami na niebie. Jak na moje oko, równie ważny, jak kolorystyka, jest na tym zdjęciu profil tego urwiska, który wzbogacają wydatnie rosnące na nim sosenki – to nic, że karłowate. W tę sekwencje drzewek wpisują się także chmury – nadając tej naturalnej kompozycji pewną, miłą oku, płynność. Przyjemny obrazek i rodzący we mnie tęsknotę za ponowna wizytą w Zion – tam, gdzie skamieniała pustynia raduje nasz wzrok swoją bajeczną malowniczością.

greydot.

Powyższy wybór zdjęć stanowi ilustrację do dziennika z „Wyprawy na Zachód”, który przeczytać można TUTAJ. Więcej zdjęć, zrobionych podczas tej podróży, obejrzeć można na stronie „Świat w obrazach” (TUTAJ).

 

© ZDJĘCIA WŁASNE

WYPRAWA NA ZACHÓD (Wielkie Równiny – Góry Skaliste – Łuki Skalne – Dolina Monumentów – Wielki Kanion – Las Vegas – Dolina Śmierci – Zion – Bryce Canyon – Grand Teton – Yellowstone – Czarne Wzgórza)

Poniższy tekst opisuje podróż jaka odbyła się latem 2009 roku. Opisy poszczególnych dni naszej podróży powstawały „na gorąco” i były publikowane sukcesywnie – i oczywiście „na żywo” – niemal każdego dnia naszej eskapady – stąd być może pewne niedociągnięcia stylistyczne, może nawet rzeczowe. Niewykluczone, że ów (swego rodzaju) dziennik podróży może się przydać tym, którzy sami planują podobną przygodę i pragną na własne oczy przekonać się o pięknie i niezwykłości amerykańskiej ziemi.

.

Stany Zjednoczone Wyprawa na Zachód - trasa

*

Zapraszam wszystkich na włóczęgę po Ameryce.
Kilka dni temu przyleciała do Chicago (miasta, w którym aktualnie mieszkam) moja siostra wraz z całą swoją rodziną (mąż i dwie córki). Po częściowej aklimatyzacji porywam ich wszystkich na amerykański Zachód. Nasza podróż będzie trwała ponad dwa tygodnie. Wyruszamy już jutro, tj w sobotę 25 lipca, wcześnie rano. Jeszcze tego samego dnia musimy przejechać Wielkie Równiny – pierwszy nocleg planujemy w Kolorado, u podnóża Gór Skalistych.
Trasa naszej wycieczki będzie przebiegać przez następujące stany: Illinois, Iowa, Nebraska, Kolorado, Utah, Arizona, Nevada, Kalifornia, Idaho, Wyoming, Montana, Dakota Południowa, Minnesota, Wisconsin… Po drodze zobaczymy m. in. Wielki Kanion Rzeki Kolorado, parki narodowe Utah (Zion, Bryce, Arches), Dolinę Monumentów, Sedonę, Las Vegas, Dolinę Śmierci, Wielkie Słone Pustynie, Grand Teton, Yellowstone, Diabelską Wieżę, Czarne Wzgórza, rzeki Missisipi i Missouri…

Nie muszę chyba pisać o ekscytacji i gorączce podróży jaka właśnie nas ogarnia. Jeśli wszystko będzie przebiegać pomyślnie, to postaram się o zamieszczanie tutaj krótkich wpisów, tak by można było śledzić nasze losy i poczynania (skierowane to będzie nie tylko do naszych rodzin, znajomych i przyjaciół, ale i do wszystkich tych, którzy odwiedzają tego bloga i których to zainteresuje).
Oczywiście będzie to uwarunkowane dostępem do internetu, jak również ogólną kondycją, samopoczuciem i – naturalnie – czasem.

Cóż… wypada tylko życzyć sobie szerokiej drogi :)
I do usłyszenia!

Droga przez Wielkie Równiny (gdzieś na autostradzie I-80 w stanie Nebraska)

Droga przez Wielkie Równiny (gdzieś na autostradzie I-80 w stanie Nebraska)

*

DZIEŃ 1: WIELKIE RÓWNINY

„Go West Young Man” – pisał Horacy Greeley w połowie XIX wieku, zachęcając do podboju amerykańskiego Zachodu, wówczas jeszcze niemal dziewiczego i pół-dzikiego, będącego ziemią wolnych Indian i nieprzebranych stad bizonów pasących się na preriach.
Były to czasy, kiedy tysiące białych osadników – pionierów – ruszyło po wyboistych bezdrożach wgłąb kontynentu w poszukiwaniu lepszego życia, które zawsze wydawało się być wszędzie tam, gdzie ich jeszcze nie było.
Wędrówka, będąca wszystkim tylko nie romantyczną wyprawą, jaką kreowały amerykańskie mity podboju, trwała kilka miesięcy – w trudzie, znoju i mordędze – dziesiątkując po drodze osadników.

Dzisiaj tę odległość pokonaliśmy w kilkanaście godzin, przemierzając Wielkie Równiny dawnym, biegnącym wzdłuż rzeki North Platte, szlakiem Mormonów, który dzisiaj zwie się po prostu autostradą międzystanową I-80.
Z Wietrznego Miasta wyruszyliśmy skoro świt. Jazda przez stan Illinois trwała niespełna trzy godziny. Po przekroczeniu Missisipi znaleźliśmy się w Iowa, a po minięciu Missouri – w Nebrasce, gdzie czekało nas kolejne 400 mil do przebycia. Pod koniec dnia wjechaliśmy do Kolorado, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg in the Middle of Nowhere, czyli w zabitej sidingiem dziurze, w której – jak tu mówią – kojoty d. wyją.

Większość tej notki piszę jeszcze w czasie jazdy przez Nebraskę. Mijamy jakieś miejscowości o indiańskich, francuskich lub niemieckich nazwach, otoczeni płaskimi jak patelnia terenami, oblani morzem kukurydzianych pól. Rzadko rozsiane farmy, przypominające coś w rodzaju rakietowych wyrzutni silosy, latające „kukuryźniki” opryskujące bezkresne uprawy… no i naturalnie towarzyszące nam na autostradzie tysiące amerykańskich ciężarówek przypominających gigantyczne, lśniące, metaliczne zabawki dla dużych chłopców.

Życie nasze oddałem właśnie w ręce szwagrowi, który zresztą po raz pierwszy w życiu prowadzi samochód z automatyczną skrzynią biegów. Maszynę mamy niezłą – wielki, solidny, ale prowadzący się lekko SUV Chevrolet Tahoe. Nasze dziewczyny rozłożone na tylnych siedzeniach coś tam właśnie czytają, z głośnika płynie dość smętne country (no cóż, na wycieczkach staram się być wyrozumiały, tolerancyjny i spolegliwy).

Wielkie Równiny nie należą raczej do tych ekscytujących amerykańskich pejzaży. Wręcz przeciwnie – poraża ich monotonia, nudna powtarzalność, bezbrzeżna rozległość, „nic-nie-dzianie-się”, wielkie a mdłe (zwłaszcza dzisiaj) niebo.
Jednakże, kiedy 17 lat temu jechałem przez nie po raz pierwszy, nie sprawiały na mnie takiego wrażenia. Lecz to były czasy mojej konkwisty i odkrywania kraju, który zwabił mnie wówczas obietnicą wolności i przygody – właśnie tym bezkresem ciągnącej się po horyzont, niekończącej się drogi, ogromem przestrzeni, którą można się było zachłysnąć wydostawszy się ze zgrzebnej i szarej klatki PRL-u.

Dawno już tędy nie jechałem. Ostatni raz – około 9 lat temu. Później tę odległość pokonywałem zwykle samolotem – latając z Chicago do Denver, Phoenix, Los Angeles, Salt Lake City, Las Vegas, Reno, San Francisco, Portland lub Seattle. Niewiele się zmieniło przez ten czas. Może tylko mniej jest krów, rozwalających się stodół; więcej za to olbrzymich białych wiatraków, czy kilkusetmetrowych konstrukcji do podlewania pól. Tyle samo zaś upraw, pastwisk, topoli, kukurydzy, soi oraz… robót drogowych, które zwalniają nieco nasz pęd (wynoszący zwykle 130 km./godz.) Cała eskapada dopiero się rozpoczyna. Jutro czekają nas scenerie zgoła odmienne. I ta niewiarygodna, dramatyczna wręcz zmienność będzie nam już towarzyszyła właściwie do końca naszej dwutygodniowej podróży.

Licznik: 882 mile

Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)

Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)

.

DZIEŃ 2: GÓRY SKALISTE

Zmrok zapadł nagle – jak to w górach. Jesteśmy już po zachodniej stronie potężnego pasma Gór Skalistych, w których spędziliśmy większość dnia. Na nocleg do Grand Junction (miasteczko położone jeszcze w stanie Kolorado, tuż przed granicą z Utah), jest jeszcze około godziny jazdy.
Mam teraz chwilę oddechu, więc spróbuję jeszcze coś wykrzesać z mojego lekko umęczonego już mózgu i napisać tych parę słów o naszych dzisiejszych poczynaniach i wrażeniach (chociaż nie będzie to łatwe).

Rocky Mountains National Park to pierwszy park narodowy na naszej trasie (będzie ich jeszcze bodajże siedem.) Kilkadziesiąt tysięcy hektarów wydzielonych z górskiej wilderness, czyli „dziczy” – wraz z fauną i florą, która ostała się w stosunkowo nienaruszonym stanie od XIX wieku, kiedy to biały człowiek dokonał największych spustoszeń na tzw. Dzikim Zachodzie, wybijając wówczas niemal wszystkie drapieżniki, eksterminując wiele innych gatunków, wycinając lasy oraz eksploatując wszelkie możliwe złoża cennych kruszców i minerałów. Opamiętanie (a i to nie u wszystkich), przychodziło później, choćby wraz z rozwojem systemu parków narodowych, który stał się właściwie wzorem dla całego świata, jeśli chodzi o kontrolowaną rządowo ochronę środowiska naturalnego. Wprawdzie na cofnięcie się ekspansji ludzkiej cywilizacji w Naturę nie ma co liczyć, to jednak te (uspakajające nieco nasze sumienie) enklawy przyrody zakonserwowanej w rezerwatach, parkach czy sanktuariach są czymś ze wszech miar godnym poparcia.
Lecz o tym można by pisać długo, a na to raczej nie mogę sobie tutaj pozwolić.

Wspomnę jedynie, że dziś największym dla nas przeżyciem było pokonanie leżącej na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych przełęczy Trail Ridge, która wyniosła nas na niebotyczną (niemalże) wysokość 3723 m. n.p.m. (nota bene rekord naziemnej wysokości dla towarzyszącej mi rodziny). Lecz zanim to się stało, nad ranem musieliśmy przebyć jeszcze zachodnie kresy Wielkich Równin, następnie pełne wąwozów przedgórze, za którym majaczyły już w oddali pokryte wieczną zmarzliną granie i ośnieżone szczyty Gór (jak najbardziej) Skalistych.

Kiedy wjeżdżaliśmy na teren parku narodowego pogoda była jeszcze całkiem znośna, choć pobliskie doliny zaczęły się zapełniać sinymi kłębami mgieł i chmur, które – w miarę jak pokonywaliśmy coraz wyższe górskie strefy – coraz bardziej dobierały się nam do skóry. Na szczęście pogoda nie załamała się jeszcze na tyle, by uniemożliwić nam pokonanie dość krótkich wprawdzie ale położonych za to na dużej wysokości, pieszych szlaków. Była więc okazja by przyjrzeć się roślinności, którą tutaj nazywają alpejską tundrą. Z bliska widzieliśmy świstaki, z daleka zaś – olbrzymie stado łań i jeleni wapiti. Nie zabrakło także łosi, chociaż owce gruborogie (będące zwierzęcym symbolem Gór Skalistych) już gdzieś się pochowały (o czarnych niedźwiedziach – baribalach nie wspominając).

Mały dramat zaczął się kiedy zaczęliśmy zjeżdżać z przełęczy – już po zachodniej stronie Wododziału Kontynentalnego. Wokół nas rozpętała się gwałtowna burza, ogarnęły nas ciemności, a z góry lunęła na nasze głowy (a właściwie na dach samochodu) cała masa wody, dzięki czemu jazda zaczęła przypominać jakiś ekstremalny sport. Z wielkim trudem dotarliśmy do autostrady I-70. Wtedy deszcz przestał padać, świat się rozjaśnił i już w niejakim komforcie mogliśmy kontynuować naszą podróż na zachód.

Tak więc siedzę oto teraz w pędzącym przez noc wehikule, sącząca się z głośników Sarah Brightman uśpiła wszystkich… z wyjątkiem oczywiście kierowcy. Mijamy właśnie Grand Junction. Do Fruity (czyli założonej jeszcze przez Mormonów „Owocarni”) gdzie mamy nocleg, zostało nam niecałe 14 mil. Czyli pestka!

Jutro znów czeka nas wielka odmiana: porośnięte lasem ciemno-zielone, rudo-szare zbocza Gór Skalistych pozostaną wspomnieniem, a ogarną nas płomienne żółto-pomarańczowo-czerwone scenerie Płaskowyżu Kolorado, ze swoją niepowtarzalną geologią, niewiarygodnymi formacjami skalnymi, zadziwiającymi tworami przyrody.
(A jeśli ktoś w tej chwili myśli, że ulegam przesadnej egzaltacji, to się myli, o czym zaświadczyć mogą tylko ci, którzy mieli to szczęście, by zetknąć się wcześniej chociażby z Wielkim Kanionem, Doliną Monumentów, czy niezwykłymi parkami narodowymi w Utah. To wszystko przed nami.)

Licznik: 1362 mile

Łuk Delkatny w Parku Narodowym Łuków Skalnych (Utah)

Łuk Delkatny w Parku Narodowym Łuków Skalnych (Utah)

.

DZIEŃ 3: ŁUKI SKALNE w UTAH

Pierwszy prawdziwy szok krajobrazowy czekał moich towarzyszy podróży dzisiaj, kiedy wjechaliśmy na Ziemię Kanionów w Utah.
I tutaj chciałbym napisać o moim „odkryciu”, którego dokonałem jeszcze przed laty, kiedy przemierzałem te rejony bawiąc się w pilota prowadzącego wycieczki po amerykańskim Zachodzie. Co ciekawe, nie znalazłem wtedy żadnej o tym miejscu wzmianki w przewodnikach, którymi się wówczas posiłkowałem. A wystarczyło zjechać z autostrady I-70 na lokalną drogę 128 (Exit 214) prowadzącą do Moab wzdłuż kanionu wyżłobionego przez rzekę Kolorado. Wprawdzie nie jest to jeszcze Kanion Wielki (tubylcy nazywają go bodajże Hal Canyon), ale moim zdaniem tworzy on jedną z najbardziej spektakularnych scenerii na kontynencie.
Niestety, żadne zdjęcie, żadne filmy, żadne słowa nie są w stanie oddać wrażenia, jakiego doznać można w bezpośrednim zetknięciu się z tym miejscem: wijąca się wśród stromych, wysokich na kilkaset metrów pomarańczowo-czerwonych klifów kolorowa rzeka, której brzegi porastają żółto-zielone krzewy i zarośla, zaś tło stanowią sterczące w oddali potężne skalne ostańce, przypominające jakieś zamki, wieże, kolumny, amfiteatry, mury obronne, twierdze…

Jednak chciałbym przy tej okazji wspomnieć jeszcze o innym miejscu, które zobaczyliśmy zaraz po zjechaniu z autostrady. Jest to „miasteczko”, które w moim rankingu najdziwniejszych (i najbiedniejszych) amerykańskich miast zajmuje jedno z czołowych miejsc. Nazywa się dziwowisko Cisco. Trudno je nawet nazwać miastem-widmem, bowiem nagromadzenie w nim przeróżnych złomów, ruin, ruder, wraków i baraków, walących się ścian, padniętych maszyn i urządzeń przywołuje do nas jak najbardziej materialne skojarzenia. Wygląda też na to, że mimo wszystko jest ono jednak zamieszkałe, o czym świadczą widoczne tu i ówdzie… anteny satelitarne i zaparkowane przy drodze samochody, (które chyba jednak są jeszcze na chodzie.)
Dla mojej rodziny to był doprawdy szok – tym razem socjologiczny. (Krajobrazowy miał nastąpić za kilka chwil, bowiem Cisco leży na owej samotnej drodze prowadzącej przez czerwoną pustynię do Kanionu Hala, o którym przed chwilą wspomniałem.)

Tak, tak… te amerykańskie kontrasty to temat godny osobnego (i szczególnego) potraktowania, co jednakże mogłoby rozdąć te notatki do lekko przerażających rozmiarów, a ja tu straszyć nikogo (i stresować) nie zamierzam, choć, jak widzę, to co miało być w tych notatkach tylko dygresją, rozrosło mi się do rozmiarów dłuższego wpisu.

A przecież główny temat dzisiejszego dnia stanowić miały niesamowite łuki skalne, które czekały na nas w Arches National Park. Łuki, o których całe moje towarzystwo już wiedziało wcześniej choćby ze zdjęć, z przewodników, z albumów, a nawet… z tablic rejestracyjnych Utah, na których widoczny jest tzw. Delicate Arch, będący zresztą (niejako) symbolem całego stanu.
W parku Łuków Skalnych spędziliśmy niemal cały dzień, bowiem jazdę zamieniliśmy na piesze wędrówki po licznych szlakach prowadzących do najciekawszych łuków i formacji skalnych. Już same nazwy mówią za siebie: Park Avenue, Windows, Double Arch, Landscape Arch, Pot Hole, Devils Garden, Fiery Furnace, Courthouse Towers, Balanced Rock, Garden of Eden…
Jak przystało na pustynię – było sucho i gorąco, żar lał się na nas z nieba, wypijaliśmy całe hektolitry wody, wsmarowywaliśmy w siebie całe kilogramy kremów przeciwsłonecznych, jednak dość dzielnie dawaliśmy sobie radę z liczącymi po kilka kilometrów szlakami. Najdłuższą i najbardziej chyba jednak wyczerpującą wędrówkę zostawiliśmy sobie na późne popołudnie, kiedy światło słoneczne zmiękło i nie było już tak mocne, dzięki czemu można było w miarę bezboleśnie przejść przez rozległą i otwartą skalną płaszczyznę, która w pełnym południowym słońcu zamienia się w jedną wielką rozgrzaną patelnię.
Był to właśnie szlak prowadzący do Delicate Arch.

Swoją drogą dziwnym mogłoby się wydawać to, by utworzony ze skały łuk – wielki, twardy i ciężki – nazywać „Delikatnym”. Kiedy jednak – pokonawszy dość forsowne podejście i zawieszoną nad przepaścią, prowadzącą po skalnej półce ścieżkę – odsłania się przed nami widok tego najsłynniejszego bez wątpienia skalnego łuku świata, bez mała oniemiejemy zadziwieni jego… wyrafinowanym kształtem i niemalże misterną budową.

Pod łukiem spędziliśmy ponad godzinę, spoczywając wraz z dziesiątkami innych ludzi na skale tworzącej coś w rodzaju skalnego amfiteatru – z Delikatnym Łukiem w miejscu sceny. I mimo że – jak ktoś zauważył – ten łuk tam tylko „siedział” i nic nie robił, to spektakl był zaiste pasjonujący, tym bardziej że światło zachodzącego słońca z minuty na minutę zmieniało kąt padanie i swoje natężenie, pociągając za sobą zmianę barwy samego łuku, jak również otaczającej go scenerii – wraz z majaczącymi daleko na horyzoncie górami La Salle.
Patrząc na ów skalny łuk zastanawiałem się także i nad tym, skąd biorą się te nasze doznania estetyczne w zetknięciu z tworami natury. (Myślałem o tym nie pierwszy raz, zresztą.) Czy to dlatego, iż my, tworząc naszą estetykę, naśladowaliśmy Naturę, w związku z czym może się w niej odbić – niczym w zwierciadle – nasz zachwyt? Czy też Natura sama dokonała niejako „zapisu” w nas pewnego kanonu – poczucia piękna, dzięki czemu możemy w niej owo piękno dostrzegać?
Ale, ale… to przecież temat do niewczesnych rozważań. Może kiedyś…

Wróćmy jednak do naszego itinerary.
Jutro wjeżdżamy na teren rezerwatu Indian Navaho. A to już Arizona. I kolejne nieziemskie widowisko: Dolina Monumentów!

Licznik: 1511 mil

Dolina Monumentów leży na terenie rezerwatu Indian Navaho w Arizonie

Dolina Monumentów – rezerwat Indian Navaho w Arizonie

.

DZIEŃ 4: DOLINA MONUMENTÓW

Grand Mesa, Valley of the Gods, Goose Necks (czyli przełomy rzeki San Juan), burza piaskowa, skalny Meksykański Kapelusz, deszcz i błoto w Dolinie Monumentów, powitanie Arizony, rezerwat Nawahów, pierwsze prawdziwe zetknięcie się z Indianami, zachód słońca nad Navajo Land….
To skrócona wersja historii naszego dzisiejszego dnia.
Niemal cały czas towarzyszyły nam scenerie jakby z innej planety, często też można było odnieść wrażenie, iż bierzemy udział w jakimś filmie, zwłaszcza podczas wycieczki z indiańskim przewodnikiem po Dolinie Monumentów.

Pierwsze mocniejsze emocje zaczęły się dla nas, kiedy przyszło nam zjeżdżać z płaskowyżu zwanego Grand Mesa do Doliny Bogów. Jakimś cudem udało się komuś wykuć drogę na pionowej, liczącej kilkaset metrów wysokości ścianie. Dozwolona prędkość na owej żwirowej drodze to 5 mil na godz. A to mówi samo za siebie. Kobiety zakrywały oczy nad przepaścią, muzyka Pink Floydów przenosiła nas w kosmiczne wymiary, ale w końcu znaleźliśmy się u stóp wielkiej ściany i wjechaliśmy na dno doliny, której niezmierzoną przestrzeń widzieliśmy wcześniej z krawędzi Mesy.

Valley of the Gods (Dolina Bogów) to takie preludium do Monument Valley. Jednak monumenty tu nieco mniej monumentalne, Indian raczej się nie uświadczy, spotkane samochody można policzyć na palcach jednej ręki… ale za to mogliśmy się już przyzwyczajać do czerwonego morza piasków, otaczającego nas – jak okiem sięgnąć – ze wszystkich stron.
Jednak czerwień to nie jedyny kolor, jakim zabarwione są tutejsze skały. Są nimi wszelkie odcienie błękitu, zieleni, fioletu, brązu… A wszystko ułożone we wzory godne prawdziwego malarza abstrakcjonisty.
I te niezwykłe rzeźby wokół!
Oto np. Meksykański Kapelusz (Mexican Hat) – niczym odwrócone do góry rondem wielkie kamienne sombrero spoczywające na szczycie stożkowatej skały. Oto wijące się niczym meander koryto rzeki San Juan, które przypomniało komuś wygięte gęsie szyje (Goose Necks), oto skała do złudzenia przypominająca profil Indianina, wysoką twierdzę, gigantycznego słonia…
Gdzieś po drodze złapała nas piaskowa burza (znowu debiut dla mojej siostry i jej rodziny). Cały kolorowy świat zrobił się nagle ciemny i szaro-niebieski. Byliśmy na szlaku, więc posypały się na nas potężne zwały piachu, wciskając się dosłownie wszędzie. Nasze włosy przybrały rudą barwę, w zębach zaczął zgrzytać piach, a oczy zrobiły się czerwone. Zaraz potem jednak zaczął padać deszcz – i to było nasze pierwsze mycie (z wielu) , mające na celu pozbycie się piachu.

Ta pogoda zmartwiła mnie jednak tylko z jednego powodu: pod znakiem zapytania stawała nasza wizyta w Monument Valley. A to przecież jedno z najwspanialszych miejsc na naszej trasie: leżąca na terenie rezerwatu Indian Navaho Dolina Monumentów jest bowiem bez wątpienia jednym z najbardziej spektakularnych i niezwykłych miejsc – nie tylko kontynentu Ameryki Północnej, ale i całego globu.
Jeśli chodzi o mnie, to od dziecka marzyłem o zobaczeniu na własne oczy tego zakątka Dzikiego Zachodu, który znałem jedynie z westernów (był to przede wszystkim „Dyliżans” Johna Forda, ale nie tylko…).

Na szczęście aura nieco się wyklarowała więc można było myśleć o zapuszczeniu się wgłąb Doliny. Byłem tu już wielokrotnie, ostatnim razem wjechałem do Monument Valley samodzielnie, lecz teraz zdecydowałem się, by towarzyszył nam indiański przewodnik. Bowiem tyko z uprawnionym do tego celu tubylcem można odwiedzić dalsze, a przecież niezmiernie ciekawe, zakątki Doliny. Tak też się stało.
I tutaj wielce żałuję, że brakuje mi miejsca i czasu, by dokładniej opowiedzieć o tym, co widzieliśmy (i przeżyliśmy) z naszym Howardem vel Husky’m (tak właśnie zwał się nasz Indianin) na zalanych wodą (sic!) i pogrążonych w błocie bezdrożach Monument Valley, i jak mocnych wrażeń ta eskapada nam dostarczyła. Podobnie jak nie jestem w stanie choćby poruszyć tematu dotyczącego Indian Ameryki Północnej, który mnie w czasach moich szczenięcych mocno zajmował, wręcz pasjonował.
Wspomnę jedynie o przepięknym (jak zwykle tutaj) zachodzie słońca, (który nigdy mnie jeszcze w Dolinie Monumentów nie zawiódł, bez względu na to jak paskudna byłaby pogoda w ciągu dnia.) To właśnie wtedy Dolina Monumentów staje się jednym z najbardziej malowniczych, wręcz mistycznych miejsc, jakie zobaczyć można na naszej planecie.

No cóż. Muszę kończyć, zbliżamy się bowiem do Tuba City – miejscowości, gdzie znajduje się nasz kolejny nocleg.
A jutro?
Najbardziej widowiskowa dziura w ziemi – Wielki Kanion!

Licznik: 1817 mil

Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie

Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie

.

DZIEŃ 5: WIELKI KANION

Sława Wielkiego Kanionu jest globalna. Kto o nim nie słyszał? Któż nie chciałby – przynajmniej raz w życiu – zobaczyć na własne oczy ten „cud natury”? Podejrzewam, że pragnieniu temu nie oparliby się nawet ci, którzy są zupełnie niewrażliwi na piękno przyrody – choćby ze zwykłej ciekawości.
Nie jest to teraz takie trudne. Wystarczy tylko przybyć do Arizony, wsiąść do samochodu, autokaru a może nawet do pociągu i w ciągu paru godzin stanąć na krawędzi największego (choć nie najgłębszego) i jednego z najbardziej malowniczych kanionów świata. Dawniej nie było to takie trywialne. Aby się tu dostać, potrzeba było kilku dni jazdy konnej ścieżkami znanymi tylko żyjącym w tych stronach Indianom i traperom.

Kiedy uczestnicy jednej z pierwszych wypraw eksplorujących zachodnie rubieże Ameryki zobaczyli ogrom oraz przestrzenne rozpasanie Kanionu, stwierdzili, że jest on czymś tak odstraszającym, że są pewnie ostatnimi białymi, którzy chcieliby się tu zapuścić. Obecnie Wielki Kanion zwabia każdego roku ponad 4 miliony turystów.
Tak oto zmienia się nasza ludzka perspektywa.
Drzewiej ważne było tylko praktyczne podejście do przyrody, którą trzeba było okiełznać, gdyż było to konieczne do przeżycia. Dziś liczy się zaspokojenie własnej ciekawości, dotarcie do miejsc znanych, zobaczenie ich – co jest w pewnym sensie celem samym w sobie.
Możemy być natomiast pewni tego, że kiedy blisko pół tysiąca lat temu dotarli tu pierwsi Europejczycy (a konkretnie hiszpańscy konkwistadorzy pod wodzą Francisco de Coronado), postrzegli oni Kanion jedynie jako przeszkodę na drodze do legendarnych złotych miast Ciboli, które chcieli złupić.

Dziś Wielki Kanion jest dobrem wręcz bezcennym i bynajmniej nie mam tu na myśli tylko arizońskiej turystycznej komercji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że bezcennym tak, jak bezcenne są dzieła sztuki stworzone przez człowieka, bowiem, podobnie jak w nich, zamknięte jest w nim to, co uznajemy za piękno.

Swoje trzy grosze wtrąciłby też geolog, dla którego Wielki Kanion jest pasjonującą księgą z zapisaną w niej historią naszej planety. A sięga ona tutaj niewyobrażalnej dla ludzkiej percepcji czasu wielkości 2 miliardów lat (taki jest wiek najstarszych skał, jakie odsłoniły się na samym dnie Kanionu). Zresztą, nie możemy sobie nawet wyobrazić czasu, w jakim rzeka Kolorado zdołała wyrzeźbić swoje dzieło, choć w skali geologicznej jest to ledwie chwila: cóż bowiem znaczy te marne 5 milionów lat wobec owych miliardów lat istnienia Ziemi?

Kanion w ogóle jest tworem, który trudno jest człowiekowi ogarnąć, przyswoić, „zrozumieć”… Przede wszystkim – jeśli chodzi o ocenę jego kolosalnej wielkości – zawodzą nas nasze zmysły. Po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich parametrów, brak nam jakiegoś punktu odniesienia, by pojąć te proporcje. Chociaż wrażenie robią już suche liczby: długość kanionu – 450 km., szerokość dochodząca do 16 km., głębokość – 1600 m. Wyobraźmy sobie taki twór np. w Polsce. Ileż to by zajęło województw?

Jak ludzie reagują na widok Kanion?
Otóż różnie.
Podczas wielokrotnych wizyt tutaj zaobserwowałem różnorodne reakcje: od pojawiających się w oczach łez, do zupełnej obojętności (ktoś wolał sobie pójść na lody, niż podejść nad krawędź i rzucić okiem na Kanion.) Dwa ekstrema, każde jednak zawierające w sobie pewną dozę ekscesu. Między nimi rozciąga się spektrum ludzkiej wrażliwości na Kanion.

Niejednokrotnie zastanawiałem się od czego to zależy? Od jakiejś organicznej konstytucji człowieka, od czułości jego zmysłów, od stanu ducha, samopoczucia, od nastawienia, sugestii… ? Jaki to ma związek z inteligencją, a jaki z wiedzą? Bardziej to cecha wrodzona czy nabyta? Czy jest to prosta funkcja ciekawości świata, na stawienia doń, albo też – z drugiej strony – obojętności na estetyczne walory, jakie niewątpliwie posiadać mogą twory przyrody?

Przypomina mi się tutaj pewna anegdota. Pewnego razu gościem stanu Arizona był słynny marszałek francuski Ferdynand Foch. Kiedy zaprowadzono znamienitego gościa nad krawędź i pokazano mu Kanion, wszyscy byli niezmiernie ciekawi jego reakcji. Zapadło milczenie i każdy z towarzyszącej marszałkowi świty nadstawił ucha, oczekując jakichś wiekopomnych słów. Wtedy Foch odwrócił się i powiedział: „Let’s have a cup of tea”.

Nie jestem marszałkiem Fochem. Za każdym razem, kiedy docieram nad kanion, robi on na mnie niezmiennie wielkie wrażenie.
Także i dzisiaj cieszyłem się z tego kolejnego z nim spotkania. Mam nadzieję, że i zadziwienie moich towarzyszy podróży było autentyczne. W końcu spotykali się z Kanionem pierwszy raz w życiu.

Na południowej krawędzi Wielkiego Kanionu spędziliśmy niemal cały dzień, oglądając go z najciekawszych punktów widokowych: Grand View, Moran, Yavapai, Lipan. Późnym popołudniem zaś wybraliśmy się na Hopi Point, podobnie zresztą jak większość ludzi, gdyż taras ten słynie z najpiękniejszych zachodów słońca nas Kanionem. To właśnie o tej porze kolory wąwozu są najbardziej intensywne, pojawia się głębia i gra cieni… co chciałem (dość chyba jednak nieskutecznie) uchwycić aparatem fotograficznym – czego nieporadną próbkę załączam do mojego dzisiejszego wpisu (lecz to tylko namiastka).

Licznik: 2019

Las Vegas by night

Las Vegas by night

*

DZIEŃ 6: LAS VEGAS

Miasteczko Flagstaff, w którym spędziliśmy noc po odwiedzinach Wielkiego Kanionu, dzieli od Las Vegas kilkusetmilowa droga przez półpustynie Arizony. Zanim jednak tam dotarliśmy, zdecydowałem się zboczyć nieco z utartego szlaku i zajrzeć do położonej wśród sosnowych lasów Sedony, aby nieco otrząsnąć się z piasku pustyń, które pokonaliśmy do tej pory. Po drodze zatrzymaliśmy się na kilka godzin w parku stanowym Slide Rock, gdzie można się było wykąpać w orzeźwiającym strumieniu Oak Creek, którego koryto tworzy wygładzona skała, dzięki czemu w Oak Creek da się nie tylko pływać, ale i ślizgać (stąd nazwa parku), co sprawiło niezłą frajdę naszym dziewczynom.

Jednakże już w pobliskiej Sedonie zakurzyliśmy się ponownie, bowiem wypuściliśmy się naszym SUV-em w jeden z tych dzikich a kamienistych traktów, które prowadzą wśród otaczających miasto stromych, poszarpanych i wysokich czerwonych skał.

Lecz Sedona słynie w Ameryce nie tylko ze swojego malowniczego położenia i z tych wertepów. To właśnie tutaj ostatnimi laty ściągnęli zewsząd wyznawcy New Age, czekając na swój Rok Wodnika i ładując się emanującą ponoć ze skał energią. Miasteczko pełne jest więc artystów, ludzi uduchowionych, a także zwykłych dziwaków. Do tego grona dołączyliśmy także i my. Lecz tylko na chwilę. Zaraz bowiem musieliśmy uderzyć w dalszą drogę na północny zachód – w kierunku Nevady.

* * *
Do Las Vegas najlepiej jest wjeżdżać nocą, kiedy to położone w niecce miasto przypomina migotliwe morze świateł. Iluminacyjne wrażenie potęguje się, kiedy zbliżamy się do tzw. „stripu”, czyli położonego wzdłuż Bulwaru Las Vegas pasma rozświetlonych neonami największych kasyn ogarniętych zupełnie szaloną feerią barw. I bez względu na to, jak byśmy sobie to miejsce nie wyobrażali i co byśmy o nim nie sądzili, to widok ten przyprawia niemal każdego zjawiającego się tu po raz pierwszy człowieka o większy lub mniejszy (nie tylko estetyczny) szok.

Mam swoje dość jednoznaczne i wykrystalizowane zdanie o Las Vegas. Nie jest to mój świat, ani moja estetyka, ani też rodzaj rozrywki, który preferuję, a mimo wszystko uważam, że to jedno z największych dziwowisk świata absolutnie warto – przynajmniej raz w życiu – zobaczyć. Nasze zadziwienie będzie totalne. Nic bowiem nie jest w stanie przygotować nas na zderzenie się z tym fenomenem (a to, że jest to swego rodzaju fenomen nie ulega wątpliwości) – żaden film (a były ich o Las Vegas dziesiątki), żaden opis czy relacja.

Oczywiście, że jest to monstrualny kicz, z którym nic nie może się równać; naturalnie, że jest to apogeum konsumpcyjno-eskapistycznej cywilizacji, która na aksjologicznej – i dosłownej (w sensie geograficznym) – pustyni wybudowała swój Babilon.

Jednakże ta apoteoza kiczu nie jest tandetą ani też totalnie skrojonym na prostackie gusta lunaparkiem. Zbyt dużo w niej wyrachowanego zamysłu, przemyślności, rzec można nawet – wyrafinowanej koncepcji. Niejaki podziw może również wzbudzić doskonałość konstrukcji tej ludyczno-hazardowej machiny – jej skuteczność wydajność, niezawodność i skuteczność.

Ale czego się nie robi dla pieniędzy.

W Las Vegas panuje zaskakujący porządek. Cóż, „Ordnung muss sein!” – jak mawiali starzy mafiozi, którzy pierwsi zainwestowali w kasyna, rozkręcając ów biznes na niespotykaną nigdzie indziej skalę.

Uderzają lasvegaskie paradoksy, zadziwia historyczna ironia.
Las vegas to po hiszpańsku łąki (po których zresztą nie ma tu ani śladu, chyba że same kasyna uznamy za ośle łączki pasących się i karmiących złudzeniami hazardzistów), a miasto zostało założone przez purytańskich i pobożnych Mormonów. (Teraz jest to jedyne miejsce w Ameryce, gdzie dozwolona jest prostytucja, choć oficjalnie burdeli w samym Las Vegas nie ma. Amatorzy płatnej „miłości” jadą więc na pustynne peryferia do dziur w rodzaju położonego nieopodal Doliny Śmierci Pahrump lub zamawiają sobie do pokoju hotelowego call girl… ale o tym to ja tylko wiem ze słyszenia).

Las Vegas bawi, tumani, przestrasza – oszałamia, zachwyca, budzi niechęć lub przyciąga… you name it! Jest czymś obliczonym na masowe wzięcie, odwołuje się do najprostszych (ktoś bardziej złośliwy mógłby rzec – najprymitywniejszych) ludzkich potrzeb i skłonności, takich jak np. seks, rozrywka, konsumpcja, rozładowanie, zapomnienie, ucieczka… Daje przy tym średniemu człowiekowi złudzenie uczestnictwa w bajce i luksusie. Stąd te wszystkie Bellagia, Paryże, Wenecje, Miraże, Pałace Cezarów, Excalibury, Wyspy Skarbów, Luxory… Stąd nieprzebrane, uginające się od żarcia bufety, czy widowiska, przy których Moulin Rouge może wyglądać na Kopciuszka.

Tak więc zderzyliśmy się z tym wszystkim już dzisiaj, niemniej jednak nie daliśmy się (jeszcze) porwać przelewającym się po Las Vegas Boulevard tłumom. Przyjechaliśmy dość późno, więc tylko zrobiłem małą rundę po stripie, by pokazać mojej rodzinie największe kasyna – z perspektywy samochodowego okna. Po kolacji w Excaliburze zakwaterowaliśmy się w jednym z hoteli sąsiadujących z Cesar Palace, Bally’s, Flamingo i Bellagio (a więc w samym epicentrum lasvegaskiego tygla) i udaliśmy się na spoczynek przed planowaną na jutro wyprawą do Doliny Śmierci.

Licznik: 2398 mil

Zabriskie Point - pozdrowienia z Doliny Śmierci

Zabriskie Point – pozdrowienie z Doliny Śmierci

.

DZIEŃ 7: DOLINA ŚMIERCI

Udało się! Z Doliny Śmierci wyjechaliśmy żywi, cali i zdrowi!
Może tylko trochę podpieczeni słońcem, lżejsi o parę kilogramów wypoconej z nas i wyparowanej wody.
Wycieczka trwała prawie cały dzień. Po pustyni arizońskiej będącej częścią krainy zwanej Sonora Desert, poznaliśmy pustynię kolejną, a mianowicie Mohave, która zajmuje nieomal całą Nevadę oraz sporą część południowej Kalifornii, gdzie leży Park Narodowy Doliny Śmierci. Tym sposobem „zaliczyliśmy” również kolejny stan na naszej trasie. (Jednakże na to, by dokładniej poznać Kalifornię potrzeba ciut więcej czasu. Ale to zupełnie inna bajka.)

Dolina Śmierci swą złą (i dobrą) sławę zawdzięcza swojej wyjątkowości, o której decyduje jej położenie geograficzne: jest to bowiem najgorętsze, najniżej położone oraz najbardziej suche miejsce na półkuli zachodniej. A oprócz tego zupełnie niezwykłe, jeśli chodzi o krajobraz.

Etymologicznie, polska „pustynia” przywodzi na myśl jakieś miejsce puste. Jednak, moim zdaniem, lepiej oddaje naturę pustyni angielskie słowo desert, które kojarzy się z czymś opuszczonym, porzuconym. Bowiem pustynia pełna jest niespodzianek, nie wspominając o tym bogactwie ukrytym, niewidocznym na pierwszy rzut oka, niezbyt oczywistym.
Dokładnie tak się sprawy mają ze słynną Doliną Śmierci.

Przede wszystkim zaskakuje jej różnorodność. Każde miejsce gdzie się zatrzymywaliśmy, wyróżniało się czymś swoistym, było na swój sposób wyjątkowe.
Oto Kotlina Badwater: rozległa, biała jak śnieg salina, gdzie znajduje się największa depresja (86 m. poniżej poziomu morza), a na jej obrzeżach – stosunkowo mała sadzawka słonej wody, gdzie żyją gatunki roślin i zwierząt tzw. endemiczne, czyli takie, które spotkać można jedynie w tym bajorku i nigdzie indziej na świecie. Furnace Creek, gdzie zanotowano rekordowo wysoką (dla obu Ameryk) temperaturę (57 st. C) – teraz jest to oaza z przypominającym miraż dużym zagajnikiem palm daktylowych. Sand Dunes – przywodzące na myśl Saharę piaszczyste wydmy. Devil’s Golf Course – rozległe pola porowatych minerałów, które komuś skojarzyły się z golfowiskiem dla diabłów. Artist Drive – wijąca się pośród kolorowych skalnych stożków wąska dróżka prowadząca do bajecznie kolorowej ściany zwanej Paletą Artysty. Scotty’s Castle – „zamek” wybudowany dosłownie na piasku przez pewnego ekscentryka z Chicago… (I bynajmniej nie wymieniłem jeszcze wszystkich ciekawych miejsc Doliny.)
Ale, ale… jakże mógłbym nie wspomnieć o złotych zboczach i wąwozach, które widzi się na Zabriskie Point (czy ktoś przypomina sobie film Antonioniego z muzyką napisaną specjalnie do tego filmu przez „Pink Floydów”?) Nota bene, to jeden z najbardziej malowniczych zakątków Death Valley.

Dziś przez Dolinę Śmierci podróżować jest nieprzyzwoicie łatwo. Wsiada się do klimatyzowanego samochodu, jedzie z prędkością blisko 100 km. na godzinę, wysiada się na krótko, by z bliska zobaczyć co ciekawsze zakątki, robiąc niezbyt długie spacery, (które i tak pozwoliły nam odczuć na własnej skórze buchające żarem powietrze – na termometrze w Furnace Creek odczytaliśmy temperaturę 45 st. C !)
Służby parkowe kontrolują teren, by nikomu nie stało się nic złego. Są tu hotele, campingi, prawdziwe pola golfowe, stacja benzynowa, sklepy, restauracje a nawet… opera!

Zupełnie inne warunki towarzyszyły tu ogarniętym gorączką złota pionierom, którzy, podążając w połowie XIX wieku do złotonośnych pół Kalifornii, chcąc skrócić sobie drogę, trafili na dno Doliny, w której utknęli na kilka tygodni i tylko jakimś cudem nie zostali w niej na zawsze (niestety, nie udało się to dwójce z nich).
Kiedy przybyto im wreszcie z pomocą wyprowadzając z głębi kotliny, jedna z kobiet odwróciła się za siebie i powiedziała: „Goodbye Death Valley”. Nazwa przylgnęła.

W samej Dolinie Śmierci spędziliśmy ładnych parę godzin, a na koniec zafundowałem mojej grupie niespodziankę: widok Doliny Śmierci z punktu zwanego Dante’s View, położonego na grzbiecie pasma górskiego Amargosa, które ogranicza kotlinę od strony wschodniej. Dopiero stamtąd (z wysokości ponad półtora kilometra nad dnem Doliny) widać jej ogrom (100 km. długości).
No cóż, muszę kończyć, bo i tak się rozpisałem ponad miarę, a tu widać już w oddali Las Vegas, gdzie czeka nas jeszcze jedna noc. Może tylko zatrzymamy się jeszcze przy niezwykłych drzewkach Jozuego?

Jest późne popołudnie. Jaskinia hazardu blisko. Tym razem więc zobaczymy owo rozpasane curiosum w świetle dnia, a jest to widok diametralnie różny od tego, co widzi się w nocy.
A propos nocy… Wygląda jednak na to, że (mimo wszystko) pójdziemy dzisiaj spać bardzo późno.

Licznik: 2698 mil

w Parku Narodowym Zion - Utah

Taniec na skale – Ania i Ula w malowniczym Zion

.

DZIEŃ 8: ZION

Z szalonego Las Vegas wróciliśmy na ziemie Mormonów, czyli do Utah. Tak się złożyło, że to właśnie oni zaczęli w połowie XIX-go wieku zasiedlać ten rejon, który geologowie nazywają Płaskowyżem Kolorado. Moim skromnym zdaniem należy on do najciekawszych krajobrazowo regionów naszego globu – o czym mogliśmy się już przekonać oglądając Łuki Skalne, Dolinę Monumentów i Wielki Kanion.
Teraz czekały nas jeszcze parki narodowe Zion i Bryce Canyon, kolejne miejsca niezwykłe i zadziwiające.

Do Zionu dotarliśmy już po południu, jednakże mieliśmy wystarczająco czasu by zobaczyć najciekawsze miejsca parku, przejść się po kilku szlakach. Mimo że Las Vegas dawało się jeszcze we znaki, nie sposób było nie dostrzec Zionowego piękna, które jest monumentalne, a przez to uderzające.

Ktoś może pomyśleć, że przesadzam z tą egzaltacją, nadużywając przy tym określenia „piękny”, ale Bóg mi świadkiem, że jest się tu czym zachwycać, a moje słowa są jak najbardziej usprawiedliwione. Moja rodzina orzekła, że w Zion jest ładniej niż nad Wielkim Kanionem i ja to rozumiem, zwłaszcza kiedy idziemy pełnym zieleni wąwozem Rzeki Dziewiczej (Virgin River) a po obu naszych stronach wznoszą się wysokie na 700 – 800 metrów strome skalne ściany i to we wszelkich odcieniach brązu, czerwieni, żółci i bieli.
Te monolity mają swoje adekwatne nazwy: Dwór Patriachów (Court of the Patriarchs), Wielki Biały Tron (The Great White Throne), Świątynia Sinawava (Temple of Sinewava), Lądowisko Aniołów (Angels Landing)… Sama nazwa parku sięga tradycji Mormonów, którym kanion kojarzył się z biblijnym Syjonem.

Wpierw podeszliśmy pod Płaczącą Skałę (Weeping Rock). To rodzaj wilgotnej groty przypominającej skalny ogród. Po jej ścianach pną się dzikie bluszcze a z górnej półki zwisają roślinne girlandy, po których spływa woda, tworząc rodzaj kotary z kapiących, skrzących się w słońcu kropel.
Następnie szlak zaprowadził nas do Szmaragdowych Stawów (Emerald Pools). Po przejściu około kilometra, w cieniu olbrzymiej skalnej niszy natrafiliśmy na małe, otoczone głazami i krzewami jeziorko mieniącej się kolorami wody. Po stromym podejściu prowadzącym wśród skalnych uskoków, półek i ścian czekała nas kolejna niespodzianka – następne urokliwe bajorko, a na jeszcze wyższym poziomie – już zupełnie sporych rozmiarów (choć ukryty pod wysoką na kilkaset metrów ścianą) staw.

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy można było do tego, liczącego około 16 km. długości kanionu wjechać swoim wehikułem. Na szczęście nie tak dawno zamknięto tu ruch dla prywatnych pojazdów, dzięki czemu Kanion oddano na powrót we władanie naturze: zamiast wycia silników i smrodu spalin, słyszymy jedynie odgłosy przyrody i oddychamy czystym powietrzem.

Lecz nie był to jeszcze koniec naszych dzisiejszych wrażeń.
Zupełnie nieprawdopodobna była droga, którą przejechaliśmy na drugą stronę parku. Najpierw był niezwykle stromy podjazd w kanionie, z którego, jak by się mogło wydawać, nie sposób się wydostać; później – przejazd tunelem przez sam środek „góry”, a następnie drogą, która prowadziła przez krajobraz iście fantastyczny, bo utworzony przez liczącą dziesiątki milionów lat skamieniałą pustynię żółto-czerwonych wydm porośniętych karłowatymi drzewkami.
Chylące się ku zachodowi słońce wydobywało z tego labiryntu skał coraz bardziej intensywne barwy i coraz większą głębię, poddając wszystko grze światła i cienia… Lekko oszołomieni pożegnaliśmy się z Zionem.
Już jutro ma nastąpić spotkanie z jego nie mniej osławionym sąsiadem – Kanionem Bryce’a.

Licznik: 3018 mil

Oślepiający koloryt i oszałamiające formy Kanionu Bryce’a

Oślepiający koloryt i oszałamiające formy Kanionu Bryce’a

*

DZIEŃ 9: BRYCE CANYON

Na paradoks zakrawa to, że będący w zasadzie pustynią Płaskowyż Kolorado swą niezwykłą rzeźbę terenu zawdzięcza w dużej mierze wodzie. Naturalnie, za powstanie tego przedziwnego kalejdoskopu skalnych tworów są odpowiedzialne wszystkie czynniki atmosferyczne, ale woda jest tu siłą dominującą.

Dlaczego akurat w tym rejonie istnieje takie bogactwo geologicznych form – taka zdumiewająca różnorodność ukształtowania terenu, takie uderzające piękno krajobrazu?
Przyczyn jest kilka lecz najważniejsze to: stosunkowo młody wiek tych ziem (w skali geologicznej, oczywiście) oraz wyjątkowe zróżnicowane skalnych warstw, które zawdzięczamy bogatej historii regionu. Bowiem na przestrzeni setek milionów lat był on kolejno: oceanem, morzem, pustynią, bagnem, ponownie morzem i jeziorem, następnie dorzeczem, sawanną i jeszcze raz pustynią.

Wszystko nabrało dramatycznego przyśpieszenia około 15 milionów lat temu, kiedy płaskowyż zaczął się wypiętrzać. Wtedy siły erozyjne nabrały takiego impetu, że jego powierzchnia zaczęła się zmieniać w gwałtownym (jak na ziemskie warunki) tempie.
I tak jest do chwili obecnej, czego naocznymi świadkami możemy być nawet i my – istoty pojawiające się na powierzchni ziemi dosłownie na mgnienie oka – niczym jednodniowa jętka czy jakaś inna organiczna efemeryda. Gdyż na własne oczy widzieć możemy jak walą się skalne łuki i mosty, rozmywają i pogłębiają kaniony, wietrzeją skały, wysycha roślinność, tworzą się nowe jeziora…
Płaskowyż Kolorado należy więc do najszybciej zmieniających się krajobrazowo regionów na świecie. Dlatego tak bardzo różni się np. od amerykańskiego Wschodu, który ukształtował się na dobre już kilkaset milionów lat temu, kiedy to erozja spowodowała np. zniknięcie (przeminięcie z wiatrem i wodą) aż 7 km. skał osadowych, jakie kiedyś piętrzyły się nad dzisiejszymi Apallachami (czego nawet nie próbujmy sobie wyobrazić, bo jest to po prostu niemożliwe).

Myślę, że ten przydługi wstęp potrzebny jest jednak do tego, by zrozumieć to, co właśnie rozwinęło się przed naszymi oczami.
A dzisiaj były to dziwy Kanionu Bryce’a.
Mimo, iż leży on właściwie po sąsiedzku Zionu, to różni się od niego diametralnie. Właściwie nie jest to kanion a zerodowana krawędź Płaskowyżu … hm, proszę się przygotować: Paunsaugunt, gdzie doliczyć się można tysięcy małych kanionków „szczelinowych” (jeśli dobrze tłumaczę angielską nazwę slot canyon). Tym sposobem powstało tu kilkanaście „amfiteatrów” wypełnionych całą masą skalnych wieżyczek, szpic, ostańców, okien, mostków, kolumn, łuków… a wszystko w czerwono-różowo-białej tonacji, podkreślającej tylko bajeczny charakter tej krainy.
Indianie nazywali ją Agka-ku-wass-a-wit, co można przetłumaczyć jako „pomalowani na czerwono ludzie”, ponieważ, według legendy są to po prostu zamienieni przez bogów w skałę złoczyńcy. Jeśli tak, to było ich sporo, bo amfiteatry wyglądają tak, jakby stały w niej wielotysięczne, skamieniałe i czerwone od wstydu tłumy.

* * *
Noc spędziliśmy w położonej nieopodal Kanionu Bryce’a osadzie Tropic, dlatego też w parku (używam tego słowa, gdyż Bryce Canyon również ma status parku narodowego) mogliśmy się znaleźć dosłownie w ciągu paru chwil, pozostając w nim do późnego popołudnia.
Nasze spotkanie z Bryce nastąpiło na punkcie widokowym zwanym Inspiration Point, skąd rozciąga się panorama najbardziej chyba widowiskowego amfiteatru. Jednakże nic nie zapowiadało tego, co czekało nas przy zejściu wgłąb kanionu, ponieważ widok z jego krawędzi jest zupełnie czymś innym, niż doświadczenie jego bliskości „od wewnątrz”, czyli na ścieżce prowadzącej na dół.
Szlak ten nosił nazwę Pętla Nawahów (Navaho Loop), a prowadził m.in. przez kanion szczelinowy zwany adekwatnie Ulicą Ścienną (Wall Street), jako że przypominał on dróżkę wciskającą się pomiędzy dwie strome i bardzo wysokie skalne ściany z czerwonego piaskowca. Jakby tego surrealnego wrażenia było mało, u jego wylotu rosły smukłe daglezje (odmiana świerka), które jakimś cudem zdołały tam się nie tylko uchować, ale i rozwinąć w całkiem okazałe drzewa.
Navajo Loop to bez wątpienia jeden z najbardziej niezwykłych szlaków, na jakie udało mi się w życiu trafić.

Przy okazji warto chyba wspomnieć o moich doświadczeniach z czasów, kiedy bawiłem się w przewodnika, pokazując grupom wycieczkowym najciekawsze zakątki tego regionu. Zauważyłem np., że takie miejsca jak Zion czy Bryce robiły na ludziach większe wrażenie, niż np. osławiony Wielki Kanion.
Dość łatwo było mi to jednak zrozumieć.
Wielki Kanion jest czymś, co przez swoją potęgę wymyka się naszej percepcji – jego skala ma po prostu w sobie coś „nieludzkiego”, w przeciwieństwie do Zionu czy Kanionu Bryce’a, z którymi można nawiązać kontakt niemalże „intymny”, łapiąc ich piękno w bezpośrednim, bliskim zetknięciu. Dzięki temu stają się one czymś swojskim, przykrojonym na naszą miarę.
Przy tym Zion bardziej zwykł był podobać się mężczyznom (ta jego monumentalna wyniosłość i solidność!), natomiast Bryce kobietom (ach ta jego różowo-pomarańczowa delikatność i wręcz koronkowość!) Świadczy to jedynie o tym, jak odmienne w charakterze są te dwa miejsca… no i oczywiście o różnicy w reakcjach wynikających z odmienności płci.

Wśród moich towarzyszy podróży opinie są więc podzielone. Ale to w niczym nam nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – przyjemnie zmęczeni po całym dniu wrażeń, mkniemy w kierunku stolicy Mormonów, a ja spokojnie mogę sobie wypisywać wszystkie te dyrdymały.

Licznik: 3297 mil

Świątynia Mormonów w Salt Lake City

Świątynia Mormonów w Salt Lake City

.

DZIEŃ 10: SALT LAKE CITY – MORMONI

Znów piszę na kolanie. Mkniemy autostradą I-15 na północ, przed chwilą przekroczyliśmy granicę z Idaho, stanem nie tylko Wielkiego Ziemniaka, ale i słynnej Doliny Słońca – tej samej, gdzie Glenn Miller grał swoją serenadę i gdzie Ernest Hemingway po życiu pełnym przygód strzelił sobie w głowę z dubeltówki.
Godzinę temu opuściliśmy Salt Lake City, jesteśmy więc na świeżo po spotkaniu z Mormonami oraz z ich misjonarzami, którzy pokazali nam Plac Świątyni (Temple Square), stanowiący centrum świata mormońskiej religii. Opowiedzieli też o swoich dziejach, wierzeniach, organizacji, życiu… o historii, która zaiste jest niewiarygodna, choć przecież prawdziwa.
Prześladowana w XIX wieku sekta rozrosła się, przekształcając w kościół o globalnym zasięgu liczący dziś ponad 14 milionów członków, który oprócz tego, że konstytuuje światopogląd swoich wyznawców, to jest także jednocześnie potężną organizacją z ogromnym finansowym potencjałem.
Przywódcy Mormonów byli bowiem zawsze nie tylko przemyślnymi inwentorami dogmatów wiary (jako przywódcy duchowi), ale i również świetnymi biznesmenami (jako organizatorzy życia społecznego bogobojnych a zarazem pracowitych współbraci).

Po Placu Świątyni oprowadzały nas dwie misjonarki: siostra Fellmann ze Szwajcarii oraz siostra Shugart z Kanady, młode dziewczyny woluntariuszki, które półtora roku swojego życia poświęciły pracy misyjnej – służbie ludziom i Bogu, jak same wyznały (kiedy zapytałem o ich imię, powiedziały, że są teraz tylko „siostrami”).
Ciekawił mnie zwłaszcza przypadek siostry Fellmann, która przyznała, że pochodzi z rodziny ateistycznej, jednak w Kościele Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego (tak brzmi jego pełna nazwa) odnalazła spokój, radość, ukojenie i sens życia. A kiedy to mówiła patrząc mi prosto w oczy, nie sposób było jej nie uwierzyć.

Siostry opowiadały też o cudach, z których zwłaszcza jeden zabrzmiał mi wiarygodnie. Wydaje się bowiem, że bez pomocy sił nadprzyrodzonych niemożliwe byłoby wybudowanie na pustyni (w czasach, kiedy jeszcze nad Słonym Jeziorem nie było dosłownie nic), tak imponującej konstrukcji, jaką jest Świątynia Mormonów – kosmiczne centrum ich wiary. Jej budowa trwała 40 lat i zakończyła się dopiero w 1893 roku. (Świątynia nie jest zresztą jedynym ciekawym obiektem na Temple Square. Warto wspomnieć jeszcze o Tabernaculum – siedzibie słynnego chóru mormońskiego – istnej perle architektury drewnianej).

Jednakże cudem było chyba także to, że Mormoni zdołali 44 lata wcześniej przedrzeć się przez dzikie bezdroża Wielkich Równin oraz przełęcze Gór Skalistych, zasiedlić niegościnne pustynie i… nie tylko przetrwać, ale i przemienić swoje państwo (w państwie) w pewien rodzaj bogatego imperium, stając się jedną z najlepiej prosperujących społeczności w Stanach.
Mając to na uwadze, łatwiej znieść owe absurdy (absurdy z postronnego punktu widzenia), jakie zakradły się do ich wiary (jak np. „jedynie prawdziwa i objawiona” Księga Mormonów, która została ponoć spisana  – z bożego natchnienia – na kontynencie amerykańskim parę tysięcy lat temu, odnaleziona i przetłumaczona przez Josepha Smith‘a, założyciela sekty, któremu w 1828 roku w stanie Nowy Jork objawił się sam Jan Chrzciciel zdradzając miejsce ukrycia tablic, na których wyryty był tekst Księgi).

Wbrew pozorom wszystko to było bardzo racjonalne, gdyż bez sakralnego usankcjonowania władzy liderów sekty, niemożliwe byłoby przetrwanie Mormonów: przezwyciężenie prześladowań, wytrzymanie nieludzkich trudów przeprawy na Zachód, organizacja pierwszych osiedli, konstytucja i rozkwit Kościoła.
Czymś racjonalnym było też wielożeństwo (aspekt, który wśród odwiedzających mormońskie ziemie budzi niezmiennie żywe zainteresowanie). Bowiem nie było ono bynajmniej jakąś pochodną wybujałej potencji seksualnej Mormonów, ale praktyczną potrzebą zwiększania populacji grupy żyjącej przecież w bardzo specyficznych warunkach. Co bardziej prominentni mężczyźni mogli się poszczycić całkiem pokaźnym haremem liczącym kilkadziesiąt kobiet.
Oficjalnie, od wielożeństwa Mormoni odeszli pod koniec XIX wieku, jednakże jeszcze i dzisiaj zdarza się, że w niektórych rodzinach jest jeden patriarcha, kilka matron i cała czereda „pociech”.

Kiedy opuszczaliśmy Temple Square, a później bogate, schludne i rozbudowujące się w niezwykłym tempie downtown Salt Lake City, przypomniał mi się jeszcze jeden moment z mormońskiej historii.
Otóż kiedy (po morderczej przeprawie przez Góry Skaliste) Bringham Young i podążający za nim Mormoni stanęli na skraju Słonego Jeziora, ten oddalił się na jakiś czas w ustronne miejsce, a kiedy wrócił, obwieścił swoim umęczonym ludziom: „To jest nasza ziemia obiecana. Tak mi powiedział Bóg”.
I oni mu uwierzyli. I tu zostali.
A to co się działo później potwierdziło jedynie słuszność ich decyzji.

* * *
Jeszcze w Idaho, nad malowniczym przełomem Snake River, przejąłem kierownicę i wjechaliśmy w góry. Piołunowe pustynie i niezmierzone ziemniaczane pola ustąpiły miejsca świerkowym lasom, zielonym polanom, wartkim górskim strumieniom… Po pokonaniu wysokiej na dwa i pół kilometra przełęczy Teton, wjechaliśmy do innego świata, jakim jest bez wątpienia kotlina Jackson Hole. Od Yellowstone dzielił nas już tylko przysłowiowy „rzut beretem”. Lecz wcześniej czekał nas jeszcze potężny górski łańcuch Grand Teton.

Licznik: 3665 mil

Jackson Hole – ranczo u podnóża gór Grand Teton

Jackson Hole – ranczo u podnóża gór Grand Teton

*

DZIEŃ 11: GRAND TETON

Kiedy na początku XIX wieku pierwsi francuscy traperzy zobaczyli z daleka charakterystyczne szczyty gór ograniczających wielką kotlinę, do której właśnie wkroczyli, nieco na ten widok oniemieli, a jako że byli pozbawieni kobiet i seksualnie wygłodniali, skojarzenia mieli jednoznaczne. Nazwali je Grand Teton, co znaczy nic innego, jak Wielkie Piersi.
W rzeczywistości jest to jeden z najpiękniejszych górskich łańcuchów na kontynencie. (Czy jednak, zważywszy na nazwę, można się temu dziwić?)

W kotlinie Jackson Hole (bo o niej tu mowa) mieliśmy dwa noclegi – w dobrze mi znanym, zaprzyjaźnionym niemalże schronisku zwanym po prostu „The Hostel”, leżącym u podnóża gór w małej osadzie Teton Village.
Na zwiedzanie kotliny mieliśmy więc cały dzień, którego większość spędziliśmy na terenie Parku Narodowego Grand Teton. Wpierw przybyliśmy nad Jezioro Jenny i po przeprawieniu się na jego drugą stronę wyruszyliśmy na szlak prowadzący do Kanionu Kaskadowego, mijając po drodze Ukryte Wodospady (Hidden Falls), wspinając się na Inspiration Point (skąd roztaczała się rozległa panorama całej Jackson Hole z widocznymi w dole jeziorami). Idąc dalej wgłąb kanionu zgubiliśmy na szczęście tłumy kłębiące się na początku szlaku przy wodospadzie i punkcie widokowym na jezioro.
Nasza wędrówka trwała prawie 4 godziny i była prawdziwą rozkoszą delektowania się świeżym górskim powietrzem, tudzież widokami, które objawiały się przed naszymi oczami za każdym skalnym załomem. Na szlaku, oprócz okazjonalnych osobników homo sapiens, spotkaliśmy również pasące się na podmokłej łące, obgryzające młode wierzbowe listki łosie.

Przyjemnie zmęczeni zajechaliśmy jeszcze późnym popołudniem do miasteczka Jackson, będącym niejako sercem cywilizacji, która niestety coraz bardziej panoszy się w tym naturalnym raju, jakim jest kotlina. Kiedyś była to typowa górska osada zasiedlona jedynie przez traperów i ranczerów, teraz jest to mocno skomercjalizowane centrum turystyczne, nie pozbawione wszak pewnego uroku i kolorytu. Ciekawostka: w jednym z tutejszych saloonów zobaczyć można wypchanego niedźwiedzia grizzly zagryzionego przez… zdesperowanego cowboya, którego ów drapieżnik napadł (ponoć jest to historia prawdziwa).
Wieczorem zaś urządziliśmy sobie przy schronisku małą rodzinną imprezę – z ogniskiem, rożnem, kiełbaskami i winem.
Jednym słowem: pełen relaks.

* * *
Wypada mi jeszcze napisać choć parę słów o Jackson Hole i samym Parku Narodowym Grand Teton.
Przed laty, kiedy zjawiłem się w tej okolicy po raz pierwszy, pewnym zaskoczeniem było dla mnie to, że scenerie górskie spodobały mi się tu bardziej, niż w samym Yellowstone, (który nota bene z Grand Teton niemalże graniczy). Później dotarło do mnie to, że unikalność Yellowstone polega na czymś innym… choć przecież i tam znajdują się miejsca, które – jeśli chodzi o wyjątkowość, piękno i malowniczość – nie mają sobie równych na całym świecie (mam tu zwłaszcza na myśli Kanion i Wodospady Yellowstone).

Uroda Grand Teton wynika choćby z tego, że są to góry, które wypiętrzyły się zaledwie 10 mln. lat temu – a więc bardzo młode, jeszcze nie zwietrzałe. Na dodatek w czasie ostatniego zlodowacenia, potężny, gruby na parę kilometrów lodowiec wypełniający całą kotlinę, topiąc się wyrzeźbił granitowe szczyty i zbocza, nadając im ostry, postrzępiony kształt. Zostawił też po sobie piękny łańcuszek jezior u podnóża gór (jednym z nich jest Jezioro Jenny), a w samej kotlinie – płynącą jej środkiem Snake River.

Dno kotliny jest niemal idealnie płaskie. Mocno kontrastuje to z wznoszącą się dramatycznie, wysoką na ponad 2 km. granitową ścianą gór, tworząc ten charakterystyczny, niemalże ikoniczny dla scenerii amerykańskiego Zachodu widok: rozległa, pokryta niebiesko-zielonym kobiercem traw dolina z wijącą się pośrodku rzeką, której brzegi porastają drzewa i krzewy, a w tle – majestatyczne pasmo szaro-niebieskich granitowych olbrzymów z wyraźnie widocznymi białymi plamami lodowców osuwających się po ich zboczach.
Widok, który pozostaje pod naszymi powiekami nawet wtedy, kiedy zamykając oczy układamy się do snu po długim, pełnym wrażeń dniu.

Licznik: 3729 mil

Jedno z bajecznie kolorowych gorących źródeł w Yellowstone

Jedno z bajecznie kolorowych gorących źródeł w Yellowstone

*

DZIEŃ 12 i 13: YELLOWSTONE

Na zwiedzanie Yellowstone mieliśmy dwa dni. O jeden tydzień za mało. Przynajmniej o tydzień, bowiem w tym najciekawszym (i najstarszym na świecie) amerykańskim parku narodowym spędzić można znacznie więcej czasu.
Była to moja kolejna wizyta, sam już nie wiem która. W sumie na terenie Yellowstone spędziłem dobrych parę miesięcy swojego życia, a i tak nie zdołałem dotrzeć do wszystkich miejsc wartych eksploracji. Za każdym razem przybywam tu z radością i nigdy nie mam dosyć. Do dziś nie mogę zrozumieć Steinbecka, że zawrócił spod samej bramy parku tylko dlatego, że jego piesek Charley zaczął się wściekać i szczekać, wyczuwszy niedźwiedzia. Na szczęście moja rodzina zareagowała inaczej… chociaż także, tuż przed wjazdem do parku, spotkaliśmy młodego grizzly.

Pierwszego dnia zobaczyliśmy część zachodnią Yellowstone, czyli tę, gdzie znajdują się niemal wszystkie gorące źródła, gejzery, błotne wulkany i fumarole – rozłożone w tzw. kotlinach gejzerów (w tym miejscu warto zaznaczyć, że w samym Yellowstone można znaleźć ponad połowę wszystkich gejzerów, jakie znajdują się na całej kuli ziemskiej).
Oczywiście musieliśmy być świadkami erupcji najsłynniejszego gejzeru, jakim jest Old Faithful, a spektakl ten oglądaliśmy w towarzystwie… dobrych paru tysięcy innych, spragnionych tego widoku przybyszów, którzy zgromadzili się wokół gejzeru niczym w olbrzymim amfiteatrze.
Nazwa Old Faithful (Stary Wierny) zobowiązuje: gejzer ma erupcję dość regularnie – mniej więcej co półtorej godziny – i strzela wtedy białą fontanną wody i pary na wysokość blisko 60 m. (całkiem niezły wytrysk, jak na sędziwego wiarusa).
Kilkukilometrowy spacer po okolicznej Górnej Kotlinie Gejzerów pozwolił nam na zobaczenie z bliska kilkudziesięciu gorących źródeł o zdumiewającej wprost aparycji: wszystkie  te baśniowe kształty, fantazyjne wzory – nieziemskie, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy twory.

Dzień drugi przeznaczyliśmy na zapoznanie się ze wschodnią częścią parku, gdzie zjawisk hydrotermalnych jest znacznie mniej, ale za to krajobraz bardziej atrakcyjny: z niezwykle malowniczym złotym Kanionem Rzeki Yellowstone oraz z dwoma wodospadami – Górnym i Dolnym, z których ten ostatni jest bez wątpienia jednym z najpiękniej położonych wodospadów na świecie, swoją urodziwą oprawę zawdzięczając kanionowi, do którego wpada z blisko stumetrowej wysokości.
Kanion i wodospady oglądaliśmy z obu krawędzi wąwozu – z kilku punktów obserwacyjnych, jednakże poza konkurencją był widok z tarasu adekwatnie nazwanego po prostu Artist Point.

Zupełnie inna w charakterze jest natomiast rozległa i zielona o tej porze roku Dolina Haydena, po której rzeka Yellowstone płynie raczej leniwie – tutaj nic nie zapowiada jeszcze jej wyczynów w kanionie leżącym parę kilometrów niżej.
To właśnie w tej dolinie pasą się zazwyczaj idące w setki sztuk stada bizonów. Tym razem jednak udało się nam zauważyć zaledwie kilka tych zwierząt, które samotnie pasły się w oddali na zboczach doliny.
Nie widać było także stad wapiti, których w Wielkim Yellowstone są tysiące. Zamiast tego spotkaliśmy kilka jeleni. Zwłaszcza jeden z nich szczycił się imponującym porożem (z którego jednakże prawdziwy użytek zrobi on dopiero za miesiąc, kiedy walczyć będzie z innymi samcami o władzę nad haremem samic.)

Jakiś czas jechaliśmy wzdłuż brzegu Jeziora Yellowstone (największe wysokogórskie jezioro na świecie), a przy wyjeździe z parku spotkaliśmy jeszcze – niejako na pożegnanie – baraszkującego przy samej drodze misia grizzly.

Przed nami była kilkugodzinna przeprawa przez północno-wschodnie Wyoming – na nocleg w jednym z małych miasteczek przy autostradzie I-90, która zresztą miała nas zaprowadzić aż do samego Chicago, odległego teraz od nas o jakieś dwa tysiące kilometrów.
Przedtem jednak czekała na nas jeszcze Diabelska Wieża, Dakota Południowa i leżące na jej terenie Czarne Wzgórza – święte ziemie Siuksów.

Licznik: 4227 mil

Devil’s Tower w czasie najazdu amatorów Harley’a-Davidsona na Czarne Wzgórza

Devil’s Tower w czasie najazdu amatorów Harley’a-Davidsona na Czarne Wzgórza

.

DZIEŃ 14: DIABELSKA WIEŻA – CZARNE WZGÓRZA – HARLEY’OWCY

Mogłem się tego spodziewać: Czarne Wzgórza zalane były Harley’owcami, którzy corocznie w sierpniu zjeżdżają się z całego świata w liczbie przekraczającej wszelkie wyobrażenia.
Szacuje się, że w tym roku zjawiło się ich tutaj… ok. 500 tysięcy!
Jeśli komuś ta ilość wydawać by się mogła niewiarygodna, to mogę dodać, że w jubileuszowym 2000 roku, do małego miasteczka Sturgis w Dakocie Południowej (stanowiącego epicentrum zjazdu) przyjechało blisko miliona tych „wspaniałych młodzieńców” na swych „szalejących maszynach”.

Harley’owców spotkaliśmy już w Utah, a ich ilość stopniowo zwiększała się w miarę jak byliśmy coraz bliżej Czarnych Wzgórz. Pierwsze poważne zderzenie nastąpiło jednak już w Wyoming, pod Diabelską Wieżą.
Czy pamięta ktoś „Bliskie Spotkania III Stopnia” Spielberga? To właśnie w tym filmie Wieża odegrała jedną z głównych ról – jako miejsce spotkania Ziemian z Kosmitami.
Ja się Spielbergowi nie dziwię, że wybrał to miejsce, bo Diabelska Wieża to dziw nad dziwami i mimo, że jest ona tworem jak najbardziej naturalnym, to przypomina jednak gotową dekorację do filmów science-fiction. A tak naprawdę to jest owo geologiczne curiosum niczym innym, jak rdzeniem wygasłego wulkanu odsłoniętym wskutek erozji pokrywających go warstw skalnych. Wprawdzie Indianie mieli własną wersję powstania Wieży (skamieniały i wyolbrzymiony pień wielkiego drzewa, podrapany pazurami niedźwiedzia-giganta), to jednak ja skłaniałbym się bardziej ku koncepcji geologów.

Inwigilacja Harley’owców, którzy pod Diabelską Wieżą zaczęli się zjawiać całymi setkami, upewniła mnie, że ich zjazd jeszcze się nie zakończył, w związku z czym zdecydowaliśmy się zboczyć nieco z planowanej trasy i zaglądnąć do Sturgis.
I to był strzał w dziesiątkę, bo czegoś podobnego nikt z nas jeszcze w życiu nie widział: tysiące, tysiące lśniących motocykli i taka sama ilość ubranych w czarną skórę motocyklistów obojga płci – a wszystko upakowane na jednej (i właściwie jedynej, choć szumnie nazwanej Main Street) ulicy Sturgis.
Nie mogliśmy być tam długo, jednakże i ta godzina wystarczyła, by utrwalić choć część z tego szaleństwa w obiektywie aparatu, co postaram się za jakiś czas przedstawić na jednej z moich internetowych stron.

Miasteczko Sturgis leży już na skraju Black Hills, więc wkrótce po Harley’owym szoku znaleźliśmy się wśród zalesionych wzgórz, będących ongiś królestwem Siuksów, oczywiście wyrugowanych stąd wkrótce po odkryciu bogatych złóż złota.

Czarne Wzgórza tworzą jakby przedmurze Gór Skalistych łamiące hipnotyczną monotonię prerii Wielkich Równin. Niczym ciemne garby zalesionych wysp, wyłaniają się z morza, które przez tysiąclecia było morzem falujących traw… zaledwie przed chwilą zastąpionych przez pola uprawne i pastwiska. Jedynie od strony wschodniej – jak to było od prawieków – dotykają Czarnych Wzgórz tęczowe poszarpane Badlands.
Mówimy „przed chwilą”, bo te sto kilkadziesiąt lat ludzkich zmian na dzikich preriach i na samych Czarnych Wzgórzach są w skali geologicznej doprawdy ledwie chwilką. Chociaż nawet granit, ten najtrwalszy zdawałoby się szkielet Wzgórz, nie zdołał się oprzeć ludzkiemu impetowi. To właśnie dzięki obecności i ingerencji człowieka Czarne Wzgórza są dziś tak popularnym, dla wielu atrakcyjnym, choć przecież i kontrowersyjnym celem turystycznych pielgrzymek. Tak więc przyrodzona cudowność natury składa się tu na intrygujący, a miejscami i fascynujący konglomerat przyrody z tym, co z różnych intencji uczynili z tego rejonu ludzie.

Czarne Wzgórza – Paha Sapa, tak w języku Siuksów brzmi nazwa tych świętych dla nich ziem, które w historii pionierskiego osadnictwa Dzikiego Zachodu, walk z Indianami i ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych stanowiły miejsce szczególne, rzec można – pokazowe. Tak, jakby to górzyste zaburzenie jednostajności i względnej pustki prerii Środkowego Zachodu, powodowało ferment i zamieszanie, dzięki któremu dzieje Paha Sapa obfitują w niezwykłe momenty składające się na jakże bogatą i różnorodną mozaikę epizodów, anegdot i zdarzeń tworzącą historię tzw. Starego Zachodu.

Na Czarnych Wzgórzach spędzić można tydzień cały, tyle tu ciekawych i różnorodnych zakątków.
My trafiliśmy zaledwie do dwóch, ale chyba jednak do tych najbardziej znanych. Zobaczyliśmy mianowicie wykute w granitowej skale Głowy Prezydentów oraz powstającą nieopodal nich rzeźbę Szalonego Konia, którą przed kilkudziesięcioma laty zaczął tworzyć nasz rodak Korczak-Ziółkowski. Dużo by o tym pisać, jednak wspomnę tylko, że romantyczna choć megalomańska Korczakowa wizja mimo wszystko przemawia do mnie bardziej, niż monumentalno-patriotyczna i mocno rozdmuchana „Świątynia (amerykańskiej) Demokracji” przypominająca jako żywo patetyczne twory totalitarnego socrealizmu.

Gwoli ścisłości i dokumentaryzmu muszę jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym – niewykluczone, że najmocniejszym – doświadczeniu dzisiejszego dnia, jakim była burza gradowa, która schwytała nas już w nocy, gdzieś w okolicach – nomen omen – Badlands. Nie było się gdzie skryć więc tylko zjechaliśmy na pobocze i zdaliśmy się na zmiłowanie niebios. Dziewczyny przeżyły chwile grozy, my nadrabialiśmy minami – kiedy na dach naszego samochodu sypały się lodowe grudy wielkości przepiórczych jaj. Starając się zachować racjonalnie, zacząłem się zastanawiać, czy aby ubezpieczenie wynajętej przeze mnie terenówki pokrywa zmasakrowaną gradem karoserię. Na szczęście, kiedy burza już ustała i dotarliśmy na miejsce, zorientowałem się, że jednak Chevy Tahoe również i blachę ma solidną – wgięcia były ledwo widoczne, więc istniała szansa, że w ogóle nie zostaną zauważone.

I to właściwie koniec naszych przygód.
Jutro czeka nas już tylko droga przez kilka stanów, ku Wietrznemu Miastu – do domu.

Licznik: 4678 mil

Dowtown Chicago

Dowtown Chicago – wjazd do Wietrznego Miasta pełnego wieżowców

.

DZIEŃ 15: DAKOTA POŁUDNIOWA – MINNESOTA – WISCONSIN – ILLINOIS (CHICAGO)

Ostatni dzień naszej eskapady trudno nawet nazwać epilogiem. To raczej nieunikniony powrót do rzeczywistości Wietrznego Miasta, odzyskanie miarowego oddechu, leniwszego rytmu, spokojniejszych wątków…

Dwunastogodzinna podróż minęła nam w miarę bezboleśnie, choć monotonia Wielkich Równin znów dała się nieco we znaki (podobnie jak pierwszego dnia), niejako zmuszając nas do skupienia się na lekturze lub muzyce (przy okazji przypomniałem sobie antologię J. J. Cale’a, uzupełnioną jego nagraniami z Erikiem Claptonem… cóż bowiem bardziej współgra z pokonywaniem bezkresu amerykańskich dróg, jak motoryczna fuzja bluesa, ballady, country i rocka?)

Wyruszyliśmy rano z miejscowości Chamberlain położonej na zachodnim brzegu Missouri. Jeszcze w samej Południowej Dakocie czekało nas kilkaset mil drogi, które pokonaliśmy w niezłym tempie, jednak po przekroczeniu granicy z Minnesotą musieliśmy nieco zwolnić ze względu na liczne roboty drogowe. Kiedy zaś zobaczyłem Missisipi, (która stanowi granicę między Minnesotą a Wisconsin) poczułem się niemalże jak w domu – bo przecież była to już sąsiednia „parafia”. Wokół zrobiło się zielono, mijaliśmy bogate farmy Wisconsin (to „zagłębie” mleczarskie Ameryki), wypoczynkowe resorty i letniska, lasy, rzeki, jeziora…
W Illinois na autostradzie zrobiło się nieco ciaśniej i tak już było do samego Chicago, w którym zastał nas zachód słońca – widoczny nad drogą, wprost za naszymi plecami. Przed nami zaś zaczynało się rozświetlać chicagowskie downtown.

Teraz pozostaje nam tylko przywołanie i uporządkowanie tych wszystkich niezwykłych obrazów, które niczym miraże jawiły się przed naszymi oczami w ciągu tej nieco szalonej, dwutygodniowej włóczęgi po amerykańskim Zachodzie.

Chciałbym wszak jeszcze podziękować wszystkim tym, którzy śledzili naszą trasę i losy – i to nie tylko z ciekawością, ale i życzliwością.

Licznik: 5396 mil (8634 km.)

K O N I E C

Więcej zdjęć, zrobionych podczas tej podróży, obejrzeć można na stronie „Świat w obrazach”  (TUTAJ).

.

Rodzinny odpoczynek na szlaku

*

POST SCRIPTUM

Podróżne gorące emocje opadły, czas na chłodniejsze podsumowanie – poczynienie paru końcowych uwag.

Myślę, że dopiero po powrocie do powszedniej rutyny możliwe jest właściwe ogarnięcie perspektywy tych wszystkich obrazów, które oglądaliśmy podczas naszej wycieczki na amerykański Zachód. A była ich taka obfitość i różnorodność, że zachodzi podejrzenie, iż wszystkiego i tak nie można było zasymilować, przyswoić i przetrawić w tak stosunkowo krótkim czasie. Pozostają zdjęcia, wspomnienia, kolekcja wrażeń i słowa tej relacji, które – mam nadzieję – pomogą w utrwalić to, co widzieliśmy i przeżyliśmy. Starałem się owe zapiski robić na bieżąco – co mniej więcej mi się udawało, mimo, że wpisów właściwie zmuszony byłem dokonywać „w biegu” ad hoc, przez co była to jedna wielka improwizacja… z wszystkimi wynikającymi stąd konsekwencjami.

Była to podróż specyficzna z wielu względów.
Przede wszystkim była ona imprezą rodzinną, z udziałem mojej siostry i szwagra, (którzy odwiedzili mnie w Stanach po raz pierwszy) oraz dwóch ich córek, będących akurat w wieku… gdzieś na pograniczu dzieciństwa, podlotkowatości i kobiecości (no to mi się za to teraz oberwie).
Pod takim kątem więc popełniałem swoje kolejne teksty, które miały być głównie dość rzeczową dokumentacją przebiegu naszej wyprawy – rejestracji, odnotowania i krótkiego opisu miejsc, które udało nam się zobaczyć. Dzięki temu mogli też śledzić nasze poczynania nasi bliscy, znajomi i przyjaciele, jak również – bardziej lub mniej przypadkowi – blogowi goście, jeśli tylko spotkało się to z ich zainteresowaniem (przy okazji dziękuję wszystkim jeszcze raz za ciekawe i przychylne komentarze).
To wszystko wymuszało więc niejako popularną, wyzbytą pretensji formę tych zapisków. Zupełnie inaczej pisałbym, gdybym po tym kraju poniewierał się sam, a jeszcze inaczej – w towarzystwie… misia maskotki, pieska czy też żony. Pisałbym w inny sposób, choćby z tego względu, że trasa, przebieg i charakter podróży byłby całkiem inny – a doprawdy można robić to na tysiące różnych sposobów.

To, co uskuteczniliśmy podczas tej piętnastodniowej eskapady było bez wątpienia dość szaloną i prowadzącą przez niezwykłe miejsca wycieczką krajoznawczo-turystyczną. Było swego rodzaju rekonesansem po wielu fantastycznych zakątkach, które ma do zaoferowania amerykański kraj. A zaprawdę jest to oferta wspaniała – i mówię to z pełną świadomością i wyzbyty lokalnego „patriotyzmu”: wątpię, czy jakikolwiek inny region świata mógłby konkurować z amerykańskim Zachodem, jeśli chodzi np. o krajobrazowe piękno, topograficzno-geologiczne zróżnicowanie, unikalność i wyjątkowość natury – z tymi wszystkimi „cudami” przyrody, skondensowanymi i nagromadzonymi przecież na stosunkowo niewielkim obszarze.

Byliśmy więc w zasadzie tylko „łowcami” pięknych obrazów, kolekcjonerami ciekawych a niekiedy i fascynujących miejsc, omijając właściwie całą cywilizacyjną złożoność amerykańskiego kraju. Docierały do nas jedynie jakieś socjologiczno-historyczne „odpryski” – czy to w „kultowym” (jeśli chodzi o kulturę masową) Las Vegas, tudzież w stworzonym przez Mormonów (z niczego na pustyni) Salt Lake City, czy też na zalanych przez Harleyowców (z tą ich niesamowitą subkulturą) Czarnych Wzgórzach Dakoty Południowej.
Naturalnie, ważne były również dla nas owe „minizderzenia”, których doświadczaliśmy podczas naszej podróży, czyli krótkie i przypadkowe, ale za to pamiętne i niekiedy znaczące spotkania z innymi ludźmi – i to nie tylko z Amerykanami, ale i przygodnymi przybyszami z różnych stron całego świata.

*  *  *

Wielka przygoda się skończyła. Mam nadzieję, że dobrze zapisze się również w pamięci Mariolki, Wieśka, Ani i Uli. Chciałem im pokazać piękno amerykańskiej ziemi… Czy mi się to udało? Czy zdolni byli go dostrzec? Czy zaraziłem ich choć trochę entuzjazmem poszukiwacza nowych i nieodkrytych jeszcze przez nas samych miejsc?

Przypominam sobie moje pierwsze eskapady na Zachód – to zachłyśnięcie się wolnością „swobodnego jeźdźca”, zauroczenie bezkresną, pełną kuszących obietnic, przestrzenią. Mimo, że jestem już teraz innym człowiekiem i żyję już w innych czasach, to miałem niekiedy wrażenie, iż na tych starych i przetartych dawno temu szlakach, ciągle udaje mi się jeszcze odnaleźć jakąś cząstkę samego siebie, którą przed laty tu zostawiłem – kogoś, kim wtedy byłem.

Z Anią i Ulą pod rzeźbą Szalonego Konia w Dakocie Południowej

.

.

AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: W DRODZE

szkice o amerykańskiej scenerii, cz. II

.

Krajobraz nieskażony cywilizacją - taki sam jak przed tysiącami lat (Dolina Monumentów w Arizonie, ziemia Indian Navaho)

Krajobraz nieskażony cywilizacją – niezmienny od tysięcy lat (Dolina Monumentów w Arizonie, ziemia Indian Navaho)

.

Widok z górskiego szczytu ma często w sobie coś z małej nirvany. Podobnie jak wtedy, kiedy stajemy na krawędzi wielkiego kanionu: oto pod nami rozciąga się topograficzna otchłań bezkresna, roztacza widowisko zapierające nam dech w piersiach – a ma to wszystko w sobie cień euforii i triumfu podobnego temu, jaki odczuwają alpiniści po zdobyciu góry. Świat ściele się u naszych stóp, pokonaliśmy w jakimś sensie naszą własną maluczkość, wyróżniliśmy się z anonimowego tłumu mrówek, które drepczą gdzieś tam w dole, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo zacieśniony jest ich własny horyzont.
Ma się też poczucie pewnej egzotyki, bo takich widoków na co dzień się nie widuje: perspektywa spojrzenia z wysokiej góry, czy z krawędzi kanionu, jest zupełnie inna niż z dołu – szersza, bogatsza. Dopiero z takiej perspektywy możemy zobaczyć teatr nasz ogromny, jakim jest świat, w którym żyjemy, jak również to, jaki jest on piękny, niezwykły i kolorowy – pełen decorum, o które zadbała ślepa ponoć Natura.
Takich punktów widokowych na kontynencie Ameryki Północnej jest wiele i nie sposób ich tutaj, nawet pobieżnie, wymienić: poczynając od atlantyckiego wybrzeża (góra Cadillaca w Parku Narodowym Acadia, z której szczytu zobaczyć można pierwsze promienie wschodzącego Słońca w Ameryce); przez największe pasmo górskie amerykańskiego Wschodu, jakim są Apallachy; ponad cztero-kilometrowe szczyty Gór Skalistych, które niczym kręgosłup kontynentu, ciągną się przez tysiące mil od rzeki Rio Grande w Teksasie i wzgórz Sangre de Christo w Nowym Meksyku po samą niemalże Alaskę; krawędzie bajecznych kanionów Płaskowyżu Kolorado (wliczając to punkty widokowe po obu brzegach najbardziej spektakularnej dziury świata, jaką jest bez wątpienia Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie); czy wreszcie, będące częścią Kordylierów, pasma górskie: Sierra Nevada, Góry Kaskadowe (niesamowite czapy lodowe wulkanów: ot, choćby w rodzaju waszyngtońskiej Mt. Rainier), Nabrzeżne w Kanadzie oraz te, znajdujące się już na Alasce, z najwyższą górą Ameryki Północnej McKinley’em na czele. A kiedy powietrze jest czyste i przejrzyste, z tych punktów wysokich widać potęgę amerykańskiej ziemi, olbrzymie przestrzenie, niezwykłe ukształtowanie terenu, geologiczne osobliwości i rozmaitości okolicznego toposu: niekiedy widok rozciąga się przed nami na odległość dalszą niż stu kilkadziesięciu mil.

Pisałem już o drogach, tzw. „scenic drives”, ale nie wspomniałem o kilku z nich, które są dla Ameryki Północnej wręcz definitywne, jeśli chodzi o krajobrazową widowiskowość. Taką drogą jest słynna, biegnąca pacyficznym wybrzeżem, kalifornijska „Jedynka”, czyli Highway 1 – zwłaszcza na odcinku San Louis ObispoCarmel, który obejmuje porośnięte krasnoborem (sekwoje Redwood) wzgórza i klifowe urwiska Big Sur (przez długie lata będącego domem dla Henry’ego Millera), wijąc się niezliczonymi zakrętami nad przepaściami skalnego wybrzeża, przekraczając wysokie na dziesiątki metrów mosty i oferując po drodze niezwykłe widoki na spieniony, falujący Ocean, tudzież większe lub mniejsze zatoki, w których lubią się pluskać i wygrzewać morskie zwierzęta – foki, lwy morskie, fretki, mewy, pelikany…

Jedną z najpiękniejszych górskich dróg świata jest wspomniana już wcześniej przeze mnie Going-to the-Sun Road w Montanie, lecz na północ od niej – nadal w obrębie Gór Skalistych, choć  już na terenie Kanady – znajduje się legendarna Icefield Parkway: trasa jeszcze bardziej chyba imponująca, niż jej siostra w Parku Narodowym Lodowców, bo znacznie dłuższa, biegnąca wzdłuż grzbietów Canadian Rockies i kontynentalnego wododziału, łącząca ze sobą przepiękne, leżące na terenie Parku Narodowego Banff Jezioro Louise z Parkiem Narodowym Jasper; muskająca po drodze znany Lodowiec Kolumbia i obejmująca na dodatek jeszcze jeden kanadyjski park narodowy: Yoho, gdzie podziwiać można fantastyczne kolorystycznie Jezioro Szmaragdowe.

*

Kręgosłup kontynentu: Icefield Parkway w Kanadzie wiedzie przez najbardziej spektakularne rejony Gór Skalistych Kanady

Kręgosłup kontynentu: Icefield Parkway wiedzie przez najbardziej spektakularne rejony Gór Skalistych Kanady

.

Osobne miejsce w tym szkicu należy się amerykańskim autostradom, których przemyślana sieć przecina Stany Zjednoczone południkowo (czyli z południa na północ) i równoleżnikowo (ze wschodu na zachód). Przebyłem je niemal wszystkie na całej długości, co zazwyczaj wymagało kilku czy nawet kilkunastu dni jazdy. Tą samą autostradą można bowiem przejechać w poprzek całego, szerokiego na pięć tysięcy kilometrów, kontynentu: 10-ką (I-10) z Jacksonville na Florydzie do Los Angeles w Kalifornii; 80-ką z Nowego Jorku do San Francisco; 90-ką z Bostonu w Maine do Seattle w stanie Waszyngton – by wymienić tylko tych kilka najważniejszych. Podobnie jest z kierunkiem południe-północ: biegnącą wzdłuż zachodniego wybrzeża 5-ką można dotrzeć ze znajdującego się na granicy z Meksykiem San Diego, aż do położonego w Brytyjskiej Kolumbii kanadyjskiego Vancouver; na wschodnim wybrzeżu zaś, 95-ką z Miami leżącego na samym południu Florydy, przez Waszyngton, Filadelfię, Nowy Jork i Boston, można dojechać aż po granicę z Nowym Brunszwikiem w Kanadzie.

Autostrady – arterie cywilizacyjnego organizmu, bez których najprawdopodobniej nie mógłby on żyć i funkcjonować. Setki tysięcy ciężarówek przewożących nimi miliony ton towarów – zaspakajające głód masowej konsumpcji, podtrzymującej przy życiu i karmiącej gigantyczne imperium, dla którego nieustanny przepływ „dóbr”, surowców, produktów i towarów stanowi warunek sine qua non nie tylko ekonomicznej prosperity, ale i samej egzystencji zaludniającego go społeczeństwa.
Miliony samochodów osobowych na autostradach. Ludzie zamknięci w tych metalowych pudłach na kółkach, stają się przez to doskonale anonimowi, podporządkowując się tym samym regułom, bez przestrzegania których wszystko by stanęło lub zamieniło się w chaos. A przecież często staje: to owe straszne, zwłaszcza w wielkich metropoliach, korki – tzw. „traffic jams”, przez które ludzie tracą całe lata swojego życia, gapiąc się bezmyślnie w zderzaki samochodów sunących przed nimi,  a prowadzonych przez podobnych do nich nieszczęśników, „tekstując” błahe „mesydże”, rozmawiając przez telefon komórkowy lub słuchając po raz tysięczny tego samego popowego kawałka.

Z reguły autostrady, w swej homogeniczności są zjawiskiem nudnym, tym bardziej, że prowadzą zazwyczaj przez tereny wyrównane, zniwelowane, topograficzne obłaskawione – i biegną zwykle na wprost: stąd minimalna ilość zakrętów, które skutecznie wymuszają zmniejszenie prędkości. Lecz nie wszędzie mogło się to sprawdzić. Np. w Górach Skalistych, nad bagnami Luizjany, czy w niektórych kanionach Południowego Zachodu: tam wiadukty, tarasy, podwieszone półki – wszystkie te majstersztyki sztuki inżynierskiej i konstruktorskiej tworzą niewiarygodną strukturę, która zmusza do podziwu, przeszkadzając w bezpiecznym (prze)prowadzeniu przez nią samochodu.
Podobnie wielkie wrażenie wywierają wielopoziomowe skrzyżowania autostrad: wiszący w powietrzu galimatias z betonu, przez który jakimś cudem przebijają się wehikuły w wiadomym tylko sobie, pożądanym kierunku. I co najbardziej zdumiewające: ta nieustanna cyrkulacja ruchu odbywa się płynnie – potoki aut łączą się na wjazdach z autostradą-rzeką, ponownie rozdzielając się na zjazdach tworząc nowe strumienie, a cały ten prąd regulowany jest nie znoszącymi sprzeciwu znakami typu: right (left) line must exit, strzałkami ze stanowczym „only”; wyraźnie rozdzielone pasma ruchu, które tworzą regularne stróżki posuwających się jeden za drugim pojazdów. Przypomina to paradoks amerykańskiej wolności: wszyscy mają wrażenie, że własnowolnie wybierają swój cel i kierunek, a tak naprawdę zmuszeni są do podporządkowania się regułom ruchu – posłuszni znakom, radykalnym przecież w swej jednoznaczności.

To nie przypadek więc, że amerykańscy rebelianci swój bunt często wyrażali w drodze – i na drodze. Pełna takich osobników jest tutejsza ikonografia literacka i filmowa: począwszy od bitnikowskiej manifestacji wolności i swobody, kojarzonej głównie z amerykańską odyseją włóczęgowską Kerouraca, przez straceńczą ucieczkę samochodową Kowalskiego przed amerykańskim establishmentem w „Znikającym punkcie” (w wersji soft i bardziej rozrywkowej był to „Mistrz kierownicy ucieka” z Burtem Raynoldsem); dalej: prący do przodu, pokonujący po drodze wszystkie przeszkody oraz łamiący wszelkie reguły „Konwój” z Krisem Kristoffersonem; Thelmę i Luizę rzucające się swym samochodem w otchłań Wielkiego Kanionu, wybierające śmierć, zamiast poddania się policyjnej obławie; po morderczy bunt bandyckiej pary Bonnie i Clyde’a, krwawe szaleństwo „Urodzonych morderców” Olivera Stone’a, czy psychopatyczny romantyzm wolnościowy Martina Sheena w „Badlands” Malicka – wszyscy ci łamiący (w imię indywidualnej wolności, ale i powodowani suicydalnym, czy nawet morderczym instynktem) prawo, desperaci i straceńcy, byli „w drodze” – i już choćby ostentacyjne i gwałtowne łamanie przepisów drogowych było u nich symboliczną niezgodą na podporządkowanie się stadnym regułom społecznym, radykalną odmową uczestnictwa w „wyścigu szczurów”. Bycie w drodze – i na drodze – było dla nich synonimem wolności. I swoją wymowę ma fakt, że wolność tę musieli okupić w tak brutalny, krwawy i tragiczny sposób. Niestety, jak widać: to także jest jednym z atrybutów „american way”.

Jednakże, kiedy tymi samymi drogami jadą osobnicy nam podobni – łagodniejsi nieco w swych atawistycznych odruchach, podporządkowujący się w miarę ruchowi prawostronnemu, z grubsza przestrzegający znaków i ogólnych przepisów drogowych, bez większych morderczych skłonności i uzbrojeni tylko w fotograficzny aparat – to również mogą odczuwać ów powiew wolności, czy choćby cząstkę anarchicznej skłonności do brawury i pędu, zew swobody wołający na nich z mijanej po drodze pustyni czy puszczy… Patrzą oni na te same co w tamtych filmach scenerie, używają samochodów tych samych marek, tankują przy zupełnie podobnych stacjach benzynowych i nocują w takich samych jak nasi drogowi buntownicy filmowi, motelach. Krajobraz jest ten sam, i ludzie są ci sami – inny jest tylko scenariusz, mniejsza intensywność czynów, mniej radykalny sposób zachowania i wcześniejsza pora zasypiania w motelowym łóżku.

.

Zbliżenia z niezwykłością: krótki odpoczynek przy drodze - w Parku narodowym Drzewek Jozuego w Kalifornii.

Zbliżenia z niezwykłością: krótki odpoczynek przy drodze – w Parku Narodowym Drzewek Jozuego w Kalifornii.

.

Amerykańskie drogi wydają się nie burzyć naturalnej architektury pejzażu. Trakt biegnący tu przez pustynię tej pustyni nie narusza – może ją przybliżyć naszym oczom, lecz nie ingeruje w samą istotę „pustynności”. Bowiem pustynia swoim ogromem wydaje się pochłaniać wszelkie cywilizacyjne próby jej „odpustynnienia”. Nawet autostrady biegnące szerokim pasem przez Wielkie Równiny (dawnej prerii), sprawiają wrażenie, jakby tu były od zawsze – zlewają się z lekko pofałdowanym terenem, stykają bezkonfliktowo z zielono-żółtą szachownicą kukurydzianych pól. Drogi i autostrady są więc tu żywą i ruchliwą ewidencją zwycięstwa ludzkiej cywilizacji nad osobnością przyrodzoną Ziemi. Stanowią naoczny dowód tego, że alienacji wobec natury może podlegać ze swoją kulturą człowiek, ale niekoniecznie jego cywilizacyjne materialne twory, które – raz powstałe – stają się integralną częścią naturalnego atelier.
Takie odnoszę wrażenie w Ameryce, bo jeśli chodzi o Europę, to tam wydaje mi się, że konstrukcje i budowle stworzone człowieka przytłoczyły Naturę, dokonały na niej – rozłożonego wprawdzie na tysiąclecia, ale jednak – gwałtu, sztucznie wtłaczając w niepokalaną zrazu przyrodę cywilizacyjne rekwizyty i dekoracje, które cały kontynent zamieniły w scenę dla dziejącej się Historii i kulturowej psychodramy. Co jest powodem tej różnicy w innym postrzeganiu relacji między cywilizacją a Naturą na Starym i Nowym Kontynencie? Może tylko inne proporcje? Topograficzna, obszarowa potęga Ameryki i kameralność zatłoczonej przez Homo sapiens Europy? Bez wątpienia znaczenie ma tutaj przestrzeń: eksplodująca na wszystkie strony w Ameryce i stłamszona jakby na stosunkowo małej obszarowo Europie? Ot, weźmy choćby niebo: nad Europą wydaje się być ono małe, jakby nisko zawieszone, często zachmurzone lub blade; natomiast w Ameryce jest ogromne jak sam ten kontynent – kosmicznie przestrzenne, szerokie i wysokie, nasycone intensywną barwą, z widocznymi często na nim, odgrywanym przez Naturę spektaklem.

Wróćmy jednak na ziemię, a konkretnie – na drogę. Amerykańska droga to nie tylko ekonomiczno-społeczny utylitaryzm. Amerykańska droga to także – dla mnie przede wszystkim – możliwość podróży. Dzięki niej można bowiem dotrzeć do miejsc szczególnych, osobliwych, intrygujących i … tak, tak… pięknych – obcując ponadto w czasie tej podróży z niezwykłym pejzażem „po drodze”. Czesław Miłosz w swoich „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” widział to nieco inaczej:  „Ale treścią samochodowych wędrówek po Ameryce jest przede wszystkim ciągły podziw dla człowieka i litość. Ogrom tego kontynentu, jego skalne spiętrzenia, jego piaski, jego dna wyschniętych słonych jezior, cała jego wroga uroda po dniu jazdy zostawiają nieco zażenowany triumf. Bo ja przecie mogłem być tym mężczyzną, tą kobietą, którzy przebywali – w ile dni czy tygodni? – zobaczone przeze mnie skały i pustynie, idąc obok wozu zaprzężonego w woły albo jadąc konno. Wartość czegokolwiek na ziemi mierzy się ostatecznie oporem. Pierwotna, nietknięta Natura – to śliczne, ale nie dla kogoś, kto kona z pragnienia albo wlecze, podpierając się kijem, złamaną nogę. Choć widzę, nie mogę uwierzyć, że ludzie potrafili geologicznego potwora ujarzmić i oswoić, pętając jego ciało sznurami szos i jakich szos.”
Litość? Dla ludzi, którzy musieli z Naturą i „geologicznym potworem” walczyć i do których rzadko raczej docierał estetyczny walor wszechmocnego przeciwnika – jego uroda skryta była za zasłoną z bezwzględnych żywiołów zagrażających ich życiu. Ale czy także dla nas? My jesteśmy w zasadzie od tego zwolnieni, poruszając się klimatyzowanym autem, z żywnością, wodą i benzyną oferowaną przy każdym niemal zjeździe… I nie czujemy już tego oporu materii nieożywionej – środowiska, które bez naszych cywilizacyjnych gadżetów, środków, narzędzi i protez, zapewne w ciągu paru dni by nas zabiło. Nie, nasze życie jest teraz niezagrożone. I dlatego dostępne jest nam to objawiające się nam w czasie drogi ziemskie-nieziemskie piękno.

(c.d.n.)

Nota: część pierwszą szkiców o amerykańskiej scenerii przeczytać można TUTAJ, część trzeciąTUTAJ.

 

Nie wszystek krasnobór wycięto: wśród strzelistych sekwoi Redwood, przy drodze Avenue of the Giants w Kalifornii

Nie wszystek krasnobór wycięto: wśród strzelistych sekwoi Redwood, przy drodze Avenue of the Giants w Kalifornii

.

.    © ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcie by zobaczyć obraz w pełnym wymiarze)

YELLOWSTONE

Wróciłem oto z yellowstońskich rubieży. Pora więc przestawić się na zupełnie inne tory – “łono” dzikiej przyrody zamienić na cywilizacyjne teatrum wielkiego miasta. Stało się to szybko: dwie godziny jazdy samochodem z parku Yellowstone do Idaho Falls, stamtąd trzy kwadranse lotu samolotem nad Górami Skalistymi do Denver, a z Denver – dwugodzinny lot do Chicago. I oto złote kaniony Yellowstone ustąpiły miejsca ulicznym kanionom chicagowskiego downtown.

Mimo zmiennej pogody wyjazd był udany. W ciągu kikunastu dni przeżyłem wszystkie poru roku: od zimowego śniegu i gradu, przez wiosenno-jesienne burze deszczowe z piorunami, po piękne słoneczne ciepłe dni lata. Kiedy pogoda nie pozwalała na cieszenie się parkiem, można się było zaszyć z książką i herbatą z rumem, gdzieś przy kominku w jednej z kilku yellowstońskich górskich lodge (czyli schronisk- zajazdów).
Te przerwy były nawet wskazane: można było bowiem odpocząć zarówno po chodzeniu po szlakach (a w Yellowstone jest gdzie chodzić, jako że znajduje się tu blisko  1,5 tys. km. “utrzymywanych” szlaków), jak  i po… fotografowaniu – choć tego ostatniego zajęcia nigdy nie jest mi za dużo.

Zanim zdołam uporządkować jakoś swój fotograficzny plon wywieziony z Yellowstone, tudzież napisać coś konkretniejszego, chciałbym przedstawić mały wybór pochodzących z niego zdjęć.
Przy okazji dziękuję wszystkim tym, którzy zechcieli TUTAJ zajrzeć i zostawić dla mnie (oraz dla innych Gości tego bloga), parę przyjaznych słów.

**

Yellowstone pełen jest „nieziemskich” zakątków.

*
*

Gorące źródła bywają też kolorystycznie wysublimowane – wręcz koronkowe, a nawet subtelne i delikatne.

*

Bajecznie kolorowe gorące źródło nad rzeką Firehole (Górna Kotlina Gejzerów).

*
*

„Odlotowe” faktury Grand Prismatic Springs (Środkowa Kotlina Gejzerów).

*

Mama grizzly ze swoim bobasem (obserwowana z odległości ok. 150 m. – stąd niezbyt dobra jakość zdjęć).

*

Wymowne spojrzenie innej bestii – starego bizona (niech nas jednak  nie zwiodą te niewinne oczęta – bizony zabijają ludzi niemal każdego roku).

m
*

Zmierzch nad Wyoming

m

Wieczorne pożegnanie z gejzerem Old Faithful.

*

Więcej o Yellowstone dowiedzieć się można z następujących wpisów:

*

KRAINA WIECZNYCH CZARÓW

*

ZDJĘCIA:

YELLOWSTONE: PANORAMY

– fantastyczne twory termalne: KOLORY YELLOWSTONE

– fauna: ZWIERZĘTA (Światowid)