PIĘKNO I CHAOS, ZACHWYT I PRZERAŻENIE, CZUŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ – ŻYCIE JAKO MAGMA CZUJĄCA (o najnowszym filmie Terrence’a Malicka „The Tree of Life”)

Łaska, miłość i tkliwość przeciwstawiona ślepej, zimnej i obojętnej Naturze – ludzkie uczucie w żywiole pulsującego Kosmosu.

*

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu: w odstępie kilku dni wybrałem się do kina na ten sam film. Dodam – żeby było jeszcze dziwniej – że był to film, podczas projekcji którego, widzowie opuszczali salę.

„Drzewo życia” to pod wieloma względami film niezwykły.
Jest to też chyba pierwszy taki obraz, nad którym zachwyt i uznanie wydają mi się równoprawne ze zniechęceniem czy wręcz odrazą. Dla mnie zrozumiała jest zarówno pierwsza, jak i druga reakcja. Mało tego – obu im przyznaję rację, są one w pewnym sensie równoważne, choć mój odbiór filmu skłania się jednak ku tej pierwszej.

Terrence Malick cieszy się w środowisku twórców filmowych i kinomanów pewną legendą, która zaczęła się rodzić już podczas kręcenia „Badlands” w 1973 roku – opowieści o zbuntowanym młodym psychopacie, który rozbijając się wraz ze swoją nastoletnią dziewczyną po pustkowiach amerykańskiego Middle Westu, morduje ludzi. Pięć lat później pojawiły się „Niebiańskie dni” – pięknie sfilmowana opowieść, niemalże romantyczna, choć podszyta przy tym gorzką melancholią, także z dodatkiem okrucieństwa. W „Niebiańskich dniach” dały się już wyraźniej zauważyć inklinacje Malicka do symbolicznego wykorzystywania pewnych obrazów wprowadzających do filmu specyficzny klimat, otaczający specyficzną atmosferą prozaiczną skądinąd narrację, czyniąc przy tym zwykłych ludzi niezwykłymi.
No i tak! Po „Niebiańskich dniach” Malick zamilkł na lat… 20! – by powrócić ze zdecydowanie „autorską” adaptacją książki Jonesa „Cienka czerwona linia”. I „Linia” okazała się dla wielu filmowym nokautem. Kilka lat później, w 2005 roku ukazał się na ekranach „Powrót do Nowej Ziemi” (The New World). Zrazu potraktowany dość powściągliwie i dyskretnie, bez większego aplauzu, z czasem okazało się, iż uznaje się go za jeden z bardziej znaczących filmów pierwszej dekady XXI wieku.
No a teraz – „Drzewo życia”. I Złota Palma w Cannes (co akurat nie wydaje mi się w tym wszystkim tak istotne). To jest chyba jednak ewenement: reżyser, który w ciągu 40 lat swojej kariery kręci zaledwie 5 filmów  długometrażowych, uzanany zostaje za jednego z najwybitniejszych reżyserów w dziejach kina.

*  *  *

Jakie jest miejsce człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian?

*

Malick jest nie tylko filmowcem (reżyserem, scenarzystą), ale i filozofem. Studiował filozofię na Harvardzie i w Oxfordzie. Później wykładał nawet ten przedmiot na prestiżowym MIT pod Bostonem (Massachussetts Institute of Technology). Pod koniec lat 60-tych przetłumaczył na język angielski „Vom Wesen des Grundes” Heideggera (“The Essence of Reasons”). W przedmowie do wydania książkowego tłumaczenia napisał: „Jeżeli nie wyedukujemy się w tym celu, to oczywiście jego (Heideggera) prace wydadzą się nam nonsensem.”

Następnym projektem po „Niebiańskich dniach” miał być „Q” – film o powstaniu życia na Ziemi. Pracę nad nim Malick rozpoczął, ale w jej trakcie pewnego dnia zniknął, zaszywając się – jak głosiła wieść – w Paryżu. Na filmowym planie miał się pojawić dopiero za 20 lat.

Czy to wszystko ma jakieś znaczenie dla kogoś, kto chce odczytać znaczenie „Drzewa życia”? Wcale nie musi – film może (a nawet powinien) być postrzegany i odbierany w oderwaniu od życia swego twórcy, bo w końcu jest autonomicznym dziełem sztuki. Lecz choć wcale nie musi, to jednak – zwłaszcza w tym przypadku – pomaga. Bo „Drzewo życia” to przede wszystkim filozoficzny poemat o miejscu człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian.
Stąd te zapierające dech w piersiach obrazy eksplodującej, będącej w ciągłym ruchu, ekspansywnej Natury. Stąd ów bezmiar kosmicznych przestrzeni, kotłujących się galaktyk i zderzających się z planetami meteorytów. (Moim zdaniem jednak, niepotrzebnie kojarzy się to z wizją Kubrickową – bo przecież nic z science-fiction w tym nie ma.) Stąd huk i potęga niepowstrzymanych wodospadów, fale obmywające brzegi oceanów, słona pustynia p(o)rażona bezlitosnym Słońcem. Stąd plujące ogniem wulkany i wylewająca się na powierzchnię piekielnie gorąca lawa.  Stąd też miliardy żywych organizmów, galaretowate meduzy i stada żarłocznych rekinów. Stąd może nawet ukrywający się w gąszczu zielonego piekła, a później zdychający na rzecznych kamieniach… dinozaur.

Życie jako wiecznie mieszająca się i gotująca kosmiczna zupa

*

Tak, tak… Malick używa tych wszystkich obrazów jako tła dla… uczuć i emocji, jakie gnieżdżą się, kipią i pulsują w pewnej, żyjącej w Teksasie w latach 50-tych ubiegłego wieku, rodzinie.
Czy nie jest to aby przesada? – może ktoś zapytać.
Tak, ale właściwie… dlaczego by nie?
Czy nie jesteśmy z tym wszystkim powiązani? Czy siły, które stworzyły galaktyki i wpędzają je w ruch, nie są tymi samymi siłami, które stworzyły nas samych? Czy meteoryt, który w jednym momencie uśmiercił miliardy ziemskich istnień, nie może także unicestwić pewnego dnia wszystkich ludzi? Czym wobec takiej kosmicznej katastrofy różnilibyśmy się od zgładzonych wówczas dinozaurów?
Czy rzeczywiście Bóg traktuje nas wyjątkowo, pozwalając na anonimową, nic nikogo nie obchodzącą agonię zwierzęco-roślinnej (bio)masy, chroniąc jedynie i obdarzając łaską tę koronę wszystkich stworzeń – człowieka?

Gdzie byłeś? Gdzie wtedy byłeś? – to pytanie słychać często spoza kadru w „Drzewie życia”. Odwieczne pytanie wszystkich, doświadczanych cierpieniem i rozpaczą, ludzkich hiobów.

*  *  *

Nabokov napisał kiedyś, że „kosmiczny” od „komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

Czy jeśli ludzki „proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć  przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o desperacji?
Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni? Jeśli tak, to czy nie wynika to z tego, że drepcząc każdego naszego dnia powszedniego wokół własnych spraw – wielkich dla nas, niewiele jednak znaczących dla świata – nie chcemy widzieć dalej niż czubek własnego nosa? Zadowalamy się jakąś odziedziczoną przez nas formułką wiary, uprawiając –  jak gdyby nigdy nic – nasz mały ogródek? Albo zajmując się błahostkami i dyrdymałą? Albo robiąc sobie na różne sposoby „dobrze”?

Może właśnie dlatego Malick, pokazując Kosmos i narodziny Wszechświata, próbując rozmawiać z Bogiem, zadawać Mu pytania, naraził się na zarzut patosu, pretensji i megalomanii?
Bo gdzie tu proporcje? Bo dlaczego nie pokazał historii tej dość przeciętnej rodziny z Teksasu „jak Pan Bóg przykazał”, czyli jasno, prosto, chronologicznie i linearnie? I nie wychodząc z kamerą poza amerykańskie podwórko? A on nie tylko, że wyszedł, to jeszcze sięgnął w nieskończoną dal i przestrzeń, powalił nas potężną erupcją kosmicznych obrazów, wizją życia jako nie dającego się ogarnąć żywiołu.

*  *  *

Zmagając się między tym co ojcowskie a tym, co matczyne – siła i gwałtowność vs. łagodność i współczucie?

 

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że film ten powstał z jakiegoś mocno tkwiącego w Malicku zranienia, a także obsesji – z osobistej katastrofy przeżytej przez niego w dzieciństwie. Może była nią (najprawdopodobniej samobójcza) śmierć brata? Może skomplikowane i traumatyczne relacje panujące między nim a rodzicami i rodzeństwem?
A przy tym ta natarczywa obecność metafizycznej tęsknoty do rozmowy z Bogiem.

Film otwiera cytat z Księgi Hioba, w którym Bóg przypomina nieszczęsnemu człowiekowi o swojej potędze i glorii Stworzyciela Wszystkiego, ale właściwe motto obrazu jest inne: „Są tylko dwie drogi, jakimi możemy w naszym życiu podążać: „droga Natury i droga Łaski” („The way of Nature and the way of Grace”).
Pierwsza to  bezwzględna walka o byt, pokonanie słabszego, twardość, siła, brak litości, poddawanie się nienawiści i używanie przemocy (czyli bycie „złym”?); druga to dążenie do harmonii, współczucie, pomaganie innym, krzewienie miłości, litość, łagodność (czyli bycie „dobrym”?)

Ta – powiedzmy sobie szczerze – uproszczona dychotomia przekłada się u Malicka na występujące w jego filmie postacie: drogę Natury reprezentuje zaborczy, gwałtowny, despotyczny i surowy Ojciec („Aby odnieść w życiu sukces, nie możesz być za dobry” – mówi on do syna), natomiast drogą Łaski jest Matka, łagodna, czuła, kochająca, upominająca syna, kiedy on, wg niej, zachowuje się źle i niegodnie.
„Matko, Ojcze – szepcze spoza ekranu chłopiec, główny bohater filmu – zawsze walczyliście ze sobą we mnie i zawsze walczyć będziecie”.

*  *  *

To prawda: cienka czerwona linia dzieli film Malicka zarówno od kiczu, jak i arcydzieła.
I podobnie jak Malick pisał o filozofii Heideggera, tak my, jeśli nie zrozumiemy (filmowego) języka, którym się on posługuje – a tym bardziej, jeśli go nie zaakceptujemy, pozostając nań głusi i ślepi – to „Drzewo życia” wyda się nam nonsensem, może chaosem, niezbornym zlepkiem słów i obrazów, nie tylko niezrozumiałym, ale i irytującym. Tak jak irytująca lub obojętna potrafi być dla nas niezrozumiała filozofia czy poezja.
A film Malicka jest bez wątpienia zarówno filozofią, jak i poezją, a ściślej: filozoficznym poematem o życiu i świecie, o wzajemnych relacjach między bliskimi sobie ludźmi, i o stosunku tych ludzi do Boga. Także o związkach między czującym życiem a martwą, choć będącą w wiecznym ruchu, materią.

Pytania o rzeczy ostateczne – eschatologia wg Malicka

*

Kiedy oglądałem „Drzewo życia”, uczucia i wrażenia przepływały przeze mnie jak rzeka. Poddałem się im. A były różne: zachwyt, wzruszenie, podziw, czułość, tkliwość, łagodność, spokój… a także zniecierpliwienie, nuda, zdziwienie, zażenowanie, wzburzenie, niepokój, może nawet złość…
Dodam, że ten pierwszy rodzaj wrażeń zdecydowanie zdominował drugi. Dlatego „Drzewo życia” stało się dla mnie doświadczeniem, które niezwykle sobie cenię.

W sumie treści jakie zawarł Malick w swoim filmie są proste, rzec można – elementarne. Tyle, że nadał im on niezwykłą formę – wyrażoną w pięknych obrazach i dźwiękach; w zaskakujących ujęciach, w niezwykłym ruchu kamery, w nietypowej grze aktorów.
A prostota może być domeną zarówno kiczu, jak i arcydzieła. W pierwszym przypadku zazwyczaj jest prostactwem, w drugim – czymś fundamentalnym, sięgającym rdzenia. Czasami jedno myli się nam z drugim – stąd rozbieżności w naszych ocenach i percepcji.

Rozumiem zarzuty z jakimi spotkał się film Malicka. Z wieloma z nich trudno mi się zgodzić, ale niektóre z nich podzielam. Choćby, dochodząca (mimo poetyckiej aury) do głosu w pewnych momentach, zbytnia dosłowność (jak np. te poza-kadrowe szepty i ograny skądinąd symbolizm ziemi, ognia i wody). Lub: rozbijająca lirykę i metaforę obrazu oczywistość przeplatająca się z dziwacznością – doprawdy można było sobie chyba darować te słoneczniki po horyzont, być może także dinozaury, tudzież wskazywanie nieba jako domu Boga, czy zwłaszcza te snujące się w finale po plaży zombies, mające pewnie symbolizować pośmiertną, ostateczną – łagodną, słoneczną i pogodną – unię wszystkich ludzi, a w efekcie dające eschatologię, wg mnie, cokolwiek naiwną, pretensjonalną i problematyczną.

Napisawszy to, pozwolę sobie wyrazić swój ostateczny podziw dla tego filmu. To dzięki tym momentom, w których czułem bliską iluminacji jedność z obrazem i dźwiękiem, „Drzewo życia” pozostanie dla mnie jednym z ważniejszych filmów, jaki widziałem w swoim życiu. A o naprawdę nielicznych filmach oglądanych przeze mnie w wieku – nazwijmy to… he, he… dojrzałym – mogę się tak wyrazić.
Muszę zaznaczyć, iż nie oczekiwałem od tego filmu, że zaciekawi mnie jakąś niezwykłą historią, że poda mi na tacy „kino”, że rozerwie trochę mój umysł i rozluźni nieco moje członki (tutaj akurat to co napisałem ma wydźwięk aprobujący, jako, że film w żadnym momencie erotyczny nie jest ;) ).
Właściwie to wystarczyło(by) mi poddanie się spływającym na mnie z ekranu obrazom i dźwiękom. A propos tych ostatnich: muzyka jaką wykorzystał Malick w swoim filmie, niesie ze sobą pewną moc transcendencji. Unosi nas w Tajemnicze i Nieznane. A czy musimy zawsze i wszystko rozumieć? Zwłaszcza słuchając cudownych dźwięków i patrząc na piękne obrazy? W takich chwilach powinny nam wystarczyć intuicja, czucie i spełnianie się w „tu i teraz”.

9.9/10

Ludzka harmonia i piękno przeciwstawione chaosowi Kosmosu

 Ilustracje: kadry z filmu Terrence Malicka „The Tree of Life”.

RODZINA I KREW (Więcej niż kino: „Ojciec chrzestny”)

Warto czasem wrócić do klasyki. Zwłaszcza do takiej, która i dzisiaj potrafi nas zaintrygować, zainteresować, zafascynować… bo nadal pozostaje żywa. O „Ojcu chrzestnym” pamiętają nie tylko zagorzali miłośnicy kina. Ten film był także pewnym fenomenem społecznym, kulturowym. Poniższy tekst o filmie Coppoli inauguruje nowy cykl pt. „Więcej niż kino”, w którym chciałbym przypomnieć filmy wykraczające swoim znaczeniem poza czystą sferę rozrywki poruszając sprawy ważne – historycznie, filozoficznie, socjologicznie… Powstał on przed wieloma laty, kiedy moja przygoda z pisaniem o filmie dopiero się zaczynała (stąd trudno mi dzisiaj brać za to wszystko co przeczytacie odpowiedzialność ;) ).

Mafia - brutalność, bezwzględność, okrucieństwo oraz "wartości" rodzinne - szacunek, lojalność, posłuszeństwo (Marlon Brando i Robert Duvall w "Ojcu chrzestnym" F. F. Coppoli - "największym filmie gangsterskim w dziejach kina")

*

Jest to film, który przemówił do „mas”. Zasięg, impet i wpływ „Ojca chrzestnego” na popularną wyobraźnię był ogromny, przydając mu rangi bez mała kultowego fenomenu. Warto się zastanowić nad przyczynami. O „Ojcu chrzestnym” krąży także fama „największego filmu gangsterskiego” w dziejach kina. Bez wątpienia, nie zadecydował tu jego epicki rozmach i rozmiary, ale rzeczywistych powodów należy szukać głębiej.
Otóż wydaje się, że film Coppoli ogarnia sobą kilka kluczowych, najbardziej istotnych aspektów amerykańskiej kultury, społeczeństwa i ustrojowości: wkład imigracyjny, mechanizm działania kapitalistycznej korporacji, władza i paternalizm (prezydent, boss), wartości rodzinne, idolatria (popyt na bożyszcza), ożywianie mitu amerykańskiego gunfightera; skłonność do rozwiązań siłowych, mafijność, nepotyzm i korupcja; liberalizm i prawo do pogoni za swoim prywatnym „American Dream” realizowanej za pomocą różnych środków, m.in. w pogardzie dla prawa (obowiązującego wszak „maluczkich”) i ludzkiego życia (zwłaszcza wrogów).

Jednak popularność „Ojca chrzestnego” nie wiązała się raczej z faktem uświadomienia sobie przez publiczność powyższych aspektów. Bezpośrednie przyczyny były inne i – generalnie ujmując – proste: melodramatyzm, saga rodzinna i gangsterska zarazem, zajmująca intryga i suspens; obrazowość zbrodni, gwałtu i przemocy; poczucie wejścia za kulisy (satysfakcja voyeura dopuszczonego do tajemnicy), żywość, krwistość i (pozorna) wiarygodność postaci; realizm (a właściwie – też tylko jego pozory) a jednocześnie monumentalizm…
A jednak dopiero połączenie owych przyczyn zewnętrznych (bardziej oczywistych, łatwiej dostrzegalnych) i wewnętrznych (osadzonych nieco głębiej, również na poziomie archetypicznym), uczyniło z „Ojca chrzestnego” zjawisko kultury masowej, jak i tej nieco „wyższej”. Celowo nie wspominam o artystyczno-technicznej stronie obrazu – o mistrzowskiej reżyserii Francisa Forda Coppoli i aktorskich kreacjach Brando, Pacino, Duvalla, Caana… co przecież także było warunkiem jego powodzenia.

RODZINA JEST NAJWAŻNIEJSZA

Stwarzając "Ojca chrzestnego": Francis Ford Coppola i Marlon Brano na filmowym planie

We właściwych obszarach umieszczają już film początkowe sceny ukazujące wesele córki Don Vita Corleone, patriarchy włoskiego rodu, który już od dwóch pokoleń – jako Ojciec chrzestny – jest wyrocznią nie tylko w sprawach rodziny, ale też bardziej lub mniej legalnych interesów prowadzonych przez kontrolowaną przez niego lokalną społeczność.
To słynne już wesele okazuje się być idealną ekspozycją dla filmu. Po pierwsze: ustala epicki wymiar tej sagi (przypominającej dzięki temu jakiś wielki panoramiczny fresk); zapoznaje nas nie tylko z rodziną Corleone, czyli głównymi bohaterami, ale i z całym środowiskiem, jego mikrospołecznością. Po drugie: określa i ustala prawdziwą wagę filmowej problematyki. Przede wszystkim mamy sposobność zakosztowania hierarchii władzy. To jakby wprowadzenie do poznania jej genezy, znaczenia i mechanizmów działania. Uniżoność, a właściwie poniżanie się petentów Don Vita Corleone, kontrastuje z jego wyniosłością, jak również pewną nonszalancją i znużeniem omnipotenta. To właśnie uderza nas na samym początku.
Wesele owo, będąc doniosłym wydarzeniem w życiu rodzinnym, pozwala nam również na uświadomienie sobie wagi, jaką ma tu Rodzina. (Ciekawa sprawa z tym słowem „Familia”. Protesty Włochów amerykańskich skłoniły producentów filmu do zastąpienia określenia „mafia” – „familią”. A wydawałoby się, że powinno być raczej na odwrót. Tak więc wojna jaka od czasu do czasu wybucha w „Ojcu chrzestnym” nie jest wojną mafii, tylko wojna między rodzinami. Abstrakcja zastępuje konkret. Wydaje się być tym sposobem łatwiejsza do przełknięcia. To również dowód na to, że mafia jest dla niektórych ciałem bardziej „dotykalnym”, rzeczywistym, niż fikcyjne „rodziny”.)

Oprócz majestatycznej postaci Ojca chrzestnego (manieryczny acz dominujący obraz Marlon Brando, z policzkami wypchanymi watą – za wystąpienie to przyznano mu Oscara, którego zresztą nie przyjął) poznajemy jego trzech synów. Fredo Corleone (John Cazale) przysparza ojcu najmniej powodów do dumy. Słaby, niezdecydowany, niezbyt rozgarnięty… Z kolei Sonny (James Caan) jest prawą ręką (i bicepsem) Don Vita: energiczny, impulsywny, honorowy, bezwzględny. I wreszcie Michael (Al Pacino) – inteligentny, wykształcony, wrażliwy. Pragnie zerwać z przestępczym procederem rodzinnym (zgodnie zresztą z intencją ojca) i poświęcić się karierze politycznej lub prawniczej. Na razie celebrowany jako wojenny bohater (akcja filmu ma swój początek w połowie lat 40-tych, obejmując następnie całą dekadę) i oddaje romansowi z Diane Keaton. Postacią równie ważną w Familii Vita Corleone co jego synowie, jest Tom Hagen (Robert Duvall w niezapomnianym wystąpieniu). Wychowanek Rodziny, prawnik, pełni w klanie poważną i zaszczytną rolę consigliare, familijnego zausznika i doradcy.

Trzon dramaturgiczny filmu stanowi walka rodziny Corleone o dominację nad innymi rodami, jak również problem sukcesji władzy przejmowanej przez Michaela Corleone (Al Pacino), który niespodziewanie zostaje wciągnięty w sam środek zbrodni, po tym jak dokonano zamachu na jego ojca. Co było przyczyną? Otóż Don Vito Corleone odmówił swego poparcia (co pociągało brak poparcia ze strony wszystkich polityków siedzących u niego „w kieszeni”) dla handlu narkotyków, uważając ten proceder za haniebny. Pozostał przy rodzinnej „tradycji”: kontroli prostytucji, hazardu i egzekwowaniu haraczu za „protekcję” – czyli przy zajęciach godnych już „honoru Corleonich.

Mord jako rytuał przejmowania władzy

*

MORD – JĄDRO CIEMNOŚCI,  RYTUAŁ WŁADZY

Tym jednak, co najmocniej uderza w obrazie Coppoli, jest doświadczanie przez nas autentycznej genezy zbrodni, dotarcie do archetypicznego wręcz źródła przemocy, a tym samym – władzy. Bowiem to właśnie mord jest w universum „Ojca chrzestnego” Puzo tym, co daje komuś władzę (niejako ją przypieczętowując), co obdarza ich charyzmą przywódcy. Don Corleone staje się niemalże równy bogom, gdy wydaje wyroki śmierci, szastając ludzkim życiem. To wtedy całuje się go w rękę. Michael Corleone zostaje rzeczywistą głową Rodziny gdy sam, własnoręcznie, zabija swoich głównych wrogów, strzelając im z zimna krwią w głowy. To jakby rytuał przekazania władzy – jego chrzest bojowy, potwierdzenie i umocnienie założycielskiego mitu. Odtąd, dzięki temu, to właśnie on panuje nad ludzkim życiem i śmiercią. Umacniając własną pozycję Ojca chrzestnego, Michael popełnia wkrótce całą serię zabójstw, eliminując wszystkich swoich oponentów. Nota bene, sekwencja ta należy do najmocniejszych w – i tak już „mocnym” w swojej obrazowości – „Ojcu chrzestnym”. Warto też zwrócić uwagę na to, że zamachów dokonuje się w tym samym czasie, gdy Michael chrzści swojego syna. Tak to ukazuje Coppola – i jest to bardzo znaczące. Kulminacja zbrodni ma miejsce dokładnie wtedy, gdy Michael powtarza za kapłanem, iż „wyrzeka się szatana”. Może ów reżyserski zabieg jest nieco nachalny, ale za to bardzo skuteczny. Brutalizm tych sekwencji dławi ewentualną pretensjonalność podobnej synchronizacji.

Zwraca uwagę mistrzostwo stylistyczne Coppoli. Jego panowanie nad filmową materią jest totalne, ale zarazem takie, które nie odbiera obrazowi finezji, ani też wieloznaczności. Sam film stał się niemal obiektem „kultowym”. Określono go nawet jako dzieło definitywne dla genre’u filmu gangsterskiego.
Czy jednak owo ukontentowanie estetyczno-kinomańskie może zepsuć moralna implikacja filmu, refleksja nad jego etyczną znaczeniowością? Taka łyżka dziegdziu w beczce podziwu dla jego mistrzostwa? Jesteśmy bowiem zmuszeni niejako do solidaryzowania się (może nawet identyfikacji) z ludźmi stosującymi bez skrupułów brutalny, wojujący amoralizm. Jak jest to zwodnicze i moralnie dwuznaczne, można dostrzec w tym, że oto nadużywa się m.in. „wartości” rodzinnych dla wzbudzenia naszej sympatii dla ewidentnych przecież zbrodniarzy. Ciepło i więzy rodzinne ogarniają serca morderców. Ale czy nie ma to zakorzenienia w rzeczywistości, która zawsze jest wieloznaczna, nawet pod względem etycznym?
A może właśnie takie jest przesłanie „Ojca chrzestnego”: w świecie, w którym reguły wyznacza ziła, przemoc i długość „kija”, jedynym sposobem na zachowanie „ludzkiej” twarzy jest dwulicowość? Trzeba przyznać, że jest to przesłanie, od którego lodowacieje nam dusza.

*  *  *

Ludzkie ciepło i więzy rodzinne ogarniają serca morderców. Czy w "Ojcu chrzestnym" nadużywa się "wartości rodzinnych" dla wzbudzenia naszej sympatii dla ewidentnych skądinąd zbrodniarzy?

*

APENDYKS: Myślę że na rzeczy będzie, jeśli przy okazji tekstu o obrazie Coppoli załączę także notkę, którą napisałem nie tak dawno po obejrzeniu włoskiego filmu „Gomorrah”. Bowiem w pewien sposób oba te filmy ze sobą korespondują.

Mafia w kinie.
Jakże różnie może się ona panoszyć na ekranie.
Dajmy na to, taki „Ojciec Chrzestny” powstał na osnowie mitycznej, „Dick Tracy” – komiksowej, „Sopranos” – mydlano-operowej, „Gomorrah” zaś… grzebie się zgrzebnie (choć wychodzi z tego kolaż) w rzeczywistości już naprawdę „prawdziwej”.
Film oparty na motywach książki Roberto Saviano opisującej neapolitańską camorrę (która nota bene wydała na niego wyrok śmierci), odziera mafijną rzeczywistość z wszelkiego „romantyzmu” zbrodni serwowanego nam ongiś (po mistrzowsku zresztą) choćby przez Francisa Forda Coppolę, a nawet z morderczego demonizmu, jakim często epatował nas (poniekąd) Martin Scorsese. Może właśnie dlatego z pewnym zdegustowaniem patrzyłem na film Matteo Garrone, podświadomie oczekując kanonu, jakim zazwyczaj kino opisywało gangsterów i mafiozów. To, co zobaczyłem, było zaś dość niezborną, poszarpaną narracyjnie zbitką podrabianych na dokument obrazów. Jednak owo „zdegustowanie” absolutnie nie dotyczyło filmowej roboty, (która, moim zdaniem, jest jednak znakomita) a raczej tego, co widziałem na ekranie – czyli „zwykłego” piekła egzystencji włoskiej biedoty, „zwykłych” mordów dokonanych przez „zwykłych” zabójców na „zwykłych” ludziach. To jest według mnie największa siła tego filmu: odarcie zbrodni i świata przestępczego z jego mitycznego płaszcza, ukazanie całej tej banalności zła hersztbandy, złożonej głównie z prozaicznych, choć będących na granicy idiotyzmu i psychopatii, rzezimieszków.

"Gomorrah", czyli mafia odmitologizowana

*