ODE IN THE GARDEN OF EDEN (z ciotkami w ogrodzie mojego dzieciństwa)

.

.

ODE IN THE GARDEN OF EDEN

.

Nobody was dying at that time

– quite the opposite

scent of new life was everywhere

gardens were bustling with harmless bees

spreading pollen and trading nectar for honey

And aunts smiled at me, beaming with joy

right from their ripe, strong but delicate bodies

.

Life was magical and full of mysteries

sun was bright and shining all around shadows

but secret knowledge laid in plain view

and was known to all creation

.

Leaves of grass and crowns of flowers

Aunts’ dresses blended with their beauty

none of them knew the sound of silence

There were no ends, only beginnings

and the Earth stood still with Happiness

rambling across the Universe

like an Ode to invisible God

greydot.

.

Niedawno – za sprawą mojej kuzynki – światło dzienne ujrzało wiele fotografii z zamierzchłej przeszłości. Nigdy ich do tej pory nie widziałem, mimo że na wielu z nich utrwalona została moja skromna osoba w postaci jeszcze skromniejszego chłopięcia dość marnej posturki, jakim byłem 100 lat temu. Uśmiechnąłem się widząc siebie w wersji miniaturowej i szczenięcej – w śmiesznych, bezlitosnych dla mojej godności ubrankach – ale serce zabiło mi mocniej na widok bliskich mi osób, zwłaszcza tych, których wśród nas już nie ma.

Większość z tych zdjęć nie była dobrej jakości (ale przecież nie na tym polega ich wartość dla mnie). Te, które prezentuję w tym wpisie, poddałem pewnej restauracji, starając się zachować ich autentyczny charakter. Jak widzę utrwaliły one one szczęśliwe chwile spędzone z moimi ciotkami (Elżbietą, Ireną i niestety nieżyjącą już Dagmarą) na trawie w ogrodzie moich dziadków.

Zamieściłem je na mojej stronie facebookowej (nie wiedząc nawet o tym, że właśnie rozpętała się na FB szalona akcja pokazywania swoich zdjęć z dzieciństwa), a wśród komentarzy jakie się pod nimi pojawiły, znalazł się również wpis Agnieszki S., która stwierdziła, że fotografie te przypomniały jej wiersz Zagajewskiego „Moje ciotki”, dołączając go (w wersji angielskiej) do swojego komentarza. To wszystko zainspirowało mnie do skreślenia kilku słów „od siebie”, czego rezultat widoczny jest powyżej (w komentarzach do tego posta zamieszczam zarówno tłumaczenie – niestety, niezbyt chyba udane – mojego wiersza na język polski, wiersz Zagajewskiego, jaki i jego angielskie tłumaczenie, które przesłała Aga.

greydot

 

.

ŚWIAT W OBRAZACH

.

Wspomnienia, książki, fotografia, podróże…

.

 

Więcej o książkach, fotografii, podróżach można przeczytać TUTAJ.

.

RAGU SOPHII LOREN I TRUP BUGAJSKIEGO

(ze wspomnień wywiadowcy)

Gwoli urozmaicenia, tudzież pewnego uporządkowania moich tekstów i próby wskrzeszenia materiału, który uśpiony leżał do tej pory w szufladzie, postanowiłem powołać tutaj do życia nowy cykl zatytułowany “Ze wspomnień wywiadowcy”, który swego czasu (dokładnie: w latach 1995-96) ukazywał się na łamach prasy polonijnej. Przyznaję – tytuł trochę przewrotny, tym bardziej, że “wspomnienia” dotyczyły wywiadów jakie przeprowadziłem w latach 1990-94 (tak więc, daleko w przeszłość pamięcią nie musiałem sięgać). Myślę, że większość tych tekstów nie straciła do dziś na aktualności, a ze względu na swoją tematykę i przypomnienie znanych postaci polskiej kultury, jeszcze i dzisiaj spotkać się może z zainteresowaniem tych, którzy odwiedzają moją stronę.

Sophia Loren (zdjęcie własne)

Sophia Loren (zdjęcie własne)

Do Stanów Zjednoczonych jechałem „w ciemno”. Wyjazd z Polski wydał mi się jedyną szansą wyrwania się z zaklętego kręgu, w jakim znalazłem się w kraju. Góra komplikacji osobistych, bolesne przejścia, kiepskie perspektywy ekonomiczne… Wcześniejsze wypady do Niemiec dodawały mi odwagi.
Jak na każdym prowincjuszu, Ameryka zrobiła na mnie kolosalne wrażenie, choć oczywiście nie obyło się bez rozczarowań, rozwiewania mitów i konfrontacji rzeczywistości z wcześniejszymi wyobrażeniami. Lecz na to byłem niejako przygotowany, przewalając przed wyjazdem stosy makulatury, dzięki którym mogłem się zapoznać z odczuciami i wspomnieniami innych bywalców Ameryki. Jednak wiadomo – setka pornosów nie zastąpi prawdziwego obcowania z konkretną kobietą. Wpadłem wiec po uszy w objęcia Ameryki i zrazu nadziwić się nie mogłem różnym jej przejawom. Ale to już temat do innych rozważań.

Po pierwszym zachłyśnięciu się oryginałem, dała znać imigrancka, znana nam wszystkim, proza. Przede wszystkim – poszukiwanie pracy, uwieńczone, na szczęście sukcesem. Możliwość nie tylko zarobku, co głównie odrobienia długów i odbicia się od dna. Tylko że jakim kosztem? Dwanaście godzin na dobę, siedem dni w tygodniu, przez pół roku – świątek, piątek, bez jednego dnia wolnego. Ciągłe obcowanie z ludzkim cierpieniem, z przewlekłą agonią. Potrzeba odskoczni, by nie zwariować. Zastępujący mnie na nocnej zmianie Rysiek, lekarz anestezjolog z Białegostoku, wspomina o swoich kontaktach z prasą polonijną. Ja mówię, że pisałem w Polsce do „KINA”, „Filmu na świecie”, „Powiększenia”, że miałem swoje publikacje w „Tygodniku Solidarność”, w „Sanie”… na co on: „To napisz coś, cokolwiek”. No i za tydzień miałem swój debiut w „Dzienniku Chicagowskim” w postaci dwóch artykułów: jeden traktował o przyczynach upadku PZPR i charakterologicznym podziale jej członków (czyli o ludziach partii), natomiast o temacie drugiego chciałbym już dzisiaj litościwie zapomnieć. I tak oto zaczęła się moja przygoda literacko-wywiadowcza z Chemigraphem (czyli z wydawcą trzech polonijnych tytułów prasowych: „Dziennika Chicagowskiego”, „Gazety Polskiej” i tygodnika „Relax” – przyp. stb).

greydot

Już z okazji pierwszego reportażu udało mi się trafić na salony, gdzie spotkałem samą… Sophię Loren. To nic, że musiałem tam dojechać dysponując jedynie 10-letnim, rozsypującym się junkiem, który kupiłem za moją pierwszą „tygodniówkę”. Jadąc do downtown po zatłoczonej don granic niemożliwości autostradzie, mój relikt motoryzacji jakoś przetrzymał, mimo że pędziłem nim z zawrotną dla niego prędkością 50 mil na godzinę. Zaczął mi dopiero rzęzić przy zjeździe na Jackson Blvd., gdzie rozkraczył się już na dobre, na samym środku ulicy. W chłodnicy nie było kropelki wody. Interesująco musiałem wyglądać przy tej zżartej przez rdzę kupie złomu, w moim wytwornym (a tak!) fraku pingwina i muszce (stroju wypożyczonym, of course), pochylony nad silnikiem, który pokrywały całkowicie kłęby dymu. To, że ruszyłem (na wszelki wypadek miałem przy sobie kilka galonów wody) i znalazłem wreszcie jakiś parking, zakrawało na cud. Z pierwszego zrezygnowałem, gdy jacyś kręcący się tam kolesie pokazali mi charakterystyczny znak obrazujący proces skracania człowieka o głowę. Był za daleko.

greydot

Premiera inaugurującego XXVI Międzynarodowy Festiwal Filmowy – bo o tej imprezie tu mowa – filmu w reżyserii Liny Wertmüller i z Sophią Loren w roli głównej, miała się odbyć w przypominającej ubiegłowieczną operę sali widowiskowej Fine Arts Theatre. Po przybyciu na miejsce, zastałem tam tłum przedziwny i … błyskotliwy – głównie dzięki damom w imponujących kreacjach, obwieszonych kilogramami biżuterii. Uroda pań oscylowała między uderzającą pięknością, a pięknością, której uderzenie było już nieco słabsze. Te ostatnie, to seniorki trudne do zidentyfikowania pod kilkoma warstwami pudru i smarowideł. Wreszcie weszła ONA – Sophia Loren, w pięknej czerwonej sukni ozdobionej olśniewającymi brylantami. Towarzyszył jej małżonek, znany włoski producent filmowy, Carlo Ponti.
Po projekcji filmu, (którego recenzję zamieszczę przy innej okazji) odbyła się odświętna Night Opening Gala wraz z wystawnym benefitowym obiadem w nowopowstałym wieżowcu przy 515 North State Street: „… zdumiewającej geometrycznej fantazji światła i szkła, zaprojektowanej przez wybitnego japońskiego architekta Konzo Tange” – jak obwieszczono w programie imprezy. Wszystkich nas przewieziono tam specjalnymi autobusami.
W konsumpcji obiadu (o 11 w nocy!) uczestniczyła, oprócz wymienionych wcześniej celebrities, cała śmietanka tubylczego (i nie tylko) światka artystycznego i administracyjnego, jak również zwykli zjadacze hamburgerów, których stać było na zafundowanie sobie za $150 wspólnego posiłku z Sophią Loren. Inna sprawa, ze oddalonej o kilkadziesiąt stolików w ogromnej, przypominającej halę, sali bankietowej. W menu znalazła się też potrawka Wielkiej Gwiazdy pod nazwą Pasta Ragu. Dzięki niespotykanie fotogenicznej i nieprzemijającej urodzie Sophii, mam pamiątkę po tamtym wieczorze – serię slajdów, na których udało mi się jej podobiznę utrwalić. Jeden z nich trafił nawet na okładkę tygodnika „Relax”, dzięki któremu zdobyłem akredytację na Festiwal. Wyglądałem w tłumie zapowiadanych gości z Polski: reżysera Ryszarda Bugajskiego („Przesłuchanie”) i Macieja Dejczera („300 mil do nieba”), autorów filmów w tamtym czasie głośnych. „Przesłuchanie”, traktujące o stalinizmie w Polsce lat 50-tych, wyróżnione nagrodą Grand Prix na festiwalu w Cannes, to 8-letni „generał” wśród polskich „półkowników”, czyli filmów, które latami straszyły – nie tylko decydentów od rozpowszechniania, ale i wysokich luminarzy partii – leżąc na półkach przepastnych magazynów, zionących niemalże kafkowskim absurdem. Mimo to – a może właśnie dzięki temu – o „Przesłuchaniu” słyszał każdy. Film znalazł się w konkursie chicagowskiego festiwalu.
Natomiast Maciej Dejczer już 6 lat wcześniej przeniósł się na Zachód: „Wyjeżdżając nie zabrałem ze sobą z kraju postawy roszczeniowej, jak robi wielu Polaków. Wybór rysował się jasno: albo będę żył w ZOO, albo w dżungli. W ZOO gwarantują ochłap mięsa i miskę wody; machając ogonem można zyskać poklask gapiów, ale wybieg zamyka krata. W dżungli o wszystko trzeba walczyć, mogą zagryźć, ale samemu można też upolować więcej, niż w ZOO przyniesie dozorca. Prawa dżungli są okrutne, ale dżungla jest nieskończona, wolna… W Polsce ludzie wolą uciekać od odpowiedzialności – to się nie zmieniło. System amerykański nie gwarantuje niczego, stwarza tylko możliwości. Jeżeli komuś się nie powiedzie – ląduje na chodniku Piątej Avenue z zawiniątkiem pod głową, jako jedynym dobytkiem; jeśli mu się uda – mija tego nędzarza, jadąc limuzyną za pół miliona dolarów. ja jestem zwierzęciem, które w dżungli czuje się dobrze. Dżungla mnie fascynuje, mimo że jestem bliżej tego na chodniku, niż w limuzynie.” (Z wywiadu udzielonego tygodnikowi „Film”.)

Márta Mészáros i Jan Nowicki (zdjęcie własne)

Márta Mészáros i Jan Nowicki (zdjęcie własne)

Zależało mi na spotkaniu z Bugajskim. Zamiast tego trafiłem na Jana Nowickiego, popularnego krakowskiego aktora, oraz na jego żonę, Węgierkę Mártę Mészáros, bez wątpienia jedną z najwybitniejszych reżyserek filmowych na świecie. Nowicki i Mészáros znaleźli się w gronie siedmiu jurorów Festiwalu (a więc i oni mieli oceniać film Bugajskiego). Ja w zasadzie na takich przyjęciach nie bywam – powiedział Jan Nowicki – ale ponieważ jesteśmy tutaj z żoną w jury, to uważałem trochę za swój obowiązek przyjść, mimo że jesteśmy zmęczeni, bośmy dwie godziny temu przylecieli. I bardzo się cieszę, że tu przyszedłem. Bo to jest coś tak osobliwego – takie… amerykańskie miejsce. Ogromnie to zabawne! Strasznie dużo śmiesznych starszych pań, bardzo dziwnie ubranych. Ogromnie śmieszne. Nieliche panoptikum.
Na moje pytanie, czy obecni są tutaj także zaproszeni reżyserzy: Wajda, Dejczer i Bugajski, usłyszałem: O rany boskie! Jakie wielkie auto przejechało za oknem! Taki jamnik długi. Coś obrzydliwego – taki karawan dla koszykarza. No, przegapił pan!… Strasznie mi ten kraj przypomina Związek Radziecki. Okropnie. Jak Boga kocham! Tyle, że bogaci. No, zobacz na te rzeźby (tu Nowicki wskazał na gipsową Wenus z Milo) – no przecież zesrać się można. Jak w jakimś pałacu kultury i nauki… Ale podoba mi się to, że oni tacy uśmiechnięci, cholera… No bo człowiek, jak się tak długo uśmiecha – i nawet sztucznie – to w końcu zacznie się uśmiechać szczerze.
Jednak, gdy znowu zagadnąłem o innych gości z Polski, Nowicki się poddał: No, Dejczer ma być… A Bugajski? To co – on dalej ciągnie tego starego trupa?… To swoje… jak to się nazywa? Kiedyś ktoś mnie zapytał, co ja sądzę o tym filmie, więc ja powiedziałem, zgodnie z prawdą, że go nie widziałem. Natomiast – ponieważ to była pani – ja jej mówię: słuchaj, to jest tak, jakbym ci zaproponował czy wolałabyś się przespać ze starym Płatonowem, którego gram teraz, czy z młodym Stawroginem, którego grałem 15 lat temu… Przecież to absurd! Nie można bez końca pokazywać filmu, który się zrobiło 10 lat temu!

Widząc, że zaniedbujemy trochę panią Mészáros, zacząłem ją przepraszać za zabranie jej męża.
Ależ nic nie szkodzi – odparła z lekkim akcentem (za to określenie powinna mi być wdzięczna) – gadajcie sobie, gadajcie.
No ale jak pani się czuje tutaj w Chicago? Pierwszy raz w tym mieście? – zapytałem
21 filmów trzeba zobaczyć (i tu z ust Nowickiego wyrwało się niecenzuralne słowo, zaczynające się na taką samą literę, jak słowo „kreacja”). Ja byłam już tutaj wcześniej. Dwa moje filmy zdobyły nagrodę na tym Festiwalu. A co ja sądzę o tej otoczce? Ja to lubię. Mnie zawsze zachwycały takie duże miasta, tłumy ludzi… Tak, jak to lubię.

greydot

To był mój pierwszy festiwal w Chicago i choć odtąd co roku miałem nań akredytację, to dopiero po trzech latach mogłem pełniej uczestniczyć w filmowych seansach i bliżej śledzić jego repertuar, pisząc przy tym sprawozdania do polonijnej prasy. Wtedy, na XXVI chicagowskim przeglądzie kina światowego, zainteresowanie mass-mediów było duże. Fama Sophii Loren zrobiła swoje. Nie bez znaczenia było również to, że w przeszłości związane z nim były także takie sławy kina, jak np. Bette Davis, Harold Lloyd, Pier Paolo Pasolini, Mel Brooks, Orson Welles, Gloria Swanson, Arthur Penn, Sydney Pollack, Alan Parker, Martin Scorsese, Rainer Werner Fassbinder… Oprócz Sophii Loren do Chicago przybyli jeszcze wtedy: Robert Altman, Claude Lelouche, Jiří Menzel, István Szabó a nawet sam… Dennis Hopper, notoryczny „Bad Boy” Hollywoodu, którego możemy pamiętać choćby z filmu „Easy Rider”.
Niestety, chicagowski Festiwal z roku na rok jakby spuszczał nieco z tonu (chodziło głównie o względy finansowe), zmieniało się jego oblicze… cokolwiek blednąc.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 17 lutego, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

BEZ CLINTONA I SCHWARZENEGGERA

 (ze wspomnień wywiadowcy) .

Gwoli urozmaicenia, tudzież pewnego uporządkowania moich tekstów i próby wskrzeszenia materiału, który uśpiony leżał do tej pory w jednej z moich szuflad, postanowiłem powołać do życia na mojej stronie nowy cykl, zatytułowany „Ze wspomnień wywiadowcy”, który swego czasu (dokładnie: w latach 1995-96) ukazywał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”. Przyznaję – tytuł trochę przewrotny, tym bardziej, że „wspomnienia” dotyczyły wywiadów jakie przeprowadziłem w latach 1990-94 (tak więc, nie musiałem zbyt głęboko grzebać w pamięci). Myślę, że większość tych tekstów nie straciła do dziś na aktualności, a ze względu na swoją tematykę i przypomnienie znanych postaci polskiej kultury, znajdzie i dzisiaj zainteresowanie Czytelników. Przynajmniej mam taką nadzieję.

.

Czesław Niemen - wywiad

Wywiad z Czesławem Niemenem

.

CZĘŚĆ I

.

Wywiady. To podobno jedna z trudniejszych form publicystycznych. Nieprawda. To nie nie forma jest trudna, lecz trudni bywają rozmówcy. Nie wszyscy, oczywiście. Niektórzy sypią ciekawą myślą jak z rękawa i wszystko idzie jak z płatka – wywiadowca nie musi się tak pocić. Ale nie brakuje też momentów gorących, kiedy wydaje się, że już nic nie może go uchronić przed wpadką.

.

Ludzie pragną, aby ich obserwować, brać pod uwagę, doceniać, chwalić i podziwiać.
Jest to jedna z najwcześniejszych, najbardziej podstawowych,
jak również najgłębszych skłonności, odkrytych w sercu człowieka.
John Adams

SŁAWA – POŻĄDANE UTRAPIENIE

Już Eurypides dwa i pół tysiąca lat temu zauważył, że świetność i blask słynnych ludzi to tylko pozór, gdyż pod spodem są oni tacy sami, jak wszyscy. Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to wydaje się być czymś oczywistym, wręcz trywialnym, lecz na drugi – zawierać jednak pewien fałsz. Sławni ludzie nie są tacy sami, jak wszyscy inni, choćby tylko z tego powodu, że są… sławni.
Naturalnie, przyczyny fenomenu sławy leżą głębiej i różnią się w każdym przypadku. Akceptujemy czyjąś sławę, gdy jest ona skutkiem jakiegoś wielkiego dokonania, dzieła mającego znaczenie społeczne, polityczne lub kulturowe; kiedy wynika ona z uznania dla wkładu jednostki w ogólny dorobek ludzkości.
Na drugim biegunie leży infamia – niesława, czyli negatyw sławy. Nazwisko człowieka staje się ogólnie znane, dzięki jego „niesławnym”, niekiedy wręcz haniebnym czynom. Jak pamiętamy, dla takiego np. szewca Herostratesa był to jedyny sposób, dzięki któremu mógł się zapisać w pamięci potomnych: podpalić słynną świątynię Artemidy Efeskiej. Znając te intencje, polecono wymazać jego imię z tablic i manuskryptów. Tym skwapliwiej je zachowano. Nie zapominamy o Hitlerze, Stalinie; głośni stają się zamachowcy, zbrodniarze, i seryjni zabójcy. Lecz ci osobnicy, akurat nie będą nas tu zajmować.

Plebejską odmianą sławy jest popularność. W Stanach Zjednoczonych jest ona ściśle związana z komercjalizmem. Jeśli chodzi zaś o Hollywood, to istnienie tzw. systemu gwiazd (star system), ma głównie na celu ciągnięcie zysku z wylansowanych uprzednio aktorek i aktorów. Lansowanie to odbywa się różnymi sposobami, a publicity, czyli nagłaśnianie w mediach, jest pożądane przez „gwiazdy”, ich producentów, agentów i menedżerów… nawet jeśli ma pejoratywny odcień. Chodzi tu o najczęściej po prostu o plotki, podglądanie prywatności, pewne niedyskrecje… Sława to przecież także szkło powiększające.
Niekiedy negatywna reklama wokół nazwiska, spełnia takie samo zadanie, jak reklama, na którą wydaje się setki tysięcy dolarów. Magazyny zajmujące się życiem „sław” – ludzi wywodzących się głównie ze sfery show-businessu – osiągają na Zachodzie ogromne nakłady („People”, „Vanity Fair”, „Vouge”…). Mowa tu o tzw. „celebrities”, czyli osobach adorowanych (słowo to, jak widzę, na dobre przeniknęło do naszego kraju i rozkwitło w okropnie brzmiącym wg mnie określeniem „celebryci” – przyp. stb) .

Daniel Olbrychski - wywiad

Spotkanie z Danielem Olbrychskim

Oczywiście należy odróżnić to od bezczelnego pchania się „z kopytami” w prywatność i intymność innych, praktykowane nagminnie przez wszelkiej maści brukowce i tabloidy, dla których pomówienie i wyssana z palca sensacja jest głównym instrumentem epatowania publiki. Niestety, pisma takowe, rozchodzą się jeszcze liczniej. Dla bardziej wrażliwych – tak jak było to w przypadku zranionego łabędzia Michaela Jacksona – są źródłem utrapienia, natomiast sądom przysparzają tylko procesów o zniesławienie (a w to graj adwokatom z ich krociową dolą).
Zdarza się więc, że ci, którzy wcześniej uwijali się jak w ukropie, by tylko ściągnąć na siebie ogólna uwagę, później odczuwali wścibską popularność, jako ciężkie brzemię. To dlatego Fred Allen w „Treadmill to Oblivion” zdefiniował postać „celebrity” jako osobę, która przez całe życie pracuje ciężko nad tym, by stać się sławną, a później zakłada czarne okulary, żeby jej nikt nie rozpoznał.

Z tym pragnieniem sławy bywa różnie. Taki Montaigne np. ponad sławę przedkładał życie w spokoju. Inni uważają, że pasja sławy jest instynktem „wielkiej duszy”. Benjamin Franklin radził łaknącym sławy: „Jeśli nie chcesz być zapomniany zaraz po śmierci, to musisz pisać rzeczy, które warto by było czytać lub robić rzeczy, o których warto by było pisać.” Gotową odpowiedź na takowe dictum miał Marcus Mortal: „Jeżeli mam się stać sławny dopiero po śmierci, to mi się wcale do tego nie śpieszy.”
Nikt nie jest skory przyznać się do tego, choć wielu marzy się uczynienie ze swego życia pamiętnego monumentu.
Albert Camus miał zamiar znacznie skromniejszy. Uważał, że żyje tylko po to, by zostawić na ziemi bliznę. Czy była to tylko liryczna retoryka, usiłująca chwycić za serce egzystencjalna metafora? Tak, jak w każdym aspekcie naszej doli człowieczej, także i tu wkrada się w ludzkie serce melancholia: Sława? – pył na wietrze, znikomość, ułuda, puch marny…

PO CO LUDZIOM GWIAZDY ?

Wróćmy jednak do kultury masowej. Sprawa współczesnej publicznej idolatrii, mechanizmów kreowania „bożyszczy” tłumów i preparowania „kultu gwiazd” to temat na całą rozprawę socjologiczno-kulturową. Skądinąd mogłoby to być studium ciekawe i pouczające, odkrywające wiele prawd wręcz cywilizacyjnych. Zjawisko to jest nie tylko rezultatem sprawnego marketingu, komercjalnego robienia „szumu” wokół „gwiazdy”. To raczej w procesie lansowania wykorzystuje się pewne właściwości mas, które wybierają sobie (lub akceptują) idola, gdyż ten… jest im potrzebny.
Potrzebny z wielu względów.
Spróbujmy wymienić kilka. Jeden z nich, wcale nie bagatelny, nazwałbym „potrzebą plotki”. W małej społeczności – wiejskiej lub drobnomieszczańskiej – plotka pełniła (i pełni) rolę czegoś w rodzaju moralnego regulatora (pewne zachowania są ganione, inne aprobowane – to się usprawiedliwia, tamto zaś gani…etc.); dalej: była źródłem informacji (to nie istotne, że skrzywionej, będącej często pomówieniem), wreszcie zabijała ludzką nudę i poczucie jałowości, wypełniała pustkę. A wiadomo, że natura nie znosi próżni. Na dodatek, świat jest już teraz, w dobie zaawansowanej rewolucji informatycznej, jedną globalną wioską. Ma też swoje globalne super-ploty. Przykład: oprócz hollywoodzkiego dworu, brytyjska rodzina królewska i tragi-komiczne wyczyny jej członków, o których rozprawia się szeroko nie tylko w Europie, ale i w Ameryce, Australii, w Polsce czy w Japonii.

Są też powody idolatrii bardziej budujące. Np. prosty podziw dla tych, co na świeczniku (pomijamy na razie zawiść). Podziw dla ich talentu, walorów cielesno-duchowych, dla ich pracowitości i dokonań…
Niektórym imponuje też owo wysforowanie się na czoło „wyścigu szczurów”.
Jakby nie było, aprobata społeczna i akceptacja sukcesu to ważny czynnik wpływający na rozwój całego narodu, społeczeństwa.
Sława rodaka to przecież powód do dumy, jak również afirmacja poczucia własnej (i plemiennej) wartości, nieraz przecież nadwątlonej świadomością własnych braków. To dlatego tak łapczywie rzucamy się my na sukcesy choćby naszych sportowców (Małysz, Kubica, siatkarki… ).

Juliusz Machulski - wywiad

Podczas wywiadu z Juliuszem Machulskim

Istnieje również (zwłaszcza w przypadku młodzieży) potrzeba przykładu – wzoru, do którego nieuformowani jeszcze młodzi ludzie chcą się przypasować (moda, ubiór, sposób bycia, fryzura…); któremu chcą dorównać, także pod innymi względami, już mniej powierzchownymi.

Zawsze jednak dobrze jest pamiętać, iż każda sława ma swoje standardy, które nie sposób naśladowcom przekroczyć. Np. – jak to już ktoś zauważył – jakiś człowiek o wielkim otworze gębowym i grubych wargach, będzie tylko jeszcze jednym człowiekiem o wielkich ustach i grubych wargach, chyba, że… jest Mickiem Jaggerem albo Sammy Davisem Jr.

Nigdzie tak obficie nie plenią się mity, jak w pobliżu sław. Już sam proces osiągania sławy ma w sobie spory element mitotwórstwa. Nazwisko sławy staje się symbolem, zaczyna żyć własnym życiem, często w oderwaniu od osoby fizycznej (innymi słowy, staje się legendą). A już Homer w „Iliadzie” wieścił: „Jakże próżne bez treści jest słowo, jakże puste jest imię bez zasług.”
Podobna myśl przewija się często: „Bywa tak, że podziw dla dzieł sławnego człowieka staje się powszechny wtedy, gdy powszechny staje się podziw dla jego nazwiska.” (Hazlitt).
Panuje przekonanie, że kiepski to naród, który potrzebuje bohaterów. W przypadku amerykańskiej kultury masowej, sprawdza się to tym jaskrawiej, że jakość tutejszych królów masowej wyobraźni pozostawia wiele do życzenia. Przy okazji można strawestować znane powiedzenie: pokażcie mi waszych masowych idoli, a powiem wam, jakie jest wasze społeczeństwo.

OD CHICAGO PO MIAMI

Rozrosły mi się te dygresje do rozmiarów nieplanowanych. A miał to być tylko wstęp do wspomnień o moich „przejściach” z ludźmi, z którymi przeprowadzałem wywiady – do wrażeń i refleksji mniej oficjalnych, do zajrzenia za kulisy, odtworzenia treści, które z różnych względów padły ofiarą redakcyjnych nożyc, albo nie współgrały z meritum wywiadu, bądź też nie przetrwały autoryzacji. Zebrało się tego wszystkiego – przez te cztery lata mojego pobytu w Ameryce – całkiem sporo. Na półce stoi kilkadziesiąt nagranych taśm, z których każda, wsunięta w kieszeń magnetofonu, wywołuje lawinę wspomnień. Tak samo, jak i zdjęcia, materiały przeróżne, pamiątki po moich rozmówcach.

Czy te wszystkie uwagi we wstępie uznać można za adekwatne do tego, o czym chcę pisać? To prawda, że żaden ze mnie Larry King ani tym bardziej Oriana Fallaci i ludzie, z którymi rozmawiałem nie byli ani Husseinami czy Arafatami, ani nawet Clintonami i Schwarzeneggerami, niemniej jednak udało mi się spotkać i porozmawiać z kilkoma osobami, których pozycja w kulturze polskiej jest (była) wysoka i bezdyskusyjna. Czy można jej odmówić np. Krzysztofowi Zanussiemu, Czesławowi Niemenowi czy – ostatnio – Henrykowi Góreckiemu? Czy ktoś zaprzeczy popularności Daniela Olbrychskiego czy Jana Pietrzaka?
Zresztą głośne nazwisko wcale nie gwarantuje dobrego, udanego wywiadu, którego sukces zależy od wielu różnych czynników, w tym i kondycji wywiadowcy. Bardzo interesujących rzeczy można się dowiedzieć od ludzi mniej znanych, a bardziej żywych, dowcipnych, nie znudzonych i nie zepsutych powodzeniem, a przepełnionych jeszcze pasją, dalej gdzieś pędzących.
Chociaż najlepiej się czuję w tematyce filmowo-muzycznej, mój rozrzut „wywiadowczy” był dość szeroki: od ministra obrony narodowej Janusza Onyszkiewicza, po piękną gwiazdkę Kasi Figury. Wywiady przeprowadzane były głównie w Chicago, ale także w takich „egzotycznych” miejscach jak Phoenix w Arizonie, Denver w Kolorado czy wreszcie Miami na Florydzie, gdzie miałem okazję i przyjemność zapoznać się bliżej z działalnością Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej, z jego prezeską i założycielką Blanką Rosenstiel, jak również z innymi przedstawicielami kultury polsko-amerykańskiej na Florydzie: prof. dr Zdzisławem Wesołowskim, kapitanem lotnictwa, wykładowcą aeronautyki, ekonomii i zarządzania na tamtejszym uniwersytecie (ostatnio: kandydatem na prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej); także z tłumaczem literatury polskiej na angielski (m.in. trylogia Henryka Sienkiewicza) – Alexandrem Jordanem, przyjacielem Jerzego Kosińskiego, korespondentem, przedwojennego PAT-a, byłym attaché prasowym przy Ambasadzie Polskiej w Londynie… Z humorem staram się podchodzić do wspomnień z dość niefortunnego spotkania z Lorettą Swift (znaną choćby – jako „Hot Lips” – z popularnego serialu telewizyjnego „M*A*S*H*”).
Wrażeń, barwnych obrazków, ciekawych momentów, nieznanych informacji i pikantnych kąsków nie brakuje. Mam nadzieję, że i Czytelnikom wydadzą się interesujące.

c.d.n.

* * *

Przed wywiadem z Edytą Geppert

Przed wywiadem z Edytą Geppert.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

„OSTATNIE TCHNIENIE” BUÑUELA

.
Bunuel moje ostatnie tchnienieOdłożyłem właśnie „moje ostatnie tchnienie” – autobiograficzne wspomnienia Luisa Buñuela.
Zawsze patrzyłem na tego reżysera poprzez jego filmy, dlatego też wiele w tej książce mnie zaskoczyło. Zwłaszcza kontrast pomiędzy mrocznością, perwersyjnością i okrucieństwem, które często widoczne były w jego obrazach, a osobowością samego reżysera: dziecinną, spontaniczną, bezpretensjonalną, wyzbytą gwałtu, przemocy i złośliwości…
Taki przynajmniej wyłonił mi się obraz autora, kiedy czytałem jego „ostatnie tchnienie”. Jeśli uznać go za wiarygodny, to właśnie na tym przykładzie można wykazać, jak mocna i wyraźna może być linia dzieląca świat filmowy „na niby”, od świata realnego „na serio”.

Jednak bywa i tak, że z filmowej szafy może się zwalić na nas niespodziewanie jakiś trup – a to dlatego, że jednak mieszają się w naszych głowach różne światy: zarówno te fikcyjne, przez nas wymyślone, jak i te prawdziwe, twardo nas ustawiające.
Czasem uczestniczymy w tym świadomie, czasem zaś bezwiednie.
I myślę, że bez tej właściwości nie robilibyśmy żadnych filmów, nie malowalibyśmy żadnych obrazów, nie pisalibyśmy książek… Jest to chyba nawet warunek zdolności do tworzenia przez nas całej kultury.

Może właśnie dlatego obrazoburcze filmy Buñuela brane były za coś więcej, niźli tylko wyabstrahowane z rzeczywistości produkty artystycznej wyobraźni: wiele z nich wywołało skandal, palono ich kopie, zakazywano projekcji, bojkotowano, wpisywano na kościelne indeksy…
Ale też – z tego samego względu – wywierały one rzeczywisty wpływ na widza, jak również na innych twórców; stawały się częścią europejskiej kultury, a np. „Los olvidados” wpisano na listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

greydot

Kiedy czytam czyjąś biografię, w zasadzie zawsze poddaję się słowu autora – biorę je za dobrą monetę, i to nie tylko dlatego, że gdybym cały czas pozostawał wobec niego sceptyczny, to odebrałoby mi to nie tylko przyjemność lektury, ale i jej poznawczy sens. Zwłaszcza jeśli autor jest postacią historyczną, liczącą się w europejskim dorobku kulturowym – tak jak to jest właśnie w przypadku Buñuela, uznanego przecież za jednego z najwybitniejszych reżyserów w dziejach kina.

„Szymon z pustyni” (1965)

Wydaje się, że Buñuel nie unika jednak opisywania sytuacji, w których zachowuje się – mówiąc oględnie – dwuznacznie, także kontrowersyjnie, niezbyt elegancko, a nawet nie za mądrze. Lecz robi to w sposób dość rozbrajający: w naszych oczach rozgrzesza go jego naiwność, otwartość i prostolinijność. Czyżby to wpływ (przywilej, przypadłość?), wieku podeszłego, w którym dyktował on swoje wspomnienia? (Nota bene spisywał je nie byle kto, a literat i artysta par excellence: Jean-Claude Carrière, współtwórca wielu scenariuszy do filmów Buñuela). Może tylko poza… lub kolejna „zgrywa”? Z tego typu artystami nigdy nic nie wiadomo.

Niejako w żart obraca Buñuel swoje – przejawiane przez całe życie – zamiłowanie do anarchizmu, prowokacji, rewolty, bluźnierstwa i szokowania innych. Dzięki temu jesteśmy skłonni, by stawiać to na równi z pewnym infantylizmem, jaki cechował jego dowcipy, czy kawały strugane otoczeniu; kojarzyć z dziecinadą jaka przejawiała się np. w puszczaniu papierowych samolocików z najwyższego w Madrycie wieżowca, czy nawet w bawieniu się (strzelanie we własnym gabinecie) jednym z liczącej 65 sztuk kolekcji pistoletów.

Coś z tego wszystkiego jest w jego filmach.

greydot

“Viridiana” (1960)

“Viridiana” (1960)

Zastanawiam się, czy wpłynęłaby lektura tych wspomnień na to, co pisałem o Buñuelu (a konkretnie o jego filmach) przed kilkunastoma laty (gdybym wówczas tę książkę znał).
Chyba jednak tak.
Ale jak?

Przede wszystkim nie traktowałbym tak zasadniczo i poważnie całej tej symboliki, której się w jego filmach można było doszukać (wówczas wydawało mi się usprawiedliwione i sensowne by np. nawiązać w jej kontekście do psychoanalizy Freuda czy wykładów Junga). Podchodziłbym do owych dywagacji ostrożniej, zważywszy na to, z jaką dezynwolturą wyraził się w swoim “ostatnim tchnieniu” reżyser o podobnym traktowaniu jego twórczości przez filmową krytykę.

Jednakże miałem chyba wówczas powody, by tak odbierać (i tłumaczyć sobie) te filmy, z których wiele scen wywarło na mnie szokujące wręcz wrażenie (mam na myśli nie tylko owo słynne przecinanie oka brzytwą w “Psie andaluzyjskim”, ale przede wszystkim te momenty, które ukazywały seksualną perwersję czy też wymierzony w religię jawny ikonoklazm).
Przypomnę tylko niektóre z tytułów: “Viridiana”, “Anioł zagłady”, “Dziennik panny służącej”, “Szymon Słupnik”, “Piękność dnia”, “Droga mleczna”, “Dyskretny urok burżuazji”, “Mroczny przedmiot pożądania”…

Jak je traktuję obecnie?
Cóż, po prostu: jako obrazy, które pojawiły się w wyobraźni Bu
ñuela, a które następnie przeniósł on na ekran.
A jaki był ich sens?
Może przygotowywały one Europę (i samego twórcę) na szok (ale już w twardym i rzeczywistym świecie) jaki wkrótce przeżyć miała Europa oglądając miliony prawdziwych trupów na polach bitew, w obozach koncentracyjnych, w gułagach, w rowach masowych egzekucji?
Może to sen, post-traumatyczna projekcja wrażliwego mózgu, który to wszystko zarejestrował już w rzeczywistości?

Czymże bowiem były owe ekranowe “bluźnierstwa” Buñuela wobec zbrodni, jakich dopuszczano się pod egidą katolicyzmu podczas wojny domowej w Hiszpanii? Czymże jest to „okrucieństwo” kinowe wobec okrucieństwa obu światowych wojen XX wieku? Czymże są te perwersyjne obrazy wobec dzisiejszego zalewu internetu przez nie znającą granic pornografię?
Nasza rzeczywistość raczy nas rzeczami, o których nie śniło się surrealistom.

greydot

Catherine Deneuve w "Piękności dnia" (1967)

Catherine Deneuve w „Piękności dnia” (1967)

.

UWAGA: powyższy tekst ukazał się po raz pierwszy na moim poprzednim blogu TUTAJ.

PRZYGODA MŁODEGO UMYSŁU (odnalezione w szufladzie)

*

Życie zatacza krąg – wszyscy wracamy do punktu wyjścia. To co się w nas kiedykolwiek odezwało, było w nas zawsze. Nawet jeśli brzmi teraz obco, było częścią nas samych. W czasie jednej z wizyt w moim domu rodzinnym, dość przypadkowo trafiłem na swoje wiersze, które napisałem mając mniej więcej 15 – 17 lat. Zupełnie o nich zapomniałem – tkwiły w jednej z dawno opuszczonych szuflad, do których nie zaglądałem od wielu, wielu lat. Dziwne to było uczucie odczytywać je na nowo: ta mieszanina ciekawości, zażenowania, sentymentu, zawstydzenia, melancholii… oto docierałem do kogoś, kto był mną w mojej młodości; a ponadto do bardzo specyficznego momentu w moim życiu, który teraz odzywał się echem w dawno nieporuszanych strunach, tkwiących we mnie, mimo upływu lat. 
Jaka jest wartość tych wierszyków? Dla mnie nie jest to teraz tak ważne, choć kiedy je pisałem, wydawały mi się istotne, bo oddawały stan mojego ducha i umysłu – wzburzonych wówczas niespełnioną miłością, tudzież lękami egzystencjalnymi, które towarzyszyły mi od wczesnego dzieciństwa.
Kiedy czytam je teraz, odczuwam lekkie zakłopotanie, bo widzę ich braki i mankamenty, pewne natarczywe wręcz repetycje – słowa tak wyeksploatowane przez wieki w poezji (te wszystkie serca, kwiaty, łzy, krew, usta, słońca, tęsknoty, krople i księżyce…) choć dla mnie były one wtedy świeże, pozbawione kiczu i pretensji – wydawały mi się być czymś naturalnym i adekwatnym w opisie i oddaniu tego, co w tamtych momentach przeżywałem i odczuwałem. Teraz zastanawiam się skąd mi się to wzięło. Czy to tylko wpływ literatury, którą wówczas namiętnie pochłaniałem? Chyba jednak nie – to co pisałem było autentyczne, niezapożyczone, choć obecnie widzę jak pławi się to wszystko w swoistym symbolizmie, pobrzemiewa jakąś mieszanką romantyzmu z egzystencjalizmem, defetyzmu z katastrofizmem, wreszcie psychologią kafkowsko-borgesowską, jungowsko-freudowską… Oczywiście, to wszystko w wydaniu na moją miarę. Wybrałem kilkanaście utworów. Widzę że większość z nich posiada podobną tonację – to rezultat nastrojów, które nawiedziły mnie dość gwałtownie tamtego lata, kiedy zbliżałem się do tzw. „pełnoletności” i cierpiałem katusze niezbyt szczęśliwie zakochanego nastolatka  ;)
Mam nadzieję, że moja odwaga opublikowania ich tu i teraz zostanie doceniona, choć nie oczekuję jednak żadnej taryfy ulgowej, jeśli ktoś będzie chciał je ocenić.

*

polna droga na Podkarpaciu (zdjęcie własne)

polna droga na Podkarpaciu (zdjęcie własne)

*
*

* * *

*

zabolało mnie piękno róży
jej czerwień
skradziona mej źrenicy
wbitym kolcem –
to krew
zabarwiła płatki
a kielich kwiatu
wypełnił się
twoimi ustami
zagrzmiały serca ptaków
i ból niemy
skonał w mych ramionach

*

greydot

*

* * *

*

Noc jest moją kochanką

a zazdrosny jestem

jedynie o gwiazdy

*
Nie podejrzewam bowiem
by zdradzała mnie
z tym łysym typem
Księżycem
        – starym truposzem
          żebrzącym Słońce
          o światło

*

greydot

*

* * *

*

brzytwą z oka
błękit wykroisz
i rzucisz
na pożarcie burzy
jak ochłap
łzę wystawisz
na urągowisko
deszczu

*

greydot

*

impresja in blue

*

zdziwione świtem
krople rosy
oczekują słońca
            – swojej śmierci
ich słabość truchleje
drżą srebrzyście
na ostrzu liścia
uśpionego popielatym
smutkiem nocy
otulonej
wilgotną pierzyną mgły

*

greydot

*

misterium babiego lata

*

Ach, jak tu pięknie jest wkoło
nawet kwiat błękitny
niedosiężny
nie rani

*

Rozbite stogów namioty
przylgnęły do traw
kobierców rozłożystych
i pachną

*

Kłosy ziarnem brzemienne
złotem rozpęknięte
są wyniosłe i dumne
i takie proste

*

Na puchu skrzydeł
na przestrzał obłokom
spływają miodem
krople pszczół
         – żółte płatki
           o lepkich palcach

*

Wypełnia się omdlałe
misterium dnia
babiego lata

*

greydot

*

obojętność

**

Pewnego razu przechodziłem
tuż obok
obojętności
i nie zważając na nic
przystanąłem
zaintrygowany płomieniem
uwięzionym
w jej cokole
z lodowych tafli

*

greydot

*

* * *

*

Gdzie chcesz dopłynąć
z tym żaglem
dziurawym na plecach
co bardziej ciężarem ci jest
niż wolności
obietnicą

*

Na mych skrzydłach płonących
                           – myślisz
wzbiję się na sam szczyt
                           – i rozpościerasz
                             swe cherlawe ramiona

*

Oddam wam cały żar mego serca
                           – mówisz
a wiesz, że nie wystarczy go nawet
na ogrzanie twojego ciała

*

greydot

*

natarczywość miękko okolona puklami włosów

*

Moje oczy spotkały się
z jej spojrzeniem
serce załkało trzepotem
słodko zagłębiłem się
w jej obraz
utkany z siateczki czerni
przemienionej
w barwną paletę
jej twarzy
której rysów obsesyjna obecność
                       była ciepła…

*

greydot

*

dwa razy serce w temacie

*

                           I

*

W moim sercu – pochmurne niebo
                         mówiące czerwonemu słońcu krwi
                         wiele czułości

*

W mojej duszy – zagubiony dzwon
                         brzmiący odnalezioną świadomością
                         wymowną milczeniem

*

                           II

*

W mym sercu drży iskra
ciągle żywa jeszcze,
lecz nie wiem
czy jest ona zmierzchem
czy też świtem
płomienia

*

greydot

*

* * *

*
                                                        czas jest zaledwie zwlekaniem
                                                        tego, co ma nadejść
**************************************José Hernández

*

Mówisz – jestem młody
te pokryte żółtym pyłem
dni nie są moje

*

odsłonięte przez czas

białe kości

należą do starca
który siedział w cichej czerwieni
zgarbionej jak on chaty
i patrzył tęsknie
na zachodzące słońce

*

wysuszone smutkiem zmarszczki
spływały z jego serca na ziemię
a siwowłosy wiatr
czesał czule
słomiane strzechy
rozczochrane

*

greydot

*

sen

*

chwila
dzieliła mnie
od Końca Świata
kiedy pomyślałem
o tym,
który był przedtem

*

                   obudziłem się
                   mając przed sobą
                   Wieczność

*

greydot

*

nieśmiertelny

*

Cóż to!
Pędzisz tak
bez tchu

z językiem na brodzie
z pianą na ustach
z wytrzeszczonymi oczyma

*

Poczekaj,
szepnę ci coś! – krzyczę

*

Za późno:
w obłokach pyłu
widzę już tylko
zad krzyża
wbitego w serce śmierci

*

greydot

*

* * *

*
                                                                     Ewie

Kochałem Ciebie…
gdy słońce rozpalało tysiące chłodnych iskier
na czymś, co było zupełnie podobne do śniegu
ale tak piękne
że nie mogło być rzeczywistością
ani żadną rzeczą,
która jej jest

*

Kochałem Ciebie…
gdy ostre konary drzew kaleczyły niebo
a z ran błękitu wypływały łzy deszczu
i mieszały się z moimi na pachnącej wiosną ziemi
łącząc się w bezimiennej przyjaźni

*

Kochałem Ciebie…

kiedy ptaki witały radośnie ludzi i drzewa
wydobywając z siebie dźwięki przedziwne
a wszystko było zaklęte
i wydawało się być dekoracją do baśni
pamiętanej przez dorosłe dzieci

*

Kochałem Ciebie…
drżącą ręką
lękającą się pokalania świętości Twego Ciała
urzekającego bielą
i barwami ciepłymi jak moje uczucie

*

Kochałem Ciebie…
i Twoje usta podobne nierealnej róży
której zapach był smakiem
tego, co było Tobą
i tylko Tobą

*

Kochałem Ciebie…
oczyma pochłoniętymi mgłą pragnienia
spotykającymi się z dwiema iskrami
Twych oczu
których bezmiaru nie pojąłem do końca

*

Kochałem Ciebie…

i czułem Twe ciało tuż obok mojego
a nasze zmysły przenikały się w szale uniesień
goniąc na spienionych rumakach pożądania
na zatracenie
ku wieczności

*

Kochałem Ciebie…
i może dlatego nie ma Cię już przy mnie

*

greydot

*

ona

*

Przyszła kiedyś do mnie
gdy czuwałem nad mymi dniami
usiadła, spojrzała na księżyc
(mogło to być również wygasłe słońce)
wiesz – usłyszałem –
dawno nie widziałam twojego uśmiechu…
                  (wstrząśnięty ukryłem twarz w dłoniach)

*

Zapytała mnie pewnego razu
kiedy pochylony nad korcem pór roku
oddzielałem noce od dni
zadrżałem nagle i podniosłem wzrok
ujrzałem wtedy jej oczy:
jestem zmęczona,
cały dzień ciężko pracowałam
                   – wyczytałem to z jej spojrzenia
                     (i nie pomogły zaciśnięte na uszach pięści)

*

Minęło wiele dni
a może lat
nie musiałem odwracać głowy
aby ją znów zobaczyć
zrezygnowany wypuściłem z garści
spłoszone godziny – byłem gotowy na wszystko
                   a kiedy jej wargi się poruszyły
                   przytuliłem się ufnie do jej piersi

*

greydot

*

rytuał

*

Piłaś świt do dna
Słońce rozpływało się w Twych ustach
Światłość wypełniła je po brzegi
a gwiazdy pobladły od trwogi
i zgasły
w milczeniu

*

Piłaś świt stężały
Mrok sączył się strumieniem,
wezbrał ciemnością,
aż połączył się z morzem nocy

*

A Ty piłaś
Świt budzący się w mym sercu
Świt, co wypalał me źrenice
Świt przemieniony w moją krew
Do dna…

*

greydot

*

wieczór Franciszka K.

*

oczy stężały
zamilkła pusta szklanka
zdziwiona niedopitą kroplą
purpurowe wskazówki zegara, uwięzionego przez czas
to one – krople łez mijających dni wyżłobiły
na twarz Franciszka K. swoje piętno codzienności
jest teraz sam – upragniona i przeklęta samotność
dusza uwięziona w ciele sączy się z ran
i bluźnierczo profanuje gwiazdy – jej macki
mają niekiedy kształt skrzydeł roztapiających się
w Wielkiej Niemożności
Franciszek K. jest człowiekiem
spętany krzyk trzepocze się w gardle – z jego ust
wydobywają się resztki
zwymiotowanego milczenia i nie zwiedzie go gwar
ulicy Nieznanych drzwi jego klatki zatrzaśnięte
nieruchomo – sztaby i okucia wykonane przez Największego
Artystę nie poddadzą się ludzkiemu uczuciu
o sile mimozy – więc nie próbuj wyłamać ich łomem
fałszywego współczucia
nie zwracaj uwagi na Franciszka K.
i wpatruj się w niego
jest zły i dlatego jest taki dobry
ludzie znają go i gdy pełznie
po zmurszałym śliskim murze pozdrawiają go
nie widząc swojego smutnego uśmiechu
K. Nienawidzi ludzi i dlatego tak ich kocha
tylko nieliczni dostrzegają jeszcze
jego prawdziwie piękne ciało
lecz większość z nich chwyta w siatkę
wstydu swe niebieskie motyle
ukradkiem rzucanych mu spojrzeń

*

greydot

*

Borges

*
                                 dla D.

*

Widziałem człowieka
           w odbiciu zwierciadeł
           tworzących rzeczywistość
           (mnożących Ciebie w nieskończoność)
Szedł trzymając wyciągniętą przez siebie laskę
           dotykał chłodnego muru labiryntu
           (słyszał siebie tuż za ścianą)
Chwalił otaczającą go ciemność
           natarczywie upominał się o jej przyjaźń
           (gdyż myślał, że cienie to nieskończona
           ilość pęknięć lustra, którego odłamki,
           dzięki swej nieprzeliczalności, są tak
           małe, że trudno je porównać ze źródłem
           odbitego światła i Twojej twarzy)
Mówił: słowa
           wyrywające się mej pamięci
           wielu pokoleń
           są martwe
           lecz Ty potrafisz je ożywić

*

Zjednocz się więc ze mną
w którymś ze światów
            (ten, o którym myślę, stanie się kiedyś Ciałem
            choć może też być jeszcze Słowem
            lub już istnieje)

*
Gdzieś w zakamarkach zakrzywionej przestrzeni i czasu
moja myśl będzie Twoją myślą
a ja – nie wierząc w swoje ogromne szczęście
nie odróżnię Cię od innych w tłumie ludzi
gdyż tłumem będziesz Ty

*

Wiem, że wytrąci to z pewnej dłoni sztylet
znaleziony na jednej z rozwidlających się ścieżek
             Ogrodu Wyobraźni
a dwoje oczu
wyglądających jak rozszczepiony Alef
będzie patrzeć
na jego rozsypujące się w proch ostrze
             (być może ujrzysz wtedy siebie
             lub coś, co na przykład nazwać możesz
             radością
                    … bo i tak nie będzie to miało
                        żadnego znaczenia)

*

greydot

*

* * *

*

Tęsknota, ta wieczna tęsknota:
objąć cały świat
                 nie z zachłanności
                 nie z zachwytu
                 nie z miłości…
lecz po to,
by wypełnić pustkę

zdławić absurd
wyciszyć lęk
ukoić cierpienie
na zawsze…

*

greydot

*

TOSKANIA – W DRODZE DO KRAIN Z MITÓW I SNÓW

Toskania… z pieskiego punktu widzenia

Nasze mity podróżne mogą sie potykać o przydrożne kamienie, ale nigdy nie zostają porzucone. Nigdy też nie opuszczają prawdziwego pielgrzyma. Realna twardość miejsc, do których docieramy nie jest w stanie odebrać im mglistej aury czegoś nieokreślonego – czegoś, co pojawiło się w śnionych przez nas na jawie obrazach, w marzeniach o przygodzie, o odzyskaniu utraconego raju, w tęsknocie za doświadczeniem Niezwykłego.
Lecz próżna byłaby nasza pogoń za duchem miejsca, za magią jaką emanują lokalni bogowie, za poezją prozy życia tubylców, gdybyśmy tej cudownej aury nie mogli dostrzec na co dzień – nawet w tej przyciasnej klatce naszych przyzwyczajeń, w monotonii karmienia się chwilą powszednią, w rutynie marnotrawienia czasu przeciekającego nam przez palce – zaprzepaszczaniu godzin, dni i lat naszego życia.
Cudowność świata zabieramy do torby podróżnej, walizki lub plecaka z nami. To bagaż, który nie jest ciężarem a ciągłym zadziwieniem.
Cudowności świata się nie szuka, nie wygląda… ona nigdzie na nas nie czeka. Ona jest tu i teraz albo… nie ma jej – dla nas – wcale.

greydot

Czy każda podróż musi mieć swój cel? Czy na pewno sens jest w tym co znajdujemy? A może więcej sensu jest już w samym szukaniu? Może sama droga ważniejsza od dotarcia na miejsce, które przecież zawsze wydaje się nam jakimś kresem?
Prawdziwy podróżnik (możemy go równie dobrze nazwać pielgrzymem) bardziej przypomina żyda-tułacza lub latającego Holendra, czyli kogoś, kto nigdy nie dotrze do celu, bo ten cel jest ruchomy. Nieznane staje się dla niego znanym ale za tym poznanym ciągle jest coś nieznanego. Stąd to permanentne rozdarcie od początku drogi po koniec… koniec, którego zresztą wyraźnie nie widać – bo jest to punkt, który przemieszcza się wraz z linią horyzontu, nigdy nie znikając.

Ile jest w tej tułaczce z wyboru, a ile z przeznaczenia?
Czy nawet stojąc na rozstaju dróg ten dylemat wędrowca – gdzie iść? – i jego wybór może mieć jakiekolwiek znaczenie? Ciekawość świata kusi, moc możliwości rzuca wyzwanie. Więc znów wędrowiec rusza przed siebie. Boczna ścieżka staje się głównym traktem, a main street przypadkowym szlakiem (albo też na odwrót). Kierunki biegną we wszystkie strony świata, by w jakimś miejscu ponownie się spotkać – przeciąć, minąć, a może przejść obok?
Cały nasz świat pokrywa pajęczyna dróg.
Na ile jednak tkamy tę pajęczynę sami, a na ile jesteśmy ofiarą, jaka w tę sieć wpada?

greydot

Ludzie i pejzaż.
Czy kultura może mieć jakikolwiek związek z krajobrazem, z rzeźbą ziemi zaludnionej przez tych, którzy ową kulturę tworzą? Jeśli dodamy do tego klimat, to odpowiedź na pewno będzie twierdząca.
Bogowie zawsze zamieszkiwali miejsca trudno dostępne dla ludzi. Spoglądali na nas z góry, z nieba, chowali się pod ziemię, kryli w głębinach, także w księgach; byli krzakiem gorejącym na pustyni, bezpostaciowym głosem, tajemnym znakiem, promieniem światła, powiewem wiatru…
I zazwyczaj byli bardziej okrutni tam, gdzie okrutniejsze były warunki życia. Łagodnieli, gdy wszystkiego było w bród, zwykle stając się wtedy bardziej ludzkimi.

Toskański pejzaż ma w sobie coś, co niekoniecznie domaga się wznoszenia oczu ku niebu, by odszukać tam Boga. Może dlatego, że boską harmonię i złote światło można odnaleźć na falujących niczym łagodne morze winno-oliwno-cyprysowych wzgórzach? I w ten sposób zwrócić większą uwagę na człowieka, na piękno i doskonałość, którą można osiągnąć – po ludzku – samemu, bez odwoływania się do Tego, co na wysokościach, bez proszenia o to wszystko niedostępnego skądinąd Boga? Może właśnie dlatego człowiek w Toskanii mógł się odrodzić? To przecież tu, nigdzie indziej, ma swój początek Renesans, epoka-zalążek współczesnej cywilizacji Zachodu.

greydot

Rzadko która fotografia przedstawiająca dzieło sztuki sama jest dziełem sztuki. Zwykle jest ledwie rejestratorką, która dokumentuje (i prezentuje) czyjś artystyczny wysiłek. I jest tym lepsza, im więcej zdoła owej artystycznej wartości dzieła nam przekazać.
Paradoksalnie, sama staje się dziełem sztuki dopiero wtedy, kiedy odbiera przedmiotowi swojego zainteresowania część jego artyzmu, zawłaszczając go niejako dla siebie i transformując.

Przebywanie z aktywnym aparatem fotograficznym w tak przepełnionym sztuką (i krajobrazowym walorem) miejscu jak Toskania, niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Człowiek zamiast tworzyć, zaczyna konsumować – staje się do pewnego stopnia (nie tylko kulinarnym, ale i estetycznym) żarłokiem, którego z czasem ogarnia nawet coś w rodzaju słodkiego lenistwa. Lecz to dolce far niente nie ma nic wspólnego z próżniactwem – bardziej jest uległością wobec przyjemności jaka sączy się niczym nektar z wszechobecnej dookoła toskańskiej sztuki, z sielskiej łagodności toskańskiego pejzażu, z owoców tej ziemi i z tego co pozostawili po sobie toskańscy artyści.
A jednak nie pociąga to za sobą mdłości – dobre wino nie może być słodkie, w oliwce jest sporo goryczy, czerwone mięso ma w sobie krwistą dzikość, a mgły i deszcze otulają czasem wzgórza, szczędząc im słonecznego przegrzania, uwiądu, suszy i przejaskrawienia.

greydot
Uległem oczywistości toskańskiego piękna – dałem się uczynić niewolnikiem rozbrajającej malowniczości toskańskiego pejzażu, estetycznej harmonii i mistrzostwa sztuki (nie tylko renesansowej, ale i romańskiej); zagubiłem się chętnie wśród ochry, żółci i palonej sieny średniowiecznych uliczek i murów; chłonąłem oliwkową zieleń wzgórz, próbowałem dojrzewającej czerwieni winogron…
Warto było – dla tej błogiej i bezwstydnej sielskości, która działając na wszystkie nasze zmysły czyni z nas bezczelnego hedonistę. Lecz nawet jeśli poddajemy się tam hedonizmowi, to ten toskański hedonizm jest pełny, łagodny i dojrzały niczym stare dobre chianti.
Pod słońcem Toskanii zawsze było łatwiej sycić zmysły i doznawać rozkoszy, ale raczej nie zamieniało to człowieka w sybarytę. Zapobiegał temu pewien rodzaj wyrafinowania, o którym przypominały choćby kreski i sztychy mistrzów malarstwa, śmiałe projekty architektów, dążenie do doskonałości, harmonii, proporcji i piękna; wreszcie: ciekawość tego wszystkiego, co ludzkie.

greydot

A jednak zdarzały się rebelie – także ten humanistyczny paradygmat miał swoich dysydentów.
Czyżby w końcu Bóg katolików zaczął być o to wszystko zazdrosny? Tak, jakby rozkosz nie zbliżała nas do nieba, ale prowadziła na manowce? Tak, jakby cierpienie przestawało stanowić centrum chrześcijańskiego świata? Tak, jakby renesansowe piękno pociągało za sobą amnezję zadżumionej Europy?
Savonarola zaczął grzmieć na italskich ambonach, oskarżając pańskość wielmożów o próżność i ucieczkę od chrześcijańskiej ascezy. Zebrał nawet obrazy, klejnoty, bogate stroje, „nieobyczajne księgi”… i spalił to wszystko na Piazza della Signoria – głównym placu Florencji. Lecz Medyceusze tak łatwo nie oddali pola. A była to nie tylko walka o zachowanie politycznej potęgi, ale i o władzę, zarówno nad wzniosłą duszą, jak i zmysłowym ciałem – więc w tym samym miejscu spłonął też w końcu sam zbuntowany mnich.
Mimo to ziarno strachu przed dies irea zostało posiane. Ludzie w dolinie Arno przestali dowierzać ludzkiej doskonałości wzmacnianej dotychczas geniuszem swoich jakże licznych mistrzów. Ponownie zwrócili oczy ku niebu, swoje miasta oddając – symbolicznie i dosłownie (co zobaczyć można do dzisiaj na wielu obrazach i freskach) – w ręce świętych i patronów.

A Machiavelli? Czy to możliwe, by w tym raju ziemskich rozkoszy wyrosła taka bestia jak on? Jego „Książę” świadczy o tym, że tak. Ale czy machiawelizm był bardziej produktem toskańskiego hedonizmu, czy też może praktyczności (i skuteczności) uniwersalnych w ludzkim świecie reguł trzymania wszystkich poddanych za twarz? Jak pamiętamy, na nic się jednak zdało Machiavellemu to jego przemądrzałe lizusostwo, bo również i jego samego Medyceusze wrzucili bezpardonowo do lochu, gdzie gnił już do końca żywota, mając tam sporo czasu, by zrewidować swoje kategoryczne poglądy na ludzką naturę (a może jednak… by się w nich jeszcze bardziej utwierdzić?)

Tak… okazuje się, że kiedy pogrzebiemy nieco głębiej w historii – nawet tak archetypicznie sielskiej krainy jak Toskania – to zawsze można wywlec na wierzch jakaś stęchliznę faktów już nie tak chwalebnych, pięknych i radosnych.
Więc po co grzebać? Może lepiej jest – mając w końcu na cieszenie się Toskanią tak mało czasu – po prostu zadowolić się jej przyjemną i łagodną powierzchownością? Diabeł leży szczegółach, więc może lepiej jest nie podsłuchiwać tych jego szatańskich podszeptów?

greydot

Nie wszędzie motoryzacja wydaje się być obcym wtrętem – czymś agresywnym i nie na miejscu. Trudno sobie bez niej wyobrazić np. Manhattan – a jeśli już takie wyobrażenie przywołamy do wyobraźni, to będzie ono przypominało obraz apokalipsy.
Także amerykańska pustynia dała sobie świetnie radę z tym highway’owy wtrętem. Ciągnąca się pod horyzont nitka asfaltu podkreśla tylko jej organiczny charakter; oddaje sprawiedliwość owej niezmiernej przestrzeni. Autostrada nie tyle nas z pustynią oswaja, co od niej izoluje, choć nadal pozostaje dla nas ta pustynia spektaklem.

Rzucona przez Toskanię autostrada jest jak cięcie noża. To blizna, zranienie, coś, co jest bolesne i jakby nie na (swoim) miejscu. Obca intruzja, zanieczyszczenie – zaburzenie oliwkowo-winnej harmonii wzgórz.
Wyjeżdżając z Pizy, pogubiłem drogę szukając wjazdu na autostradę prowadzącą do niezbyt odległej przecież Florencji. Cały czar Toskanii w tym momencie prysł, genius locci się ulotnił – znalazłem się oto w amorficznym i pozbawionym charakteru świecie współczesnej cywilizacyjnej infrastruktury (już samo to określenie brzmi okropnie), która równie dobrze mogłaby znajdować się w jakimś innym zdeprawowanym przez motoryzację miejscu.
Na szczęście tych superszybkich autostrad w Toskanii jest mało. Jest za to mnóstwo lokalnych dróżek, wąskich i krętych, które zwykle podążają śladami odwiecznych traktów jakie dawniej łączyły ze sobą wszystkie te miasta-państwa-królestwa, które choć miniaturowe, to były jednak wówczas osobnymi światami. Jadąc dziś po takich drogach nie odczuwamy już tego zawłaszczenia nas przez pęd i tłok dróg szybkiego ruchu. Bardziej jako współczesną dogodność podróży, nie niweczącą wszak doświadczenia tego, co jest tej ziemi topograficzną esencją: pofałdowanego łagodnie krajobrazu, następujących po sobie obrazów nawiedzanych krain, pełnych niespodziewanych, a jednak niezmiennie malowniczych zakątków.

greydot
Zamienione w banały truizmy: życie jest podróżą, każda prawdziwa podróż jest podróżą wgłąb siebie, (czyli poszukiwaniem samego siebie). I wynikający stąd (równie banalny) wniosek: gdziekolwiek nie dotrzemy, dokądkolwiek byśmy nie uciekli – tam zawsze spotkamy siebie samych… (co zresztą może być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem).
I jeszcze przypomnienie jak najbardziej a propos: podróże kształcą, ale raczej tylko ludzi… wykształconych.

Co to znaczy?
Otóż nie mniej, nie więcej jak to, że to my za wszystko jesteśmy odpowiedzialni – że to właśnie nasza osobowość, charakter, oczekiwania, ciekawość, wrażliwość, otwartość, głód przygody, bogactwo wnętrza; ale i nasza ignorancja, lenistwo, nieprzychylność dla świata czy wrogość, sarkazm, kpina i zła wola kształtują naszą relację z miejscem, które odwiedzamy. I do pewnego stopnia – choć w sposób względny – wszystko to kształtuje zarazem samo miejsce. Jeśli ktoś znajdzie smutek w zamglonej dolinie – to ten smutek rzeczywiście tam jest. Jeśli na kogoś spłynie radosne ciepło toskańskiego słońca – to ta radość w tym słońcu jest.
Nasza spostrzegawczość czyni miejsce i obraz ciekawym i bogatym w szczegóły, podobnie jak nasza ślepota pozbawia obraz piękna i koloru.
To tak, jak stwarzać coś, powołać do życia samym nazwaniem; to tak, jak unicestwić coś tylko tym, że nie potrafimy tego dostrzec, a tym samym – nazwać.
Światy, w których żyjemy, powstają w nas samych. Nasze piekła i nieba trwają tuż obok siebie, często znajdując się nawet w tym samym miejscu.

greydot

Spotkania z Toskanią: Virginia Wolf, Twain, Dostojewski, Stendhal…
czytając ich relacje, odnoszę wrażenie jakby każdy z nich spotykał się z inną krainą.
Mark Twain sobie kpi, stając nad przepływającą przez Florencję Arno: „To takie popularne podziwiać Arno. To wielki historyczny potok, kanalik szeroki gdzieś na cztery stopy, z całą tą pływającą w nim szumowiną. To byłaby bardzo przyjemna rzeka, gdyby tylko wpompowali w nią trochę więcej wody. Oni wszyscy nazywają to rzeką. Naprawdę ubzdurali sobie, że jest to rzeka – te cholerne ciemniaki z Florencji. A żeby jakoś usprawiedliwić tę bzdurę, to wybudowali tu nawet kilka mostów – jakby nie mogli po prostu przechodzić tego rowu w bród”. (tłum. własne)
Ha, ja Twaina lubię, więc mu tę zgryźliwość wybaczam. W końcu to nic innego, jak żart z Florentyńczyków.
Współczuję zaś Dostojewskiemu, który trafił we Florencji na mordercze upały: „Kiedy zobaczyłem na ulicach dobrze ubrane Angielki, a nawet Francuzki, to nie mogłem pojąć dlaczego ci ludzie, mając pieniądze na to żeby stąd uciec, godzą się dobrowolnie, by pozostawać w takim piekle.”
Mroczny skądinąd Dickens zachwyca się Sieną, a zwłaszcza Pizą, nazywając sakralne budowle Campo dei Miracoli „najbardziej niezwykłymi, najpiękniejszymi na świecie”, (nota bene, samo „Pole Cudów” zawdzięcza swoje miano włoskiemu poecie Gabrielowi d’Annunzio).
Virginia Wolf pojawia się natomiast w Toskanii z całą tą swoja chodzącą mieszanką melancholii, nadwrażliwości i drobiazgowej spostrzegawczości, zwracając głównie uwagę na ludzi, ale i pisząc o toskańskiej country side, o tym „morzu cieni z rdzawo-czerwonymi wyspami farm otoczonych czarnym obramowaniem z cyprysów. Nieskończona pustka, samotność, cisza – nigdzie żadnej budowli, ani wioski, tylko winnice i drzewka oliwne, które były tu od zawsze. Wzgórza robią się blado-niebieskie, ich ostre kontury miękną na tle nieba; wzgórze za wzgórzem.” (tłum. własne)

greydot

Syndrom Stendhala. Zachwyt i entuzjazm kogoś, kto oto znalazł się w miejscu gdzie żyli i tworzyli jego artystyczni idole, w otoczeniu dzieł sztuki i arcydzieł, które, jak dotąd, obecne były zaledwie w jego wyobraźni, pamięci – w świadomości oderwanej od fizycznej styczności.
Czegoś takiego doświadcza właśnie Stendhal, wjeżdżając do Florencji (przypominam: miasta Giotta, Dantego, Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Petrarki, Boccaccia…). Oto co przydarzyło się mu w podczas wizyty w pełnym grobowców (m.in. Galileusza, Michała Anioła, Machiavellego) kościele Santa Croce: „Co za fantastyczne zgromadzenie! Przypływ emocji, które wypełniły mnie tak dogłębnie, że trudno je było odróżnić od religijnego uniesienia i zachwytu. Moja dusza, na samo tylko uświadomienie sobie tego, że jestem we Florencji, w pobliżu tych wielkich ludzi, wpadała w trans. Zatopiony w kontemplacji wysublimowanego piękna, mogłem przenikać samą jego esencję, która stała się bliska jak na wyciągnięcie ręki; czułem jego treść pod opuszkami palców. Dosięgłem owego najwyższego stopnia wrażliwości, gdzie obecna w sztuce świętość łączy się z pełną pasji zmysłowością emocji. Kiedy wychodziłem z Santa Croce, dopadły mnie gwałtowne palpitacje serca; szedłem w ciągłej obawie, aby nie upaść na ziemię”. (tłum. własne)

Cóż… literacka ranga autora „Czerwone i czarne” nie pozwala nam na skwitowanie całego tego zamieszania wzruszeniem ramion i stwierdzenie: „ot, jeszcze jedna przesadna egzaltacja”.
Dlaczego jednak przesadna? Czy bezmyślne, bezrefleksyjne i całkowicie obojętne (choćby na sztukę) reakcje tłumów wylewających się (nie tylko we Florencji) z uprawiających masową turystykę autobusów są już w normie, bo nie przesadzone?

Warto żyć uważnie.
A tym bardziej warto uważnie podróżować.

greydot

Dzisiaj rano otrzymałem od mojego znajomego wiadomość. Dowiedział się, że wkrótce wybieram się w podróż do miejsca, gdzie byliśmy razem prawie 10 lat temu. W swoim liście pisał: „W ostatnim czasie wiele razy przywoływałem w pamięci tamte obrazy. Zazdroszczę Ci. Jeśli będziesz na tej plaży gdzie biegaliśmy, to nie zapomnij o paru dużych muszelkach. Właśnie m. in. dla tych muszelek chcę tam jeszcze kiedyś pojechać”.
Tak, można tęsknić za podróżą do miejsca odległego o parę tysięcy mil tylko dlatego, że można tam znaleźć muszle, które pragnie się dotknąć; można planować wyprawę wgłąb dżungli, tylko po to, by zobaczyć rzadkiego ptaka, albo na czubek niebosiężnej góry, by dotknąć jaj szczytu i rzucić jedno spojrzenie na leżącą u naszych stóp dolinę. Jeśli tak, to tym bardziej można przebyć morza, rzeki i oceany, by znaleźć się na wyciągnięcie ręki od namalowanego przez Goyę psa, albo zobaczyć z bliska Venus Botticellego; by odszukać pewien fresk Giotta, dotknąć marmuru, którego dotykał również Michelangelo, stąpać po bruku, po którym chodził też Dante…
Bo w tym wszystkim nie chodzi o przedmiot. Materia jest ledwie pretekstem dla naszej duszy tułającej się w poszukiwaniu czegoś ulotnego i mglistego, czegoś nieokreślonego, ale wydającego się nam tym czymś… najważniejszym; tym, co naprawdę liczy się dla nas w życiu.

greydot

Co jest pod podszewką rzeczywistości?
Chyba następna podszewka.
Warstwy świata odsłaniają się przed nami – jeden wymiar przechodzi w drugi – i znów się coś zasłania, ginie nam z oczu.
Rzeczywistość pulsuje, wszystko ma swój rytm – pojawiania się i znikania.
Tak, jak po każdej fali przychodzi kolejna fala, czas kurczy się i rozszerza przypominając nam o nieskończoności.
Czy jednak Ocean jest wieczny?

Czy toskański raj nie kończy się za ostatnim wzgórzem? Czy nie staje się coraz bardziej wyblakły jak malowany krajobraz na freskach Giotta albo na płótnach Leonarda, Rafaela, Botticellego?
Czy naprawdę istnieje?

greydot

**

Tuż przed winobraniem: dojrzałe, soczyste, brzemienne kiście winogron

*

Terakotowe psy zapatrzone w toskański krajobraz (z tarasu Villi Vignamaggio w Chianti, domu urodzenia Mony Lizy)

*

*

Zmierzch nad rzeką Arno i mosty Florencji

*

*

Tryumf artysty nad materią: „Perseusz z głową meduzy” Celliniego i „Porwanie Sabinek” Boulonge’a – rzeźby wystawione od wieków na widok publiczny na Piazza della Signoria, głownym placu Florencji

*

(zdjęcia własne)

Zapraszam do obejrzenia nowej wystawy zdjęć z Toskanii pt. „W KRAINIE SŁOŃCA, WINA I SZTUKI” , która ukazała się właśnie na blogu fotograficznym „ŚWIATOWID”, jak również na stronę „brulionu podróżnego (ilustrowanego)”, gdzie można obejrzeć TOSKAŃSKIE PANORAMY.

*