SINGAPUR – cud socjotechniki czy wspaniała katastrofa?

.

Nowoczesny kompleks Marina Bay jest architektoniczną wizytówką Singapuru

.

       Nie uważałem, że Singapur wart jest tego, aby być celem osobnej podróży do Azji, ale nie miałem wątpliwości, że warto go odwiedzić. Kiedy więc wybierałem się do Birmy, postanowiłem zrobić sobie tygodniowy stop-over właśnie w Singapurze.
Siedem dni i osiem nocy w jednym miejscu to sporo, jak na stop-over, ale okazało się, że tego czasu nie było jednak za dużo – nawet jak na zwiedzenie miejsca porównywalnego obszarowo do Warszawy (choć na tym wszelkie porównania tego państwa-miasta z naszą stolicą się kończą).
Wrażenia z pobytu tamże spisywałem na gorąco, ale pojęcia nie mam, gdzie się te zapiski zawieruszyły. Jednak wspomnienia singapurskie nadal są we mnie dość żywe (nie mówiąc o setkach zdjęć, które wtedy zrobiłem, wspomagających teraz moją pamięć), więc nie sądzę, aby te kilka lat, które dzielą mnie od tamtej podróży, były przeszkodą w podzieleniu się moimi wrażeniami teraz – w formie tej relacji.

FENOMEN TYGRYSA

       Dużo myślałem o fenomenie tego cywilizacyjnego tworu, którego nie można chyba porównać z żadnym innym azjatyckim „tygrysem” (do jakich Singapur jest zaliczany) – i to z kilku powodów. Przy czym jego sukces (który paradoksalnie można też wiązać z… porażką) jest na tyle wymowny kulturowo, jeśli chodzi o przyszłość cywilizacyjną świata, że warto poświęcić mu pewną uwagę i garść refleksji.
Co też niniejszym czynię.
Nie mam zamiaru opisywać tu wszystkich ważniejszych atrakcji turystycznych Singapuru (w Internecie można znaleźć tony informacji na ten temat), a raczej skupić się na moim (oczywiście, że subiektywnym) indywidualnym doświadczeniu, jak również podzielić własnymi myślami i wnioskami, które były rezultatem pobytu w Singapurze oraz bliższego przyjrzenia się istocie i funkcjonowaniu tego maleńkiego obszarowo, ale jednocześnie jednego z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych (technologicznie) państw świata.
To są fakty. Na Singapur z zazdrością spoglądają nie tylko kraje tzw. „trzeciego” świata, czy jego azjatyccy sąsiedzi, ale i wszelkiej maści biznesmeni, finansiści, naukowcy, technolodzy, architekci i entrepreneurzy, którzy lgną do tego raju możliwości jak pszczoły do miodu.
Dlaczego więc wspomniałem o porażce? (Wiem, że będę się musiał z tego wytłumaczyć.)
Nie będę ukrywał, że Singapur zrobił na mnie wielkie wrażenie, mimo że nie należę do entuzjastów industrializacji i urbanizacji, która w tempie wręcz galopującym zaczęła się rozprzestrzeniać w ciągu ostatnich dekad na świecie. Począwszy od ultra-nowoczesnego lotniska Changi (przez wielu uznanego za najlepsze lotnisko na świecie), przez kosmopolityczny eklektyzm i rozmach, multi-kulturowość, infrastrukturę funkcjonującą jak w precyzyjnym zegarku; po architektoniczne dziwy i cudeńka, wyjęte jakby wprost z futurystycznej fantazji i nieograniczonej niczym wyobraźni. Musiałem więc ochłonąć, aby dojrzeć to, co za tą fasadą się kryje – i jak przekłada się to na ludzkie doświadczenie w sensie kulturowych skutków i powikłań.
Nie ma wątpliwości, że Singapur w ciągu zaledwie półwiecza od ogłoszenia swojej niepodległości dokonał rzeczy niesamowitej, pod względem ekonomicznym i technologicznym osiągając z nawiązką to, co sobie (pod przewodnictwem Lee Kuan Yew, lidera Partii Akcji Ludowej, nota bene sprawującej władzę w państwie nieprzerwanie od 1959 roku) zaplanował, stając się jednym ze światowych liderów w bankowości, edukacji, transporcie, inżynierii, medycynie… charakteryzując się niezwykle gwałtownym tempem rozwoju zwłaszcza przemysłu elektronicznego, rafineryjnego, chemicznego, maszynowego. Dochód narodowy tego państwa na głowę mieszkańca jest jednym z najwyższych na świecie, podobnie jak osiągnięty standard życia.
Sukces gospodarczy zawdzięcza Singapur nie tylko bardzo dogodnemu położeniu geograficznemu, ale i konsekwentnym postawieniu na edukację, naukę i rozwój nowoczesnych technologii, przy jednoczesnym otwarciu na świat, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą, handlową i finansową. Ów sukces ekonomiczny przełożył się nie tylko na bogactwo kraju, stabilność i wysoki standard życia jego mieszkańców, ale i na bezpieczeństwo, modernizację, czystość, zaspokojenie potrzeb komunikacyjnych i mieszkaniowych oraz wyeliminowanie przestępczości.

Na pierwszym planie: fragm. Art Science Museum, na drugim: hotel Marina Bay Sands

BÓG POSTĘPU I TOŻSAMOŚĆ

       Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Zdaję sobie sprawę z tego, że to moje stwierdzenie (podobnie jak wcześniejsze użycie słowa „porażka”) jest kontrowersyjne i może wyglądać na pewną prowokację, ale postaram się to wyjaśnić. (Jest przy tym oczywiste, że z moimi wnioskami nie wszyscy muszą się zgadzać.)
Kiedy w latach 60. XX wieku Singapur ogłaszał niepodległość – przekształcając się z kolonii w samodzielne państwo – jego liderom (i mieszkańcom) chodziło głównie o przetrwanie. Czasy były niespokojne, ekonomicznie niepewne, pełne konfliktów etnicznych i rasowych. Tak było w Singapurze przez pierwsze kilkanaście lat, ale w latach 70. kraj zanotował pierwszy boom gospodarczy i mimo okresowych spowolnień rozwoju ekonomicznego, hossa trwała przez całe dekady.
Jednakże nawet w państwie, gdzie rozwój gospodarczy, przemysłowy i ekonomiczny jest bogiem – i gdzie temu rozwojowi podporządkowane są przyjęte/wyznawane wartości etyczne – naród (społeczeństwo) musi posiadać jakąś tożsamość.
Wiedzieli o tym jego przywódcy. I oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak trudne może być wykształcenie (utrzymanie?) tej tożsamości w tak zróżnicowanym religijnie i rasowo społeczeństwie – w państwie mającym na dodatek niezwykle ambitne plany nowoczesnego rozwoju – i to w perspektywie globalnej, a nie tylko zaściankowej.
Ważnym faktem w tym kontekście jest to, że 75% ludzi zamieszkujących Singapur to etniczni Chińczycy (14 % ma pochodzenie malajskie, 8% hinduskie) i mimo tego, że struktury organizacyjne państwa zostały odziedziczone głównie po brytyjskiej kolonii, to bez wątpienia Singapur jest państwem na wskroś orientalnym – stworzonym przez Azjatów.
I podobnie jak cała Azja, zderzył się z problemem westernizacji.
Z tym, że w Singapurze – właśnie ze względu na gwałtowną modernizację i rozwój ekonomiczny (który nie byłby możliwy bez współpracy z Zachodem i ogólnej globalizacji) – ten dylemat ujawnił się ze szczególną ostrością.

PÓŁKSIĘŻYC I GWIAZDY

       Kiedy tworzono singapurską państwowość, przyjęto biało-czerwoną flagę, na której – obok półksiężyca, symbolizującego młode rozwijające się państwo – znalazło się pięć gwiazd, które z kolei były symbolami demokracji, równości, pokoju, postępu i sprawiedliwości. Wraz z braterstwem (barwa czerwona), czystością i prawem (barwa biała), były to podstawowe ideały i wartości, którymi państwo zadeklarowało się kierować.
Deklaracje deklaracjami, ideały ideałami, jednak w praktyce zderzono się z największym chyba paradoksem progresywizmu na Wschodzie: jak wraz z postępującą na olbrzymią skalę westernizacją (przyjmowanie zachodnich wzorów, stylu życia, funkcjonowania różnych instytucji, infrastruktury, popkultury) zapobiec mentalno-kulturowej erozji i zachować wschodnią tożsamość?
Singapur z tym paradoksem zderzył się jeszcze mocniej: jak, mając kosmopolityczne parcie, nie wykorzenić się przy tym i nie rozmyć w globalnej brei?
Na Zachód patrzono jednocześnie z podziwem i odrazą. Przyczyniała się do tego nie tylko post-kolonialna idiosynkrazja, ale przede wszystkim postrzeganie kultury zachodniej jako zagrożenie z powodu cechującego ją indywidualizmu, liberalizmu, materializmu, narkomanii i alkoholizmu (tak to tutaj postrzegano).
Innym, nie mniej ważnym problemem, było sprostanie ideałowi równości rasowej i religijnej tolerancji w państwie multi-religijnym i multi-rasowym, jakim de facto był Singapur. Z jednej strony bowiem, nie można było oprzeć się na jednej religii i rasie, z drugiej zaś niemożliwe było wynalezienie nowych wartości a zwłaszcza dziedzictwa (czyli tożsamości) tworząc wszystko from the scratch (od samych podstaw), bo dziedzictwo/tożsamość zawsze musi mieć swoje korzenie.
Uniwersalne wartości (jak np. etos ciężkiej pracy, wytrwałości, poświęcenia, oszczędności, zapobiegliwości, zaradności) takiej tożsamości nie dostarczały. Nie można też było oprzeć wszystkiego na konfucjanizmie (choć zdecydowana przewaga liczebna etnicznych Chińczyków miała jednak ostatecznie największy wpływ na tego dylematu rozwiązanie).
Stojąc przed tym wyzwaniem Partia Akcji Ludowej zdecydowała się na krok… jeśli nie desperacki, to na pewno pryncypialny: stworzenie czegoś, co nazwano „ideologią narodową”, której fundament stanowić miały takie zasady i wartości, jak: „społeczeństwo ponad jednostką”, „rodzina jako podstawowa i najważniejsza komórka społeczna”, „pomoc wspólnotowa i poszanowanie dla jednostki”, „konsensus ponad konfliktem”, „rasowa i religijna tolerancja i harmonia”.
Jeśli komuś te ideały wydadzą się autorytarne, zalatujące komunizmem, a nawet totalitaryzmem, to są jednak podstawy, żeby się z tym zgodzić. Nie mówiąc już o kwestii jak idealna teoria przystaje do realnej praktyki.
Dla mnie krytycznym i najbardziej radykalnym postulatem jest tutaj postawienie społeczeństwa ponad jednostką, co zawsze i nieuchronnie prowadzi do łamania praw człowieka (rozumianych tak, jak to przyjęto w Powszechnej deklaracji praw człowieka, którą stworzono po doświadczeniach II wojny światowej, również w celu zapobieżenia totalitaryzmom takim, jak faszyzm czy komunizm).
To, co przed chwilą napisałem może wyglądać na marudzenie idealisty i pięknoducha, bo przecież każdy widzi, jaki „tygrys” jest – i to, że sukces Singapuru jest oszałamiający a miliony ludzi żyją tam wygodnie, nowocześnie, bezpiecznie i dostatnio.
A jednak…

Podłączeni ale czy połączeni? Scena w singapurskim metrze.

.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT?

       Co się dzieje, kiedy rozwój staje się celem samym w sobie? Czym jest wolność, jeśli sukces i spełnienie musi się mieścić w formie sztucznie ustalonego formatu? Dlaczego konkretne dobro indywidualnego człowieka jest uważane za mniej wartościowe niż abstrakcyjne dobro mrowia (ogółu)? Dlaczego ścisłe ceni się bardziej niż swobodne, luźne i artystyczne? Czy czystość można utrzymać tylko wtedy, jeśli będzie się nękać ludzi zakazami i groźbą niebotycznych mandatów? Czy na pewno sterylne oznacza zdrowe? Jaki to jest szacunek dla ludzkiego ciała, skoro za normalną karę przyjęło się chłostę, zostawiającą najczęściej bliznę na całe życie? Dlaczego wysokość zarobków ma być jedynie słusznym kryterium ustalania społecznej hierarchii i zależności? Czy można tchnąć ducha w maszynę?
Czy tak ma wyglądać Nowy Wspaniały Świat?
Takie pytania można zadać w konfrontacji z singapurskim „sukcesem”.
Wysłuchałem wiele opinii pochodzących od ludzi zamieszkujących – krócej lub dłużej – Singapur. Niestety, przeważały wśród nich te negatywne, choć oczywiście nie brakło też pozytywnych. Ale to też należy do moich osobistych doświadczeń, więc nie ośmieliłbym się wypowiadać w imieniu całego społeczeństwa.
Ci, którzy mieli dość Singapuru, skarżyli się nie tylko na wyścig szczurów, kształtowanie wszystkich wedle jednego schematu, brak inspiracji, sterylność, cenzurę, jałowość, brak duchowości, materializm, konsumpcyjną nudę, myślenie pod sztampę, brak wolności słowa i otwartej dyskusji…
Ci zadowoleni mówili o wysokim standardzie życia, bezpieczeństwie, wygodzie, nowoczesnej infrastrukturze, porządku, czystości, braku przestępczości, dobrych zarobkach, możliwości kształcenia się, łatwości zakładania firm, otwartości na świat, obfitości dóbr konsumpcyjnych i bogatej kuchni…
Czy w tym wszystkim można znaleźć jakiś złoty środek? A jeśli tak, to czym on jest – czy aby nie pewnym kompromisem, który będąc wymuszony, żadnym kompromisem nie jest? Albo zwykłą ludzką niemożnością, aby zadowolić wszystkich? Niezdolnością do stworzenia cywilizacji – porządku społecznego, państwa – nie tyle idealnego (bo to jest definitywnie nierealne), co bez kardynalnych wad, bo okazuje się to czystą utopią?
Moim sąsiadem w samolocie lecącym z Singapuru do Rangunu był nauczyciel języka angielskiego, który do Birmy latał często w weekendy, by odwiedzić tam swoją rodzinę. Od niego z pierwszej ręki dowiedziałem się, jakiej presji poddane są jego dzieci w szkole i jak to odbija to się na ich zdrowiu psychicznym i zachowaniu. Z tego względu myśli o wyprowadzce z Singapuru. Pytał się mnie, czy poleciłbym mu przeniesienie się do Kanady.
Wtedy zdecydowałem się na pewną summę – wyznanie braku wiary w to, że kiedykolwiek chciałbym zamieszkać na dłużej w państwie zbudowanym według tej recepty. Wynika on z następującego wniosku i spostrzeżenia, które zapisałem jeszcze przed wyjściem z samolotu w Rangunie:
„Socjotechnikę w Singapurze doprowadzono do perfekcji – całe społeczeństwo funkcjonuje według ściśle określonych przez władzę reguł i zasad. Indywidualizm jest całkowicie podporządkowany społecznej strukturze. Jego znaczenie jest czysto utylitarne – jesteś wart dokładnie tyle, ile korzyści ma z ciebie społeczeństwo, a ściślej: model społeczny stworzony i aprobowany przez państwowe władze (które np. określają procentowo w jakich proporcjach mogą mieszkać w bloku przedstawiciele różnych ras i grup etnicznych). Musisz być trybikiem dokładnie wpasowanym w tę społeczną machinę, a twoje miejsce w ścisłej hierarchii zadań i pozycji określa sposób selekcji (na bardziej lub mniej sprawnych i przydatnych) dokonujący się już od najmłodszych lat. Taki wydaje się być koszt panującego tam porządku, bezpieczeństwa i wysokiego standardu (materialnego) życia. Czy aby nie za wysoki?”

.

Kolorowy pokaz – tańczące fontanny, światło i dźwięk. A w tle: wieżowce centrum biznesowego downtown

.

OBLĘŻENIE

       Problem ze współczesną turystyką jest taki, że jest ona bardzo powierzchowna – nie wspominając już o tym, że jej masowość (oczywiście cały czas mam na myśli czasy przed koronawirusem) przynosi chyba jednak więcej szkody niż pożytku (choć z tym można polemizować, zwłaszcza w rejonach, które z turystyki „żyją”). Jedną z największych niedogodności, które się z tym wiążą są tłumy oblegające największe „atrakcje” turystyczne świata – coraz większe i coraz bardziej tratujące się nawzajem. Wiedząc, że sam do tego się przyczyniam – stając się częścią tłumu (będąc np. na Placu Św. Piotra, oglądając Mona Lisę w Luwrze, czekając na wschód słońca przed świątynią Angkor Wat; chodząc po Wielkim Murze, pod wodospadami Iguazú, stojąc na Time Square, spacerując w ogrodach Alhambry lub wśród ruin Machu Picchu) – to robię wszystko, aby tłumów uniknąć (jest to trudne, ale nie niemożliwe – wystarczy tylko zejść nieco z utartej ścieżki).
Na pewno bezpowrotnie odeszły w przeszłość czasy prawdziwego podróżowania, które było jeszcze możliwe kilkadziesiąt lat temu (im dalej w przeszłość, tym to podróżowanie było „prawdziwsze”). Teraz stało się ono nieprzyzwoicie łatwe, w związku z czym po globie przewalają się tłumy „zaliczające” kolejne turystyczne „atrakcje”. Rzadko kto wnika w istotę odwiedzanych miejsc, głębiej je poznaje – zwykle rutyna, oklepane szlaki, pośpiech, bezmyślne podążanie za przewodnikiem i szybkie omiatanie okiem widoków, zabytków, dzieł sztuki… skutecznie temu zapobiegają.
Oczywiście zdarzają się też od tego wyjątki.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mimo iż Singapur każdego roku odwiedza ponad 10 mln. turystów – i moja wizyta przypadła na tzw. „szczyt” sezonu – to tłumów tam nie doświadczyłem, co było dla mnie zaskoczeniem tym większym, że wiedziałem, iż jadę do kraju/miasta obszarowo niewielkiego, a jednocześnie niezwykle gęsto zaludnionego. Mało tego: do dzisiaj pozostało we mnie wrażenie przestronności – doświadczenie wielkiej przestrzeni, którą bez wątpienia Singapur zawdzięcza obecnej tam architekturze (o wielkim „oddechu” wyobraźni) i doskonałym rozwiązaniom komunikacyjnym.
Jak już wspomniałem na początku, rekomendację tego, co warto zwiedzić w Singapurze zostawiam innym (dzięki dostępnym informacjom można sobie wybrać to, co najbardziej kogoś zainteresuje), tutaj podrzucę jedynie garść moich wrażeń z wałęsania się po tym mieście oraz parę ogólnych impresji.
Nie musiałem się nigdzie spieszyć, więc mimo spędzania każdego dnia kilkunastu godzin poza hotelem, nigdy nie czułem się zmęczony, ani tym bardziej znudzony, bo Singapur to jednak jest miasto niezwykle różnorodne, jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni i zamieszkujących go ludzi.

MIEJSCA

       Oczywiście o Singapurze – a nawet o tygodniowym w nim pobycie – można napisać całą książkę. Ale zważywszy na to, że nawet ten tekst, który miał być ledwie wspomnieniem podróży, rozrasta się do nieprzyzwoitych rozmiarów, postaram się ograniczyć do kilku wzmianek, gdzie w Singapurze byłem i co zobaczyłem.

.

Mnisi buddyjscy pod posągiem Merliona (hybryda ryby i lwa) – symbolu narodowego (a zarazem i maskotki) Singapuru.

Marina Bay. Nowoczesny, powstały w ostatnich latach kompleks architektoniczny wokół Zatoki Marina, to doprawdy wielki zbytek i niebotyczna ekstrawagancja – taki futurystyczny bizantynizm. Weźmy choćby Hotel Marina Bay Sands składający się z trzech olbrzymich wieżowców (w kształcie przypominającym jakieś gigantyczne spinacze ze szkła, betonu i stali), na których wsparto symbolizującą łódź obłą konstrukcję, mieszczącą nie tylko deck obserwacyjny, restauracje, kasyno i bary, ale i sporej wielkości… basen. Po drugiej stronie Zatoki kręci się największe na świecie koło „obserwacyjne” czyli Singapore Flyer (miałem okazję nim się pokręcić zarówno w dzień, jak i w nocy – mając zresztą do swojej dyspozycji cały, przypominający oszkloną kapsułę, wagonik). Jest jeszcze, symbolizujące swoją formą lotus, Art Science Museum – o wielkiej sadzawce pełne nenufarów, czy kosmicznej budowli Louis Vuitton nie wspominając. Kompleks Marina Bay sąsiaduje zarówno z lasem lśniących biurowców downtown (co wieczór stanowią one tło dla odbywającego się tutaj pokazu tańczących fontann, laserowych i kolorowych świateł), jaki i zupełnie odmienną w charakterze Colonial Quarter, gdzie znajduje się słynny historyczny Hotel Raffles.

.

Futurystyczne Superdrzewa w Ogrodach nad Zatoką

Gardens by the Bay. Już tylko dla tego cudeńka warto zatrzymać się w Singapurze. Na wydartej oceanowi powierzchni ponad 100 hektarów zbudowano dziwne, ale jednak niezwykle imponujące ogrody, których artystyczna sztuczność konkuruje tylko z autentyzmem rosnących tam w nieprzebranej ilości roślin, sprowadzonych tu z całego świata. Najbardziej rzucają się w oczy tzw. Superdrzewa – wysokie na kilkadziesiąt metrów konstrukcje z betonu i stali, ale tak zarośnięte, że przypominają żywe organizmy z jakiejś nieziemskiej planety. Już w świetle dziennym robią wrażenie, ale prawdziwie oszołamia dopiero nocny show, który – przy wsparciu pompatycznej muzyki – rozświetla te kosmiczne drzewa milionami różnokolorowych świateł. Aaa… można tu jeszcze zobaczyć Flower Dome – wypełnioną tysiącami kwiatów, największą cieplarnię na świecie; czy Cloud Forest – ta z kolei szklarnia zawiera w środku… zarośniętą gęsto i spowitą tropikalną mgłą górę, na którą się można wspiąć po spiralnych schodach – zobaczyć i poczuć jej florę z bliska. W Ogrodach nad Zatoką jest jeszcze wiele innych pomniejszych dziwów.

.

Zachwyt i oczarowanie podwodnym światem: dzieci przed szybą olbrzymiego akwarium na wyspie Sentosa

Sentosa Island. Szumnie promowana jako “Asia’s favourite playground” wyspa, oddzielona niespełna kilometrową cieśniną od Singapuru „lądowego”, to niewiarygodne nagromadzenie atrakcji dla dzieci dużych i małych, wliczając w to parki wodne, Studia Filmowe Universal, mega-kasyno oraz plaże ze sprowadzonym z sąsiedniej Malezji piaskiem. Jeśli mogłem ten pstrokaty jarmark tolerować, to tylko ze względu na zaplanowaną przeze mnie wcześniej wizytę w imponującym S.E.A. Aquarium (wtedy było to jeszcze największe akwarium oceaniczne na świecie, zdetronizowane wkrótce jakimś chińskim molochem). Mimo, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem trzymania zwierząt w klatkach, to chyba jednak bardziej toleruję widok morskich stworzeń w akwariach, zwłaszcza jeśli są tak gigantycznych rozmiarów jak te na Sentosie. Muszą być takie, skoro mają pomieścić ponad 100 tys. zwierząt. Wiele z nich widziałem po raz pierwszy w życiu, ale po raz nie wiadomo który zdumiała mnie inwencja Natury w kreowaniu różnych – często fantastycznych i wręcz fantazyjnych – form życia. Łapałem się więc na tym, że przyklejam się jak zahipnotyzowany do akwariowej szyby, ze wzrokiem utkwionym na tych stworach, podobnie jak stojące obok mnie dzieciaki.

.

Wszystkie kolory sari – hinduski ślub w świątyni Sri Srinivasa Perumal Temple w dzielnicy Little India

Chinatown, Little India, muzułmańskie Kampong Glam. Jednym z największych singapurskich paradoksów jest to, że wykreowana jak pod matrycą struktura społeczna kraju, obejmuje inkluzywnie tak różnorodne rasy, grupy etniczne i religie, że zasadne staje się pytanie, co tu jest bardziej prawdziwe, trwałe i dominujące: religia i tożsamość zakorzeniona w długiej tradycji i historii, czy sztucznie stworzony „porządek” społeczny, ściśle egzekwowany w praktyce. To są dwie sprzeczne ze sobą ordynacje, więc jeśli tej drugiej podporządkowani są wszyscy (a są), to ta pierwsza musi być w opresji – i vice versa: jeśli pierwsza jest mocniejsza, to ta druga jest fałszywa. Tak czy owak, to jeszcze jeden przykład na singapurską sztuczność i nie trzymającą się kupy „tożsamość”.
Jednakże autentyzm trzyma się niektórych zakątków Singapuru, mimo że nawet w bardziej etnicznie jednorodnych enklawach, sąsiadują obok siebie meczety, świątynie hinduskie, buddyjskie czy taoistyczne – co najbardziej rzuca się w oczy w dzielnicy chińskiej. Tam też znajduje się chyba najciekawszy zabytek historyczny Singapuru, wybudowana w 1839 roku świątynia Thian Hock Keng – ikona chińskiego dziedzictwa kulturowego. Ale taka, okupowana głównie przez muzułmanów dzielnica Kampong Glam, gdzie obok ważnego dla lokalnego islamu Meczetu Sułtana i arabskich sklepów, też naznaczona jest ciekawym eklektyzmem, bo upodobali ją sobie… hipsterzy, przez co kwitnie tu nie tylko butikowo-backpackerski szpan, ale i bujne życie nocne. O rzut beretem oddalone są Małe Indie, gdzie, zwłaszcza przy ulicy Serangoon, czujemy się jak w Indiach, tyle że bez doświadczania widoku (i zapachu) świętych krów. Tam zwraca uwagę poświęcona matczynej bogini Kali świątynia (there’s no way I can spell it right without looking into the guidebook) Sri Veeramakaliamman. Warto też wstąpić do buddyjskiego przybytku (this one is much easier) Sakya Muni Buddha Temple. Jednak największa niespodzianka – najbardziej chyba intensywna etnicznie i bajecznie wręcz kolorowa – spotkała mnie w położonej tuż obok tej buddyjskiej świątyni hinduska Sri Srinivasa Perumal Temple, gdzie – zupełnie przypadkowo, i to w ostatni dzień pobytu w Singapurze – trafiłem na hinduski ślub i wesele, które swoją barwnością, egzotycznością, bogactwem rytuałów, urodą kobiet, feerią symboli i – last but not the least – fotogenicznością, zupełnie mnie oszołomiło, wprawiając nie tylko w kulturowy, ale i fotograficzny trans.

.

Przed fontanną w Ogrodach Botanicznych Singapuru

Botanic Gardens. Kiedy tak czytałem o planach rozwojowych Singapuru, to odniosłem wrażenie, iż zajmujący się tym ludzie mają obsesję na punkcie „zieleni”. Już nie wystarcza im slogan „The Garden City”, teraz musi być „The City in the Garden”. Ta obsesja akurat mi się podoba, bo lasy i zieleń roślin wszelakich to nie tylko tlen dla moich płuc, ale i balsam na moje oczy. Rzeczywiście, jeśli spojrzy się na Singapur z góry, to kolor zielony wypełnia więcej niż 1/3 część całej wyspy. A to nie tylko stworzone przez człowieka parki i ogrody, ale i lasy, w tym fragmenty pierwotnego (porastającego ongiś całą wyspę) lasu tropikalnego, litościwie ocalonego przed – kolonialną jeszcze – totalną wycinką. Dochodzą do tego ogrody wiszące (gdzie tylko się da), piętrowe a nawet wertykalne – wszystkie nowe budynki muszą uwzględnić zieleninę.
Po kilku dniach zwiedzania głównie zurbanizowanego Singapuru postanowiłem odpocząć od tego w tutejszych Ogrodach Botanicznych, z dala od miejskiego zgiełku i turystycznych korowodów. I choć (wbrew famie bycia jednym z najlepszych ogrodów botanicznych świata) bardziej mi się kiedyś spodobały ogrody, które widziałem choćby w Kanadzie (The Butchart Gardens) czy na Sri Lance (Royal Botanical Gardens pod Kandy), to ten był chyba najbardziej rozległy i relaksujący, więc nie było problemu, aby spędzić w nim prawie cały dzień, tym bardziej że mogłem usiąść w cieniu, wyjąć z plecaka swój kajet i coś tam w nim naskrobać.

ZAKAZY, CHŁOSTA I OBRAZY

       W tym samym roku, w którym odwiedziłem Singapur, dwóch młodych Niemców zostało skazanych na 9 miesięcy więzienia i chłostę za namalowanie graffiti na jednym z wagonów metra. To miasto-państwo słynie z bardzo wysokich kar za wykroczenia, które w innych krajach są po prostu zakazami, ale raczej rzadko karanymi (jak np. śmiecenie na ulicy, zrywanie kwiatów, chwytanie ptaków i łowienie ryb, wandalizm, oddawanie moczu i palenie w miejscach publicznych, ekshibicjonizm…). W Singapurze zaś kary są bezwzględnie egzekwowane, jak również bardzo wysokie, dzięki czemu wykroczenia te zostały niemal zupełnie wyeliminowane. Istnieją tu również zakazy bardzo specyficzne, nigdzie indziej nie spotykane, jak np. zakaz picia i jedzenia w środkach komunikacji miejskiej, zakaz sprzedaży gumy do żucia, plucia na ulicy, obejmowania się, karmienia małp, podłączanie się do czyjegoś wi-fi… Idący w setki dolarów mandat można dostać za… niespuszczenie wody w toalecie. Nielegalne są też związki homoseksualne, i choć prostytucja jest dozwolona, to pornografia już jest przestępstwem. Stosuje się karę śmierci, m.in. za przemyt i handel narkotykami.
Jednakże przebywając w Singapurze nie czułem się jakoś szczególnie tymi zakazami sterroryzowany. Byłem sam, więc do nikogo się nie przytulałem; nie wyżywam się artystycznie smarując po murach graffiti; nie żuję gumy, nie palę papierosów; w zasadzie nie pluję na ulicy i raczej spłukuję po sobie w toalecie… W związku z tym, wszystkie te – bardziej lub mniej dziwne zakazy – po prostu mnie nie dotyczyły. Mało tego: mogłem do woli korzystać z dobrodziejstwa czystości, porządku i higieny, jakie te przepisy tutaj na ludziach wymuszały.
Nie będę ukrywał, że mój pobyt w Singapurze wspominam bardzo dobrze. Cieszy mnie to, że mogłem zobaczyć to ciekawe miejsce, które dostarczyło mi nie tylko mnóstwa zmysłowych wrażeń, ale i uświadomiło pewne aspekty globalizacji oraz możliwe kierunki rozwoju naszej cywilizacji. Muszę jednak zaznaczyć, że w ubiegłym roku dały się w singapurskiej ekonomii zauważyć pewne znaki stagnacji, może nawet recesji i zapewne tegoroczna pandemia ten trend pogłębi, zwłaszcza że państwo to jest szczególnie narażone na straty, ze względu na uzależnienie od globalizacji, turystyki, eksportu i handlu. Jak sobie z tym wszystkim Singapur poradzi? – to okaże się dopiero w przyszłości.
Opisałem zaledwie skrawek moich singapurskich doświadczeń. Osobnego wpisu wymagałaby choćby moja wizyta w Singapurskim Muzeum Narodowym, gdzie niespodziewanie wziąłem udział w pewnym niezwykłym wydarzeniu teatralnym; jak również te okruchy rozmów ze spotykanymi przypadkowo ludźmi, którzy – bardziej lub mniej otwarcie i śmiało – użyczali przy tym swojej duszy, przez co moje zderzenie z ultranowoczesną cywilizacją nie było aż tak bezduszne.
Nie byłbym sobą, gdybym nie sfotografował Singapuru z każdej dostępnej mi strony. A jednak zdaję sobie sprawę z… nie tyle powierzchowności, co nieadekwatności takiego oglądu, bo niby jedno zdjęcie mówi czasem więcej, niż tysiąc słów, to jednocześnie mami nas często swoją formą (niekiedy też uwodzi i czaruje pięknem), ukrywając jednak treść i to, co jest głębiej. Dla zilustrowaniu tego tekstu wybrałem garść obrazów, które mogą dać wyobrażenie tego, jak zagospodarowana jest w Singapurze przestrzeń; jak wyglądają turystyczne atrakcje; jakich ludzi spotyka się na ulicy, w metrze, ogrodach, świątyniach… Składa się to na kolorową mozaikę, która jednak pozwala zwrócić uwagę na ten niezwykły zakątek naszej planety i przybliżyć nam charakter zamieszkujących go ludzi.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Komentarzy 28 to “SINGAPUR – cud socjotechniki czy wspaniała katastrofa?”

  1. Bo Says:

    Co o tym myślisz?
    Dość sporo różnych myśli i refleksji ciśnie mi się do głowy, bo wiele kwestii poruszasz, malując dość szczegółowy obraz miasta. Byłem w nim, może nawet 2 albo kilka razy, ale nigdy nie dłużej niż 3 noce. Skutkiem czego nie widziałem, aż tylu miejsc i rzeczy. Podzielam – jak zwykle zresztą (czyż to nie nazbyt tendencyjne!) – Twoje zdania. I myśle, ze przykładasz amerykański sposób myślenia do Azji. Choć Singapurowi bliżej do NYC, a gęstość zaludnienia ma tu kluczowe znaczenie, to organizacja społeczeństwa jest wg mnie bardzo/bardziej azjatycka niż w USA, obu Amerykach czy Europie. Azja to autorytaryzm władz. Od Jordanii (Izrael już nie, bo ekonomicznie należy do USA, a ligowo i eurowizyjnie do Europy //generalnie mając kompleks Azji!/// po Japonię! Z Chinami, Birmą, Tajlandią (do niedawna na pewno). Być może Indie się tu jakoś wyłamują…( one są egzotycznie egzotyczne z jakiejś innej bajki (a przynajmniej były). Dlatego sądzę, ze wypracowali metody ostre jak rządzić dużym społeczeństwem, by nie dochodziło do anarchii albo przewrotów. Poniekąd w Polsce życzymy sobie takiego „zamordyzmu”, który wziąłby w ryzy albo w garść społeczeństwo i doprowadził do takiego ekonomicznego poziomu (niech się Singapur cieszy, ze mają tylko Malezję za sąsiada, a nie Rosję i Niemcy…)
    Też jestem za zwiększeniem egzekwowania kar za zaśmiecanie przestrzeni publicznej. Czy to gumą do żucia, czy graffiti. Niech się gówniarze oduczą w końcu chamstwa i nieszczęścia dobra wspólnego, a również prywatnego.
    Wole chyba – myśle ze nie tylko ja – taki porządek niż pokojowe demonstracje, gdzie w WDC obsmarowali pomnik Gen. T. Kościuszki. Dobrze, ze nie podpalili albo zrzucili go z cokołu, bo może był złym prezydentem (kto tam zna historie, a Zwłaszcza dokonania Tadeusza Kościuszki?!). NB Czy Hollywood nakręciło jakiś film o naszym Naczelniku w Sukmanie – w końcu jednym z ważniejszych obrońców Amerykańskiej Rewolucji (a 3 lata temu była okrągła okazja!). Ech, chyba komentarz poszedł nie w tą stronę… No ale chciałeś porównanie cywilizacji… Nie sądzę, by protestujący w HKG przyczyniali się do wandalizmu, rozboju i kradzieży… Być może na nowo trzeba (każdy kraj sam dla siebie, a nawet każda rodzina) – co jest dobrem wspólnym. I jakie koszty możemy ponieść, by je osiągnąć, albo próbować osiągać… wszak nic nie jest za darmo i każda sytuacja to wypadkowa plusów i minusów. Twój „znajomy” nauczyciel z samolotu, nie dodał, ze najchętniej mieszkałby i inwestował w Birmie, któreś jest Polską lat 90-tych, ale pracował i zarabiał w SIN, który z kolei nie jest nawet NYC, ale zwykłym Berlinem :)

  2. Maria Puchalska Says:

    Bardzo ciekawy artykuł, który w całości przeczytałam, no i polecę go moim Znajomym.

  3. Gniewko Lewandowski Says:

    Spośród wszystkich dziedzin techniki XXI w najwyżej rozwinięto… techniki pasterskie (a znamy ledwie czubek lodowej góry)

  4. Krystyna Pitera Says:

    A gdzie _ Wolność Tomku w swoim domku???

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jednak… czy aby na pewno to jest wolność? 😉

      • Krystyna Pitera Says:

        Teraz na pewno nie jest to wolność ale wróci.
        Taką mam nadzieję 😊

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Obawiam się, że ludzie we wszystkich krajach, stają się instrumentem czyjejś agendy – i że to jest agenda, która niekoniecznie działa dla ich dobra (czyli dobra ich kraju) a dla dobra dość wąskiej grupy ludzi (i ich interesu).

          Singapur jest przypadkiem bardzo specyficznym, bo tamtejsze władze stworzyły swoją własną „narodową” ideologię, która ma służyć dobru całego społeczeństwa. Ale przecież dobro społeczeństwa składa się z dobra poszczególnych ludzi, które – w przeciwieństwie do abstrakcyjnego dobra społecznego – jest konkretne.
          Czy w takim razie nie jest to aby pułapka?

        • Krystyna Pitera Says:

          Czy kiedykolwiek był, czy jest taki kraj żeby rządzący faktycznie dbali przede wszystkim o dobro kraju?
          Ma Pan 100 % racji dbają przede wszystkim o dobro i interesy dla siebie i swoich bliskich. Dużo obiecują przed wyborami a później mamy, co mamy. Wcześniej czy później ich fałsz wypływa.
          Takie życie.
          W każdym rządzie znajdzie się ktoś, kto i za kilku narobi takiego bałaganu i przekrętów, że na nic starania innych, żeby dbać faktycznie o cały naród.
          Czy np. u nas w Polsce możemy dać przykład kto miał 100 % czyste ręce.
          Który rzad ?
          Chyba trudno znaleźć.

          W rodzinach mamy rodzeństwa gdzie jeden jest księdzem a drugi złodziejem.
          Więc cżz nam pozostaje?
          Wybierać do rządu osoby z czystym sumieniem ale to już fantazja i bajka.

          Może przyszłe pokolenia będą mieć takich cudotwórców, którzy faktycznie będą dbać o dobro całego narodu?
          Pofantazjować nikt nam nie zabroni.😊🙃😊

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Pofantazjować można, ale na pewno lepiej jest dążyć do tego, niż o tym fantazjować ;)
          Myślę, że zawsze znajdą się tacy ludzie. Tylko czy będą w stanie to zrealizować?

  5. Marek Marcin Grudzień Says:

    Ja nie mam nic przeciw 😉

  6. Stanisław Błaszczyna Says:

    Podłączeni ale czy połączeni? Czy Internet zbliża ludzi, czy też daje tylko złudzenie zbliżenia? Scena z singapurskiego metra:

    • Gniewko Lewandowski Says:

      to akurat choroba powszechna – w metrze w Tbilisi tak samo to wygląda

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Niestety. To może tylko świadczyć o tym, że Internet uzależnia i paraliżuje mentalnie (czytaj: ogłupia) ludzi uniwersalnie – bez względu na to, czy żyją w kraju zamożnym i „nowoczesnym”, czy też nie.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          nie mamy pewności, czy osoby na zdjęciu:
          1/ przygotowują się do sesji
          2/ czytają /oglądają newsy z tv lub prasy
          3/ czytają książke w wersji Kindla
          4/ grają w jakąś gierkę, dla zabicia czasu, albo usprawnienia kciuków lub może refleksu
          5/ odpisują na jakiegoś maila, do kogoś zza Państwa-Miasta.
          6/ przeglądają np. Staszkowe zdjęcia lub wpisy na FB 😉
          Itp/itd

          Wiemy, że ślęczą w innym niż bieżący świat…
          Jeśli są w nim obcy, to NIE:
          A/ Nie… nawiązują kontaktu z przygodnym osobami
          B/nie… patrzą na widoki za oknami (wszak nie są Paulami Theroux 😉
          A poza tym jadąc metrem nic zza okien nie widać (chyba, że nazwę stacji na której trzeba wysiąść…)
          C/ nie… są aktywni
          Być może właśnie łapią oddech przed następnym etapem dnia. Praca, zakupy, rozmowy, itp…

          Trudno jednoznacznie oceniać – fakt, ze trzeba się nauczyć z tym żyć (trochę jak z samochodami – jak się nie wie, gdzie i jak przejść jezdnie i szosę, to można zginąć pod kołami)

          Jak się korzysta za bardzo ze SM (smartfona), to można wpaść właśnie pod to auto. Choćby i na przejściu dla pieszych…

          Tak wiec mamy tu plusy i minusy tego zjawiska. I jak z wieloma tzw „osiągnięciami cywilizacji” poczynając choćby od noża przez łopatę, dynamit, atom, nawet media – mogą zostać użyte w obie strony: dla dobra – w szczególności WSPÓLNEGO DOBRA lub w złym celu.
          Nawet rewolucja (niekoniecznie radziecka) nawet taka demokratyczna, jak się dzieje wkoło Ciebie – może obrócić się przeciwko sobie samej (jakiemuś porządkowi) i zjadać własny ogon (pochłaniać więcej ofiar o każdym kolorze skóry!)

          Zacytuję jeszcze klasyka:
          „Smartfony zbliżają oddalonych ludzi,
          A oddalają bliskich!”

          Jako komentarz…. znów może cytat albo proste hasło innego Klasyka: „Złoty środek”!

  7. Bogdan Kwiatek Says:

    SB: Co się dzieje, kiedy rozwój staje się celem samym w sobie?
    BK: skąd takie założenie, ze celem SwS?! Rozwój telefonii 5G jest zasadniczo dlatego, by stacje bazowe przy większym natężeniu „wydoliły” – jak się mawia językiem technicznym 😉
    Przy okazji mając doświadczenie z 3G i 4G i zdolności przesyłania dużej ilości danych, widzimy jak e-życie się zmienia. Można już nie tylko czytać książki w internecie (w wersji bitowej np pdf…) ale oglądać a nawet streamować filmy wideo! To są konkretne cele.
    Inne przykłady techniczne? Kolej, motoryzacja? Chyba odpowiedzi nie trzeba dawać!

    SB: Czym jest wolność, jeśli sukces i spełnienie musi się mieścić w formie sztucznie ustalonego formatu?
    BK: hmm nie bardzo rozumiem, co jest „Szt.Ust.Format”?
    Sleep-food-work-food-Rest-food-sleep?
    Ten format generalnie obowiązuje we wszystkich cywilizacjach, i od dawna!
    Na pewno jest wiele pytań?
    A/ Ile godz wypoczynku/ dni urlopu?
    B/ modele wypoczynku: fizyczny/psychiczny
    C/ jakość pożywienia: Slow food/fast food
    D/ Stres w pracy

    SB: Dlaczego konkretne dobro indywidualnego człowieka jest uważane za mniej wartościowe niż abstrakcyjne dobro mrowia (ogółu)?
    BK: Hmmm tak chyba tez jest we wszystkich od lat cywilizacjach. I wschodniej i zachodniej. A nawet północnej i południowej… aaa nie – południowcy maja bardziej wyluzowaną rzeczywistość 🙂
    Muchachas, musica i mojito 😉
    Generalnie po to wymyślono jednostki specjalne, by oddawały życie za Ojczyznę. Ale były dzięki temu aktowi bardziej/dłużej pamiętane.
    No i nie dotyczy to tych jednostek od kultu… Kultu Jednostki 😉
    Tzw wyjątek od Reguły 😜

    SB: Dlaczego ścisłe ceni się bardziej niż swobodne, luźne i artystyczne?
    BK: hmm znów domniemuje i wyrażam tylko swoją opinie, nawet pewnie nie całą, tylko taką ad hoc i by nie przegadać:
    Otóż: nie wiem, czy tak jest jak twierdzisz. To znaczy. Raz jest, a raz nie jest!
    Jeśli już kupujesz taki jak na obrazku telefon, to nie dlatego, ze ma szybkę i świeci, tylko dlatego, że matematycznie/informatycznie obliczając wyposażono go w jakiś lepiej mocniejszy procesor, jakąś niezawodną pamięć i być może stabilne i pożyteczne (i najlepiej darmowe) aplikacje.
    Ale czasem masz ochotę nacieszyć oczy czymś naturalnie swobodnym, jak wiatr w górach, albo cień w lesie… i można się obyć bez tych gadżetów. Choć nie wiem, czy sam byś nie wziął w te góry i do tego lasu tego SM (przypomnę smartfona), w którym masz mapę, by się nie zgubić i aparat, by zrobić zdjęcie. Bo pewnie jak ja – złapałeś się na tym, ze nie wziąłeś żadnego aparatu, a scena /sceneria była do zdjęcia. I został… nienapisany wiersz 😕

    SB: Czy czystość można utrzymać tylko wtedy, jeśli będzie się nękać ludzi zakazami i groźbą niebotycznych mandatów?
    BK: jeśli się wdrukuje w każde młode pokolenie, to nie trzeba. Ale trzeba wydrukować!
    Czyli przekonać ich/nas, ze porządek to znaczy to i owo. Ze wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za ziemie, wodę i powietrze. I jak się coś potłuczeń to najlepiej od razu i samemu sprzątnąć…
    Tyle by nie przegadać wątku…

    SB: Czy na pewno sterylne oznacza zdrowe? Jaki to jest szacunek dla ludzkiego ciała, skoro za normalną karę przyjęło się chłostę, zostawiającą najczęściej bliznę na całe życie?
    BK: nie na pewno. Bo ponoć im więcej mikrobów oswoimy, tym mniej nam grozi.
    Ale skoro przyjęli taki model, to… jesteśmy u nich gośćmi, a z wizytą u gości/ vel w gościach – raz się ściąga buty, a raz nie. I tyle. Trzeba się dostosować do domowych zwyczajów.
    Ps. U nich w tym Państwie-Mieście jest taka ilość osób i zagęszczenie, ze muszą/wolą chuchać na zimne, niż dmuchać na gorące! W NYC tak sterylnie nie jest – to widzisz efekty w statystykach… 😕

    SB: Dlaczego wysokość zarobków ma być jedynie słusznym kryterium ustalania społecznej hierarchii i zależności?
    BK: hmmm znów nie wiem, czy tak jest w całej rozciągłości, ale może wdrażają ewangeliczna i Ewangelicką zasadę, że pracowitemu Pan Bóg błogosławi! A komu bardziej błogosławi, to więcej ma. Co prawda stoi to w sprzeczności znów z innym fragmentem Biblii, no ale Biblia ma to do siebie, ze trudno stosować jej tezy, a jeszcze trudniej wszystkie na raz!

    SB: Czy można tchnąć ducha w maszynę?
    BK: hmmm
    Hmm Jakiego ducha? I w jaką maszynę?
    Jeśli myślisz o spirytusie to można go wlać do ciągnika i ciągnik pojedzie! 🙂
    Ok to trochę żartem, albo półżartem 😕)
    A czym jest kinematograf?
    Jak nie maszyną, która pokazuje ludzi i ich życie sprzed 100+ lat!
    To taki przykład z brzegu…

    SB: Czy tak ma wyglądać Nowy Wspaniały Świat?
    BK: nie! Może wyglądać gorzej. Niestety!
    Zobacz mój ostatni wrzut. Chyba wykład byłego radzieckiego dysydenta (powołuje się na bycie w redakcji Novostii)
    Jak dla mnie w godzinę odpowiada na podobne do Twoich pytań, a nawet bardziej – jak takie cywilizacje uprzemysłowione rozmontować w 1 pokolenie…
    🌹

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Przede wszystkim, moje pytania zamieszczone powyżej są po części małą prowokacją, ale stają się bardziej klarowne po przeczytaniu całego artykułu, który znajduje się na mojej stronie (pod linkiem). Postaram się jednak tutaj odpowiedzieć pokrótce na to, co napisałeś:

      – Chodzi mi o to, że jeżeli wraz z postępem technicznym nie idzie postęp – nazwijmy go – humanitarny (duchowy), to wtedy mamy do czynienia z postępem dla samego postępu, który staje się tak naprawdę bezcelowy, rzec nawet można: bezsensowny.

      – Sztucznie ustalony format, czyli taki, jaki zaistniał w Singapurze, gdzie całe społeczeństwo „produkowane” jest jak pod (socjotechniczną) matrycą (bo chyba nie uważasz, że podany przez Ciebie model „sleep-food-work-food-Rest-food-sleep” – czyli czysto wegetacyjno-konsumpcyjny – jest modelem, który niesie ze sobą sens).

      – Nie wymyślono jednostek społecznych (czy Ciebie wymyślono?), wymyślono różne modele społeczeństwa (narodu, państwa), w których jednostka znaczy mniej (Wschód, komunizm), niż społeczeństwo. Na Zachodzie jest jednak inaczej, bo to zachodnia/nasza cywilizacja dorobiła się praw człowieka, i tutaj mimo wszystko nadal respektuje się jednostkę (przynajmniej deklaratywnie), a indywidualizm (wyemancypowanie się jednostki ze stada) nadal jest w cenie.

      – W Singapurze przedmioty ścisłe (matematyka, fizyka, elektronika) ceni się zdecydowanie wyżej, niż tzw. przedmioty „humanistyczne” czy takie, które mają związek z kulturą i sztuką. Moim zdaniem powinna być większa w tym równowaga (nie bez kozery ludzie w Singapurze skarżą się na jałowość życia i brak inspiracji.

      – As far as I know there’s no ghost in the machine and machines have no souls – and cannot have spirits… even if AI can be very intelligent 😉 (Jeżeli kinematograf ma “ducha” to jest “duch” człowieka – który kinematograf utrwala i przekazuje – a nie „duch” kinematografu 😉)

      – Cywilizacje się rozmontowują(e) tym łatwiej, im bardziej postąpiła w nich demoralizacja/wypranie z tożsamości/wyjałowienie duchowe. Maszyny (technologia, „modernizacja”) temu zapobiec nie mogą (a wręcz mogą w tym demontażu pomóc).

      • Bogdan Kwiatek Says:

        A/ prowokacja… ano lubisz prowokować do myślenia i zajmowania stanowiska. To w sumie dobra prowokacja.

        B/ niestety, „historia ludzkości jest historią wojen”.
        A technika i jej rozwój niestety czyni te wojny bardziej globalnymi (już dwie wojny światowe), brutalnymi (eksterminacja ludności cywilnej na ogromną skalę – death camps), zautomatyzowaną (broń automatyczna, rakietowa, atomowa, itp). Ducha też można zabić Mass mediami, masową antykulturą, itp.

        Jeśli za postęp ducha przyjmiemy rozwój nauki, loty interkontynentalne, loty w kosmos – to może jest to jakaś droga wzwyż (pod warunkiem, że nie przyniesie (a chyba przynosi) dalszą dewastację wszystkiego czego się człowiek dotknie. Konkluzje dość pesymistyczne…
        Czy i kiedy był Złoty Wiek Kultury? To czy wtedy nie było wojen i zniszczenia? A ten termin dotyczył tylko wybranych? Jakichś Bohem?

        C/ w Singapurze dzięki temu ich modelowi różne grupy – jak sam zauważyłeś – etniczne, religijne, może i warstwy społeczne – żyją w ustalonych niszach. Może i jak kasty w społeczeństwie hinduskim (które miało tysiące lat, by wypracować swój model), ale czy myślisz, że pariasi są tam szczęśliwi? Żyją chyba nadzieją na reinkarnację w lepszym wcieleniu (jest tam gradacja, którą trzeba spełniać, by – choćby pośmiertnie – awansować).
        Ten model Sleep2sleep to standardowy model dowolnego społeczeństwa – a jeśli jakaś jednostka na jakimś etapie może do niego dodać coś swojego, to jego prawo, jego sprawa i w konsekwencji – jego osobiste szczęście. Ponoć generalnie nie ważne co się w życiu robi, ważne by robić to dobrze i czerpać z tego radość.

        D/ mnie nie wymyślono, chyba że myślisz o Rodzicach, którzy mnie jakoś zaplanowali i mieli nadzieję na to, że i ja będę „porządnym gościem”… Gościem na tej Ziemi. W tym danym mi – i nam razem – jakoś określonym czasie.

        D2/ ponoć podstawową jednostką społeczną to jest jednak Rodzina. Być może w Twoim tu rozumieniu jednak… Plemię, które składa się dziś na Naród. Choć mamy do czynienia z Państwami obojga-lub wielo-narodowymi. Grupy etniczne to wszak jakoś wspólnoty Plemion (jak u Indian) czy Narodów (jak Słowianie, Germanie, czy Frankofoni). Mają wielorakie wspólne cechy – od języka, terytorium, przez tradycje, literaturę i bohaterów, będących wybitnymi właśnie Jednostkami w danych Wspólnotach.
        Nawet tzw. Wschód jest wieloraki. A i Państwo znane jako Chiny to wiele dziś po Rewolucji Kulturowej bardziej zunifikowanej.
        I w każdym z tych modeli mamy w historii wymienianych Przywódców tych Wspólnot. W postaci niekończącej się niemal liczbie władców, królów i prezydentów…

        E/ przedmioty ścisłe są może bardziej w cenie. Jak i zawody z nimi związane. Raczej (i na Wschodzie, i na Zachodzie) ceni się informatyków, inżynierów, budowlańców, niż psychologów, czy kapłanów. Choć ci ostatni, jeśli chcą i zamierzają przejąć „władze nad światem” wymyślają różne ideologie, których stają się liderami. Z grubsza zawsze każdy Fuhrer miał swojego szefa propagandy, astrologa, kapelana czy innych doradców doradców (nieraz nawet błazna 😉 )

        N/ żeby tę dyskusję poprowadzić w jakimś celu – musielibyśmy ustalić, co jest celem rozwoju duchowego. Tak dla Jednostki, jak i dla Wspólnoty?…
        Czy religia?
        Czy sztuka?
        Czy nauka?
        Czy coś jeszcze?
        Czy może suma lub wypadkowa tych wszystkich?
        A wtedy – myślę, że w każdym czasie i społeczeństwie znajdziesz takich, jak: św. Jan Paweł II, Matejko, M.C-Sklodowska…
        Albo św. Grzegorz Wielki, Leonardo da Vinci, itp.
        Albo Sokrates, Sofokles, czy Arystoteles i Archimedes…

        Definitywnie Wybitne Jednostki są Kamieniami Milowymi rozwoju społeczeństw i cywilizacji!

  8. Maria Puchalska Says:

    Ja bardzo lubię czytać jak moi mili Panowie – Stanisław i Bogdan ze sobą polemizują.
    U Obu Panów w tych rozmowach przebija wiedza i kultura wzajemna.

    Serdecznie pozdrawiam z Leżajska.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dziękuję – również w imieniu Bogdana. (Ale tak się dyskutuje, kiedy nie żywi się wobec siebie niechęci… a wręcz przeciwnie ;) )

      Pozdrawiam serdecznie z Chicago!

    • Bogdan Kwiatek Says:

      @Marysia Puchalska
      dziękuje bardzo w imieniu swoim i mojego Szanownego Adwersarza 🙂
      Chyba za często się z nim jednak zgadzam…
      Muszę chyba zmienić front i nastawienie 😉

      • Maria Puchalska Says:

        Nie sądzę, aby to się stało, byłoby zupełnie nie w Pana stylu.
        Życzyłabym, aby każdy mógł przedstawiać swoje racje w tak kulturalny sposób i z ogromną wiedzą.
        Już bezpośrednio – serdecznie Pana Bogdana pozdrawiam.

  9. Кристофер Томас Войьда Says:

    Podpieranie wniosków o zamordyzmie mandatami za plucie i niespuszczanie wody w toalecie jest trochę śmieszne, ale mówienie najpierw o społecznej sztampie, sztucznym formacie, materializmie, a później o mozaice i rozkwicie praktycznie każdej dziedziny ludzkiej działalności to już schizofrenia.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s