SINGAPUR – cud socjotechniki czy wspaniała katastrofa?

.

Nowoczesny kompleks Marina Bay jest architektoniczną wizytówką Singapuru

.

       Nie uważałem, że Singapur wart jest tego, aby być celem osobnej podróży do Azji, ale nie miałem wątpliwości, że warto go odwiedzić. Kiedy więc wybierałem się do Birmy, postanowiłem zrobić sobie tygodniowy stop-over właśnie w Singapurze.
Siedem dni i osiem nocy w jednym miejscu to sporo, jak na stop-over, ale okazało się, że tego czasu nie było jednak za dużo – nawet jak na zwiedzenie miejsca porównywalnego obszarowo do Warszawy (choć na tym wszelkie porównania tego państwa-miasta z naszą stolicą się kończą).
Wrażenia z pobytu tamże spisywałem na gorąco, ale pojęcia nie mam, gdzie się te zapiski zawieruszyły. Jednak wspomnienia singapurskie nadal są we mnie dość żywe (nie mówiąc o setkach zdjęć, które wtedy zrobiłem, wspomagających teraz moją pamięć), więc nie sądzę, aby te kilka lat, które dzielą mnie od tamtej podróży, były przeszkodą w podzieleniu się moimi wrażeniami teraz – w formie tej relacji.

FENOMEN TYGRYSA

       Dużo myślałem o fenomenie tego cywilizacyjnego tworu, którego nie można chyba porównać z żadnym innym azjatyckim „tygrysem” (do jakich Singapur jest zaliczany) – i to z kilku powodów. Przy czym jego sukces (który paradoksalnie można też wiązać z… porażką) jest na tyle wymowny kulturowo, jeśli chodzi o przyszłość cywilizacyjną świata, że warto poświęcić mu pewną uwagę i garść refleksji.
Co też niniejszym czynię.
Nie mam zamiaru opisywać tu wszystkich ważniejszych atrakcji turystycznych Singapuru (w Internecie można znaleźć tony informacji na ten temat), a raczej skupić się na moim (oczywiście, że subiektywnym) indywidualnym doświadczeniu, jak również podzielić własnymi myślami i wnioskami, które były rezultatem pobytu w Singapurze oraz bliższego przyjrzenia się istocie i funkcjonowaniu tego maleńkiego obszarowo, ale jednocześnie jednego z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych (technologicznie) państw świata.
To są fakty. Na Singapur z zazdrością spoglądają nie tylko kraje tzw. „trzeciego” świata, czy jego azjatyccy sąsiedzi, ale i wszelkiej maści biznesmeni, finansiści, naukowcy, technolodzy, architekci i entrepreneurzy, którzy lgną do tego raju możliwości jak pszczoły do miodu.
Dlaczego więc wspomniałem o porażce? (Wiem, że będę się musiał z tego wytłumaczyć.)
Nie będę ukrywał, że Singapur zrobił na mnie wielkie wrażenie, mimo że nie należę do entuzjastów industrializacji i urbanizacji, która w tempie wręcz galopującym zaczęła się rozprzestrzeniać w ciągu ostatnich dekad na świecie. Począwszy od ultra-nowoczesnego lotniska Changi (przez wielu uznanego za najlepsze lotnisko na świecie), przez kosmopolityczny eklektyzm i rozmach, multi-kulturowość, infrastrukturę funkcjonującą jak w precyzyjnym zegarku; po architektoniczne dziwy i cudeńka, wyjęte jakby wprost z futurystycznej fantazji i nieograniczonej niczym wyobraźni. Musiałem więc ochłonąć, aby dojrzeć to, co za tą fasadą się kryje – i jak przekłada się to na ludzkie doświadczenie w sensie kulturowych skutków i powikłań.
Nie ma wątpliwości, że Singapur w ciągu zaledwie półwiecza od ogłoszenia swojej niepodległości dokonał rzeczy niesamowitej, pod względem ekonomicznym i technologicznym osiągając z nawiązką to, co sobie (pod przewodnictwem Lee Kuan Yew, lidera Partii Akcji Ludowej, nota bene sprawującej władzę w państwie nieprzerwanie od 1959 roku) zaplanował, stając się jednym ze światowych liderów w bankowości, edukacji, transporcie, inżynierii, medycynie… charakteryzując się niezwykle gwałtownym tempem rozwoju zwłaszcza przemysłu elektronicznego, rafineryjnego, chemicznego, maszynowego. Dochód narodowy tego państwa na głowę mieszkańca jest jednym z najwyższych na świecie, podobnie jak osiągnięty standard życia.
Sukces gospodarczy zawdzięcza Singapur nie tylko bardzo dogodnemu położeniu geograficznemu, ale i konsekwentnym postawieniu na edukację, naukę i rozwój nowoczesnych technologii, przy jednoczesnym otwarciu na świat, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą, handlową i finansową. Ów sukces ekonomiczny przełożył się nie tylko na bogactwo kraju, stabilność i wysoki standard życia jego mieszkańców, ale i na bezpieczeństwo, modernizację, czystość, zaspokojenie potrzeb komunikacyjnych i mieszkaniowych oraz wyeliminowanie przestępczości.

Na pierwszym planie: fragm. Art Science Museum, na drugim: hotel Marina Bay Sands

BÓG POSTĘPU I TOŻSAMOŚĆ

       Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Zdaję sobie sprawę z tego, że to moje stwierdzenie (podobnie jak wcześniejsze użycie słowa „porażka”) jest kontrowersyjne i może wyglądać na pewną prowokację, ale postaram się to wyjaśnić. (Jest przy tym oczywiste, że z moimi wnioskami nie wszyscy muszą się zgadzać.)
Kiedy w latach 60. XX wieku Singapur ogłaszał niepodległość – przekształcając się z kolonii w samodzielne państwo – jego liderom (i mieszkańcom) chodziło głównie o przetrwanie. Czasy były niespokojne, ekonomicznie niepewne, pełne konfliktów etnicznych i rasowych. Tak było w Singapurze przez pierwsze kilkanaście lat, ale w latach 70. kraj zanotował pierwszy boom gospodarczy i mimo okresowych spowolnień rozwoju ekonomicznego, hossa trwała przez całe dekady.
Jednakże nawet w państwie, gdzie rozwój gospodarczy, przemysłowy i ekonomiczny jest bogiem – i gdzie temu rozwojowi podporządkowane są przyjęte/wyznawane wartości etyczne – naród (społeczeństwo) musi posiadać jakąś tożsamość.
Wiedzieli o tym jego przywódcy. I oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak trudne może być wykształcenie (utrzymanie?) tej tożsamości w tak zróżnicowanym religijnie i rasowo społeczeństwie – w państwie mającym na dodatek niezwykle ambitne plany nowoczesnego rozwoju – i to w perspektywie globalnej, a nie tylko zaściankowej.
Ważnym faktem w tym kontekście jest to, że 75% ludzi zamieszkujących Singapur to etniczni Chińczycy (14 % ma pochodzenie malajskie, 8% hinduskie) i mimo tego, że struktury organizacyjne państwa zostały odziedziczone głównie po brytyjskiej kolonii, to bez wątpienia Singapur jest państwem na wskroś orientalnym – stworzonym przez Azjatów.
I podobnie jak cała Azja, zderzył się z problemem westernizacji.
Z tym, że w Singapurze – właśnie ze względu na gwałtowną modernizację i rozwój ekonomiczny (który nie byłby możliwy bez współpracy z Zachodem i ogólnej globalizacji) – ten dylemat ujawnił się ze szczególną ostrością.

PÓŁKSIĘŻYC I GWIAZDY

       Kiedy tworzono singapurską państwowość, przyjęto biało-czerwoną flagę, na której – obok półksiężyca, symbolizującego młode rozwijające się państwo – znalazło się pięć gwiazd, które z kolei były symbolami demokracji, równości, pokoju, postępu i sprawiedliwości. Wraz z braterstwem (barwa czerwona), czystością i prawem (barwa biała), były to podstawowe ideały i wartości, którymi państwo zadeklarowało się kierować.
Deklaracje deklaracjami, ideały ideałami, jednak w praktyce zderzono się z największym chyba paradoksem progresywizmu na Wschodzie: jak wraz z postępującą na olbrzymią skalę westernizacją (przyjmowanie zachodnich wzorów, stylu życia, funkcjonowania różnych instytucji, infrastruktury, popkultury) zapobiec mentalno-kulturowej erozji i zachować wschodnią tożsamość?
Singapur z tym paradoksem zderzył się jeszcze mocniej: jak, mając kosmopolityczne parcie, nie wykorzenić się przy tym i nie rozmyć w globalnej brei?
Na Zachód patrzono jednocześnie z podziwem i odrazą. Przyczyniała się do tego nie tylko post-kolonialna idiosynkrazja, ale przede wszystkim postrzeganie kultury zachodniej jako zagrożenie z powodu cechującego ją indywidualizmu, liberalizmu, materializmu, narkomanii i alkoholizmu (tak to tutaj postrzegano).
Innym, nie mniej ważnym problemem, było sprostanie ideałowi równości rasowej i religijnej tolerancji w państwie multi-religijnym i multi-rasowym, jakim de facto był Singapur. Z jednej strony bowiem, nie można było oprzeć się na jednej religii i rasie, z drugiej zaś niemożliwe było wynalezienie nowych wartości a zwłaszcza dziedzictwa (czyli tożsamości) tworząc wszystko from the scratch (od samych podstaw), bo dziedzictwo/tożsamość zawsze musi mieć swoje korzenie.
Uniwersalne wartości (jak np. etos ciężkiej pracy, wytrwałości, poświęcenia, oszczędności, zapobiegliwości, zaradności) takiej tożsamości nie dostarczały. Nie można też było oprzeć wszystkiego na konfucjanizmie (choć zdecydowana przewaga liczebna etnicznych Chińczyków miała jednak ostatecznie największy wpływ na tego dylematu rozwiązanie).
Stojąc przed tym wyzwaniem Partia Akcji Ludowej zdecydowała się na krok… jeśli nie desperacki, to na pewno pryncypialny: stworzenie czegoś, co nazwano „ideologią narodową”, której fundament stanowić miały takie zasady i wartości, jak: „społeczeństwo ponad jednostką”, „rodzina jako podstawowa i najważniejsza komórka społeczna”, „pomoc wspólnotowa i poszanowanie dla jednostki”, „konsensus ponad konfliktem”, „rasowa i religijna tolerancja i harmonia”.
Jeśli komuś te ideały wydadzą się autorytarne, zalatujące komunizmem, a nawet totalitaryzmem, to są jednak podstawy, żeby się z tym zgodzić. Nie mówiąc już o kwestii jak idealna teoria przystaje do realnej praktyki.
Dla mnie krytycznym i najbardziej radykalnym postulatem jest tutaj postawienie społeczeństwa ponad jednostką, co zawsze i nieuchronnie prowadzi do łamania praw człowieka (rozumianych tak, jak to przyjęto w Powszechnej deklaracji praw człowieka, którą stworzono po doświadczeniach II wojny światowej, również w celu zapobieżenia totalitaryzmom takim, jak faszyzm czy komunizm).
To, co przed chwilą napisałem może wyglądać na marudzenie idealisty i pięknoducha, bo przecież każdy widzi, jaki „tygrys” jest – i to, że sukces Singapuru jest oszałamiający a miliony ludzi żyją tam wygodnie, nowocześnie, bezpiecznie i dostatnio.
A jednak…

Podłączeni ale czy połączeni? Scena w singapurskim metrze.

.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT?

       Co się dzieje, kiedy rozwój staje się celem samym w sobie? Czym jest wolność, jeśli sukces i spełnienie musi się mieścić w formie sztucznie ustalonego formatu? Dlaczego konkretne dobro indywidualnego człowieka jest uważane za mniej wartościowe niż abstrakcyjne dobro mrowia (ogółu)? Dlaczego ścisłe ceni się bardziej niż swobodne, luźne i artystyczne? Czy czystość można utrzymać tylko wtedy, jeśli będzie się nękać ludzi zakazami i groźbą niebotycznych mandatów? Czy na pewno sterylne oznacza zdrowe? Jaki to jest szacunek dla ludzkiego ciała, skoro za normalną karę przyjęło się chłostę, zostawiającą najczęściej bliznę na całe życie? Dlaczego wysokość zarobków ma być jedynie słusznym kryterium ustalania społecznej hierarchii i zależności? Czy można tchnąć ducha w maszynę?
Czy tak ma wyglądać Nowy Wspaniały Świat?
Takie pytania można zadać w konfrontacji z singapurskim „sukcesem”.
Wysłuchałem wiele opinii pochodzących od ludzi zamieszkujących – krócej lub dłużej – Singapur. Niestety, przeważały wśród nich te negatywne, choć oczywiście nie brakło też pozytywnych. Ale to też należy do moich osobistych doświadczeń, więc nie ośmieliłbym się wypowiadać w imieniu całego społeczeństwa.
Ci, którzy mieli dość Singapuru, skarżyli się nie tylko na wyścig szczurów, kształtowanie wszystkich wedle jednego schematu, brak inspiracji, sterylność, cenzurę, jałowość, brak duchowości, materializm, konsumpcyjną nudę, myślenie pod sztampę, brak wolności słowa i otwartej dyskusji…
Ci zadowoleni mówili o wysokim standardzie życia, bezpieczeństwie, wygodzie, nowoczesnej infrastrukturze, porządku, czystości, braku przestępczości, dobrych zarobkach, możliwości kształcenia się, łatwości zakładania firm, otwartości na świat, obfitości dóbr konsumpcyjnych i bogatej kuchni…
Czy w tym wszystkim można znaleźć jakiś złoty środek? A jeśli tak, to czym on jest – czy aby nie pewnym kompromisem, który będąc wymuszony, żadnym kompromisem nie jest? Albo zwykłą ludzką niemożnością, aby zadowolić wszystkich? Niezdolnością do stworzenia cywilizacji – porządku społecznego, państwa – nie tyle idealnego (bo to jest definitywnie nierealne), co bez kardynalnych wad, bo okazuje się to czystą utopią?
Moim sąsiadem w samolocie lecącym z Singapuru do Rangunu był nauczyciel języka angielskiego, który do Birmy latał często w weekendy, by odwiedzić tam swoją rodzinę. Od niego z pierwszej ręki dowiedziałem się, jakiej presji poddane są jego dzieci w szkole i jak to odbija to się na ich zdrowiu psychicznym i zachowaniu. Z tego względu myśli o wyprowadzce z Singapuru. Pytał się mnie, czy poleciłbym mu przeniesienie się do Kanady.
Wtedy zdecydowałem się na pewną summę – wyznanie braku wiary w to, że kiedykolwiek chciałbym zamieszkać na dłużej w państwie zbudowanym według tej recepty. Wynika on z następującego wniosku i spostrzeżenia, które zapisałem jeszcze przed wyjściem z samolotu w Rangunie:
„Socjotechnikę w Singapurze doprowadzono do perfekcji – całe społeczeństwo funkcjonuje według ściśle określonych przez władzę reguł i zasad. Indywidualizm jest całkowicie podporządkowany społecznej strukturze. Jego znaczenie jest czysto utylitarne – jesteś wart dokładnie tyle, ile korzyści ma z ciebie społeczeństwo, a ściślej: model społeczny stworzony i aprobowany przez państwowe władze (które np. określają procentowo w jakich proporcjach mogą mieszkać w bloku przedstawiciele różnych ras i grup etnicznych). Musisz być trybikiem dokładnie wpasowanym w tę społeczną machinę, a twoje miejsce w ścisłej hierarchii zadań i pozycji określa sposób selekcji (na bardziej lub mniej sprawnych i przydatnych) dokonujący się już od najmłodszych lat. Taki wydaje się być koszt panującego tam porządku, bezpieczeństwa i wysokiego standardu (materialnego) życia. Czy aby nie za wysoki?”

.

Kolorowy pokaz – tańczące fontanny, światło i dźwięk. A w tle: wieżowce centrum biznesowego downtown

.

OBLĘŻENIE

       Problem ze współczesną turystyką jest taki, że jest ona bardzo powierzchowna – nie wspominając już o tym, że jej masowość (oczywiście cały czas mam na myśli czasy przed koronawirusem) przynosi chyba jednak więcej szkody niż pożytku (choć z tym można polemizować, zwłaszcza w rejonach, które z turystyki „żyją”). Jedną z największych niedogodności, które się z tym wiążą są tłumy oblegające największe „atrakcje” turystyczne świata – coraz większe i coraz bardziej tratujące się nawzajem. Wiedząc, że sam do tego się przyczyniam – stając się częścią tłumu (będąc np. na Placu Św. Piotra, oglądając Mona Lisę w Luwrze, czekając na wschód słońca przed świątynią Angkor Wat; chodząc po Wielkim Murze, pod wodospadami Iguazú, stojąc na Time Square, spacerując w ogrodach Alhambry lub wśród ruin Machu Picchu) – to robię wszystko, aby tłumów uniknąć (jest to trudne, ale nie niemożliwe – wystarczy tylko zejść nieco z utartej ścieżki).
Na pewno bezpowrotnie odeszły w przeszłość czasy prawdziwego podróżowania, które było jeszcze możliwe kilkadziesiąt lat temu (im dalej w przeszłość, tym to podróżowanie było „prawdziwsze”). Teraz stało się ono nieprzyzwoicie łatwe, w związku z czym po globie przewalają się tłumy „zaliczające” kolejne turystyczne „atrakcje”. Rzadko kto wnika w istotę odwiedzanych miejsc, głębiej je poznaje – zwykle rutyna, oklepane szlaki, pośpiech, bezmyślne podążanie za przewodnikiem i szybkie omiatanie okiem widoków, zabytków, dzieł sztuki… skutecznie temu zapobiegają.
Oczywiście zdarzają się też od tego wyjątki.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mimo iż Singapur każdego roku odwiedza ponad 10 mln. turystów – i moja wizyta przypadła na tzw. „szczyt” sezonu – to tłumów tam nie doświadczyłem, co było dla mnie zaskoczeniem tym większym, że wiedziałem, iż jadę do kraju/miasta obszarowo niewielkiego, a jednocześnie niezwykle gęsto zaludnionego. Mało tego: do dzisiaj pozostało we mnie wrażenie przestronności – doświadczenie wielkiej przestrzeni, którą bez wątpienia Singapur zawdzięcza obecnej tam architekturze (o wielkim „oddechu” wyobraźni) i doskonałym rozwiązaniom komunikacyjnym.
Jak już wspomniałem na początku, rekomendację tego, co warto zwiedzić w Singapurze zostawiam innym (dzięki dostępnym informacjom można sobie wybrać to, co najbardziej kogoś zainteresuje), tutaj podrzucę jedynie garść moich wrażeń z wałęsania się po tym mieście oraz parę ogólnych impresji.
Nie musiałem się nigdzie spieszyć, więc mimo spędzania każdego dnia kilkunastu godzin poza hotelem, nigdy nie czułem się zmęczony, ani tym bardziej znudzony, bo Singapur to jednak jest miasto niezwykle różnorodne, jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni i zamieszkujących go ludzi.

MIEJSCA

       Oczywiście o Singapurze – a nawet o tygodniowym w nim pobycie – można napisać całą książkę. Ale zważywszy na to, że nawet ten tekst, który miał być ledwie wspomnieniem podróży, rozrasta się do nieprzyzwoitych rozmiarów, postaram się ograniczyć do kilku wzmianek, gdzie w Singapurze byłem i co zobaczyłem.

.

Mnisi buddyjscy pod posągiem Merliona (hybryda ryby i lwa) – symbolu narodowego (a zarazem i maskotki) Singapuru.

Marina Bay. Nowoczesny, powstały w ostatnich latach kompleks architektoniczny wokół Zatoki Marina, to doprawdy wielki zbytek i niebotyczna ekstrawagancja – taki futurystyczny bizantynizm. Weźmy choćby Hotel Marina Bay Sands składający się z trzech olbrzymich wieżowców (w kształcie przypominającym jakieś gigantyczne spinacze ze szkła, betonu i stali), na których wsparto symbolizującą łódź obłą konstrukcję, mieszczącą nie tylko deck obserwacyjny, restauracje, kasyno i bary, ale i sporej wielkości… basen. Po drugiej stronie Zatoki kręci się największe na świecie koło „obserwacyjne” czyli Singapore Flyer (miałem okazję nim się pokręcić zarówno w dzień, jak i w nocy – mając zresztą do swojej dyspozycji cały, przypominający oszkloną kapsułę, wagonik). Jest jeszcze, symbolizujące swoją formą lotus, Art Science Museum – o wielkiej sadzawce pełne nenufarów, czy kosmicznej budowli Louis Vuitton nie wspominając. Kompleks Marina Bay sąsiaduje zarówno z lasem lśniących biurowców downtown (co wieczór stanowią one tło dla odbywającego się tutaj pokazu tańczących fontann, laserowych i kolorowych świateł), jaki i zupełnie odmienną w charakterze Colonial Quarter, gdzie znajduje się słynny historyczny Hotel Raffles.

.

Futurystyczne Superdrzewa w Ogrodach nad Zatoką

Gardens by the Bay. Już tylko dla tego cudeńka warto zatrzymać się w Singapurze. Na wydartej oceanowi powierzchni ponad 100 hektarów zbudowano dziwne, ale jednak niezwykle imponujące ogrody, których artystyczna sztuczność konkuruje tylko z autentyzmem rosnących tam w nieprzebranej ilości roślin, sprowadzonych tu z całego świata. Najbardziej rzucają się w oczy tzw. Superdrzewa – wysokie na kilkadziesiąt metrów konstrukcje z betonu i stali, ale tak zarośnięte, że przypominają żywe organizmy z jakiejś nieziemskiej planety. Już w świetle dziennym robią wrażenie, ale prawdziwie oszołamia dopiero nocny show, który – przy wsparciu pompatycznej muzyki – rozświetla te kosmiczne drzewa milionami różnokolorowych świateł. Aaa… można tu jeszcze zobaczyć Flower Dome – wypełnioną tysiącami kwiatów, największą cieplarnię na świecie; czy Cloud Forest – ta z kolei szklarnia zawiera w środku… zarośniętą gęsto i spowitą tropikalną mgłą górę, na którą się można wspiąć po spiralnych schodach – zobaczyć i poczuć jej florę z bliska. W Ogrodach nad Zatoką jest jeszcze wiele innych pomniejszych dziwów.

.

Zachwyt i oczarowanie podwodnym światem: dzieci przed szybą olbrzymiego akwarium na wyspie Sentosa

Sentosa Island. Szumnie promowana jako “Asia’s favourite playground” wyspa, oddzielona niespełna kilometrową cieśniną od Singapuru „lądowego”, to niewiarygodne nagromadzenie atrakcji dla dzieci dużych i małych, wliczając w to parki wodne, Studia Filmowe Universal, mega-kasyno oraz plaże ze sprowadzonym z sąsiedniej Malezji piaskiem. Jeśli mogłem ten pstrokaty jarmark tolerować, to tylko ze względu na zaplanowaną przeze mnie wcześniej wizytę w imponującym S.E.A. Aquarium (wtedy było to jeszcze największe akwarium oceaniczne na świecie, zdetronizowane wkrótce jakimś chińskim molochem). Mimo, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem trzymania zwierząt w klatkach, to chyba jednak bardziej toleruję widok morskich stworzeń w akwariach, zwłaszcza jeśli są tak gigantycznych rozmiarów jak te na Sentosie. Muszą być takie, skoro mają pomieścić ponad 100 tys. zwierząt. Wiele z nich widziałem po raz pierwszy w życiu, ale po raz nie wiadomo który zdumiała mnie inwencja Natury w kreowaniu różnych – często fantastycznych i wręcz fantazyjnych – form życia. Łapałem się więc na tym, że przyklejam się jak zahipnotyzowany do akwariowej szyby, ze wzrokiem utkwionym na tych stworach, podobnie jak stojące obok mnie dzieciaki.

.

Wszystkie kolory sari – hinduski ślub w świątyni Sri Srinivasa Perumal Temple w dzielnicy Little India

Chinatown, Little India, muzułmańskie Kampong Glam. Jednym z największych singapurskich paradoksów jest to, że wykreowana jak pod matrycą struktura społeczna kraju, obejmuje inkluzywnie tak różnorodne rasy, grupy etniczne i religie, że zasadne staje się pytanie, co tu jest bardziej prawdziwe, trwałe i dominujące: religia i tożsamość zakorzeniona w długiej tradycji i historii, czy sztucznie stworzony „porządek” społeczny, ściśle egzekwowany w praktyce. To są dwie sprzeczne ze sobą ordynacje, więc jeśli tej drugiej podporządkowani są wszyscy (a są), to ta pierwsza musi być w opresji – i vice versa: jeśli pierwsza jest mocniejsza, to ta druga jest fałszywa. Tak czy owak, to jeszcze jeden przykład na singapurską sztuczność i nie trzymającą się kupy „tożsamość”.
Jednakże autentyzm trzyma się niektórych zakątków Singapuru, mimo że nawet w bardziej etnicznie jednorodnych enklawach, sąsiadują obok siebie meczety, świątynie hinduskie, buddyjskie czy taoistyczne – co najbardziej rzuca się w oczy w dzielnicy chińskiej. Tam też znajduje się chyba najciekawszy zabytek historyczny Singapuru, wybudowana w 1839 roku świątynia Thian Hock Keng – ikona chińskiego dziedzictwa kulturowego. Ale taka, okupowana głównie przez muzułmanów dzielnica Kampong Glam, gdzie obok ważnego dla lokalnego islamu Meczetu Sułtana i arabskich sklepów, też naznaczona jest ciekawym eklektyzmem, bo upodobali ją sobie… hipsterzy, przez co kwitnie tu nie tylko butikowo-backpackerski szpan, ale i bujne życie nocne. O rzut beretem oddalone są Małe Indie, gdzie, zwłaszcza przy ulicy Serangoon, czujemy się jak w Indiach, tyle że bez doświadczania widoku (i zapachu) świętych krów. Tam zwraca uwagę poświęcona matczynej bogini Kali świątynia (there’s no way I can spell it right without looking into the guidebook) Sri Veeramakaliamman. Warto też wstąpić do buddyjskiego przybytku (this one is much easier) Sakya Muni Buddha Temple. Jednak największa niespodzianka – najbardziej chyba intensywna etnicznie i bajecznie wręcz kolorowa – spotkała mnie w położonej tuż obok tej buddyjskiej świątyni hinduska Sri Srinivasa Perumal Temple, gdzie – zupełnie przypadkowo, i to w ostatni dzień pobytu w Singapurze – trafiłem na hinduski ślub i wesele, które swoją barwnością, egzotycznością, bogactwem rytuałów, urodą kobiet, feerią symboli i – last but not the least – fotogenicznością, zupełnie mnie oszołomiło, wprawiając nie tylko w kulturowy, ale i fotograficzny trans.

.

Przed fontanną w Ogrodach Botanicznych Singapuru

Botanic Gardens. Kiedy tak czytałem o planach rozwojowych Singapuru, to odniosłem wrażenie, iż zajmujący się tym ludzie mają obsesję na punkcie „zieleni”. Już nie wystarcza im slogan „The Garden City”, teraz musi być „The City in the Garden”. Ta obsesja akurat mi się podoba, bo lasy i zieleń roślin wszelakich to nie tylko tlen dla moich płuc, ale i balsam na moje oczy. Rzeczywiście, jeśli spojrzy się na Singapur z góry, to kolor zielony wypełnia więcej niż 1/3 część całej wyspy. A to nie tylko stworzone przez człowieka parki i ogrody, ale i lasy, w tym fragmenty pierwotnego (porastającego ongiś całą wyspę) lasu tropikalnego, litościwie ocalonego przed – kolonialną jeszcze – totalną wycinką. Dochodzą do tego ogrody wiszące (gdzie tylko się da), piętrowe a nawet wertykalne – wszystkie nowe budynki muszą uwzględnić zieleninę.
Po kilku dniach zwiedzania głównie zurbanizowanego Singapuru postanowiłem odpocząć od tego w tutejszych Ogrodach Botanicznych, z dala od miejskiego zgiełku i turystycznych korowodów. I choć (wbrew famie bycia jednym z najlepszych ogrodów botanicznych świata) bardziej mi się kiedyś spodobały ogrody, które widziałem choćby w Kanadzie (The Butchart Gardens) czy na Sri Lance (Royal Botanical Gardens pod Kandy), to ten był chyba najbardziej rozległy i relaksujący, więc nie było problemu, aby spędzić w nim prawie cały dzień, tym bardziej że mogłem usiąść w cieniu, wyjąć z plecaka swój kajet i coś tam w nim naskrobać.

ZAKAZY, CHŁOSTA I OBRAZY

       W tym samym roku, w którym odwiedziłem Singapur, dwóch młodych Niemców zostało skazanych na 9 miesięcy więzienia i chłostę za namalowanie graffiti na jednym z wagonów metra. To miasto-państwo słynie z bardzo wysokich kar za wykroczenia, które w innych krajach są po prostu zakazami, ale raczej rzadko karanymi (jak np. śmiecenie na ulicy, zrywanie kwiatów, chwytanie ptaków i łowienie ryb, wandalizm, oddawanie moczu i palenie w miejscach publicznych, ekshibicjonizm…). W Singapurze zaś kary są bezwzględnie egzekwowane, jak również bardzo wysokie, dzięki czemu wykroczenia te zostały niemal zupełnie wyeliminowane. Istnieją tu również zakazy bardzo specyficzne, nigdzie indziej nie spotykane, jak np. zakaz picia i jedzenia w środkach komunikacji miejskiej, zakaz sprzedaży gumy do żucia, plucia na ulicy, obejmowania się, karmienia małp, podłączanie się do czyjegoś wi-fi… Idący w setki dolarów mandat można dostać za… niespuszczenie wody w toalecie. Nielegalne są też związki homoseksualne, i choć prostytucja jest dozwolona, to pornografia już jest przestępstwem. Stosuje się karę śmierci, m.in. za przemyt i handel narkotykami.
Jednakże przebywając w Singapurze nie czułem się jakoś szczególnie tymi zakazami sterroryzowany. Byłem sam, więc do nikogo się nie przytulałem; nie wyżywam się artystycznie smarując po murach graffiti; nie żuję gumy, nie palę papierosów; w zasadzie nie pluję na ulicy i raczej spłukuję po sobie w toalecie… W związku z tym, wszystkie te – bardziej lub mniej dziwne zakazy – po prostu mnie nie dotyczyły. Mało tego: mogłem do woli korzystać z dobrodziejstwa czystości, porządku i higieny, jakie te przepisy tutaj na ludziach wymuszały.
Nie będę ukrywał, że mój pobyt w Singapurze wspominam bardzo dobrze. Cieszy mnie to, że mogłem zobaczyć to ciekawe miejsce, które dostarczyło mi nie tylko mnóstwa zmysłowych wrażeń, ale i uświadomiło pewne aspekty globalizacji oraz możliwe kierunki rozwoju naszej cywilizacji. Muszę jednak zaznaczyć, że w ubiegłym roku dały się w singapurskiej ekonomii zauważyć pewne znaki stagnacji, może nawet recesji i zapewne tegoroczna pandemia ten trend pogłębi, zwłaszcza że państwo to jest szczególnie narażone na straty, ze względu na uzależnienie od globalizacji, turystyki, eksportu i handlu. Jak sobie z tym wszystkim Singapur poradzi? – to okaże się dopiero w przyszłości.
Opisałem zaledwie skrawek moich singapurskich doświadczeń. Osobnego wpisu wymagałaby choćby moja wizyta w Singapurskim Muzeum Narodowym, gdzie niespodziewanie wziąłem udział w pewnym niezwykłym wydarzeniu teatralnym; jak również te okruchy rozmów ze spotykanymi przypadkowo ludźmi, którzy – bardziej lub mniej otwarcie i śmiało – użyczali przy tym swojej duszy, przez co moje zderzenie z ultranowoczesną cywilizacją nie było aż tak bezduszne.
Nie byłbym sobą, gdybym nie sfotografował Singapuru z każdej dostępnej mi strony. A jednak zdaję sobie sprawę z… nie tyle powierzchowności, co nieadekwatności takiego oglądu, bo niby jedno zdjęcie mówi czasem więcej, niż tysiąc słów, to jednocześnie mami nas często swoją formą (niekiedy też uwodzi i czaruje pięknem), ukrywając jednak treść i to, co jest głębiej. Dla zilustrowaniu tego tekstu wybrałem garść obrazów, które mogą dać wyobrażenie tego, jak zagospodarowana jest w Singapurze przestrzeń; jak wyglądają turystyczne atrakcje; jakich ludzi spotyka się na ulicy, w metrze, ogrodach, świątyniach… Składa się to na kolorową mozaikę, która jednak pozwala zwrócić uwagę na ten niezwykły zakątek naszej planety i przybliżyć nam charakter zamieszkujących go ludzi.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

SAN FRANCISCO, albo o misjach, złocie, pożarach i trzęsieniu ziemi

.

Kiedy mowa o historii San Francisco, słyszy się zazwyczaj o tym, że na początku byli hiszpańscy konkwistadorzy, zaraz później misjonarze, a następnie złoto. Jest to prawda, lecz niepełna. rzeczywiście gorączka złota przed 15o laty przyczyniła się wielce do kalifornijskiego boomu, a szczególnie do znacznego rozkwitu San Francisco. Jednak w międzyczasie wiele innych czynników i wydarzeń kształtowało KalifornięTak naprawdę – podobnie jak w przypadku każdego innego miejsca w Ameryce – na początku byli tu Indianie. Przez kilkanaście tysięcy lat żyli na Zachodnim Wybrzeżu w zgodzie z naturą, respektując siły, od których, od których zależało ich życie i powodzenie. Tak było aż do czasu, kiedy pojawił się biały człowiek, a wraz z nim jego agresywna ekspansja, choroby zakaźne, pogoń za złotem i bogactwami, lecz także i za chlebem.

.

San Francisco

San Francisco (wiktoriańskie Malowane Damy na tle miejskiego downtown)

.

To zderzenie z białymi spowodowało wyginięcie prawie wszystkich rdzennych mieszkańców Indian zamieszkujących wybrzeże Pacyfiku. A na początku podboju kontynentu przez Europejczyków było ich blisko 500 tysięcy.
Jedną z tych niszczycielskich sił była gorączka złota. Zresztą, jak można się domyślać, pierwsi odkryli złoto Indianie, jednak nie znaleźli w nim szczególnego upodobania. Aby jednak oddać sprawiedliwość misjonarzom, trzeba zaznaczyć, że to właśnie padres – jak ich z hiszpańska wówczas wszyscy nazywali – zabraniali rdzennej ludności rozgłaszania wieści o złożach złotego kruszcu, słusznie obawiając się, że sprowadzi to na ich misje i wioski indiańskie same plagi. Nie zapobiegło to jednak gorączce złota i kiedy w 1848 roku biali znaleźli kruszec nieopodal San Francisco, rozpętało się zamieszanie, które – w zależności od punktu widzenia – wyglądało albo na rozkwit, albo na katastrofę, przynosząc Kalifornii zarówno to, co złe, jak i dobre.

EUROPEJCZYCY

Wróćmy jednak do początków miasta, które później zasłynęło na całym świecie jako San Francisco. Wiadomo, że Hernando Cortes, słynny Hiszpan, który podbił Meksyk, dotarł do półwyspu znanego dzisiaj jako Baja California (czyli Dolna Kalifornia) i myśląc, że jest to wyspa, nadał jej nazwę California – tak samo, jak to było w znanej wówczas książce, w której opisano mityczną wyspę na Pacyfiku, nazywając ją właśnie Californią (od imienia jej władczyni, Calafii).
Juan Cabrillo, pierwszy Europejczyk, który przybył do wybrzeży dzisiejszej Kalifornii w 1542 roku, zatrzymał się w kilku miejscach Zachodniego Wybrzeża, jednak przeoczył zatokę San Francisco. Podobnie, jak słynny angielski żeglarz Sir Francis Drake, którego wielka, obładowana skarbami flotylla przepłynęła obok wejścia do zatoki, (które spina dzisiaj most Golden Gate) prawdopodobnie nawet jej nie zauważając. Trzeba było więc zaczekać aż do II połowy XVIII wieku, by Europejczycy bardziej zdecydowanie zajęli się kolonizacją tego zakątka ziemi.
Król hiszpański Karol III usunął Jezuitów ze swoich kolonii, zastępując ich wkrótce misjonarzami innych reguł. I tak, dominikanom przypadała w udziale Dolna Kalifornia, natomiast franciszkanom – Górna. A należało wówczas działać energicznie. Po wojnie siedmioletniej najsilniejszym gospodarzem Ameryki Północnej stała się Anglia. Swoje osady na Pacyficznym wybrzeżu Ameryki, zaczęli też zakładać Rosjanie. Hiszpanie już dłużej nie mogli czekać z umocnieniem swoich kolonii. Zaczęli więc organizować misje – zaczynając od San Diego, na San Francisco kończąc. Zajął się tym głównie franciszkanin Juniperro Serra. W latach 1769-1823 powstało 21 takich misji.

Fisherman's Wharf

Fisherman’s Wharf

YERBA BUENA

Najprawdopodobniej Zatokę San Francisco zobaczyli po raz pierwszy Hiszpanie z ekspedycji Gaspara de Portoli w 1769 roku. Jednak dopiero 6 lat później hiszpański statek wpłynął do zatoki przez cieśninę nazwaną później (1948 r.) przez Amerykanina Johna Charlesa Fremonta Golden Gate (Złote Wrota). Portola miał na pokładzie cieśli i murarzy, których zadaniem było zbudowanie misji i presidio, czyli garnizonu. I tak się stało. W 1776 roku powstała Mission Dolores.
Naturalnie, oprócz tego, że misja była siedzibą zakonników, którzy zajmowali się nawracaniem „dzikich” Indian na „świętą” wiarę katolicką, był to jednocześnie punkt strategiczny: fort mający bronić Hiszpanów zarówno przed wrogimi tubylcami, jak i przed wojskami innych państw kolonialnych.
Jednakże, przez najbliższe 50 lat od powstania Misji Dolores, jej mieszkańcy wiedli żywot spokojny, nie niepokojeni przez nikogo. A było ich w 1800 roku niespełna tysiąc, wliczając w to Indian. Czas jakby się dla nich zatrzymał. Nie zatrzymał się jednak w całej Ameryce. Meksyk wymówił posłuszeństwo Hiszpanii w 1821 roku, ogłaszając swoją niepodległość. Zaczęła się tzw. sekularyzacja kalifornijskich osad, czyli – dosłownie – ich uświecczenie. Misje zamieniały się w pueblo (wioski), ziemie zaczęto oddawać w prywatne ręce, także Indianom.
Do Kalifornii przybywało coraz więcej amerykańskich i angielskich biznesmenów. Jednym z nich był brytyjski kapitan William Richardson, który w latach 20-tych XIX wieku, parę kilometrów od Misji Dolores założył handlowe pueblo, nazwane wkrótce Yerba Buena (hiszp. dobre ziele). To właśnie miejsce stało się zalążkiem miasta, które z czasem zaczęto nazywać San Francisco.
Wszystko to odbywało się jeszcze przed gorączką złota. Była to epoka wielkich rancho, którą z wielkim rozrzewnieniem wspominali później starzy mieszkańcy Kalifornii, zmęczeni całym tym zgiełkiem, wywołanym przez gorączkę złota 1848 i 1849 roku.
Jednakże wcześniej, bo w 1846 roku, wybuchła wojna Stanów Zjednoczonych z Meksykiem, zakończona dwa lata później traktatem pokojowym, na mocy którego cała Kalifornia, jak i inne ziemie należące dotychczas do Meksyku (w tym Arizona, Nowy Meksyk, część Nevady) zostały włączone do Stanów Zjednoczonych.

ZŁOTO!

Dosłownie na 6 dni przed podpisaniem tego traktatu, w pobliskich górach Sierra Nevada odkryto złoto. W ciągu kilku dni pueblo Yerba Buena – znane już wówczas jako San Francisco – opustoszało. Każdy, kto żyw zaczął w górskich strumieniach szukać złota, a fama o kruszcu rozniosła się nie tylko po Kalifornii i Ameryce, ale i po całym świecie. Wkrótce ze wszystkich zakątków globu zaczęli napływać poszukiwacze złota. Liczba mieszkańców San Francisco, w ciągu zaledwie dwóch lat (1848-50), zwiększyła się z tysiąca do 25 tysięcy osób.
W 1849 roku, na statku California przybyli tzw. Argonauci (inaczej zwani forty-nineres). Tysiące innych przypłynęło za nimi morzem, lub też dotarło lądem, pokonując wozem osadniczym 4-miesięczną trasę szlakami Oregon lub Santa Fe. Wśród nich nie brakło Anglików, Norwegów, Niemców, Australijczyków i ludzi wielu innych narodowości.
Ci, co byli pierwsi, rzeczywiście znaleźli kruszec w wielkiej obfitości – dziennie nawet o wartości do 150 dolarów, co jak na tamte czasy było sumą olbrzymią. Zdarzały się żyły złota zupełnie odkryte – tak, że metal ten można było wydłubywać ze skały zwykłym scyzorykiem. Jednak była to stosunkowa rzadkość, a zasoby w krótkim czasie zaczęły się wyczerpywać. Większość poszukiwaczy wydobywała złota tyko tyle, by się można z tego utrzymać (tj. za około 100 dolarów miesięcznie). A należy pamiętać, że utrzymanie było wówczas w tamtym rejonie okrutnie drogie, gdyż handlarze windowali ceny do astronomicznych wysokości. Funt gwoździ kosztował prawie tyle samo, co funt złota; zwykła deska – $20, jajka od $20 do $50 za tuzin, kwarta wódki – $30, a para butów około $100. Nic więc dziwnego, że w ostatecznym rozrachunku, na całym tym „złotym” interesie, najlepiej wyszli handlarze i ci, którzy ten ruch obsługiwali (a w szczytowym, 1852 roku, wydobyto złota za 81 milionów dolarów). Jednym z tych, którzy zapisali się wówczas dla potomności, był przybysz z Niemiec nazwiskiem Levi Strauss, który zamierzał poszukiwaczom złota sprzedawać namioty, lecz po jakimś czasie doszedł do wniosku, że zrobi lepszy interes, jeśli z tego płótna na namioty zacznie szyć spodnie. Trafił w dziesiątkę, czego skutki odczuwamy do dzisiaj, chodząc w „levisach„.
Oczywiście, cala ta gorączka miała także swe pochorobowe komplikacje i powikłania. San Francisco, ze spokojnego w miarę pueblo, w ciągu paru miesięcy zamieniło się w tzw. boom-town, czyli miasto hossy. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kasyna i domy gry (w krótkim czasie powstało ich blisko tysiąc); także salony, palarnie opium, knajpy oraz publiczne przybytki uciech seksualnych, zwane popularnie burdelami. Tłumnie zaczął napływać element mocno podejrzany, awanturniczy, wręcz bandycki – całe mnóstwo wyjętych spod prawa renegatów. Kwitło więc bezprawie – rozbój, kradzieże, łapówkarstwo, prostytucja… Nie działały żadne miejskie organizacje i praktycznie nie było żadnej efektywnej władzy stanowej, o federalnej nie wspominając. San Francisco rozwijało się zbyt szybko – i za daleko od Wschodniego Wybrzeża – by mogła za tym nadążyć legislatura. Więc nawet gdy uchwalono jakieś prawo, to nie było komu go egzekwować. Organizowały się szajki, którym obywatele San Francisco starali się stawić czoła, zakładając własną milicję porządkową. Dla przykładu powieszono kilku złoczyńców. Jednak odbywało się to poza władzą oficjalną. Sytuacja tak bardzo wymknęła się spod kontroli, że rząd Stanów Zjednoczonych zmuszony był do interwencji i do Kalifornii posłano wojsko pod wodzą generała Shermana, który zresztą uznał jedną z organizacji milicyjnych i pozwolił jej działać.
W 1854 roku hossa gwałtownie się skończyła, ale San Francisco nie opustoszało, tak jak to było z wieloma innymi, mniejszymi, osadami górniczymi. Te wyludnione zamieniały się w tzw. ghost towns, czylio miasta-widma. San Francisco rozwijało się nadal – kupowano nowe ziemie, zakładano farmy, budowano fabryki…

Golden Gate

Golden Gate

TO JEDNAK NIE KONIEC

Drugi, znaczniejszy okres prosperity zanotowano w 1859 roku, kiedy to w zachodniej Nevadzie odkryto pokłady srebra zmieszanego ze złotem. Odzyskanie tych cennych kruszców nie było już takie proste i wymagało skomplikowanych metod oraz dużych inwestycji. Bogaci przedsiębiorcy i kompanie zainwestowały. Zasoby zostały wprawdzie wyeksploatowane już po 10 latach, ale ryzyko się opłaciło, bowiem do tego czasu wydobyto srebra i złota o całkowitej wartości 500 mln. dolarów. Inwestorzy wzbogacili się więc na tyle, by San Francisco rozbudować. Domy publiczne, hazard i meliny przestały dominować w mieście. Wyrosły za to bogate rezydencje, wybudowano słynny 800-pokojowy Palace Hotel, powstały teatry i opery… Życie kulturalne stawało się coraz bogatsze, tytuły prasowe coraz liczniejsze. Swoje imperium zaczął tworzyć William Randolph Hearst, powołując do życia gazetę San Francisco Examiner. Miasto zaczęli odwiedzać słynni pisarze, m.in. Mark Twain, Oscar Wilde czy Robert Louis Stevenson; w 1976 roku urodził się tu Jack London.
A i sama podróż do miasta Św. Franciszka stała się łatwiejsza po tym, kiedy w 1869 roku otworzono kolej transkontynentalną, którą w ciągu 5 dni – i to za jednego dolara! – można było dotrzeć tu aż z Nowego Jorku. W samym mieście uruchomiono (w 1873 r.) działające do dzisiaj tak charakterystyczne dla tego miasta, uliczne tramwaje.

48 SEKUND

Kiedy San Francisco wkraczało w XX wiek, żyło w nim około 45 % populacji całego stanu Kalifornia (dzisiaj jest to niespełna 5 %). Jak większość miast amerykańskich SF było zlepkiem wielu narodowości i jak na tamte czasy był to już miejski moloch, który zresztą znowu zaczynała podgryzać korupcja i arogancja finansowych magnatów, z czym walczyła m.in. niezależna prasa z gazetą Hearsta na czele. Nadużycia i oszustwa władz miejskich doprowadziły w końcu do rozruchów, lecz nieoczekiwanie sytuacja zmieniła się radykalnie w ciągu… 48 sekund, w dniu 18-go kwietnia 1906 roku. Tyle bowiem trwało trzęsienie ziemi, które dokonało straszliwych spustoszeń. Jeszcze większe zniszczenia spowodowały pożary, jakie wówczas wybuchły w wielu miejscach miasta. Zginęło ponad pół tysiąca ludzi, a straty oceniono na 350 mln. dolarów. To dlatego tak niewiele jest dzisiaj w San Francisco budowli, który pamiętają XIX wiek.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miasto natychmiast zaczęło dźwigać się z ruin. Wzrosło poczucie solidarności i powszechna mobilizacja. W parku Golden Gate zbudowano olbrzymi namiot, w którym przez kilka miesięcy mieszkało parę tysięcy osób. Niestety, nie wszyscy się tam pomieścili: 300 tysięcy ludzi koczowało pod gołym niebem – w innych parkach, na ulicy, w ruinach…
Jednakże San Francisco potrafiło się zorganizować w potrzebie. Powstał Komitet Odbudowy, a do miasta zaczęła napływać pomoc z całej Ameryki (w ciągu tygodnia zebrano 8 mln. dolarów na odbudowę). Nie minęło wiele lat, a powstało miasto zupełnie nowe – poprawione, nowoczesne, czyste i bardziej nawet malownicze, mimo, że znalazła się tam niemal połowa budynków z betonu i stali, jakie wówczas istniały w całej Ameryce.

BUDUJEMY MOSTY

Pierwsza wojna światowa, która tak wyniszczyła Europę, dla miasta nad Zatoką okazała się jeszcze jedną okazją do dobrej koniunktury. Rozwijał się przemysł, po ulicach San Francisco jeździło coraz więcej samochodów. Mimo wielkiego kryzysu na przełomie lat 20-tych i 30-tych, masowych strajków, ekonomia zaczęła się polepszać w drugiej połowie lat 30-tych. Nie bez znaczenia było to, że 1936 roku otworzono długi na 7 km. most łączący San Francisco z Oakland, a rok później słynny Most Golden Gate. I znów wojna światowa, tym razem druga, przyczyniła się walnie do rozwoju miasta, ściągając do niego ponad pół miliona żołnierzy, którzy po demobilizacji przemienili się w robotników, co z kolei umożliwiło dalszy rozwój tutejszego przemysłu.
San Francisco ma więc swoją krótką, ale jakże burzliwą historię. Jest w tym mieście jakaś mieszanka zawziętości, uporu i twardości, ale jednocześnie swobody, subtelności i tolerancji. Właśnie taki charakter zawdzięcza San Francisco swojej przeszłości, kiedy to musiało się podnosić po klęskach, organizować społeczny ład w warunkach chaosu i rozprzężenia. Z drugiej strony, to właśnie tutaj miały swój początek zarówno ruch Beat Generation w latach 50-tych XX wieku, jak i hippiesowska kontr-kultura Dzieci Kwiatów w latach 60-tych, wspomagana chociażby przez intelektualne środowiska na Uniwersytecie w Berkeley (już wtedy wykładał na nim Czesław Miłosz). Nic więc dziwnego, że dzisiaj San Francisco jest miastem tak mozaikowym, wieloznacznym i kolorowym.

greydot

Artykuł opublikowany został na łamach chicagowskiego magazynu „Relax” (15 czerwca 1996 r.) w ramach cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce”)

greydot

Miasto nocą (widok z Treasure Island - Most Zatokowy i San Francisco skyline)

Miasto nocą (widok z Treasure Island – Most Zatokowy i San Francisco skyline)

.

FOTOGRAFICZNE POST SCRIPTUM

San Francisco to bez wątpienia jedno z najbardziej malowniczych (a tym samym fotogenicznych) amerykańskich miast. Dla wielu jest ono najpiękniejsze, i ja jestem skłonny z tą opinią się zgodzić. Czemu SF zawdzięcza tę swoją, jakże atrakcyjną, aparycję? Otóż składa się na to kilka czynników. Przede wszystkim położenie: miasto (nota bene nie takie znów rozległe) wyrosło na nabrzeżu oceanu i nad brzegiem olbrzymiej śródlądowej zatoki, jak również na wzgórzach, i w otoczeniu gór. Następnie: kosmopolityzm i tętniąca życiem społeczność, bardzo zróżnicowana etnicznie i wzmocniona przybyszami z całego świata. No i wreszcie: architektura, której najbardziej rzucającym się w oczy jest styl wiktoriański, nadający charakter całemu miastu, mimo że dominuje on tylko w niektórych dzielnicach (wbrew temu, co napisałem w artykule, wiele wiktoriańskich domów przetrwało pożar z początku XX wieku i nawet jeśli z czasem zatraciło swój estetyczny polor, to zostało już do tej pory odrestaurowanych).

Niewątpliwie wizytówką miasta jest słynny Most Golden Gate (wbrew nazwie nie jest on złoty, a pomarańczowo-czerwony) uznawany za najczęściej fotografowany most na świecie (o jego złej sławie zawdzięczanej samobójcom nie będę wspominał). I rzeczywiście, mimo swoich potężnych rozmiarów, to dzięki m.in. architekturze art déco, konstrukcja ta zaskakuje swoją… gracją. To dlatego most Golden Gate jeszcze bardziej podkreśla malowniczość tego zakątka Ameryki, zwanego Bay Area. (Istnieje kilka „żelaznych” punktów, z których most prezentuje się najlepiej, jeśli chodzi o fotografowanie. Moim ulubionym jest widok ze wzgórza Hawk Hill, położonego na półwyspie Marine Headlands, po stronie północnej mostu. Według mnie to jeden z najpiękniejszych widoków na całym kontynencie pólnocnoamerykańskim.)

Bardzo charakterystyczne są strome sanfranciscańskie ulice (wśród nich „najbardziej kręta ulica świata” – Lombard S.), dodatkowo uatrakcyjnione przez słynne „kablowe” tramwaje, których nigdzie indziej na świecie nie można już spotkać. Portowy charakter miasta odbija się we wszechobecnych, pływających po wodzie lub zacumowanych przy molach statkach, jachtach, okrętach i łodziach – a to kolejny wdzięczny obiekt do fotografowania (szczególnie w miejscu zwanym Fisherman’s Wharf, z jego licznymi pirsami). Zainteresowanie może też budzić lokalna zwierzyna: mnóstwo ptaków, a zwłaszcza lwy morskie i foki, które po wieloletniej nieobecności wróciły na (najczęściej odwiedzany przez turystów Pier 39) i tam się z powrotem zadomowiły, pozując spragnionym egzotycznych fotek turystom. Niezłe zdjęcia zrobić można w Parku Golden Gate (tutejszy odpowiednik Parku Centralnego na Manhattanie); znakomicie widać (z góry) miasto z jednego z bliźniaczych wzgórz Twin Peaks (nie mylić z filmem Davida Lyncha); no i – last but not the least – wielce malownicze, tłumne, egzotyczne, pełne barw i zapachów, China Town (najstarsza i największa chińska dzielnica na świecie, poza Azją i Manhattanem).

Mieszkańcy San Francisco cieszą się łagodnym klimatem, przypominającym nieco śródziemnomorski, jednak bliskość chłodnego Oceanu i ciepłego powietrza nagrzanej pustyni powoduje powstanie swoistego fenomenu meteorologicznego, dzięki któremu, zwłaszcza latem, całe miasto o poranku spowite jest mgłą, najczęściej rozwiewającą się jednak wczesnym popołudniem. Jest to zjawisko bardzo (dosłownie i w przenośni) klimatyczne, jednak potrafi skutecznie zasłonić widok całej okolicy, co jest uciążliwe zwłaszcza wtedy, kiedy chce się miasto sfotografować. Wtedy trzeba trochę na tę okazję poczekać.

Odwiedzałem San Francisco dziesiątki razy (służbowo, w latach 90-tych) i tylko raz mgła i smog utrzymywały się przez cały dzień, uniemożliwiając zupełnie dostrzeżenie choćby skrawka Golden Gate, o miejskiej panoramie z Twin Peaks nie wspominając. Jednak niemal zawsze, przynajmniej druga połowa dnia była słoneczna i bezwietrzna, a powietrze przyjemne. Tak więc to, jak odbierzemy miasto – i czy się nam ono spodoba – zależy w dużej mierze od dobrej pogody, ale też od naszych oczekiwań i nastroju. Poniżej przedstawiam mały wybór zdjęć San Francisco, jakie powstały podczas dwóch moich ostatnich (prywatnych już) wizyt w tym mieście przed kilkoma laty.

greydot.
UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

WIĘCEJ ZDJĘĆ Z SAN FRANCISCO OBEJRZEĆ MOŻNA NA STRONIE „ŚWIAT W OBRAZACH” (TUTAJ).

.

Powiązane wpisy: „KALIFORNIA” i „MOST TO JEST COŚ”

.

ŚLADY NA BRUKU, ŚLADY NA PIASKACH…

(z zapisków rozproszonych XII)


.

Cudowny dzień w Krakowie. Rynek cały w słońcu i kolorach, podobnie sam Wawel.
Atmosfera turystycznej sielanki, lecz autentyzm jakby wyparował – duchy historii ulotniły się gdzieś, może zeszły do podziemi?
Rozkopano Rynek, wymieniono bruk na Floriańskiej… Ta nowa kamienna kostka nie podoba mi się wcale. Bardziej przypomina beton niż dawne kocie łby, które nosiły jeszcze ślady końskich podków, dorożek i karocy. Miliony śladów pozostawionych przez wieki na ulicach miasta. Nagle to wszystko znika – powstaje obiekt dla turystów.

Kraków po wojnie ocalał ale teraz obawiam się, że może się stać podobny tym sztucznym niemieckim miastom bez duszy, które legły w gruzach i zostały później odbudowane, tyle że od tamtego czasu przypominają już tylko budowle z klocków lego. (Takie wrażenie zrobiła na mnie np. Norymberga.)

Jakim sposobem zdołali zachować autentyzm swoich miast np. Włosi? Tam, wkraczając do Kortony, San Gimignano czy nawet do Asyżu, człowiek ma wrażenie iż cofa się w czasie. Autentyczny jest Rzym, autentyczna jest – mimo pewnego zaniedbania (a może właśnie dzięki niemu) – Florencja, dzielnie trzyma się Piza, a zwłaszcza jej krzywa wieża…

Przewodnik na Wawelu mówi, że po śmierci Jana Pawła II Kraków ma więcej zwiedzających niż Rzym. Ale jest to chyba jakaś nasza zaściankowa przesada. Pod tym względem bije na pewno Kraków Praga, gdzie – obiektywnie rzecz ujmując – jest znacznie więcej interesujących dla cudzoziemskiego turysty zabytków.

Nawiasem mówiąc, to miasto naszych południowych sąsiadów jest chyba najbardziej malowniczą ze wszystkich europejskich stolic, więc konkurencję mamy godną.

greydot
Kiedy myślę o krakowskich plantach, to mam w głowie zielono, ale także biało i szaro. Takie zmieniające się w rytm pór roku planty zapamiętałem z czasów, kiedy tu mieszkałem.
Klony, akacje, lipy, wiązy i oczywiście kasztany – drzewa uginające się od śniegu w zimie, rozczapierzone szaro-czarnymi gałęziami jesienią, ogarnięte zielonym żywiołem liści wiosną i latem.

Dzisiaj wtopiłem się w atmosferę tego miejsca, chcąc go przeniknąć… przesiąknąć tym wszystkim, co go tworzy.
Obszedłem planty dookoła. Zabrałem ze sobą aparat fotograficzny, ale prawie w ogóle go nie używałem, chłonąc otaczające mnie zewsząd obrazy bez pomocy obiektywu.
Tak czasami jest lepiej.

Patrzę na ludzi. Mnóstwo ludzi. Jakież to miriady światów! (Bo przecież każdy człowiek to świat sam w sobie.) Każdy z nich zajęty jest jednak sobą albo własnym towarzystwem.

Czy ktoś zwraca uwagę na to bogactwo?
Świadomie – chyba nikt.

Przyglądając się tej tętniącej polskiej rzeczywistości, która wylała się na krakowskie planty, zwracam się ku źródłom. Stąd wypłynęła rzeka mojego czasu – upływającego życia.
Jednak czy jest to rzeka mojego dzieciństwa? Czy to jeszcze ten gwałtowny nurt mojej młodości? Czy to głębokie, mocno zarysowane koryto wieku dojrzałego, którym wody płyną pewnie i bez większych wirów?
A może gdzieś tam, za następnym przełomem, znajduje się już cicha toń starości?

Teraz widzę te różne ludzkie światy i każdy z nich, mimo że obcy, w jakiś sposób odbija się echem w mojej duszy. Ci wszyscy ludzie gdzieś we mnie są obecni, każdy z nich jest cząstką mnie samego. I ja sam, gdyby oni uświadomili sobie moją obecność, stałbym się cząstką ich samych.

Oto stara żebraczka klęczy na czarnym asfalcie, pochyla głowę do ziemi, wyciągając przed siebie starą, drżąca rękę… Młoda kobieta podchodzi do mnie z prośba o “złotówkę na mleko dla dziecka”. Dwóch błogo uśmiechniętych meneli siedzi na krawężniku i karmi gołębie. Elegancki pan z laseczką i binoklem, poruszający się nie pozbawionym wdzięku truchtem. Madame w kapelusiku z kolorowym piórkiem. Robotnik w brudnym ubraniu prowadzący rower. Studentka z przyklejoną do ucha komórka. Pijak sikający pod murem. Pani prowadząca za rękę małą  dziewczynkę. Mężczyzna wyjaśniający coś swojemu synowi. Młody chłopak z psem podobnym do pudla ale wielkości bernardyna…
Zwykli niezwykli ludzie… A są ich tłumy!
Setki różnych – setki podobnych do siebie – żywych światów.

I ta zakochana para na ławce. Piękni i młodzi. Ona siedzi na jego kolanach, obejmuje go za szyję, głaszcze mu włosy, uśmiecha się… ze spojrzeniem utopionym w jego oczach.
Czułe, „banalne” con amore zdolne roztkliwić (bez wstydu posądzenia o tkliwość) nasze serce.

Piszę to wszystko w miejscu o wdzięcznej nazwie “Bunkier café”, które jednakże bunkra nie przypomina w niczym. To pełna młodych ludzi i ich ożywionego gwaru kawiarenka na świeżym powietrzu.
Stoliki na drewnianej podłodze, przeszklony dach, a nad nim… rozpostarty na płótnie wielki napis: OK! WYSPIANSKI.

Ach… jeszcze te kobiety, kobiety, kobiety! Po ulicach (i parkach) polskich miast chodzą najpiękniejsze kobiety świata! W żadnym europejskim mieście nie widziałem tak wielu kobiet o tak wielkiej urodzie. Co tam Włoszki, Hiszpanki, Francuski, Angielki… Polki i jeszcze raz Polki! Boże… tylko one mogą mnie odciągnąć od takiego tematu jak Wyspiański.

greydot
Prawdę mówiąc to nie mam nic przeciwko temu, aby zostawiać pewne sekcje miast tak, jakby były one “zawieszone w czasie” (to nie chodzi jednak o jakiś skansen). Dzięki temu możemy mieć wrażenie historycznej ciągłości, wgląd w dawne epoki i architektoniczne klimaty, o zachowaniu zabytków nie wspominając. Ale wiadomo, że miasto musi się rozwijać – i tu trzeba jednak iść na kompromis, projektując i budując tak, aby to wszystko się ze sobą nie “gryzło”, aby sprawiało wrażenie jakiejś harmonii. To właśnie powinno być w gestii dobrych architektów od zagospodarowania przestrzennego. Problem w tym, że ekipy (i projekty) się zmieniają i każdy chce wrzucić swoje trzy grosze. No i rezultatem tego bywa niekiedy bałagan.
Mnie np. przykro było nie tak dawno patrzeć na centrum Warszawy – te hangary i bazary wokół Pałacu Kultury, chociażby. Przypominało mi to jakąś architektoniczną katastrofę.
Kraków próbuje się jakoś trzymać, ale te wszystkie restauracje stylizowane architektonicznie, zabijają jednak autentycznego “staromiejskiego” ducha i zakłócają historyczny klimat.

Bardzo mi się podoba chicagowskie downtown (moim zdaniem najładniejsze z wszystkich nowoczesnych śródmieść amerykańskich miast) – mimo zastosowania wielu ciekawych, odważnych, a może i ekscentrycznych pomysłów.
W Ameryce wieżowce mnie nie rażą, ale do Europy mi trochę nie pasują (może jest to jakiś mój percepcyjny błąd, uprzedzenie?) Nie wiem co np. myśleć o paryskim La Défense. Znam kontrowersje, jakie wokół tej sekcji Paryża się podniosły – i całe te perypetie z budową tych wszystkich futurystycznych brył. Dla mnie to było ciekawe, ale ja patrzyłem na to jako przybysz z zewnątrz, który przyjedzie na chwilę, popatrzy sobie, porobi trochę fajnych zdjęć i pojedzie. Natomiast inaczej to wszystko mogą odczuwać ci, którzy tam mieszkają lub muszą pracować. Wtedy ta cała futurystyka może nieco człowieka alienować, bo rzeczywiście wygląda to trochę jak twór z innej planety.
Ogólnie rzecz biorąc, nie mam jakiejś szczególnej awersji do współczesnej architektury. Są przecież projekty, które robią na mnie spore wrażenie.

greydot
Codziennie przemierzam dziesiątki mil po chicagowskich drogach i autostradach. Setki tysięcy metalowych pudeł na kółkach, zdążających we wszelkich możliwych kierunkach – a w środku każdego pudła człowiek, niczym kosmita z krwi i kości odgrodzony od sztucznej cywilizacji, która go pochłonęła. Czy jednak ktoś zdaje sobie sprawę z owej sztuczności, obcości, wyalienowania… „postępu”, którego stał się ofiarą?
Nasz cywilizacyjny obłęd nie wydaje się nam czymś nienormalnym, dzięki temu, że prawie wszyscy go akceptują, nie wyobrażają już sobie innej rzeczywistości – po prostu wszyscy jesteśmy w tym zatopieni po uszy.
To dlatego, kiedy zdołam jakoś uciec poza wielkie miasto – w góry, lasy, wśród kaniony czy na pustynię – opanowuje mnie zdziwienie i wyłania dylemat: który z tych światów jest bardziej prawdziwy: ten, który stworzyliśmy, czy ten, który stworzył nas?
A może to są jednak te same światy?
greydot
Wyobraźmy sobie, że człowiek żyjący kilkaset lat temu, zostaje przeniesiony w nasze czasy. Jeśliby natychmiast nie postradał rozumu, to na pewno stwierdziłby, że znalazł się w obłędnym świecie. Oto dowód na to, jak wielkim gwałtem na naszej mentalności (chodzi mi oczywiście o mentalność gatunku Homo sapiens) może się wydać współczesna cywilizacja.
Zdumienie mnie ogarnia, kiedy przypomnę sobie, jak wrażliwi skądinąd ludzie, piali peany i płodzili wzniosłe poemata na cześć maszyny.

greydot
Natychmiast po spisaniu tych myśli spojrzałem jednak na drugą stronę medalu. Czy jednak dzięki rozwojowi cywilizacji nie czujemy się bardziej bezpieczni?
Co by się stało z nami, gdybyśmy tak z czasów nam współczesnych przenieśli się nagle o kilka wieków wstecz?

Nasza cywilizacja pociąga nas i odpycha zarazem. Jesteśmy w związku z nią rozdarci, ambiwalentni. Paradoks postępu: to co nas zabija, może też nas ocalić; to co nas ratuje, może też nas zabić. Być może właśnie stąd wyrasta owa dwoistość i cała ta dialektyka w naszych relacjach między przyrodą a cywilizacją.

greydot
Napisałem z przekąsem o naszych samochodach jako o pudłach, w których zamknięci jesteśmy my, kosmici z planety Ziemia.
A przecież uwielbiam jazdę dobrym szybkim samochodem po amerykańskiej autostradzie, kiedy rozpościera się przede mną przestrzeń ogromna, aż po bezkresny horyzont. To jedna z moich wielkich przyjemności życia (choć nie jest to przyjemność naturalna – ta bowiem może być rozkoszą).

greydot

Lot samolotem.
Człowiek zamknięty w stalowym kadłubie, który zdaje się wisieć w niebieskiej przestrzeni. Czasem maszyna przedziera się przez kaniony z obłoków, to znów płynie nad białym morzem z chmur.
Podróż ludzkiej mrówki nad kontynentami, oceanem…
Jakże łatwo przemieszczać się dziś z jednego świata do drugiego – w inny czas, do innych ludzi, w inna rzeczywistość.
Kilkaset lat temu takie doświadczenie równałoby się jakiejś metafizycznej rewelacji, dziś jest udziałem milionów, a przez to trywialne niczym Cola wypita na lotnisku.

greydot

Spacer po plaży w Miami Beach. Obok, ciągnące się wzdłuż wybrzeża kondominia. Sprawiają wrażenie wymarłych. Ostre słonce odbija się od szklanych tafli okien, puste balkony, znieruchomienie…
Jakie życie skrywa się za tym wszystkim, we wnętrzu tych widmowych blokowisk?

Ostatnie chwile swojego życia spędził tu Isaak Singer. Jakże dziwnie musiała się tu czuć jego świadomość pełna obrazów zaginionego świata młodości, przywiezionych z Polski. Całe Universum gasnące wraz z nim, wpatrzonym w powtarzające się na przekór wszystkiemu wschody Słońca nad Atlantykiem. Ocean, który powoli staje się symbolem narodzin, trwania, przemijania…
Wszystko i nic – oto co pozostaje.

greydot
Bezmiar oceanu ma w sobie coś hipnotyzującego. Szum fal, przenikliwy lazur, barwy, które są odbiciem nieba…
To jednak tylko powierzchnia kryjąca głębię – ton ciemną, zimną i nieprzeniknioną. Słonce sprawia, ze zapominamy o tej czarnej otchłani. Ciepłe promienie koją nas i zniewalają, przypisując jednoznacznie widzialnemu światu.

Ponad godzinę płynę już wzdłuż brzegu, nie czując pod stopami dna. Po jednej stronie dal niebieskich wód, po drugiej – pełna ludzi plaża. Trwająca chwilę pokusa, by zwrócić się ku bezkresnemu horyzontowi. Zbyt mocno jednak czuje się jeszcze dzieckiem słońca. I ta radość kiedy znów poczuje się grunt pod nogami.
Zmęczony idę po ciepłym piasku – po śladach innych ludzi, szybko rozmywanych przez fale.

greydot

Radość, która żyje i pulsuje wokół nas.
To znów lgnący do wszystkiego smutek i żal.
Wieczne falowanie…

greydot

Kołacze się w nas pierwotne pojęcie raju… Coraz mniej podobnego do świata, w którym żyjemy.

greydot

Raj na ziemi to dla nas takie miejsce, gdzie nie ma jeszcze śladów współczesnej cywilizacji. To może świadczyć o tym, jak wielką jest ona pomyłką.

greydot
Bóg ma tylko takich wyznawców, na jakich zasługuje.
Jeśli nie ma ich wcale – to widocznie też na to zasłużył.

greydot

Człowiek na drodze ewolucji: twardy orzech do zgryzienia.
Strach pomyśleć, co zacznie wyprawiać ewolucja z powyłamywanymi zębami.

greydot
Chodzi mi po głowie taka myśl, że im większy (wybitniejszy) pisarz, tym trudniej się doszukać jego samego w dziele, które stworzył – i tym bardziej jego dzieło może być autonomiczne.
Podobnie chyba rzecz się ma z aktorami: ci naprawdę wielcy mogą zagrać dosłownie wszystko i wszystkich. I trudno wtedy przeniknąć, którą częścią wykreowanej postaci są oni sami.

greydot
Narcyzm (czy też raczej pewna jego doza) nie jest obcy żadnemu człowiekowi. Jestem nawet skłonny uznać, że występuje on wręcz jako siła ewolucyjna.
Narcyzm jest bez wątpienia jednym ze składników duszy każdego człowieka – ma też wiele niuansów.
Większość z nas zgodzi się z tym, że nie lubi się narcyzów. A jednak można się pokusić o stwierdzenie, że są oni solą ludzkiego uwielbienia (chodzi mi o tzw. osoby publiczne, gwiazdy, bohaterów, twórców, artystów…); z tym, że zazwyczaj owi „celebryci” nie są postrzegani, jako narcyze, gdyż albo ten ich narcyzm nie rzuca się w oczy, bo jest skrywany, albo też ich rzeczywiste, bardziej oczywiste przymioty i dokonania ów narcyzm przysłaniają.
(Nie lubimy narcyzów, którzy według nas nie mają żadnych podstaw do swojego narcyzmu. Również tych, którzy są ewidentnymi samolubami albo takich, których miłość własna nabiera już cech patologicznych.)
Wydaje się jednak, że jakaś domieszka narcyzmu leży u źródła każdej ludzkiej kreatywności.

greydot

W odpowiednich dawkach jest nam potrzebna zarówno miłość własna, jak i niechęć do samego siebie (działa tutaj pewien samoregulujący się mechanizm psychologiczny).
Pierwsze wzmacnia to, co uważamy w sobie za pozytywne, dobre i pożądane; drugie zaś zwraca nam uwagę na to, czego w sobie nie akceptujemy, co chcielibyśmy zmienić, poprawić, z czym czujemy się źle i niewygodnie.
Ważna jest zarówno akceptacja samego siebie (to, by dobrze się mieć, będąc ze sobą sam na sam – przypomina się tu stara śpiewka zespołu “Homo Homini”), jak i samokrytycyzm, który zapobiega przerostowi własnego “Ego” właśnie – nieznośnemu zarozumialstwu, nadmiernemu samolubstwu i popadnięciu w kliniczny już stan narcyzmu.

Nota bene, uderzające jest to, że zdecydowanie częściej problemy psychiczne występują wtedy, gdy człowiek przestaje znosić samego siebie, niż wtedy, kiedy siebie uwielbia. Wówczas terapia polega głównie na tym, by ktoś polubił samego siebie – czyli, innymi słowy, by zaczął dbać o siebie i o swoje życie.

greydot
Choć niektóre nasze zachowania wyrastają wprost z pewnych mechanizmów ewolucyjnych (występujących np. w świecie zwierząt), to jednak nasze człowieczeństwo (i tworzona przez nas kultura) pozwala je w pewnym stopniu (niekiedy nawet całkowicie) przełamywać. Nawet więc wtedy, kiedy pewne nasze zachowanie wynika z narcyzmu, to jesteśmy w stanie je po ludzku wysublimować (podobnie jak sublimujemy nasz popęd seksualny), czyli niejako kulturowo “uszlachetnić”, dzięki czemu pozbawiamy go niejako atrybutów zwierzęcości (o ślepym instynkcie i popędach nie wspominając).
Piszę to dlatego, że – mimo iż uznaję trafność teorii ewolucji – to jednak nie zgadzam się, by wszystkie nasze zachowania (chodzi mi o człowieka) wywodzić tylko li ze ślepych mechanizmów ewolucyjnych (tak jak robią to np. neodarwiniści z niejakim Dawkinsem na czele – redukując człowieka do jakiejś bezwolnej maszyny służącej do – też ślepej i bezcelowej – reprodukcji “samolubnych” genów). Uważam, że człowieczeństwo nie da się opisać atrybutami materii. Jako ludzie, stworzyliśmy przecież kulturę, która zaczęła nas odróżniać ze świata zwierzęcego, i która jednak pozwala nam przeciwstawić się pewnym mechanizmom ewolucyjnym – np. “samolubności” genów. Innymi słowy, człowiek (mimo swoich ograniczeń i niedoskonałości) osiągnął już taki poziom cywilizacyjny, że sam – za pomocą stworzonej przez siebie kultury – potrafi wpływać na ewolucję (może więc nawet nabrał dzięki temu pewnych atrybutów boskości?)

greydot
Wróciłem niedawno do “Mitu Syzyfa” Alberta Camusa.
I znalazłem tam coś, co koresponduje z podjętym tu tematem narcyzmu.
Oto co Camus pisze o tzw. “wielkiej miłości”, w której ktoś się “zatraca”, rezygnując tym samym z całego życia osobistego:
“Jedno uczucie, jedna istota, jedna twarz – i nic nie zostaje”.
Tak więc, owa “wielka miłość”, ma wiele wspólnego z miłością Narcyza, tyle że jest zwrócona ku innej osobie. Czy jednak wówczas kocha się tę konkretną osobę, czy też raczej tylko wyobrażenie o niej, (które nazwać można zwierciadlanym odbiciem naszej świadomości)?
Camus, tej miłości monogamicznej, przeciwstawia repetycyjną miłość Don Juana, w której cały czas zmienia się jej obiekt: “Don Juan zna inne uczucie i jest ono wyzwolicielskie. Ta miłość przynosi ze sobą wszystkie twarze świata; jest pełna niepokoju, bo wie, że przemija.”
Oczywiście, że są to skrajności. Ale to one wyznaczają granice.

greydot
„Pies” Goi w Prado. Zrobił na mnie olbrzymie wrażenie, mimo że jest to obraz, rzec można, minimalistyczny: mała głowa psa (plamka właściwie) a wokół niej ogromna płacheć żółci, ochry i brązu.
Jakże ważny dla naszej interpretacji jest kontekst, warunki w jakich obraz oglądamy, wreszcie samo jego sąsiedztwo: w Prado są to pozostałe “Czarne malowidła” z domu Goi – niepokojące, mroczne, pesymistyczne… Trudno przy nich inaczej patrzeć na “Psa” jak z poczuciem tego fatalizmu zagłady, która wisi gdzieś tam nad nim w tej brudno-żółtej pustce i ciemnej hałdzie horyzontu.
Goya był zawsze w moich oczach takim “potworem” tworzenia (piszę to oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa): on wszystkie swoje cierpienia, lęki, choroby, strachy i koszmary (a nawet fizyczną niemoc czy kalectwo) potrafił przetransformować w swoje obrazy – tak jakby “wypluwał” te zakały z siebie, dzięki czemu potrafił się w pewnym sensie oczyścić, pozbyć ciężaru – wszystkich tych egzystencjalnych bakterii i zarazków, które zatruwały mu życie, wpędzały go w chorobę.
Poza tym, miał on w sobie ogrom sił witalnych, które – właśnie poprzez twórczość – mógł przeciwstawić nękającym go nieszczęściom.
Prawie każdy (łącznie ze mną) interpretuje tego “Psa” w tonacji melancholijnej i pesymistycznej.
A może jednak Goya by nas za to wyśmiał? Ponieważ malował tego psa w jakimś błysku nadziei? (Bo przecież był na progu nowej podróży – do Francji, do kobiety, którą kochał, do dzieci…)
Może w pysku tego psa jest jednak spokój i po prostu wpatruje się on z ciekawością w coś, co się jeszcze może zdarzyć dobrego?

Ktoś mi kiedyś powiedział: „To pies metafizyczny. Nie można go przywołać do nogi. On wie, ale nie chce i nie może powiedzieć.”
A ja pomyślałem: co on takiego może wiedzieć? Lecz jest to także pytanie metafizyczne. (Ach ta metafizyka, psia jej mać!)
Swoją drogą, w jednej z religii orientalnych można znaleźć stwierdzenie, że “świat istnieje dzięki rozumowi psa”. Hm… To dopiero musiałby być rozum metafizyczny.

greydot
Jaką wartość może mieć słowo?
To zależy od tego, jaką ma ono treść, kto i w jakim momencie je wypowiada.
Słowa wiec mogą ulatywać na wietrze, potrafią też zabić (nie tylko te, które są wyrokiem śmierci); słowo może uleczyć albo wpędzić w chorobę. Niektórzy pisarze sądzą, iż słowami mogą uderzać w ludzi.
Wierzymy, że na początku było słowo i słowo ciałem się stało.

Czym jest słowo pisane w bezmiarze wydrukowanych słów? Kroplą w morzu, ziarnkiem piasku na pustyni, monadą we Wszechświecie? Ale przysłowie mówi, że słów nie powinno się liczyć a tylko ważyć.

greydot
Wynalazek Gutenberga z czasem doprowadził do wydawniczej orgii. Miliony opublikowanych książek, miliardy gazetowych wydań, ulotki, broszury, skrypty, nasze blogi wreszcie… Słowa się dewaluują. Czy tracą również wartość złożone z tych słów myśli?
Niejeden literat chciałby mimo wszystko, by niektóre z jego słów miały ciężar sacrum. Ale co może uświęcić słowo? Pragnienie, pasja i wiara autora? I czy dla wszystkich będzie ono święte?

Najbardziej celebruje się słowa w poezji. Wynika to z pragnienia, by słowo miało moc zaklęcia, by mogło tworzyć światy równie realne jak istniejąca już rzeczywistość; by utrwaliło sen poety. Lecz wyznawców tego kultu liryzmu jest niewielu. Zwycięża pragmatyczny realizm, pospolitość, gdzie słowo jest ledwie informacją.

Z drugiej strony słowo może być kłamstwem, skrywać nikczemność, fałszować świat, pogłębiać iluzje… To ostatnie zapewne miał na myśli Joseph Conrad kiedy pisał, że największym wrogiem rzeczywistości jest właśnie słowo.

greydot
Są dwa bieguny percepcji słowa, dwie skrajności w sposobie w jaki ludzie reagują na nie: z jednej strony absolutna obojętność, zaprawiona niekiedy lekceważeniem, z drugiej – głębokie przejęcie się nim, nacechowane często uwielbieniem. Między tymi przeciwległymi brzegami rozlewa się zapisany ocean, po którym dryfuje łódka naszej uwagi (albo też nieuwagi).

Człowiek, który operuje słowem ma do wyboru kilka możliwości: szanować wartość słowa, znać jego wagę, wierzyć, że z jego pomocą może przekazać innym coś ważnego; albo też bawić się znaczeniami, grać, symulować, udawać, zwodzić… rezygnując z powagi słów, nie wierząc, że słowa mają jakiś wymierny i znaczący wpływ na ludzi i rzeczywistość.
To pierwsze pociąga za sobą ryzyko patosu i nadęcia, drugie – cynizmu i zobojętnienia. A w obu przypadkach grozi nam jeszcze wszystkim coś strasznego: nuda. Mądrością byłoby zachowanie złotego środka.

Nikt nigdy nie napisze niczego nośnego, jeśli nie wierzy w moc słów, ani w sens pisania.

Mimo wszystko warto szanować słowa, i to zarówno cudze, jak i własne. Nigdy bowiem nie wiadomo, jak mogą zmienić nasze życie, a nawet świat.

greydot

Na krakowskich plantach

Na krakowskich plantach

.

MIEJSKA DŻUNGLA

*

Racinha – slumsowa dżungla zamieszkana przez ludzi

Miliony ludzi tłoczą się w dzielnicach biedoty – w najpiękniej położonym mieście na świecie

*

Karnawał w Rio de Janeiro się rozkręcał, lecz my, zamiast nasiąkać coraz bardzie gorącą atmosferą ulicznej fiesty, postanowiliśmy wybrać się do Rocinhy – najsłynniejszej faweli Rio. Niektórzy z nas pamiętali głośny film „Miasto Boga”, więc na własne oczy chciało zobaczyć jak wygląda miejsce, które bardziej niż Boże Dominium przypomina – sądząc po tym, co można było zobaczyć na filmie – piekielne mrowisko, w którym panuje przemoc, bezwzględność i zbrodnia; czyli, innymi słowy: gdzie życiem i śmiercią ludzi rządzi prawo dżungli.
Jak wszystkim wiadomo, fawele to bardzo charakterystyczne dla brazylijskich miast osiedla, właściwie slumsy, tyle że mające swoją specyfikę. Napisać, że mieszka tam biedota to mało wyczerpujące stwierdzenie. Fawele głównie zaludniane były przez napływających ze wsi imigrantów, przybywających tu ze stron, gdzie z różnych powodów zabrakło pracy w rolnictwie. Ludzie Ci ciągnęli do wielkich miast z nadzieją właśnie na znalezienie pracy i najczęściej, dotarłszy na miejsce, znaleźli się bez środków do życia, próbując przetrwać w jakikolwiek sposób, zwykle poza prawem. Budowali więc swoje baraki – szałasy tam, gdzie istniał zakaz budowania czegokolwiek, czyli na zboczach otaczających Rio wzgórz. Tym sposobem najbardziej atrakcyjne widokowo miejsca w mieście okupują biedacy, a nie – tak jak można by się było tego spodziewać – bogacze.
W fawelach mieszka większość wszystkich mieszkańców Rio, czyli ponad 4 mln. Są to dzielnice, gdzie „porządek” utrzymują gangi, które dzielą fawele na rejony swoich wpływów. W zasadzie policja federalna nie wtrąca się do tego i dość często widać np. chodzące po ulicach dzieci z karabinami.  Od czasu do czasu próbuje się zwalczać gangi, najczęściej stosując metody brutalniejsze, niż to robią sami gangsterzy. Tworzono np. tzw. „szwadrony śmierci”, które likwidowały podejrzanych i przestępców poza prawem.  Innym wielkim problemem są tysiące bezdomnych i nie posiadających rodziców dzieci, które żyją na ulicy, handlują narkotykami, żebrzą lub kradną.

Mając to wszystko na uwadze, z duszą na ramieniu wybieraliśmy się do Rocinhy, która jest największą fawelą Rio. Wynajęliśmy do tego celu jeepa, którego kierowcą był człowiek przypominający z wyglądu komandosa. Ku naszej konsternacji jeep był otwarty – żadnych tam kuloodpornych szyb. Ale cóż… trudno się było już wycofywać.
To, co zobaczyliśmy zupełnie postawiło na głowie moje wyobrażenia o faweli. Wszędzie bowiem natrafiliśmy na zupełnie normalnych, przyjacielskich, pogodnych i spokojnych ludzi, którzy tylko żyli w tak dziwnych dla nas warunkach i w tak niesamowitej scenerii nawarstwionych na sobie ni to domków, ni to baraków, budowanych bez planu, ładu i składu – spontanicznie – w każdym możliwym (i niemożliwym) do tego celu miejscu.
Okazało się, że Rocinha ma pełną infrastrukturę – wodę, elektryczność, kanalizację, wywóz śmieci… życie zorganizowane społecznie (sklepy, szkoły, przedszkola, rady i komitety mieszkańców…). Tyle że estetyka ulic jest slumsowa – „architektura” domostw wręcz żywiołowa, by nie napisać anarchistyczna. A jednak Rocinha nie jest typową fawelą (może dlatego, że jest jedną z najstarszych, mających już swoją tradycję). Nie we wszystkich życie jest zorganizowane na tak „przyzwoitym” (w porównaniu  z panującymi w innych fawelach warunkami) poziomie.
Chodziliśmy tam po różnych dziwnych zakamarkach, ale paradoksalnie czuliśmy się bardziej bezpieczni niż np. na „cywilizowanej” i pełnej turystów plaży Copacabana, czy też w sąsiedzkiej Ipanemie. Może dlatego, że świat ten wydawał się bardziej jednolity i zintegrowany, niż ten w kolorowym i folderowym Rio, za którym – jak mi się wydawało – czai się desperacja Trzeciego Świata. To właśnie nie pozwalało nam tak do końca zachwycić tym miastem – podskórne napięcie, napór rzeczywistości powszedniej – przyczajonych gdzieś społecznych i politycznych konfliktów, z których najczęściej szeregowy turysta nie zdaje sobie sprawy… do chwili, kiedy np. zostanie ograbiony w biały dzień przez uzbrojonych w nóż lub pistolet rabusiów.

Nie wiem, może strach ma wielkie oczy, ale czułem się nieswojo, kiedy pewnego razu sam przeszedłem się z jednego końca Ipanemy na drugi, polując z aparatem na jakieś rodzajowe scenki.
Pod koniec dnia zawędrowałem na Arpoador, czyli wysuniętą w Ocean skałę oddzielającą Ipanemę od Copacabany, gdzie zostałem aż do zachodu Słońca. Wreszcie czułem się bezpieczny, siedząc na skale wśród setek ciepłych i zrelaksowanych ludzi, którzy zebrali się by pożegnać zachodzące słońce. Jest to tradycja – każdego wieczoru jest ono żegnane tu aplauzem i oklaskami. Tak więc – mimo wszystko – można odczuć w Rio atmosferę południowego kraju – życia niespiesznego i na luzie, o innej hierarchii wartości, gdzie bardziej liczy się przyjemność z obcowania z drugim człowiekiem, pozytywna sfera związanych z tym uczuć, niż charakterystyczna dla cywilizacji zachodniej pogoń za zyskiem i materialną konsumpcją.

(z notatek z podróży do Brazylii, 2005; zdjęcia własne)

*

Racinha - slumsowa dżungla zamieszkana przez ludzi

Rocinha – slumsowa dżungla zamieszkana przez ludzi. Architektoniczna anarchia.

*

*

Parking czy śmietnisko?

Parking i śmietnisko

*

*

Spacerując po dachach - wśród niebieskich kubłów

Spacerując po dachach – wśród niebieskich kubłów

*

*

Łącza - kto się w tym połapie?

Łącza – kto się w tym połapie?

*

*

Fawelowi przyjaciele

Fawelowi przyjaciele

*

*

Do wszystkiego można się przyzwyczaić?

Do wszystkiego można się przyzwyczaić?

*

Więcej zdjęć z faweli obejrzeć można w brulionie podróżnym TUTAJ. Zaś ludzi z Arpoador na stronie Światowida TUTAJ.

*

MOST… TO JEST COŚ! (szkice amerykańskie)

Most Złotych Wrót - praktyczność i piękno

Praktyczność, ogrom… może nawet piękno? (Golden Gate Bridge)

*

Mosty. Wielkie zwycięstwo człowieka nad topografią. Przepaść, której nie można przeskoczyć; rzeka, której nie można przebrnąć… A za nimi ta druga strona, która kusi, obiecuje – zapowiada i umożliwia poznanie, podbój, potęgę, bogactwo…
Często na początku był most a dopiero później cywilizacja albo… barbarzyństwo. To zależało od tego, kto był silniejszy – i kto przejął władzę nad mostem.
Budowanie mostu, oprócz praktycznej potrzeby, miało również znaczenie symboliczne – było wyrazem ekspansji, opanowania żywiołu, pewnej transgresji. Wpisywało się w archetyp zwycięstwa. Klęska zaś zmuszała często przegranych do palenia mostów za sobą.
Jednak najczęściej most był tym, co ludzi łączyło. Dlatego już Newton narzekał, że buduje się za dużo murów a za mało mostów.

Tu mała dygresja: o czym może świadczyć to, że nie mamy w Polsce słynnych mostów? Na pewno nie o tym, że nie potrafiliśmy ich budować (bo jednym z najsłynniejszych konstruktorów mostów na świecie był Polak, syn Heleny Modrzejewskiej, Rudolf Modrzejewski, z którego projektami możemy także spotkać się na kontynencie północnoamerykańskim). Jest zresztą u nas w kraju kilka ciekawych i unikalnych mostów, ale prawie nikt nic o nich nie wie.) Nie ma mostów słynnych, ani takich, które by rzucały na kolana. Dlaczego? Może brakowało nam jakiegoś nerwu ekspansji, albo po prostu nie trafialiśmy na odpowiednia przeszkodę? Wygląda na to, że za mało mieliśmy takich wyzwań, rzadko musieliśmy forsować coś – w terenie – na siłę. Przechodziliśmy z jednej strony rzeki na drugą, z jednej części miasta do drugiej – po moście nieszczególnym. ot, dobrym na tyle, by spełnić swoją utylitarną funkcję. Most był ledwie częścią drogi, ulicy, małym ogniwem traktu.

W Ameryce było zupełnie inaczej. Most, zwłaszcza w miastach, stawał się jednym z ważniejszych elementów cywilizacyjnego organizmu, niezbywalną częścią urbanistycznego tworu. Często też zaczynał żyć swoim własnym życiem, stając się przy tym sam w sobie ikoną, rozpoznawaną nie tylko lokalnie, ale i na całym świecie. Bo któż nie słyszał o moście Brooklińskim albo o Golden Gate w San Francisco?

Golden Gate Bridge. Złote Wrota istniały na długo przed pojawieniem się mostu, błędnie więc sądzi się, że sam most jest Złotymi Wrotami. Nie. Tak w czasach „gorączki złota” nazwano przesmyk między „ozłoconymi” wyschniętą trawą i dzikimi zbożami zboczami wzgórz, prowadzący z bezmiaru oceanicznych wód Pacyfiku wprost do rozległej Zatoki San Francisco, nad którą położone jest miasto i cały obszar „Większego” San Francisco, wliczając w to rozsławione przez Czarne Pantery Oakland i znane nam dzięki Miłoszowi Berkeley. Historia powstania mostu, takoż sposób jego funkcjonowania w kulturze masowej (filmy, filmy, trochę książek i piosenek) – nie wspominając o nieszczęsnych dwóch tysiącach samobójców, którzy wybrali ten cud XX-wiecznej techniki za miejsce pożegnania się z naszym światem – jest czymś intrygującym i fascynującym. Lecz tutaj bardziej niż opowiastki, interesuje nas estetyka: czyli jak Golden Gate wkomponowuje się w amerykański krajobraz, a konkretnie – w to harmonijne zespolenie się oceanu, wzgórz, zatoki i miasta, jakie uderza nas w zetknięciu się z tym rejonem kalifornijskiego wybrzeża. Otóż, moim zdaniem, wkomponowuje się świetnie. Pastelowy pomarańcz jaki wybrano, by pokryć gigantyczną stalową konstrukcję mostu, łagodzony jest dodatkowo mgiełką, która często tutaj gości, zwłaszcza wczesną porą dnia. Mgła ta rozwiewa się zazwyczaj po południu, barwa mostu staje się wtedy bardziej intensywna, by przed samym zachodem słońca rozświetlić się jaskrawą i ciepłą – płonącą wręcz – czerwienią. Sam most jest w rzeczywistości stalowym potworem, lecz mimo to sylwetka jego pełna jest gracji. Styl art deco nadaje wielkim pylonom mostu znamion prawdziwej sztuki, a wrażenie lekkości całej kompozycji spotęgowane jest przez (tworzące coś w rodzaju draperii) tysiące kabli i lin, na których wiszą przęsła z biegnącą wzdłuż nich drogą. Zwykle drażni mnie uzurpacja z jaką cywilizacja traktuje przestrzeń wyznaczaną przez samą Naturę, ale nie tutaj. Bo tutaj według mnie zachowana jest jednak harmonia miejsca i terytorium – forma bądź co bądź sztuczna, wykreowana przez człowieka, współgra nie tylko z naturalnym ukształtowaniem terenu, ale i z jego kolorystyką: nawet ten pomarańcz stalowego szkieletu nie gryzie się z szaro-buro-żółtą tonacją nabrzeżnych wzgórz, szafirową taflą wód i bladym błękitem nieba. W sumie: ładna jest ta widokówka z krańca kontynentu.

*

Na krańcach kontynentu (Golden Gate Bridge, w tle na horyzoncie: San Francisco)

Na krańcach kontynentu (Golden Gate Bridge; w tle – na horyzoncie – majaczy San Francisco)

*

Brooklyn Bridge. Most Brookliński nie ma już tej malowniczej gracji co Most Złotych Wrót, ale ma za to siłę – i to taką, która zdolna jest poruszyć wyobraźnię, nie tylko inżynierską, ale i poetycką. Bo o moście tym pisał nie tylko Majakowski, ale i pisał też nasz Stachura, choć uprzedził ich wszystkich autor „Źdźbeł trawy” Walt Whitman, dla którego przejście po moście Brooklińskim okazało się „najlepszym i najskuteczniejszym lekarstwem, jakiego zaznała moja dusza”. Nie dziwię się zachwyconemu modernizmem, napędzanemu futurystyczną energią i wiarą w nowoczesność Majakowskiemu, że wołał: „Brookliński most / tak… / to jest coś!”; ale nie dziwię się też Stedowi, który mu ripostował: „Nie brookliński most / ale przemienić w jasny nowy dzień / najsmutniejszą noc / to jest dopiero coś! / (…) nie brookliński most / lecz na drugą stronę głową przebić się / przez obłędu los / to jest dopiero coś!”. Pierwszy był pod wrażeniem kolosalnego osiągnięcia XIX- wiecznej techniki (wieże mostu Brooklińskiego były przez jakiś czas najwyższymi budowlami wzniesionymi przez człowieka na Zachodniej Półkuli), drugi przyznawał, że na nic zdają się cywilizacyjne cuda wobec egzystencjalnych zmagań człowieka z własnym losem, melancholią cienia i nachodzącą go niekiedy nocą lęków.
A dla mnie Brooklyn Bridge to swoisty paradoks: jego zwalistość i potęga przytłacza, lecz z drugiej strony – jego tryumf nad przestrzenią wyznaczoną przez płynącą pod nim East River i miejskie molochy rozrośnięte po obu brzegach, które on spina – napełnia energią, optymizmem i wiarą w zdolność opanowania przez człowieka urbanistycznej przestrzeni w sposób sensowny, praktyczny i celowy. Nie wspominając o możliwości relaksującego spaceru po znajdującej się na nim specjalnej kładce dla pieszych (i rowerzystów). Bo dla milionów ludzi odwiedzających Nowy Jork, przejście na piechotę z Brooklynu na Manhattan po moście okazuje się niezapomnianym przeżyciem. Patrzeć jak manhattańska dżungla ze szkła, betonu, kamienia, aluminium i stali zbliża się do nas, ogromniejąc za każdym naszym krokiem, gotowa wchłonąć nas w swoją tkankę ulic, parków i alej, przytłoczyć wielkością kanionów utworzonych przez drapacze chmur – ekscytujące!
Widoczne – „na przestrzał” – w kolosalnych pylonach mostu podwójne neogotyckie łuki łagodzą nieco masywność tych konstrukcji, a oplatający je gąszcz stalowych kabli sprawia wrażenie, jakby zarzucono na nie sieć – nie tyle podtrzymującą przęsła, co pętającą wieże i przytrzymującą je przy ziemi, jak również wyznaczającą trakt, jakim poruszają się przechodzący przez tę łukową bramę ludzie.

Most Brookliński nie jest oczywiście jedynym mostem przerzuconym nad Rzeką Wschodnią oddzielającą manhattańską wyspę od Wyspy Długiej (czyli Long Island). Ma on swoich równie istotnych dla ruchu, acz nie tak słynnych, sąsiadów: niebieski Manhattan Bridge, szary Williamsburg Bridge, brązowy Queensboro Bridge… wszystkie wiszące i zbudowane z solidnych choć ażurowych okratowań ze stali, których estetyka pozostawia jednak wiele do życzenia, strasząc niewiarygodną ilością żelastwa – tak, jakby komunikacja z Manhattanem opierała się na tych ekstrawaganckich kompozycjach ze złomu.
A jednak, jakimś dziwnym trafem, wszystko trzyma się tutaj kupy: trudno byłoby sobie wyobrazić nowojorski krajobraz nie tylko bez wieżowców, ale i bez mostów. To prawda, ziemia została tu stłamszona przez niemal rakowy rozrost urbanistycznej kolonii – cywilizacji metropolitarnej zdolnej do pokrycia ogromnych powierzchni w przeciągu zaledwie kilku ludzkich pokoleń. Ale w efekcie tego tworzy się jakaś nowa spektakularna jakość – coś na kształt cywilizacyjnego apogeum modernizmu i globalizacji.
Czy mnie to zachwyca tak, jak kiedyś zachwycił most Brookliński Majakowskiego? Czy też przygnębia i przytłacza – może nawet pęta – tak, jak Stachurę, którego techniczne cuda jakimi dysponował ogół, nie mogły wyzwolić od indywidualnego poczucia życiowej tragedii? Otóż odpowiem tak: może nie zachwyt, ale kop adrenaliny i wielkie wrażenie – prowincjusz zadziera głowę do nieba, by zobaczyć czubki drapaczy chmur. Rozgląda się w prawo i w lewo, biegnie wzrokiem po horyzont, nie ogarniając architektonicznej potęgi. Cieszy się, że tu jest, ale jeszcze bardziej cieszy się z tego, że jest tu tylko na chwilę – i że może od tego wszystkiego w każdej chwili uciec.

*

Neogotycka brama prowadząca do manhattańskiej dżungli (Brooklyn Bridge, New York)

Neogotycka brama prowadząca do manhattańskiej dżungli (Brooklyn Bridge, New York)

*

O amerykańskich mostach pisać by można długo. Ja właściwie tylko o nich wspomniałem. A zaczęło się od tego, że kiedy postanowiłem skreślić kilka szkiców na temat amerykańskich scenerii, to zauważyłem, że nie sposób jest pominąć w tym zarówno mostu Golden Gate, jak i mostu Brooklińskiego, które na przeciwległych krańcach kontynentu współtworzą coś w rodzaju ikon amerykańskiego pejzażu. Oba mosty są częścią krajobrazu miejskiego, choć w Kalifornii topos Natury nie został tak bardzo pogwałcony jak na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie naturalne ukształtowanie terenu – a i sama Natura także – znikła praktycznie pod gęstą zabudową miasta, pokryta siatką przecinających go ulic, autostrad i dróg.

Zupełnie inną historią są mosty na południu Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza te florydzkie, ciągnące się nieraz przez wiele kilometrów – jak np. Seven Mile Bridge (polska nazwa brzmi wręcz fantazyjnie: Most Siedmiomilowy, przypominając bajkę z dzieciństwa o siedmiomilowych butach). Jest to jeden z 42 mostów jakie znajdują się na słynnej „nadmorskiej” drodze prowadzącej z Miami na Key West. Przy czym określenie „nadmorska” (ang. The Overseas Highway) należy traktować dosłownie, bowiem jadąc tym 200-kilometrowym traktem, na wielu jego odcinkach – po jednej i po drugiej stronie – widzimy morze, a konkretnie Ocean Atlantycki (po stronie południowo-wschodniej) i Zatokę Meksykańską (po północno-zachodniej). Archipelag Key West przypomina już nieco Karaiby (od jego krańcowej wyspy do Kuby jest zaledwie 150 km.), z podzwrotnikowym klimatem, wilgocią i słońcem, oblany bezmiarem turkusowych wód – z egzotyczną fauną i florą, niepodobną do tej, którą spotyka się na północy. Ta archipelagowa cienka wstążka drogi i łączących ją mostów jest dla mnie ekwiwalentem drogowych wstęg jakie spotyka się na pustkowiach amerykańskiego „Dzikiego” Zachodu. Odpowiednikiem pustynnego „morza” piachu, wydm i suchorostów jest tutaj rozciągające się po bezkresny horyzont, słone morze lazurowej wody, rozkołysanych fal i pieniących się morskich bałwanów; zaś zamiast drzewek Jozuego porastających przydrożną spieczoną pustynię, mamy palmy – podobnie jak drzewka Jozuego grzejące się w promieniach słońca, tyle że pławiące się tu na dodatek w życiodajnej dla nich, subtropikalnej wilgoci.
Znany jest też inny florydzki most o wdzięcznej nazwie Sunshine Skyway, biegnący nad Zatoką Tampa pod St. Petersburgiem. Ze swoimi jednorzędowymi wantami i podtrzymującymi go białymi kablami, przypomina sylwetką nasz warszawski Most Świętokrzyski, ale jest znacznie dłuższy, bo liczy ponad 6 km. (trzeba zaznaczyć, że w porównaniu z niespełna półkilometrowym mostem w Warszawie, to dużo).

Wszyscy musimy chyba przyznać, że w mostach jest coś podniecającego. I nie jest to tylko obawa o to, by most – po którym idziemy lub jedziemy – się nie zerwał, bo runęlibyśmy wtedy w przepaść. Bowiem przemierzanie mostu przypomina niekiedy rytuał przejścia – naszą gotowość do przekraczania granic, poznawania nowych terytoriów, podboju obcych ziem – rzucania wyzwania ogarniającej nas, a nieoswojonej jeszcze, przestrzeni – choć zazwyczaj most umożliwia nam po prostu przemieszczenie się z jednego miejsca do drugiego. Jednakże mosty, o których w tym szkicu była mowa, mostami zwyczajnymi nie są. Stały się one nie tylko nieodłącznym elementem amerykańskiej scenerii, ale i ważną częścią amerykańskiej kultury – i to nie tylko technicznej.

*

Manhattan nocą (po prawej: fragment mostu Brooklińskiego

Manhattan nocą (po prawej: fragment mostu Brooklińskiego)

*

© ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcia aby zobaczyć je w pełnym wymiarze)

NOWY JORK (architektura – światło i refleksy)

*

NEW YORK

*

Kilkanaście dni spędzonych w „Wielkim Jabłku”. Nowy Jork odwiedzałem wiele razy, ale po raz pierwszy zamieszkałem w epicentrum manhattańskiego szaleństwa, dosłownie o rzut beretem od Times Square – od tego wciśniętego między 42-gą Ulicę, 7 Aleję i Broadway kłębowiska babilońskich tłumów oszołamianych jaskrawymi światłami kolorowych neonów reklam, będącego ponoć „pępkiem świata”, który tym razem bardziej przypomniał mi śmietnisko konsumpcyjnej cywilizacji, niż jej komercyjny tryumf. Ale zapewne, pisząc to, jestem zbyt surowy i niekonsekwentny, bo przecież zawsze lubiłem pojawiać się na Manhattanie, który bądź co bądź jest miejscem niezwykłym, ekscytującym i podnoszącym poziom adrenaliny, jak żadne inne amerykańskie miasto. Może więc tym razem zmęczyły mnie w końcu nowojorskie tłumy? Może po raz pierwszy z taką oczywistością uświadomiłem sobie, że jednak wolę przebywać wśród kanionów z naturalnych skał, niż z betonu, szkła, aluminium i stali? Że bardziej lubię kiedy otacza mnie las drzew, niż nieprzebrane mrowie nieznanych mi ludzi?
Może więc właśnie z tego powodu postanowiłem pójść niejako „pod włos” swoim fotograficznym instynktom (bo przecież bardzo lubię fotografować ludzi) i spośród setek zdjęć, jakie przywiozłem z Nowego Jorku, zaprezentować tu tylko te, na których ludzi raczej się nie uświadczy. Nie wiem czy to jest dobry pomysł, bo przecież Manhattan bez człowieka – bez samochodów, bez ulicznego ruchu i gwaru – to nie jest jednak prawdziwy Manhattan. Lecz zaryzykuję. Będzie to jednak fotoreportaż specyficzny.

*NEW YORK (2)

*

1. BLACK, GRAY & WHITE – BRYŁY I PŁASZCZYZNY. Pozorny ascetyzm przestrzenny. Wydawałoby się, że nudna – choć nie pozbawiona elegancji – ściana wieżowca po prawej stronie, przełamana zostaje ciekawą, zaskakującą, „rozchwianą” bryłą budynku w głębi. Architektura „urywa” się i zastępuje ją białe amorficzne niebo, podkreślające kontrast między pustką a pełnią objętą przez bryły, linie i płaszczyzny. To nie jest jednak ten Manhattan, który narzuca się nam, kiedy wchodzimy na jego ulice – między budynki. Bo to nie jest absolutnie miasto ascetyczne. Wprost przeciwnie: eklektyzm, natłok i bogactwo form uderza nas i przytłacza, ale jednocześnie zmusza do większego wydatkowania energii w zmaganiu się z materią, którą próbuje się tu na różne sposoby ujarzmić, oswoić i uporządkować.

greydot

*

NEW YORK (3)

*

2. EKLEKTYCZNA DŻUNGLA. Tak, tutaj eklektyzm Manhattanu rzuca się już bardzo w oczy, choć nadal stonowany jest przez (zupełnie jednak przypadkowy) granatowo-niebieski koloryt, zarówno szkła, jak i reklamowych tablic. Jedyne chyba zdjęcie wśród pokazywanych tutaj, gdzie widać dno manhattańskiego kanionu (ulicę) i tłum – ledwie jednak zaznaczony i jakby nieistotny – skarłowaciały wobec architektonicznej dżungli.

greydot

*

NEW YORK (4)

*
3. KOLOROWA BANIA. Rzeczywiście bania – bo twór ten ma dobrych kilka metrów i jest… tak, tak… wielką bańką mydlaną – tyle że wydętą i nieregularną. Różne dziwy na manhattańskim bruku można spotkać – wszystko co tylko może zwrócić uwagę przechodzącego tłumu, bo niewykluczone, że ktoś z tego tłumu wrzuci do kosza/kapelusza/wiadra dolara lub więcej. Trzeba jednak zaznaczyć, że ci, którzy w ten sposób sobie dorabiają, nie sprawiają wrażenia, jakby byli w pracy – to znaczy bardziej wydają się tym wszystkim bawić, niż przejmować się ciułaniem pieniędzy. W tyle, za banią: mur Metropolitan Museum i fontanna, a między nami i tłem – jakby ktoś nie zauważył – przestrzeń zdeformowana i udziwniona tęczową gamą kolorów i fantastycznych kształtów.

greydot*

NEW YORK (5)

*

4. GUGGENHEIMOWY ŚLIMAK I PODNIEBNY ŚWIETLIK. Modernistyczne vertigo – zawrotu głowy można dostać patrząc na kręcące się spiralnie schody w Muzeum Guggenheima, które jest bez wątpienia jednym z najsłynniejszych przybytków sztuki współczesnej na świecie. Frank Lloyd Wright wymyślił budowlę, która stanowić miała kontrast dla znajdującego się w pobliżu Muzeum Metropolitańskiego (chciał aby to ostatnie przy jego dziele wyglądało jak „protestancka stodoła”), a która ostatecznie stała się ikoną XX-wiecznej architektury. Chociaż z tą poręcznością, jeśli chodzi o ekspozycję dzieł sztuki, jest jednak różnie. Podejrzewam bowiem, że wielki Wright bardziej był zainteresowany ekspozycją swojego architektonicznego geniuszu, niż stworzeniem dobrych warunków dla prezentacji współczesnego malarstwa: no bo krzywe ściany, strasznie kiepskie światło, mało w sumie miejsca, tudzież niewygodne wspinanie się po piętrach ślimakiem, jakby po równi pochyłej. Lecz Guggenheim to jednak wielki turystyczny przebój Manhattanu – ludzie walą tu drzwiami i… chciałoby się tu napisać oknami – ale tych tu raczej nie ma – choć oglądania też zbyt wiele w tej wielkiej wstążce z betonu się nie uświadczy (nie miałem szczęścia tym razem, bo wystawa „Picasso – Black & White” nie była jeszcze gotowa i tylko z daleka mogłem podejrzeć, co też z tych biało-czarnego picassów szykują).

greydot

*NEW YORK (6)

*

5. WIEŻE Z WODĄ POD CIŚNIENIEM. Tłok i zagęszczenie form z przeróżnych parafii. Eklektyzm na granicy chaosu – ale jednak ciągle wszystko wydaje się tu być usadzone i na swoim miejscu. Nawiasem mówiąc, jest to widok z okna hotelu, w którym się zatrzymałem (Paramount) – i pewne elementy tego krajobrazu zwróciły moją uwagę dopiero po paru dniach (czy też raczej nocach). Weźmy chociażby owe wieże ciśnień (znane to jako water towers). Są one stałym elementem manhattańskiej skyline, tak powszechnym, że zwykle się ich nie zauważa. Lecz jak się tak wgłębić nieco bardziej w temat, to odsłania się cały, nowy, zaskakujący świat z nimi związany. Bo któż by pomyślał, że niemal wszystkie (w 99%) są z drewna (cedr albo redwood), że muszą je instalować budynki Manhattanu, które mają więcej niż 6 pięter (jest ich więc na samej wyspie kilkadziesiąt tysięcy)? Imponujące wrażenie robi wielka budowla w tle – jej architektura przypomina oczywiście Europę, tyle że w skali macro (jesteśmy przecież w Ameryce). Intryguje też piętrowy parking – wskazujący na to, jak bardzo karkołomne są pomysły usiłujące dać sobie radę z koszmarnym problemem parkowania na Manhattanie.

greydot

*

NEW YORK (7)

*

6. GRAFFITI FACES ON FALISTA BLACHA. W mieście, które wydało Basquiata nie może być złych graffiti. Ta forma ekspresji może być dla miast zmorą (wtedy zazwyczaj ze sztuką nie ma wiele wspólnego), ale też i sporym wyzwaniem estetycznym (wtedy bywa sztuką par excellence). Sporym zaskoczeniem był dla mnie ten widok ściśniętych ze sobą kreskowych twarzy, kiedy spacerowałem po nadzwyczaj relaksującym (jak na tę część Manhattanu, zwaną Piekielną Kuchnią i Dystryktem Pakowaczy Mięsa) nowym deptaku zwanym The High Line, będącym czymś w rodzaju pełnego zieleni mini parku i ekologicznej ścieżki, biegnącej wzdłuż torów dawnej kolejki, która ongiś z wielkim łoskotem przetaczała się nad ulicami dolno-zachodniego Manhattanu, a później, niestety, straszyła już tylko zardzewiałym żelastwem. Tak więc, idąc tym bardzo ostatnio popularnym paskiem obsadzonym przeróżnymi roślinkami, zobaczyłem takie oto twarzowe cudo – przy czym „cudo” nie jest tu bynajmniej napisane przeze mnie z sarkazmem. Bowiem pozorny chaos kreski (a raczej śladu po spray‚u) układa się w uderzająco spójny, skonsolidowany i w sumie chyba harmonijny układ – kompozycję będącą zbiorowym portretem – bez wątpienia karykaturalnych, ale jednak ciągle ludzkich, fizis.

greydot

new-york-8

*

7. ŻELAZKO Z ZEGAREM. Trudno w to uwierzyć, ale ten dziwny, zaledwie (?) 20-pietrowy budynek był przez 7 lat (1902-1909) najwyższym i jednym z najsłynniejszych budynków na świecie. Na powyższym zdjęciu tego dobrze nie widać, ale dziś jest on przytłoczony przez inne budowle (jak choćby ten mieszkaniowy mrówkowiec po lewej stronie). Napisałem dziwaczny, ale jak się tak mu lepiej przyjrzeć, to FLATIRON czyli „żęlazko” (nazwa wzięła się od żelaznego szkieletu, na jakim cała konstrukcja się wspiera) jest bryłą nie pozbawioną piękna, a być może i gracji – przypominając coś w kształcie dzioba statku prującego powietrze, tyle że nie na pełnym morzu, a u zbiegu Broadway’u i Piątej Alei. (Nie bez kozery sama Katherine Hepburn wyznała kiedyś, że chciałaby być tak podziwiana jak ta „stara, dobra budowla”). Mimo upływu czasu i odejścia w przeszłość „swojej” epoki, Flatiron pozostaje jednym z najczęściej obfotografowywanych architektonicznych brył Manhattanu. Trudno jest wszak uchwycić na zdjęciu jego niezwykłą aparycję – cały ten splendor wapiennej elewacji w stylu tradycyjnego beaux arts. Słynny nowojorski fotograf Alfred Stieglitz miał jednak ułatwione zadanie – w jego czasach wokół „żelazka” nie było takiego kłębowiska ludzi, budynków i samochodów, jak dzisiaj. Pewnie dlatego moje ujęcie jest cokolwiek dziwaczne – i jednak nie oddające sprawiedliwości urodzie wieżowca, który znalazł się tutaj nieco w cieniu zwykłego (?) ulicznego zegara.

greydot

*

new-york-9

*

8. GOLAS NA RONDZIE KOLUMBA. Wprawdzie do dzisiaj nie wiem co ten goluśki chłopaczek robi na tym „wojennym” memoriale upamiętniającym ofiary zatopionego w 1898 r. USS Maine (krążownik pochłonął Ocean u wybrzeży Kuby – zginęło wówczas 258 marynarzy a katastrofa ta była powodem strasznej awantury), to jednak ciekawe wydało mi się to ujęcie figurki jakby nie z tego świata, skontrastowanej ze szklanymi taflami wieżowców, (z których ten największy to bodajże siedziba CNN). Klasyczna rzeźba i architektoniczny modernizm wcale się tu jednak nie gryzą. Może dlatego, że cały świat, niczym Babilon, spotyka się tutaj – na Rondzie Kolumba, u Kupieckich Wrót prowadzących wprost do Parku Centralnego (którego, niestety, na zdjęciu tym nie widać).

greydot

*

new-york-10

*

9. W MIEDZIANYM ŚRODKU WIEŻY TRUMPA. Tak jak samego Donalda Trumpa nie za bardzo kocham, to jego „wieża” przy ekskluzywnej i prestiżowej w skali światowej Piątej Alei (warto zauważyć, że tuż obok – po sąsiedzku – znajduje się to słynne wystawowe okno, do którego wzdychała Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany’ego”) swego czasu robiła na mnie spore wrażenie (ale to było dość dawno i sam już nie wiem czy prawda). Wysokie na sześć pięter atrium, obłożone od posadzki po sufit różowym marmurem, ma na swój sposób uwodzące wnętrze. Być może przyczynia się do tego specyficzny, miedziany połysk i kolorystyka, za którą odpowiedzialna jest nie tyle miedź, co oświetlenie. Ciekawostka: gdzieś tam w górze, ponad całym tym szpanerskim shopping-mallem, mieszkali ponoć niegdyś „boski” Michael Jackson i niezbyt chyba jednak „boska” Madonna.

greydot

*

new-york-11

*

10. BLACK MERC SHINING. Czarno, lśniąco, refleksowo, może nawet elegancko (bo limuzyniasto?) Jak widać Merc ma niezłe towarzystwo (Audi) i wypucowany jest na Glanz, dzięki czemu mogą się przeglądać w nim – czy też raczej w jego masce – okoliczne budynki. Ciekawe zagęszczenie czerni, zagiętych linii, jasnych plam i metalicznego lśnienia. Niewykluczone, że Mercem tym przyjechał właśnie jakiś Broadway’owy artysta – ewentualnie jeden z bossów tubylczych drug-dealerów.

greydot

*NEW YORK (12)

*

11. POSZATKOWANA LUSTRZANKA. W takim małpim architektonicznym gaju jakim jest Manhattan, kusi niekiedy człowieka by pójść  na łatwiznę i fotografować po prostu to, co mu się jawi przed oczyma – często odbijając się w lustrach. A że tafle szklane są tu przeolbrzymie, to i efekt wręcz mąci człowiekowi w głowie, przypominając widoki zmieniające się – i mieniące – jak w jakimś gigantycznym kalejdoskopie. Bo czymże innym, jak nie takim monstrualnym kalejdoskopem, jest cały ten odjazdowy Manhattan?

greydot

*

LONDON TOWN

London Bridge

Słońce nagle przestało świecić – weszliśmy w chmury, które dość szybko uciekły do góry, tworząc szaro-ołowiane sklepienie.
Tak więc wygląda listopadowe niebo nad Londynem – pomyślałem.
Samolot zaczął kołować, w dole zobaczyłem sino-burą wstęgę rzeki, a po obu jej stronach rozciągającą się po horyzont olbrzymią metropolię.

* * *
Czy istnieje coś takiego jak duch miasta? Miliony ludzkich istnień, które ożywiają poukładane w mniejszym lub większym porządku kamienie i cegły – bryły budynków, kawały stali, tafle szkła, lśniące aluminium … Popielate niebo wiszące nad brązowa wodą nieruchomej rzeki… Pojawiający się czasem błękit i przebłyskujące słońce przypominają o innym świecie, odległych klimatach.
Ulice pełne ludzi i samochodów. Historyczne budowle. Przeszłość równie podatna na zmiany jak teraźnijeszość.
Miasto żyje a my chcemy przeniknąć jego psychikę – o ile coś takiego, jak psyche miasta istnieje. Genius Loci?
Wydaje się, że ogarniamy jego charakter. A może to tylko odbicie naszego nastroju, wrażeń – projekcja naszych uczuć, myśli i refleksji? Gdziekolwiek nie dotrzemy, natrafimy tylko na siebie samych?

* * *

The Strand

Czy kamienie mogą mówić? Czy magiczna siła historycznych miejsc to tylko nasze pragnienie, by ożywić miniony czas, by dotrzeć do prawdy o człowieku – by się dowiedzieć na ile się zmieniamy, a na ile pozostajemy tacy sami?
Wbrew pozorom i wbrew widocznym faktom, stojąc wśród ruin dawnych imperiów uporczywie odrzucamy prawdę o naszej przmijalności. Zaginione cywilizacje, zagrzebane w piaskach czasu metropolie, zatarte ślady dawnych bogów, rozsypujące się w proch zamki i pałace, groby i cmentarze…Tak, przemijają inni, ale nie my, świadkowie dawnej zagłady – ale jeszcze nie tej, jeszcze nie tu i jeszcze nie teraz. Śmierć nas nie dotyczy, ząb czasu nie gryzie, w mogiłach i sarkofagach leżą i rozkładają się inni.

* * *
Jedziemy z lotniska Heathrow, wjeżdżamy do miasta i oto trafiamy na zjawisko, które ma posmak cokolwiek surrealny: ruch uliczny zostaje wstrzymany i obok nas przejeżdża w wielkiej pękatej limuzynie królowa Elzbieta II. Tym bardziej wydaje się to osobliwe, że nikt specjalnie nie zaprząta tym sobie uwagi i w ciągu kilku sekund ulica wraca do swego życia powszedniego.
Czyżby więc te pojawienia się królowej były dla Londyńczyków tak zwyczajne jak bicie Big Bena?
Jest że rodzina królewska czymś żywym w organizmie społecznym Brytyjczyków, czy tylko jakimś reliktem minionej epoki? Ozdobą i rozrywką, tematem plotek bulwarowej prasy, kwiatkiem do kożucha? Czy nadal scala w jakiś sposób ten wyspiarski naród, będąc symbolem jego tożsamości?
Jakkolwiek groteskowe wydają się królewskie ceremonie zewnętrznemu światu, to trudno sobie wyobrazić co mogłoby wypełnić pustkę po zniknięciu monarchii i całej tej zabawy z koroną. To może właśnie dzieki jej przetrwaniu Anglicy mogli znieść tak wielkie upokorzenie, jakim był dla nich upadek brytyjskiego imperium?
A jednak to dziwne – przywiązanie do korony, najbardziej chyba zakrwawionej z wszystkich europejskich koron.

* * *
Bez swojego humoru Anglicy byliby nie do zniesienia. Powiem więcej: bez poczucia humoru nie mogliby oni znieść samych siebie – a zwłaszcza swojej historii.
To właśnie dlatego trupa Monthy Pythona uznawana jest wręcz za narodową instytucję. Jest jeszcze jej wersja plebejska – Benny Hill i mieszczuchowska – Jaś Fasola.
Gdyby nie oni, „Ziemia jałowa” Eliota byłaby katastroficznym „skowytem” (podobnym temu, jakim w Ameryce „zawył” Ginsberg), tym bardziej niebezpiecznym, że bez przeciwwagi – lecz inteligentnym, suchym i przenikliwym.
Dickens też jest mroczny niczym spowite mgłą londyńskie slumsy, ale nie pozbawiony jednak ciepła i swoistego uroku. Oliver Twist czy Pickwick to właśnie takie ludzkie wyspy leżące w strefie cieplejszych klimatów, mimo że szarych i pozbawionych słońca.

* * *

Royal Crown

Londyn sprawia wrażenie olbrzymiej głowy smoka pozbawionego korpusu – odciętej od olbrzmiego cielska imperium, które już dawno się rozsypało. Jakimś dziwnym jednak zrządzeniem głowa ta żyje a nawet się rozrasta…i wyglada na to, że nawet nie spadła z niej korona.
Ba! Nadal ma pretensje do bycia pępkiem świata.

Wielkim zaskoczeniem była dla mnie w Londynie inwazja współczesnej architektury. Wcale się nie dziwię księciu Karolowi, że z dezaprobatą wyrażał się o tej ekspansji modernizmu. Wypiera on sukcesywnie estetykę królewskiego Londynu, która swoje apogeum miała w epoce wiktoriańskiej. Książę Albert, ten ambitny niemiecki pozytywista, którego nie mogła zadowolić jedynie asysta u boku swojej epokowej żony Wiktorii, też pewnie przewraca się w grobie – tak wielka przepaść dzieli jego klasycyzujące Albertopolis (jak nazywają Londyńczycy zespół budowli wokół Royal Albert Hall) z nowoczesnym City (pełnym szklanych brył z wyróżniającym się architektonicznym wygibasem Lloyda).

Rzut oka na dzisiejszy Londyn wiąże sie więc z pewnym estetycznym szokiem.
Niestety, miasto traci swoją jednolitość a współczesne wstawki pogłębiają tylko budowlany bałagan miasta. Wydaje się, że Londyn rozwija się teraz żywiołowo i bez żadnej kontroli, potęgując pomieszanie różnych stylów. Być może pewnym rozwiązaniem byłoby zgrupowanie podobnych stylowo budynków w odrębnych rejonach, lecz dzieje się inaczej a rezultatem jest jeden wielki urbanistyczny kogiel-mogiel.
Milenijne Oko kręci się ponad miastem blisko Parlamentu, wielkie jajo ze szkła i stali wyrasta ponad Tower of London, olbrzymia lustrzana beczka ratusza osiadła tuż obok Tower Bridge, wkrótce zaś londyńską skyline zdominować ma srebrna szpica London Tower Bridge – najwyższego drapacza chmur w Europie (jak widzimy, cokolwiek na siłę nazwa wieżowca chce się wpisać w historyczną tradycję). The times they are a-changin…

*  *  *

London by Night (widziany z tarasu Tate Modern)

(Zdjęcia autora)

Wybór zdjęć z jesiennego wypadu do Londynu można zobaczyć TUTAJ .  Zapraszam.