„DOLINA BOGÓW”, ALBO O WYCISKANIU SOKU Z KAMIENIA (kilka uwag o najnowszym filmie Lecha Majewskiego)

Wśród tytułów 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce znalazła się również „Dolina Bogów” – najnowszy film Lecha Majewskiego, będącego wśród polskich reżyserów postacią niezwykłą. On sam mówi o sobie, że jest w polskim kinie outsiderem. A ja dodam, że jest on również poetą, malarzem, pisarzem – artystą wszechstronnym, dla którego kino stanowi medium, za pomocą którego można doskonale posługiwać się symbolami w próbach dotarcia do Tajemnicy i głębi ludzkiego wnętrza.

.

John Malkovich jako najbogatszy człowiek świata w „Dolinie Bogów” Lecha Majewskiego

.

       Muszę przyznać, że nie czuję się na siłach, by napisać recenzję „Doliny Bogów” – i to z kilku względów.

Po pierwsze – z powodu mojego osobistego stosunku do Lecha Majewskiego, którego zawsze bardzo ceniłem, którego karierę śledziłem, którego sposób widzenia świata i sztuki bardzo się pokrywa z moim (w jego i moim… posłużę się tu określeniem samego Majewskiego… pejzażu intymnym, znalazło się – toute proportion gardée – zadziwiająco wiele punktów stycznych); i wreszcie – co jest trochę paradoksalne – z powodu naszego spotkania, które trwało kilka godzin i miało miejsce zaledwie wczoraj (wbrew pozorom to, co powinno mi dostarczyć amunicji do napisania takiego tekstu, w pewien sposób mnie obezwładnia).

Po drugie – film Majewskiego jest tak oryginalny, specyficzny i niezwykły (zarówno w formie, jak i w treści), że wymyka się według mnie standardowej metodyce pisania recenzji filmowej, stawiając pod znakiem zapytania możliwość wyartykułowania czegoś adekwatnego do tego, co zawiera się w symbolicznej tkance znaczeniowej obrazu. Tym bardziej, że „Dolinę Bogów” wypełnia takie mnóstwo symboli i metafor, które same w sobie mogą być wieloznaczne, albo – co gorsze – wymykające się nie tylko znaczeniom i sensom, ale i samym interpretacjom, pozostawiając (chyba jednak większość widzów) w konsternacji, a samego krytyka w stanie jakiejś prokrastynacji. Gdyż istota symbolu, z samej swojej natury, jest nieuchwytna. Jak pisał Jung: „Symbol jest wyrażeniem nieokreślonym, o wielu znaczeniach, wskazującym na coś, co nie daje się w pełni zdefiniować, a zatem nie jest w pełni znane”. Z tego powodu analiza sztuki symbolicznej staje się nie tylko ryzykowna, ale (być może) wręcz niemożliwa.

Po trzecie – oglądałem film Majewskiego w sali Copernicus Center, która być może piękna jest (swoim pięknem dość specyficznym), ale niezbyt dobrze nadaje się do projekcji takich obrazów, jak „Dolina Bogów”, w których niezmiernie ważna jest nie tylko wizualność, ale i dźwięk. A ten ostatni był niestety fatalny (reżyser zapewnił mnie, że na nośniku jakość dźwięku jest idealna) – i to nie tylko dla zawartej na ścieżce dźwiękowej muzyki, ale i dla obecnych w filmie dialogów, których niezrozumiałość jeszcze bardziej mogła spowodować niezrozumienie tego, co chciał nam przekazać film (posługujący się przecież – w oddziaływaniu na widza – nie tylko obrazem). Tak więc, oglądanie „Doliny Bogów”, było dla mnie czasami niczym chodzenie po pięknym szlaku z uwierającym mnie w bucie kamykiem.

Oczywiście były takie momenty, kiedy na ten kamień nie zwracałem uwagi, pochłonięty pięknem jakie roztaczały na ekranie filmowe kadry. Osobiście dotykały mnie obrazy, które znałem z własnych peregrynacji terenów, na których kręcono film, a gdzie swego czasu spędziłem kawał swojego życia, przemierzając wielokrotnie drogiAmerykańskiego Południowego Zachodu. Niesamowite scenerie – zwłaszcza krajobrazy Utah i Arizony – do dzisiaj są we mnie obecne, schwytane w siatce mózgowych neuronów. I to rezonowało z tym, co widziałem na ekranie, wprowadzając mnie w stan pewnego uniesienia.
No i oczywiście sami Indianie, których kultura i loszajmowały mnie i obchodziły właściwie od dzieciństwa.

Wspominam o tym wszystkim, gdyż chcę zwrócić uwagę na to, jak osobiste doświadczenia życiowe wpływają na naszą percepcję… tutaj: na odbiór filmu. Wydaje się to być oczywiste, a jednak często o tym zapominamy, ferując wyroki, wystawiając cenzurki i opisując nasze subiektywne wrażenia jakby były one objawieniem prawdy obiektywnej.
Ale to nie tylko krajobrazy, które Majewski i jego operatorzy mieli w Utah na wyciągniecie ręki – i podane im przez Naturę jak na dłoni Boga. Bo jeszcze ważniejsze dla filmu były te obrazy i wizje, pochodzące wprost z pejzaży wewnętrznych reżysera, który jest przecież także poetą i malarzem. I muszę przyznać, że niektóre z nich zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Bo były niesamowite i przepiękne. Nic dziwnego, że wczoraj kładłem się do snu mając je pod powiekami – a i dzisiaj z filmem Majewskiego się budziłem. Podejrzewam więc, że moja podświadomość nadal miele „Dolinę Bogów” gdzieś w moim wnętrzu, i że coś z tego będzie się przedostawać do mojej świadomości – i to zapewne w najmniej oczekiwanych momentach.
Kto wie, może to jest właśnie najlepszy sposób przyjmowania sztuki Majewskiego?

* * *

       Film „Dolina Bogów” – w tej warstwie odbieranej i rozpatrywanej racjonalnie – opowiada w sumie bardzo prostą historię. Tak prostą, że może się to narazić na zarzut banału, stereotypu i trywialności.

Bo oto mamy archaiczną kulturę ludu pozostającego w organicznym i duchowym związku z Naturą (wyznającego i strzegącego wartości, które cywilizacja zachodnia dawno już zarzuciła i utraciła), skonfrontowanego z nowoczesną cywilizacją wyzysku, chciwości i eksploatacji, wyrafinowaną technicznie ale wydrążoną duchowo i pustą; cywilizacją pławiącą się w konsumpcji i pieniądzu, (który zastąpił wszystkich dotychczasowych bogów); cywilizacją będącą w stanie rozkładu i dekadencji, ociekającą absurdem i oddającą się dziwacznym ekscesom.

Bo oto mamy cierpiącą ofiarę korporacyjnego wypalenia; mężczyznę, którego na dodatek opuściła żona, chwytającego za (koniecznie wieczne) pióro, by stworzyć fikcję konkurencyjną wobec fikcji światów wirtualnych, w jakich zaczęli żyć współcześni mu ludzie – ale taką, która by do prawdy się zbliżała, a nie od niej oddalała.

Bo oto widzimy najbogatszego człowieka świata o nazwisku Wes Tauros (czy skojarzenie z Westeros, bajeczną krainą z „Gry o Tron” jest tu przypadkowe?), który jest w stanie zaspokoić wszystkie swoje ekstrawagancje, ale nie może za żadne skarby kupić spokoju i pozbyć się bólu po stracie swojej żony i dziecka. Góra pieniędzy (sam mieszka w zamku na szczycie niebotycznej skały) nie może dostarczyć mu Sensu ani nawet sensu. Niczym wellesowski Obywatel Kane (który wpatrywał się w „pączek róży”, mimo że otaczały go bogactwa architektury i sztuki) swojej pustki nie może wypełnić żadnym materialnym luksusem. Nic więc dziwnego, że tęskni za śmiercią. Niestety, w międzyczasie chce wykupić znajdujące się na terenach indiańskich złoża uranu, burząc tym spokój zamieszkujących Dolinę duchów, bogów i ludzi.

Bo oto mamy Naturę mszczącą się za gwałt zadawany jej przez człowieka. (Swoją drogą daję głowę, że 99.99% widzów nie będzie miało pojęcia, że kolosalny bobas rozgniatający pod swoimi stopami korporacyjne wieżowce, bierze się z indiańskiej mitologii, w której skały zamieniały się w ludzi i potwory. Yéʼiitsoh – czyli Wielki Gigant – był dzieckiem kobiety, która poszła się załatwić nad rzekę i czyszcząc się wsadziła do pochwy otoczaka, a Słońce widząc to, zapłodniło ja swoim promieniem. Współczesny widz, skonfrontowany z obrazem kamiennego Olbrzyma/Dzieciaka depczącego miejskie wieżowce, skojarzyć go może z japońską Godzillą, a w najlepszym przypadku – jeśli zna malarstwo – z Kolosem Goi.)
Nota bene Majewski do mitologii Indian Nahajo podchodzi moim zdaniem dość powierzchownie i wybiórczo – biorąc z niej to, co mu pasuje do jego wizjonerskiego konceptu. (Swoją drogą, prawdziwym wyzwaniem byłaby próba sfilmowania tych potwornie surrealistycznych historii zawartych w Diné Bahaneʼ [„Opowieść o ludziach”] czyli w micie kreacyjnym Navajów). Ponadto, twórca „Doliny Bogów” adaptuje do filmu swoją własną, „osobistą” symbolikę, znaną już tylko jemu samemu. To może jeszcze bardziej zwiększyć hermetyczność jego dzieła.

Tak więc, jeśli ktoś oglądając „Dolinę Bogów” zaczyna mieć mętlik w głowie i ni w ząb nie rozumie z tego, co widzi na ekranie – a np. zamiast symboliki sceny postrzega jej dziwaczność – to niekoniecznie dzieje się tak dlatego, że ten widz jest baranem, nieukiem czy tumanem. Tak po prostu działa ludzka psychika, której mechanizm polega na logicznej (próbie) interpretacji faktów, wyłapywaniu sensu, kojarzeniu nieznanego z tym, co jest już znane… Wreszcie: na spójnym oglądzie i śledzeniu danej narracji, która zazwyczaj jest przyczynowo-skutkowa (bo tylko wtedy może być zrozumiała).

Ja doskonale rozumiem Majewskiego, który bardziej ceni język wizualny, a narracja (w sensie arystotelskim) jest dla niego drugorzędna. Zgadzam się z nim jak najbardziej, kiedy mówi, że „wnętrze człowieka jest splotem wielu warstw i emocji, które są tylko częściowo uświadomione”. Podoba mi się to, że akceptuje on logikę paradoksalną, która dla niego jest logiką głębszą. Szanuję jego wybór, kiedy pisze: „mój stosunek do opisywania człowieka jest przeciwny do kinowego beahawioryzmu w czystej postaci”. Również odnoszę czasem wrażenie, iż rzeczywistość ma – jak uważa sam Majewski – „cudowny dar umykania opisowi”. Ale jak to wszystko funkcjonuje w twórczości Majewskiego? Tu można się spierać.
Szkopuł w tym, że tak naprawdę nie wiemy jak działa podświadomość. To co jest nam dane (i na co jesteśmy w pewnym sensie skazani) to nasza świadomość, z całą swoją niedoskonałością percepcji. Świadomość, rządząca się przecież swoimi prawami. I być może to właśnie one nie pozwalają nam dotrzeć do istoty rzeczy – do rzeczywistości, która pozostaje nam nieznana (co być może chroni nas przed obłędem).

Czy można się jakoś przebić poza tę barierę? Czy może niekiedy zamanifestować się przed nami to, co zazwyczaj jest ukryte? Czy możemy czasem uszczknąć rąbka tej kosmicznej Wielkiej Tajemnicy? Mimo wszystko sądzę, że tak (choć według mnie jest to czymś niezmiernie rzadkim). Czy tego rodzaju objawienia zdarzają się w filmach Majewskiego? Być może.

Lech Majewski nie kryje swojego egotyzmu, kiedy mówi: „szkoda mi czasu na coś, co nie dotyczy bezpośrednio moich przeżyć i rozmyślań”, czy też, dodając przy innej okazji: „dla mnie ratunkiem stała się wyobraźnia i ‘umitycznienie’ tego, co jest moim jednostkowym doświadczeniem”.
Tylko czy nie grozi to ufikcyjnianiem samego siebie (podobnie jak „umitycznienie” może grozić mitomanią) ale również rozdmuchiwaniem własnego EGO, które – jak wiemy – i tak u artystów jest już wielkie jak stąd do wieczności? I czy w konsekwencji nie prowadzi to do jeszcze większej hermetyzacji i odosobnienia? Może nawet do pychy twórcy, który patrzy na bezrozumny tłum z wyżyn swojego artystycznego księstwa? A mimo deklarowanej wiary w „głębię” człowieka, tak naprawdę nie zwraca na tego drugiego człowieka większej uwagi, bo najbardziej liczy się dla niego zapatrzenie we własne wnętrze?

To tylko uwagi ogólne – wszelkie podobieństwa z konkretnymi artystami przypadkowe.

* * *

       Lecz wróćmy do „Doliny Bogów”.

Z Lechem Majewski umówiliśmy się na brunch. Wielką przyjemnością było dla mnie spotkać się z reżyserem po 25 latach, kiedy zetknęliśmy się po raz pierwszy, i to również we Chicago przy okazji Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, na którym pokazano wtedy jeden z jego pierwszych obrazów „Ewangelię według Harry’ego”. (Po rozmowie tej pozostał ślad w formie wywiadu, z którym zapoznać się można tutaj).

Na początku postanowiłem podzielić się z Majewskim swoimi wrażeniami z projekcji „Doliny Bogów”, i chciałem to zrobić w sposób szczery, więc od razu zaznaczyłem, że nie będzie to laurka, ryzykując tym, że popsuje to nieco nasze spotkanie. Ale Majewski rzeczywiście był ciekaw, co mu mam do powiedzenia, zwłaszcza, kiedy wspomniałem, iż ze swoimi znajomymi dość długo rozmawialiśmy wczoraj o jego filmie. Widząc moje wahanie („może jednak niepotrzebnie o tym wspominam?”), ośmielił mnie, mówiąc: „Nie. Bardzo potrzebnie! Tym bardziej, że masz na świeżo ten film, i to jest interesujące dla mnie. Zwłaszcza, że niewielu ludzi go do tej pory widziało.” „Ale też nie chciałbym Ci robić przykrości” – mówię, znowu się nieco ociągając, na co Majewski odpowiedział: „Ależ rób mi przykrość. Ja tym żyję.” (śmiech).
Zacząłem więc od pochwał, od tego, co mi się w „Dolinie Bogów” podobało (o tym wspomniałem już wcześniej, więc nie chcę się teraz powtarzać), ale nie omieszkałem też wspomnieć o pewnych zastrzeżeniach – zainspirowanych poniekąd wczorajszą rozmową ze znajomymi, którzy mieli jednak problem z odbiorem filmu, o jego zrozumieniu nie wspominając. Słuchając ich, starałem się w jaki sposób ten film obronić, choć sam miałem do niego stosunek dość ambiwalentny.

„Dolina Bogów” wydała mi się stylistycznie niespójna. Ja wiem, że chodziło o zderzenie się dwóch różnych światów (kontrast), ale zestawianie ze sobą naturalnych pejzaży i tych wygenerowanych komputerowo, stwarzało pewien dysonans estetyczny – tak jakby te obrazy pochodziły z różnych filmów. Podobnie było z grą aktorską. Sceny w których brali udział profesjonalni aktorzy (choćby tej miary, co John Malkovich, który jak zwykle wypadł tutaj wręcz charyzmatycznie), zdecydowanie pozostawały w kontraście ze scenami, gdzie występowali Indianie Navajo, spośród których większość stanowili aktorzy nieprofesjonalni. W związku z tym niektóre z tych scen wypadły nieprzekonująco, czasem nawet sztucznie, zwłaszcza że z samą ich scenografią też bywało różnie. Tym sposobem do filmu wkradała się pewna pretensjonalność.
To, że film powstawał tak długo (ponad 4 lata) też nie wpływało dobrze na jego spójność, bo przecież cholernie trudno jest zmontować tak różniący się materiał w jedną płynną całość. Tym bardziej, że niedostatki budżetowe zmuszały zapewne twórców filmu do pewnych kompromisów, też nie wpływających raczej pozytywnie na jego końcową jakość artystyczną.
Majewski słuchał tego cierpliwie, ale kiedy wspomniałem o fatalnym dźwięku w Sali kinowej Copernicus Center, to wybuchnął: „Przestań już mi o tym mówić, bo mnie tutaj zaraz szlag trafi!”

Na szczęście w tym momencie przynieśli nam zamówione dania i zmieniliśmy temat naszej rozmowy (Lech Majewski sporo opowiedział mi o Wenecji, w której mieszka, i z którą związany jest prawie od dziecka).

* * *

       Po brunchu przenieśliśmy się w bardziej ustronne miejsce, gdzie łatwiej było przeprowadzić wywiad. Rozmawialiśmy o kinie, kulturze, sztuce… mając za oknem chicagowskie downtown, widok na rzekę, mosty i wieżowce – na ulice pełne ludzi śpieszących gdzieś we wszystkich kierunkach.

Całość wywiadu postaram się publikować w innym miejscu, tutaj wspomnę jedynie o wątku dotyczącym „Doliny Bogów”. Zaczął się on od mojej uwagi, nawiązującej do pewnych zastrzeżeń wobec tego filmu, które starałem się już wyartykułować wcześniej: Wspomniałeś wczoraj na spotkaniu z publicznością o swojej mamie, która kiedyś zapytała się Ciebie: „Kiedy wreszcie zrobisz film dla ludzi?”. Podejrzewam, że było to powiedziane tak pół-żartem, pół-serio, ale jest w tej pretensji zawarty pewien zarzut, gdyż Twoje filmy rzeczywiście mogą być uznane za dzieła niezrozumiałe, nieczytelne, zawiłe, nieprzenikliwe… a będąc takimi nie są w stanie trafić do tzw. „szerszej” grupy widzów, wśród których znajudją się przecież ludzie wrażliwi, otwarci na sztukę, szukający w kinie czegoś więcej, niż tylko rozrywki? Czy Tobie nie przeszkadza to, że Twoje filmy są takie hermetyczne?

LECH MAJEWSKI: Hermetyczne? To zależy dla kogo. Ja się spotykam z tak rozbieżnymi opiniami… Dla jednych są hermetyczne, dla innych są wspaniałe. Jak byś zobaczył reakcje na moje filmy młodych ludzi z Ameryki Południowej… Ja tam jestem bez przerwy zapraszany, ze względu na oddźwięk, jakie te filmy u nich budzą. Niedawno byłem w Iranie, gdzie był taki zjazd młodych filmowców, na który przyjechała ogromna ilość ludzi z całego świata – i oni znają moją twórczość. Podobnie jest w Japonii, gdzie powstało kilka fan-clubów… Trudno powiedzieć… Ja mam ciągle wrażenie, że jak powiem jedno, to mogę też powiedzieć drugie. Bo z jednej strony, owszem, to nie są blockbustery, ale jakby rozłożyć to na czas trwania tych filmów, to podejrzewam, że niejeden bluckbuster by się powstydził…

– Gdyż – jak to się mówi – przetrwają próbę czasu?

– Nie wiem, może niektóre przetrwają? „Angleus” jest takim filmem, który ciągle gdzieś się pojawia; „Wojaczek” też jest takim filmem, który się pojawia i inspiruje. Między innymi inspirował „Idę”; miedzy innymi inspirował Gusa Van Santa w „Last Days”; inspirował takiego angielskiego reżysera, który zrobił film „Control” o liderze Joy Division – znany, nagradzany na wielu festiwalach… Tak więc ciągle coś ktoś odkrywa. Tarantino mi wyznał na Camerimage, że jego inspirują „Szklane usta”. Mało tego! Mój amerykański dystrybutor napisał mi, że jeżeli chodzi o DVD to najlepiej sprzedają się właśnie „Szklane usta”, które są całkowicie niemym filmem. I to lepiej się sprzedają, niż „Młyn i krzyż”, który też się bardzo dobrze rozchodzi. Naprawdę, tak już jest, że co nie powiem, to nagle przylatuje kometa z wiadomością, że jest odwrotnie. Mogę z jednej strony powiedzieć, że owszem, nie mam dużej dystrybucji, ale z drugiej strony, jakimś dziwnym trafem, cały czas coś się gdzieś pojawia.

– Czy starasz się zrozumieć tzw. „zwykłego” widza? (Takiego pewnie miała na myśli Twoja mama pytając, kiedy wreszcie zrobisz film „dla ludzi”). Czy w ogóle Cię nie obchodzi to, kiedy ktoś – z takiej pozycji – Twoje filmy krytykuje? Czy starasz się zrozumieć pewne zarzuty, racje krytyków? Sam przyznałeś, że każda interpretacja jest równouprawniona.

– Tak, interpretacja jest własnością danej osoby i można to publikować, interpretować… Taki jest wynik wypuszczania czegoś w świat. Taka jest party parcel of this business. Ale czy ja rozumiem pewne zarzuty? Trudno powiedzieć – jedne rozumiem, innych nie. Case by case. Istnieje też granica reagowania na zarzuty, bo robienie filmów – a zwłaszcza filmów takich jak ja robię – jest tak trudne, tak skomplikowane, tak niezwykłe, że ja powinienem dostać jakiegoś Nobla czy Oscara za to, że ja je w ogóle zrealizowałem. Dysponuję przy tym naprawdę małymi środkami, a jednak grają u mnie gwiazdy, jakoś te filmy wyglądają… To jest też pewnego rodzaju talent wyciskania soku z kamienia.

– Wiem, że dla Ciebie ten język wizualny, jest ważniejszy niż zwykła narracja. To również może się przyczyniać do tego, że Twoje filmy nie są tak powszechnie oglądane.

– Uważam, że język wizualny jest narracją…

– Również tak sądzę. Ale jeśli obrazy – które często mają symboliczne znaczenie – są trudne do zrozumienia, odczytania, to może sprawiać, że film staje się właśnie hermetyczny.

– …natomiast kino jest obsadzone przez filologów, którzy przedkładają mówione słowo nad czytanie wizualne.

– Wielką wagę przykładasz do roli symbolu w sztuce. Pewne symbole mogą być rozpoznawalne, chociaż – jak sam mówiłeś w swoich wykładach – współczesny odbiorca sztuki stał się ślepy na tę symbolikę, która była w miarę czytelna w pewnych epokach z przeszłości. Jeśli na domiar tego autor/artysta używa swojej „prywatnej” symboliki, to jeszcze bardziej może to zwiększyć nieczytelność tego, co tworzy. I nie będzie to wina odbiorcy.

– Ale ta symbolika akcydentalna, moja osobista… ona również działa na ludzi. I to ludzi obcych kulturowo. Oni ją odczytują jako swoją własną.

– Czyli spotkanie z samym sobą?

– I to jest celem moich filmów.

– Czego unika kultura masowa, która robi wszystko, aby ludzie o sobie zapomnieli.

– Tak, kultura masowa zbudowana jest na ucieczce od samego siebie. A ja odwrotnie – robię rzeczy polegające na spotkaniu człowieka z samym sobą. I to jest totalnie pod prąd. Ale – jak powiedział pewien mądry chiński filozof – kto idzie pod prąd, ten dojdzie do źródeł.

I w tym momencie spojrzeliśmy za okno, patrząc z góry na tłum ludzi przewalający się po obu stronach Chicago River, której brzegi porastały aluminiowo-szklane wieżowce downtown. Środkiem drogi pełnej samochodów jechał rowerzysta, który – nie trzymając kierownicy – coś tam tekstował wpatrzony w ekran swojego smartfona

Po chwili milczenia Majewski zwrócił się do mnie i powiedział: „Ja ci mogę zagwarantować, że obojętnie jak odbierasz ‚Dolinę Bogów’, to będzie to film, który będziesz pamiętał do końca życia.”

*  *  *

Wyraźni w tłumie bez wyrazu? Spotkanie z Lechem Majewskim w Chicago

.

Całość wywiadu z Lechem Majewskim przeczytać można TUTAJ.

.

„SOLID GOLD”, „KURIER”, „PIŁSUDSKI” – o filmach 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Trzy filmy nawiązujące do sprawy polskiej, w tym dwa widowiska historyczne. „Solid Gold” to współczesność – prowokuje pytania o mafijny i korupcyjny charakter związków biznesu z polityką; „Kurier” to powrót do patriotycznego heroizmu polskiego czasów II wojny światowej; „Piłsudski” cofa się do początków XX wieku, ukazując ikonę polskiej walki o niepodległość, ale odbrązowioną i odmitologizowaną. A wszystko to w kinie przekłada się na dobre i na złe. Dokładnie tak samo jak w życiu.

.

Zaklęte rewiry III RP (Andrzej Seweryn, Krzysztof Stroiński i Olgierd Łukaszewicz w filmie „Solid Gold”)

.

„SOLID GOLD”

       O filmie „Solid Gold” było głośno zanim jeszcze trafił na ekrany kin. Przyczyniła się też do tego pamiętna awantura na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni, gdzie tytuł ten z przeglądu w najpierw wycofano, później pokazano – a wszystko z powodów politycznych i zatargu Jacka Bromskiego z producentami „Solid Gold”, którzy stwierdzili, że reżyser ich oszukał, bo bez ich wiedzy przemontował film, który im wcześniej pokazał, i którą to wersję oni zaakceptowali. Z kolei Bromski i inni utrzymywali, że to jest cenzura a twórcy filmu mają prawo go zmontować według swojego uznania.
Nie dociekając tego, kto miał rację (ja sceptycznie podchodzę do wyjaśnień i zarzutów obu stron), zwraca w tym wszystkim uwagę obłędne upolitycznianie w naszym kraju wszystkiego co się rusza, psucie sobie nawzajem krwi i to z byle jakiego powodu.
A film „Solid Gold” – bardzo luźno oparty na aferze Amber Gold – jest po prostu filmem sensacyjnym, który wprawdzie nawiązuje do korupcji, jaka istnieje w każdym środowisku biznesmenów i polityków (zwłaszcza na styku świata polityki i biznesu), ale robi to w ramach kina gatunkowego, nie odwołując się konkretnie do żadnego układu politycznego, będąc po prostu fikcją. Tak więc „Solid Gold” jest przede wszystkim produktem z kategorii „popularne kino rozrywkowe”, a nie jakimś dziełem demaskatorskim, czy tym bardziej polityczną manifestacją.
Tak mi wpadło teraz do głowy, że gdyby w Stanach Zjednoczonych politycy reagowali równie gwałtownie i urazowo na każdy film, nawiązujący do ich osób i działań, to już dawno doszłoby do jawnej wojny – i to nie tylko w Hollywood – a powołana do zwalczania takiej niepoprawności czy wręcz bezczelności twórców cenzura, miałaby pełne ręce roboty.
Muszę przyznać, że mi się ostatni film Jacka Bromskiego podobał bardziej , niż jego wcześniejsze tytuły (takie np. jak „Anatomia zła” czy „Uwikłanie”). Jest to twórca będący bardzo sprawnym reżyserem, „czującym” ekran, a jeśli coś mu w przeszłości nie wychodziło, to była to zwykle wina scenariusza, a nie reżyserii. Tym razem napisał moim zdaniem bardzo dobry scenariusz, z niezłymi dialogami, dzięki czemu aktorzy takiej klasy, jak Andrzej Seweryn, Olgierd Łukaszewicz czy Janusz Gajos mieli co grać i – co tu kryć – wypadli świetnie. Choćby dla nich warto się wybrać do kina. Ale też sama historia – dzięki sposobowi, w jaki opowiada ją film – jest zajmująca. Wszystkie postacie rozpisane są ciekawie – łącznie z policjantką Kają (w tej roli zaskakująco naturalna Marta Nieradkiewicz) czy policjantem „Smokiem” (szorstki, nieogolony i ziemisto-poszarzały Marcin Czarnik). A tu jeszcze Danuta Stenka, Andrzej Konopka, Krzysztof Stroiński, Sławomir Orzechowski, Mateusz Kościukiewicz i inni.
Końcówka filmu pozostawia trochę do życzenia, ale ogólnie  „Solid Gold” jest solidnym widowiskiem, które potrafi wciągnąć widza w swoje rewiry.

7/10greydot.

Za Polskę – z honorem i narażeniem życia (Philippe Tłokiński w „Kurierze”)

.

„KURIER”

       Jako kino gatunkowe „Kurier” sprawdza się całkiem nieźle. Władysław Pasikowski jest dobrym rzemieślnikiem kina, więc nakręcił film w miarę poprawnie, choć można wyczuć, że jest to robota mu zlecona, a nie wydarta z trzewi (czy też zrodzona z wewnętrznej potrzeby nakarmienia własnych demonów) jak to często ma miejsce w przypadku kina autorskiego, choćby u Wojtka Smarzowskiego. Jak na dysponowanie budżetem, z którym widowiskowo zaszaleć raczej nie sposób, film prezentuje się na ekranie wcale nieubogo – ładne obrazki i kompetentna scenografia są jego sporą zaletą. Mimo dość przedziwnego scenariusza (z nieco szkolnymi dialogami), akcja posuwa się naprzód w tempie, które nie tylko nie usypia widza, ale zdolne jest zająć jego uwagę. Choć też zbytnio do wysiłku umysłowego nie zmusza, bowiem wymowa i charakter filmu balansuje na granicy patriotycznej agitki i komiksu dla młodego widza. Który, nota bene, po obejrzeniu „Kuriera”, nadal niewiele będzie wiedział o prawdziwej postaci Jana Nowaka-Jeziorańskiego, na biografii którego (a właściwie na jednym z jej epizodów) oparto fabułę filmu.
Aktorzy dobrze sobie radzą – ale przecież po to są profesjonalistami. Z przyjemnością zobaczyłem na ekranie kilka nowych twarzy, choć skecz z weteranem Pasikowskiego Cezarym Pazurą też dostarczył mi frajdy.
Pewną kuriozalnością scenariusza było to, że przez cały film jego akcja opierała się na determinacji kuriera Nowaka, aby się przedostać z Londynu do okupowanej przez Niemców Warszawy i wręczyć dowództwu AK depeszę Naczelnego Wodza mówiącą o tym, by nie dopuścić do wybuchu powstania, gdyż alianci im nie pomogą i nie będzie to miało żadnego wpływu na położenie Polski (którą i tak postanowiono sprzedać Stalinowi). Tak więc powstanie pochłonie życie tysięcy ludzi, których ofiara i śmierć będą bezcelowe i pójdą na marne, nie przynosząc żadnego pożytku. Nowak ryzykując życiem dokonuje cudów, by przekazać tę wiadomość Warszawie. Cały czas mamy pewność, że i on sam jest przekonany o słuszności tej przestrogi (stąd jego determinacja), a tu nagle, po dostarczeniu depeszy generałowi Borowi, oświadcza władzom podziemnej Warszawy, że on jak najbardziej jest za wybuchem powstania, bo nie ma nic piękniejszego jak zginąć za Ojczyznę (oczywiście jego kwestia dialogowa trwała dłużej, ale była równie schematyczna, patetyczna i frazesowa).
Tak więc nie ma co spodziewać się po filmie tego, że przybliży nam sylwetkę Jana Nowaka-Jeziorańskiego, albo że ukaże nam złożoność ówczesnej sytuacji politycznej i niesłychanie trudne położenie Polaków, którzy walcząc o wolność, pozbywają się jednego wroga z Zachodu, by zaraz uzależnić się od swoich „wyzwolicieli” ze Wschodu. Film nie podejmuje też kwestii związanych z tragizmem decyzji o wybuchu powstania, zadowalając się opcją hurra-patriotyczną. Niestety, wszystko jest zbyt schematyczne, uproszczone, powierzchowne i płytkie. Nasi bohaterowie – i samo powstanie – nadal czekają na godne ich wielkości kino.

6/10greydot.

Bez spiżu, patosu i przyziemnie… ale za to bliżej życia i prawdziwiej (Borys Szyc w „Piłsudskim”)

.

„PIŁSUDSKI”

       Bardzo cenię niektóre rzeczy, które do tej pory zrobił Michał Rosa. Podobał mi się jego ostatni film „Szczęście świata” – bardzo klimatyczny, na pograniczu realności i magii; ciepły, może nawet dotknięty nostalgią? W każdym razie zdradzający to, że Rosa wie, jaki efekt – zarówno jeśli chodzi o klimat, jak i wizualność – chce uzyskać na ekranie. Innymi słowy, jest to twórca, który panuje nad filmową materią, urabiając ją po swojemu, dzięki temu jego utwory mają… no cóż… dość mocny charakter.
Jego najnowszy film „Piłsudski” mnie zaskoczył, i to z kilku powodów.
Po pierwsze: jego ton jest zupełnie inny, niż „Szczęście świata” – bardziej „przyziemny”, po męsku chropawy i solidny, nie miękki i kolorowy, ale raczej twardy i szary. Wydaje się jakby był bliżej krwistego i kościstego życia.
Po drugie: znakomita kreacja Borysa Szyca, który doskonale się w ten charakter filmu wpisuje, ukazując bohatera – polską legendę i historyczna ikonę – jako… surprise, surprise!… człowieka. Nie ze spiżu ani z brązu, tylko właśnie z krwi i kości – zdeterminowanego, choć narwanego; otwartego na innych ludzi, choć despotycznego. Patriotę i socjalistę z jednej strony – rewizjonistę i bezwzględnego, stosującego terror zamachowca – z drugiej. No i oprócz tego idealistę, który jednocześnie zdradza swoją żonę (w czym być może przejawiał się też jego pragmatyzm).
Po trzecie: okazało się, że film pt. „Piłsudski” jest o… surprise, surprise again… Piłsudskim. Innymi słowy: bardziej skupia się na osobie i charakterze Józefa Piłsudskiego, niż na historycznych przemianach, które doprowadziły do uzyskania przez Polskę niepodległości. Wydaje się, że Rosę bardziej interesowały przemiany we wnętrzu „Ziuka”, niż jego droga do zdobycia władzy i stania się najważniejszą postacią Polski międzywojennej. A w to wszystko graj Szycowi. Choć nie tym, którzy spodziewali się bardziej sprecyzowanej faktograficznie narracji, a nie tak szybkiego galopowania filmu po historycznych łebkach. Mnie to jednak za bardzo nie przeszkadzało.
Mniej więcej w tym samym czasie obejrzałem „Legiony” Dariusza Gajewskiego które również nawiązywały do postaci Piłsudskiego (a konkretnie do formowania przez niego wojska polskiego) i do tego samego okresu historycznego. I muszę powiedzieć, że ta konfrontacja zdecydowanie wypada na korzyść filmu Rosy, bo obraz Gajewskiego w wielu miejscach był – co tu kryć! – żenujący. Ale tak to jest jak się robi utwory na patriotyczne zamówienie – nawet największy budżet nie jest w stanie filmu uratować, jeżeli ma on kiepski scenariusz, kulejącą reżyserię – męczy nas drętwym romansem, infantylnym podejściem do historii – oraz wypełniony jest po brzegi patosem.
„Piłsudski” Michała Rosy był tego wszystkiego zaprzeczeniem i właśnie dlatego wydał mi się – w tej swojej niepatetycznej i odmitologizowanej przyziemności – o niebo prawdziwszy.

7.5/10greydot.

Recenzje innych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu: „BOŻE CIAŁO”, „SŁODKI KONIEC DNIA”

.

„BOŻE CIAŁO”, albo o tym czy można mieć diabła za skórą i anioła w sercu

W repertuarze 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago znalazł się również najnowszy film Jana Komasy „Boże Ciało”, ciesząc się największym zainteresowaniem chicagowskiej publiczności.  Mówi się, że jest to najlepszy polski film roku – i jest to opinia zarówno widzów, jak i krytyków. Grający główną rolę Bartosz Bielenia uznany został za objawienie. Wspomina się też o szansach tego filmu na Oscara. Jakie było moje z nim spotkanie?

.

I te oczy – oczy, w których widać same skrajności: obłęd i siłę, strach i determinację, wściekłość i tkliwość, ekstazę i rozpacz, anioła i szatana… (Bartosz Bielenia w filmie „Boże Ciało”)

.

       Tyle już dobrych rzeczy napisano o filmie Jana Komasy „Boże Ciało”, że jeśli zacząłbym pisać o jego zaletach, to pewnie powieliłbym (choć raczej nieświadomie) większość z tych superlatyw i opinii, które dość często były wręcz entuzjastyczne. Fenomen tego filmu polega już choćby na tym, że równie pozytywnie wyrażają się o nim obie strony polskiego podziału i sporu – zarówno środowiska liberalno-lewicowe, jak i konserwatywno-narodowe – zarówno ci, którzy Kościół krytykują, jak i ci, którzy go bronią.
Wydaje mi się, że jedną z przyczyn było to, że Komasa nie podszedł do tego filmu z pozycji anty-klerykalnych i anty-kościelnych (czyli tak, jak to zrobił np. Smarzowski w „Klerze”), ale przede wszystkim z pozycji humanitarnych, które w swojej istocie pokrywają się z duchem Chrześcijaństwa – w tym jego pierwotnym znaczeniu. Chodzi głównie o przebaczenie i wzajemne pojednanie, o miłosierdzie i łaskę, o spojenie ludzkiej wspólnoty miłością (czy choćby tylko o wyzbycie się nienawiści), o wstawienie się za wykluczonymi i pokrzywdzonymi… Takie wydają się być postulaty, wymowa i przesłanie „Bożego Ciała”.
Szczególną właściwością tego filmu jest to, że w wielu widzach wyzwala on ogromne emocje, a to możliwe jest tylko wtedy, kiedy porusza się w człowieku wrażliwą strunę, wnikając głęboko do jego wnętrza – docierając do czegoś bardzo dla niego istotnego.
Czym jest to „coś”?
Może po prostu potrzebą miłości? Potrzebą prawdy – bardziej ludzkiej niż tej „boskiej”? Potrzebą szczerości, zrzucenia ciężaru i winy – pragnieniem łaski, oczyszczenia i ekspiacji? Otwarcia się i wyzwolenia?

       To jest film paradoksalny, bo mimo że dość przewrotnie traktuje dobro i zło („złoczyńca”, który czyni dobro; ktoś, kto udaje, okazuje się być najbardziej szczerym człowiekiem; „fałszywy” ksiądz, który mówi prawdę i postępuje bardziej po chrześcijańsku, niż niejeden ksiądz „prawdziwy” …etc.) to jednak wyzwala w nas dobroć.
„Boże Ciało” można było łatwo „położyć” – jest w tym filmie kilka takich momentów, kiedy mógł się on „wysypać”. Tym bardziej, że Komasa zaryzykował i obsadził w kluczowych rolach aktorów, których wybór nie był wcale taki oczywisty, bo kojarzeni byli oni do tej pory z innym emploi. Zadziałała więc intuicja. Jak zdradził na spotkaniu z publicznością sam reżyser, Bartosz Bielenia w czasie castingu nie wypadł za dobrze w obu próbach, (poza tym miał długie włosy, więc choćby dlatego trudno go było sobie wyobrazić w roli księdza) ale Komasa od razu wiedział, że to on musi zagrać w „Bożym Ciele”. I trafił w dziesiątkę, bo Bielenia to ogromny atut tego filmu – to, że tak mocno wszystko przeżywamy – i wydaje się nam to prawdziwe – jest głównie jego zasługą. Odnosiłem wrażenie, że momentami wpada on w pewien rodzaj transu, przepoczwarzając się i wnikając w coś, co dotyka sedna – a to jest możliwe tylko wtedy, kiedy się ma charyzmę. I takie oczy jak on – oczy, w których widać same skrajności: obłęd i siłę, strach i determinację, wściekłość i tkliwość, ekstazę i rozpacz, anioła i szatana…
(Nota na marginesie: Miałem tę przyjemność być z Janem Komasą w momencie, kiedy dowiedział się o tym, że Bartosz Bielenia został uznany za najlepszego aktora na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Dokładnie takie samo wyróżnienie spotkało go na festiwalu w Sztokholmie. Moje spotkanie z reżyserem zaowocowało wywiadem, który można przeczytać TUTAJ.)

       Czy film do końca ustrzega się stereotypów? Wydawać by się mogło, że w takim przewrotnym, świeżym i oryginalnym obrazie na żadne stereotypy nie powinno być już miejsca. A jednak…
Z tego co wiem, twórcom „Bożego Ciała” zależało na tym, aby w każdej postaci jaka pojawia się na ekranie ukazać człowieka, innymi słowy: dotrzeć do jej człowieczeństwa. Ale mnie raziło nieco to, że ludzie z tej wioski/miasteczka (nie mówię o osobach, którym dano „głos”) są trochę takimi postaciami z kartonu: np. stoją przed zdjęciami ofiar wypadku niczym zombies. Ich niemota i klepanie pacierzy to jakiś rodzaj tępej dewocji i biernej histerii, która zamienia się w czynną, kiedy pod przewodem Daniela wszyscy zaczynają krzyczeć a jeden z nieogolonych i marnie ubranych facetów wydziera się, po wielokroć wyrzucając z siebie słowo „kurwa!”. No nie wiem, czy to jest bardzo realistycznie ukazanie przedstawicieli polskiej prowincji. Ale też wiem, że nie było w tym żadnej złośliwości, a właśnie chyba stereotyp. Co ciekawe, Małgorzata Szumowska, która nota bene nagrywała swoją „Twarz” w tej samej miejscowości, co Komasa „Boże Ciało” (podkarpackie Jaśliska), mimo że jej obraz mieszkańców wsi był zdecydowanie bardziej negatywny, to jednak pokazała ich bardziej kompleksowo i pełnie. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.

       I czy aby na pewno obaj prawdziwi księża ukazani w filmie są ok? (jak powiedziała jedna z moich znajomych) Ten, grany przez Simlata, rzeczywiście jest ok, ale czy proboszcz, który jest alkoholikiem, nie panuje nad swoją parafią, ucieka na „urlop”, nie powiadamiając swoich zwierzchników i przyjmując na zastępstwo chłopaka podającego się za księdza, rzeczywiście jest ok?
Czy można wszak utożsamiać to z krytyką Kościoła i księży? Oczywiście, że nie, ale pewne głosy, jakie tu i ówdzie słyszałem (jeden z przykładów podał nawet sam Komasa) mówiły, że jest to jednak przedstawianie Kościoła w złym świetle. (Swoją drogą ja się żadnej uzasadnionej krytyce Kościoła nie dziwię. Nie zamierzam też kwestionować tego, jakimi postaciami obsadzili film scenarzysta i reżyser).
Być może za dużo napisałem o moich zastrzeżeniach, ale to tylko mała łyżka dziegciu w beczce, która pełna jest dobroci.

       Na koniec może jeszcze wspomnę o czymś, co jest jednak dla filmu istotne. „Boże Ciało” wbrew pozorom nie jest filmem religijnym. Nie wydaje mi się, żeby grany przez Bielenia Daniel mógł być prawdziwym księdzem z powołania. Siła i dobroć tego chłopaka bierze się z jego wrażliwego wnętrza i charakteru, a nie z głębokich religijnych przeżyć. Dla niego kapłaństwo i „wiara” jest bardziej ucieczką przed własnym statusem pariasa – oraz poszukiwaniem osobistej godności – niż czymś, co płynie dla niego z metafizycznego źródła. Ale czy można się temu dziwić, skoro – jak podkreślał niejednokrotnie Jan Komasa – scenariusz napisał ateista?
Oby jednak więcej było takich filmów.

*   *   *

7.5/10

„FUGA” – w poszukiwaniu straconego „ja”

.

Poszukując siebie (Gabriela Muskała)

.

Po zaskoczeniu „Powrotem” Magdy Łazarkiewicz na Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago, kolejne zaskoczenie: tym razem najnowszym filmem Agnieszki Smoczyńskiej, która swoim debiutem „Córki dancingu” parę lat wcześniej zwróciła na siebie uwagę off-mainstreamowej widowni kolorową, energetyczną i szaloną historią syrenek, które ni stąd ni zowąd pojawiają się w Warszawie i rzucają w wir nocnego życia stolicy. Eklektyzm „Córek” był niczym nie skrępowany – musical, horror, komedia w jednym. Kampowa publika załapała to w lot, ta bardziej tradycyjna zareagowała z pewnym oporem, nie za bardzo wiedząc o co w tej ekstrawagancji chodzi. A chodziło m.in. o to, że młoda reżyserka już w pierwszej odsłonie popisała się niezwykłą sprawnością w kreowaniu na ekranie świata, który pojawił się w jej wyobraźni.
W „Fudze” również zjawia się nagle w Warszawie postać jak nie z tej planety, lecz trudno byłoby o bardziej odmienną rzeczywistość w jaką ona wchodzi – tak zaskakujące jest w tych kolejnych filmach Smoczyńskiej przejście z jednej tonacji do drugiej – zmiana konwencji, która barwny, gorący i frenetyczny show „Córek” zastępuje szarą, zimną i powolną psychodramą „Fugi”. Można się zastanawiać, czy to tylko popis możliwości zdolnej reżyserki, czy też coś głębszego: wniknięcie w pewną fundamentalną dla każdego człowieka kwestię tożsamości, która może się określić jedynie w relacjach z innymi ludźmi?
Ja obstawiam to drugie.

Początek filmu szokuje i to w kilku wymiarach. Z ciemnego tunelu, po kolejowych torach wychodzi chwiejnym krokiem kobieta w zabrudzonym płaszczu (przypominająca zombie, które właśnie wygramoliło się z grobu), wspina się na peron, kuca i… oddaje mocz na oczach zbulwersowanego tłumu. Już ta pierwsza scena wprowadza ton całego filmu, ustalając nie tylko jego charakter – ciemną paletę obrazu, tajemnicę i niedookreśloność tego, co dzieje się na ekranie; bliską filmom grozy atmosferę zagrożenia i odium szaleństwa – ale i przedstawiając nam główną bohaterkę, która niczym zmaltretowane zwierzę konfrontuje ludzi z odrazą i lękiem, nie zdając sobie sprawy z ich konwenansów i wstrętów.
Okazuje się, że kobieta wskutek jakichś gwałtownych przejść (gwałt, pobicie, wypadek?) straciła pamięć – nie wie kim jest, co się z nią stało i jak się nazywa. Po dwóch latach spędzonych w ośrodku dla nerwowo (psychicznie?) chorych, Alicja (to jej nowo przybrane imię) pojawia się w studio telewizyjnym i podczas programu zostaje zidentyfikowana przez swojego ojca (jako jego córka Kinga). Wraca więc do (odległego od Warszawy) domu i swojej rodziny, którzy są dla niej teraz zupełnie obcymi ludźmi. Jest szorstka, opryskliwa, antypatyczna, czasem wulgarna… zachowuje się nieprzyzwoicie nawet w obecności swojego kilkuletniego syna. Nic więc dziwnego, że nikt w zasadzie nie cieszy się z jej pojawienia – dziecko ją przezywa wyganiając ze swego pokoju, mąż ma nawet pretensje do tego, że wróciła („co ja ci zrobiłem, że mi to zrobiłaś?”), nawet rodzice nie okazują jej żadnego ciepła. Alicja/Kinga postanawia więc wyrobić sobie „papiery” i zaraz potem zniknąć z tego środowiska pełnego niechętnych jej ludzi. Jednakże z czasem zaczyna odkrywać swoje dawne „ja”, ponownie nawiązuje bliższe relacje z mężem, a zwłaszcza z dzieckiem.
Podążamy za zmieniającą się świadomością i osobowością kobiety, wraz z nią poznajemy coraz więcej szczegółów z jej poprzedniego życia; dowiadujemy się wreszcie o okolicznościach w jakich straciła pamięć i postanowiła uciec… de facto nie tylko od własnej rodziny i świata, w którym do tej pory żyła, ale i od samej siebie. (Fuga to po łacinie „ucieczka”, także jednostka chorobowa jaką w niej zdiagnozowano, której pełna nazwa brzmi „fuga dysocjacyjna”. Ale jest to również słowo z terminologii muzycznej, co jest dość istotne, bowiem cały film przypomina pod wieloma względami kompozycję muzyczną.)

A „Fuga” skomponowana jest świetnie. Nie ma w niej zbędnych elementów, zaś te, które są, układają się doskonale w pewnego rodzaju estetyczno-fabularny puzzle, którego monochromatyczność i minimalistyczny soudtrack stanowią tło nie tylko dla psychicznej i fizycznej, lecz również tożsamościowej transformacji głównej bohaterki. Przy czym, mimo że wszystko jest tu przemyślane i precyzyjnie zmontowane, to jednak nie sprawia wrażenia elaboratu.
Film jest dziełem nie tylko Smoczyńskiej, ale przede wszystkim autorki scenariusza a zarazem odtwórczyni głównej roli Gabrieli Muskały, która udowadnia w nim, że jest nie tylko wybitną aktorką (która tą rolą jeszcze bardziej rozszerzyła swoje aktorskie emploi) ale i wielce uzdolnioną scenarzystką. Można powiedzieć, że to ona „niesie” ze sobą cały film, występując praktycznie w każdej niemal scenie. To wokół niej – a ściślej: wokół jej psychicznej przemiany – skupia się cała dramaturgia „Fugi”. To właśnie stworzona przez nią postać jest nośnikiem (sorry za tę przemądrzałość) antropologicznego paradygmatu ludzkiej tożsamości, określanej bardziej przez społeczno-kulturowy topos, niż przez istotność konkretnego człowieka i jego charakter.

To było spore wyzwanie, żeby się w tej aparycyjno-psychologicznej ewolucji głównej bohaterki nie pogubić, dozując przed kamerą zachodzące w niej stopniowo zmiany. Muskała poradziła sobie z tym doskonale, grając tak naprawdę kilka różnych kobiet. Moim skromnym zdaniem to jej należały się Złote Lwy w Gdańsku (choć nagroda dla Grażyny Błęckiej-Kolskiej też mnie ucieszyła).

„Fuga” to dzieło niezwykle dojrzałe, znakomicie radzące sobie z przekazaniem widzowi uczuć i emocji – i to nie tylko za sprawą świetnego aktorstwa, ale i posługując się wszystkimi środkami filmowego przekazu, od tych wizualnych po dźwiękowe, jak np. w genialnej scenie nad brzegiem morza, w której poczuć można grozę i paniczny strach Kingi/Alicji, po zniknięciu jej syna. Zresztą, jest w tym filmie wiele kapitalnych scen, o których można by tu wiele pisać, bo ich symbolika jest przebogata a nastrojowość przejmująca.
Jeśli zaś chcielibyśmy się pobawić w skojarzenia (głównie) stylistyczne, to całość przypominała mi nieco skrzyżowanie obrazów Lyncha, filmu „The Blair Witch Project” i kina skandynawskiego, jednak z wyraźnie polskim obyczajowym zacięciem. W efekcie otrzymaliśmy jeden z najlepszych filmów roku, co przychodzi mi z wielką satysfakcją tutaj stwierdzić.

*  *  *

Obcość wśród swoich (Łukasz Simlat w „Fudze”)

.

„POWRÓT” – rzecz nie tylko o hipokryzji

.

Obca wśród „swoich” (Kadr z filmu „Powrót” Magdaleny Łazarkiewicz)

.

Tekst ten piszę na gorąco, zaraz po obejrzeniu najnowszego filmu Magdaleny Łazarkiewicz na Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago, co pewnie będzie miało swoje zarówno dobre, jak i złe strony.
Dobre, gdyż według mnie pierwsze wrażenie liczy się najbardziej – a to jest jeszcze ciepłe (może nawet gorące), jak również autentyczne tudzież nie zepsute jeszcze zbytnio racjonalną deliberacją.
Złe, ponieważ moje ewentualne pomyłki – i naturalny w takich sytuacjach subiektywizm – mogą wystawić ten tekst (będący bardziej zapiskiem tego, jak odebrałem pewne aspekty filmu i jak je zobaczyłem w kinie, niż recenzją) na krytykę jego powierzchowności (której jednak będę się starał uniknąć) czy też przyczynkarskiego pisania ad hoc (które mimo to będzie chciało dotknąć sedna filmu).

Na początek muszę wyznać, że „Powrót” Łazarkiewicz dotknął mnie bardziej niż „Kler” Smarzowskiego – w tym sensie, że przejąłem się bardziej problemami etycznymi, jakie oba te filmy podejmują, nawiązując poniekąd do podobnej tematyki, którą jest kwestia ludzkiego zachowania się – oraz dokonywania wyborów – w pewnej przestrzeni społecznej, gdzie obowiązują normy i zakazy moralne (tutaj, w obu przypadkach: autoryzowane i sankcjonowane przez kościół katolicki, jak również uznawane za chrześcijańskie).
Przy czym, nie stało się tak bynajmniej dlatego, że nieśpieszny, stonowany i subtelny styl zastosowany przez Magdę Łazarkiewicz odpowiada mi bardziej, niż zdecydowany, mocny, wyrazisty, „męski” i gwałtowny sposób reżyserowania Wojciecha Smarzowskiego, który – jak sam przyznał – lubi „trąbić siekierą”, bo przecież obok kina „powolnego” (slow) lubię również rozbuchane filmowe fajerwerki w stylu np. ostatniego „Mad Maxa” (do czego przekonało mnie kiedyś kino chociażby Felliniego). Nie, tym razem poszło o coś innego: uważam, że jeżeli chodzi o spójność stylistyczną, to dzieło Łazarkiewicz bije na głowę obraz Smarzowskiego – to po pierwsze; po drugie zaś (i to jest dla mnie chyba ważniejsze), „Powrót”, mimo swojej minimalistycznej formy, bardziej kompleksowo ujmuje ludzką naturę i głębiej w nią wnika, niż trącący karykaturą i pastiszem, zrobiony mimo wszystko „pod publikę” (to tłumaczy zresztą frekwencyjny szał, jakiego byliśmy świadkiem w polskich kinach) oraz koniunkturalny politycznie „Kler”, który moim zdaniem był pod pewnymi względami filmem nieuczciwym, co wynikało z wrogości Smarzowskiego do Kościoła oraz jego stosunku do religii, uznawanej przez niego za przesąd i zabobon. (To – wobec deklarowanego przez niego ateizmu – nie powinno chyba dziwić, choć przecież od inteligenta obeznajmionego ze znaczeniem religii w ludzkiej kulturze i psychice, jak również mającego świadomość, że kultura ta nie może obyć się bez mitu, wymagać można czegoś więcej).
Ale zostawmy „Kler” Smarzowskiego, któremu i tak poświęciłem zbyt dużo miejsca i zajmijmy się obrazem Magdy Łazarkiewicz, który był dla mnie znacznie ciekawszym doświadczeniem – i to nie tylko psychologicznym oraz poznawczym, ale również estetycznym.
Bo w moich oczach forma tego filmu była nieskazitelna. Dawno nie widziałem filmu, w którym by wszystko tak świetnie „zagrało” – począwszy od jego strony wizualnej (kadry, które w dużej mierze historię „Powrotu” opowiadały), muzycznej (dźwięki dozowane dokładnie w takiej mierze, jak tego wymagały obraz i narracja); przez dość ascetyczne dialogi i zaskakująco dojrzałe aktorstwo (świetny pomysł reżyserki, by zatrudnić aktorów „nieopatrzonych” i „nieogranych”); po wątek fabularny, który był bardziej uniwersalną opowieścią o ludzkiej naturze, niż anegdotą ograniczoną do jakichś polityczno-społecznych lokalizmów (co na dodatek mogłoby psuć krew widzowi).

Przede wszystkim film znakomicie rozwijał się fabularnie – zrazu bardzo powściągliwie, nieśpiesznie, subtelnie – przygotowując grunt pod dramatyczną opowieść, która stopniowo do nas docierała i w końcu nami porządnie wstrząsnęła. To wielka sztuka stworzyć coś, w czym stonowanie i niuansowość kończy się takim szokiem.

Odrzucona (Sandra Drzymalska)

Historia dziewczyny, która po kilku latach nieobecności, wraca do domu, gdzie musi się mierzyć zarówno z niechęcią własnej rodziny, jak i z ostracyzmem małomiasteczkowej społeczności (wszyscy wiedzą, że na Zachodzie „zatrudniona” była jako prostytutka w burdelu), wydaje się prosta, może nawet banalna, jednak po jakimś czasie dociera do nas jej tragizm, a razem z nim wręcz epicki wymiar tego, co w rzeczywistości dzieje się w relacjach ludzi pojawiających się przed nami na ekranie. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że skala tego dramatu – mimo wątku zajmującego się z pozoru zwyczajnymi ludźmi i osadzonego w jakiejś pipidówie – w końcu zaczyna przypominać ciężar antycznej tragedii, gdzie człowiek dręczony jest przez siły wyższe i silniejsze od niego, jak również poddawany cierpieniu, które trudno znieść.

Tak więc, to nie tylko opowieść o ludzkich słabościach i hipokryzji, ale i o niemożności ucieczki przed naszą La Condition Humain, która jest taka sama na wszystkich kontynentach – we wszystkich religiach, narodach i społecznościach – bez względu na Opatrzność (czy też jej brak) różnych bóstw i bogów, jakich stworzył człowiek, i jacy, być może, stworzyli człowieka.
Mimo swego uniwersalizmu, film jest mocno osadzony w środowisku, gdzie dominuje religia katolicka. Wszystko co się w nim dzieje, dzieje się wśród ludzi, którzy są chrześcijanami – a to ustawia ich zachowanie i dokonywane przez nich wybory (tutaj zresztą pojawia się dylemat, na ile te wybory są suwerenne i świadome) w konkretnej perspektywie światopoglądowej i etycznej. Krzyż jaki pojawia się w wielu scenach (moim zdaniem zbyt często) służy właśnie wyraźnemu określeniu takiej, a nie innej kulturowej przestrzeni, w jakiej umieszczeni są ukazani na ekranie ludzie. Nie jestem jednak pewien czy ów zabieg stosowany jest bardziej po to, by zwiększyć dramaturgiczne napięcie, czy też po to, by denuncjować katolicką istotę hipokryzji i zakłamania, w jakich żyje nie tylko rodzina głównej bohaterki, ale i cała małomiasteczkowa społeczność, której owa rodzina jest częścią.
Jest jednak coś, co mi w filmie nieco przeszkadza, a co uświadomiłem sobie post factum mojego doświadczenia w kinie. Otóż pewne motywy filmu wydają mi się niezbyt realistyczne. (Tutaj ostrzegam przed spojlerami). Mimo świetnej kreacji Agnieszki Warchulskiej (która grała matkę dziewczyny) nie przekonywała mnie jej podwójna natura zakonnicy-kochanki, jak również matki, która z jednej strony nie pozbawiona jest macierzyńskiego instynktu, z drugiej zaś odrzuca swoją córkę i skazuje ją de facto na zatracenie i cierpienie. Jest to po prostu nieludzkie i nie mogę sobie wyobrazić tego, żeby takiego postępowania nie osądzić i nie potępić.
Pewnym nadużyciem wydało mi się również to, że akurat w momencie, kiedy (skądinąd dobry i niegłupi ksiądz) ma odprawić najważniejsze dla chrześcijan nabożeństwo w roku (tutaj związane z rytuałem Paschal Triduum), nachodzi go nie tylko ochota, żeby się w sztok upić, ale również to, żeby się z żoną swojego brata (excuse my French) pieprzyć. Teraz wydaje mi się to nie tylko mało realistyczne, ale i pretensjonalne, niemniej jednak w kinie ta sekwencja zrobiła na mnie odpowiednie wrażenie, podbite wspaniałą sceną wchodzenia ludzi do kościoła, wśród palących się kaganków i zniczy – i przy dźwiękach przejmującej do szpiku kości pieśni.

Magdalena Łazarkiewicz po projekcji swojego filmu na Festiwalu w Chicago (nota bene przyjętego oklaskami, jak chyba żaden film tego przeglądu), zaznaczyła, że nie chciała w nim nikogo osądzać. Muszę się przyznać, że za każdym razem, kiedy słyszę coś takiego z ust twórcy (literata, scenarzysty czy reżysera), nie za bardzo temu dowierzam, bo trąci mi to mimo wszystko pewną hipokryzją. Otóż wydaje mi się, że to właśnie moralna wrażliwość powoduje, że kręci się taki a nie inny film, pisze się taką a nie inną książkę – i te utwory, tak naprawdę, są bardziej lub mniej ukrytym moralitetem. I takim moralitetem jest bez wątpienia „Powrót”, którego rdzeniem jest właśnie niemożność sprostania etycznemu kodeksowi, jaki obowiązuje w środowisku ukazanych w tym filmie ludzi – czy to przez wygórowane wymogi tegoż kodeksu, czy też przez zwykłą ludzką słabość, moralną niechlujność, pożądliwość, bylejakość, zaniechanie, wyparcie, fasadowość, zakłamanie… W takim przypadku hipokryzja, będąca przecież dramatycznym jądrem filmu Łazarkiewicz, wynika bardziej z ludzkiej ułomności niż nikczemności – i ogólnie: jest przywarą uniwersalną osobników Homo sapiens, a nie tylko specjalnością katolików (mam nadzieję, że tego ostatniego nie sugerowali twórcy filmu).
Lecz ja rozumiem tę deklarację reżyserki, która starała się zachować pewną neutralność w ukazywaniu swoich bohaterów, nie osądzając ich wprost i co ważniejsze: nie sugerując żadnego osądu widzowi, (który i tak – nie czarujmy się – osądzi bohaterów po swojemu, bo widz – a ogólnie człowiek – już tak ma, że jest chodzącym sędzią innych ludzi). Myślę, że Łazarkiewicz się to udało, bo w jej filmie nie ma cienia „reżyserskiego” moralizatorstwa, które by wskazywało palcem (czy też raczej kamerą) winnego.

„Powrót” to chyba najlepszy film w dorobku Magdaleny Łazarkiewicz. A jest ona przecież twórczynią doświadczoną, która zdolności reżyserskie zaprezentowała już w swoim pamiętnym debiucie fabularnym, jakim był „Ostatni dzwonek” z 1989 roku. Jest to również – w moich oczach – jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem ostatnimi laty.
Nie dzieje się dobrze w świecie kina, kiedy tak znakomite obrazy przemykają się gdzieś jego obrzeżami, tylko dlatego, że nie mają dostatecznie rozkręconej promocji (czego najczęstszą przyczyną jest prozaiczny brak pieniędzy), w przeciwieństwie do innych filmów, za którymi stoi już wielka mamona, dzięki czemu trafiają one do świadomości bez porównania większej liczby widzów – czy na to zasługują, czy nie – czasami wywołując wręcz frekwencyjną biegunkę, a nawet wzmożone zachwyty krytyków (jak to było ostatnio w przypadku choćby „Kleru” czy „Zimnej wojny”).

Wśród filmów, jakie udało mi się obejrzeć na ostatnim Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, zaskoczyły mnie zwłaszcza dwa – właśnie „Powrót” Magdy Łazarkiewicz oraz najnowszy film Agnieszki Smoczyńskiej „Fuga”. Tak się złożyło, że mają one ze sobą wiele wspólnego: oba są znakomite, prowadzone w podobnie powściągliwym, subtelnym i zniuansowanym stylu – oszczędne w środki wyrazu a zarazem mocne, no i – last but not the least – opowiadają bardzo podobne historie kobiet (w jakiś sposób zmaltretowanych, lecz mimo to zachowujących nie tylko swoją kobiecość, ale i godność), które pojawiają się nagle w swoim środowisku „znikąd” i muszą walczyć o własną pozycję i tożsamość. Warto zaznaczyć, że są to filmy zrobione przez kobiety (w szerszym, nie tylko reżyserskim sensie), ale nie tylko dla kobiet – i wcale nie w feministycznym tonie. Tym, co je łączy jest więc nie tylko kobieca wrażliwość i solidarność, ale i wyczulenie na los człowieka w jego relacji z innymi ludźmi – i to bez względu na płeć czy seksualność.

*  *  *

Co się kryje za fasadą życia rodzinnego?

ZIMNA WOJNA – dramat bez dramaturgii, miłość bez miłości…

Pawlikowski jest znacznie lepszym konstruktorem kadru niż narracji, lepiej mu wychodzi budowanie wizualnego piękna niż opowiadanie historii.

.

Love on the rocks (Joanna Kulig i Tomasz Kot w „Zimnej wojnie”)

.

Lubię kino i kiedy decyduję się na obejrzenie jakiegoś filmu, to bardzo chcę, aby mi się on spodobał. Tak więc, kiedy wybierałem się na „Zimną wojnę”, to nastawiony byłem na wykwintną ucztę kinomana, który na dodatek złakniony jest tego, by wreszcie doceniono na świecie wielkość naszych rodzimych twórców kina – by doznali oni sławy i chwały umożliwiającej im choćby to, by pławić się w glorii oscarowej celebry. Chociaż na dnie mojej duszy czaiła się obawa, że moje oczekiwania stają się zbyt wygórowane i apetyt za bardzo wyostrzony, a to w związku z entuzjastycznym przyjęciem tego filmu w kraju i za granicą (szał palm w Cannes) – a zwłaszcza w obliczu nieprawdopodobnej wręcz fali zachwytu podsycanego wiadomością o wielkich szansach „Zimnej wojny” na Oscara (nie tylko dla samego filmu, ale i jego reżysera Pawła Pawlikowskiego oraz grającej jedną z głównych ról Joanny Kulig)., również tego „europejskiego” (tutaj zostali już nominowani wszyscy za wszystko). Tak więc, nieco się obawiałem, bo jednak nieraz w przeszłości się zdarzało, że balon jaki nadymała zbiorowa afektacja, w moim osobistym doświadczeniu – kiedy już sam z przedmiotem gremialnego zachwytu się stykałem – zostawał przekłuty, a przynajmniej nieco wiotczał.

Siedząc już przed ekranem – oglądając te oszałamiająco piękne czarno-białe obrazy, słuchając muzyki (która momentami wprawiała mnie w ekstatyczne wręcz uniesienie) czy wreszcie zapoznając się z postaciami tej historii – nastawiony byłem na przyjęcie olśniewającego mnie arcydzieła. Lecz niestety, gdzieś tak po dwóch kwadransach, zacząłem w to kino-filskie spełnienie wątpić, coraz bardziej zawiedziony pojawiającymi się w filmie opustkami – które zrazu dość dyskretnie, a po jakimś czasie zupełnie już jawnie, zaczęły mi burzyć ołtarzyk jaki zacząłem stawiać twórcom tego filmu wcześniej. Zdarzyła mi się więc rzecz fatalna: nie dość, że film mnie nie wciągnął i nie porwał, to na dodatek zaczęło mnie to, co wyczyniała dwójka zakochanych ponoć w sobie głównych bohaterów, irytować. A już finał (którzy zeloci filmu uznali wręcz za metafizyczny) wprowadził mnie w zupełne osłupienie.
Nie, ja wcale nie uważam, że jeżeli bohaterowie filmu zachowują się idiotycznie, to film nie może być dobry. Wręcz przeciwnie – takie zachowanie dla dobrego reżysera to może być mięso filmowe krwiste i kościste, to po pierwsze, a po drugie: przecież wiadomo, że miłość nie zawsze sprzyja mądrości i racjonalności postępowania kochanków. Problem „Zimnej wojny” polegał jednak na tym, że nieobliczalność w zachowaniu Zuli i Wiktora, choć dla nas widoczna, stawała się jednocześnie zupełnie niezrozumiała w kontekście tego, co twórcy filmu postanowili zaserwować nam na ekranie.

Czyli jednak wadliwy scenariusz.
Pierwszym mankamentem filmu, jaki rzucił mi się w oczy, był brak ekspozycji miłości Wiktora i Zuli, czyli czegoś, co by ich uczucie (a tym bardziej rodzącą się miłość) – w moich oczach i sercu widza – uwiarygodniło. Zamiast tego mamy gwałtowny przeskok z jednej sytuacji, gdzie uprawiają oni seks, do momentu, gdzie już są zakochani na śmierć i życie. Na ekranie nie ma nic, co by zbudowało tę miłość. Stąd pewnie bierze się wrażenie (a spotkałem się z kilkoma takimi skargami), że między Kotem a Kulig nie ma większej chemii (jedna z bardziej złośliwych recenzentek filmu napisała, że tej chemii jest już więcej w chińskich zupkach).
Ale ten brak wiary w miłość prawdziwą między Wiktorem a Zulą wynika według mnie jeszcze z czegoś innego – właśnie z ich niezrozumiałego zachowania w poszczególnych scenach, które dzielą przeskoki czasowe, pomijające w ich życiu to, co ewentualnie pozwoliłoby nam ich reakcje i postępowanie zrozumieć – o empatii nie wspominając.
Jak się dowiedziałem później, był to celowy zabieg reżysera, w którego mniemaniu i intencji, tę lukę widz miał wypełnić sobie sam. Przy czym Pawlikowski zastosował tu wobec nas mały szantaż, mówiąc, że wierzy on w inteligencję widza, który powinien się wszystkiego sam domyśleć. Czyli: jeżeli widz tego nie jest w stanie zrobić, to po prostu winny jest jego brak inteligencji. Tak więc, nasze przyznanie się do tego, byłoby niczym innym, jak przyznaniem się do własnej głupoty, a co najmniej do nierozgarnięcia.
Moim zdaniem, Pawlikowski wymyślił sobie to usprawiedliwienie ad hoc – z narracyjnych usterek scenariusza czyniąc cnotę.

Doskonale zdaję sobie z tego, że to co w tej chwili piszę, może być nie do przyjęcia dla tych, którzy się filmem zachwycili, miłością Zuli i Wiktora przejęli, maestrię Pawlikowskiego docenili, wielkość kreacji Kota i Kulig uznali… Jeśli tak, to ich wygrana, a moja strata (i piszę to całkiem poważnie). Bo ja jestem w stanie taki odbiór „Zimnej wojny” zrozumieć.
W jakim jednak stopniu taka reakcja jest czymś w rodzaju zbiorowej sugestii? Bo czyż nie bywa tak, że im bardziej i im więcej widzów (a ogólnie: odbiorców sztuki) się czymś zachwyca, to tym bardziej zachwycamy się tym i my sami? I muszę podkreślić, że nie jest ta jakiś mój wymysł kosmiczny domorosłego psychologa (ani nawet aluzja do Gombrowicza), a zjawisko potwierdzone w poważnych badaniach psychologicznych. A jeśli jeszcze dochodzi do tego lokalny patriotyzm i plemienne podniecanie się wielkością „naszych”, to możemy mieć ów efekt jeszcze bardziej wzmocniony. Lecz w jakim stopniu działa to w przypadku fenomenu filmu „Zimna wojna”? Tego oczywiście nie jestem w stanie stwierdzić.

Sądząc po tym, co tu piszę może ktoś odnieść wrażenie, że ja film Pawlikowskiego uważam za niezbyt udany, a może nawet i za bubel jakiś. Otóż tak nie jest, bo zdaję sobie sprawę z wielkości jego ciężaru gatunkowego, jak również z tego, że pod pewnymi względami jest to obraz wybitny, a nawet mający miejscami cechy arcydzieła. Jak już pisałem na początku, były momenty filmu, które bardzo mną poruszyły, ale związane to było bardziej z estetyczną formą, niż z fabularną treścią. Czyli: przede wszystkim muzyka, która chwilami – abstrahując od tego w jaki sposób komunistyczne władze zawłaszczyły polską „ludowość” – rzuca niemal na kolana. Następnie: wymuskany do granic doskonałości obraz – kadry dopracowane przez reżysera i operatora w każdym szczególe, niewątpliwie piękne, i to uderzająco piękne (choć niektóre ujęcia wydawały mi się pretensjonalne i trącące manieryzmem).

Summa summarum estetyka „Zimnej wojny” jest olśniewająca, ale wobec pewnej fabularnej niewydolności filmu, styl Pawlikowskiego okazuje się przeestetyzowany, a jego reżyserska ręka (paradoksalnie) zbyt ciężka. Świadczą o tym choćby powtarzane w nieskończoność duble tej samej sceny, których średnia liczba – jak przyznali sami twórcy filmu na konferencji prasowej w Gdyni – wynosiła około 30 (Pawlikowski w jednym z wywiadów: „To jest paradoks kreować życie zabijając je – torturując [przy tym] ludzi”).
Ów męczący perfekcjonizm – swoista reżyserska dyktatura – sprawdza się w przypadku wielkich nazwisk kina (jak np. Bergman, Tarkowski, Iñárritu, Farhadi…), gdzie w produkcie finalnym wszystko gra i szwy nie są widoczne, a film sprawia wrażenie spójnej całości i narracyjnej maestrii. Niestety, moim zdaniem, sztuka ta nie do końca udaje się Pawlikowskiemu, który nota bene niekiedy sam z utęsknieniem czeka, aż w tych jego perfekcyjnych ujęciach ukaże się jakiś przypadkowy element, który zniwelowałby efekt sztuczności jaki pojawia się w przeestetyzowanych kadrach (chcę tu podkreślić, że ja sobie tego z palca nie wyssałem, tylko usłyszałem z ust samego reżysera).
Tak więc, Pawlikowski jest znacznie lepszym konstruktorem kadru niż narracji. Innymi słowy: lepiej mu wychodzi budowanie wizualnego piękna niż opowiadanie historii. Nie wiem, czy jest to mankament trwale zakorzeniony w jego sposobie reżyserowania. Może nie – bo np. „Ida” moim zdaniem była już lepiej opowiedziana niż „Zimna wojna”, a tym samym bardziej zajmująca i jak dla mnie skuteczniejsza emocjonalnie. Może tak – bo w tym ostatnim filmie widać wyraźnie, że Pawlikowski jeszcze dalej idzie w dość apodyktyczną estetyzację swojego produktu, a przy tym w tłamszenie fabuły, co powoduje jakże banalny już w sztuce współczesnej przerost formy nad treścią (a jest nim skażony prawie cały postmodernizm, gdzie mniej ważne stało się to CO się mówi, od tego, JAK się mówi).

Powiedzmy sobie szczerze, że historyczne tło dla tego „romansu” zarysowane jest dość schematycznie, zaś postacie drugoplanowe – mimo doskonałych wystąpień Kuleszy i Szyca – zbyt szybko giną nam z oczu, pozostawiając za sobą nimb stereotypu. Problematyka „zimno-wojenna” zupełnie nie występuje, co nijak się ma do tytułu filmu (niektórzy widzowie kombinowali, że to może chodziło o zimną wojnę między bohaterami, co ponownie implikowałoby chłód między Wiktorem a Zulą – mimo ich nerwowych wyskoków tudzież erotycznych zrywów, które niemal wszyscy urzeczeni filmem odbierali jako wielką miłość).
Muszę przyznać, że piszę to wszystko nie dlatego, by wykazać jaka to „Zimna wojna” jest nieudana (wychodząc przy tym na malkontenta i outsidera), ale chyba głównie po to, by wytłumaczyć (przede wszystkim sobie) dlaczego mój odbiór filmu tak bardzo nie współgra z owym gremialnym – i niemal już globalnym – nad nim zachwytem. Spotkałem się jednak z głosami widzów, którzy obraz ten odebrali podobnie – i podobnie jak ja zastanawiali się, czy to rzeczywiście wina „Zimnej wojny”, czy też może z nimi samymi jest coś nie tak; albo w ogóle siedzieli cicho, żeby właśnie nie wyjść na kogoś czepialskiego, kto na dodatek nie zna się na kinie.
Koniec końców, w moich oczach, film Pawlikowskiego bardziej przypomina komiks niż prawdziwą opowieść o ludziach z krwi i kości. Fakt: komiks estetycznie niezwykle wysublimowany – dzięki czemu rzeczywiście przypomina on album z fotografiami – lecz będący tylko kalką życia, a nie jego domeną.

*  *  *

.

„DYWIZJON 303” – ku pokrzepieniu serc

W ciągu ostatnich paru tygodni Chicago „nawiedzone” zostało przez dwa polskie filmy, które ściągnęły do kin bezprecedensową liczbę widzów, świadcząc przy okazji, że polonijna widownia jest ciałem na tyle pojemnym, że może z powodzeniem „wchłonąć” tak diametralnie odmienne filmy, jak „Kler” i „Dywizjon 303”.

.

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. („Dywizjon 303”)

.
Moim zdaniem nie ma większego sensu porównywać ze sobą tych obrazów, już choćby z tego względu, że operują one na zupełnie różnych poziomach filmowej konwencji. Pierwszy jest bowiem bliskim pastiszowi, krytycznym i demaskatorskim spojrzeniem na instytucję Kościoła w Polsce i jego księży; drugi zaś – jakże podniosłą afirmacją polskiego patriotyzmu oraz wyniesieniem pod niebiosa (tutaj: dosłownie i w przenośni) naszych narodowych bohaterów z ich bezprzykładnym heroizmem, walecznością i poświęceniem.
Muszę się przyznać bez bicia, że „Kler” Smarzowskiego od razu trafił na moją listę „must see” (nie tyle przez jego skandalizującą otoczkę, co z powodu mojego zainteresowania każdym nowym filmem reżysera, którego twórczość cenię); zaś „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” miałem sobie „odpuścić”, bo niespecjalnie czułem potrzebę obcowania z dziełem oferującym mi moc patriotycznych uniesień firmowanych przez twórców jednego z najgorszych filmów w dziejach polskiego kina, jakim był ekranowy bubel „Kac Wawa” tudzież wyreżyserowanym przez zupełnie nieznanego mi Chorwata (Denis Delic).
No cóż, po raz kolejny przekonałem się, że nie wszystko co mnie pociąga mi służy. Innymi słowy, nie zawsze jest tak, że to, co wpierw wydaje mi się dobre, jest w rzeczywistości lepsze od tego, co zrazu wydając mi się gorsze, w końcu okazuje się nie takie znów złe.
Lecz pisząc już poważniej i mniej zawile: ostatecznie na „Klerze” się męczyłem i denerwowałem, zaś „Dywizjon 303” oglądało mi się lekko, gładko i przyjemnie. Może działo się tak dlatego, że pierwszy film uważam za niebyt uczciwy, drugi zaś za wypełniony dobrą wolą? (zdając sobie przy tym sprawę, że uczciwość i dobra wola nie mogą być miernikiem wartości filmu). A żeby jeszcze bardziej się pogrążyć, to napiszę, że mimo iż uznaję, że obraz Smarzowskiego jest cięższy gatunkowo i jednak lepszy, jeśli chodzi o sztukę kina od patriotycznej widokówki Delica, to w mojej prywatnej hierarchii amatora kina stawiam „Kler” niżej, niż „Dywizjon 303” (coś podobnego zresztą przytrafiło mi się ostatnio z „Zimną wojną” i „Twarzą”, gdzie zaraz po obejrzeniu obu filmów napisałem, że jednak… „Szumowska górą”, co wynikało z tego, że przede wszystkim uważam się za widza, a dopiero później ewentualnie za krytyka.

       Prawdę mówiąc większość mankamentów filmu Delica dotarło do mnie dopiero po projekcji – i pewnie dlatego nie zepsuły mi one odbioru filmu w kinie. Choć zgrzytem była dla mnie sama końcówka filmu – jego ostatnie parę minut, tak sztuczne, przeładowane kliszą i pośpieszne, iż pomyślałem, że zmontowano je w ten sposób, by się zmieścić w czasie – i dlatego, że już kończył się budżet.
Moim zdaniem nieporozumieniem było wprowadzenie dwóch wątków miłosnych – i złożenie ich na barki jednej postaci (Zumbach) – przez co zginęły one w całym tym zgiełku i wypadły zupełnie nijako. Ponadto, film przez swoją ładność niemalże pocztówkową zatracił grozę i wyczyścił brud i smar prawdziwej wojny. Za dużo było picia i zabawy w pubie, za mało cierpienia wynikającego ze straty zabitych w boju przyjaciół. Za dużo szarmanckości, chojrakowania, zgrywy i pokazowej wręcz brawury, za mało znoju, tragedii, zmęczenia, zwątpienia, rutyny. Za dużo patosu i sloganów – za mało prozy i (jednak) realiów. Nie wiem, może to tylko sprawa gustu, a może jednak braku ewidencji czegoś bardziej dla tych czasów istotnego – tego, że za patriotycznym patosem były także ludzkie nieszczęścia: krew, pot, łzy i cierpienie? No i nie ma nic o upokorzeniu polskich lotników przez rząd Brytyjski, który nie chcąc narażać się Stalinowi, nie zaprosił Polaków na powojenną paradę zwycięstwa w Londynie.
Ale cieszę się z tego, że to co przed chwilą napisałem nie popsuło mi czasu spędzonego z „Dywizjonem 303” w kinie. Nie wiem, może przesiąknąłem atmosferą widowni, która kibicowała „naszym” i emanowała solidarnością z polskimi chłopakami bijącymi się tak wspaniale z „bandytami” (jak w filmie nazywa się niemieckie Messerschmitty). Mimo dość niskiego budżetu (nota bene śmiesznego w porównaniu z szeregową nawet produkcją hollywoodzką), film na ekranie prezentował się naprawdę świetnie (wliczając w to sceny walk powietrznych) – z niezłą, momentami bardzo dobrą, muzyką i zdjęciami. Aktorzy zagrali dobrze, a np. Adamczyk stworzył wyrazistą postać z charakterem, która mogła wzbudzić nie tylko emocje, ale i nadać filmowi większej polityczno-psychologicznej głębi.
Oczywiście, że film ma cechy propagandowej agitki, że jest skrojony pod gusta tzw. „szerokiej” widowni, szukającej w kinie przede wszystkim rozrywki – a przy okazji uwznioślającej się patriotycznie i plemiennie. Jego skomplikowanie myślowe nie jest zbyt zaawansowane – takie w sam raz, by „załapać” się na mentalność młodzieżowych wycieczek szkolnych do kina… etc.
Ale ja to wszystko „kupiłem”, w kinie się bawiłem, a nawet momentami wzruszyłem. Bo któż jest nieczuły na krzepienie serc, albo nie lubi happy endów… choćby nawet w hollywoodzkim wydaniu? Kto nie chce kibicować „naszym” i cieszyć się ich zwycięstwami? Wreszcie w kim z nas nie drzemie dziecko tudzież patriota?
Po raz kolejny okazało się, że ja również jestem tym wszystkim podszyty

*  *  *

.