SINGAPUR – cud socjotechniki czy wspaniała katastrofa?

.

Nowoczesny kompleks Marina Bay jest architektoniczną wizytówką Singapuru

.

       Nie uważałem, że Singapur wart jest tego, aby być celem osobnej podróży do Azji, ale nie miałem wątpliwości, że warto go odwiedzić. Kiedy więc wybierałem się do Birmy, postanowiłem zrobić sobie tygodniowy stop-over właśnie w Singapurze.
Siedem dni i osiem nocy w jednym miejscu to sporo, jak na stop-over, ale okazało się, że tego czasu nie było jednak za dużo – nawet jak na zwiedzenie miejsca porównywalnego obszarowo do Warszawy (choć na tym wszelkie porównania tego państwa-miasta z naszą stolicą się kończą).
Wrażenia z pobytu tamże spisywałem na gorąco, ale pojęcia nie mam, gdzie się te zapiski zawieruszyły. Jednak wspomnienia singapurskie nadal są we mnie dość żywe (nie mówiąc o setkach zdjęć, które wtedy zrobiłem, wspomagających teraz moją pamięć), więc nie sądzę, aby te kilka lat, które dzielą mnie od tamtej podróży, były przeszkodą w podzieleniu się moimi wrażeniami teraz – w formie tej relacji.

FENOMEN TYGRYSA

       Dużo myślałem o fenomenie tego cywilizacyjnego tworu, którego nie można chyba porównać z żadnym innym azjatyckim „tygrysem” (do jakich Singapur jest zaliczany) – i to z kilku powodów. Przy czym jego sukces (który paradoksalnie można też wiązać z… porażką) jest na tyle wymowny kulturowo, jeśli chodzi o przyszłość cywilizacyjną świata, że warto poświęcić mu pewną uwagę i garść refleksji.
Co też niniejszym czynię.
Nie mam zamiaru opisywać tu wszystkich ważniejszych atrakcji turystycznych Singapuru (w Internecie można znaleźć tony informacji na ten temat), a raczej skupić się na moim (oczywiście, że subiektywnym) indywidualnym doświadczeniu, jak również podzielić własnymi myślami i wnioskami, które były rezultatem pobytu w Singapurze oraz bliższego przyjrzenia się istocie i funkcjonowaniu tego maleńkiego obszarowo, ale jednocześnie jednego z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych (technologicznie) państw świata.
To są fakty. Na Singapur z zazdrością spoglądają nie tylko kraje tzw. „trzeciego” świata, czy jego azjatyccy sąsiedzi, ale i wszelkiej maści biznesmeni, finansiści, naukowcy, technolodzy, architekci i entrepreneurzy, którzy lgną do tego raju możliwości jak pszczoły do miodu.
Dlaczego więc wspomniałem o porażce? (Wiem, że będę się musiał z tego wytłumaczyć.)
Nie będę ukrywał, że Singapur zrobił na mnie wielkie wrażenie, mimo że nie należę do entuzjastów industrializacji i urbanizacji, która w tempie wręcz galopującym zaczęła się rozprzestrzeniać w ciągu ostatnich dekad na świecie. Począwszy od ultra-nowoczesnego lotniska Changi (przez wielu uznanego za najlepsze lotnisko na świecie), przez kosmopolityczny eklektyzm i rozmach, multi-kulturowość, infrastrukturę funkcjonującą jak w precyzyjnym zegarku; po architektoniczne dziwy i cudeńka, wyjęte jakby wprost z futurystycznej fantazji i nieograniczonej niczym wyobraźni. Musiałem więc ochłonąć, aby dojrzeć to, co za tą fasadą się kryje – i jak przekłada się to na ludzkie doświadczenie w sensie kulturowych skutków i powikłań.
Nie ma wątpliwości, że Singapur w ciągu zaledwie półwiecza od ogłoszenia swojej niepodległości dokonał rzeczy niesamowitej, pod względem ekonomicznym i technologicznym osiągając z nawiązką to, co sobie (pod przewodnictwem Lee Kuan Yew, lidera Partii Akcji Ludowej, nota bene sprawującej władzę w państwie nieprzerwanie od 1959 roku) zaplanował, stając się jednym ze światowych liderów w bankowości, edukacji, transporcie, inżynierii, medycynie… charakteryzując się niezwykle gwałtownym tempem rozwoju zwłaszcza przemysłu elektronicznego, rafineryjnego, chemicznego, maszynowego. Dochód narodowy tego państwa na głowę mieszkańca jest jednym z najwyższych na świecie, podobnie jak osiągnięty standard życia.
Sukces gospodarczy zawdzięcza Singapur nie tylko bardzo dogodnemu położeniu geograficznemu, ale i konsekwentnym postawieniu na edukację, naukę i rozwój nowoczesnych technologii, przy jednoczesnym otwarciu na świat, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą, handlową i finansową. Ów sukces ekonomiczny przełożył się nie tylko na bogactwo kraju, stabilność i wysoki standard życia jego mieszkańców, ale i na bezpieczeństwo, modernizację, czystość, zaspokojenie potrzeb komunikacyjnych i mieszkaniowych oraz wyeliminowanie przestępczości.

Na pierwszym planie: fragm. Art Science Museum, na drugim: hotel Marina Bay Sands

BÓG POSTĘPU I TOŻSAMOŚĆ

       Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Zdaję sobie sprawę z tego, że to moje stwierdzenie (podobnie jak wcześniejsze użycie słowa „porażka”) jest kontrowersyjne i może wyglądać na pewną prowokację, ale postaram się to wyjaśnić. (Jest przy tym oczywiste, że z moimi wnioskami nie wszyscy muszą się zgadzać.)
Kiedy w latach 60. XX wieku Singapur ogłaszał niepodległość – przekształcając się z kolonii w samodzielne państwo – jego liderom (i mieszkańcom) chodziło głównie o przetrwanie. Czasy były niespokojne, ekonomicznie niepewne, pełne konfliktów etnicznych i rasowych. Tak było w Singapurze przez pierwsze kilkanaście lat, ale w latach 70. kraj zanotował pierwszy boom gospodarczy i mimo okresowych spowolnień rozwoju ekonomicznego, hossa trwała przez całe dekady.
Jednakże nawet w państwie, gdzie rozwój gospodarczy, przemysłowy i ekonomiczny jest bogiem – i gdzie temu rozwojowi podporządkowane są przyjęte/wyznawane wartości etyczne – naród (społeczeństwo) musi posiadać jakąś tożsamość.
Wiedzieli o tym jego przywódcy. I oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak trudne może być wykształcenie (utrzymanie?) tej tożsamości w tak zróżnicowanym religijnie i rasowo społeczeństwie – w państwie mającym na dodatek niezwykle ambitne plany nowoczesnego rozwoju – i to w perspektywie globalnej, a nie tylko zaściankowej.
Ważnym faktem w tym kontekście jest to, że 75% ludzi zamieszkujących Singapur to etniczni Chińczycy (14 % ma pochodzenie malajskie, 8% hinduskie) i mimo tego, że struktury organizacyjne państwa zostały odziedziczone głównie po brytyjskiej kolonii, to bez wątpienia Singapur jest państwem na wskroś orientalnym – stworzonym przez Azjatów.
I podobnie jak cała Azja, zderzył się z problemem westernizacji.
Z tym, że w Singapurze – właśnie ze względu na gwałtowną modernizację i rozwój ekonomiczny (który nie byłby możliwy bez współpracy z Zachodem i ogólnej globalizacji) – ten dylemat ujawnił się ze szczególną ostrością.

PÓŁKSIĘŻYC I GWIAZDY

       Kiedy tworzono singapurską państwowość, przyjęto biało-czerwoną flagę, na której – obok półksiężyca, symbolizującego młode rozwijające się państwo – znalazło się pięć gwiazd, które z kolei były symbolami demokracji, równości, pokoju, postępu i sprawiedliwości. Wraz z braterstwem (barwa czerwona), czystością i prawem (barwa biała), były to podstawowe ideały i wartości, którymi państwo zadeklarowało się kierować.
Deklaracje deklaracjami, ideały ideałami, jednak w praktyce zderzono się z największym chyba paradoksem progresywizmu na Wschodzie: jak wraz z postępującą na olbrzymią skalę westernizacją (przyjmowanie zachodnich wzorów, stylu życia, funkcjonowania różnych instytucji, infrastruktury, popkultury) zapobiec mentalno-kulturowej erozji i zachować wschodnią tożsamość?
Singapur z tym paradoksem zderzył się jeszcze mocniej: jak, mając kosmopolityczne parcie, nie wykorzenić się przy tym i nie rozmyć w globalnej brei?
Na Zachód patrzono jednocześnie z podziwem i odrazą. Przyczyniała się do tego nie tylko post-kolonialna idiosynkrazja, ale przede wszystkim postrzeganie kultury zachodniej jako zagrożenie z powodu cechującego ją indywidualizmu, liberalizmu, materializmu, narkomanii i alkoholizmu (tak to tutaj postrzegano).
Innym, nie mniej ważnym problemem, było sprostanie ideałowi równości rasowej i religijnej tolerancji w państwie multi-religijnym i multi-rasowym, jakim de facto był Singapur. Z jednej strony bowiem, nie można było oprzeć się na jednej religii i rasie, z drugiej zaś niemożliwe było wynalezienie nowych wartości a zwłaszcza dziedzictwa (czyli tożsamości) tworząc wszystko from the scratch (od samych podstaw), bo dziedzictwo/tożsamość zawsze musi mieć swoje korzenie.
Uniwersalne wartości (jak np. etos ciężkiej pracy, wytrwałości, poświęcenia, oszczędności, zapobiegliwości, zaradności) takiej tożsamości nie dostarczały. Nie można też było oprzeć wszystkiego na konfucjanizmie (choć zdecydowana przewaga liczebna etnicznych Chińczyków miała jednak ostatecznie największy wpływ na tego dylematu rozwiązanie).
Stojąc przed tym wyzwaniem Partia Akcji Ludowej zdecydowała się na krok… jeśli nie desperacki, to na pewno pryncypialny: stworzenie czegoś, co nazwano „ideologią narodową”, której fundament stanowić miały takie zasady i wartości, jak: „społeczeństwo ponad jednostką”, „rodzina jako podstawowa i najważniejsza komórka społeczna”, „pomoc wspólnotowa i poszanowanie dla jednostki”, „konsensus ponad konfliktem”, „rasowa i religijna tolerancja i harmonia”.
Jeśli komuś te ideały wydadzą się autorytarne, zalatujące komunizmem, a nawet totalitaryzmem, to są jednak podstawy, żeby się z tym zgodzić. Nie mówiąc już o kwestii jak idealna teoria przystaje do realnej praktyki.
Dla mnie krytycznym i najbardziej radykalnym postulatem jest tutaj postawienie społeczeństwa ponad jednostką, co zawsze i nieuchronnie prowadzi do łamania praw człowieka (rozumianych tak, jak to przyjęto w Powszechnej deklaracji praw człowieka, którą stworzono po doświadczeniach II wojny światowej, również w celu zapobieżenia totalitaryzmom takim, jak faszyzm czy komunizm).
To, co przed chwilą napisałem może wyglądać na marudzenie idealisty i pięknoducha, bo przecież każdy widzi, jaki „tygrys” jest – i to, że sukces Singapuru jest oszałamiający a miliony ludzi żyją tam wygodnie, nowocześnie, bezpiecznie i dostatnio.
A jednak…

Podłączeni ale czy połączeni? Scena w singapurskim metrze.

.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT?

       Co się dzieje, kiedy rozwój staje się celem samym w sobie? Czym jest wolność, jeśli sukces i spełnienie musi się mieścić w formie sztucznie ustalonego formatu? Dlaczego konkretne dobro indywidualnego człowieka jest uważane za mniej wartościowe niż abstrakcyjne dobro mrowia (ogółu)? Dlaczego ścisłe ceni się bardziej niż swobodne, luźne i artystyczne? Czy czystość można utrzymać tylko wtedy, jeśli będzie się nękać ludzi zakazami i groźbą niebotycznych mandatów? Czy na pewno sterylne oznacza zdrowe? Jaki to jest szacunek dla ludzkiego ciała, skoro za normalną karę przyjęło się chłostę, zostawiającą najczęściej bliznę na całe życie? Dlaczego wysokość zarobków ma być jedynie słusznym kryterium ustalania społecznej hierarchii i zależności? Czy można tchnąć ducha w maszynę?
Czy tak ma wyglądać Nowy Wspaniały Świat?
Takie pytania można zadać w konfrontacji z singapurskim „sukcesem”.
Wysłuchałem wiele opinii pochodzących od ludzi zamieszkujących – krócej lub dłużej – Singapur. Niestety, przeważały wśród nich te negatywne, choć oczywiście nie brakło też pozytywnych. Ale to też należy do moich osobistych doświadczeń, więc nie ośmieliłbym się wypowiadać w imieniu całego społeczeństwa.
Ci, którzy mieli dość Singapuru, skarżyli się nie tylko na wyścig szczurów, kształtowanie wszystkich wedle jednego schematu, brak inspiracji, sterylność, cenzurę, jałowość, brak duchowości, materializm, konsumpcyjną nudę, myślenie pod sztampę, brak wolności słowa i otwartej dyskusji…
Ci zadowoleni mówili o wysokim standardzie życia, bezpieczeństwie, wygodzie, nowoczesnej infrastrukturze, porządku, czystości, braku przestępczości, dobrych zarobkach, możliwości kształcenia się, łatwości zakładania firm, otwartości na świat, obfitości dóbr konsumpcyjnych i bogatej kuchni…
Czy w tym wszystkim można znaleźć jakiś złoty środek? A jeśli tak, to czym on jest – czy aby nie pewnym kompromisem, który będąc wymuszony, żadnym kompromisem nie jest? Albo zwykłą ludzką niemożnością, aby zadowolić wszystkich? Niezdolnością do stworzenia cywilizacji – porządku społecznego, państwa – nie tyle idealnego (bo to jest definitywnie nierealne), co bez kardynalnych wad, bo okazuje się to czystą utopią?
Moim sąsiadem w samolocie lecącym z Singapuru do Rangunu był nauczyciel języka angielskiego, który do Birmy latał często w weekendy, by odwiedzić tam swoją rodzinę. Od niego z pierwszej ręki dowiedziałem się, jakiej presji poddane są jego dzieci w szkole i jak to odbija to się na ich zdrowiu psychicznym i zachowaniu. Z tego względu myśli o wyprowadzce z Singapuru. Pytał się mnie, czy poleciłbym mu przeniesienie się do Kanady.
Wtedy zdecydowałem się na pewną summę – wyznanie braku wiary w to, że kiedykolwiek chciałbym zamieszkać na dłużej w państwie zbudowanym według tej recepty. Wynika on z następującego wniosku i spostrzeżenia, które zapisałem jeszcze przed wyjściem z samolotu w Rangunie:
„Socjotechnikę w Singapurze doprowadzono do perfekcji – całe społeczeństwo funkcjonuje według ściśle określonych przez władzę reguł i zasad. Indywidualizm jest całkowicie podporządkowany społecznej strukturze. Jego znaczenie jest czysto utylitarne – jesteś wart dokładnie tyle, ile korzyści ma z ciebie społeczeństwo, a ściślej: model społeczny stworzony i aprobowany przez państwowe władze (które np. określają procentowo w jakich proporcjach mogą mieszkać w bloku przedstawiciele różnych ras i grup etnicznych). Musisz być trybikiem dokładnie wpasowanym w tę społeczną machinę, a twoje miejsce w ścisłej hierarchii zadań i pozycji określa sposób selekcji (na bardziej lub mniej sprawnych i przydatnych) dokonujący się już od najmłodszych lat. Taki wydaje się być koszt panującego tam porządku, bezpieczeństwa i wysokiego standardu (materialnego) życia. Czy aby nie za wysoki?”

.

Kolorowy pokaz – tańczące fontanny, światło i dźwięk. A w tle: wieżowce centrum biznesowego downtown

.

OBLĘŻENIE

       Problem ze współczesną turystyką jest taki, że jest ona bardzo powierzchowna – nie wspominając już o tym, że jej masowość (oczywiście cały czas mam na myśli czasy przed koronawirusem) przynosi chyba jednak więcej szkody niż pożytku (choć z tym można polemizować, zwłaszcza w rejonach, które z turystyki „żyją”). Jedną z największych niedogodności, które się z tym wiążą są tłumy oblegające największe „atrakcje” turystyczne świata – coraz większe i coraz bardziej tratujące się nawzajem. Wiedząc, że sam do tego się przyczyniam – stając się częścią tłumu (będąc np. na Placu Św. Piotra, oglądając Mona Lisę w Luwrze, czekając na wschód słońca przed świątynią Angkor Wat; chodząc po Wielkim Murze, pod wodospadami Iguazú, stojąc na Time Square, spacerując w ogrodach Alhambry lub wśród ruin Machu Picchu) – to robię wszystko, aby tłumów uniknąć (jest to trudne, ale nie niemożliwe – wystarczy tylko zejść nieco z utartej ścieżki).
Na pewno bezpowrotnie odeszły w przeszłość czasy prawdziwego podróżowania, które było jeszcze możliwe kilkadziesiąt lat temu (im dalej w przeszłość, tym to podróżowanie było „prawdziwsze”). Teraz stało się ono nieprzyzwoicie łatwe, w związku z czym po globie przewalają się tłumy „zaliczające” kolejne turystyczne „atrakcje”. Rzadko kto wnika w istotę odwiedzanych miejsc, głębiej je poznaje – zwykle rutyna, oklepane szlaki, pośpiech, bezmyślne podążanie za przewodnikiem i szybkie omiatanie okiem widoków, zabytków, dzieł sztuki… skutecznie temu zapobiegają.
Oczywiście zdarzają się też od tego wyjątki.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mimo iż Singapur każdego roku odwiedza ponad 10 mln. turystów – i moja wizyta przypadła na tzw. „szczyt” sezonu – to tłumów tam nie doświadczyłem, co było dla mnie zaskoczeniem tym większym, że wiedziałem, iż jadę do kraju/miasta obszarowo niewielkiego, a jednocześnie niezwykle gęsto zaludnionego. Mało tego: do dzisiaj pozostało we mnie wrażenie przestronności – doświadczenie wielkiej przestrzeni, którą bez wątpienia Singapur zawdzięcza obecnej tam architekturze (o wielkim „oddechu” wyobraźni) i doskonałym rozwiązaniom komunikacyjnym.
Jak już wspomniałem na początku, rekomendację tego, co warto zwiedzić w Singapurze zostawiam innym (dzięki dostępnym informacjom można sobie wybrać to, co najbardziej kogoś zainteresuje), tutaj podrzucę jedynie garść moich wrażeń z wałęsania się po tym mieście oraz parę ogólnych impresji.
Nie musiałem się nigdzie spieszyć, więc mimo spędzania każdego dnia kilkunastu godzin poza hotelem, nigdy nie czułem się zmęczony, ani tym bardziej znudzony, bo Singapur to jednak jest miasto niezwykle różnorodne, jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni i zamieszkujących go ludzi.

MIEJSCA

       Oczywiście o Singapurze – a nawet o tygodniowym w nim pobycie – można napisać całą książkę. Ale zważywszy na to, że nawet ten tekst, który miał być ledwie wspomnieniem podróży, rozrasta się do nieprzyzwoitych rozmiarów, postaram się ograniczyć do kilku wzmianek, gdzie w Singapurze byłem i co zobaczyłem.

.

Mnisi buddyjscy pod posągiem Merliona (hybryda ryby i lwa) – symbolu narodowego (a zarazem i maskotki) Singapuru.

Marina Bay. Nowoczesny, powstały w ostatnich latach kompleks architektoniczny wokół Zatoki Marina, to doprawdy wielki zbytek i niebotyczna ekstrawagancja – taki futurystyczny bizantynizm. Weźmy choćby Hotel Marina Bay Sands składający się z trzech olbrzymich wieżowców (w kształcie przypominającym jakieś gigantyczne spinacze ze szkła, betonu i stali), na których wsparto symbolizującą łódź obłą konstrukcję, mieszczącą nie tylko deck obserwacyjny, restauracje, kasyno i bary, ale i sporej wielkości… basen. Po drugiej stronie Zatoki kręci się największe na świecie koło „obserwacyjne” czyli Singapore Flyer (miałem okazję nim się pokręcić zarówno w dzień, jak i w nocy – mając zresztą do swojej dyspozycji cały, przypominający oszkloną kapsułę, wagonik). Jest jeszcze, symbolizujące swoją formą lotus, Art Science Museum – o wielkiej sadzawce pełne nenufarów, czy kosmicznej budowli Louis Vuitton nie wspominając. Kompleks Marina Bay sąsiaduje zarówno z lasem lśniących biurowców downtown (co wieczór stanowią one tło dla odbywającego się tutaj pokazu tańczących fontann, laserowych i kolorowych świateł), jaki i zupełnie odmienną w charakterze Colonial Quarter, gdzie znajduje się słynny historyczny Hotel Raffles.

.

Futurystyczne Superdrzewa w Ogrodach nad Zatoką

Gardens by the Bay. Już tylko dla tego cudeńka warto zatrzymać się w Singapurze. Na wydartej oceanowi powierzchni ponad 100 hektarów zbudowano dziwne, ale jednak niezwykle imponujące ogrody, których artystyczna sztuczność konkuruje tylko z autentyzmem rosnących tam w nieprzebranej ilości roślin, sprowadzonych tu z całego świata. Najbardziej rzucają się w oczy tzw. Superdrzewa – wysokie na kilkadziesiąt metrów konstrukcje z betonu i stali, ale tak zarośnięte, że przypominają żywe organizmy z jakiejś nieziemskiej planety. Już w świetle dziennym robią wrażenie, ale prawdziwie oszołamia dopiero nocny show, który – przy wsparciu pompatycznej muzyki – rozświetla te kosmiczne drzewa milionami różnokolorowych świateł. Aaa… można tu jeszcze zobaczyć Flower Dome – wypełnioną tysiącami kwiatów, największą cieplarnię na świecie; czy Cloud Forest – ta z kolei szklarnia zawiera w środku… zarośniętą gęsto i spowitą tropikalną mgłą górę, na którą się można wspiąć po spiralnych schodach – zobaczyć i poczuć jej florę z bliska. W Ogrodach nad Zatoką jest jeszcze wiele innych pomniejszych dziwów.

.

Zachwyt i oczarowanie podwodnym światem: dzieci przed szybą olbrzymiego akwarium na wyspie Sentosa

Sentosa Island. Szumnie promowana jako “Asia’s favourite playground” wyspa, oddzielona niespełna kilometrową cieśniną od Singapuru „lądowego”, to niewiarygodne nagromadzenie atrakcji dla dzieci dużych i małych, wliczając w to parki wodne, Studia Filmowe Universal, mega-kasyno oraz plaże ze sprowadzonym z sąsiedniej Malezji piaskiem. Jeśli mogłem ten pstrokaty jarmark tolerować, to tylko ze względu na zaplanowaną przeze mnie wcześniej wizytę w imponującym S.E.A. Aquarium (wtedy było to jeszcze największe akwarium oceaniczne na świecie, zdetronizowane wkrótce jakimś chińskim molochem). Mimo, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem trzymania zwierząt w klatkach, to chyba jednak bardziej toleruję widok morskich stworzeń w akwariach, zwłaszcza jeśli są tak gigantycznych rozmiarów jak te na Sentosie. Muszą być takie, skoro mają pomieścić ponad 100 tys. zwierząt. Wiele z nich widziałem po raz pierwszy w życiu, ale po raz nie wiadomo który zdumiała mnie inwencja Natury w kreowaniu różnych – często fantastycznych i wręcz fantazyjnych – form życia. Łapałem się więc na tym, że przyklejam się jak zahipnotyzowany do akwariowej szyby, ze wzrokiem utkwionym na tych stworach, podobnie jak stojące obok mnie dzieciaki.

.

Wszystkie kolory sari – hinduski ślub w świątyni Sri Srinivasa Perumal Temple w dzielnicy Little India

Chinatown, Little India, muzułmańskie Kampong Glam. Jednym z największych singapurskich paradoksów jest to, że wykreowana jak pod matrycą struktura społeczna kraju, obejmuje inkluzywnie tak różnorodne rasy, grupy etniczne i religie, że zasadne staje się pytanie, co tu jest bardziej prawdziwe, trwałe i dominujące: religia i tożsamość zakorzeniona w długiej tradycji i historii, czy sztucznie stworzony „porządek” społeczny, ściśle egzekwowany w praktyce. To są dwie sprzeczne ze sobą ordynacje, więc jeśli tej drugiej podporządkowani są wszyscy (a są), to ta pierwsza musi być w opresji – i vice versa: jeśli pierwsza jest mocniejsza, to ta druga jest fałszywa. Tak czy owak, to jeszcze jeden przykład na singapurską sztuczność i nie trzymającą się kupy „tożsamość”.
Jednakże autentyzm trzyma się niektórych zakątków Singapuru, mimo że nawet w bardziej etnicznie jednorodnych enklawach, sąsiadują obok siebie meczety, świątynie hinduskie, buddyjskie czy taoistyczne – co najbardziej rzuca się w oczy w dzielnicy chińskiej. Tam też znajduje się chyba najciekawszy zabytek historyczny Singapuru, wybudowana w 1839 roku świątynia Thian Hock Keng – ikona chińskiego dziedzictwa kulturowego. Ale taka, okupowana głównie przez muzułmanów dzielnica Kampong Glam, gdzie obok ważnego dla lokalnego islamu Meczetu Sułtana i arabskich sklepów, też naznaczona jest ciekawym eklektyzmem, bo upodobali ją sobie… hipsterzy, przez co kwitnie tu nie tylko butikowo-backpackerski szpan, ale i bujne życie nocne. O rzut beretem oddalone są Małe Indie, gdzie, zwłaszcza przy ulicy Serangoon, czujemy się jak w Indiach, tyle że bez doświadczania widoku (i zapachu) świętych krów. Tam zwraca uwagę poświęcona matczynej bogini Kali świątynia (there’s no way I can spell it right without looking into the guidebook) Sri Veeramakaliamman. Warto też wstąpić do buddyjskiego przybytku (this one is much easier) Sakya Muni Buddha Temple. Jednak największa niespodzianka – najbardziej chyba intensywna etnicznie i bajecznie wręcz kolorowa – spotkała mnie w położonej tuż obok tej buddyjskiej świątyni hinduska Sri Srinivasa Perumal Temple, gdzie – zupełnie przypadkowo, i to w ostatni dzień pobytu w Singapurze – trafiłem na hinduski ślub i wesele, które swoją barwnością, egzotycznością, bogactwem rytuałów, urodą kobiet, feerią symboli i – last but not the least – fotogenicznością, zupełnie mnie oszołomiło, wprawiając nie tylko w kulturowy, ale i fotograficzny trans.

.

Przed fontanną w Ogrodach Botanicznych Singapuru

Botanic Gardens. Kiedy tak czytałem o planach rozwojowych Singapuru, to odniosłem wrażenie, iż zajmujący się tym ludzie mają obsesję na punkcie „zieleni”. Już nie wystarcza im slogan „The Garden City”, teraz musi być „The City in the Garden”. Ta obsesja akurat mi się podoba, bo lasy i zieleń roślin wszelakich to nie tylko tlen dla moich płuc, ale i balsam na moje oczy. Rzeczywiście, jeśli spojrzy się na Singapur z góry, to kolor zielony wypełnia więcej niż 1/3 część całej wyspy. A to nie tylko stworzone przez człowieka parki i ogrody, ale i lasy, w tym fragmenty pierwotnego (porastającego ongiś całą wyspę) lasu tropikalnego, litościwie ocalonego przed – kolonialną jeszcze – totalną wycinką. Dochodzą do tego ogrody wiszące (gdzie tylko się da), piętrowe a nawet wertykalne – wszystkie nowe budynki muszą uwzględnić zieleninę.
Po kilku dniach zwiedzania głównie zurbanizowanego Singapuru postanowiłem odpocząć od tego w tutejszych Ogrodach Botanicznych, z dala od miejskiego zgiełku i turystycznych korowodów. I choć (wbrew famie bycia jednym z najlepszych ogrodów botanicznych świata) bardziej mi się kiedyś spodobały ogrody, które widziałem choćby w Kanadzie (The Butchart Gardens) czy na Sri Lance (Royal Botanical Gardens pod Kandy), to ten był chyba najbardziej rozległy i relaksujący, więc nie było problemu, aby spędzić w nim prawie cały dzień, tym bardziej że mogłem usiąść w cieniu, wyjąć z plecaka swój kajet i coś tam w nim naskrobać.

ZAKAZY, CHŁOSTA I OBRAZY

       W tym samym roku, w którym odwiedziłem Singapur, dwóch młodych Niemców zostało skazanych na 9 miesięcy więzienia i chłostę za namalowanie graffiti na jednym z wagonów metra. To miasto-państwo słynie z bardzo wysokich kar za wykroczenia, które w innych krajach są po prostu zakazami, ale raczej rzadko karanymi (jak np. śmiecenie na ulicy, zrywanie kwiatów, chwytanie ptaków i łowienie ryb, wandalizm, oddawanie moczu i palenie w miejscach publicznych, ekshibicjonizm…). W Singapurze zaś kary są bezwzględnie egzekwowane, jak również bardzo wysokie, dzięki czemu wykroczenia te zostały niemal zupełnie wyeliminowane. Istnieją tu również zakazy bardzo specyficzne, nigdzie indziej nie spotykane, jak np. zakaz picia i jedzenia w środkach komunikacji miejskiej, zakaz sprzedaży gumy do żucia, plucia na ulicy, obejmowania się, karmienia małp, podłączanie się do czyjegoś wi-fi… Idący w setki dolarów mandat można dostać za… niespuszczenie wody w toalecie. Nielegalne są też związki homoseksualne, i choć prostytucja jest dozwolona, to pornografia już jest przestępstwem. Stosuje się karę śmierci, m.in. za przemyt i handel narkotykami.
Jednakże przebywając w Singapurze nie czułem się jakoś szczególnie tymi zakazami sterroryzowany. Byłem sam, więc do nikogo się nie przytulałem; nie wyżywam się artystycznie smarując po murach graffiti; nie żuję gumy, nie palę papierosów; w zasadzie nie pluję na ulicy i raczej spłukuję po sobie w toalecie… W związku z tym, wszystkie te – bardziej lub mniej dziwne zakazy – po prostu mnie nie dotyczyły. Mało tego: mogłem do woli korzystać z dobrodziejstwa czystości, porządku i higieny, jakie te przepisy tutaj na ludziach wymuszały.
Nie będę ukrywał, że mój pobyt w Singapurze wspominam bardzo dobrze. Cieszy mnie to, że mogłem zobaczyć to ciekawe miejsce, które dostarczyło mi nie tylko mnóstwa zmysłowych wrażeń, ale i uświadomiło pewne aspekty globalizacji oraz możliwe kierunki rozwoju naszej cywilizacji. Muszę jednak zaznaczyć, że w ubiegłym roku dały się w singapurskiej ekonomii zauważyć pewne znaki stagnacji, może nawet recesji i zapewne tegoroczna pandemia ten trend pogłębi, zwłaszcza że państwo to jest szczególnie narażone na straty, ze względu na uzależnienie od globalizacji, turystyki, eksportu i handlu. Jak sobie z tym wszystkim Singapur poradzi? – to okaże się dopiero w przyszłości.
Opisałem zaledwie skrawek moich singapurskich doświadczeń. Osobnego wpisu wymagałaby choćby moja wizyta w Singapurskim Muzeum Narodowym, gdzie niespodziewanie wziąłem udział w pewnym niezwykłym wydarzeniu teatralnym; jak również te okruchy rozmów ze spotykanymi przypadkowo ludźmi, którzy – bardziej lub mniej otwarcie i śmiało – użyczali przy tym swojej duszy, przez co moje zderzenie z ultranowoczesną cywilizacją nie było aż tak bezduszne.
Nie byłbym sobą, gdybym nie sfotografował Singapuru z każdej dostępnej mi strony. A jednak zdaję sobie sprawę z… nie tyle powierzchowności, co nieadekwatności takiego oglądu, bo niby jedno zdjęcie mówi czasem więcej, niż tysiąc słów, to jednocześnie mami nas często swoją formą (niekiedy też uwodzi i czaruje pięknem), ukrywając jednak treść i to, co jest głębiej. Dla zilustrowaniu tego tekstu wybrałem garść obrazów, które mogą dać wyobrażenie tego, jak zagospodarowana jest w Singapurze przestrzeń; jak wyglądają turystyczne atrakcje; jakich ludzi spotyka się na ulicy, w metrze, ogrodach, świątyniach… Składa się to na kolorową mozaikę, która jednak pozwala zwrócić uwagę na ten niezwykły zakątek naszej planety i przybliżyć nam charakter zamieszkujących go ludzi.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

NIEWOLNOŚĆ, NIEMYŚL I UPOKORZENIE

.

.

       Wszystko wskazuje na to, że nie ma powrotu do świata, w którym żyliśmy przed wirusową pandemią.

       Jaki będzie ten „nowy” świat? Nikt tego nie wie, ale wszyscy możemy się zgodzić z tym, że nie będzie on jednak „wspaniały”.

       To, co się dzieje obecnie, można będzie ewentualnie zrozumieć dopiero z perspektywy czasu. Nikt nie posiada dostatecznej wiedzy – a zwłaszcza dystansu – by umieścić naszą teraźniejszość w kontekście historycznym, opisać wszystkie jej fasety, poznać sens, objaśnić i wytłumaczyć zachodzące teraz zjawiska i pojawiające się fakty.

       Jeśli przyznaję się do własnej niewiedzy, to nie jest to żadną kokieterią. Od dawna twierdzę i mam świadomość tego, że każdy człowiek (oczywiście łącznie ze mną) jest dyletantem. Wobec ogromu tego wszystkiego, co nas otacza (nie tylko w sferze fizycznej, ale i mentalnej) – wobec morza informacji, które do nas docierają – wobec wyobrażeniowej mgławicy mitów i fikcji, w jakiej jesteśmy zanurzeni; wreszcie wobec niezwykłych trudności w docieraniu do prawdy – jesteśmy niczym te pijane dzieci we mgle, sieroty Wszechświata zabłąkane we własnych fantazmatach i złudzeniach, które często mylą się nam z nadzieją.
Mimo tych ograniczeń staram się w miarę racjonalnie podchodzić do tego, co się dzieje z nami – i wokół nas – w tych jakże dziwnych czasach zarazy, które mogą się okazać dla człowieka przełomowe. I przynajmniej spróbować coś z tego zrozumieć, pojąć sens tych przemian, wyciągnąć jakieś wnioski… choćby tylko na własny użytek, by uporządkować nieco kłębiące się w głowie myśli.

       Tak więc – nie roszcząc pretensji do mądrości, a tym bardziej nieomylności – postaram się ująć w kilku zdaniach zręby pewnych ogólnych zjawisk, które coraz bardziej wydają mi się definiować zmiany, jakie w tej chwili zachodzą na świecie. Moim zdaniem zmiany te przewartościowują tak ważne dla ludzi pojęcie, jak np. wolność, zmieniając myślenie i zachowanie ludzi na całym globie. (Bo zainfekowane zostały nie tylko ludzkie ciała, ale i umysły.)

NIEWOLNOŚĆ

       „Niewolność” może się wydawać takim trochę dziwnym neologizmem, ale według mnie słowo to lepiej określa pewne zaobserwowane teraz przeze mnie zjawisko niż np. „niewola” czy „zniewolenie”.
Przede wszystkim „niewolność” (w odróżnieniu od niewoli i zniewolenia) jest stanem, który niejako zaakceptowała (czy też raczej: któremu poddała się) dobrowolnie ogromna większość społeczeństwa w państwach dotkniętych (w mniejszym lub większym stopniu) pandemią. (Protestowała zaledwie garstka ludzi.)
Mnie uderzyło to najbardziej w związku z zachowaniem się całych ludzkich rzesz w kręgu cywilizacji zachodniej – tak szczycącej się przecież liberalnym (wolnościowym) podejściem do człowieka, deklarującej przywiązanie i respekt dla takich wartości, jak np. swoboda obywatelska czy nietykalność osobista, traktując je niemal jako świętości – i gdzie jak mantrę powtarza się słynne powiedzenie Franklina, że „ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność”.

       Oczywiście wiem, że taki stan „niewolności” został spowodowany przez wirusa (choć tak naprawdę, bardziej do tego przyczynił się nie tyle sam wirus, co strach przed nim, a w konsekwencji – i w rzeczywistości – takie a nie inne obostrzenia i restrykcje wprowadzone przez władze). I że niemal wszyscy uważają, że jest to stan przejściowy – więc łatwiej jest go znieść.
Ale (abstrahując od tego, czy drakońskie posunięcia władz były zasadne czy też nie) fakt pozostaje faktem: ograniczono wolność setek milionów ludzi – pozbawiono ich prawa do pracy, swobodnego poruszania się; decydowania zarówno o ochronie własnego zdrowia, jak i o wyborze sposobu leczenia w przypadku choroby. Przymusowo odizolowano od siebie nie tylko znajomych i przyjaciół, ale i najbliższych krewnych (przez co dziesiątki tysięcy ludzi umierały w cierpieniu i zupełnej samotności – a był to dla nich horror, którego my, pozostający przy życiu, nie chcemy sobie nawet uświadomić).
Nie wspominając o konsekwencjach ekonomicznych: rujnujących gospodarkę i przemysł, stawiających na głowie politykę fiskalną państwa, niszczących małe i wielkie przedsiębiorstwa, pozbawiających dziesiątki – jeżeli nie setki – milionów ludzi pracy… etc. Skutki tego mogą być w przyszłości katastrofalne, dodatkowo ograniczając ludzką wolność – być może do granicy (praktycznego) niewolnictwa.

       Niewykluczone, że w ostatecznym rozrachunku, liczba ofiar spowodowanych globalnym „lockdownem” świata, przewyższy liczbę ludzi, którym ten „lockdown” uratował życie (wpędzenie milionów ludzi w skrajną nędzę, głód i choroby z tym związane…). Czyli jednak lekarstwo może się okazać groźniejsze od choroby.
(Nie jest to tylko moje zdanie. Prof. Michael Levitt, biolog, zdobywca Nagrody Nobla w 2013 r. w dziedzinie chemii stwierdził: “There is no doubt in my mind that when we come to look back on this, the damage done by lockdown will exceed any saving of lives by a huge factor.”)

       „Niewolność” to takie zawieszenie pomiędzy wolnością a niewolą; stan, w którym łudzimy się, że mimo wszystko (w tej niewoli) zachowujemy wolność, bo nie jesteśmy w stanie zaakceptować tego, że jednak ta wolność została nam odebrana i nawet jeśli zniesiona zostanie większość restrykcji, to część tego zniewolenia pozostanie – i to nie tylko w formie traumy w nas samych, ale i w bardziej represyjnych przepisach i prawie, które wskutek pandemii zostanie zmienione. Także w jeszcze większej kontroli całego społeczeństwa i jego inwigilacji.

       Niestety, już dawno temu (w czasach, kiedy jeszcze nie śniło mi się o żadnej pandemii) nabrałem przekonania, że brak wolności jest jednak nieodzowną cechą ludzkiej kondycji.
Każdemu z nas się wydaje, że dokonuje wyborów niezależnie (a ogólnie: że dysponuje wolną wolą). Jednakże moim zdaniem – w głębi i w istocie działania pewnego mechanizmu społeczno-psychologicznego – zazwyczaj tak nie jest, bo zawsze „podpinamy się” (lub jesteśmy „podpięci”) pod pewną strukturę (partyjną, frakcyjną, stanowiącą grupę interesów…) poddani sugestii, indoktrynacji, propagandzie, manipulacji… także łatwowierności i złudzeniom. To wszystko powoduje, że nasze opinie i poglądy (wliczając w to światopogląd) są niejako zdeterminowane – uzależnione od czegoś, co jest od nas większe. Ergo: nie do końca są suwerenne.

       Ogólnie rzecz ujmując, nasza wolność w życiu jest mocno ograniczona, zarówno przez czynniki zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Bowiem zawsze, w każdych okolicznościach, jesteśmy częścią pewnej struktury – organizmu społecznego, grupy – która nas kształtuje, narzuca normy zachowania – i wobec której określa się nasza tożsamość (bo przecież tylko w relacji z innymi ludźmi możemy się spełnić i stać się człowiekiem).
Niestety – życie to jednak zniewolenie jest. (Pomijam już tutaj nasze uwarunkowania genetyczne, a na które nie mamy żadnego wpływu, jak również Frommowski fenomen ucieczki człowieka od wolności).
Z tych to względów można stwierdzić, żę wolność jest chyba jednym z największych złudzeń człowieka, który mimo to na paradygmacie wolnej woli (możliwości dokonywania wyboru) opiera wszystkie swoje systemy etyczne, (które są niezbędne dla funkcjonowania każdego społeczeństwa).

       To, co się dzieje ostatnio jeszcze bardziej pole naszej wolności zawęża. Perfidia całej sytuacji polega na tym, że w zasadzie godzimy się z tym, że ktoś nam tę wolność ogranicza, a niektórzy z nas przyjmują to nawet ochoczo (bo są przekonani, że ratuje im to zdrowie i życie).
Z drugiej jednak strony odczuwamy tę naszą nową „niewolność” dotkliwie. Stąd pewna schizofrenia: chcemy tej naszej izolacji, a zarazem nie chcemy; boimy się innych ludzi, a zarazem do nich lgniemy; chcemy być chronieni przez władzę, a zarazem nienawidzimy jej kagańca…

       Żeby jednak nie kończyć tak pesymistycznie: warto pamiętać o tym, byśmy przy tych wszystkich ograniczeniach i determinantach, starali się wywalczyć jak największą wolność dla siebie, poczynając od wolności wewnętrznej, bo chyba tam – właśnie wewnątrz siebie, w sferze duchowej – możemy mieć największe pole manewru i poczuć się naprawdę człowiekiem wolnym. Co łatwe nie jest, bo czy poczucie wolności jest rzeczywistą wolnością?

NIEMYŚL

      Paradoks, który w dobie Internetu i platform społecznościowych jest uderzający: zaglądając tam odnosimy wrażenie, że oto doświadczamy burzy mózgów, a tak naprawdę mamy do czynienia z wyjałowioną myślowo pustynią.
Stąd mój kolejny neologizm: „niemyśl”.

       Czym się on różni od niemyślenia (bezmyślności)?
Otóż złudzeniem, że myślimy, podczas gdy w rzeczywistości bezrefleksyjnie przyjmujemy myśli innych. I chodzi nie tylko o memy, stereotypy, banały… Niekiedy natrafiamy na cale elaboraty mające pozory samodzielnej intelektualnej analizy, które tak naprawdę są pseudointelektualnym bełkotem kompilującym pomysły i koncepcje innych, krążące zwykle w internetowej sieci.
Królują wszak memy tudzież aforyzmy, sentencje i życiowe „mądrości”, (o których zwykle zapomina się po 15 sekundach).

      Wraz z rewolucją informatyczną i szalonym rozwojem Internetu, zaszło wielce osobliwe zjawisko: zalew informacji nie zwiększył wiedzy podpiętych do sieci ludzi – a tym bardziej nie spowodował, że zmądrzeliśmy. Wręcz przeciwnie: wzniecił informacyjny chaos – jeszcze bardziej przy tym nas ogłupiając i dezorientując.

      Tutaj chciałbym pewną rzecz uściślić: tak, można się zgodzić, że dzięki Internetowi ilość wiedzy wśród ludzi wzrosła, ale absolutnie nie przekłada się to na jakość tej wiedzy. Generalnie ludzie nie są w stanie przyswoić bardziej kompleksowej, eksperckiej wiedzy, której najczęściej nie potrafią zrozumieć, skupiają się więc na tym, co (jak się im wydaje) rozumieją. A są to rzeczy proste, nieskomplikowane, stereotypowe, powierzchowne, oklepane, trywialne, zwykłe… jak również myśli, które są już im znane, które przejęli, i z którymi się już oswoili. Tym sposobem błędne koło (nie)poznania i niemyśli się zamyka, tworząc owe osławione już bańki, gdzie przebywają zainfekowane jakimiś – zwykle „jedynie słusznymi” poglądami – ludzkie indywidua. A kiedy się już w takiej bańce jest, to odrzuca się wszystko, co do panującej w niej koncepcji nie pasuje – łącznie z przeczącymi jej faktami i argumentami, których po prostu nie przyjmuje się do wiadomości i ignoruje. (To dlatego naszych przekonań nie zmieniają nawet fakty.)
Tak więc mamy to co mamy: niski lot miernot koszący wszystko co wystaje ponad przeciętność – gubienie w śmieciach większości tego, co ma jakąś wyższą intelektualną czy mentalną wartość – tudzież zbijanie się jednakowo (nie)myślących osobników w gromady i stada – najczęściej pod przewodem naczelnych, wyróżniających się w jakiś sposób, baranów.
Wszystko to jest związane z niesamodzielnością myślenia (tych, którzy myślą samodzielnie, jest garstka) i co ciekawe (i na swój sposób ironiczne): najwięcej o konieczności samodzielnego myślenia krzyczą ci, którzy memom i stereotypom poddają się najbardziej.

      Wspomniane tu zjawiska stały się jeszcze bardziej widoczne w czasie panującej nam zarazy. Wirus obnażył wszystkie ludzkie słabości – i to nie tylko w wymiarze indywidualnym, ale i cywilizacyjnym.
W całym tym zgiełku i chaosie (dez)informacji, która na nas spadła, doszło do jeszcze większego kryzysu autorytetów; do niemal zupełnego wyrugowania bardziej krytycznego i mądrzejszego sposobu myślenia; wreszcie do wysypu przeróżnych – nieraz kosmicznie bzdurnych i wręcz absurdalnych – teorii spiskowych, jako żywo przypominających zbiorową paranoję.

      Ale jak się temu ludzkiemu błądzeniu i zagubieniu dziwić, skoro nawet ci, po których można się było spodziewać, że dostarczą nam w miarę pewnej i rzetelnej wiedzy, przeczyli sobie nawzajem. Władze nadrabiały miną, ale tak naprawdę to działały „w ciemno” – podejmujący decyzje politycy nie mieli pojęcia jakie będą skutki ich decyzji. Wszelkie modele i prognozy brały w łeb, każde państwo zdane było na siebie (biurokratyczną WHO i nadętą EU o kant stołu można było potłuc) i co ciekawe (i jeszcze bardziej dezorientujące), ci którzy poszli drogą mniejszych restrykcji, jak się wydaje lepiej na tym wychodzą, niż ci, którzy pozamykali wszystko i wszystkich. (Nadal nie wiadomo skąd się biorą tak ogromne różnice statystyczne w liczbie zarażeń, zachorowań i zgonów w poszczególnych krajach – i jak one zależą od wprowadzonej tam polityki walki z epidemią. Bo to chyba nie jest tylko skutek manipulacji danymi, z którą bez wątpienia mamy często do czynienia).
Innymi słowy: okazało się – zwłaszcza w tym przypadku globalnej pandemii – że niepewność i niewiedza jest dla człowieka bardziej naturalnym stanem, niż pewność i wiedza.
W tym wszystkim ludzie mogli też dojść do wniosku, że skoro nawet naukowcom i ekspertom nie można ufać, to trzeba się udać do guru i szamanów; że skoro trudno jest myśleć racjonalnie, to jakimś wyjściem jest jednak „niemyśl”, czyli substytut myślenia.

UPOKORZENIE

      Kto z nas nie czuje się upokorzony przez tego prymitywa w koronie?
A mówiąc poważniej: czy to, że pozbawiono nas wolności; że jacyś politycy (którzy do tej pory nie mieli bladego pojęcia o wirusologii) nakazują nam, co mamy robić (a my się temu poddajemy); że zamącono nam w głowie tak, że sami już nie wiemy co jest prawdą, a co blagą, fałszem i manipulacją, co jest mądre, a co jest głupie; że zmuszono nas do żebrania o pomoc finansową państwa i władz, którymi często pogardzamy… czy to wszystko nie jest upokarzające?

    Ale przecież ludzkość została też upokorzona w wymiarze cywilizacyjnym, bo skoro nie taki znów groźny biologicznie wirus zdołał sparaliżować świat (głównie strachem), to czy nie może to budzić w nas podejrzenia, że nasza wielka cywilizacja jest jednak kolosem na glinianych nogach, który w każdej chwili może po prostu runąć?

      To upokorzenie, o którym piszę, może też wyrastać z uświadomienia sobie pewnych konsekwencji związanych z obaleniem (podważeniem) pewnych cywilizacyjnych i kulturowych mitów.
O pierwszym – i chyba najważniejszym – już wspomniałem: krytycznie nadwyrężony zostaje mit cywilizacyjnej wielkości człowieka.
Poza tym można chyba zaobserwować:

– Upadek mitu o wyższości cywilizacji zachodniej nad wszystkimi innymi.
– Upadek mitu wolnościowego funkcjonującego zwłaszcza w społeczeństwach państw opartych na ustroju liberalno-demokratycznym.
– Upadek mitu materialnego dobrobytu (rozwiązującego wszelkie problemy i zapewniającego szczęście).
– Upadek mitu o potędze współczesnej medycyny i naukowej wszechwiedzy.
– Upadek autorytetów organizacji globalnych (np. WHO) i kontynentalnych (np. EU) oraz jeszcze większe rozczarowanie politykami. (Pogłębił się też kryzys autorytetów indywidualnych utopionych w brei pseudo-autorytetów.)

      Tę listę można ciągnąć dalej.

       Warto dodać, że nawet jeśli te mity całkowicie się nie rozwieją (bo człowiek jednak bez mitów nie może funkcjonować) to zostaną mocno nadszarpnięte, co może mieć ogromny wpływ na kierunek, jaki obierze ludzkość po pandemii.

       Pandemia mogła nam uświadomić, że prawdziwą przyczyną kryzysu zdrowotnego (pociągającego za sobą śmierć setek tysięcy ludzi) nie był w istocie sam wirus (który wcale nie należy do najbardziej groźnych biologicznie) ale brak odporności organizmów ludzi żyjących w warunkach, które powodują coraz większe osłabienie ich (naszych) układów odpornościowych. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że najbardziej śmiercionośne żniwo nie zebrał koronawirus, a takie choroby („cywilizacyjne”), jak nadciśnienie, cukrzyca, nowotwory, nałogi, otyłość… do których z kolei najbardziej przyczynił się stres, nieodpowiednie odżywianie, życie w zatrutym środowisku naturalnym – wszystko to, co niesie ze sobą nasza (coraz bardziej wspaniała cywilizacyjnie) rzeczywistość.
No i oczywiście, nie można zapominać o starości, ale ta jest czymś zupełnie normalnym i nieuniknionym.

       Warto też zwrócić uwagę na to, że – jak się okazało – najmniejszą odporność immunologiczną posiadają ludzie żyjący na najbardziej ponoć rozwiniętym cywilizacyjnie Zachodzie (a generalnie: rasa biała, choć wyjątkiem są tutaj Afro-Amerykanie i Latynosi żyjący w Stanach).

       Wiadomo, że wszelkie odniesienia rasowe są teraz niepoprawne politycznie, ale jak inaczej wytłumaczyć fenomen niemal całkowitej odporności na koronawirusa w krajach, gdzie zdecydowaną większość stanowi rasa żółta (np. liczący blisko 100 mln. mieszkańców Wietnam, w którym zanotowano 325 zarażeń i gdzie nie ma żadnego zgonu z powodu Covid-19; czy w liczącym 7.5 mln. mieszkańców, niezwykle zagęszczonym ludnościowo Hong Kongu, gdzie wystąpiło 1000 zakażeń i 4 zgony; podobnie jest w Korei Południowej, Tajlandii, Japonii… także – jak do tej pory – w Indiach czy w krajach afrykańskich), jak nie większą odpornością ras „kolorowych”, które nota bene nadal przez sporą część ludzi białych stawiane są (bardziej lub mniej świadomie i otwarcie) niżej od własnej rasy?

      Co tu kryć: to wszystko co się działo na świecie – z nami i wokół nas – przez ostatnie miesiące, spowodowało szok, z którego jeszcze nie wszyscy z nas zdają sobie sprawę. Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba, i jeszcze długo (może nawet już nigdy) nie będziemy mogli się z tego otrząsnąć. Było też uderzeniem, nie tylko w naszą wolność, zdrowie i szczęście, ale i w naszą godność.
A odebranie nam godności jest chyba największym upokorzeniem, jakie może nas spotkać.

       Czy wobec tego wszystkiego założenie, iż po tym doświadczeniu „większość z nas przejrzy na oczy i sprawy potoczą się w kierunku integracji, współpracy i szacunku dla osoby ludzkiej, dla jej autonomii i wolności” (Eichelberger) nie jest zbyt optymistyczne?
Obawiam się, że tak.

* * *

Ilustracja: Alexander Milov, Love; fot. Dust To Ashes (źródło)

WIEDZA I FIKCJA

.

.

       Ludzkość osiągnęła sukces cywilizacyjny (choć samo określenie „sukces” można tu poddać dyskusji) m.in. dzięki kumulacji – i wykorzystaniu – wiedzy posiadanej przez poszczególnych ludzi – i w jakimś sensie ta wiedza zbiorowa jest jednym ze składników czegoś, co można nazwać świadomością zbiorową.

       Jednak najważniejszą cechą tej świadomości nie jest wiedza, a wyobrażenie – coś, co pozwoliło ludziom tworzyć coraz większe społeczności/plemiona/narody za pomocą fikcji, którą te grupy wygenerowały, rozpowszechniły, przyjęły – i w którą to fikcję gromadnie uwierzono – i się jej podporządkowano. Innymi słowy: największym i najskuteczniejszym spoiwem ludzkiej cywilizacji okazała się fikcja, rozumiana tutaj jako coś wyobrażonego/wymyślonego – ale (co należy podkreślić) niekoniecznie fałszywego, czy nawet iluzorycznego.

      Mitologizacja – wraz ze stworzeniem struktur wyobrażonych – okazała się niezbędnym warunkiem powstania i rozwoju ludzkiej cywilizacji i kultury. (Sama kultura jest per se „maszyną” służącą do generowania mitów).

       Ten mechanizm rozwoju (tworzenia się i spajania) cywilizacyjnego trwa do dzisiaj. Nadal tworzymy, wierzymy i poddajemy się fikcji (czyli czemuś przez nas wyobrażonemu/wymyślonemu), do czego można zaliczyć nie tylko wszelkie ideologie i religie, ale i takie twory ludzkiego umysłu, jak ustroje państwowe (państwo, władza), systemy ekonomiczne (wliczając w to pieniądze, kapitał i banki), systemy etyczne czy prawo.

       A jeśli chodzi o wiedzę? Nastąpiła bardzo wysoka specjalizacja – i wiedza w każdej dziedzinie niebywale się rozrosła. Żaden (indywidualny) ludzki mózg nie jest w stanie tego przyswoić i ogarnąć, ale ludzka zdolność do współpracy i dzielenia się tą wiedzą pozwala na spektakularny pęd do przodu (rozwój przeróżnych technologii, systemów komunikacyjnych, cybernetyki, genetyki, bioinżynierii… etc).

       Z tym, że nadal nie wiemy, DOKĄD tak pędzimy… i PO CO?

       Nadal nie mamy pojęcia jakie łóżko sobie ścielimy.
       Czy na pewno ten – stworzony przez nas w przyszłości – Nowy Świat będzie taki Wspaniały?

       Niestety, bardzo w to wątpię.

* * *

Ilustracja: William Blake, „Isaac Newton” (źródło)

.

WŁADZA

.

.

        Władza nie istnieje bez posłuszeństwa. Innymi słowy, zakres władzy jest określony naszym posłuszeństwem: czyli im bardziej jesteśmy posłuszni swoim władcom, tym bardziej oni nami rządzą.

*

       Najbardziej skutecznie – i radykalnie – może działać władza wśród ludzi ogarniętych strachem.Z kolei najbardziej skutecznym narzędziem władzy jest przekupstwo.

*

       Każda władza twierdzi, że działa dla dobra ludzi, którymi rządzi. Zwłaszcza wtedy, kiedy dąży do poszerzenia swojej władzy. A to staje się dla niej (z czasem lub od samego początku) najważniejsze.

*

       Ludzie wielkość swojego władcy nie oceniają na podstawie tego, czy jest on dobry, czy zły, okrutny czy litościwy, mądry czy głupi – tylko czy jest skuteczny w osiągnięciu jakiegoś celu, który oni wiążą ze swoją korzyścią (co często jest iluzją podsycaną przez władze).

*

       Dla większości społeczeństw władza jest substytutem Boga. (Opozycja to po prostu innowiercy).

*

       Rządzący nie mogą się obejść bez wiedzy, zaś rządzeni – bez wiary.

*

       Każda władza jest fikcją.

Co ciekawe, jest fikcją, którą uwiarygadniamy zarówno wtedy, kiedy się tej władzy podporządkowujemy, jak i wtedy, kiedy się jej sprzeciwiamy.

*

       Każda władza opiera się na fikcji, dlatego potrzebuje ceremoniału, czyli teatru, który ma na celu uwierzytelnienie tej fikcji.

*

       Niestety, nawet jeśli coś jest fikcją, to może być też źródłem tego, co jest nas w stanie zniewolić, a nawet zabić.

*

       Cechą każdej władzy – i to nie tylko autorytarnej – jest przekonanie, że zawsze ma rację.

*

       Zasada „dziel i rządź” ma swoją granicę. Za tą granicą jest albo anarchia (nierządność), albo rewolucja – czyli koniec tych, co rządzili do tej pory.

*

       Partie polityczne (zwłaszcza w ostatnich czasach) bardziej społeczeństwa dzielą, niż solidaryzują. Do tego stopnia, że ich walka o władzę przybiera cechy walk plemiennych – często w obrębie tego samego plemienia.

*

       Każda władza ustala swój porządek. Ale zawsze jest on pojmowany inaczej przez rządzących, a inaczej przez rządzonych. (Innymi słowy: porządek rządzących nie jest porządkiem rządzonych).

*

       W porządku ustalanym przez władze zawsze jest element opresji. Im ktoś jest niżej w hierarchii społecznej, tym bardziej jest wobec władzy bezbronny.

*

       Nie ma nic bardziej słodszego i afirmującego dla władzy, jak dobrowolna rezygnacja z własnej wolności przez ludzi, którzy są przekonani (albo których przekonano), że dzieje się tak dla ich bezpieczeństwa i dobra.

*

       Żadna władza nie odda (dobrowolnie) żadnego przyczółka, który już zdobyła.

*

       Im większym restrykcjom podporządkowuje się społeczeństwo, tym większe przekonanie władzy o swojej sile.

*

       Żadna władza nie jest godna zaufania.

.

* * *

Ilustracja: Alexander Mosaic (c. 100 BC), ancient Roman floor mosaic from the House of the Faun in Pompeii showing Alexander fighting king Darius III of Persia in the Battle of Issus
Źródło: tutaj

.

STĄPAĆ PO CIENKIEJ LINII – rozmowa z reżyserem „Bożego Ciała” JANEM KOMASĄ

.

W programie tegorocznego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce znalazł się film „Boże Ciało”. Żaden inny film tego przeglądu nie spotkał się z tak wielkim zainteresowaniem publiczności – bilety zostały wyprzedane na wszystkie jego seanse. „Boże Ciało” udało mi się jednak obejrzeć na odbywającym się kilka tygodni wcześniej Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Po projekcji miałem tę przyjemność przeprowadzić długą i niezwykle interesującą rozmowę z jego reżyserem, Janem Komasą.

.

Jan Komasa (fot. Anna Błaszczyna)

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Dobrze pamiętam film „Sala samobójców”, który był Twoim pełnometrażowym debiutem. Bardzo mi się spodobał, był niezwykle ciekawy w formie i treści. Uderzyło mnie to, że był dziełem tak dojrzałym, mimo że został wyreżyserowany przez młodego człowieka, debiutanta, o którym zresztą niewiele wiedziałem. Później było „Miasto 44”, kolejny obraz zwracający na siebie uwagę. No a teraz „Boże Ciało”, znakomicie przyjmowane zarówno przez widzów, jak i krytykę (nagroda dla najlepszego reżysera oraz nagroda publiczności na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni). Wygląda na to, że możesz się już czuć twórcą spełnionym.
Jak to się stało, że postanowiłeś być reżyserem? Co o tym zadecydowało?

JAN KOMASA: Było wiele takich czynników. Ja od początku życia lubiłem wymyślać historie, różne niestworzone rzeczy… I patrzyłem jaki to wywiera wpływ na słuchaczy. Fascynowało mnie np. to, jak mogę straszyć rodzeństwo, kuzynów, rówieśników. Później mi to przeszło w takie różne zabawy z rzeczywistością, do tego stopnia przekonywujące, że te moje powieści stawały się między nami, dziećmi, pewnego rodzaju legendą, która rzeczywiście żyła.
To jest taka chęć, uwielbienie dla fikcjonalizacji wszystkiego, co jest dookoła – i patrzenie jaki to wywiera wpływ na innych. Czyli jestem takim opowiadaczem.
Bardzo dużo czytałem – i nadal to robię – również z moimi dziećmi. Po drodze były graffiti, rysowałem dużo komiksów, uwielbiałem oglądać filmy na VHS-ie, pisałem opowiadania, grałem na pianinie, próbowałem swoich sił w hip-hopie, … no i to tak ewoluowało. Myślałem o studiowaniu muzyki, filozofii, psychologii… Ale kiedy zostałem tatą – w wieku 19 lat – musiałem się zdecydować, no i postanowiłem być reżyserem.
A dlaczego reżyserem?
Mój tata, który sam jest aktorem i pedagogiem, zawsze mówił, że będę reżyserem – ponieważ reżyseria skupia te wszystkie rzeczy.
W reżyserii trzeba umieć pięknie kłamać. Ja to chyba umiem. Czy pięknie? O to się staram. Chodzi o to, żeby to było sugestywne i to „kłamstwo” zamieniało się – w jakiś dziwny sposób – w prawdę. W prawdę dla kogoś ważną.

– Nawiązując do opowieści. To one, tak naprawdę, stworzyły całą naszą kulturę. Mity – także narracja, gdzie komentujemy i interpretujemy naszą rzeczywistość i świat, w którym żyjemy. Nie zdajemy sobie z tego zazwyczaj sprawy, ale my, cały czas, obracamy się w takiej sferze fikcyjnej. To nie znaczy, że nieprawdziwej czy iluzorycznej, ale takiej, która jest wytworem naszej wyobraźni. I tu nie ma nic do rzeczy, czy to jest prawda, czy to jest fałsz. To nam pozwala funkcjonować w społeczeństwie, w kulturze…
Właśnie dlatego możliwe są takie spory, jakie widzimy dookoła nas. Bo kiedy się spieramy, kłócimy, a nawet kiedy prowadzimy dialog… to wtedy nie tyle ważne są fakty, jak to, czy potrafimy naszą narrację „sprzedać”, narzucić innym – to czy nasza narracja potrafi się przyjąć w ludzkim „stadzie” (przepraszam za to brzydkie wyrażenie).

– No właśnie. „Boże Ciało” miało pierwszy tytuł „Stado”.

– A to ciekawe. Nie wiedziałem o tym.
Lecz wracając do naszych sporów. W nich przestają się liczyć fakty – chodzi o to, żeby narracja jednej grupy wzięła górę nad narracją innej.

– To zawsze było narzędziem władzy… i zawsze będzie. Mają władzę ci, którzy potrafią narzucić swoją narrację.

– A że jesteśmy istotami społecznymi, to bardzo łatwo ulegamy jednej narracji, całkowicie odrzucając inną. Dzięki temu to, co nas spaja, łączy i wiąże, jednocześnie nas separuje, dzieli i antagonizuje.
To jest właśnie to błędne koło, w które my, Polacy, jesteśmy schwytani w ostatnim czasie, zwłaszcza od katastrofy smoleńskiej.

– Przydałby się nam jakiś terapeuta.

– Ale to dotyczy nie tylko Polski, prawda?

– W Europie jest to szczególnie zauważalne, bo prawie we wszystkich krajach mamy wzrost napięcia, polaryzację… A komu na tym zależy politycznie, to można dociekać, domniemywać.

– Wykorzystują to politycy.

– Oczywiście. Ale bardzo dużo miesza też Rosja, niestety.

– Miesza, czy może bardziej te zjawiska wykorzystuje? Bo przecież trudno utrzymywać, żeby Rosja stała np. za ruchem Gilets jaunes we Francji, czy Indignados w Hiszpani.

– Rosja tego nie inspiruje absolutnie, ale wykorzystuje sytuację. A że są mistrzami – bo mają świetnych mistrzów szachowych – to potrafią rozgrywać genialnie takie nastroje społeczne. Rosjanie pod tym względem są niedoceniani.

– Zachód jakby tego nie dostrzega.

– A szkoda, bo to co jest korzystne dla Kremla, nie jest korzystne dla nas. Pęknięcia społeczne są absolutnie nie na rękę Zachodowi. Uważam, że Europa cierpi z tego powodu; sądzę, że przez to wzrasta nieufność europejskich krajów między sobą – a to już Europa przerabiała. Ja mieszkam w tym klimacie i widzę co się dzieje.
To uwolnienie granic, które nastąpiło w 1989 roku, było dla nas cudem, i było to wspaniałe. My wszyscy na tym skorzystaliśmy – życie się wydłużyło, ludzie stali się szczęśliwsi, zaczęli lepiej zarabiać… Przez te 30 lat żyliśmy we względnym spokoju, ale teraz, po raz pierwszy za mojego życia odnoszę wrażenie, że nadeszły ciemne chmury… Których się autentycznie boję – widzę je w niepokoju ludzi, tu i tam pobrzmiewających słowach o wojnie, o agresji, wręcz o jakiejś apokalipsie…
My jako kraj, musimy bardzo uważać, żeby się nie poddawać tym różnym manipulacjom z zewnątrz. Nasz sposób na przetrwanie, to jest zachowanie zimnej krwi i nie uleganie emocjom. To powinno być naszym głównym celem. Bo myśmy już to przeszli, bo myśmy już umierali za Ojczyznę milionami… i już dosyć tego! Dlatego powinniśmy być pragmatyczni i jak najbardziej zimni emocjonalnie.

– Z naszym polskim charakterem i temperamentem będzie to raczej trudne.

– Niestety.

– Na dodatek w społeczeństwie polskim rysują się coraz głębsze podziały, stajemy się wobec samych siebie nieprzejednani, wręcz wrodzy. Pogłębiają to internet, media…

– Tak, internet niejako zunifikował ludzi w balony – spowodował, że zaczęli oni żyć w swoich bańkach. Np. kiedyś można było siedzieć przy stole z ludźmi o bardzo różnych afiliacjach – można było rozmawiać – i nie czuło się tych różnic tak bardzo. Dzisiaj, tylko po tym co wybieramy do jedzenia, mogę powiedzieć, kto na kogo głosował. Bo wiadomo np., że ktoś, kto głosuje na skrajną prawicę nie będzie weganinem…

– Ludzie jak gdyby zaczęli się przystosowywać do swoich stereotypów.

– Tak, ale też zaczęli totalnie, drobiazgowo dobierać do tych stereotypów swoje zachowanie.

– Bo wtedy można łatwiej się „wymacać” – zidentyfikować swojego lub obcego. No i zamykamy się w tych naszych obozach na własne życzenie. Myślimy, że jesteśmy wolni, a stajemy się w pewnym sensie niewolnikami.

– Pewne cechy zostały właśnie przypisane przez bańki do bardzo konkretnych zachowań.

– Ja myślę, że to się też wiąże w jakiś sposób z obserwowalnym – nie tylko u nas, ale i na całym świecie – odchodzeniem od tej narracji liberalno-demokratycznej. Orientacja polityczna, która nie tyle zbankrutowała, co przestała być tak atrakcyjna dla większości ludzi (a taka się wydawała po upadku komunizmu). Do głosu coraz więcej zaczęły dochodzić formacje konserwatywne, nacjonalistyczne… (Nie chcę używać określeń lewicowy – prawicowy, bo uważam, że te pojęcia we współczesnym świecie straciły swoje – w miarę klarowne – znaczenie, jakie miały w przeszłości. Obecnie używa się ich gównie po to, by „labelować” ludzi – właśnie segregować, tworzyć te podziały, o których mówimy – identyfikować zarówno swoich ideologicznych czy politycznych sprzymierzeńców, jak i przeciwników, często uznając tych ostatnich za wrogów.)

– To jest fenomen światowy – choć w różnych krajach różnie to wygląda. Odniosę się do naszego wspólnego podwórka, bo ja to śledzę, badam… trochę mnie to fascynuje. Otóż my jako kraj, mamy taką „porąbaną” historię. Nam zabory, agresja sąsiadów pozabierały wszystkie możliwości, które były doświadczeniem np. Oświecenia czy rewolucji seksualnej… czyli tego, co Zachód już „przerobił” – przyjął albo wypluł – już dawno temu. Byliśmy natomiast zamykani w tych kokonach, które nam narzucano odgórnie, niestety. Przez to zostawaliśmy zawsze z tyłu.
To, co się teraz w Polsce dzieje, to trochę taka kontynuacja tego, z czym mieliśmy do czynienia w latach 20. czy 30. XX wieku. My, po odzyskaniu niepodległości, mieliśmy jakieś 20 lat na to, żeby porozmawiać o tym, kim jesteśmy po tych 123 latach zaborów: czy my jesteśmy bardziej niemieccy, rosyjscy… czy jacyś inni. I nagle okazało się, że nie ma czegoś takiego, jak „Polak”. To znaczy my możemy sobie mówić, że jest, ale tak naprawdę to go nie ma. Pojedzie się do Szczecina, pojedzie się na Podkarpacie, na Śląsk, do Gdańska, Warszawy, czy na Podlasie… dokądkolwiek się nie pojedzie, mamy do czynienia z różnymi systemami wartości, inną mentalnością – tak samo jak to jest np. w niemieckich landach. Mamy więc bardzo niejednolity obraz samych siebie, a jednocześnie istnieje problem z umową społeczną. Ta debatach zaczęła się u nas po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. I została przerwana – w sposób sztuczny – przez wojnę. Zamiast rozmawiać o tym, jaki kształt powinna mieć Polska, kim powinniśmy być, to zostało nam przerwane na 50 lat. W 1989 roku zostało to znowu uwolnione. Zaczęto wydawać książki, pisma, kręcić filmy… takie, których nie można było robić wcześniej. Mimo wszystko stała się rzecz niezwykła – i co ważne zaszło to bezkrwawo. Naprawdę stał się cud. Wróciliśmy wtedy do tego punktu sprzed 50 lat – do procesu, który nam wtedy przerwano.
Najpierw ta rozmowa była taka… mmm… najważniejsze to się rozwijać, ale później przybrała większą wagę, stała się bardziej ostra…z czym mamy teraz problem w kraju. Generalnie, nikt się tak polityką nie zajmował przez dwadzieścia parę lat. Aż tu nagle spadł samolot i się okazało, że my jesteśmy podzieleni jak nigdy, tylko się o tym tak nie mówiło.

– Do czego się przyłożył też internet…

– Absolutnie! Ale on tylko amplifikował to, co już w nas wcześniej było. Ten internet stał się taką tubą, wszystko wyolbrzymił – spowodował, że my wszyscy tak na siebie krzyczymy. Bo wrażenie użytkownika internetu jest takie, że ta druga strona na niego krzyczy i napiera. Takie wrażenie odnosi każdy uczestnik debaty. A tak naprawdę nie bierze udziału w debacie, tylko, najczęściej, czyta te rzeczy w internecie. Więc to nam tworzy wszystkie strachy, wyolbrzymia… powstaje w sumie coś sztucznego.

– Pogłębiają to media.

– Tak. Kiedyś była taka zasada dziennikarska, żeby zadzwonić zarówno do jednej, jak i drugiej strony, żeby coś zweryfikować. I nie mówić, która strona ma rację, tylko dać to pod osąd czytelnika czy widza. Rolą dziennikarza było przekazać informację, newsa do opinii publicznej. Nie mówiąc, czy to jest źle, czy to jest dobrze… Teraz już w ogóle tego nie ma.

– Nie ma teraz niezależnych mediów – ani z jednej, ani z drugiej strony.

– Nie ma. Dokładnie!

– To wszystko separuje ludzi.

– Tak. I radykalizuje.
A wracając do tego, co mówiłeś o tej kapitulacji strony liberalnej, lewicowej…

– Chodziło mi nie tyle o kapitulację, co wyparcie… Szala jakby bardziej przesuwa się w stronę konserwatyzmu, nacjonalizmu – tego, co nazywa się prawicą.

– Tak, następuje wzrost konserwatyzmu w społeczeństwach na świecie.

– Jaka jest tego przyczyna?

– Powodem są m. in. te podziały, które się utworzyły; merytokracja, wyścig, który jest nierówny dla wszystkich. Niektórzy ludzie poczuli się wykluczeni. Bardzo wyraźnie zarysował się konflikt w podziałach na: miasta – nie miasta; wykształceni bardziej – wykształceni mniej (niewykształceni); ateiści – ludzie religijni… i tak dalej. Wszystko złączyło się niesamowicie w te bańki, o których już wcześniej mówiliśmy.

– Ale przecież poszliśmy do przodu.

– Tak, lecz nie zauważyliśmy tych ludzi, którzy nie byli w stanie ściągać się, galopować. Nastąpiło pewne pęknięcie, rozwarstwienie klasowe, ale również takie porzucenie ideologiczne. Doszedł też element, na który Anda Rottenberg trafnie wskazała: wymiera pokolenie, które doświadczyło skutków nacjonalizmów, autorytaryzmów i propagandy – ludzi, którzy pamiętają wojnę. I nie ma kto tego przekazać dalej. A teraz – i to na całym świecie – następuje, zwłaszcza wśród młodzieży, wzrost postaw jawnie faszyzujących.
No i słyszymy coś takiego, że „Hitler powinien dokończyć to, co zaczął!”, „z wami to do gazu”… Taki hejt, który się teraz wylewa, a którego w takim natężeniu nie było wcześnie – ja przynajmniej czegoś takiego nie pamiętam. On się dostał do mainstreamu.

– Naprawdę?

– Tak uważam. Politycy – z lewa i prawa – przejęli ten język i zaczęli reprezentować postawy, które są bardzo agresywne. I to co było „on the fringes”, na takich marginesach – bo świrów w polityce nigdy nie brakowało – teraz wchodzi do mainstreamu.

– A może tak samo jest to amplifikowane, sztucznie wzmacniane przez internet, a tym samym wyolbrzymiane i wskutek tego przesadzone?
Muszę przyznać, że ja – mimo, że nie doświadczyłem wojny czy totalitaryzmów na własnej skórze – jestem bardzo na te sprawy uwrażliwiony, także dzięki lekturze Orwella, Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego, czyli pisarzy, którzy (jak chyba żadni inni) dogłębnie wniknęli w istotę totalitaryzmów – genezę zarówno komunizmu, jak i faszyzmu – w horror obozów koncentracyjnych, ludobójstwa na masowa skalę… Dla mnie to są sprawy istotne, które już wcześniej wiele razy przemieliłem w swoje głowie.
Kiedy więc ktoś mówi, że formacja, która doszła w Polsce do władzy sprzyja – czy nawet popiera – postawy faszystowskie, że mamy do czynienia z dyktaturą, że Polacy biorący udział w manifestacji Święta Niepodległości to w większości skrajni nacjonaliści, którzy już niedaleko mają do nazizmu – to ja no to reaguję dość mocno i sprawdzam, czy tak rzeczywiście jest – bo jeśli byłoby to prawdą, to byłoby to dla mnie straszne.
A niestety, całkiem niedawno, w radiu, które skądinąd bardzo cenię (NPR), usłyszałem audycję zatytułowaną: „Extreme Nationalism Is as Polish as Pierogi”. I to mnie wkurzyło. Podobnie jak robienie z nas wszystkich antysemitów, rozgłaszanie po całym świecie, że byliśmy „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników”, „mordercami Żydów”… (Co w takim razie można powiedzieć np. o Hiszpanach, Anglikach, Niemcach, Amerykanach?) To są wypowiedzi, oględnie mówiąc, niefortunne, dla nas Polaków krzywdzące i niesprawiedliwe.

– To jest naturalne, że takie opinie mogą wkurzać. Nie ulega wątpliwości, że wokół nas są i funkcjonują stereotypy narodowe, czego – jako Polak – doświadczam na co dzień, bo jeżdżę po świecie i słyszę jakie różne rzeczy o Polsce się mówi. Oczywiście, że są to krzywdzące stereotypy, z którymi my, Polacy, musimy walczyć. Z różnych powodów się one wzięły, ale niestety są. I one rzeczywiście są karygodne.
Ale faktem jest, że mamy do czynienia ze wzrostem wśród młodzieży postaw faszyzujących. Uważam, że ten wzrost jest znaczny i większy, niż kiedykolwiek. Ja nie pamiętam, żeby wcześniej ktoś mówił, żeby homoseksualistów posłać do gazu…

– A ja pamiętam. I to mnie początkowo bardzo bulwersowało, szokowało wręcz, ale z czasem, doszedłem do wniosku, że podobne zidiocenie jest tak marginalne i sporadyczne, że nie ma co tym tak bardzo się przejmować. Mam nadzieję, że i teraz jest to taki margines.

– Ale jak masz np. stronę, gdzie czytasz: „pedały do gazu” i nagle pod tym masz 30 tysięcy „lajków”, to o czymś to mówi. I mimo, że Facebook takie strony zaraz usuwa, to te świry zawsze znajdą sobie jakieś miejsce, gdzie mogą ten hejt uprawiać.

– Sam nie wiem czym to jest powodowane: nienawiścią, bezmyślnością, chęcią prowokacji, czy też skrajną głupotą?
Najważniejsze, aby te skrajne trendy nie zaczęły przyjmować jakiejś instytucjonalnej, strukturalnej postaci, bo wtedy to naprawdę byłoby groźne. Zresztą, moim zdaniem, te zjawiska są bardziej niebezpieczne na Zachodzie niż w naszym kraju.

– Ja szedłem w marszu Niepodległości, szedłem w marszu Równości i widziałem bardzo fajnych Polaków tu i tu – i wtedy nie było żadnego problemu. Ale widziałem też niefajnych Polaków.
Jednak te skrajne postawy się zamplifikowały i przez ten strach, które mamy już wbudowany, każdy się boi wejść do tego drugiego marszu. Bo ludzie myślą, że w tym innym marszu zostaną… nie wiem… zgwałceni, ich dzieci zostaną spedofilowane, że wszyscy wyśmieją ich wiarę i tak dalej… a w tym drugim marszu każdy się boi wejść do tego pierwszego, bo myślą, że zostaną pobici, wyzwani, opluci, że spotka ich czysta, chamska agresja… Tak więc przykłady na jedno i drugie znajdziemy, przy czym mówię o pewnych postawach, a nie czynach.

– Właśnie, takich konkretnych aktów agresji jest naprawdę mało, częściej odgrywa się to w ludzkiej wyobraźni, w obawach… A strach ma wielkie oczy.

– Uważam, że to czego potrzebujemy najbardziej, to rozmowa… a nie darcie się na siebie i przekrzykiwanie. Potrzebujemy również terapeutów. Potrzebujemy siąść razem przy stole albo przy ognisku… i zjeść wspólnie kiełbaskę.

– Ekologiczną.

– Wegańską.

– À propos konieczności rozmowy. W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Im więcej się ze sobą spieramy, tym, jesteśmy silniejsi i mocniejsza jest nasza tożsamość”.
Czym według Ciebie różnią się od siebie dialog i rozmowa. Czy rozróżniasz nie tylko ich naturę, formę, ale i konsekwencje?

– Spór jest jednak pewnego rodzaju walką. Jest też częścią składową dialogu. Spór „propeluje” dialog, napędza go, powoduje, że on „idzie”… Bo kiedy się we wszystkim zgadzamy, to po prostu… nie ma o czym gadać.
Sporu nie ma co unikać, natomiast odbieranie drugiej stronie prawa głosu, mówienie, że jesteś gorszy i nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego; mówienie, że nie słucham Cię, bo to jest bullshit, bo jesteś głupi… To to jest rzeczywiście obrzydliwe. Powiem wprost: to jest odmawianie komuś prawa do człowieczeństwa. I dotyczy wszystkich stron.
Ale tak jest w internecie, bo w rzeczywistości jest jednak inaczej. Ludzie starają się być mili dla siebie…

– Tak jak my tutaj teraz.

– … a potem siadają przy klawiaturze i są mistrzami klawiatury.

– Użyłeś słowa „tożsamość”. Dlaczego jest ona taka ważna?
Czy stąd nie jest już blisko to nacjonalizmu?

– A właśnie, że nie. Bo jest różnica między patriotyzmem a nacjonalizmem. Ja jestem 100-procentowym patriotą. Kocham kraj, z którego pochodzę, znam jego kulturę, fascynuje mnie ona, fascynują mnie ludzie, którzy w nim mieszkają… Ale nie jestem nacjonalistą, bo nacjonalista stawia własny naród wyżej innych narodów; mówi, że jego naród jest lepszy od innych. Dochodzi do tego element szowinizmu.
My jednak mamy problem z tożsamością. A prawdziwa tożsamość jest ważna, bo według mnie może nas uchronić przed nacjonalizmem.
To tak jak w związku. Chorobliwa zazdrość pojawia się wtedy, kiedy ludzie w siebie nie wierzą. Prawdziwa siła bycia razem – razem w związku, razem w kraju, razem w Europie – polega na tym, że mamy wbudowaną silną tożsamość. I dlatego nie musimy reagować histerycznie za każdym razem, kiedy ktoś zrobi coś strasznego, głupiego… bo umiemy być silni wobec tego. Są narody, które sobie z tym radzą lepiej lub gorzej; są też narody, które mają totalnie rozwaloną tożsamość… Np. Ukraińcy. My jesteśmy w trakcie dyskusji. Ona jest zażarta, ale jest – rozmawiamy ze sobą, spieramy się. Niestety, nie ustrzegliśmy się przed tym, żeby wyłączać mikrofon na mównicy, kiedy ktoś mówi inne rzeczy, niż byśmy chcieli słyszeć.
Musimy przerobić pewne lekcje. Polska nigdy nie przeszła takiego mocnego flirtu z nacjonalizmem…

– I to nas uchroniło choćby przed faszyzmem. Na nasze szczęście zawsze zadawaliśmy się półśrodkami, w przeciwieństwie do naszych sąsiadów, którzy rozpętali zabójczy faszyzm czy komunizm na niebywałą skalę.
Lecz ja uważam, że jesteśmy silni (choć nie jako państwo, bo przez ostatnie kilka wieków braliśmy cięgi ze wszystkich stron). Gdybyśmy tacy silni nie byli, to jako naród byśmy nie przetrwali.

– Oczywiście.

– Takim bastionem tożsamości był zawsze dla Polaków Kościół katolicki. A teraz jest kolejnym powodem do tego, żeby się polaryzować, zwalczać, tworzyć obozy, pogardzać, może nawet nienawidzić.

– Kościół przez 50 lat komunizmu był miejscem, gdzie intelektualiści, artyści mogli się schronić. Traktowali oni Kościół jako miejsce, w który czuli się stosunkowo niezależnie wobec rzeczywistości, która była szara i pod kontrolą służb bezpieczeństwa. Kościół był miejscem szczególnym. Obecność artystów, intelektualistów w obrębie Kościoła w zasadzie nikogo nie dziwiła, ale też wpływała bardzo korzystnie na sam Kościół i bardzo korzystnie na artystów i intelektualistów. Ta ich wymiana myśli – tak skrajnie różnych, o różnym zabarwieniu, nawet lewicowym (przecież chodzili tam Kuroń, Michnik) – tam właśnie miała miejsce. I dzięki temu, zarówno duchowni byli ciekawsi – bo musieli się z tym zderzać, jak i sami opozycjoniści się pogłębiali. Oni wszyscy rośli. Dlatego to pokolenie wasze jest takie ciekawe, bo jest takie… właśnie „wydialogowane”. Niestety, ci ludzie już odchodzą – po obu stronach. A oni nam dawali świadectwo, że można ze sobą dialogować i się nie pozabijać. I nagle ich brakuje.
Po 1989 roku staliśmy się wolni i ludzie nie musieli się już akredytować przy Kościele, żeby wydawać gazety, książki, płyty, komiksy… w zasadzie można było robić wszystko co się chciało – i można to już było robić otwarcie. I wtedy te dwa elementy – artyści i intelektualiści oraz Kościół – zaczęły dryfować obok siebie, jak w każdej w miarę zdrowej demokracji. 30 lat później jesteśmy osobno – podzieleni jak nigdy dotąd. Nagle się okazało, że nie tylko zniknęły pomosty łączące te dwie strony, ale że te strony bardzo się na siebie zbiesiły.
Żyjemy w czasach, kiedy nastąpił drastyczny spadek liczby powołań w Kościele. Największa laicyzacja następuje właśnie w Polsce. Jesteśmy krajem, który – jeśli wierzyć ostatnim badaniom sprzed dwóch miesięcy – laicyzuje się najszybciej na świecie. Wśród ludzi między 18 a 30 rokiem życia, stopień laicyzacji jest niebywały.
I to wszystko są procesy, które są procesami tożsamościowymi, każą na zrewidować swoje myślenie.
Czy należy się ich bać, czy nie?…. nie mówię w ogóle o tym. Jest to zmiana. Zawsze będą zmiany. A my musimy podjąć dialog.
I właśnie mój film „Boże Ciało” stara się podjąć taki dialog – o tym kim chcemy być, jak mamy postępować. Chodzi jednak o to, żeby – bez względu na to, gdzie to pójdzie – wzajemnie się szanować.

Rzecz o przewrotności dobra i zła – i o konieczności pojednania (Bartosz Bielenia w filmie „Boże Ciało”)

.

– Jestem na gorąco po obejrzeniu Twojego filmu i muszę Ci powiedzieć, że bardzo mnie on zaskoczył. Wydaje mi się, że dokonuje on swoistego cudu, bo potrafi jednoczyć ze sobą ludzi, i to znajdujących się po obu stronach tego podziału, o którym tu mówimy. Z tego co wiem, film cieszy się także znakomitym odbiorem wśród krytyków, bez względu na ich sympatie polityczne, światopogląd czy stosunek do Kościoła w Polsce. Mam wrażenie, że dzieje się tak dlatego, że nie opowiada się on jednoznacznie po żadnej ze stron, ma uniwersalną wymowę, nie krytykuje wprost ani ludzkiej religijności, ani Kościoła katolickiego jako instytucji; a przede wszystkim pokazuje wszystkich ludzi z… ludzkim obliczem – z ich słabościami, rozterkami… Uświadamia nam, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy tacy sami – że wszyscy odczuwamy, cierpimy, cieszymy się tak samo.
Twój film, swoją drogą, jest bardzo przewrotny, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Bo np. główny bohater, który jest kłamcą, mówi prawdę; jest „złoczyńcą”, ale czyni dobro; jest fałszywym księdzem, ale zachowuje się bardziej po chrześcijańsku, niż inni księża…

– Uważam, że film pięknie pokazuje to, że ludzie, którzy się tak różnią, powinni być jednak – tak po chrześcijańsku – razem. W takim nurcie chrześcijaństwa, że tak powiem, pierwotnego. Co ciekawe, scenariusz do „Bożego Ciała” został napisany przez Mateusza Pacewicza, który jest ateistą.

– Kolejna „przewrotność” i paradoks tego filmu. Ludzie niewierzący okazują się lepszymi „chrześcijanami” niż ci wierzący.

– Ja takich przykładów znam mnóstwo. Mam znajomych – ateistów, lewaków, gejów… itd. – którzy są bardzo humanitarni, wstawiają się za wykluczonymi, rękę by dali sobie odciąć, żeby ciebie lub mnie uratować. Ale mam też wśród swoich znajomych ludzi, którzy plują hejtem czy jadem absolutnym; nienawidzą, z pogardą patrzą… Mnie akceptują, bo mi się w życiu wiedzie. Ale jakby mi się przestało wieść, to byłbym takim samym „wypierdkiem”, jak ci, którym się nie powiodło.

– Takie postępowanie jest też kwestią charakteru.

– Tak, ale też sprawą zabójczej merytokracji, czyli oparcia postaw życiowych – relacji międzyludzkich – na tym, czy się komu w życiu udaje, a nie na tym, że się po prostu jest. To powoduje fałszywy obraz ciebie. To sprawia, że jesteś kimś, jeżeli coś robisz. Ale będzie czas, kiedy nic nie zrobisz. I co? Będziesz wtedy nikim?

– I dlatego tak mnie rażą opinie i postawy ludzi, którzy wyrażają się z pogardą o tzw. „Polsce B” – o ludziach, którzy głosowali na inne formacje polityczne, niż oni sami. Nazywanie ich półgłówkami, prymitywami, kruchtą, moherami, ciemnogrodem… i tak dalej, tylko dlatego, że mają inne poglądy (co przecież w demokracji jest sprawą naturalną i oczywistą). Bo tylko ich wybory są prawidłowe, a oni są najmądrzejsi.
Chodzi więc o to, żeby zwalczać te stereotypy i nie zamykać się we własnych, jedynie słusznych, bańkach. Trzeba wyjść do drugiego człowieka i uszanować jego inność. Starać się zrozumieć jego zachowanie.

– O tym jest również „Boże Ciało”.

– Wspomniałeś kiedyś, że Twoimi znajomymi – może nawet przyjaciółmi – są księża. Myślę, że to, iż Ty widzisz ich jako ludzi inteligentnych, wrażliwych, otwartych, wpływa na Twój sposób widzenia wiary, Kościoła, religii… w przeciwieństwie do ludzi, którzy takich bliskich znajomości nie mają.

– Muszę powiedzieć, że ja przez tych moich przyjaciół miałem spaczony obraz księdza. Dla mnie ksiądz to był ktoś kto pogada, ktoś kto zrozumie, ktoś kto jest fajny… ktoś kto wie, jak do Ciebie podejść, kiedy masz jakiś problem życiowy. Teraz, pracując nad „Bożym Ciałem”, byłem w różnych miejscach i trafiłem na ludzi, z którymi nie umiałem zamienić normalnie jednego zdania. Nie wiedziałem, że jest taka osoba w ogóle. Jak ktoś taki może cię terapeutyzować czy wskazać drogę? Nie ma szans.
Spotkałem takiego jednego wikarego, który mnie przeraził. Był zaprzeczeniem postawy chrześcijańskiej. Takie rzeczy zauważyłem dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem się tym zajmować. Wcześniej byłem na to ślepy. Przebywałem właśnie w tej swojej bańce – księdza Wojtka Drozdowicza, księdza Marka Grygiela, Ojca Jana Góry, Tadeusza Polaka itd. Moja mama pracowała w katolickiej redakcji TVP. Miałem więc do czynienia z tym środowiskiem. Dla mnie to był taki Kościół bardzo otwarty. A tu nagle spotykam kogoś, kto jest tego zaprzeczeniem.

– A może to właśnie ten wikary jest takim księdzem, który daje spaczony obraz księży katolickich – a tym samym Kościoła, jego wspólnoty?
W „Bożym Ciele” księża są ludźmi, z którymi możemy sympatyzować – bo ten film ukazuje właśnie ich „ludzką” twarz. Pozwala też zrozumieć różne ludzkie zachowania; nie pogardza ludźmi, nie czyni ich gorszymi… Dzięki temu nie dzieli, a jednoczy. Porusza też w nas struny, które jednak rzadko są poruszane we współczesnym kinie, książkach, mediach. Robi to w bardzo ciekawy sposób, wydobywając z ludzi to, co w nich najlepsze – co w nich siedzi, mimo że często oni sami o tym nie wiedzą. Innymi słowy: wyzwala dobro, a nie zło; rodzi nadzieję, a nie rozpacz.
Uświadamia nam też, że natura ludzka jest plastyczna. To, jak człowiek reaguje zależy od tego, jak do niego przemawiasz – czy to jest szczere, czy chcesz go poniżyć czy oszukać, wziąć podstępem, stereotypować?
Istnieje droga, którą można do drugiego człowieka dotrzeć – i moim zdaniem Ty swoim filmem taką drogę pokazałeś.

– Dziękuję. Właśnie o to mi chodziło.

– Wybierając się dzisiaj na projekcję „Bożego Ciała”, wspomniałem jednej z moich znajomych – rasowej kinomance, popularyzatorce kina i recenzentce – Renacie Borowiak, o możliwości spotkania się z Tobą. I jeśli by do tego doszło, to jakie pytanie zadałaby ona, gdyby była na moim miejscu (nota bene, bardzo Twój film rekomendowała).
Czy mogę przeczytać jej pytania?

– Jasne!

– „Tam podobno sporo improwizacji było na planie. (Doceniamy, bo językowo film przekonuje autentyzmem). Czy już w scenariuszu język był tak dopasowany do postaci? Na ile był to wkład aktorów”?

– Ciekawe pytanie. Są sceny, szczególnie dotyczące młodych, które były bardzo wyimprowizowane, ale potem, ze względu na trudność dialogu, na jego informacyjność – bo musi być on precyzyjny – brane to było jakby w karby. Np. scena na barce. Ona jest bardzo trudna, bo ma ze sześć czy siedem punktów zwrotnych. I żeby przejść przez każdy taki punkt, to musieliśmy wszyscy ustalić bardzo konkretną sekwencję zdań. Tak więc, to były dialogi, które najpierw były wyimprowizowane na próbie, ale później jeszcze raz przeze mnie rozpisane, zblokowane, podzielone na części – poddane pewnej przeróbce. Była to więc taka improwizacja pod kontrolą – improwizacja, która została zaklęta w scenariuszu. A myśmy ją później tylko zrekonstruowali.
Na samych zdjęciach już się starałem, żeby improwizować znacznie mniej. Ale zdarzały się takie momenty „olśnień”, że tak się wyrażę (nawiasem mówiąc uwielbiam je). Np. w scenie, kiedy Ola Konieczna (Lidia) znajduje w sypialni pijanego proboszcza. Przed jej nagraniem szepnąłem jej do ucha, żeby – bez względu na to, o co ją Bartek (grający głównego bohatera, Bartosz Bielenia – przyp. S.B) zapyta, ma zaprzeczać i mówić, że to jest niemożliwe. Więc kiedy on się pyta: „Co, ksiądz lubi sobie popić?”, to ona odpowiada: „Nie, on nie pije”. Tym stwierdzeniem Bartka zaskoczyła, więc wyraz zaskoczenia na jego twarzy jest prawdziwy.
Ale też ostatnia kwestia, czyli słowa „Szczęść Boże”, które ona mówi do opuszczającego kościół Bartka, jest improwizacją. Tego nie było w scenariuszu.

– A to są słowa w pewnym sensie kluczowe.

– Tak, ona poczuła, żeby to powiedzieć. Z oka spływa jej łza, a ona mówi: „Szczęść Boże”. To jest takie doznanie, które może cię trafić, i nie wymyśliłbyś tego.

– Może i z czegoś takiego bierze się magia tego filmu?

– Bartek, kiedy odprawia mszę, też często mówi od siebie.
Ale są też sceny, które były bardzo precyzyjnie określone.
Uwielbiam improwizację, ale bardzo nie lubię nieprzygotowania. Trzeba znać scenariusz i czuć postać, którą się gra. Tak więc, te rzeczy muszą się spotkać. W moim filmie zagrali aktorzy, którzy są znakomici i świetnie to rozumieją.

– Może jeszcze jedno pytanie Renaty: „Czy ostre, bezkompromisowe obrazy kleru (kościoła) w filmach, które ostatnio gościły na ekranach, w jakiś sposób wpływały na intencje reżyserską? W sensie: ‘Boże Ciało’ powstawało równolegle, więc zamysł mógł być niezależny. Ale jakaś modulacja była możliwa. Komasa powstrzymał się przed krytyką instytucji, a nawet księży. Obaj (występujący w filmie) są ok. Czy nie kusiło go, by podkręcić kontrast między księżmi a Danielem? Bo ja myślę, że decyzja reżysera była w punkt.”

– Pierwsza wersja scenariusza z 2016 roku w ogóle nie zakładała żadnej krytyki Kościoła – ani instytucji, ani księży. To powstawało zupełnie niezależnie wobec tego trendu, do którego odnosi się pytanie. Bardzo dużo mieliśmy o tym rozmów – żeby na to bardzo uważać. Bo nudne są i mają bardzo krótkie nogi filmy, które tylko krytykują. Gdyż, umówmy się, instytucje są, potem ich nie ma… a ja chciałem zrobić film, który byłby uniwersalny. I żeby był tak samo ważny za 10 czy 20 lat. Bardzo się starałem, żeby nie wejść w taki publicystyczny ton, który rzeczywiście się teraz się przybiera. Na szczęście „Boże Ciało” nigdy pod tym względem nie miało być gazetą. Mówię „na szczęście”, bo to jest zbyt łatwe, żeby stanąć po jakiejś stronie sporu, przy takiej polaryzacji, jaka jest dzisiaj. Najtrudniej jest utrzymać się na tej cieniutkiej linii pomiędzy.

– Miejmy nadzieję, że nam to się uda.

– Chodzi o to, żeby utrzymać się na tej cienkiej linii… ale nie być neutralnym!

– Bo neutralność zwykle oznacza obojętność, prawda?

– Dokładnie.

– Myślę, że tą olśniewającą konkluzją możemy zakończyć naszą rozmowę, za którą bardzo Ci dziękuję.

*  *  *

Jan Komasa: „Stąpamy po cienkiej linii, ale nie możemy być neutralni” (Podczas spotkania z reżyserem po projekcji jego filmu na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Fot. Anna Błaszczyna)

.

„KLER” – DIAGNOZA, OSKARŻENIE CZY PASZKWIL?

.

FILM SMARZOWSKIEGO TO OBRAZ, KTÓREGO RANGA ARTYSTYCZNA

NIE KORESPONDUJE Z JEGO SPOŁECZNYM ZNACZENIEM

.

Parodia Ostatniej Wieczerzy, czyli kler jako banda hipokrytów – seksualnych dewiantów, obżartuchów i pijaków.

.

Na temat „Kleru” napisano już tak wiele, że nie zamierzam powielać tutaj najbardziej oczywistych argumentów „za” i „przeciw”, jakie najczęściej przewijały się w relacjach widzów po obejrzeniu filmu, który okazał się jednym z największych sukcesów frekwencyjnych „wszechczasów” w polskich kinach.

Muszę przyznać, że po obejrzeniu filmu Smarzowskiego w kinie Pickwick przeczytałem sporo recenzji tego filmu, ale niestety według mnie ani jedna nie zdołała kompleksowo i dogłębnie przeanalizować „Kleru”, oddając mu sprawiedliwość jako niewątpliwemu fenomenowi kina polskiego kina ostatnich lat, który ponadto stał się testem na polską publiczność. Najczęściej były to: albo peany na cześć odwagi twórców filmu tudzież zachwyt nad obrazem, który wreszcie bez ogródek i owijania w bawełnę ukazuje patologię i zło zżerające od środka Kościół Katolicki w Polsce; albo głosy oburzonych kolejnym atakiem wrażych lewicowo-liberalnych sił oraz zapiekłych antyklerykałów na tenże święty i zasłużony dla naszej Ojczyzny Kościół.
Nie będę mówił, że mój odbiór plasuje się gdzieś pośrodku tej wrzawy i że zachowuję wobec filmu Smarzowskiego bezpieczny i „besserwisserski” dystans – bo to nieprawda. Lecz napiszę po prostu – bez silenia się na kinofilski czy też krytyczno-filmowy żargon – jak sam odebrałem „Kler” i co sądzę nie tyle o społeczno-politycznym rezonansie i znaczeniu tego filmu, co o jego randze (excuse my bon mot) artystycznej, którą najczęściej określano jako wysoką.
Od dawna mam taką swoją teorię, jeśli chodzi o to jak odbieramy kino. Otóż wydaje mi się, że jakikolwiek film odbieramy przede wszystkim naszymi „trzewiami” (chodzi mi o to, co Amerykanie nazywają „guts”), wrażliwością i sercem, a dopiero później objaśniamy go (sobie i innym) racjonalnie, dorabiając do tego naszą argumentację. Tak więc mnie film Smarzowskiego „wnętrzościowo” i serdecznie nie porwał i teraz się zastanawiam, dlaczego tak się stało.
A stało się tak na przekór temu, że film posiada elementy świetne – nie chcę powtarzać tych wszystkich superlatyw o znakomitej grze wybitnych aktorów (doskonały, doceniony wreszcie Jakubik, świetny jak zwykle Więckiewicz, czy brylujący aktorsko Gajos… by wymienić tylko tę główną trójcę); dalej: mocne sceny godne Viscontiego czy „Księdza” Bird; bardzo dobre zdjęcia (co jest już wśród polskich operatorów normą), sugestywna, minimalistyczna muzyka… etc. Musiało więc zawieść „lepiszcze” (to, co powoduje, że film przemawia jako całość i stanowi spójną, koherentną formę) ale również samo przesłanie filmu, czyli jego wymowa i treść.

stylistyczne dysonanse

Wpierw zajmijmy się formą.
Otóż film jest niespójny stylistycznie – obok silenia się na reportażową wręcz rzetelność (wypowiedzi ofiar molestowania seksualnego przez księży) Smarzowski robi też sobie bardzo często „jaja”, głównie w scenach z udziałem karykaturalnego wręcz Gajosa, który gra tak, jakby brał udział w kabarecie i pastiszu jednocześnie. Paradoksalnie więc, genialna gra Gajosa działa na niekorzyść filmu, w którym najważniejszą bazą emocjonalną dla reżysera jest przecież dramat – a tu co jakiś czas mamy „podśmiechujki” rodem ze zjadliwej satyry Urbanowego „Nie”, w sumie prymitywne i prostackie (warto w tym miejscu zauważyć, że prostactwo dowcipasów przekłada się w kinie na prostacką reakcję widowni, która rechocze po każdym „ch…ju karmazynowym” w ustach granego przez Gajosa arcybiskupa nomen omen Mordowicza). W sumie, Smarzowski zbyt często stosuje chwyty „pod publiczkę”, wbrew temu co sam mówi o swoim ”niepodlizywaniu” się widzowi.
Poza tym w filmie tym znalazło się jednak za dużo klisz (m.in. siostra-sadystka jako kapo dla swoich podopiecznych w ochronce przypominającej kacet), a nagromadzenie anty-klerykalnych stereotypów w „Klerze” jest tak wielkie, że głowa boli. W pewnych momentach scenariusz stawał się przez to dla mnie tak przejrzysty, że po prostu antycypowałem kolejne sekwencje scen – wraz z kwestiami wypowiadanymi przez aktorów – tak stało się to schematyczne i przewidywalne.
W sumie komedia jak najbardziej może sąsiadować w jednym i tym samym utworze z dramatem, a realizm z groteską, ale moim zdaniem ta fuzja Smarzowskiemu się nie udała, głównie dzięki grzechom przerysowania, wątkowego chaosu i emocjonalnej nieciągłości.

Janusz Gajos jako arcybiskup Mordowicz – tuszuje pedofilię, klnie jak szewc i korumpuje władze

.

przeładowania i rozjazdy

A teraz treść.
Muszę tu podkreślić, że największą moim zdaniem wadą filmu jest jego przeładowanie – tak, jakby chciano w nim upchnąć wszystko, co tylko możliwe, by księżom i Kościołowi „dokopać”. Mamy więc pedofilię, chciwość, obżarstwo, pychę, degrengoladę, pijaństwo, antysemityzm, seks w celibacie, a nawet czający się w kruchcie faszyzm. (Ciekawe, że Smarzowski w tym swoim szambie niemal zupełnie pomija obecny przecież w Kościele – i niebagatelny wobec wymogów etycznych tej instytucji – problem homoseksualizmu. I, jak się domyślamy, robi to dlatego, aby nie stwarzać dysonansu wobec otwartości seksualnej, jaką deklarują środowiska liberalne, z którymi reżyser zapewne się identyfikuje, przynajmniej jeśli chodzi o wrogość do polskiego Kościoła). Niemal całe bractwo „duchownych” w „Klerze” to typy zdegenerowane, cyniczne i dwulicowe – hipokryzja wylewa się z nich niemal w każdej scenie, w przeciwieństwie do wódy, którą wlewają sobie litrami w przepastne gardło.
Ponadto, film się zbyt często rozjeżdża nie tylko tematycznie, ale i wątkowo. Zapewne więc zyskałby na tym, gdyby Smarzowski skupił się bardziej na jednej sprawie, a zamiast trzech wymykających się mu wątków, poprowadził choćby tylko jeden, ale za to dobrze.
W związku z tą formalno-merytoryczną skazitelnością, zgadzam się ze znanym polskim krytykiem filmowym Michałem Oleszczykiem, który stwierdził, że „Kler” to „film, którego ranga artystyczna nie koresponduje z jego znaczeniem społecznym”, bo rzeczywiście obraz Smarzowskiego nie ma artystycznej klasy choćby takiego „Człowieka z marmuru”, ale rezonuje w społeczeństwie polskim nie mniej niż pamiętny dyptyk Wajdy (jaki ten ostatni film tworzy z „Człowiekiem z żelaza”). Również Oleszczyk zauważył, że „Kler” byłby lepszy, gdyby nie jego przeładowanie, które jest zdecydowanie wadą, natomiast „selekcja i skupienie dawałyby efekt o wiele mocniejszy i sfokusowany”.
Nie zgadzam się jednak z tym krytykiem, kiedy twierdzi, że „atmosfera terapeutycznego oczyszczenia po seansie jest wyczuwalna”. Ja tej atmosfery nie wyczułem, żadnego oczyszczenia nie widziałem – bo to tak, jakby oczekiwać, że oczyści się szambo, wrzucając do niego granat.
Nie wierzę, że dzięki temu filmowi, który jednak nie niesie ze sobą żadnego katharsis, uzdrowi się polski Kościół. Sądzę natomiast, że jest on dla społeczeństwa polskiego szkodliwy, bo zwiększy jeszcze wzajemną niechęć (a może i wrogość) jaką czują do siebie poszczególne jego frakcje, które jeszcze bardziej okopią się na swoich pozycjach. A mówimy o społeczeństwie, gdzie linia podziału między konserwatyzmem a liberalizmem coraz skuteczniej separuje i antagonizuje Polaków, co jest chyba największym problemem naszego kraju w ostatnich latach. I niestety odnoszę wrażenie, że ten konflikt coraz bardziej się zaognia.

a Smarzowski dolewa oliwy do ognia

Być może kieruje się on dobrą wolą (bo któż o zdrowych zmysłach i zwykłej ludzkiej etycznej wrażliwości nie potępia istniejącej w Kościele pedofilii?), ale kiedy – ukazując zdegenerowaną, cyniczną i zdemoralizowana grupkę pijaków – sugeruje, że tacy są wszyscy księża i tak wygląda cały Kościół, to postępuje po prostu nieuczciwie, o intelektualnej rzetelności nie wspominając.
Smarzowski jest ateistą i ma to oczywiście wpływ na to, jak widzi on Kościół katolicki, który najchętniej wysłałby na Księżyc. Tyle że wraz z tym Kościołem, musiałby wysłać tam sporą (jeśli nie większą) część polskiego społeczeństwa. To jedna sprawa. Druga zaś jest taka, że Smarzowski poprzez swój ateizm musi być metafizycznym analfabetą, a takiemu człowiekowi trudno pojąć (a zwłaszcza zaakceptować) to, że w Kościele mimo wszystko istnieje sfera sakralna, że ludzkiej religijności nie można utożsamiać (jak robili to np. komuniści) z przesądem czy jakimś mentalnym prostactwem. Reżyser mówił (moim zdaniem dość obłudnie), że nie odnosi się do wiary, a przecież w swoim filmie na każdym kroku profanuje religijne symbole, jak np. w bluźnierczej scenie parodiującej Ostatnią Wieczerzę, która staje się zwykłą libacją hipokrytów poprzebieranych w księże sutanny. Zresztą, o stosunku Smarzowskiego do Kościoła i liturgicznego sacrum, świadczy choćby to, że swego czasu ubierał się on w ornat, zrównując się tym samym z cynikiem i nieprzejednanym wrogiem polskiego Kościoła Jerzym Urbanem, który, jak dobrze pamiętamy, też przebierał się za biskupa i rzucając na podłogę hostię wołał: „Duda, aport”.
Łukasz Adamski, który nota bene na ostatnim Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni otrzymał nagrodę krytyka roku, pisał: „’Kler’ to film wściekle antyklerykalny. (…) To film nieprzyjaciela Kościoła. To film osoby widzącej jedną stronę tegoż Kościoła. Chcącej mu przyłożyć jak najmocniej. Czy Smarzowski nie widzi tej drugiej twarzy? Twarzy zakonnic i zakonników pomagających trędowatym w Afryce? Twarzy męczenników za wiarę w Chinach i w krajach agresywnego dżihadu? A może nie potrafi jej dostrzec. Nie chce?” i konkluduje: [Zamiast większej subtelności] jest „walenie bejsbolem między oczy. Kościół jest zły. Na każdej płaszczyźnie. W każdym wymiarze. W ujęciu Smarzowskiego nie jest to święty Kościół, w którym są grzeszni ludzie, to nieświęty Kościół, w którym marginalnie występują sprawiedliwi. Cóż, ja znam zupełnie inny Kościół.”
Niestety, jak by na to nie patrzeć „Kler” wpisuje się w nieustającą falę ataków na polski Kościół i dołącza do chóru jego wrogów, którzy nie tyle brzydzą się jego brudem za uszami, są przeciwni sojuszowi tronu i ołtarza, piętnują przestępstwa, pedofilię, hipokryzję i zdemoralizowanie niektórych księży i hierarchów (bo to jest zrozumiałe), co atakują go en bloc, jako instytucję, którą należy zlikwidować, zapominając przy tym o ważnej roli jaką miał Kościół w polskiej historii, chroniąc polską tożsamość, a tym samym umożliwiając powstanie – i zachowanie – Polski niepodległej. Dlatego z politowaniem można traktować niektóre zachowania polskiej „elity” kulturalnej, jak np. oświadczenie Krystyny Jandy, która wjeżdżając do Polski (nota bene z Włoch, gdzie kościołów i sztuki sakralnej jest w bród) cierpiała na widok wież kościelnych, będących częścią krajobrazu każdego polskiego miasta i wsi; albo stwierdzenie Adama Szostkiewicza z „Polityki” (żeby było śmieszniej – uważającego się za katolika), że dźwięk kościelnych dzwonów to jest „zawłaszczanie przestrzeni publicznej”.

A na plebani dzika biba z udziałem księży

.

z siekierą na świat

Wróćmy jeszcze na koniec do samego filmu – do stylistyki i formy, jaką Smarzowski stosuje. Otóż przywołuje się – jako próbę pewnego usprawiedliwienia przerysowania i groteski, jakimi przesycił reżyser swój „Kler” – słynną „Monachomachię”, ważny w historii literatury polskiej poemat heroikomiczny Ignacego Krasickiego (bądź co bądź biskupa), w którym zakonników przedstawia on jako zacofaną czeredę obżartuchów, opilców i prostaków. Moim zdaniem takie zestawienie jest pewnym nieporozumieniem, a może nawet nadużyciem, bo „Monachomachia” jest satyrą, gdzie dochodzi do celowej i oczywistej karykaturyzacji rzeczywistości, która jest jednak inna; natomiast w „Klerze” insynuuje się, że obecna tam groteska przedstawia stan rzeczywisty (Kościoła). To jest ta różnica, wcale nie subtelna. Bo jednak uwzględnienie zastosowanej w filmie konwencji przy ocenianiu tego, jak ten film przystaje do rzeczywistości – i jak ją opisuje – jest ważne, może nawet kluczowe. (Tak jak to było np. w obrazoburczym i skandalizującym kinie Buñuela, gdzie anty-kościelna satyra przybrała formę surrealistyczną; czy Felliniego, gdzie mieliśmy cyrk i barok w jednym)
Niestety, film Smarzowskiego nie wypada według mnie korzystnie, jeśli zestawimy go z innymi filmami podejmującymi podobny temat, krytycznie odnoszącymi się do Kościoła, czy też do pewnych zjawisk związanych z istniejącym niewątpliwie w tej instytucji złem. „Kler” moim zdaniem jest pozbawiony głębi choćby słynnej „Wątpliwości” Shanley’a, kompleksowości „Spotlight” McCarthy’ego, czy też egzystencjalnego ciężaru „Zabić księdza” Holland.
I jeszcze jedna sprawa. Wojciech Smarzowski w jednym z wywiadów wyznał: „Stachura napisał: ‘Świata nie zmienię, ale trąbić mogę.’ No to ja trąbię siekierą” (nawiązując do obecnego niemal w każdym jego filmie motywu siekiery).
Nie jestem pewien czy tego typu „siekierzasta” poetyka reżysera, który jest skądinąd – jak sam to określił – opętany obecną w świecie przemocą (co oczywiście odzwierciedla się na ekranie w jego filmach), jest dobra do opisywania wszystkich aspektów naszego świata i rzeczywistości. Ta stylistyka „siekiery” sprawdzała się doskonale w zajmującej się post-wojennym gwałtem wybitnej „Róży” czy w ukazującym ludobójstwo „Wołyniu” ale niekoniecznie w pretendującym do opisania tak złożonej instytucji, jaką jest Kościół, „Klerze”.

.

.

Skrócona wersja powyższej recenzji ukazała się w polonijnym „Dzienniku Związkowym” (19 – 21 października, 2018), natomiast pełny tekst opublikował chicagowski „Kurier” (Nr 45, 2 – 4 listopada, 2018)

.

SEKS, RELIGIA I POLITYKA, albo O ŚWIETLISTOŚCI RZECZY NIEMATERIALNYCH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXI)

.

zapiski notatki kajet notes

.

.

Zwykle etykietki są rozdawane (lub przyjmowane) po to, by zamącić ludziom w głowach i ukryć prawdziwą istotę rzeczy.
Np. „wolny rynek” – w obecnym wydaniu – w rzeczywistości jest umacnianiem hegemonii najsilniejszych graczy ekonomicznych. A hegemonia przestaje mieć cokolwiek wspólnego z wolnością.

Podobnie: to właśnie neoliberalizm umożliwił stopniowy, pełzający zanik demokracji, który właśnie ma miejsce.
Umożliwił w dwojaki sposób:
– będąc przykrywką dla zupełnie nieliberalnych sił związanych z układami polityczno-ekonomiczo-finansowymi
– powodując kontrreakcję sił, które spychają społeczeństwa w kierunku autorytaryzm

W imię pokoju rozpętywano najbardziej zabójcze wojny.
etc…

Człowiek jest mistrzem kamuflażu i przewrotności oraz istotą, która nie może żyć bez iluzji – bez okłamywania siebie i innych.

*  *  *

Polska „transformacja” polegała na „podłączeniu” się (głównie w ramach tzw. „konsensusu waszyngtońskiego”) do zachodniego żywiołu neoliberalnego (i to zarówno w sensie usiłowania kopiowania jego wzorów, jak i poddaniu się jego sile ingerencji w naszą politykę, gospodarkę i ekonomię).
Bardziej więc była to „systemowa” aneksja, niż autonomiczna transformacja (nasza – mam tu na myśli ponad 90 % społeczeństwa – kontrola nad ową „transformacją” była przecież mocno ograniczona, jeśli nie żadna).

Jeśli nawet coś powoduje polepszenie się sytuacji materialnej pewnej grupy społecznej (lub całego państwa), to nie ma gwarancji tego, że ten proces będzie kontynuowany.
Kapitalizm pomagał wydźwignięciu się całych rzesz ludzi z biedy, ale jednocześnie zaczął uzależniać tych samych ludzi od swoich struktur.
A cienka i nieuchwytna jest granica między współpracą (zapewniającą obopólną korzyść) a wykorzystywaniem i eksploatacją innych – słabszych i podległych ekonomicznie, nieuprzywilejowanych społecznie i politycznie.

*  *  *

Satysfakcja z własnej sytuacji materialnej (a więc i życiowej) jest odwrotnie proporcjonalna do materialnych aspiracji (przykładem są polskie „marzenia” o „duńskich urlopach macierzyńskich, brytyjskich zasiłkach, niemieckich płacach, szwedzkim standardzie życia”… etc.)
Czyli: im większe aspiracje (zwłaszcza trudne do zrealizowania, czy wręcz nierealne), tym większe poczucie dys-satysfakcji, niezadowolenia.
A przecież wiemy to od filozofów: każde samo-ograniczenie zwiększa nasze szanse na bycie szczęśliwym.

Wbrew pozorom, poczucie szczęścia wśród ludzi niekoniecznie musi mieć wiele wspólnego z ekonomią. Hasłem „gospodarka, głupcze!” mogą się więc podniecać tylko technokraci – nasze życie jest sprawą zbyt poważną, by powierzać jej ekonomom (a tym bardziej korporacjom i bankierom).

W społeczeństwie i państwie otwartym gospodarka powinna służyć nam, a nie my gospodarce (podobnie jest z państwem, czy jakąkolwiek ludzką instytucją).
Człowiek jest podmiotem, a nie przedmiotem – a za takiego skłonni są zwykle uważać go ci, którzy mają władzę i pieniądze zarobione na jego eksploatacji.

*  *  *

Krytyk literacki Jerzy Jarzębski stwierdza, że „we współczesnej literaturze widoczna jest potrzeba wiecznego zaczynania od dzieciństwa, od pierwotnego doświadczenia świata. W rozmaitych wersjach powraca np. powieść edukacyjna. Mało jest książek, które nazwałbym ‚książkami dla dorosłych’. Książek, w których pewne kwestie stawiane są bardzo poważnie, gdzie widać bagaż doświadczeń piszącego, gdzie sięga się po problemy najwyższej wagi. Od pewnego czasu obserwuję za to powszechny ‚gust do fantastyki’, tendencję do uciekania od rzeczywistości, która jest zbyt skomplikowana, by rozwiązywać w niej nasze problemy”.

Myślę, że w tym cytacie można z powodzeniem „literaturę” zastąpić „kinem” (lub dodać do tego „kino”) i diagnoza zdziecinnienia kina gotowa.
Właściwie to kino od samego swego początku (zwłaszcza na początku) było „zdziecinniałe” (bo każda jarmarczność jest taka), choćby z tego powodu, że stosowało iluzję – uciekając najczęściej w sentymentalizm, następnie w heroizm, awanturyzm, komizm… etc. (Nic więc dziwnego, że kino to chyba jedna z najbardziej eskapistycznych sztuk.)
Jednak w pewnym momencie „nabrało” ono innych ambicji. Zaczęto bowiem traktować film jako sztukę, która może być wyrazem czegoś głębszego uczuciowo, bardziej złożonego intelektualnie – przed kinem otworzyło to całe spectrum ekspresji.

*  *  *

Współczesne kino amerykańskie zostało przytłoczone przez swoją kolosalną machinę produkcyjną. I to jest w pewnym sensie ślepy zaułek, bo od tej machiny trudno się uwolnić. Jest oczywiście szansa, że przy możliwościach (technicznych i finansowych) wielkich wytwórni filmowych, zacznie się robić dobre i ciekawe filmy, ale jest to trudne, bo nad wszystkim wiszą schematy, do których przyzwyczajono „masowego” widza, i którym ulegają twórcy scenariuszy.

A tak na marginesie: być może, paradoksalnie, największą szkodę amerykańskiej sztuce filmowej przyniosły (tak celebrowane teraz) „Gwiezdne wojny” – od których to właściwie zaczął się przerost (widowiskowej) formy nad (psychologiczno-intelektualną) treścią – bo wszyscy z filmowego mainstreamu, a najbardziej George Lucas, zaczęli się prześcigać w wymyślaniu coraz to bardziej wystrzałowych eFeX-ów.

Dzisiaj przy pisaniu scenariuszy filmowych bierze udział kilku autorów. Może właśnie dlatego sprawiają one wrażenie, jakby były pisane przez automat, a nie przez myślącego (i czującego) człowieka.
Wszystko wskazuje na to, że właśnie to można winić za bezmyślną (i bezduszną) sztampowość współczesnych mega-produkcji. Nawet reżyserzy takiego formatu, jak Scorsese czy Spielberg temu ulegają: istnieje zbyt wiele różnych elementów (nierzadko zresztą perfekcyjnych) aby je można poskładać w coś koherentnego, mającego większy sens. Dlatego naciąga się logikę, wali widza po oczach efektami specjalnymi, a aktorzy, po prostu, w tym wszystkim się gubią – razem z widzem.

Tzw. widz „masowy” (nie lubię tego określenia, ale jakie jest lepsze – przeciętny? czyli ten najczęściej, czy też raczej „najliczniej” chodzący do kina?) musi być przyzwyczajony (oswojony) z pewnym rodzajem filmowego języka. W czasach tzw. „klasyki” filmowej (a więc lata 30 – 50/60) był to tzw. język kina „stylu zerowego”, w którym najważniejsze było przedstawienie widzowi historii (plot) przy zachowaniu jak największej dyskrecji, jeśli chodzi o formę (chodziło m.in. o ukrycie całej technicznej strony związanej z kręceniem filmu). Lata 60-te przyniosły zmianę (nie bez znaczenia była tzw. francuska Nowa Fala, ale też i filmy reżyserów włoskich) – forma uzyskała wtedy pełnoprawne znaczenie (zarówno jeśli chodzi o konstruowanie, jak i percepcję filmu).
Z czasem jednak nastąpił regres – ale nie tyle do czystej formuły kina „stylu zerowego”, co do innego jej wyrazu: forma zaczęła odgrywać dominującą rolę (stało się tak wskutek wspomnianej już, niesłychanej rozbudowy efektów specjalnych i szalonego postępu technik komputerowych), ale też na swój sposób została „ukryta” a raczej „zaabsorbowana” przez akcję (stając się niejako integralną częścią tej akcji). Jednak ceną jaką trzeba było tu zapłacić (by dodatkowo jednak nie obciążać świadomości widza), był schematyzm. Dlatego teraz wszystkie widowiskowe filmy „akcji” wydają się być do siebie podobne jak dwie krople wody – mimo (pozornej) różnicy w aparycji. To jest ta sprzeczność, w której wiją się producenci dzisiejszego kina popularnego, „hitowego”: zrobić taki film, w którym wszystko wydawałoby się inne, ale jednak – pozostało takie samo. Samo słowo „akcja” to też jest zresztą świetny (acz nieświadomy) wykładnik tego rodzaju filmów, które z czasem zaczęły mieć coraz mizerniejszą „fabułę”, a coraz większą „akcję” (innymi słowy: „akcja” zaczęła zastępować „fabułę”).
I właśnie tę „akcję” „wstrzykuje się” do mózgu widza (a „strzykawką” jest tu forma, czy też raczej schematyczna formuła spektaklu).
W tym sensie forma stała się w kinie treścią.

*  *  *

Jest oczywiste, że film przestawiający gwałt, agresję i przemoc może stanowić – i być zakwalifikowany – jako rozrywkowy (i bynajmniej nie mam tu jedynie na myśli filmów wojennych, ukazujących mnóstwo wybuchów).
Czyż właśnie gwałt, agresja i przemoc nie są głównymi elementami gier komputerowych – jednej z ważniejszych gałęzi przemysłu rozrywkowego? Właściwie wszystkie filmy hollywoodzkie uznać można za rozrywkę.
Myślę, że kluczem do rozwiązania tej (pozornej jednak) sprzeczności między agresywną treścią a rozrywkowym efektem jest umowność tej pierwszej.

*  *  *

„Artysta” Michela Hazanaviciusa. Film doprawdy niezwykły. I to bynajmniej nie dlatego, że jest to obraz czarno-biały, a na dodatek… niemy. Bowiem to, co wydawać by się mogło czysto technicznym chwytem, nowalijką (???), udziwnieniem, chęcią wyróżnienia się z tłumu, tak naprawdę jest – jeśli nie genialnie, to w każdym razie mistrzowsko wyegzekwowanym – pomysłem, który z wielką siłą, acz wcale nie nachalnie ewokuje czar dawno minionej epoki, łącząc to z miłością do samego kina, zwłaszcza kina „starego”. (Tutaj przypomina się wspaniały cykl Stanisława Janickiego zatytułowany właśnie „W starym kinie”.)

Stefan Chwin napisał niedawno: „Kino jest bliżej Nieba. To rodzaj Pól Elizejskich, które możemy zwiedzać za życia. Kino nadaje człowiekowi świetlistość rzeczy niematerialnej. (…) W kinie twarze wielkich gwiazd filmowych, inaczej niż twarze teatralnych aktorek, płoną miękkim sfumatto, jakby ich ciała, wyzwolone z ciężaru materii, wypełniła fosforyczna substancja, z której przed wiekami zostały zrobione ludzkie dusze.”

Słowa Chwina doskonale odnoszą się zwłaszcza do „starego” kina, które do dzisiaj właśnie „płonie miękkim sfumatto” – a tym samym świetnie określają czar „Artysty”.

*  *  *

Czuję rezerwę do określenia „masowy”, gdyż jest w tym jakaś… dehumanizacja człowieka. I już od dawna przyczepiło się do tego słowa coś pejoratywnego. Być może dlatego, iż często kryje się za nim ledwo maskowana pogarda?
Poza tym, zawsze wszelkiej maści dyktatorzy czy spece – manipulatorzy od „inżynierii” społecznej, traktowali ludzi instrumentalnie, czego przejawem było m.in. i to, że nazywali ich „masą”.
A przecież wszyscy podpadamy pod „masę”: choćby wtedy, gdy idziemy ulicą, tkwimy w korku, jesteśmy na koncercie, czy zwiedzamy Luwr…
Może więc byłoby lepiej gdybyśmy zrezygnowali z „masy” i zaczęli pisać „ludzie”?

To jest jednak pewna trudność, bo przecież używając określenia „człowiek masowy” nie musimy mieć na myśli nic złego, tylko po prostu człowieka „średniego” (Jedermana, Everymana). Lecz kim jest człowiek „średni”? Również pewną abstrakcją.

*  *  *

POCZĄTEK
Wszystkie początki były już na początku wszystkiego.

SPÓJNIK
Wszystko „i” nic. (Czy rezygnacja z „albo” rzeczywiście uwalnia od radykalizmu?)

BÓL
„Nic” nie może nas boleć

NIE(ISTNIENIE)
„Nic” nie istnieje
Wszystko istnieje, ale też nie wszystko istnieje (czyli: nie istnieje wszystko, tylko istnieje to wszystko, co istnieje)

CZAS
Wszystko już było i wszystko będzie.
„Nic” nie ma czasu – czyli „nic” nie ma przeszłości ani przyszłości (a tym bardziej teraźniejszości).

POMIĘDZY
Wszystko mieści się pomiędzy tak i nie.
Nic (nie) mieści się nigdzie.

NIHILISTA
Nihilista – czyli człowiek niekulturalny (źle wychowany, metafizyczny nic-poń?)

BÓG
Nic nas nie może zbliżyć do Boga, ani od Boga oddalić.
Podobnie jak wszystko…

PS. Z tego co widzę, Nic jest zaskakująco (zatrważająco?) blisko Wszystkiego (a tym samym: Wszystko jest blisko Niczego).

*  *  *

Cioran kiedyś napisał: „Nie można nic powiedzieć o niczym. Dlatego można pisać książki o wszystkim.”
Napisał też coś takiego: „Wszystko jest pozorem – ale czego? Niczego.”

*  *  *

Dlaczego czas ucieka, skoro nic go nie goni?
W każdym razie (w żadnym wypadku) nie można uciec przed czasem.

*  *  *

Słynne pytanie Leibniza: „Dlaczego istnieje coś, zamiast by raczej nic nie istniało, zaważywszy, że nic jest łatwiejsze niż coś?”, na które on sam dał odpowiedź, nawiązując do Pierwszej Przyczyny, czyli Boga.

Ja jednakże nie jestem przekonany co do tego, że jakikolwiek byt musi się domagać racji swojego istnienia. Być może celem (sensem) istnienia czegokolwiek jest samo istnienie?
Przy czym: to, że nie potrafimy przeniknąć (poznać, zrozumieć) sensu naszego istnienia (czy też istnienia jakiegokolwiek bytu), nie oznacza, że tego sensu nie ma.

A co do istnienia – czy też raczej nie istnienia – niebytu?
Ktoś kiedyś napisał (chyba jednak zabawnie): „Niebyt to właśnie taki Święty Mikołaj ontologii. Wiele się o nim rozprawia, wiele mu się przypisuje. A on? A on nie istnieje!”

*  *  *

Bawiąc się (ze) słowem można trafić w sedno, albo dotknąć jakiejś (nieoczekiwanej) prawdy.
A może tylko przeczucia?

Jednakże można też chybić (i czyż – ze względu na naszą wrodzoną/przyrodzoną ignorancję – nie dzieje się tak najczęściej?)

*  *  *

Tzw. ustalone poglądy nie muszą być czymś złym – nie muszą być ciasnymi poglądami i oczywiście nie muszą też mieć wiele wspólnego z fanatyzmem.
Lecz niestety: najczęściej są pochodną niechęci do samodzielnego myślenia, (czyli wynikają z umysłowego lenistwa lub bojaźliwości); często wynikają też z biernego przyjmowania poglądów obiegowych, narzuconych (w taki czy inny sposób – także za pomocą „edukacji”, o tresurze ideologicznej nie wspominając) z zewnątrz; są wyrazem hołubienia stereotypów i przejawem myślenia schematycznego; chodzą również na pasku jakiejś ideologii, wliczając w to religię…

*  *  *

Z pewnym zdumieniem przeczytałem w polskim „Newsweeku” artykuł Piotra Bratkowskiego i Roberta Ziębińskiego pt. „Życie to pułapka”. Moją uwagę zwróciła opublikowana na dwóch pełnych stronach fotografia – kadr z filmu Eastwooda, z takim oto podpisem: „J. EDGAR’. Leonardo DiCaprio jako J. Edgar Hoover świetny, ale prawda o legendarnym twórcy FBI – ocenzurowana”.
Ki licho – pomyślałem, nad artykułem się pochyliłem i taki oto kwiatek w w nim znalazłem:
(z rozdziału zatytułowanego „Lesbijka i republikanin kręcą film”, str. 85):

„Eastwood też niekoniecznie chciał stworzyć wierny portret Hoovera. Jako zdeklarowany konserwatysta (…) usunął ze swojego filmu elementy, które dla republikańskich wielbicieli Hoovera wciąż pozostają niewygodne. Hoover Eastwooda nigdy nie był homoseksualistą, nigdy nie przebierał się w damskie ciuchy ani nie miał romansy z podwładnym. Jego obsesyjna potrzeba władzy i kontroli (…) wynikała przede wszystkim z opacznie rozumianego patriotyzmu. Teza interesująca, ale dość łatwa do obalenia, co szybko zresztą uczyniło amerykańskie środowisko gejów i lesbijek, szydząc publicznie z filmu Eastwooda.”

Zdumiewające jest to, jak można pisać (i to w piśmie, które chce uchodzić za „renomowane”) recenzję z filmu nie widząc go wcześniej – ani nawet nie zapoznając się z jego zawartością? (Zresztą, spotykam się z tym w polskiej prasie nie po raz pierwszy.)
Otóż prawda jest taka, że w tym filmie jest dokładnie na odwrót:
Clint Eastwood właśnie NIE usunął ze swojego filmu elementów, które dla republikańskich wielbicieli Hoovera wciąż pozostają niewygodne. Hoover Eastwooda JEST homoseksualistą, PRZEBIERA się w damskie ciuchy i MA romans z podwładnym.
Ponadto: Szydziło z filmu Eastwooda NIE środowisko gejów i lesbijek, a właśnie środowisko konserwatystów, zwłaszcza związanych z FBI. Także dlatego, że autorem scenariusza filmu Eastwooda jest zdeklarowany i otwarty gej Dustin Lance Black (nota bene ten sam, który napisał scenariusz do „Milka”, filmu o homoseksualnym merze San Francisco).

Napisałem do autorów tego artykułu, że ich postawa wydaje mi się po prostu nieuczciwa i że czytelnikom „Newsweeka” należy się sprostowanie.
Nawiasem mówiąc: bardzo bym się zdziwił gdyby ci panowie odpowiedzieli na mój list, a jeszcze bardziej – gdyby zamieścili w Newsweeku sprostowanie. Pewnie przełkną tę żabę i wszystko spłynie po nich jak po kaczce.

*  *  *

We „Wstydzie” Michael Fassbinder gra Brandona, mężczyznę uzależnionego od seksu. Film McQueena uwiera, wpędza w zakłopotanie, a może nawet powoduje, że wstydzić zaczyna się sam widz. Bo któż z nas jest zupełnie wolny od uzależnień (jest ich przecież cała gama – do wyboru, do koloru!); bo któż z nas jest do końca pogodzony z przemożnością, z jaką natura przesiąka (nacechowuje) nas seksem; bo któż z nas nie odczuwa konsternacji próbując znaleźć granicę między ludzkim erotyzmem a „zwierzęcym” seksem – między kulturą a imperatywem gatunkowej (ewolucyjnej) reprodukcji?

Nie sądzę jednak, że „zakręcenie” Brandona jest (jak ktoś to wyraził) „psychotyczne”. On tak naprawdę cierpi na nerwicę seksualną, która nie jest psychozą. A o tym, że Brandon nie jest psychotykiem (choć stoi na granicy socjopatii) świadczy właśnie to, że odczuwa on (tytułowy) wstyd. Jest też bez wątpienia człowiekiem wrażliwym. I mimo wszystko budzącym większą sympatię, niż np. jego ekstrawertyczny szef, dla którego (przypadkowy) seks jest „czystą” rozrywkową konsumpcją, (i którego zachowanie jest ewidentnie obrzydliwe, choć przecież jak najbardziej mieszczące się w „seksualnej” normie, czy też w stereotypie palanta-podrywacza).

Warto zauważyć, że Brandon nie krzywdzi w zasadzie nikogo (oprócz samego siebie). Żadnej kobiety do niczego nie zmusza, korzysta tylko z ich „seksualnych usług” – z oferty jaką kobiety przedstawiają mężczyźnie. Wszystkie kobiety zupełnie świadomie biorą udział w tej grze, która wszak dla Brandona stała się nałogiem. I oddają się mu – nie tylko bez przymusu, ale wręcz z (samiczkowatą?) ochotą.
Czy jest on w stanie się z tego nałogu wydostać?
Myślę, że tak. Pierwszy krok ma już za sobą: uświadomił sobie bowiem to, że to, co robi jest złe. Brzmi to może zbyt moralizatorsko, ale tak jest – on się chce z tego zła wyzwolić. (Kolejny to zresztą argument za tym, że nie jest on psychopatą, bo psychopata w zasadzie nie jest zdolny do odczuwania winy.)

Znakomity we „Wstydzie” jest sposób filmowania scen erotycznych. Na pewno wielka w tym zasługa nie tylko operatora, ale i reżysera oraz aktorów. Chodzi o to, że sceny te nie mają w sobie krzty… pornograficznej… nie wiem jak to nazwać… lubieżności, prostactwa – chęci epatowania erotyzmem dla samego efektu wzbudzenia podniecenia u widza. A już scena orgii, w której bierze udział Brandon razem z dwiema (bodajże) kobietami, to doprawdy majstersztyk, jeśli chodzi o sztukę fotografowania i montażu. To, że Fassbender zagrał tę scenę tak a nie inaczej (czyli bez żadnej asekuracji i „na całego”) świadczy o jego klasie i o tym, że jest aktorem „rasowym”, który nie boi się żadnego wyzwania – gotowym nawet poświęcić swój narcyzm.

*  *  *

Seks jest obecnie – jeśli chodzi o kulturę masową czy internet – najczęściej odzierany z intymności (czyli z tego co w związku erotycznym dwojga ludzi jest chyba najważniejsze). Jest też traktowany bardzo instrumentalnie – jako towar, jako „karta” przetargowa, jako dobro konsumpcyjne, które ma nam dostarczyć natychmiastowej przyjemności, zaspokojenia… za uiszczeniem pewnej opłaty, za naciśnięciem odpowiedniego guziczka.

Mnie ciekawi (nie będę pisał, że niepokoi) ogólna dostępność pornografii w internecie dla dzieci – i to już od najmłodszych lat. Nie wiem jakie to ma (będzie miało) skutki dla ich psychiki i jak wpłynie na zachowania seksualne ludzi w przyszłości (na skutki społeczne przyjdzie pewnie poczekać nieco dłużej – coś mi się wydaje, że to może być taka bomba z opóźnionym zapłonem).

*  *  *

To, że urodziłem się w kręgu kulturowym, gdzie panuje monogamia, jest dziełem przypadku. Gdybym się urodził w innej kulturze, która dopuszcza poligamię, to mógłbym „mieć” wiele kobiet i im więcej bym ich miał, tym bardziej byłbym szanowany (bo przykładnie wypełniałbym “wolę bożą”… dodam: ichniej “bozi”). Nasza kultura poszła zaś w innym kierunku, więc za to samo byłbym potępiony.
A czego właściwie chce bozia?
Otóż, ogólnie rzecz biorąc wydaje się, że jeśli chodzi o stronę biologiczną, to “bozia” (której „narzędziem” jest Natura) chce, aby życie samo się podtrzymywało i geny były przekazywane dalej.
Lecz biedny człowiek próbuje się w tym wszystkim jakoś znaleźć i połapać, tworząc coś takiego, jak kulturę (w tym i religię), która ten żywioł zwany życiem usiłuje po swojemu regulować i porządkować. W sumie to jest proste i nie wymaga aż takich strasznie zaawansowanych dywagacji.

*  *  *

Nie zgadzam się ze stanowiskiem Petera Singera, który twierdził, że seks nie stawia żadnych wyjątkowych zagadnień moralnych, a tym bardziej trudno mi przyjąć jego tezę, że etyka seksu ma taki sam wymiar jak etyka jazdy samochodem, (dlatego zupełnie kuriozalne wydaje mi się np. to zdanie: „Faktycznie, kwestie moralne związane z prowadzeniem samochodu – zarówno jeśli o ochronę środowiska, jak i bezpieczeństwo – są znacznie ważniejsze, niż te związane z seksem.”)

Dla mnie nie ulega wątpliwości, iż każdy system etyczny regulujący zasady funkcjonowania człowieka w społeczeństwie, musi także uwzględniać seks, który należy przecież do najważniejszych sfer naszego życia. Jest oczywiste, że nie każde zachowanie seksualne może być dozwolone – np. gwałt, wykorzystywanie seksualne dzieci, świadome przenoszenie drogą seksualną chorób… etc. – o konieczności tzw. „przyzwoitego” zachowania się w miejscach publicznych nie wspominając. Jeśli komuś się wydaje, że jest zupełnie seksualnie wyzwolony, to nich np. spróbuje się masturbować w obecności swoich dzieci, na środku ulicy Marszałkowskiej i to w godzinach szczytu. Co wtedy miałoby większe znaczenie i znaczniejsze konsekwencje: szok osób najbliższych, czy zakłócenie ruchu samochodowego ruchu? (Celowo odwołuję się do tak graficznego i trywialnego przykładu, by wykazać absurdalność opinii, że w jakimkolwiek systemie etycznym można pominąć zagadnienia związane z zachowaniami seksualnymi i że seks nie rodzi żadnych specyficznych kwestii.)

Każdy system etyczny odnosi się do zachowania człowieka w kontekście społecznym, a zachowania seksualne są jednak – przy całej swojej powszechności – czymś wyjątkowym i specyficznym, choćby dlatego, że odnoszą się do sfery nie tylko najważniejszej jeśli chodzi o zachowanie gatunku (prokreacja), ale również do sfery życia psychicznego, która przez większość ludzi traktowana jest jako bardzo intymna, newralgiczna, niezwykle wrażliwa na traumę. Innymi słowy: jest ona bardzo ważna (na wskroś witalna) i dlatego nie może być pominięta przez żaden – nie tylko religijny, ale i świecki – system etyczny, który stara się regulować społeczne zachowania człowieka.

*  *  *

Tak jak każdy rodzaj wolności człowieka (traktowanej w kategoriach absolutnych) również tzw. „wyzwolenie” seksualne jest mrzonką i mitem.

Nie mamy takiej wolności, jak się nam wydaje, ponieważ – z racji tego, że jesteśmy istotami społecznymi – nasze życie opiera się na związkach z innymi ludźmi, i tylko w relacjach z drugim człowiekiem może się tworzyć i spełniać nasza tożsamość. A to wymaga ustalenia moralnych norm. Także tych (zwłaszcza tych) związanych z seksem.

*  *  *

W jednej z internetowej dyskusji wyraziłem opinię, że nie można mylić religii z ideologią, szczególnie jeśli chodzi o źródło norm moralnych. Na co jeden z moich interlokutorów się obruszył pisząc: „Jaka jest różnica między religijnymi systemami moralnymi, a tymi pochodzącymi z innych ideologii? I co czyni te pierwsze o tyle bardziej wartościowymi, że zrównanie obu tych rodzajów można nazwać dyskredytowaniem jednego z nich?”

Co moim zdaniem różni religie od ideologii?
Otóż systemy moralne wywodzące się z religii konstytuowały życie społeczne Homo sapiens przez tysiące lat, natomiast ideologie są wynalazkiem człowieka stosunkowo młodym (liczącym lat kilkaset), i na dodatek mocno już skompromitowanym (faszyzm, totalitaryzm, komunizm…) Wygląda na to, że człowiek bez mocniejszej podstawy metafizycznej (choćby tylko hipotetycznej, czy też hipostatycznej) się gubi, a i tak za wszelką cenę próbuje sobie znaleźć bożka zastępczego: kult jednostki, pieniądza, rasy, narodu, prestiżu, władzy, tzw. „postępu”… To taka materialistyczna fiksacja człowieka, który w swej istocie nadal pozostaje gatunkiem Homo religiosus, mimo zerwania z religią.

Poza tym: nie jest dobrze, kiedy jakaś ideologia (ale też i religia) zastępuje komuś myślenie.
Mogę więc napisać, że ideologia jest dla mnie czymś mocno podejrzanym, zbyt konceptualnym, sztucznym, arbitralnym, a na dodatek – co pokazuje historia – skompromitowanym. Dlatego porównanie do niej religii jest według mnie czymś (religię) dyskredytującym.

Ale przecież wiem, że religia też potrafi człowieka niewolić, krzywdzić, zwalniać od myślenia – ogrom zła poczynionego w imię religii w dziejach ludzkości jest zatrważający. Czuję jednak przed religią swego rodzaju…. antropologiczny respekt, bo stara się ona dotknąć Tajemnicy, uwzględniać tę Tajemnicę (pisząc „Tajemnica” mam na myśli coś, co leży poza granicą naszego poznania i pojmowania – pewien Wyższy metafizyczny Sens, którego moim zdaniem nie możemy – żyjąc tu i teraz na naszej Ziemi – przeniknąć i poznać).

*  *  *

Niektórzy zwracają uwagę na coraz większą „ateizację” Zachodu. Ja jakiejś lawinowej utraty wiary w Boga nie widzę, ale jeśli tak jest, to czy odrzucając podstawy metafizyczne (tworząc cywilizację ateistyczną) nie wpadniemy w jakąś pułapkę? To jednak może dopiero wykazać przyszłość. (Na razie wiemy, że takie ateistyczne ideologie, jak faszyzm czy komunizm, okazały się pułapką i to pułapką morderczą.) Pokaże to być może przykład Chin – które, według mnie, opierając się tylko na materialistycznych przesłankach i konsumpcji, zmierzają donikąd i już teraz mają olbrzymie trudności, by określić swoją tożsamość (po prostu nie wiedzą kim są, poddając się żywiołowemu tworzeniu dóbr konsumpcyjnych).

Moim zdaniem za wcześnie jest sądzić (a podnoszą się takie głosy), że ideologia (niereligijna) jest czymś lepszym od religii w tworzeniu moralnych zasad. Być może tak się stanie, lecz ewentualnie pokaże to dopiero przyszłość. Współczesne jaskółki wiosny jeszcze nie czynią. Jak na razie zdecydowana większość ludzi na całym świecie uznaje się za wyznawców jakiejś religii, czy choćby tylko systemu odwołującego się do metafizyki, czyli czegoś co jest poza światem „fizykalnym”, postrzeganym przez nasze zmysły.

Muszę się więc przyznać do tego, że w moim systemie wartości, moralne systemy oparte na przesłankach religijnych (a mówiąc inaczej: te, które odnoszą się do metafizyki) mają większą wartość, niż te, które mają podstawę tylko materialistyczną (odrzucającą jakąkolwiek Tajemnicę, zaprzeczającą istnieniu jakiejś Idei Nadrzędnej, twierdzące, że poza dostępnym nam światem empirii, nie ma już Nic).
I piszę to bynajmniej nie jako człowiek opierający się na konkretnej doktrynie religijnej (uważam się raczej za agnostyka), ale na mojej własnej – mogę chyba tak to nazwać – intuicji, przeczuciu, refleksji nad wspaniałością, czy wręcz cudownością Życia i Wszechświata…

Oczywiście – uważając się za agnostyka – dopuszczam również to, że mogę się mylić. Dlatego też – z tych samych względów – nie przekonują mnie żadne „pewniki” ateistyczne, według mnie podobnie nieweryfikowalne, jak tzw. „dowody” na istnienie Boga. Uważam, że ta wiedza leży poza zasięgiem naszych możliwości poznawczych.

Gwoli jasności chciałbym dodać: ja własnego systemu etycznego, (który chcę respektować) nie osadzam na żadnych „metafizycznych” podstawach, bo tychże nie znam – i oczywiście (chcąc być konsekwentny wobec własnej postawy agnostycznej) nie mogę być pewny, czy istnieją.

Być może w tym jest jakaś sprzeczność, że bardziej cenię systemy etyczne, które opierają się na religii. Wynika to chyba z mojego szacunku dla ludzkiej potrzeby poszukiwania Absolutu, pragnienia poznania Wyższego Sensu, rzeczywistości niedostępnej naszym zmysłom, Sił, które nas (i wszystko) stworzyły… tego co jest Poza… A mimo wszystko bardziej skłaniam się ku intuicji, że Poza istnieje jeszcze Coś, a nie tylko Nic (m.in. dlatego nie uważam się – i nigdy nie uważałem – za ateistę).

*  *  *

Mówienie o jakiejś wartości jest z konieczności odwoływaniem się do konkretnego systemu aksjologicznego, etycznego. A ten jest jednak czymś przyjętym (jeśli nie stworzonym) w taki czy inny sposób przez nas. Moim zdaniem niemożliwa jest dyskusja o wartościach bez ustalenia tego, jak rozumiemy daną wartość my sami. Dla kogoś np. życie ludzkie nie musi mieć takiej wartości, by nie można go było poświęcić (utylitarnie) w imię jakiegoś celu politycznego czy ideologicznego (co występowało w ideologii – i praktyce – systemów totalitarnych). Dla mnie życie ludzkie ma taką wartość, że uważam, iż tego czynić nie można. Na tej zasadzie oceniam „wartość” ideologii totalitarnych (a konkretnie komunizmu i faszyzmu). Na tej podstawie odrzucam zasadność dyktatur (np. Pinocheta, Mussoliniego czy Franco), które według mnie są systemami władzy z gruntu nieetycznymi.

*  *  *

Twierdzenie, że Japonia, Korea, Chiny odniosły ekonomiczny sukces, bo budowały (budują) swoją potęgę („dobrobyt”) na zasadach konfucjanizmu jest moim zdaniem nieporozumieniem. Nie, one budują to na zasadach kapitalizmu. Poza tym Japonia od wielu lat przeżywa ekonomiczny kryzys, bo okazało się, że jednak nie można ludzi zapracowywać (”zaharowywać”) na śmierć. W kraju tym z pracy starano się zrobić coś w rodzaju „religii”, zapełniając pustkę jaka powstała po boskości cesarza i moralnej kompromitacji (akces do faszyzmu) podczas II wojny światowej.

Chińczycy, po szaleństwach rewolucji „kulturalnej” i zniszczeniu własnej tradycji – przyczepiwszy się obłudnie do „komunizmu” a w rzeczywistości wyzyskujący ludzi jak najbardziej „krwiopijczy” kapitaliści – sami nie wiedzą kim są. Decydenci w Chinach (tradycyjnie zresztą) wielkim humanitaryzmem raczej się nie cechują i nadal traktują ludzkie mrowie jak siłę roboczą, lekce sobie ważąc takie wartości jak autonomię jednostki, godność człowieka, wolność indywidualną czy swobody obywatelskie. (Co nie przeszkadza Zachodowi obłudnie się do nich mizdrzyć, głównie po to, by robić z nimi interesy.)
Trudno przewidzieć co też z tych Chin wyrośnie. Ten kraj to jedna Wielka Zagadka.

*  *  *

Jeśli się chce opisać rzeczywistość i uwarunkowania społeczne, w jakich funkcjonuje buddyzm w krajach azjatyckich, to nie można operować stereotypami, czy też myślowymi „gotowcami”, które wynieśliśmy z naszej kultury, ani też odnosić tego do warunków panujących w naszym kręgu cywilizacyjnym.
W tym kontekście np. (zadane mi w jednej z dyskusji) pytanie: „czy mężczyzna decydując się na zostanie mnichem awansuje społecznie?” jest po prostu źle postawione (bo do sytuacji buddyjskiego mnicha nie przystaje coś takiego jak – w naszym rozumieniu – „awans społeczny”).
Tak, jego ranga „duchowa” wzrasta, ale niekoniecznie przenosi się to na stosunki – czy też raczej – hierarchię społeczną. Wiadomo, że np. w Państwie Środka w czasach Cesarstwa mnich pozostawał poddanym władcy, był też w hierarchii społecznej niżej od mandarynów czy książąt. W Tybecie zaś wszyscy byli buddystami, ale panowały tam jednocześnie stosunki feudalne, ściśle zhierarchizowane. Obecnie też – np. w Laosie czy Birmie – mnisi podlegają np. władzy partii (komunistycznej), która rządzi krajem. Czyli: w sferze duchowej mnich stoi wyżej od laików, ale ta „wyższość” niekoniecznie przenosi się na sferę świecką.

Spotkałem się też w naszym kręgu kulturowym z wyzwaniem mnichów buddyjskich od „pasożytów”, wraz z sugestią, że to takie cwaniaczki, które wykorzystują głupotę i naiwność maluczkich, by oddawać się przyjemnemu i wygodnemu życiu.
Otóż, jeśli ktoś decyduje się zostać mnichem, to jest to jednak wyrzeczenie (i tak jest też przez buddystów traktowane). W przeciwieństwie np. do wielu księży katolickich, którzy mieszkają w willach, śpią w piernatach, puchach i wygodnych łóżkach, jeżdżą luksusowymi samochodami, mają do dyspozycji gosposie… etc., mnich buddyjski może posiadać tylko 8 (osiem) rzeczy: trzy szaty, pojemnik na wodę, misę jałmużną, igłę, brzytwę i pas. A je tylko tyle, ile jest naprawdę konieczne do przeżycia (czyli bardzo mało i tylko proste pożywienie – raz lub najwyżej dwa razy dziennie). O wstrzemięźliwości seksualnej nawet nie ma co wspominać, bo stosunek seksualny podczas pobytu w Sangha należy do najcięższych przekroczeń. Bycie mnichem to wyrzeczenie się dóbr materialnych i przyjemności zwykłego życia. Dlatego też mnich w krajach buddyjskich cieszy się szacunkiem laików.

*  *  *

Buddyzm jest bardzo „egalitarny”, choć jednak pewna hierarchia w nim obowiązuje – czy też raczej funkcjonuje (pewni nauczyciele stawiani są wyżej od innych; niektórzy mnisi uznawani są za lepszych od innych; pewne wcielenia są lepsze od innych; istnieje jednak dobra karma i zła karma… etc.), bo chyba jednak żadna kultura (system filozoficzny, religia) nie może się obejść bez pewnego systemu wartości (czyli nie może  być neutralna aksjologicznie). Ale już w świetle Dharmy wszyscy są równi, wszyscy podlegają prawu Samsary… podobnie zresztą jak w Chrześcijaństwie, gdzie wszyscy są równi przed Bogiem.

*  *  *

Czytam stwierdzenie: „Nie byłoby wojujących wrogów religii, gdyby nie wojujący wyznawcy religii, którzy nie tylko nie mają serca ani wyobraźni, ale także grzeszą przeciw ideałom swych religii.”
Niestety, tak jest. Błędne koło wzajemnie napędzającej się niechęci, wrogości a nawet nienawiści.
Wrogowie religii zwalczają „zabobon” i „przesądy”, jakby sami czuli się zagrożeni religijnym fundamentalizmem. Co ciekawe, większość z nich żyje w krajach Zachodu, które w zasadzie posiadają prawo liberalne i którym przecież żaden religijny fundamentalizm nie zagraża (bardziej ekstremizm, który jest rodzajem desperacji bezsilnego w społeczeństwie liberalnym fundamentalizmu.) Religia jest więc zwalczana przez tych, którzy czują zagrożenie dla własnych swobód.

Z kolei ludzie religijni reagują na te ataki czymś, co niektórzy nazywają „moral panic” – bo czują, że zagrożony jest ich system wartości, że może się zawalić ich świat, w którym swoje życie opierają w dużej części na wierze.
Akcja rodzi reakcję, najczęściej jednak przesadną – zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Jest to po prostu walka o poszerzenie (zachowanie) własnej przestrzeni światopoglądowej.

Ten konflikt jest szczególnie zaostrzony w naszym kraju – czyli w Polsce. W Stanach Zjednoczonych tego problemu w zasadzie się nie dostrzega, bo mimo wszystko panuje tu dość daleko posunięta religijna tolerancja. (Choć też zdarzają się spięcia na tle światopoglądowo-religijnym – jak np. wokół ustawy aborcyjnej. Dotyczy to jednak drobnego ułamka społeczeństwa).

*  *  *

Mówi się czasami o buddyzmie jako o religii „niewojującej”. I to jest właśnie jeden z tych ważniejszych aspektów buddyzmu, który mnie ujmuje – podobnie jak wpisana w postawę buddyjską tolerancja dla innych wierzeń, nie narzucanie (zwłaszcza siłą) własnych przekonań. To sprawia, że mam dla buddyzmu – i ludzi wyznających buddyzm – wielki szacunek.

W buddystach zawsze wyczuwam pewien… spokój i brak agresji. Kiedy byłem w Indiach, to uderzyła mnie np. różnica w zachowaniu dzieci z rodzin muzułmańskich i buddyjskich. W tych pierwszych było właśnie sporo natarczywości, czasem nawet agresji, w drugich – wspomniany już spokój, większa ogłada, skromność, nie narzucanie się. (Nie wiem, może akurat tak trafiłem.)

W krajach, gdzie przeważają buddyści, zawsze czuję się bezpieczniej. W ludziach tych uderza mnie zwłaszcza łagodność; także coś w rodzaju dziecięcej wprost niewinności (choć tutaj być może jednak idealizuję). Tak było np. podczas mojego pobytu w Kambodży, gdzie zrozumiałem, jak to było możliwe, że w ciągu zaledwie kilku lat wymordowano tam ponad półtora miliona ludzi (jedną czwartą całej populacji) – nota bene bez dysponowania takimi środkami technicznymi zagłady, jakie mieli do dyspozycji hitlerowcy. Otóż wystarczyło, że znalazła się grupa szaleńców i nikczemników (liderzy Czerwonych Khmerów), by zorganizować masowe mordy i dokonać tej zbrodni na ludziach, którzy zupełnie się nie bronili i szli na tę rzeź pokornie jak barany.

*  *  *

Czytam wywiad z prof. Mikołejko. Na pytanie: „Studiowanie Pisma to dla pana zmaganie się z nieistniejącym Bogiem? odpowiada on:
– „Istniejącym. Bo nawet gdyby jego obecność ograniczała się tylko do Pisma, to istnieje on przecież przez to, że dyskurs tam obecny rządzi naszym życiem. Nie wiem oczywiście, czy biję się z Bogiem, czy też jedynie z tym dyskursem. Ale niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, ten dyskurs jest wszechobecny, wszechwładny. Nawet w społeczeństwach rzekomo świeckich, bo to nie jest tak, że zrzucamy z siebie sukienkę tradycji i nakładamy nowe ciuchy. Ta sukienka tradycji jest jak…”
– „Koszula Dejaniry?
– „Tak. Jest w nas wpisana cieleśnie. W nasze gesty, wybory, myślenie; nawet u radykalnych ateistów. Gdy się przyjrzeć choćby Marksowi, jest on w gruncie rzeczy wierzącym Żydem, który skasował hipotezę zwaną Bogiem, ale nadal pozostaje w wierze. W swoim myśleniu jest mesjanistą, tyle że Mesjasz jest u niego zbiorowy.
To nieodparte brzemię. A skoro nieodparte, to jako nieustający, choć stary już buntownik muszę się z tym borykać. Niekoniecznie chcę je nieść. Nie chcę nieść choćby tego dziedzictwa kultury męskiej, patriarchalnej, stale zresztą obecnej nawet w głębokiej nowoczesności.”

To, co mówi profesor jest dla mnie niezmiernie interesujące. Jego światopogląd i opinie są zbliżone do moich, być może dlatego, że nasze drogi rozwoju i kształtowania się intelektualno-duchowego są niemal identyczne: wychowanie w katolickiej rodzinie, kryzys wiary i bunt, odkrycie własnej śmiertelności, odczytywanie (“na własną rękę”) Biblii i Nowego Testamentu, nieufność wobec religii zinstytucjonalizowanej (Kościół), świadomość ukształtowania nas przez kulturę judeo-chrześcijańską, uznanie doniosłości faktu pojawienia się w ludzkiej kulturze takiej postaci, jak Jezus Chrystus (a konkretnie: wartości, które on nam przekazał), respekt dla metafizycznych dążeń człowieka (którego wyrazem jest religia), intensywna (pełna lęku ale i fascynacji) konfrontacja z pustką i nicością… etc.
To tak, jak gdybym pisał o sobie.

Nota bene w wypowiedzi profesora – wśród wielu mądrych i niezwykle przenikliwych stwierdzeń – natrafiłem też na szczególnie uderzający fragment, który doskonale wpisuje się w poruszany czasami przeze mnie temat buddyzmu, bo brzmi on tak, jakby profesor mówił o doświadczeniu buddyjskim, a konkretnie o buddyjskim pojęciu Pustki i Nirwany:

“Nie jestem w stanie kategorycznie wypowiedzieć się w sprawie nieobecności Boga. Do końca nigdy nie możemy być pewni, że coś ‚tam’ jest, czy czegoś ‚tam’ nie ma. Mistyczny zaś pierwotnie znaczy ‚tajemniczy’. A ja mam nieustanną pokusę, by wpychać paluch w ranę tajemnicy. Jest w tym też późniejszy sens słowa mistyczny, który mówi o pozarozumowym roztopieniu się w porządku, który nas przerasta. Mam wrażenie, że on istnieje, ale nie wiem, czym jest. Może to nicość? Mistyczne otwarcie się na przerażającą nicość, która być może wynajduje życie. Mam wrażenie bowiem, że to nie śmierć jest wynalazkiem życia, ale życie wynalazkiem śmierci. Że to śmierć żywi się egzystencją. Nicość jest czymś pierwotnym i ostatecznym, kresem naszego świata, wszechogarniającą obecnością, horyzontem istnienia, w którym chcę się mistycznie roztopić. ‚Chcę’ to może niewłaściwe słowo, bo tam rozum przestaje pracować, zostaje tylko ekstatyczne wpatrywanie się w studnię bez dna.”

*  *  *

Religia zawsze była związana z polityką – także w tym sensie, że była wykorzystywana przez polityków jako narzędzie do osiągania własnych partykularnych celów. I tak niestety zostało do dzisiaj. Musimy więc być ostrożni: często bowiem winimy religię za coś, co jest sprawką polityków traktujących ową religię instrumentalnie, cynicznie i w sposób pozbawiony skrupułów.

Czytając polską prasę (regularnie: „Polityka”, „Newsweek”, nieregularnie: „Wprost”, „Uważam Rze”, „Tygodnik Powszechny”…), mam wrażenie, że w Polsce od jakiegoś czasu istnieje ostry konflikt między środowiskami tzw. konserwatywnymi (związanymi zazwyczaj z Kościołem Katolickim) a liberalnymi. Jestem też świadkiem ataków na Kościół (czytając np. dyskusje na pewnych forach), spotykam się z czymś w rodzaju krucjaty wojującego ateizmu, dyskredytacją wiary, religijności i samych ludzi wierzących; z drugiej zaś strony widzę ataki „konserwatystów” na środowiska liberalne, odruchy nacjonalistyczno-ksenofobiczne, nerwowość i przesadę związana z syndromem oblężonej twierdzy…
Nie wiem, być może są to tylko moje złudzenia podsycane przez tzw. „opiniotwórczą” prasę, która manipuluje ludźmi, by przeforsować swoją własną opcję polityczną i poglądową. Ale przecież pamiętam np. wojnę o krzyż – gdzie ten konflikt objawił się bodaj najmocniej i jednak naocznie, pamiętam histerię i żałobny teatr wywołany przez katastrofę smoleńską… Trudno jest mi więc przyjąć, że świadomość tego konfliktu to tylko moje złudzenie nie mające oparcia w rzeczywistości.
(Przypis: zapis ten pochodzi z 2012 r. Tygodniki polskie przestałem z czasem czytać, zniechęcony ich obłędnym rozpolitykowaniem i propagandą „jedynie słusznych” opcji.)

*  *  *

Można zauważyć, że przenikanie się (konfrontacja) odmiennych kultur różne przybiera formy: od wzajemnego zwalczania się i wrogości (do tego niestety niezbyt chlubnie przyczynia się ksenofobia i sztywny nacjonalizm) – przez stapianie się (przebiegające w sposób nieco bardziej dyskretny i „długofalowy”) – po wzajemne wzbogacanie się (inspirowanie, zapożyczanie…)
Musimy się zgodzić z tym, że właśnie na styku dwóch różnych kultur (najczęściej reprezentowanych przez różne narody) ma miejsce ferment, który sprawia, że dzieją się tam rzeczy najbardziej ciekawe, twórcze. Paradoksalnie, to zjawisko (proces) może być argumentem zarówno na rzecz globalizacji (rozumianej tu jako kulturowy blending), jak i tendencji nacjonalistycznych (wiążących się zazwyczaj z tzw. „patriotyzmem”), dążących do utrzymania narodowej (kulturowej) tożsamości – uznawania, pielęgnacji i szacunku dla wartości specyficznych dla danej nacji, wypracowanych przez narodową tradycję…
Czy zawsze musi to pociągać za sobą konflikt?
Jeżeli obie strony będą podchodzić do tego stereotypowo, powierzchownie, wrogo i demagogicznie to oczywiście będziemy mieli walkę na noże. Jeśli zaś zdobędą zdobędą się one na tolerancję, wysiłek zrozumienia odmiennych racji i głębszego wniknięcia w sprawę, to może to być czymś wzbogacającym i konstruktywnym.

(Dopisek po latach: niestety, jeśli chodzi o konflikt światopoglądowy, to nasz kraj zdominowała ostatnio walka na noże.)

*  *  *

Inne odcinki cyklu przeczytać można  TUTAJ

.