SEKS, RELIGIA I POLITYKA, albo O ŚWIETLISTOŚCI RZECZY NIEMATERIALNYCH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXI)

.

zapiski notatki kajet notes

.

.

Zwykle etykietki są rozdawane (lub przyjmowane) po to, by zamącić ludziom w głowach i ukryć prawdziwą istotę rzeczy.
Np. „wolny rynek” – w obecnym wydaniu – w rzeczywistości jest umacnianiem hegemonii najsilniejszych graczy ekonomicznych. A hegemonia przestaje mieć cokolwiek wspólnego z wolnością.

Podobnie: to właśnie neoliberalizm umożliwił stopniowy, pełzający zanik demokracji, który właśnie ma miejsce.
Umożliwił w dwojaki sposób:
– będąc przykrywką dla zupełnie nieliberalnych sił związanych z układami polityczno-ekonomiczo-finansowymi
– powodując kontrreakcję sił, które spychają społeczeństwa w kierunku autorytaryzm

W imię pokoju rozpętywano najbardziej zabójcze wojny.
etc…

Człowiek jest mistrzem kamuflażu i przewrotności oraz istotą, która nie może żyć bez iluzji – bez okłamywania siebie i innych.

*  *  *

Polska „transformacja” polegała na „podłączeniu” się (głównie w ramach tzw. „konsensusu waszyngtońskiego”) do zachodniego żywiołu neoliberalnego (i to zarówno w sensie usiłowania kopiowania jego wzorów, jak i poddaniu się jego sile ingerencji w naszą politykę, gospodarkę i ekonomię).
Bardziej więc była to „systemowa” aneksja, niż autonomiczna transformacja (nasza – mam tu na myśli ponad 90 % społeczeństwa – kontrola nad ową „transformacją” była przecież mocno ograniczona, jeśli nie żadna).

Jeśli nawet coś powoduje polepszenie się sytuacji materialnej pewnej grupy społecznej (lub całego państwa), to nie ma gwarancji tego, że ten proces będzie kontynuowany.
Kapitalizm pomagał wydźwignięciu się całych rzesz ludzi z biedy, ale jednocześnie zaczął uzależniać tych samych ludzi od swoich struktur.
A cienka i nieuchwytna jest granica między współpracą (zapewniającą obopólną korzyść) a wykorzystywaniem i eksploatacją innych – słabszych i podległych ekonomicznie, nieuprzywilejowanych społecznie i politycznie.

*  *  *

Satysfakcja z własnej sytuacji materialnej (a więc i życiowej) jest odwrotnie proporcjonalna do materialnych aspiracji (przykładem są polskie „marzenia” o „duńskich urlopach macierzyńskich, brytyjskich zasiłkach, niemieckich płacach, szwedzkim standardzie życia”… etc.)
Czyli: im większe aspiracje (zwłaszcza trudne do zrealizowania, czy wręcz nierealne), tym większe poczucie dys-satysfakcji, niezadowolenia.
A przecież wiemy to od filozofów: każde samo-ograniczenie zwiększa nasze szanse na bycie szczęśliwym.

Wbrew pozorom, poczucie szczęścia wśród ludzi niekoniecznie musi mieć wiele wspólnego z ekonomią. Hasłem „gospodarka, głupcze!” mogą się więc podniecać tylko technokraci – nasze życie jest sprawą zbyt poważną, by powierzać jej ekonomom (a tym bardziej korporacjom i bankierom).

W społeczeństwie i państwie otwartym gospodarka powinna służyć nam, a nie my gospodarce (podobnie jest z państwem, czy jakąkolwiek ludzką instytucją).
Człowiek jest podmiotem, a nie przedmiotem – a za takiego skłonni są zwykle uważać go ci, którzy mają władzę i pieniądze zarobione na jego eksploatacji.

*  *  *

Krytyk literacki Jerzy Jarzębski stwierdza, że „we współczesnej literaturze widoczna jest potrzeba wiecznego zaczynania od dzieciństwa, od pierwotnego doświadczenia świata. W rozmaitych wersjach powraca np. powieść edukacyjna. Mało jest książek, które nazwałbym ‚książkami dla dorosłych’. Książek, w których pewne kwestie stawiane są bardzo poważnie, gdzie widać bagaż doświadczeń piszącego, gdzie sięga się po problemy najwyższej wagi. Od pewnego czasu obserwuję za to powszechny ‚gust do fantastyki’, tendencję do uciekania od rzeczywistości, która jest zbyt skomplikowana, by rozwiązywać w niej nasze problemy”.

Myślę, że w tym cytacie można z powodzeniem „literaturę” zastąpić „kinem” (lub dodać do tego „kino”) i diagnoza zdziecinnienia kina gotowa.
Właściwie to kino od samego swego początku (zwłaszcza na początku) było „zdziecinniałe” (bo każda jarmarczność jest taka), choćby z tego powodu, że stosowało iluzję – uciekając najczęściej w sentymentalizm, następnie w heroizm, awanturyzm, komizm… etc. (Nic więc dziwnego, że kino to chyba jedna z najbardziej eskapistycznych sztuk.)
Jednak w pewnym momencie „nabrało” ono innych ambicji. Zaczęto bowiem traktować film jako sztukę, która może być wyrazem czegoś głębszego uczuciowo, bardziej złożonego intelektualnie – przed kinem otworzyło to całe spectrum ekspresji.

*  *  *

Współczesne kino amerykańskie zostało przytłoczone przez swoją kolosalną machinę produkcyjną. I to jest w pewnym sensie ślepy zaułek, bo od tej machiny trudno się uwolnić. Jest oczywiście szansa, że przy możliwościach (technicznych i finansowych) wielkich wytwórni filmowych, zacznie się robić dobre i ciekawe filmy, ale jest to trudne, bo nad wszystkim wiszą schematy, do których przyzwyczajono „masowego” widza, i którym ulegają twórcy scenariuszy.

A tak na marginesie: być może, paradoksalnie, największą szkodę amerykańskiej sztuce filmowej przyniosły (tak celebrowane teraz) „Gwiezdne wojny” – od których to właściwie zaczął się przerost (widowiskowej) formy nad (psychologiczno-intelektualną) treścią – bo wszyscy z filmowego mainstreamu, a najbardziej George Lucas, zaczęli się prześcigać w wymyślaniu coraz to bardziej wystrzałowych eFeX-ów.

Dzisiaj przy pisaniu scenariuszy filmowych bierze udział kilku autorów. Może właśnie dlatego sprawiają one wrażenie, jakby były pisane przez automat, a nie przez myślącego (i czującego) człowieka.
Wszystko wskazuje na to, że właśnie to można winić za bezmyślną (i bezduszną) sztampowość współczesnych mega-produkcji. Nawet reżyserzy takiego formatu, jak Scorsese czy Spielberg temu ulegają: istnieje zbyt wiele różnych elementów (nierzadko zresztą perfekcyjnych) aby je można poskładać w coś koherentnego, mającego większy sens. Dlatego naciąga się logikę, wali widza po oczach efektami specjalnymi, a aktorzy, po prostu, w tym wszystkim się gubią – razem z widzem.

Tzw. widz „masowy” (nie lubię tego określenia, ale jakie jest lepsze – przeciętny? czyli ten najczęściej, czy też raczej „najliczniej” chodzący do kina?) musi być przyzwyczajony (oswojony) z pewnym rodzajem filmowego języka. W czasach tzw. „klasyki” filmowej (a więc lata 30 – 50/60) był to tzw. język kina „stylu zerowego”, w którym najważniejsze było przedstawienie widzowi historii (plot) przy zachowaniu jak największej dyskrecji, jeśli chodzi o formę (chodziło m.in. o ukrycie całej technicznej strony związanej z kręceniem filmu). Lata 60-te przyniosły zmianę (nie bez znaczenia była tzw. francuska Nowa Fala, ale też i filmy reżyserów włoskich) – forma uzyskała wtedy pełnoprawne znaczenie (zarówno jeśli chodzi o konstruowanie, jak i percepcję filmu).
Z czasem jednak nastąpił regres – ale nie tyle do czystej formuły kina „stylu zerowego”, co do innego jej wyrazu: forma zaczęła odgrywać dominującą rolę (stało się tak wskutek wspomnianej już, niesłychanej rozbudowy efektów specjalnych i szalonego postępu technik komputerowych), ale też na swój sposób została „ukryta” a raczej „zaabsorbowana” przez akcję (stając się niejako integralną częścią tej akcji). Jednak ceną jaką trzeba było tu zapłacić (by dodatkowo jednak nie obciążać świadomości widza), był schematyzm. Dlatego teraz wszystkie widowiskowe filmy „akcji” wydają się być do siebie podobne jak dwie krople wody – mimo (pozornej) różnicy w aparycji. To jest ta sprzeczność, w której wiją się producenci dzisiejszego kina popularnego, „hitowego”: zrobić taki film, w którym wszystko wydawałoby się inne, ale jednak – pozostało takie samo. Samo słowo „akcja” to też jest zresztą świetny (acz nieświadomy) wykładnik tego rodzaju filmów, które z czasem zaczęły mieć coraz mizerniejszą „fabułę”, a coraz większą „akcję” (innymi słowy: „akcja” zaczęła zastępować „fabułę”).
I właśnie tę „akcję” „wstrzykuje się” do mózgu widza (a „strzykawką” jest tu forma, czy też raczej schematyczna formuła spektaklu).
W tym sensie forma stała się w kinie treścią.

*  *  *

Jest oczywiste, że film przestawiający gwałt, agresję i przemoc może stanowić – i być zakwalifikowany – jako rozrywkowy (i bynajmniej nie mam tu jedynie na myśli filmów wojennych, ukazujących mnóstwo wybuchów).
Czyż właśnie gwałt, agresja i przemoc nie są głównymi elementami gier komputerowych – jednej z ważniejszych gałęzi przemysłu rozrywkowego? Właściwie wszystkie filmy hollywoodzkie uznać można za rozrywkę.
Myślę, że kluczem do rozwiązania tej (pozornej jednak) sprzeczności między agresywną treścią a rozrywkowym efektem jest umowność tej pierwszej.

*  *  *

„Artysta” Michela Hazanaviciusa. Film doprawdy niezwykły. I to bynajmniej nie dlatego, że jest to obraz czarno-biały, a na dodatek… niemy. Bowiem to, co wydawać by się mogło czysto technicznym chwytem, nowalijką (???), udziwnieniem, chęcią wyróżnienia się z tłumu, tak naprawdę jest – jeśli nie genialnie, to w każdym razie mistrzowsko wyegzekwowanym – pomysłem, który z wielką siłą, acz wcale nie nachalnie ewokuje czar dawno minionej epoki, łącząc to z miłością do samego kina, zwłaszcza kina „starego”. (Tutaj przypomina się wspaniały cykl Stanisława Janickiego zatytułowany właśnie „W starym kinie”.)

Stefan Chwin napisał niedawno: „Kino jest bliżej Nieba. To rodzaj Pól Elizejskich, które możemy zwiedzać za życia. Kino nadaje człowiekowi świetlistość rzeczy niematerialnej. (…) W kinie twarze wielkich gwiazd filmowych, inaczej niż twarze teatralnych aktorek, płoną miękkim sfumatto, jakby ich ciała, wyzwolone z ciężaru materii, wypełniła fosforyczna substancja, z której przed wiekami zostały zrobione ludzkie dusze.”

Słowa Chwina doskonale odnoszą się zwłaszcza do „starego” kina, które do dzisiaj właśnie „płonie miękkim sfumatto” – a tym samym świetnie określają czar „Artysty”.

*  *  *

Czuję rezerwę do określenia „masowy”, gdyż jest w tym jakaś… dehumanizacja człowieka. I już od dawna przyczepiło się do tego słowa coś pejoratywnego. Być może dlatego, iż często kryje się za nim ledwo maskowana pogarda?
Poza tym, zawsze wszelkiej maści dyktatorzy czy spece – manipulatorzy od „inżynierii” społecznej, traktowali ludzi instrumentalnie, czego przejawem było m.in. i to, że nazywali ich „masą”.
A przecież wszyscy podpadamy pod „masę”: choćby wtedy, gdy idziemy ulicą, tkwimy w korku, jesteśmy na koncercie, czy zwiedzamy Luwr…
Może więc byłoby lepiej gdybyśmy zrezygnowali z „masy” i zaczęli pisać „ludzie”?

To jest jednak pewna trudność, bo przecież używając określenia „człowiek masowy” nie musimy mieć na myśli nic złego, tylko po prostu człowieka „średniego” (Jedermana, Everymana). Lecz kim jest człowiek „średni”? Również pewną abstrakcją.

*  *  *

POCZĄTEK
Wszystkie początki były już na początku wszystkiego.

SPÓJNIK
Wszystko „i” nic. (Czy rezygnacja z „albo” rzeczywiście uwalnia od radykalizmu?)

BÓL
„Nic” nie może nas boleć

NIE(ISTNIENIE)
„Nic” nie istnieje
Wszystko istnieje, ale też nie wszystko istnieje (czyli: nie istnieje wszystko, tylko istnieje to wszystko, co istnieje)

CZAS
Wszystko już było i wszystko będzie.
„Nic” nie ma czasu – czyli „nic” nie ma przeszłości ani przyszłości (a tym bardziej teraźniejszości).

POMIĘDZY
Wszystko mieści się pomiędzy tak i nie.
Nic (nie) mieści się nigdzie.

NIHILISTA
Nihilista – czyli człowiek niekulturalny (źle wychowany, metafizyczny nic-poń?)

BÓG
Nic nas nie może zbliżyć do Boga, ani od Boga oddalić.
Podobnie jak wszystko…

PS. Z tego co widzę, Nic jest zaskakująco (zatrważająco?) blisko Wszystkiego (a tym samym: Wszystko jest blisko Niczego).

*  *  *

Cioran kiedyś napisał: „Nie można nic powiedzieć o niczym. Dlatego można pisać książki o wszystkim.”
Napisał też coś takiego: „Wszystko jest pozorem – ale czego? Niczego.”

*  *  *

Dlaczego czas ucieka, skoro nic go nie goni?
W każdym razie (w żadnym wypadku) nie można uciec przed czasem.

*  *  *

Słynne pytanie Leibniza: „Dlaczego istnieje coś, zamiast by raczej nic nie istniało, zaważywszy, że nic jest łatwiejsze niż coś?”, na które on sam dał odpowiedź, nawiązując do Pierwszej Przyczyny, czyli Boga.

Ja jednakże nie jestem przekonany co do tego, że jakikolwiek byt musi się domagać racji swojego istnienia. Być może celem (sensem) istnienia czegokolwiek jest samo istnienie?
Przy czym: to, że nie potrafimy przeniknąć (poznać, zrozumieć) sensu naszego istnienia (czy też istnienia jakiegokolwiek bytu), nie oznacza, że tego sensu nie ma.

A co do istnienia – czy też raczej nie istnienia – niebytu?
Ktoś kiedyś napisał (chyba jednak zabawnie): „Niebyt to właśnie taki Święty Mikołaj ontologii. Wiele się o nim rozprawia, wiele mu się przypisuje. A on? A on nie istnieje!”

*  *  *

Bawiąc się (ze) słowem można trafić w sedno, albo dotknąć jakiejś (nieoczekiwanej) prawdy.
A może tylko przeczucia?

Jednakże można też chybić (i czyż – ze względu na naszą wrodzoną/przyrodzoną ignorancję – nie dzieje się tak najczęściej?)

*  *  *

Tzw. ustalone poglądy nie muszą być czymś złym – nie muszą być ciasnymi poglądami i oczywiście nie muszą też mieć wiele wspólnego z fanatyzmem.
Lecz niestety: najczęściej są pochodną niechęci do samodzielnego myślenia, (czyli wynikają z umysłowego lenistwa lub bojaźliwości); często wynikają też z biernego przyjmowania poglądów obiegowych, narzuconych (w taki czy inny sposób – także za pomocą „edukacji”, o tresurze ideologicznej nie wspominając) z zewnątrz; są wyrazem hołubienia stereotypów i przejawem myślenia schematycznego; chodzą również na pasku jakiejś ideologii, wliczając w to religię…

*  *  *

Z pewnym zdumieniem przeczytałem w polskim „Newsweeku” artykuł Piotra Bratkowskiego i Roberta Ziębińskiego pt. „Życie to pułapka”. Moją uwagę zwróciła opublikowana na dwóch pełnych stronach fotografia – kadr z filmu Eastwooda, z takim oto podpisem: „J. EDGAR’. Leonardo DiCaprio jako J. Edgar Hoover świetny, ale prawda o legendarnym twórcy FBI – ocenzurowana”.
Ki licho – pomyślałem, nad artykułem się pochyliłem i taki oto kwiatek w w nim znalazłem:
(z rozdziału zatytułowanego „Lesbijka i republikanin kręcą film”, str. 85):

„Eastwood też niekoniecznie chciał stworzyć wierny portret Hoovera. Jako zdeklarowany konserwatysta (…) usunął ze swojego filmu elementy, które dla republikańskich wielbicieli Hoovera wciąż pozostają niewygodne. Hoover Eastwooda nigdy nie był homoseksualistą, nigdy nie przebierał się w damskie ciuchy ani nie miał romansy z podwładnym. Jego obsesyjna potrzeba władzy i kontroli (…) wynikała przede wszystkim z opacznie rozumianego patriotyzmu. Teza interesująca, ale dość łatwa do obalenia, co szybko zresztą uczyniło amerykańskie środowisko gejów i lesbijek, szydząc publicznie z filmu Eastwooda.”

Zdumiewające jest to, jak można pisać (i to w piśmie, które chce uchodzić za „renomowane”) recenzję z filmu nie widząc go wcześniej – ani nawet nie zapoznając się z jego zawartością? (Zresztą, spotykam się z tym w polskiej prasie nie po raz pierwszy.)
Otóż prawda jest taka, że w tym filmie jest dokładnie na odwrót:
Clint Eastwood właśnie NIE usunął ze swojego filmu elementów, które dla republikańskich wielbicieli Hoovera wciąż pozostają niewygodne. Hoover Eastwooda JEST homoseksualistą, PRZEBIERA się w damskie ciuchy i MA romans z podwładnym.
Ponadto: Szydziło z filmu Eastwooda NIE środowisko gejów i lesbijek, a właśnie środowisko konserwatystów, zwłaszcza związanych z FBI. Także dlatego, że autorem scenariusza filmu Eastwooda jest zdeklarowany i otwarty gej Dustin Lance Black (nota bene ten sam, który napisał scenariusz do „Milka”, filmu o homoseksualnym merze San Francisco).

Napisałem do autorów tego artykułu, że ich postawa wydaje mi się po prostu nieuczciwa i że czytelnikom „Newsweeka” należy się sprostowanie.
Nawiasem mówiąc: bardzo bym się zdziwił gdyby ci panowie odpowiedzieli na mój list, a jeszcze bardziej – gdyby zamieścili w Newsweeku sprostowanie. Pewnie przełkną tę żabę i wszystko spłynie po nich jak po kaczce.

*  *  *

We „Wstydzie” Michael Fassbinder gra Brandona, mężczyznę uzależnionego od seksu. Film McQueena uwiera, wpędza w zakłopotanie, a może nawet powoduje, że wstydzić zaczyna się sam widz. Bo któż z nas jest zupełnie wolny od uzależnień (jest ich przecież cała gama – do wyboru, do koloru!); bo któż z nas jest do końca pogodzony z przemożnością, z jaką natura przesiąka (nacechowuje) nas seksem; bo któż z nas nie odczuwa konsternacji próbując znaleźć granicę między ludzkim erotyzmem a „zwierzęcym” seksem – między kulturą a imperatywem gatunkowej (ewolucyjnej) reprodukcji?

Nie sądzę jednak, że „zakręcenie” Brandona jest (jak ktoś to wyraził) „psychotyczne”. On tak naprawdę cierpi na nerwicę seksualną, która nie jest psychozą. A o tym, że Brandon nie jest psychotykiem (choć stoi na granicy socjopatii) świadczy właśnie to, że odczuwa on (tytułowy) wstyd. Jest też bez wątpienia człowiekiem wrażliwym. I mimo wszystko budzącym większą sympatię, niż np. jego ekstrawertyczny szef, dla którego (przypadkowy) seks jest „czystą” rozrywkową konsumpcją, (i którego zachowanie jest ewidentnie obrzydliwe, choć przecież jak najbardziej mieszczące się w „seksualnej” normie, czy też w stereotypie palanta-podrywacza).

Warto zauważyć, że Brandon nie krzywdzi w zasadzie nikogo (oprócz samego siebie). Żadnej kobiety do niczego nie zmusza, korzysta tylko z ich „seksualnych usług” – z oferty jaką kobiety przedstawiają mężczyźnie. Wszystkie kobiety zupełnie świadomie biorą udział w tej grze, która wszak dla Brandona stała się nałogiem. I oddają się mu – nie tylko bez przymusu, ale wręcz z (samiczkowatą?) ochotą.
Czy jest on w stanie się z tego nałogu wydostać?
Myślę, że tak. Pierwszy krok ma już za sobą: uświadomił sobie bowiem to, że to, co robi jest złe. Brzmi to może zbyt moralizatorsko, ale tak jest – on się chce z tego zła wyzwolić. (Kolejny to zresztą argument za tym, że nie jest on psychopatą, bo psychopata w zasadzie nie jest zdolny do odczuwania winy.)

Znakomity we „Wstydzie” jest sposób filmowania scen erotycznych. Na pewno wielka w tym zasługa nie tylko operatora, ale i reżysera oraz aktorów. Chodzi o to, że sceny te nie mają w sobie krzty… pornograficznej… nie wiem jak to nazwać… lubieżności, prostactwa – chęci epatowania erotyzmem dla samego efektu wzbudzenia podniecenia u widza. A już scena orgii, w której bierze udział Brandon razem z dwiema (bodajże) kobietami, to doprawdy majstersztyk, jeśli chodzi o sztukę fotografowania i montażu. To, że Fassbender zagrał tę scenę tak a nie inaczej (czyli bez żadnej asekuracji i „na całego”) świadczy o jego klasie i o tym, że jest aktorem „rasowym”, który nie boi się żadnego wyzwania – gotowym nawet poświęcić swój narcyzm.

*  *  *

Seks jest obecnie – jeśli chodzi o kulturę masową czy internet – najczęściej odzierany z intymności (czyli z tego co w związku erotycznym dwojga ludzi jest chyba najważniejsze). Jest też traktowany bardzo instrumentalnie – jako towar, jako „karta” przetargowa, jako dobro konsumpcyjne, które ma nam dostarczyć natychmiastowej przyjemności, zaspokojenia… za uiszczeniem pewnej opłaty, za naciśnięciem odpowiedniego guziczka.

Mnie ciekawi (nie będę pisał, że niepokoi) ogólna dostępność pornografii w internecie dla dzieci – i to już od najmłodszych lat. Nie wiem jakie to ma (będzie miało) skutki dla ich psychiki i jak wpłynie na zachowania seksualne ludzi w przyszłości (na skutki społeczne przyjdzie pewnie poczekać nieco dłużej – coś mi się wydaje, że to może być taka bomba z opóźnionym zapłonem).

*  *  *

To, że urodziłem się w kręgu kulturowym, gdzie panuje monogamia, jest dziełem przypadku. Gdybym się urodził w innej kulturze, która dopuszcza poligamię, to mógłbym „mieć” wiele kobiet i im więcej bym ich miał, tym bardziej byłbym szanowany (bo przykładnie wypełniałbym “wolę bożą”… dodam: ichniej “bozi”). Nasza kultura poszła zaś w innym kierunku, więc za to samo byłbym potępiony.
A czego właściwie chce bozia?
Otóż, ogólnie rzecz biorąc wydaje się, że jeśli chodzi o stronę biologiczną, to “bozia” (której „narzędziem” jest Natura) chce, aby życie samo się podtrzymywało i geny były przekazywane dalej.
Lecz biedny człowiek próbuje się w tym wszystkim jakoś znaleźć i połapać, tworząc coś takiego, jak kulturę (w tym i religię), która ten żywioł zwany życiem usiłuje po swojemu regulować i porządkować. W sumie to jest proste i nie wymaga aż takich strasznie zaawansowanych dywagacji.

*  *  *

Nie zgadzam się ze stanowiskiem Petera Singera, który twierdził, że seks nie stawia żadnych wyjątkowych zagadnień moralnych, a tym bardziej trudno mi przyjąć jego tezę, że etyka seksu ma taki sam wymiar jak etyka jazdy samochodem, (dlatego zupełnie kuriozalne wydaje mi się np. to zdanie: „Faktycznie, kwestie moralne związane z prowadzeniem samochodu – zarówno jeśli o ochronę środowiska, jak i bezpieczeństwo – są znacznie ważniejsze, niż te związane z seksem.”)

Dla mnie nie ulega wątpliwości, iż każdy system etyczny regulujący zasady funkcjonowania człowieka w społeczeństwie, musi także uwzględniać seks, który należy przecież do najważniejszych sfer naszego życia. Jest oczywiste, że nie każde zachowanie seksualne może być dozwolone – np. gwałt, wykorzystywanie seksualne dzieci, świadome przenoszenie drogą seksualną chorób… etc. – o konieczności tzw. „przyzwoitego” zachowania się w miejscach publicznych nie wspominając. Jeśli komuś się wydaje, że jest zupełnie seksualnie wyzwolony, to nich np. spróbuje się masturbować w obecności swoich dzieci, na środku ulicy Marszałkowskiej i to w godzinach szczytu. Co wtedy miałoby większe znaczenie i znaczniejsze konsekwencje: szok osób najbliższych, czy zakłócenie ruchu samochodowego ruchu? (Celowo odwołuję się do tak graficznego i trywialnego przykładu, by wykazać absurdalność opinii, że w jakimkolwiek systemie etycznym można pominąć zagadnienia związane z zachowaniami seksualnymi i że seks nie rodzi żadnych specyficznych kwestii.)

Każdy system etyczny odnosi się do zachowania człowieka w kontekście społecznym, a zachowania seksualne są jednak – przy całej swojej powszechności – czymś wyjątkowym i specyficznym, choćby dlatego, że odnoszą się do sfery nie tylko najważniejszej jeśli chodzi o zachowanie gatunku (prokreacja), ale również do sfery życia psychicznego, która przez większość ludzi traktowana jest jako bardzo intymna, newralgiczna, niezwykle wrażliwa na traumę. Innymi słowy: jest ona bardzo ważna (na wskroś witalna) i dlatego nie może być pominięta przez żaden – nie tylko religijny, ale i świecki – system etyczny, który stara się regulować społeczne zachowania człowieka.

*  *  *

Tak jak każdy rodzaj wolności człowieka (traktowanej w kategoriach absolutnych) również tzw. „wyzwolenie” seksualne jest mrzonką i mitem.

Nie mamy takiej wolności, jak się nam wydaje, ponieważ – z racji tego, że jesteśmy istotami społecznymi – nasze życie opiera się na związkach z innymi ludźmi, i tylko w relacjach z drugim człowiekiem może się tworzyć i spełniać nasza tożsamość. A to wymaga ustalenia moralnych norm. Także tych (zwłaszcza tych) związanych z seksem.

*  *  *

W jednej z internetowej dyskusji wyraziłem opinię, że nie można mylić religii z ideologią, szczególnie jeśli chodzi o źródło norm moralnych. Na co jeden z moich interlokutorów się obruszył pisząc: „Jaka jest różnica między religijnymi systemami moralnymi, a tymi pochodzącymi z innych ideologii? I co czyni te pierwsze o tyle bardziej wartościowymi, że zrównanie obu tych rodzajów można nazwać dyskredytowaniem jednego z nich?”

Co moim zdaniem różni religie od ideologii?
Otóż systemy moralne wywodzące się z religii konstytuowały życie społeczne Homo sapiens przez tysiące lat, natomiast ideologie są wynalazkiem człowieka stosunkowo młodym (liczącym lat kilkaset), i na dodatek mocno już skompromitowanym (faszyzm, totalitaryzm, komunizm…) Wygląda na to, że człowiek bez mocniejszej podstawy metafizycznej (choćby tylko hipotetycznej, czy też hipostatycznej) się gubi, a i tak za wszelką cenę próbuje sobie znaleźć bożka zastępczego: kult jednostki, pieniądza, rasy, narodu, prestiżu, władzy, tzw. „postępu”… To taka materialistyczna fiksacja człowieka, który w swej istocie nadal pozostaje gatunkiem Homo religiosus, mimo zerwania z religią.

Poza tym: nie jest dobrze, kiedy jakaś ideologia (ale też i religia) zastępuje komuś myślenie.
Mogę więc napisać, że ideologia jest dla mnie czymś mocno podejrzanym, zbyt konceptualnym, sztucznym, arbitralnym, a na dodatek – co pokazuje historia – skompromitowanym. Dlatego porównanie do niej religii jest według mnie czymś (religię) dyskredytującym.

Ale przecież wiem, że religia też potrafi człowieka niewolić, krzywdzić, zwalniać od myślenia – ogrom zła poczynionego w imię religii w dziejach ludzkości jest zatrważający. Czuję jednak przed religią swego rodzaju…. antropologiczny respekt, bo stara się ona dotknąć Tajemnicy, uwzględniać tę Tajemnicę (pisząc „Tajemnica” mam na myśli coś, co leży poza granicą naszego poznania i pojmowania – pewien Wyższy metafizyczny Sens, którego moim zdaniem nie możemy – żyjąc tu i teraz na naszej Ziemi – przeniknąć i poznać).

*  *  *

Niektórzy zwracają uwagę na coraz większą „ateizację” Zachodu. Ja jakiejś lawinowej utraty wiary w Boga nie widzę, ale jeśli tak jest, to czy odrzucając podstawy metafizyczne (tworząc cywilizację ateistyczną) nie wpadniemy w jakąś pułapkę? To jednak może dopiero wykazać przyszłość. (Na razie wiemy, że takie ateistyczne ideologie, jak faszyzm czy komunizm, okazały się pułapką i to pułapką morderczą.) Pokaże to być może przykład Chin – które, według mnie, opierając się tylko na materialistycznych przesłankach i konsumpcji, zmierzają donikąd i już teraz mają olbrzymie trudności, by określić swoją tożsamość (po prostu nie wiedzą kim są, poddając się żywiołowemu tworzeniu dóbr konsumpcyjnych).

Moim zdaniem za wcześnie jest sądzić (a podnoszą się takie głosy), że ideologia (niereligijna) jest czymś lepszym od religii w tworzeniu moralnych zasad. Być może tak się stanie, lecz ewentualnie pokaże to dopiero przyszłość. Współczesne jaskółki wiosny jeszcze nie czynią. Jak na razie zdecydowana większość ludzi na całym świecie uznaje się za wyznawców jakiejś religii, czy choćby tylko systemu odwołującego się do metafizyki, czyli czegoś co jest poza światem „fizykalnym”, postrzeganym przez nasze zmysły.

Muszę się więc przyznać do tego, że w moim systemie wartości, moralne systemy oparte na przesłankach religijnych (a mówiąc inaczej: te, które odnoszą się do metafizyki) mają większą wartość, niż te, które mają podstawę tylko materialistyczną (odrzucającą jakąkolwiek Tajemnicę, zaprzeczającą istnieniu jakiejś Idei Nadrzędnej, twierdzące, że poza dostępnym nam światem empirii, nie ma już Nic).
I piszę to bynajmniej nie jako człowiek opierający się na konkretnej doktrynie religijnej (uważam się raczej za agnostyka), ale na mojej własnej – mogę chyba tak to nazwać – intuicji, przeczuciu, refleksji nad wspaniałością, czy wręcz cudownością Życia i Wszechświata…

Oczywiście – uważając się za agnostyka – dopuszczam również to, że mogę się mylić. Dlatego też – z tych samych względów – nie przekonują mnie żadne „pewniki” ateistyczne, według mnie podobnie nieweryfikowalne, jak tzw. „dowody” na istnienie Boga. Uważam, że ta wiedza leży poza zasięgiem naszych możliwości poznawczych.

Gwoli jasności chciałbym dodać: ja własnego systemu etycznego, (który chcę respektować) nie osadzam na żadnych „metafizycznych” podstawach, bo tychże nie znam – i oczywiście (chcąc być konsekwentny wobec własnej postawy agnostycznej) nie mogę być pewny, czy istnieją.

Być może w tym jest jakaś sprzeczność, że bardziej cenię systemy etyczne, które opierają się na religii. Wynika to chyba z mojego szacunku dla ludzkiej potrzeby poszukiwania Absolutu, pragnienia poznania Wyższego Sensu, rzeczywistości niedostępnej naszym zmysłom, Sił, które nas (i wszystko) stworzyły… tego co jest Poza… A mimo wszystko bardziej skłaniam się ku intuicji, że Poza istnieje jeszcze Coś, a nie tylko Nic (m.in. dlatego nie uważam się – i nigdy nie uważałem – za ateistę).

*  *  *

Mówienie o jakiejś wartości jest z konieczności odwoływaniem się do konkretnego systemu aksjologicznego, etycznego. A ten jest jednak czymś przyjętym (jeśli nie stworzonym) w taki czy inny sposób przez nas. Moim zdaniem niemożliwa jest dyskusja o wartościach bez ustalenia tego, jak rozumiemy daną wartość my sami. Dla kogoś np. życie ludzkie nie musi mieć takiej wartości, by nie można go było poświęcić (utylitarnie) w imię jakiegoś celu politycznego czy ideologicznego (co występowało w ideologii – i praktyce – systemów totalitarnych). Dla mnie życie ludzkie ma taką wartość, że uważam, iż tego czynić nie można. Na tej zasadzie oceniam „wartość” ideologii totalitarnych (a konkretnie komunizmu i faszyzmu). Na tej podstawie odrzucam zasadność dyktatur (np. Pinocheta, Mussoliniego czy Franco), które według mnie są systemami władzy z gruntu nieetycznymi.

*  *  *

Twierdzenie, że Japonia, Korea, Chiny odniosły ekonomiczny sukces, bo budowały (budują) swoją potęgę („dobrobyt”) na zasadach konfucjanizmu jest moim zdaniem nieporozumieniem. Nie, one budują to na zasadach kapitalizmu. Poza tym Japonia od wielu lat przeżywa ekonomiczny kryzys, bo okazało się, że jednak nie można ludzi zapracowywać (”zaharowywać”) na śmierć. W kraju tym z pracy starano się zrobić coś w rodzaju „religii”, zapełniając pustkę jaka powstała po boskości cesarza i moralnej kompromitacji (akces do faszyzmu) podczas II wojny światowej.

Chińczycy, po szaleństwach rewolucji „kulturalnej” i zniszczeniu własnej tradycji – przyczepiwszy się obłudnie do „komunizmu” a w rzeczywistości wyzyskujący ludzi jak najbardziej „krwiopijczy” kapitaliści – sami nie wiedzą kim są. Decydenci w Chinach (tradycyjnie zresztą) wielkim humanitaryzmem raczej się nie cechują i nadal traktują ludzkie mrowie jak siłę roboczą, lekce sobie ważąc takie wartości jak autonomię jednostki, godność człowieka, wolność indywidualną czy swobody obywatelskie. (Co nie przeszkadza Zachodowi obłudnie się do nich mizdrzyć, głównie po to, by robić z nimi interesy.)
Trudno przewidzieć co też z tych Chin wyrośnie. Ten kraj to jedna Wielka Zagadka.

*  *  *

Jeśli się chce opisać rzeczywistość i uwarunkowania społeczne, w jakich funkcjonuje buddyzm w krajach azjatyckich, to nie można operować stereotypami, czy też myślowymi „gotowcami”, które wynieśliśmy z naszej kultury, ani też odnosić tego do warunków panujących w naszym kręgu cywilizacyjnym.
W tym kontekście np. (zadane mi w jednej z dyskusji) pytanie: „czy mężczyzna decydując się na zostanie mnichem awansuje społecznie?” jest po prostu źle postawione (bo do sytuacji buddyjskiego mnicha nie przystaje coś takiego jak – w naszym rozumieniu – „awans społeczny”).
Tak, jego ranga „duchowa” wzrasta, ale niekoniecznie przenosi się to na stosunki – czy też raczej – hierarchię społeczną. Wiadomo, że np. w Państwie Środka w czasach Cesarstwa mnich pozostawał poddanym władcy, był też w hierarchii społecznej niżej od mandarynów czy książąt. W Tybecie zaś wszyscy byli buddystami, ale panowały tam jednocześnie stosunki feudalne, ściśle zhierarchizowane. Obecnie też – np. w Laosie czy Birmie – mnisi podlegają np. władzy partii (komunistycznej), która rządzi krajem. Czyli: w sferze duchowej mnich stoi wyżej od laików, ale ta „wyższość” niekoniecznie przenosi się na sferę świecką.

Spotkałem się też w naszym kręgu kulturowym z wyzwaniem mnichów buddyjskich od „pasożytów”, wraz z sugestią, że to takie cwaniaczki, które wykorzystują głupotę i naiwność maluczkich, by oddawać się przyjemnemu i wygodnemu życiu.
Otóż, jeśli ktoś decyduje się zostać mnichem, to jest to jednak wyrzeczenie (i tak jest też przez buddystów traktowane). W przeciwieństwie np. do wielu księży katolickich, którzy mieszkają w willach, śpią w piernatach, puchach i wygodnych łóżkach, jeżdżą luksusowymi samochodami, mają do dyspozycji gosposie… etc., mnich buddyjski może posiadać tylko 8 (osiem) rzeczy: trzy szaty, pojemnik na wodę, misę jałmużną, igłę, brzytwę i pas. A je tylko tyle, ile jest naprawdę konieczne do przeżycia (czyli bardzo mało i tylko proste pożywienie – raz lub najwyżej dwa razy dziennie). O wstrzemięźliwości seksualnej nawet nie ma co wspominać, bo stosunek seksualny podczas pobytu w Sangha należy do najcięższych przekroczeń. Bycie mnichem to wyrzeczenie się dóbr materialnych i przyjemności zwykłego życia. Dlatego też mnich w krajach buddyjskich cieszy się szacunkiem laików.

*  *  *

Buddyzm jest bardzo „egalitarny”, choć jednak pewna hierarchia w nim obowiązuje – czy też raczej funkcjonuje (pewni nauczyciele stawiani są wyżej od innych; niektórzy mnisi uznawani są za lepszych od innych; pewne wcielenia są lepsze od innych; istnieje jednak dobra karma i zła karma… etc.), bo chyba jednak żadna kultura (system filozoficzny, religia) nie może się obejść bez pewnego systemu wartości (czyli nie może  być neutralna aksjologicznie). Ale już w świetle Dharmy wszyscy są równi, wszyscy podlegają prawu Samsary… podobnie zresztą jak w Chrześcijaństwie, gdzie wszyscy są równi przed Bogiem.

*  *  *

Czytam stwierdzenie: „Nie byłoby wojujących wrogów religii, gdyby nie wojujący wyznawcy religii, którzy nie tylko nie mają serca ani wyobraźni, ale także grzeszą przeciw ideałom swych religii.”
Niestety, tak jest. Błędne koło wzajemnie napędzającej się niechęci, wrogości a nawet nienawiści.
Wrogowie religii zwalczają „zabobon” i „przesądy”, jakby sami czuli się zagrożeni religijnym fundamentalizmem. Co ciekawe, większość z nich żyje w krajach Zachodu, które w zasadzie posiadają prawo liberalne i którym przecież żaden religijny fundamentalizm nie zagraża (bardziej ekstremizm, który jest rodzajem desperacji bezsilnego w społeczeństwie liberalnym fundamentalizmu.) Religia jest więc zwalczana przez tych, którzy czują zagrożenie dla własnych swobód.

Z kolei ludzie religijni reagują na te ataki czymś, co niektórzy nazywają „moral panic” – bo czują, że zagrożony jest ich system wartości, że może się zawalić ich świat, w którym swoje życie opierają w dużej części na wierze.
Akcja rodzi reakcję, najczęściej jednak przesadną – zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Jest to po prostu walka o poszerzenie (zachowanie) własnej przestrzeni światopoglądowej.

Ten konflikt jest szczególnie zaostrzony w naszym kraju – czyli w Polsce. W Stanach Zjednoczonych tego problemu w zasadzie się nie dostrzega, bo mimo wszystko panuje tu dość daleko posunięta religijna tolerancja. (Choć też zdarzają się spięcia na tle światopoglądowo-religijnym – jak np. wokół ustawy aborcyjnej. Dotyczy to jednak drobnego ułamka społeczeństwa).

*  *  *

Mówi się czasami o buddyzmie jako o religii „niewojującej”. I to jest właśnie jeden z tych ważniejszych aspektów buddyzmu, który mnie ujmuje – podobnie jak wpisana w postawę buddyjską tolerancja dla innych wierzeń, nie narzucanie (zwłaszcza siłą) własnych przekonań. To sprawia, że mam dla buddyzmu – i ludzi wyznających buddyzm – wielki szacunek.

W buddystach zawsze wyczuwam pewien… spokój i brak agresji. Kiedy byłem w Indiach, to uderzyła mnie np. różnica w zachowaniu dzieci z rodzin muzułmańskich i buddyjskich. W tych pierwszych było właśnie sporo natarczywości, czasem nawet agresji, w drugich – wspomniany już spokój, większa ogłada, skromność, nie narzucanie się. (Nie wiem, może akurat tak trafiłem.)

W krajach, gdzie przeważają buddyści, zawsze czuję się bezpieczniej. W ludziach tych uderza mnie zwłaszcza łagodność; także coś w rodzaju dziecięcej wprost niewinności (choć tutaj być może jednak idealizuję). Tak było np. podczas mojego pobytu w Kambodży, gdzie zrozumiałem, jak to było możliwe, że w ciągu zaledwie kilku lat wymordowano tam ponad półtora miliona ludzi (jedną czwartą całej populacji) – nota bene bez dysponowania takimi środkami technicznymi zagłady, jakie mieli do dyspozycji hitlerowcy. Otóż wystarczyło, że znalazła się grupa szaleńców i nikczemników (liderzy Czerwonych Khmerów), by zorganizować masowe mordy i dokonać tej zbrodni na ludziach, którzy zupełnie się nie bronili i szli na tę rzeź pokornie jak barany.

*  *  *

Czytam wywiad z prof. Mikołejko. Na pytanie: „Studiowanie Pisma to dla pana zmaganie się z nieistniejącym Bogiem? odpowiada on:
– „Istniejącym. Bo nawet gdyby jego obecność ograniczała się tylko do Pisma, to istnieje on przecież przez to, że dyskurs tam obecny rządzi naszym życiem. Nie wiem oczywiście, czy biję się z Bogiem, czy też jedynie z tym dyskursem. Ale niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, ten dyskurs jest wszechobecny, wszechwładny. Nawet w społeczeństwach rzekomo świeckich, bo to nie jest tak, że zrzucamy z siebie sukienkę tradycji i nakładamy nowe ciuchy. Ta sukienka tradycji jest jak…”
– „Koszula Dejaniry?
– „Tak. Jest w nas wpisana cieleśnie. W nasze gesty, wybory, myślenie; nawet u radykalnych ateistów. Gdy się przyjrzeć choćby Marksowi, jest on w gruncie rzeczy wierzącym Żydem, który skasował hipotezę zwaną Bogiem, ale nadal pozostaje w wierze. W swoim myśleniu jest mesjanistą, tyle że Mesjasz jest u niego zbiorowy.
To nieodparte brzemię. A skoro nieodparte, to jako nieustający, choć stary już buntownik muszę się z tym borykać. Niekoniecznie chcę je nieść. Nie chcę nieść choćby tego dziedzictwa kultury męskiej, patriarchalnej, stale zresztą obecnej nawet w głębokiej nowoczesności.”

To, co mówi profesor jest dla mnie niezmiernie interesujące. Jego światopogląd i opinie są zbliżone do moich, być może dlatego, że nasze drogi rozwoju i kształtowania się intelektualno-duchowego są niemal identyczne: wychowanie w katolickiej rodzinie, kryzys wiary i bunt, odkrycie własnej śmiertelności, odczytywanie (“na własną rękę”) Biblii i Nowego Testamentu, nieufność wobec religii zinstytucjonalizowanej (Kościół), świadomość ukształtowania nas przez kulturę judeo-chrześcijańską, uznanie doniosłości faktu pojawienia się w ludzkiej kulturze takiej postaci, jak Jezus Chrystus (a konkretnie: wartości, które on nam przekazał), respekt dla metafizycznych dążeń człowieka (którego wyrazem jest religia), intensywna (pełna lęku ale i fascynacji) konfrontacja z pustką i nicością… etc.
To tak, jak gdybym pisał o sobie.

Nota bene w wypowiedzi profesora – wśród wielu mądrych i niezwykle przenikliwych stwierdzeń – natrafiłem też na szczególnie uderzający fragment, który doskonale wpisuje się w poruszany czasami przeze mnie temat buddyzmu, bo brzmi on tak, jakby profesor mówił o doświadczeniu buddyjskim, a konkretnie o buddyjskim pojęciu Pustki i Nirwany:

“Nie jestem w stanie kategorycznie wypowiedzieć się w sprawie nieobecności Boga. Do końca nigdy nie możemy być pewni, że coś ‚tam’ jest, czy czegoś ‚tam’ nie ma. Mistyczny zaś pierwotnie znaczy ‚tajemniczy’. A ja mam nieustanną pokusę, by wpychać paluch w ranę tajemnicy. Jest w tym też późniejszy sens słowa mistyczny, który mówi o pozarozumowym roztopieniu się w porządku, który nas przerasta. Mam wrażenie, że on istnieje, ale nie wiem, czym jest. Może to nicość? Mistyczne otwarcie się na przerażającą nicość, która być może wynajduje życie. Mam wrażenie bowiem, że to nie śmierć jest wynalazkiem życia, ale życie wynalazkiem śmierci. Że to śmierć żywi się egzystencją. Nicość jest czymś pierwotnym i ostatecznym, kresem naszego świata, wszechogarniającą obecnością, horyzontem istnienia, w którym chcę się mistycznie roztopić. ‚Chcę’ to może niewłaściwe słowo, bo tam rozum przestaje pracować, zostaje tylko ekstatyczne wpatrywanie się w studnię bez dna.”

*  *  *

Religia zawsze była związana z polityką – także w tym sensie, że była wykorzystywana przez polityków jako narzędzie do osiągania własnych partykularnych celów. I tak niestety zostało do dzisiaj. Musimy więc być ostrożni: często bowiem winimy religię za coś, co jest sprawką polityków traktujących ową religię instrumentalnie, cynicznie i w sposób pozbawiony skrupułów.

Czytając polską prasę (regularnie: „Polityka”, „Newsweek”, nieregularnie: „Wprost”, „Uważam Rze”, „Tygodnik Powszechny”…), mam wrażenie, że w Polsce od jakiegoś czasu istnieje ostry konflikt między środowiskami tzw. konserwatywnymi (związanymi zazwyczaj z Kościołem Katolickim) a liberalnymi. Jestem też świadkiem ataków na Kościół (czytając np. dyskusje na pewnych forach), spotykam się z czymś w rodzaju krucjaty wojującego ateizmu, dyskredytacją wiary, religijności i samych ludzi wierzących; z drugiej zaś strony widzę ataki „konserwatystów” na środowiska liberalne, odruchy nacjonalistyczno-ksenofobiczne, nerwowość i przesadę związana z syndromem oblężonej twierdzy…
Nie wiem, być może są to tylko moje złudzenia podsycane przez tzw. „opiniotwórczą” prasę, która manipuluje ludźmi, by przeforsować swoją własną opcję polityczną i poglądową. Ale przecież pamiętam np. wojnę o krzyż – gdzie ten konflikt objawił się bodaj najmocniej i jednak naocznie, pamiętam histerię i żałobny teatr wywołany przez katastrofę smoleńską… Trudno jest mi więc przyjąć, że świadomość tego konfliktu to tylko moje złudzenie nie mające oparcia w rzeczywistości.
(Przypis: zapis ten pochodzi z 2012 r. Tygodniki polskie przestałem z czasem czytać, zniechęcony ich obłędnym rozpolitykowaniem i propagandą „jedynie słusznych” opcji.)

*  *  *

Można zauważyć, że przenikanie się (konfrontacja) odmiennych kultur różne przybiera formy: od wzajemnego zwalczania się i wrogości (do tego niestety niezbyt chlubnie przyczynia się ksenofobia i sztywny nacjonalizm) – przez stapianie się (przebiegające w sposób nieco bardziej dyskretny i „długofalowy”) – po wzajemne wzbogacanie się (inspirowanie, zapożyczanie…)
Musimy się zgodzić z tym, że właśnie na styku dwóch różnych kultur (najczęściej reprezentowanych przez różne narody) ma miejsce ferment, który sprawia, że dzieją się tam rzeczy najbardziej ciekawe, twórcze. Paradoksalnie, to zjawisko (proces) może być argumentem zarówno na rzecz globalizacji (rozumianej tu jako kulturowy blending), jak i tendencji nacjonalistycznych (wiążących się zazwyczaj z tzw. „patriotyzmem”), dążących do utrzymania narodowej (kulturowej) tożsamości – uznawania, pielęgnacji i szacunku dla wartości specyficznych dla danej nacji, wypracowanych przez narodową tradycję…
Czy zawsze musi to pociągać za sobą konflikt?
Jeżeli obie strony będą podchodzić do tego stereotypowo, powierzchownie, wrogo i demagogicznie to oczywiście będziemy mieli walkę na noże. Jeśli zaś zdobędą zdobędą się one na tolerancję, wysiłek zrozumienia odmiennych racji i głębszego wniknięcia w sprawę, to może to być czymś wzbogacającym i konstruktywnym.

(Dopisek po latach: niestety, jeśli chodzi o konflikt światopoglądowy, to nasz kraj zdominowała ostatnio walka na noże.)

*  *  *

Inne odcinki cyklu przeczytać można  TUTAJ

.

Reklamy

O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Demonstrujący tłum nigdy nie zaspakaja swoich potrzeb wyższych, bo w tłumie ich nie ma – następuje równanie do średniej, jak również zniżanie się do zachowań instynktownych, często irracjonalnych.
Tłum nie myśli.

Nawet jeśli tłum występuje w imię jakiejś wyższej idei, to w akcie tłumnej demonstracji następuje jej zglajszachtowanie – sprowadzenie do bezrefleksyjnego stereotypu, często do parodii samej siebie.

Tłum jest zazwyczaj narzędziem w rękach manipulatorów, którzy – by osiągnąć cel – zawsze wmawiają tłumowi, że nie tylko działają oni w imię jego dobra, ale że sam tłum może o czymś decydować i że jest w tych decyzjach suwerenny i nieomylny.

O zachowaniach tłumu decydują hormony – impulsy i popędy – a nie refleksja. (Tłum jest domeną emocji, a nie myślenia.)

Włączenie się w tłum najczęściej wiąże się z regresją – to niejako zejście na niższy próg człowieczeństwa. (To ciekawe i warte zastanowienia, że właśnie w takim momencie ludzie przeżywają często euforię.) Co oczywiście nie oznacza, że tłum z zasady jest agresywny.

Tłum zaczyna funkcjonować w innej rzeczywistości, która nie jest, w stosunku do obiektywnej rzeczywistości, ani komplementarna ani alternatywna, tylko efemeryczna. W końcu i tak – prędzej czy później – następuje (wtedy już indywidualne) otrzeźwienie.

greydot

Jednakże właściwości tłumu nie zawsze są wartością negatywną, przynoszącą samo zło. Można je również wykorzystać w dobrej sprawie – wtedy tłum jest siłą pozytywną. Szkopuł w tym, ze często nie wiemy, co jest złe, a co dobre – zło nam się przedstawia jako dobro, a dobro jako zło.

greydot

Sądzę, że prawdziwy bunt jest aktem indywidualnym.
Tak więc określenie „zbuntowany tłum” jest w pewnym sensie oksymoronem: bo ktoś, kto przyłącza się do takiego tłumu automatycznie staje się oportunistą (przejmując ideę tłumu staje się jego częścią, pozbawiając się tym samym suwerenności – w działaniu i myśleniu).
Y Gasset pisał o „buncie mas”, ale w rzeczywistości opisywał powstawanie zatomizowanego tworu – nowej wersji europejskiego społeczeństwa, której „bunt” polegał nie na zdobywaniu kolejnych poziomów wolności (wliczając w to wolność indywidualną), ale wręcz przeciwnie: na rozrastanie się w masę, która de facto wolność indywidualną niszczyła (co wkrótce urzeczywistniło się w postaci państw totalitarnych – w komunizmie i faszyzmie). Podobne fiasko ponosi dziś ideologia neoliberalna, obiecując człowiekowi wolność, a w rzeczywistości pozbawiając go tożsamości i zmuszając do zachowań szablonowych w rodzaju politycznej poprawności czy kompulsywnej konsumpcji.
Niestety, wygląda na to, że nadal – w skali społecznej – jeden rodzaj zniewolenia zamieniamy na inny.

greydot

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że sporą część winy za takie tragedie, jakimi są ostatnie masowe zabójstwa w różnych stanach, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar. Winna jest również wynikająca z tego wszystkiego orgia wiadomości, którymi główne media katują nas non stop przez wiele dni. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami, tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają. Kto wie, czy np. tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie wcześniejsza strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdą” masowego mordu. Kto wie, czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem (w przypadku muzułmanów: męczennikiem), którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi całego globu? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości, jakie żywi wobec siebie zabójca. Albo wykrzyczenie wobec świata własnej desperacji, może nawet krzywdy, jaką według nich wyrządził im ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się więcej powściągliwości? Mniej medialnej burzy? Może lepsze byłoby też zachowanie anonimowości mordercy?
No i wreszcie, last but not the least: może wreszcie ktoś zrobiłby porządek z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy, będący w stanie zgromadzić ich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (bo tu nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ – może więc nadszedł także czas by tych wszystkich hipokrytów i cyników z NRA rozgonić na siedem wiatrów?)

Jest jeszcze nasz prezydent. Wzrusza się albo peroruje, załamuje mu się głos, ociera ukradkiem łzy jakie mu się kręcą w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie, w tym również i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Wbrew pozorom życie afgańskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam.


greydot

Nie wiem jaki jest wpływ nauk Nietzschego na upodobnienie się świata do jego idée fixe. Natomiast jestem pewien, że próba wprowadzenia w życie jego postulatów (np. tych wynikających z afirmacji „mocy” i utworzenia kasty nadludzkich panów) byłaby koszmarem.
Aż się nie chce wierzyć, że ktoś – dokładnie pół wieku później – usiłował to zrealizować. Czy jednak można za to winić Nietzschego? Moim zdaniem nie. On był tylko rodzajem medium, za pomocą którego objawiły się symptomy choroby, na którą zaczęła zapadać europejska kultura, cywilizacja Zachodu.

Niestety, nie wahałbym się pewnych idei Nietzschego nazwać „banialukami” – jakimś absurdalnym „para-romantyzmem”, rodzajem idealizmu, do którego – idąc nad wyraz pokrętnymi ścieżkami – dotarł Nietzsche, wychodząc (żeby było jeszcze dziwniej) z naturalizmu i biologizmu.
Sądzę, że lepiej mu wychodziła krytyka, (ważna o tyle, że obnażała i wskazywała słabe miejsca europejskiej cywilizacji), niż jakakolwiek konstruktywna afirmacja.

Co ciekawe i znaczące, Nietzsche był również znakomitym krytykiem samego siebie. Może właśnie dlatego nie stworzył on żadnego naprawdę spójnego, koherentnego „systemu”.

Prawdę mówiąc, Nietzsche zawsze interesował mnie bardziej jako człowiek (myślący, wrażliwy, cierpiący, poszukujący, walczący…), niż jako filozof. Moje pochylanie nad nim bardziej jest humanistyczne (antropologiczne) niż filozoficzne.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem go potępić.

Nie sądzę, że Nietzsche był człowiekiem okrutnym, jednakże to, co czasami pisał – jeśli by tak zastosować jego idee w praktyce, lub potraktować poważnie i dosłownie (a tak np. – po „nietzscheańsku” – potraktowali hitlerowcy osoby chore i „gorszej” rasy) – prowadziłoby do okrucieństwa.

Oczywiście, że od czasu Nietzschego doszło do pewnych przewartościowań w naszej kulturze. Nie zmienia to jednak faktu, że podjęta przez niego próba „przewartościowania wszystkich wartości” zakończyła się fiaskiem i popchnęła go w szaleństwo. Porwał się na coś, co go przerosło i za co „zapłacił” obłędem.

greydot

W pismach Nietzschego kilkakrotnie można znaleźć fragmenty, w których wyraża się on o ludziach jak o jakimś nawozie historii (sugeruje np. że można np. poświęcić życie milionów ludzi, jeśli służy to osiągnięciu jakiegoś wyższego – jego zdaniem – celu). Była to swego rodzaju antycypacja poglądów jakie reprezentowali (w praktyce) autokraci sprawujący władzę w systemach totalitarnych (i to zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych).

Nietzsche potrafił zmieniać swoje poglądy dosłownie z jednego akapitu na drugi. Był takim eksperymentatorem – badaczem duchowych i myślowych ekstremów. Oprócz rzeczy genialnych, pisał też wierutne bzdury. Nie stworzył też jakiegoś spójnego systemu filozoficznego. Jego poglądy ulegały ciągłej ewolucji. Z tego też względu trudno uchwycić coś naprawdę stałego w jego myśli.
To co pisał często było bardziej literaturą, niż filozofowaniem, które można byłoby traktować serio. (Koniec końców, dla mnie Nietzsche bardziej jest artystą czy też poetą, niż filozofem, którego można pojmować dosłownie.)

greydot

Szaleniec niekoniecznie jest – jak ktoś napisał – istotą „bezgranicznie głupią”. Choć, jeśli ktoś „postradał zmysły”, to potocznie mówi się, że „zgłupiał”. A jednak szaleństwo nie jest tożsame z głupotą. Wystarczy zresztą popatrzeć, jak wielu szaleńców jest branych za mędrców… i vice versa. Bo któż, jak nie ludzie „szaleni”, byli założycielami największych religii? (vide: Budda, Chrystus, Mahomet…) Ponadto, czy człowiek nie musi być do pewnego stopnia „szalony”, aby zostać uznanym np. za „świętego”? Albo porwać się – wbrew wszystkim i wszystkiemu – na istniejący w świecie „porządek”?

Jeśli jednak geniusz staje się „szaleńcem i potworem”, to przestaje tym samym być człowiekiem mądrym. Według mnie „potworność” wyklucza mądrość.

Co miał na myśli Brecht, pisząc że w każdym geniuszu jest coś z szaleńca i potwora? Może to, iż często geniusze zachowują się amoralnie (czyli są na bakier z obowiązującymi normami obyczajowymi), a czasem wręcz nikczemnie?
Jednakże to, że geniusz staje się czasami nikczemnikiem nie powoduje tego, że przestaje on być człowiekiem genialnym.

Związek geniuszu i obłąkania to rzecz powszechnie znana, już choćby od czasów Arystotelesa, który stwierdził, że „każdy wielki geniusz ma coś z szaleńca”. Sama europejska psychiatria, która raczkowała w XIX wieku, wydała wtedy taką – uznaną już dzisiaj za klasyczną – pozycję, jak „Geniusz i obłąkanie” (autorem był Lombroso).
Przykłady ludzi, którzy zostali uznani za genialnych, a którzy zapadli na chorobę psychiczną, można mnożyć. Ale przecież nie każdy rodzaj ludzkiego „szaleństwa” podpada pod diagnozę psychiatryczną (czyli nie każdy szaleniec jest psychiatrycznym „wariatem” – tak jak nie każde „szaleństwo” klinicznym obłąkaniem). Np. podczas II wojny światowej „oszalała” prawie cała Europa i pół świata… lecz było to „szaleństwo” cywilizacyjne, kulturowe, a nie kliniczne.

greydot

Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, liryzm, mitologizacja, patos…
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura

greydot
Fragment „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza pochodzący z czasów niemieckiej okupacji Warszawy. Otóż w czerwcu 1943 roku, na jednym z tajnych wieczorów autorskich, swoje nowe opowiadanie („Wielki Tydzień”) przeczytał Jerzy Andrzejewski (spotkanie miało miejsce w mieszkaniu Marii Morawskiej, wdowie po rektorze UJ; obecni, oprócz Iwaszkiewicza, byli także m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, ksiądz Ziaja…). Utwór ten napisany został na gorąco przez Andrzejewskiego, zaraz po tragicznych wydarzeniach powstania żydowskiego w getcie warszawskim.
I oto co mówi Iwaszkiewicz (dla którego nota bene literatura była bardzo ważna w życiu, może nawet najważniejsza): „Opowiadanie Andrzejewskiego zrobiło bardzo niedobre wrażenie. Ja myślę, że jest ono bardzo dobrze napisane i porusza jedno z naszych najważniejszych zagadnień, zasadniczy problem moralny każdego z nas. A mimo wszystko opowiadanie opisujące to, cośmy przeżyli tak niedawno, robi wrażenie niepokojące. Zdarzenia opisane odnoszą się do końca kwietnia.(…) Nie ostygły jeszcze popioły getta, a on już pisał na ten temat opowiadanie. Transponował tę straszną rzeczywistość w jakiś świat zorganizowany, skomponowany. To chyba nigdy nie może się udać. A co najważniejsze, że możemy skonfrontować to, cośmy przeżywali przed chwilą (…) I oczywiście opis nie oddaje ani dziesiątej części naszych przeżyć (…). Pozostając jeszcze w sferze naszych świeżych przeżyć, nie sprosta tym przeżyciom, nie stając się dziełem sztuki.”

Tak więc okazuje się, że aby sprostać wyzwaniu literackiej próby ogarnięcia życiowego koszmaru, potrzebny jest dystans – i to nie tylko czasowy, ale i psychiczny. W przeciwnym razie do gardła rzuca się nam rzeczywistość, a literatura wydaje się mrzonką.

greydot

Lepiej jest żyć, niż o życiu czytać.
Czy to samo odnosi się do pisania?

greydot
Literatura jest zawsze czymś wtórnym dla doświadczenia życiowego. Co nie oznacza, że nieważnym.

greydot

Świadectwo Borowskiego. Obawiam się, że dzięki niemu (i temu co zrobił) mogła się nam objawić pewna okrutna prawda: jeśli człowiek w pełni pojął i „zrozumiał” Auschwitz, to jedynym dla niego wyjściem z tej opresji (wiedzy i świadomości) jest samobójstwo.
Ucieczka jest niemożliwa.
Tym bardziej płonna jest ucieczka w literaturę.

 

greydot

Po lekturze „Losu utraconego” Imre Kertésza.
Oczywiście, że wielu ludzi, którzy przeżyli obóz, zadawało sobie pytanie: dlaczego właśnie ja? Trudno mi uwierzyć, że wobec koszmaru, którego doświadczyli, przeszło im przez myśl, aby dziękować za to jakiejś „Opatrzności” (gdyż wobec tego co się stało, pojęcie „Opatrzności” wydaje się być jakąś Monstrualną Ironią!)
Czy wszyscy z nich byli winni? Czy można obwiniać nawet tych, którzy dopuścili się w obozie czynów nagannych, czy wręcz nikczemnych?

Początkowo, kiedy pisałem o zwątpieniu w człowieka, którego doświadczyłem przy zderzeniu się z Auschwitz, bardziej miałem na uwadze właśnie owo zło, które wyzwoliło się w więźniach, niż to, które było udziałem niemieckich (najczęściej) oprawców. Esesman w czarnym mundurze i z pejczem w ręce, zrazu wydawał mi się bardziej jakimś kosmitą, niż człowiekiem – dopiero później zdałem sobie sprawę z jego „ludzkiej” natury i z konsekwencji, jakie miało jego zachowanie na ogólny sąd o człowieku.

Tak więc na początku było przerażenie tym, czego dopuszczali się wobec siebie sami więźniowie.
Jak sobie dałem z tym radę? Otóż pomógł mi w tym np. Herling-Grudziński i jego słowa, że nie można sądzić człowieka (oskarżając go o „nieludzkość”), którego zmuszono do życia w nieludzkich warunkach.
Tadeusz Borowski tego nie zaakceptował (nie zrozumiał?) i dlatego się zabił. Pisząc, że Borowski poznał „pewną okrutną prawdę” o człowieku – i wskazując przy tym na to, że uświadomienie takiej „prawdy” musi konsekwentnie prowadzić do samobójstwa – nie wyraziłbym się jednak ściśle. To była bowiem „prawda” Borowskiego. A w takim miejscu jak Auschwitz, jest jeszcze wiele innych „prawd” (podobnie jak istnieje wiele „prawd” o Powstaniu Warszawskim).

Dlaczego piszę „prawda”, ujmując to słowo w nawias?
Ponieważ sądzę, iż owa „prawda” bardziej jest ludzką opinią, stanowiskiem, perspektywą, niż prawdą absolutną, (do której według mnie nie mamy dostępu w naszym ludzkim świecie).
A więc relatywizm?
Niekoniecznie.
Jeśli bowiem przyjmujemy już pewien system wartości (czyli potrafimy w naszym sumieniu odróżniać Dobro od Zła… co jest według mnie naszą ludzką powinnością – moralnym imperatywem), to nie powinniśmy mieć większych kłopotów z tym, co uznać za naszą prawdę.

Naturalnie, będzie to dotyczyć tylko jakiegoś fragmentu rzeczywistości… Ale nie mamy innego wyjścia, gdyż pełni rzeczywistości nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
To właśnie dlatego nie mogę zgodzić się z tym, że samobójstwo Borowskiego było, jak ktoś napisał, „jedynie słuszną odpowiedzią” na rzeczywistość. Może wikłam się tu w jakieś sprzeczności, ale inaczej chyba myśleć nie mogę.

A jaka jest np. prawda o Maksymilianie Kolbe?
Otóż ja już dawno temu żywiłem podejrzenie, że było to samobójstwo. Kolbe wykorzystał sytuację, by zakończyć życie i wyzwolić się z koszmaru. Zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy aby nie poczuł się on winny, bo przecież jego pisemko publikowało przed wojną teksty antysemickie, co można uznać jako pewien przyczynek do tworzenia atmosfery anty-żydowskiej histerii, która doprowadziła w końcu – a co najmniej ułatwiła – „ostateczne rozwiązanie” i zagładę większości europejskich Żydów. Ale o tym nikt nie mówi, bo wszak uznany on został człowiekiem „świętym”.
Jednakże później przyszła inna refleksja: może Kolbe, zdjęty litością, rzeczywiście chciał dostrzec w drugim człowieku Chrystusa i oddał za niego życie? Tym samym stając się symbolem ostatecznego poświęcenia dla bliźniego? Tej prawdy uchwycili się jego wyznawcy. I trudno się temu dziwić, gdyż ludziom trudno jest żyć bez nadziei (bo jakkolwiek uznalibyśmy ją może za naiwną „matkę głupich”, to jest ona również nam potrzebna jak powietrze do oddychania i woda do picia…)

W ludziach jest zarówno Kain i Abel, ale w końcu kogoś jednoznacznie potrafimy nazwać Kainem i Ablem. To jest ten bilans, dzięki któremu możemy dość jednoznacznie powiedzieć: ten człowiek jest zły, a ten dobry. Pisząc kiedyś, że były momenty kiedy utożsamiłem się również z tym esesmanem-oprawcą w obozie, pisałem o jakieś abstrakcji, którą pomyślałem chcąc przeniknąć ludzką naturę. Przecież, tak naprawdę, zawsze utożsamiałem się tylko z tymi, których krew wsiąkała w ziemię Auschwitz, a ciała ulotniły się przez kominy krematoriów.
Czasem jednak ogarniał mnie lęk i męczyła niepewność, czy zawsze w tych warunkach zachowywałbym się po ludzku, i czy nie zacząłbym patrzeć na świat oczami Borowskiego, co mogłoby być jednoznaczne z niezgodą na dalsze przebywanie na takimż świecie.

greydot

Bardzo byłbym ciekaw świata, jaki stworzyliby ludzie, których zabito w obozach zagłady, gdyby przeżyli wojnę. A wyginęły ich legiony. Byli wśród nich genialni naukowcy, artyści, myśliciele… Czy można sobie coś takiego wyobrazić? Na pewno nie. Talmud mówi, że kiedy umiera człowiek, to tak, jakby ginął z nim świat cały. A tu – w sposób okrutny i w tak krótkim czasie – zginęły tych ludzi miliony.

greydot

Kiedy wiadomo było, że wojna jest przegrana, samobójstwo popełniło tysiące Niemców. Ale czy z powodu poczucia winy, że było się po stronie katów? Wątpię. Głównie powodował nimi strach przed nadciągającą sowiecką „barbarzyńską” hordą.
Wrażliwość na wyrządzone zło?
Raczej strach przed karą i przed nowym „porządkiem” zwycięzców.

greydot
Jak wyglądałaby Europa bez zagłady? Można by próbować sobie to wyobrazić, ale prawdopodobieństwo tego, że wyobrazimy sobie stan, który odpowiadałby rzeczywistości, jest nikłe. Obawiam się, że zafundowalibyśmy sobie jakąś inną, równie potworną katastrofę, ponieważ w całej Europie panowała wówczas taka – prąca do konfrontacji – mentalność straceńczo-kombatancka, (która była m.in. skutkiem problemów i konfliktów nabrzmiałych po I wojnie światowej.) Być może Hitler uprzedził – i niejako ustrzegł – inne państwa przed popełnieniem podobnej zbrodni? Może wśród tych państw znalazłaby się i Polska?

greydot

Wata… wata, którą się owijamy, by się zbyt boleśnie nie poobijać; zasłona dymna, którą się okadzamy, by cała potworność świata nagle nie wypaliła nam oczu.

greydot

Pewnego razu (po opublikowaniu przeze mnie tekstu „Anus Mundi”) usłyszałem oświadczenie: „Nie byłam w Oświęcimiu i nie wybieram się. Mam wrażenie, że nie muszę tego miejsca oglądać. Świadomość tego, co się działo, wystarcza mi. Natomiast nie wiem, czy widziałeś video „Holocaust Survivor’s Death Camp Dance Flap”. Mężczyzna, który przeżył obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, wraca tam z wnukami, by na miejscu zagłady zatańczyć do piosenki „I will survive”. Zszokowało to Niemców i Polaków, mnie się zaś wydało cudowną apoteozą celebracji życia i przezwyciężeniem duchów przeszłości.”

Mnie to ani nie szokuje, ani nie oburza. Ale mogę tylko mówić za siebie. Skoro jednak protestują przeciw temu video ci, którzy faktycznie przeżyli Zagładę, to trudno to ignorować i nie brać tego pod uwagę. Może jednak, po prostu, warto ten fakt uszanować?
Wydaje mi się, że nieporozumienia wokół tych kontrowersji wynikają z polaryzacji dwóch odmiennych postaw. Bowiem z jednej strony jest bezbrzeżny smutek, rozpacz i przerażenie, jakie ogarniają ludzi w konfrontacji z tą potworną zbrodnią (i trudno się przecież tej reakcji dziwić, bo jest ona jak najbardziej uzasadniona i ludzka); z drugiej zaś – radość z ocalenia, afirmacja życia. Trudno jest takie reakcje przejawiać w tym samym czasie, a niektórzy uważają, że także i w tym samym miejscu – zwłaszcza w miejscu, gdzie miała miejsce Zagłada.
Istnieje przy tym jeszcze jedno niebezpieczeństwo: banalizacji i wyparcia czegoś, o czym jednak trzeba pamiętać w całym rzeczywistym wymiarze, także i w tym mało komfortowym, bolesnym, wręcz przerażającym. Według mnie pamięć taka jest konieczna do tego, abyśmy jednak byli świadomi tego, jak łatwo w naszej europejskiej cywilizacji (którą ponoć tak się szczycimy) o dokonanie podobnych zbrodni (a były one możliwe właśnie i dzięki temu, że pewne rzeczy wypierano ze swojej świadomości; że nie chciano ich dostrzegać; że dokonywano wygodnej i życzeniowej interpretacji faktów).
Kogoś, kto tańczy na zgliszczach (czy też popiołach pomordowanych), można jednak podejrzewać o to, że czyni to bez świadomości tego, jak potworny i bolesny był to pożar (zbrodnia) ewentualnie ze swojej świadomości to wypiera – bez faktycznego i dogłębnego zrozumienia tego, czym ta hekatomba była spowodowana.

greydot

Nie wyobrażam sobie życia nudnego, choćby z powodu tej jego właściwości, o której mówił Nietzsche: „Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu”. A poza tym – ileż to ekscytujących rzeczy dookoła.
Czy ci, którzy tęsknią za spokojem, wiedzą za czym tęsknią? Czy nie ma w tym czegoś z zakamuflowanego pragnienia bezruchu, może nawet śmierci?
A swoją drogą: jakże często ceną, jaką się płaci za doznanie tzw. „świętego spokoju” jest właśnie nuda. Przypomina mi się tutaj to, co o nudzie napisał Pascal w swoich „Myślach”: „Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku., bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal, rozpacz.”

greydot

Starość? Może nie tyle czuję już oddech starości na swoim karku, co odczuwam (niekiedy) przejmującą melancholię przemijania – siebie samego, moich bliskich, nas wszystkich i wszystkiego, co wokół nas.
Ale przecież wiem, że bez przemijania niemożliwa byłaby jakakolwiek zmiana, ewolucja, rozwój.
Czy z wiekiem to odczucie przemijania się wzmacnia? Myślę, że u większości ludzi tak. Jeśli chodzi o mnie, to również tak odczuwam, ale – jak tak zwracam się ku przeszłości – przemijalność wszystkiego, z całą jaskrawością i z wielkim przejęciem uświadomiłem już sobie w dzieciństwie, czy też (bardzo) wczesnej młodości. I od tamtego czasu ta świadomość jest ze mną – z większym lub mniejszym nasileniem – przez cały czas.

greydot

Miłość ma różne oblicza a występujący w niej egoizm maskujemy na wiele sposobów, zwłaszcza kiedy chcemy miłość uszlachetnić, wysublimować. Niezbyt z ową szlachetną wizją miłości współbrzmi to, że bardzo często nasza miłość jest zaborcza – tzn. zwykle chcemy kogoś posiąść na własność (psychicznie i fizycznie). To dążenie w skrajnych przypadkach jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, więc kiedy nie może się zrealizować, kończy się czasami samobójstwem (lub zabójstwem).

W miłości odwzajemnionej egoizm staje się walutą wymienną – dwoje ludzi ofiarowuje się sobie nawzajem (mając przy tym często poczucie bezinteresowności). Jednak zdarza się również, że człowiek w miłości niejako się „zatraca się” – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze). W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.

greydot

Miłość jest wytworem kultury, która w mit ujmuje hormonalną burzę, jaką miłość jest w wymiarze biologicznym. Zważmy na to, jaką rolę odgrywa miłość w każdej kulturze – i jak zmienia się jej obraz w zależności od mitologicznej fluktuacji danej kultury, która najlepiej widoczna jest w sztuce, w literaturze…
Każda epoka (i każdy rodzaj kultury) ma ten obraz miłości inny – i to właśnie jest dowodem na to, jak mocno – nierozerwalnie wręcz – miłość jest z kulturą sprzężona.
Można więc napisać wprost: bez kultury nie byłoby miłości, podobnie zresztą, jak nienawiści.

Erotyzm to nic innego, jak nasze „kulturalne” podejście do zwierzęcej (w swej istocie i proweniencji) „chuci” – do pożądania, seksu.

greydot

Miłość a przywiązanie?
To są pokrewne sobie uczucia, jednak różnią się od siebie, choćby intensywnością. Warto przy tym dodać, że miłość może przerodzić się w przywiązanie… chociaż nie musi (zdarza się przecież zamieniać w nienawiść).
Ale też przywiązanie może zaistnieć bez miłości.
Każdy z nas jednakże pojmuje miłość inaczej.

greydot
Miłość to nie kwestia wiary, ale „emocji i przeżywania”. Zdarza się, że ktoś tej emocji nie przeżył i wtedy mówi, że w miłość nie wierzy. (Gdyż nie wie, że miłość to nie sprawa wiary a doświadczenia.)

greydot
Miłość wielka i prawdziwa to rzadki ptak, trochę jak Feniks… Nie może to więc być ptak żyjący w stadach, bo wtedy wszyscy byśmy spłonęli.

greydot
Nie wiem, czy Bóg jest miłością, jak twierdzą ludzie „wierzący”. Tak naprawdę, to na temat Boga jest mi trudno cokolwiek powiedzieć. Mogę Go sobie tylko wyobrażać. To samo zresztą robią wszystkie bez wyjątku religie świata, (dlatego np. teologię uważam za wiedzę o ludzkich wyobrażeniach o Bogu, a nie za samą wiedzę o Nim samym).
Natomiast wiem, że człowiek pozbawiony miłości, albo taki, który miłości nigdy nie zaznał (a więc w nią nie wierzący) – jest człowiekiem nie tylko nieszczęśliwym (nieszczęsnym) ale i niebezpiecznym, bo skłonnym do destrukcji, będącej rodzajem zemsty na świecie za swoje uczuciowe upośledzenie i prostrację.

greydot

Hołd oddawany miłości „najwyższej”. Ktoś mówi, że w takiej miłości „człowiek niejako ‚zatraca się’ – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego”; ktoś inny, że „miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy.”
Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest to bardzo romantyczne spojrzenie na miłość – jak również, że jest to właściwie sięganie do jej mitycznych źródeł (rozpropagowanych głównie przez literaturę i sztukę).
Taka miłość najbardziej chyba działa na nasze emocje, uczucia i wyobraźnię, ma tylko jeden – niebagatelny wszak – mankament: jest destruktywna.
A przecież ta prawdziwa, pożądana przez nas miłość, nie powinna być czymś co niszczy, tylko tym co buduje.

greydot

Istnieje (materialistyczne w zasadzie) przekonanie, że wszystko co dzieje się w naszym mózgu jest sprawą chemii, a konkretnie reakcji chemicznych. Jednakże redukowanie wszystkich naszych fenomenów kognitywnych do materii (chemii) wynika moim zdaniem (po części, przynajmniej) z naszej bezradności wobec mocno jednak ograniczonych, możliwości poznawczych człowieka. Nauka, podobnie jak religia, także z czasem ustępowała ze swoich zarozumiałych – i w istocie dyletanckich – besserwisserskich pozycji.
Tak więc, kto wie? – może rzeczywiście „środki psychoaktywne” pozwalają nam przynajmniej przeczuć coś takiego, jak wieczność? Umożliwiają wejście w inne wymiary rzeczywistości, może nawet dotknięcie absolutu?

greydot

Tautologia. Czy aby czasem nie jest emfazą prawdy?

greydot

A jeśli by tak poezję uznać za próbę wyrażenia czegoś niewyrażalnego, wyobrażenia czegoś niewyobrażalnego, wypowiedzenia czegoś niewypowiadalnego…?

greydot

Oglądając album z malarstwem Jacka Malczewskiego po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, jak odważnym był Malczewski kolorystą (o jego precyzyjnym rysunku, mistrzowskim ujęciu formy, bujnej, symbolicznej wyobraźni nie wspominając). Daltonizujące snoby mogą kręcić nosem, ale ja lubię czasami popatrzeć sobie na taką orgię barw.
Rezygnacja z koloru (odnosi się to zarówno do malarstwa, jak i fotografii) musi mieć jednak swoje uzasadnienie – w przeciwnym razie staje się czymś pretensjonalnym. Do Malczewskiego na szczęście to się nie odnosi, bo on najwyżej redukował czasami (rzadko) kolorystykę swych obrazów do jednej tonacji, która i tak pulsowała bogactwem walorów, tonów i odcieni (jak np. w „Śmierci Ellenai”).

greydot

Pamiętam, że przed „Ofelią” Millaisa w londyńskiej Tate siedziałem dobry kwadrans. Już sam landscape można było studiować godzinami (Millais poświęcił mu pięć miesięcy pracy – malując po 11 godzin dziennie), ale to w końcu tylko tło (choć rojące się od symboli), bo najważniejszy jest tu trup Ofelii. Oczywiście, że jest w tym obrazie Śmierć (w kontraście do bujnej – i kolorowej – natury) ale warto zwróć uwagę, że Ofelia ma otwarte oczy – więc przy odrobinie erotycznej wyobraźni można odnieść wrażenie, że ona ma minę tak trochę jak przy orgazmie (nie bez kozery Francuzi nazywali orgazm La petite mort – a oni, jeśli chodzi o miłość i Erosa, to wiedzieli co mówią).

greydot

Malczewski „pisał” pędzlem (ten jego symbolizm jest przecież bardzo literacki, podatny na narrację i bogate interpretacje), ale „literacki” był też Matejko – niemal wszystkie jego obrazy to próba opisania historii, a w niektórych przypadkach, to nawet… jej tworzenia – głównie mitologizacji, idealizacji…

Malczewski i „Śmierć Elenai”. Jest jednak pewna omdlałość w ciele kobiety z tego obrazu, która odróżnia tu śmierć od snu. W tym stanie Ellenai już śnić nie może.

greydot

Ludzka twarz jako enigma. To jest ten paradoks: twarz potrafi ujawnić prawdę, ale też i prawdę skrywa. Mało tego – potrafi nas wprowadzić w błąd albo ukazać coś, co w istocie jest fałszywe. W każdym przypadku jednak, określa charakter i osobowość człowieka, który jest jej „właścicielem”.

greydot

No cóż, malarze byli różni… Zwłaszcza ci wielcy. Tym co ich łączyło była wrażliwość na kolor i fakturę, determinacja, by na płótnie oddać swoją wersję widzenia świata. To ich wyróżniało spośród innych ludzi.
Byli niezwykli, ale czy wszyscy byli szaleni, jak się czasami twierdzi?
To jest trochę taki romantyczny mit, który utrwaliła zwłaszcza secesja, dekadencja, bohema… bo wtedy wypadało być szalonym, więc wśród malarzy szaleństwo kwitło (tak bardzo, że nawet zaczęto podejrzewać, że przyczyną tego jest ołów, którego używano do wyrobu farb).

Ale tak po prawdzie to malarze charaktery mieli bardzo różne: od wyciszenia i skromności Fra Angelico, po wybujały, gwałtowny macho-izm Picassa. Byli wśród nich mordercy (Caravaggio) i ludzie powszechnie szanowani (Tycjan, Poussin), biedacy (Van Gogh, Rembrandt) i bogacze (van Dyck, Rubens); bon vivanci (Courbert, Delacroix) i stateczni sztywniacy (David, Ingres)… Niektórzy byli elokwentni i zostawili po sobie interesujące pisanie, inni zaś byli milczkami i opowiadali głównie za pomocą swojej malowanej sztuki. Było sporo geniuszy wyobraźni (Bosch), intelektu (da Vinci), pasji (Goya), oryginalności (Klee), cierpienia (Michelangelo), pracowitości (Durer)…
Innymi słowy: malarze to bardzo kolorowy i ciekawy ludek.

greydot

John Constable: „There is nothing ugly; I never saw an ugly thing in my life: for let the form of an object be what it may, – light, shade, and perpective will always make it beautiful.”

Constable napisał, że nic nie jest brzydkie pewnie dlatego, że dobry malarz nawet brzydotę potrafi zamienić (za pomocą swojej sztuki) w coś pięknego.

greydot

Sztuka – a tym samym i piękno – nie istnieje w naturze bez człowieka.

greydot

Czym innym jest dla nas ciemność, a czym innym jasność, lecz w naturze nie ma między nimi różnicy bo wszystko w niej ma takie samo znaczenie.
Na palecie malarza czekają barwy, które oddać mogą czarne chmury i burzę równie dobrze jak czyste niebo i słońce.
W naszych oczach rzeczywistość się zmienia więc chcemy utrwalić jej chwile nie wiedząc o tym, że Wszechświat i tak w końcu cały znieruchomieje. (A może już teraz jest nieruchomy i widzimy tylko jego kolejne zastygłe w bezruchu stop-klatki?)

greydot

Czyli wszystko dzieje się mimochodem i mimochodem też przemija – jak burza, jak słońce, jak człowiek, jak śnieg…
Jak życie…

greydot

Każda sztuka pozostaje martwa dopóki jej nie ożywimy naszą uwagą.

greydot

Na pewno dbanie o (rzeczywiste) proporcje nie jest w malarstwie najważniejsze, zwłaszcza w malarstwie pejzażowym. Przykład wielu malarzy – nawet tych klasycznych – pokazuje, że musieli oni pewne proporcje „naciągać”, podporządkowywać je niejako własnej koncepcji kompozycyjnej. (Przykłady: choćby El Greco, Tycjan, Giorgione, Mantegna, Maniasco, Rembrandt, Goya, Gainsborough… by wymienić tylko niektórych.)
Jak się tak zastanowić, to właściwie zdecydowana większość najsłynniejszych malarzy nie była wierna rzeczywistym proporcjom człowieka, o tych innych, występujących w przyrodzie, nie wspominając. I to wszystko mimo renesansowej dbałości – właśnie o proporcje i harmonię.
Bowiem najbardziej liczy się jednak harmonia kompozycyjna i kolorystyczna.

greydot

Czy ukazując (patrząc na) piękną kobietę, która wygląda „kwitnąco”, musimy się zamartwiać tym (a choćby tylko uświadomić sobie), że prędzej czy później ona przekwitnie – że jej uroda przeminie jak piękno kwiatu, który więdnie?
Tutaj wpadamy chyba w pułapkę snucia dość niepewnych paraleli i metafor – porównywania roślin z ludźmi. Kwiaty, które przekwitły, wyrzuca się, kobiet – jednak nie (zwłaszcza jeśli się je kocha).

greydot

Znany ze swoich kwiecistych portretów Fantin-Latour był jednak intrygującą postacią. Zdziwiło mnie np. jego zainteresowanie muzyką Wagnera (swoją wizytę w Bayreuth na premierze „Pierścienia Nibelungów” zaliczył do jednych z najważniejszych wydarzeń w swoim życiu), bo jakoś nie mogłem sobie skojarzyć tej wagnerowskiej fascynacji z psyche malarza ładnych kwiatków (co innego ubóstwiający muzykę Niemca Nietzsche, który do Wagnera bardzo mi pasował – mimo, że w końcu stał się jego wrogiem).

Muszę przyznać, że z początku Fantin-Latoura znałem tylko z jego obrazów kanonicznych, czyli tych przedstawiających kwiaty. Dopiero później dowiedziałem się o jego próbach portretowych, a jeszcze później – o jego litografiach i kompozycjach alegorycznych odwołujących się nie tylko do muzyki Wagnera, ale i Berlioza, Brahmsa czy Schumanna.
Co ciekawe – sam Fantin-Latour te ostatnie prace cenił najbardziej, ale paradoksalnie były one przez krytyków i odbiorców raczej ignorowane i w końcu sławę artyście przyniosły te jego kwiaty, którymi właściwie zarabiał na życie. Choć zapewne nie malował je tylko z przykrego obowiązku – wręcz przeciwnie: on musiał to malowanie ich bardzo lubić, w przeciwnym razie nie byłyby takie piękne.

greydot

Niektórzy wolą obrazy przedstawiające pewną anegdotę, wypełnione jakimś pierwiastkiem antropologicznym – bo tylko wtedy (jak mówią) może on mieć – i przekazywać – „emocję”.
Ja to widzę nieco inaczej. Dla mnie np. martwe natury nie są emocjonalnie puste, ani zimne. Mam wrażenie, że czuję w nich właśnie te emocje, które zapewne odczuwał artysta, kiedy je malował.
Nie wiem, może to jakaś nadinterpretacja, ale np. każdy z kwiatów Fantin-Latoura wydaje mi się mieć swoją „osobowość”. Tak je chyba traktował sam malarz – jako coś indywidualnego i żywego.

greydot

Ktoś ciekawie napisał: „Muzea to miejsca niezwykłe. Każdy obraz, który w nich jest, bez względu, jaki nosi tytuł, nie jest ‚martwą naturą’, jak mówią Polacy, tylko ‚cichym życiem’, jak mówią Niemcy, i to ukryte życie decyduje o ich życiu w nas, w naszej świadomości, bo innego życia nie ma. Malarstwo i postrzeganie sztuki wzrokiem jest swoistą umiejętnością. Słuchowcy umieją to zrozumieć. Widzenie jest taką samą łaską, jak słyszenie. Ale ma też coś więcej: łaskę niesłyszenia, łaskę ciszy. Łaska ciszy jest być może przywilejem największym, bo daje nam spokój. W zakończeniu Mistrza i Małgorzaty padają słowa znaczące: on nie zasłużył na niebo, on zasłużył na spokój. Malarstwo od swoich początków, od czasów grot z Lascaux, daje nam taki właśnie spokój, jest ciszą, nie gra i nie mówi, choć zawiera w sobie tak wiele dźwięków i tak wiele słów.”

Właśnie – nie „martwa natura” ale „ciche życie” (Stilleben, still life) – to tłumaczenie też mi się bardziej podoba.
Trafne spostrzeżenie o powiązaniu malarstwa z ciszą. Choć niektórzy widzą w nim muzykę, której nie można usłyszeć uchem. Ale malarstwo, choć odbywa się bez dźwięcznych słów, dla wielu jest jednak czymś bardzo wymownym.

greydot

Zauważyłem, że od jakiegoś czasu (XIX wiek?) zbyt wiele poświęca się w dyskusjach energii na spory czym jest sztuka, kim jest artysta, co to jest dzieło sztuki. Często sprowadza się to do sporu czysto językowego (definicji) – a przecież, w gruncie rzeczy, nie powinno to być takie ważne. Ważne jest meritum – sens. Także swoista uczciwość artystyczna.
Moim zdaniem, jeśli ktoś idzie na skróty, to przestaje być artystą. Niekoniecznie ekstremalność jest wyznacznikiem artyzmu – zwykle nie jest. Stąd np. moja rezerwa wobec ekscesów, szokowania, prowokacji – „rewolucyjnej” demolce wszystkiego, co było do tej pory. Według mnie więcej w tym destrukcji niż kreacji.

greydot

Tak często obecny w sztuce współczesnej masochizm i ekshibicjonizm to fetysz, nie sztuka. Tak więc, bardzo często w tej sztuce mamy do czynienia z fetyszyzacją.

Zresztą, najprawdopodobniej, na samym początku sztuki był fetysz. Innymi słowy: to właśnie ludzkie zapotrzebowanie na fetysz było pierwotnym źródłem sztuki.

greydot

Marina Abramović super star. Najsłynniejsza współczesna performerka. Jej sztandarowym wyczynem było patrzenie przez parę miesięcy w oczy ludzi, którzy tłumnie walili na to wydarzenie drzwiami i oknami Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie.
W związku z wystąpieniem Abramović ciekawe pytania zadała na swoim blogu latająca pyza. Jak sama autorka napisała, są to jednocześnie pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki.

„Pytanie (a właściwie pytania) pierwsze.
Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie.
A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się…

Pytanie trzecie.
Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance’u wskazuje jego główny temat – artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy – obrazów, filmów, instalacji… Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu…”

Tyle pyza. Nie wiem czy istnieją jednoznaczne odpowiedzi na te pytania, jednak chciałbym się pokusić przynajmniej o pewną próbę odpowiedzi cząstkowych:

1. Może dlatego boimy się szczerości (za jej synonim można uznać spojrzenie prosto w oczy) bo żyjemy w swoistej bańce pozorów i często spojrzenie kogoś obcego uważamy za inwazję w naszą prywatność, a poza tym nie wiemy czego się po takiej osobie spodziewać? Ale przecież tę potrzebę kontaktu (w tym i wzrokowego) można zaspokajać w gronie naszych przyjaciół, rodziny, bliskich – wśród tych, których kochamy. Dlaczego tak się nie dzieje i wybieramy sztuczną sytuację (taka jak ta z Abramović)? Czy nie dlatego, że jesteśmy – albo czujemy się – samotni? Często – samotni w tłumie? I samotność tę próbujemy zabić w przestrzeni wirtualnej – prowadząc blogi, strony na Facebooku, udzielając się na różnych forach… etc. Nie wydaje mi się, że Abramović siedziała w MOMie i patrzyła w oczy ludziom bezinteresownie. Ale ważne było to, iż odbywało się to w sytuacji jakby „rozbrojonej” – ludzie kontaktujący się wzrokowo z artystką czuli, że przebywają w strefie bezpiecznej, a na dodatek wśród ludzi im podobnych, co zapewniało im coś w rodzaju poczucia wspólnoty. Czuli się też w ten sposób wyróżnieni – stawali się ważni.

2. Nie, gdyby to był ktoś inny, niż uznana artystka Abramović – i w innej sytuacji (nie w tej sztucznie wykreowanej i kultowo namaszczonej w MOMie) – to moim zdaniem nic by z tego nie wyszło. Mamy tu do czynienia z wyraźną idolatrią – Abramović to z jednej strony kapłanka, a z drugiej strony postać kultowa, „celebrytka”, jak byśmy to niezbyt elegancko dzisiaj nazwali. To tworzyło pewne napięcie związane z wyzwoleniem się – często silnych – emocji.

3. Performance Abramović to ani dno ani Olimp – ot, dość banalny pomysł (okazał się mimo to kontrowersyjny) znalazł swoje urzeczywistnienie w jednej z najważniejszych „świątyń” sztuki współczesnej, odnosząc (choćby tylko frekwencyjny) sukces, dzięki czemu zapisze się z pewnością w historii tejże sztuki.

greydot

Owszem, ja również – od czasu kiedy wszystko zaczęło być uważane za sztukę – sam sobie przyznaję prawo decydowania o tym (uznawania tego) co według mnie jest sztuką, a co nią nie jest (nie mam innego wyjścia – postmodernizm postawił mnie niejako pod ścianą i takich wyborów muszę dokonywać sam).
Lecz sprawy mają się już inaczej, kiedy weźmiemy pod uwagę przeszłość, czyli odniesiemy się do historii sztuki, kiedy to kryteria jej oceny były w miarę czytelne (w zasadzie wszyscy się zgadzali co do tego, co można nazwać sztuką).

Jednakże o tym co jest sztuką nie może decydować TYLKO efekt, jaki na nas dane dzieło (sztuki) wywiera. Bo skoro żadnego wrażenia nie robi na kimś muzyka Bacha, to czy nie byłoby czymś bezczelnym twierdzić, że nie jest ona sztuką? Albo jeśli nie podobają się komuś freski Rafaela, tudzież jest ktoś doskonale obojętny patrząc na rzeźby Michała Anioła czy obrazy Rembrandta, to czy na tej podstawie ma prawo twierdzić, że to co stworzyli ci twórcy nie jest sztuką? (Owszem, powiedzieć tak można, ale nikt nie będzie tego brał poważnie.)
Oczywiście, że liczy się efekt (czyli to, jak na kogoś działa czyjaś twórczość), ale powinny się także liczyć (i liczą się) również inne rzeczy – takie właśnie jak forma, biegłość warsztatowa artysty, jego przesłanie, wrażliwość, pasja, wpływ jaki on ma na twórczość innych… etc.

greydot

Uznaję emocje za coś ważnego – nie tylko w naszych kontaktach z innymi ludźmi i światem – ale i w samym procesie poznawania świata. Rozum to według mnie za mało. Sam podchodzę do niego (rozumu i jego możliwości) z rezerwą (bo widzę, że czysty racjonalizm ze swoim utylitaryzmem, zrobił jednak w świecie wiele złego).
Oprócz emocji, ważna jest także intuicja. (Przyznaję, że mój stosunek do ludzi bardziej chyba jednak kreuje „serce”, niż intelekt.)

Myślę, że większość ludzi odbiera świat (a zwłaszcza sztukę – kino, literaturę, muzykę…) przede wszystkim „trzewiami” (to jest ten pierwotny impuls poznawczy leżący ponad progiem naszej świadomości, czyli od nas niezależny), a dopiero później ten swój odbiór (reakcję, doświadczenie) racjonalizuje.

Istnieją w nas pokłady wrażliwości nieprzewidywalnej i nieoswojonej.
Żyją jak taki pół-dziki – i pół-kulturalny – zwierzak.

greydot.

POD RĘKĘ Z SZYMPANSEM

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XIX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

„Świat jako zlepek latających liter” – podoba mi się to określenie. Równie dobrze „litery” można by zamienić „słowami” a słowa zlepić w zdania – i oto mamy naszą tego świata narrację i nasze w tym świecie kulturowe zadomowienie.

Bez słów i języka nie byłoby człowieka. Świat by istniał – ale nienazwany. Odbijający się tylko w oku zwierzęcia, działający mu bezrozumnie na nerwy.

greydot

Wszyscy żyjemy między tym, co rzeczywiste, a nierzeczywiste, bo życie na tych antypodach jest po prostu niemożliwe: nie moglibyśmy znieść rzeczywistości bez tego, co nierzeczywiste i vice versa: życie byłoby niemożliwe w tym, co byłoby tylko nierzeczywiste.

greydot

Znany neurolog i psychofarmakolog – również wykładowca i gawędziarz – profesor nauk przyrodniczych Jerzy Vetulani o wyższości poligamii nad monogamią: „Moim zdaniem poligamia – z punktu widzenia ewolucji – jest bardziej korzystna, bo do rozrodu dopuszczane są tylko bardzo dobre samce. Te, które są słabe, odpadają z procesu reprodukcyjnego, odgrywając role pomocnicze.”

Cóż, nie pierwszy raz słyszę jak prof. Vetulani prowokuje, sprowadzając wszystko do amoralnych impulsów neurologicznych, jakie ponoć poruszają nami niczym marionetkami. Ale przecież człowiek stworzył kulturę i tym się różni od zwierząt, które kierują się jedynie instynktem. Człowiek jest zwierzęciem jedynie z biologicznego punktu widzenia (dlatego ja nie traktuję swojej żony jak samicy, a moja żona nie traktuje mnie jak samca). To kultura decyduje o naszym człowieczeństwie – a ta często stoi w opozycji do natury (a tym samym do czysto mechanicznej, redukcjonistycznej ewolucji).
Celem człowieka jest nie tylko reprodukcja, a tym bardziej ślepe podporządkowanie się instynktom i zwierzęcym impulsom. Nie idziemy pod rękę z szympansem. Nazwa Homo sapiens zobowiązuje: myślenie nie powinno być nam obce. Niestety, dysponowanie najwspanialszym (chyba) tworem Wszechświata, jakim jest ludzki mózg, nie chroni nas przed głupotą, która właśnie bardzo często wynika z naszych zwierzęcych atawizmów.

greydot

Seks i miłość nie są oczywiście antonimami. Dopełniają się nawzajem – m. in. za pomocą erotyzmu. Choć seks może istnieć bez miłości, a miłość bez seksu. Jednak miłość miedzy kobietą a mężczyzną (jeśli nie ma charakteru aseksualnego) zawsze wiąże się z erotyzmem. Innymi słowy: miłość w takim związku jest właściwie tym, co powoduje, że seks „nasiąka” w nim erotyzmem.

Erotyzmu pozbawione są wszelkie zachowania seksualne zwierząt ponieważ erotyzm łączy się ściśle z kulturą, której – ogólnie rzecz biorąc – pozbawione są zwierzęta.
Z tego wynika, że stosunek seksualny też może być sprawą kultury. Innymi słowy, nawet uprawiając seks można zachowywać się kulturalnie.

greydot

Zauważyłem, że im człowiek starszy, tym bardziej skłonny jest twierdzić, że seks jest przereklamowany. Ale upojenie młodością niekoniecznie musi być tym samym co upojenie seksem. Umysł może dłużej pozostać młody, niż ciało.

greydot

Słyszę jak ktoś mówi o genach dotyczących psyche, genach biologicznych, genach kulturowych… Pada też zgrabne określenie, że „cały człowiek to jeden wielki atawizm” a kultura to „pudrowanie atawizmów”.
Lecz ja mam kłopot ze zrozumieniem czym są geny “dotyczące psyche”, a zwłaszcza geny “kulturowe”. Bo to, jak “materia” (jaką są geny) przekłada się na fenomeny psychiczne człowieka (albo memy kulturowe) nadal jest dla nas (a ściślej: nawet dla naukowców – genetyków, neurologów, psychologów) wielką zagadką.
Sięgamy w Kosmos, roimy sobie jakieś hipotezy dotyczące powstania i ewolucji Wszechświata, a mamy zaledwie mgliste pojęcie o tym, jak funkcjonuje nasz mózg.
Ponadto używanie sformułowania “geny biologiczne” jest masłem maślanym, bo przecież nie ma innych genów, jak geny biologiczne.

Jest dużo prawdy w tym, że całą naszą kulturę można nazwać pudrowaniem atawizmów, jednakże jest ona czymś znacznie więcej, bo tworzy nową jakość funkcjonowania człowieka, konstytuuje jego człowieczeństwo i stanowi jego tożsamość, wyróżniając go ze świata zwierzęcego.
Homo sapiens niekulturalny (bez kultury) zachowuje się jak zwierzę.

greydot

Czytam wspomnienie kogoś, kto odwiedził niedawno Francję i był świadkiem reakcji Francuzów na przelatujące im nad głową samoloty, które wysyłano z jakąś misją post-kolonialną do Afryki. Tą reakcją była duma. I tak się zastanawiam czy bardziej był to relikt dawnej kolonialnej świetności czy może atawistyczna radość z demonstracji siły własnego plemienia.

A jak się rzeczy z armią francuską w Afryce naprawdę mają? Otóż, jak można zauważyć, w pasie saharyjskim wojska francuskie odnoszą same sukcesy (piszę to z sarkazmem, bo w sumie ruchy te nie przynoszą żadnego rezultatu – oprócz niepotrzebnych śmierci francuskich żołnierzy), ale najbardziej udała się ich misja stabilizacyjna w Libii (tu mój sarkazm jest jeszcze większy, bo wiemy czym się skończyła interwencja zbrojna Zachodu w kraju Kadafiego).
Ofiary wśród żołnierzy? Otóż dopóki młodzi ludzie świadomie (bez przymusu) chcą umierać za rudy metali w byłych afrykańskich koloniach, to nie ma co robić z ich głupoty bohaterstwa. Należy bowiem pamiętać, że militarna gestykulacja (jaką de facto są akcje francuskich oddziałów wojskowych w Afryce) może się skończyć zejściem śmiertelnym.

Wojsko moim zdaniem powinno być formacją obronną pilnującą swojego domu – terytorium własnego kraju i zamieszkujących go ludzi – a nie włóczyć się i rozbijać po świecie – dawać się prowadzić na pasku polityków, realizując jakieś polityczne czy ekonomiczne interesy garstki cwaniaków.

greydot

Zasłyszane: “Kontestatorzy nie zmieniają świata, chyba że ich ilość osiągnie masę krytyczną.”
Bardzo trafne spostrzeżenie. Zmiany w świecie możliwe są tylko dzięki zmianom strukturalnym, a nie elementarnym.

greydot
„Samolubny” gen to chwytliwe określenie ale strasznie jednak redukcjonistyczne, bo sprowadzające nas do czegoś w rodzaju bezwolnego naczynia-wehikułu, do którego wsiadły na gapę jakieś pasożyty, by tylko przejechać się nieco dalej. Jesteśmy więc ponoć bezwzględnie przez nie (przez „coś”?) wykorzystywani.
A przecież geny nie są czymś „obcym”, stworzyły nie tylko nasze ciało, ale i współtworzą naszą osobowość i tożsamość – czyli stały się nami.

Czy to, że przydajemy życiu jakąś wartość, jest tylko sprawą samolubnych genów? Czy tylko im zawdzięczamy wszystko co tworzymy – i co stwarza nas samych?

greydotBez dysponowania wolną wolą, nasza tożsamość (podmiotowość, odrębność, autonomiczność) nie miałaby sensu.

A jednak często mam wrażenie, iż nasza wolność jest iluzoryczna – również ta wewnętrzna. Możliwe jest jedynie osiągnięcie kolejnego, wyższego stopnia wolności.
Oczywiście żyjąc na ziemi – tej ziemi – nie jesteśmy w stanie osiągnąć wolności absolutnej. To abstrakt – złudzenie.

greydot

W samym określeniu “intelektualista” czy “inteligent” nie ma nic złego. Problem zaczyna się według mnie wtedy, kiedy ów „intelektualizm” czy „inteligenctwo” obnosimy przed sobą niczym sztandar, uznając to za naszą cechę nadrzędną, z którą każdy powinien się nie tylko liczyć, ale i zgadzać – i oczywiście być pod wrażeniem.

greydot

Idealizm jest wykwitem intelektualizmu (pojęcia te pod pewnymi względami można ze sobą utożsamiać) chociaż idealizm wspiera się niekiedy na czymś w rodzaju duchowości, która nie musi mieć z intelektem wiele wspólnego, będąc domeną „serca”.

greydot

Lewis Carroll do potencjalnego samobójcy: “Jeśli się teraz zabijesz – niczym się nie będziesz różnił od miliardów innych czaszek…”
Czyli: samobójca myśli czasami, że się swoim czynem wyróżnia, ale w rzeczywistości – unicestwiając się – redukuje swoje ciało do martwej materii, upodabniając je do miliarda niczym się nie wyróżniających czaszek (cząstek).

greydot

Z listu od przyjaciela W.: „Co niektórzy (…) uważają, że do tego, by powstał Wszechświat, palec boży był potrzebny. Być może – dowodów na to nie ma.”

No właśnie – wszystko rozbija się o to „być może” (to jest znaczące i wymowne, bo określenia tego używasz, uważając się za ateistę). Ponieważ ciągle nie mamy wystarczającej wiedzy, by wykluczyć Nadrzędną Przyczynę Sprawczą (czyli ów „palec boży”), ani by twierdzić, że wszystko zaistniało dzięki aktowi wolicjonalnemu jakiegoś Wyższego Bytu (Boga). Tego (przynajmniej na razie) nie można rozstrzygnąć. Wszystko, co usiłuje ten problem rozwiązać, jest albo hipotezą, albo wiarą – bo wystarczających dowodów nie ma i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będą.
Nie przeczę teorii ewolucji (a wiem, że są ludzie, którzy – zwykle ze względu na swoją wiarę – nie chcą nawet o niej słyszeć) ale nie uważam, że wszystko (a zwłaszcza pojawienie się życia na ziemi) było dziełem przypadku (długo dochodziłem do tego przekonania – nie pojawiło się ono u mnie tak ad hoc). Nie sądzę więc, że tylko tzw. „przypadek” kieruje ewolucją – co zresztą wydają się potwierdzać pewne ostatnie badania, w których zaobserwowano, że materia/energia zachowuje się czasami tak, jakby ‚wybierała’ najbardziej optymalny kierunek działania, „omijając” niejako te, które by ją prowadziły „na manowce” (sorry, że nie używam terminów „naukowych” ale po prostu chcę przekazać tu pewną ideę tak, aby była ona zrozumiała także przez nas, laików).
Czyli jest jakiś kierunek.
A jeśli coś jest ukierunkowane (do pewnego stopnia zdeterminowane?) to nie wszystko można wyjaśnić za pomocą statystyki, która opiera się na teorii chaosu i traktuje zderzenia losowe, jak zupełnie przypadkowe. Zresztą, nawet Ty, (najprawdopodobniej bezwiednie) zaprzeczasz w swoim komentarzu istnieniu czegoś takiego jak „przypadek”, choć wcześniej (przy innych okazjach) twierdziłeś, że życie na Ziemi powstało „przypadkowo”, i że ten „przypadek” nadal ma wpływ np. na ewolucję.
Według mnie teoria ewolucji nie musi być sprzeczna z tzw. „kreacjonizmem”. Innymi słowy: kreacjonizm wcale nie musi wykluczać prawidłowości teorii ewolucji – w tym sensie, że same prawidła ewolucji zostały zawarte już w planie Stworzenia. Dla mnie, ów plan jest rodzajem kosmicznego programu „komputerowego”, jaki działa i realizuje się we Wszechświecie. Czyli sam Wszechświat można porównać w tym kontekście do pewnego rodzaju komputera.  Piszesz: „Przyjmując kreacjonizm, skazujemy się poza tym na zaprzestanie analizy źródła pochodzenia.” Trudno mi się z tym zgodzić. Nawet jeśli bylibyśmy przekonani, że takie źródło istnieje (w postaci „boga”), to i tak nie wiedzielibyśmy dokładnie jakie to źródło jest, a więc moglibyśmy dążyć do jego poznania – nota bene wykorzystując metody naukowe, które (jak pewnie mielibyśmy nadzieję) prowadziłyby nas coraz bliżej „kłębka” – czyli początku Wszystkiego.

W innym liście do mnie W. napisał coś, co mnie – w sensie pozytywnym – rozbroiło:
„W życiu chodzi o harmonię, o wzajemne poszanowanie i zrozumienie. (…) Argument uczuciowy, Bóg jest miłością przemawia do mnie najbardziej i na tym chciałbym się chwilę skupić. Ta zależność i potrzeba jest chyba kluczem do zrozumienia ewenementu religii. To jak potrzeba dziecka bycia kochanym. To co powiedział Einstein (‚Wrażenie, że za wszystkim, czego doświadczamy, ukrywa się coś, czego nasz umysł nie może ogarnąć i czego piękno i majestat dosięga nas jedynie pośrednio jako słabe odbicie, to jest religijność. W tym sensie jestem religijny.’) mógłbyś włożyć w usta zakochanego chłopca zachwycającego się urodą swojej dziewczyny. Miłość. W tym sensie jestem też religijny.”
Nie spodziewałem się tych słów po W.

greydot

Osoby zaprzeczające prawdziwości teorii ewolucji odrzucą każdy potwierdzający ją dowód – po prostu nie przyjmą go do wiadomości. Byłoby to zbyt duże obciążenie dla ich pojęcia Boga i człowieka – równające się zaprzeczeniu ich wiary.
Większość ludzi unika konfrontacji z myślą, która mogłaby zburzyć ich światopogląd, kwestionować „prawdy” ich wiary, burząc ich (iluzoryczny moim zdaniem) spokój.

Myślenie niby ma przyszłość, ale większość ludzi nie chce jednak myśleć – zwłaszcza o tym, co kwestionowałoby ich przekonania, co mogłoby „wysadzić” ich z utartych schematów myślenia, zburzyć stereotypy jakimi się posługują i jakim się poddają.

greydot

Ludzie, generalnie rzecz biorąc, unikają (myślowej) konfrontacji z czymś, co mogłoby zburzyć ich poukładany (?) świat wierzeń, przekonań… A jeśli o tym już myślą, to w formie odrzucenia i negacji, a nie porównania i analizy, czy też chęci zrozumienia. Tak więc przedstawiciele Homo sapiens w zdecydowanej większości nie są – użyję tu trochę prowokacyjnego określenia – „wolnomyślicielami”. Wręcz przeciwnie: są w swoim myśleniu zwykle konformistyczni, zachowawczy, poddający się stereotypom, wpływom środowiska… I wiedziano o tym na długo przed tym, jak Fromm opisał tę ludzką cechę w swojej słynnej książce „Ucieczka od wolności”.
Oczywiście, że jest to uogólnienie i są tacy, którzy rzeczywiście w swoim myśleniu są naprawdę niezależni, odważni, niszczą stereotypy i nie cofają się przed niczym. Lecz wydaje mi się, że takich ludzi jest jednak bardzo mało. I nie jest to sprawa ewolucji człowieka (jako gatunku), ale raczej indywidualnego rozwoju umysłowego – czyli „ewolucji” świadomości konkretnego człowieka.
Ale czy jest to bardziej kwestia chęci, czy możliwości?
Wydaje mi się jednak, że chęci – bo do tego, by zrozumieć pewne podstawowe zasady kierujące życiem i światem, nie jest konieczna jakaś wybitna inteligencja. Konieczna jest jednak wola poznania faktów i pragnienie ich zrozumienia.

greydot
W ostatnich kilkudziesięciu latach nasza (naukowa) wizja świata ulegała rewolucyjnym nieraz przeobrażeniom, ale wiedza na ten temat raczej nie dociera do tzw. szerszego ogółu – ludzie nadal przebywają w swoich bardzo ograniczonych wyobrażeniach o otaczającym nas, „rzeczywistym” świecie.
Nie możemy sobie np. wyobrazić tego, że coś takiego, jak „materia” w rzeczywistości nie istnieje (to tylko nasze określenie czegoś, co „materię” w naszej percepcji zastępuje, co jest tej „materii” odpowiednikiem).
Sądzę jednak, że uświadomienie sobie tego pomogłoby nam w odnalezieniu się w świecie i w życiu. Dzięki tej pogłębionej świadomości łatwiej byłoby nam ten świat „znosić”, rozumieć – może nawet pomogłoby nam wyzbyć się egzystencjalnego lęku, odnaleźć nasze miejsce w ogromie Wszechświata – poczuć z nim pewną jedność. W pewnym sensie, mogłoby to być nawet przeżycie religijne. Pozbawione na dodatek dogmatów.

greydot
Jest taki aforyzm Kisiela: „Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami.”

Nie do końca bym się tu z Kisielem zgodził. Bowiem, według mnie, dureń, który wie, że jest durniem, tym durniem być nie przestaje – jeśli nie zmieni swego postępowania.
Jednakże to prawda: głupiec, który nie widzi własnej głupoty, to najgorszy rodzaj głupca.
Ale czy nie jest tak, że większość z nas nie dostrzega własnej głupoty? Bo przecież żaden człowiek nie jest zupełnie od tej głupoty wolny.

greydot
Nasze strony rodzinne skłonni jesteśmy postrzegać jako centrum świata, bo tam miały początek nasze jego postrzeganie i poznawanie. Czy tego chcemy czy nie, z tym miejscem związana jest nasza (pierwotna) tożsamość.

Ojczyzna jest tylko jedna. Ale zakotwiczyć można się nie tylko w miejscu naszych narodzin.

greydot
Opozycja: nomadyzm a zadomowienie.
Muszę się przyznać, że mam taką dziwną naturę, która – w zależności od okoliczności – jest mieszaniną zamiłowania zarówno do koczowniczego, jak i osiadłego trybu życia. Czyli mam w sobie zarówno coś z podróżnika, jak i domatora. Bo kiedy jestem w podróży, to lubię te wszystkie migracje i ekscytacje podsycane adrenaliną zdobywcy i eksploratora. A znów kiedy jestem w domu, to lubię domowy komfort, spokój i poczucie bezpieczeństwa jakie dają własne cztery ściany i dach nad głową. I ktoś bliski.

greydot

Schyłek Stanów Zjednoczonych. Czy nie oznaczałby schyłku świata takiego, jaki znamy? Bo przecież ryba psuje się od głowy. Trudno jest jednak snuć analogie z upadkami innych imperiów, bo Ameryka jest jednak w historii ludzkości ewenementem – także ze względu na globalny kontekst naszych czasów, w jaki pchnęła nas niewiarygodnie rozwinięta technologia i rewolucja informatyczna. Dodatkowym problemem jest to, że – jak powiedział w jednym ze swoich wywiadów słynny socjobiolog Edward O. Wilson – mimo że dysponujemy techniką „o boskich możliwościach”, to nadal mamy emocje na poziomie epoki kamienia łupanego, żyjemy z naszą paleolityczną agresją i wojowniczymi popędami, a struktura naszych instytucji przypomina te ze Średniowiecza.
To dlatego wszystko się może zdarzyć – i trudno jest cokolwiek przewidzieć.
Stany Zjednoczone ekonomicznie mogą podupadać przez całe dziesięciolecia i w jakimś sensie ten proces, paradoksalnie, może być swoistą stabilizacją, tzn. przebiegać w miarę stabilnie. A jeśli nie będzie tej stabilności?

Czy Stanom Zjednoczonym może zagrozić ktoś z zewnątrz? Fizycznie – żadnego najeźdźcy nie będzie (Chiny i Rosja za daleko, Indie za słabo zorganizowane, Ameryka Południowa za leniwa, Kanada za mała, Meksyk za słaby…) Wchodzą w grę tylko siły wewnętrzne, które mogą rozsadzić (czy też przeobrazić) Stany Zjednoczone od środka.

greydot
Czasami nurtuje nie pytanie, czy Amerykanie zdolni są do społecznego protestu na szeroką skalę. Pewnie tak – jak każe społeczeństwo. Np. sprzeciw wobec wojny w Wietnamie w latach 60-tych był zakrojony na szeroką skalę, podobnie jak ruch emancypacyjny murzynów na początku tamtej dekady.

Ciekawe jest również to, jak zareagowałyby na taki masowy protest tzw. służby specjalne i policja. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło to przebiegać podobnie, jak np. w Egipcie (choć jak się przekonujemy ostatnio, amerykańscy policjanci są jednak brutalni, czasem nawet zabójczy).

greydot

W „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” Miłosza zadziwia mnie nieco ustęp o „Czarnych”. Miłosz pisał swój esej w latach 60-tych, a wówczas rasistowskie resentymenty były w Ameryce o wiele mocniejsze, niż dzisiaj – i niestety w tekście Miłosza jest to bardzo wyczuwalne. Ot, choćby takie zdanie: „Naprawdę prawie nikt nie lubi Czarnych” – jest jakby z zupełnie innej epoki.
Ale ja się temu za bardzo nie dziwię, bo tacy ludzie, jak Oprah Winfrey, Michael Jackson, Arsenio Hall, Eddie Murphie, Morgan Freeman, Denzel Washington, Michael Jordan, Spike Lee, Whoopi Goldberg, Colin Powell… przyszli później, a gdyby wówczas ktoś wspomniał o czarnym prezydencie, to uznany by został za szaleńca.

Oczywiście nie podejrzewam Miłosza o rasizm, ale język jakim pisze on o Czarnych (myślę, że używa go świadomie i celowo) wydaje mi się jednak językiem dawnej, minionej epoki:
– „tym przeklętym spadkiem kolonialnej Ameryki”
– „to niewolniczo przymilne, to znów aroganckie i bezczelne, niepokojące, bo krzywdzone, zbyt poufałe jeśli nie krzywdzone, przybierało w Europie kształt dwunożnych istot ubranych w wypłowiałe szmaty…”
– „ich człowieczość zresztą nadal jest dla wielu wątpliwa”
– „mój pradziadek mógł być właścicielem całego ich stada”
– „nie nauczyli się żadnego języka, zmieniając angielski w śmieszny dialekt”
– „te istoty celujące tylko na sportowym boisku, poza tym niezdolne skorzystać z równych szans i dostać minimum dobrych stopni”
– „Nienawistni. Nie można wkupić się we względy Czarnych, jeżeli ma się białą skórę, i nie mam zamiaru tego próbować”
– „Jak więc przyjąć ten wzorzec, murzyński, zwierzęcego ciepła, ciągłego wzajemnego dotyku, natręctwa, niedbalstwa, lenistwa, lekkomyślności?”

W pewnym momencie Miłosz pisze nawet: „poza tym niech sobie robią co chcą, byle dalej ode mnie.”
Przy czym on to pisze w taki sposób trochę asekuracyjny: niby od siebie, niby w imieniu stereotypów i tendencji myślenia o Czarnych, panujących wówczas wśród Białych – tak, że w końcu nie wiadomo, czy to są jego myśli i odczucia, czy nie. A jednak ta litania, którą powyżej wymieniłem, wydaje się być dzisiaj już anachronizmem. Oprócz jakichś strasznych, zacofanych zaścianków, nikt już obecnie – w społecznej skali – tak o murzynach nie myśli, a tym bardziej – nie wypowiada.
Sądzę, że Miłosz to wszystko pisał pod presją ówczesnych niepokojów społecznych, związanych konkretnie z rebelią Czarnych Panter, (która odbywała się właściwie tuż obok, w jego sąsiedztwie, bo siedziba Czarnych Panter, Oakland, graniczy z Berkeley, gdzie na Uniwersytecie wykładał Miłosz). To chyba dużo tłumaczy i wyjaśnia.

greydot
Myślę, że współczesne obawy ludzi przed łatką “rasisty” ewentualnie “antysemity” są czkawką po czasach, kiedy rasizm i antysemityzm był na porządku dziennym i jakoś nikt się tym za bardzo nie przejmował (z wyjątkiem garstki sprawiedliwych).
Warto też odróżniać prawdziwy rasizm i antysemityzm od krytyki pewnych zachowań społecznych, politycznych i obyczajowych, ale to trudne – choćby dlatego, że nie wiemy jakie są intencje i co się za taką krytyką kryje (a niestety, dość często, rzeczywiście kryje się coś brzydkiego). Wydaje mi się jednak, że zawsze, w końcu, rasista czy rasowy antysemita zdradzi swoją prawdziwą twarz.

greydot

Od dawna sądzę, że bez kultury nie byłoby okrucieństwa. Jest ono bowiem jej rewersem, antynomią, rozeźlonym odbiciem. Istnieje na zasadzie opozycji, wypaczenia, kontry, degeneracji…Innymi słowy: okrucieństwo i zło może istnieć tylko w kontekście kultury jaką stworzył człowiek. Zwierzęta są bez kultury, dlatego nie mogą być okrutne. To jest jednak zdumiewający paradoks.

greydot
W czasie mojej podróży do Nepalu, w jednej z dzielnic Katmandu, uderzył mnie widok domu z olbrzymim bannerem przedstawiającym portrety Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i Mao. Jak się okazało, nie była to żadna dekoracja do filmu o komunistycznym kulcie jednostki z akcją rozgrywającą się w jakiejś zamierzchłej przeszłości, tylko współczesna siedziba jednego z biur partii maoistowskiej w Nepalu.
Muszę przyznać, że widok ten był dla mnie małym szokiem. Bowiem wydawać by się mogło, że Marks, Engels, a zwłaszcza Lenin, Stalin i Mao to do cna przejrzane i skompromitowane indywidua, których myśli i działania doprowadziły (pośrednio lub bezpośrednio) do masowych śmierci i ludobójstw, które pochłonęły dziesiątki milionów ofiar, a tu – w XXI wieku – wystawia się im jeszcze takie oto ołtarzyki, uznając za swoich bohaterów, mistrzów i nauczycieli.
Rodzą się tutaj pytania: Jakim nurtem podąża historyczna pamięć? Jakie są przyczyny społecznej ślepoty wydającej ludzi na żer autokratów i demagogów? Dlaczego zbrodnia nie odstrasza narodu, a wręcz przeciwnie – bywa nawet czymś, co go konsoliduje?
Czy to wszystko jest tylko sprawą perspektywy, z jakiej się patrzy na świat? Jeśli tak, to dlaczego zabija się przy tym wyobraźnię i elementarną zdolność rozróżniania dobra od zła?

greydot
Ktoś na moim blogu napisał: „Wiara w Boga, bogów czy ogólnie wiara w to, że wszechświatem porusza jakaś określona siła typu ‚coś w tym musi być’ jest dla mnie w dzisiejszych czasach przejawem lęku przed Niewiedzą. Wolimy naiwność dziecka niż ‚puste miejsce’. Wychowałam się w otoczce i wartościach katolickich (chrzest, komunia, katechezy oraz przejawy dziecięcej dewocji). Dziś, jako 40-letnia osoba, nie potrafiłabym inaczej zdefiniować siebie niż ‚ateistka’, dla której raczej popędem współczesnej myśli jest Niewiara i poszukiwanie własnej filozofii, wartości w nieokreślonym ich zbiorze życia. Wobec odkryć naukowych i dzisiejszej świadomości, wiara w Boga, bogów (religie), wydaje się anachronizmem i jest niewystarczalna, jeśli nie sprzeczna z tym co wiemy, widzimy, czujemy. Ja wkładam w to ‚puste miejsce’ odkrywanie świata, poznawanie zmysłowe, intelektualne, każde. To całkiem Nieskończony proces i ciekawe zajęcie…”

Na co odpowiedziałem: Wydaje mi się, że np. pisanie takich słów, jak Niewiedza, Niewiara z dużej litery jest właśnie przejawem tego samego anachronizmu, o który oskarżasz wiarę w Boga. Jest w tym jakieś… bałwochwalstwo, tyle że à rebours. Piszesz: „Wobec odkryć naukowych i dzisiejszej świadomości, wiara w Boga wydaje się anachronizmem”. Zważ jednak, że to Tobie tak się „wydaje”. Setkom milionów ludzi – jeśli nie miliardom – na całym świecie tak się nie wydaje. I właśnie to, co „wiedzą, widzą i czują” powoduje, że wierzą w Boga, czy też w jakiś byt metafizyczny, który Bogiem nazwać można. Nie chcę już przypominać oczywistości, że ludźmi „wierzącymi” są również naukowcy, astrofizycy, biolodzy, matematycy… ludzie wybitnie inteligentni, których doprawdy trudno byłoby nazwać „naiwnymi dziećmi”, nieukami czy ignorantami.

Według mnie ateizm nie jest wcale jakimś wyższym, bardziej świadomym, dojrzałym – i mniej naiwnym – stanem ludzkiej świadomości. Wręcz przeciwnie – myślę, że to w ludziach wierzących jest jakaś… „pełnia”, której brakuje zadeklarowanym ateistom, od których czasem wieje jakimś dziwnych chłodem – przynajmniej ja to tak odczuwam. Wyznanie wiary jest mi czymś bliższym – albo, innymi słowy: wydaje mi się być czymś bardziej „ludzkim” (choć sam uważam się raczej za agnostyka) – niż wyznanie Niewiary (bo tym jest właśnie wg mnie zadeklarowany ateizm).

Wyznanie wiary jest ze swej natury aktem pozytywnym, zaś niewiary – negatywnym (abstrahując od etycznego wartościowania tychże aktów).

Ponadto, jeśli nie wierzymy, to czy musimy od razu tę naszą „Niewiarę” obwieszczać – i to z duże litery? Po co? Jest w tym coś deprymującego, negatywnego, może nawet depresyjnego… zwłaszcza dla ludzi wierzących.
Jednakże zdaję sobie sprawę z tego, że to, co tu piszę, jest subiektywne i nie roszczę sobie prawa do posiadania pod tym względem jakiejś uniwersalnej racji – ktoś inny może odczuwać (myśleć) coś zupełnie innego i będzie to równie usprawiedliwione. Mimo tego wszystkiego, co napisałem, (a może właśnie dlatego?) nie chcę dzielić ludzi na „wierzących” i „ateistów”. Istnieją dla mnie ważniejsze kryteria.

PS. Nie sądzę, że „popędem współczesnej myśli jest Niewiara”. Jest nim właśnie pęd do wiedzy – czyli niejako negatyw niewiary.

greydot
Ciekawy jest stosunek człowieka do mitu, bowiem może on funkcjonować w ludzkiej świadomości na wiele różnych sposobów: jako wiara, umowność, udawanie, wiedza… w formie dogmatu, metafory… na niwie poezji, sztuki, literatury, marzenia, religii… W pewnym sensie całą naszą kulturę uznać można ze pewną formę mitu. Mało tego: może nawet nasze człowieczeństwo jest takim emancypacyjnym mitem, który pozwala nam odróżnić się od zwierząt?

greydot
Nikt nie jest odporny na siłę mitologii. Nawet ten, kto będzie temu solennie zaprzeczał. Tu nawet nie tyle chodzi o odporność, co konieczność.

greydot
Paradoksalnie, kiedy człowiek uzyskał świadomość samego siebie, został niejako odseparowany od swojego wnętrza. Wyszedł poza nie, ale do tego wnętrza zaczął tęsknić. (Tego problemu, jak mi się wydaje, nie mają zwierzęta.) Innymi słowy, człowiek stworzył kulturę, ale utracił przez to kontakt ze swoim wnętrzem. To ciekawe – zapętlające się nieco i przewrotne – bo kultura w dużej części polega właśnie na poszukiwaniu przez człowieka własnego wnętrza. Niestety, wydaje mi się, że odkąd przestaliśmy być zwierzętami, czujemy się cokolwiek nieswojo.
greydot
Cytat: „Wydaje się, że współczesny świat coraz bardziej preferuje typ człowieka ‚anonimowego indywidualisty’, osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem. Człowiek taki żyje pozornymi wrażeniami i przyjmuje styl życia innych, podporządkowując się modzie, ulegając konsumpcji, żyje kosztem otoczenia. Nie posiada własnego zdania, a swoje argumenty opiera na przekonaniach lansowanych w mediach. Wprawdzie dzielnie trzyma w górze swój sztandar, jednak jego kolory zmieniają się w zależności od zdania ogółu. Nie wytęża wzroku, aby spojrzeć głębiej i dalej, nie wsłuchuje się, by usłyszeć wyraźniej.”

Wbrew pozorom określenie „anonimowego indywidualisty”, jako „osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem” ma swoją logikę. Kluczem do zrozumienia tego paradoksu człowieka indywidualisty, a zarazem takiego, który zachowuje się stadnie, jest określenie „pozornymi”. Czyli właściwie jest to złudzenie indywidualizmu, bo człowiek taki, mając przeświadczenie, że idzie za własnym oryginalnym wyborem, w rzeczywistości powiela „oryginalność”, którą przejawiają (i którą łudzą się) podobni jemu „indywidualiści”. To jest doskonale widoczne choćby w reklamach, które zapewniają potencjalnego konsumenta, że jest on jeden, jedyny i niepowtarzalny – właśnie „oryginalny” – a w rzeczywistości (kierując to samo przesłanie do setek tysięcy ludzi), chcą go przygiąć do określonego szablonu i narzucić mu pewien wzorzec zachowań. I to się niestety specom od marketingu i konsumerskiej propagandy udaje.
Podobnie jest w subkulturach: np. tzw. „hipsterzy”, z których każdy chce być wielką indywidualnością i oryginalnością, w rzeczywistości upodabniają się – w sposób mimikryczny – do swojego otoczenia (zachowując przy tym złudzenie swojej wyjątkowości i indywidualizmu, oraz poczucie tego, że się „wyróżniają”)

greydot
Nie zawsze gorsza rzecz wypiera lepszą – częściej jednak to co naprawdę dobre, w końcu się wybija i utrwala (na przestrzeni wieków) jako pewna niezbywalna wartość kulturowa (vide: malarstwo, muzyka, rzeźba, literatura…) Przy czym, tak się działo do XIX-go stulecia, zanim nie pojawił się modernizm i nie porozbijał wszystkich obowiązujących (i używanych) dotychczas kanonów. Później wartościowanie sztuki się pogubiło (pogłębił to jeszcze bardziej postmodernizm) i dzisiaj rzeczywiście ludzie mają wielki problem z oceną tego, co jest dobre a co złe (ulegając szarlatanerii, manipulacji, merkantylizmowi, wmówieniu… przez co, niestety, często wygrywa badziewie i hucpa – odnosi się to zwłaszcza do sztuki współczesnej).
Dla mnie najważniejszy jest AUTENTYZM odbioru kultury i sztuki. Inaczej mówiąc, uczestnictwo w kulturze i sztuce musi być szczere. Bo jeśli takie nie jest, to mamy tylko pozę, snobizm, pozór i udawanie.

greydot

Niestety, wydaje mi się, że jeśli chodzi o sztukę poza-mainstreamową, więcej jest udawaczy, niż autentycznych miłośników (odbiorców) kultury. Dochodzi jeszcze do tego pewien rytuał jej konsumpcji. Wobec tego nie dziwi tak bardzo to, że ktoś, kto naprawdę lubi (kocha) muzykę klasyczną, operę, jazz, balet… nie chce się z tym obnosić i afiszować, co najwyżej podzielić się swoim hobby (zamiłowaniem, pasją) z innymi, czującymi (myślącymi) podobnie.
Nie chce, ale i też nie czuje większej potrzeby takiej manifestacji – wszem i wobec – swoich upodobań, zainteresowań i gustu. I to właśnie świadczy o ich autentyzmie.
A jeśli ktoś, będąc „konsumentem” kultury „wyższej”, wstydzi się tego, że i na „nizinach” coś mu się podoba, to poświadcza tylko swoją własną niepewność co do istoty i autentyzmu swojego odbioru kultury i sztuki, podlegającego przecież jego własnym gustom i zainteresowaniom, (które tym samym również mogą być przez to zakwestionowane).

greydot

Ludzie oczekują powtarzalności, bo to im głaszcze utarte kanały percepcji. To jest w sumie ucieczka przed refleksją i głębszą myślą – jedna z cech masowej konsumpcji.
Cóż, jako gatunek, jesteśmy pochłaniaczami i przeżuwaczami trawiącymi w kółko tę samą karmę.

greydot

Podoba mi się takie podejście do kultury, w którym człowiek poddaje się własnemu doświadczeniu – ma zaufanie do własnej wrażliwości, nerwów, inteligencji i serca – ale i jest otwarty na to, co nowe i być może trudniejsze w odbiorze, bo nie poddające się utartym zainteresowaniom i gustom.
Ten wysiłek jest jednak istotny, bo dzięki niemu możemy własne zainteresowania rozwijać, posuwać się do przodu w przeżywaniu i przyswajaniu czegoś, co może zburzyć nasze „konsumpcyjne” wygodnictwo, przełamać schematy, rutynę, przyzwyczajenia…

greydot

Stanisław Ignacy Witkiewicz w „Nowych formach w malarstwie i wynikających stąd nieporozumieniach” pisze: „Widzimy, że dzieła sztuki i odpowiadające im wrażenia artystyczne możemy uszeregować według wzrastającej komplikacji ich elementów i intensywności estetycznego zadowolenia i że to, co nazywamy Sztuką, będzie leżeć gdzieś w środku tego szeregu, a sfera jej będzie niezupełnie ściśle określona, zależnie od osobników, tworzących i przyjmujących wrażenia. Chodzi tylko o to, aby móc mówić o tych samych jakościowo wrażeniach, o konstrukcji jakości, o Czystej Formie, o uczuciu metafizycznym, nie marząc o ścisłym podziale, niemożliwym z powodu względności i subiektywności panującej w tej sferze, ale i nie mieszając w niej elementów zupełnie jej obcych. Jednak dla 95% „zdrowo myślących ludzi” sfera, o której mówimy, jest czystym urojeniem, wytworem chorej wyobraźni natur przewrotnych – tak wielką jest sugestia poczętego w czasach renesansu i dziś zamierającego realizmu w malarstwie, tej zupełnie nieistotnej jego odnogi, powstałej na tle odrodzenia naturalistycznej rzeźby greckiej i olejnego malowania, zdolnego do naśladowania wszystkich stanów natury, tego działu, który ze sztuką malarską ma tyle tylko wspólnego, że używa się i tam, i tu jednych i tych samych środków, farb, pędzli itp., ale do zupełnie innych celów.”

Podział sztuki na różne zbiory, kategorie i rodzaje ma oczywiście sens (bo człowiek ma skłonności do tego, by wszystko nazywać, segregować, porządkować… ułatwia mu to bowiem orientację w świecie), ale tak naprawdę nie ma to większego wpływu na to, jak sztukę odbieramy (no chyba że jesteśmy snobami kierującymi się sztucznie ustalaną hierarchią – wartościowaniem sztuki opartym na kryteriach poza-artystycznych, np. prestiżowych czy merkantylnych).
Bardzo ciekawy cytat z Witkiewicza. Ale też potwierdzający niemożliwość ścisłego określenia linii podziałów sztuki, co jest zrozumiałe, bo już w czasach Witkacego samo pojęcie Sztuki wymknęło się czytelnej kategoryzacji i ścisłej, aprobowanej powszechnie, definicji. Taka była cena modernistycznej rewolucji.
Witkacy był zwolennikiem tzw. Czystej Formy, ubolewał nad zanikiem „uczuć metafizycznych” – nie dziwi więc jego niechęć np. do realizmu, któremu odmawiał racji do bycia częścią sztuki malarskiej. Jednakże, według mnie jest to zbyt daleko posunięty radykalizm.

greydot

Pewne wartości etyczne wydają się nam „ponadczasowe” ale one ponadczasowe nie są, bo wykształciły się w czasie – tak jak kształciła się i sublimowała etycznie nasza kultura i cywilizacja, a wraz z nią system etyczny, który przecież nie jest czymś niezmiennym, a tym bardziej uniwersalnym.
Np. „uniwersalne” według niektórych przykazanie (norma etyczna) „nie zabijaj”, wcale nie jest uniwersalne. Uniwersalna zasada naturalna jest wręcz przeciwna: „zabijaj, kiedy tylko to przynosi ci to korzyść” – i stosuje się do niej cała Natura, co widać aż nadto oczywiście, kiedy bliżej przyglądniemy się temu, co się dzieje w świecie zwierząt.

Również w świecie ludzkim, i to współcześnie, daje się przyzwolenie na zabijanie (wojny, wojsko, drony, „broń”, kara śmierci, obrona własna…) – mordowanie ludzi jest sankcjonowane w wielu przypadkach – więc ochrona ludzkiego życia nie jest wartością uniwersalną. Świadczą o tym również miliony aborcji, (które de facto są likwidowaniem ludzkich zarodków, czyli zabijaniem życia), dokonywanych każdego roku na świecie.

greydotNie podoba mi się ta wojna polsko-polska, w której jedna strona uważa się za oświeconą “elitę” intelektualną, patrzącą z góry na katolicki “nawiedzony” “ciemnogród”, sama nie zauważając swojego prymitywizmu, jaki często przejawia w atakach na ludzi wierzących, Kościół Katolicki i księży.
Nie podoba mi się ten pełen pychy i besserwisserstwa przemądrzały ateizm (którego wielu wyznawców sprawia wrażenie właśnie nawiedzonych), skupiający się jedynie na negatywnej stronie religii, ignorując jej znaczenie pozytywne.
Nie podoba mi się, że taki naukowiec jakim jest Dawkins (“papież” ateistów) staje się de facto ideologiem, który jedzie po religii (i po ludziach wierzących) jak po burej suce…

Wydaje mi się, że tu nie tyle chodzi o wyrażenie swego zdania, ani o polemikę, tylko o zaznaczenie swojej intelektualnej “gnostycznej” wyższości i dalsze utwierdzanie się w swoich jedynie słusznych, nieomylnych poglądach. A jeśli chodzi o tzw. “wojujący” ateizm i jego reprezentantów, to wydaje mi się on jeszcze jedną przesiąkniętą ideologicznie – zabarwioną nawet totalitarnie – sektą.
Niestety.

greydot
Publicysta „Polityki” Jacek Kowalski obdarzył swój blog tytułem „Listy ateisty” oraz mottem z Philipa K. Dicka: “Rzeczywistość to coś, co nie znika, kiedy przestaję w to wierzyć.”

Muszę przyznać, że dość dziwne to motto, jak dla strony zadeklarowanego ateisty. Bo przecież rzeczywistość nie jest domeną wiary tylko percepcji. Nie wierzy się w TO, co się widzi, tylko TO się postrzega i przyjmuje do wiadomości. Na tej podstawie buduje się, czy też gromadzi wiedzę, a nie wiarę.

Właśnie ktoś, kto wierzy w Boga mógłby powiedzieć ateiście: Bóg to jest coś, co nie znika, kiedy przestaje się w niego wierzyć.

greydot

W „Listach ateisty” doszło do małej polemiki między mną a ich autorem. Oto ona:

Ja: Nie segreguję religii na fałszywe i prawdziwe, bo według mnie taki podział jest bez sensu. Piszę to oczywiście jako agnostyk.

Jacek Kowalczyk: „A agnostycyzm to też jakaś religia? Bo niektórzy Polacy podczas spisu powszechnego wpisywali to słowo do rubryki ‚wyznanie’. Czy też pozwala Panu po prostu zawiesić osąd i wszystkie religie traktować równo, wudu i Kościół Scjentologiczny także?

Ja: To jest właśnie to, o czym pisałem: poczucie wyższości i drwina (może nawet ledwie skrywane szyderstwo?) ateisty, który każdy inny światopogląd (nie wykluczający istnienia Boga – o przekonaniu o jego istnieniu nie wspominając) chce nazywać “wyznaniem”, w ten sposób go dyskredytując. Przecież każde dziecko wie, że agnostycyzm nie jest żadnym “wyznaniem”. Jest oświadczeniem, że się nie wie. To już bardziej wyznaniem jest właśnie ateizm, którego wyznawcy wierzą w to, że Boga nie ma. Piszę “wierzą”, bo przecież nie mogą tego wiedzieć na pewno.
Naturalnie piszę “Bóg” w szerszym znaczeniu tego słowa: mając na myśli pewien byt metafizyczny, Ideę Nadrzędną, Zasadę Porządkującą, Moc Sprawczą… etc. (trudno jest mi TO nazwać, bo ujęcie tego w słowa, zważywszy na nasze możliwości – ograniczenia percepcyjne i poznawcze – jest według mnie niemożliwe).
Agnostycyzm, (do którego się – bardziej lub mniej – skłaniam) pozwala mi zawiesić osąd nad religią (unikam osądzania religii jako takiej – czyli jako kulturowego fenomenu, dzięki któremu powstała ludzka cywilizacja) choć naturalnie nie zamykam oczu na jej negatywne strony, czy też skutki.
Oczywiście, że kieruję się swoim systemem etycznym (tak się stało, że wywodzi się on z tradycji judeo-chrześcijańskiej – tego nie mogę zaprzeczyć – choć nie jest on tożsamy z “przykazaniami” jakiegokolwiek kościoła ani nawet z Dekalogiem) i to on wyznacza mój stosunek do pewnych zachowań (faktów) mających swoje źródło w danej religii czy wyznaniu. To właśnie na tym opiera się moja orientacja aksjologiczna jeśli chodzi o różne religie.
W pewnym sensie to także “hierarchizuje” (i praktycznie wartościuje) w mojej świadomości religie.
Dla mnie nie ulega wątpliwości, że powinna istnieć wolność religijna. Ale przecież nikt nie może twierdzić, że wszystkie praktyki religijne mogą być dozwolone. (Dlatego jestem przeciwny np. rytualnemu ubojowi zwierząt, praktykom uszkadzającym ciało – o składaniu ofiar z ludzi nie wspominając.) Granice tego, co dozwolone, a co niedozwolone (w praktykach religijnych) powinno wytyczać prawo (ja np. akceptuję w zasadzie te jurysdykcje, jakie wypracowały sobie demokracje liberalne świata zachodniego – bez wątpienia opierającego się głównie na tradycji judeo-chrześcijańskiej, ale też oświeceniowej – zgodne także z zasadami społeczeństwa obywatelskiego i otwartego).
To nie jest więc tak, że ja się pozbawiam możliwości nazwania pewnych praktyk religijnych (czy też zachowań, które mają swoje źródło w wyznawanej religii) bzdurą, a nawet (w ekstremalnych przypadkach) zbrodnią.

Jacek Kowalczyk: Czyli totalny miszmasz – religie ogólnie są lepsze od ateizmu, bo zaspokajają ludzką potrzebę mitu, nauka nie odpowiada na pytania metafizyczne (choć ani musi, ani chce), ale za to Pan z pozycji jednej z religii (źródła judeo-chrześcijańskie) może oceniać jako wartościowe lub nie inne religie (nawet jako zbrodnicze), odwołując się przy tym do społeczeństwa obywatelskiego i otwartego ufundowanego na projekcie oświeceniowym, odrzucającym religię jako źródło stanowienia prawa. A dzięki agnostycyzmowi może Pan unikać przesądzania o istnieniu świata duchowego.
No i pięknie! Tak też da się żyć. Ale po co od razu wyzywać ateistów od fanatyków?

Ja: Mój zarzut o fanatyzm odnosi się do tych, którzy wojują z religią pod sztandarem ateizmu, obnosząc się z tym swoim ateizmem jak z jedynie słusznym światopoglądem. Zamiast przyznać się do tego, że nie wiedzą, są pewni, że wiedzą.

greydot
Kilka cytatów a propos powyższej dyskusji:

„Ateista podobnie jak chrześcijanin, utrzymuje, że wiemy, czy bóg jest czy go nie ma: chrześcijanin twierdzi, że wiemy, iż bóg jest, ateista – że wiemy, iż go nie ma. Tymczasem agnostyk zawiesza sąd, utrzymując, że nie ma dostatecznych podstaw, by przyjąć lub zaprzeczyć istnieniu boga.”
(Bertrand Russell)

„Ateizm to także postawa religijna. Szczery ateista myśli o Bogu bezustannie, choć istotnie w terminach negacji. Zatem ateizm jest formą wiary. Gdyby ateista naprawdę nie wierzył, nie przejmowałby się (wiarą innych) lub nie przejmowałaby się zaprzeczaniem.”
(Terry Pratchett)

greydot
Warto wspomnieć, że “papież” ateistów Richard Dawkins w swojej książce “Bóg urojony” (nota bene tytuł równie zwodniczy i niewydarzony, jak “Samolubny gen”) także nie wyklucza istnienia Boga (jednakże to wymaga nie tylko przeczytania książki Dawkinsa, ale przeczytania jej ze zrozumieniem, co dla niedouczonego i zacietrzewionego fanatyka ateizmu może być wysiłkiem ponad siły i intelektualne możliwości).

greydot
Obsesja religią: dość powszechna u ateistów.

greydot
Kryzys uchodźczy w Europie, zalew migrantów… Wśród niektórych Europejczyków lęk przed „Innym” nabiera znamion histerii.
Ja bym jednak nie demonizował “obcych”. W Stanach, w pewnym sensie są sami “obcy” i jakoś nie ma tu większych spięć na tle etnicznym czy religijnym. Jeśli są konflikty to z powodów ekonomicznych, a nie ideologicznych (a do takich zaliczam konflikty religijne). Wydaje mi się zresztą, że dotychczasowe “spięcia” w Europie (Wielka Brytania, Francja a nawet Szwecja) z udziałem “czarnych” czy też muzułmanów, również miały przede wszystkim przyczyny ekonomiczne: był to właściwie protest “prekariatu” – “biedoty”, młodych ludzi bez perspektyw, grup “upośledzonych” konsumpcyjnie – przeciwko “systemowi”, który (według nich) ich dyskryminuje i pozbawia lepszych warunków życia (pracy, rozwoju i konsumpcji).

To nie religia zabija, ale fanatycy (a fanatyzm jest moim zdaniem religijną, czy też ideologiczną patologią), ludzie zdesperowani, niestabilni psychicznie, opętani agresją… Także – jeśli chodzi o agresję na większą skalę – ci, którzy chcą zdobyć władzę, kontrolę nad innymi (podboje kolonialne, wojny krzyżowe i terytorialne, wreszcie takie zbrodnicze fenomeny, jak ISIS). W wojnach, które nazywamy “religijnymi”, także chodziło o zdobycie władzy (a tym samym bogactwa – środków, zasobów, terytoriów), a nie o dogmaty, które większość rządzących (włącznie z niektórymi papieżami) miała w… głębokim poważaniu.
Religia zawsze była narzędziem (pretekstem, “usprawiedliwieniem”) zdobywania władzy, bogactwa, kontroli nad innymi (w rzeczywistości motywy ekonomiczne i polityczne zawsze dominowały nad motywami religijnymi).
Papiestwo, jak również cała europejska “wierchuszka” królewska (wszystkie te nadęte, degenerujące się dynastie), która sprawowała w Europie władzę przez kilkanaście stuleci, dokonała niejako “kidnapingu” idei chrześcijańskiej (utożsamianej z nauką Jezusa Chrystusa), zamieniając ją w praktyce w jej przeciwieństwo (utrzymywanie więc, jak robią to niektórzy, że to chrześcijaństwo ma największe zbrodnie na swoim sumieniu, jest według mnie nie tylko nieuczciwe, ale i niemądre – a już twierdzenie, że faszyzm był ruchem “chrześcijańskim” jest zupełną głupotą, wynikającą najprawdopodobniej ze ślepej nienawiści do wszystkiego, co “chrześcijańskie”).

„Chrześcijanie”, którzy mordują innych dla swoich celów (politycznych, ekonomicznych, a nawet – czy może nawet zwłaszcza – religijnych) stają się niczym innym, jak “chrześcijanami” nominalnymi – nic z nauką Chrystusa (uosabiającego sobą łagodność, miłosierdzie, prostotę, altruizm…) nie mającymi wspólnego.
Zresztą, więcej można zrozumieć, jeśli chodzi o agresywne zachowanie Homo sapiens (jako gatunku en bloc), skupiając się na jego genetycznym zaprogramowaniu i prehistorycznym dziedzictwie, niż na ideologiach, które on wymyślał.

greydot
Nie ma większego sensu porównywanie motywów “agresywnych” obecnych w Nowym Testamencie i w Koranie. W pierwszym nie ma ich prawie wcale, w drugim można ułożyć z tychże całą litanię.
Jest więc różnica w “temperamencie” (poziomie) agresji między normatywnością religijną chrześcijańską a muzułmańską (i myślę, że to co piszę jest obiektywne, mimo że sam się bardziej utożsamiam z etyką chrześcijańską, niż z szariatem).
Naturalnie odmienność ta nie jest bez znaczenia, jeśli chodzi o wpływ “wiary” na zachowanie i obyczajowość społeczności (a w większej skali: społeczeństw) chrześcijańskich i muzułmańskich, nie jest jednak według mnie czymś przesądzającym, radykalnym – uniemożliwiającym pokojowe współistnienie chrześcijan i muzułmanów. Ale pod warunkiem, że nie przyjmą oni postawy ortodoksyjnej, fundamentalistycznej – o fanatycznej nie wspominając. To zresztą stałoby w sprzeczności z prawodawstwem państw europejskich (mimo, że cywilizacja europejska uważana jest w głównym swoim zrębie za “chrześcijańską” czy też “judeo-chrześcijańską”), gdzie jednak rozdział kościoła (a tym bardziej “meczetu”) od państwa powinien już być cywilizacyjnym standardem.

greydot

W jednej z gazet ktoś wysmażył artykuł nadając mu tytuł: „Islam zabija”. Moim zdaniem jest to nadużycie. Według mnie istnieje bardzo mocny argument za tym, że to nie religia (i jej tzw. “prawdy” wiary) decyduje o tym, że człowiek staje się dyszącym mordem osobnikiem, “maszyną do zabijania”; o tym, że jedno państwo (naród) napada na drugie, dokonując przy tym ludobójstwa, często na masową skalę. Oto bowiem, jak świadczą o tym fakty, cywilizacja “nasza”, zachodnia (ponoć “chrześcijańska” a więc – normatywnie przynajmniej – bardziej “humanitarna”, nie-barbarzyńska, “miłosierna”) jest odpowiedzialna za największe zbrodnie ludobójstwa w historii ludzkości (wydaje mi się, że walnie przyczyniło się do tego po prostu techniczne zaawansowanie Zachodu – biorąc pod uwagę stan z XX wieku – ale przede wszystkim jednak kolonializm i ambicje mocarstwowe takich państw zachodnich jak Niemcy, Anglia, Francja i – last but not the least – Stany Zjednoczone).

Czy ta agresywna ekspansywność ma cokolwiek wspólnego z naukami łagodnego syna cieśli z Nazaretu?
W moim pojęciu prawdziwe chrześcijaństwo jest związane z tym co głosił Jezus, a nie z tym co wyczyniali chrześcijanie “nominalni” – de facto uzurpatorzy chrześcijaństwa, którzy w praktyce istotę chrześcijańskości obracali często w jej przeciwieństwo – zwłaszcza kiedy mordowali i podbijali gwałtem innych ludzi. Dlatego utrzymywanie, że to chrześcijaństwo (wiara chrześcijańska) było najbardziej zabójczą religią w dziejach ludzkości jest po prostu nieuczciwe i – mówiąc delikatnie – niemądre.

greydot
Wpływ chrześcijaństwa na losy świata nie brał się z tego, co głosił Jezus, lecz bardziej z tego, co wyczyniali chrześcijanie – jak ich nazywam – „nominalni”. Chrześcijanie nominalni tworzyli chrześcijaństwo nominalne – i to ono wpływało na losy świata. Ludzie, którzy naprawdę kierowali się nauką Chrystusa nie mieli żadnego wpływu na politykę, na wyczyny państw i narodów mieniących się “chrześcijańskimi”.

W ostatecznym rozrachunku zawsze odpowiedzialni są ludzie – a nie ideologie. Zwłaszcza te utopijne. Tak więc to nie religia (ideologia) zabija. Zabijają ludzie. To stwierdzenie nie jest odkrywcze ani nieodkrywcze. Jest po prostu stwierdzeniem oczywistego faktu.

greydot.

POLACY TO NARÓD, KTÓRY TAK ŁATWO NIE DA SIĘ ZADOWOLIĆ – mówi JAN KACZMAREK

.

Jan Kaczmarek dla mojego pokolenia to był ktoś. Dorastaliśmy w latach 70-tych słuchając radiowej „Trójki”, która była dla nas – mieszkańców zgrzebnego raczej PRL-u – świeżym powiewem swobody, luzu, kontestacji… Posługując się zupełnie odmiennym językiem, niż inne media, audycje „Trójki” trafiały do nas ciętą satyrą, lekko anarchizującą inteligencją i swoistym poczuciem humoru. Mam tu na myśli pamiętną IMĘ (Ilustrowany Magazyn Autorów), a zwłaszcza „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Niewątpliwą gwiazdą tych programów był Jan Kaczmarek, jeden z założycieli kabaretu „Elita”, którego teksty i felietony – jak również piosenki – pamiętamy do dzisiaj. Myślę, że w ramach odkurzania moich dawnych publikacji, warto przedstawić tutaj wywiad jaki przeprowadziłem z Janem Kaczmarkiem przed laty.

.

Jan Kaczmarek:

Jan Kaczmarek: zazwyczaj zżera mnie trema (zdjęcie własne)

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Piękną pogodę przywiózł pan ze sobą z Polski. Kiedy byłem w kraju, to właśnie maj wydawał mi się najpiękniejszym miesiącem.

JAN KACZMAREK: Akurat padało, kiedy wyjeżdżałem. I chociaż jest takie przysłowie: „Mokry maj, będzie zboże niby gaj”, to akurat Polacy narzekali, że pada. Ale to tak zawsze jest. Jak nie pada, to narzekają, że jest susza, a jak pada – że jest deszcz. Jak mają prezydenta, to narzekają, że niedobry; jak nie mają – to mówią, że by się przydał… itd. Polacy to naród, który tak łatwo nie da się zadowolić.

– No to ładnie, ja chciałem gładko i sentymentalnie od pogody zacząć, a pan tu zaraz na politykę i socjologię wchodzi. Naprawdę miałby pan ochotę rozmawiać ze mną o tzw. „nastrojach społecznych”?

– Cóż, służba nie drużba: pytają rodacy w Ameryce, odpowiadać trzeba. Ogólnie rzecz biorąc, te nastroje są rozwichrzone. Tak jak przy gwałtownej zmianie pogody są burze, to podobnie, gdy radykalnie próbuje się zmienić ustrój, występują wielkie wahania nastrojów. A wachlarz tych nastrojów jest bardzo szeroki: od złośliwości, zgryźliwości – poprzez różne odcienie zazdrości, niechęci, fałszywych ambicji – po nienawiść nawet. Ciemna to raczej kolorystyka. Ludzi zadowolonych jest bardzo mało.

– Nie tak dawno rozmawiałem w Miami z Januszem Onyszkiewiczem, wówczas jeszcze ministrem obrony narodowej, od którego dowiedziałem się, że polskie życie polityczne jest „dojrzałe”. Rozumiem pana ministra, jako przedstawiciel rządu i polityk starał się za granicą wzbudzić zaufanie do naszrgo kraju. Jednak w zestawieniu z tym, co dzieje się na arenie, czy też raczej w cyrku politycznym Polski, zabrzmiało to stwierdzenie niemal po desperacku. Czy pan również uważa, że już tak dorośliśmy do tej demokracji, wolności i „nowego ładu”?

– Nie można mówić o dojrzałym życiu politycznym w Polsce, choćby z tego powodu, że wbrew pozorom, u nas żadnych polityków nie ma. To, co zostało po poprzednim ustroju, to marionetki wykonujące ruchy zgodne z pociągnięciami nitek trzymanych w wiadomych centralach. Nie było przecież u nas żadnej szkoły politycznej – chyba że w Moskwie. W związku z tym nie mamy polityków z prawdziwego zdarzenia. Nie ma ich po prostu skąd wziąć. Musimy więc sobie najpierw tych polityków wykształcić. Nie wiem, w jaki sposób. Może przez branie przykładu z prymusów? Są kraje, które mają większe doświadczenie pod pewnymi względami od naszego. Polityka jest wiedzą, jak każda inna dziedzina, trzeba się więc jej uczyć. Obecnie w kraju „polityka” to jakieś śmieszne próby facetów, którym się wydaje, że są politykami. Nie ma żadnej kultury politycznej. Straszne to są rzeczy.

– Janusz Rewiński ma swoją Polską Partię Przyjaciół Piwa, partią Jana Pietrzaka jest podobno Partia Ludzi Dowcipnych. Pod jakim szyldem politycznym pan by się ustawił?

– Ja jestem w tej Partii Milczącej Większości. Prezydent Wałęsa mówił niedawno, że trzeba będzie stworzyć Partię Prezydencką. Może miał na myśli właśnie tę partię?

– Czy rzeczywiście Lech Wałęsa może liczyć na poparcie większości?

– Muszę przy tej okazji powiedzieć, że władza nie ma żadnego poważania, autorytetu. Nie ma dla niej żadnego szacunku. To, co się wygaduje na Prezydenta, to przechodzi ludzkie pojęcie. A przecież, bądź co bądź, ludzie go sobie wybrali w pierwszych demokratycznych wyborach. Ci, którzy po jego plecach wdrapali się na szczyty, teraz plują na niego tak, że przykro patrzeć – w stylu niedopuszczalnym w środowisku ludzi kulturalnych, Europejczyków, za jakich mamy aspirację się uważać. W kategoriach ogólnych jest to godne potępienia. Ale to są typowe choroby młodej demokracji. Może to jednak potrwać bardzo długo. Jest teraz w Polsce taka modna analogia. Żydzi potrzebowali 40 lat, by przejść z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej, choć dystans ten można było przejść w dwa tygodnie.

– Jan Kobuszewski, zapytany niedawno, co zrobiłby gdyby został prezydentem Rzeczpospolitej, odparł: „powiesiłbym się”. Czyżby dowcip w naszym kraju aż tak sczerniał? Zwiększa się popyt na humor „wisielczy”?

– W ogóle spadł popyt na humor jakikolwiek, gdyż warunkiem jest tu chyba dobry nastrój. Jeżeli potrzeba rozrywki wynika z naturalnych potrzeb ludzkich, tak samo jak ochota na to, by się czegoś napić, czy zjeść, to można mówić o popycie na różne rodzaje potrzeb. W tym kontekście rozrywka jest potrzebą piątej, czy też szóstej kolejności. Pierwsza to wyżywić siebie i rodzinę, ubrać się jako tako, opłacić wszystkie te miesięczne rachunki, ewentualnie kupić sobie jeszcze coś… raz na rok. Potem dopiero może się pojawić potrzeba pójścia do kabaretu. A jeżeli chodzi o humor „czarny”? Nie wiem, Maciej Zębaty, specjalista od tego rodzaju humoru, jest w tej chwili w Ameryce.

– Co się dzieje z „Trójką”, czyli z III Programem Polskiego Radia, który w morzu absurdu jawił nam się kiedyś niczym wysepka normalności i zdrowego rozsądku. Teraz podobno głupota i obskurantyzm zalewa również i ją. Dotarły do mnie słuchy, że powyrzucano z tego programu sporo osób. Podobno za defetyzm: zbyt czarno widzieli naszą polską rzeczywistość, afery im się nie podobały, sabotowali ponoć pełne dobrej woli, mądre poczynania naszych polityków i rządu… etc. To, czego nie zrobiono za „reżimu”, robi się za „demokracji”?

– Moja współpraca z „Trójką” liczy już 20 lat. Sama „Trójka” obchodziła w tym roku 30-lecie. Trzeba powiedzieć, że ja w tym programie siedzę pozornie, bo mieszkam we Wrocławiu, a „Trójka” mieści się w Warszawie. Raz w tygodniu przygotowujemy audycję we Wrocławiu i wysyłamy ją do Warszawy, gdzie jest prezentowana w „Studiu 202”. W zasadzie więc, nie wiem co się tam dzieje. Słyszałem takie zarzuty, że „Trójka” jest zbyt lewicowa! Czyli pogląd odmienny, który tu do pana dotarł. Ale teraz, po tym „wybuchu” demokracji można już wszystko mówić. I mówią – niestety, również wiele bzdur. W tej chwili ta nasza „demokracja” przypomina mi anarchię, całkiem już zdziczałą.

– Z wykształcenia jest pan inżynierem elektronikiem. Okazuje się – jeden przykład na to jest wszem znany – że ucząc się o elektryczności, trafić można w zupełnie odległe od niej obszary.

– Studiowałem na Politechnice Wrocławskiej i występowałem tam w takim kabarecie „Scientia”. Z biegiem czasu to właśnie zdominowało moje zajęcia. Po studiach pracowałem jeszcze jakieś trzy lata w zawodzie. Jako inżynier-konserwator sowieckiej maszyny cyfrowej. Takiej zupełnie prymitywnej, zresztą. Później przeszedłem do radia na etat do redakcji rozrywkowej. I tak skończyła się moja przygoda z elektroniką, którą osobiście bardzo cenię i szanuję. Teraz jednak dziedzina ta przeskoczyła mnie o sześć dystansów. Po drodze były takie rewolucje naukowo-techniczne, że nie mógłbym już do tego zawodu wrócić.

– Mam nadzieję, że nie popełnię tu jakiegoś faux pas ale przypominam sobie, że kiedyś Zenon Laskowik, zapowiadając pański występ, transmitowany na żywo przez telewizję, prosił telewidzów, by nie regulowali odbiorników, bo „Jasiu naprawdę tak wygląda”. Nie obraził się pan wtedy śmiertelnie?

– Obraził?! Dużo było w tym racji (śmiech). Nie można powiedzieć, żebym był człowiekiem fotogenicznym, dlatego nie znoszę występować w telewizji. Źle w niej wyglądam. Lubię radio, bo nikt mnie tam nie widzi… ewentualnie słyszy i powie, że seplenię. Za występami estradowymi również nie przepadam. Zjada mnie trema. Tak więc, Zenek Laskowik bardzo ładnie to uchwycił. Gdybym się z tego powodu obraził, to byłby ze mnie marny satyryk.

– Bardzo jest pan drażliwy na nieprzychylną krytykę?

– Bardzo się nią przejmuję. Martwią mnie negatywne recenzje. Próbuję to sobie tłumaczyć na różne sposoby: a to niekompetencją recenzenta, a to bezmyślnością… Nie mam takiej odporności, jak inni, którzy wydają się nic z tego sobie nie robić. Ale przecież nie można się wszystkim podobać. Szczególnie ostatnio otrzymuję sporo listów bardzo rozbieżnych w ocenach. Od przychylnych, popierających to, co robię; po takie brutalne, wręcz napastliwe. Te ostatnie, oczywiście, zawsze są anonimowe. To pewnie z powodu tego rozwichrzenia, o którym już mówiliśmy.

– Jak powstają pańskie teksty satyryczne? Czy wymaga to jakiejś szczególnej koncentracji, czy też wpadają one panu do głowy niespodziewanie i przypadkowo – ot, tak sobie – np. pod przysłowiowym już „prysznicem”?

– W tym zawodzie, jak w każdym innym, dochodzi się do wprawy. By pisać, zwraca się dookoła uwagę na potrzebne ku temu elementy. Po 20 latach uprawiania tego, mam już taką wyostrzoną uwagę. Łatwiej mi, będąc satyrykiem, zauważać pewne dewiacje, absurdy, odchyłki… Doskonali się przy tym warsztat. Pozwala to – w formie krótkiej – dowcipniej powiedzieć ludziom o tym, co już oczywiście wiedzą. Zadaniem satyryka jest podawanie prawd powszechnie znanych w maksymalnie dowcipnej, lapidarnej formie.

– Muszę przyznać, że wolę pana słuchać jako felietonistę, niż piosenkarza. Szczególnie, gdy śpiewa pan z playbacku, tak jak np. podczas ostatniego występu w Chicago. Ta maszyna wyraźnie panu przeszkadzała.

– Niestety, muszę tu powiedzieć o czymś smutnym. Tuż przed naszym wyjazdem do Stanów, zmarł w tragicznym wypadku mój pianista, Marek Materna. Kilka dni temu był pogrzeb. Żal go bardzo, ale takie jest życie. Żeby do końca odpowiedzieć na to pytanie, muszę stwierdzić, że nie mam ambicji, by uważać się za piosenkarza. Piosenkę uznają za jeden ze sposobów satyrycznej wypowiedzi, który ma swoje zalety. Czasem jakaś treść jest bardziej nośna, gdy się ją zaśpiewa.

– W ostatnich miesiącach gościliśmy w Chicago imponującą liczbę polskich artystów. Oczywiście zawsze bardzo mile są tu widziani i przyjmowanie, lecz słyszy się opinie, że przyjeżdżają tu jakby od niechcenia, z kaprysu… W kraju jest ponoć teraz artystom tak dobrze, że wybierają się za granicę właściwie głównie po to, by dokonać zakupów. Czy przy takim podejściu do występów, nie ucierpi przypadkiem ich poziom artystyczny?

– Może tak rzeczywiście jest. Mogę tu tylko mówić za siebie. Ja traktuję te wyjazdy bardzo poważnie. Publiczność w Chicago bardzo lubię, zawsze występuje mi się tutaj dobrze. Mam wrażenie, że przyjmowany jestem pogodnie i mile. Chociaż mam tu o wiele większą tremę, niż występując w kraju. Absolutnie nie traktuję tych występów ubocznie, ani chałturniczo. Kupuję tu tylko upominki dla najbliższych. Zawsze się dziecko ucieszy, gdy przywiozę mu jakąś grę komputerową czy walkmana… Ameryka to kraj gdzie jest tego pełno, wspaniały wybór, no i jest taniej niż w Polsce. Nigdy nie traktowałem swoich wyjazdów handlowo. Poza tym, mam tu w Chicago wielu przyjaciół, znajomych, z którymi przyjemnie się spotkać i nawet wyspać mi się porządnie nie dają.

– Muszę panu szczerze powiedzieć, że brakowało mi w występach „Maratonu Kabaretowego”, z którym tu państwo przyjechali, pewnej spójności. Wydaje mi się, że program taki jak ten, powinien mieć reżysera, pewne elementy scenografii, choreografii… A tu niestety, wszystko sprawiało wrażenie prowizorki. Każdy wychodził na scenę i wygłaszał swój „kawałek”. Ja jednak chciałem zobaczyć państwa razem, wykonujących wspólnie dobrze napisany skecz, „numer” kabaretowy. A tak – przykro mi to mówić – odniosłem wrażenie, przyjechali tu państwo głównie po to, by zainkasować plik „zielonych” – zresztą, podobno w Polsce już niemal bezwartościowych – no i na te nieszczęsne zakupy. Wrażenie to przygasiło nieco fakt, że podczas waszego występu zdarzyły się też momenty piękne i nie obyło się na sali bez wzruszeń.

– Uważam, że ten program jest specyficzny i musi być taką składanką. Są to wykonawcy reprezentujący różne kabarety (byli wśród nich m.in. Krystyna Sienkiewicz, Barbara Wrzesińska, Kazimierz Kaczor, Jan Pietrzak, Janusz Rewiński, Bohdan Smoleń – przyp. stb). Jeżeli przyjeżdża jeden konkretny kabaret, jak np. Olgi Lipińskiej, to ma on swój wypracowany program, rekwizyty, dekoracje… Ale zgadzam się, że naszemu programowi brakowało finału. Sądzę, że jest to wada, ale nie miałem na to wpływu. Jednak i tak zbudowany program może mieć swoje walory. To taki pokaz indywidualistów. Jest oczywiste, że program, który ma ambicję bycia widowiskiem, musi mieć jego cechy: ruch, scenografię, staranną reżyserię, dramaturgię, finał… Mimo to, publiczność – jak pan widzi – dopisała, sala była pełna. Wczoraj np., podczas występu Jana Pietrzaka, wszyscy wstali i bili brawo. Później, nawet z samochodów ludzie na nasz widok wołali, że się podobało.

– To cieszy. Dziękujemy i zapraszamy ponownie.

greydot

NOTA: Wywiad z Janem Kaczmarkiem odbył się w maju 1992 roku i został opublikowany w wydawanym w Chicago tygodniku „Relax”. (Jan Kaczmarek zmarł w 2007 roku na chorobę Parkinsona.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

GUŁAG PEŁEN RADOŚCI

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

“Ja będę twoim Dostojewskim, jeśli ty będziesz moim Tołstojem. Nasze życie razem będzie wypełnione taką rozpaczą, że śmierć będzie się nam wydawać gułagiem pełnym radości.” (Jarod Kintz)

* * *

Objaśnianie Putina Tołstojem byłoby podobnie bezsensowne, jak objaśnianie Hitlera Goethem. Ale już objaśnianie Putina Dostojewskim miałoby większy sens, podobnie jak objaśnianie Hitlera Nietzschem. To świadczy o tym, że objaśnianie życia literaturą może być równie sensowne, co bezsensowne.
Innymi słowy, autonomia literatury jest na tyle duża, że nie może być ona zakładnikiem społecznego kodu, czy nawet historycznego momentu. Wielka literatura ma wartość uniwersalną. Dlatego rosyjscy pisarze cieszą się takim poważaniem na Zachodzie. (Ale to niestety nie oznacza, że takim samym poważaniem cieszą się Rosjanie jako naród. Nic w tym zresztą dziwnego, bo nie można utożsamiać literatów z narodem, a tym bardziej z jego przywódcami czy politykami.)

* * *

Wydaje mi się, że nie zrozumiemy istoty zbrodniczych systemów (takich np. jak faszyzm czy komunizm) jeśli będziemy demonizować ich twórców czy przywódców, przypisując im samo zło i radykalną “nieludzkość”.
Cała przewrotność ich “sukcesu” (poparcie szerokich rzesz społecznych), polegała na tym, że ludzie uwierzyli, iż czynią oni dobro. I rzeczywiście, pod wieloma względami, efekt ich rządów był pozytywny (np. wydobycie Niemiec przez Hitlera z zapaści gospodarczej).

Zło jest zdradliwe, bo często posługuje się dobrem.

Największa “demoniczność” masowych morderców – przywódców politycznych, polega na tym, że mają oni ludzką twarz.

* * *

Dopóki w krajach Zachodu kapitalizm był kompatybilny z demokracją (tzn. dopóki kapitaliści potrafili się dogadać z reprezentującymi społeczeństwo socjalistami), dopóty jakoś to wszystko grało, a większość ludzi żyła dostatnio (pomijam tutaj turbulencje światowych wojen). Lecz to się zaczęło psuć już w latach 70-tych ubiegłego wieku (konkretnie: w Stanach Zjednoczonych), z tym że istniały mechanizmy, które odwlekły nastanie głębokiego kryzysu o dobrych kilkadziesiąt lat.
Ten kryzys – wbrew pozorom polepszenia sytuacji – trwa w Stanach do dzisiaj, i niestety, zaczyna go również doświadczać Europa. A to dlatego, że kapitalizm (dzisiaj lepiej byłoby mówić o systemie bankowym i korporacyjnym) zaczyna się “rozjeżdżać” z demokracją – co widać doskonale na przykładzie kryzysu w Grecji.
Na szczęście – mimo tego, że wielkie pieniądze “wykupują” (de facto: przekupują) politykę i polityków (o mediach nie wspominając) – ludzie dysponują jeszcze narzędziami demokratycznymi, by się temu sprzeciwić (kiedy przestaną dysponować takimi narzędziami, to najprawdopodobniej dojdzie do rewolucji – lub masowych migracji).
Problem w tym, że sam sprzeciw to za mało. Trzeba jeszcze znaleźć sposób na samorządność – na wprowadzenie ustroju, który działałby dla dobra całego społeczeństwa, a nie tylko “elit” finansowo-partyjno-oligarchicznych. A to, niestety, nie będzie łatwe.

* * *

Nie dość, że nie ogarniamy (myślą, zrozumieniem) świata, w którym żyjemy (nigdy nie ogarnialiśmy), to jeszcze tworzymy systemy, których sami nie ogarniamy (jak np. system monetarny i bankowy).
Tylko besserwisserzy myślą, że to wszystko rozumieją – ale przecież to jedynie tak im się wydaje.
We are lost… Błąkamy się, jak te dzieci we mgle, nadrabiając miną i śpiewając (pisząc, tworząc, komentując świat) dla dodania sobie odwagi (i znaczenia).

* * *

Można zauważyć, że na internetowych forach publicznych (ale nie tylko tam, także we wszelkich dyskusjach w radio czy telewizji) wszyscy uważają się za besserwisserów. Własnej racji, (która często jest niczym innym jak naszym widzimisię) broni się jak niepodległości. Mało tego: opinię, która się różni od naszej własnej, odbiera się jak osobistą zniewagę – jak atak na nas samych.

Człowiek to jednak zarozumiałe zwierzę (a przecież pozbawiony jest kontroli nawet nad swoim mózgiem – nie wspominając o tym, że nadal, tak naprawdę, nie wie jak ten mózg działa – tzn. co jest istotą myślenia, pamięci, świadomości… etc.).

* * *

Wierzyciele pożyczają pieniądze, których sami nie mają. Dłużnicy je wydają – zarabiają na tym ci, którzy coś sprzedają. I to jest właśnie ten finansowy cud: pieniądze powstają ex nihilo. Ale w końcu i tak zapadają się w czarną dziurę.
Wszyscy uzależniają się od wirtualnego świata – nawet (a może nawet przede wszystkim) banki. Niestety, na dłuższą metę konkretnej rzeczywistości nie da się oszukać i następuje twarde lądowanie.

* * *

Stany Zjednoczone uzależniły świat od dolara (teraz to wygląda tak, że nigdy np. nie będą niewypłacalne, bo zawsze będą mogły spłacić dług papierkami, które – w przeciwieństwie do innych państw – sami mogą drukować i to bez limitu).
Podobnie najsilniejsze kraje Europy (Niemcy, Wielka Brytania, Francja) uzależniają kraje słabsze od siebie – właśnie za pomocą euro – nazywając to zwykle współpracą albo – jeszcze częściej – pomocą. A to jest taki ciekawy sposób pomocy, który zawsze – prędzej czy później – działa na szkodę tych, którym się (rzekomo) pomaga. (Grecja!)
W finansach nie ma sentymentu (a pomoc należy właśnie do kategorii sentymentalnych). (A ściślej: nie ma sentymentu z wyjątkiem miłości/żądzy pieniędzy; vide credo: Greed is good!)

* * *

Wywiad Jacka Żakowskiego z profesorem Guyem Standing ekonomistą, wykładowcą Uniwersytetu Londyńskiego.
Żakowski: “Wizja sfrustrowanych, która się wyłania, jest groźna dla demokracji?”
Prof. Guy Standing: “Sfrustrowani bronią demokracji zagrożonej przez postępujące utowarowienie polityki zdominowanej przez wielkie pieniądze. Od 30 lat demokracji ubywa. Coraz mniej osób czuje się reprezentowanych przez partie parlamentarne i ich polityków. Powstała demokracja manipulacyjna. Wielkie pieniądze manipulują partiami, mediami, wyborcami. To najbardziej wkurza sfrustrowanych. Dlatego instynktownie i intuicyjnie domagają się demokratyzacji.” (…)

Przykre to, ale w Polsce media i politycy dały się właśnie “utowarowić”, stając się jednym z elementów mechanizmu zagrażającego demokracji (a nie broniącego demokracji, jak łudzi się red. Żakowski i inni publicyści z kręgu „Polityki” i „Gazety Wyborczej”).

* * *

Niestety, kiedy walczy się o demokrację, największą ofiarą tej wojny może być sama demokracja.

* * *

Każdy naród ma poczucie wyższości nad innymi narodami. Czasami, to poczucie wyższości wyrasta – tak jak w naszym (Polaków) przypadku – z kompleksu niższości (kompleks ten ma różne przyczyny, zazwyczaj od nas niezależne).
Pretekst (do poczucia wyższości) zawsze się znajdzie, podobnie jak argumenty.

* * *

Niektórzy uważają, że „Polska musi przyjąć walutę euro, aby się liczyć w Unii”. Formując w ten sposób ten postulat, wyrażają niechcący pewną prawdę: Polska nie liczy się w Unii.
Według mnie posiadanie waluty euro nie ma wpływu na to, że kraj Unii liczy się bardziej lub mniej. Exemplum: Grecja licząca się w Unii, ale à rebours – czyli jako bankrut.
Przykład Grecji pokazuje także, iż nawet jeśli kraj posiada walutę euro, to wcale się jest łatwiej się z nim rozliczyć (czy też policzyć).

W przytoczonym na początku zdaniu zawarta jest jeszcze jedna bałwochwalcza wiara we wszechmoc pieniądza – waluta jako cudowny środek, którym można regulować rynek i gospodarkę (w praktyce rozregulowując – tak jak to jest w przypadku dolara w ostatnim kryzysie w Stanach Zjednoczonych).
Jeśli najważniejszymi instytucjami bankowymi świata kierują tacy ludzie jak kłamca Bernanke, cynik Wolfowitz czy krętacz Strauss-Kahn, to co tu mówić o etycznej wiarygodności całego tego systemu i towarzystwa?

Państwo to zbyt poważna sprawa, aby uzależniać go od bankierów i finansistów.

* * *

Bez wątpienia istnieje coś takiego jak kod społeczno-kulturowy narodu (wpierw jednak należałoby ustalić jego definicję, by można było na jego temat sensownie dyskutować). Nie uważam jednak, że tłumaczy on zachowania osobnicze (konkretnych ludzi). Bo o tym zachowaniu decyduje bardziej sytuacja – warunki i położenie człowieka. Również jego charakter, wyznawany (i stosowany przez niego) system etyczny, wzory i zasady wyniesione z domu, przyjęte wartości, rola społeczna… etc.
Czyli “kod kulturowo-społeczny” jest pojęciem zbyt ogólnym, by według niego tłumaczyć (odczytywać) zachowanie człowieka.
Nie stanowi on także żadnego usprawiedliwienia dla takiego, a nie innego zachowania i postępowania.
Ponadto, ważniejsza od “ewolucji” tego kodu, jest zmiana polityczna, ustrojowa, społeczna, która może być bardzo szybka, wręcz błyskawiczna. To ona bardziej wyznacza nowe zachowania ludzkie, a nie wolno (ewolucyjnie) zmieniający się kulturowo-społeczny “kod”. (Żeby to lepiej zrozumieć, dobrze byłoby zapoznać się w pewnymi ustaleniami behawioryzmu.) Przecież w słynnym eksperymencie Zimbardo wszyscy, którzy wzięli w nim udział, podlegli byli temu samemu kodowi kulturowo-społecznemu (bo przecież byli reprezentantami tego samego społeczeństwa), a jednak zaczęli się zachowywać zupełnie inaczej – w zależności od tego, czy zostali “strażnikami” czy “więźniami”. Czyli różnica w ich zachowaniu nie wynikała z ich podległości jakiemuś “kodowi kulturowo-społecznemu”, tylko z odmienności sytuacji w jakiej się znaleźli – a i te się różniły w zależności od charakterów poszczególnych uczestników eksperymentu.
Tak więc “kod kulturowo-społeczny” nie jest dobrym kluczem do tłumaczenia ludzkich zachowań, zwłaszcza w homogenizującym się, eklektycznym, otwartym na przepływ informacji i idei świecie – i to nie tylko dlatego, że to wszystko sprawia, iż ów kod ulega zaburzeniu.

* * *

Jak twierdzą niektórzy, “sprawczość” kodu społeczno-kulturowego, czyli jego efekt w społeczeństwie, może być zweryfikowana tylko statystycznie. Jeśli tak, to nie ma sensu “weryfikować” go w zachowaniach osobniczych, indywidualnych. Każdy bowiem człowiek jest podległy swojej własnej mentalności (lepiej chyba mówić tu o charakterze, osobowości), a nie jakiejś ezoterycznej “mentalności zbiorowej”.

Philip Zimbardo zamierzał zbadać, czy w jakimś społeczeństwie istnieje szczególna podatność ludzi na uleganie autorytetom aż do okazywania okrucieństwa. Kolejne badania potwierdziły tezę, że nie istnieją różnice w kodach społeczno-kulturowych, które ten eksperyment mógłby wykryć. Niezależnie od kraju badań wyniki były takie same.
To z kolei świadczy o tym, że o zachowaniach ludzkich bardziej decyduje “natura” gatunku Homo sapiens (rzeczywiście zapisana w genach), niż “kod społeczno-kulturowy” poszczególnych narodów czy grup społecznych – a jeszcze mocniej odnosi się to do zachowania konkretnego człowieka.

* * *

Czy można wierzyć statystyce?

Ogół to nie szczegół. Suma nic nam nie mówi o składnikach dodawania.
Statystyka jest elastyczna i płynna, tylko fakty mogą być twarde i konkretne.
Statystyka jest jedynie czymś w rodzaju poznawczej atrapy, za pomocą której usiłujemy opisać (rozpoznać) rzeczywistość, która wymyka się naszej percepcji. Tak więc, statystyka nie jest najlepszym narzędziem do poznania prawdy (nie bez kozery Mark Twain kiedyś powiedział, że istnieją trzy rodzaje kłamstwa: kłamstwa, cholerne kłamstwa i statystyka).

* * *

Prawdopodobieństwo: coś podobnego do prawdy, ale prawdą nie będące.
Niestety, im bardziej (głębiej) drążymy rzeczywistość, tym bardziej się nam ona wymyka (im bardziej Puchatek zagląda do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie ma). Tak, jakby ta “rzeczywistość” bawiła się z nami w ciuciubabkę, podstawiając (przedstawiając) nam to, co chcemy (możemy?) – albo spodziewamy się – zobaczyć. Stąd zamęt, który “robi” za ład. Zamęt, z którym jakoś próbujemy sobie radzić, często przywdziewając maskę besserwissera (w końcu – najczęściej – się z nią utożsamiając).
W sumie większość z tych, którzy prowadzą zażarte dysputy, uważają się właśnie za besserwisserów, zwykle traktując swojego interlokutora jako Schlechterwissera, czyli tego, który „wie gorzej” (więc się myli).

* * *

Sprzeciw dla referendum.
Czyli NIE dla wypowiedzenia się społeczeństwa w istotnych dla niego sprawach? Czy aby nie jest to obawa przed “ciemnym” ludem? Czyli społeczeństwo jest za głupie, by o sobie decydować?
Tego rodzaju myślenie ma swoją długą tradycję. Ot, weźmy choćby klasyka José Ortegę y Gasseta, który prawił o buncie “mas”.

Każde myślenie o społeczeństwie w kategoriach masy jest myśleniem totalitarnym. Każde traktowanie społeczeństwa jako “ciemnego ludu” jest odruchem autorytarnym.

*  *  *

Zauważyłem, że ostatnio (gdzieś tak od wyborów prezydenckich w Polsce i niespodziewanego sukcesu pospolitego ruszenia pod wodzą Pawła Kukiza) na moim blogu nastąpiło gwałtowne zainteresowanie “Buntem mas” Ortegy y Gasseta, której to książce poświęciłem jeden ze swoich wpisów.
Przypomniałem sobie ów tekst, jak również komentarze, które się wtedy pojawiły. Mimo, że było to pisane jakieś 7 – 8 lat temu, uderzyła mnie aktualność treści tam zawartej, ot – dla przykładu – choćby w poniższej wymianie zdań.

MIZIOL: „Wydaje się, że te problemy, które poruszał Jose Ortega y Gasset w swoich esejach dzisiaj stały się dużo bardziej widoczne i odczuwalne. Masy wybierają swoich przedstawicieli, bo tak jest skonstruowana demokracja. Jest to system, w którym władza jest wybierana dzięki populizmowi i demagogii. Dzięki takiemu stanowi rzeczy władzy nie sprawują fachowcy, specjaliści od rządzenia, ludzie szlachetni, ludzie z misją, lecz konformiści i oportuniści. Jest to system, w którym poziom (we wszelkich dziedzinach życia) jest zaniżany do poziomu masy. Z jednej strony to przykre i może być dla niektórych nawet bolesne, ale chyba taka jest logika rozwoju świata jako całości. Świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa czyli ‚masy’. Z tym się wiąże wiele pomniejszych problemów jak np. upadek sztuki – o czym Ortega y Gasset też pisał. I dzisiaj te problemy nabrały dużo większej ostrości w porównaniu z jego czasami. Populacja ludzkości zwiększyła się i coraz bardziej skupia się w dużych organizmach organizacyjnych jakimi są miasta. Kiedy idziesz na wsi i spotykasz drugiego człowieka, to nawet nie znając go dajesz w jakiś sposób do zrozumienia, że go widzisz. Pozdrawiasz, kiwasz głową, nawiązujesz kontakt wzrokowy, cokolwiek. Na ulicy Chicago, Warszawy czy Dublina to już niewykonalne. Ludzi jest za dużo i dla każdego z nas reszta zlewa się w jedną, przewalającą się masę, której sami jesteśmy elementem. Pozdrawiam z irlandzkiej wsi. My tu ciągle jeszcze jesteśmy jednostkami.”

Moja odpowiedź: Mam wątpliwości czy „masy” wybierają dziś swoich przedstawicieli. „Masom” poddaje się teraz zwykle na tacy do wyboru kandydatów, którzy już wcześniej zostali przez kogoś (czyli elity, lobbing, partie, organizacje…) wybrani i „namaszczeni”. System ten sprawdzał się w początkach demokracji, ale kiedy struktury państwa (władzy) ulegają skostnieniu (umacnia się choćby kapitalistyczny „beton”, mają miejsce jakieś pozakulisowe porozumienia, tworzą się „elity” korporacyjno-bankowe, media tracą swoją niezależność… etc.) to zachodzi podejrzenie, że ci kandydaci będą wyłaniani spośród tych, którzy będą reprezentować interesy tychże grup właśnie, a nie całej „masy” wyborców. Nie wiem czy „świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa”, jak piszesz. Ludzie, którzy posiadają rzeczywistą władzę, mają jednak tendencje do podporządkowywania sobie społeczeństwa – a konkretnie do tworzenia warunków, w których będą chronione ich partykularne interesy, a nie interesy „ogółu”, czyli „masy”. (Oczywiście, wmawiając owemu „ogółowi”, że to wszystko robi się dla jego dobra.) Każda władza korumpuje w tym sensie, że wzmacnia się zwykle jej podmiotowość, przez co staje się ona coraz bardziej „arogancka” w stosunku do ludzi, nad którymi sprawuje władzę. W jakiś sposób więc się alienuje, dążąc przy tym stopniowo do zniesienia jakiejkolwiek (np. społecznej) kontroli nad sobą. I to jest niebezpieczne. (…) (Koniec odpowiedzi.)

Czy nie pasuje to jak ulał do obecnej sytuacji w naszym kraju?

* * *

Ktoś w komentarzach pod artykułem o książce y Gasseta napisał również: „Wydaje mi się, że indywidualizm jest zanikającą cechą. Ludzie sprawiają wrażenie masy bez własnego zdania. Nieliczni indywidualiści wybijają się ponad przeciętność, inni – osaczeni, siedzą cichutko, część legnie zdeptana przez pędzący na oślep tłum.”

Trudno jest mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że indywidualizm jest cechą zanikającą. Warto zauważyć, że WSZYSCY jesteśmy skłonni właśnie innych uznać za „masę bez własnego zdania”, ale już sami siebie uznajemy za indywidualistów.
Parafrazując Sartre’a możemy powiedzieć: tłum to inni.

* * *

Są różne rodzaje tłumów. Mamy tłum w filharmonii, mamy tłum na meczu futbolowym, mamy tłum w kościele, mamy tłum na zebraniu partyjnym… etc. Ważne jest to, jakie emocje mogą tym tłumem zawładnąć, kto chce przejąć władzę nad tym tłumem (lub choćby nań wpływać), jakie idee tłum opanują…

Nie przepadam za byciem w tumie, ale jest to niechęć raczej… fizyczna. Po prostu nie lubię być popychany, trącany, deptany – wolę przestrzeń, swobodę i dopływ świeżego powietrza. Kiedy jesteśmy w tłumie to musimy – chcąc nie chcąc – pogodzić się, że jednak stanowimy część tego tłumu. Czasem jest to przyjemne, czasem nie, niekiedy budujące, to znów destruktywne… wszystko zależy od sytuacji i okoliczności.

* * *

Nie każdy tłum zieje „czymś przeraźliwym”, jak ktoś to określił. Bycie w tłumie może także oddziaływać na nas pozytywnie (większość z nas tego doświadczyła: od pokolenia solidarnościowego zrywu i uwielbienia dla Jana Pawła II, po uczestnictwo w jakiejś zbiorowej imprezie – choćby w koncercie rockowym czy symfonicznym.)

Tłum znosi do pewnego stopnia naszą indywidualność – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony.
Do tych dobrych należy np. poczucie solidarności, więzi z innymi ludźmi, uniesienia, a nawet euforii – jeśli to jest budujące, oparte na pozytywnych emocjach.
Złe: jeśli mechanizmy te wyzwalają w nas wrogość, nienawiść – czyli są destrukcyjne, oparte na emocjach negatywnych.

Nie bez znaczenia jest również to, że zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku możemy poprzez uczestnictwo w tłumie „oszukać” własną samotność.

* * *

Ostatni kryzys w Stanach Zjednoczonych udowodnił m.in. i to, że nadal „człowieka masowego” można robić „w trąbę”. Inne niebezpieczeństwo: Chiny. Tam cięgle ludzi traktuje się bardziej jako „masę” niż zbiór ludzkich jednostek – indywidualności. I tą masą można będzie kiedyś pokierować tak, że wystąpi ona z brzegów i podtopi nieco nasz glob.

* * *

Niektórzy uważają, że Ortega y Gasset wynosi się poza „tłum”, gardzi „pospólstwem”, denuncjuje pośledniość „gawiedzi”… itp.
Czytając „Bunt mas” nie odniosłem takiego wrażenia, iż autor „gardzi” masą (choć dość ostentacyjnie pojęciem „masy” i „człowieka masowego” się posługuje). Wydaje mi się, że jest on bardziej historyczno-politycznym analitykiem, rodzajem socjologicznego proroka, próbuje ostrzegać przed nadchodzącym wielkimi krokami totalitaryzmem.
Jednakże sam nie „utylizuje” ludzkiej indywidualności, wprost przeciwnie: ukazuje, jak taką indywidualność w jego czasach zaczęto utylizować.
Według mnie cała krytyka „masowego” społeczeństwa wyrosła u Ortegi y Gasseta z jego przywiązania do elitaryzmu – i niezgody na ekspansję oraz panowanie przeciętności, banalności, bezmyślności (tudzież uzurpowania sobie przez to wszystko prawa do dominacji w społeczeństwie, zarówno jeśli chodzi o kulturę, jak i samą historię).

* * *

Ortega y Gasset jest jednak „intelektualnie” przenikliwy, mimo tych swoich wahań i niekonsekwencji, które wynikały po prostu z trudności jakie stwarza zarówno analiza socjologiczna, jak i przewidywanie przyszłości historycznej społeczeństwa. Mimo wszystko udało mu się to doskonale. Oprócz tego, jak się okazuje, wiele jego spostrzeżeń do dzisiaj zachowało swoją aktualność.

Czy Ortega Y Gasset był mizantropem? Nie wiem. Zbyt mało wiem o nim jako o człowieku. Ale w pewnym sensie ten jego esej świadczy o nim. Kiedy więc czytałem “Bunt mas”, to oczywiście zauważałem to jego krytyczne nastawienie do pewnych ludzkich cech, skłonności czy zachowań, które mogłyby świadczyć o mizantropii. Z drugiej jednak strony, przeczy temu jego autentyczne zaangażowanie po stronie – nazwę to ogólnie i w uproszczeniu – humanizmu. I ta postawa dobrze o nim świadczy. Koniec końców, uwzględniał on dobro człowieka.

Myślę, że na miejscu będzie przytoczenie tu jednej z wypowiedzi y Gasseta, która sporo mówi o nim samym oraz jego nastawieniu do świata i innych ludzi: „Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia. To specyficzny i ekskluzywny sport i luksus intelektualistów. Dlatego też charakterystycznym dla nich gestem jest patrzenie na świat rozszerzonymi ze zdziwienia źrenicami. Cały otaczający nas świat jest dziwny i cudowny, jeśli nań spojrzeć szeroko otwartymi oczami. To właśnie, uleganie radosnemu zdziwieniu, jest rozkoszą dla futbolisty niedostępną, natomiast dzięki niej intelektualista idzie przez życie pogrążony w nie kończącym się, wizjonerskim upojeniu, którego oznaką zewnętrzną jest zdziwienie widoczne w oczach. Dlatego też dla starożytnych symbolem Minerwy była sowa, ptak, którego oczy są zawsze szeroko otwarte, jak gdyby w niemym zdziwieniu.”

* * *

Podoba mi się konstatacja, którą ostatnio usłyszałem, że ludzie mają skłonność do tego, aby czuć się “wyjątkowymi w swojej nie wyjątkowości”. Co ciekawe, nawet bycie w tłumie wzmacnia owo poczucie bycia kimś wyjątkowym, bo przecież jest się w “wyjątkowym” tłumie, tzn. w tłumie mającym pewien szczególny cel, aspirację, odczuwającym coś specjalnego… – chodzi tu jednak o tłum “aktywny”, okazjonalny, “eventowy”.
Czym innym jest jednak tłum – nazwę go tutaj – zwykłym, “powszednim”. To taki, który widzimy codziennie np. na ulicach wielkich miast. W takim tłumie można się już “zgubić”, zatracić – zachować swoją anonimowość, nie tracąc jednak poczucia własnej wyjątkowości, która wszak w takim środowisku staje się na wskroś niewyjątkowa.
Tak, sporo pisze się książek (i kręci filmów) o tzw. przeciętnym, “średnim” człowieku – Everymanie (Jedermannie). Jednakże, moim zdaniem, autorzy takich utworów (bardziej lub mniej świadomie) czynią z takiego człowieka kogoś (mimo wszystko) wyjątkowego, szczególnego. Prawdę mówiąc, gdyby było inaczej, to by się pewnie nim nie zajęli. Ja zresztą uważam, że każdy człowiek jest kimś wyjątkowym.

Pytanie: czy aby nie utonąć w „masie”, musimy iść z samym sobą na ustępstwa? Może dzieje się odwrotnie: toniemy właśnie wtedy, kiedy idziemy na te ustępstwa (bo – ulegając prawu mimikry – upodabniamy się do tłumu, z tym tłumem się zlewamy)?

* * *

Z wypowiedzi UW: „Niedoskonale działające ustroje demokratyczne, to efekt tego, że nad ekonomią zaczęła dominować polityka. Równość jak najbardziej istnieje, tylko każdemu zdaje się że takowa musi opierać się na braku różnic, a jest właśnie odwrotnie. Jedyny wymóg to odpowiednie proporcje tych różnic. Ja mimo wszystko sądzę, że nie ma indywidualizmu i nie ma masy.”

Nad ekonomią zaczęła – oprócz polityki – dominować zachłanność i irracjonalna, bezczelna spekulacja. W pewnym sensie wielkie systemy korporacyjne i finansowe nabierają cech systemów totalitarnych (nie tylko poprzez swoją globalizację, również wskutek sposobu w jaki traktują człowieka – czyli instrumentalnie, przedmiotowo, a-humanitarnie, lekceważąc jego prawa i potrzeby).

Nie ma indywidualizmu o tyle, że każdy człowiek jest uwikłany w stosunki społeczne, funkcjonowanie państwa i kultury, zdeterminowany genetycznym podporządkowaniem się prawom swojego gatunku… etc. (Totalne zaprzeczenie indywidualizmu równałoby się zaprzeczeniu istnienia wolnej woli.)
Nie ma masy o tyle, że społeczności ludzkie (tłum) składają się z poszczególnych osobników, indywiduów… (jeśli już tak nieelegancko nazywać człowieka).
Jednakże faktem jest, iż na każdego człowieka wywiera wpływ bycie w tłumie, stąd wrażenie, że tłum jest rodzajem „organizmu” o specyficznych właściwościach. I rzeczywiście tak jest, dlatego badania nad zachowaniem się tłumu (i nad jego cechami) mają swój sens i uzasadnienie.

* * *

Sądzę, że każdy człowiek ma prawo do posiadania własnego zdania i to również w sprawach, w których nie jest ekspertem. Uważam jednak, że kluczowe są tutaj te oto słowa autora „Buntu mas”: „Człowiek, który przypisuje sobie prawo posiadania własnego zdania na jakiś temat, nie zadając sobie uprzednio trudu, by go przemyśleć”. (Kimś takim, według y Gasseta, jest właśnie „człowiek masowy”).

Ortega y Gasset ma tutaj na uwadze człowieka bezmyślnego, czyli takiego który poddaje się „owczemu pędowi”, ulega stereotypom i obiegowym opiniom, kieruje się impulsem, popędem i instynktem – takiego, któremu po prostu nie chce się (albo który nie jest w stanie) samodzielnie myśleć, (choć oczywiście nie jest on zbyt skory, aby się do tego przyznać).
Z tego typu człowiekiem mamy do czynienia choćby w kulturze tzw. „masowej”. Również na niwie politycznej, gdzie rozpolitykowany „człowiek masowy” ulega zbiorowemu amokowi bezkrytycznego opowiadania się za taką a nie inną partią – uważając przy tym, że jego wybór jest jedynie słuszny, mądry i prawdziwy (i naturalnie – niezależny). Ach te złudzenia społeczeństw liberalno-demokratycznych.

* * *

Gust człowieka masowego obowiązuje w przestrzeni komercyjnej. Wynika to z prostej zasady maksymalizacji zysku. Dotyczy to więc również kultury masowej – filmu, muzyki, sztuki… tego wszystkiego, co ma zarobić pieniądze. Sprawą otwartą pozostaje wieczny dylemat: w jakim stopniu ów „gust człowieka masowego” (można to nazwać bardziej elegancko „gustem publiczności”), może być kształtowany przez media, artystów, producentów – czyli przez twórców kultury masowej; a na ile jest on „niereformowalny”, czyli zdeterminowany specyficznymi cechami występującymi u wielu ludzi „masowych”, jak np. niewybredność, prostactwo, upodobanie kiczu i pospolitości, lenistwo w myśleniu, uleganie stereotypom,, kulturalna gnuśność, konsumpcyjny schematyzm… etc.

Mało kto uświadamia sobie to, że ten sam człowiek może przejawiać zarówno cechy, które plasują go w obrębie elity, jaki takie, które potwierdzają, że jest człowiekiem masowym. Jednak, opisując społeczeństwo, siłą rzeczy zmuszeni jesteśmy dokonywać pewnych klasyfikacji, uogólnień, dzielenia ludzi na grupy wyróżniające się jakąś statystyczną normą czy wielkością.
I co jest ważne: wszyscy – zapoznając się z podobnymi klasyfikacjami – mamy tendencje do identyfikowania się z tymi, których umieszczono w lepszej „szufladce”.

Na pewno nie chcemy być uważani za część składową masy, choć dość ochoczo szafujemy takim określeniem wobec innych (nadmieniłem o tej skłonności wcześniej, parafrazując Sartre’a, że… „tłum to inni”.)

„Bunt mas” został opublikowany dawno temu, lecz nie odniosłem wrażenia, że książka y Gasseta pisana była „w jakimś innym świecie”. Wprost przeciwnie. To jest ciągle „nasz” świat – stąd ciągła aktualność idei y Gasseta. Choć zgodziłbym się z tym, iż nieuprawnione było twierdzenie autora, że żadna z poprzednich epok nie była tak wyjątkowa, jak ta, w której aktualnie żyje on sam. Moim zdaniem wyjątkowa jest każda (bez wyjątku) epoka. Innymi słowy: każda epoka jest specyficzna i niepowtarzalna.
Mimo to heraklitejski postulat o zmienności (i przemijalności) wszystkiego obowiązuje nas nadal i obowiązywać będzie zawsze. (W odróżnieniu od nietzscheańskiej idei „wiecznego powrotu”, która, moim zdaniem, bardziej poetycka jest, niż realistyczna.)

* * *

Nie jestem pewien, czy wyznacznik „nie zgadzania się z tłumem” jest w pełni adekwatnym wyznacznikiem elitarnej supremacji „autentycznej mniejszości”. Poza tym: czy tłum nigdy nie ma racji? Wszyscy przecież znamy sentencję: Vox populi, vox Dei.

* * *

Marzenie o byciu kimś wyjątkowym oznacza najczęściej marzenie o wyniesieniu się ponad tłum, (czyli ponad ludzką „masę”) – pragnienie doznania swoich „15 minut sławy”. Ludzie – w swojej masie – są banalni, a mimo to każdy – w swojej indywidualności – jest jednak wyjątkowy.

* * *

PRAWDA ZŁUDZEŃ, ILUZJA RZECZY, PIĘKNO I GROZA WIEKUISTEJ CISZY…

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVII)

.

zapiski notatki kajet notes.

.

To, że nasz głos w wyborach jest suwerenny, jest złudzeniem. Tak naprawdę decyduje struktura, której jesteśmy – wiednie lub bezwiednie – częścią (częściej jednak bezwiednie, ponieważ jesteśmy istotą stadną, potrzebującą wsparcia innych… często przeciw innym).

* * *

Do pewnego stopnia sami kreujemy naszą rzeczywistość – ale będąc narzędziem tego, co jawi się nam właśnie jako rzeczywistość. Chodzi o to, by zdobyć sobie w tym uwikłaniu jak najwięcej suwerenności (wolności) – o ile tylko jest to możliwe.

* * *

Molochy mają to do siebie, że same sobie szykują samozagładę – załamują się pod własnym ciężarem. Wydaje się, że istnieje jakie optimum władzy i bogactwa – punkt krytyczny, poza którym zaczyna się już jedynie „jazda w dół”.
Cywilizacja niepohamowanej konsumpcji musi się w końcu zakrztusić.

* * *

Podobno zmierzch Zachodu dokonuje się już od paru stuleci. Czy „upadek” humanistyki nie jest jednym z dowodów na to? Kim (czym) będzie człowiek w „nowym wspaniałym świecie”? Czy jeszcze kogokolwiek stać na wiarę w taki świat? Czy można wierzyć w utopię?
Wydaje się, że wygasają mity, które tę wiarę starały się podtrzymywać. Czym będzie można wypełnić pustkę, która wskutek tego powstaje? Rzeczą? Nasza myśl ucieka jednak od konkretu (może dlatego, że sama jest czymś niematerialnym?) – bo, jak ktoś kiedyś powiedział, człowiek nie może znieść zbyt dużej dawki RZECZY-WISTOŚCI.

* * *

Miłosz pisał: „Społeczeństwo i cywilizacja trwają dzięki niesłychanie drobnym cząsteczkom cnoty rezydującym w poszczególnych indywiduach”. Ale co z pokładami nikczemności, które zalegają poszczególne ludzkie indywidua? Czy aby one nie tworzą też społeczeństwa, cywilizacji? A może to nie są wcale pokłady nikczemności a głupoty, bierności, strachu, konformizmu, chciwości…? Może to wszystko wynika nie tylko z chęci „urządzenia” się w świecie, ale i ze zwykłego instynktu przetrwania?
A jednak całe życie „uczepiałem” się tych „niesłychanie drobnych cząsteczek cnoty”, (które moim zdaniem nie są wcale takie drobne, a tym bardziej „niesłychanie”) i to bardziej w innych ludziach, niż w sobie samym (może dlatego, że – o tyle, o ile znałem siebie samego – własnej „cnocie” nie dowierzałem)? Podobnie chyba uczepiałem się piękna – piękna, które istnieje w świecie, ale otoczone również brzydotą, okropnością, grozą, horrorem?

Ceną jaką płacimy za wiedzę jest zwykle rozczarowanie. Ale to, co pozostaje po rozczarowaniu jako cnota, piękno a zwłaszcza miłość – potrafi nas zbawić. Tylko do takiej cywilizacji i takiego społeczeństwa – gdzie owe „drobne cząsteczki cnoty” (wraz z dobrem piękna czy miłości) rezydują, nadając jej człowieczy sens – chcę się przyznawać. Niestety, cywilizacja i społeczeństwo w których żyjemy są inne.

* * *

Szczęście to stan ducha, a nie stan posiadania. Duch, który ulega posiadaniu, staje się niewolnikiem rzeczy, a tym samym niewolnikami rzeczy stajemy się my sami.
Satysfakcja, której mogą nam dostarczyć rzeczy jest powierzchowna. Tylko (duchowa) relacja z drugim człowiekiem może sięgnąć głębiej – nadając sens (i poczucie spełnienia) naszemu życiu.

Zresztą, tak naprawdę materia jest złudzeniem – swoistą atrapą, która (zważywszy na nasze ograniczenia percepcyjne) umożliwia nam funkcjonowanie w świecie widzialnym i dotykalnym.
Prawda – i to co najważniejsze – znajduje się poza naszą „materialną” „rzeczywistością”. Skoro więc tak naprawdę rzeczy nie istnieją, to tym bardziej ich „wistość” jest tylko złudzeniem. Dlatego żyjemy w świecie złudzeń. Lecz to materializm jest złudzeniem, a nie duchowość człowieka.

* * *

„Idę” obejrzałem jakiś czas temu – myślę, że bez uprzedzeń. Uważam, że film Pawlikowskiego jest dobry, ale jednak nie wybitny (pewnie za taki zostanie uznany przez wielu widzów po przyznaniu mu Oscara, ale to przecież nie Oscary, ani żadne inne nagrody, decydują o wybitności filmu). Moim zdaniem zbyt wiele w nim schematów i uproszczeń, zabiegi estetyczne dość pretensjonalne (np. dziwaczne kadrowanie – choć w filmie nie brakuje też obrazów pięknych), postacie to tezy, psychologia bardzo przewidywalna… etc. Ponadto, niektórym reżyserom się wydaje, że jeśli nagrają film na taśmie czarno-białej, to od razu wzrośnie jego ranga artystyczna – i tak też odbierają obraz widzowie, zwłaszcza ci snobujący się na odbiorców wyłącznie kina tzw. „artystycznego”.
Nie odniosłem absolutnie żadnego wrażenia, że jest to film anty-polski, że fałszuje historię, że jest politycznie tendencyjny w jakimkolwiek stopniu. Dlatego też nie wziąłem udziału w wypełnionych emocjami sporach – głównie światopoglądowej i politycznej natury – jakie on teraz wywołuje.
A dlaczego dostał Oscara? Sądzę, że dzięki bardzo dobrej kampanii reklamowej, dobremu PR, lansowaniu go przez niektóre kręgi i środowiska związane z kinem (producenci, krytycy, może nawet widzowie), a zwłaszcza z dystrybucją filmową. I nie ma w tym nic dziwnego, bo tak działa tutejszy mechanizm promocji kina.
Oscar nie jest – i nigdy nie był – wykładnikiem wartości artystycznej filmu (stąd, skądinąd cieszący się w Stanach Zjednoczonych wielką estymą Kieślowski nigdy nie otrzymał statuetki). Jest niczym innym jak wykładnikiem statystycznego zsumowania decyzji członków amerykańskiej Akademii Filmowej. A ta – odnoszę takie wrażenie – wiąże się z rachunkiem prawdopodobieństwa, a być może nawet z… teorią chaosu.

* * *

To prawda, że dzisiaj – zwłaszcza młodym widzom – sposób filmowania Bergmana może się wydać anachroniczny. Trzeba więc pewnego wysiłku, by zaakceptować użytą przez niego formę i pozwolić tym obrazom na siebie oddziałać. Bergman wymaga też odpowiedniego nastroju. Ja się nie dziwię, że nie zawsze ludzie chcą się pogrążać w tych jego ciężkich i mrocznych klimatach – w całej tej depresyjności i pesymizmie. Chociaż warto pamiętać, że Bergmana stać było też na ironię, żart i humor, także na liryzm, nostalgię – dotknięcie poezji.
Summa summarum nie jest to jednak kino „rozrywkowe” – wygląda bardziej na traktat filozoficzny, studium psychologiczne, moralitet… I mimo, że ma w sobie potencjał terapeutyczny (bo swoistą terapią było dla Bergmana kręcenie filmów), to jednak – uświadamiając widzowi wiele trudnych (a nawet tragicznych) aspektów ludzkiej egzystencji – konfrontowało go z jego, często zepchniętymi w podświadomość, lękami, obawami i strachem. Filmy Bergmana bardziej niepokoiły, niż uspokajały – ale zmuszały jednak przy tym do myślenia. Nie wszyscy widzowie to lubią – i ja się właściwie, w dobie opanowania popkultury przez bezmyślną rozrywkę, temu nie dziwię.

Bardzo ciekawe jest to, co Woody Allen mówi w swoich wywiadach o Bergmanie. Rzadko się jednak zdarza, by jeden genialny reżyser opowiadał z taką swobodą i bezinteresownością o drugim genialnym reżyserze, nawet jeśli wydaje się on być jego mentorem. Tutaj robi się jeszcze ciekawiej: reżyser do szpiku kości amerykański (nie mam tu bynajmniej na myśli filmów Allena, które jednak w Ameryce się wyróżniają i raczej kina amerykańskiego nie definiują – tylko jego środowiskowy background) wypowiada się o reżyserze do szpiku kości europejskim. Tak sobie myślę, że oprócz wielkiej inteligencji i zainteresowania podobną problematyką, łączyła ich pewna… neurotyczność, (którą być może lepiej byłoby nazwać wrażliwością, a może jeszcze lepiej: uwrażliwieniem na podobne problemy filozoficzne i egzystencjalne?)

* * *

Biblioteka jest martwa, jeśli nikt jej nie używa – jeśli nikt nie czyta książek w niej zgromadzonych. Wtedy jest zaledwie meblem, dekoracją… zaspokajającą jakąś snobistyczną potrzebę lub zdradzającą pretensję właścicieli, by zaliczano ich do grupy ludzi tzw. „kulturalnych”. Od posiadania wielkiej ilości książek ważniejsza jest relacja człowieka z książką, (która przecież może być pożyczona, lub znajdować się do jego dyspozycji chwilowo.) Podobnie jest z czytaniem: nie tyle ważne jest to, jak wiele książek się czyta (i w jakim tempie), ale to, jak głęboka i intensywna jest nasza relacja z tym, co czytamy, czyli z treścią. Według mnie większą wartość ma uważne przeczytanie jednej książki – przeżycie jej, doświadczenie, zrozumienie, wejście w bliski kontakt z jej autorem i autentyczne przejęcie się tym, co chciał on poprzez swoją książkę nam przekazać – niż pobieżne „przelecenie” iluś tam dziesiątków książek, „zaliczenie” ich, konsumpcja „stosika”, „odfajkowanie” jakiejś tam pozycji… bo to wszystko jednak spływa po czytelniku jak woda po kaczce.
(Tutaj właśnie objawia się idiotyzm czytania tzw. „szybkiego”, albo jeszcze gorzej: „fotograficznego”.)

Wszystkiego nie przeczytamy. Dlatego moim zdaniem warto czytać uważniej, bardziej selektywnie… I czasem robić sobie okres czytelniczej abstynencji – udając się choćby w podróż, uciekając od cywilizacji, kręcąc się bliżej natury.
Myślę, że udało mi się wyrobić tę umiejętność wchodzenia w zupełnie inną skórę, w zależności od zmian otaczających mnie dekoracji, np. na górskim szlaku, albo nad brzegiem Oceanu czy w lesie – staję się tam jakby zupełnie innym człowiekiem. I choć zazwyczaj zabieram ze sobą w podróż jakąś książkę (oprócz przewodników, oczywiście), to jednak zwykle naoczne i namacalne poznawanie miejsca, albo zwykłe nic-nierobienie (siedzenie nad przepaścią, gapienie się w morze, słuchanie odgłosów przyrody…) przedkładam nad ślęczenie nad książką.

Czytanie może stać się nałogiem. Najgorzej jest wtedy, kiedy staje się czymś w rodzaju przymusu – bo wtedy przestaje nam przynosić przyjemność (choć wielu się łudzi, że nadal przyjemność z takiego czytania mają). To tak jak z winem: kiedy pijemy go za dużo, to już po kilku lampkach przestajemy czuć jego smak. Kiedy natomiast dłuższy czas nie mamy wina w ustach, to jedna lampka może nam sprawić bardzo intensywną przyjemność.
Umiar – często jednak trudny do osiągnięcia.

* * *

Fotografując, zależy mi na uchwyceniu piękna, które trzeba jednak czasami wysupływać z rzeczywistości. Często narzuca się ono samo – wtedy tylko brać, nie przebierać; czasem jest ono bardziej dyskretne – wtedy trzeba go ośmielić, by się objawiło, nie tylko mnie, ale i innym.

Staram się, by moje zdjęcia oddawały moje przeżycie, jednak, jeśli wywołują one przeżycie u kogoś innego, to jest to już zasługą oglądającego.

Nie boję się tego piękna, które samo się narzuca. Jest ono wtedy może oczywiste, ale mimo wszystko nie przestaje być pięknem. Piękno dostrzeżone i odczute, nawet to, które – przez swoją oczywistość – nie wymagało od nas żadnego percepcyjnego wysiłku, nigdy nie jest banalne i nudne. Piękno zabija nudę i vice versa: na kimś kto jest znudzony, piękno nie robi większego wrażenia.

* * *

To, co postrzegamy u innych ludzi jako „inność”, jest zaledwie tych ludzi powierzchownością. Niestety, bardzo często na owej powierzchni zatrzymuje się nasze poznanie drugiego człowieka. A zaczynają uprzedzenia.

* * *

Jeśli buddyzm uznamy za religię (niektórzy zwracają uwagę, że buddyzm jest bardziej systemem filozoficznym czy światopoglądowym, niż religią) to należy podkreślić, że jest on religią wyjątkowo tolerancyjną i otwartą na inne poglądy. Odróżnia go to (patrząc na tę kwestię z perspektywy historycznej) od wszystkich innych światowych religii (takich jak islam czy chrześcijaństwo). Nie ma w nim – tak częstej np. w islamie, ale i w judeo-chrześcijaństwie też – pogardy dla „innowierców”, „giaurów”, „niewiernych”, „gojów”… Buddyści nigdy i nigdzie nie „nawracają” nikogo na siłę, nie krytykują innych religii, wręcz przeciwnie: szanują je. Sam Dalaj Lama odradza buddystom aktywną „rekrutację” nowych wyznawców Buddy i przestrzega przed zbyt łatwym i powierzchownym „przechodzeniem” na buddyzm – sugerując nawet to, że lepiej jest jednak pozostać przy swojej dotychczasowej wierze, a z buddyzmu zaczerpnąć tylko pewne uniwersalne wartości, które są dobre dla wszystkich ludzi, bez względu na wyznawaną religię czy światopogląd.

* * *

Po podróży do Tybetu napisałem: „Złoto Potali! W stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana Dalai Lamą, czyli Oceanem Mądrości). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.”

A jednak z tym złotem to nie jest taka prosta (i jednoznaczna) sprawa. Podobnie jak z ozdobami w tybetańskich klasztorach, czy – przenosząc się na bliższe nam podwórko – z dekoracyjnym przepychem katolickich świątyń. Wydaje się bowiem, że nie jest to tylko przejaw ludzkiej próżności i zamiłowania do bogactwa. Ma to głębszy cel: chodzi o… dowartościowanie samego obiektu kultu.
Wprawdzie odbywa się ono w sferze materialnej, to jednak ma to niewątpliwie znaczenie socjo-techniczne, bo na większość ludzi materialne bogactwo robi jednak wielkie wrażenie i wzbudza, jeśli nie szacunek, to respekt (chodzi tu także o wzmocnienie autorytetu i demonstrację władzy). Tym sposobem obdarza się respektem i podziwem same obiekty kultu (świątynie, relikwie, posągi świętych, a nawet kapłanów…), ustala pewną hierarchiczną zależność. Jednym słowem: wzmacnia kult i samą religię. Oczywiście, chodzi tu także o estetyczne wzmocnienie wrażeń… nie tylko duchowych, ale i zmysłowych.

* * *

Dużo myślę ostatnio o Tybecie i ludziach, którzy ten kraj zamieszkują. Wgłębiam się w historię Tybetu, a im bardziej się wgłębiam, to jednak coraz bardziej smutno mi się robi, bo nie dostrzegam tam żadnej krainy szczęśliwości, która byłaby choć trochę podobna do (mitycznej, legendarnej i wyidealizowanej) Shangri-La, a wprost przeciwnie – widzę ludzi utrudzonych, dla których życie jest nieustannym, wielkim wysiłkiem i znojem, nie szczędząc im przy tym bólu i cierpienia.

Czy oni się niczego nie lękają? Gdyby się nie lękali, to nie byliby ludźmi. Każdy, zwykły człowiek, się lęka. Tylko nieliczni zdołali się uwolnić – tak naprawdę, zupełnie i do końca – od jakiegokolwiek lęku (co w pewnym sensie jest…hm… nieludzkie, bo święte?)

Tym co mnie w mentalności ludzi wyznających buddyzm mocno uderza (dotyczy to więc głównie umysłowości człowieka Wschodu) to ich diametralnie odmienne od naszego (nazwijmy to ogólnie – europejskiego) podejście do śmierci, a tym samym i do pustki, którą my kojarzymy z mającym zdecydowanie negatywną konotację nihilizmem – bo przecież nicość to już NIC, zatracenie i zagłada wszystkiego, co ludzkie – a to często prowadzi uświadamiającego sobie to człowieka do egzystencjalnej rozpaczy. Tutaj przychodzi mi na myśl Pascal, który w swoich „Myślach” napisał niezwykle przejmująco: „Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”.
Nic dziwnego, że prawie wszyscy ludzie od tych wyobrażeń i podobnych refleksji uciekają, wypierając to ze swojej świadomości.

W wielkim uproszczeniu pisząc: przez nas, ludzi Zachodu, śmierć jest postrzegana jako wielka tragedia (i nawet chrześcijańska obietnica zmartwychwstania nie jest w stanie tego poczucia tragizmu i związanego z tym cierpienia załagodzić – co widać w naszym bezbrzeżnym bólu, jaki przeżywamy, kiedy żegnamy się na cmentarzu z kochaną przez nas osobą). Zaś tam, na Wschodzie, śmierć jest przyjmowana jako naturalna kolej rzeczy – umiera właściwie ciało, a życie, a raczej świadomość, która w nim była, trwa – toczy się dalej. I co przy tym ciekawe i intrygujące (przynajmniej dla mnie), to przeświadczenie, iż odrodzić się można w innej formie, nie jest bynajmniej dla buddysty żadną pociechą (może tylko wtedy, kiedy odrodzi się w ciele człowieka „wyższej rangi”), a wręcz przeciwnie – rodzajem przekleństwa i kary, uwięzieniem w kole życia i powtórnych narodzin (Samsary), z którego chce się on uwolnić, osiągając nirwanę (czyli wracając do „pustki”, tutaj utożsamianej z wyzwoleniem się, ze spełnieniem – stopieniem się z Absolutem). Ale to są już filozoficzne rozważania, w których na razie nie czuję się zbyt pewnie, bo są związane z buddyzmem, którego przecież dogłębnie nie znam.

Buddyzm tybetański jest o tyle specyficzny, że przetrwały w nim elementy pierwotnej, animistycznej religii Bon. A tam roiło się od różnych bóstw, w tym i od takich, które wzbudzały lęk i trwogę – o złych duchach nie wspominając. Do dzisiaj więc są we wioskach szamani, które te duchy przepędzają, przekupują, wkupują się w ich łaski, próbują przebłagać…

I jeszcze jedno: będąc w Tybecie bardziej utożsamiałem się, czy też raczej solidaryzowałem z tymi prostymi, „wiernymi”, znajdującymi się najniżej w drabinie społecznej ludźmi („solą”, „rolą” i „błotem” tej ziemi), niż np. z lamami, mnichami, czy – wracając do Tybetu historycznego – feudalnymi panami. Muszę kiedyś napisać więcej o Tybetańczykach. Na pewno wspomnę wtedy o osobistym kontakcie z tymi biedakami, którzy pozostawili we mnie niezatarte – nie pozbawione nawet pewnej tkliwości – wrażenie.

Enigma Nepalu? Twarze Tybetańczyków przestają być „nieprzeniknione” kiedy gości na nich uśmiech. A śmiech, zwłaszcza tybetańskich kobiet, jest niezwykle przyjemny, ujmujący, a niekiedy wręcz rozbrajający – ma w sobie taką dziecięcą wprost naturalność, otwartość i prostotę.
Podobnie przyjemnie dla ucha brzmi tybetański język.

* * *

Jeden z moich blogowych znajomych pisze: „Właściwie celem wszelkich poszukiwań religijnych jest uwolnienie się od lęku przed śmiercią – tym cesarzem wszystkich trapiących nas lęków. Dla mnie religie mają przede wszystkim znaczenie terapeutyczne, czyli antylękowe. To mnie właśnie frapuje w buddyzmie, bo czuję, że oni potrafią się wyzwolić spod tego dyscyplinującego społecznie jednostkę neurotycznego ciężaru.”

Tak, lęk prze śmiercią powoduje, iż wielu ludzi skłania się ku religii, znajdując w niej pociechę, otuchę, sens cierpienia i samej śmierci. Chrześcijaństwo jest tego dobrym przykładem. Ale to nie tylko to. Religia odpowiada, czy też próbuje zaspokoić także wiele innych potrzeb egzystencjalnych człowieka. Wprawdzie można się spierać czy człowiek ze swojej natury jest istotą Homo religiosus, to jednak nie ulega wątpliwości, że każdy człowiek potrzebuje poczucia sensu swojej egzystencji. Wielu ludzi szuka jednak nie tylko sensu życia, ale i kieruje się ku transcendencji – chce znaleźć także sens i spełnienie (czy też pewien rodzaj wyzwolenia) poza własnym, doczesnym życiem.
Religia to także próba określenia przez człowieka swoich relacji z Istotą Najwyższą, czyli Bogiem. Poza tym, w wielu kulturach związana była (i nadal jest) z porządkowaniem i ustalaniem życia społecznego, mając tym samym wielką wartość socjologiczną (moim zdaniem nie tylko „dyscyplinujacą” ludzi, ale i dostarczającą poczucia solidarności we wspólnocie i doli). Odnosiła się nie tylko do jednostki, ale i do zbiorowości (stąd np. wynikał problem rozdziału kościoła od państwa).

Buddyzm jest też o tyle ciekawy, że nie jest religią w ścisłym znaczeniu tego słowa, co często się podkreśla. Rzeczywiście nie odnosi się (bezpośrednio przynajmniej) do Boga, nie jest dogmatyczny jak niemal wszystkie religie, ma w sobie zakodowaną pewną tolerancję i otwartość wobec różnych aspektów rzeczywistości…

Buddyzm mnie intryguje, pewne jego elementy mnie pociągają, lecz mimo to nie mogę się także przy tym pozbyć spojrzenia krytycznego. Ale to pewnie leży w mojej naturze: nie mógłbym bezkrytycznie przyjąć, a tym samym podporządkować się jakiejś jednej opcji widzenia świata – uznać ją za jedynie słuszną, bezdyskusyjną. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu mogę pozostać człowiekiem otwartym. Wolę się przyznawać do swojej niewiedzy – bo to powoduje, że ciągle chcę coś poznawać.

* * *

Choć sam nie mogę się uważać za pacyfistę, to muszę perzyznać, że pacyfizm nie jest tylko przejawem naiwności, czy – tym bardziej – głupoty. Pacyfistami byli bowiem ludzie wybitni, także pod względem intelektu, jak np. Bertrand Russell czy Albert Einstein (a to jest przecież intelektualna awangarda czasów nam współczesnych – umysły nie tylko najwybitniejsze z wybitnych, ale wręcz genialne).
Trzeba przyznać, że postawa pacyfistyczna opiera się na mocnych przesłankach filozoficznych, a zwłaszcza moralnych. Einstein pisał np.: „Mój pacyfizm jest uczuciem czysto instynktownym; jestem pacyfistą, ponieważ mordowanie ludzi jest dla mnie czymś odrażającym. Moja postawa nie wynika z żadnej teorii intelektualnej, lecz oparta jest na najgłębszej antypatii, jaką żywię dla wszystkich przejawów okrucieństwa i nienawiści.”
Takim argumentom należy się uwaga.

* * *

Mit pojawił się również dlatego, że człowiek jest „zwierzęciem” stadnym, a wyrażając się bardziej elegancko – jest istotą społeczną i potrzebował czegoś, co umożliwiłoby mu i ułatwiło mentalne, duchowe zadomowienie się w świecie dzielonym wraz z innymi członkami grupy – objaśnienie tego świata, poczucie bezpieczeństwa w solidarności, „obłaskawienie” sił, które go przerastały… etc. W społeczeństwach pierwotnych najczęściej wiązało się to to z magią – i w ten sposób rodziły się religie, i wreszcie – w szerszym ujęciu – kultura. To dlatego po dziś dzień mit jest tym, co pomaga scalić ludzką zbiorowość, grupę, naród, społeczeństwo… Na dobre i na złe (wszak mówi się o mitach „pozytywnych” i „negatywnych”). Ale w międzyczasie – tak jak kultura ludzka komplikowała się stając się coraz bardziej kompleksową – również same mity stawały się bardziej skomplikowane i kompleksowe. Zmieniały się też role i znaczenia mitów. Dlatego obecnie, zajmując się mitem, zmuszeni jesteśmy do rozpatrywania go w tak szerokim ujęciu, co jednak nam wcale, zarówno zrozumienia tego, czym jest mit, jak i samej rozmowy o nim – nie ułatwia.

* * *

Ktoś zadał mi niedawno pytanie: „Czy nie jest tak, że zamiast mitu ludzie znajdą sobie nowy budulec, którym będą lepić nierzeczywisty porządek? Tylko co nim miałoby być? Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Ja tylko obserwuję i staram się znaleźć coś, co nada sens obserwacji.”

Ja też nie znam odpowiedzi na te pytania. Nikt nie zna. Od kilkuset lat człowiek używa nauki jako tego „budulca”, na którym stara się oprzeć własną wiedzę i i konstruować świat, w którym żyje – mając przy tym ambicję, żeby to był świat oparty na porządku „rzeczywistym” (a nie „nierzeczywistym”). A to jest cały czas pozytywizm i racjonalizm. Jednakże to również się zużywa i nie za bardzo zdaje egzamin. Bo człowiek, mimo wszystko, to jest zwierzę z apetytem metafizycznym – otóż dorobił się takiej (samo)świadomości, która już nie da mu najprawdopodobniej spokoju do końca istnienia gatunku Homo sapiens: zawsze go będzie „gnębiła” potrzeba poznania celu i sensu tego Wszystkiego (co go otacza i co się z nim dzieje) – a to wydaje się leżeć poza ratio i gnosis (poza rozumem i wiedzą) opartych tylko na materializmie i „twardej” naoczności.
Bez poczucia sensu i celu, umysł człowieka zawsze dociera do nihilo – w tym sensie cała kultura współczesna, która jest pozbawiona metafizyki, jest nihilistyczna.

* * *

Jak to jest z tym przepowiadaniem przyszłości? Kiedyś zabawa w futurystykę była bardzo modna i wielu „myślicieli” brało w niej udział. Tylko ci bardziej uczciwi (ot, choćby Stanisław Lem) mówili o totalnej niemożliwości przepowiedzenia przyszłości.
Przypomina mi się tutaj to, co na ten temat powiedział kiedyś Claude Levi-Strauss: „Taka jest liczba zmiennych, tyle jest parametrów, że być może jedynie boska inteligencja mogłaby stwierdzić, co się dzieje i co się będzie działo. Istoty ludzkie mylą się za każdym razem; pokazuje to historia. Mówi się ‚z dwóch rzeczy jedna’, a to zawsze jest ta trzecia.”
W tej wypowiedzi uderza również to, że Lévi-Strauss mówi nie tylko o niemożności przewidzenia tego, co będzie się działo, ale i niemożności zrozumienia tego, co się dzieje – czyli nawet wobec ewidencji faktów, które mamy do dyspozycji, ogarnięcie tego ludzkim umysłem jest niemożliwe, nie wspominając już o poznaniu sensu tego wszystkiego. Niestety, łatwo mi jest zrozumieć ten pesymizm poznawczy Lévi-Straussa, bo i ja się skłaniam do sceptycyzmu (i to chyba wbrew własnej woli). A to jest dość wstydliwe wyznanie.

* * *

Mit w pewnym sensie „upraszcza” rzeczywistość, ale nie wydaje mi się, żeby pozbawiał ją niuansów.
Mit jest paradoksem, który z jednej strony ułatwia nam zrozumienie rzeczywistości, ale z drugiej często ją zawoalowuje.

Roland Barthes spostrzegł, że mity są nieusuwalnym elementem życia politycznego – że nie ma polityki bez mitów. To się zresztą pokrywa z tezą, którą podzielałem w moich wypowiedziach o micie, że kultura stanowi przestrzeń mityczną (jest ona niejako „przesiąknięta” mitami), a przecież polityka jest – bądź co bądź – częścią kultury (mimo tego, że politycy zbyt często wydają się być pozbawieni jakiejkolwiek kultury). Zgadzam się więc z tą wypowiedzią Barthesa: „[Mity] są koniecznym skrótem, zagęszczają historię. Służą legitymizacji władzy, definiują zobowiązania, wyrażają wartości, nadzieje, nadają sens zbiorowym wysiłkom. Dzięki swej naturze mogą mobilizować do działań zbiorowych, stabilizują wspólnoty polityczne, strukturyzują historię.”

* * *

Mit to jest takie zmyślne bydlę, że – mimo iż jest „nieprawdą” i „zmyśleniem” – pozwala nam czasami na dotknięcie tego, co prawdziwe, mimo, że sam zawsze jest swego rodzaju pozą, „zmyśleniem”, występuje w przebraniu. (To coś podobnego jak z tą sztuką, która kłamie, by wyrazić prawdę ;)
Słyszałem kiedyś stwierdzenie, że dekonstrukcja mitu nie jest jego niszczeniem. Moim zdaniem to nie tak. Mit zdekonstruowany już nie działa – podobnie jak nie działa już maszyna, którą się rozebrało na części. Można udawać wiarę w Św. Mikołaja, ale już nigdy się w niego nie uwierzy po tym, jak się zobaczyło, że nosi on buty naszego sąsiada.

* * *

O BOGACH WOJNY i nie tylko…

(rozmowa z Onibe)

Jedną z tych dobrych stron prowadzenia bloga jest to, że można czasami ciekawie z kimś porozmawiać. Pamiętam takie rozmowy prowadzone choćby z Kartką z podróży (TUTAJ), czy też z Telemachem (TUTAJ)… Jednym z najciekawszych rozmówców jest także Onibe, który zazwyczaj – jeśli już na to się zdecyduje – wnikliwie, inteligentnie i uważnie podchodzi do poruszonych we wpisach tematów, umieszczając pod nimi równie wnikliwe, inteligentne i ważne komentarze. Cenię je sobie szczególnie, bo inspirują mnie one do odpowiedzi, które same w sobie są próbą uporządkowania myśli, wyrobienia sobie jaśniejszej opinii, lepszego zrozumienia pewnych zagadnień – również przeze mnie samego. Uważam, że jako takie mogą one zaciekawić też innych Czytelników bloga, tym bardziej, że poruszają ważne sprawy dotyczące współczesnego świata i nas samych –  tak jak ta rozmowa poniżej, która odbyła się pod wpisem „Dalaj Lama i gwiazdy”. Zdecydowałem się ją tutaj przytoczyć, bo według mnie jest tego warta, a przecież mogła umknąć uwadze niektórym Czytelnikom – i zaginąć w przepastnych czeluściach internetu. Byłoby szkoda, gdyby tak się stało. Oto więc jej wskrzeszenie.

.

Zdzislaw Beksinski

.

ONIBE: Przyznam się, że kiedyś z pobłażaniem podchodziłem do hinduizmu, buddyzmu. Ktoś mnie zmotywował jednak do przemyślenia swojego stanowiska zadając kilka prostych pytań. Wyszło mi, że wyżej cenię religię chrześcijańską czy islam, bo są bardziej wojownicze, bardziej bezkompromisowe. Teraz już staram się nie mylić siły ze słabością. Wydaje mi się, że buddyzm i hinduizm mają w sobie wiele mocy – nigdy ich nie zaakceptowałem w pełni, nie odczuwam potrzeby zmiany religii, (która wszak jest tylko płaszczem bez większego znaczenia, jeśli człowiek opiera się na uniwersalnym rdzeniu etyki i moralności) lecz mam do nich wielki szacunek. I do Dalajlamy jako – jak to określiłeś – Bożego Szaleńca, człowieka, który może stanowić przykład i jest autorytetem. Zapewne nie tak kryształowym jak się może wydawać, ale mimo wszystko autorytetem.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Chodzi też o to, by nie mylić „wojowniczości” (czegoś, co uznajemy za wartość pozytywną) z ekspansywną i zaczepną agresją, która jest zazwyczaj pędem do destrukcji i dążeniem do podporządkowania sobie innych społeczeństw, celem osiągnięcia korzyści z ich eksploatacji. Myślę, że na tyle dojrzałem do tego, by poddać to ocenie etycznej, uznając to za zło (a pisząc językiem bardziej dosadnym: nikczemność).
Oczywiście, pamiętam czasy, kiedy będąc chłopcem, zauroczony byłem „wojowniczością” (Winnetou, Czterej Pancerni, Ivanhoe, John Wayne, Brudny Harry i inni), ale z czasem mi to przeszło. Wyrosłem z tego tak, jak się wyrasta z krótkich majteczek i zabaw „w wojnę”. I w końcu objawiła mi się cała paranoja krwiożerczych podbojów i wojennej destrukcji uosobiona choćby w megalomańskiej kreaturze Napoleona.

Dawno też przestałem utożsamiać (mylić) dobroć ze słabością. Wbrew moim młodzieńczym złudzeniom, uważam teraz, że to właśnie czynienie dobra wymaga częściej większej odwagi i siły, niż uleganie swojej „wojowniczości” i skłonności do agresji.
I właśnie na tym wyrósł buddyzm. Na tym też opiera się nauka jaką głosił Chrystus. Ty piszesz o wojowniczości Chrześcijaństwa, ale moim zdaniem, ta „wojowniczość” – podboje kolonialne, krucjaty, wojny religijne… etc. – to jest właśnie zaprzeczenie idei chrześcijaństwa i gwałtem na chrześcijańskim duchu – a tym samym z istotą prawdziwego chrześcijaństwa nie ma nic wspólnego. Podobnie jak zdegenerowane moralnie „występy” papiestwa na przestrzeni wieków – ci wszyscy kościelni nepoci i wielmoże byli tak naprawdę uzurpatorami Chrześcijaństwa, a nie jego wyznawcami i krzewicielami w duchu nauk Jezusa Chrystusa.
Ten tekst pisałem 17 lat temu. Do tego czasu zmieniła mi się nieco perspektywa z jakiej patrzę na pewne poruszone w nim kwestie, choć sam ich rdzeń pozostał chyba nienaruszony.
Nie sądzę teraz, że Dalajlama jest takim „Bożym Szaleńcem”. On w rzeczywistości jest człowiekiem silnym, o mocnej osobowości i mimo wszystko racjonalnym. I oczywiście – jest także człowiekiem, który popełnia błędy (takim błędem było np. zawierzenie Mao, ulegnięcie komunistycznej iluzji…), czasami wypowiada się niezbyt fortunnie, ulega czemuś, co kto inny mógłby nazwać idealizmem (choć w rzeczywistości jest realistą). Jednak generalnie Dalajlama zasługuje na to, by traktować go w pewnych sprawach jako autorytet. Innymi słowy – jest kimś, kogo warto słuchać.

O: Winnetou, podobnie jak inni bohaterowie Karola Maya, był pacyfistą. Nie lubił zabijać i nie zabijał, jeśli nie musiał. Może dlatego nie jest teraz zbyt popularny… Brudny Harry, choć był bardziej agresywny, to jednak też tępił zło i nikczemność. Brutalność rzadko kiedy podawana jest bez upiększeń i usprawiedliwień, to zresztą poważny problem naszej kultury. Zabawne co piszesz o Napoleonie – zawsze wydawało mi się, że jestem jedynym Polakiem, który ma negatywne zdanie o małym-wielkim kapralu. Co prawda, nasuwa się pytanie, kto był od niego lepszy? Król Prus? Car Rosji? No właśnie…

Zgodzę się, że akcje czynione pod sztandarem chrześcijaństwa nijak się mają do chrześcijańskiej ideologii. Ale gdybyś się przeszedł do kościoła to usłyszałbyś w nim długą listę nienawiści, co prawda nie pod kątem Turków czy Murzynów, ale określonych ludzi. Kościół zawsze udawał, że wierzy w coś innego niż czyni. Kto zatem gwałci kościół? On sam siebie, jak mniemam… i czyni to skutecznie od dwóch tysięcy lat. Pytanie: co jest obecnie prawdziwym chrześcijaństwem, skoro nie słowo niesione przez kościół? Czy prawdziwe chrześcijaństwo tkwi ukryte przed kościołem?
Zawsze warto słuchać kogoś, kto sugeruje nam byśmy byli lepsi, silniejsi, sprawiedliwsi.

StB: Konsekwentny (prawdziwy) pacyfista nie bierze udziału w walce i nie zabija. Ale to jest – jak na obecny stan naszej cywilizacji – idealizm. Ale czy utopia? Tego nie wiem. Choć czasami skłaniam się do niezbyt optymistycznego poglądu, że wojen (walki człowieka z człowiekiem) ludzkość nie pozbędzie się nigdy. Obym się mylił.
W sumie sądzę jednak, że cywilizacja bez wojen jest możliwa.
Napoleon o tyle był gorszy od innych władców, że swój pęd do podbojów i agresję najeźdźcy urzeczywistniał bardziej konsekwentnie – z pełną siłą i rozmachem, która do dzisiaj budzi podziw wielu ludzi. Dlaczego więc napisałem „gorszym”? Bo według mnie – zaznaczyłem to już wcześniej – podbój innych krajów w celu podporządkowania sobie zamieszkujących je społeczeństw i eksploatowania ich, jest złem. Tylko pokrętna etyka – albo zupełny brak etyki – może to usprawiedliwiać.
Oczywiście, że Napoleon robił też dobre rzeczy (ale to samo można powiedzieć o Hitlerze, czy Stalinie), ale jeśli tak bliżej przyjrzeć się epoce napoleońskiej – całemu temu ogromowi zniszczenia, cierpienia, nieszczęść i wzajemnego mordowania się uskutecznianego w niekończących się wojnach – z perspektywy zwykłych ludzi, obywateli ówczesnej Europy – to megalomańskie posunięcia małego kaprala z Korsyki, były szubrawstwem na ogromną skalę.

Ja już od dawna nie utożsamiam prawdziwego Chrześcijaństwa z Kościołem – który dla mnie jest tylko instytucją ludzką, a więc ułomną – ale oczywiście wierzę, że wśród „wiernych” Kościoła Katolickiego, jak również wśród samych księży, są ludzie, których można nazwać prawdziwymi Chrześcijanami.
W kierunku „prawdziwego” Chrześcijaństwa idzie według mnie papież Franciszek. Także wielu misjonarzy. Wielka szkoda, że w obrębie Kościoła Katolickiego dokonują się rzeczy, które dają pretekst wrogom tego Kościoła do walki z nim. Dzięki temu Zło w Kościele wydaje się przyćmiewać Dobro, a przecież – moim zdaniem – tak nie jest. Bowiem, mimo mojego dość luźnego związku z instytucją kościelną, jestem przekonany, że w naukach chrześcijańskich tkwią wielkie pokłady Dobra – coś, co może przynieść wszystkim ludziom wiele dobrego.

O: Chyba jednak Napoleon był lepszy od Stalina czy Hitlera. Ci dwaj smutni panowie byli jednak niemal wyłącznie mordercami, Napoleon mordował bo był dzieckiem swoich czasów – był synem Rewolucji. I epoka napoleońska, w przeciwieństwie do mrocznych czasów władztwa nazistowsko-komunistycznego pchnęła ludzkość do przodu. Zauważ, że to właśnie Napoleon wdrożył wiele rozwiązań umożliwiających powstanie nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego. To on był adwokatem równości obywateli wobec prawa (jego przepisy zniosły nierówną odpowiedzialność osób z różnych warstw społecznych za tą samą przewinę). I, mimo wszystko, zbudował fundament pod Europę bez królów i arystokratów. Za to go akurat cenię. Reszta, jak napisałem wcześniej, nie zasługuje na aż taki podziw. Był geniuszem wojskowości, ale jego taktyka bitewna to po prostu szafowanie ludzkim życiem.

W naukach chrześcijańskich oczywiście, że tkwią pokłady Dobra. Problem w tym, że ludzie którzy je głoszą, sami w nie nie wierzą lub nie chcą respektować tych założeń. Poza tym, o jakich naukach i prawdach mówimy? Nie zabijaj, nie kradnij, nie krzywdź, staraj się być sprawiedliwym… itd. itp. – do tego nie potrzeba żadnego kościoła, wszyscy to wiemy i akceptujemy, choć nie zawsze się do tego stosujemy. Decyzja o stosowaniu się lub nie, stanowi jednak indywidualną, suwerenną dziedzinę każdego człowieka. Kościół, z kolei, bardziej niż uniwersalnymi prawdami jest zainteresowany własną wizją moralności i etyki: chodź do kościoła, nie chodź w niedziele do sklepu, uprawiaj sex po ślubie i tylko w celach prokreacyjnych itd. Spojenie tych dwóch wątków w jedną, względnie spójną naukę kościoła powoduje, że nie akceptując pojedynczych punktów, przestajemy akceptować całość nauk.
Naukę Dalajlamy rozumiem prościej: uniwersalna moralność plus zgoda z własnym sumieniem. To mi odpowiada.

StB: Osoba Napoleona obrosła tak wieloma interpretacjami i mitami, że teraz trudno dotrzeć do sedna tego, kim w istocie był ten człowiek, czy zło przeważało w nim nad dobrem, czy też było odwrotnie? Ocena Napoleona zależy też od kryteriów, jakie przyjmiemy – od perspektywy z jakiej na niego spojrzymy.
Polacy zawsze gloryfikowali Napoleona, bo wydawało się, że sprzyja on aspiracjom wolnościowym Polski (choć oczywiście nie wynikało to z miłości do naszego kraju, tylko z planów strategicznych Napoleona wobec Rosji i Prus).
Jest on do tej pory oceniany krytycznie przez historyków z krajów, które były dawniej jego wrogami: Anglię, Niemcy, Rosję… (ze zrozumiałych raczej względów).
W samej Francji zrobiono z niego w końcu narodowe bożyszcze, mimo, że tak naprawdę, epoka napoleońska była dla tego kraju katastrofą (góry trupów i ludzi okaleczonych, utracone kolonie, obniżony status Francji na arenie międzynarodowej… etc.).
Naturalnie masz rację wskazując na to, że, koniec końców, epoka napoleońska pchnęła do przodu europejską cywilizację, choć są i tacy, którzy twierdzą, że wskutek zrujnowania przez wojny napoleońskie Europy, opóźnił się jej rozwój ekonomiczny, o pogłębionych antagonizmach między poszczególnymi państwami nie wspominając.
Ja to wszystko wiem, ale osobiście, oceniając Napoleona, stosuję wobec niego kryteria, że tak powiem, humanitarne. Ja mu jednak nie mogę zapomnieć tych sześciu milionów trupów, po których chciał się on wspiąć na szczyty władzy, realizując swoje megalomańskie, imperialne zapędy. Nie mogę też znieść tego jego EGO i za każdym razem, kiedy patrzę na ten jego napuszony, pawi portret (wykonany przez Ingresa – TUTAJ), to ogarnia mnie pusty śmiech.
Rzeczywiście, nie ma większego sensu zestawiać ze sobą takie postacie, jak Napoleon, Hitler i Stalin. Już choćby dlatego, że każdy z tych władców reprezentował inny system, a na dodatek Napoleon żył w zupełnie inne epoce. A jednak znaleźli się w XX wieku całkiem poważni historycy, którzy nie wahali się porównywać Napoleona z Hitlerem.
Tak, tak… Napoleon był pod pewnymi względami genialny, ale podziw dla jego geniuszu nie powinien wpływać na etyczną ocenę tej postaci. Nawiasem mówiąc, o „wielkości” Napoleona i jemu podobnych popełniłem kiedyś tekst („Wielkości urojone”). Pod wpisem tym odbyła się zresztą wtedy ciekawa dyskusja.

A wracając do spraw etycznych. Według mnie nie istnieje coś takiego, jak „uniwersalny rdzeń etyki i moralności”, a i do „uniwersalnych”, czyli absolutnych prawd nie mamy chyba dostępu (za pomocą nauki poznajemy tylko – czy też usiłujemy poznać – prawa rządzące postrzeganym przez nas światem).
System etyczny jest funkcją rozwijającej się (i zmiennej) cywilizacji – w każdych więc warunkach obowiązuje inna moralność, która jest niczym innym jak rodzajem umowy społecznej – czyli czymś zmiennym, a więc chyba jednak nie „uniwersalnym”.
Moim zdaniem Universum jest a-moralne – czyli nie ma w nim podziału na Dobro i Zło. To są bowiem wartości ludzkie (stworzone przez ludzi), czyli nie uniwersalne.

O: Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że nie istnieje uniwersalna etyka. Pojęcia takie jak dbanie o życie (nie tylko swoje ale i cudze), uczciwość… itd., wpisują się właśnie w taką kategorię. Nie twierdzę, że wzięły się znikąd, wręcz przeciwnie: religie miały swój udział w ich kształtowaniu. Ale obecnie są to pojęcia ponad religijne. Oczywiście możemy wprowadzić utrudniacz w postaci teoretycznej społeczności wyznającej śmierć zamiast życia i wierzącej, że zabijanie jest dobre, życie jest złe. Aby nie wpaść w widełki absolutyzmu etnocentrycznego musielibyśmy zarezerwować na taką okoliczność jakieś wątpliwości. Z drugiej strony, może jest ze mnie prymitywny człowiek, ale niezabijanie jest dla mnie bardziej absolutne niż zabijanie. Choć, jak już zauważyłeś, nie wierzę w świat bez zabijania. Niestety.

Co do Kaprala. Panujący w Polsce mit napoleoński to właśnie mit. Bardzo, bardzo odrealniony. Tak naprawdę, choć Napoleona uwielbiamy (trafił nawet do naszego hymnu… rzecz niezwykła) to nie za to co trzeba. Nie za wpływ na rozwój cywilizacji, nie za postępy prawne i społeczne, ale za bardzo kuriozalne wsparcie dla sprawy polskiej. A przecież nawet umiarkowanie nie-naiwni ludzie zdają sobie sprawę z faktu, że Napoleon miał Polskę głęboko gdzieś. Dla niego Polska była peryferyjnym krajem (nawet nie krajem, ale kolonią Rosji), który dało się instrumentalnie wykorzystać i tyle. Ciekawie piszesz o postrzeganiu Napoleona przez Francuzów: w tym przypadku jednak nad zapaść ekonomiczną i ogromne straty społeczne Francuzi cenią chwilę dumy i chwały, bo przez kilkanaście lat mieli u stóp niemal cały świat. W dodatku Napoleon, w przeciwieństwie do Welleseya, określany bywa Bogiem Wojny i uchodzi za największego stratega od czasów Aleksandra Wielkiego. W jednym są sobie równi: ich osiągnięcia polityczne i zdobycze terytorialne okazały się bardzo nietrwałe, w przeciwieństwie do pozostawionych przez nich kultów własnej osoby.

StB: Nasze nieporozumienie z tzw. „uniwersalną” etyką bierze się stąd, że ja traktuję ją w sposób absolutny, czyli odnosząc się do Universum, w którym moim zdaniem nie ma ani Dobra, ani Zła w znaczeniu immanentnym; Ty zaś bardziej – że tak się wyrażę – lokalnie, antropocentrycznie. Bo rzeczywiście w różnych kulturach wydają się obowiązywać podobne zasady i wzorce moralne.
Czy w Naturze istnieje coś takiego, jak „uniwersalna” etyka? Moim zdaniem – nie. Możemy tylko mówić ewentualnie o tzw. prawie naturalnym, (które, nota bene, nie jest tożsame z prawem tworzonym przez człowieka, mało tego: człowiek dość często prawu naturalnemu się sprzeciwia, czy też raczej chce się sprzeciwić – i być może właśnie ta opozycyjność jest jednym z głównych źródeł ludzkiej kultury).
Jeśli się przyjrzeć Naturze, to wydaje się w niej obowiązywać jedna „uniwersalna” zasada: chroń swoje geny, staraj się utrzymać przy życiu, zabijaj wtedy, kiedy przyniesie ci to korzyść (zachowa twoje geny, umożliwi ci dalsze życie, przekazanie twoich genów dalej…) To dlatego w świecie przyrody panuje jeden wielki festiwal zabijania – wojna wszystkich ze wszystkimi, którą bardziej eufemistycznie nazywamy rywalizacją, czy też konkurencją.
No, ale przecież istnieje też coś tak jakiego jak kooperacja, symbioza, wzajemne wspieranie się (przedstawicieli tego samego gatunku, rodu, społeczności…)

A wracając do Napoleona: sam widzisz, jak wielką rolę w ocenie jego postaci odgrywa mit. A Bonaparte doskonale potrafił zadbać o – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – PR: był doskonałym propagandystą i kreatorem własnego image. Zaprzągł do tego najwybitniejszych artystów swojej epoki, kupując też swoich apologetów wśród ludzi pióra – a prasa była już wówczas całkiem dobrze rozwinięta.
Wybacz, ale jeśli osiągnięcia polityczne (a nawet zdobycze terytorialne) jakiegoś władcy okazują się nietrwałe w przeciwieństwie do kultu jego osoby, to jak to o nas – ludziach oceniających tego władcę z perspektywy czasu – świadczy? Niezbyt dobrze. Bo kult ten wyrasta tu z atawizmu, jakim jest nasze uwielbienie i respekt dla siły – i to bez względu na to, czy została ona użyta w sposób moralny, czy też nie. (Kto by się tam teraz przejmował sześcioma milionami trupów jakie zostawiły wojny napoleońskie, skoro Napoleon Wielkim Wodzem – i Bogiem Wojny – był? A ponadto chciał ponoć pomóc Polsce)
To nie znaczy, że ja jestem ślepy na to, co dobrego zostawił Napoleon Europie (kodeks, podwaliny nowoczesnego państwa obywatelskiego, ciosy zadane coraz bardziej zepsutemu systemowi monarchistycznemu) – bo i to jest faktem. Tyle że w moich oczach przyćmionym jego imperialną megalomanią i szafowaniem ludzkim życiem – tym wszystkim, co w końcu spowodowało jego klęskę.

O: Małe nieporozumienie. Ja nie o prawie naturalnym mówiłem. Zauważyłeś zapewne, że natura mnie fascynuje i chętnie ją podglądam – vide mój blog makro. Obserwując owady i ucząc się o nich dawno już uświadomiłem sobie, w stanie jak bardzo intensywnej wojny żyją miliony gatunków. Masz o tym pojęcie, tak jak każdy, ale zaufaj mi na słowo: wgryzając się w ten świat bardziej i tak byłbyś zaszokowany, bo ta wiedza – w gruncie rzeczy oczywista – przekracza po wielokroć wszystko to, do czego przywykliśmy…

Trupy nie przeszkadzają w gloryfikacji jednostek. Napoleon wszak walczył z monarchistycznym zepsuciem (szło mu tak dobrze, że sam stał się monarchą – jakże zadziwiająca ironia losu, prawda?). Lincoln jest w pewnym sensie odpowiedzialny za dewastację południa i ogromne ofiary cywilne i wojskowe. Z drugiej strony, taki Chamberlain zachował czyste ręce wygrywając pokój dla swoich czasów i przesuwając w rachunkach na późniejsze lata ponad 30 milionów trupów.
Napoleona lubię przeciwstawiać Wellingtonowi, który go ostatecznie pokonał. Geniusz kontra warsztat. Bonaparte znalazł godnego przeciwnika na polu walki, ale w jego czasach zabrakło odpowiednio wielkich przeciwników na scenie politycznej – zastanawiam się czy te 6 milionów zabitych to efekt takiej próżni (obraziliby się na mnie wielbiciele caratu) czy odwrotnie, gdyby przeciwko Napoleonowi stanął ktoś będący połączeniem Pitta i cara Aleksandra, to skończyłoby się na wyludnieniu Europy i regresie cywilizacyjnym? Zauważ, że Francja, mimo wszystko, podniosła się dość szybko.

StB: Musi być więc w nas jakiś stadny instynkt zatracenia, skoro tak łatwo dajemy się prowadzić na rzeź, i nawet miliony trupów (traktujemy się wtedy jak insekty) nie powstrzymują nas przed uwielbieniem dla tych, którzy nas na tę rzeź prowadzą. Jest w człowieku jakiś mechanizm, który w takich sytuacjach wyłącza mu mózg i powstrzymuje od racjonalnego myślenia (ogłupienie). Pęd do destrukcji, ukryta krwiożerczość, skrywający się w nas drapieżnik i zabójca? Oczywiście, my wolimy mówić o „męstwie”, wojowniczości, bohaterstwie… I kiedy pędzimy do walki, zalewa nas adrenalina, stajemy się zwierzęcym automatem, bez wyobraźni, posłusznym rozkazom, wypranym z wszelkiej etyki. Dochodzi do tego konformizm (bo w stadzie lepiej jest robić to, co robią inni), strach przed siłą, która ma nad nami władzę (bo lepiej nie ryzykować sprzeciwu), perspektywa łupów…
A potem, tym którzy przetrwali, też przydaje się brak wyobraźni (tak naprawdę nie możemy dziś sobie wyobrazić… nie dociera to do nas, czym było Borodino, Verdun, Stalingrad, Powstanie Warszawskie…) i amnezja (prawdziwe ofiary zamieniają się w statystykę, tragedie – w daty i historię). Więc po jakimś czasie znów jesteśmy gotowi na powtórkę z rozrywki.

O: Pięć śmierci to tragedia, milion to statystyka. Niestety, coś w tym jest. Nasz umysł nie potrafi ogarnąć takich skali, więc przetwarza je na informacje abstrakcyjne. Na suche dane, których nie potrafimy połączyć z rozumianą przez nas tragedią jednostek. Innymi słowy, nasz umysł nie pozwala na multiplikację rozumienia cierpienia. Poziom empatii zatrzymuje się w strefach dwucyfrowych, dalej nie idzie.
Dla mnie najlepszym przykładem zdrady ideałów jest pierwsza wojna światowa i zachodni front. Posyłanie hurtem setek tysięcy ludzi na karabiny bez nadziei, że to coś zmieni. Dowódcy, którzy to czynili powinni zawisnąć. Nota bene czytałem kiedyś – nie potrafię sobie przypomnieć gdzie, ale pracuję nad tym – że druga wojna światowa była w gruncie rzeczy zemstą weteranów. Była wymyślona przez ludzi w mundurach, którzy w pierwszej wojnie światowej byli rzucani tysiącami na stos, podczas kiedy cywile byli na ogół bezpieczni i nie uświadamiali sobie tego, co działo się nad Sommą, pod Verdun itd. Druga wojna światowa była bardziej egalitarna: dotknęła wszystkich bez wyjątku. I może dlatego, póki co, nie ma trzeciej…

StB: „…nasz umysł nie pozwala na multiplikację rozumienia cierpienia.” Innymi słowy: brakuje nam wyobraźni empatycznej. Zresztą, tu nie tyle chodzi o empatię, co o brak wyobraźni w ogóle.
Poza tym łudzimy się, że tragedia jaka spotkała miliony ludzi, nas akurat nie dosięgnie. Albo, że nas w ogóle nie dotyczy. To dlatego, gdy to wszystko staje się naszym udziałem, otwieramy szeroko zdziwione oczy i nie możemy uwierzyć, że oto i my jesteśmy w samym środku szamba (akurat tutaj mówimy o szambie wojennym).
Były różne próby ustalenia nieuświadomionych przyczyn II wojny światowej. Znaleźli się i tacy, którzy mówili o zbiorowym samobójstwie Europy. Jeśli tak, to można się zastanowić, co z kolei było przyczyną tego samobójstwa? Może zupełny rozpad porządku państwowego i społecznego, który do tej pory (a ściślej: do XVIII w.) był normalizowany z namaszczenia Boga – a tego przecież w XIX wieku uśmiercono? Nagle okazało się, że wolno wszystko, a ludzie takiej wolności nie mogą jednak znieść (unieść).

O: Myślę, że przyczyną główną drugiej wojny światowej był kolaps systemu politycznego, który wykreował dużą próżnię i nie był w stanie nią zarządzać. Konkurencyjny „koncert mocarstw” z lat wcześniejszych działał sprawniej, bo miał jasno określone cele i odpowiednie do ich realizacji środki. Europa międzywojenna sama nie wiedziała czego chce. Liga Narodów okazała się wydmuszką, która dała nadzieję słabszym państwom, ale w gruncie rzeczy nie miała czym tych nadziei pokryć. Anglia i Stany Zjednoczone jako jedyne państwa mogły spacyfikować sytuację w punkcie wyjścia, ale nie były tym zainteresowane, bo w owym czasie ich priorytety były inne.
Czy była to kwestia wolności? Raczej nie… bo tej wolności nie było zbyt wiele. III Rzesza demokracją nie grzeszyła, Polska też nie (choć była już ideałowi bliższa), Rosja… wiadomo. Stalin doszedł do władzy po trupach, nie w ramach procesów demokratycznych, czyli nie wolność go wniosła w mury Kremla. Hitler nieco lepiej wykorzystał mechanizmy demokratyczne, ale jego ultima ratio okazały się rozmaite koszule, w owym czasie głównie brunatne.

StB: Nie zrozumieliśmy się z tą „wolnością”. Ja uważam, że człowiek nadal pozostawał zniewolony tak jak zawsze, tylko mu się raptem WYDAŁO, że jest wolny i że może wszystko, począwszy od wypełniania historycznej misji, manipulowania ustrojem, po decydowanie o własnym przeznaczeniu. Zawierzenie ROZUMOWI, wbrew pozorom, zaczęło często sprowadzać człowieka na manowce (ot, choćby Rewolucja Francuska z jej morderczym chaosem; niepohamowana industrializacja i związany z nią imperializm…), bo jednak nie mógł on unieść nagle odsłoniętej przed nim omnipotencji, (która zresztą była złudna).
Przecież całe „masy” zaczęły się (na przełomie XIX i XX wieku) „buntować” (pisał o tym choćby Ortega y Gasset w swoim słynnym eseju „Bunt mas”) – z tych samych względów zapragnęły właśnie wolności, której później nie mogły udźwignąć, co wepchnęło je w totalitaryzmy: zarówno komunistyczny, jak i faszystowski. Innymi słowy: dążąc do wolności same się zniewoliły, bo aspiracje przerosły jej możliwości.
Pisząc o przyczynach „samobójstwa” Europy (I i II wojna światowa), nawiązałem do aspektów, że tak powiem, filozoficznych i psychoanalitycznych – do tego co było raczej mało uświadomione. Nie pisałem o przyczynach politycznych, bo te dość wyraźnie zostały zbadane, wyartykułowane i przedstawione – nawet jako oczywistość: upokorzenie Niemiec przez traktat wersalski, agresywna, imperialno-rasistowska polityka Hitlera, słabość i niezdecydowanie koalicji anty-hitlerowskiej, obawa przed komunizmem… etc. To wszyscy wiedzą i raczej nikt z tym nie polemizuje. Ale to jest powierzchnia, ewidentna naoczność – chodzi o to, by dotrzeć do przyczyn głębiej osadzonych w ludzkiej psychice, tych „podskórnych”, nieuświadomionych – bo to one najczęściej, jak mi się wydaje, powodują ludzkim działaniem.

O: Rozum i wolność to filary nieba i raju, ale zarazem autostrady do piekła. Wolność jest błogosławieństwem i przekleństwem. Rozum zaś daje człowiekowi siłę, będąc zarazem jego głównym wrogiem.
Oprócz rozumu i wolności, jako element układanki określił bym także wielkość populacji. Bo to ona w ostatecznym rozrachunku dała miliony trupów zamiast tysięcy. Plus technologia, niekoniecznie tylko ta wojenna.

StB: Doskonale to ująłeś. To są właśnie te paradoksy człowieka par excellence: to, co nas ratuje może też być powodem naszej zguby. Tutaj możemy stworzyć długą listę: biotechnologia, genetyka, automatyzacja, industrializacja, zbrojenia, globalizacja, internetyzacja… itd. Czasami mam wrażenie, że świat i warunki w jakich człowiek musi żyć (wliczając w to jego genetyczne zdeterminowanie i podległość Naturze) są dla niego pewnym rodzajem pułapki, z której nie sposób jest się uwolnić.
To prawda, wzrost ludzkiej populacji – jak również produkcja coraz bardziej zabójczych „broni” – walnie przyczyniły się do wzrostu liczby ofiar wojny. Podobno procentowo nie mordujemy się na większą skalę, niż (niektóre) społeczeństwa prymitywne (np. w dorzeczu Amazonki pewne plemiona, mimo, że nie prowadzą regularnych i zorganizowanych wojen – ponadto dysponując jedynie dzidami, łukami i kamieniami – potrafią wymordować się wzajemnie w 30 – 50 %). Ot, człowiek jest drapieżnikiem – wystarczy spojrzeć na nasze kły i pazury.

O: Niejedna wojna toczona przez naszych królów wiązała się ze stratami procentowo porównywalnymi ze współczesnymi bestialstwami. Mam wrażenie, że żyjemy jednak pod coraz większą presją – tak bardzo szukamy absolutu, postępu i szczęścia, że podnosimy wysokość kosztów uznawanych za warte poniesienia. Przeraża mnie  – u wszelkiej maści fundamentalistów – sposób w jaki traktują ludzi myślących inaczej: odbierają im właściwie ludzkość, traktują jak szkodniki, przedmioty, śmieci do usunięcia…

StB: Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to co jeszcze nie tak dawno wydawało się nam pewną gwarancją stabilności i kursu świata w dobrą stronę – a więc wolny rynek, zdrowa ekonomiczna konkurencja wolna od dogmatycznych, ideologicznych nawisów i obciążeń, fundamentalistycznego religijnego fanatyzmu… – też przestało się sprawdzać, skompromitowane choćby przez przekręty i chciwość światowej finansjery w ostatniej dekadzie (powiedzenie „masz jak w banku” nabrało przez to diametralnie innego znaczenia) oraz przez kapitalizm bez ludzkiej twarzy, czyli traktujący ludzi przedmiotowo, niczym towar, który trzeba wszystkim „maluczkim” za wszelka cenę wcisnąć. Rozwarstwienie klas (przepaść między wąską grupą ludzi posiadających olbrzymie środki – a tym samym władzę – a tzw. „klasą średnią”, która cały czas się kurczy, podczas gdy zwiększa się zasięg biedy, a więc liczebność klas niższych) pogłębia się ostatnio w tempie zastraszającym, podobnie jak ilość ludzi „zbędnych” czyli takich, którzy nie mają co ze sobą zrobić (cała rzesza młodych ludzi bezrobotnych)… Nie, historia wcale się nie skończyła (na ustroju liberalno-demokratycznym, jako najlepszym z wszelkich możliwych, jak zbyt optymistycznie ogłosił to przed kilkunastoma laty Fukuyama) i zapewne ludzkość zafunduje sobie jeszcze niejedną bolesną niespodziankę… na drodze nie wiadomo dokąd.

O: Nie istnieje coś takiego jak wolny rynek. Nie twierdzę, że wolny rynek w czystej postaci uzdrowiłby świat, ale obecna forma układów rynkowych jest dość chora. Kapitalizm bez ludzkiej twarzy… cóż, niestety, to akurat występuje w nadmiarze. Oczywiście zależy co rozumiemy jako „bez ludzkiej twarzy”, bo wiadomo, że aby przetrwać na rynku trzeba najpierw pieniądze zarabiać, a dopiero później wydawać (na ogół, poprzez „ludzką twarz” rozumie się rozdawnictwo).
Przydałoby się więcej średniej klasy, to fakt, ale klasy świadomej, inteligentnej. A nie buców, którzy za pierwsze zarobione pieniądze kupują mercedesy i chodzą z głową w chmurach. Klasa średnia bardzo chce być klasą wyższą, a że nie może przeskoczyć realnej przepaści materialnej, nadrabia miną i chamstwem. Teoretycznie sam jestem przedstawicielem tej klasy, ale raczej nie jestem zadowolony z tego co widzę wokół siebie…
Historia się nie skończyła, sam Fukuyama to w końcu przyznał. Umarło także kilka nowszych modeli geopolitycznych, obecnie panuje chaos. Wszystkiego możemy się spodziewać i nic nie jest pewne…

StB: Nic nie jest pewne… I nic nie jest wolne – oprócz wolności absolutnej. No ale ta jest nam niedostępna.
Określenie „wolny rynek” miało jakiś sens na początku, ale później stało się tylko językową kalką, a i przykrywką do tego, by ci silniejsi na rynku (nieważne w jaki sposób swoją dominująca pozycję zdobyli) dyktowali swoje warunki słabszym, nie zawsze przecież fair. Dzięki temu umacniał się tylko społeczny darwinizm, ale to inna śpiewka.
Innymi słowy, wraz z rozwojem korporacyjnych gigantów, (jak również z idącą za tym globalizacją) „wolny rynek” przestaje funkcjonować, stając się swoistą dyktaturą.
Pisząc o „kapitalizmie z ludzka twarzą” nie miałem na myśli „rozdawnictwa”, tylko bardziej sprawiedliwy podział wypracowanych dóbr, a pisząc prościej: zapewnienie ludziom zatrudnionym przez „kapitalistów” godziwej wypłaty za ich pracę. Ponadto, zysk nie może być „bogiem”, czymś ważniejszym od samego człowieka – również i ekonomia powinna być podporządkowana jakiejś etyce, jak również uwzględniać potrzeby socjalne społeczeństwa. Chodzi mi z grubsza o wypracowanie czegoś w rodzaju złotego środka między kapitalizmem a socjalizmem (jeśli przyjmiemy, że pojęcia te jeszcze się nie zdewaluowały – i że coś takiego jest w ogóle możliwe).

Coś mi się wydaje, że piszesz o klasie średniej, tak jak ją widzisz w Polsce. A tam rzeczywiście trudno mówić o kulturze klasy średniej – raczej o jej braku. Bo nie można tej kultury wypracować, czy też stworzyć w pół pokolenia – zwłaszcza jeśli ma się za sobą obciążenia mentalnością peerelowską, a na sumieniu – wszystkie grzechy popełniane przez nuworyszostwo (życie ponad stan, pozerstwo, wpatrzenie we wzory o wątpliwej jakości, arogancja, zakompleksienie a jednocześnie zarozumiałość, zwykłe chamstwo…).
W Europie Zachodniej, jak również w Stanach klasa średnia jest jednak – en masse – inna. I osobiście ubolewam, że jeśli chodzi o tę amerykańską, to ona się teraz kurczy (bo jednak pozostaje prawdą to, że zamożność kraju/państwa mierzy się zamożnością klasy średniej). Ponadto, im klasa średnia jest bogatsze, tym większa stabilizacja danego kraju. To są rzeczy oczywiste. (Abstrahuję od tego, że każda klasa średnia jest obciążona – w mniejszym lub większym stopniu – pewnym filisterstwem.)
Nic nie jest pewne… to fakt (nic nie jest pewne – oprócz śmierci i podatków, jak mówił Benjamin Franklin). Ale tak naprawdę nigdy nic pewne nie było. W tym jednak zawarty jest zarówno fatalizm (paradoksalnie, bo przecież fatum oznacza pewną nieuniknioność), jak i nadzieja (wbrew fatalizmowi – żeby było śmieszniej).

O: W sprawie ludzkiej twarzy kapitalizmu – jako anonimowa osoba mogę napisać co mi ślina na język przyniesie, więc zdaję sobie sprawę z tego, że moje słowa nie muszą być traktowane jako święta prawda. Mimo to powiem Ci, że staram się u siebie, w swojej niewielkiej firmie, stosować w miarę możliwości zasady „ludzkiej twarzy”. Wątpię jednak, by któryś z moich pracowników był zadowolony i by któryś mnie chwalił, bo dla nich pensja jest zawsze za mała. Zresztą, ja to rozumiem i nie mam do nich żalu. Przykro mi jest, że nie mogę dać więcej, a moje zarobki są dopiero na czwartym miejscu w mojej własnej firmie (żaden mój pracownik nigdy w to nie uwierzy, nota bene).(…)

Wolny rynek to pic na wodę, ale i konkurencja ze strony gigantów korporacyjnych schodzi na drugie miejsce wobec tego, co robi państwo. W takim układzie nigdy nie nastąpi polepszenie sytuacji.
Dodam jeszcze jedną rzecz: ludzie zapominają, że aby lepiej zarabiać, trzeba trochę inaczej wydawać pieniądze. Przemysł całej Europy ledwo zipie, bo przeciętny Kowalski – ten sam, który chciałby dostać jakąś podwyżkę w pracy – zamiast kupić produkt polski, niemiecki czy angielski skusi się na chiński. Mały handel pada, wzrasta ilość marketów… Nie można nikomu nic zabronić, ale odrobina zdrowego rozsądku podpowiedziałaby ludziom, że nie żyją w próżni, ich wybory kształtują rzeczywistość. Tymczasem dominuje „chcizm”: ja chcę podwyżkę, ja chcę tego, ja chcę owego. Ja nie chcę za to płacić. Niech płaci „ono” – państwo i „oni” – źli kapitaliści. Dramat.

Złoty środek pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem? Musielibyśmy doczekać się rynku, w którym jest równowaga pomiędzy producentem, handlowcem a konsumentem. Rynek konsumenta zawsze i wszędzie doprowadzi do konkurencji cenowej, która w ostatecznym rozdaniu zepchnie pracowników do roli niewolników, którym zwyczajnie nie będzie z czego płacić.
Masz rację pisząc, że średnia klasa zapewnia stabilność. Choćby z tego powodu, że średniacy rekrutują się z dołów. Im więcej klasy średniej, tym mniej dołów, a zatem mniejsze prawdopodobieństwo rewolty. Brak klasy średniej to też brak nadziei: bo kto może mieć nadzieję, że z pucybuta awansuje na milionera? Łatwiej już otworzyć małą firmę, zatrudnić kilku innych pucybutów i wczołgać się do klasy średniej, prawda?
Gospodarka… głęboki temat. To co napisałem powyżej to właściwie westchnienia i okrzyki żalu. Problematyka współczesnych gospodarek jest tak szalenie skomplikowana, że nawet nie wiadomo od czego zacząć analizę…

StB: No tak, ale Ty piszesz o małych firmach (czyli o skali mikro), ja miałem na myśli wielkie korporacje, które dysponują ogromnymi możliwościami finansowanymi i które de facto dyktują warunki produkcji, zatrudnienia, dystrybucji, sprzedaży… – mają decydujący wpływ na rynek konsumencki, kreując np. popyt (reklama), styl konsumpcji, trendy…
Pisząc to miałem ponadto na uwadze sytuację w Stanach Zjednoczonych, gdzie ma miejsce coraz bardziej pogłębiająca się i szalona już teraz dysproporcja między zarobkami tych, którzy są na topie zarządzania (właściciele, CEOs) a szeregowymi pracownikami, których pensje są groszowe i nie wystarczają na godziwe życie, czyli na zaspokojenie podstawowych potrzeb – do tego stopnia, że ci ludzie zmuszeniu są korzystać z tzw. food stamps, czyli z kuponów żywnościowych, nota bene fundowanych przez rząd z naszych podatków (dość głośna ostatnio sprawa pracowników Walmartu – korporacji, która jest największym pracodawcą na amerykańskim rynku – ale tu chodzi nie tylko o Walmart, w takiej samej sytuacji są miliony innych pracowników zatrudnianych prze wielkie firmy i korporacje).
Być może w Europie państwo się bardziej szarogęsi, ale jeśli chodzi o globalną skalę, to coraz bardziej wielki kapitał korporacyjny zaczyna wpływać na politykę państw, dyktując warunki i ustalając reguły gry. Tak jest już w Sanach Zjednoczonych, bądź co bądź nadal największej potędze gospodarczej świata, gdzie korporacje mają w swoich kieszeniach większość polityków, wpływając przemożnie na politykę państwa.
A Chiny? Może się nam wydawać, że tam państwo ma decydujący głos, ale to jest złudzenie, bo owo chińskie „państwo” bardziej jest teraz (robiącą interesy) jedną gigantyczną korporacją, niż państwem.

O: Masz niestety rację. To proces globalny, nie uzasadniony ani dobrem społeczeństw, ani poprawą kondycji gospodarek. Zresztą, o współczesnej gospodarce coraz pewniej można mówić, że ma charakter syndykalny, choć jest to syndykalizm ukryty, pozornie wręcz niezgodny z prawem, które jednak jest fasadowe.
Różnice pomiędzy zarobkami są większe w USA niż Europie. Pamiętam jeszcze ze studiów, kiedy zajmowaliśmy się kulturami kapitalizmu, że w USA różnica pomiędzy zarobkami CEO a szeregowca jest wyrażona w liczbie trzycyfrowej (częściej będzie to zapewne okolica stukrotności niż większa). W Europie różnice są o jeden rząd mniejsze. Ale i tak są duże, często nieuzasadnione.
Duży może więcej, niestety. Bolączką demokracji jest to, że w ostatecznym rachunku nie broni przed agresorami: ci mają po swojej stronie tłum, który kupują sobie na miliony sposobów, de facto na koszt tego tłumu. Kiedy korporacja buduje nową fabrykę dostaje zwolnienie z podatku, miasto lub gmina na swój koszt budują drogę wysokiej klasy, podciągają media i otaczają ochroną przed własnymi instytucjami. Kiedy buduje się mała firma, to drenuje się ją jak mleczną krowę. Ale tłum popiera taką politykę, bo w ten sposób za marnych parędziesiąt milionów euro powstaje kilka miejsc pracy…

StB: Właśnie, nauczono się doskonale manipulować tłumem (społeczeństwem, „masami”) – wykorzystując zarówno indywidualne skłonności człowieka, jak i jego zachowanie stadne.
W sumie – w skali cywilizacyjnej – zawsze mamy to, na co sobie zasłużyliśmy.

O: Niestety, niestety…

greydot

Ilustracja: Zdzisław Beksiński (bez tytułu).