UPARCIE OBECNE ILUZJE…

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Niestety, dzisiaj większość ludzi jest wręcz przerażona tekstem dłuższym, niż taki, który dałby się umieścić na jednej stronie monitora bez konieczności scrollingu, czyli przewijania. Attention span współczesnych użytkowników internetu, np. Facebooka – o Twitterze i Instagramie nie wspominając – jest bardzo krótki, w sam raz by przeczytać parę zdań, jakąś (zwykle banalną) sentencję czy obejrzeć filmik (najczęściej z jakimś zwierzątkiem lub bobaskiem), który trwa… najwyżej półtorej minuty. Podobnie mało poświęca się czasu na kontakt z drugim człowiekiem tą drogą. Moim zdaniem jest to zaledwie namiastka międzyludzkich relacji.

Ludzie mają dziś dostęp do nieporównanie większej ilości informacji niż dawniej, ale wcale nie przekłada się to na większą wiedzę o świecie (bo ta jest wartościowa tylko wtedy, kiedy potrafimy docierające do nas informacje poddać analizie, a następnie syntezie, czyli przyswoić je i zrozumieć) ani na ludzką mądrość. Wręcz przeciwnie: ludzie dlatego, że nie potrafią się skupić, poddają się bodźcom jak piesek Pawłowa, mamią migotliwymi obrazkami i pustymi, bezmyślnymi memami… stając się niestety bezwolnymi połykaczami lub przeżuwaczami papki, którą karmi się ich w tym totalitarnym świecie konsumpcji, jakim jest cała zachodnia cywilizacja. Nie wiem, czy w tym świecie czują (czujemy) się dobrze, czy to ich (nas) satysfakcjonuje? Moim zdaniem nie.

*

À propos tego, co jest lepsze: kulturowa „czystość”, homogeniczność etniczna czy kulturowy tygiel, rasowy kogiel-mogiel?
Kiedyś przeprowadzałem wywiad z Franciszkiem Pieczką, który na moje pytanie: „To jest również charakterystyczne, że na styku różnych kultur, tworzy się jakiś ferment, który sprzyja twórczości, działa na artystów stymulująco. Dlatego np. wśród Żydów było wielu ludzi pióra, twórców w różnych dziedzinach, którzy potrafili właśnie wykorzystać te napięcia, jakie tworzą się między różnymi kulturami.” odpowiedział: „To prawda. Trudno o coś takiego w sterylnej kulturze. Widać to choćby na przykładzie zoologii. Kundle są najbardziej inteligentnymi zwierzętami. Taki rasowiec czysty, zadufany w swojej rasie, jest idiotą przeważnie.”

*

Obecny kryzys uchodźczy w Europie bardzo wszyscy „uetniczniają” i „ureligijniają”. Tymczasem jest to przede wszystkim problem ekonomiczny, jak również wynikający z trwających w niektórych krajach wojen. Religia jest tylko tłem.
Ponadto, nie można całego islamu utożsamiać z jego agresywną, radykalną, fundamentalną, fanatyczną odmianą, czy też częścią, z której wywodzą się terroryści, bojówkarze i ci, dla których opresja i przemoc jest jedyną (konieczną) formą sprawowania rządów.

*

Należy pamiętać, że tzw. „historyczna narracja” jest niczym innym jak interpretacją historii. I jest jednak niezbędna, bo bez niej historia byłaby nielogiczna, a tym samym – bezsensowna.
Nie istnieje więc coś takiego, jak obiektywizm w historii. Jednakże warto przy tym pamiętać, że subiektywizm nie jest jednoznaczny z manipulacją czy nawet stronniczością. Wiąże się bowiem z czymś czego nie da się uniknąć: czasem, w którym poznaje się historię, miejscem w jakim to się robi, i wreszcie z kulturą, której kodem się ktoś posługuje, opisując świat i opowiadając (interpretując) historię.

Warto przy tym pamiętać o innym, bardzo ważnym czynniku, który rzutuje na to, w jaki sposób postrzegamy (a także poznajemy i interpretujemy) historię: nasz własny charakter, preferencje, światopogląd, przekonania, skłonności… etc. Wszystko to wzmacnia subiektywizm – a stąd złudzenie, że tylko my dochodzimy do prawdy i tylko nasze postrzeganie historii jest słuszne.

*

Wydaje się nam, że sięgamy wzrokiem gwiazd, gdy tymczasem nie widzimy dalej, niż czubek naszego nosa

*

Paradoks śmierci polega również na tym, że jest ona wszędzie i nigdzie. Jest nieuchwytna, a kiedy już jest uchwytna (a raczej kiedy ona nas schwyta), to dla nas już jest za późno, by zrozumieć jej doświadczenie.
Wszyscy śmierć sprawdzają – prędzej czy później – na swojej skórze, ale jak dotąd, nikt się jeszcze nie podzielił z nami tym doświadczeniem (ci, którzy to robią, zaledwie o śmierć się otarli).

*

„Jeżeli Stwórca Wszechrzeczy umieścił nas w swoim planie, to wierzę, że po ziemskiej drodze dalej będziemy kroczyć po alejach Wszechświata.”

No właśnie, to byłoby dziwne (i marnotrawne) stwarzać takie cudowności – zwłaszcza istoty żywe, czujące i myślące, które same zdolne są do tworzenia – i nie zrobić przy tym żadnego back-up’u.

*

Tylko wtedy, kiedy antropomorfizujemy śmierć, możemy o niej powiedzieć coś „ludzkiego”. Jak np. to, że jest „mądra” albo „głupia”. Ale przecież śmierć istnieje w wielu wymiarach: od biologicznego, po kulturowy.
Nas śmierć obchodzi (zwłaszcza emocjonalnie) najbardziej w tej sferze osobistej – zwykle w relacji z osobami nam najbliższymi, no i oczywiście – jako doświadczenie kluczowe naszej własnej egzystencji.
I jest nierozerwalnie związana z życiem – stąd też te nasze oświadczenia, że „Dzień Zmarłych” nie jest świętem śmierci, a życia.
Bez śmierci możliwe byłoby istnienie, ale nie życie. Kamień istnieje wiecznie, ale nie żyje. Człowiek żyje, więc musi umrzeć. Ale czy nie może później istnieć – już bez śmierci – w innym wymiarze? Oto jest pytanie.

*

Ceremoniały i rytuały są nieodłącznym elementem naszej kultury. Mają swoje znaczenie i sens – pełnią określoną funkcję. Inną sprawą jest to, jak każdy człowiek podchodzi do nich indywidualnie, co one rzeczywiście znaczą dla niego samego. Dla kogoś może się to wiązać z głębokim duchowym przeżyciem, dla kogoś innego być tylko zwyczajowym, płytkim, bezrefleksyjnym, rutynowym, „stadnym” zachowaniem.

Z tradycją jest tak, jak z każdą inną ideologią, mitologią, wizją historii: można jej użyć zarówno w dobrym, jak i złym celu. Niemniej jednak tradycja jest niezbędna do zachowania pewnej ciągłości historycznej, pewnego ładu, stabilizacji – również tożsamości (nawet jeśli nie narodowej, to kulturowej, cywilizacyjnej).

Pisząc o potrzebie tradycji mam raczej na myśli społeczeństwo, a nie jednostkowego człowieka, a tym bardziej siebie, gdyż sam z tradycją jestem raczej luźno związany – choćby z racji tego, że od ponad dwudziestu lat mieszkam poza granicami kraju i jednak lekkie dotknięcie kosmopolityzmu na własnej skórze poczułem – choć przecież polskiej tożsamości nie mógłbym się wyzbyć, nawet gdyby tego chciał.

Tradycja według mnie nie musi być czymś niezmiennym, a tym bardziej skostniałym. Dobrze jest, jeśli jest do pewnego stopnia elastyczna, podlega ewolucji – bo to jej zapewnia ciągłość i pozwala dotrzymać kroku zmieniającym się czasom. Tym sposobem nie jest ona wrogiem postępu, jak uważają niektórzy, a zapewnia temu postępowi pewną ciągłość.

*

Należy odróżniać tradycję od konserwatyzmu. To są jednak różne pojęcia – i każde oznacza co innego. Zarówno tradycja, jak i konserwatyzm nie są wrogami (ani nawet nie muszą być przeszkodą) postępu, zapewniając niejako bardziej płynne przejście społecznym przemianom. Konserwatyzm (a właściwie jedna z jego odmian – bo jest ich kilka) wyrósł z przekonania, że te przemiany powinny odbywać się ewolucyjnie, a nie wskutek radykalnych („postępowych”) ideologii, które przecież, jak pamiętamy (vide: komunizm, a nawet – wcześniej – prąd „oświeceniowy”) stały się przyczyną morderczych społecznych katastrof.
W tym sensie, zarówno tradycja, jak i konserwatyzm mogą być (i są) „elastyczne”.
Warto zaznaczyć, że ideologie, które chcą radykalnie zastąpić tradycję (i zwalczają przy tym konserwatyzm) same są (stają się) bardzo mało elastyczne, wręcz apodyktyczne. Z tego choćby względu nie jestem zwolennikiem rewolucji.

Swego rodzaju ideologią jest również totalny permisywizm, który bardzo skutecznie rozwadnia całe społeczeństwo, godząc przy tym w jego podstawy.

*

Mam jednak wielkie opory, jeśli ktoś mnie zmusza do jednoznacznego określenia się: jesteś wierzący, czy niewierzący, religijny czy agnostyk, tradycjonalista czy postępowiec, konserwatysta, czy liberał… etc.
Mam opory, bo według mnie wiąże się to z przyklejeniem etykietki, która na swój sposób człowieka pęta i ogranicza. To dlatego nigdy nie zapisałem się do żadnej partii, ani nawet stowarzyszenia, które głosi takie a nie inne zasady, postulaty. To dlatego nie uważam się ani za demokratę, ani za republikanina – podobnie nie czuję się związany z żadną z tych partii, choć mam oczywiście swoje sympatie i widzę większą zbieżność moich poglądów z niektórymi ruchami politycznymi.
Innymi słowy: to kim jestem, wykracza jednak poza jednoznaczne określenia, przypisujące ludzi do takiej czy innej opcji społecznej czy politycznej.
Dzięki temu czuję się mniej skrępowany i mogę myśleć samodzielnie – to mi daje pewną wolność, poczucie niezależności. Dzięki temu nie muszę też świecić oczami, kiedy moje (ewentualne) stronnictwo się kompromituje.

*

Jesteśmy tylko jednym z niezliczonych elementów Wszechświata, ale takim, jaki wydaje się zawierać (i kreować?) w sobie cały – osobny i niepowtarzalny – świat.
Czy ten świat ginie wraz ze śmiercią człowieka? Oto jest pytanie.
(Jeśli nie ginie, to człowiek jest nieśmiertelny – tym sensie, że jego ziemska” śmierć” nie jest jego końcem, ale pewną transformacją – bo na pewno po śmierci człowiek przestaje być człowiekiem.)

*

Czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to chcemy (nie chcieć)?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to naprawdę MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?

Ostatecznie, wychodząc poza te zawiłości, można skonstatować: ponownie dotykamy tutaj problemu wolnej woli i determinizmu.

Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym? Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?

*

Jakie jest nasze prawdziwe oblicze? Chyba jednak ukryte jest pod maską – za zasłonami i kotarami, które tkamy i rozwieszamy.
Tyle, że zdarcie ich, odkrycie, nie gwarantuje tego, że odsłoni się od razu prawdziwe oblicze – bo np. pod jedną maską może być następna, pod jedną zasłoną – druga… itd. Wtedy wydaje się, że człowiek składa się z samych masek – i sam już nie wie kim jest naprawdę.
Wobec tego może nawet sądzić, że owe maski składają się na jego prawdziwe oblicze – bo innego nie zna.

*

Usiłowanie uchwycenia istoty naszego Ja, przypomina łapanie wiatru. Choć wierzę, że istnieje w nas jakieś (twarde?) jądro, które jest niezmienne – i że właśnie ono stanowi o naszej tożsamości – czyli o tym, że ja to ja, a nie kto inny.

To prawda, większość z nas prowadzi – samymi z sobą – dialog nieustanny.
Który głos bierze górę (i dlaczego?) – to jest chyba Tajemnica niezgłębiona (naszego charakteru i osobowości), która ma zapewne związek z tym naszym własnym jądrem tożsamości, stanowiącym nasze prawdziwe Ja.

*

Między zawsze i wszystko a nigdy i nic rozpięte jest nasze życie.
Śmierć to rozstrzygnie: będzie zawsze i wszystko, czy nigdy i nic?

*

Jeszcze przed Frommem było wiadomo, że człowiek ucieka od wolności. To po pierwsze. Po drugie: wolność absolutna nie istnieje – każdy człowieka pozostaje zniewolony na różne sposoby, choć wydaje się, że jest wolny.
W sumie wynika z tego paradoks: ucieczka od wolności, której się nie posiada.
Czy więc – zważywszy na powyższe – człowiek nie zamienia jednego zniewolenia na drugie?

*

Wydaje się nam, że uzyskaliśmy wolność, a w rzeczywistości poddajemy się innym rodzajom zniewolenia.

*

„Przyzwoitość” to obecnie bardzo wstydliwe określenie – częściej bywa tak, że ludzie bardziej wstydzą się przyzwoitości, niż nikczemności. Innymi słowy: wolą jak postrzega się ich jako sukinsynów, niż jako dobrego człowieka. (Może dlatego, że większość z ludzi odczuwa większy respekt przed złem, niż przed dobrem?)

*

Archetypy są naszą próbą – niekiedy desperacką – ponownego zjednoczenia się ze światem, także z innymi ludźmi. Są tęsknotą za powrotem do Oceanu – do Jedni Wszechświata (to czuli doskonale – a może też i rozumieli? – ludzie, mistycy Wschodu).
Dzięki archetypom łagodzimy naszą niepewność.
Za pomocą archetypów chcemy pokonać samotność (także w tym szerszym wymiarze egzystencjalnym) – wyciszyć lęk związany z zagubieniem w świecie.
Chcemy, by archetypy służyły naszemu poznaniu. Ale czy są one naszą wiedzą?
I czy w ogóle mogą być naszą wiedzą?

*

Osoba niewierząca nie doświadcza uczuć religijnych i metafizycznych. Jeśli tego doświadcza, to w tym samym momencie staje się religijna. Przy czym religijność rozumiem tu jako zdolność do przeżywania uczuć metafizycznych, a nie identyfikowanie się z religijnością doktrynalną, czy przynależność do określonej religii, kościoła.

Siłą rzeczy ktoś, kto uważa się za ateistę, musi być jednocześnie materialistą, który nie jest w stanie doznawać uczuć metafizycznych.
Ateizm wyklucza religijność, materializm – metafizykę.

*

Wydaje mi się, że im wyższy – jak ktoś to nazwał – „współczynnik unikania niepewności” (w człowieku, społeczeństwie), tym większa kryje się za tym niepewność.
Paradoksalnie, w kulturach o niskim współczynniku unikania niepewności, wie się więcej – mimo, że łatwiej jest się tam przyznać do tego, że się nie wie.
Z tego można wyciągnąć wniosek, że im większą wiedzę posiadamy, tym bardziej odważnie możemy się przyznać do naszej niewiedzy.

*

„Przekonywanie nawiedzonych nie może być skuteczne” – usłyszałem niedawno w jednej z dyskusji.
To prawda. Podobnie:
– przekonywanie przekonanych nie może być skuteczne
– przekonywanie myślących schematami, według określonej ideologii (po linii partyjnej, układu, grupy interesów.. etc.) nie może być skuteczne
– przekonywanie głuchych i ślepych na wszelkie argumenty, (którzy albo udają, że ich nie widzą; albo ich widzieć nie chcą; albo widzą, tylko je ignorują…) nie może być skuteczne…

To właśnie dlatego nasze dyskusje przypominają czasem bicie piany, rzucanie grochem o ścianę, okopywanie się na swoich pozycjach, wołanie na puszczy, obronę własnego zdania jak niepodległości… i niemal nigdy niczego nie rozstrzygają.
Dlaczego? Może dlatego, że tutaj – podobnie jak z tym łapaniem zajączka – nie chodzi o przekonanie, tylko o samo przekonywanie – mówię (piszę) więc jestem (bo wydaje mi się, że mówienie i pisanie wynika z mojego myślenia)?

Ostatecznie wszystko rozbija się o siłę naszych szańców, czyli zależy od mocy i realnej skuteczności struktury, w którą jesteśmy – chcąc nie chcąc – wpisani i której jesteśmy cząstką. Nie mają przy tym w zasadzie większego znaczenia fakty, prawda, sprawiedliwość…
Nasz świat jest ścieraniem się idei – a idee wcale nie opierają się na faktach, tylko są tych faktów przedstawieniem i interpretacją. A interpretujemy zwykle tak, jak chcemy (lub musimy). Z kolei przedstawiamy sobie tylko tak, jak możemy (a to wskutek naszych ograniczeń).

*

Nasza psychika (funkcjonowanie mózgu) nie nadąża ewolucyjnie za zmianami cywilizacyjnymi człowieka (choćby za tym, że żyje on w coraz bardziej sztucznym środowisku). Stąd wysyp wszelkiego rodzaju fobii, które są niczym innym jak próbą samoobrony organizmu przed tymi gwałtownymi zmianami – także skutkiem naszej dezorientacji w otaczającym nas, coraz bardziej skomplikowanym świecie.

*

Możliwe, że istnieje jakaś konkretna przyczyna tego, iż tylko w niewielkim stopniu wykorzystujemy możliwości swojego mózgu.

Może taka, że pozwala nam to na utrzymanie się na powierzchni – fizyczne przetrwanie naszego organizmu?
Ale co z „obsłużeniem” tego, co wynosi nas ponad świat zwierzęcy (kultura, „człowieczeństwo”, sztuka)? To ostatnie zmusza nas (zachęca?) do sięgania głębiej – poza próg naszej świadomości.
Nadmiar bodźców, wrażeń, informacji mógłby nas po prostu zabić.

Mózg jest niesamowitym urządzeniem. Ciekaw jestem, czy kiedyś w jakiś sposób zdołamy wykorzystać jego pełne możliwości (jednakże, wydaje się, że jeśli tak się stanie, to możliwe będzie to tylko dzięki technice). „Drzwi percepcji” mogą się wówczas otworzyć na oścież. Kto wie? Może dotkniemy wtedy nieskończoności, może nawet wieczności (nieśmiertelności?) Może oślepniemy? Albo wręcz przeciwnie: doznamy ultymatywnego olśnienia?

*

Kontestację własnej kontestacji też już mam za sobą. Teraz to jest… może nie tyle obojętność, co… nie wiem jak to nazwać… wyrozumiałość? Także zaprawiona pewną łagodnością. Myślę, że po czasie potrafię spojrzeć na to wszystko (młodzieńczy bunt, kult poety przeklętego) bardziej spokojnie i chyba jednak szerzej – z różnych perspektyw i umieszczając to w innych kontekstach. Może na tym polega jakaś większa… hm… przepraszam za to słowo – dojrzałość?

*

Ot, co znaczy sugestia i fama geniusza: ludzie widzą w nim to, co chcą widzieć i zachwycają się tym (czasem nawet szczerze), czym chcą się zachwycić. To, jaki w rzeczywistości jest obiekt kultu i zachwytu, jest sprawą drugorzędną.

*

Życie w dużej mierze polega na zachowywaniu pozorów. Kto tego nie robi często staje się trędowaty, albo… czczony i święty – tyle, ze najczęściej na zasadzie pomyleńca bożego, wariata…

*

Tak naprawdę obchodzimy tylko tych ludzi, którzy są z nami rzeczywiście – rodzina, bliscy, przyjaciele – ci, którzy nam dobrze życzą, są gotowi do pomocy, współczują… Cała reszta – zwłaszcza ta wirtualna – to powierzchowność, często poza, gra pozorów, tymczasowość i dorywczość.
Wydaje mi się, że to właśnie uwaga jaką poświęcamy drugiej osobie, jest warunkiem koniecznym zarówno miłości, jak i prawdziwej przyjaźni.
Ale uwaga – a raczej życie uważne – jest także niezbędne do tego, żeby pełnie, rozumnie i dogłębnie odbierać świat w jakim żyjemy. (To brzmi trochę po kaznodziejsku, ale czy można temu zaprzeczyć?)
Jednak czy taka uważność jest powszechna? Wątpię. Większość z nas żyje nieuważnie, pośpiesznie, powierzchownie… mamiąc się złudzeniami, zadowalając się namiastkami, otumaniając (uśmierzając) używkami, rozrywając zabawkami, wypełniając pustkę rzeczami, gadżetami, głupotkami i bzdetami… przytłoczona rutyną, bylejakością, prowizorką, nudą i szarością życia, wreszcie: swoimi dolegliwościami i wszelkiego rodzaju troskami.

*

To brzmi jak oklepany frazes, ale rzeczywiście to Miłość jest w życiu najważniejsza (i różne jej przejawy, jak np. przyjaźń, pasja czynienia czegoś dobrego i wartościowego, poświęcenie dla drugiego człowieka… etc.) Wszystko inne – majętność, rozkosze cielesne, dogadzanie sobie, konsumpcja, hedonizm, otaczanie się rzeczami, pogoń za władzą i bogactwem – prędzej czy później objawi swoją pustkę i daremność, marność, pogoń za chimerą… Tylko Miłość (i związana z tym wiara w coś, co jest transcendentne, wyższe ponad nagi byt nasz zwierzęcy) – nawet jeśli jest iluzją – dostarczyć może człowiekowi poczucie sensu i spełnienia.
Piszę to z pełną świadomością tego, że może to zostać wzięte za patos, może nawet banał. Ale są w życiu człowieka takie momenty (ja chyba jestem właśnie w takim), kiedy to objawia się jako prawda bezdyskusyjna, wręcz absolutna – wyczuta i przeżywana całą naszą istotą, jestestwem.

*

„Głos wołającego na pustyni” (we wcześniejszych przekładach Biblii było „puszczy”) to oczywiście metafora.
Można wołać będąc wśród tłumów i nikt nie zwróci na to uwagi, bo każdy woła swoje. Puszczą (pustynią) może być nawet tysięczne audytorium, które nie zwraca na ciebie – i na to co mówisz (wołasz) – żadnej uwagi. To jest ta ludzka samotność w tłumie – wśród ludzkiej rzeszy, której jesteś zupełnie obojętny – i która jest obojętna na to, co chcesz przekazać (czasem nawet wykrzyczeć) światu.

*

Pustynia, mimo wszystko, kojarzy mi się z przejmującą ciszą.
Innymi słowy: ona dla mnie brzmi ciszą.
To także skwar, który pochłania wszystko i powoduje, że obraz pustyni drży i faluje – jakby gotów był do odpłynięcia gdzieś w inne wymiary przestrzeni i czasu. A przez to rzeczywistość, która cię otacza, zaczyna wydawać się mirażem.

*

Wierzący – niewierzący. To nie ma nic do rzeczy. (Cóż to w ogóle znaczy „wierzący” albo „niewierzący”? Wierzący, niewierzący – w co?). Ważne jest to, czy jesteś człowiekiem wrażliwym czy nie, to jaki jest Twój stosunek do innych ludzi, czy jesteś ciekawy świata i otwarty, niezasklepiony w swoich „jedynie słusznych” i „prawdziwych” przekonaniach…

*

Często wpatrując się w horyzont, oczekując na jakieś objawienie (czegoś dalekiego a nieokreślonego), umyka nam to, co jest blisko nas i dostępne, na wyciągnięcie ręki, a my jesteśmy na to ślepi, lub tego nie cenimy (nie znamy wartości).

*

Rzeczywistość – czyli to, jak się rzeczy jawią – jest przez każdego z nas postrzegana inaczej. Wyobraźnia pomaga nam w uchwyceniu tego obrazu, ale jest też źródłem naszych iluzji.

*

Wydaje mi się, że ateiści i wierzący przebywają na dwóch różnych poziomach i dlatego trudno jest się im porozumieć. Nie mogą przyznać sobie nawzajem racji, bo wtedy zarówno ich ateizm, jak i wiara w Boga stałyby się zakwestionowane przez nich samych.

To prawda, że w dzisiejszych czasach znacznie więcej ludzi traci wiarę, niż się nawraca. Ale to również dlatego, że utrata wiary jest czymś biernym (choć niektórzy ludzie przeżywają to tak, jakby ich niebo stawało w płomieniach), natomiast nawrócenie wymaga znacznego wysiłku, może nawet czegoś w rodzaju wewnętrznej rewolucji.

*

Nie wiem, czy słowo umiera. Ale na pewno umrze wraz z człowiekiem (chodzi mi oczywiście o gatunek, a nie o jednostkę – bo akurat po śmierci niektórych pisarzy ich słowo „żyje” nadal).
Z tym, że jednak pozostanie (na Ziemi) inny sposób porozumiewania się – ot, choćby między szczurami, czy nawet owadami.

To prawda, słowa ożywają tylko w naszej głowie. Jeśli nie trafią tam na podatny grunt, to nawet nie zakiełkują. Lecz, niestety, sporo jest jednak umysłów jałowych (leniwych) – i właśnie przez to słowa pozostają martwe.
Może właśnie dlatego nasza kultura staje się kulturą obrazu? Zrozumienie słowa wymaga bowiem pewnej aktywnej inter-reakcji (myślenia), obrazy zaś przyjmujemy biernie – one jak gdyby zwalniają nas od myślenia, nie wymagając już takiej uwagi. Obrazem więc można obecnie jeszcze bardziej (skuteczniej) indoktrynować ludzi (manipulować nimi), niż słowem. Propaganda też nam się „zobrazkowała”.

*

Będąc blisko drugiego człowieka, zwykle wyczuwamy, czy jego słowa płyną z serca – a tym samym: czy są szczere.
Czasem jednak słowa są zbędne. Wtedy wystarczy gest, czyjaś dłoń, spojrzenie, dotyk – poczucie czyjejś bliskości.
Ta mowa nie tylko ciała ale i duszy.

*

Być może, że przebaczając komuś „niewybaczalną” zbrodnię, oprócz tego, że rezygnujemy z zemsty, (która zwykle mnoży Zło tego świata) to pozbawiamy się nienawiści, która jest przecież Złem, jakie zżera nienawidzącego (bo skrzywdzonego niewyobrażalnie) człowieka. Czyli – zarówno w jednym, jak i drugim przypadku – Dobro powstaje już przez rezygnację ze Zła, ale też z niezgody na jego powielenie.
Ale to są jakieś aksjologiczne, filozoficzne dywagacje, którymi można się bawić patrząc na pewną sytuację – i ludzi w nią uwikłanych – z zewnątrz. Bo ci, którzy wybaczają, w takie kombinacje etyczne się nie wdają, tylko dokonują wyboru, zazwyczaj zgodnie z własnym sumieniem oraz charakterem – intuicyjnie kierując się czymś w rodzaju przyzwoitości, którą odnajdują w sobie.
Nie jestem jednak pewien, czy to jest ich wybór – czy ich decyzja nie jest zdeterminowana czymś, co jest silniejsze od nich samych – przez coś, na co oni nie mają wpływu. Jeśli tak, to balans Zła i Dobra na świecie jest czymś niezależnym od ludzi, od ich wolnej woli. A to jest konstatacja raczej pesymistyczna, bo wskazuje na to, że nie jesteśmy w stanie nie tylko wyeliminować Zła, ale nawet zmniejszyć jego ilości w świecie, nie wspominając o tym, że jest także – paradoksalnie – achrześcijańska.

*

Nie do końca jestem przekonany o tym, że dysponujemy wolną wolą. Ale wiem, że jeśli nią nie dysponujemy, to nasze człowieczeństwo nie ma sensu, bo zrównujemy się wtedy z materią zdeterminowaną ściśle określonymi prawami, od których nie ma odstępstwa nawet na jotę. Wtedy nie jesteśmy niczym wyjątkowym we Wszechświecie i nie różnimy się właściwie niczym od zwykłej skały czy nawet powietrza.
Trudno żyć z taką absurdalną świadomością. Ale nie tylko dlatego skłaniam się do uznania, że człowiek posiada jednak wolną wolę. Mało tego: sam tworzy nowe jakości w materialnym skądinąd świecie. Redukcja do materii nie wytrzymuje jednak konfrontacji z tym, co w świecie nazwać można duchowością, która jest wobec materii czymś nadrzędnym.

*

Reakcja otoczenia ma ogromne znaczenie dla człowieka chorego na nowotwór. Chodzi o przezwyciężenie… strachu przed taką osobą, który często maskujemy za ostentacyjnymi gestami poparcia dla niej, przy jednoczesnej chęci ucieczki od tego, żeby nie być blisko cierpienia z obawy… nie wiem… przed tym, żeby się tym cierpieniem nie zarazić? Żeby nie psuło nam dobrego humoru, optymizmu – żeby nie przypominało, że i my możemy się znaleźć w takiej samej sytuacji?
Jest też sprawa stygmatyzacji człowieka chorego na raka – bo on sam staje się często w oczach innych takim chodzącym rakiem.

Wygląda na to, że mamy kłopoty ze zrozumieniem tego, że nawet jeśli kogoś dotknęła ta choroba, to jest on w stanie prowadzić normalne życie – że może się on nawet czuć człowiekiem szczęśliwym.

*

Stwierdzenie tego, że myślimy, iż śmierć dotyczy innych, ale nie nas samych, odnosi się zwłaszcza do ludzi młodych. Bo przecież to inni umierają, a nie my.

*

Odróżniałbym wiedzę o tym, że musimy umrzeć, od świadomości tego, tzn. od głębokiego uświadomienia sobie własnej śmiertelności, którego zwykle doświadczamy, kiedy sami umieramy, lub umiera ktoś, kogo kochamy. W przeciwnym razie śmierć wydaje się pewną abstrakcją, choć przecież wiemy, że jest faktem – że jeśli ktoś się urodził to musi też umrzeć.

Życie, dopóki trwa, jest w pewnym sensie „impregnowane” na śmierć.

*

Miłość istnieje. Bez względu na istnienie czy nieistnienie Boga.

*

Seks jest doznaniem rzeczywistym, ale już erotyzm takim być nie musi, bo choć jest odczuwalny, to może być czymś ezoterycznym, „wyobrażonym” – związanym nie tylko z naszymi zmysłami, ale i z myślą.

*

Siłą rzeczy mój związek z malarstwem jest inny, niż związek z literaturą, a ten z kolei inny, niż związek z filozofią. Nie wiem czy jest sens porównywać te relacje na “siłę”, bo każda z nich ma inną naturę – tak, jak inną naturę mają malarstwo, literatura, filozofia…
Malarstwo, siłą rzeczy jest bardziej sensualne (więc inaczej oddziałuje na naszą wrażliwość) – literatura pobudza wyobraźnię (zanurza nas w świecie języka), filozofia zaś bardziej intelekt (zmuszając do myślenia analitycznego). Zresztą, w różnych okresach życia, moje zainteresowanie na tych polach miało inną – że tak powiem – intensyfikację. A jeśli już tego miałem dość, to uciekałem nad morze lub w góry, czasem nawet na pustynię.

*

Odnoszę wrażenie, że wartość artystyczna, (którą rzeczywiście trudno „wymierzyć”, bo granice „artyzmu” nie mogą być jednak wyraźnie oznaczone) nie jest czymś arbitralnym (tzn. nikt z całą pewnością nie może jej ustalić). Ale można ją (przynajmniej starać się) określić za pomocą zarówno naszej wiedzy, jak i intuicji czy wrażliwości. (Tak więc nasz „gust” też musi mieć w tym swój udział.)
Ale przede wszystkim: wartość artystyczna nie może być czymś do końca arbitralnym, bo jest osadzona w ludzkiej kulturze – to zakłada jej pewien obiektywizm (pewne wartości kulturowe musimy uznać za „niezbywalne”, bo w przeciwnym razie będziemy dokonywać negacji tej kultury).

To, że można coś zbudować po zniszczeniu fundamentów naszej kultury i cywilizacji (nulifikując niejako wszystkie jej wartości) jest mrzonką. W tym sensie tradycja (wliczając w to klasyczne kanony) jest dla nas ważna – bo zapewnia ciągłość kulturową, bez której nastąpiłby chaos, który moim zdaniem jest antytezą sztuki. Oczywiście nie zaprzecza to istnieniu ewolucji tej sztuki – a nawet radykalnych „przeskoków” estetycznych i ideowych (jakimi były np. impresjonizm, czy wszelkie „izmy” modernistyczne). Warto przy tym zauważyć, że np. Van Gogh, (którego dość powszechnie uznaje się za prekursora malarstwa modernistycznego), jak i Picasso, (który przez wielu uznany został za największego artystę XX wieku) – czyli, jak by się wydawało, wielcy rebelianci sztuki – wyrażali szacunek dla mistrzów z przeszłości, (którzy notabene wypowiadali się za pomocą zupełnie innej estetyki i stosowali inny kanon artystyczny, niż oni sami).
Dla mnie dezynwoltura współczesnych „artystów”, którzy odrzucają cały dotychczasowy dorobek w sztuce, jest nie do przyjęcia.

*

Skoro dosłowność w poezji nie działa na jej korzyść, to czy warto artykułować niektóre myśli wprost i bez ogródek? Być może z tego bierze się lawirowanie poetów: niby to chcą pisać w swoich wierszach prawdę i tylko prawdę, ale tak, żeby się przy tym zbytnio nie „odsłaniać”.
Dla mnie to jest pewien rodzaj asekuracji. Choć rzeczywiście często wymusza to na nich nie tyle obawa przez ekshibicjonizmem, co sama forma, styl i konwencja. Poza tym, mówienie o czymś wprost, może się czasami niebezpiecznie ocierać o prostactwo czy wulgaryzm.

*

Musimy się liczyć z tabu, jakim jest wypierana przez nas świadomość przynależności do świata zwierzęcego – naszego uwikłania w biologizm i fizjologię…
Niby każdy inteligentny człowiek to wszystko wie, ale jednak wiedzę tę (świadomość) niejako separuje od tego, co uznaje za własne człowieczeństwo, umieszczając owe aspekty animalne np. w czystej domenie nauk biologicznych czy medycyny. A przecież mają ona na nas wpływ codziennie, mieszają się z naszym człowieczeństwem dosłownie w każdej chwili – więc jednak nie dają się tak łatwo od siebie oddzielić i podobne myśli mimo wszystko powracają do nas co rusz – czy tego chcemy, czy nie chcemy).

*

Naturalnie, że pisząc do szuflady trafiamy w pustkę – czyli do „nikąd”. Dopiero wtedy, gdy coś, co stworzymy (napiszemy, sfotografujemy, skomponujemy… etc.) znajdzie oddźwięk w drugim człowieku, to zaczyna to żyć, czyli tak naprawdę – istnieć. Tak, jak stwierdził kiedyś Berkeley: Esse est percipi (istnieć, to znaczy być postrzeganym). Odnosi się to zresztą nie tylko do tego, co tworzymy, ale i do nas samych (stąd zatrzęsienie wszelkich blogów, stron fejsbukowych i innych sposobów autoprezentacji.

*

Ludzie oczekują powtarzalności (w kulturze, sztuce), bo głaszcze im to utarte kanały percepcji. Tak naprawdę jest to ucieczka przed refleksją i głębszą myślą – jedna z cech masowej konsumpcji.
Cóż, jako gatunek, jesteśmy pochłaniaczami i przeżuwaczami trawiącymi w kółko tę samą karmę.
A jak to wpływa na nasze myślenie?

*

,,Człowiek urodził się buntownikiem, a czy buntownik może być szczęśliwy? ”
(Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow)

Nie, buntownik nie może być szczęśliwy.
Być może głównym powodem tego, że jest buntownikiem jest to, że jest nieszczęśliwy.

Zrewidowałbym jednak to stwierdzenie Dostojewskiego, bo według mnie nie każdy człowiek rodzi się buntownikiem. Wręcz przeciwnie: zdecydowana większość ludzi rodzi się konformistami.

*

Ktoś mówi: „To, co dobre, wiemy bez kultury, religii i nauki, a ‘zdobycze’ kulturalne, religijne I naukowe często tylko ograniczają nas.”
Trudno mi się z tym zgodzić. Bo jeśli tego, co dobre (i złe) nie wiemy od kultury, religii i nauki, to skąd mamy to wiedzieć? Nawet jeśli my sami decydujemy o tym, co dobre a co złe, to zawsze to będzie się odbywało w odniesieniu do kultury (wliczając w to naukę i religię).

Trudno sobie wyobrazić istnienie jakiejkolwiek kultury bez kodeksu etycznego (podobnie jest z religią). Człowiek nie może funkcjonować w społeczności bez moralności. Innymi słowy: bez zasad, norm moralnych i obyczajowych niemożliwe byłoby powstanie żadnego społeczeństwa.

Nawet jeśli nie kierujemy się systemem etycznym danej religii (czy społeczności), to jednak sami musimy stworzyć swój własny system etyczny – sami musimy niejako „wyczuwać” co jest złe, a co jest dobre – i wedle tego „osobistego”, wewnętrznego systemu starać się postępować, być mu niejako wiernym (sumienie).

Tak czy owak, gdybyśmy nie rozróżniali zła od dobra, żylibyśmy jak zwierzęta.

W każdą kulturę, którą tworzy człowiek wpisana jest moralność. Śmieszą mnie próby udowadniania przez niektórych „wyzwolonych”, że są oni wolni od jakichkolwiek moralnych zobowiązań – także tych narzuconych im przez społeczeństwo, a nawet przez religię (mimo, że uważają siebie za ludzi nie związanych z żadną religią).

*

To prawda, że człowiek określa moralność. Słuszne jest też stwierdzenie, że „moralność określa człowieka”, ale w sensie odniesienia do tego, co kwalifikuje człowieka jako człowieka, a nie stopnia jego człowieczeństwa. Bo w takim przypadku człowiek niemoralny przestałby być człowiekiem.

Naturalnie, człowiek nie przestaje być człowiekiem nawet wtedy, kiedy jest amoralny – ba, nawet wtedy, kiedy jest zbrodniarzem. Ale czasem mówi się o „człowieczeństwie” jako pewnym wzorcu, może nie tyle idealnym, ale wyznaczającym pewne standardy przyzwoitego, dobrego – właśnie „ludzkiego” – zachowania, pewnej solidarności z innymi ludźmi, nie krzywdzenia innych, poszanowania drugiego człowieka a nie pogardzania nim, także okazywania miłosierdzia czy empatii… Większość z nas jednak wie jakiego człowieka można nazwać dobrym człowiekiem. Wynika to z pewnego uniwersalizmu norm moralnych, jakie mimo wszystko ludzie ze sobą dzielą.

*

Oto słyszę, że bycie piękną kobietą to „w jakimś sensie przekleństwo”.
Wprawdzie uroda kobiety mimo wszystko jest (powinna być) jej atrybutem drugorzędnym, to jednak częściej tzw. „brzydota” bywa dla kobiety przekleństwem, niż uroda.
Zresztą – czy to ze względu na nasze poczucie taktu, czy to ze względów „poprawnościowych” – unikamy mówienia o „brzydocie” pewnych kobiet. Przejawia się to np. w powiedzeniach typu: „nie ma brzydkich kobiet, są tylko zaniedbane”, ale i tak wszyscy wiedzą, że to eufemizm.
Koniec końców, mówienie o kobiecej urodzie ma w sobie komponent albo erotyczny, albo estetyczny (zwykle się one ze sobą łączą, przy czym, jak mi się wydaje, może istnieć komponent estetyczny bez erotycznego, ale już odwrotnie chyba być nie może). A przecież jest ona przede wszystkim człowiekiem. Zaś istota człowieczeństwa nie opiera się ani na erotyce, ani na estetyce.

To prawda, że wszystkie kobiety są piękne i wyjątkowe na swój sposób. Ja również widzę piękno nawet w tych starych kobietach, których twarze poryte są zmarszczkami. Kiedyś moja znajoma – komentując moje zdjęcia ludzi Peru – zwróciła uwagę m.in. na peruwiańską staruszkę w niebieskim, spiętym agrafką, znoszonym swetrze i na kwiatek, którym przyozdobiony był jej kapelusz. Zacytuję tutaj jej słowa: „Od zawsze fascynowała mnie ludzka twarz i dłonie. Na ich podstawie i na podstawie analizy obuwia można dużo o człowieku powiedzieć. Troszkę nijak ma się moja wiedza do ludzi kraju środka i innych egzotycznych kultur. Tu, w budowie psycho-portretu obuwie jest już nieistotne, a kanony piękna, poczucia estetyki zawodzą. Wszystko jest odmienne. Odnosząc się do europejskich kanonów piękna, kobieta z owieczką wydaje się być brzydka. Tylko spódnica przeważyła pogląd co do jej płci, bo miałam poważne wątpliwości. Ale czy może być brzydkim ktoś, do kogo tak ufnie lgnie zwierzę? Jakim niezwykłym musi być człowiekiem. A stara kobieta z kwiatkiem w kapeluszu. Czy można być brzydkim tylko dlatego, że jest się starym? I pytanie: czy jest starym ktoś, kto ma jeszcze potrzebę i fantazję upięcia kwiatu do kapelusza?”

*

Czy w obrębie pop-kultury mogą powstawać dzieła sztuki?
Moim zdaniem tak.
Czy pop-kultura może być czymś pomocnym w diagnozowaniu pewnych głębszych zjawisk społecznych i politycznych?
Jak najbardziej.

Ale tak, jak masowość, powierzchowność, miałkość, bezrefleksyjność, stadność, tandeciarstwo, płycizna, niewyrafinowanie, plebejskość pop-kultury tworzy aurę (środowisko, topos), które raczej nie sprzyjają (nie inspirują, nie dopingują) do tworzenia prawdziwych (wybitnych) dzieł sztuki, tak te same cechy i właściwości pop-kultury nie tworzą zbyt solidnej podstawy dla badań nad rzeczywistym status quo politycznym czy społecznym danego kraju, regionu czy świata.
Co chcę przez to powiedzieć?
Otóż to, że pop-kultura jest w sumie czymś mało „poważnym” (a już na pewno niewystarczającym) do ogarnięcia, zrozumienia i opisania prawdziwych problemów współczesnego świata.

*

Niestety, zbyt często subiektywizmem zasłaniamy tylko nasz egoizm (bo łatwiej jest nam przyznać się do tego pierwszego, niż drugiego).

*

Jest jednak pożytek z autorytetów, czyli z ludzi, którzy wiedzą, co mówią, mają rozległą wiedzę w jakiejś dziedzinie, nie obca jest im głębsza refleksja, zamiłowanie, pasja… Moim zdaniem można się od nich wiele nauczyć, korzystając z ich wiedzy i doświadczenia. Ale to takie dzisiaj niemodne: kto by się tam przejmował takimi nudziarzami, komu by się chciało ich słuchać? Przecież ja wiem wszystko lepiej – i wiem co mi się podoba.
Co oczywiście nie znaczy, że do wszystkich autorytetów należy podchodzić bałwochwalczo i bezkrytycznie. Wręcz przeciwnie: bardzo sobie cenię kontestację, polemikę, kontrę… ale trzeba wiedzieć, co się kontestuje, co krytykuje, czemu się sprzeciwia… Trzeba to umotywować, uzasadnić – i ewentualnie przedstawić swoją alternatywę.
Bez kwestionowania autorytetów i sprzeciwu wobec obowiązujących kanonów, nie byłoby żadnego progresu, stalibyśmy w miejscu. Ale jeśli burzy się jedno, wypada zbudować coś, co byłoby nie mniej wartościowe od tego, co uznawano za wartościowe dotychczas. Poza tym: wcale nie musi się niczego burzyć – to co nowe, może koegzystować obok, równolegle, mimo…

Usłyszałem niedawno, że „zamiast aktywnych i świadomych partycypantów kultury mamy tabuny ludzi święcie przekonanych, że sztuka jest bzdurą, oficjalną wydmuszką”.
Ale dlaczego mają takie przekonanie? Czy aby nie dlatego, że zwykle nie chciało im się dowiedzieć czym sztuka jest, nie chciało im się poznać historii sztuki, zgłębić temat… wreszcie posłuchać ludzi, którzy mają dużo mądrego na ten temat do powiedzenia? Lecz to wszystko wymaga jednak wysiłku… a i pewnych predyspozycji także. Więc komu by się chciało to robić, skoro można pójść po najmniejszej linii oporu?

Jednakże, to co teraz piszę nie oznacza, że przed Ave Maria padam plackiem, że wpadam w ekstazę słysząc Sibeliusa, że za szalone mądrości uważam wszystko to, co pisał taki np. Hegel… etc. Nie, pewne rzeczy mnie nie ruszają, nie podobają mi się, uważam je nawet za bzdurę… ale wcześniej staram się im bliżej przyjrzeć, poznać… Dopiero z czasem znajduję to, co rzeczywiście autentycznie do mnie trafia i porusza – co dla mnie (subiektywnie, oczywiście) ma wartość. Jednakże nie pogardzam tym, co jest mi obojętne, uznaję pewną obiektywną wartość tego. I zdaję sobie sprawę, że ktoś inny może mieć zupełnie inne zapatrywanie.

*

Autorytet nie jest tym samym, co tzw. gatekeeper, który bardziej kojarzy mi się z pewnego rodzaju cenzorem – z kimś kto interesownie – mając głównie na uwadze własną korzyść (czy też korzyść „klubu”, dla którego pracuje) – wygłasza autorytatywnie sądy i opinie, przesiewając wybiórczo pewne rzeczy – manipulując ludźmi. W pewnym sensie to taki wykidajło, tyle że stojący przed drzwiami galerii, czy muzeum.
Dla mnie autorytetem jest człowiek, który posiada rozległą wiedzę w danej dziedzinie, (malarstwo, muzyka, literatura, historia sztuki, architektura… etc.), który poświęcił jej sporo czasu i przemyśleń, który daną dziedzinę „czuje”… i zajmuje się nią niejako bezinteresownie (czyli nie ma żadnej korzyści materialnej z tego, że omawia takie, a nie inne dzieła sztuki, preferuje to, a nie co innego, chwali to, a nie tamto…)
Gatekeeperzy są też czymś w rodzaju współczesnych „naganiaczy”, którzy świadomie i bardzo wybiórczo eksponują to, co przynosi im właśnie korzyść. Wiele takich typów (krytyków, marszandów, organizatorów wystaw, dyrektorów muzeów i galerii… etc.) jest zwłaszcza w sztuce współczesnej, gdzie w sposób sztuczny i wyrachowany kreują nowe trendy i mody, lansują swoich znajomych, albo po prostu to, co zupełnie subiektywnie i stronniczo, uznają za dobre i wartościowe (spodziewając się dzięki temu pewnych zysków i korzyści), ignorując przy tym całą resztę.
Autorytet natomiast jest typem badacza, gromadzi wiedzę i własne doświadczenia, dzieląc się (zazwyczaj bezinteresownie) tym wszystkim z innymi. Tacy ludzie piszą np. historię sztuki – jak np. prof. Jan Białostocki ze swoją monumentalną monografią Sztuka cenniejsza niż złoto, czy prof. Maria Rzepińska ze swoimi Siedmioma wiekami malarstwa europejskiego.

Powiedzmy sobie szczerze, że sztuką – nazwijmy ją „wyższą” – interesuje się (zajmuje) w sumie mały margines społeczeństwa, którego domeną jest kultura masowa, zazwyczaj mało wybredna, odwołująca się do popularnych (by nie napisać „plebejskich” gustów). Muszę jednak zaznaczyć, że nie dystansuję się wrogo do tego rodzaju kultury (sam dość często jestem jej konsumentem) lecz staram się nie tracić z pola widzenia tego, co wyrasta ponad nią – co jest bardziej złożone, wyrafinowane, wymagające wielkiego artyzmu, kunsztowne… Tego, co idzie dalej, sięga głębiej i prowokuje do głębszej refleksji. Zaś o tym, po co akurat sięgam, często decyduje chwila, nastrój, sytuacja, potrzeba chwili…

Mimo wszystko uważam, że wyczucie (ustalenie) pewnej hierarchii w sztuce (a ogólnie: w kulturze) jest jednak pożądane. A to wymaga jednak wartościowania wytworów kultury – dzieł sztuki, artefaktów…. Przy czym swoją wartość – i pozytywny wpływ na kulturę – ma jednak ekskluzywność, a może nawet pewien elitaryzm. Nie chodzi jednak o to, by klasyfikować i segregować ludzi, ale o to, by ustalić pewien punkt odniesienia, wzór – swego rodzaju doping, by sięgać wyżej, nie zadowalać się byle czym, nie łykać wciskanego nam zewsząd kitu i badziewia.

*

Mimo wszystko, w poprzednich wiekach nie trzeba było żadnych gatekeeperów (ani nawet autorytetów), by poznać się na dobrej sztuce. Nikt nie przeczył, że Mozart jest genialnym kompozytorem, że Pieta Michała Anioła to mistrzostwo świata, że Rubens jest malarzem wybitnym, że katedra Sainte Chapelle jest bezdyskusyjnie piękna, że dzieła Goethego są wybitne… etc. Bowiem kanony i kryteria oceny sztuki były czytelne i jasne. Nie to co dzisiaj, kiedy wszystko pod tym względem się pokiełbasiło i każdy opowiada o sztuce co tylko chce – a to dlatego właśnie, że nie istnieją żadne obiektywne (w znaczeniu: obowiązujące powszechnie) kryteria.

Elitaryzm w sztuce nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Problemem mogą być natomiast “elity” samozwańcze, które tak naprawdę większych podstaw do elitaryzmu nie mają – oprócz własnych pretensji i zawyżonego mniemania o sobie. (Tutaj ponownie zahaczamy jednak o brak czytelnych kryteriów, czym powinien być elitaryzm i jakie warunki spełniać.)

*

Kiedyś nie byli tak potrzebni gatekeeperzy ponieważ “na bramce” „stała” ignorancja “pospólstwa” i klasowe podziały. Jeśli ktoś osiągnął wymagany wówczas kunszt w sztuce, to mógł być raczej pewien, że zostanie dostrzeżony i doceniony (było to ze sobą niejako sprzężone i jednoznaczne). Inna sprawa, że wielu (potencjalnych) geniuszy przepadło w “gminie”, ale to dlatego, że niczego nie zdążyli stworzyć (bo nie dano im takiej możliwości).

Określenie gatekeepera pasuje jednak idealnie do dzisiejszych czasów. Bowiem zalew artefaktów jest obecnie tak wielki – tak wielu wszelkiej maści “artystów i “twórców” chce się przepchać przez bramkę – że taki wykidajło może mieć sporo do roboty. Doskonałym przykładem współczesnego gatekeepera jest moim zdaniem Saatchi, który stał się kimś w rodzaju dyktatora – z tym, że jest to dyktat bardziej handlowy niż artystyczny, bo bardziej ma na uwadze zysk, niż samą sztukę.

*

Kultura (a raczej sztuka) – sama w sobie – nie może być martwa czy żywa. Taką, czy inną staje się dopiero w relacji z odbiorcą. Gdyż to, co kiedyś budziło wśród ludzi żywe emocje, tę potencjalną żywotność ma w sobie nawet wtedy, kiedy już nikt nie zwraca na to uwagi. I wystarczy ponowne zainteresowanie (zaangażowanie uczuć, myśli i emocji), by dzieło sztuki na powrót “ożyło”.

Oczywiście że są kultury, których nic już nie wskrzesi. Co najwyżej emocje mogą wzbudzić (i wzbudzają) dzieła sztuki, które przetrwały z przeszłych epok do naszych czasów. Podobnie umarły języki. Wyginęły całe cywilizacje.

*

Nie jestem zwolennikiem sztywnych granic między poszczególnymi rodzajami sztuk, ale nie uważam też, że dobrze się dzieje, kiedy te granice zbytnio się rozmywają – bo wskutek tego często powstaje jakaś breja.

*

To ciekawe, że w świecie ptaków to samce zdecydowanie bardziej dbają o urodę, niż samice.
Co decyduje o tym, że Natura „wybiera” w danym gatunku tę a nie inną płeć, do której należy zwabianie urodą swojego partnera? I jak to się ma w relacji do życiowej aktywności: podziału obowiązków, erotycznej inicjatywy, siły i sprawności fizycznej, dominacji w rodzinie? Zapewne wśród zoologów i biologów istnieją koncepcje i teorie, które próbują to wyjaśnić, a także odnieść do człowieka (bo przecież, siłą rzeczy, my również należymy do „królestwa” zwierząt – jeśli nie pod względem kulturowym, to na pewno biologicznym).

Czy to, że wśród ludzi bardziej podkreśla się znaczenie urody u kobiet nie łączy się z tym, że (kulturowo i tradycyjnie) zawsze była kobieta mniej agresywna (jak również bardziej bierna w erotycznej inicjacji) od mężczyzny, który zazwyczaj był wojownikiem oraz stroną bardziej aktywną, jeśli chodzi o seksualne awanse?

Jednakże, jak wszyscy wiemy, kobieta stroi się nie tylko dla mężczyzn, ale i dla innych kobiet. Również (może nawet przede wszystkim) dla siebie. Czy nie dlatego, by się dowartościować – nie tylko w oczach innych kobiet, ale i w swoich własnych? Może nie tyle „dowartościować” (to jest złe określenie), co podkreślić własną wartość.

Własna uroda może być „przekleństwem” tylko wtedy, kiedy urodę kobieta uważa za swój największy atut i najistotniejszy atrybut. Nie dotyczy to więc kobiet mądrych.

*

Im głośniej głosi się „prawdę”, tym bardziej owa „prawda” wydaje mi się wątpliwa i podejrzana. Czyli: prawdziwość „prawdy” jest odwrotnie proporcjonalna do jej emfazy.
Prawda nie potrzebuje rozgłosu – obywa się też bez reklamy.
Nawet jeśli przytłacza ją pozór, to nie jest tak, że ona przestaje istnieć.

*

Człowiek nie może się obyć bez pozorów.
Może dlatego często odnoszę wrażenie, że cała nasza kultura jest jedną wielką grą pozorów.

*

Człowiek, siłą rzeczy, wikła się w systemy, które tworzy. A każdy system pozbawia go do pewnego stopnia autonomii. Zresztą, dotyczy to nie tylko ludzi, którym dany system narzuca się „z góry”, ale i tych, którzy ten system tworzą i narzucają innym.
Tak w ogóle: życie to jednak zniewolenie jest.

Wolność jest pozorem, co jednak nie zniechęca nas do hołubienia „wolności”, (którą notabene deklarujemy jako naszą najwyższą wartość).

*

Im więcej śmierci w kulturze masowej, tym mniej refleksji o niej.
I właśnie o to chodzi społeczeństwu.

*

Każde nazwanie człowieka (obdarzenie go epitetem, wlepienie mu jakiejś etykietki) jest w pewnym sensie zamienianiem go w abstrakcję. Dotyczy to zwłaszcza człowieka „masowego”.

*

Cierpienie, którego sami doświadczamy jest paradoksalne, bo z jednej strony „skierowuje” nas niejako ku sobie (to dlatego ktoś kiedyś powiedział, że kiedy boli nas ząb, to wydaje się nam jakby cały świat składał się z bólu zęba), z drugiej zaś pogłębia egzystencjalnie – wspomaga nasze rozumienie tego świata, wzmacnia w nas empatię, prowokuje do refleksji (nie bez racji dość powszechne jest przekonanie, że cierpienie w pewnym sensie „uszlachetnia” człowieka).
Jednakże – zwłaszcza w dobie fejskbukowej powierzchowności, niechęci do głębszego i niestereotypowego myślenia, tudzież gloryfikacji młodości, zdrowia, urody i sukcesu – cierpienie stało się czymś wstydliwym, czymś co jest spychane na margines… Ktoś, kto zwraca na nie uwagę, popełnia coś w rodzaju faux pas.
Być może właśnie dlatego wydaje się nam, że cierpienia jest na świecie mniej, niż to jest w rzeczywistości.

*

Wprawdzie Hiob to przykład egzystencjalny cokolwiek ekstremalny, to jednak wydaje mi się, że jakieś elementy tego hiobowego cierpienia „udzielają się” większości ludziom. Wystarczy uświadomić sobie bardziej, jak wielu jest wśród nas ludzi, których doświadcza choroba, starość, kalectwo, samotność… a co za tym idzie – cierpienie. Dla nich Hiob staje się kimś bliskim.

*

Empatia. Nie uznaję jej za słabość. Wręcz przeciwnie. Jest ona według mnie ważnym elementem tzw. inteligencji emocjonalnej, która m.in. pozwala nam na twórcze uczestnictwo w kulturze. Człowiek jest jednak istotą społeczną i spełnia się w relacjach z innymi ludźmi.
Wiem, że bez empatii nie mógłbym też – głębiej ani pełniej – odbierać twórczości innych ludzi (kino, literatura, sztuka…), która w dużej części przedstawia ludzkie emocje i doświadczenia, jakie dzięki empatii jestem zdolny nie tylko odczuć, ale i zrozumieć.

Cierpienie to nie tylko wartość negatywna. Pełni ono – nie tylko w przyrodzie (gdzie związane jest przede wszystkim z odczuwaniem bólu) ale i w ludzkiej kulturze – ważną funkcję. Jest czymś złym jeśli niszczy człowieka – uniemożliwia mu normalne funkcjonowanie, paraliżuje, powoduje, że człowiek przestaje być osobą kreatywną, zdolną do rozwoju…
Oczywiście, istnieją także pozytywne aspekty cierpienia (choćby takie, które pewnie miał na myśli Bertrand Russell mówiąc, że „w cierpieniu jest tysiąckrotnie więcej doświadczenia niż w przyjemności”).
Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że gdybym sam nie doświadczył w swoim życiu cierpienia, to byłbym osobą w pewnym sensie ułomną.

*

Paradoksalnie, wiedza może zarówno wzmagać, jak i redukować nasze cierpienie.
To zależy od tego, jaka to jest wiedza – i jak jest przez nas przyswajana i wykorzystywana.

Niewątpliwie istnieją kulturowe źródła cierpienia. I im głębiej w kulturę wnikamy, tym większego cierpienia możemy doświadczać.

*

To, że wybierając się nawet w najdalsze zakątki świata, spotykamy tam zawsze samego siebie, jest zarówno naszym błogosławieństwem, jak i przekleństwem.
Błogosławieństwem, bo filtrując wszystko przez naszą osobowość (wrażliwość) doświadczamy świata, poznajemy go, a tym samym niejako kumulujemy go w sobie (co nas wzbogaca).
Przekleństwem, bo nie jest tak łatwo uwolnić się od własnych złych przyzwyczajeń i psychicznych złogów – od wad i obciążeń, które czasami wloką się z (za) nami, jak zły duch.
Jednakże, najczęściej podróż nas „przeczyszcza” – i „przemeblowuje” nasze wnętrze.

Koniec końców, zawsze wracamy do siebie – do tych Miłoszowych „dwóch gęsi” na brzegu rzeki w naszej wiosce. Czyli tam, gdzie są nasze korzenie i tam, gdzie budowała się nasza tożsamość (a to miało miejsce w dzieciństwie).

*

O samotność, czy też odizolowanie się – fizyczne – nie jest w dzisiejszych czasach tak trudno. Natomiast nieco trudniejsze jest zrzucenie z siebie całego tego „osadu” cywilizacyjnego (zwłaszcza jeśli się mieszka w dużym mieście), oderwanie myśli od ważnych rzeczy, które się dzieją na świecie, a które (jeśli się chce być człowiekiem świadomym, niechowającym głowy w piasek) trudno jest ignorować i lekceważyć.
I jeszcze ta pokusa, żeby się zaszyć w jakimś naturalnym zakątku, prowadzić życie prostsze, z dala od inwazyjnej cywilizacji, od wszystkich tych gadżetów nowoczesności i wymogów pracy najemnej (np. w korporacji) – a przez to bardziej autentyczne, niewymuszone, nieskażone polityką i społecznym napięciem, zgodne z własnym rytmem.

*

Wbrew pozorom, podróżowanie wcale człowieka nie uszczęśliwia. Może dlatego, że czyni go jeszcze bardziej świadomym tego, co złego dzieje się na świecie i unaocznia, jak wielu ludzi żyje w nędzy, biedzie, poniżeniu i cierpieniu?
Lecz z drugiej strony, podróżowanie człowieka pociąga – dopełniając go, wzbogacając, dostarczając smaku życia – dopinguje do działania, przeciwdziała stagnacji i znudzeniu… Nie mówiąc już o tym, że umożliwia docieranie do miejsc o niezwykłej urodzie – gdzie naprawdę widać, jaki ten świat jest (miejscami) piękny.

*

Każdy z nas widzi świat ze swojej perspektywy – dopiero wzięcie pod uwagę wszystkich perspektyw pozwoliłoby nam na obiektywny ogląd rzeczywistości. Ale to jest niemożliwe, (choćby dlatego, że nie można być w wielu miejscach jednocześnie, a ponadto istnieje też zależność od instrumentów jakich używamy, z konieczności, do badania rzeczywistości).
Do tego wszystkiego dochodzi intencjonalizm, interesowność, darwinizm i self-inflicted blindness.

Niemniej obserwacja świata jest konieczna. Gdybyśmy tego nie robili, stracilibyśmy orientację. A lepsza jednak orientacja iluzoryczna, niż żadna. Ta pierwsza umożliwia nam życie, ta druga oznaczałaby amorficzny chaos, w którym życie jest niemożliwe.

*

Herman Hesse: „Pan przecież wie, gdzie jest ukryty ten inny świat, którego pan szuka, i wie pan, że jest to świat pańskiej własnej duszy. Tylko w pańskim wnętrzu żyje ta inna rzeczywistość, za którą pan tęskni. Nie mogę panu dać niczego, co by nie istniało już w panu, nie mogę panu otworzyć innej galerii obrazów prócz galerii pańskiej duszy. Nie mogę panu dać niczego prócz sposobności, bodźca i klucza. Pomagam panu ujawnić jego własny świat, to wszystko. Rzeczy, które widzimy […] to te same rzeczy, które istnieją w nas. I nie ma żadnej innej rzeczywistości prócz tej, jaką mamy w sobie. Dlatego też większość ludzi żyje tak nierealnie, ponieważ zewnętrzne obrazy uważają za rzeczywistość, a swego własnego świata wcale nie dopuszczają do głosu.”

To nie tylko wykładnia tego, co o rzeczywistości i duchowym wnętrzu człowieka mówią filozofie Wschodu (Hesse był znawcą buddyzmu, napisał książkę o Buddzie), ale stwierdzenie kompatybilne z teorią kwantową (współczesna nauka potwierdza niektóre z aspektów wschodniego podejścia do natury „materii” i świata).

*

Trzy słowa najdziwniejsze:

Kiedy wy­mawiam słowo Przyszłość,
pier­wsza sy­laba od­chodzi już do przeszłości.

Kiedy wy­mawiam słowo Cisza,
niszczę ją.

Kiedy wy­mawiam słowo Nic,
stwarzam coś, co nie mieści się w żad­nym niebycie.

(Wisława Szymborska)

Przeszłość ucieka, choć próbujemy ją pochwycić, czy choćby tylko przywołać. Podobnie zresztą ucieka teraźniejszość.
Jednakże o przyszłości nie możemy już tak powiedzieć.
Jedno jest pewne: nie możemy zatrzymać upływającego czasu.

Faktem jest, nie możemy sobie wyobrazić żadnej „rzeczywistości” bez czasu.
Taki atrybut (właściwość, cechę) mógłby mieć tylko Absolut, Bóg, idealna Pustka… Ale nic mi na ten temat nie wiadomo.

Warto pamiętać, co o przeszłości, teraźniejszości i i przyszłości powiedział kiedyś Einstein: „Ludzie tacy jak my, wierzący w fizykę, wiedzą, że różnica między przeszłością, teraźniej­szością i przyszłością jest tylko uparcie obecną iluzją.”
Czy jednak stwierdzenie Einsteina nie jest równoznaczne z tym, że wszystko dla nas jest iluzją?

 *  *  *

Inne odcinki cyklu przeczytać można  TUTAJ

.

UDRĘKA I EKSTAZA

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

.

Znacznie bardziej i głębiej porusza nas – a niekiedy wręcz nami wstrząsa – to, co jest rezultatem smutnej albo wręcz bolesnej refleksji nad światem, doświadczeniem cierpienia…
Może właśnie dlatego, iż (podświadomie) uznajemy, że istotą naszej (ludzkiej) egzystencji jest tragizm?

Czy nasze życie nie jest przypadkiem ciągłą polemiką – wadzeniem się, dyskursem – z owym narzuconym nam przez narodziny tragizmem losu?

Czy nasza afirmacja życia nie jest ciągłym zaprzeczaniem tragiczności wiszącego nad nami fatum (śmierci, unicestwienia)?

A może dobrze byłoby uświadomić sobie to, że samo poczucie tego tragizmu jest jednak złudzeniem?

No tak, ale wtedy za złudzenie uznać musielibyśmy także nasze poczucie szczęścia i radość.

Mimo wszystko nie mógłbym się zgodzić z tym, że cierpienie i absurd definiuje ludzkie życie. Moim zdaniem definicja ta powinna uwzględniać także inne aspekty ludzkiej egzystencji – np. poczucie szczęścia, zdolność do miłości, zachwytu nad pięknem… Być może właśnie stąd wynika moja niechęć (czasem wręcz nawet sprzeciw) wobec twórczości jednoznacznie negatywnej, nihilistycznej… jednym słowem – beznadziejnej.

*

Nie wypada się z naszym cierpieniem „obnosić”, narzucać go innym ludziom, ogłaszać go wszem i wobec, ale też nie należy się go wstydzić, za wszelką cenę ukrywać…
Pożądane jest więc – jeśli już zdarzy się nam cierpienie – cierpieć tak „w sam raz”. (Oczywiście jest w tym oświadczeniu pewien sarkazm.)

Tylko co zrobić z cierpieniem, które nas przerasta? Nie każdy przecież ma możliwość – taką jak miał np. Hiob – by rozmawiać o swoich nieszczęściach z Bogiem, a nawet… z drugim człowiekiem.

*

Należy robić wszystko, by nasze cierpienie nie „negowało” szczęścia, radości, empatii, otwarcia… I to nawet nie z powodów altruistycznych ale egoistycznych: jeśli bowiem zanegujemy te wartości, to one niejako nas „opuszczą”.

*

Nie wszyscy są w stanie wypełnić „przepaść” (nad jaką wszyscy stoimy) Bogiem.
Co im pozostaje?
Czy można się dziwić, że można wtedy zacząć myśleć o nicości, pustce…  całej tej otchłani – udręce ludzkiej samotności w przepastnych otchłaniach Kosmosu?

*

Czytam ciekawe rozważania o cierpieniu, których autorem jest Bogusław Nowak. Ich autor zwraca uwagę przede wszystkim na cierpienia psychiczne (zwane też prze niektórych ludzi „duchowymi”) i ich relatywizację, mówiąc, że to, czy coś jest dla nas źródłem cierpienia, zależy od okoliczności, w jakich się znaleźliśmy, od wartości jakie uznajemy – czyli od naszego subiektywnego podejścia do tego, co może być (jest) przyczyną cierpienia. (Nie mówimy tu oczywiście o cierpieniu, które jest związane z bólem „fizycznym”, somatycznym – bo z tym stosunkowo łatwo można sobie poradzić, a ponadto nie ma on właściwie takiego znaczenia egzystencjalnego, jak ból „psychiczny”.)

To wszystko powinno nam uświadomić, że jednak warto o cierpieniu rozmawiać, bo jest ono uwarunkowane kulturowo – czyli przez czynniki, na które mamy wpływ i które w zasadzie sami tworzymy. Innymi słowy, zależy ono także od tego, co sami wybraliśmy. Czyli mamy jednak wpływ na to, czy coś nam sprawia cierpienie, czy nie.

Doskonałych przykładów radzenia sobie z tym cierpieniem „egzystencjalnym” mogą dostarczyć np. filozofie Wschodu, a zwłaszcza buddyzm, który bywa jednak bardzo skuteczny (medytacje, odpowiedni stosunek do świata, życia i innych ludzi) w redukcji, a nawet i eliminacji tego cierpienia.

*

Ktoś, z kim rozmawiałem o cierpieniu, oświadcza na koniec naszej rozmowy: „Piszę to w dniu, kiedy w Polsce wybuchło niespodziewanie lato, kiedy rozmyślania o cierpieniu przegrywają z jazdą na rowerze po pachnącym i zielonym lesie. Jest teraz jasno, ciepło i dobrze. I chcę być szczęśliwa.”

Tak, właśnie takie chwile sprawiają, że mimo wszystko kochamy życie, potrafimy zachwycić się światem, dostrzec jego piękno, możemy poczuć się szczęśliwi. Takie momenty warto pielęgnować, bardzo sobie cenić, być wdzięcznym (Bogu, losowi, przypadkowi, życiu, własnej wrażliwości, zdrowiu…) za to, że możemy ich doświadczać, poczuć, doznawać…

Ale przecież mamy też świadomość tego, że są to tyko chwile i że życie jest bardziej złożone, że oprócz radości jest też cierpienie a „ciemna” strona jest tuż za „jasną”. Tak, jak to jest w słynnym haiku Issy:

Nigdy nie zapominaj:
Chodzimy nad piekłem
Oglądając kwiaty.

Jednakże nie chodzi tu o jakieś umartwianie się, posypywanie głowy popiołem, poddawanie się cierpiętnictwu, rozdrapywanie egzystencjalnych ran i przejmowanie się wszystkimi nieszczęściami i całą nędzą świata. Chodzi według mnie o pewną… wyważoną mądrość, o pełniejszą świadomość tego, czym jest ludzkie życie, o empatię (o nie zapominanie jednak o tym, że – nawet jeśli mi w danym momencie, czy okresie życia nie cierpimy, może nawet czujemy się szczęśliwi – to jednak cierpią inni ludzie, i że to cierpienie w olbrzymich ilościach jest jednak obecne w ludzkim świecie).

Myślę, że do tego, by poczuć się pełnym człowiekiem, taka świadomość jest niezbędna i nie można o tym zupełnie zapominać, wyrzucając to całkowicie z naszego pola widzenia. Bo ta świadomość nas jednak pogłębia, uczy właśnie empatii, sprawia, że bardziej jesteśmy w stanie zrozumieć innego człowieka.

Wydaje mi się, że ja bym podziękował jednak za taką „cielęcą” szczęśliwość beztroskiego motylka wąchającego tylko kwiatki – zapominając o wszystkim, nie wiedząc i nie widząc niczego, co mogłoby mi owo „cielęce” poczucie szczęścia zburzyć. Jeśli miałbym do wyboru: być w ten sposób „szczęśliwym” kosztem wiedzy lub wiedzieć kosztem szczęścia, to wybrałbym jednak to drugie. Bo wolę jednak wiedzieć „z czego się żyje” – nawet kosztem poczucia własnego szczęścia.

*

Czy dobrobyt, (w którym ponoć żyjemy współcześnie) daje nam szczęście i zaspokaja nasze poczucie sensu życia? Czy te wszystkie namiastki i ersatze, którymi karmimy się na co dzień, udawanie beztroski albo narkotyzowanie się byle czym (np. kulturą masową, medialno-plotkarską polityką, konsumpcjonizmem, wirtualnymi światami…) – czy to wszystko może sprawić, że będziemy mogli żyć życiem bardziej szczęśliwym, pełniejszym i satysfakcjonującym?
Wątpię.

*

Być może cierpienie nie jest warunkiem koniecznym tworzenia, ale jednak, biorąc pod uwagę biografię wielu największych twórców i artystów w dziejach sztuki (wliczając w to pisarzy), jest ono w ich życiu istotnie i znacząco obecne.
To cierpienie przenika przecież także całe epoki (np. romantyzm, barok, secesja…), stanowiąc jeden z ich głównych rysów. Niewątpliwie dzieje się tak również dlatego, że cierpienie jest nieodłącznym elementem La Condition humaine – bo jakiemuż człowiekowi nie jest ono znane?

Artyści są tutaj w tej lepszej (?) sytuacji, że mogą poddać cierpienie twórczej transformacji (wyrazić je przed światem, tworząc jednocześnie coś wartościowego dla kultury, coś cennego dla innych). „Zwykłemu” człowiekowi jest pod tym względem trudniej. Choć jeśli się odbiera sztukę (literaturę, muzykę, film…) i jest się w stanie ją „przeżywać”, to wynikające stąd doświadczenie katharsis jest dostępne nie tylko twórcom, ale i odbiorcom sztuki.

*

Natura wdzięczy się i uwodzi wszystkich nas kwiatami. To, że jesteśmy czuli na ich piękno – odbieramy je i się mu poddajemy – to jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo jednak jesteśmy z tą Naturą nadal związani, będąc przecież jej częścią, mimo cywilizacyjnej „emancypacji”.

*

Racją istnienia każdej wiary jest nadzieja na coś lepszego niż to, co spotyka nas w życiu. I to „coś lepszego” ma nas spotkać po śmierci.

Wiara jest też czymś co zastępuje ludziom wiedzę tam, gdzie ona nie sięga.

*

Wczoraj trafiłem na blog osoby, która zmarła na raka parę dni temu. Zaczytałem się, przejąłem… Bliskość śmierci, cierpienie, rozpacz…

To jedno z tych doświadczeń, które zdzierają z nas wszelkie maski, godzą w nasze wrażliwe centrum, rysuje w naszej duszy (wnętrzu) najgłębsze doświadczenie życia i śmierci.

Ale dzięki tej świadomości jestem też wdzięczny (komu? czemu?) za każda przeżytą chwilę.

*

Poraża mnie cudowność życia (choć przerażenie tym życiem też nie jest mi obce).

*

Według mnie każde wybitne dzieło sztuki jest w pewnym sensie moralitetem – tzn. czymś konstytuującym wartości naszej kultury. A to wymaga od twórcy zajęcia konkretnej pozycji – niekoniecznie sędziego expressis verbis, ale właśnie sugerującego swoją pozycję, zdanie, postawę… A to zawsze zawiera w sobie pewien osąd.

Może właśnie sztuką jest to, aby ów sąd niejako ukryć, albo go zniuansować, nie wypowiadać wprost?

*

Film Cristiana Mungiu Za wzgórzami. Głównym jego dylematem jest kwestia wolności człowieka w konfrontacji z jego wiarą i okolicznościami, w jakie wepchnęło go życie. Na ile wiara człowieka jest determinowana przez warunki w jakich przyszło mu żyć? Czy miłość do Boga musi konkurować z miłością do człowieka – a nawet ją wykluczać? Czy dobro, jakie daje człowiekowi wiara (i religia), zbyt łatwo nie zamienia się w zło, które zniewala i niszczy – zarówno jego samego, jak i innych ludzi? Jakie są źródła władzy i czym jest władza w kontekście religii? Gdzie kończy się wiara a zaczyna przesąd – i czy istnieją między nimi jakieś wyraźne granice. Czy warunki egzystencji i sama ludzka kondycja nie wymuszają na człowieku irracjonalnych zachowań? Czym jest Zło, kim jest Diabeł? Czy nieświadomość czynienia zła może zwolnić kogoś od winy, a tym samym i kary?
To nie są błahe pytania.

Wydaje mi się, że Mungiu zrobił ten film dlatego, aby uświadomić nam jednak, że ludzkie intencje czynienia dobra prowadzą czasami (często?) do tego, że człowiek wyrządza zło. Że tak naprawdę klasztorna klauzula, mimo ujmowania ludzi w ścisłe ramy i narzucająca im określony sposób zachowania (a nawet myślenia), może wprowadzić do ludzkich głów zamęt. Że ludzie, tak naprawdę, chroniąc się w murach klasztoru przed prawdziwym życiem (uciekając przed światem?) nie zaznają tam spokoju i nie doznają wolności, a wręcz przeciwnie: stają się (mogą się stać?) zniewoleni nie tylko przez monastyczny reżim, ale też i przez własne lęki i obsesje… Że religia ma ścisły związek z władzą, i że w dzisiejszych czasach bardziej jest przesądem, niż depozytariuszem tradycyjnych wartości… etc.

Oczywiście, że takie podejście reżysera, (które pozwala nam to wszystko sobie uświadomić) zawiera już w sobie pewien moralny osąd, jednakże Mungiu, jako twórca świadomy pułapki wykładania wszystkiego wprost (nachalnie, stronniczo, ostentacyjnie…) swoją pozycję (sąd, wyznawane wartości) niejako kamufluje – wprowadzając argumenty (fakty, motywy, zachowania, słowa…) wspierające „drugą stronę” (stąd ludzka, „niewinna”, a nawet dobrotliwa twarz tych, którzy de facto główną bohaterkę filmu uśmiercili). Muszę się przyznać, że kiedy to sobie uświadomiłem, to pomyślałem nawet o pewnej manipulacji widzem – a przecież można na to spojrzeć zupełnie inaczej: a mianowicie jak na artystyczny zabieg, do którego przecież reżyser ma prawo, a nawet obowiązek.

Lecz z tego wszystkiego bierze się u mnie wahanie: jest w tym filmie osąd reżysera, czy też go nie ma?
Otóż można się tu pokusić na odpowiedź: tak, ten osąd jest, a zarazem go nie ma. Co może wygląda pokrętnie, ale chyba wynika to z natury samej sztuki, która cała jest przenikaniem się prawdy i kłamstwa, pozy i autentyczności, dosłowności i niedomówień, oczywistości i kamuflażu…

*

Wywiad z Woody Allenem. Zastanawiam się nad fenomenem tego reżysera i przychodzi mi do głowy coś nowego – taki mały (a może i wielki?) paradoks. Oto Allen przyznaje się, że jest „bezwstydnym złodziejem” (bo „kradnie”, czy też – nazywając to bardziej elegancko – zapożycza, i to od tych najlepszych: Bergmana, Chaplina, Keatona, Felliniego i in.), a mimo to sam pozostaje nie do podrobienia. Myślę, że coś takiego może być udziałem jedynie wielkiej indywidualności.

No i jeszcze sprawa tego jego (legendarnego już) neurotyzmu.
Ależ oczywiście, że Woody Allen jest neurotykiem (choć sam temu zaprzecza). Mało tego: on jest współczesnych neurotyków królem! Tyle, że od klinicznego neurotyka różni go to, iż jest on człowiekiem niesłychanie kreatywnym, który ten neurotyzm potrafi zaprzęgnąć jak konia pociągowego dla swojej twórczości. Innymi słowy, on ten swój neurotyzm ujeżdża jak łysą kobyłę.

Być może Allen wypiera się neurotyzmu, gdyż zwykle kojarzony jest on z chorobą – a przecież nikt nie chce uchodzić za człowieka nerwowo chorego. Ale akurat w jego przypadku bycie neurotykiem utożsamia się z byciem człowiekiem twórczym.
Zresztą: któż z nas nie jest neurotykiem?

*

Bardzo często odbiór jakiegoś filmu jest po prostu kwestią naszego nastawienia – do reżysera, aktora, tematu… wreszcie do samego filmu. (To zresztą odnosi się także do odbioru każdego wytworu sztuki.) Także kwestią samopoczucia, okoliczności, momentu, w jakim znajdujemy się w życiu…

Odbiór sztuki to jednak sprawa bardzo indywidualna, czasem nawet kapryśna, zależna od tzw. przypadku… sugestii, autosugestii, predyspozycji – niekoniecznie wiedzy.
Chodzi chyba o to, aby w tym wszystkim odnaleźć jakiś wspólne, kluczowe, w miarę obiektywne kryteria, które mogłyby nam pomóc w formowaniu i dzieleniu się bardziej przemyślanymi, głębszymi i adekwatnymi opiniami – które wcale nie muszą być przez to wyrachowane, niespontaniczne.

*

Odnoszę wrażenie, że często to, co ma się ludziom podobać, musi być niejako zatwierdzone przez jakąś instytucję: czy to popularny program telewizyjny, czy też muzeum, operę, filharmonię, wystawę…
Generalnie rzecz biorąc, większość ludzi odbierając sztukę (zwłaszcza masową, ale też i tę „elitarną”) ma tylko złudzenie tego, że myślą samodzielnie, a tak naprawdę poddają się jedynie modzie, sugestii, snobizmowi, pozie…
I co ciekawe: niekiedy zaczyna to nabierać znamion autentyzmu.

*

Wracam do tych kanonów sztuki z uporem maniaka bo zdaję sobie sprawę, że właśnie one stanowią punkt odniesienia, bez którego wszelka dyskusja o sztuce jest niemożliwa (gdyż samo pojęcie sztuki traci wtedy swój sens). A generalnie rzecz biorąc, we współczesnej sztuce dotychczasowe kanony (normy) zostały zniesione (lub rozbite) w imię (moim zdaniem fałszywie rozumianej) wolności artystycznej. Tym sposobem wolność zamieniła się w dowolność a to z kolei w pewien rodzaj rozwolnienia, dzięki czemu do galerii i muzeów zaczęło trafiać dosłownie wszystko: począwszy od muszli klozetowej, przez wszelkiego rodzaju śmieci i złom, po zupełnie nieczytelne bohomazy (lub zgoła puste płótna), o prawdziwym gównie nie wspominając (Manzoni). Osobną działkę stanowi cała masa niedorzecznych instalacji lub jednorazowych pomysłów tak często banalnych i trywialnych, że aż rozbrajających.

Ktoś właśnie zarzucił mi „renesansowość” – ponoć z tego ma wynikać moje „niezrozumienie” sztuki współczesnej.
No właśnie, to co jeszcze nie tak dawno byłoby powodem do chluby, teraz staje się zarzutem. Czy ja się mam wstydzić otwarcia na człowieka, zamiłowania do piękna i harmonii, szacunku dla mistrzostwa, skłonności do ustalenia (i respektowania) pewnych kanonów estetycznych, respektu dla klasyki…?

Ale przecież moje postrzeganie sztuki nie jest tylko „renesansowe”, bo doceniam także znaczenie w niej np. brzydoty, spontaniczności, poszukiwanie nowych dróg… Równie dobrze mogę się zachwycać harmonijną i doskonałą kreską Rafaela, co ekspresyjnie drapieżnym szkicem Egona Schielego, albo delikatnym sfumato Leonarda i prowokacyjną kontrastowością płócien Maneta, Degasa czy Toulouse-Lautreca… Jednym z najbardziej cenionych przeze mnie malarzy malarzy jest np.Van Gogh – artysta raczej odległy od klasycznego zrównoważenia, a przecież człowiek będący artystą par excellence. A przy tym wielkim humanistą.

Zamykamy się, szufladkujemy – węszymy kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem… Budujemy między sobą ściany choć nie jest to wcale konieczne.

*

Czy sztuka może istnieć bez człowieka?

Pojęcie sztuki z konieczności zawężamy do naszego ludzkiego świata. Sztuka jest elementem kultury, której twórcą jest właśnie człowiek. Poza naszym światem, czyli bez ludzkiej perspektywy – sztuka przestaje istnieć (bo nie ma wtedy ani twórcy ani odbiorcy).
No chyba że weźmiemy pod uwagę perspektywę boską (ale ona jest przecież dla nas niedostępna).

*

Lubię trzymać w ręku piękne przedmioty – a jeśli to niemożliwe, to choćby patrzeć na nie, czuć ich obecność, poddawać się ich formie…
Ale nie jest to tylko sensualne wrażenie – lubię sobie wyobrażać, że przedmioty także mają coś w rodzaju duszy. Dlatego możemy wejść z nimi w pewien związek – nie tylko fizyczny.
Czasem może być to zwykłe, proste, gliniane naczynie – ślad czyjegoś istnienia.
Dowód na istnienie własne?

*

Androgyne – pełnia czy ułomność?

*

Po co mężczyźnie sutki?

Stuprocentowy mężczyzna i stuprocentowa kobieta to ekstrema nienaturalne, czyli w przyrodzie niewystępujące.

W każdym mężczyźnie jest anima (pierwiastek kobiecy), w każdej kobiecie zaś animus (pierwiastek męski).

*

Świat w rzeczywistości – jako całość – pozbawiony jest płciowości. Stąd wynika nasza semantyczna dezorientacja, kiedy usiłujemy go nazwać i opisać słowami innymi, niż rodzaj nijaki.

Dlaczego siła jest rodzaju żeńskiego a strach męskiego?
Dlaczego np. Księżyc jest w naszym kraju męski a już np. u Anglosasów kobiecy?

Świat w swojej istocie jest bezpłciowy, jakkolwiek kłóciłoby się to z pejoratywnym wydźwiękiem, jaki nadajemy temu słowu.
Bezpłciowy, czyli pełny.

*

Męski, kobiecy…
Atrybuty płci nie mają metafizycznego zastosowania.
Wbrew temu, co sądził Schopenhauer, nie ma, moim zdaniem, czegoś takiego jak „metafizyka miłości płciowej”. Jest tylko metafizyka miłości.

A jednak w naszej kulturze pojęcia „męstwo”, „kobiecość” wydają się być czymś esencjonalnym – konstytuować jakieś centrum, stanowić punkt odniesienia.
Stąd wynika nasz sprzeciw (niechęć, awersja) wobec „bezpłciowości”, czy też „dwupłciowości”.
Stąd dyskryminacja (tępienie, nienawiść, odrzucenie) homoseksualisty; stąd ośmieszenie (wyszydzenie) transwestyty czy transseksualisty.

*

W politeizmie daje się zauważyć większą tolerancję dla homoseksualizmu, niż w monoteizmie. Także dla hermafrodytyzmu.

Jednakże bezpłciowość aniołów łagodzi nieco odium seksizmu wśród zastępów oddających cześć jednemu, patriarchalnemu Bogu.

*

Dlaczego przydajemy płeć Bogu?
(Innymi słowy: jaki sens może mieć płeć Boga?)

*

Nie znam nic piękniejszego i bardziej ekstatycznego niż widok nagiego kobiecego ciała wyłaniającego się z mroku niedostępności – jaśniejącego erotycznym blaskiem w tym jednym spazmatycznym momencie (mikro)kosmicznego zespolenia.

Podejrzewam, że osoby homoseksualne również mogą odczuwać podobnie.
I jest to naturalne.

*

Androgynia jest czymś bardziej totalnym, niż jednopłciowość, która zresztą pociąga za sobą pewne wyobcowanie – podobnie jak wyobcowany może stać się człowiek, który nie godzi się na swoje seksualne zdeterminowanie.

*

Jesteśmy przede wszystkim ludźmi, dopiero później istotami płciowymi.

*

Wbrew temu, jak byśmy mocno chcieli zaprzeczyć, podobieństwa nasze (nas – czyli istot uważających się za „mężczyzn” i za „kobiety”), spotykają się w hermafrodycie.

Erotyzm nie jest tylko funkcją płciowości, czy też koniunkcją odrębnych płci.
To wzajemna atrakcja poszukujących się kawałków układanki zwanej życiem.

Genitalia nie muszą tu mieć coś do rzeczy.

*

Moja znajoma S. napisała kiedyś do mnie (w związku z poruszonym przeze mnie tematem hermafrodytyzmu): „Niedawno szukałam w bibliotece książek polecanych mi przez ciebie, ale że są nieosiągalne więc zaprzyjaźnione ze mną panie bibliotekarki podsunęły mi pokrewną w temacie Nieoczekiwaną zamianę płci Cezarego Harasimowicza. Najpierw książka okropnie mnie nudziła i nie mogłam zmęczyć pierwszych dziesięciu stron, ale że nurtowała mnie ciekawość dlaczego panie, które wiedzą co lubię czytać, podsunęły mi takie badziewie, więc byłam uparta.
Właściwie było warto, choć książka sama w sobie nie jest jakimś białym krukiem. Dobrze się bawiłam przez jedno popołudnie, bo dowcipnie została pokazana zamiana płci między prezydencka parą RP.
Jak to parafrazował Harasimowicz, kobieta i mężczyzna mogą bardzo się starać zrozumieć druga stronę, ale jednak nie da się zmienić faktu, że „wy jesteście z Marsa, a my ze Snikersa”.

Na co odpowiedziałem (chyba jednak zbyt serio): Tak, sprawą „zamiany płci” można się nieźle bawić, ale niestety, dla dotkniętych płciowym „niedookreśleniem” ludzi, jest to ciągle tragedia (głównie wskutek naszych stereotypowych wyobrażeń o płciowości człowieka i społecznemu, ciągle mającemu miejsce, ostracyzmowi osób o niejednoznacznie zdeterminowanej płci).

A dlaczego tak się dzieje?
Otóż właśnie dlatego, że (nadal) zbyt mocno nasze człowieczeństwo identyfikuje się z płcią. Nie traktuje się „obojniaka” jako człowieka, tylko jak jakiegoś dziwoląga, „wybryk natury”, czemu zresztą, często podświadomie, poddaje się on sam – sam za takiego się uznając, i przez to cierpiąc, bo społeczeństwo nie przewidziało dla niego – w tej postaci – żadnej roli.

A przecież wcale tak nie musi być. Bowiem traktowanie człowieka w związku z jego płciowością, to tylko kwestia kultury, obyczajowości, podejścia do ludzkiego seksualizmu… (a więc tego co jest względne – co się kulturowo zmienia, i co kreujemy my sami – jako ludzka społeczność).
W Azji osoby transseksualne traktowane są zupełnie inaczej (bardziej tolerancyjnie), niż to odbywało się w naszym kręgu kulturowym – i to do niedawna.

Można jeszcze raz powtórzyć: na człowieka trzeba patrzeć przede wszystkim jako na istotę ludzką, a nie płciową. Innymi słowy: płeć jest w człowieku czymś wtórnym, drugorzędnym wobec jego człowieczeństwa – co oczywiście nie znaczy, że nieważnym.

Naturalnie płciowość ma swoją wartość – co jednak wcale nie musi wiązać się z wartościowaniem „lepszy – gorszy”.

Powoli dochodzimy do uświadomienia sobie tego, ale „obciążeń” cywilizacyjnych (kulturowych), pod tym względem, nie da się, ot tak – z dnia na dzień – przeskoczyć.

*

W poezji, według mnie, bardzo ważne są autentyzm oraz szczerość.
Poezję, w moich oczach weryfikuje coś, co dawniej nazywało się „natchnieniem” (niestety, strasznie staroświeckie, zbanalizowane i wyświechtane to pojęcie) – czyli moment (chwila), kiedy człowiek ma wrażenie, iż – tylko proszę się nie śmiać! – wstępuje w niego jakiś „duch”, ogarnia go jakaś zewnętrzna (wewnętrzna?) siła i napięcie; że przechodzi on niejako na inny stopień świadomości, gdy wszystko zaczyna postrzegać w innym nieco świetle – poddając się czemuś w rodzaju lirycznej iluminacji.
Oczywiście nie wszystko jest poezją, ale w takim momencie wszystko zaczyna wydawać się poezją.

Bycie poetą to właśnie możliwość doświadczania takich stanów.
Według tej definicji, poetami bywają także ci, którzy – z różnych przyczyn – nie zapisują takich stanów w słowach; także ci, którzy te stany zapisują za pomocą np. barw (malarze), kształtów (rzeźbiarze), dźwięków (muzycy)… etc.

A jeśli chodzi o podatność na poezję?
Najgłębiej (i najbardziej autentycznie) można ją przeżyć (odebrać) wtedy, kiedy samemu jest się zdolnym do wejścia w stan przypominający właśnie „natchnienie”, „flow”, czyli, poniekąd zestroić się z poetą, odtwarzając (we własnej „przestrzeni duchowej” – czyli wrażliwości, wyobraźni…) ów specyficzny i unikalny moment, w którym powstał wiersz.

Konkludując: poezja nie znosi udawania.
(A może ja tylko piszę o jednym z rodzajów poezji?)

*

Temat poezji to jednak skomplikowany temat.

Moim zdaniem, w żadnej innej sferze literatury nie jest tak ważna szczerość i autentyzm odczucia, jak właśnie w poezji. Wprawdzie są tacy, którzy tworząc „poezję” zaczynają (po jakimś czasie, rutyniarsko) stosować swoje warsztatowe sztuczki, ale to jest – jakimś szóstym zmysłem – do przejrzenia i taka poezja, moim zdaniem, się kompromituje i lirycznie unicestwia.

Podobnie nie uznaję poezji, która powstaje w sposób „mechaniczny”, drogą nazbyt luźnych (a dowolnych) skojarzeń; również takiej, która lekceważy formę, nacechowana jest językową dezynwolturą i swoistym „widzimisizmem”…

*

W poezji polskiej istniał nawet (w okresie międzywojennym) kierunek zwany autentyzmem, postulujący, iż przedmiotem poezji może być tylko to, co stanowi osobiste przeżycie autora, a więc wywodzące się z jego własnych doświadczeń życiowych – odnoszące się tylko i wyłącznie do jego osoby i otoczenia, w którym żyje.

Moim zdaniem jednak to nic innego, jak narzucenie poezji drastycznego ograniczenia – pętanie jej, ujarzmianie, wtłaczanie we własne, dość ciasne podwórko z mocno ograniczoną perspektywą. Jednym zdaniem – pozbawianiem poezji jej istoty, czyli mocy, którą czerpać może ona z bezgranicznej swobody myśli i wyobraźni. (Nic dziwnego, że postulowana przez „autentyków” szczerość i bezpośredniość, wyprowadziła ich głownie na wieś – bo do takiej tematyki, koniec końców, zaczęła się ograniczać ich twórczość.)

Jednakże, w moim pojęciu, warunkiem autentycznego doświadczenia poetyckiego (zarówno jeśli chodzi o tworzenie poezji, jak i jej odbiór) wcale nie musi być osobiste przeżycie – czyli własne doświadczenie życiowe. Natomiast bardzo przydaje się wyobraźnia, wrażliwość i empatia.

*

Sztuka (czyli w pewnym sensie, coś „sztucznego”) pozwala człowiekowi – wskutek ogromnej mocy ludzkiej wyobraźni i inwencji – na pewne wyzwolenie się od siebie samego (oczywiście, że będzie to zawsze do pewnego stopnia iluzoryczne), na próbę wejścia w obcą skórę, doświadczenia odmiennych stanów, wyobrażenia sobie alternatywnych osobowości, zaprzęgając przy tym swoją naturalną zdolność do empatii, współodczuwania, wykorzystując uniwersalność ludzkich uczuć…

Tołstoj nie musiał być kobietą, ani tym bardziej Anną Kareniną, by stworzyć jedną z najbardziej przejmujących (i tak! – autentycznych) kobiecych postaci, odtworzyć (w niezwykle przekonywujący sposób) jej ból, tragizm i cierpienie.
Podobnie Flaubert – choć sam powiedział, że „Pani Bovary to ja”, to przecież nie znaczy, że był kobietą, ale że wszedł w duszę swojej bohaterki, dzięki czemu potrafił oddać (autentycznie) jej odczucia, opisać je tak wiarygodnie – i to bardziej wiarygodnie niż niejedna kobieta, która by się znalazła w jej sytuacji.

*

Jeśli jakiś utwór (literacki, czy jakikolwiek inny) do mnie trafi, zachwyci mnie, spowoduje że przeżyję coś niezwykłego… to nie ma to dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, czy napisała go kobieta, czy mężczyzna, ani też – czy napisał go człowiek chory czy też zdrowy, mulat, mańkut czy kaleka.

Dzieło sztuki pozostaje dziełem sztuki – bez względu na osobę twórcy, autora (w tym jego płci, czy stanu zdrowia), bez względu na okoliczności, w jakich powstało.

Mężczyzna może pisać z perspektywy kobiecej znacznie lepiej, niż zrobiłaby to kobieta (tzn. bardziej przekonująco… a wtedy „wydźwięk” tego co pisze może być bardziej kobiecy, niż w przypadku, kiedy autorem byłaby kobieta).
Jest to sprawa talentu, zdolności do empatii, wrażliwości, maeastrii władania słowem… a nie tego, czy ma się pochwę czy członka.

Tak więc: czytając jakiś wiersz, nie musimy od razu sprawdzać płci autora, ani nawet… znać jego nazwiska. Przy odbiorze danego utworu, nie powinno to mieć w zasadzie żadnego znaczenia. Liczy się artystyczna skuteczność, (czyli moc „wydźwięku” słowa).

*

Ktoś zwrócił mi uwagę na to, że regulaminy konkursów literackich wymagają tylko „podpisania” pracy godłem (pseudonimem). Jury nie wymaga podawania stanu umysłu wraz z danymi osobowymi (dane o autorze w osobnej zamkniętej kopercie opatrzonej godłem).
To jest trafna uwaga.
Chodzi o to, by nie sugerować się niczym innym, jak tylko wartością artystyczną utworu (odrzucając „dane osobowe” możemy mieć do czynienia niejako z artystyczną „nagą” prawdą).

Nie chcę jednak, by mnie tu źle zrozumiano.
Bowiem ja sam zazwyczaj zainteresowany jestem osobą twórcy (a w przypadku niektórych nazwisk – to nawet bardzo), często też okolicznościami, w jakich powstawał utwór, (gdyż interesuje mnie coś takiego jak psychologia twórczości) ale to jest jednak zupełnie inna sprawa.

Uważam, że wartość artystyczna utworu jest w pewnym sensie czymś autonomicznym w stosunku do osoby twórcy i warunków, w jakich powstawał dany utwór. Co nie znaczy, że nie może on nabrać dodatkowych znaczeń, niuansów i odcieni w konfrontacji z naszą wiedzą o autorze i okolicznościach, w jakich był tworzony.

*

Podczas jednej z naszych rozmów o muzeach Paryża, Cz. wspomniała o wspaniałym muzeum Rodina, gdzie znajduje się również wiele rzeź wykonanych przez Camille Claudel, rzucając taką oto uwagą: „Z całym szacunkiem dla Rodina, w zestawieniu z Camille, zawsze miałam wrażenie, że w jej pracach jest więcej polotu, subtelności i finezji…”

Byłem skłonny się z tym zgodzić.
Rodin był (jest) bardziej taki… solidny, zdecydowany, pewny, monumentalny, zwalisty (no tak się złożyło, że są to… surprise!, tzw. „męskie” cechy) – czasem także manieryczny i karykaturalny, (lecz, po prawdzie, która epoka nie jest manieryczna, a przesadna ekspresja – karykaturalna?). A jednak w pewnym okresie tworzyli oni (razem) bardzo podobnie (cóż, w końcu Camille była uczennicą Rodina).

W Camilli, zanim się poznali, musiało już tkwić ziarno szaleństwa, które wybuchło, kiedy zorientowała się, że Rodin już jej nie kocha tak namiętnie, jak dawniej (a może już w ogóle jej nie kochał?). Te wszystkie gwałtowne uczucia (łącznie z gorączką tworzenia) ją spaliły.
Jej historia mentalna przypomina biednego Nietzschego, który, podobnie jak ona, spędził kilkadziesiąt lat w stuporze i apatii, nic już nie tworząc. Camille w zakładzie dla obłąkanych przebywała 30 lat.
To może świadczyć o tym, że oboje doświadczyli podobnych napięć (zarówno wzlotów, jak i upadków), od których jedyną ucieczką okazała się ucieczka w obłęd.
Mimo swojej kruchości jednak – byli wielcy.

*

Zupełnie nie interesuje mnie merkantylna strona „przemysłu” filmowego. Mam też ten komfort, że nie jestem związany z żadnym środowiskiem filmowym, ani tym bardziej z żadną opcją polityczną (czy społeczną), z którą muszą się liczyć np. zatrudnieni w jakichś pismach dziennikarze – krytycy. Ale nawet wtedy, kiedy publikowałem w prasie, nigdy nie pisałem pod żadną z góry przyjęta tezę, ani czegoś, co byłoby zgodne z oczekiwaniami wydawców.

Kiedyś rozmawialiśmy o tym (korespondencyjnie) z Zygmuntem Kałużyńskim, (który zawsze był dla mnie przykładem człowieka niezależnego w swoich opiniach) i zgodziliśmy się w jednym: jeśli ktoś jest związany z danym środowiskiem filmowym (a tak się sprawy mają z większością krytyków) to nigdy nie będzie zdolny do obiektywnego wyrażenia swojej opinii (publicznie). To jest w sumie zrozumiałe i ludzkie: jeśli z kimś się spotykamy na stopie towarzyskiej, to inaczej będziemy podchodzić do twórczości takiego człowieka (np. filmowej, ale nie tylko), niż wtedy, kiedy jest to człowiek nam (osobiście) nieznany.

Inną jeszcze sprawą jest koniunkturalność (konformizm, oportunizm), pisanie „pod układ”, w czyimś interesie, z obawy o własną pozycję… etc.
Jeśli to wszystko weźmiemy pod uwagę, to możemy sobie uświadomić, pod jaką presją może być – i jakimi pobudkami może kierować się krytyk. Dlatego ja – nawet tej  „profesjonalnej” – krytyce często nie dowierzam. A i tak czasami mi się zdarza, że nie mogę się pozbyć zdziwienia, kiedy czytam (ub wysłuchuję) czyichś opinii.

*

W., w jednym ze swoich komentarzy cytuje to, co kiedyś napisałem (przy okazji recenzowania filmu M. Szumowskiej Sponsoring): „William Blake napisał w The Marriage of Heaven and Hell, że więzienia zbudowane są z kamieni prawa, a burdele z cegieł religii. Czyli wynika z tego, że burdel jest pewnego rodzaju więzieniem.” a następnie stwierdza: „Mój wniosek z tego cytatu jest inny. Tak jak ‚skutkiem ubocznym’ prawa są więzienia pełne przestępców, tak ‚skutkiem ubocznym’ religii (zasad moralnych zawartych w postawie religijnej) są burdele, które pozwalają na spełnienie potrzeb blokowanych przez religię. W tym kontekście burdel staje się więc w pewnym sensie przestrzenią ‚wyzwolenia’ a nie więzieniem.”

Ja wiem, że taki oczywisty wniosek ze stwierdzenia Blake’a narzuca się (najprawdopodobniej) wszystkim, którzy się z nim stykają (bo chyba to samo miał na myśli sam Blake), ale ja celowo – z przekory i może nieco prowokacyjnie – zinterpretowałem to inaczej, bo jednak wydało mi się trafne porównanie burdelu do więzienia.

Moim zdaniem więzienie nie jest „skutkiem ubocznym” prawa, tylko ludzkich skłonności do aspołecznych zachowań (czyli zachowań przestępczych, takich np. jak kradzież, zadawanie gwałtu innym ludziom, morderstwo… – które prawo stara się eliminować).
Podobnie burdel nie jest „skutkiem ubocznym” religii, tylko dysproporcją między popytem (nadmiar popędu seksualnego człowieka) a podażą (zastosowanie/ograniczenie tego popędu co celów stricte reprodukcyjnych gatunku Homo sapiens) – którą usiłują regulować nasze normy i kodeksu moralne (w czasach Blake’a opierające się na podstawie religijnej bardziej zresztą, niż dzisiaj).

Trudno mi się zgodzić z tym, że burdel jest przestrzenią „wyzwolenia”… chyba że wyzwolenie weźmiemy właśnie w cudzysłów, który według mnie implikuje właśnie owego burdelowego „wyzwolenia” iluzoryczność.

Zresztą, nie chcę pisać o oczywistości, że tzw. „domy publiczne” były – i są nadal – miejscem gdzie zmusza się wiele młodych dziewczyn do prostytucji, stosując wobec nich szantaż i zastraszenie. Są też powodem tzw. human trafficking – współczesnej formy niewolnictwa.

*

Małgorzata Szumowska w jednym ze swoich wywiadów mówi o różnicy w podejściu do seksu kobiet i mężczyzn: „Kobiety potrzebują tego inaczej niż mężczyźni. U kobiet jest ta tęsknota za miłością, za namiętnością – to ma być spotkanie metafizyczno-erotyczne.”

Ale ja też bym tak chciał, mimo że jestem mężczyzną.

*

Temat seksu wiecznie żywy.

S., przeczytawszy moja recenzję z filmu Mój tydzień z Marilyn, a w niej moje zwierzenie [„Nic na to nie poradzę, ale pierwszym głębszym (?) wrażeniem jakiego doświadczyłem w zetknięciu się z Marilyn Monroe, był widok jej biustu w pamiętnej scenie na jachcie (z Tony’m Curtisem) w Pół żartem, pół serio. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać to, że miałem wówczas kilkanaście lat i po nocach śniły mi się moje panie nauczycielki – w sytuacjach bardziej uwzględniających ich ciała i aparycje, niż mądrość i wiedzę. Ale nawet teraz, kiedy już człowiekowi jest łatwiej (?) utrzymać swoje żądze w ryzach, wybierałem się do kina raczej nie po to, by intelektualnie (i chłodnym okiem) ogarnąć (i przerobić sobie ponownie) kulturowy fenomen bogini seksu, ale by bardziej zmysłowo poczuć ów nieprzemożny kobiecy sex-appeal, który był istotą pozycji Marilyn Monroe w masowej wyobraźni całego zachodniego świata, opanowanego wówczas przez hollywoodzką mitologię ekranowych bożyszczy i przesiąkniętego uwielbieniem dla gwiazd kina.”], napisała: „Wiem, że już w chłopięcym wieku snułeś swoje erotyczne fantazje wywołane postacią MM, a i dziś ciągle wywołuje Twoje męskie westchnienia. Ale jak to jest, że jedną kobietę nazywa się prostytutką, a inną wynosi na piedestał? Przecież kryteria oceny są jedne dla wszystkich, zachowania dziewczyn i MM identyczne, skąd więc tak różne oceny? Oczywiście nie wnikam w jej aktorski fenomen tak jak i nie wnikam w to, na jakich być może wysokiej klasy profesjonalistów wyjdą dziewczyny po ukończeniu studiów na kierunkach na których się uczą. Nie wnikam, bo bez znaczenia jest zawód, wykształcenie czy pozycja zawodowa. Meritum dyskusji jest moralność, rzeczywiste zachowania kobiet (a tym samym mężczyzn) oraz nasz szacunek dla prywatności innych i poszanowania ich praw. Potrafisz odpowiedzieć, jak udaje Ci się – przy całym (niezdarnie tu skrywanym) niesmaku dla postaw dziewczyn – zachwycać jednocześnie MM?”

Cóż, odpowiedzieć spróbuję.

„…dlaczego jedną kobietę nazywa się prostytutką, a inną wynosi na piedestał?”
Bo nie wszystkie prostytutki są boginiami seksu dla całego świata.
A już poważniej: oczywiście, że zachowanie Marilyn Monroe było niemoralne (chodzi mi o spanie z kim popadnie), ale przy tym była właśnie kobietą niepowtarzalną (a o jej niepowtarzalności akurat nie decydowało to, że była puszczalska – to jest aż nazbyt powszechne – tylko jej niebywały urok osobisty, sex appeal, uroda, no i oczywiście gwiazdorska sława).
Ponadto (nie powinno Cię to dziwić) to nieprawda, że jeśli uznaję jakąś kobietę za niemoralną, to automatycznie przestaje mnie ona pociągać… Wręcz przeciwnie. Jedno nie ma nic wspólnego z drugim – moje hormony nie znają moralności (jeśli już to „bożą wolę”.)

Podobnie erotyczne fantazje – one wydobywają się z takich głębin, do których ja (świadomie) nie mam dostępu, i nad którymi nie mam kontroli.

Jeszcze jedno chciałem tu zdecydowanie podkreślić: ja nie czuję do postępowania dziewczyn uprawiających sponsoring niesmaku, a tym bardziej nie czuję niesmaku do nich samych (zwłaszcza do tych, które tak smakowicie wyglądają). Może z wyjątkiem kobiet naprawdę wulgarnych (czy też zachowujących się wulgarnie), żadne inne zachowanie kobiety „rozwiązłe” czy też uważane przez ogół za niemoralne, nie budzi we mnie takiego uczucia (absmaku). Odnosi się to nawet do prostytutek – ja w tych kobietach widzę przede wszystkim ludzką istotę (no, nie zawsze jednak „przede wszystkim”, to tell the truth). Ani mi w głowie pogardzać nimi, czy też w jakiś sposób „potępiać” – nie czuję wobec nich żadnej odrazy (choć oczywiście, nie ze wszystkimi z nich chciałbym się znaleźć w łóżku).

To prawda, że ja również niekiedy usprawiedliwiam, łagodzę, wybielam i utylizuję (sprawy związane z seksem). Także mam ambiwalentne podejście do seksu, bo (jak każdy zresztą z nas) odczuwam swego rodzaju dysonans (konflikt?): między atawistycznym popędem, jakiego doświadcza człowiek (zwłaszcza mężczyzna – bo popęd seksualny mężczyzn jest jednak silniejszy) a stworzoną kulturą, która usiłuje te atawizmy okiełznać i kontrolować.

Czy wymagasz jeszcze ode mnie, abym się przyznał do tego że jestem grzeszny, albo że zdarzyło mi się zachowywać niemoralnie (jeśli zastosować powszechnie przyjęte, a właściwie deklarowane, normy moralne)?
Przecież napisałem to wyraźnie w moim tekście.

I tak, tak… miewam erotyczne fantazje, jak każdy zdrowy mężczyzna.
I podobają mi się różne kobiety.
Choć ta, którą kocham, jest jedna.

*  *  *

SEKS, RELIGIA I POLITYKA, albo O ŚWIETLISTOŚCI RZECZY NIEMATERIALNYCH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXI)

.

zapiski notatki kajet notes

.

.

Zwykle etykietki są rozdawane (lub przyjmowane) po to, by zamącić ludziom w głowach i ukryć prawdziwą istotę rzeczy.
Np. „wolny rynek” – w obecnym wydaniu – w rzeczywistości jest umacnianiem hegemonii najsilniejszych graczy ekonomicznych. A hegemonia przestaje mieć cokolwiek wspólnego z wolnością.

Podobnie: to właśnie neoliberalizm umożliwił stopniowy, pełzający zanik demokracji, który właśnie ma miejsce.
Umożliwił w dwojaki sposób:
– będąc przykrywką dla zupełnie nieliberalnych sił związanych z układami polityczno-ekonomiczo-finansowymi
– powodując kontrreakcję sił, które spychają społeczeństwa w kierunku autorytaryzm

W imię pokoju rozpętywano najbardziej zabójcze wojny.
etc…

Człowiek jest mistrzem kamuflażu i przewrotności oraz istotą, która nie może żyć bez iluzji – bez okłamywania siebie i innych.

*  *  *

Polska „transformacja” polegała na „podłączeniu” się (głównie w ramach tzw. „konsensusu waszyngtońskiego”) do zachodniego żywiołu neoliberalnego (i to zarówno w sensie usiłowania kopiowania jego wzorów, jak i poddaniu się jego sile ingerencji w naszą politykę, gospodarkę i ekonomię).
Bardziej więc była to „systemowa” aneksja, niż autonomiczna transformacja (nasza – mam tu na myśli ponad 90 % społeczeństwa – kontrola nad ową „transformacją” była przecież mocno ograniczona, jeśli nie żadna).

Jeśli nawet coś powoduje polepszenie się sytuacji materialnej pewnej grupy społecznej (lub całego państwa), to nie ma gwarancji tego, że ten proces będzie kontynuowany.
Kapitalizm pomagał wydźwignięciu się całych rzesz ludzi z biedy, ale jednocześnie zaczął uzależniać tych samych ludzi od swoich struktur.
A cienka i nieuchwytna jest granica między współpracą (zapewniającą obopólną korzyść) a wykorzystywaniem i eksploatacją innych – słabszych i podległych ekonomicznie, nieuprzywilejowanych społecznie i politycznie.

*  *  *

Satysfakcja z własnej sytuacji materialnej (a więc i życiowej) jest odwrotnie proporcjonalna do materialnych aspiracji (przykładem są polskie „marzenia” o „duńskich urlopach macierzyńskich, brytyjskich zasiłkach, niemieckich płacach, szwedzkim standardzie życia”… etc.)
Czyli: im większe aspiracje (zwłaszcza trudne do zrealizowania, czy wręcz nierealne), tym większe poczucie dys-satysfakcji, niezadowolenia.
A przecież wiemy to od filozofów: każde samo-ograniczenie zwiększa nasze szanse na bycie szczęśliwym.

Wbrew pozorom, poczucie szczęścia wśród ludzi niekoniecznie musi mieć wiele wspólnego z ekonomią. Hasłem „gospodarka, głupcze!” mogą się więc podniecać tylko technokraci – nasze życie jest sprawą zbyt poważną, by powierzać jej ekonomom (a tym bardziej korporacjom i bankierom).

W społeczeństwie i państwie otwartym gospodarka powinna służyć nam, a nie my gospodarce (podobnie jest z państwem, czy jakąkolwiek ludzką instytucją).
Człowiek jest podmiotem, a nie przedmiotem – a za takiego skłonni są zwykle uważać go ci, którzy mają władzę i pieniądze zarobione na jego eksploatacji.

*  *  *

Krytyk literacki Jerzy Jarzębski stwierdza, że „we współczesnej literaturze widoczna jest potrzeba wiecznego zaczynania od dzieciństwa, od pierwotnego doświadczenia świata. W rozmaitych wersjach powraca np. powieść edukacyjna. Mało jest książek, które nazwałbym ‚książkami dla dorosłych’. Książek, w których pewne kwestie stawiane są bardzo poważnie, gdzie widać bagaż doświadczeń piszącego, gdzie sięga się po problemy najwyższej wagi. Od pewnego czasu obserwuję za to powszechny ‚gust do fantastyki’, tendencję do uciekania od rzeczywistości, która jest zbyt skomplikowana, by rozwiązywać w niej nasze problemy”.

Myślę, że w tym cytacie można z powodzeniem „literaturę” zastąpić „kinem” (lub dodać do tego „kino”) i diagnoza zdziecinnienia kina gotowa.
Właściwie to kino od samego swego początku (zwłaszcza na początku) było „zdziecinniałe” (bo każda jarmarczność jest taka), choćby z tego powodu, że stosowało iluzję – uciekając najczęściej w sentymentalizm, następnie w heroizm, awanturyzm, komizm… etc. (Nic więc dziwnego, że kino to chyba jedna z najbardziej eskapistycznych sztuk.)
Jednak w pewnym momencie „nabrało” ono innych ambicji. Zaczęto bowiem traktować film jako sztukę, która może być wyrazem czegoś głębszego uczuciowo, bardziej złożonego intelektualnie – przed kinem otworzyło to całe spectrum ekspresji.

*  *  *

Współczesne kino amerykańskie zostało przytłoczone przez swoją kolosalną machinę produkcyjną. I to jest w pewnym sensie ślepy zaułek, bo od tej machiny trudno się uwolnić. Jest oczywiście szansa, że przy możliwościach (technicznych i finansowych) wielkich wytwórni filmowych, zacznie się robić dobre i ciekawe filmy, ale jest to trudne, bo nad wszystkim wiszą schematy, do których przyzwyczajono „masowego” widza, i którym ulegają twórcy scenariuszy.

A tak na marginesie: być może, paradoksalnie, największą szkodę amerykańskiej sztuce filmowej przyniosły (tak celebrowane teraz) „Gwiezdne wojny” – od których to właściwie zaczął się przerost (widowiskowej) formy nad (psychologiczno-intelektualną) treścią – bo wszyscy z filmowego mainstreamu, a najbardziej George Lucas, zaczęli się prześcigać w wymyślaniu coraz to bardziej wystrzałowych eFeX-ów.

Dzisiaj przy pisaniu scenariuszy filmowych bierze udział kilku autorów. Może właśnie dlatego sprawiają one wrażenie, jakby były pisane przez automat, a nie przez myślącego (i czującego) człowieka.
Wszystko wskazuje na to, że właśnie to można winić za bezmyślną (i bezduszną) sztampowość współczesnych mega-produkcji. Nawet reżyserzy takiego formatu, jak Scorsese czy Spielberg temu ulegają: istnieje zbyt wiele różnych elementów (nierzadko zresztą perfekcyjnych) aby je można poskładać w coś koherentnego, mającego większy sens. Dlatego naciąga się logikę, wali widza po oczach efektami specjalnymi, a aktorzy, po prostu, w tym wszystkim się gubią – razem z widzem.

Tzw. widz „masowy” (nie lubię tego określenia, ale jakie jest lepsze – przeciętny? czyli ten najczęściej, czy też raczej „najliczniej” chodzący do kina?) musi być przyzwyczajony (oswojony) z pewnym rodzajem filmowego języka. W czasach tzw. „klasyki” filmowej (a więc lata 30 – 50/60) był to tzw. język kina „stylu zerowego”, w którym najważniejsze było przedstawienie widzowi historii (plot) przy zachowaniu jak największej dyskrecji, jeśli chodzi o formę (chodziło m.in. o ukrycie całej technicznej strony związanej z kręceniem filmu). Lata 60-te przyniosły zmianę (nie bez znaczenia była tzw. francuska Nowa Fala, ale też i filmy reżyserów włoskich) – forma uzyskała wtedy pełnoprawne znaczenie (zarówno jeśli chodzi o konstruowanie, jak i percepcję filmu).
Z czasem jednak nastąpił regres – ale nie tyle do czystej formuły kina „stylu zerowego”, co do innego jej wyrazu: forma zaczęła odgrywać dominującą rolę (stało się tak wskutek wspomnianej już, niesłychanej rozbudowy efektów specjalnych i szalonego postępu technik komputerowych), ale też na swój sposób została „ukryta” a raczej „zaabsorbowana” przez akcję (stając się niejako integralną częścią tej akcji). Jednak ceną jaką trzeba było tu zapłacić (by dodatkowo jednak nie obciążać świadomości widza), był schematyzm. Dlatego teraz wszystkie widowiskowe filmy „akcji” wydają się być do siebie podobne jak dwie krople wody – mimo (pozornej) różnicy w aparycji. To jest ta sprzeczność, w której wiją się producenci dzisiejszego kina popularnego, „hitowego”: zrobić taki film, w którym wszystko wydawałoby się inne, ale jednak – pozostało takie samo. Samo słowo „akcja” to też jest zresztą świetny (acz nieświadomy) wykładnik tego rodzaju filmów, które z czasem zaczęły mieć coraz mizerniejszą „fabułę”, a coraz większą „akcję” (innymi słowy: „akcja” zaczęła zastępować „fabułę”).
I właśnie tę „akcję” „wstrzykuje się” do mózgu widza (a „strzykawką” jest tu forma, czy też raczej schematyczna formuła spektaklu).
W tym sensie forma stała się w kinie treścią.

*  *  *

Jest oczywiste, że film przestawiający gwałt, agresję i przemoc może stanowić – i być zakwalifikowany – jako rozrywkowy (i bynajmniej nie mam tu jedynie na myśli filmów wojennych, ukazujących mnóstwo wybuchów).
Czyż właśnie gwałt, agresja i przemoc nie są głównymi elementami gier komputerowych – jednej z ważniejszych gałęzi przemysłu rozrywkowego? Właściwie wszystkie filmy hollywoodzkie uznać można za rozrywkę.
Myślę, że kluczem do rozwiązania tej (pozornej jednak) sprzeczności między agresywną treścią a rozrywkowym efektem jest umowność tej pierwszej.

*  *  *

„Artysta” Michela Hazanaviciusa. Film doprawdy niezwykły. I to bynajmniej nie dlatego, że jest to obraz czarno-biały, a na dodatek… niemy. Bowiem to, co wydawać by się mogło czysto technicznym chwytem, nowalijką (???), udziwnieniem, chęcią wyróżnienia się z tłumu, tak naprawdę jest – jeśli nie genialnie, to w każdym razie mistrzowsko wyegzekwowanym – pomysłem, który z wielką siłą, acz wcale nie nachalnie ewokuje czar dawno minionej epoki, łącząc to z miłością do samego kina, zwłaszcza kina „starego”. (Tutaj przypomina się wspaniały cykl Stanisława Janickiego zatytułowany właśnie „W starym kinie”.)

Stefan Chwin napisał niedawno: „Kino jest bliżej Nieba. To rodzaj Pól Elizejskich, które możemy zwiedzać za życia. Kino nadaje człowiekowi świetlistość rzeczy niematerialnej. (…) W kinie twarze wielkich gwiazd filmowych, inaczej niż twarze teatralnych aktorek, płoną miękkim sfumatto, jakby ich ciała, wyzwolone z ciężaru materii, wypełniła fosforyczna substancja, z której przed wiekami zostały zrobione ludzkie dusze.”

Słowa Chwina doskonale odnoszą się zwłaszcza do „starego” kina, które do dzisiaj właśnie „płonie miękkim sfumatto” – a tym samym świetnie określają czar „Artysty”.

*  *  *

Czuję rezerwę do określenia „masowy”, gdyż jest w tym jakaś… dehumanizacja człowieka. I już od dawna przyczepiło się do tego słowa coś pejoratywnego. Być może dlatego, iż często kryje się za nim ledwo maskowana pogarda?
Poza tym, zawsze wszelkiej maści dyktatorzy czy spece – manipulatorzy od „inżynierii” społecznej, traktowali ludzi instrumentalnie, czego przejawem było m.in. i to, że nazywali ich „masą”.
A przecież wszyscy podpadamy pod „masę”: choćby wtedy, gdy idziemy ulicą, tkwimy w korku, jesteśmy na koncercie, czy zwiedzamy Luwr…
Może więc byłoby lepiej gdybyśmy zrezygnowali z „masy” i zaczęli pisać „ludzie”?

To jest jednak pewna trudność, bo przecież używając określenia „człowiek masowy” nie musimy mieć na myśli nic złego, tylko po prostu człowieka „średniego” (Jedermana, Everymana). Lecz kim jest człowiek „średni”? Również pewną abstrakcją.

*  *  *

POCZĄTEK
Wszystkie początki były już na początku wszystkiego.

SPÓJNIK
Wszystko „i” nic. (Czy rezygnacja z „albo” rzeczywiście uwalnia od radykalizmu?)

BÓL
„Nic” nie może nas boleć

NIE(ISTNIENIE)
„Nic” nie istnieje
Wszystko istnieje, ale też nie wszystko istnieje (czyli: nie istnieje wszystko, tylko istnieje to wszystko, co istnieje)

CZAS
Wszystko już było i wszystko będzie.
„Nic” nie ma czasu – czyli „nic” nie ma przeszłości ani przyszłości (a tym bardziej teraźniejszości).

POMIĘDZY
Wszystko mieści się pomiędzy tak i nie.
Nic (nie) mieści się nigdzie.

NIHILISTA
Nihilista – czyli człowiek niekulturalny (źle wychowany, metafizyczny nic-poń?)

BÓG
Nic nas nie może zbliżyć do Boga, ani od Boga oddalić.
Podobnie jak wszystko…

PS. Z tego co widzę, Nic jest zaskakująco (zatrważająco?) blisko Wszystkiego (a tym samym: Wszystko jest blisko Niczego).

*  *  *

Cioran kiedyś napisał: „Nie można nic powiedzieć o niczym. Dlatego można pisać książki o wszystkim.”
Napisał też coś takiego: „Wszystko jest pozorem – ale czego? Niczego.”

*  *  *

Dlaczego czas ucieka, skoro nic go nie goni?
W każdym razie (w żadnym wypadku) nie można uciec przed czasem.

*  *  *

Słynne pytanie Leibniza: „Dlaczego istnieje coś, zamiast by raczej nic nie istniało, zaważywszy, że nic jest łatwiejsze niż coś?”, na które on sam dał odpowiedź, nawiązując do Pierwszej Przyczyny, czyli Boga.

Ja jednakże nie jestem przekonany co do tego, że jakikolwiek byt musi się domagać racji swojego istnienia. Być może celem (sensem) istnienia czegokolwiek jest samo istnienie?
Przy czym: to, że nie potrafimy przeniknąć (poznać, zrozumieć) sensu naszego istnienia (czy też istnienia jakiegokolwiek bytu), nie oznacza, że tego sensu nie ma.

A co do istnienia – czy też raczej nie istnienia – niebytu?
Ktoś kiedyś napisał (chyba jednak zabawnie): „Niebyt to właśnie taki Święty Mikołaj ontologii. Wiele się o nim rozprawia, wiele mu się przypisuje. A on? A on nie istnieje!”

*  *  *

Bawiąc się (ze) słowem można trafić w sedno, albo dotknąć jakiejś (nieoczekiwanej) prawdy.
A może tylko przeczucia?

Jednakże można też chybić (i czyż – ze względu na naszą wrodzoną/przyrodzoną ignorancję – nie dzieje się tak najczęściej?)

*  *  *

Tzw. ustalone poglądy nie muszą być czymś złym – nie muszą być ciasnymi poglądami i oczywiście nie muszą też mieć wiele wspólnego z fanatyzmem.
Lecz niestety: najczęściej są pochodną niechęci do samodzielnego myślenia, (czyli wynikają z umysłowego lenistwa lub bojaźliwości); często wynikają też z biernego przyjmowania poglądów obiegowych, narzuconych (w taki czy inny sposób – także za pomocą „edukacji”, o tresurze ideologicznej nie wspominając) z zewnątrz; są wyrazem hołubienia stereotypów i przejawem myślenia schematycznego; chodzą również na pasku jakiejś ideologii, wliczając w to religię…

*  *  *

Z pewnym zdumieniem przeczytałem w polskim „Newsweeku” artykuł Piotra Bratkowskiego i Roberta Ziębińskiego pt. „Życie to pułapka”. Moją uwagę zwróciła opublikowana na dwóch pełnych stronach fotografia – kadr z filmu Eastwooda, z takim oto podpisem: „J. EDGAR’. Leonardo DiCaprio jako J. Edgar Hoover świetny, ale prawda o legendarnym twórcy FBI – ocenzurowana”.
Ki licho – pomyślałem, nad artykułem się pochyliłem i taki oto kwiatek w w nim znalazłem:
(z rozdziału zatytułowanego „Lesbijka i republikanin kręcą film”, str. 85):

„Eastwood też niekoniecznie chciał stworzyć wierny portret Hoovera. Jako zdeklarowany konserwatysta (…) usunął ze swojego filmu elementy, które dla republikańskich wielbicieli Hoovera wciąż pozostają niewygodne. Hoover Eastwooda nigdy nie był homoseksualistą, nigdy nie przebierał się w damskie ciuchy ani nie miał romansy z podwładnym. Jego obsesyjna potrzeba władzy i kontroli (…) wynikała przede wszystkim z opacznie rozumianego patriotyzmu. Teza interesująca, ale dość łatwa do obalenia, co szybko zresztą uczyniło amerykańskie środowisko gejów i lesbijek, szydząc publicznie z filmu Eastwooda.”

Zdumiewające jest to, jak można pisać (i to w piśmie, które chce uchodzić za „renomowane”) recenzję z filmu nie widząc go wcześniej – ani nawet nie zapoznając się z jego zawartością? (Zresztą, spotykam się z tym w polskiej prasie nie po raz pierwszy.)
Otóż prawda jest taka, że w tym filmie jest dokładnie na odwrót:
Clint Eastwood właśnie NIE usunął ze swojego filmu elementów, które dla republikańskich wielbicieli Hoovera wciąż pozostają niewygodne. Hoover Eastwooda JEST homoseksualistą, PRZEBIERA się w damskie ciuchy i MA romans z podwładnym.
Ponadto: Szydziło z filmu Eastwooda NIE środowisko gejów i lesbijek, a właśnie środowisko konserwatystów, zwłaszcza związanych z FBI. Także dlatego, że autorem scenariusza filmu Eastwooda jest zdeklarowany i otwarty gej Dustin Lance Black (nota bene ten sam, który napisał scenariusz do „Milka”, filmu o homoseksualnym merze San Francisco).

Napisałem do autorów tego artykułu, że ich postawa wydaje mi się po prostu nieuczciwa i że czytelnikom „Newsweeka” należy się sprostowanie.
Nawiasem mówiąc: bardzo bym się zdziwił gdyby ci panowie odpowiedzieli na mój list, a jeszcze bardziej – gdyby zamieścili w Newsweeku sprostowanie. Pewnie przełkną tę żabę i wszystko spłynie po nich jak po kaczce.

*  *  *

We „Wstydzie” Michael Fassbinder gra Brandona, mężczyznę uzależnionego od seksu. Film McQueena uwiera, wpędza w zakłopotanie, a może nawet powoduje, że wstydzić zaczyna się sam widz. Bo któż z nas jest zupełnie wolny od uzależnień (jest ich przecież cała gama – do wyboru, do koloru!); bo któż z nas jest do końca pogodzony z przemożnością, z jaką natura przesiąka (nacechowuje) nas seksem; bo któż z nas nie odczuwa konsternacji próbując znaleźć granicę między ludzkim erotyzmem a „zwierzęcym” seksem – między kulturą a imperatywem gatunkowej (ewolucyjnej) reprodukcji?

Nie sądzę jednak, że „zakręcenie” Brandona jest (jak ktoś to wyraził) „psychotyczne”. On tak naprawdę cierpi na nerwicę seksualną, która nie jest psychozą. A o tym, że Brandon nie jest psychotykiem (choć stoi na granicy socjopatii) świadczy właśnie to, że odczuwa on (tytułowy) wstyd. Jest też bez wątpienia człowiekiem wrażliwym. I mimo wszystko budzącym większą sympatię, niż np. jego ekstrawertyczny szef, dla którego (przypadkowy) seks jest „czystą” rozrywkową konsumpcją, (i którego zachowanie jest ewidentnie obrzydliwe, choć przecież jak najbardziej mieszczące się w „seksualnej” normie, czy też w stereotypie palanta-podrywacza).

Warto zauważyć, że Brandon nie krzywdzi w zasadzie nikogo (oprócz samego siebie). Żadnej kobiety do niczego nie zmusza, korzysta tylko z ich „seksualnych usług” – z oferty jaką kobiety przedstawiają mężczyźnie. Wszystkie kobiety zupełnie świadomie biorą udział w tej grze, która wszak dla Brandona stała się nałogiem. I oddają się mu – nie tylko bez przymusu, ale wręcz z (samiczkowatą?) ochotą.
Czy jest on w stanie się z tego nałogu wydostać?
Myślę, że tak. Pierwszy krok ma już za sobą: uświadomił sobie bowiem to, że to, co robi jest złe. Brzmi to może zbyt moralizatorsko, ale tak jest – on się chce z tego zła wyzwolić. (Kolejny to zresztą argument za tym, że nie jest on psychopatą, bo psychopata w zasadzie nie jest zdolny do odczuwania winy.)

Znakomity we „Wstydzie” jest sposób filmowania scen erotycznych. Na pewno wielka w tym zasługa nie tylko operatora, ale i reżysera oraz aktorów. Chodzi o to, że sceny te nie mają w sobie krzty… pornograficznej… nie wiem jak to nazwać… lubieżności, prostactwa – chęci epatowania erotyzmem dla samego efektu wzbudzenia podniecenia u widza. A już scena orgii, w której bierze udział Brandon razem z dwiema (bodajże) kobietami, to doprawdy majstersztyk, jeśli chodzi o sztukę fotografowania i montażu. To, że Fassbender zagrał tę scenę tak a nie inaczej (czyli bez żadnej asekuracji i „na całego”) świadczy o jego klasie i o tym, że jest aktorem „rasowym”, który nie boi się żadnego wyzwania – gotowym nawet poświęcić swój narcyzm.

*  *  *

Seks jest obecnie – jeśli chodzi o kulturę masową czy internet – najczęściej odzierany z intymności (czyli z tego co w związku erotycznym dwojga ludzi jest chyba najważniejsze). Jest też traktowany bardzo instrumentalnie – jako towar, jako „karta” przetargowa, jako dobro konsumpcyjne, które ma nam dostarczyć natychmiastowej przyjemności, zaspokojenia… za uiszczeniem pewnej opłaty, za naciśnięciem odpowiedniego guziczka.

Mnie ciekawi (nie będę pisał, że niepokoi) ogólna dostępność pornografii w internecie dla dzieci – i to już od najmłodszych lat. Nie wiem jakie to ma (będzie miało) skutki dla ich psychiki i jak wpłynie na zachowania seksualne ludzi w przyszłości (na skutki społeczne przyjdzie pewnie poczekać nieco dłużej – coś mi się wydaje, że to może być taka bomba z opóźnionym zapłonem).

*  *  *

To, że urodziłem się w kręgu kulturowym, gdzie panuje monogamia, jest dziełem przypadku. Gdybym się urodził w innej kulturze, która dopuszcza poligamię, to mógłbym „mieć” wiele kobiet i im więcej bym ich miał, tym bardziej byłbym szanowany (bo przykładnie wypełniałbym “wolę bożą”… dodam: ichniej “bozi”). Nasza kultura poszła zaś w innym kierunku, więc za to samo byłbym potępiony.
A czego właściwie chce bozia?
Otóż, ogólnie rzecz biorąc wydaje się, że jeśli chodzi o stronę biologiczną, to “bozia” (której „narzędziem” jest Natura) chce, aby życie samo się podtrzymywało i geny były przekazywane dalej.
Lecz biedny człowiek próbuje się w tym wszystkim jakoś znaleźć i połapać, tworząc coś takiego, jak kulturę (w tym i religię), która ten żywioł zwany życiem usiłuje po swojemu regulować i porządkować. W sumie to jest proste i nie wymaga aż takich strasznie zaawansowanych dywagacji.

*  *  *

Nie zgadzam się ze stanowiskiem Petera Singera, który twierdził, że seks nie stawia żadnych wyjątkowych zagadnień moralnych, a tym bardziej trudno mi przyjąć jego tezę, że etyka seksu ma taki sam wymiar jak etyka jazdy samochodem, (dlatego zupełnie kuriozalne wydaje mi się np. to zdanie: „Faktycznie, kwestie moralne związane z prowadzeniem samochodu – zarówno jeśli o ochronę środowiska, jak i bezpieczeństwo – są znacznie ważniejsze, niż te związane z seksem.”)

Dla mnie nie ulega wątpliwości, iż każdy system etyczny regulujący zasady funkcjonowania człowieka w społeczeństwie, musi także uwzględniać seks, który należy przecież do najważniejszych sfer naszego życia. Jest oczywiste, że nie każde zachowanie seksualne może być dozwolone – np. gwałt, wykorzystywanie seksualne dzieci, świadome przenoszenie drogą seksualną chorób… etc. – o konieczności tzw. „przyzwoitego” zachowania się w miejscach publicznych nie wspominając. Jeśli komuś się wydaje, że jest zupełnie seksualnie wyzwolony, to nich np. spróbuje się masturbować w obecności swoich dzieci, na środku ulicy Marszałkowskiej i to w godzinach szczytu. Co wtedy miałoby większe znaczenie i znaczniejsze konsekwencje: szok osób najbliższych, czy zakłócenie ruchu samochodowego ruchu? (Celowo odwołuję się do tak graficznego i trywialnego przykładu, by wykazać absurdalność opinii, że w jakimkolwiek systemie etycznym można pominąć zagadnienia związane z zachowaniami seksualnymi i że seks nie rodzi żadnych specyficznych kwestii.)

Każdy system etyczny odnosi się do zachowania człowieka w kontekście społecznym, a zachowania seksualne są jednak – przy całej swojej powszechności – czymś wyjątkowym i specyficznym, choćby dlatego, że odnoszą się do sfery nie tylko najważniejszej jeśli chodzi o zachowanie gatunku (prokreacja), ale również do sfery życia psychicznego, która przez większość ludzi traktowana jest jako bardzo intymna, newralgiczna, niezwykle wrażliwa na traumę. Innymi słowy: jest ona bardzo ważna (na wskroś witalna) i dlatego nie może być pominięta przez żaden – nie tylko religijny, ale i świecki – system etyczny, który stara się regulować społeczne zachowania człowieka.

*  *  *

Tak jak każdy rodzaj wolności człowieka (traktowanej w kategoriach absolutnych) również tzw. „wyzwolenie” seksualne jest mrzonką i mitem.

Nie mamy takiej wolności, jak się nam wydaje, ponieważ – z racji tego, że jesteśmy istotami społecznymi – nasze życie opiera się na związkach z innymi ludźmi, i tylko w relacjach z drugim człowiekiem może się tworzyć i spełniać nasza tożsamość. A to wymaga ustalenia moralnych norm. Także tych (zwłaszcza tych) związanych z seksem.

*  *  *

W jednej z internetowej dyskusji wyraziłem opinię, że nie można mylić religii z ideologią, szczególnie jeśli chodzi o źródło norm moralnych. Na co jeden z moich interlokutorów się obruszył pisząc: „Jaka jest różnica między religijnymi systemami moralnymi, a tymi pochodzącymi z innych ideologii? I co czyni te pierwsze o tyle bardziej wartościowymi, że zrównanie obu tych rodzajów można nazwać dyskredytowaniem jednego z nich?”

Co moim zdaniem różni religie od ideologii?
Otóż systemy moralne wywodzące się z religii konstytuowały życie społeczne Homo sapiens przez tysiące lat, natomiast ideologie są wynalazkiem człowieka stosunkowo młodym (liczącym lat kilkaset), i na dodatek mocno już skompromitowanym (faszyzm, totalitaryzm, komunizm…) Wygląda na to, że człowiek bez mocniejszej podstawy metafizycznej (choćby tylko hipotetycznej, czy też hipostatycznej) się gubi, a i tak za wszelką cenę próbuje sobie znaleźć bożka zastępczego: kult jednostki, pieniądza, rasy, narodu, prestiżu, władzy, tzw. „postępu”… To taka materialistyczna fiksacja człowieka, który w swej istocie nadal pozostaje gatunkiem Homo religiosus, mimo zerwania z religią.

Poza tym: nie jest dobrze, kiedy jakaś ideologia (ale też i religia) zastępuje komuś myślenie.
Mogę więc napisać, że ideologia jest dla mnie czymś mocno podejrzanym, zbyt konceptualnym, sztucznym, arbitralnym, a na dodatek – co pokazuje historia – skompromitowanym. Dlatego porównanie do niej religii jest według mnie czymś (religię) dyskredytującym.

Ale przecież wiem, że religia też potrafi człowieka niewolić, krzywdzić, zwalniać od myślenia – ogrom zła poczynionego w imię religii w dziejach ludzkości jest zatrważający. Czuję jednak przed religią swego rodzaju…. antropologiczny respekt, bo stara się ona dotknąć Tajemnicy, uwzględniać tę Tajemnicę (pisząc „Tajemnica” mam na myśli coś, co leży poza granicą naszego poznania i pojmowania – pewien Wyższy metafizyczny Sens, którego moim zdaniem nie możemy – żyjąc tu i teraz na naszej Ziemi – przeniknąć i poznać).

*  *  *

Niektórzy zwracają uwagę na coraz większą „ateizację” Zachodu. Ja jakiejś lawinowej utraty wiary w Boga nie widzę, ale jeśli tak jest, to czy odrzucając podstawy metafizyczne (tworząc cywilizację ateistyczną) nie wpadniemy w jakąś pułapkę? To jednak może dopiero wykazać przyszłość. (Na razie wiemy, że takie ateistyczne ideologie, jak faszyzm czy komunizm, okazały się pułapką i to pułapką morderczą.) Pokaże to być może przykład Chin – które, według mnie, opierając się tylko na materialistycznych przesłankach i konsumpcji, zmierzają donikąd i już teraz mają olbrzymie trudności, by określić swoją tożsamość (po prostu nie wiedzą kim są, poddając się żywiołowemu tworzeniu dóbr konsumpcyjnych).

Moim zdaniem za wcześnie jest sądzić (a podnoszą się takie głosy), że ideologia (niereligijna) jest czymś lepszym od religii w tworzeniu moralnych zasad. Być może tak się stanie, lecz ewentualnie pokaże to dopiero przyszłość. Współczesne jaskółki wiosny jeszcze nie czynią. Jak na razie zdecydowana większość ludzi na całym świecie uznaje się za wyznawców jakiejś religii, czy choćby tylko systemu odwołującego się do metafizyki, czyli czegoś co jest poza światem „fizykalnym”, postrzeganym przez nasze zmysły.

Muszę się więc przyznać do tego, że w moim systemie wartości, moralne systemy oparte na przesłankach religijnych (a mówiąc inaczej: te, które odnoszą się do metafizyki) mają większą wartość, niż te, które mają podstawę tylko materialistyczną (odrzucającą jakąkolwiek Tajemnicę, zaprzeczającą istnieniu jakiejś Idei Nadrzędnej, twierdzące, że poza dostępnym nam światem empirii, nie ma już Nic).
I piszę to bynajmniej nie jako człowiek opierający się na konkretnej doktrynie religijnej (uważam się raczej za agnostyka), ale na mojej własnej – mogę chyba tak to nazwać – intuicji, przeczuciu, refleksji nad wspaniałością, czy wręcz cudownością Życia i Wszechświata…

Oczywiście – uważając się za agnostyka – dopuszczam również to, że mogę się mylić. Dlatego też – z tych samych względów – nie przekonują mnie żadne „pewniki” ateistyczne, według mnie podobnie nieweryfikowalne, jak tzw. „dowody” na istnienie Boga. Uważam, że ta wiedza leży poza zasięgiem naszych możliwości poznawczych.

Gwoli jasności chciałbym dodać: ja własnego systemu etycznego, (który chcę respektować) nie osadzam na żadnych „metafizycznych” podstawach, bo tychże nie znam – i oczywiście (chcąc być konsekwentny wobec własnej postawy agnostycznej) nie mogę być pewny, czy istnieją.

Być może w tym jest jakaś sprzeczność, że bardziej cenię systemy etyczne, które opierają się na religii. Wynika to chyba z mojego szacunku dla ludzkiej potrzeby poszukiwania Absolutu, pragnienia poznania Wyższego Sensu, rzeczywistości niedostępnej naszym zmysłom, Sił, które nas (i wszystko) stworzyły… tego co jest Poza… A mimo wszystko bardziej skłaniam się ku intuicji, że Poza istnieje jeszcze Coś, a nie tylko Nic (m.in. dlatego nie uważam się – i nigdy nie uważałem – za ateistę).

*  *  *

Mówienie o jakiejś wartości jest z konieczności odwoływaniem się do konkretnego systemu aksjologicznego, etycznego. A ten jest jednak czymś przyjętym (jeśli nie stworzonym) w taki czy inny sposób przez nas. Moim zdaniem niemożliwa jest dyskusja o wartościach bez ustalenia tego, jak rozumiemy daną wartość my sami. Dla kogoś np. życie ludzkie nie musi mieć takiej wartości, by nie można go było poświęcić (utylitarnie) w imię jakiegoś celu politycznego czy ideologicznego (co występowało w ideologii – i praktyce – systemów totalitarnych). Dla mnie życie ludzkie ma taką wartość, że uważam, iż tego czynić nie można. Na tej zasadzie oceniam „wartość” ideologii totalitarnych (a konkretnie komunizmu i faszyzmu). Na tej podstawie odrzucam zasadność dyktatur (np. Pinocheta, Mussoliniego czy Franco), które według mnie są systemami władzy z gruntu nieetycznymi.

*  *  *

Twierdzenie, że Japonia, Korea, Chiny odniosły ekonomiczny sukces, bo budowały (budują) swoją potęgę („dobrobyt”) na zasadach konfucjanizmu jest moim zdaniem nieporozumieniem. Nie, one budują to na zasadach kapitalizmu. Poza tym Japonia od wielu lat przeżywa ekonomiczny kryzys, bo okazało się, że jednak nie można ludzi zapracowywać (”zaharowywać”) na śmierć. W kraju tym z pracy starano się zrobić coś w rodzaju „religii”, zapełniając pustkę jaka powstała po boskości cesarza i moralnej kompromitacji (akces do faszyzmu) podczas II wojny światowej.

Chińczycy, po szaleństwach rewolucji „kulturalnej” i zniszczeniu własnej tradycji – przyczepiwszy się obłudnie do „komunizmu” a w rzeczywistości wyzyskujący ludzi jak najbardziej „krwiopijczy” kapitaliści – sami nie wiedzą kim są. Decydenci w Chinach (tradycyjnie zresztą) wielkim humanitaryzmem raczej się nie cechują i nadal traktują ludzkie mrowie jak siłę roboczą, lekce sobie ważąc takie wartości jak autonomię jednostki, godność człowieka, wolność indywidualną czy swobody obywatelskie. (Co nie przeszkadza Zachodowi obłudnie się do nich mizdrzyć, głównie po to, by robić z nimi interesy.)
Trudno przewidzieć co też z tych Chin wyrośnie. Ten kraj to jedna Wielka Zagadka.

*  *  *

Jeśli się chce opisać rzeczywistość i uwarunkowania społeczne, w jakich funkcjonuje buddyzm w krajach azjatyckich, to nie można operować stereotypami, czy też myślowymi „gotowcami”, które wynieśliśmy z naszej kultury, ani też odnosić tego do warunków panujących w naszym kręgu cywilizacyjnym.
W tym kontekście np. (zadane mi w jednej z dyskusji) pytanie: „czy mężczyzna decydując się na zostanie mnichem awansuje społecznie?” jest po prostu źle postawione (bo do sytuacji buddyjskiego mnicha nie przystaje coś takiego jak – w naszym rozumieniu – „awans społeczny”).
Tak, jego ranga „duchowa” wzrasta, ale niekoniecznie przenosi się to na stosunki – czy też raczej – hierarchię społeczną. Wiadomo, że np. w Państwie Środka w czasach Cesarstwa mnich pozostawał poddanym władcy, był też w hierarchii społecznej niżej od mandarynów czy książąt. W Tybecie zaś wszyscy byli buddystami, ale panowały tam jednocześnie stosunki feudalne, ściśle zhierarchizowane. Obecnie też – np. w Laosie czy Birmie – mnisi podlegają np. władzy partii (komunistycznej), która rządzi krajem. Czyli: w sferze duchowej mnich stoi wyżej od laików, ale ta „wyższość” niekoniecznie przenosi się na sferę świecką.

Spotkałem się też w naszym kręgu kulturowym z wyzwaniem mnichów buddyjskich od „pasożytów”, wraz z sugestią, że to takie cwaniaczki, które wykorzystują głupotę i naiwność maluczkich, by oddawać się przyjemnemu i wygodnemu życiu.
Otóż, jeśli ktoś decyduje się zostać mnichem, to jest to jednak wyrzeczenie (i tak jest też przez buddystów traktowane). W przeciwieństwie np. do wielu księży katolickich, którzy mieszkają w willach, śpią w piernatach, puchach i wygodnych łóżkach, jeżdżą luksusowymi samochodami, mają do dyspozycji gosposie… etc., mnich buddyjski może posiadać tylko 8 (osiem) rzeczy: trzy szaty, pojemnik na wodę, misę jałmużną, igłę, brzytwę i pas. A je tylko tyle, ile jest naprawdę konieczne do przeżycia (czyli bardzo mało i tylko proste pożywienie – raz lub najwyżej dwa razy dziennie). O wstrzemięźliwości seksualnej nawet nie ma co wspominać, bo stosunek seksualny podczas pobytu w Sangha należy do najcięższych przekroczeń. Bycie mnichem to wyrzeczenie się dóbr materialnych i przyjemności zwykłego życia. Dlatego też mnich w krajach buddyjskich cieszy się szacunkiem laików.

*  *  *

Buddyzm jest bardzo „egalitarny”, choć jednak pewna hierarchia w nim obowiązuje – czy też raczej funkcjonuje (pewni nauczyciele stawiani są wyżej od innych; niektórzy mnisi uznawani są za lepszych od innych; pewne wcielenia są lepsze od innych; istnieje jednak dobra karma i zła karma… etc.), bo chyba jednak żadna kultura (system filozoficzny, religia) nie może się obejść bez pewnego systemu wartości (czyli nie może  być neutralna aksjologicznie). Ale już w świetle Dharmy wszyscy są równi, wszyscy podlegają prawu Samsary… podobnie zresztą jak w Chrześcijaństwie, gdzie wszyscy są równi przed Bogiem.

*  *  *

Czytam stwierdzenie: „Nie byłoby wojujących wrogów religii, gdyby nie wojujący wyznawcy religii, którzy nie tylko nie mają serca ani wyobraźni, ale także grzeszą przeciw ideałom swych religii.”
Niestety, tak jest. Błędne koło wzajemnie napędzającej się niechęci, wrogości a nawet nienawiści.
Wrogowie religii zwalczają „zabobon” i „przesądy”, jakby sami czuli się zagrożeni religijnym fundamentalizmem. Co ciekawe, większość z nich żyje w krajach Zachodu, które w zasadzie posiadają prawo liberalne i którym przecież żaden religijny fundamentalizm nie zagraża (bardziej ekstremizm, który jest rodzajem desperacji bezsilnego w społeczeństwie liberalnym fundamentalizmu.) Religia jest więc zwalczana przez tych, którzy czują zagrożenie dla własnych swobód.

Z kolei ludzie religijni reagują na te ataki czymś, co niektórzy nazywają „moral panic” – bo czują, że zagrożony jest ich system wartości, że może się zawalić ich świat, w którym swoje życie opierają w dużej części na wierze.
Akcja rodzi reakcję, najczęściej jednak przesadną – zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Jest to po prostu walka o poszerzenie (zachowanie) własnej przestrzeni światopoglądowej.

Ten konflikt jest szczególnie zaostrzony w naszym kraju – czyli w Polsce. W Stanach Zjednoczonych tego problemu w zasadzie się nie dostrzega, bo mimo wszystko panuje tu dość daleko posunięta religijna tolerancja. (Choć też zdarzają się spięcia na tle światopoglądowo-religijnym – jak np. wokół ustawy aborcyjnej. Dotyczy to jednak drobnego ułamka społeczeństwa).

*  *  *

Mówi się czasami o buddyzmie jako o religii „niewojującej”. I to jest właśnie jeden z tych ważniejszych aspektów buddyzmu, który mnie ujmuje – podobnie jak wpisana w postawę buddyjską tolerancja dla innych wierzeń, nie narzucanie (zwłaszcza siłą) własnych przekonań. To sprawia, że mam dla buddyzmu – i ludzi wyznających buddyzm – wielki szacunek.

W buddystach zawsze wyczuwam pewien… spokój i brak agresji. Kiedy byłem w Indiach, to uderzyła mnie np. różnica w zachowaniu dzieci z rodzin muzułmańskich i buddyjskich. W tych pierwszych było właśnie sporo natarczywości, czasem nawet agresji, w drugich – wspomniany już spokój, większa ogłada, skromność, nie narzucanie się. (Nie wiem, może akurat tak trafiłem.)

W krajach, gdzie przeważają buddyści, zawsze czuję się bezpieczniej. W ludziach tych uderza mnie zwłaszcza łagodność; także coś w rodzaju dziecięcej wprost niewinności (choć tutaj być może jednak idealizuję). Tak było np. podczas mojego pobytu w Kambodży, gdzie zrozumiałem, jak to było możliwe, że w ciągu zaledwie kilku lat wymordowano tam ponad półtora miliona ludzi (jedną czwartą całej populacji) – nota bene bez dysponowania takimi środkami technicznymi zagłady, jakie mieli do dyspozycji hitlerowcy. Otóż wystarczyło, że znalazła się grupa szaleńców i nikczemników (liderzy Czerwonych Khmerów), by zorganizować masowe mordy i dokonać tej zbrodni na ludziach, którzy zupełnie się nie bronili i szli na tę rzeź pokornie jak barany.

*  *  *

Czytam wywiad z prof. Mikołejko. Na pytanie: „Studiowanie Pisma to dla pana zmaganie się z nieistniejącym Bogiem? odpowiada on:
– „Istniejącym. Bo nawet gdyby jego obecność ograniczała się tylko do Pisma, to istnieje on przecież przez to, że dyskurs tam obecny rządzi naszym życiem. Nie wiem oczywiście, czy biję się z Bogiem, czy też jedynie z tym dyskursem. Ale niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, ten dyskurs jest wszechobecny, wszechwładny. Nawet w społeczeństwach rzekomo świeckich, bo to nie jest tak, że zrzucamy z siebie sukienkę tradycji i nakładamy nowe ciuchy. Ta sukienka tradycji jest jak…”
– „Koszula Dejaniry?
– „Tak. Jest w nas wpisana cieleśnie. W nasze gesty, wybory, myślenie; nawet u radykalnych ateistów. Gdy się przyjrzeć choćby Marksowi, jest on w gruncie rzeczy wierzącym Żydem, który skasował hipotezę zwaną Bogiem, ale nadal pozostaje w wierze. W swoim myśleniu jest mesjanistą, tyle że Mesjasz jest u niego zbiorowy.
To nieodparte brzemię. A skoro nieodparte, to jako nieustający, choć stary już buntownik muszę się z tym borykać. Niekoniecznie chcę je nieść. Nie chcę nieść choćby tego dziedzictwa kultury męskiej, patriarchalnej, stale zresztą obecnej nawet w głębokiej nowoczesności.”

To, co mówi profesor jest dla mnie niezmiernie interesujące. Jego światopogląd i opinie są zbliżone do moich, być może dlatego, że nasze drogi rozwoju i kształtowania się intelektualno-duchowego są niemal identyczne: wychowanie w katolickiej rodzinie, kryzys wiary i bunt, odkrycie własnej śmiertelności, odczytywanie (“na własną rękę”) Biblii i Nowego Testamentu, nieufność wobec religii zinstytucjonalizowanej (Kościół), świadomość ukształtowania nas przez kulturę judeo-chrześcijańską, uznanie doniosłości faktu pojawienia się w ludzkiej kulturze takiej postaci, jak Jezus Chrystus (a konkretnie: wartości, które on nam przekazał), respekt dla metafizycznych dążeń człowieka (którego wyrazem jest religia), intensywna (pełna lęku ale i fascynacji) konfrontacja z pustką i nicością… etc.
To tak, jak gdybym pisał o sobie.

Nota bene w wypowiedzi profesora – wśród wielu mądrych i niezwykle przenikliwych stwierdzeń – natrafiłem też na szczególnie uderzający fragment, który doskonale wpisuje się w poruszany czasami przeze mnie temat buddyzmu, bo brzmi on tak, jakby profesor mówił o doświadczeniu buddyjskim, a konkretnie o buddyjskim pojęciu Pustki i Nirwany:

“Nie jestem w stanie kategorycznie wypowiedzieć się w sprawie nieobecności Boga. Do końca nigdy nie możemy być pewni, że coś ‚tam’ jest, czy czegoś ‚tam’ nie ma. Mistyczny zaś pierwotnie znaczy ‚tajemniczy’. A ja mam nieustanną pokusę, by wpychać paluch w ranę tajemnicy. Jest w tym też późniejszy sens słowa mistyczny, który mówi o pozarozumowym roztopieniu się w porządku, który nas przerasta. Mam wrażenie, że on istnieje, ale nie wiem, czym jest. Może to nicość? Mistyczne otwarcie się na przerażającą nicość, która być może wynajduje życie. Mam wrażenie bowiem, że to nie śmierć jest wynalazkiem życia, ale życie wynalazkiem śmierci. Że to śmierć żywi się egzystencją. Nicość jest czymś pierwotnym i ostatecznym, kresem naszego świata, wszechogarniającą obecnością, horyzontem istnienia, w którym chcę się mistycznie roztopić. ‚Chcę’ to może niewłaściwe słowo, bo tam rozum przestaje pracować, zostaje tylko ekstatyczne wpatrywanie się w studnię bez dna.”

*  *  *

Religia zawsze była związana z polityką – także w tym sensie, że była wykorzystywana przez polityków jako narzędzie do osiągania własnych partykularnych celów. I tak niestety zostało do dzisiaj. Musimy więc być ostrożni: często bowiem winimy religię za coś, co jest sprawką polityków traktujących ową religię instrumentalnie, cynicznie i w sposób pozbawiony skrupułów.

Czytając polską prasę (regularnie: „Polityka”, „Newsweek”, nieregularnie: „Wprost”, „Uważam Rze”, „Tygodnik Powszechny”…), mam wrażenie, że w Polsce od jakiegoś czasu istnieje ostry konflikt między środowiskami tzw. konserwatywnymi (związanymi zazwyczaj z Kościołem Katolickim) a liberalnymi. Jestem też świadkiem ataków na Kościół (czytając np. dyskusje na pewnych forach), spotykam się z czymś w rodzaju krucjaty wojującego ateizmu, dyskredytacją wiary, religijności i samych ludzi wierzących; z drugiej zaś strony widzę ataki „konserwatystów” na środowiska liberalne, odruchy nacjonalistyczno-ksenofobiczne, nerwowość i przesadę związana z syndromem oblężonej twierdzy…
Nie wiem, być może są to tylko moje złudzenia podsycane przez tzw. „opiniotwórczą” prasę, która manipuluje ludźmi, by przeforsować swoją własną opcję polityczną i poglądową. Ale przecież pamiętam np. wojnę o krzyż – gdzie ten konflikt objawił się bodaj najmocniej i jednak naocznie, pamiętam histerię i żałobny teatr wywołany przez katastrofę smoleńską… Trudno jest mi więc przyjąć, że świadomość tego konfliktu to tylko moje złudzenie nie mające oparcia w rzeczywistości.
(Przypis: zapis ten pochodzi z 2012 r. Tygodniki polskie przestałem z czasem czytać, zniechęcony ich obłędnym rozpolitykowaniem i propagandą „jedynie słusznych” opcji.)

*  *  *

Można zauważyć, że przenikanie się (konfrontacja) odmiennych kultur różne przybiera formy: od wzajemnego zwalczania się i wrogości (do tego niestety niezbyt chlubnie przyczynia się ksenofobia i sztywny nacjonalizm) – przez stapianie się (przebiegające w sposób nieco bardziej dyskretny i „długofalowy”) – po wzajemne wzbogacanie się (inspirowanie, zapożyczanie…)
Musimy się zgodzić z tym, że właśnie na styku dwóch różnych kultur (najczęściej reprezentowanych przez różne narody) ma miejsce ferment, który sprawia, że dzieją się tam rzeczy najbardziej ciekawe, twórcze. Paradoksalnie, to zjawisko (proces) może być argumentem zarówno na rzecz globalizacji (rozumianej tu jako kulturowy blending), jak i tendencji nacjonalistycznych (wiążących się zazwyczaj z tzw. „patriotyzmem”), dążących do utrzymania narodowej (kulturowej) tożsamości – uznawania, pielęgnacji i szacunku dla wartości specyficznych dla danej nacji, wypracowanych przez narodową tradycję…
Czy zawsze musi to pociągać za sobą konflikt?
Jeżeli obie strony będą podchodzić do tego stereotypowo, powierzchownie, wrogo i demagogicznie to oczywiście będziemy mieli walkę na noże. Jeśli zaś zdobędą zdobędą się one na tolerancję, wysiłek zrozumienia odmiennych racji i głębszego wniknięcia w sprawę, to może to być czymś wzbogacającym i konstruktywnym.

(Dopisek po latach: niestety, jeśli chodzi o konflikt światopoglądowy, to nasz kraj zdominowała ostatnio walka na noże.)

*  *  *

Inne odcinki cyklu przeczytać można  TUTAJ

.

NAJDROŻSZA FOTOGRAFIA ŚWIATA

rozmowa z Onibe

 

Andreas Gursky, Rhein II

Andreas Gursky, Rhein II

.

W 2011 roku, fotografia niemieckiego artysty wizualnego Andreasa Gursky’ego pt. „Rhein II”, została sprzedana na aukcji w nowojorskim Christie’s za $4,338,500. Niedawno trafiłem na artykuł brytyjskiego Guardiana (TUTAJ) o najdroższych fotografiach świata. Przypomniał mi on jeden z wpisów Onibe na ten temat, pod którym wywiązała się rozmowa, jaką pozwolę sobie teraz przytoczyć, bo podejmuje ona kilka istotnych aspektów sztuki współczesnej, a zwłaszcza rynkowej manipulacji w handlu dziełami sztuki. Czy ma w tym całym procederze jakiekolwiek znaczenie wartość artystyczna obiektu wystawionego na sprzedaż, za który płaci się bajońskie sumy? Pojawiają się w tej rozmowie także inne wątki: m. in. pytania o to, czym jest artyzm i czym jest sama sztuka.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zawsze zacznie zgrzytać kiedy do sztuki (współczesnej) podłączymy kasę. Mnie interesuje dzieło sztuki samo w sobie – ewentualnie w związku ze swoim twórcą. Cała reszta to nadbudowa (nie twierdzę, że zbędna, ale dla mnie zawsze mniej ważna niż samo dzieło) i interpretacja (zawsze subiektywna i dyskusyjna).
A jego cena – to dla mnie właściwie tylko ciekawostka (często nie mająca wiele wspólnego z samą sztuką – bardziej z rynkiem i kupiecką umową).

ONIBE: cena jest składową dzieła. Moim zdaniem uwzględniamy walutową wartość dzieła praktycznie na równi z innymi parametrami. Często to właśnie wysoka cena powoduje, że czymś się zaczynamy interesować. Tym zdjęciem z pewnością nikt z nas by się nie zaciekawił, gdyby nie cena… W taki przekorny sposób potwierdza się mariaż kasy i sztuki.

StB: Trudno mi się zgodzić z tym, że cena jest składową dzieła. (Czy wszystko musi być wystawione na sprzedaż?) Ja na pewno nie „uwzględniam walutowej wartości dzieła praktycznie na równi z innymi parametrami.” Dla mnie najważniejszym parametrem jest artyzm, a nie metka, jaką się do dzieła sztuki przyczepia.
Piszesz, że „to właśnie wysoka cena powoduje, że czymś się zaczynamy interesować.”
To mi przypomina podejście tabloidowe: często tylko to, że zaczyna się o czymś mówić (pisać) powoduje, że zaczynamy się czymś interesować. Według mnie „twórca”, jeśli tworzy tylko po to, by się sprzedać, jest przede wszystkim handlarzem a nie artystą.
To dlatego o niebo wyżej cenię choćby takiego Van Gogha, (który za swojego życia nigdy niczego nie sprzedał), od takiego choćby Hirsta, (który zarobił na swoich „dziełach” miliony – zresztą, to nawet nie były jego dzieła, tylko seryjne produkcje, które zlecał on zatrudnionym w jego „firmie” wyrobnikom).
A wszystko przez to, że zwykle „kasa” robi na ludziach wielkie wrażenie, zwłaszcza teraz, w czasach rozbuchanego konsumpcjonizmu.

ONIBE: czy rzeczywiście cena nie gra roli? Idąc ulicą dowolnego miasta zatrzymujesz się przy każdym malowidle naściennym? Pochylasz się nad dokonaniami dresiarzy ze sprejami? Kiwasz głową i mówisz: tak, to jest sztuka, mimo że tania? Ile czasu poświęcisz muralowi przedstawiającemu pięć kresek na krzyż? A ile czasu poświęcisz bykowi Picassa?

sztuka jest powiązana z kasą, bo kasa wynosi sztukę ponad przeciętność. Sztuka bez kasy to puszka zupy pomidorowej – oczywiście możemy ochać i achać nad takimi cudami, ale czy sztuka pozbawiona wartości materialnej jest w stanie obronić się sama przed czymkolwiek? Gdyby nie tezauryzacyjna funkcja sztuki, to by jej dzisiaj nie było. Niestety. Albo i stety. Artyści też jedzą. VanGogh nic nie sprzedał za życia, ale z tego co kojarzę, z jednego z jego obrazów wykrojono jakiś fragment, który spodobał się kupującemu – pośrednio więc jednak dokonał sprzedaży…

StB: Jest taki klasyk w polskiej literaturze, autorstwa Jana Białostockiego, pt. „Sztuka cenniejsze niż złoto”. I właściwie to powinno wystarczyć na odpowiedź Tobie.
Ja nie chodzę po muzeum i nie sprawdzam ceny każdego zawieszonego tam obrazka (na szczęście nie wpadli jeszcze na ten pomysł, by do każdego obrazu przyczepiać metkę z ceną). Nawet jeśli jestem w galerii, gdzie każdy obraz wystawiony jest na sprzedaż i ma swoją cenę wypisaną obok, to mnie interesuje głównie to, co jest na tym obrazie – moje oko ustala niejako jego wartość artystyczną. Cenę sprawdzam czasami z czystej ciekawości. Gdyby było tak jak piszesz, to wpierw sprawdzałbym cenę, a później dostosowywał do niej mój odbiór.
Dla mnie sprawy merkantylne związane ze sztuką są absolutnie drugo… a może nawet trzeciorzędne.

Oczywiście nie mam nikomu za złe, że chce się utrzymać ze swojej sztuki sprzedając to, co tworzy. I jeśli ktoś płaci za to duże pieniądze – to bardzo dobrze: jego wygrana. Sądzę jednak, że dla prawdziwego artysty najbardziej liczy się sama sztuka, samo dzieło, które on tworzy – i którym chce przekazać pewne wartości intelektualne, moralne czy duchowe – i raczej nie jest to związane z podniecaniem się na widok jego ceny detalicznej.
Taki np. Rubens, moim zdaniem artysta genialny, był także znakomitym biznesmenem, który w swoim warsztacie rozkręcił niebywały interes, wspaniale prosperujący. Ale dla mnie to jest tylko ciekawostka, i jestem pewien, że kiedy Rubens malował swoje obrazy, to wkładał w nie cały swój artyzm, kunszt, idee… – tworzył przede wszystkim sztukę, a nie towar na sprzedaż. I z taką świadomością staję przed jego dziełem i to jest źródłem mojego podziwu: jego czysto malarski geniusz.

Możesz w to wierzyć, albo nie, lecz rzeczywiście zdarza mi się dość często, że zatrzymuję się przed muralem, czy przy ulicznym rysowniku czy rzeźbiarzu – i jestem pełen podziwu, jeśli uświadamiam sobie, że to co widzę ma wartość artystyczną, mimo, że w danej chwili warte jest grosze (albo zgoła nic, bo nikt tego nie kupuje) i jest wytworem kogoś doskonale anonimowego.

Sugerujesz, że podziwiam jakiś obraz (np. Picassa) tylko dlatego, że jest wart ileś tam milionów dolarów? Obrażasz mnie trochę, bo ja jednak takim snobem nie jestem.
Z drugiej strony to, że puszka zupy (już nie mówię – kału, jak było to w przypadku Manzoniego) ma cenę dziesiątków tysięcy dolarów, nie czyni tej puszki w moich oczach sztuką (a raczej jest dowodem tego, jak nisko ta sztuka upadła – że zabrnęła w ślepy i absurdalny zaułek, skupiając się na handlu, czyniąc z niego wartość najważniejszą i nadrzędną). Moim zdaniem, samym przyczepieniem metki z astronomiczną ceną sztuki się nie robi, bo jaki może być w tym artyzm? Może tylko handlowy i kupiecki. Ja jednak nie zaliczam go do sztuki (bo nadal dla mnie – w przeciwieństwie do kryteriów wartościowania i oceny sztuki, jakie lansuje się od jakiegoś czasu, i to zarówno w modernizmie, jak i postmodernizmie – nie wszystko jest sztuką).

ONIBE: nie sugeruję, że podziwiasz jakiś obraz tylko dlatego, że jest wart milion dolarów. Niepotrzebnie bierzesz to do siebie. Próbujesz się wybielić podczas kiedy nikt Cię nie oczernia. Po prostu chodzi mi o to, że sztuka jest z założenia elitarna – oczywiście możemy wymienić tysiące przykładów dzieł sztuki powszechnej, banalnej, codziennej itd, ale nie o to chodzi. Sztuka nie byłaby sztuką gdyby polegała jedynie na zmianie wzornictwa telewizorów czy pralek. Sztuka musi stać wyżej od przeciętności, dzięki temu jest sztuką. A pieniądz daje możliwość wyniesienia sztuki ponad ową przeciętność. Jeśli zabierzesz pieniądze ze sztuki, to pośrednio odbierzesz jej elitarny charakter. Każdy z nas ma – załóżmy – dość gustu, by na targu staroci, w antykwariacie czy u sąsiada na wyprzedaży, kupić za parę złotych fajne cacko będące świetnym przykładem szeroko rozumianej sztuki, ale to, że nie kierujemy się ceną a gustem nie wyklucza wcale, że właśnie cena stanowi mechanizm wyznaczający trendy, nagradzający i karzący artystów.

W muzeum nie pytasz się o cenę obrazu, ale przecież domyślasz się, że żadne z dzieł sztuki w Luwrze nie kosztuje pięć złotych, prawda? To trochę tak jakbyś udał się do Braci Brooks i powiedział, że chcesz kupić dowolny garnitur, bo wcale nie jesteś snobem i cena nie ma znaczenia…

Cena puszki zupy jest dowodem przez zaprzeczenie. To przykład nadużycia mechanizmu nagrody, a zarazem próba zrównania sztuki z asfaltem. Jak widać sama kasa nie wystarcza aby regulować zjawisko sztuki, trzeba mieć jeszcze gust. Tym niemniej zauważ: ani o tym zdjęciu, ani o puszce zupy byśmy nie rozmawiali, gdyby nie pieniądz właśnie. Gdyby pieniądz nie miał w sztuce znaczenia, to każdy machnąłby ręką. Co z tego, że banalne zdjęcie kosztuje milion dolarów? To z tego, że jednak podświadomie oczekujemy, że zaistnieje możliwie obiektywna metoda wyceny dzieł sztuki…

StB: Moim zdaniem tym, co wynosi sztukę ponad przeciętność nie jest – jak piszesz – kasa, tylko artyzm (i to właśnie on jest, czy też raczej powinien być obiektywną metodą wyceny dzieł sztuki). To, że podnosi się cenę danego dzieła (artefaktu), nie ma żadnego wpływu na to, że wzrasta jego artyzm (wartość artystyczna). Czy obraz będzie się robił coraz lepiej namalowany, kiedy będziemy zwiększać jego cenę? To byłby absurd! To jest według mnie dowód na to, że sztuka (artyzm) nie jest (nie powinna być) funkcją ceny.
Ale sztuka jak najbardziej powinna być (i moim zdaniem jest) elitarna. jednakże tym, co powinno określać jej prawdziwą wartość (przynależność do elity) powinien być artyzm, a nie pieniądz.

ONIBE: a co to jest artyzm? Bo ja nie kumam tego pojęcia. Dla jednego artyzmem jest namalowanie czarnego kwadratu na białym tle, dla innego artyzmem jest stworzenie hiperrealistycznego obrazu z mnóstwem detali. A może artyzmem jest wszystko? W takim razie każdy przejaw takiej działalności jest zarazem działaniem elitarnym…

co to znaczy: „obraz lepiej namalowany”? masz jakieś obiektywne kryteria/definicje na te sprawy? Bo opisywanie zjawiska poprzez stosowanie słów-wytrychów niewiele tutaj pomoże…

StB: Onibe, jeśli „nie kumasz” co to jest artyzm, to może poczytaj trochę o teorii sztuki, gdzie są różne koncepcje artyzmu. Moja zbliżona jest do definicji klasycznej i oznacza z grubsza kunszt wykonania, doskonałość warsztatową, talent, biegłość, zdolność przekazu wrażeń, piękna, idei, głębi… etc.
Kwestionujesz to, że o jednym obrazie można powiedzieć, że jest lepiej namalowany od innego? Ja twierdzę, że jak najbardziej można określić, który obraz jest lepiej namalowany, a który gorzej – i nie potrzebna jest do tego znajomość jego ceny.
Na pewno obraz namalowany przez Rembrandta jest lepiej namalowany od tego, który namalował pan Mietek ostatniej niedzieli, bo zapragnął przedstawić jelenia na rykowisku. Na pewno Zimmerman lepiej zagra Chopina, niż pan Zenek, który dorabia na weselnych chałturach. Na pewno Michał Anioł lepiej rzeźbił od pana Janka, który taśmowo produkuje odpustowe świątki… itp.
Jeśli człowiek nie dał się zwariować różnym takim spekulantom współczesnym, którzy handlując sztuką wciskają ludziom kit i mieszają im w głowach, to kryteria oceny sztuki i artyzmu są w miarę proste i czytelne. I tylko wtedy można określić, kto jest artystyczną elitą.

Piszesz: „A może artyzmem jest wszystko? W takim razie każdy przejaw takiej działalności jest zarazem działaniem elitarnym…”
Ależ ja właśnie do znudzenia powtarzam, że to nieprawda, iż artyzmem jest wszystko, albo że wszystko może być sztuką. Gdyby tak było, to właśnie pojęcie elitaryzmu byłoby bez sensu – bo co to za elitaryzm, jeśli wszystkich uznamy za artystów, i wszystko, co ktokolwiek (czyli byle kto) raczy spłodzić, nazwiemy sztuką?

A czy Ty uważasz, że wszystko może być artyzmem (sztuką)? Może więc czas abyś – tak sam dla siebie, aby nie ulegać bełkotowi współczesnych „znawców” sztuki, jej sprzedajnym „kuratorom” i spekulatorom-handlarzom – ustalił, czym dla Ciebie jest artyzm i sztuka? Bo jeśli tego nie zrobisz, to zrobią to za Ciebie inni i nadal nie będziesz wiedział z czym to się je.
Jeśli zaś chcesz oceniać wartość sztuki na podstawie metki z ceną, którą ktoś sobie podpiął do zupełnie przeciętnej fotografii czy malunku, to Twoja sprawa. Ja wolę bardziej zajmować się elitą twórców-artystów, niż elitą handlarzy sztuką.

ONIBE: ok, czyli Twoim zdaniem, jeśli jestem zwolennikiem ekonomiczno-syndykalnej teorii doboru sztuki, to tym samym nie jestem skłonny do oceny sztuki samemu, muszę się zdać na wybór innych, tak? Natomiast Ty, będąc zwolennikiem czystej sztuki (nie wierzę w to pojęcie) sam decydujesz co jest sztuką a co nie, tak? Czyli, pewnie w przeciwieństwie do mnie, nie chodzisz po muzeach (gdzie selekcją dzieł sztuki zajmują się „inni” i robią to często na bazie finansów), nie czytujesz i nie przeglądasz albumów malarskich (znowu: dobór, druk, komentarz – to jest coś, co robią „inni”). Prawdziwej sztuki szukasz chodząc po studiach malarskich, zaglądając do starych, zdezelowanych komórek, w których biedni ale natchnieni ludzie generują sztukę niezauważeni przez takich jak ja zwolenników kasy. Hmm… nie wiem skąd przekonanie, że skoro oglądamy tych samych twórców i często ich tak samo oceniamy, Ty czynisz to obiektywnie, a ja subiektywnie…

wspominasz o panu Mietku. Skąd mam wiedzieć, że pan Mietek nie jest porównywalny z Rembrandtem skoro Twoim zdaniem cała otoczka finansowo-celebrycką jest zbędna? Jeśli dobrze Cię rozumiem, to Mietek może generować porównywalny artyzm co van Gogh a różnica wartości ich obrazów nie ma nic do rzeczy. Podając jako przykład zderzenie uznanej marki z no-namem sam przeczysz swojej teorii, przyznajesz natomiast rację mnie. Bo mnie właśnie o to chodzi, że potwierdzeniem umiejętności i pozycji artysty jest jego rozpoznawalność połączona z kwestiami pieniężnymi.

StB: Skąd mam wiedzieć, że pan Mietek nie jest porównywalny z Rembrandtem skoro Twoim zdaniem cała otoczka finansowo-celebrycka jest zbędna?
Otóż wystarczy zestawić obok siebie obrazy Rembrandta i pana Mietka. Wtedy Twoje oczy powinny dostrzec, czy jego malarstwo jest lepsze czy gorsze od Rembrandta – a nie powinna o tym decydować metka, którą im doczepiono, ani nawet to, że jakiś obraz powieszono na ścianie w muzeum. (I oczywiście może się tak zdarzyć, że sztuka pana Mietka będzie porównywalna ze sztuką Rembrandta, choć jest to bardzo mało prawdopodobne. A jeśli chodzi o muzea, to niestety, ale one również mogą być – i są – wypełnione badziewiem, zwłaszcza współczesnym.)
Jestem przekonany, że oceniając dzieło sztuki nie można kierować się metką, ani nawet tym, że jakieś muzeum ma to w swoich zbiorach.
Ja (nie wiem, może to zarozumialstwo) uważam, że na tyle lubię malarstwo, na tyle je znam, że jestem w stanie powiedzieć, który obraz jest dobry, bez zaglądania do cennika.

Jeszcze raz (do znudzenia pewnie) powtórzę: dawniej kryteria oceny sztuki były dość jasne i rzeczywiście artyzm decydował o tym, jaki malarz miał wzięcie i jakiego artysty sztukę ceniono, uznawano mistrzem (to była właśnie artystyczna elita par excellence). I zazwyczaj twórcy ci dobrze zarabiali, ich działa miały swoją wymierną wartość (dlatego są teraz w muzeach – które nota bene odwiedzam dość często).
Ze sztuką współczesną jest już zupełnie inaczej: tutaj zwykle decyduje nie artyzm (warsztat, talent, praca, talent) ale widzimisię tych, którzy właśnie przyczepiają metki, którzy kreują sztuczną zadymę (tzw. trend), często wykorzystując przy tym głupotę i naiwność snobów, albo też wyrachowanie kupieckie handlarzy. (To dlatego m. in. za sztukę – i to wysoko cenioną – uznano puszki z gównem Manzoniego, czy kibel Duchampa, który nota bene w pewnej ankiecie poważanych krytyków uznano za „najwybitniejsze dzieło sztuki XX wieku”. Ja dziękuję za taką elitę.)

Tak, to prawda, wygląda na to, że jesteś zwolennikiem ekonomiczno-syndykalnej teorii doboru sztuki. Ja jednak kieruję się innymi kryteriami, (o których już chyba napisałem wystarczająco dużo, więc nie chcę się powtarzać).

ONIBE: dzięki za ciekawą dyskusję

greydot

Powyższa konwersacja miała miejsce dobrych kilka lat temu, na początku naszej znajomości blogowej z Onibe – może dlatego można w niej wyczuć pewną dozę zniecierpliwienia, może nawet sarkazmu… Odnoszę też wrażenie, iż nie została ona przeprowadzona do końca, pozostawiając pewne kwestie otwarte. Od tego czasu poznaliśmy się lepiej, tudzież przeprowadziliśmy wiele innych rozmów na różne tematy (choćby TUTAJ), co zawsze było dla mnie przyjemnością, bo Darek to rozmówca interesujący, inteligentny i uważny, z którym wymianę zdań wielce sobie cenię.

Wracając jednak do meritum. Fotografia Gursky’ego, za którą zapłacił ktoś absurdalnie wysoką cenę, to jedynie pretekst do zastanowienia się nie tylko nad sztuką współczesną, ale i nad kondycją dzisiejszego świata i ludzkiej kultury en bloc. Dom aukcyjny Christie opisał „dzieło” Gursky’rgo, jako „dramatyczne i głębokie spojrzenie na ludzką egzystencją i nasze relacje z naturą na zakręcie XXI wieku”, co jest stwierdzeniem trafnym, tyle że jego trafność wynika bardziej z całej tej artystyczno-socjologicznej otoczki i zamieszania jakie sprowokowała fotografia (a konkretnie: jej sprzedaż), niż z samej jej wartości artystycznej. Warto przy tym nadmienić, że zdjęcie Renu autor zmanipulował, usuwając z niego za pomocą Photoshopu ludzi spacerujących z psem, rowerzystów, fabrykę na horyzoncie… Nie widzę w tym nic złego ale czy w takim razie może to zdjęcie obrazować „naszą relację z naturą”? W tym kontekście dość niepoważnie brzmią zachwyty, jak np. ten, recenzentki „Daily Telegraph”, która napisała: „Ten obraz jest żywy, piękny i niezapomniany. To współczesna wariacja na temat Niemiec i ulubionego w kraju romantycznego krajobrazu oraz relacji człowieka z naturą.” Jak się okazuje, napisać można wszystko. Co jednak weryfikuje taką ocenę i sąd? Czy na pewno jest to konkretne współczesne dzieło sztuki? Czy naprawdę nie jest tak, że jednak przestaje być ono istotne, a liczy się tylko czyjeś ludzkie „widzimisię” – to, co sami sobie wymyślimy?

greydot.

Gwoli żartu (broń Boże nie po to by porównywać się z Gurskym) zamieszczam przy okazji dwie moje fotografie, które mi się w tej chwili przypomniały, bo trochę są podobne w tematyce i minimalizmie:

.

Fale w słońcu (Pacific Rim NP, British Columbia, Canada)

Fale w słońcu (Park Narodowy Pacific Rim, Kanada)

O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Demonstrujący tłum nigdy nie zaspakaja swoich potrzeb wyższych, bo w tłumie ich nie ma – następuje równanie do średniej, jak również zniżanie się do zachowań instynktownych, często irracjonalnych.
Tłum nie myśli.

Nawet jeśli tłum występuje w imię jakiejś wyższej idei, to w akcie tłumnej demonstracji następuje jej zglajszachtowanie – sprowadzenie do bezrefleksyjnego stereotypu, często do parodii samej siebie.

Tłum jest zazwyczaj narzędziem w rękach manipulatorów, którzy – by osiągnąć cel – zawsze wmawiają tłumowi, że nie tylko działają oni w imię jego dobra, ale że sam tłum może o czymś decydować i że jest w tych decyzjach suwerenny i nieomylny.

O zachowaniach tłumu decydują hormony – impulsy i popędy – a nie refleksja. (Tłum jest domeną emocji, a nie myślenia.)

Włączenie się w tłum najczęściej wiąże się z regresją – to niejako zejście na niższy próg człowieczeństwa. (To ciekawe i warte zastanowienia, że właśnie w takim momencie ludzie przeżywają często euforię.) Co oczywiście nie oznacza, że tłum z zasady jest agresywny.

Tłum zaczyna funkcjonować w innej rzeczywistości, która nie jest, w stosunku do obiektywnej rzeczywistości, ani komplementarna ani alternatywna, tylko efemeryczna. W końcu i tak – prędzej czy później – następuje (wtedy już indywidualne) otrzeźwienie.

greydot

Jednakże właściwości tłumu nie zawsze są wartością negatywną, przynoszącą samo zło. Można je również wykorzystać w dobrej sprawie – wtedy tłum jest siłą pozytywną. Szkopuł w tym, ze często nie wiemy, co jest złe, a co dobre – zło nam się przedstawia jako dobro, a dobro jako zło.

greydot

Sądzę, że prawdziwy bunt jest aktem indywidualnym.
Tak więc określenie „zbuntowany tłum” jest w pewnym sensie oksymoronem: bo ktoś, kto przyłącza się do takiego tłumu automatycznie staje się oportunistą (przejmując ideę tłumu staje się jego częścią, pozbawiając się tym samym suwerenności – w działaniu i myśleniu).
Y Gasset pisał o „buncie mas”, ale w rzeczywistości opisywał powstawanie zatomizowanego tworu – nowej wersji europejskiego społeczeństwa, której „bunt” polegał nie na zdobywaniu kolejnych poziomów wolności (wliczając w to wolność indywidualną), ale wręcz przeciwnie: na rozrastanie się w masę, która de facto wolność indywidualną niszczyła (co wkrótce urzeczywistniło się w postaci państw totalitarnych – w komunizmie i faszyzmie). Podobne fiasko ponosi dziś ideologia neoliberalna, obiecując człowiekowi wolność, a w rzeczywistości pozbawiając go tożsamości i zmuszając do zachowań szablonowych w rodzaju politycznej poprawności czy kompulsywnej konsumpcji.
Niestety, wygląda na to, że nadal – w skali społecznej – jeden rodzaj zniewolenia zamieniamy na inny.

greydot

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że sporą część winy za takie tragedie, jakimi są ostatnie masowe zabójstwa w różnych stanach, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar. Winna jest również wynikająca z tego wszystkiego orgia wiadomości, którymi główne media katują nas non stop przez wiele dni. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami, tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają. Kto wie, czy np. tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie wcześniejsza strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdą” masowego mordu. Kto wie, czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem (w przypadku muzułmanów: męczennikiem), którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi całego globu? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości, jakie żywi wobec siebie zabójca. Albo wykrzyczenie wobec świata własnej desperacji, może nawet krzywdy, jaką według nich wyrządził im ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się więcej powściągliwości? Mniej medialnej burzy? Może lepsze byłoby też zachowanie anonimowości mordercy?
No i wreszcie, last but not the least: może wreszcie ktoś zrobiłby porządek z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy, będący w stanie zgromadzić ich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (bo tu nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ – może więc nadszedł także czas by tych wszystkich hipokrytów i cyników z NRA rozgonić na siedem wiatrów?)

Jest jeszcze nasz prezydent. Wzrusza się albo peroruje, załamuje mu się głos, ociera ukradkiem łzy jakie mu się kręcą w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie, w tym również i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Wbrew pozorom życie afgańskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam.


greydot

Nie wiem jaki jest wpływ nauk Nietzschego na upodobnienie się świata do jego idée fixe. Natomiast jestem pewien, że próba wprowadzenia w życie jego postulatów (np. tych wynikających z afirmacji „mocy” i utworzenia kasty nadludzkich panów) byłaby koszmarem.
Aż się nie chce wierzyć, że ktoś – dokładnie pół wieku później – usiłował to zrealizować. Czy jednak można za to winić Nietzschego? Moim zdaniem nie. On był tylko rodzajem medium, za pomocą którego objawiły się symptomy choroby, na którą zaczęła zapadać europejska kultura, cywilizacja Zachodu.

Niestety, nie wahałbym się pewnych idei Nietzschego nazwać „banialukami” – jakimś absurdalnym „para-romantyzmem”, rodzajem idealizmu, do którego – idąc nad wyraz pokrętnymi ścieżkami – dotarł Nietzsche, wychodząc (żeby było jeszcze dziwniej) z naturalizmu i biologizmu.
Sądzę, że lepiej mu wychodziła krytyka, (ważna o tyle, że obnażała i wskazywała słabe miejsca europejskiej cywilizacji), niż jakakolwiek konstruktywna afirmacja.

Co ciekawe i znaczące, Nietzsche był również znakomitym krytykiem samego siebie. Może właśnie dlatego nie stworzył on żadnego naprawdę spójnego, koherentnego „systemu”.

Prawdę mówiąc, Nietzsche zawsze interesował mnie bardziej jako człowiek (myślący, wrażliwy, cierpiący, poszukujący, walczący…), niż jako filozof. Moje pochylanie nad nim bardziej jest humanistyczne (antropologiczne) niż filozoficzne.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem go potępić.

Nie sądzę, że Nietzsche był człowiekiem okrutnym, jednakże to, co czasami pisał – jeśli by tak zastosować jego idee w praktyce, lub potraktować poważnie i dosłownie (a tak np. – po „nietzscheańsku” – potraktowali hitlerowcy osoby chore i „gorszej” rasy) – prowadziłoby do okrucieństwa.

Oczywiście, że od czasu Nietzschego doszło do pewnych przewartościowań w naszej kulturze. Nie zmienia to jednak faktu, że podjęta przez niego próba „przewartościowania wszystkich wartości” zakończyła się fiaskiem i popchnęła go w szaleństwo. Porwał się na coś, co go przerosło i za co „zapłacił” obłędem.

greydot

W pismach Nietzschego kilkakrotnie można znaleźć fragmenty, w których wyraża się on o ludziach jak o jakimś nawozie historii (sugeruje np. że można np. poświęcić życie milionów ludzi, jeśli służy to osiągnięciu jakiegoś wyższego – jego zdaniem – celu). Była to swego rodzaju antycypacja poglądów jakie reprezentowali (w praktyce) autokraci sprawujący władzę w systemach totalitarnych (i to zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych).

Nietzsche potrafił zmieniać swoje poglądy dosłownie z jednego akapitu na drugi. Był takim eksperymentatorem – badaczem duchowych i myślowych ekstremów. Oprócz rzeczy genialnych, pisał też wierutne bzdury. Nie stworzył też jakiegoś spójnego systemu filozoficznego. Jego poglądy ulegały ciągłej ewolucji. Z tego też względu trudno uchwycić coś naprawdę stałego w jego myśli.
To co pisał często było bardziej literaturą, niż filozofowaniem, które można byłoby traktować serio. (Koniec końców, dla mnie Nietzsche bardziej jest artystą czy też poetą, niż filozofem, którego można pojmować dosłownie.)

greydot

Szaleniec niekoniecznie jest – jak ktoś napisał – istotą „bezgranicznie głupią”. Choć, jeśli ktoś „postradał zmysły”, to potocznie mówi się, że „zgłupiał”. A jednak szaleństwo nie jest tożsame z głupotą. Wystarczy zresztą popatrzeć, jak wielu szaleńców jest branych za mędrców… i vice versa. Bo któż, jak nie ludzie „szaleni”, byli założycielami największych religii? (vide: Budda, Chrystus, Mahomet…) Ponadto, czy człowiek nie musi być do pewnego stopnia „szalony”, aby zostać uznanym np. za „świętego”? Albo porwać się – wbrew wszystkim i wszystkiemu – na istniejący w świecie „porządek”?

Jeśli jednak geniusz staje się „szaleńcem i potworem”, to przestaje tym samym być człowiekiem mądrym. Według mnie „potworność” wyklucza mądrość.

Co miał na myśli Brecht, pisząc że w każdym geniuszu jest coś z szaleńca i potwora? Może to, iż często geniusze zachowują się amoralnie (czyli są na bakier z obowiązującymi normami obyczajowymi), a czasem wręcz nikczemnie?
Jednakże to, że geniusz staje się czasami nikczemnikiem nie powoduje tego, że przestaje on być człowiekiem genialnym.

Związek geniuszu i obłąkania to rzecz powszechnie znana, już choćby od czasów Arystotelesa, który stwierdził, że „każdy wielki geniusz ma coś z szaleńca”. Sama europejska psychiatria, która raczkowała w XIX wieku, wydała wtedy taką – uznaną już dzisiaj za klasyczną – pozycję, jak „Geniusz i obłąkanie” (autorem był Lombroso).
Przykłady ludzi, którzy zostali uznani za genialnych, a którzy zapadli na chorobę psychiczną, można mnożyć. Ale przecież nie każdy rodzaj ludzkiego „szaleństwa” podpada pod diagnozę psychiatryczną (czyli nie każdy szaleniec jest psychiatrycznym „wariatem” – tak jak nie każde „szaleństwo” klinicznym obłąkaniem). Np. podczas II wojny światowej „oszalała” prawie cała Europa i pół świata… lecz było to „szaleństwo” cywilizacyjne, kulturowe, a nie kliniczne.

greydot

Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, liryzm, mitologizacja, patos…
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura

greydot
Fragment „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza pochodzący z czasów niemieckiej okupacji Warszawy. Otóż w czerwcu 1943 roku, na jednym z tajnych wieczorów autorskich, swoje nowe opowiadanie („Wielki Tydzień”) przeczytał Jerzy Andrzejewski (spotkanie miało miejsce w mieszkaniu Marii Morawskiej, wdowie po rektorze UJ; obecni, oprócz Iwaszkiewicza, byli także m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, ksiądz Ziaja…). Utwór ten napisany został na gorąco przez Andrzejewskiego, zaraz po tragicznych wydarzeniach powstania żydowskiego w getcie warszawskim.
I oto co mówi Iwaszkiewicz (dla którego nota bene literatura była bardzo ważna w życiu, może nawet najważniejsza): „Opowiadanie Andrzejewskiego zrobiło bardzo niedobre wrażenie. Ja myślę, że jest ono bardzo dobrze napisane i porusza jedno z naszych najważniejszych zagadnień, zasadniczy problem moralny każdego z nas. A mimo wszystko opowiadanie opisujące to, cośmy przeżyli tak niedawno, robi wrażenie niepokojące. Zdarzenia opisane odnoszą się do końca kwietnia.(…) Nie ostygły jeszcze popioły getta, a on już pisał na ten temat opowiadanie. Transponował tę straszną rzeczywistość w jakiś świat zorganizowany, skomponowany. To chyba nigdy nie może się udać. A co najważniejsze, że możemy skonfrontować to, cośmy przeżywali przed chwilą (…) I oczywiście opis nie oddaje ani dziesiątej części naszych przeżyć (…). Pozostając jeszcze w sferze naszych świeżych przeżyć, nie sprosta tym przeżyciom, nie stając się dziełem sztuki.”

Tak więc okazuje się, że aby sprostać wyzwaniu literackiej próby ogarnięcia życiowego koszmaru, potrzebny jest dystans – i to nie tylko czasowy, ale i psychiczny. W przeciwnym razie do gardła rzuca się nam rzeczywistość, a literatura wydaje się mrzonką.

greydot

Lepiej jest żyć, niż o życiu czytać.
Czy to samo odnosi się do pisania?

greydot
Literatura jest zawsze czymś wtórnym dla doświadczenia życiowego. Co nie oznacza, że nieważnym.

greydot

Świadectwo Borowskiego. Obawiam się, że dzięki niemu (i temu co zrobił) mogła się nam objawić pewna okrutna prawda: jeśli człowiek w pełni pojął i „zrozumiał” Auschwitz, to jedynym dla niego wyjściem z tej opresji (wiedzy i świadomości) jest samobójstwo.
Ucieczka jest niemożliwa.
Tym bardziej płonna jest ucieczka w literaturę.

 

greydot

Po lekturze „Losu utraconego” Imre Kertésza.
Oczywiście, że wielu ludzi, którzy przeżyli obóz, zadawało sobie pytanie: dlaczego właśnie ja? Trudno mi uwierzyć, że wobec koszmaru, którego doświadczyli, przeszło im przez myśl, aby dziękować za to jakiejś „Opatrzności” (gdyż wobec tego co się stało, pojęcie „Opatrzności” wydaje się być jakąś Monstrualną Ironią!)
Czy wszyscy z nich byli winni? Czy można obwiniać nawet tych, którzy dopuścili się w obozie czynów nagannych, czy wręcz nikczemnych?

Początkowo, kiedy pisałem o zwątpieniu w człowieka, którego doświadczyłem przy zderzeniu się z Auschwitz, bardziej miałem na uwadze właśnie owo zło, które wyzwoliło się w więźniach, niż to, które było udziałem niemieckich (najczęściej) oprawców. Esesman w czarnym mundurze i z pejczem w ręce, zrazu wydawał mi się bardziej jakimś kosmitą, niż człowiekiem – dopiero później zdałem sobie sprawę z jego „ludzkiej” natury i z konsekwencji, jakie miało jego zachowanie na ogólny sąd o człowieku.

Tak więc na początku było przerażenie tym, czego dopuszczali się wobec siebie sami więźniowie.
Jak sobie dałem z tym radę? Otóż pomógł mi w tym np. Herling-Grudziński i jego słowa, że nie można sądzić człowieka (oskarżając go o „nieludzkość”), którego zmuszono do życia w nieludzkich warunkach.
Tadeusz Borowski tego nie zaakceptował (nie zrozumiał?) i dlatego się zabił. Pisząc, że Borowski poznał „pewną okrutną prawdę” o człowieku – i wskazując przy tym na to, że uświadomienie takiej „prawdy” musi konsekwentnie prowadzić do samobójstwa – nie wyraziłbym się jednak ściśle. To była bowiem „prawda” Borowskiego. A w takim miejscu jak Auschwitz, jest jeszcze wiele innych „prawd” (podobnie jak istnieje wiele „prawd” o Powstaniu Warszawskim).

Dlaczego piszę „prawda”, ujmując to słowo w nawias?
Ponieważ sądzę, iż owa „prawda” bardziej jest ludzką opinią, stanowiskiem, perspektywą, niż prawdą absolutną, (do której według mnie nie mamy dostępu w naszym ludzkim świecie).
A więc relatywizm?
Niekoniecznie.
Jeśli bowiem przyjmujemy już pewien system wartości (czyli potrafimy w naszym sumieniu odróżniać Dobro od Zła… co jest według mnie naszą ludzką powinnością – moralnym imperatywem), to nie powinniśmy mieć większych kłopotów z tym, co uznać za naszą prawdę.

Naturalnie, będzie to dotyczyć tylko jakiegoś fragmentu rzeczywistości… Ale nie mamy innego wyjścia, gdyż pełni rzeczywistości nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
To właśnie dlatego nie mogę zgodzić się z tym, że samobójstwo Borowskiego było, jak ktoś napisał, „jedynie słuszną odpowiedzią” na rzeczywistość. Może wikłam się tu w jakieś sprzeczności, ale inaczej chyba myśleć nie mogę.

A jaka jest np. prawda o Maksymilianie Kolbe?
Otóż ja już dawno temu żywiłem podejrzenie, że było to samobójstwo. Kolbe wykorzystał sytuację, by zakończyć życie i wyzwolić się z koszmaru. Zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy aby nie poczuł się on winny, bo przecież jego pisemko publikowało przed wojną teksty antysemickie, co można uznać jako pewien przyczynek do tworzenia atmosfery anty-żydowskiej histerii, która doprowadziła w końcu – a co najmniej ułatwiła – „ostateczne rozwiązanie” i zagładę większości europejskich Żydów. Ale o tym nikt nie mówi, bo wszak uznany on został człowiekiem „świętym”.
Jednakże później przyszła inna refleksja: może Kolbe, zdjęty litością, rzeczywiście chciał dostrzec w drugim człowieku Chrystusa i oddał za niego życie? Tym samym stając się symbolem ostatecznego poświęcenia dla bliźniego? Tej prawdy uchwycili się jego wyznawcy. I trudno się temu dziwić, gdyż ludziom trudno jest żyć bez nadziei (bo jakkolwiek uznalibyśmy ją może za naiwną „matkę głupich”, to jest ona również nam potrzebna jak powietrze do oddychania i woda do picia…)

W ludziach jest zarówno Kain i Abel, ale w końcu kogoś jednoznacznie potrafimy nazwać Kainem i Ablem. To jest ten bilans, dzięki któremu możemy dość jednoznacznie powiedzieć: ten człowiek jest zły, a ten dobry. Pisząc kiedyś, że były momenty kiedy utożsamiłem się również z tym esesmanem-oprawcą w obozie, pisałem o jakieś abstrakcji, którą pomyślałem chcąc przeniknąć ludzką naturę. Przecież, tak naprawdę, zawsze utożsamiałem się tylko z tymi, których krew wsiąkała w ziemię Auschwitz, a ciała ulotniły się przez kominy krematoriów.
Czasem jednak ogarniał mnie lęk i męczyła niepewność, czy zawsze w tych warunkach zachowywałbym się po ludzku, i czy nie zacząłbym patrzeć na świat oczami Borowskiego, co mogłoby być jednoznaczne z niezgodą na dalsze przebywanie na takimż świecie.

greydot

Bardzo byłbym ciekaw świata, jaki stworzyliby ludzie, których zabito w obozach zagłady, gdyby przeżyli wojnę. A wyginęły ich legiony. Byli wśród nich genialni naukowcy, artyści, myśliciele… Czy można sobie coś takiego wyobrazić? Na pewno nie. Talmud mówi, że kiedy umiera człowiek, to tak, jakby ginął z nim świat cały. A tu – w sposób okrutny i w tak krótkim czasie – zginęły tych ludzi miliony.

greydot

Kiedy wiadomo było, że wojna jest przegrana, samobójstwo popełniło tysiące Niemców. Ale czy z powodu poczucia winy, że było się po stronie katów? Wątpię. Głównie powodował nimi strach przed nadciągającą sowiecką „barbarzyńską” hordą.
Wrażliwość na wyrządzone zło?
Raczej strach przed karą i przed nowym „porządkiem” zwycięzców.

greydot
Jak wyglądałaby Europa bez zagłady? Można by próbować sobie to wyobrazić, ale prawdopodobieństwo tego, że wyobrazimy sobie stan, który odpowiadałby rzeczywistości, jest nikłe. Obawiam się, że zafundowalibyśmy sobie jakąś inną, równie potworną katastrofę, ponieważ w całej Europie panowała wówczas taka – prąca do konfrontacji – mentalność straceńczo-kombatancka, (która była m.in. skutkiem problemów i konfliktów nabrzmiałych po I wojnie światowej.) Być może Hitler uprzedził – i niejako ustrzegł – inne państwa przed popełnieniem podobnej zbrodni? Może wśród tych państw znalazłaby się i Polska?

greydot

Wata… wata, którą się owijamy, by się zbyt boleśnie nie poobijać; zasłona dymna, którą się okadzamy, by cała potworność świata nagle nie wypaliła nam oczu.

greydot

Pewnego razu (po opublikowaniu przeze mnie tekstu „Anus Mundi”) usłyszałem oświadczenie: „Nie byłam w Oświęcimiu i nie wybieram się. Mam wrażenie, że nie muszę tego miejsca oglądać. Świadomość tego, co się działo, wystarcza mi. Natomiast nie wiem, czy widziałeś video „Holocaust Survivor’s Death Camp Dance Flap”. Mężczyzna, który przeżył obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, wraca tam z wnukami, by na miejscu zagłady zatańczyć do piosenki „I will survive”. Zszokowało to Niemców i Polaków, mnie się zaś wydało cudowną apoteozą celebracji życia i przezwyciężeniem duchów przeszłości.”

Mnie to ani nie szokuje, ani nie oburza. Ale mogę tylko mówić za siebie. Skoro jednak protestują przeciw temu video ci, którzy faktycznie przeżyli Zagładę, to trudno to ignorować i nie brać tego pod uwagę. Może jednak, po prostu, warto ten fakt uszanować?
Wydaje mi się, że nieporozumienia wokół tych kontrowersji wynikają z polaryzacji dwóch odmiennych postaw. Bowiem z jednej strony jest bezbrzeżny smutek, rozpacz i przerażenie, jakie ogarniają ludzi w konfrontacji z tą potworną zbrodnią (i trudno się przecież tej reakcji dziwić, bo jest ona jak najbardziej uzasadniona i ludzka); z drugiej zaś – radość z ocalenia, afirmacja życia. Trudno jest takie reakcje przejawiać w tym samym czasie, a niektórzy uważają, że także i w tym samym miejscu – zwłaszcza w miejscu, gdzie miała miejsce Zagłada.
Istnieje przy tym jeszcze jedno niebezpieczeństwo: banalizacji i wyparcia czegoś, o czym jednak trzeba pamiętać w całym rzeczywistym wymiarze, także i w tym mało komfortowym, bolesnym, wręcz przerażającym. Według mnie pamięć taka jest konieczna do tego, abyśmy jednak byli świadomi tego, jak łatwo w naszej europejskiej cywilizacji (którą ponoć tak się szczycimy) o dokonanie podobnych zbrodni (a były one możliwe właśnie i dzięki temu, że pewne rzeczy wypierano ze swojej świadomości; że nie chciano ich dostrzegać; że dokonywano wygodnej i życzeniowej interpretacji faktów).
Kogoś, kto tańczy na zgliszczach (czy też popiołach pomordowanych), można jednak podejrzewać o to, że czyni to bez świadomości tego, jak potworny i bolesny był to pożar (zbrodnia) ewentualnie ze swojej świadomości to wypiera – bez faktycznego i dogłębnego zrozumienia tego, czym ta hekatomba była spowodowana.

greydot

Nie wyobrażam sobie życia nudnego, choćby z powodu tej jego właściwości, o której mówił Nietzsche: „Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu”. A poza tym – ileż to ekscytujących rzeczy dookoła.
Czy ci, którzy tęsknią za spokojem, wiedzą za czym tęsknią? Czy nie ma w tym czegoś z zakamuflowanego pragnienia bezruchu, może nawet śmierci?
A swoją drogą: jakże często ceną, jaką się płaci za doznanie tzw. „świętego spokoju” jest właśnie nuda. Przypomina mi się tutaj to, co o nudzie napisał Pascal w swoich „Myślach”: „Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku., bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal, rozpacz.”

greydot

Starość? Może nie tyle czuję już oddech starości na swoim karku, co odczuwam (niekiedy) przejmującą melancholię przemijania – siebie samego, moich bliskich, nas wszystkich i wszystkiego, co wokół nas.
Ale przecież wiem, że bez przemijania niemożliwa byłaby jakakolwiek zmiana, ewolucja, rozwój.
Czy z wiekiem to odczucie przemijania się wzmacnia? Myślę, że u większości ludzi tak. Jeśli chodzi o mnie, to również tak odczuwam, ale – jak tak zwracam się ku przeszłości – przemijalność wszystkiego, z całą jaskrawością i z wielkim przejęciem uświadomiłem już sobie w dzieciństwie, czy też (bardzo) wczesnej młodości. I od tamtego czasu ta świadomość jest ze mną – z większym lub mniejszym nasileniem – przez cały czas.

greydot

Miłość ma różne oblicza a występujący w niej egoizm maskujemy na wiele sposobów, zwłaszcza kiedy chcemy miłość uszlachetnić, wysublimować. Niezbyt z ową szlachetną wizją miłości współbrzmi to, że bardzo często nasza miłość jest zaborcza – tzn. zwykle chcemy kogoś posiąść na własność (psychicznie i fizycznie). To dążenie w skrajnych przypadkach jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, więc kiedy nie może się zrealizować, kończy się czasami samobójstwem (lub zabójstwem).

W miłości odwzajemnionej egoizm staje się walutą wymienną – dwoje ludzi ofiarowuje się sobie nawzajem (mając przy tym często poczucie bezinteresowności). Jednak zdarza się również, że człowiek w miłości niejako się „zatraca się” – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze). W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.

greydot

Miłość jest wytworem kultury, która w mit ujmuje hormonalną burzę, jaką miłość jest w wymiarze biologicznym. Zważmy na to, jaką rolę odgrywa miłość w każdej kulturze – i jak zmienia się jej obraz w zależności od mitologicznej fluktuacji danej kultury, która najlepiej widoczna jest w sztuce, w literaturze…
Każda epoka (i każdy rodzaj kultury) ma ten obraz miłości inny – i to właśnie jest dowodem na to, jak mocno – nierozerwalnie wręcz – miłość jest z kulturą sprzężona.
Można więc napisać wprost: bez kultury nie byłoby miłości, podobnie zresztą, jak nienawiści.

Erotyzm to nic innego, jak nasze „kulturalne” podejście do zwierzęcej (w swej istocie i proweniencji) „chuci” – do pożądania, seksu.

greydot

Miłość a przywiązanie?
To są pokrewne sobie uczucia, jednak różnią się od siebie, choćby intensywnością. Warto przy tym dodać, że miłość może przerodzić się w przywiązanie… chociaż nie musi (zdarza się przecież zamieniać w nienawiść).
Ale też przywiązanie może zaistnieć bez miłości.
Każdy z nas jednakże pojmuje miłość inaczej.

greydot
Miłość to nie kwestia wiary, ale „emocji i przeżywania”. Zdarza się, że ktoś tej emocji nie przeżył i wtedy mówi, że w miłość nie wierzy. (Gdyż nie wie, że miłość to nie sprawa wiary a doświadczenia.)

greydot
Miłość wielka i prawdziwa to rzadki ptak, trochę jak Feniks… Nie może to więc być ptak żyjący w stadach, bo wtedy wszyscy byśmy spłonęli.

greydot
Nie wiem, czy Bóg jest miłością, jak twierdzą ludzie „wierzący”. Tak naprawdę, to na temat Boga jest mi trudno cokolwiek powiedzieć. Mogę Go sobie tylko wyobrażać. To samo zresztą robią wszystkie bez wyjątku religie świata, (dlatego np. teologię uważam za wiedzę o ludzkich wyobrażeniach o Bogu, a nie za samą wiedzę o Nim samym).
Natomiast wiem, że człowiek pozbawiony miłości, albo taki, który miłości nigdy nie zaznał (a więc w nią nie wierzący) – jest człowiekiem nie tylko nieszczęśliwym (nieszczęsnym) ale i niebezpiecznym, bo skłonnym do destrukcji, będącej rodzajem zemsty na świecie za swoje uczuciowe upośledzenie i prostrację.

greydot

Hołd oddawany miłości „najwyższej”. Ktoś mówi, że w takiej miłości „człowiek niejako ‚zatraca się’ – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego”; ktoś inny, że „miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy.”
Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest to bardzo romantyczne spojrzenie na miłość – jak również, że jest to właściwie sięganie do jej mitycznych źródeł (rozpropagowanych głównie przez literaturę i sztukę).
Taka miłość najbardziej chyba działa na nasze emocje, uczucia i wyobraźnię, ma tylko jeden – niebagatelny wszak – mankament: jest destruktywna.
A przecież ta prawdziwa, pożądana przez nas miłość, nie powinna być czymś co niszczy, tylko tym co buduje.

greydot

Istnieje (materialistyczne w zasadzie) przekonanie, że wszystko co dzieje się w naszym mózgu jest sprawą chemii, a konkretnie reakcji chemicznych. Jednakże redukowanie wszystkich naszych fenomenów kognitywnych do materii (chemii) wynika moim zdaniem (po części, przynajmniej) z naszej bezradności wobec mocno jednak ograniczonych, możliwości poznawczych człowieka. Nauka, podobnie jak religia, także z czasem ustępowała ze swoich zarozumiałych – i w istocie dyletanckich – besserwisserskich pozycji.
Tak więc, kto wie? – może rzeczywiście „środki psychoaktywne” pozwalają nam przynajmniej przeczuć coś takiego, jak wieczność? Umożliwiają wejście w inne wymiary rzeczywistości, może nawet dotknięcie absolutu?

greydot

Tautologia. Czy aby czasem nie jest emfazą prawdy?

greydot

A jeśli by tak poezję uznać za próbę wyrażenia czegoś niewyrażalnego, wyobrażenia czegoś niewyobrażalnego, wypowiedzenia czegoś niewypowiadalnego…?

greydot

Oglądając album z malarstwem Jacka Malczewskiego po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, jak odważnym był Malczewski kolorystą (o jego precyzyjnym rysunku, mistrzowskim ujęciu formy, bujnej, symbolicznej wyobraźni nie wspominając). Daltonizujące snoby mogą kręcić nosem, ale ja lubię czasami popatrzeć sobie na taką orgię barw.
Rezygnacja z koloru (odnosi się to zarówno do malarstwa, jak i fotografii) musi mieć jednak swoje uzasadnienie – w przeciwnym razie staje się czymś pretensjonalnym. Do Malczewskiego na szczęście to się nie odnosi, bo on najwyżej redukował czasami (rzadko) kolorystykę swych obrazów do jednej tonacji, która i tak pulsowała bogactwem walorów, tonów i odcieni (jak np. w „Śmierci Ellenai”).

greydot

Pamiętam, że przed „Ofelią” Millaisa w londyńskiej Tate siedziałem dobry kwadrans. Już sam landscape można było studiować godzinami (Millais poświęcił mu pięć miesięcy pracy – malując po 11 godzin dziennie), ale to w końcu tylko tło (choć rojące się od symboli), bo najważniejszy jest tu trup Ofelii. Oczywiście, że jest w tym obrazie Śmierć (w kontraście do bujnej – i kolorowej – natury) ale warto zwróć uwagę, że Ofelia ma otwarte oczy – więc przy odrobinie erotycznej wyobraźni można odnieść wrażenie, że ona ma minę tak trochę jak przy orgazmie (nie bez kozery Francuzi nazywali orgazm La petite mort – a oni, jeśli chodzi o miłość i Erosa, to wiedzieli co mówią).

greydot

Malczewski „pisał” pędzlem (ten jego symbolizm jest przecież bardzo literacki, podatny na narrację i bogate interpretacje), ale „literacki” był też Matejko – niemal wszystkie jego obrazy to próba opisania historii, a w niektórych przypadkach, to nawet… jej tworzenia – głównie mitologizacji, idealizacji…

Malczewski i „Śmierć Elenai”. Jest jednak pewna omdlałość w ciele kobiety z tego obrazu, która odróżnia tu śmierć od snu. W tym stanie Ellenai już śnić nie może.

greydot

Ludzka twarz jako enigma. To jest ten paradoks: twarz potrafi ujawnić prawdę, ale też i prawdę skrywa. Mało tego – potrafi nas wprowadzić w błąd albo ukazać coś, co w istocie jest fałszywe. W każdym przypadku jednak, określa charakter i osobowość człowieka, który jest jej „właścicielem”.

greydot

No cóż, malarze byli różni… Zwłaszcza ci wielcy. Tym co ich łączyło była wrażliwość na kolor i fakturę, determinacja, by na płótnie oddać swoją wersję widzenia świata. To ich wyróżniało spośród innych ludzi.
Byli niezwykli, ale czy wszyscy byli szaleni, jak się czasami twierdzi?
To jest trochę taki romantyczny mit, który utrwaliła zwłaszcza secesja, dekadencja, bohema… bo wtedy wypadało być szalonym, więc wśród malarzy szaleństwo kwitło (tak bardzo, że nawet zaczęto podejrzewać, że przyczyną tego jest ołów, którego używano do wyrobu farb).

Ale tak po prawdzie to malarze charaktery mieli bardzo różne: od wyciszenia i skromności Fra Angelico, po wybujały, gwałtowny macho-izm Picassa. Byli wśród nich mordercy (Caravaggio) i ludzie powszechnie szanowani (Tycjan, Poussin), biedacy (Van Gogh, Rembrandt) i bogacze (van Dyck, Rubens); bon vivanci (Courbert, Delacroix) i stateczni sztywniacy (David, Ingres)… Niektórzy byli elokwentni i zostawili po sobie interesujące pisanie, inni zaś byli milczkami i opowiadali głównie za pomocą swojej malowanej sztuki. Było sporo geniuszy wyobraźni (Bosch), intelektu (da Vinci), pasji (Goya), oryginalności (Klee), cierpienia (Michelangelo), pracowitości (Durer)…
Innymi słowy: malarze to bardzo kolorowy i ciekawy ludek.

greydot

John Constable: „There is nothing ugly; I never saw an ugly thing in my life: for let the form of an object be what it may, – light, shade, and perpective will always make it beautiful.”

Constable napisał, że nic nie jest brzydkie pewnie dlatego, że dobry malarz nawet brzydotę potrafi zamienić (za pomocą swojej sztuki) w coś pięknego.

greydot

Sztuka – a tym samym i piękno – nie istnieje w naturze bez człowieka.

greydot

Czym innym jest dla nas ciemność, a czym innym jasność, lecz w naturze nie ma między nimi różnicy bo wszystko w niej ma takie samo znaczenie.
Na palecie malarza czekają barwy, które oddać mogą czarne chmury i burzę równie dobrze jak czyste niebo i słońce.
W naszych oczach rzeczywistość się zmienia więc chcemy utrwalić jej chwile nie wiedząc o tym, że Wszechświat i tak w końcu cały znieruchomieje. (A może już teraz jest nieruchomy i widzimy tylko jego kolejne zastygłe w bezruchu stop-klatki?)

greydot

Czyli wszystko dzieje się mimochodem i mimochodem też przemija – jak burza, jak słońce, jak człowiek, jak śnieg…
Jak życie…

greydot

Każda sztuka pozostaje martwa dopóki jej nie ożywimy naszą uwagą.

greydot

Na pewno dbanie o (rzeczywiste) proporcje nie jest w malarstwie najważniejsze, zwłaszcza w malarstwie pejzażowym. Przykład wielu malarzy – nawet tych klasycznych – pokazuje, że musieli oni pewne proporcje „naciągać”, podporządkowywać je niejako własnej koncepcji kompozycyjnej. (Przykłady: choćby El Greco, Tycjan, Giorgione, Mantegna, Maniasco, Rembrandt, Goya, Gainsborough… by wymienić tylko niektórych.)
Jak się tak zastanowić, to właściwie zdecydowana większość najsłynniejszych malarzy nie była wierna rzeczywistym proporcjom człowieka, o tych innych, występujących w przyrodzie, nie wspominając. I to wszystko mimo renesansowej dbałości – właśnie o proporcje i harmonię.
Bowiem najbardziej liczy się jednak harmonia kompozycyjna i kolorystyczna.

greydot

Czy ukazując (patrząc na) piękną kobietę, która wygląda „kwitnąco”, musimy się zamartwiać tym (a choćby tylko uświadomić sobie), że prędzej czy później ona przekwitnie – że jej uroda przeminie jak piękno kwiatu, który więdnie?
Tutaj wpadamy chyba w pułapkę snucia dość niepewnych paraleli i metafor – porównywania roślin z ludźmi. Kwiaty, które przekwitły, wyrzuca się, kobiet – jednak nie (zwłaszcza jeśli się je kocha).

greydot

Znany ze swoich kwiecistych portretów Fantin-Latour był jednak intrygującą postacią. Zdziwiło mnie np. jego zainteresowanie muzyką Wagnera (swoją wizytę w Bayreuth na premierze „Pierścienia Nibelungów” zaliczył do jednych z najważniejszych wydarzeń w swoim życiu), bo jakoś nie mogłem sobie skojarzyć tej wagnerowskiej fascynacji z psyche malarza ładnych kwiatków (co innego ubóstwiający muzykę Niemca Nietzsche, który do Wagnera bardzo mi pasował – mimo, że w końcu stał się jego wrogiem).

Muszę przyznać, że z początku Fantin-Latoura znałem tylko z jego obrazów kanonicznych, czyli tych przedstawiających kwiaty. Dopiero później dowiedziałem się o jego próbach portretowych, a jeszcze później – o jego litografiach i kompozycjach alegorycznych odwołujących się nie tylko do muzyki Wagnera, ale i Berlioza, Brahmsa czy Schumanna.
Co ciekawe – sam Fantin-Latour te ostatnie prace cenił najbardziej, ale paradoksalnie były one przez krytyków i odbiorców raczej ignorowane i w końcu sławę artyście przyniosły te jego kwiaty, którymi właściwie zarabiał na życie. Choć zapewne nie malował je tylko z przykrego obowiązku – wręcz przeciwnie: on musiał to malowanie ich bardzo lubić, w przeciwnym razie nie byłyby takie piękne.

greydot

Niektórzy wolą obrazy przedstawiające pewną anegdotę, wypełnione jakimś pierwiastkiem antropologicznym – bo tylko wtedy (jak mówią) może on mieć – i przekazywać – „emocję”.
Ja to widzę nieco inaczej. Dla mnie np. martwe natury nie są emocjonalnie puste, ani zimne. Mam wrażenie, że czuję w nich właśnie te emocje, które zapewne odczuwał artysta, kiedy je malował.
Nie wiem, może to jakaś nadinterpretacja, ale np. każdy z kwiatów Fantin-Latoura wydaje mi się mieć swoją „osobowość”. Tak je chyba traktował sam malarz – jako coś indywidualnego i żywego.

greydot

Ktoś ciekawie napisał: „Muzea to miejsca niezwykłe. Każdy obraz, który w nich jest, bez względu, jaki nosi tytuł, nie jest ‚martwą naturą’, jak mówią Polacy, tylko ‚cichym życiem’, jak mówią Niemcy, i to ukryte życie decyduje o ich życiu w nas, w naszej świadomości, bo innego życia nie ma. Malarstwo i postrzeganie sztuki wzrokiem jest swoistą umiejętnością. Słuchowcy umieją to zrozumieć. Widzenie jest taką samą łaską, jak słyszenie. Ale ma też coś więcej: łaskę niesłyszenia, łaskę ciszy. Łaska ciszy jest być może przywilejem największym, bo daje nam spokój. W zakończeniu Mistrza i Małgorzaty padają słowa znaczące: on nie zasłużył na niebo, on zasłużył na spokój. Malarstwo od swoich początków, od czasów grot z Lascaux, daje nam taki właśnie spokój, jest ciszą, nie gra i nie mówi, choć zawiera w sobie tak wiele dźwięków i tak wiele słów.”

Właśnie – nie „martwa natura” ale „ciche życie” (Stilleben, still life) – to tłumaczenie też mi się bardziej podoba.
Trafne spostrzeżenie o powiązaniu malarstwa z ciszą. Choć niektórzy widzą w nim muzykę, której nie można usłyszeć uchem. Ale malarstwo, choć odbywa się bez dźwięcznych słów, dla wielu jest jednak czymś bardzo wymownym.

greydot

Zauważyłem, że od jakiegoś czasu (XIX wiek?) zbyt wiele poświęca się w dyskusjach energii na spory czym jest sztuka, kim jest artysta, co to jest dzieło sztuki. Często sprowadza się to do sporu czysto językowego (definicji) – a przecież, w gruncie rzeczy, nie powinno to być takie ważne. Ważne jest meritum – sens. Także swoista uczciwość artystyczna.
Moim zdaniem, jeśli ktoś idzie na skróty, to przestaje być artystą. Niekoniecznie ekstremalność jest wyznacznikiem artyzmu – zwykle nie jest. Stąd np. moja rezerwa wobec ekscesów, szokowania, prowokacji – „rewolucyjnej” demolce wszystkiego, co było do tej pory. Według mnie więcej w tym destrukcji niż kreacji.

greydot

Tak często obecny w sztuce współczesnej masochizm i ekshibicjonizm to fetysz, nie sztuka. Tak więc, bardzo często w tej sztuce mamy do czynienia z fetyszyzacją.

Zresztą, najprawdopodobniej, na samym początku sztuki był fetysz. Innymi słowy: to właśnie ludzkie zapotrzebowanie na fetysz było pierwotnym źródłem sztuki.

greydot

Marina Abramović super star. Najsłynniejsza współczesna performerka. Jej sztandarowym wyczynem było patrzenie przez parę miesięcy w oczy ludzi, którzy tłumnie walili na to wydarzenie drzwiami i oknami Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie.
W związku z wystąpieniem Abramović ciekawe pytania zadała na swoim blogu latająca pyza. Jak sama autorka napisała, są to jednocześnie pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki.

„Pytanie (a właściwie pytania) pierwsze.
Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie.
A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się…

Pytanie trzecie.
Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance’u wskazuje jego główny temat – artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy – obrazów, filmów, instalacji… Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu…”

Tyle pyza. Nie wiem czy istnieją jednoznaczne odpowiedzi na te pytania, jednak chciałbym się pokusić przynajmniej o pewną próbę odpowiedzi cząstkowych:

1. Może dlatego boimy się szczerości (za jej synonim można uznać spojrzenie prosto w oczy) bo żyjemy w swoistej bańce pozorów i często spojrzenie kogoś obcego uważamy za inwazję w naszą prywatność, a poza tym nie wiemy czego się po takiej osobie spodziewać? Ale przecież tę potrzebę kontaktu (w tym i wzrokowego) można zaspokajać w gronie naszych przyjaciół, rodziny, bliskich – wśród tych, których kochamy. Dlaczego tak się nie dzieje i wybieramy sztuczną sytuację (taka jak ta z Abramović)? Czy nie dlatego, że jesteśmy – albo czujemy się – samotni? Często – samotni w tłumie? I samotność tę próbujemy zabić w przestrzeni wirtualnej – prowadząc blogi, strony na Facebooku, udzielając się na różnych forach… etc. Nie wydaje mi się, że Abramović siedziała w MOMie i patrzyła w oczy ludziom bezinteresownie. Ale ważne było to, iż odbywało się to w sytuacji jakby „rozbrojonej” – ludzie kontaktujący się wzrokowo z artystką czuli, że przebywają w strefie bezpiecznej, a na dodatek wśród ludzi im podobnych, co zapewniało im coś w rodzaju poczucia wspólnoty. Czuli się też w ten sposób wyróżnieni – stawali się ważni.

2. Nie, gdyby to był ktoś inny, niż uznana artystka Abramović – i w innej sytuacji (nie w tej sztucznie wykreowanej i kultowo namaszczonej w MOMie) – to moim zdaniem nic by z tego nie wyszło. Mamy tu do czynienia z wyraźną idolatrią – Abramović to z jednej strony kapłanka, a z drugiej strony postać kultowa, „celebrytka”, jak byśmy to niezbyt elegancko dzisiaj nazwali. To tworzyło pewne napięcie związane z wyzwoleniem się – często silnych – emocji.

3. Performance Abramović to ani dno ani Olimp – ot, dość banalny pomysł (okazał się mimo to kontrowersyjny) znalazł swoje urzeczywistnienie w jednej z najważniejszych „świątyń” sztuki współczesnej, odnosząc (choćby tylko frekwencyjny) sukces, dzięki czemu zapisze się z pewnością w historii tejże sztuki.

greydot

Owszem, ja również – od czasu kiedy wszystko zaczęło być uważane za sztukę – sam sobie przyznaję prawo decydowania o tym (uznawania tego) co według mnie jest sztuką, a co nią nie jest (nie mam innego wyjścia – postmodernizm postawił mnie niejako pod ścianą i takich wyborów muszę dokonywać sam).
Lecz sprawy mają się już inaczej, kiedy weźmiemy pod uwagę przeszłość, czyli odniesiemy się do historii sztuki, kiedy to kryteria jej oceny były w miarę czytelne (w zasadzie wszyscy się zgadzali co do tego, co można nazwać sztuką).

Jednakże o tym co jest sztuką nie może decydować TYLKO efekt, jaki na nas dane dzieło (sztuki) wywiera. Bo skoro żadnego wrażenia nie robi na kimś muzyka Bacha, to czy nie byłoby czymś bezczelnym twierdzić, że nie jest ona sztuką? Albo jeśli nie podobają się komuś freski Rafaela, tudzież jest ktoś doskonale obojętny patrząc na rzeźby Michała Anioła czy obrazy Rembrandta, to czy na tej podstawie ma prawo twierdzić, że to co stworzyli ci twórcy nie jest sztuką? (Owszem, powiedzieć tak można, ale nikt nie będzie tego brał poważnie.)
Oczywiście, że liczy się efekt (czyli to, jak na kogoś działa czyjaś twórczość), ale powinny się także liczyć (i liczą się) również inne rzeczy – takie właśnie jak forma, biegłość warsztatowa artysty, jego przesłanie, wrażliwość, pasja, wpływ jaki on ma na twórczość innych… etc.

greydot

Uznaję emocje za coś ważnego – nie tylko w naszych kontaktach z innymi ludźmi i światem – ale i w samym procesie poznawania świata. Rozum to według mnie za mało. Sam podchodzę do niego (rozumu i jego możliwości) z rezerwą (bo widzę, że czysty racjonalizm ze swoim utylitaryzmem, zrobił jednak w świecie wiele złego).
Oprócz emocji, ważna jest także intuicja. (Przyznaję, że mój stosunek do ludzi bardziej chyba jednak kreuje „serce”, niż intelekt.)

Myślę, że większość ludzi odbiera świat (a zwłaszcza sztukę – kino, literaturę, muzykę…) przede wszystkim „trzewiami” (to jest ten pierwotny impuls poznawczy leżący ponad progiem naszej świadomości, czyli od nas niezależny), a dopiero później ten swój odbiór (reakcję, doświadczenie) racjonalizuje.

Istnieją w nas pokłady wrażliwości nieprzewidywalnej i nieoswojonej.
Żyją jak taki pół-dziki – i pół-kulturalny – zwierzak.

greydot.

LUDZKIE BESTIARIUM – W LABIRYNCIE ŚWIATA

.

Porozumieć się z bestią (Peter Paul Rubens,

Porozumieć się z bestią (Peter Paul Rubens, „Dedal i Minotaur”)

.

W epoce bezmyślnych memów i powierzchowności, tudzież uwagi, która trwa pięć sekund (Facebook); w czasach powielania stereotypów i umysłowego lenistwa; przy całej ludzkiej niechęci, by poddać się głębszej refleksji… cenne są uważne i dłuższe rozmowy, w których szanuje się interlokutora. Rozmowy dotyczące czegoś, czym nie zajmują się środki masowej (dez)informacji, ani też pop-kultura. Niekiedy udaje mi się przeprowadzić taką rozmowę na moim blogu, gdzie trafiają ludzie wrażliwi i myślący, z którymi wymiana myśli jest dla mnie czymś stymulującym i poznawczym. Takie konwersacje bardzo sobie cenię.

Jedną z nich jest rozmowa z autorem bloga „Świątynia Krzyku”, który skomentował mój wpis zatytułowany „Grot z obsydianu”, będący liryczną (?) próbą zmierzenia się z tym, co w nas dzikie i pierwotne – z bestią, która drzemie w nas samych – i z którą szamotamy się w labiryncie świata, szukając tego, co złe, a co dobre – próbując przy tym odróżnić jedno od drugiego.

Myślę, że warto ją tu przytoczyć, wydobywając z wirtualnej czeluści, ocalając ją tym samym od zapomnienia – choćby tylko na chwilę, i choćby dla tych paru uważniejszych Czytelników.

.

♦ SIGIL OF SCREAM: Obrazy zwracają uwagę swoją wyrazistością. Zwłaszcza fragment o metalu pozostawia wiele fascynujących możliwości. I doceniam to. Jednak ten rodzaj prymitywizmu, choć interesujący literacko, nie zgadza się z moim własnym doświadczeniem genetycznym. Dlatego traktuję go jako obraz estetyczny, nie zaś jako przebłysk pewnej Prawdy, w duchowym sensie.

◊ STANISŁAW BŁASZCZYNA: A może dla kogoś innego jest to Prawda (nawet w duchowym sensie)? Jeśli tak, to czyja Prawda jest prawdziwsza?

♦ SoS: Ja mogę odnieść się jedynie do mej własnej recepcji – i komentarz mój mówi tylko o niej. Trudno, bym wypowiadał się inaczej, niż subiektywnie.
Jednak to prawda, iż zaciekawiło mnie, czy podobne doświadczenie może być przez kogoś odczuwane jako prawdziwe. Myślę, że spotkanie z taką perspektywą mogłoby być dla mnie np. interesujące poznawczo. Więc skoro już dyskutujemy, czy jako twórca tekstu możesz odpowiedzieć mi na to pytanie: czy tego typu doświadczenie odczuwasz, jako prawdziwe genetycznie?

◊ StB: Ale co to znaczy „prawdziwe genetycznie”?

♦ SoS: Chodziło mi o doznanie, które mógłbym porównać z tym, czego doświadcza moja świadomość, gdy znajduje się na poziomie genetycznym. Odnoszę się tutaj do teorii T. Learego, wykorzystywanej w psychologii transpersonalnej i dotyczącej poziomów programowania świadomości. Poziom genetyczny łączy się z przekroczeniem ego i połączeniem świadomości z wcześniejszymi formami życia (czasem, przez niektórych bywa to przeżywane jako np. wizja przeszłych wcieleń). Skojarzenie z twoim tekstem narzuca się oczywiście samo. Oczywiście, zahacza to o mistykę, i inne tego typu nieostre, lecz niesłychanie żywe, i interesujące mnie sprawy.

StB: Nie wiem, czy genetycznie mogą być przekazywane jakieś obrazy, idee (albo „archetypy” – jak twierdził Jung). Mnie się to wydaje zbyt ezoteryczne, abym bez wątpienia mógł dać temu wiarę. Ale na pewno za pomocą genów zapisane są w nas informacje kształtujące nasze popędy, instynkty, skłonności… (i to jest zakodowane na innym poziomie niż świadomość naszego ego). W moim tekście jest wyraźne nawiązanie do pewnego pierwotnego stanu naszej kultury, w której człowiek jest drapieżnikiem, gdzie podnieca go zabijanie zwierząt i sama krew (czy to na polowaniu, czy na ofiarnym stole) – kiedy sam czuje się na poły zwierzęco, ale kiedy jednocześnie zaczyna się w nim budzić pewna świadomość transcendentalna (kobiecości w samicy, boskości w idolu kamiennej figurki, magii w szamanie… etc.) I jest to przeniesione niejako w czasy nam współczesne (bo jednak to, co w nas „zwierzęce”, według mnie nie nadąża za postępami naszej kultury, więc jest spychane na dalszy plan – zwykle w sferę tabu).
To jet w sumie prosty obraz, być może pojawił mi się we śnie, albo w tzw. „pomroczności jasnej” ;) Nie pamiętam już tego dokładnie.

A wracając jeszcze do Twojego pytania z poprzedniego komentarza (o „Prawdę” podobnego doświadczenia) – myślę, że mogę odpowiedzieć twierdząco: tak, wierzę, że ktoś podobne doświadczenie może uznać za (swoją) Prawdę. Taką właściwość mają np. wspomnienia z poprzednich wcieleń u ludzi wierzących w reinkarnację (piszę to abstrahując od tego, czy ja sam w reinkarnację wierzę, czy też nie).

SoS: Obrazy ze snów są szalenie interesujące, prawda? Prawie cała moja twórczość jest na nich oparta. Ale to była dygresja, wróćmy do rzeczy.
Rozumiem wizję, jaką przedstawiłeś. Wydaje mi się, że jest ona bardzo charakterystyczna dla sposobu odczuwania człowieka Zachodu. Stan o którym piszesz, w mojej interpretacji, mówi o atawistycznym połączeniu z bestią, jednocześnie jednak to połączenie budzi opór świadomego umysłu. Człowiek widząc swą pierwotną naturę doznaje pewnego rodzaju szoku, alienuje się od niej, stara się ją ujrzeć z dystansu, wyjaśnić przed sobą… Więc jest to także wizja wewnętrznego konfliktu, wygnania ze stanu pierwotnej dzikości (a wiec i z raju), naznaczona opozycją pomiędzy naturą i umysłem, bestią i sacrum. Ten konflikt rozdziera duszę, która z jednej strony pragnie powrócić, a z drugiej powrócić nie może.

I tutaj pojawia się moja dalsza konkluzja: stoimy na zupełnie przeciwnych biegunach postrzegania (co jednak uważam za interesujące). Ja widzę świadomość jako wyłaniającą się z transcendencji. Stan pierwotnej dzikości jest dla mnie tożsamy z doświadczeniem sacrum. Bestia jest święta – jest szamanem, jest tym, który widzi boginię (nie przypadkiem Potnia Theron to Pani Dzikiej Zwierzyny). Dopiero oddzielenie niszczy ten raj. Narodziny ego, świadomości siebie budują osobowość, lecz siłą rzeczy muszą wyjąć człowieka ze stanu pierwotnego połączenia z Wszechświatem. Jednak ten stan był stanem pierwotnym – dlatego uważam, że to nie budząca się świadomość dostrzega transcendencję, lecz właśnie zostaje z niej wyjęta. Pierwotna świadomość jest w niej zanurzona, rozumie ją naturalnie, nie tworzy rozdzielenia.
Innymi słowy: człowiek stając się sobą traci raj.

To doświadczenie, o którym piszę powyżej (zjednoczenie sacrum i bestii) jest dla mnie tak naturalne i głębokie, iż trudno mi nawet postrzegać świat inaczej. Jednak większość ludzi na Zachodzie, przeżywa to w zgoła odmienny sposób (co, jak sądzę, jest powodem wielu cierpień). Sam wspominasz o tym, pisząc, iż zwierzęce cechy stają się Tabu. Jednak Tabu dawniej oznaczało to, co święte.
Pytając więc o Twoje doświadczenia miałem na myśli właśnie to wszystko o czym rozmawiamy. Dziękuję, że zechciałeś mi odpowiedzieć.

StB: Z przyjemnością czytam Twoje komentarze, bo poruszają pewne struny, na drganie których i ja jestem wyczulony.
Zdaje sobie sprawę z tego, że jestem człowiekiem Zachodu i że ma to swoje konsekwencje. Dlatego też nie chcę „na siłę” zmieniać mojej, nazwę to, konstytucji psychicznej, (która była jednak ukształtowana przez takie a nie inne elementy kulturowe) a raczej wykorzystać to do zrozumienia tego, czego jeszcze do tej pory nie znałem. Świadomy jestem też tych wszystkich dualizmów występujących w mentalności Zachodu i tego, że przez to moje własne myślenie jest (być może) zbyt… dialektyczne. Z czasem jednak coraz bardziej dociera do mnie to, że to co istnieje, posiada bardziej płynne continuum.

Ciekawe jest Twoje widzenie pojęcia świadomości w odniesieniu do transcendencji. Również i ja skłaniam się ostatnio coraz bardziej do tego, że powstanie świadomości (zwłaszcza egoistycznej) oddaliło nas od transcendencji, „odgrodziło” nas niejako od Absolutu. Lecz moim zdaniem niewykluczone jest także to, że wspinając się na najwyższy poziom świadomości (być może dotykają tego stany iluminacji albo medytacji dążącej do osiągnięcia – jak w buddyzmie – nirwany), tego Absolutu (transcendencji) możemy jednak w jakimś stopniu doświadczyć (byłoby to nic innego, jak powrót do pierwotnego stanu Jedni, boskiej esencji… do sacrum właśnie).
To, co piszę wydawać się może zbyt spekulatywne i niejasne, ale to dlatego, że są to jednak uproszczenia, posługujące się na dodatek pojęciami z różnych „parafii” religijnych czy filozoficznych.

Czy stan tzw. „pierwotnej dzikości” (a tym może też być „bestia”) można utożsamić z sacrum? Być może – tak jest chyba w religiach animistycznych i panteistycznych. Ale znowu: czy nie istnieją różne stopnie „dzikości” (ergo: różne stopnie uzyskiwanej świadomości)? Nasz mit Genesis nauczył nas widzieć to jako zjawisko skokowe (Grzech Pierworodny, zerwanie Zakazanego Owocu z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego – co można uznać za pojawienie się w człowieku samo-świadomości, wygnanie Pierwszych Rodziców z Raju… etc.), ale czy w rzeczywistości zyskiwanie tej świadomości nie odbywa się stopniowo (w sposób ciągły, ewolucyjny)? W takim razie należy uznać, że także i zwierzęta, (od których tak bardzo się kulturowo odseparowujemy) posiadają pewien stopień świadomości (a to dyskredytuje w jakiś sposób pojęcie „pierwotnej dzikości” – bo wtedy nie za bardzo wiadomo, czym mogłaby ona być – i w którym momencie się kończy).

Pewnie zdajesz sobie sprawę z tego, że ktoś, czytając o Twoim doświadczeniu zrównującym – jak piszesz – bestię z sacrum, może Cię posądzić o jakiś krypto-satanizm. ;)
Ale rzeczywiście takie postrzeganie sacrum pojawia się w ludzkiej głowie (doświadczeniu, świadomości, wyobraźni?), choćby w słynnym stwierdzeniu Blake’a, że „Natura jest Kościołem Szatana” co, abstrahując od kontekstu satanistycznego, wskazuje na sakralność Natury, a więc „dzikości”).
I oczywiście nadal tabu oznacza to, co święte – podobnie jak to, co „zwierzęce” – i zbieżność tutaj nie jest przypadkowa.

Ten wątek (świadomość – Natura) pojawił się też we fragmencie mojego ostatniego wpisu:

Między jednością a osobnością plącze się twoja świadomość w Naturze
Wtedy, kiedy czujesz, że jesteś jedną z przyrodzonych jej cząstek
Może cię cieszyć ta więź – przepełniać błogie poczucie harmonii
Ale bywa też tak, że wobec Przyrody czujesz się obco, nieswojo
Bo przecież zostałeś kiedyś wygnany z jej naturalnego Raju
Dowiadując się wówczas (na dobre i na złe), że jesteś jednak INNY
Możesz to uznać za bezcenny dar, ale też i za wieczną klątwę, bo odtąd
Rozdarty między wspomnieniem niewinności a przekleństwem wiedzy
Żyjesz na granicy naturalnie i sztucznie stworzonych światów
Wiesz za mało by stać się w pełni mądrym i rozumnym człowiekiem,
A jednak zbyt dużo, by pozostać dzikim i bezmyślnym zwierzem

To wszystko w jakiś sposób łączy się ze sobą

SoS: Dziękuję, mi także bardzo przyjemnie się z Tobą dyskutuje. Zwłaszcza, iż nie masz w zwyczaju zaburzać się na inne widzenie świata – lecz jesteś otwarty, przedstawiając jednocześnie swój punkt widzenia. Mi to bardzo odpowiada, bowiem lubię poznawać inne perspektywy.
Szczerze rozbawiła mnie myśl, że ktoś mógłby posądzić mnie o jakieś satanistyczne inklinacje. Zawsze postrzegałem satanizm jako wyraz buntu, względem obecnej w monoteizmie koncepcji boga. Ja sam nie mam nic wspólnego z monoteizmem, nie uznaję również aksjologicznego dualizmu, który cechuje ten typ religijności (mam na myśli podział na dobro i zło). Nie mam więc przeciwko czemu się buntować. W istocie tego typu rozdzielenie, o którym mówię, zawsze było to dla mnie sztuczne, które prowadzi człowieka do alienacji – od sacrum, od natury i od siebie. Sam, jako tantryk, uznaję iż świat przeniknięty jest boskością. Nie ma elementów, które mogłyby być od niej oddzielone. Nie ma zła ani dobra – jest tylko świat, który istnieje. To, jak na niego reagujemy, to czy staje się dla nas piekłem czy rajem, placem zabaw czy komnatą tortur – stanowi nasz wybór. I nawet ci, którzy udają, że nie mają wyboru, dokonują go.

Oczywiście mógłbym odpowiedzieć na pytania dotyczące pojawienia się świadomości, rozwoju jej i kontaktu z sacrum – ale byłyby to odpowiedzi odnoszące się bardzo ściśle do mojego doświadczenia duchowego, mojego sposobu widzenia świata i mojego światopoglądu. Trudno mi więc powiedzieć, czy okazałyby się interesujące dla kogoś innego. Zwłaszcza, że nie chcę narzucać nikomu własnej percepcji spraw duchowych. Myślę, że najlepiej jest dochodzić do tej wiedzy samemu, dzięki doświadczeniu (np. medytacji). Powiem tylko tyle: nikt nie jest odgrodzony od Absolutu. Absolutu nie da się odgrodzić, jesteśmy w nim zanurzeni. Jedynie percepcja, która została nauczona postrzegać rzeczywistość jako pozbawioną sacrum (padół łez i królestwo grzechu) może popaść czasowo w taką iluzję.

Wracając jednak do tematu: uważam, że zwierzę w swej dzikości pozostaje niewinne, bowiem dzikość jest elementem jego natury. Człowiek traci niewinność, gdy dokonuje decyzji z jego naturą sprzecznych. Czy to oznacza, że człowiek, ma się zachowywać jak zwierzę? Nie, bowiem naturą człowieka nie jest stan zwierzęcy – lecz stan istoty świadomej, obdarzonej zdolnościami: autorefleksji, tworzenia i duchowego wglądu. Istoty, której zadaniem jest rozwijanie własnych zdolności i udoskonalanie natury poprzez sztukę. Jednak często człowiek rezygnuje z tych zadań, na rzecz pragnień ego, oraz niższych emocji (nienawiści, zazdrości, strachu). Każda podjęta decyzja jest naszą decyzją i konstytuuje osobowość oraz nasz odbiór świata. Możemy więc żyć w harmonii, lub w pomieszaniu – zależnie od tego, co wybieramy. Nie uważam więc aby istniało jakieś zło, którego nie tworzymy sami. Niestety, współczesny obraz świata nie napawa optymizmem, jeśli idzie o kierunek, który wybiera wielu ludzi.

StB: Także uważam, że w naturze (a konkretnie: w rzeczywistości pozaludzkiej) zło i dobro nie istnieje. Kiedy jednak człowiek zaczął tworzyć coraz bardziej złożoną kulturę, (w której wstępował na coraz wyższe jednak stopnie świadomości – odróżniając się nota bene coraz bardziej od zwierząt) to pojęcie dobra i zła stało się niezbędne, ponieważ bez tego człowiek nie mógłby stworzyć etyki, czy też raczej moralności – następnego elementu odróżniającego nas od zwierząt. Bez systemu etycznego życie społeczne człowieka byłoby niemożliwe (innymi słowy: niemożliwe byłoby stworzenie społeczeństwa). Człowiek odseparowywał się więc coraz bardziej od zwierząt, czyli de facto, od natury. (W tym znaczeniu nasza kultura jest tworzona niejako w opozycji do natury – czego echo mamy choćby w micie o wygnaniu z Raju Pierwszych Rodziców.) Sądzę że – chcąc mienić się człowiekiem – nie możemy żyć poza etyką (człowiek nie jest istotą amoralną – wbrew temu, co twierdzili ci, którzy uważali się za ludzi „wyzwolonych”).

Zgadzam się: zwierzę w swojej dzikości pozostaje niewinne. Ale to dlatego, że nie tworzy żadnej wyższej kultury charakteryzującej człowieka. Za człowieczeństwo „płaci” się więc tym, że alienuje nas ono coraz bardziej od amoralnej w swej istocie Natury. Nasza moralność (wrażliwość etyczna) jest tym samym najważniejszym wyznacznikiem naszego człowieczeństwa. Bez niej cofamy się do „dzikiego” świata zwierząt – przestajemy być ludźmi.

SoS: I znów nie do końca mogę się zgodzić z tym podejściem. Wedle mnie podział na dobro i zło oparty jest nie tyle na wyższych własnościach świadomości, co raczej na kompleksie ego. Większości osób dobro kojarzy z tym co dla nich jest pożyteczne lub przyjemne – zło zaś z odwrotnością pożądanych stanów. Taki punkt widzenia zawęża percepcję i skazuje podmiot na wieczne ocenianie świata, według kryteriów tego podziału. Jednak one same ulegają z czasem zmianie, tak więc i moralność jej ulega. Nie istnieje coś takiego jak moralność ponadczasowa. Etyka dąży do pewnej uniwersalności, jednak aby ją mogła zrealizować, nie może opierać się na wartościach zmiennych w czasie.
Z kolei np. holizm traktuje świat jako całość – niezależnie od jego wartości moralnych. Jest to powiązany splot procesów i manifestacji. Istnieją doświadczenia, które mogę zinterpretować w różny sposób. Czy złem staje się dla mnie śmierć kogoś bliskiego, jeśli dzięki niej odkryję nowe struny w swej duszy i napiszę nieśmiertelny poemat?

W mej interpretacji rzeczywistości dobro i zło zostało stworzone przez ludzi o dość fundamentalistycznych upodobaniach. Tych, którzy swoją dobrą prawdę przeciwstawiali złej prawdzie innych. W mojej interpretacji istnieją jedynie różne tunele rzeczywistości. Można więc przyjąć, że dobro i zło istnieje w ludzkich głowach – ale znów nie istnieje ono obiektywnie, w naturze. Dla mnie pozostaje iluzją umysłu, bez której znakomicie sobie radzę. A nawet zaryzykuję twierdzenie, że porzucenie tych wartości wyzwoliło mnie z wielu dylematów. Czy jednak oznacza to druzgocący brak etyki? Niekoniecznie… Uznaję, że rzeczy można podzielić na te, które rozwijają mnie, oferując mi jakieś inspirujące i konstruktywne doświadczenia, oraz na takie, które mogłyby mi zaszkodzić, lub nie wniosłyby nic istotnego do mojego życia. Mogę wiec decydować świadomie o kierunku mej wędrówki – nie potrzebuję do tego moralnego straszaka, a jedynie własnej świadomości i woli.
Zapewne jest to postawa dość amoralna. Jednak czy moralność jest dobrem, aby amoralność miała stawać się złem?

StB: Również uważam, że nie istnieje coś takiego jak „moralność ponadczasowa”. Nie zgadzam się natomiast z tym, że nie można „realizować” etyki, jeśli nie opiera się ona na wartościach niezmiennych w czasie. Moim zdaniem etyka (moralność) ulega ciągłej ewolucji – tak, jak ewolucji ulega cała ludzka kultura. System etyczny można oczywiście tworzyć bez odwoływania się przy tym do jakiejś Wyższej Instancji – tak jak to się dzieje obecnie w nowoczesnych społeczeństwach opartych na świeckich podstawach, nie odwołujących się bezpośrednio do żadnej religii.

Piszesz: „Czy złem staje się dla mnie śmierć kogoś bliskiego, jeśli dzięki niej odkryję nowe struny w swej duszy i napiszę nieśmiertelny poemat?”
Myślę, że warto jednak zachować tutaj pewne proporcje. Czy na pewno śmierć kogoś bliskiego (np. Twojego dziecka) można zestawiać z korzyścią napisania „nieśmiertelnego poematu”? Według mnie jest to poważne zaburzenie hierarchii wartości (przynajmniej w systemie etycznym wyznawanym przeze mnie). I ponadto: czy w tym przypadku Twój „nieśmiertelny poemat” nie mógłby być Twoją „iluzją umysłu”?

Piszesz: „Wedle mnie podział na dobro i zło oparty jest nie tyle na wyższych własnościach świadomości, co raczej na kompleksie ego. Większość osób dobro kojarzy z tym co dla nich jest pożyteczne lub przyjemne – zło zaś z odwrotnością pożądanych stanów. Taki punkt widzenia zawęża percepcję (…)”
A nieco dalej: „Uznaję, że rzeczy można podzielić na te, które rozwijają mnie, oferując mi jakieś inspirujące i konstruktywne doświadczenia, oraz na takie, które mogłyby mi zaszkodzić, lub nie wniosłyby nic istotnego do mojego życia.”
To jest właśnie podejście bardzo egoistyczne. Wydaje mi się, że pisząc to Ty sam opierasz się na jakimś „kompleksie EGO”, które uznajesz za jedyny wyznacznik wartościowania.
Deklarujesz także własną amoralność. A to właśnie amoralność jest według mnie postawą skrajnie egoistyczną, a przy tym wysoce aspołeczną ponieważ odrzuca (czy też lekceważy) wartości przyjęte przez społeczeństwo, którego jesteś członkiem. Bowiem, nawet jeśli nie przyjmuje się wszystkich tych wartości uznawanych przez większość społeczeństwa (bo jednak wielu ludzi myśli bardziej samodzielnie, chce żyć bardziej świadomie i nie poddawać się etycznemu automatyzmowi), to jednak tworząc własną hierarchię wartości, należy moim zdaniem brać także pod uwagę wartości wyznawane przez innych ludzi, żyjących obok ciebie – i mieć na uwadze nie tylko tzw. „dobro” własne (bo to byłoby właśnie uleganie „kompleksowi EGO”), ale i „dobro” innych.

Według mnie pojęcia dobra i zła – nawet jeśli powstaje tylko w ludzkich głowach – nie można umieszczać w kategorii „umysłowych iluzji”. Jak możemy się bowiem przekonać (choćby z niedawnej historii, vide: systemy totalitarne, masowe ludobójstwa…) to jednak to, co uznamy za dobro, a co za zło (czyli to, po której stronie się opowiemy i jaki system etyczny uznamy za wart respektowania) przekłada się bardzo konkretnie na jakość rzeczywistości i świata w jakim żyjemy.

SoS: Mam wrażenie, że nie do końca mnie zrozumiałeś. Być może stało się tak z uwagi na lapidarność mojej wypowiedzi. Pozwól więc, że dokładniej wyjaśnię, co miałem na myśli:
Dobro i zło nie może być oparciem dla żadnego zdrowego systemu etycznego: ponieważ uznanie obu tych zasad, zasadza się na całkowicie osobistym odbiorze. Różni się ono nawet pomiędzy poszczególnymi ludźmi. Np. naziści, których sam wspominasz, wierzyli że czynią dobro, mordując żydów. Żydzi byli złem, a wartości aryjskie najwyższym dobrem. Inkwizycja Kościelna także czyniła dobro paląc ludzi na stosach. Podobne przykłady można byłoby mnożyć. Od momentu, gdy człowiek wymyślił dobro i zło, były one jedynie narzędziami w rękach wszelkiego rodzaju fundamentalistów, którzy wykorzystywali te „wartości” do niewolenia, niszczenia i manipulowania innymi ludźmi. Ponieważ wiara w tego typu moralny dualizm usprawiedliwia fundamentalizm. Jeśli istnieje dobro i zło, ktoś musi mieć absolutną rację, a ktoś musi się mylić, być zagrożeniem, być chory, lub niebezpieczny. Jak łatwo jest wtedy popełniać zbrodnie w imię dobra: większego dobra, społecznego dobra, etc.
Ludzie od zarania dziejów kierując się swym ego, nie zaś swym rozumieniem, czynią zło by chronić dobro, kłamią by chronić prawdę i czynią rzeczy brzydkie by chronić piękno.

Jeśli zaś o ewolucjonizm chodzi – uważam, że jest to bardzo przestarzała teoria, która miała poprawiać humor ludziom Zachodu. Ewolucjonizm nie istnieje w kulturze, zarówno na poziomie religijnym, jak i etycznym. Dowodzi tego wiele badać etnograficznych, które informują nas, iż kultury pierwotne niejednokrotnie wyprzedzają rozwinięte cywilizacje pod względem filozoficznym czy etycznym (i nie muszą do tego znać idei dobra i zła: często jej nie znają). Porównać można w tym zakresie niektóre aspekty kultury Aborygenów czy Indian Amazońskich. Także wiele dawnych cywilizacji nie opierało się na dychotomii dobra i zła. Można powiedzieć, że jest ona właściwa jedynie na religii monoteistycznych. Np. społeczeństwo Wedyjskie opiera się na obowiązku kastowym i karmicznym, którego wypełnianie zapewnia ład społeczny. Niejednokrotnie jednak związane jest z tym, co człowiek zachodu określiłby jako zło. Porównać w tym aspekcie można rozmowę księcia Ardżuny z Krishną w Bhagavacie Gicie.

Zaskakuje mnie bardzo (i też nieco martwi) sposób w jaki odczytałeś moją deklarację o etyce opierającej się o samorozwój. Dla mnie jest niezwykle oczywistym, iż to miłość stanowi siłę, która pozwala mi się rozwijać i prowadzi mnie dalej. Miłość do świata, czy do innych istot. Nie potrafię więc pojąć, w jaki sposób miałoby to doprowadzić mnie do egoistycznych decyzji? Egoizm nie rozwija jednostki, buduje jedynie różnego rodzaju iluzje i czyni nas nieszczęśliwymi. Proponowana przeze mnie wizja, opiera się na świadomych wyborach, a także na przekonaniu, iż świat (więc i moja natura, od której w przeciwieństwie do monoteistów nie czuję się oddzielony) jest doskonały. Świat jest przeniknięty miłością i boskością. Ludzie czasami tego nie rozumieją i oddzielają się od niego, błądzą i robią sobie krzywdę. Ale też nie uważam, aby to było złe. Być może taka właśnie nauka jest im potrzebna, aby w końcu zauważyli Raj, który ich otacza i zrozumieli, że nikt nigdy ich nie wygnał z niego…

To mniej więcej miałem na myśli prosząc o śmierci osób bliskich i poemacie. To, że świat jest miejscem w którym doświadczamy i uczymy się. Nie wszystkie lekcje są przyjemne, ale każda z nich może pozwolić nam rozwinąć mądrość, zrozumienie i współczucie. Każda z nich być dla nas kolejnym stopniem na drodze rozwoju, zamiast być jakiegoś rodzaju złem, które odrzucamy.
Świat jest doskonały. Jeśli twoje dziecko umiera, abyś mógł napisać poemat – to może właśnie to był jego dar? Może ta istota urodziła się właśnie po to, abyś mógł to zrobić? Nie możesz tego wiedzieć. Może twój poemat zmieni tak wiele, iż ludzie staną się dzięki niemu lepszymi i bardziej świadomymi istotami? Oczywiście, wiele jest tych może. Niemniej sięgając po ten przykład, próbuję ci unaocznić, że nigdy nie znamy całości splotu karmy. Widzimy fragment. Nie jest mądrze na tej podstawie uznawać coś za dobro czy zło, ponieważ zwykle nie widzisz skąd wyrasta dane zdarzenie i do czego dąży. Naturą świata jednak jest harmonia i doskonałość (do czego doszedł też Ginsberg w epilogu Skowytu), więc wszystkie rzeczy dążą do niej w sposób naturalny.
Co więcej, chciałbym nadmienić, że nie jestem teoretykiem jedynie. Żyję w zgodzie z tą filozofią i wynika ona z moich doświadczeń, wśród których także było wiele bolesnych zdarzeń (również śmierć bliskich osób). Jednak nigdy nie traktowałem ich jako zło a raczej jako doświadczenia. Śmierć także nie jest złem – jest naturalnym stanem transformacji, do którego dąży świadomość żywej istoty. Nie ma w niej nic, czego należy się bać. Dlaczego więc obciążać zmarłych naszym żalem czy niezgodą na ich los, kiedy raczej powinniśmy wspierać ich poprzez zrozumienie?

Tak, też mam wrażenie, że zboczyłem mocno w stronę mistyki. Niemniej trudno mówić o wartościach nie mówiąc o sferze ducha. Wartości ze swej natury mają duchowy charakter i jedynie w ten sposób mogą być w pełni percypowane. Umysł tworzy na ich temat idee, ale jest to tylko labirynt luster.

Nadmienię na koniec także, że nie czuję się źle nie będąc częścią współczesnego społeczeństwa. I nie uważam tego za zbrodnię. Społeczeństwo jest chore – nie jest zdrowym aktualnie przebywać razem z nim. Dlatego działam raczej w kontrkulturze – która zawsze miała za zadanie odnawiać wartości i szukać nowych dróg w momencie kryzysu.

Mam nadzieję, że teraz stało się nieco jaśniej i moja aktualna wypowiedź jest bardziej klarowna.

StB: Myślę, że Cię zrozumiałem, tyle że nie podzielam niektórych Twoich poglądów. (Czy gdybym się z wszystkim zgodził, to dopiero wtedy uznałbyś, że Cię zrozumiałam? ;))
Postaram się zakreślić pewne różnice w naszym zapatrywaniu na dobro i zło ( w odniesieniu do tego, co napisałeś w ostatnim swoim komentarzu):

– Co to znaczy „zdrowy system etyczny”? Pisząc tak, już tym samym przyznajesz, że istnieje zdrowie, (które można nazwać – i nazywa się – dobrem) i choroby, (która jest uważana przez ludzi za zło)

– Ja nie przeczę, że pojęcie dobra i zła jest relatywne, tylko że mamy obowiązek opowiedzieć się za tym, co uważamy (uznamy – czy to za sprawą własnego, „egoistycznego” wyboru, czy to kierując się normami stworzonymi przez społeczeństwo, w którym żyjemy) za dobre, a unikać tego, co uznamy za złe. (Uważam, że życie społeczne bez zasad moralnych – czyli bez rozróżniania dobra od zła – nie byłoby możliwe. Ale o tym napisałem już wyraźnie w jednej z poprzednich odpowiedzi Tobie – zaczynającego się od stwierdzenia: „Także uważam, że w naturze (a konkretnie: w rzeczywistości pozaludzkiej) zło i dobro nie istnieje (…) ”
Ja np. nie uznaję za swój system etyczny nazistów, w którym zabijanie Żydów (i stworzenie obozów masowej zagłady ludzi) było (dla nazistów) dobrem. W moim systemie etycznym to było (jest) ewidentne zło, któremu należało się sprzeciwić (i to jest właśnie wybór moralny – a wyborów moralnych w naszym życiu nie da się jednak uniknąć).

– Kiedy człowiek „wymyślił” dobro i zło, (czyli stworzył system etyczny – moralność), to służyło to nie tylko do – jak piszesz – niewolenia, niszczenia i manipulowania innymi ludźmi (oczywiście to też miało miejsce), ale także (może nawet przede wszystkim) do organizacji samego społeczeństwa, bez czego jego funkcjonowanie byłoby niemożliwe.

– Pisząc: „Ludzie od zarania dziejów kierując się swym ego, nie zaś swym rozumieniem, czynią zło by chronić dobro” jesteś niekonsekwentny, bo przecież uważasz, że coś takiego jak dobro i zło nie istnieje. Biorąc to pod uwagę nie masz więc prawa używać takich słów jak lepszy czy gorszy.

– Ewolucjonizm nie jest według mnie przestarzałą teorią (tu zresztą wyłania się pytanie: jaki ewolucjonizm?) Moim zdaniem ewolucjonizm jak najbardziej istnieje w kulturze a to z tej prostej przyczyny, że kultura (a wraz z nią stworzony przez nią system etyczny) się zmienia (czyli ulega ewolucji). Oczywiście, można czasami uznać, że kultura się „uwstecznia”, czy też degeneruje, ale to też jest spowodowane ewolucją.

– Każda ludzka kultura tworzy moralność (czyli system norm regulujących życie grupy społecznej). Nie musi tego nazywać złem czy dobrem (to jest przecież tylko sprawa nazewnictwa), lecz np. (sam o tym wspominasz) obowiązkiem. Czyli dobre jest to, co robi się zgodnie ze swoim obowiązkiem, a złe to, co się temu obowiązkowi sprzeciwia (to jest właśnie moralność, czyli zdolność rozróżniania tego co jest dobre od tego, co jest złe – a pochodną tego jest sumienie).

– Pojęcie dobra i zła w systemie etycznym nie opiera się jedynie na egoistycznych (czyli osobniczych, indywidualnych) przesłankach, jak twierdzisz. Wprost przeciwnie: system etyczny powstaje by przezwyciężyć wrodzony człowiekowi egoizm (czyli dbanie jedynie o WŁASNE dobro) w celu ochrony tego, co dobre jest dla całej społeczności. Skrajnym egoizmem jest więc całkowite odrzucenie tego systemu (spotykane np. wśród socjopatów).

– Piszesz o miłości jako głównym motorze Twojego rozwoju. Wspaniale! (piszę to bez cienia ironii). Tylko czy wtedy miłości nie uznasz za dobro, a nienawiści za zło? Przy czym, nieważne jest, czy nazwiesz to „dobrem” czy „złem” – bo to są tylko słowa służące ludziom do tego, by się porozumieć. Chodzi o to, że deklarujesz, iż miłość jest czymś przez Ciebie akceptowanym, pożądanym, wybieranym (czyli można to nazwać „dobrem”), zaś nienawiść – przeciwnie: jest czymś czego należy unikać, co trzeba odrzucić (ergo: jest „złem”).

– Piszesz o miłości, która jest „miłością do świata i innych ludzi”, piszesz o rozwoju, który pozwoliłby rozwinąć w Tobie „mądrość, zrozumienie i współczucie”. Piszesz, że świat jest doskonały, przepełniony „boską miłością”. Ale jak mógłbyś przy tym pozostawać obojętny wobec… np. dymiących kominów oświęcimskich krematoriów? (bo przecież nie uważasz, że to było „złe”). Co z tym współczuciem? Bo przecież katowani i zgładzani tam całymi setkami tysięcy ludzie przeraźliwie cierpieli – czy myślisz, że oni także uważali, że przepełnieni są „boską miłością” i że żyją w doskonałym świecie? Uważasz, że nie jest „mądrze” uznawać tej zbrodni za zło (bo to jest tylko „fragment” rzeczywistości?) Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co piszesz.

– Jak możesz pisać o „odnawianiu wartości” (co ponoć czyni kontrkultura) skoro nie uznajesz, że coś może być lepsze, a coś gorsze (bo to właśnie jest konsekwencją zaprzeczenia temu, że istnieje dobro i zło) – to pozostaje dla mnie tajemnicą.

– Tajemnicą jest też dla mnie to, jak możesz pogodzić „miłość do świata i innych ludzi” z oświadczeniem, że nie jesteś częścią współczesnego społeczeństwa, bo ono jest chore.

SoS: Oj, a dla mnie to nie tajemnica. Patrzymy na te sprawy z bardzo różnych punktów widzenia.
Nie, nie chcę, żebyś się ze mną zgadzał. Raczej chodzi mi o otwartość i rozumienie. Trudno mi wyjaśnić słowami różnicę, którą postrzegam między Twoim a moim podejściem, jednak jest ona w mym odczuciu bardzo namacalna i istotna.

Ja po prostu uznaję, że nienawiść, ból, wojny etc. też mają swoje miejsce i czas. Współczuję istotom, które doświadczają cierpienia – ale czasem jest to potrzebne, aby móc pojąć pewne rzeczy i znaleźć mądrość. Mnie samego bardzo wiele nauczyły takie przejścia. Przede wszystkim rozumieć. Nie zawsze usunięcie choroby bywa rozwiązaniem. Czasem choroba zmusza nas do przepracowania problemu. Nie jest czymś co należy odrzucić lecz w co należy wejść. To podejście jest stosowane także klinicznie w psychologii transpersonalnej Groffa, czy też w szamanizmie ludów pierwotnych. Cierpienie bywa oczyszczeniem. Można się zastanowić w tym kontekście jakiego oczyszczenia potrzebowała Europa tworząc dwie ostatnie wielkie wojny? Nie zawsze wybory jakich dokonuje się, są poprawne – ale taka jest cena poszukiwania. Poszukując odkrywamy nowe odniesienia, co inspiruje nasz rozwój.

Różnica, którą próbuję uchwycić polega chyba na tym. Iż nazywając coś złem odbierasz mu rację istnienia, wyganiasz to, odcinasz się od tego. Ja zaś uważam, że wszystkie te rzeczy są częścią nas, częścią świata. Nie czymś od czego powinniśmy uciekać, lecz czymś co należy zrozumieć i przepracować. Druga Wojna Światowa i zagłada żydów to nie jakieś zło, które należy potępić i uwiązać u pręgierza. To lekcja dla nas o nas. Lekcja, która nas uczy wiele o tym, co jest w stanie uczynić człowiek taki jak my. Z psychologicznego punktu widzenia: potępiając Cień w sobie nie zrozumiesz go i nie zintegrujesz. W efekcie zaś nie będziesz kompletną jednostką. To co zepchnięte w podświadomość włada psychiką w sposób bardzo przewrotny i silny.

Jeśli idzie o cierpienie – zapewne mój stosunek do niego wyda Ci się dziwny. Jednak, jak mówiłem, nie jest ono złem lecz oczyszczeniem. Współczuję istotom, które muszą go doświadczać. Ale sam doświadczałem go także wiele razy i to dość skrajnie. I wiem ile mnie to nauczyło. Więc dlaczego mam nie doceniać mądrości cierpienia? Wiedza o karmie to pożyteczna rzecz. Daje ci szerszą perspektywę niż jedno tylko życie.

Miłość jest siłą we wszechświecie, która unifikuje przeciwieństwa. A więc jest także ich śmiercią. Czy można nazwać śmierć dobrem? Nienawiść oddziela rzeczy od siebie i tworzy konflikty między nimi. To nie zawsze jest złe. To jest taniec Shiva-Siakti. Energie dopełniają się w cyklach, czasami jako destrukcja, czasami jako tworzenie. Ja po prostu chciałbym przekazać myśl o otwartości na nie, zrozumieniu i harmonii.
I możesz powiedzieć, że w takim razie stan bez harmonii uznam za zło. Ale to nie prawda. Uznam go za naukę. Czy jeśli dziecko sparzy się ogniem nazwiesz to złem? Poprzez takie doświadczenia wciąż się uczymy. Nie sądzę, że istnieje jakiś stan mistycznego dobra do którego można dotrzeć. Mówiąc prawdę, sądzę, że droga ku doskonałości jest drogą bez końca – to właśnie jest piękne.

Np. w Hinduizmie droga ku wyzwoleniu polega na przekroczeniu iluzji dobra-zła, co dzieje się w momencie wzniesienia ponad gunę satvas. Satvas oznacza dobro i jest uważane za jedną z zasad świata materialnego, która niewoli duszę. Ponieważ istnieje coś więcej niż to dobro i coś więcej niż zło. A tym czymś jest boskość którą mamy w sobie i która przekracza to rozdzielenie.

Myślę, że błąd, który popełniam polega na tym, iż gdzieś wierzę, że każdy człowiek jest w stanie kierować się swoją Świadomością i realizować na poziomie, o którym piszę. Podejrzewam, że to utopia niestety. Podejrzewam, a nawet jestem pewien, że masz rację mówiąc o tym, iż społeczeństwo potrzebuje zasad moralnych. W sumie wiele nauk duchowych też o tym mówi wprost. Nietzsche stworzył swojego Nadczłowieka… Trzeba być zapewne gotowym na to, aby przekroczyć ten dualizm i kierować się swoim Światłem. Na niższym poziomie potrzebny jest ład.

Odnośnie twojego ostatniego argumentu odpowiem, iż mogę kochać istoty i ich światło a jednocześnie odmawiać uczestnictwa w ich chorym wzorcu. Jeśli współczujesz komuś choremu to leczysz go, a nie dążysz do tego, by dzielić z nim niedolę, prawda?

Może robię błąd pisząc o tym wszystkim tutaj, bowiem rozmowa ta staje się powoli zbyt osobista. Ale mam nadzieję na to, iż z zetknięcia naszych światopoglądów stworzy się coś interesującego.

P. S. Tak na marginesie: ewolucja nie zakłada nigdy ewolucji wstecznej. To paradoks, który się wyklucza. No cóż… Mi się jak widać też wymykają dialektyczne wstawki, mea culpa.

StB: Sądzę, że nie możemy się porozumieć, gdyż to, co mówisz jest wyniesione na jakiś abstrakcyjny poziom (wiele z tych koncepcji filozofii i mitologii Wschodu, do których się odwołujesz, to są dla mnie po prostu koncepcje nieweryfikowalne – tak jak nieweryfikowalne są np. pewne elementy wierzeń religijnych), który nie przystaje niestety do rzeczywistości (kulturowej, społecznej), w jakiej żyjemy. Bo już to, że wsiadasz do tramwaju, idziesz z kimś na kolację, siedzisz w kinie, pracujesz w konkretnych warunkach ekonomicznych… to i mnóstwo innych uwarunkowań sprawia, że musisz się przystosować do pewnych reguł społecznych, musisz – chcąc nie chcąc – respektować normy i zasady obowiązujące wśród ludzi, z którymi masz styczność. Oczywiście, że możesz myśleć co chcesz – tworzyć w swojej głowie najbardziej fantastyczne koncepcje – ale i tak musisz kupić bilet, nie możesz wylać komuś rosołu na głowę albo okradać jawnie swojego pracodawcy… nie możesz też zabić swojego dziecka (bo uważasz, że to wcale nie musi być złe – skoro np. dałoby Ci możliwość napisania „nieśmiertelnego poematu”)… Tzn. możesz to wszystko zrobić, ale zostaniesz w końcu z tego społeczeństwa wyizolowany (mógłby ktoś powiedzieć: „unieszkodliwiony”). I Ty o tym wiesz, i dlatego nie posuniesz się do skrajności, (które wg Ciebie nie byłyby żadnymi skrajnościami, ale tylko konsekwencją i realizowaniem swoich koncepcji – np. takiej, że można dokonać czynu złego, bo on wcale nie jest zły – jako że „zło” to iluzja).
Tak więc swój światopogląd możesz realizować tylko w swojej wyobraźni (bo w praktyce i w rzeczywistości, w której żyjesz byłoby to niemożliwe), albo uciec na pustynię i żyć w oderwaniu od cywilizowanego świata w jakiejś jaskini i tam wznosić się „ponad gunę satvas”. Moim zdaniem to właśnie jest iluzoryczne.
Ja wiem, że w tej chwili możesz się zżymać (że znów Ciebie nie rozumiem) i już chyba nawet wiem, co możesz mi na to odpisać.
Rozumiem Twoje koncepcje, ale powtórzę: nie podzielam ich i nie widzę raczej dla nich miejsca w świecie, w którym żyję. Rozbrajają mnie choćby takie Twoje stwierdzenia, jak: „Druga Wojna Światowa i zagłada żydów to nie jakieś zło, które należy potępić”. Wiem, co chcesz powiedzieć i dlaczego to mówisz, ale jest to dla mnie zupełnie nie do przyjęcia. Nie mogę się z tym zgodzić, ponieważ stawia to na głowie cały mój światopogląd, godzi w system etyczny, który przyjąłem, burzy całą moją wizję pożądanej cywilizacji i samo pojęcie człowieczeństwa, czy choćby zwykłej przyzwoitości… etc. To była wg mnie zbrodnia, której należało się przeciwstawić. Tym samym, dyskusja z Tobą na ten temat staje się niemożliwa, bo zaczynamy operować zupełnie różnym językiem etycznym. (Może nie tyle niemożliwa, co bezcelowa). Ale mimo to rozumiem to, co pisałeś.

Oczywiście, że nazwanie „zła” jest próbą jego (czy też raczej tego, co ono reprezentuje) wyodrębnienia i odseparowania się od niego. Nawet wtedy, kiedy ma się świadomość, że całkowicie nie da się go ze świata wyeliminować. (Piszę „zło” ujmując to słowo w cudzysłów, by zaznaczyć, że w moim pojęciu jest to jedynie konstrukt pojęciowy, który ułatwia/umożliwia ludziom orientację w przestrzeni etycznej – którą oczywiście sami stworzyli. I bez której nie mogliby stworzyć społeczności, w jakiej dałoby się żyć.)

PS. Istnieją koncepcje tzw. „ewolucji wstecznej” (dewolucji), ale masz rację: jest to właściwie antonim. Miałem oczywiście na myśli to, że proces zmian dokonuje się nieprzerwanie – i niekoniecznie musi to być „rozwój”, „doskonalenie”… ale też i pewnego rodzaju regres, powrót do form bardziej prymitywnych, pod pewnymi względami „gorszych”.

SoS: A ja z kolei, z przewrotnością właściwą chyba tylko mnie dochodzę do wniosku, że właśnie osiągnęliśmy porozumienie, dochodząc do ograniczeń naszych koncepcji. ;)
Odniosę się tylko na chwilę do Wojen Światowych – naprawdę uważasz, że wystarczy to potępić, zamiast uświadomić sobie to, co próbujemy zepchnąć i wziąć za to odpowiedzialność? To nie było nieludzkie, bo ludzie to zrobili. To było bardzo ludzkie. I jak dla mnie tylko wtedy kiedy uświadomimy sobie ten fakt i zaczniemy pracować nad własnym wnętrzem, możemy wyeliminować takie sytuacje w przyszłości.

Poza tym trochę naciągasz niektóre moje wypowiedzi i demonizujesz je. Ja proponuję po prostu odpowiedzialność przed samym sobą i własnym sercem, (które jest Światłem i Prawdą w nas – w duchowym sensie oczywiście), zamiast odpowiedzialności względem systemu moralnego czy społecznego. Wierzę chyba, że w swoim wnętrzu ludzie są boscy. Gdyby to pojęli może przestaliby się tak strasznie plątać, co skazuje ich niestety na cierpienie.

Rozumiem poza tym, że nasza rozmowa z punktu widzenia intelektu stała się za bardzo rozmyta. Aczkolwiek dla mnie sprawy o których mówię, są całkowicie namacalne i wynikają z doświadczeń. By the way: żyję aktualnie w pewnego rodzaju samotni właśnie dlatego, by móc się realizować. Więc jak widzisz można, nawet w tym społeczeństwie. ;)
Masz rację, musiałem wybrać: kariera naukowa i życie społeczne albo rozwój duchowy. Można zawsze się pocieszyć, że eremici są na tyle oderwani od realiów, że stają się lekko szaleni. ;) Chociaż z drugiej strony czasem wiele rzeczy lepiej widać z dystansu.

Mimo tego, że nie możemy się zgodzić, całkiem milo mi się z Tobą rozmawia, za co dziękuję i pozdrawiam.

StB: Spodobało mi się w Twoim podejściu do naszej dyskusji to, że z Twojej strony nie wyczułem żadnej agresji (jakże częstej przecież w wirtualnych sporach), mimo że nie mogliśmy się zgodzić co do wielu kwestii. Dlatego jej nie przerwałem.
To prawda, niektóre z Twoich wypowiedzi – nie tyle demonizowałem – co, kontrargumentując je, sprowadzałem do absurdu, celowo podając trywialne przykłady (bo uważałem, że w konsekwencji właśnie do tego prowadzą). Innymi słowy: starałem się wykazać ich nieprzystawalność i pewną utopijność w stosunku do realiów społecznych w jakich żyjemy. (Nie „naciągałem” więc, tylko wyprowadzałem z nich pewne logiczne konsekwencje.)

Co do Wojen Światowych: oczywiście, że potępienie ich to za mało. Mnie zawsze zależało na tym, aby dotrzeć i uświadomić sobie to, co rzeczywiście leżało w rdzeniu ich przyczyn. I aby tego dokonać posługiwałem się m.in. pojęciami dobra i zła (czyli patrzyłem na to przez pryzmat systemu etycznego, który bardziej lub mniej świadomie przyjąłem). I niestety, już dawno dotarło do mnie to, że zbrodnie jakie popełniali np. naziści były właśnie jak najbardziej „ludzkie” (przymiotnik „nieludzki” używany jest przeze mnie raczej metaforycznie – po to, by podkreślić mój sprzeciw wobec tego typu zachowań, które urągają mojemu pojęciu „człowieczeństwa” i uznania dla wartości humanistycznych).

Temat przemocy i agresji zawsze mnie zajmował. Jeśli chcesz, to możesz zapoznać się z moim tekstem pt „Czas przemocy”, który właśnie się do tego odnosi.

Ja również proponuję „odpowiedzialność przed samym sobą i własnym sercem”. Właśnie z tych pobudek piszę to, a nie coś innego – i właśnie dlatego staram się bronić pewnych moich koncepcji etycznych.

Nie żyjemy w próżni i – chcąc nie chcąc – musimy także brać pod uwagę to, jaki system etyczny dominuje w kulturze (społeczeństwie), w którym żyjemy. Co oczywiście nie oznacza, że musimy go przyjmować ślepo, bezrefleksyjnie – że nie możemy go kontestować. Ja zresztą robię to w wielu swoich wpisach.

Wybierając „rozwój duchowy” też należy uważać, by nie ulegać jakiejś iluzji, która może nawet zniszczyć (zdeformować) człowieka nie tylko fizycznie, ale i duchowo.

* * *

*

PRAWDA ZŁUDZEŃ, ILUZJA RZECZY, PIĘKNO I GROZA WIEKUISTEJ CISZY…

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVII)

.

zapiski notatki kajet notes.

.

To, że nasz głos w wyborach jest suwerenny, jest złudzeniem. Tak naprawdę decyduje struktura, której jesteśmy – wiednie lub bezwiednie – częścią (częściej jednak bezwiednie, ponieważ jesteśmy istotą stadną, potrzebującą wsparcia innych… często przeciw innym).

* * *

Do pewnego stopnia sami kreujemy naszą rzeczywistość – ale będąc narzędziem tego, co jawi się nam właśnie jako rzeczywistość. Chodzi o to, by zdobyć sobie w tym uwikłaniu jak najwięcej suwerenności (wolności) – o ile tylko jest to możliwe.

* * *

Molochy mają to do siebie, że same sobie szykują samozagładę – załamują się pod własnym ciężarem. Wydaje się, że istnieje jakie optimum władzy i bogactwa – punkt krytyczny, poza którym zaczyna się już jedynie „jazda w dół”.
Cywilizacja niepohamowanej konsumpcji musi się w końcu zakrztusić.

* * *

Podobno zmierzch Zachodu dokonuje się już od paru stuleci. Czy „upadek” humanistyki nie jest jednym z dowodów na to? Kim (czym) będzie człowiek w „nowym wspaniałym świecie”? Czy jeszcze kogokolwiek stać na wiarę w taki świat? Czy można wierzyć w utopię?
Wydaje się, że wygasają mity, które tę wiarę starały się podtrzymywać. Czym będzie można wypełnić pustkę, która wskutek tego powstaje? Rzeczą? Nasza myśl ucieka jednak od konkretu (może dlatego, że sama jest czymś niematerialnym?) – bo, jak ktoś kiedyś powiedział, człowiek nie może znieść zbyt dużej dawki RZECZY-WISTOŚCI.

* * *

Miłosz pisał: „Społeczeństwo i cywilizacja trwają dzięki niesłychanie drobnym cząsteczkom cnoty rezydującym w poszczególnych indywiduach”. Ale co z pokładami nikczemności, które zalegają poszczególne ludzkie indywidua? Czy aby one nie tworzą też społeczeństwa, cywilizacji? A może to nie są wcale pokłady nikczemności a głupoty, bierności, strachu, konformizmu, chciwości…? Może to wszystko wynika nie tylko z chęci „urządzenia” się w świecie, ale i ze zwykłego instynktu przetrwania?
A jednak całe życie „uczepiałem” się tych „niesłychanie drobnych cząsteczek cnoty”, (które moim zdaniem nie są wcale takie drobne, a tym bardziej „niesłychanie”) i to bardziej w innych ludziach, niż w sobie samym (może dlatego, że – o tyle, o ile znałem siebie samego – własnej „cnocie” nie dowierzałem)? Podobnie chyba uczepiałem się piękna – piękna, które istnieje w świecie, ale otoczone również brzydotą, okropnością, grozą, horrorem?

Ceną jaką płacimy za wiedzę jest zwykle rozczarowanie. Ale to, co pozostaje po rozczarowaniu jako cnota, piękno a zwłaszcza miłość – potrafi nas zbawić. Tylko do takiej cywilizacji i takiego społeczeństwa – gdzie owe „drobne cząsteczki cnoty” (wraz z dobrem piękna czy miłości) rezydują, nadając jej człowieczy sens – chcę się przyznawać. Niestety, cywilizacja i społeczeństwo w których żyjemy są inne.

* * *

Szczęście to stan ducha, a nie stan posiadania. Duch, który ulega posiadaniu, staje się niewolnikiem rzeczy, a tym samym niewolnikami rzeczy stajemy się my sami.
Satysfakcja, której mogą nam dostarczyć rzeczy jest powierzchowna. Tylko (duchowa) relacja z drugim człowiekiem może sięgnąć głębiej – nadając sens (i poczucie spełnienia) naszemu życiu.

Zresztą, tak naprawdę materia jest złudzeniem – swoistą atrapą, która (zważywszy na nasze ograniczenia percepcyjne) umożliwia nam funkcjonowanie w świecie widzialnym i dotykalnym.
Prawda – i to co najważniejsze – znajduje się poza naszą „materialną” „rzeczywistością”. Skoro więc tak naprawdę rzeczy nie istnieją, to tym bardziej ich „wistość” jest tylko złudzeniem. Dlatego żyjemy w świecie złudzeń. Lecz to materializm jest złudzeniem, a nie duchowość człowieka.

* * *

„Idę” obejrzałem jakiś czas temu – myślę, że bez uprzedzeń. Uważam, że film Pawlikowskiego jest dobry, ale jednak nie wybitny (pewnie za taki zostanie uznany przez wielu widzów po przyznaniu mu Oscara, ale to przecież nie Oscary, ani żadne inne nagrody, decydują o wybitności filmu). Moim zdaniem zbyt wiele w nim schematów i uproszczeń, zabiegi estetyczne dość pretensjonalne (np. dziwaczne kadrowanie – choć w filmie nie brakuje też obrazów pięknych), postacie to tezy, psychologia bardzo przewidywalna… etc. Ponadto, niektórym reżyserom się wydaje, że jeśli nagrają film na taśmie czarno-białej, to od razu wzrośnie jego ranga artystyczna – i tak też odbierają obraz widzowie, zwłaszcza ci snobujący się na odbiorców wyłącznie kina tzw. „artystycznego”.
Nie odniosłem absolutnie żadnego wrażenia, że jest to film anty-polski, że fałszuje historię, że jest politycznie tendencyjny w jakimkolwiek stopniu. Dlatego też nie wziąłem udziału w wypełnionych emocjami sporach – głównie światopoglądowej i politycznej natury – jakie on teraz wywołuje.
A dlaczego dostał Oscara? Sądzę, że dzięki bardzo dobrej kampanii reklamowej, dobremu PR, lansowaniu go przez niektóre kręgi i środowiska związane z kinem (producenci, krytycy, może nawet widzowie), a zwłaszcza z dystrybucją filmową. I nie ma w tym nic dziwnego, bo tak działa tutejszy mechanizm promocji kina.
Oscar nie jest – i nigdy nie był – wykładnikiem wartości artystycznej filmu (stąd, skądinąd cieszący się w Stanach Zjednoczonych wielką estymą Kieślowski nigdy nie otrzymał statuetki). Jest niczym innym jak wykładnikiem statystycznego zsumowania decyzji członków amerykańskiej Akademii Filmowej. A ta – odnoszę takie wrażenie – wiąże się z rachunkiem prawdopodobieństwa, a być może nawet z… teorią chaosu.

* * *

To prawda, że dzisiaj – zwłaszcza młodym widzom – sposób filmowania Bergmana może się wydać anachroniczny. Trzeba więc pewnego wysiłku, by zaakceptować użytą przez niego formę i pozwolić tym obrazom na siebie oddziałać. Bergman wymaga też odpowiedniego nastroju. Ja się nie dziwię, że nie zawsze ludzie chcą się pogrążać w tych jego ciężkich i mrocznych klimatach – w całej tej depresyjności i pesymizmie. Chociaż warto pamiętać, że Bergmana stać było też na ironię, żart i humor, także na liryzm, nostalgię – dotknięcie poezji.
Summa summarum nie jest to jednak kino „rozrywkowe” – wygląda bardziej na traktat filozoficzny, studium psychologiczne, moralitet… I mimo, że ma w sobie potencjał terapeutyczny (bo swoistą terapią było dla Bergmana kręcenie filmów), to jednak – uświadamiając widzowi wiele trudnych (a nawet tragicznych) aspektów ludzkiej egzystencji – konfrontowało go z jego, często zepchniętymi w podświadomość, lękami, obawami i strachem. Filmy Bergmana bardziej niepokoiły, niż uspokajały – ale zmuszały jednak przy tym do myślenia. Nie wszyscy widzowie to lubią – i ja się właściwie, w dobie opanowania popkultury przez bezmyślną rozrywkę, temu nie dziwię.

Bardzo ciekawe jest to, co Woody Allen mówi w swoich wywiadach o Bergmanie. Rzadko się jednak zdarza, by jeden genialny reżyser opowiadał z taką swobodą i bezinteresownością o drugim genialnym reżyserze, nawet jeśli wydaje się on być jego mentorem. Tutaj robi się jeszcze ciekawiej: reżyser do szpiku kości amerykański (nie mam tu bynajmniej na myśli filmów Allena, które jednak w Ameryce się wyróżniają i raczej kina amerykańskiego nie definiują – tylko jego środowiskowy background) wypowiada się o reżyserze do szpiku kości europejskim. Tak sobie myślę, że oprócz wielkiej inteligencji i zainteresowania podobną problematyką, łączyła ich pewna… neurotyczność, (którą być może lepiej byłoby nazwać wrażliwością, a może jeszcze lepiej: uwrażliwieniem na podobne problemy filozoficzne i egzystencjalne?)

* * *

Biblioteka jest martwa, jeśli nikt jej nie używa – jeśli nikt nie czyta książek w niej zgromadzonych. Wtedy jest zaledwie meblem, dekoracją… zaspokajającą jakąś snobistyczną potrzebę lub zdradzającą pretensję właścicieli, by zaliczano ich do grupy ludzi tzw. „kulturalnych”. Od posiadania wielkiej ilości książek ważniejsza jest relacja człowieka z książką, (która przecież może być pożyczona, lub znajdować się do jego dyspozycji chwilowo.) Podobnie jest z czytaniem: nie tyle ważne jest to, jak wiele książek się czyta (i w jakim tempie), ale to, jak głęboka i intensywna jest nasza relacja z tym, co czytamy, czyli z treścią. Według mnie większą wartość ma uważne przeczytanie jednej książki – przeżycie jej, doświadczenie, zrozumienie, wejście w bliski kontakt z jej autorem i autentyczne przejęcie się tym, co chciał on poprzez swoją książkę nam przekazać – niż pobieżne „przelecenie” iluś tam dziesiątków książek, „zaliczenie” ich, konsumpcja „stosika”, „odfajkowanie” jakiejś tam pozycji… bo to wszystko jednak spływa po czytelniku jak woda po kaczce.
(Tutaj właśnie objawia się idiotyzm czytania tzw. „szybkiego”, albo jeszcze gorzej: „fotograficznego”.)

Wszystkiego nie przeczytamy. Dlatego moim zdaniem warto czytać uważniej, bardziej selektywnie… I czasem robić sobie okres czytelniczej abstynencji – udając się choćby w podróż, uciekając od cywilizacji, kręcąc się bliżej natury.
Myślę, że udało mi się wyrobić tę umiejętność wchodzenia w zupełnie inną skórę, w zależności od zmian otaczających mnie dekoracji, np. na górskim szlaku, albo nad brzegiem Oceanu czy w lesie – staję się tam jakby zupełnie innym człowiekiem. I choć zazwyczaj zabieram ze sobą w podróż jakąś książkę (oprócz przewodników, oczywiście), to jednak zwykle naoczne i namacalne poznawanie miejsca, albo zwykłe nic-nierobienie (siedzenie nad przepaścią, gapienie się w morze, słuchanie odgłosów przyrody…) przedkładam nad ślęczenie nad książką.

Czytanie może stać się nałogiem. Najgorzej jest wtedy, kiedy staje się czymś w rodzaju przymusu – bo wtedy przestaje nam przynosić przyjemność (choć wielu się łudzi, że nadal przyjemność z takiego czytania mają). To tak jak z winem: kiedy pijemy go za dużo, to już po kilku lampkach przestajemy czuć jego smak. Kiedy natomiast dłuższy czas nie mamy wina w ustach, to jedna lampka może nam sprawić bardzo intensywną przyjemność.
Umiar – często jednak trudny do osiągnięcia.

* * *

Fotografując, zależy mi na uchwyceniu piękna, które trzeba jednak czasami wysupływać z rzeczywistości. Często narzuca się ono samo – wtedy tylko brać, nie przebierać; czasem jest ono bardziej dyskretne – wtedy trzeba go ośmielić, by się objawiło, nie tylko mnie, ale i innym.

Staram się, by moje zdjęcia oddawały moje przeżycie, jednak, jeśli wywołują one przeżycie u kogoś innego, to jest to już zasługą oglądającego.

Nie boję się tego piękna, które samo się narzuca. Jest ono wtedy może oczywiste, ale mimo wszystko nie przestaje być pięknem. Piękno dostrzeżone i odczute, nawet to, które – przez swoją oczywistość – nie wymagało od nas żadnego percepcyjnego wysiłku, nigdy nie jest banalne i nudne. Piękno zabija nudę i vice versa: na kimś kto jest znudzony, piękno nie robi większego wrażenia.

* * *

To, co postrzegamy u innych ludzi jako „inność”, jest zaledwie tych ludzi powierzchownością. Niestety, bardzo często na owej powierzchni zatrzymuje się nasze poznanie drugiego człowieka. A zaczynają uprzedzenia.

* * *

Jeśli buddyzm uznamy za religię (niektórzy zwracają uwagę, że buddyzm jest bardziej systemem filozoficznym czy światopoglądowym, niż religią) to należy podkreślić, że jest on religią wyjątkowo tolerancyjną i otwartą na inne poglądy. Odróżnia go to (patrząc na tę kwestię z perspektywy historycznej) od wszystkich innych światowych religii (takich jak islam czy chrześcijaństwo). Nie ma w nim – tak częstej np. w islamie, ale i w judeo-chrześcijaństwie też – pogardy dla „innowierców”, „giaurów”, „niewiernych”, „gojów”… Buddyści nigdy i nigdzie nie „nawracają” nikogo na siłę, nie krytykują innych religii, wręcz przeciwnie: szanują je. Sam Dalaj Lama odradza buddystom aktywną „rekrutację” nowych wyznawców Buddy i przestrzega przed zbyt łatwym i powierzchownym „przechodzeniem” na buddyzm – sugerując nawet to, że lepiej jest jednak pozostać przy swojej dotychczasowej wierze, a z buddyzmu zaczerpnąć tylko pewne uniwersalne wartości, które są dobre dla wszystkich ludzi, bez względu na wyznawaną religię czy światopogląd.

* * *

Po podróży do Tybetu napisałem: „Złoto Potali! W stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana Dalai Lamą, czyli Oceanem Mądrości). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.”

A jednak z tym złotem to nie jest taka prosta (i jednoznaczna) sprawa. Podobnie jak z ozdobami w tybetańskich klasztorach, czy – przenosząc się na bliższe nam podwórko – z dekoracyjnym przepychem katolickich świątyń. Wydaje się bowiem, że nie jest to tylko przejaw ludzkiej próżności i zamiłowania do bogactwa. Ma to głębszy cel: chodzi o… dowartościowanie samego obiektu kultu.
Wprawdzie odbywa się ono w sferze materialnej, to jednak ma to niewątpliwie znaczenie socjo-techniczne, bo na większość ludzi materialne bogactwo robi jednak wielkie wrażenie i wzbudza, jeśli nie szacunek, to respekt (chodzi tu także o wzmocnienie autorytetu i demonstrację władzy). Tym sposobem obdarza się respektem i podziwem same obiekty kultu (świątynie, relikwie, posągi świętych, a nawet kapłanów…), ustala pewną hierarchiczną zależność. Jednym słowem: wzmacnia kult i samą religię. Oczywiście, chodzi tu także o estetyczne wzmocnienie wrażeń… nie tylko duchowych, ale i zmysłowych.

* * *

Dużo myślę ostatnio o Tybecie i ludziach, którzy ten kraj zamieszkują. Wgłębiam się w historię Tybetu, a im bardziej się wgłębiam, to jednak coraz bardziej smutno mi się robi, bo nie dostrzegam tam żadnej krainy szczęśliwości, która byłaby choć trochę podobna do (mitycznej, legendarnej i wyidealizowanej) Shangri-La, a wprost przeciwnie – widzę ludzi utrudzonych, dla których życie jest nieustannym, wielkim wysiłkiem i znojem, nie szczędząc im przy tym bólu i cierpienia.

Czy oni się niczego nie lękają? Gdyby się nie lękali, to nie byliby ludźmi. Każdy, zwykły człowiek, się lęka. Tylko nieliczni zdołali się uwolnić – tak naprawdę, zupełnie i do końca – od jakiegokolwiek lęku (co w pewnym sensie jest…hm… nieludzkie, bo święte?)

Tym co mnie w mentalności ludzi wyznających buddyzm mocno uderza (dotyczy to więc głównie umysłowości człowieka Wschodu) to ich diametralnie odmienne od naszego (nazwijmy to ogólnie – europejskiego) podejście do śmierci, a tym samym i do pustki, którą my kojarzymy z mającym zdecydowanie negatywną konotację nihilizmem – bo przecież nicość to już NIC, zatracenie i zagłada wszystkiego, co ludzkie – a to często prowadzi uświadamiającego sobie to człowieka do egzystencjalnej rozpaczy. Tutaj przychodzi mi na myśl Pascal, który w swoich „Myślach” napisał niezwykle przejmująco: „Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”.
Nic dziwnego, że prawie wszyscy ludzie od tych wyobrażeń i podobnych refleksji uciekają, wypierając to ze swojej świadomości.

W wielkim uproszczeniu pisząc: przez nas, ludzi Zachodu, śmierć jest postrzegana jako wielka tragedia (i nawet chrześcijańska obietnica zmartwychwstania nie jest w stanie tego poczucia tragizmu i związanego z tym cierpienia załagodzić – co widać w naszym bezbrzeżnym bólu, jaki przeżywamy, kiedy żegnamy się na cmentarzu z kochaną przez nas osobą). Zaś tam, na Wschodzie, śmierć jest przyjmowana jako naturalna kolej rzeczy – umiera właściwie ciało, a życie, a raczej świadomość, która w nim była, trwa – toczy się dalej. I co przy tym ciekawe i intrygujące (przynajmniej dla mnie), to przeświadczenie, iż odrodzić się można w innej formie, nie jest bynajmniej dla buddysty żadną pociechą (może tylko wtedy, kiedy odrodzi się w ciele człowieka „wyższej rangi”), a wręcz przeciwnie – rodzajem przekleństwa i kary, uwięzieniem w kole życia i powtórnych narodzin (Samsary), z którego chce się on uwolnić, osiągając nirwanę (czyli wracając do „pustki”, tutaj utożsamianej z wyzwoleniem się, ze spełnieniem – stopieniem się z Absolutem). Ale to są już filozoficzne rozważania, w których na razie nie czuję się zbyt pewnie, bo są związane z buddyzmem, którego przecież dogłębnie nie znam.

Buddyzm tybetański jest o tyle specyficzny, że przetrwały w nim elementy pierwotnej, animistycznej religii Bon. A tam roiło się od różnych bóstw, w tym i od takich, które wzbudzały lęk i trwogę – o złych duchach nie wspominając. Do dzisiaj więc są we wioskach szamani, które te duchy przepędzają, przekupują, wkupują się w ich łaski, próbują przebłagać…

I jeszcze jedno: będąc w Tybecie bardziej utożsamiałem się, czy też raczej solidaryzowałem z tymi prostymi, „wiernymi”, znajdującymi się najniżej w drabinie społecznej ludźmi („solą”, „rolą” i „błotem” tej ziemi), niż np. z lamami, mnichami, czy – wracając do Tybetu historycznego – feudalnymi panami. Muszę kiedyś napisać więcej o Tybetańczykach. Na pewno wspomnę wtedy o osobistym kontakcie z tymi biedakami, którzy pozostawili we mnie niezatarte – nie pozbawione nawet pewnej tkliwości – wrażenie.

Enigma Nepalu? Twarze Tybetańczyków przestają być „nieprzeniknione” kiedy gości na nich uśmiech. A śmiech, zwłaszcza tybetańskich kobiet, jest niezwykle przyjemny, ujmujący, a niekiedy wręcz rozbrajający – ma w sobie taką dziecięcą wprost naturalność, otwartość i prostotę.
Podobnie przyjemnie dla ucha brzmi tybetański język.

* * *

Jeden z moich blogowych znajomych pisze: „Właściwie celem wszelkich poszukiwań religijnych jest uwolnienie się od lęku przed śmiercią – tym cesarzem wszystkich trapiących nas lęków. Dla mnie religie mają przede wszystkim znaczenie terapeutyczne, czyli antylękowe. To mnie właśnie frapuje w buddyzmie, bo czuję, że oni potrafią się wyzwolić spod tego dyscyplinującego społecznie jednostkę neurotycznego ciężaru.”

Tak, lęk prze śmiercią powoduje, iż wielu ludzi skłania się ku religii, znajdując w niej pociechę, otuchę, sens cierpienia i samej śmierci. Chrześcijaństwo jest tego dobrym przykładem. Ale to nie tylko to. Religia odpowiada, czy też próbuje zaspokoić także wiele innych potrzeb egzystencjalnych człowieka. Wprawdzie można się spierać czy człowiek ze swojej natury jest istotą Homo religiosus, to jednak nie ulega wątpliwości, że każdy człowiek potrzebuje poczucia sensu swojej egzystencji. Wielu ludzi szuka jednak nie tylko sensu życia, ale i kieruje się ku transcendencji – chce znaleźć także sens i spełnienie (czy też pewien rodzaj wyzwolenia) poza własnym, doczesnym życiem.
Religia to także próba określenia przez człowieka swoich relacji z Istotą Najwyższą, czyli Bogiem. Poza tym, w wielu kulturach związana była (i nadal jest) z porządkowaniem i ustalaniem życia społecznego, mając tym samym wielką wartość socjologiczną (moim zdaniem nie tylko „dyscyplinujacą” ludzi, ale i dostarczającą poczucia solidarności we wspólnocie i doli). Odnosiła się nie tylko do jednostki, ale i do zbiorowości (stąd np. wynikał problem rozdziału kościoła od państwa).

Buddyzm jest też o tyle ciekawy, że nie jest religią w ścisłym znaczeniu tego słowa, co często się podkreśla. Rzeczywiście nie odnosi się (bezpośrednio przynajmniej) do Boga, nie jest dogmatyczny jak niemal wszystkie religie, ma w sobie zakodowaną pewną tolerancję i otwartość wobec różnych aspektów rzeczywistości…

Buddyzm mnie intryguje, pewne jego elementy mnie pociągają, lecz mimo to nie mogę się także przy tym pozbyć spojrzenia krytycznego. Ale to pewnie leży w mojej naturze: nie mógłbym bezkrytycznie przyjąć, a tym samym podporządkować się jakiejś jednej opcji widzenia świata – uznać ją za jedynie słuszną, bezdyskusyjną. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu mogę pozostać człowiekiem otwartym. Wolę się przyznawać do swojej niewiedzy – bo to powoduje, że ciągle chcę coś poznawać.

* * *

Choć sam nie mogę się uważać za pacyfistę, to muszę perzyznać, że pacyfizm nie jest tylko przejawem naiwności, czy – tym bardziej – głupoty. Pacyfistami byli bowiem ludzie wybitni, także pod względem intelektu, jak np. Bertrand Russell czy Albert Einstein (a to jest przecież intelektualna awangarda czasów nam współczesnych – umysły nie tylko najwybitniejsze z wybitnych, ale wręcz genialne).
Trzeba przyznać, że postawa pacyfistyczna opiera się na mocnych przesłankach filozoficznych, a zwłaszcza moralnych. Einstein pisał np.: „Mój pacyfizm jest uczuciem czysto instynktownym; jestem pacyfistą, ponieważ mordowanie ludzi jest dla mnie czymś odrażającym. Moja postawa nie wynika z żadnej teorii intelektualnej, lecz oparta jest na najgłębszej antypatii, jaką żywię dla wszystkich przejawów okrucieństwa i nienawiści.”
Takim argumentom należy się uwaga.

* * *

Mit pojawił się również dlatego, że człowiek jest „zwierzęciem” stadnym, a wyrażając się bardziej elegancko – jest istotą społeczną i potrzebował czegoś, co umożliwiłoby mu i ułatwiło mentalne, duchowe zadomowienie się w świecie dzielonym wraz z innymi członkami grupy – objaśnienie tego świata, poczucie bezpieczeństwa w solidarności, „obłaskawienie” sił, które go przerastały… etc. W społeczeństwach pierwotnych najczęściej wiązało się to to z magią – i w ten sposób rodziły się religie, i wreszcie – w szerszym ujęciu – kultura. To dlatego po dziś dzień mit jest tym, co pomaga scalić ludzką zbiorowość, grupę, naród, społeczeństwo… Na dobre i na złe (wszak mówi się o mitach „pozytywnych” i „negatywnych”). Ale w międzyczasie – tak jak kultura ludzka komplikowała się stając się coraz bardziej kompleksową – również same mity stawały się bardziej skomplikowane i kompleksowe. Zmieniały się też role i znaczenia mitów. Dlatego obecnie, zajmując się mitem, zmuszeni jesteśmy do rozpatrywania go w tak szerokim ujęciu, co jednak nam wcale, zarówno zrozumienia tego, czym jest mit, jak i samej rozmowy o nim – nie ułatwia.

* * *

Ktoś zadał mi niedawno pytanie: „Czy nie jest tak, że zamiast mitu ludzie znajdą sobie nowy budulec, którym będą lepić nierzeczywisty porządek? Tylko co nim miałoby być? Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Ja tylko obserwuję i staram się znaleźć coś, co nada sens obserwacji.”

Ja też nie znam odpowiedzi na te pytania. Nikt nie zna. Od kilkuset lat człowiek używa nauki jako tego „budulca”, na którym stara się oprzeć własną wiedzę i i konstruować świat, w którym żyje – mając przy tym ambicję, żeby to był świat oparty na porządku „rzeczywistym” (a nie „nierzeczywistym”). A to jest cały czas pozytywizm i racjonalizm. Jednakże to również się zużywa i nie za bardzo zdaje egzamin. Bo człowiek, mimo wszystko, to jest zwierzę z apetytem metafizycznym – otóż dorobił się takiej (samo)świadomości, która już nie da mu najprawdopodobniej spokoju do końca istnienia gatunku Homo sapiens: zawsze go będzie „gnębiła” potrzeba poznania celu i sensu tego Wszystkiego (co go otacza i co się z nim dzieje) – a to wydaje się leżeć poza ratio i gnosis (poza rozumem i wiedzą) opartych tylko na materializmie i „twardej” naoczności.
Bez poczucia sensu i celu, umysł człowieka zawsze dociera do nihilo – w tym sensie cała kultura współczesna, która jest pozbawiona metafizyki, jest nihilistyczna.

* * *

Jak to jest z tym przepowiadaniem przyszłości? Kiedyś zabawa w futurystykę była bardzo modna i wielu „myślicieli” brało w niej udział. Tylko ci bardziej uczciwi (ot, choćby Stanisław Lem) mówili o totalnej niemożliwości przepowiedzenia przyszłości.
Przypomina mi się tutaj to, co na ten temat powiedział kiedyś Claude Levi-Strauss: „Taka jest liczba zmiennych, tyle jest parametrów, że być może jedynie boska inteligencja mogłaby stwierdzić, co się dzieje i co się będzie działo. Istoty ludzkie mylą się za każdym razem; pokazuje to historia. Mówi się ‚z dwóch rzeczy jedna’, a to zawsze jest ta trzecia.”
W tej wypowiedzi uderza również to, że Lévi-Strauss mówi nie tylko o niemożności przewidzenia tego, co będzie się działo, ale i niemożności zrozumienia tego, co się dzieje – czyli nawet wobec ewidencji faktów, które mamy do dyspozycji, ogarnięcie tego ludzkim umysłem jest niemożliwe, nie wspominając już o poznaniu sensu tego wszystkiego. Niestety, łatwo mi jest zrozumieć ten pesymizm poznawczy Lévi-Straussa, bo i ja się skłaniam do sceptycyzmu (i to chyba wbrew własnej woli). A to jest dość wstydliwe wyznanie.

* * *

Mit w pewnym sensie „upraszcza” rzeczywistość, ale nie wydaje mi się, żeby pozbawiał ją niuansów.
Mit jest paradoksem, który z jednej strony ułatwia nam zrozumienie rzeczywistości, ale z drugiej często ją zawoalowuje.

Roland Barthes spostrzegł, że mity są nieusuwalnym elementem życia politycznego – że nie ma polityki bez mitów. To się zresztą pokrywa z tezą, którą podzielałem w moich wypowiedziach o micie, że kultura stanowi przestrzeń mityczną (jest ona niejako „przesiąknięta” mitami), a przecież polityka jest – bądź co bądź – częścią kultury (mimo tego, że politycy zbyt często wydają się być pozbawieni jakiejkolwiek kultury). Zgadzam się więc z tą wypowiedzią Barthesa: „[Mity] są koniecznym skrótem, zagęszczają historię. Służą legitymizacji władzy, definiują zobowiązania, wyrażają wartości, nadzieje, nadają sens zbiorowym wysiłkom. Dzięki swej naturze mogą mobilizować do działań zbiorowych, stabilizują wspólnoty polityczne, strukturyzują historię.”

* * *

Mit to jest takie zmyślne bydlę, że – mimo iż jest „nieprawdą” i „zmyśleniem” – pozwala nam czasami na dotknięcie tego, co prawdziwe, mimo, że sam zawsze jest swego rodzaju pozą, „zmyśleniem”, występuje w przebraniu. (To coś podobnego jak z tą sztuką, która kłamie, by wyrazić prawdę ;)
Słyszałem kiedyś stwierdzenie, że dekonstrukcja mitu nie jest jego niszczeniem. Moim zdaniem to nie tak. Mit zdekonstruowany już nie działa – podobnie jak nie działa już maszyna, którą się rozebrało na części. Można udawać wiarę w Św. Mikołaja, ale już nigdy się w niego nie uwierzy po tym, jak się zobaczyło, że nosi on buty naszego sąsiada.

* * *