„NA RAUSZU”, czyli źle się dzieje w państwie duńskim, ale pić i tańczyć trzeba, bo życie warto celebrować

Kiedy dowiedziałem się, że reżyser Thomas Vinterberg i aktor Mads Mikkelsen ponownie spotkali się na filmowym planie i nakręcili razem kolejny film, to oczywiście postanowiłem obejrzeć go przy najbliższej sposobności, gdyż byłem niemal pewny, że zrobili coś równie dobrego, jak ich „Polowanie” sprzed ośmiu bodajże lat. Chciałem też coś o tej kolaboracji napisać, ale po projekcji „Na rauszu” (tytuł ang. „Another Round„) odeszła mi na to ochota, tak się bowiem tym filmem zawiodłem, a nie chciałem psuć zabawy innym (tym bardziej, że zbierał on zdecydowanie pozytywne recenzje). Kiedy jednak na swojej stronie Facebookowej znany polski krytyk filmowy Michał Oleszczyk wyraził opinię, że jest to kino „rewelacyjne”, a jeszcze bardziej znany pisarz Szczepan Twardoch zwierzył się tamże, iż mu na sensie „trochę serce pękło ze smutku”, to postanowiłem jednak włączyć się do rozmowy i wyrazić swoją… hm… rezerwę. Poniżej przedstawiam fragment tej konwersacji, która spowodowała, że w końcu zdecydowałem się na nieco szerszą wypowiedź o filmie, (notabene zdobył on niedawno Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego). Trochę po to, by samemu uporządkować sobie myśli i wrażenia z nim związane; ale też i po to, by lepiej zrozumieć, dlaczego moje opinie tak się rozmijają z większością innych.

.

Skål!, czyli jak się w Danii celebruje alkohol (Mads Mikkelsen w filmie „Na rauszu”)

.

Michał Oleszczyk: „Od dziś można do kin. Chciałem tylko podpowiedzieć, że np. takie NA RAUSZU jest rewelacyjne. Oscarowego filmu nie trzeba rekomendować, ale tak dziko śmiesznej i zarazem głębokiej refleksji o zależnościach między ciałem, duchem, a napojami wyskokowymi nie widziałem od dawna. Jeśli macie ochotę na uchachane POD WULKANEM, polecam z całego serca.”

Szczepan Twardoch: „Dziko śmiesznej? Jestem zdziwiony. Mnie trochę serce pękało ze smutku.”

Michał Oleszczyk: „Jedno z drugim idzie tu w parze.”

Stanisław Błaszczyna: „Mnie też by pewnie trochę pękło, ale ci faceci zachowywali się często idiotycznie (mniej bym się dziwił zachowującym się tak samo 17-letnim chłopakom, ale 40-to, 50-cio letnim nauczycielom?).

Katarzyna Wejss: „Ja obserwowałam z zażenowaniem ryczącą ze śmiechu salę. Polskich widzów, z których większość ma w rodzinie lub wśród bliskich problem alkoholowy.”

Arkadiusz Hapka: „Ja z kolei miałem kłopot zakończeniem. Ekstatyczny taniec głównego bohatera wraz ze swoimi uczniami w strumieniach szampana i piwa wydał mi się nieco dziwny. Sekwencja odbywa się niemal zaraz po pogrzebie jednego z kolegów, który w wyniku choroby alkoholowej popełnia samobójstwo. Trochę dziwnie się czułem oglądając to euforyczne upojenie na finał. No i jest to film z ‚elementami komedii’. Scena w sklepie podczas poszukiwania ryby jest jednym z ewidentnych przykładów. Na moim seansie publika bawiła się przednio. Wybuchała śmiechem nie tylko ze względu na film, ale na dźwięki otwieranych puszek piwa na widowni. Momentami byłem zdezorientowany tym co widzę na ekranie (np. przemoc w rodzinie) a bardzo luźną atmosferą na sali.”

Szczepan Twardoch: „Moim zdaniem to bynajmniej nie jest film o alkoholizmie ani o piciu, które jest tu potraktowane anegdotycznie, bohaterowie równie dobrze mogliby ścigać się rajdówkami, albo szaleć na tinderze. Moim zdaniem jest to film o głębokim kryzysie męskości, który prowadzi do kryzysu egzystencjalnego. Męskości, której jedna forma już umarła, a nowa się jeszcze nie narodziła i bohaterowie ‚zataczają się jak istoty pozbawione równowagi’”.

Stanisław Błaszczyna: Trudno mi się zgodzić z tym, że „nie jest to film o alkoholizmie ani o piciu, które jest tu potraktowane anegdotycznie.”
Sam Vinterberg powiedział w jednym z wywiadów: “Yes, we started with this idea to make a film that was a celebration of alcohol.
Film zaczyna się młodzieżową libacją (pijacka sztafeta wokół jeziora), później grupa dojrzałych (?) facetów (na dodatek pedagogów – sic!) przeprowadza jakiś idiotyczny eksperyment z alkoholem (sam nie mogłem uwierzyć, że oni to robią tak na poważnie); następnie mamy (jakże zabawne!) scenki dokumentalne, gdzie zawiani liderzy świata (od Yeltsina, Breżniewa, przez Merkel, Johnsona, po Junckera i Sarkozy’ego) robią z siebie publicznie błaznów; przez cały film mowa jest o alkoholu, w większości scen widzimy ludzi pijanych i to, jak się alkohol pije (straciłem rachubę ile tych libacji tam było); a finał to już istna, podlewana strumieniami szampana i piwa orgia „radości”, która niby ma nas podnieść na duchu (life is good!), wprowadzić w „szampański nastrój”, może nawet przynieść katharsis.
Jeśli więc ktoś pisze, że „picie jest w tym filmie potraktowane „anegdotycznie”, bo tak naprawdę chodzi o „kryzys męskości„, to ja… się dziwię.
Może nie jest to tylko „A Cinematic Love Letter to Denmark’s Drinking Culture”, jak przeczytałem w „New York Timesie”, ale ewidentnie jest to film ukazujący ostre picie (duński tytuł to „Druk”, które oznacza właśnie amerykańskie „binge drinking”, czyli polskie „chlanie na umór”), choć z różnymi takimi społeczno-obyczajowo-psychologicznymi „przybudówkami”.
Bardzo zawiodłem się na tym filmie (jego aktorska czy reżyserska wirtuozeria jakoś mnie nie uwiodła) zwłaszcza jak porównałem go ze znakomitym „Polowaniem” (również kolaboracją Vinterberga i jakże lubianego przeze mnie skądinąd Mikkelsena).
PS. Ciekaw jestem, czy Vinterberg byłby zdolny zrobić taki film, gdyby jego córka zginęła w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę.*

*

* Dopisek: z tego co się dowiedziałem, córka Vineterberga Ida, (której reżyser zadedykował swój film) zginęła w wypadku spowodowanym przez kierowcę, który tekstował przez telefon. I nie zdarzyło się to przed rozpoczęciem kręcenia filmu (jak myślałem wcześniej, gdyż taką informację podawano) ale już w trakcie jego realizacji. A jednak fakt ten zmienił nieco podejście twórców filmów, który w zamierzeniu miał być (według słów samego Vinterberga) „a celeberation of alcohol, pure and simple„, ale po tej tragedii zaczęto w nim wydobywać inne tony. Przyczynił się też do tego grający Tommy’ego Thomas Bo Larsen, który sam był w życiu realnym alkoholikiem i zwrócił Vinterbergowi uwagę na to, że jednak alkohol ma swoje ciemne strony i trzeba jakoś tę „celebrację” wyważyć. Czy to się w „Na rauszu” trochę nie pogryzło? Moim zdaniem tak, bo film nie jest według mnie pod tym względem zbalansowany, choć rzeczywiście zyskał na pewnej egzystencjalnej głębi – i tu rację ma Kamil Durczok mówiąc o kryzysie (choć według mnie jest to kryzys nie tylko męskości, ale i wieku średniego, co zresztą ze sobą się łączy, no i również kryzys rodziny) jako tym, co najbardziej gnębiło bohaterów filmu. Niestety, zarówno głupota eksperymentu, jak i pijaństwo (w wersji zarówno „uchachanej”, jak i dołującej) w nim zostały, tak samo jak absolutna ostrożność Vinterberga, by przypadkiem nie odnieść się do etycznej strony (i oczywistej szkodliwości) nadużywania alkoholu – i to nie tylko przez młodzież, ale i pedagogów ową młodzież kształtujących i dających im przykład do naśladowania. Jak zauważyłem, ta etyczna indyferencja – czyli niemoralizowanie i nieosądzanie – strasznie się wszystkim widzom spodobała, wliczając w to samych Duńczyków, których młodzież bije wszelkie rekordy w piciu alkoholu, jeśli chodzi o kraje europejskie. Nie wspominając o samych Polakach, którym człowiek zataczający się, bełkotający i przewracający pod wpływem zatrucia alkoholowego, zawsze wydawał się szalenie zabawny.

*   *   *

Pedagodzy na ulicach miasta, czyli czwórka eksperymentatorów z alkoholem traci nad sobą kontrolę („Na rauszu”)

.

       Ten film jest rzeczywiście świetnie zrealizowany, aktorstwo jest pierwszej klasy, reżyser radzi sobie ze swoją robotą znakomicie, choć tempo, a zwłaszcza rozłożenie akcentów poważnych (dramatycznych) i komediowych jest nierówne w tym sensie, że zaczynają one czasami ze sobą kolidować (jak np. wspomniany powyżej pogrzeb z następującą zaraz po nim dziką „celebracją życia”, skąpaną oczywiście w strumieniach piwa i szampana, notabene stanowiącą finał filmu). Może właśnie dlatego odczuwałem niekiedy pewien dysonans, bo powaga w tym filmie stawała się czasami zbyt poważna – wręcz posępna (może dlatego mnie tak nie poruszyła), zaś komedia zbyt komediowa – „uchachana” i błazeńska (może dlatego mnie tak nie śmieszyła).
Jednak tym, co mi najbardziej przeszkodziło w afirmatywnym odbiorze „Na rauszu” był ten nieszczęsny eksperyment czwórki głównych bohaterów i wynikające z tego ich zachowanie. I bynajmniej nie dlatego, że było ono niemoralne (a było) ale głównie dlatego, że było ono… cóż… głupie. Ku memu wielkiemu zdziwieniu, zupełnie poważnie podeszli ci panowie do – jak się nam to przedstawia w filmie (i niemal we wszystkich recenzjach) – teorii pewnego norweskiego psychiatry (a nawet „filozofa”), według której człowiek rodzi się z pewnym defektem polegającym na tym, że w jego krwi znajduje się zbyt mało… alkoholu. Chodzi konkretnie o pół promila. Jeśli więc będziemy ciągle alkohol pić, utrzymując właśnie taki jego poziom we krwi, to doświadczymy samych dobroci: będziemy czuli się lepiej, będziemy bardziej zrelaksowani, a nawet staniemy się inteligentniejsi (ha!) i bardziej kreatywni.
Nie mogłem uwierzyć, że taką teorię wymyślił Finna Skårderuda, „uznany” skandynawski psychiatra i profesor, a na dodatek opiekun norweskich olimpijczyków. Postanowiłem rzecz sprawdzić i dotrzeć do samego źródła, co nie było takie trudne, bo oto w jednej z francuskich gazet przeczytałem wypowiedź samego Skårderuda, który potwierdził, że cytat z jego przedmowy do pewnej książki przekręcono i błędnie zinterpretowano: „Na pierwszej stronie napisałem, że po jednej lub dwóch lampkach wina życie wydaje się nam – tak, tak – całkiem dobre, więc może rzeczywiście rodzimy się z tym półpromilowym niedoborem?” – co było oczywistym żartem i ironią. Z początku było to (owa nagła “popularność” jego “teorii”, której tak naprawdę w ogóle nie było) dla niego „mało komfortowe, bo przecież, bądź co bądź jestem lekarzem, psychiatrą. Zajmuję się ludźmi cierpiącymi na uzależnienia, spotykam się z ich rodzinami”, ale z czasem machnął na to ręką, przyznając, że “alkohol w znacznym stopniu jest takim społecznym ‘lubrykantem’. Trudność polega na znalezieniu prawidłowego balansu, aby go nie nadużywać.”
No właśnie, jak się można było spodziewać, czwórka nauczycieli dość szybko zgubiła ten balans i zaczęła pić na umór – a my tylko czekaliśmy, kiedy to doprowadzi do jakiejś tragedii. „Popłynęli”, mimo że wcześniej określili jasno reguły picia „pod kontrolą”, (choć najprawdopodobniej wszyscy byli już alkoholikami – zwłaszcza Martin, który na początku urodzinowej imprezy swojego przyjaciela, pił tylko wodę – więc był to kolejny pretekst, by się upijać) nadając nawet swojemu eksperymentowi pozory pewnej naukowości poprzez pisemne rejestrowanie jego przebiegu: „nasze studium ma na celu zbadanie ewidencji, w jaki sposób alkohol wpływa na funkcje psychologiczne, werbalno-motoryczne i psycho-retoryczne, jak również w jakim zakresie podnosi on zdolności socjologiczne i profesjonalne człowieka.”
Następnie panowie pedagodzy ustalili, że będą pić tylko w godzinach pracy. Serio!

Jeszcze jedna kolejka, czyli zaczynamy w rauszowym niebie, a kończymy w pijackim piekle (Mads Mikkelsen)

.

       Muszę przyznać, że dość osobliwy wydał mi się już sam początek filmu, w którym widzimy (ponoć bardzo popularną w Danii) młodzieżową zabawę polegającą na tym, że dwoje nastolatków biegnie dookoła jeziora ze skrzynką piwa, zatrzymując się przy każdej ławce, opróżniając tam po butelce i biegnąc dalej, przekazuje skrzynkę następnej parze – jak w sztafecie. Wygrywa ten zespół, który okrąży jezioro najszybciej, wypijając przy tym całe piwo. Przy czym, jeśli wymiotuje jeden zawodnik, to zostaje doliczana karna minuta, ale jeśli wymiotują w sposób „zsynchronizowany” (tego słowa użył sam reżyser objaśniając reguły gry) zawodnicy dwaj, to wtedy minutę się odlicza.
Nie chcę wymieniać wszystkich „korzyści”, jakich dzięki konsumpcji alkoholu doświadczają nasi bohaterowie, wspomnę tylko, że na początku całego eksperymentu grany przez Mikkelsena Martin – przeżywający kryzys nauczyciel historii w szkole średniej (rozpadające się małżeństwo, brak kontaktu z własnymi dziećmi, zawodowe wypalenie, poczucie życiowego bezsensu, osłabienie męskości… etc.) – staje się dzięki drinkowaniu (m.in. Smirnoffa w szkolnej toalecie) innym człowiekiem: wstępuje w niego wigor, znów uprawia seks z żoną; na lekcjach idzie mu coraz lepiej, zarówno, jeśli chodzi o wykłady, jak i radzenie sobie z młodzieżą; na stołówce krokiem wręcz baletowym manewruje między stołami, krzesłami, uczniami i pedagogicznym gronem… szkoda tylko, że wychodząc z jadalni rąbie głową w ścianę.
Acha, w klasie pan od historii podaje swoim podopiecznym przykłady wybitnych jednostek (od Granta i Churchilla po Londona i Hemingway’a) które piły, ale jakże produktywne i kreatywne były: „Więc jeśli biegasz dookoła totalnie zmarnowany – wymiotując w krzakach albo w rowie – to nie czuj się samotnie, bo jesteś w doskonałym towarzystwie” – mówi swoim uczniom Martin, co oczywiście jest refleksem myśli samego Vinterberga, który w jednym z wywiadów stwierdził: „Widzę te wszystkie wielkie i zdumiewające osiągnięcia dokonywane w sztuce oraz w polityce przez ludzi, którzy byli naprawdę pijani”.
Cóż, chciałoby się rzec rzecz oczywistą: ci ludzie dokonali tych wielkich osiągnięć nie DZIĘKI swojemu alkoholizmowi, ale MIMO swojego alkoholizmu – nie wspominając już o tym, jak wielu zdolnych ludzi alkohol wykończył.

       Wydaje mi się, że Vinterberg stworzył taki a nie inny film dlatego, że jest w nim zarówno coś z anarchisty, jak i pedantycznego formalisty. To samo można powiedzieć o słynnym manifeście Dogma 95, jaki ćwierć wieku temu ogłosiła czwórka duńskich filmowców, wśród których, obok m. in. Larsa von Triera, był właśnie Thomas Vinterberg. Tam też był ten paradoks: ustanowienie ścisłych zasad, które miały rozwalić zasady dotychczas obowiązujące. Niewiele z tego wyszło, a Vinterberg nakręcił tylko jeden film zgodnie z postulatami Dogmy, jakim był „Festen”.)
To jest zresztą jedna z głównych osi dramaturgicznych „Na rauszu”, mająca związek z pewną charakterystyką duńskiego społeczeństwa, które z jednej strony poddawane jest stałej kontroli, ścisłym zasadom współżycia, regułom pracy, konkurencji, ocenianiu czyjejś produktywności i wydajności – z drugiej strony zaś tworzy specyficzne „wentyle bezpieczeństwa”, z których najważniejszym wydaje się być konsumpcja alkoholu („W tym kraju ludzie piją jak szaleńcy” – mówi żona Martina). Napoje „wyskokowe” (cóż za piękny przykład poezji polskiego kodeksu karnego, w którym podobno użyto tego określenia po raz pierwszy) dają (oczywiście złudne i chwilowe) poczucie wyzwolenia – wyrwania się z tych rygorów i ucieczki spod kontroli. Pewnie dlatego Vinterberg mówił o utracie kontroli, jako o czymś pozytywnym – i nakręcił taki, a nie inny finał, w którym wszyscy piją i tańczą jak szaleni, a samego Madsa-Martina widzimy w ostatniej stop-klatce jak szybuje w powietrzu, tuż przed upadkiem do morza. (Cóż, każdy podlega prawom grawitacji.)

7/10

*   *   *

Co będzie dalej – lot czy upadek? (Mads Mikkelsen szybujący w przestworzach)

.

APENDYKS

       Scena końcowa filmu (którą można obejrzeć TUTAJ) to frenetyczny taniec Mikkelsena i młodzieży, która właśnie graduowała – a wszystko w strumieniach piwa i szampana. Nakręcone to jest świetnie, dynamika jest wspaniała, radość tryska wszędzie – nic dziwnego, że każdy widz odbiera to jako celebrację życia. Vinterberg myślał o innym zakończeniu, ale w końcu stanęło na tym, że Martin szybuje w powietrzu… i widzowi zostawi się ocenę, czy to będzie lot, czy też upadek. Sądzę, że to jest bardzo dobre zakończenie, tym bardziej, że do ewentualnego wykorzystania w filmie gotowy był również dalszy materiał: Martin pod wodą, wychodzący z morza, a następnie ładujący się do miejskiego autobusu.
Jednak chciałem tu zwrócić uwagę na coś według mnie bardzo istotnego: na piosenkę, do jakiej tańczy i raduje się młodzież. Jej wykonawcą jest grupa „Scarlet Pleasure” a nosi ona tytuł „What A Life”. Vinterberg wyznał, że bardzo długo szukał utworu muzycznego, który mógłby w tej scenie wykorzystać – i że było to dla niego ważne. Szukał po całym świecie (ach te astronomiczne koszty praw autorskich!), a okazało się, że to, czego szukał ma pod nosem, w Danii (notabene wokalista zespołu Emil Goll był kiedyś chłopakiem córki Mikkelsena, ale to wyszło później).
Myślę, że warto zwrócić uwagę na słowa tej piosenki (które w moim tłumaczeni przytaczam poniżej). Można z nich dowiedzieć się np. tego, co tak naprawdę kryje się za tą młodzieńczą radością i euforią (niby twórcy filmu tacy bezpruderyjni i nie osądzający nikogo, a jednak wymazali z tych zwrotek wers o braniu prochów):

CO ZA ŻYCIE

Co za życie
Co za noc
Co za piękna, piękna jazda
Nie wiem, gdzie będę za pięć minut, ale jestem młody i wiem, że żyję
Pierdolić to, co mówią oni
Co za życie

Jestem taki podekscytowany
Bo właśnie łykam prochy
Nie chcę się niczym martwić
Ale to mnie przeraża
Być po drugiej stronie
Ile czasu minie zanim oszaleję?

To jest okay, jest okey
Że żyjemy, żyjemy w ten sposób
Nie wiem, gdzie będę za pięć minut, ale jestem młody i wiem, że żyję
Pierdolić to, co mówią oni
Co za życie

Naprawdę nie mam zielonego pojęcia
Nic nie muszę robić
Mam trochę pieniędzy, ale nie mam żadnych planów
Przez to czuję się jak paranoik
Płynę jak asteroida
Ile czasu minie zanim oszaleję?

*   *   *

GRANICE I PRZEJŚCIA… (na brzegu życia i otchłani)

(zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVI)

Pejzaż zimowy Podkarpacia

Pejzaż zimowy na Podkarpaciu (Giedlarowa)

.

Sami wymyślamy symboliczne granice (choćby takie jak ta, zbliżająca się – noworoczna) by mieć poczucie możliwości zmiany, transgresji, odnowy… Tworzymy w ten sposób wyjątkową porę, kiedy możemy odegrać pewien rytuał przejścia – wszystko z nadzieją na lepszą przyszłość. A ona będzie jaka będzie, bez względu na naszą życzeniowość (wishful thinking) i zaklęcia: dla jednych lepsza, dla innych zaś gorsza – i oby tych pierwszych było znacznie więcej. Większość z nas nie dotrzyma noworocznych postanowień, ale o tym przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Teraz o tym nie myślimy… no i dobrze, bo i po co psuć sobie humor?

Lata mijają, nowy rok będzie za chwilę starym, a my – stojąc na brzegu życia i otchłani – widzimy płynącą rzekę czasu, która zabiera z sobą bezpowrotnie sporą część naszego świata. Ale i przynosi coś nowego. Ginie jednak nie tylko to, co sprawiało, że czuliśmy się szczęśliwi, ale również i to, co było dla nas nieszczęściem (może to być poniekąd naszą pociechą). Czas jest bowiem niewybiórczy i ślepy. Może dlatego jest sprawiedliwy? Lecz niestety – jest też przy tym bezlitosny, o czym świadczą nie tylko coraz liczniejsze zmarszczki na naszej twarzy i coraz więcej siwych włosów (albo tych włosów coraz mniejsza ilość).

Życie jest straszne i cudowne zarazem – podobnie jak świat, w którym żyjemy – pełen zarówno piękna, jak i potworności; śmieszności, jak i grozy. Trudno więc stwierdzić, że znaleźliśmy się na tym świecie w nagrodę, a tym bardziej, że jesteśmy tutaj za karę. To, że w ogóle jesteśmy, graniczy jednak z cudem, albo też i jest już cudem samym. W sumie… niepojętym, nawet dla takiego niesamowitego tworu, jakim jest ludzki mózg – całkiem możliwe, że będący najbardziej złożoną częścią Wszechświata, zbliżającą nas w jakimś stopniu do samego Boga (czy też sił, które nas stworzyły).

* * *

Jeśli istniejemy w czasie, to przemijanie jest czymś nieuniknionym. Przemijania nie ma tylko tam, gdzie nie ma czasu. A tego nie sposób sobie wyobrazić, ani też pojąć.

* * *

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.
Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?
A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe) jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…
A może jednak początkiem czegoś innego?

* * *

Piękno przyrody (świata) zawsze zauważamy wpierw tam, gdzie jest (było) środowisko, w którym dorastaliśmy. I to pozostaje taką naszą cezurą, wzorem, punktem odniesienia… właściwie na całe życie. Do tego odnosimy wszystko to, co spotykamy w całym naszym późniejszym życiu – to nadaje jakby tonację temu, co przeżywamy już jako dorośli w naszym związku z Naturą, cz też – ogólniej – z całym otaczającym nas zewnętrznym światem.

* * *

Rozpacz jest jednym z nieodłącznych elementów ludzkiej kondycji. Może ją spowodować nie tylko własna nieuleczalna choroba, ale i np. utrata kogoś bliskiego, zniewolenie, kalectwo, cierpienie, nieodwracalność losu… cała masa innych nieszczęść jakie dotykają ludzi. Można nawet powiedzieć, że rozpacz (despair) jest jednym z fundamentalnych doświadczeń egzystencjalnych człowieka.
Rozpacz niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z „żalem chwil teraźniejszych, czy minionych” – to nie ten ciężar gatunkowy, nie ta intensywność uczuciowa, nie ta sfera dramatu życia.

Naturalnie istnieją sposoby, czy też drogi, którymi można (starać się) uciec rozpaczy. Dla wielu ludzi czymś takim jest np. wiara. Albo… udawanie, że coś takiego, jak rozpacz nie istnieje, że nie ma ona do nich przystępu.

Ponadto rozpacz nie ma dobrej „prasy” – ot, choćby na blogach, czy na Facebooku – bo wszystkich obowiązuje pop-kulturowa dyktatura dobrego zdrowia, pozytywnego myślenia, indywidualnego szczęścia, pomyślnego życia… Tylko niekiedy robi ktoś w tym wyłom – ale to jednak wymaga pewnej odwagi, a nawet… determinacji.

* * *

Rozpacz, mimo wszystko, znana jest niemal wszystkim ludziom – nawet (a może zwłaszcza?) tym, którzy zdolni są do miłości (bo pojawia się zawsze wtedy, kiedy traci się kogoś, kogo się kocha).

W jednym ze swoich esejów Tischner zwrócił uwagę na to, że w polskiej literaturze brak jest wnikliwego i wszechstronnego opisu rozpaczy. I zastanawia się dlaczego (Polacy o rozpaczy nie mówili)?: Może nie wypada pisać o rozpaczy? Może temat rozpaczy został poddany cenzurze – tej „honorowej” np., która zakazuje przyznawać się do słabości? (Tak jakby rozpacz była słabością, a nie zdolnością doświadczenia egzystencjalnej głębi i wrażliwością.)
Według Tischnera powodem tego była szeroko w Polsce rozpowszechniona wiara religijna, która właściwie zakazywała rozpaczać, bo – jak pisze Tischner – „rozpacz była ‚upadkiem’, poniżeniem ‚godności’, ujmą na ‚honorze’, a przede wszystkim grzechem”.

* * *

„Kiedy nie można znaleźć nawet śladu rodzinnego domu, kiedy odmienione są drzewa i rzeka, jedynym głosem, jaki spodziewamy się usłyszeć od pielgrzyma, jest głos rozpaczy, lament, gorycz.” (Julia Hartwig – poetka, o „Dworze” Miłosza.)

Wydaje mi się, że Miłosz był przywiązany nie tyle do miejsca, w którym dorastał, co do czasu, kiedy dorastał. Podobnie: był bardziej przywiązany do języka polskiego, niż do samej Polski. Materia obchodziła go o tyle, że dzięki niej mógł snuć swoją poezję, mierzyć się z kulturą i jej ideami – z intelektualnym konceptem. Wychodził od konkretu ale zawsze ciągnęło go w ezoteryczne krainy, ku metafizyce. To wszystko świadczy o jego religijnym temperamencie. Ale to nie powinno dziwić, bo większość poetów ma taki temperament.

* * *

„Jeśli nie wystarcza tu sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nie uświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.” (Erich Fromm, „O sztuce miłości”.)

Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz. Ale dzięki Bogu kryje się w nim także potencjał szczęścia. Zresztą, rozpacz podobna jest do szczęścia w tym, że nie jest czymś permanentnym, stałym: szczęśliwym się raczej bywa, niż jest – rozpaczać też nie można długo (zwykle rozpacz przechodzi w melancholię i smutek – a wreszcie mija… jak wszystko inne).

Tak, można powiedzieć, że przemysł rozrywkowy podszyty jest strachem, nudą i pustką – tym wszystkim, co świadczyć może o skrywającej się za tą jałowością rozpaczy.

* * *

Wszystko się zapętla i łączy – jest właściwie jednym (dlatego każdy początek jest jednocześnie końcem – a czas nie ma w tym wszystkim żadnego znaczenia). Nasz język, podobnie jak percepcja, jest ograniczony i niezdolny do nazwania (określenia) tego, co poza nami i poza naszym światem. I poza czasem. A to, co poza czasem, jest właśnie wiecznością. (Wieczność jest bezczasowa – tylko dlatego może być wiecznością. Jest czystym istnieniem – a nie trwaniem.) Czas nie może być atrybutem tego, co istnieje wiecznie.

* * *

UWAGA: Tekst został napisany i po raz pierwszy opublikowany w grudniu 2014 roku.

.

RAK JAKO WIDOWISKO – o filmach „ŻYĆ NIE UMIERAĆ” i „CHEMIA”

.

Życie w konfrontacji z nadchodzącą śmiercią, przestaje być banałem. Z tego wniosek, że  żadne życie nie jest banałem, ponieważ każdy, kto żyje, musi umrzeć. Niby wszyscy o tym wiemy, ale zachowujemy się tak, jakby śmierć dotyczyła innych, a nie nas samych. Podobnie jest z chorobą nowotworową – na raka chorują inni, a nie my sami, dopóki… nie przypełznie on do nas. Wtedy przeżywamy szok, dostajemy obuchem po głowie, lecz zwykle łapiemy powietrze i próbujemy utrzymać się na powierzchni życia, które nabiera innego wymiaru i smaku, podobnie jak śmierć, która wreszcie staje się realna. I paradoksalnie, dopiero wówczas staje się ona częścią życia – kiedy dociera do nas świadomość (a nie wiedza, bo tę cały czas posiadamy), że śmierć to życie kończy. W tym momencie również i ona przestaje być banałem, mimo że jest tak powszechna – bo w końcu wszyscy musimy jej doświadczyć.

.

Jak się zachować przed "cesaerzem wszystkich chorób"? (Kadr z filmu "Żyć nie umierać")

Jak się zachować przed „cesarzem wszystkich chorób”? (Kadr z filmu „Żyć nie umierać”)

.

Z chorobą nowotworową zetknął się każdy z nas – choćby tylko dlatego, że ktoś z naszej rodziny, czy bliskiego otoczenia jest, czy też był, chory na raka. Jest więc ona zjawiskiem występującym powszechnie. Nic dziwnego, że kino, które na swoją kanwę bierze wszystkie aspekty ludzkiego życia, zajmuje się także rakiem, a właściwie ludźmi, którzy na niego zachorowali. Niezręcznie jest o tym tak pisać, ale w pewnym sensie rak jest dla kina tematem… hm… wdzięcznym, mimo, że wszyscy się raka boją i zazwyczaj od myśli o nim uciekają. Jednakże dla niektórych twórców kina pociągająca jest dramaturgia, jaką do życia ludzkiego wnosi rak. Zwykle postrzegana jest ona jako tragedia, a ta, jak wiemy, zawsze ma w sobie spektakularny potencjał – nic więc dziwnego, że rak staje się tu swego rodzaju widowiskiem.
Lista filmów związanych z tą chorobą jest długa. Mówi się nawet o czymś takim jak genre kina onkologicznego. Można tu przypomnieć kilka tytułów, poczynając od legendarnej „Love Story” Hillera; przez „Szepty i krzyki” Bergmana, „Za wcześnie umierać” Schumachera, „Czułe słówka” Brooksa; po „Żródło” Aronoffsky’ego, „Volver” Almodóvara czy „Biutiful” Iñárritu.
Naturalnie, także i w rodzimej kinematografii natrafiamy na ten wątek, a w tym roku aż dwa polskie filmy za główny swój temat obrały sobie raka. Tymi obrazami są: „Żyć nie umierać” Macieja Migasa oraz „Chemia” Bartosza Prokopowicza. Co ciekawe, inspiracją dla nich były autentyczne postaci „medialne” (czyli bardziej lub mniej znane w „celebryckim” świecie osoby „publiczne”). W pierwszym przypadku Cezary Harasimowicz oparł swój scenariusz na życiu i śmierci swojego przyjaciela, Tadeusza Szymkowa, aktora znanego m.in. z filmów Pasikowskiego; w drugim zaś, scenarzystka Katarzyna Sarnowska zainspirowana była postacią Magdy Prokopowicz, „ikony” kobiet chorych na raka piersi, założycielki fundacji Rak’n’roll (prywatnie żony reżysera Prokopowicza). Dwa spektakle zajmujące się praktycznie tym samym tematem, ale oczywiście odmienne w jego egzekucji, mimo zachowania pewnych podobieństw, wynikających z samej natury raka, dokonującego inwazji nie tylko na ciało człowieka, ale i zamachu na całe jego życie, najczęściej niestety skutecznego.

BARTEK

Jak byś zareagował na wiadomość, że zostało ci tylko trzy, najwyżej cztery miesiące życia? Czy znasz siebie na tyle dobrze, by odpowiedzieć na to pytanie? Czy może, jak większość ludzi, wypierasz z własnej głowy myśl o śmierci, uważając, że spotyka ona innych, ale nie ciebie – że to coś abstrakcyjnego, co ciebie nie dotyczy, a jeśli już, to dopiero w odległej przyszłości? Co byś zrobił – załamał się, czy zaczął walczyć? Pogodził się z losem, czy zbuntował przeciw jego bezwzględności i niesprawiedliwości, zadając przy tym sakramentalne a jednocześnie retoryczne pytanie: „dlaczego ja”?
Przed takim dylematem staje Bartek, główny bohater filmu „ŻYĆ NIE UMIERAĆ”, niespełniony aktor i były alkoholik, u którego zdiagnozowano raka płuc. Mając do wyboru trzy – przedstawione mu przez jego przyjaciela z klubu anonimowych alkoholików – opcje: samobójstwo, balangę lub życiowy remanent, wybiera to ostatnie. Cały film Macieja Migasa to właściwie koncert w wykonaniu Tomasza Kota, któremu udaje się tu zrzucić ciężar swojego wystąpienia w “Bogach”, gdzie wcielił się w postać charyzmatycznego chirurga, profesora Religę tak skutecznie, że istniało niebezpieczeństwo uwiązania Kota do specyficznego typu ról, ograniczającego jego aktorskie emploi. Tak więc “Żyć nie umierać” to jest “one man show” (nie ma bodajże sceny w filmie, w której by nie było Kota), jednakże tło wraz z innymi postaciami jest zarysowane żywo i konkretnie, przez co nie odczuwamy przesytu aktorską wirtuozerią Kota, tym bardziej, że przepoczwarza się on na ekranie kilkakrotnie (nie tylko psychicznie, ale i fizycznie), w miarę jak postępuje (lub cofa się) choroba głównego bohatera, tudzież w rytm jego przemiany duchowej.

LENA

Bohaterka filmu Bartosza Prokopowicza Lena jest młodą i piękną kobietą, ale to wszystko nie chroni ją przed chorobą, która w swej wybiórczości nie dyskryminuje nikogo. Oboje jej rodzice zmarli na raka. Miała kilkanaście lat kiedy musiała patrzeć na cierpienie umierającej matki, poddawanej niemiłosiernym terapiom, które były równie bolesne, co nieskuteczne. Dlatego też, po zdiagnozowaniu u niej nowotworu, przez dłuższy czas nie leczy się (nie godząc się na zalecaną jej przez wszystkich lekarzy mastektomię i chemioterapię), ratunku szukając w medycynie niekonwencjonalnej. Kiedy Lena orientuje się, że choroba postępuje, decyduje się na amputację obu piersi i przyjęcie chemii. W tym samym czasie okazuje się, że jest w ciąży, co dodatkowo komplikuje i tak już dramatyczną dla niej sytuację.
Wcześniej, pełna życia, barw i fantazji Lena spotyka pogrążonego w buntowniczym marazmie Benka. Młodzi ludzie zakochują się w sobie, przeżywają kilka szalonych tygodni i mimo rezerwy Leny pobierają się, wypowiadając wojnę temu „chujowi” rakowi. Na dodatek, wbrew zaleceniom lekarzy, Lena decyduje się na urodzenie dziecka, mimo wielkiego ryzyka, jakie to ze sobą niesie.
Cała „CHEMIA” jednak to nie tylko zmaganie się z chorobą i własnym ciałem, ale przede wszystkim relacja Leny z Benkiem – ich miłość wystawiona na wielką próbę. To związek między ludźmi o trudnych charakterach, którzy zmuszeni są do odpowiedzialności nie tylko wobec siebie samych, ale i wobec dziecka.
Świetna moim zdaniem jest kreacja Agnieszki Żulewskiej (to jej debiut w tak wielkiej roli), której Lena łączy w sobie kobiecą zmysłowość i strach przed oszpeceniem, czułość i temperament, instynkt macierzyński z ogniem namiętnej kochanki; odwagę i zdecydowanie z lękiem i zagubieniem, czy wreszcie pewien tradycjonalizm (macierzyństwo, wiara) z postmodernizmem (niezależność, ekscentryzm). Lena, będąc postacią bardzo złożoną a jednocześnie pełną, dzięki Żulewskiej jest również postacią wiarygodną, bez czego ten – w dużej mierze eksperymentatorski – film Prokopowicza by się nie udał.

NOWOTWÓR A FORMA I STYL

Komórki rakowe to są komórki, które oszalały. Można powiedzieć, że przestały dbać o formę, rozrastając się w jakąś bezkształtną masę – stając się pasożytem, który żeruje na ciele, psując jego złożony i misterny mechanizm. W „Chemii” mamy nawet animowane wstawki, które ukazują nowotwór atakujący wnętrze nosiciela. Widzimy więc jakieś dziwne, czarne i ohydne stwory jak z innej planety, dokonujące inwazji na ciało człowieka i siejące tam zniszczenie – w scenerii przypominającej filmy science-fiction.
Rak jest więc pozbawiony formy, ale formą musi posłużyć się ktoś, kto chce nam coś o raku – i o ludziach, których on dopadł – powiedzieć. Jest to również kwestia stylu – czyli pewnej stylizacji, bez której nasze ekranowe zetknięcie się z osobą chorująca na raka nie różniłoby się wiele od wizyty w onkologicznym szpitalu. A przecież nie po to idziemy do kina. Bo tam, patrząc nawet na umierającego na raka człowieka, oczekujemy zawsze nie tylko tego, by dano nam nadzieję, ale i tego, byśmy doświadczyli duchowego katharsis.
„Żyć nie umierać” i „Chemia” posługują się więc formą i stylem, ale każdy z tych obrazów zmaga się ze swoją treścią inaczej.
„Żyć nie umierać” chce być słodko-gorzki; chce byśmy razem z Bartkiem na przemian się śmiali – kiedy się wygłupia, a kiedy cierpi – smucili. I zwykle – dzięki sprawnemu i skutecznemu aktorstwu Kota – to się udaje.
Mam wrażenie, że twórcom „Chemii” bardzo zależało na tym, aby podejść do tego – często przecież przerabianego w kinie – tematu jak najbardziej oryginalnie. Widoczne jest to zwłaszcza w pierwszej części filmu ukazującej nowoczesny romans Benka i Leny w konwencji, która przypominała mi skrzyżowanie komedii romantycznej z teledyskiem – lekko surrealnej, może nawet z elementami absurdu. Muszę przyznać, że na początku mnie to nieco irytowało, wydawało się jakieś dziwaczne i przestylizowane, jednak z czasem się do „Chemii” przekonałem, zwłaszcza że druga część filmu zmieniła jego ton na bardziej naturalny – z widowiskowej abstrakcji bohaterowie zeszli na ziemię, estetyczną fantazję zastąpił realizm.
Sam rak jest bezkształtny, ale jednak wymusza na człowieku fizyczną metamorfozę. Muszę podkreślić, że wielkie wrażenie wywarła na mnie ta metamorfoza ciała, jaką na ekranie pokazał zarówno Kot w „Chce się żyć”, jak i Żulewska w „Chemii”. Jednym słowem, oboje pięknie zagrali ciałem ale tak, że zsynchronizowali to z wielką przemianą, jaka zachodziła jednocześnie w ich psychice i duszy – w takt cofania się i nawrotów raka.

RAK NAS UCZY MĄDROŚCI

Bartek z filmu Migasa to alkoholik, który zmarnował swoje życie, zraził do siebie całą rodzinę, a teraz opuszcza go nawet kochanka (dla innej kobiety). Aby utrzymać się na powierzchni łapie się za jakieś chałtury. Zostali mu tylko koledzy pijaczkowie i rak. Fatalna diagnoza go jednak nie załamuje, poddaje się terapii, nie wraca do picia, a co najważniejsze, chce – i próbuje – naprawić swoje relacje z najbliższymi mu kiedyś ludźmi: byłą sympatią, żoną i córką – z kobietami, z którymi wskutek nałogu stracił kontakt, wcześniej rujnując te związki swoim zachowaniem. Z efektem tych koncyliacji jest różnie, mimo to Bartek zyskuje świadomość tego, co tak naprawdę w życiu się liczy i to w pewien sposób pomaga mu pogodzić się ze światem, a tym samym zaakceptować nawet swoją chorobę i zbliżającą się śmierć.
Również i Lena w „Chemii” uświadamia sobie, że jej choroba nie tylko przyniosła jej cierpienie, ale i zmieniła jej stosunek do życia, przewartościowała wartości i ustaliła sens, pozwoliła bardziej uważnie żyć, cieszyć się każdą chwilą; doceniać to, co z pozoru jest drobiazgiem, a okazuje się być cennym darem i może wypełniać treścią życie. Z drugiej strony dojrzała bardziej jako kobieta i matka. Na początku jak tragedię odbierała to, że choroba zabiera jej takie atrybuty kobiecości, jak uroda, piersi i włosy, po jakimś czasie zrozumiała, że na czymś innym polega prawdziwa kobiecość – że jest to sprawa nie tylko aparycji, ale przede wszystkim relacji z najbliższymi ludźmi – z mężem (który zaakceptował ją taką, jaką się stała w czasie choroby) i synkiem, który stał się w jej życiu kimś najważniejszym na świecie.
Film, jak się okazuje, był pomysłem samej Magdy Prokopowicz, będącej pierwowzorem Leny, i której przykład jeszcze bardziej potwierdza to, że rak, oprócz tego, że próbuje cię zabić, to jednocześnie potrafi wyciągnąć z ciebie to, co najlepsze – a co nigdy by się nie ujawniło i nie zaistniało – mobilizując człowieka do działania, tworzenia, pełniejszego doświadczania świata, intensywniejszego przeżywania – i doceniania – prawdziwej przyjaźni i miłości. Moim zdaniem warto posłuchać samej Magdy (choćby TUTAJ), która na kilka miesięcy przed śmiercią potrafiła tak trzeźwo i mądrze patrzeć na świat, nie skarżąc się i narzekając, zachowując zdrowy dystans do własnej choroby, wykazując się siłą i rozsądkiem – nie tracąc nawet poczucia humoru i zdolności do śmiechu. Tak więc, choroba ta nie tylko zabiera i niszczy, ale także daje i pozwala tworzyć.
To, co teraz piszę o dobroczynności raka, może się wydać dziwne i cokolwiek naciągane, ale zapewniam autopsyjnie, że tak właśnie jest.

TO JESZCZE NIE KONIEC

Czy opowieść o kimś chorym na raka może się kończyć happy-endem? To prawda, że zazwyczaj kończy się śmiercią, ale czy rzeczywiście śmierć jest tylko samym złem wcielonym? Nie chcę tu pisać banałów, (np. takiego, że przecież śmierć jest czymś zupełnie naturalnym, a jako taka nie musi oznaczać tragedii) bo wszyscy, których dotknęło boleśnie odejście najbliższej osoby, i tak wiedzą, że to nie potrafi w najmniejszym stopniu być dla nich pociechą.
Jak sobie radzą z zakończeniem „Żyć nie umierać” i „Chemia”?
Otóż ten pierwszy film ucieka w metaforę (zmarły Bartek ukazuje się swojemu koledze łowiącemu ryby), sugerując jednak pewien banał o tym, że człowiek żyje tak długo, dopóki żyje o nim pamięć wśród innych ludzi. „Chemia” jest bardziej bezlitosna – jak to się mówi „dołująca” (ostatnie kadry filmu to mąż Leny samotny wśród morza grobowców). A może jest taka „dołująca”, bo jest bardziej szczera? Jednakże czy styl musi mieć cokolwiek wspólnego ze szczerością?
Szczerze mówiąc, bardziej natchnęło mnie optymizmem to, czego dowiedziałem się o Magdzie Prokopowicz po „Chemii” jej męża, kiedy wysłuchałem jej wywiadów, zapoznałem się z jej działalnością, obejrzałem film „Magda, Miłość i Rak”, (który polecam). Bo to nieprawda, że tylko fikcja może nas podnosić na duchu, i tylko zmyślenie dawać nam nadzieję..

Życie na krawędzi ("Chemia")

Każde życie, to życie na krawędzi (Agnieszka Żulewska w „Chemii”)

„Żyć nie umierać” – 7/10
„Chemia” – 7.3/10

*  *  *

.

UWAGA: Filmy obejrzane w ramach trwającego w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

CZŁEKOZWIERZENIA (poema życiowe naiwne)

*

I

Jeszcze nie pora by zgasić wszystkie lampy świata

Zasłonić ciemną kurtyną okno z widokiem na gwiazdy

Zamknąć wszystkie drzwi bez klamek i dziurek od klucza

Przykryć się całunem chłodnym jak zimowa noc

I już nie słyszeć więcej słów, kroków, płaczu ani śmiechu

W ciszy niebijącego już serca i zastygłej w żyłach krwi

*

II

Jeszcze czujesz swe ciało, choć coraz bardziej ci obce

Jeśli coś boli to wiesz, że ten ból w końcu przeminie

Bez większej zadyszki wdrapujesz się na wysokie góry

By z ich szczytów napawać oczy niezwykłym widokiem

Nadal możesz smakować słodycz lub cierpkość owoców

Których obfitość, kształt i kolory nie przestają cię dziwić

Czułym dotykiem oswajasz otaczającą cię zewsząd materię

Pod twoją dłonią staje się ona czasem posłuszna jak pies

Szukasz, sięgasz po formę, chwytasz, obejmujesz, wąchasz…

Ot, choćby tę karafkę wypełnioną do połowy płynem

Krople czerwonego wina drażnią delikatnie twój język

Cieszą oko refleksy światła – promienie tańczące na szkle

Oszałamia cię zapach i piękno wdzięczących się kwiatów

Śpiewy ptaków kryjących się w gęstwinie i koronach drzew

Zapuszczasz się w dzikie dżungle, w egzotyczne pustynie i puszcze

W lesie gubisz szlak bo wypatrujesz zwierząt i potrafi cię zdumieć

Szkliste oko sarny i niesamowite pręgi na tygrysiej skórze

Zwaliste cielsko grizzly i majestatyczne poroże wapiti

Uderzające piękno twoich braci mniejszych i większych

Cały ten inwentarz i menażeria ziemskiego poletka

Podobnemu niebu ale i podobnemu piekłu

Do którego i ty masz szczęście i nieszczęście należeć

*

III

Między jednością a osobnością plącze się twoja świadomość w Naturze

Wtedy, kiedy czujesz, że jesteś jedną z przyrodzonych jej cząstek

Może cię cieszyć ta więź – przepełniać błogie poczucie harmonii

Ale bywa też tak, że wobec Przyrody czujesz się obco, nieswojo

Bo przecież zostałeś kiedyś wygnany z jej naturalnego Raju

Dowiadując się wówczas (na dobre i na złe), że jesteś jednak INNY

Możesz to uznać za bezcenny dar, ale też i za wieczną klątwę, bo odtąd

Rozdarty między wspomnieniem niewinności a przekleństwem wiedzy

Żyjesz na granicy naturalnie i sztucznie stworzonych światów

Wiesz za mało by stać się w pełni mądrym i rozumnym człowiekiem,

A jednak zbyt dużo, by pozostać dzikim i bezmyślnym zwierzem

*

IV

Dzieciństwo – młodość – wiek dojrzały – starość

W jakim to wieku jesteśmy najbardziej sobą?

Jaką to porą świat odbieramy zmysłami najostrzej?

A znów kiedy ogarniamy go myślą najpełniej?

Czy może jest tak jak pisał swego czasu Szekspir: 

„Młodości nie masz ty ani starości – to jakby tylko w drzemce

Śniły się one tobie bardziej lub mniej nieprzytomnie”

Ale czy to głos doświadczonego rozsądku czy też fanaberia

Bo przecież nic tak nie trwoni życia jak młodość

I nic tak jak starość nie ciuła każdej jego chwili

(Mimo że tych oszczędności nie sposób jest wydać)

Dojrzewamy ale czy z wiekiem stajemy się lepsi i mądrzejsi?

Czy jesteśmy jak wino, które im starsze tym bardziej szlachetne?

To, co w młodości jest słodkie, bywa często gorzkie na starość

Siwe włosy dodadzą ci może więcej powagi, lecz nie poważania

Pociecha, że przełoży się to na szacunek do ciebie jest złudna

Zresztą – cóż po szacunku gdy całe ciało zaczyna się rozpadać

Odmawiając posłuszeństwa jak rozregulowany mechanizm,

do którego, tak naprawdę, nie ma żadnych części zamiennych

Gdy jesteś młody, nie potrzeba niczego, co dodawałoby ci skrzydeł

Ale gdyś stary i niedołężny, potrzebujesz kogoś, kto podsunie ci basen

Jak pisał wieszcz: wiek cię zamroczy, pochylisz ku ziemi poradlone czoło

„Tępymi oczami” zakreślisz świata marne i zamglone koło

A samolubna młodość zatryumfuje, „opleśniałej zbywszy się kory”

Nie myśląc o tym, że i ona sama wkrótce stanie się podobna do niej

*

V

Jeszcze nie zobojętniały ci kuszące podszepty Erosa

Nadstawiasz uszu bo ktoś – lub coś – obiecuje ci rozkosz

Kątem oka spostrzegasz zgrabną kibić młodej dziewczyny

Tudzież podniecającą krągłość piersi kobiety dojrzałej

Burzę niesfornych włosów rozwiewanych przez wiatr

Długie nogi wyłaniające się spod kusej spódniczki

Wąską suknię opinającą jędrne pośladki i kryjącą łono

Preludium do chwili zapomnienia się w dreszczach

Kiedy wszystko przestaje istnieć – nawet cierpienie

Zamieniane w przyjemność rozchodzącą się w ciele

I niosącą przy tym zapomnienie o złu tego świata

W równym stopniu boskiego, co i diabelskiego przecież

Ale czy podobna dwoistość znajduje się też w seksie?

Czy można w nim znaleźć jakiś święty pierwiastek?

Innymi słowy: czy to, co erotyczne, może też być i sakralne?

Czy orgazm jest czymś więcej niż tylko nerwowym spazmem

Nagłym skurczem mięśni zwalniającym twój mózg od myślenia?

Chciałbyś w tym zespoleniu (nie tylko ciał, ale i dusz) odkryć rys metafizyczny

Tylko czy z metafizyką może mieć cokolwiek wspólnego oksytocyna?

*

VI

Jak dużo zostało w tobie zwierza, jak dużo jest z człowieka?

Czy podszept serca tkliwy to nie jest podstęp hormonów,

Które chcą się dobrać do lepszej puli genów skrytych

W powabnych ciałach roześmianych i kwitnących dziewcząt?

Układałeś wiersze o miłości – mądre i głupie, proste i złożone

I nawet wierzyłeś w to co piszesz, bo nie chciałeś myśleć

O wielkim poruszeniu w okolicach swojego podbrzusza

Ani o tym, że to co się dzieje w głodnym seksu ciele

Jest tak pospolite jak sfora psów uganiających się za suką w cieczce

Ale ty byłeś oczywiście inny – bo otoczony książkami w bibliotece

Gdzie zamieniałeś nocne polucje na wysublimowaną poezję Rilkego

I gdzie czytałeś o romantycznych uniesieniach wielkich kochanków

O zatracaniu się ich w sobie – o zgubnych namiętnościach, pasji

O uczuciach płonących i pożądaniu silniejszym od śmierci

Czy były to tylko rojenia zbyt gorącej głowy?

Wysiłek mózgu chcącego się uporać z zalewającą go chemią?

A może jednak, mimo wszystko, jakiś boski był w tym zamysł

Na zwierzęcej osnowie budowana ludzkiej duszy wzniosłość

Gdzieś w idealnej krainie marzeń, pragnień, wyobrażeń i tęsknot

Spełniająca się potrzeba wyższego jednak rzędu?

Choć nadal trudno czasem ci rozstrzygnąć czy zadurzony człowiek

Bardziej subtelnym kochankiem jest, czy też pożądliwym samcem

(Tak więc – jest wielka miłość, a może tylko chuć i złudzenie?)

*

VII

Jak dużo zostało w tobie zwierza, jak dużo jest z człowieka?

Zabijałeś dla zabawy choć wcale nie było to konieczne

Nikt ci nie wydzierał ubitej zwierzyny, nie musiałeś walczyć

Z innymi drapieżnikami, ani oznaczać swoich terenów łowieckich

Bo supermarket z mięsem był tuż za rogiem osiedlowej ulicy

Pełen zaszlachtowanych zwierząt pokrojonych w porcje,

Zamienionych dla ciebie w steki, pasztety, bitki i kiełbasy

Wystarczyło tylko panom rzeźnikom pokazać plastik

Karty kredytowej – tej przepustki do świata konsumpcji,

Który podsuwa ci pod nos wszystko co potrzebne i niepotrzebne

Mamiąc obfitością nie znającą umiaru, taktu i granic, choć ty

Nie jesteś w stanie tego wszystkiego połknąć, przeżuć ani strawić

Napawając się złudnym bogactwem (podobno) lepszej części świata

Oddającego się orgii używania, zysku i chciwości – pogoni za zbytkiem

Czyniąc z Wielkiego Żarcia świąteczny rytuał i konsumpcyjny dryl

A ze sztuki kulinarnej domenę drapieżcy pozującego na degustatora

(Tak więc – są wielkie uczty, a może tylko żer i trawienie?)

*

VIII

Betonowe żyły miasta pełne wody i ścieków – w nich to co pijesz i to co wydalasz

Arterie asfaltowych dróg, zatory z samochodów – zawał wielkiej metropolii

W blaszanych pudłach zamknięte dzieci śmietniskowo-złomowej cywilizacji

W tłumie, wśród ruchu i zgiełku – atak warkotu silników i fabrycznych syren

Otaczają cię dźwięki, wibruje powietrze nad ulicą – dnem kanionu z wieżowców

Mija cię masa nieznanych ci ludzi – ich twarzy nie zapamiętasz nigdy

Są podobni do ciebie lecz nie tacy sami – choć blisko ciebie, to jednak odlegli

Rozmawiają, rozglądają się, biegną – wydaje im się, że rozpraszają samotność

A ona przylega do nich tym mocniej – im bardziej są osaczani przez maszyny i czas

Ale też jest inne miasto – z promieniem słońca tańczącym na ozdobnym gzymsie

Z żywym gwarem i uciechą na placach wypełnionych kolorowym tłumem

Modrą taflą jeziora wielkiego jak morze, które tną dzioby jachtów i łodzi

Miasto z Magnificent Mile, która rzeczywiście wydaje się niektórym wspaniała

Z budowlami strzelistymi – ścianami lśniącymi od szkła, aluminium i stali

A nad tym niebo jasne, błękitne i wielkie jak sklepienie kosmicznej katedry

Jedno miasto a dwa różne obrazy; jedna wrażliwość lecz dwa różne doznania

Po jednej stronie nalot koszmaru i alienacja, po drugiej – prawie że miejska idylla

Który z tych obrazów jest bardziej prawdziwy? A może oba są równie fałszywe?

Bo powierzchnia nigdy nie mówi o prawdzie tego, co wewnątrz

Może dlatego iż musi to być (jak każda prawda) przed nami zakryte?

*

IX

Gdzie są ci wszyscy nasi przyjaciele? Na wszystkie strony świata rozrzucił ich los

Jedni drugim przestali być potrzebni więc przyjaźń poszła w odstawkę

Pozapominali, zobojętnieli, wycofani… omotani we własne sprawy jak w kokonie

Który dla wielu bardziej pułapką jest, niż osłoną przed niebezpieczeństwami życia

Lecz komu z nas obcy jest grzech zaniechania, lenistwa – braku odwagi, słabości?

Przyzwolenia na to, by życie przeciekało nam przez palce, a czas zacierał pamięć

Tego, co obiecywaliśmy sobie w młodości – i tego, co wtedy obiecywał nam świat?

I tylko wspomnienie słońca, które jednak świeciło wówczas jaśniej

I wody, która była czystsza, bardziej rześka i źródlana

I wiatru, który nie wiał jeszcze wówczas prosto w oczy

I łąk pełnych owadziego gwaru, porośniętych soczystszą wtedy trawą

I drżenia dziewcząt, których białe piersi wypełniały nasze dłonie

I muzyki, muzyki, muzyki – zamkniętej teraz w szafie pełnej zakurzonych płyt

 *

X

Stosunki z Bogiem, kiedy byłem dzieckiem – to była też ciekawa sprawa

Bo na początku był on wielkim i dobrotliwym starcem z długą siwą brodą

(Trochę jednak wydawał mi się za stary jak na ojca wszystkich ludzi)

Mówiono mi że jest nie tylko dobry i mądry, ale i wszechmogący oraz sprawiedliwy

Przepełniony bezgraniczną miłością nie tylko do mnie i do innych dzieci

Ale i do wszystkiego, co stworzył (a stworzył ponoć wszystko:

Od najmarniejszego robaczka po koronę stworzenia, czyli nas samych)

Jednakże w świętych księgach wyczytałem też o jego gniewie

O próżności, zaborczości, zazdrości… o tym, że jest żądny hołdów

I nie mogłem zrozumieć dlaczego tak znęca się nad tym biednym Hiobem

Dlaczego jeden naród jest dla niego lepszy od drugiego?

Dlaczego jednego człowieka uczynił pięknym, bogatym i zdrowym,

Drugiego zaś biednym, szpetnym, nieszczęśliwym i chromym?

No i skąd tyle cierpienia i grozy w tym podobno najlepszym ze światów?

Po co mu te wszystkie dary, bogactwa, kadzidła, świątynie?

Całe zastępy wielbiących go na kolanach sług i poddanych?

Czy aby na pewno stworzył On nas na podobieństwo swoje?

Czy może jednak to my uczyniliśmy Go podobnym sobie?

I skoro taki jest wspaniały, to dlaczego kryje się przed naszym wzrokiem

Milcząc jak zaklęty w odległych i niedostępnych nikomu zaświatach?

Ot, naiwne, dziecięce pytania, chodzące kiedyś człowiekowi po głowie,

Na które zresztą i dzisiaj trudno jest znaleźć mu odpowiedź

*

XI

A skoro nikt i nic ci nie odpowie, to może nie warto jest pytać?

A może to, iż nie ma odpowiedzi jest już odpowiedzią tobie?

Także pytania mogą być skargą wykrzyczaną w Otchłań

Kosmosu przepastnego – tej międzygwiezdnej studni bez dna

Podobnie jak szept, który słyszą tylko twoje cztery ściany

Celi życia i śmierci, w której zawsze będziesz tylko sam

mimo tłumu współwięźniów, jakie się przez nią przewiną

*

XII

Czy może więc powiedzieć (lub tylko pomyśleć) człowiek wątpiący i rozczarowany:

Nie znając sensu, nie mając nadziei – czy pozostaje ci coś więcej nad absurd?

Masz duszę na ramieniu, na karku czujesz zimne tchnienie pustki

Życie twoje jak bańka mydlana, którą rozwiewa lekki podmuch wiatru

Życie twoje jak iskra, którą zgasić może kropla najmniejszego deszczu

Twój oddech krótki, twoje serce słabe, twoja krew za gęsta

Nie masz niestety żadnej przyszłości w swoim śmiercionośnym ciele,

Które życionośne jest zaledwie przez chwilę – wydane na pastwę niszczącego czasu

Czy pociechą może być dla ciebie to, że trafisz tam gdzie byłeś

(a raczej cię nie było) – przed twoim narodzeniem?

Czy po to tylko wyciągnięto cię (wrzeszczącego) za uszy z nicości

By zaraz wrzucić cię (niemego) do dołu niczym wór starych kości?

I czy rzeczywiście tym, co trafi tam na drugą stronę, będziesz nadal ty?

.

Bo wszystko czym jesteś i co tworzysz przeminie

– zamieni się w popiół, ruinę i proch

Powietrzem, którym oddychasz, będzie oddychał kto inny

– i kto inny będzie pił wodę, którą teraz pijesz ty

Ktoś inny będzie szedł po twoich śladach, które i tak wcześniej zostaną zatarte

To kim jesteś obecnie nie będzie mieć żadnego znaczenia dla tych co przyjdą po tobie

I nikt nie będzie pamiętał twojego imienia

Ani żadnej rzeczy, która twoja jest

(Więc po co to wszystko? Po co?)

*

XIII

Czy musisz być materialistą, ateistą, sceptykiem, nihilistą… by stwierdzić:

W Świętych Księgach są tylko słowa, w Świętych Rzekach zwykła woda płynie

Błogosławieństwo to jedynie gest, a znak krzyża na piersi to tylko ruch ręki

Religia to narkotyk, kulturą przytępiamy nasze kły i pazury
Wszyscy żyjemy w kłamstwie, nie mamy dostępu do prawdy
A nawet jeśli ją poznamy, to nie jesteśmy w stanie jej pojąć
Pozostaje nam tylko ślizganie się po powierzchni rzeczy i zjawisk
Które w rzeczywistości są zupełnie czymś innym, niż my to postrzegamy
Wiara w cokolwiek pozwala utrzymać się na powierzchni życia
Lub choćby tylko przysposobić do wchłonięcia przez nicość

Mgłą jest to co widzimy, ledwie cieniem kładącym się na dnie oka

Rozmywa się przed nami każdy obraz, rozwiewa to co wydaje się solidne

Świat wokół nas jest tylko złudzeniem, nasze myśli iluzją, a całe życie snem

Takie to wszystko wydaje się nam już teraz, a co dopiero będzie za miliardy lat?

Zaginą cywilizacje, wymrze to co żyje, przepadną wszelkie wspaniałości Ziemi

Nasze Słońce wybuchnie, zamieniając się w wielką czarną dziurę

Trawiąc wcześniej w ogniu wszystkie krążące wokół niego planety

I nie pozostanie z nas nic prócz atomów rozproszonych po Wszechświecie

Rozdzielonych na zawsze pustą przestrzenią i martwotą doskonałej próżni

*

XIV

Nadając sens temu światu i mając nadzieję – dopiero wtedy możesz żyć naprawdę

Cieszyć się chwilą (o ile tylko jest to możliwe), świętować każdy przeżywany dzień

Pisać pieśni nad pieśniami – lub choćby tylko zachwycić się kształtem czy kolorem liścia

Chwalić bogów, dzień i gwiazdy – czy choćby tylko uśmiechnąć się do bliźniego swego

Zamiast rozmyślać o tym, że wszystko to marność, działać: posadzić drzewo, ugotować ryż

Zamiast wybiegać myślą w zaświaty – zrobić jakiś mebel, pasać kozy lub naprawić płot

Nie pozwolić by cierpienie robiło z ciebie niewolnika, podobnie jak przyjemność

Lecz poddać się pasji i wypełnić tym, co jest najważniejsze w życiu – Miłością

Znaleźć własną miarę codziennego życia, swoje miejsce wśród innych monad tego świata 

Bo o tamtym – drugim świecie – nie wiemy zgoła nic 

(Dlaczego jednak to, co pozytywne, musi brzmieć jak nieznośna dydaktyka?

I czy stając po stronie życia możemy tak całkiem zapomnieć o śmierci?)

*

XV

Dorosły umysł – mówią – nie kwili ze strachu, tuląc się w kojących go złudzeniach

Nie mami się urojeniami, nie ucieka w fantazje, nie buduje zamków na lodzie

Widzi wszystko takie jakie jest naprawdę – ogarnia też myślą to, co niewygodne

Patrzy czasem z goryczą, ale i ze spokojem, nie odwracając oczu nawet

Od dziejącej się hekatomby, skazującej wszystkich na totalną Zagładę

Strącającej wszystko w Przepaść  i obracającej świat cały w Niwecz

(A może jednak to, co wydaje się nam zagładą, jest w rzeczywistości Przemianą?

I nie możemy dostrzec celu, bo wzrok nasz nie sięga tam, gdzie znajduje się Sens?)

*

XVI

Więc potrzebować otuchy może tylko umysł niedorosły?

Uciekając za wszelką cenę od myśli, że POZA nie ma już NIC?

Znosząc nieznośne poczucie absurdu urojonym Bogiem

Tworząc sacrum z niczego i przeciwstawiając to profanum

Próbując tchnąć w materię nieistniejącego rzeczywiście ducha

Wymyślając całe zastępy aniołów i świętych, którzy wszelako

Obecni być mogą tylko w głowie – między synapsami mózgu?

Skazani na mit – tę wieczną epopeję zmyśleń udających prawdę

Nadużywający wyobraźni tylko po to, by wyobraźnię tę stłumić

W opresji dogmatów, bez których nie może się obyć żadna religia

Ludzką niewiedzę zastępując naiwnym surogatem wiary

W coś, co zazwyczaj jest fantastyczne i niewiarygodne

Choć przecież może być tej wiary jak najbardziej godne?

(Lecz kto to wie? Kto wie?)

*

XVII

Więc musisz być dzieckiem by poczuć w sobie Łaskę

Zapomnienia tego, co napawa cię grozą i budzi twój strach?

Więc musisz udawać, chwytać się słów jak magii, owijać kulturową watą

By uchronić się przed prawdą o okropieństwie świata istot żywych?

Więc musisz żyć w kłamstwie, robiąc dobrą minę do niepewnej gry

Pocieszając siebie i innych, że istnieją jakieś drogi wyjścia

Inne niż ta, prowadząca do zimnego i ciemnego grobu

(Ale czy ktoś je zna? Ktoś zna?)

*

XVIII

Na początku słowo było ciałem – tyle że później się rozwiało

zamienione w chimerę, którą do dziś próbujemy schwycić

Machając bezładnie rękami, podrygując śmiesznie jak kukiełki

Paradna błazenada – cyrk rozgrywany na wielkim placu zabaw

Lunapark, w jaki chcemy zamienić pułapkę i więzienie świata

Który, skoro nosi życie, to musi też być cmentarzyskiem

Pokrytym ekstrawagancją efemerycznej wegetacji

Przygotowującej grunt pod finałowy danse macabre

*

XIX

Ale przecieżmówiąc o cudowności tego światatakże jesteś szczery

Za dar ziemskiego życia wdzięczny jesteś siłom, które cię stworzyły

Choć zdarzało ci się mówić, że na padół ten nie prosiłeś się wcale

Równie mocno wierzysz w to, że zaistnieć wielkim szczęściem było

Jak i w to, że już rodząc się zostałeś wydany na pastwę bezlitosnych mocy

Widziałeś nie raz, jak otwierają się przed tobą ogromne drzwi zachwytu

Ale też świadomy jesteś tego, że złamać cię może zwykła tortura cierpienia,

(Które dobrze jest ci już znane, chociaż cię jeszcze nie zabiło)

Wydaje ci się, żeś już dorosły – to znów, że nadal dzieckiem jesteś

Zarazem trzeźwy i naiwny, silny i słaby – rozczarowany, ale i mający też nadzieję

Na granicy wiary i niewiary – zmuszony jesteś wyznać, że po prostu NIE WIESZ

(Nadzieja nie zawsze jest matką głupich – ona jest także matką niewiedzących)

*

XX

Nie wiesz, ale widzisz – tak, widzisz na pewno: rzeki cierpliwe jak żłobią

Koryta w twardym kośćcu Ziemi. Skały kruszejące bo wystawione do wiatru

Morza i oceany – fale bijące o brzegi. Drzewa rosnące w lasach 

I lasy płonące w żarze. Puszcze pełne stworzeń rodzących się i mrących

Jak mrówki w pysku mrówkojada, jak ryby w wielorybiej paszczy

A tu jeszcze kalejdoskop kolorów, bogactwo form nie znające granic

Wschody i zachody Słońca – a między nimi światło wyłaniające z ciemności

Krajobrazy, ludzi, zdarzenia… i znów pojawiające się w głowie pytania

Czy to możliwe byś tylko przypadkowym świadkiem był

Tych widowisk na ziemi i wielkich spektakli na niebie?

Do których być może przywykłeś, (czy jednak można przywyknąć do cudów?)

Jeśli by człowieka zabrakło, to czy nadal istniałoby piękno?

(Choć gdyby piękna nie było, to nie byłoby też i brzydoty)

Czy gdyby nie ludzkie serce, to czy mogłaby istnieć miłość?

(Choć okrucieństwa bez człowieka także by nie było

– zwierzęce serce nie jest okrutne, mimo że nieludzkie)

Czy bez ciebie życie uświadomiłoby sobie to, że jest śmiertelne?

(Bo bez śmierci możliwe jest istnienie ale niemożliwe jest życie)

Jak długo w twoim sercu mogą być ci, których kochałeś,

A którzy odeszli daleko – za horyzont znanego ci świata?

Czy kiedy twoja pamięć się skończy, to nie przepadną oni wtedy na zawsze?

A może jednak nic i nigdy nie przepada – zmienia tylko formę istnienia

Roztapiając się w boskiej substancji – jednocząc w absolutnej Jaźni?

(Która może wydawać się Pustką, ale na pewno nie może być Nicością)

*

XXI

Lecz jeszcze nie pora by zgasić wszystkie lampy świata

Zasłonić ciemną kurtyną okno z widokiem na gwiazdy

Zamknąć wszystkie drzwi bez klamek i dziurek od klucza

Przykryć się całunem chłodnym jak zimowa noc

I już nie słyszeć więcej słów, kroków, płaczu ani śmiechu

W ciszy niebijącego już serca i zastygłej w żyłach krwi

.

 *  *  *

.

Sensem i Zbawieniem jest Miłość

*

greydot

*

NOTA: Poniższy tekst widniał w nagłówku wpisu podczas ukazywania się poszczególnych części tekstu. Dlatego też nie chciałbym go wymazywać, a tylko zamieścić na końcu wpisu:
Poezja – mimo czytelniczych „ciągot” by czynić z niej przedmiot kultowy – nie jest raczej towarem „chodliwym”. Często nasz stosunek do niej jest dwuznaczny. Bywa, że tracimy do poezji cierpliwość, zwłaszcza wtedy, gdy okazuje się dla nas nieprzyswajalna i niezrozumiała, a już zupełnie odstraszają nas jej dłuższe formy. Dlatego warto chyba docenić moją odwagę zamieszczenia tutaj pewnego eksperymentu słownego. Mimo wszystko żywię taką nadzieję, że spotka się on z czyimś zainteresowaniem. Zanim to jednak nastąpi, pozwolę sobie na kilka uwag: zależało mi na prostocie myśli – stąd być może miejscami zbyt daleko idąca dosłowność wiersza, która może być wzięta za zbytnią oczywistość. Jednakże nie chciałbym stosować tutaj częstego w poezji uniku polegającego na tym, by nie mówić o pewnych rzeczach wprost, a owijać wszystko w liryczną (często jednak pretensjonalną) bawełnę. To jedno, drugie – to obszerność. Utwór ten ma XXI części, co w dzisiejszych czasach (hołubiących ponoć minimalizm, a już na pewno charakteryzujących się informacyjno-konsumpcyjnym short attention span) również może wzbudzić poważny popłoch, czy może raczej – zniechęcenie. Dlatego też postanowiłem nie publikować za jednym zamachem całości, tylko dodawać sukcesywnie (każdego dnia) poszczególne części – dla lepszego ich przyswojenia (najnowsza zawsze będzie wyróżniona czcionką o innym kolorze). Wydaje mi się, że mimo swej dziwnej nieco formy i bezpośredniej frazy, wiersz dotyka miejscami istotnych dla nas wszystkich spraw, nie zawsze jednak (chętnie) artykułowanych (i tak naprawdę, nie jest ważne to, czy można to uznać za poezję, czy też nie – nie pretenduję przecież do, często pretensjonalnego przecież, miana „poety”). Dlatego tych, którzy zdecydują się na jego przeczytanie, zapraszam do podzielenia się z nami swoją ewentualną refleksją (do jakiej być może skłonią pojawiające się coraz to nowe fragmenty).

*

EROS, MYŚL I PRZEMIJANIE (o książce J.M. Coetzeego „Zapiski ze złego roku”)

.

Mistrz i Anya. Starzejący się pisarz rozlicza się ze światem pisząc swą ostatnią książkę (będącą czymś w rodzaju literackiego testamentu), przeżywając przy tym ostatnią erotyczną przygodę swojego życia (gdzie kobieta jest niczym katalizator autentycznego doświadczenia świata przez mężczyznę wrażliwego i zmysłowego). Nagie kobiece ciało z tytułowej okładki jest jakby kontrapunktem dla portretu starszego dystyngowanego pana, który widzimy na okładce z tyłu książki. Jednakże to, co wydaje się być dość tanim seksistowskim chwytem komercyjnym (nagość młodego ciała jest atrakcyjnym towarem) w sposób chyba niezamierzony oddaje najgłębszy bodajże sens tej książki, który zawiera się w dialektyce: zmysłowa witalność, erotyczne napięcie płci (seksualizm) vs. filozoficzna, psychologiczna i polityczna próba ogarnięcia świata (intelektualizm).

.

J.C. Coetzee zapiski ze zlego roku okladakaCoetzee po raz kolejny pisze o sobie, a raczej o kolejnej wersji samego siebie – człowieka nieprzeciętnie inteligentnego i o wielkiej wrażliwości (to ona najprawdopodobniej jest przyczyną jego dystansu do świata – wycofania się z życia społecznego), podatnego na erotyczny impuls; do pewnego stopnia wyalienowanego, a jednak usiłującego jednocześnie związać się ze światem ludzi, poznać i doświadczyć istotę własnego człowieczeństwa – uporządkować i nadać sens temu wszystkiemu, co go otacza, a co wydaje się być bezcelowe i chaotyczne, a na dodatek skażone hańbą i przepełnione immanentnym wręcz cierpieniem.

myślenie polityczne i anielski tyłeczek

Uderzająca jest ta konfrontacja zmysłów z myśleniem, ciała z intelektem, płciowości z duchem, konkretu z abstrakcją, prostoty z wyrafinowaniem, dosłowności z niuansem, frywolności z powagą.
Oto główny bohater książki, JC (“El Señor” – jak nazwała pisarza Anya) tak mówi o pierwszym spotkaniu z dziewczyną, która później zostanie jego sekretarką: “Po raz pierwszy zauważyłem ją w pralni (…). Siedziałem i patrzyłem, jak pranie wiruje, gdy nagle weszła ta zdumiewająca młoda osoba. Zdumiała mnie, bo czego jak czego, ale takiej zjawy się nie spodziewałem; sukienka w pomidorowym odcieniu, którą miała na sobie, też była zdumiewająco krótka. (…) Minął tydzień, jak znów ją zobaczyłem (…), a i to tylko przelotnie: kiedy wychodziła głównymi drzwiami, mignęły mi jej białe spodnie, uwydatniając bliski doskonałości, zaiste anielski tyłeczek.”
W tym samym czasie JC pisze esej “O myśleniu”: “Gdyby mi kazano opatrzyć jakąś etykietką mój własny styl myślenia politycznego, nazwałbym go pesymistycznie anarchistycznym kwietyzmem, anarchistycznie kwietystycznym pesymizmem lub pesymistycznie kwietystycznym anarchizmem. Byłby to anarchizm, bo w świetle moich doświadczeń najgorsze w polityce jest samo to, że chodzi w niej o władzę; byłby to też kwietyzm, bo podejrzana wydaje mi się chęć zmieniania świata, skażona żądzą władzy; i byłby to wreszcie pesymizm, ponieważ wątpię, czy rzeczywistość w ogóle da się jakoś zasadniczo zmienić.”

metafizyczny ból starca

Na początku Anya jest dla JC samą tylko powierzchownością, kobiecym ciałem, „kwiatem”, który on podziwia… i którego nawet nie może pożądać, ponieważ Parkinson i wiek (72 lata) skutecznie stłumił w nim seksualny popęd. Niemniej jednak poddaje się zauroczeniu i zadurzeniu, a kiedy sam stara się dociec przyczyn, które go do tego stanu doprowadziły, mówi o nudzie, swoim „pustogłowiu” i „indolencji”. Ale to nieprawda, bo to, że zwrócił na tę dziewczynę uwagę było spowodowane czymś, co siedziało w nim znacznie głębiej, niż samczy poryw znudzonego jajogłowca. Bardziej wiarygodne wydaje mi się bowiem to wyznanie Señora C: „Kiedy tak na nią patrzyłem, przeniknął mnie jakiś ból, rodzaj metafizycznego bólu, a ja w żaden sposób nie starałem się go stłumić. Ona zaś intuicyjnie go wyczuła: skądś wiedziała, że w starcu, który siedzi w kącie na plastikowym krześle, dzieje się coś bardzo osobistego, związanego z wiekiem, żalem i ogólną łzawością rzeczy.”
Tak więc: jakaś dziwna mieszanka metafizyki i sentymentu, platonizmu i tęsknoty? JC zbyt dużo wiedział o erotycznej sublimacji – tym swoistym współgraniu, przenikaniu i wzajemnym oddziaływaniu szarych komórek mózgowych mężczyzny myślącego z jego gruczołami produkującymi hormony – by poddać się jedynie zwierzęcej chuci bez zaangażowania serca, wyższych ludzkich uczuć i inteligencji. Wprawdzie zdaje sobie sprawę ze znaczenia w życiu twórcy aktywnego libido: „Rosnący dystans wobec świata odczuwa oczywiście wielu pisarzy, gdy w podeszłym wieku stygną, chłodnieją. Ich proza traci gęstość, a w traktowaniu postaci i akcji pojawia się większy schematyzm. Syndrom ten składa się zazwyczaj na karb ubytku mocy twórczych; niewątpliwie wiąże się to z wygasaniem sił fizycznych, a zwłaszcza pożądania.” Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, więc JC konkluduje następująco: „Lecz od wewnątrz można odczuwać tę przemianę zupełnie inaczej: jako wyzwolenie, rozjaśnienie umysłu, które pozwala podjąć ważniejsze zadania.” I podaje przykład Tołstoja, który w tym co pisał stawał się coraz bardziej dydaktyczny i oschły, a jednak w tej swojej ewolucji nie widział schyłku i dekadencji. Wprost przeciwnie: odczuwał, że stopniowo zrzuca więzy i okowy, które pętały go za młodu i wymuszały uczestnictwo w świecie pełnym pustych gestów, gry i pozorów, dzięki czemu mógł nareszcie teraz „stanąć oko w oko z jedynym pytaniem, szczerze zaprzątającym jego duszę: jak żyć?”

trójkąt

Coetzee uchodzi za pisarza chłodnego, zimnego, wręcz lodowatego (osobiście uważam, że jest to mylna interpretacja jego słownej i warsztatowej precyzji), ale tak naprawdę, sądząc po tym, co czytamy w „Zapiskach”, w jego głębi zdają się kryć pokłady ciepłych uczuć, a nawet sentymentalizm, który niekiedy wyczuwalny jest przez skórę (choćby w zdaniach typu: „U dzisiejszych młodych kochanków nie widać ani cienia dawnego głodu metafizycznego, który sam siebie określał zaszyfrowanym mianem tęsknoty”), choć czasami wydostaje się on na powierzchnię explicité – jak np. w szkicu o pocałunku, który kończy się zaskakującym w prozie Coetzeego wyznaniem: „Miłość – to za czym aż do bólu tęskni serce.”

Fabuła powieści obraca się wokół trzech postaci (JC, Anya i Alan – „konsultant finansowy”, z którym  mieszka dziewczyna), choć sam trzon całej książki wydają się stanowić krótkie eseje i felietony, jakie JC przygotowuje dla jednego z niemieckich wydawnictw, a które przepisuje Anya. Wydaje się jednak, że najważniejsza w tym wszystkim jest kobieta, która nie tylko stymuluje siły życiowe starzejącego się mężczyzny, ale stopniowo zaczyna wpływać na treść i ton eseistycznych szkiców, a w końcu i na sam dobór tematów. Pod jej wpływem zmienia się także El Señor – zwłaszcza jego stosunek do tego co pisze, a ściślej: do swoich własnych poglądów. Nie jest więc tak, że –  jak twierdzą niektórzy – to Anya przeobraziła się nabierając życia, niczym Galatea ożywiona przez miłość Pigmaliona. Wbrew pozorom (zalotna frywolność, lekka trzpiotowatość) to ona trzyma się twardo ziemi i trzeźwo ocenia obu mężczyzn – jest krytyczna zarówno wobec niecnych posunięć i cynizmu Allana, jak i wątpliwej jej zdaniem jakości „twardych poglądów” JC (taką nazwę roboczą mają eseje pisarza). No i tylko ją stać, jak się okaże, na zachowanie stanowcze i konsekwentne – na dokonanie zmiany w realnym świecie (podjęcie ważnej życiowej decyzji, która jest niczym innym jak dokonaniem moralnego wyboru).

chamstwo erudyty

Postacią nie mniej ciekawą i – rzec można – symptomatyczną, jest Alan, bezwzględny gracz na finansowym rynku, nieodrodne dziecko swoich czasów znaczonych chciwością krwiożerczego kapitalizmu, bez zmrużenia oka i bez śladu etycznej rozterki gotów jest po prostu okraść swojego sąsiada. Oszust – pragmatyk, pod względem etycznym debil, lecz niezwykle sprawny intelektualnie (prowadzi nawet seminaria w modelowaniu matematycznym) i choć jego dewiza życiowa jest prostacka, to jego intelekt prymitywny już nie jest: w sposób dość przenikliwy analizuje i kontestuje poglądy JC, wie nawet co to jest Nuomenon w filozofii Kanta (nie myli rzeczywistego świata z jego przedstawieniem), zgadza się z JC, że państwo to „bandycka szajka”, jednak gromi go za niezdolność do zrozumienia tego, co naprawdę dzieje się we współczesnym świecie – jakie są w nim prawidła i na jakich zasadach on działa: „Cały szkopuł z tym Twoim Señorem C – mówi Allan do Anyi – polega na tym, że on nie umie rozumować kategoriami strukturalnymi. Wszędzie chce się dopatrywać działania osobistych pobudek. Chce widzieć okrucieństwo. Chce widzieć chciwość i wyzysk. Dla niego wszystko jest moralitetem, walką dobra ze złem. Nie dostrzega, albo woli nie dostrzegać, że jednostki funkcjonują w ramach pewnej struktury, wyższej nad jednostkowe pobudki, wyższej nad dobro i zło.”
Jak widać z amoralizmu Alan czyni zasadę funkcjonowania w świecie, który jest niczym innym jak strukturalnym układem, w jaki należy się wpasować, jeśli chce się skutecznie działać, i osiągać swoje cele będące niczym innym, jak dbanie o swój własny interes. (W sumie to dość typowe credo konformisty.)
Rysem charakterystycznym Alana jest połączenie sprytu, przebiegłości, ale i intelektualnej sprawności (nie pozbawionej nawet sporej erudycji) z chamstwem. Oto mała próbka – ocena tego, co o prawdopodobieństwie napisał JC: „To sranie w banie. Dyletanckie sranie w banie. On jest o sto lat do tyłu. Żyjemy w świecie probabilistycznym, kwantowym. Udowodnili to Schrödinger i Heisenberg. Einstein się z nimi nie zgadzał, ale w końcu musiał się przyznać do błędu.” Albo innym razem, kiedy wyszło na jaw, że wkradł się do komputera JC i grzebie w jego dokumentach, z czego zrobiła mu wyrzut Anya, odpowiada: „Na jego poufne myśli sram rzadkim gównem z góry na dół.” Swoją kobietę nazywa „Księżniczką Cipki” i „Królowa Pizdy”, nawet w obecności JC (podczas skandalicznej wizyty w mieszkaniu pisarza, który zaprosił swoich sąsiadów, by uczcić zakończenie pracy nad książką) określa ją jako „uroczą przyjaciółkę, co ma słodką, słudziutką pizdę.”

kto zwycięży?

Można odnieść wrażenie, iż dramaturgia całej tej historii opiera się na tym, że dwaj diametralnie różni mężczyźni konkurują o względy (każdy innego rodzaju) kobiety (wprawdzie Alan już ma ją w swoim łóżku, ale El Señor chciałby zdobyć miejsce w jej sercu), lecz tak naprawdę stawką jest to, po której stronie opowie się ostatecznie Anya. Wpędza ją to w coraz większą konsternację, choć na początku jest wierna temu, z którym mieszka pod jednym dachem: „Naprawdę jestem po stronie Alana. Przecież z nim żyję, a jak się żyje z mężczyzną, to znaczy, że jest się po jego stronie. Ale ostatnio czuję, że robi mi się ciasno między nim a Señorem C. (…) Stary byk i młody byk bodą się ze sobą. A ja? Jestem młoda krowa, której usiłują zaimponować, a ją już nudzą te ich popisy.”
Kogo ostatecznie wybierze Anya… jeśli w ogóle kogoś wybierze? Dylemat ten i niepewność nadaje całej historii dramatycznego napięcia, ale nie tylko to (wraz z samym wyborem)  jest w tej książce ważne, mimo że nadaje jej znamion swoistego moralitetu. Jeszcze bardziej istotne jest to, że tak różne od siebie ludzkie wyspy próbują się między sobą komunikować, wchodzić we wzajemne relacje, wpływać na siebie, może nawet zmieniać… Czy jednak obecność tego wszystkiego – ów fenomen wzajemnego docierania się i urabiania ludzi – potrafi mieć jakikolwiek wpływ na świat, w jakim oni żyją? Czy dokonywane przez nich wybory – reakcje, odruchy, perswazje, impulsy – mogą zmienić sam świat, czy jedynie wpłynąć na otaczającą ich rzeczywistość? (Jeśli przyjmiemy że rzeczywistość, w której żyjemy, nie jest tożsama ze światem, jaki nas otacza – a wydaje mi się jednak, że nie jest.)

„stanowcze” poglądy, czyli rzecz o makiawelizmie naszych czasów

Coetzee  zapiski ze złego roku - okładkaTrzon “Zapisków ze złego roku” stanowią eseje JC, których “rozrzut” tematyczny jest tak wielki, że przypominają misz-masz notatek pisarza zebranych razem, ale prezentowanych nam bez większego ładu i składu. Dopiero po jakimś czasie układają się nam one w nieco spójną całość, stanowiąc coś w rodzaju résumé poglądów JC o współczesnym świecie – człowieku, polityce, kulturze… (czy można je uznać także za poglądy samego Coetzeego, to już inna sprawa – do której chciałbym jeszcze później nawiązać, bo według mnie jest to istotne dla zrozumienia sensu całej książki).

Określenia “eseje” użyłem tutaj cokolwiek na wyrost, bo w zasadzie są to szkice, mini felietony, noty różniące się znacznie objętością, jak również ogromną rozbieżnością tematyczną (“o terroryzmie”, “o pedofilii”, “o ciele”, “o klątwie”, “o emocjach tłumów”, “o klasykach”, “o turystyce”, “o rabunku”, “o systemach naprowadzania na cel”, “o ptakach w przestworzach”, “o inteligentnym projekcie”, “o życiu wiecznym”…) co rzeczywiście u mniej cierpliwego czytelnika może wywołać w mętlik w głowie, nastawiając go bardziej krytycznie do intelektualnych wywodów pisarza, w których trudno naleźć jakąś nić przewodnią, chociaż daje się jednak zauważyć przewaga wątków politycznych. Mnie jednak czytało się to dobrze. Nie mam nic przeciwko takim krótkim formom, układającym się tu w mozaikę myśli człowieka wrażliwego i dociekliwego, a przy tym nieortodoksyjnego i unikającego tzw. politycznej poprawności, która często jest niczym innym jak asekuracją, nieszczerością i lawirowaniem tak, by przypadkiem komuś się nie narazić, zwłaszcza swoim wydawcom i czytelnikom.

To fakt, polityka w tych zapiskach dominuje, przez co rysuje się nam niezbyt radosny obraz współczesnego świata zdominowanego przez makiawelizm, przemoc, kłamstwo i manipulację: “o pochodzeniu państwa” (wszyscy żyjemy w pułapce, jaką jest państwo, będące na dodatek tworem, który sami powołaliśmy do istnienia); “o demokracji” (tzw. “demokratyczne” wybory w “demokratycznych” państwach nie są żadnymi wyborami tylko loterią wyłaniającą tych, którzy już wcześniej zostali przez kogoś “namaszczeni”); “o Al Kaidzie” (mit “potężnej” organizacji podsycający strach i poczucie zagrożenia na świecie, kreowany i podtrzymywany przez rządy krajów zachodnich do uwierzytelnienia i usprawiedliwienia swoich aktów opresji, rozbudowywania aparatu władzy, kontroli całego społeczeństwa, militarnej siły); “o rywalizacji” (świat wale nie jest dżunglą, jak daliśmy sobie wmówić, ani też nie jest nieustającą walką wszystkich ze wszystkimi – przynajmniej taki być nie musi, bo to my sami czynimy dżunglę, tor wyścigowy i ring, gdzie wszyscy wzajem się naparzają, choć równie dobrze możemy wybrać pokój i przyjacielskie współdziałanie – wojna więc wcale nie jest nieunikniona, podobnie jak nie musi zdominowywać świata konkurencja, która stanowi “wysublimowaną namiastkę wojny”); „o lewicy i prawicy” (tutaj Coetzee, czy też raczej JC, rozważa dość ryzykowną według mnie – by nie powiedzieć: fantastyczną – tezę, że być może socjalizm „wcale się nie zawalił, tylko padł pod ciosami, i nie umarł, lecz został zatłuczony na śmierć?”) Dostaje się też mocno zagranicznej polityce Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. JC nie przebiera w słowach, kiedy pisze o amerykańskich politykach: “mściwość i podłość moralna godna samego Donalda Rumsfelda i Busha juniora”, o obozie w Guantanamo i rządowym przyzwoleniu na stosowanie tortur: “Amerykański rząd wyniósł mściwość na iście piekielny poziom”, albo: “okrucieństwa, których dopuszcza się Bush i jego słudzy, a zwłaszcza okrucieństwo tortur oraz pełne pychy twierdzenie, jakoby on sam stał ponad prawem, rzucają bogom wyzwanie, bezwstyd tego wyzwania stanowi zaś rękojmię, że bogowie wymierzą karę dzieciom i wnukom jego domu”.

trzeźwolub i pedant – rewizje

Lecz za daleko odeszliśmy od tego, co w książce Coetzeego wydaje się być najważniejsze: od kobiety. Bo wszystko wskazuje na to, że to dzięki Anyi Señor C dokonuje rewizji swoich „stanowczych” poglądów. Nie tyle po to, by je skorygować (jego wizja świata nie ulega bowiem zmianie) ale po to, by je „wyprzeć”, zastąpić innymi; spojrzeć na nie z zewnątrz, nabrać do nich dystansu…
Co on sam o tym mówi?: „Powinienem wyplenić te starsze, co bardziej sterane [poglądy], i zastąpić je nowszymi, bardziej dzisiejszymi.” Jest świadomy tego, że wyrosły one z jego „namiętności” i „uprzedzeń”, i że komuś „na wskroś nowoczesnemu” mogą się one wydawać staroświeckie i obce „niczym kości jakiegoś dziwacznego i wytępionego stwora, ni to ptaka, ni to gada, tuż przed skamienieniem. Lamenty. Pomstowania. Klątwy.”
Anya radzi mu, by „zmiękczył” swoje zapatrywania, napisał coś bardziej osobistego, popartego własnym, rzeczywistym doświadczeniem; coś, co jest bardziej zakorzenione w realnym świecie, żeby wybrał inne tematy – żeby wreszcie przestał być „odludkiem oderwanym od nowoczesnego świata”. Z kolei Alan, podpiwszy sobie podczas wizyty u pisarza, zarzuca go tyradą, wyzywając od „guru”, na którego dają się nabrać tylko w niektórych krajach (Niemcy Francja), gdzie nadal jest tendencja do hołubienia „siwobrodych mędrców”, ale nie w świecie anglojęzycznym („znanym z trzeźwości i zdrowego rozsądku”), gdzie guru wychodzą już z mody i przegrywają… choćby ze sławnymi kuchmistrzami, „przeterminowanymi” politykami, czy z aktorkami „sprzedającymi stęchłe ploty.”
Niewątpliwie pod wpływem tych zarzutów (i rad – w przypadku Anyi), starzejący się JC zastanawia się nad istotą i znaczeniem tego co pisze, rozważa to kim jest dla ludzi, którzy jeszcze zwracają na niego uwagę. Najwyraźniej wyartykułowane jest to w jego szkicu zatytułowanym „o życiu pisarza”, gdzie możemy przeczytać: „Swoją renomę rzeczywiście zawdzięczam raczej pisaniu powieści niż nauczaniu. Teraz jednak krytycy intonują inny refren. On w głębi duszy wcale nie jest powieściopisarzem – twierdzą – tylko pedantem, który po trosze para się beletrystyką. A ja doszedłem w życiu do takiego etapu, że zastanawiam się, czy aby nie mają racji i czy przez cały ten czas, gdy wydawało mi się, że chodzę a przebraniu, nie byłem w istocie nagi. (…) W życiu publicznym gram dziś rolę wybitnej osobistości (…) – swego rodzaju znakomitości, którą wyciąga się z lamusa i otrzepuje z kurzu, żeby powiedział kilka słów na jakiejś imprezie kulturalnej, a potem odstawia się ją z powrotem do kredensu. Jest to zasłużenie komiczny i prowincjonalny los dla kogoś, kto przed półwieczem (…) wyruszył w szeroki świat, żeby uprawiać la vie bohème. Prawdę mówiąc, nigdy do bohemy nie należałem – ani dawniej, ani dziś. W głębi duszy zawsze byłem trzeźwolubem, jeżeli w ogóle istnieje takie słowo, a w dodatku wyznawcą porządku, ładu. (…) Nigdy nie celowałem w stwarzaniu iluzji rzeczywistości, a teraz jeszcze mniej się do tego nadaję. Prawdę powiedziawszy (również) świat widzialny nigdy mnie zbytnio nie cieszył, nie czuję też jakiejś szczególnie dojmującej potrzeby odtwarzania go w słowach.”

kto jest zhańbiony?

JC – Coetzee ma poczucie tego, że żyje w haniebnych czasach, co jest dla niego dotkliwe tym bardziej, że on sam czuje się przez to zhańbiony, gdyż „hańba spada na wszystkich ludzi, i trzeba po prostu dźwigać jej brzemię, bo jest ona wtedy ludzkim losem i karą.” Hańba staje się stanem istnienia. Być może wyzwoleniem byłoby ocalenie własnego honoru – a to jest niczym innym jak próbą zachowania dobrego mniemania o sobie. Tylko wtedy bowiem można by kiedyś „stanąć z czystymi rękami przed sądem historii”. Tylko jak można to zrobić i czy jest to w ogóle możliwe? A jeśli coś takiego jak honor w człowieku po prostu nie istnieje?
Przed sądem historii – pisze Coetzee. Czy jednak historia może być sędzią sprawiedliwym i bezstronnym? A jeśli przyszłość będzie czasem równie – a może nawet bardziej – haniebnym? Czy hańba nie jest aby stałym atrybutem ludzkiej kondycji, permanentną skazą bytu człowieka – a jednym z jej przejawów jest choćby grzech pierworodny?
Jak wiemy hańba jest tematem głównym najsłynniejszej powieści Coetzeego. Niemal w każdej jego książce spotkać można człowieka zhańbionego. I tutaj rodzi się podejrzenie: czy aby poczucie tej hańby nie jest jakimś kompleksem pisarza, czymś w rodzaju jego osobistej skazy, którą przenosi on nie tylko na innych ludzi, ale i na czasy w jakich oni żyją i wreszcie – na cały świat? Na domiar złego do końca nie wiadomo: to czasy i świat hańbią człowieka, czy też człowiek hańbi świat i swoje czasy?
A może hańba to zwykły wstyd, beznadziejne poczucie tego, że nie jesteśmy w stanie sprostać naszym własnym aspiracjom kulturowym i duchowym – idealnemu wyobrażeniu tego, czym powinno być nasze człowieczeństwo?

kamuflaż, gra i ekshibicjonizm

No właśnie: czy JC to Coetzee, a jeśli niezupełnie, to ile jest w JC samego Coetzeego? Trudne pytanie bo Coetzee jest mistrzem kamuflażu (?), zwłaszcza wtedy, gdy wprost nawiązuje do siebie samego i swojej biografii. W „Zapiskach” zgadzają się nie tylko inicjały, ale i wiele innych rzeczy: miejsca zamieszkania, wiek, a nawet tytuł powieści. „Chłopięce lato”, „Młodość”, „Lato” to książki otwarcie – i par excellence – autobiograficzne. Dr Lurie z „Hańby”, pisarka z „Elizabeth Costello”, a nawet Sędzia z „Czekając na barbarzyńców” – wszystkie te postacie mają z Coetzeem wiele wspólnego, są niczym naczynie, do którego pisarz wlewa coraz to inne mikstury intelektualnego i psychicznego „ekstraktu” z siebie samego, tworząc podobną, lecz za każdym razem inną, mieszankę swoich alter ego.
Dlaczego to robi? Co chce przez to powiedzieć? Czy chce nam przekazać złożoną prawdę o sobie samym? Czy też wręcz przeciwnie: pod wielością form i migotliwością kameleona stara się ukryć rdzeń własnego ego? Ile w tym ekshibicjonizmu, a ile chęci ukrycia swego prawdziwego oblicza? Jest li w tym biegłość w tasowaniu swoich potencjalnych person, czy też może znak niemożności uchwycenia własnej istoty? Ile w tym asekuracji, ile poszukiwania, a ile mistyfikacji?
Wszystko wskazuje na to, że nie jest to jakiś nasz wydumany czytelniczy problem. Coetzee często był zainteresowany relacją autokreacji, zmyślenia, pozy, okłamywania (zarówno siebie, jak i czytelnika) z tym, co rzeczywistego i autentycznego tkwiło w mózgu, sercu, trzewiach i duszy pisarza. Dał temu wyraz w znakomitym tekście z 1985 roku „Wyznania i podwójne myśli: Tołstoj, Rousseau, Dostojewski” (opublikowanym w tomie esejów i wywiadów „Punkty nawigacyjne”), gdzie rozważa kwestię prawdy i zmyślenia w „konfesyjnych” wątkach twórczości tych pisarzy, (którzy nota bene byli także wielkimi myślicielami). Konkluzja Coetzeego jest pesymistyczna: odgrzebanie prawdy spod wieloznacznej gry w oszukiwanie i samooszukiwanie się, włączanie i wyłączanie samoświadomości, przenikania się pewności z wątpliwością, przemilczania i konfabulowania… jest niemożliwe: prawda absolutna (choćby tylko o pisarzu) jest nam niedostępna – o ile w ogóle coś takiego, jak prawda absolutna istnieje.  To, co chce przekazać – i co przekazuje pisarz swojemu czytelnikowi – zawsze będzie skażone wieloznacznością, subiektywizmem, niepewnością, ograniczonością zrozumienia i percepcji (zarówno twórcy, jak i odbiorcy). I co najważniejsze: on sam nic na to nie może poradzić, gdyż nie mają tu znaczenia jego dobra wola, szczerość, autentyzm i determinacja w dążeniu do prawdy… tak długo, jak po drugiej stronie jest człowiek, do którego jest to skierowane.
Czy można w tym wszystkim dojść do jakiegoś końca – dna i sedna rzeczy? „Kresem wyznania jest powiedzenie prawdy sobie i dla siebie” – konkluduje Coetzee, a w innym miejscu pisze: „Jedyną prawdą jest milczenie”.

dlaczego kobieta?

Cóż, czy można się dziwić, że z racji całego tego intelektualnego zamieszania, które wydaje się wyczerpywać sens pisarstwa JC, najważniejsza dla niego staje się kobieta? Co to może znaczyć i dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że ostatecznie wszystko „rozbija się” o nasze ciało, a dla ciała w sumie najważniejsza jest płciowość? Oczywiście można się starać się usilnie o wyemancypowanie ciała (w końcu istotą każdego z nas jest przede wszystkim człowieczeństwo, a dopiero później płeć), ale nie każdy podlega – poddaje się i używa – platońskiej funkcji przeżywania świata, która nie akceptuje tego, by warunki początkowe lokować w gruczołach produkujących męskie i żeńskie hormony płciowe. Bo czy rzeczywiście jest to ograniczenie? Czy też wręcz przeciwnie: Eros wzbogacić może i ubarwić to, co prowadzi nas w wyższe rejony przeżywania (również poznawania) świata, wliczając w to aspekt duchowy, a nawet intelektualny.
Kobieta w książce Coetzeego jest nie tylko katalizatorem męskich reakcji ze światem – nie tylko punktem odniesienia, w którym zbiegają się perspektywy, z jakich patrzą na świat różni mężczyźni; ale także miejscem „zaczepienia” się w tym realnym, rzec można „przyziemnym” świecie („ja patrzę z dołu” – mówi Anya) bez którego życie mężczyzn pozbawiłoby się gruntu pod nogami i podcięłoby sobie korzenie.
Gęstość myśli w tym, co pisze JC jest wielka, czasami nawet przytłacza, zaś Anya jest jak oddech. Lecz ta kobieta to nie tylko kusa spódniczka, zgrabny tyłeczek i ponętny biust. Brak jej erudycji JC, wiedzy Alana, intelektualnej sprawności na miarę zarówno finansowego spekulanta, jak i uznanego pisarza-intelektualisty, a jednak to do niej odruchowo odwołują się ci mężczyźni, niczym do arbitra tego, jak powinni się zachować – bo to właśnie tylko ona wydaje się dysponować tym, co można nazwać „życiową mądrością”, mimo powierzchowności ładnej kurki domowej bez większych życiowych aspiracji… choć jest – jak sama mówi – „dobrą żoną, dobrą przyjaciółką i dobrą kochanką”, a my wcale nie mamy ochoty jej zaprzeczać.
Nie dziwi mnie więc to, że kiedy Anya żegna się z Señorem, ten obejmuje ją przez dobrą minutę („staliśmy w mocnym uścisku – ja, skurczony staruszek i ona, ziemskie wcielenie niebiańskiego piękna”). Nie dziwi również to, że to właśnie Anya pojawiła się w śnie o własnej śmierci Señora, w którym, z czułością i współczuciem, prowadzi go za rękę do łodzi Charona – ku bramom nicości.

* * *
.

Powiązane wpisy: „UPADEK”  (rozmowa z Kartką)„ZAPISKI PROWINCJUSZA”  (o „Młodości”),  „PORYW SERCA, ZWIERZĘCA CHUĆ”  (o „Hańbie”).

PODGLĄDANIE WIECZNOŚCI

.

Mój dom rodzinny na Podkarpaciu

Śnieżnobiała szadź – piękno (na chwilę) zatrzymane. (Zdjęcie własne: mój dom rodzinny na Podkarpaciu.)

.

“…chybił celu życia, kto nie zaznał goryczy rozpaczy,
choćby jego życie było nie wiem jak piękne i radosne”
Soren Kierkegaard, “Albo-albo”

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.

Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?

A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe), jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…

A może jednak początkiem czegoś innego?

.

WODOSPADY IGUAZU

*

Wodospady Iguazu (warto zwrócić uwagę na ludzkie sylwetki, by sobie uzmysłowić właściwe proporcje i olbrzymią skalę zjawiska, jakim są Wodospady Iguazu)

Wodospady Iguazu – cud Natury na pograniczu Brazylii i Argentyny. Warto odszukać ludzkie sylwetki, by sobie uzmysłowić właściwe proporcje i olbrzymią skalę zjawiska, jakim są Wodospady Iguazu)

*

Pielgrzymowanie do miejsc niezwykłych. Podniecenie, ekscytacja, oczekiwanie na cud… Chodzi tu oczywiście o cud przyrody. A taki cud to cud szczególny, bo – par excellence – nie nadprzyrodzony. Ale naoczny, dotykalny… i jednak z tego – choć sprawiający wrażenie jakby nie z tego – świata…  Leżące na pograniczu Brazylii i Argentyny Wodospady Iguazu to bez wątpienia jedno z najbardziej niesamowitych miejsc do jakich udało mi się w moim życiu dotrzeć. Mój przyjaciel, obieżyświat, ostrzegał mnie przed tą podróżą: kiedy zobaczysz już wreszcie Iguazu to uważaj, bo po tym doświadczeniu żadne z wodospadów, które są na świecie, nie zrobią już na tobie większego wrażenia; podobnie zresztą będzie z Rio. Miał rację. Żadna kaskada spadającej wody nie jest bardziej spektakularna, niż Wodospady Iguazu… Nawet potężna Niagara, nawet pięknie uformowany Wodospad Dolny w Yellowstone, nawet niebotyczne Wodospady Yosemite… nie wspominając o dziesiątkach innych, także na swój sposób pięknych – a takich na całym świecie przecież nie brakuje.
Zdumiewa ukształtowanie wodospadów Iguazu, bo de facto nie jest to jeden wodospad, tylko… 275 wodospadów rozlewających się wzdłuż długiej na ponad trzy kilometry krawędzi dzielącej dwa płaskowyże porośnięte na dodatek gęstą tropikalną dżunglą, pełną egzotycznych ptaków.
Po raz pierwszy wodospady te zobaczyłem w „Misji” Rolanda Joffe, (filmie skądinąd dla mnie ważnym) gdzie zrobiły na mnie wielkie wrażenie, lecz dopiero bezpośrednie zetknięcie się z nimi – własnoręczne dotknięcie wody rzeki Iguazu, poczucie mżawki rozpryskujących się kropel na własnej twarzy, usłyszenie szumu i grzmotu spadającej masy wód i przebijającego się spoza tej ściany dźwięku śpiewu ptaków, skrytych w bujnej dżungli lub puszących swe jaskrawe pióra na zielonych gałęziach…  dopiero to wszystko mnie oszołomiło, pozostawiając ślad na całe życie.

Do Natury można mieć stosunek dwojaki: lękać się jej potężnej władzy nad wszelkimi istotami żywymi, odczuwać strach przed jej żywiołami, nic nie robiącymi sobie z ludzkich wysiłków, strat, nieszczęścia, bólu; przerażać się wręcz bezwzględnym traktowaniem przez Nią poszczególnych istnień, podporządkowanych wiecznej przemianie jednej formy życia w drugą; ślepym i (jak się niektórym wydaje) bezcelowym dążeniem do rozproszenia entropii, która w końcu zamieni się w Wielkie Nic i pustkę, jaka u kresu czasu i przestrzeni pochłonie Wszystko…
Z drugiej strony może być jednak zachwyt: także jej Potęgą, ale rozumianą jako moc nieustannej i wiecznej kreacji, powoływania do życia materii – form zdumiewających swoim bogactwem i pięknem, oszałamiających właśnie i karmiących ludzkie zmysły, pozwalających człowiekowi poczuć smak transcendencji, może nawet zbliżyć do Czegoś czy też Kogoś, kogo niektórzy z nas nazywają Bogiem?
Miłość i strach, zachwyt i odraza, przygarniecie i odrzucenie, zjednoczenie się i alienacja… ludzkie pojęcia bezradne w ogarnięciu i objaśnieniu całego tego Kosmicznego Zgiełku jaki nas otacza i w jakim wszyscy jesteśmy zanurzeni.

Co nam daje bezpośrednie doświadczenie takich miejsc jak Iguazu? Ot, choćby powyższą refleksję. Ale przede wszystkim jednak zachwyt i zdumienie: poczucie cudowności świata tu i teraz – także to nagie, nie potrzebujące kulturowych protez ani żadnej literatury, którą często, niczym jakąś watą, upychamy naszą bezradność w ogarnięciu (również w zrozumieniu, przyswojeniu i odczuwaniu) fenomenu, jakim są świat oraz życie, którego przejawem jesteśmy także my sami.

© ZDJĘCIA WŁASNE (kliknij, aby zobaczyć obraz w pełnym wymiarze).

*

Iguasu Falls (2)*

*

Iguasu Falls (3)

*

*

Iguasu Falls (4)**

Więcej zdjęć ukazujących Wodospady Iguazu można obejrzeć w nowym wpisie na stronie brulionu podróżnego (ilustrowanego) TUTAJ.

*