„THE BOSS” – BOGACZ W KOSZULI BIEDAKA

BRUCE SPRINGSTEEN – SYBARYTA PEŁEN LĘKÓW

Bruce Springsteen, „Boss” – idol „niebieskich kołnierzyków”, post-presley’owski symbol amerykańskiej pop-kultury, heros rocka, znów wyruszył w drogę.* Po pięciu latach nieobecności w komercyjnym świcie – zajęty porządkowaniem własnego życia i nagrywaniem dwóch wypuszczonych równolegle tego roku albumów „Human Touch” i „Lucky Town” – ponownie próbuje wypełnić największe rockowe areny i udowodnić, że nie jest jeszcze spetryfikowanym, przynależnym historii, dinozaurem. Po koncertach w Europie, Springsteen rozpoczął późnym latem kilkumiesięczne tournée po Stanach Zjednoczonych. We wrześniu zjawił się w podchicagowskim World Music Theatre. Na pewno nie tylko ja – z całej, zgromadzonej tam 40-tysięcznej rzeszy – zadawałem sobie przed występem pytanie: co stało się z „Bossem”?

*

Bruce Springsteen

Bruce Springsteen

Niemodny gwiaździsty sztandar

Apogeum popularności Springsteena zbiegło się z epoką reaganowską. Po kryzysie poprzedniej dekady Amerykanie zyskiwali pewność siebie i Ameryce potrzebni byli bohaterowie, w których mogłaby się odbijać – tak kultywowana tu – apologia sukcesu i optymizmu, uwielbienie dla mocnego indywidualizmu i sprawnego działania. Reagan posłużył się nawet do tego celu postacią Rambo, afirmując tym samym dość powszechne wówczas, praktyczne nastawienie do hollywoodzkiego fenomenu. Kiedy więc w 1984 r. album Springsteena „Born in the USA” zaczął sprzedawać się w milionach egzemplarzy, a on sam z łatwością był w stanie doprowadzić do punktu wrzenia wypełniające po brzegi stadionów stutysięczne audytoria, Reagan w swoich przemówieniach wyrażał zadowolenie, iż obaj dzielą te same wspaniałe wizje i sny o potędze.
Jak bardzo jednak się mylił. Zresztą nie tylko on. Wielu zmyliła powielana w tysięcznych reklamach obwoluta płyty przedstawiająca odzianego w niebieskie dżinsy Springsteena na tle biało-czerwonych pasów olbrzymiego Gwiaździstego Sztandaru. Image sugerujący współczesnego Pattona, podsycający wielkościowe urojenia i prowokujący do ociekającego patosem szowinizmu. A wystarczyło przysłuchać się uważniej słowom, choćby nagrania tytułowego (tłum. własne):

Urodzony w mieście martwych ludzi,
połowę życia przeznaczając na to,
by się tylko gdzieś schronić.
Urodzony w USA.

Kiedy więc Reagan i Mondale wyrażali zadowolenie, że Springsteen podziela ich wizję Ameryki pełnej nadziei i prosperity, to było to albo totalną ignorancją, albo zwykłą polityczną bezczelnością. Sam Springsteen zareagował żachnięciem, odcinając się od przypisywanych mu intencji: „Ślepa wiara jest zawsze czymś niebezpiecznym… I to zarówno jeśli chodzi o twoją dziewczynę, jak i o rząd”.
Pamiętajmy, że do recesji było jeszcze wówczas daleko i nieporównywalnie łatwiej było wzniecić nacjonalistyczny animusz i patriotyczną euforię, o jakiej Bush mógłby już teraz tylko pomarzyć. Kiedy więc dostrzegłem wśród koncertowej widowni młodych ludzi przystrojonych w amerykańskie barwy narodowe – pasiasto-gwiaździste opaski lub koszule – wydały mi się one nie tylko pretensjonalne, ale i niemodne. Byłżeby to wyraz dezorientacji młodego pokolenia w wyborze między kultem indywidualizmu a populistyczną symboliką? Na marginesie: na prezerwatywy w barwach narodowych (o czym głosiła fama) nie udało mi się natrafić.

Eskapizm i dekadencja

Gdy jeden z krytyków magazynu „Rolling Stone” w 1974 r. napisał pod wrażeniem jednego z koncertów Springsteena: „Zobaczyliśmy przyszłość rock&rolla – jest nią Bruce Springsteen!”, nie przypuszczał, że zaledwie rok później jego proroctwo stanie się rzeczywistością. Ukazuje się znakomicie przez wszystkich przyjęty krążek „Born to Run”. W tym samym tygodniu twarz Springsteena trafia na okładki magazynów „Time” i „Newsweek”. Młodzieńcze marzenia o gwiazdorstwie – datujące się od czasu, kiedy Bruce po raz pierwszy zobaczył i usłyszał Presley’a – spełniły się.  Przyszła kolej na mierzenie się z rzeczywistością. Począwszy od „Born tu Run”, pewne myśli i motywy pojawiają się w twórczości Springsteena ustawicznie. Jedni skłonni byli upatrywać w tym obsesji, drudzy – literackiej i ideowej ograniczoności. Płyty „Darkness on the Edge of Town” (1978), „The River” (19080), „Nebraska” (1982) i wspomniany już „Born in the USA”, pełne były dekadenckich obrazów zniszczonych, spowitych ciemnością miast i autostrad, poczucia alienacji i eskapizmu:

W tym mieście zedrą ci z pleców skórę,
to  śmiercionośna pułapka.
Musimy się stąd wydostać, póki jesteśmy młodzi.
Tacy jak my urodzili się po to, by biec.

Zdarzało się jednak czasami, że i „Boss” nie był w stanie biec dalej. Depresja, poczucie wypalenia i pustki często paraliżowały jego zdolność do tworzenia: „Było tak, że nie miałem nawet siły, żeby podnieść się z łóżka” – wyznaje Bruce, co wydaje się czymś zupełnie niewiarygodnym, widząc jego piekielny wręcz dynamizm na niekończących się koncertach i niewyczerpaną energię, którą zdolny jest dotknąć każdego z osobna spośród wielotysięcznego tłumu

Lepsze dni

Starsze, znane wszystkim utwory z epoki stadionowej gigantomanii, wypełniły drugą część trwającego ponad cztery godziny koncertu. Mimo ogromnej presji publiczności domagającej się właśnie takich utworów, jak „Born to Run”, „Cover Me”, „Badlands”, „Hungry Heart”, „Glory Days”... pierwsze dwie godziny Bruce przeznaczył na prezentację najnowszych albumów „Lucky Town” i „Human Touch”. Dzięki niezwykłej zdolności do zabarwiania atmosfery koncertu własną intymnością – bardzo osobistemu traktowaniu tekstu i dialogowi z publicznością – z łatwością dostrzegało się rezultat ewolucji Springsteena w jego sposobie widzenia świata i stosunku do własnego życia. A o tym, że były to zmiany dość radykalne, można się już było przekonać słuchając płyty z 1988 r. „Tunnel of Love”. Rozwód z aktorką Julianne Phillips, związek z Patti Scialfą (partnerka ostatniej tury koncertowej) i narodziny dwójki dzieci, nie mogły pozostać bez wpływu na teksty i charakter muzyki Springsteena:

Miałem już dość czekania na jutro,
które miało nadejść,
na pociąg, który rycząc
miał się wyłonić zza zakrętu
– śpiewał w „Better Days”.

W innym miejscu zaś stwierdzał sarkastycznie: „To zabawne i smutne zarazem, że skończyłem jak ktoś, kto udaje bogacza, ubierając się w koszulę biedaka”. Można jeszcze dodać: to również banalne (dla zachowania nuworyszów) i ironiczne (wobec kontestacyjnej przeszłości). Jak może się czuć ktoś, kto mając swe korzenie w robotniczej New Jersey, kupuje w ekskluzywnym Bel Air dom za 14 mln. dolarów i zostaje sąsiadem… samego Ronalda Reagana?
Pozowanie na „równego faceta” powiększa jeszcze dychotomiczny rozziew: wypożyczanie kaset z lokalnego video-store, zakupy w okolicznym supermarkecie, spacery po ulicy z dzieckiem na wózku, wymięty podkoszulek i znoszone dżinsy… A na koncertach wyznania podszyte poczuciem winy i prośbą o przebaczenie:

Szukałem złota i diamentowych pierścieni,
to był mój narkotyk uśmierzający ból,
jaki niosło ze sobą życie.
Wchodziłem na wysokie góry,
schodziłem w doliny,
wypatrując mojej pięknej nagrody.

Lecz jak długo można uciekać? Tunel może okazać się ślepy, na końcu niekoniecznie musi przywitać nas światło. Prawdziwej odwagi wymaga zbliżenie się, kontakt i związek z drugim człowiekiem. To właśnie wątki „Human Touch” i „Lucky Town”. Nie bez kozery tak wiele w nich soulu, nawet muzyki gospell, a Springsteen na koncercie, sposobem interpretacji nawiązywał wprost do Jamesa Browna. Muzykę graną obecnie określa jako „rock&soul”.

Springsteen podążał swoimi ścieżkami, podlegając przemianom wyznaczanym rytmami własnego życia. Nadużyciem byłoby więc stwierdzenie, że jego twórczość odzwierciedla zmieniające się czasy. W dobie głębokiej recesji sam wydaje się być człowiekiem, który dokonał pewnych wyborów, osiągnął pewną stabilizację. A jednak, by współbrzmieć z obecnymi, bliskimi depresji nastrojami Amerykanów, na koncercie wykorzystał pełne klaustrofobii i defetyzmu nagrania sprzed lat kilkunastu, wówczas kojarzone z kryzysem paliwowym, wywołanym embargiem krajów OPEC: „Gram wiele z ‚Darkness on the Edge of Town’. Wydaje mi się, że właśnie teraz doskonale to wszystko koresponduje z tym, co przeżywa Ameryka”. W innym zaś miejscu, zachęcając do charytatywnego poparcia, mówił: „Pomóżmy tym ludziom – ludziom skrzywdzonym przez społeczny system i politykę obecnej administracji.”
To dzięki tego typu, trącących banałem wypowiedziom, zadenuncjowano Springsteena jako populistycznego epigona Woody Guthriego i Boba Dylana. „Zwierzęta” polityczne wszędzie potrafią zwęszyć dla siebie pożywkę. Sam „Boss” irytuje się, gdy wpycha się go na siłę w polityczno-społeczne konteksty. To, że ongiś przymierzał się do pozycji gubernatora New Jersey lub fakt przedwyborczego testowania własnej publiczności (na dźwięk nazwiska Busha usłyszeliśmy przeciągłe „boooooooooooo…”, Clintona przywitał zaś aplauz) nie oznacza, że Springsteen przejęty jest rolą ludowego trybuna. Woli się widzieć raczej w roli ambasadora… miłości: „Kiedy czujesz się stłamszony, zdeptany, robią z ciebie śmiecia, musisz się podnieść i iść dalej. To jest właśnie przeznaczenie. A gdzie jest przeznaczenie, tam jest nadzieja; gdzie jest nadzieja, tam jest miłość. A gdzie jest miłość, tam jest… seks! Same dobre rzeczy!”.

Rock – fenomen czy banał?

Po koncercie, będącym rzeczywiście jednym wielkim wybuchem spontaniczności i energii, któremu nawet przelotna burza z grzmotami i błyskawicami dodała niespodziewanej dramaturgii (akurat w czasie wykonywania „Thunder Road”!) – nasunęło mi się parę refleksji. Już w latach 50-tych nie można było ignorować rocka (wówczas jeszcze w formie rock&rolla), jako istotnego czynnika kulturo-twórczego. Bez wątpienia też jest on najbardziej dynamicznym i agresywnym (również najgłośniejszym) rodzajem muzyki, jaki kiedykolwiek wymyślono na Ziemi. W swoisty etos rocka wpisane są wyraźnie bunt, kontestacja i nonkonformizm. Muzyka ta ma też do siebie to, że sytuacje kryzysowe powodują jej ekspansję, pobudzając do rozwoju – często na zasadzie kompensacji i odreagowania frustracji. Jednak wydaje się, że nigdy już rock nie odzyska swej pozycji, jaką miał w epoce Woodstock, kiedy to stanowił o filozofii i sposobie życia całej generacji. I choć już w latach 50-tych można go było traktować jako towar, to piętno bezwzględnego komercjalizmu staje się coraz bardziej wyraziste dopiero od lat 70-tych, kiedy jego masowy charakter zaczął się obracać przeciw niemu samemu. Uległ z wolna rozmyciu i banalizacji, a nawet ośmieszeniu się w postaci glitter i dzięki flirtowi z disco. Obecnie, nawet koncerty takich tuzów rocka, jak Springsteen, przestały być fenomenem. Stały się czymś okazjonalnym. A jednak niepozbawionym impetu i iskry – tego wszystkiego, co decyduje o witalności, a nawet o radości, jaką niesie ze sobą rock.

*

*

* Artykuł “The Boss – sybaryta pełen lęków”, który stanowi powyższy wpis, ukazał się w ramach cyklu “Rock i okolice”, jaki prowadziłem w latach 90-tych na łamach prasy polonijnej. W najbliższym czasie chciałbym na moim blogu zamieścić małą jego próbkę – kilka tekstów nawiązujących do fascynacji rockiem, który był bez wątpienia muzyką naszego pokolenia. W tekście odnoszę się do koncertu Bruce’a Springsteena, który miał miejsce w podchicagowskim World Music Theatre, 2 września 1992 roku. (Artykuł opublikowany został na łamach „Dziennika Chicagowskiego”.)

 

Reklamy

Komentarzy 15 to “„THE BOSS” – BOGACZ W KOSZULI BIEDAKA”

  1. Simply Says:

    Bardzo lubię te jego surowe, archaiczne płyty, jak ,,Nebraska” czy ,,Ghost of Tom Joad”, z drugiej strony nigdy nie zapomnę prawdziwie pirotechnicznego, dublinskiego koncertu z big bandem z 2007, gdzie Springsteen interpretuje folkowe songi spopularyzowane prze laty przez Pete’a Seegera.
    Ale gdybym miał wybrać jedna piosenkę, byłaby to ,,I’m on Fire” z Born in USA, z pełnym romantycznego minimalizmu teledyskiem Johna Saylesa, gdzie Bruce całkiem fajnie przyaktorzył :)
    Cieszy fakt, że gość jest dalej w formie, czego dowodem ,,Wrecking Ball” sprzed roku.

    • Logos Amicus Says:

      Wygląda na to, że Springsteen jest zawsze w dobrej formie i to już od 40 lat.
      Ja go bardzo polubiłem dopiero w latach 80-tych, zwłaszcza kiedy przysłano mi ze Stanów jego Box z pięcioma płytami: „Bruce Springsteen & the E Street Band Live/1975-85”. Była tam cała masa fantastycznych nagrań koncertowych (40 kawałków!) A Boss jest na koncertach świetny – zarówno jako performer, jak i wokalista.
      Bardzo ciekawe są także jego teledyski (mam ich wybór na półce pod ręką – sięgam po nie dość często).

      A propos tego co piszesz o Johnie Saylesie i jego filmiku z Brucem. Znalazłem w sieci ciakawy wywiad z tym reżyserem. Może przytoczę jego mały fragment, odnoszący się właśnie do kręcenia „I’m on Fire”:

      Q: For “I’m on Fire”, you have a storyline. How was that developed?
      BS: With “I’m On Fire,” it’s a very unusual song to get on the air, first of all. In Bruce Springsteen’s work, it reminds me most of “Because The Night”, which he didn’t even have on an album until he started doing compilation things later on. That song was always a highlight when he’d perform it, and it has a heat to it, a driving quality to it. And “I’m On Fire” is a really well-crafted song. It’s got a tone to it that is really kind of unique. For “I’m on Fire” and “Glory Days,” the songs are basically stories, and Bruce had some ideas on what the story in the videos would be. I tend to say that those are the only two movies I’ve made as a director for hire. I came up with shots and stuff like that, but Bruce had a real idea of what he wanted the video to be. They were good ideas, and they were fun to work on.
      Q: How did you know that Bruce would be such a good actor on camera?
      BS: I think the fact that he was interested and willing to do it made me feel comfortable with it. This is a guy who people have been trying to lasso and drag into the movies for years by that time. You’d have to talk to him about this, but he’d been resisting it. I think he really understood the character, and that’s a big thing with an actor. And he doesn’t have to talk much! It’s a brooding character in a brooding song. I think he really understood that about the guy. That part I wasn’t worried about. I never call people “non-actors,” I call them “new actors”. New actors understand one thing, and if they are storytellers and show up and say they think they can do this, that’s a good indication that they’re going to be okay. You’re not asking them to do something that they are not mentally prepared to do, and I think it came down to the fact that he really understood the character.
      Q: We never see the girl’s face in “I’m On Fire”. Was that your idea?
      BS: The song is so much in the character’s head that I didn’t think that she should be a character, that she should almost be iconic. So the legs belong to a model who we hired, and the voice is Maggie Renzi, who was the producer of the videos [she is also Sayles’ creative and life partner]. It’s a moody, moody song. So much of it is about the internal mood of this guy. I’d say my major contribution to it is that if Bruce Springsteen was going to play a character and have an entrance, it should be kind of a working-guy entrance, so I have him slide out from under the car. So many of his songs are about a social distance between people.

      Cały wywiad przeczytać można TUTAJ.

      * * *

      Jeszcze coś… Swoim komentarzem przypomniałeś mi inny kawałek Springsteena ze słowem „fire” w tytule – a mianowicie… „Fire” ;) Bardzo lubię zwłaszcza jego nagranie koncertowe (gdzie Bruce, nota bene, także wykazuje spory talent aktorski, budując niesamowite napięcie – a ponadto, jest to chyba najbardziej naładowany erotycznie jego występ ;) )

  2. Arek Says:

    Bruce Springsteen to ikona muzyki. Niesamowity głos, ponadczasowe teksty, wspaniała muzyka.
    Mógłbym to napisać o Micku Jagger’rze z Rolling Stones’ów, Bobie Dylanie, Axelu Rosie, czy innym Morrisonie, ale stwierdzam że to jest najlepszy twórca w historii muzyki. Nie bez powodu mawia się o nim The Boss.
    W ubiegłym roku znalazł się na drugim miejscu w rankingu sprzedaży płyt. Wiem, że to żaden argument, ale ludzie nadal chcą go słuchać, pomimo tego, że tworzy muzykę od ponad 30 lat.
    Odaje mu hołd, drugiego takiego nie było i pewnie nie bedzie. Ave Bruce.
    Jak ktoś już kiedyś napisał, jest to głos Ameryki.

    • Logos Amicus Says:

      Zgadzam się niemal ze wszystkim – nawet z tym, że głos Springsteen jest/był głosem Ameryki (trzeba zaznaczyć, że bardzo dobrym głosem – i to zarówno jeśli chodzi o brzmienie, jak i o to, jakie treści wyraża).
      I był to głos tak oryginalny, że trudno jest porównywać go z jakimkolwiek innym (Jagger, Dylan, Morrison…)

  3. Simply Says:

    No dokładnie, skoro wymyślił piosenkę, która opisuje bardzo szczególny stan emocjonalny, to nie trzeba go było reżyserować. On już ma to w sobie przeżyte i przepracowane. Super pomysł, że kobieta nie zostaje pokazana: widzimy ją tylko jego oczami.

    • Logos Amicus Says:

      A ściślej: nie jest pokazana twarz kobiety – wystarczyły… nogi i zmysłowy głos. Bo to właściwie nie chodziło o konkretną osobę, a o wyobrażenie kobiety (w głowie mechanika samochodowego), która jest nieosiągalna wskutek klasowej przepaści, jaka go od niej dzieli.

      Warto zaznaczyć, że Bruce Springsteen pochodzi z Newy Jersey, czyli ze stanu uważanego za plebejski – zamieszkały przez zwykłych ludzi, zdystansowany wobec klasy wyższej (obecny gubernator Chris Christie, to właśnie taki „swój chłop” – nota bene w ostatniej „Polityce” poświęcono mu cały artykuł). A to jednak zawsze miało wpływ na to, co śpiewał, jak się zachowywał…

  4. Simply Says:

    Tam się nawet zwyczajowo drze łacha z ludzi z New Jersey, tak jak we Francji z Belgów, w Anglii z Australijczyków a w Warszawie z Wąchocka.
    Muzyka i przekaz Springsteena przede wszystkim łączy, tak kolejne generacje, grupy społeczne, jak różnej maści fanów muzyki. Boss jest, jak Levisy :D Albo, jak Johnny Cash.

  5. zochna b Says:

    Ostatnimi czasy mocno podsłuchuję tego pana :))
    Z odtwarzacza nie schodzą takie utwory jak: Sad eyes, Fire, Hungry heart, Cover me, Glory days oraz Waitin’ for sunny day.
    A kawałek Fire tylko w koncertowym, śmiesznym wykonaniu.
    Boski jest tu Bruce ;))
    Nie jestem wielką fanką twórczości Bossa, ale te utworki oraz kilka innych (Streets of Philadelphia, Born in the USA, Dancing in the dark, Human touch, Missing, Prove it all night) naprawdę mi przypasowały i ostatnio wręcz nałogowo ich słucham. Ma coś w głosie przyciągającego ten Bruce :))
    A co do jego udziału w USA for Africa – bezkonkurencyjny głos, praktycznie nie otwierał ust, a z gardła wydobywały się dźwięki przy których każdy inny musiałby się nieźle powykrzywiać i napocić. Nieźle wyrobiona przepona :) no i dar od Bozi :))

  6. drex Says:

    Jeszcze ciekawostka – uliczny występ Bossa na ulicy w Kopenhadze w 1988.
    Podobno Bruce przed swoim koncertem spacerował po ulicach duńskiej stolicy, gdy zauważył ulicznych grajków grających jego utwory. Co zrobił? Pożyczył od nich gitarę i dołączył się do występu…a ktoś ten mini koncert nagrał:

  7. Kinga Says:

    the bosski. miałam przed laty winyl ‚nebrasca’ i słuchałam w kółko w mojej, zimnej i ciemnej chałupie. podobno prawdziwi fani nie lubią tego albumu, ale co mi tam.

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiem kim są „prawdziwi” fani Springsteena, ale faktem jest, że „Nebraska” to jeden z najbardziej uznanych (krytycznie) albumów w dyskografii „Bossa”. Jednak prawdą jest to, że różni się on zdecydowanie od innych jego płyt – choćby z tej przyczyny, że jest niczym innym jak nagraną przez samego Springsteena (solo) wersją demo płyty, która miała być następnie nagrana razem z zespołem. W końcu uznano, że demo jest lepsze od wersji zorkiestrowanej i wypuszczono krążek w tej wersji surowej. Zaskoczyło to wszystkich (Springsteen był przecież wówczas na komercyjnej fali) ale jednak „chwyciło”.

      Boss zazwyczaj emanuje (czasami nawet – zwłaszcza na koncertach – eksploduje) pozytywną energią, ale akurat klimat tej płyty jest raczej depresyjny (może dlatego tak dobrze ona brzmiała w „zimnej i ciemnej chałupie” ? ;)

      • Kinga Says:

        Bardzo dobrze brzmiała. Dobrze oglądało się również ‚The Indian Runner’ Penna. Takie to były casy Panocku… zimne, ciemne, pirenejsko-tatsane. Syrcowa doloroza była, syrce stygło, a Brus śpiwoł ‚Laska Nebrasca’.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s