OSCARY 2019, czyli co jest grane?

.

Zgadywankę kto w tym roku zdobędzie Oscary pozostawiam innym. Zamiast tego chciałbym pokrótce zaprezentować nominowane do tej nagrody filmy oraz ich twórców w najważniejszych kategoriach. Tych, którzy chcieliby czegoś więcej dowiedzieć się o filmach nominowanych do Oscara dla najlepszego filmu roku, zapraszam do przeczytania moich recenzji: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, „A Star is Born” i “Vice”. Tutaj pozwolę sobie zamieścić kilka luźnych uwag, abyśmy mieli lepsze rozeznanie w tym, co będzie na uroczystości rozdania Oscarów grane.

.

.

NAJLEPSZY FILM „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, „A Star is Born”, “Vice”

.

W tym zestawie uderza nie tyle wybitność filmów, które się w nim znalazły (może z dwoma wyjątkami, ale o tym za chwilę), co ich niezwykła różnorodność z jednej strony, oraz przynależność do kina rozrywkowego (z jednym wyjątkiem – wszyscy chyba domyślają się jakim) z drugiej. Nie ulega wątpliwości, że Oscary są upolitycznione – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony. Osobiście jednak uważam, że oceniając wartość jakiegoś filmu (a z czymś takim mamy do czynienia w przypadku rozdawania Oscarów) powinno się to robić w kategoriach sztuki kina, a nie mieszając do tego politykę. Niestety, z wyjątkiem „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite” i „A Star is Borne” wszystkie pozostałe filmy – jak się okazało – nie zdołały uniknąć politycznych afektów, kwasów i odniesień.

Nie dziwię się, że stało się tak w przypadku „Vice”, czyli filmu politycznego par excellance. Tym bardziej, że była o biografia Dicka Cheneya opowiedziana przez kogoś, kto nie znosi Republikanów – a zwłaszcza „neoconów”, którzy rozpętali wojnę na Bliskim Wschodzie. Jednak McKay zrobił z tego bardziej satyryczną komedię niż zjadliwy paszkwil, posługując się przy tym dość powszechnie znanymi faktami, tym samym wytrącając z ręki broń swoim politycznym adwersarzom, choć nie unikając zarzutów o spłycenie postaci najbardziej wpływowego wiceprezydenta w historii Stanów Zjednoczonych.

Muszę się przyznać, że obawiam się nieco pisania tutaj o filmach, które w jakiś sposób powiązane są z problemem rasowym. Bo jeśli wspomnę tutaj o moich zastrzeżeniach wobec „Black Panther”, czy „BlacKkKlansman”, to ktoś gotów jest zarzucić mi… nie tylko brak politycznej poprawności, co wręcz krypto-rasizm. A tymczasem ja uważam, że np. wynoszenie pod niebiosa „Czarnej Pantery” ma swoją przyczynę również w tym, że ten film zrobili niemal wyłącznie twórcy o czarnym kolorze skóry (co, nawiasem mówiąc, rzeczywiście jest wspaniałym ewenementem). Tyle, że – abstrahując od jego doskonałości technicznej i walorów widowiskowych bluckbustera – nie jest to film wybitny, jeśli chodzi o jego zawartość myślową (scenariusz opowiada historię banalną, infantylną i dość absurdalną). Moim zdaniem filmem znacznie lepszym pod tym względem jest „BlacKkKlansman” Spike’a Lee. I mimo tego, że jego głównym tematem jest rasizm, to posiada on przy tym wiele zalet filmu rozrywkowego, więc ogląda się go bardzo dobrze. Przy czym, wcale nie musimy podzielać politycznego radykalizmu reżysera (znanego choćby z jego publicznych wystąpień), który jednak w pewnym stopniu przedostaje się do „BlacKkKlansmana”, co dla jednych jest zupełnie zrozumiałe, dla innych zaś – nieco bardziej problematyczne.

Niestety, nawet „Green Book” – film wydawałoby się zupełnie „nieszkodliwy” jeśli chodzi o nawiązanie rasowe, a wręcz przeciwnie – zbliżający do siebie rasy i przedstawiający czarnoskórego, który przewyższa białego intelektem, kulturą i zdolnościami – nie ustrzegł się kontrowersji, które jednak wydają mi się tak niedorzeczne, że nie myślę się tutaj o nich rozwodzić. Według mnie jest to bardzo dobre kino rozrywkowe, mimo że zrobione tak trochę „po publiczkę”.

To ostatnie zdanie mogłoby mi też posłużyć do opisania filmu „A Star is Born”, który – przyznaję – oddziałał na mnie jeszcze bardziej emocjonalnie niż „Green Book”. Bradley Cooper – ryzykując wiele! – wziął się za odgrzanie historii, którą w kinie przerabiano już ze cztery razy i muszę przyznać, że udało mu się to znakomicie – i to na wielu poziomach, łącznie z zagraniem jednej z głównych ról, czy obsadzeniem w charakterze swojej partnerki Lady Gagi.

W muzyczne rejony przeniosła nas również „Bohemian Rhapsody” – biografia Freddiego Mercury, którą przyjęto różnie, ale dla fanów zespołu Queen była to prawdziwa uczta, bo z ekranu (a właściwie z głośników), spłynęła na nich kaskada dźwięków, mogąca wprowadzić ich w euforię. Wprawdzie nikt nie może zastąpić prawdziwego Freddiego, ale wcielający się weń Rami Malek poradził sobie z tym całkiem nieźle, a już na pewno bardzo się nad tą rolą napracował.

Ponad całą tę rozrywkę wyrastają według mnie dwa filmy: „Faworyta” oraz „Roma”, choć na tym pierwszym też można się znakomicie bawić. Świetność „Faworyty” wynika z trzech rzeczy: znakomitej gry aktorskiej, doskonałego scenariusza i robiącej wielkie wrażenie oprawy plastycznej (fantastyczne kostiumy i scenografia). Film historyczny (akcja dzieje się na dworze królowej Anny, w XVIII-wiecznej Anglii), ale z zupełnie współczesnym zacięciem, jeżeli chodzi o ekspresyjność głównych postaci – trzech kobiet, które zwierają się tutaj w mocnym psychologicznym i emocjonalnym klinczu.

I wreszcie „Roma” – prawdziwy fenomen kina ostatnich miesięcy. Ja wiem, że to wygląda tak, jakby na punkcie tego filmu wszyscy zwariowali, ale rzeczywiście jest to obraz niezwykły i już teraz można chyba powiedzieć, że wybitny – bez względu na to, ile wpompowano w jego promocję i że to zrobił Netflix. „Roma” posiada wszelkie cechy kina art-house’owego, ale potrafi głęboko przeniknąć w głąb wrażliwości widza, który… zdoła na tym filmie dotrwać do jego końca. Oczywiście to jest żart, bo ja np. nie nudziłem się na „Romie” ani minuty (i nie chcę przez to powiedzieć, żem taki mądry i wyrafinowany) – bowiem zachwyciła mnie nie tylko forma tego filmu, ale i poruszyła jego zawartość. Coraz trudniej jest we współczesnym kinie o dzieło, które byłoby takim unikatem, jak „Roma”.

* * *

Christian Bale, Bradley Cooper, Willem Dafoe, Rami Malek, Viggo Mortensen

.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY Christan Bale („Vice”), Bradley Cooper („A Star is Born”), Willem Dafoe (“At Eternity Gate”), Rami Malek (“Bohemian Rhapsody”), Viggo Mortensen (“Green Book”)

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY Mahershala Ali („Green Book”), Adam Driver („BlacKkKlansman”), Sam Elliott („A Star is Born”), Richard E. Grant (“Can You Ever Forgive Me?”), Sam Rockwell (“Vice”)

.

Jeśli chodzi o aktora w roli pierwszoplanowej, to głównymi rywalami do Oscara są tutaj Christian Bale i Rami Malik, choć pozostała trójka stworzyła kreacje znakomite (i według mnie lepsze od Malika, choć niedorównujące – z wyjątkiem może Mortensena – Bale’owi). Transformacja – nie tylko cielesna, ale i psychologiczna – jakiej dokonał Christian Bale w „Vice” robi ogromne wrażenie i nie wahałbym się ją nazwać genialną. Wprawdzie scenariusz nie pozwala mu odsłonić całej głębi charakterologicznej Dicka Cheneya, ale może rzeczywiście ten pozbawiony charyzmy polityk był w rzeczywistości takim nieskomplikowanym, ale żądnym władzy karierowiczem i technokratą, jakim przedstawia go Bale (a raczej autor scenariusza MacKay)?

Moim zdaniem wcale nie gorzej wypadł jednak  Viggo Mortensen, który w „Green Book” nie mniej organicznie przepoczwarzył się w nowojorskiego „makaroniarza” (podobnie jak Bale’a trudno mi go było w tej roli rozpoznać) i wraz z Mahershalem Ali stworzył w tym filmie koncertowy duet, równie wzruszający co zabawny.

Bradley Cooper wypadł w swoich „Narodzinach gwiazdy” jak zwykle, czyli świetnie. Ale zaskoczył choćby tym, że – nauczywszy się dla potrzeb tego filmu gry na gitarze i śpiewania w country-rockowej kapeli – całkiem wiarygodnie zabrzmiał w nagraniach koncertowych (zarejestrowanych na żywo!) Wprawdzie postać jaką stworzył na ekranie zalatywała nieco kliszą rockmana-alkoholika, to jednak dzięki chemii jaka zaistniała między nim a Gagą (nie tylko seks, ale i serce!) nie mieliśmy problemu uwierzyć w ten ich tragiczny romans, a nawet przejąć się nim wielce.

Wprawdzie za Rami’ego Malika śpiewał w „Bohemian Rhapsody” Freddie Mercury, a on sam „tylko” skakał po scenie i poruszał ustami (męcząc się z niewydarzoną protezą udającą cztery dodatkowe siekacze Freddiego) to jednak w filmie „Bohemian Rhapsody” aktor ten napracował się niewąsko, bo zagrać pop-kulturową legendę nie jest tak łatwo, zwłaszcza jeśli się to robi do tak schematycznego scenariusza i z reżyserem, którego ciągle nie ma na planie. Muszę się przyznać, że w Maliku brakowało mi tej charyzmy Freddiego – większej dynamiki poruszania się po scenie, mniejszej dziecinady w codziennym zachowaniu – lecz nie przeszkadzało mi to w dobrym odbiorze tego filmu, a zwłaszcza słuchaniu doskonałej muzyki, jaką stworzył zespół Queen.

Adam Driver nie zapadł mi jakoś w pamięć, Sam Elliot zagrał właściwie siebie, ale już Richard E. Grant zdecydowanie się spośród nich wyróżnił, wchodząc w skórę geja-utracjusza-narkomana-dandysa i wypełniając ją duszą (szkoda tylko, że zagrał w filmie, którego nikt prawie nie wdział). Sam Rockwell w „Vice” nie miał chyba tak trudnego zadania, bo co to za sztuka sparodiować George’a W. Busha? A poza tym pojawił się w filmie zaledwie w paru scenach. (Z tą parodią to jednak trochę przesadziłem, bo jego W. był jednak bardziej przekonujący, niż karykaturalny, i Sam naprawdę nie ma się czego wstydzić, a wręcz przeciwnie).

Na temat kreacji Willema Dafoe się nie wypowiadam („At Eternity Gate” to jedyny film jakiego nie widziałem, choć bardzo chciałem), ale znając tego aktora nie wątpię, że zmajstrował on coś szczególnego.

* * *

Yalitza Aparicio, Glenn Close, Olivia Colman, Lady Gaga, Melissa McCarthy

.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA Yalitza Aparicio („Roma”), Glenn Close („The Wife”), Olivia Colman („The Favourite”), Lady Gaga (“A Star is Born”), Melissa McCarthy (“Can You Ever Forgive Me?”)

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA Amy Adams („Vice”), Marina de Tavira („Roma”), Regina King („If Beale Street Could Talk”), Emma Stone (“The Favourite”), Rachel Weisz (“The Favourite”)

.

Zacznę może od aktorek drugoplanowych, bo ta kategoria to jeden wielki „mess”. Przede wszystkim nie wiem co tutaj robią Emma Stone i Rachel Weisz, bo stworzone przez nie kreacje zdecydowanie bardziej należą do kategorii Actress in a Leading Role, wyróżniając się ponadto spośród wszystkich wymienionych wyżej pań i jedyna Glenn Close w „The Wife” zagrała równie doskonale co one (Oscar murowany). To nie znaczy jednak, że pozostałe aktorki znalazły się w obu tych kategoriach przypadkowo, zwłaszcza Olivia Colman. Nie, Melissa McCarthy, Amy Adams, Regina King a nawet Lady Gaga wykazały się doskonałym rzemiosłem – ich nominacje nie dziwią, tym bardziej, że już od dawna cieszą się famą aktorek z pierwszej ligi.

Odnoszę wrażenie, że Marinie de Tavira bardzo pomógł w otrzymaniu nominacji niebywały hype, jaki się wytworzył wokół „Romy”, bo gdyby nie to, to pewnie nikt z Akademików nie zwróciłby na nią uwagi (każdego roku w światowym kinie powstają setki znakomitych ról). Trochę podobnie jest z Yaliztą Aparicio, ale dość niezręcznie mi jest o tym pisać, bo ja tę kobietę bardzo polubiłem (lecz niekoniecznie jako aktorkę). Yalitza jest amatorką-naturszczykiem, do filmu Cuaróna trafiła przypadkowo, oczekując na otrzymanie pracy przedszkolanki. Ma w „Romie” kilka wzruszających scen, gdzie wypadła bardzo naturalnie, ale żeby od razu Oscar? Choć ja w sumie się z tego sukcesu Yalitzy cieszę, bo wolę, żeby to ona była celebrowana, a nie jakiś zawodowy celebryta, który hołdów ma w swoim życiu po pachy. Ponadto stała się ona swego rodzaju ambasadorem rdzennych Meksykanów, co jest samo w sobie cenną wartością, ale to wszystko należy przecież do sfery poza-filmowej.

Jak już wspomniałem, wszystko wskazuje na to, że Oscara otrzyma Glenn Close i to nie dlatego, że mimo siedmiu bodajże dotychczasowych nominacji, złotej statuetki do tej pory nie dostała, choć niejedną świetna rolę zagrała a jej dorobek aktorski jest doprawdy imponujący… No może z tych powodów też, ale faktem jest, że jej wystąpienie w „The Wife” (o którym to filmie, gdyby był bez niej, już dawno by zapomniano) było naprawdę wybitne – moim zdaniem najlepsze w kinie amerykańskim ubiegłego roku.

O tym już napomknąłem, ale nie zaszkodzi powiedzieć to jeszcze wyraźniej: aktorskie mistrzostwo świata osiągnęły w „Faworycie” Olivia Colman, Rachel Weisz i Emma Stonne, ale niestety – a series of unfortunate events spowodowała, że nie przełoży się to na Oscary (choć w kategorii Actress in a Supporting Role wszystko się może zdarzyć). Jednakże, prawdę mówiąc, czy jest to aż takie ważne wobec faktu, że te fantastyczne role powstały, poszły w świat i zostały uwiecznione w nad wyraz nietuzinkowym filmie?

Nie chce mi się za bardzo ruszać przypadku Reginy King (dobre wystąpienie w filmie „If Beale Street Could Talk”, który Akademia pozostawiła raczej w spokoju), bo nie wiem, ile w tym wyróżnieniu jest koniunktury, lecz nie sposób czegoś więcej nie napisać o zaskakująco dojrzałym debiucie Stefani Germanotti, która fanom muzyki pop znana jest jako Lady Gaga – dość teatralna persona, skrywająca się za maską efekciarstwa i bombastycznonści. Na szczęście Bradley Cooper wybił jej z głowy aplikację wszelkiej sztuczności do swojego filmu i Stefani zagrała bardzo naturalnie i ujmująco, choć wyraziście i dobitnie. I oczywiście z Bradleyem przebojowo zaśpiewała, co niewątpliwie przyczyniło się do sukcesu „Narodzin gwiazdy”, który bez takiej dobrej muzyki nie byłby możliwy.

* * *

Paweł Pawlikowski, Yorgos Lanthimos, Spike Lee, Adam McKay, Alfonso Cuarón

.

NAJLEPSZY REŻYSER Spike Lee („BlacKkKlansman”), Paweł Pawlikowski („Cold War”), Yorgos Lanthimos („The Favourite”), Alfonso Cuarón (“Roma”), Adam McCay („Vice”)

.

Jeśli chodzi o tę kategorię, to powiedzmy sobie szczerze, że były lepsze lata. Oczywiście, że cieszy nominacja dla Pawła Pawlikowskiego za „Zimną wojnę”, ale ja miałem co do tego filmu tyle zastrzeżeń, że czuję z tego powodu pewien dyskomfort, bo osobiście nie uważam, że Pawlikowski wyreżyserował ten film dobrze (i myślę, że była to również wina źle napisanego scenariusza). Wiem, że tymi stwierdzeniami narażam się licznym wielbicielom tego filmu, no ale cóż mam począć – obłudnie chwalić albo całą rzecz przemilczeć? Nie chcę tego robić, a i jest już na to za późno, bo moja recenzja została opublikowana nie tylko na mojej stronie autorskiej, ale i w prasie polonijnej. Długą rozmowę na temat „Zimnej wojny” przeprowadziłem również ze znanym krytykiem filmowym Zbigniewem Banasiem (jej fragmentu można wysłuchać tutaj). Mój główny zarzut wynikał z tego, że Pawlikowskiemu nie udało się wiarygodnie opowiedzieć tej historii, a estetyka filmu okazała się ważniejsza od jego fabularnej treści.

Mogłoby się wydawać, że podobnie koneserski – i snobistyczny – film nakręcił Alfonso Cuarón, ale wbrew pozorom jego „Roma” jest tak odmienna od „Zimnej wojny”, że mógłbym tu napisać o tym sążnisty elaborat, ale to sobie (i ewentualnemu Czytelnikowi) daruję. Bo to, że oba filmy posługują się obrazem czarno-białym, to tylko bardzo powierzchowne podobieństwo. Przede wszystkim „Roma” – mimo kadrowego piękna i operatorskiej wirtuozerii – nie jest dziełem przeestetyzowanym. Dla Cuaróna najważniejszy był w tym wszystkim człowiek i ten autentyzm ludzkich relacji w jego filmie jest odczuwalny. Być może przyczynił się do tego fakt, że aktorzy dostawali od niego scenariusz dopiero w dniu kręcenia danej sceny, więc na planie filmowym zachowywali się tak, jak w życiu, w którym przecież nie mamy pojęcia co przyniesie następna chwila. To nie przypadek, że Cuarón nakręcił taki unikalny film, bo wszystkie jego dotychczasowe – jak np. „I twoją matkę też”, „Ludzkie dzieci”, czy zwłaszcza „Grawitacja” – jeśli nawet nie były doskonałe, to na pewno wyróżniały się swoją oryginalnością, a ponadto każdy z tych obrazów był zupełnie inny od pozostałych. Wszystkie były dobre, ale „Roma” jest wśród nich najlepsza – i to nie dlatego, że dostała aż 10 nominacji do Oscara (i zdobędzie co najmniej połowę z nich), ale dlatego, że jest to naprawdę film wybitny, który według mnie zapisze się w historii światowego kina.

Coś mi się wydaje, że Spike Lee znowu nie ma szczęścia, bo w tym roku – kiedy wreszcie mógłby dostać Oscara za reżyserię – trafił (podobnie jak inni kandydaci nominowanie w innych kategoriach) na zabójczą konkurencję w postaci Cuaróna i „Romy”. Sprawność reżyserska Spike’a Lee jest niewątpliwa i mimo, że w swoim filmie dosłownie żongluje on konwencjami, nieustannie zmieniając przy tym ton, to jego „BlacKkKlansman” pozostaje utworem spójnym, zachowującym ciągłość. Jest też niezłą rozrywką i choć głównym tematem filmu jest rasizm to Spike’a Lee nie opuszcza w nim humor, udzielający się też widzowi.

Bardziej niemiłosierny dla swoich bohaterów (czy też raczej bohaterek, bo w centrum jego filmu znajdują się panie) jest Yorgos Lanthimos, który miał o tyle łatwiej w stworzeniu filmu wybitnego (jakim niewątpliwie jest „Faworyta”), że dysponował doskonałym scenariuszem oraz aktorkami, które swoją brawurą mogły zakasować całą resztę koleżanek po fachu. Ale ten Grek jest twórcą filmów naprawdę intrygujących i choć „Faworyta” nie jest tak surrealnie odjechana, jak np. „Lobster” czy „Zabicie świętego jelenia”, to ekstrawagancki i prowokując styl Lanthimosa jest w tym filmie bardzo wyczuwalny, ale – co ciekawe – ta osobliwość nie odpycha, a wręcz przeciwnie – ma w sobie nieodpartą moc atrakcji.

Reżyserskim oryginałem jest również Adam McKay i chociaż „Vice” nie ma chyba takiej finezji jaką miał jego wcześniejszy film „The Big Short”, to jednak ta polityczna satyra, jaka jest „Vice”, będąca czymś w rodzaju biografii Dicka Cheneya i anty-republikańską filipiką, sprawdza się w kinie całkiem nieźle, zwłaszcza dla tych, którzy podzielają liberalne poglądy MacKaya i jego awersję do neo-konserwatystów z administracją Busha na czele. Reżyser nakręcił „Vice” w tym samym stylu, co „The Big Short”, który polega na aplikacji przeróżnych elementów – zbitek montażowych, przeskoków w czasie, mieszania dokumentu z fikcją i powagi z komedią. Przy czym to wszystko nie przytłacza widza, a film nie traci lekkości, zyskując na erudycyjności. Wygląda na to, że w tym stylu McKay czuje się najlepiej, wyrażając się interesująco i elokwentnie, co znalazło uznanie nie tylko widzów, ale i amerykańskiej Akademii filmowej.

PS. W komentarzach zabawiłem się jednak w zgadywankę, kto zdobędzie Oscara. Ciekaw jestem ile będzie trafień, a ile pudeł… czego dowiem się już w najbliższą niedzielę, 24 lutego.

*  *  *

Recenzje filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Vice”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

„NARODZINY GWIAZDY”

.

Kontynuując serię recenzji filmów, które znalazły się w tegorocznej Oscarowej puli (w kategorii Best Picture), przyszła kolej na „Narodziny gwiazdy” – jedną z największych niespodzianek kinowych ubiegłego roku.

.

Lady Gaga i Bradley Cooper w filmie „Narodziny gwiazdy

.

„NARODZINY GWIAZDY” („A Star is Born”, reż. Bradley Cooper)

Film, który emocjonalnie oddziałał na mnie chyba najmocniej z wszystkich filmów, jakie obejrzałem w ubiegłym roku. Kiedy zaraz po projekcji ktoś zapytał się o moje wrażenia, odpowiedziałem: nerve wrecking, heart breaking, tear jerking, bo rzeczywiście ładunek uczuciowy w tym filmie był ogromny i to on moim zdaniem zadecydował o powodzeniu „Narodzin gwiazdy” wśród widzów.
Oczywiście, nie miałoby to miejsca, gdyby Bradley’owi Cooperowi (który nie tylko film wyreżyserował, ale i wystąpił w nim w jednaj z głównych ról) nie udało się wiarygodnie ukazać na ekranie tragicznej miłości dwojga bohaterów, którymi byli tutaj: Jackson „Jack” Maine (Cooper), niszczony alkoholizmem idol rocka oraz grana przez Lady Gagę Ally – kelnerka, w której Jack odkrywa wielki muzyczny talent. Pomaga on jej uwierzyć w siebie, namawia do pisania piosenek i wręcz zmusza do tego, by zamiast produkowania się w obskurnych nocnych klubach, zaśpiewała z nim przed stadionowym audytorium.

Historia ta wielokrotnie przenoszona była na ekran (m.in. w pamiętnym filmie z udziałem Barbry Streisand i Krisa Kristoffersona) więc wielu z nas zna jej przebieg: podczas gdy Jack stacza się coraz bardziej, kariera Ally eksploduje, wynosząc ją do statusu gwiazdy. Jednakże w tym najnowszym remake’u opowieść ta nabrała niespodziewanej świeżości, więc można ją było przeżyć na nowo.

To, że Bradley Cooper jest dobrym aktorem, wiedziałem od dawna. O tym, że Lady Gaga (której estradowa persona podoba mi się umiarkowanie) potrafi zagrać tak znakomicie, dowiedziałem się dopiero tym razem. Wydaje mi się, że największym atutem filmu – oprócz warstwy muzycznej – jest autentyzm i intensywność relacji stworzonej na ekranie przez Lady Gagę i Coopera – chemia jaka się między nimi wyzwala, działa na nas jak narkotyk, i to od pierwszego ich zetknięcia się na ekranie.
To nic, że kreacja Coopera powiela cliché alkoholika i rockmana; to nic, że film jest przewidywalny jak banalny melodramat. Ta para na ekranie żyje, cierpi, kocha… i pozbawione jest to krzty sztuczności. Ten film tak łatwo można było położyć. Cooper o tym wiedział, a jednak zaryzykował – nie tylko dlatego, że sam po raz pierwszy wziął się za reżyserię; nie tylko dlatego, że postanowił sam śpiewać (a przy okazji nauczyć się gry na gitarze) a sceny swoich wystąpień koncertowych dla potrzeb filmu nagrywać na żywo… Nie… Jego największym ryzykiem było zaangażowanie do tego filmu Lady Gagi – która nie tylko nie miała żadnego doświadczenia w graniu większych ról, ale stworzyła w pop-kulturze postać tak sztuczną, efekciarską i przejaskrawioną, że głowa boli. Podobno pierwszą rzeczą, jaką Cooper zrobił przy castingu, było zmycie makijażu – tych wszystkich pudrów, kremów i szminek – z twarzy Stefani Germanotta (jak brzmi prawdziwe nazwisko Lady Gagi). Całe szczęście, bo na ekranie zobaczyliśmy normalną, naturalną dziewczynę… wprawdzie o przeciętnej urodzie, ale mającą w sobie taki urok, że kiedy Bradley mówił jej, że jest piękna – wpatrując się w nią maślanym, deczko rauszowym wzrokiem – to można mu było wierzyć, a nawet piękno Ally samemu dostrzec.

No i udało się! Wybór ten okazał się strzałem w dziesiątkę, bo Stefani nie tylko filmu nie zepsuła, ale – jak się wydaje – na wyższy jeszcze poziom wyciągnęła, o sprawdzeniu się jej kompetencji piosenkarskiej nie wspominając. Właśnie, to jeszcze jeden fenomen tego filmu: Lady Gaga stworzyła postać zupełnie do siebie niepodobną, choć nawiązującą do pewnej popowej konwencji własnej kariery. Gdyby bowiem chciała zagrać siebie taką, jaką wystawia na widok publiczny w show-businessie, to pewnie nic by z tego filmu nie wyszło. A tak najlepiej brzmią piosenki, które śpiewa w stylu zbliżonym do tego, jaki uprawia Bradley – czyli bez tej całej cudacznej choreografii i popowej pompy.
Muzyka jest bardzo mocną stroną „Narodzin gwiazdy”. Abstrahując od jej rzeczywistej wartości (to co gra i śpiewa Cooper jest zwykle bardzo dobre, ale miejscami uszu nie urywa; Lady Gaga czasami jest zbyt krzykliwa, ale są momenty, kiedy jej interpretacja nas przeszywa i zapada w głąb duszy) ścieżka dźwiękowa filmu brzmi w kinie rewelacyjnie. Jest znakomitym dopełnieniem obrazu, dodatkowo wzmacniając nasze emocje.
Bardzo dobrze sprawdza się również styl, jaki zastosował autor zdjęć Matthew Libatique („Black Swan”, „Requiem for a Dream”). Bliskie ujęcia twarzy sprawiają, że czujemy obecność Ally i Jacka niemalże intymnie. Świetne jest wykorzystanie światła i koloru. Sposób fotografowania doskonale współgra z tym, co się dzieje przed kamerą. Niewątpliwie to wszystko przyczynia się do autentyzmu tego, co w konsekwencji widzimy na ekranie. W ten film włożono nie tylko ogrom serca, ale i wiele filmowego kunsztu.

Zastanawiam się co sprawia, że tę prostą a jednocześnie niezmiernie smutną historię chcą opowiadać kolejne pokolenia twórców kina, a widzowie oglądać i słuchać? Na czym polega jej uniwersalizm? Najbardziej oczywistą odpowiedzią byłoby wskazanie na miłość i śmierć, która tę miłość przerywa – odwieczne tematy ludzkich opowieści dotyczące właściwie nas wszystkich. Dochodzi do tego ambicja zdobycia sławy i cena, jaką często musi się za to zapłacić. Uświadomienie sobie, że ta sława jest jeszcze jedną iluzją, dla której jesteśmy gotowi poświęcić to, co w życiu najważniejsze, a często nawet i samego siebie; wreszcie, że potrzebujemy drugiego człowieka, a do największej tragedii dochodzi wtedy, kiedy nie możemy być z kimś, kogo naprawdę kochamy.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „Faworyta”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

OSCARY 2016, czyli co jest grane?

kilka luźnych uwag o tegorocznych nominacjach do Oscarów

.

Wszelkie zgadywanki co do szans otrzymania Oscarów w różnych kategoriach uważam za dość jałową rozrywkę, jednak moim zdaniem warto przyjrzeć się nominowanym filmom, aktorom i twórcom kina, bo pozwala nam to na ogarnięcie całego spectrum współczesnego kina popularnego na całym świecie. Nadal jest to oczywiście kino amerykańskie – z wszystkimi tego konsekwencjami. Robię to rzadko, ale tym razem chciałbym dorzucić swoje trzy grosze – podzielić się moimi uwagami dotyczącymi tych nominacji. Będzie to bowiem okazja do wyrażenia opinii na temat tych filmów i kreacji, które widziałem, a którym nie poświęciłem osobnych wpisów. A muszę zaznaczyć, że obejrzałem niemal wszystkie wymienione poniżej filmy, co w pewnym sensie usprawiedliwia moje zabranie głosu w ich sprawie. Zajmę się jednak tylko kilka najważniejszymi kategoriami, bo omówienie wszystkich zajęłoby tu zbyt dużo miejsca.

.

Filmy nominowane do Oscara w kategorii Najlepszy Film

Filmy nominowane do Oscara w kategorii Najlepszy Film: „Most szpiegów”, „Brooklyn”, „Mad Max: Na drodze gniewu”, „Pokój”, „Spotlight”, „Big Short”, „Marsjanin”, „Zjawa”

.

NAJLEPSZY FILM – „Big Short”, „Brooklyn”, „Mad Max: Na drodze gniewu”, „Marsjanin”, „Most szpiegów”, „Pokój”, „Spotlight”, „Zjawa”

Trochę mnie dziwi to zestawienie, bo chyba tylko o dwóch z tych filmów będzie się pamiętać dłużej, niż jeden, dwa sezony. A co ciekawe – i paradoksalne – to to, że będzie się o nich pamiętać nie dlatego, że są to filmy najlepsze, zaś pozostałe gorsze (pisząc to abstrahuję od ich wartości artystycznej), ale dlatego, że taki jest mechanizm działania „pamięci zbiorowej” w kinie popularnym, w którym odciska się nie tyle to, co najlepsze, ale to, co najbardziej wypromowane i rozreklamowane. (To dlatego taśmowe produkcje „Gwiezdnych Wojen”, udające filmowe wydarzenia, odnoszą taką popularność, mimo że – z wyjątkiem pierwszej części – są powielaczami schematów, niewiele mającymi wspólnego z naprawdę dobrym kinem, które dla mnie zawsze jest czymś więcej, niż tylko bezrefleksyjną rozrywką. Nota bene Amerykańska Akademia Filmowa ma na tyle zdrowego rozsądku i samozachowawczego instynktu, że w swoich nominacjach niemal zupełnie pominęła ostatni odcinek „Gwiezdnych Wojen”. I dobrze, bo według mnie jest to przypadek czegoś w rodzaju prostytucji masowego kina, które traktowane jest jak maszyna do robienia wielkich pieniędzy.)
Te dwa filmy, które zapiszą się w zbiorowej pamięci, to według mnie „Mad Max” i „Zjawa”. Na szczęście tak się składa, że są to jednak pod pewnymi względami filmy wybitne – mechanizm promocji tylko im pomógł w zdobyciu popularności, zaś ich prawdziwa wartość kryje się w nich samych, niezależnie od publicznego aplauzu.

Tak, jak lubię filmy Alejandra G. Iñárritu – i tak, jak podobała mi się „Zjawa” – to jednak „Mad Maxa” muszę uznać za naprawdę zjawiskowy – dla mnie to niekwestionowany fenomen kina ostatnich lat. Sam się dziwię swojej rfeakcji na to widowisko, które jest niczym innym, jak kwintesencją „kina akcji”, z którego, jak mi się wydawało, z wiekiem trochę „wyrosłem”. To nie do wiary, ale właściwie cały film jest jedną wielką – trwającą bite dwie godziny – akcją. I to taką, która nie nuży, i której w żadnym momencie nie mamy dość. Po projekcji zastanawiałem się jak to było możliwe, by ten ostentacyjnie „dziwaczny”, pełen potwornych zabijaków i zrywający z fabułą obraz, tak przykuł moją uwagę, a co najważniejsze: dostarczył mi chyba największej frajdy („wizualno-sensorycznej”), jakiej doświadczyłem w kinie w całym ubiegłym roku. Myślę, że mogę to przypisać jego niezwykłej oryginalności. Właśnie: fenomen filmu George’a Millera polega według mnie na tym, że zachowując klasyczną konwencję „kina akcji”, wszystko pokazuje… inaczej. Sądzę, że wiem skąd to się bierze. Otóż z tego, że Miller, pakując się z „Mad Maxem” w typową formę hollywoodzkiego blockbustera, zrobił ten film całkowicie „po swojemu”, a tym samym w tradycji kina niezależnego (niewątpliwie pomogły mu w tym jego australijskie korzenie). Stąd ten niezwykły rezultat.

Ze „Zjawą” to już inna sprawa. Przyznaję, że byłem bardzo zaskoczony komercyjnym sukcesem tego filmu, jednak po początkowym entuzjazmie (bo życzę meksykańskiemu reżyserowi jak najlepiej i to od pierwszego jego filmu, którym był znakomity „Amores Perros”) zacząłem mieć wątpliwości, czy cały ten medialny szum i góra zarobionych przez „Zjawę” pieniędzy, wyjdą Iñárritu na dobre. Mam nadzieję, że go to nie zepsuje – że w głowie mu się od tej nagłej sławy nie poprzewraca – i nadal będzie autorem dobrego, niezależnego od komercji i presji producentów, kina.

Jeśli chodzi o inne filmy, to chyba najbardziej cenię z nich „Big Short”, który w czasie projekcji doprowadził mój mózg do intelektualnej gorączki, cały czas mnie zresztą zaskakując: a to rewelacyjnym montażem, a to błyskotliwością aktorów, a to sensacyjnym zacięciem, a nawet sarkazmem, który (co dziwne) podszyty był jakimś przywiązaniem do… prawości i prawdy (wartości zgoła pogardzanych i wyśmiewanych wręcz w środowisku rekinów finansjery, w których „Big Short” się porusza).

Zaraz koło „Big Short” stoi nieco podobny do niego w formie, choć już nakręcony bardziej „po bożemu” (czyli w tradycji kina „publicystycznego” w rodzaju „Wszystkich ludzi prezydenta”) film Toma McCarthy’ego „Spotlight”. Oczywiście cenię go, ale wydaje mi się, że zwrócił on na siebie uwagę bardziej tematem, którym się zajął (tj. „epidemią” pedofilii wśród księży), niż rzeczywistymi walorami artystycznymi, które nie tak bardzo znowu wyrastają ponad kinową przeciętność. To nie znaczy, że film ten nie jest skuteczny, czy też nietrafiony emocjonalnie (bo jest, i to nie tylko ze względu na temat, ale przede wszystkim dzięki niezłemu ansmablowi aktorskiemu, który zagrał w „Spotlight”) z tym, że za bardzo trzyma się on moim zdaniem schematu demaskatorskiego i antyklerykalnej mimo wszystko kliszy, według której Kościół Katolicki jest zepsutym do szpiku kości, hipokrytycznym monstrum, zdradzającym swoich wiernych i skrywającym pod sutanną wszelkie zboczenia. Na szczęście antyklerykalizm nie przeplata całej kanwy filmu i nie jest nawet wątkiem znaczącym, bo pierwszy plan zajmuje śledztwo prowadzone przez dziennikarzy „Boston Globe” i wydobywana na światło dzienne tragedia ludzi molestowanych przez swoich duchownych „wychowawców”, których seksualne przestępstwa tuszowane są nie tylko przez ich kościelnych zwierzchników, ale i środowiska katolickie oraz społeczno-polityczny establishment.

Kolejnym filmem trzymającym się tradycyjnego schematu (w tym przypadku: melodramatu) jest „Brooklyn”. To chyba najbardziej przyjemny w oglądaniu obraz z całej tej oskarowej Ósemki. I tak jak przyjemny, to jednak również konfekcyjny – z tym, że jest to konfekcja naprawdę dobrej jakości. Co ciekawe, scenariusz „Brooklynu” wydał mi się lepszy (bardziej kompleksowy, „zgrabniejszy”, „pełniejszy”…), niż scenariusz „Carol”, (o którym to filmie jeszcze tutaj wspomnę, chociaż nie „załapał” się do towarzystwa w tej grupie). Historia w „Brooklynie” z pozoru jest banalna (jednakże, czy dla kogoś, kto kocha, jego miłość jest banalna?) lecz ja, zamiast tego określenia, wolę tutaj użyć słowa „prostota”. Ponadto, w filmie jest sporo scen naprawdę pomysłowych, a więc przykuwających uwagę; fabuła zakreślona jest wyraźnie, nigdzie więc nie możemy się zgubić; przed naszymi oczami przewija się cała plejada ciekawych postaci (mnie nie przeszkadzało zbytnio pewne ich przerysowanie); no i ten wdzięk głównej bohaterki, imigrantki rozdartej między Europą a Ameryką – zagubionej momentami wśród niekontrolowanych porywów swojego serca.

Na podobnym poziomie kina gatunkowego i par excellence rozrywkowego stoi „Marsjanin” Ridley’a Scotta, który wprawdzie nie dorównuje takim wcześniejszym osiągnięciom reżysera, jak „Łowca androidów” czy „Obcy – ósmy pasażer Nostrono”, to jednak pozostaje solidną produkcją, która do kina science-fiction wnosi rys komediowy (nie tak często spotykany w tym genre). Muszę przyznać, że oglądało mi się „Marsjanina” bardzo dobrze, być może dlatego, że nie spodziewałem się dzieła na miarę „Odysei kosmicznej” Kubricka. Sądzę, że zgrano harmonijnie wszystkie elementy filmu (zwłaszcza te łączące dramat z komedią), dzięki czemu całość jest taka przyjemna dla oka (ale też i ucha, mimo dość ryzykownej aplikacji muzyki disco). Innymi słowy: jest lekko, łatwo i przyjemnie – wygląda na to, że Ridley Scott poszedł po najbardziej bezpiecznej ścieżce.

Prawdę mówiąc, to zdziwiła mnie obecność wśród tych tytułów „Pokoju”, obrazu (nomen omen) tak kameralnego, jak rzadko który film, nominowany kiedykolwiek w tej kategorii. Do tej pory nie wiem, jak się w tym gronie znalazł film, którego prawie nikt wcześniej nie widział. Jednak nie uważam, że stało się przez to coś złego, bo dzięki temu zwrócono na „Pokój” uwagę (nieco) szerszej publiczności. To dobrze, bo film Abrahamsona na tę uwagę jak najbardziej zasługuje. Moim zdaniem jest on zdolny wstrząsnąć widzem jeszcze bardziej, niż „Spotlight” (tak było ze mną) – i to posługując się znacznie skromniejszymi środkami (a może przez to bardziej wyrazistymi?) Film znakomicie buduje napięcie, składając się jakby z dwóch części… czy też raczej funkcjonując w dwóch różnych światach, (z których jeden to klaustrofobiczny pokój, gdzie więziona jest matka z dzieckiem, zaś drugi to świat ludzi wolnych, który przez swoją inwazyjność okazuje się jednak nie mniej restrykcyjny, choć nie pozbawiający człowieka nadziei). „Pokój” zmusza wręcz do myślenia, nie jest w żadnej mierze „rozrywką” skrojoną pod masowe „gusta”, ale też nie epatuje widza chwytami kina tworzonego tylko dla widowni art-house’owej czy festiwalowej. Innymi słowy: „Pokój” to chyba najmniej „oskarowy” film z wszystkich nominowanych w kategorii „Best Picture”.

Natomiast najbardziej „oskarowym” filmem okazało się być najnowsze dzieło Stevena Spielberga „Most Szpiegów”. Ewidentny według mnie anachronizm kinowy, ale byłbym niesprawiedliwy, gdybym napisał, że mi to podczas oglądania tego filmu na dużym ekranie przeszkadzało. Spielberg nadal jest wierny swojemu sentymentalizmowi i – pozostając niewyrośniętym dzieckiem – traktuje nas wszystkich jak dzieci. Ale przecież ma to swój urok, nawet wtedy, kiedy bierze się za historię szpiegowską (zdziwiłem się, kiedy się dowiedziałem, że scenariusz do „Mostu szpiegów” napisali Ethan & Joel Coen, bo zaiste nic w tym filmie coenowskiego nie dostrzegłem). Tak więc, w tym przypadku, popłaciło solidne hollywoodzkie rzemiosło, którego Spielberg jest chyba najbardziej prominentnym przedstawicielem, niemal już synonimem.

Patrząc teraz z dystansu na wszystkie te tytuły, dochodzę do wniosku, że większość z tych filmów, choć skazana na tę sławę raczej sezonową, to jednak mimo wszystko wyrasta ponad przeciętność. Każdy więc z tych filmów jest moim zdaniem warty obejrzenia. I bynajmniej nie przesądzają o tym ich nominacje do Oscarów, które uznać można za okazjonalny pretekst do tego, by się nimi zainteresować.

.

Leonardo DiCaprio, Michael Fassbender, Matt Damon, Eddie Redmayne, Bryan Cranston

Leonardo DiCaprio, Michael Fassbender, Matt Damon, Eddie Redmayne, Bryan Cranston

.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY – Leonardo DiCaprio („Zjawa”), Michael Fassbender („Steve Jobs”), Matt Damon („Marsjanin”), Eddie Redmayne („Dziewczyna z portretu”), Bryan Cranston („Trumbo”)

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY – Christian Bale („Big Short”), Mark Rylance („Most szpiegów”), Tom Hardy („Zjawa”), Sylvester Stallone („Creed: Narodziny legendy”), Mark Ruffalo („Spotlight”)

Oczywiście najwięcej zamieszania jest tutaj wokół Leonarda DiCaprio, który – mimo, że w swojej karierze ma co najmniej pół tuzina kreacji aktorskich będących mistrzostwem świata – do tej pory nie otrzymał ani jednej statuetki. Z pewnością jego wystąpienie w „Zjawie” nie jest jego najlepszą rolą, ale zważywszy na legendarne już poświęcenie się Leo w filmie Iñárritu, jak również – powiedzmy sobie szczerze – nie za mocną konkurencję wśród kontrkandydatów w tym roku, szanse DiCaprio są największe. Nie zgadzam się z posądzeniami, że on się w „Zjawie” po tego Oscara czołgał (nie mówiąc już o absurdalnej plotce, że został zgwałcony przez niedźwiedzicę), bo to, czy dadzą mu wreszcie tego złotego cielca, czy nie, w niczym nie zmieni faktu, że jest on jednym z najwybitniejszych aktorów swojego pokolenia. To podobno dzięki niemu wystąpił także w „Zjawie” jego kolega Tom Hardy, i to pokazał się tam na tyle interesująco, że nominowano go do Oscara w kategorii Najlepszy Aktor Drugoplanowy. Niektórzy się zastanawiają, czy aby Hardy nie wypadł w tym filmie lepiej od samego DiCaprio i chyba są to przypuszczenia nie pozbawione podstaw, bo, podczas gdy Leo właściwie wygrywał wszystko na jednej męczeńsko-survivalowej nucie (nie jest to zresztą jego winą, bo na tyle – nie więcej – pozwalał mu scenariusz), to Hardy stworzył postać bardziej chyba kompleksową (ta „chropowatość”, bełkotliwa mowa, sposób poruszania się „traperski”…) – bardzo autonomiczną w stosunku do swoich dotychczasowych kreacji.

Na mnie dobre wrażenie zrobiło wystąpienie Michaela Fassbendera, który bez żadnej asekuracji wszedł w skórę założyciela firmy Apple, Steve’a Jobsa. Z zainteresowaniem patrzyłem, jak jego początkowy dystans do tej ikonicznej przecież figury, zamienia się w coraz dalej postępujące utożsamianie z Jobsem – z jego sposobem bycia, wysławiania się, gestami… No i świetny jak zwykle scenariusz Sorkina pozwolił się Fassbenderowi wygadać, wygadać… dzięki czemu mogliśmy bliżej przyjrzeć się temu niejednoznacznej i kontrowersyjnej (mimo pewnego kultu, jaki się po śmierci Jobsa rozwinął) – skomplikowanej psychologicznie i charakterologicznie postaci. Moim zdaniem rola Matta Damona w „Marsjaninie” nie jest taka mdła, jak to utrzymują niektórzy. Ona jest po prostu bardziej na luzie, dzięki czemu mógł Damon nieoczekiwanie ujawnić w tym filmie swój komediowy talent, o który trudno było go podejrzewać, kiedy obserwowało się jego sensacyjno-wyczynowe zmagania w serii o agencie Bournie. „Dziewczyny z portretu” nie oglądałem, więc nie mogę się wypowiedzieć o roli Eddiego Redmayne’a tamże, ale, jak podejrzewam, wypadł on w niej całkiem nieźle, bo to jest przecież bardzo utalentowany chłopak. Co nota bene doceniono rok temu, przyznając mu Oskara za odtworzenie postaci Stevena Hawkinga. Tak więc, rok po roku Redmayne bierze się za rolę wymagającą totalnej transformacji (w „Teorii wszystkiego” musiał zagrać postać z porażeniem mózgowym, w „Dziewczynie” zaś… cóż… dziewczynę), co dla członków Akademii może być little bit too much. Tym bardziej, że przecież Eddie jeszcze nie wybiera się na emeryturę i pewnie wiele wspaniałych ról jest jeszcze przed nim. Czego nie można powiedzieć o Bryanie Cranstonie, który zawsze był aktorem drugiego planu (pod tym względem jest już weteranem). Ja poznałem go bliżej w uznanym już wszem i wobec serialu „Breaking Bad”, gdzie – trzeba to przyznać – stworzył postać wciągającą i niesamowitą, tak charakterystyczną, że jest mi teraz trudno wyobrazić go sobie w jakiejkolwiek innej roli. Dlatego sięgnę kiedyś po „Trumbo”, bo z filmem tym jakoś się po drodze rozminęliśmy.

Kolej teraz na aktorów drugoplanowych (choć doprawdy trudno uznać za takowych Bale’a, Hardy’ego czy Stallone’a). Z góry mówię, że nie poruszyły mnie zbytnio role Rylance’a w „Moście szpiegów”, ani Ruffalo w „Spotlight”. Mało tego, Mark Rylance raził mnie w filmie Spielberga swoim manieryzmem poczciwego staruszka, który jakimś dziwnym trafem został rosyjskim szpiegiem; zaś wystąpienie Marka Ruffalo jest według mnie trochę tylko lepsze niż poprawne. Już choćby w serialach telewizyjnych można znaleźć całą masę kreacji tej klasy, więc doprawdy nie ma za bardzo się czym podniecać. Tego jednak nie można powiedzieć o Christianie Bale’u, który w „Big Short” zagrał według mnie rewelacyjnie: do dziś pamiętam te jego tiki szalonego, ale jakże przy tym trzeźwego, jeśli chodzi o finanse, geniusza. W przypadku Sylwestra Stallone’a można się podziewać tego, że zwycięży legenda Rocky’ego Balboa, który powrócił na ekrany po latach (któż z nas, którzy już w latach 70-tych chodzili do kina, nie pamięta Rocky’ego? – aż się nie chce wierzyć, że 40 lat minęło… i to jak jeden dzień). Stallone w „Creed” zagrał właściwie siebie – starzejącego się i podupadającego na zdrowiu człowieka, który ożywa, kiedy pojawia się u niego młody adept boksu. Jest w tej roli naturalizm, prostota i szczerość – jest coś nostalgicznie ujmującego, co nastraja widza do tej w sumie prostej historii przychylnie.

.

Cate Blanchette, Jennifer Lawrence, Charlotte Rampling, Saoirse Ronan, Brie Larson

Cate Blanchette, Jennifer Lawrence, Charlotte Rampling, Saoirse Ronan, Brie Larson

.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA – Cate Blanchett („Carol”), Jennifer Lawrence („Joy”), Charlotte Rampling („45 lat”), Saoirse Ronan („Brooklyn”), Brie Larson („Pokój”)

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA – Rooney Mara („Carol”), Jennifer Jason Leigh („Nienawistna ósemka”), Kate Winslet („Steve Jobs”), Alicia Vikander („Dziewczyna z portretu”), Rachel McAdams („Spotlight”)

Wątpię, czy którakolwiek z tych kreacji zapisze się w annałach największych osiągnięć hollywoodzkiego aktorstwa, bo mimo, że są to wszystko wystąpienia dobre i bardzo dobre, to jednak nie są one, powiedzmy sobie szczerze, miażdżąco wybitne, co właściwie nie jest winą samych aktorek, a po prostu tego, co napisano dla nich w scenariuszu. Osobiście wszystkie te panie lubię, wśród nich najbardziej chyba cenię Cate Blanchett, która jest aktorką według mnie genialną; mam spory szacunek dla Charlotte Rampling (bo to jest weteranka, która ma za sobą bardzo długą i ciekawą karierę, zwłaszcza w kinie europejskim), ale Cate stworzyła w przeszłości kreacje, które wystąpienie w „Carol” jednak zdecydowanie przyćmiewają, zaś pani Rampling… cóż, o pani Rampling w tym przypadku nie chcę się wypowiadać, bo „45 lat” nie widziałem (więc może rzeczywiście jest to rola wybitna?) Tym razem obecność w tym gronie Jennifer Lawrence jest chyba przesadzona, bo „Joy” znowu taką radością filmową nie jest, co jednak wpływa też na występ w tym filmie Jennifer. Trzeba przyznać, że Saoirse Ronan wypadła w „Brooklynie” świetnie i bardzo sympatycznie, emanując z ekranu naprawdę wielkim urokiem, ale i tutaj dość banalna sztampa romansowa nie pozwala wywindować jej rolę zbyt wysoko. Najbardziej intrygująca była dla mnie Brie Larson w „Pokoju”, z pewnością również dlatego, że sam film był bardzo intrygujący i stworzył dla Larson możliwość wykazania się całym swoim talentem w roli, która wymagała zarówno powściągliwości, jak i (miejscami) ekspresji. Muszę tu wtrącić, że Brie miała w „Pokoju” bardzo dobrego partnera, jakim był 7-letni Jacob Tremblay. Na tym chłopcu moim zdaniem oparło się całe powodzenie filmu, co każdy mógł zauważyć – i pod tym względem jest to jedna z najbardziej pamiętnych ról ubiegłego roku (ale słusznie chyba Akademia pominęła małego Tremblay’a w swoich nominacjach, bo dawanie dzieciom Oskarów uważam za lekką przesadę).

Z wielką sympatią patrzyłem na Rooney Marę zakochującą się w Cate Blanchett w „Carol” (w ogóle to cenię sobie ten film coraz bardziej, bo dojrzewa on we mnie z upływam czasu jak czerwone wino), gdzie zagrała dziewczynę nieśmiałą i wycofaną (jakże wielki kontrast z dynamiczną, wręcz punkową postacią, którą pokazała nam w „Dziewczynie z tatuażem”, gdzie została ona nawet kochanką Daniela Craige’a), a jednak pod innymi względami pewną i niezależną. Nie widzę natomiast powodów do zachwytu nad wystąpieniem  Jennifer Jason Leigh w „Nienawistnej ósemce” Tarantino. Przytłoczenie jej postaci tonami dziwacznej (jak zresztą cały film Quentina) charakteryzacji, tudzież manieryzm zabijaczki-wiedźmy-cwaniary… to wszystko według mnie sprawiło, że ukazana przez nią postać była bardziej karykaturą, niż żywym człowiekiem. Rachel McAdams w „Spotlight” to (podobnie jak w przypadku jej filmowego partnera Marka Ruffalo) chodząca (ale ciągle dobra) telewizyjna przeciętność (tak miedzy Bogiem a prawdą, to bardziej na Oscara zasługiwał cały team ze „Spotlight”, niż jego poszczególni członkowie). Roli Alicii Vikander nie znam, ale za to mogę się wypowiedzieć o Kate Winslet, której występ w filmie o Jobsie (nawiasem mówiąc zagrana przez nią partnerka twórcy Apple była córką Jerzego Hoffmana) uważam za rewelacyjny – z tego też powodu jest ona tutaj moją faworytką.

.

NAJLEPSZY REŻYSER – Adam McKay („Big Short”), Lenny Abrahamson („Pokój”), Alejandro González Iñárritu („Zjawa”), George Miller („Mad Max: Na drodze gniewu”), Tom McCarthy („Spotlight”)

Wszyscy panowie reżyserzy wykonali bardzo dobrą robotę, zwłaszcza Alejandro i George, ale moim zdaniem to George Miller dokonał kinematograficznego cudu i to powinno się docenić, bo jego „Mad Max” jest kinem czystym i totalnym. Mimo, że obejrzałem już parę filmów, które ukazywały proces powstawania „Szalonego Maxa”, to do tej pory nie wiem, jak udało się całej ekipie (pod przewodem Millera) stworzyć coś tak doskonałego i oryginalnego. Jest to więc prawdziwy majstersztyk (pod pewnymi względami arcydzieło), który burzy moje przekonanie, że w kinie forma i styl to nie wszystko, bo ważna jest również zmuszająca nas do refleksji, tudzież przekazująca nam coś istotnego, treść. W anarchistycznym – i szalonym jak jego protagonista – „Mad Maxie” treść okazuje się niezbyt istotna, zaś najważniejszy jest dźwiękowo-wizulany kop – dynamika, która rozsadza nam płuca i fika. Bez Millera – i jego determinacji oraz cierpliwości (film dojrzewał w nim przez dobre kilkanaście lat!) a później zdecydowanego przywództwa – nie mogło to widowisko się udać. Alejandro González Iñárritu to także totalitarysta kina, a więc dyktator i perfekcjonista, który na długo przed rozpoczęciem realizacji filmu nosi w głowie cały jego obraz. Jednakże „Zjawa” nie była jego pomysłem autorskim (scenariusz całą dekadę czekał na tego, kto się odważy go sfilmować) z tym, że kiedy Alejandro zdecydował się na realizację, to nie było zmiłuj! To właśnie jego jest zasługą (plus „Chivo”, plus Leo), że film z przeciętnym dość scenariuszem i taką sobie fabułą, zaczął się wśród kinomanów cieszyć statusem fenomenu. I znów: ciężka, a zarazem pełna finezji ręka dyktatora (to chyba Wajda powiedział kiedyś, że reżyser musi być nie tylko artystą, ale i mieć w sobie coś z kaprala) spowodowała, że „Zjawa” nie tylko się na ekranach pojawiła, ale i je zawojowała.

Sukces Adama McKay’a i Toma McCarthy’ego wziął się przede wszystkim z tego, że – mając do dyspozycji naprawdę świetne scenariusze – znakomicie poprowadzili w swoich filmach całą grupę aktorów, dzięki czemu opowiadane przez nich (nota bene obie społecznie bulwersujące) historie, wybrzmiały z całym swoim wielkim emocjonalnym ładunkiem (choć, po prawdzie, wielkiego z tego wybuchu nie było). Za to, również bez fajerwerków (co tutaj należy uznać za komplement) rozpracował swój „Pokój” Lenny Abrahamson. Moim zdaniem znakomicie dał sobie radę z ryzykownym przecież materiałem (kidnapping, długoletnie więzienie matki i dziecka), i unikając taniego sensacjonizmu, stworzył złożoną psychologicznie i socjologicznie opowieść o ludziach, którzy próbują przeżyć w każdych warunkach, przystosowując się do świata nie zawsze dla nich przyjaznego.

.

NAJLEPSZE ZDJĘCIA – Edward Lachman („Carol”), Robert Richardson („Nienawistna ósemka”), Emmanuel Lubezki („Zjawa”), John Seale („Mad Max: Na drodze gniewu”), Roger Deakins („Sicario”)

Nie da się ukryć tego, że Hollywood ma do dyspozycji całe zatrzęsienie znakomitych operatorów, co w zestawieniu z coraz bardziej doskonałym sprzętem do kręcenia filmów, daje często rewelacyjne efekty. Tak też było w ostatnim roku. Jeśli by to ode mnie zależało, to obdarowałbym złotymi figurkami wuja Oscara wszystkich nominowanych w tej kategorii twórców, bo wszyscy oni stworzyli obrazy piękne – wręcz zjawiskowe! – bez których filmy nie byłyby tym, czym są – i to nie tylko biorąc pod uwagę ich aparycję i wizualność, ale i integralność całej ich formy. Jest całkiem prawdopodobne to, że casus Emmanuela „Chivo” Lubezkiego stworzy w tym roku historyczny precedens, kiedy zgarnie on (trzeci raz z rzędu! – po „Grawitacji” dwa lata temu, zaś w roku ubiegłym po „Birdmanie”) kolejnego Oscara. Zdjęcia do „Zjawy” są niesamowite, i chyba trzeba byłoby być ślepym, aby tego nie dostrzec. Lubezki ma świetne oko i instynkt prawdziwego vouyera zafascynowanego widowiskiem świata, ale najważniejsze jest to, że dysponując niewiarygodnie sprawną techniką, potrafi on jednocześnie wydobyć z obrazu jego głębię emocjonalną, co przecież jest czymś esencjonalnym dla filmowego doświadczenia widza. Podobnie jak Iñárritu (oni wszyscy w tym filmie się pod tym względem dobrali, wliczając to Leo) „Chivo” jest uparty jak sto diabłów, by osiągnąć dokładnie takli efekt, jaki sobie zamierzył – nawet gdyby musiał nurkować, rzucać się w przepaść czy latać jak jakieś ptaszysko nad polem akcji. (Ale czy ktoś bardziej asekuracyjny byłby tolerowany przez Iñárritu?) Jego wirtuozeria i pomysłowość nadała „Zjawie” formę i styl nie do podrobienia dla kogoś, kto nie jest zdolny do całkowitego poświecenia się pewnej koncepcji, polegającej tu na odrzuceniu wszelkich udogodnień, które by zatarły naturalizm i autentyzm przedstawianego na ekranie obrazu świata. Stąd postanowienie, by nie używać sztucznego oświetlenia i zdać się tylko na światło naturalne, bez którego „Zjawa” wyglądałaby zupełnie inaczej – właśnie jak film, a nie rzeczywistość uchwycona in statu nascendi. Swoją surowość film ten zawdzięcza więc przede wszystkim zdjęciom Lubezkiego, z tym że w jakiś bardzo specyficzny sposób owa „surowość” nabiera tu cech wyszukanej estetyki, dzięki czemu w kadrach „Zjawy” pojawia się coś, co nasze oczy uznają za piękno. To, że Lubezki z równą sprawnością porusza się w tak różnych środowiskach (kosmiczne w „Grawitacji”, teatralno-urbanistyczne w „Birdmanie”, przyrodnicze w „Zjawie”) – i w każdym jest równie efektywny – świadczy o jego innowacyjności, ale też i o tym, że nie grozi mu żaden manieryzm, czy też popadnięcie w rutynę.

No ale już dość o Emmnuelu, o którym przecież całą książkę można by napisać. Podobnie zresztą, jak o innych nominowanych w tym roku operatorach. No bo np. taki Robert Richardson i pamięć o jego filmach, takich jak „JFK”, „Aviator”, „Hugo”, za które zdobył on Oscara (powstrzymuję się od wymienienia tu całej litanii innych tytułów). Czy dziwi wobec tego doskonałość jego zdjęć do Tarantinowskiej „Nienawistnej ósemki”? (gdyby nie one i muzyka Ennio Morricone, to pewnie bym na tym filmie zasnął). Albo Roger Deakins ze swoimi dotychczasowymi 13-ma (!!!) nominacjami i żadnym Oscarem? Jego zdjęcia to przecież jeden z najmocniejszych elementów „Sicario”. Praca Edwarda Lachmana w „Carol” to jedna wielka labour of love, a przy tym to praca niezrównanie mistrzowska, stwarzająca na ekranie świat lat 50-tych, wraz z jego fakturą, kolorystyką, spleenem i nostalgią, dzięki czemu romans dwóch kobiet to nie lesbijska afera, a miłość dwojga wrażliwych i namiętnych ludzi. W całym tym gronie operatorów-artystów, szczególna uwaga należy się moim zdaniem Johnowi Seale’owi, który w „Szalonym Maksie” dokonał rzeczy równie cudownych i niewiarygodnych, co jego reżyser George Miller – jednakże omówienie ich znacznie przekroczyłoby już ramy owych (zapowiedzianych na początku tego wpisu) „kilku luźnych uwag”, więc moje wywody w tym miejscu przerwę czekając na uroczystość, w której mimo wszystko wypada wziąć udział – choćby tylko w roli spektatora.

* * *

UWAGA: przewidywania w komentarzach.

.

Fotografowai świata jest jak jego tworzenie (Rooney Mara w filmie "Carol")

Fotografowanie świata jest jak jego tworzenie (Rooney Mara w filmie „Carol”)

.

Powiązane wpisy: ZEMSTA I PRZETRWANIE – ODDECH W ZMALTRETOWANYM CIELE (o najnowszym filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „Zjawa”), POSTAPOKALIPTYCZNY HEAVY METAL („Mad Max: Fury Road”), WIELKIE GÓRY, KRAINA WILKÓW I CZERWONA PLANETA („Everest”, „Sicario”, „Marsjanin”).

.

NIE JESTEM ANI ODRAŻAJĄCY, ANI OKRUTNY, ANI ZŁY… mówi Radosław Piwowarski

.

„Są reżyserzy mający wyraźne zacięcie polityczne, którzy traktują film jako oręż w rozgrywkach politycznych. Ja traktuje film zupełnie inaczej. I tym różnię się od nich diametralnie” – takie słowa usłyszałem od Radosława Piwowarskiego podczas pierwszego naszego spotkania przed kilkoma laty na lotnisku O’ Hare. Mimo tego, że walizki reżysera były już w samolocie, a do odlotu dzieliła go niespełna godzina, to ten mój pierwszy wywiad na amerykańskiej ziemi uznać mogłem za spełniony. Oczywiście, największa w tym zasługa Piwowarskiego, którego wypowiedzi zawsze są bardzo wyraziste, emocjonalne i – mimo pewnej afektacji – precyzyjne.

.

Radosław Piwowarski: "Niemodne teraz jest bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym..." (zdjęcie własne)

Radosław Piwowarski: „Niemodne teraz jest bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym…” (zdjęcie własne)

Radosław Piwowarski to jeden z najpopularniejszych i najbardziej lubianych twórców kina polskiego ostatnich lat.* W poprzedniej dekadzie zrobił kilka pamiętnych filmów: „Jan Serce”, „Yesterday”, „Kochankowie mojej mamy”, czy też symptomatyczny dla naszych czasów „Pociąg do Hollywood”.
W Chicago reżyser gościł kilkakrotnie z okazji odbywającego się tutaj Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, przywożąc nań dwa filmy: „Marcowe migdały” oraz – trzy lata później – „Kolejność uczuć”. Nie chcę wracać do wszystkich motywów naszej rozmowy, które dotyczyły głównie „Marcowych migdałów”, jednak chciałbym zaznaczyć wątek bardziej uniwersalny, odnoszący się do kwestii upolityczniania kina.

Nie lubię polityki…

Sam Piwowarski wybrał marzec 1968 roku na czas akcji wspomnianego filmu, co znalazło nawet odzwierciedlenie w jego tytule. To rodziło pewne oczekiwania, nadzieję na głębsze, bardziej analityczne zajęcie się tym ważnym socjologicznie i kulturowo okresem. Jednak to, co zobaczyliśmy, zupełnie nie nadawało się do politycznego archiwum. Podzieliłem się tą uwagą z reżyserem, na co ten odrzekł:
– „I to jest zarzut, z którym ciągle się spotykam – że film o Marcu powinien być inny; że to niby tak: Krakowskie Przedmieście, przyjeżdża ZOMO, wyciąga pały, goni studentów… A ja tak: prywatki, całują się, dupę wypięli zza drzewa, dziadek zjadł kotlety… Być może oni mają rację, jak przez 20 lat czekali na film o Marcu ’68. Ale ja nie lubi polityki. Chcę to tutaj podkreślić, że absolutnie obowiązkiem artysty jest jest pokazywać indywidualną wersję zdarzeń powszechnie znanych, bo jeżeli to miała być dokumentacja o Marcu, to trzeba było po prostu zrobić film dokumentalny, wyciągnąć z UB kroniki, jak lali – bo na pewno było to kręcone – i po prostu pokazać to w programie telewizyjnym; zrobić wywiad z Moczarem, czy z innymi facetami. Moim zadaniem było pokazać jak ja tom widzę po 20 latach.”

Poganiacze kotów i „Operetka” na jeden palec

Pamiętam, że na przełomie lat 80-tych i 90-tych powstawały w Polsce filmy, w których twórcy wracali do swych osobistych doświadczeń z okresu dojrzewania. Były to obrazy ukazujące polską młodzież, której dorastanie przypadało na momenty gwałtownych zwrotów politycznych. I zazwyczaj owe akcenty i podteksty polityczne były w tych filmach wyraziste i czytelne. Tego nie można było także powiedzieć o filmie Piwowarskiego „Yesterday”. On też właściwie nie miał takiego tła politycznego, jakiego można się było spodziewać. Nadarzyła się więc okazja, by zapytać reżysera, czy oprócz tej jego awersji do polityki, nie grały roli jakieś inne względy? Np. obawa przed kłopotami na kolaudacji, czyli przy zatwierdzaniu pozwolenia na rozpowszechnianie filmu, co było w gestii specjalnych komisji kwalifikacyjnych („kapturowe gremia” – jak je kiedyś nazwał Janusz Zaorski). Piwowarski zaprzeczył:

– „Nie obawiałem się. Przedstawiłem wszystko realistycznie i w związku z tym ta polityka tam w jakimś sensie jest. Są tam trzy siły rządzące duchem ówczesnej młodzieży: szkoła – krótko obcięte włosy, tarcze na rękawach, absolutny posłuch…;dalej – kościół mający olbrzymi wpływ na wychowanie młodzieży oraz kultura przenikająca z krajów Zachodu, na ogół wyłapywana przez fale radiowe z piosenkami. Między tymi trzema wektorami młody człowiek szukał własnej drogi w dorosłość. Te trzy siły nim sterowały. To było dla mnie najważniejsze.
Swoją drogą, dziwne to były dla mnie czasy, bo z jednej strony na pożyczonej maszynie do pisania jednym palcem wystukałem sobie „Operetkę” Gombrowicza, a z drugiej – grałem na gitarze basowej w zespole „Poganiacze kotów” i w piwnicy mojego domu próbowaliśmy jakieś kawałki. Wydaje mi się, że poważniejsze zapotrzebowania kulturalne mogły spokojnie iść w parze z muzyką, którą niosła zachodnia kultura pop. Niosła też ze sobą inną filozofię życia. Działało to na nas jak narkotyk.”

Tym sposobem Radosław Piwowarski wszedł na tereny, gdzie toczy się obecnie debata nad dziedzictwem i charakterem byłej polskiej młodzieży kontestującej. Zbyt złożony to jest problem, by się tutaj nim zająć, niemniej jednak warto zauważyć, że wówczas jeszcze nikomu nie przychodziło do głowy, że kiedyś nadejdzie moment, gdy rozrachunek i ideologiczna konfrontacja z kontrkulturą końca lat 60-tych, będzie okazją do ostrzenia zębów młodej polskiej prawicy, a całość postrzegać się będzie w kategoriach konfliktu liberalizmu z konserwatyzmem.
Nie, o niczym takim się nie myślało. W piwnicach Radka i kolegów jazgotała kapela „Poganiaczy kotów”, a co bardziej spragnieni intelektualnej strawy dobierali się do Gombrowicza. I był to protest zarówno wobec katolicko-komunistycznej schizofrenii społeczeństwa polskiego, jak i wyraz tego „starego jak świat konfliktu pokoleń”, (o którym wspomniał nie tak dawno podczas jednej z naszych rozmów Czesław Niemen). Także zwykła młodzieńcza tęsknota za swobodą i skłonność do odrzucania (zwykle skompromitowanych – ich zdaniem) autorytetów.

Sam w kawiarni „Na rozdrożu”

Piwowarski nie lubi polityki (tutaj bardzo dobrze go rozumiem) i to we wszystkich jego filmach widać. Mam wrażenie, że jest w tym człowieku zbyt dużo liryzmu i melancholii – co tak łatwo przenosi się na jego obrazy – by wymagać jeszcze od niego tego ostrego politycznego żądła. Sam sobie zresztą zdaje sprawę, że jest za mało drapieżny dramaturgicznie i stara się nad tym pracować. Mówi, że zawsze w filmie interesuje go to, co dzieje się obok. To go wciąga. Lecz stara się z tym walczyć. Np. „Marcowe migdały” – jak sam określa – chciał jednak zrobić „strasznie serio, taki prawie że polityczny film z tamtych lat. No i jakbym się nie starał, to i tak wyszedł mi ten leśny dziadek, dupa zza drzewa i kotlety…”
Zwróciłem wtedy uwagę, że można jednak dostrzec w tym filmie rzeczy ważniejsze, niż te akcenty komediowe, czemu reżyser nie zaprzeczył:
– „Dla mnie to jest film o tym, że wyście wszyscy wyjechali z Polski. Ja miałem pięciu kolegów, z którymi w kawiarni nomen omen „Na rozdrożu” w Warszawie, spotykaliśmy się na kawę, zaczepiali dziewczyny i gadali o tym, jak się w życiu ustawimy, I raptem złapałem się na tym, że w kawiarni „Na rozdrożu” siedzę sam. Wszyscy wyjechali i te cztery nazwiska na końcu filmu, to są nazwiska moich kumpli, których nie ma już w kraju.
Zastanawiałem się długo jak zrobić o tym film, jak to pokazać. I tak, szukając, znalazłem Marzec jako pierwszy stopień tej równi pochyłej. Pierwsza emigracja moich kolegów, która się zakończyła tym, że w tej chwili siedzę sam. A potem było łączenie rodzin niemieckich, czyli masowy wyjazd ze Śląska i Mazur – za pożyczkę tzw. „Jumbo”, którą dostaliśmy w zamian za to, że tych ludzi wypuściliśmy. Potem solidarnościowe wyjazdy sierpniowe i nie powroty, bo stan wojenny. a w końcu – wyjazdy po stanie wojennym. Wszystko to zaczęło się jednak w Marcu. Wajda powiedział mi kiedyś: ‚No tak, ale różnica jest taka, że oni musieli wyjechać, potem wyjechali ci, co chcieli’. Owszem, ale problem polega na tym, że po raz pierwszy w 1968 toku dowiedzieliśmy się, że to jest ojczyzna nie dla wszystkich – że ktoś jest lepszy Polak, a ktoś gorszy.”

Radosłąw Piwowarski: "Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka." (Maria Seweryn i Daniel Olbrychski w "Kolejności uczuć".)

Piwowarski: „Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka.” (Maria Seweryn i Daniel Olbrychski w „Kolejności uczuć”.)

Jankeska inwazja

Minęły trzy lata i Radosław Piwowarski znów pojawił się w Chicago. Tym razem z „Kolejnością uczuć”, gdzie Daniel Olbrychski zakochał się w młodziutkiej Marysi Seweryn. Chciałbym tutaj przytoczyć te wątki, które moim zdaniem do dzisiaj nie straciły wiele na aktualności. Jeden z nich dotyczył „jankeskiej inwazji”, swoistego „potopu” amerykańskiego, jakim jest w dalszym ciągu zalew kultury amerykańskiej, którego doświadczają ludzie nad Wisłą. Spytałem się Piwowarskiego, czy rzeczywiście wszyscy teraz czują się tym w Polsce tak przytłoczeni, na co usłyszałem:
– „Można to wykazać na przykładzie filmu właśnie. W tym roku wejdzie na ekrany 160 nowych filmów, z czego 140 to filmy amerykańskie. Takie są proporcje. To fajnie, że premiery tych najnowszych hitów, jak np. ‚Park Jurajski’, odbywają się w tym samym czasie, a niekiedy i wcześniej, niż w Paryżu, czy Londynie, ale – i to mnie martwi najbardziej – większość z nich to pozbawiona głębszych wartości konfekcja, która wypiera wszystko inne. Nie można już zobaczyć filmu francuskiego, włoskiego… Najgorsze jednak jest to, że wypierają one również filmy polskie. Kiniarzom bowiem bardziej opłaca się puszczać – nawet dla kilkunastu osób – film amerykański, (który nota bene dostają za ćwierć darmo) niż jakikolwiek inny. W przypadku filmu polskiego musieliby się dzielić pół na pół z producentem. Wygląda to tak, że kupuje się jeden ‚hit’, a do niego dystrybutor dołącza kilka innych, praktycznie za darmo. Te filmy zarobiły już na siebie w Ameryce. Na to, że zarobią w Polsce, Amerykanie już nie liczą, ale i tak zasypują nas swoimi produkcjami.”
Wtrąciłem: Bierne i bezkrytyczne przyjmowanie i powielanie obcych wzorów grozi przecież utratą tożsamości narodowej, a co najmniej deprecjacją kultury, obniżeniem jej standardów i ekspansją pop-kulturowej papki. Stwierdzenie to trywialne, ale wydajemy się o nim jakby ciągle zapominać.
Piwowarski: „To jest bardzo niebezpieczne. Jesteśmy tym nie tylko oburzeni ale i wystraszeni. Ludzie nie zdają sobie jeszcze z tego sprawy. Cieszą się, że mają dostęp do tylu atrakcyjnych towarów, czego pozbawieni byli przez długie lata. Środowiska twórcze mają jednak świadomość niebezpieczeństwa. Nasze ministerstwo finansów nie zgadza się niestety na żadne ulgi podatkowe dla kin, na dystrybucję polskich filmów. Jest to więc zależność ekonomiczna.”
Ja: To jest naprawdę bulwersująca sprawa. Ponoć istnieją amerykańskie półoficjalne agendy, które mają oddziaływać na rynki zagraniczne środkami półoficjalnymi właśnie, co raczej trudno nazwać promocją kultury. Ma to mieć charakter bardziej agenturalny. Ile w tym prawdy? Czy jest to być może jakaś kolejna teoria spiskowa, tym razem – ekspansji kultury amerykańskiej, mającej zawojować świat, ale nie bombami, nie rakietami, tylko hamburgerami i miałkością kultury masowej?
Piwowarski: „Tydzień przed moim przyjazdem do Chicago odbyło się w Gdańsku spotkanie trzech prezydentów: Mitteranda, Wiezseackera i Wałęsy. Jednym ze stwierdzeń jakie padło z ust Mitteranda było to, że Europa musi się bronić przed amerykańskim filmem. Świadczy to o tym, jak poważnie traktują tę sprawę Francuzi.”
Ja: Gra idzie o wielką stawkę. I to od dawna. Kiedy po wojnie Amerykanie podpisywali z Włochami porozumienie, zastrzegli sobie w klauzuli, ile amerykańskich filmów muszą pokazać Włosi na swoich ekranach.
Piwowarski: „Nieprzypadkowo te filmy sprzedawane są tak chętnie, tak tanio i w takich ilościach. Nie chodzi tu chyba o jakiś zysk doraźny. To jest obliczone na dłuższą metę.”
Wyraziłem wówczas przypuszczenie, że podobno Amerykanie traktują kraje Europy Środkowej jako coś w rodzaju przyczółka, na którym mogą postawić stopę przed ewentualnym rzuceniem się na olbrzymi potencjalnie wschodni rynek zbytu. TA to może mieć konsekwencje cywilizacyjne.

Imperium spiskowe czy biznesowe?

Przyznaję, że zabrzmiało to wówczas bez mała katastroficznie, lecz i dzisiaj to zagadnienie trudno nie uznać za doniosłe, a problem amerykańskiej ekspansji kulturowej w świat – za poważny. Chcę jednak zaznaczyć, iż – nie przecząc istnieniu specjalnych oddziałów wywiadu „kulturalnego” działającego pod auspicjami Intelligence Service oraz ich amerykańskich, rosyjskich, niemieckich czy izraelskich odpowiedników – wzbraniałbym się jednak ujmować to w kategoriach jakiegoś wielkiego globalnego spisku politycznego. Jeśli jest to zmowa, to jest to zmowa natury merkantylnej, finansowej, czyli po prostu umowa – kontrakt handlowy wielkich potentatów w branży filmowej, muzycznej oraz środków masowego przekazu (prasa, telewizja, internet…). I jeśli jest to zagrożenie, to jest to zagrożenie jakie zwykle niesie ze sobą monopolizacja (niemożność konfrontacji, ograniczenie konkurencji prowadzi zwykle do wypaczenia rynku i nadużyć).

Na początku tego roku przeczytałem artykuł, jaki opublikował „Der Spiegel” pod znaczącym tytułem: „Bitwa o media”. Złożył się na niego wywiad, jaki ten niemiecki magazyn przeprowadził z Herbertem A. Allenem, będącym alfą i omegą w sprawach amerykańskich przekaziorów oraz przemysłu rozrywkowego, a ponadto nowojorskim bankowcem i doradcą, pozostającym w zażyłych stosunkach z tuzami wielkiego świata mediów. Rozmowa obracała się wokół ostatnich fuzji prasowych, telewizyjnych, filmowych i muzycznych gigantów, a pod koniec dziennikarz „Spiegla” zapytał się Allena, czy nie sądzi, że koncentracja środków przekazu w Stanach Zjednoczonych stanowi międzynarodowe zagrożenie polityczne (ponieważ może to wywierać zbyt wielki – i sterowany – wpływ na opinię publiczną), na co Allen odparł: „Nie. Z wyjątkiem zdecydowanego konserwatysty Murdocha, kierownicy wielkich koncernów tego typu nie mają żadnych poglądów, które zamierzaliby rozpowszechniać. O wiele większym niebezpieczeństwem jest to, że na całym świecie zaczyna powstawać tylko jedna kultura: wszyscy oglądamy to samo, ubieramy się podobnie, posługujemy się tymi samymi frazesami – i zanudzamy się wzajemnie na śmierć. Sądzę nawet, że to już nie jest niebezpieczeństwo, to pewność. Wszyscy zaczynamy być banalni jak lody waniliowe.”

Wybuchy, strzelanina i trupy…

Osobiście jednak daleki byłbym od bagatelizowania amerykańskiej monopolizacji kultury i mediów oraz wnioskowania, iż jedyną tego konsekwencją byłaby banalność waniliowych lodów. Rozmówca „Spiegla” bowiem nie miał żadnego interesu w tym, by zaostrzać fobie tych, którzy obawiają się o losy narodowych kultur. Wręcz przeciwnie – on starał się wyciszyć, a raczej usunąć te kwestie z pola widzenia. Trudno też byłoby się spodziewać, że usłyszymy od niego jakieś demaskujące rewelacje na temat zakulisowych machinacji korporacji, do których przecież sam jest przyssany niczym do potężnej dojnej krowy. Wielu postronnych obserwatorów zgodzi się natomiast z tym, że świat Amerykę naśladuje akurat w tym, co płaskie, powierzchowne i wręcz prymitywne. Oprócz gloryfikacji przemocy – prostacki materializm (pieniądz jest najważniejszy, zysk jest bogiem mamona rządzi wszystkim… etc.) i egoistyczny a bezwzględny pragmatyzm, będący swego rodzaju dyktaturą utylitaryzmu rugującego wyższe, szlachetniejsze wartości kulturowe..
Również i ten temat zajął nas podczas naszej rozmowy. Czy Piwowarski mógłby się utożsamić także i z takimi obawami?
– „Ci, którzy krytykują i sprzeciwiają się zalewowi amerykańskiej kultury masowej, mają zupełną rację. Niestety, to co my cenimy i kochamy w tej kulturze amerykańskiej, nie znajduje u nas popytu. Te prawdziwe wartości intelektualne, duchowe toną w zalewie komercyjnej konfekcji. Jak mi powiedziała pewna bileterka, gdy się jej zapytałem, co to za film grają: ‚A wie pan, te same wybuchy, strzelanina i trupy’.”
Wtrąciłem: Takie są obiegowe opinie o kinie amerykańskim, krzywdzące te filmy wartościowe, które tutaj niewątpliwie się robi.
Piwowarski: „Jednakże większość, w moim prywatnym odczuciu, świadczy o upadku sztuki filmowej przez duże ‚S’. Nie niesie żadnych wartości etycznych, żadnego przesłania moralnego. Wręcz przeciwnie – gloryfikuje gwałt, bezwzględność, zabijanie… To jest przykre. Tym bardziej, że dla mnie kino amerykańskie zawsze miało w sobie te najprostsze, wspaniałe, szlachetne wartości. W westernie zawsze dobry musiał wygrać, w kryminale – morderca musiał być ujęty… itd. Teraz tego nie ma.”
Ja: Nawet Spielberg, uważany za czarodzieja kina, gdzieś się moim zdaniem zagubił. Osławiony „Park Jurajski”, z którego dochód już dawno przekroczył miliard dolarów, jest według mnie filmem nad wyraz przeciętnym. Nie ma w sobie choć odrobiny tej magii, jaką miał choćby „ET”. (O „Liście Schindlera” nawet nie wspominam, bo to już zupełnie inna parafia.) A tu dowiadujemy się, że na polską premierę „Parku Jurajskiego” przychodzi sama premier Suchocka. To jest moim zdaniem przejaw zupełnego prowincjonalizmu, a może nawet infantylizmu. Czy robi się coś w naszym kraju, by zatamować ten zalew amerykanizmami? Czy komuś w ogóle zależy jeszcze na kulturze nad Wisłą?
Piwowarski: „Dotychczasowy sejm był sejmem najbardziej antyintelektualnym, anty-kulturalnym, jaki mieliśmy od czasów wojny. Złożony był z ludzi, którzy kultury wręcz nienawidzili. Jeżeli uchowało się trochę pieniędzy, to jest to jedynie zasługa samych środowisk twórczych, ich walki o to.”
Ja: Czy ostała się jeszcze w Polsce klasa inteligencka? Czy może był to taki sztuczny peerelowski twór?
Piwowarski: „Jeżeli ktoś był inteligentem, a w ogólności – człowiekiem inteligentnym, to oczywiście nie mógł przestać nim być tylko dlatego, że zmienił się ustrój. To jest jednak dość zasadnicze pytanie. Ostatnimi czasy, o czym już pan wspomniał, zrobiła się u nas straszna moda na kapitalizm, na bogacenie się. ogromna ilość młodzieży, która kiedyś szła na uniwersytety, do szkół artystycznych i próbowała odnaleźć prywatność swego życia, potrzeby intelektualne i duchowe w kulturze, sztuce, działalności naukowej, teraz marzy tylko o jednym: mieć mały, ale własny biznes, szybko zdobyć dóbr materialne, konsumpcyjne… Niemodne jest już bycie człowiekiem wrażliwym, inteligentnym. Ważne jest to, by posiadać.”

Liryka ponad bagnem

W pewnym momencie Piwowarski powiedział: „Przez całe dziesięciolecia polska kultura wychodziła z prostej zasady: ‚ustrój jest zły, człowiek jest dobry’. Na potwierdzenie tego faktu czekała Europa, jak również społeczeństwo polskie. Teraz to się skończyło. Mamy więc robić filmy, pisać książki o tym, że człowiek jest zły?”
Przypomniało mi to wypowiedź Janusza Kijowskiego, która w tamtym czasie rozniosła się gromkim echem wśród polskich środowisk twórczych. Mnie także dość mocno uderzyła. Otóż Kijowski mówił o drogach jakimi może uciec kino polskie przed totalną zagładą. Pierwsza, to podróbka zachodnich, głównie amerykańskich standardów; drugi kierunek ucieczki to „etnografia”, czyli prezentacja – wedle słów Kijowskiego – polskiego „skansenu głupoty, uprzedzeń, fobii” (zaciekawienie tym zagranicznego odbiorcy niewykluczone); trzecia droga zakładałaby „zespolenie amerykańskiej sprawności narracyjnej, rzetelnej, etnograficznej obserwacji z odwagą wejścia w sam środek naszego bagna.” Ma to być, według Kijowskiego, sposób na odkłamanie otumaniających nas mitów. „Brudny, odrażający, zły” – konkludował Kijowski – „taki tylko może być bohater współczesnego filmu, który zainteresuje nas samych, a przy okazji może również będzie zrozumiały dla innych.”
Czy, zdaniem Piwowarskiego, tylko na takie opcje skazane jest kino polskie? Reżyser wyraźnie się obruszył:
– „W ogóle się z Kijowskim nie zgadzam. ‚Brudni, odrażający, źli’ – to takie efektowne, ‚literackie’, ale nie przystające np. do mojej rzeczywistości, obrażające świat, Moje nastawienie do tego świata jest zupełnie inne: liryczne, przyjazne… Jestem przekonany, że takich filmów już nikt nie chciałby oglądać. Bohater, który ma być syntezą naszej głupoty, brudu, zacofania, zaściankowości?! Komu to potrzebne??! Od cholery mamy tego na co dzień!
Odpowiem spokojnie: uważam, że nie jestem ani odrażający, ani okrutny, ani zły. Nie chcę też robić filmów odrażających, okrutnych, złych. Dlatego moje filmy mają taką widownię, o jakiej Kijowski może sobie tylko pomarzyć.”

Mężczyzna na wietrze

To późniejsze o kilka lat spotkanie odbyło się już w nieco innych dekoracjach, w innych warunkach. Nie było już dworcowego pośpiechu, była za to „Wyborowa”, którą Piwowarski przywiózł z kraju. Opuszczony przez organizatorów swej wizyty, nie czuł się dobrze w pustym mieszkaniu znajdującym się w jakimś nieszczególnym szarym bloku nad Jeziorem Michigan.
Truizmem byłoby stwierdzenie, że Piwowarski jest interesującym i frapującym rozmówcą. Ostrość sformułowań łączy się w nim właśnie z jakimś ciepłem, liryzmem, a polemiczna zaciętość… z dobrocią (czy tego wstydliwego słowa używa się jeszcze dzisiaj w polskiej prasie?)
Kiedyś sam przystał na to, że można go nazwać „Nikiforem polskiego kina”. Potwierdził także to, że najbliższy jest mu Chaplin. Wyraziłem wobec tego wątpliwości, czy aby takie stwierdzenie nie deprecjonuje w pewnym sensie jego twórczości, narażając ją właśnie na zarzut totalnej naiwności i braku świadomości w tym, co się robi? Reżyser odparł:
– „Zgadzając się na tego Nikifora nie miałem na myśli środków wyrazu czy prymitywizmu. Nikifor odczuwał wewnętrzną potrzebę malowania i tak jak ptak fruwa, pies szczeka, tak on malował. Nie robił tego na zamówienie społeczne. Tak i ja uważałem, że mam w sobie radość i potrzebę kręcenia filmów. A że pozwoliłem sobie na taką ironię wobec siebie?… U nas to wszystko jakieś takie poważne i napuszone – reżyserzy lubią nieść kaganek oświaty przed społeczeństwem, wypowiadać się politycznie… itd. Ja nigdy takich ambicji nie miałem, dlatego powiedziałem, że jestem taki Nikifor. A społeczne funkcja moich filmów polega na tym, żeby ludzi nie dobijać, ale podnosić na duchu, dawać im nadzieję.”

Jeszcze na O’Hare Piwowarski zdradził, że planuje nakręcenie filmu pt. „Mężczyzna na wietrze”, w którym chciałby zawrzeć wszystkie swoje doświadczenia mężczyzny czterdziestoletniego. Tak więc kolejny obraz człowieka w dojrzałym wieku, którego trapi przemijanie? Modny ostatnio temat wśród polskich reżyserów.
Nie usłyszałem już później o „Mężczyźnie na wietrze”, który pewnie z biegiem czasu zamienił się w „Kolejność uczuć” – rzecz o romansie czterdziestolatka z nastolatką. Gotowy film spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem wśród chicagowskiej Polonii, choć nie zabrakło też głosów krytycznych, lekko zbulwersowanych zalotami i miłością (także cielesną) między Olbrychskim a 17-letnią Marysią, córką Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna. W Polsce natomiast „Kolejność uczuć” zdobył jedna z głównych nagrod (Srebrne Lwy) na Festiwalu Filmowym w Gdyni, a przez publiczność uznana została za najlepszy film roku.
„Kolejność uczuć” to jedna wielka nostalgia i melancholia przemijania. Czy wątek, który wymyślił reżyser (jest on równocześnie autorem scenariusza), nie jest aby jego własną tęsknotą za miłością, młodością, nastolatkami? Piwowarski odparł:
– „Czy tęsknota? Ja w ogóle jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka – że się starzeję. Codziennie się tym martwię. Dlatego właśnie chcę robić filmy o młodości, miłości, świeżych i spontanicznych uczuciach. Patrząc w ten sposób, to mój film jest właśnie taką tęsknotą.”
– Tęsknota za kobietą, jej ciałem, duszą…?
– „Odpowiem tak: byłem w tym roku na wakacjach w Dąbkach – to taka wieś kaszubska. Jest tam plaża, gdzie istnieją takie zwyczaje, że kto chce chodzić goły, to chodzi goły, kto chce chodzić w gaciach, to chodzi w gaciach. I ja tam sobie leżałem i patrzyłem na nagie kobiety, dziewczyny, i tak sobie myślałem: ‚Jakie fajne i proste życie mieli malarze, czy rzeźbiarze, że mogli sobie rzeźbić czy malować te akty…’ A nie ma nic piękniejszego, nic bardziej zachwycającego, niż ciało kobiety. Właściwie artysta, tak naprawdę, to powinien się zajmować tylko miłością i kobietami. Bowiem nasze najgłębsze doznania związane są z kobietami.”
I tym pięknym stwierdzeniem zgodziliśmy się zakończyć oficjalną część naszej rozmowy.

greydot

Piwowarski: jestem zakochany w młodości. Wszystkie swoje filmy robiłem o uczuciach ludzi młodych. Może dlatego, że mam tak przygniatającą i przejmującą świadomość czasu, który ucieka – że się starzeję. (Reżyser na planie "Marcowych migdałów".)

Radosław Piwowarski: „Mam w sobie radość i potrzebę kręcenia filmów.” (Reżyser na planie „Marcowych migdałów”.)

.

*Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 12 stycznia, 1996 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

z MARYLĄ RODOWICZ rozmowa… nie tylko o MĘŻCZYZNACH JEJ ŻYCIA

.

Wśród wielu artystów z Polski, których gościliśmy ostatnio*, Maryla Rodowicz była z pewnością postacią najbardziej kolorową i szaloną… jak zresztą przystało na najpopularniejszą piosenkarkę w historii polskiej muzyki rozrywkowej – kobietę z wielkim temperamentem, o ogromnej, zaskakującej inwencji i niespożytej energii; a ponadto niezależnej, śmiałej i konsekwentnej. A to wszystko cechy kobiety kontrowersyjnej.

.

Maryla Rodowicz:    (zdjęcie własne)

Maryla Rodowicz: „Ja sobie realizuję to, co sobie wymyślę. I w tym jestem konsekwentna.” (Zdjęcie własne)

 

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Niedawno, z wielkim hukiem, odbyła się w Polsce promocja pani najnowszej płyty „Marysia Biesiadna”. Impreza miała miejsce w warszawskiej Stodole i odbiła się szerokim echem w kraju. Jej oprawa była nad wyraz nietypowa: suto zastawione stoły biesiadne, żywy inwentarz, ludowa stylizacja. Zwaliło się na nią mnóstwo gości, a wśród nich ministrowie, ambasadorzy…

MARYLA RODOWICZ: Siedzieli sobie na sianie i pili kozie mleko, bo były tam kozy i dawały mleko.

– Co zasugerowało pani taką wiejską oprawę?

– Charakter piosenek, które zdecydowałam się nagrać.

– Czy nie był to ukłon w stronę „ludowców”, którzy byli wtedy u władzy?

– Nie był to żaden ukłon, zwłaszcza w stronę polityków. Nie muszę się nikomu kłaniać repertuarem. Pomyślałam to sobie już dawno, że warto nagrać piosenki, które pamiętam jeszcze z dzieciństwa i które chyba wszyscy w Polsce znają.

– Czy ludzie nie byli zbulwersowani hasłem, którym zachęcała pani do udziału w tej imprezie: „MARYSIA DAJE W STODOLE NA SIANIE”?

– Dawałam oczywiście koncert.

– A jednak była w tym ukryta mała sprośność, którą każdy wychwycił. Jak reagują na coś takiego ludzie w naszym kraju?

– Różnie. Polacy w dużej części są pruderyjni i zdarzało się, że się oburzali. W pewnym mieście zrywano nawet plakaty, które były rozwieszone w pobliżu kościoła.

– Jak pani to przyjmowała?

– Nie chcę tego komentować. To jest ich sprawa.

– Doszły jeszcze do tego całkiem śmiałe zdjęcia na okładce płyty. Może się pani na to uśmiechnie, ale te pozy przypominały mi jako żywo Madonnę.

– To nie była chęć upodobnienia się do kogokolwiek. Po prostu stwierdziłam, że do tych piosenek będzie pasował wianek na mojej głowie, a każda sukienka byłaby wtedy jakimś… brudem estetycznym i dlatego postanowiłam się sfotografować nago – we wianku i obłożona słomą. Było to więc zdjęcie nagie, ale jednocześnie zakryte.

– I znów się co poniektórzy gorszyli i obruszyli…

– Nie obchodzi mnie to. Ja sobie realizuję to, co sobie wymyślę. I w tym jestem konsekwentna. Oczywiście, że liczę się z opinią, ale z opinią ludzi, na których opinii mi zależy. Poza tym uważam, że nie było tam niczego obraźliwego. A jeżeli tak to ktoś odebrał, to jest jego problem i zmartwienie. A że komentują? Całe życie to, co robiłam, było komentowane, więc już się do tego przyzwyczaiłam.

– Właśnie. Od początku pani kariery znana jest pani jako kobieta z temperamentem, wręcz „szalona”. W swojej autobiografii „Niech żyje bal”, która zresztą zainspirowała mnie do tego wywiadu, opisuje pani dość otwarcie swoje liczne przygody, czy też związki z kolejnymi „mężczyznami swojego życia”. To byli ludzie znani i popularni: Daniel Olbrychski, Andrzej Jaroszewicz, Krzysztof Jasiński… Takie obnażanie się przed publiką ze swojego życia prywatnego, zwykle pociąga za sobą pewne konsekwencje, np. tzw. moralne potępienie. Nie boi się pani moralistów?

– Po pierwsze, to nie były przygody. Ja nigdy nie miałam przygód z mężczyznami. Wszystkie swoje związki traktowałam bardzo poważnie – na całe życie.

– Ale żaden z nich nie był tak trwały.

– Tak zdarza się w życiu. To były naprawdę moje wielkie miłości i miały być na całe życie. Ale to nie zawsze tak wychodzi, jak się chce.

– Z kilkoma partnerami?

– A pan nie miał kilku partnerek w swoim życiu? W pewnym wieku większość z nas ma tych kilku partnerów za sobą. Myślę, że i tak miałam niewielu w stosunku do tego, ilu bym mogła mieć. Sprawa jest taka, że za każdym razem to było głośne, to się komentowało. Ludzie się interesują znanymi osobami. A ja nie wiem, czy te znane osoby mają więcej partnerów, związków, niż inni… Tylko że akurat mówi się o tym.

– Czego pani oczekuje od mężczyzny?

– Żeby był uczciwy.

– To wszystko?

– Nie, nie wszystko. Musi być odpowiedzialny za siebie i za mnie; nie może być tchórzem; musi być dowcipny i musi mnie kochać.

– Tylko tyle… Mężczyźni w pani życiu różnili się zdecydowanie. Z jednej strony artysta, z drugiej – biznesmen. Czy szukała w nich pani jakiegoś dopełnienia?

– Okazuje się, że ja zawsze szukałam – a właściwie znajdowałam – bardzo trudnych mężczyzn. Nie wiem dlaczego. Może psycholog by tu wytłumaczył? Im trudniej było – tym lepiej. I im bardziej szalony, tym bardziej mnie fascynował. A taki mężczyzna zwykle bywa trudnym partnerem. Myślę, że to reguła.

Maryla Rodowicz „Biesiadna”: „Zawsze szukałam – a właściwie znajdowałam – bardzo trudnych mężczyzn.” (Zdjęcie własne)

Maryla Rodowicz „Biesiadna”: „Zawsze szukałam – a właściwie znajdowałam – bardzo trudnych mężczyzn.” (Zdjęcie własne)

– Czy mieli oni jeszcze jakieś cechy wspólne?

– Mieli bardzo silne osobowości i wymagali stałej adoracji.

– Adoracji?!

– Tak!

– To raczej kobieta ma prawo domagać się adoracji.

– Ja też wymagałam adoracji, tylko że oni byli takimi typami, które jeszcze bardziej wymagały tej adoracji. W związku z czym, w momencie, kiedy poczułam się zaniedbywana, czy też kiedy czułam, że zasługuję jednak na lepsze życie… miłość mijała i pakowałam walizki.

– I nie szkoda było pani tych miłości?

– Zawsze mi było bardzo szkoda, bardzo żal.

– Jednak zawsze miała pani nadzieję na następną?

– Nie, nigdy nie było „myślenia”, żadnej kalkulacji! To zawsze było spontaniczne. Jednak wierzyłam, że będę mogła spotkać mężczyznę, z którym będę szczęśliwa. To jest taka moja rada dla wszystkich kobiet: nie poddajcie się jakimś potworom-mężczyznom, szukajcie tego prawdziwego – dla was – mężczyzny.

– Wydaje się jednak, że większość kobiet tych swoich „prawdziwych mężczyzn” znalazła. Mam tu zwłaszcza na myśli te, które są w stałych związkach.

– Nieprawda! Jest pan w błędzie. Bardzo wiele kobiet cierpi w związkach, tylko że boją się decyzji, by z tym skończyć.

– Może właśnie dlatego te związki wydają się takie trwałe i kobiety zostają do końca życia z jednym – i tym samym – człowiekiem?

– I to jest ich błąd. Jeżeli kobieta się męczy z jakimś kretynem (przepraszam), no to dlaczego ma się męczyć? Kobiety boją się wszystkiego: boją się życia, boją się samodzielności, boją się zaczynania od zera, boją się samotności…

– Boją się o utrzymanie.

– Tak, często są to układy małżeńskie polegające na wspólnym majątku. A więc uzależnienie finansowe. Różne są powody, dla których kobiety pozostają w tych nieudanych związkach.

– Czy zmienia się teraz obyczajowość w Polsce? Jakie jest dzisiaj to polskie społeczeństwo? Kiedyś Daniel Olbrychski powiedział mi, że jest ono wspaniałe, ale trudne. Ma się jeszcze wrażenie, że z jednej strony jest pruderyjne; z drugiej zaś wielu Polaków wydaje się przyjmować zachodnią obyczajowość, bardziej liberalną. Obok kościołów, w naszym kraju znakomicie prosperują tzw. agencje towarzyskie.

– Społeczeństwo polskie jest pruderyjne i zakłamane. Idą się modlić do kościoła, po czym mężczyzna wraca do domu i bije żonę… na przykład. W niedzielę żałują za to, co robili w sobotę, a co będą robić w poniedziałek.

– W książce „Niech żyje bal” można znaleźć całkiem ciepłe ustępy tyczące pani dzieci, rodziny… Wydaje się, że w pani „siedzą” jakby dwie kobiety: jedna to właśnie ta „Marysia Biesiadna”, imprezowa; druga – „Marysia rodzinna”, matka dzieciom… I obie te kobiety ze sobą walczą. Która jest górą?

– Imprezowa, czyli jaka?

– Koncertowa, kojarzona właśnie z „balowaniem” i „biesiadą” – trochę szalona, artystka, która chce się wyrwać w świat.

– Zgadza się. Mnie spalają takie przeciwności, ponieważ naprawdę staram się być dobrą matką, a z drugiej strony – kiedy muszę wyjeżdżać – zaniedbuję rodzinę. Bardzo nad tym boleję. Kiedy wczoraj zadzwoniłam do domu i synek mnie zapytał, kiedy wrócę – takim słodkim głosikiem (ma siedem lat i jest bardzo ze mną związany – taki „maminsynek”) to było mi bardzo przykro. Bardzo mnie boli, kiedy widzę, że moja nieobecność sprawia przykrość moim dzieciom. Dlatego jestem rozdarta. Wszystkie kobiety artystki maja ten problem, bo już mężczyźni go nie mają.

– Na pewno?

– Tak, bo mężczyzna założy koszulę, weźmie teczką i… wio z domu! Wie, że żona ugotuje, zadba o dom, o dzieci. A ja? Przecież dzieci w pewnym wieku bardzo potrzebują matki.

– Czy nie zmieniło się pani spojrzenie na świat po urodzeniu dziecka? Napisała pani: „W końcu, przez całe lata 80-te byłam w ciąży”.

– Troszeczkę. Na pewno wszyscy się zmieniamy, przechodząc kolejne stadia naszego życia. Przed chwilą, ktoś mi tu powiedział, że ma przy sobie wywiad, w którym 10 lat temu powiedziałam, że nie ma mowy, abym mogła napisać o sobie książkę. A jednak napisałam.

– Nikt pani w tym nie pomagał?

– Nikt, absolutnie!

– Jest bardzo żywo napisana. Ma pani talent – również i w tym kierunku.

– Dziękuję.

– Pozwoli więc pani, że przytoczę jeszcze jeden cytat z tejże książki: „…nie stoczyłam się, nie byłam na dnie, nie ucięłam sobie żadnego ucha. Nie to, co Presley, czy Janis Joplin. Może dlatego, że nie zepsuły mnie duże pieniądze. A mogło być całkiem przeciwnie”. Jaki jest wobec tego pani stosunek do pieniędzy?

– Lubię je mieć, a jeszcze bardziej lubię je wydawać. Mam bardzo lekki stosunek do pieniędzy. Mogę mieć duże pieniądze i mogę je wydać natychmiast, w ciągu 5 minut. Moim zdaniem, pieniądze są po to, żeby je wydawać, żeby mieć z nich przyjemność. Na pewno nie są do tego, żeby je gromadzić. Ja, te pieniądze, które zarabiałam, zaraz przepuszczałam. Zawsze tak było. Nie wiem, może to jest błąd.

– Życzę więc pani dużych pieniędzy i jeszcze większej przyjemności z korzystania z nich. Jak również wielkiej przyjemności ze śpiewania. No i tego, aby szybko wróciła pani do swojego malca.

– Dziękuję.

greydot

* Wywiad z Marylą Rodowicz ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 19 maja, 1995 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

MIŁOŚĆ CZY NIENAWIŚĆ? (czyli Europejczyków stosunek do Ameryki)

.

O wiele łatwiej być krytycznym, niż nieomylnym.

Benjamin Disraeli

.

Wszyscy jesteśmy dyletantami, w takiej czy innej dziedzinie. Ogólnie rzecz biorąc, człowiekowi zawsze bliżej jest do ignorancji, niż do wszechwiedzy. A w sprawach naprawdę istotnych dla naszej egzystencji, nie ma większej różnicy między dyletantyzmem uniwersyteckiego profesora, a – dajmy na to – maszynisty, rzemieślnika, czy rolnika. Bowiem wiedza ilościowa nie przekłada się na metafizyczną jakość.

.

Stąd takie stwierdzenia, jak to, którego autorem jest Waldemar Łysiak: „Prostakowi lub nawet człowiekowi przeciętnemu, zawsze się wydaje, że filozofowie coś jakby bredzą, a najśmieszniejsze jest to, że ma on rację.” Podobna nuta zabrzmiała w tym, co powiedział kiedyś André Breton: “Filozof, którego nie rozumiem, jest draniem”. Nota bene wyrażone to było w kontekście „mądrości” wywodów filozoficznych Heideggera, o którym Cioran napisał w jednym ze swoich esejów coś takiego: “Przeczytałem właśnie ‘Gelasseheit’ Heideggera. Gdy tylko zaczyna on używać potocznego języka, widzimy, jak MAŁO ma do powiedzenia. Zawsze uważałem, że żargon to wielkie szalbierstwo. (…) Ogromna sława Heideggera. Wszyscy dali się nabrać jego potwornemu szalbierstwu językowemu. Jednak moja o nim opinia jest niezachwiana. Zbudowało mnie to, co Ioan Alexandru opowiedział mi o swojej rozmowie z wielkim człowiekiem: na proste i głębokie pytania rumuńskiego poety filozof odpowiadał banałami. Nie mogąc używać swego zwykłego żargonu, nie potrafił powiedzieć niczego językiem potocznym, żywym, normalnym. Nie dało się szachrować”.

Choć w słowach tych jest wiele racji, to jednak nie jestem zwolennikiem tego typu sformułowań, gdyż mogą prowadzić do usprawiedliwiania prostactwa, a z drugiej strony – mogą być zachętą do pogardy dla ludzkiego intelektu, który przecież – sięgając swoich „wyżyn” – służyć może zarówno dobrej, jak i złej sprawie.
Poza tym, wydaje się, że świat zawsze bardziej jednak cierpiał od prostactw, arogancji i brutalności despotów, niż wskutek filozoficznych analiz myślicieli… mimo, że to właśnie tych ostatnich uważa się często za prowokatorów szaleńczych rojeń ideologicznych w głowach imperatorów typu Hitlera czy Stalina. Ci jednak, za ostatni argument zawsze uważali armatę i pięść. Ponadto, ich inspiracją nigdy nie była wyrafinowana myśl a przede wszystkim żądza władzy, megalomania i agresywny, atawistyczny instynkt podboju

Niepostrzeżenie, wstęp ten zamienił mi się w małą dysertację na temat wad i zalet intensywniejszego używania ludzkiego intelektu. To dlatego, że głównymi bohaterami tego artykułu będą właśnie intelektualiści: reżyser Lech Majewski i literat Leopold Tyrmand. Właściwiej jednak byłoby na pisać, że bohaterami nie będą ich osoby, a raczej poglądy tych twórców na Amerykę.
Obaj wychowali się i wykształcili w kręgu kultury europejskiej, a jednak reprezentują dwie odmienne perspektywy spojrzenia na Amerykę. Z jednej strony mamy krytykę negatywną Majewskiego, z drugiej – apologię Tyrmanda. Obaj odznaczają się nieprzeciętną inteligencją i przenikliwością, a swoje myśli formułują ostro, zdecydowanie i zajmująco. Uważam to za dostateczne usprawiedliwienie dokonanego tu zestawienia.
Zamieńmy się więc w arbitrów ich biegunowych opinii o Ameryce.

MAJEWSKI OSKARŻYCIEL, CZYLI O PODNOSZENIU SIĘ Z KOLAN

Lech Majewski:  ... (zdjęcie własne)

Lech Majewski: „To, w czym żyjemy, to żadna demokracja, ale totalitaryzm ukryty. W Ameryce nie da się nic zrobić. To kraj totalitarny, maoistyczny… Rządzi tu jeden typ kultury, a kto się wyłamuje, skazuje się na śmierć.” (zdjęcie własne)

Z Lechem Majewskim spotkałem się osobiście, kiedy przyjechał on do Chicago z wyreżyserowanym przez siebie filmem „Ewangelia według Harry’ego” zaprezentowanym w ramach Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.
Majewski od 12 lat mieszka i tworzy poza granicami Polski, zajmując się również eseistyką kina oraz reżyseria teatralną (mając na koncie m.in. operę Krzysztofa Pendereckiego „Król Ubu”, a ostatnio, wystawioną z wielkim hukiem w Warszawie, bizetowską „Carmen”). Film pokazany w Chicago był rodzajem alegorii poddającej krytyce pewne zjawiska społeczno-obyczajowe współczesnej Ameryki. Przytoczą te fragmenty naszej rozmowy, które obrazują stosunek reżysera do tego kraju i jego kultury. Rozpocząłem wywiad stwierdzeniem, że sądząc po tym najnowszym filmie Majewskiego, nie jest on dobrego zdania o tym kraju, na co reżyser odparł:

– „Faktem jest, że Ameryka jest w tej chwili awangardą świata, to znaczy, że na całym świecie żyjemy w ‚cesarstwie amerykańskim’. Można to porównać do Cesarstwa Rzymskiego. Produkty amerykańskie zalewają świat. Porobiły się takie dziwne standardy. Przyjął się McDonald, Coca-Cola… choć przecież są lepsze soft-drinki i lepsze dania barowe. Przyjął się także McDonald filmowy – taka bardzo zmechanizowana, rutyniarska ucieczka od świata. Pomimo więc tego, że doceniam pewne aspekty tzw. kultury masowej, czuję się człowiekiem oszukanym. (…) Żyjemy w czasach, kiedy mamy nowa religię. Wszyscy się modlimy codziennie przed tym małym migającym ołtarzykiem. To on kreuje teraz wartości. To są bardzo dziwne czasy. Czasy, w których najlepiej zarabiającym tzw. ‚aktorem’ jest facet będący kulturystą. Kiedyś nie do pomyślenia było, żeby taki pływak Weissmuller – Tarzan był ceniony bardziej, niż np. Gregory Peck, który oprócz tego, że był gwiazdą, to był jeszcze prawdziwym aktorem. (…) Nastąpiło więc jakby przesunięcie punktu ciężkości na absolutny brak wartości, na fasadę, blichtr, kasowość… Palmę pierwszeństwa wcześniej miał Stallone, teraz przejął ją Schwarzenegger. Świadczy to też o pewnym zmierzchu mężczyzny. Oni wyrażają sobą coś, czego już mężczyźni dzisiaj nie mają: wspaniałe ciało, duże mięśnie i spluwę na dwa metry – symbol bardzo erotyczny.
Poznałem w tym kraju kilka osób, które przy proponowanym przez Amerykę, czy w ogóle – przez dzisiejsze czasy – świecie wartości, osiągnęły absolutny szczyt wszystkich możliwości. Weźmy np. taką Liz Taylor. Co by nie mówić, zdobyła ona wszystko, co było do zdobycia. Uważana była za najpiękniejszą kobietę świata, osiągnęła rzecz dla tej kultury bardzo ważną, a mianowicie sławę; miała wspaniałych mężów, pieniądze, Kleopatry, Hollywoody… A jest to – jak się tak z bliska ją zobaczy i z nią porozmawia – bardzo samotna postać, wręcz tragiczna. To jest paradoks tego kraju.
Podobnie jest z Marlonem Brando, Michaelem Jacksonem… To są ludzie wykolejeni, nie znający normalnego życia – zostali go pozbawieni i po prostu szaleją. Czy są to narkotyki, alkohol, obżeranie się… Tak np. jak robi to Brando, którego służący przywiązuje na noc do łóżka, żeby ten nie wstał w nocy i nie zjadł 10 hamburgerów i nie wypił 20 piw. A jednocześnie ludzi ci uważani są za królów życia. I każdy o tym marzy – bo to taki ideał naszych czasów.
Byłem niedawno w Polsce, gdzie przygotowywałem operę Pendereckiego i widziałem, jak bardzo ta kultura amerykańska zalała kraj. Wracam teraz z Festiwalu Filmowego w Rio de Janeiro, gdzie zobaczyłem jak zalała Brazylię – kraj o bardzo silniej i pięknej kulturze. Podbój świata przez McDonalda i Schwarzeneggera to naprawdę potężna siła, która zwycięża. Powaliła komunizm, powali wszystko, co znajdzie na swojej drodze.”

– Jakie to będzie miało konsekwencje dla naszej kultury, cywilizacji, świata?

– „Konsekwencje będą takie, że wszyscy będziemy siedzieć w kinie na filmie ze Schwarzeneggerem i popijać Coca-Colę. Ja osobiście w demokrację nie wierzę, bo uważam, że ludzie ogólnie nie dorośli nigdy w historii do tego, by decydować demokratycznie. Jeżeli w Stanach Zjednoczonych jest ponad 200 mln. mieszkańców i ci ludzie demokratycznie wybierają Billa Clintona jako najlepszego prezydenta, syna swojego narodu, to coś w tym systemie nie funkcjonuje. Czy jest to człowiek, który ma wizję, który jest kimś? Nie. To jest facet, który właśnie je McDonalda, ogląda Schwarzeneggera i nie potrafi podjąć żadnej decyzji.”

– Na pewne sprawy jesteśmy bardziej wyczuleni, choćby dlatego, że wychowaliśmy się w innej kulturze. Może nie doceniamy zalet, jakie cywilizacja zachodnia mimo wszystko ze sobą niesie?

– „Kultura zachodnia jest bardziej przyczynowo-skutkowa, logiczna. Pochodzimy z kraju, gdzie obowiązywała także logika paradoksalna. Sen, poezja, sztuka… Umieliśmy się fantastycznie porozumiewać za pomocą symboli, ponieważ tzw. ‚prawda’ była zabroniona. W Polsce mieliśmy np. bardzo dobry teatr. Kiedyś mieszkałem w Nowym Jorku, chodziłem na premiery broadwayowskie. Jest tam blichtr, pieniądze, ale nie ma żadnej kultury inscenizacyjnej. Takie walenie po oczach latającymi światłami. Rzeczywiście, ci ludzie są doskonali technicznie, świetnie wyszkoleni – tańczą, śpiewają, fikołki robią… Ale jak tak pójść do Teatru Starego w Krakowie, a pójść na Broadway na Manhattanie – to nie ma żądnego porównania.”

– Czy rzeczywiście istnieje konflikt między kinem komercyjnym, a tzw. artystycznym?

– „Żadnego konfliktu nie ma, ponieważ jedynym królem jest kino komercyjne. Kino artystyczne nie ma żadnych szans. Pracuję w umierającej branży i trochę mnie to przeraża. Znam wiele osób, zarówno w Polsce, jak i w Hollywood, które nie mogą się przebić ze swoimi pomysłami. Bo to, w czym żyjemy, to żadna demokracja, ale totalitaryzm ukryty. W Ameryce nie da się nic zrobić. To kraj totalitarny, maoistyczny… Rządzi tu jeden typ kultury, a kto się wyłamuje, skazuje się na śmierć..”

– Pan się odważył.

– „Stanąłem przed wyborem: wsiąść na ten bandwagon i jechać z tym dzikim tłumem Schwarzeneggerów, albo nie wsiadać. Wybrałem samotną podróż w innym kierunku.”

– Pierwsze mocne wrażenie po przekroczeniu Atlantyku. Jakie ono było?

– „Znalazłem się na Wall Street i zobaczyłem, że wszyscy ludzie ubrani są identycznie, że wszystkie sekretarki mają identyczne prochowce, identyczne kokardy pod brodami, identyczne snickersy na nogach, a w siatkach szpilki, które założą, jak wejdą do biura. Faceci zaś mają identyczne łososiowate krawaty i dokładnie te same koszule z Brooks Brothers… I że wszyscy gnają, jakby poszaleli. Wtedy nagle zdałem sobie sprawę: przecież to jest Mao Tse Tung, tyle że bardziej podkolorowany. Wydało mi się to wszystko chore. Rozbił się mit.”

– Siłą rzeczy, każdy po przyjeździe do Ameryki przeżywa konfrontację swoich wyobrażeń z obrazem rzeczywistym…

– „Jesteśmy typowymi prowincjuszami, którzy przyjeżdżają do Ameryki i padają na kolana. Potem się z tych kolan stopniowo podnosimy. To jest jednak taki szok dla organizmu, kiedy tu się człowiek zjawia i nasz ludzki organizm musi się zaadoptować. Tak samo, jak w małżeństwie. Najpierw wszystko bierze się za dobrą monetę. Problemy zaczynają się dopiero po paru latach, kiedy te wyidealizowane rzeczy zaczynają nieco czeznąć.”

– Musi pan jednak przyznać, że był czas, kiedy to społeczeństwo osiągnęło w wielu dziedzinach rzeczy imponujące.

– „Na przykład?”

– Stosunkowo wysoki standard życia klasy średniej. Wprawdzie ten najlepszy okres pod tym względem Stany Zjednoczone wydają się mieć za sobą, to jednak z zamożnością o takim zasięgu mogą się równać jedynie rozwinięte kraje Europy Zachodniej. Cięgle jednak jest tutaj tak, że jeśli ktoś, kto ma normalną, pewną i stałą pracę, to może żyć w niezłych, a niekiedy i w komfortowych warunkach. Sztuka sztuką – ale życie powszednie – życiem. Poza tym, dałoby się wskazać na niezwykłe osiągnięcia w innych dziedzinach: przemysł, nauka, technologia…

– „Pan raczy żartować! Co nazywa pan standardem? Właśnie się przejechałem dzisiaj po Chicago. Same rudery. Każdy budynek poza downtown wygląda jak jakaś katastrofa architektoniczna.”

– Powinien się pan przejechać dalej, na północno-zachodnie przedmieścia Chicago.

– „Wystarczy pojechać do Szwajcarii, czy do Francji i zobaczyć, że te wszystkie budynki wybudowano tam z cieplejszym, ludzkim duchem. A tutaj to jest wszystko tak: zarabiaj pieniądze, płać taksy, umieraj i… na drzewo!”

– Dlaczego więc tak pchają się wszyscy do tej Ameryki? Z całego świata: z Polski, Chin, Meksyku, Kuby…

– „Bo to jest Cesarstwo Rzymskie, a jak wiemy, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. To jest cywilizacja, która podbiła, zwyciężyła świat. W bardzo dziwny sposób. Nie militarny, a ekonomiczny, kulturowy… Podbiła też mózgi wszystkich ludzi.”

– Miejmy nadzieję, że jest to jednak zjawisko powierzchowne. Mówimy w zasadzie o kulturze masowej, pewne rzeczy możemy więc widzieć jakby w powiększeniu, nie w tych proporcjach, co trzeba. Myślę jednak, że ta ekspansja kultury amerykańskiej jest bardziej spektakularna, niż głęboka.

– „Również staram się patrzeć na to realistycznie. Wydaje mi się, że jestem człowiekiem na tyle dojrzałym i na tyle otrzaskałem się w Ameryce, robiąc filmy. Ja też korzystam z tego systemu. Zgadzam się z panem, że tu lepiej płacą, niż np. w Polsce. Zbyt blisko widziałem jednak, jak to się odbywa, na czym to polega… Komercja jest komercją – tu rządzi pieniądz. Najgorsze jest to, że nie służy to sztuce, kulturze, a blichtrowi, picowi…
Wie pan, to jest naprawdę przerażające. Wszyscy np. chodzą i mówią „hałarju”, „fajn”, „grejt”, a potem człowiek siada przed telewizorem, gdzie jest tych 90 kanałów i jak tak przeleci się po tych kanałach, to widzi: tutaj ktoś komuś wybija oko, tutaj strzelają z kul dum-dum, tutaj świdrują komuś dziurę w głowie albo rozwalają mu czaszkę młotem pneumatycznym. I tak przez całą noc. To tak, jakby się wylewała ta podświadomość, jakby to telewizja płaciła za te uśmiechy w trakcie dnia. Pan uważa, że to normalne?”

– Uważam jednak, że pan przesadza. Repertuar telewizji amerykańskiej jest bardziej miałki i głupi, niż okrutny. Tak słucham pana, jak i innych moich rodaków narzekających na ten kraj i sobie myślę: dlaczego więc nie uciekacie z tej Ameryki, skoro ona taka przerażająca i okropna!?

– „Bo nie wypada uciekać z frontu.”

– W takim razie co jest szansą dla tego kraju?

– „To nie tylko o Amerykę chodzi. Wiemy, że nauka zna postęp, sport zna postęp… Ale kultura? Nie zna czegoś takiego, jak ‚postęp’. Nikt nie może powiedzieć, że dziś dramaturdzy są lepsi, niż Szekspir, albo lepsi malarze, niż Leonardo da Vinci. Generalnie rzecz biorąc, zawsze istniały dwie kultury w historii świata: kultura wyższa i niższa.”

– Wyższa – elitarna, niższa – masowa?

– „Tak, z tym, że teraz ta elitarna prawie że zanikła. To jest takie coś zdychające, dogorywające, podtrzymywane sztucznie przez namioty tlenowe różnych instytucji, ministerstwa kultury… itp. Niższa kultura pożarła wszystko.”

– Czy to nie jest aby normalną konsekwencją równania do średniej, czyli właśnie demokracji?

– „Naturalnie. Elity straciły władzę. Jestem człowiekiem anachronicznym i tęsknię np. za Medyceuszami, choć i oni niejedno mieli na sumieniu.”

– Muszę przyznać, że brzmi to wszystko po dekadencku.

– „Bo w takich dziwnych czasach żyjemy. Muzyka na dobrą sprawę umarła. Nie mamy już Mozartów, Bachów, Beethovenów.. są za to Madonny i inne Jacksony. Literatura też właściwie robi bokami, nie ma dobrych powieści, nie ma Dostojewskich, Dickensów, Balzaków… bo nikogo już dziś nie stać na to, by usiąść i przeczytać 400 – 500 stron. Teatr też nie funkcjonuje dobrze, kino zrobiło się na wskroś hollywoodzkie… Właściwie, potęgą teraz jest telewizja. (…)
Zmienił się nasz stosunek do czasu, wartości… Nikt nie pisze listów, nikt nie zabawia się głębszą konwersacją. Cały język amerykański, którym się tu posługują, sprowadza się do 20 wyrazów, jest maksymalnie uproszczony. Zrobił się właściwie taki stosunek przerywany – nie tylko ze sztuką. Naprawdę trudno jest wyciągnąć wnioski, gdzie to wszystko prowadzi.”

greydot

Nie ma tu miejsca na polemikę z Majewskim. Jego wypowiedzi są tyle sugestywne, co przesadzone. Działają na wyobraźnię i emocje, mając jednocześnie pozory intelektualnej istoty.
Wydaje mi się, że nastąpi teraz ciekawe zderzenie owych sądów Majewskiego z krytyką (i obroną) Ameryki, dokonaną w zupełnie innym tonie i kładącą nacisk na nieco inne aspekty amerykańskiej rzeczywistości, kultury i cywilizacji.

Leopold Tyrmand: Paru pisarzy i dramaturgów, głównie obcego pochodzenia i obywatelstwa, świetnie żyje z okazywania w słowie i druku swojej nienawiści do Ameryki. (zdjęcie: Archiwum Emigracji)

Leopold Tyrmand: „Paru pisarzy i dramaturgów, głównie obcego pochodzenia i obywatelstwa, świetnie żyje z okazywania w słowie i druku swojej nienawiści do Ameryki.” (zdjęcie: Archiwum Emigracji)

TYRMAND OBROŃCA, CZYLI O WYŻSZOŚCI AMERYKI NAD CAŁĄ RESZTĄ

Moje nieśmiałe próby oponowania Majewskiemu były bardziej stwierdzeniami wyznaczającymi tok wywiadu, może nawet małymi prowokacjami, niż rzeczywistymi argumentami polemicznymi. Prawdziwej obrony Ameryki – i to przed nią samą! – podjął się natomiast Leopold Tyrmand, który w jednej ze swoich książek przytacza taką oto scenkę, w której uczestniczył on sam i osoba, która uważała siebie za prawdziwą Amerykankę.

Nienawidzę Ameryki – rzekła pewna dama, smakując kęs kaczki, by upewnić się, czy jest odpowiednio miękka i krucha. – Ameryka to złożenie podstępności i prostactwa.” Ostrożnie wypiła kieliszek wiona. „Życie – kontynuowała – stało się niemożliwe pod nieludzkim naciskiem olbrzymich zrzeszonych struktur.”
Pani – wiek średni, przystojna, wypielęgnowana, parokrotnie zamężna, każdorazowo z kimś bogatszym, niż jego poprzednik. „Diabelnie zorganizowany ucisk dławi tu każdy przejaw indywidualności – zapewniała z przekonaniem. – Nawet spokojnych i bezstronnych ludzi porywa nakaz walki z tą plagą; nakaz buntu, konieczność przeprowadzenia zmian. Jedyna nadzieja w tych biednych, gnębionych dzieciakach z uniwersytetów. Oni wiedzą czego i jak chcą.”
W tym momencie Tyrmand poczuł przypływ współczucia i litości, spotęgowany zwłaszcza jej nieskazitelną cerą. „Nie myślała pani o emigracji?” – szukał rozwiązania. – „Może gdzie indziej odnalazłaby pani pełnię życia”?
„Nigdy – rzekła zdecydowanie – to moja ojczyzna. Nienawidzę jej, ale także nienawidzę jej nienawidzić. Znajduję wielką pociechę w swej pozytywnej, konstruktywnej nienawiści”.
– „Oczywiście – zgodził się Tyrmand. – To może nawet przejść w pomyślny stan ducha, przynajmniej z finansowego punktu widzenia. Paru pisarzy i dramaturgów, głównie obcego pochodzenia i obywatelstwa, świetnie żyje z okazywania w słowie i druku swojej nienawiści do Ameryki. Nazywają to śmiałą i konstruktywną krytyką. Im bardziej nienawidzą i gardzą, tym więcej mają czytelników i widzów na Broadwayu. Zastanawiam się jak godzą tę bezdenną wzgardę z braniem w kieszeń. A jednak plucie na Amerykę okazuje się dla obcego artysty w tym kraju najlepszą drogą do pokaźnych dochodów. Najmniej zasłużone obelgi cieszą się największym wzięciem.”
„To odpowiada naszym najlepszym tradycjom – rzekła w zamyśleniu. – Ameryka jest niedorzecznie prowincjonalna, a prowincjusze są zbyt zakłamani, by przyznać się do swych wadliwych instytucji i do swego upadku. Dlatego tylko ludzie z zewnątrz mówią im prawdę.”
Tyrmand w tym momencie westchnął: „A jednak ich gotowość do płacenia za to wydaje mi się całkiem światowa. Poza tym, jak ci zaślepieni nienawiścią krytycy mogą dojrzeć prawdę z wierzchołków swej wyniosłej, pseudointelektualnej odrazy?”
„A co my mamy zrobić z pieniędzmi? – spytała drwiąco. – Już wystarczająco dużo idzie na te wszystkie fałszywe, fasadowe organizacje antykomunistyczne. Przygniata nas własna niezdolność przeciwstawienia się im, co jeszcze raz potwierdza wstrętną przebiegłość naszych prześladowców.”
– „Pani jest cudowna – stwierdził Tyrmand. – Nigdy nie pojmę jak to się dzieje, że uwielbiają ten kraj ludzie skromni, przepracowani, marnie ubrani, a nienawidzą ci, którzy wszystko od niego dostali.”
„To bardzo proste – rzekła. – Jesteśmy wrażliwi. Radykalizm to wrażliwość.”
Tyrmand westchnął jeszcze głębiej: „To byłoby zbyt proste. Radykalizm jest bardzo skomplikowaną, psychologicznie niewytłumaczalną niemożnością poddania się czyjemuś rozumowaniu, przyznaniu mu racji, nawet jeśli jego argumentacja zawiera obiektywną prawdę. Myślę, że jest pani w Stanach Zjednoczonych, bo amerykańska demokracja to rzeczywistość społeczno-polityczna pod każdym względem lepsza od takich ustrojów, jak np. rosyjski, kubański lub chiński komunizm”.
„Nonsens” – odpaliła.
– „Ależ nie. Nienawidząc Ameryki nie jest pani naturalnie zdolna przyznać, że może ona wszystko przewyższać. To nie godzi się z pani najgłębszymi przekonaniami i z gotowym systemem wartości. Ale dla mnie zabobon intelektualny jest najgorszym z przesądów. Kapitalizm to chyba najbardziej zdyskredytowane słowo we współczesnym słownictwie. Niemniej, trzeba stwierdzić otwarcie, że po stuleciu doświadczeń okazał się lepszy, niż socjalizm. Wiem, takie stwierdzenie może tylko wywołać wzruszenie ramion, lecz kapitalizm wyłania się jako system bardziej giętki i podatny na zmiany w zależności od potrzeb, zadań i wymagań życia, niż socjalizm znany we współczesnych wersjach. Co więcej – i to wydaje się rozstrzygające – kapitalizm szybciej ewoluuje w praktyce niż socjalizm w teorii, co może się dla tego ostatniego okazać zgubne. Może pani nienawidzić kapitalizmu i Ameryki, ta postawa może nawet zawierać szczyptę prowokującego czaru, ale obawiam się, że życie jest przeciwko pani.”

Wypada zaznaczyć, że rozmowa ta odbyła się w czasie, kiedy nikomu nie przychodziło jeszcze do głowy, że blok wschodni może się wkrótce rozpaść. Także demokracja amerykańska nie trzyma się już teraz tak dobrze, a monopolizm kapitałowy wykazuje pewne symptomy zwyrodnienia. Jednak pewne wątki poruszone w tej rozmowie, do dzisiaj pozostały aktualne i w dalszym ciągu prowokują.
Oczywiście Tyrmand posiadał zbyt krytyczny umysł, aby tylko gloryfikować Amerykę. To właśnie on pisał: „Nie uważam, by społeczeństwo amerykańskie było całkiem zdrowe, praworządne, by dobrze funkcjonowało, przestrzegało obyczajów i zapewniało każdemu równe szanse…”, jednak zaraz dodawał, że przynajmniej stara się takie być i do tej pory zdobyło już nawet w tej rozgrywce kilka punktów. Potrafił więc oddać Ameryce sprawiedliwość, zachowując jednocześnie wobec niej pewien dystans.

greydot

Zostawiam Państwa z tymi opiniami, rezygnując z komentarza, w którym miałbym sugerować komuś takie, a nie inne wybory. Każdy bowiem sam – na własny rachunek – musi się uporać z problemem przychylności czy też niechęci wobec Ameryki. A jeśli jest obojętny? W takim razie jest także jego osobiste zmartwienie.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 16 lutego, 1996 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

AMERYKA, albo o konflikcie Norwida z Kaczorem Donaldem

.

Antropomorficzny zwierzyniec Disney’a to cała konstelacja marzeń, mitów, snów i pragnień. Co nam mówi o Ameryce - i nas samych? ("Fantazja")

Kulturowy mezalians? (Leopold Stokowski i Myszka Miki w „Fantazji” Walta Disneya)

„Ameryka jest pomyłką, gigantyczną pomyłką!”

Zygmunt Freud

.

Agnieszka Osiecka użyła kiedyś zgrabnego porównania. Napisała mianowicie, że miejsce jakie w naszej kulturze ma Norwid, w Ameryce zajmuje analogicznie Kaczor Donald. Można z tego wnioskować, że kultura amerykańska ma się do europejskiej tak, jak bohater infantylnych kreskówek do narodowego wieszcza.

.

Efektowne powiedzonko Osieckiej jest oczywistym przejaskrawieniem i dość niefrasobliwą parabolą, jednakże z drugiej strony wydaje się zawierać pewną prawdę. Nie zapominając o Hemingwayu, Steinbecku czy Faulknerze, trzeba przyznać, że Disney ze swoją Myszką Miki ma tutaj zdecydowanie wyższe notowania, a to ze względu na wpływ jaki ma pop-kultura na świadomość narodową Amerykanów. W dobie globalizacji mass-mediów dodatkowym szkopułem jest to, że chodzi tu nie tylko o Amerykanów. Kaczor Donald, a zwłaszcza jego bardziej agresywna odmiana, jaką jest obecnie Schwarzenegger, rzuca się na mózgi wielu innych nacji. Zaatakowany jest też żołądek: gliniastym hamburgerem i żrącą Coca-Colą; również uszy: mechaniczny rap z desperackim (trash)rockiem; także oczy: video-clipową estetyką wizualnej szatkownicy okraszonej rozwydrzonymi kolorkami. No i jeszcze język: angielski opanowujący świat (może nawet też i Jackowo?).
A jaki to wszystko ma wpływ na nasze dusze? Czy nadszedł już czas, by podnieść jedno wielkie globalne larum?

ROZBIERAMY KACZORA

Niekiedy potrzebne jest takie śmiałe zestawienie, jakiego dokonała Agnieszka Osiecka przeciwstawiając Kaczora Donalda Norwidowi, by nas sprowokować i pobudzić do myślenia. Przy czym, warto sobie zdawać sprawę z tego, że nie zawsze to, co inspirujące, musi być jednocześnie słuszne i prawdziwe. Sądzę jednak, że uważniejsze przyjrzenie się fenomenowi, zaobserwowanemu i zinterpretowanemu aforystycznie przez naszą sympatyczną literatkę, może prowadzić do zajmującej i pouczającej analizy współczesnych zjawisk w kulturze, i to nie tylko masowej. Tak więc, hasło pani Agnieszki jako impuls do pochylenia się nad istotą nie tylko plebejskiego amerykanizmu, ale i nad charakterem masowym dziatwy Wuja Sama.
Rozbierzmy więc tego Donalda, zanim przejdziemy do Norwida. Kim był Kaczor Donald?
Byli tacy, którzy uważali, że Walt Disney miał najlepszą obsadę aktorską bo jeżeli jakiś aktor mu się nie podobał, to mógł on go po prostu podrzeć. Żarty żartami, jednak należy zdecydowanie podkreślić, że postaci z kreskówek Disneya wcale nie posiadały tak miałko-papierowej i płaskiej charakterystyki, jak to się dość powszechnie sądzi – i to zarówno w artystycznych kręgach sztuki tzw. „wyższej”, jak i wśród bardziej trzeźwych realistów. A w zestawieniu Kaczora Donalda z Norwidem tkwi dość czytelna insynuacja: Donald to prymityw, Norwid, zaś – wyrafinowaniec.
Otóż bynajmniej nie jest to takie oczywiste.
Menażeria Disneya z powodzeniem może służyć za przedmiot analizy dla kulturoznawców, socjologów, nie wspominając już o historykach kina.

Do tej pory wspominaliśmy jedynie o Donaldzie, jednak umówmy się, że nie tylko jego będziemy mieli na względzie. Wydaje się bowiem, że choćby taka Myszka Miki bije go na głowę (łebek?) pod względem popularności. Postaci te potraktujemy więc umownie jako głównych reprezentantów fenomenu kulturowego, jakim niewątpliwie stał się w XX wieku film animowany i komiks. Nie zawężajmy więc tych dywagacji tylko do obserwacji gwiazdy Kaczora Donalda i analizy jej świetlanego spectrum. Bowiem antropomorficzny zwierzyniec Disneya to cała konstelacja marzeń, mitów, snów i pragnień. Cienie w „latarni magicznej”, jaką jest kino, stają się bardziej rzeczywiste, niż materialny konkret?

MYSZKA ANALITYCZNA

Oddajmy jednak głos fachowcom, którzy na rozgryzaniu Myszki Mickey i Kaczora Donalda strawili znaczną część swojego żywota. Robert Sklar w książce „Movie Made America. A Social History of American Movies” pisze:
„Cóż wspólnego mogą mieć fantazje [Disneya] z mitami i marzeniami kultury? Łatwo jest przypisać tym kreskówkom przesadne znaczenie, jednak ich natychmiastowa i olbrzymia popularność, każe się nad nimi zastanowić. W tradycyjnym nurcie amerykańskiego humoru – ich ekstrawagancja, przesada i groteskowa wyobraźnia służą za mityczne konstrukcje opisujące pewną społeczność. (…) Wczesne filmy Disneya tkwią głęboko w amerykańskiej tradycji inicjatywy i przedsiębiorczości jednostki. Niemniej, dzięki swej fantastyczności, pozwalają widzowi patrzeć z dystansu na tradycyjne dla indywidualizmu wątki – ciężką pracę, wyrzeczenia, dążenie do awansu – i ukazując w jaskrawym świetle ich ukryte znaczenie. W świecie realnym, ludzie dążąc do określonych celów, bardzo często przedzierzgają się w narzędzia i maszyny; z kolei prawdziwe maszyny żyją swoim własnym życiem, podporządkowując sobie swoich rzekomych władców i nierzadko prowadząc ich na manowce. Fantazje Disneya nie tyle kreują mity, ile wydobywają je na światło dzienne.”

Człowiek jest stworzeniem, które nie może znieść zbyt wielkiej dozy rzeczywistości. Dlatego też roi sobie czasem baśniowo i mitycznie. Jednakże i w bajce skazany jest niejako na rekwizyty rzeczywistego świata jawy. Dzięki temu, tak skwapliwie za analizę snów, bajek i mitów wzięli się Freud i jego pogrobowcy. I choć – paradoksalnie! – większość z owych psychoanalitycznych interpretacji miedzy bajki można włożyć, to ich wkład w nasze zrozumienie pewnych ukrytych prawidłowości jest nieoceniony. Fasada, przebranie i mistyfikacje wyobraźni więcej mogą powiedzieć o istocie, esencji, treści i zawartości wnętrza, niż (wiwi)sekcja dokonana wprost – jednym grubym cięciem skalpela „realisty” i grubymi nićmi logiki szyta.

Kaczor Donald - amerykański bohater narodowy?

Kaczor Donald – amerykański bohater narodowy?

Niech nas więc nie zwiedzie ów rzekomy prymitywizm Donalda i Mikiego. Przyglądając się bliżej kreskówkom Disneya, możemy zauważyć pewną ewolucje wątków i stylu, związaną ściśle ze swoimi czasami. A więc Disney kreślący swoiste signum temporis? Animowany obraz jako zwierciadło przechadzające się po gościńcu życia? Czy wiele jest w tym przesady? Nie więcej chyba, niż w pamiętnym stwierdzeniu Stendhala, który odniósł je do roli literatury i powieści swojej epoki.

Według Sklara, wczesne animacje Disneya miały charakter wręcz magiczny. To co się w nich wydarzało, pozbawione było często logicznego sensu. Nie było ustalonej kolei rzeczy: świat poddawał się dowolnej obróbce wyobraźni. Ten rysunkowy świat fantazji niemalże proroczo odmalowywał nastroje kulturowe – ów początkowo upajający i dający złudzenie wolności, a następnie przerażający bałagan wczesnych lat Wielkiego Kryzysu. Później nastały baśnie z morałem, które wskazywały, że świat rządzi się pewnymi zasadami – lepiej więc je poznać i mieć się na baczności; trzymać jednak swoją wyobraźnię na wodzy, nie być zbyt dociekliwym i powściągać własną zachłanność. W przeciwnym razie można napytać sobie biedy. No i wreszcie pojawiły się filmy pełnometrażowe z ich dydaktyzmem i próbami umocnienia dawnych, „tradycyjnych” wartości.

KROWY BEZ WYMION

Pisze Robert Sklar: „Mickey Mouse, jak żaden inny bohater filmowy, poza Chaplinem, (który, zdaniem niektórych, posłużył za pierwowzór Myszki) zawładnął wyobraźnią ludzkości. On także był postacią o wielu maskach wyrażających to, co jest w naszym człowieczeństwie przez wielu uważane za pozytywne: słodki sentymentalizm, autentyczne zadowolenie, a nawet rubaszną bezczelność. Miki to samo serce, choć początkowo nie nosił go jeszcze na dłoni (…) Jednakże w pierwszych dniach swego istnienia, Miki bywał pozbawionym refleksji egocentrykiem, uśmiechającym się z zarozumiałością i pewnością siebie; [później dopiero] stał się szacowny, mdły, łagodny, odpowiedzialny, moralny. Do galerii disneyowskich postaci dodano więc Kaczora Donalda, wnoszącego nieco octu i żółci, rzucającego wyzwanie innym.”
Tu należy podkreślić – dla wiadomości polskiego odbiorcy – że Myszka Miki była, czy też raczej był – mimo swojego piszczącego głosiku – stuprocentowym mężczyzną, a właściwie samcem (myszorem?). Stąd te określenia w cytacie: „on”, „jego”, „jemu”… Jest to istotne, gdyż jak podkreśla w swej książce Sklar, głównym motorem działania Mikiego nie była żądza sławy czy bohaterskich czynów, a zwykła… lubieżność. Tak jest! Miki robił wiele różnych rzeczy, dwoił się i troił (choć przecież skazany był na płaską dwuwymiarowość), by tylko olśnić swoją mysią sweeetheart Minnie, aby ta już nie mogła się oprzeć jego zalotom.
Tak a propos erotyzmu Myszki Miki. Otóż na samym początku, jego osoba i w ogóle obrazki Disneya, wcale nie były takie grzeczne. Wprost przeciwnie: obfitowały w przaśne scenki i szaletowy wręcz dowcip. Było to przyczyną tego, że wkrótce namierzył je wielce kuriozalny w tamtych czasach urząd, jakim było cenzurowe Biuro Haysa, które spłodziło dzieło wręcz groteskowe i humorystyczne, a mianowicie kodeks cenzuralny, jakiemu musieli być posłuszni hollywoodzcy producenci. Interwencje anty-seksualnego pasjonata i strażnika cudzej cnoty Haysa były wręcz pokazowe. Kazał on np. usunąć występującym w kreskówkach krowom… wymiona. Podobnie było z kropeczkami, które na swych piersiątkach miały nimfy i centauretki w „Fantazji”. Tak więc były to interwencje czysto anatomiczne (a ściślej: sprzeciwiające się anatomii), w jakiś ciekawy sposób wiążące się z moralnością w inkwizytorskiej główce Haysa.

ŚWINKI KONSERWATYWNE

Wbrew pozorom, sukcesywnie zmieniały się style i akcenty Disneya. W pierwszej połowie lat 30-tych jego postaci zaczęły cechować się coraz większym skomplikowaniem emocjonalnym i uczuciowym, przy jednoczesnym, coraz głębszym wchodzeniu w sentymentalizm. Coraz bardziej też przypominały ludzi. To cecha zdecydowanie disneyowska: postępujący antropomorfizm w kreskówkach doprowadził do tego, że głównym bohaterem jednego z pełnometrażowych filmów stał się… młynek do kawy! Oprócz tego obrazy te adaptowały coraz więcej elementów konwencjonalnej dramaturgii i zaczęły przypominać moralno-dydaktyczne przypowiastki.
Cytowany już Sklar analizuje na ten przykład dydaktyzm filmu, który w tamtym czasie cieszył się ogromną popularnością, świadcząc jednocześnie o wspomnianym przełomie stylistycznym i – rzec można – ideowym w stajni Disneya. Chodzi konkretnie o „Trzy świnki”, które miały swoją premierę w 1933 roku, podczas rooseveltowskich „stu dni”, czyli kampanii legislacyjnej mającej na celu walkę z kryzysem i podniesienie morale narodu. Wpadająca w ucho piosenka „Kto się boi dużego złego wilka” („Who’s Afraid of Big Bad Wolf?”) stała się narodowym, a wkrótce i światowym szlagierem. Wytwórnia Disneya zaś nie była w stanie dostarczyć takiej liczby kopii, by zaspokoić popyt na film.
Richard Schickel w „The Disney Version” twierdzi, że opracowana wówczas przez Disneya bajka o świnkach – budowniczych – i o głodnym wilku, miała w istocie konserwatywny wydźwięk, co nie dziwi, bo pozostawało to w zgodzie z przynależnością polityczną producenta. Świnka, która uosabiała staroświeckie cnoty – ciężką pracę, samowystarczalność, wyrzeczenie – odnosi sukces. Ale równie prawdziwe i znaczące jest to, że świnka, której lepiej się powodzi, nie bagatelizuje kryzysu i buduje swój dom przy użyciu nowoczesnych materiałów i narzędzi. Niewątpliwie część współczesnych Diesneyowi widzów – jak Schickel – odebrała film jako pean ku czci Herberta Hoovera, niemniej jednak niezwykła popularność tego obrazu wydaje się pochodną – niezależnie od intencji samego Disneya – afirmacji pewnego siebie, praktycznego ducha wczesnych lat Nowego Ładu, którego wydaje się on wyrażać.
„Trzy świnki” dopuszczały więc dowolność interpretacji, ale już w następnych filmach nie było miejsca na wątpliwości, co do ich moralnego przesłania. Były one zazwyczaj lekcjami przetrwania, możliwego nie tyle dzięki starodawnym cnotom zaradności i inicjatywie, lecz dzięki przestrzeganiu zasad społecznego współżycia. A zatem konserwatyzm, ale już zupełnie innego formatu, ze wskazaniem na plebejskość z elementami konformizmu.

Antropomorficzny zwierzyniec Disneya to cała konstelacja marzeń, mitów, snów i pragnień "masowej" widowni

Antropomorficzny zwierzyniec Disneya to odbicie całej konstelacji marzeń, mitów, snów i pragnień „masowej” widowni

.
HIPOPOTAM W BALECIE, CZYLI ROZBUJANA „FANTAZJA”

Zupełnie innym zjawiskiem – rzec można, fenomenem – okazała się natomiast późniejsza o kilka lat „Fantazja”.
W czasach, kiedy rozpętało się na Ziemi piekło II wojny światowej, Walt Disney zaproponował widzom amerykańskim przedziwną ucieczkę w krainę dźwięku i obrazu, tworząc – jak sam deklarował – „nowy rodzaj sztuki”. Ów nowy rodzaj sztuki miał polegać na ilustracji muzyki klasycznej animowanymi obrazkami. Przy tej okazji nastąpić miało pojednanie sztuki „wysokiej” z… „masową” (choć korci, by użyć słowa „niską”, to lepiej jest ugryźć się w pióro). Rezultat był dość szczególny, by nie napisać dziwaczny. Reakcje były gwałtowne. Zaprotestował sam kompozytor Igor Strawiński, który nie mógł zdzierżyć widoku dinozaurów walczących ze sobą przy dźwiękach jego „Święta wiosny”. Wytknięto Disneyowi zarozumialstwo i pretensjonalność, a nawet profanację: „człowiek, który nie ma pojęcia o prawdziwej sztuce, usiłuje nauczać innych o muzyce klasycznej” – pisano. Ale sam Walt Disney był swoją „Fantazją” zachwycony. Kiedy zobaczył na ekranie gotowy segment, w którym „VI Symfonię Beethovena” zilustrowano sielskimi scenkami pseudo-mitologicznymi, z oczyma pełnymi łez westchnął: „This will make Beethoven” („To stworzy Beethovena”). Żeby było ciekawiej, to właśnie ten fragment spotkał się z najbardziej zaciekłymi atakami ze strony krytyków muzycznych, którym nigdy wcześniej nie zaświtała w głowie taka myśl, aby „Szóstkę” Beethovena kojarzyć z pląsającymi nimfami, faunami, amorkami, centaurami, pegazami… a w dodatku, by malować to wszystko w cukierkowych kolorkach i ubierać w szatki przypominające jako żywo ckliwy kicz. W efekcie powstał obrazek – delikatnie mówiąc – groteskowy.
Animacja w „Fantazji” jest bardzo nierówna. Obok pełnych inwencji fragmentów spotykanych np. w „Toccacie i fudze d-moll” Bacha, suicie „Dziadek do orzechów” Czajkowskiego, „Uczniu czarnoksiężnika” Dukasa, czy też „Nocy na Łysej Górze” Moussorgskiego, mamy płaski i ckliwy karton „Ave Maria” Szuberta, czy wspomniane już pegazy na niebiańskiej łączce w „VI Symfonii”, wreszcie naiwną wizję ewolucji życia na Ziemi, rozwijaną przy dźwiękach „Święta wiosny” Strawińskiego. W „Tańcu” Ponchielliego Disney każe pląsać w balecie hipopotamom, słoniom i aligatorom, co pewnie mamy uznać za niesamowicie dowcipny pomysł. Nie przeczę, efekt jest nieodparcie komiczny, lecz bynajmniej nie z powodów zamierzonych przez Disneya.

SUTKI CZAROWNICY I LEOPOLD STOKOWSKI

Jak już wspomniałem, do „Fantazji” przyczepił się cenzuralny obsesjonat Hays, któremu nie spodobały się cycuszki centauretek. Polecił więc Disneyowi usunąć je lub zakryć kwiatuszkami. Nie wiem, jak to się stało, że ten wojujący cerber anty-erotyzmu przeoczył pojawiające się później (wprawdzie na ułamek sekundy, ale jednak!) jaskrawo-czerwone sutki obfitych piersi czarownicy, jednej z uczestniczek sabatu w „Nocy na Łysej Górze”. Były to jednak tylko drobne elementy rozdmuchane w chorobliwej wyobraźni Haysa. Bo całość „Fantazji” jest sielsko-anielska, natchniona typowo disneyowskim sentymentalizmem, przepełniona duchem totalnie oderwanym od naszego świata – od jego szarości, przemocy, mizerii i chamstwa. (Nie przeczę, że jest to mocny argument na rzecz zwolenników Disneya.)
Nie jestem pewien czym kierowali się twórcy filmu w doborze utworów muzyki klasycznej, który na mnie sprawia wrażenie przypadkowości. Nie wiem też w jaki sposób do dyrygowania Filadelfijskiej Orkiestry Symfonicznej Walt Disney potrafił namówić samego Leopolda Stokowskiego, który nota bene, podaje w filmie rękę Myszce Miki. Być może wszyscy rzeczywiście byli przekonani, że wraz z „Fantazją” współtworzą jakiś odrębny genre – nowy gatunek w historii kina? Patrząc jednak z perspektywy czasu, był to epizod – epizod wszak znaczący, o którym wytwórnia Walta Disneya nie pozwoliła nikomu zapomnieć.
„Fantazja” po raz pierwszy rozpowszechniana była w 1940 roku. Wtedy jednak zawiodła nieco komercyjne nadzieje producentów i dystrybutorów, mimo że zarobiwszy przecież $30 mln. znalazła się na drugim miejscu najbardziej kasowych tytułów roku (nawiasem mówiąc, zdystansowana przez również disneyowskiego „Pinokia”). Odrestaurowana, cieszyła się sporym wzięciem w późniejszych latach, wprowadzana regularnie na ekrany kin, przyciągając uwagę coraz to nowych pokoleń widzów. Szczególny renesans przeżył film pod koniec lat 60-tych, stając się „kultowym” niemal obrazkiem dla „dzieci-kwiatów”, które zasmakowały szczególnie w abstrakcyjnych motywach ilustrujących Bacha, jak również w estetyce wielu innych elementów, uznanych przez kontr-kulturowych kontestatorów za „mocno psychodeliczne”, co było w ich mniemaniu wielkim komplementem. Drugi okres szczególnie żywej rezurekcji przeżywał film w początkach lat 90-tych, pokazywany wpierw na dużych ekranach, zaś później – wspomagany gigantyczną kampanią reklamową – sprzedając się rewelacyjnie na kasetach video.

Sztuka animacji i piękno na granicy kiczu, czyli Disney dla dzieci małych i dużych

Sztuka animacji i piękno na granicy kiczu, czyli Disney dla dzieci małych i dużych

ESTETYKA BARBARZYŃCÓW?

Pamiętam pewne spotkanie z polskimi twórcami filmów animowanych, którzy przed paru laty przyjechali do Chicago z różnych stron świata – z Polski, Szwecji, Francji – by zaprezentować swoje „kreskówki” na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym. Utkwił mi w pamięci fragment rozmowy, która w pewnym momencie zeszła na Disneya. Dowiedziałem się wówczas, że kiedy byli jeszcze malcami, ich rodzice zabraniali im oglądać disneyowskie bajki. Powód? Otóż znali oni już talenty plastyczne swoich dzieci, przymierzali się do ich edukacji na Akademii Sztuk Pięknych i nie życzyli sobie, by taki „kiczowaty Disney” wypaczał im gust i estetyczny smak. Elitarna europejskość artystyczna z pretensjami zawsze patrzyła na amerykańską estetykę jak na barbarzyński eksces estetyczny i kosmiczne wręcz bezguście. I Kaczorowi Donaldowi przeciwstawiała Norwida. Jednakże, czy takie zestawienie jakiego dokonała Agnieszka Osiecka, ma sens?

Podejrzewam, że gdyby Karol Marks dożył epoki Hollywoodu i Disneylandu, przestałby określać tradycyjną religię jako opium dla mas. W XX wieku miałby do czynienia z religią innego rodzaju: „praca, zabawa, oddychanie, prysznic, studiowanie, życie, śmiech i miłość”. Tak określił fenomen – istotę i treść nowej amerykańskiej religii – Elbert Hubbard w „The Roycrtoft Dictionary and Book of Epigrams”. Rzeczywiście, w obrębie tych kilku pojęć zamyka się masowa aktywność tutejszego społeczeństwa. Można by jeszcze naturalnie dorzucić kilka innych, jak np. zakupy, konsumpcja i dolaryzm. Czy jednak moglibyśmy się zdobyć na tak daleko idące uogólnienie i nazwać to wszystko narkotykiem dla mas? A dlaczego nie?

DYKTATURA PLEBSU

Jest oczywiste, że 250-milionowy naród nie może się składać wyłącznie z arystokracji. Dlatego zawsze w Ameryce hołubiło się i nadskakiwało tzw. prostemu, zwykłemu, przeciętnemu człowiekowi (Common Man), a system demokratyczny – przynajmniej w swoich założeniach i deklaracjach – uznawano za święty i niepodważalny. Ta adoracja Everymana miała swój głęboki sens: to właśnie masowy wysiłek całego społeczeństwa wyniósł Amerykę na sam szczyt rozwoju cywilizacyjnego, technicznego i socjalnego… i to nie tylko w mniemaniu Człowieka Zachodu. Nie można zaprzeczyć, że – biorąc pod uwagę czynniki ekonomiczne – jakieś dwie, trzy dekady temu Stany Zjednoczone wspięły się na wyżyny, skąd siebie i innych mogły utwierdzać we własnej supremacji nad światem. Ile było w tym jednak megalomanii i arogancji nuworysza?

Bardzo charakterystyczne oświadczenie wygłosił przed blisko 150 laty Daniel Webster. Ten wątek i ton uświęcający plebejusza przewija się zresztą przez cały okres historii Stanów Zjednoczonych, aż po dzisiejsze orędzia prezydenckie do narodu. I – co ciekawe – nie zawsze jest on li tylko instrumentalno-propagandową demagogią. Często bywa szczery. Posłuchajmy Webstera:
„Ameryka udowodniła, że jest możliwe to, by wynieść ludzkie masy – tę część, którą w Europie nazywa się klasą robotniczą lub nisko urodzoną – by wzbudzić jej szacunek dla samej siebie, by uczynić kompetentną do uczestnictwa w tym wielkim przywileju i obowiązku, jakim jest samorządność. Ameryka udowodniła, że można to osiągnąć przez edukację i rozpowszechnianie wiedzy. Kraj ten stanowi przykład po tysiąckroć bardziej zachwycający, niż wszystkie inne, dotychczasowe – dobry przykład dla tych dziewięciu dziesiątych ludzkiej rasy, które rodzą się bez dziedzictwa fortuny czy rangi.”
Może właśnie w tym cytacie znajdziemy wskazówkę i odpowiedź na to, gdzie znajdują się źródła amerykańskich ciągot do socjalizmu?

Lecz co to wszystko ma wspólnego z Kaczorem Donaldem, Myszką Miki, Disneylandem… może ktoś zapytać. Otóż choćby to, że trudno byłoby uznać całą tę disneyowską menażerię za bohaterów elity czy arystokracji. Na fakt, że filmy Disneya były zarówno barometrem, jak i dyktatorem gustów szerokich amerykańskich rzesz, wskazaliśmy już wcześniej. Nie bez kozery uznaje się Walta Disneya i jego dzieło za reprezentanta amerykańskiej kultury masowej, a Myszkę Miki za jej symbol. Oczywiście, że znalazłoby się jeszcze kilka innych popularnych ikon. Jednak wystarczy skupić się na reprezentacji, by dotknąć sedna całej reszty.

KACZOR NARODOWY I KASA

Socjologia socjologią, mity kultury – mitami, jednak wszyscy zdajemy sobie sprawę, że tam, gdzie nie za bardzo wiadomo o co chodzi – tam chodzi o pieniądze. Stara to prawda (i zbanalizowana), jednak nigdzie tak akuratnie się nie sprawdza, jak właśnie w Ameryce.
Za każdym razem, kiedy Studio Disney wypuszczało nowy film, ruszała kampania reklamowa, która lansowała jego bohaterów. Do dzisiaj jest to regułą, także dla innych wytwórni filmowych. W czasie pojawienia się obrazu na ekranach kin, wszystkie McDonaldy, Burger Kingi i inne podobne miejsca masowego i szybkiego pochłaniania hamburgerów, frytek i Coca-Coli, zarzucone zostają przeróżnymi gadżetami, maskotkami, emblematami i wizerunkami najbardziej niestworzonych i dziwacznych istot z filmów.
Oczywiście, przez dziesięciolecia prymat wiodła zdecydowanie Myszka Miki, która pojawiała się wszędzie – od podkoszulków przez czapki po naklejki i lalki przeróżnej wielkości. Miliardy myszek zarabiały na imperium Disneya na całym świecie. Nic dziwnego, że i inne konkurencyjne wytwórnie usiłowały w tym samym celu wylansować swoich własnych protagonistów. Tak było np. z koncernem Warner Bross, który stawał na głowie, by 50-te urodziny Królika Bugsa stały się ogólnonarodowym wydarzeniem.

Walt Disney ze swoją Myszką, która pozwoliła zbudować mu imperium (Disneyland)

Walt Disney ze swoją Myszką, która pomogła mu zbudować imperium (Disneyland)

CREDO W IMPERIUM NAIWNOŚCI

Jak każda recepta genialna, również i ta koncepcja rozrywki, na której zbudował swoje imperium Walt Disney, była prosta: „Nigdy nie straciliśmy wiary w rozrywkę dla całej rodziny… historie, które wywołują śmiech, powieści o ciepłych i ludzkich sprawach, dzieje bohaterów, historyczne wydarzenia, opowiadania o zwierzętach” – mówił szef Studia.

Wszystko, co zdobywa masowy poklask, musi być w pewnym sensie naiwne. Walt Disney albo to na wylot przejrzał, albo też miał szaloną intuicję. Wszystkie jego filmy poddane były mniej lub bardziej świadomej infantylizacji. Nawet jeśli ich bohaterowie byli dorośli, przypominali swoim postępowaniem dzieci. Dziecięce były problemy, dziecięcy sposób widzenia i przedstawiania świata. Postacie oznaczały się prostotą, nieskomplikowaniem, przez co zyskiwały na wyrazistości. Kryteria doboru fabuły także były proste, a tym samym narracyjnie celne: odwieczne baśnie i legendy lub opowieści do złudzenia je przypominające i opierające się na stereotypach – bohater niezłomny i szlachetny pokonuje wszelkie przeciwności, wrogie siły, potwory, złe moce – na drodze do osiągnięcia upragnionego, szlachetnego celu, którym zazwyczaj jest piękna kobieta, bogactwo i szczęśliwość krainy.
Można tu jeszcze dorzucić kilka innych cech wyróżniających „disneyowszczyznę”: proste, elementarne emocje, optymizm, upiększanie świata, aktywizacja magii, urok i czar, wyższość sprytu nad przemocą… wreszcie happy end i zwycięstwo dobra nad złem.

Podobnie jak wszystko co ma związek z zabawą, również i Disney wygrywał w ludziach przede wszystkim EMOCJE. Bowiem, jak wiadomo, to właśnie afekt i emocje, a nie intelekt, charakteryzuje pop-kulturę i masowe wzięcie. Szczególnie w Ameryce. Sinclair Lewis powiedział kiedyś w jednym z wywiadów: „Wiem, że pod względem intelektualnym Ameryka nie jest lepsza od jakiegokolwiek innego kraju. Natomiast pewien jestem, że pod względem emocjonalnym jest lepsza od każdego innego kraju na świecie.”
Zwróćmy uwagę, jak zgrabnie to wszystko razem się wiąże: pop-kultura, naiwność, łatwowierność, dziecięcość, spontaniczność, masówka, infantylizm… Swoją drogą nie wiem dlaczego taki np. – zakochany w młodości i pacholęctwie – Gombrowicz wolał Argentynę od Ameryki. Wszak już dawno Oscar Wild zauważył: „Młodość Ameryki jest jej najstarszą tradycją.” Można przy tym dodać, że owa tradycja często zamieniała się tu w obsesję.

 JUBEL URODZINOWY W BIAŁYM DOMU

Bardziej kompleksowe ujęcie naszej tytułowej kwestii „wieszcz narodowy contra kaczor, myszka et consortes” wymagałoby głębszego wejrzenia w fenomen zarówno plebejsko-disneyowski, jak i post-romantyczno-norwidowski. Tutaj przyglądamy się głównie amerykańskiej trzódce papierowej oraz procesowi, dzięki któremu na kartonie, kiczu, marzeniach i sentymencie zbudowano prawdziwe imperium. Ludyzm w epoce kina, telewizji i parków rozrywki objawił się przedziwnie. Czy w jakiś sposób łączy się on – choćby prawem kontrastu i gry przeciwieństw – z naszym polskim przywiązaniem do tradycji narodowych wieszczów i europejskich skłonności wyższego rzędu?
Swoją drogą, zjawisko oszałamiającej kariery Disneya i budowy jego wartego miliardy dolarów kolosa (mam tu oczywiście na myśli także jego tematyczne parki masowej rozrywki typu Walt Disney World na Florydzie i Disneyland w Kalifornii) jest zaiste zdumiewające i bez precedensu w historii naszej cywilizacji – i to nawet w rzeczywistości, gdzie dopuszcza się realność „amerykańskiego marzenia” i możliwość ziszczenia się mitu „od pucybuta do milionera”. Ktoś, kto maże się i chlipie w kinie; facet ociekający sentymentalizmem, niepoprawny marzyciel, ignorujący całą brzydotę, błoto i mizerię tego świata; człowiek uciekający w bajeczkę – właśnie ktoś taki staje się twórcą jednego z najpotężniejszych imperiów finansowych w dziejach światowego kapitalizmu. Wystarczy jedna wizyta w Disney World, by oszołomić każdego niemal śmiertelnika – i to bez względu na to, czy patrzy on na ten kompleks jak na gigantyczny kicz, w którym zwariował smak i architektura, czy też jak na fantastyczny, zdumiewający, zaczarowany świat, gdzie przeżyć można fantastyczne chwile i przygodę życia.
A może ten sielski portrecik Walta Disneya to tylko fasada? Oto zupełnie niedawno wyszło na jaw, że Disney był donosicielem współpracującym z wiadomymi służbami. To ciekawostka (a może i całkiem poważna informacja?) dla tych, którzy uważają, że dzień bez ujawnionego agenta, to dzień zmarnowany. Donoszę więc uprzejmie: oto agent na dzień dzisiejszy – Walt Disney.

Bez względu na źródła, pobudki, przyczyny i istotę dzieła stworzonego przez Disneya, choćby jego kapitałowy potencjał i rozmiary finansowego potentata, każą się z estymą i uwagą odnosić doń nie tylko szefom innych korporacji, ale i politykom, czy nawet głowom państw. To dlatego Biały Dom z wielkim hukiem obchodził 50-te urodziny Myszki Miki, a cesarz Japonii Hirohito nosił na ręce zegarek w kształcie głowy gryzonia w wielkimi okrągłymi czarnymi uszami.

greydot

Nie chciałbym pisać paszkwili na Amerykę, ani nawet zbytnio jej krytykować. Jak do tej pory, więcej wyzwala ona we mnie fascynacji, niż niechęci czy urazy; nadal bardziej mi ona imponuje, niż nią pogardzam. Staram się, by tytułowy Kaczor Donald nie przysłaniał mi pełnego obrazu tego niesamowitego i różnorodnego kraju.
Paradoksalnie, fakt iż przyjechaliśmy tu z Polski – a więc, bądź co bądź z Europy! – może nam pomóc w tym, by z dystansem a jednocześnie głębiej wniknąć w jego istotę. Zawsze też możemy zrobić to, czego nie zrobi żaden Amerykanin: sięgnąć po Norwida i… zadumać się nad naszym człowieczym losem emigranta i tułacza.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 9 i 16 lutego, 1995 r.)

 

Plebejska estetyka sięga po muzyczne wyrafinowanie ("Fantazja")

Plebejska estetyka sięga po muzyczne wyrafinowanie? („Fantazja”)

.