ROCKETMAN, czyli miłość jest wszystkim czego potrzebujesz

.

Oto przykład, jak ignorując fakty i chronologię, realizm i biograficzną ścisłość, można nakręcić znakomity film, który oddaje nie tylko ducha muzyki i sceniczne emploi, ale również charakter i fenomen jednego z największych showmanów w dziejach muzyki pop.

 

Udręka i ekstaza w stylu pop. (Taron Egerton wcielający się w postać Eltona Johna w filmie „Rocketman„)

.

Reżyser Dexter Fletcher doprowadziwszy wcześniej do porządku „Bohemian Rhapsody” – po bałaganie, jaki zostawił na planie Bryan Singer, którego wylano z pracy z powodu seksualnych ekscesów – nakręcił bio-pic Eltona Johna już zupełnie po swojemu, dzięki czemu powstał film – co tu kryć – od biografii Freddiego i zespołu Queen lepszy. Bardziej zintegrowany a jednocześnie płynniejszy; mniej asekuracyjny, a przez to z większym polotem; żywszy i prawdziwszy (co jest paradoksalne, zważywszy na jego fantasmagoryjną odlotowość). To, że zdecydowano się zrobić z „Rocketmana” musical, wyszło temu filmowi zdecydowanie na dobre, bo forma ta okazała się tak pojemna, że mogła pomieścić wszystkie wymienione tu, decydujące o jego specyficznym charakterze, elementy.

To jest w sumie sztuka, by – stosując się ściśle do gatunkowego schematu (a „Rocketman” odwzorowuje wszelkie klisze biografii pop-rockowej gwiazdy) – nakręcić film tak oryginalny, świeży i zaskakujący. Bo podobne historie widzieliśmy już wiele razy: nieusłane różami dzieciństwo, wyobcowanie ze środowiska, brak akceptacji, poczucie „inności” i związane z tym kompleksy; poszukiwanie samego siebie; marzenie o wydostaniu się z kokonu i chęć pokazania światu kim się naprawdę jest; zachwianie seksualnej tożsamości, deficyt miłości… Także: wyjście ze scenicznego cienia, próby nagraniowe, utarczki z agentami, menadżerami, producentami płyt; pierwsze sukcesy, wejście na rynek, trasy koncertowe, wybicie (a w tym wypadku: wystrzelenie) się na gwiazdę – zdobycie sławy i bogactwa (które zwykle przewraca „gwieździe” w głowie). A przy tym: libacje, narkotyki, skandale, orgie… Dalej: stopniowe staczanie się w dół, bolesny upadek na dno. Wreszcie: otrzeźwienie, skrucha, detoks i postawienie się na nogi. A jeśli miało się dość szczęścia, to również muzyczny come-back.
To zdumiewające, jak wiele estradowych karier przebiegało według tego schematu. Niestety, nie wszystkie kończyły się happy-endem – w przeciwieństwie do tej, która była udziałem Sir Eltona Johna.
Nigdy nie byłem fanem estradowego image Eltona, podobnie jak spokrewnionego z nim estetycznie glam/glitter rocka – którego cyrkowość, jaskrawość, pompa i camp przytłaczały samą muzykę. Na szczęście nie było tak w przypadku Eltona Johna, którego kompozycje – ale też i sposób wykonania, wliczając w to grę na fortepianie i wokal – wyrastały ponad całą tę komercyjną papkę.
Nie… nie była to muzyka sezonowa – tych piosenek słucha się do dzisiaj, co niewątpliwie zwiększa szanse na powodzenie „Rocketmana”, który repertuar Eltona Johna wykorzystuje nader obficie.

Sam film jest tak dobry, że nie przeszkadzało mi to, iż motorem jego powstania był sam Elton John (executing producer), co oczywiście ustalało perspektywę, z jakiej kręcono „Rocketmana” i wpływało na jego zawartość. Zdaję sobie sprawę, że film wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby zrealizowano go z punktu widzenia np. rodziców artysty, jego menadżerów, czy życiowych partnerów… I chodzi tu nie tylko o wybielanie siebie samego – przedstawianie się w korzystnym świetle (co jest naturalną skłonnością człowieka) ze spora dozą próżności – ale o subiektywizm, który wprawdzie nadaje sens i znaczenie otaczającej nas rzeczywistości (a tym samym i naszemu życiu), ale zawsze ją przy tym zniekształca.
Tak więc, choć film miał być „do bólu szczery”, to owa „szczerość” jest tym właśnie skażona, mimo że pozostaje na swój sposób prawdziwa.
Z tych powodów w „Rocketmanie” można wyczuć pewną dwoistość, bowiem z jednej strony film nie ucieka przed ukazaniem Eltona jako narkomana i alkoholika, który nie radzi sobie z życiem i sławą; z drugiej jednak wydaje się bardziej winić za to innych, niż jego samego. Innymi słowy: Elton John jest tu grzesznikiem, ale jeszcze bardziej grzeszą przeciw niemu inni. I dzięki temu – bądź co bądź – zyskuje naszą sympatię.

Mam niewiele zarzutów wobec filmu Fletchera, ale o jednym muszę wspomnieć. Wydaje mi się bowiem, że jest on niesprawiedliwy względem rodziców Eltona, przedstawiając ich w sposób zbyt karykaturalny, płaski i antypatyczny – tak jakby w dzieciństwie zrobiono mu wielką krzywdę, naznaczając brakiem „właściwej” (porządnej, godziwej?) miłości na całe życie, co miało znamiona klątwy (w filmie parę razy słyszymy jego matkę, jak mówi: „you’ll never be loved properly”). A to przecież nie było ich winą, że Elton był gejem, a ówczesne społeczeństwo (a nawet prawo) było wobec homoseksualistów tak represyjne, wykluczające i stygmatyzujące.
Podobnie, choć chyba jeszcze bardziej fałszywie i z większym przekrętem, ukazuje się w filmie postać Johna Reida, długoletniego menadżera i kochanka Eltona Johna, jednoznacznie przypisanego tu ciemnej, nikczemnej i zdradzieckiej stronie ludzkiej natury.

Warto podkreślić, że orientacja seksualna artysty jest w filmie mocno zaznaczona – nie tylko przez dość śmiałe, jak na kino popularne, sceny homo-erotyczne, ale także jako oś, wokół której obraca się życie emocjonalne Eltona, pragnącego nie tylko akceptacji, ale przede wszystkim miłości. Bo to właśnie ona nadaje wszystkiemu sens. To dzięki Miłości znika poczucie pustki, którą wypełniało się alkoholem i narkotykami, a nawet próbowało się uciec w samobójstwo.
Ale film, bardziej niż psychodramą, a nawet biografią, jest musicalowym spektaklem – pełnym fantazji, niestroniącym od surrealnych wstawek – wręcz ostentacyjnie domagającym się od nas zawieszenia niewiary w coś, co ogarnięte bardziej trzeźwym umysłem, mogłoby się wydawać absurdalne. Ot, choćby… lewitacja – i to nie tylko artysty na scenie, ale i publiczności na widowiskowej sali. (Można przy tej okazji wspomnieć, że niektóre sceny filmu są niezwykle pomysłowo zrealizowane, będąc technicznym majstersztykiem).
Wprawdzie nowe wersje znanych przebojów Eltona Johna nie dorównują zazwyczaj oryginałom, to w choreograficznym żywiole filmu wypadają całkiem nieźle, a w niektórych momentach to nawet znakomicie. Bardzo dobrze radzi sobie z nimi zwłaszcza wcielający się w Eltona Taron Egerton, który moim zdaniem prezentuje się na ekranie znakomicie, i to nie tylko jako aktor (bardzo wiarygodny psychologicznie), ale i wokalista (jego interpretacja muzyczna jest nie tyle kopiowaniem Eltona, co tworzeniem nowej autonomicznej jakości, porównywalnej mimo wszystko z klasą oryginału).

Czy „Rocketman” przejdzie do musicalowej klasyki?
Moim zdaniem powinien, bo nie jest wcale gorszy od wielu filmów, które już się tam znajdują. Mimo, że ze swoją narracją cofa się o kilka dekad wstecz, to duchem jest tu, z nami – w czasach, kiedy nie tylko wiadomości, ale i gwiazdy są „fake”, a dziwactwa sprzed pół wieku wydają się bardziej normalne, niż pozująca na normalność współczesność.

*  *  *

(8/10)

„BOHEMIAN RHAPSODY”

.

The show goes on… („Bohemian Rhapsody”)

.

Czy kicz może być arcydziełem? Może. Przykład: utwór zespołu Queen „Bohemian Rhapsody”. Ale pisząc to, nie chcę powiedzieć, że podobnie jest z filmem o takim samym tytule, zajmującym się życiem Freddiego Mercury i muzyką Queen. Nie – ten film nie jest ani kiczem, ani arcydziełem, choć dosyć dobrze oddaje to, co było esencją fenomenu Queen, czyli właśnie kicz przetransformowany w genialną formę estradowo-muzyczną, która przyniosła zespołowi szaloną popularność, a jego frontmana wyniosła do statusu nie tylko gwiazdy pop, ale i uczyniła nieśmiertelną legendą.

Wiem, dlaczego ten film oglądało mi się z wielką przyjemnością, mimo że w wielu miejscach on kulał i gdyby tak rozebrać go na części pierwsze, to lista potknięć byłaby naprawdę długa. Przyczyna jest prosta: muzyka zespołu Queen!

A tej, na ekranie – a właściwie w głośnikach wypełniających salę kinową dźwiękiem – nie brakuje.

Doprawdy, znużyły mnie już te wszystkie litanie zastrzeżeń wobec filmu oraz jojczenia krytyków, którzy spodziewali się po nim Bóg wie czego (czyli dogłębnej analizy psychologicznej bohaterów i ich życia rodzinnego, ścisłości faktów i chronologii wydarzeń, hedonistycznego nurzania się Freddiego w homoseksualizmie i narkotykach, jego męczeńską śmierć na AIDS… itp.) a otrzymali dość przeciętną, ale za to solidnie wyprodukowaną, sprawnie zrealizowaną – nieźle zagraną, udźwiękowioną i sfotografowaną – biopic. Wprawdzie prostą i schematyczną, ale nie pozbawioną walorów rozrywkowych i atrakcyjną dla widzów – zarówno tych, których do obejrzenia (i wysłuchania) „Bohemian Rhapsody” skłoniła nostalgia, jak i tych, którzy poszli do kina powodowani zwykłą ciekawością.

Sukcesem było już to, że ten film w ogóle powstał. Rami Malek nie był pierwszym wyborem do zagrania Freddiego (miał to zrobić Sacha Baron Cohen), reżysera Bryana Singera wywalono z pracy przed zakończeniem realizacji filmu (może dlatego czasem odnosiło się wrażenie, że ten film „reżyseruje” się… sam?) Piętrzyły się kłopoty, ale pewnie determinacja producentów (wśród których – co nie jest bez znaczenia dla ostatecznego kształtu filmu – byli także dwaj członkowie zespołu Queen: Bryan May i Roger Taylor) spowodowała, że projekt doprowadzono do końca i „Bohemian Rhapsody” trafiła wreszcie do kin, odnosząc spory sukces, który – mimo utyskiwań krytyków – przełożył się nie tylko na zyskanie rzeszy fanów, ale również na deszcz nominacji i nagród (Złote Globy, BAFTA, Oscary…).

Czy Malek uniósł swoją rolę? Myślę, że tak. Jego kreacja nie jest doskonała (fatalnie dobrana proteza siekaczy raczej mu w grze nie pomagała i widać było, że się on z nią męczy), ale gesty, manieryzmy, ruchy sceniczne, sposób bycia i chodzenia… to wszystko wyszło Malikowi całkiem nieźle. W jego Freddiego mogliśmy uwierzyć, zwłaszcza na koncertach, kiedy słyszeliśmy prawdziwy głos Mercury’ego.

Znakomicie obsadzeni byli pozostali członkowi zespołu – podobał mi się zwłaszcza Gwilym Lee w roli Maya (łudząco do niego podobny). Reszta była całkiem poprawna – z dozgonną przyjaciółką Freddiego Mary Austin (Lucy Boynton ) i jego menadżerami na czele.

Oczywiście, że chciałbym, aby nakręcono lepszy film o Mercurym – głębszy psychologicznie i nie tak ugrzeczniony – z ostrzejszym pazurem i ciekawszą, nie tak schematyczną, narracją. Zajmujący się również ostatnimi latami jego życia – a tym samym jego cierpieniem i konfrontacją z własną śmiertelnością. Taki, w którym kulminacją jego życia i największą glorią pozostaje występ w Live Aid na Wembley (tak jak to jest w omawianym tu filmie), ale finał znaczony jest ludzką tragedią i przesiąknięty fatum la condition humaine – tym, co widzimy i słyszymy w obrazach i dźwiękach „Mother Love”, czyli w jego ostatnim nagraniu. No ale do tego trzeba zupełnie innego scenariusza i znacznie lepszego reżysera.

Czy taki film kiedyś powstanie? Nie wiem. Ale pewny jestem, że głos Mercury’ego i muzyka zespołu Queen pozostanie z nami na zawsze.

*  *  *

Pomnik Freddiego Mercury w Montreux nad Jeziorem Genewskim (zdjęcie własne)

.

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Roma”.

.

z MARYLĄ RODOWICZ rozmowa… nie tylko o MĘŻCZYZNACH JEJ ŻYCIA

.

Wśród wielu artystów z Polski, których gościliśmy ostatnio*, Maryla Rodowicz była z pewnością postacią najbardziej kolorową i szaloną… jak zresztą przystało na najpopularniejszą piosenkarkę w historii polskiej muzyki rozrywkowej – kobietę z wielkim temperamentem, o ogromnej, zaskakującej inwencji i niespożytej energii; a ponadto niezależnej, śmiałej i konsekwentnej. A to wszystko cechy kobiety kontrowersyjnej.

.

Maryla Rodowicz:    (zdjęcie własne)

Maryla Rodowicz: „Ja sobie realizuję to, co sobie wymyślę. I w tym jestem konsekwentna.” (Zdjęcie własne)

 

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Niedawno, z wielkim hukiem, odbyła się w Polsce promocja pani najnowszej płyty „Marysia Biesiadna”. Impreza miała miejsce w warszawskiej Stodole i odbiła się szerokim echem w kraju. Jej oprawa była nad wyraz nietypowa: suto zastawione stoły biesiadne, żywy inwentarz, ludowa stylizacja. Zwaliło się na nią mnóstwo gości, a wśród nich ministrowie, ambasadorzy…

MARYLA RODOWICZ: Siedzieli sobie na sianie i pili kozie mleko, bo były tam kozy i dawały mleko.

– Co zasugerowało pani taką wiejską oprawę?

– Charakter piosenek, które zdecydowałam się nagrać.

– Czy nie był to ukłon w stronę „ludowców”, którzy byli wtedy u władzy?

– Nie był to żaden ukłon, zwłaszcza w stronę polityków. Nie muszę się nikomu kłaniać repertuarem. Pomyślałam to sobie już dawno, że warto nagrać piosenki, które pamiętam jeszcze z dzieciństwa i które chyba wszyscy w Polsce znają.

– Czy ludzie nie byli zbulwersowani hasłem, którym zachęcała pani do udziału w tej imprezie: „MARYSIA DAJE W STODOLE NA SIANIE”?

– Dawałam oczywiście koncert.

– A jednak była w tym ukryta mała sprośność, którą każdy wychwycił. Jak reagują na coś takiego ludzie w naszym kraju?

– Różnie. Polacy w dużej części są pruderyjni i zdarzało się, że się oburzali. W pewnym mieście zrywano nawet plakaty, które były rozwieszone w pobliżu kościoła.

– Jak pani to przyjmowała?

– Nie chcę tego komentować. To jest ich sprawa.

– Doszły jeszcze do tego całkiem śmiałe zdjęcia na okładce płyty. Może się pani na to uśmiechnie, ale te pozy przypominały mi jako żywo Madonnę.

– To nie była chęć upodobnienia się do kogokolwiek. Po prostu stwierdziłam, że do tych piosenek będzie pasował wianek na mojej głowie, a każda sukienka byłaby wtedy jakimś… brudem estetycznym i dlatego postanowiłam się sfotografować nago – we wianku i obłożona słomą. Było to więc zdjęcie nagie, ale jednocześnie zakryte.

– I znów się co poniektórzy gorszyli i obruszyli…

– Nie obchodzi mnie to. Ja sobie realizuję to, co sobie wymyślę. I w tym jestem konsekwentna. Oczywiście, że liczę się z opinią, ale z opinią ludzi, na których opinii mi zależy. Poza tym uważam, że nie było tam niczego obraźliwego. A jeżeli tak to ktoś odebrał, to jest jego problem i zmartwienie. A że komentują? Całe życie to, co robiłam, było komentowane, więc już się do tego przyzwyczaiłam.

– Właśnie. Od początku pani kariery znana jest pani jako kobieta z temperamentem, wręcz „szalona”. W swojej autobiografii „Niech żyje bal”, która zresztą zainspirowała mnie do tego wywiadu, opisuje pani dość otwarcie swoje liczne przygody, czy też związki z kolejnymi „mężczyznami swojego życia”. To byli ludzie znani i popularni: Daniel Olbrychski, Andrzej Jaroszewicz, Krzysztof Jasiński… Takie obnażanie się przed publiką ze swojego życia prywatnego, zwykle pociąga za sobą pewne konsekwencje, np. tzw. moralne potępienie. Nie boi się pani moralistów?

– Po pierwsze, to nie były przygody. Ja nigdy nie miałam przygód z mężczyznami. Wszystkie swoje związki traktowałam bardzo poważnie – na całe życie.

– Ale żaden z nich nie był tak trwały.

– Tak zdarza się w życiu. To były naprawdę moje wielkie miłości i miały być na całe życie. Ale to nie zawsze tak wychodzi, jak się chce.

– Z kilkoma partnerami?

– A pan nie miał kilku partnerek w swoim życiu? W pewnym wieku większość z nas ma tych kilku partnerów za sobą. Myślę, że i tak miałam niewielu w stosunku do tego, ilu bym mogła mieć. Sprawa jest taka, że za każdym razem to było głośne, to się komentowało. Ludzie się interesują znanymi osobami. A ja nie wiem, czy te znane osoby mają więcej partnerów, związków, niż inni… Tylko że akurat mówi się o tym.

– Czego pani oczekuje od mężczyzny?

– Żeby był uczciwy.

– To wszystko?

– Nie, nie wszystko. Musi być odpowiedzialny za siebie i za mnie; nie może być tchórzem; musi być dowcipny i musi mnie kochać.

– Tylko tyle… Mężczyźni w pani życiu różnili się zdecydowanie. Z jednej strony artysta, z drugiej – biznesmen. Czy szukała w nich pani jakiegoś dopełnienia?

– Okazuje się, że ja zawsze szukałam – a właściwie znajdowałam – bardzo trudnych mężczyzn. Nie wiem dlaczego. Może psycholog by tu wytłumaczył? Im trudniej było – tym lepiej. I im bardziej szalony, tym bardziej mnie fascynował. A taki mężczyzna zwykle bywa trudnym partnerem. Myślę, że to reguła.

Maryla Rodowicz „Biesiadna”: „Zawsze szukałam – a właściwie znajdowałam – bardzo trudnych mężczyzn.” (Zdjęcie własne)

Maryla Rodowicz „Biesiadna”: „Zawsze szukałam – a właściwie znajdowałam – bardzo trudnych mężczyzn.” (Zdjęcie własne)

– Czy mieli oni jeszcze jakieś cechy wspólne?

– Mieli bardzo silne osobowości i wymagali stałej adoracji.

– Adoracji?!

– Tak!

– To raczej kobieta ma prawo domagać się adoracji.

– Ja też wymagałam adoracji, tylko że oni byli takimi typami, które jeszcze bardziej wymagały tej adoracji. W związku z czym, w momencie, kiedy poczułam się zaniedbywana, czy też kiedy czułam, że zasługuję jednak na lepsze życie… miłość mijała i pakowałam walizki.

– I nie szkoda było pani tych miłości?

– Zawsze mi było bardzo szkoda, bardzo żal.

– Jednak zawsze miała pani nadzieję na następną?

– Nie, nigdy nie było „myślenia”, żadnej kalkulacji! To zawsze było spontaniczne. Jednak wierzyłam, że będę mogła spotkać mężczyznę, z którym będę szczęśliwa. To jest taka moja rada dla wszystkich kobiet: nie poddajcie się jakimś potworom-mężczyznom, szukajcie tego prawdziwego – dla was – mężczyzny.

– Wydaje się jednak, że większość kobiet tych swoich „prawdziwych mężczyzn” znalazła. Mam tu zwłaszcza na myśli te, które są w stałych związkach.

– Nieprawda! Jest pan w błędzie. Bardzo wiele kobiet cierpi w związkach, tylko że boją się decyzji, by z tym skończyć.

– Może właśnie dlatego te związki wydają się takie trwałe i kobiety zostają do końca życia z jednym – i tym samym – człowiekiem?

– I to jest ich błąd. Jeżeli kobieta się męczy z jakimś kretynem (przepraszam), no to dlaczego ma się męczyć? Kobiety boją się wszystkiego: boją się życia, boją się samodzielności, boją się zaczynania od zera, boją się samotności…

– Boją się o utrzymanie.

– Tak, często są to układy małżeńskie polegające na wspólnym majątku. A więc uzależnienie finansowe. Różne są powody, dla których kobiety pozostają w tych nieudanych związkach.

– Czy zmienia się teraz obyczajowość w Polsce? Jakie jest dzisiaj to polskie społeczeństwo? Kiedyś Daniel Olbrychski powiedział mi, że jest ono wspaniałe, ale trudne. Ma się jeszcze wrażenie, że z jednej strony jest pruderyjne; z drugiej zaś wielu Polaków wydaje się przyjmować zachodnią obyczajowość, bardziej liberalną. Obok kościołów, w naszym kraju znakomicie prosperują tzw. agencje towarzyskie.

– Społeczeństwo polskie jest pruderyjne i zakłamane. Idą się modlić do kościoła, po czym mężczyzna wraca do domu i bije żonę… na przykład. W niedzielę żałują za to, co robili w sobotę, a co będą robić w poniedziałek.

– W książce „Niech żyje bal” można znaleźć całkiem ciepłe ustępy tyczące pani dzieci, rodziny… Wydaje się, że w pani „siedzą” jakby dwie kobiety: jedna to właśnie ta „Marysia Biesiadna”, imprezowa; druga – „Marysia rodzinna”, matka dzieciom… I obie te kobiety ze sobą walczą. Która jest górą?

– Imprezowa, czyli jaka?

– Koncertowa, kojarzona właśnie z „balowaniem” i „biesiadą” – trochę szalona, artystka, która chce się wyrwać w świat.

– Zgadza się. Mnie spalają takie przeciwności, ponieważ naprawdę staram się być dobrą matką, a z drugiej strony – kiedy muszę wyjeżdżać – zaniedbuję rodzinę. Bardzo nad tym boleję. Kiedy wczoraj zadzwoniłam do domu i synek mnie zapytał, kiedy wrócę – takim słodkim głosikiem (ma siedem lat i jest bardzo ze mną związany – taki „maminsynek”) to było mi bardzo przykro. Bardzo mnie boli, kiedy widzę, że moja nieobecność sprawia przykrość moim dzieciom. Dlatego jestem rozdarta. Wszystkie kobiety artystki maja ten problem, bo już mężczyźni go nie mają.

– Na pewno?

– Tak, bo mężczyzna założy koszulę, weźmie teczką i… wio z domu! Wie, że żona ugotuje, zadba o dom, o dzieci. A ja? Przecież dzieci w pewnym wieku bardzo potrzebują matki.

– Czy nie zmieniło się pani spojrzenie na świat po urodzeniu dziecka? Napisała pani: „W końcu, przez całe lata 80-te byłam w ciąży”.

– Troszeczkę. Na pewno wszyscy się zmieniamy, przechodząc kolejne stadia naszego życia. Przed chwilą, ktoś mi tu powiedział, że ma przy sobie wywiad, w którym 10 lat temu powiedziałam, że nie ma mowy, abym mogła napisać o sobie książkę. A jednak napisałam.

– Nikt pani w tym nie pomagał?

– Nikt, absolutnie!

– Jest bardzo żywo napisana. Ma pani talent – również i w tym kierunku.

– Dziękuję.

– Pozwoli więc pani, że przytoczę jeszcze jeden cytat z tejże książki: „…nie stoczyłam się, nie byłam na dnie, nie ucięłam sobie żadnego ucha. Nie to, co Presley, czy Janis Joplin. Może dlatego, że nie zepsuły mnie duże pieniądze. A mogło być całkiem przeciwnie”. Jaki jest wobec tego pani stosunek do pieniędzy?

– Lubię je mieć, a jeszcze bardziej lubię je wydawać. Mam bardzo lekki stosunek do pieniędzy. Mogę mieć duże pieniądze i mogę je wydać natychmiast, w ciągu 5 minut. Moim zdaniem, pieniądze są po to, żeby je wydawać, żeby mieć z nich przyjemność. Na pewno nie są do tego, żeby je gromadzić. Ja, te pieniądze, które zarabiałam, zaraz przepuszczałam. Zawsze tak było. Nie wiem, może to jest błąd.

– Życzę więc pani dużych pieniędzy i jeszcze większej przyjemności z korzystania z nich. Jak również wielkiej przyjemności ze śpiewania. No i tego, aby szybko wróciła pani do swojego malca.

– Dziękuję.

greydot

* Wywiad z Marylą Rodowicz ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 19 maja, 1995 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

„THE BOSS” – BOGACZ W KOSZULI BIEDAKA

BRUCE SPRINGSTEEN – SYBARYTA PEŁEN LĘKÓW

Bruce Springsteen, „Boss” – idol „niebieskich kołnierzyków”, post-presley’owski symbol amerykańskiej pop-kultury, heros rocka, znów wyruszył w drogę.* Po pięciu latach nieobecności w komercyjnym świcie – zajęty porządkowaniem własnego życia i nagrywaniem dwóch wypuszczonych równolegle tego roku albumów „Human Touch” i „Lucky Town” – ponownie próbuje wypełnić największe rockowe areny i udowodnić, że nie jest jeszcze spetryfikowanym, przynależnym historii, dinozaurem. Po koncertach w Europie, Springsteen rozpoczął późnym latem kilkumiesięczne tournée po Stanach Zjednoczonych. We wrześniu zjawił się w podchicagowskim World Music Theatre. Na pewno nie tylko ja – z całej, zgromadzonej tam 40-tysięcznej rzeszy – zadawałem sobie przed występem pytanie: co stało się z „Bossem”?

*

Bruce Springsteen

Bruce Springsteen

Niemodny gwiaździsty sztandar

Apogeum popularności Springsteena zbiegło się z epoką reaganowską. Po kryzysie poprzedniej dekady Amerykanie zyskiwali pewność siebie i Ameryce potrzebni byli bohaterowie, w których mogłaby się odbijać – tak kultywowana tu – apologia sukcesu i optymizmu, uwielbienie dla mocnego indywidualizmu i sprawnego działania. Reagan posłużył się nawet do tego celu postacią Rambo, afirmując tym samym dość powszechne wówczas, praktyczne nastawienie do hollywoodzkiego fenomenu. Kiedy więc w 1984 r. album Springsteena „Born in the USA” zaczął sprzedawać się w milionach egzemplarzy, a on sam z łatwością był w stanie doprowadzić do punktu wrzenia wypełniające po brzegi stadionów stutysięczne audytoria, Reagan w swoich przemówieniach wyrażał zadowolenie, iż obaj dzielą te same wspaniałe wizje i sny o potędze.
Jak bardzo jednak się mylił. Zresztą nie tylko on. Wielu zmyliła powielana w tysięcznych reklamach obwoluta płyty przedstawiająca odzianego w niebieskie dżinsy Springsteena na tle biało-czerwonych pasów olbrzymiego Gwiaździstego Sztandaru. Image sugerujący współczesnego Pattona, podsycający wielkościowe urojenia i prowokujący do ociekającego patosem szowinizmu. A wystarczyło przysłuchać się uważniej słowom, choćby nagrania tytułowego (tłum. własne):

Urodzony w mieście martwych ludzi,
połowę życia przeznaczając na to,
by się tylko gdzieś schronić.
Urodzony w USA.

Kiedy więc Reagan i Mondale wyrażali zadowolenie, że Springsteen podziela ich wizję Ameryki pełnej nadziei i prosperity, to było to albo totalną ignorancją, albo zwykłą polityczną bezczelnością. Sam Springsteen zareagował żachnięciem, odcinając się od przypisywanych mu intencji: „Ślepa wiara jest zawsze czymś niebezpiecznym… I to zarówno jeśli chodzi o twoją dziewczynę, jak i o rząd”.
Pamiętajmy, że do recesji było jeszcze wówczas daleko i nieporównywalnie łatwiej było wzniecić nacjonalistyczny animusz i patriotyczną euforię, o jakiej Bush mógłby już teraz tylko pomarzyć. Kiedy więc dostrzegłem wśród koncertowej widowni młodych ludzi przystrojonych w amerykańskie barwy narodowe – pasiasto-gwiaździste opaski lub koszule – wydały mi się one nie tylko pretensjonalne, ale i niemodne. Byłżeby to wyraz dezorientacji młodego pokolenia w wyborze między kultem indywidualizmu a populistyczną symboliką? Na marginesie: na prezerwatywy w barwach narodowych (o czym głosiła fama) nie udało mi się natrafić.

Eskapizm i dekadencja

Gdy jeden z krytyków magazynu „Rolling Stone” w 1974 r. napisał pod wrażeniem jednego z koncertów Springsteena: „Zobaczyliśmy przyszłość rock&rolla – jest nią Bruce Springsteen!”, nie przypuszczał, że zaledwie rok później jego proroctwo stanie się rzeczywistością. Ukazuje się znakomicie przez wszystkich przyjęty krążek „Born to Run”. W tym samym tygodniu twarz Springsteena trafia na okładki magazynów „Time” i „Newsweek”. Młodzieńcze marzenia o gwiazdorstwie – datujące się od czasu, kiedy Bruce po raz pierwszy zobaczył i usłyszał Presley’a – spełniły się.  Przyszła kolej na mierzenie się z rzeczywistością. Począwszy od „Born tu Run”, pewne myśli i motywy pojawiają się w twórczości Springsteena ustawicznie. Jedni skłonni byli upatrywać w tym obsesji, drudzy – literackiej i ideowej ograniczoności. Płyty „Darkness on the Edge of Town” (1978), „The River” (19080), „Nebraska” (1982) i wspomniany już „Born in the USA”, pełne były dekadenckich obrazów zniszczonych, spowitych ciemnością miast i autostrad, poczucia alienacji i eskapizmu:

W tym mieście zedrą ci z pleców skórę,
to  śmiercionośna pułapka.
Musimy się stąd wydostać, póki jesteśmy młodzi.
Tacy jak my urodzili się po to, by biec.

Zdarzało się jednak czasami, że i „Boss” nie był w stanie biec dalej. Depresja, poczucie wypalenia i pustki często paraliżowały jego zdolność do tworzenia: „Było tak, że nie miałem nawet siły, żeby podnieść się z łóżka” – wyznaje Bruce, co wydaje się czymś zupełnie niewiarygodnym, widząc jego piekielny wręcz dynamizm na niekończących się koncertach i niewyczerpaną energię, którą zdolny jest dotknąć każdego z osobna spośród wielotysięcznego tłumu

Lepsze dni

Starsze, znane wszystkim utwory z epoki stadionowej gigantomanii, wypełniły drugą część trwającego ponad cztery godziny koncertu. Mimo ogromnej presji publiczności domagającej się właśnie takich utworów, jak „Born to Run”, „Cover Me”, „Badlands”, „Hungry Heart”, „Glory Days”... pierwsze dwie godziny Bruce przeznaczył na prezentację najnowszych albumów „Lucky Town” i „Human Touch”. Dzięki niezwykłej zdolności do zabarwiania atmosfery koncertu własną intymnością – bardzo osobistemu traktowaniu tekstu i dialogowi z publicznością – z łatwością dostrzegało się rezultat ewolucji Springsteena w jego sposobie widzenia świata i stosunku do własnego życia. A o tym, że były to zmiany dość radykalne, można się już było przekonać słuchając płyty z 1988 r. „Tunnel of Love”. Rozwód z aktorką Julianne Phillips, związek z Patti Scialfą (partnerka ostatniej tury koncertowej) i narodziny dwójki dzieci, nie mogły pozostać bez wpływu na teksty i charakter muzyki Springsteena:

Miałem już dość czekania na jutro,
które miało nadejść,
na pociąg, który rycząc
miał się wyłonić zza zakrętu
– śpiewał w „Better Days”.

W innym miejscu zaś stwierdzał sarkastycznie: „To zabawne i smutne zarazem, że skończyłem jak ktoś, kto udaje bogacza, ubierając się w koszulę biedaka”. Można jeszcze dodać: to również banalne (dla zachowania nuworyszów) i ironiczne (wobec kontestacyjnej przeszłości). Jak może się czuć ktoś, kto mając swe korzenie w robotniczej New Jersey, kupuje w ekskluzywnym Bel Air dom za 14 mln. dolarów i zostaje sąsiadem… samego Ronalda Reagana?
Pozowanie na „równego faceta” powiększa jeszcze dychotomiczny rozziew: wypożyczanie kaset z lokalnego video-store, zakupy w okolicznym supermarkecie, spacery po ulicy z dzieckiem na wózku, wymięty podkoszulek i znoszone dżinsy… A na koncertach wyznania podszyte poczuciem winy i prośbą o przebaczenie:

Szukałem złota i diamentowych pierścieni,
to był mój narkotyk uśmierzający ból,
jaki niosło ze sobą życie.
Wchodziłem na wysokie góry,
schodziłem w doliny,
wypatrując mojej pięknej nagrody.

Lecz jak długo można uciekać? Tunel może okazać się ślepy, na końcu niekoniecznie musi przywitać nas światło. Prawdziwej odwagi wymaga zbliżenie się, kontakt i związek z drugim człowiekiem. To właśnie wątki „Human Touch” i „Lucky Town”. Nie bez kozery tak wiele w nich soulu, nawet muzyki gospell, a Springsteen na koncercie, sposobem interpretacji nawiązywał wprost do Jamesa Browna. Muzykę graną obecnie określa jako „rock&soul”.

Springsteen podążał swoimi ścieżkami, podlegając przemianom wyznaczanym rytmami własnego życia. Nadużyciem byłoby więc stwierdzenie, że jego twórczość odzwierciedla zmieniające się czasy. W dobie głębokiej recesji sam wydaje się być człowiekiem, który dokonał pewnych wyborów, osiągnął pewną stabilizację. A jednak, by współbrzmieć z obecnymi, bliskimi depresji nastrojami Amerykanów, na koncercie wykorzystał pełne klaustrofobii i defetyzmu nagrania sprzed lat kilkunastu, wówczas kojarzone z kryzysem paliwowym, wywołanym embargiem krajów OPEC: „Gram wiele z ‚Darkness on the Edge of Town’. Wydaje mi się, że właśnie teraz doskonale to wszystko koresponduje z tym, co przeżywa Ameryka”. W innym zaś miejscu, zachęcając do charytatywnego poparcia, mówił: „Pomóżmy tym ludziom – ludziom skrzywdzonym przez społeczny system i politykę obecnej administracji.”
To dzięki tego typu, trącących banałem wypowiedziom, zadenuncjowano Springsteena jako populistycznego epigona Woody Guthriego i Boba Dylana. „Zwierzęta” polityczne wszędzie potrafią zwęszyć dla siebie pożywkę. Sam „Boss” irytuje się, gdy wpycha się go na siłę w polityczno-społeczne konteksty. To, że ongiś przymierzał się do pozycji gubernatora New Jersey lub fakt przedwyborczego testowania własnej publiczności (na dźwięk nazwiska Busha usłyszeliśmy przeciągłe „boooooooooooo…”, Clintona przywitał zaś aplauz) nie oznacza, że Springsteen przejęty jest rolą ludowego trybuna. Woli się widzieć raczej w roli ambasadora… miłości: „Kiedy czujesz się stłamszony, zdeptany, robią z ciebie śmiecia, musisz się podnieść i iść dalej. To jest właśnie przeznaczenie. A gdzie jest przeznaczenie, tam jest nadzieja; gdzie jest nadzieja, tam jest miłość. A gdzie jest miłość, tam jest… seks! Same dobre rzeczy!”.

Rock – fenomen czy banał?

Po koncercie, będącym rzeczywiście jednym wielkim wybuchem spontaniczności i energii, któremu nawet przelotna burza z grzmotami i błyskawicami dodała niespodziewanej dramaturgii (akurat w czasie wykonywania „Thunder Road”!) – nasunęło mi się parę refleksji. Już w latach 50-tych nie można było ignorować rocka (wówczas jeszcze w formie rock&rolla), jako istotnego czynnika kulturo-twórczego. Bez wątpienia też jest on najbardziej dynamicznym i agresywnym (również najgłośniejszym) rodzajem muzyki, jaki kiedykolwiek wymyślono na Ziemi. W swoisty etos rocka wpisane są wyraźnie bunt, kontestacja i nonkonformizm. Muzyka ta ma też do siebie to, że sytuacje kryzysowe powodują jej ekspansję, pobudzając do rozwoju – często na zasadzie kompensacji i odreagowania frustracji. Jednak wydaje się, że nigdy już rock nie odzyska swej pozycji, jaką miał w epoce Woodstock, kiedy to stanowił o filozofii i sposobie życia całej generacji. I choć już w latach 50-tych można go było traktować jako towar, to piętno bezwzględnego komercjalizmu staje się coraz bardziej wyraziste dopiero od lat 70-tych, kiedy jego masowy charakter zaczął się obracać przeciw niemu samemu. Uległ z wolna rozmyciu i banalizacji, a nawet ośmieszeniu się w postaci glitter i dzięki flirtowi z disco. Obecnie, nawet koncerty takich tuzów rocka, jak Springsteen, przestały być fenomenem. Stały się czymś okazjonalnym. A jednak niepozbawionym impetu i iskry – tego wszystkiego, co decyduje o witalności, a nawet o radości, jaką niesie ze sobą rock.

*

*

* Artykuł “The Boss – sybaryta pełen lęków”, który stanowi powyższy wpis, ukazał się w ramach cyklu “Rock i okolice”, jaki prowadziłem w latach 90-tych na łamach prasy polonijnej. W najbliższym czasie chciałbym na moim blogu zamieścić małą jego próbkę – kilka tekstów nawiązujących do fascynacji rockiem, który był bez wątpienia muzyką naszego pokolenia. W tekście odnoszę się do koncertu Bruce’a Springsteena, który miał miejsce w podchicagowskim World Music Theatre, 2 września 1992 roku. (Artykuł opublikowany został na łamach „Dziennika Chicagowskiego”.)

 

INTYMNOŚĆ NA POKAZ, czyli Madonna naszych czasów

Każda epoka i każde pokolenie ma takie bożyszcza na jakie zasługuje. Nasze czasy wojeryzmu, czasy inwazji w prywatność, czasy pomieszania z poplątaniem, (których, bądź co bądź, my sami jesteśmy także nieodrodnymi dziećmi) mają swoją Madonnę. Louise Veronica Ciccone, Amerykanka włoskiego pochodzenia, stała się w ciągu ostatniej dekady figurą w pop-kulturze kultową.
Co reprezentuje sobą „najsłynniejsza kobieta świata”? Jakie niesie wartości, za czym obstaje, co głosi, z czym walczy? Spróbujmy odpowiedzieć na te pytania.

*

Madonna

Madonna

*

O Madonnie znów głośno.* Nie tylko ze względu na niedawne wyznanie Denisa Rodmana, który o swojej byłej partnerce powiedział, że „nie była akrobatką, ale też in nie była zimną rybą”. Najpierw Madonna zagościła we wszystkich mediach, kiedy została matką; a ostatnio pełno jej wszędzie w związku z filmem „Evita”, w którym zagrała słynną i kontrowersyjną żonę dyktatora Argentyny, Perona.

Podobno Madonna po urodzeniu dziecka „ustatkowała się” i zrównoważyła. Również jej image w związku z „Evitą” odbiega od tego, jaki utrwalił się poprzednimi laty w masowej wyobraźni. Ja jednak chciałbym wrócić do czasów, kiedy Madonna stała się „najsłynniejszą kobietą świata”, co miało miejsce gdzieś na początku naszej dekady. Czy właśnie w tamtym czasie można się doszukać wyjaśnienia istoty fenomenu Madonny? Próbowałem tego dokonać, kiedy dość przypadkowo wpadł mi przed oczy film „Truth or Dare”, będący dokumentem nakręconym podczas jej słynnego „Blond Ambition Tour” po Stanach Zjednoczonych, Europie i Japonii.

wyuzdana lalka barbie

Otóż najkrócej można stwierdzić, że „Madonna naszych czasów” jest ikoną-kameleonem, który pod tuzinami przybrań i kostiumów chce ukryć własny lęk i zagubienie. Madonna to również „wyuzdana lalka barbie” („New York Times”), która zakazane zabawy i igraszki wydobywa z „klozetu” przed światła reflektorów. Madonna to kolejny – śpiewający i tańczący – przykład ziszczenia amerykańskiego mitu „od pucybuta do milionera”. Wyrwała się z zapadłej mieściny Bay City w stanie Michigan, opuściła ojca, pięciu braci i dwie siostry (matka zmarła, kiedy mała Louise miała 5 lat); rzuciła szkołę baletową i jako 19-latka zjawiła się w Nowym Jorku z 35 dolarami w kieszeni. Po paru latach występów off-broadway’owych, klubo-knajpowych – po wielu próbach podrzucania różnym wytwórniom płytowym swoich taśm demo – jej ambicji stało się zadość. Jeden z oddziałów wytwórni Warner Bross wydaje jej płytę „Madonna” (1979). Zaraz później pojawia się album „Like a Virgin”. Obie pozycje lądują na pierwszych miejscach listy bestsellerów Billboardu.
Wszystko rozkręca się na astronomiczną wprost skalę w drugiej połowie lat 80-tych. Kolejne płyty, występy w filmach („Desperately Seeking Susan”, „Who’s That Girl”, „Dick Tracy”); dalej: trasy koncertowe, no i oczywiście skandale. Czas „Blond Ambition Toour” to okres szczytowania Madonny. Przełom ósmej i dziewiątej dekady oznacza apogeum jej show(wo)mańskiej kariery. Romansując z Warrenem Beatty, symulując masturbację na scenie, zachęcając do głosowania, będąc owinięta jedynie w amerykańską flagę… również spółkując ze swoim najnowszym boyfriendem w video-clipach („Justified My Love” został zakazany nawet przez MTV, która do instytucji purytańskich raczej nie należy). A było to nic innego, jak pożywką dla żądnych plotek i sensacji mass-mediów. Dzięki temu miało się wrażenie, że Madonna jest wszędzie: w kinach, salach koncertowych, sklepach muzycznych, serwisach informacyjnych, telewizji… Czyli woda na młyn multi-milionowego interesu. A kryła się za tym solidna polityka promocyjna, super precyzyjna machina menadżerska i najwyższej próby profesjonalizm (abstrahując od jego rodzajowości). To właśnie wyrobiło Madonnie opinię jednej z najbardziej niestrudzonych estradowców w historii muzyki pop. „Forbes”, prestiżowy magazyn zajmujący się ekonomią i biznesem, zasugerował, że Madonna to jedna z najsprytniejszych businesswoman w kraju, a jako najlepiej zarabiająca kobieta w show-businessie ($125 mln. w ciągu trzech lat), wydaje się być symbolem naszej „odpadkowo-śmieciarskiej” – i faszerującej się przy tym „szmalem” – epoki

Madonna z makijażem

Portret Madonny, jakim jest film „Truth or Dare”, to również znak naszych czasów. Dlatego też warto się tu nim bliżej zająć. Właściwie jest to autoportret, gdyż wszystko co widzimy, znalazło się w nim z przyzwolenia Madonny, która zresztą go firmuje, jako executive producer.
Co uderza najbardziej?
Otóż totalny ekshibicjonizm – i to zarówno w sensie fizycznym, jak i duchowym. Zaciera się różnica między tym, co na scenie, tym, co za kulisami i tym, co w życiu prywatnym artystki. Intymność wystawiona na pokaz. Intymność, która wskutek tego przestaje być intymnością, a staje się czymś publicznym. Również wystawionym na sprzedaż towarem. (Przypieczętowaniem tych skłonności Madonny było wydanie albumu „Sex”, pełnego jej aktów – w różnych konfiguracjach, w różnym towarzystwie mieszanym – płciowo i rasowo). „Czy nie jest to w jakimś sensie prostytucja?” – takie pytanie zadał jeden z (bynajmniej niekonserwatywnych) komentatorów.
Jednak pociąga to za sobą jeszcze inne konsekwencje. Otóż okazuje się, że za owymi licznymi fasadami… niewiele tak naprawdę się kryje. Długo przedzieramy się przez sfabrykowane śmiecie i błyskotki, by dotrzeć do… „prawdziwych” śmieci i błyskotek. Głębia jest pozorna. Właściwie nie ma żadnej głębi. To właśnie dlatego nazwano Madonnę „najpłytszą, najgłębszą osobą Wszechczasów”.
Film „Truth or Dare” składa się z przypadkowych i improwizowanych scen ukazujących Madonnę w przeróżnych sytuacjach, rzec można – banalnych. Jednak Madonna dzięki swojej ekscentryczności, nawet z braku sensu i banału potrafi zrobić widowisko. Świadczymy więc jej przygotowaniom do występu: użerkę z elektrykami, nakładanie makijażu, przybieranie kostiumów… Kamera „śledzi” ją w garderobie, za kulisami, w hotelu pokojowym, na korytarzu… Madonna je sałatę, czesze włosy, pije wodę mineralną, rozmawia przez telefon, wybiera się na party, przyjmuje gości i przyjaciół, bierze udział w konferencjach prasowych, składa oświadczenia… etc. A jednak ciągle mamy wrażenie, że wszystko to zgryw. Mało tego. Coraz bardziej jesteśmy pewni, że właśnie ten zgryw jest głównym rysem osobowości Madonny. Tak, jakby inne rysy uległy stępieniu i pozostała tylko sama poza.
Jeden z krytyków amerykańskich pisał: „Film poddaje te scenki i gagi transcendencji – odziera, warstwa za warstwą, tę w pełni świadomą (można chyba powiedzieć: wykalkulowaną – przyp. LA) ikonografię „materialistycznej dziewczyny” („Material Girl” to jeden z hitów Madonny – przyp. LA), striptizerki, bogini srebrnego ekranu, spluwającej i klnącej seniority, Übermädchen z monoklem, outsiderki, wykolejeńca, dziwki, madonny…”.

porno i religia

Niewątpliwie, mimo całej tej błazeńskiej maskarady, „Truth or Dare” przybliża nam Madonnę jako człowieka – ale w tym sensie, że się z jej osobą niejako oswajamy. Oczywiście, że widzimy w niej jeszcze wyraźniej „zepsutą panienkę” – wydaje się, że zupełnie pozbawioną hamulców; widzimy niedojrzałą emocjonalnie i uczuciowo kobietę, która jednakże rozbraja nas, niczym dokazujące, a nieświadome swoich wybryków, dziecko. To chyba dlatego te quasi-religijne ekscesy w jej wykonaniu trudno brać za bluźniercze. Innego zdania był jednak Watykan, którego interwencja spowodował odwołanie kilku koncertów Madonny we Włoszech.
Istotnie, osobie nieuprzedzonej szokujące mogą wydać się inscenizacje Madonny, w których wykorzystuje ona religijną symbolikę i katolickie rekwizyty w skeczach zgoła zmysłowych, naładowanym seksem. I jeszcze te dwuznaczne tańce z księdzem, całowanie się ze świętym, krzyże na nagim torsie i prześwitujący spod ażuru biust… Czy można uznać, że katolickie wychowanie Madonny zwariowało? Zrepresjonowany seksualizm wybucha, mieszają się dowolnie – i bez większego sensu – symbole i wartości…
Casus Madonny zaświadcza ponadto o bliskim pokrewieństwie pasji religijnej i zmysłowej. Bo czy może ktoś zaprzeczyć, że seks i religia to jedne z najistotniejszych komponentów życia psychicznego człowieka? Dwa źródła najmocniejszych doznań człowieka w jego dualizmie cielesno-duchowym (psycho-fizycznym) – tam, gdzie Homo eroticus spotyka się z Homo religiosus, niekiedy usiłując przy tym pozostać Homo sapiens (choć oczywiście ze zmiennym powodzeniem).
W wywiadzie dla „Newsweeka” Madonna powiedziała: „Pamiętam, że kiedy dorastałam, ludzie robili pewne rzeczy, by się ukarać, odpokutować. Znałam takich, co spali na ułożonych na łóżku wieszakach na ubranie, albo klęczeli na nieugotowanym ryżu i modlili się godzinami. Jako dziecko czułam się tym wszystkim zdezorientowana. Tym bardziej, że dawało się w tym odczuć jakąś ekstazę. (…) Myślę, że szczególnie w kościele katolickim ból miesza się często z przyjemnością. Ten masochizm jest chyba również we mnie i w moich przedstawieniach”. (Nota bene, Madonna każdy występ rozpoczynała od zakulisowej wspólnej modlitwy z grupą towarzyszących jej wykonawców. Zaznaczmy przy tym, że ta modlitwa do Boga traktowana była przez nich jak najbardziej szczerze i poważnie.)

Inny rodzaj seksu?

Inny rodzaj seksu?

w łóżku z Madonną

Obserwując Madonnę, niejednokrotnie odnosimy wrażenie, jakby wokół niej prysła jakaś otoczka konwenansów, a także zwykłego taktu i pewnej moralnej restrykcji, którą można nazwać po prostu przyzwoitością. Tak, jakby pękły więzy, które utrzymują w obyczajowych ryzach większość ludzi. Może więc rzeczywiście Madonna nie różni się tak bardzo od innych, „zwykłych” ludzi, którzy noszą w sobie podobny potencjał ekscesu i tłumione popędy. Może o tym świadczyć choćby jej ogromy wpływ na masową wyobraźnię – wręcz histeria popularności, zawładnięcie najsilniejszymi instynktami młodzieży.
A może dałoby się skwitować zachowanie Madonny stosowanym przez psychiatrów określeniem moral insanity? Termin ten (dosłownie „moralna niepoczytalność”) oznacza w psychiatrii rozluźnienie hamulców  moralnych, utratę możliwości rozróżnienia między tym, co przyzwoite, a co już obsceniczne – między tym, co moralne, a co niemoralne. W wypadkach ostrzejszych objawia się to wyuzdanym zachowaniem, seksualnymi ekscesami, nieokiełznaną lubieżnością…
„Truth or Dare” naładowany jest seksem: seks na scenie, seks za kulisami, seks w rozmowach, żartach, piosence… Jednak także ów panseksualizm, (który równie dobrze można nazwać erotomanią) wydaje się tu blefem doskonałym. (Madonna: „Seks jest dla mnie tylko metaforą. Tak naprawdę to chodzi mi o miłość.”) Jest to seks na odległość, seks bez cielesnego kontaktu – jak przystało na nasze czasy dotknięte plagą AIDS. Stąd amerykańskie media nazwały wojeryzm „najbezpieczniejszym sposobem uprawiania seksu”. Stąd rzekomy zalew rynku rozrywki utworami erotycznymi; stąd wreszcie rozkwit pornografii.
Wydaje mi się jednak, że jest to dorabianie  pewnej ideologii do faktów dość prozaicznych i nienowych przecież. Walter Kendrick, autor książki „Muzeum Tajemnic: erotyzm we współczesnej kulturze”, przedstawia m.in. teorię tłumaczącą ten zalew golizny na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Jakie były tego przyczyny? Otóż właśnie AIDS, jak również potępienie przez Republikanów bardziej swobodnej, a przez to ryzykowniejszej rozrywki, przyczyniły się do erotycznego boomu. „Występuje pewien rodzaj buntu i przekorna ucieczka w seksualizm, kiedy usiłuje się demonizować seks” – pisze Kendrick i uzupełnia: „Daje się również zaobserwować wtedy większe zainteresowanie innymi formami seksualnej aktywności. Np. skóra czy łańcuchy, różne pęta… stały się ostatnio bardzo widoczne w seksualnych praktykach, ponieważ – paradoksalnie – są bardziej bezpieczne”.

odmieńcy

„Inne formy seksualnej aktywności” – jakże akuratnie określenie to odnosi się do Madonny i jej środowiska. To właśnie ją obarczono odpowiedzialnością za wprowadzenie do mainstreamu alternatywnej, „innej” erotyki. Z udergroundu, w którym się nasza bohaterka obracała, zanim jeszcze stała się „światową gwiazdą”, wydobyła ona na światło dzienne homoseksualistów, transwestytów, lesbijki… Nie tylko otoczyła się nimi podczas swojego tournee (nota bene wszyscy jej tancerze to geje), ale wprowadziła ich do kulturowego obiegu. Mogła to też być forma kontr-reakcji na potępienie homoseksualistów w związku z plagą AIDS.
W filmie słyszymy od Madonny, że celowo otoczyła się „ludźmi zwichniętymi uczuciowo, kalekimi emocjonalnie”, gdyż chce odgrywać wobec nich rolę „matki”. I rzeczywiście: wygląda na to, że jest wobec nich matką ochraniającą, powiernicą i pocieszycielką – ale też, przy tym, nieznoszącym sprzeciwu „bossem”.
To także dla niej okazja, by opowiedzieć się za tolerancją i akceptacją: „Patrzcie tylko – każdy ma inne pragnienia, potrzeby, preferencje, pożądania i fantazje. I nie powinniśmy potępiać ani sądzić kogoś tylko dlatego, że są one inne od naszych.”
Wszystko pięknie, podobnie jak powoływanie się Madonny w publicznych oświadczeniach na prawo do wolności słowa i ekspresji samego siebie („Express Yourself!”), zwłaszcza wtedy, gdy zawieszono jej koncert we Włoszech, oraz po ostrzeżeniach policji kanadyjskiej, że zostanie aresztowana, jeśli nie zrezygnuje z publicznej masturbacji na scenie podczas wykonywania numeru „Like a Virgin”. („Co oni uznają za masturbację?” – pyta nie na żarty wystraszona Madonna. „To, jak łapiesz się za krocze” – odpowiada jeden z członków jej ekipy.) Tylko czy prawo to może odnosić się do tego typu „ekspresji” uskutecznianej na oczach milionów nastolatków całego świata? – pytają się inni.

konkluzja

Zdaję sobie sprawę, że ukazany tu portret Madonny może wzbudzić kontrowersje. Starałem się nakreślić go w miarę obiektywnie – wedle dostępnych mi ewidencji. Przedstawiłem więc to, co można było zobaczyć gołym okiem, w publicznym zachowaniu Madonny. Wnioski nasuwały się same – czasem bardziej oczywiste, czasem mniej. Nie zamierzam też absolutnie robić z siebie jakiegoś arbitra moralności (bo z czymś takim mi zdecydowanie nie do twarzy), lecz gwoli sprawiedliwości wspomnę, że i mnie samego niejednokrotnie, zwłaszcza w początkach kariery Madonny, irytował nieco ten jej image zepsutej panienki, która usilnie starała zrobić z siebie zrobić skandalistkę. Później jednak (muszę to przyznać) zaimponowała mi ona poniekąd swoją żelazną konsekwencją oraz – co może się wydać paradoksalne – prawdziwym charakterem, mimo wspomnianej płynności estradowej, swoistego pozerstwa i kostiumowej zmienności kameleona. Zaś jakość muzyki jaką uprawia to całkiem odrębny temat, którego jednak nie chciałbym już tutaj poruszać (tym bardziej, że nigdy się jakoś do niej nie przekonałem).
Madonna cały czas jest na topie. Tyle, że w innym już nieco wydaniu. Czas pokaże, czy ten jej nowy wizerunek nie jest aby kolejną pozą na sprzedaż.

Madonna - kolejny image na sprzedaż

Madonna in chains

 

* Artykuł „Intymność na pokaz, czyli Madonna naszych czasów” ukazał się na łamach ‚Dziennika Chicagowskiego”, 17 stycznia 1997 r.

PRZEBIĆ SIĘ NA DRUGĄ STRONĘ – THE DOORS

JIM MORRISON – PŁOMIEŃ DUSZY CZY FAJERWERK POZERA?

*

Jim Morrison - bożyszcze, prorok, heros, szaleniec, dandys, bufon, straceniec, poeta, grafoman?

Jim Morrison – bożyszcze, prorok, heros, szaleniec, dandys, bufon, straceniec, poeta, geniusz, pijak, grafoman?

*

When the doors of perception are cleansed
Man will see things as they truly are, infinite
William Blake

Wybrańcy bogów umierają młodo. Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison – jakie bóstwa zazdrosne były o tajemnice wykradane im przez śmiertelników? Apollińskie – z ich uduchowieniem i idealizmem, wszechogarniającą harmonią, czystą miłością i pięknem? Czy też dionizyjskie – kipiące pełnią istnienia, nienasycone i zmysłowe, pijane cielesną ekstazą?
Nietzsche postradał zmysły rozdarty przez te siły. Idealizm czy zmysłowość? Duch czy materia? Odwieczny dualizm ludzkich i boskich istot – bieguny między którymi dzieje się czas, pośród których zawisło gdzieś nasze przeznaczenie.
Janis Joplin była opętana (przez bluesa). W Średniowieczu niechybnie spłonęłaby na stosie. W epoce Dzieci Kwiatów zabiły ją narkotyki. Jimi Hendrix sam był płomieniem. Płomieniem też była jego gitara: w przenośni, gdy na niej grał; dosłownie – gdy palił ją na estradzie. Udusił się własnymi wymiocinami po przedawkowaniu narkotyków i zatruciu alkoholem. Koniec to jednak mało godny, jak na króla i geniusza gitary, który jej brzmienie zmienił po wsze czasy.
Jimi Morrison w XVII-wiecznej Anglii mógłby być Williamem Blakiem, w XIX-wiecznej Francji Rimbaudem, w XX-wiecznej Ameryce był natomiast tragicznym prorokiem konsumpcyjno-odpadkowej cywilizacji i straconego pokolenia, dandysem kontestacji poetą przeklętym epoki napalmu. A może „Bingiem Crosby z Piekła” – jak go ktoś tutaj nazwał? Może to Jesus Christ Superstar trzymający na koncercie w swoich ramionach baranka? Może sam Belzebub wcielony, obnażający swe genitalia przed opętaną orgiastycznym amokiem widownią?
Kto kwituje ten fenomen wzruszeniem ramion, pogardą nawet, czy jednym słowem: „szaleństwo”, ten nie docenia szaleństwa w kreowaniu tego świata, wyznaczaniu biegu historii – ucieka przed świadomością jego wszechobecności; odrzuca fakt, że ciągle z nim obcujemy.
Z Janis Joplin i Jimim Hendrixem łączyła Morrisona nie tylko śmierć (jak każda śmierć) tragiczna. Wszyscy oni identyfikowali się ze sztuką jaką tworzyli, nie odróżniali muzyki od własnego życia, niczego nie udawali. Podobnie, jak i oni, Morrison nie uznawał kompromisu. Aby być wiernym samemu sobie, wybrał drogę, która była drogą ćmy lecącej prosto w ogień. Łaknąc transcendencji, chcą przebić się na Drugą Stronę („Break on Through”), musiał podążyć za szaleństwem. Nic go nie było w stanie powstrzymać, nawet świadomość tego, co w swoim motcie do „Portretu Doriana Grey’a” napisał Oscar Wilde: „Kto sięga pod powierzchnię, ten czyni to na własną odpowiedzialność”. Jim Morrison przed tym ryzykiem się nie cofnął, jego śmierć okazała się być jedynie konsekwencją jego tragicznego wyboru.
A ile było w nim z dandysa? On sam mówił o sobie, jako o „inteligentnym, wrażliwym człowieku z duszą clowna”. Clown? To taki śmieszny człowieczek do zabawiania gawiedzi? Nie! To tragiczna ludzka istota objawiająca nam pewną prawdę. A że nazywano go jeszcze „Bogiem rock&rolla”, „Apollem bluesa”, „Jaszczurzym Królem”… ? Cóż, świadczy to jedynie o bogactwie skojarzeń i wyobrażeń, jakie wywoływał własną osobowością. Narkotyki, alkohol, seks, burdy i ekscesy? Nie, to nie było jego istotą – to produkty uboczne życia poety ograniczonego ułomnościami ludzkiej natury i jej słabością.

Dlaczego „The Doors” przetrwali? Dlatego, że przetrwała ich muzyka. Dlaczego więc przetrwała ta muzyka? Dlatego, że jest niepowtarzalna i ponadczasowa. Banalne – może ktoś powiedzieć. Tak, ale prawdziwe.
Nie ma wątpliwości, że Jim Morrison był istotą i duszą „The Doors”. Jego ogień rozpalał pozostałych członków grupy i kiedy zgasł, niezdolni byli oni wykrzesać z siebie choć iskry dawnej świetności. I to prawda, że po jego śmierci „The Doors” stali się pustą nazwą – ich wielkość Morrison zabrał ze sobą do grobu.
A jednak, gdyby Robby Krieger, Ray Manzarek i John Densmore nie dysponowali cechami dobrych muzyków, to sztuka wyzwolenia z nich talentu nie udałaby się nawet komuś tak charyzmatycznemu, jak Jim. Przecież wszyscy razem tworzyli to niesamowite brzmienie, które poraża nawet dzisiaj, w epoce komputerowych generatorów dźwięku, tysięcy rodzajów syntetyzatorów, instrumentów elektronicznych i przeróżnych gadżetów. To więc, że mieli do dyspozycji jedynie proste, czy wręcz prymitywne środki, świadczy jedynie na ich korzyść.
Robby Krieger – gitarzysta, którego gra łącząca bluesa z flamenco, nadawała psychodelii brzmienia jego gitary nowych kolorów i odcieni. To także utalentowany kompozytor („Light My Fire” jest utworem jego autorstwa). John Densmore – perkusista o jazzowym wyrafinowaniu, nadawał brzmieniu „Doorsów” hipnotycznej motoryczności. I wreszcie Ray Manzarek – wykształcony klasycznie pianista, narzucał grupie muzyczny rygor i precyzję, jego organy brzmiały zarówno klasycznie, jak  undergroundowo, garażowo i psychodelicznie (podobno w jego żyłach płynie polska krew – stąd być może te cytaty z Chopina). „The Doors” byli czwórką, a czwórka była jednością. Związani swoimi wizjami, nigdy żaden z nich nie stworzył poza zespołem czegoś, co miałoby choć namiastkę wielkości tego, co tworzyli razem.
Wspomniany „Light My Fire”, „Riders on the Storm”, „Break on Through”, „LA Woman”, „Touch Me”… czy wreszcie monumentalne suity „When the Music is Over” i „The End” to utwory bez mała genialne, umiejscowione gdzieś ponad (pogardzaną wszak z cicha) sferą pop-music, której niezbyt chętnie przypisuje się status sztuki prawdziwej. Dźwięczny i pełny, diaboliczny wręcz baryton Morrisona, to rodzaj głosu w rocku raczej niespotykany. Połączony z jego elektryzującą poezją, bluesową wrażliwością i egzystencjalnym tragizmem, docierał do samego Jądra Ciemności dramatycznego rocka. Słuchając tego głosu, jesteśmy gotowi przyznać, że być może dobiega on do nas gdzieś z tamtej Drugiej Strony, na którą udało się przedrzeć Jimowi.

Aldoux Huxley, penetrując świat narkotycznych wizji – rozszerzających jego zdaniem granice ludzkiego poznania – opisał je w swoim słynnym eseju „The Doors of Perception”, zapożyczając tytuł z poezji Blake’a: „Kiedy Drzwi Poznania uchylają się, rzeczy jawią się człowiekowi takie, jakie są naprawdę, nieskończone”.
Mianując się „The Doors”, Jim, Bob, John i Ray zdradzili swe pragnienie poznania Tajemnicy. Morrison ośmielił się spojrzeć w oczy temu, co w niej olśniewające i porażające – a my ciągle lękamy się, co mógłby nam o tym powiedzieć.

*  *  *

PS. Wypada jednak zaznaczyć, że tekst powyższy napisałem dawno temu – w wieku dwudziestu paru lat, kiedy moja fascynacja pewnymi mitami rocka czy literatury obywała się bez żadnej krytyki. Pewne otrzeźwienie przyszło później – przeszedłem coś w rodzaju kontestacji własnej kontestacji, kiedy to zacząłem patrzeć na wszystko z innej nieco perspektywy, bardziej krytycznie – i chyba jednak wnikliwiej, ustawiając to w szerszym kontekście psychologicznym, etycznym i kulturowym. Dziś – zachowując wobec siebie pewną uczciwość – podobnego tekstu o Morrisonie nie mógłbym jednak napisać. Zresztą, wiele lat po jego powstaniu, wróciłem do fenomenu Morrisona i jego zespołu przy okazji pisania recenzji z filmu Olivera Stone’a „The Doors”. I złapałem się na tym, że wyglądało to tak, jakbym pisał o zupełnie innym człowieku – tak ten nowy obraz Morrisona różnił się od tego, jaki zakreśliłem wcześniej. Niestety rewizja ta przepadła i teraz nie byłbym już chyba w stanie tego tekstu odtworzyć.
Artykuł „The Doors”, który stanowi powyższy wpis, ukazał się w ramach cyklu „Rock i okolice”, jaki prowadziłem w latach 90-tych na łamach prasy polonijnej. W najbliższym czasie chciałbym na moim blogu zamieścić małą jego próbkę – kilka tekstów nawiązujących do fascynacji rockiem, który był bez wątpienia muzyką naszego pokolenia.

*

WCIĄŻ SZALENI PO TYCH WSZYSTKICH LATACH…

Okazuje się, że nie miał racji Ian Anderson obdarzając jedną z dawnych płyt swojego zespołu „Jethro Tull” tytułem „Too Old To Rock&Roll, Too Young To Die” („Za starzy na rock&rolla, zbyt młodzi by umrzeć”). Okazało się bowiem, że również rock niekoniecznie musi być domeną młodzieniaszków. Kiedy rodził się rock&roll wydawał się być zaledwie kolejną, przejściową fanaberią nastolatków. Minęło kilkadziesiąt lat, a ci, którzy go ciągle uprawiają dochowali się już wnuków, może nawet prawnuków. Rzecz to jest więc o tych, którzy mniej więcej 20 lat temu* byli na rockowych wyżynach – wyznaczali rytm muzyki i jej kierunki: nadawali barwę i kształty, tworzyli kanony – a którzy do dzisiaj są „w drodze”, nagrywają nowe albumy, dają koncerty, ich muzyka nadal ewoluuje.

Carlos Santana (zdjęcie własne)

„Still Crazy After All These Years” – śpiewał też przed wieloma laty Paul Simon i już wtedy wydawało się, że z nostalgią wspomina stare dobre lata 60-te, kiedy razem z Artem Garfunkelem tworzyli najpopularniejszy duet w Ameryce, a pewnie i na świecie. Ale oto mijają kolejne dekady i Simon ciągle przebywa gdzieś w okolicach muzycznych szczytów, a bilety na jego tregoroczne tournée wyprzedawano na pniu. Po drodze zdążył nagrać fascynujący album „Graceland”, który stał się już klasyką, mimo swojego kilkuletniego* zaledwie żywota. Podobnie sprawy mają się z innymi twórcami rocka.

Wypada zgodzić się z tym, że okres największej świetności rocka przypadał na drugą połowę lat 60-tych i pierwszą 70-tych. Wtedy to muzyka nie była jeszcze tym, czym jest obecnie – „dobrem” konsumpcyjnym, skomercjalizowanym do cna i ostatniej nutki towarem, który należy sprzedać z jak największym zyskiem. Była czymś znacznie więcej: stylem i filozofią życia – dla wielu  była wszystkim, co posiadali i co chcieli posiadać.
Kiedy więc John Lennon w czasach apogeum bitelmanii głosił, że Beatlesi są bardziej popularni od Jezusa, to nie silił się wcale na obrazoburstwo i szokowanie konserwatywnych mieszczuchów – to było proste stwierdzenie faktu. Muzyka popularna, rockowa wywierała niekwestionowanie ogromny wpływ na całe ówczesne młode pokolenie, a tym samym na kulturę, politykę, społeczeństwo wreszcie. Dla tego ostatniego często była sumieniem, prawdomównym zwierciadłem, w którym – aczkolwiek niechętnie – mogło się ono przeglądnąć. Jej twórcy – kompozytorzy,  wykonawcy, autorzy tekstów – kształtowali świat młodzieżowych wartości, byli ideowymi przywódcami, prorokami, guru…

Festiwal Woodstock (1969) był kulminacją młodzieżowej kontrkultury tamtych czasów, której głównym środkiem ekspresji była muzyka rockowa właśnie. Podobnie rzecz miała się z festiwalem w Monterey, który mniej już może interesował socjologów, ale od strony muzycznej był chyba jeszcze bardziej interesujący (lepszy) niż Woodstock. Na obu wystąpiła „śmietanka” ówczesnego rocka: „The Who”, „Grateful Death”, „Ten Years After”, „The Band”, „Crosby, Stills, Nash & Young”, „Jefferson Airplane”, Carlos Santana, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Joe Cocker, Joan Baez
Ale to nie wszystko. Festiwale te nie były w stanie oddać całej różnorodności tego, co działo się wówczas w (rozumianej ogólnie) muzyce rockowej. Twórczość Boba Dylana spowodowała, że na tzw. pop zaczęto patrzeć z większą estymą, a teksty barda uznane zostały za wysokich lotów poezję.
Nie sposób też zapomnieć tu o Brytyjczykach. I to nie tylko o „Beatlesach”, którzy sami w sobie byli fenomenem kulturo-twórczym, czy o „Rolling Stonesach”, stanowiących diaboliczne alter ego słodkich i ulizanych (w pewnym okresie) Liverpoolczyków, i już wówczas definiujących kanon rockowej „kapeli”. To właśnie głównie oni byli odpowiedzialni za tzw. British Invasion, a obok nich inni: „Yardbirds”, „Kinks”, „Animals”, „Manfred Mann”, „Fleetwood Mac”… Przed okrutnymi podatkami z Wysp uciekli również wtedy np. Elton John czy Rod Stewart. W cenie były niezapomniane zespoły wygrywające piorunującą mieszankę rocka i bluesa: „Cream” (Eric Clapton), „Led Zeppelin”, grupy Steviego Winwooda„Traffic”, „Spencer Davis Group”, „Blind Faith”; dalej, hard-rockowe formacje – „Deep Purple”, „Black Sabbath”, „Uriah Heep”, „T. Rex”… Znakomicie łączyli bluesa i rocka, folk i country „Allman Brothers Band”, później „The Eagles” czy „ZZ Top” – grupy amerykańskie z krwi i kości. W Stanach głośno też było o „Steppenwolf”, „Lynard Skynard”, „Grand Funk”
Oddzielnie i z niejakim namaszczeniem wypada wspomnieć  grupach odpowiedzialnych we wczesnych latach 70-tych za stworzenie nurtu zwanego art-rockiem. A więc rock traktowany stricte jako sztuka: rozbudowane aranżacje, wzbogacone instrumentarium, poetyckie teksty, formy rozwijające się w suity. Odbywało się to za sprawą takich formacji, jak „Yes”, „Genesis”, „King Crimson”, „Pink Floyd”, „Emerson, Lake & Palmer”. Tak, to były dla rocka lata zaiste szczerozłote.


Zdecydowana większość tych wykonawców, których wymieniłem, nie tylko utrzymała się na powierzchni do dzisiaj*, ale z powodzeniem konkuruje z młodą rockowa generacją: mają swoich odbiorców nie tylko wśród rozsentymentalizowanych i nostalgizujących (późnych) 30-latków, ale i również wśród zupełnych jeszcze małolatów. Nie dali zepchnąć się w odstawkę, grają swoją muzykę bez kompleksów starych stetryczałych dziadygów. W Polsce ukuto dla naszych krajowych stworzeń tego typu nazwę „dinozaury”. Ale tych gadów już przecież nie ma – wyginęły bez (bardziej widocznych) śladów lub zastygły, spetryfikowane na wieki wieków w skałach. Tego nie da się powiedzieć o rockowych weteranach, którzy stale są gorący tak, jak gorąca jest ich muzyka.
No więc tak się właściwie sprawy mają. Rzućmy okiem na tę moją wyliczankę. „The Who”. Kilka razy zebrali się w latach 80-tych by dać parę bardzo dobrych koncertów. Roger Daltrey nic nie stracił ze swej ikry – śpiewał znakomicie. Jednak razem wygrywali swoje stare nuty. Tym kto stworzył coś nowego – ale firmując to już własnym nazwiskiem – był muzyczny lider grupy Pete Townshend. „Greateful Dead” mają się cały czas znakomicie (niedawno z koncertem w Chicago). Ten zespół to już „instytucja” i to prężnie działająca. Wielu nie waha się ich nazwać amerykańską grupą Nr 1. Również „Lynard Skynard” (aczkolwiek przetrzebieni) wyszli niedawno ze studia z nowymi nagraniami. Ciągle robi to też kapela o nazwie „Chicago” (z 21 płytami na swoim koncie).
Carlos Santana ma swoich stałych, wysmakowanych zwolenników. Co jakiś czas wydaje albumy, na których nie brak perełek – ten znakomity muzyk i gitarzysta nie daje zapomnieć o tych swoich pięknych, melodyjnych, krystalicznie czystych gitarowych solach i gorącym rytmie. Również ostatnimi laty wiele razy rozlegały się w salach koncertowych niepowtarzalne harmonie Crosby’ego, Stillsa i Nasha. Ale najśmielej z wszystkich poczyna sobie Neil Young. Uważany za ostoję (bastion raczej) tego mainstreamowego, krwistego rocka, daje płomienne koncerty. Jego niedawny album „Freedom” przywitały pienia aprobaty i zachwytu. Całkiem zasłużenie.

Joe Cocker

Specjalne słowa uznania chciałbym zatrzymać dla Joego Cockera. Któż z nas nie pamięta jego niesamowitego występu na Woodstock? Do dzisiaj poraża ta naprawdę genialna interpretacja beatelsowskiej piosenki „With a Little Help From My Friends”. Jednak tym, co najbardziej imponuje u Cockera, to jego nie tak dawny, tryumfalny comeback po kilkunastu latach milczenia i dramatycznej walki z alkoholizmem. Posłuchajcie albumów „Unchain My Heart” lub „One Night of Sin”. Przyznacie, że nagromadzonym tam ładunkiem emocji, można obdzielić płyt kilkanaście.

Jednak nie wszyscy idą naprzód. Wielu odcina kupony ze swojej dawnej chwały, sławy i świetności. „The Byrds”, „Black Sabbath”, „Nazareth”, „Uriah Heep”, „The Moody Blues”… wypadają niestety na koncertach jak pogrobowcy swoich własnych cieni. Szczególnie boli to w przypadku Boba Dylana. Dzieje się z nim coś niedobrego. Dowodem na to jego ostatnie wystąpienia. Mam nadzieję, że nagrana przez niego dwa lata temu płyta „Oh Mercy” nie będzie jego ostatnim – gorzkim i melancholijnym (wes)tchnieniem.
Próbowali nagrywać coś „Deep Purple”, najczęściej nowe wersje własnych utworów sprzed lat. Ale nie miało to blasku. Już lepiej im wychodziło w mutacji „Whitesnake”. Ozzy Osbourne (ex „Black Sabbath”) znalazł sporą grupę wiernych odbiorców wśród co nieco zblazowanych metalowych małolatów. ale to, co wyprawiają np. z Alicem Cooperem zupełnie nie trafia mi do przekonania – i to nie tylko z powodu chorobliwej estetyki tego, czym się otaczając, tworząc swój dziwaczny jednak, „gotycki” image.

Lecz porzućmy jednak ten niezbyt radosny margines i powróćmy na jaśniejsze terytoria rockowej sceny. Z Beatlesów w najlepszej formie (jak zwykle od rozpadu grupy) jest Paul Mc Cartney. Na jego ubiegłoroczny występ w Chicago biletów nie uświadczyło się już na kilkanaście tygodni przez koncertem. Z materiału nagranego podczas tegorocznego tournee Mc Cartney był na tyle zadowlony, że wydał to na płycie. Parę miesięcy temu, z samą gitarą akustyczną wstąpił – tak jakby od niechcenia – na godzinkę do studia MTV, zaśpiewał kilka piosenek, co natychmiast wydano na kompakcie, a krytycy z miejsca przykleili na tym maksymalną ilość gwiazdek.
George Harrison wystąpił zaś w czymś zupełnie niewiarygodnym pt. „Traveling Willburys”. W formacji tej – wraz z innymi kombatantami rocka (tak zasłużonymi, jak: Bob Dylan, Roy Orbison, Tom Petty i Jeff Lynne) nagrał dwa albumy, na których radość z grania i śpiewania konkuruje z prostotą i bezpretensjonalnością. Całość przypomina spotkanie starych kumpli po fachu, którzy zebrali się, by powspominać dawne dobre czasy.
„The Rolling Stones” zapisali się już w historii tym chociażby, że grali w niezmienionym od tylu lat, że pobili tym rekord. Podobno rozeszli się po ostatnim, niezbyt udanym tournee, ale ja w to nie wierzę. Kiedyś pewnie znów zobaczymy siwego Wattsa, zdartego Richardsa i niezmordowanego Jaggera wykrzykującego: „I know it’s only rock’n’roll, but I like it!”.

Ze starego „Zeppelina” najbardziej aktywny jest Robert Plant. Z „Genesis”Phil Collins oczywiście wiedzie prym wśród twórców rockowej ballady, choć przecież wielką karierę solową kompozytora i wykonawcy zrobił także związany z tym legendarnym zespołem, Peter Gabriel. Z „The Eagles” najbardziej powiodło się Donowi Henleyowi, choć i Glen Frey miał swoje sukcesy. „Allman Brothers” na początku ubiegłej dekady dawali wspaniałe koncerty, teraz znów są w trasie. Mimo, że nigdy nie będą tym, czym byli z Duanem Allmanem, nadal potrafią zagrać ze znakomitym feelingiem (patrz: tegoroczne tournee i płyta „Seven Turns”). Jednak najbardziej robi wrażenie to, co robią starzy blues-rockowi wyjadacze z Teksasu: „ZZ Top” – fantastyczne koncerty i albumy z tym ich ciężkim a zarazem melodyjnym brzmieniem (świeży krążek „Recycler”).

Eric Clapton

Eric Clapton był ciągle w formie zwyżkującej (dowód: jego ostatnie koncerty i rewelacyjna moim zdaniem płyta „Journeyman”). Także Steve Winwood (nota bene kolega Claptona z „Blind Faith”) święci tryumfy, nie tylko wśród uwielbiających go yuppies. Jego „Back in the Highlife” został przez fachowców uznany za jeden z najlepszych albumów lat 80-tych. (Parę tygodni temu dał świetny koncert w Chicago.)
Imponująco dał nam o sobie znać w ubiegłym roku Roger Waters (ex „Pink Floyd” naturalnie) spektakularnym widowiskiem laserowo-muzycznym „The Wall” w Berlinie, wykorzystując muzykę ze słynnego podwójnego albumu grupy macierzystej sprzed lat 10-ciu. David Gilmour zaś firmuje się nazwą „Pink Floyd” mimo, że bez Watersa i Baretta. Ale na szczęście ni gubi tak bardzo tego niezapomnianego brzmienia Pink Floydów, czego można posłuchać np. na „Delicate Sound of Thunder”.
Sensacyjnie wręcz zapowiada się reunifikacja wszystkich (ośmiu!) byłych członków „Yes”, łącznie więc z tymi kluczowymi: Wakemanem i Brufordem. Czy nie będzie to rozczarowanie, będziemy się mogli wkrótce przekonać, słuchając ich za parę tygodni na koncercie w Chicago. Podobnie będziemy mogli niedługo sprawdzić, jak się prezentuje i gra dzisiaj kultowe niemal trio „Emerson, Lake & Palmer”.
No, może dość tego! Nie sposób tu bowiem wymienić tych wszystkich, którzy na przekór czasowi (i czasom) robią „swoje”. Można by także wiele dobrego napisać np. o ognistej „babci” Tinie Turner, „Fleetwood Mac”, Eltonie Johnie, Rodzie Stewarcie, Jeffie Becku, „Rush”… Dzięki nim ma szansę przetrwać w rocku to, co najlepsze i najcenniejsze. Jestem pewien, że za lat 10 – może nawet 20? – znów będzie można o nich napisać: „Still Rocking After All These Years”.

* UWAGA: Może to niektórych zdziwić, ale artykuł ten napisany został ponad 20 lat temu (opublikował go w maju 1991 r. „Dziennik Chicagowski”). A zdziwienie oczywiście może się brać także stąd, że jest on na swój sposób nadal aktualny. Bowiem większość wymienionych w nim zespołów i wykonawców w dalszym ciągu koncertuje, wydaje nowe płyty i nie myśli schodzić ze sceny (swoją drogą ciekaw jestem, czy na swoje 50-lecie istnienia, wystąpią Stonesi). Wypada im tylko wszystkim życzyć: Rock on, guys! The show must go on!

A w ramach dopisku, krótka notka zapisana po obejrzeniu filmu Martina Scorsesego, ukazującego koncert Stonesów z 2008 roku:

*

JĘZYK MICKA JAGGERA (O filmie Martina Scorsesego „The Rolling Stones – Shine a Light”)

Christina Aguilera i Mick Jagger

Widziałem dzisiaj najnowszy film Martina Scorsese „Shine a Light”, będący zapisem jednego z ostatnich koncertów „Rolling Stonesów”. Sala była pusta ale obok mnie usiadły trzy siedemdziesięcioletnie kobiety. Nie tylko nie zasnęły, ale nawet przytupywały wtórując szalejącym na scenie dziadkom. Nie jest tak źle, pomyślałem. A mówią że świat zmierza ku zagładzie.

Gdzie te czasy kiedy uważano, ze ktoś jest too old to rock’n’roll, too young to die?  Jak widać na przykładzie Stonesów, na rock’n’rolla nigdy nie jest się za starym. Rockowy czad, twarze poryte zmarszczkami… kto by pomyślał, że to może iść ze sobą w parze?
Rock się obronił! Rock żyje! Rock will never die! – deklarują (zwykle bardzo głośno) ci, którzy mają już szósty czy nawet siódmy krzyżyk na karku, ale ani myślący schodzić ze sceny.

Na czym polega fenomen rocka? Skąd wynika jego żywotność?
Z pewnością nie z ideologii, która nota bene zmieniała się na przestrzeni lat, a była po kolei wszystkim: kwiecistą utopią, naiwnym rebelianctwem, buntowniczą kontestacją, narkotycznym eskapizmem, wulgarną prowokacją, straceńczym nihilizmem, awanturniczym ekscesem… i Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze! Rock się trzyma dzięki swojej pierwotnej, ekstatycznej sile, która eksploduje z samych trzewi rockmanów.
Właśnie! Rock jest czystą energią, jaka się wydziela w ludziach pod wpływem prostych a dobitnych środków: mocnego rytmu, krzykliwej wokalizy, motorycznego drive’u i ostrych gitarowych riffów, które niczym szamańskie zaklęcia wprowadzają ich w trans, wyzwalając przy tym moc nie znaną żadnej innej muzycznej ekspresji.

Zespół „The Rolling Stones” są genialnym uosobieniem tego, co przed chwilą napisałem o rocku i film Martina Scorsese „Shine a Light” (czyli „The Rolling Stones w blasku świateł”, bo pod takim bodajże tytułem wchodzi on właśnie na polskie ekrany), doskonale to potwierdza. Scorsese świetnie wie jak się robi filmy naładowane emocjami i energią (przypomnijmy sobie choćby jego „Taksówkarza” czy „Wściekłego Byka”). Miał też już do czynienia z dokumentacją innych koncertów (m. in. był jednym z operatorów kręcących słynny „Woodstock”, zrealizował też film z pożegnalnego koncertu legendarnego zespołu „The Band” – pamiętany do dzisiaj „The Last Waltz”). Tutaj utrwalił po prostu jeden z ostatnich koncertów „Stonesów” na taśmie filmowej, ale uczynił to tak, że mamy wrażenie, iż sami wchodzimy na scen – że oto Jagger, Richards, Wood i Watts grają tuż obok nas, są dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Najważniejsza w tym wszystkim jest muzyka i energia emanująca zwłaszcza z diabelnie dynamicznego Jaggera, który dokonuje na scenie rzeczy niewiarygodnych, o jakie nigdy nie podejrzewalibyśmy sześćdziesięciokilkuletniego seniora. Takiej kondycji mógłby mu pozazdrościć niejeden dwudziestolatek.
Kto pamięta niegdysiejsze ekscesy „Stonesów”? A zwłaszcza – kto obecnie ma im to za złe? Oto na ich koncert przychodzi dziś były prezydent Stanów Zjednoczonych Clinton. Wśród publiczności możemy również zobaczyć naszego byłego prezydenta Kwaśniewskiego, który być może zawitał tam w drodze na Filipiny – a może wracając już z Filipin?
Prezydenci na rockowym koncercie!? O czym to może świadczyć? Być może o tym, że w końcu i sam establishment dał się obłaskawić rockowi (bo raczej trudno sobie wyobrazić to, aby stało się coś wręcz odwrotnego). Rocka można ubrać w garnitur, zawiesić mu krawat, ale i tak w końcu pokaże on wszystkim czerwony jęzor Jaggera.

The Rolling Stones (Keith Richards w rockowym rozkroku)

*