OSCARY 2019, czyli co jest grane?

.

Zgadywankę kto w tym roku zdobędzie Oscary pozostawiam innym. Zamiast tego chciałbym pokrótce zaprezentować nominowane do tej nagrody filmy oraz ich twórców w najważniejszych kategoriach. Tych, którzy chcieliby czegoś więcej dowiedzieć się o filmach nominowanych do Oscara dla najlepszego filmu roku, zapraszam do przeczytania moich recenzji: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, „A Star is Born” i “Vice”. Tutaj pozwolę sobie zamieścić kilka luźnych uwag, abyśmy mieli lepsze rozeznanie w tym, co będzie na uroczystości rozdania Oscarów grane.

.

.

NAJLEPSZY FILM „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, „A Star is Born”, “Vice”

.

W tym zestawie uderza nie tyle wybitność filmów, które się w nim znalazły (może z dwoma wyjątkami, ale o tym za chwilę), co ich niezwykła różnorodność z jednej strony, oraz przynależność do kina rozrywkowego (z jednym wyjątkiem – wszyscy chyba domyślają się jakim) z drugiej. Nie ulega wątpliwości, że Oscary są upolitycznione – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony. Osobiście jednak uważam, że oceniając wartość jakiegoś filmu (a z czymś takim mamy do czynienia w przypadku rozdawania Oscarów) powinno się to robić w kategoriach sztuki kina, a nie mieszając do tego politykę. Niestety, z wyjątkiem „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite” i „A Star is Borne” wszystkie pozostałe filmy – jak się okazało – nie zdołały uniknąć politycznych afektów, kwasów i odniesień.

Nie dziwię się, że stało się tak w przypadku „Vice”, czyli filmu politycznego par excellance. Tym bardziej, że była o biografia Dicka Cheneya opowiedziana przez kogoś, kto nie znosi Republikanów – a zwłaszcza „neoconów”, którzy rozpętali wojnę na Bliskim Wschodzie. Jednak McKay zrobił z tego bardziej satyryczną komedię niż zjadliwy paszkwil, posługując się przy tym dość powszechnie znanymi faktami, tym samym wytrącając z ręki broń swoim politycznym adwersarzom, choć nie unikając zarzutów o spłycenie postaci najbardziej wpływowego wiceprezydenta w historii Stanów Zjednoczonych.

Muszę się przyznać, że obawiam się nieco pisania tutaj o filmach, które w jakiś sposób powiązane są z problemem rasowym. Bo jeśli wspomnę tutaj o moich zastrzeżeniach wobec „Black Panther”, czy „BlacKkKlansman”, to ktoś gotów jest zarzucić mi… nie tylko brak politycznej poprawności, co wręcz krypto-rasizm. A tymczasem ja uważam, że np. wynoszenie pod niebiosa „Czarnej Pantery” ma swoją przyczynę również w tym, że ten film zrobili niemal wyłącznie twórcy o czarnym kolorze skóry (co, nawiasem mówiąc, rzeczywiście jest wspaniałym ewenementem). Tyle, że – abstrahując od jego doskonałości technicznej i walorów widowiskowych bluckbustera – nie jest to film wybitny, jeśli chodzi o jego zawartość myślową (scenariusz opowiada historię banalną, infantylną i dość absurdalną). Moim zdaniem filmem znacznie lepszym pod tym względem jest „BlacKkKlansman” Spike’a Lee. I mimo tego, że jego głównym tematem jest rasizm, to posiada on przy tym wiele zalet filmu rozrywkowego, więc ogląda się go bardzo dobrze. Przy czym, wcale nie musimy podzielać politycznego radykalizmu reżysera (znanego choćby z jego publicznych wystąpień), który jednak w pewnym stopniu przedostaje się do „BlacKkKlansmana”, co dla jednych jest zupełnie zrozumiałe, dla innych zaś – nieco bardziej problematyczne.

Niestety, nawet „Green Book” – film wydawałoby się zupełnie „nieszkodliwy” jeśli chodzi o nawiązanie rasowe, a wręcz przeciwnie – zbliżający do siebie rasy i przedstawiający czarnoskórego, który przewyższa białego intelektem, kulturą i zdolnościami – nie ustrzegł się kontrowersji, które jednak wydają mi się tak niedorzeczne, że nie myślę się tutaj o nich rozwodzić. Według mnie jest to bardzo dobre kino rozrywkowe, mimo że zrobione tak trochę „po publiczkę”.

To ostatnie zdanie mogłoby mi też posłużyć do opisania filmu „A Star is Born”, który – przyznaję – oddziałał na mnie jeszcze bardziej emocjonalnie niż „Green Book”. Bradley Cooper – ryzykując wiele! – wziął się za odgrzanie historii, którą w kinie przerabiano już ze cztery razy i muszę przyznać, że udało mu się to znakomicie – i to na wielu poziomach, łącznie z zagraniem jednej z głównych ról, czy obsadzeniem w charakterze swojej partnerki Lady Gagi.

W muzyczne rejony przeniosła nas również „Bohemian Rhapsody” – biografia Freddiego Mercury, którą przyjęto różnie, ale dla fanów zespołu Queen była to prawdziwa uczta, bo z ekranu (a właściwie z głośników), spłynęła na nich kaskada dźwięków, mogąca wprowadzić ich w euforię. Wprawdzie nikt nie może zastąpić prawdziwego Freddiego, ale wcielający się weń Rami Malek poradził sobie z tym całkiem nieźle, a już na pewno bardzo się nad tą rolą napracował.

Ponad całą tę rozrywkę wyrastają według mnie dwa filmy: „Faworyta” oraz „Roma”, choć na tym pierwszym też można się znakomicie bawić. Świetność „Faworyty” wynika z trzech rzeczy: znakomitej gry aktorskiej, doskonałego scenariusza i robiącej wielkie wrażenie oprawy plastycznej (fantastyczne kostiumy i scenografia). Film historyczny (akcja dzieje się na dworze królowej Anny, w XVIII-wiecznej Anglii), ale z zupełnie współczesnym zacięciem, jeżeli chodzi o ekspresyjność głównych postaci – trzech kobiet, które zwierają się tutaj w mocnym psychologicznym i emocjonalnym klinczu.

I wreszcie „Roma” – prawdziwy fenomen kina ostatnich miesięcy. Ja wiem, że to wygląda tak, jakby na punkcie tego filmu wszyscy zwariowali, ale rzeczywiście jest to obraz niezwykły i już teraz można chyba powiedzieć, że wybitny – bez względu na to, ile wpompowano w jego promocję i że to zrobił Netflix. „Roma” posiada wszelkie cechy kina art-house’owego, ale potrafi głęboko przeniknąć w głąb wrażliwości widza, który… zdoła na tym filmie dotrwać do jego końca. Oczywiście to jest żart, bo ja np. nie nudziłem się na „Romie” ani minuty (i nie chcę przez to powiedzieć, żem taki mądry i wyrafinowany) – bowiem zachwyciła mnie nie tylko forma tego filmu, ale i poruszyła jego zawartość. Coraz trudniej jest we współczesnym kinie o dzieło, które byłoby takim unikatem, jak „Roma”.

* * *

Christian Bale, Bradley Cooper, Willem Dafoe, Rami Malek, Viggo Mortensen

.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY Christan Bale („Vice”), Bradley Cooper („A Star is Born”), Willem Dafoe (“At Eternity Gate”), Rami Malek (“Bohemian Rhapsody”), Viggo Mortensen (“Green Book”)

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY Mahershala Ali („Green Book”), Adam Driver („BlacKkKlansman”), Sam Elliott („A Star is Born”), Richard E. Grant (“Can You Ever Forgive Me?”), Sam Rockwell (“Vice”)

.

Jeśli chodzi o aktora w roli pierwszoplanowej, to głównymi rywalami do Oscara są tutaj Christian Bale i Rami Malik, choć pozostała trójka stworzyła kreacje znakomite (i według mnie lepsze od Malika, choć niedorównujące – z wyjątkiem może Mortensena – Bale’owi). Transformacja – nie tylko cielesna, ale i psychologiczna – jakiej dokonał Christian Bale w „Vice” robi ogromne wrażenie i nie wahałbym się ją nazwać genialną. Wprawdzie scenariusz nie pozwala mu odsłonić całej głębi charakterologicznej Dicka Cheneya, ale może rzeczywiście ten pozbawiony charyzmy polityk był w rzeczywistości takim nieskomplikowanym, ale żądnym władzy karierowiczem i technokratą, jakim przedstawia go Bale (a raczej autor scenariusza MacKay)?

Moim zdaniem wcale nie gorzej wypadł jednak  Viggo Mortensen, który w „Green Book” nie mniej organicznie przepoczwarzył się w nowojorskiego „makaroniarza” (podobnie jak Bale’a trudno mi go było w tej roli rozpoznać) i wraz z Mahershalem Ali stworzył w tym filmie koncertowy duet, równie wzruszający co zabawny.

Bradley Cooper wypadł w swoich „Narodzinach gwiazdy” jak zwykle, czyli świetnie. Ale zaskoczył choćby tym, że – nauczywszy się dla potrzeb tego filmu gry na gitarze i śpiewania w country-rockowej kapeli – całkiem wiarygodnie zabrzmiał w nagraniach koncertowych (zarejestrowanych na żywo!) Wprawdzie postać jaką stworzył na ekranie zalatywała nieco kliszą rockmana-alkoholika, to jednak dzięki chemii jaka zaistniała między nim a Gagą (nie tylko seks, ale i serce!) nie mieliśmy problemu uwierzyć w ten ich tragiczny romans, a nawet przejąć się nim wielce.

Wprawdzie za Rami’ego Malika śpiewał w „Bohemian Rhapsody” Freddie Mercury, a on sam „tylko” skakał po scenie i poruszał ustami (męcząc się z niewydarzoną protezą udającą cztery dodatkowe siekacze Freddiego) to jednak w filmie „Bohemian Rhapsody” aktor ten napracował się niewąsko, bo zagrać pop-kulturową legendę nie jest tak łatwo, zwłaszcza jeśli się to robi do tak schematycznego scenariusza i z reżyserem, którego ciągle nie ma na planie. Muszę się przyznać, że w Maliku brakowało mi tej charyzmy Freddiego – większej dynamiki poruszania się po scenie, mniejszej dziecinady w codziennym zachowaniu – lecz nie przeszkadzało mi to w dobrym odbiorze tego filmu, a zwłaszcza słuchaniu doskonałej muzyki, jaką stworzył zespół Queen.

Adam Driver nie zapadł mi jakoś w pamięć, Sam Elliot zagrał właściwie siebie, ale już Richard E. Grant zdecydowanie się spośród nich wyróżnił, wchodząc w skórę geja-utracjusza-narkomana-dandysa i wypełniając ją duszą (szkoda tylko, że zagrał w filmie, którego nikt prawie nie wdział). Sam Rockwell w „Vice” nie miał chyba tak trudnego zadania, bo co to za sztuka sparodiować George’a W. Busha? A poza tym pojawił się w filmie zaledwie w paru scenach. (Z tą parodią to jednak trochę przesadziłem, bo jego W. był jednak bardziej przekonujący, niż karykaturalny, i Sam naprawdę nie ma się czego wstydzić, a wręcz przeciwnie).

Na temat kreacji Willema Dafoe się nie wypowiadam („At Eternity Gate” to jedyny film jakiego nie widziałem, choć bardzo chciałem), ale znając tego aktora nie wątpię, że zmajstrował on coś szczególnego.

* * *

Yalitza Aparicio, Glenn Close, Olivia Colman, Lady Gaga, Melissa McCarthy

.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA Yalitza Aparicio („Roma”), Glenn Close („The Wife”), Olivia Colman („The Favourite”), Lady Gaga (“A Star is Born”), Melissa McCarthy (“Can You Ever Forgive Me?”)

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA Amy Adams („Vice”), Marina de Tavira („Roma”), Regina King („If Beale Street Could Talk”), Emma Stone (“The Favourite”), Rachel Weisz (“The Favourite”)

.

Zacznę może od aktorek drugoplanowych, bo ta kategoria to jeden wielki „mess”. Przede wszystkim nie wiem co tutaj robią Emma Stone i Rachel Weisz, bo stworzone przez nie kreacje zdecydowanie bardziej należą do kategorii Actress in a Leading Role, wyróżniając się ponadto spośród wszystkich wymienionych wyżej pań i jedyna Glenn Close w „The Wife” zagrała równie doskonale co one (Oscar murowany). To nie znaczy jednak, że pozostałe aktorki znalazły się w obu tych kategoriach przypadkowo, zwłaszcza Olivia Colman. Nie, Melissa McCarthy, Amy Adams, Regina King a nawet Lady Gaga wykazały się doskonałym rzemiosłem – ich nominacje nie dziwią, tym bardziej, że już od dawna cieszą się famą aktorek z pierwszej ligi.

Odnoszę wrażenie, że Marinie de Tavira bardzo pomógł w otrzymaniu nominacji niebywały hype, jaki się wytworzył wokół „Romy”, bo gdyby nie to, to pewnie nikt z Akademików nie zwróciłby na nią uwagi (każdego roku w światowym kinie powstają setki znakomitych ról). Trochę podobnie jest z Yaliztą Aparicio, ale dość niezręcznie mi jest o tym pisać, bo ja tę kobietę bardzo polubiłem (lecz niekoniecznie jako aktorkę). Yalitza jest amatorką-naturszczykiem, do filmu Cuaróna trafiła przypadkowo, oczekując na otrzymanie pracy przedszkolanki. Ma w „Romie” kilka wzruszających scen, gdzie wypadła bardzo naturalnie, ale żeby od razu Oscar? Choć ja w sumie się z tego sukcesu Yalitzy cieszę, bo wolę, żeby to ona była celebrowana, a nie jakiś zawodowy celebryta, który hołdów ma w swoim życiu po pachy. Ponadto stała się ona swego rodzaju ambasadorem rdzennych Meksykanów, co jest samo w sobie cenną wartością, ale to wszystko należy przecież do sfery poza-filmowej.

Jak już wspomniałem, wszystko wskazuje na to, że Oscara otrzyma Glenn Close i to nie dlatego, że mimo siedmiu bodajże dotychczasowych nominacji, złotej statuetki do tej pory nie dostała, choć niejedną świetna rolę zagrała a jej dorobek aktorski jest doprawdy imponujący… No może z tych powodów też, ale faktem jest, że jej wystąpienie w „The Wife” (o którym to filmie, gdyby był bez niej, już dawno by zapomniano) było naprawdę wybitne – moim zdaniem najlepsze w kinie amerykańskim ubiegłego roku.

O tym już napomknąłem, ale nie zaszkodzi powiedzieć to jeszcze wyraźniej: aktorskie mistrzostwo świata osiągnęły w „Faworycie” Olivia Colman, Rachel Weisz i Emma Stonne, ale niestety – a series of unfortunate events spowodowała, że nie przełoży się to na Oscary (choć w kategorii Actress in a Supporting Role wszystko się może zdarzyć). Jednakże, prawdę mówiąc, czy jest to aż takie ważne wobec faktu, że te fantastyczne role powstały, poszły w świat i zostały uwiecznione w nad wyraz nietuzinkowym filmie?

Nie chce mi się za bardzo ruszać przypadku Reginy King (dobre wystąpienie w filmie „If Beale Street Could Talk”, który Akademia pozostawiła raczej w spokoju), bo nie wiem, ile w tym wyróżnieniu jest koniunktury, lecz nie sposób czegoś więcej nie napisać o zaskakująco dojrzałym debiucie Stefani Germanotti, która fanom muzyki pop znana jest jako Lady Gaga – dość teatralna persona, skrywająca się za maską efekciarstwa i bombastycznonści. Na szczęście Bradley Cooper wybił jej z głowy aplikację wszelkiej sztuczności do swojego filmu i Stefani zagrała bardzo naturalnie i ujmująco, choć wyraziście i dobitnie. I oczywiście z Bradleyem przebojowo zaśpiewała, co niewątpliwie przyczyniło się do sukcesu „Narodzin gwiazdy”, który bez takiej dobrej muzyki nie byłby możliwy.

* * *

Paweł Pawlikowski, Yorgos Lanthimos, Spike Lee, Adam McKay, Alfonso Cuarón

.

NAJLEPSZY REŻYSER Spike Lee („BlacKkKlansman”), Paweł Pawlikowski („Cold War”), Yorgos Lanthimos („The Favourite”), Alfonso Cuarón (“Roma”), Adam McCay („Vice”)

.

Jeśli chodzi o tę kategorię, to powiedzmy sobie szczerze, że były lepsze lata. Oczywiście, że cieszy nominacja dla Pawła Pawlikowskiego za „Zimną wojnę”, ale ja miałem co do tego filmu tyle zastrzeżeń, że czuję z tego powodu pewien dyskomfort, bo osobiście nie uważam, że Pawlikowski wyreżyserował ten film dobrze (i myślę, że była to również wina źle napisanego scenariusza). Wiem, że tymi stwierdzeniami narażam się licznym wielbicielom tego filmu, no ale cóż mam począć – obłudnie chwalić albo całą rzecz przemilczeć? Nie chcę tego robić, a i jest już na to za późno, bo moja recenzja została opublikowana nie tylko na mojej stronie autorskiej, ale i w prasie polonijnej. Długą rozmowę na temat „Zimnej wojny” przeprowadziłem również ze znanym krytykiem filmowym Zbigniewem Banasiem (jej fragmentu można wysłuchać tutaj). Mój główny zarzut wynikał z tego, że Pawlikowskiemu nie udało się wiarygodnie opowiedzieć tej historii, a estetyka filmu okazała się ważniejsza od jego fabularnej treści.

Mogłoby się wydawać, że podobnie koneserski – i snobistyczny – film nakręcił Alfonso Cuarón, ale wbrew pozorom jego „Roma” jest tak odmienna od „Zimnej wojny”, że mógłbym tu napisać o tym sążnisty elaborat, ale to sobie (i ewentualnemu Czytelnikowi) daruję. Bo to, że oba filmy posługują się obrazem czarno-białym, to tylko bardzo powierzchowne podobieństwo. Przede wszystkim „Roma” – mimo kadrowego piękna i operatorskiej wirtuozerii – nie jest dziełem przeestetyzowanym. Dla Cuaróna najważniejszy był w tym wszystkim człowiek i ten autentyzm ludzkich relacji w jego filmie jest odczuwalny. Być może przyczynił się do tego fakt, że aktorzy dostawali od niego scenariusz dopiero w dniu kręcenia danej sceny, więc na planie filmowym zachowywali się tak, jak w życiu, w którym przecież nie mamy pojęcia co przyniesie następna chwila. To nie przypadek, że Cuarón nakręcił taki unikalny film, bo wszystkie jego dotychczasowe – jak np. „I twoją matkę też”, „Ludzkie dzieci”, czy zwłaszcza „Grawitacja” – jeśli nawet nie były doskonałe, to na pewno wyróżniały się swoją oryginalnością, a ponadto każdy z tych obrazów był zupełnie inny od pozostałych. Wszystkie były dobre, ale „Roma” jest wśród nich najlepsza – i to nie dlatego, że dostała aż 10 nominacji do Oscara (i zdobędzie co najmniej połowę z nich), ale dlatego, że jest to naprawdę film wybitny, który według mnie zapisze się w historii światowego kina.

Coś mi się wydaje, że Spike Lee znowu nie ma szczęścia, bo w tym roku – kiedy wreszcie mógłby dostać Oscara za reżyserię – trafił (podobnie jak inni kandydaci nominowanie w innych kategoriach) na zabójczą konkurencję w postaci Cuaróna i „Romy”. Sprawność reżyserska Spike’a Lee jest niewątpliwa i mimo, że w swoim filmie dosłownie żongluje on konwencjami, nieustannie zmieniając przy tym ton, to jego „BlacKkKlansman” pozostaje utworem spójnym, zachowującym ciągłość. Jest też niezłą rozrywką i choć głównym tematem filmu jest rasizm to Spike’a Lee nie opuszcza w nim humor, udzielający się też widzowi.

Bardziej niemiłosierny dla swoich bohaterów (czy też raczej bohaterek, bo w centrum jego filmu znajdują się panie) jest Yorgos Lanthimos, który miał o tyle łatwiej w stworzeniu filmu wybitnego (jakim niewątpliwie jest „Faworyta”), że dysponował doskonałym scenariuszem oraz aktorkami, które swoją brawurą mogły zakasować całą resztę koleżanek po fachu. Ale ten Grek jest twórcą filmów naprawdę intrygujących i choć „Faworyta” nie jest tak surrealnie odjechana, jak np. „Lobster” czy „Zabicie świętego jelenia”, to ekstrawagancki i prowokując styl Lanthimosa jest w tym filmie bardzo wyczuwalny, ale – co ciekawe – ta osobliwość nie odpycha, a wręcz przeciwnie – ma w sobie nieodpartą moc atrakcji.

Reżyserskim oryginałem jest również Adam McKay i chociaż „Vice” nie ma chyba takiej finezji jaką miał jego wcześniejszy film „The Big Short”, to jednak ta polityczna satyra, jaka jest „Vice”, będąca czymś w rodzaju biografii Dicka Cheneya i anty-republikańską filipiką, sprawdza się w kinie całkiem nieźle, zwłaszcza dla tych, którzy podzielają liberalne poglądy MacKaya i jego awersję do neo-konserwatystów z administracją Busha na czele. Reżyser nakręcił „Vice” w tym samym stylu, co „The Big Short”, który polega na aplikacji przeróżnych elementów – zbitek montażowych, przeskoków w czasie, mieszania dokumentu z fikcją i powagi z komedią. Przy czym to wszystko nie przytłacza widza, a film nie traci lekkości, zyskując na erudycyjności. Wygląda na to, że w tym stylu McKay czuje się najlepiej, wyrażając się interesująco i elokwentnie, co znalazło uznanie nie tylko widzów, ale i amerykańskiej Akademii filmowej.

PS. W komentarzach zabawiłem się jednak w zgadywankę, kto zdobędzie Oscara. Ciekaw jestem ile będzie trafień, a ile pudeł… czego dowiem się już w najbliższą niedzielę, 24 lutego.

*  *  *

Recenzje filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Vice”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

Komentarzy 48 to “OSCARY 2019, czyli co jest grane?”

  1. Stanisław Błaszczyna Says:

    A jednak spróbuję się zabawić. W niektórych kategoriach czuję się mocniej, w niektórych trochę mniej. Boldem zaznaczam tytuły i nazwiska, które według mnie mają najwięcej szans na wygraną.
    Tam, gdzie według mnie powinien trafić Oscar, stawiam literkę (P).

    UWAGA – DOPISEK PO ROZDANIU OSCARÓW

    Na 15 kategorii, pomyliłem się 4 razy (przy czym do tej pory nie mogę uwierzyć w to, że Glenn Close nie dostała Oscara, a za najlepszy film uznano „Green Book”).
    W komentarzach poniżej (TUTAJ) zamieszczam moje uwagi, a w tym – dopisując (WINNER) – zaznaczam zwycięzców:

    BEST PICTURE:

    “Black Panther”
    “BlacKkKlansman”
    “Bohemian Rhapsody”
    “The Favourite” (P)
    “Green Book” (WINNER)
    “Roma”
    “A Star Is Born”
    “Vice”

    LEAD ACTOR:

    Christian Bale, “Vice” (P)
    Bradley Cooper, “A Star Is Born”
    Willem Dafoe, “At Eternity’s Gate”
    Rami Malek, “Bohemian Rhapsody” (WINNER)
    Viggo Mortensen, “Green Book” (P)

    LEAD ACTRESS:

    Yalitza Aparicio, “Roma”
    Glenn Close, “The Wife”
    Olivia Colman, “The Favourite” (WINNER)
    Lady Gaga, “A Star Is Born”
    Melissa McCarthy, “Can You Ever Forgive Me?”

    SUPPORTING ACTOR:

    Mahershala Ali, “Green Book” (WINNER)
    Adam Driver, “BlacKkKlansman”
    Sam Elliott, “A Star Is Born”
    Richard E. Grant, “Can You Ever Forgive Me?”
    Sam Rockwell, “Vice”

    SUPPORTING ACTRESS:

    Amy Adams, “Vice”
    Marina de Tavira, “Roma”
    Regina King, “If Beale Street Could Talk” (WINNER)
    Emma Stone, “The Favourite” (P)
    Rachel Weisz, “The Favourite” (P)

    DIRECTOR:

    Spike Lee, “BlacKkKlansman”
    Pawel Pawlikowski, “Cold War”
    Yorgos Lanthimos, “The Favourite”
    Alfonso Cuarón, “Roma” (WINNER)
    Adam McKay, “Vice”

    ADAPTED SCREENPLAY:

    “The Ballad of Buster Scruggs,” Joel Coen , Ethan Coen
    “BlacKkKlansman,” Charlie Wachtel, David Rabinowitz, Kevin Willmott, Spike Lee (WINNER)
    “Can You Ever Forgive Me?,” Nicole Holofcener and Jeff Whitty
    “If Beale Street Could Talk,” Barry Jenkins
    “A Star Is Born,” Eric Roth, Bradley Cooper, Will Fetters

    ORIGINAL SCREENPLAY:

    “The Favourite,” Deborah Davis, Tony McNamara
    “First Reformed,” Paul Schrader
    “Green Book,” Nick Vallelonga, Brian Currie, Peter Farrelly (WINNER)
    “Roma,” Alfonso Cuarón
    “Vice,” Adam McKay

    CINEMATOGRAPHY:

    “Cold War,” Lukasz Zal
    “The Favourite,” Robbie Ryan
    “Never Look Away,” Caleb Deschanel
    “Roma,” Alfonso Cuarón (WINNER)
    “A Star Is Born,” Matthew Libatique

    BEST FOREIGN LANGUAGE FILM:

    “Capernaum” (Lebanon)
    “Cold War” (Poland)
    “Never Look Away” (Germany)
    “Roma” (Mexico) (WINNER)
    “Shoplifters” (Japan)

    FILM EDITING:

    “BlacKkKlansman,” Barry Alexander Brown
    “Bohemian Rhapsody,” John Ottman (WINNER)
    “Green Book,” Patrick J. Don Vito
    “The Favourite,” Yorgos Mavropsaridis
    “Vice,” Hank Corwin (P)

    ORIGINAL SCORE:

    “BlacKkKlansman,” Terence Blanchard
    “Black Panther,” Ludwig Goransson (WINNER)
    “If Beale Street Could Talk,” Nicholas Britell (P)
    “Isle of Dogs,” Alexandre Desplat
    “Mary Poppins Returns,” Marc Shaiman, Scott Wittman

    ORIGINAL SONG:

    “All The Stars” from “Black Panther” by Kendrick Lamar, SZA
    “I’ll Fight” from “RBG” by Diane Warren, Jennifer Hudson
    “The Place Where Lost Things Go” from “Mary Poppins Returns” by Marc Shaiman, Scott Wittman
    “Shallow” from “A Star Is Born” by Lady Gaga, Mark Ronson, Anthony Rossomando, Andrew Wyatt and Benjamin Rice (WINNER)
    “When A Cowboy Trades His Spurs For Wings” from “The Ballad of Buster Scruggs” by David Rawlings and Gillian Welch

    COSTUME DESIGN:

    “The Ballad of Buster Scruggs,” Mary Zophres
    “Black Panther,” Ruth E. Carter (WINNER)
    “The Favourite,” Sandy Powell (P)
    “Mary Poppins Returns,” Sandy Powell
    “Mary Queen of Scots,” Alexandra Byrne

    VISUAL EFFECTS:

    “Avengers: Infinity War”
    “Christopher Robin”
    “First Man” (WINNER)
    “Ready Player One”
    “Solo: A Star Wars Story”

  2. Mariusz Czernic Says:

    Nie widziałem filmu „The Wife”, ale jestem niemal pewien, że Oscara powinna dostać Glenn Close :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „The Wife warto obejrzeć, właśnie głównie ze względu na Glenn Close. To jest chyba najbardziej pewny Oscar w tym roku. Close nie tylko zasłużyła na niego swoją długoletnią karierą, ale – co ważne – w „The Wife” stworzyła naprawdę wybitną kreację (więc jeśli Oscara dostanie, to nie będzie to przypadek np. Leonarda diCaprio, który otrzymał Oscara za swoją średnią rolę, mimo że wcześniej był nominowany już wiele razy, i to w rolach znacznie lepszych).

      • Mariusz Czernic Says:

        Oprócz Glenn Close trzymam kciuki za Rachel Weisz.
        Patrząc na nazwiska innych nominowanych kobiet, stwierdzam że obie aktorki nie mają wielkiej konkurencji, więc gdyby statuetkę dostał ktoś inny, to byłbym zaskoczony.
        Trudniejszy wybór jest jeśli chodzi o aktorów. Mówisz, że głównymi rywalami są Christian Bale i Rami Malek, ale mnie jednak bardziej ucieszyłaby nagroda dla Willema Dafoe lub Viggo Mortensena.

        Aha, i jeszcze odnosząc się do Twojej wypowiedzi, powiem że oscarowej roli DiCaprio nie uważam za średnią, według mnie była lepsza niż np. w „Wilku z Wall Street”.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Rachel Weisz z Emmą Stone zagrały w „Faworycie” fantastycznie (Olivia Coleman zresztą też, ale to one „niosły” film). Tu jest problem taki, że – przez to właśnie, że te role są takie równe sobie, jeśli chodzi o znakomitość – nominacje te mogą się wzajemnie „skancelować”, bo podzielą między siebie głosy.
          Rachek Weisz jest w „Faworycie” świetna, ale moim zdaniem jeszcze lepsza jest tam Emma Stone – i ona też jak najbardziej zasługuje na Oscara.
          Mnie też ucieszyłyby nagrody dla Willema Dafoe lub Viggo Mortensena (choć filmu, w któryrm wystąpił Dafoe nie widziałem). Jeśli chodzi o Viggo, to już oglądając „Green Book” wiedziałem, że jest to rola Oscarowa.
          Mnie się diCaprio w „Zjawie” bardzo podobał, ale według mnie miał wcześniej jeszcze lepsze wystąpienia (i mimo, że był za nie nominowany, to Oscara nie otrzymał). No ale lepiej później niż wcale. :)
          Swoją drogą ciekaw jestem, jak Ty obstawiasz tegoroczne Oscary?

        • Mariusz Czernic Says:

          Ja widziałem niewiele filmów z oscarowej stawki, „Faworyta” i „Green Book” wciąż przede mną, więc moje aktorskie typy, które wymieniłem to strzały w ciemno wynikające głównie z tego, że tych aktorów lubię i wiem, że ich możliwości są warte wyróżnienia prestiżową nagrodą. Podobnie jak Ty chętnie bym zobaczył, jak statuetkę odbierają scenarzyści „BlacKkKlansman”.
          Rola Adama Drivera mi się podobała, ale zgadzam się z Tobą, że nie jest to rola zapadająca w pamięć.

          Widziałem „Romę” i „Zimną wojnę” – oba oglądałem w kinie jednego dnia i według mnie film Pawlikowskiego prezentuje się lepiej zarówno jeśli chodzi o reżyserię, scenariusz, stronę wizualną jak i aktorstwo. Dlatego nie chciałbym, aby sprawdziły się Twoje przewidywania, zgodnie z którymi polski film wyszedłby z niczym z ceremonii.

          W kategorii piosenka też postawiłbym na „Shallow”.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Tak więc, najlepsze przed Tobą ;) (Chodzi mi o „Green Book”,a zwłaszcza o „Faworytę”.)

          Spike Lee nie ma jednak znowu szczęścia, bo konkurencję ma bardzo silną, ale pewnie „BlacKkKlansman”
          dostanie jakiegoś Oscara – tak trochę na otarcie łez Spike’owi ;)

          W ocenie „Zimnej wojny” i „Romy” się różnimy. Ja cenię bardziej ten drugi film. I najprawdopodobniej – jeśli chodzi o to, gdzie pójdą Oscary – to tutaj się nie mylę. (Tym bardziej, że Netflix rozpętał jeszcze większą kampanię reklamową, niż Amazon.)

        • Mariusz Czernic Says:

          Ostatnie zdanie Twojej wypowiedzi (to w nawiasie) jest szczególnie trafne, bo wygrywają filmy z najlepszą kampanią reklamową, a polscy twórcy nie są jednak mocni w sprawach dot. promocji filmów na świecie ;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ale to nie chodzi o polskich twórców ale o amerykańskich dystrybutorów, bo to oni decydują tutaj o promocji filmu.

          Swoja drogą Pawlikowski, ale też i Kulig, wyrobili sobie w Hollywood sporo znajomości.
          Ponoć nawet Cuarón konsultował się u Pawlikowskiego w sprawie „Romy”

  3. Mark A Ozog Says:

    Roma for Best Picture, Malek Best Actor, Close Best Actress?

  4. Simply Says:

    Ja tam nic nie obstawiam, bo bardzo niewiele z tego widziałem. Sekunduję ,,Zimnej Wojnie” ( jeszcze nie obejrzałem) ze względu na Joannę Kulig, której każdy Oscar dla filmu mógłby bardzo pomóc w rozkręceniu kariery, jaka imo powinna jej być pisana. Poważnej, międzynarodowej kariery, a nie ogonów i epizodów dziwek z Europy Wschodniej, bo to świetna aktorka i do tego seksbomba w starym, dobrym stylu.
    Podobnie idąc za głosem sympatii trzymam kciuki za Willema Dafoe, któremu życzę powrotu na szczyt, choć konkurencja nie daje mu szans, a do tego film , gdzie gra Van Gogha to mi po obejrzeniu trailera strasznym banałem zaciąga. I coś czuję, że trailer się nie myli.

    W elektorat negatywny wchodzę z kolei wobec Spike’a Lee. Za emocjonalnie płaski, pozbawiony napięcia i uszyty wg. socrealistycznej zasady ,,typowości”, byle jaki ,,thriller” należy mu się zestaw dziurek do durszlaka, a nie Oscar. A już na pewno za reżyserię , bo to uwłacza wszelkiej przyzwoitości. Był nie dawno wybitny, demaskatorski i poruszający kwestie rasizmu film Kathryn Bigelow ,, Detroit” ( 2017) i pies z kulawą nogą nie zareagował. Też oparty na prawdziwych zdarzeniach. Tylko pewnie za mocny dla tych mimoz z Akademii. Reżysersko Bigelow zjada Spike’a na przystawkę.

    Ale najbardziej życzę Oscara Paulowi Schraderowi ( scenariusz oryginalny) mimo , że filmu nie znam. A powód jest taki, że Schrader negocjuje właśnie z producentami pewien niesamowity projekt do reżyserii i statuetka mogłaby odegrać rolę ,,pressure drop” dla odpalenia temu zielonego światła.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A to ciekawe, że sekundujesz filmowi, którego jeszcze nie widziałeś ;)
      Bo ja myślałem, że plemienna solidarność niekoniecznie musi się przekładać na ocenę wartości filmu.
      Prawdę mówiąc, to Kulig i Kot według mnie wypadli w „Zimnej wonie” tak sobie. Ja np. miałem czasami wrażenie, że oni nie za bardzo wiedzą jak/co grać. Nie dlatego, że kiepscy z nich aktorzy, tylko dlatego, że grali w niewydarzonej – zupełnie nieprzekonywującej i pretensjonalnej moim zdaniem – historii.
      No, ale jakikolwiek Oscar dla „Zimnej wojny” by mnie nie zmartwił, choć szanse – ze względu na „Romę” są marne.

      Mimo wszystko (jego film to banał?) Dafoe bardziej mi pasuje do roli Van Gogha, niż Kirk Douglas ;)

      Masz sporo racji z tym Spike’iem (i z Bigelow), ale ja mam sporo sympatii do jego ostatniego filmu, więc nie będę na niego grymasił.

      „First Reformed” to taki trochę „bergman” dla ubogich (choć film mi się podobał – z wyjątkiem zupełnie odlotowego finału i mało przekonującego zakończenia). Film kameralny, dość surowy, czasem wręcz minimalistyczny. Niezły Ethan Hawke. Wielu krytyków jest tym filmem zachwyconych, no ale oni jednak często się snobują i podkręcają.
      A co takiego Schrader teraz kombinuje?

  5. Simply Says:

    Jaka plemienna solidarność? Napisałem wyraźnie, ze to Kuligowa solidarność, a to co innego.

    Dafoe wygląda super jako Vincent, mam jedynie obawy co do filmu , jako całości, nie wiem, czy uzasadnione, nie widziałem.

    Schrader chce nakręcić remake ,, Seven Men from Now” – B klasowego westernu Budda Boettichera z 1956 , Tyle, że planuje wywrócić tę historię do góry nogami , w wywiadzie zdradza, że ma to być coś pomiędzy Lynchem a Malickiem. I jeszcze dwaj gł. aktorzy grający wspólników, a potem wrogów ( w oryginale Randolph Scott i Lee Marvin) mają w pewnym momencie zamienić się rolami, jak w ,, Bez Twarzy” Johna Woo. No i jak wyciągnie statuetkę za Bergmana dla ubogich, to jego akcje pójdą w górę i powinien przeforsować Boettichera dla freaków.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A rzeczywiście. Sorry za posądzenie o plemienną solidarność ;)
      Kulig jest już ponoć w Hollywood dobrze ustawiona (agenci etc..), więc możesz się z tego cieszyć. (Choć nie wiadomo co z tego wyjdzie bo bariera językowa jest jednak nie do przeskoczenia.)

      „At Eternity Gate” to chyba jedyny film z tych wszystkich w oscarowych puli, którego nie widziałem. Po kinach przemknął jak efemeryda i nawet w sieci nie ma do niego dostępu. A szkoda, bo temat mnie bardzo interesuje.

      Projekt Schradera intrygujący – zwłaszcza to połączenie Lyncha i Malicka :)
      Nawiasem mówiąc kariera Schradera była dziwna – nie miał on szczęścia do widzów, producentów, krytyków… „First Reformed” jednak coś tam mu rekompensuje.
      Życzę mu powodzenia z „Seven Men from Now”.

  6. Simply Says:

    Ustawiona jeszcze nie jest, na razie robi za sezonową cover ciekawostkę. Jak się to zacznie przekładać na propozycje konkretnych ról, to będzie można tak mówić.
    Schrader , jak wielu innych reżyserów/autorów Nowego Hollywood stracił grunt pod nogami pod koniec lat 70, kiedy kino , które tworzył, gwałtownie wypadło z łask managementu wytwórni i dystrybutorów. Nagle zmieniło się wszystko, a najbardziej publiczność. Facet był w długoletnim kokainowym ciągu, kiedy przyszło mu się obudzić w totalnie odmiennej, filmowej rzeczywistości. To jest temat rzeka, jak mistrzowie NH radzili sobie ( bądź nie ) po tej zmianie warty, czy wręcz paradygmatu.

    Schrader ostatnio błysną formą w ,, Dog Eat Dog”’ ( 2016) – grindhouse’owym niemalże, fest brutalnym i zwyrolskim a surowym jak należy, gangsta flicku w stylu wczesnego Abla Ferrary. Doskonały Dafoe i przyzwoity Cage na pierwszym planie. Film jest mocno depresyjny i jeszcze bardziej energetyczny, kto tak ambiwalentnie potrafi budować story za parę baksów, temu można zaufać.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Myślę, że większość tych typów się sprawdzi. Sympatyczne jest to stawianie na „Green Book” ale moim zdaniem film nie ma szans na zdobycie Oscara w kategorii Best Picture. Lepszym filmem jet według mnie „Faworyta” – i to ona powinna dostać Oscara. Ale najprawdopodobniej dostanie go „Roma”, bo „momentum” tego filmu jest teraz ogromne.

  7. Stanisław Błaszczyna Says:

    AND THE OSCARS WENT TO…

    Oscary, Oscary… i po Oscarach. Czyli wiele hałasu o nic. Niby wiem, że ceremonia rozdawania złotych statuetek to przede wszystkim wydarzenie promujące Hollywood i cały przemysł filmowy, ale każdego roku zasiadam przed telewizorem z czystej ciekawości – i z nadzieją, że coś ciekawego się wydarzy, a ja zobaczę ludzi, których lubię i cenię. I choć ewenementem było teraz przyznanie aż 10 nominacji takim filmom, jak „Faworyta” i „Roma” (wyrastającym zdecydowanie ponad całą komercyjno-rozrywkową resztę), to jednak – jeśli chodzi o samą imprezę transmitowaną na cały świat – z roku na rok jest coraz gorzej. Oglądalność spada i choć Akademia Filmowa stara się coś z tym fantem zrobić, to wychodzi jej to – delikatnie mówiąc – średnio.

    Tak więc wczorajsza uroczystość była dość nijaka (sic transit gloria mundi) – puszczona tak trochę samopas (brak prowadzącego), a przez to nudnawa i dość chaotyczna. Innymi słowy Akademia zupełnie straciła koncept jak to wszystko ma wyglądać (te różne plany zmiany formuły programu, ich ogłaszanie a następnie odwoływanie) – pichci więc jakiś groch z kapustą, a przy okazji strzela sobie w stopę (chcąc nie chcąc promując streaming).

    Jeśli chodzi o przyznane Oscary, to bardzo zaskoczyły mnie dwa przypadki. Pierwszy, to pominięcie Glenn Close w kategorii Best Actress in a Leading Role (spory zawód, tym bardziej, że tej znakomitej aktorce nigdy do tej pory Oscara nie przyznano, mimo, że otrzymała aż siedem nominacji). Drugi, to zwycięstwo „Green Book” (a nie „Romy” czy „Faworyty” – filmów według mnie zdecydowanie lepszych) w kategorii najważniejszej, czyli Best Picture.
    „Green Book” zdobył też Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny, choć znacznie lepsze scanariusze miały moim zdaniem takie filmy, jak „Faworyta”, czy „Vice”.
    Lepsze kreacje, niż Malek, stworzyli Bale i Mortensen… etc.

    Moim zdaniem brak klasy wykazał Spike Lee, strzelając focha (po ogłoszeniu nagrody dla „Green Book” chciał opuścić salę), że to nie jego film dostał Oscara. Ponadto nie popisał się mową dziękczynną za Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany, która – mimo, że czytana przez niego z kartki – była tak niezborna, że trudno było jej słuchać – i to bynajmniej nie dlatego, że odgrzewała stare resentymenty, przypisując je nowym czasom, jak również obwiniając o rasizm obecną administrację z Prezydentem USA na czele (na co Trump odgryzł się na Twitterze, oskarżając z kolei o rasizm Spike’a Lee).
    Od czasu, kiedy posądzono Akademię o to, że (z powodu ukrytego ponoć rasizmu) pomija w swoich nominacjach i nagrodach Afroamerykanów, daje się zauważyć na Oscarach ich nadreprezentacja – a ponadto forowanie filmów ze względu na to, że zrobili je twórcy o czarnym kolorze skóry (tak według mnie jest z „Czarną Panterą”). Ale jeśli o tym ktoś wspomni, to naraża się na ostracyzm, a nawet posądzenie o krypto-rasizm.
    Co ciekawe, nawet tak niewinny i dobroduszny film, jak „Green Book” – pełen dobrej woli i tak naprawdę zbliżający, a nie antagonizujący rasy (to nic, że robiący to w sposób dość schematyczny i naiwny) – nie ustrzegł się obwiniania o zakłamywanie historii oraz szerzenie i utrwalanie rasistowskich stereotypów.

    Mimo, że „Bohemian Rhapsody” zdobył największą ilość Oscarów (bodajże cztery), to film ten prezentowano tak, jakby w ogóle nie miał reżysera (bo wcześniej podpadł on ruchowi Mee Too). W tym roku zresztą było sporo takich niekonsekwencji, które moim zdaniem świadczą tylko o tym, że przy ocenie filmu grają czynniki poza-filmowe, których moim (wiem, że naiwnym) zdaniem nie powinno się mieszać do oceny filmu. Polityka, polityczna poprawność, kalkulacje, promocje, znajomości, układy (o takim drobiazgu jak pieniądze nie wspominając)… to wszystko w Hollywood hula w najlepsze.

    * * *

  8. Bogdan Kwiatek Says:

    Całkiem dobrze Ci poszło Staszku! Właśnie przeczytałem na Interii całą galę rozdań i poza BestPic i NajAktorką w najważniejszych 6 kategoriach typowałeś akuratnie 🙂 4:2

    Co z tym reżyserem „BohemianRhapsody” Bryanem S?
    Gdzieś mogę doczytać, za co i z czego go wywalili?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Biorąc wszystkie kategorie, w których typowałem, to mi wyszło 11:4. Prawdę mówiąc, to myślałem, że będzie lepiej.

      W tych dwóch kategoriach (BestPic i NajAktorką) prawie wszyscy się pomylili (najbardziej pewny byłem Oscara dla Glenn Close.) A poza tym cała ta uroczystość była dość nijaka (sic transit gloria mundi). Akademia zupełnie straciła koncept jak to wszystko ma wyglądać – pichci jakiś groch z kapustą – a przy okazji strzela sobie w stopę.

      • Bogdan Kwiatek Says:

        nie oglądałem, bo wolę się wyspać 🙂
        czasy, gdy przekaz z US śledziłem na bieżąco minęły z Kampanią Prezydencką Trumpa 😉
        Wcześniej czekałem tak tylko na wystąpienie G.W.H.(?) Busha, po ataku z 11.IX i uzasadnieniu wydania tzw. Wojny z terroryzmem. Oraz przy próbie impeachmentu B. Clintona 😉

        A co z tym reżyserem, co nakręcił najlepszy film (4 Oskary), a on nie dokończył dzieła i go nie wystawili do kategorii „Reżyseria”?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          A on (reżyser „Bohemian Rhapsody”) podpadł ruchowi #MeToo chyba. W tym roku było sporo takich niekonsekwencji, które moim zdaniem świadczą tylko o tym, że przy ocenie filmu grają czynniki poza-filmowe, których moim (wiem, że naiwnym) zdaniem nie powinno się mieszać do oceny filmu. Polityka, polityczna poprawność, kalkulacje, promocje, znajomości, układy (o takim drobiazgu jak pieniądze nie wspominając)… to wszystko w Hollywood hula w najlepsze.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Ergo targowisko próżności w najwyższym stopniu i „najlepszym” wydaniu.
          Obejrzałem sobie jeszcze raz obraz „Lion” o indyjskim chłopcu Saroo. Wspominałem chyba. I chyba ten film oparty o świeżą historię z życia 2010-2012, jak głosi stopka na koniec filmu, dotyczy 80.000 dzieci ulicy w Indiach!
          A Oskara wygrywa jakiś film o podpaskach/menstruacji (rozumiem, ze ten temat dotyczy ponad 80.000 osób na świecie i w skali miesiąca a nie roku… 😉
          Ale jak dla mnie film powinien mieć jakiś przekaz, nawet misje. Choć oczywiście komedie bez misji tez są w tych coraz mocniej zwariowanych czasach wskazane.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Problem podpasek dotyczy chyba setek milionów ludzi a nie 80,000. No ale ja się na tym nie znam ;)  
          Większość filmów miało jednak jakiś przekaz, to prawda – często dość banalny i naiwny, choć dobroduszny ;)

  9. Beata Pater Says:

    Niestety te „drobiazgi”. Wielka szkoda, ze Glenn Close zostala pominieta. Zapewne dostanie Oscara ktoregos dnia za caloksztalt.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Naprawdę szkoda. Również uważam, że należy się jej nagroda za całokształt, ale przecież Glenn Close nie kończy jeszcze kariery, więc może kiedyś zagrać rolę, która przyniesie jej Oscara.

      • Beata Pater Says:

        Miejmy taką nadzieję, ale te role nie przychodzą sobie ot tak. Dlatego to kiedyś może okazać się za późno.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No właśnie, podobno do „The Wife” przygotowywano się aż 14 lat. Ale, powiedzmy sobie szczerze, czy Oscary są aż tak wielkim wyznacznikiem wielkości aktora? Najważniejsze jest to, że Glenn Close ma wspaniały dorobek aktorski – z Oscarem czy bez – bo przecież najważniejsze w tym wszystkim są role, a nie to, czy się zdobędzie za nie jakieś nagrody.

        • Beata Pater Says:

          ale dla samego aktora jednak jest ważne…tak myślę…nawet jeśli mówi, że nie

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Zgadzam się. W końcu Oskar uznawany jest za największe wyróżnienie w świecie kina. I mimo wszystko nadal ma w sobie pewien prestiż – o tym, że bardzo pomaga w karierze i w otrzymywaniu ciekawych propozycji, nie wspominając.

  10. Katarzyna Dyaczyńska Says:

    Bardzo w punkt. Mam podobne odczucia odnośnie rangi Oscarów i wczorajszej nocy. Niesprawiedliwość jednak doskwiera … sytuacja Glenn Close jest podobna do tej, której doświadczał przez wiele lat Leonardo di Caprio. Tyle fenomenalnych ról, a Oscar przyznany akurat za tę średnio udaną kreację w The Revenant.

  11. Anna Dolecki Says:

    Istotnie, wielki chaos ! Z trudem wysłuchiwałam bełkotu scenicznego i wypowiedzi wręcz mało inteligentnych, doprawdy z niewielkimi wyjątkami. Czytane z pominiętych kartek ni z gruchy czy pietruchy.
    Jedyna przyjemnością było zobaczenie mojego faworyta Bradley Coopera i Lady Gaga.

  12. Bożena Jankowska Says:

    Komentarz trafny, ale brak mi oceny scenografii. Dla mnie wielka muszla na scenie kojarzyła się niestety z damską częścią ciała. Czyżby Oscary przeszły na feminizm?

  13. Michael Hytros Says:

    Zgadzam się całkowicie we wszystkim w 💯 % – świetna opinia I super CELNY / OBIEKTYWNY KOMENTARZ – thanks 🙏


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s