FILMOWISKO („Czarny łabędź”, „The Social Network”, „Fighter”,”Jak zostać królem”)

Subtelność baletnicy zderza się z perwersją jej wewnętrznych demonów i seksualnych obsesji. (Natalie Portman w "Czarnym łabędziu".)

*

„CZARNY ŁABĘDŹ” („BLACK SWAN”, reż. Darren Aronofsky)
** * * * * *

Z pozoru historia opowiedziana przez Aronofsky’ego jest banalna: młoda ambitna baletnica zatraca się w walce o główną rolę w wielkim widowisku, nie zważając na to, że katuje swe ciało, stając w końcu nad krawędzią przepaści i auto-destrukcji.
Ale czy paranoja i schizofrenia może być banalna?
Na pewno nie dla człowieka, który jest nimi dotknięty. I na pewno nie dla takiego reżysera jak Aronofsky, który nad materią filmową panuje totalnie, z obrazów i dźwięków tworząc świat, który zdolny jest równie totalnie nas pochłonąć.

W pułapce perfekcji - w drodze do szaleństwa

„Czarny Łabędź” nie ma psychologicznej głębi i złożoności „Zapaśnika” gdzie w niezwykle przejmujący sposób Rourke mierzył się ze swoją klęską upadłej gwiazdy wrestlingu. Ma zamiast tego zmysłową moc, która wbija się w sam środek naszych pierwotnych tęsknot i lęków. Bo kto z nas nie pragnie tego, by świat dostrzegł w nas to, co najlepsze? I któż nie lęka się tego, że świat zobaczy w końcu całą naszą nędzę i bezwartościowość? A paradoksem jest to, że ci, którzy za wszelką cenę chcą widzieć w sobie boga, często prześladowani są przez wizję własnego dna i mizerii – w głębi samego siebie spotykając diabła, czy też inne wewnętrzne demony. Może właśnie dlatego tak wiele jest w „Czarnym Łabędziu” luster, które  zarówno ujawniają narcyzm tych wszystkich artystycznych „baletów” jakim oddają się występujące w nim postaci, jak i horror potępienia samego siebie. Niebezpieczeństwo, które czai się gdzieś na zewnątrz, ale i w nas samych. Wpędzając nas przy tym w konfuzję: co jest obrazem prawdziwym, a co tylko iluzorycznym odbiciem.

Film Aronofsky’ego to także jeden wielki koncert skrajności. Wszystko tam jest zbudowane z kontrastów, począwszy od klasycznej gracji baletu zestawionej z brutalnością fizycznego ekstremum, po subtelność dziewczęcą głównej bohaterki zderzającą się z perwersją jej wewnętrznych skaz i  seksualnych obsesji. Jednak  zmagania łabędzia białego z czarnym nie są tu zbanalizowaną walką dobra ze złem. To walka o dopełnienie się duchowych biegunów – scalenie różnych osobowości, wrażliwości i temperamentów; dramatyczna próba pogodzenia ze sobą przeciwstawnych elementów ludzkiej psyche.

Odnoszę teraz wrażenie, jakby „Czarny łabędź” balansował na granicy arcydzieła i… (a jednak) kiczu. Ale jest to konstatacja dokonana post factum, więc jako taka – w moim spontanicznym odbiorze – nie powinna być aż tak bardzo istotna. Aronofsky widza uwodzi – i ta kinematograficzna skuteczność winna się w kinie liczyć najbardziej. I – jak widać po gremialnej recepcji filmu – tak właśnie się liczy. A zresztą… nawet jeśli „Czarny łabędź” jest kiczem, to jest to kicz wyniesiony na takie wyżyny narracyjnej i wizualnej doskonałości, że można już mówić o wysokiej próby artyzmie, który dotyka w nas czegoś, co jest elementarne i pierwotne. Stąd ten jego mocny psychologiczno-emocjonalny, ale i estetyczny impet.

Dygresja: czyż sam balet (a nawet opera) nie jest kiczem podniesionym do rangi sztuki? Ale pisząc o kiczu u Aronofsky’ego, nie tyle formę mam na myśli. Bardziej te elementy jego filmowego języka, które czasem wyglądają tak, jakby wyciągnięte były wprost z jakiegoś drugorzędnego horroru. Także sama psychologia postaci jest cokolwiek kiczowata… kiczowata na tyle, ile kiczowate jest zderzenie łabędzia białego z czarnym, białej skóry z czerwoną krwią, prawdziwej dziewicy z wyimaginowanym gwałtem, pierwiastka boskiego z diabelskim.

Aronofsky widza uwodzi nie tylko swoimi majstersztykami. On ma tu ułatwione zadanie, bo dysponuje czymś niesłychanie nośnym – bez mała genialną kreacją Natalii Portman. Są takie role, które odbieramy nie w kategorii gry aktorskiej, a w kategorii fenomenu – zjawiska, które tworzy swój własny ludzki wymiar, wychodząc poza to, co jest sztuczne – co się tylko „udaje”. Taką rolą jest wystąpienie Portman. Chapeau bas!

„THE SOCIAL NETWORK” (reż. David Fincher)
** * * * * *

Geniusz, miliarder, złodziej, ekscentryk, gówniarz... bohaterem naszych czasów? ("The Social Network")

„They trust me, dumb fucks!” – to często przywoływane słowa 19-letniego Zuckerberga, człowieka, który niewinny internetowy serwis społecznościowo – randkowy rozwinął do rozmiarów gigantycznych (Facebook złowił dotąd ponad 500 mln. „dumb fucks„), stając się – w ciągu kilku lat – najmłodszym miliarderem świata.
Czy opisujący jego historię „The Social Network” Finchera jest takim „Obywatelem Kane” naszych czasów? Obawiam się, że tak – cokolwiek by to „obawiam się” nie znaczyło. Cóż, zaryzykuję w takim razie stwierdzenie: „The Social Network” jest arcydziełem kina naszych czasów… na dobre i na złe.
Na dobre, ponieważ skuteczność z jaką film chwyta za mózg i nerwy współczesnego inteligentnego widza jest piorunująca. Obraz ten sprawia wrażenie jakiejś perfekcyjnej machiny, która za pomocą genialnie współgrających ze sobą elementów (słowo – obraz – dźwięk) tworzy nową jakość dzieła sztuki oddziaływającego głęboko zarówno na emocje, jak i intelekt widza. (O tym, że moje słowa nie są przesadą, można się przekonać zapoznając z całą masą opinii, jakie wydają o tym filmie ludzie, których inteligencja i błyskotliwość są w zasadzie niekwestionowane i niepodważalne – więc moja tu opinia jest siłą rzeczy jakby drugorzędna, choć dla mnie samego, nie przeczę… kluczowa ;) ).
Na złe, ponieważ obywatel Kane Wellesa był figurą wielką, niemalże monumentalną (taką jeszcze na miarę antycznej tragedii, choć skażoną już nieco nihilizmem nowoczesności); natomiast twórca Facebooka jest ledwie gówniarzem – fakt, że błyskotliwym, ale jeśli chodzi o nośność kulturową … kimś karłowatym, wręcz upośledzonym (jego nihilizm jest już wręcz ostentacyjny, tyle że nazwany być może teraz wirtualnością).
Każdy czas ma takich bohaterów (wliczając w to tych mitycznych, czyli niemal wszystkich) na jakich zasługuje. Nasze czasy potęg budowanych w przestrzeni wirtualnej mają bohatera przypominającego cyborga animowanego przez komputerowy program, do którego, siłą bezwładu, przyklejone są ludzkie emocje, z którymi on, nota bene, nie za dobrze wie, co ma zrobić. Bo to, że niemal wszyscy epokowi bohaterowie mają cechy psychopatów, jest już sprawą inną.

Social Network - paradoks sieci: zbliżając się do człowieka, trzymamy go równocześnie na dystans.

To nie znaczy, że (filmowy) Zuckerberg jest postacią jednowymiarową. Nie – on w swojej małości jest kimś niesłychanie skomplikowanym (niczym komputerowy program w oczach nie-programisty). I prawdopodobnie każdy z nas dostrzeże w nim coś innego, może nawet ze sobą sprzecznego. Na czym więc polega jego małość? Może właśnie  na tym: on się nam – w kategoriach ludzkich i moralnych – wyślizguje jak drobny piskorz. Z czym zaś kojarzona jest jego wielkość? Czy dlatego jest wielki, że zgromadził na swoim koncie kilka miliardów dolarów (ale czy nadal takim by pozostał gdyby nagle te miliardy stamtąd zniknęły?) Czy może dlatego, że przyczynił się do stworzenia (wirtualnej, czyli mocno podejrzanej ontologicznie) potęgi sieci wiążącej (w sposób nader iluzoryczny) tysiące i miliony ludzi, którzy na Facebooku zredukowani są do paru banalnych informacji i zdjęć? A może nasze życie przenosi się coraz bardziej w sferę bitowych iluzji? (Czyżby walka samolubnych genów wkroczyła już do rzeczywistości wirtualnej?)

Tu rodzi się następujące pytanie: czy bohater naszych czasów objawia swą wielkość tworząc „matriks” współczesnego świata, czy też raczej zdradza swą małość, stając się tego „matriksa” w jakimś sensie „spolegliwym” niewolnikiem? Może także czymś w rodzaju multi-bitowego pojemnika na informacje?

Tak naprawdę to, czy film Finchera przylega ściśle do tzw. faktów, stało mi się obojętne, właśnie dzięki jego artystycznej perfekcji. Nawet jeśli „The Social Network” jest swego rodzaju kłamstwem (a ponoć każde dzieło sztuki jest takie), to jest to kłamstwo, które zbliża nas do prawdy i pomaga ją nam sobie uświadomić. W tym przypadku prawdę o świecie, w jaki motają nas sieć i komputery (słynne, niemal klasyczne – a przy okazji mocno już zbanalizowane – powiedzenie Picassa, pozostanie chyba aktualne na zawsze).
Czyżbyśmy więc już zaczęli nasze życie – nie tylko indywidualne, ale i społeczne – przenosić w świat wirtualny? (Czyż nie istnieje już coś takiego jak socjologia internetu?)
Czy aby w ten sposób nie chcemy stworzyć kolejnej utopii? Utopii, która z jednej strony miałaby nam zapewnić poczucie indywidualności i anonimowość, a z drugiej – globalną solidarność i ekshibicjonizm? Zachować tajemnicę, która znana byłaby wszystkim?

„THE FIGHTER” (reż. David O. Russell)
** * * * * *

Problem z tym filmem nie jest taki, że opowiada on przewidywalną do bólu historię wywodzącego się z pod-klasy „underdoga” i triumfującego w stylu Rocky’ego Balboa pięściarza (to nie powinno dziwić, jako że „The Fighter” jest nieodrodnym dzieckiem Hollywood – dzieckiem, które zostało zmajstrowane po to, by spodobać się tzw. szerokiemu amerykańskiemu widzowi, aby ten, zastępczo, przeżył sobie w kinie mały moment triumfu); problem polega na tym, że będąc w ten sposób obciążonym i zdeterminowanym tworem, film Russella ma pretensje do tego, by także być czymś innym – czymś co dotyka „surowej” prawdy o życiu i świecie.
Ale to właśnie, jak na ironię, działa na niekorzyść filmu, bo przywołuje porównania np. z kinem spod znaku „realizmu” czy też „naturalizmu” (praktykowanego choćby przez Kena Loacha czy Mike’a Leigh, o cinema verite nie wspominając), a to porównanie, niestety, wypada wg mnie cokolwiek kompromitująco i stawia „Fightera” w rzędzie bajek dla średnio-dorosłych.

Między dramatem a farsą, czyli Rocky revisited ("The Fighter")

No dobrze – to moja wina, że miałem takie skojarzenia. I że sobie, po części przynajmniej, zepsułem zabawę. Wygląda na to, że inni z tym raczej żadnego problemu nie mieli i przed triumfującym „fighterem” padli dość entuzjastycznym plackiem. No cóż, muszę przyznać, że i ja się trochę podniecałem, gdy główny bohater walił po mordzie i kładł z hukiem na deski swojego rywala (bo przecież nigdy chyba nie wyrośnie się zupełnie z tego chłopaczka zauroczonego Rocky’m), ale gdy później przyszło pomyśleć o poszczególnych elementach obrazka – to już z tym intelektualnym zachwytem było jakby gorzej.

Mordobicie - jednym ze sposobów na osiągnięcie American Dream? ("The Fighter")

Bo w sumie, przez te swoje fochy, „The Fighter” zawisł gdzieś (tak jak to widzę) między prostą historią o pięściarskim Kopciuszku (z całym idącym za tym schematyzmem i melodramatyzmem) a farsą, która niweczyła powagę społecznego i psychologicznego kontekstu filmu,  także dramatu, jaki w rzeczywistości przeżywali ukazani na ekranie ludzie (tym bardziej, że deklaracje twórców filmu, iż oparty jest on na „true story„, brzmią bez mała ostentacyjnie).

W centrum uwagi filmu Russella jest nie tylko bokser Mickey Ward ale również jego rodzina, zwłaszcza matka (Alice) i brat (Dicky), i już tutaj, mim zdaniem, „Fighter” się rozjeżdża, gdyż każdy w tej rodzince jest jakby z innej parafii, bez wspólnego emocjonalnego kleju, o prawdziwej chemii, tudzież genach nie wspominając (ach, jeszcze nie wspomniałem o siedmiu siostrach Mickey’ego wyglądających jak jakiś pastisz żywcem wyjęty z magazynu dla fryzjerek, a które zostały umieszczone w filmie tylko dla  – bardzo wątpliwej zresztą – ozdoby, bo żadnego istotnego znaczenia w fabule nie mają). Niestety, rodzina, nawet ta najbardziej dysfunkcyjna, musi wyglądać jak rodzina, a nie jak zbiór jakiegoś castingowego panopticum.
Sam Mickey – mimo, że jest pięściarzem na drodze do mistrzostwa – jest jednocześnie człowiekiem cokolwiek bezpłciowym, czy też raczej zbyt uległym i bezwolnym, przez co nie skupia na sobie tak bardzo naszej uwagi. Tę uwagę za to przyciąga jak najbardziej jego brat Dicky, (głównie dzięki robiącej naprawdę spore wrażenie grze Christiana Bale’a) i choćby dla tej kreacji (to nic, że momentami przypominającej zbytnio karykaturę) warto jest  film Russella obejrzeć.

„JAK ZOSTAĆ KRÓLEM” („THE KING’S SPEECH”, reż. Tom Hooper)
** * * * * *

Melodramat pozujący na historię - sentyment monarchistyczny wiecznie żywy. ("The King's Speech")

Oto kolejny dowód na to, jak wygrywając wszystko na jednej sentymentalnej nucie, można zadowolić całe rzesze widzów, a przy odpowiednim wsparciu znakomitego aktorstwa – nawet tych wymądrzających się zwykle, wymagających Bóg wie czego krytyków.
Jednakże ja – mimo że od dawna wzbraniam się od tego (wątpliwego zresztą) zaszczytu uważania siebie za filmowego krytyka, i mimo, że sam czasem piszę coś takiego, co wygląda na przemądrzalstwo – tym razem jednak nie dałem się zwieść (choć oglądałem film z przyjemnością bliską uwiedzenia).
Dobra, a nawet bardzo dobra opinia o tym filmie jest przytłaczająca, więc jakąś pretensjonalną przewrotnością z mojej strony byłoby teraz to, gdybym na przekór tym wszystkim pochwałom i zachwytom, pisał swe zdanie pod włos powszechnej percepcji tylko dlatego, aby się wyróżnić ze stada. Jeśli coś  podobnego napiszę, to tylko dlatego, że oprócz sensorów empatii oraz solidarności z widzami przychylnymi „Mowie króla”, uaktywniły mi się także w mózgu rejony odpowiedzialne za to podejście bardziej krytyczne.
Do czego więc, wg mnie, można się przyczepić? Wyszczególnię to krótko… hm… w jednym zdaniu (już nie będę się znęcał nad tym nieszczęsnym sentymentalizmem obrazka i nie wiadomo skąd pochodzącą u nas nostalgią za monarchią, nawet tą w marionetkowym, symbolicznym i dekoracyjnym wydaniu, jaką się stała w XX wieku monarchia brytyjska).

Król jąkała dodaje animuszu ziomkom przed nadciągającą nawałnicą hitleryzmu (Colin Firth jako poddany logopedycznej terapii Jerzy VI w filmie "Jak zostać królem")

Oto owo zdanie (z zastrzeżeniami): zbyt daleko idące socjologiczno-psychologiczno-historyczne uproszczenia, tania psychologia (taki Freudyzm dla ubogich – choć tutaj aplikowany przecież koronowanej głowie);  kolejna, a co gorsza – stereotypowa love story grająca na kontraście i kuriozalności zupełnie nie przystających do siebie dziwolągów; dalej: ogólna dziecinada wątku; mało dyskretna reżyseria obnażająca pewien „instrumentalizm” w traktowaniu aktorów – a tym samym występujących w filmie postaci, stąd pewne „efekciarstwo” scen i charakterów. (Przyznaję się bez bicia: zdanie to jest wprawdzie jedno, ale cokolwiek długaśne. Sorry.)

Gdyby ktoś jednak nalegał i domagał się podejścia bardziej treściwego, oto (pokrótce) ono:
– Realizm godny realizmu twainowskiej fantazji „Królewicz i żebrak”, komiksowe ujęcie ówczesnych problemów Imperium Brytyjskiego, które wszak były wtedy przecież kolosalne: kolonialny upadek, światowe zagrożenie przez faszyzm (karykaturalny Churchill to jedynie symptom tej poważnej przypadłości); zaś o ugodowej polityce brytyjskiej wobec Hitlera nawet się nie zająknięto.
– Przecież wiadomo, że dotąd żaden Freudysta ze swoją pan-seksualną, grzebiąca się głównie w dzieciństwie psychoanalizą, nie pomógł nigdy i nigdzie żadnemu swojemu pacjentowi, nawet gdy mu kazał stawać na głowie, kląć jak szewc, oddychać z siedzącą mu na piersi żoną, tudzież tarzać się po dywanie… W ogóle psychologizm charakterów postaci występujących w tym filmie wydaje mi się być na poziomie szkolnego wypracowania amatora-gimnazjalisty.
– Osobiście nie mam nic przeciw dziwolągom (a nawet ich lubię… zresztą… któż z nas nie jest, po części przynajmniej, jakimś tam dziwolągiem?), ale kiedy kreślone są one zbyt grubą krechą, to coś mi w nich nie pasuje, a akurat oglądając „Mowę króla” (vel „Jak zostać królem” – ech, te nasze polskie tłumaczenia angielskich tytułów ) nie miałem ochoty patrzeć na karykaturę.
– Wątek? Zbyt piękny aby był prawdziwy. I niech mi nikt nie mówi, że to przecież true story. Historia zawsze jest prawdziwa, ale już opowieści o niej – takie być nie muszą, a właśnie tu, dzięki filmowej rekonstrukcji historii, uraczono nas bajką. (Bo przecież, tak naprawdę, to wszystko wyglądało zupełnie inaczej – wystarczy poszperać w dokumentach. Np. Lionel Logue nigdy nie zwrócił się do króla Jerzego VI per „Bertie” – ale to w sumie drobiazg). A zakończenie miało być jeszcze bardziej „hollywoodzkie”, niż było – na szczęście ktoś bardziej trzeźwy reżyserowi to wyperswadował. W sumie jednak – i tak za bardzo mi to wszystko zalatywało Disneyem.

No cóż… sam się trochę dziwię tej zgryźliwości, bo film – choćby ze względu na tę swoją dobroduszność – chyba na to nie zasługuje. Może więc jednak, usiłując zadość uczynić wyrządzonej mu krzywdzie i powetować wynikające stąd straty, polecę go wszystkim tym, którzy wybierając się do kina oczekują po prostu… ludzkich, acz mało skomplikowanych wzruszeń. Innymi słowy chcą budującej rozrywki i ciepłego KINA.  No i dobrze. „The King’s Speech” tego właśnie może im dostarczyć.

Sentymentalnie, patriotycznie i budująco - choć nieco na bakier z historią. (Helena Bonham Carter, Colin Firth, Goeffrey Rush w "The King's Speech")

*

Advertisements

Odpowiedzi: 24 to “FILMOWISKO („Czarny łabędź”, „The Social Network”, „Fighter”,”Jak zostać królem”)”

  1. Torlin Says:

    Będę musiał pójść na te filmy, szczególnie zainteresował mnie „„THE SOCIAL NETWORK”, ale i balet mnie zawsze przyciągał. A film o królu – jąkale jest zdaje się uznanym za jeden z najlepszych filmów na świecie. Trzeba pójść. Ale daruję sobie mordobicie, nigdy nie dałem rady przejść przez żaden film bokserski, z „Rockym” włącznie.

  2. Jula Says:

    Mam zamiar się wybrać na dwa filmy na mowę króla jąkały i potraktuje ten film jako rozrywkowa komedię :)
    No i na film o tym czarnym charakerze łabędzia, chociaz tutaj się wacham, bo to dla mnie będzie horror, którego gatunku nie cierpię :(
    Bo ja uwielbiałam chodzic na balet , kiedykolwiek w Polsce były występy gościnne czy to zPetersburba czy z Moskwy zawsze byłam!..
    Bo moim marzeniem kiedyś nie zrealizowanym :( – było zostac baletnicą ;)

  3. liritio Says:

    „Fighter” mydlaną bajką o męstwie i boksie? Pasuję, że Christian jest rewelacyjny zauważyłam już w zwiastunie i tyle mi wystarczy.

    Z „Jak zostać królem” mam ten problem, że mimo wiary w dobre opinie i liczne nagrody, zwyczajnie nie chce mi się oglądać filmu. Wiem o czym jest, znam tę historię też z historii (wybacz że tak to ujęłam maślanie), domyślam się większości treści filmu… Nie wiem, motywacja jakby uleciała, czasu szkoda. Kinowego czasu szkoda, wersję dvd zapewne zobaczę. Jak nie z własnej woli, zostanę zmuszona przez C.

    Z tym, co napisałeś o „Social Network” muszę się przespać (jak by to nie zabrzmiało…), wtedy wrócę. Na pewno zupełnie inaczej patrzysz na film Finchera, niż ja (ale to nie nowość) i nie ukrywam, Twoja interpretacja mnie zainteresowała (i zafrapowała także).
    A określenie reżysera per „Finch”… :) Czy to jakaś nieznana mi bliżej zbiorowa tendencja?

    „Czarny łabędź” mnie (niestety, naprawdę wolałabym, żeby było inaczej) nie uwiódł. Wcale. Natalie była świetna, niech już sobie odkurza miejsce na Oscara. Ale treść, oj nie, aż najeżona niespójnością, co prawda sprytnie zamaskowaną. Jakby Aronofsky dokładnie wypunktował sobie, co chce w filmie pokazać, a potem naciągnął wszystko, co wystawało, do swojej wizji. Dzięki temu zamaskowaniu pierwsze wrażenie robi mocne, ale potem, po seansie, się sypie. I chociaż przychylam się do stwierdzenia, że wrażenia „tuż po” lepiej definiują wartość filmu, niż głębokie rozważania długo po seansie, „Czarny łabędź” nie pochłonął mnie aż tak bardzo, żebym w czasie seansu nie miała kilku wątpliwości.
    Rozpisałam się, za długo, muszę popracować nad zwięzłością. Kiedyś :)

    • Logos Amicus Says:

      Liritio, „Jak zostać królem” mimo wszystko obejrzeć warto.

      Ciekaw jestem, jak po „przespaniu się” oceniasz to, co napisałem o „The Social Network” ;)
      Czy bardzo jest to odległe od tego, co sama sądzisz?

      Ja jednak najbardziej zawierzam temu, co zaczyna mną targać, kiedy oglądam film w kinie. To jest dla mnie najważniejsze, to decyduje o moim „stosunku” do filmu (później dopiero staram się jakoś to sobie intelektualne – bardziej refleksyjnie, świadomie, może nawet racjonalnie – ułożyć.

  4. sarna Says:

    – Jula, film o „królu jąkale” wbrew pozorom nie jest komiczny i traktuje o sprawach, które dla poniektórych są osobistym dramatem, a innych nie bawią tylko dlatego, że ich osobiście nie dotyczą. Bywają w tym filmie sceny, które przywołują na twarz subtelny uśmiech, ale trywialny śmiech jest tu nie na miejscu. To bardziej tragikomedia niż komedia, ale warto pójść do kina, żeby się o tym samemu przekonać.
    Poza tym Amicus zachowuje się jak zawodowy kiper degustujacy trunki, które po rozeznaniu bukietu smaku wypluwa do spluwaczki. Ja wolę degustować choćby pośledniejsze trunki, ale dla przyjemności.
    I choć nie nie szukam jak twierdzi Amicus w kinie mało skomplikowanych wzruszeń ani budującej rozrywki czy ciepłego KINA, to film bardzo mi się podobał i polecam.
    A „czarny łabędź” to film o pasji, która staje się koniecznością. Czy to fajnie? – myślę, że jak zwykle: zależy dla kogo.

  5. miziol Says:

    Z tych filmow widzialem tylko „Krola” i juz wyrazilem swoja opinie o nim pod twoim poprzednim wpisem. Pozostalych chyba nie bede ogladal. Nie chce mi sie. „the Social Network” uwazam za film propagandowo-reklamowy i nie mam ochoty patrzec na dwugodzinna reklame, bo i tak codziennie dostaje zaproszenie do Facebooka od jakichs znajomych albo nieznajomych ludzi. Zapisac sie latwo, ale wypisac sie, jak mi powiedziano w Naszej Klasie, mozna, tylko danych juz nie mozna zabrac. Sa wlasnoscia portalu i tyle. Pozdrawiam Amicusie i zycze pogody ducha.

    • Logos Amicus Says:

      Miziole, spróbuj jednak obejrzeć „The Social Network”. Mimo wszystko polecam Ci ten film. Moim zdaniem nie jest on żadną propagandową reklamą, wręcz przeciwnie: on obnaża jednak pewne mechanizmy, w jakie dają się – w dzisiejszej dobie internetu i rozszerzającej się rzeczywistości wirtualnej – wciągnąć całe rzesze ludzi.

      PS. Dzięki za pozdrowienie i życzenia. Pogoda ducha kiedyś wróci. Ooo… właśnie wyjrzało zza chmur słońce ;)

  6. czara Says:

    Pięknie napisane o Black Swan! Mnie osobiście, choć po Zapaśniku stałam się już zdeklarowaną fanką Aronofsky’ego, ten film nie ujął aż tak bardzo. Może dlatego, że sama choroba psychiczna i obsesyjne dążenie do doskonałości są takim horrorem, że nie potrzebny już był ten horrowaty sos „gore” (typu przebijanie ręki pilniczkiem) czy czarne piórka. Trochę, według mnie, odjęło to prawdy temu filmowi. Nie mogę też zrozumieć, co tak zachwyca w grze Natalie Portman. Jej Nora jest tak krucha i tak histeryczna, że naprawdę dziwnym mi się zdaje obsadzenie jej w roli czarnego łabędzia, przecież ona nawet jak tańczy ma minkę, jakby miała się rozpłakać.

    Social Network też mnie nie zachwycił tak, jak Ciebie, choć zaciekawił, jak ciekawy jest sam fenomen tego monopolisty Facebooka ;) Pozostałych filmów nie widziałam, ale chętnie wrócę tu po obejrzeniu ich i przeczytam, co o nich myślisz.

    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

    • Logos Amicus Says:

      Moim zdaniem Czaro, kreacja Portman jest jednak wybitna (a to, że otrzymała ona za nią Oscara, nie ma w tym wszystkim dla mnie większego znaczenia).
      Właśnie ta kruchość i histeryczność (o której piszesz) jest wg mnie częścią tej znakomitej kreacji – myślę, że tak właśnie tę rolę trzeba było zagrać – na równi ze straceńczą, szaleńczą wprost, determinacją, którą także w tej postaci widać. To jest właśnie znakomite aktorstwo: Portman – biorąc pod uwagę jej wcześniejsze role – jest zdolna stworzyć typy diametralnie (pod względem psycho-fizycznym) od siebie różne.

  7. Kartka z podróży Says:

    Natalie Portman robi na mnie duże wrażenie.
    Pozdrawiam

  8. tamaryszek Says:

    Doczekał się, kto czekał, ale było tych sekund z miliony…

    Łabądek
    Że lustro i przenikanie się obrazu świata i wnętrza (odbijanie, zniekształcanie)… to się zgadzam. Portman-fenomen: tak.
    Ciekawi mnie, co mówisz o bieli i czerni. Nie tyle dobro i zło, co dwubiegunowość, która w nas tkwi i domaga się integracji. I to jest szerokie spektrum. W przypadku Niny bolesna jest cała połać osobowości, która zwykła tłumić każdą niewłaściwość (ale i niezależność, bunt, ekspresję). To nierzadkie – ten nadmiar bieli, który wyjaławia.

    Kicz? Nie sięgnęłabym po to słowo. Ale uproszczeń wiele, co w niczym istotnym nie przeszkadza.

    Co do „The Social Network”…Wiesz, że stosujesz szantaż, prawda? Nie można filmu odrzucić, bo rodziłoby to podejrzenia o braki w inteligencji. Ja tak stuprocentowo opinii zachwyconych nie podzielam. Choć jestem mniej więcej na tak.

    … King`s Speech… Że psychologia uruchamiana jest starymi szyframi, to się zgadzam. Że lekko tu i ciut sentymentalnie… No cóż. Największy problem to owczy pęd – zarówno do oglądania, jak i komentowania tegoż filmu. Ten balast przytłacza.

    pozdrawiam
    ren

    • sarna Says:

      Tamaryszku, Twoja uwaga o owczym pędzie do oglądania i komentowania zabrzmiała butnie i sprowokowała mnie do rzucenia okiem na Twój blog. O „King`s Speech” piszesz min. dwukrotnie i zastanowiło mnie takie stwierdzenie: „Dla mnie to film o sztuce mówienia i wyrażania siebie, i o barierach, które warto pokonać, by mówić głosem pewnym i swoim. O sztuce uzewnętrzniania siebie”.
      Teraz u Amicusa próbujesz włożyć nam knebel w usta, czy może Cię opacznie zrozumiałam?

      • fabulitas Says:

        Sarno, jak sądzę Tamaryszkowi chodzi o to, że z „The King’s Speech”, który jest w sumie dość skromnym obrazem, robi się (m.in. deszczem nagród i nominacji) film-który-trzeba-zobaczyć i o-którym-trzeba-powiedzieć, co go przytłacza i rzutuje na odbiór.

    • Logos Amicus Says:

      Masz rację, tamaryszku – dwubiegunowość bardziej tu pasuje, niż kontrast bieli i czerni.

      Kicz? Ja jednak sięgnąłem po to słowo, ale nie aby ten „kicz” dezawuować ;) Wręcz przeciwnie: aby wykazać, że to co mogło (zbyt łatwo przy okazji tego, czym ten film się zajmuje) objawić jako kicz, zostało wyniesione do poziomu prawdziwego artyzmu.

      Protestuję! ;) W przypadku „The Social Network” żadnego szantażu nie stosuję. Poza tym: osoby tu komentujące wyrażają zazwyczaj swoje zdanie bez większego oglądania się na jakieś tam „intelektualne”, czy też „fachowe” autorytety (więc wiem, że wobec nich taki „szantaż” i tak by raczej nie zadziałał).

      No, a teraz, po obdarowaniu „Króla” Oscarem, ten „balast” stał się jeszcze większy i jeszcze bardziej przytłaczający ;)

      Sarno, tamaryszek i buta, tudzież knebel?! Nigdy by mi do głowy nie przyszło ;)

  9. sarna Says:

    Tamaryszku, akurat dziś na WP jest kolejna ofiara owczego pędu do komentowania. I to nie byle kogo, bo „reżysera, scenarzysty i wykładowcy na Uniwersytecie Śląskim, twórcy stojącego za sukcesem filmów „Moja krew” oraz „Chrzest” i serialu „Ratownicy”, filmowca okrzykniętego Najlepszym Reżyserem 2010 roku”.
    Ciekawy komentarz Marcina Wrony dotyczący filmów, o których rozmawiamy na blogu. Co prawda kłóci się z tym, co piszesz o nich u Amicusa, ale za to świetnie współgra z hymnami na ich cześć, które piejesz na własnym blogu;)

    Komentarz fachowca w linku:
    http://film.wp.pl/id,115990,title,Marcin-Wrona-Walka-o-Oscary-a-sprawa-polska,felieton.html

  10. sarna Says:

    Fabulitas, rzecz w tym, że nie wiem o co chodziło Tamaryszkowi. Owczy pęd to pogardliwe (ale może mimo to trafne?)określenie kogoś pozbawionego własnego zdania, skłonnego przepłacić, byle być trendy. Najciekawiej tę tendencję i jej mechanizmy opisuje ekonomia, ale niewtajemniczeni niewiele z jej języka zrozumieją, więc pozostańmy przy tym, co napisałam powyżej. Tak więc Tamaryszek nie potrafił poprzestać na jednym wpisie o tym filmie i jest ok, a inni to ofiary owczego pędu?
    Nie wiem, co chciał powiedzieć Tamaryszek, nie wiem dlaczego na różnych blogach pisze o tych samych filmach różne (przeczące sobie komentarze), nie wiem dlaczego czuje się osobą wladną wydawać jedynie słuszne sądy, ale chętnie posłucham dlaczego uważa, że wszyscy inni mający odmienne od niej zdanie to infantylne głąby.

  11. tamaryszek Says:

    Jejku, Sarno, jaka ja tam władna do wydawania obowiązujących sądów…!
    Ale spiralę stworzyłaś… Teraz to wytłumaczyć się muszę, bo zaplątanie narasta. O co chodziło tamaryszkowi, to temat dygresyjny (Logosie, wybacz, że Ci kradnę miejsce na cenniejsze niż prostowanie moich paradoksów uwagi).

    Otóż. Nie chwalę „King`s Speech”, bo Logos już mój zachwyt przeczytał (zgłosił swe zastrzeżenia, to co mu będę się naprzykrzać i powtarzać), a ja mogłabym tylko powtórzyć, że to dobrze zrobiony film, ze świetną obsadą i z ciekawą perspektywą widzenia tematu. Że mniej tu historii, tła dworskiego, panoramy dziejowej…, a więcej terapeutycznej opowieści…po trosze o każdym z nas.
    Dlatego napisałam u siebie, że to przede wszystkim „film o sztuce mówienia i wyrażania siebie, i o barierach, które warto pokonać, by mówić głosem pewnym i swoim.
    O sztuce uzewnętrzniania siebie.”

    Nomen omen: gdybym zakazywała komukolwiek wypowiadać siebie, byłabym…nie tylko wewnętrznie sprzeczna, ale i głupia. Głupia bywam, ale nie aż tak.

    Ad rem. Lubię film Hoopera, ale mogę przyznać Logosowi rację, że mój kochany Lionel Logue -gdy każe królowi śpiewać, kląć i opowiadać o kompleksach z dzieciństwa- żadnej psychologicznej ameryki nie odkrywa. Hmmm…Nie wycofam się ani z tego, że film nie jest poznawczo szczególnie odkrywczy, ani z tego, że jest świetnie zrobiony. Nie ma zbędnych scen, dialogi są pierwszego sortu, opowieść niesie się jak śpiew syreny po wodzie…Ech, duszo moja, cóż za upojna melodyjka.
    Tak więc, Sarenko, zapiałam sobie raz jeszcze.:)

    Owczy pęd nie miał nikogo obrażać. Nie stawia też mnie ponad innymi owieczkami. Mogę tu nawet robić za owce naczelną. Po prostu: czas jest przedoscarowy, film świeżo wszedł na ekrany… no jest to tak zwana druga świeżość (wybacz, Wolandzie, wiem, że taka nie istnieje…), wszyscy oglądamy, większość z nas czyta recenzje lub komentarze, niektórzy nawet przed seansem… W blogowym świecie wielu bierze ten film na warsztat. Jest go wszędzie pełno.
    Ja potrzebowałam chwili dystansu, by wsłuchać się we własne myśli i rozpoznać je wśród głosów innych. Być może innym to tak nie przeszkadza. W żadnym razie nie zgłaszam pretensji, że ktoś oprócz mnie o tym pisze.
    Rany! Z czego ja się tłumaczę? Bardzo mi było przyjemnie przeczytać opinię Logosa. Bo -czy go popularność filmu przytłaczała czy nie- napisał o nim pierwszorzędnie.

    Link do wypowiedzi Wrony już otwarłam, zaraz przejrzę. Dziękuję.
    Pozdrawiam
    ren

    PS.
    Fabulitas, no coś w ten deseń. :)

    PS.
    Sarno, paradoksy nie są kłamstwem.

  12. sarna Says:

    Tamaryszku, dziękuję za poświęcony czas i chęci. Doceniam (świętą cierpliwość do mnie również ;) ).
    Pozostało nam poczekać na werdykt, choć prawdę mówiąc dla mnie nie ma on najmniejszego znaczenia.

    pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      No cóż mogę dodać do tego, co napisał(a) tamaryszek?
      I o jaki „werdykt” tu może chodzić?

      Tamaryszek: „Owczy pęd nie miał nikogo obrażać. Nie stawia też mnie ponad innymi owieczkami. Mogę tu nawet robić za owce naczelną.”
      W takim razie ja mogę robić za naczelnego barana :)
      A Sarna może nawet zostać ‚”licówką” :)

  13. czara Says:

    Po obejrzeniu historii króla parę dni temu i ze znajomością recenzji Tamaryszka i Logosa, cóż, mam wrażenie, że „prawda” (czyli moja opinia;) jest gdzieś pośrodku, ale raczej bliżej mi do Tamaryszka. Film jest naprawdę świetnie zrobiony i ogląda się go pierwszorzędnie. Zderzenie – król i świat o sztywnych konwenansach oraz „żebrak”, które na nie gwiżdże – będzie zawsze świetnym pretekstem komediowym.
    Z tym Freudem bym tak nie przesadzała, Lionel jest raczej pierwszą osobą, która po prostu słucha Bertiego. Czy słuchanie może komuś pomóc? Zostawiam to pytanie bez odpowiedzi. Sentymentalizm? A owszem, i to w dużej porcji. Ale zrównoważony odpowiednią ilością komizmu, dzięki czemu dostajemy wyważoną mieszankę. Moim zdaniem.

    • Logos Amicus Says:

      Czaro, może to zabrzmi dziwniej, ale i mnie teraz bliżej – jeśli chodzi o „Króla” przynajmniej ;) – do Tamaryszka.
      Zresztą, ze swoich wyrzutów sumienia co do mojej zgryźliwości wobec tego filmu, już się (we wpisie) tłumaczyłem.

      No i masz rację – z Freudem nie ma co przesadzać ;)
      A sentymentalizm? Czasem przeszkadza, czasem nie… Częściej jednak – chyba nie ;)

  14. REM Says:

    Agnieszka Holland o oscarowych filmach:

    „PAP: Ma pani w tym roku swoich oscarowych faworytów?

    Agnieszka Holland: Jestem członkiem Akademii, więc głosuję, ale w tym roku było mi trudno. Żaden z filmów nie zachwycił mnie bez reszty. Nie ma też żadnego, który zmieniałby sposób myślenia o kinie; żaden też nie powalił oryginalnością. Jest jeden bardzo sympatyczny, oryginalny w temacie i świetnie zrobiony film – „Jak zostać królem”, jedna oryginalna komercja „Incepcja”, baletowy horror – efektownie zrobiony, ale jednak pozlepiany z różnych filmów „Czarny łabędź”, jedna wzruszająca animacja „Toy story” i trochę niezłych filmów. Prorokuję, że niewiele z nich zostanie na dłużej w pamięci.

    PAP: A jak wspomina pani swoje nominacje?

    A.H.: Na pierwszej ceremonii, gdy byłam nominowana za „Gorzkie żniwa”, bardzo się nudziłam. Nie rozumiałam dowcipów i środowiskowych odniesień, a gala wydała mi się kiczowata. Potem jednak weszłam głębiej w ten świat i następne moje obecności na ceremonii były zabawniejsze. Teraz oglądam Oscary dość regularnie, nawet gdy jestem w Europie. Co do emocji nominatów, to każdy przeżywa to inaczej, ja jestem dość cool.

    PAP: Czy światowe kino ewoluuje?

    A.H.: Światowe kino skomercjalizowało się w ostatnich latach, a dystrybucja spłaszczyła – praktycznie zniknęło kino środka. Filmy bardziej artystyczne zrobiły się na tyle ezoteryczne, że ich dystrybucja ogranicza się niemal całkowicie do festiwali. Filmy komercyjne zaś (z wyjątkiem tych kilku przeznaczonych do oscarowych zmagań) rzadko grzeszą subtelnością i oryginalnością. W Stanach więcej w tej chwili ciekawych zjawisk i pomysłów jest w telewizji niż w kinie.”

    Wypowiedź pochodzi ze strony: http://film.dziennik.pl/oscary/artykuly/323900,holland-o-oscarowych-filmach-zaden-mnie-nie-zachwycil.html

  15. grześ Says:

    I znowu opisujesz film, który mnie zmęczył, no ale ja od pewnego czasu proste historie lubię.
    Może dlatego, że real bywa na tyle przytłaczający, że po co jeszcze dołować się w kinie.
    Ja po „czarnym Łabędziu” wyszedłem z kina zdołowany i rozbity lekko.
    Zmęczony, zirytowany i znużony.

    Film był piękny, momentami porywający, ale obcy dla mnie.
    Nie czułem zupełnie ani współczucia ani empatii dla bohaterki ani właściwie mnie jej szaleństwo nie zainteresowało.
    Wiadomo że nie o to chodzi w filmie, by się z bohaterami utożsamiać, ale ciężko się ogląda film, którego żadnego bohatera nie można polubić (jakąś tam dawkę współczucia mialem dla matki bohaterki)

    To tyle, acz w porównaniu z „Requiem dla snu” film i tak jest w miarę lekki, łatwy i przyjemny:)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s